1 stycznia mija 114. rocznica urodzin wybitnego ukraińskiego polityka, budowniczego ukraińskiej państwowości, przywódcy OUN Stepana Bandery. Z tej okazji w Tarnopolu zaplanowano szereg imprez – informuje Tarnopolska Rada Miejska. 1 stycznia 2023 o godz. 14 w parku im. Tarasa Szewczenki (w pobliżu pomnika Stepana Bandery) odbędzie się uroczysta Akademia, upamiętnienie i złożenie kwiatów z udziałem publiczności z całego regionu z okazji 114. rocznicy urodzin wybitnego ukraińskiego polityka, budowniczego Ukrainy, przywódcy OUN Stepan Bandery. A we wszystkich bibliotekach podlegających Centralnej Bibliotece Miejskiej w Tarnopolu 1 stycznia przez cały dzień będzie odbywał się Przegląd Historyczny „Człowiek, który stał się symbolem wolności”.
Dziś w Tarnopolu obchodzono 114. rocznicę urodzin Stepana Bandery. Ludzie zgromadzili się pod pomnikiem przywódcy OUN, oddając hołd największemu budowniczemu niepodległej Ukrainy. Opowiedział o tym wojskowy, kandydat nauk historycznych Wołodymyr Tkacz.
Według niego księża omówili modlitwę za przywódcę OUN, a następnie złożyli kwiaty pod pomnikiem Stepana Bandery. Iryna Szewczenko, pochodząca z Tarnopola, w swoim krótkim przemówieniu stwierdziła, że: od kilku lat upamiętnia Banderę w każdy pierwszy dzień nowego roku.
„Dopóki Ukraińcy będą mieli ludzi, którzy będą kontynuować ideę zachowania naszych tradycji kulturowych, zachowania nas jako jednej grupy etnicznej, jako jednego narodu – będziemy żyć do tego czasu” – mówi Iryna Szewczenko. Kandydat nauk historycznych, starszy sierżant Sił Zbrojnych Wołodymyr Tkacz mówił, że studiował dzieła Stepana Bandery. „Bandera, jako teoretyk ukraińskiego nacjonalizmu, widział wiele spraw na wiele lat do przodu, a jemu współcześni nie zawsze go rozumieli. Teraz, kiedy czytamy i widzimy pewne kroki, które miały miejsce już wtedy, widzimy, jakim był wizjonerem. Teraz wszystko dojdzie do tego, że państwo rosyjskie zostanie zniszczone i w końcu nasze pokolenie rozwiąże problem rosyjskiej agresji, której niestety doświadczamy od ponad 300 lat”.
„Można powiedzieć bez żadnej przesady. że Stepan Bandera jest najjaśniejszym symbolem walki Ukraińców o własną państwowość. Uosobieniem niezłomności, bezkompromisowości i woli zwycięstwa! Życzę nam wszystkim takiej miłości do naszego narodu, takiego patriotyzmu, determinacji i mądrości, jaką miał Prowydnyk. Ukraina przyszłości będzie wynikiem naszej wspólnej pracy i walki” – pisze burmistrz Tarnopola Serhij Nadal.
Dedykuję to tym wszystkim polskim pożytecznym idiotom, a w szczególności tym z mojego miasta, którzy przekonują, że banderyzm na Ukrainie to wymysł „rosyjskiej propagandy”. I to „nowe pokolenie” wyrosłe z Bandery… Nie miejmy jednak żadnych złudzeń, że zrobi to jakiekolwiek wrażenie w Polsce, jak również w Elblągu, w gdzie Serhij Nadał, mer Tarnopola był, jest i będzie zawsze mile widziany przez elbląskie „sługi narodu ukraińskiego”. Co do tego, nie ma żadnych wątpliwości.
Szokująca decyzja! WHO zdecydowało, że transseksualizm od tej pory nie będzie uważany za chorobę.
Jeszcze w 2016 r. w środowisku medycznym zwracano uwagę na biologiczną płeć transeksualistów. Dominująca obecnie nowomowa nakazuje mówić o „płci przypisanej przy urodzeniu”, co jest kompletnym absurdem.
W 2019 r. WHO zdecydowało, że transseksualizm od tej pory nie będzie uważany za chorobę. Zmiana ta uderza przede wszystkim w osoby dotknięte tę przypadłością. Od tej pory nie mogą bowiem liczyć na pomoc lekarską. Jest jednak na rękę korporacjom medycznym i ideologom, którzy zarabianą na operacjach zmiany płci i promują rewolucję kulturową.
Transpłciowość nie będzie już klasyfikowana jako zaburzenie psychiczne i behawioralne w globalnym podręczniku diagnoz Światowej Organizacji Zdrowia. Nowo zatwierdzona wersja zamiast tego umieszcza kwestie niespójności płci w rozdziale dotyczącym zdrowia seksualnego.
Ekspert Światowej Organizacji Zdrowia powiedział, że teraz rozumie, że transpłciowość „nie jest w rzeczywistości stanem zdrowia psychicznego”. W najnowszym podręczniku, zwanym ICD-11, niezgodność płci jest zdefiniowana jako wyraźna i uporczywa niezgodność między płcią doświadczaną przez osobę a płcią przypisaną. W poprzedniej wersji – ICD-10 – w rozdziale zatytułowanym „Zaburzenia psychiczne i behawioralne” uznano to za zaburzenie tożsamości płciowej.
Dr Lale Say, ekspert ds. zdrowia reprodukcyjnego ze Światowej Organizacji Zdrowia, powiedział, że transpłciowość „została wyjęta z zaburzeń zdrowia psychicznego, ponieważ lepiej zrozumieliśmy, że tak naprawdę nie był to stan zdrowia psychicznego, a pozostawienie go tam powodowało piętno. Więc aby zmniejszyć piętno, a jednocześnie zapewnić dostęp do niezbędnych interwencji zdrowotnych, umieszczono to w innym rozdziale”.
Komentując zmiany, Graeme Reid, dyrektor ds. praw lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych w grupie kampanii Human Rights Watch, powiedział, że zmiany będą miały „wyzwalający wpływ na osoby transpłciowe na całym świecie”. Dodał: „Rządy powinny szybko zreformować krajowe systemy medyczne i przepisy, które zawierają tę przestarzałą diagnozę”.
Tymczasem dziewięć organizacji zajmujących się tożsamością płciową stwierdziło we wspólnym oświadczeniu: „Dużo czasu zajęło nam dojście do tego momentu. Jeszcze kilka lat temu usuwanie patologizujących kategorii dotykających osoby transpłciowe i zróżnicowane pod względem płci z listy zaburzeń psychicznych ICD-10 wydawało się niemożliwe. Dzisiaj wiemy, że pełna depatologizacja jest możliwa i zostanie osiągnięta jeszcze za naszego życia”. W oświadczeniu dodano: „Chociaż umieszczenie w tym rozdziale jest ulepszeniem, w żadnym wypadku nie jest doskonałe. Na przykład definiowanie zdrowia osób trans jako odnoszących się wyłącznie do zdrowia seksualnego jest nieco redukujące”.
===============
Transseksualizm został oficjalnie uznany za chorobę w 1980 roku w Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM) Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Można by więc powiedzieć, że choroba ma ta niedługą historię, ale jednak z jakichś powodów się tam znalazła. Ideolodzy gender powiedzą, że stały za tym uprzedzenia. Jeśli jednak zerkniemy na literaturę sprzed 2019 r. widzimy cały szereg merytorycznych argumentów.
W Internecie, w bazie artykułów naukowych (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov), można znaleźć naukowy artykuł dwóch hiszpańskich badaczy, Natalii López Moratalla i Amparo Calleja Canela z 2016 r., o znamiennym tytule: „Transseksualizm: zaburzenie mózgu, które zaczyna być znane”.
Zwracają oni w nim uwagę, że transseksualizm opisuje stan, w którym płeć psychologiczna osoby różni się od płci biologicznej. Podkreślają, że osoby z zaburzeniami tożsamości płciowej uporczywie cierpią z powodu tej niezgodności i poszukują hormonalnego i chirurgicznego dostosowania płci do pożądanej płci anatomicznej.
Artykuł stanowi przegląd, z perspektywy etycznej, „strukturalnych i funkcjonalnych neurobiologicznych korelacji transseksualizmu i ich przebiegu pod wpływem podawania hormonów płciowych”. Autorzy piszą o „psychospołecznym niepokoju” związanym z „niezgodnością płci psychologiczno-biologicznej”. Zauważają: „Taki stres można przypisać dysharmonicznemu obrazowi ciała z powodu zmian w funkcjonalnej łączności kluczowych elementów sieci reprezentacji ciała. Te zmiany w mózgu wydają się implikować strategiczny mechanizm oddzielający emocje cielesne od obrazów cielesnych. W przypadku wielu struktur lub procesów mózgu wykazujących dymorfizm płciowy, u osób transseksualnych można zaobserwować oznaki feminizacji lub maskulinizacji, które podczas podawania hormonów wydają się częściowo dodatkowo dostosowywać do cech pożądanej płci. Zmiany te pozwalają na zmniejszenie dystresu psychospołecznego”.
Hiszpańscy naukowcy w podsumowaniu ostrzegają jednak przed tym, by nie godzić się zbyt łatwo na zmianę płci: „Jednak model prowadzący do „afirmacji płci” nie rozwiązuje problemu, ponieważ powodujące ją zaburzenia mózgu nie są korygowane. To poważny problem z etyką lekarską. Uprzedzenia należy odłożyć na bok. Wiedza o tym, co dzieje się w mózgu transseksualistów, jest ważna zarówno w celu określenia, co jest prawdą, a co nie jest, a więc w celu wybrania odpowiedniego leczenia, oraz decydowania i kierowania działaniami prawnymi”.
Tekst ten pokazuje, że jeszcze w 2016 r. w środowisku medycznym zwracano uwagę na biologiczną płeć transeksualistów. Dominująca obecnie nowomowa nakazuje mówić o „płci przypisanej przy urodzeniu”, co jest kompletnym absurdem. Sugeruje bowiem, że lekarze i rodzice w jakiś sposób arbitralny decydują o uznaniu, czy urodzone dziecko jest chłopcem czy dziewczynką. Parę lat temu zauważano jeszcze, że transseksualizm to zaburzenie mózgu, które należy dokładnie zbadać. Wiadomo, że wielu nastolatków przeżywa problemy z tożsamością płciową, ale są one przejściowe i wynikają jeszcze z niedojrzałej tożsamości. Z kolei w późniejszym wieku pojawia się u niektórych ludzi przekonanie, że identyfikują się z płcią przeciwną, ale już dziś wiadomo, że wielu z nich po zmianie płci żałuje, że to zrobili. Ich głosy są jednak wyciszane, bo transpłciowość stała się sposobem na wielki biznes. Wielkie pieniądze idą na chirurgiczną zmianę płci i hormony, które trzeba przyjmować na całe życie. Stała się też narzędziem lewicowych rewolucjonistów do dalszego niszczenia tego, co naturalne.
Polski nie było wówczas na mapie Europy, ale większość żydowskich kobiet i dziewczynek (czasem 12-letnich), które trafiły do burdeli Ameryki Południowej, pochodziła z terenów zamieszkiwanych przez Polaków.
Stąd hiszpańskie określenie na kobiety z Polski: polacas.
W portowej dzielnicy Buenos Aires La Bocca uprawiały nierząd – jak donosiła prasa – 'na każdym wolnym skrawku ziemi’.
Isabel Vincent opisuje ich losy w książce 'Ciała i dusze’ (wydanie polskie – 2006 r.). Jak to się stało, że zainteresowała się prostytutkami z żydowskich miasteczek w Polsce?
– Przeczytałam w brytyjskiej gazecie żydowskiej informację o cmentarzu w Inhaumie – opowiada. – Postanowiłam tam pojechać. Wcześniej pracowałam w Brazylii jako korespondentka 'The Globe and Mail’, więc dobrze znałam kraj.
Nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie aż tak trudne. Z tymi kobietami wciąż wiąże się wstyd. Kiedy wreszcie udało mi się trafić na ślad jednej z prostytutek i dotarłam do jej krewnych, nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Dostawałam sygnały z gminy żydowskiej, żebym nie pokazywała tej hańby. Kiedy jednak książka w listopadzie 2005 roku wyszła w Kanadzie, Kanadyjska Gmina Żydowska dała mi prestiżową nagrodę w dziedzinie historii.
Organizacją, która zajmowała się handlem kobietami z nędznych miasteczek Europy Wschodniej, było założone w 1890 roku Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, które oficjalnie miało charakter filantropijny, skupiało jednak wielu ludzi zaangażowanych w handel żywym towarem. Macki rajfurów sięgały od Europy Wschodniej po Szanghaj.
Dopiero w 1928 roku polskiemu konsulowi w Argentynie udało się zmusić towarzystwo do usunięcia z nazwy słowa 'warszawskie’. Wtedy zaczęło funkcjonować jako Cwi Migdal – od nazwiska jednego z fundatorów.
Vincent podkreśla, że nie tylko Żydzi zajmowali się prostytucją i białym niewolnictwem. 'W tym czasie również inne gangi handlowały kobietami z całej Europy i Azji. Historycy twierdzą, że w procederze największą rolę odgrywały Japonki i Chinki. Ale cechą wyróżniającą Cwi Migdal, która zapewniała sukces, jest to, iż wabili ubogie Żydówki, kusząc je wizją ślubu w synagodze’.
Żydowscy sutenerzy zakładali własne synagogi i cmentarze. Oficjalnie odrzuceni przez żydowską społeczność tworzyli własne organizacje charytatywno -religijne. Tak było w Nowym Jorku czy Sao Paulo.
Polacas nie miały szans na rehabilitację wśród społeczności żydowskiej ani za życia, ani po śmierci. 'Jest napisane, że jeżeli córa Izraela zejdzie z dobrej drogi, cała ziemia wokół niej płonie’ – powiedział Isabel Vincent żydowski dziennikarz Zevi Ghivelder.
W Rio de Janeiro same prostytutki założyły towarzystwo dobroczynno-pogrzebowe. Biedne kobiety, ofiary przemocy, analfabetki potrafiły zorganizować się tak, by na starość mieć wsparcie, a w chwili śmierci godny pochówek. Powstało w 1906 roku i nazwało się Towarzystwem Prawdy. Działało nieprzerwanie do lat 70. XX wieku.
Prostytutki kupiły kawałek ziemi w Inhaumie i założyły ten cmentarz. Same przygotowywały ciała swoich sióstr do pogrzebu. Same odprawiały ceremonię symbolicznego oczyszczenia przez powtórzenie słów: ’Jesteś czysta, czysta, czysta’.
(…)Izaak Buroski pochodzi z Rosji, ale kiedy z Ameryki Południowej wraca w rodzinne strony, może grać rolę argentyńskiego farmera, złotnika z Brazylii, przedsiębiorcy z Łodzi czy Berlina. Elegancki pan z Ameryki, doskonałe oko. Nawet w skromnej, ubogo ubranej dziewczynie potrafi dostrzec materiał, który pomnoży jego majątek.
13-letnią Zofię Chamys wypatruje w Warszawie. Jest rok 1890.
– Szukam pomocy kuchennej dla matki – taką wersję przedstawia jej ojcu. Proponuje jako zaliczkę za pierwsze pół roku służby równowartość rocznych dochodów całej rodziny i nie nalega. Ojciec stanowczo odmawia, ale po chwili zmienia zdanie. Dziewczynka idzie z obcym mężczyzną, ma nadzieję, że teraz czeka ją lepsze życie. Buroski, 'najpiękniejszy mężczyzna, jakiego widziała w życiu’, zabiera ją do Łodzi. Kiedy po nocy spędzonej z Izaakiem budzi się w pościeli poplamionej krwią, wierzy w jego słowa: 'Teraz jesteś moją żoną’. Jest dzieckiem i myśli, że tak się zostaje żoną.
Trafia do burdelu, jednego, drugiego. Potem 'mąż’ wywozi ją do Buenos Aires do lupanaru prowadzonego przez Madame Natalia. Ta każe jej przechadzać się po uliczkach i wypatrywać klientów. Kiedy Zofia buntuje się po raz pierwszy, idzie na komisariat. Ale policjant, najpewniej przekupiony przez rajfurów, każe jej słuchać męża.
Dziewczynka tak długo płacze, że w końcu ma obiecany powrót do domu. Ale Buroski nie wypuszcza jej z rąk. Oszukuje ją, że płynie do Europy, a dopływają do Brazylii. Każe jej obsługiwać najgorszych klientów. Katuje ją. Zofia znowu idzie na policję i składa skargę na męża (jej zeznania przetrwały; opublikował je brazylijski dziennikarz Francisco Ferreira da Rosa, a później Isabel Vincent).
(…)Według dostępnych danych (Jayme Brener 'Jerusalem Report’, 1966) do Brazylii pierwszy statek z młodymi Żydówkami dotarł w 1867 roku.
Przypłynęło na nim 69 wschodnioeuropejskich prostytutek.
Do 1913 roku w centrum Rio de Janeiro działało 431 burdeli. Właścicielami połowy byli „Rosjanie, Austriacy, Niemcy, Polacy, a nawet Rumuni”. Prawie wszyscy pochodzenia żydowskiego.
(…)W maju 1905 roku w Warszawie doszło do wydarzenia zwanego pogromem alfonsów. Zaczęło się od awantury na żydowskim ślubie, w którym uczestniczył znany sutener Saul Żytnicki. Weselna kłótnia przerodziła się w miejską awanturę. Żydowscy robotnicy uzbrojeni w kije, noże, a nawet rewolwery napadli na kawiarnię na rogu Siennej i Zielnej. Grupy mężczyzn od 200 do 400 osób przez trzy dni przeczesywały kamienice od Marszałkowskiej do Przyokopowej. Robotnicy wdzierali się do domów publicznych, mieszkań prostytutek i stręczycieli. Rozbito 150 mieszkań, ucierpiało 176 osób, 31 trafiło do szpitala, a pięć zmarło. Podobne napady miały miejsce w Lublinie i Łodzi.
Amerykański badacz zajmujący się tą problematyką uważa, że inicjatorką rozprawienia się z sutenerstwem była żydowska partia socjalistyczna Bund, która chciała w ten sposób położyć kres powszechnemu mniemaniu, że to głównie Żydzi są odpowiedzialni za handel żywym towarem.
(…)Najczęściej jednak środowiska żydowskie próbowały wyciszyć temat handlu własnymi kobietami. Samuel Cohen, który reprezentował żydowskie interesy w Lidze Narodów, podczas spotkania w czerwcu 1922 roku przekonał Ligę, aby nie publikować nazwisk znanych handlarzy. Taki raport jednak powstał. W tym samym czasie Europę obiegły „antysemickie paszkwile” wykorzystujące zawarte w nim fakty [cóż to za paszkwil, jeślipublikuje straszną PRAWDĘ?]. Spowodowało to jeszcze większe okopanie się Żydów na stanowisku, że tematu należy unikać.
Jedynie Bertha Pappenheim umiała nazwać problem po imieniu. Kilkakrotnie na początku XX wieku objechała Galicję. Twierdziła, że źródłem potężnej fali handlu żydowskimi kobietami są nie tylko warunki społeczne, ale także niska pozycja kobiety w judaizmie.
(…)wielki proces żydowskich stręczycieli w październiku 1892 roku we Lwowie przyciągnął uwagę polskich dziennikarzy. 'Akt oskarżenia dotyczy 27 Żydów i Żydówek, których wyśledzić i ująć władza zdołała – relacjonował »Kraj «. – Wraz z nimi jawi się kilkadziesiąt ofiar ich handlu, kilkadziesiąt dziewcząt i mężatek w wieku od lat 15 do 23.
(…)Prasa ujawniła tajny język używany przez handlarzy. Dziewczęta ładne i młode to 'sztuki jedwabiu’ albo 'dywany smyrneńskie’. Uderzające piękności – 'krzyże brylantowe’ albo 'szkatułki z perłowej macicy’. Brzydkie i niezgrabne nazywa się 'workami kartofli’.
(…)informacje o konkretnych sprawach, aresztowaniach i rozprawach sądowych nadal z trudem przebijały się do gazet i świadomości społecznej. W dokumentach z kancelarii gubernatora piotrkowskiego z lat 1899-1900 można natknąć się na materiały dotyczące 'żydowskiej szajki handlującej kobietami i wywożącej je za granicę’, ale nic z tego nie przedostało się do dzienników.
Dopiero dwa lata później warszawski adwokat Stanisław Posner (późniejszy senator i polski delegat do Ligi Narodów) dotarł do akt sądowych i na łamach 'Gazety Sądowej Warszawskiej’ opublikował relację z tego procesu.
(…)Posner opisał też inny proces odbywający się w Bytomiu. Oskarżonym o ciężkie rajfurstwo był Izrael alias John Meyerowicz. Na granicy prusko-rosyjskiej utrzymywał on szereg agentów dostarczających 'towar wywozowy’. Oficjalnie zajmował się handlem w branży cygar, bielizny i ubiorów damskich. Wielokrotnie podróżował po Europie. Znał osiem języków. W 1888 roku został aresztowany na dworcu we Wrocławiu.
Obie te sprawy posłużyły Posnerowi do napisania cyklu 11 artykułów pod wspólną nazwą ’Nad otchłanią’, w których najpełniej ze wszystkich dotychczasowych polskich publicystów przeanalizował różne aspekty handlu żywym towarem. W końcu doszedł do przekonania, że 'cały ten diabelski proceder, wszystkie jego ogniwa są żydowskie’.
(…)Edgardo Cozarinsky (…)jest autorem wydanej dwa lata temu w Argentynie książki o prostytutkach z początku ubiegłego wieku ’El rufián moldavo’ (’Rajfur z Mołdawii’). (…)Pytamy Edgardo, czy w Argentynie nadal uważa się ludzi, którzy podnoszą temat żydowskiego handlu żywym towarem, za antysemitów?
– Jeśli taki temat pojawia się publicznie, staje się niebezpieczny. Wzbudza podejrzenie, że kryje się za tym coś innego. Że znowu niektórzy chcą podkreślić, że zepsucie jest związane z Żydami.
Po opublikowaniu książki Cozarinskiego pojawił się reżyser, który chciał ją sfilmować. – Jego producenci, Żydzi, powiedzieli, że nigdy nie dadzą pieniędzy na taki film.
(…)w roku 1931 władze polskie ogłosiły (raport przygotowany dla Ligi Narodów) listę 590 handlarzy kobiet, zaangażowanych w dostarczanie „świeżego towaru” do wciąż funkcjonujących – ale już nie pełną parą – domów publicznych Argentyny i Brazylii. Większość osób z tej listy była pochodzenia żydowskiego. Jedna z bardziej spektakularnych afer, miała miejsce pod koniec lat 20-tych. Niejaki Morris Baskin z Brooklynu, urodzony w Polsce, zainicjował w roku 1927 lukratywny proceder przestępczy. Otóż w Nowym Jorku przebywało sporo mężczyzn, których narzeczone znajdowały się wciąż w Polsce. Plan Baskina polegał na zawieraniu przez niego (i jego ludzi) małżeństw per procura w imieniu narzeczonych z USA, na podstawie udzielonych pełnomocnictw. Z aktem ślubu w ręku – poświadczającym obecność męża w USA – świeżo poślubiona małżonka nie miała kłopotów z uzyskaniem w konsulacie amerykańskim upragnionej wizy. Po przyjeździe do USA nie trafiała ona jednakże w objęcia męża, lecz – pod wpływem groźby, a niekiedy przemocy fizycznej i zgwałcenia – do jednego z domów publicznych, których właściciele współpracowali z gangiem. Baskin zdołał pozyskać do przestępczej działalności rabina z podwarszawskiego Wawra, który za 50 USD udzielał małżeństwa per procura, jak również zastępcę konsula amerykańskiej ambasady, nazwiskiem Harry Hall, który zaopatrywał gang we wszelkie niezbędne dokumenty i zapewniał bezproblemowe udzielanie wiz. Po rozbiciu gangu Baskina, okazało się, iż w samym tylko roku 1929, w wawerskim kahale zarejestrowano 15 małżeństw per procura, z osobami przebywającymi w USA.
Organizowany przez Telewizję Polską „Sylwester Marzeń” wywołał wiele emocji z uwagi na występ zespołu „Black Eyed Peas”. Muzycy zaprezentowali się w symbolizujących ruch LGBT opaskach, a lider zespołu wygłosił kontrowersyjny manifest. „Aby ukrócić wszelki spekulacje – wszystko było przemyślane” – zapewniał ze sceny Tomasz Kammel.
Przypomnijmy, że kilka dni temu ogromne emocje wzbudziła decyzja Melanie C., która miała być gwiazdą wieczoru na sylwestrze telewizyjnej Dwójki. Brytyjska wokalistka zrezygnowała jednak z uwagi na swoje poparcie dla postulatów ruchu LGBT, które w jej ocenie kłóciłoby się z występem w Telewizji Polskiej. Po jej rezygnacji zdecydowano, że główną gwiazdą zostanie zespół hip-hopowy „Black Eyed Peas”. Członkowie zespołu zdecydowali się [??? tak sami?? MD] wczoraj wyraźnie zamanifestować swoje poglądy. Wszyscy wystąpili w opaskach LGBT, a lider zespołu wygłosił przemówienie, w którym mówił o wojnie na Ukrainie, ale również „społeczności LGBT”.
– „Dziękujemy wam, że macie otwarte serca i głowy” – zwrócił się William James Adams do publiczności.
Muzyk zadedykował piosenkę „Where is the love” wszystkim, którzy w minionym roku zetknęli się z nienawiścią.
– „Żydowska społeczność – kochamy was, ludzie afrykańskiego pochodzenia na całym świecie — kochamy was, społeczność LGBT – kochamy was” – wymieniał.
Współprowadzący wydarzenie Tomasz Kammel natychmiast zapewnił, że manifest gwiazd nie był „samowolką”. – „Aby ukrócić wszelki spekulacje – wszystko było przemyślane. Łącznie z każdym elementem stroju” – oświadczył.
Zaskoczył też wpis w mediach społecznościowych opublikowany po występie „Black Eyed Peas” przez szefa portalu TVP Info Samuela Pereirę.
– „Cała akcja zaplanowana, a będzie jeszcze coś, cierpliwości” – napisał dziennikarz.
Manifestacja poparcia dla środowisk LGBT w Telewizji Polskiej wywołała spore poruszenie w mediach społecznościowych. Głos zabrał m.in. minister sprawiedliwości i lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro.
– „Wpadki się zdarzają. Ale jeśli promocja LGBT na sylwestrowym koncercie TVP była zaplanowana przez stację, to ci, którzy uznali to za skandal, mają rację” – napisał polityk.
Doszło też do mocnej wymiany zdań pomiędzy Samuelem Pereirą a wiceministrem rolnictwa Januszem Kowalskim.
– „Panu się najwyraźniej pomyliło. Rządzi prawica, która ma bronić wartości, a nie lewacto czy Tusk. Nie finansujemy telewizji publicznej dla homopropagandy. Skoro Pan to zaplanował – DYMISJA!!!Skandal. Wstyd” – skomentował wpis dziennikarza TVP Info polityk solidarnej Polski.
– „Papież Benedykt XVI:Pojęcie małżeństwa homoseksualnego jest sprzeczne z wszystkimi kulturami, jakie do dziś istniały, i stanowi zatem rewolucję kulturalną, która sprzeciwia się całej tradycji ludzkości. Jak mogliście?” – dodał.
– „Jeśli ktoś w sylwestra miesza słowa zmarłego dziś papieża, wybitnego naukowca teologa z występem zespołu muzycznego, to ja nie jestem w stanie mu pomóc” – odpowiedział mu Pereira.
– „Bawimy się dalej, cała Polska z #SylwesterMarzeń” – dodał.[Ty łobuzie , Pereira !! Won, prop-pedale!!! Mirosław Dakowski]
W innym wpisie wiceminister Kowalski stwierdził, że telewizja publiczna wydała milion dolarów na „homopropagandę”.
30 paź 2022Brudna PRAWDA o człowieku, z którym spotkał się Morawiecki. Nowa książka prof. Adama Wielomskiego pt. „Yuval Noah Harari. Grabarz człowieczeństwa” jest dostępna w Bibliotece Wolności. Wieloletni publicysta „Najwyższego CZAS!”-u demaskuje w niej poglądy jednego zkluczowych ideologów nowego porządku świata po Wielkim Resecie.
10 lip 2022Po Impact 22 kancelaria premiera chwaliła się w mediach społecznościowych wspólnymi zdjęciami Mateusza Morawieckiego z izraelskim ideologiem. O czym panowie rozmawiali – nie wiemy. Najwyraźniej jednak Harari przestał być autorytetem wyłącznie lewej strony sceny politycznej i coraz większy wpływ wywiera również na prawicę.
Przez trzy lata komunistyczne Chinytwardo trzymały się strategii ani kroku wstecz, jeśli idzie o obostrzenia sanitarne. Totalitarne państwo zbudowało imponującą machinę pozwalającą: testować, kontrolować i izolować obywateli, gdy tylko pojawiło się choć najmniejsze ognisko epidemii. Kiedy reszta świata, z bardzo nielicznymi wyjątkami utraciła zupełnie kontrolę nad szerzeniem się kolejnych mutacji koronawirusa, Pekin mógł się szczycić, iż panuje nad sytuacją.
„Zero COVID”
Jeszcze w połowie października prezydent Xi Jinping podczas przemówienia inaugurującego XX Zjazd Komunistycznej Partii Chin, potwierdził utrzymanie strategii „zero COVID”. Niedługo potem w kraju pojawiły się symptomy buntu. Dotąd wzorowo zdyscyplinowani Chińczycy mieli dość lockdownów. Na dodatek za sprawą obostrzeń sanitarnych coraz większe perturbacje groziły gospodarce Państw Środka. Miesiąc po XX Zjeździe prezydent Xi uznał swą porażkę w zmaganiach z epidemią i de facto zgodził się na cichą kapitulację. Restrykcje sanitarne zaczęto zawieszać, masowe testowanie obywateli dobiegło końca i epidemia rozlała się po cały kraju. Jaka jest obecnie liczba chorych i zmarłych nie wiadomo, bo komunistyczne władze wręcz otwarcie fałszują statystyki. Szczątkową wiedzę można czerpać z nielicznych filmów przenikających do Internetu, ukazujących przepełnione szpitale oraz domy pogrzebowe. Tak oto chińskie społeczeństwo będzie musiało przejść wszystko to, czego ludzie w Europie i na innych kontynentach doświadczyli wcześniej. A na dokładkę wymęczono je restrykcjami niespotykanymi nigdzie indziej. Jednocześnie chińską gospodarkę, po wstrząsach związanych z lockdownami czekają teraz zawirowania, jakie niesie ze sobą kumulacja zachorowań.
Ta opowieść byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby pojawiły się wiarygodne dane, co do wskaźnika śmiertelności w Chinach na milion mieszkańców. Wówczas łatwiej byłoby ocenić, na ile Pekinowi opłacił się olbrzymi wysiłek włożony w trzy lata zmagań ze epidemią. Niestety, rzetelne oszacowanie kosztów: społecznych, ekonomicznych i politycznych „zero COVID” nie jest możliwe. Acz można mieć uzasadnione podejrzenia, iż cała strategia przyniosła o wiele więcej strat niż zysków, o czym najlepiej świadczy jej nagłe porzucenie.
Chiny same na siebie zastawiły pułapkę
Pułapka, jaką same na siebie zastawiły Chiny, nosiła wszelkie znamiona racjonalności. Ich władze w sposób wzorcowy wcielały w życie to, jak walczyć z epidemią chcieli wirusolodzy i epidemiolodzy. Dysponując zaś aparatem totalitarnego państwa zrobiły to perfekcyjnie, zmuszając całe społeczeństwo do ślepego wypełniania naukowych zaleceń. Nie utrudniało tego istnienie jakichkolwiek „bezpieczników”, takich jak: wybierany w demokratycznych wyborach parlament, niezależne sądy, media wolne od cenzury, wreszcie zróżnicowana opinia publiczna. W Europie dzięki owym „bezpiecznikom” rządzący wcześniej lub później musieli zacząć brać pod uwagę rosnące z powodu obostrzeń niezadowolenie społeczne oraz wsłuchiwać się w głosy przedstawicieli innych dziedzin wiedzy naukowej.
Na przebieg epidemii wpływ miał bowiem nie tylko sam koronawirus oraz dekretowane przez rządy zakazy, ale też zachowywanie się zbiorowości. Już po kilku miesiącach mocniej niż strach przez chorobą poczynaniami ludzi rządziły czynniki: socjologiczne, psychologiczne i ekonomiczne. W końcu rządy musiały łagodzić restrykcje, żeby unikać otwartego buntu. Nota bene w momentach, gdy frustracja społeczna sięgała zenitu i tłumy wychodziły na ulice, koronawirus mógł się szerzyć o wiele swobodniej, niż gdyby nie wprowadzano generującego bunt lockdownu.
Dzięki wspominanym „bezpiecznikom” i różnorodnym dziedzinom wiedzy udawało się jakoś korygować najbardziej szkodliwe poczynania rządów, zafiksowanych przede wszystkim na tym, by za wszelką cenę ograniczać rozprzestrzenianie się patogenu. Tak oto po przechorowaniu i masowych szczepieniach od roku w Europie mamy już za sobą wszystko to, co najgorsze w związku z epidemią. Natomiast Chińczycy będą musieli ją dopiero przejść.
Niestety w naszych czasach królują bardzo wąskie specjalizacje. Przyjęto bowiem za pewnik, że łączenie w jedno jak największej liczby dziedzin naukowych było możliwe w czasach renesansu. Leonardo da Vinci potrafił ogarniać całość, bo zasób ówczesnej wiedzy nie przytłaczał swym ogromem. Dziś żaden człowiek nie ma szansy na osiągnięcie podobnej uniwersalność. Rządzący idą zatem na łatwiznę i podejmując decyzje, biorą pod uwagę wąskie wycinki wiedzy. Najlepiej te, które z różnych politycznych względów najbardziej im pasują.
Polityka klimatyczna UE
Tak działa polityka unijna w odniesieniu do globalnego ocieplenia. Statystyki i badania klimatologów pokazują, iż nabrało ono tempa. Wiedza na czym polega efekt cieplarniany jasno wskazuje, iż odpowiada za nie rosnące w atmosferze ziemskiej stężenie dwutlenku węgla oraz metanu. Najprostszą odpowiedzią na zagrożenie jest gwałtowana redukcja emisji obu gazów cieplarnianych, za sprawą przebudowania funkcjonowania całego społeczeństwa. Takie rozwiązanie prezentuje się równie prosto i przekonująco jak chińskie „zero COVID”. Czyli wszyscy spędzą w zamknięciu tyle, ile będzie trzeba, każdy dostatnie konieczną liczbę szczepień, a gdy koronawirus znajdzie się wreszcie pod kontrolą rządu i wirusologów, wyjdą na wolność, by żyć długo, zdrowo oraz szczęśliwie. Przy okazji świadcząc o potędze Państwa Środka. Jak się ma realne życie do teorii opartej na wąskiej dziedzinie wiedzy właśnie widzimy.
Teoria transformacji społeczno-energetycznej Unii Europejskiej wygląda jeszcze piękniej. Społeczeństwa krajów członkowskich będą musiały ograniczyć swe potrzeby, ponosić koszty drogiej energii, zredukować liczbę podróży, jeść mięso od święta lub w ogóle, a przede wszystkim zacisnąć pasa. Dzięki temu w dwie dekady zniknie wszystko, co emituje dwutlenek węgla (oraz metan, jeśli szczęście dopisz), a Stary Kontynent będą mógł się cieszyć energią z OZE, ekologicznego wodoru i ewentualnie reaktorów jądrowych (jeśli uda się okiełznać niemieckie fobie na ich tle).
To uniezależnienie się od paliw kopalnych wzmocni pozycję Unii w świecie. Zaś „cła węglowe” nakładane na te towary spoza UE, przy których wytworzeniu nastąpiła emisja CO2, nakłonią producentów z: USA, Chiny i Indii do naśladowania polityki klimatycznej Unii. Inaczej zostaną odcięci od europejskiego rynku zbytu. Po czym w połowie stulecie globalne ocieplenie się zatrzyma, a mieszkańcy Europy za sprawą przebudowania społeczeństw, żyć będą długo, zdrowo oraz szczęśliwie.
Tyle teorii powstałej w Brukseli z połączenia zaleceń klimatologów z mocarstwowymi ambicjami i tamtejszych urzędników. Bo to oni opracowywali plany kolejnych kroków w stronę redukowania emisji gazów cieplarnianych i przebudowy energetycznej Starego Kontynentu aż po Fit For 55. Po czym akceptowała je Rada Europejska. Owe plany stworzono bez baczenia na ogromne zagrożenia, widoczne jeśli spojrzy się na całą rzecz przez pryzmat: ekonomii, socjologii, psychologii i wielu innych dziedzin wiedzy, aż po realne możliwości technologiczne. Takie spojrzenia generuje bowiem mnóstwo pytań. Każe z nich można zacząć od słów – „a co jeśli”. Przejdźmy zatem do małej wyliczanki.
=================================================
A co, jeśli…
A co, jeśli droga energia sprawi, że cały przemysł masowo wyniesie się poza granice UE i pauperyzacja społeczeństw gwałtownie przyśpieszy, przynosząc wybuch wielkich buntów i niepokojów (płonące samochody i galerie handlowe emitują sporo CO2). A co jeśli na cła węglowe USA i Chiny odpowiedzą czymś, co kiedyś nazywano „cłami bojowymi” i będą nimi tak długo tłuc w kluczowe produkty z Europy, aż Stary Kontynent stanie przed wyborem – głęboki kryzys ekonomiczny lub kapitulacja.
A co, jeśli nie uda się zbudować wielkich magazynów energii i ta uzyskana z OZE nie będzie wstanie pokrywać zapotrzebowania na prąd Starego Kontynentu. A co jeśli ekologiczny wodór nie spełni pokładanych w nim nadziei, bo jest to wyjątkowo trudny w magazynowaniu i przesyłaniu pierwiastek. A co, jeśli pozbawieni możliwości kupna nowych aut (te elektryczne są dziś przeciętnie dwa razy droższe niż z silnikiem spalinowym), podróżowania, pespektywy na tanie mieszkanie, lepsze życie, masowo biedniejący mieszkańcy krajów UE zaczną zmieniać preferencja wyborcze. Aż postanowią głosować na tych, którzy – jak niegdyś Mussolini czy Hitler – obiecają im obalenie starych porządków.
Takie pytania można mnożyć w nieskończoność. Jednak niewiele obchodzą one członków Komisji Europejskiej czy brukselskich urzędników, bo przecież to nie wyborcy decydują o ich karierach i dochodach. Również przywódcy kluczowych krajów UE (a zwłaszcza Niemiec) zdają się na nie impregnowani i są wciąż gotowi trzymać się obecnej strategii na przekór zdrowemu rozsądkowi.
Na szczęście w krajach UE nadal jest dość lokalnych „bezpieczników”, które podobnie jak w czasach pandemii zaczną wymuszać korekty. Zapewne znów doświadczymy schematu sprowadzającego się do próby wymuszania zmian na siłę, wielkiej nagonki na ostrzegających przed popełnianymi błędami, następnie tężenia oporu niezależnych instytucji i społeczeństw. Aż po moment, gdy rządzący zgodzą się korygować plany tak, by choć trochę przystawały do skomplikowanej rzeczywistości. Tyle tylko, że z „zero COVID” można się wycofać po cichu, po czym uodpornione na wirus społeczeństwo wraca do normalnego życia. Natomiast w przypadku polityki klimatycznej taki luksus może okazać się niemożliwy.
Przed takim niebezpieczeństwem ostrzegają łatwe do dostrzeżenia zależności. Wedle danych Eurostatu w 2019 r. kraje UE odpowiadały za 9 proc. światowej emisji CO2, China za 27 proc., Rosja 12 proc., USA 8 proc.
Pomimo olbrzymich wysiłków Unii rok temu w skali świata wyemitowano o 6 proc. więcej dwutlenku węgla. Jednocześnie klimatolodzy właściwie nie dają już żadnych nadziei na zahamowanie globalnego ocieplenia. Cudu nie będzie. Ono trwa i przyniesie ogromne zmiany, włącznie z wojnami, wielkimi migracjami mieszkańców biednych krajów i pogodowymi anomaliami. Po zburzeniu stanu równowagi (a to już nastąpiło) gigantyczne przemiany są nieuniknione. [To ostatnie jest NIEPRAWDĄ MD]
Unia niczym żaglowiec wpływający w sztorm
Tymczasem za sprawą swej polityki klimatycznej kraje Unii wejdą w nie niczym żaglowiec wpływający w sztorm, na którym kapitan się upił, żagli nie zabezpieczono, a załodze kazano zająć się szorowaniem pokładu. Żegnająca się z własnym przemysłem Europa, wstrząsana konfliktami społecznymi i politycznymi, nasilającymi się z powodu ubożenia jej obywateli, będzie coraz mniej zdolna do stawienia czoła niebezpieczeństwom.
Zupełnie odwrotnie niż USA, czy Chiny, gdzie już wyraźnie na pierwszy miejscu stawia się przygotowania do sztormu, a dopiero potem redukowanie emisji gazów cieplarnianych. I raczej nie będzie pocieszeniem dla mieszkańców Starego Kontynentu, iż idą na dno w imię dobra całej ludzkości.
Rok ów, 1617, to był dla Francji ważny rok. Siedemnastoletni król, Ludwik XIII1, za poduszczeniem swojego kochanka Charlesa d’Alberta2, diuka de Luynes, w końcu się zbuntował przeciwko rządom matki, Marii Medycejskiej i jej złego ducha, a być może również faworyta, choć tam różni różnie na ten temat gadali, Concino Conciniego3, markiza d’Ancre, zachłannego i nienasyconego niczym smok z pradawnych opowieści, któremu ciągle było mało złota i władzy, iżby się do końca wreszcie zasycił i zaspokoił.
Chytry Italczyk, który, nie wiadomo – z miłości, dla pozoru, czy też w zmowie z obiema – poślubił ulubienicę królowej-regentki Leonorę Dori Galigai, markizę Concini d’Ancre, dzięki czemu zyskał już absolutny, nieograniczony wpływ na Medyceuszkę, a przez nią na stan państwa, przez co poczuł się nieomal bogiem!
W efekcie to on rządził Francją, to on Francję okradał, to on był panem życia i śmierci każdego, kto mu się choćby próbował przeciwstawić, a że miał swoją prywatną, kilkutysięczną armię to i król nie czuł się bezpieczny, póki Concini z wszystkich dostojników królestwa najjaśniej błyszczał na świeczniku.
Świat jednak jest okrutny i nic nie trwa na nim wiecznie. Nadszedł więc i taki dzień, kiedy w końcu szczęście opuściło Italczyka.
Ludwik XIII wydał rozkaz jego aresztowania, a na pytanie, co czynić, gdyby wszechwładny gach królowej stawiał opór, dał przyzwolenie, aby go zabić.
A może taka jest tylko oficjalna wersja? Może w rzeczywistości król po prostu wydał rozkaz, by pozbyć się Włocha ostatecznie, nie ograniczając się do uwięzienia go, czyli tak naprawdę półśrodków? Zdarza się przecie, iż z wież i lochów czasem się wychodzi, a to i Conciniemu mogło się zdarzyć. Tak czy inaczej, w dniu 24 kwietnia 1617 roku, po upublicznieniu wszystkich jego łajdactw, zaufani Ludwika XIII, panowie du Hallier i Perray, pod wodzą markiza Nicolasa de L’Hôpital de Vitry4, po nieudanej – rzekomo – próbie aresztowania Conciniego na moście w pobliżu Luwru, zakończyli jego żywot strzałem prosto w pierś.
Król odetchnął z ulgą, królowa zaś, nie zwlekając, udała się na wygnanie do Blois. Wolała zejść synowi i jego kochankowi z oczu. Tak było i polityczniej i bezpieczniej.
Tymczasem trupa czym prędzej pogrzebano w St-Germain-l’Auxer-rois, ale szalejący z radości, w równych proporcjach wymieszanej z nienawiścią i żądzą zemsty, lud, wonczas nazywany pospólstwem, albo i dosadniej – motłochem, nie czuł się usatysfakcjonowany i już nazajutrz otyłe ciało królewskiej ofiary wykopano, powleczono ulicami Paryża i ostatecznie obwieszono na Pont Neuf. Lecz i to nie zasyciło rozsierdzenia gawiedzi względem owego łotra. Ściągnięto go tedy z postronka i dosłownie rozerwano na strzępy. Kęs, po kęsie, jeśli można takiego dość obrzydliwego określenia użyć. A w tej profanacji chciało brać udział jak najwięcej osób, tyle że – niestety – ścierwa Italczyka, mimo iż było obfite w kształtach i dosyć tłuste, nie starczyło dla wszystkich. Wielu musiało się obejść smakiem i odeszło zawiedzionych, klnąc pod nosem i ze złością spluwając.
W dalszej kolejności próbowano odłowić również dwunastoletniego syna ofiary, Henryka, ale jemu akurat udało się zbiec. Znaleźli się bowiem tacy, którzy chłopakowi pomogli. Czy z dobroci serca, czy z wyrachowania, nie jest to istotne. Ważne, iż chłopczyna uniknął wówczas losu ojca i dane mu było pożyć jeszcze kilka lat, bo królewscy siepacze zaszlachtowali go dopiero w 1631 roku we Florencji. Ale, jak widać, sędziwego wieku nie dożył.
Ukraińskie władze w Tarnopolu, już wcześniej znane z gloryfikowania głównodowodzącego UPA i „kata Polaków”, Romana Szuchewycza, postanowiły dodatkowo postawić mu w mieście pomnik.
Decyzję w tej sprawie podjęła tydzień temu rada obwodu tarnopolskiego. Inicjatorem budowy pomnika Romana Szuchewycza był przewodniczący rady, Mychajło Hołowka.
Według treści dokumentu, przyjętego podczas sesji rady, pomnik głównodowodzącego tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii stanie na terenie przyległym do budynku administracyjnego Tarnopolskiej Rady Obwodowej. Samego Szuchewycza określono w dokumencie mianem „wybitnego ukraińskiego działacza politycznego i wojskowego, niezłomnego bojownika za niepodległość Ukrainy”.
Zgodnie z decyzją rady obwodowej, powstać ma specjalna grupa robocza, która w ciągu trzech miesięcy ma wypracować propozycje dotyczące budowy samego pomnika i określenia miejsca, w którym stanie. Propozycje te mają zostać następnie przedstawione do zatwierdzenia radzie obwodowej.
Przypomnijmy, że 5 marca 2021 r. Rada Miejska Tarnopola postanowiła nazwać Stadion Miejski w tym mieście imieniem Romana Szuchewycza. Decyzję podjęto w 71. rocznicę śmierci Szuchewycza, który zginął w walce z NKWD. W czasie II wojny światowej Szuchewycz kolaborował z III Rzeszą – w 1941 roku był oficerem podporządkowanego Abwehrze batalionu Nachtigall (który dokonał co najmniej jednego pogromu Żydów), a w 1942 roku w szeregach podległej SS policji pacyfikował wioski na Białorusi. Od 1943 roku był głównodowodzącym tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii, która dokonała ludobójstwa Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich.
Roman Szuchewycz był głównodowodzącym Ukraińskiej Powstańczej Armii, odpowiedzialnym za ludobójstwo Polaków na Kresach Wschodnich. Zarzuca mu się także kolaborację z Niemcami (był oficerem batalionu Nachtigall, a w szeregach niemieckiej policji pacyfikował wioski na Białorusi). Zginął w 1950 roku pod Lwowem zastrzelony przez żołnierzy sowieckich.
Wcześniej pisaliśmy, że w Iziumie (obwód charkowski) jedna z ulic zostanie nazwana imieniem Romana Szuchewycza, naczelnego dowódcy UPA, odpowiedzialnego za ludobójstwo Polaków. W mieście jest już ulica Stepana Bandery, przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Ostatnio także władze miasta Krzemieńczuk w obwodzie połtawskim władze zmieniły nazwę jednej z uliczek, nadając jej imię Romana Szuchewycza.
Działania te są elementem szerszego zjawiska, gdzie przy okazji usuwania nazw kojarzonych z Rosją i ZSRR, na Ukrainie coraz częściej wprowadza się nazwy ulic i innych toponimów, mających honorować działaczy ukraińskiego nacjonalizmu, szczególnie OUN i UPA.
Na podstawie informacji dostępnych na blogu http://sauraplesio.blogspot.it/2015/09/giallo-vaticano.html dowiadujemy się, że kiedy, 13 lutego 2013, papież Benedykt XVI w sposób nieoczekiwany i niezrozumiały zrezygnował ze swego urzędu, IOR czyli bank Watykanu od pewnego czasu został wykluczony ze SWIFT-u; co oznacza, że jakiekolwiek jego ewentualne operacje finansowe zostały uniemożliwione.
Kościół został potraktowany tak, jak Ameryka oceniła Iran: «Państwo-terrorysta». Było to dobrze przygotowane zniszczenie ekonomiczne, poprzedzone wcześniejszą ostrą kampanią przeciwko bankowi watykańskiemu, potwierdzoną otwarciem dochodzeń ze strony sądownictwa włoskiego (…).
Niewiele osób wie co to takiego SWIFT (skrót oznacza Society for Worldwide Interbank Financial Telecommunication – organizacja – system wymiany informacji bankowych): oficjalnie zajmuje się czymś, co w języku banków określa się jako „clearing” i jednoczy 10500 banków z 215 krajów świata.
W rzeczywistości, SWIFT jest jest najtajniejszym i nie podlegającym jakiejkolwiek władzy zwierzchniej, centrum władzy bankierów amerykańsko- globalistycznych, mówiąc inaczej, jest systemem szantażu, na którym opiera się hegemonia dolara. SWIFT jest także narzędziem wywiadu ekonomicznego i politycznego (na szkodę przede wszystkim nas, Europejczyków) i środkiem, który powszechnie wzbudza przerażenie, jakoże przy pomocy SWIFT-u światowa finansjera globalistyczna niszczy państwa, które nie są jej posłuszne.
Tak więc centralny bank Iranu (…) został wyrzucony z sieci SWIFT-u w ramach odwetu za domniemany program nuklearny. Oznacza to, że Iran nie może sprzedawać swej ropy za dolary, irańskie karty kredytowe nie mają żadnej wartości poza granicami państwa, Teheran nie może przeprowadzić żadnej międzynarodowej transakcji bankowej, może jedynie używać gotówki i do tego nieoficjalnie, tzn. może operować jedynie w formach określanych jako nielegalne przez umowy międzynarodowe.
W roku 2014, francuski bank BNP Paribas został skazany przez sądownictwo amerykańskie na karę 8,8 miliardów dolarów za pomoc udzieloną Teheranowi w ominięciu blokady SWIFT-u. Pieniądze zainkasowały USA.
To właśnie sugerowanie wykluczenia Rosji z sieci SWIFT, jako odpowiedź na zajęcie Krymu, (co stanowiłoby ogromną szkodę dla rosyjskiej gospodarki) sprawiło przyspieszenie prac krajów BRICS (na czele których stoją Rosja i Chiny) nad systemem alternatywnym clearing-u opartym na yuanie i rublu, zamiast dolara. To wszystko, aby uniknąć ewentualnego szantażu, jakiego SWIFT może zawsze użyć w stosunku do państw suwerennych.
Belgijska strona internetowa Media-Presse (SWIFT ma siedzibę w Belgii) podając wiadomość o tworzeniu przez Pekin i Moskwę systemu alternatywnego do SWIFT, podała tę oto informację: «Kiedy jakiś bank lub terytorium zostaje wykluczony z systemu SWIFT, jak stało się to z bankiem watykańskim w dniach poprzedzających rezygnację Benedykta XVI w lutym 2013, wszystkie transakcje bankowe zostają zablokowane. Jednakże system SWIFT po dymisji Benedykta XVI , bez oczekiwania na wybór papieża Bergoglio został odblokowany. Jak widać ktoś użył szantażu używając do tego systemu SWIFT i bezpośrednio zainterweniował w sprawy Kościoła». http://lesmoutonsenrages.fr/2013/02/12/reprise-au-vatican-des-paiements-par-cartes-bancaires/
To wyjaśnia niczym nieusprawiedliwioną i niesłychaną rezygnację Ratzingera, ktorą wielu z nas wzięło za tchórzostwo. Kościól został potraktowany jak „państwo terrorysta”, a nawet gorzej, bo trzeba zauważyć iż około tuzin banków, które w Syrii i w Iraku wpadły w ręce Państwa Islamskiego, z systemu SWIFT nie zostały wyłączone i mogą one aż do dnia dzisiejszego spokojnie realizować transakcje międzynarodowe. Natomiast Watykanowi uniemożliwiono płacenie nuncjatur, misji, również watykańskie bankomaty zostały zablokowane. (…)
Na swym blogu Saura Plesio kontynuuje: Ratzinger, „który walczył z zalewającym wszystko relatywizmem nigdy nie zaakceptowałby „otwarć” na środowisko homoseksualistów, i na politykę gender. Nigdy nie bił by pokłonów w kierunku „świata” (i światowości) jak robi to aktualny papież, który idzie w zawody z laicyzmem Unii Europejskiej tworząc przy pomocy „szybkiego unieważnienia ” formę „sakramentalnego rozwodu”. Ratzinger nie zrobiłby z siebie błazna, jak jego następca na Lampeduzie, która nie należy do państwa watykańskiego, ale jest częścią Włoch. Potężni globaliści spieszą się, a Ratzinger był dla nich oczywistą przeszkodą, kimś, kto mógł spowolnić ich błyskawiczny sukces”.
W jak wielkim pośpiechu została zorganizowana eksmisja Benedykta XVI, można wywnioskować z pewnych szczegółów. Sugeruje to znawca rzymskości i łaciny Luciano Canfora. Zauważył on, że w motu proprio, w którym Benedykt XVI usprawiedliwiał swoją dymisję wiekiem (“Ingravescente Aetate”) serię błedów wprost żenujących.
Znając solidne przygotowanie Ratzingera, jest rzeczą oczywistą, że nigdy nie popełniłby tego rodzaju błędów. Przychodzi więc na myśl, że tekst ten napisał ktoś inny; w ten to sposób Ratzinger został w sposób otwarty wyekspediowany z Watykanu, do tego jeszcze helikopterem, co pokazano w telewizyjnych transmisjach ogólnoświatowych. I oto, zaraz po opuszczeniu Watykanu przez Benedykta XVI SWIFT odblokowuje watykańskie transakcje bankowe, także watykańskie bankomaty i przywraca watykańskiemu bankowi cześć i honor.Nie czekano wcale aby został wybrany Bergoglio; wystarczyło im, że „biały terrorysta” został wydalony z Watykanu.
Na salonach Wall Street, Waszyngtonu i Londynu wiedziano już, że nadchodzące conclave wybierze na tron piotrowy modernistę, kogoś do którego będą mieć zaufanie. Ale skąd wiedziano, ktoś zapyta… Czy może stąd, że sankcje SWIFT-u względem Watykańskiego banku zostały skoordynowane ze spiskowcami ubranymi w purpurę, którzy pod kierownictwemkardynała Carlo Maria Martini’ego(należy tu przypomnieć, że kardynał poprosił o eutanazję dla siebie) (1) wskazali na kardynała Bergoglio jako odpowiedniego dla nich kandydata? Czy nie dlatego, że zostały zawarte uzgodnienia kardynałów i biskupów spiskujących z potężnymi siłami z zewnętrz Kościoła, które są im bliskie ideologicznie? (…) http://www.lastampa.it/2015/09/24/blogs/san-pietro-e-dintorni/francesco-elezione-preparata-da-anni-PAu2giegWwslaElPmNfC1L/pagina.html
W tym kontekście, wydaje się, że dymisja Ratzingera jest nieważna, jakoże został on do niej zmuszony. Potwierdzałoby to także jego zachowanie, pozornie niejasne lub dwuznaczne. Sam fakt, iż zachował sobie tytuł Ojca Świętego i biały papieski ubiór, może to potwierdzić. To tak, jakby chciał dać do zrozumienia, tym, którzy są w stanie pewne sprawy pojąć, że został ze Stolicy Piotrowej wygnany, że nie odszedł dobrowolnie. (…)
Powyższa hipoteza wyjaśnia również triumfalne przyjęcie papieża Bergoglio w Ameryce, w ONZ – cie, u Obamy, standing ovation w amerykańskim Kongresie. (…)
Można więc powiedzieć, że zidentyfikowaliśmy co nieco fałszywego baranka z Apokalipsy 13, mającego moc zagłodzić i zablokować, tak aby „nikt nie mógł ani sprzedawać ani kupować” bez „piętna na dłoni i na czole”. SWIFT i jego numer bankowy (BIC) ukazuje jeszcze bardziej diaboliczną istotę i prawdziwy cel globalizacji. (…)
***
Apokalipsa 13: „11 Potem ujrzałem inną Bestię, wychodzącą z ziemi: miała dwa rogi podobne do rogów Baranka, a mówiła jak Smok. 15 I dano jej, by duchem obdarzyła obraz Bestii, tak iż nawet przemówił obraz Bestii i by sprawił, że wszyscy zostaną zabici, którzy nie oddadzą pokłonu obrazowi Bestii. 16 I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło 17 i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia”. ________________________________
Nota (1) Bolesną zawoalowaną, prawda o śmierci kardynała Martini można przeczytać w liście bratanicy Giulii Facchini Martini, opublikowanym na łamach Corriere della Sera, 4 września 2012. W nim czytamy: ”Bałeś się nie tyle śmierci jako takiej, ale samego momentu, w którym się umiera. Mowiliśmy o tym w marcu, i wtedy ja, jako adwokat, który zajmuje się także opieką jednostek słabszych zachęciłam cię do wyrażnego wypowiedzenia się na temat metod leczenia cię. I tak się stało. Bałeś się, przede wszystko możliwości utraty kontroli nad twym ciałem, bałeś się śmierci przez uduszenie. (…) Będąc świadomym, że zbliża się chwila śmierci, w porozumieniu z lekarzami, gdy brakło ci już sił, poprosileś, aby cię uśpiono. Wtedy lekarka o janych i przejrzystych oczach, specjalista od terapii towarzyszących śmierci uśmierzyła wszystko.” (Mario Palmaro i Alessandro Gnocchi – „Con la morte del cardinal Martini è stata canonizzata la teologia del dubbio” – Śmierć kardynała Martini wyniosla na ołtarze teologię wątpliwości”, Corrispondenza Romana, 12 settembre 2012 http://www.corrispondenzaromana.it/con-la-morte-del-cardinale-martini-e-stata-canonizzata-la-teologia-del-dubbio/).
Wygląda na to, że wojna hybrydowa, jaką Niemcy od początku 2016 roku prowadzą przeciwko Polsce, w ostatnim czasie doznała eskalacji. Już nie wystarczyło zablokowanie Funduszu Odbudowy, ale za pośrednictwem niemieckich owczarków, jacy obsadzili instytucje europejskie, Niemcy doprowadziły do zablokowania środków z tzw. funduszy spójności, które, w kwocie 76 miliardów euro, zostały dla Polski preliminowane w budżecie Unii Europejskiej na lata 2021-2027. Pretekstem jest oczywiście „brak praworządności”, to znaczy brak zgody sędziów zwerbowanych w charakterze konfidentów jeszcze przez Wojskowe Służby Informacyjne, albo przez ABW w ramach operacji „Temida”, albo sędziów politycznie sympatyzujących z Volksdeutsche Partei z Donaldem Tuskiem na czele, na „nową” Krajową Radę Sądownictwa”, poprzez którą rząd „dobrej zmiany” chciałby przejść na ręczne sterowanie sądownictwem. Taka potrzeba pojawiła się w związku z tym, że kiedy przestała istnieć PZPR, sędziowie wyemancypowali się z jakiejkolwiek zależności od jakiejkolwiek władzy państwowej, co im się bardzo spodobało, bo stwarzało nieograniczone możliwości dokazywania i spokojnego korumpowania się.
Ale nie chodzi tu o to, by roztrząsać problemy niezawisłych sędziów, czy proponować jakieś wyjście z sytuacji, bo to jest jedna sprawa, a praworządność, jest tylko pretekstem do szantażowania Polski i gdyby, wskutek na przykład ustępliwości rządu, go zabrakło, to znalazłby się jakiś inny. Nawet już się znalazł w postaci tzw. Karty Praw Podstawowych. Została ona przyjęta na szczycie Rady Europejskiej w Nicei w roku 2000. Nazwa tego dokumentu jest myląca, bo w istocie jest to manifest komunistyczny, w którym promotorzy komunistycznej rewolucji poupychali wszystkie wynalazki zmierzające do destrukcji organicznych więzi społecznych, by – zgodnie z „Manifestem z Ventotene” unijnego świątka, włoskiego komunisty Spinellego, doprowadzić do likwidacji historycznych narodów europejskich. Bo to właśnie na obecnym etapie, jest celem Unii Europejskiej, którego jej polityczni kierownicy nawet nie starają się specjalnie ukrywać.
Prehistoria
Po dwóch próbach, jakie w XX wieku podjął cesarz Wilhelm II i Adolf Hitler, narzucenia Europie niemieckiego przywództwa siłą, Niemcy, kiedy ich państwo w 1949 roku zostało odtworzone, zrozumiały, że nie tędy droga, że znacznie bezpieczniejsze i tańsze jest narzucenie Europie swego przywództwa metodą pokojowego jednoczenia.
Rozpoczęło się ono niewinnie i w postaci Wspólnego Rynku nawet przyniosło Europie potężny impuls rozwojowy. Co więcej – stworzyło wrażenie, że we wspólnej Europie Niemcy sie rozpuszczą i nie będą stanowiły żadnego zagrożenia. Jednak nie z Niemcami tanie numery! Jeśli nie kijem, to pałką – ale cel cały czas jest ten sam; poddanie Europy niemieckiemu przywództwu. Najtwardszym jądrem metody pokojowego jednoczenia było korumpowanie biurokratycznych gangów, pod pozorem „demokracji” okupujących europejskie narody.
To się znakomicie udało i w dodatku nawet za stosunkowo niewielkie pieniądze, bo nie przekraczające 2 procent europejskiego Produktu Krajowego Brutto. Toteż po upadku porządku jałtańskiego, na przełomie lat 80-tych i 90-tych, kiedy Niemcy odzyskały swobodę ruchów w Europie, nawróciły się na linię kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją. Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia jest strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, obecnie poddawane przez Stany Zjednoczone próbom niszczącym w związku z wojną na Ukrainie, jaką USA na czele państw NATO prowadzą z Rosją do ostatniego Ukraińca. Żeby jednak nie płoszyć ptaszków zawczasu, początkowo Wspólnoty Europejskie funkcjonowały w formule konfederacji, czyli związku państw, nazywanym przez entuzjastów „Europą Ojczyzn”.
Traktat z Maastricht
Skoro jednak Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, to dzieje Europy weszły w następny etap. Zwiastunem tej zmiany było przyjęcie traktatu z Maastricht, który wszedł w życie w roku 1993. Zmieniał on radykalnie formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich. Odszedł od formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego.
Od tego momentu trwają przygotowania do narzucenia Wspólnotom Europejskim politycznej czapy w postaci Unii. W ramach przygotowań do budowy europejskiego państwa federalnego pod niemieckim kierownictwem, Niemcy w latach 90-tych wysadziły w powietrze projekt „Heksagonale”, inicjując rozbiór Jugosławii, czyli „Wielkiej Serbii”, którą zawsze uważały za enklawę rosyjskich wpływów w „swojej” części Europy, a potem, już po roku 2000 doprowadzając do rozbioru samej Serbii, poprzez ustanowienie Kosowa zamieszkałego przez „Kosowerów”, co wymagało już bombardowań Serbii przez bombowce NATO, żeby w ten sposób ją zmłotować.
Ten eksperyment potwierdził zdolność Niemiec do przewodzenia Europie, wobec czego nie było na co czekać, tylko doprowadzić do przekształcenia Wspólnot Europejskich w Unię Europejską, czyli odrębny podmiot prawa międzynarodowego.
Traktat lizboński
Początkowo Unia Europejska miała być utworzona na podstawie tzw. traktatu konstytucyjnego, ale nie wszedł on w życie z powodu sprzeciwu Holandii, wobec czego z dwóch traktatów sklecono jeden w postaci poprawek do każdego z nich, co w znacznym stopniu zniechęcało do uważnego przeczytania go. Do obiegu politycznego twór ten wszedł pod nazwą „traktatu lizbońskiego” i rozpoczęły się przygotowania do jego przyjęcia. Polska, to znaczy – premier Donald Tusk, w towarzystwie Księcia-Małżonka, który wtedy akurat piastował stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie obozu zdrady i zaprzaństwa oraz w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego, podpisała ten traktat akurat w rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, 13 grudnia 2007 roku. Jak potem premier szczerze przyznał, podpisał go bez czytania – bo niby po co Donald Tusk miałby go czytać, może jeszcze ze zrozumieniem, skoro starsi i mądrzejsi już go napisali i przeczytali?
Toteż 11 kwietnia 2008 roku Sejm głosami posłów należących [obecnie… md] do obozu zdrady i zaprzaństwa oraz głosami obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, uchwalił ustawę upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikowania tego traktatu, co nastąpiło 10 października 2009 roku. Traktat lizboński wszedł w życie 1 grudnia 2009 roku i od tego dnia zaistniała Unia Europejska, jako odrębny od państw członkowskich podmiot prawa międzynarodowego. Warto zwrócić uwagę, że środowiska stręczące Polakom ratyfikację traktatu lizbońskiego podkreślały z naciskiem, że „Unia nie jest państwem”. Było to z jednej strony dziwne, bo Unia Europejska ma wszystkie atrybuty państwa. Ma terytorium – o czym każdy może przekonać się w Terespolu, który nie tylko leży nad wschodnią granicą Polski, ale również – nad wschodnią granicą Unii Europejskiej. Ma „ludność”, bo każdy obywatel każdego państwa członkowskiego, jest jednocześnie obywatelem Unii Europejskiej. Do tej pory obywatelstwo było związane z państwem, a nie „organizacją międzynarodową”, bo nie można być np. „obywatelem UNESCO”, chociaż pewien strażnik w gmachu ONZ w Nowym Jorku myślał, że „to mały, ale bardzo dzielny naród”. Ma wreszcie władze w postaci Rady Europejskiej jako władzy ustawodawczej, Komisji Europejskiej, jako władzy wykonawczej i Parlamentu Europejskiego, jako demokratycznego kwiatka do tego kożucha. Ma też Trybunał, bank centralny, walutę, policję w postaci Europolu, prokuraturę w postaci Eurojustu, słowem prawie wszystko, co mają inne państwa, z wyjątkiem armii, ale to tylko kwestia czasu.
Z drugiej strony uporczywe utrzymywanie, że Unia państwem nie jest było oczywiste w sytuacji, że gdyby „była”, to trzeba by odpowiedzieć na kłopotliwe pytanie, jaki w takim razie jest prawno-międzynarodowy status państw członkowskich: czy nadal są niepodległe, czy też mają tylko autonomię. Są one bowiem częściami składowymi państwa pod nazwą „Unia Europejska”, a dotychczas żadna część składowa jakiegokolwiek państwa nie była niepodległa. Przeciwnie – podlegała władzom tego państwa, właśnie jako jego część składowa.
Odrębną sprawą jest kwestia suwerenności. Traktat lizboński ustanawia „zasadę przekazania”, głoszącą, że Unia Europejska ma tylko takie uprawnienia, jakie przekażą jej państwa członkowskie. Oznaczałoby to, że polityczna suwerenność w Unii jest podzielona. Władze UE są suwerenne w zakresie kompetencji przekazanych, bo to one decydują, jaki zrobić z nich użytek, ale państwa członkowskie całkiem suwerenności nie tracą, bo to one decydują, które kompetencje przekazać, a których nie.
Ale traktat lizboński ustanawia też „zasadę lojalnej współpracy”, która głosi, że państwo członkowskie MUSI powstrzymać się przez KAŻDYM działaniem, które MOGŁOBY zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej. Widzimy, że zasada ta unieważnia „zasadę przekazania”, bo obowiązek powstrzymania się nie zależy wcale od zakresu kompetencji przekazanych, tylko od tego, czy jakaś sprawa została uznana za „cel Unii Europejskiej”. Ponieważ chodzi o cele Unii, a nie żadnego z państw członkowskich, to jest oczywiste, że wyłączną właściwość określania, co jest „celem Unii”, a co nie i przed czym państwo członkowskie ma się powstrzymać, mają władze Unii Europejskiej. W ten sposób traktat lizboński wypłukuje z państw członkowskich suwerenność, stwarzając zarazem pozory legalności dla przekształcania Unii Europejskiej w państwo federalne pod kierownictwem Niemiec. Dlaczego pod kierownictwem Niemiec? Dlatego, że przed ratyfikowaniem tego traktatu przez Niemcy, został on zaskarżony do Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe jako sprzeczny z konstytucją RFN. Trybunał uznał, że sprzeczny nie jest, ale uzależnił zgodę na jego ratyfikację przez prezydenta od uprzedniego przyjęcia ustawy, na podstawie której żadne prawo nie może wejść w życie na terenie RFN bez zgody obydwu izb parlamentu: Bundestagu i Bundesratu. I taka ustawa został przyjęta. Oznacza to, że Niemcy mogą forsować na terenie Unii jakieś rozwiązanie prawne, które wejdzie w życie wszędzie, z wyjątkiem Niemiec. Oznacza to, że tylko Niemcy zastrzegły sobie w Unii suwerenność.
Polska pod kuratelą
17 września 2009 roku amerykański prezydent Obama dokonał „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, polegającego na wycofaniu USA z aktywnej polityki w Europie Środkowej. Próżnię polityczną wypełnili strategiczni partnerzy, tj. Niemcy i Rosja – każdy w „swojej” części Europy. Polska leży w strefie „niemieckiej” więc siłą rzeczy przeszła pod kuratelę Niemiec, z czego zdawali sobie sprawę nasi Umiłowani Przywódcy – a świadczy o tym choćby „hołd pruski”, jaki w Berlinie złożył Książę-Małżonek. I dopóki Polska była pod kuratelą niemiecką, to rzeczą oczywistą było, że na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu jest Volksdeutsche Partei Donalda Tuska tym bardziej, że 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo, niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę „niemiecką” i strefę „rosyjską”. Ale w roku 2013 prezydent Obama wysadził to strategiczne partnerstwo w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie tego kraju spod kurateli rosyjskiej, by trafił pod amerykańską – podobnie jak Polska.
Zmiana kuratora wymagała dla przyzwoitości zmiany lidera sceny politycznej naszego bantustanu, co nastąpiło nie w następstwie strzelaniny – jak na Ukrainie – tylko „afery podsłuchowej”. W rezultacie wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS – który jesienią 2015 roku utworzył rząd z panią Beatą Szydło na czele. Pani Szydło jeszcze nie zdążyła nic zrobić, ani nawet – niczego powiedzieć – a już w początkach stycznia 2016 roku Komisja Europejska, na której czele stały dwa niemieckie owczarki: Jan Klaudiusz Juncker i Franciszek Timmermans, wszczęła wobec Polski bezprecedensową procedurę „badania stanu demokracji”. Oczywiście nie chodzi o żadną demokrację, ani o żadną praworządność, ani o zapewnienie dobrostanu dla sodomczyków – czego domaga się Karta Praw Podstawowych – tylko o powrót na pozycję lidera tubylczej sceny politycznej Volksdeutsche Partei, a jeśli to by się nie udało, to przynajmniej o zmuszenie politycznej ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego do posłuszeństwa wobec Berlina. Nasz obecny kurator, czyli USA, na razie trzyma PiS przy władzy, ale najwyraźniej nie za wszelką cenę. Kiedy bowiem Naczelnik Państwa poskarżył się ambasadorowi Brzezińskiemu, że Niemcy nie wykazują należytego zrozumienia dla proklamowanego przezeń programu „dążenia” do reparacji wojennych, ten udzielił odpowiedzi wprawdzie długiej, ale kompletnie pozbawionej treści, słowem – wymijającej. Myślę, że z kilku powodów. USA wiedzą, że PiS i tak zrobi dla nich wszystko, co każą, więc po cóż miałby wdawać się w jakieś spory z Niemcami, skoro jak nie dziś, to jutro może ich potrzebować?
Zwiększa się nasza zależność od Niemiec, które specjalnie nie ukrywają zamiaru budowania w Europie państwa o strukturze federalnej pod własnym przewodnictwem.
Do tego dochodzi rewelacja z ostatnich dni przed Świętami, a mianowicie wiadomość o zarejestrowaniu premiera Morawieckiego w 1989 roku jako tajnego współpracownika Stasi.
Przypomnę, że po zjednoczeniu Niemiec aktywa Stasi zostały przejęte przez BND, czyli agencję RFN. Możliwe, że był jakiś ciąg dalszy. To pokazuje, że pod osłoną tromtadrackiej retoryki w 2023 roku będzie się pogłębiało nasze uzależnienie od Niemiec.
Przyszłość zależy od tego, jak potoczą się losy wojny na Ukrainie, od stopnia determinacji USA, które – jak wyjaśnił sekretarz obrony Lloyd Austin – dążą do osłabienia Rosji.
Ważne jest to, czy na tej drodze zatrzymają się dopiero przy ostatnim Ukraińcu, czy istnieje groźniejsza możliwość, że będą starać się rozszerzyć wojnę poza granice Ukrainy na teren innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski.
Różne deklaracje sekretarza NATO Jensa Stoltenberga wskazują, że on takiej możliwości „nie wyklucza”. Niedawno wyraził obawę, że wojna wymknie się spod kontroli, chociaż dotychczas była utrzymywana w ryzach.
Warto zwrócić uwagę, że z punktu widzenia USA, Ukraina jest znakomitym przedpolem, aby wyposażać tamtejsze wojsko w broń, amunicję i kasę do wojowania z Rosją. Niestety Polska również się do tego nadaje, więc wcale bym nie wykluczał i tej możliwości.
Stany Zjednoczone posłużą się nami, jeśli stwierdzą, że to leży w ich interesie. Będzie się to wykonywało pod osłoną hurraoptymistycznej retoryki, natchnienia narodu, jak w pierwszych latach II wojny światowej.
Szczerze powiedziawszy, nie chcę sobie wyobrażać, jak skończyłaby się wojna, która objęłaby terytorium Polski. Wojna na Ukrainie przechodzi właśnie w stan chroniczny, przewlekły, a dotychczasowe straty są ogromne.
Obawiam się także konsekwencji masowego napływu do Polski ukraińskich uchodźców. Raczej nie będą one przyjemne.
Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich.
Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki.
Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały brzegi. Padały częste deszcze. Step rozmókł i zmienił się w wielką kałużę, słońce zaś w południe dogrzewało tak mocno, że dziw nad dziwy! w województwie bracławskim i na Dzikich Polach zielona ruń okryła stepy i rozłogi już w połowie grudnia. Roje po pasiekach poczęły się burzyć i huczeć, bydło ryczało po zagrodach. Gdy więc tak porządek przyrodzenia zdawał się być wcale odwróconym, wszyscy na Rusi oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy szczególniej ku Dzikim Polom, od których łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo.
=====================================
[i tu – proroctwa Nieznanego (młodzieży) Autora mnie wspierają!!! MD]
„W roku 2023 będziemy prawdopodobnie w Kościele katolickim świadkami gramatycznych wydarzeń, których rozmiarów na razie nie sposób przewidzieć. Cóż, taki jest sposób działania Opatrzności…”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” George Weigel.
Teolog wskazuje, czego możemy być pewni w roku 2023. „Po pierwsze tego, że kryzys, który pojawił się w niemieckim Kościele, i to, co z niego wynika dla Kościoła powszechnego, osiągnęły punkt zwrotny, ponieważ postulaty niemieckiej drogi synodalnej zderzą się z pierwszą sesją synodu o synodalności, która została zaplanowana w Rzymie na październik 2023 roku. Po drugie, rozwiązanie niemieckiego kryzysu będzie miało duży (jeśli nie decydujący) wpływ na zdefiniowanie dziedzictwa papieża Franciszka”, podkreśla.
Weigel zwraca ponadto uwagę, iż często mówi się, że niemiecki katolicyzm to już w gruncie rzeczy schizma. „Uważam, że jest to nieadekwatny opis sytuacji. W rzeczywistości manifest niemieckiego katolicyzmu zawarty w dokumentach tamtejszej drogi synodalnej to po prostu apostazja. Niemiecka droga synodalna nie przyjmuje wiary raz tylko przekazanej świętym (Jud 1, 3). Przeciwnie – w jednym z jej fundamentalnych dokumentów przyjętych w 2022 roku stwierdzono, że także w Kościele uprawnione poglądy i sposoby życia mogą ze sobą konkurować, nawet gdy chodzi o podstawowe prawdy wiary. W ten sposób katolicyzm w wersji lite nieuchronnie schodzi do poziomu zero”, podsumowuje.
Posted on 31 grudnia, 2022 by jw https://nfaetyka.wordpress.com/2022/12/31/alfabet-akademicki-2022/
Alfabet akademicki 2022
Akademia i to nauk – PAN okazała się niekonstytucyjną, bo nie zmieściła się w ramach Konstytucji dla Nauki [sic!] ale na czele PAN stanął nowy prezes, który „kurczy się wewnętrznie”, gdy ktoś zwraca się do niego „per” profesor. Może jak się rozkurczy to i PAN postawi na nogi i włączy do konstytucji.
Bangladesz znany z tego, że jest jednym z najbiedniejszych państw Azji. i najmniej rozwiniętych państw świata . 57% ludności to analfabeci ale tylko najlepsze polskie uniwersytety mogą się równać z uczelniami Bangladeszu.[ QS World University Rankings 2022] Taki jest sukces powszechnej na naszych uczelniach polityki równości.
Cancel culture, czyli antykultura unieważniania, wymazywania, kasowania z wielkim sukcesem wdrażana w życie polskich uczelni w stanie upadłości, zagrożonych wymazaniem z domeny akademickiej
Debata – istota uniwersytetów realizowana obecnie w wersji wsobnej, aby nikt nie wyrażał odmiennej opinii od tej wyznawanej przez profesora
Elementarz kiedyś pomoc w poznawaniu literek, nauce czytania i pisania. Obecnie popyt na książkę Falskiego zaspokajają księgarnie akademickie, co wskazuje na postęp edukacyjny jakiego zaznaliśmy w ostatnich dekadach.,
Finanse tak zaprzątają głowy akademików, że nic więcej się w nich nie mieści. Argumentują, że skoro są nieprzeciętni (wg własnej opinii) , winni być finansowani nieprzeciętnie (z kieszeni przeciętnego obywatela)
Gowin, kiedyś minister nauki, twórca niekonstytucyjnej konstytucji dla uczelni na drodze do osiągnięcia poziomu Bangladeszu,
Hartman – twórca etyki akademickiej życia codziennego, który zastąpił w roli wykładowcy etyki Karola Wojtyłę a nawet największym umysłom akademickim do głowy nie przychodzi, aby go przenieść w stan nieszkodliwości. Takie mają głowy i taką etykę.
Idioci są też wśród profesorów, o czym na ogół wiadomo, ale mało kto wie, że idiotów jest więcej wśród profesorów niż wśród taksówkarzy, choć to oczywiste. Taksówkarz idiota, albo się zabije albo straci prawo jazy, a profesor nawet za największe idiotyzmy czy przestępstwa nie zostaje pozbawiony profesury.
Jawność poczynań akademików, ciał akademickich, jest jawnie niejawna, bo jest się czego wstydzić.
Katedra, kiedyś ważny mebel akademicki, uznany zarelikt wstecznictwa akademickiego, zastępowany przez dr[h]abinę akademicką, której trzeba podpiłowywać szczeble, aby inni czasem się nie wspięli na jej szczyt
Lockdown akademicki – stosowane ochoczo utrzymywanie dystansu do pospólstwa akademickiego, niezbędne dla utrzymania wyimaginowanego autorytetu
Łuczywo używane do oświetlenia izb wiejskich w Polsce do końca XIX wieku, a w XXI wieku do oświetlania izb akademickich w stanie kryzysu energetycznego spowodowanego przez akademików heroicznie walczących z klimatem
Migracje akademickie z Polski na Zachód i do Polski ze Wschodu dla osiągnięcia wzrostu umiędzynarodowienia nauki w stanie kryzysu cywilizacyjnego
Nonkonformizm – tępiona od lat postawa niepoprawnych akademików stanowiąca śmiertelne zagrożenie dla akademickiego establishmentu
Odmienne orientacje seksualne chronione dla zapewnienia różnorodności przez działy bezpieczeństwa na uczelniach, które są negatywnie ustosunkowane do odmiennie zorientowanych moralnie czy intelektualnie, naruszających równość akademików
Plagi akademickie, które spadły na uczelnie wtłaczają je w bagienne podłoże
Rankingi uczelni pokazują, że filary naszych uczelni są źle posadowione. Równanie do uczelni Namibii, Etiopii, Kolumbii to nie jest powód od dumy., lecz do zadumy
Sitwy akademickie trzymają się mocno i żaden kryzys ich nie osłabia. Sami się rekrutują, oceniają, nagradzają, awansują i innym nic do tego. Mają na nich jeno płacić i podziwiać.
Trąd akademicki nieleczony nie tylko degraduje pałac nauki, ale wydostał się z pałacu i niszczy tkankę społeczną. Nad szczepionkami na trąd akademicki nikt nie pracuje.
Uwiąd akademicki -stopniowy zanik wspólnoty akademickiej i obniżenie się sprawności działania środowiska akademickiego, wskutek przewlekłych, nieleczonych chorób toczących tak populację pozornie nauczających, jak i pozornie nauczanych
Wulgaryzmy – kiedyś mowa meneli, dziś standardy braci studenckiej i profesorskiej powracających do relacji mistrz – uczeń, tym razem na menelskiej platformie.
You Tube platforma dla filmów, dzięki czemu można się przekonać o braku zainteresowania debatami wsobnymi akademików, ale i o aktywności na rzecz poznania prawdziwego oblicza domeny akademickiej kasowanych z tej domeny
Zima pora roku w dobie globalnego ocieplenia budząca obawy i zatrwożenie właścicieli koniecznych do ogrzania nieruchomości akademickich
Były sobie cztery osoby, które nazywały się: Każdy, Ktoś, Ktokolwiek i Nikt.
Trzeba było wykonać pewną pracę i Każdy został o to poproszony. Każdy był pewien że Ktoś to zrobi.
Ktokolwiek mógł to zrobić, ale Nikt tego nie zrobił. Ktoś zezłościł się z tego powodu, ponieważ było to powinnością Każdego.
Każdy myślał, że Ktokolwiek mógł to zrobić, ale żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że Nikt tego nie zrobi. Skończyło się tym, że Każdy obwiniał Kogoś za to, że Nikt nie zrobił tego, co mógł zrobić Ktokolwiek.
Miałem pisać o finansowaniu partii politycznych, bo akurat media nierządne rozpętały klangor, jak to obywatele, których Naczelnik Państwa, albo któryś z jego pretorianów, wystrugał na menedżerów w spółkach Skarbu Państwa, opłacają haracz na rzecz Prawa i Sprawiedliwości.
Gwoli prawdy jest to legalne, więc ani prawo, ani sprawiedliwość z tego powodu żadnego uszczerbku nie doznają, ale w takim razie – skąd ten klangor? Przyczyna jest prosta; niezależne media nierządne twierdzą, że w ten sposób złamana została zasada “równości” wyborów. Gdyby tak było, to by oznaczało, że prawo jednak zostało złamane, bo zasada równości wyborów mieści się wśród pięciu przymiotników, jakimi powinny charakteryzować się demokratyczne wybory. A więc powinny być one powszechne, co oznacza, że w zasadzie wszyscy obywatele korzystają z czynnego i biernego prawa wyborczego. Powinny być bezpośrednie, co oznacza, że uczestniczący w głosowaniu obywatel oddaje swój głos osobiście. Dalej – powinny być tajne, to znaczy, że nikt nie ma prawa domagać się od obywatela wyjaśnień, na kogo głosował. Powinny być też proporcjonalne, to znaczy, że podział mandatów poselskich w okręgach powinien następować w proporcji do liczby głosów oddanych na poszczególne listy wyborcze i wreszcie powinny być równe, co nie tylko oznacza, że każdemu wyborcy przysługuje jeden głos, ale również – że siła każdego głosu jest taka sama.
Wynika z tego, że opowieści nierządnych mediów, jakoby z tej przyczyny, iż jeden komitet wyborczy jest bogatszy od drugiego, miałaby być złamana zasada równości, są wyssane z palca. Nawiasem mówiąc w takiej na przykład Monarchii Austro-Węgierskiej, zasada równości nie była przestrzegana. Panował tam bowiem tzw. system “kurialny”, co oznaczało, iż wyborcy byli podzieleni na pięć grup, zwanych “kuriami”. Najpierw tych grup było cztery, a w końcu dodano piątą – “kurię” powszechnego głosowania – do której zaliczali się poddani nie mieszczący się w żadnej z czterech kurii poprzednich.
A te poprzednie, to: I kuria – wielka własność ziemska. Liczyła ona ponad 5 tys. wyborców, którzy wybierali 85 posłów. Kuria II, to izby przemysłowo-handlowe. Ponad 500 wyborców wybierało 21 posłów. Kuria III, to miasta. Prawie pół miliona wyborców wybierało 118 posłów. Kuria IV, to gminy wiejskie. Ponad półtora miliona wyborców wybierało 129 posłów. Kuria piąta, dodana po roku 1897, do której wchodziła cała reszta, wybierała 72 posłów.
Jak z tego wynika, siła głosów przedstawicieli poszczególnych “kurii” nie była jednakowa. Jak zauważył kiedyś w Parlamencie Wiedeńskim Ignacy Daszyński, zwracając się do jakiegoś posła z kurii pierwszej, bodaj czy nie Wojciecha Dzieduszyckiego, “pana wybrało obiadowe towarzystwo jakichś szlachciców, podczas gdy na mnie głosowało 75 tysięcy obywateli”. Mimo to jednak monarchia Austro-Węgierska, już nie na tle czasów stalinowskich, ale nawet współczesnych, jawi się nam jako kraina wolności dzisiaj już nie spotykanej, o czym każdy może się przekonać, czytając “Przygody dobrego wojaka Szwejka” jako dokument obyczajowy.
No dobrze – ale dlaczego media nierządne podniosły w tej sprawie taki klangor?
Pewne światło na tę sprawę rzuca okoliczność, że najbardziej oburzony tą sytuacją jest pan marszałek Zgorzelski z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Wcale mu się nie dziwię, bo PSL przez te siedem lat, jakie minęło od wyborów w 2015 roku zdążyło się już wypościć, a tu pojawia się niebezpieczeństwo, że post w postaci odsunięcia od koryta w spółkach Skarbu Państwa może przedłużyć się o dodatkowe cztery lata. W takiej sytuacji rzeczywiście można nabrać wątpliwości, czy służba Polsce ma jeszcze jakiś sens. Co innego podczas kadencji Sejmu w latach 1993-1997 i kilku następnych. W latach 1993-1997 rządy sprawowała koalicja SLD-PSL, która – całkiem zresztą słusznie – oskarżana była przez ówczesną opozycję, że “zawłaszczyła państwo”. Polegało to na obsadzeniu wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym przez członków zaplecza politycznego SLD i PSL, które w dodatku zadbały o to, by obsadzie tych synekur nie mogła zagrozić nawet zmiana rządu.
Toteż kiedy w roku 1997 wybory wygrała Akcja Wyborcza “Solidarność” i wraz z Unią Wolności utworzyła rząd, okazało się, że wszystkie synekury są już zajęte i nie ma gdzie ulokować zaplecza politycznego tych koalicyjnych partii. Dlatego też charyzmatyczny premier Buzek przeforsował cztery wiekopomne reformy, których skutkiem było skokowe zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, obsadzonych przez zaplecze politycznej AW”S” i UW, z prawnymi gwarancjami, że nawet zmiana rządu nie może nikogo “ruszyć z posad”.
Pociągnęło to za sobą skokowe zwiększenie kosztów funkcjonowania państwa o 100 mld złotych, no bo przecież beneficjenci tych synekur byle czego nie zjedli. Więc kiedy w roku 2001 rządy ponownie objęła koalicja SLD-PSL, okazało się, że nie można ruszyć z posad m.in. nikogo w Kasach Chorych. W tej sytuacji premier Miller zlikwidował Kasy Chorych, a na ich miejsce utworzył Narodowy Fundusz Zdrowia, obsadzony już, jak się należy, przez właściwe osoby. Przypominam o tym wszystkim m.in. po to, by podkreślić, że PSL może z PiS-em spierać się nie o jakieś zasady, a tylko – o różnicę łajdactwa.
Więc, jak zaznaczyłem na początku, miałem o tym wszystkim pisać, ale nabrałem wątpliwości, czy warto, bo przecież nawet jeśli obywatele będą wiedzieli, jak jest naprawdę, to niczego to nie zmieni. Zauważył to już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.
Postanowiłem tedy napisać o tabu, bez którego nie może istnieć żadna cywilizacja. Tabu jest to jakiś zakaz kulturowy, którego złamanie wywołuje gwałtowną reakcję całej społeczności, która odbiera to jako zamach na to, co dla niej najświętsze. Ale nasze czasy charakteryzują się powszechnym dążeniem do łamania wszelkich tabu, zgodnie z rzuconym w 1968 roku hasłem “zabrania się zabraniać”. Manifestuje się to zwłaszcza w sferze seksualnej, gdzie sama myśl o wprowadzeniu jakiegokolwiek ładu traktowana jest jako orwellowska myślozbrodnia. Ulega tej tendencji nawet Kościół, w którym coraz częściej słychać głosy duchownych domagających się akceptacji dewiacji seksualnych, jako szlachetnej normy. Najwyraźniej nie mają oni większych zmartwień, co w niektórych konserwatywnych kołach katolickich rodzi tęsknotę za prześladowaniami, które może przywóciłyby właściwe proporcje.
Ale żadna cywilizacja bez tabu istnieć nie może, toteż i w naszym kręgu cywilizacyjnym pojawiły się intensywne starania, by we charakterze tabu potraktować dzieci. Wprawdzie zalecane jest, by wszyscy rżnęli się ze wszystkimi – jednak z wyjątkiem dzieci. One bowiem – jak twierdzi nie tylko pan Betlejewski, ale nawet renegat z zakonu jezuitów i z Kościoła, pan prof. Obirek – nie są w stanie rozróżnić między dobrem i złem, toteż nie powinno się nawet ich spowiadać, ponieważ naraża to je na niewypowiedziane katiusze. Ja chętnie wierzę, że pan Betlejewski, podobnie jak pan prof. Obirek, nawet i teraz nie są w stanie rozróżnić między dobrem, a złem, ale może byłoby lepiej, gdyby z takich osobistych ułomności nie robić społecznej normy. Tak czy owak, udział w pośpiesznym budowaniu i umacnianiu nowego tabu musi być dobrym interesem, skoro wokół tego tak się zaczął uwijać pan red. Tomasz Terlikowski.
Pan Białecki siedział zamyślony, zastanawiając się, co dalej, co mu teraz czynić wypada. Najprościej by było wywalić z domu resztę rupieci, co się da spalić, to spalić, czego się nie da spalić, to zakopać gdzieś w kącie ogrodu jak najodleglejszym od ulicy, księgę i pulpit, na którym spoczywała, też spalić, nie bacząc na ich dużą wartość materialną, stół-ołtarz porozbijać i pozbyć się gruzu z niego, laboratorium zlikwidować, piec, naczynia, ingrediencje magiczne zapakować na wóz i cichaczem wywieźć i utopić w Sekwanie. Potem zaś dom sprzedać, pieniądze rozdać biedakom i wrócić do żony i dzieci. Tak by było po bożemu.
– Ciekawe, kto tu przychodzi, wszystko dokoła zapuszczone, a izba alchemiczna w jak najlepszym porządku. I ten ołtarz i ona dziwna księga… – odezwał się Jean-Baptiste.
– Istotnie ciekawe – zgodził się pan Jerzy.
– A może by się zaczaić i przypilnować, a gdy się pojawi, ująć intruza i wypytać o wszystko?
– Powiem ci chłopcze, że wołałbym się tego domu jak najrychlej pozbyć i czym prędzej stąd wyjechać.
– To szkoda…
– Czego niby?
– Ano tego, iż nie ma w wielmożnym panu żadnej ciekawości.
– Mylisz się, bratku. Czego jak czego, ale ciekawości mi nie brakuje. Myślisz, że mnie księgi i wiedza nie interesują? Interesują, a owszem. Ale ujrzawszy to wszystko i zestawiwszy z tym, co się przytrafiło mojemu darczyńcy, po którym ów nieszczęsny dom dziedziczę, strach mnie jakiś ogarnął, dusza mi się lodem ścięła, a serce zmartwiało.
– Dziwy jakieś opowiadacie, panie. Dokończcie, proszę, bo mnie wielka ciekawość wzięła.
– Niechże będzie… – i pan Białecki opowiedział studentowi o dziwnej personie, która zabrała gdzieś starego Illuminatusa…
* * *
– Laudetur! – dało się słyszeć jakiś męski głos, dolatujący od bramy.
Białecki i student odwrócili się, spojrzeli w tamtą stronę. Trzymając się oburącz za pordzewiałe pręty kutej bramy, stał przy niej jakiś duchowny w podniszczonej rewerendzie, co nawet z daleka było widać.
– In saecula! – odpowiedział pan Jerzy. – Czego sobie wielebny życzy? – zapytał przybyłego po łacinie.
– Mijam ten dom od lat i nigdy tu żywej duszy nie widziałem. A teraz? Porządki, krzątanina. Wybacz, panie, żem może nazbyt ciekawy, bo to przecie nie moja sprawa, ale czy masz zamiar tu zamieszkać? – odpowiedział po francusku.
– A uchowaj Boże! – nieomal zakrzyknął Białecki.
– Po cóż zatem go pan sprzątasz?
– Bo jak najrychlej chciałbym się tego domu pozbyć i wracać do żony, do dzieci.
– Wszak możesz go sprzedać i nieposprzątany.
– Nie, nie mogę. Testator postawił warunek, że nim się go pozbędę mam go opróżnić. Co niniejszym – jak widzisz – czynię.
– A wiele ci tego sprzątania zostało?
– Prawdę powiedziawszy to, już prace dobiegają końca.
– Jeśli mnie wesprzesz drobną jałmużną, to chętnie pomogę.
Zdziwił się pan Białecki, słysząc takie słowa, ale po zastanowieniu się, przystał na ową propozycję. Pomyślał sobie bowiem, że jeśli w tym domu jakieś zło siedzi, to może go sama obecność osoby duchownej z niego przepędzi. Z drugiej strony nie spotkał jeszcze duchownego, który by się do jakiejkolwiek fizycznej roboty rwał, bo… jak to oni mawiali? Mieli poświęcone, olejami świętymi pomazane ręce, to im się tak pracować nie godzi, co najwyżej głową. Naszła go wtedy druga myśl, czy biskupom godzi się wykonywać już nie fizyczną, ale chociaż umysłową pracę, ci bowiem mieli olejami pomazane nie tylko ręce, ale i głowy. Żachnął się ze złością sam na siebie, bo co go to w końcu obchodziło.
– Niechże będzie, wchodźcie ojcze. Ale jakże wy będziecie zajmować się nieszlachetną pracą, wszak macie dłonie poświęcone, olejami świętymi pomazane. Nie godzi się wam – Jur nie mógł się jednak powstrzymać od drobnej złośliwości.
– Macie rację, niemniej ciekawość mnie zżera, co też jest w tym domu.
– A teraz to już prawie nic. Trzeba było zajść tu wczoraj.
– Tak czy inaczej pozwolicie zerknąć?
– To już nie chcecie pomagać?
– Cóż, samiście, panie kawalerze, powiedzieli, iż ręce mam poświęcone i nie godzi mi się kalać ich nieszlachetną pracą.
Pan Jerzy, słysząc to, parsknął śmiechem:
– Sam się, niebacznie, w pułapkę wpędziłem. Widzę ojcze, że niezły z was spryciarz i bazyliszek. Wchodźcie.
Księżulek jakby tylko na to czekał, czym prędzej otworzył jedno ze skrzydeł bramy i wślizgnął się na podworzec.
– Idź i czym prędzej zamknij wchód do tajnego loszku – Białecki szepnął na ucho Lefevre’owi.
– A co z marmurowym stołem?
– At! A nic. Pusty, czysty, nic niemówiący. To akurat może zobaczyć.
Student skinął głową i czym prędzej się oddalił. Duchowny zaś śledził jego kroki spod lekko przymrużonych powiek.
– Cóż tak, ojcze, wpatrujecie się w owego młodzieńca.
– Bo widzę, że się gdzieś bardzo śpieszy. Ciekawe, dokąd.
– A to wam akurat mogę w wielkim sekrecie zdradzić.
Ksiądz z nieskrywaną ciekawością schylił głowę i nadstawił ucha:
– Za potrzebą, wielebny, za potrzebą, co by w portki nie narżnąć – powiedział głośnym szeptem Białecki.
Ksiądz, widząc, że z niego zadrwiono, żachnął się i ze złości aż zamachał rękami.
– Teraz jesteśmy kwita, leniu – roześmiał się pan Jerzy. – Chcesz, wielebny, oglądać dom, to proszę.
Ruszyli w stronę wejścia wąską ścieżką wydeptaną śród chwastów.
Ksiądz buszował po budynku, lustrując wszystko dokładnie, aż się to wydało Białeckiemu podejrzane. Wyglądało bowiem na to, że nie jest to tutaj jego pierwsza wizyta. Chociaż… kto wie? Aura owego miejsca, ta jego tajemniczość, mogły sprawić, iż pan Jerzy już na wszystko zerkał podejrzliwie.
– A do piwnic też zajrzeć mogę? – zapytał księżulo.
– Jak tam wola – Białecki wzruszył ramionami i podążył w ślad za duchownym. Ciekaw był bowiem, jak zareaguje na ów przepiękny stół marmurowy.
Kiedy weszli do piwnicznej izby, w której się znajdował, ksiądz na widok stołu najwyraźniej był zaskoczony. Chyba że był znakomitym aktorem, ale nie było podstaw, żeby tak sądzić.
– Jakiż wspaniały mebel. Widać rękę mistrza…
– Właśnie jest to już ostatnia rzecz z tego domu, której chcę się pozbyć.
– I na nic innego, równie… dziw… pięknego jak ów stół ukryty w podziemiu nie natrafiliście, panie?
– A na co niby miałbym natrafić.
– Tak tylko pytam.
– Nie, na nic więcej. A co? Ów stół się wam tak podoba?
– I owszem, znakomicie by się prezentował na jakimś eksponowanym miejscu, na plebanii, w kościele, klasztorze…
Białecki, zanim się spostrzegł, że palnął głupstwo, rzekł:
– Skoro się wam tak podoba, to go wam daję.
– Naprawdę?
– Skorom tak powiedział…
– A ile byście, panie kawalerze, winszowali sobie za dom i posesję, na której on stoi?
Szlachcic zerknął na pocerowaną sutannę i z uśmiechem zapytał:
– To stać cię, ojcze, na taki zakup?
– Mnie niekoniecznie, ale mamy pewnego dobrodzieja. Przy pieniądzach, któryby wyłożył stosowną kwotę.
– A cóż takiego byście tu chcieli urządzić?
– Klasztor. Dom zakonny. Może z czasem by wybudowało się na podworcu kaplicę?…
– Zatem zbożny cel.
– O! Tak! Panie.
– Ojczulku rozmawiamy już zacny kęs czasu, a ja wciąż nie wiem, jak się nazywacie.
– Wybaczcie panie, jam człek roztargniony… jestem abbé1 Pierre David, kapelan Panien Urszulanek w Louviers.
– To po cóż wam, mój ojcze, dom w Paryżu? – wtrącił się do rozmowy Jean-Baptiste. – Wszak Louviers leży w Normandii.
– Najwyraźniej nie uważałeś na to, com wcześniej mówił. Chciałbym tu urządzić jakiś niewielki klasztor.
– Ach, tak, istotnie, tak żeście, abbé mówili.
– Panie – ksiądz zwrócił się do Białeckiego – tak się szczęśliwie składa, że rychło ma przybyć do Paryża mój dobrodziej, tak że nie byłoby potrzeby czekać nie wiadomo, jak długo na sfinalizowanie transakcji.
– A któż to taki?
– Zacna persona i bajecznie bogata! Czasem sobie myślę, że może bogatsza niż mityczny Krezus, czy też sam król Midas, który w złoto przemieniał wszystko, czego się tknął. To grand hiszpański, książę don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.
– Dziwaczne nazwisko – stwierdził pan Białecki.
– Istotnie, dziwaczne, nawet jak na Hiszpana – potwierdził student.
– Ale jego pieniądze dziwaczne nie są, panowie – skwitował te uwagi abbé Pierre David. Ślicznie brzęczą, jak się sakiewką potrząśnie.
* * *
Don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio cały ubrany na czarno, według najnowszej kastylijskiej mody, z jednym tylko barwnym akcentem bogatego stroju, karmazynowym piórem egzotycznego, świętego dla pogan ptaka kwezala u kapelusza, wskazującym na to, iż niedawno musiał odwiedzić Nową Hiszpanię, Nowy Świat odkryty za oceanem, wpatrywał się zimnym wzrokiem w twarz pana Białeckiego.
– Ile? – pytał. – Proszę powiedzieć ile. Dla mnie suma nie gra roli.
– Co byście, miłościwy panie, powiedzieli na 1666 pistoli.
– Ile? – Atanas nie potrafił ukryć zdumienia. – I czemu właśnie taka kwota?
– Przeliczcie panie, to około 20 funtów wagi czystego złota.
– Za tę ruderę? Na przedmieściu?
– Za niewielki pieniądz można dom wyremontować, a przemieście? Toż to zaleta, cisza, spokój, powietrze czyste – pan Białecki wwiercał się oczami w martwą, przypominającą maskę, twarz Atanasa. Pomyślał sobie: „No bratku, zobaczymy, jak bardzo ci na tej posesji zależy”.
Atanas wstał.
– Panie kawalerze, taka kwota nie stanowi dla mnie najmniejszego nawet problemu, w każdej chwili mógłbym ją wyłożyć, ale obawiam się o pańską głowę, o stan pańskiego umysłu…
– A jaką kwotę byś, wasza miłość, raczył mi zaoferować?
– Bez tej jedynki na początku.
– Słowem 666 pistoli?
– Tak jest, 666 pistoli.
– A czemu właśnie tyle?
– A czemu by nie tyle?
Pan Białecki wspomniał na Apokalipsę św. Jana, który te liczbę, 666, wymienia jako w eschatologicznym kontekście… w kontekście Złego… Najwyraźniej to nie jest przypadek… Wzięła go ciekawość, co też z całej owej sytuacji może wyniknąć, a ponieważ kwota ofiarowana i tak wielokroć przekraczała wartość tej rudery, kiwnął głową na zgodę i powiedział:
– Niechże będzie.
Diuk Atanas jakby czekał na te słowa. Przywołał księdza i coś mu poszeptał do ucha. Ten skinął głową i wyszedł. Po dobrej chwili wrócił, dźwigając okutą żelazem dębową szkatułę.
Atanas gestem polecił ją otworzyć, ksiądz pokręcił kluczykiem w dobrze naoliwionym zamku, a gdy odskoczyło wieko, pokazał się zacny stosik złotych monet. A wszystkie były nowe, ułożone w rulonach, z których każdy był zawinięty w gruby, mocny papier.
– Proszę przeliczyć – diuk zwrócił się do pana Jerzego.
– Ufam wam, miłościwy książę.
– Ech! Wy Polacy… ja sam sobie nie ufam…
– A skądże wiecie, panie, iżem Polak?
Ale diuk mu na to pytanie nie odpowiedział, za to rzekł:
– Skoro tak, to zabieraj, panie kawalerze, szkatułę i… żegnam ciebie, twego sługę i gościa.
– Jakże to? Już, natychmiast?
– Oto kwota, o którą żeśmy się umówili. Cóż cię więc jeszcze tu trzyma?
– Nie dokończyliśmy sprzątania.
– A to już chyba nie twój problem?
– No… niby nie mój… ale jednak… nie do końca…
– A czemuż to?
– Był warunek testatora, że jeśli nie uprzątnę wszystkiego, zanim dom sprzedam, to testament będzie należało uznać za niebyły… a przecie w piwnicy stół został…
– A na ile ten stół cenisz? – spytał Atanas. – Mogę go oddzielnie kupić.
– No nie wiem… a jeśli jeszcze jest coś, co przegapiłem? Nie tylko ten stół?
– Ale przecie ten stół już wcześniej mnieś, panie, ofiarował i to za darmo! – obruszył się ksiądz.
Książę Atanas odwrócił się do duchownego.
– A cóż to szkodzi, że zań zapłacę i ja ci go dam w prezencie?
– Hm… mnie wszystko jedno, kto mnie nim obdaruje.
Teraz zaprotestował znów pan Białecki:
– Skorom dał, tom dał.
– Dajże wasze spokój – Atanas skrzywił się pogardliwie. – Tyle wystarczy? Za ów stół i jakbyś coś tam jeszcze przegapił? – odpiął pękatą, dobrze wypchaną srebrem i miedzią sakiewkę mieszczącą w sobie równowartość trzynastu złotych luidorów, którą miał przytroczoną do pasa i podał ją panu Białeckiemu. Potem zaś, nie odzywając się ni słowem, w milczeniu, bo i Jerzemu język z wrażenia stanął kołkiem w gębie, delikatnie popychał go ramieniem w kierunku drzwi.
* * *
– No to się panu udało, panie kawalerze. Niesamowite! Tylko gdzie ja, nieborak, się teraz podzieję? – użalił się nad sobą student.
– A tego, to już nie wiem – odparł zagadnięty, po czym sięgnął do sakiewki i podał młodzieńcowi garść srebrnych monet. – Obłowiłem się niespodzianie, tyś mi rzetelnie pomagał, to miej coś z tego.
Młodzieniec skwapliwie przyjął pieniądze, uchwycił dłoń Białeckiego i ze czcią ją ucałował.
– Skoro z wszystkim żeśmy się tak chwacko uwinęli, to może – nim odjadę na powrót w rodzinne strony – to chociaż ów osławiony Paryż zobaczę? Może zechcesz Jean-Baptiste służyć mi za przewodnika?
Utopię rozpoznaje się jak wiadomo po tym, że twórcy utopii nigdy nie widzą siebie w roli członka idealnego ich zdaniem społeczeństwa. Rządzący zawsze przypisują sobie szczególne prawa natomiast rządzeni lubią wierzyć, że jest wprost przeciwnie. Do takich egalitarnych mitów należą opowieści, że w czasie II Wojny światowej królowa brytyjska kąpała się w wannie napełnionej tylko do połowy wodą, Lenin w Pałacu Zimowym jadał tylko картошкy, a mały Bolek Bierut przez tydzień nosił sąsiadce wodę żeby za zarobione pieniądze kupić jajeczko dla chorej na gruźlicę siostrzyczki.
Termin „utopia” powstał dzięki napisaniu przez Tomasza Morusa w 1516 roku książki przedstawiającej idealny jego zdaniem system społeczny.
Według Morusa źródłem wszelkiego zła jest bogactwo. Własność prywatna i pieniądz nie powinny istnieć (skąd my to znamy?) Każdy mieszkaniec Utopii musi zajmować się rolnictwem pracując przez 6 godzin dziennie. Wszyscy powinni mieć takie same ubranie. Obowiązuje tolerancja religijna lecz ateizm jest zabroniony, a fanatyzm religijny grozi deportacją. Wprawdzie władza w Utopii jest wybierana, lecz trudno ją nazwać demokratyczną. Na szczycie hierarchii władzy wybieranej (etapami, pośrednio) stoi książę. Nie wiem czy Morus widział siebie właśnie w tej roli, lecz doświadczenia z realizowaniem podobnych utopii, które okazały się w praktyce zbrodniczymi totalitaryzmami uczą, że prawa utopii nigdy nie obowiązują wszystkich.
Pol Pot nie pracował na roli choć zmuszał do tego intelektualistów, a wprawdzie Mao nosił drelichowy mundurek lecz używał życia przy powszechnej nędzy, w której wegetowali jego poddani.
Innym utopijnym projektem wspólnoty równych i wolnych ludzi zarządzającej własnym miastem był falanster stworzony w pierwszej połowie XIX wieku przez socjalistę Charlesa Fouriera.
Idea Fouriera znalazła swoje odbicie w projekcie „ Familister” w Guise we Francji, którego autorem i realizatorem był Jean-Baptiste André Godin. Familister założony w 1859 roku działał aż do wybuchu II Wojny Światowej. Był to budynek przeznaczony dla pracowników fabryki Godina. W budynku były sale jadalne, żłobki, przedszkola, szkoły, pralnie, łaźnie, biblioteki i teatr. Każda rodzina w odróżnieniu od falansteru miała tutaj własne mieszkanie.
Jednak Godin realizował swoje fantasmagorie za własne pieniądze, a do mieszkania w familisterze nikogo nie zmuszał. Przymus ekonomiczny należy odróżniać od zwykłej przemocy za pomocą której były wcielane w życie choćby idee Marksa. Były wcielane kolbą karabinu jak to raczył określić filozof Kroński. [muszę dodać cytat „My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji” (T. Kroński do Cz. Miłosza, 7 grudnia 1948, md]
Bo jak uczy historia każda utopia może być realizowana tylko pod przymusem i każda jej realizacja staje się totalitaryzmem. Przede wszystkim dlatego, że utopia nie zaspakaja prawdziwych potrzeb ludzkich, lecz realizuje cele wydumane przez jej twórcę i to według zasad, którym ten twórca sam nie chciałby podlegać.
Trudno uwierzyć, że po doświadczeniach zbrodniczych dwudziestowiecznych totalitaryzmów ktokolwiek chciałby powtarzać podobne próby. A jednak dobrze widać jak kiełkuje nowy totalitaryzm.
29 września 2021 r. Komisja Europejska w ramach programu „Horyzont Europa” uruchomiła pięć projektów, które z założenia mają poprawić jakość życia mieszkańców miast. Jeden z nich dotyczy stworzenia do końca obecnej dekady neutralnych dla klimatu „inteligentnych miast”. W kwietniu 2022 r. wybrano do eksperymentalnego programu 100 miast z całej Europy i kilka spoza niej. Z Polski wybrane zostały: Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław. Pomiędzy włodarzami miast a mieszkańcami zostaną zawarte „kontrakty klimatyczne”.
Do 2023 r. wybrane aglomeracje mają położyć podwaliny pod realizację planów pełnej dekarbonizacji, na co przeznaczono 1,9 mld euro z unijnych środków. Jednym z głównych założeń projektu jest urzeczywistnienie idei „miasta 15-minutowego”, którego mieszkańcy mają zaspakajać wszystkie potrzeby życiowe w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca zamieszkania. „15-minutowe miasta” są tworzone poprzez usuwanie miejsc parkingowych, mnożenie barier dla kierowców i zmuszanie ich poprzez wysokie opłaty do rezygnacji z posiadania samochodów. Należy nakłonić obywateli do chodzenia pieszo, jazdy na rowerze albo hulajnogami, ewentualnie wynajmowanymi samochodami elektrycznymi.
Dzielnice mają być maksymalnie zróżnicowane – etnicznie, pod względem dochodów, czy też orientacji seksualnej, a ludzie stłoczeni na małej powierzchni, aby wchodzili w interakcje i się integrowali. Nakłanianie do integracji będzie się odbywać przez wysiedlanie ze śródmieść ludzi mniej zamożnych, lub zmuszanie ich do wspólnego zamieszkiwania z obcymi osobami (co-living).
Ludzie mają wzajemnie się obserwować i oddziaływać na swoje zachowanie. Pomogą w tym systemy monitoringu „inteligentnych miast”. To przygotowanie do wdrożenia systemu „kredytu społecznego”, jaki wdrożono już w Chinach, gdzie pożądane przez władze zachowanie jest nagradzane, a niepożądane karane.
„Miasta 15-minutowe”nawiązują do idei „jednostek sąsiedzkich” opracowanej przez amerykańskiego planistę Clarence’a Perry’ego. W Paryżu burmistrz Anne Hidalgo poprzez program La Ville Du Quart d’Heure chce sprawić, by stolica Francji do 2030 r stała się zero-emisyjna. W Sztokholmie w 2020 r. też rozpoczęto realizację podobnego pilotażowego projektu.
Nie ma się co pocieszać, że brednie wypisywane przez europejskich propagatorów zielonego ładu (który dla ludzi stanie się zielonym piekłem) nigdy nie zostaną zrealizowane i że opis „miast 15 minutowych” to właściwie dystopia, a nie utopia, czyli literacka fantazja mająca na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa na grożące mu niebezpieczeństwa. Na przykład płacenie zegarkiem czy telefonem jest pierwszym krokiem do odebrania obywatelom możliwość dysponowania własnymi dochodami. Od tego już tylko jeden krok do karania ich jak w Chinach zablokowaniem konta. Przymusową integrację we wspólnym mieszkaniu przećwiczyli najstarsi z nas za czasów realnego socjalizmu.
Czy naprawdę chcemy przeżywać to wszystko jeszcze raz?
Siedem godzin – tyle średnio może trwać gaszenie pożaru samochodu elektrycznego. Wykorzystać do tego trzeba nawet 10 tys. litrów wody. O trudnych interwencjach opowiada strażak Marcin Bajur.
================
Samochody elektryczne można coraz częściej spotykać na polskich drogach. Głównie dlatego, że są promowane przez polityków i eko-aktywistów w imię „walki z globalnym ociepleniem”. W normalnych, rynkowych warunkach pewnie niewiele osób skusiłoby się na drogiego i nieefektywnego elektryka, więc rządy „dają” sowite dopłaty.
Według danych z końca listopada 2022 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 62 135 osobowych i użytkowych samochodów z napędem elektrycznym. Przez pierwszych jedenaście miesięcy 2022 r. ich liczba zwiększyła się o 23 869 sztuk, tj. o 39 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2021 r – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) i Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA).
Pożary elektryków
Wraz z popularnością elektryków coraz częściej pojawiają się doniesienia o pożarach tych aut. Strażacy podkreślają, że elektryczne auta gasi się zdecydowanie trudniej niż te z napędem spalinowym.
Na przykład we wtorek strażacy walczyli z pożarem auta elektrycznego na ulicy Wojska Polskiego w Piotrkowie Trybunalskim przez około pięć godzin.
„Pożar pojazdu elektrycznego spowodowany uszkodzeniem baterii jest o tyle specyficzny i trudny do ugaszenia, że proces spalania zachodzi wewnątrz akumulatorów, które są szczelnie zamknięte i trudno dostępne, przez co dotarcie do źródła ognia jest bardziej skomplikowane, niż w przypadku samochodów konwencjonalnych” – powiedział PAP st. kpt. Marcin Bajur, oficer prasowy Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej.
Dodatkowo – jak zaznaczył – w trakcie pożaru baterii zachodzą specyficzne reakcje chemiczne, powodujące gwałtowny wzrost ich temperatur, przez co proces spalania sam się napędza.
„Dlatego wychodzimy naprzeciw tego typu zagrożeniom. Od kilku lat w strukturach Państwowej Straży Pożarnej obowiązują zasady postępowania podczas zdarzeń z samochodami osobowymi o napędzie elektrycznym” – zauważył.
Wciąganie płonącego elektryka do kontenera
Strażacy są wyposażani w nowy sprzęt – to m.in. specjalne kontenery, do których wprowadza się płonące auto. „Stosowaną taktyką działania gaśniczego jest chłodzenie, poprzez podanie wody, czasem znacznych ilości nawet ponad 10 m3. Takie działania mogą trwać średnio 7 godzin. Proces gaszenia samochodu elektrycznego polega na wciągnięciu go do kontenera, a następnie zalaniu go wodą. Dzięki temu obniża się temperaturę płonących elementów” – powiedział st. kpt. Bajur.
Rzecznik zaznaczył, że strażacy PSP uczestniczą również w szkoleniach organizowanych przez producentów samochodów elektrycznych, podczas których wskazywane są im rozwiązania zastosowane w konkretnych modelach pojazdów.
Opracowane zostały również aplikacje ratownicze, informujące np. o tym, gdzie znajdują się baterie w danym modelu pojazdu i w jaki sposób prowadzić bezpieczne działania ratownicze.
Pierwsi producenci samochodów elektrycznych, odpowiadając na zagrożenia związane z pożarami, opracowali rozwiązania umożliwiające wprowadzenie wody bezpośrednio do pokryw akumulatorów.
Parkowanie samochodów elektrycznych w garażach podziemnych
Informacje o trudnych do ugaszenia pożarach aut elektrycznych wywołały w sieci dyskusję na temat bezpieczeństwa. Pojawiły się propozycje, aby zakazać parkowania takich pojazdów np. garażach podziemnych.
O wprowadzenie takiego rozwiązania, był pytany w listopadzie podczas internetowej sesji Q&A Komendant Głównym Państwowej Straży Pożarnej, gen. brygadier Andrzej Bartkowiak.
„Będziemy to analizować, ale takich zmian nie wprowadzimy sami” – przzyznał komendant. „To nas nurtuje, zastanawiamy się nad tym, ale producenci samochodów elektrycznych też pracują, aby ich auta były jeszcze bardziej bezpieczne” – dodał.
Podkreślił, że strażacy są przygotowani do prowadzenia akcji gaśniczych, nawet jeśli do pożaru dojdzie w trudnodostępnym miejscu i nie ma znaczenia czy płonie samochód elektryczny, czy spalinowy. „Każde auto, które się zapali również w garażu podziemnym, możemy wyprowadzić i dokończyć akcję gaśniczą w innym miejscu” – zaznaczył.
Jak wygląda gaszenie samochodu elektrycznego pokazali niedawno strażacy z Sacramento, którzy musieli zmagać się z pożarem na złomowisku. Auto stało tam od trzech tygodni i nagle, z niewyjaśnionych przyczyn, się zapaliło.
Jednym z nielicznych posłów, odważnie stających w obronie zagrożonej w Polsce wolności słowa, jest Grzegorz Braun.
Lider Konfederacji Korony Polskiej złożył 13 października br. interpelację poselską w sprawie blokowania dostępu do serwisu www.myslpolska.info . W interpelacji poseł, dążąc do wyjaśnienia podstaw prawnych działania polskiego rządu, zadał szereg szczegółowych pytań Ministrowi koordynatorowi służb specjalnych.
Odpowiedzi na interpelację udzielił Stanisław Żaryn, Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Ten partyjno-rządowy urzędnik całkowicie zignorował treść pytań posła. To kolejny popis arogancji obecnej władzy, najwyraźniej przeświadczonej o własnej bezkarności.
Poniżej zamieszczamy pełen tekst interpelacji posła Brauna oraz odpowiedzi Stanisława Żaryna.
Interpelacja posła Grzegorza Brauna:
Szanowny Panie Ministrze,
w marcu bieżącego roku na zlecenie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego dla polskich internautów został zablokowany dostęp do strony www.myslpolska.info, stanowiącej serwis internetowy tygodnika „Myśl Polska”.
Według doniesień prasowych blokada dostępu nastąpiła na podstawie art. 180 ust. 1 ustawy Prawo telekomunikacyjne, a strona www.myslpolska.info znalazła się w gronie portali zablokowanych ze względu na szerzenie rosyjskiej dezinformacji.
Należy przy tym odnotować, że „Myśl Polska” jest obecnie najstarszym polskim tygodnikiem ukazującym się w sposób ciągły. Pierwszy numer „Myśli Polskiej” ukazał się 20 marca 1941 r. w Londynie. Pismo powstało jako organ emigracyjnego Stronnictwa Narodowego. W okresie stalinowskim w Polsce „Myśl Polska” znajdowała się w wykazie pism zakazanych przez cenzurę. Do przełomu październikowego w 1956 roku za posiadanie i czytanie pisma groziły ostre represje. W późniejszym okresie, począwszy od lat 70. XX wieku, „Myśl Polska” była półlegalna i dostępna w czytelni bibliotek miejskich. W 1993 roku redakcja pisma została przeniesiona do Polski, przy udziale m.in. Jana Tomasza Zamoyskiego.
Od pierwszego numeru do dzisiaj „Myśl Polska” prezentuje ciągłą linię programową, będąc tygodnikiem społeczno-politycznym o orientacji narodowo-demokratycznej. Jest zatem istotną częścią zasłużonego dla polskiej państwowości obozu narodowo-demokratycznego.
W związku z powyższym proszę o odpowiedzi na następujące pytania:
Który podmiot (Policja, Biuro Nadzoru Wewnętrznego, Straż Graniczna, Służba Ochrony Państwa, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, Żandarmeria Wojskowa, Centralne Biuro Antykorupcyjne czy Krajowa Administracja Skarbowa) wnioskował o zablokowanie dostępu do strony internetowej www.myslpolska.info ?
Jakie konkretne fakty, publikacje lub wypowiedzi uzasadniały zablokowanie dostępu do strony internetowej www.myslpolska.info ?
Kiedy te fakty, publikacje lub wypowiedzi miały miejsce, kto był ich autorem i jaki był związek autora z redakcją strony internetowej www.myslpolska.info lub tygodnika „Myśl Polska”?
Na jakiej podstawie rząd uznał, że te fakty, publikacje lub wypowiedzi mogą zagrażać obronności, bezpieczeństwu państwa oraz bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu (przesłanki z art. 180 ust. 1 ustawy Prawo telekomunikacyjne)?
Z wyrazami szacunku
Grzegorz Braun
=============================
Odpowiedź Stanisława Żaryna, Sekretarza Stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów:
Szanowna Pani Marszałek,
Odpowiadając na interpelację numer K9INT36517, Pana Posła Grzegorza Brauna, w sprawie blokowania dostępu do strony internetowej tygodnika „Myśl Polska”, uprzejmie informuję, że służby specjalne na bieżąco monitorują przestrzeń informacyjną Rzeczypospolitej Polskiej i dokonują jej analizy pod kątem pojawiających się zagrożeń, w tym zagrożeń hybrydowych w postaci operacji dezinformacyjnych. Zgodnie z ustawą z dnia 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne, jeśli połączenia telekomunikacyjne lub przekazy informacji mogą zagrażać obronności, bezpieczeństwu państwa lub bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu, wskazane w ustawie podmioty są uprawnione do żądania zablokowania takich przekazów przez dostawców telekomunikacyjnych lub do dokonania takiej blokady.
Z poważaniem
z upoważnienia Ministra
Stanisław Żaryn
Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
Myśl Polska, nr 1-2 (1-8.01.2023)
=========================
Przestrzegają mnie bliscy w mailach i telefonie: Uważaj, jak można tak otwarcie, szczerze pisać o przedstawicielu władzy !
Odpowiadam: Nawet prosty dobry smak wymaga, byśmy pisali prawdę.
Wyjaśniam: Głupota, bo strasznie, żałośnie dezawuuje i ośmiesza stronę rządową.
Pozatem: Gdzież taki głupawo piszący ludzik znajdzie pracę po upadku tego rządu? Niedorzecznik następnego chyba…
A bezczelność, bo człeczyna decyduje się pisać całkowicie „od rzeczy”. Może to raczej bezwstyd? W tytule nie mogę wszystkich potrzebnych określeń użyć – nie zmieściłyby się.
==============================
mail:
Dziwne, że na tej samej podstawie prawnej pan Żaryn jeszcze nie zamknął TVN, GW, i wszystkich innych obcych antypolskich stacji i szmatławców.
Skala określanego jako Katargate dochodzenia korupcyjnego, w którym podejrzanymi są m.in. członkowie Parlamentu Europejskiego, ma taki wymiar, jak w przypadku śledztw dotyczących zorganizowanych grup przestępczych – powiedział dziennikowi „Financial Times” minister sprawiedliwości Belgii Vincent Van Quickenborne. Polityk porównywał działania operacyjne ws. afery korupcyjnej w Brukseli do śledztw służb wywiadowczych, w trakcie których złamano oprogramowanie szyfrujące na telefony – Sky ECC.
Afera określana już przez media mianem Katargate ma związek z „kupowaniem” wpływów przez Katar, przekazywaniem wysokich sum pieniędzy i drogich prezentów obecnym i byłym europosłom, a także pracownikom Parlamentu Europejskiego.
Śledztwo, które rozpoczęło się w marcu 2021 roku, doprowadziło dotychczas do aresztowania czterech podejrzanych, którym postawiono zarzuty korupcji, prania pieniędzy i udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.
Afera w Parlamencie Europejskim
Policja skonfiskowała 1,5 mln euro w gotówce po przeszukaniu mieszkań podejrzanych. W sprawę zamieszani są parlamentarzyści, organizacje pozarządowe oraz zagraniczne mocarstwa [sic!! tak tych łapowników określają !! MD] – Katar i Maroko.
Postawiona w stan oskarżenia i aresztowana decyzją belgijskiego sądu została wiceszefowa PE Eva Kaili. Parlament Europejski odwołał Kaili ze stanowiska wiceprzewodniczącej tej instytucji. Wcześniej Grecja zamroziła majątek europosłanki i jej najbliższej rodziny.
W skandal korupcyjny zamieszany jest też były włoski eurodeputowany Pier Antonio Panzeri, który przebywa w areszcie. Przez włoską policję aresztowani zostali też żona Panzeriego Maria Colleoni oraz jego córka Silvia Panzeri, a także Francesco Giorgi, partner byłej wiceszefowej PE i były asystent Panzeriego. Giorgi, informowały media, przyznał się już do udziału w skandalu korupcyjnym.
Ogromna skala dochodzenia
O szczegółach tego śledztwa mówił w wywiadzie dla „Financial Times” minister sprawiedliwości Belgii Vincent Van Quickenborne. Polityk podkreślał, że skala dochodzenia jest ogromna; czynności w tej sprawie porównywał do śledztw przeciwko zorganizowanym grupom przestępczym.
Quickenborne wskazywał, że śledztwo dotyczy „ingerencji podmiotów państwowych w serce naszej europejskiej demokracji” o skali, jakiej Belgia jeszcze nie widziała. Dodał, że fakty w sprawie, która wstrząsnęła brukselskim establishmentem, wciąż wymagają udowodnienia.
– Znamy przypadki działań podmiotów państwowych, które próbują ingerować w nasz system demokratyczny. A także przestępczości zorganizowanej. Ale przekupywanie członków parlamentu, zwłaszcza europejskiego, jest sytuacją dość niespotykaną dla naszych cywilnych służb wywiadowczych – mówił.
Quickenborne ujawnił, że belgijskie służby wywiadowcze współpracowały przy tym śledztwie z kilkoma innymi europejskimi agencjami wywiadowczymi. Działania te porównał do wspólnego śledztwa prowadzonego przez służby Belgii, Francji i Holandii w celu złamania oprogramowania szyfrującego SKY ECC.
Jest ono używane przez baronów narkotykowych i innych przestępców do komunikowania się bez możliwości przechwycenia ich wiadomości.
– Mogę powiedzieć, czym SKY ECC był dla walki z przestępczością zorganizowaną … podobnie może być w przypadku walki z zagraniczną ingerencją poprzez łapówki – dodał.
„FT” przypomina, że złamanie szyfrowania SKY ECC doprowadziło do ponad 1000 aresztowań w samej Belgii i jest jednym z powodów, dla których Van Quickenborne jest obecnie pod ochroną policji. Na początku tego roku minister sprawiedliwości otrzymał groźby śmierci, a próba jego porwania została udaremniona przez policję.