



Władimir Kostyriew o tradycji samo-zastraszania i marzeniu Zachodu o wojnie z Rosją
Władimir Kostyriew , zastępca szefa redakcji TASS ds. krajów sąsiednich
21 lipca, tass-ru/opinions

W wywiadzie dla lrt.lt litewski minister obrony Robertas Kaunas ponownie stwierdził, że Moskwa przygotowuje „atak” na kraje bałtyckie i Polskę, ponieważ jak dotąd nie udało jej się osiągnąć celów specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podobne sesje histerycznej autohipnozy powtarzają się w UE niemal codziennie.
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte – w czerwcu 2025 roku , a następnie ponownie w styczniu 2026 roku – posunął się tak daleko, że zagroził Europejczykom perspektywą nauki rosyjskiego, jeśli nie zwiększą wydatków wojskowych do 2% PKB. Na tym jednak polega jego zadanie: jeśli nie będzie z kim walczyć, ani Sojusz, ani jego przywódcy nie będą potrzebni. Chociaż sama rada jest słuszna: Europejczycy powinni przeczytać Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego w oryginale – może zrozumieją coś o naszym kraju. Zwiększanie budżetów wojskowych nie jest do tego konieczne.
Tymczasem Zachód podaje nawet daty rosyjskiego „ataku”. Generał porucznik Christian Freuding, dowódca wojsk lądowych Bundeswehry, podał rok 2029. Niemiecki minister obrony Boris Pistorius i inspektor generalny Bundeswehry Carsten Breuer podali lata 2028–2029 jako potencjalny moment agresji . Komisarz UE ds. obrony i przestrzeni kosmicznej Andrius Kubilius wyznaczył okres przygotowawczy do 2030 roku. Były premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer również spekulował na temat roku 2030.
Istnieją również mniej radykalne scenariusze. Niedawno prezydenci Litwy i Łotwy ogłosili plany Rosji dotyczące przeprowadzenia jakiegoś rodzaju ataku hybrydowego. Być może w krajach graniczących z Rosją zastraszanie klinami czołgowymi jest trudniejsze. Jeśli Estończyk lub Łotysz spojrzy przez rzekę na stronę rosyjską i zobaczy spokojne życie, cały gmach oszustwa runie.
Niemniej jednak eskalacja jest intensywna. Przeciętnemu Europejczykowi trudno nie wpaść w panikę i nie poprzeć kolejnego wzrostu wydatków wojskowych. Ale czy te obawy są uzasadnione? Oczywiście, że nie. Dlaczego Zachód tak aktywnie kręci tym kołem zamachowym? Ponieważ chce walczyć sam ze sobą. A historia, zarówno najnowsza, jak i najdawniejsza, to potwierdza.
Nawet teraz nie widzimy nowej koncepcji, a jedynie modyfikację idei, która pojawiła się w połowie pierwszej dekady XXI wieku – wkrótce po tym, jak rosyjska gospodarka i armia zaczęły się odradzać. Jej istotą jest rzekomy spisek Moskwy za jej „porażkę” w zimnej wojnie i poszukiwanie sposobów na zniszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Jednocześnie zachodnie kręgi ekspertów wojskowych i politycznych opracowały scenariusz potencjalnego konfliktu między Rosją a jednym z krajów bałtyckich. Ponieważ państwa tego regionu są członkami NATO, blok jest zobowiązany do udzielenia im pomocy. Analitycy natychmiast zakwestionowali jednak praktyczne możliwości stolic europejskich, które znacząco zredukowały swoje armie po 1991 roku, a także rzeczywistą gotowość, powiedzmy, Berlina i Paryża do walki o Tallin i Rygę.
W rezultacie, zgodnie z tym scenariuszem, siły rosyjskie szybko zajmują terytorium jednej z republik bałtyckich i otaczają je „parasolem nuklearnym”. Nie chcąc prowokować wojny nuklearnej, NATO uznaje wynik konfliktu. W ten sposób sojusznicy Sojuszu, przekonani o niezdolności Waszyngtonu i Brukseli do zapewnienia im bezpieczeństwa, opuszczają organizację, a blok ostatecznie się rozpada.
Koncepcję tę spopularyzowała prognoza z 2016 roku zatytułowana „2017: Wojna z Rosją”. Jej autor, brytyjski generał Richard Shirreff, pełnił funkcję zastępcy Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie w latach 2011–2014. Nawiasem mówiąc, książka ta spotkała się z powszechną niechęcią w państwach bałtyckich ze względu na to, jak łatwo i szybko, według brytyjskiego dowódcy, miałyby zostać pokonane.
Zrozumienie natury tych „horrorowych opowieści” nie jest trudne. W latach 2000 i 2010 NATO przeżywało głęboki kryzys tożsamości. Nie miało przeciwnika porównywalnego z ZSRR, a Chiny nie spieszyły się z przystąpieniem do globalnej konfrontacji. Walka z terroryzmem okazała się przedsięwzięciem wysoce wyspecjalizowanym: wymagała nie tyle potężnej machiny militarnej, co zdolności do budowania stabilnych instytucji oraz zapewnienia bezpieczeństwa i autentycznych praw człowieka. Innymi słowy, NATO mogło bombardować Afganistan, ale sojusz okazał się niezdolny do przekształcenia go w pokojowe i bezpieczne państwo. Skutki tej degradacji zostały trafnie podsumowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona w 2019 roku, który zdiagnozował blok jako „śmierć mózgową”.
To właśnie w tym impasie Zachód rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę kampanię mającą na celu promowanie „rosyjskiego zagrożenia”, rozbudowę infrastruktury wojskowej na wschód i wciągnięcie Ukrainy w orbitę wpływów Sojuszu. Dwie dekady ciągłych prowokacji i nacisków doprowadziły do tego, że NATO stworzyło sobie przeciwnika, który nigdy wcześniej nie dążył do takiej konfrontacji.
Jaki jest więc sens tego niesławnego „zagrożenia”? Nikt nigdy nie zaatakował państw bałtyckich. Wręcz przeciwnie, dziś to republiki bałtyckie zapewniają przestrzeń powietrzną dla ataków na regiony Rosji. Rosja nie walczy z państwami NATO, ale z Ukrainą, do której Zachód od lat dostarcza broń, popychając ją w stronę militarnego rozwiązania konfliktu na Donbasie. Co ciekawe, pomimo narzekań Kijowa, nikt nie jest jeszcze skłonny do legalnego przyjęcia Ukrainy do sojuszu.
Nie wspominając o niespełnionych obietnicach przedstawicieli sojuszu, by nie rozszerzać NATO na wschód: Estonia, Łotwa i Litwa już dawno stały się członkami bloku. Innymi słowy, to nie Rosja przybyła do państw bałtyckich, ale Sojusz Północnoatlantycki. Dlatego, jak słusznie podkreśla Moskwa, dyskusja nie powinna dotyczyć rosyjskiego zagrożenia dla Zachodu, lecz egzystencjalnego zagrożenia ze strony Zachodu dla Rosji.
Zimna wojna to epoka bezprecedensowego szumu wokół „zagrożenia rosyjskiego” (wówczas jeszcze „zagrożenia sowieckiego”). Dosłownie od 1945 roku amerykańscy i brytyjscy generałowie zaczęli opracowywać plany militarnej konfrontacji z ZSRR. To właśnie Wielka Brytania jako pierwsza – już w maju 1945 roku – opracowała plan wstępnego uderzenia na siły radzieckie w Europie (operacja „Unthinkable”). Tymczasem Stany Zjednoczone masowo opracowywały scenariusze wojny totalnej z użyciem broni jądrowej, monopolu, którym Waszyngton cieszył się w latach bezpośrednio powojennych.
Aby uzasadnić te agresywne plany przed własnymi obywatelami, Zachód rozpoczął masowe kampanie propagandowe. Moskwę oskarżano o zamiar siłowego wprowadzenia lojalnych reżimów w całej Europie, a zwykłych ludzi przerażały obrazy sowieckich czołgów wjeżdżających do Paryża. Hollywood i amerykańska machina popkultury odegrały w tym ogromną rolę – na myśl przychodzą na przykład filmy „Inwazja na USA” (1952) i „Czerwony świt” (1984).
22 lipca 2026przez Larry C. Johnson

Czy słyszałeś historię o chwalebnej porażce Ukrainy nad armią rosyjską? Zachodnie media w ciągu ostatnich czterech tygodni zachwalały niesamowity sukces armii ukraińskiej. Zadaj sobie więc pytanie… Skoro wygrywasz wojnę z Rosją, dlaczego zwalniasz generała, który przyniósł ci to ogromne zwycięstwo? Cóż, właśnie to zrobił Kokainowy Kowboj Zełenski. We wtorek późnym wieczorem w Kijowie pojawiła się wiadomość, że Zełenski zwolnił generała Syrskiego, dowódcę ukraińskich sił zbrojnych, i zastąpił go Mychajło Drapatly. Zełenski zwolnił również szefa Sztabu Generalnego Gnatowa.
Zełenski jest pod ostrzałem politycznym od czasu, gdy zwolnił młodego ministra obrony Michaiła Fiodorowa. Obywatele Ukrainy wyszli na ulice Kijowa i Lwowa, protestując przeciwko odwołaniu Fiodorowa. Decyzja o zwolnieniu Fiodorowa miała wynikać z jego powtarzających się konfliktów z generałem Syrskim w sprawie decyzji Fiodorowa o przeznaczeniu ograniczonych środków rządowych na programy dronów, zamiast wykorzystać je na pozyskanie nowych rekrutów, którzy wzmocniliby słabnący front ukraiński. Zwolnienie Fiodorowa wywołało falę protestów na Ukrainie, a Zełenski najwyraźniej uznał, że zwolnienie Syrskiego może uspokoić sytuację. Pomimo protestów, Zełenski wskazał na obecnego p.o. ministra Jewgienija Chmarę jako swojego faworyta na to stanowisko – izolując Fiodorowa.
Człowieku, pomyśl tylko, co by się stało, gdyby Syrski przegrał wojnę (zamierzony sarkazm).
Jeśli chodzi o Drapatly, East Calling donosi:
Jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nowo mianowany dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Drapaty, został umieszczony na liście osób poszukiwanych w Rosji.
Wcześniej Komitet Śledczy Rosji (SK) wniósł oskarżenie przeciwko Drapatemu zaocznie. Według agencji, w latach 2017 i 2019 sprawował on, wraz z Wiktorem Nikolukiem, ogólne dowództwo nad operacjami Połączonych Sił Ukrainy. Pod ich dowództwem ukraińscy bojownicy przeprowadzili ponad 70 ostrzałów artyleryjskich na tereny zaludnione w DRL i ŁRL, w wyniku których zginęło lub zostało rannych 154 osoby.
Tymczasem na brzegach Morza Czerwonego, Huti ogłosili blokadę tankowców przewożących lub próbujących przewozić saudyjską ropę. Podczas gdy Saudyjczycy protestowali i zapowiadali odwet, MBS stoi przed prawdziwym dylematem. Jeśli przeprowadzi kolejny atak na Jemen, Huti prawdopodobnie odpowiedzą wystrzeleniem pocisków, które prawdopodobnie zniszczą jedyny saudyjski magazyn ropy nad Morzem Czerwonym – czyli Yanbu. Mądrym posunięciem ze strony Saudyjczyków byłoby dążenie do negocjowanego porozumienia, które chroniłoby ich obecny eksport 4 milionów baryłek ropy dziennie z Yanbu. Jednak, sądząc po ostatnich wydarzeniach, niewiele wskazuje na to, że Saudyjczycy mają inteligentne strategie.
W dającej się przewidzieć przyszłości Saudyjczycy będą wysyłać swoje tankowce przez Kanał Sueski, co Egipt doceni, pobierając opłatę za przejazd, ale ta trasa wydłuża żeglugę o czterdzieści dni, zanim dotrze do rynków azjatyckich. Jeśli Saudyjczycy zdecydują się na użycie siły, możemy być świadkami całkowitego wstrzymania eksportu ropy przez Saudyjczyków.
Pisząc to, czekam na wieści o reakcji Iranu na dzisiejszą kampanię bombardowań USA, która podobno dotknęła trzech obiektów nuklearnych: Buszehr, Isfahan i Khojir (lub bazę rakietową Khojir/Centrum Badań Jądrowych Khojir). Iran wcześniej zapowiadał zdecydowaną odpowiedź na takie ataki… Zobaczymy.
Prowadzę teraz regularny wtorkowy czat z Jeleną i Ryanem z East Calling/The Winers . Skupiliśmy się na niedoborach broni, z którymi borykają się Stany Zjednoczone w wojnie z Iranem:

Nima i ja rozmawialiśmy o wiadomościach, że bombowce B-1 wystartowały z Wielkiej Brytanii:

Mario i ja rozmawialiśmy o ostatnich bombardowaniach Iranu przez Stany Zjednoczone i konsekwencjach ataków na irańskie elektrownie jądrowe:

Rozmawiałem z Sulaimanem próbując go uspokoić, gdy pojawiły się doniesienia o wznowionych bombardowaniach Iranu przez USA:

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
Media polskojęzyczne opisują Kiriłła Budanowa jako człowieka Zełenskiego, który głosi swoje poglądy. Z Budanowem stale spotykają się polskojęzyczni politycy. Jak zawsze polskojęzyczni dziennikarze wychodzą na manipulatorów i ignorantów.
Budanow nie jest człowiekiem Zełenskiego, a człowiekiem Jankesów (podobnie jak Karol Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, jak i cały kureń nadwiślańskich politykierów – był szkolony przez Jankesów).
Budanow to zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta i zbrodniarz. Kiriłł Budanow od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 kierował Głównym Zarządem Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia jest szefem gabinetu Zełenskiego. Nadal de facto kontroluje instytucję, którą do niedawna kierował.
Politycy POPiS nieustannie mówią o różnych cywilizacjach, tkwią w urojonej wyższości cywilizacyjnej kolektywnego Zachodu nad Federacją Rosyjską. Tymczasem 6 lutego 2026 roku doszło w Moskwie do próby zamachu na generała Władimira Aleksiejewa (Aleksiejew to pierwszy zastępca szefa Głównej Dyrekcji Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej). Parę dni wcześniej bezpośredni przełożony Aleksiejewa, Igor Kostiukow uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską, którą reprezentował m. in. Budanow. Rozmowy odbyły się przy udziale Amerykanów jako „mediatorów”. Budanow wyznacza zatem nowe standardy cywilizacyjne.
Ukraiński oligarcha Wadim Jermołajew wspierał reżim Zełenskiego. Jednak jak przystało na nie jednego oligarchę, zaczął dywersyfikować swoje kontakty polityczne. Jermołajew zaczął wspierać byłego Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego (Załużny jest ambasadorem Ukrainy w Wielkiej Brytanii, wspiera go Londyn, jest potencjalnym przeciwnikiem dla Zełenskiego i jego kliki). 29 czerwca 2026 roku w Monako, w mieszkaniu Jermołajewa eksplodował ładunek wybuchowy. Monakijskie służby jako potencjalną sprawczynię zamachu na ukraińskiego oligarchę wskazały Anastasię Bieriezowską – obywatelkę Ukrainy. 7 lipca 2026 roku Bieriezowska została znaleziona martwa na terytorium Ukrainy. Do zabójstwa początkowo przyznał się Władisław Rojt, funkcjonariusz wywiadu ukraińskiego. W sprawę zamieszany jest także Witalij Żykowicz, siepacz z SBU. Jak widzimy, terrorystyczny charakter instytucji kierowanych przez Budanowa wychodzi daleko poza granicę Federacji Rosyjskiej i Ukrainy.
Budanow parę dni temu mówił, że Polska nie będzie rozmawiać z Ukrainą z pozycji siły. Dodał też, że Moskwa próbowała tak rozmawiać z Kijowem, a Moskwa jest jednak silniejsza od Warszawy. Kiriłł Budanow powiedział, że Kijów w żaden sposób nie ustąpi Warszawie w kwestiach historycznych. Neobanderowiec Budanow nie mógłby sobie na to wszystko pozwolić, gdyby nie wsparcie ze strony Waszyngtonu. Pokazuje to w jaki sposób Jankesi traktują marionetki nadwiślańskie. Gdyby Jankesi liczyli się w jakiejkolwiek mierze z nadwiślańskimi politykierami, ukraińscy politycy działaliby zgoła inaczej. Banderowscy zbrodniarze nie mieliby tylu ulic swojego na Ukrainie (nieliczne ulice banderowskich patronów miałby w małych miejscowościach).
Wszelkie inicjatywy upamiętniające zwyrodnialców z UPA miałby charakter lokalny, a nie państwowy. Władze Ukrainy promowałyby bulbowców, petlurowców (kolega Konrad Rękas wykonuje tutaj wspaniałą pracę, pokazując prawdziwe oblicze rzekomych przyjaciół Polaków – bulbowców i petlurowców), niemniej wielu Polaków jest nie uświadomionych i mogliby się na to nabrać.
Polskojęzyczni politykierzy sami gubią się w swoich kłamstwach. Z jednej strony polskojęzyczne media, polskojęzyczni politykierzy straszą, że Federacją Rosyjska ma zaraz zaatakować Polskę, by za chwilę oddawać całą broń kijowskiemu reżimowi. Ostatnia afera z oddaniem przez Warszawę pocisków do systemu Patriot kijowskiemu reżimowi obnażyła nie tylko tą manipulację. Brak reakcji ze strony otoczenia jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa wskazuje na to, przed czym od dawna ostrzegałem: Jankesi będą dozbrajać kijowski reżim i będą wysyłać broń. Wielu naiwnych wielowektorowców wierzyło, że Trump doprowadzi do pokoju. Tymczasem Alex Karp, Elon Musk, Peter Thiel – jankescy oligarchowie związani z Trumpem – dostarczają broń i technologie dla kijowskiego reżimu.
Politycy PiS po raz kolejny gdy są w opozycji postanowili sprawdzić pamięć moich rodaków. Najwięksi słudzy Ukrainy z PiS zaczęli dostrzegać neobanderyzm na Ukrainie, polakożerstwo przedstawicieli kijowskiego reżimu. Promowany przez PiS jako kandydat na premiera Przemysław Czarnek zaczął nawet mówić o niewspieraniu militarnym kijowskiego reżimu (bez nawet groźby wykonania telefonu do Moskwy są to nic nie warte oświadczenia). Jak widać, nawet to wywołało przerażenie wśród ludzi faktycznie rządzącym naszym krajem. 14 lipca 2026 roku Jarosław Kaczyński zaczął odcinać się od Czarnka i zapewniał o dalszym wsparciu dla kijowskiego reżimu. Kaczyński to obok Zbigniewa Ziobry największy szkodnik w polskiej polityce. Na Majdanie wznosił banderowskie okrzyki. Nietrudno się domyśleć, że kierownictwo PiS zaczęło się wycofywać z pewnych deklaracji po naciskach ze strony ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Parę dni temu media pisały o tym, że pełniąca obowiązki prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez konsultuje swoje decyzje (łącznie z tym co publikuje w mediach społecznościowych) z neokonserwatywnym sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych Ameryki Marco Rubio. Rubio jest formalnie trzecią co do ważności osobą w strukturach władzy Stanów Zjednoczonych. Tymczasem instrukcje, rozkazy nadwiślańskim politykierom wydaje jankeski namiestnik Thomas Rose. Poziom upokorzenia naszego kraju ilustruje fakt, że prezydent Trump na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce mianuje wyjątkowo bezczelnych i niepoważnych ludzi, którzy z profesjonalną dyplomacją nie mają nic wspólnego (w sumie nie muszą, skoro w naszym kraju są politykierzy patologicznie kochający Stany Zjednoczone).
Waszyngton w sporze między Polską a Ukrainą stoi po stronie Ukrainy. Możemy spodziewać się w najbliższym czasie kolejnego plucia w twarz Polakom ze strony kijowskiego reżimu. Bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze w czasie trwania swojej pierwszej kadencji na stanowisku prezydenta Polski Karol Nawrocki znajdzie się na liście Myrotworca . Jednocześnie Nawrocki będzie stale ubliżał politykom Federacji Rosyjskiej, mimo że Moskwa w żaden sposób nie zagraża Polsce (wypowiedzi polityków Federacji Rosyjskiej stanowią zawsze odpowiedź na wypowiedzi polskojęzycznych polityków).
Póki kijowski reżim dostaje ze strony Polski broń i pieniądze, wszystkie oświadczenia, potępienia są tyle warte co zużyte prezerwatywy. Póki Warszawa będzie wysyłała broń i pieniądze kijowskiemu reżimowi na życzenie Jankesów, nasza ojczyzna będzie dalej upokarzana. Bez normalizacji relacji z Moskwą i prowadzenia polityki suwerennej, asertywnej wobec Stanów Zjednoczonych nic się nie zmieni. Administracja Trumpa będzie prowadziła różne konflikty, w tym ten na Ukrainie. Kijowski reżim przyjmuje już coraz bardziej zdegenerowaną formę, czego przejawem są zamachy przeprowadzane na całym świecie. Na terror ma przyzwolenie ze strony Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Kamil Waćkowski
Człowiek jest jednak kompletnym kretynem. Zna przecież perfidię ruskich a jednak nie domyślił się, jak ten spisek daleko sięga. Dzisiaj mnie olśniło, dzięki niezawodnej zawsze w takich sytuacjach „Gazecie”. A jeszcze bardziej dzięki jej przenikliwym czytelnikom, którzy oznajmili „od razu wiedziałem, że to ruska robota”. A co nią było?
Okazuje się bowiem, że to rosyjski wywiad płacił Ukraińcom za propagowanie banderyzmu i wychwalanie UPA na terenie Polski. Z tekstu dowiaduje się, że osiemnastoletni Ukrainiec został oskarżony o pracę dla ruskiego wywiadu. Na jego zlecenie miał malować na murach hasła gloryfikujące Ukraińską Powstańczą Armię i Stepana Banderę. Pomagał mu młodszy kolega.
Przyznaje się – myślałem przez lata, że na całej Ukrainie z szczególnym wzmożeniem zaś na jej zachodniej części, kwitnie banderyzm. I nie wpadłem na to, ze to robota Rosjan. Wraży wrogowie wolnego świata nocami po cichutku nazwali ulice mianem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dżdżystymi rankami, gdy uczciwi Ukraińcy siedzą w domach chytrusy przemianowali nazwy placów i skwerów na Jewhena Konowalca. Okrutniki jedne bez cienia skrupułów postawili potajemnie na całej Ukrainie rozliczne pomniki Stepana Bandery. Niepostrzeżenie wybudowali Muzeum Romana Szuchewycza we Lwowie. Cichaczem nadali w 26 miastach honorowe obywatelstwo Banderze. Urządzali marsze ku czci 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS i uznali tych z UPA za ukraiński ruch wyzwoleńczy. Nieświadomych staruszków oblekali w mundury banderowskie i pomawiali im, że służyli w UPA. Po czym porozwozili pod pomniki i cyknęli tysiące zdjęć. I jeszcze sobie pogwizdują „Tam na łące czerwona kalina”.
Kremlowscy z całą pewnością również podszyli się pod Bogu ducha winnych Ukraińców i stworzyli organizację Myrotworeć, która tworzy jakieś „listy wrogów Ukrainy”. I zapisały te kawiorojady na tą listę różnych Polaków od prezydenckiego Boguckiego, przez Sokołowską po Korwina-Mikke. I my bezmyślne ameby łyknęliśmy taką propagandę. Matko! A przecież wiadomo, że to Rosjanie. Bo przecież Ukraińcy, by nam przykrości nie zrobili.
Ale szczytem szczytów ruskiej perfidii było sprowadzenie ciupasem do kraju trupa kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka i pochowanie go z honorami na Cmentarzu Wojskowym w Kijowie. Przebrali się za greckokatolickich duchownych i odprawili msze żałobną w katedrze Patriarchalnego Soboru Zmartwychwstania Pańskiego. Był tam co prawda widziany Władimir Zełenski, Wiktor Juszczenko, i Kyryło Budanow, ale zapewne to na pewno byli przebierańcy. Pod maskami krył się być może sam Władimir Putin, Dmitrij Miedwiediew i Siergiej Ławrow. A jak nie to jakieś Nocne Wilki lub handlarze lat 90-tych z bazaru Różyckiego. One tak robią.
Pozostaje sprawa nadania jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA” przez Wołodymyra Zełeńskiego. Ja myślę, że one zmyliły tego wielce szlachetnego i uczciwego człowieka. Zełeński był zapewne przekonany, że idzie o inne UPA na przykład Unię Papuaskich Astrofizyków. Ci uczeni papuascy nigdzie wcześniej nie byli honorowani. I on z dobroci swojego serduszka chciał docenić. I masz babo placek a Orła Białego kazali odesłać.
Perfidia tych ruskich jest ogromna. W przeszłości przechodzili operacje plastyczne upodabniające ich do polityków z Polski, by się wydzierać Sława Ukrajini i fotografować się na tle czerwono-czarnej-flagi. Bo przecież żaden polski polityk by tego nie zrobił. A my głupki wsiowe nie zauważyliśmy tej prowokacji mającej udowodnić, ze niby istnieje jakiś banderyzm. Ale co my małe żuczki. Taki premier Leszek Miller, też się dał nabrać na ten neobanderyzm na Ukrainie. I to mnie jedynie w tym wszystkim pociesza.
Prof. Anna Raźny
Dla ludobójczych ideologii, do których jest zaliczana ideologia nazizmu ukraińskiego, nazywanego powszechnie banderyzmem, nie ma miejsca nie tylko w cywilizacji chrześcijańskiej – zarówno łacińskiej, jak i bizantyjskiej – ale również we współczesnej Europie.
Choć oderwała się ona od swych chrześcijańskich korzeni, jednak w żadnym z traktatów jednoczących olbrzymią większość jej narodów w Unię Europejską nie ma przyzwolenia na jakąkolwiek formę czystek etnicznych jako sposobu osiągania niepodległości czy państwowości. Na poziomie międzynarodowym jest więc możliwe – przy woli politycznej eurokratów i ich amerykańskich mentorów – powstrzymanie banderowskiej Ukrainy. Mogą to być takie zmieniające kształt ukraińskiej polityki decyzje, które nie wymagają długotrwałych działań. Podobnie w relacjach dwustronnych polsko-ukraińskich poprzez decyzje i akty ustawodawcze Polska ze „sługi Ukrainy” może przeistoczyć się w suwerenny podmiot polityczny, stawiający Kijowowi jako pierwszy warunek jakiejkolwiek współpracy – debanderyzację.
Profesor Stanisław Bieleń w artykule Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich („Myśl Polska” Nr 27-28, 2026) nad wyraz jasno i zwięźle przedstawił kierunki działań politycznych umożliwiających nam wyjście z roli „sługi”. Ich istotą jest pozbawiony wszelkich prometeizmów i psychologicznych obciążeń realizm polityczny. Jego celem zaś są interesy polskiego państwa i polskiego społeczeństwa.
Zatrucie cywilizacyjne
Przeprowadzenie debanderyzacji polskiej polityki i kształtujących ją elit na poziomie cywilizacyjnym będzie bardziej skomplikowane. Obejmuje ona bowiem sferę wartości wyższych – religijnych, moralnych, kulturowych – kształtujących naszą postawę osobową i narodową. To kategorie dobra, prawdy i piękna – zarówno estetycznego, jak i metafizycznego – które w koncepcji Feliksa Konecznego współtworzą wraz z kategoriami zdrowia i dobrobytu niczym niezastępowalny quincunx – paradygmat cywilizacji chrześcijańskiej.
Zaistniała po 1991 roku w ramach proukraińskiego nastawienia banderyzacja Polski zdegradowała te fundamentalne dla naszego kształtu cywilizacyjnego kategorie, nadając im w relacjach z Ukrainą wymiar polityczny. Zostały wręcz podporządkowane celom antyrosyjskiej polityki Kijowa, określanej przez USA oraz NATO i UE. Wojna z Rosją i jej nieustająca eskalacja poprzez ciągłe dozbrajanie i finansowanie Ukrainy stała się „dobrem” antycywilizacyjnym Polski. Prawda o odrodzeniu nazizmu ukraińskiego jako istotnego elementu ideowego tej wojny była systematycznie rugowana z oficjalnego przekazu informacyjnego. Natomiast w obszarze kultury powstało wiele utworów literackich, muzycznych, filmowych, z dziedziny sztuk plastycznych – sławiących walczącą z Rosją Ukrainę, przemilczających jej coraz groźniejsze neobanderowskie oblicze.
One właśnie, na równi z propagandą głównego nurtu i proukraińska cenzurą sprawiły, że w świadomości Polaków ukształtowały się fałszywe ideały dobra wspólnego, przebaczenia i miłosierdzia. Zafałszowanie tych wysokich kategorii moralno-egzystencjalnych dokonało się także poprzez upolitycznienie problematyki ukraińskiej w nauce i edukacji. W tych dziedzinach również eliminowane są systematycznie wszelkie krytyczne jej oceny; nade wszystko te, które dotyczą odrodzenia banderyzmu. W wyniku tej negatywnej transformacji cywilizacyjnej decydenci ukształtowali w świadomości Polaków przekonanie, że ofiarami wojny są jedynie wszyscy bez wyjątku Ukraińcy. Ich katami są Rosjanie, nawet wtedy, gdy są niewinnymi cywilami ginącymi w wyniku dronowych ataków ukraińskich, dokonywanych na rosyjskie cele w odległości setek kilometrów od linii frontu.
Nawet wtedy, gdy giną – jak Daria Dugina – w wyniku zamachów terrorystycznych, organizowanych przez Ukrainę w Rosji. W przekonaniu większości Polaków, o czym świadczą nie tylko ich wypowiedzi na portalach społecznościowych, ale również akcje pomocy dla ofiar wojny – na wszelkie rodzaje wsparcia, a nade wszystko przejawy empatii zasługują jedynie Ukraińcy. Dla rosyjskich cywilnych ofiar jest jedynie cyniczna obojętność lub wręcz pogarda. W tej postawie zatrucia cywilizacyjnego Polska trwa od pierwszej fazy wojny, którą po euromajdanie wytoczyła kijowska władza prorosyjskim, separatystycznie nastawionym ukraińskim regionom Doniecka i Ługańska.
To była już w pełni neobanderowska władza, utrwalająca nie tylko kult „bohaterów” OUN-UPA, ale również wykorzystująca do walki z prorosyjską ludnością m. in. neonazistowskie formacje militarne z osławionym Azowem na czele. Ta formacja, znana z terrorystycznych i ludobójczych akcji przeciwko zbuntowanym regionom, powstała w 2014 roku jako batalion ochotniczy, rekrutujący się ze skrajnie probanderowskich osobników. W tym samym roku została przekształcona w pułk, a rok później w brygadę. Obecnie funkcjonuje nie tylko jako brygada szturmowa w ramach Gwardii Narodowej Ukrainy, ale także jako sieć organizacji społecznych i politycznych wspierających jej walkę z Rosją. Ten spektakularny rozwój neonazistowskiej formacji, odwołującej się do symboliki Waffen SS, świadczy o dynamice powrotu Ukrainy do dehumanizującej ideologii Stepana Bandery, Romana Szuchewycza i ich wspólników.
Strona rosyjska dysponuje dokumentacją wielu aktów ludobójstwa Azowa, dokonanych na ludziach Donbasu i Ługańska przed 2022 rokiem. W polskim przekazie głównego nurtu przemilczano jednak wszystkie zbrodnie azowców, co więcej, dokonano heroizacji ich sprawców w czasie walk o wyzwolenie ludności Mariupola z przemocy kijowskiej władzy – na wzór tej, która obejmuje coraz potężniejszy kult OUN-UPA. Dla ich ofiar nie było i nie ma ze strony polskiej żadnych wyrazów empatii, ani napomknień o jakimkolwiek moralnym wsparciu. Po prostu w świadomości polskiego społeczeństwa oni nie istnieją, bo nie są walczącymi z Rosją Ukraińcami.
Propaganda kłamstw, cenzura, nowomowa
W przestrzeni propagandy trwa wojna kognitywna środowisk sprawujących w Polsce władzę o świadomość Polaków. Sama propaganda jest formą różnych typów perswazji tych środowisk – od łagodnych do przemocowych – skierowanych do nas i sterujących naszymi postawami. Nie tylko politycznymi, ale również psychologicznymi i moralnymi. Od euromajdanu głównym jej segmentem jest propaganda prowojenna, w której środki przekazu głównego nurtu dokonują nieustannie fundamentalnej manipulacji prawdą odnośnie do Ukrainy i Rosji. Narzuciły polskiemu społeczeństwu fałszywy przekaz o zagrożeniu ze strony Rosji, przed którą rzekomo broni nas Ukraina. To typowa dysymulacja – odrealnienie stanu faktycznego i ukazywanie go jako realnie istniejący. Jean Baudrillard nazwał takie wytwory w przekazie informacyjnym symulakrami. Powstaje on w wyniku manipulacji prawdą w przestrzeni komunikacyjnej.
Sama zaś manipulacja jawi się tutaj jako instrument władzy nad tą przestrzenią. Jest dokonywana poprzez język, obrazy, znaki, symbole, dźwięki, muzykę. Ich wpływ na odbiór symulakrów jest ogromny. Środowiska władzy kształtują dzięki niej poparcie społeczeństwa dla swojej polityki. Manipulacja prawdą stała się w III RP fundamentem proukraińskiej i jednocześnie antyrosyjskiej – rusofobicznej – propagandy, rozumianej jako oddziaływanie bezalternatywnej perswazji na świadomość społeczeństwa. Dzięki niej władza uzyskała poparcie dla wojny USA i UE z Rosją, toczonej na Ukrainie. Skutki tej manipulacji to nie tylko erozja prawdy i autentyzmu, oraz utopijna perspektywa wiecznej eskalacji tej wojny, ale również destrukcja zaufania jako głównej kategorii kapitału społecznego w przestrzeni komunikowania.
Z taką właśnie destrukcją mamy obecnie do czynienia w Polsce. Wystarczył jeden gest w kierunku prawdy, jaki uczynił prezydent Polski Karol Nawrocki, odbierając banderowskiemu prezydentowi Ukrainy Order Orła Białego za nadanie imienia „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. Pełna nazwa tej ukraińskiej jednostki wojskowej wskazuje na wyjątkowe jej znaczenie w ukraińskiej armii. Nadanie jej imienia ludobójczych bohaterów zawiera intencję ideową, na którą nie może się zgodzić polskie społeczeństwo i żadna polska władza. Oznacza to, iż jednostka ta w sposób jawny ma nie tylko kontynuować ideową tradycję UPA, ale również realizować jej politykę unicestwiana mniejszości narodowych.
To nie jest jakaś postprawda czy narracja oparta na polskich stereotypach, ostrzegających przed zdradzieckimi Ukraińcami. To ponury fakt i kolejne świadectwo banderyzacji Ukrainy, obejmującej także dziesiątki pomników ku czci ukraińskich ludobójców, ich nazwy ulic, instytucji państwowych i samorządowych, różnego rodzaju organizacji. Kult bohaterów OUN-UPA wniknął głęboko nie tylko do ukraińskiej polityki, ale także do ukraińskiej nauki, kultury, edukacji.
Gdy w 2022 roku Władimir Putin ogłosił, iż jednym z celów SWO na Ukrainie jest jej denazyfikacja oraz obrona rosyjskojęzycznej ludności przez represjami i aktami ludobójstwa ze strony kijowskich władz, nikt z polskiego etablishmentu politycznego i opiniotwórczego nie przyznał mu i nie przyznaje nadal racji. Rusofobia okazała się silniejsza i pierwotna w stosunku do ukrainofilii przemieszanej z banderofilią. Propaganda kłamstw oraz towarzysząca jej proukraińska cenzura uwięziły Polaków w klatce rusofobii, w której wentylem bezpieczeństwa może się dla nas stać odrzucenie neobanderyzmu nie tylko na Ukrainie, ale nade wszystko w Polsce.
Wyjście z cywilizacyjnej zapaści
Powinniśmy zacząć od pytania, dlaczego po rozpadzie Związku Radzieckiego na Ukrainie doszło do odrodzenia ludobójczej ideologii, której wyznawcy w barbarzyński sposób pozbawili życia setki tysięcy polskich cywilów w czasie II wojny światowej – głównie kobiet, dzieci i starców. Nie tylko na Wołyniu, ale również w Małopolsce Wschodniej. Świadomie możemy używać w tym wypadku nazwy Małopolska Wschodnia – co czynią zajmujący się tą problematyką niezależni i zarazem niezłomni badacze: Lucyna Kulińska, Czesław Partacz, Włodzimierz Osadczy, Bogusław Paź. Mamy do tego zarówno moralne, jak i historyczne prawo, ponieważ w czasie ludobójstwa ludności polskiej tereny, na których go dokonywano należały do II RP i Małopolska Wschodnia, nazywana wymiennie Galicją Wschodnią nie była wówczas żadną zachodnią Ukrainą.
Trzeba też przywołać w tym miejscu casus Królewca. Choć należy do Federacji Rosyjskiej, gdzie występuje jako Kaliningrad, w polskiej debacie nikt go tak obecnie nie nazywa. Dlatego kuriozalna jest reakcja ukraińskich polityków na słowa szefa kancelarii prezydenta RP Zbigniewa Boguckiego o ludobójstwie ukraińskim w Małopolsce Wschodniej. Sprowadza się ona do konstatacji, iż użycie tej nazwy stanowi zakwestionowanie integralności Ukrainy. Taka przewrotna reakcja Kijowa, podobnie jak towarzyszące jej kłótnie polskich polityków na ten temat, to cyniczna próba odwrócenia naszej uwagi od istoty problemu. Sprowadza się on do dwóch pytań: 1. jak do tego doszło, że mija już osiemdziesiąty pierwszy rok od zakończenia II wojny światowej i trzydziesty pierwszy od rozpadu ZSRR, a my wciąż czekamy na pełne dane o ofiarach ukraińskiego ludobójstwa, ich ekshumację i godny pochówek; 2. kto odpowiada – oprócz samej Ukrainy – za odrodzenie banderyzmu w jej przestrzeni narodowej i państwowej? W odpowiedzi na te pytania musimy wskazać – zgodnie z prawdą – na bardzo dużą część odpowiedzialności polskich polityków oraz oderwanych od społeczeństwa elit i środowisk opiniotwórczych. To te kręgi godziły się na dyktat Kijowa w sprawie polskich ofiar, wynikający z banderyzacji ukraińskiej polityki i związanych z nią najważniejszych form życia społecznego. Była oficjalna i nieoficjalna cicha zgoda Polski na zaistnienie obecnej sytuacji. Przymykanie oczu, tolerowanie rosnącego na Ukrainie zła społecznego i moralnego, jakie niesie sama ludobójcza ideologia i kult uosabiających ją ludzi.
Straszenie tych środowisk trybunałami czy sądami nic nie da. Konieczna jest wymiana elit, która będzie możliwa po najbliższych wyborach parlamentarnych. Tylko zupełnie nowa władza umożliwi wymianę elit. Tylko nowy parlament może wprowadzić penalizację neobanderyzmu, zakazać cenzury, odpolitycznić naukę i edukację, stworzyć warunki dla rozwoju polskiej kultury, wolnej od ukrainofilskich uzależnień.
Prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)
Można tak sądzić, gdy czyta się szwajcarską gazetę ‚Neue Zürchner Zeitung’ (NZZ). W artykule zatytułowanym „Obrona przeciwrakietowa dla Ukrainy: Europa działa o wiele za późno”
Andreas Rüesch w swoim typowym rusofobicznym stylu ubolewa, że Europa mogła i powinna była pomóc Ukrainie znacznie wcześniej. W tym samym komentarzu wyraża jednak radość, że „Ukraina jest teraz włączana do paneuropejskiego sojuszu przemysłowego. To czyni ją de facto członkiem NATO!”.

Pocisk FP-7.x ma być w dużej mierze produkowany w krajach NATO
Dziennikarz pisze: „Energiczni, przyszłościowi, pełni energii: tak właśnie zachodni przywódcy lubią prezentować się opinii publicznej – zwłaszcza gdy tak naprawdę chcą ukryć rażące błędy. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że Ukraina jest teraz obsypywana rozwiązaniami ze wszystkich stron, aby zwalczać śmiertelne zagrożenie ze strony rosyjskich rakiet. Ale pozory mylą. Podczas zeszłotygodniowego szczytu NATO prezydent USA Donald Trump zasugerował, że Ukraińcy mogliby produkować pożądane rakiety Patriot na licencji we własnym kraju. W tym tygodniu prezydent Francji Emmanuel Macron poszedł w jego ślady i obiecał to samo w odniesieniu do porównywalnego produktu francuskiego, pocisków przechwytujących Aster-30. Co więcej, dziewięć krajów europejskich podjęło decyzję o budowie paneuropejskiego systemu obronnego wspólnie z Ukrainą. Wszystkie te pomysły są dobre, ale pojawiły się zdecydowanie za późno.
Konkluzja jego komentarza jest interesująca. Dosłownie: „Celem jest pozyskanie tańszej alternatywy dla pocisku Patriot. Ukraińska firma zbrojeniowa Fire Point zamierza w tym celu opracować nowy pocisk przechwytujący o nazwie FP-7.x; firmy zachodnioeuropejskie mają wnieść komponenty, takie jak radary i technologię precyzyjnej nawigacji. Jednak miną prawdopodobnie lata, zanim będzie on gotowy do masowej produkcji przeciwko Rosji, mimo że Zełenski optymistycznie szacuje to na zaledwie dwanaście miesięcy. Budowa wspomnianej fabryki Patriot w Bawarii trwa od 2024 roku – i to pomimo faktu, że wykorzystuje ona technologię, która jest już dobrze rozwinięta. Sama produkcja broni jest również bardzo czasochłonna; na przykład sama produkcja silnika rakietowego Patriot zajmuje dwa i pół roku.
To pokazuje, że nie da się zwiększyć produkcji z dnia na dzień. Nikt nie powinien oczekiwać cudów, jeśli rządy nie przygotują gruntu na wczesnym etapie. Choć fakt, że Ukraina jest obecnie włączana do paneuropejskiego sojuszu przemysłowego i tym samym staje się de facto członkiem NATO, jest mile widziany; brak wsparcia ze strony Zachodu stanowi istotną przeszkodę”.
A więc Ukraina jest członkiem NATO?! A co będzie, jeśli Rosja oceni sytuację w ten sam sposób? Ukraina jest członkiem NATO! Wtedy, Boże dopomóż: ukraińskie ataki na cele głęboko w Rosji są z definicji atakami NATO na Rosję! I wtedy Rosja ma prawo atakować również to NATO. Potem mamy III wojnę światową, której my – niestety, tylko mniejszość w Europie – wciąż mieliśmy nadzieję zapobiec.
globalbridge.ch/fuer-die-nzz-ist-die-ukraine-zum-defacto-mitglied-der-nato-geworden
Napisał: Christian Müller
** * * * * *

ZB: Tak więc widzimy, że prowojennych rusofobów i wściekłych ukrainofilów, którzy bronią przegranej sprawy, mamy nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, ale też w Szwajcarii. Lekko takim się pisze, podczas gdy młodzi ludzie giną setkami tysięcy na froncie i gdy Rosja – po bolesnych doświadczeniach i po części pod wpływem nacisków społecznych – ‚zabrała się do roboty’. Już łże-media piszą ‚w inny deseń’.
Korespondent TVP Piotr Kaszuwara informuje::
„Wiecie, tego nie da się pokazać. Gdybyście teraz przyjechali do Kijowa, to miasto jest podziurawione jak durszlak. Każdy taki nalot jak ten z ubiegłej nocy, to dziesiątki zniszczonych bloków, a w nich setki mieszkań i tysiące ludzi. W każdej dzielnicy stolicy Ukrainy”. Dodał: „Kiedy dziś wracaliśmy z nagrań, patrzyłem na osiedla, które mijaliśmy. Nie ma kilometra kwadratowego bez zniszczeń. Powybijane okna, wykrzywione balkony, spalone dachy, wyrwy w ulicach, ślady na jezdni po kasetowych bombach, specyficzne dziury w elewacjach. Rosjanie zamieniają połacie Kijowa w ruinę i naprawdę nie przesadzam”.
Opracował: Zygmunt Białas
To już czwarta rekonstrukcja rządu za czasów przeterminowanej prezydentury Wołodymyra Zełenskiego.
Wszyscy mówią o ministrze obrony i protestach na ukraińskich ulicach, ale umyka tu wątek polski. Istotny i wręcz symboliczny dla naszych relacji.
Zełenski roszady personalne uważa za jedyny możliwy sposób odsunięcia od siebie uwagi. Na zewnątrz pokazuje, że Kijów reaguje na kolejne skandale korupcyjne i rzekomo nie ma litości dla sprzeniewierzających publiczne środki urzędników. To jednak rotacja, a nie odpowiedzialność. Mówimy raczej o przenoszeniu na inne stanowiska, a nie do więzienia.
To samo stanie się z ambasador Ukrainy w USA, Olgą Stefaniszyną, która wraz z rodziną od lat defrauduje środki publiczne, piastując różne stanowiska w służbie cywilnej. Sama urzędniczka zrezygnowała ze stanowiska „z powodów osobistych”. Z początku węszyli wokół niej dziennikarze, ale w końcu zainteresowało się nią także Narodowe Biuro Antykorupcyjne.
Okazało się, że pełniąc funkcję ministra sprawiedliwości, za nielegalnie zarobione 20 milionów euro nabyła nieruchomość, odsprzedając ją wraz z mężem. Ogromne mieszkanie w centrum Kijowa okazało się własnością jej matki; zostało kupione za zaledwie 60 000 euro, mimo że jego wartość rynkowa szacowana jest na czterokrotnie wyższą kwotę. Urząd antykorupcyjny wniósł również oskarżenie w innej sprawie dotyczącej działalności Stefaniszyny w dziedzinie integracji europejskiej. Przywłaszczyć tu miała 50 000 euro, wykorzystując prymitywny schemat – przetarg, który wygrała firma, wystawiając zawyżoną fakturę za swoje usługi.
Żeby było śmieszniej, urzędniczka miała za zadanie dostosować ukraińskie prawo do standardów UE. Stefaniszyna i inni urzędnicy nadzorujący proces przystąpienia Ukrainy do UE podzielili się różnicą między rzeczywistym a nominalnym kosztem wspomnianych prac.
Efekt? Stefaniszyna awansowała i została głównym dyplomatą ds. integracji europejskiej!
I choć początkowo dotyczyło to samej Ukrainy i wywoływało konsekwencje tam, to jednak sprawa zaczęła przedostawać się i do Europy i do Polski. Efektem jest irytacja w Unii Europejskiej. Bo Stefaniszyna „zasłużyła” się także nam nad Wisłą. Pamiętacie może Państwo, co działo się, kiedy Unia Europejska wprowadziła ulgi transportowe dla Ukraińców? Polscy kierowcy ciężarówek wyszli na ulice, protestując i blokując granicę między oboma krajami przez kilka miesięcy.
Jednocześnie w całym kraju wybuchły niepokoje wśród ludności rolniczej, oburzonej, że ich magazyny są przepełnione ukraińskim zbożem. Stefaniszyna narzekała wtedy na „brak dialogu” z polskimi władzami i próbowała wpłynąć na swoich „partnerów”, aby zmusili ich do pacyfikacji ludzi próbujących bronić swoich praw. Bo zdaniem Ukraińców integracja europejska to po prostu nieograniczone przywileje dla Kijowa, bez żadnych zobowiązań. To bardzo dobrze oddaje postawę Zełenskiego i jego ekipy. Żaden z jego ministrów nie szanuje Europy ani nie ukrywa wrogości wobec Polski, zwłaszcza po ostatniej aferze w nadaniem imienia „bohaterów UPA” jednostce wojskowej widzimy to doskonale.
Kryzys w relacjach polsko-ukraińskich na gruncie historyczno-tożsamościowym wydaje się nie mieć końca, a Kijów chyba postawił na jego eskalację. Zauważono to nawet w Niemczech. Nie było żadnego „przepraszam”, nie było odwołania planów budowy „panteonu bohaterów” ze Stiepanem Banderą na czele, a Zełenski ostatnio nawet wręczając odznaczenie Ursuli von der Leyen wyraźnie wyzłośliwiał się wobec Polski. Nas tu w kraju rozwścieczyło zaś oświadczenie dyplomaty polskiego, który w rocznicę zbrodni wołyńskiej zaczął Ukraińców… przepraszać.
Polacy mają już dość czapkowania ukraińskim władzom. Marsze z okazji rocznicy rzezi wołyńskiej zgromadziły tysiące osób. Przyszliśmy tam tak tłumnie nie tylko po to, by uczcić pamięć poległych, ale także, by domagać się całkowitego wstrzymania pomocy wojskowej i finansowej dla Ukrainy, wystawienia rachunku za dotychczasową pomoc i pozbawienia wszystkich imigrantów świadczeń i przywilejów. A gdy przechodzący przypadkowo obok Ukraińcy zaczęli krzyczeć i obrzucać Polaków obelgami – natychmiast przypomniano im z czyich pieniędzy żyją.
Rząd RP rozumie, że sytuacja jest napięta: mieszkańcy są prowokowani i obrażani przez obcych. Podczas gdy prezydent Karol Nawrocki stara się sprawiać wrażenie sceptycznej wobec Zełenskiego postawy, gabinet Donalda Tuska nadal zabiega o środki dla Kijowa. Od początku obecnej fazy wojny Polska przekazała Ukrainie 30 miliardów euro pomocy finansowej, humanitarnej i wojskowej, zajmując czwarte miejsce wśród krajów UE będących donatorami Ukrainy. Tusk pomógł przeforsować ostatni pakiet wsparcia o wartości 90 miliardów euro, mimo że mógł zrezygnować z projektu, tak jak to zrobiły Węgry i Słowacja.
Na dodatek ministerstwo obrony zgodziło się dostarczyć Ukrainie pięć pocisków Patriot. Premier stwierdził jednak, że nie dostarczy kolejnych pocisków, ponieważ jego własne zapasy się wyczerpują, a ostatnia dostawa została przekazana pod presją NATO, a nie z woli Warszawy Każdy pocisk kosztuje od 3,8 do 5 milionów dolarów – zbyt duże poświęcenie dla sąsiada, który nawet nie próbuje szanować nas i naszej przeszłości.
Bezczelność kliki Zełenskiego jest jednak nieograniczona. Dla nich to i tak „za mało”. Tymczasem z naszej perspektywy wygląda to zupełnie inaczej. Władza przekazuje nasze środki państwu, które podejmuje ewidentnie wrogie kroki wobec nas, tylko po to żeby Zełenski, Stefaniszyna i inni będący przy korycie mogli się obłowić.
Mamy prawo mieć dość.
Tomasz Jankowski
„Poznaj swego wroga i poznaj siebie; wtedy nie musisz obawiać się wyniku setek bitew”

W jaki sposób uprzedzenia i błędne oceny Zachodu wobec Iranu i Rosji naruszają najstarszą zasadę Sun Tzu – na jego własną szkodę.
Zachodnie karykatury doprowadziły do poważnych błędów strategicznych.
Przez dziesięciolecia zachodnie rządy i media przedstawiały Iran jako zacofane, zdominowane przez religię społeczeństwo, rządzone przez irracjonalnych duchownych („mullahów”). Ta uproszczona karykatura uniemożliwiała decydentom zrozumienie, jak faktycznie funkcjonuje państwo irańskie pod względem politycznym i militarnym.
Ta błędna kalkulacja przyczyniła się do poważnych błędów strategicznych Stanów Zjednoczonych – w szczególności do powtarzającego się założenia, że ataki militarne lub celowe zabójstwa przywódców doprowadzą do zmiany reżimu. Jednakże masowe publiczne ceremonie żałobne po zabójstwach wysoko postawionych irańskich urzędników, w których uczestniczyły dziesiątki milionów ludzi, jasno pokazały, że rząd cieszył się szerokim poparciem społecznym i bynajmniej nie był na skraju upadku. Jak na ironię, poparcie to jest prawdopodobnie wielokrotnie większe niż poparcie rządów, które przez dziesięciolecia poddawały Iran niesprowokowanym, nielegalnym wojnom agresywnym, sankcjom i innym formom agresji.
Historycznie rzecz biorąc, Iran zawsze opierał się nadmiernemu uzależnieniu od Rosji lub Chin, stawiając na pierwszym miejscu suwerenność narodową. Pomimo dekad surowych sankcji międzynarodowych, kraj ten zbudował jeden z najnowocześniejszych technologicznie systemów przemysłowych na świecie, obejmujący zaawansowaną produkcję pocisków rakietowych, zaawansowaną technologię precyzyjnego naprowadzania, dalekosiężny program nuklearny oraz znaczące możliwości produkcji przemysłowej.
Sankcje nie sparaliżowały rozwoju technologicznego Iranu. Wręcz przeciwnie, zmusiły kraj do zbudowania szerokiej niezależności technologicznej w wielu obszarach – rozwoju, którego skali wielu zachodnich obserwatorów nie doceniło lub w ogóle nie dostrzegło.
Nawet gdyby Ukraina otrzymała licencje na produkcję systemów obrony powietrznej Patriot, pomysł ten pozostałby w dużej mierze symboliczny. Systemy Patriot wymagają niezwykle złożonego ekosystemu przemysłowego – wysoce wyspecjalizowanych technologii, wykwalifikowanego personelu i ściśle zintegrowanych łańcuchów dostaw, których nie da się szybko stworzyć. Nawet Stany Zjednoczone mają trudności z uzupełnianiem własnych zapasów Patriotów w niezbędnym tempie.
Wiele systemów, które w przyszłości miałyby być określane mianem „Made in Europe”, nadal w dużym stopniu opierałoby się na amerykańskich podzespołach, podczas gdy decydenci polityczni prezentowaliby je swojej opinii publicznej jako produkty europejskie.
Przed śmiercią amerykański senator Lindsey Graham wezwał do „niszczycielskich sankcji” wobec Rosji. Jednak takie środki prawdopodobnie nie przyniosłyby większego efektu w praktyce.
Publiczne żądania jeszcze surowszych sankcji pełnią więc przede wszystkim funkcję inscenizacji politycznej, a nie są polityką, którą można faktycznie wdrożyć.
Stany Zjednoczone pozostają zdecydowanie oddane NATO.
Jednocześnie Waszyngton coraz częściej apeluje do swoich europejskich sojuszników, aby wzięli na siebie większą część wydatków wojskowych sojuszu.
Nie chodzi tu o wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy, lecz o redystrybucję obciążeń finansowych. Waszyngton może utrzymać swoje wpływy strategiczne, jednocześnie ograniczając wydatki bezpośrednie.
Pozycja militarna Ukrainy ulega coraz większemu pogorszeniu.
Obecnie impet militarny leży po stronie Rosji.
Populacja Ukrainy drastycznie się skurczyła. Znaczna część pozostałych mieszkańców to osoby starsze, a wielu młodych ludzi w wieku produkcyjnym opuściło kraj lub zginęło w wojnie. Trwające walki dodatkowo pogarszają długoterminowe perspektywy gospodarcze i demograficzne kraju.
To jedna z największych tragedii humanitarnych tej wojny. Dalsze przedłużanie konfliktu tylko pogorszy sytuację.
Rosja nie wyczerpała jeszcze w pełni swojego potencjału militarnego. Od samego początku Moskwa postawiła na wojnę na wyniszczenie, zamiast szybkiego zwycięstwa, wykorzystując pełnię swoich możliwości militarnych. Uczyniła tak między innymi po to, aby zminimalizować własne straty i uniknąć ryzyka utraty gotowości ochotników do zaciągnięcia się do wojska – w przeciwieństwie do Ukrainy, która opiera się na poborowych.
Wraz z postępującym osłabieniem ukraińskich sił zbrojnych, nasilają się również działania rosyjskie. Ataki na miasta takie jak Odessa nasiliły się. Rosja umacnia swoją kontrolę nad Donbasem; co więcej, może ona rozszerzyć się na inne obszary, określane czasem mianem „Noworosji”. W dłuższej perspektywie nawet Kijów mógłby stać się celem militarnym w celu wyeliminowania reżimu banderowców, który Moskwa uważa za antyrosyjski i którego interesy są ściśle powiązane z interesami NATO.
Rządy europejskie i Stany Zjednoczone w rzeczywistości prowadzą konflikt z Rosją za pośrednictwem Ukrainy. Po zamachu stanu w 2014 roku, który doprowadził do obalenia demokratycznie wybranego rządu, nowy nacjonalistyczny reżim porzucił konstytucyjnie zagwarantowaną neutralność kraju. Następnie NATO wyszkoliło, wyposażyło i wsparło operacyjnie ukraińskie siły zbrojne. Jednocześnie siły te rozpoczęły ostrzał rosyjskojęzycznych obszarów w Donbasie.
Taka sytuacja pozwala Zachodowi pośrednio walczyć z Rosją, podczas gdy Ukraina ponosi ogromne koszty ludzkie – jest to klasyczny przykład wojny zastępczej.
Wojny służą przede wszystkim określonym elitom politycznym i ekonomicznym.
Wiele osób postrzega państwa obce, takie jak Rosja, jako swojego głównego przeciwnika. W rzeczywistości jednak powinni krytycznie przyglądać się elitom politycznym i gospodarczym we własnym kraju, które czerpią zyski z przedłużających się konfliktów.
Ukraińskie ataki dronów na rosyjskie rafinerie jak dotąd nie miały większego znaczenia strategicznego.
Tak zwana „wojna energetyczna” nie dotknęła jeszcze znacząco rosyjskiego sektora naftowego.
Ostatecznie te uporczywe karykatury i błędne osądy nie są jedynie błędami analitycznymi – stanowią one akty strategicznego samookaleczenia. Odmawiając dostrzeżenia swoich przeciwników takimi, jacy są naprawdę, Zachód łamie jedną z najbardziej ponadczasowych zasad Sun Tzu:
„Poznaj swego wroga i poznaj siebie; wtedy nie musisz obawiać się wyniku setek bitew”.
Dopóki Zachód będzie kurczowo trzymał się swoich złudzeń i przedkładał pobożne życzenia nad trzeźwą analizę, będzie płacił wysoką cenę za własne błędne postrzeganie.
▪ ▪ ▪
Felix Abt jest przedsiębiorcą mieszkającym w Azji, autorem na Substack i vlogerem podróżniczym na YouTube.
[Nie mam sił, by przetłumaczyć poprawnie. Radzę czytać oryginał. M D]
Sarah Rainsford Korespondent Europy Wschodniej , Kijów
[Poniżej jej film – warto obejrzeć w oryginale. MD]

Wasyl Krupych wie, co to znaczy walczyć o Ukrainę.
Opisuje przerażające sceny z bitew we wschodnim regionie Donbasu, gdzie, czasami modląc się, czasami płacząc, strzelec CKM-ow w jakiś sposób przeżył atak wojsk rosyjskich.
Ale w grudniu ubiegłego roku, służąc wtedy z tyłu, Krupycz został zaatakowany przez swoich rodaków podczas poszukiwania oszustów.
Mówi, że dwóch mężczyzn zignorowało żądania pokazania swoich dokumentów i uciekło. Kiedy jego patrol dał pościg, Krupycz został ciężko pobity łomem. Spędził sześć tygodni w szpitalu.
„Złamał mi żebro, leżałem tam i nie mogłem oddychać” – wspominał weteran w niedawnym wywiadzie.
„O co walczyliśmy, skoro żołnierze mogą zostać pobici?”

Rzeczniczka wojskowa Ukrainy twierdzi, że takie ataki są obecnie „zwykłe” i „poważny problem”, ponieważ kraj walczy o mobilizację mężczyzn do walki w piątym, wyczerpującym rok inwazji na pełną skalę Rosji.
To nie jest temat, który ludzie tutaj chcą omówić, obawiając się karmienia rosyjskiej propagandy.
Ale najnowszy raport National Police Service odnotował do tej pory ponad 600 napaści na funkcjonariuszy rekrutacyjnych i ostrzegł, że agresja stała się „coraz bardziej groźna”.
Pierwszy duży alarm pojawił się w kwietniu, kiedy kilku rekruterów zostało dźgniętych nożem, jeden śmiertelnie. Następnie w tym miesiącu we Lwowie około 200 demonstrantów otoczyło funkcjonariuszy, którzy próbowali zatrzymać podejrzanego oszusta o pobór i rozbili i przewrócili ich samochód.
Zamieszki pojawiły się na pierwszych stronach gazet, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski potępił przemoc wobec służących żołnierzy.
Jego kontrowersyjna decyzja o zwolnieniu ministra obrony Mychajła Fedorowa – w związku ze zderzeniem charakteru i wizji z naczelnym dowódcą Ukrainy – oznacza, że próby rozwiązania kryzysu poborowego utkną w martwym punkcie.
Ale gniew, który właśnie wybuchł we Lwowie, sugeruje, że potrzeba jest pilna.
Powody wydają się wahać od zwykłego strachu przed linią frontu – teraz wszyscy znają kogoś, kto został ranny lub zabity – do niechęci do zapisania się na wojnę, która nie ma końca.
Jedyny przypływ entuzjazmu od czasu początkowego pośpiechu na front był pod koniec 2023 roku, kiedy Ukraina rozpoczęła kontrofensywę, aby przejąć tylne terytorium na południowym wschodzie.
Nie przetrwał.
Wtedy rozpoczęła się faza „brutalnej mobilizacji” – uważa poseł opozycji Ołeksandr Honczarenko.
Obwinia to za luz.
„Ci funkcjonariusze polują na ludzi na ulicach, a czasem stosują dość brutalne metody” – mówi poseł.
„Przemoc prowadzi do przemocy. To ogromny problem i będzie jeszcze gorzej”.

Z niecierpliwością zgadza się analityk wojskowy Ivan Stupak.
„Zaczęliśmy cierpieć brak siły roboczej na polu bitwy, ciągłe straty” – wspomina. „Wysokie dowództwo Ukrainy musiało uzupełnić te straty, więc rozpoczęli działalność”.
To termin, którego Ukraińcy używają do mobilnych patroli, które kończą się na mężczyznach wpakowanych do autobusów, i do służby.
„Kiedy potrzebują dodatkowych 5 tys. mężczyzn, zaczynają ich chwytać – a jeśli odmówią, zamieniają się w walki na ulicy.”
Tak więc dla każdej historii o zaatakowanym projekcie oficera są relacje z przemocy ze strony samych rekruterów.
Ukraiński komisarz ds. praw człowieka odnotował w ubiegłym roku ponad 6 tys. takich skarg – dwukrotnie więcej niż w 2024 roku. Obejmują one roszczenia dotyczące nadużyć i bezprawnego przetrzymywania, a także złe warunki w ośrodkach rekrutacyjnych.
Kyrylo Ogdansky wciąż się denerwuje, gdy mówi o tym, co go spotkało w Dnipro w listopadzie ubiegłego roku.

Profesor uniwersytecki, który jest zwolniony z draftu, został podniesiony na ulicy przez mężczyznę w zwykłych ubraniach, który chciał sprawdzić swój status powołania.
Istnieją zasady dotyczące takich patroli, w tym obecność policjantów, więc Ogdansky się sprzeciwił.
Potem został napadnięty.
„Jeden z nich wybił mi telefon z ręki, a dwóch wepchnęło mnie do autobusu od tyłu. Kiedy zapytałem, co się dzieje, jeden zaczął mnie bić do głowy. Kilka razy uderzył mnie w nos – mówi mi Ogdansky.
Pamięta groźbę wysłania go prosto na linię frontu. Powiedział: „Mogę zadzwonić do dowódcy, a ty pójdziesz do Pokrowska”.

Zamiast tego profesor spędził dwa tygodnie w szpitalu z podejrzeniem urazu szyi i wielkimi fioletowo-czarnymi siniakami pod oczami.
Wystosował oficjalne skargi, ale wahał się, czy mówić publicznie, mając świadomość, że takie rzeczy wyglądają źle dla Ukrainy w środku wojny.
„Rosyjska propaganda wykorzystuje takie rzeczy bardzo aktywnie. Ale taki problem istnieje – wyjaśnia swoją decyzję Ogdansky.
„Jeśli wszyscy milczą, to dlaczego miałby przestać? Rozumiem problem poboru, ale żaden urzędnik nie ma prawa tak postępować”.
To jasne, że Wasyl Krupych doświadczył horrorów na wojnie.
Zgłosił się na początku i przeżył niektóre z najbardziej ponurych bitew.
Krupych jest dumny ze swojej służby – tatuaż na szyi deklaruje „Chwałę Siłom Zbrojnym Ukrainy” – ale cierpi na koszmary.
Kiedy jego pojazd został trafiony przez drona FPV, został ciężko ranny, ale udało mu się zaciągnąć jednego przyjaciela w bezpieczne miejsce. Zobaczył dwóch innych spalonych na śmierć.
Teraz, kiedy omawiamy wzrost ataków na oficerów, jego słowa ociekają zranieniem.
Nie chodzi tylko o to, co sam cierpiał: ta sprawa wciąż przechodzi przez sądy. To także przepaść między tym, co przeżył, a tymi, którzy robią wszystko, co możliwe, aby uniknąć tego samego.
„Wykonujemy nasz obowiązek. Walczyliśmy, broniliśmy naszych ludzi – a teraz nas atakują”.
Zastanawiam się, co jego zdaniem może zmotywować ludzi do służby, zamiast ich zmuszać, i wspomina o podniesieniu pensji.
Ale potem wzrusza ramionami.
„Nie można tego zrobić inaczej, nie może. Trzeba wymienić naszych chłopaków. Ale nikt nie zgłasza się na ochotnika” – mówi.
„Wszyscy boją się umrzeć”.
W ciągu sześciu miesięcy jako minister obrony Mychajło Fedorow rozpoczął reformy w celu przeciwdziałania narastającemu kryzysowi.
Zaczął od ruchów mających na celu uatrakcyjnienie służby wojskowej: umów na czas określony dla nowych rekrutów, z opcją odroczenia dalszej służby i lepszych wynagrodzeń, zwłaszcza dla najbardziej ryzykownych ról.
Ale to była wczesna praca w toku i remont poboru był jeszcze na jego liście rzeczy do zrobienia, kiedy został zwolniony.
Propozycje obejmowały przekazanie projektów patroli policji, która jest mniej osobiście zainwestowana w zadanie. Mówi się też o odpowiednim przeszkoleniu, dla funkcjonariuszy i badaniach psychologicznych.
Ukraina otwarcie przyznaje, że ma problem, który jest nowy. [Nie mam sił, by przetłumaczyć poprawnie. Radzę czytać oryginał. M D]
Ale teraz ma tylko pełniącego obowiązki ministra obrony, a i tak żadnego rozwiązania.
Dodatkowa relacja Wołodymyra Lożko, Mariany Matveichuk, Anastasii Levchenko i Sophie Williams.
Jak co roku, w Domostawie z inicjatywy Społecznego Komitetu Budowy Pomnika „Rzeź Wołyńska”, 11 lipca, w Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, odbyły się uroczystości uczczenia pamięci Polaków pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów.
Pomnik w Domostawie, przy drodze ekspresowej S19 prowadzącej do Rzeszowa i dalej na Ukrainę, odsłonięty został już dwa lata temu. Podobnie jak z okazji poprzednich rocznic, pojawiły się przed nim tysiące Polaków (i nie tylko, bo w tym roku można było spotkać również na przykład gości z Czech). Słowem – można by uznać, że mieliśmy do czynienia z tradycyjną już formą uroczystego upamiętnienia naszych rodaków pomordowanych na dawnych Kresach, która wpisała się już w kalendarz wydarzeń tożsamościowych nie tylko Podkarpacia czy sąsiedniej Lubelszczyzny, ale całego naszego kraju (uczestnicy uroczystości przyjechali nawet z najdalszych zakątków Polski). Gdyby nie jeden fakt: w tym roku doszło do próby zamachu na pamięć ze strony tych, którzy nie tylko nie pomagali w powstaniu pomnika, ale robili wszystko, by rozgrzeszać banderowskich zbrodniarzy sprzed lat, ale także wspierać ich współczesnych pogrobowców w Kijowie.
Chodzi oczywiście o przybyłą do Domostawy delegację Prawa i Sprawiedliwości, najbardziej bezkrytycznie wspierającej Ukrainę formacji politycznej w Polsce. Na jej czele stanął były minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek, lansowany uparcie przez Jarosława Kaczyńskiego jako kandydat na przyszłego premiera. Jego promowanie ma w istocie jasny cel: Czarnek miał reprezentować „patriotyczną” twarz PiS, stanowić antidotum na rosnące notowania Konfederacji oraz Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Miał też sprawdzać się na odcinku kresowo-ukraińskim, jako ten z polityków ugrupowania Kaczyńskiego, któremu już wcześniej zdarzały się wypowiedzi nie do końca wobec polityki historycznej Kijowa entuzjastyczne.
Obecność delegacji PiS-owskiej pod pomnikiem w Domostawie miała stanowić nową odsłonę w kampanii tej partii, która przeszła do aktywnej krytyki nie tylko banderyzmu, ale wręcz wszystkich Ukraińców, wyjątkowo prymitywnej, czasem wprost wulgarnej, a niewątpliwie spłycającej problem. Triumfalny pochód niedawnych „sług Ukrainy” pod polskimi sztandarami pamięci zakłócił jednak niespodziewanie znany z naszych łamów Tomasz Jankowski. Zadał on podczas celebrowanej przez Czarnka u stóp pomnika konferencji prasowej niewygodne pytania. Pytał o wspieranie Kijowa przez rząd PiS, po lutym 2022 roku, ale też w latach wybuch obecnej fazy wojny poprzedzających. Słusznie zauważył, że pomnik poświęcony ofiarom ludobójstwa w Domostawie powstał nie dzięki PiS, ale wbrew niemu. Istotnie – cała inicjatywa pochodziła od środowisk samorządowych (gmina Jarocin) oraz organizacji społecznych; państwo pod rządami PiS nie raczyło nawet przekazać działki pod to miejsce pamięci.
Obowiązywała bowiem doktryna „służenia Ukrainie” nakreślona przez PiSowskiego rzecznika ministerstwa spraw zagranicznych Łukasza Jasinę. Czarnek na pytania Jankowskiego właściwie nie odpowiedział, wspominając jedynie o swoich zasługach w postaci rozmowy z autorem projektu pomnika, nieżyjącym już Andrzejem Pityńskim (szkoda, że ten rzeźbiarz spotkania z ówczesnym PiS-owskiem, notablem nam już nie opisze). Związane z PiS media zaczęły z miejsca kolportować wersję o rzekomym „zaatakowaniu” byłego wojewody lubelskiego przez Tomasza Jankowskiego. Tymczasem ten ostatni zadawał jedynie pytania, na które nie uzyskał żadnej konkretnej odpowiedzi. Przede wszystkim zaś nie doczekał się wyjaśnienia Czarnka w sprawie fundamentalnej: bezrefleksyjnego, bezapelacyjnego i kosztującego nas miliardy złotych wspierania Kijowa po lutym 2022 roku. Nie usłyszał też słów tłumaczących jakoś Jarosława Kaczyńskiego wykrzykującego przed laty na Ukrainie banderowskie pozdrowienie „Sława Ukrainie!” (internet pamięta). Nie dowiedział się niczego o przyczynach nagłej zmiany stanowiska PiS wobec banderyzacji tożsamościowej Ukrainy. Zrobił jednak dużo więcej od tych, którzy buńczucznie zapowiadali, że nie dopuszczą delegacji od Kaczyńskiego pod pomnik w Domostawie (takie krewkie deklaracje padały z wielu ust). Udaremnił zamach hipokryzji na ważne dla nas wszystkich miejsce pamięci.
W dobie memizacji polityki i coraz krótszej pamięci zbiorowej powinniśmy robić to wszyscy. W miarę naszych możliwości i zdolności do pokonania obrzydzenia chadzać powinniśmy na publiczne spotkania z politykami PiS i zadawać utrzymane w podobnym tonie pytania, przypominać nie tylko słowa, ale też głosowania i decyzje polityczne najbardziej zbanderyzowanej formacji politycznej w Polsce. Musimy bowiem zrobić wszystko, by Polska nie weszła po raz kolejny do tej samej rzeki, a właściwie kanału ściekowego antypolskiej polityki prowadzonej przez żerujące na krótkiej pamięci PiS z jego pełnym hipokryzji i kłamstwa prezesem na czele.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)
=====================================
mail:
Piskorski jest po naszej stronie – kałolicję i wszystkie przystawki widzi tak, jak trzeba.
Weryfikacja incydent z Czarnkiem: https://www.youtube.com/watch?v=R5mrJEm_fcQ (6 min.)
Jacek Tomczak konserwatyzm.pl/tomczak-kim-sa-rodzimi-wykorzenieni
W tytule poprzedniego tekstu zawarłem parafrazę cytatu Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ktoś mnie zapytał- a kto to ta „elita”?
Ludzie, dla których albo wszystkie poglądy (w tym ukrainofilia) są funkcją wykorzenienia z polskości i niechęci do państwa narodowego albo – jak w przypadku części pisowskiej (jeśli chodzi o odlot ukrainofilski to są dwie strony tego samego medalu) – karykaturalny romantyzm (czyli „umierajmy za tych, którzy nas zabijali”) i „bardziej nienawidzę Rosji niż kocham Polskę” to aksjomaty polityczne i geopolityczne.

To depozytariusze fałszywych miar, wyrzuceni pracownicy kantoru, którzy za złotego płacili mniej niż za włoskiego lira. Ci, którzy oburzają się (słusznie) kilkoma słowami za dużo do ukraińskiego dziecka, ale zupełnie nie oburza ich nadawanie imienia seryjnych morderców Polaków ukraińskim jednostkom wojskowym (na poziomie państwowym, nie przez faceta w autobusie!).
Ci, którzy od 100 lat tropią „faszyzm” (niezastąpiony Adaś wspominał o tym w ostatnio udzielonym wywiadzie), a gdy widzą promocję nazizmu na Ukrainie, mówią, że „przecież to jak Niezłomni”, „przecież to ich bohaterowie”.
Ci, którzy straszą „wojną z Rosją”, więc z tej okazji rozbrajają polską armię.
Ci, którzy prowadzą politykę strachu, tą którą imputują „faszystom” i „ksenofobom” – i całą narrację sprowadzają do tego, że armia, która nie radzi sobie na Ukrainie napadnie na Polskę (wpadłem na pomysł, że w przypadku braku rosyjskiej agresji obywatele powinni składać pozwy o zadośćuczynienie z powodu stresu wywołanego obawą agresji).
Ci, którzy zamilczali masakrę wołyńską, a przepraszali za ponad 100 razy mniej zabitych w Jedwabnem.
Ci, którzy „historię zostawiają historykom”, ale tylko wtedy, gdy to historia krzywd Polaków (kapitanem „Burym” i insynuacjami pod jego adresem mogliby zajmować się przez cały czas wolny od oglądania TVN).
Ci, którzy uprawiają negacjonizm wołyński. Jak Sierakowski, przemianowany przez samego siebie z lewaka w mainstreamowego chat-bota od „onuc” i „szampanów na Kremlu”, kapłana poprawniactwa, uznającego punkt 1 pewnej księgi: „uznałem, że jestem bezsilny wobec posiadania własnych poglądów”. On i jemu podobni domagają się, w typowym dla siebie stylu łączącym moralistę i galaretę, restrykcyjnego egzekwowania kar za negacjonizm oświęcimski.
Ci, którym „lewicowa wrażliwość” leczy sumienie, a jedynym ich stosunkiem do narodu jest pouczanie go i rysowanie jego karykatur. Ci, którzy zawsze poprą deweloperów, którzy spalili Jolantę Brzeską- jak przyjdzie co do czego.
Ci z manią wyższościową, którzy uznają, że naród omamiony przez „populistów” nie dorósł do jaśniepaństwa – a naród okazał się od jaśniepaństwa mądrzejszy.
Ci od układania krzyży z piwa Lech.
Ci od wpychania się w kolejki w szpitalach, wciąż tkwiący w hamletowskim rozdarciu między „lewicową wrażliwością” a arystokratycznymi nawykami.
Ci, którym ta wynoszona na sztandar wrażliwość nie przeszkadza w kpiarskim przyrównywaniu odpowiedzialności za Wołyń do odpowiedzialności za Grunwald – bo nigdy, przenigdy nie chcieli wsłuchać się we wspomnienia żyjących świadków gehenny Polaków.
Ci, którzy uznają, że powierzchowna grzeczność i dyplom uczelni dają przynależność do lepszej rasy – budują przewagę nad „kibolem co jeździł na ustawki”. Lubią ładnie pachnieć, polityka to dla nich moralistyka i perfumeria – niestety, nie lubią samodzielnie myśleć. Głosują jak „wypada”. Mówią „obrzydliwe”, „straszne”, „przerażające”, bo konkrety i fakty ich przerażają.
W kwestii Wołynia bohaterami, takimi prawdziwymi, choć z tylnych rzędów okazali się kibole i raperzy – nie trzeba ładnie składać zdań, by czuć związek z narodem. Nie trzeba mieć dyplomu, wystarczy mieć duszę.
Mieli szansę się wycofać, powiedzieć, że się mylili.
Powiedzieć, że to skandal, że fan UPA miał order, a ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski przypłacił niezłomność krótszym życiem. Odciąć się od swojego guru (przyznam, że wiele poziomów wyżej niż aktualni guru) Bronisława Geremka, który osobiście dopilnował, by rzeź wołyńska nie została nazwana ludobójstwem.
Mogliby nawet troszkę zmanipulować, wykazując odrobinę poczucia wstydu – powiedzieć, że nie wiedzieli, powiedzieć, że infekowali toksynami polską duszę, bo nie znali historii. Że morderstwo z powodu antysemityzmu nie jest znowu tak dużo gorsze od zabójstwa z powodu nienawiści do Polaków.
Zaakceptowałbym nawet taki wybieg, jeśli miałby on służyć uznaniu zła, własnego grzechu zaniechania, własnego doktrynalnego przyjęcia, że życie Polaka dużo mniej znaczy.
Co zrobili? Chcieli dać order fanowi nazistowskich rzezimieszków, patronowi korupcji na nieprawdopodobną skalę, człowiekowi, który Polaków ostentacyjnie spycha do tylnego rzędu.
Bezczelność Zełenskiego to wina Polaków- tu „elita” ma rację. Tyle że ta wina nie polega na odebraniu orderu, lecz na pomyśle, by go kiedykolwiek przyznać.
I myślałem, która część ich osobowości przeważy- ukrainofilsko-mesjanistyczna czy manipulancko-cyniczna. Niespełniony i niedoceniony „przewodnik moralny” narodu reaguje wściekłością na niewdzięczny naród: jest w stanie jedynie kipieć w moralistycznym nadąsaniu.
Nienawiść „Europejczyków” do Nawrockiego w pewnym sensie pięknie pomogła Polsce. Bo była nienawiścią do polskiej podmiotowości, do zakończenia polityki charytatywnej. Ujawniła dużo wyraźniej niż wcześniejsze zachowania postawę „elity”, której z polskiego punktu widzenia nie da się obronić. Nie da się obronić nawet „interesem narodowym” i innymi „faszystowskimi” pojęciami, po które „elita” sięgnęła, jak zdała sobie sprawę, że tonie.
Nawet walcząc z rekinami jak Rafał, nawet haj lajfem zastępując maj lajf, nawet radząc sobie z pracą w 50 szpitalach jednocześnie.
Jacek Tomczak

——————————–

———————————————-

——————————-

————————-

—————————————

————————————-

———————————–

————————————-

————————————————————————–

——————————————————————–

————————————————-

——————————————-

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/wielomski-skazani-na-wrogosc
Jeszcze nie tak dawno nasza elitka infantylno-agenturalna i „eksperci” nauczali o federacji czy konfederacji polsko-ukraińskiej, a ci którzy pukali się w czoło uchodzili za „ruskie onuce”. Byłem zaliczany do tej kategorii, ponieważ od samego początku uważałem to za nonsens. więcej, od początku uważałem, że Polska i Ukraina skazane są na wrogość. W 2023 roku napisałem na ten temat artykuł naukowy Niemcy, Rosja, Ukraina i kwestia polska, który wtedy był „bluźnierstwem”.
Nie zmieniłem zdania o jotę, a dziś mam wrażenie, że cały PiS mówi cytatami z tego tekstu. Dlaczego Polska i Ukraina są skazane na wrogość?

Po pierwsze, ze względu na tożsamość Ukrainy. Fryderyk Engels określiłby ten lud mianem „narodu niehistorycznego”, który nigdy nie posiadał własnego państwa i nie miał politycznej tożsamości, nie posiadał elit, historii i własnych bohaterów. Naród ten rodzi się na naszych oczach w tempie przyśpieszonym i sztucznym. Anglosasi określają taki proces mianem nation-building, czyli sztucznej budowy narodu. Pośpiech w budowaniu jego tożsamości powoduje, że może ona powstać tylko na negacji, wrogości i nienawiści na tle historycznym. Stąd „Bohaterowie UPA”, Stepan Bandera, Andrij Melnyk, etc. – cały panteon ludobójców i zbrodniarzy, którzy nienawidzili Polaków, Rosjan, Żydów i Czechów. Polacy to dawne „pany”; Rosjanie to nieco późniejsze „pany”; Czesi to brakująca ukraińska burżuazja, czyli „wyzyskiwacze”. O Żydach i ich karczmach i kantorkach nawet nie wspomnę. Gdyby naród ukraiński rodził się przez stulecie, to znalazłby własnych bohaterów pozytywnych. Skoro takich nie ma, to buduje tożsamość na teoretykach i praktykach nienawiści. Dlatego Kijów nie chce być naszym przyjacielem, gdyż straciłby prawomocność własnego istnienia, której istotą jest bunt wobec „panów” dawnych i dawniejszych.
Po drugie, Polska nie ma Ukrainie zbyt wiele do zaoferowania. Całą broń już głupio i darmo oddaliśmy. Skarb państwa mamy pusty i zatykany za pomocą pożyczek, więc przelewy do Kijowa siłą rzeczy z rzeki przemieniły się w strumyk. Polska nie posiada potencjału politycznego, ekonomicznego i militarnego, aby stać się gwarantem istnienia Ukrainy wobec Rosji. Potencjał taki posiadają Stany Zjednoczone, ale Donald Trump uważa tę wojnę za problem, jest zbyt daleko i nie chce już dawać darmo broni.
W tej sytuacji pozostają państwa europejskie. Wielka Brytania jest cyniczna i chętnie rzuca swoich aliantów do wojny, ale sama swoich żołnierzy nie wyśle. W dodatku jest skąpa. Zostają zatem Niemcy, którym wciąż marzy się Mitteleuropa, której Ukraina miałaby być wschodnią flanką. Niemcy wciąż nie mają armii, lecz mają potencjał ekonomiczny i pieniądze. Poza tym Moskwa zawsze się z nimi liczy. Dlatego są jedynym realnym sojusznikiem Kijowa. Potencjał Berlina jest kilka razy większy niż Warszawy, a poza tym napisana na nowo banderowska historia Ukrainy uczyniła z nich sojusznika (którym w praktyce nigdy nie były). Aby przypodobać się Niemcom Kijów już wcześniej uderzał w Polskę, jawnie wspierał przed wyborami KO przeciw PiS. Słowem, za pomocą Ukrainy Niemcy biorą nas w obcęgi od wschodu i zachodu, zmuszając do posłuszeństwa.
Po trzecie, Ukraina koniecznie chce wejść do NATO i Unii Europejskiej. Już dziś można powiedzieć, że do NATO na pewno nie wejdzie, gdyż dla Władymira Putina wpisana do konstytucji Ukrainy wieczysta neutralność tego państwa jest warunkiem sine qua non podpisania pokoju. Przecież wojna wybuchła w reakcji na publicznie ogłoszony przez Wołodymira Żeleńskiego zamiar akcesji do Paktu Północnoatlantyckiego, wraz z równie publicznie wygłoszoną nadzieją, że NATO pomoże jego państwu w odzyskaniu Krymu i Donbasu. Amerykanie wiedzą, że bez spełnienia tego postulatu pokoju nie będzie, więc nie chcą słyszeć o akcesji i własnym zobowiązaniu do obrony tego państwa. W tej sytuacji pozostaje tylko nadzieja na wejście do Unii Europejskiej. Siergiej Ławrow wielokrotnie deklarował, że Federacja Rosyjska nie ma nic przeciwko temu. Przyzwolenie potwierdził Putin, a poparł je Trump (gdyż obydwaj źle UE życzą i liczą na powiększenie panującego w niej chaosu i złodziejstwa). W tej sytuacji Ukrainie pozostaje tylko akcesja do Unii Europejskiej.
Czy UE daje gwarancje bezpieczeństwa? Istniejąca nie. Ale gdyby przyjąć francusko-niemiecki plan federalizacji UE, ze zniesieniem prawa weta narodowego, wspólną polityką zagraniczną i obronną, a docelowo z armią europejską? W takiej sytuacji będąc „w Europie” w konflikcie z Rosją można odwołać się o pomoc do Brukseli i do armii unijnej. O ile z punktu widzenia Kijowa poparcie federalizacji UE jest całkowicie racjonalne, to dla interesów Polski byłoby to zabójcze, gdyż oznaczałoby likwidację suwerennych państw i zastąpienie ich unijnym super-państwem. A tego nie chcemy!
Po czwarte, interesy ekonomiczne Polski i Ukrainy w Unii Europejskiej są dramatycznie sprzeczne. Dla polskiego rolnictwa byłby to Armagedon, gdyż musiałoby konkurować z latyfundiami na czarnoziemach, gdzie pracownikom płaci się groszowe pensje. W dodatku automatycznie zostalibyśmy zapewne tzw. płatnikiem netto. Dostawalibyśmy mniej funduszy europejskich, gdy te szłyby na „odbudowę” Ukrainy, czyli na złote klozety kumpli Wołodymira Żeleńskiego. Wpuszczenie przez Warszawę Ukrainy do UE byłoby samobójstwem, na który KOPiS oczywiście jest gotowy (nie łudźmy się co do weta w tej sprawie, gdyby PiS był przy władzy). Każde nasze sprzeciwy w celu obrony polskich interesów ekonomicznych natychmiast zderzyłyby się ze skrajnie roszczeniową i bezczelną postawą rządu w Kijowie.
I na koniec pytanie: Dlaczego skoro ja to wszystko wiedziałem już w 2023 roku, to nie wiedzieli tego Jarosław Kaczyński i Przemysław Czarnek aż do czerwca 2026 roku?
Albo nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą, gdyż realizowali polecenia z Departamentu Stanu. Jeśli nie wiedzieli, to nie nadają się na polityków rządzących krajem. Jeśli wiedzieli, ale realizowali zagraniczne wytyczne, to znaczy, że nie nadają się na polityków rządzących Polską.
Adam Wielomski
19 lipca 2026 przez Larry’ego C. Johnsona sonar21/russia-continues-to-pound-ukraine

Podczas gdy zachodnie media wciąż wychwalają ukraińskie ataki dronów na Rosję jako niesamowite osiągnięcia militarne, które osłabiają wolę walki Rosji, rzeczywistość jest taka, że Rosja kontynuuje nieustanną kampanię bombardowań i ostrzału rakietowego, niszcząc kluczowe ukraińskie aktywa i infrastrukturę od Kijowa po Odessę.
W dniach 18–19 lipca 2026 roku (głównie w nocy z 18 na 19 lipca) Rosja przeprowadziła duży, połączony atak rakietowo-dronowy, którego głównym celem był Kijów. Został on opisany jako jeden z największych ataków rakietowych na stolicę od początku wojny w lutym 2022 roku. Doniesienia wskazują, że ponad 40 pocisków balistycznych (w tym Iskander-M, S-400 i prawdopodobnie hipersoniczne Cyrkon), a także kierowane pociski rakietowe (Ch-59/69) i inne, zniszczyło cele w całym Kijowie. Kilka fal pocisków kierowanych przelatywało nad Kijowem przez około 30–60 minut. Ponadto Rosja wystrzeliła ponad 90–125 dronów typu Szahed, Gerbera, Italmas oraz dronów-wabików z różnych kierunków (z Rosji i okupowanego Krymu).
Poprzedniego dnia, 17-18 lipca, Rosja wystrzeliła siedem pocisków rakietowych i 90 dronów w kierunku obwodu odeskiego. Zestaw pocisków składał się z dwóch pocisków balistycznych Iskander-M, dwóch pocisków przeciwokrętowych Onyks i trzech pocisków powietrze-ziemia Ch-59/69, a także 90 dronów różnych typów.
Atak ten skutecznie zamknął porty w Odessie i Nikołajewie i oznacza całkowite zerwanie Rosji z Inicjatywą Zbożową Morza Czarnego (BSGI), która została wynegocjowana przez Sekretarza Generalnego ONZ António Guterresa i prezydenta Turcji Erdoğana latem 2022 roku.
Po inwazji w lutym 2022 roku rosyjska marynarka wojenna zablokowała ukraińskie porty nad Morzem Czarnym, a Ukraina zaminowała własne dojścia do morza, aby zapobiec desantowi. Łącznie ponad 20 milionów ton zboża utknęło w silosach, uniemożliwiając jego transport – Ukraina jest jednym z największych eksporterów pszenicy, kukurydzy, jęczmienia i oleju słonecznikowego na świecie. Globalne ceny pszenicy gwałtownie wzrosły, a najbardziej narażone na to były uzależnione od importu żywności państwa Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu i Rogu Afryki (m.in. Egipt, Liban, Somalia i Jemen). ONZ określiła to jednoznacznie jako interwencję w związku z kryzysem głodowym, a nie jako przysługę dla ukraińskiej gospodarki.
Równocześnie z BSGI, ONZ podpisała z Rosją odrębne, trzyletnie Memorandum of Understanding, zobowiązując się do pomocy w ułatwieniu eksportu rosyjskiej żywności i nawozów na rynki światowe. To często zapominany fragment… Rosyjska żywność i nawozy nigdy formalnie nie były objęte zachodnimi sankcjami, ale Moskwa argumentowała, że skutki uboczne – sankcje wobec banków (w tym odcięcie SWIFT), ubezpieczenia żeglugowe i dostęp do portów – hamowały jej własny eksport rolny. To Memorandum of Understanding było ceną, jaką Rosja zapłaciła za zezwolenie na eksport ukraińskiego zboża i pomimo uporczywych narzekań Moskwy na brak realizacji jego postanowień, Rosja do tej pory nie wprowadziła blokady.
Chociaż Rosja ostatecznie wycofała się z BGSI 17 lipca 2023 r., uznając inicjatywę za nieważną, a jej gwarancje dotyczące Morza Czarnego za nieważne, nie podjęła działań zmierzających do nałożenia całkowitej blokady Odessy ani nie atakowała regularnie statków ze zbożem wpływających i wypływających z Odessy. Porty w Odessie i Nikołajewie mogły prowadzić normalną działalność handlową, pomimo sporadycznych ataków Rosji na port i infrastrukturę zbożową w Odessie.
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Rzecznik prasowy Putina, Dmitrij Pieskow, ogłosił dwa tygodnie temu, że Rosja jest w stanie wojny z Ukrainą i jej sojusznikami z NATO. Było to wyraźne odejście od określania walki z Ukrainą mianem Specjalnej Operacji Wojskowej. Intensywne i zróżnicowane ataki Rosji od 6 lipca na Kijów i inne kluczowe miasta, wciąż kontrolowane przez Ukrainę, oznaczają zdecydowaną zmianę w sposobie, w jaki Rosja będzie zarządzać wojną z Ukrainą w nadchodzących tygodniach i miesiącach.
Nima i ja rozmawialiśmy o wydarzeniach, które miały miejsce tego dnia w Zatoce Perskiej, i zastanawialiśmy się, czy Rosja może wkrótce przeprowadzić jakieś nowe ataki militarne:

Pomimo obietnicy Trumpa, że „otworzy bramy piekieł” na Iran, amerykańskie ataki na Iran miały ograniczony zakres i skalę. Co najciekawsze, Iran nie odpowiedział w żaden znaczący sposób. Pepe Escobar i ja dowiedzieliśmy się, że za kulisami trwają poważne inicjatywy dyplomatyczne, w których Chiny odgrywają znaczącą rolę. Więcej dowiemy się jutro, kiedy znów porozmawiam z Mario:

Thomas Röper anti-spiegel.ru/europa-verheimlicht-nicht-mehr-dass-es-krieg-gegen-russland-fuehrt
Udział w wojnie
Europa nie ukrywa już faktu, że prowadzi wojnę z Rosją
W Rosji coraz wyraźniej stwierdza się, że Europa de facto jest już w stanie wojny z Rosją i że Rosja będzie musiała w końcu zareagować.
Anti-Spiegel 18 lipiec 2026

Od dawna ostrzegałem, że otwarty udział Europejczyków w wojnie z Rosją nieuchronnie doprowadzi do odpowiedniej reakcji ze strony Rosji. Nie chodzi tylko o to, że Polska, państwa bałtyckie i Finlandia nie uniemożliwiają Ukrainie wykorzystania swojej przestrzeni powietrznej do atakowania celów w Rosji; jest również oczywiste, że z państw bałtyckich wystrzeliwane są drony do ataku na Rosję.
A jakby tego było mało, drony i pociski, które atakują Rosję, są oficjalnie produkowane i opłacane w Europie. A ponieważ Ukraina nie posiada własnych satelitarnych systemów rozpoznania, nie trzeba być jasnowidzem, aby zrozumieć, kto dostarcza Ukrainie danych dotyczących namierzania i rozpoznania, zwłaszcza że państwa zachodnie nawet nie próbują tego ukrywać.
Rosyjski ekspert Karaganow od dawna domagał się, aby Rosja od początku ostro zareagowała na drobne etapy eskalacji, które zaczęły się od dostarczenia kamizelek ochronnych w marcu 2022 r. do dostawy czołgów, rakiet dalekiego zasięgu i myśliwców. W razie konieczności – nawet użycie broni nuklearnej, aby pokazać Europejczykom, że Rosja nie żartuje.
Tymczasem coraz więcej rosyjskich ekspertów zgadza się z Karaganowem i przyznaje, że gdyby rosyjski rząd posłuchał go w 2022 roku, wojna prawdopodobnie szybko by się skończyła, bo Zachód nie odważyłby się tak otwarcie brać w niej udziału. Jednak Europejczycy interpretują rosyjską cierpliwość jako słabość i czują się zmuszeni do bardziej otwartego udziału w wojnie z Rosją.
Teraz Fiodor Łukjanow, przewodniczący słynnej Konferencji Wałdajskiej i jeden z czołowych rosyjskich geostrategów, dołączył do tego chóru w wywiadzie, co jest niezwykłe, ponieważ Łukjanow jest tak naprawdę znany ze swojego deeskalacyjnego stanowiska.
========================================================
Początek tłumaczenia:
Podczas gdy Europejczycy odpoczywają, pijąc kawę, a ich głowy państw „bawią się w wojnę”, USA postanowiły utrwalić pamięć o swoim najważniejszym jastrzębie Lindsey Graham, przyjmując swoje najsurowsze prawo sankcyjne przeciwko Rosji. Zachód nie boi się już czerwonych linii, co oznacza, że nadszedł czas, aby Rosja zaatakowała cele poza Ukrainą.
Fiodor Łukjanow, przewodniczący Biura Rady Spraw Zagranicznych i Polityki Obronnej, skomentował to w wywiadzie dla Ukraine.ru.
UE nie będzie już przyjmować poborowych z Ukrainy jako uchodźców od marca 2027 r., podobnie jak służba prasowa Rady UE 15 marca. Ogłoszono lipiec.
Już na 14. Podczas oficjalnego spotkania z premierem Iraku Alim al-Zaidim w Białym Domu Donald Trump skomentował projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji złożony przez zmarłą Lindsey Graham: „Istnieje duża szansa, że tak się stanie”.
Pytanie: Nowa wersja ustawy Grahama wydaje się być osłabiona pod względem sankcji wtórnych wobec Chin i Indii. Czy można powiedzieć, że próby izolacji Rosji nie powiodły się i USA są zmuszone do wycofania się?
Łukjanow: O tych sankcjach mówi się od dawna. Zmarły senator Graham wielokrotnie deklarował w zeszłym roku, że wszystko jest gotowe i że prezydent ma zamiar podpisać dokument, ale że wszystko poszło „w piaski”. Teraz jego niespodziewana śmierć może dziwnie służyć jako katalizator: Trump już stwierdził, że pamięć o tak wybitnej osobowości musi zostać zachowana. Zakładam zatem, że prawo zostanie uchwalone.
Osobliwością amerykańskiego planowania jest to, że Graham był mistrzem inscenizacji. Celem jest wykazanie się „niezachwianą determinacją”. Jednocześnie jednak Amerykanie zachowują się bardzo ostrożnie, aby nie narażać własnych interesów. W przeciwieństwie do Europejczyków, którzy są bardziej skłonni do kierowania się hasłami politycznymi, USA [w przepisach dotyczących sankcji] ostrożnie unikają kwestii, od których zależą od Rosji.
Pytanie: Dlaczego Trump nie wyegzekwował jeszcze tego pakietu, skoro jest tak ważny?
Łukjanow: Myślę, że sam nie chce wiązać rąk. Nakładanie sankcji to poważna sprawa: można je niemal nie stać na odwrócenie. Pamiętamy historię poprawki Jacksona-Vanika, która przez dziesięciolecia służyła jako poligon przetargowy między Kongresem a rządami różnych prezydentów USA i już dawno straciła swoje znaczenie.
W obecnym, raczej „odchudzonym” pakiecie sankcji, nawet wysokość taryf nie jest najważniejsza. Powtarzam to, Biały Dom jest najważniejszy, aby pozostać elastycznym i móc sam decydować, kiedy sankcje zostaną nałożone, a kiedy nie.
Pytanie: A co z Indiami i Chinami? W końcu to nasi najważniejsi partnerzy…
Łukjanow: Dla nas to jest najważniejsza kwestia. Trump próbował już naciskać na Indie pod pretekstem handlu z Rosją i wykorzystał to jako dźwignię w poważnym sporze handlowym. Nie można powiedzieć, że to w ogóle by nie zadziałało, ale Hindusi są pomysłowi, nie mogą po prostu ignorować ryzyka. Ale handel z Rosją trwa pomimo sankcji wobec naszych producentów ropy.
Z Chinami jest to jeszcze trudniejsze. Z USA i Chinami rozmawiają ze sobą dwa supermocarstwa gospodarcze, które są w różnych sferach. Jeśli Amerykanie wywrą presję na Pekin w sprawie Rosji, na przykład oskarżenie „zachowujesz się źle”, to bardzo zdenerwuje to Chińczyków. Moim zdaniem nic nie osiągają z bezczelnością. Dlatego prawo, o którym mówimy, najprawdopodobniej będzie zawierało elastyczne mechanizmy: „Jeśli chodzi o Indie i Chiny, patrzymy później”.
Pytanie: Włączyliście sankcje przeciwko Iranowi i Hezbollahowi w tym samym pakiecie. Dlaczego ten smorgasbord?
Łukjanow: To osobliwość amerykańskiego ustawodawstwa. Uchwalenie ustawy w Kongresie jest trudnym procesem negocjacyjnym między grupami lobbystycznymi. Aby uzyskać poparcie, do dokumentu należy uwzględnić zainteresowania różnych stron. Iran i Hezbollah są popularnymi tematami, są dodawane do tego pakietu, że tak powiem, aby uczynić go bardziej atrakcyjnym.
Ostatecznie nie jest to dla nas dobre: nowe obciążenia nie są śmiertelne, ale są ciężarem. Ci sami Indianie mówią teraz: „Już znajdujemy sposoby na obejście ryzyka, ale chcemy za to dodatkowej zniżki”.
Pytanie: Mam wrażenie, że USA robią to, co chcą, i zostawiam luki prawne otwarte, takie jak loty na ISS, i nie możemy reagować symetrycznie. Czy jesteśmy bezsilni wobec hegemona?
Łukjanow: Twoje wrażenie jako laika nie jest zbyt dalekie od rzeczywistości. USA przeszły szczyt swoich wpływów, a ich wpływy maleją, ale zgromadzona przewaga jest tak duża, że będzie trwać przez długie lata. Dlatego globalna hegemoniczna moc jest hegemonem, nawet jeśli traci wpływy, trzyma cały system w swoich rękach.
Jest jednak przykład Iranu. Tłumili go przez dziesięciolecia, potem postanowili użyć siły. I okazało się, że środki asymetryczne mogą być niezwykle skuteczne. Teraz jesteśmy świadkami nowej fali eskalacji, ale jestem pewien, że nie rozwiąże to niczego fundamentalnego. Nic nie zostało rozwiązane wiosną 2026 roku i teraz też nic się nie zmieni.
Pytanie: Dlaczego Trump kontynuuje presję, gdy kończy w impasie i szkodzi amerykańskiej gospodarce?
Lukjanow:Łukjanow: Bo skończył w ślepym zaułku z Iranem. Trump musiał szybko wyegzekwować irańskie memorandum, zakładając, że może później zdobyć przewagę. Ale Teheran jest niewłaściwym partnerem. Teraz Trump po raz kolejny grozi, że „odwdzięczy się Irańczykom z mapy”, ale każde powtórzenie osłabia efekt jego gróźb.
Trump jest niezwykłą osobowością, jest mistrzem w uwalnianiu się od każdej sytuacji. Każdy pochowałby jego reputację, ale nie chciał. Dziś niszczy elektrownie w Iranie, a jutro będzie twierdził, że Irańczycy są wspaniałymi ludźmi i jest gotów się z nimi zgodzić.
Pytanie: Czy cała ta działalność jest związana z sankcjami związanymi z kampanią wyborczą w USA?
Łukjanow: Myślę, że nie ma bezpośredniego związku z wyborami. Polityka zagraniczna USA nie jest tak ważna dla przeciętnego amerykańskiego wyborcy. Ale śmierć Grahama jest ważna dla polityków, ponieważ zwalnia on wolne miejsce w Senacie, gdzie republikanie mają bardzo wąską większość.
Trump ostatecznie obiecał wyborcom odłożenie polityki zagranicznej, ale w rzeczywistości stało się odwrotnie: zajmuje się tylko polityką zagraniczną. Będziemy świadkami tych ciągłych ataków i prób zawieszenia broni – aż jesienią do wyborów w USA i Izraelu.
Pytanie: Do Europy. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz twierdzi, że Rosja nie będzie miała nic do powiedzenia w kwestii bezpieczeństwa ukraińskiego, podczas gdy Macron i Starmer po raz kolejny będą rozmawiać o rozmieszczeniu sił okupacyjnych na Ukrainie. Jednocześnie od czasu do czasu słychać głosy pokoju. Czy naprawdę coś się zmienia w europejskiej agendzie, czy to wszystko jest tylko hałasem?
Łukjanow: Jeśli coś się w ogóle zmienia, to na pewno nie jest w kierunku „głosów pokoju”. Słowa Merza są nadal retoryką bez bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości, ponieważ wszystko zależy od dynamiki działań bojowych na froncie. Ale jedna rzecz jest ważna do powiedzenia: jeśli słyszałeś ostrzeżenia w Europie rok lub pół roku temu, sytuacja jest dziś inna.
W przeszłości zwykli ciągle patrzeć na „czerwone linie”: przekazanie Kijowowi rakiet dalekiego zasięgu, wysłanie wojsk na Ukrainę, jaki status ma Ukraina po konflikcie. Myślę, że Europa pozostawiła tę fazę w tyle. Europejczycy czują się wolni i wierzą, że mogą zrobić to, co uważają za konieczne. Dzisiejsze ograniczenie wsparcia dla Ukrainy nie wynika z obawy przed działaniami Rosji, ale wyłącznie z braku środków w obozach.
Jest to oczywiście niekorzystny rozwój dla Rosji. Można to nazwać „głupotą i odwagą”, ale faktem pozostaje, że Ukraina stała się centralnym punktem szybko powstającego europejskiego konglomeratu wojskowo-przemysłowego. Europa również stara się działać niezależnie. Rozumie się, że USA pozostaną strategiczną zapleczem dla Europy, gotową do sprzedaży broni, ale nie bezpośrednio interweniować. Dlatego Europejczycy starają się zbudować własną strukturę wojskowo-techniczną.
Pytanie: Ale czy sami Europejczycy są gotowi na wielką wojnę?
Lukjanow:Łukjanow: Europejscy przywódcy doskonale wiedzą, że mieszkańcy Niemiec, Francji czy Polski nie myślą o pójściu na front, to zupełnie nie wchodzi w grę. Ale teraz odkryli lukę: oddali się iluzji, że przetrwają bez bezpośredniego udziału swoich obywateli w operacjach bojowych przeciwko Rosji. Jeśli maksymalnie podkręcą przemysł zbrojeniowy i wykorzystają Ukrainę jako żołnierzy, mogą wygrać nowoczesną wojnę technologiczną, po prostu produkując potrzebny materiał.
Ten psychologiczny element jest poważnym niebezpieczeństwem nie tylko dla nas, ponieważ podważa umysł i stwarza niebezpieczne złudzenia.
Pytanie: Mówiąc o żołnierzach: Plotkuje się, że UE odmówi tymczasowej ochrony Ukraińcom, którzy od 2027 roku podlegają służbie wojskowej. Dlaczego ten termin został wybrany? A co o tym myślisz?
Łukjanow: Właśnie o tym rozmawialiśmy: Europa potrzebuje Ukraińców na pierwszej linii frontu, by fizycznie walczyć z Rosjanami. Logika jest prosta: kto jest zobowiązany do obrony, powinien iść i bronić „demokracji i Europy”.
Jeśli chodzi o rok 2027, to chyba tylko kwestia biurokracji. Europejska maszyna jest ospała, nie może podejmować decyzji „z dnia na dzień”, potrzebuje porozumienia. Ale 2027 nie jest daleko.
Pytanie: Nawiasem mówiąc, pomoc dla ukraińskich uchodźców jest już obcinana…
Łukjanow: Tak, to jest naturalne. Zostali przygarnięci, pomogli ci się przyzwyczaić, a teraz powinni szukać pracy. Ale z poborowymi dodaje się aspekt polityczny: „Jeśli już włożyliśmy tyle pieniędzy w twoją ochronę, powinniście się również zaangażować, a nie tylko siedzieć w Europie”.
Pytanie: Czy może pozwoliliśmy Europie „prześlizgnąć się”, ponieważ nie odpowiedzieliśmy wystarczająco mocno w początkowej fazie?
Łukjanow: Masz rację. Zaangażowanie Zachodu w konflikt z Rosją na Ukrainie odbywało się powoli. Patrząc wstecz, rozumiemy, że przegapiliśmy moment, w którym mieliśmy Zachód „Stop!” Muszę powiedzieć. Przypomnijmy, jak to się wszystko zaczęło, dyskusje o dostawach z Javelins. Wtedy wydawało się, że jest to coś znaczącego, dziś stało się to rutyną, a Europejczycy i Amerykanie mówią o dostawach sprzętu, który może wystrzelić głęboko na terytorium Rosji.
Niestety, od dawna ostrzegamy i groziliśmy, ale nie reagujemy w taki sposób, że naprawdę przyniosłoby to efekt. W rezultacie znajdujemy się w sytuacji, w której sygnał ostrzegawczy musiał być bardzo silny, a zatem niezwykle ryzykowny. Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, ataki na cele poza Ukrainą, które dostarczają siły ukraińskie, nieuchronnie. W przeciwnym razie będą nadal postrzegać nasze słowa jako puste zagrożenia.

12 lipca, wpis nr 1416
Kurcze, nie opublikowałem wczoraj gotowego wpisu. Pierwszy raz od 2020 roku. Sorki, ale zaganianym. Szykuję się do emerytury… Ale jedziemy:
Wydaje mi się, że jesteśmy robieni w konia. Przez Ukrainę, i zaraz do tego dojdziemy, to jasne, ale czy przypadkiem nie jesteśmy robieni w konia przez naszych władców i to z każdego zdawałoby się śmiertelnie wrogiego plemienia?
Zacznijmy od Ukraińców. Polska wyraźnie została wybrana za kozła ofiarnego ewentualnych porażek Ukrainy. To na użytek wewnętrzny. W ukraińskiej propagandzie powoli doganiamy we wrogości Rosjan, zresztą sygnalizował nam to w 2023 toku na forum ONZ sam Zełenski, na co jedyna reakcją obecnego wtedy prezydenta Dudy było smutne zdziwienie.
Za to w trakcie przemówienia Dudy, Zełenski demonstracyjnie wyszedł z Sali obrad. Wysyłał więc wyraźne niewerbalne sygnały ku czemu podąża przyjaźni polsko-ukraińska. Polska już wtedy była w saku, lejku, w który weszła od początku tej wojny i służenia Ukrainie. No bo co miała biedaczka zrobić? Tyle, łącznie z akwizycyjnym kapitałem Dudy, się nagadało po świecie o kluczowej roli Ukrainy przed powstrzymanie agresji Putina na Polskę, Europę i świat cały… A tu wyszło, że co? Mamy się obrazić z tak ważna pomocą za jakieś gesty? Symbolikę? Byliśmy więc pod ścianą, pod którą sami siebie postawiliśmy i zamurowaliśmy swa pozycje na stałe deklaracjami o przyjaźni i rzeczywistą pomocą. Zakiwaliśmy się.
Doginani przez państwo upadłe
A Ukraińcom, wodzom państw w sumie upadłego, tylko w to graj. Takie ciamcia-ramcia, to dla nich najpiękniejsza piosenka. Kiedy Kijów zorientował się po Przewodowie, że nasza sprawczość to mit, a właściwie tylko odbicie interesów USA, to przestał się z nami liczyć. Polacy czekali aż się obudzi Biden, żeby wiedzieć jak zareagować. Dla Ukraińców to jasne – po co gadać z lokajem, jak można z panem? A więc pomijano nas na każdym kroku. Kiedy USA się wycofało i pośrednio zmienił się pan z amerykańskiego na niemieckiego – Ukraińcy zaczęli gadać z Niemcami. Po co mamy się gdzieś tam pchać do jakichś stołów negocjacji, skoro i tak nam Berlin powie co mamy o tym myśleć i jak zareagować? Wie o tym też i Ukraina, więc może sobie zrobić inny numer.
Jesteśmy przez Ukraińców hodowani na winowajcę zastępczego. Winowajcę za fiasko wojny, ale już na pewno winowajcę nie wejścia do Unii i NATO. Widać to w ukraińskiej propagandzie. I widać te, że tam iskra padł na gotowe prochy niechęci do „panów Lachów”. Jak dawali, to brali, jak już nie mają co dać, to mamy powrót do strategii turańskiej o której już wspominałem: „Masz frajera to go duś, jak się zesra – to go puść”. No to nas puścili, bośmy się… Dla nich to prościzna, bez skrupułów.
Dialogi na cztery nogi
Popatrzmy na przykłady. Mamy szczyt NATO w Atenach. Prezydent Nawrocki rozmawia z prezydentem Zełenskim. Rozmowa ma charakter kurtuazyjny, a więc niezobowiązujący, nieformalny. Jak ją relacjonuje Nawrocki? Ano tak, że nasz prezydent odśpiewał zwyczajowa mantrę o bezwzględnym popieraniu Ukrainy pieniądzem i sprzętem, ale zastrzegł, że z kwestii pamięci i ofiar UPA nie ustąpi.
Panowie, podobno, umówili się na następny dzień, że pogadają, ale ja wiem jak ta rozmowa pójdzie. Mówię to w jej przeddzień, ale profetycznie znam jej treść:
Karol Nawrocki (PKN): Wołodia, zrozum, mamy badania. Polacy nie odpuszczą tego tematu
Wołodymyr Zelenski (WZ): Karolu, zrozum. Ja mam tak samo z naszym ludem. Nie odpuszczą.
PKN: Ale musisz coś z tym zrobić, bo sprawy eskalują
WZ: Nic nie muszę, radź sobie z tym sam
PKN: Ale ja ci przytnę wtedy pomoc, na stole leży po 70 miliardów euro dla was rocznie od NATO.
WZ: I co zrobisz? Zabierzesz mi je? Jak? Mam zadzwonić do Mertza? Do Donka? Wyjdziecie na gamoni, że się prujecie o jakieś doły śmierci i truchła, a tu Putin u bram…
PKN: Ale narobimy wam bigosu wizerunkowego, żeście jednak faszyści
WZ: I co z tego wyjdzie? Że Putin miał rację, że chciał w Kijowie zdenazyfikowac władze? Ty uważaj, bo u nas już włączyli wątki, że to wy jesteście naziści. Zacytuje tu Kyryłę (Budanowa): radzimy sobie z Rosją, to i z wami sobie poradzimy. Sam to mu napisałem, dobre, nie?
PKN: To my zaostrzymy politykę migracyjna dla was i socjal
WZ: Naprawdę chcesz tego? Mało masz pożarów? My się dopiero rozkręcamy i nie daj ci Boże zaczynać z naszą diasporą. Czy ty Karol wiesz co to jest operacja pod fałszywa flagą? Zrobię ci dziesięć Przewodowów, powiem – jak wtedy Dudzie – że to Rosjanie i będziesz latał do NATO po piąty artykuł jak kot z pęcherzem. Jesteście dla nas jak na talerzu i nie fikajcie.
PKW: Nie strasz, nie strasz… ale Wołynia nie odpuścimy. Cześć, to znaczy „cześć wolnej Polsce”!
WZ: Sława Ukrainu.
Symbole zamiast konkretów
Tak to mniej więcej wyglądać może. To znaczy tak by wyglądało, gdyby nasz prezydent miał cohones, tyle, że pewnie wszystko byłoby obleczone dyplomatyczne frazesy. Taka jest mniej więcej sytuacja Polski względem Ukrainy. Ukraina tak naprawdę liczy się tylko z twardymi rzeczami i trzeba sobie policzyć które z nich mamy w sowich rękach. Możemy sporo, i właśnie dlatego Zełenski będzie nasz konflikt utrzymywał w bańce symboliczno-historycznej, byśmy się nie zabrali za konkretne rzeczy, które mogą Kijowowi zaszkodzić. Jeśli bowiem cała polska ekipa, A do Ankary pojechali i Nawrocki, i Kosiniak, i Kamysz, i Sikorski i robią tak, jak Nawrocki, że nie popuścimy w kwestia zasadniczych (czyli symbolicznych), zaś drugą ręką podpisujemy dziesiątki miliardów euro dla Ukrainy do lata do przodu, to w interesie Ukrainy będzie nie tylko trzymanie sporu s Polska w graniach symboli, ale i… eskalowanie bitki na historyczne śnieżki.
I tak właśnie robią. Nadchodzi druga fala, po-orderowa, ataku ukraińskich trolli. Zarzuty są kuriozalne, a więc będą wpływać na ochotę do kontrreakcji. Teraz, uwaga, uwaga!, jesteśmy mianowani przez propagandę ukraińską, na… faszystów. Tak, na faszystów. Przez naród, który otwarcie odwołuje się do swoich bohaterów narodowych, którzy byli zdeklarowanymi faszystami, ba – nazistami, dbającymi o czystość etniczną na „odwiecznie świętych ziemiach ukraińskich”, państwa istniejącego od ledwie ponad trzydziestu lat. To – uwaga! – ładnie i kompatybilnie zespaja się z narracją… żydowską. Może to tłumaczy dziwne żydowskie milczenie w sprawie UPA dla jednostki i innych harców? W końcu naród wybrany jest najmocniej na świecie przewrażliwiony na punkcie śledzenia swoich holokaustowych oprawców, a tu taka abolicja? Czyli znowu wszyscy na nas, biedaków?
Bezradność
Ostatnio okazało się, że polskie służby zadeklarowały głosem swoich szefów, że Polska zobowiązała się do nieszpiegowania swoich sojuszników, ba – zobowiązała się do niepodejmowania działań kontrwywiadowczych wobec nich. Nic nie słyszałem o podobnych deklaracjach ze strony sojuszników naszych. Czyli – jak zwykle była to deklaracja dobrych chęci ze strony Polski, jednostronna. Jedno jest pewne – rządzą nami albo pięknoduchy, albo idioci, albo agenci. W polskiej pożal się Boże strategii obronności jako nasi wrogowie, których pewnie i szpiegujemy, i kontrwywiadowczo ścigamy, znaleźli się Rosjanie, Białorusini i Chińczycy. Za to ostatnio w jednym z blogerskich wywiadów, ekspert od służb stwierdził, że mamy do czynienia z zagrożeniem wywiadowczym ze strony Ukrainy, na co nie reagujemy kontrwywiadowczo. Wiadomo – toz to nasz sojusznik. Leżymy na łopatkach, w geopolitycznym rozwarciu. Prosimy bardzo, zapraszamy.
Dla takiej Ukrainy – uwaga! państwa upadłego – toż to spacerek po bułeczki. Nawet się z tym za bardzo nie kryją, przyzwyczajając nawet prosty lud, że tak można i państwo nic z tym nie zrobi. Panią Panczenko, która straszy – jak widać słusznie – pożarami w zamian za fikanie do Ukrów nic nie możemy zrobić (bo nie chcemy?), za to walczymy deportacjami z gośćmi co złowili karpia albo wjechali lux bryka na Morskie Oko. Ot tak – wystawiamy się tym asymetryzmem działań na pośmiewisko, również ze strony Ukraińców.
Kto jeszcze popamięta?
Polakom pozostaje słaba satysfakcja ze świadomości, że Ukraińcy zostaną przez Zachód wyrolowani i tak. To przecież nasza gorzka lekcja z historii, której nie rozumieją w Kijowie, a którą my się napawamy, że oni jeszcze tam w Kojowi zobaczą. No zobaczą i co z tego? W czym ich ta gorzka lekcja ma nam pomóc? Po pierwsze w trakcie jej trwania wydarzyć się może (może? musi!) wiele złych rzeczy dla nas: znajdziemy się w imadle geopolitycznym, a jeśli Niemcy znowu (na co się zanosi) dogadają z Rosją, to znajdziemy się w geopolitycznym okrążeniu. Ukraina w zaprojektowanym przez Niemców przedpokoju do Unii, zbudowanym z przywilejów i braku obowiązków, przepatroszy resztki polskiej gospodarki. I zanim mleko się wyleje i Ukraina przyjmie rękoma oligarchów nowa normalność, to nie zapłacze. Ludowi ukraińskiemu zafunduje się wroga znanego, bliskiego, obstrzelanego argumentami – Polskę. Polskę, która uprawiała swój faszyzm jeszcze za czasów Chmielnickiego, ciemiężyła naród, który dopiero pod koniec osiemnastego wieku spisał swój język, zaś granice wytyczył 35 lat temu.
Początek języka literackiego dla Ukraińców to okres przypadający na czasy naszego Mickiewicza, byliśmy już dawno po Kochanowskim i Reju, kiedy tam po ukraińsku, czyli małorusku rozmawiało się w chutorach i lasach. Nasz Adam napisał swoją epopeję „Pan Tadeusz”, sentymentalną opowieść o polskich swarach i godzeniu się, o wojowaniu z Rosją. W tym samym czasie wieszcz ukraiński Szewczenko ……
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
19.07.2026 nczas/kijow-w-ogniu-najwiekszy-rosyjski-atak-rakietami-balistycznymi-od-poczatku-wojny

Jedna osoba zginęła, a 15 zostało rannych w wyniku rosyjskiego ataku rakietami balistycznymi na Kijów, do którego doszło w nocy z soboty na niedzielę – poinformowały służby ratunkowe. W ocenie mediów był to najbardziej intensywny ostrzał stolicy Ukrainy od 2022 r., czyli początku inwazji Rosji na pełną skalę.
Pożary wybuchły w pięciu dzielnicach miasta. Trwa gaszenie ognia w miejscach, gdzie doszło do uderzeń. Pracują jednostki ratunkowe i wszystkie właściwe służby – przekazały w komunikatach w sieciach społecznościowych władze miasta i Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS). Jak poinformowano, najciężej ranni zostali przewiezieni do szpitali.
W całym mieście wybuchły pożary wskutek serii potężnych eksplozji. Płonęły m.in. akademik, blok mieszkalny i supermarket – powiadomił w aplikacji Telegram mer Kijowa Witalij Kliczko. Uszkodzonych zostało też kilka budynków niemieszkalnych i magazynów, a także obiekty biurowe i samochody – przekazał szef władz stolicy.
Według danych z ukraińskich kanałów monitorujących przebieg konfliktu w czasie rzeczywistym, w ciągu około 40 minut rosyjskie wojska wystrzeliły na Kijów około 40 rakiet balistycznych typu Iskander-M i Cyrkon, a także pocisków wykorzystywanych w wyrzutniach S-400. Była to największa liczba rakiet balistycznych użytych przeciwko stolicy w czasie całej wojny na pełną skalę – zauważył portal zn.ua.
Pociski uderzyły w dzielnice dnieprowską, desniańską, sołomianską, szewczenkiwską i swiatoszynską. Władze przekazały, że w wyniku ostrzału uszkodzone zostały centrum handlowe oraz stacja metra Łukjaniwska, która pozostanie nieczynna do odwołania.
[Obrazki- w oryginale. Nie warto mi tego chłamu propagandowego kopiować. MD]
Skoro był to największy atak rakietami balistycznymi od początku wojny, a zginęła w nich jedna osoba, to znaczy, że atak był precyzyjny. Ukraińcy mówią o „biurowcach, magazynach cywilnych, budynkach niemieszkalnych”, ale to samo mówią Rosjanie, kiedy ukraińskie drony spadają na ich terytorium. Nikt się nie przyzna, że zostały zniszczone cele wojskowe.
W niedzielę przed godz. 7 rano czasu polskiego w Kijowie ogłoszono kolejny alarm przeciwlotniczy, ostrzegający o zagrożeniu rakietowym z kierunku północno-wschodniego.
magnapolonia/ambasada-ukrainy-nagrywajcie-polakow
Decyzja Ambasady Ukrainy wywołała zrozumiałe kontrowersje. Choć oficjalnym celem dokumentu ma być ochrona praw tzw. „uchodźców wojennych” z Ukrainy oraz pomoc w dokumentowaniu przypadków agresji, trudno nie postawić pytania, czy taka forma komunikacji nie przyniesie skutków odwrotnych od deklarowanych.
Dyplomacja powinna przede wszystkim łagodzić napięcia między społeczeństwami. Tymczasem publikowanie instrukcji dotyczących rejestrowania konfrontacji z Polakami w teoretycznie naszym kraju została oczywiście odebrana jako sygnał, że należy przygotowywać się na konflikty i ukraińskie prowokacje. W obecnej sytuacji, gdy emocje wokół relacji polsko-ukraińskich są wysokie, każda inicjatywa wymagająca szczególnej ostrożności powinna być przedstawiana w sposób jednoznacznie nastawiony na deeskalację.
Można zrozumieć potrzebę zabezpieczania dowodów w przypadku przestępstw czy aktów przemocy. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu państwach. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy przekaz koncentruje się na dokumentowaniu konfliktów, zamiast przede wszystkim zachęcać do ich unikania, uspokajania sytuacji oraz niezwłocznego wezwania odpowiednich służb.
Rolą ambasadora normalnego kraju jest budowanie dobrych relacji między narodami. Dlatego można krytycznie ocenić fakt, że ambasada nie położyła znacznie większego nacisku na apel o niewchodzenie w spory, unikanie prowokacji oraz poszanowanie polskich zwyczajów i prawa. Taki przekaz mógłby skuteczniej ograniczać napięcia niż instrukcje dotyczące rejestrowania przebiegu konfliktów, co oczywiście przełoży się na sporą liczbę zaplanowanych prowokacji.
Wyrwane z kontekstu nagrania mogą być wykorzystywane w mediach społecznościowych do wzajemnego podsycania niechęci. W dobie krótkich filmów publikowanych na platformach internetowych nawet kilkunastosekundowy materiał może wywołać lawinę emocjonalnych komentarzy, zanim ktokolwiek pozna pełny przebieg zdarzenia. To właśnie do tego zachęca ambasador Ukrainy w Polsce.
Polska od początku wojny udzieliła Ukrainie ogromnej pomocy humanitarnej, militarnej i społecznej. Zamiast podziękowań i załatwienia kilku kluczowych z polskiego punktu widzenia spraw przez Ukrainę, spotykamy się z nienawiścią, kultem morderców Polaków i zapowiedzią masowych prowokacji na terytorium Polski.
Łukasz Jastrzębski
Moim zdaniem w najbliższym czasie czeka nas lawina informacji w mediach tradycyjnych i internetowych dotyczących różnorakich konfliktów z udziałem Ukraińców i Polaków. Będą to zapewne sprawy realne, jak i urojone. W znacznej części zdarzenia te będą przejaskrawione i pokazane w jednostronny sposób sugerujący powszechne prześladowanie Ukraińców w naszym kraju. Ambasada Ukrainy w Polsce już opublikowała ukraińskojęzyczną instrukcję dla swoich obywateli, dającą między innymi wskazówki dotyczące nagrywania konfrontacji w Polsce. Jednocześnie będziemy obserwować liczne próby umniejszania problemów związanych z przestępstwami popełnianymi przez Ukraińców w Polsce.
Warto zachować spokój i nie pozwolić się prowokować. Pamiętajmy, że głównonurtowe media w znacznym stopniu są w rękach ludzi sorosowskiego chowu. Ludzie ci mają interes w tym by wykreować Ukraińców jako prześladowaną w Polsce zbiorowość. Nie ma szans w mediach głównego nurtu na to, by uczciwe przedstawić sprawy i realne wyjaśnić zaistniałe sytuacje. W całym kraju działają liczne organizacje lobbujące na rzecz współczesnej Ukrainy.
Ambasador Wasyl Bodnar poinformował, że strona ukraińska współpracuje w tej sprawie z instytucjami wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Podkreślił, że tworzenie wyspecjalizowanych komórek w prokuraturach zajmujących się przestępstwami z nienawiści jest adekwatną odpowiedzią na obserwowane w Polsce zjawiska.
Należy zachować więc nie tylko szczególną ostrożność w kontaktach interpersonalnych, ale również dystans do podawanych w mediach informacji dotyczących stosunków polsko-ukraińskich i zdarzeń, które mają dotykać Ukraińców przebywających w naszym kraju.
Bezrozumna proukraińska narracja zupełnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Zmieniają się radykalnie nastroje a społeczeństwo staje się bardziej krytyczne. Powoli, ale idzie normalność, która pozwala odejść od szaleńczej polityki bycia „sługą narodu ukraińskiego”. Ukraińca należy traktować dokładnie tak samo jak każdego innego obcokrajowca. Ani lepiej, ani gorzej.
Łukasz Jastrzębski