Mówi że jest katolikiem. A zatrudnił Gizelę Jagielską.


Fundacja Pro-Prawo do ŻyciaDzień dobry Panie Mirosławie. 
Starosta Powiatu Lubańskiego Zbigniew Zjawin publicznie oświadczył, że jest „katolikiem i przeciwnikiem aborcji”.  Dlaczego zatem zgodził się na zatrudnienie w szpitalu w Lubaniu Gizeli Jagielskiej – najsłynniejszej aborterki w Polsce, która wykonuje zastrzyki śmierci z chlorku potasu w serca dzieci…?  Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek…
Nie zamierzamy tolerować hipokryzji starosty Zjawina, gdyż jego postawa doprowadzi do kolejnych ofiar. Dlatego w piątek rozpoczęliśmy regularne działania w Lubaniu.  Nasi wolontariusze przeprowadzili całodniową akcję protestacyjną pod Starostwem Powiatowym, wywierając presję na Zjawina i żądając zwolnienia Jagielskiej. Na miejscu była nasza wolontariuszka Kasia, która nagrała krótką rolkę wideo.
Proszę obejrzeć:

Z wyrazami szacunku, 
Mariusz DzierżawskiPodpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życiaKRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Teraźniejszość często wydaje się być zbudowana z rozbitych fragmentów dawnych zmagań

Jak przeszłość szepcze teraźniejszości w Iranie

Alfred Mc Coy laprogressive/foreign-policy/past-whispers

Historycy określają dziś zjawisko polegające na tym, że umierające imperium podejmuje desperacką interwencję militarną, aby odzyskać gasnącą imperialną chwałę, mianem „mikro-militaryzmu”.

Alfred McCoy

W pierwszym rozdziale swojej powieści z 1874 roku The Gilded Age Mark Twain sformułował trafną obserwację dotyczącą związku między przeszłością a teraźniejszością:

„Historia nigdy się nie powtarza, lecz… teraźniejszość często wydaje się być zbudowana z rozbitych fragmentów dawnych legend.”

Wśród tych „dawnych legend”, które mogą najlepiej pomóc zrozumieć prawdopodobny wynik obecnej interwencji Stanów Zjednoczonych w Iranie, znajduje się kryzys sueski z 1956 roku, który opisuję w mojej nowej książce Cold War on Five Continents.

Po tym jak egipski przywódca Gamal Abdel Naser znacjonalizował Kanał Sueski w lipcu 1956 roku, wspólna brytyjsko-francuska armada sześciu lotniskowców zniszczyła egipskie lotnictwo, podczas gdy izraelskie oddziały rozbiły egipskie czołgi na pustyniach półwyspu Synaj. W ciągu mniej niż tygodnia wojny Naser utracił swoje strategiczne siły, a Egipt wydawał się bezradny wobec przytłaczającej potęgi tej potężnej imperialnej machiny.

Jednak zanim siły angielsko-francuskie wylądowały na północnym krańcu Kanału Sueskiego, Naser wykonał mistrzowski ruch geopolityczny, zatapiając dziesiątki zardzewiałych statków wypełnionych kamieniami u północnego wejścia do kanału. W ten sposób odciął Europę od jej życiowej linii zaopatrzenia prowadzącej do pól naftowych w Zatoce Perskiej.

Kiedy brytyjskie wojska wycofywały się z Suezu w poczuciu porażki, Wielka Brytania została objęta sankcjami ONZ, jej waluta znalazła się na skraju załamania, aura imperialnej potęgi wyparowała, a globalne imperium zmierzało ku zagładzie.

Historycy określają dziś zjawisko polegające na tym, że umierające imperium podejmuje desperacką interwencję militarną, aby odzyskać swoją gasnącą imperialną chwałę, mianem „mikro-militaryzmu”.

A w kontekście słabnącego wpływu imperialnego Waszyngtonu na rozległym obszarze Eurazji, niedawny amerykański atak militarny na Iran zaczyna wyglądać jak amerykańska wersja właśnie takiego mikro-militaryzmu.

Nawet jeśli historia nigdy naprawdę się nie powtarza, w tej chwili wydaje się całkowicie uzasadnione zastanowić się, czy obecna interwencja Stanów Zjednoczonych w Iranie nie okaże się amerykańską wersją kryzysu sueskiego.

A jeśli próba zmiany reżimu w Teheranie zainicjowana przez Waszyngton miałaby w jakiś sposób „się powieść”, nie należy nawet przez chwilę zakładać, że jej rezultatem będzie stabilny nowy rząd zdolny dobrze służyć swojemu społeczeństwu.

70 lat zmiany reżimów

Wróćmy do zapisu historycznego, aby odkryć prawdopodobne konsekwencje zmiany reżimu w Iranie.

W ciągu ostatnich 70 lat Waszyngton wielokrotnie próbował doprowadzić do zmiany rządów na pięciu kontynentach — początkowo poprzez tajne operacje CIA w ciągu 44 lat zimnej wojny, a w dekadach po jej zakończeniu poprzez konwencjonalne operacje militarne.

Chociaż metody się zmieniały, rezultaty — pogrążanie dotkniętych społeczeństw w dekadach gwałtownych konfliktów społecznych i nieustannej niestabilności politycznej — były niestety podobne. Wzorzec ten można dostrzec w kilku najbardziej znanych operacjach CIA w czasie zimnej wojny.

W 1953 roku nowy parlament Iranu zdecydował się znacjonalizować brytyjską koncesję naftową, aby finansować usługi społeczne dla rozwijającej się demokracji. W odpowiedzi wspólny zamach stanu CIA i MI6 obalił reformistycznego premiera i przywrócił władzę synowi wcześniej obalonego szacha.

Niestety dla narodu irańskiego okazał się on niezwykle nieudolnym przywódcą, który przekształcił bogactwo naftowe kraju w powszechne ubóstwo — co doprowadziło do islamskiej rewolucji w Iranie w 1979 roku.

Do 1954 roku Gwatemala realizowała historyczny program reformy rolnej, który dawał jej w większości majańskiej ludności rdzennej warunki do pełnego obywatelstwa. Jednak sponsorowana przez CIA inwazja doprowadziła do ustanowienia brutalnej dyktatury wojskowej, pogrążając kraj w 30-letniej wojnie domowej, która pochłonęła 200 000 ofiar w populacji liczącej zaledwie pięć milionów ludzi.

Podobnie w 1960 roku Kongo, po stuleciu brutalnych rządów kolonialnych Belgii, wybrało charyzmatycznego przywódcę Patrice’a Lumumbę. CIA szybko jednak doprowadziła do jego obalenia i zastąpiła go wojskowym dyktatorem Josephem Mobutu, którego 30 lat kleptokracji doprowadziło do przemocy, która przyczyniła się do śmierci ponad pięciu milionów ludzi podczas drugiej wojny w Kongu (1998–2003) i do dziś zbiera swoje żniwo.

W nowszych dekadach: interwencje militarne

W bardziej współczesnych dekadach podobnie ponure rezultaty przyniosły próby zmiany reżimu podejmowane przez Waszyngton przy użyciu konwencjonalnych operacji militarnych.

Po atakach terrorystycznych z września 2001 roku siły amerykańskie obaliły rządy talibów w Afganistanie. W ciągu następnych 20 lat Waszyngton wydał 2,3 biliona dolarów — i nie, to „bilion” nie jest pomyłką! — na nieudaną próbę budowy państwa, która została zmieciona z powierzchni ziemi, gdy odradzający się talibowie zdobyli stolicę, Kabul, w sierpniu 2021 roku, pogrążając kraj w mieszance surowego patriarchatu i masowej nędzy.

W 2003 roku Waszyngton dokonał inwazji na Irak w poszukiwaniu nieistniejącej broni nuklearnej i ugrzązł w bagnie 15-letniej wojny, która doprowadziła do śmierci około miliona ludzi i pozostawiła po sobie autorytarny rząd, który stał się w istocie klientem Iranu.

W 2011 roku Stany Zjednoczone poprowadziły natowską kampanię powietrzną, która obaliła radykalny reżim pułkownika Muammara Kaddafiego w Libii. Doprowadziło to do siedmiu lat wojny domowej i ostatecznie pozostawiło kraj podzielony między dwa antagonistyczne, upadłe państwa.

Kiedy próby zmiany reżimu podejmowane przez Waszyngton kończą się niepowodzeniem — jak miało to miejsce na Kubie w 1961 roku czy w Wenezueli w ubiegłym roku — często prowadzi to do jeszcze większego umocnienia autorytarnych rządów, których kontrola nad policją polityczną zostaje wzmocniona, a ich uścisk nad gospodarką kraju staje się jeszcze silniejszy.

Dlaczego — można by zapytać — takie interwencje Stanów Zjednoczonych niemal zawsze prowadzą do tak ponurych rezultatów?

W społeczeństwach, które próbują osiągnąć kruchą stabilność społeczną w warunkach gwałtownych przemian politycznych, zewnętrzna interwencja — czy to tajna, czy jawna — wydaje się niezmiennie przypominać uderzenie w stary zegarek kieszonkowy młotkiem, a następnie próbę ponownego wciśnięcia wszystkich jego kół zębatych i sprężyn na właściwe miejsce.

Geopolityczne konsekwencje wojny z Iranem

Analizując geopolityczne konsekwencje najnowszej interwencji Waszyngtonu w Iranie, można wyobrazić sobie, w jaki sposób wojna wybrana przez prezydenta Donalda Trumpa może stać się własną wersją kryzysu sueskiego dla Waszyngtonu.

Tak jak Egipt w 1956 roku wyrwał dyplomatyczne zwycięstwo z paszczy militarnej porażki poprzez zamknięcie Kanału Sueskiego, tak Iran zamknął teraz inny kluczowy punkt strategiczny Bliskiego Wschodu, wysyłając swoje drony Shahed przeciwko pięciu statkom towarowym w Cieśninie Ormuz (przez którą przepływa około 20% światowej ropy i gazu ziemnego) oraz przeciw rafineriom na południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej.

Uderzenia dronów Iranu zablokowały ponad 90% wypłynięć tankowców z Zatoki Perskiej i zamknęły ogromne katarskie rafinerie produkujące 20% światowych dostaw skroplonego gazu ziemnego. Spowodowało to wzrost cen gazu ziemnego o 50% w wielu częściach świata i aż o 91% w Azji, przy czym cena benzyny w Stanach Zjednoczonych zmierza w kierunku 4 dolarów za galon, a cena ropy może w najbliższym czasie osiągnąć 150 dolarów za baryłkę.

Ponadto, poprzez przetwarzanie gazu ziemnego w nawozy, Zatoka Perska jest źródłem niemal połowy światowych składników odżywczych dla rolnictwa. Ceny nawozu mocznikowego wzrosły o 37% na rynkach takich jak Egipt, co zagraża zarówno wiosennym zasiewom na półkuli północnej, jak i bezpieczeństwu żywnościowemu w globalnym Południu.

Znaczenie Zatoki Perskiej dla gospodarki światowej

Niezwykła koncentracja produkcji ropy naftowej, międzynarodowej żeglugi oraz inwestycji kapitałowych w Zatoce Perskiej sprawia, że Cieśnina Ormuz jest nie tylko wąskim gardłem dla przepływu ropy i gazu, ale również dla przepływu kapitału w całej globalnej gospodarce.

Dla zrozumienia skali:

Zatoka Perska posiada około 50% światowych potwierdzonych rezerw ropy, szacowanych na 860 miliardów baryłek, czyli około 86 bilionów dolarów przy obecnych cenach.

Aby zobrazować koncentrację kapitału w infrastrukturze regionu:

Narodowe kompanie naftowe państw Rady Współpracy Zatoki zainwestowały 125 miliardów dolarów w 2025 roku w swoje instalacje produkcyjne. Światowa flota tankowców liczy około 7500 statków. Pojedynczy duży tankowiec typu „Suezmax” kosztuje około 100 milionów dolarów. Na morzach znajduje się około 900 takich jednostek, o łącznej wartości około 90 miliardów dolarów

Ponadto Dubaj posiada najbardziej ruchliwe międzynarodowe lotnisko świata, będące centrum globalnej sieci około 450 000 lotów rocznie — które obecnie zostało sparaliżowane przez ataki irańskich dronów.

Skala działań militarnych

Pomimo medialnej narracji Białego Domu o niszczycielskiej sile ostatnich nalotów, 3000 wspólnych amerykańsko-izraelskich nalotów na Iran w pierwszym tygodniu wojny blednie w porównaniu z 1 400 000 misji bombowych nad Europą podczas II wojny światowej.

Kontrast między tymi liczbami sprawia, że obecne naloty na Iran przypominają z militarnego punktu widzenia strzelanie do słonia z wiatrówki.

Co więcej:

Stany Zjednoczone posiadają ograniczone zapasy około 4000 rakiet przechwytujących, które kosztują nawet 12 milionów dolarów za sztukę. Ich produkcja nie może być szybko zwiększona. Tymczasem Iran dysponuje niemal nieograniczoną liczbą: około 80 000 dronów Shahed, z możliwością produkcji 10 000 miesięcznie, przy koszcie około 20 000 dolarów za sztukę.

W praktyce oznacza to, że czas nie działa na korzyść Waszyngtonu, jeśli wojna przeciągnie się na więcej niż kilka tygodni.

Czyje wojska na lądzie?

Podczas gdy presja ekonomiczna i militarna rośnie, by wojna była jak najkrótsza, Waszyngton stara się uniknąć wysłania wojsk lądowych, próbując zmobilizować mniejszości etniczne Iranu, które stanowią około 40% ludności kraju.

Jak Pentagon dobrze sobie zdaje sprawę, amerykańskie wojska lądowe napotkałyby ogromny opór ze strony:

– milionowej milicji Basij,

– około 150 000 członków Gwardii Rewolucyjnej (dobrze przygotowanych do asymetrycznej wojny partyzanckiej),

– oraz 350 000 żołnierzy regularnej armii irańskiej.

Ponieważ inne grupy etniczne — jak Azerowie na północy — nie są skłonne do walki, a inne, jak plemiona Beludżów na południowym wschodzie, są zbyt daleko od stolicy, Waszyngton próbuje zagrać „kartą kurdyjską”, tak jak czynił to przez ostatnie 50 lat.

Kurdowie, liczący około 10 milionów ludzi, zamieszkują górskie obszary na granicach Syrii, Turcji, Iraku i Iranu. Są oni największą grupą etniczną na Bliskim Wschodzie, która nie posiada własnego państwa. Z tego powodu od dawna zmuszeni są uczestniczyć w imperialnej „Wielkiej Grze”, stając się czułym wskaźnikiem zmian w globalnej równowadze sił.

Chociaż prezydent Trump w pierwszym tygodniu najnowszej wojny dzwonił do przywódców autonomicznego regionu Kurdystanu w Iraku, oferując im „rozległe wsparcie lotnicze USA” w przypadku ataku na Iran — a Stany Zjednoczone posiadają nawet bazę lotniczą w stolicy Kurdystanu, Erbilu — Kurdowie okazują się jak dotąd wyjątkowo ostrożni.

Waszyngton ma bowiem długą historię wykorzystywania i porzucania kurdyjskich bojowników, sięgającą czasów sekretarza stanu Henry’ego Kissingera, który uczynił zdradę Kurdów swoistą sztuką dyplomatyczną.

Po tym jak w 1975 roku polecił CIA wstrzymać pomoc dla kurdyjskiego ruchu oporu przeciwko Saddamowi Husajnowi, Kissinger powiedział jednemu ze swoich współpracowników:

„Obiecaj im wszystko, daj im tyle, ile dostaną, a jeśli nie potrafią znieść żartu, to trudno.”

Gdy irackie wojska wkroczyły do Kurdystanu, zabijając setki bezbronnych Kurdów, ich legendarny przywódca Mustafa Barzani, dziadek obecnego przywódcy irackiego Kurdystanu, błagał Kissingera:

„Wasza Ekscelencjo, Stany Zjednoczone mają moralną i polityczną odpowiedzialność wobec naszego narodu.”

Kissinger nie odpowiedział nawet na ten desperacki apel, a przed Kongresem stwierdził jedynie:

„Tajnych operacji nie należy mylić z działalnością misyjną.”

W styczniu ubiegłego roku Biały Dom Trumpa podjął niezwykle niefortunną decyzję, zdradzając Kurdów po raz kolejny — zmuszając syryjskich Kurdów do oddania 80% terytorium, które kontrolowali w wyniku dziesięcioletniego sojuszu z Waszyngtonem.

W południowo-wschodniej Turcji radykalna kurdyjska Partia PKK zawarła porozumienie z premierem Recepem Tayyipem Erdoğanem i faktycznie się rozbraja, podczas gdy iracki Kurdystan pozostaje poza wojną, respektując porozumienie dyplomatyczne z Teheranem z 2023 roku dotyczące pokojowej granicy iracko-irańskiej.

Prezydent Trump miał nawet zadzwonić do jednego z przywódców irańskich Kurdów, którzy stanowią około 10% ludności Iranu, zachęcając do zbrojnego powstania. Jednak większość z nich wydaje się bardziej zainteresowana autonomią regionalną niż zmianą reżimu.

Wobec milczenia zarówno Kurdów, jak i społeczeństwa irańskiego w odpowiedzi na wezwania do powstania, Waszyngton może zakończyć tę wojnę jedynie z jeszcze silniej umocnionym reżimem islamskim w Iranie — pokazując światu, że Ameryka jest nie tylko siłą destabilizującą, lecz także mocarstwem w fazie schyłku, bez którego inne państwa mogą się obejść.

W ciągu ostatnich ponad stu lat naród irański sześciokrotnie mobilizował się w próbach ustanowienia prawdziwej demokracji. Wydaje się jednak, że ewentualna siódma próba nastąpi dopiero długo po tym, gdy obecna amerykańska armada opuści Morze Arabskie.

Od szczegółów do geopolityki

Jeśli spojrzymy szerzej, poza szczegółową analizę irańskiej polityki etnicznej, malejące wpływy Waszyngtonu w Kurdystanie odzwierciedlają spadek amerykańskiego wpływu w całej Eurazji, która od pięciu stuleci pozostaje centrum geopolitycznej potęgi świata.

Przez niemal 80 lat Stany Zjednoczone utrzymywały globalną hegemonię, kontrolując oba krańce Eurazji: poprzez NATO w Europie Zachodniej, oraz poprzez cztery dwustronne pakty obronne wzdłuż wybrzeży Pacyfiku — od Japonii po Australię.

Jednak obecnie, gdy Waszyngton coraz bardziej koncentruje swoją politykę zagraniczną na półkuli zachodniej, jego wpływy szybko słabną na ogromnym łuku Eurazji rozciągającym się od Polski, przez Bliski Wschód, aż po Koreę.

Ten obszar geopolitycy tacy jak Halford Mackinder i Nicholas Spykman określali jako „rimland” — strefę konfliktu.

Jak ujął to Spykman:

„Kto kontroluje Rimland, rządzi Eurazją; kto rządzi Eurazją, kontroluje losy świata.”

Od czasu pojawienia się polityki zagranicznej America First Donalda Trumpa w 2016 roku wiele państw wzdłuż tego eurazjatyckiego pasa zaczęło stopniowo dystansować się od wpływów Stanów Zjednoczonych.

Dotyczy to między innymi:

Europy (która zaczęła się ponownie zbroić),

Rosji (kwestionującej rolę Zachodu w wojnie na Ukrainie),

Turcji (pozostającej neutralną w obecnym konflikcie),

Pakistanu (zacieśniającego sojusz z Chinami),

Indii (oddalających się od amerykańskiego sojuszu Quad),

Japonii (która buduje bardziej autonomiczną politykę obronną).

———————————————

To oddalanie się od wpływów USA widać również w braku międzynarodowego poparcia dla interwencji w Iranie, co stanowi wyraźny kontrast z szerokimi koalicjami, które wsparły Stany Zjednoczone podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku czy podczas okupacji Afganistanu w 2002 roku.

Jeśli mikro-militaryzm Trumpa w Iranie ujawni granice amerykańskiej potęgi, osłabienie wpływów Waszyngtonu w Eurazji może przyspieszyć powstanie nowego ładu światowego, który wykracza poza dotychczasową hegemonię Stanów Zjednoczonych.

Tak jak premier Anthony Eden jest dziś w Wielkiej Brytanii pamiętany jako nieudolny przywódca, który doprowadził do upadku imperium w czasie kryzysu sueskiego, tak przyszli historycy mogą uznać Donalda Trumpa za prezydenta, który osłabił międzynarodową pozycję Stanów Zjednoczonych, między innymi poprzez swoją mikro-militarną przygodę na Bliskim Wschodzie.

Wraz z powstawaniem i upadkiem imperiów geopolityka pozostaje stałym czynnikiem kształtującym ich los — lekcją, którą autor stara się przekazać w swojej książce Cold War on Five Continents.

W trudnych czasach, gdy wydarzenia wydają się chaotyczne i trudne do zrozumienia, „rozbite fragmenty dawnych legend”, o których pisał Mark Twain, mogą przypominać nam o analogiach historycznych — takich jak upadek potęgi Wielkiej Brytanii czy Związku Radzieckiego — które pomagają zrozumieć, jak przeszłość często szepcze do teraźniejszości, tak jak dzieje się to dziś w Cieśninie Ormuz.

Amerykańskie pociski przeciwrakietowe THAAD i Patriot są już użyte lub wkrótce zostaną uszkodzone

Amerykańskie pociski przeciwlotnicze THAAD i Patriot PAC3 są uszkodzone lub wkrótce zostaną uszkodzone.

Wojna między Iranem a koalicją amerykańsko-izraelską trwa już od trzech tygodni i nie widać jej końca. Choć Izrael dysponuje znacznie większą siłą powietrzną, nie jest w stanie przeciwstawić się irańskiemu arsenałowi rakietowemu. To wojna na wyniszczenie i bez względu na to, jak często Donald Trump będzie twierdził, że Iran został zniszczony, a USA wygrały, Iran będzie nadal codziennie bombardował Izrael co najmniej trzema falami ciężkich ataków rakietowych, aż do osiągnięcia porozumienia w drodze negocjacji.

Chciałbym przedstawić uproszczony model ilustrujący równowagę sił na korzyść Iranu. Załóżmy, że Izrael i Iran miałyby wystrzelić w siebie nawzajem 50 bomb/rakiet o wadze 2000 funtów (ok. 900 kg) dziennie. Teoretycznie irańskie bomby pokryłyby całe terytorium Izraela w niecałe trzy lata, podczas gdy izraelskie bomby potrzebowałyby ponad dwóch stuleci, aby osiągnąć ten sam poziom w Iranie.

To ilustruje asymetrię: mniejsze rozmiary Izraela sprawiają, że jest on znacznie bardziej podatny na ciągłe ataki powietrzne. Oto obliczenia dotyczące bombardowań obszarowych przeprowadzanych przez obie strony:

Dla Izraela (bombardowanego przez Iran)  : 8019 mil kwadratowych ÷ 8,1 mil kwadratowych/dzień ≈  990 dni  (około 2,7 roku).

W przypadku Iranu (bombardowanego przez Izrael)  : 636 372 mil kwadratowych ÷ 8,1 mil kwadratowych/dzień ≈  78 600 dni  (około 215 lat).

Nikt poza Irańczykami nie wie, ile pocisków balistycznych i manewrujących posiada ten kraj. Ale biorąc pod uwagę nagrania z ogromnych podziemnych  wyrzutni rakietowych  , zakładam, że kraj może przeprowadzać wiele wystrzeleń rakiet dziennie przez co najmniej sześć miesięcy. Systemy obrony powietrznej Izraela są poważnie osłabione… W rzeczywistości systemy THAAD i Patriot mogą być już w dużej mierze niesprawne.

Rozważmy rzeczywistą liczbę systemów THAAD.

Lockheed Martin otrzymał swoje pierwsze zamówienie produkcyjne na początkowe pociski, wyrzutnie i komponenty w styczniu 2007 roku. Do stycznia 2025 roku Lockheed Martin dostarczył ponad 900 pocisków przechwytujących THAAD (ogłoszono dostawę 900. pocisku). Odpowiada to średniej rocznej produkcji 50 pocisków w ciągu tych 18 lat. Standardową praktyką przechwytywania nadlatującego pocisku balistycznego jest wystrzelenie dwóch systemów THAAD. Gdyby Stany Zjednoczone przekazały wszystkie swoje systemy THAAD Izraelowi, oznaczałoby to, że po 450 irańskich wystrzeleniach pocisków Izrael nie miałby już dostępnych pocisków THAAD.

Od początku wojny 28 lutego Iran wystrzeliwuje średnio 40 pocisków dziennie w kierunku Izraela. Oznacza to, że Iran wystrzelił już 640 pocisków balistycznych w kierunku Izraela. Biorąc pod uwagę te liczby, spodziewam się, że nie będzie już dostępnych pocisków THAAD. Zapasy są albo wyczerpane, albo prawie wyczerpane. To prosta matematyka.

Izrael i Stany Zjednoczone mają ten sam problem z pociskami Patriot. Jak wyjaśniłem w poprzednim artykule, Stany Zjednoczone wyprodukowały w sumie 4620 pocisków PAC3 do 1 stycznia 2026 roku. Około 1000 z nich zostało już rozmieszczonych na Ukrainie, co zmniejsza pozostałą liczbę do 3620. Dowództwo Pacyfiku Stanów Zjednoczonych (USINDOPACOM) ma co najmniej 1296, a prawdopodobnie nawet 1728 pocisków PAC3. Załóżmy niższą liczbę.

Ach, i zapomniałem o USEUCOM… Ma jeden batalion pocisków Patriot, co oznacza minimum 432 pociski PAC3 (założyłem 6 baterii po 72 pociski każda). Zatem USZENTCOM-owi pozostało tylko 1892 pociski PAC3. Nie wiem, ile broni dostarczono Izraelowi przez US CENTCOM, ale według publicznie dostępnych źródeł kilka baterii Patriot zostało wysłanych do Arabii Saudyjskiej, Kataru, Bahrajnu i Kuwejtu. Zakładając, że każda bateria została wyposażona w 72 pociski PAC3 i że w każdym z tych czterech krajów stacjonowała tylko jedna bateria, to w sumie Izrael dysponuje 1584 pociskami Patriot.

To jest najlepszy scenariusz, oznaczający, że Izrael może przechwycić maksymalnie 792 irańskie pociski balistyczne i manewrujące. Jeśli izraelski arsenał nie jest już wyczerpany, to wkrótce się to stanie.  Semafor  , amerykański portal informacyjny, doniósł, że Izrael poinformował w tym tygodniu Stany Zjednoczone, że liczba posiadanych przez niego pocisków przechwytujących jest krytycznie niska, biorąc pod uwagę trwający konflikt z Iranem, i że Izrael przystąpił do obecnej wojny, mając już za mało pocisków przechwytujących wystrzelonych podczas ubiegłorocznego konfliktu z Iranem.

Chociaż przedstawiciele USA i Izraela temu zaprzeczają, powyższe liczby, moim zdaniem, potwierdzają  raport Semafora  .

Źródło: US Air Defense Rakiety THAAD i Patriot PAC3 są uszkodzone lub wkrótce zostaną uszkodzone

Tłumaczenie: LZ

Dugin ostrzega: Europa siedzi na geopolitycznej bombie z opóźnionym zapłonem

Aleksander Dugin ostrzega: Europa siedzi na geopolitycznej bombie z opóźnionym zapłonem.

uncutnews-ch/alexander-dugin-warnt-europa-sitzt-auf-einer-geopolitischen-zeitbombe

Rosyjski filozof i geopolityczny myśliciel Aleksandr Dugin przedstawił ponurą diagnozę obecnej sytuacji na świecie. W trafnej analizie wyjaśnia, że ​​prawdziwym zagrożeniem dla Europy nie jest Rosja, lecz dynamika konfliktu na Bliskim Wschodzie – a zwłaszcza rola Izraela w tym konflikcie.

Według Dugina, Europa jest coraz częściej wciągana w globalne konflikty, nie mając w tym żadnego strategicznego interesu. Twierdzi on, że Rosja nie stanowi dla Europy zagrożenia egzystencjalnego. Prawdziwe zagrożenie wynika raczej z politycznego i militarnego zaangażowania rządów europejskich w konflikty, które stoją w sprzeczności z ich własnymi realiami geopolitycznymi i społecznymi.

Podstawą jego analizy jest strukturalna zależność Europy od Bliskiego Wschodu. Unia Europejska jest silnie uzależniona od importu energii z krajów arabskich i szerzej pojętego Bliskiego Wschodu. Jednocześnie Europa ma dużą populację muzułmańską. Według Dugina stwarza to wysoce ryzykowną sytuację polityczną.

Jeśli rządy europejskie będą wspierać Izrael w konfliktach zbrojnych, podczas gdy wojny na Bliskim Wschodzie będą się nasilać, nastroje społeczne wśród muzułmańskiej ludności mogą się gwałtownie zwrócić przeciwko ich własnym rządom. Dla Dugina jest to właśnie „prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem w Unii Europejskiej”. Europa ryzykuje nie tylko napięcia geopolityczne na zewnątrz, ale także narastające konflikty społeczne wewnątrz.

Ale Dugin nie poprzestaje na analizie geopolitycznej. Interpretuje obecną sytuację światową jako głębszy konflikt ideologiczny, a nawet metafizyczny. Według jego relacji, obecnie ścierają się różne wizje „końca historii”.

Odwołuje się do liberalnej koncepcji politologa Francisa Fukuyamy, który postrzega liberalizm jako ostateczną formę porządku politycznego. Dugin opisuje ten projekt jako świecki, indywidualistyczny, posthumanistyczny i coraz bardziej powiązany z programami kulturowymi, które interpretuje jako próbę położenia kresu samemu rozwojowi historycznemu.

Równocześnie identyfikuje kilka konkurujących ze sobą koncepcji eschatologicznych. Należą do nich izraelski projekt „Wielkiego Izraela”, mesjańskie oczekiwania świata szyickiego związane z koncepcją Mahdiego oraz rosyjska koncepcja „Katechonu”. [O katolicyzmie chyba nie chce pisać, myśleć?? Może widzi tylko obecny Watykan? MD]

Koncepcja ta odgrywa kluczową rolę w rosyjskiej filozofii geopolitycznej. Według Dugina, Rosja postrzega siebie jako „Katechon” – siłę, która zapobiega całkowitemu rozpadowi porządku świata i zapobiega pojawieniu się Antychrysta. Jest to koncepcja religijna i filozoficzna wywodząca się z tradycji prawosławnej, która przypisuje Rosji szczególną rolę historyczną.

Dugin dostrzega również w Stanach Zjednoczonych odrębną, uwarunkowaną religijnie koncepcję końca czasów, szczególnie w obrębie niektórych ruchów protestanckich, które także mają konkretną wizję tego, jak powinna zakończyć się historia świata.

Z tej perspektywy obecny konflikt nie jawi się już jedynie jako geopolityczna walka o władzę, lecz jako starcie różnych modeli cywilizacji i światopoglądów. Liberalizm, religijny mesjanizm, geopolityczne imperia i projekty kulturowe konkurują ze sobą o interpretację globalnej przyszłości.

Wniosek Dugina jest równie prowokacyjny, co dramatyczny. Świat jest obecnie uwikłany w rywalizację między różnymi wizjami końca historii – a być może nawet końca świata.

Ostrzegł, że Europa znajduje się w samym środku historycznego konfliktu, prawdopodobnie nie zdając sobie w pełni sprawy z długoterminowych konsekwencji swoich decyzji politycznych.

Nasz misz-masz. MEM-y VI.

——————————————————

———————————————————-

——————————————————–

————————————————————

————————————–

———————————-

———————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

O lotnisku Ben Guriona (נתב״ג / TLV) w Tel Avivie

Grok:

W nocy z 14 na 15 marca 2026 r. na lotnisku Ben Guriona (נתב״ג / TLV) w Tel Awiwie panowała bardzo napięta i niebezpieczna sytuacja w związku z eskalacją konfliktu izraelsko-irańskiego.Główne wydarzenia w tym czasie:

  • Ataki rakietowe z Iranu – W nocy i nad ranem 15 marca odnotowano kolejną falę irańskich ataków balistycznych (w tym m.in. elementy operacji True Promise 4 według relacji irańskich mediów). Kilka pocisków lub ich odłamków uderzyło / spadło w rejonie Tel Awiwu i bezpośrednio w pobliżu lotniska Ben Guriona.
  • Potwierdzone impakty m.in.:
    • W dzielnicy Szoham (tuż przy lotnisku) – uszkodzenia budynków mieszkalnych, pożary, lekkie rany u co najmniej 2 osób.
    • W otwartym terenie blisko pasa startowego i infrastruktury lotniska.
    • Eksplozje słyszane i widoczne w Tel Awiwie oraz w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska.
  • Syreny, chaos i ograniczenia – W całym centrum kraju (w tym Tel Awiw i okolice lotniska) wielokrotnie uruchamiano alarmy przeciwrakietowe. Ludność kierowała się do schronów. Lotnisko było już wcześniej mocno ograniczone / częściowo sparaliżowane z powodu wcześniejszych fal ataków (od końca lutego / początku marca), a ta noc dodatkowo pogorszyła sytuację.
  • Status operacyjny lotniska – W nocy 14/15 marca Ben Gurion praktycznie nie obsługiwał normalnego ruchu cywilnego:
    • Większość linii lotniczych zawiesiła loty do/z Izraela na tygodnie / miesiące wcześniej.
    • Od kilku dni lotnisko było w stanie „paraliżu” lub bardzo ograniczonej pracy (głównie loty specjalne / repatriacyjne).
    • Po uderzeniach w nocy wiele źródeł podaje, że lotnisko zostało ponownie zamknięte dla ruchu cywilnego na czas nieokreślony.

Podsumowując: noc z 14 na 15 marca 2026 to jedna z najbardziej intensywnych nocy ataków balistycznych na rejon Tel Awiwu i Ben Guriona od początku eskalacji z Iranem. Lotnisko było celem (bezpośrednim lub pośrednim), słychać było eksplozje, działała obrona przeciwrakietowa, a operacje lotnicze były w praktyce wstrzymane.

==========================================

facebook.com/share

Ze wspomnień niebieskiego mundurka

Ze wspomnień niebieskiego mundurka.

ElMalchico


salon24.pl/wolnyseba/ze-wspomnien-niebieskiego-mundurka

Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

Ech, młodzi… Wy to czytacie te swoje podręczniki do historii, oglądacie rocznicowe akademie i naprawdę wierzycie, że w osiemdziesiątym dziewiątym to jakiś system „upadł”. Jaki upadek, ja się pytam? Toż to była najlepsza restrukturyzacja korporacyjna w dziejach! Siadajcie, posłuchajcie starego psa. Zaczynałem niewinnie, z czerwoną opaską ORMO na ramieniu. Potem w ZOMO trochę się człowiek namachał pałą w imię ludowej sprawiedliwości, aż w końcu docenili zaangażowanie i przenieśli do ciepełka – do Służby Bezpieczeństwa. Znam ten aparat od podszewki. I powiem wam jedno: ten cały wasz „koniec komuny” to był dopiero początek naszych prawdziwych karier.

Wy myślicie, że partyjna nomenklatura w PRL-u to miała raj na ziemi? Śmiać mi się chce z tej legendy! Co myśmy mieli za te straszne „przywileje”? Talon na Malucha bez dziesięcioletniej kolejki, trochę szynki Krakusa ze sklepu „za żółtymi firankami”, darmowe wczasy w Bułgarii i daczę nad Śniardwami zrobioną z płyt wiórowych. To było to legendarne uprzywilejowanie? Przecież to była bieda z nędzą, tylko odrobinę lepiej przypudrowana niż to, co miał robotnik w Ursusie! Prawdziwy oddech złapaliśmy dopiero, jak system „upadł”. Uwłaszczenie nomenklatury – to dopiero brzmi dumnie. Wczoraj dyrektor państwowego zjednoczenia, jutro prezes i główny udziałowiec prywatnego holdingu. Fortuny, panie dziejku, rodziły się w cieniu okrągłego stołu.

Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

A to całe dzisiejsze kumoterstwo? Nepotyzm? Gdzie nam z naszymi PRL-owskimi standardami do dzisiejszej władzy! Wtedy, jak bratanek pierwszego sekretarza partii dostawał po znajomości posadę kierownika Gminnej Spółdzielni w Pcimiu, to był szczyt układów. A dzisiaj? Dzisiaj to jest dopiero rozmach! Odprawy w spółkach skarbu państwa liczone w milionach za dwa miesiące „pracy”, krewni i znajomi królika poupychani w radach nadzorczych fundacji, agencji i instytutów. Kiedyś załatwiało się synowi etat referenta w urzędzie, dziś synalek bez matury dostaje pensję, jakiej ja w resorcie przez dwadzieścia lat nie naoglądałem.

I co najważniejsze – wtedy mieliśmy luksus, o którym dzisiejsi aparatczycy mogą tylko pomarzyć: absolutną ciszę! Nie było tych waszych internetów, smartfonów ani lokalnych portali śledczych. Była „Trybuna Ludu” i telewizyjny Dziennik. Cenzura z ulicy Mysiej dbała o higienę umysłową narodu. Jak towarzysz dyrektor po pijaku wjechał służbową Wołgą w przystanek, to następnego dnia rano przystanku nie było, a Wołga lśniła nowym lakierem z zaprzyjaźnionego warsztatu milicyjnego. Nikt o tym nie pisał.

A dziś? Każdy wójt, każdy radny ma na karku jakiegoś redaktorka z dyktafonem, który zaraz wrzuci do sieci, że szwagier burmistrza wygrał przetarg na wywóz śmieci. Myśmy się dziennikarzami nie przejmowali – myśmy ich po prostu mieli w teczkach, jako Tajnych Współpracowników.

Dlatego, jak tak patrzę na to wszystko z perspektywy mojego bujanego fotela, to uśmiecham się pod wąsem. Zmiany wyszły nam wszystkim na dobre. Wam, bo możecie sobie narzekać w internecie na kogo chcecie, i nam, bo wreszcie mamy pieniądze, żeby żyć jak biali ludzie. A zwłaszcza cieszy mnie to dzisiaj, kiedy poczta przyniosła pismo z ZUS-u. Przywrócili mi tę moją wypracowaną w pocie czoła (i na plecach opozycji) esbecką emeryturkę. Z wyrównaniem! Sprawiedliwości dziejowej po latach tak zwanej „dezubekizacji” w końcu stało się zadość. Wy macie swoją demokrację, a my mamy swoje wille i pełne konta. I kto tu, panie dziejku, wygrał ten cały kapitalizm?

No, to po maluchu. Za wolną Polskę!

Spełnienie MARZEŃ. MEM-y V.

——————————————————————————-

——————————————–

—————————–

—————————————–

————————————

————————————————

——————————————-

—————————



Feliks Koneczny, Stary Testament i Rysie…

Feliks Koneczny: 

„Związek Nowego Testamentu ze Starym jest jednak w gruncie rzeczy tylko powierzchowny, przypadkowy, ba, wymuszony, a jak już wspomniano, jedynego punktu zaczepienia dostarczyły nauce chrześcijańskiej dzieje grzechu pierworodnego, zresztą w Starym Testamencie odosobnione i z których dalej nie czyni się użytku.”

Co nie przeszkadzało modernistycznemu Kościołowi zmienić Lekcjonarza i codziennie wierni są faszerowani wyłącznie Starym Testamentem. Dobrze, że chociaż Ewangelię jeszcze czytają, ale wiele wskazuje na to, że mogą sięgnąć do Talmudu…

Tworzą „religię dla wszystkich”. Różokrzyżowcy, chasydyzm, Chabad Lubawicz, sufizm, zielonoświątkowcy, charyzmatycy, Franciszek.

Czas stworzyć „religię dla wszystkich”. Różokrzyżowcy, chasydyzm, Chabad Lubawicz, sufizm, zielonoświątkowcy, charyzmatyzm, Franciszek.

Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – książka Stanisława Krajskiego

Str. 224-9

por.: “Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – nowa książka Stanisława Krajskiego ]

==============================

Jedyna „prawdziwa” religia po Wielkim Resecie, czyli „Odnowa” w duchu… masońskim.

Masoni już od wieków powtarzają: „wszystkie religie są sobie równe”; „wszystkie religie powinny stopić się w jedną”. Ich problemem była jednak odpowiedź na pytanie: jak to w praktyce zrobić? I tak, na przykład, w odniesieniu do chrześcijaństwa zastosowali metodę poganizacji bezpośredniej (e odniesieniu do prawosławia) i metodę „reformy’” (w odniesieniu do katolicyzmu).

Metoda zastosowana w stosunku do prawosławia w znacznej mierze się udałą (pisałem o tym dużo w książce pt. „Masoneria polska 2022. Polska w kleszczach masonerii”). Planowali trzy reformy (reformacje) katolicyzmu: pierwsza – luteranizm, druga – kalwinizm, trzecia doktryna różokrzyża, czyli ostatecznie, w efekcie, tzw. chrześcijaństwo wodnikowe.

To nie do końca się udało, choć spowodowało rozczłonkowanie, osłabienie oraz rozwodnienie katolicyzmu. Różokrzyżowcy, którzy pojawili się przed powstaniem protestantyzmu i zainicjowali go oraz starali się przyspieszyć „reformy” mieli, na podorędziu, jeszcze jeden pomysł, który zaczęli realizować powoli w pierwszych latach XX Wieku.

Paul Sedir, jeden z dzisiejszych ideologów Różokrzyża stwierdza w pracy pt. „Różokrzyżowcy. Historia i nauka”, że jedną z najważniejszych postaci, W świetle tej doktryny, jest anioł (a raczej demon), który nazywa się Iilias Artista, i który „ujawnia się światu poprzez nich (Różokrzyżowców dop. S. K.) za ich ofiarną zgodą” — „wciela się w istoty dobrej woli, które „o przywołują”. Max Heindel, inny współczesny ideolog Różokrzyża, mówi, w pracy pt. „Światopogląd Różokrzyżowców. Ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości”, o duchach Lucyferów. Aniołowi ci zagnieżdżają się w ludziach, zyskując w ten sposób, jako duchy, nowe możliwości poznania i działania. Robią to za zgodą ludzi, ofiarowując im za to wolność i elementy boskości. Max Heindel pisze w cytowanej tu już pracy, że po śmierci Chrystusa „Wielki Duch Słońca wyzwolony został z fizycznego ciała Jezusa i z własnymi ciałami wstąpił w Ziemię”. Stwierdza: „Od tej chwili ścieżka wtajemniczenia stoi otworem dla wszystkich, którzy chcą na nią wstąpić”.

W ten sposób, stwierdza Heindel, „rozpoczyna się epoka Ducha Świętego, który jest istotą stojącą wyżej człowieka, kimś innym niż Syn i Ojciec”. Rozpoczęcie się epoki Ducha Świętego spowodowało, że Apostołowie nim napełnieni mówili różnymi językami. „Osiągnąć to może każdy – kto szczerze dąży do zjednoczenia z Duchem Świętym. Wtedy zacznie on mówić różnymi językami”l

Jednym z pierwszych „duchaczy” był, żyjący w XVIII wieku, hrabia St. Germain (późniejsza, jak mówią Różokrzyżowcy, reinkarnacja Christiana Rosenkrauza, założyciela Zakonu Różokrzyżowców), który mówił wszystkimi językami, a ludzie, którzy z nim rozmawiali przekonani byli, że jest on tej samej narodowości, co oni. „On również osiągnął – jak stwierdza Heindel – pełne zjednoczenie z Duchem Świętym”. Duch Święty to był, w założeniu Różokrzyżowców (ojców masonerii), w istocie, Szatan. W poszczególnych wspólnotach tej sekty, gdy objawiał się „Duch Święty” objawiały się, w istocie, różne demony.

Tę koncepcję ukrycia Szatana i demonów pod przykrywką Ducha Świętego podjęło na przełomie XIX i XX wieku kilku amerykańskich masonów.

Najważniejszy był tu niejaki Charles Parham (1873-1929). Można znaleźć wiele wiarygodnych źródeł mówiących o przynależności Parhama do masonerii i zajmowaniu w niej wysokiego stanowiska (podaję je w książce pt. „Masoneria polska 2018.Wojna demonów”). Parham był również przez wiele lat aktywnym członkiem Ku Klux Klanu.

Trzeba przypomnieć, że Ku Klux Klan był organizacją masońską. Założył go ojciec masonerii amerykańskiej Albert Pike uznawany za jeden z największych, o ile nie największy, autorytet masonerii. Dodajmy,że zachował się list Parhama do żony z 1928 r., z jednej z jego podróży, w którym pisał, że wiezie młotek jako prezent dla loży masońskiej będący wyrazem szacunku („I am going to bring a gavel home with me I am going to present it to the Masonic lodge in Baxter Springs with my respects”).

Partham był założycielem ruchu zielonoświątkowców. Za jego sprawą nastąpiło w pierwszy dzień 1901 r. pierwsze „zstąpienie Ducha Świetnego”. Parham „sformułował pierwotną zielonoświątkową doktrynę”. Jej punktem wyjścia było twierdzenie, że gdy ma miejsce „Chrzest w Duchu Świętym”, następuje też „mówienie językami” i jest ono „biblijnym dowodem”, że on się odbył. Do istoty tej doktryny należy zaliczyć przeświadczenie, że „doktrynalne idee” wypracowuje się w „prywatnej medytacji” jako efekt swoistego dialogu z Duchem Świętym.

Parham odrzucał wszelkie autorytety twierdząc, że „Duch Święty porozumiewał się z nim bezpośrednio”. Stąd mógł przyjmować „dogmaty”, których jakiegokolwiek potwierdzenia nie można było znaleźć w Piśmie Świętym. Warto w tym momencie podkreślić, że w takim ujęciu, jakie proponuje Parham, występuje bezpośrednia relacja człowieka z Duchem Świętym, poza Chrystusem.

Zauważmy, że Zielone Świątki – święto Zesłania Ducha Świętego było zawsze (przed Soborem Watykańskim II) świętem powstania Kościoła. Zesłanie Ducha Świętego nastąpiło ten jeden raz i apostołowie zmienili się w biskupów i pojawiła się sukcesja apostolska oraz wszystkie tego konsekwencje.

Następne zesłanie Ducha Świętego, gdyby, teoretycznie rzecz biorąc, się pojawiło byłoby ustanowieniem przez Boga nowego Kościoła. To jednak jest niemożliwe, a oczywiste jest, przynajmniej dla katolika, że duch, który przyszedł na wezwanie Parhama to nie jest Duch Święty, to jest sam Szatan lub któryś z demonów.

Minęło 66 lat (znamienna liczba, prawda?), i jak pisze Maria Kominek w materiale pt. „Odnowa w Duchu Świętym”: „W roku 1967 czterech członków pewnej katolickiej grupy modlitewnej z Pittsburgha, stan Pensylwania nawiązało kontakt z pewną międzywyznaniową grupą protestancką. Ciekawostką jest, że dwie osoby z tej grupy było wykładowcami teologii na uniwersytecie w Pittsburghu. Na kolejnym ”spotkaniu doszło do modlitwy nad nimi, nałożono na nich ręce. Byli to Ralf Keifer i Patrick Bourgeois. Zaledwie w tydzień potem Ralf Keifer nałożył ręce na inne osoby, które też otrzymały dar glosolalii. I tak Pentecostyzm wszedł do Kościoła Katolickiego. Dalej – można prześledzić ciąg nakładania rąk i otrzymywania charyzmatycznych owoców chrztu w Duchu Świętym. Można prześledzić rozprzestrzenianie się ruchu w środowiskach luteranów, metodystów, anglikanów itd. Zawsze będzie tak samo – przekazywanie daru przez nakładanie rąk przez kogoś na kogo uprzednio nałożono ręce. Rzec by można sukcesja metodysty Parhama. O tym się nie mówi, jakoś się tego nie zauważa. Ale jest to bodajże najistotniejszy element ruchu Odnowy”.

Początkowo Odnowa w Duchu Świętym działająca w ramach Kościoła katolickiego starała się o to, by postrzegano ją jako ruch czysto katolicki. Później była coraz bardziej „ekumeniczna”. Coraz więcej jej wspólnot odchodziło z Kościoła przechodząc do protestantów lub tworząc własne „kościoły”. Dobry jest tu przykład z Kalisza. Oto co czytamy w Wikipedii: „Centrum Chrześcijańskie Miecz Ducha w Kaliszu — związek wyznaniowy powstały na bazie początkowo rzymskokatolickiej grupy charyzmatycznej (Ruch Odnowy w Duchu Świętym), zarejestrowanej w 1998 jako niezależny protestancki Kościół Chrześcijański Miecz Ducha”. Obecnie już często nie ukrywa swojego niekatolickiego charakteru, a jej liderzy, tacy jak Marcin Zieliński, mają wsparcie wielu biskupów (np. abp. Grzegorza Rysia).

Charyzmatycy to dziś jedyny chyba żywy ruch w ramach protestantyzmu i liczebnie dominujący. Charyzmatycy przejmują Kościół katolicki i dezintegrują oraz rozwadniają katolicyzm. W sposób wyjątkowy zdominowali całe chrześcijaństwo Ameryki Południowej.

W 2017 r. zareagował na to ks. bp Andrzej Czaja podczas XXVI sympozjum dla księży rekolekcjonistów, ojców duchownych i spowiedników kapłańskich, które odbyło się na Jasnej Górze. Wygłosił tam, w dniu 24 stycznia referat pt. „Problem pentekostalizacji chrześcijaństwa”. Na początku powiedział: „Chodzi o zjawisko, które ma już miejsce w naszym Kościele, a stanowi zagrożenie dla jego tożsamości i jedności oraz rozwoju duchowego poszczególnych wiernych, nie wyłączając duchownych”.

Szatan, za pośrednictwem Różokrzyżowców, a potem masonów i Parhama, wtłoczył ruch charyzmatyczny w chrześcijaństwo. Tego samego dokonał z judaizmem tworząc specyficzny dla niego ruch charyzmatyczny chasydyzm, którego najsilniejszym dziś nurtem jest Chabad Lubawicz.

To samo stało się z islamem, w którym ruchem charyzmatycznym (wysoko cenionym przez Różokrzyżowców i masonów) stał się sufizm (to z reprezentantem sufizmu szejkiem Ahmedem Al-Tayyeb, imamem Al-Azhar w swoim czasie papież Franciszek podpisał umowę o współpracy i „braterstwie”). . Pisałem o tych „charyzmatykach” obszernie w takich choćby książkach jak „Masoneria, islam, uchodźcy” czy „Masoneria polska 2018. Wojna demonów”.

Ruchy charyzmatyczne w trzech wielkich religiach zmierzają do tego, by wtopić się w swoje macierzyste religie. Ich celem, jak łatwo się domyśleć, jest zdominowanie tych religii, a następnie stopienie się w jedna wszechświatową, demoniczną religię.

Jeśli nawet szatanowi i masonerii udałaby się realizacja integracji „ruchów charyzmatycznych” (a jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że to nastąpi) w jedną światowa religię i zepchnięcie na margines chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, to i tak, w istocie to nie będzie religia jednego „boga” (Szatana). Ludzkość wróci bowiem wtedy, w ten sposób, do swoich najbardziej prymitywnych, pogańskich początków i zacznie królować, w praktyce, politeizm, a zatem to co jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazywano ciemnotą i zabobonem. W każdej bowiem wspólnocie „charyzmatycznej” bogiem będzie inny demon. Początkowo zapewne każdy z nich będzie używał imienia charakterystycznego dla danego „ruchu charyzmatycznego”. Demony w „chrześcijańskich” wspólnotach będą więc, przez jakiś czas, nazywane Duchem Świętym.

Zauważmy, że „kościół” Zielonoświątkowy już u samych swoich początków zaczął się, wśród kłótni i sporów, dzielić. Potem „kościoły” zielonoświątkowe wciąż mnożyły się jak króliki. W samej Polsce takich „kościołów” jest kilkanaście, a razem z tymi, które powstały poprzez odejście wspólnot Odnowy w Duchu Świętym z Kościoła katolickiego kilkadziesiąt.

Najpewniej w przyszłości, po Wielkim Resecie, demony działające w tych wszystkich „kościołach”, wspólnotach „judaistycznych” i „islamskich” ujawnią swoje prawdziwe imiona i nakażą oddawać cześć bezpośrednio sobie.

Migawki z burdelu. MEM-y IV.

———————————

————————————-

—————————————-

————————————————–

———————————————————-

——————————————————————-

Nein !! MEM-y III.

——————————————

—————————————–

——————————————-

———————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Żul czy Europejczyk. MEM-y II.

—————————————–

————————————————–

—————————————————–


—————————————–

——————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

O wojnie i nacjonalizmie. MEM-y I.

—————————

———————————–

——————————————–

—————————————————

————————————————-

———————————-

————————————–

———————————————-

———————————————————-

——————————————

KOZA NA KRZYWYM DRZEWIE. Krzysztof Baliński

KOZA NA KRZYWYM DRZEWIE

Krzysztof Baliński

Zgodnie z Konstytucją, politykę zagraniczną prowadzi rząd oraz Prezydent RP współpracujący z Prezesem Rady Ministrów i ministrami. Tymczasem, mimo że konstytucja się nie zmieniła, dyplomację postanowił wziąć w swoje łapska marszałek Sejmu. Wygłosił przemówienie, w którym obraził prezydenta Stanów Zjednoczonych, i tym samym samozwańczo mianował się trzecim ośrodkiem władzy wykonawczej w Polsce, prowadzącym politykę zagraniczną.

Warto ten przypadek opisać, bo skupia, jak w soczewce, wszystkie patologie polskiej polityki, a w mediach rozegrany została w wyjątkowo fałszywym świetle. To było tak: Spiker Izby Reprezentantów wystąpił z prośbą, by Sejm poparł kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla. Kancelaria Sejmu udzieliła odpowiedzi w wyważonym tonie. I na tym by się skończyło, gdyby nie to, że Włodzimierz Czarzasty postanowił urządzić medialny cyrk – wyszedł do kamer i zbeształ Trumpa. Po takiej prowokacyjnej zaczepce, ambasador USA oświadczył, że „ze skutkiem natychmiastowym nie będziemy już utrzymywać kontaktów ani komunikować się z marszałkiem Sejmu”, i podał, jako powód, „oburzające i nieuzasadnione obelgi pod adresem prezydenta USA”. A dalej poszło jak z górki – mieliśmy, jak się dawniej mówiło, awanturę na cztery fajerki. Swoje dołożył Sikorski i jego żona. A potem, jak nakręcane małpki, z pudełka wyskoczyli inni ministrowie, posłowie i redaktorzy od Michnika.

W czyim imieniu wypowiadał się Czarzasty? Od Sejmu nie potrzymał mandatu i nie miał do tego konstytucyjnego prawa. Kto go nakręcił? Tusk, Sikorski i wszyscy, którzy wcześniej atakowali prezydenta RP za mieszanie się do polityki zagranicznej, choć ten ma do tego prawo. Mało tego – Radek Sikorski zapowiedział, że zażąda wyjaśnień, ale nie od Czarzastego, tylko od ambasadora USA, od którego chciał się dowiedzieć, czy zapowiedź zerwania kontaktów z Czarzastym jest oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu.

To nie był podyktowany emocjami wyskok. To była skrojona na zimno prowokacja, obliczona na pogorszenie relacji z USA. Bo wykluczone, aby Czarzasty nie skonsultował wystąpienia z Sikorskim, Sikorski działał bez zgody Tuska, a Tusk bez instrukcji z Berlina. Cele były trzy: Rozbujać emocjonalnie elektorat dyszący skrajną nienawiścią do Trumpa. Sprowokować PiS do obrony „ucieleśniającego butę i arogancję” ambasadora, i tym samym wmówić Polakom, że PiS jest ślepo proamerykański, a oskarża nas o wiszenie u klamki kanclerza Niemiec. No i podlizać się patronom z Berlina. Miało to też szerszy, niż realizacja politycznego zamówienia wymiar. Czarzasty tak naprawdę powiedział: Trump, nienawidzimy cię za wszystko, a szczególnie za to, że zamknąłeś agencję USAID, która futrowała lewaków na całym świecie miliardami dolarów, bez których nie odzyskalibyśmy władzy w Polsce.

Tusk czerpie pełnymi garściami z metod bezpieki stosowanych w czasach partyjnej młodości Czarzastego: „dobry milicjant, zły milicjant”. Przy czym za złego milicjanta robi Czarzasty, a za dobrego milicjanta robi Kosiniak-Kamysz, który przymilał się do ambasadora: Polska to jeden z najpewniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych (…) To jest zauważone i docenione przeze naszych sojuszników ze Stanów Zjednoczonych”. Ale nie najważniejsze jest to, czy na dobrego milicjanta Władka dał się nabierać Tom. Bo jakimi trzeba być durniem i zaprzańcem, żeby z Polski uczynić najbardziej antyamerykańskiego harcownika, lidera w szarpaniu za nogawki Trumpa.

Tom Rose zjednoczył polską scenę polityczną. W obronie Czarzastego zgodne były KO i PiS, skrajna lewica i skrajna prawica, żydokomuna i front gaśnicowy. Słowa ambasadora oburzyły prezydent RP: „To nie jest dobre dla Polski, jeśli ambasador obcego państwa, nawet wielkiego mocarstwa i naszego przyjaciela, dyscyplinuje polskiego marszałka Sejmu”. Przypływ narodowej dumy poczuli internauci, uznając Czarzastego za „prawdziwego męża stanu i patriotą”, który pokazał, że polska to suwerenne państwo, któremu „nikt nie podskoczy”. Ci sami, którzy pielgrzymowali do rezydencji Marka Brzezińskiego, żebrząc o pomoc w obaleniu polskiego rządu i o kasę z USAID, ta sama banda zaprzedanych renegatów przeistoczyła się nagle w niezłomnych obrońców polskiej godności i na wyprzodki jęła wycierać sobie gęby polską racją stanu.

Najbardziej dziwiło, że do akcji włączył się Sławomir Mentzen, biorąc Czarzastego w obronę: To, że posłowie to głąby i wybrali postkomunistę to jedno, ale to jest nasz postkomunista i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto ma być marszałkiem polskiego Sejmu. Zażądał też, aby MSZ wezwało ambasadora „na dywanik” i wskazało mu „swoje miejsce w szeregu”. Mentzen przeoczył jednak, że ambasador nie żądał dymisji Czarzastego ani nie wskazał, kto ma zająć jego miejsce. Zarzut lidera Konfederacji był więc naciągany i wymyślony na potrzebę obrony „naszego postkomunisty”. Pod tym, że Czarzasty to „nasz postkomunista” nie podpisali się wyborcy Konfederacji. Podpowiedzieli natomiast Mentzenowi, żeby wypowiadał się w swoim imieniu i mówił o „moim postkomuniście”.

Na pochyłe drzewo to i koza wlezie – tak mówi stare polskie porzekadło. Kiedy kilkudziesięciu obcych ambasadorów podpisało się pod listem wspierającym wyuzdany marsz pederastów i lesbijek\, a w ślad za nim ambasador Irlandii wraz ze swoim mężem pląsał się na warszawskich ulicach, ambasador Szwecji złożył kwiaty przy tęczy na Placu Zbawiciela i obściskiwał się publicznie z Robertem Biedroniem, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. To był klasyczny przykład mieszania się dyplomatów obcych państw w wewnętrzne sprawy państwa, które ich gości. No,  ale trudno się dziwić, skoro polskie państwo – zacytujmy Bartłomieja Sienkiewicza – istnieje tylko teoretycznie. W normalnym, czyli szanującym się państwie, potrzebna była reakcja MSZ, wezwanie  wszystkich, którzy list podpisali do MSZ i żądanie wyjaśnień. Tymczasem to premier Mateusz Morawiecki tłumaczył się przed sygnatariuszami listu, jakim to tolerancyjnym krajem od wieków jest Polska, a jego minister wyraził ukontentowanie, że w  liście nie powiela się kłamstw o „strefach wolnych od LGBT”. A jaka powinna była być właściwa reakcja? Ambasador RP w Berlinie inicjatorem listu ambasadorów przeciwko „zatrważającemu wzrostowi antysemityzmu w Niemczech”.

W kwietniu 2022 roku rozpoczęła się egzekucja komornicza poradzieckiego kompleksu budynków przy ul. Sobieskiego 100 w Warszawie, znanego jako „Szpiegowo”. Przed bramą posesji pojawili się przedstawiciele miasta. Zjawił się także ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca, który przekazał mediom, że zamierza wejść na budynek i zawiesić flagę ukraińską oraz autorytatywnie zapewnił, że budynki będą służyć Ukrainie i Ukraińcom. Wygłosił też zaskakujące słowa: Mam dla nich (Rosjan) propozycję. Oni niech dają nam Donbas i Krym, my oddamy wam „Szpiegowo”. A w tym samym czasie deputowani partii Swoboda rozpoczęli w Radzie Najwyższej Ukrainy prace nad ustawą o roszczeniach terytorialnych wobec Polski, a Deszczyca publicznie oskarżał Polaków o ludobójstwo na Ukraińcach. Na te bezczelne słowa nie zareagował MSZ. Nie protestował prezydent Warszawy. A jedyną reakcją prezydenta Andrzej Duda było nadanie Deszczycy Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi, „w uznaniu znamienitych zasług w rozwijaniu współpracy między Polską i Ukrainą”.

Na ambasadora amerykańskiego się oburzali, ale milczeli, gdy w ordynarny sposób traktowali ich dyplomaci z pewnego gównianego, tropikalnego państewka. Za słowa „Język, którym mówi się o PiS, […] mamy być tak traktowani, jak Żydzi przez Goebbelsa”, jak uczniaka obsztorcowała wicepremiera polskiego rządu ambasador Izraela Anna Azari: „Ja po prostu nie chciałabym widzieć więcej takich cytatów”. Piotr Gliński tylko się oblizywał a jego pryncypał premier tchórzliwie milczał. Dodajmy tylko, że tyle pogardy wykazała wobec prożydowskiego fanatyka, który dał 100 milionów na żydowski cmentarz i drugie tyle na żydowski teatr. Podobnie rozbestwiali się jej poprzednicy. Dawid Peleg wezwał do bojkotowania wicepremiera i ministra edukacji Romana Giertycha za to, że na listę lektur szkolnych wpisał książkę Adolfa Dobraczyńskiego. Alexander Ben Zwi pozwolił sobie na ocenę: „Jak Konfederacja wejdzie do Sejmu, to Będziemy mieli problem”. Dlaczego powiedział „My”? Ano dlatego, że ambasador Izraela w Warszawie jest wśród swoich i zawsze zabiera głos, jakby był członkiem polskiego rządu.

Przykładów nieobyczajnych zachowań dyplomatów jest mnóstwo:

1. Ambasador USA Victor Ashe na stronie ambasady zamieszcza informację, że loża B’nai B’rith zajmuje się odzyskiwaniem majątków pożydowskich i obwieszcza, że z szefem loży omawiał „kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam”.

2. Ambasador Rosji szarogęsi się przy pomniku sowieckiego generała, który decyzją miejscowego samorządu miał zostać rozebrany, bo generał (zresztą żydowskiego pochodzenia) był odpowiedzialny za mordy i zsyłkę do łagrów setek żołnierzy wileńskiej brygady AK.

3. Prezydent Wrocławia przyznaje (albo wygaduje się), że interwencja Policji wobec demonstrujących na wykładzie Zygmunta Baumana odbyła się na żądanie konsula Niemiec.

4. „Otwarta Rzeczpospolita” – zbiegowisko specjalistów od walki z polskim „szowinizmem i antysemityzmem” składa donos do ambasady Holandii, a ta finansuje publikację „Mowa nienawiści”, brutalnie ingerując w wewnętrzne sprawy Polski i nawołując do represji karnych wobec obrońców dobrego imienia Polski.

To nie pierwszy raz, gdy o ambasadorze USA w Polsce robi się głośno. Gdy Georgette Mosbacher zabrała głos w obronie TVN, oskarżano ją, że broni racji żydowskich, że jest wysłanniczką lobby żydowskiego w Waszyngtonie i że jest Żydówką. Tymczasem nie była taka straszna, jak ją malowali. Bo broniła nie interesu żydowskiego, lecz biznesu amerykańskiego, bo miała do tego prawo, a nawet psi obowiązek. No i nie jest Żydówką, ale prostą amerykańską dziewuchą z prowincji, a żydowsko brzmiące nazwisko odziedziczyła (wraz z milionami dolarów) po żydowskim mężu. A polskie władze? Zamiast przekazać do Białego Domu, że TVN to oszczercy Donalda Trumpa, tchórzliwie położyli ruki po szwam i pospieszyli z zapewnieniami o wolności słowa.

W Stanach Zjednoczonych jest taki zwyczaj, że prezydent którzy go wspierali w nagrodę obdziela stanowiskami. Ma to plusy, bo taki ambasador ma bliski kontakt z prezydentem. Mosbacher kilka razy udowodniła, że jest w stanie pomóc w organizowaniu spotkań, i to w błyskawiczny sposób, między prezydentami. To ona pomogła w zniesieniu upokarzających restrykcji wizowych (o co polska dyplomacja – jeśli w ogóle jest coś takiego – zabiegała nieskutecznie przez lata). Innym plusem było to, że nigdy nie podnosiła, w przeciwieństwie do swych poprzedników, kwestii majątków pożydowskich. Dowodem na to, że taka była: Po odejściu Trumpa i odwołaniu Mosbacher z Warszawy, triumfowała żydowska gazeta dla Polaków, firmowana przez Bidena administracja okazała się żydokomunistyczną rekonkwistą, a w osobie Trumpa utraciliśmy sojusznika. I gdy w Warszawie pojawił się Mark Brzezinski… zatęskniliśmy za Mosbacher.

A co do obrony przez Mosbacher amerykańskich biznesów i obrony przez Rose dobrego imienia prezydenta, to odnotujmy, że w historii dyplomacji III RP nie było przypadku, żeby ambasador RP interweniował w obronie prezydenta swego kraju, jak i dobrego imienia Polski. A co do obrony polskich interesów, to polskim biznesmenom doświadczenie mówi, żeby nie tylko nie zwracać się o pomoc do polskiej ambasady, ale unikać z nią wszelkich kontaktów i szerokim łukiem obchodzić jej siedzibę.

Gdy media w Polsce podały sensacyjną wiadomość, że „wychodzący z nocnego klubu studenci izraelscy zostali pobici przez napastników posługujących się językiem arabskim”, reakcja była natychmiastowa – polskie MSZ wydało oświadczenie, a ambasador RP w Izraelu obwieścił: „Ohydny akt barbarzyństwa. Nie ma uzasadnienia dla przemocy. Wierzę, że sprawcy zostaną wkrótce aresztowani. Życzę Yotamowi i innym szybkiego powrotu do zdrowia”. Z banalnego incydentu, którym powinien zająć się policyjny stójkowy, władze polskie zrobiły międzynarodową aferę. Polskie MSZ natomiast tchórzliwie milczało, gdy na ogrodzeniu nasze ambasady w Tel Awiwie namazano swastykę oraz graffiti: „mordercy spieprzajcie” i „polskie gówno”. MSZ nie dało się „sprowokować” nawet wówczas, gdy składający się z marcowych emigrantów tłum wdarł się na teren polskiej placówki i opluł polskiego ambasadora, a na publicznej plaży w Ejlacie kamieniami oraz wyzwiskami „Dobry Polak to martwy Polak” obrzucono polskich turystów. Głosu nie zabrało ani polskie MSZ, ani sam opluty, czyli ten, który podbicie oka Yotamowi nazwał „ohydnym aktem barbarzyństwa”.

Marek Magierowski, bo o nim mowa, okazał się faktycznie ambasadorem Izraela w Tel Awiwie. To dość powszechna praktyka w polskojęzycznej dyplomacji. Ryszard Schnepf był ambasadorem Izraela w Waszyngtonie (równocześnie akredytowanym przy tamtejszej gminie żydowskiej). Jan Piekło był ambasadorem Ukrainy w Kijowie, a pierwszy ambasador Rzeczypospolitej przy Unii Europejskiej, po tym jak odwołano go z urzędu za to, że zezwalał na manifestacje antyrządowe na schodach ambasady, natychmiast przeszedł na obcą służbę – został ambasadorem UE w Warszawie.

Wracając do „Kwestii Czarzastej”, trzeba jasno powiedzieć: Ambasador Tom Rose zachował się prawidłowo. Nie mógł zachować się inaczej. Atak na jego prezydenta musiał spotkać się z reakcją, która nie była ani „szokująca” ani „oburzająca”, tylko „wyważona”. Pokazał różnicę między naszą dyplomacja i dyplomacją państw prawdziwego, polegającą na tym, że politycy znad Wisły zawsze bagatelizują obraźliwe wypowiedzi pod adresem Polski, a amerykańscy w analogicznych sytuacjach reagują natychmiast, że prezydenta własnego kraju trzeba za granicą bronić, nawet jeżeli wywodzi się z przeciwnego obozu politycznego.

Być może reakcja powinna była być łagodniejsza (albo wcale jej nie być), ale pamiętać trzeba, że za Oceanem ma miejsce kontrrewolucja, po tym jak żydokomuna otrząsnęła się z traumy po zwycięstwie Trumpa, które – co trzeba powiedzieć – było korzystne dla Polski, w tym dla Konfederacji lub przede wszystkim dla Konfederacji. Pamiętać też należy, że Rose protestował przeciwko szkalowaniu Polski przez środowiska przypisujące nam udział w Holokauście, i jest rzeczą pewną, że Trump nie przysłał go do Polski po to, aby odzyskał pożydowskie majątki. I jeszcze raz powiedzmy jasno: Tom Rose zachował się, jak trzeba, a polscy politycy, jak nie trzeba.

7 marca w wyłożonej w ambasadzie Iranu po zabójstwie przywódcy duchowego tego kraju księdze kondolencyjnej, wpis złożył Grzegorz Braun. Ambasador USA skomentował to tak: „Ameryka i Donald Trump nie zapomną, kto jest ich przyjacielem, a co ważniejsze, kto nim nie jest”. W kolejnym wpisie udostępnił filmik z udziałem lidera Korony i nazwał go „obrzydliwym”. I akurat tu potrzebna była reakcji Mentzen. Na przykład z argumentem, że „to nasz antysemita i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto jest obrzydliwy”.

Na koniec pytanie: Czy politycy Konfederacji (jednej i drugiej) są zdolni wytłumaczyć Polakom (przy założeniu, że Polaków to interesuje), o co w tym wszystkim chodzi? Czy muszą, często w sposób chaotyczny i nieprzemyślany zabierać głos na każdy temat, chociażby dlatego, żeby mieć więcej czasu na myślenie?

Krzysztof Baliński

PDT straszy nieuniknionym Polexitem. [BRAWO !!]

PDT straszy

Jarosław Warzecha salon24/jaroslawwarzecha/pdt-straszy

W kontrataku za zanegowanie przez PKN [to Prezydent md] fatalnego dla naszej suwerenności, niepodległości i przyszłości gospodarczej SAFE, PDT [a to premier md] leje łzy nad przyszłym nieuniknionym Polexitem.

 Tymczasem wykluczenie Polski z europejskiego obszaru gospodarczego w razie opuszczenia Unii jest przede wszystkim dużym ciosem dla gospodarki niemieckiej. I z tego prostego powodu wyjście Polski z Unii wcale nie oznaczałoby wykluczenia z jej obszaru gospodarczego.

  Oznacza za to przywrócenie suwerenności w obszarach, które już dziś przekroczyły czerwoną linię faktycznej utraty niepodległości. Jak choćby w obszarze decyzji o dysponowaniu polskimi siłami zbrojnymi jeżeli chodzi o uzbrojenie.

 I już tylko krok do decyzji poza polską suwerennością o niezgodnym z polskim interesem narodowym użyciu Wojska Polskiego. Do tego przecież prowadzą co i raz rzucane pomysły o tzw. ”europejskich siłach zbrojnych”, czy jakkolwiek by się nazywały.

  Kto by nimi dowodził? Bo bardzo trudno przypuścić, że nie niemieckie dowództwo. Wystarczy obserwować poza unijno-traktatowe rozpychanie się Niemców w UE. A jak mówi historia właśnie takie rozpychanie się Niemców w Europie, zawsze kończyło się źle i dla Europy i dla świata.

 Możemy tylko mieć nadzieję, że znajdzie się wreszcie w Polsce przywódca polityczny, który zamiast jęczeć o tzw. „reformie Unii”, co jest kiepską bajką dla najmłodszych, oświadczy o opuszczeniu tego gremium coraz bardziej szkodliwego dla naszego bytu jako niepodległego i suwerennego państwa. [A o Grzegorzu Braunie sz. pan jakoś nie słyszał? md] .

 W historii politycznej nie tylko Europy, ale przede wszystkim właśnie Europy, wola polityczna zawsze okazywała się bardziej sprawcza niż domaganie się zasad od zagranicznych partnerów politycznego porozumienia.

 I na koniec myśl której użył za Aleksandrem Dumasem Rafał Ziemkiewicz – „Dalsze tkwienie Polski w Unii to jak zaszywanie się w worku z trupem” . Czy będziemy czekać aż ten trup zacznie nieznośnie cuchnąć? Bo pięknie pachnieć przestał już dawno. 

============================================

Prawy Kontestator 15 marca 2026, 16:51

„Idea europejska jest szeroko rozpowszechniona wśród narodu polskiego. Dotychczas jednak Polacy obawiali się stale, że nie będzie dla nich miejsca w tej zjednoczonej Europie. Jeśli teraz damy im nadzieję, że w tej nowej Europie będą mogli prowadzić i rozwijać życie zgodnie ze swym charakterem i kulturą, to właśnie obecnie w Generalnej Guberni przeważająca większość narodu polskiego przyjmie tę politykę niemiecką z największym zrozumieniem. Z biegiem czasu będzie się też stawało sprawą coraz bardziej oczywistą, że w interesie Zachodu Rzesza niemiecka musi być politycznym, gospodarczym, duchowym i kulturalnym ośrodkiem tej przyszłej Europy”. „Raporty Ludwiga Fischera Gubernatora Dystryktu Warszawskiego 1939-1944″, Warszawa 1987, s. 842

Nie ma się zatem co dziwić, że w Polsce został zainstalowany D.T., który ma za zadanie omamić Polaków (także tzw. SAFE).

Jarosław Warzecha15 marca 2026, @Prawy Kontestator

Nie znałem tego, ale cytat znakomity. Tę samą rolę wyznaczał Polsce Friedrich Naumann, autor dzieła Mitteleuropa. Napisane w 1915 roku i wtedy wydane. Polski jeszcze nie było na mapie, ale Naumann już tam ją umieścił jako kraj służebny w stosunku do Niemiec. Warto dodać, że dzisiaj Naumann i jego dzieło to obowiązkowy punkt programu na Niemieckich uniwersytetach. Gdyby przeanalizować posunięcia ostatnich lat Unii w stosunku do Polski, to dzieło Naumanna jest adekwatne w działaniach Komisji Europejskiej. O wiele bardziej niż Manifest z Ventotene, który stanowi tylko wygodny kamuflaż w budowaniu niemieckiej Europy.

Armia nasza jest…[—-]. Obrazki z wystawy II.

Obrazki z wystawy

14.03.2026 salon24.pl/u/kgobisz/obrazki-z-wystawy

image

A teraz wrzeszczą o UE SAFE

——————————————————

image

——————————————–

image

————————————————–

image

—————————————-

image

Bonus:

——————————————–

Proces Brauna wciąż lekceważony przez polskich głupców

Proces Brauna wciąż lekceważony przez polskich głupców

15 marca 2026

Odbyła się kolejna, czwarta rozprawa sądowa procesu Grzegorza Brauna reprezentującego interes Rzeczpospolitej. Tak jak za ostatnim razem media głównego nurtu nie zdobyły się na rzetelną relację z jej przebiegu. Po raz kolejny wiodące ośrodki propagandy zadbały o to, aby polski głupiec pozostał pogrążony w ignorancji, nie mając pojęcia o istocie sprawy.

Rzecz polega na tym, że po raz pierwszy polski polityk, nie tylko werbalnie, ale i czynnie sprzeciwił się żydowskiej obecności w polskiej przestrzeni publicznej w formie „satanistycznego i rasistowskiego kultu”.

Niestety, żaden z polityków III RP, prócz sympatyków i członków Konfederacji Korony Polskiej oraz środowisk niezależnych, nie wyraził solidarności z prześladowanym Braunem. Takie są realia, taki jest hart ducha i świadomość rzeczy wśród politycznych elit nazywających się polskimi.

Kto nam wszedł do serca naszej państwowości?

Fragment wypowiedzi Grzegorza Brauna

“Kto nam wszedł do serca naszej państwowości, skoro Wysoki Sąd tego nie wie? Skoro tego nie wie sympatyczny Pan, który wpada raz na jakiś czas pooddychać miłą atmosferą, którą sekta Chabad Lubawicz, jak to sekty bombardują miłością, wytwarza dookoła siebie? Skoro ani sąd, ani ci ludzie będący tak blisko nie wiedzą, że modli się rabin modlitwą rasisty. Dziękuję sobie, na swój obraz i podobieństwo wyobrażonemu Panu Bogu, dziękuję za tryumf nad ludzi, nad podludźmi. I tego nie wiecie.

I dlatego ja staję przed tym sądem, z dumą staję przed tym sądem, ponieważ mam nadzieję, że bieg tej sprawy, no cóż, w minimalnym chociaż stopniu podnosi poziom wiedzy. A to jest przecież najbardziej istotne. Miejmy świadomość z kim mamy do czynienia.

Gdyby Wysoki Sąd nie wiedział o tym, że były, a podobno nawet do dzisiaj w ostępach dżungli różnych egzotycznych, tropikalnych żyją plemiona ludożercze.  I gdyby tak Wysoki Sąd miał tutaj, na miejscu dla świadków, takiego ludożercę i w błogiej nieświadomości, że można innych ludzi traktować, no właśnie, jako przedmiot do tego stopnia, żeby ich pozbawiać, odmawiać im cech ludzkich i prawa do życia i do wolności, to by Wysoki Sąd mnie napominał, żebym nie używał słowa ludożerca.

Rasistowskie przekonania  i ludobójcze praktyki talmudystów

Nie skorzystał Wysoki Sąd, kiedy proponowałem tutaj lekturę, literaturę przedmiotu, która poszerza w tej sprawie horyzont i pomaga lepiej zrozumieć z kim mamy do czynienia, ale ja zawsze jestem do dyspozycji i na specjalne życzenie Wysokiego Sądu mogę wystąpić z pogadanką na temat rasistowskich przekonań  i ludobójczych praktyk talmudystów, którzy w moim z kolei światopoglądzie katolickim podpadają w swojej teorii i praktyce pod kategorię satanistów”.