Kolejne dziwy [z burdelu NWO] – czyli czary z cenami

Zorard Uncategorized 16 lipca, 2022 3 Minutes

Jak wszyscy wiemy rosną ceny. Rosną ceny żywności, rosną ceny paliwa na stacji, już wiemy, że będzie droższy prąd i gaz – co nam rząd komunikuje zabawnie przez zalecenia, żeby się ocieplać itp. Wszyscy wiemy, że zła Rosja „ukradła” zboże z Ukrainy, że nie pozwala go wywozić i przez to będą braki. Mniej osób wie, że przez sankcje nie kupuje się zboża z Rosji, a Rosja była głównym eksporterem zboża na świecie.

Jest tylko jeden problem z tym obrazkiem. Giełdowe ceny surowców po pierwsze nie wzrosły dramatycznie po wybuchu wojny, po drugie wróciły już do poziomów sprzed wojny.

Weźmy na początek cenę spot pszenicy:

Widać wyraźne wybicie pod koniec lutego – wzrost napięcia i wybuch wojny na Ukrainie – ale już cena spadła poniżej poziomu ze stycznia i jest mniej więcej tam, gdzie była w grudniu 2021.

Dokładnie to samo jest z kukurydzą, z tym, że cena zjechała jeszcze bardziej.

Weźmy teraz index GVX, który pokazuje cenę żywca (czyli – pośrednio – hurtową cenę mięsa). Tu w zasadzie wpływu wojny na Ukrainie w ogóle nie widać.

Nie widać jej także na rynku cukru.

Bardzo podobnie rzecz się ma z cenami ropy naftowej.

Oglądając te wykresy mam niedoparte wrażenie, że ktoś robi nas w konia. Rosnące ceny na stacjach benzynowych w całej Europie i USA nie mogą być wyjaśnione wzrostem cen ropy wywołanym wojną, bo takowego praktycznie ma. Co więcej, cena już jest na poziomie sprzed wybuchu tej wojny.

Dodajmy, że cena benzyny – czyli produktu gotowego – także już wróciła do tej sprzed wojny, przynajmniej w handlu hurtowym w USA.

Niedobory żywności nie mogą być spowodowane wojną, bo niedobory surowców – przede wszystkim zbóż i żywca – musiałyby spowodować wzrost cen hurtowych, a to nie ma miejsca. Zatem źródłem musi być coś innego, na przykład celowe i skoordynowane działania koncernów paliwowych i rządów w Europie.

Właściwie jedynym surowcem, w którym widać jakiś wzrost cen i którego cena nie powróciła do poziomu sprzed wojny jest gaz ziemny.

Co prawda tu też wystąpił duży spadek z poziomu z okresu największego natężenia napięcia (kwiecień-maj), ale cena nie spadła (jeszcze?) do poziomu sprzed wybuchu wojny i aktualnie rośnie.

Wszystkie powyższe wykresy pokazałem w okresie 2 lat. Ciekawszy obraz pojawia się, jeżeli spojrzymy 5 lat wstecz. Weźmy na przykład surowce rolne – tym razem na jednym wykresie:

Widać tu wyraźnie, że ceny były stabilne do… marca 2022, kiedy to na dobre rozkręcono Operację Pandemia.

Widać to na pięcioletnich wykresach poszczególnych surowców b. wyraźnie:

Kukurydza
Pszenica
Żywiec (mięso)
Cukier

Wszędzie powyżej widzimy podobny wzorzec: pewne normalne fluktuacje cen, następnie „dip” w dół – wynik pierwszych lockdownów, a następnie ciągły wzrost, wreszcie na końcu „lokalne”, relatywnie niewielkie zaburzenie cen wynikające z wojny na Ukrainie.

Wniosek jaki można z tego wyciągnąć jest jeden: to nie wojna na Ukrainie odpowiada za wzrost cen żywności, ale Operacja Pandemia (czyli zamykanie gospodarki pod pretekstem fałszywej pandemii) oraz inflacja wywołana również tą operacją, a więc sztuczne podtrzymywanie zamkniętej gospodarki dodrukiem, żeby negatywne efekty lockdownów nie ukazały się od razu (to tak jak „szczepionki” na Covid są zaprojektowane tak, by nie zabijały od razu).

Spójrzmy na ropę i gaz w perspektywie 5 lat:

Ropa
Gaz

Jeśli idzie o ropę to efekt jest wyraźny, jeśli idzie o gaz mniej, bo wzrost zaczyna się dopiero w drugiej połowie 2021 i można go powiązać z rosnącym napięciem na linii Zachód-Rosja (już wtedy Rosja zaczęła się domagać od USA przestrzegania wcześniejszych obietnic i wycofania się z Ukrainy).

Podsumowując: media jak zwykle nas okłamują, a rzekomo przez nas wybrani politycy działają tak naprawdę na naszą szkodę.

Trader21 UJAWNIA prawdziwe przyczyny inflacji. Efekt chorej polityki

Trader21 UJAWNIA prawdziwe przyczyny inflacji. „Efekt chorej polityki stosowanej podczas paniki covidowej”

https://nczas.com/2022/07/17/trader21-ujawnia-prawdziwe-przyczyny-inflacji-efekt-chorej-polityki-stosowanej-podczas-paniki-covidowej-video/

Trader21 był gościem Radia WNET. Autor bloga Independent Trader wyjaśnił, skąd się bierze wysoka inflacja w Polsce i Zachodniej Europie. Wskazał też, że w USA inflacja jest najwyższa od 40 lat, choć w międzyczasie zmieniono metodologię jej liczenia.

Pytany, skąd się bierze rekordowa inflacja, Trader21 odparł, że „przede wszystkim jest to efekt chorej polityki stosowanej podczas paniki covidowej”. Przypomniał, że zamknięto wówczas globalną gospodarkę. Jak mówił, „w zasadzie 1/3 gospodarki stanęła”. Wskazał również, że poprzez wprowadzanie lockdownów zerwano łańcuchy dostaw.

Po to, żeby ludzie nie wyszli na ulice, uruchomiono niesamowity dodruk na bezprecedensową skalę. W przypadku Polski ilość waluty w obiegu zwiększyła się o 18 proc. rok do roku mówił dalej.

– W pierwszym momencie nie wywołało to inflacji, dlatego że inflacja jest wypadkową dwóch czy trzech rzeczy. Pierwszą jest ilość waluty w obiegu – najważniejsza. Drugą jest tempo, w jakim waluta krąży w gospodarce. I kiedy ludzie są wystraszeni – tak, jak podczas lockdownu – to nie wydają po prostu pieniędzy i to tempo drastycznie spada. Trzecim czynnikiem jest kurs walutowy i też, pośrednio, surowce – wyjaśnił.

Dzisiaj mamy taką sytuację, kiedy tempo cyrkulacji znowu wzrosło do poziomu sprzed covidu, ale w gospodarce jest około 20 proc. więcej złotówek. Mamy droższe surowce, mamy bardzo tanią złotówkę, czyli tym samym mamy drogie waluty – patrz dolara, w którym kupujemy większość już drogich surowców. I to jest właśnie efekt inflacji – zaznaczył.

– Tutaj ludzie muszą sobie doskonale zdawać sprawę z tego, że to, co jest dzisiaj, to jest efekt chorej polityki – zarówno banku centralnego, jak i polityków – która została zastosowana w 2020 roku – skwitował Trader21.

Jak podkreślał, inflacja jest rekordowo wysoka zarówno w całej strefie euro, jak i w USA.

– W Stanach Zjednoczonych inflacja jest najwyższa od 40 lat. A gdybyśmy ją liczyli w taki sposób, jak ją liczono właśnie 40 lat temu, czyli pod koniec lat 70., kiedy mieliśmy rekordowo wysoką inflację, to okazałoby się, że inflacja jest nawet wyższa – podkreślił.

Wskazał, że „na przestrzeni ostatnich 20 lat zmieniono metodologię liczenia inflacji kilkukrotnie w taki sposób, żeby wykazać, że jest ona jak najniższa, bo wtedy rządzący mogą się pochwalić wzrostem gospodarczym a nie recesją”.

Ukraina. Złodzieje – detaliści złapani. Hurtownicy u władzy.

Ukraińcy sprzedawali „pomoc humanitarną” za miliony hrywien.

[To takim nożem rżnie się „Lacha” wygodniej? Md]

https://nczas.com/2022/07/17/ukraincy-sprzedawali-pomoc-humanitarna-za-miliony-hrywien/

Policja w obwodzie tarnopolskim na zachodzie Ukrainy wykryła szajkę, która sprzedawała pomoc humanitarną przeznaczoną dla ukraińskiego wojska i przesiedleńców – poinformowała policja ukraińska na swojej stronie internetowej.

Czterej członkowie szajki mieli pozwolenia na wyjazd do Unii Europejskiej, a po przywiezieniu stamtąd pomocy humanitarnej dzielili ją między siebie i sprzedawali w swoich domach. Były to przeważnie artykuły wojskowego przeznaczenia – kamizelki taktyczne i odzież wojskowa.

W czwartek policja przeprowadziła szereg rewizji i znalazła artykuły pochodzące z pomocy humanitarnej, m.in. mundury, noże, okulary taktyczne, produkty żywnościowe, środki higieny osobistej czy leki.

Ich wartość wynosiła około dwóch mln hrywien (320 tys. zł). (PAP)

=============================

MD: Są informacje, że super- czołgi i haubice zostały sprzedane do „innych krajów” – jeszcze przed przekroczeniem granicy, a konkretnie – gdy fizycznie były w Jasionce.

Cena prądu w Polsce wzrosła do rekordowych 2500 zł/MWh. Parę absurdów – na końcu.

[doczytaj do końca, tam umieszczę te absurdy. MD]

Bartłomiej Derski https://wysokienapiecie.pl/72854-cena-pradu-w-polsce-wzrosla-do-rekordowych-2500-zl-mwh/ pocz. lipca 2022

Tak drogo na polskim rynku bilansującym energii elektrycznej nie było jeszcze nigdy w historii. W poniedziałek cena poszybowała do 2500 zł/MWh. To między innymi efekt licznych „awarii” w polskich elektrowniach, za którymi mogą stać braki węgla. Państwowe spółki nie radzą sobie z odbudową zapasów paliwa na zimę.

W poniedziałek, 4 lipca, wieczorem, cena energii na Rynku Bilansującym wzrosła do najwyższego poziomu w historii − 2487,24 zł/MWh. Nie jest to jeszcze cena ostateczna, bo może się zmieniać w najbliższych dniach, a nawet tygodniach, w trakcie napływania do Polskich Sieci Elektroenergetycznych coraz dokładniejszych danych o produkcji i zużyciu energii w konkretnej godzinie, ale poprzednie tak wysokie ceny z minionych tygodni nie były już istotnie poprawiane, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak będzie i tym razem.

Rynek Bilansujący, to mechanizm rozliczania wytwórców i odbiorców po zrealizowanych rzeczywistych dostawach energii elektrycznej. Jeżeli np. wytwórca zadeklarował, Ze w danej godzinie dostarczy do systemu 100 MW, a dostarczył tylko 90 MW, musi zapłacić za niedostarczone przez niego 10 MW, a pieniądze te pokrywają koszty dostawy tych brakujących 10 MW z innej elektrowni, która wystawiła swoją gotowość do dostarczenia tej mocy na Rynku Bilansującym i została wezwana .. [ależ rabini!! Jeszcze z 8 linijek… md]

W poniedziałek tę energię spółki energetyczne dokupowały lub odsprzedawały na Rynku Bilansującym za pieniądze niewyobrażalne jeszcze rok temu. Wcześniej, w momentach znaczących awarii i braków mocy w systemie ceny sporadycznie wzrastały w pojedynczych godzinach do 1000-1500 zł/MWh.

Sytuacja na Rynku Bilansującym znalazła odzwierciedlenie na Rynku Dnia Bieżącego (RDB) Towarowej Giełdy Energii. Godzina 19 poszybowała tam do 2500,28 zł/MWh.

Dlaczego jest tak drogo? Państwowe elektrownie zaczęły w końcu oferować swoją produkcję po kosztach uwzględniających nie polskie, a europejskie ceny węgla kamiennego. Jeżeli bowiem przepalą cały polski węgiel, braki i tak będą musiały kupić po stawkach notowanych w portach ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia), a właściwie drożej, bo dziś węgiel docierający do portów na Bałtyku jest nawet o 30-50 dol./t droższy niż w ARA. Dziś kupują go już po 400 dol./t lub więcej, a do tego trzeba doliczyć jeszcze koszty transportu. W sumie wychodzi więc 2000 zł za tonę miałów, a do wyprodukowania 1 MWh energii elektrycznej starsze elektrownie zużywają pół tony (blisko 1000 zł/MWh to więc sam koszt węgla liczonego po stawkach z importu).

Gdy w poprzednich miesiącach polska energetyka liczyła koszty produkcji po cenach zakupu węgla w Polsce, ceny na rynku hurtowym w Polsce należały do najniższych w Europie, a w efekcie Polska stała się znaczącym eksporterem energii elektrycznej i… zapasy polskiego węgla się skończyły. Elektrowni i tak musiały więc dokupować węgiel na zagranicznych rynkach, znacznie droższej od cen z kontraktów długoterminowych z polskimi kopalniami. Co więcej, część polskich kopalń ograniczała dostawy po tych stawkach do minimów lub nawet zrywała kontrakty po starych cenach i część węgla z polskich kopalń też jest już dziś na rynku oferowana za ponad 1500 zł/t.

Po drugie, polskie elektrownie jak jeden mąż doznają „awarii”. Oficjalne przyczyny są bardzo różne, ale w taki zbieg okoliczności, że niemal wszystkie bloki w kraju psują się w mniejszym lub większym stopniu trudno uwierzyć. Po co się „psują”?  Bo przy niskiej dostępności bloków, bilans produkcji energii zamyka się na wysokich cenach na Rynku Bilansującym, a to przekłada się też…

[—–] i bla bla….

===============================

Rynkowa cena energii elektrycznej (RCE)

Doba handlowa: 2022-07-17

GodzinaRCE
zł/MWh
1572,44
2579,58
3563,42
4569,96
5535,48
6537,14
7529,46
8449,36
9425,51
10391,41
11425,94
12413,83
13414,82
14379,38
15374,34
16414,40
17424,30
18452,13
19600,38
201205,92
211466,98
221621,64
231516,14
241146,24
RCE – RYNKOWA CENA ENERGII z dnia 17.07.2022

Nad ranem – ok 550, w dzień – 350-450, a od 20-tej do 24-tej – 1500 do 1700.

Czemu tak absurdalnie?? Przecież w nocy produkcja fabryk spada, więc popyt maleje.

Powinno więc być odwrotnie – TANIEJ !!

Energetyka w Polsce w 2019 roku - moc i produkcja energii wg danych PSE -  WysokieNapiecie.pl
Ładowarka do komórki Zdjęcia Memy, śmieszne Gify, zabawne Demotywatory. I  pełne humoru Zdjęcia i żarty

Co te sługusy UE zarządzające Polską robią z cenami energii !!! 400% w półtora roku!!

W styczniu 2021 r. ceny prądu dla gospodarstwa domowego od PGNiG wynosiły 34 grosze za kilowatogodzinę netto.

Tymczasem w styczniu 2022 r. cena dla gosp. domowego sięgnęła złotówki, a w lipcu wyniosła 1,39 zł. Oznacza to wzrost o 400 procent.

[na podst.: https://nczas.com/2022/07/16/absurdalna-polityka-energetyczna-rzadu-dlatego-jest-drogo-konfederacja-apeluje-video/ ]

Obraz
Ada Karczmarczyk Źródło: YouTube

O projekt ZORGANIZOWANEGO WYJAZDU MAS UKRAIŃSKICH (innych obcoplemiennych nachodźców także) POZA POLSKĘ

Sławomir  N.  Goworzycki

Zarwałem nockę aby obejrzeć i odsłuchać nagranie z odbytego w dniu 14 lipca posiedzenia zespołu ds. Ukraińców w Polsce, prowadzonego przez posła Grzegorza Brauna.

Sprowokowało mnie to do napisania (nie pierwszego) listu w tej sprawie. Skoro poseł Braun sam zachęca do konsultowania ich „ukraińskiego projektu”.

===================================

Szanowni Państwo,

   Zaraz po obejrzeniu-odsłuchaniu dwugodzinnego nagrania z sejmowego posiedzenia zespołu nt. „Stop ukrainizacji Polski” (z dnia 14 lipca 2022 r.) nasuwają mi się następujące spostrzeżenia:

1.   Nie znajduję w Waszych, skądinąd pożytecznych projektach wątku RELOKACJI UKRAIŃCÓW Z POLSKI, a już zwłaszcza jako wątku WIODĄCEGO; czyli projektu ZORGANIZOWANEGO WYJAZDU MAS UKRAIŃSKICH (innych obcoplemiennych nachodźców także) POZA POLSKĘ, najlepiej Z POWROTEM NA UKRAINĘ.

   Potrzebna jest więc operacja „TRAKT-2” (czyli anty-Trakt, bo „TRAKT-1” to jest trwające nadal wdzieranie się ich w kierunku przeciwnym, czyli do Polski). Dlatego nie „MOST”, gdyż tamten sprzed 30. lat przerzut wielkich mas innego narodu z jednego do innego, acz nie sąsiadującego z nim kraju, odbywał się drogą lotniczą; tu zaś mamy, od lutego br., a właściwie od wielu już LAT („zarobkowicze” vs „uchodźcy”, jak zwał tak zwał) zwyczajny przemarsz drogą lądową, poprzez linię Curzona-Namiera-Rettingera, jakże teraz dla nas ważną. O dziwo!

2.   Jak taka operacja ma wyglądać, dają nam NADAL przykład owi tajni i jawni (w tym rząd polskojęzyczny) animatorzy dokonującej się właśnie UKRAIŃSKIEJ KOLONIZACJI POLSKI. CECHĄ GŁÓWNĄ tejże trwającej operacji kolonizacyjnej jest to, że:

a. Większa jest zanęta, jakże szybko zaaranżowana, także w zakresie ustawowym (!), na terenie Polski. Kilka dni temu Ukrainka w sklepie spożywczym powiedziała: „Wracają. Tak. Teraz wracają na Ukrainę. Bo skończyły się już te miesiące pomocy tutaj, no to teraz dużo wraca, a mało do Polski przyjeżdża”. I tak trzymać! – odpowiadamy my.

b. Wojna, czyli czynnik mający WYPYCHAĆ Ukraińców z Ukrainy, jest dla PRZYTŁACZAJĄCEJ WIĘKSZOŚCI z nich TYLKO PROPAGANDOWYM PRETEKSTEM (tak to, jak widzimy, zostało z góry pomyślane). Wystarczy albowiem spojrzeć na MAPĘ, posłuchać co dnia wymienianych nazw miejscowości w jakich „strzelają”, aby się przekonać, już od lutego br. (!!!), że obecnie tylko mniej niż 10% owego ogromnego terytorium Republiki Ukraińskiej jest objęte jakimikolwiek działaniami wojennymi (bo także owe rozległe obszary zajęte przez wojska rosyjskie działaniami wojennymi objęte nie są, a tylko niektóre obszary na froncie, zwanym tutaj „linią styczności”). Podobnie więc jak w latach 2014-2022, kiedy to polskojęzyczne mass media w ogóle się nie interesowały tym jakże w przestrzeni od nas odległym (i oby tak pozostało!!!) konfliktem obu grup językowych: ukraińskiej i rosyjskiej. Nieprawdaż?

3.   Przytłaczająca zatem większość Ukraińców przebywających obecnie na terenie Polski NIE JEST ŻADNYMI UCHODŹCAMI WOJENNYMI, ale (podstępnymi) NACHODŹCAMI-KOLONISTAMI !!!

   Dzisiejsze masy polskie (post-polskie? post-katolickie?) dają się więc oszukiwać przez Wschód – Turańszczyznę, Kipczak, Chazarię, schizmę, bisurmaństwo, hajdamactwo, bolszewię, sowiety, banderyzm itp. odmiany tamtej OBCEJ CYWILIZACJI, z którą przyszło nam od wieków graniczyć (ale się jej kaprysom, obecnie „wojennym”, nie podporządkowywać, przecież!!!).

   Dawniejsi Polacy oszukiwać się nie dawali, gdyż znali znaczenie i kontekst ww. nazw-pojęć; dzisiejsi tej wiedzy nie mają i się o nią nie starają, pomimo tak silnych bodźców, jak obecność obcojęzycznych nachodźców już tu, w Polsce, na ulicy, w sklepie, w tramwaju… Katastrofa cywilizacyjna!!!

4.   Jesteśmy spóźnieni o blisko już pół roku; licząc TYLKO od dnia 24 lutego 2022 roku.

5.   Tak więc Wasze pożyteczne projekty mają, i słusznie, zniechęcić Ukraińców do pozostawania w Polsce, a to poprzez odebranie im owych licznych przywilejów, ale… jak już wyżej powiedziano, nie zawierają one WEKTORA „z Polski z powrotem na Ukrainę”, czyli – mówiąc językiem nieoficjalnym: „Post-sowieci do domu”!!! Jak niegdyś – skandowano nawet na ulicach: „So-wie-ci-do-do-mu!”.

   Bo przecież – chciał-nie-chciał – owi dzisiejsi obywatele republik post-sowieckich są, po prostu, post-sowietami (a na m.in. dzisiejszych Polakach ciąży piętno post-KDL-owców, niestety).

6.   Tak więc trzeba roztropnie i szybko działać w kierunku powrotu – czy to do aż takiego stopnia możliwe? – do owego parytetu li tylko 51 tys. osób mniejszości Ukraińskiej w Polsce, przywołanego przez jednego z Waszych panelistów dla roku 2011, jakże niedawnego (sic!).

   Gdyż samo tylko odbieranie im tutaj przywilejów WCALE NIE MUSI WYWOŁAĆ ICH STĄD WYJAZDU; trzeba ich WYRAŹNIE nakierować do powrotu na Ukrainę i TAM, na Ukrainie, zarysować dla nich korzyści ich na tamten obszar PRZYCIĄGAJĄCE, a nie tylko te zniechęcające na obszarze tutejszym-polskim.

7.   Tak więc, równolegle z wytrącaniem Ukraińcom przywilejów na obecnym terenie Polski – na czym Państwo skupiliście swoją uwagę – jakaś polska, centralna, nazwijmy ją: „nowa RGO – Rada Główna Opiekuńcza”, jakaś „Polish Relief”, zatem działająca w stopniu większym i szerszym aniżeli dzisiejsze „organizacje pomocowe” (Caritas itp.), powinna na Ukrainie utworzyć sieć najszerzej rozumianych „polskich placówek pomocowych” i tym sposobem WYCIĄGAĆ za sobą UKRAIŃCÓW Z TERENU POLSKI NA TEREN UKRAINY. A Waszego projektu odebranie im przywilejów będzie ich z tymże samym WEKTOREM z Polski WYPYCHAĆ.

   Ciężki wózek jeden z przodu ciągnie, a drugi tenże wózek z tyłu popycha – Z DWÓCH STRON, a nie tylko z jednej. A owa TAM pomoc, to ma być coś jak ów po pierwszej wojnie światowej działający w Europie American Relief i jak po drugiej wojnie światowej UNRRA.

   Taka „pomocowa działalność polska na Ukrainie dla Ukraińców”, koniecznie bardzo rozgłaszana po świecie (sic!), będzie, oczywiście, stopniowo wygasać, acz jej GŁÓWNYM CELEM ma być owo odwrócenie wektora z lutego 2022 roku, i wcześniejszego zarobkowego TAKŻE, więc OPUSZCZENIE POLSKI przez Ukraińców, czyli zawrócenie ich z POWROTEM na Ukrainę, lub wysłanie do krajów Zachodu (bo dawne KDL-e, będące w podobnej co Polska sytuacji, też potrzebują pozbycia się ukraińskich nachodźców).

   Koszta takiej działalności, TAM na Ukrainie, mogą być nawet mniejsze, aniżeli koszta przebywania owych mas ukraińskich, czy to uprzywilejowanych jak dzisiaj, czy już bez przywilejów, na obecnym terenie polskiego państwa. Lecz jeśli nawet większe (co jest wątpliwe), to WARTO ZAPŁACIĆ KAŻDĄ CENĘ, aby Ukraińcy czym prędzej Polskę opuścili, aby po prostu wrócili do domu, i aby ich liczba w Polsce zbliżała się w kierunku owych z roku 2011 ww. 51 tysięcy.

   Broni tam nie posyłać! A za oszczędzone w ten sposób środki rozwinąć, ale koniecznie TAM, a nie tutaj, ową najszerzej rozumianą, i oczywiście tymczasową pomoc (American Relief zakończył działania już w roku 1922, dość szybko; nieprawdaż?).

8.   Czy to prawda, że jakkolwiek „Donbas” mają „odbudowywać” Polacy, to „Galicję”… Niemcy? Bo co takiego jest w owej szczęśliwie wolnej od działań wojennych Galicji do „odbudowywania”? Do odbudowania – nie, ale do zbudowania niemieckiej kolonii ponad głowami Polaków – tak, bardzo wiele.

   Jakkolwiek by było, ów wspomniany w trakcie panelu „przedsiębiorca ukraiński” czym prędzej powinien wracać z Polski na Ukrainę i tam działać ku odbudowie Ukrainy, a nie panoszyć się w Polsce.

   Jednocześnie „przedsiębiorca polski” niech rozpoznaje dla siebie szanse „w odbudowie Ukrainy” i zabierając z Polski swoich… ukraińskich pracowników bierze się tam, na Ukrainie, do dzieła!!!

9.   Wobec powyższego określanie owych okrojonych (i słusznie) standardów jednak pozostawania Ukraińców w Polsce – co Państwo właśnie czynicie – jest to rzecz wtórna, skoro owi Ukraińcy, możliwie wszyscy, mają WRÓCIĆ NA UKRAINĘ.

   Niemniej – ci NIELICZNI, co by z jakichś powodów mieli tu w Polsce przebywać, słusznie by musieli – jak to Panowie określacie – „oficjalnie deklarować potępienie zbrodniczej tradycji banderowskiej”, ale… NIE TYLKO TEJ. Bo i potępienie „zbrodniczej tradycji… bolszewickiej, komunistycznej, leninowskiej, stalinowskiej, chruszczowowskiej” przecież TEŻ. Nieprawdaż?

   Bo też – od czego wyszliśmy – ci wszyscy ludzie tym zwłaszcza piętnem, bolszewickim, są naznaczeni; a jakaś część z nich ponadto piętnem banderowskim. Koszmar!

   Są i inne piętna, jak m.in. rozpad rodziny. Przecież to oglądamy. Ale nadal NIE WIEMY, jaki procent spośród tych „kobiet z dziećmi” W OGÓLE MA MĘŻÓW. Prawdziwe (!) mężatki swoich mężów by przecież nie pozostawiały, ani tych nielicznych (przyznajmy to!) wojujących z Moskalami, ani tych jakże licznych pracujących tam zwyczajnie, w cywilu. Nieprawdaż? Ale to jest widocznie taka ich kolejna odmienność cywilizacyjna, co miejscowe polskie ŁZAWCE (sic!) łykają bezrefleksyjnie, jak „gotowe danie”.

10.   Niechże więc UKRAIŃCY I UKRAINKI POWRACAJĄ CZYM PRĘDZEJ NA TERYTORIUM REPUBLKI UKRAIŃSKIEJ, poza ową linię Curzona-Namiera-Rettingera, i niechże dopiero tam, JAK NAJDALEJ STĄD, odbierają jakże hojną „polską pomoc” – POLISH RELIEF.

   I żeby to było rozgłośnione przez mass media. Aby odtąd to Polacy byli na Ukrainie przyjmowani jako ludzie… właśnie uprzywilejowani, wobec takich np. Niemców i innych jeszcze nacji (jakich już tutaj nie wymieniamy).

11.   A wtedy, tak jak „przez tak liczne wieki”, będzie się można ponownie SZERZEJ ROZEJRZEĆ po tym Wschodzie. Czy aby ponownie do zagospodarowywania przez nas – Łacinników-Lechitów? Lecz to już jest „inna bajka”.

   Najpierw to dzisiejsi Polacy powinni się ponownie stać owymi Łacinnikami-Lechitami. Bo jakże wielu z nich już nimi z dawna NIE JEST. I to jest koszmar największy.

Z poważaniem.

Sławomir  N.  Goworzycki

„STOP Ukrainizacji Polski”.

Poseł Grzegorz Braun zapoczątkował ważną inicjatywę w sprawie powstrzymania ukrainizacji Polski. Już za nią dostaje po głowie z prawa i z lewa. 16 lipca 2022

Wydano broszurę z konkretnymi propozycjami zmian legislacyjnych zorientowanych na powstrzymanie budowy Ukrainopolonii.

Warto się zapoznać.

Kilka najważniejszych spraw uwypuklonych w tym dokumencie:

  • Za cztery miesiące, po 24 listopada miliony Ukraińców przybyłe po wybuchu konfliktu będzie mogło ubiegać się o prawo stałego pobytu na kolejne trzy lata. Uchodźcy według obecnego prawa mogą się ubiegać o obywatelstwo już po dwóch latach. Mamy mało czasu by działać.
  • Granica jest szeroko otwarta, dla wszystkich przyjeżdżających, pomoc socjalna udzielana bez weryfikacji realnego statusu materialnego.
  • W wielu obszarach życia (edukacja, służba zdrowia itd.) Polacy są faktycznie dyskryminowani w swoim kraju.

W związku z powyższym, wysunięto szereg propozycji legislacyjnych:

  • Zmiana ustawy o pomocy uchodźcom tak, by przyjmować tych w realnej potrzebie, a pomocy materialnej udzielać według rzeczywistego statusu majątkowego osoby.
  • Udzielanie pomocy dedykowanej uchodźcom zamiast integrowanie ich do naszych systemów socjalnych (np. 500+).
  • Ochrona praw i wsparcie osób które chcą zrezygnować z dalszego udzielania Ukraińcom gościny we własnym domu.
  • Uchwalenie ustawy „Warto być Polakiem” delegalizującej wszelkie praktyki dyskryminujące Polaków ze względu na obywatelstwo lub narodowość w naszym kraju.
  • Zaostrzenie ustawy o obywatelstwie tak by zamknąć szybkie ścieżki do naturalizacji milionów Ukraińców.
  • Zmiana ustawy o mniejszościach w kierunku odebrania Ukraińcom (z których 97% to niedawni przybysze zarobkowi lub uchodźcy) praw mniejszości narodowej. Milionowa populacja niedawnych przybyszy z prawami mniejszości byłaby ewenementem w prawie europejskim i bombą podłożoną pod naszą państwowość.

„STOP Ukrainizacji Polski”.

Link do strony: https://konfederacjakoronypolskiej.pl/stop-ukrainizacji-polski/

Link do pliku PDF dokumentu: https://konfederacjakoronypolskiej.pl/wp-content/uploads/2022/07/SUP-luz.pdf

Rząd „polski” i czołgi. Oddajemy za darmo, kupujemy stare – drogo

15 lipca 2022 https://pch24.pl/polska-i-czolgi-oddajemy-za-darmo-kupujemy-drogo/

116 używanych czołgów Abrams kupi Polska od Stanów Zjednoczonych. Maszyny mają uzupełnić lukę po podarowanych Ukrainie 240 sztukach czołgów T-72.

– Zabiegaliśmy o to, by wypełnić lukę w polskich siłach zbrojnych po donacji czołgów T-72 na Ukrainę. Nasze zabiegi zakończyły się sukcesem. Jesteśmy umówieni ze Stanami Zjednoczonymi, że 116 czołgów Abrams w starszej wersji trafi na wyposażenie Wojska Polskiego – oznajmił w rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową minister obrony Mariusz Błaszczak.

Jak przypomniał wicepremier, wiosną MON zawarł umowę na zakup 250 nowych maszyn w wersji SEPv3, za 23 miliardy złotych. Ich produkcja jednak dość długo potrwa, stąd decyzja o nabyciu używanego sprzętu z zasobów armii amerykańskiej.

Starsze czołgi mają dotrzeć do Polski na początku 2023 roku. Będą następnie modernizowane już na miejscu.

Źródło: IAR, radiozet.pl RoM

==================================

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/kolejne-polskie-czolgi-w-ukrainie-doradca-zelenskiego-potwierdza/s1hnb84,79cfc278

„Arestowycz ujawnił też, że Polska zamierza przekazać Ukrainie 232 czołgi. Tyle maszyn typu PT-91 Twardy znajduje się na stanie naszych sił zbrojnych. To polska, głęboka modernizacja poradzieckiego czołgu T-72.”

Tym razem to już nawet nie ma mowy o tym, że ktokolwiek nam za to coś obiecał

Jak się nie zatracić w gąszczu propagandy

Paweł Sztąberek

Dobrze jest nauczyć się czytać między wierszami. Przeciętny człowiek skazany jest na propagandę oficjalną, która pierze mu mózg, podczas gdy on nawet tego nie dostrzega. W przypadku covida przekaz był taki: „tylko dystans społeczny, tylko maski, tylko testy, tylko szczepionka – inaczej poważnie zachorujesz i umrzesz!”

Po wielu latach znów obejrzałem polski film z 1946 roku „Zakazane piosenki”. Kawał dobrego kina. Ale moją szczególną uwagę zwrócił jeden fragment, kiedy to główni bohaterowie, mężczyzna i kobieta, spotykają się w restauracji. Obok mężczyzny leży nazistowska gadzinówka „Nowy Kurier Warszawski”. Kobieta w pewnym momencie pyta (cytuję z pamięci): „I co w twoich wiadomościach?”. „Nie jest dobrze” – odpowiada mężczyzna powołując się na informacje z gazety – „Niemcy odnoszą same sukcesy na froncie”. „Wierzysz w te bzdury?” – pyta zniesmaczona, po czym dodaje: „A wiesz, co mówią na mieście? W Berlinie wybuchło powstanie z powodu głodu. Cała armia niemiecka kierowana jest na Berlin, a w Warszawie nie ma już nawet jednego żołnierza”. Po chwili radość z twarzy kobiety znika, gdy słyszy za oknem śpiewaną głośno przez maszerujący oddział Wehrmachtu wojskową pioesenkę: „Hajli hajlo hajla…”.

„Nowy Kurier Warszawski” – niemiecka gazeta dla Polaków – przedstawiał rzeczywistość mocno zdeformowaną. Po klęsce pod Stalingradem, kiedy to stopniowo zaczął się odwrót wojsk niemieckich z terytorium Rosji, porażki ubierano w sukcesy. Jeśli Niemcy, w jakiejś bitwie stracili przykładowo 20 czołgów, pisali jedynie o 5 zniszczonych czołgach bolszewików, ogłaszając przy tym wielki sukces swoich wojsk.

Propaganda wojenna ma dwojakie znaczenie – z jednej strony służy manipulowaniu opinią chłonących ją mas, jak również ma w te masy wlewać nadzieję, że jest dobrze. W przypadku niemieckiej gadzinówki dla Polaków, domniemane niemieckie „sukcesy” nie wzbudzały w Warszawiakach radości, jednak wielu wierzyło, że to prawda. Podobnie z propagandą szeptaną typu: „wiesz, co mówią na mieście?”. Wierzymy, ale często niewiele trzeba, by ktoś wylał nam na głowę kubeł zimnej wody.

Propaganda to narzędzie każdej władzy, ale jej nachalna forma nasiliła się w ciągu ostatnich 2 lat. Polacy, ale nie tylko oni, karmieni są nią z każdej strony. Koronawirus okazał się być idealnym pretekstem do prania ludziom mózgów. Tzw. władza demokratyczna, nie w każdych warunkach może sobie pozwolić na takie eksperymenty społeczne jak ostatni, przeprowadzony w latach 2020-2022. Ale w końcu WHO ogłosiła pandemię, więc można było wyłączyć hamulce i pójść na całość.

Większość ludzi uwierzyła w przekaz serwowany przez współczesne gadzinowe „Nowe Kuriery Warszawskie”, że jak nie założysz maski to umrzesz, że jak się nie zaszczepisz to umrzesz itd… Wielu też uwierzyło w propagandę szeptaną przeciwników restrykcji i lockdownów, że już za chwilę wybuchnie bunt, że ludzie wyjdą na ulicę, obalą władzę, przywrócą wolność itd… I rzeczywiście gdzieniegdzie wyszli, buntowali się nawet pojedynczy przedsiębiorcy, jednak żaden masowy bunt nie wybuchł. Większość grzecznie podkuliła ogony pod siebie, założyła maski, wymazała się drutem w nosie, zaszczepiła się i czekała, co będzie dalej.

A dalej wiadomo co było… Wybuchła wojna Rosji z Ukrainą, „pandemia” rozładowała się niejako w sposób naturalny, zaczęła się natomiast nowa porcja propagandy – tym razem z frontu.

Przy okazji wyszło jak spolaryzowana jest tzw. opinia publiczna. Ci, którzy podczas „pandemii” uodpornili się na propagandę strachu i covidowej psychozy, zachowali dystans do oficjalnej propagandy z frontu rosyjsko-ukraińskiego i nie dali się zwieść hurraoptymizmowi, że już po Rosji, że lada moment zostanie dobita. Natomiast ci, którzy podczas „pandemii” łykali wszystko co wciskali im politycy i pandemiczni eksperci, zaczęli wierzyć we wszystko, co „mówił” telewizor – włącznie z tym, że na Ukrainie staruszki strącają rosyjskie drony słoikami z dżemem.

Ale jedno wciąż pozostaje poza zasięgiem naszej możliwości – jaka jest ta PRAWDA?

Na portalach społecznościowych mamy do czynienia z zalewem informacji. Twitter tętni życiem, niekiedy aż za bardzo. Niektóre wpisy, choć zbieżne z naszymi oczekiwaniami, przekazują informację nie poparte żadnymi źródłami. Czasem odnieść można wrażenie, że niektórzy twitterowicze sami tworzą opowieści, a potem puszczają je w obieg jako fakty. Ale czy istotnie są to fakty?

„A wiesz co mówią na mieście?”… No właśnie, ta forma propagandy szeptanej stwarza olbrzymie pole do nadużyć. Wielu może dać się złapać na całkowicie wymyślane historie, być może wymyślane przez tych, którzy źle nam życzą. Jak zatem oddzielić ziarno od plew? Propaganda mainstreamu jest prostsza do demaskacji. Jeśli ciągle piszą, że „Putin umiera”, a on wciąż żyje, to wiadomo że mamy do czynienia z kłamstwem. I dalej, jeśli wciąż podają rewelacje, że „wyciekły supertajne informacje rosyjskiej armii…”, to warto zadać sobie pytanie: skoro one takie supertajne to jak mogły wyciec?

Z propagandą szeptaną, nie podpartą żadnymi źródłami (ot np. że w lipcu br. policjanci w całej Polsce mają zakaz brania urlopów) jest trochę trudniej, dlatego jedyne, co można zalecić to dystans. Zawsze warto zapytać tego, który rozpuszcza wieści: skąd to wiesz?; wskaż źródło. Sam niejednokrotnie zadawałem na twitterze twórcom niektórych newsów takie pytania, bądź prosiłem o podanie źródła. Niektórzy odpowiadali pozytywnie, inni odpisywali w stylu: „sam sobie znajdź”, a jeszcze inni w ogóle nie odpisywali, co już kazało zachować względem rozpowszechnianych przez nich informacji ostrożność. Nie nie o to przecież chodzi, by niezdrowo podniecać się informacjami, które są ciekawe, jednak ich wiarygodność jest wątpliwa.

Dobrze jest nauczyć się czytać między wierszami. Przeciętny człowiek skazany jest na propagandę oficjalną, która pierze mu mózg, podczas gdy on nawet tego nie dostrzega. W przypadku covida przekaz był taki: tylko dystans społeczny, tylko maski, tylko testy, tylko szczepionka – inaczej poważnie zachorujesz i umrzesz! W przypadku wojny przekaz jest, najprościej mówiąc, taki: Rosja jest zła, Ukraina jest dobra – kto myśli inaczej, bądź przejawia jakieś wątpliwości i stara się dostrzec, poza czarnym i białym, także inne kolory, jest ruskim agentem i nie można go brać poważnie, a być może nawet trzeba nasłać na niego służby!

My, ludzie, którym chce się pójść nieco głębiej i ogarniać nieco szerzej to, co nas otacza, możemy poszukiwać alternatywnych informacji. Tych alternatywnych źródeł jest wiele. Dość cennym, działającym po drugiej stronie frontu, patrząc z punktu widzenia naszej rodzimej propagandy, czyli tam, gdzie media polskiego mainstreamu nie docierają, a nawet jeśli tak, to milczą, jest Patrick Lancaster. To były amerykański weteran od kilku lat mieszkający w Doniecku. Ma on swój kanał na YouTube. Materiały wideo, które tam prezentuje to ewidentnie rosyjski punkt widzenia. Lancaster jest w pewnym sensie na służbie rosyjskiej propagandy, jednak i z jego materiałów wiele możemy się dowiedzieć. Głownie z rozmów ze zwykłymi ludźmi. Nie każda rozmowa jest ustawiona, u niego ludzie mówią co myślą, niektórzy zaś milczą, bo po prostu się boją, nie są pewni jak rozwinie się sytuacja wojenna. Ale ich wypowiedzi przynajmniej są szczere, oddają mozaikę poglądów zwykłych mieszkańców Donbasu. I to jest cenne, bo przyczynia się do wyrobienia sobie bardziej obiektywnego obrazu tej wojny.

W obliczu propagandy trudno znaleźć złoty środek. Na pewno trzeba się wyposażyć w mentalne narzędzia weryfikacji informacji – emocjonalny dystans, nieufność, podejrzliwość. Zarazem też niezbędne są: weryfikacja i uruchamianie procesów myślowych. Wielu ludziom nie chce się myśleć, wolą przyjąć za pewnik to, co im się wciska. Takich niestety jest większość i musimy się z tym pogodzić – ich obudzić może jedynie nagły wstrząs, coś czego się nie spodziewali…

Może stanie się to gdy w którymś momencie pensja nie wpłynie na czas, w sklepie nie będzie naszych ulubionych towarów, albo nie będzie można obejrzeć kolejnego odcinka ukochanego serialu, bo zabraknie prądu… Tak to niestety jest: my wiemy, że Morawiecki kłamie jak z nut, inni jednak wierzą mu bezgranicznie.

Ponieważ nie zanosi się na to, by w najbliższym czasie „pracze mózgów” spoczęli na laurach, w pierwszej kolejności martwmy się o siebie. My też popełniamy błędy i ponoszą nas emocje. Na innych przyjdzie czas, choć wielu z nich jest już raczej stracona, nie do odzyskania.

Paweł Sztąberek

Otrzeźwienie? Apel intelektualistów i lekarzy o zakończenie indoktrynacji „transpłciowością”.

Otrzeźwienie? Apel intelektualistów i lekarzy o zakończenie indoktrynacji młodych szaleństwem mody na „transpłciowość”.

https://nczas.com/2022/07/16/otrzezwienie-apel-intelektualistow-i-lekarzy-o-zakonczenie-indoktrynacji-mlodych-szalenstwem-mody-na-transplciowosc/

Apel 140 znanych osób potępia „indoktrynację młodych ludzi” i wywoływanie mody na zmiany płci. Opublikował go m.in. francuski tygodnik „Le Point”. Pod listem podpisani są znani intelektualiści i lekarze, zaniepokojeni konsekwencjami zmiany płci u młodych ludzi [jednak uwaga: w większości to „celebryci”, czyli „znani z tego, że są znani” M. Dakowski] .

Domagają się ogólnospołecznej debaty na ten temat i wyrażają niepokój o konsekwencje zmiany płci, w tym poruszają temat nieodwracalnych skutków tak radykalnego wyboru. Apel ukazał się w kilku europejskich mediach z inicjatywy kolektywu „Mała Syrenka”, z inicjatywy naukowców, nauczycieli, psychologów i lekarzy, głównie z Francji i Belgii, ale też Niemców, Szwajcarów i Brytyjczyków.

Czytamy w nim: „My, naukowcy, psychiatrzy, lekarze i badacze nauk humanistycznych i społecznych, apelujemy do mediów publicznych i mediów prywatnych we Francji, Belgii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i innych krajach Europy, o dokładne przedstawienie poważnych badań i naukowo ustalonych faktów na temat ‘zmiany płci’ dzieci w mediach przeznaczonych dla szerokiej publiczności”. [Przecież taka „dyskusja” głównie rozpropaguje, nie zatrzyma!! MD}

Apel podpisali m.in. feministyczna publicystka Elisabeth Badinter, filozof Rémi Brague, znany ginekolog Israel Nisand, czy profesor psychoanalizy Céline Masson. Jest tu dużo nazwisk psychiatrów, psychologów, neurochirurgów, pediatrów, nauczycieli, ale też humanistów.

Ich zdaniem media i opinia publiczna są karmione „bezpodstawnymi twierdzeniami aktywistów transafirmatywnych, bez zachowania obiektywizmu”. Apelują przynajmniej o większą ostrożność i lepsze rozeznanie zagrożeń.

Dalej czytamy: „apelujemy do dyrektorów stacji telewizyjnych i radiowych, ale także prasy drukowanej, aby reprezentowali nie tylko różnorodność punktów widzenia, ale także sprawdzone informacje naukowe na temat ‘dysforii płci’ wśród nieletnich”. Dodali, że media pomijają lub nawet dyskwalifikują wiedzę naukowców i psychologów, a najczęściej są po prostu „nieobecni w tego typu debatach”.

Wspierane przez szukające sensacji media informujące o „niedopasowaniu” płci nagłaśniają bardzo rzadkie wyjątki, czyniąc z nich niemal normę. W rzeczywistości „nie wybieramy swojej płci, bo są tylko dwie” – piszą autorzy apelu i dodają – „urodziliśmy się dziewczynką lub chłopcem, płeć jest odnotowywana zaraz po urodzeniu i rejestrowana w urzędzie stanu cywilnego, a dalej każdy buduje tożsamość, która nigdy nie jest utrwalona i ewoluuje w czasie, o czym zbyt często się zapomina. Możesz zmienić wygląd swojego ciała, ale nigdy jego rejestracji chromosomowej”.

Moda na zmiany płci i szukanie dla takich takich poczynań usprawiedliwienia, oparta jest na nie naukowych teoriach, które zrównują jakieś „wierzenia z poziomem prawdy i opiniami nauki”. Sygnatariusze dorzucają jeszcze, że takie teorie wywołują „ryzyko dezorientacji wśród młodych ludzi”.

Chciałoby się napisać – lepiej późno, niż wcale. Dopiero straszne skutki praktyk genderowych i ideologii „trans” przynoszą pewne otrzeźwienie. Trzeba jednak dodać, że to dopiero początek „genderowej kontr-rewolucji” i nasuwa się tu na myśl cytat o tym, że tym razem to „Zachód mądry po szkodzie”.

https://assets.rebelmouse.io/eyJhbGciOiJIUzI1NiIsInR5cCI6IkpXVCJ9.eyJpbWFnZSI6Imh0dHBzOi8vYXNzZXRzLnJibC5tcy8yOTc0MjgxMS9vcmlnaW4uanBnIiwiZXhwaXJlc19hdCI6MTcwNjcyMTk5NX0.XVp_xApM0QB6VaPM9KnDBGr2qjY6-Vg41ziNqySWxwg/img.jpg?width=1200&quality=85&coordinates=118%2C0%2C214%2C0&height=600
comment image

HAGADA CZY FAKTY? (ZAPISKI PODSĄDNEGO)

HAGADA CZY FAKTY? SSR K. RYMARZ-BŁASZKIEWICZ ZDAJE SIĘ NIE MIEĆ ŻADNYCH WĄTPLIWOŚCI (ZAPISKI PODSĄDNEGO)

Henryk Jezierski 16 lipca 2022 https://moto.media.pl/hagada-czy-fakty-ssr-k-rymarz-blaszkiewicz-zdaje-sie-nie-miec-zadnych-watpliwosci-zapiski-podsadnego/

Stopień zażydzenia tzw. wymiaru sprawiedliwości w powojennej Polsce dałoby się porównać tylko z „naszą” dyplomacją, przy czym w obydwu przypadkach procesu tego nie osłabiła nawet rzekoma demokratyzacja po magdalenkowym układzie z 1989 roku.

Można powiedzieć – wręcz przeciwnie. Do głosu doszli bowiem spadkobiercy – nie tylko ideowi – żydokomuny z czasów stalinowskich, najbardziej krwawej i bezwzględnej wobec Polaków.

Ma to uzasadnienie w ich rodowodzie. Żydzi władający naszym krajem nie mają nic wspólnego z historyczną nacją semicką w jej tradycyjnym, biblijnym rozumieniu. To potomkowie tzw. żydochazarów, czyli jednego z plemion mongolskich, które w VIII wieku przyjęli jako swoją religię judaizm rabiniczny (talmudyczny), który został wymyślony po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w 70 roku po Chrystusie. Przy okazji – ten fakt w sposób jednoznaczny zaprzecza tezie, jakoby żydzi byli naszymi starszymi braćmi w wierze.

Do charakterystycznych cech osobowościowych żydochazarów zaliczyć należy ich ograniczenie intelektualne i niemal całkowity brak uczuć wyższych przy jednoczesnej perfidii postępowania, mściwości i okrucieństwie wobec nie-żydów zwanych gojami. Stąd m.in. zbrodnie ludobójstwa popełniane przez żydochazarów z Izraela na Palestyńczykach, obecnie akurat jedynym narodzie o semickich korzeniach. Mówiąc krótko – największymi antysemitami są ci, którzy z antysemityzmu uczynili oręż w walce ze swoimi przeciwnikami.

Mamy także wyjątkowo liczne przykłady żydochazarskich zbrodni na Polakach, z sądowymi włącznie. Najwymowniejszy to mord na gen. Auguście Emilu Fieldorfie, m.in. zastępcy komendanta głównego Armii Krajowej oraz organizatora i dowódcy Dywersji Komendy Głównej AK, zwanej Kedywem. Dokonano go dokładnie 24 lutego 1953 roku, nie przez rozstrzelanie lecz przez – stosowane wobec pospolitych przestępców – powieszenie, aby jeszcze bardziej poniżyć bohaterskiego oficera w oczach Polaków.

Za sprawców tej sądowej zbrodni podaje się anonimowych „komunistów”, co łatwo nasuwa skojarzenie z polskimi sprzedawczykami lub ruskimi namiestnikami. Takiej wersji jakoś nie kwapi się podważyć w sposób jednoznaczny nawet IPN, uchodzący za wyrocznię w kwestiach dotyczących najnowszej historii Polski. Co gorsze, w ślad za tą instytucją, też zdominowaną przez żydochazarów oraz wysługujących się im „historyków” głównie o ukraińskim, niemieckim, białoruskim i litewskim rodowodzie idą nawet tak – wydawałoby się – niezależne i propolskie organizacje jak np. Fundacja Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom. Jej prezes, niejaki Maciej Świrski także bredzi o „komunistach, którzy oskarżyli, sądzili i skazali gen. Fieldorfa”.

A jaka jest prawda?

Z pozycji skromnego badacza historii o technicznym wykształceniu wyręczam setki pasożytów (choc bardziej pasowałoby tu określenie: pasożydów) mieniących się historykami i kosztujących polskich podatników nie miliony lecz miliardy złotych (vide: budżet IPN oraz jemu podobnych instytutów preparowania „prawdy historycznej”). Fakty w odniesieniu do sądowych morderców gen. Fieldorfa są takie:

– Helena Wolińska reprezentująca Naczelną Prokuraturę Wojskową. Żydówka o rodowych personaliach Fajga Mindla. Była odpowiedzialna m.in. za pozbawienie wolności w latach 1950-53 ponad 20 żołnierzy Armii Krajowej, Postanowienie o aresztowaniu gen. Fieldorfa wydała 21 listopada 1950, a następnie nadzorowała prowadzone przeciwko niemu śledztwo. Zasiadała także w komisji weryfikującej sędziów i prokuratorów w ramach fali czystek i represji w Wojsku Polskim na początku lat 50-ych ubiegłego wieku. Po wydarzeniach marcowych 1968 roku wyemigrowała z Polski i osiedliła się w Wielkiej Brytanii. Dała się poznać jako zdeklarowana sympatyczka „Solidarności”. Prawdopodobnie podzielała pogląd swojego żydowskiego ziomka, niejakiego Bronisława Geremka, który twierdził, że „Solidarność” powstała po to, „aby Żydom w Polsce było lepiej niż Polakom”, co zresztą urzeczywistniło się w 100 procentach.

Beniamin Wajsblech, wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL. Pochodził z zamożnej rodziny żydowskiej zajmującej się handlem (ojciec Hersz). Przesłuchiwał gen. Fieldorfa, a następnie zażądał dla niego kary śmierci. Po zwolnieniu ze służby został… radcą prawnym.

– Maria Gurowska, sędzia, która wydała wyrok śmierci na gen. Fieldorfa w pierwszej instancji. Żydówka zarówno po ojcu (Moryc Zand), jak i matce (Frajda z domu Eisenbaum). W latach 1950-54 zasiadała w składach sędziowskich tajnych sekcji Sądów Wojewódzkiego i Apelacyjnego w Warszawie oraz Sądu Najwyższego, ferujących wyroki w sprawach politycznych zleconych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Od 1956 do 1970 roku pracowała w warszawskim Sądzie Wojewódzkim.

– Emil Merz, pochodzenie żydowskie, syn Salomona (sędzia Sądu Okręgowego w Tarnowie) i Reginy. Od 1949 roku jako sędzia Sądu Najwyższego stał na czele tajnego Wydziału III Izby Karnej rozpoznającego odwołania od wyroków sądów pierwszej instancji. Tylko w 1952 roku utrzymał 14 z 34 wyroków kary śmierci ogłoszonych przez te sądy. Brał aktywny udział w mordzie sądowym na gen. Fieldorfie z finałem w postaci negatywnego zaopiniowania prośby o ułaskawienie, podjętego 12 grudnia 1952 roku. Mimo powyższych „dokonań” orzekał w Sądzie Najwyższym aż do osiągnięcia wieku emerytalnego w 1962 roku. Na emeryturze publikował artykuły z zakresu prawa, m.in. na łamach pisma „Państwo i Prawo”.

Gustaw Auscaler, żydowski działacz komunistyczny, a w okresie stalinowskim sędzia Sądu Najwyższego oraz rektor Wyższej Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza. Wraz z wyżej przedstawionym Emilem Merzem oraz Igorem Adrejewem 20 października 1952 roku na posiedzeniu tajnym zatwierdził wyrok kary śmierci na gen. Fieldorfie, a 12 grudnia tego samego roku i w tym samym gronie odrzucił prośbę o ułaskawienie. W grudniu 1957 roku wyjechał wraz z rodziną do Izraela, gdzie przyjął imię Samuel. Zmarł osiem lat później.

Igor Andrejew, przedstawiany w sposób cokolwiek ekwilibrystyczny jako potomek „wileńskiej, spolszczonej rodziny rosyjskiej pochodzenia żydowskiego”. Czyż nie prościej byłoby napisać „żyd z Wilna”? Syn i wnuk adwokatów, odpowiednio Pawła i Bazylego. Nie poszedł ich śladem. W 1948 roku wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej i od tego samego roku przez pięć lat był dyrektorem Centralnej Szkoły Prawniczej im. T. Duracza w Warszawie. W 1952 roku został sędzią Sądu Najwyższego i z takiej właśnie pozycji skazał gen. Fieldorfa na śmierć. Co ciekawe, aż do 1989 roku nie był kojarzony z osobistym udziałem w tej zbrodni sądowej. Mógł zatem spokojnie realizować swoją karierę naukową, przypieczętowaną m.in. uzyskaniem tytułu profesora nauk prawnych (1964), funkcją prodziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i dyrektora Instytutu Prawa Karnego na tym wydziale (od 1968 do 1975 roku), a także wychowaniem paru pokoleń nowych – oczywiście, demokratycznych i antykomunistycznych – prawników, w tym niejakiego Lecha Falandysza – żyda od tzw. pomroczności jasnej zastosowanej na potrzeby obrony jednego z synow Lecha Wałęsy, Przemysława, który spowodował wypadek samochodowy po pijanemu.

Alicja Graff, żydówka z domu Fuks, prokurator wojskowa i wicedyrektor Departamentu III Prokuratury Generalnej w latach stalinowskich. To ona podpisała się m.in. pod nakazem wykonania wyroku śmierci na gen. Fieldorfie.

Jak widać, w powyższym wykazie sądowych morderców nie ma ani jednego Polaka czy choćby Rosjanina. Skąd zatem taka zapobiegliwość w ukrywaniu żydów pod oklepaną i nic nie wyjaśniającą etykietą „komunistów”? Od kiedy to w polskim interesie leży tuszowanie żydowskich zbrodni sądowych na Polakach?

ŁAPAJ ZŁODZIEJA!” CZYLI KTO JEST ANTYSEMITĄ

Poza oczywistym, dziennikarskim obowiązkiem mam swój osobisty powód zdemaskowania i upublicznienia stopnia zażydzenia wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Doświadczam go bowiem na własnej skórze, choć – na szczęście – nie w tak tragiczny sposób jak bohaterowie i patrioci pokroju gen. Augusta Fieldorfa. W ostatnich paru latach uczestniczyłem i uczestniczę nadal jako aktywna strona w kilkunastu procesach karnych i cywilnych. Najczęściej jest to rola oskarżyciela prywatnego lub powoda lecz także oskarżonego. W każdym, podkreślam w każdym z nich atakowany jestem przez drugą stronę jako „antysemita” chociaż temat i powód rozpraw sądowych nie ma nic wspólnego z działaniem, które dawałoby podstawy do wysuwania takich zarzutów. To jakby starannie przemyślana „wrzutka” mająca na celu zdyskredytowanie mojej osoby i sygnał dla sądzących, aby potraktowali mnie w sposób szczególny.

I niestety, to skutkuje. Znaczącym zmniejszeniem moich, uzasadnionych oczekiwań w wygranych sprawach, gdzie występowałem w roli poszkodowanego (włącznie z odmową zwrotu kosztów obsługi prawnej!), jak i drastycznym wzmocnieniem zasądzonych sankcji tam, gdzie jestem oskarżany. Ba, wątek mojego rzekomego antysemityzmu wplatany jest nawet w uzasadnienia serwowanych wyroków. Czynią to sędziowie, którym jestem w stanie z łatwością udowodnić ich antysemityzm – autentyczny, wynikający z prawidłowej interpretacji tego słowa. Jak bowiem nie określić antysemitą kogoś, kto przechodzi do porządku dziennego np. nad zbrodniami popełnianymi przez żydochazarskich oprawców na Semitach zamieszkujących tereny okupowanej Palestyny (w tym na kobietach i dzieciach), przypisując jednocześnie tę cechę niżej podpisanemu, który w obronie prawowitych mieszkańców tych ziem występował – podobnie zresztą jak wiele organizacji międzynarodowych, z ONZ na czele – konsekwentnie i wielokrotnie?

Niech nikt jednak nie wyciąga pochopnych wniosków, że obecnie wszyscy sędziowie, a także prokuratorzy i adwokaci to talmudyczni żydzi z mongolskim rodowodem. Tacy akurat zwykle pozostają w cieniu, umiejętnie i skutecznie sterując wykonawcami zleconych zadań. Ci ostatni to tzw. szabesgoje. Nazwa wzięła się od nie-żydow (gojów) wyręczających talmudystów w wykonywaniu czynności, które są zakazane w czasie ich świąt (szabat) – od ogrzania mieszkania po… wyłączenie światła.

Faktycznie jednak pojęcie szabesgoja jest znacznie szersze i najlepiej oddaje je charakterystyka stosowana przez samych zainteresowanych, z ich rabinami na czele. Według nich szabesgoj to po prostu „użyteczne BYDLĘ o ludzkiej twarzy służące żydowskiej sprawie”. Przyjemne, nieprawdaż? Nie potrafię opisać wyrazu twarzy paru moich znajomych, którym powtórzyłem to określenie, a których znam z ich wyjątkowej fascynacji żydowskimi zarządcami naszej umęczonej Ojczyzny. Chyba łatwiej przeżyliby solidne kopnięcie w d…

Powyższy, obszerny wstęp uważam za szczególnie uzasadniony akurat w odniesieniu do przebiegu sprawy sądowej wytoczonej mi z oskarżenia prywatnego przez niejaką Ewę Leśniewską-Jagaciak. Poświęciłem jej obszerny fragment tekstu pt. „VOLKSWAGENDOJCZE ZZA… BUGA”, toteż tam odsyłam zainteresowanych poznaniem cech osobowościowych tej pani. Tutaj wspomnę tylko, że moją wypowiedź oceniającą ją jako „osobę kwalifikującą się do miana swołoczy sowieckiej” adresowaną do ledwie kilku członków Rady Nadzorczej Spółdzielni „Stągiewna”, E. Leśniewska-Jagaciak uznała za godną wszczęcia procesu sądowego.

Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę z konsekwencji tego kroku. Pozostaje faktem, że teraz – po zapoznaniu się z dokumentacją Służby Bezpieczeństwa PRL na jej temat oraz samym przebiegiem sprawy – mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że Ewa Leśniewska-Jagaciak nie tylko kwalifikuje się lecz w pełni zasłużyła na miano swołoczy sowieckiej, w dodatku wyjatkowo perfidnej. Wprawdzie o tym fakcie powiadamiam grono po stokroć większe od wspomnanej rady nadzorczej lecz przyjmijmy, iż jest to dodatkowy „bonus” dla zainteresowanej.

Żydochazarski wątek odnoszę jednak nie do samej oskarżycielki (choć go oczywiście nie wykluczam, zważywszy na „repatriancki” rodowód) lecz do jej pełnomocnika, magistra prawa z adwokacką aplikacją, niejakiego Jakuba Tekieli. Zarówno same personalia, jak i charakterystyczna fizjonomia oraz sposób gestykulacji wyżej wymienionego na sali sądowej sugerują żydowskie pochodzenie. Gdyby nawet tak było, to w niczym nie nie usprawiedliwia to traktowania obowiązującego w III/IV RP prawa według własnego „widzimisię”, w dodatku na talmudyczną modłę. Można powiedzieć – wręcz przeciwnie, zważywszy żydowski rodowód zbrodniarzy w togach z okresu stalinowskiego, nie ograniczający się bynajmniej do wspomnianej na wstępie sądowej egzekucji gen. Fieldorfa.

Adw. Jakub Tekieli niemal w każdym akapicie spreparowanego aktu oskarżenia udowadnia, iż nad obiektywną, popartą faktami i oczywistą dla cywilizacji łacińskiej prawdę, przedkłada typową dla „cywilizacji” żydowskiej hagadę, czyli takie preparowanie faktów, aby zawsze przemawiały na korzyść żydowskiego preparatora.

Na dowód jeden z wymownych przykładów. Nigdy i nigdzie nie wspominałem nawet słowem o współpracy Ewy Leśniewskiej-Ignaciak z SB, chociaż były ku temu poważne przesłanki. Takie choćby, jak fakt jej rejestracji jako OZ, czyli osoby zaufanej, a także zgoda SB na zamianę przez Leśniewską obywatelstwa polskiego na niemieckie.

Tymczasem Jakub Tekieli w wysmażonym przez siebie akcie oskarżenia wskazuje, że zarzuciłem oskarżycielce – cytuję – „co najmniej współpracę ze Służbami Bezpieczeństwa PRL”. Chciałoby się odpowiedzieć, zachowując stosowną, żydochazarską narrację: „Panie Kuba, taka insynuacja to niedobre jest”. Pomijając brak jakiegokolwiek dowodu na przedstawioną tezę, warto przypomnieć, że Służba Bezpieczeństwa PRL była tylko jedna toteż liczba mnoga w tym wypadku jest całkowicie zbędnym nadużyciem hagady. Magistrze Tekieli, na którym WUML-u (skrót od wojewódzkiego uniweresytetu marksizmu-leninizmu) wręczyli panu dyplom prawnika?

Być może Jakub Tekieli uchodzi w swoim środowisku, a także w środowisku sędziowskim za wybitnego prawnika. Ja zdecydowanie nie podzielam tego poglądu. Bardziej przychylam się do tezy o bezczelnym gudłaju w adwokackiej todze. Niestety, nie jedynym.

Nawet średnio zorientowany czytelnik wie jednak, że adwokaci lub radcowie prawni, zwani potocznie – zwłaszcza przez skazańców – „papugami”, to tylko jedna ze stron w sprawie. Głos decydujący powinien mieć tutaj sędzia, którego obowiązkiem jest oddzielenie ziarna od plew i wydanie werdyktu w oparciu o potwierdzone fakty. Niestety, Katarzyna Rymarz-Błaszkiewicz, sędzia Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe zadała zdecydowany kłam tej tezie.

Nie zamierzam dociekać, czy uczyniła to powodowana swoim rodowodem, czy też chciała wywiązać się z powierzonego jej zadania z iście stachanowską nadgorliwością. Ograniczę się tylko do wyrażenia przekonania, że skompromitowała środowisko sędziowskie w sposób porażający, podważając zawodowy prestiż tych spośród swoich koleżanek i kolegów, którzy traktują swój zawód, a właściwie służbę, z należytą powagą.

Materialnym potwierdzeniem powyższego przekonania jest wyrok oraz jego uzasadnienie sporządzone przez SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz. Uważna lektura tego dokumentu – innej nie dopuszczam, zwłaszcza w roli oskarżonego – dowodzi jednoznacznie, że jego autorka albo ma poważne problemy z percepcją oczywistych i łatwych do zweryfikowania faktów, albo – do czego przychylam się bardziej – chciała udowodnić, że dla magister prawa namaszczonej na członkinię kasty sędziowskiej nie ma rzeczy niemożliwych. Można wszystko, w dodatku z użyciem sprawdzonych i prostych w użyciu narzędzi.

Takich choćby, jak powielane w setkach sędziowskich uzasadnień metodą „kopiuj i wklej” oddzielanie niewiarygodnych z definicji argumentów oskarżonego z wiarygodnymi z definicji argumentami oskarżyciela. W wykonaniu SSR Rymarz-Błaszkiewicz wygląda to dokładnie tak:

Sąd ocenił jako wiarygodne zeznania oskarżycielki prywatnej. Ewa Leśniewska-Jagaciak w obszernych zeznaniach opisała w jakich okolicznościach dowiedziała się pomówieniach rozsiewanych przez Henryka Jazierskiego. A także przedstawiła dowody na nieprawdziwość twierdzeń wypowiadanych przez oskarżonego.”

I dalej:

Sąd nie dał wiary wyjaśnieniom oskarżonego. W oparciu o ww. wiarygodny materiał dowodowy, jego nieprzyznanie się do winy należy ocenić tylko i wyłącznie jako linię obrony i chęć uniknięcia odpowiedzialności karnej.”

Gdybym czytał powyższe dywagacje tylko w aktach jednej sprawy, wówczas mógłbym zrzucić je na karb np. ograniczonej zdolności poznawczej konkretnego sędziego czy sędzi. Ale ja, z dokładnie taką samą „narracją” spotykam się w praktycznie każdym uzasadnieniu wyroku skazujacego. Jego „intelektualna głębia” w połączeniu z regularną powtarzalnością (wspomniane „kopiuj i wklej”) wręcz generuje odruchy wymiotne czytającego. Zwłaszcza, jeśli wyłączne podzielanie racji jednej strony z całkowitym pominięciem racji drugiej strony ma uzasadnienie tylko w mniemaniu samego sądu, w dodatku – z oczywistą obrazą dla materialnych dowodów dołączonych do akt sprawy.

Na potwierdzenie tylko jeden z wielu przykładów. Otóż, Ewa Leśniewska-Jagaciak, jak przystało na wyjątkową swołocz sowiecką, stwierdziła – co ważne, także przed obliczem sądu – jakobym w okresie stanu wojennego 1981-82 namawiał ją do podpisania jakiejś listy dziennikarskiej lojalności, gwarantującej pracę w tym zawodzie. Perfidia tego pomówienia polega na tym, że ja w tym czasie – po likwidacji Tygodnika „Czas” – byłem poza zawodem dziennikarskim, pracując jako doker w portach Gdańska i Gdyni, aby utrzymać żonę i dwójkę dzieci. A gdzie wówczas przebywała swołocz Leśniewska? Ludziom znającym realia tamtych lat zapewne będzie trudno w to uwierzyć lecz w… Paryżu, dokąd wyjechała w apogeum stanu wojennego, z rekomendacji – uwaga! – Zarządu Głównego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Czy mam jakieś dowody na potwierdzenie tej tezy. Nie tylko mam, ale przekazałem je do wiadomości sądu. Są nimi dostępne w IPN akta Służby Bezpieczeństwa PRL.

I jeszcze jeden, osobisty wątek zadający kłam oszczerstwom E. Leśniewskiej. Otóż, nawet gdybym miał taką możliwośc nie powierzyłbym jej nawet funkcji gońca w redakcji, cóż dopiero mówić o etacie dziennikarskim. Absolwentka nauk sowieckich po uniwersytecie o poziomie wspomnianych wcześniej WUML-i, z ograniczoną znajomością języka polskiego (teraz jest jeszcze gorzej) i z zerowym poczuciem polskiego patriotyzmu oraz służby społecznej, bardziej nadawałaby się np. na propagatorkę unijnego kołchozu, czemu zresztą dała wyraz w relacjach z niżej podpisanym.

Nie lekceważyłbym też faktu dobrowolnego przyjęcia przez oskarżycielkę obywatelstwa Niemiec. Rozumiem motywacje Polaków, którzy jadą do Niemiec powodowani względami ekonomicznymi, po czym – wcześniej lub później – wracają do swojej Ojczyzny. Ale dla tych, którzy świadomie ubiegają się i otrzymują obywatelstwo obcego państwa takiej wyrozumiałości już nie mam. Zwaszcza, jeśli tym państwem są Niemcy. Wraz z paszportem obcego państwa akceptuje się bowiem jego historię, cywilizację, kulturę oraz – to ważne – stosunek do dotychczasowej ojczyzny. Tymczasem niemieckich „dokonań” wobec Polaków przedstawiać nie trzeba. Nie tylko zresztą wobec Polaków. W historii Europy nie było i nie ma nadal bardziej zbrodniczego państwa i bardziej zbrodniczej nacji, choć może za jakiś czas doszlusują do niej banderowcy z Ukrainy i żydochazarzy z Rosji. Obawiam się, że moje określenie E. Leśniewskiej mianem swołoczy, czyli osoby postępującej podle nie oddaje w pełni jej cech osobowościowych.

Niestety, SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz raczyła nie zauważyć perfidii postępowania E. Leśniewskiej i uznała jej kłamstwa za bardziej wiarygodne niż dokumenty z archiwów IPN. Co gorsze, w swoim uzasadnieniu kilkakrotnie odwołuje się do „materiałów dowodowych”, a jednocześnie konsekwentnie zbywa milczeniem wszystkie dowody potwierdzone nie zeznaniami lecz dokumentami – włącznie z aktami Służby Bezpieczeństwa PRL, których wiarygodności, choćby w słynnej sprawie TW „Bolek”, nie był w stanie podważyć żaden z wynajętych przez L. Wałęsę – ponoć najwybitniejszych – prawników. Czyżby zatem ww. sędzię dopadł wtórny analfabetyzm, a jeśli tak to dlaczego akurat w sytuacji, gdy uważne przeczytanie dostarczonych dowodów zajęłoby nie więcej niż pół godziny?

A propos dowodów dostarczonych przeze mnie i nie podważonych w jakikolwiek sposób przez E. Leśniewską i jej pełnomocnika… Otóż zasadność mojego podejrzenia SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz o wtórny analabetyzm wzmacnia jej dziwny stosunek do elementarnej zasady prowadzenia procesu sądowego w sprawach karnych. Podstawowa zasada obowiązująca w tychże sprawach stanowi, że ciężar przeprowadzenia dowodu ewentualnej winy oskarżonego spoczywa na oskarżycielu (art. 369 KPK). Sędzia prowadząca najpierw przerzuciła ten obowiązek na mnie, a następnie – mówiąc kolokwialnie lecz adekwatnie do sytuacji – „olała” wszystkie moje argumenty, wyżej przedkładając prymitywną hagadę magistra prawa J. Tekieli.

Obawiam się, że właśnie ten wątek procesu, dotyczący oczywistego i skandalicznego z punktu obowiązującej pragmatyki sądowej zamienienia ról oskarżyciela i oskarżonego, czyni moje sugestie co do wtórnego analfabetyzmu sędzi prowadzącej zbyt pobłażliwymi. Wprawdzie ewentualnej „pomroczności jasnej” zdecydowanie nie dopuszczam ale wobec ewentualnego zadaniowania SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz przez jej przełożonych bądź „dobrodziejów” już taki zdecydowany nie będę. Powód? Poza wymienionymi obszernie wcześniej, warto podkreślić zakres wymierzonej kary oraz osobliwy komentarz pełnomocnika oskarżonej do wyroku.

W roli autora uzasadnienia wyroku SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz nie wykazała się szczególnym szacunkiem do – wypływającej ze źródeł cywilizacji łacińskiej – prawdy obiektywnej, popartej niezaprzeczalnymi faktami. Co innego, gdy przyszło orzekać o wymiarze kary, gdzie sędzia nie musi uciekać się do – często karkołomnych – uzasadnień. No może poza jednym, wyrażonym słowami: „Realizacja ww. środka… stanowić będzie element oddziaływania wychowaczego w stosunku do oskarżonego” i wzmocnionym stwierdzeniem, że zasądzona kwota nawiązki w wysokości 10 tys. zł, ponad dwukrotnie wyższa od mojej emerytury „mieści się w możliwościach zarobkowych oskarżonego”.

Innymi słowy – nie waż się demaskować obcej agentury w jakiejkolwiek formie (ze szczególnie groźną niemiecką agenturą wpływu włącznie), gdyż czeka cię przykładna kara. Mogę tylko wyrazić radość, że SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz nie ma takich możliwości, jak jej poprzednicy z czasów niedawno minionych, określanych jako wczesny PRL. Mogłoby bowiem skończyć się wieloletnium więzieniem, a nawet gorzej.

A tak, z tytułu bezpodstawnego oskarżenia o czyny, których nie popełniłem SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz poza kosztami sądowymi i zwrotem kosztow poniesionych przez oskarżycielkę w kwocie łącznej 480,00 zł, raczyła mnie ukarać „tylko”:

a) karą łączną w wysokości 8 (ośmiu) miesięcy ograniczenia wolności polegającą na wykonywaniu nieodpłatnej kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 20 (dwudziestu) godzin w stosunku miesięcznym.

b) nawiązką na rzecz Ewy Leśniewskiej-Jagaciak w kwocie 10 000 (dziesięciu) tysięcy złotych.

Zacznijmy od kary ograniczenia wolności. SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz nie raczyła sprawdzić, czy z racji swojego wieku (ponad 70 lat) oraz stanu zdrowia będę w stanie wykonywać jakiekolwiek prace społeczne w ich potocznym rozumieniu (np. sprzątanie chodnika przed siedzibą Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe). Być może, w swojej dobrotliwości, wskaże na prace o charakterze umysłowym. Już cieszę się na taką ewentualność i zgłaszam konkretną propozycję: „Analiza orzeczeń SSR Katarzyny Rymarz- Błaszkiewicz w świetle obowiązującego prawa”.

Z nawiązką finansową mam natomiast problem podwójny. Po pierwsze – gdyby potraktować serio zapis w orzeczeniu wówczas musiałbym zapłacić córce tzw. repatrianta z desantu sowieckiego, która z miłości do Polski została Niemką, w dodatku emocjonalnie zaangażowaną, kwotę – uwaga! – 10.000.000 (słownie: dziesięciu milionów) złotych. Taki bowiem wynik daje pomnożenie, zgodnie z treścią orzeczenia, liczby 10 000 z tysiącami.

Tę głupotę polegającą na postawieniu nawiasu nie tam, gdzie trzeba składam na karb wynikającego z nadgorliwości pośpiechu SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz w wykonywaniu swojej pracy.

Po drugie – przyjmując miłosiernie, że faktyczna kwota jest zgodna z życzeniem mgr. prawa Jakuba Tekieli i wynosi „jedynie” 10 tys. zł, pójdę w swoim miłosierdziu jeszcze dalej i uznam, że akceptując ten wymiar kary SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz kierowała się szacunkiem wobec możliwości finansowych mojej skromnej osoby. Konkretnie – zestawiając swoje zarobki jako sędzi sądu rejonowego, akurat najniższej w hierarchii sędziowskiej z zarobkami inżyniera po Politechnice Gdańskiej, łączącego ten zawód od blisko 45 lat z zawodem dziennikarza, mogła przyjąć, że wobec wyżej wymienionej jestem krezusem toteż kwota 10 tys. zł. jest dla mnie równie drenująca kieszeń jak np. cena butelki piwa w Juracie w szczycie sezonu letniego.

Niestety, tak nie jest i SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz doskonale o tym wie, a przynajmniej powinna, bowiem w aktach sprawy jest moje oświadczenie w tej kwestii. Różnicę na moją niekorzyść można liczyć nie w procentach lecz w setkach procent. Według ostrożnych szacunków wyżej wymieniona zarabia około 16 tys. zł, pomniejszone o podatek dochodowy (zwykle do odzyskania w rozliczeniu rocznym) lecz bez składki na ZUS drenującej kieszenie milionów Polaków.

Wprawdzie jako osoba o minimalnych potrzebach nie narzekam na swoją emeryturę, o czym świadczy m.in. fakt utrzymywania niniejszego portalu bez powszechnie uprawianej żebraniny („prosimy o łapki w górę i wpłatę na konto”) lecz mogę oświadczyć, iż na konto SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz wpływa co miesiąc 300 (słownie: trzysta!) procent tego, czym mnie uszczęśliwia ZUS. A ww. jest jeszcze beneficjentką dodatkowych grantów, choćby w postaci trzynastej pensji czy specjalnej „pożyczki na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych”. O zdecydowanie korzystniejszym sposobie naliczania emerytury nie informuję, gdyż SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz do tego statusu brakuje jeszcze sporo lat.

Wielce wymowne jest tutaj oświadczenie majątkowe SSR Katarzyny Rymarz-Błaszkiewicz, sporządzone 19 kwietnia br.. Na jej zadeklarowany stan posiadania, prawdopodobnie dzielony z mężem i obejmujący – co podkreślam – wyłącznie dobra o wartości poniżej 10 tys. zł, składają się m.in.:

1. Oszczędności w kwocie 90.000 zł

2. Dom o powierzchni 118 m.kw. na działce o powierzchni 472 m.kw.

3, Mieszkanie o powierzchni 101 m.kw.

4. Działka o powierzchni 815 m.kw.

5. Samochód marki Jeep Renegade, rocznik 2014.

Lekko licząc, w dodatku bez samochodu którego cena spada z każdym rokiem, mamy majątek o wartości między jednym, a dwoma milionami złotych, z wyraźnym odchyleniem w stronę drugiej, wyższej sumy. Można by rzec: nieźle jak na sędzię najniższego szczebla.

Ale to jeszcze nie wszystko. Ciekawostką, zawartą w ww. oświadczeniu, jest wspomniana wcześniej „pożyczka na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych”, przyznana sędzi w grudniu 2012 roku w kwocie 90.000 zł na okres 15 lat. Według stanu na 31 grudnia 2021 roku do spłacenia zostało 36.000 zł. Nie trzeba być dziennikarzem z dyplomem inżyniera, aby wyliczyć, że jest to pożyczka nieoprocentowana (!) z ratą miesięczną w wysokości 500 zł. Uwzględniając inflację, zwłaszcza tę z ostatnich miesięcy, można spokojnie założyć, że 31 grudnia 2027 roku, tj. w dniu spłacenia ostatniej raty, SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz (może wówczas będzie już SSO, czyli Sędzią Sądu Okręgowego za zasługi w profesjonalnym traktowaniu swoich obowiązków) odnotuje ostateczne pozbycie się długu za nie więcej niż połowę jego rzeczywistej wartości. Co dedykuję uwadze innych pożyczkobiorców z „frankowiczami” na czele.

Przedstawione powyżej niebagatelne profity SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz powinny skłaniać do przypuszczenia, iż zarówno w sposobie prowadzenia procesu, jak i w sformułowaniu ostatecznego orzeczenia kierowała się ona wyłącznie niezawisłością i troską o maksymalny obiektywizm w ocenie argumentów obydwu stron. Też chciałbym tak myśleć lecz na przeszkodzie stanęła tutaj odpowiedź mgr. prawa Jakuba Tekieli na moją apelację z 6 maja br.

Odpowiedź osobliwa, jakby laudacja na cześć sędzi, która wydała wyrok wykraczający nawet poza oczekiwania strony oskarżającej. Powodowany ponownie miłosierdziem – choć wiem, że w relacjach z tzw. wymiarem sprawiedliwości jest to naiwność granicząca z głupotą – zakładam, że wspomniana „laudacja” to jedyna forma wdzięczności strony oskarżającej wobec sędzi.

Z tym większym przekonaniem cytuję jej obszerne fragmenty:

…Zdaniem oskarżyciela prywatnego postawione przez oskarżonego zarzuty stanowi jedynie polemikę z prawidłowo ustalonym stanem faktycznym

Sąd Rejonowy w uzasadnieniu wyroku szczegółowo odniósł się do zeznań wszystkich świadków, jak również innych przeprowadzonych w sprawie dowodów i w oparciu o te rozważania skonstruował stan faktyczny oceniając poszczególnie wskazywane przez różnych świadków okoliczności przez pryzmat zasad logiki i doświadczenia życiowego.

Jedynym słusznym wnioskiem, który wypływa ze zgromadzonego materiału dowodowego, jest uznanie, iż oskarżony jest winny zarzucanych mu w akcie oskarżenia czynów.

Podsumowując, zdaniem oskarżyciela prywatnego zaskarżony wyrok jest prawidłowy. Ocena dowodów została przeprowadzona w sposób zgodny z przepisami, logiką oraz zasadami doświadczenia życiowego. Wnioski wyciagnięte przez Sąd Rejonowy są prawidłowe i opierają się na całokształcie zgromadzonego materiału dowodowego. Zaskarżone orzeczenie jest słuszne, prawidłowo uzasadnione, nie sposób dopatrzeć się obrazy przepisów postępowania ani błędów w ustaleniach faktycznych.

Sąd Rejonowy wskazał wyraźnie w uzasadnieniu na jakich dowodach oparł się przy wydawaniu orzeczenia, a jakim odmówił waloru wiarygodności. Ocena materiału dowodowego została dokonana zgodnie z zasadami postępowania a także zgodnie z wiedzą i doświadczeniem życiowym…”

Gdy czyta się, wielokrotnie powtarzane – jak na zgranej płycie – sformułowania o ocenie dowodów „w sposób zgodny z przepisami, logiką oraz zasadami doświadczenia życiowego”, gdy w nawiązaniu do powyższych dowodów nie ma ani słowa o jedynych dowodach niepodważalnych w postaci dokumentów IPN, gdy wreszcie za powyższy bełkot spreparowany metodą „kopiuj i wklej” żąda się wynagrodzenia w wysokości tysiąca złotych, wówczas zasadne wydaje się pytanie nie tylko o rzeczywiste powody spreparowania takiej laurki na rzecz SSR K. Rymarz-Błaszkiewicz ale także o poziom inteligencji jej autora.

Panie Tekieli!

Ja nie zamierzam tracić swojego cennego czasu na sprawdzanie, czy Pan jest np. mongołem talmudycznym (określenie równorzędne to żydochazar), czy szabes-gojem. Ja Panu tylko radzę, aby stuknął się Pan w swoją kiepełę i zrozumiał, że Pańską pracę oceniają nie tylko podobni Panu osobnicy z sądu, prokuratury lub adwokatury. Czasami może Pan trafić także na Polaków wystarczająco inteligentnych, aby oddzielić wymagany w cywilizacji łacińskiej obowiązek stosowania prawdy obiektywnej, opartej na faktach od żydowskiej hagady. I niech Pan w takim wypadku nie liczy na szacunek, należny ponoć „mecenasom”. Wprost przeciwnie.

Mimo wszystko, jako skromny inżynier redaktor nie ocenię Pana poziomu intelektualnego, wykazanego podczas samego procesu oraz w pismach sądowych na podobieństwo szmoncesu, czyli autoryzowanego żydowskiego dowcipu. Brzmi on następująco:

Żona zwraca się do swojego męża:
– Mosze, ty jesteś jak rycerz.
– Z powodu ta męskość, Salcia?

– Nie, z powodu ten zakuty łeb”.

Jeszcze raz gratuluję daru przekonywania, wykazanego wobec SSR Katarzyny Rymarz-Błaszkiewicz z Wydziału II Karnego Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe. Sądzę, że jej przełożeni też to zauważą.

Henryk Jezierski


Hagada postrzega świat ze specyficznie żydowskiego punktu widzenia. Nie chodzi w niej o obiektywizm, lecz o subiektywizm wynikający z pojmowania i przeżywania żydowskości. O ile, używając kategorii grecko-rzymskich, pytamy, co jest dobre i prawdziwe, o tyle na gruncie hagady dominuje pytanie, co jest dobre i prawdziwe dla Żydów.

Zimne Słońce. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi.

Vahrenholt Fritz, Lüning Sebastian

https://web.archive.org/web/20200923023820/https://aletheia.com.pl/tytul/152/zimne-slonce

Sensacyjna w świetle rozpowszechnionego przekonania o „globalnym ociepleniu” książka Fritza Vahrenholta, niemieckiego specjalisty od ekologicznej energii, i Sebastiana Lüninga, niemieckiego geologa, nie tylko obala ten najnowszy mit, lecz także demaskuje manipulacje usiłujących narzucić go opinii publicznej. Vahrenholt, były minister ochrony środowiska w Hesji, a obecnie jeden z dyrektorów RWE, przeprowadził we współpracy z Lüningiem swoiste naukowe śledztwo, tropiąc grube nadużycia w doborze i interpretacji danych dokonywane przez zwolenników tezy, że główną przyczyną stałego wzrostu globalnej temperatury jest emisja dwutlenku węgla. Okazuje się, że nie „główną przyczyną” ani nie „stałego”. Od 2000 roku średnia temperatura na Ziemi nie rośnie, a w długim okresie mierzonym dekadami, stuleciami czy mileniami za zmiany temperatury odpowiada aktywność Słońca. Tysiąc lat temu Grenlandia (jak wskazuje sama nazwa) była zieloną krainą, a biegun północny był wolny od lodu. Naturalny cykl aktywności Słońca i związaną z nią rolę promieniowania kosmicznego skrzętnie się ukrywa, a dane klimatyczne ekstrapoluje się w sposób rysujący apokaliptyczną przyszłość. Rzetelność naukowa popada w konflikt z – uzasadnionym skądinąd – interesem politycznym: z dążeniem do ograniczenia emisji CO2 za wszelką cenę. Śledząc detektywistyczne tropienie przez autorów prawdy ukrywanej tam, gdzie powinna ona być najbardziej jawna: w nauce, czytelnik dowie się przy okazji mnóstwa rzeczy o klimacie Ziemi i jego historii, a wiedza ta, jak wynika z lektury Zimnego Słońca, może się okazać bardzo przydatna w praktyce. 

Prognoza klimatyczna „uczonych” lat siedemdziesiątych XX wieku: Przed nami epoka lodowa !

 14.07.2015. https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=15916&Itemid=63

Oceniano szanse na szybki powrót korzystnego, ciepłego klimatu lat trzydziestych XX wieku na „w najlepszym razie jeden do dziesięciu tysięcy”.

===================

Z książki ZIMNE SŁOŃCE. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi. F. Vahrenholt i S. Luning, str. 228 inn.

wyd. Aletheia 2012  http://www.aletheia.com.pl

===============

W latach siedemdziesiątych XX wieku klimatolodzy mieli pierwszy duży występ na światowej scenie. Nawiasem mówiąc, nie pozostawili wówczas po sobie najlepszego wrażenia. Co się stało? Temperatury w latach 1910-1940 stale rosły (Do tego momentu teoria o efekcie cieplarnianym zdawała się dobrze działać. Jednakże od 1940 roku klimat zaczął się wyraźnie ochładzać i uparcie wzbraniał się przed wejściem ponownie w trend ocieplenia. Badacze byli zrozpaczeni. Dla­czego natura nie trzyma się ich modeli opracowywanych z takim wy­siłkiem? A natura w swej nadgorliwości postawiła jeszcze tu i tam wykrzyknik. Na przykład zima 1968/1969 roku przyniosła taką pokrywę lodową na północnym Atlantyku, jakiej nie było przez prawie 60 lat. Zimą 1972/1973 góry lodowe zawędrowały aż na wysokość Portugalii, a na kręgu polarnym odnotowano najniższe temperatury zimowe od 200 lat. Burza śnieżna zrujnowała w sierpniu 1973 roku duże obszary upraw zbóż w zagłębiu pszenicznym Kanady. Jesienią tego samego roku wy­brzeże północnoniemieckie nawiedziła seria najgorszych powodzi od półwiecza. A w 1977 roku z kolei podczas ekstremalnie mroźnej zimy szczękały zębami Stany Zjednoczone 10 (patrz też rozdział 5).

Eksperci próbowali rozwiązać tę zagadkę i nie byli zgodni. Niektó­rzy naukowcy wykorzystali to ochłodzenie jako okazję do spekulacji o ewentualnym bliskim końcu epoki ocieplenia na nadchodzące stulecia czy tysiąclecia. Stałą naprzemienność epok lodowych i interglacjałów doskonale znali z badań; stanowiła ona najbardziej charakterystyczny element klimatyczny minionych dwóch milionów lat. W wielu wypad­kach interglacjalne okresy ocieplenia trwały tylko 10 000 lat – a prawie taki właśnie okres teraz upływa od ostatniej epoki lodowej. Żywiono jednak nadzieję, że emisje antropogenicznych gazów cieplarnianych pomogą w ucieczce przed zagrożeniem kolejną epoką lodową. Dłu­gie okresy trwania tych naturalnych zjawisk klimatycznych uspokajały z jednej strony, z drugiej zaś wiadomo było również, że w przeszłości w okresach przejściowych między ekstremalnymi zjawi­skami klimatycznymi dochodziło do gwałtownych spadków temperatu­ry. I tak na początku współczesnego okresu międzylodowcowego 11 000 lat temu nastąpiło krótkotrwałe gwałtowne ochłodzenie, tak zwany młodszy dryas. Na terenach okołobiegunowych półkuli północnej tem­peratura spadła w ciągu zaledwie kilku dekad o zatrważające 10oC .

Inni badacze sądzili, że nadciąga pewne zagrożenie o wiele mniej odległe w czasie i ostrzegali przed bliską fazą ochłodzenia analogiczną do małej epoki lodowej, która między XV a XIX wiekiem doprowadziła w Europie do znacznych strat w zbiorach, głodu i chorób. Choć global­na średnia temperatura spadła wówczas tylko o 1°C, już to wystarczyło, by wprawić w przerażenie mało jeszcze rozwinięte technicznie społeczeństwo. Inaczej jednak niż w średniowie­czu, kiedy to słabe Słońce wywołało spadek temperatur, tym razem ­zdaniem niektórych naukowców – winien temu ochłodzeniu miał być człowiek. Bez wątpienia w połowie XX wieku wskutek postępujące­go uprzemysłowienia doszło do znacznych emisji siarki, popiołu i in­nych cząstek, które mogły utworzyć chroniącą przed Słońcem zasłonę mgły.

Zaczęto również podejrzewać rozwijający się właśnie ruch samolotów odrzutowych o to, że sprzyja powstawaniu chmur na niebie. To oddziaływanie „zasłony chmur” otrzymało nawet chwytliwą nazwę: global dimming [globalne zaciemnienie]. Argumentowano, że global dimming więcej niż równoważy ocieplenie spowodowane przez CO2, tak że to właśnie mętne powietrze należy winić za okres ochłodzenia od lat czterdziestych do siedemdziesiątych XX wieku.

Do najżarliwiej ostrzegających przed okresem chłodu należał ame­rykański klimatolog i późniejszy autor IPCC Stephen Schneider. Dla czterokrotnego wzrostu aerozoli wyliczył w 1971 roku globalne ochło­dzenie o dramatyczne 3°C. W wypadku dalszego rozwoju tego trendu widział wręcz na horyzoncie zagrożenie totalną epoką lodową.

O ironio – Schneider był później także jednym z głównych bijących na alarm w kampanii globalnego ocieplenia. Krótko po tym zwrocie Schneider ostrzegał w 1979 roku w artykule na łamach „Palm Beach Post”, że lądolód na zachodniej Antarktydzie roztopi się jeszcze w XX wieku, a poziom mórz podniesie się o wiele metrów. W swoich wizjach przy­szłości zatopił już w powodziach miasta na amerykańskim wybrzeżu, co wywarło ogromny wpływ na opinię publiczną.

30 lat po tej prognozie Nowy Jork & Co. wciąż jeszcze znajdują się na suchym lądzie. Poziom mórz podniósł się od tamtej pory o dziesięć centymetrów, co stanowi wartość, z którą można sobie poradzić. Na szczęście również ta apoka­liptyczna prognoza ewidentnie się nie sprawdziła.

Inną prominentną osobą ostrzegającą przed ochłodzeniem w latach siedemdziesiątych był amerykański chemik i laureat Nagrody Nobla Li­nus Pauling. Obawiał się on, że ochłodzenie klimatu może skończyć się globalną katastrofą i stanowić najtrudniejszy do tej pory egzamin dla cywilizacji. Podobne refleksje miał amerykański Ad Hoc Panel on the Present Interglacial, który w 1974 roku prognozował mroźne czasy z rocznym przyrostem ochłodzenia wynoszącym 0.15°C do 2015 roku. Małe nadzieje miał też meteorolog ze Stanów Zjednoczonych James McQuigg. Oceniał on szanse na szybki powrót korzystnego, ciepłego klimatu lat trzydziestych XX wieku na „w najlepszym razie jeden do dziesięciu tysięcy”.

Co warte wzmianki – eksperci spodziewali się identycznych skut­ków, o jakich dzisiaj dyskutuje się w związku z aktualnym ociepleniem klimatu. Mielibyśmy nastawić się na więcej huraganów, susz, powodzi i klęsk głodu. Politycy, a wśród nich prezydenci USA John F. Kennedy, Richard Nixon i Gerald Ford, jak również sekretarz generalny partii ko­munistycznej w Związku Radzieckim Leonid Breżniew, zaczęli się bar­dzo martwić i uznali, że trzeba natychmiast działać. Dyskutowano, czy nie przegrodzić Cieśniny Beringa między Alaską a Rosją, by zatrzymać zimne arktyczne masy wody. Inna geoinżynieryjna propozycja z tamtych czasów dotyczyła polarnych czap lodowych. Rozważano przykrycie ich czarną folią w celu redukcji zdolności do odbijania promieni słonecz­nych (albedo). Chciano instalować na orbicie okołoziemskiej lustra jako dodatkowe słońca i wysadzać bombami atomowymi podwodne góry, by otworzyć wolną przestrzeń dla ciepłych prądów morskich. Innym pomysłem było znaczne rozkręcenie produkcji CO2 w celu zintensyfi­kowania efektu cieplarnianego.  ­

Znaleźli się jednak i tacy eksperci, którzy nadal ostrzegali przed ociepleniem. Inni z kolei byli rozdarci między tymi dwoma obozami. Włoski twórca współczesnej paleoceanografii Cesare Emiliani ostrzegał w 1972 roku przed ewentualnymi apokaliptycznymi zagrożeniami z obu stron: „Działalność człowieka albo doprowadzi do nowej epoki lodowej, albo do kompletnego roztopienia się polarnych czap lodowych”. Kto potem jeszcze był w stanie spać spokojnie, temu nic już nie pomoże.

Dzisiaj – uważamy – jesteśmy trochę sprytniejsi. Jak obecnie wiemy, pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku fazę ochłodzenia zastąpiła faza ocieplenia (patrz rozdział 4 i 5). Eksperci okazali się elastyczni, schowali swoje ostrzeżenia przed zimnem do szuflady i całkowicie po­stawili na wariant z ostrzeżeniami przed ciepłem. Niełatwo być osobą prognozującą klimat. Ale już po dwóch dekadach na horyzoncie znów pojawiły się kłopoty. Powód: od 2000 roku Ziemia po prostu nie chce się nadal ocieplać. Od tego momentu temperatury oscylują wokół sta­bilnej wartości średniej. Nawet Joachim Schellnhuber musiał przyznać w 2009 roku: „Jest po prostu faktem, że globalna temperatura średnia ustabilizowała się na wysokim stałym poziomie średnim„.

Gdyby w nadchodzących latach miało dojść do ochłodzenia, deja-vu byłoby perfekcyjne. Ogólnie bowiem biorąc, okresu ochłodzenia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nie spowodował czło­wiek, ale okres ten zaczął się już w 1940 roku wskutek zniżkowej fazy sześćdziesięcioletniego cyklu PDO (patrz rozdział 4). Sześćdziesiąt lat później cykl się zakończył i teraz znów jesteśmy na początku tego pro­cesu. Dlatego zaskoczenie, że ocieplenie w ostatniej dekadzie zatrzyma­ło się, ma granice.

Czy wszystko już kiedyś było?

Konfrontacja prognoz klimatycznych IPCC z rzeczywistością.[Czytaj, od tego zależy, czy będziesz miał choć 15 stopni w mieszkaniu]

13.07.2015.  https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=15905&Itemid=63

Z książki ZIMNE SŁOŃCE. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi. F. Vahrenholt i S. Luning,, str. 265 inn.

wyd. Aletheia 2012 http://www.aletheia.com.pl

[Ważna książka, bo ujawnia kłamstwa i oszustwa IPCC z pozycji ministra , i to niemieckiego. Ukazuje, dokumentuje rolę zmian NATURALNYCH, szczególnie cykli słonecznych i oceanicznych. W IPCC panika.. Tylko tłumaczenie koszmarne… MD]

Od 1990 roku IPCC wydał cztery raporty zawierające prognozy tempe­ratur. Dlatego wydaje się zasadne porównanie prognozowanego kształ­towania się temperatur z realnie mierzonymi krzywymi (rys. 73 w oryg. md). Pro­gnoza temperatury w pierwszym raporcie z 1990 roku była zarazem najbardziej agresywną ze wszystkich opublikowanych dotąd przez IPCC. Temperatury realne plasowały się niemal w 100% poniżej pro­gnozy uważanej za najbardziej prawdopodobną. W 2000 roku nożyce rozwarły się zupełnie, kiedy w realnym świecie ocieplenie się skończy­ło, a krzywa prognozowana dalej dzielnie strzelała w górę [rys. 73 w oryginale md].

W związku z tymi ewidentnymi rozbieżnościami w kolejnym rapor­cie z 1995 roku zdecydowanie zredukowano prognozowane temperatu­ry. Nieco w tym jednak przesadzono, tak że tym razem średnia prognoza drugiego raportu o sytuacji klimatycznej plasowała się na ogół poniżej poziomu realnie mierzonych temperatur. Następnie, w trzecim raporcie IPCC z 2001 roku, znów założono, że nastąpi znaczne ocieplenie. Przez pierwsze lata prognoza sprawdzała się całkiem nieźle. Mierzo­ne temperatury mieściły się w zakresie przewidywanym przez IPCC. Jednakże od 2004 roku realne wartości przez większość czasu plasowa­ły się wyraźnie poniżej prognozowanego trendu. Prognoza ocieplenia sformułowana w raporcie z 2007 roku bardzo nieznacznie odbiega od prognozy z poprzedniej wersji i w związku z tym cierpi na tę samą przy­padłość. Przez to, że w pierwszej połowie XXI wieku nie odnotowuje­my ocieplenia, już po krótkim czasie pojawiła się rozbieżność między prognozą a realnymi wartościami pomiarowymi .

Staje się jasne, że żaden z tych modeli nie chce się sprawdzać. Już po kilku latach trzeba zastępować prognozy innymi i dostosowywać je do rzeczywistości. Żaden z modeli nie dowiódł dotąd, by był w stanie przedstawić wiarygodną prognozę. Żaden nie przewidział, że od 2000 roku ocieplenie nie będzie postępowało. Pół biedy, gdyby obecny brak ocieplenia miał zostać nadrobiony w kolejnych latach i wahania tem­peratury mieściłyby się w ogólnym trendzie rosnącym. Na to jednak nie wygląda, ponieważ zarówno aktywność słoneczna, jak i wewnętrz­ne cykle klimatyczne wykazują trend zniżkowy. Rozbieżność stanie się więc jeszcze większa, a prognozy będą coraz bardziej odbiegać od rzeczywistości.

Nasuwa się pytanie, jak coś takiego mogło przydarzyć się IPCC. Co poszło nie tak? Znaczny wzrost temperatur od późnych lat siedemdzie­siątych do 1998 roku najwyraźniej tak bardzo przeraził naukowców, że po prostu ekstrapolowali ten wzrost ocieplenia na daleką przyszłość. Uszło przy tym ich uwagi, że mieli do czynienia ze stromo idącą w górę krzywą 60-letniego cyklu PDO [oceaniczny md]  i że również po chwilowym spadku ak­tywność słoneczna wzrosła znów znacznie w latach siedemdziesiątych XX wieku (rys. 23 i 24). Nie zorientowali się, że gwałtowne ocieple­nie było cyklicznym przypadkiem szczególnym, a nie stanem normal­nym.

Wraz z osiągnięciem punktu kulminacyjnego przez PDO około 2000 roku widmo ocieplenia minęło, a temperatury przestały rosnąć. Dramatyczny spadek aktywności słonecznej oznacza, że w nadchodzą­cych latach nastąpi faza ochłodzenia, którego CO2 nie zdoła zrównoważyć.

Czas uproszczonych prognoz klimatycznych IPCC minął. Już w najbliższym raporcie 2013/2014 IPCC musi się ostatecznie pożegnać ze swoimi rosnącymi liniowo prognozami. Trzeba je będzie zastąpić krzy­wymi o bardziej dopracowanym przebiegu, które uwzględnią trendy rosnące oraz spadkowe i które mają źródło w różnych nakładających się na siebie naturalnych cyklach. Dwutlenek węgla nadal jest integralnym elementem tego równania klimatycznego. Jednakże musi zrezygnować z dominującej roli, którą mylnie mu przypisywano.

W zamian stanie się teraz równoprawnym partnerem wśród wielu czynników klimatotwór­czych, których wspólne oddziaływanie od milionów lat wywierało de­cydujący wpływ na sytuację klimatyczną Ziemi. Człowiek wiele może i z biegiem czasu znacznie zmienił świat. Jednak nie powinniśmy się przeceniać i sądzić, że nagle jesteśmy w stanie odebrać moc naturalnym siłom i procesom.

Shit in – shit out. Modele klimatyczne IPCC.

Z książki ZIMNE SŁOŃCE. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi. F. Vahrenholt i S. Luning, str. 239 i nn.

wyd. Aletheia 2012  http://www.aletheia.com.pl

===============

[Ważna książka, bo ujawnia kłamstwa i oszustwa IPCC z pozycji ministra  i to niemieckiego. Ukazuje, dokumentuje rolę zmian NATURALNYCH, szczególnie cykli słonecznych i oceanicznych. W IPCC panika.. Tylko tłumaczenie koszmarne… MD]

================

Problemy z kontrolą wiarygodności

Wiadomo, że modele klimatyczne mające prognozować klimat przy­szłości (forecasts), muszą również być zdolne do odzwierciedlania kli­matu przeszłości (hindcasts). Tymczasem uznane modele IPCC mają z tym kłopot. Z reguły tylko częściowo odpowiadają realnej krzywej temperatur. Nie są w stanie w zadowalający sposób odzwierciedlać ważnych naturalnych cykli, takich jak dziesięcioletnia oscylacja pacyficzna (PDO) czy wyjątkowe zjawiska w rodzaju El Ninio Żaden z istnie­jących modeli klimatycznych nie przewidział braku wzrostu tempera­tury dla ostatnich dziesięciu lat. Na podstawie aktualnych modeli nie da się również dokonać wyliczeń dla średniowiecznego optimum kli­matycznego sprzed tysiąca lat.

Pozostało to jednak w znacznym stop­niu niezauważone, ponieważ IPCC dla konfrontacji z rzeczywistością przez lata korzystał z błędnych danych historycznych dotyczących tem­peratur w postaci krzywej kija hokejowego (rys. 26  w oryg. md). To nieuniknione: ­porównania z fałszywymi danymi wyjściowymi muszą prowadzić w ślepą uliczkę.

Osoby modelujące klimat niekoniecznie ignorują całkowicie prze­szłość. Przeciwnie. Celem zawsze jest uzyskanie możliwie dobrej zgod­ności z rzeczywistością. Nie jest jednak jasne, jak dalece synchronicz­ność modelu i rzeczywistości potwierdza metodę kalkulacji. W modelach kryją się bowiem liczne, dowolnie dobierane parametry, które można wyznaczyć w taki sposób, że będą jak ulał pasować do krzywej docelo­wej. Te śruby regulacyjne stanowiące przedmiot gwałtownych kontro­wersji i trudno weryfikowalne określa się również chętnie i pogardliwie mianem „fudge factors„, czyli „oszukańczych parametrów„. Niektórzy krytycy zarzucają Międzyrządowemu Zespołowi ds. Zmian Klimatu, że tak opracowuje modele klimatyczne, by przesadnie podkreślić ocieple­nie wywołane przez gaz cieplarniany CO2.

Enrico Fermiemu, jedne­mu z najważniejszych fizyków jądrowych XX wieku, któryś z kolegów zwrócił raz uwagę na dobrą zgodność teorii i przeprowadzonego eks­perymentu. Fermi zapytał go wówczas o liczbę dowolnie określanych parametrów. Kolega odpowiedział, że jest ich cztery. Fermi odparł na to: „Mój przyjaciel John von Neumann zwykł mawiać, że z pomocą czte­rech parametrów uda mi się wpasować słonia do mysiej dziury, a jeśli będzie ich pięć, to jeszcze skłonię go, by mi zamerdał trąbą”.

Co ciekawe, w raporcie IPCC z 2001 roku znajduje się na odległej 774 stronie następujące zdanie: „W odniesieniu do badania i modelo­wania klimatu trzeba jednak uznać, że mamy tu do czynienia ze sprzężo­nym, nielineranym systemem i z tego względu niemożliwe są długoter­minowe prognozy przyszłej sytuacji klimatycznej”. Dziwi, że to ważne zdanie nie znalazło się potem w skróconej wersji dla polityków ani w 2001, ani w 2007 roku.

A jednak nas wykorzystują

W związku z wyżej opisanymi, zasadniczymi ograniczeniami modele klimatyczne są w najlepszym razie niekompletną prezentacją bardzo złożonej rzeczywistości. Dlatego dzisiejsze modele klima­tyczne nie mogą dostarczyć szczegółowych prognoz klimatycznych odnoszących się do przyszłych dziesięcioleci. Wynika to również stąd, że nie uwzględniają w sposób wystarczający takich czynników klimatotwórczych jak zmienna aktywność słoneczna. Mimo wszyst­ko symulacje te mają oczywiście pewną wartość dla badania klimatu przyszłości. Modele klimatyczne pomagają mianowicie w porównaniu różnych scenariuszy. Dokonuje się przy tym obliczeń dla serii mode­li, w których każdorazowo zmienia się pewne parametry. W ten spo­sób można uzyskać informacje o trendach znaczących z klimatycznego punktu widzenia i uwzględnić je w prognozach. Jak powiedział znany statystyk George E. Box: „Wszystkie modele są fałszywe, ale niektóre są przydatne”.

Kiedy ma się świadomość tych ograniczeń, ale także możliwości modeli, można prawidłowo kwalifikować ich wyniki. Tak z black box robi się grey box. W tym kontekście bezwarunkowa wiara w wyniki do­starczane przez komputery ewidentnie przeczyłaby zasadniczej idei mo­delowania klimatu. Nigdy nie dojdzie do tego, że komputer beztrosko i całodobowo będzie wypluwać kompletny pakiet klimatyczny. Zawsze potrzeba jeszcze człowieka myślącego krytycznie, który z cyfrowego strumienia danych dopiero z wysiłkiem wyfiltruje prawdziwy wpływ danego czynnika na klimat i będzie musiał wyważyć swoje twierdzenia z alternatywnymi możliwościami interpretacji.

Zmiana strategii prognozowania klimatu

Wydaje się nieprawdopodobne, by prognozy klimatyczne faworyzowa­ne obecnie przez IPCC mogły prawidłowo odzwierciedlać rzeczywi­stość. Jak to bowiem omówiliśmy w poprzednich rozdziałach, IPCC po prostu ignorował lub nie doceniał Słońca ani innych cykli klimatycz­nych. Jednak każdemu wolno popełniać błędy, a to oczywiście dotyczy także IPCC. Ale jest możliwość, żeby w przyszłych raportach o sytuacji klimatycznej usunąć te niedomogi. Miejmy nadzieję, że tak się stanie.

Jak mogłaby wyglądać poprawiona strategia prognozowania, która uwzględniałaby wszystkie istotne czynniki? Przede wszystkim odstaw­my zatrważająco drogie elitarne komputery, bo potrzeba nam czasu, by jeszcze raz bardzo dokładnie przemyśleć kwestie absolutnie podstawo­we. Kiedy bowiem chwieją się w posadach te dane bazowe, czyli rów­nania stosowane w modelach, wówczas całe żmudne wyliczenia tracą wartość. Rubbish in rubbish out [włożysz śmieci – zyskasz śmieci].

Wróćmy więc do punktu wyjścia i zadajmy sobie pytanie, traktowa­ne dotąd o wiele za mało poważnie: jak właściwie kształtował się klimat w przeszłości, zanim człowiek wkroczył do akcji? Czy uda się może zi­dentyfikować pewne wzory zmian, które powtarzały się cyklicznie? Trzeź­we, oparte na danych spojrzenie w przeszłość jest tu lepsze niż wszelkie super-matematyczne modelowania z zastosowaniem high tech. Jeśli jakieś zjawiska nastąpiły już x razy w epoce przedindustrialnej, jakie jest praw­dopodobieństwo, że znikną akurat za naszego życia? Czy naprawdę mo­żemy oczekiwać, że naturalne procesy wokół nas nagle się zatrzymały i świat będzie od tej pory posłuszny wyłącznie ludzkiemu wpływowi na klimat, który to wpływ oczywiście bez wątpienia również istnieje?

Wszyscy badacze klimatu powinni odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznym nie, ponieważ tak nakazuje rozsądek. Naturalne elemen­tarne wzory klimatyczne przeszłości istnieją również dzisiaj i trzeba je uwzględniać w prognozach na przyszłość, nawet jeśli nie znamy jeszcze we wszystkich szczegółach tej naturalnej dynamiki klimatu. Dla potrzeb naszej prognozy klimatu musimy następnie do tej podstawowej dyna­miki dodać wpływ czynników antropogenicznych. Możliwe są pewne wzajemne oddziaływania, które trzeba dokładniej zbadać.

NASA potwierdza naukową OCZYWISTOŚĆ !! Admits climate change occurs because of the Sun.

Admits climate change occurs because of the Sun.

Changes in Earth’s solar orbit, not because of SUVs and fossil fuels

earth on fire

Ethan Huff Natural News 30 Aug 2019 https://www.sott.net/article/420049-NASA-admits-climate-change-occurs-because-of-changes-in-Earths-solar-orbit-not-because-of-SUVs-and-fossil-fuels

For more than 60 years, the National Aeronautics and Space Administration (NASA) has known that the changes occurring to planetary weather patterns are completely natural and normal. But the space agency, for whatever reason, has chosen to let the man-made global warming hoax persist and spread, to the detriment of human freedom.

It was the year 1958, to be precise, when NASA first observed that changes in the solar orbit of the earth, along with alterations to the earth’s axial tilt, are both responsible for what climate scientists today have dubbed as „warming” (or „cooling,” depending on their agenda). In no way, shape, or form are humans warming or cooling the planet by driving SUVs or eating beef, in other words.

But NASA has thus far failed to set the record straight, and has instead chosen to sit silently back and watch as liberals freak out about the world supposedly ending in 12 years because of too much livestock, or too many plastic straws.

In the year 2000, NASA did publish information on its Earth Observatory website about the Milankovitch Climate Theory, revealing that the planet is, in fact, changing due to extraneous factors that have absolutely nothing to do with human activity. But, again, this information has yet to go mainstream, some 19 years later, which is why deranged, climate-obsessed leftists have now begun to claim that we really only have 18 months left before the planet dies from an excess of carbon dioxide (CO2).

The truth, however, is much more along the lines of what Serbian astrophysicist Milutin Milankovitch, after whom the Milankovitch Climate Theory is named, proposed about how the seasonal and latitudinal variations of solar radiation that hit the earth in different ways, and at different times, have the greatest impact on earth’s changing climate patterns.

[—]

If we had to sum the whole thing up in one simple phrase, it would be this: The biggest factor influencing weather and climate patterns on earth is the sun, period.

[—]

==================================

por. np.: Shit in – shit out. Modele klimatyczne IPCC.

Planują kolejną „ostatnią prostą”? „Przydałoby się już rozgrzewać nową kampanię”. Niejaki Czech, psudo-profesor.

Skąd wiemy, że fala zachorowań wzbiera we Francji, Włoszech czy Niemczech? Bo oni się masowo testują”

https://nczas.com/2022/07/16/bedzie-kolejna-ostatnia-prosta-przydaloby-sie-juz-rozgrzewac-nowa-kampanie/

Przydałoby się już rozgrzewać nową kampanię promującą szczepienia przeciw COVID-19 – powiedział prof. Marcin Czech z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, kierownik Zespołu ds. Kontroli Zakażań Szpitalnych. Jego zdaniem będzie ją trudniej przygotować, niż pierwszą.

Zdaniem prof. Marcina Czecha sytuacja epidemiczna poszczególnych krajów mocno się indywidualizuje. Twierdzi on, że eksperci nie będą mogli już wprost stosować porównań do innych krajów – licząc, że w Polsce sytuacja rozwinie się podobnie.

Jego zdaniem o skali problemu z kolejną falą COVID-19 będzie decydował poziom zaszczepienia populacji, stosowanie środków ochrony indywidualnej, rodzaj wirusa i czas, jaki upłynął od poprzedniej choroby lub szczepienia.

„Ekspert” uważa, że potrzebna jest nowa kampania zachęcająca do szczepień przeciw COVID-19 – zwłaszcza wobec poniedziałkowej rekomendacji Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) oraz Europejskiej Agencji Leków (EMA), by rozważyć umożliwienie podania drugiej dawki przypominającej szczepionki przeciw COVID-19 osobom w wieku od 60 do 79 lat.

Powinniśmy podejmować kroki w kierunku nowej kampanii szczepionkowej. Szczególnie, że mamy za sobą doświadczenie średnio efektywnej kampanii dotyczącej pierwszej fali masowego szczepienia przeciw COVID-19 – powiedział prof. Czech.

Sytuację epidemiczną w Polsce prof. Czech ocenia z dwóch różnych poziomów: indywidualnego poziomu przeciętnego obywatela oraz z poziomu zdrowia publicznego.

– Z punktu widzenia zdrowia publicznego na razie pożaru nie ma, ale już jest „alertowo”. Teraz liczyć się będzie czujność i wprowadzenie na czas procedur, które przećwiczyliśmy wcześniej. Monitorowanie hospitalizacji jako głównego wskaźnika warunkującego kolejne działania jest słuszne, ale jeżeli chcemy wcześniej uchwycić to, że kolejna fala COVID-19 nam nadciąga, to musimy wprowadzić testowanie na szerszą skalę – twierdził prof. Czech.

Ekspert przypomniał, że obecnie tylko placówki POZ mogą zamawiać testy antygenowe, nie ponosząc za nie żadnych kosztów. Inaczej jest w przypadku szpitali.

– W Instytucie Matki i Dziecka ciągle sięgamy po testy antygenowe i PCR, ale po 1 kwietnia, kiedy rząd w Polsce ogłosił koniec pandemii, testy wykonywane są na koszt szpitala. Dla szpitali, które mają większe problemy finansowe, to z pewnością dodatkowe wyzwanie – zauważył Czech.

Proces testowania porównał on do możliwości zaobserwowania tlącej się zapałki, zwiastującej ryzyko pożaru.

– Warto wydać pieniądze na testowanie i wprowadzić procedury teraz, niż mierzyć się ze skutkami ubocznymi takiej decyzji, która będzie podjęta za późno. Warto sobie zadać pytanie, czy oszczędzamy na systemie wczesnego ostrzegania, jakim jest testowanie – i reagujemy dopiero, jak jest pożar. Tlącej się zapałki nie zobaczymy bez szerszego testowania. Zobaczymy dopiero pożar – grzmiał prof. Czech.

Skąd wiemy, że fala zachorowań wzbiera we Francji, Włoszech czy Niemczech? Bo oni się masowo testują dodał.

Zdaniem eksperta polskie społeczeństwo weszło już w fazę traktowania COVID-19 jako jednej z wielu chorób zakaźnych, co – jak stwierdził – „jest słuszną postawą”. Dodał, że widać też „zmęczenie” tą konkretną chorobą.

– Z punktu widzenia indywidualnego powiedziałbym, że świadomość społeczna dotycząca zachorowania na COVID-19 jest na tyle wysoka – świadomość objawów, ryzyk i testowania się – że każdy na własną rękę może się o siebie zatroszczyć, kupując test w aptece. W tym sensie przeszliśmy do fazy, w której nauczyliśmy się żyć z COVID-19, jak z innymi chorobami – zauważył Czech.

W ubiegłym tygodniu „minister pandemii” Adam Niedzielski powiedział na konferencji prasowej, że „uruchomienie powszechnego systemu testowania resort będzie uzależniał od sytuacji w szpitalnictwie i nie zostanie ono wprowadzone, jeśli nie zostanie przekroczony dzienny próg 5 tys. hospitalizacji z powodu covid”. Niedzielski przekonywał, że spadek immunizacji, czyli odporności na koronawirusa, „nie jest szybki”.

– Jeszcze w styczniu mieliśmy zaledwie osiemdziesiąt kilka procent immunizacji w społeczeństwie, a (…) na przełomie kwietnia i maja było to powyżej 90 proc., więc na razie nie wydaje się, żeby ta immunizacja drastycznie spadała – dodał.

Niedzielski zaznaczył, że monitorując rozprzestrzenianie się COVID-19 w populacji rząd nie opiera się wyłącznie na doświadczeniach krajów zachodniej Europy, ale też zamawia prognozy w trzech różnych ośrodkach w kraju. Chodzi o Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW, grupę prognostyczną MOCOS oraz departament analiz i strategii MZ.

Minister zastrzegł m.in., że zamawiane prognozy „obciążone są bardzo dużym ryzykiem” błędu.


CZYTAJ WIĘCEJ: Z takich danych wróży Niedzielski. „Wiarygodność prognoz na jesień nie jest duża”


W poniedziałek „wiceminister pandemii” Waldemar Kraska powiedział, że szczepienia przeciwko COVID-19 powinny być kontynuowane. – Jest to jedyna, bardzo skuteczna broń w walce z koronawirusem – twierdził.

Przypomniał, że we wrześniu mają być dostępne szczepionki działające na nowe subwarianty. Nad ich produkcją pracują dwie firmy – Moderna i Pfizer. Jak dodał, z nieoficjalnych informacji wynika, że dawka przypominająca będzie dla osób powyżej 18. roku życia.

Od 20 kwietnia osoby, które ukończyły 80 lat, mogą w Polsce przyjąć czwartą dawkę, czyli drugą dawkę przypominającą szprycy przeciw COVID-19. Czwartą dawkę szczepionki już wcześniej mogły otrzymać osoby w wieku powyżej 12 lat z obniżoną odpornością, u których odpowiedź immunologiczna na szczepienie mogła być niewystarczająca.

Życie po szprycy. „Bogatsze” i bardziej uciążliwe krwawienia miesięczne po szczepionce COVID.

https://nczas.com/2022/07/16/zycie-po-szprycy-calkiem-duza-liczba-osob-doswiadcza-tego-efektu-niepozadanego/

Całkiem duża liczba osób [chodzi o KOBIETY, polit-poprawny redaktorze ! md] doświadcza TEGO efektu niepożądanego

W ciągu pierwszych dwóch tygodni po otrzymaniu szczepionki przeciw COVID-19 może dojść do zmian związanych z menstruacją. Okazuje się, że całkiem duża liczba osób doświadcza tego efektu niepożądanego – informuje czasopismo „Science Advances”.

Analiza zgłoszeń od ponad 35 tys. osób [chodzi o KOBIETY, polit-poprawny redaktorze ! md] uwzględnia ocenę zmian menstruacyjnych doświadczanych po przyjęciu szczepionki przeciwko COVID-19.

„Osoby[chodzi o KOBIETY, polit-poprawny redaktorze ! md] miesiączkujące zaczęły zgłaszać nam, że po przyjęciu szczepionki doświadczyły nieoczekiwanego krwawienia – mówią autorzy publikacji z University of Illinois Urbana-Champaign oraz Tulane University (oba w USA). – Ponieważ w czasie badania nowych szczepionek zwykle nie pyta się o cykle miesięczne ani same miesiączki, ten efekt uboczny pozostawał do tej pory niezauważony lub ignorowany”.

„Lekarze, którzy byli informowani przez pacjentki o tym, że doszło u nich do pewnych zmian menstruacyjnych, lekceważyli ten objaw bądź nie wiązali go z niedawnym zaszczepieniem – podkreśla kierująca badaniem prof. Kathryn Clancy. – Niektórzy klinicyści nie potrafili po prostu wyjaśnić, w jaki sposób szczepionka może wywołać takie zmiany”.

Jednak, jak dodaje badaczka, istnieje przecież grupa szczepionek, np. przeciwko durowi brzusznemu, wirusowemu zapaleniu wątroby typu B czy HPV, które czasami powodują działania niepożądane w postaci zaburzeń menstruacji. Uważa się, że zmiany te wynikają ze wzrostu aktywności prozapalnej układu immunologicznego po podaniu szczepionki, a nie z powodów stricte hormonalnych.

Podejrzewamy [sic!!! badacz tak mówi!! md] , że u większości osób zmiany, o których mowa, są krótkoterminowe. Jednak oczywiście zachęcamy każdego, kto jest zaniepokojony, aby skontaktował się ze swoim lekarzem w celu uzyskania wyjaśnień i opieki – mówi współautorka publikacji prof. Katharine Lee.

– Jednocześnie chcemy wyraźnie podkreślić, że przyjęcie szczepionki przeciwko COVID-19 to jeden z najlepszych sposobów zapobiegania ciężkiemu przebiegowi tej choroby, a samo zachorowanie na COVID może się wiązać z czymś znacznie poważniejszym niż zmiany w miesiączkowaniu. Może prowadzić do hospitalizacji, długotrwałych powikłań oraz zgonu”.

Omawiane badanie prowadzono za pośrednictwem ankiet, w których pytano uczestników o ich szeroko pojęte doświadczenia po szczepieniu. W analizie uwzględniono wyłącznie osoby, które nie chorowały wcześniej na COVID-19, ponieważ niekiedy sama choroba może wywoływać zmiany w cyklu miesięcznym i krwawieniach. Z badania wykluczono też osoby w wieku 45-55 lat, aby uniknąć pomylenia zmian menstruacyjnych związanych ze szczepionką z tymi wynikającymi z wkroczenia w okres okołomenopauzalny.

„Skupiliśmy się na tych osobach, które miesiączkują regularnie oraz tych, które już przeszły menopauzę i w ogóle nie miesiączkują – opowiada prof. Clancy. – W tej ostatniej grupie przypominające okresy krwawienia także się zdarzały po szczepieniu i dla tych właśnie osób były szczególnie one zaskakujące”.

Analiza statystyczna wykazała, że 42,1 proc. respondentów ankiety zgłosiło bogatsze i bardziej uciążliwe niż zazwyczaj krwawienia miesięczne po otrzymaniu szczepionki przeciwko COVID-19. Zmiany te obserwowano najczęściej w ciągu 8-14 dni po zaszczepieniu. Podobny odsetek, czyli 43,6 proc., nie zgłaszał żadnych zmian w przebiegu okresu, a 14,3 proc. zauważyło lżejszy od normalnego przebieg menstruacji.

„Ponieważ badanie opierało się na samoraportowaniu, nie można na jego podstawie ustalić związku przyczynowego ani też przełożyć jego wyników na całą populację – podkreśla prof. Lee.

Można jednak wskazywać na potencjalne powiązania między historią rozrodczą danej osoby, jej stanem hormonalnym, danymi demograficznymi i zmianami w menstruacji po szczepieniu COVID-19”.

Omawiana analiza wykazała także, że respondentki, które choć raz były w ciąży, najczęściej zgłaszały silniejsze krwawienia po szczepieniu, podczas gdy osoby, które nigdy nie rodziły, z reguły nie dostrzegały żadnych zmian w tym zakresie.

Kobiety leczone hormonalnie (ale nie te w okresie menopauzy) po przyjęciu preparatu uodporniającego często doświadczyły przełomowego krwawienia (poza normalnym przedziałem czasowym okresu miesiączkowego). Ponadto 70 proc. osób stosujących antykoncepcję hormonalną oraz 38,5 proc. osób poddawanych terapii hormonalnej związanej z „korekcją płci” również zgłosiło ten efekt uboczny.

Podczas gdy wzrost krwawienia miesiączkowego u większości osób ma charakter przejściowy i ustępuje bardzo szybko, to nieoczekiwane zmiany w przebiegu okresu mogą budzić niepokój.

– Np. takie nieoczekiwane przełomowe krwawienie w trakcie terapii hormonalnej jest zaskakujące i niepokojące dla osób go doświadczających. W warunkach normalnych może być bowiem jednym z wczesnych objawów niektórych nowotworów, dlatego i teraz ludzie tacy byli poddawani kosztownym i inwazyjnym badaniom przesiewowym w kierunku raka – mówi prof. Lee.

– Takich badań nie można odpuszczać, ponieważ pozwalają wykryć raka na odpowiednio wczesnym etapie uzupełnia badaczka.

– Dlatego każdy, kto dozna przełomowego krwawienia, powinien zgłosić się do lekarza. Jednak świadomość, że przyjęcie szczepionki może być jednym z powodów obserwowanych nieprawidłowości, ułatwiłaby diagnostykę – dodała.

„Bardzo byśmy chcieli, aby przyszłe protokoły testowania szczepionek zawierały pytania dotyczące miesiączki, a nie tylko te standardowe o ciążę – podsumowują autorzy.

– Bo menstruacja to regularny proces, który reaguje na wszelkiego rodzaju stresory immunologiczne i energetyczne, i osoby miesiączkujące często zauważają zmiany we wzorcach krwawienia związane z różnymi nietypowymi sytuacjami. Jednak nadal jest to temat, o którym nie mówi się publicznie”.

Więcej na temat badań można przeczytać TUTAJ.