Mistakes and Mission Creep

Mistakes and Mission Creep

We should re-think how to do outbreak responses

ROBERT W MALONE MD, MS JUL 16

My experience working in the Ebola response in 2014 re-enforced a very different lesson than that of the COVID policy wonks, who ran Operation Warp Speed and then the Biden White House Response. 

That is that vaccines would never be the answer to an ongoing viral outbreak. Just to say, once again, the genetic „vaccine” products did not work. They did not stop infection, transmission or death. They may have even driven viral evolution towards vax/antibody escape mutants. In the case of the West African Ebola outbreak, it was controlled using non-pharmaceutical interventions. Not vaccines or drugs. 

Medical countermeasures for future outbreaks involving pathogens for which we do not have direct-acting anti-pathogen pharmaceuticals must include a response that listens to hands-on physicians tinkering to find medical countermeasures that work in the field. Generic, FDA-approved medicines that have worked in the past for early treatments of disease processes will work in the future. They must be the first line of defense. 

Rather than being suppressed, autopsies and fundamental understanding of the pathophysiology of disease caused by novel pathogens must be promoted. Furthermore, public health responses to non-respiratory infectious diseases will differ from those for respiratory contagious diseases. One size does not fit all. 

And finally, that the US intelligence community is deeply embedded in the bureaucracy that sets “public health” policies, particularly during infectious disease outbreaks, and works hand-in-glove with Bill Gates, WHO leadership, US State Department, and the giants of the BioPharmaceutical industry, such as „Bio”. And the US “Intelligence” community has repeatedly bungled “public health” policy. They are not equipped for this mission, and should not be meddling in this space. This is yet another example of mission creep.

During COVID, the all-of-government response focused on vaccines and that is what they got (all of government meaning DHS, HHS, DoD, Department of State and CIA/IC). And it was a colossal fail that infringed on fundamental human rights principles. 

The USA had far more deaths attributed to COVID per capita than most or all other countries. This response was developed and operationalized by Ron Klain and then by Jeff Zients. Zients was both President Biden’s COVID czar and then moved to Chief of Staff. Jeff Zients WAS one of the key COVID puppetmasters. There must be investigations, and there must be consequences.

DYSCYPLINOWANIE PREZYDENTA, CZ. 1

Sławomir M. Kozak

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/dyscyplinowanie-prezydenta-cz-1,p1100124003

DYSCYPLINOWANIE PREZYDENTA, CZ. 1

W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej informacji o niejakim Epsteinie, a to za sprawą Elona Muska, który w rzekomym przypływie gniewu miał rzucić Donaldowi Trumpowi w twarz oskarżenie o bliskie relacje prezydenta z najsłynniejszym pedofilem świata. Większość żurnalistów dopiero w tym momencie raczyła dostrzec aferę, która związana była (i nadal jest) z byłym agentem izraelskich służb. Nadal jednak nie zauważają, że Musk nie sprzecza się z Trumpem, a zwyczajnie go dyscyplinuje. Niestety, również na naszym podwórku nieliczni uczciwi dziennikarze wykazują zaskoczenie tym tematem, choć przecież prasa amerykańska trąbiła o tym wszystkim wiele lat temu, a na polskim rynku wydawniczym już w roku 2022 pojawiła się książka mojego autorstwa (TerraMar. Utopia elit), w której opisałem nie tylko głównych „bohaterów” afery, ale też ich ścieżki „kariery”, łącznie z zawartością osławionego, czarnego notesu Epsteina. Wszystkim zainteresowanym polecam tę pozycję, a szczególnie dziennikarzom/jutuberom, by po jej lekturze przestali używać irytujących zwrotów typu „rzekomo”, „podobno”, „mówi się, że…”, itp. Urywek podaję poniżej:

——————————————————–

Epstein rozpoczął swą pierwszą pracę w szkole Dalton, we wrześniu 1974 roku. Krótko przed tym, dyrektorem szkoły przestał być Donald Barr. Bardzo możliwe, że zdążył odegrać jakąś rolę w przyjęciu do niej Epstein’a, zanim opuścił stanowisko. Barr pełnił służbę w OSS, agencji funkcjonującej w latach 1942-1946, będącej poprzedniczką CIA. Był bardzo aktywnym agentem wywiadu, polującym na nazistów, spośród których najważniejszych dla powojennej Ameryki, przerzucał w ramach operacji „Paperclip”, do Stanów.

O tej operacji pisałem w książce „Oko Cyklopa”. Jako że służb tego rodzaju nie porzuca się nigdy, jest prawdopodobne, iż pozostał z nimi związany i mógł na ich zlecenie wykonać proste zadanie przyjęcia do pracy nauczyciela.

Nawet, jeśli jest to trop mylny, to w środowisku mogącym wywierać wielki wpływ na politykę personalną tej placówki, byli przyjaciele Barr’a, a najważniejszym z nich był jego neokonserwatywny mentor żydowskiego pochodzenia, wydawca Norman Podhoretz. Syn Barr’a, William, w latach 70. był również pracownikiem CIA i mógł także odegrać jakąś rolę w rekrutacji Epstein’a, przy pomocy wpływów swojego ojca. Później, w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, William Barr, jako Prokurator Generalny miał ogromne możliwości, by hamować śledztwa w sprawie afery Iran-Contras i innych, w które zamieszane były agencje rządowe USA. Już wtedy mógł mu pomagać w tych działaniach bliski przyjaciel, Robert Mueller, będący jego asystentem w Wydziale Karnym. Przypomnę, że na tydzień przed wydarzeniami 11 września 2001 roku, Mueller został dyrektorem FBI. Jako że w polskiej wersji Wikipedii nie ma o tym wzmianki, dodam, że w czasach nam bliższych, bo w roku 2017 Departament Sprawiedliwości mianował go specjalnym prokuratorem do nadzorowania śledztwa w sprawie potencjalnej ingerencji Rosji w amerykańskich wyborach prezydenckich 2016 roku. Swój raport w tej sprawie przekazał w roku 2019 na ręce Prokuratora Generalnego… Williama Barr’a. 

W roku 1976 Epstein został nieoczekiwanie zwolniony ze stanowiska wykładowcy i, o czym też pisałem wcześniej, trafił do banku Bear Stearns, znanego wówczas powszechnie, jako „bank żydowski”. Epstein uczył syna Greenberga, który był szefem tej instytucji, a także spotykał się z jego córką. Jako że piszę tu o pedofilach, nie od rzeczy będzie wspomnienie, iż Greenberg przyjaźnił się z mentorem Donalda Trumpa – Royem Cohn, który był powszechnie znanym prawnikiem i szarą eminencją amerykańskiej polityki.

To, przy okazji homoseksualista, przez lata niestrudzenie budujący całą sieć pedofilskich grup, zarówno dla własnych przyjemności seksualnych, jak i szantażu. Należy odnotować, że to on doprowadził do skazania na krzesło elektryczne szpiegowskiej pary, Juliusa i Ethel Rosenbergów. Zmarł na AIDS. W miniserialu HBO, zatytułowanym „Anioły w Ameryce”, postać tę odtwarzał Al Pacino. Przemysł filmowy na promowanie stylu życia tego typu osób nie szczędzi środków. Po niewyobrażalnie krótkim czasie, cztery lata od zatrudnienia w Bear Stearns, Epstein został komandytariuszem firmy! Ale, już w roku 1981 opuścił to intratne stanowisko, bez słowa wyjaśnienia w mediach. Pojawiały się co prawda pogłoski, że ma to związek z powiązaniami banku z firmą Seagram, o której relacjach z mafią mówiono niemal oficjalnie. Do jej szefa, niejakiego Edgara Bronfmana, jeszcze powrócimy. Podejrzewa się, że kiedy współwłaściciel banku, niejaki Jimmy Cayne, poczynił nietrafioną inwestycję, Epstein wziął na siebie rolę kozła ofiarnego, na co wskazuje choćby to, że niedawny wspólnik po odejściu otrzymał od szefów premię w wysokości 100 000 dolarów. Epstein pozostał przez resztę życia bliskim przyjacielem Jimmy’ego Cayne, jak również wiernym klientem banku.

W roku 1981 Epstein otworzył firmę konsultingową International Assets Group (IAG). Zależnie od potrzeb swoich niezwykle bogatych i wpływowych klientów, w tym rządów (!), odzyskiwał utracone przez nich fortuny lub przeciwnie, ukrywał je przed ciekawskim wzrokiem wspólników, zwykłych obywateli i urzędów podatkowych. Właśnie w tym czasie, do władzy w Stanach doszedł Ronald Reagan, wywodzący się ze środowiska największych zboczeńców i utracjuszy, czyli Hollywood. Były aktor był protegowanym wpływowych magnatów medialnych i tak zwanej Kosher Nostra, o której pisałem w książce „Czarny Wrzesień”, a która także zasługuje na odrębne opracowanie. Podobne ścieżki kariery obserwujemy zresztą całkiem blisko, w zupełnie współczesnych czasach. To w latach 80. właśnie, zacieśniły się związki amerykańsko-izraelskie, co w praktyce oznaczało intensywną współpracę agencji Mosad i CIA. Dzięki temu mariażowi mogła narodzić się pierwsza gigantyczna afera tamtego okresu, czyli Iran-Contras, przez znawców tematu zwana Izrael-Iran-Contras. (ciąg dalszy nastąpi…)

Sławomir M. Kozak

Pochodzenie szkaplerza Matki Bożej z Góry Karmel

Zastanawiałeś się kiedyś nad pochodzeniem Matki Bożej z Góry Karmel?

Zastanawiałeś się kiedyś nad pochodzeniem Matki Bożej z Góry Karmel?

Dr. Jose Maria Alcasid | 16/07/2025 https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/zastanawiales-sie-kiedys-nad-pochodzeniem-matki-bozej-z-gory-karmel

Góra Karmel w naszych czasach

Góra Karmel przywodzi na myśl biblijne miejsce, gdzie prorok Eliasz stoczył duchową walkę z 450 kapłanami Baala, która zakończyła się ich klęską i zagładą, jak odnotowało Pismo Święte (1 Krl 18,19–40). To również tu Eliasz wysyłał swego sługę siedem razy na szczyt góry, by wypatrywał deszczu po latach suszy – i w końcu ogłosił: „Oto obłok mały jak dłoń człowieka podnosi się z morza” (1 Krl 18,44).

Góra Karmel leży na wybrzeżu Morza Śródziemnego w dzisiejszym Izraelu, górując nad miastem Hajfa. Wznosi się na wysokość 531 metrów n.p.m. i dominuje nad śródziemnomorskim wybrzeżem. Jej wapienne skały tworzą krajobraz przypominający urwisko. Nazwa „Karmel” pochodzi z hebrajskiego Hakkarmel (z rodzajnikiem określonym) i oznacza „ogród” lub „ziemię ogrodów” – ze względu na słynną bujność i zieloność tego miejsca w czasach starożytnych (Iz 35,2). Znana była z obfitości kwiatów, pachnących krzewów i ziół. Jej urok i piękno były tak wielkie, że porównano ją do oblubienicy w Pieśni nad Pieśniami (Pnp 7,5).

Obecnie Góra Karmel występuje także pod różnymi nazwami, jak: Antelope-Nose, Har Karmel, Holy Headland, Jebel Kurmul, Mar Elyas, Mount of User, Rosh-Kedesh.

Początek wezwania

Tytuł Matki Bożej z Góry Karmel wywodzi się od pustelników, którzy zamieszkiwali to święte miejsce w czasach Starego Testamentu. Ta pobożna i surowa wspólnota modliła się, oczekując przyjścia Dziewicy-Matki, która miała przynieść zbawienie ludzkości – podobnie jak święty prorok Eliasz, który wszedł na Górę Karmel, by modlić się do Boga o zbawienie Izraela w czasie straszliwej suszy.

Eliasz „wszedł na szczyt Karmelu i pochyliwszy się ku ziemi, wtulił twarz między swoje kolana” (1 Krl 18,42). Trwał w modlitwie i – jak wcześniej wspomniano – kilkukrotnie wysyłał sługę na szczyt, by wypatrywał znaku nadchodzącego deszczu. Nie tracąc ufności, przy siódmym razie otrzymał dobrą nowinę: „Oto obłok mały, jak dłoń człowieka, podnosi się z morza” (1 Krl 18,44). Wkrótce potem spadł ulewny deszcz i lud Izraela został ocalony.

Góra Karmel w obecnym kształcie. „Karmel” w języku hebrajskim oznacza „ogród” 
ze względu na jego słynne bujne i zielone piękno w czasach starożytnych.

Zapowiedź Matki Bożej

Eliasz widział w obłoku zapowiedź Dziewicy wspomnianej w proroctwie Izajasza (Iz 7,14). Pustelnicy naśladowali go i podobnie modlili się o przyjście długo oczekiwanej Dziewicy, która miała zostać Matką Mesjasza. Uczynili z tego swoją duchową misję.

Teologowie dostrzegają w tym małym obłoku figurę Maryi, przynoszącej zbawienie w siódmym wieku świata. Tak jak obłok powstaje z morza, nie będąc obciążony jego ciężarem ani słonością, tak Maryja wyszła z rodzaju ludzkiego, nie nosząc jego plam.

Na podstawie dzieła L’Institution des premières moines (Instytucja pierwszych mnichów), które najlepiej oddaje ducha Karmelu i jego najstarszych mistycznych tradycji, Eliasz rozpoznał w obłoku cztery tajemnice dotyczące narodzin Matki Bożej:

1.     Niepokalane Poczęcie – ponieważ Dziewica wyłania się z „słonych wód grzesznej ludzkości”, mając tę samą naturę, ale bez goryczy grzechu.

2.     Dziewictwo Maryi, podobne do Eliasza – skoro „wyłoniła się z Góry Karmel” i „jak stopa męża”, oznacza to, że pójdzie drogą Eliasza, który zachował dobrowolne dziewictwo.

3.     Czas narodzin Dziewicy – tak jak sługa Eliasza ujrzał obłok za siódmym razem, tak świat ujrzy przyjście Dziewicy w siódmym wieku świata.

4.    Dziewicze macierzyństwo – ponieważ w tym małym obłoku Bóg zstąpi jak słodki deszcz, „bez szmeru ludzkiej współpracy”, czyli bez naruszenia Jej czystości.

Duch Eliasza i Zakon Karmelitański

Eliasz prowadził pustelnicze życie na Górze Karmel, z wielką czcią dla Najświętszej Dziewicy. Jego uczeń Elizeusz, który otrzymał jego płaszcz, oraz inni naśladowcy – znani jako Synowie Proroka – dzielili jego samotność i napełnieni byli jego duchem. W świętej sukcesji przekazywali go dalej.

To dziedzictwo i duchowe praktyki dały początek Zakonowi Karmelitańskiemu, co potwierdzają tradycja, liturgia, pisma autorów oraz bulli papieskie Jana XXII, Sykstusa IV, Juliusza II, św. Piusa V, Grzegorza XIII, Sykstusa V i Klemensa VIII.

Jedno z objawień mistycznych głosi, że po tym, jak arcykapłan jerozolimski ogłosił, że św. Józef został wybrany przez Boga na męża Maryi, „młodzieniec z Betlejem dołączył do pustelników Eliasza na Górze Karmel i gorliwie modlił się o przyjście Mesjasza”.

Pierwszy kościół ku czci Matki Bożej w czasach chrześcijańskich

Zgodnie z tradycją i liturgią Kościoła, grupa mężczyzn oddanych prorokom Eliaszowi i Elizeuszowi przyjęła chrześcijaństwo w dniu Pięćdziesiątnicy. Byli oni uczniami św. Jana Chrzciciela, który przygotował ich na przyjście Zbawiciela.

Opuścili Jerozolimę i osiedlili się na Górze Karmel. Tam wznieśli kościół ku czci Matki Bożej – dokładnie w miejscu, gdzie Eliasz ujrzał obłok, symbolizujący zarówno płodność, jak i Niepokalane Poczęcie Bogarodzicy. Przyjęli nazwę: Bracia Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.

Nierozstrzygnięty spór

W 1668 r. belgijski jezuita i hagiograf Daniel Van Papenbroek zakwestionował tę historię jako legendę z powodu braku dowodów. Wywołało to gorącą kontrowersję, która dotarła do Rzymu w 1698 r. Papież Innocenty XII nakazał milczenie wszystkim stronom do czasu wydania oficjalnej decyzji – co nigdy nie nastąpiło.

Mimo to w 1725 r. Benedykt XIII pozwolił Karmelitom ustawić w Bazylice św. Piotra posąg Eliasza z napisem honorującym go jako założyciela zakonu.

Ciągłość duchowa i maryjny charakter

Dopiero po wiekach zebrano historyczne dowody na istnienie pustelników na Górze Karmel związanych duchowo z Eliaszem. Najstarszy tekst pochodzi z 1177 r. od greckiego mnicha Jana Fokasa.

Styl życia mnichów był rozwijany przez św. Bertholda z Karmelu, który przybył do Ziemi Świętej jako pielgrzym z Limoges we Francji lub jako krzyżowiec. Zgromadził innych pustelników z Palestyny i ukształtował wspólnotę inspirowaną duchem Eliasza.

Ci pierwsi mnisi, którzy osiedlili się tam ok. 1150 r., utworzyli kaplicę poświęconą Matce Bożej. Od czasów św. Brokarda (następcy Bertholda i pierwszego generała zakonu), karmelici przyjęli nazwę Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Tak więc nabożeństwo do Matki Bożej stanowiło fundament ich duchowości.

Reguła karmelitańska

Św. Brokard zabiegał, by ich styl życia został określony świętą Regułą. Około 1210 r. zatwierdził ją św. Albert, łaciński patriarcha Jerozolimy. W 1247 r. papież Innocenty IV ostatecznie ją uznał. Pierwotna reguła zawierała 16 artykułów, później została zrewidowana.

Św. Szymon Stock i szkaplerz

Nie sposób pominąć roli św. Szymona Stocka w historii Matki Bożej z Góry Karmel i brązowego szkaplerza. Urodził się ok. 1165 r. w hrabstwie Kent w Anglii. Nazywano go też „Simon Anglus”.

W XIII w., w czasie krucjat, dołączył do pustelników z Góry Karmel, którzy uważali się za następców Eliasza. Gdy sytuacja w Ziemi Świętej się pogorszyła, wspólnota przeniosła się do Aylesford w Anglii.

W 1247 r. Szymon, mając 82 lata, został wybrany na przełożonego generalnego zakonu. Wprowadził reformy dostosowane do warunków Zachodu, przekształcając zakon z eremickiego w żebraczy, na wzór dominikanów i franciszkanów.

W obliczu prześladowań i odrzucenia, mnisi zwrócili się w 1251 r. do Maryi o pomoc.

Tradycja głosi, że 16 lipca 1251 r. Matka Boża ukazała się Szymonowi Stockowi, trzymając Dzieciątko Jezus w jednej ręce, a w drugiej brązowy szkaplerz, mówiąc:

„Hoc erit tibi et cunctis Carmelitis privilegium, in hoc habitu moriens salvabitur”
(„To będzie przywilej dla ciebie i wszystkich Karmelitów: kto umrze w tym habicie, nie zazna ognia wiecznego”)

13 stycznia 1252 r. zakon otrzymał list protekcyjny od papieża Innocentego IV.

Święty Szymon Stock żył 100 lat i zmarł 16 maja 1265 r. w klasztorze w Bordeaux.

Szymon Stock otrzymuje od Matki Bożej brązowy szkaplerz z obietnicą „przywileju Karmelu”.

Brązowy szkaplerz

Szkaplerz Matki Bożej z Góry Karmel, znany też jako brązowy szkaplerz, jest jednym z najpopularniejszych sakramentaliów w Kościele katolickim. Używana przez świeckich miniatura wywodzi się z habitu karmelitów – bezrękawnika z narzuconą szatą, znaku powołania i oddania Maryi.

Maryja powiedziała św. Szymonowi:

„Przyjmij, mój ukochany synu, ten habit twojego zakonu. Będzie on dla ciebie i wszystkich Karmelitów przywilejem: kto umrze w tym szkaplerzu, nie zazna ognia wiecznego… Będzie on znakiem zbawienia, ochroną w niebezpieczeństwie i rękojmią pokoju”.

Brązowy szkaplerz w miniaturowej wersji, powszechnie używany przez wiernych świeckich.

Przywilej szabatni

Z noszeniem brązowego szkaplerza wiąże się tzw. przywilej szabatni, oparty na apokryficznej bulli Sacratissimo uti culmine Jana XXII z 3 marca 1322 r. Papież twierdził, że Matka Boża objawiła mu się i poleciła karmelitów jego opiece.

Według objawienia Maryja obiecała:

„Ja, Matka Łaski, zstąpię w sobotę po ich śmierci i kogo zastanę w czyśćcu, tego uwolnię i zaprowadzę na świętą górę życia wiecznego”.

Aby otrzymać owoce tego przywileju, należy:

1.     Nosić brązowy szkaplerz,

2.     Zachowywać czystość według stanu życia,

3.     Odmawiać codziennie Różaniec lub Małe Oficjum Najświętszej Maryi Panny.

Aby otrzymać duchowe łaski, trzeba być uroczyście przyjętym do noszenia szkaplerza przez kapłana lub diakona. Po tym obrzędzie wszystkie kolejne szkaplerze można nosić bez ponownego błogosławienia.

Uroczystość Matki Bożej z Góry Karmel

Święto Matki Bożej z Góry Karmel zostało ustanowione przez karmelitów między 1376 a 1386 r. jako Commemoratio B. Mariae Virginis. Upamiętnia ono zwycięstwo zakonu, który uzyskał aprobatę swej nazwy i konstytucji od papieża Honoriusza III 30 stycznia 1226 r. Święto wyznaczono na 16 lipca, ponieważ – według tradycji – tego dnia w 1251 r. Maryja dała św. Szymonowi Stockowi szkaplerz. Papież Sykstus V zatwierdził je w 1587 r.

Matka Boża z Góry Karmel w Lourdes i Fatimie

Na znak błogosławieństwa, Królowa Nieba ukazała się po raz ostatni w Lourdes właśnie 16 lipca 1858 r., w święto Matki Bożej z Góry Karmel.

Podobnie, siostra Łucja z Fatimy relacjonowała wizję z 13 października 1917 r., mówiąc:

„…wydawało mi się, że widzę Matkę Bożą w postaci podobnej do Matki Bożej z Góry Karmel.”

Matko Boża z Góry Karmel, módl się za nami!

Źródło: tfp.org

Nie ma przypadków w Bożym planie

Nie ma przypadków w Bożym planie.
Rafał Topolski <kontakt@polskakatolicka.org>

Pewnego dnia, w średniowiecznym Rzymie, spotkali się trzej wielcy święci: św. Dominik, św. Franciszek z Asyżu i św. Anioł z Góry Karmel. Rozpoznali w sobie Bożych wybrańców, a Duch Święty natchnął ich do proroczych słów…

To wtedy padło jedno z najbardziej poruszających proroctw o przyszłości Kościoła:

„Pewnego dnia świat zostanie ocalony przez Różaniec i Szkaplerz”.

Te słowa Świętego Dominika nabierają dziś wielkiej wagi.
Dlaczego? Bo stoimy na krawędzi duchowego upadku.

Deprawacja, demoralizacja, odejście od wiary – to codzienność, z którą musimy się mierzyć. Ale Maryja – Matka i Królowa – nie zostawiła nas bezbronnymi.

Dlatego przypominamy tę niezwykłą historię, sięgającą proroka Eliasza, Góry Karmel, objawień Matki Bożej św. Szymonowi Stockowi oraz cudownych obietnic z tym związanych.
Poznaj pełną opowieść o Szkaplerzu karmelitańskim, Matce Bożej z Góry Karmel i św. Szymonie Stocku, który usłyszał:

„Kto umrze odziany w ten Szkaplerz, nie zazna ognia piekielnego”. Ten znak ochrony Maryi nie jest tylko dla zakonników – ale dla każdego, kto z wiarą i miłością powierzy Jej swoje życie.

Przeczytaj cały artykuł tutaj:
Kliknij, aby poznać niezwykłe świadectwa i obietnice Maryi Udostępnij ten tekst – i rozważ ponowne przyjęcie Szkaplerza lub jego przyjęcie po raz pierwszy.
Z Maryją, Matką Szkaplerza i Królową Polski,
Rafał Topolski
Polska Katolicka, nie laicka
PS. W artykule przeczytasz również o tym, co łączy objawienia z Fatimy ze Szkaplerzem. To lektura, która przemienia serca.

BARDZO KRÓTKA HISTORIA DOBREGO PIESKA. V. Andrzej Sarwa

Andrzej Sarwa AZOR. opowiadania o psach

3.

MALUSZEK

BARDZO KRÓTKA HISTORIA DOBREGO PIESKA

W sobotę 11 listopada 2017 roku było dość zimno, a powietrze przesycała wilgoć przemieszana z czymś jeszcze, z czymś nieokreślonym… jakby jakimś chwytającym za duszę smutkiem…

Przyszedł cichutki, wystraszony, prowadzony na długiej parcianej smyczy, z przybrudzoną niebieską obróżką na szyi. Chudy kundelek, wynędzniały, z zapadniętymi bokami, ze zmatowiałymi ślepkami.

„Czyżby tracił wzrok? Jak sobie poradzimy ze ślepym psem?… – przemknęło mi przez głowę. – I to jeszcze na dodatek starym, bo – jak określili weterynarze – miał dziesięć, a może nawet jedenaście lat… a na dobitkę chorym i to poważnie chorym na serce”.

Ponieważ sam takiej przypadłości doświadczam, to dobrze wiem, czym ona jest.

Ale decyzja o przygarnięciu sędziwego, słabiutkiego i zabiedzonego psa podjęta była świadomie. Powodów po temu było kilka – leciwy i niezdrowy, więc jest szansa, że mnie nie przeżyje, bo gdyby miało być inaczej, a po mojej śmierci, jeśli by nie miał kto, lub nie chciał się nim nikt zaopiekować, to co by to stworzenie czekało? Jaki los? Co prawda byli tacy, którzy pukali się w głowę, doradzając przyjęcie pod dach szczeniaka, ale nawet ich słuchać nie chciałem.

– Czy udręczonemu zwierzęciu, które w życiu zaznało tylko głodu, i poniewierki, kija i kopniaków nie trzeba dać choćby trochę serca i zapewnić bezpieczny dach nad głową? Czy nie zasługuje na codzienną pełną miseczkę czegoś pożywnego, smakowitego, a nie tylko na skórkę suchego chleba czy resztki z obiadu i – jeśli się „panu” albo „pani” przypomni – może i odrobinę wody?

Tak więc decyzja zapadła. Ostateczna i nieodwołalna.

Dopełniliśmy formalności, a właściwie zrobiła to moja córka Marta, bo to ona – oficjalnie – miała być jego właścicielką. Podpisała papiery i został z nami…

– Nazwałyśmy go Słodziak, bo jego prawdziwego imienia nie udało się nam poznać – powiedziała jedna z pań, które przywiozły psiaka.

– Słodziak? – skrzywiłem się i raz jeszcze bacznie przyjrzałem się kundelkowi. – Dla mnie to Maluszek. Tak właśnie, Maluszek.

– No to… niech będzie Maluszek, jeśli pan woli. I powiem państwu, że naprawdę mu się udało, bo takie psy praktycznie nie mają szansy na adopcję.

– A to czemu?

– Bo stary, bo poważnie chory, bo najwyraźniej po przejściach, bo mały, bo czarny, no i bez ogona.

– No tak – skinąłem głową – jakiś łotr obciął mu ogonek przy samym tyłeczku…

Maluszek jak gdyby zrozumiał, o czym mowa i pewnie chcąc wkupić się w nasze łaski śmiesznie, kilka razy, pokręcił tym swoim kuperkiem, bo zamerdać nie miał przecież czym.

W końcu trzasnęła furtka, samochód parkujący przed naszym domem odjechał…

Zostaliśmy z Maluszkiem sam na sam…

Piesek stanął przede mną i spojrzał mi w oczy, najwyraźniej z obawą co go teraz czeka…

* * *

Nasza kundliczka Rudzia – prawie jamnik! – raz i drugi ostrożnie obwąchała nowego domownika, a potem trąciła go swoim czarnym nochalem, uśmiechając się całym pyskiem i zapraszając Maluszka do zabawy. Poskakali trochę w ogródku na trawniku, udając, że walczą ze sobą, a potem – gdy znudzona Rudzia – zostawiła go samego, zawołałem pieska do domu.

Dreptał posłusznie, trzymając się mojej nogi, jakby był do niej przyklejony i bał się, bardzo się bał, czego nie był w stanie ukryć… chociaż chyba nawet nie próbował…

– Piesku, nie bój się już, nie drżyj – szepnąłem, nachylając się ku niemu, a on ten szept usłyszał, ale czy zrozumiał? Chyba nie. Najpierw bowiem się skulił, a później zadzierając łebek, spojrzał tylko na mnie tymi swoimi zmętniałymi ślepkami, w których była jakaś jedna, jedyna najogromniejsza prośba. Jaka? Tego jeszcze wtedy nie umiałem zgadnąć… i musiało minąć sporo czasu, żebym pojął, o co on wtedy bezgłośnie wylękniony żebrał: „Nie bij mnie…” – takie to, bez wątpienia, było to jego nieme błaganie…

Zdezorientowany rozglądał się po domu.

– Zrobimy eksperyment – powiedziałem. – Zobaczymy, co też on jada. W kuchennej szafce leżała garstka wysuszonych na kamień skórek chleba, które pewnie miały jakieś tam przeznaczenie kulinarne. Wziąłem jedną z nich i podsunąłem Maluszkowi pod nosek. Nieomal rzucił się na nią i w mgnieniu oka rozgryzł, przełknął i patrząc się na mnie, najwyraźniej czekał na więcej. Chudzina…

– Oj bracie! Toś ty musiał mieć w życiu niebywały wręcz dobrobyt! Idziemy!

Podreptał posłusznie, stukając pazurkami o podłogę. Otworzyłem lodówkę, odkroiłem kawał kiełbasy, a on wpatrywał się w nią, z nieskrywaną nadzieją przełykając ślinę.

– Chodźmy dalej, tu cię nie będę karmił.

Rozsiadłem się wygodnie w swoim pokoiku na wersalce, Maluszek zaś przycupnął na swojej chudej, kościstej dupinie tuż przed moimi nogami. Odkrawałem plasterek po plasterku i podawałem mu wprost do pyszczka, a on te kęsy w mgnieniu oka pochłaniał, jakby w obawie, że tylko może raz coś tak niezwykłego mu się przytrafiło, albo, że mu je ktoś odbierze. A może i jedno i drugie.

Zdrętwiała mi noga, więc ją odruchowo wyprostowałem. Pies gwałtownie odskoczył ode mnie, przewrócił się na bok i począł trząść się ze strachu, znów z przerażeniem patrząc mi w oczy. Wyciągnąłem rękę w jego stronę, żeby go pogłaskać, ale jego strach jeszcze się wzmógł. Odwrócił się na grzbiet, podkulił łapy, odsłaniając brzuszek, jakby chcąc mi w ten sposób powiedzieć: „Widzisz, jestem całkiem bezbronny, bez reszty ci się podporządkowuję i oddaję ci moje życie…” Jednocześnie w jego zamglonych ślepkach znów dostrzegłem tę niemą prośbę: „Proszę… nie bij mnie… proszę…”

– Maluszku! Coś ty?! Nie bój się chłopaczyno! Masz tu jeszcze trochę kiełbasy. Nie chcę być twoim panem, ale przyjacielem!

Lecz on wciąż leżał na grzbiecie, odsłaniając najwrażliwsze części ciała, dygocąc ze strachu.

Zamilkłem i zamarłem w bezruchu z tym kawałkiem kiełbasy wyciągniętym w jego stronę.

Uspokajał się. Powoli, z wahaniem usiadł, nieufnie zerknął na moją nogę, ale ostatecznie, przezwyciężywszy strach, zjadł kolejną porcję bynajmniej nie najtańszej z wędlin. Tę gorszą zostawiłem dla ludzi, bo przecież piesek na powitanie musiał być naprawdę godnie przyjęty.

Przydreptała Rudzia, zerknęła na kundelka, zerknęła na mnie, zerknęła na kiełbasę… Swoją porcję ostrożnie wzięła w zęby, jakby niezdecydowana do końca czy aby to jej posmakuje. Ostatecznie jednak pogryzła i przełknęła. Królewna!

* * *

Maluszek dostał – wzgardzone niegdyś przez Rudzię – wygodne, mięciuchne i dość obszerne legowisko, w którym podesłaliśmy mu stary, sprany niebieski ręcznik frotowy, który wypożyczyły nam dziewczyny ze schroniska, żeby zapachem przypominał mu wcześniejsze miejsce – jego klatkę, czy też kojec, bo same nowe zapachy mogłyby niezbyt dobrze wpływać na psiaka, wywołując lęk, niepokój, poczucie zagrożenia.

Ale niezadługo ów ręcznik przestał pełnić funkcję Maluszkowego posłania i został zastąpiony piękną, puszystą, mięciuchną i ciepłą skórką baranią.

Zmieniliśmy mu także obróżkę ze starej niebieskiej, na nowiutką czerwoną.

* * *

Mijał dzień za dniem… jesień się kończyła, zaczynała zima. Codzienne spacery we troje – ja z Maluszkiem na smyczy i Rudzia przodem biegająca wolno. Ach! Co to były za szczęśliwe wyprawy! Ile śladów na śniegu, ile zapachów! Oboje z nosami przy ziemi. Oboje przepełnieni psim szczęściem.

Ale nie zawsze tak było, przychodziły i dni zimne, wietrzne i dżdżyste, słoty ciągnące się tygodniami albo na odmianę ściskał mróz, a zadymka zasypywała nasze spacerowe ścieżki.

I tak to – raz smutniej raz weselej upływał czas. Słońce wschodziło, słońce zachodziło, topniały śniegi, zieleniały trawy, złociły się kępy podbiałów i kaczeńców, żółciły się, oblepione kwiatami, drzewa dereniowe, morelowe sady białe od kwiecia wabiły pierwsze pszczoły, a potem upojnie, gorzkawo, migdałowo pachniały rozkwitłe śliwy, delikatne wonie smużyły się z kremowobiałych kwiatów grusz, różowiły się jabłonie…

Maje oszalałe od barw i zapachów: fioletowych bzów-lilaków, kremowobiałych baldachów bzów dzikich, głogów czerwonych i białych, od kalin, jaśminów, od bladoróżowych róż dzikich, które się porozsiadały po zdziczałych ogrodach, po miedzach i po ugorach…

* * *

Maluszek nabierał ciała, już nie miał zmętniałych ślepek. Coraz częściej się uśmiechał i zdawało się, że teraz wreszcie jest w pełni szczęśliwy.

Cóż, jednak nie. Rudzia w końcu zobaczyła w nim konkurenta, który nie odstępował mnie na krok, a gdy pracowałem przy biurku, nieustannie warował u moich stóp z główką ułożoną na wyciągniętych łapach.

I Rudzia zaczęła przepędzać Maluszka z każdego miejsca. Najpierw odebrała mu wymoszczone baranią skórą legowisko. Potem przegnała go z drugiej skórki, którą Marta rozesłała mu gdzie indziej. Ale i stamtąd został wyrugowany. Moja wersalka, gdzie uwielbiał leżeć, także stała się dla pieska zakazana. Ostatecznie zostało mu miejsce na dywanie, ale jeszcze częściej goła podłoga.

W końcu wymyśliliśmy, że w ciasnym kąciku między moim biurkiem a wersalką rozścielemy mu starą narzutę, pod którą ukryjemy miękką i cieplutką skórę baranią. I dopiero na to Rudzia dała się nabrać. Chociaż… chyba nie do końca, ale miejsce było tak mało atrakcjine, że łaskawie go nie zajęła.

Lecz Maluszek, chociaż czasem tam się kładł, robił to jakby ukradkiem i gdy tylko Rudzia pojawiała w pobliżu, dyskretnie opuszczał i to legowisko…

* * *

Choć nie był najważniejszy w naszym małym dwupsowym stadku, gdzie Rudzia wywalczyła sobie pozycję liderki, Maluszek odnosił sukcesy w innych obszarach, ot jak choćby w taki sposób, że jego zdjęcie znalazło się na pierwszej stronie okładki zbiorku opowiadań o psach (i to w trzech językach) zaprezentowanej na targach książki w Krakowie! A gdy dodać do tego e-book i audiobook, to widać było pełen Maluszkowy celebrycki sukces! Tyle że dla piesków takie rzeczy nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.

Chyba ważniejsze dla niego było to, że założyliśmy naszą chłopacką bandę, której przywódcą został, co oczywiste, Maluszek i razem wędrowaliśmy po dróżkach i ścieżkach, a w domu zawsze trzymaliśmy się razem.

Tak czy inaczej – teraz już nie był sparszywiałym kościotrupkiem bez sierści, jakim go znaleziono, gdy – ponoć – z najwyższym trudem wlókł się środkiem ruchliwej ulicy, która bardziej prowadziła go pod koła rozpędzonych samochodów, niż w jakiekolwiek dobre miejsce, ale widocznie czasem i nieszczęśliwe pieski otrzymują w prezencie od Pana Boga odrobinę ulgi w cierpieniu i garstkę miłości…

* * *

Czas ciągle gnał, gnał nieubłaganie… Minął rok i minęła ta przerażająca hukiem fajerwerków Noc Sylwestrowa, gdy ludzie bezrozumnie się cieszą, iż znów o krok przybliżyli się do śmierci, i gdy to przerażony Maluszek najchętniej skryłby się pod ziemią, lecz najczęściej chował się w brodziku pod prysznicem w łazience, albo przynajmniej na płytkach podłogi w pobliżu umywalki.

Tam był jego azyl, chociaż może to niezbyt odpowiednie słowo, bardziej chyba pasuje tu inne – kryjówka, z której korzystał także, gdy grzmiało za oknem, pioruny z łoskotem uderzały w ziemię, a błyskawice zimnym blaskiem rozświetlały niebo.

A później znów słońce wychodziło spoza chmur, a potem liście dzikiego wina nabierały ciemnopąsowej barwy, klony okrywały się złotem i czerwienią, brzozy i wiązy żółkły, brązowiały dęby, a po wąwozach zbierała się mgła… I znów nieubłaganie zbliżała się kolejna Noc Sylwestrowa…

* * *

Maluszek słabł. Coraz więcej posiwiałych kudełków pojawiało się na jego grzbiecie, kontrastując z czarnym futerkiem, podpalanym na brzuszku i szyi i białawym na pyszczku.

Coraz bardziej słabło Maluszkowe serduszko. Coraz bardziej i coraz częściej kaszlał… a jakby tego było mało, zaczęły się i inne dolegliwości. Być może zaczął mu się formować bolesny guz u wylotu przewodu pokarmowego, bo czynności fizjologiczne sprawiały mu tak dotkliwy ból, że nie umiał pohamować niesamowitego, wręcz przeraźliwego zawodzenia ostatecznie przechodzącego w straszny krzyk, bo inaczej nie dało się tego głosu nazwać.

Weterynarz tylko raz odważył się pieska uśpić i zbadać, co też on ma w tych swoich kiszeczkach. Oczyścił to i owo, ale niczego konkretnego – jak powiedział – nie wymacał. Maluszek z trudem wybudził się z narkozy.

I od tamtej pory już wiedzieliśmy, że nie pozostaje nic innego, jak tylko wspomagać go lekarstwami i oczekiwać, aż nadejdzie ostateczny kres jego chorób… tyle że zdawało się nam, iż to – tak naprawdę – nigdy nie może się wydarzyć.

* * *

Minęła nędzna wiosna 2020 roku – roku diabła, roku dotkniętego przekleństwem obsesyjnego lęku mas przed śmiercią, która rzekomo chciała ich dopaść i unicestwić, anihilować… lęku przed odejściem w niebyt, bo nawet i ci, którzy się uważali za osoby religijne, skłaniali się raczej ku wierze, że po ustaniu krążenia ustaje wszystko i nie ma już niczego…

Przyszedł ładniejszy nieco czerwiec i wtedy Rudzia zaczęła odmawiać wychodzenia na spacery, więc chodziliśmy tylko my dwaj – nasza chłopacka banda, czyli ja i Maluszek.

Ptaki, których trele wiosną niosą się zewsząd, z koron drzew, z zarośli i z jakichś niedookreślonych miejsc teraz zamilkły – zapanowała jakaś i przygnębiająca i jakby groźna cisza.

Było coraz smutniej…

W końcu i Maluszek coraz niechętniej dreptał przede mną, co kilka, kilkanaście kroków przystając zdyszany i bardzo zmęczony… I ten kaszel… kaszel, który go dręczył i za dnia i w nocy… Leki przestawały już skutkować.

Nasze spacery, każdego dnia krótsze, dawały nam coraz mniej przyjemności, a były tylko jakimś codziennym rytuałem i niczym już więcej…

I tak przemijało lato…

* * *

Maluszek jadł coraz mniej. Niby jeszcze w czasie obiadu siadał przy moich nogach i wpatrywał się we mnie, ale już nie prosił o co smakowitsze kąski, jakie mu zwykle podtykałem pod nosek. Siadał tak i patrzył tak, bo to też stanowiło rodzaj pewnego rytuału.

* * *

Niedzielny dzień 6 września 2020 roku obudził się smutny, a z nieba zaciągniętego chmurami zaczął padać drobny deszcz.

Wbrew obawom, że psy nie zechcą pójść na spacer, to jednak wyjątkowo chętnie, jak nigdy od wielu już miesięcy, wybiegły za furtkę.

Rudzia wyprzedzała mnie, jak to miała w zwyczaju, a Maluszek z roześmianą mordką węszył, buszował w trawie i pogryzał jej źdźbła. Tak szczęśliwego nie widziałem go chyba nigdy, od kiedy zamieszkał pod naszym dachem!

„– Mój Boże – pomyślałem – wreszcie mu się poprawiło! Najwyraźniej zdrowieje!”

Ciągnął smycz z takim zapałem, że ledwo mogłem za nim nadążyć! I był to wspaniały spacer, przeszliśmy całą tę trasę, jaką przemierzaliśmy od lat, najpierw z Rudzią, a potem z obojgiem, a która w ciągu ostatniego półrocza skurczyła się nam więcej niż o połowę!

Mżawka się nasiliła, aby dość szybko przejść w spokojny słaby deszcz. Przyśpieszyliśmy.

Gdy dotarliśmy do podwórka i zatrzasnąłem furtkę, do drzwi domu szliśmy już w ulewie.

Poczekaliśmy w przedpokoju, aż Marta powyciera ubłocone łapy i zmoknięte futerka.

Rudzia położyła się zaraz na skórce baraniej w pokoju Marty, a Maluszek nie odstępował mnie nawet na krok. Gdy pracowałem na komputerze, leżał na podłodze obok moich stóp, gdy zaś siadałem na wersalce, żeby rozprostować kręgosłup, wskakiwał i przycupnąwszy obok, wpatrywał mi się w oczy, długo, głęboko, jakoś tak dziwnie, jak nigdy dotąd, aż przechodził mnie dreszcz.

W czasie obiadu zawzięcie się domagał, żeby się z nim dzielić, czego nie robił już od tygodni, więc mu nie skąpiłem najlepszych kąsków, za co dziękował mi uśmiechniętą mordką. Byłem pewny, że on naprawdę zdrowieje…

* * *

Nastawał wieczór. Za oknem deszcz się nasilił. Strugi wody spływały po szybach, grube krople bębniły w parapet.

Gdy zaczęło zmierzchać, psy dostały kolację, którą zjadły ze smakiem.

A potem… potem Maluszek zaczął kaszleć, coraz bardziej i bardziej…

Dżdżysta noc… Mrok jakiś przerażający i to bębnienie kropel w blaszane parapety…

Maluszek kaszlał, już prawie bez przerwy. Noc zgęstniała, a ulewa się nasilała.

W końcu kaszel jakby trochę zelżał. Piesek odrobinę uspokojony położył się na podłodze, wciskając się pod moją wersalkę. Pomyślałem, że może to na dzisiaj koniec jego cierpień, że teraz się uspokoi, uśnie i rano wszystko będzie dobrze, jak każdego wcześniejszego poranka.

Byłem zmęczony, bardzo zmęczony, położyłem się więc i ja. Przyłożyłem głowę do poduszki i po jakimś czasie znalazłem się na pograniczu jawy i snu. Nie wiem, jak długo spałem, ale chyba dość krótko, bo bardzo prędko wróciłem do całkowitej przytomności, kiedy to Marta weszła do pokoju i powiedziała przez łzy:

– Tato… Maluszek umiera…

Podźwignąłem się, usiadłem na wersalce, a potem wstałem i poszedłem za nią.

Leżał w łazience na gołych i zimnych płytkach posadzki tak biedny i wystraszony jak jeszcze chyba nigdy przedtem.

Marta usiadła na podłodze obok niego. Spojrzał na nią z nadzieją, że mu pomoże, że go ochroni, jak zawsze, gdy grzmiało, albo eksplodowały sztuczne ognie. Podźwignął się nawet nieco, przytulił się pyszczkiem do jej policzka, a potem znowu osunął się na płytki, na gołe białe, zimne płytki i ułożył głowę na wyciągniętych łapach.

Piesek bardzo chciał odpocząć, ale wrócił kaszel tak straszny, że aby się nie udusić musiał siadać. I tak to trwało i trwało… aż zaczęła się agonia… a gdy zaczął już charczeć… było jasne, że jego psia droga ostatecznie dobiega kresu, lecz było też widać, jak bardzo i boi się i nie chce umierać…

A podobno psy mają tylko instynkt i nie mają samoświadomości, rozumu, uczuć ani duszy… Skąd zatem ten lęk przed umieraniem, przed śmiercią? No skąd? Odpowiedzcie mi nieprzyjemni mądrale!

Przykucnąłem naprzeciw Maluszka, a on od czasu do czasu resztką sił kierował swoje brązowe ślepka to na mnie, to na Martę, jakby prosząc, byśmy go osłonili przed tym, co nadchodziło groźne i przerażające, tak jak zawsze dotąd chroniliśmy go przed pomrukami burzy, czy hukiem noworocznych fajerwerków…

A może miał nadzieję, że to jeszcze nie teraz? Przecież był w tym swoim schowanku, w swojej – jak dotąd zawsze bezpiecznej skrytce, w tym swoim azylu, a my byliśmy przy nim, tuż obok, obydwoje.

Ale to już było dogasanie…

Odchodzenie się przeciągało, za oknem mroczyła się długa noc i straszna ulewa potokami spływała z chmur.

Patrzyłem przez łzy na Maluszka i doszedłem do przekonania, że on chyba już pogodził się z losem i że gotów byłby umrzeć, ale teraz trzymał się życia wyłącznie dla nas – dla mnie i dla Marty, najwyraźniej nie chcąc nam sprawić zawodu, bo widząc nas czuwających obok, uznał, że swoim odejściem przysporzyłby nam smutku i pewnie jeszcze więcej łez… więc cierpiał i walczył z agonią…

– Martuniu – powiedziałem, idąc do swojego pokoju – zostaw go samego, on przy tobie nie odejdzie.

Więc z mokrymi oczami zostawiła go w tej łazience na tych zimnych płytkach obok umywalki, podniosła się z posadzki i odeszła, ale on jeszcze resztką sił dźwignął się na łapy i przywlókłszy do mojego pokoju, usiadł tuż przed moimi stopami i spojrzał mi w oczy.

A ja… a ja niczego nie mogłem… bezsilny…

– Maluszku-Paluszku… zostawiasz mnie samego… nie będzie już naszej chłopackiej bandy… Maluszku kochany… chłopaczyno… – szeptałem.

Już nie mógł dłużej siedzieć i gdzieś odszedł, a ja nie podążyłem za nim, bo wiedziałem, że jeśli pójdę, to znowu agonia się przeciągnie…

W końcu ze zmęczenia przysnąłem i znowu obudził mnie głos Marty:

– Tato… Maluszek… tym razem już…

Tak… już. Teraz wiedziałem, że to już…

Nie było go w łazience. Leżał w saloniku pod oknem, na gołych deskach podłogi, tam, gdzie nigdy się nie kładł ani on, ani Rudzia… tam sobie znalazł ostatnie miejsce pod naszym dachem…

Jego ostatni wydech był podzielony jakby na trzy odrębne – pierwszy był najsilniejszy, drugi słabszy, a wraz z trzecim wyszła z niego resztka powietrza razem z małą dobrą psią duszyczką… a małe schorowane serduszko wreszcie przestało go boleć… i opuściły go już wszystkie lęki.

Był poniedziałek 7 września, godzina 1:20.

Za oknem nieustający szum ulewy… woda wciąż spływała potokami z chmur… więc nie można go było wynieść na dwór, musiał zostać do rana tu, gdzie odszedł poza granicę życia. Więc został.

Marta owinęła go narzutą, którą kładła na tej jego baraniej skórce… na tej skórce, na której nawet bał się leżeć.

Był u nas przez dwa lata i niespełna dziewięć miesięcy…

Płakałem, Marta płakała, niebo płakało… Rudzia obwąchała tego małego trupka i odeszła na bok i też miała jakieś takie wilgotne oczy.

I to był koniec.

Została po nim czerwona obróżka, której nie pozwalał sobie zdejmować, bo była dla niego jakby symbolem tego, że jest nasz, a my należymy do niego.

Wahałem się, czy mu nie zostawić tej obróżki, ale ostatecznie zdjąłem ją rano ze stężałej już pośmiertnie szyi.

Nie, ja nie wierzę, że ta obróżka ta stara czerwona obróżka to wszystko, co zostało po Maluszku, a jego już nie ma… że go w ogóle nie ma, że się rozpłynął w nicości, że żył owe trzynaście czy czternaście lat, z czego dziesięć w nieopisanej nędzy i udręczeniu, a potem po prostu przestał istnieć…

Czy cierpienia zwierząt niezawinione, niezasłużone nie mają żadnego znaczenia i żadnego sensu?…

Mam nadzieję, że Pan Bóg patrzy na to wszystko inaczej niż my i że w swoim domu ma tyle miejsca, że może tam dać schronienie wszystkim dobrym ludziom i wszystkim zwierzętom.

Czy zatem spotkamy się jeszcze mój mały przyjacielu – Maluszku-Paluszku, chłopaczyno kochana? Czy kiedyś spotkamy się jeszcze? Bo z oczu ciągle płyną te łzy głupie, jakbyś najbliższą był dla mnie rodziną…

A gdy już przycupniesz u stóp Najwyższego, popatrz mu głęboko w oczy i wstaw się za mną… On zrozumie… i może cię wysłucha?…

I to już koniec historii małego dobrego pieska, który miał tak smutne życie i tyle krzywdy doznał od ludzi, że nigdy nie przestał się ich bać…

* * *

To co Rudziu? Komu teraz z brzegu?

W tej wędrówce we mgle i pomroce

Albo w słońcu po puszystym śniegu

Po tej drodze ludzkiej i sobaczej?

Już Maluszek wyprzedził nas w biegu…

Moje serce zdławione wciąż płacze…

Chodź kochana! Biegnijmy za psiną!

Dobiegnijmy za nim do bram raju,

Za którymi już nic nie zaboli,

Gdzie psy dobre anieli witają!…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Hi, hi.. Zdradek w akcji ! MSZ interweniuje w Watykanie. Ministerstwo oburzone wypowiedziami biskupów na temat rządów w Polsce i nielegalnej imigracji

15 lipca 2025

MSZ interweniuje w Watykanie. Ministerstwo oburzone wypowiedziami biskupów na temat rządów w Polsce i nielegalnej imigracji

#bp Antoni Długosz #bp Wiesław Mering #dyplomacja #imigracja #msz #Radosław Sikorski #ruch obrony granic #rząd donalda tuska #Stolica Spostolska #Watykan

(Szef MSZ Radosław Sikorski, fot. Jacek Szydlowski / Forum)

Ministerstwo Spraw Zagranicznych wystosowało oficjalne stanowisko w sprawie wypowiedzi bp. Antoniego Długosza oraz bp. Wacława Meringa. Obaj emerytowani hierarchowie zdecydowanie skrytykowali politykę migracyjną Polski i Unii Europejskiej. Władze polskiego MSZ nie kryją oburzenia i domagają się od Watykanu ukarania biskupów.

Oficjalne stanowisko MSZ w tej sprawie – tzw. demarche – zostało przekazane przez Ambasadora Rzeczpospolitej przy Stolicy Apostolskiej. Dyplomata przekazał je we wtorek 15 lipca Javierowi Domingo Fernándezowi Gonzálezowi, Szefowi Protokołu Dyplomatycznego Stolicy Apostolskiej. W dokumencie strona polska wyraża oburzenie niedawnymi i jak ocenia to MSZ – „niedopuszczalnymi wypowiedziami” biskupów Długosza oraz Meringa.

„Nie ma naszego przyzwolenia na wypowiedzi zawierające krzywdzące i niedopuszczalne słowa, które godzą w fundamentalne zasady godności człowieka, a także suwerenność rządu Rzeczypospolitej Polskiej” – czytamy w demarche przekazanym Stolicy Apostolskiej. W stanowisku MSZ wskazano, że wypowiedzi biskupów reprezentujących Episkopat Polski i Kościół katolicki, podważają stosunki polsko-niemieckie i oczerniają rząd. MSZ – zarządzany przez Radosława Sikorskiego – twierdzi również, że słowa hierarchów „oznaczają wyraźne poparcie dla środowisk nacjonalistycznych”.

Przypomnijmy, że w swojej wypowiedzi bp Antoni Długosz poparł działalność Ruchu Obrony Granic, który patroluje granicę polsko-niemiecką, utrudniając przerzucanie do Polski grup nielegalnych imigrantów. Z kolei bp Wacław Mering krytycznie ocenił rząd Donalda Tuska i jego politykę migracyjną mówiąc: „rządzą nami ludzie, którzy określają się jako Niemcy”. Następnie dodał, że „granice naszego kraju są zagrożone zarówno od zachodu, jak i od wschodu”. Rząd Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050, PSL oraz Lewicy określił mianem „politycznych gangsterów”.

„Słowa dwóch przywołanych biskupów są hańbiące i niegodne reprezentowanej przez nich instytucji oraz wiernych pozostających w ich opiece” – stwierdziło polskie MSZ w demarche skierowanym do Stolicy Apostolskiej.

„Uprzejmie sugerujemy wyciągnięcie stosownych konsekwencji wobec biskupa Wiesława Meringa oraz biskupa Antoniego Długosza, aby podobnie niefortunne, kłamliwe i nieuzasadnione wypowiedzi nie pojawiały się w przyszłości w dyskursie publicznym, szargając dobre imię Kościoła katolickiego, instytucji tak istotnej i nierozerwalnie związanej z dziejami Państwa Polskiego od jego powstania po dzień dzisiejszy” – napisano w oficjalnym stanowisku przekazanym Szefowi Protokołu Dyplomatycznego Stolicy Apostolskiej.

Zdaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wypowiedzi bp. Antoniego Długosza oraz bp. Wacława Meringa godzą również w zapisy Konkordatu podpisanego 28 lipca 1993 r. między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą.

Wypowiedzi biskupów na łamach PCh24.pl skomentował Paweł Chmielewski, który stanął w obronie hierarchów, uzasadniając, że mieli racje wypowiadając słowa krytyki pod adresem rządu Donalda Tuska. „Dobrze, że polscy biskupi aktywnie angażują się w politykę. To rzecz konieczna, bo Chrystus jest królem nie tylko naszego życia domowego, ale całego życia społecznego.Polityka, żeby była sprawiedliwa, musi być Chrystusowa. Biskupi i księża muszą mieć odwagę nazywać po imieniu błędy, problemy i patologie. Trzeba przy tym zachować roztropność medialną, pamiętając, jak łatwo da się manipulować w sieci wyrwanymi z kontekstu słowami” – napisał Chmielewski.

Pełen tekst jest dostępny w tym miejscu: https://pch24.pl/jasna-gora-biskupi-mering-i-dlugosz-powiedzieli-prawde/

Źródło: msz.gov.pl

WMa

https://pch24.pl/jasna-gora-biskupi-mering-i-dlugosz-powiedzieli-prawde/embed/#?secret=vi7DkJsDLB#?secret=EfdtXlSnZQ

Rand Paul demaskuje farsę. Dr „pandemia” Fauci ułaskawiony tzw. automatem -autopen.

15 lipca 2025

Rand Paul demaskuje farsę. Dr „pandemia” Fauci ułaskawiony tzw. automatem

https://pch24.pl/rand-paul-demaskuje-farse-dr-pandemia-fauci-ulaskawiony-tzw-automatem

(Minister Adam Niedzielski i Anthony Fauci, zarządzający reżimem sanitarnym w USA. Fot. Twitter/Ministerstwo Zdrowia)

Senator Rand Paul, republikanin z Kentucky, zamierz ponownie zakwestionować ułaskawienie dr. Anthony’ego Fauciego, do którego doszło za poprzedniej prezydentury. Odpowiedni wniosek ma trafić do Departamentu Sprawiedliwości po tym, jak potwierdzono, iż jego ułaskawienie zostało autoryzowane za pomocą „autopenu”, czyli urządzenia służącego do automatycznego powielania podpisu.

Dzisiaj ponownie zwrócę się do Departamentu Sprawiedliwości Trumpa z wnioskiem o skierowanie sprawy karnej przeciwko Anthony’emu Fauciemu – oznajmił w poniedziałek senator.

Pierwotny wniosek senatora domagającego się wszczęcia postępowania karnego przeciwko Fauciemu, byłemu dyrektorowi Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID), doradcy medycznemu byłego prezydenta Joe Bidena, miał miejsce w 2021 r. Polityk oskarżył Fauciego o kłamstwo przed kongresem w sprawie finansowania badań nad wzmocnieniem funkcji wirusa powodującego  COVID-19 w Instytucie Wirusologii w Wuhan. Kolejny miał miejsce w 2023 r. i dotyczył sprawy pochodzenia wirusa.

Rand Paul zarzuca Fauciemu krzywoprzysięstwo.

Tym razem senator powołał się na nowy raport, który ujawnił, że wnioski o ułaskawienie i inne dokumenty były podpisywane nie przez samego prezydenta, schorowanego Joe Bidena, lecz tak zwany autopen. To urzędnicy Białego Domu mieli autoryzować podpisy prezydenta na licznych dokumentach.

„New York Times” doniósł, że e-maile wskazują, iż szef sztabu Bidena, Jeff Zients, ostatecznie zatwierdził użycie funkcji autopen do prewencyjnego ułaskawienia Fauciego i byłego szefa sztabów generała Marka Milley’a, dwóch głównych krytyków Trumpa” – podaje Fox News.

W ostatnich miesiącach prezydentury Joe Bidena, podpisano większość z ponad 4000 wniosków o ułaskawienie. Obecny prezydent Donald Trump i republikańscy kongresmeni wątpią, by zdolności poznawcze byłego prezydenta  pozwalały na świadome podpisanie tych dokumentów.

Trump zażądał od prokurator generalnej Pam Bondi wszczęcia śledztwa w sprawie użycia przez Bidena „autopena[a może to była jego pieleŋniarka? md] , a republikanie w Senacie i Izbie Reprezentantów przeprowadzili własne przesłuchania w tej sprawie.

W poniedziałek Trump zaznaczył w rozmowie z dziennikarzami, że domniemane użycie przez Bidena „autopena” do podpisywania dokumentów, to prawdopodobnie „jeden z największych skandali, jakie mieliśmy od 50 do 100 lat”. – Gwarantuję wam, że nic nie wiedział o tym, co podpisuje, gwarantuję wam – podkreślił prezydent USA.

Źródło: foxnews.com AS

Dziś ! Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

16.07.2024 Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

16/07/2025 przez antyk2013

W każdą trzecią środę miesiąca

Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita). Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita)

FacebookTwitter

https://www.facebook.com/v17.0/plugins/like.php?app_id=0&channel=https%3A%2F%2Fstaticxx.facebook.com%2Fx%2Fconnect%2Fxd_arbiter%2F%3Fversion%3D46%23cb%3Df9fdd966cc6369acd%26domain%3Dkrucjatarozancowazaojczyzne.pl%26is_canvas%3Dfalse%26origin%3Dhttps%253A%252F%252Fkrucjatarozancowazaojczyzne.pl%252Ff613013c7bfc5ce94%26relation%3Dparent.parent&container_width=0&href=https%3A%2F%2Fkrucjatarozancowazaojczyzne.pl%2F18-12-2024-opole-msza-swieta-i-pokutny-marsz-rozancowy-za-ojczyzne%2F&layout=button&locale=pl_PL&ref=addtoany&sdk=joey&width=90LinkedInEmailWykopPrintGmail

Chiński Kościół: „Watykan promuje naszych wrogów”

Chiński Kościół: „Watykan promuje naszych wrogów”

W chińskiej prowincji Zhejiang miała miejsce nowa fala uwięzień katolickich duchownych i sióstr zakonnych, donosi AsiaNews.it (3 lipca).[Niechluj. Nie podał adresu. Ale szukając, tu można znaleźć, md]

Celem jest nakłonienie podziemnego biskupa Shao Zhumina z Wenzhou w prowincji Zhejiang do przyłączenia się do kontrolowanej przez rząd sekty. Biskup Shao był wielokrotnie aresztowany, zwykle przed ważnymi świętami, takimi jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Ostatnie aresztowanie miało miejsce w kwietniu.

Diecezja Wenzhou liczy około 200 000 wiernych, 46 księży państwowych i ponad 20 księży podziemnych.

Jeden z anonimowych księży powiedział: „Wiemy, że państwo ingeruje w Kościół i nie akceptujemy tego. Ale nie możemy nic z tym zrobić”.

Katolicy akceptują albo prześladowania, albo „ingerencję ateizmu, zakaz chodzenia do kościoła, uniemożliwianie młodym ludziom uczęszczania na katechezę”.

Główny problem: „Watykan milczy, ale promuje oportunistów z Kościoła państwowego, którzy zyskują widoczność i uznanie zarówno w kręgach religijnych, jak i politycznych. Wierni widzą te „sukcesy” i pytają nas: czy stawianie oporu ma jeszcze sens? Chcemy jednak postępować zgodnie z naszym sumieniem„.

Od śmierci papieża Franciszka chińskie władze zintensyfikowały wysiłki mające na celu wyeliminowanie podziemnego Kościoła. Miejsca kultu i krewni podziemnych księży również stali się celem ataków.

Braun contra mainstream, czyli ujadanie chazarczyków

Braun contra mainstream, czyli ujadanie chazarczyków

Autor: AlterCabrio , 15 lipca 2025

I znowu ten Braun, po raz kolejny powiedział coś kontrowersyjnego, jak on tak mógł, teraz przypiszą mu łatkę negacjonisty. Rozmowa Grzegorza Brauna na antenie Radia Wnet, przerwana przez redaktora prowadzącego, w dniu zjazdu antypolskiego w Jedwabnem dostarczyła pożywki do kolejnych głosów krytyki, świętego oburzenia i zarzutów prokuratorskich.

−∗−

Obraz tytułowy: LINK

Braun contra mainstream, czyli ujadanie chazarczyków

I znowu ten Braun, po raz kolejny powiedział coś kontrowersyjnego, jak on tak mógł, teraz przypiszą mu łatkę negacjonisty. Rozmowa Grzegorza Brauna na antenie Radia Wnet, przerwana przez redaktora prowadzącego, w dniu zjazdu antypolskiego w Jedwabnem dostarczyła pożywki do kolejnych głosów krytyki, świętego oburzenia i zarzutów prokuratorskich.

Ale o co ta cała awantura? Ano o jedno zdanie, w który obok siebie znalazły się słowa: „Auschwitz”, „komory gazowe” i „fake”. Następnie Grzegorz Braun spokojnie wyjaśnił, że chodzi o to, że blokowane są możliwości rzetelnych badań historycznych na terenie obozu koncentracyjnego. Po tym słuchacze stracili możliwość dowiedzenia się pełnej treści, gdyż redaktor przerwał połączenie i przez kolejne około 6 minut wygłaszał swój monolog. W Polskę i świat poszły słowa o tym, że Grzegorz Braun neguje Holocaust i umniejsza rozmiar zbrodni nazistowskich na narodzie żydowskim, a także na polskim, i jeszcze cynicznie próbuje zbić na tym kapitał polityczny.

Link do TEGO nagrania: TUTAJ

Rzecz w tym, że Grzegorz Braun niczego takiego nie powiedział, a wszystkie oskarżenia, wysunięte przeciw niemu przy okazji tej sprawy pochodzą z monologu redaktora prowadzącego, który wygłosił już po rozłączeniu rozmowy (nazwisko pomijam, nie jest tu specjalnie istotne). Powinno się więc raczej redaktora pytać, dlaczego głosi takie tezy, i raczej jemu przyznać autorstwo słów, przypisywanych Grzegorzowi Braunowi. Gdyby pan redaktor pozwolił mówić swojemu gościowi, którego zaprosił na wywiad, zapewne dowiedziałby się, że obecna komora gazowa, pokazywana wycieczkom w Auschwitz została wybudowana przez Sowietów w 1947 roku, że KL Auschwitz został założony w czerwcu 1940 r. dla Polaków, że główne transporty Żydów trafiały do innego obozu, odległego o 3 kilometry – Birkenau, że w Auschwitz była jedna mała komora gazowa, a główne znajdowały się w Birkenau, że sprawy wokół Auschwitz zdominowane są przez narrację żydowską, że nie ma możliwości prowadzenia rzetelnych badań historycznych ani nawet wspominania o potrzebie ich prowadzenia, bo zaraz rzucane są potężne kalumnie, co zresztą potwierdza ta sytuacja.

No i sprawa najważniejsza – polityka historyczna. Cały świat, łącznie z Polakami podziela narrację, że w Auschwitz ginęli głównie Żydzi. Auschwitz stało się światową marką, zarządzaną przez Żydów. Tymczasem coraz bardziej zapomina się o Holocauście Polaków, którzy stanowią większość ofiar Auschwitz, zgładzonych innymi metodami, niż komory gazowe. Nadciąga za to inna, nowa pamięć historyczna – o sprawcach.

W dniu 27 stycznia 2025, z okazji 80-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau roku odbyła się w Krakowie konferencja historyków pod tytułem „My jesteśmy pamięcią. Nauczanie historii to nauka rozmowy” . Konferencja, organizowana przez Związek Nauczycielstwa Polskiego skupiła międzynarodowych historyków i edukatorów historii, szkolonych do szkół, ośrodków pamięci i muzeów, takich, jak Muzeum Auschwitz. To tam właśnie osoba, identyfikująca się jako ministra edukacji Barbara Nowacka odczytała z kartki słowa przemówienia, starannie wcześniej przygotowanego, w którym wprost stwierdza, że obozy zagłady budowali „polscy naziści”. Jakiś czas wcześniej pan Adam Bodnar, wówczas jeszcze RPO oficjalnie wygłosił tezę o polskiej współodpowiedzialności za Holocaust. Istnieje też wiele wypowiedzi polityków polskojęzycznych oraz historyków, głównie żydowskiego pochodzenia o polskiej odpowiedzialności za zagładę Żydów. Coraz mniej za to mówi się o Niemcach i ich odpowiedzialności, a coraz więcej o jakichś niedookreślonych „nazistach”. Ze słów pani Nowackiej możemy się dowiedzieć, z kim będą już niedługo identyfikowani owi naziści. Resort edukacji prowadzi prace nad wielką transformacją polskiej edukacji w unijną, co ma nastąpić już w 2026 roku. Możemy się na razie domyślać, bo prace prowadzone są w ukryciu, czego polskie dzieci dowiedzą się o Holocauście, Auschwitz, komorach gazowych i sprawcach zagłady.

Czytaj o tym: kto tu jest nazistą

O tych sprawach chce głośno mówić Grzegorz Braun, jeden z nielicznych, którzy nie boją się poruszać tego tematu. Bo wszyscy inni nabierają wody w usta lub nadymają się jak balony, zgodnie z klasyczną już maksymą: „niedobra o tym mówić”. Wszyscy wiedzą, z jaką paniką i wstrętem odnoszą się lewaccy politycy i dziennikarze do tych spraw. Próbkę mieliśmy podczas debaty prezydenckiej w Super Expresie. Lewaccy reagują na samo podjęcie tematu jak diabeł na święconą wodę, a potem wznoszą larum, i zawsze dołączają do nich inni oburzeni, unosząc się moralną wyższością, i to również z kręgu tak zwanej prawicy. W tym całym emocjonalnym zgiełku i wyciu ginie gdzieś to co jest istotą – wpływy obcych państw i grup nacisku w Polsce, wpływy szkodzące Polakom i destrukcyjne dla polskiego państwa. O tym się jednak nie mówi, bo wszyscy urządzają rytualne rzucanie klątwy.

Grzegorz Braun, przyjmując zaproszenie z prawicowego (tak się identyfikuje) medium miał prawo oczekiwać, że zostanie chociaż wysłuchany. Tego samego słuchacze mogli oczekiwać od swojej ulubionej rozgłośni. Stało się jednak inaczej – redaktor zachował się według wzorca, utrwalonego przez Rafała Trzaskowskiego. Wiele się po tym pokazało, tak samo, jak po wszystkich poprzednich i następujących reakcjach obydwu mainstreamów: lewackiego i tzw. prawicowego. Przede wszystkim okazuje się, że nie różnią się specjalnie od siebie, przynajmniej w kwestii żydowskich narracji. To prowadzi do dalszych wniosków: mainstream składa się przeważnie z dwóch grup: Chazarów z pochodzenia i ich służących, grzecznie i z radością wykonujących wysługi na ich rzecz, bojących się tylko posądzenia o opieszałość w krzewieniu chazarskiej propagandy.

Wszystkich razem można wrzucić więc do jednego wora z napisem: Chazarczycy.

Lud polski myśli jednak swoje. To już nie te czasy, gdy hegemonię kulturową niepodzielnie sprawowały Gazeta Wyborcza i TVN. Polacy przekonali się już, że w Polsce Niemcowi, Ukraińcowi, Amerykaninowi i nade wszystko Żydowi wolno bardzo dużo, a Polakowi wolno bardzo mało. W ogóle w Polsce wolno bardzo dużo, wszystkim, którzy działają na korzyść bytów innych, niż Polska. Wolno wieszać flagi obcego państwa na polskich budynkach oficjalnych, wolno kłamać bezczelnie antypolsko, wolno rzucać oszczerstwa i kalumnie na Polaków, wolno czcić banderyzm, wolno pleść dowolne bzdury o Polakach i wysyłać je w świat, wolno robić antypolskie filmy i przedstawienia, pisać antypolskie książki i artykuły, a nawet podręczniki szkolne. Wolno też wysyłać do Polski dowolnych ludzi z całego świata i o wszystkie występki oskarżać Polaków. Wolno wreszcie ograbić Polskę i Polaków i odebrane bogactwa przekazać obcym ludom i wrogim państwom. Nie wolno tylko Polakom bronić się przed antypolonizmem, wieszać polskich flag zamiast obcych i strzec własnej granicy. Za to jest moralne i medialne potępienie, hejt, mowa nienawiści, zarzuty prokuratorskie. Polacy jednak coraz wyraźniej to widzą.

Niedawno pan Dawid Mysior w jednej ze swoich audycji zaproponował kryterium odróżniania prawicy od pseudoprawicy. Wyróżnikiem jest kwestia żydowska: kto głosi treści prawicowe, ale nie tyka tego tematu, jest pseudoprawicą. W pełni się z tym zgadzam. Namawiam więc do wielkiej weryfikacji i odróżnienia prawicy od pseudoprawicy, aby wreszcie wiedzieć, kogo należy popierać. A wymiar chazarskiego hejtu powinien przekonać wszystkich dotąd nieprzekonanych.

„Poradnik świadomego narodu” dostępny tutaj: LINK

______________

Braun contra mainstream, czyli ujadanie chazarczyków, Bartosz Kopczyński, 15 lipca 2025

−∗−

Warto porównać:

Grzegorz Braun. Dokończona wypowiedź
«Grzegorz Braun dokończy wypowiedź, która wzbudziła tak duże kontrowersje. Przyznam się szczerze, że nie była to łatwa rozmowa.» −∗− GRZEGORZ BRAUN | JAN POSPIESZALSKI ROZMAWIA −∗− Przerwana audycja: Grzegorz […]

Zanim Francja zakwitła rewolucją – Mazdak – prekursor „postępu”

Andrzej Sarwa

Zanim Francja zakwitła rewolucją – Mazdak – prekursor „postępu”

W Iranie, za panowania szacha Kawada I (488-531 r.), powstała herezja wywodząca się i z manicheizmu i zaratusztrianizmu (głównie jednak z tego pierwszego), odpowiednio „przetworzonych”. Reformy religijnej dokonał naczelny kapłan zartusztriański Mazdak, który był krypto-manichejczykiem, a potem naukę Maniego wzbogacił o doktrynę społeczną, którą można streścić krótko: „wszystko należy porozdawać, a zwłaszcza kobiety”. Populistyczne idee Mazdaka, i popierającego go szacha szybko się rozprzestrzeniły, przyjęte z entuzjazmem głównie przez pospólstwo, natomiast rody arystokratyczne dystansowały się od nich. Omamiony i zwiedziony szach zdecydował się uczynić z mazdakizmu religię państwową, i była takową przez lat czterdzieści.

Mazdak, ogłosił że „Bóg posłał na Ziemię środki do życia, z tym wszakże, by ludzie rozdzielili je sprawiedliwie między sobą” i by nikt nie posiadał więcej od innych. Wedle celnego i dosadnego stwierdzenia imama Ta’abariego, czyli: Abu Jafara Muhammada ibn Jarira at-Tabari”’ (838-923), irańskiego sunnickiego historyka i teologa: „ten pies rozgrabił mienie ludzi, zerwał zasłony z haremów i motłochowi oddał władzę”. W nauczaniu Mazdaka nie było niczego nowego – nie on pierwszy (a i nie on ostatni) głosił podobne idee. Nowe było jedno: to, iż apelował o rozdzielenie majątków pomiędzy wszystkich ludzi, oraz to, by kobiety stały się wspólną własnością wszystkich mężczyzn.

Najdziwniejsze zaś to, że nauki owe wygłaszał ze stopni tronu szacha Kawada, władcy Iranu, prawowitego spadkobiercy Sasanidów, który stał się jednym z jego pierwszych uczniów, i który objął go swym patronatem. W pewnym jednak czasie swoją gorliwość w sprawach nowej wiary Kawad przypłacił wygnaniem.

Jak wspomniano, biedota przyjęła reformy z radością, natomiast wśród wyższych warstw społecznych, a przede wszystkim wśród arystokracji, wprowadzano je terrorem.

Wszystkich, którzy sprzeciwiali się idei równości społecznej i majątkowej, oraz wspólnocie kobiet, po prostu fizycznie likwidowano.

Szach, mając nadzieję umocnić swoją władzę i ograniczyć władzę arystokracji chętnie poparł nauki Mazdaka. W roku 496 został jednak obalony i uwięziony. Udało mu się wszakże wydostać na wolność i po trzech latach wygnania powrócił do kraju, biorąc srogi odwet na tych, którzy pozbawili go władzy. Wymordował sporą część arystokratów i przez czterdzieści lat w Iranie panował mazdakicki terror.

Nie wiadomo, jakby się skończył ów „eksperyment społeczny”, gdyby w końcu synowi władcy, późniejszemu szachowi Chosrowowi (Chosrow, Chosroes) I Anoszirwanowi (531-579 r.) nie udało się pokonać Mazdaka i jego zwolenników.

Syn i spadkobierca Kawada, Chosrow I Anoszirwan, nie podzielał religijnych poglądów ojca i ukarał Mazdaka śmiercią, dokonując jednocześnie niebywałej masakry w szeregach jego zwolenników, zabijając jednego dnia setki tysięcy mazdakitów na ogromnej przestrzeni kilkuset hektarów. W tym miejscu może zrodzić się pytanie: dlaczego nowy szach aż tak bardzo nienawidził Mazdaka i mazdakitów?

Abu-Fardż Al-Isfahani, arabski historyk i pisarz żyjący w X wieku, autor Księgi pieśni, tak oto opowiada historię tej nienawiści: „Pewnego razu u Kawada gościła jego małżonka i królewicz Chosrowow Anoszirwan. Wtem do prywatnej komnaty władcy wszedł Mazdak. Gdy ujrzał królową, powiedział do szacha: „Daj mi ją, chcę bowiem zaspokoić z nią swe pożądanie”. Ponieważ – jak już wiemy – mazdakici głosili wspólnotę żon, a władca był bardzo bogobojny i oddany sprawom wiary, odpowiedział Mazdakowi: „Bierz ją”. Ale w tym momencie królewicz rzucił się do nóg Mazdaka, prosił go i błagał, by pozwolił matce odejść. W końcu ucałował Mazdaka w stopę, i wówczas Mazdak puścił ich wolno. To zdarzenie mocno zapadło królewiczowi w duszę”.

I właśnie wtedy Chosrow zaprzysiągł śmierć Mazdakowi. Gdy Chosrowow otrzymał pełnię władzy w państwie, wszechmocny dotychczas kapłan przybył do niego, z pouczeniem, że nadmiar pieniędzy i dóbr u jednych, jest źródłem niedostatku u innych.

„– Nadal tu jesteś, synu wszetecznicy? – zdziwił się Chosrow. Przysięgam na Boga, że do tej pory smród twoich skarpet nie opuścił mojego nosa, od chwili, gdy całowałem twoją stopę”.

***

Doktryna Maniego inspirowała wiele umysłów i była źródłem, z którego wielokrotnie czerpano, a obok głównego nurtu religii manichejskiej pojawiło się wiele innych, i to nie tylko płynących w tym samym mniej więcej kierunku, ale i w odwrotnym. Jak to możliwe? Można zachować główny zrąb doktryny, a wypracować całkiem różną od ortodoksyjnej naukę społeczną.

Jeśli bowiem przyjmiemy, że materia jest zła, dobre zaś tylko uwięzione w niej dusze – iskry Światłości, to niekoniecznie musimy dojść do wniosku, że właśnie osobiste wyrzeczenia i umartwienia muszą odgrywać pozytywną rolę w odwiecznej walce Dobra ze Złem.

Jeśli nasze pojawienie się w materialnym ciele zostało spowodowane aktem twórczym złego boga, to grzech nie jest wynikiem wolnej woli, lecz determinuje go wola i działanie sił ciemności. W takim wypadku nie ponosimy żadnej odpowiedzialności. Jeśli więc wszystko, co czynimy, bierze początek w woli Arymana, to nie ma ani zasługi, ani tym bardziej winy, a skoro nie ma winy, nie ma też i kary, ani za życia, ani po śmierci. Dlaczego wobec tego mamy się umartwiać, zamiast żyć w taki sposób, jaki daje nam najwięcej zadowolenia i rozkoszy?

———————————–

Zastanówmy się teraz, co mogło sprawić, że taki heretyk jak Mazdak omotał władcę, i co sprawiło, że Kawad mógł popaść w tak odrażającą herezję?

Ówczesny Iran trudno byłoby nazwać państwem we współczesnym rozumieniu tego słowa. Stanowił on bowiem rodzaj federacji wielu rodów i grup społecznych, nad którymi szach pełnił raczej nominalne, a nie rzeczywiste zwierzchnictwo. Często się zdarzało, że zarządcy prowincji, satrapowie (mazrabanowie) sami przybierali tytuł szacha. A wśród innych poddanych króla królów znajdowali się inni rzeczywiści królowie, jak na przykład dziedziczni zarządcy mniejszych od prowincji jednostek terytorialnych. Prócz nich było również siedem naj-starożytniejszych irańskich rodów. I dla przedstawicieli owych rodów zarezerwowane były najważniejsze stanowiska w państwie. Następną warstwę społeczną tworzyli ludzie o mniejszym znaczeniu, którzy jednak także niezależnie się rządzili w swoich dobrach, mając własne sądownictwo i wojsko. Niby ich obowiązkiem było stawić się na wojnę, gdy szach im to nakaże, lecz często lekceważyli takie wezwania, a gdy już się pojawiali ze swymi oddziałami, nigdy do końca nie można było być ich być pewnym, bo zdarzało się im przechodzić na stronę wroga. Wreszcie istniała jeszcze jedna grupa – ludzi wolnych. Byli to właściciele ziemscy, a jednocześnie wojownicy, którzy niegdyś Cyrusowi, a potem Ardaszyrowi ofiarowali władzę nad Persją.

Kawad, syn Peroza, wstapił na tron w roku 488. Jego ojciec, wojował z Heftalitami, czyli „Białymi Hunami”, wojnę przegrał i wraz z synem dostał się do niewoli. Król Heftalitów zażądał ogromnego okupu – dwudziestu worków złota i siostry szacha za żonę. Ale Peroz mógł zebrać zaledwie połowę sumy, zatem w zamian za dziesięć brakujących worków zostawił syna jako zakładnika, a sam powrócił do Persji. Tak więc młodość następcy tronu przebiegała w środowisku nieirańskim, a na dodatek jako półniewolnika. Aby wykupić Kawada, Irańczyków obłożono specjalnym podatkiem, ale z powodu wojen, klęsk i potęgi arystokracji skarbiec szacha nie mógł się prędko napełnić. Ostatecznie jednak udało się zebrać brakującą sumę i królewicz powrócił do ojczyzny.

Pozostało jednak jeszcze jedno żądanie władcy Heftalitów do spełnienia – szach miał mu oddać swoją siostrę za żonę. Ale Pers nie miał zamiaru wywiązać się z tej obietnicy i zamiast siostry, posłał inną kobietę. Gdy jednak oszustwo się wydało, oszukany narzeczony rozpoczął wojnę na nowo. Peroz zginął, jego wojsko zostało zdziesiątkowane, a obóz i harem wpadły w ręce Heftalitów.

Na tronie zasiadł teraz brat Peroza, Balasz (484-488). Szach, widząc przemoc silnych i niemoc słabych, spróbował „otrzeć łzy wdów i sierot” i jął karać tych właścicieli, z których wsi uciekali chłopi. Ale wojsku nie podobał się taki władca, dlatego poprało Sufraja, który gromił Heftalitów, a Balasz, po zaledwie czterech latach rządów musiał tron opuścić. Sufraj kazał go oślepić i królem królów uczynił Kawada. Uważał bowiem, że Kawad, który wychował się między Heftalitami, łatwiej się z nimi porozumie. Ucisk silnych przez słabych trwał nadal.

Ferdousi w Szahname (czyli napisanej w wieku X Księdze królewskiej) tak opowiada o pierwszym spotkaniu Kawada z Mazdakiem: W kraju głód. Prości ludzie jęczą u królewskich bram. Mazdak, wspaniały i elokwentny staje przed władcą i zadaje mu zagadkę: „– Jeżeli jeden umiera od jadu, a drugi ze skąpstwa nie daje mu odtrutki, jak nazwać tego drugiego?” Szach odpowiada: „– Ten skąpiec jest mordercą i należy go stracić”. Mazdak odchodzi, ale wraca następnego dnia. Pyta: „Więzień umarł w lochu z głodu, dozorca bowiem więzienny, mając chleb, przestał karmić więźnia. Jaka kara należy się dozorcy?” Kawad odrzekł: „Śmierć”.

Otrzymawszy takie odpowiedzi na zadane szachowi zagadki, Mazdak czym prędzej pośpieszył z dobrą nowiną do głodujących i polecił im rabować cudze spichrze. Zaczęła się powszechna grabież i niszczenie. Wieść o tym dotarła do Kawada. Ten rozgniewany wezwał Mazdaka, ale ów nie czekając na pytanie, czy zarzuty – rzekł tak: „– Ten, kto chce być sprawiedliwym władcą, nie powinien postępować jak sknera skąpiący odtrutki i jak dozorca więzienny skazujący więźniów na śmierć głodową. Iran to kraj pustych żołądków i pełnych spichlerzy, i to drugie jest przyczyną tego pierwszego”.

I szach, zgadzając się z argumentacją Mazdaka, poparł motłoch. Czy też lud. Jak kto woli. Dlaczego jednak przyjął naukę mazdakitów? Perscy i arabscy historycy proponowali dwa wyjaśnienia tej, bądź co bądź, zagadki. Pierwsze tłumaczenie to takie, że władcy obrzydły wojny i mordy, i zagłębił się w rozważaniach dotyczących spraw ostatecznych. Albo też, że „szach był ochoczy do kobiet”. A przecież Mazdak ogłosił ich wspólnotę.

Mazdak twierdził, że skoro wszyscy ludzie pochodzą od tych samych przodków – Prarodziców, to mają równe prawa do kobiet i majątków. To, twierdził on, położy kres wszelkim kłótniom i niezgodom, które biorą przyczynę z majątkowej nierówności. Mazdak zatem proklamował wspólnotę kobiet wraz ze swobodnym i równym dostępem do nich wszystkich mężczyzn, głosząc, że winny być one tak samo dostępne, jak ogień, woda i pożywienie.

Trudno się dziwić, że cała młodzież przeżywająca burzę hormonów, a i zdeprawowane warstwy społeczeństwa, a wreszcie sam szach, z radością przyjęły naukę Mazdaka. A ona, jak pożar lasu, rozprzestrzeniała się z ogromną prędkością, obejmując coraz większe obszary społeczeństwa. Cała Persja popadła w „seksualny kryzys” i „erotyczną anarchię”. Ruch mazdakicki stał się tak popularny i potężny, że kto chciał, zachodził do czyjegokolwiek domu i mógł zawładnąć żoną, córką i mieniem jego właściciela. Kawad zaś nie przeciwstawiał się temu. A to dlatego, że ponoć sam też „lubił kobiety”, a dwa, że mazdakici grozili mu, że zrzucą go z tronu, jeśli spróbuje się im przeciwstawić.

W końcu doszło do tego, że nikt nie wiedział, kim są ojcowie rodzących się dzieci, zatem dzieci owe nie były uznawane przez prawowitych mężów kobiet, które miały stosunki seksualne z wieloma obcymi mężczyznami. Wreszcie i dzieci – nieznające swych prawdziwych ojców, nie tylko nie uznawały, ale i gardziły mężczyznami, którzy ich wychowywali jako ojcowie. Chaos w Persji był całkowity.

Skutki tego nie kazały na siebie długo czekać. Kawad – jak wcześniej wspomniano – został pozbawiony tronu i wtrącony do więzienia. Różnie się mówi o wypadkach, które teraz nastąpiły. Taabari opowiada, że dozorca więzienny Kawada, uległszy pokusie jego żony i jednocześnie siostry (jak to zalecał zaratusztrianizm), przepuścił żonę do męża. Znalazłszy się w lochu, kobieta kazała zapakować Kawada w dywan i wynieść na zewnątrz. Dozorcy więziennemu powiedziała, że w dywanie znajduje się kobieca bielizna pobrudzona krwią menstruacyjną. Dozorca, lękając się zanieczyścić, pozwolił dywan wynieść. Gdy tylko Kawad znalazł się na wolności, zbiegł do Heftalitów.

Wedle Szahname Ferdousiego, Kawada skazano na śmierć, a wyrok polecono wykonać Razmechirowi, synowi Sufraja, tego samego, który wyniósł Kawada na tron. Wszakże Razmechir nie odważył się podnieść ręki na szacha i puścił go wolno. Tak było, czy inaczej władca Heftalitów przygarnął wygnańca i ożenił go ze swoja córką. Wówczas Kawad zaczął codziennie błagać teścia, by dał mu wojsko, pomógł zniszczyć wrogów i ponownie osadził go na tronie Iranu.

Jak łatwo się domyślić Kawad dostał wojsko, wrócił do ojczyzny i pokarał śmiercią przeciwników. Za Kawadem stała armia Heftalitów oraz mazdakici, którzy teraz mogli podnieść głowy. Iran znów zaczęto rabować. A rabował każdy, kto nie był leniwy. Skarbiec szacha stał się pusty, a rabunek nie ustawał. Na dodatek Heftalici zażądali wynagrodzenia za pomoc w odbudowaniu mazdakickiej władzy i odgrażali się, że jeśli nie dostaną tego, co im się należy sami to i tak wezmą, z naddatkiem.

***

Bardzo istotne jest, by zauważyć, że mazdakizm był przede wszystkim głęboką nauką religijną, a dopiero potem ruchem społecznym. I w takiej właśnie kolejności należy mu się przyglądać. Jak wspomniano wcześniej, była to wykrzywiona religia zaratusztriańska z elementami gnostycyzmu i znaczną dawką manicheizmu.

Mazdakizm – podobnie jak zaratusztrianizm i manicheizm – uznawał naukę o dwu pierwiastkach: Dobru i Złu – Świetle i Ciemności. Jednakże Ciemność utożsamiał z chaosem, pozbawionym rozumu i woli. Światłość zaś była przepełniona wolną wolą i rozumem. Natomiast gnostycką była nauka o najwyższym władcy, zasiadającym na tronie wspieranym przez cztery siły duchowe – poznania, rozumu, pamięci i radości, podobnie jak obok tronu szacha zasiadało czterech wysokich urzędników.

Tak oto powstał zgrabny system „kosmicznej administracji”, której zrozumienie było dostępne tylko dla wybranych. Zatem: świat dzielił się nie na biednych i bogatych, a na wybranych i niewybranych, tych, którzy pojęli wielką tajemnicę i pogrążonych w zamęcie ciemności, nieznających imion czterech sił duchowych. Na bazie tej nauki zawiązała się konspiracyjna sekta z własnymi stopniami wtajemniczenia i bezwzględnym posłuszeństwem względem tych, którzy posiedli wyższe stopnie wtajemniczenia. Najistotniejsze jest jednak to, że Mazdak nauczał, iż owe cztery siły duchowe, gdy zjednoczą się w człowieku, czynią zeń boga.

Społeczna część doktryny Mazdaka zakładała natomiast: po pierwsze – bezwarunkową koncentrację władzy w rękach sprawiedliwego króla, jedynego pasterza nad jednym stadem. Po drugie – zakładała też, że aby mógł być tylko jeden pasterz i jedno stado, musi być też wspólne mienie i kobiety.

Mazdakici twierdzili – pisze Abu Ali Ahmed ibn Muhammad znany jako ibn Miskawaich lub Ibn Miskaweich (?-1030), arabski historyk i filozof – że odbiorą bogatym i oddadzą biednym; ci, którzy mają nadmiar pieniędzy, pożywienia, kobiet i innych dóbr nie stanowili dla nich żadnej wartości, w przeciwieństwie do tych drugich. Skorzystali na tym podli ludzie… Pomagali oni Mazdakowi i jego współpracownikom, póki ich sprawa się nie umocniła… Lud mu uwierzył, olśniewał go bowiem i skłaniał do szukania pociechy w bogactwie i kobietach. Mówił, że to pobożność, która podoba się Bogu.

Twierdził także, że w jeden tylko sposób można pomóc Dobru – starając się zniszczyć zastaną strukturę świata, twór Zła. Ponieważ wszyscy jesteśmy materialni, wszyscy jesteśmy sobie równi i w nikim nie tkwi więcej boskiego światła. Rozdzielone bowiem zostało równo między poszczególnych ludzi.

Nierówność społeczna powstrzymuje uwolnienie światłości z więzów materii. Jeśli klasy, warstwy zostaną zniesione i wszyscy ludzie zostaną dopuszczeni do sprawiedliwego, bo równego, udziału w dobrach, zniknie przyczyna nienawiści i walk nękających nasz glob od zarania dziejów. To z kolei przyczyni się do uzyskania przewagi Dobra nad Złem.

Jak już powiedziano, Mazdak był mobedem, czyli magiem zaratusztriańskim. Funkcję tę sprawował oficjalnie i wykazywał się nawet taką gorliwością, że został najwyższym kapłanem. Osiągnąwszy pierwszą godność duchowną, uznał, że ma już możliwość zrealizować swoje zamierzenia. Przygotował się do tego skrupulatnie. Przy pomocy zaufanych sług i zwolenników połączył w stołecznym chramie ołtarz, na którym płonął święty ogień, długim tunelem z podziemiami. W tunelu owym umieścił człowieka, który miał odpowiadać na pytania zadane ogniowi.

***

Trudno przewidzieć jak potoczyłyby się dalsze dzieje Persji, gdyby nie… kobiety.

Mazdak przyjął bowiem z klasycznego manicheizmu pogląd, że kobieta jako ta, która przekazuje życie nowym pokoleniom, jest istotą złą i odmówił jej człowieczeństwa. Potraktowawszy je jako rzeczy – przedmioty służące dawaniu rozkoszy mężczyźnie, ogłosił – co już wiemy – kobiety wspólną własnością.

Posunięcie to miało, jak przypuszczam, również inne, bardziej prozaiczne znaczenie. Mimo popularności, jaką „prorok” zdobył wśród ludzi dzięki reformom społecznym, chciał ją jeszcze bardziej rozszerzyć i ugruntować. Wspólne kobiety miały służyć temu celowi. Czyż któraś z dawnych religii mogła zaoferować coś bardziej atrakcyjnego?

Nic też dziwnego, że szeregi mazdakitów z dnia na dzień rosły. Musiał chyba być bardzo pewny swej siły, skoro porwał się w końcu na królową, o czym już wcześniej było mówione. Ostatecznie chuci z nią nie zaspokoił, ulegając prośbom Chosrowa – następcy tronu, ale sama próba wejścia do sypialni władczyni stała się przyczyną zaciekłej nienawiści królewicza do Mazdaka. I był to początek klęski tego ostatniego. Syn szacha zaczął montować opozycję wśród arystokracji i magów.

Trwało to długo, ponieważ ludzkie obawy o własną skórę powstrzymywały tych spośród niezadowolonych, na których stawiał Chosrow. Jednocześnie wszelkimi możliwymi sposobami starano się zdjąć bielmo z oczu władcy.

Ten jednak był nieugięty. Powolny Mazdakowi nie słuchał najbardziej nawet rzeczowych dowodów prawowiernych mobedów. „Prorok” ze swej strony rozumiał, że musi za wszelką cenę przeciągnąć na swoją stronę królewicza, który jego wiary nie przyjął. Lecz nigdy się to Mazdakowi nie udało, ale na zmiany w kraju trzeba było czekać aż do chwili, gdy Chosrow wstąpił na tron.

Mazdak postawił na pospólstwo, bo sądził, że nie ma w państwie większej ponad nie siły. Mniemał także, że jeśli się je uzbroi, zawsze go obroni, lękając się o utratę przywilejów. Ale nawet zakładając, że Mazdak miał jak najczystsze intencje, do czego miała doprowadzić jego polityka? Wspólnota kobiet zniszczyła rodzinę, a przez to ugodziła w porządek społeczny i państwo. Wspólnota majątków sprawiła, iż ludzie nie mieli już żadnego bodźca do wydajnej pracy, i ten bowiem, który wykonywał swoje obowiązki uczciwie, i ten, który tylko udawał, że je wykonuje, równo korzystali z dóbr.

Sytuacja była wręcz tragiczna i nic nie wskazywało na to, że nastanie obiecywana przez mazdakitów świetlana era. I wówczas szach odwołał się do tradycyjnego sposobu ratowania państwa, a przede wszystkim własnego tronu. Zebrał wojska perskie, heftalickie i arabskie, które się do nich przyłączyły i poprowadził je na Bizancjum. Owa wyprawa wojenna zakończyła się sukcesem i nie tylko zwróciła poniesione na nią nakłady, napełniła skarb, i odbudowała prestiż Iranu, ale dała też dobrobyt drobnym rolnikom perskim, którzy w tej wyprawie wojennej stanowili trzon armii.

Wszakże osłabienie arystokracji przyniosło swój plon. Od tej chwili los Mazdaka – wbrew jego pewności, że włos mu z głowy nie spadnie – był przesądzony. Wszak nie stały za nim możne rody, lecz motłoch. A motłoch to nikt. I choć Mazdak mniemał inaczej, to właśnie tak było. Na dodatek Kawad następcą tronu ogłosił nie swojego starszego syna, dowódcę wojsk mazdakickich, i gorącego zwolennika „proroka”, lecz młodszego, Chosrowa, który zarówno nienawidził brata, jak i mazdakitów, którym ten przewodził.

Państwo jednak nie mogło wrócić do równowagi, ginęło w chaosie. I wtedy, w roku 528, w pałacu króla królów doszło do dysputy między Chosrowem i wspierającymi go magami (kapłanami zaratusztriańskimi), a Mazdakiem. Królewicz wygłosił płomienną przemowę, dowodząc, że innowacje Mazdaka powodują jedynie spustoszenie kraju, a gdy głosi się powszechną równość, nikt w społeczeństwie nie chce zajmować najniższej pozycji. I dlatego panuje powszechny chaos.

Ale ponieważ owe słowne argumenty jakoś nie przekonały Mazdaka, królewicz uznał, że należy je wesprzeć działaniami siłowymi, a nie rozumowymi. I dlatego ostatecznie Chosrow wydał rozkaz wymordowania mazdakitów. Najwybitniejszych i najbardziej wpływowych spośród nich kazał żywcem zakopać do ziemi, głowami w dół. Aby naocznie się przekonali, jak to jest, gdy zamieni się miejscami głowę z nogami. Ponieważ bardzo chcieli odwrócić porządek – to niech teraz odczują na własnej skórze, jaki to daje efekt.

Mazdakowi nie zostawiono czasu na żal za niedośnieniem jego majaku do końca. Uporawszy się z problemem w stolicy, rozpoczęto oczyszczanie całego kraju. I chociaż nie zabito wszystkich mazdakitów, jednakże ów ruch polityczno-społeczny nie mógł już zagrażać władcy i państwu.

***

Uznanie mazdakizmu za formę manicheizmu byłoby oczywiście zwykłym nieporozumieniem. Nie można jednak zaprzeczyć, że to właśnie myśl manichejska odpowiednio przetworzona przez Mazdaka stała się zaczynem nowego światopoglądu i nowej, wynikającej z niego etyki.

Taki „manicheizm” skierowany do świata, mógł i musiał doprowadzić do powstania doktryny powszechnej równości w życiu doczesnym, po odpowiednim przetworzeniu jego podstawowych założeń, co zrealizowało się w mazdakizmie. Ten ostatni nie mógłby nigdy wyrosnąć na ortodoksyjnym zaratusztriańskim zaczynie.

W trzy lata po śmierci Kawada Chosrow przeprowadził szybkie reformy – uporządkował podatki, wojsko i sądownictwo. Urzędnika, który zaryzykował zaprotestować przeciwko reformom, rozkazał ukamienować kałamarzami. Gdy Kawad opierał się na motłochu, tak Chosrow oparł się na znaczącym mieszczaństwie i drobnych właścicielach ziemskich, którzy stanowili trzon jego armii i nienawidzili mazdakitów. Wszystkich zaś, którzy nadal hołdowali mazdakizmowi, lub choćby tęsknili do niego, niszczono bezlitośnie. Lecz przecież nie udało się unicestwić tego systemu wartości religijnych i społecznych do końca.

Chosrow I Anoszirwan rozprawił się z mazdakitami, ale ich nauka nie zginęła. Trwała jeszcze długie lata. Gdy w muzułmańskim już Chorosanie wybuchło powstanie w roku 747, powstanie, które obaliło dynastię Omajjadów i oddało tron kalifom Abbasydzkim, mazdakici walczyli w wojskach Abu Muslima, po stronie Abbasydów. I już w pierwszych wiekach islamu pojawiła się heretycka wspólnota muzułmańska nosząca nazwę al-mazdakija. A jej wpływ i nauka miała wielkie wpływ na wiele innych sekt powstałych w świecie muzułmańskim. Powstaniec Sunbad opowiadał swoim zwolennikom, że Abu Muslim, który walczył w szeregach kalifa Abbasa i oddał za niego życie oraz Mazdak i Mahdi wspólnie śpią w górach, a obudzą się, by odbudować na ziemi sprawiedliwość. Głosił on, że Mazdak był szyitą, dlatego zwolennicy nauki Mazdaka winni walczyć ramię w ramię z szyitami, aby pomścić krew Abu Muslima”. Mazdakityzm nietrudno zauważyć też w hierarchicznej organizacji sekty ismailitów i w wojenno-komunistycznej republice karmatów w Bahrajnie, aż po 1848 rok, gdy powstanie Baby wstrząsnęło Persją.

=-========================================

Fragment książki Andrzeja Sarwy:

Czciciele Ognia, Czasu i Szatana. Religie Iranu: zaratusztrianizm, mitraizm, manicheizm, jazydyzm.

Scott Ritter: O sytuacji globalnej oraz o idiotach.

Niemcy na drodze do wojny? Analiza Scotta Rittera

W programie „Judging Freedom” z 14 lipca 2025 roku sędzia Andrew Napolitano rozmawia z byłym żołnierzem piechoty morskiej USA i inspektorem uzbrojenia Scottem Ritterem o narastających napięciach w Europie, a w szczególności o tym, czy Niemcy pod rządami kanclerza Mattza zmierzają ku wojnie. Ritter ostro krytykuje obecną politykę USA pod rządami prezydenta Donalda Trumpa i ostrzega przed niebezpieczeństwami związanymi z rozbudową sił zbrojnych oraz geopolitycznymi błędami, które mogą doprowadzić świat na skraj poważnego konfliktu.

Dostawy broni przez Trumpa na Ukrainę: Bezsensowny ruch

Ritter ostro skomentował niedawne oświadczenie prezydenta Trumpa o drastycznym zwiększeniu dostaw broni na Ukrainę za pośrednictwem europejskich sojuszników: „To coś da. To głupota najwyższego rzędu”. Podkreślił, że operacją tą kieruje CIA, a nie Pentagon ani Departament Stanu, co wskazuje na niekonwencjonalne i nieprzejrzyste metody. „CIA dociera do krajów posiadających systemy uzbrojenia i organizuje ich przekierowywanie poza normalnymi kanałami zaopatrzenia” – wyjaśnia Ritter. Skrytykował fakt, że Stany Zjednoczone nie tykają własnych zapasów broni, ale wywierają presję na kraje takie jak Hiszpania i Niemcy, aby przekazały im baterie rakiet Patriot.

Ritter wątpi, czy Ukraina jest w stanie skutecznie wykorzystać te systemy: „Ukraina nie ma wyszkolonych żołnierzy do obsługi 17 baterii. Wiele z istniejących baterii zostało zniszczonych przez Rosję, podobnie jak ich załogi”. Zwraca uwagę, że starsze systemy Patriot mogą nie być zdolne do przechwytywania nowoczesnych rosyjskich pocisków balistycznych, co czyni ten środek nieskutecznym. „To tylko zastrzyk morfiny dla Zełenskiego, który ma mu poprawić humor na chwilę, ale nie zmienia to faktu, że Ukraina jest niszczona od wewnątrz” – mówi Ritter, opisując ukraińskie władze i ideologię banderowską jako „raka”, który toczy kraj.

Niemcy i niebezpieczeństwo „Czwartej Rzeszy”

Ritter przytacza historyczne paralele, aby zilustrować zagrożenia polityki niemieckiej pod rządami kanclerza Mattza. Przypomina konferencję w Quebecu z 1943 roku, na której Churchill i Roosevelt dyskutowali o demilitaryzacji Niemiec po II wojnie światowej. „Churchill powiedział: »Niemcy zawsze wracają«. Roosevelt poszedł dalej, mówiąc, że problemem nie jest tylko przemysł, ale sami Niemcy” – wyjaśnia Ritter. Dla Rittera plan Morgenthaua, który miał na celu deindustrializację i fragmentację Niemiec, odzwierciedla obecną sytuację: „Dziś mamy Czwartą Rzeszę. Mattz mówi o tym, żeby tym razem zrobić to dobrze – co to znaczy? Dominacja nad światem, jak wtedy?”

Ritter ostrzega, że Niemcy pod rządami Mattza dążą do niebezpiecznego połączenia nacjonalizmu, industrializmu i militaryzmu. Argumentuje jednak, że niemieckiemu społeczeństwu brakuje woli i potencjału ekonomicznego do takiego rozwoju: „Ludność niemiecka nie jest zmilitaryzowana, a gospodarka nie jest w stanie utrzymać zrównoważonej produkcji wojskowej”. Niemniej jednak uważa ambicje niemieckiego rządu za alarmujące. „Amerykanie powinni się obudzić. Wysłać pięć dywizji do Berlina już teraz i wyeliminować niemiecki rząd, zanim 20 lat później powstanie Czwarta Rzesza” – domaga się prowokacyjnie Ritter.

Pobór do wojska w Szwecji i absurdalność NATO

Ritter kpi również z zapowiedzi Szwecji o podniesieniu wieku poboru z 47 do 70 lat: „To głupota. Jeśli powołuje się 47-latków, to już przegrało się wojnę. Z 70-latkami to gra, set, mecz”. Wskazuje na historyczne doświadczenia II wojny światowej, kiedy niemieckie oddziały Volkssturmu, złożone ze starców i chłopców, w rzeczywistości utrudniały wysiłek wojenny. „Szwecja może powołać tylu 70-latków, ile zechce – to tylko przyspieszy klęskę” – mówi Ritter, sarkastycznie rekomendując całemu NATO podniesienie wieku poboru do 70 lat, obnażając tym samym własną absurdalność.

Rola neokonserwatystów i słabość Trumpa

Zapytany, czy neokonserwatyści w administracji Trumpa odnoszą sukcesy, Ritter stanowczo odpowiada: „Nie. Aby triumfować, muszą wygrać. Nie chodzi o ich sukces, ale o porażkę Ameryki”.

Opisuje Trumpa jako człowieka, którym łatwo manipulować, ponieważ jego ego jest najważniejsze: „Trump jest żywym dowodem na to, jak działa pętla OODA. Chiny, Indie, Rosja – wszystkie te kraje są w jego cyklu decyzyjnym. On tylko reaguje, nie definiuje sytuacji”. Ritter ostro krytykuje również senator Lindsey Graham: „Jeśli jest ktoś głupszy od Trumpa, to Graham. Chce nałożyć sankcje na Chiny? Chiny trzymają Stany Zjednoczone w swoich rękach ziem rzadkich. Amerykański przemysł samochodowy upadnie bez tych materiałów”.

Izrael i ambiwalencja nuklearna

Ritter chwali kongresmenkę Marjorie Taylor Greene za odwagę w nazwaniu Izraela „posiadającym broń jądrową” i zablokowaniu dodatkowego finansowania w wysokości 500 milionów dolarów: „Izrael nie jest bezradnym krajem. Mają broń jądrową, a my już przekazujemy im 3,4 miliarda dolarów rocznie”. Krytykuje długotrwałą politykę USA polegającą na „celowej dwuznaczności”, która ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza izraelskiemu programowi nuklearnemu. „Greene ma odwagę, by się tym zająć, ale nie ujdzie jej to na sucho” – mówi Ritter.

Wpływ Netanjahu na Trumpa

Ritter podejrzewa, że trzy spotkania Trumpa z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu w ciągu dwóch dni dotyczyły takich tematów, jak procesy korupcyjne Netanjahu, dalsze ataki na Iran oraz sytuacja w Strefie Gazy. „Trump publicznie oświadczył, że izraelskie sądy nie mogą ścigać Netanjahu. To bezprecedensowe” – mówi Ritter. Uważa, że Trump i Netanjahu omawiali nie tylko dodatkowe ataki na Iran, ale także możliwe opcje negocjacyjne, które jednak są podważane przez politykę Trumpa na Ukrainie.

Wniosek

Scott Ritter maluje ponury obraz obecnej sytuacji geopolitycznej. Uważa politykę Trumpa za egocentryczną i niekompetentną, ambicje Niemiec za niebezpieczny krok w kierunku nowego militaryzmu, a NATO za coraz bardziej absurdalne. Jego analiza to sygnał ostrzegawczy dla USA i Europy, by ponownie rozważyły konsekwencje swoich decyzji militarnych i gospodarczych, zanim będzie za późno. „Zmierzamy ku całkowitej porażce gospodarczej” – ostrzega Ritter, wzywając do powrotu do racjonalnej polityki, aby uniknąć poważniejszego konfliktu.

UE wydała więcej na rosyjski gaz niż na pomoc Ukrainie

Europejski paradoks:

UE wydała więcej na rosyjski gaz

niż na pomoc Ukrainie


https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/europejski-paradoks-ue-wydala-wiecej-na-rosyjski-gaz-niz-na-pomoc-ukrainie

Unia Europejska w 2024 roku wydała więcej pieniędzy na zakup gazu z Rosji niż na pomoc dla Ukrainy. Taką zaskakującą informację przekazał komisarz UE ds. energii Dan Jorgensen w wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Repubblica”. Te słowa wywołały falę dyskusji o skuteczności europejskiej polityki sankcyjnej i rzeczywistym zaangażowaniu Wspólnoty w konflikt za jej wschodnią granicą.

„W 2024 roku wydaliśmy więcej na zakup gazu z Rosji niż wyniosła całkowita pomoc dla Ukrainy” – przyznał Jorgensen, określając tę sytuację mianem „paradoksu”. Komisarz podkreślił jednocześnie, że wysokie rachunki za energię i uzależnienie od rosyjskiego gazu szkodzą zarówno gospodarce, jak i bezpieczeństwu Unii Europejskiej. Zapewnił, że Komisja Europejska podtrzymuje swój cel całkowitego odejścia od rosyjskiego gazu do 2027 roku.

Chociaż konkretne kwoty nie zostały wymienione w wywiadzie, wcześniejsze analizy rzucają nieco światła na skalę zjawiska. Według niektórych raportów, UE wydała w 2024 roku około 23 miliardy dolarów na rosyjskie surowce energetyczne, podczas gdy pomoc wojskowa dla Ukrainy wyniosła około 19,6 miliarda dolarów. Te liczby są szczególnie niepokojące w kontekście trwającej od ponad dwóch lat wojny.

Co istotne, Komisja Europejska przyznała wcześniej, że często nie jest w stanie odróżnić rosyjskiego gazu od gazu z innych regionów, co dodatkowo komplikuje skuteczne wdrażanie sankcji. Taka sytuacja jest wykorzystywana przez Rosję, która może nadal czerpać znaczące zyski ze sprzedaży surowców energetycznych, pomimo deklarowanej przez UE polityki ograniczania zależności.

Jorgensen podkreślił konieczność rozwoju alternatywnych źródeł energii odnawialnej i jądrowej, aby „nie wpaść w nową zależność”. Wskazał również, że obecnie Norwegia jest pierwszym dostawcą gazu dla UE, a za nią plasują się Stany Zjednoczone. Europa prowadzi negocjacje z USA dotyczące zwiększenia dostaw, choć komisarz zaznaczył, że ma to ograniczony horyzont czasowy, ponieważ UE zamierza ostatecznie przezwyciężyć zależność energetyczną od zewnętrznych dostawców.

Wywiad z Jorgensenem zbiegł się z ogłoszeniem przez Komisję Europejską nowej strategii, zgodnie z którą wszystkie 27 państw członkowskich musi wycofać się z wszelkich pozostałych zakupów rosyjskiej energii do 2027 roku. Plan przewiduje wprowadzenie zakazu nowych i krótkoterminowych kontraktów do końca 2025 roku, a następnie wygaszenie długoterminowych umów, które stanowią dwie trzecie importu rosyjskiego gazu, do końca 2027 roku.

Pomimo tych deklaracji, import rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG) do UE wzrósł w 2024 roku o 9% w porównaniu z rokiem poprzednim, a niemal 90% tych zakupów trafiło do Francji, Hiszpanii i Belgii. Ta niespójność między deklaracjami a faktycznymi działaniami UE podkreśla trudności, jakie napotyka Europa w dążeniu do energetycznej niezależności od Rosji i równoczesnym wspieraniu Ukrainy.

Źródła: 

https://tass.com/economy/1988945

https://www.foxnews.com/politics/european-union-spent-more-russian-fossil-fuels-than-ukraine-aid-2024

https://www.euronews.com/my-europe/2025/05/06/eu-sets-2027-as-deadline-to-phase-out-all-russian-energy-including-lng

https://www.euronews.com/my-europe/2025/03/05/has-europe-spent-more-on-russian-oil-and-gas-than-aid-to-ukraine-as-trump-claims

https://commission.europa.eu/about/organisation/college-commissioners/dan-jorgensen_en

Trump, Epstein i „głębokie państwo”

Odmowa administracji Trumpa wydania plików i filmów zgromadzonych podczas dochodzeń w sprawie działalności pedofila Jeffreya Epsteina powinna położyć kres absurdalnemu pomysłowi, przyjętemu przez zwolenników Trumpa i naiwnych liberałów, że Trump zdemontuje Głębokie Państwo.

Trump jest częścią i od dawna jest częścią odrażającej kabały polityków – demokratów i republikanów – miliarderów i celebrytów, którzy patrzą na nas, a często na nieletnich  dziewcząt i chłopców, jako na towary do wykorzystania dla zysku lub przyjemności.

Lista tych, którzy byli na orbicie Epsteina to „kto jest kim” bogatych i sławnych. Należą do nich nie tylko Trump, ale Bill Clinton, który rzekomo odbył podróż do Tajlandii z Epsteinem, księciem Andrzejem, Billem Gatesem, miliarderem funduszu hedgingowego Glennem Dubinem, byłym gubernatorem Nowego Meksyku Billem Richardsonem, byłym sekretarzem skarbu i byłym prezesem Harvard University Larry Summers, psychologiem poznawczym i autorem Stephenem Pinkerem, Alanem Dershowitzem, miliarderem i dyrektorem generalnym Victoria’s Secret Leslie Wexnerem, byłym bankierem z Barclays.

Obejmują one również kancelarie prawne i drogich adwokatów, prokuratorów federalnych i stanowych, prywatnych detektywów, osobistych asystentów, publicystów, urzędników i kierowców. Należą do nich liczne prokuratury i sutenerzy, w tym dziewczyna [kochanka] Epsteina i córka Roberta Maxwella, Ghislaine Maxwell. Należą do nich media i politycy, którzy bezwzględnie dyskredytowali i uciszali ofiary, i silnych, uzbrojonych, każdego, w tym garstkę nieustraszonych reporterów, starając się ujawnić zbrodnie Epsteina i krąg wspólników.

Jest wiele rzeczy, które pozostają ukryte. Ale są pewne rzeczy, które wiemy. Epstein zainstalował ukryte kamery w swoich bogatych rezydencjach i na swojej prywatnej karaibskiej wyspie Little St. James, aby uchwycić swoich potężnych przyjaciół, którzy angażują się w seksualne wyczyny i wykorzystywanie nastoletnich i nieletnich dziewcząt i chłopców.

Nagrania były szantażem złota. Czy byli częścią operacji wywiadowczej w imieniu izraelskiego Mossadu? A może byli przyzwyczajeni do zapewnienia, że Epstein ma stałe źródło inwestorów, którzy przekazali mu miliony dolarów, aby uniknąć ujawnienia? Czy były one używane dla obu? Przewoził nieletnie dziewczyny między Nowym Jorkiem a Palm Beach swoim prywatnym odrzutowcem Lolita Express, który rzekomo był wyposażony w łóżko dla seksu grupowego. Jego koteria znanych przyjaciół, w tym Clintona i Trumpa, jest rejestrowana jako podróżująca na odrzutowcu liczne razy na ujawnionych dziennikach lotniczych, chociaż wiele innych dzienników lotów zniknęło.

Filmy Epsteina znajdują się w skarbcach FBI, wraz ze szczegółowymi dowodami, które rozdzierałyby zasłonę na seksualne skłonności i bezduszność potężnych. Wątpię, czy istnieje lista klientów, jak twierdzi prokurator generalny Pam Bondi. Nie ma też jednego pliku Epsteina. Materiał dochodzeniowy na Epsteinie wypełnia wiele, wiele pudełek, które zakopywałyby biurko Bondiego i prawdopodobnie, jeśli zostaną zebrane w jednym pokoju, zdominowały większość miejsca w jej biurze.

Czy Epstein popełnił samobójstwo, jak twierdzi oficjalny raport z autopsji, wieszając się w swojej celi więziennej 10 sierpnia 2019 r. w Metropolitan Correctional Center w Nowym Jorku? A może został zamordowany? Ponieważ kamery rejestrujące aktywność w jego komórce nie były funkcjonalne, nie wiemy. Michael Baden, patolog sądowy zatrudniony przez brata Epsteina, który służył jako główny lekarz sądowy w Nowym Jorku i który był obecny podczas autopsji, powiedział, że uważa, że autopsja Epsteina sugeruje zabójstwo.

Sprawa Epsteina jest ważna, ponieważ imploduje fikcję głębokich podziałów między Demokratami, którzy nie byli bardziej zainteresowani publikowaniem plików Epsteina niż Trump, a Republikanami. Należą do tego samego klubu. Ujawnia, w jaki sposób sądy i organy ścigania zbierają się, aby chronić potężne postacie, które angażują się w przestępstwa. Obnaża deprawację naszej ekshibicjonistycznej klasy rządzącej, nie odpowiadającej przed nikim, wolną gwałcić, plądrować, łupić i żerować na słabych i bezbronnych. Jest to tandetny zapis naszych oligarchicznych mistrzów, tych, którym brakuje zdolności do wstydu lub winy, niezależnie od tego, czy są przebrani za Donalda Trumpa czy Joe Bidena.

Ta klasa pasożytów rządzących została sparodiowana w satyrycznej powieści „Satyricon” z pierwszego wieku – Gajusz Pietrus, Arbitera, [to znany nam Petroniusz md] napisanej za rządów Kaliguli, Klaudiusza i Nerona. Podobnie jak w Satyricon, krąg Epsteina był zdominowany przez pseudointelektualistów, pretensjonalnych bufonów, oszustów, oszustów, drobnych przestępców, nienasyconych bogactw i zdeprawowanych seksualnie. Epstein i jego wewnętrzny krąg rutynowo angażowali się w seksualne perwersje proporcji Petroniusza, jako reporterka śledcza Miami Herald Julie Brown, której uparte raporty były w dużej mierze odpowiedzialne za wznowienie dochodzenia federalnego w Epstein i Maxwell, dokumenty w jej książce „Perversion of Justice: The Jeffrey Epstein Story”.

Jak pisze Brown, w 2016 roku anonimowa kobieta, używając pseudonimu „Kate Johnson”, złożyła skargę cywilną w sądzie federalnym w Kalifornii, twierdząc, że była gwałcona przez Trumpa i Epsteina, gdy miała trzynaście lat, w ciągu czterech miesięcy, od czerwca do września 1994 roku.

„Głupio błagałam Trumpa, aby przestał” – powiedziała w pozwie o tym, że została zgwałcona. „Trump odpowiedział na moje błagania, gwałtownie uderzając mnie w twarz otwartą ręką i krzycząc, że może robić, co chce”.

Brown kontynuuje:

Johnson powiedziała, że Epstein zaprosił ją na serię „nieletnich imprez seksualnych” w swojej nowojorskiej rezydencji, w której spotkała Trumpa. Zmotywowana obietnicami pieniędzy i możliwości modelowania, Johnson powiedziała, że była zmuszona do uprawiania seksu z Trumpem kilka razy, w tym raz z inną dziewczynką, dwunastoletnią, którą nazwała „Marie Doe”.

Trump zażądał seksu oralnego, a następnie „odepchnął obu nieletnich, jednocześnie gniewnie pogrążając je za „biedną” jakość seksu”, zgodnie z pozwem, złożonym 26 kwietnia w USA. Sąd Okręgowy w środkowej Kalifornii.

Potem, gdy Epstein dowiedział się, że Trump wziął dziewictwo Johnson, Epstein rzekomo „próbował uderzyć ją w głowę zamkniętymi pięściami”, wściekły, że nie odebrał sam jej dziewictwa. Johnson twierdził, że obaj mężczyźni zagrozili jej skrzywdzeniem,ia jej rodzinie, jeśli kiedykolwiek ujawni, co się stało.

W pozwie stwierdzono, że Trump nie brał udziału w orgiach Epsteina, ale lubił oglądać, często podczas gdy trzynastoletnia „Kate Johnson” dawała mu „pracę ręczną”.

Wygląda na to, że Trump był w stanie stłumić pozew, kupując jej milczenie. Od tego czasu zniknęła.

W 2008 roku Alex Acosta, który w tym czasie był Stanem USA. Adwokat z Południowego Dystryktu Florydy wynegocjował ugodę dla Epsteina. Umowa przyznała Epsteinowi immunitet od federalnych oskarżeń kryminalnych, czterech wymienionych współspiskowców i wszelkich nienazwanych „potencjalnych współspiskowców”. Porozumienie zamknęło śledztwo FBI w sprawie tego, czy było więcej ofiar i innych potężnych postaci, które brały udział w przestępstwach seksualnych Epsteina. Wstrzymała śledztwo i przypieczętowała akt oskarżenia. Trump, w tym, co wielu uważa za akt wdzięczności, mianował Acostę sekretarzem pracy w swojej pierwszej kadencji.
Trump rozważał ułaskawienie Ghislaine Maxwell po tym, jak została aresztowana w lipcu 2020 roku, obawiając się, że ujawni szczegóły jego trwającej od dziesięcioleci przyjaźni z Epsteinem, według biografa Trumpa Michaela Wolffa. W lipcu 2022 roku Maxwell zostałaskazany na 20 lat więzienia.

„Najbliższy związek Jeffreya Epsteina w życiu był z Donaldem Trumpem… to byli dwaj faceci, którzy łączyli wszystko przez dobre 15 lat. Zrobili wszystko razem – powiedział Wolff w rozmowie z prowadzącą Joanną Coles w The Daily Beast Podcast. A to od dzielenia się, ścigania kobiet, polowania na kobiety, dzielenia się co najmniej jedną dziewczyną przez co najmniej rok w tego rodzaju relacjach bogatych i facetów z samolotami, po Epsteina doradzającego Trumpowi, jak oszukiwać jego podatki.

Anomalie prawne, w tym zniknięcie ogromnych ilości dowodów obciążających Epsteina, sprawiły, że Epstein unikał federalnych zarzutów handlu seksualnego w 2007 roku, kiedy jego prawnicy wynegocjowali tajną ugodę z Acosta. Był w stanie przyznać się do mniejszych zarzutów państwowych o nakłanianie małoletniego do prostytucji.

Wybitni mężczyźni oskarżeni o udział w karnawale pedofilii Epsteina, w tym adwokata Epsteina, Dershowitza, brutalnie grożą każdemu, kto chce je ujawnić. Dershowitz, na przykład, twierdzi, że śledztwo, któremu odmówił upublicznienia, przez byłego dyrektora FBI Louisa Freeha, dowodzi, że nigdy nie uprawiał seksu z ofiarą Epsteina, Virginią Giuffre, która była przemycana do księcia Andrew. Giuffre, jedna z niewielu ofiar, które publicznie przyjmowały swoich oprawców, powiedziała, że „była przekazywana jak talerz owoców” wśród przyjaciół Epsteina i Maxwella, aż do 19 roku życia, kiedy uciekła. W kwietniu 2025 roku popełniła samobójstwo. Dershowitz wysłała powtarzające się groźby do Brown i jej redaktorów w Miami Herald.

Brown kontynuuje:

[Dershowitz] odniósł się do informacji zawartych w zapieczętowanych dokumentach. Oskarżył gazetę o to, że nie donosi o „faktach”, o których mówił, że znajdują się w tych zapieczętowanych dokumentach. Prawda jest taka, że próbowałem wyjaśnić, gazety po prostu nie mogą pisać o rzeczach, ponieważ Alan Dershowitz mówi, że istnieją. – Musimy je zobaczyć. – Musimy je zweryfikować. Potem, ponieważ powiedziałem „pokaż mi materiał”, publicznie oskarżył mnie o popełnienie czynu przestępczego, prosząc go o przedstawienie dokumentów, które były pod pieczęcią sądową.

Tak właśnie działa Dershowitz.

To, co najbardziej niepokoi mnie w Dershowitz, to sposób, w jaki media, z nielicznymi wyjątkami, nie kwestionują go krytycznie. Dziennikarze sprawdzali Donalda Trumpa i innych w jego administracji prawie każdego dnia, ale w większości przypadków media wydają się przekazywać Dershowitzowi historię Epsteina.

W 2015 roku, kiedy zarzuty Giuffre’a po raz pierwszy zostały upublicznione, Dershowitz włączył się do każdego programu telewizyjnego, który można przeklinać między innymi, że dzienniki samolotów Epsteina oczyszczą go. „Skąd o tym wiesz?” Zapytano go. Odpowiedział, że nigdy nie był w samolocie Epsteina w czasie, gdy Virginia była związana z Epsteinem.

Ale gdyby media sprawdziły, mogli się dowiedzieć, że rzeczywiście był pasażerem w samolocie w tym okresie, zgodnie z dziennikami.

Potem zeznał, w zaprzysiężonym zeznaniu, że nigdy nie jechał na żadne podróże samolotem bez żony. Ale był wymieniony na tych tekstach jako podróżujący wiele razy bez żony. Podczas co najmniej jednej podróży był w samolocie z modelką o imieniu Tatiana.

Epstein przekazał pieniądze na Harvard i został wybrany na Wydział Psychologii Harvardu, chociaż nie miał żadnych kwalifikacji akademickich w tej dziedzinie. Otrzymał kartę klucza i kod, a także biuro w budynku, w którym mieścił się Harvard Program na rzecz Dynamiki Ewolucyjnej. W swoich komunikatach prasowych nazwał „Science Philanropist Jeffrey Epstein”, „aktywista edukacyjny Jeffrey Epstein”, „Evolutionr Jeffrey Epstein”, „Evolutionr Jeffrey Epstein”, „sprawiedliwy patron naukowy Jeffrey Epstein” i „Funduszk hedgingowy Mayrick Jeffrey Epstein”.

Epstein, replikując pretensje i waporyzację postaci, które zostały sparodiowane w rozdziale „Dinner with Trimalchio” Satyricon, zorganizował skomplikowane spotkania obiadowe dla swoich przyjaciół miliarderów, w tym Elona Muska, Salara Kamangara i Jeffa Bezosa. Wymarł dziwaczne schematy inżynierii społecznej, w tym plan zasiewania gatunku ludzkiego własnym DNA, tworząc związek dla dzieci na jego rozległym ranczu w Nowym Meksyku.

„Epstein miał również obsesję na punkcie krioniki, transhumanistycznej filozofii, której zwolennicy uważają, że ludzie mogą być replikowani lub przywracani do życia po zamrożeniu” – pisze Brown. „Epstein najwyraźniej powiedział niektórym członkom swojego kręgu naukowego, że chce zapłodnić kobiety swoją spermą, aby mogły urodzić jego dzieci, i że chce, aby jego głowa i jego penis zamrożono.”

Historia Epsteina jest oknem na moralne bankructwo, hedonizm i chciwość klasy rządzącej. To przekracza granice polityczne. Jest to wspólny mianownik między politykami demokratycznymi, takimi jak Bill Clinton, filantropami, takimi jak Bill Gates, klasa miliarderów i Trump. Są jedną klasą drapieżników i oszustów. Nie tylko dziewczęta i kobiety wyzyskują, ale nas wszystkich.

Zdrada po polsku. Hołownia schodzi pod próg.

Zdrada po polsku

hol 1

12 lipca, wpis nr 1365 Jerzy Karwelis

Znowu mamy do czynienia ze zdarzeniem pomijalnym w sensie jego konsekwencji, jednak symptomatycznym, pokazuje ono bowiem jak działa cały nasz mechanizm społeczno-polityczny. I nie jest to widok budujący. Trzeba do tego znaleźć w sobie cierpliwość, by odczekać jakiś czas, aby dane zjawisko ukazało prawdziwe oblicze tego jak myślimy i w jakim systemie działamy – z całą interakcją oddziaływania jednego na drugie. Chodzi mi tu o aferę jaka się odbyła przy okazji „tajnego” spotkania Hołowni z Kaczyńskim. Wyszło z tego o wiele więcej niż samo znaczenie polityczne tej kolacji, a więc trzeba to porozkładać na czynniki pierwsze. Zacznijmy od opisu zdarzenia.

Spotkanie Szymona

No bo spotkali się panowie politycy z dwóch wrogich sobie obozów. Po co? Ano z wielu powodów. Zacznijmy od „samego Hołowni” – po co mu to było? Mamy tu kilka czynników: Hołownia po wyborach prezydenckich jest z jednej strony na straconej pozycji „ceny promocyjnej” (wynik 4,99%) i słabnie, ale ma przed swoją partią drugą połowę kadencji i dwa wyjścia: albo się odbuduje, albo skończy z polityką, z zastrzeżeniem wersji, że może wyląduje jako przystawka PO, ze znanym już z podobnych historii zakończeniem, choć obecna infamia oddala go od list, nawet w roli przystawki. Musi więc być wciąż aktywny, zwłaszcza w postaci swego marszałkowania. A ma ci on pod koniec roku się zrotować z marszałkiem lewicowym i wylądować jako pośledni poseł w poślednich ławach. Ciężki start do odbudowania się.

Z drugiej strony ma osłabionego premiera, który nadrabia miną i udaje, że bez koalicjantów poradzi sobie świetnie, tak jakby to oni (no, pośrednio Hołownia to tak) spowodowali jego klęskę wyborczą. Ma premier też i media oraz hordy społecznościowych apologetów, tudzież janczarów od Giertycha, a więc może wzmagać dowolną narrację. W tej chwili przedłuża moment obiecanej rekonstrukcji rządu, skorelowaną z wynikiem wyborczym. Narracyjnie poszło bowiem, że Trzaskowski przegrał z powodu przeniesienia się na niego słabości rządu, ta zaś, wedle narracji uśmiechniętych, spowodowana była kłopotami z koalicjantami, którzy marudzą, mają sprzeczne intencje, a tak w ogóle to są merytorycznie słabi i nie dowożą. Tusk więc naciska, na razie medialnie, zaś koalicjanci czekają aż Donald, jak to mówi Hołownia – położy na stole cokolwiek. Kłopot z tym, że z jednej strony Donald chciałby opiłować koalicyjnych kolegów, z drugiej – nie może to zrobić na chama, bo mu się jeszcze zawiną. Trzymać ma ich w koalicji jedynie strach przed utratą stołków, ale nie tylko.

Trzeci kłopot marszałka z Tuskiem jest taki, że namawia ci on z kolegami Hołownię do rzeczy, za które – po utracie władzy, a to już raczej pewne – poszedłby Szymek do więzienia. Ma on za uszami i jeszcze inne sprawy, ale za niezwołanie Zgromadzenia Narodowego w celu zablokowania zaprzysiężenia prezydenta poszedłby na bank do ciupy. Sam i na własne ryzyko by to zrobił, bo co mu w tym względzie może obiecać słabnąca Platforma?  Wprost przeciwnie – może mu obiecać Kaczyński immunitet i abolicję choćby za ściganie Kamińskiego z Wąsikiem, byleby… no właśnie, byleby co?

Co na tym zyskuje Kaczyński?

No, prezes też ma, obok Hołowni, który spotkaniem szachuje Tuska, że ma gdzie pójść, swoje plusy. Coś tak wygląda, że samo spotkanie miało dla jego uczestników same plusy dodatnie. Kaczyński po pierwsze zamieszał w ulu koalicyjnym. Okazała się, że nie wszyscy trzymają się za ręce koalicyjnej łódki, zaś PiS pracuje na uzyskanie zdolności koalicyjnej, czego dawno nie robił. A może Hołownia poszedł także w imieniu PSL, gdyż wspomina się coraz częściej o Kosiniaku-Kamyszu jako przyszłym premierze? Przyszłym, a więc nie po następnych wyborach, tylko po przewrocie koalicyjnym w obecnym Sejmie. W końcu po coś na kolację doprosił się Kamiński z PSL.

To stary numer – wrzuca się szczura na przyjęcie uśmiechniętych, robi się przeciek, że nie wszyscy tam zaraz są za, i następuje podejrzliwość w szeregach. Nikt nie wie czy to prawda, zaczynają się na siebie patrzeć podejrzanie, zwłaszcza na takich co się tłumaczą, że to wszystko nieprawda. W koalicji więc zaczęło szumieć.

Drugi walor dla Kaczyńskiego, to rozłożenie na łopatki jedności frontu poparcia dla Tuska. Jedno to działania skierowane na rozłam wśród polityków, druga sprawa to podział w Donalda elektoracie. A tu się rozjeżdża – jedni wątpią i się co najmniej rozglądają, jeśli nie patrzą na projekt PO jako gasnący, drudzy – na odwrót, zaostrzają retorykę, jak redaktor Lis, atakując premiera, że się cacka z pulardą: trzeba wjechać na pełnej do Sądu Najwyższego, namówić Hołownię na cyrk z przerwą przed zaprzysiężeniem Nawrockiego. A w sumie widać, że chłopa chcą wystawić, bo mogliby zażądać wymiany marszałka na bardziej uległego, ale albo nie ma chętnych, albo – co bardziej prawdopodobne – nie zebraliby większości w Sejmie, bo widzielibyśmy cud mniemany – PiS by uratował Hołownię, głosując za utrzymaniem go na fotelu marszałka i może o tym była też rozmowa na słynnej kolacji. Spotkanie Jarosława z Hołownią czyni kłopot Tuskowi, gdyż daje amunicję Szymonowi do domagania się lepszej jego pozycji w rekonstrukcji rządu, co osłabia plany Donalda. Kaczyński umocnił nim Hołownię i skomplikował nowe układanie się rządu po myśli Tuska. Majstersztyk.

Kaczyński pokazał też swoim, że wrócił do gry po porażce w wyborach sejmowych. Jest to w sumie zdyskontowanie sukcesu w wyborach prezydenckich, ale z odłożonym rachunkiem krzywd za okres po wyborach parlamentarnych. Lud pisowski uśmiecha się teraz bardziej niż rządząca koalicja, klaszcze Jarosławowi-macherowi. I patrzy jak się tam w szeregach koalicyjnych zakotłowało. Tyle sytuacja korzyści. Teraz popatrzmy na reakcję systemu.

Słychać wycie

Pojawiła się narracja zdrady. Mieliśmy to w przypadku Hołowni i wcześniej. Tak się o nim mówiło jeszcze ze dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi. Wtedy robił za Czarnego Luda szkodzącego szczytnej idei jednej, tuskowej listy. Dopiero na dwa tygodnie przed wyborami ktoś w PO policzył, że wariant z koalicjantami Trzeciej Drogi jest gwarantem anihilacji PiS-u i narracja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła się w wolnych przecież mediach. Teraz też Szymkowi wyciąga się, że i po zwycięstwie był zdrajcą. Głównym argumentem za słusznością tych podejrzeń było jego zachowanie się w czasie debaty w Końskich. Hołownia ewidentnie rozwalił misterny plan ustawki Trzaskowskich z TVP i zapoczątkował rzecz śmiertelną – szereg merytorycznych debat, który był początkiem końca przyczynkarskiego Trzaska. I potem tak się potoczyło, jak potoczyło, co pokazuje, że nie należy jednak upokarzać swego koalicjanta, gdyż ten się może tak odwinąć, że co prawda, sam nie zarobi, ale jego butny koalicjant – straci.

Wzbiły się pod niebo zawołania, że jak to tak można robić, jak się można spotykać z Kaczorem? Przecież umawialiśmy się, że siedzimy przy ognisku trzymając się za ręce, by ktoś nie odszedł w mrok. Nawet na siku – trzeba robić pod siebie albo wychodzić w towarzystwie tuskowych, by było sprawdzone, czy to rzeczywiście za szczerą potrzebą. A tu się urwał taki Szymek – zdrajca, któremu mimo, że źle mu z oczu patrzyło – daliśmy szansę… Jak tak można? Toż to pogwałcenie nie tylko oczywistych ustaleń, ale i kwestii wręcz dobrego smaku, bo z pewnymi gośćmi się nie rozmawia.

Szymek na to rezolutnie odpowiada, że on jako marszałek Sejmu musi rozmawiać ze wszystkimi i tu się akurat papiery zgadzają. Kiedy mamy w pałacu prezydenckim przeciwnika rządzącej większości (nie ja to ustalałem, ale KON-STY-TU-CJA!), to może dojść do blokady działania państwa, gdyż weto prezydenckie może zablokować działania (nawet te najlepsze) rządu. I gdybym był marszałkiem, to bym chciał pogadać z siłami politycznymi, które wywindowały wrażego prezydenta, by dowiedzieć się jak daleko się będzie zapędzał w wetowaniu. Takie mogły by być, albo – powinny być – intencje przy takim spotkaniu w wykonaniu marszałka. Nie wiem czy były takie, ale takie powinny być. Propaństwowe. Bo może panowie rozmawiali o rzeczach bardziej taktycznych – czy da się obalić większość sejmową i za jakie frukty.

Bębnienie na alarm, że takie spotkanie to zdrada dowodzi niedojrzałości naszej polityki. I w wykonaniu polityków, i samych suwerenów popierających obecny rząd. To kolejny dowód na plemienność polityki, co jest szczególnie dziwne w demokracji, która zasadza się na szukaniu kompromisu, a więc na rozmowie z kim się da. Nie – u nas z pewnymi się nie gada i nagle okazuje się, że z taką postawą Tuski i ich akolici tracą – baza społeczna poparcia spada, zaś zaciętość do nie gadania z nikim – rośnie. Nożyce się rozchodzą i mogą łatwo przeciąć wątłą nitkę, na której wisi większość, a więc rządzenie. Byłaby to samospełniająca się przepowiednia. Przepowiednia zagłady. I wszyscy ci wyrywni eskalatorzy nie widzą, że sami piłują tę gałąź, co – po ekscesach z fałszowaniem wyborów – wskazuje na możliwość spełnienia się spekulacji, iż dowodzący tym wszystkim Giertych jest pisowskim koniem trojańskim, który został umieszczony i awansowany w Platformie po to, by ją na zlecenie Kaczora – rozwalić.

Kto zakablował?

Przy takich spotkania istnieje niebezpieczeństwo, że któraś ze stron puści farbę, że się odbyło. Wydanie się sprawy było tu na rękę PiS-owi z omówionych już wcześniej względów. I tu nie wiadomo kto podkablował, ale Kaczyński to dobrze rozegrał – on mówi, że nic nikomu nie powiedział. Oczywiście nie trzeba mu wierzyć na słowo, ale raczej Kaczyński w takich sprawach jest dyskretny. Z kalkulacji wynikało, że ujawnienie byłoby Kaczyńskiemu na rękę, ale z drugiej strony wzbudzałoby nieufność Hołowni co do prawdziwych intencji szefa PiS-u, że ten chce go tylko wsadzić na krzywe sanki.

Nie wiem czy to prawda, ale Kaczyński utrzymuje, że nic nikomu nie powiedział i jeśli to prawda to zarobi punkty za dyskrecję. Jednak zasugerował jednocześnie, że marszałek przywieziony oficjalną limuzyną przez swoją ochronę został zakapowany do Tuska gdzie pojechał i z kim gadał. Oznaczać to może, jeśli to prawda, że członkowie koalicji są bacznie przez Tuska obserwowani, a to oznacza z kolei, że o zaufaniu tam mowy być nie może, co jeszcze bardziej utrudnia powrót do rządzenia „as usual”. Kaczyński to rozumie, gdyż sam samobójczo kiedyś wyznał, że zaraz po zawiązaniu jego koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, za koalicjantami ruszały jego wtedy służby. Tak to się żyje w polskiej polityce koalicyjnej…   

Back to the future

Ciekawym wątkiem jest wskazany trop amerykański. Ale jest to – moim zdaniem – kablowanie do Amerykanów w wykonaniu „mediów gównego nurtu”. Na początku „odkrywania” spotkań Kaczyński-Hołownia włączono bowiem następujący wątek: panowie spotykają się w tym składzie, gdyż bardziej prawdopodobny jest sojusz z Trzecią Drogą, bo sojusz PiS-u z Konfederacją, a już tym bardziej z Koroną Brauna, byłby sojuszem z formacjami dość antyamerykańskimi i USA się na to nie zgodzą. A na proamerykańskiego Kosiniaka i labilnego Hołownię, to i owszem. Takie narracje mają nakablować Amerykanom, że przyszły koalicjant PiS-u się nie nadaje, po to by PiS został z tą Konfą jak Himilsbach z angielskim: bez koalicjantów Trzeciej Drogi, za to z Konfederacją, której nie chcą Amerykanie.

Taka narracja to też wsadzenie kija w szprychy przyszłemu porozumieniu PiS-Konfederacja. Nikomu z POPiSu się wariant z Konfederacją nie musi podobać. PiS także wolałby grać z ogranymi partnerami, niż chodzić na niewiadome jeszcze (oficjalnie?) ustępstwa z Konfederacją. Trzecia RP jak widać trzyma się dobrze, ale – mam nadzieję – już tylko w zgranych kalkulacjach jej ostatnich depozytariuszy.

Niemniej jest zamęt w szeregach i ujawniły się stare demony, które tylko zmieniły temat. Obecny ferment jest wysoce wsobny: nic z niego nie wynika, oprócz awantury wśród uśmiechniętych i sadystycznej satysfakcji przegranych w wyborach październikowych z 2023 roku. Bieguny – na razie tylko emocjonalne – odwróciły swoje znaki. Jak rządzący będą upatrywać źródła swych kłopotów w zdradzie, czyli znowu poza obszarami, w których rzeczywiście nie dowieźli, to będą tylko we frustracji pogarszać swą pozycję.

Tak jest zawsze kiedy diagnoza jest błędna, bo się nie chce wypić tego, co się nawarzyło. Tak czy siak kwestia dojechania obecnej władzy do końca kadencji mocno się zachwiała. Platforma jest w klinczu, lepiej jej by było przystać na przyspieszone wybory, mimo nawet, że traci. Z czasem, jak widać, może być już tylko gorzej. Ale kto zabroni innemu mieć nawet najbardziej fantasmagoryczne marzenia? A że są to marzenia wyłącznie o utrzymaniu się przy władzy, nie zaś o lepszej Polsce, to już zupełnie inna sprawa…

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

– Panie, jak pan myślisz? Czy cierpienia zwierząt mają jakikolwiek sens? Sarwa o psach. IV.

Andrzej Sarwa

AZOR,opowiadania o psach

4. AZOR

Stary człowiek wyblakłymi oczyma wpatrywał się gdzieś w jeden punkt. Był jakby odcięty od reszty świata, którego cząstką już się chyba nawet nie czuł. Trwał, bo trwał, lecz z owego trwania tak naprawdę nic nie wynikało. Niby miał wyjście, skończyć ze sobą, lecz w rzeczywistości nic by ono nie zmieniło, niczego nie naprawiło. Więc czy tak, czy inaczej trwał – z tym kamieniem niemal rozgniatającym mu duszę, w jakiejś stężałej rzeczywistości, zamrożonej chwili bólu, z którym nie umiał sobie poradzić. Nijak. W żaden sposób.

Nie patrzył na mnie, kiedy, jakby mimochodem, zadał pytanie:

– Panie, jak pan myślisz? Czy cierpienia zwierząt mają jakikolwiek sens?

Wzruszyłem ramionami, bo nie wiedziałem, co mógłbym mu odpowiedzieć, a on najwyraźniej nie czekał na moją opinię i zaczął mówić. Początkowo cicho, monotonnie, by dopiero z czasem snuć opowieść z większą ekspresją.

– Było widne jeszcze późnojesienne popołudnie. Jakoś tak chyba pod koniec listopada… A może był to już grudzień? Pierwsze dni? Miałem jakieś piętnaście-szesnaście lat… Może rok mniej, może rok więcej… już nie pamiętam… Było szaro i ponuro. Nad ranem poprószył pierwszy tegoroczny śnieg, który teraz, mimo dojmującego zimna, jednak powoli się roztapiał.

Wracałem ze szkoły do domu i naraz ze śmietniska sąsiedniego domu doleciało mnie żałosne skomlenie psiaka. Podszedłem do płotu i wtedy go zobaczyłem. Małe ciałko, pokryte białą, brudną sierścią, taką surową, skudloną, widać, że nie głaskaną, drżące od chłodu. I te ciemne… ciemnoorzechowe ślepka wpatrujące się we mnie prosząco. A i wylęknione ponad wszelką miarę też. Szczeniak zamilkł na chwilę, a potem znów raz czy dwa zaskomlił cichuśko.

Pobiegłem do domu: „Mamo, mamo, na śmietniku obok jest szczeniak, mogę go przynieść do domu?” Kiwnęła głową na zgodę. To miał być mój pierwszy w życiu pies!

Wróciłem czym prędzej, wyciągnąłem rękę ponad dość niskim płotem zbitym z prostych, heblowanych, ale już poszarzałych od słot i wiatrów sztachet, a on – mała bezradna kuleczka, podpełzł do niej, sunąc niezdarnie po tym wierzchołku okazałej sterty śmieci. Uniosłem go za skórę na karku, wziąłem na ręce i zaniosłem do domu.

Po co go brałem? Nie wiem. Dziś żałuję… taki odruch… ale nic poza tym… taki – panie – odruch…

Przez zimę nie było łatwo. Pies brudził, trochę dokuczał, ale też i rósł. My przyzwyczajaliśmy się do niego, a on do nas.

Zdawało mi się, że chyba chciał mnie pokochać, ale ja, panie, jakoś nie odwzajemniałem tych jego pragnień. Zresztą nikt z domowników ich nie odwzajemniał. Pies rósł i serce mu dziczało. Bo tak to już bywa, czy to z człowiekiem, czy ze zwierzęciem, że nieodpłacone uczucie sprawia, że serce dziczeje…

Ale on mnie i tak kochał. Bezinteresownie, po psiemu. Chociaż rzadko bywałem w domu. No bo szkoła, koledzy… Lecz kiedy wracałem, przychodził mi do kolan i podstawiał łeb do głaskania. Tyle że ja go zbywałem. Odchodził więc i kładł się gdzieś nieopodal z łbem ułożonym na wyciągniętych łapach wpatrzony we mnie… Miał nadzieję… Wtedy tego nie rozumiałem… a dziś już, panie, za późno…

Azor… nazwaliśmy go Azor… Nie jakoś tam wymyślnie, ale tak najzwyczajniej… Do wiosny wyrósł na sporego kundla, w którego żyłach musiało płynąć dużo krwi owczarka podhalańskiego, chociaż aż tak kudłaty nie był.

Gdy przyszła marcowa odwilż i śniegi stopniały, gdy powoli w krzakach i na przydrożach pokrzywy zaczynały wypuszczać młodziutkie listki, a pączki na drzewach jęły nabrzmiewać sokami, Azor coraz częściej bywał wypędzany za drzwi.

Był dobrym psem. Dobrym i łagodnym, mimo iż, jak mówiłem, serce mu już dziczało, chociaż jeszcze potrafił się uśmiechać, bo widać nadzieja w nim nie umarła tak do końca. Nadzieja na miłość. Moją miłość. A może na czyjąkolwiek?… No i, póki co, był wolny…

Któregoś dnia matka przyniosła do domu obrożę i smycz. I wtedy poczułem się panem. Jego władcą.

A kim ja, panie, wtedy byłem? Nikim, panie, nikim. Pętakiem, któremu się zdawało, że Bóg wie, do czego w życiu dojdzie… Jakaś władza mi się marzyła pewnie… a tu, panie, życie biło mnie w dupę, ile wlezie. No to jak trafił się pies, tom przynajmniej nad nim chciał mieć tę władzę… A że w peerelowskiej Polsce władza była synonimem przemocy…

Kiedym go brał na spacer, na tej cholernej smyczy, tom go, panie, lał kijem z jakąś taką zajadłością, że aż mi się jakby świadomość zwężała. Czy miałem z tego jakąkolwiek przyjemność? Nie, żadnej… potem mi głupio było i smutno… i przed tym psem i przed samym sobą się tego wstydziłem… a potem znów mnie nachodziło… a on, Azor, nie rozumiał, za co to i dlaczego? Za to jego miłosne nieomal wpatrywanie się w moje oczy?…

Lecz i to się skończyło… Kiedyś uciekł z podwórka i pognał do pracy za moją matką, pech chciał, że po drodze mu się napatoczył jakiś milicjant… obwarczał go, tego milicjanta znaczy, zęby pokazał… widać wiedział, panie, że toto nic warte… lecz przecież go nie ugryzł…

Ale milicjant nie odpuścił… Śledztwo zrobił, sukinsyn. Doszedł czyj to pies i przylazł, panie do naszej chałupy… podpity był, to i mocny i ważny. Wyciągnął pistolet z kabury i szukał psa, żeby go zastrzelić.

Ojciec schował Azora w domu, a potem poszło psisko na łańcuch…

Stary człowiek zmienił się na twarzy, głos mu uwiązł w gardle, widać było, iż się powstrzymuje, żeby nie zapłakać…

– Panie – jął mówić dalej. – Panie, to już by lepiej psinie było, żeby zdechła na tym śmietniku. Byłoby to dwa-trzy dni i po sprawie, mróz by wszystko szybko załatwił, a on, panie, na tym łańcuchu, umierał ze dwanaście lat… co dzień umierał…

I to przeze mnie. Przyniosłem go, poznęcałem nad nim i porzuciłem. Nawet mu nigdy żreć nie dałem… ojciec mu nosił jakieś resztki, ale co to były za resztki, samiśmy żyli w biedzie, to nawet nie bardzo było co temu psu dać… a wodę to on widział chyba wtedy, gdy deszcz padał.

Budę miał taką, jakby jej wcale nie było, jak lało, to leżał w wodzie, jak śnieg sypał, to i jego przysypywał, a w mróz, panie… nie wiem, panie… Jezu Chryste… nie wiem, jakie to stworzenie męki cierpiało…

Stary człowiek z całej mocy pohamował się, żeby nie załkać.

– Mój Boże… i tak mijały lata… rok za rokiem… w tej męce straszliwej… jakby nie wiadomo czym, to psisko zawiniło, a on przecie był dobry i na początku umiał się uśmiechać… I tylko ciepła pragnął i ręki, która by go po łbie pogłaskała… ale zaznał tylko kija… łańcucha i dziurawej budy… A im więcej tych lat mijało, serce w nim coraz bardziej kamieniało i jedno tylko miał uczucie – nienawiści. Panie, jak się czasem urwał, to byłby zagryzł każdego, kto by mu się nawinął. Jeden tylko był człowiek – mój ojciec, co mógł go na nowo spętać i zniewolić…

Któregoś rana, było to latem, słonko wspinało się na niebo, ciepło było i ptaki aż zanosiły się od śpiewu, przyszedł ojciec i powiedział; „Azor zdechł”. „To trzeba go zakopać” – powiedziała matka. Ja się w ogóle nie odezwałem, anim nawet nie wyszedł, nie popatrzył na tego umęczonego trupa.

Ale ojciec go nie zakopał, odpiął łańcuch od budy i powlókł na tym łańcuchu gdzieś w zdziczały zarośnięty wąwóz, którego dno zalegało grzęzawisko i moczar. Cisnął go z rozmachem, aż błoto chlupnęło i Azor zapadł się w bagno, a ono zamknęło się nad nim i tam został…

Ciężkie milczenie zawisło w powietrzu… ciężkie i jakby mroczne… Nie miałem odwagi się odezwać. Zresztą, cóż niby miałbym rzec?

Aż w końcu stary człowiek, odwróciwszy głowę, wpatrzony tępym wzrokiem w odległy kąt izby, chrapliwym, łamiącym się głosem powiedział:

– A teraz, panie, niedługo trzeba będzie stanąć na Boskim sądzie… i straszliwie się boję, że Pan Bóg każe mi spojrzeć Azorowi w oczy…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa