CHINY ZŁAMAŁY BLOKADĘ USA: Tankowcem, nie rakietą — świat już nie będzie taki sam
Stany Zjednoczone ogłosiły blokadę Cieśniny Ormuz. Miała zmusić Iran do ugięcia. Zamiast tego, Chiny wysłały tankowiec. Dwadzieścia sześć statków przełamało amerykańską blokadę. Iran pobiera opłaty w chińskim jenie, nie w dolarach. A marynarka wojenna najpotężniejszego państwa świata nie była w stanie ich powstrzymać.
Większość komentatorów zadaje złe pytanie. Pytają: czy Chiny zainterweniują militarnie? To jest pytanie z poprzedniej epoki. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej. W którym momencie amerykańska blokada staje się bezpośrednim atakiem na chińską suwerenność gospodarczą? I czy Waszyngton w ogóle rozumiał, jaką grę zaczął?
W tym materiale analizujemy, jak strukturalna pułapka zamknęła się na Stanach Zjednoczonych. Dlaczego Chiny nie musiały oddać ani jednego strzału, żeby złamać blokadę. Jakie są trzy scenariusze chińskiej odpowiedzi i który z nich jest najbardziej prawdopodobny. Jak analogia do Aten i wyprawy sycylijskiej tłumaczy to, co widzimy dziś w Ormuz. Dlaczego płatności w jenie, nie w dolarach, są poważniejsze niż jakikolwiek ruch militarny.
I co to wszystko oznacza dla Polski, kraju bałtyckiego na wschodniej flance NATO, którego bezpieczeństwo, ceny paliw i pozycja w sojuszu są bezpośrednio uzależnione od odpowiedzi na jedno pytanie: czy Ameryka wciąż kontroluje globalne szlaki morskie?
Pokazujemy też, dlaczego Rosja zarabia na tym kryzysie od czterdziestu pięciu do stu pięćdziesięciu jeden miliardów dolarów dodatkowych przychodów z ropy, które idą bezpośrednio na wojnę w Ukrainie, i dlaczego Polska, jako kraj rozumiejący tę stawkę jak nikt inny w Europie, powinna patrzeć na Cieśninę Ormuz jak na element bezpośrednio wpływający na jej własne bezpieczeństwo.
Blokada nie pękła dlatego, że Chiny wystrzeliły rakietę. Blokada pękła dlatego, że Chiny wysłały tankowiec.
Pierwszy w Chinach demonstracyjny projekt magazynowania wodoru w kawernach solnych o pojemności miliona metrów sześciennych jest już gotowy w Pingdingshan, w prowincji Henan w środkowych Chinach.
Projekt jest postrzegany jako kluczowy krok w rozwiązaniu problemu magazynowania wodoru na dużą skalę i przy niskich kosztach, a także wyznacza nowy etap w rozwoju chińskiego łańcucha wodorowego – integrując produkcję, magazynowanie, transport i wykorzystanie w spójny ekosystem przemysłowy.
Kawerna ma na celu magazynowanie 1,5 miliona metrów sześciennych wodoru.
Aborcjonistka Leah Torres przyznała, że nie słyszy krzyku zabijanych dzieci, bo przecina im struny głosowe. Potem pokrętnie tłumaczyła, że chodziło jej o przecinanie pępowiny, jednak w pierwszej wypowiedzi wyraźnie mówiła o strunach i krtani.
Jej wypowiedź pokazuje skalę sadyzmu, jakiego dopuszczają się sprawcy aborcji. A przy okazji poziom znieczulicy, jaką osiągają – bo przecież nikt normalny nie pochwaliłby się takim okrucieństwem publicznie.
O brutalnych praktykach dr Torres piszemy w jednym z ostatnich artykułów na portalu „Ratuj Życie”.
Przesyłamy wybór tekstów, a w nich także o eutanazji Hiszpanki Noelii Castillo Ramos, konflikcie wokół in vitro w sądzie w Radomiu, edukacji pseudo-zdrowotnej oraz związkach homoseksualnych, których polska konstytucja nie przewiduje, ale lewicowi aktywiści koniecznie chcą wprowadzić do naszej praktyki.
Zapraszamy do lektury.
===================================
Aborcjonistka: dzieci nie płaczą, bo przecinam im struny głosowe!
Tweet z 2018 roku opublikowany przez Leah Torres, amerykańską aborcjonistkę, wywołał burzę w mediach społecznościowych. Tak dużą, że nawet Planned Parenthood, największy dostawca aborcji w Stanach Zjednoczonych, zdecydował się rozwiązać z nią kontrakt. Wszystko z powodu kilku słów prawdy zamieszczonych przez aborterkę w Internecie. Na pytanie, czy w snach nie słyszy krzyków pozabijanych przez siebie dzieci, kobieta odparowała ze złością, że nie, bo przecież nie mogą one krzyczeć. Na wszelki wypadek podcina im bowiem struny głosowe.Czytaj dalej >
Matka bez praw, dziecko w zamrażarce. Sąd w Radomiu zakazuje urodzenia dziecka pozostałego z in vitro
Sąd Okręgowy w Radomiu orzekł, że kobieta, która po rozwodzie chciała urodzić dziecko poczęte wcześniej metodą in vitro i przebywające w zamrażarce, nie może zrobić transferu i donosić ciąży do porodu. A to ze względu na sprzeciw byłego męża – ojca tego dziecka. Maluch pozostanie więc zamrożony w ciekłym azocie. Sąd podjął taką decyzję powołując się na… „dobro dziecka”. Ponoć po urodzeniu miałoby nie mieć odpowiednich warunków z powodu rozpadu małżeństwa rodziców. Jednocześnie sąd nie okazał litości wobec dziecka, które przebywa od lat w ciekłym azocie.Czytaj dalej >
Aktywistka aborcyjna w szoku po własnej aborcji. Opublikowała zdjęcie zabitego dziecka
Jedna z użytkowniczek forum proaborcyjnego zamieściła w sieci fotografię przedstawiającą jej własne abortowane dziecko. Internautka spodziewała się, że jej ciało opuści zaledwie „tkanka pozbawiona ludzkich cech”, jak napisano na jednym z lewicowych portali. Tymczasem zobaczyła maleńkie, ale już doskonale uformowane ludzkie ciało z oczami, kończynami i wykształconymi paluszkami. Rozmówczynie zgodziły się z kobietą, że informacje na temat wyglądu płodu na wczesnym etapie ciąży krążące w środowiskach proaborcyjnych bywają bardzo mylące.Czytaj dalej >
Hiszpania: eutanazja 25-latki. Noelia Castillo Ramos nie żyje
W szpitalu koło Barcelony przeprowadzono eutanazję na 25-letniej Noelii Castillo Ramos. Lekarze zabili ją zastrzykiem, który doprowadził do zatrzymania oddychania. Młoda kobieta została kilka lat temu brutalnie, grupowo zgwałcona, prawdopodobnie przez imigrantów z krajów muzułmańskich. Po tym zdarzeniu zmagała się z ciężką depresją i podjęła próbę samobójczą, która spowodowała u niej częściowy paraliż. Następnie rozpoczęły się starania o jej eutanazję.Czytaj dalej >
Przemyśl: martwe dziecko w śmietniku. Tak jak uczą aborcjonistki
W okolicach Przemyśla odnaleziono ciało chłopca urodzonego w siódmym lub ósmym miesiącu ciąży. Maluszek został owinięty warstwą ręczników papierowych i wrzucony do kosza na odpadki. Wstępne wyniki sekcji zwłok nie przesądzają, czy doszło do przedwczesnego porodu z przyczyn naturalnych, czy też do aborcji lub zabicia dziecka tuż po urodzeniu. Jedno wiadomo na pewno: ciało chłopczyka zostało wrzucone do kosza na śmieci, tak jak radzi Aborcyjny Dream Team i inne organizacje proaborcyjne. Jak widać, ich zbrodnicza nauka nie idzie w las… Ile dzieci musi jeszcze zginąć, by aborcjonistki poniosły wreszcie odpowiedzialność?Czytaj dalej >
Gizela Jagielska odbiera nagrodę „Wysokich Obcasów”. I sprzęt do mordowania ludzi
Wypromowana przez „Gazetę Wyborczą” aborterka Gizela Jagielska została Superbohaterką Wysokich Obcasów za rok 2025. Dostała też 10 000 zł nagrody. Dodatkowo podczas samej gali Aborcyjny Dream Team wręczył jej pompy do aborcji próżniowej – czyli maszyny do mordowania ludzi, i to wyjątkowo sadystyczną metodą.Czytaj dalej >
Szpital w Łodzi ukarany za odmowę zabicia małego Felka
Szpital kliniczny w Łodzi otrzymał karę za niewykonanie aborcji na małym Felku. Chodzi o dziecko, które ostatecznie zostało zabite chlorkiem potasu w Oleśnicy. Medycy zatrudnieni w łódzkiej placówce proponowali pani Anicie cesarskie cięcie i otoczenie malucha opieką. Ta odmówiła jednak wszelkiej pomocy i udała się do aborterki Gizeli Jagielskiej, która wykonała śmiertelny zastrzyk dziecku w 36. tygodniu życia płodowego.Czytaj dalej >
————————————-
Geje drwią z dziecka, które płacze za mamą. „Jest tata i tata”
Świat obiegło nagranie, w którym dwaj amerykańscy homoseksualiści wyśmiewają płaczącego za mamą chłopca, którego adoptowali. Wideo to, choć nagrane przez pozbawionych empatii pseudo-rodziców w zupełnie innym celu, stało się doskonałą ilustracją krzywdy, jaką ponoszą dzieci adoptowane przez homoseksualistów. Zabrane od biologicznej matki i pozbawione jej bliskości, a oddane w ręce dwóch obcych mężczyzn, żyjących w dodatku w patologicznym związku!Czytaj dalej >
Zbigniew Izdebski: kim jest i dlaczego promuje demoralizację dzieci?
Zespołowi ds. edukacji zdrowotnej, tworzącemu program przedmiotu wprowadzonego od roku szkolnego 2025/2026 do polskich placówek edukacyjnych, przewodniczył Zbigniew Izdebski. Warto wiedzieć, że ten seksuolog i pedagog, traktowany przez lewicowe media jako autorytet, jest postacią o szemranych powiązaniach. Głoszone przez niego hasła wzbudzają sprzeciw rodziców zatroskanych o normalny, zdrowy rozwój swoich dzieci. Podobnie jak treści, które mają być według niego serwowane najmłodszym w szkole. To właśnie z powodu tych treści zdecydowana większość Polaków zdecydowała się złożyć w szkołach rezygnację z edukacji zdrowotnej.Czytaj dalej >
Bardzo prosimy o złożenie podpisu pod petycją o wycofanie ze szkół edukacji zdrowotnej – w całości. Ostatnie deklaracje Ministerstwa Edukacji Narodowej są takie, że przedmiot ten ma stać się obowiązkowy dla wszystkich uczniów od klasy 4 szkoły podstawowej aż do szkoły średniej włącznie. Jedynie komponent zawierający instruktaż seksualny miałby być dla chętnych. Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Dzieci i tak będą mieć kontakt z niewłaściwymi treściami. Ponadto wiele innych komponentów tego przedmiotu opiera się na niezdrowej ideologii, przed którą należy dziecko chronić, a nie z nią oswajać.
Podpisujmy petycję w poniższym linku:
NIE dla edukacji „zdrowotnej” w szkołach!
Edukacja (pseudo)zdrowotna przymusowo dla wszystkich uczniów – to nowy pomysł Ministerstwa Edukacji. MEN twierdzi, że komponent związany z instruktażem seksualnym miałby być tylko dla chętnych, jednak po cichu przyznaje, że gdy zmusi dzieci do EZ, będzie wprowadzać treści seksualne stopniowo.Czytaj dalej >
Czy podoba się Panu to, co robimy? Jeśli tak, to zapraszamy do korzystania z tekstów na portalu www.RatujZycie.pl i do śledzenia na bieżąco zamieszczanych tam treści.
Prosimy także o wsparcie modlitewne i finansowe. Prowadzenie serwisu z wiadomościami, które inni chcą przemilczeć, to znaczne koszty. Pańska pomoc pozwala nam docierać do ludzi z prawdą i aktywnie stawiać czoła złu.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Znowu mamy przemijające wrzutki. Nie tak dawno przetoczyła się sprawa SAFE i ucichła. Rzecz jasna sprawa jest odłożona na zaś, w okolice wyborów parlamentarnych, kiedy to obecnie rządzący, jak w słynnym roku 2023, tuż przed wyborami hipokrytycznie przypomną sobie, że ci straszni PiS-owcy mogli wziąć kasą dla Polaków, a nie wzięli i choć nie rządzą, to poprzez swojego prezydenta zablokowali środki ważne dla obronności Polski.
To numer powtarzalny jak widać, to samo było z funduszem KPO w roku 2023 i jakoś te analogie nie wybrzmiały teraz, choć modus jest taki sam, idący z większym nawet natężeniem. Myślę, że rozważanie nad samymi analogiami nie miałoby sensu, świadomość tego, że chwyty są takie same nic nam nie daje. Ale kiedy bardziej się zastanowić nad istotą obu programów – KPO i SAFE – to wyjdą nam ciekawe rzeczy.
KPO, czyli Kto Pamięta Oczywistości?
Zacznijmy od KPO, bo wielu już zapomniało o co chodzi. W 2020 roku wybucha medialna pandemia kowidowa, świat staje w obliczu mnożonej codziennie grozy. Ważne są pierwsze momenty – nagle, pomijając bzdurność „objawów”, kraje zostają pozostawione same sobie. To ważne, bo w takich momentach wchodzą nieformalne zalecenia WHO, z których się ta organizacja obecnie skwapliwie wycofuje na pozycje, że wtedy tylko doradzała. Państwa, niby samodzielne w swych decyzjach, postępują bliźniaczo podobnie, tak jakby nie miały u siebie własnych służb i procedur sanitarnych.
Wszystko zaczyna się od początku. Nagle okazuje się, że takie ciała jak np. Unia Europejska są do niczego nie potrzebne, bo nie są w stanie zorganizować ani skoordynować jakiejś merytorycznej odpowiedzi w skali kontynentu. Ja pamiętam jak się w pandemii unioniści pierwszy raz zjechali – nie wiem czy była w ogóle jakaś agenda tego spotkania, eurokraci oraz europosłowie snuli się po sali obrad i jedyne na co było ich stać to były… oklaski dla dzielnych medyków all over Europe. Nic więcej. Zaczęto więc spekulować po co nam takie twory jak Unia, co to jak przychodzi co do czego to stają się bezradnym ciałem kosztującym nas i bez tego podatki i regulacje.
Ja tam już wtedy podejrzewałem, że ta pandemia to dęta sprawa jest, z dużą satysfakcją widziałem więc tę zbiorową konstatację kosztownej bezradności i myślałem, że to się tak skończy – że państwa wreszcie zaczną dbać o siebie, bez tego unijnego pośrednictwa, bałem się tylko, że scenariusze napisze im WHO. Nie doceniłem jednak przeciwnika: kiedy myśmy tu walczyli, z mniemaną, ale pandemią, cichutko ruszyły tryby unijne. Gdy odbywało się kontynentalne polowanie na maseczki i respiratory, ludzie się izolowali, firmy lockdownowały, zaś służba zdrowia popadała w jednoimienny stupor, w Unii nie próżnowano. Już przygotowywano dokumenty pod przyszłe regulacje, które skończyły się wspomnianym KPO, po to, by ustalić długofalowy kierunek już w lipcu roku 2020, kowidowego.
Czy tam się zajmowano kwestiami odporności, procedur, wsparcia finansowego poszczególnych państw? Nie. Tam Unia od razu, idąc śladem tropizmu finansowego, umościła się w węzłowych momentach redystrybucji środków publicznych. Chodziło najpierw o stworzenie funduszu na odbudowę po klęsce pandemicznej, głównie zresztą prokurowanej na własne życzenie – gospodarka poległa pod ciosami administracyjnych i kontrproduktywnych lockdownów, zaś zdrowie publiczne popadło w długotrwały – też na własne administracyjne życzenie – dług zdrowotny. Unia tutaj nie dawała żadnych dyrektyw, jeszcze wtedy sama się jakoś mitygowała, że jednak nie jest ci ona od procedur zdrowia publicznego. Ale od leczenia ich efektów – jak najbardziej. I tu się umościła – w emulacji sprzątania popandemicznej fałszywej histerii za publiczne pieniądze Europejczyków. Drugą kwestią była monetyzacja monopolu na zakup szczepionek.
Strach jako medialna osłona
Pod osłoną paniki kowidowej zrobiono numer, do którego Unia przygotowywała się od dawna. Niestety pomysł ten podpowiadał jej od samego początku nasz, wtedy wicepremier od gospodarki, ale już niedługo premier – Mateusz Morawiecki. Ten namawiał Unię do tego, by tzw. dochody własne (głównie składki) rozszerzyć o podatki, które Unia miałaby nakładać na państwa członkowskie, a z których wpływy miały zasilać różne unijne projekty. To podatki, do tego Unia dodała w czasie kowidowym drugi element: nie dość, że członkowie płacili do Unii nowe wymyślone specjalnie dla niej daniny, to Komisja Europejska dostała od państw członkowskich prawo do zaciągania pożyczek na rynkach, jakby pod zastaw tychże państw, także na realizację zaproponowanych przez Komisje – projektów.
Ten ruch uzasadniano wyjątkowością czasów popandemicznych i głębokością dna, z którego trzeba się było podnieść. Taka była narracja dla publiki – tej, która przecież codziennie widziała ofiary nie wirusa, ale reakcji nań w wykonaniu poszczególnych władz. Pompowano, zwłaszcza pod koniec pandemii, którą skończył… Putin, wersję, że może przesadziliśmy z reakcją w poszczególnych państwach, ale niech pierwszy rzuci strzykawką ten, który by tak nie zrobił. Szkody były więc jednocześnie konstatowane jako konieczne i nieuniknione oraz do pokrycia z kasy publicznej, bez niegodziwego poszukiwania winnych. To była wersja dla publiki.
W kręgu wewnętrznym globalnych decydentów odczytano pandemię jako dziejową szansę na przyspieszenie planów nowego ładu świata. Przypomnę – jesteśmy wtedy w fazie globalizmu pan-atlantyckiego, pandemiczna histeria obala Trumpa, wchodzi agenda czerwonego wokizmu, klimatyzmu, genderyzmu i podaje przez Atlantyk rękę podobnym trendom unijnym. Klamra przyspieszenia przemiany świata domyka się w otulinie pandemicznej histerii, która jak to z jednym z jeźdźców Apokalipsy, czyli jeźdźcem „Zaraza”, stawia ludzkość w medialnym kontekście czasów ostatecznych, a więc zwalnia z jakiejkolwiek odpowiedzialności przed zglajszachtowanym strachem suwerenem. Wtedy można robić wszystko. I Unia robi dwie rzeczy.
Unia jako państwo
Atrybut opodatkowania poddanych oraz zaciągania kredytów pod zastaw ich pokoleń to atrybuty państwa. A Unia chce być państwem, od lat męczy się z członkami co do tej idei, teraz ma okazję dokonać skoku na kasę, która zjednoczy zwaśnionych partnerów, tak jak małżonków spaja wspólnie wzięty kredyt na mieszkanie. Nie chcę tu ciągnąć wątku, że czyni Unia te ruchy federacyjne wyraźnie w intencji Niemiec, które chcą sobie zafundować za cenę cudzych finansów, i zaraz się okaże, że i bezpieczeństwa, IV Rzeszę, nazwaną Unią Europejską. Ten aspekt jest tu taktycznie pomijalny – mi chodzi o skupienie się na powtarzalnych mechanizmach, które zobaczymy w przypadku funduszu SAFE, kiedy wzmagana panika przesiądzie się z apokaliptycznego jeźdźca „Zaraza” na jeźdźca „Wojna”.
Co ciekawe Unia się wcale się nie kryje z otwartością swoich rzeczywistych intencji. W Polsce rzeczony program nazwano KPO (Krajowy Plan Odbudowy) i odzwierciedlał on bardziej naszą naiwność lub intencję oszukania narodu. Wychodziło z tego, że to fundusz porządny – mieliśmy pandemię, narobiło się szkód jak po wojnie, trzeba się odbudować. A więc Program Odbudowy. Figę, prawdę powiedziała Unia, nazywając program NextGenerationEU. Miał to być fundusz użyty do przemiany Europy, żadnych tam lizań ran po kowidzie – z niego miał się narodzić nowy wspaniały świat. Pandemia to był – rzeczony zresztą w wykonaniu Szwaba – Wielki Reset, skasowanie zapyziałego oprogramowania świata, by wgrać nowy, progresywny soft.
Na intencje wskazuje struktura tego funduszu – jego wydatki nie poszły na odtworzenie świata małych i średnich przedsiębiorstw, które głównie ucierpiały za kowida. Nic z tych rzeczy. Co ma bowiem z takim celem następująca struktura funduszu:
badania naukowe i innowacje z wykorzystaniem programu „Horyzont Europa”
sprawiedliwa transformacja klimatyczna i cyfrowa z wykorzystaniem Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji i programu „Cyfrowa Europa”
gotowość, odbudowę i odporność na kryzysy, finansowane za pomocą Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, rescEU i nowego Programu UE dla zdrowia
modernizację realizowanych od dawna polityk, takich jak polityka spójności i wspólna polityka rolna, aby zmaksymalizować ich wkład w realizację priorytetów Unii
przeciwdziałanie zmianie klimatu – na ten cel będzie się przeznaczać 30% europejskiego budżetu, więcej niż kiedykolwiek dotąd
ochronę różnorodności biologicznej i równouprawnienie płci
Tak, widzicie Państwo – oto są efekty programu odbudowy po kowidzie. Kompletne rzeczy od czapy. Nawet dwa punkty w miarę sensowne – zwiększanie odporności poszły do piachu, co widać po rozpłynięciu się polityki odporności w projektach militarnych, zaś drugi obszar wart uznania – modernizację polityk spójności – właśnie zredukowano budżetowo.
Jak widać tu raczej chodzi o nowy świat: równy, w tym płciowo, klimatycznie „sprawiedliwie zrównoważony”, zdigitalizowany, a więc łatwiejszy do skontrolowania. Żadne tam polskie „odbudowy”. Komisja Europejska jednocześnie rości sobie prawo NA CO opodatkowani i obciążeni kredytami mogą wydawać te pieniądze. Nie są to już tylko ramy programu NextGenerationEU, ale konkretne decyzje akceptacyjne lub nie dla konkretnych projektów, gorzej, że państw, tu – traktowanych wedle politycznych kryteriów zgodności z progresywną agendą Brukseli.
KPO a la polacca
Warto się przyjrzeć jak to, oprócz zmyłki z nazwą, poszło w Polsce z tym KPO. Mamy więc czasy pandemiczne, Polska działa tu w strefie wysokiej stanów wzmożenia, sanitaryzm na poziomie średnim, wzbogacany lokalnymi hucpami. Naród dość oporny, około 50% niezaszczepionych, z tendencją po drugiej szczepionce do zera, a więc czynnik polityczny mitygujący sanitarnych harcowników. Jednak straty wynikające z pandemicznych decyzji władz zdecydowanie wysokie. Mamy strategię 2 x 200: 200 miliardów zł na tarcze, które w sumie miały chronić przedsiębiorców nie przed wirusem, ale przed decyzjami władz i 200.000 ponadnormatywnych zgonów niekowidowych. Wychodzi na to, że jest co odbudowywać.
W kraju trwa ostra walka polityczna, katalizowana dodatkowo przez pandemię. Niestety jest wyścig – kto się wykaże większym sanitaryzmem w obostrzeniach. Jedni popędzają drugich, zarzucając sobie krew na rękach. PiS jedzie tu pod dyktando eskalującej opozycji, w dodatku wchodzi włączony przez Unię, i zaakceptowany przez rząd Morawieckiego, aspekt warunkowości co do mglistej praworządności. I zaczyna się wskazywanie ludowi na leżące pieniądze w Brukseli, po które nie chce sięgnąć ubroczonymi we krwi pandemicznej rodaków – PiS. PiS się na to nabiera, nie korzysta z prawa weta wobec federacyjnych planów Komisji Europejskiej, ubranych w unijne podatki i kredyty. Była to niezła presja, że tu kowid, ludzie umierają, kasa gdzieś tam leży, wystarczy sięgnąć, wróg u bram, a tu się certolą. I pisowcy pękli.
Premier Morawiecki, co to miał nas bardziej ułożyć z Unią, przecież nie sam, ale za poduszczenia samego prezesa, zgadza się na wszystko w swej naiwności, że kwestia praworządności została mu obiecana – na gębę! – jako taka, która będzie dotyczyła tylko ewentualnych przewałów przy wydawaniu unijnej kasy. Kaczyński ma kłopot u siebie – przyjęcie KPO wymaga większości w Sejmie, ale na to nie chce mu się zgodzić Ziobro, a więc pomoc znajduje… na Lewicy. Tak, wtedy PiS musiał się podeprzeć Lewicą, by przyjąć KPO, tak bardzo nie chciała go, dziś program gloryfikująca, Platforma. Warto o tym pamiętać.
Jednak to nie koniec – opozycja donosi do Brukseli na niepraworządność PiS-u, na co chętnie przystaje Komisja Europejska. Fakt niedobrania się do pieniędzy na odbudowę po kowidzie mocno wyborczo obciąża PiS, a nie jest on delikatnie mówiąc – faworytem Brukseli. I znowu geniusze z PiS idą na ustępstwa – podpisują miażdżącą listę tzw. kamieni milowych, by dostać się do środków. Zobowiązania są straszne i daleko wychodzą poza zakres KPO, ale walka o upolitycznione pieniądze wymaga ofiar. Polska zobowiązuje się do przyspieszenia opodatkowania na rzecz Unii i wzmożenia działań obyczajowo-klimatycznych. A pieniądze… wcale nie popłynęły szerokim strumieniem. I, uwaga!, nie płyną do dziś, choć na fali tej obietnicy Tuski dostały się do władzy.
Wydanie resztek z KPO to już paranoja do kwadratu.
Obszary jak już wymieniłem, były do kowidowej czapy, ale i tych nie dowieziono. Po pierwsze – wstrzymywanie na życzenie opozycji uruchomienie tych funduszy zrodziło skutki już nie do powstrzymania. Kupa forsy przepadłaby, a nawet i te – wykorzystane były na kompletne bzdury. Końcówka przyjęła już rozmiary karykaturalne – kupowanie jachtów i wyposażanie klubów swingersów to tylko piana na fali bzdur. Dotyczyło to tylko kilku procent z KPO, ale były to fundusze bezzwrotne i wyraźnie rozprowadzone wśród swoich. Tak skończyła się wspaniała przygoda z ratowaniem świata po pandemii. W świecie, który już dawno zapomniał po co był ten fundusz: wydatkowany lata po kowidzie nie mógłby pomóc w ratowaniu zagrożonych firm. Te albo przez ten czas padły, albo sobie bez niego poradziły. A tak z kasy z opodatkowania naszych plastików, z gwarantowania pożyczek na pokolenia zrobiono finansowanie kupy niepotrzebnych inwestycji klimatycznych, zaś sama końcówka i ostatnie procenciki rozeszły się po świecie bez żadnego efektu ekonomicznego, a zwłaszcza już bez żadnej korzyści dla gospodarczych ofiar administracyjnych decyzji pandemicznych.
KPO vs. SAFE. Analogie.
Warto tu pamiętać te wszystkie szczegóły, gdyż powtarzają się one i w przypadku SAFE. To nie jest analogia, to copy-paste. Mamy to samo: najpierw idzie wzmożenie narracyjne. Mamy sztafetę, gdzie pałeczkę wzmaganej medialnie paniki przekazuje się do ręki rozpędzającego się zawodnika „wojna”. Znowu czasy stają się ostateczne, zaś wirusa z zabawnymi przyssawkami, co to go nikt nie widział, zastępuje Putin. Tak jak wirus – w sposób nieodgadniony niebezpieczny. W dodatku antykowidowych foliarzy zastępują ruskie onuce, zwolennicy Putina, którzy w swych opłacanych rubelkami działaniach mających osłabiać kolektywny Zachód, zamieniają tylko temat z pandemicznego na pacyfistyczny. Wszystko na razie pasuje. A teraz trzeba zareagować. A jak? Tak samo. Trzeba stworzyć fundusz o kilku celach jawnych i kilku skrywanych.
Jawne cele – stworzenie funduszu, który ma za zadania nadrobić militarne zapóźnienie pacyfistycznej Europy, grzeszącej do tej pory flirtem z Rosją pt. business as usual. Ma to prowadzić do działań koordynujących między państwami, zrobić procurmentową grupę zakupową, kumulującą potencjał i synergizującą rozwiązania. Cele niejawne: dla Unii – kolejny atrybut państwa, tym razem w sferze militarnej, docelowo stworzenie armii europejskiej, za słabej na Rosję, ale w sam raz wystarczającej do trzymania Europejczyków za mordę.
Znowu powtarza się mechanizm KPO – możecie pożyczać, ale na to, na co wam pozwolimy. Będziemy wydzielać kasę według własnych kryteriów, również ze sprawdzonym mechanizmem warunkowości. Przećwiczony z dobrym skutkiem na Polkach mechanizm praworządnej warunkowości nie dotyczy już tylko środków na militaria, ale jest ogólną zasadą dystrybucji wszystkich środków unijnych. I wcale nie jest ograniczony do prawidłowego wydawania środków unijnych – wprost przeciwnie: przykład Bułgarii, która rżenie Unię na środkach pomocowych pozostaje bez reakcji Brukseli, dopóki Sofia wypełnia unijną agendę polityczną.
SAFE jest także jak KPO narzędziem wzmacniającym Niemcy. Po ich przegranej wojnie w rywalizacji z Chinami, choćby w dziedzinie przemysłu maszynowego czy samochodowego, nie pozostaje Berlinowi nic innego niż pójść w militaria. Trzeba więc zadbać o przekierowanie strumienia nowych pożyczek unijnych do siebie i robi się to wybierając kryterium „europejskości” zamówień i rejestrując niemieckie spółki-słupy w innych krajach na zasadzie: follow the money. Wszystko więc się powtarza, ale powiecie, że może to się nie skończyć finansowaniem klubów swingersów czy jachtów. Można sobie jednak wyobrazić taki klub cały w moro, co uzasadnić może wydatki typu dual use, albo jachty w funkcji torpedowców, ale będzie chyba inaczej, co nie znaczy, że lepiej.
Białe nosorożce
Obawiam się bowiem, że ta kasa pójdzie po staremu. Na białe nosorożce. Jest to pojęcie ze strategii, które wskazuje na szkodliwość instalowania u siebie drogich i łatwych do utracenia rozwiązań – tu militarnych – które na niskimi poziomie spełniają swoje funkcje wojskowe, jednak przez swoje koszty angażują wielkie środki do ich obrony. Jest to taktyka kontrproduktywna w kategorii ekonomiki konfliktów wojennych. Wojna, nie tylko ta na Ukrainie, uczy czegoś innego. Czołg Abrams za ciężkie miliony na obecnej scenie wojny to nie przewaga. To problem, kiedy może go rozwalić dron za kilkanaście tysięcy dolarów. W dodatku w kwestii mobilności rażenia taki czołg jest gorszy od roju dronów, kosztuje zaś o niebo więcej. Trzeba go więc chronić. W dodatku takie białe nosorożce nie powstają po garażach, tak jak drony. Będziemy więc mieli duże i kosztowne fabryki, które – znowu – łatwo rozwalić choćby i jednym dronem. Znowu – będą białe nosorożce, tym razem w postaci przemysłowych sanktuariów. Do ciągłej obrony, z wielkimi kosztami w razie utraty.
Coś mi się widzi, że na to pójdzie nasza kasa. Na duże produkty, które nie będą miały sensu. Bezpieczeństwa od tego nie przybędzie, co najwyżej forsy w kieszeniach pośredników. A Ukraina nic nas tu nie uczy. Kraju w takim stopniu zoligarchizowanym dało się wytworzyć prywatny, i co najważniejsze, produkcyjnie rozproszony przemysł militarny. Za niewielkie pieniądze składający broń z czego się da, odporny na zakłócenia w łańcuchu dostaw. U nas to będą pewnie wielkie konsorcja, głównie giganci państwowi, z niesławną Polską Grupą Zbrojeniową, która nie chce mieć nic wspólnego z innowacyjnością sektora prywatnego, bo ten tylko wykazuje państwowy dinozaurowy bezruch.
Dwie prawdy
I znowu mamy dwie prawdy: prawdę czasu i prawdę ekranu. Na ekranie wszystko dla naszego dobra i bezpieczeństwa, w prawdzie czasu zaś kalkulacje, by z realnego bezpieczeństwa wykuć okowy dla realizacji swych ideologicznych mrzonek, na których zarobią korporacje, bez realnego wpływu na zmianę sytuacji. Z wielkiej chmury SAFE nie będą wynikać li tylko analogie do KPO. Będzie wynikał podobny efekt: może nie kluby swingersów, ale nic pomocnego dla naszej, tym razem militarnej, odporności. Znowu kasa pójdzie w niebo, wyłapywana przez spryciarzy z powietrza jak pieniądze z ETS. Znowu pojawią się zastępy polityków tłumaczących, że wszystko jest ok, tak miało być. Skoro tak, to dlaczego najlepiej przećwiczoną procedurą ewakuacji ludności jest ewakuacja via Okęcie polskich władz najwyższych? Ćwiczona praktycznie co roku…
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 3 maja 2026 michalkiewicz
Od polityki uciec niepodobna, toteż nic dziwnego, że polityczne korzyści można odnieść dosłownie ze wszystkiego, podobnie, jak pieniądze. Tak właśnie w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” poucza poeta: „Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”. Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda z zagadkowych powodów uparł się, żeby uregulować obrót kryptowalutami i w tym celu opracował, a nawet uchwalił w Knesejmie specjalną ustawę, którą jednak pan prezydent Karol Nawrocki zawetował. Vaginet jednak nie rezygnował i kiedy tylko ochłonął z porażki, skierował do pana prezydenta następną ustawę, którą pan prezydent też zawetował, ponieważ mało, a być może nawet wcale nie różniła się od tej pierwszej. W dodatku tego drugiego veta też nie udało się odrzucić.
W tej sytuacji koalicyjna partia „Polska 2050” skierowała do Sejmu kolejny projekt ustawy, z której powykreślała przepisy kwestionowane przez pana prezydenta.
W tak zwanym międzyczasie jednak wybuchła straszliwa afera, podobna do zapomnianej już dzisiaj afery „Ambergold”. Oto na estońskich papierach działała w Polsce giełda kryptowalut „Zondacrypto”, w ramach której rozmaici „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, w zamian za co dostawali obietnice, że zarobią krocie na kryptowalutach. Dokładnie tak samo było w przypadku Ambergold: „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, a w zamian za to dostawali papierki na których było napisane, że reprezentują one wartość tylu to a tylu (kilo)gramów złota. Wreszcie czar prysnął, więc „inwestorzy” runęli do siedzib „Ambergold” – ale okazało się, że są one na głucho zamknięte. W tej sytuacji niezależna prokuratura wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” – ale nie od razu, tylko dopiero wtedy, kiedy było już pewne, że pieniądze ulotniły się w nieznanym kierunku. Powołana została nawet specjalna sejmowa komisja śledcza pod przewodnictwem Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermanówny, która po odbyciu serii przesłuchań, podczas których Wielce Czcigodni posłowie zasypywali delikwentów tzw. krzyżowym ogniem pytań, ustaliła, że organy państwowe, przede wszystkim niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego oraz prokuratura, nie zachowały sie w tej sprawie na poziomie. Dlaczego nie zachowały się na poziomie – na to pytanie komisja już nie odważyła się odpowiedzieć, bo nie odważyła się go postawić. I słusznie – bo w domu wisielca nie rozprawia się o sznurze.
Oczywiście mimo podobieństw są i różnice. Na przykład giełda kryptowalut „Zondacrypto”, którą złośliwcy już przezywają „Sonder-crypto” była dość hojna i to ponad podziałami. Najwyraźniej ścisłe kierownictwo musiało kierować się przestrogą Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który pisał: ”Bo mówiła żony ciotka; tych co płacą – nic nie spotka” – toteż o korzystanie z subwencji „Sonder-crypto” podejrzewana jest zarówno wysługująca się Volksdeutsche Partei telewizyjna stacja TVN, jak i wysługująca się PiS-owi Telewizja Republika, a nawet pojedynczy, Wielce Czcigodni posłowie, wśród których najczęściej wspominany jest Wielce Czcigodny Przemysław Wipler. Beneficjentem „Sonder-crypto” miał być też Polski Komitet Olimpijski, który nawet miał specjalną umowę – ale do wypłacenia forsy zdobywcom olimpijskich medali nie doszło.
A nie doszło dlatego, że „Sonder-crypto” z dnia na dzień zakończyła działalność, a amatorzy krociowych zysków z kryptowalut zostali – jak to się mówi – z fiatem w garści. Obywatel Tusk Donald, najwyraźniej w rozdziale bonusów musiał zostać pominięty, bo strasznie się przeciwko „Sonder-crypto” nasraża i – niczym Bolesław Śmiały w balladzie Adama Mickiewicza „Lilie” – „srogie głosi kary” – ale forsy nigdzie nie ma, zaś obywatel Żurek Waldemar apeluje do „inwestorów”, żeby zgłaszali się do katowickiej prokuratury – jakby to mogło coś pomóc.
Tymczasem gruchnęła wieść, że prezes „Sonder-crypto” pan Przemysław Kral, co to jeszcze 9 kwietnia przekonywał, że sytuacja jest „pod kontrolą”, już kilka dni później odnalazł się… w Izraelu – jak można się domyślać – z forsą. Sytuacja rzeczywiście mogła być „pod kontrolą” tyle, że nie pod kontrolą ze strony „inwestorów” co podejrzliwców skłania do snucia teorii spiskowych, że cała afera – podobnie jak „Ambergold” a wcześniej – „matka wszystkich afer”, czyli afera FOZZ – została zmontowana przez stare kiejkuty, które z izraelskim Mosadem trzymają przecież sztamę.
Toteż pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, który w pierwszym odruchu chciał nawet powoływać komisję sejmową, rychło od tego zamiaru odstąpił. Czy przekonał go do tego wicemarszałek Szymon Hołownia, że sprawę winny wziąć w wypróbowane ręce „służby” i prokuratura, czy dostał telefon: wiecie, rozumiecie Czarzasty; wy się cieszcie, żeście żywi, zdrowi, więc po co wam jeszcze tu jakieś komisje potrzebne do szczęścia? Jak tam było, tak tam było – mawiał dobry wojak Szwejk. Okazuje się, że rację miał Janusz Wilhelmi, który jeszcze za pierwszej komuny przestrzegał, by nie ulegać pierwszym odruchom – bo mogą być uczciwe.
Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki, jeszcze przed rezygnacją pana prof. Cenckiewicza z funkcji szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po ostentacyjnym olaniu ciepłym moczem przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego i ABW korzystnego dlań wyroku NSA, zapowiedział ujawnienie przed opinią publiczną „Aneksu” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Natychmiast zareagował na tę wieść pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, zawsze woła do TVN, gdy tylko coś się u nas, albo i za granicą dzieje, a pan generał nie tylko mówi – jak jest – ale również – jak będzie – że jest absolutnie przeciwny takim antypaństwowym poczynaniom.
Ciekawe, że i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po kolacji Mateuszem Morawieckim, podczas której podano bigos hultajski, powiedział, że w tym całym „Aneksie” to tylko „publicystyka”, a jego „świętej pamięci brat” też był przeciwny jego ujawnianiu , podobnie jak wszyscy pozostali panowie prezydenci – z Andrzejem Dudą włącznie. Okazuje się, że są sprawy, w których zarówno pan generał Dukaczewski, jak i obywatel Tusk Donald, a także – Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński mają ponad podziałami identyczne zdanie. Toteż i Wielce Czcigodny pan marszałek Włodzimierz Czarzasty już nie ulega żadnym pierwszym odruchom, tylko naigrawa się z pana prezydenta, który zwrócił się doń z prośbą o „opinię” w sprawie publikacji „Aneksu” – że ten pomysł najwyraźniej musiał przyjść mu do głowy „podczas kąpieli”. Trudno tak od razu powiedzieć, czy to dobrze, czy to źle – ale jedno wydaje się pewne – że również w III Rzeczypospolitej – zanim zostanie ona przepoczwarzona w Generalną Gubernię – są stałe punkty we Wszechświecie, których nikomu nie wolno tknąć, ani – tym bardziej – ruszyć, bo w przeciwnym razie sam zostanie ruchnięty.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
W centrum zdjęcia zamieszczonego powyżej znajduje się Mao Zedong – «Wielki Sternik». Człowiek, który przekształcił Chiny w to, czym są one dzisiaj. Uśmiecha się. Otaczają go osoby, które wyglądają na doradców, przyjaciół, zaufanych współpracowników.
Ale przyjrzyjcie się im lepiej. Zobaczcie, kim naprawdę są ci mężczyźni.
Frank Coe – Żyd amerykański. Były sekretarz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Człowiek, który przyczynił się do stworzenia globalnego systemu finansowego w Bretton Woods. en.wikipedia.org/wiki/Bretton_Woods_system
Solomon Adler – Żyd brytyjski. Przyjął obywatelstwo amerykańskie. Były urzędnik Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych podczas II wojny światowej. https://en.wikipedia.org/wiki/Solomon_Adler
Wszyscy razem. Wszyscy uśmiechnięci. Wszyscy w komunistycznych Chinach. Wszyscy byli tam, by “pomóc” Mao.
I wszyscy, zgodnie z zeznaniami pod przysięgą, byli radzieckimi szpiegami.
Pozwólcie, że opowiem wam historię – historię sieci. Sieci, która przekracza granice, ideologie i rządy. Sieci, która nie potrzebuje żadnej flagi. Służy wyłącznie sobie samej.
I to właśnie ta sieć zbudowała świat, w którym żyjemy.
Rok 1944. Bretton Woods w stanie New Hampshire. Przedstawiciele czterdziestu czterech krajów zbierają się, by po wojnie na nowo ukształtować światowy system finansowy.
W wyniku owego spotkania powstają Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Instytucje, które po dzień dzisiejszy decydują, kto komu pożycza pieniądze. Ktomoże się rozwijać, a ktomusi pozostać biedny. Kto je, a kto umiera z głodu.
Frank Coe jest tamobecny. Nie jako gość. Jako sekretarz techniczny konferencji. Sporządza dokumenty. Pisze zasady. Kształtuje system.
Dwa lata później zostaje pierwszym sekretarzem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. 15 500 dolarów rocznie. Bez podatku. I dostęp do wszystkich poufnych informacji finansowych na świecie.
Ale Frank Coe posiada sekret.
Pracuje dla Związku Radzieckiego.
============================================
Nie tylko on. Jest jeszcze Solomon Adler. Przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Skarbu w Chinach w czasie wojny. Człowiek, który ma zadecydować, ile złota Stany Zjednoczone pożyczą chińskim nacjonalistom na walkę z komunistami.
Adler podejmuje “ciekawą” decyzję. Sprzeciwia się udzielenie pożyczki. Dwieście milionów dolarów w złocie, które mogłyby ustabilizować gospodarkę chińską gospodarkę narodową? – Nie, lepiej tego nie robić.
Skutek? – Hiperinflacja: tysiąc procent rocznie. Gospodarka narodowa upada. Chiński lud tonie w nędzy. A kiedy pojawia się Mao ze swoimi obietnicami, ludzie nie mają już nic do stracenia.
==============================
Rok 1949. Komunistom udaje się zwyciężyć. Chiny stają się czerwone.
A gdzie zamieszkał Solomon Adler po tym, jak w Stanach Zjednoczonych oskarżono go o szpiegostwo?
W Pekinie. Mieszkał tam przez dwadzieścia lat. Jako doradca komunistycznego rządu chińskiego. Tłumaczy dzieła Mao. Pracuje dla Departamentu Stosunków Zagranicznych Komunistycznej Partii Chin – departamentu, który kieruje wywiadem zagranicznym.
Nie ukrywa się. Żyje tam jawnie. Aż do śmierci w roku 1994.
No i jest jeszcze Israel Epstein. Nie, nie ten Epstein. Ale nazwisko powinno skłonić was do refleksji.
Urodzony w Polsce. Dorastał w Chinach. Dziennikarz. W 1951 roku, Elizabeth Bentley wikipedia.org/wiki/Elizabeth_Bentley, była kurierka radzieckiego NKWD, zeznaje przed amerykańskim Kongresem, że Israel Epstein jest „od wielu lat członkiem rosyjskiej tajnej policji w Chinach”.
Epstein zaprzecza. Jednak w 1957 roku przyjmuje chińskie obywatelstwo. W 1964 roku wstępuje do Komunistycznej Partii Chin. Staje się jednym z najbliższychwspółpracowników Mao. Tłumaczy jego dzieła. Kształtuje narrację, której odbiorcą będzie cały świat.
Kiedy umiera w roku 2005, organizują mu pogrzeb państwowy. Zostanie pochowany na Cmentarzu Rewolucjonistów w Babaoshan. Tam, gdzie spoczywają bohaterowie Partii.
Polski Żyd oskarżony o bycie radzieckim szpiegiem umiera jako bohater komunistycznych Chin.
Zastanówcie się nad tym wszystkim choć przez chwilę.
Frank Coe wyjeżdża do Chin w roku 1958. Po tym, jak przyczynił się do stworzenia globalnego systemu finansowego. Po tym, jak sześćdziesiąt pięć razy odmówił odpowiedzi przed Kongresem na pytanie, czy jest szpiegiem.
W Chinach zostaje doradcą ekonomicznym tzw. „Wielkiego Skoku Naprzód” – polityki Mao, która spowodowała śmierć z głodu od trzydziestu do pięćdziesięciu pięciu milionów istnień ludzkich.
A Frank Coe, człowiek, który przyczynił się do stworzenia zasad światowej finansjery, właśnie tam się znajduje. Doradza. Tłumaczy. Wspiera.
Umiera w Pekinie w 1980 roku.
Podobnie jak Solomon Adler. Podobnie jak Israel Epstein. Wszyscy w Pekinie. Wszyscy pochowani jakobohaterowie.
Wszyscy: Żyd amerykański, Żyd brytyjski, Żyd polski, którzy pracowali dla Sowietów, a skończyli służąc Chińczykom.
Dostrzegacie pewien schemat?
Nie mamy do czynienia z antagonizmem między Ameryką a Chinami. Nie chodzi o walkę kapitalizmu z komunizmem. Nie jest to konflikt między Zachodem a Wschodem.
To jest sieć, która działa tam, gdzie jest to jej potrzebne. Która infiltruje miejsca, które są ważne. Która buduje systemy, a potem kontroluje je od środka.
System z Bretton Woods nie został stworzony, by pomóc światu. Został stworzony, by go kontrolować. A ludzie, którzy go stworzyli, to ci sami, którzy potem zbudowali komunistyczne Chiny.
Nie z powodu ideologii. Dla władzy.
Bo jeśli kontrolujesz obie strony, nigdy nie przegrywasz.
Dzisiaj patrzymy na Chiny i mówimy: „To wróg”. Patrzymy na Rosję i mówimy: „To jest zagrożenie”. Patrzymy na Amerykę i mówimy: „To imperium”.
Ale kto zbudował współczesne Chiny? – Kto sfinansował ich rozwój? – Kto przekazał im technologię, kapitał i przemysł? –- Ci sami, którzy twierdzą, że z nią walczą.
Ponieważ deep state nie jest amerykański. Nie jest chiński. Nie jest rosyjski.
Deep state to globalna sieć, która posługuje się państwami jak pionkami. Która wywołuje konflikty, by następnie oferować ich rozstrzygnięcia. Która tworzy wrogów, by następnie sprzedawać wam ochronę przed nimi.
Dodam jeszcze, że ta sieć istniała już przed waszym przyjściemna świat. Istniała już na długoprzed narodzinami waszych rodziców…
W Mali próba zamachu stanu przez islamskich terrorystów została krwawo odparta. Kiedy niemieckie media donoszą o tym, ukrywają konteksty geopolityczne, które za tym stoją. Więc co się tam wydarzyło i kto za tym stoi?
Dla Francji utrata kontroli nad krajami Afryki Zachodniej, takimi jak Mali, Burkina Faso i Niger, była bardziej niż bolesna, ponieważ wraz z tym Francja straciła wpływy w regionie i w geopolityce, a także straciła dostęp do tanich zasobów mineralnych ze swoich byłych kolonii. Dlatego Francja stara się przywrócić swoje wpływy. A ponieważ kraje te zwróciły się do Rosji o pomoc, historia zyskuje kolejne znaczenie geopolityczne, ponieważ w ten sposób region stał się również polem bitwy w walce Zachodu z Rosją.
Ekspert wyjaśnił sytuację w artykule dla TASS, przetłumaczonego przeze mnie.
Początek tłumaczenia:
Zmiana reżimu w Mali mogła zostać uniemożliwiona, ale czyje interesy stoją za atakiem?
Borys Roszyn o walce o supremację w Afryce oraz roli Francji i Ukrainy.
Jednostki Rosyjskiego Korpusu Afrykańskiego zapobiegły zmianie reżimu w Mali, a tym samym licznym ofiarom cywilnym.
Nasze wojska zostały zmuszone do ataku na kluczowe miasta afrykańskiego kraju 25. Kwiecień przez bojowników „Azawad Liberation Front” i Jamaat Nusrat al-Islam wal-Muslimeen (który określa się jako część organizacji terrorystycznej Al-Kaida) w celu udzielenia pomocy. Pomimo istniejących konfliktów, grupy po raz kolejny sprzymierzyły się z obaleniem rządu i ustanowieniem państwa islamskiego w Mali na podstawie prawa szariatu. Rząd uniemożliwił Tuaregowi Azawadowi (obszar na północnym wschodzie kraju) i zaawansowaniu bojowników Al-Kaidy na odgałęzienie kalifatu.
Sytuację tę pogarsza również geopolityczna walka o strefy wpływów w Afryce. W rezultacie tradycyjna wojna między rządem a terrorystami staje się jedynie wymiarem konfliktu napędzanego interesami, które wykraczają daleko poza regionalne sojusze i kraje.
Upadek francuskiego imperium
Mali przez dziesięciolecia była częścią francuskiego imperium kolonialnego, a później neokolonialnego. Po 1960 roku, w wyniku upadku klasycznego kolonializmu (w którego zaangażowany był ZSRR), Paryż przeniósł nacisk na pośrednie formy kontroli nad swoim dawnym dobytkiem. Zgodnie z tą koncepcją większość nowo wyzwolonych krajów Afryki Francusko-Zachodniej cieszyła się formalną suwerennością, ale w rzeczywistości pozostawała całkowicie zależna od Paryża w sprawach finansowych, gospodarczych, społeczno-kulturowych i wojskowych. Lokalne elity, które w większości były szkolone w stolicy Francji, były również podporządkowane Francuzom, a ci, którzy zbuntowali się przeciwko temu porządkowi, zostali po prostu wyeliminowani, jak prezydent Burkina Thomas Sankara.
Do drugiej połowy lat sześćdziesiątych Francja zachowała ogólną kontrolę nad Afryką Zachodnią, w tym poprzez sojusze ECOWAS (Zachodnioafrykańska Wspólnota Gospodarcza) i UEMOA (Union Economique et Monetaire Ouest-Africaine). Wtedy jednak sytuacja zaczęła się zmieniać.
W niektórych krajach zamachy stanu były objęte sztandarem wyzwolenia narodowego od kolonialnego ucisku. Nowi władcy proklamowali idee niezależnego rozwoju narodowego i wzywali do wycofania wojsk z Francji i NATO z ich krajów. Mali, Burkina Faso i Niger również ogłosiły w 2023 roku założenie sojuszu państw Sahelu i w 2024 roku ich wycofanie się z ECOWAS (który zagroził interweniacją w tych krajach po zamachach stanu).
Podczas gdy Moskwa odbudowała stosunki w Afryce po upadku ZSRR, aktywnie działała na francuską strefę wpływów w regionie. W szczególności nawiązała współpracę z Republiką Środkowoafrykańską, Mali, Burkina Faso i Nigerem. Rosja wspierała procesy dekolonizacji i politykę suwerenności państw. Jednostki Afrikakorpsów stacjonowały w krajach i (podobnie jak Republika Środkowoafrykańska) przejęły szkolenie lokalnych sił wojskowych i bezpieczeństwa, a także wsparcie wojskowe na wniosek samorządów. Dawna francuska i amerykańska infrastruktura wojskowa służy do rozmieszczenia wojsk rosyjskich.
Ponadto Chiny i Turcja aktywnie wspierają te kraje militarnie (zaopatrując pojazdy opancerzone i drony).
W wyniku tych wydarzeń neokolonialne imperium Paryża w Afryce praktycznie upadło. Po stanach Sahel Francja została poproszona o wycofanie się z Senegalu. Nastroje antyfrancuskie rosły również w wielu innych krajach, na przykład wojskowemu zamachowi stanu na Wybrzeżu Kości Słoniowej można było zapobiec jedynie przez aktywną interwencję Paryża. Ważne jest, aby wspomnieć, że Francja wykorzystuje Wybrzeże Kości Słoniowej jako punkt wyjścia do działań wywrotowych przeciwko Burkina Faso.
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja dla Paryża pogarszała się systematycznie, a prezydent Emmanuel Macron skutecznie zainicjował upadek późnego francuskiego kolonializmu. Ale Paryż nie był przygotowany na poddanie się bez walki.
Terrorystyczne narzędzie zemsty
Po tym, jak Francja nie utrzymała kontroli nad swoimi dawnymi koloniami, zwróciła się do tajnej kampanii przeciwko rządom, których nie kontrolowała. W Mali Francja opiera się na wsparciu separatystów z Azawadu i islamistycznych bojowników. Od 2024 roku bojownicy ci przeprowadzają coraz więcej ataków na ludność cywilną i obiekty wojskowe w krajach, które uwolniły się od Francji. Malijski rząd wielokrotnie publicznie oskarżał Paryż o wspieranie islamistycznych terrorystów w Sahelu.
Francja finansowała wcześniej islamistyczną opozycję w Libii i grupy w Syrii. Zakład firmy Lafarge zapłacił nawet bezpośrednie podatki Państwu Islamskiemu. Fakt, że Paryż oficjalnie walczył z „terroryzmem w Mali” w ramach operacji Serval, nie powinien nikogo wprowadzać w błąd: grupy, które rzekomo walczyły z Francuzami, stały się teraz wygodnym narzędziem dla Francji, aby wywrzeć presję na samorządzie lokalnym. Do niedawna Francja dominowała na afrykańskim rynku zbrojeniowym.
W celu zwalczania państw Sahelu (i wpływów rosyjskich) wykorzystano również bojowników ukraińskich służb specjalnych GUR. Ci szkolą terrorystów w kontaktach z dronami FPV i quad-kopterami, aby zwiększyć swoją siłę przebicia. Znaki ostrzegawcze zabrzmiały już w 2024 roku, kiedy grupy bojowników zintensyfikowały swoje ataki na północy i w centrum Mali, zakłóciły dostawy ludności cywilnej i miały nadzieję na sprowokowanie masowych protestów przeciwko rządowi i uzyskanie poparcia dla przejęcia władzy.
Zachodni zwolennicy terroryzmu tak naprawdę nie ukrywają, że są obojętni na konsekwencje dla kraju i jego mieszkańców, jeśli dżihadyści dojdą do władzy i prawo szariatu zostanie wprowadzone. Nie postrzegają też secesji Azawadu z Mali jako problemu. Najważniejszym celem jest powstrzymanie kurczenia się wpływów francuskich w Afryce i osłabienie pozycji Rosji. Terroryści są niczym innym jak narzędziem, które francuska prasa próbuje już zabłysnąć twierdząc, że ci, którzy walczyli przeciwko wojskom Francji i NATO podczas operacji Barkhane i Serval, nie są tak radykalni. Dzieje się tak w przypadku, gdy uda im się przejąć władzę – to, co robią 25. Kwiecień 2026 podczas ofensywy na Bomako, Kidal, Gao i inne miasta w Mali próbowały.
Afrikakorps udaremnia plany bojowników
Podobno bojownicy, siły malijskie i rosyjski Korpus Afrykański planowały sparaliżować poprzez ataki na główne miasta kraju. Miało to naśladować „scenariusz Syrii” wraz z upadkiem syryjskiej armii i rządu Baasu Baszara al-Asada pod koniec 2024 roku.
Plan nie powiódł się jednak pierwszego dnia, w tym ze względu na opór Rosyjskiego Korpusu Afrykańskiego, który zadał przeciwnikowi ciężkie straty. W sumie ponad 2500 bojowników zostało zabitych lub rannych w trzydniowych walkach, co stanowi około 20 procent wszystkich radykałów zaangażowanych w ofensywę. Większość większych miast pozostawała pod kontrolą malijskiego rządu. Nawet w Kidalu, gdzie radykałowie koncentrowali swoje główne siły, rosyjskim wojskom udało się utrzymać swoje bazy i twierdze. Dopiero po osiągnięciu przez rząd malijski porozumienia z bojownikami nasi bojownicy wycofali się ze swoich stanowisk w uporządkowany sposób.
Pomimo szkolenia bojowników i propagandy w europejskich mediach, nie odbył się marsz zwycięstwa. Pokazano również, że miejscowa ludność (zwłaszcza w południowym Mali) nie chciała poddać się szariatowi, ponieważ dziesiątki bojowników, którzy odmówili wycofania, zostały zlinczowane przez wściekłych mieszkańców. Strategiczny plan bojowników został pokrzyżowany.
Mimo to nie wykazują żadnych oznak zatrudnienia swoich ataków i oświadczają, że nadal będą atakować Gao, a nawet Bomako. Oczywiście zachęcają ich zwolennicy, którzy mają nadzieję pokonać siły rosyjskie przede wszystkim poprzez dyskredytowanie pomocy wojskowej Moskwy dla rządów w Afryce.
Konsekwencje ofensywy bojowników
Można się spodziewać, że zarówno separatyści z Azawadu, jak i bojownicy związani z Al-Kaidą mają nadal otrzymywać broń z zagranicy, zwłaszcza za pośrednictwem francuskich kanałów, a także wsparcie ze strony ukraińskiej służby wywiadowczej dla nowych operacji. Można również spodziewać się zwiększonego wykorzystania różnych typów dronów, zwłaszcza w przypadku ataków terrorystycznych, a także wzrostu nalotów na obszarach wiejskich, które są ukierunkowane na wrażliwe bazy armii malijskiej. Radykałowie skupią się na atakach terrorystycznych w dużych miastach, w tym tych skierowanych przeciwko kierownictwu państwa. Na przykład minister obrony Mali Sadio Camara 25 kwietnia zginęła w zamachu. Co więcej, prawdopodobnie nastąpi odnowiona blokada paliwowa ważnych ośrodków ludności. Bojownicy bez wątpienia będą próbowali wykorzystać zasoby podbitych terytoriów, aby uzupełnić swoje szeregi z pomocą miejscowej ludności. Jasny rękopis jest rozpoznawalny, nie bez powodu radykałowie są szkoleni przez „specjalistów” z Ukrainy.
Po ustabilizowaniu się sytuacji malijski rząd bez wątpienia będzie musiał wzmocnić odporność armii, aby odzyskać utracone terytoria, ponieważ ciągła kontrola terrorystów nad Kidalem może doprowadzić między innymi do fragmentacji kraju i rzeczywistej secesji Azawadu sprzymierzonego z Francją. Być może wskazane byłoby zwrócenie się do Nigru i Burkina Faso: terroryzm zagraża całemu regionowi, zwłaszcza krajom, których rządy nie są lojalne wobec Zachodu. Patrząc z szerszej perspektywy, front afrykański jest częścią wspólnej walki Zachodu przeciwko Rosji. Tam nie mogą pogodzić się z tym, że Moskwa przywraca stosunki w regionie i wykuwa nowe.
Pat w wojnie z Iranem trwa. Cieśnina Ormuz pozostaje (w większości) zamknięta. Blokada irańskiej żeglugi nałożona przez USA, choć niepełna , nadal obowiązuje.
Ogólnie rzecz biorąc, w Iranie panuje przekonanie, że wojna jest daleka od zakończenia. Blokadę morską postrzega się raczej jako preludium do dalszej eskalacji lub czynnik wyzwalający nową rundę konfliktu, która może nastąpić prędzej czy później.
Pomimo wycofania jednego z trzech lotniskowców z regionu, siły amerykańskie pozostają na swoich pozycjach i są gotowe do ataku w każdej chwili.
Krótko mówiąc – obie strony są gotowe wznowić wojnę.
Prezydent USA Donald Trump ma trzy możliwości:
kontynuować blokadę Iranu, a tym samym blokadę Cieśniny Ormuz;
rozpocząć nową ofensywę bombową przeciwko Iranowi;
ogłosić zwycięstwo i wydać rozkaz wycofania swoich sił zbrojnych z Zatoki Perskiej.
Są przesłanki wskazujące na to, że Trump rozważa wszystkie trzy opcje, ale nie podjął jeszcze decyzji w żadnej z nich.
Wczoraj „Wall Street Journal” poinformował, że Stany Zjednoczone przygotowują się na dłuższą blokadę :
Prezydent Trump polecił swoim doradcom przygotować się na długotrwałą blokadę Iranu, poinformowali urzędnicy amerykańscy. Celem blokady ma być budżet reżimu, a ta ryzykowna próba zmuszenia Teheranu do kapitulacji nuklearnej, której od dawna odmawiał.
Podczas ostatnich spotkań, w tym dyskusji w poniedziałek w Sali Sytuacyjnej, Trump zdecydował się na dalsze ograniczanie irańskiej gospodarki i eksportu ropy naftowej poprzez blokowanie żeglugi do i z irańskich portów. Ocenił, że inne opcje – wznowienie bombardowań lub wycofanie się z konfliktu – wiążą się z większym ryzykiem niż utrzymanie blokady, poinformowali urzędnicy.
W USA wydaje się, że istnieje nadzieja, że Iran ugnie się pod trwającą blokadą. Ta nadzieja jest jednak płonna. W ciągu ostatnich 20 lat Iran doświadczył blokad co najmniej dwukrotnie. Podczas kampanii „maksymalnej presji” w latach 2018–2021 nie był w stanie eksportować ropy naftowej, ale wznowił produkcję, gdy tylko blokada została zniesiona.
Kontynuacja blokady Iranu przez USA jedynie przedłuży blokadę Cieśniny Ormuz, a tym samym globalny kryzys gospodarczy. Rosnące ceny benzyny w USA tylko wzmocnią to wrażenie.
Według klubu samochodowego AAA średnie ceny benzyny w USA osiągnęły nowy rekord na poziomie 4,23 dolara za galon. Jest to najwyższa cena od 2022 r. i rekord od początku wojny z Iranem.
Cena ropy Brent, benchmarku wpływającego na ceny benzyny w USA, wynosi obecnie 114,60 USD za baryłkę, czyli prawie o 25% więcej niż jej ostatnie minimum od połowy kwietnia. Rok temu średnia cena benzyny w USA wynosiła 3,16 USD za galon.
Iran nie ma interesu w tym, aby Stany Zjednoczone przyzwyczaiły się do blokady irańskiego ruchu. Rozważa przełamanie blokady siłą .
Trwające amerykańskie piractwo i przemyt w formie tzw. „blokady morskiej” wkrótce spotkają się z „praktycznymi i bezprecedensowymi środkami” – powiedział w środę wysoko postawione źródło w służbach bezpieczeństwa agencji Press TV.
Irańskie siły zbrojne – pod dowództwem kwatery głównej Chatam al-Anbija jako dowództwo wojskowe – uważają, że cierpliwość ma swoje granice i konieczna będzie odpowiedź karna, jeśli Waszyngton utrzyma nielegalną blokadę morską wokół Cieśniny Ormuz – podało źródło.
…
Wysoko postawione źródło ostrzegło ponadto, że dalsza amerykańska blokada i zamknięcie Cieśniny Ormuz może ostatecznie zaszkodzić Stanom Zjednoczonym bardziej niż Iranowi, a zdecydowana odpowiedź najwyższego dowództwa wojskowego jest uznawana za konieczną, aby całkowicie zdyskredytować tę pozostałą amerykańską opcję.
Jak poinformowały dwa źródła zaznajomione ze sprawą, w czwartek prezydent Trump ma otrzymać od dowódcy CENTCOM, admirała Brada Coopera, briefing na temat nowych planów możliwych działań militarnych w Iranie.
Dlaczego to ważne: Z odprawy wynika, że Trump poważnie rozważa wznowienie operacji bojowych na szeroką skalę, aby przełamać impas w negocjacjach lub zadać ostateczny cios przed zakończeniem wojny.
Za kulisami: CENTCOM przygotował plan „krótkiej i silnej” fali ataków na Iran – prawdopodobnie obejmujących również cele infrastrukturalne – w nadziei na przełamanie impasu w negocjacjach, twierdzą trzy źródła posiadające wiedzę w tej sprawie.
Nie ma najmniejszych dowodów na to, że nowa ofensywa bombowa przyniesie lepsze rezultaty niż poprzednie.
Iran zagroził, że odpowie na każdy kolejny atak zmasowanym atakiem rakietowym na cele USA i Izraela w regionie. Interesy naftowe USA w państwach Zatoki Perskiej, w szczególności, poniosłyby dotkliwe straty.
Trzecią mozliwością, którą rozważa Trump , jest ogłoszenie zwycięstwa i wycofanie się:
Amerykańskie agencje wywiadowcze badają, jak zareagowałby Iran, gdyby prezydent Donald Trump jednostronnie ogłosił zwycięstwo w trwającej od dwóch miesięcy wojnie, w której zginęły tysiące ludzi i która stała się politycznym obciążeniem dla Białego Domu – twierdzą dwaj amerykańscy urzędnicy i jedna osoba zaznajomiona ze sprawą.
Agencje wywiadowcze analizują tę kwestię, wraz z innymi, na prośbę wysokich rangą urzędników rządowych. Celem jest zrozumienie konsekwencji wycofania się Trumpa z konfliktu, który zdaniem niektórych urzędników i doradców może przyczynić się do ogromnych strat Republikanów w wyborach uzupełniających w tym roku, podają źródła.
Choć wycofanie się, które umożliwiłoby ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz i spadek cen benzyny, mogłoby zostać przedstawione opinii publicznej w USA jako zwycięstwo, globalna reputacja USA ucierpiałaby na tym.
———————————
Mojtaba Chamenei, Najwyższy Przywódca Iranu, już ogłosił zwycięstwo . Kluczowe punkty jego dzisiejszego oświadczenia to:
Po pierwsze, twierdził, że Stany Zjednoczone poniosły „upokarzającą porażkę”, która oznaczała początek „nowego rozdziału” w Zatoce Perskiej i Cieśninie Ormuz.
Po drugie, zauważył, że Iran dzieli „wspólny los” ze swoimi sąsiadami wokół Zatoki Perskiej i że nie ma tam miejsca dla „obcych, którzy przybywają z odległości tysięcy kilometrów”.
Po trzecie, określił to, co uważał za zwycięstwo, jako preludium do „nowego porządku regionalnego i globalnego”.
Po czwarte, podkreślił, że Iran sprawuje kontrolę i administrację nad Cieśniną Ormuz, argumentując, że dzięki temu region będzie bezpieczniejszy i zapobiegnie „nadużyciom” ze strony przeciwników.
Na koniec mówił o nowych regulacjach prawnych i mechanizmach administracyjnych w kraju, które przyniosą korzyści wszystkim krajom regionu, a jednocześnie przyniosą korzyści gospodarcze Iranowi.
Uczyniłoby to Iran trzecim krajem, po Rosji i Chinach, który w ostatnich latach zdecydowanie pokonał ograniczenia nałożone przez USA, stosując środki ekonomiczne i militarne.
Zagrożeniem dla hegemonii USA (i Izraela) jest to, że inni wyciągną wnioski z tych przykładów.
Donald Trump musiał wczoraj nocować w hotelu Holiday Inn, bo kiedy w piątek opuszczał Biały Dom, aby polecieć na Florydę i wygłosić przemówienie w The Villages – społeczności starszych ludzi znanych z chorób przenoszonych drogą płciową – myślał, że jest prawnikiem. Piątek, 1 maja, był dniem, w którym potrzebował zgody Kongresu na mocy ustawy o uprawnieniach wojennych, aby kontynuować wojnę z Iranem. Jednak Trump, myśląc jak prawnik badający miejsca wypadków, ogłosił koniec wojny z Iranem.
Mój drogi przyjaciel Ray McGovern uważa, że Trump może mówić poważnie (i modlę się, żeby Ray miał rację) i że motywacją do złożenia tego oświadczenia było ostrzeżenie Władimira Putina przekazane mu podczas wtorkowej rozmowy telefonicznej przed atakiem na Iran.
Dziś omawiałem z Rayem i sędzią inną możliwość: Trump poczeka kilka dni, a następnie rozpocznie nową serię ataków na Iran, twierdząc, że 60-dniowy limit określony w ustawie o uprawnieniach wojennych zaczyna biec od nowa od pierwszego dnia, ponieważ jest to „nowa” wojna.
Sądzę, że Trump wyda rozkaz ponownego ataku na Iran w najbliższych dniach. W ciągu ostatnich dziesięciu dni doszło do masowego rozmieszczenia amerykańskich samolotów wojskowych w Azji Zachodniej, transportujących zapasy pocisków i bomb, a także dodatkowy personel armii i marynarki wojennej. Wojsko amerykańskie jest gotowe i gotowe do przeprowadzenia nowych misji, jeśli prezydent Trump tak rozkaże.
Dowódca CENTCOM, admirał Cooper, wraz z generałem dowodzącym siłami powietrznymi i admirałem dowodzącym marynarką wojenną, zaktualizowali plany wznowienia ofensywy powietrznej. Na rozkaz Donalda Trumpa przygotowali również opcje zdobycia wyspy Kharg i/lub wyspy Qemsh, a także opcje ataku na irański obiekt nuklearny.
Chociaż CENTCOM zaplanował nowe operacje, admirał Cooper i dwaj podwładni podobno odradzali prezydentowi Trumpowi odnawianie opcji militarnych przeciwko Iranowi. Uważają, że dalsze ataki militarne nie doprowadzą do osiągnięcia celu, jakim jest zmuszenie Iranu do ustępstw i otwarcia Cieśniny Ormuz.
Co ważniejsze, kampania powietrzna jeszcze bardziej uszczupli amerykańskie zapasy pocisków manewrujących Tomahawk, pocisków JASSM (Joint Air-to-Surface Standoff Missiles), pocisków przechwytujących PAC-3 (Patriot) i pocisków przechwytujących THAAD.
Na dzień 1/2 maja 2026 r. oficjalne stanowisko rządu irańskiego – przekazywane za pośrednictwem pakistańskich pośredników i w publicznych oświadczeniach prezydenta Massouda Peseschkiana, urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych i osób powiązanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej – było takie, że Cieśnina Ormuz nie zostanie ponownie otwarta, a napięcie nie zostanie w pełni zde-eskalowane, dopóki Stany Zjednoczone nie spełnią kilku podstawowych warunków.
Iran wielokrotnie określał je jako niepodlegające negocjacjom „czerwone linie” i odrzucał propozycje USA domagające się natychmiastowych ustępstw w sprawie programu nuklearnego lub utrzymania blokady morskiej. W swojej najnowszej zmienionej ofercie (przekazanej Stanom Zjednoczonym za pośrednictwem Pakistanu) Iran zastrzega, że:
Stany Zjednoczone muszą natychmiast znieść blokadę morską irańskich portów.
Obie strony muszą zgodzić się na trwałe zakończenie wojny (lub długotrwałe, gwarantowane zawieszenie broni).
W zamian Iran zakończy blokadę/minowanie/ataki na Cieśninę Ormuz i w pełni otworzy ją na międzynarodową żeglugę.
Rozmowy o irańskim „programie nuklearnym” zostaną odłożone na późniejszą fazę, po rozwiązaniu bieżącego kryzysu.
Prezydent Trump publicznie oświadczył, że nie jest „zadowolony” z tej propozycji, głównie dlatego, że opóźnia ona rozmowy nuklearne. Stanowisko Iranu w sprawie wzbogacania uranu uległo zaostrzeniu w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Iran twierdzi obecnie, że jako sygnatariusz Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i ponieważ zezwolił Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na inspekcje swoich obiektów jądrowych, ma prawo do wzbogacania uranu w sposób uzasadniony i suwerenny.
Negocjacje między USA a Iranem utknęły w martwym punkcie. Iran jest jednak aktywny na froncie dyplomatycznym. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Araghchi przeprowadził serię rozmów telefonicznych, głównie w piątek, 1 maja 2026 r. , z następującymi krajami:
Turcja
Egipt
Katar
Irak
Arabia Saudyjska
Azerbejdżan
Araghchi poinformował swoich odpowiedników o najnowszych działaniach dyplomatycznych mających na celu zakończenie wojny między USA i Izraelem a Iranem, w tym o zmienionej propozycji Iranu dotyczącej Cieśniny Ormuz, blokady i deeskalacji regionalnej. Mam nadzieję, że spędzimy spokojny weekend, ale perspektywy na rozwiązanie w drodze negocjacji wydają się niknąć. Będę nadal monitorował sytuację i informował Państwa na bieżąco.
5 lipca 1607 r. bł. Bartłomiejowi Salutiusowi, włoskiemu franciszkaninowi reformacie wsławionemu darem prorockiego ducha i objawieniami od Boga, podczas Mszy św. ukazała się Matka Boża.
Dokładnie w czasie Memento za żywych zawołał: O POLONIA QUANTOM HABES PATRONOS! (O Polsko! Jakże wielu masz Patronów!).
Ocknąwszy się, dokończył Mszę św., a zapytany przez współbraci z zakonu, co mówił i dlaczego, reformata, nie bardzo orientując się w geografii, zapytał, czy istnieje jakieś państwo, co się zwie Królestwem Polskim?
Kiedy zakonnicy potwierdzili, że tak, wówczas bł. Bartłomiej Salutius odparł: – W tym królestwie źli poddani podnieśli bunt przeciw dobremu królowi swemu (królem wówczas był Zygmunt III Waza – przyp.red.). Dziś do bitwy przychodzi i powiedziano mi, że wygrają, co będzie ostatnią i nieopisaną zgubą tego państwa. A gdym na to ubolewał, w sercu widziałem, aż oto Przenajświętsza Panna stanęła przed majestatem Boskim z nieprzeliczonym gronem świętych patronów królestwa tego, którzy wraz z Nią, padając na twarze prosili Pana Boga za królem i królestwem jego. Więc na ich prośby zaszedł od Boga wyrok, a zbuntowani przegrali, a król i państwo ocalało.
Zanotowano ten dzień i o zdarzeniu doniesiono papieżowi.
Gdy wreszcie do Rzymu nadeszła nowina, że 5 lipca 1607 roku król Polski odniósł zwycięstwo nad rokoszanami pod Guzowem, zmuszając pokonanych do błagania o przebaczenie, jeszcze większą czcią otoczyli Bogarodzicę i gorętsze modlitwy zanosili za Polskę.
Niedługo po tym, 14 sierpnia 1608 roku, Matka Boża ukazała się innemu włoskiemu duchownemu, Juliuszowi Mancinellemu, wskazując na szczególne umiłowanie Królestwa Polskiego i każąc się tytułować Królową Polski.
Juliusz Mancinelli był jezuitą, sławnym cudotwórcą, który odznaczał się nie tylko świętością życia, ale także wielką czcią dla Najświętszego Sakramentu. W sposób czuły kochał i wielbił Niepokalaną oraz czcił świętych Polaków, a osobliwie św. Stanisława, biskupa krakowskiego, oraz swego umiłowanego współbrata z zakonu jezuickiego Stanisława Kostkę, który zmarł w Rzymie w 1568 r.w młodym wieku w opinii niezwykłej świętości.
Mancinelli marzył o tym, by móc ujrzeć polską ziemię, by oddać jej hołd jako Matce Świętych i nawiedzić grób chwalebnego św. Stanisława, biskupa oraz męczennika, patrona św. Stanisława Kostki, i by podziękować w katedrze krakowskiej za liczne łaski, jakie mu wyświadczyła Maryja oraz by prosić o dalsze wspomożenie. Zakonnik nie wiedział, jak to uczynić. Był już w sędziwym wieku, stąd często zanosił modły do Boga, prosząc o to, by mu jeszcze umożliwił taką wyprawę.
14 sierpnia 1608 r., modląc się bardziej gorliwie niż zwykle w swojej celi, Juliusz spojrzał przez okno na niebo. Nagle ujrzał wspaniały i dziwny obłok, wychodzący jakby z morza, który płynął ku niemu. Zobaczył wyraźnie, jak z obłoku wyłania się postać Dziewicy Niepokalanej z Dzieciątkiem Jezus na ręku, okryta królewską purpurą, pełna majestatu, a u kolan Jej klęczał piękny młody jezuita, aureolą cudowną otoczony. – Wniebowzięta Królowa – szepnął Mancinelli i owładnięty niewypowiedzianą rozkoszą osunął się na kolana i zaczął się modlić: – O Królowo Wniebowzięta módl się za nami! Na co Matka Boża radośnie nań spoglądając, zapytała: – Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do mnie płoną jego synowie.
Powiedziawszy to Matka Boża jakby wyczekiwała odpowiedzi Juliusza, który wykrzyknął: – Królowo Polski Wniebowzięta módl się za Polskę!
Po tym Matka Boża spojrzała z wielką miłością na klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostkę, a następnie na zakonnika i rzekła: – Jemu tę łaskę zawdzięczasz, Juliuszu mój!
Po wizji zakonnik zwrócił się do współbraci słowami: – Królowo Polski, módl się za nami, Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza.
Niebawem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonych Mancinelli poinformował o zdarzeniu ojca Mikołaja Łęczyckiego z zakonu jezuitów w Polsce, aby tę dobrą nowinę oznajmił także królowi. Zakon i król rychło rzecz rozgłosili, że sama Bogarodzica kazała się nazywać Królową Polski.
W kraju naszym zapanowała ogromna radość z tego powodu, że mamy Panią, której królowanie nigdy nie ustanie i która czuwać nad nami będzie po wiek wieków, a nawet wielkie rzeczy dla nas zamierza uczynić.
Nietrudno wyobrazić sobie zdziwienie papieża i Włochów, że w tak krótkim czasie dwóch włoskich zakonników: jeden reformata, drugi jezuita, tak przychylnie o Polsce się wypowiadało. Rzecz w ogóle była niesłychana, bowiem żadnemu innemu narodowi chrześcijańskiemu łaska taka nie była ani przedtem, ani potem w tym stopniu przez Matkę Bożą okazana i udzielona.
Juliusz już jako bardzo sędziwy staruszek wybrał się do Polski. 8 maja 1610 roku zjawił się w katedrze krakowskiej. Podczas uroczystej Mszy św. przy grobie św. Wojciecha, składając mu podziękowania za to, że tak dobrze się opiekował św. Stanisławem Kostką i modląc się za pomyślność Królestwa Polskiego, wpadł w ekstazę, podczas której ujrzał Maryję w królewskim, olśniewającym majestacie, jakiego jeszcze nigdy nie oglądał.
Bogarodzica powiedziała mu: – Jam jest Królowa Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a ja ci zawsze będę, jakom jest teraz miłościwą. (Vita P. Julii Mancinelli, s. 116 –117.)
Znowu mógł ten święty przyjaciel oznajmić już osobiście ks. Piotrowi Skardze, współbraciom zakonnikom i królowi o ciągłej i niepokalanej łasce Wniebowziętej Królowej Polski.
7 lat później, po uroczystości w święto Wniebowzięcia, zakonnik jak zwykle patrzył na piękną Zatokę Neapolitańską, w której skrywały się promienie słoneczne. Modlił się, pragnąc ciągle oddawać jeszcze większą cześć Maryi.
Znowu z gorejącego obłoku, który pojawił się na niebie, wyłoniła się piękna postać Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na rękach. U jej stóp klęczał cudny młodzian w aureoli. Matka Boża zwróciła się do zakonnika tymi słowami: – Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do mnie Wniebowziętej, ujrzysz mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak, na ziemi, nazywaj mnie zawsze Królową Polski. Umiłowałam to królestwo i do wielkich rzeczy je przeznaczyłam, ponieważ szczególnie wielbią mnie jego synowie – i wzrok jej spoczął na św. Stanisławie Kostce, po czym dodała: – Jemu zawdzięczasz łaskę dnia dzisiejszego!
Niebawem też o. Mancinelli napisał list do o. Łęczyckiego: Ja rychło odejdę. Ufam jednak, że przez ręce wielebności sprawię, iż po moim odejściu zgodnie w sercach i na ustach polskich moich współbraci żyć będzie w chwale Królowa Polski Wniebowzięta.
50 lat po śmierci św. Stanisława Kostki, dokładnie tego samego dnia w 1618 r. Maryja wzięła do nieba sługę Bożego o. Juliusza Mancinellego, który zmarł w opinii wielkiej świętości.
Słowo dialog weszło na stałe do zestawu słów używanych do manipulacji.
Warto przypomnieć, że pierwotne znaczenie słowa „dialog” było kojarzone z filozoficzną rozmową, której celem było znalezienie prawdy.
Dziś słowo dialog jest „zaklęciem” wzywającym do bierności, do rezygnacji z działania wobec środowisk patologicznych układających swoje roszczenia w piramidę eskalacji – od bezkarności poprzez tolerancję do przywilejów i władzy.
Z kim nie warto i nie należy prowadzić dialogu
Dialogu nie należy prowadzić z oszustami, pasożytami, złodziejami, gwałcicielami, terrorystami, mordercami. Nie należy mylić dialogu z negocjacjami z terrorystami, które w swojej istocie zawsze są grą psychologiczną.
Nie należy prowadzić dialogu z tymi, którzy mają diabła za ojca. Każde odstępstwo jest porażką prawdy i zwycięstwem kłamstwa.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun w Augustowie. / Fot. screen
W drodze na Litwę Grzegorz Braun zatrzymał się w Augustowie, gdzie spotkał się z tamtejszymi rolnikami i wygłosił przemówienie. Zdaniem prezesa Konfederacji Korony Polskiej, Polska utraciła suwerenność na rzecz obcych mocarstw oraz brukselskiej biurokracji, a Polacy stają się „sublokatorami we własnym kraju”.
Braun przekonywał, że Polska utraciła realną decyzyjność. – Walczymy o odzyskanie niepodległości. Polska nie jest niepodległa. Naród polski, mający tysiącletnie tradycje własnej państwowości, staje się sublokatorem we własnym kraju – mówił, po czym dodał, że Polacy zostali zepchnięci do „drugiej kolejności odśnieżania”, podczas gdy uprzywilejowaną pozycję zajmują inne nacje.
– Polak płaci, Ukrainiec wymaga. Niemcy wyprodukują, Ukraińcy dostaną, a Polacy zapłacą. Kto tu jest u siebie na swoim? Nie Polacy – kontynuował Braun.
Znaczną część przemówienia poseł poświęcił krytyce Unii Europejskiej, którą konsekwentnie nazywa „Eurokołchozem”. Według niego elity warszawskie, w tym świat akademicki i korporacyjny, to „chłopstwo pańszczyźniane naszych czasów”, które dobrowolnie rezygnuje z polskości na rzecz etatów w międzynarodowych strukturach.
Braun ostrzegał przed ideologicznymi fundamentami UE, przywołując Manifest z Ventotene autorstwa Altiero Spinellego. – On napisał: mają zniknąć narody, ma zniknąć własność prywatna. Chcecie tego? Ja nie chcę, a oni to mają w programie – alarmował. W wizji polityka obecny kurs prowadzi do przekształcenia Polski w „land eurokołchozowy”, „Ukropol” lub „bantustan anglosaski”.
– My, którzy chcemy być Polakami w Polsce, musimy się o to upomnieć – apelował do słuchaczy.
Równie ostro Grzegorz Braun wypowiedział się na temat Europejskiego Zielonego Ładu. Jego zdaniem walka z globalnym ociepleniem to w rzeczywistości mechanizm wywłaszczania obywateli i niszczenia polskiej gospodarki.
– Każda rodzina, czy na wsi, czy w mieście, płaci podatek od urojeń klimatycznych. W każdym rachunku za prąd czy gaz macie kilkadziesiąt procent narzutu – wyliczał, nazywając unijne projekty „leninowską odpowiedzią” na współczesne problemy.
Braun podkreślił, że ingerencja władzy w to, czym obywatel pali w piecu, jest naruszeniem miru domowego i „woła o pomstę do nieba”. Porównał obecną politykę zrównoważonego rozwoju do komunistycznej „sprawiedliwości społecznej” – w rzeczywistości sprowadza się wszystko do łamania prawa własności.
W przemówieniu nie zabrakło też odniesień do polskiego rolnictwa czy też do nadmiaru biurokracji i kontroli państwowej.
Pete Hegseth kłamie na temat blokady irańskich portów przez USA. 12 kwietnia, po tym jak J.D. Vance ogłosił zerwanie rozmów z Iranem, Trump ogłosił morską blokadę irańskich portów i obszarów przybrzeżnych.
Dowództwo Centralnego Dowództwa (CENTCOM) wyjaśniło, że blokada będzie stosowana wobec statków wszystkich państw wpływających do i wypływających z irańskich portów, ale nie będzie utrudniać swobodnego przepływu przez Cieśninę Ormuz do i z portów nieirańskich.
—————————————————————
Teraz, po ponad dwóch tygodniach, Pete Hegseth twierdzi, że blokada USA działa i staje się coraz skuteczniejsza. Opisuje ją jako „niezawodną”, „zacieśniającą się z godziny na godzinę”, a nawet „rozszerzoną globalnie”. Stwierdził, że Marynarka Wojenna zawróciła 34 okręty, tranzyt przez Cieśninę Ormuz jest teraz „znacznie ograniczony”, a blokada będzie trwała „tak długo, jak będzie to konieczne”.
Przedstawił również blokadę jako narzędzie nacisku na Iran, wyjaśniając, że miała ona na celu utrzymanie presji na żeglugę, dopóki Teheran nie wyrzeknie się swoich ambicji nuklearnych. W tych samych uwagach ostrzegł, że Stany Zjednoczone będą „strzelać, by zniszczyć”, jeśli irańskie statki postawią miny lub w inny sposób zagrożą żegludze handlowej.
Oto dostępne dane dotyczące tranzytu przez Cieśninę Ormuz od 15 kwietnia:
Dzienne wolumeny (około 15 kwietnia): Tylko 15 kwietnia odnotowano 19 tranzytów – 5 wjazdowych i 14 wyjazdowych – według Windward. W tym samym okresie 11 kwietnia odnotowano 17 tranzytów, 12 kwietnia – 21, a 13 kwietnia – 17. (Źródła: United Against Nuclear Iran / Windward)
Ogólny obraz od 15 kwietnia: Dokładna, łączna liczba przejść między 15 a 30 kwietnia nie jest publicznie dostępna, ale na podstawie danych wymienionych powyżej, dzienna liczba przejść wahała się od 6 do 21 jednostek dziennie. Aktualne dane z systemów śledzenia Windward i AIS potwierdzają utrzymującą się niską liczbę przejść, od 6 do 13 jednostek dziennie.
Odpowiadałoby to szacunkowo około 100 do 200 przekroczeń w ciągu 15 dni od 15 kwietnia – choć rzeczywista liczba może być wyższa ze względu na podszywanie się pod GPS. Nie mogę komentować podszywania się pod GPS, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że Pete Hegseth wprowadza amerykańską opinię publiczną w błąd co do skuteczności blokady.
Aby zrozumieć nieuczciwość Hegsetha, należy znać amerykańską doktrynę morską dotyczącą przeprowadzania blokady. Procedura Marynarki Wojennej USA dotycząca przejmowania statku zajętego podczas blokady koncentruje się na tzw. operacjach VBSS (Visit, Board, Search, and Seizure ), regulowanych przede wszystkim przez Podręcznik Dowódcy Prawa Operacji Morskich (NWP 1-14M/MCTP 11-10B, marzec 2022 r.) oraz zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym (LOAC), w tym z przepisami prawa zwyczajowego dotyczącymi blokad.
Standardowe procedury stosowania i kontroli
1. Przechwytywanie i ostrzeżenia: Siły zbrojne USA (okręty wojenne Marynarki Wojennej, często wspierane przez Korpus Piechoty Morskiej lub Straż Przybrzeżną) wydają ostrzeżenia radiowe, sygnały wizualne lub strzały ostrzegawcze, aby nakazać statkowi zatrzymanie się. Jeśli statek nie zastosuje się do polecenia, można użyć ognia obezwładniającego (np. w maszynowni), aby zatrzymać statek bez jego zatopienia.
2. Abordaż (VBSS): Specjalistyczny zespół abordażowy – zazwyczaj złożony z żołnierzy piechoty morskiej, personelu Korpusu Piechoty Morskiej (np. 31. MEU) lub Straży Przybrzeżnej – podpływa łodzią motorową, helikopterem lub zjeżdża na linie. Zespół zabezpiecza mostek, maszynownię i kluczowe obszary, aby przejąć kontrolę. Zespoły są przeszkolone zarówno w zakresie operacji abordażowych kooperacyjnych, jak i niekooperacyjnych (wymuszonych) i stosują taktykę walki w zwarciu, przeszukań i obezwładnienia załogi.
3. Przejęcie kontroli: Grupa abordażowa przejmuje dowództwo operacyjne nad statkiem. W kontekście formalnej blokady wojennej lub konfliktu zbrojnego, załoga pryzu (oddział amerykański) może zostać umieszczona na pokładzie w celu przeniesienia zdobytego statku do przyjaznego portu w celu przeprowadzenia procesu. Pierwotna załoga może zostać zatrzymana, wydalona lub – w przypadku statków neutralnych – tymczasowo pozwolono jej pozostać na pokładzie pod strażą. Statek i ładunek są kontrolowane pod kątem przemytu, naruszeń sankcji lub naruszeń blokady. Zgodnie z prawem pryzu (które ma zastosowanie również w przypadku konfliktu zbrojnego), sąd pryzu może skonfiskować statek lub ładunek jako należną pryzu. [Pryz (fr. prise) w prawie morza to cywilna jednostka pływająca (statek), która została przejęta jako zdobycz wojenna]
4. Po schwytaniu: To kluczowy punkt: statek jest zazwyczaj eskortowany do portu USA lub państw alianckich w celu dalszej inspekcji, ewentualnej konfiskaty lub zwolnienia, jeśli schwytanie zostanie uznane za bezprawne. Traktowanie załogi jest regulowane przez LOAC (np. humanitarne traktowanie; możliwe internowanie kombatantów).
Blokady to akty wojny, które wymagają skutecznego egzekwowania (bezstronnego, ogłoszonego i utrzymywanego siłą). Naruszyciele (wrogie lub neutralne statki, które łamią lub próbują przełamać blokadę) podlegają pojmaniu.
———————————————————-
Skoro procedura jest już jasna, przejdźmy do ograniczeń Marynarki Wojennej USA. Jak wspomniałem w poprzednim artykule, Marynarka Wojenna USA utrzymuje swoje okręty w odległości 200 mil od wybrzeża Iranu. Zbliżając się do wybrzeża, są narażone na ataki rakietowe i drony. Irańskie okręty, opuszczając port, zazwyczaj pozostają w odległości 50 mil od wybrzeża Iranu, co oznacza, że znajdują się poza zasięgiem Marynarki Wojennej USA.
Rozważmy teraz obecne rozmieszczenie sił Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych (w oparciu o publicznie dostępne informacje). Na koniec kwietnia 2026 r. Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych posiadała co najmniej 14 jednostek aktywnie operujących lub zapewniających wsparcie w szerszym regionie (Zatoka Omańska, Morze Arabskie i odpowiednie obszary Oceanu Indyjskiego). Należą do nich trzy grupy uderzeniowe lotniskowców (CSG), co najmniej osiem niszczycieli rakietowych, sześć okrętów Grup Gotowości Amfibijnej (ARG) z 31. i 11. MEU oraz dwa dodatkowe okręty eskortowe (niebędące częścią głównej ARG, ale często operujące w powiązaniu z nią): krążownik USS Robert Smalls (CG-62) i niszczyciel USS Rafael Peralta (DDG-115), które razem tworzą szerszą Ekspedycyjną Grupę Uderzeniową.
Innymi słowy, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych dysponuje tylko 11 okrętami, które mogłyby zostać wykorzystane do operacji VBSS.
Dostrzegasz problem matematyczny? Obecne rozmieszczenie sił USA oznacza, że Marynarka Wojenna USA mogłaby prowadzić operacje VBSS na maksymalnie 11 okrętach. Oznaczałoby to jednak, że amerykańskie niszczyciele, których zadaniem jest ochrona amerykańskich lotniskowców przed atakami powietrznymi, musiałyby zostać odsunięte od swojej głównej misji, pozostawiając lotniskowce samym sobie.
Nawet zakładając, że wszystkie 11 okrętów USA przeprowadziło udane operacje VBSS od 15 kwietnia, oznacza to, że od 89% do 96% wszystkich irańskich statków, które przeszły przez Cieśninę Ormuz, uniknęło blokady. Hegseth kłamie.
Larry Johnson: Rozpacz w USA rośnie – Iran jest na drodze do zwycięstwa
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 2 maja 2026 michalkiewicz
„Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.
A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.
Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.
Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.
Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?
Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.
Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą
Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.
W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.
Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.
To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.
W miarę jak ceny tego szlachetnego kruszcu gwałtownie rosną, zabezpieczenia branżowe przestały działać. Każdego roku mennica Stanów Zjednoczonych sprzedaje monety lokacyjne o wartości ponad miliarda dolarów. Każda z nich jest stemplowana symbolem, takim jak bielik amerykański, co oznacza rządową gwarancję – wymaganą przez prawo – że złoto jest w 100% amerykańskie.
„Trzymanie w dłoni monety lub medalu wyprodukowanego przez mennicę to nawiązanie do fundamentalnych zasad naszego narodu” – głosi deklaracja mennicy.
Jednak śledztwo przeprowadzone przez „New York Times” wykazało, że rządowy program sprzedaży złota opiera się na kłamstwie. Mennica jest w rzeczywistości ostatnim ogniwem łańcucha, w ramach którego prane jest zagraniczne złoto – w większości wydobywane nielegalnie – na potrzeby nienasyconego rynku.
Mennica kupuje złoto pochodzące z kopalni kontrolowanej przez kolumbijski kartel narkotykowy. Robi monety Lady Liberty ze złota z meksykańskich i peruwiańskich lombardów oraz z kongijskiej kopalni, której częściowym właścicielem jest chiński rząd – jak wynika z dokumentów. Część złota mennicy pochodzi od firmy z Hondurasu, która rozkopała cmentarz rdzennej ludności w poszukiwaniu złota.
W 1985 roku Kongres zakazał mennicy produkcji sztab z zagranicznego złota, chcąc odciąć ten proces od łamania praw człowieka, przede wszystkim w RPA rządzonym apartheidem. Mennica lekceważyła to prawo – zarówno za administracji demokratów, jak i republikanów – mimo wewnętrznych ostrzeżeń.
Teraz nawet 24-karatowa złota moneta prezydenta Trumpa, upamiętniająca 250-te urodziny Stanów Zjednoczonych, może pochodzić ze zbioru nieamerykańskiego złota z najróżniejszych źródeł.
Mennica, największa marka na światowym rynku inwestycyjnych złotych monet, jest przykładem tego, jak zawiodły zabezpieczenia w tej branży. Ceny złota oscylują wokół 5000 dolarów za uncję, czyli około czterokrotnie więcej niż dziesięć lat temu. To daje organizacjom przestępczym i nieuczciwym przedsiębiorcom ogromną motywację do wydobywania złota w sposób marnotrawny, destrukcyjny i ryzykowny.
Inwestorzy kupują złoto jako zabezpieczenie przed niestabilnością. Niemal każdy atak terrorystyczny, wojna i kryzys finansowy w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wywoływał gorączkę zakupów złota.
Jednak w miarę jak ceny rosną coraz wyżej, zamożni nabywcy w rzeczywistości przyczyniają się do tworzenia tej samej niestabilności, przed którą próbują się zabezpieczyć.
Złoto finansuje brutalną wojnę domową w Sudanie oraz rosyjską inwazję na Ukrainę. Rosnące ceny złota pomogły Wenezueli i Iranowi złagodzić skutki sankcji finansowych. Największy kartel w Kolumbii, Clan del Golfo, handluje złotem obok kokainy — a dochody wykorzystuje do utrzymania kontroli poprzez morderstwa i zamachy bombowe. Nielegalni górnicy wylesiają i zanieczyszczają Amazonię, zatruwając tamtejszych mieszkańców rtęcią. Grupy terrorystyczne, w tym niektóre powiązane z Al-Kaidą, również wchodzą do branży złota.
Im łatwiej sprzedać to złoto na legalnych światowych giełdach, tym łatwiej prowadzić wojnę, podtrzymywać autokrację, prać pieniądze lub niszczyć środowisko. Złoto karty narkotykowego trafiające do mennicy USA jest tego przykładem.
Najwięksi gracze branżowi mówią o wyraźnych granicach między złotem legalnym a przestępczym. Zakup z renomowanego źródła, jakim jest mennica, ma gwarantować, że nie zarabiają na tym przestępcy, terroryści i truciciele. W rzeczywistości mennica od dziesięcioleci odwraca wzrok, gdy złoto z wątpliwych źródeł napływa do jej zakładu w West Point w stanie Nowy Jork.
Prześledziliśmy setki milionów dolarów zagranicznego złota trafiającego w ostatnich latach do łańcucha dostaw mennicy. Obejmuje to złoto z drugiej ręki, którego pochodzenie jest trudne lub wręcz niemożliwe do ustalenia, oraz złoto z takich krajów jak Kolumbia i Nikaragua, gdzie branża ta jest powiązana z grupami przestępczymi.
Gdy po raz pierwszy zwróciliśmy się do mennicy, jej rzecznik powiedział, że jej złoto pochodzi w całości ze Stanów Zjednoczonych, zgodnie z wymogami prawa. Gdy podzieliliśmy się naszymi ustaleniami, mennica oświadczyła, że USA są jej „głównym” źródłem i że podejmuje kroki, by lepiej śledzić swoje złoto.
Sekretarz skarbu Scott Bessent, którego departament nadzoruje mennicę, powiedział, że zbada praktyki pozyskiwania złota.
„Celem tego przeglądu jest zapewnienie, że dostawcy złota dla mennicy Stanów Zjednoczonych przestrzegają prawa i ściśle wypełniają swoje zobowiązania, a także że mennica podejmuje wszelkie możliwe kroki, aby nadal energicznie chronić nasze bezpieczeństwo narodowe i utrzymywać integralność rynku” – napisał w oświadczeniu.
Aby nielegalnie wydobyte zagraniczne złoto stało się monetą American Eagle, muszą nastąpić dwa zjawiska przypominające alchemię.
Pierwsze z nich polega na tym, że nielegalne złoto staje się legalne.
Drugie polega na tym, że staje się amerykańskie.
Aby zobaczyć tę sztuczkę w akcji, udaliśmy się w samo serce terytorium Clanu del Golfo w północno-zachodniej Kolumbii. Sześciogodzinna podróż samochodem z Medellín zaprowadziła nas w dół północnego zbocza Andów, na tropikalne niziny.
Tuż za miasteczkiem Caucasia, znak ogłaszał, że dotarliśmy do rancza bydła należącego do rządu „z korzyścią dla narodu kolumbijskiego”. Było jasne, że rząd kolumbijski dawno stracił kontrolę. Przydrożny znak był zwęglony. Pewien starzec hodował koguty bojowe. Wokół robotnicy eksploatowali ziemię, jawnie łamiąc zakaz wydobycia.
Górnicy nazywają to ranczo „La Mandinga” – imieniem złego ducha.
Jak poinformowało nas dwóch nadzorców kopalni, od ośmiu lat Clan del Golfo zarządza kopalnią “La Mandinga”, stosując zaledwie kilka zasad. Najważniejsza z nich brzmi: nikt nie wydobywa bez zgody kartelu, a wszyscy płacą.
Jak twierdzą nadzorcy, co miesiąc mężczyzna na motocyklu zbiera należność dla klanu, wynoszącą 400 dolarów od każdej pięcioosobowej ekipy. Ekip jest setki, a może nawet tysiąc lub więcej. Po opublikowaniu tego artykułu Clan del Golfo przyznał się do pobierania „podatku” od górników.
Pracują w kopalniach odkrywkowych, używając koparek i węży wysokociśnieniowych, aby zamienić zbocza “La Mandinga” w błoto. Wyłapywanie drobnych drobinek złota z tego błota jest niemożliwe, więc górnicy mieszają błoto z rtęcią i mieszają ręcznie, aż rtęć zwiąże się ze złotem.
Wszystko to jest nielegalne, szkodliwe dla środowiska i toksyczne.
Władze kolumbijskie od czasu do czasu przeprowadzają naloty i obławy na kopalnie wspierające klan. Jednak górnicy z “La Mandinga” najwyraźniej nie mają się czym martwić, mimo że ich kopalnia bezpośrednio sąsiaduje z bazą wojskową. Działają z taką bezkarnością, że kiedy w lutym przelecieliśmy nad tym terenem dronem, zauważyliśmy, że pracownicy przedostali się przez ogrodzenie bazy i wydobywali złoto na terenie wojskowym.
Po zakończeniu dnia pracy górnicy zbierają swoje szare kule rtęci i złota, każdą wielkości marmurka, [ (tradycyjnej szklanej lub kamiennej kulki do gry) mają zazwyczaj średnicę wynoszącą około 1,25 cm] i zawijają w plastik. Wkładają je do kieszeni i jadą motocyklami po błotnistych ścieżkach “La Mandinga” do pobliskiej Caucasia.
Złoto z “La Mandingi” nie powinno trafiać do Stanów Zjednoczonych. Sekretarz stanu Marco Rubio nazwał klan „brutalną i potężną organizacją przestępczą”, gdy w zeszłym roku USA uznały kartel za grupę terrorystyczną.
Departament Skarbu utrzymuje przywódców Clanu del Golfo na czarnej liście finansowej, zakazując amerykańskim firmom współpracy z nimi. Organizacje rządowe i naukowcy od lat dokumentują działania kartelu w zakresie wydobycia złota. (Prawnik kartelu w Kolumbii nie oddzwonił na prośbę o komentarz).
Caucasia to miasto gorączki złota. Firmy sprzedają koparki, pompy i warte miliony dolarów pogłębiarki do nielegalnego wydobycia z dna rzeki. Powstały eleganckie kawiarnie i kluby taneczne. Górnicy mogą sprzedawać złoto w dowolnym z setek sklepów. Dwóch właścicieli sklepów powiedziało nam, że co miesiąc klan pobiera od nich również 400 dolarów.
Alex Cuevas pracuje w jednym z takich sklepów. Górnicy podają mu po kolei kulki rtęci i złota przez otwór w pleksiglasowej szybie. Jego ręce drżą — jak twierdzi, jest to objaw długotrwałego zatrucia rtęcią.
Pan Cuevas wypala rtęć palnikiem, waży to, co zostało, i wypłaca gotówkę – 2500 dolarów górnikom, którzy mieli dobry dzień, 50 dolarów lub mniej tym mniej szczęśliwym. Pod koniec nocy topi złoto razem w tyglu i wlewa do formy.
I tak oto pierwsza metamorfoza jest zakończona. Złoto jest legalne. Rtęć, wydobycie z zakazanych terenów, płatności dla klanu – wszystko to zostaje wymazane.
Jak?
Pan Cuevas pokazał nam zapisy w komputerze sklepu. Jego dostawcy z “La Mandingi” – powiedział – zarejestrowali się w ramach kolumbijskiego programu dla drobnych górników, barequeros. Niemal każdy może otrzymać zezwolenie, pod warunkiem że wydobywa w dozwolonych obszarach, używając wyłącznie ręcznych narzędzi i bez rtęci.
Oczywiście pracownicy “La Mandingi” nie wydobywają wyłącznie ręcznymi narzędziami, ani w dozwolonych obszarach. I używają rtęci.
Pan Cuevas doskonale o tym wie. Sam wydobywa w “La Mandindze”. Ale nie jego zadaniem jest patrzeć poza papiery. A władze kolumbijskie rzadko badają pochodzenie złota barequeros, by ustalić jego legalność.
Zamiast tego zadają jedno pytanie: Czy ma papiery?
A pan Cuevas ma. Mówi, że każdy kupowany przez niego gram pochodzi od licencjonowanego górnika. Każdy sklep sprzedający złoto na legalny eksport prowadzi takie księgi – twierdzi.
Gracze na rynku złota wiedzą, jak to działa. „Jeśli kupujesz od barequeros, kupujesz nielegalne złoto” – powiedział handlarz Patrick Schein. Jego firma, Gold by Gold, nie kupuje złota od barequeros.
Sklep, w którym pracuje pan Cuevas, podobnie jak inne w mieście, sprzedaje złoto państwowemu eksporterowi. Eksporter powiedział, że sprawdza tę samą bazę danych, której używa pan Cuevas, weryfikując legalność złota. Złoto z “La Mandingi” jest mieszane z dostawami z całej Kolumbii i topione w sztabki. Zapisy eksportowe pokazują, że wiele z nich – wartych około 255 milionów dolarów w ciągu ostatniego roku – trafia do Teksasu.
Tam złoto staje się amerykańskie.
W rafinerii pod Dallas o nazwie Dillon Gage pracownicy wrzucają importowane złoto do rozżarzonego kotła, mieszając je ze stopionym złotem od innych dostawców: kopalń z Ameryki Południowej, amerykańskich sprzedawców biżuterii z drugiej ręki oraz peruwiańskich lombardów, jak wynika z dokumentów i wywiadów.
Jednak dla klientów firmy Dillon Gage złoto to, gdy tylko opuści kocioł w Dallas, przestaje być zagraniczne. Dillon Gage ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych i miesza złoto amerykańskie ze złotem kolumbijskim. Zgodnie z logiką branżową produkt końcowy musi więc być amerykański. „Z ich punktu widzenia pochodzi ono ze Stanów Zjednoczonych” – powiedział Terry Hanlon, dyrektor generalny firmy Dillon Gage.
Pan Hanlon powiedział, że jego firma zwraca uwagę na nielegalne złoto. Jednak w tej chwili złoto z “La Mandinga” jest legalne, dzięki księgom sklepowym i dokumentom eksportowym. Oznacza to, że zakupy i sprzedaż pana Hanlona są legalne. (Pan Hanlon powiedział, że był zaskoczony, że znaleźliśmy złoto kartelu w jego łańcuchu dostaw. Firma zawiesiła zakupy od kolumbijskiego eksportera).
Hanlon powiedział, że wśród największych klientów Dillon Gage są dwaj dostawcy mennicy. Powiedział, że co roku przekazuje swoim klientom listy swoich źródeł, więc nawet jeśli klienci traktują to złoto jako amerykańskie, znają jego prawdziwe pochodzenie.
“La Mandinga” to tylko jedna z wielu kopalń kontrolowanych przez kartel w regionie. Pan Cuevas pracuje w jednym z setek sklepów w jednym mieście. Jest wielu eksporterów, a jeszcze więcej nabywców. Na tym wartym biliony dolarów rynku, znanym z oszustw i prania brudnych pieniędzy, różnice między brudnym a czystym złotem istnieją głównie na papierze. Jeśli klient nie chce tego sprawdzić, różnice te znikają.
Mennica tego nie sprawdza.
Pełny audyt łańcucha dostaw w Stanach Zjednoczonych ujawniłby ryzyko związane ze złotem pochodzącym od Klanu del Golfo. Złoto kolumbijskie jest uznawane za produkt wysokiego ryzyka według standardów branżowych, a sam rząd USA udokumentował działalność Klanu, zwłaszcza w regionie Caucasia.
Jednak przez dwie dekady – okres obejmujący niemal cały boom na złoto po 11 Września – mennica nigdy nie pytała swoich dostawców, skąd kupują złoto, jak wykazał audyt przeprowadzony przez inspektora generalnego Departamentu Skarbu w 2024 roku.
Gdyby to zrobiła, odkryłaby niezwykle przejrzysty łańcuch dostaw. Korzystając z baz danych importu i eksportu oraz przeprowadzając wywiady z firmami pośredniczącymi, znaleźliśmy dziesiątki zagranicznych źródeł w łańcuchu dostaw złota mennicy.
Wśród nich znalazły się kopalnie przemysłowe w Meksyku i Peru. Niektórzy dostawcy, tacy jak lombardy, specjalizują się w biżuterii z recyklingu.
Jeden z historycznie największych dostawców mennicy, rafineria z Utah o nazwie Asahi USA, otwarcie przyznaje, że w jej kotle znajduje się złoto pochodzące z wielu różnych krajów. Część z niego pochodzi od Dillon Gage. Ale jest tam złoto z różnych stron świata. „Jest to mieszanka” – powiedział szef rafinerii, Paul Healey. „I wychodzi po drugiej stronie”. Pan Healey powiedział, że firma zbada nasze ustalenia dotyczące Klanu del Golfo.
W odpowiedzi na wyniki audytów wewnętrznych mennica stwierdziła, że jej złoto uznaje się za amerykańskie, ponieważ dostawcy kompensują wszelkie dostawy złota zagranicznego złotem amerykańskim. Jeśli na przykład mennica kupuje tonę złota, oczekuje od dostawcy, że w pewnym momencie kupi on taką samą ilość złota amerykańskiego.
Prawo amerykańskie nie przewiduje tego rodzaju kompensacji. Jak ustalił inspektor generalny Departamentu Skarbu, przez dziesięciolecia mennica nie egzekwowała tego przepisu ani nawet nie wymagała od swoich dostawców jego przestrzegania.
Nawet gdyby to robiła, wszystko w wielkim teksańskim kotle, w tym złoto kartelu, mogłoby zostać uznane za amerykańskie.
Jednak mennica nie poprzestaje na tym, że nie zadaje pytań. Otwarcie kupuje ona od dostawców, którzy w żadnym wypadku nie mogliby dostarczyć świeżo wydobytego amerykańskiego złota, jak wymaga tego prawo. Z dokumentów wynika, że w ostatnich latach mennica wydała setki milionów dolarów na sztabki złota pochodzące z Canadian Copper Refinery, która pozyskuje złoto z osadu pozostałego po przetwarzaniu miedzi, a nie ze świeżo wydobytego złota.
Z danych eksportowych wynika, że część tej miedzi pochodzi z kopalni w Kongo, której częściowym właścicielem jest chiński rząd.
Praktyki mennicy w zakresie pozyskiwania surowców budziły czasami zastrzeżenia w Departamencie Skarbu, w tym podczas pierwszej kadencji prezydenta Trumpa, kiedy to inspektor generalny zaczął zadawać pytania.
Zakończenie tego dochodzenia zajęło pięć lat. W trakcie jego trwania audytorzy wykryli poważne nieprawidłowości. Stwierdzili, że mennica nie przestrzegała własnych wytycznych, a jej plan kompensacji złota (jedna tona złota zagranicznego za jedną tonę złota amerykańskiego) mógł naruszać prawo Stanów Zjednoczonych.
Administracja Bidena zareagowała w 2024 roku, oświadczając, że już za kilka miesięcy opublikuje nowe plany dotyczące badania źródeł pochodzenia złota.
Tak się jednak nie stało.
Rzeczniczka Departamentu Skarbu stwierdziła, że administracja Trumpa podjęła już kroki w celu zidentyfikowania źródeł pochodzenia złota. Nie zaprzestano importu złota z zagranicy; według niej takie działanie uniemożliwiłoby zaspokojenie popytu. Jednak rząd monitoruje zakupy.
Mennica nadal nie opublikowała swojej polityki śledzenia pochodzenia złota.
Do polskiej opinii publicznej nie dochodzi fakt, że przegrana Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej zmienia układ sił na świecie. [Zależy, kto co wybiera do czytania. md]
Iran pokazał, że można skutecznie przeciwstawić się potężnemu państwu i obronić swój kraj. Tak więc czy możemy twierdzić, że nastąpił koniec hegemonii USA na świecie? – pyta Piotr Szlachtowicz prowadzący wywiad z prof. Adamem Wielomskim:
Amerykańska mocarstwowość kruszy się już od lat – odpowiada profesor. – Wynika to z osłabienia ekonomicznego, które wpływa na relatywne zmniejszenie wydatków militarnych. Mało o tym w Polsce wiemy, bo ciągle karmimy się mitami o potędze państwa zza Oceanu. Jest tak, że wydatki militarne USA podawane w dolarach wskazują na ich ogromną przewagę, podczas gdy uwzględniając wartość nabywczą tych dolarów okazuje się, że wynoszą tyle co łączne wydatki Rosji i Chin.
Iran wydaje nieporównywalnie mniej od Stanów Zjednoczonych, a jednak skutecznie walczy o swą niezależność. Zmieniło się pole walki, sposoby walki, co pokazała wojna rosyjsko-ukraińska. Amerykanie nie wyciągnęli wniosków z przebiegu tej wojny i byli przekonani, że ich przewaga nad Iranem jest gigantyczna. W istocie ich broń pancerna nie może nic zdziałać, gdy przeciwna strona stosuje rakiety i drony.
Znaczna odległość Teheranu od Waszyngtonu też ma znaczenie w tej walce. Niełatwo jest przemieścić duże ilości ciężkiej broni z Ameryki nad Zatokę Perską. Trudno wejść do kraju górzystego zamieszkałego przez zdecydowanych i walecznych obrońców. I jeszcze brak broni w US-army, bo ta się wyczerpuje, a produkcja trwa miesiącami. To skutek neoliberalnej polityki gospodarczej, która wyprowadziła produkcję z USA do krajów, w których jest tania siła robocza.
Z każdym dniem Amerykanie ośmieszają się, a Iran zyskuje na prestiżu. W zamierzeniu Trumpa wojna 3-dniowa trwa już dwa miesiące i na razie końca nie widać. Tydzień temu skończył się rozejm, a agresorzy przedłużają go jednostronnie. Zabrakło im po prostu rakiet, nie mają czym strzelać. Produkcja nie nadąża za potrzebami. Donald Trump ‚nie ma żadnych kart’ czy może ‚nie ma mocnych kart’.
Także Izrael ponosi klęskę, zarówno militarną, jak i wizerunkową. Państwo, które ‚leży, gdzie chce’ straciło atut, który był mu przynależny od początku jego istnienia, tj. holocaust. Wcześniej powstrzymywało to wielu ludzi od krytyki wielu wątpliwych czynów rządu, by nie narażać się na zarzuty antysemityzmu. Teraz można śmielej nazywać rzeczy po imieniu, nazywać ludobójstwo ludobójstwem.
Jak długo będzie jeszcze trwała wojna w Zatoce Perskiej? – pyta Piotr Szlachtowicz. – Trudno przewidzieć – odpowiada prof. Adam Wielomski. Gospodarka światowa jeszcze się trzyma. USA sprzedają ropę, ale koncerny naftowe nie zwiększają produkcji i podwyższają ceny. Jest możliwe, że Trump zabroni eksportu i wtedy nastąpi drastyczny spadek podaży na świecie.
Zostanie wtedy na placu jeden poważny dostawca: Władimir Putin, który czeka na ten moment. Będzie mógł dyktować nie tylko ceny, ale może pozwolić sobie na dydaktyzm w stosunku do kupujących: „Tym sprzedam, a wam nie sprzedam, bo byliście niegrzeczni”. Europa zostanie na lodzie. O Polsce nie będziemy tu wspominać, by nie psuć Czytelnikom dobrego humoru.
Są takie prawdy w historii narodu, których nie trzeba ogłaszać dekretami, gdyż istnieją niezależnie od tego, czy ktoś chce je uznać. Są też takie, które można próbować przemilczeć, rozmyć, sprowadzić do folkloru, wyśmiać – ale one i tak wracają i będą wracać, bo polską pobożność doprawdy trudno jest pokonać – próbowali zaborcy, próbowali okupanci, komuniści. Wszyscy polegli. Nie uda się to też lewicowym liberałom.
Jedną z tych prawd wynikających z owej pobożności i pięknych, długich dziejów narodu, jest to, że Maryja jest Królową Polski.
Właśnie – jest. Nie „była” Królową, nie „została ogłoszona” Królową. Nie „uważana jest za” Królową. Po prostu – jest Królową Polski.
I nie jest to kwestia poetyckiej metafory ani religijnego sentymentu. To jest historia, konkretna, udokumentowana, rozciągnięta na wieki. W książkach o polskiej religijności przez wieki opisywano tę historię i przez kolejne wieki będzie się ją wspominać – oto na początku XVII wieku włoski jezuita Juliusz Mancinelli usłyszał od Maryi słowa, które do dziś powinny brzmieć w niektórych polskich uszach jak wyrzut sumienia: „Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski?”.
Zwróćmy uwagę – ta historia nie rozpoczyna się od aktu nadania tytułu przez człowieka, ale od przypomnienia tego doniosłego aktu, w dodatku od przypomnienia nie-Polakowi, a przedstawicielowi innej nacji. Maryja sama wskazała na swoją królewską godność wobec tego narodu. A skoro tak, to Śluby Lwowskie Jana Kazimierza z 1656 roku nie były początkiem wspólnej historii, lecz jej oczywistym potwierdzeniem. Król tylko uznał to, co wcześniej zostało objawione – przecież nie tylko Mancinellemu, ale i setkom tysięcy Polaków, w ich wielowiekowych modlitwach, gdy Matka Boża trwała przy nich w rozlicznych prywatnych ale i narodowych zawieruchach. Objawiła to również chociażby każdemu z osobna spośród rycerzy spod Grunwaldu, gdy wzywali Jej imienia upraszając o błogosławieństwo gdy szli walczyć ze zdeprawowanym zakonem.
Dla naszych przodków tytuł „Królowa Polski” nie stanowił uhonorowania Maryi, bo cóż to niby dla za honor Matki Boga, że może królować jakiemuś narodowi. Przyjęcie Jej za Królową stanowiło raczej zobowiązanie, realne odniesienie, polityczne i duchowe. Oznaczało, że Polska – jeśli chce istnieć – musi pozostać wierna Temu, kto stoi ponad nią – Jej Najświętszemu Synowi, Jezusowi Chrystusowi.
To dlatego wspomniani grunwaldzcy rycerze prosili: „U twego Syna Gospodzina, Matko zwolena, Maryja! Zyszczy nam, spuści nam. Kyrie eleison”, co oznacza mniej więcej: „U Twojego Syna, Pana Naszego, wybrana Matko, Maryjo, wyjednaj nam łaski, ześlij nam je. Panie, zmiłuj się nad nami”.
Moglibyśmy w tym tekście wymienić teraz wszystkie przykłady z naszej wspólnotowej historii, gdy Maryja towarzyszyła Polakom – od obrony Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego, gdy modlitwa przed wizerunkiem Czarnej Madonny stała się duchową tarczą narodu, przez śluby lwowskie króla Jana Kazimierza, w których pokłoniliśmy się Jej jako Królowej, aż po dramat rozbiorów, kiedy mimo zniknięcia państwa z mapy to właśnie trwanie przy Kościele Jej Syna pozostawało fundamentem polskiej tożsamości, podtrzymując wiarę, język i kulturę. Moglibyśmy przypomnieć wiek XIX i czasy prześladowań, gdy w obliczu rusyfikacji i germanizacji to maryjna pobożność była jednym z ostatnich bastionów polskości, aż wreszcie dojść do Gietrzwałdu, gdzie w 1877 roku przyszła do nas osobiście jako Niepokalanie Poczęta i Królowa, umacniając swój lud w godzinie próby i przypominając, że nawet wtedy, gdy świat odmawia Polsce prawa do istnienia, Ona z niego nie rezygnuje.
Wspomnielibyśmy też rzecz jasna Bitwę Warszawską z powodu Maryi nazywaną Cudem nad Wisłą, napisalibyśmy też o niezwykłym widoku Stoczni Gdańskiej w sierpniu roku 1980 gdy brama tego słynnego zakładu ozdobiona została Jej wizerunkiem. Wspomnielibyśmy o maryjnym prymasie i jego ślubach na Jasnej Górze a także o maryjnym papieżu rodem z naszego kraju. Warto to wspomnieć, bo coraz mniej z nas o tym pamięta, choć żywię głębokie przeświadczenie, że ta pamięć wcale nie ginie. Że trwa w pobożnych polskich katolikach, choć daleko od spektakularnych imprez, wielkich struktur medialnych czy nawet social-medialnych.
Dziś, wspominając Królową Polski na rok przed okrągłą, sto pięćdziesiątą rocznicą objawień Gietrzwałdzkich, warto na chwilę zatrzymać się właśnie przy wydarzeniach z 1877 roku. Wszyscy, którzy interesują się objawieniami maryjnymi pamiętają, że we współczesności objawiała się wielokrotnie, zwykle jako postać przepiękna, podkreślając swe Niepokalane Poczęcie, przemawiając głównie do prostych ludzi. Tak samo było na Warmii pod zaborem pruskim. Ale jest jedna zasadnicza różnica między objawieniem gietrzwałdzkim a wydarzeniami z Lourdes, Fatimy, La Salette czy Guadelupe.
Jaka?
Otóż to Polakom Maryja objawiła się jako królowa. Widzące zobaczyły Ją zasiadającą na wspaniałym tronie „mieniącym się jak złoto, sadzonym perłami”, z wyraźnymi poręczami i wysokim oparciem, co już samo w sobie stanowiło znak panowania, a nie jedynie obecności. Maryja przybyła w asyście aniołów, którzy najpierw Ją prowadzili, a następnie oddali Jej cześć, kłaniając się głęboko i stając po obu stronach tronu. Ten królewski wymiar objawienia został jeszcze mocniej podkreślony w kolejnych scenach. Aniołowie przynieśli Dzieciątko Jezus i złożyli Je na kolanach Maryi – a Ono trzymało w ręku kulę z krzyżem, znak panowania nad światem. Następnie pojawiła się korona, niesiona przez aniołów i unoszona nad głową Dzieciątka, a nad nią ukazało się berło.
Wydaje się, że nie może być jaśniejszego znaku – oto na tronie siedzi Królowa, matka Króla. To niezwykle symboliczny obraz, głęboki również pod względem teologicznym. Dotykający także głębokich pokładów naszej narodowej tożsamości. Dlaczego w taki sposób Maryja nie ukazała się w Fatimie, dlaczego w Lourdes czy Guadelupe nie siedziała na tronie, nie było insygniów królewskiej władzy?
Odpowiedzi oczywiście nie poznamy, ale nikt nie zabroni nam się jej domyślać – nikt nie zabroni nam pozostać wiernymi intuicji, że oto Matka Najświętsza zechciała odpowiedzieć na polską pobożność czczącą Ją od wieków jako naszą Królową. Królową Świata, Królową Kościoła, Królową Męczenników, Królową Apostołów, Królową Wyznawców, ale także Królową Polski.
Gdy myślimy o Królowej Polski, natychmiast przed oczyma staje nam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, do którego jesteśmy głęboko przywiązani, i bardzo dobrze, niech tak pozostanie. Ale przecież Matka Boża Częstochowska to ta sama Matka Boża, co Matka Boża Łaskawa ze Lwowa i ta sama Maryja, która objawiła się w Gietrzwałdzie. I mówiła do nas o konieczności trwania w wierze i w moralności – bo to tego przecież sprowadza się tamtejsze orędzie.
Dziś, w czasach w których Matka Boża i Jej Syn, Jezus Chrystus, mają wśród Polaków więcej wrogów niż kiedykolwiek, gdy narasta antykatolicki hejt, Gietrzwałd na nowo jest odkrywany przez dziesiątki tysięcy pielgrzymów podróżujących tam każdego miesiąca. Nie może zatem dziwić, że w momencie dziejowym, w których polscy katolicy coraz częściej nawiedzają tamtejsze sanktuarium pochylając się nad treścią maryjnego orędzia, ówczesne wydarzenia – oraz stosunek Polaków do nich – zaczynają być atakowane.
Na taki atak pozwoliła sobie stacja TVN24. W materiale zatytułowanym „W imię Brauna” atakowanym jest oczywiście przede wszystkim Grzegorz Braun, prezes Konfederacji Korony Polskiej, ale rykoszetem dostaje się również sanktuarium i polskiej pobożności. Grzegorz Braun ma rzecz jasna prawo opowiadać o Gietrzwałdzie (nakręcił film dokumentalny o historii, w którym tamtejsze objawienia odgrywają istotną rolę) jak każdy inny katolik. Sam fakt, że pozostaje przy tym politykiem nie powinno w żaden sposób być okolicznością obciążającą. W Polsce bowiem politycy starają się o głosy katolików – wbrew pozorom, nie robią tego wyłącznie przedstawiciele partii prawicowych.
Jedni bywają na Jasnej Górze i mają pełne prawo by mówić, że Matka Boża jest Królową Polski – w tych słowach bowiem skrywa się również program społeczny, moralny i polityczny, duch „Ślubów Jasnogórskich” prymasa Wyszyńskiego doskonale to pokazuje. Inni mogą bywać w Gietrzwałdzie i mówić o tym ludziom. Inni, jak minister Sikorski, mogą wydawać książki ramię w ramię z dominikaninem, ojcem Wojciechem Giertychem (tak, tak, taka publikacja na dniach ukazuje się w Polsce). Jeszcze inni, jak wicepremier Kosiniak-Kamysz mogą pokazywać się na rozmaitych kościelnych wydarzeniach a nawet spotykać się z biskupami by negocjować kwestię religii w szkołach i w ten sposób próbować pokazywać swoim wyborcom, że nie są tak źli jak Lewica. Kolejni politycy PO mogą ogłaszać jakiś dziwaczny i całkowicie nieprawdziwy podział na katolicyzm toruński i łagiewnicki. Z jakiegoś powodu jednak za nawiązywanie do wiary i pobożności Polaków obrywa się głównie prawicy – tylko im zarzuca się niechęć do mitycznego „rozdziału Kościoła od państwa”.
W materiale TVN objawienia z Gietrzwałdu nieco deprecjonują katolicy z tzw. „Kościoła otwartego” – Tomasz Terlikowski i Monika Białkowska. Nie znam kontekstu ich wypowiedzi, wiem jednak w jaki sposób zostały zmontowane i wykorzystane – otóż pan Tomasz zdaje się twierdzić, że są to objawienia jakich wiele, że to samo dokładnie Maryja mówiła do innych ludzi w innych częściach świata, a pani Monika przedstawiona jest jako śmiejąca się z nawiązywania przez Brauna do tego, że w Gietrzwałdzie Matka Boża mówiła po polsku. No więc warto jeszcze raz powtórzyć: Maryja wybrała Polaków na pewnym etapie dziejowym do tego, by się u nich zjawić. Zjawiła się w majestacie Królowej w miejscu w którym od wieków czczona jest właśnie jako Królowa. Polacy – w tym politycy – mają pełne prawo wyciągać z tego rozmaite wnioski, dotyczące pobożności, wiary, moralności, a także życia społecznego i politycznego.
Sama pobożność maryjna coraz częściej jest deprecjonowana przez „oświeconych”. Oto kolejny dziennikarz TVN, Patryk Michalski, w mediach społecznościowych napisał: „PSL pod rękę z PiS i Konfederacją proponuje, by Sejm ustanowił 2027 rok Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Sejm miałby uznać, że rzekome objawienie i przemówienie Maryi w języku polskim to fakt i zachęcać, by szkoły i instytucje państwowe urządzały obchody objawień. Związki partnerskie i prawa kobiet mogą poczekać i przez część ludowców są określane jako sprawy światopoglądowe, których nie należy narzucać, ale rzekome objawienia to fakt”. Tak oto człowiek, który najwyraźniej nie ma pojęcia co wydarzyło się w Gietrzwałdzie, kpi z objawień nazywając je rzekomymi, i jeszcze zestawia je ze związkami partnerskimi. Jeszcze kilka tygodni wcześniej, inny dziennikarz tej stacji, Piotr Marciniak, z kpiarską miną pyta ważnego polskiego hierarchę co sądzi o tym, że niektórzy Polacy uważają, iż w jakiś sposób Maryja ich sobie wybrała. Ot, przypadkowe zapewne natężenie zainteresowania tematem.
Tymczasem my, wierni Królowej Polski i Jej Synowi, musimy trwać w naszej maryjnej pobożności. Ataki na nią są tylko jednym, najmniej ważnym z powodów dla którego nie możemy się poddać. Te ataki pokazują jednak, jak bardzo nasza pobożność cały czas przeszkadza. Dokładnie tak samo jak 150 lat temu w Gietrzwałdzie, czego dowiedziałem się do profesora Grzegorza Kucharczyka, gdy udzielał nam wypowiedzi do wciąż powstającego filmu o tych objawieniach. Ów wybitny historyk udowadniał, że pruska prasa wyśmiewała ówczesną pobożność maryjną wokół Gietrzwałdu używając kpiąco, z największą pogardą, figury… starszej, ciemnej polskiej kobiety modlącej się za wstawiennictwem Maryi na różańcu.
Jak zatem widać „moherowe berety” nie zostały wymyślone w naszych czasach.
W czasach Kulturkampfu było przecież jednak znacznie trudniej, niż dziś, mimo iż intuicja podpowiada, że procentowo, pobożnych Polaków było więcej niż dziś. Jestem jednak przekonany, szczególnie po wizytach w wielu polskich sanktuariach maryjnych, tych już wyśmiewanych i tych których dziennikarze lewicowo-liberalnych mediów nie zdążyli jeszcze zaatakować, że jako Polacy nie porzucimy naszej pobożności, a jeśli będzie trzeba, będziemy jej bronić – jako słudzy Jej Królewskiej Mości, Matki Jedynego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, Królowej Polski.
Modlimy się zatem za Jej wstawiennictwem, w intencji Polski, w naszych intencjach, w intencji Kościoła a także w intencji wszystkich tych, którzy nie rozumieją, zwalczają lub wyśmiewają pobożność maryjną.