Trump oskarżył Ukrainę za wysokie ceny oleju napędowego na świecie

Donald Trump oskarżył Ukrainę

za wysokie ceny

oleju napędowego na świecie

admin3 wt., 15/09/2026 zmianynaziemi/donald-trump-oskarzyl-ukraine-za-wysokie-ceny-oleju-napedowego-na-swiecie

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump poinformował w poniedziałek, 14 września 2026 r., że Ukraina zgodziła się nie atakować rosyjskich celów energetycznych, a Rosja zobowiązała się do analogicznego postępowania. Jednocześnie stwierdził, że wzrost światowych cen oleju napędowego wynika głównie z wojny rosyjsko-ukraińskiej, a nie z konfliktu z Iranem.

Oświadczenie padło dzień po tym, jak Trump podczas wizyty w Irlandii wezwał Wołodymyra Zełenskiego do zaprzestania uderzeń w rosyjskie rafinerie i instalacje produkujące olej napędowy. „Pan Zełenski musi zrobić jedną rzecz. Musi przestać niszczyć olej napędowy w Rosji. Niech atakuje inne cele, ale nie olej napędowy, ponieważ powoduje to niedobory” – powiedział amerykański prezydent dziennikarzom na polu golfowym w Doonbeg. Dodał, że rozmawiał już na ten temat z ukraińskim przywódcą i że „szkodzi to światu”. Podkreślił też, że problem nie wynika z sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Ceny oleju napędowego osiągnęły w ostatnich dniach historyczne maksima. W Stanach Zjednoczonych średnia cena galona diesla przekroczyła 6 dolarów i w niedzielę wynosiła około 6,20 dolara, co oznacza wzrost o niemal 65 proc. od końca lutego, gdy Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły działania przeciwko Iranowi. W Polsce olej napędowy kosztuje obecnie średnio około 8,64–8,76 zł za litr, a na niektórych stacjach cena zbliża się do 9 zł. Analitycy przewidują dalsze podwyżki w najbliższych dniach.

Konflikt na Bliskim Wschodzie, trwający od lutego, poważnie ograniczył eksport ropy i produktów naftowych z regionu Zatoki Perskiej, w tym przez cieśninę Ormuz. Jednocześnie Ukraina od miesięcy prowadzi kampanię ataków dronami dalekiego zasięgu na rosyjskie rafinerie. Uderzenia te zmniejszyły produkcję paliw w Rosji, wywołały niedobory na rynku wewnętrznym i skłoniły Moskwę do wprowadzenia zakazu eksportu oleju napędowego. Rosja, jeden z największych światowych producentów i eksporterów diesla, wycofała z rynku znaczące ilości paliwa.

Eksperci wskazują, że oba konflikty nakładają się na siebie i obciążają globalny system rafineryjny. Międzynarodowa Agencja Energetyczna odnotowała, że w sierpniu eksport diesla i oleju gazowego z krajów Zatoki spadł do zaledwie około jednej czwartej poziomu sprzed wojny z Iranem. Ukraińskie ataki na rosyjskie instalacje dodatkowo pogłębiły niedobory produktów rafinowanych.

Ukraina traktuje rosyjską infrastrukturę naftową jako legalny cel wojskowy. Kijów argumentuje, że przemysł energetyczny finansuje rosyjską inwazję i zasila armię. Ataki mają osłabić zdolności wojenne Moskwy i zmniejszyć jej przychody z eksportu. Jeszcze 11 września prezydent Zełenski zaproponował Rosji „rozejm energetyczny” – wzajemne powstrzymanie się od ataków na obiekty energetyczne – oraz odblokowanie żeglugi na Morzu Czarnym. Zaznaczył, że jeśli Rosja będzie uderzać w ukraiński system energetyczny, Ukraina odpowie analogicznie.

Kreml przyjął wezwanie Trumpa pozytywnie. Rzecznik Dmitrij Pieskow oświadczył, że każde wezwanie do zaprzestania ataków na cywilną infrastrukturę gospodarczą zasługuje na poparcie. Jednocześnie Moskwa podkreśliła, że główna przyczyna zaburzeń na światowych rynkach energetycznych leży w eskalacji w regionie Zatoki Perskiej. Nie potwierdzono oficjalnie istnienia nowego, formalnego porozumienia ogłoszonego przez Trumpa. Zełenski zapowiada, że podczas ewentualnego spotkania z Trumpem w Nowym Jorku pod koniec września będzie zabiegał o zawieszenie broni w sferze energetycznej i na Morzu Czarnym.

Wysokie ceny paliw stają się istotnym czynnikiem politycznym przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi w Stanach Zjednoczonych. Diesel napędza transport towarowy, rolnictwo i przemysł, więc jego drożyzna przekłada się na inflację i koszty życia. Administracja Trumpa wielokrotnie wskazywała ataki ukraińskie jako jeden z elementów „szoku energetycznego”, obok wojny z Iranem. Sekretarz skarbu Scott Bessent mówił wcześniej o presji cenowej wynikającej z niszczenia rosyjskich aktywów energetycznych.

Trump nie podał szczegółów dotyczących momentu zawarcia rzekomego porozumienia, jego zakresu ani mechanizmów weryfikacji. Obie strony konfliktu regularnie atakują infrastrukturę energetyczną przeciwnika, a zima zbliża się zarówno na Ukrainie, jak i w Rosji. Wzajemne uderzenia w rafinerie, elektrownie i sieci przesyłowe stanowią ważny element strategii obu stron.

Ogłoszenie Trumpa wpisuje się w szersze wysiłki amerykańskiej dyplomacji zmierzające do deeskalacji i ewentualnego porozumienia pokojowego. Specjalni wysłannicy prowadzą rozmowy zarówno z Kijowem, jak i Moskwą. Częściowe zawieszenie ataków na cele energetyczne mogłoby stanowić pierwszy krok, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że takie deklaracje bywają krótkotrwałe.

Dla Polski i Europy Środkowej rosnące ceny oleju napędowego oznaczają wyższe koszty transportu i produkcji. Krajowy rynek paliw jest silnie powiązany z notowaniami ropy Brent, które przekroczyły 100–110 dolarów za baryłkę. Dalszy rozwój sytuacji zależy od tego, czy ogłoszone przez Trumpa zobowiązania zostaną potwierdzone i przestrzegane przez obie strony, a także od przebiegu konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Źródła:

https://www.rp.pl/konflikty-zbrojne/art45139631-trump-ros…

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-trump-rosja-i-ukrai…

https://wydarzenia.interia.pl/ukraina-rosja/news-zaskakuj…

https://wiadomosci.wp.pl/trump-oglsza-przelom-ws-wojny-ro…

https://wiadomosci.gazeta.pl/swiat/7,198075,33023572,trum…

Walka o władzę na Ukrainie. Prokurator Generalny Krawczenko stawia zarzuty korupcyjne szefowi agencji antykorupcyjnej NABU i ucieka z Ukrainy.

Thomas Röper anti-spiegel.ru/generalstaatsanwalt-erhebt-anklage-wegen-korruption-gegen-den-chef-der-antikorruptionsbehoerde-nabu

Walka o władzę na Ukrainie

Prokurator Generalny stawia zarzuty korupcyjne szefowi agencji antykorupcyjnej NABU

Nowy rozdział w walce o władzę na Ukrainie i wokół niej: W poniedziałek podejrzany o korupcję Prokurator Generalny postawił zarzuty szefowi agencji antykorupcyjnej i uciekł z Ukrainy tej samej nocy.

Anti-Spiegel 14 wrzesień 2026

Walka o władzę na Ukrainie i wokół niej jest moim zdaniem jednym z najważniejszych problemów chwili obecnej, a ponieważ niemieckie media całkowicie ignorują wszystko, co działo się w Kijowie w ostatnich tygodniach, uważam za szczególnie ważne, aby o tym informować. Dlatego też była ona tematem obszernego artykułu, który opublikowałem dziś rano, a także była omawiana w podcaście Anti-Spiegel.

Jeśli nie znasz tego tematu, gorąco polecam lekturę mojego artykułu o „Planie Katschka Kos”, który opublikowałem dziś rano, ponieważ nie mogę tu powtórzyć wszystkiego. Przedstawię jedynie bardzo krótkie podsumowanie.

==============================

Walka o władzę tocząca się między UE a Zełenskim dotyczy niczego innego, jak tylko kontroli nad Ukrainą. Walka o władzę pomiędzy Zełenskim a UE toczy się za pośrednictwem ukraińskich organów antykorupcyjnych: Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), które z jednej strony podlegają kontroli Zachodu, a z drugiej strony za pośrednictwem Prokuratury Generalnej i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), które bezpośrednio podporządkowane są Zełenskiemu.

Od początku 2025 roku Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) prowadzi śledztwo przeciwko Zełenskiemu i jego najbliższemu otoczeniu w sprawie korupcji. Aby utrudnić te śledztwa, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i Prokuratura Generalna Ukrainy wielokrotnie atakowały NABU i SAP.

Walka o władzę zdominowała ukraińską politykę przez prawie dwa lata, w trakcie których NABU wielokrotnie publikowało nagrania rozmów i inne materiały dowodzące, że osoby z najbliższego otoczenia Zełenskiego przywłaszczyły setki milionów euro w sprawach korupcyjnych.

Ci wieloletni współpracownicy Zełenskiego podejrzani przez NABU, zostali oskarżeni. Niektórzy uniknęli aresztowania, uciekając z Ukrainy i obecnie żyją spokojnie na Zachodzie lub w Izraelu, inni nie mieli tyle szczęścia i zostali aresztowani. Większość z nich została zwolniona za kaucją po postawieniu zarzutów, ale niektórzy nadal przebywają w areszcie tymczasowym.

Najnowszy cios w tej walce o władzę padł 4 września, kiedy NABU przeprowadziło rewizje w Prokuraturze Generalnej, ujawniło nowe taśmy zawierające obciążające nagrania rozmów i aresztowało wysoko postawionego kierownika departamentu w Prokuraturze. Tym razem zarzut dotyczył ochrony przez pracowników Prokuratury Generalnej centrów telefonicznych [call center md] specjalizujących się w oszustwach telefonicznych, działających głównie w Rosji i na Ukrainie, ale także w UE.

Na Ukrainie działają tysiące takich centrów telefonicznych, które stanowią bardzo lukratywne źródło dochodu. Centra telefoniczne, które płaciły prokuratorom haracze, były rzekomo chronione przez Prokuraturę Generalną, a łączna kwota wypłacanych haraczy sięgała podobno 24 milionów dolarów miesięcznie.

Pomimo oskarżeń pod adresem kadry kierowniczej swojej agencji i podejrzeń, że sam był zamieszany w proceder, prokurator generalny Rusłan Krawczenko podtrzymał swoją niewinność i oświadczył, że pozostanie na stanowisku, jeśli Zełenski i Rada będą go nadal wspierać.

Najwyraźniej jednak tego nie robią, ponieważ po spotkaniu z Zełenskim i przewodniczącym frakcji parlamentarnej partii rządzącej, Krawczenko złożył rezygnację, o której musi teraz zadecydować Rada. Do tego czasu pozostanie na stanowisku tymczasowo.

Ukraińskie media od dawna donosiły, że Zełenski planował działania przeciwko NABU i SAP po ujawnieniu korupcji w jego najbliższym otoczeniu. Dziś, w poniedziałek, plan ten został zrealizowany.

Prokurator generalny kontratakuje

Ustępujący prokurator generalny Rusłan Krawczenko ogłosił w poniedziałek na swoim kanale Telegram, że podpisał akt oskarżenia przeciwko Semenowi Krywonosowi, dyrektorowi NABU. Wezwał również do dymisji Krywonosa i Aleksandra Kłymenko, szefa Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP). Oskarżył szefa NABU o „fałszowanie dokumentów urzędowych, przyjmowanie nielegalnych korzyści na szczególnie dużą skalę oraz pozorowaną adopcję w celu sztucznego stworzenia podstaw do uniknięcia oskarżenia”.

Ponadto Krawczenko ogłosił, że wniósł oskarżenie przeciwko „osobie bliskiej prezesowi SAP” o wywieranie wpływu na sędziów Sądu Antykorupcyjnego, oferowanie nielegalnych korzyści oraz pomocnictwo i podżeganie do unikania mobilizacji, choć nie wymienił nazwiska tej osoby. Źródła w Radzie wskazały później, że osobą tą była żona prezesa SAP, Kłymenki.

Krawczenko oświadczył ponadto, że wcześniej był „politycznie powstrzymywany” przed wniesieniem tych zarzutów, w tym przez Władimira Zełenskiego i same organy antykorupcyjne, w zamian za gwarancje immunitetu. Chociaż nie stwierdził tego wprost, biorąc pod uwagę niedawne akty oskarżenia wystawione przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) i fakt, że Zełenski najwyraźniej naciskał na niego, aby zrezygnował, gwarancje te wydają się mało wartościowe, co sugeruje, że teraz rozpoczął kontratak.

Krawczenko twierdzi również, że operacja „Kartagina”, przeprowadzona przez NABU i SAP przeciwko Prokuraturze Generalnej, nie była skierowana wyłącznie przeciwko niemu, lecz że jej prawdziwym celem było uzyskanie dostępu do akt przygotowywanych przeciwko szefom i pracownikom agencji antykorupcyjnych. Oskarżył NABU i SAP o próbę uzurpacji władzy i określił Ukrainę jako „krainę krzywych zwierciadeł”.

Następnie podkreślił, że rezygnuje ze stanowiska, ale wyraził nadzieję, że działania przeciwko strukturom antykorupcyjnym będą kontynuowane.

Oskarżenia Krawczenko

Krawczenko opublikował na swoim kanale Telegram pierwszy klip wideo zawierający oskarżenia pod adresem szefa NABU Siemio Krywonosa. Nagranie jest w stylu, którego NABU zazwyczaj używa do wspierania własnych śledztw.

Nagranie dotyczy postępowania karnego przeciwko Krywonosowi za przekupstwo studentów na rzecz Bloku Julii Tymoszenko w 2009 roku. Krawczenko twierdzi, że Krywonos pozorował wówczas adopcję dziecka, aby skorzystać z amnestii i uniknąć oskarżenia. Sprawa korupcji studentów była już wcześniej opisywana w ukraińskich mediach. Opublikowane nagranie pokazuje przesłuchanie matki dziecka w sprawie okoliczności fikcyjnej adopcji.

Krywonos wypowiadał się na ten temat już przed komisją, która zdecydowała o nominacji go na szefa NABU. Jednak nie jest niczym niezwykłym, że kontrolowana przez Zachód agencja antykorupcyjna NABU jest kierowana przez osoby, przeciwko którym istnieją zarzuty korupcji lub które zostały nawet prawomocnie skazane za korupcję.

Zaczęło się od pierwszego szefa NABU Artema Sytnika, który został mianowany przez ludzi wokół wiceprezydenta USA Joe Bidena po Majdanie i założeniu NABU. Sytnik był – jak to zawsze ironizuję – „człowiekiem z doświadczeniem zawodowym”, bo został skazany za korupcję na Ukrainie pod koniec 2019 roku, czyli w czasie pełnienia funkcji szefa NABU, ale nie kosztowało go to utraty pracy. Funkcję sprawował do 2022 roku.

Ma to oczywiście charakter spekulacyjny, ale fakt, że Zachód zawsze wykorzystuje na szefów Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) osoby, które zostały już przyłapane na korupcji, może być zamierzony, bo na takich ludzi oczywiście łatwiej jest wywrzeć presję, a co za tym idzie, łatwiej ich kontrolować.

Ucieczka Krawczenki

Co ciekawe, Krawczenko opublikował to wszystko na Telegramie dopiero po ucieczce z Ukrainy. Biorąc pod uwagę oskarżenia pod jego adresem, bardziej trafne jest mówienie o ucieczce niż o prostym wyjeździe.

Były doradca ukraińskiego ministra obrony jako pierwszy poinformował na Telegramie o wyjeździe Krawczenki z Ukrainy. Później sam Krawczenko oświadczył na Telegramie, że odbywa podróż służbową za granicę. Nie sprecyzował celu podróży.

Ukraińska gazeta „Ukraińska Prawda”, powołując się na źródła w organach ścigania, poinformowała, że ​​Krawczenko przekroczył granicę w środku nocy samochodem rządowym. Według doniesień, Krawczenko jako powód wyjazdu podał podróż służbową na Litwę. „Ukraińska Prawda” zwraca uwagę, że taki wyjazd jest możliwy tylko za zgodą Zełenskiego ze względu na zakaz podróżowania dla mężczyzn w wieku poborowym. Żona Krawczenki również opuściła Ukrainę, donosi „Ukraińska Prawda”.

Reakcja NABU

NABU oświadczyło, że nie posiada wiedzy o oskarżeniach pod adresem swojego dyrektora, Semena Krywonosa, wysuniętych przez zdymisjonowanego Prokuratora Generalnego Rusłana Krawczenkę, i że NABU uważa wypowiedzi Krawczenki za kontynuację systematycznego ataku na jego pracę. Ponadto NABU odrzuciło twierdzenie Krawczenki, że dokumenty ze spraw karnych, w których podejrzani byli pracownicy agencji antykorupcyjnych, zostały zabezpieczone podczas przeszukań w Prokuraturze Generalnej.

Reakcja Zełenskiego

Zełenski oświadczył na swoim kanale Telegram, że popiera rezygnację Prokuratora Generalnego Rusłana Krawczenki i wezwał deputowanych Rady Najwyższej do jak najszybszego potwierdzenia tej decyzji. Napisał to po tym, jak Krawczenko wniósł oskarżenie przeciwko Semenowi Krywonosowi.

Portal informacyjny „Strana” zauważa jednak, że Zełenski jedynie udaje poparcie dla dymisji Prokuratora Generalnego, który jest wobec niego niezwykle lojalny i który w rzeczywistości zorganizował represje wobec NABU i SAP na polecenie Administracji Prezydenta.

Doradca Zełenskiego ds. komunikacji, Dmytro Łytwyn, powiedział później dziennikarzom, że złożył wniosek do Rady Najwyższej o odwołanie Rusłana Krawczenki ze stanowiska Prokuratora Generalnego Ukrainy. Ukraińskie media opublikowały wcześniej zdjęcie wniosku złożonego przez Zełenskiego.

Wątpliwości nasuwają się jednak w związku ze spotkaniem Krawczenki z Zełenskim i przewodniczącym klubu parlamentarnego, które odbyło się w zeszłym tygodniu. Po spotkaniu Krawczenko podobno podpisał list rezygnacyjny, co rodzi pytanie, dlaczego nie został on natychmiast przekazany Radzie do podjęcia decyzji. List nie został jeszcze opublikowany na stronie internetowej parlamentu, pomimo zapewnień Łytwyna, że ​​wniosek Zełenskiego wpłynął już do Rady.

W międzyczasie Dawid Arachamija, przewodniczący klubu parlamentarnego rządzącej partii Sługa Narodu, ogłosił na Telegramie, że Rada Najwyższa zajmie się kwestią rezygnacji prokuratora generalnego Ukrainy Rusłana Krawczenki 15 września.

Wojna zbliża się do granic Polski

Wojna zbliża się do granic Polski

Rosyjskie rakiety uderzyły w kilka celów na Ukrainie niedaleko granicy z Polską. Mówi o tym Tomasz Piekielnik w 56-minutowym podcaście zatytułowanym „Rosja uderza 800 metrów od Polski. Co naprawdę trafiono”:

Pod filmem-wideo znajduje się dość szczegółowy opis przedstawionych problemów:

Rosyjskie drony uderzyły wyjątkowo blisko polskiej granicy. Po ukraińskiej stronie, w rejonie przejścia Dorohusk–Jagodzin, trafiona została stacja paliw. Straż Graniczna informowała początkowo o odległości około 800 metrów od przejścia, a wybuch był słyszalny i odczuwalny po polskiej stronie. Czasowo wstrzymano odprawy, uruchomiono syreny oraz alerty RCB, a wojsko poderwało lotnictwo.

Ale już kilka godzin później pojawiły się bardzo istotne sprostowania.

Media początkowo informowały o uderzeniu w ciężarówkę lub kolumnę ciężarówek oraz o trafieniu lokomotywy pociągu pasażerskiego Kijów–Warszawa. Donald Tusk po odprawie służb powiedział wprost, że Polska tych informacji nie potwierdza. Potwierdzono natomiast uderzenie w stację benzynową lub jej bezpośrednie okolice oraz atak na infrastrukturę kolejową. Nie stwierdzono również żadnego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.

Na naradzie premiera Tuska pojawił się także wątek cystern z paliwem jadących z Polski na Ukrainę. Sam transport paliwa tym korytarzem jest faktem — Dorohusk–Jagodzin jest ważnym szlakiem logistycznym, którym przewozi się także paliwa. 

Jeszcze ciekawszy jest drugi atak na infrastrukturę kolejową. Z rejonu wracała grupa zachodnich polityków i ekspertów po konferencji w Kijowie. Byli wśród nich były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, były premier Szwecji Carl Bildt oraz wysoki rangą doradca kanclerza Niemiec Günter Sautter. Inny skład w regionie przewoził byłego dyrektora CIA Davida Petraeusa.

Donald Tusk zwołał pilną naradę i zapowiedział przejście państwa w ‚tryb bardzo wzmocniony’. Premier mówi, że polskie i zagraniczne służby wcześniej ostrzegały przed możliwymi rosyjskimi próbami dezorganizowania przejść granicznych i że w kolejnych tygodniach należy oczekiwać zwiększonej aktywności Rosji (Tomasz Piekielnik).

** * * * * *

ZB: Warto wysłuchać wypowiedzi Tomasza Piekielnika, bo powyższe streszczenie jest tylko bladym odbiciem przedstawionej treści. Prelegent twierdzii m.in., że jest w opisanych sprawach mnóstwo dziwnych okoliczności i pyta: „Co tam na Ukrainie robili Borys Johnson i inni europejscy notable ewakuowani z pociągu?”

Wczoraj na popołudniowej naradzie rządowego sztabu Donald Tusk sprostował niektóre doniesienia. Nie potwierdził medialnych informacji, jakoby został trafiony pociąg osobowy, natomiast zaatakowany był pociąg towarowy znajdujący się na bocznicy. Premier III RP przewiduje (od dawna zresztą), że eskalacja przeniesie się niebawem na teren Polski.

Co może nas niepokoić? – Otóż politycy, jak i dziennikarze straszą nas rosyjską agresją. Nikt nie poddaje analizie tego, że konfrontacyjna polityka rządu naraża nas na wejście do nie swojej wojny. Nikt nie pyta, jakie korzyści mamy z angażowania się w poparcie kijowskiego reżimu i co uczynili politycy III RP, by odsunąć widmo nieszczęścia.

Pyta prelegent, które z niedzielnych wydarzeń były operacjami fałszywej flagi. Nie udało mu się znaleźć dowodów wykluczających Rosję. Trzeba wziąć pod uwagę ewentualność, że mogły to być rosyjskie ataki. Być może Kreml ma już dość licznych ukraińskich ataków w głąb Rosji i niezliczonych prowokacji ze strony Zachodu i postanowił atakować bardziej zdecydowanie.

Opracował: Zygmunt Białas

ZUS potwierdza mechanizm dotyczący BOGATYCH emerytur dla obywateli Ukrainy

ZUS potwierdza mechanizm

dotyczący emerytur obywateli Ukrainy.

Wystarczy jedna składka?

Przedstawiciel Zakładu Ubezpieczeń Społecznych potwierdził Sławomirowi Mentzenowi, że obywatel Ukrainy, który posiada wymagany staż ubezpieczeniowy wypracowany na Ukrainie, może po opłaceniu w Polsce składki nabyć prawo do polskiego świadczenia emerytalnego. W określonych przypadkach, po spełnieniu dodatkowych warunków, łączna wysokość świadczeń może zostać podniesiona do poziomu obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej.

Podczas spotkania z przedstawicielami ZUS Sławomir Mentzen przedstawił hipotetyczny przykład dotyczący obywatela Ukrainy. Założył, że mężczyzna przez 35 lat pracuje na Ukrainie, a następnie przyjeżdża do Polski na miesiąc, podejmuje zatrudnienie za minimalne wynagrodzenie i opłaca jedną składkę na ubezpieczenie społeczne.

Po osiągnięciu wieku emerytalnego miałby ponownie przyjechać do Polski i ubiegać się o świadczenie. Polska część emerytury, wyliczona na podstawie krótkiego okresu ubezpieczenia w Polsce, byłaby bardzo niska. Przy ustalaniu prawa do świadczenia uwzględniane mogą być jednak również okresy ubezpieczenia przebyte na Ukrainie, zgodnie z zasadami wynikającymi z obowiązujących przepisów i umów międzynarodowych.

„Do końca życia będzie dostawał dopłaty do minimalnej polskiej emerytury. To znaczy to, o czym mówimy, to tak?” – pytał Mentzen przedstawiciela ZUS.

Ten potwierdził, że przedstawiony mechanizm wynika z obowiązujących regulacji dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego.

„Czyli potwierdza pan, że tak jest?” – dopytywał polityk.

Mentzen podsumował następnie, że w przedstawionym przez niego scenariuszu „ta jedna składka daje prawo do polskiej emerytury”. Przedstawiciel ZUS odpowiedział: „No właśnie”.

Polityk zaznaczył przy tym, że odpowiedzialność za obowiązujące rozwiązania nie spoczywa na ZUS, ponieważ Zakład jedynie stosuje przepisy przyjęte przez ustawodawcę.

„Mamy zgodę, że ten mechanizm istnieje. Wynika głównie z polskiej ustawy. W połączeniu z naszą umową sprawia, że dochodzi do takiej sytuacji” – stwierdził Mentzen.

Polityk ocenił jednocześnie, że przepisy powinny zostać zmienione, aby ograniczyć możliwość korzystania z takiego rozwiązania w sposób, który jego zdaniem może być nieproporcjonalny do rzeczywistego okresu opłacania składek w Polsce. Przedstawiciel ZUS podkreślił natomiast, że Zakład jest wykonawcą regulacji ustanowionych przez ustawodawcę.

Jak działa ten mechanizm?

Samo opłacenie jednej składki w Polsce nie oznacza, że cudzoziemiec otrzyma wysoką emeryturę. Polska część świadczenia jest ustalana na podstawie okresów ubezpieczenia w polskim systemie, dlatego przy bardzo krótkim okresie pracy w Polsce będzie odpowiednio niska.

W przypadku państw, z którymi Polska ma odpowiednie umowy o zabezpieczeniu społecznym, przy ustalaniu prawa do świadczenia możliwe jest jednak uwzględnienie również okresów ubezpieczenia przebytych za granicą. Dotyczy to także Ukrainy.

Aby spełnić wymóg stażowy, można więc uwzględnić okresy ubezpieczenia przebyte w obu państwach. Łącznie wymagane jest co najmniej 20 lat stażu w przypadku kobiet oraz 25 lat w przypadku mężczyzn.

Nie oznacza to jednak, że każdemu cudzoziemcowi posiadającemu polskie świadczenie automatycznie przysługuje dopłata do poziomu minimalnej emerytury w Polsce. Aby otrzymać takie wyrównanie, trzeba spełnić określone warunki, w tym dotyczące miejsca zamieszkania.

Jeżeli osoba uprawniona do świadczenia mieszka w Polsce, a suma polskiej emerytury oraz świadczenia wypłacanego przez zagraniczną instytucję emerytalną jest niższa od obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej, w określonych przypadkach polski system może pokryć powstałą różnicę.

Mechanizm, na który zwrócił uwagę Sławomir Mentzen, polega więc na możliwości wykorzystania okresów ubezpieczenia przepracowanych na Ukrainie do spełnienia wymogu stażowego w Polsce, przy jednoczesnym uwzględnieniu polskiej części świadczenia oraz świadczenia zagranicznego przy ustalaniu ewentualnego wyrównania do minimalnej emerytury.

Komentarz: Przykro o tym pisać, ale takie doniesienia jasno wskazują na to, że stajemy się „fundatorami dobrobytu” innego, a na dodatek wrogiego nam narodu.

Długa droga do środka i krótka droga do wyjścia: Jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

Długa droga do środka i krótka droga do wyjścia:

jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

W trzech artykułach, które napisałem dla Sonar21, konsekwentnie przedstawiałem jeden argument: Wojna na Ukrainie nie była kryzysem, który wybuchł w 2022 roku. Była wynikiem celowego, trwającego dekady zachodniego projektu, mającego na celu przekształcenie Ukrainy w instrument osłabiania Rosji – realizowanego pod przykrywką „partnerstwa” i „misji pokojowych”.

A po trzydziestu latach budowania tego instrumentu przez Waszyngton i NATO, zrobią z Ukrainą dokładnie to samo, co robili z każdym klientem wcześniej: porzucą ją, gdy tylko przestanie przynosić zyski.

Nos wielbłąda: 1992–1999

Zachód praktycznie wsunął nos pod namiot Ukrainy w momencie upadku Związku Radzieckiego. Formalne struktury zaczęły powstawać w 1992 roku, kiedy Ukraina przystąpiła do Rady Współpracy Północnoatlantyckiej NATO. Praktyczne stosunki wojskowe nawiązały się szybko: amerykańsko-ukraiński program partnerstwa państwowego z Gwardią Narodową Kalifornii w 1993 roku, przystąpienie Ukrainy do Partnerstwa dla Pokoju i pierwsze wspólne ćwiczenia w 1994 roku oraz budowa poligonu w Jaworowie pod Lwowem.

Termin „misje pokojowe” był przykrywką, a same ćwiczenia to zdradzają. Kiedy pod koniec lat 90. ćwiczenia Sea Breeze na Morzu Czarnym zaczęły obejmować zwalczanie okrętów podwodnych, fasada humanitarna legła w gruzach. Nie ćwiczy się polowania na okręty podwodne, aby zapewnić pomoc w przypadku klęsk żywiołowych. Robi się to, aby przygotować się do walki z rosyjską marynarką wojenną.

Przez 23 lata projektowałem ćwiczenia wojskowe dla amerykańskich sił specjalnych i wiem, jaka jest różnica między ćwiczeniami szkoleniowymi a próbą przed wojną. To były próby – ustrukturyzowany program szkolenia i wyposażenia Ukrainy do walki z Rosją, z NATO po jej stronie, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Porównajmy to z rokiem 1999, kiedy NATO przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. To rozszerzenie złamało obietnicę Jamesa Bakera, że ​​sojusz nie przesunie się „ani o cal” na wschód – obietnicę, którą Bill Clinton po prostu odrzucił.

I to nie przypadek, że gdy wybuchła wojna, Rosja zaatakowała obiekt w Jaworowie na początku marca 2022 roku. Wiedzieli dokładnie, co tam zbudowano i dlaczego.

Od partnera do faktycznego członka: 2000–2010

Kolejna dekada dopełniła dzieła, czyniąc Ukrainę członkiem NATO, choć nie formalnie. Rozważmy jedną statystykę: w latach 2000–2010 Ukraina była jednym z sześciu głównych gospodarzy ćwiczeń NATO i dowództwa USA w Europie, tuż za nią plasując się Gruzja. Dwa państwa niebędące członkami NATO gościły więcej ćwiczeń sojuszniczych niż zdecydowana większość państw członkowskich. To nie jest partnerstwo. To dowód prima facie, że Zachód chciał przyjąć oba kraje, niezależnie od tego, co mówiła Moskwa.

Do 2010 roku Ukraina dzieliły od pełnego członkostwa tylko dwie rzeczy: nie płaciła składek i nie miała gwarancji Artykułu 5. Pod każdym względem operacyjnym – Sea Breeze, Rapid Trident, rurociąg Jaworowski, roczne planowanie celów – była już członkiem sojuszu. I nigdy nie był to jedynie wysiłek militarny. Amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadowcze, w tym CIA, koordynowały działania z NATO i Dowództwem Unii Europejskiej, aby wyciągnąć Ukrainę ze strefy wpływów Rosji i trwale związać ją z Zachodem. Kiedy szczyt w Bukareszcie w 2008 roku ogłosił, że Ukraina „zostanie członkiem” – mimo że Francja i Niemcy zablokowały formalny Plan Działań na rzecz Członkostwa – kurs został wyznaczony na rok 2014 i wszystko, co nastąpiło później.

Wyjście: pod autobusem

Tak właśnie zbudowano ten instrument. I tak właśnie zostanie on zutylizowany. Każdy rząd zagraniczny, który ufa amerykańskim obietnicom bezpieczeństwa, powinien najpierw zbadać, co stało się z Wietnamem Południowym, Afgańczykami, Irakijczykami, Libijczykami i Kambodżanami. Kiedy wojna przestaje służyć celom Waszyngtonu, Stany Zjednoczone żegnają się.

Wzajemne oskarżenia o nieudaną kontrofensywę są początkiem właśnie tego procesu. Zachód ustawia się w pozycji, by zrzucić winę na Kijów, podczas gdy jego obietnice zbrojeniowe okazują się jedynie pustymi frazesami. Ataki dronów morskich na rosyjskie okręty to drobne ukłucia – militarnie nieistotne i niebezpieczne, głównie dlatego, że zachodni nadzór, który nimi kieruje, prowokuje rosyjski odwet za zwiad NATO nad Morzem Czarnym i wzmacnia determinację Moskwy w uduszeniu ukraińskich portów.

Jeśli chcesz uczciwie ocenić, dokąd zmierza ta wojna, zapomnij o raportach brytyjskiego wywiadu i Instytutu Studiów nad Wojną. Czekaj na dzień, w którym londyńscy bukmacherzy zaczną przyjmować zakłady na upadek Zełenskiego.

Wspólny wątek

Jeśli umieścimy te trzy artykuły w kolejności, schemat stanie się wyraźny. Pierwsze dwa dokumentują cierpliwą budowę – trzy dekady ćwiczeń, centrów szkoleniowych, koordynacji wywiadowczej i deklaracji ze szczytów, wszystkie skoncentrowane na Rosji. Trzeci opisuje rozwiązanie: moment, w którym projekt zawodzi na polu bitwy, a ci sami sponsorzy, którzy poświęcili trzydzieści lat na jego budowę, zaczynają szukać wyjścia. Trajektoria od rad partnerskich z 1992 roku do gry oskarżeń w 2023 roku nie jest ani przypadkowa, ani zwyczajna. Jest celowa. Ludzie, którzy utorowali drogę do tej wojny, nie zamierzają z niej wyjść razem z krajem, który na nią sprowadzili.

Źródło: Długa droga do wejścia i krótka droga na wyjście: jak Zachód uczynił z Ukrainy broń przeciwko Rosji

Putin nie próbował zabić Borisa Johnsona i Davida Petraeusa….

Weryfikacja faktów: Putin nie próbował zabić Borisa Johnsona i Davida Petraeusa

Andrzej Korybko, 14 września 2026 r. korybko/fact-check-putin-didnt-try-to-assassinate

Putin mógł z łatwością nakazać ich usunięcie, gdyby chciał, ale zamiast tego chciał dać do zrozumienia, że ​​zachodni dygnitarze nie powinni już dłużej zakładać, że mogą bezpiecznie podróżować na Ukrainę, ponieważ Rosja może wkrótce zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę jeszcze przed zimą.

——————————

Zachodnie media są w szoku po weekendowym ataku rosyjskiego drona na stację kolejową w mieście Jagodin, blisko granicy Ukrainy z Polską. Według CNN , „były dyrektor amerykańskiej CIA, David Petraeus, znajdował się na ukraińskim dworcu kolejowym w momencie, gdy rosyjski dron zaatakował pociąg pasażerski w niedzielę, krótko po tym, jak przejechał tamtędy pociąg dyplomatyczny z byłym premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem i innymi zagranicznymi dygnitarzami”. W ten sposób atak został błędnie przedstawiony jako próba zamachu.

Jest wysoce nieprawdopodobne, aby niechętny ryzyku Putin eskalował działania przeciwko NATO , próbując zabić dwóch byłych wysokich rangą urzędników bloku, zwłaszcza że nie zezwolił nawet na takie próby wobec obecnych ukraińskich urzędników, a w szczególności Zełenskiego . Chociaż Putin został zmuszony przez nieudaną 40-dniową operację wpływu Zełenskiego do „eskalowania w celu deeskalacji” konfliktu z Ukrainą, jak dotąd działania te były łagodne – zamiast ataków na ważne osobistości, skierowano je przeciwko infrastrukturze, takiej jak stacje benzynowe, porty i elektrownie.

Mając na uwadze te obserwacje, można stwierdzić, że rosyjski atak dronów na dworzec kolejowy Jagodina nie był próbą zamachu na tych dwóch byłych wysokich rangą urzędników z anglo-amerykańskiego rdzenia NATO, lecz przesłaniem dla ich krajów i sygnałem tego, co może nastąpić. Przesłanie to brzmiało tak, że odwiedzający Ukrainę dygnitarze – zarówno byli, jak i obecni – nie powinni zakładać, że będą mogli bezpiecznie podróżować na Ukrainę.

Nie był to pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała infrastrukturę kolejową na Ukrainie ani cel blisko granicy z Polską, ale pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała stację kolejową na granicy. Ta trasa jest jedną z kilku, którymi na Ukrainę trafia 90% eksportu sprzętu wojskowo-technicznego NATO. Zwolennicy Rosji zastanawiali się, dlaczego Putin nie zezwolił na takie ataki wcześniej. Mogło to wynikać z jego niechęci do ryzyka, wcześniej ograniczonych zasobów amunicji i/lub wcześniejszej mocnej obrony powietrznej Ukrainy (która jest obecnie niemal całkowicie wyczerpana ).

W każdym razie, z pewnością nie był to przypadek, że zezwolił na ten ostatni atak na stacji kolejowej, na której Petraeus czekał krótko po przejechaniu Johnsona, więc z pewnością sygnalizuje, iż Rosja może zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę. Mogłoby to wykraczać poza stacje kolejowe, obejmując autostrady i mosty na Dnieprze . Celem byłoby utrudnienie logistyki wojskowej NATO na Ukrainie, a jednocześnie utrudnienie transportu broni na front.

Niedzielny atak pokazuje, że Rosja może teraz przeprowadzać precyzyjne ataki w dowolnym miejscu na Ukrainie i o dowolnej porze. Dopóki Rosja ma wystarczającą ilość amunicji, a obecnie nie wydaje się, by brakowało jej dronów, mogłaby ona utrzymać te ataki, wymuszając na Ukrainie znaczące jednostronne ustępstwa poprzez oczekiwane wznowienie trójstronnych rozmów z USA w przyszłym miesiącu.

Eskalacja działań Putina może również mieć na celu uprzedzenie groźby zamknięcia rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez Zełenskiego .

Wniosek jest taki, że dynamika militarno-strategiczna ponownie sprzyja Rosji po okresie niepewności latem, wywołanej decyzją Trumpa o „ eskalacji w celu deeskalacji ” poprzez „wojnę na wyniszczenie ” z Rosją, której prowadzi Ukraina. Jeśli Ukraina nie zawrze wkrótce porozumienia z Rosją ( potencjalnie za pośrednictwem USA ), ta zima może być dla niej najtrudniejsza jak dotąd, po czym może zostać zmuszona do kapitulacji przed Rosją, chyba że NATO zaryzykuje III wojnę światową, interweniując bezpośrednio, aby temu zapobiec.

=================

mail:

Dlaczego zaraz Putin.
A może to Zelenski chciał Putinem nastraszyć Johnsona i Petraeusa.

Fałszywy alarm? Tusk: nie potwierdzamy ataku na kolej pasażerską tuż przy granicy

Fałszywy alarm?

Tusk: nie potwierdzamy ataku

na kolej pasażerską

tuż przy granicy

13 września 2026 pch24falszywy-alarm-tusk-nie-potwierdzamy-ataku-na-kolej-pasazerska

26913296.jpg
fot. PAP/Piotr Nowak

W niedzielę 13 września doszło do ataku rosyjskich dronów na zachodnią Ukrainę. Część z trafionych celów znajdowała się blisko polskiej granicy. Komentując te wydarzenia, Donald Tusk podkreślił, że polskie wojsko nie potwierdza wszystkich informacji dotyczących ataku, jakie pojawiły się w mediach.

Premier wskazał, że nie ma dowodów na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej, ani ataku na lokomotywę pociągu pasażerskiego. 

W niedzielę nad ranem polskie systemy wykryły atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie. Polskie wojsko poderwało myśliwce, a służby ostrzegały przed zagrożeniem mieszkańców regionów przygranicznych. Nie odnotowano naruszenia granicy RP.

– Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia oraz skład pociągu towarowego na bocznicy – powiedział premier Tusk podczas niedzielnej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że „ważna jest precyzyjna informacja”.

– Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń zaznaczył Tusk.

Polityk odniósł się także do twierdzeń, że została naruszona polska przestrzeń powietrzna.

– Spekulacji, że coś wleciało od strony ukraińskiej, czyli rosyjskiej w tym znaczeniu, też nie potwierdzamy. Nic nie naruszało tej nocy polskiej przestrzeni powietrznej – powiedział premier.

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Symplicjusz 14 września 2026 r. simplicius/experts-declare-ukraine-losing

W mediach pojawiły się dwa szokujące artykuły na temat Ukrainy, które ujawniają coraz bardziej ponury nastrój wśród polityków i decydentów establishmentu w kwestii obecnej sytuacji i przyszłych perspektyw Ukrainy.

Należy zauważyć, że główne media są coraz bardziej dosadne w swoich ocenach, o czym świadczy kilka niedawnych artykułów wzywających do „uczciwości” w dialogu Zachodu na temat prawdziwego statusu Ukrainy.

Problem polega na tym, że uczciwość musi wynikać z pierwszych zasad: oznacza to ustalenie najbardziej podstawowych, fundamentalnych, kluczowych faktów danego scenariusza.

W przypadku Ukrainy ocena oparta na pierwszej zasadzie musiałaby wynikać z podstawowych, wymiernych kosztów wojny, a przede wszystkim z liczby ofiar. Jeśli Zachód nie będzie w stanie uczciwie analizować rzeczywistych strat Ukrainy w taki sam sposób, w jaki robi to co tydzień w przypadku Rosji, to nigdy nie zbliży się do prawdy o sytuacji. Dzieje się tak, ponieważ praktycznie wszystkie obecne problemy Ukrainy wynikają z jej horrendalnie rosnącej liczby ofiar, a to jest najważniejszy problem, który Zachód wciąż rażąco ignoruje.

A teraz przejdźmy do szczegółów.

Pierwszy z artykułów w czasopiśmie Spectator zawiera odważne stwierdzenie:

https://spectator.com/article/ukraine-is-lossing-the-war-kushner-witkoff/

Artykuł zaczyna się od trzech „przygnębiających wniosków” nasuwających się po ostatniej, bezsensownej dyplomatycznej wymianie zdań między Kushnerem i Witkoffem:

Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina.

Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla.

Oto trzy przygnębiające wnioski z ostatniej rundy dyplomacji wahadłowej w Moskwie i Kijowie, prowadzonej przez zięcia Trumpa Jareda Kushnera i specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa.

Autor kontynuuje ponury ton swojej oceny, opisując rosnącą przewagę Rosji na polu bitwy, co odegra kluczową rolę w naszej dalszej egzegezie:

Co ważniejsze, podczas gdy Kreml kontynuuje swoją bezwzględną kampanię mającą na celu uczynienie miast Ukrainy niezdatnymi do życia, zniszczenie gospodarki kraju i pozbawienie go przyszłości, zdolność Kijowa do obrony stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Część rozwijającego się koszmaru Ukrainy ma charakter taktyczny. Każdy z rosyjskich systemów ataku dalekiego zasięgu stał się bardziej niszczycielski. Nowa generacja odrzutowych dronów szturmowych Geran, znacznie szybszych i celniejszych niż ich stare irańskie modele Szahed, jest masowo wdrażana. Rosja opracowuje co najmniej dwa nowe, tanie systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych odpalanych z powietrza i ziemi.„To wojna miast i infrastruktury. Nikt jej nie wygra” – powiedział w ten weekend dziennikowi „Guardian” Serhij Bieskrestnow, doradca Zełenskiego ds. technologii obronnych i czołowa postać w kijowskim systemie obronnym.„Atak stał się silniejszy niż obrona”. Bieskrestnow przewiduje, że Ukraina nie będzie w stanie pozyskać wystarczającej liczby pocisków, aby w pełni chronić ukraińskie miasta przed dewastacją tej zimy.

Artykuł jest zaskakująco wnikliwy, ponieważ uczciwie analizuje niezliczone sposoby, w jakie Ukraina przegrywa wojnę:

Ale większa część powoli ujawniającej się porażki Ukrainy ma charakter strategiczny…

…trzecią i najpoważniejszą porażką jest odmowa rozważenia poważnego zaangażowania Kremla w rozmowy pokojowe i uparcie obstające przy przekonaniu, że zachęcanie Ukrainy do walki i nieustannej walki w jakiś magiczny sposób doprowadzi do zwycięstwa.

Co najważniejsze, autor odwołuje się do nadchodzącej katastrofy budżetowej Ukrainy w momencie, gdy apetyt Europy na kolejne, niekończące się pożyczki wysechł:

Punkt krytyczny – w którym te obietnice ostatecznie zderzą się z rzeczywistością – nadejdzie wkrótce w postaci nieuchronnego kryzysu fiskalnego w Kijowie. Premier Ukrainy Serhij Korecki ogłosił niedawno, że Kijów wydał już większość środków na obronę na rok 2026 i stoi w obliczu zbliżającej się czarnej dziury budżetowej w wysokości 26 miliardów euro (30 miliardów dolarów) – pomimo niedawnej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro (104 miliardów dolarów) od UE. Pożyczka ta, uzyskana po miesiącach targów z Brukselą, stanowiła szczyt tego, co UE jest realnie w stanie pozyskać. W obliczu najcięższej i najbardziej dotkliwej zimy tej wojny, Ukrainie wkrótce zabraknie nie tylko rakiet Patriot i ludzi na linii frontu, ale także pieniędzy na dalszą walkę.

Przykładem jest:

https://www.wsj.com/world/europe/obrona-ukrainy-staje-się-droższa-a-europa-z-trudem-spłaca-rachunek-eaecea4a

Ostatni akcent autora jest najbardziej szczery i realistyczny — zamiast dyskretnie wzywać do zwiększenia ilości broni i niekończącej się eskalacji, jak to miało miejsce w większości podobnych tekstów w końcowych akapitach, autor przyznaje, że jedyną rzeczą, która może uratować Ukrainę, są dyplomatyczne rozmowy z Rosją, trafnie zauważając, że każda kolejna oferta pokojowa była coraz gorsza:

Co może uratować Ukrainę przed politycznym i militarnym upadkiem? Pojawiają się oznaki, że europejskie tabu polityczne dotyczące walki z Putinem pęka. Alice Weidel z niemieckiej AfD, która niedawno wygrała wybory w Saksonii, zaapelowała o „otwarty kanał komunikacji z Rosją w celu osiągnięcia porozumienia i pokojowego rozwiązania”. Według Iulii Mendel, rzeczniczki prasowej Zełenskiego w latach 2019–2021, „rosną nowe siły i stają się silniejsze”, co stanowi „naszą jedyną szansę na pokojową Europę… Więcej broni nas nie uratuje. Nigdy nas nie uratowało”.

Jak dotąd każda kolejna oferta pokojowa była dla Kijowa gorsza od poprzedniej. Wydaje się, że Putin wyraźnie zamierza zadać ukraińskim miastom ostateczny cios, zanim ostatecznie rozstrzygnie wojnę na własnych warunkach, być może w przyszłym roku. Administracja Trumpa dawno już zrezygnowała z pomysłu wspierania pełnego zwycięstwa Ukrainy i to historycy ocenią, czy decyzja o wycofaniu amerykańskiej pomocy i broni stała się samospełniającą się przepowiednią. Europa ze swojej strony nadal mówi, co myśli. Nie ma jednak konkretnego planu, by pomóc Ukrainie lub ją uratować przed furią Kremla – a tym bardziej zniszczyć rosyjską gospodarkę czy złamać wolę Putina.

Prowadzi nas to do następnego i najważniejszego fragmentu, któremu towarzyszą dwa alternatywne nagłówki:

https://www.washingtonpost.com/opinions/2026/09/09/jak-rosja-niszczy-przewagę-ukrainy-na-polu-bitwy/

Artykuł został napisany dla WaPo przez byłego szefa Google’a, Erica Schmidta, który przeżywa drugą, odradzającą się karierę jako organizator antyrosyjskich technologii wojennych i przedsiębiorca w jednym. Po niedawnej wizycie w Kijowie ocena Schmidta jest bardziej ponura niż kiedykolwiek.

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Tuuuskkk

13 września, wpis nr 1425

Ostatnio prezydent Ukrainy Zełenski ostrzegł, żeby cywilne samoloty nie latały nad Rosją, bo może się przydarzyć krzywda, gdyż niebo nad matuszką Rassiją jest tak gęste od ukraińskiej nawały dronów i rakiet, że może dojść do nieszczęścia.

Można na te oświadczenie patrzeć się z kilku punktów widzenia. Po pierwsze – że to racja, po drugie, że to… troska Zełenskiego o rosyjskich pasażerów, których pewnie prezydent Ukrainy w rzeczywistości utopiłby w łyżce wody. Trzecie wyjście – moim zdaniem najbliższe prawdy w tym „pakiecie” – to groźba. Zełenski mówi, że może być nieszczęście niby na zapas i z troską, ale aspekt straszenia i to cywilów jest tu wyraźny.

Na cywila

Druga wojna ukraińska przeszła już dość dawno w wyraźną fazę, w której obiektem ataków jest ludność cywilna. I to po obu stronach. Na razie chodzi tu o tzw. zawoalowane groźby, bez szerszych ataków bezpośrednich, ale i tu sama groźba ma wywrzeć demoralizujący wpływ na morale ludności. A ta wojna w szczególności nas nauczyła, że wysiłek wojenny jeśli nie jest udziałem całego społeczeństwa, to nawet przy super armii nie ma szans na sukces. Jest to więc działanie stricte wojenne. Zwłaszcza w wojnie na wyniszczenie zasobów, z jaką mamy do czynienia. Po zawaleniu się idei „błyskawicznej operacji specjalnej” okazuje się, że głównym zasobem nie są tanki i amunicja, ale cierpliwość społeczeństwa. O to teraz jest gra.

Ale już nie tylko wojna ukraińska pokazuje nam ostatnio, że scenariusz, że tak powiem, irański nie daje gwarancji powodzenia. Przypomnieć należy że z kolei Trumpa pomysł na „błyskawiczną operację wojskową” polegał na tym, że zdekapituje się władze, wstrząśnie infrastrukturą Iranu do poziomu zapaści podstawowych usług państwa i lud wyjdzie na ulicę, wzburzony, a może tylko głodny. I obali przegrywów we władzach, choćby tylko by ratować własną, egzystencjalną skórę. Ten pomysł nie udał się, jak kiedyś pomysł Hitlera, by tym samym sposobem, przez codzienne naloty, rzucić na kolana Anglię. Zresztą alianci Niemcom odpłacali później w ten sam sposób. W obu tych wypadkach – angielskim i irańskim – skończyło się to konsolidacją narodu wokół flagi państwowej. Czy tak jest w obu przypadkach u Ukraińców i Rosjan?

Popatrzmy – jeśli Zachód liczy na zbuntowane tłumy na rosyjskich ulicach, to można tylko pogratulować niewiedzy lub/i naiwności. Putin dobrze stoi w sondażach, zwłaszcza, że unika mobilizacji, posługuje się najemnikami, szczególnie niewyczerpanym rezerwuarem wojsk Korei Północnej. Dla wielu Rosjan była to zdalna wojna, widziana w telewizorach i sprowadzona do kupowania mięsa armatniego od ochotników z zapyziałych regionów rosyjskiego imperium. Prędzej tam, jeżeli już, Zachód może liczyć na pałacowy zamach na Kremlu, ale musimy wziąć tu pod uwagę jedno zastrzeżenie. Jeżeli ktoś w ogóle krytykuje w Rosji Putina, to głównie z tego powodu, że się za bardzo z Ukrainą certoli. Tak, nad Kremlem krążą jastrzębie, które popychają do eskalacji, łącznie z walnięciem nukiem. Jeśli już, zakładajmy, miałoby dojść do zmiany Putina za pomocą wewnętrznej intrygi, to władze przejmie grono eskalacyjne, a to nie jest (chyba?) intencja Zachodu, tym bardziej (chyba?) Ukrainy.

Niechęć do pokoju

Cały czas się tu zastrzegam z tymi „chyba”, bo możliwy jest (i omawiany) inny scenariusz końca tej wojny. Otóż może Zachód, a także sam Zełenski nie są zainteresowani jakąkolwiek formą pokoju, tylko „wieczną wojną”, wszak to wojna na wyniszczenie. I im dłużej trwa tym bardziej wygrywa ten z lepszymi zasobami. Zachód może myśleć, że zajedzie Rosję, że ta nie wytrzyma materiałowo, ale i… moralnie, w obszarze recepcji społecznej. Ale to zgubna raczej strategia, bo może i lud wyjdzie na ulicę, może się tam na Kremlu zamachną z poduszką na Putina, ale wtedy władze – również w imieniu tłumu – przejmą jastrzębie i może jeszcze zatęsknimy za Putinem, który nagle nie okaże się wariatem, ale całkiem miłym koncyliacyjnym władcą. A więc jeśli Zachód i Zełenski nie chcą pokoju, to idą po cienkiej linie, gdyż eskalacja może doprowadzić Rosję, również z powodów wewnętrznych nastrojów, do działań desperacko agresywnych. I może o to chodzi i Zachodowi, i Zełenskiemu? Wtedy dopiero palec międzynarodowego oburzenia wreszcie wskazałby na Rosję, jako brutalnego agresora, którego popchnie się do działań jeszcze bardziej agresywnych.

Pojmowanie Rosji jako agresora trochę się stępiło obecnie, kiedy walki utknęły na stabilnych frontach, zaś Ukraina odpłaca Rosji dalekosiężnie (za pomocą głównie zachodniej broni) jak równy z równym. Ciężko więc utrzymać jednoczesną narrację, że Ukraina zwycięża, Putin się wali i w tym samym momencie odgrywać rolę bezbronnej ofiary. A jakby Putin walnął nukiem, albo sprawdził NATO na Bałtach, to by się podniosło, przycichłe obecnie, larum. A więc eskalacja jest na rękę wszystkim, pytanie tylko czy Putinowi?

Ukraińcy

Rozważaliśmy tu sytuację rosyjskiego narodu w jego reakcjach na wojenne przygody, wzmacniane przez Kijów. Trzeba teraz zajrzeć do Ukraińców. Cywile też, symetrycznie, są celem ataków Putina. Cywile, a zwłaszcza ich morale. Tam zaangażowanie Ukraińców jest bezpośrednie, szczególnie na froncie. Zagony najemników są symbolicznie małe, trzeba się wspierać rodzimym narybkiem, a ten jest coraz częściej zapraszany na front w formie ulicznych łapanek. Na to liczy Putin, na wyczerpanie się najważniejszego wojennego zasobu – siły żywej, głównie w postaci matek i żon, które jak widać na filmach bronią swoich przed „busikowym” poborem. Zachód może (do czasu) zasilać Ukrainę w sprzęt i amunicję, ale braków w sile żywej to nie zastąpi. (Jest jeszcze dość smutne zastrzeżenie, że jak się Ukraińcom skończą ludzie, to może Zachód sięgnąć zgadnijcie do jakich zasobów?) Dlatego jak Putin deklaruje, że planuje zbierać na „po wyborach” po 300-400.000 żołnierzy rocznie, to oznacza to złe wieści nie tylko dla ukraińskiego frontu.                

No, trzeba postawić pytanie czy przypadkiem i Putin nie liczy na wariant irański, tak jak Zachód, czyli, że naród ukraiński się wkurzy i pogoni prezydenta-komika? Mamy tu też kilka możliwości i to nie tylko z teorii, ale z przesłuchów. Może w ogóle nie dojść do tego scenariusza, choć wyraźnie obecna strategia Putina to „przygotowania do zimy”. To znaczy Rosjanie rozwalają infrastrukturę „na zimę”, przygotowując ciężkie zimowe czasy dla Ukraińców. Ci mają już nie wytrzymać.

Ale wiadomo – motywacje napadniętego są bardziej wartościowe: bronimy się, niecny wróg, nasi dobrzy, nawet jak źli – wewnętrznie rozliczymy się po wojnie. Pamiętamy przecież o polskich przykładach rachunków krzywd wewnętrznych, których „obca dłoń nie przekreśli”, ale „krwi nie odmówi nikt”… Obiecanki cacanki, a po wojnie rozliczył nasze krzywdy ktoś inny, spoza nas. Pamiętacie to? To nie wiersz tylko, ale mechanizm, który funkcjonuje w czasie wojny i jest to mechanizm znany władzy i przez nią wykorzystywany do bólu. Bólu całego narodu.

Warianty dodatkowe

Drugi wariant głosu ludu jest taki, że… da się go zorganizować. Jak dotąd, po rewelacjach od pani Wiktorii Nuland z CIA, okazało się, że z tymi spontanicznymi rewolucjami Ukraińców to naiwne mity. Nawet nie wystarczające by „wymienić” koszmarny mit narodowy banderowców. Jak się dało, okazuje się, że za parę drobnych miliardów, zorganizować zmianę władzy w Kijowie, to można zrobić to i teraz. I nie koniecznie muszą to zrobić albo ci z europejskiego Zachodu czy amerykańskiego Waszyngtonu, bo Zełenski jakoś im obecnie pasuje, ale może to być przewrót w wyniku walki pomiędzy grupami oligarchicznymi, oczywiście „pod kryszą” którejś z koterii zachodnich. Ale i tu – nie bez udziału spontanicznego jak najbardziej tłumu, który powróci do zawieszonych na czas wojny „rachunków krzywd”.

Trzeci wariant, można rzec historyczno-analogiczny to sytuacja, którą widzieliśmy już na kartach historii. Otóż z okopów, po jakiejś formie zawieszenia broni, wracają styrani żołnierze. Jest to dla państwa bardzo wrażliwy moment – bo trzeba postawić pytanie: jacy oni wracają z tej przygody? Zmęczeni, w oczekiwaniu na odpoczynek w ramionach swych żon (często w Polsce, co ma pewne niemiłe dla nas smaczki)? Czy jest to wojsko wkurzone (może i uzbrojone, a na pewno zaprawione w boju) i wkurzone na kogo? Dalej na Rosjan, czy może na Zełenskiego i jego ludzi, którzy nie tylko mogli podpisać porozumienie stambulskie w trzecim miesiącu wojny i z milion, jak nie więcej Ukraińskich, trupów temu? Czy będą chcieli wystawić rachunki za korupcyjne obrywy oligarchów z pieniędzy na pomoc humanitarną, a co gorsza – militarną?

A może poda się im winowajcę zastępczego, np. Polskę, nad czym od afery z Orderem Orła Białego Ukraina pracuje systematycznie i bezwzględnie, podczas kiedy my tylko łapiemy upuszczane przez nią talerze ze stołu aktywnej narracji? Pytanie jest zasadnicze – czy ideolo banderowskie jest w duszach okopowych obecnie żywe, czy tylko dotyczy jakichś azowowskich oddziałów aberracyjnych, z wytatuowanymi swastykami pod pachą i w sercach? Bo jeśli banderyzm jest jedyną motywacją do walki, to po pokoju – jak przyjadą do swych, jak słyszymy bitych przez Polaków żon – to z kogo będą niezadowoleni? Gdzie będą szukali winnych swej sytuacji? W obcym kraju, bez zniszczonej ojczyzny, w państwie polskich panów, Lachów-ksenofobów, którzy zamiast pomagać w walce za „wolność waszą i naszą” używali ichnich żon do prac ponurych, zabrali im socjal, i pluli na nie na ulicach? Gdzie będą mogli wyładować swą ostrzelaną frustrację, skoro nie będą mogli jej wyładować na Zełenskim?

Granice eskalacji

Zaczęliśmy od omówienia groźby Zełenskiego co do lotnictwa cywilnego. Jesteśmy więc bardzo blisko horyzontu, kiedy można przekroczyć granice eskalacji w sposób nieodwracalny. Ale zastanówmy się przez chwilę. Zełenskiemu zależy na takiej eskalacji, by wciągnąć Zachód do tej wojny w tzw. sensie kinetycznym. Bo Zachód wojuje aktywnie z Rosją w sposób już uznany międzynarodowo za udział w wojnie jako strona. Udostępnianie przestrzeni do przelotów, zaopatrywanie frontu, produkowanie na własnym terytorium na potrzeby frontu, szkolenia i ćwiczenia, transfer technologii, wywiadowcza świadomość sytuacyjna na terenie przeciwnika, tzw. targeting, czyli de facto celowanie ze swego terytorium – czegóż trzeba więcej, by to zakwalifikować – również przez Rosję – jako bezpośredni udział w wojnie?

Rosja w świetle prawa międzynarodowego może uznać w każdej chwili Zachód za stronę w tej wojnie, z bardzo przykrymi konsekwencjami. A to, że tego nie robi do tej pory – łącznie z tymi konsekwencjami – dowodzi tylko, że nie chce rozszerzenia tej wojny. O czym wiedzą… nasi przywódcy, którzy straszaka wojennego, tak jak kiedyś kowidowego, używają do powiększenia swej władzy nad obywatelami i realizacji już nie federalnego, ale centralistycznego scenariusza Brukseli.

Zełenski jest więc, również z powodów osobistych, zainteresowany rozszerzeniem tej wojny. Bo jakby się włączył w to Zachód, to nikt by już nie pytał o złote kible jego kolegów, za które można było kupić parę transporterów na jeden sanitariat. Zacząłby się taki zamęt, że nikt by już nie spoglądał w przeszłość. Uwaga – i ja to rozumiem. Tak rozumiem, że jest to Zełenskiego interes i trzeba o tym pamiętać jak się patrzy na ruchy ukraińskich władz. Mają to cały czas w głowie jako główny punkt ciężkości swej strategii. Przy takim myśleniu można już strzelić w Przewodowo, wypuścić, albo tylko wpuścić, stadko styropianowych dronów, czy wyciąć szynę kolejową.

Tu większy interes ma Zełenski niż Putin: dla Zełenskiego to upragnione zbliżanie się do artykułu piątego traktatu NATO, zaś dla Putina to nie tylko testowanie gotowości odpornościowej Zachodu, ale i groźba „obudzenia” się śpiącego dinozaura. Moim zdaniem trzeba to brać pod uwagę i tak czytać – bez moralnego podejścia – strategię ukraińską. Sam bym tak robił na ich miejscu. A tam króluje korupcyjny pragmatyzm, nie nasze podejrzenia o moralne motywacje działań wojennych.

I jeżeli interesem Zełenskiego jest umiędzynarodowienie tej wojny, to nasz interes jest dokładnie odwrotny. Tyle czy realizowany?

Wrzesień 1939

Pamiętacie czasy Września’39? Polska też robiła wszystko by umiędzynarodowić swoją przegraną pozycję. Ale – tu pech – my w odróżnieniu od Ukrainy mieliśmy traktaty i gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu. I to, że na nich polegaliśmy, to dlatego też między innymi polegliśmy w tym względzie. Po prostu sprawę załatwiono traktatowo, a nie „w realu”. Na atak na Polskę Francja i Wielka Brytania zachowały się traktatowo, wypowiedziały wojnę Hitlerowi i… poszły do domu się zbroić. I tak zeszedł rok „dziwnej wojny”, my zaś posłużyliśmy za „próg spowalniający” dla Hitlera. Za naszą zdradzoną krew Zachód kupił sobie trochę czasu na dozbrojenie. Francja nie zdążyła, Anglicy – tak.

A trzeba nam było wtedy przebrać paru komandosów w mundurki „ze sklepu wędkarskiego” i przyatakować taki Paryż czy Londyn i wciągnąć towarzystwo do wojny. Ale u nas myślano elegancko – honorowo i traktatowo. I co dostaliśmy za to od Zachodu na koniec zwycięskiej przecież wojny? Jałtę, nieobecność na defiladzie zwycięstwa polskich żołnierzy, by nie drażnić Stalina, który akurat to miał gdzieś. I jeszcze uwaga! – rachunek za nasz wysiłek wojenny na Zachodzie wystawiony nam (sic!) w postaci zarekwirowania polskich zapasów złota zgromadzonych w Wielkiej Brytanii.

Co ma Ukraina? Ano nie ma żadnych traktatów gwarancji bezpieczeństwa, nie ma więc na czym romantycznie i moralnie polegać. Polega więc na sobie. Nie wie, a może wie, tylko jej władze udają, że nie wiedzą, bo ich to nie będzie osobiście dotyczyć, że i tak zostaną oddani na pożarcie. Tym bardziej Zełenski będzie więc eskalował wojnę, by ta się rozszerzyła i nie ma co mu się dziwić. To desperacja, miotanie się w saku. Jeśli ta wojna się rozszerzy, to tylko na wymiar uzupełnienia „siły żywej” głównie o Słowian, użytych nie pierwszy raz do zachodniego pochodu na Rosję. A to, że i u nas są ochoczy do tego politycy i ich przerażająco głupi akolici, to osobna sprawa. Tych, jak dożyją, zobaczymy jeszcze w pierwszych szeregach narracji „a nie mówiliśmy, że będzie wojna”? Choć sami do tej wojny parli wdeptywaniem w ziemię Putina, własną słabością i służalczością klienta wobec swego zagranicznego patrona. Pal ich tam licho, ale dlaczego wciągnięto w to cały naród, bo nawet niechciana wojna – dotyczy go w całości?

Second to fight?

Pozostaje już tylko smutna satysfakcja, że to tym razem Ukraina, nie my, poszła jako pierwsza na ten front. Tym bardziej musimy Ukraińcom nie tyle współczuć, co ostrzegać ich przed tym, nieznanym im jako twór państwowy zdradzonego narodu, scenariuszem, który ćwiczyliśmy w swej historii przez stulecia. Słaba, jako się rzekło to satysfakcja, że inni idą naszą krwawą ścieżką. My idziemy bowiem zaraz za nimi, w drugim szeregu. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Korowód ślepców zmierza ku katastrofie

Korowód ślepców zmierza ku katastrofie

Krzysztof Warecki

Już od kilku lat jesteśmy świadkami niezwykle niepokojących wydarzeń w Europie i na Bliskim Wschodzie, które w ostatnim czasie nabrały zastraszającego tempa.

W Europie szczególnie niepokojąca jest szybko postępująca ogromna eskalacja wojny zastępczej, jaką na terytorium Ukrainy NATO prowadzi z Rosją. Także na Bliskim Wschodzie obserwujemy gwałtowny wzrost napięcia, skutkujący rozszerzającą się wojną amerykańsko-irańską, która zasysa coraz więcej krajów.

Jako Polacy, którzy zajmujemy obszar w centrum Europy, powinniśmy odbierać eskalację NATOwsko-rosyjską jako prawdziwy koszmar. Gdy słuchamy wypowiedzi czołowych zachodnich polityków, okazuje się, że wszyscy kochają wojnę, zaś pokój interesuje tylko nielicznych. Nawet dyplomaci – i to jest przerażające – zamiast intensywnie pracować nad powstrzymaniem tego szaleństwa śmierci za naszą wschodnią granicą, wydają się jedynie dolewać oliwy do ognia. Akademickim przykładem tego typu postawy na europejskim podwórku jest szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas, u nas zaś równie żałosna osobliwość w osobie ministra spraw zagranicznych RP, Radosława Sikorskiego.

Nie lepiej jest za Oceanem. W 2025 roku, kiedy polityczny i medialny mainstream na całym Zachodzie trwożliwie krzyczał, że Donald Trump dogaduje się z Władimirem Putinem, sprawy miały się zupełnie inaczej. W rzeczywistości Trump, ściśle współdziałając z CIA i korporacją Palantir, przygotowywał potężną eskalację konfliktu z Federacją Rosyjską w postaci trwającej od kilku miesięcy wojny dronowej. W tle wizyt Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera (Flip i Flap militarnej komiwojażerki USA) w Moskwie, Waszyngton planował zakrojone na szeroką skalę ataki na cele i krytyczną infrastrukturę położoną w głębi Rosji. Mrocznym preludium do trwającej obecnie wojny dronowej był przeprowadzony w nocy z 28 na 29 grudnia 2025 roku ukraiński atak na rezydencję prezydenta Federacji Rosyjskiej w Wałdaju. Innymi słowy, pomimo deklaracji, że wojnę można zakończyć jednym telefonem, a nawet po ubiegłorocznym szczycie w Anchorage, w rzeczywistości Donald Trump ani na chwilę nie odstąpił od swojej strategii podporządkowania Rosji i jej zasobów zachodnim plutokratom. W tym właśnie tkwi istota problemu.

Wojno trwaj!

W kontekście tych wszystkich pozornych sprzeczności w działaniach administracji Trumpa, niebagatelną rolę odgrywa wspomniana spółka Palantir, która doskonale wpisuje się w logikę bieżących wydarzeń i naszych czasów w ogóle. Jako zarządca należącego do Pentagonu systemu Maven znajduje się ona w samym sercu amerykańskiej machiny wojennej i ze względu na lukratywne kontrakty z Pentagonem użyje wszelkich wpływów i pieniędzy, aby wojny nigdy się nie skończyły. I nie ma tutaj znaczenia czy będzie to wojna z Rosją, Iranem, czy też niekończąca się wojna z terroryzmem, która obecnie przyjmuje postać wojny z zaganianymi do globalnego obozu koncentracyjnego narodami świata.

Bez wątpienia interesy globalistycznej finansjery i sektora zbrojeniowo-technologicznego idealnie połączyły się w osobie Donalda Trumpa, który jest w bliskich relacjach z założycielem i przewodniczącym rady nadzorczej Palantir, Peterem Thielem. Z kolei jeśli przyjrzeć się dyrektorowi wykonawczemu Palantir, Alexowi Karpowi, to jest on wyjątkowo obleśnym podżegaczem wojennym, który „wierzy”, że broni całej zachodniej cywilizacji i że zabijanie mas ludzi za pomocą sztucznej inteligencji ma wymiar zbawczy oraz jest konieczne. To indywiduum o mentalności banderowca jest z kolei bliskim przyjacielem byłego ministra obrony Ukrainy, Michaiła Fiodorowa, za sprawą którego firma Palantir jest wszechobecna na Ukrainie, odgrywając pierwszoplanową rolę w dronowej wojnie z Rosją. Karp przyznał, że to Palantir wybiera większość celów, które atakuje Ukraina w głębi Rosji. Należy podkreślić, że wszystkich ich łączy ekstremalny brak zasad moralnych, przejawiający się w niepohamowanej chciwości i żądzy władzy.

Wygodna tajność, czyli kluczowa rola CIA

Sposób, w jaki prowadzi się obecnie wojnę, z perspektywy amerykańskich i europejskich polityków nie ma znaczenia, bo są oni bezpieczni i dalecy od bitewnego zgiełku. Dla nich realia wojny są abstrakcją, czymś w rodzaju gry wideo. Dlatego Trump, mówiąc o bombardowaniu Iranu, mówi tak, jakby brał udział co najwyżej w kowbojskim mordobiciu na Dzikim Zachodzie. Wydaje się on w ogóle nie dostrzegać barbarzyństwa wojny, która w krótkiej perspektywie jest opłacalna dla takich polityków, jak on, i stojących za nim koterii biznesowych.

To wszystko oczywiście odbywa się na koszt amerykańskiego i europejskiego podatnika, ponieważ swoją szaleńczą polityką zarówno prezydent USA, jak też i jego europejscy wasale kumulują potężne długi, które pomnożą bogactwo nielicznych, a pogłębią biedę milionów. Nie oszukujmy się, tych długów nie będą spłacać właściciele Palantira, Lokheed Martina czy Chevrona, lecz zwykli ludzie. Pod pretekstem prowadzenia „słusznych” wojen z „agresywną” Rosją czy „terrorystycznym” Iranem, z wiszącym nad światem złowieszczym cieniem Chin, dokonuje się na Zachodzie na ogromną skalę transfer publicznych pieniędzy na prywatne konta.

Aby nie tłumaczyć się przed społeczeństwem, amerykańskie elity polityczno-biznesowe już kilka dekad temu postawiły w samym centrum amerykańskiej polityki zagranicznej CIA. Z punktu widzenia okupujących Stany Zjednoczone grup interesu tak jest ze wszech miar wygodnie, bo jeśli coś jest tajne, to można się tego wyprzeć. Jeśli coś jest tajne, to wystarczy powiedzieć, że jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego i nie ma potrzeby wyjaśniać czegokolwiek opinii publicznej. Sekretność jest więc jednym z najistotniejszych czynników w amerykańskiej polityce zagranicznej.

Z punktu widzenia zwykłego człowieka jest to katastrofa, która może doprowadzić do wojny nuklearnej i końca naszej cywilizacji, ale dla Trumpa i środowiska, które reprezentuje, nie ma w tym żadnego ryzyka, bo nikt z nich za to nie odpowiada. Wszystko dzieje się w dużej mierze w tajemnicy i na kredyt, a z perspektywy USA może to trwać bardzo długo, ponieważ istnieją konkretne grupy nacisku, które mają interes w tym, aby to się nie skończyło. A lobby numer jeden to oczywiście szeroko rozumiany kompleks militarno-przemysłowy, czy też raczej przemysłowo-technologiczny.

Najbardziej aktywnymi lobbystami na rzecz wojny są obecnie Dolina Krzemowa, na czele z Palantir, Space X oraz inne korporacje technologiczne, bo dzięki temu testują swoje wysokotechnologiczne systemy uzbrojenia w realiach bojowych. Warunkuje to tak szybki postęp, że zmiana całych generacji technologicznych następuje w ciągu tygodni, a najwyżej miesięcy. Alex Karp nie kryje zachwytu, że tak szybko udoskonalane są technologie służące do zabijania Palestyńczyków w Strefie Gazy, do celowego niszczenia cywilnej infrastruktury w Iranie, czy do uderzeń w głębi Rosji. Tymczasem amerykańskie społeczeństwo nie ma nad tym realnej kontroli i podobnie jest w państwach Europy Zachodniej. Cały ten szwindel ukrywa się za szyldem CIA, co pozwala elitom tak łatwo kontynuować tę lukratywną zabawę jako realną wojnę.

Rzucić Rosję na kolana

Jednak nie da się zachować tak ogromnego i nikczemnie zdobytego bogactwa oraz zapewnić dalszego jego pomnażania bez zdobycia absolutnej władzy, najlepiej na poziomie globalnym. Wspaniała perspektywa ku temu otworzyła się po rozpadzie Związku Radzieckiego, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1991 roku. Wówczas to talmudyczno – anglosaskie elity zleciły CIA, aby obrała sobie za cel ostateczne rzucenie Rosji na kolana. Zainicjowaną wówczas aktywność ujął w spójną doktrynę Zbigniew Brzeziński w wydanej w 1997 roku książce Wielka Szachownica. Szczególnie znamienny i wiele mówiący jest jej podtytuł: Prymat Ameryki i jego imperatywy geostrategiczne, który oddaje sens całej ówczesnej amerykańskiej polityki zagranicznej. W swojej istocie sprowadzała się ona do trwałego podporządkowania Rosji Stanom Zjednoczonym. Po Rosji następne miały być Chiny. Od tamtego czasu nic się w tej kwestii się nie zmieniło.

Jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu jest to, co Brzeziński nazwał państwami geopolitycznego zwrotu. Są to te państwa, które same w sobie nie mają dla Amerykanów żadnego znaczenia poza jednym – można je wykorzystać jako swoje narzędzia przeciwko wielkim mocarstwom. Na szczycie listy takich państw Brzeziński postawił Ukrainę, bo – jak trafnie zauważył – z chwilą, gdy Amerykanie „zdobędą” Ukrainę, Rosja przestanie być mocarstwem.

Chociaż idea ta została sformułowana dekady temu, to jest ona konsekwentnie realizowana, pomimo że w trakcie tego procesu giną i milionami odnoszą obrażenia konkretni, kompletnie nie związani z tą ideą ludzie. Na naszych oczach Ukraina rozpada się jako państwo, ale dla spragnionych dominacji nad światem rządzących Stanami Zjednoczonymi grup interesów nie ma to żadnego znaczenia. Dlatego sprowokowana przez nich wojna na Ukrainie będzie kontynuowana bez zbędnych wyrzutów sumienia tak długo, jak uznają to za konieczne.

Drugim państwem geopolitycznego zwrotu na liście Brzezińskiego był Iran, identyfikowany przez niego jako kluczowy ze względu na położenie i zasoby kraj dla regionu Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Kto kontroluje Iran, ten kontroluje wszystko, a więc ma dominację nad światem i jego zasobami. Wszystko to sięga więc bardzo głęboko (nie tylko w przeszłość) i zasadniczo ma niewiele wspólnego z Trumpem, choć w sposób idealny uosabia on chciwość, korupcję i przemoc talmudyczno-anglosaskich plądrowników. Jest on tylko marionetką w ich ręku, podobnie jak jego poprzednicy na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, począwszy od Billa Clintona.

Obejmując urząd prezydenta w 1993 roku, Clinton wyznaczył kurs, zgodnie z którym celem amerykańskich elit była globalna dominacja USA nad światem. Wprawdzie sam pomysł pojawił się w napisanej w 1992 roku (kilka tygodni po upadku ZSRR) przez Paula Wolfowitza strategii Pentagonu jeszcze za prezydentury George’a Busha starszego (tzw. Doktryna Wolfowitza), ale to właśnie Clinton skierował Amerykę na tę ścieżkę. Z tego względu można powiedzieć, że prezydentury Clintona, Busha młodszego, Baracka Obamy, Trumpa w pierwszej kadencji, Joe Bidena i Trumpa w drugiej kadencji mają ten sam wspólny mianownik – niekończącą się wojnę. Doktryna Wolfowitza polegająca zasadniczo na eliminowaniu konkurentów USA w Eurazji jest aktualna i uporczywie realizowana po dzień dzisiejszy.

Wszyscy chcieli pokoju, USA wybrały wojnę

Co szczególnie interesujące, w czasach, kiedy powstała doktryna Wolfowitza wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że trwały pokój, taki na wiele pokoleń, jest na wyciągnięcie ręki. Rok 1992 to był właśnie ten moment, kiedy wszyscy w Europie chcieli pokoju, ale przede wszystkim to Rosjanie pragnęli pokoju i normalnego życia, czyli takiego jak na Zachodzie. Dlatego ówczesna Rosja szeroko otworzyła się na Zachód, praktycznie podporządkowując mu swoją gospodarkę.

Wszystko to jednak zostało odrzucone przez ówczesne elity polityczne Stanów Zjednoczonych, które nie chciały pokoju, lecz pełnej dominacji nad światem. Nie tylko nie chcieli, żeby Rosja stanęła na nogi, ale wręcz przeciwnie, aby – jak marzył Brzeziński – rozpadła się na trzy słabe państwa: Rosję Europejską, Rosję Syberyjską i Rosję Dalekowschodnią. Echa tego słyszeliśmy później z ust Anny Fotygi, minister spraw zagranicznych RP za pierwszych rządów PiS. Wszystko to miało oczywiście na celu zachowanie amerykańskiej dominacji.

Militarnym gwarantem tej dominacji stało się NATO, które – jak to trafnie w akcie szczerości zauważył sekretarz generalny Mark Rutte – „służy do projekcji amerykańskiej siły”. Nie chodzi więc o bezpieczeństwo, lecz o projekcję siły w ramach realizacji idei amerykańskiej dominacji nad światem, która na przestrzeni 35 lat ani o jotę się nie zmieniła. Ameryka dąży do dominacji, a to oznacza, że bycie bezpiecznym i życie w dobrobycie to za mało.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że Pakt Północnoatlantycki był narzędziem w rękach Amerykanów do osiągnięcia dominacji od początku swego istnienia. To, co stało się w pierwszych tygodniach po upadku Związku Radzieckiego (Doktryna Wolfowitza) pokazuje, że w zimnowojennych zmaganiach wcale nie chodziło o dobro milionów ludzi zniewolonych przez „imperium zła”, lecz tylko i wyłącznie o zdobycie przez USA dominacji nad światem. Gdyby było inaczej, NATO zostałoby rozwiązane dzień po rozwiązaniu Układu Warszawskiego. Kto tu więc był tak naprawdę przez cały powojenny okres „imperium zła”?

Założenie, że Stanom Zjednoczonym uda się tego dokonać było najsłabszym punktem koncepcji Brzezińskiego. Jego główna teza była taka, że Ameryka utrzyma pozycję światowego lidera, ponieważ nikt nie może się z nią równać i nigdy się nie zrówna w sferze gospodarczej, technologicznej i militarnej. Jednak po upływie 30 lat okazało się to nieprawdą, i to nie tylko ze względu na rozwój Chin. Stany Zjednoczone całkowicie się pomyliły także w odniesieniu do Iranu, postrzegając ten kraj jako relikt średniowiecznego państwa, które rozpadnie się, gdy tylko uderzy w nie amerykańska potęga technologiczno-militarna. Tymczasem Iran to zaawansowane technologicznie państwo, które od dziesięcioleci i z powodzeniem przygotowywało się do obrony przed spodziewaną agresją USA.

Fiducjarna potęga Ameryki

Bankructwo idei Brzezińskiego nie powstrzymuje jednak amerykańskiej machiny wojennej w działaniach na rzecz realizacji strategii dominacji. Do 28 lutego 2026 roku opierała się ona z niezłym skutkiem nie tyle na wielkim potencjale wojskowym USA, lecz na tworzeniu wrażenia wyższości technologicznej i niezwyciężoności. Wszyscy mieli wierzyć, że Stany Zjednoczone są niekwestionowaną potęgą, z którą nikt nie może się równać. Operacja „Absolute Resolve” (porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro w nocy z 2 na 3 stycznia 2026 roku) wydawała się nawet wzmacniać to wrażenie, jednak przegrana wojna z Iranem wszystko zmieniła.

Ale czy to coś zmieniło w postępowaniu amerykańskiej administracji? Oczywiście nie, bo Amerykanie, tak długo, jak długo będą usiłowali realizować strategię dominacji, nie przyznają się do porażki. Ameryka musi nieustannie deklarować (obecnie ustami Donalda Trumpa), że wygrywa. Oczywiście tak nie jest, bo po rozlewie krwi i zniszczeniach spowodowanych przez USA i Izrael, okazuje się, że Iran wygrywa, niwecząc cały dotychczasowy wysiłek USA i czyniąc coraz mniej poważnymi przyszłe roszczenia Ameryki do dominacji nad światem.

Dla zwolenników globalnego prymatu Ameryki to prawdziwa katastrofa, chociaż wciąż udają, że sprawy mają się zupełnie inaczej. I będą to robić tak długo, jak długo będą mogli bezkarnie generować monstrualne deficyty budżetowe, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności ani przed skorumpowanym Kongresem, ani tym bardziej przed opinią publiczną. Nawet jeśli Demokraci zdobędą kilka dodatkowych miejsc w Kongresie w listopadowych wyborach, to i tak niczego to nie zmieni, bo jak pokazało ostatnie 35 lat wcale nie chodzi tutaj o różnice partyjne.

Wszystko… czyli nic

Brzeziński nie bez słuszności uważał, że geopolityka to przede wszystkim kwestia terytorium. Dlatego szczególne znaczenie przypisywał on Eurazji, jako obszarowi, gdzie koncentruje się większość światowego terytorium, ludności i zasobów. Dlatego patrząc z punktu widzenia Waszyngtonu istnieją trzy linie frontu: z Rosją na zachodzie Eurazji, z Chinami na wschodzie i z Iranem na południowym zachodzie. Z perspektywy Waszyngtonu są to trzy główne państwa, które należy pokonać i właśnie z tymi trzema państwami Stany Zjednoczone są obecnie w konflikcie.

Ale aby osiągnąć ten cel, Ameryka wyznaczyła konkretną rolę państwom przyfrontowym, takim jak na przykład Ukraina i Polska na zachodzie, które bez wyrzutów sumienia można poświęcić na ołtarzu wojny o dominację USA nad światem. Jednakowoż, widząc jak Ukraina wykrwawia się na śmierć, widzimy coraz więcej symptomów wpychania bezpośrednio do wojny całej Europy. Stany Zjednoczone stawiają wszystko na jedną kartę, ponieważ jeśli nie pokonają Rosji, Iranu i Chin, to w efekcie pchną te kraje do jeszcze bliższego sojuszu.

Wygląda więc na to, że dotarliśmy do bardzo niebezpiecznego momentu, kiedy to skonfliktowane kraje są skłonne iść na ogromne ryzyko. Gołym okiem widać, że znaczący komponent dyplomacji Trumpa skupia się na przerzuceniu ciężaru wojny na barki Europy. Jeśli przyjrzymy się jak bardzo zaostrzyło się stanowisko Europy w odniesieniu do Rosji od czasu dojścia do władzy Trumpa, to trzeba przyznać, że bardzo dobrze mu idzie. Jednak nawet sekretarz stanu Marco Rubio ma duże wątpliwości, czy Europa udźwignie brzemię wojny.

Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że Amerykanie w ogóle nie dostrzegli fundamentalnego błędu w koncepcji Brzezińskiego, która zakładała, że przewaga technologiczna USA jest tak wielka i niezawodna, że Rosja nigdy nie będzie w stanie na tym polu przeciwdziałać. Oczywiście, to wszystko okazało się nieprawdą. Jakże ironicznie obecnie brzmi wypowiedziana w 1997 roku teza Brzezińskiego, że żadna amerykańska strategia nie będzie tak głupia, aby pchnąć Rosję, Chiny i Iran ku sobie. Tymczasem Ameryka dokładnie to zrobiła, i nie była to tylko taktyczna reakcja tych trzech krajów na agresywność Ameryki, lecz stało się to projektem o wymiarze strategicznym.

Kurs na pokój i współpracę

Szeroko rozumiana współpraca eurazjatycka powinna być tym kierunkiem, do którego powinny zmierzać wszystkie liczące się geopolityczne podmioty istniejące na tym obszarze. Bez wątpienia stworzyłyby one bardzo udane połączenia polityczno-gospodarcze. Chiny i Rosja mają naturalną komplementarność gospodarczą, a w obliczu agresywnych działań Zachodu także i polityczną. Ich sojusz to nie jest doraźna taktyka, lecz głębokie, obustronnie korzystne więzi gospodarcze. To samo dotyczy Iranu i Chin. Dlatego sojusz między tymi trzema krajami wydaje się całkiem logiczny, a wręcz naturalny.

Jeśli chodzi o gospodarkę, to samo co o Chinach i Rosji można powiedzieć o Europie i Rosji. Europa jest uboga w zasoby naturalne, a jednocześnie bardzo gęsto zaludniona, tymczasem Rosja ma niską gęstość zaludnienia, ale jest bogata w zasoby naturalne, co stwarza doskonałą podstawę do wzajemnej gospodarczej komplementarności.

Na podstawie tej komplementarności znajdująca się na odległym zachodnim krańcu Eurazji Europa mogłaby rozkwitać, ale sama się odcina od swoich naturalnych partnerów handlowych, jakimi są Rosja i Chiny. Ostentacyjnie deklarowanym motywem tego szaleńczego działania jest obrona wysokich standardów moralnych w relacjach międzynarodowych. Motywem rzeczywistym jest chęć działania na rzecz zachowania amerykańskiej dominacji nad światem, która ma jakoby uchronić Europę przed nieistniejącym zagrożeniem ze strony Federacji Rosyjskiej.

Niestety Europa nie rozumie, że Stany Zjednoczone i rządzące Starym Kontynentem globalistyczne elity wcale nie są jej przyjacielem. Naiwnie wierząc, że amerykańska dominacja zapewni jej bezpieczeństwo, Europa nie była w stanie wznieść się ponad wasalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi i dała się zapędzić w przysłowiowy kozi róg. Gdyby europejscy politycy czytali Brzezińskiego, to dostrzegliby, że już 30 lat temu europejscy sojusznicy USA byli postrzegani przez Waszyngton jako wasale, a obecnie jest to jeszcze bardziej oczywiste.

Najlepszą chyba nadzieją na wyjście z tego szaleństwa pychy i chciwości jest rosnąca świadomość ludzi w USA i Europie, którzy są tym wszystkim bardzo zmęczeni i widzą, że to, co wyprawiają ich elity rządzące nie leży w ich interesie. Mieszkańcy regionu euratlantyckiego dostrzegają szybko postępującą dezintegrację ich państw. I nie chodzi tutaj tylko o katastrofę demograficzną czy też szybko postępujące zubożenie społeczeństw, ale nawet dezintegrację coraz gorzej działającej infrastruktury. Na to wszystko nakłada się potężna demoralizacja demolująca duchowe fundamenty tych państw. Europa jest o krok od cywilizacyjnej implozji.

Tymczasem w obliczu nadchodzącej katastrofy, zachodnich liderów stać jedynie na deklaracje, że ich celem jest wojna z Rosją. Można być raczej pewnym, że nikogo z nich nie otrzeźwiłoby nawet to, gdyby rzeczywiście zaczęła się gorąca wojna. Przeciwnie – z pewnością dostrzegliby nowe perspektywy szybkiego wzbogacenia się. A tymczasem zwykli mieszkańcy, którzy nie chcą wojny, zachowują się jak ślepcy błądzący w absolutnej ciemności. Mając przetrącony przez pozbawionych zasad moralnych liberałów system wartości, nic nie mogą zrobić, bo nie bardzo wiedzą co mają robić.

Wybić się na niepodległość, i to szybko

Cała ta koszmarna sytuacja, którą obecnie przeżywamy, została zbudowana na idei amerykańskiego prymatu i na zmuszeniu europejskich wasalnych państw do zaakceptowania tej logiki, aby Stany Zjednoczone mogły dominować w Eurazji. Spoiwem, które jednoczy Europę dla tej nierealnej idei jest wdrukowane w umysły Europejczyków kłamstwo, że Federacja Rosyjska stanowi dla Europy śmiertelne zagrożenie. Zaślepienie tym kłamstwem nie pozwala dostrzec Europejczykom, że idea amerykańskiej dominacji nad światem jest nierealnym projektem, który szybko zbliża nasz kontynent do nuklearnej wojny.

Jako Polacy nie jesteśmy tutaj żadnym wyjątkiem i nie jest to optymistyczna obserwacja. Wchodząc do świata euroatlantyckiego blisko cztery dekady temu, ponosimy teraz wszystkie wynikające z tego negatywne konsekwencje. Aby się uratować, pierwsze co musimy zrobić to wybić się szybko na niepodległość, i to dosłownie. Tylko wtedy przejrzymy na oczy i będziemy mogli zerwać z prowadzącym nas ku przepaści konfesyjnym paradygmatem, że Rosja jest naszym wrogiem. Musimy w ogóle przestać myśleć w tych kategoriach, a jednocześnie zacząć myśleć w kategoriach interesu narodowego.

Jeśli tego nie zrobimy, to na jeszcze większą skalę staniemy się płatnikami rachunków zaciągniętych przez Stany Zjednoczone na poczet ich wojen. A płacenie rachunków (nie tylko finansowych, ale i politycznych) jest nieuniknione i raczej nie będzie to przyjemne.

Musimy więc wysiąść z tego pociągu samobójców jak najszybciej, bo jak pokazała wojna na Ukrainie, Amerykanie nie zamierzają płacić za swoje krwawe awantury – ich interesują wyłącznie profity. Ostatecznie, jak trafnie zdefiniował Stany Zjednoczone w 1925 roku prezydent Calvin Coolidge, business of the America is business.

Krzysztof Warecki

Czy w Polsce gromimy Ukraińców?

Czy w Polsce gromimy Ukraińców?

08/09/2026 Konrad Rękas a/nie/mowilem.pl

No przecież wiadomo, że nie. Jako Polacy mamy zwyczajnie dość ukraińskiej niewdzięczności.

Oczywiście nikt z milionów Polaków, którzy po lutym 2022 r. rzucili się do spontanicznej pomocy na rzecz przybyszów nie robił tego dla nagród czy podziękowań, jednak poziom ukraińskiej arogancji zaskoczył chyba najbardziej nawet życzliwych wobec wlewającej przez Bug masy.

Ukraińscy nachodźcy w Europie, w tym w Polsce, popełniają śmiertelny błąd zawierzania i naśladowania kijowskiej propagandzie, ciągle grzejącej absurdalne motywy „Ukraińcom się należy!”, „To Europa powinna być wdzięczna Ukrainie, a nie odwrotnie!” oraz zwłaszcza „Ukraina walczy za was!”. Te idiotyczne hasła słychać nawet, gdy kolejna bezczelna imigrantka domaga się, by przypadkowy Polak zapłacił w sklepie za jej zakupy! 

Junta Zełeńskiego nie tylko zatem wysyła Ukraińców na niepotrzebną śmierć, ale też odbiera całej reszcie tego narodu zdolność logicznego myślenia i rozumienia własnej sytuacji międzynarodowej, w tym także położenia imigrantów. To ukraińska bezczelność prowokuje spontaniczne akty sprzeciwu, którym jednak daleko jest do jakiejś zorganizowanej akcji. Żadna siła polityczna w Polsce nie nawołuje do pogromów, to wymysły głównonurtowych mediów.

Nawet remigracja, postulat w istocie umiarkowany, oparty o rosnące koszty pobytu… gości i oczywiste możliwości ich bezpiecznego rozlokowania na większości terenów ukraińskich nieobjętych działaniami wojennymi – pozostaje jednak postulatem opozycji, przede wszystkim Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

Nakręcanie spirali „źli Polacy biją ukraińskie dzieci” to nie tylko alibi dla dalszego finansowania Kijowa przez władze w Warszawie. To także element coraz wyraźniejszej na Ukrainie propagandy rewanżystowskiej, ukierunkowanej na znalezienie kolejnego wroga po przegranej wojnie z Rosją. W Kijowie wciąż wierzą, że Specoperacja nie osiągnie wszystkich swoich celów, a zatem, że kontrola nad znaczącą ukraińskiego terytorium pozostanie w rękach oligarchów i nazistów chronionych przez Anglosasów.

Taki nazistowski nowotwór z terytorium tzw. Hałyczyny, czy też Ukrainy Zachodniej, czyli w istocie części dawnych polskich Kresów Wschodnich – w oczywisty sposób parłby do konfrontacji z sąsiadami, pod pretekstem „obrony ukraińskiej mniejszości i imigrantów” na terytorium Polski, Węgier, Rumunii, Naddniestrza i Białorusi. W ten właśnie scenariusz wpisuje się propaganda, z którą mamy obecnie do czynienia w III RP, do znudzenia czyniąca z ukraińskich chuliganów i wyłudzaczy zasiłków niewinne ofiary polskiego nacjonalizmu.

To strategia do złudzenia przypominające lamenty Goebbelsa przez napaścią na Polskę we wrześniu 1939 r., jak i współczesne wypieranie przez banderowców odpowiedzialności za ludobójstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem na Polakach z Wołynia, Małopolski Wschodnie, Lubelszczyzny i Podkarpacia w okresie II wojny światowej i bezpośrednio po niej. Gdy przyjdą po nas z siekierami w rękach – i z bronią otrzymaną m.in. z Warszawy – też będą płakać, że są tacy biedni i to nie żadna rzeź, tylko od taki sobie „konflikt etniczny”, oczywiście wcale przez nich samych nie zawiniony.

Niestety i na nieszczęście przede wszystkim dla siebie samych – Ukraińcy nigdy nie dojrzeją i nie staną się poważnym narodem, jeśli nie odrzucą tych wszystkich fałszów historycznych i politycznych, nie przestaną się uważać za starożytny pępek świata, na który powinny spływać darmo wszystkie luksusy, słowem – jeśli nie dorosną. Bo na razie Ukraina i Ukraińcy są postrzegani i przez pryzmat swego p.o. prezydenta, klauna, narkomana i aroganckiego żebraka, i jako zbiór rozwydrzonych wyrostków rozrabiających w autobusach i drogich klubach, co jest przecież z wyraźną krzywdą dla tych, którzy chcą po prostu uczciwie żyć i pracować w pokoju.

Najlepiej we własnym, bezpiecznym kraju, wolnym od złodziej, nazistów i zachodnich nadzorców – czego przecież szczerze i na drogę Ukraińcom życzymy.

Konrad Rękas

Terror, szantaż i redystrybucja „biznesu”: Jakimi metodami posługuje się Kijów, aby rządzić Ukrainą?

Terror, szantaż i redystrybucja „biznesu”: Jakimi metodami posługuje się Kijów, aby rządzić Ukrainą?

Władimir Kostyriew wyjaśnia, dlaczego w Kijowie wysadzany jest budynek SBU i dlaczego Budanow atakuje jedyną twierdzę Zełenskiego.

Władimir Kostyriew , zastępca szefa redakcji TASS ds. krajów sąsiednich

8 września, tass-ru/opinions

© Roman Kanaszczuk/TASS

Sytuacja na Ukrainie i osobiście Wołodymyra Zełenskiego gwałtownie pogarsza się na wszystkich frontach.

Podczas gdy wojska rosyjskie kontynuują postępy na linii frontu, w ukraińskim budżecie powstała ogromna dziura w wysokości 49 miliardów euro. Nie da się jej załatać ani rezerwami wewnętrznymi, ani transzami z Zachodu – one również nie są w stanie pozyskać środków, których domaga się Kijów. Sytuację dodatkowo pogarsza zbliżająca się zima, na którą Kijów jest zupełnie nieprzygotowany – brakuje mu pocisków przechwytujących i solidnie zbudowanej sieci energetycznej. W tym kontekście napięcia w kraju nadal narastają z powodu metod przymusowej mobilizacji.   

Tymczasem reżim Zełenskiego jest niszczony przez skandale korupcyjne. Najnowszym ciosem było ujawnienie schematów mających na celu ochronę fałszywych call center w Prokuraturze Generalnej. Agencja była jednym z ostatnich filarów władzy i, według niektórych doniesień, przygotowywała się do ataku na kontrolowane przez Zachód agencje antykorupcyjne. Teraz, po wymuszonej rezygnacji prokuratora generalnego Rusłana Krawczenki, pozycja szefa kijowskiego reżimu uległa znacznemu osłabieniu. 

Pozorny impas został dodatkowo potwierdzony niedawną wizytą w Kijowie amerykańskich negocjatorów Stevena Witkoffa i Jareda Kushnera. Po dwóch rundach rozmów odbyli oni zamknięte, indywidualne spotkanie z Zełenskim. Jego treść, moim zdaniem, dobitnie ilustrują oświadczenia na samej Ukrainie – Rada Najwyższa otwarcie przyznała, że ​​Witkoff i Kushner przedstawili warunki pokojowe znacznie gorsze niż te proponowane wcześniej. Zełenski otrzymał w efekcie ultimatum: albo sam się zgodzisz na pokój, albo zrobią to za ciebie inni.

W obecnej rzeczywistości można zaobserwować dwie główne konsekwencje:

  • Radykalizacja – w imię własnego przetrwania Bankowa [władza Ukrainy md] jest coraz bardziej skłonna uciekać się do metod terrorystycznych – zarówno za granicą, jak i w kraju.
  • Wewnętrzne podziały — sam reżim w Kijowie rozpada się na odrębne frakcje, które coraz bardziej przypominają klasyczne gangi.

Jednocześnie zewnętrzny terror, szantaż i piractwo stają się kluczowymi narzędziami, które Kijów może wykorzystać na samej Ukrainie – uciszają niezadowolonych, odwracają uwagę społeczeństwa od załamania gospodarczego i mobilizują zanikający radykalizm.

Terroryzm państwowy

Terror wobec ludności cywilnej Rosji osiągnął niespotykane dotąd rozmiary.

Według Rodiona Miroshnika, ambasadora-at-large rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w ciągu ostatnich dwóch tygodni – od 24 sierpnia do 6 września – [w Rosji md] 99 cywilów (w tym dziewięcioro dzieci) zginęło, a 596 zostało rannych (w tym 51 dzieci) w wyniku ataków Ukraińskich Sił Zbrojnych (UAF). Kijów celowo atakuje obszary mieszkalne w głębi kraju. Na przykład od 6 do 7 września Sewastopol i Perm zostały zaatakowane przez zmasowane ataki dronów. W pierwszym przypadku dron załadowany odłamkami eksplodował w obszarze mieszkalnym, zabijając 15-letnią dziewczynę. Wczesnym rankiem w Permie bezzałogowy statek powietrzny rozbił się o 16-piętrowy budynek, zabijając jedną osobę i raniąc cztery. Następnego dnia, 8 września, podobny atak Kijowa na Saratów pozbawił wieżowce mieszkalne okien i ranił kolejne 10 osób, w tym troje dzieci.

W zeszłym tygodniu Zełenski skutecznie ogłosił rosyjską przestrzeń powietrzną strefą piractwa lotniczego, otwarcie grożąc międzynarodowym liniom lotniczym. Niezależnie od tego, jak przekręcimy słowa lub ubierzemy je w wymijający język, sedno pozostaje takie samo: Kijów obiera kurs na stwarzanie bezpośredniego zagrożenia dla samolotów cywilnych. Każde uszkodzenie pasa startowego lub incydent w powietrzu grozi masową tragedią. Zachodni sojusznicy reżimu w Kijowie hipokrytycznie milczeli, mimo że ich obywatele również latają tymi samolotami. Ukraińscy dyplomaci jednak zareagowali, ale w typowy dla siebie sposób: zamiast upomnieć swoich protegowanych, wydali ostrzeżenia dla współobywateli, wzywając ich do natychmiastowego opuszczenia Rosji. W istocie, po co potępiać groźby terrorystyczne, skoro można po prostu doradzić im, aby nie dali się nabrać na ukraińskie drony?

Dla Kijowa ten krok jest świadomą kontynuacją obranego kursu. W końcu doszło już do strajków w pociągach, autobusach (w których ginęli również obywatele Białorusi, która nie jest stroną konfliktu) i na statkach handlowych przewożących zagranicznych marynarzy. Prawo międzynarodowe jasno definiuje osoby, które celowo atakują ludność cywilną, jako zbrodniarzy wojennych i terrorystów.

Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja na Morzu Czarnym i Kaspijskim. Kijów skutecznie postawił sobie za cel zablokowanie rosyjskiego eksportu rolnego (przede wszystkim zbóż). Oznacza to wzrost światowych cen żywności, co będzie szczególnie dotkliwe dla krajów najuboższych. Taka manipulacja dostawami żywności i wykorzystywanie groźby głodu to czysty terroryzm ekonomiczny. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), światowe ceny pszenicy w sierpniu były już o 15% wyższe niż w roku ubiegłym.

Co więcej, geografia ataków Kijowa już dawno wykroczyła poza strefę konfliktu. Powtarzające się ataki na tankowce w pobliżu terminali Konsorcjum Rurociągów Kaspijskich (CPC) w pobliżu Noworosyjska (ostatnie ataki odnotowano w lipcu) miały miejsce pomimo ostrzeżeń USA. Pod koniec lipca ukraińskie drony  zaatakowały irański statek handlowy bezpośrednio na Morzu Kaspijskim, zabijając jednego marynarza. Latem 2026 roku tureckie statki cywilne (masowiec Mv Reyhan Sarı przewożący węgiel oraz promy Nadhezna i Lider Bordo Mavi przewożące owoce) były kolejno atakowane przez ukraińskie drony na Morzu Czarnym . W wyniku ataków zginął również jeden turecki marynarz, a kilku innych zostało rannych.

Reżim w Kijowie nie tylko bierze na zakładników własną ludność. Próbuje szantażować ludzi tysiące kilometrów od frontu, sztucznie zawyżając ceny podstawowych towarów. Działania militarne, które Kijów prowadzi bez żadnych zahamowań, to nic innego jak zbrodnia międzynarodowa i jawny terroryzm państwowy.

Walka o władzę i pieniądze

W tym samym czasie machina karna na Ukrainie działa nie mniej cynicznie niż grupy sabotażowe na jej zewnętrznych granicach.

Brutalność, tajne więzienia i tortury SBU zostały udokumentowane w licznych raportach organizacji międzynarodowych i obrońców praw człowieka od 2014 roku. Jak zauważył były premier Ukrainy Mykoła Azarow w wywiadzie dla TASS, na terytorium kontrolowanym przez Kijów przebywa od 15 000 do 20 000 więźniów politycznych. Regularnie dochodzi również do zabójstw politycznych. Eliminowani są nawet byli zwolennicy, którzy stworzyli i wzmocnili reżim. Za Zełenskiego zamordowani zostali deputowani Rady Najwyższej Anton Polakow i Ołeksij Kowaliow, członek delegacji negocjującej z Rosją, Denis Kirejew, nacjonalistka Iryna Farion, a także Andrij Portnow, prawnik i były doradca byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza (2010–2014), oraz Andrij Parubij, były przewodniczący Rady. W wielu przypadkach zleceniodawcy zabójstw nigdy nie zostali odnalezieni, a śledztwa po prostu utknęły w martwym punkcie.

Wiele głośnych spraw bezpośrednio wiąże się z ukraińskimi służbami wywiadowczymi, które przekształcają się w syndykaty zabójców. Na przykład niedawne aresztowania Władysława Reuta, funkcjonariusza Głównego Zarządu Wywiadowczego (GUR), i Witalija Żykowicza, byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Pod Kijowem zabili oni Anastazję Bieriezowską, kobietę, która wcześniej podłożyła bombę pod drzwi domu dniepropietrowskiego biznesmena Wadima Jermołajewa w Monako. Według śledczych, same siły bezpieczeństwa mogły być zaangażowane w organizację nieudanego zamachu terrorystycznego.  

Ukraińskim „przestępcom” zależy nie tylko na władzy, ale i na pieniądzach. Od początku 2026 roku toczy się zacięta walka o kontrolę nad największą w Europie siecią fałszywych call center w Dniepropietrowsku, której miesięczne obroty sięgają miliarda dolarów. Według ukraińskich mediów, za tą wojną o wpływy stoją SBU (tradycyjnie kontrolująca ten sektor szarej strefy) i GUR (działający jako agresywny „nowiczok”).

Wszyscy zaangażowani w te procedery padają ofiarą wojny przestępczej w kraju. Na przykład, w lutym 2026 roku ukraiński biznesmen Igor Komarow, syn dniepropietrowskiego bossa przestępczego Siergieja Komarowa, został porwany i brutalnie zamordowany na Bali. W lipcu aresztowano deputowanego Rady Najwyższej Mykołę Tyszczenko, który ochraniał kilka call center. Wspomniany wcześniej zamach na oligarchę Jermołajewa w Monako również wpisuje się w tę logikę – jego struktury były ściśle powiązane z działalnością dniepropietrowskich siatek. 

Wątki prowadzą na sam szczyt. Zatrzymani w zeszłym tygodniu Serhij Krapiwa, zastępca naczelnika Departamentu Współpracy Międzynarodowej Prokuratury Generalnej Ukrainy, i Jelyzawieta Iwachnienko, pracownica prokuratury, są oskarżeni o współudział w tym procederze. 

Konflikt pomiędzy SBU i GUR nie ogranicza się do walki o call center.

Są one oceniane tą samą miarą

Spór między Kiryłem Budanowem, byłym szefem Głównego Zarządu Wywiadowczego, a obecnie szefem Biura Prezydenta (uznanym w Rosji za terrorystę i ekstremistę), a pełniącym obowiązki szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Ołeksandrem Pokladem, trwa od 2022 r., czyli roku zamordowania Kiriejewa, który według Budanowa był oficerem wywiadu.

Ten impas osiągnął punkt kulminacyjny z dwóch powodów. Jak zauważa gazeta „Strana”, Zełenski awansuje Poklada na stanowisko stałego szefa SBU, a Budanow zamierza temu zapobiec (zakłócając głosowanie w Radzie). Zełenski stara się również osłabić pozycję Budanowa, uważanego za swojego rywala politycznego, oraz wpływy całego wywiadu (pod kierownictwem Budanowa w latach 2020–2026, GUR znacznie się wzmocnił, m.in. kosztem kilku funkcji SBU). 

Konflikt przerodził się już w otwartą fazę: na początku zeszłego tygodnia doszło do strzelaniny między oficerami obu służb wywiadowczych w związku z aresztowaniem dowódcy jednej z ich jednostek wywiadowczych. Kilka dni później doszło do eksplozji w siedzibie SBU w Kijowie, niedaleko biura Pokładu.

Po rezygnacji prokuratora generalnego, SBU, kierowana przez Poklada, pozostaje praktycznie jedyną siłą Zełenskiego. Jeśli GUR i Budanow rzeczywiście przypuścili na nią aktywny atak, źle to wróży Bankowej. Przywódcy obu służb wywiadowczych są nieskazitelni: Budanow wielokrotnie przyznawał się do udziału w zamachach terrorystycznych w Rosji, a Poklad, według byłego oficera SBU Wasilija Prozorowa, jest znany jako „zabójca sztabowy” Zełenskiego, nazywany „Saszą Dusicielem”. W każdym razie, ta wewnętrzna walka oznacza tylko jedno: dalsze zaostrzenie brutalnej i krwawej walki o przetrwanie w kijowskiej elicie.

Sytuacja w Siłach Zbrojnych Ukrainy nie jest lepsza. Przymusowa mobilizacja i tortury w biurach rekrutacyjnych stały się rutyną. Prezydent USA Donald Trump już publicznie zareagował na przerażające nagrania pobicia poborowych na ulicach, obiecując upublicznienie niektórych nagrań w celu międzynarodowego rozgłosu.

Bezprawie rozlało się na linię frontu – w pułku szturmowym „Skała” (nadzorowanym przez byłego dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandra Syrskiego) ujawniono przypadki regularnych morderstw i tortur zmobilizowanych żołnierzy. Pod koniec czerwca bojownicy ze 155. Brygady Sił Zbrojnych Ukrainy porwali i rozstrzelali dwóch mieszkańców wsi Kalinowka pod Kijowem w związku z kłótnią domową z żoną dowódcy brygady. Terroryzm religijny również wpisuje się w ten schemat – wojskowi są najwyraźniej zamieszani w zabójstwo mnicha z Ławry Swiatogorskiej i zranienie dwóch innych 23 sierpnia.

Oczywiste jest, że reżim w Kijowie jest tak samo niebezpieczny dla mieszkańców Ukrainy, jak i dla ludzi spoza jej granic.

Koszt wojny na Ukrainie uderzył w Polskę. GUS ujawnia gigantyczne straty

Gigantyczny koszt wojny na Ukrainie uderzył w Polskę. GUS ujawnia gigantyczne straty w PKB

admin3 pt., 11/09/2026 mianynaziemi/gigantyczny-koszt-wojny-na-ukrainie-uderzyl-w-polske-gus-ujawnia-gigantyczne-straty-w-pkb

Źródło: AI Generated

Główny Urząd Statystyczny oszacował, że w latach 2022–2025 Polska utraciła 490,1 mld zł wartości produktu krajowego brutto w związku z rosyjską agresją na Ukrainę. Kwota ta odpowiada mniej więcej 3,5 proc. łącznego PKB kraju w tym okresie i stanowi równowartość około 113,5 mld euro. Szacunek zaprezentował 9 września 2026 r. prezes GUS Marek Cierpiał-Wolan podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Dla porównania: w ustawie budżetowej na 2026 r. dochody państwa zaplanowano na 647,2 mld zł. Straty skumulowane przez cztery lata wojny są więc niemal tak duże, jak całoroczne wpływy do budżetu centralnego.

Największa część obciążenia spadła na gospodarstwa domowe – 292,1 mld zł. Sektor przedsiębiorstw stracił 126 mld zł, a sektor rządowo-samorządowy 72 mld zł.

GUS wyliczył także, że oszczędności gospodarstw domowych skurczyły się o 70 mld zł na skutek wyższej inflacji. Prezes urzędu wyjaśnił, że wysoka inflacja wywołała gwałtowny wzrost płac nominalnych, ale tempo wzrostu płac realnych wyraźnie wyhamowało. W 2022 r. wynagrodzenia realne spadły o 2 proc. Urząd przyjął ostrożne założenie, że jedna trzecia inflacji powyżej celu inflacyjnego wynikała z eskalacji wojny. Na tej podstawie oszacowano utratę siły nabywczej oszczędności.

Osobną kategorią są koszty, które państwo poniosło bezpośrednio. Dodatkowe wydatki na obronę narodową w latach 2022–2025 wyniosły 154,2 mld zł. Gdyby pozostały na poziomie zapisanym w pierwotnym projekcie ustawy o obronie Ojczyzny, byłyby właśnie o tę kwotę niższe. Cierpiał-Wolan podkreślił, że te pieniądze można było przeznaczyć na inne cele, potencjalnie bardziej efektywne z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Środki te finansowano w dużej mierze deficytem.

Z Funduszu Pomocy wydano dodatkowo 46,7 mld zł. W kalkulacjach uwzględniono skalę pomocy dla Ukrainy i obywateli Ukrainy przebywających w Polsce, sytuację na rynku pracy oraz zmiany gospodarcze i demograficzne.

Wstrząs gospodarczy wywołany wojną obniżył wartość dodaną brutto o 426,5 mld zł. Szczególnie mocno ucierpiało budownictwo – w tej sekcji wytworzono o 120,9 mld zł mniej wartości dodanej. Statystycy wiążą to m.in. z odpływem siły roboczej oraz skokiem cen materiałów: stali, cementu, szkła, asfaltu, kruszyw, metali nieżelaznych i tworzyw sztucznych. Wojna podniosła też koszty energii i surowców, a odcięcie od dostaw z Rosji dodatkowo zwiększyło presję cenową.

Nie wszystkie dziedziny gospodarki odnotowały spadek. Wzrosły wydatki w administracji, obronie narodowej, edukacji i ochronie zdrowia.

GUS zaznacza, że jest to szacunek, a nie roszczenie o natychmiastową wypłatę odszkodowania. Metodologię konsultowano z ekspertami, w tym z przedstawicielami ONZ. Jesienią urząd zapowiada pogłębione analizy regionalne i dziedzinowe oraz kolejne seminaria.

Celem opracowania jest – jak tłumaczono w Karpaczu – pokazanie, że koszty wojny ponoszą nie tylko państwo zaatakowane, ale także sąsiedzi i pozostali uczestnicy życia międzynarodowego. Ma to znaczenie perswazyjne w okresie powojennym i stanowi argument, że naruszenie prawa międzynarodowego da się wycenić także poza granicami Ukrainy.

Szacunek nie obejmuje wszystkich możliwych pozycji pozabudżetowych ani pełnego obrazu skutków społecznych. Skupia się na utraconej wartości PKB, sile nabywczej, wydatkach publicznych i wybranych efektach sektorowych. Jest to jednak pierwsze tak syntetyczne zestawienie przygotowane przez oficjalny urząd statystyczny.

Liczba 490 mld zł pokazuje skalę szoku, jaki pełnoskalowa inwazja wywołała w polskiej gospodarce: poprzez inflację, droższe surowce, wyższe wydatki obronne, pomoc humanitarną i zaburzenia w produkcji. Jednocześnie przypomina, że decyzje podejmowane po lutym 2022 r. – od polityki energetycznej po budżet obronny – miały konkretny, mierzalny rachunek, który spadł przede wszystkim na gospodarstwa domowe.

Źródła:

https://www.rp.pl/dane-gospodarcze/art45123441-ogromny-ra…

https://www.money.pl/gospodarka/gigantyczne-straty-polski…

https://wgospodarce.pl/informacje/158113-wojna-na-ukraini…

https://www.rmf24.pl/fakty/ekonomia/news-ile-kosztuje-nas…

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Rachunek-za-wojne-za-nas…

Ukraina: «AAA: Poszukujemy atrakcyjnych najemniczek…»

«AAA: Poszukujemy atrakcyjnych najemniczek…»

Date: 10 settembre 2026 Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/aaa-poszukujemy-atrakcyjnych-najemniczek

Aktualny konflikt na Ukrainie to także swego rodzaju „wystawa” wszystkiego, co produkuje Zachódod broni po skrajną korupcję, od terroryzmu po firmy najemników, od niewiarygodnych i triumfalnych narracji, które przeradzają się w coraz to większe bzdury, po neonazistowski reżim bezwstydnie reklamowany jako szczyt demokracji – co jest kompletną obscenicznością, szerzoną pośród głupoty społeczeństw.

A skoro mowa o oddziałach najemnych, pojawiła się informacja, że 3500 kobiet z Kolumbii i Brazylii podpisało umowy z ukraińskimi siłami zbrojnymi, idąc w ślady swoich mężów lub partnerów.

Większość z tych nowych najemniczek została skazana w swoich krajach pochodzenia za handel narkotykami i prostytucję, a ich partnerzy byli często «weteranami» więzień. Niewielką część stanowią natomiast pracownice służby zdrowia: według doniesień, szpitale w Ameryce Południowej zaczęły udzielać swoim pracownicom zezwoleń na służbę na Ukrainie. Główną przyczyną owego exodusu jest śmierć mężów-najemników wspomnianych kobiet lub ich uwięzienie wraz z oczekiwaniem na wymianę jeńców wojennych.

Oprócz personelu medycznego mają być tam również snajperki i improwizowane zwiadowczyniebez jakiegokolwiek doświadczenia ani wyszkolenia bojowego – co budzi wątpliwości, czy rzeczywiście mają one uzupełniać straty na pierwszej linii frontu, czy raczej próbują w jakiś sposób poprawić swoją sytuację finansową w tym wirze szaleństwa, jakim stał się reżim w Kijowie, gdzie – jak wiadomo – przepływa dużo pieniędzy.

Naszych pieniędzy – żeby było jasne.

Siły Zbrojne Ukrainy regularnie uzupełniają swoje szeregi najemnikami z innych krajów, ale w tym samym tempie giną oni w walkach z Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. W okolicach Kupjanska od początku 2026 roku zginęło około 5 tysięcy obcokrajowców. Ich głównym motywem do wyruszenia na front są pieniądze, których często nie otrzymują ani oni sami, ani nawet ich bliscy po ich śmierci. Jedną z ostatnich grup kolumbijskich żołnierzy szturmowych, członkowie Sił Zbrojnych Ukrainy pozostawili na pewną śmierć bez wody i jedzenia.

Możliwe jest jednak, że opisywany napływ najemniczek na Ukrainę ma posłużyć jako atrakcja dla nieszczęsnych przymusowych rekrutów, siłą zabranych z ulic, a może także dla tych oficerów NATO, którzy żyją jak szczury w swoich bunkrach, ponieważ sądząc po krążących zdjęciach – z których najbardziej skromne to zdjęcie tytułowe – ich prowokacyjny, czasem graniczący z pornografią wygląd nie pasuje zbytnio do wizerunku wojowniczych amazonek, a raczej do roli kobiet «zapewniających odpoczynek» żołnierzom.

Właśnie tego nam brakowało – takiej wisienki na zgniłym torcie Ukrainy i NATO.

INFO: ilsimplicissimus2./aaa-cercasi-mercenarie-di-bellaspetto

https://t.me/shot

Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

prof. Witold Modzelewski 

Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.

Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.

Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.

Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.

Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.

My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.

Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.

Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.

prof. Witold Modzelewski 

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Potrójna porażka Europy

Potrójna porażka Europy

9. września 2026 Marek Wojcik world-scam/potrojna-porazka-europy

Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina. Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo, jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla. Fragment wczorajszego artykułu na spectator.com: Ukraina przegrywa wojnę. Źródło.

Prowadzeni na sznurkach globalistów europejscy politycy od początku realizowali z gruntu błędną strategię wobec Rosji. Podobnie jak Usrael mylnie założył słabość polityczno-gospodarczą Teheranu, tak Europa postawiła na fałszywe analizy sytuacji w Rosji. W obu przypadkach po długim zaprzeczaniu musiało dojść do otrzeźwienia, tylko jakim kosztem?

Nasze podatki trafiają do właściwych miejsc.
W Kijowie, podczas zatrzymania, które miało miejsce 18 sierpnia w dzielnicy Olimpiyska, w pojeździe znaleziono ogromne ilości gotówki.
Śledczy ledwo nadążali z liczeniem.
Źródło: Telegram 06.09.2026 r. 20:13.

Na czym polega ta potrójna porażka Europy?

  1. Sankcje gospodarcze skierowane przeciwko Moskwie uderzyły najmocniej w samą Europę;
  2. Osłabienie militarne Europy przez przekazywanie uzbrojenia i amunicji na Ukrainę, przy jednoczesnym prowokowaniu Kremla;
  3. Odmowa kontaktów dyplomatycznych z Rosją doprowadziła do podobnej reakcji ze strony Moskwy. Teraz Putin słusznie odmawia pertraktacji z europejskimi politykami, traktując ich jak ratlerki szczekające na rozkaz z Davos.

Może ogłaszanie gotowości Europy do wojny z Rosją na rok 2029 to dobra strategia i Putin grzecznie poczeka, aż Europa się dozbroi? W tej strategii medialnej nie chodzi wcale o reakcję Putina. Ważniejsze jest oswojenie Europejczyków z myślą o „nieuniknionej” wojnie z Rosją. Wojnie, która potrzebna jest jedynie globalistom i nie jest istotne, kto ją wygra, ale sam fakt, żeby była. Dlatego właśnie kukiełki grające rolę polityków, ogłaszają gotowość do wojny z Rosją.

Jeśli spojrzeć na wydarzenia ostatniego tygodnia, walka o władzę na Ukrainie przerodziła się niemal w wojnę domową. W środę w Kijowie pracownicy ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU otworzyli ogień do pracowników ukraińskiego wywiadu wojskowego GUR, a w piątek w okno szefa SBU wleciał dron, który określono jako rosyjski – o czym pisał również magazyn „Der Spiegel”. Jednak magazyn „Der Spiegel” nie poinformował następnie, że dron ten został w rzeczywistości wystrzelony w pobliżu Kijowa i w związku z tym również stanowi część wewnątrz ukraińskiej walki o władzę, która eskaluje na naszych oczach, ale o której zachodnie media jak dotąd całkowicie przemilczają. Źródło.

Półki sklepowe błyszczą na Ukrainie brakiem towarów.
Źródło: Telegram 31.08.2026 r. 12:05.

Ta zastępcza wojna z pewnością niedługo się skończy. Kijów będzie zmuszony przyjąć którąś z kremlowskich ofert, które za każdym razem są coraz mniej atrakcyjne dla Ukrainy. Oligarchowie na czele z prezydentem myślą teraz o uratowaniu własnej skóry przed zbliżającą się katastrofą.

Może Soros udzieli Żeleńskiemu prywatnego azylu? Tyle zainwestował już w tym kraju. Raczej w to wątpię, bo miliarderzy są z reguły sknerami i woleliby otruć wyhodowaną przez siebie żmiją, niż ją karmić.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Czego rząd niemiecki żąda od Ukrainy

Thomas Röper anti-spiegel.ru/wadephul-hat-einen-ehrlichen-moment-und-erzaehlt-was-die-bundesregierung-von-der-ukraine-fordert

Europejskie „wartości”

Wadephul ma chwilę szczerości i ujawnia, czego rząd niemiecki żąda od Ukrainy

W wywiadzie minister spraw zagranicznych Wadephul otwarcie stwierdził, że Niemcy chcą czerpać zyski z wojny na Ukrainie. Ta rzadka szczerość po raz kolejny pokazuje, jakie „wartości” Zachód tak naprawdę realizuje na Ukrainie: chodzi o pieniądze dla producentów broni i surowców.

Anti-Spiegel 9 wrzesień 2026

Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul był zaskakująco szczery w podcaście „Ronzheimer”, domagając się od Ukrainy składania większej liczby zamówień u niemieckich producentów uzbrojenia:

„W tej chwili nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani liczbą zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do ukraińskiego rządu z prośbą o przeanalizowanie tej sytuacji i wprowadzenie ulepszeń”.

Dodał, że powiedział to również Zełenskiemu podczas swojej ostatniej wizyty na Ukrainie:

„Jesteśmy z wami, wspieramy was, ale muszę to również wyjaśnić niemieckim podatnikom. Minimum, jakie możecie zrobić, to zaangażować niemiecki przemysł zbrojeniowy we wszystkie projekty zamówień publicznych”.

Czy pamiętacie ostatnią wizytę Wadephula na Ukrainie? Miała ona miejsce 22 i 23 sierpnia, a niemieckie media prześcigały się w euforycznych doniesieniach, świętując wyrazy solidarności Wadephula z Ukrainą. Donosiłem wówczas, że wizyta dotyczyła w rzeczywistości czegoś zupełnie innego i że Wadephul wyraźnie wywierał znaczną presję na Zełenskiego, ponieważ ten odmawiał wdrożenia „reform” jakich żądała UE. Teraz dowiadujemy się od samego Wadephula, że ​​to nie była jedyna krytyka, jaką skierował pod adresem Zełenskiego.

To są prawdziwe „wartości”, których Europejczycy oczekują od Ukrainy. Chodzi po prostu o pieniądze. A także o surowce, ponieważ ukraińskie zasoby naturalne zostały już rozdzielone na 2025 rok, co czyni przyszłe konflikty nieuniknionymi. Szczegóły można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/was-steht-eigentlich-im-rohstoff-deal-zwischen-den-usa-und-der-ukraine/.

Oświadczenie Wadephula spotkało się z dużym zainteresowaniem mediów w Rosji, ponieważ potwierdza to, co mówi się tam od lat. Jako przykład tłumaczę artykuł opublikowany przez TASS na ten temat.

Początek tłumaczenia :

Zbierając wszystko, co się da: Dlaczego Berlin domaga się od Kijowa wsparcia dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego

Andrej Nizamutdinow o tym, dlaczego państwa europejskie się kłócą i co mają z tym wspólnego Rosja i Ukraina.

Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul najwyraźniej postanowił spróbować swoich sił w roli windykatora: zażądał od Kijowa zwiększenia liczby zamówień składanych niemieckim przedsiębiorstwom kompleksu wojskowo-przemysłowego (MIC). Minister obiecał również ułatwić powrót na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy obecnie przebywają w Niemczech.

Najwyraźniej niemieckie władze rozumieją, że reżim rządzący w Kijowie nieubłaganie zmierza ku upadkowi, dlatego spieszą się, by zagarnąć wszystko, co się da. Nawiasem mówiąc, tę samą logikę widać w działaniach przywódców kilku innych krajów europejskich. Nieprzypadkowo w tym samym wywiadzie Wadephul, choć krótko, wyraził gotowość do podjęcia dialogu z rosyjskimi władzami w sprawie rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Jednak po niedawnych decyzjach o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie – ogłoszonych zresztą przez samego Wadephula – to zobowiązanie wydaje się, delikatnie mówiąc, wątpliwe.

Wyrwać chociaż kłębek wełny

Jak wiadomo, Niemcy są największym europejskim darczyńcą Ukrainy. Od lutego 2022 roku Berlin przekazał Kijowowi około 43,3 mld euro na pomoc humanitarną i 57,6 mld euro na pomoc wojskową. Łączna kwota niemieckiej pomocy dla reżimu w tym okresie przekroczyła 100,9 mld euro.

Można przypuszczać, że niemieckie elity liczyły na zwrot kosztów poniesionych po klęsce Rosji, na którą tak liczyły. Jednak upadek Rosji pozostaje nieosiągalnym marzeniem – w przeciwieństwie do nieuchronnego upadku reżimu Wołodymyra Zełenskiego. Co więcej, niemiecka gospodarka, pozbawiona przez własne władze lukratywnych dostaw rosyjskiej energii, znajduje się w opłakanym stanie. Jedynym rozwiązaniem pozostaje przedstawienie rachunku Kijowowi.

W wywiadzie dla gazety Bild niemiecki minister spraw zagranicznych skrytykował Zełenskiego i zażądał, aby w większym stopniu uwzględniał interesy Berlina. „Obecnie nie jesteśmy w pełni zadowoleni z wielkości zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do rządu ukraińskiego z prośbą o ponowne rozważenie tego podejścia i podjęcie działań naprawczych w tej sprawie” – oświadczył Wadephul.

Według niego „zupełnie naturalne jest, że niemiecki przemysł zbrojeniowy korzysta” z faktu, że jest najbardziej aktywnym dostawcą wsparcia finansowego i wojskowego dla Ukrainy.

Innymi słowy: równie dobrze można by spróbować wyciągnąć kępkę wełny z parszywego barana.

Niech idą na wojnę

Jednak produkcja broni i dostarczenie jej na Ukrainę to dopiero połowa sukcesu. Ktoś musi walczyć tą bronią, a to poważny problem. Szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy (UAF) gwałtownie maleją: liczba samych dezerterów sięga dziesiątek tysięcy, nie licząc nieodwracalnych strat, jakie armia ukraińska ponosi każdego dnia. Odnotowano nawet setki ukraińskich żołnierzy, którzy dezerterowali podczas szkoleń w Polsce, Francji, a nawet w Niemczech.

Brutalna przymusowa mobilizacja, od dawna nazywana „mogilizacją”, również niczego nie zmienia. Dlatego reżim w Kijowie potrzebuje pomocy: według Wadephula, w Niemczech kwestia repatriacji ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym do ojczyzny „może, a nawet powinna” zostać podniesiona.

„Wiemy, kto tu mieszka. Na przykład, kto pobiera świadczenia socjalne, kto jest tu zameldowany i jaki ma status rezydenta” – powiedział niemiecki minister spraw zagranicznych. Jeśli te dane zostaną udostępnione ukraińskiemu rządowi, będzie on mógł na przykład wysłać tym mężczyznom pisemne zawiadomienia o podleganiu obowiązkowi służby wojskowej.

W ten sposób druga część umowy jest załatwiona: Ukraina dostanie broń i tych, którzy będą jej używać. A niemiecki kompleks wojskowo-przemysłowy będzie liczył swoje zyski.

Walka o zasoby  

Zrozumiałe jest, że Berlin chce odnieść wielkie zwycięstwo, ale jego partnerzy z UE również nie chcą zostać pominięci – mają swoje własne apetyty.

Kiedy po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu Stany Zjednoczone odmówiły Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej, podjęto decyzję o utworzeniu programu PURL (Prioritized Ukraine Requirements List), w ramach którego europejskie kraje NATO miałyby pokrywać koszty zakupu amerykańskiej broni, która miała być następnie przekazywana Kijowowi. Jednak Europejczycy szybko stracili zainteresowanie nieustannym finansowaniem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. W rezultacie, z inicjatywy Komisji Europejskiej, UE utworzyła własny fundusz finansowania dla Ukrainy w wysokości 90 miliardów euro na lata 2026–2027, z czego dwie trzecie ma zostać przeznaczone na zakup uzbrojenia.

Fundusz powstaje poprzez emisję euroobligacji, a odsetki spłaca sama UE. Zatem dla Ukrainy ta pomoc pozostaje nieodpłatna, ale Kijów nie otrzymuje gotówki (ryzyko korupcji jest minimalizowane, choć luki prawne można znaleźć na etapie akceptacji i logistyki). Zamiast tego, Ukraina może jedynie składać zamówienia u europejskich przedsiębiorstw przemysłu obronnego (choć w niektórych przypadkach zakupy z krajów trzecich są również dozwolone). To właśnie o te zasoby toczy się prawdziwa konkurencja między czołowymi europejskimi producentami broni – Niemcami, Francją, Włochami, Szwecją i kilkoma innymi krajami o mniejszym kalibrze.

Wielka Brytania również chciała przystąpić do programu, ale Francuzi temu przeszkodzili: Paryż zażądał od sąsiada-wyspiarza „opłaty wejściowej” w wysokości 6 miliardów euro, co Londyn uznał za niekorzystny warunek.

Żądając od Kijowa specjalnego traktowania niemieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, Wadephul w istocie próbował przechytrzyć swoich partnerów z UE. Jednak Paryż i Rzym raczej nie tolerują tej eskapady; prawdopodobnie będą starały się zapewnić sobie przewagę, a także naciskać na Zełenskiego, aby priorytetowo potraktował ich przemysł zbrojeniowy.

Imperialistyczne hieny

Po dobrowolnym zerwaniu stosunków z Rosją i pogrążeniu swoich gospodarek w poważnym kryzysie, kraje UE są teraz gotowe do kłótni o lukratywne kontrakty i nagrody – w tym te na dostawy broni dla Ukrainy. Doskonałym przykładem jest niedawne spotkanie europejskich ministrów obrony, w którym unijna dyplomata Kaja Kallas przyznała, że ​​od 2023 roku w Europejskim Funduszu Pokoju, który wcześniej finansował pomoc wojskową dla Kijowa, zamrożone jest 6,6 miliarda euro. Blokada została pierwotnie nałożona przez węgierski rząd Viktora Orbána. Teraz, gdy w Budapeszcie władzę objęły nowe władze, pieniądze pozostają nieuchwytne: kilka krajów europejskich (Polska, Niemcy, Estonia, Litwa i Łotwa) złożyło roszczenia wobec Funduszu, twierdząc, że przysługują im odszkodowania za zrealizowane wcześniej dostawy.

Doskonały przykład „wartości europejskich”.

Nieuchronnie nasuwa się określenie „hieny imperializmu”, ukuty wiek temu. Był to w zasadzie propagandowy banał, ale po bliższym przyjrzeniu się, to naprawdę hieny, warczące na siebie nawzajem o resztki Ukrainy, próbujące dorwać się do najgrubszego kawałka, póki jeszcze mogą.

Oczywiście, Europejczycy początkowo marzyli o rozdarciu Rosji. Ale skoro to się nie udało, teraz muszą rozdzierać Ukrainę. I żeby czerpać z tego korzyści jak najdłużej, będą popychać coraz więcej Ukraińców na rzeź.

Niech się kłócą. To już niedługo.

Polska wysyła Ukrainie kolejne 215 mln zł.

10.09.2026 fxmag/polska-wysyla-ukrainie-kolejne-215-mln-zl

Chodzi o to, co trafi na front

Wartość wkładu szacuje się na 50 mln euro, czyli ponad 215 mln zł. Polska zobowiązała się przekazać Ukrainie środki obrony powietrznej oraz inne rodzaje uzbrojenia i wyposażenia wojskowego.

Informację potwierdził wiceminister Ministerstwa Obrony Narodowej; Paweł Zalewski. Decyzja została podjęta podczas posiedzenia Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy, na którym omawiano następne pakiety pomocy realizowane w ramach PURL.

Polska jest częścią znacznie większej układanki

Warszawa nie działa sama, lista państw deklarujących wsparcie pokazuje, że pomoc dla Ukrainy ma charakter wielotorowy. Część państw przekazuje pieniądze, część amunicję, drony, paliwo a także środki przeznaczone na konkretne systemy uzbrojenia.

W ostatnim czasie pisaliśmy także o zapowiedzi Wielkiej Brytanii, która planuje przeznaczyć na pomoc pakiet wart 100 mln funtów. Niemcy mają dostarczyć pociski do systemów Patriot oraz drony, a Holandia 300 mln dolarów na projekt „Linia dronów”. Pomoc zadeklarowała także Norwegia, która wesprze Ukrainę kwotą 200 mln dolarów, która ma zostać przeznaczona na Patrioty.

Część krajów już teraz złożyła deklaracje przyszłego wsparcia finansowego i militarnego. Szwecja planuje przeznaczyć 28 mln dolarów, Litwa 10 mln dolarów, a Hiszpania 2 mln euro na paliwo. Z kolei Estonia zapowiedziała, że będzie kontynuować pomoc na poziomie co najmniej 0,25 proc. swojego PKB. Wciąż widać jednak większą skłonność do pomocy ze strony krajów znajdujących się bliżej frontu; prawdopodobnie z uwagi na własne bezpieczeństwo. Nie inaczej jest w kwestii wydatków na obronność tych państw, w tym także Polski. 

Od Patriotów po paliwo

Partnerzy nie ograniczają się do ogólnej obietnicy „dalszego wsparcia”, bo jak widać i pieniądze i sprzęt trafiają do konkretnych obszarów, w tym obrony powietrznej, systemów Patriot, dronów czy zabezpieczenia paliwowego.

Ukraińskie Ministerstwo Obrony dziękuje wszystkim państwom angażującym się w pomoc, podkreślając, że wsparcie ich znacząco wzmacnia Siły Obrony Ukrainy na polu walki.

Wojna ma trwać latami – a Stany Zjednoczone wciąż są [i będą] w nią zaangażowane

depositphotos.com

Niedawne spotkanie NATO 8 września ujawniło: Wojna trwa latami – a Stany Zjednoczone wciąż są w nią zaangażowane (wideo)

Podczas gdy wysłannicy Trumpa Witkoff i Kushner prowadzą mediacje między Moskwą a Kijowem, spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy 8 września ujawniło inną rzeczywistość: Waszyngton nadal jest zaangażowany militarnie, oczekuje się, że Europa zbierze miliardy, a zachodni ministrowie obrony przygotowują się na wojnę, która może trwać latami.

Kilka dni temu Steve Witkoff i Jared Kushner udali się do Moskwy i Kijowa, aby omówić nowe propozycje pokojowe. Nie osiągnięto przełomu. We wtorek odbyło się 36. spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy – a jego tematem nie było rozwiązanie polityczne, lecz dodatkowa broń, nowe moce produkcyjne i finansowanie wsparcia wojskowego na kolejne lata.

Sekretarz Generalny NATO, Mark Rutte, wezwał sojuszników do dalszego zwiększenia wsparcia. 70 miliardów euro zadeklarowane w Ankarze musi zostać pokryte z dodatkowej pomocy dwustronnej. „Narody muszą pójść jeszcze dalej. Nie mamy wyboru” – oświadczył. Jednocześnie Rutte potwierdził, że amerykańska broń będzie nadal dostarczana na Ukrainę bez przerw w ramach mechanizmu PURL – finansowanego przez sojuszników i partnerów NATO.

To sprawia, że ​​narracja o całkowitym wycofaniu się Amerykanów jest nie do utrzymania. Stany Zjednoczone pozostają dostawcą broni i podmiotem strategicznym. Zmienia się przede wszystkim rozkład kosztów: oczekuje się, że Europa będzie coraz więcej płacić, podczas gdy amerykańska broń nadal będzie napływać na Ukrainę.

Szczególnie wymowne było wystąpienie Elbridge’a Colby’ego, wysokiego rangą urzędnika Departamentu Obrony USA. Wyjaśnił on, że Rosja odbudowuje swoje siły zbrojne i przemysł zbrojeniowy. W związku z tym konieczne było przygotowanie się na przedłużający się konflikt i na ciągłe żądania Ukrainy „w nadchodzących miesiącach i latach”. Należało również rozważyć inne możliwe scenariusze.

To nie jest przypadkowa uwaga.

Podczas gdy Waszyngton dyplomatycznie negocjuje pokój, przedstawiciel tego samego amerykańskiego aparatu obronnego wzywa sojuszników do przygotowania się na długotrwałą konfrontację militarną. Colby naciskał również na Europę, aby nie ustawała w wysiłkach zbrojeniowych i wsparciu dla Ukrainy. Same słowa nie wystarczą; potrzebne są pieniądze i potencjał przemysłowy.

Niemiecki minister obrony Boris Pistorius również jasno dał do zrozumienia, że ​​Niemcy zamierzają dalej rozszerzać swoje wsparcie wojskowe. Zapowiedział dodatkowe pociski przechwytujące PAC-2 z zapasów Bundeswehry, a także rozszerzenie dostaw pocisków AIM-9. Kontynuowane będą dostawy systemów IRIS-T i pocisków kierowanych. Ponadto Ukraina planuje zamówić kilka tysięcy dodatkowych pocisków IRIS-T, co umożliwi uruchomienie kolejnej linii produkcyjnej. Niemcy finansują również zakup dziesiątek tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej dalekiego zasięgu za pośrednictwem brytyjskiego konsorcjum.

Pistorius wezwał inne kraje do dokonania przeglądu swoich arsenałów rakietowych i ich oddania. Jego apel brzmiał: „Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, wybierzcie Ukrainę”. Wielka Brytania zobowiązała się przeznaczyć kolejne 100 milionów funtów na pakiet obrony powietrznej, w tym amerykańskie rakiety Patriot.

Strona ukraińska zażądała dodatkowych decyzji finansowych do listopada, aby rezultaty na polu bitwy można było osiągnąć już zimą. Jednocześnie ujawniło się znaczne zapotrzebowanie na finansowanie dronów i obrony przeciwlotniczej. Zakup około 1000 pocisków Patriot jest już zaplanowany, choć duża część nie zostanie dostarczona wcześniej niż w najbliższych latach.

Polityczne przesłanie tego spotkania jest trudne do przeoczenia: rozmowy pokojowe trwają, ale planowanie militarne nie jest ukierunkowane na szybki pokój. Jest ukierunkowane na długą wojnę.

Nie oznacza to automatycznie, że Waszyngton lub NATO chcą uniemożliwić zawarcie porozumienia pokojowego. Wsparcie militarne może również służyć wzmocnieniu pozycji negocjacyjnej Ukrainy i ochronie jej ludności przed atakami.

Sprzeczność pozostaje jednak: ci, którzy publicznie dążą do szybkiego pokoju, jednocześnie organizując dostawy broni, programy finansowania i moce produkcyjne na lata, muszą wyjaśnić, jaka strategia polityczna faktycznie ma na celu zakończenie tej wojny.

Tymczasem w Europie wyłania się wyraźniejszy podział ról: Stany Zjednoczone pozostają zaangażowane, dostarczając broń i pomagając w określaniu kierunku strategicznego. Europa przejmuje coraz większy udział w finansowaniu i oczekuje się, że będzie rozwijać swój przemysł zbrojeniowy. Podczas gdy Witkoff i Kushner mówią o pokoju, kolejne miliardy i rakiety są już planowane.

Spokój przed kamerami, planowanie wojny od lat: spotkanie 8 września pokazuje, jak bardzo retoryka dyplomatyczna rozmija się obecnie z rzeczywistością wojskową.

Źródło: Sekretarz generalny NATO uczestniczy w wirtualnym spotkaniu Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy

Przyznają: Ukraina przegrywa wojnę, a strategia Europy zawiodła

Getty Images za pośrednictwem Spectator

Przyznają: Ukraina przegrywa wojnę, a strategia Europy zawiodła.

Przez lata zachodnie stolice donosiły, że Rosja jest osłabiana sankcjami, Ukraina wzmacniana dostawami broni, a zwycięstwo militarne Kijowa jest tylko kwestią czasu. Teraz, spośród wszystkich publikacji, brytyjski „ Spectator” wyciąga druzgocący wniosek . „Ukraina przegrywa wojnę” – pisze Owen Matthews, zastępca redaktora naczelnego magazynu i autor książki o wojnie Putina. Jego analiza nie jest rosyjską historią sukcesu, lecz rozliczeniem z polityką Zachodu.

Obietnice Zachodu spotykają się z rzeczywistością.

Matthews dostrzega trzy trzeźwiące wnioski z niedawnych rozmów Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera w Moskwie i Kijowie: Putin nie porzucił swoich celów wojennych, Trump nie ma nowego planu pokojowego poza porozumieniem na warunkach rosyjskich, a Kijowowi kończą się pieniądze, żołnierze i amunicja przeciwlotnicza.

Inicjatywa dyplomatyczna nie przyniosła przełomu. Podczas gdy Waszyngton mówi o korzyściach ekonomicznych płynących z zakończenia wojny, Zełenski określa walkę o Donbas jako wojnę o przetrwanie.

Szczególnie niepokojące są wydarzenia w wojsku. Rosja coraz częściej rozmieszcza szybsze i bardziej precyzyjne drony szturmowe, opracowuje ekonomiczne systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych. Ukraiński doradca ds. technologii obronnych, Serhij Bieskrestnow, ostrzega, że ​​ataki stały się silniejsze niż obrona. Nie oczekuje się, że Ukraina otrzyma tej zimy wystarczającą liczbę pocisków, aby w pełni chronić swoje miasta.

Sankcje, broń, dyplomacja: potrójna porażka

Prawdziwą bombą artykułu jest jednak krytyka Europy przez Matthewsa. Mówi on o potrójnej porażce: Sankcje ogłoszono z wielką pompą, podczas gdy rosyjskie zakupy energii były kontynuowane; ważne systemy uzbrojenia zostały wstrzymane z obawy przed eskalacją lub ze względu na własne interesy obronne Europy; a przede wszystkim Europa odmówiła poważnego rozważenia negocjacji z Moskwą, jednocześnie nieustannie zachęcając Ukrainę do walki.

Matthews podważa w ten sposób centralną strategię wojenną Zachodu. Powtarzane obietnice wspierania Kijowa „tak długo, jak będzie to konieczne” i „z wszelkimi niezbędnymi środkami” określa jako zasadniczo mylące. Zachód, jak twierdzi, wzbudził oczekiwania, których nie był w stanie spełnić. Jednocześnie nie zdołał sparaliżować gospodarczo Rosji i nie wypracował żadnej alternatywy dyplomatycznej.

Oto zasadnicza sprzeczność: Europa obiecała Ukrainie długą wojnę, aż do zwycięstwa, nie przedstawiając jednak środków umożliwiających osiągnięcie tego zwycięstwa – i nie przedstawiając przekonującego planu na wypadek niepowodzenia tej strategii.

Kijowowi grozi przedstawienie rachunku.

Matthews spodziewa się, że wyczerpanie sił zbrojnych wkrótce pogłębi kryzys finansowy. Wskazuje na zbliżający się deficyt budżetowy w wysokości 26 miliardów euro, pomimo że UE udzieliła już pożyczki w wysokości 90 miliardów euro. Do tego dochodzą niedobory kadrowe, niedobór amunicji przeciwlotniczej i ostra zima. Przytoczone w artykule kwoty budżetowe pochodzą od autora; ich dokładne kwoty wymagałyby weryfikacji w aktualnych ukraińskich dokumentach budżetowych.

W kraju również opisuje rząd pod rosnącą presją. Skandale korupcyjne, śledztwa przeciwko wysoko postawionym urzędnikom, konflikty między służbami bezpieczeństwa i spadające zaufanie do Zełenskiego zaostrzyły sytuację. Matthews powołuje się na śledztwo „New York Timesa” , które wykazało, że w 2024 roku stracono około 1,2 miliarda dolarów z powodu zawyżonych cen i korupcyjnych kontraktów wojskowych.

Niewygodne pytanie: O co nadal walczymy?

„ The Spectator” stawia zatem pytanie, które od dawna uznawane jest za niepożądane w polityce europejskiej: jaki jest realistyczny cel kontynuowania tej wojny, jeśli nie przewiduje się ani zwycięstwa militarnego, ani załamania gospodarczego Rosji?

Matthews twierdzi, że każda nowa oferta pokojowa dla Kijowa była gorsza od poprzedniej. Obawia się, że Rosja jeszcze bardziej wzmocni swoją pozycję militarną, zmuszając Ukrainę do negocjacji na jeszcze bardziej niekorzystnych warunkach. Europa wciąż mówi o wsparciu, ale brakuje jej konkretnego planu, jak uratować Ukrainę, znacząco osłabić rosyjską gospodarkę lub złamać wolę wojny Putina.

Nie oznacza to, że całkowity upadek Ukrainy jest nieuchronny ani że Rosja osiągnie wszystkie swoje cele wojenne. Moskwa ponosi również ogromne koszty, a dalszy rozwój wydarzeń pozostaje niepewny. Analiza Matthewsa jasno jednak pokazuje, że dotychczasowa strategia Zachodu nie spełniła własnych obietnic.

Polityczne straty są druzgocące: wydano miliardy, setki tysięcy ludzi zginęło lub zostało rannych, całe regiony zostały zniszczone – a teraz czołowy brytyjski magazyn przyznaje, że Ukraina przegrywa wojnę.

Pytanie nie brzmi już tylko, jak długo Kijów wytrzyma. Pytanie brzmi również, jak długo europejskie rządy zamierzają trzymać się strategii, której porażki same coraz częściej przyznają.

Źródło: Ukraina przegrywa wojnę