Jak poinformował portal European Conservative, dwie trzecie osób ubiegających się o azyl, które w zeszłym roku wjechały do Niemiec, nie miało dowodu tożsamości. Według danych dotyczących azylu opublikowanych przez Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych prawie wszyscy migranci z krajów afrykańskich nie byli w stanie przedstawić żadnych dokumentów tożsamości.
Imigranci – zdjęcie ilustracyjne / Fronte
Brak dokumentów tożsamości
Władze Niemiec zarejestrowały 113 236 imigrantów w wieku powyżej 18 lat, którzy w zeszłym roku po raz pierwszy złożyli wniosek o azyl. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych 74 089 z nich nie posiadało dokumentów tożsamości. Stanowi to 65,4% i najwyższy odsetek, jaki kiedykolwiek odnotowano.
W 2024 r. odsetek niezidentyfikowanych imigrantów był już znaczny. W tym czasie 72 620 ze 145 401 osób ubiegających się o azyl po raz pierwszy w wieku powyżej 18 lat nie posiadało żadnych dokumentów, co stanowi 49,9%.
Skala problemu
Dalsze spojrzenie wstecz na statystyki podkreśla skalę problemu. Według oficjalnych danych od 2018 r. do Niemiec przybyło ogółem 897 699 osób ubiegających się o azyl po raz pierwszy w wieku powyżej 18 lat. Spośród nich 51,5% nie było w stanie przedstawić żadnych dokumentów tożsamości.
AfD krytykuje Merza
Liczby te wywołały krytykę ze strony Alice Weidel, liderki prawicowej partii Alternative für Deutschland (AfD). Pisząc na X, powiedziała:
“Nawet pod rządami Merza rząd nie ma kontroli nad tym, kto przybywa do kraju. Zmiana polityki migracyjnej nastąpi tylko w przypadku AfD!”.
Kryzys migracyjny
Kryzys migracyjny w Europie został zapoczątkowany w 2015 roku przez ówczesną kanclerz Niemiec Angelę Merkel. Już wówczas sprowadzano do Europy ludzi, co do tożsamości których istniały podejrzenia.
Straż graniczna i policja rozbiła zorganizowaną grupę przestępczą, która wprowadzała do obrotu fałszywe zaświadczenia o podjęciu studiów. W efekcie kraj musi opuścić ponad 100 obcokrajowców.
Chodzi o firmę z Iławy, pośredniczącą w zatrudnianiu cudzoziemców w lokalnych przedsiębiorstwach. Ich proceder przestępczy polegał m.in. na wprowadzaniu do obrotu fałszywych zaświadczeń o podjęciu studiów w szkołach wyższych w Gdańsku oraz w Warszawie. W ten sposób nielegalnie ułatwiali możliwość pobytu obcokrajowcom w naszym kraju.
Zatrzymane osoby usłyszały zarzuty m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i podrabiania dokumentów. Grozi im do 8 lat pozbawienia wolności. Z kolei przedsiębiorcom zatrudniającym „na czarno” grozi kara grzywny do 50 tys. zł.
Imigranci z fałszywymi papierami pochodzili z Kolumbii, Wenezueli, Gwatemali, Peru, Zimbabwe, Kuby, Mołdawii i Ukrainy. W przypadku 105 osób wszczęto procedurę administracyjną zobowiązującą do powrotu do macierzystego kraju.
W dobie geopolitycznych zawirowań polskie władze pompują miliardy złotych w betonowe fortyfikacje na granicy z Białorusią i Rosją, przekonując podatników, że to klucz do bezpieczeństwa. Zapora z Białorusią, ukończona w 2022 roku, pochłonęła 1,6 miliarda złotych, a ambitny program „Tarcza Wschód” z 2024 roku zakłada kolejne 10 miliardów na umocnienia wschodniej flanki. Brzmi imponująco? Szkoda tylko, że te stalowe mury nie powstrzymują fali migrantów – ani tych nielegalnych, ani tych witanych z otwartymi ramionami i wizami pracowniczymi. Nadciągająca burza z Bliskiego Wschodu, gdzie USA i Izrael właśnie rozpętały wojnę z Iranem, każe pytać: po co beton na wschodzie, skoro prawdziwe wyzwania płyną z dyplomacji i… zachodniej granicy?
Budowa zapory na granicy z Białorusią ruszyła w 2021 roku. Stalowa konstrukcja wysokości 5,5 metra, z drutem kolczastym i systemami elektronicznymi, kosztowała 1,6 miliarda złotych – kwotę, którą można by przeznaczyć na setki szkół czy szpitali. Do tego dochodzą plany na granicę z obwodem kaliningradzkim: tymczasowe bariery z drutu, a wkrótce elektroniczne systemy za setki milionów. Całość uzupełnia „Tarcza Wschód” – projekt z 2024 roku, wart 10 miliardów złotych, obejmujący bunkry, okopy i zaawansowane technologie. Premier Donald Tusk chwalił to jako „inwestycję w bezpieczeństwo”, ale fakty mówią co innego.
W 2023 roku odnotowano 26 tysięcy prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej. W 2024 – już 30,4 tysiąca, choć w drugiej połowie roku spadek o 50% po wprowadzeniu strefy buforowej. W 2025 – około 30 tysięcy, z lekkim obniżeniem dynamiki. Płot na granicy dziurawy jak sito: Straż Graniczna chwali się skutecznością 97–98%, ale tysiące pushbacków – często brutalnych i kwestionowanych przez HRW jako łamanie prawa UE – świadczą o braku nadziei. A koszty? Utrzymanie granicy z Białorusią pochłania 2,5 miliarda złotych rocznie. Chociaż dyplomacja przyniosła efekty w 2024, ale betonowy fetysz wciąż trwa.
Tymczasem nikt z polityków nie chce powiedzieć otwarcie, że prawdziwa „inwazja” w naszym kraju dzieje się legalnie. W 2023 roku urodziło się w Polsce około 272 tysięcy dzieci, podczas gdy wydano 320,6 tysiąca pozwoleń na pracę dla cudzoziemców. W 2024 – 245 tysięcy urodzeń kontra 322,9 tysiąca wiz pracowniczych. W 2024 Polska wydała 488,8 tysiąca pierwszych zezwoleń na pobyt dla obywateli spoza EU, a liczba cudzoziemców z ważnymi dokumentami przekroczyła milion.
To nie incydent – polski trend od 2019. Gospodarka pędzi, ale brakuje rąk: logistyka, budownictwo, opieka zdrowotna stoją dzięki „importowi” z Ukrainy, Indii czy Kolumbii.
Państwo kapituluje przed demografią: współczynnik dzietności spadł do 1,03 w 2025, a zamiast polityki prorodzinnej – tanie mieszkania, stabilne umowy – woli wizy. To pragmatyzm czy lenistwo? Mur na wschodzie nie wpływa na te liczby – imigranci lądują na Okęciu, nie w Puszczy Białowieskiej.
A teraz wisienka na torcie: 28 lutego 2026 USA i Izrael rozpoczęły ofensywę przeciw Iranowi. Ataki na Teheran, zabicie ajatollaha Chameneiego, bombardowania nuklearnych instalacji – Trump nazywa to „ostatnią szansą” na zmianę reżimu. Iran kontratakuje: ataki na bazy USA, blokada Ormuzu, zaangażowanie Hezbollahu i Huti. Konflikt eskaluje: setki zabitych, destabilizacja regionu.
Eksperci z Mixed Migration Centre szacują, że w przypadku długotrwałej destabilizacji, do 20-25% populacji – czyli 18-22 miliony Irańczyków – może szukać schronienia poza granicami Iranu. To więcej niż w Syrii w 2015 roku, gdzie wojna wypędziła 6,6 miliona osób, z czego ponad milion trafiło do Europy. Na razie nie ma masowego exodusu: raporty z pierwszych dni wskazują na niewielki wzrost przekroczeń granicy z Turcją (50–100 pojazdów więcej dziennie), Armenią i Irakiem, głównie przez Irańskich Kurdów i zamożniejszych obywateli. Ale to cisza przed burzą – jak w Syrii, gdzie początkowe ucieczki do sąsiadów (Turcja, Liban, Jordania) szybko przerodziły się w falę do Europy.
Dla Polski oznacza to presję na system azylowy. Historycznie, konflikty bliskowschodnie – jak wojna w Iraku (2003), Syrii (2011) czy Afganistanie (2021) – generowały fale migrantów przez szlak bałkański: z Turcji przez Grecję, Macedonię, Serbię do Węgier i dalej na północ. W 2015 roku Polska przyjęła tylko 12 tysięcy uchodźców z Syrii, ale presja UE na relokację była ogromna. Teraz, z destabilizacją Libanu (Hezbollah), Jemenu i potencjalnie Iraku, szlaki mogą się zintensyfikować. UNHCR ostrzega, że w ciągu 18–24 miesięcy Europa może zobaczyć 2-4 miliony nowych migrantów z regionu, w tym Irańczyków, Libańczyków i Irakijczyków. Polska, z już napiętym systemem, może być zmuszona do przyjęcia dziesiątek tysięcy – zwłaszcza jeśli Niemcy, jak w 2015, otworzą granice, a potem zaczną pushbacki w ramach procedur dublińskich.
Budowa ogrodzenia na granicy z Rosją i Białorusią to lekcja marnotrawstwa: miliardy złotych na barierę, która nie zatrzymuje migrantów, podczas gdy dyplomacja mogłaby przynieść trwałe rozwiązania. W obliczu wojny USA-Izrael-Iran, Polska musi przygotować się na nową falę uchodźców – nie murami, ale współpracą międzynarodową. Inaczej betonowe fortyfikacje okażą się tylko kosztownym pomnikiem krótkowzroczności polityki naszych władz.
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia, Sebastian Terfloth, CC BY-SA 3.0
==========================================
„Ja też mam swoje potrzeby!”
—————————————–
W ostatnich tygodniach opinią publiczną w Niemczech wstrząsnęła seria ataków na pracowników transportu publicznego. Jej finałem była tragedia, która zmusiła media i władze do rozmowy na temat malejącego bezpieczeństwa w pociągach i autobusach. Ludzie za Odrą boją się powoli podróży zbiorkomem, a pracownicy transportu zastanawiają się, czy warto ryzykować życie w metrze i busie.
W tle jest oczywiście masowa migracja.
Żyjemy w ciekawych czasach! Zachodni influencerzy na TikToku zachwycają się Polską! Codziennie do sieci trafiają tysiące nagrań demonstrujących, jak czysta i bezpieczna jest nasza ojczyzna, a zadowoleni turyści powtarzają z lekkim zdumieniem, że warto do nas przyjechać. Z ich perspektywy Polska stała się tym, czym dawniej były Niemcy: jesteśmy high trust society. Przynajmniej na TikToku.
Wysokie zaufanie, niskie zaufanie
Niemcy przeżywają natomiast ciężkie czasy – ich metropolie stały się niebezpieczne dla obywateli. Jednym z najniebezpieczniejszych miejsc jest niestety Berlin. Według oficjalnych danych berlińskiej policji w 2024 roku w stolicy Niemiec zarejestrowano dokładnie 539 049 przestępstw. To obejmuje wszystko – od kradzieży i aktów wandalizmu po ciężkie przestępstwa z użyciem przemocy, takie jak pobicia, napaści seksualne czy ataki nożem. Dla porównania, polska policja podała, że w tym samym okresie w całym kraju stwierdzono 439 796 przestępstw, co oznacza ich spadek o ponad 34 tysiące w porównaniu z rokiem poprzednim. Inne źródła precyzują dane dla Polski na 440 269 postępowań przygotowawczych, co wciąż pozostaje poniżej berlińskiego rekordu.
Różnica jest porażająca, zwłaszcza gdy spojrzymy na wskaźniki per capita. W Berlinie przypada około 145 przestępstw na tysiąc mieszkańców – to dwanaście razy więcej (!) niż w Polsce, gdzie wskaźnik wynosi zaledwie 11,5.
Nie w każdym miejscu jednak jest tak samo groźnie – za Odrą śmierć i przemoc czekają teraz częściej nie tylko w Berlinie, ale też w… pociągach.
Pociąg donikąd
Śmiertelny atak na 36-letniego konduktora Serkana Çalara w pociągu w Renanii-Palatynacie wywołał ogólnokrajową debatę na temat przemocy, migrantów i reakcji władz w obliczu podobnych sytuacji. Do zabójstwa doszło 2 lutego 2026 r. w pociągu interregio na trasie między Landstuhl a Kaiserslautern. Çalar, doświadczony pracownik Deutsche Bahn, przeprowadzał rutynową kontrolę biletów. Według relacji świadków i wstępnego śledztwa prokuratury, 26-letni sprawca – obywatel Grecji przebywający w Niemczech – nie posiadał ważnego biletu. Gdy konduktor poprosił o okazanie dokumentu, Grek zareagował agresją.
Atak był brutalny: napastnik zadał ofierze wielokrotne ciosy pięścią w głowę, powodując ciężkie obrażenia, w tym krwotok mózgu. Çalar został przetransportowany do szpitala w Kaiserslautern, gdzie mimo wysiłków lekarzy zmarł dwa dni później. Sprawca został aresztowany na miejscu. Atak miał miejsce w wagonie bez kamer monitoringu – coś, co też pokazuje znaczne braki w DB. Świadkowie próbowali natomiast interweniować, ale sprawca był zbyt groźny.
Ten incydent nie był jedyną tego typu napaścią w lutym. Zaledwie kilka dni później w pociągu na trasie Stuttgart–Crailsheim 21-letni Pakistańczyk zaatakował konduktorkę butelką i opluł ją podczas kontroli biletów. Kobieta – na szczęście – uniknęła poważniejszych obrażeń.
Atak na Çalara natychmiast trafił na czołówki gazet i do programów telewizyjnych, stając się katalizatorem narodowej dyskusji. Media głównego nurtu, takie jak „Der Spiegel”, zaczęły podkreślać rosnące poczucie braku bezpieczeństwa w miastach i transporcie publicznym, cytując lidera CDU Friedricha Merza, który mówił niedawno o „nowej jakości agresji” w społeczeństwie. Presja medialna była na tyle silna, że niemiecka minister sprawiedliwości Stefanie Hubig (SPD) zapowiedziała dyskusję o surowszych karach, a podczas konferencji prasowej 4 lutego rząd podkreślił konieczność lepszej ochrony pracowników transportu.
Deutsche Bahn zorganizowała swoją własną konferencję 13 lutego, decydując o wprowadzeniu osobistych kamer dla personelu, zwiększeniu ochrony i dodatkowym patrolach w pociągach. Warto to sobie dokładnie uzmysłowić: pracownicy zbiorkomu mają teraz w Niemczech nosić zamontowane na uniformach kamery, by zwiększyć swoje własne bezpieczeństwo. Tzw. bodycams to, rzecz jasna, popularny element wyposażenia policji, która nosi je, ponieważ konfrontuje się stale z przestępcami. Czy można więc teraz przyznać, że codzienność w Niemczech stała się tak niebezpieczna jak praca funkcjonariuszy?
Winny… Trump?!
Związki zawodowe wykorzystały tragedię w negocjacjach – słusznie lub nie – domagając się nie tylko podwyżek, ale też realnych środków bezpieczeństwa. Bundespolizei podała natomiast, że w 2025 r. odnotowano ponad 5600 aktów przemocy w pociągach i na dworcach, w tym 980 z użyciem noża. Mainstreamowe media zaczęły więc prześcigać się w negowaniu oczywistego problemu, skupiając się kilku fałszywych informacjach, które pojawiły się online po morderczej napaści. Na początku, mówiąc dokładniej, wielu komentujących sprawę w sieci była przekonana, iż napastnik był z Syrii. To nie było jednak prawdą, a dziennikarze głównego nurtu skupili się na korygowaniu fake newsa.
Najbardziej absurdalnej reakcji na tragedię dostarczył jeden z finansowanych publicznie programów (na WDR; telewizja landowa Nadrenii): winę za tragedię zwalono na… Trumpa. Oraz „kulturę macho” i prawicę. To bowiem rosnąca (rzekomo) w siłę światowa prawica ma motywować ludzi do przemocy i ataków na innych w miejscach publicznych. Próba odwrócenia uwagi od rzeczywistości była tak śmieszna, jak i żałosna!
Porażające statystyki
Statystyki z Niemiec malują ponury obraz rzeczywistości – i ten ma raczej niewiele wspólnego z Trumpem i prawicą. Według Deutsche Bahn i Bundespolizei w 2025 r. odnotowano ponad 3000 fizycznych ataków na pracowników kolei – średnio 8–9 dziennie. Takie „wyniki” oznaczają wzrost agresji o 37 proc. w ciągu dekady. W szerszym kontekście Niemcy naliczyli 5600 aktów przemocy w transporcie publicznym, w tym 2200 przestępstw seksualnych i 980 z nożem. Największe problemy mają wielkie miasta: w Hamburgu, na przykład, kolej zgłosiła 119 ataków na kierowców autobusów w 2025 r., co oznaczało wzrost z 96 napaści rok wcześniej.
Szczególnie alarmujący jest aspekt migracji. Raporty BKA, niemieckiej policji federalnej, wskazują na znacznie wyższy udział osób z tłem migracyjnym w przestępstwach z użyciem przemocy, zwłaszcza w miejscach publicznych, jak dworce. Wzrost o 20–30 proc. ataków na urzędników publicznych w latach 2024–2025 (dane tejże policji) łączy się z falą migracji po 2015 r., choć władze unikają takich wniosków, co potęguje frustrację.
Konsekwencją jest też powszechny strach. 32 proc. personelu niemieckich boi się każdego dnia w pracy.
Niebezpiecznie robi się też w Niemczech w innych miejscach publicznych: w parkach i na ulicach. W 2024 roku sama kategoria „przemocy ulicznej” sięgnęła ponad miliona przypadków, o 5,5 proc. więcej niż rok wcześniej i prawie 10 proc. w porównaniu z przedpandemicznym 2019. Ciężkie pobicia w takich miejscach, jak place czy zielone oazy skoczyły o blisko 13 proc., do około 75 tysięcy. Molestowania i inne ataki seksualne wzrosły o ponad 10 proc. w 2023 i kolejne 8 w 2025, a nożownicy szaleją z rekordowymi 29 tysiącami incydentów, co daje ponad 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Raporty federalnej policji złudzeń: migranci stoją za nieproporcjonalnie dużą częścią tego brutalnego chaosu. W zeszłym roku podejrzani byli oni o pięć razy więcej aktów przemocy, sześć razy więcej pchnięć nożem i osiem razy więcej napaści seksualnych w miejscach publicznych.
Każdy ma swoje potrzeby
Niektórzy napastnicy są też zwyczajnie bezczelni nawet w obliczu kamer czy przyłapani na gorącym uczynku. Dobrze widać to na przykładzie nagrania z 2025, które dopiero niedawno trafiło do sieci i było szeroko komentowane w niemieckim Internecie w minionych tygodniach. Na nagraniu widać zajście z Eschenheimer Anlage (park) we Frankfurcie, podczas którego 22-letni imigrant o ciemnej karnacji molestował kilka kobiet, domagając się intymnych kontaktów i śledząc je. Zdarzenie nagrane przez jedną z poszkodowanych stało się wiralem na YouTube, również dlatego że napastnik próbował przedstawić siebie samego jako ofiarę.
„Ja tylko chciałem miłości i czułości. Ja walczę o swoje przetrwanie” – słyszymy więc w nagraniu. Imigrant uznał bowiem, że ma prawo do przechodzących obok kobiet i że te muszą dać mu się molestować. Ostatecznie nikt z nas nie może żyć bez miłości! „Ja też mam swoje potrzeby!” – argumentuje więc napastnik filmowany we frankfurckim parku.
Choć migranci stanowią od 10 do kilkunastu procent ludności Włoch, to udział obcokrajowców wśród kryminalistów jest wyjątkowo duży. Wedle danych z 2024 roku cudzoziemcy popełnili na Półwyspie Apenińskim ponad połowę przestępstw z użyciem przemocy.
Jak podał portal lanuovabq.it, statystyki sprzed dwóch lat świadczą, że migranci odpowiadali za 34, 7 procent popełnionych przestępstw. Dane tym wyraźniej ukazują nadreprezentację obcokrajowców wśród kryminalistów, gdy wziąć pod uwagę naruszenia prawa związane z przemocą. Cudzoziemcy to sprawcy 60 procent z nich.
Migranci dominują szczególnie wśród kradzieży kieszonkowych, są sprawcami 60,1 procent przypadków rozbojów ulicznych oraz 43 procent incydentów na tle seksualnym.
Znaczny odsetek z cudzoziemców popełniających przestępstwa przebywa we Włoszech nielegalnie. Wieloletnie badanie prowadzone przez resort spraw wewnętrznych śródziemnomorskiego kraju do 2009 roku stwierdziło, że 70 procent winnych obcokrajowców nie posiada uprawnień do pobytu.
Sąd w Dublinie był wyjątkowo łagodny dla 26-letniego Kongijczyka, który w pociągu pobił 11-letniego chłopca z Polski.
Mimo, że imigrant z Afryki był już wcześniej karany, wymiar sprawiedliwości dał mu „ostatnią szansę”.
Do zdarzenia doszło w lipcu 2024 roku. 26-letni Bakuani Diasivi z Konga podróżował pociągiem ze swoją partnerką. Bardzo nie spodobało mu się zachowanie polskiej rodziny. Cóż takiego strasznego robili? 11-latek, jego starsza siostra oraz matka po prostu rozmawiali po polsku i się śmiali.
Kongijczyk zwrócił się do dziecka wulgarnymi słowami. Starsza siostra i matka stanęły w jego obronie. Mówiły, że chłopiec ma 11 lat, więc niech przestanie. Nie spodobało się to partnerce mężczyzny, która zaczęła się szarpać z kobietami.
Wtedy imigrant z Konga postanowił… pobić 11-latka. Wyprowadził kilka ciosów w twarz.
Sytuacja została opanowana dzięki reakcji innych pasażerów. Gdy pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji, czekali tam już funkcjonariusze policji. Diasivi przyznał się do pobicia. Śledczym tłumaczył później, że działał w emocjach i chciał chronić swoją partnerkę, gdyż rzekomo sądził, że chłopiec zamierza ją uderzyć.
Sprawa wylądowała w sądzie, a na wyrok trzeba było czekać ponad półtora roku. Jak się okazało, Kongijczyk pobił chłopca w momencie, gdy przebywał na zwolnieniu warunkowym. Na swoim koncie ma już 24 wyroki – za wykroczenia drogowe, naruszanie porządku publicznego oraz posiadanie narkotyków.
Za pobicie 11-latka, a także z uwagi na wcześniejsze przestępstwa, sąd wymierzył Kongijczykowi karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, ale wykonanie kary zawiesił. Oznacza to, że mężczyzna pozostanie na wolności.
Jako okoliczność łagodzącą uznano, że partnerka spodziewa się dziecka, a on sam pracuje dorywczo i próbuje zaistnieć na scenie muzycznej. Diasivi zapewniał przed sądem, że bardzo żałuje „podłego czynu”, a na dowód swojej skruchy wpłacił 1000 euro zadośćuczynienia pokrzywdzonej rodzinie.
„Funkcjonariusze SG rozbili grupę przestępczą trudniącą się handlem ludźmi i praniem brudnych pieniędzy” – poinformował w piątek szef MSWiA Marcin Kierwiński. W ramach działań przeszukano 17 lokali; zatrzymanych zostało osiem osób i zabezpieczono środki o wartości ponad 7,5 mln zł. W kierownictwie grupy był Ukrainiec, gang składał się głównie z obcokrajowców.
„Funkcjonariusze Straży Granicznej rozbili grupę przestępczą zajmującą się handlem ludźmi i braniem brudnych pieniędzy. Zatrzymano 8 osób. Do tej pory zidentyfikowano 50 ofiar tej grupy. Głównie z Ameryki Łacińskiej. Sprawa ma charakter rozwojowy” – napisał w piątek na X szef MSWiA.
Jak poinformowała w piątek Straż Graniczna, funkcjonariusze tej formacji, w ramach śledztwa dotyczącego m.in. handlu ludźmi i prania brudnych pieniędzy, przeszukali 17 lokali mieszkalnych i usługowych w województwie pomorskim oraz kilkanaście samochodów.
W trakcie działań zabezpieczono pieniądze, złoto inwestycyjne, numizmaty oraz biżuterię o łącznej wartości 3,6 mln zł oraz 28 kont bankowych z ponad 3,8 mln zł.
Straż Graniczna podała, że działania odbyły się 11 lutego i były prowadzone na szeroką skalę. W ich wyniku zatrzymano osiem osób; sześć z nich trafiło już do aresztu.
Z informacji przekazanych przez Komendę Główną SG wynika, że funkcjonariusze z Placówki SG Elblągu od 2024 roku rozpracowywali kilkunastoosobową grupę przestępczą. Na jej czele stali Ukrainiec i Polak, a wśród członków grupy byli głównie Ukraińcy, Polacy i Uzbecy. Grupa wykorzystywała spółki zarejestrowane zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami do popełniania przestępstw, m.in. handlu ludźmi.
„Proceder polegał na wykorzystywaniu ofiar do pracy o charakterze przymusowym z zastosowaniem przemocy i gróźb, wprowadzenia w błąd oraz nadużycia stosunku zależności i wykorzystania krytycznego położenia ofiar. Ofiarami byli głównie mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, w przeważającej części Kolumbijczycy. Sprawcy werbowali ich już na terytorium państw ich pochodzenia, a następnie pozornie delegowali do pracy w Polsce z wykorzystaniem spółek zarejestrowanych poza granicami UE” – poinformowała Straż Graniczna.
Formacja dodała, że w terminie objętym postępowaniem sprawcy zwerbowali około 2 tys. cudzoziemców, których przetrzymywali do czasu przetransportowania do miejsc wykonywania pracy.
„Do tej pory zidentyfikowano 50 ofiar handlu ludźmi. W jego toku funkcjonariusze Straży Granicznej ujawnili materiał wskazujący na prowadzoną również działalność przestępczą tzw. prania brudnych pieniędzy” – przekazano.
SG dodała, że na podstawie informacji ze śledztwa Generalny Inspektor Informacji Finansowej dokonał blokady 28 rachunków bankowych osób uczestniczących w tym procederze oraz firm na łączną zabezpieczoną sumę ponad 3,8 mln. zł.
„Na podstawie postanowień Prokuratora Okręgowego w Elblągu 11 lutego 2026 roku funkcjonariusze zatrzymali w woj. pomorskim 8 osób, przeszukali 17 lokali mieszkalnych i usługowych oraz pojazdy użytkowane przez osoby powiązane z procederem. Zabezpieczono środki pieniężne, złoto inwestycyjne, numizmaty oraz biżuterię. W trakcie działań dwukrotnie miały miejsca na gdańskich ulicach próby ucieczki. Ścigane pojazdy prowadzone przez Ukraińca i Polaka nie zatrzymały się do kontroli. Mundurowi musieli użyć broni. Dopiero przestrzelenie opon tych pojazdów skutecznie je unieruchomiło i pozwoliło ująć uciekinierów” – poinformowała SG.
W trakcie wykonywania czynności funkcjonariusze zabezpieczyli także przedmiot przypominający broń palną oraz niewielkie ilości narkotyków.
Jak podała formacja, prokurator Prokuratury Okręgowej w Elblągu przedstawił podejrzanym zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i handlu ludźmi. Decyzją Sądu Rejonowego w Elblągu sześć osób zostało aresztowanych na 3 miesiące, a na dwie osoby został nałożony środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego, poręczenia majątkowego oraz zakazu opuszczania kraju. Grozi im od 3 do 20 lat więzienia.
Straż Graniczna zwróciła uwagę, że sprawa ma charakter rozwojowy. Planowane są dalsze zatrzymania w tej sprawie.
W działaniach uczestniczyli funkcjonariusze z Placówki SG w Elblągu, Morskiego Oddziału SG w Gdańsku z grupami realizacyjnymi Wydziałów Zabezpieczenia Działań Morskiego, Warmińsko-Mazurskiego, Nadwiślańskiego i Nadodrzańskiego Oddziału SG, a także eksperci od wykrywania i zwalczania zagrożeń cyberbezpieczeństwa z Zarządu Operacyjno-Śledczego Komendy Głównej SG.
Kontrowersyjne wypowiedzi miliardera i współwłaściciela Manchesteru United, Sira Jima Ratcliffe’a, wywołały prawdziwą burzę w brytyjskim społeczeństwie. Podczas wywiadu dla Sky News, przeprowadzonego 11 lutego 2026 roku przez redaktora ekonomicznego Eda Conwaya, biznesmen stwierdził wprost, że „Wielka Brytania została skolonizowana przez imigrantów”,czym wywołał falę krytyki ze strony polityków i komentatorów.
Ratcliffe, który oprócz bycia współwłaścicielem słynnego klubu piłkarskiego jest również założycielem i prezesem giganta chemicznego INEOS Group, przedstawił w rozmowie swoje kontrowersyjne poglądy na temat obecnej sytuacji społeczno-ekonomicznej Zjednoczonego Królestwa. Jego zdaniem kraj zmaga się z poważnymi problemami gospodarczymi i społecznymi, które w dużej mierze wynikają z wysokiego poziomu imigracji oraz uzależnienia wielu obywateli od pomocy socjalnej.
„Wielka Brytania została skolonizowana. To kosztuje zbyt wiele pieniędzy. Wielka Brytania została skolonizowana przez imigrantów, nieprawdaż?” – powiedział miliarder w wywiadzie. Jego wypowiedź natychmiast odbiła się szerokim echem w mediach i wywołała ostrą reakcję ze strony wielu środowisk.
Ratcliffe powiązał również poziom imigracji z liczbą osób pobierających zasiłki państwowe. „Nie można mieć gospodarki z 9 milionami ludzi na zasiłkach i ogromnymi falami imigrantów napływających do kraju” – stwierdził. Biznesmen przytoczył również dane demograficzne, twierdząc, że populacja Wielkiej Brytanii wzrosła o 12 milionów osób od 2020 roku – z 58 do 70 milionów mieszkańców.
W trakcie wywiadu Ratcliffe nie oszczędził również obecnego premiera Wielkiej Brytanii, Sira Keira Starmera, którego określił jako „być może zbyt miłego”, by podejmować „trudne” i „niepopularne” działania niezbędne do naprawy sytuacji w kraju. Co więcej, miliarder ujawnił, że niedawno spotkał się z liderem partii Reform UK, Nigelem Faragem, którego opisał jako „inteligentnego człowieka” o „dobrych intencjach”.
Wypowiedzi Ratcliffe’a spotkały się z natychmiastową krytyką ze strony rządu. Premier Starmer określił komentarze biznesmena jako „obraźliwe i błędne”, podkreślając, że imigranci od zawsze wnosili istotny wkład w rozwój brytyjskiego społeczeństwa i gospodarki. Wielu polityków różnych opcji politycznych również potępiło słowa współwłaściciela Manchesteru United, uznając je za szkodliwe i podsycające napięcia społeczne.
Eksperci ds. migracji zwracają uwagę, że dane przytoczone przez Ratcliffe’a są co najmniej dyskusyjne. Oficjalne statystyki nie potwierdzają tak dramatycznego wzrostu populacji w ciągu zaledwie sześciu lat, a powiązanie problemów gospodarczych wyłącznie z imigracją jest znacznym uproszczeniem złożonych procesów ekonomicznych i społecznych.
Nie jest to pierwszy raz, gdy wypowiedzi prominentnych osób ze świata biznesu na temat imigracji wywołują kontrowersje w Wielkiej Brytanii. Temat ten pozostaje jednym z najbardziej polaryzujących w brytyjskiej debacie publicznej, szczególnie po Brexicie, który w dużej mierze był motywowany obawami części społeczeństwa przed niekontrolowaną imigracją.
Ratcliffe, którego majątek szacowany jest na ponad 15 miliardów funtów, jest znany ze swoich konserwatywnych poglądów. W przeszłości był gorącym zwolennikiem Brexitu i wielokrotnie krytykował politykę imigracyjną kolejnych rządów. W 2022 roku stał się współwłaścicielem Manchesteru United, jednego z najbardziej rozpoznawalnych klubów piłkarskich na świecie, co znacznie zwiększyło jego rozpoznawalność i wpływy w brytyjskim społeczeństwie.
Organizacje broniące praw imigrantów określiły wypowiedzi Ratcliffe’a jako niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Wskazują, że takie retoryka może prowadzić do wzrostu nastrojów ksenofobicznych i aktów dyskryminacji wobec mniejszości etnicznych w Wielkiej Brytanii.
Na razie ani Manchester United, ani INEOS Group nie wydały oficjalnych oświadczeń odnoszących się do kontrowersyjnych wypowiedzi swojego właściciela. Nie wiadomo również, czy Ratcliffe zamierza przeprosić za swoje słowa lub je sprostować w obliczu narastającej krytyki.
Niezależnie od dalszego rozwoju sytuacji, wypowiedzi Sira Jima Ratcliffe’a z pewnością na długo pozostaną w pamięci brytyjskiej opinii publicznej i mogą mieć wpływ na przyszłe debaty dotyczące imigracji oraz polityki społecznej w Zjednoczonym Królestwie.
Wewnętrzne raporty brytyjskiego Ministerstwa Środowiska, Żywności i Spraw Wsi donoszą, że brytyjska wieś zagrożona jest staniem się obszarem „nieistotnym” w coraz bardziej multikulturowym społeczeństwie. Tradycyjne brytyjskie puby, serwujące alkohol i wieprzowinę, a także powszechnie hodowane na wsi psy to m. in. te elementy, które sprawiły, że muzułmanie czują się na wsi „niemile widziani”.
Dlatego też departament zarządzany obecnie przez Partię Pracy zabrał się za opracowanie planów, mających rozwiązać ten problem. Recepta jest prosta: uczynić wieś „mniej białą” i odzwierciedlającą „wielokulturową rzeczywistość”.
Zakusy, by zabrać się za brytyjskie obszary wiejskie, nie są niczym nowym. Już w 2019 roku Ministerstwo Środowiska, Żywności i Spraw Wsi zamówiło obszerny przegląd, dotyczący wykorzystania obszarów krajobrazowych i wiejskich w Wielkiej Brytanii.
Wiele społeczności we współczesnej Wielkiej Brytanii czuje, że obszary krajobrazowe nie mają dla nich żadnego znaczenia. Zarówno czarnoskórzy, Azjaci, mniejszości etniczne, jak i biali postrzegają tereny wiejskie jako środowisko w dużej mierze „białe”. Jeśli dzisiaj jest to prawdą, to podział ten będzie się tylko pogłębiał wraz ze zmianami społecznymi. Nasza wieś skończy jako nierelewantny odnośnie kraju, który obecnie istnieje
– głosił dokument autorstwa Juliana Glovera pt. „Landscape Review”.
To niejedyna zamówiona przez departament spraw wsi ekspertyza. Raportów było więcej. W 2022 roku przeprowadzono także badanie „Poprawa etnicznego zróżnicowania odwiedzających angielskie obszary chronione”, kosztujące ok. 125 tys. euro, którego wyniki kazały urzędnikom ponownie pochylić się nad wiejską Anglią, zdominowaną przez „białą klasę średnią” i pozbawioną wystarczającej liczby przedstawicieli mniejszości etnicznych, którzy unikali wsi jako „przestrzeni wykluczających, rasistowskich i niebezpiecznych”. O jakie przejawy rasizmu i wykluczenia chodzi?
Jedna osoba opowiedziała, jak spotykała się z dociekliwymi spojrzeniami i komentarzami, gdy była na wsi: „Patrzcie, Azjata w lesie”. Zespół doświadczył tego osobiście, odwiedzając rodziny czarnoskóre i należące do mniejszości etnicznych, i musiał przerywać filmowanie, aby zminimalizować spojrzenia przechodniów
Raport z 2022 roku doprecyzował, że „nierówności w zakresie świadczeń dawały poczucie, że potrzeby mniejszości etnicznych nie były brane pod uwagę, co utrudniało uczestnictwo” w spędzaniu czasu na wsi przez przedstawicieli mniejszości etnicznych i wyznaniowych.
Przykładami był brak (…) odpowiednich kulturowo świadczeń, takich jak opcje dietetyczne i miejsca do modlitwy
– stwierdzał raport.
Teraz urzędnicy zarządzający obszarami wiejskimi – czyli rady lokalne oraz administratorzy Obszarów Krajobrazu Narodowego – mają za zadanie opracować strategie mające na celu realizację celów ogólnokrajowej kampanii na rzecz różnorodności.
Wszyscy płacimy za krajobrazy narodowe z naszych podatków, a mimo to czasami podczas naszych wizyt mieliśmy wrażenie, że parki narodowe to ekskluzywny klub, w którym większość stanowią biali i klasa średnia
– stwierdzili badacze, wykonujący pracę dla Ministerstwa Środowiska, Żywności i Spraw Wsi w jednym z wewnętrznych dokumentów.
Psy na łańcuch, pub bez alkoholu, kiełbasy i bekonu?
Do działań zobowiązali się włodarze m.in. Chilterns, Cotswold czy Malvern Hills. Zespół z Chilterns zaproponował działania, mające przyciągnąć na wieś więcej muzułmanów, szczególnie z pobliskiego Luton. Zabiegi te mają obejmować zatrudnienie bardziej zróżnicowanego personelu, wydawanie materiałów marketingowych, uwzględniających w swojej warstwie wizualnej ludzi widocznie reprezentujących mniejszości etniczne i napisane w „językach społeczności”.
W ramach zamówionych badań odnotowano również, że psy mieszkające na wsi powinny podlegać ściślejszej kontroli, gdyż niektóre z mniejszości boją się ich. Chodzi tu głównie o muzułmanów, dla których są to zwierzęta uznawane za nieczyste – podobnie jak świnie. Wspominany wcześniej raport z 2022 roku wprost mówił o konflikcie wartości wyznawanych przez rdzenną ludność i przybyszów.
Obszary objęte ochroną krajobrazową były ściśle związane z „tradycyjnymi” pubami, które mają ograniczony wybór jedzenia i są skierowane do osób utożsamiających się z kulturą picia alkoholu. W związku z tym muzułmanie z grupy pakistańsko-bangladeskiej stwierdzili, że przyczyniało się to do poczucia bycia niemile widzianym
Zespół z Malvern Hills posunął się do jeszcze dalej idących i osobliwie brzmiących stwierdzeń.
Wiele mniejszości nie ma żadnego kontaktu z naturą w Wielkiej Brytanii, ponieważ ich rodzice i dziadkowie nie czuli się na tyle bezpiecznie, by ich zabrać, lub mieli inne zmartwienia związane z przetrwaniem(…). Podczas gdy większość białych użytkowników języka angielskiego ceni sobie samotność i kontemplacyjne aktywności, jakie zapewnia wieś, osoby należące do mniejszości etnicznych preferują raczej towarzystwo (rodzinę, przyjaciół, szkołę)
– zdiagnozowali sytuację urzędnicy z Malvern Hills.
Ich receptą na uczynienie swojego obszaru „mniej białym” jest dotarcie do osób lub społeczności o chronionych cechach, takich jak osoby, dla których angielski nie jest pierwszym językiem”.
Tradycja przeszkodą dla różnorodności
Ministerstwo koordynujące ten ogólnonarodowy plan „odbielenia” brytyjskiej wsi zapewnia, że nie ma on nic wspólnego z ideologią, zaś główną motywacją dla jego wprowadzenia jest upowszechnienie dostępu do zasobów krajobrazowych dla wszystkich mieszkańców Anglii. Krytycy upierają się jednak, że podjęte przez ministerstwo działania noszą znamiona inżynierii społecznej, która stopniowo zmieni postrzeganie wiejskiej Anglii i wpisanych w nią tradycyjnych elementów: wiejskich pubów i odwiecznych krajobrazów, w coś, co będzie trzeba poświęcić w imię różnorodności.
Irene Montero / Nielegalni imigranci płyną do Europy Źródło: X / Bruno Topola, PAP/ EPA
Czy wobec nieskrywanego już planu podmiany populacji w Europie, co przyznała Irene Montero, Hiszpania powinna należeć do strefy Schengen?
Polityk skrajnie lewicowej, proimigracyjnej partii Podemos Irene Montero przemawiała w sobotę na wiecu w Saragossie, zorganizowanym w związku z wyborami regionalnymi w Aragonii, które odbędą się 8 lutego.
Socjalistyczno-komunistyczny rząd Hiszpanii postanowił zalegalizować pobyt w tym kraju 500 tysięcy nielegalnych imigrantów. Montero przekonywała, że kolejnym krokiem powinno być nadaniem im hiszpańskiego obywatelstwa i zmiana prawa tak, aby mogli uczestniczyć w wyborach.
Masowa migracja. Irene Montero z Podemos wprost o podmianie populacji
– Oby teoria podmiany populacji się ziściła! Mam nadzieję, że uda nam się pozbyć z tego kraju faszystów i rasistów za pomocą migrantów i ciężko pracujących ludzi – powiedziała Montero, cytowana przez dziennik „El Mundo”. W swoim wystąpieniu mocno skrytykowała partie prawicowe, w tym Vox i jej lidera Santiago Abascala, określając ich retorykę jako „rasistowską” i „anty-migracyjną”.
Posłuchajcie, co mówi europosłanka rządzącej partii Podemos w Hiszpanii.
Żaden prawak nie wyartykułowałby lepiej, do czego lewica potrzebuje migrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu czy innego Pakistanu.
„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen”
„Dokładnie taki jest cel lewicy i liberałów rządzących UE. Po to przepchnęli pakt migracyjny. Jak najwięcej nowych, importowanych spoza Europy obywateli – to dla nich nadzieja na dodatkowe głosy w wyborach i utrzymanie władzy” – skomentował parlamentarzysta PiS Paweł Jabłoński.
„Podemos to zdaje się Wasi sojusznicy w Europie partia Razem, Adrianie Zandberg? Również popieracie realizację «teorii wielkiej podmiany«?” – zapytał poseł Kacper Płażyński, także z PiS.
„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen!” – wezwał Piotr Czak Żukowski z Ruchu Narodowego. „Nadanie obywatelstwa hordom nielegalnych imigrantów z Afryki jest zagrożeniem dla całej Europy”. – podkreślił działacz Konfederacji.
Przypomnijmy, że Schengen obejmuje obecnie 29 państw. Na obszarze strefy zniesiono kontrole graniczne na granicach wewnętrznych. Z uwagi na masowe ściąganie imigrantów przez rządy niektórych państw, na części granic kontrole zaczęły być przywracane.
NCZAS.INFO | Imigranci we Francji. Zdjęcie ilustracyjne.
We francuskiej Żyrondzie „49% osób popełniających wykroczenia publiczne to cudzoziemcy”. Taka informację podał oficjalnie prefekt tego regionu 23 stycznia, przy okazji prezentacji raportu dotyczącego przestępczości w roku 2025.
Prefekt Żyrondy Étienne Guyot poruszył kwestię imigracji i ujawnił, że prawie połowa wszystkich przestępców w departamencie to obcokrajowcy. Imigracja i bezpieczeństwo to jeden z najważniejszych priorytetów Francuzów przed wyborami samorządowymi zaplanowanymi na marze tego roku.
Prefekt stwierdził, że w 2025 roku w Żyrondzie „49% osób popełniających przestępstwa było cudzoziemcami”. Dodał, że ponad 1000 osób otrzymało nakazy deportacji i zadeklarował: „zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zapewnić, że osoby, którym wydano nakazy deportacji, wyjadą, ponieważ czasami dopuszczają się przestępstw”.
Étienne Guyot pochwalił jednak służby za to, że w porównaniu z rokiem poprzednim, „o 30% więcej cudzoziemców” z nakazem wyjazdu opuściło Francję. W 2025 roku władze zaostrzyły również kontrole.
Niektóre z nich wprowadzono na ruchliwych przejściach granicznych w ramach krajowej operacji zwalczania nielegalnej imigracji. „Napływa do nas wielu cudzoziemców, głównie z Półwyspu Iberyjskiego i tam przebywających legalnie”. Prefekt dodał, że pochodzą głównie z Afryki Północnej i Afryki Subsaharyjskiej.
Dziewięć osób – obywateli Ukrainy i Polski – odpowie przed sądem za organizowanie cudzoziemcom nielegalnego przekraczania wschodniej granicy Polski – poinformowała prokuratura. Sprawa dotyczy blisko 5,5 tys. osób, które w latach 2019-2023 przekroczyły granicę na podstawie wyłudzonych wiz.
Akt oskarżenia w tej sprawie Prokuratura Okręgowa w Zamościu skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie.
Z ustaleń śledztwa wynika, iż w skład zorganizowanej grupy przestępczej wchodzili obywatele Polski i Ukrainy, a działalność prowadzona była w latach 2019-2023 – poinformował w komunikacie prasowym rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu prok. Rafał Kawalec.
Jak wyjaśnił, proceder polegał na wystawianiu i rejestrowaniu we właściwych urzędach pracy stosownych oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy dla cudzoziemców, co uprawniało ich do otrzymania wiz.
W większości byli to Ukraińcy
Według ustaleń śledczych wystawiający oświadczenia nie mieli zamiaru ani możliwości powierzenia cudzoziemcowi wykonywania wskazanej pracy, a wystawione dokumenty miały na celu wprowadzenie w błąd pracowników konsulatów i wyłudzenie na tej podstawie niezbędnych do przekroczenia granicy wiz uprawniających do wjazdu i pobytu w krajach Unii Europejskiej.
Jak podał prok. Kawalec, z ustaleń śledztwa wynika, że w ten sposób grupa przestępcza zorganizowała nielegalne przekroczenie granicy państwa dla co najmniej 5 tys. 427 osób. W większości byli to Ukraińcy.
Śledztwo w tej sprawie było prowadzone przez funkcjonariuszy Placówki Straży Granicznej w Hrebennem (Lubelskie) z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej, którzy wpadli na trop przestępczej grupy.
Grupa przestępcza
Akt oskarżenia obejmuje sześcioro obywateli Ukrainy i troje obywateli Polski.
Pięć osób usłyszało zarzuty działania w ramach struktur zorganizowanej grupy przestępczej, w tym jedna osoba zarzut kierowania grupą. Ośmiu osobom przedstawiono zarzuty organizowania nielegalnej migracji. Trzy osoby usłyszały zarzut „prania brudnych pieniędzy” pochodzących z przestępstwa.
Prok. Kawalec powiedział, że śledczym nie udało się ustalić kwot, które podejrzani otrzymywali za organizowanie nielegalnego przekroczenia granicy. Niektórzy z nich mają zarzuty uczynienia sobie z przestępstwa stałego źródła dochodu.
Część podejrzanych, w toku przeprowadzonych przesłuchań przyznała się do popełnia zarzucanych im czynów i złożyła wyjaśnienia, w których opisali swój udział w przestępczym procederze, inni nie przyznali się lub przyznali się do części zdarzeń — prok. Kawalec.
Czworo podejrzanych złożyło wnioski o dobrowolne poddanie się karze bez przeprowadzenia rozprawy.
Wobec wszystkich podejrzanych zastosowano poręczenia majątkowe, dozory policji, zakazy opuszczania kraju. Wobec kobiety oskarżonej o kierowanie grupą prokuratora zastosowała także zabezpieczenie majątkowe poprzez ustanowienie hipoteki na jej nieruchomości do kwoty 750 tys. zł.
Za zarzucane podejrzanym przestępstwa grożą różne kary, maksymalna to 15 lat więzienia.
Noc Sylwestrowa minęła w Holandii pod znakiem licznych zamieszek i starć z policją. W wielu miejscach kraju wybuchły pożary. Jeden z nich doszczętnie strawił zabytkowy 150-letni kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego (Voldenkerk) w Amsterdamie.
Tegoroczna noc sylwestrowa w Holandii okazała się wyjątkowo dramatyczna. W różnych częściach kraju doszło do śmiertelnych wypadków związanych z użyciem fajerwerków, m.in. w Nijmegen i Aalsmeer. Policja bada, czy używany materiał pirotechniczny był legalny.
Jednym z najpoważniejszych zdarzeń był ogromny pożar zabytkowego kościoła w Amsterdamie – Vondelkerk, który od lat 70 XX wieku przestał pełnić funkcję świątyni katolickiej i stał się miejscem wielu koncertów oraz spotkań. Ogień szybko objął wieżę budynku, a gęsty deszcz iskier zmusił służby do ewakuacji kilkudziesięciu pobliskich domów. Straż pożarna walczyła z żywiołem przez wiele godzin, wykorzystując wodę z pobliskiego parku. Zabytku nie udało się uratować. Na miejscu pojawiła się burmistrz Femke Halsema, która powiedziała: „To jest naprawdę straszne (…) to ogromna tragedia.”
Służby nie potwierdzają teorii o celowym podpaleniu.
W całym kraju odnotowano liczne pożary budynków mieszkalnych, garaży i obiektów publicznych, w tym hal sportowych i domów jednorodzinnych. W kilku przypadkach eksplodowały składowane fajerwerki, co dodatkowo utrudniało akcje ratunkowe.
Szczególne zaniepokojenie wzbudziła skala przemocy wobec służb. Policjanci, strażacy i ratownicy medyczni byli obrzucani fajerwerkami, kamieniami, a w Bredzie w dzielnicy Tuinzigt użyto koktajli Mołotowa. Związek zawodowy policji określił sylwestrową noc jako jedną z najbardziej brutalnych w ostatnich latach.
Tegoroczny Sylwester był jednocześnie ostatnim, w którym fajerwerki na prywatny użytek były jeszcze legalne w skali kraju. Władze zapowiadają, że przejęta zmiana prawa ma ograniczyć liczbę ofiar, zniszczeń i przemocy, które od lat towarzyszą świętowaniu Nowego Roku w Holandii. [czemu PCh nie komentuje tej bzdury?? md]
Niektórzy łączą sylwestrowe incydenty z obecnością coraz większej populacji imigrantów spoza Europy. [Jak można puścić taki bzdet w PCh!! Wstyd!! MD]
Holandia w ostatnich latach mierzy się z poważnym kryzysem migracyjnym.
[Gówno „się mierzy” !! Dupy daje!! MD]
Tylko w 2022 r. do kraju przybyło ponad 400 tys. cudzoziemców, głównie pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego. Liczba przybyszów nie spada poniżej kilkuset tysięcy rocznie (w 2023 do kraju przybyło 339 tys. cudzoziemców). Do najliczniejszych grup należą Turcy, Kurdowie, Marokańczycy i obywatele Surinamu.
W niektórych miastach powstają tzw. getta, czyli dzielnice zdominowane przez migrantów, które odznaczają się wyższym współczynnikiem przestępczości. Rząd wprowadza środki mające na celu ograniczenie imigracji, zapowiedziano m.in. możliwość zawieszenia prawa do azylu. [To rządy impotentów md]
[Szkoda, że Autor nie czytał, nie zna, czy nie rozumie dzieł Feliksa Konecznego, więc i roli Cywilizacji Łacińskiej. md]
—————————————————————–
Jeżeli biała rasa ma przetrwać, jeżeli przetrwać ma kultura europejska, to pilnie potrzebujemy powrotu rasizmu. Rasizm musi się stać na powrót postawą normalną.
Make Racism Normal Again
Musimy zrozumieć, że jeżeli nie wyrzucimy czarnych i innych kolorowych z Europy to historia Europy nie jako geograficznego miejsca, ale jako cywilizacji białej rasy skończy się – wraz z końcem naszej rasy.
Nie ma gorszego zagrożenia niż zastępowanie białej populacji przez czarnych i innych kolorowych – oraz mieszańców. Tylko radykalne działania – masowe deportacje – mogą uratować naszą cywilizację przed upadkiem a białych przed wymarciem.
Warto sobie uzmysłowić, że w mającej około 7-8 tys. lat historii Europy i jej cywilizacji nigdy nie było większego zagrożenia niż obecne – mówi o tym Martin Sellner z Austrii. Jeżeli bowiem biała rasa wymrze to nie da się już jej przywrócić. A jeżeli biała rasa utraci swój dom, swój teren – Europę – oraz nie obroni się przed mieszaniem z innymi rasami to niechybnie zniknie.
Wszystkie zniszczone w wojnach budynki, drogi i mosty można odbudować. Wiedzę, która znikła w spalonych bibliotekach można odkryć na nowo. Nawet straty w ludziach da się odrobić – skutków mieszania ras NIE.
Epidemia dżumy z 14 wieku – która w/g szacunków zredukowała białą populację Europy o połowę! – nie była tak groźna, bo choć Europa potrzebowała 200 lat by odbudować populację to – paradoksalnie – skutkami zniknięcia takiej liczby ludzi był wzrost produktywności, powstanie nowych wynalazków i tak dalej. Nie było nim wymarcie białych ani likwidacja ich cywilizacji.
Zatem, czarni i kolorowi nachodźcy są gorsi, bardziej niebezpieczni niż dżuma. Zatem, przestańmy się wstydzić naszych zdrowych odruchów niechęci wobec nachodźców – w nich jest nasz ratunek. Zacznijmy mówić jasno o tym, że idzie o przetrwanie, o być albo nie być nie tylko naszego narodu ale w ogóle białego człowieka.
Ma to szczególne znaczenie w Polsce i innych krajach regionu, które do tej pory nie zostały zalane tym najazdem. Mamy większe szanse na obronę, lecz musimy zacząć się bronić już teraz.
A przy tym nie wolno nam zapominać, że czarni nachodźcy są tylko narzędziami w rękach tych, którzy sterują naszymi rządami, sterują propagandą (mały przykład: wszędzie w reklamie jeśli jest para to czarny z białą kobietą – czy to przypadek? A przecież to nie nachodźcy projektują te reklamy, prawda?) a których celem jest zniszczenie białej rasy. Nie wolno nam zapominać, że czarni jako narzędzie są także ofiarami w rękach tych, których celem jest nas, białych zniszczyć. Wiecie, o kim piszę?
Dlatego zdecydowanie nie należy czarnych nienawidzieć za sam fakt bycia czarnymi. Mają swój teren – Afrykę – i mają prawo tam mieszkać i żyć, budować swoją przyszłość. Możemy z nimi handlować, możemy współpracować. Ale nie możemy pozwolić im mieszkać w Europie, bo tu prostu nie jest ich miejsce.
Nienawidzić [może raczej: zwalczać md] powinniśmy tych, którzy ich tu sprowadzają aby nas zniszczyć i tych zdrajców spośród nas, którzy to popierają.
Teoria celowego zastąpienia białej populacji Europy przez obcy kulturowo żywioł z Afryki i Bliskiego Wschodu, do niedawna uchodziła w mainstreamie za jedną z „teorii spiskowych”. Jak się okazuje, dzisiaj przed zagrożeniem wynarodowienia, islamizacji i utraty tożsamości ostrzegają Europę Stany Zjednoczone w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – zauważa belgijski polityk partii Vlaams Belang, Filip Dewinter.
„Czy Trump nie ma po prostu racji, twierdząc, że Europa podupada, jest słabo zarządzana i traci swoją tożsamość, spójność, tożsamość kulturową i jednorodność etniczną z powodu imigracji, wokeizmu i islamizacji?” – pyta retorycznie Dewinter.
Polityk przypomina, że administracja Trumpa w swoim dokumencie odnosi się do „polityki migracyjnej, która zmienia kontynent i wywołuje konflikty”.
„Potwierdza to oczywiste twierdzenie, że rdzenna ludność europejska jest zastępowana obcym żywiołem. Łącząc inwazję imigrantów ze spadkiem liczby urodzeń i utratą tożsamości narodowej i pewności siebie, Trump w pełni popiera tę analizę (…) a koncepcja zastępowania populacji ewoluowała od teorii spiskowej do polityki rządu amerykańskiego” – zauważa polityk Vlaams Belang.
W ocenie Dewintera, stosunek Trumpa wobec masowej imigracji i jego bezkompromisowa polityka zagraniczna stanowią dla Europy „wyjątkową okazję do odzyskania bezpieczeństwa i cywilizacyjnej pewności siebie”.
Wbrew lewicowo-liberalnej narracji, każącej widzieć w administracji Trumpa przeciwnika Europejczyków, belgijski polityk nie ma wątpliwości, że w kwestii walki z masową migracją, Waszyngton jest dużo lepszym sprzymierzeńcem niż Bruksela.
„My, rdzenni Europejczycy, stajemy się mniejszością we własnych krajach. Czas działać, zanim będzie za późno… Ameryka nie jest przeciwnikiem, ale sojusznikiem. Ameryka Trumpa nie jest przeciwnikiem, ale sojusznikiem w naszej walce o przetrwanie Europy. Prawdziwymi wrogami Europy są elity UE w Brukseli, które zaślepione ideologią i sparaliżowane poczuciem winy odmawiają wyznaczenia jakichkolwiek granic” – konkluduje.
Sam BERLIN wydaje około 1 MILIARDA Euro rocznie na przyjmowanie migrantów z zagranicy.
Pomimo bardzo wysokich kosztów, migranci nadal są zakwaterowani w drogich hotelach zamiast w tańszych kontenerach mieszkalnych, czy to racjonalne zachowanie?
Prawie miliard euro rocznie na zapewnienie dachów nad głowami „migrantów”, podczas gdy miasto ogranicza podstawowe usługi dla obywateli.
Zakwaterowanie emigrantów w Berlinie kosztowało podatników bardzo dużo, a nowe dane to potwierdzają. Dane potwierdzone dla Niemieckiej Agencji Prasowej (dpa) przez źródła z Senatu i cytowane przez Die Welt wskazują, że w 2024 roku miasto wypłaciło 883 miliony euro na zapewnienie zakwaterowania dla migrantów, w porównaniu do 312 milionów euro w 2020 roku.
Jednocześnie Berlin wprowadza poważne cięcia budżetowe z powodu niedoborów budżetowych, a miasto zaciąga coraz większe długi.
Duże obiekty zakwaterowania, takie jak Tegel i Tempelhof, mają jeszcze wyższe koszty, przy czym sam Tegel odpowiadał za około 260 milionów euro całkowitych kosztów w 2024 roku.
Roczne wydatki na zakwaterowanie, opatrywanie i integrację uchodźców w Berlinie niemal podwoiły się między 2022 a 2025 rokiem, osiągając 2,24 miliarda euro. W pewnym momencie rozważano nawet stan wyjątkowy w celu uzyskania pożyczek awaryjnych na finansowanie.
Podobne problemy mają inne miasta w Niemczech.
Najnowszy, nowoczesny kompleks mieszkaniowy Hamburga jest bliski ukończenia — ale nie dla miejscowych. Projekt o wartości 41 milionów euro w dzielnicy Bahrenfeld jest zarezerwowany wyłącznie dla rodzin migracyjnych, co potwierdza rosnący trend w Niemczech, gdzie osoby ubiegające się o azyl mają priorytetowy dostęp do mieszkań, podczas gdy obywatele Niemiec borykają się z trwającym kryzysem mieszkaniowym.
Sześciobudynkowy kompleks, zbudowany na dawnym boisku sportowym Wichmannstraße, oferuje 107 nowoczesnych mieszkań dla 370 osób ubiegających się o azyl. Dzięki oknom od podłogi do sufitu, zielonym dachom, balkonom i ogrzewaniu podłogowym, stanowi szczyt współczesnego życia miejskiego. Obejmuje nawet przestrzenie wspólne, place zabaw oraz pracowników socjalnych na miejscu, aby zapewnić płynny proces integracji.
Pomimo że na ulicach Hamburga mieszka prawie 2 000 osób — i tysiące innych zmagających się z nieosiągalnym czynszem — żaden lokalny nie będzie mógł się tam wprowadzić. Projekt jest częścią inicjatywy „Living in the Future”, stworzonej wyłącznie dla rodzin „poszukujących ochrony z tłem ucieczki” (każde draństwo można uzasadnić).
… Miejscowi mieszkańcy wyrazili zdecydowany sprzeciw wobec projektu, nie tylko ze względu na jego wyłączność, ale także ze względu na sposób jego zatwierdzenia. Zazwyczaj taki projekt wymagałby wieloletniego procesu konsultacji społecznych, pozwalających obywatelom na wypowiedzenie się w rozwoju miejskim. Jednak w tym przypadku Senat Hamburga ominął standardowy proces, powołując się na pilną potrzebę zapewnienia mieszkań migrantom. … Ponad milion euro miesięcznie kosztuje nowe schronisko dla uchodźców w Berlinie, Friedrichshain. Nieruchomość jest wynajmowana na 10 lat. Tymczasem koszty uchodźczości w Berlinie i tak gwałtownie rosną. Berlin wydał prawie 900 000 000 euro tylko w 2024 roku na zakwaterowanie osób ubiegających się o azyl. Prawie trzy razy więcej niż w 2020 roku.
Więc jeśli następnym razem będziesz się zastanawiać, dlaczego nie ma pieniędzy na nic, szkoły i mosty gniją, mimo że płacisz mnóstwo podatków. Oto jeden z powodów tego stanu.
Spośród 36 851 osób mieszkających w państwowych mieszkaniach w Berlinie na listopad, znaczna część należy do 18 600 migrantów podlegających deportacji. Dlaczego Niemcy nie zrobią tego samego co Amerykanie i nie deportują ich samolotami wojskowymi?
W Berlinie mieszka około 18 600 migrantów podlegających deportacji. Administracja Spraw Wewnętrznych poinstruowała policję, jak postępować w deportacjach.
Trzeba przyznać, że niektórzy próbowali, ale niemieckie sądy wkroczyły, by to utrudnić.
Polizei może mieć nakaz deportacji, ale teraz pozwala im to tylko pukać do drzwi. Jeśli nikt nie odbiera, muszą odejść. Planem awaryjnym jest ich przewiezienie do Polski, wystraszyć i przewieść do Polski.
Deportacje ze schronisk dla uchodźców stają się coraz trudniejsze. 20 listopada Federalny Trybunał Konstytucyjny opublikował orzeczenie, że nakaz przeszukania sądowy jest zazwyczaj wymagany przy deportacjach z pokoi w ośrodkach azylowych. W praktyce oznacza to teraz, że policjanci odpowiedzialni za odebranie cudzoziemca oczekującego na deportację muszą zapukać – a jeśli nikt nie odbierze, wyjść.
Nielegalni imigranci są czynnikiem napędzający wzrost cen czynszów oraz ograniczenia świadczeń społecznych dla najbardziej potrzebujących Niemców. Dochodzą do tego przestępstwa…
NCZAS.INFO | Flaga Niemiec. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay
Niemieckie Ministerstwo Rodziny przedstawiło badania. Wynika z nich, że w Niemczech rośnie zjawisko tzw. obrzezania kobiet.
W środę w Berlinie Ministerstwo Rodziny przedstawiło badania dotyczące tzw. obrzezania kobiet. Oszacowano w nich, że pełnoletnich ofiar obrzezania w Niemczech jest 86,5 tys. kobiet. Szacunki mówią też o 11,1 tys. dziewczyn, których problem „może dotyczyć” oraz 25 tys. dziewcząt, które uznano za „zagrożone”.
Wcześniejsze szacunki pochodzą sprzed ośmiu lat. W 2017 roku szacowano na dokładnie 47 359 liczbę kobiet pełnoletnich, które padły ofiarą obrzezania. Przez ten czas więc wzrost wyniósł ponad 80 proc..
Z kolei liczba dziewcząt uznanych za zagrożone wyniosła 5684. To wzrost o prawie 340 %.
Analizę danych na zlecenie Ministerstwa Rodziny przeprowadziła firma Prognos. Chodzi o dane statystyczne obcokrajowców pochodzące z Federalnego Urzędu Statystycznego. Badano kobiety i dziewczęta bez niemieckiego paszportu z jednego z 31 krajów, gdzie obrzezanie kobiet jest praktykowane. Uwzględniono w badaniu między innymi ich wiek i status pobytu oraz generację imigrantów, do których należą w celu oceny skutków lub potencjalnego zagrożenia.
Mareike Wulf, sekretarz stanu w niemieckim Ministerstwie Rodziny określiła szacunki mianem „wstrząsających”. Powiedziała, że okaleczanie żeńskich narządów płciowych jest „nie do pomyślenia i jest szczególnie ciężką formą przemocy ze względu na płeć”. Wspomniała też o fizycznych i psychicznych skutkach powodujących cierpienie przez całe życie.
Następnie oceniła, że w Niemczech obrzezanie kobiet jest karalne, nawet jeśli odbyło się za granicą.
– Niestety samo ustawodawstwo nie wystarczy. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby skutecznie chronić przed tym kobiety i dziewczęta w Niemczech – mówiła Wulf i dodała, że ministerstwo wspiera w tym celu projekty mające na celu profilaktykę i edukację.
=============================
A wyrzucić tych barbarzyńców do kraju ich pochodzenia, gdzie takie zwyczaje są akceptowalne. Na ich koszt wyrzucić, oczywiście... md
NCZAS.INFO | Zatrzymany przez SG murzyn ze Sierra Leone i lewa karta pobytu / fot. Komenda Główna SG (kolaż)
Straż Graniczna zatrzymała przy granicy z Niemcami murzyna, którego zawrócono do Niemiec. Miał podrobioną kartę pobytu w Polsce.
W Jędrzychowicach funkcjonariusze z Placówki Straży Granicznej w Zgorzelcu i Żandarmeria Wojskowa zatrzymały 18 listopada pasażerów autokaru. Jechał on z Paryża do Warszawy.
Podczas kontroli zatrzymano 26-letniego murzyna. Był obywatelem Sierra Leone. Pokazał funkcjonariuszom polską kartę pobytu, która okazała się być fałszywa.
„Dokument wzbudził podejrzenia funkcjonariuszy, a szczegółowe sprawdzenie wykazało, że karta pobytu nie posiadała właściwych zabezpieczeń. W trakcie rozpytania cudzoziemiec przyznał, że kupił kartę za pośrednictwem internetu” – czytamy na stronie Komendy Głównej SG [pisownia oryg. – red. nczas].
Ponadto murzyn nie miał żadnego innego dokumentu, który uprawniałby go do wjazdu do Polski ani pobytu w kraju.
„26-latek usłyszał zarzut posłużenia się sfałszowanym dokumentem jako autentycznym, przyznał się do winy, potwierdzając zamiar wykorzystania zakupionej w internecie karty pobytu w celu przedostania się na teren Polski. Cudzoziemca przekazano w ramach readmisji stronie niemieckiej” – czytamy w komunikacie SG.
Europie grozi wojna domowa autochtonów z imigrantami
☪️🚫 Prof. David J. Betz: „W ciągu 3 miesięcy Europie grozi wojna domowa.” J
est to naukowiec z King’s College w Londynie, który od lat bada dynamikę konfliktów wewnętrznych i społeczną erozję państw zachodnich. Jego najnowsze analizy są jak dzwon pogrzebowy dla Zachodu – sygnał, że kończy się epoka stabilności, a zaczyna czas niekontrolowanych, wewnętrznych erupcji gniewu. Betz mówi wprost: przyszłość nie należy do klasycznych wojen między narodami, ale do „wojen hybrydowych wewnątrz społeczeństw”, gdzie przeciwnikiem nie jest obce państwo, lecz sąsiad, współobywatel, a nawet członekrodziny.
Europa – ta sama, która przez dekady głosiła pokój, demokrację i dobrobyt – zaczyna przypominać statek dryfujący po wzburzonym oceanie historii, bez steru i bez kapitana.
Najbardziej zagrożona jest Wielka Brytania, kraj, który sam siebie rozmontował. Zderzenie etnicznego tygla z ideologiczną histerią, imigracyjny chaos, upadek klasy średniej i rosnąca bieda – to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Betz ostrzega, że tam, gdzie jeszcze niedawno ludzie kłócili się o podatki czy brexit, dziś zaczynają się nienawidzić z powodów tożsamościowych. Francja? Tam płonie już od dawna – od banlieues po Paryż. Szwecja, niegdyś symbol ładu i neutralności, tonie w fali przemocy, gangów, stref no go i desperacji. W tych krajach coś się wypaliło – duch społeczny, który łączył ludzi, zastąpiło plemienne „my” i „oni”.
☪️🚫 Upadek iluzji systemowych
➡️ To, co jeszcze niedawno było nazywane „teorią spiskową”, dziś jest rzeczywistością. Upadek zaufania do instytucji, przenikanie korporacyjnych interesów do polityki, powszechne poczucie zdrady i bezsensu – to nie są już pojedyncze symptomy, lecz pełnoobjawowa choroba systemu. Demokracja, która miała być szczytem ewolucji politycznej, staje się atrapą. Ludzie widzą, że ich głos nic nie znaczy, że rządzą ci sami – bez względu na wybory, bez względu na partie. W efekcie całe społeczeństwa cofają się w stronę archaicznych emocji: gniewu, zemsty, przetrwania.
Młode pokolenie już się w tym nie odnajduje. Coraz bardziej przypomina zbiorowość odłączonych jednostek – pozornie połączonych siecią, a w rzeczywistości rozpadających się od środka. Depresja, anhedonia, ucieczka w wirtualność i ideologie, które zastępują sens – to są objawy cywilizacji, która się wypaliła. Zachód jest dziś jak człowiek po długiej, destrukcyjnej euforii – zmęczony, cyniczny, pozbawiony kierunku.
Polska, jak pisze Betz, jeszcze trzyma się na powierzchni. Ale to złudzenie. Bo gdy zaczyna walić się system, nie ma już bezpiecznych przystani. Jeśli dojdzie do otwartego przesilenia w Londynie, Paryżu czy Sztokholmie, fala uderzeniowa dotrze i tutaj. Nie przez czołgi, ale przez gospodarkę, przez chaos informacyjny, przez panikę i masowe migracje. Jesteśmy częścią europejskiego ciała, które właśnie zaczyna się rozkładać – a rozkład nie zna granic. Na szczęście tę gangrenę będzie można odciąć na linii Odry, zaś w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście stworzy się na jakiś czas silnie zmilitaryzowane „strefy dekontaminacji lewactwa.”
☪️🚫 Stadium globalnego upadku systemowego
➡️ To, co dzieje się dziś w Unii Europejskiej, nie jest chwilowym kryzysem, który minie jak burza. To proces geologiczny, powolny, nieodwracalny. Erozja sensu, erozja zaufania, erozja kultury. Świat, który znaliśmy – z jego zasadami, mediami, autorytetami – właśnie umiera. W jego miejsce rodzi się coś nowego, ale niekoniecznie lepszego. Być może nadchodzą czasy, w których społeczeństwa Zachodu staną się laboratoriami nowej formy wojny – wojny domowej XXI wieku, prowadzonej nie karabinami, lecz informacją, emocją i nienawiścią.
Być może to, co obserwujemy, to nie koniec cywilizacji, lecz koniec złudzeń. Koniec wiary, że można budować świat bez duchowego fundamentu, oparty tylko na konsumpcji, ideologii i rozrywce. Europa – ta dumna, racjonalna, oświecona – być może właśnie płaci rachunek za własną pychę. A gdy fundament pęka, nie wystarczy już polityka. Zostaje tylko pytanie: czy z ruin tego świata narodzi się coś nowego, czy też zostaniemy już na zawsze w epoce gniewu i upadku?
Bo tak się kończy mobilizacja nihilizm i wolna amerykanka – przechyleniem wahadła dziejów w drugą stronę, na prawo.