Bigos ukraińsko-polski

Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowała nas do tej pory wojna na Ukrainie

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Polska za czasów Mieszka I

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

To już nie tylko piąta kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

To już nie tylko 5 kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

Marucha w dniu 2026-09-24 marucha/to-juz-nie-tylko-5-kolumna-ale-oplatajaca-panstwo-osmiornica

Wiedzieliście Państwo, że oficjalnym doradcą Wojciecha Balczuna w Kolejach Ukraińskich (Ukrzaliznyci) była pani Олена Марчук? Znana szerzej jako Weronika Marczuk-Pazura, a obecnie jako Weronika Marczuk?

Ta sama pani, która rozpoczynała polską karierę w trójmiejskich klubach go-go będących pod kuratelą grupy niejakiego „Nikosia”?

No to już wiecie.

Im dłużej pochylam się nad dossier pana ministra, tym bardziej zastanawiam się, jak to jest, że Wojciech Balczun działa jak magnes na ludzi z szeroko pojętej ciemnej strefy, podejrzanych interesów i korupcyjnych układów.

Spójrzmy na ten wyjątkowy katalog znajomości i zbiegów okoliczności:

Jacek Dębski – minister sportu zastrzelony w gangsterskich porachunkach. Balczun zaczynał państwową karierę bezpośrednio u jego boku jako szef gabinetu politycznego.

Weronika Marczuk – dziennik „Fakt” pisał o niej w 2014 roku następująco: „Do Polski przyjechała, mając 20 lat. Wylądowała w Sopocie. Rano studiowała prawo, a po nocach tańczyła w trójmiejskich klubach «Amazonka», «GoGo Land», w hotelach «Posejdon» i «Marina» – lokalach opanowanych wówczas przez trójmiejską mafię. Za dodatkową opłatą rozbierała się na wieczorach kawalerskich”. Aferę z CBA i „łapówką” od „Agenta Tomka” celowo pomijam, ponieważ pani Weronika została uniewinniona. Jest tutaj jednak inny ciekawy wątek.

Portal https://znaj.ua/ w artykule o wielu nieprawidłowościach co do działalności Balczuna w ukraińskich kolejach podaje następującą informację:

„Po przybyciu na Ukrainę Wojciech powiedział, że nie zamierza przewozić żony i dziecka do Kijowa. Wynikało to z faktu, że podróż samolotem do nich zajmuje tylko godzinę. Menedżer przyjechał jednak ze swoją koleżanką Weroniką. Ukraińscy dziennikarze dowiedzieli się, że para mieszkała razem w Peczersku w drogim mieszkaniu.”

🤡 Portal nie doprecyzował czy chodzi o panią Weronikę Marczuk, ale zbieżność imion i czasu jest raczej jednoznaczna.

Orszak Balczuna – pan Wojciech nie przyjechał na Ukrainie pracować sam. Oprócz pani Weroniki przybyła wraz z nim cała świta „menadżerów” z Polski, którymi otaczał się wcześniej w rozmaitych spółkach. Wynikła z tego afera, w której padły oskarżenia o rozrzutność i defraudację środków. Na przykład w 2016 roku Balczun zamówił dla siebie i dwóch innych pracowników firmowe karty kredytowe. Mogli wydawać do 20 tysięcy hrywien dziennie. Środki te były przeznaczane na hotele, bilety, wyżywienie, udział w wydarzeniach kulturalnych. Jedną z tych osób był Remigiusz Paszkiewicz. Remigiusz Paszkiewicz jest od lutego 2026 roku…prezesem KGHM. Nie zgadniecie z czyjego nadania. Przypomną mi Państwo, która partia szła do ostatnich wyborów pod sztandarami walki z kolesiostwem i nepotyzmem?

Aha, niedługo później ci sami członkowie zarządu w UZ postanowili wypłacić sobie wynagrodzenie za czas przepracowany PRZED podpisaniem umowy. Koszt ich usług oszacowano na trzy miliony hrywien, a gdyby tego było mało, to Balczun miał zlecić wypłatę 150 tys. hrywien za dwugodzinną konsultację polskiemu ekspertowi Andrzejowi Kopciowi. Który swoją opinię o spółce sporządził… odręcznie. Kurtyna.

Bracia Dubnewycze (Jarosław i Bohdan) – ukraińska oligarchia grubego kalibru i posłowie, którzy zbudowali majątek na wielomiliardowych przetargach w Ukrzaliznyci. Za kadencji Balczuna w UZ ten układ trwał w najlepsze, a ludzie Dubnewyczów opanowali kluczowe stanowiska w spółce. Jarosław po utracie immunitetu i prokuratorskich zarzutach uciekł z kraju. Na pytania ukraińskich mediów o znajomość z braćmi Balczun odpowiedział, że zna, ale nie spotyka się. „Palę, ale się nie zaciągam”

Mykoła Niemcow – postać znana, wczoraj szerzej opisywana. Człowiek będący z ministrem Wojciechem na pograniczu zażyłej przyjaźni i relacji wręcz rodzinnych. Był szefem wydziału UBOZ (biura ds. walki z przestępczością zorganizowaną) w milicji obwodu czerniowieckiego, choć najpewniej jest ukadrowionym bezpieczniakiem, bo bez pleców w tajnych służbach nigdy by nie mógł piastować posady dyrektora w ukraińskich kolejach.

Portal Antikor przypisuje mu z tamtych lat krycie handlu narkotykami, nielegalnego alkoholu, przemytu i pobić aktywistów. Za Balczuna był dyrektorem bezpieczeństwa UZ i – według mediów śledczych – współorganizował masowy przemyt broni z Ukrainy do UE. Szlakiem kolejowym, ma się rozumieć

Anatolij Pałanijczuk – wiceszef ds. bezpieczeństwa Kolei Lwowskiej, opisywany jako architekt kanałów przerzutu przemycanych towarów do Unii Europejskiej.

Afera bursztynowa – biznes wydobywczy Balczuna na Ukrainie, gdzie jego wspólnikami zostali: pułkownik Niemcow (postać znana) oraz Jerzy Dominik K. – polski biznesmen zatrzymany przez CBA pod zarzutami udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i wyłudzeń VAT (co ujawnił TVN24 i „Newsweek”).

Bartłomiej Babuśka – kluczowa postać w cieniu Balczuna. Tam gdzie jeden, tam i drugi. Fundusz Górnośląski, Agencja Rozwoju Przemysłu, MAP, biznes na Ukrainie. Działacz tarnowskiej PO, za którego rządów w państwowej spółce Fabios S.A. doszło do akcji CBA i śledztwa krakowskiej prokuratury ws. działania na szkodę firmy, dziwnego spadku zysków przed prywatyzacją oraz umów ze znajomymi – w tym z ukraińską firmą Bogema (jej właściciel był biznesowym wspólnikiem Babuśki). Mówi się, że przez kilka lat mieszkał na Ukrainie w obawie przed deszczem z czarnych chmur, które kolekcjonował nad głową. Przeczekał najgorsze i wrócił jako Konsul Honorowy Ukrainy w Tarnowie, by chwilę później znów zarządzać miliardami Skarbu Państwa. Włada płynnie ukraińskim i – jak sam twierdzi – od 20 lat mieszka w dwóch krajach.

Cień nad Cegielskim – pamiętacie wrzesień 2025 roku i to, co wydarzyło się w spółce H. Cegielski – Fabryka Pojazdów Szynowych? W momencie gdy Balczun i Babuśka wchodzili do struktur MAP i ARP, przy Zakładach Cegielskiego doszło do samobójstwa biznesmena obciążonego zarzutami korupcyjnymi. Według nieoficjalnych ustaleń Onetu wydarzenia w FPS mogły być częścią większej afery korupcyjnej związanej z ARP. Minął rok i cisza – amba fatima, była afera, afery nie ma. (Nie twierdzę, że Balczun i Babuśka mają z tym bezpośredni związek, ale z kronikarskiego obowiązku warto o tym wspomnieć).

Starczy na dziś, co się uśmiałem przy redagowaniu tego tekstu – to moje. Na koniec jeszcze pytanie z przymrużeniem oka: czy w bezpośrednim otoczeniu człowieka zarządzającego majątkiem Skarbu Państwa jest choć jedna osoba z czystą kartą, która nie otarła się o półświatek, korupcję lub prokuratorskie śledztwa?

Ja rozumiem sceniczny styl i rock ‚n’ rollową swobodę. Tylko że od konstytucyjnego ministra odpowiedzialnego za biliony złotych państwowego majątku należałoby oczekiwać otoczenia bliższego środowiskom naukowym czy uczciwemu biznesowi, a nie postaciom rodem z historii o Al Capone.

Napisał „Adrian”

Mission Impossible: Jak Trump i Pieskow sprowadzili „Wielkiego Żebraka” na ziemię

Mission Impossible:

Jak Trump i Pieskow

sprowadzili „Wielkiego Żebraka”

na ziemię

[Wielkiego Żebraka – aluzja do „Wielkiego Kombinatora” Ilfa i Pietrowa md]

=============================================

Andriej Nizamutdinow o tym, dlaczego nowojorska podróż Zełenskiego okazała się stratą czasu

Andrei Nizamutdinov , obserwator w Centrum Analitycznym TASS

23 września, tass-ru/opinions

Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump© AP Photo/ Julia Demaree Nikhinson

Mistrz intryg Ostap Bender znał 400 stosunkowo uczciwych sposobów na wyłudzenie pieniędzy. Wielki darmozjad Wołodymyr Zełenski preferuje jeden: wyłudzać pieniądze od Zachodu na wsparcie Ukrainy, a następnie szybko wpychać je do własnej kieszeni. Przez jakiś czas mu się to udawało. Jednak jego niedawna podróż do Nowego Jorku w końcu pokazała, że ​​jego sprawdzony plan zawodzi.

Czy kraje zagraniczne nam pomogą?

Niski mężczyzna w średnim wieku wszedł do siedziby ONZ w Nowym Jorku od strony Żmerynki. Ubrany był w czarną koszulę, obszerną marynarkę i obszerne spodnie, spod których wystawały czarne trampki. Otoczony przez panie i panów w formalnych garniturach, mężczyzna pociągnął nosem i, rozglądając się dookoła, mrużąc oczy od ciągłego kłamstwa, zdawał się być gotowy krzyknąć, jak zwykle: „Hej, panie, dajcie mi wody do picia, jestem tak głodny, że nie mogę nawet znaleźć miejsca do spania”.

  • Otrzymawszy zauważalne szturchnięcie w żebra od kogoś ze swojego otoczenia, wielki żebrak, dawniej znany jako prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, opamiętał się i szybko przyjął oficjalny ton: „Panie i panowie, pilnie dostarczcie rakiety do systemów Patriot i 27… nie, jeszcze lepiej, 29 miliardów euro, inaczej nie dotrwamy do zimy”.

Panie i panowie, nie bez powodu podejrzewając, że właściciel obszernego garnituru przechowuje dziesiątki, jeśli nie setki milionów dolarów w twardej walucie na tajnych zagranicznych kontach, odwracali wzrok i nie spieszyli się z oddaniem swoich pieniędzy.

Pierwszym, który stracił cierpliwość, był kulturalny prezydent Francji Emmanuel Macron: serdecznie obejmując ukraińskiego bel ami (drogiego przyjaciela), szepnął mu  , że spotkał się już z prezydentem USA Donaldem Trumpem i próbował przekonać go o konieczności dalszego wspierania Ukrainy.

Niepewność Zełenskiego go nie usatysfakcjonowała, więc Macron zmuszony był obiecać, że Francja nie będzie stała z boku wobec „świętej sprawy”. „Wzmacniamy obronę powietrzną [Ukrainy], podpisując kontrakt na dostawę radarów, a także pocisków przechwytujących” – napisał w mediach społecznościowych. Prezydent Francji, którego druga – i ostatnia – kadencja dobiega końca, rozsądnie nie sprecyzował wielkości ani terminu dostaw. Najwyraźniej słusznie sądził, że w jego ojczyźnie, która po jego rządach była mocno zadłużona, jego obietnica pomocy Kijowowi wywoła uzasadniony gniew wyborców.

Jeśli uścisk z Macronem pozostawił po sobie niesmak, to spotkanie Zełenskiego z innym wpływowym patronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, było zupełnie inne. Bloomberg nazwał je „napiętym”, delikatnie mówiąc. Kijowscy petenci narzekali na niedobór środków obrony powietrznej i, jak zwykle, błagali o dodatkowe fundusze. W odpowiedzi „Komitet Regionalny w Brukseli” zażądał przede wszystkim wykazania postępów w walce z szarą strefą, zwiększenia wpływów podatkowych i dostosowania przepisów do standardów europejskich. Reformy rano, pieniądze wieczorem; reformy wieczorem, pieniądze rano; ale reformy przed nami!

Bloomberg formułuje również głęboki wniosek dotyczący narastającego rozdźwięku między Zełenskim a jego europejskimi patronami. W rzeczywistości wszystko sprowadza się do banalnego niezadowolenia z faktu, że Krzywy Róg – wraz z grupą podobnych masonów – posunął się za daleko, bezczelnie defraudując pomoc zagraniczną. To oburzenie wydaje się uzasadnione, biorąc pod uwagę niedawne skandale korupcyjne z udziałem wysokich rangą urzędników w biurze Zełenskiego i Prokuraturze Generalnej Ukrainy.

Usiądź i bądź cicho

Jednak punktem kulminacyjnym zagranicznej podróży kijowskiego wicekróla było ewidentnie nie uściski z Macronem i rozmowy z von der Leyen, lecz rozmowy z Trumpem. Ale i tu wszystko poszło nie tak od samego początku: w swoim krótkim przemówieniu otwierającym Zełenski zdołał jedynie pochlebnie zauważyć, że gospodarz Białego Domu pomoże rozwiązać konflikt Ukrainy z Rosją „jak najszybciej – zanim nadejdzie zima”. Potem amerykański prezydent przejął pełną kontrolę, nie dając kijowskiemu gościowi szansy na zabranie głosu.  

Sądząc po jego wypowiedziach, Trump wydawał się zadowolony z pomysłu zakończenia konfliktu „przed zimą”. Jednak późniejsze oświadczenia Amerykanina o gotowości do ponownego spotkania z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem i jego dyskusja na temat negatywnego wpływu ukraińskich strajków na rosyjskie firmy paliwowe i energetyczne, skutkującego wzrostem cen oleju napędowego, wywołały jawną irytację Zełenskiego.

Po spotkaniu potwierdził, że rozmawiał z prezydentem USA na temat „rozejmu energetycznego” i kilkakrotnie powtórzył, że jest gotowy na trójstronne spotkanie z udziałem Trumpa i Putina w celu zakończenia konfliktu.

Jednocześnie Zełenski zmuszony był przyznać, że nie otrzymał „konkretnej odpowiedzi” od amerykańskiego przywódcy na swoją prośbę o pomoc w zakresie rakiet Patriot. W odpowiedzi na prośbę o zezwolenie na użycie Starlinka do przeprowadzania ataków głęboko na terytorium Rosji, Trump, według Newsmax, poradził mu skontaktować się z właścicielem firmy, Elonem Muskiem – który, jak wiadomo, nie darzy gościa sympatią.

Misja niemożliwa

Wygląda na to, że misja Zełenskiego w Nowym Jorku zakończyła się fiaskiem: Kijów nie otrzymał ani pocisków, ani pieniędzy. Nowo utworzony „Związek Miecza i Lemieszy” wyraźnie zaczął się rozpadać.

Odnosząc się do możliwości spotkań na szczycie,  rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow udzielił jasnej i jednoznacznej odpowiedzi : „Organizowanie spotkania na szczycie przed zakończeniem prac na szczeblu ekspertów jest niewskazane — byłoby stratą czasu”.

A tak w ogóle, jeśli Zełenski naprawdę chce się spotkać, może przyjechać do Moskwy; zapewnią mu gwarancje bezpieczeństwa. „I on doskonale wie, jakie decyzje trzeba podjąć” – dodał Pieskow.

Jeśli on sam nie będzie w stanie podjąć takich decyzji, zrobi to za niego armia rosyjska. I właśnie to robi.

Zima, której tak bardzo obawiają się Kijów i Zachód, nadchodzi. Czas się spieszyć.

Nowa strategia Ukrainy: „Pilne zawieszenie broni” przed zimową burzą ogniową

Nowa strategia Ukrainy:

„Pilne zawieszenie broni”

przed zimową burzą ogniową

Symplicjusz simplicius/ukraines-new-strategy-urgent-ceasefire

Jak przewidywaliśmy w poprzednim artykule, spotkanie Trumpa z Zełenskim nie przyniosło niczego poza nową próbą zawieszenia broni, co jest niczym więcej niż tylko tymi samymi starymi, wyreżyserowanymi pogańskimi słowami.

Zełenski i jego sponsorzy rozpoczęli kampanię na rzecz zawieszenia broni z pełną mocą, a minister spraw zagranicznych Sybiha ogłosiła zamiar Ukrainy natychmiastowego zaprzestania wszelkich działań wojennych, w otoczeniu grupy zdenerwowanych przedstawicieli UE:

Could not load video.

Informacje z ostatniej wizyty Kushnera i Witkoff w Kijowie sugerowały, że na Zełenskiego wywierana jest coraz większa presja ze strony pachołków Trumpa, by wycofał AFU z Donbasu, aby spełnić główny warunek Putina dotyczący tego pożądanego zawieszenia broni. Zełenski jednak odmawia, prawdopodobnie dlatego, że byłoby to polityczne – a być może i materialne – samobójstwo.

Could not load video.

Zamiast tego Rosja rozpoczęła nową, systematyczną kampanię niszczenia ukraińskich kolei, w ramach której, według Politico, zniszczono dotychczas 40 lokomotyw miesięcznie:

https://www.politico.eu/article/rosja-uderza-w-pociągi-pasażerskie-i-niszczy-morale-gospodarki-ukrainy/

KIJÓW — Rosja coraz częściej atakuje ukraińskie pociągi pasażerskie za pomocą dronów napędzanych silnikiem odrzutowym, zagrażając sieci kolejowej mającej kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju, logistyki wojskowej i przepływu osób.

Strajki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw od rozpoczęcia pełnej inwazji w 2022 roku; ponad 60% z nich zostało uszkodzonych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Ukraińskie Koleje Państwowe tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.

Ministerstwo obrony Rosji potwierdziło ataki na pociągi, opisując je jako część strategii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni wykorzystywanej w działaniach wojennych Kijowa.

Zaledwie wczoraj wieczorem pojawiła się informacja, że ​​dworzec kolejowy w Kijowie, na który zazwyczaj przyjeżdżają delegacje zagraniczne, mógł zostać zaatakowany w kolejnym dużym ataku dronów.

Ale dlaczego te ataki zaczęły się nasilać dopiero teraz, pyta wiele osób. Według prezesa ukraińskiego urzędu kolejowego, dzieje się tak dlatego, że rosyjskie sieci mesh, będące ubogą wersją Starlinka, dopiero zaczynają się rozwijać:

Rosja rozpoczęła polowanie na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po uzyskaniu anten sieciowych, powiedział Piercowski. Technologia ta pozwala dronom na przesyłanie sygnałów między sobą lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami na Białorusi lub okupowanej Ukrainie, umożliwiając operatorom sterowanie nimi w czasie rzeczywistym, pomimo środków walki elektronicznej, i atakowanie ruchomych celów, takich jak pociągi.

W niedawnym wpisie czołowego proukraińskiego analityka zaprezentowano przybliżoną mapę tych stref siatki, których powstanie jest możliwe dzięki „powtarzaczom” sygnału:

Witalij@ M0nstas

Mapa zasięgu siatki 150 km.

Ostatnie trasy dronów wskazują na pewne oznaki, że Naddniestrze może również gościć repeatery.

18:27 · 23 września 2026 · 3,54 tys. wyświetleń


Krótkie wprowadzenie do kontekstu jest na miejscu, ponieważ wciąż widzę w internecie pytanie: Dlaczego Rosja potrzebuje odpowiednika „Starlink”, aby trafiać w cele w zachodnich regionach Ukrainy?

Rosja oczywiście ma pociski kierowane GPS, które mogą trafiać w cele w dowolnym zasięgu na Ukrainie. Problem polega na tym, że muszą to być cele statyczne, ponieważ pociski po prostu docierają do określonych współrzędnych GPS. Ale jak można trafić w ruchomy lub poruszający się cel, taki jak lokomotywa, skoro jego współrzędne GPS ulegną zmianie w momencie dotarcia pocisku? Dlatego potrzebne są informacje zwrotne w czasie rzeczywistym , które mogą być dostarczane wyłącznie za pośrednictwem łącza satelitarnego lub sieci mesh, która przekazuje obraz wideo z drona lub pocisku do kontrolera na terytorium sojuszniczym.

To głównie dlatego Rosja nie była w stanie przechwycić zachodniej granicy Ukrainy i zapobiec napływowi różnych transportów broni na Ukrainę. Wymaga to kontroli w czasie rzeczywistym, którą mogą zapewnić jedynie bezpośrednie łącza satelitarne, umożliwiające śledzenie poruszających się pojazdów z transmisją na żywo i ich zestrzelenie. Teraz, gdy rosyjski Starlink powoli zaczyna przynosić efekty, a sieć mesh również się rozrasta, te działania szybko stają się realną rzeczywistością w perspektywie średnioterminowej.

W tym celu Rosja po raz pierwszy zademonstrowała swój rodzimy naziemny terminal konsumencki Starlink podczas wyborów do Dumy kilka dni temu, zapewniając dostęp do Internetu w odległej syberyjskiej wiosce:

Could not load video.

Biuro 1440 przetestowało swój satelitarny system internetowy Rassvet w Arktyce… do zdalnego głosowania w wyborach do Dumy Państwowej.

Mały terminal użytkownika Biura 1440 został zainstalowany we wsi Nelmin-Nos w Nienieckim Okręgu Autonomicznym, łącząc się z satelitami na orbicie i zapewniając dostęp do internetu tabletowi przez Wi-Fi.

Pomijając zagadkowe połączenie z wyborami, jest to rzeczywisty dowód na to, że rosyjski odpowiednik Starlink działa, zapewniając satelitarny dostęp do internetu w odległych obszarach.Jesteśmy coraz bliżej wdrożenia tej łączności, początkowo w stałych lokalizacjach w tylnej kwaterze, a później bliżej linii frontu.Mały krok dla pojedynczego abonenta, ale wielki skok dla całego rosyjskiego systemu łączności.

Serhij Flash, czołowy ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki, opublikował nowy wpis, w którym apeluje o traktowanie sytuacji z Rassvet („Świt”) niezwykle poważnie i krytykuje tych, którzy lekceważą rosyjskie „porażki” w pierwszym teście tych satelitów. Wyjaśnia, że ​​Rosja jest potęgą kosmiczną i że rosyjska rakieta mogłaby wkrótce wynieść na orbitę całe konstelacje tych satelitów za jednym zamachem:

Przepisane, na wypadek gdyby powyższe było dla niektórych nieczytelne:

Widzę, że wielu uspokoiły niepowodzenia Rosji w umieszczeniu satelitów Rassvet na orbicie. Jestem pewien, że udoskonalą silniki i satelity osiągną pożądane orbity. Rosja jest potęgą kosmiczną i całkiem możliwe, że rakieta Angara „niespodziewanie” wyniesie na orbitę połowę konstelacji satelitów Rassvet jednym startem. To da wrogowi możliwość kontrolowania Szahedów i pocisków rakietowych online za pośrednictwem satelitów.

To będzie dla nas ogromny problem. Nie, to nawet nie jest problem, to będzie mała katastrofa.

Teraz mamy problem z EW vs. MESH. Przez rok nikt się tym nie zajął. Potem będzie tak samo z „Dawn” (Rassvet). Wszyscy będą zaskoczeni „jak to się stało”, ktoś zapyta, dlaczego Flash milczał. Ja nie milczę, tak jak było z MESH, tak z Dawn dosłownie krzyczę o zagrożeniu. Zanim pojawią się satelity Rassvet, musimy mieć już opracowany system walki elektronicznej. I nie tylko opracowany. Wszystkie kluczowe obiekty infrastrukturalne muszą JUŻ być objęte tym systemem walki elektronicznej. I muszę od razu powiedzieć, że to wszystko nie będzie tanie i szybkie.

W związku z powyższym, przypomnijmy, że Rosja od dawna rozwija rakietę Amur, która ma być wielostopniowym wzmacniaczem, podobnym do systemu Falcon firmy Space X. Właśnie dzisiaj szef rosyjskiego Roskosmosu, Dmitrij Bakanow, ogłosił, że przeprowadzono już dwa testy silników rakietowych:

https://www1.ru/news/2026/09/23/amur-spg-prosel-eshhe-odin-ognevoi-test-cto-proisxodit-s-rossiiskoi-mnogorazovoi-raketoi.html

W przypadku obiecującej rakiety wielokrotnego użytku „Amur-SPG” przeprowadzono już dwa udane testy wypalenia silnika.Poinformował o tym Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu, podczas spotkania z premierem Michaiłem Miszustinem.

„Obecnie pracujemy nad rakietą nośną „Amur” z powracającym pierwszym stopniem i udało nam się uruchomić dwa silniki, wykorzystując parę paliwową: gaz-gaz — skroplony gaz-tlen.

Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu

W 2025 roku stwierdził, że Rosja będzie potrzebowała ponad dwóch lat, aby rozpocząć poważne testy rakiety w warunkach rzeczywistych, w ramach których będzie ona wykonywać rzeczywiste „skoki”, czyli samodzielnie startować i lądować. Niektórzy twierdzą, że testy te są obecnie planowane na 2028 rok. Co prawda, nie jest to jeszcze tak szybko, ale gdy Rosja w pełni rozwinie tę technologię, umożliwi ona przyspieszenie masy satelitów Rassvet i dotarcie na orbitę.

Aby wyjaśnić, co powiedział Serhij Flash, Rosja do tej pory używała rakiet średniego nośności Sojuz 2.1b do wynoszenia na orbitę 16 satelitów Rassvet naraz. Sugeruje on, że Rosja mogłaby zamiast tego wykorzystać system Angara, który mógłby potencjalnie wystrzelić w kosmos nawet 40-60 takich satelitów naraz. Wąskim gardłem jest prawdopodobnie produkcja samych satelitów, ale nie mamy pewności, czy Rosja mogłaby nagle osiągnąć przełom w produkcji, który umożliwiłby masowe wystrzelenie tych satelitów po początkowym locie próbnym w tym roku.

Skoro mowa o rosyjskim rozwoju technologicznym, wspomnijmy również o tym, co dzieje się w dziedzinie obrony przed atakami ukraińskich dronów. Rosja rozpoczęła szeroko zakrojony projekt polegający na zabezpieczeniu rafinerii ropy naftowej różnego rodzaju strukturami obronnymi.

Poniżej znajdują się zdjęcia rafinerii, nad którymi rozłożono siatki oraz ustawiono wysokie stosy kontenerów transportowych w formie ścian przeciwpożarowych po obu stronach:

Nowe nagrania z bliska pokazują pracowników montujących siatki nad jedną z rafinerii:

Could not load video.

Kolejna interesująca aktualizacja dotyczy czołgów i broni pancernej. Większość skreśliła pojazdy pancerne ze względu na rozprzestrzenianie się dronów, ale ostatnio coraz więcej ukraińskich osobistości twierdzi, że rosyjskie czołgi stają się coraz trudniejsze do zniszczenia ze względu na postęp w dziedzinie zwalczania dronów.

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainski-dowodca-ostrzega-coraz-trudniej-zneutralizowac-rosyjskie-pojazdy-opancerzone

Dowódca Azowa, Prokopenko, mówił o tym w nowym wywiadzie. Jego jednostki bronią rejonu dolnego Kramatorska i przewiduje, że jesienią Rosja rozpocznie cięższe ataki zmechanizowane, których nie będzie łatwo powstrzymać z kilku powodów:

1. Rosja umiejętnie zmodernizowała swój pancerz do celów szturmowych, włączając w to aktywne systemy ochrony (jak ostatnio Arena-M), grille i klatki przeciwpancerne, systemy walki elektronicznej itp. Czołgi nie są już łatwe do zniszczenia i mogą wymagać [do zniszczenia] dziesiątek, jeśli nie setek dronów.

2. Rosja stawia na dokonywanie małych przełomów taktycznych, w ramach których jednostki pancerne wnikają na głębokość jednostek ukraińskich dronów, zmuszając je do rozproszenia, co pozwala rosyjskim piechocie zająć pozycje.

Could not load video.

Niedawno zademonstrowano to na przykładzie rosyjskiego czołgu T-90M, który według doniesień wytrzymał 40 ataków dronów w kierunku Dobropole:

Could not load video.

Historia czołgu T-90M o kryptonimie „Krepyisz”, który wytrzymał ponad 40 ataków dronów i kilka min magnetycznych podczas 12-kilometrowego marszu w kierunku Dobropole.

Urządzenia obserwacyjne i działo pojazdu zostały całkowicie unieruchomione, ale nie były w stanie go zniszczyć. Ostatecznie dron „Baba Jaga” zrzucił na czołg gaz łzawiący, zmuszając załogę do ewakuacji. Załodze czołgu udało się uciec do starego okopu, z którego szli przez kilka dni, aby dotrzeć do własnych pozycji. Załoga została odznaczona Orderem Odwagi.

Takie incydenty nie są już odosobnione – nowoczesne, kombinowane systemy przeciwdronowe znacznie zwiększają przeżywalność pojazdów bojowych w starciu z dronami kamikaze z niewielkim ładunkiem. Przykładowo, polska publikacja Defence24.pl, powołując się na słowa dowódcy I Korpusu Gwardii Narodowej Denisa Prokopenko, podaje, że do zatrzymania 2-3 rosyjskich czołgów potrzebnych było około 125 dronów.

A teraz krótka aktualizacja z pola bitwy. Wielu wspominało o niedawnym „upadku” rosyjskiej kontroli nad obszarem Lyman, a niektórzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie.

Prawdą jest, że siły rosyjskie zostały wyparte z rejonu Swiatogorska w ramach długotrwałej serii ukraińskich kontrataków, które zostały ujawnione jako duża, trwająca operacja, którą czołowy ukraiński uczestnik, 3. Korpus Armijny, nazwał „Operacją Vivaldi” . Nawet będąc siłą częściowo pokonaną, Ukraina wciąż jest w stanie od czasu do czasu zmobilizować niewielkie oddziały elitarnych jednostek, które mogą przytłoczyć słabiej wyposażone/przygotowane siły rosyjskie w wybranych obszarach, szczególnie w „uśpionych” i mniej znaczących obszarach mapy.

W tym przypadku główną odpowiedzialność ponosił ukraiński 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biletskiego. Sam Biletski przyznał, że celem było jedynie zapewnienie jednostkom Armii Ukraińskiej lepszych pozycji obronnych:

Could not load video.

Krótko mówiąc, potwierdza to, że jednostki AFU w tym sektorze nie mają wystarczającej liczby ludzi, aby przełożyć swoje sukcesy na coś długofalowego, lecz raczej koncentrują się na blokowaniu postępów Rosji i ulepszaniu własnych linii obronnych.

Na praktycznie każdym innym froncie jednostki rosyjskie posuwały się naprzód. Nawet pod koniec 1944 i na początku 1945 roku Wehrmachtowi udawało się od czasu do czasu odnieść zaskakujący sukces, jak na przykład w początkowej fazie bitwy o Ardeny i w innych miejscach. To, że jedna ze stron przegrywa, nie oznacza, że ​​nie jest w stanie zaskoczyć przeciwnika, ale nie należy tego interpretować jako czegoś więcej niż tylko incydentu na tle załamujących się linii na pozostałych 90% sektorów działań wojennych.

W szczególności siły rosyjskie posuwają się naprzód zarówno w południowej, jak i wschodniej części Kramatorska, gdzie można zaobserwować, jak powoli kształtuje się kocioł:

Na wschodnim krańcu jednostki rosyjskie znajdują się zaledwie 4 km od samego Kramatorska, w zasadzie w zasięgu moździerzy:

Największe postępy odnotowano jednak w kierunku południowym, w kierunku Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie przebijały się przez Oriechow, otaczając go z obu stron:

Przyjrzyjmy się bliżej:

Dla porównania, tak to wyglądało w aktualizacji z 21 sierpnia :

Można wyraźnie zobaczyć, że cały kocioł uległ już niemal całkowitemu zawaleniu, dzieląc się na dwie małe części, które prawdopodobnie wkrótce się zawalą.

Drugim ważnym obszarem, na którym Rosjanie intensywnie atakują, jest sektor Dobropole. Tutaj możemy zobaczyć porównanie z innym zdjęciem z tego samego serwisu Sitrep z 21 sierpnia.

Oto aktualizacja z 21 sierpnia:

A dziś:

Na osi Dobropolskiej walki toczyły się w rejonie Nowego Donbasu, Bielickiego, Nowogriszyno, Wodyanskoje, Mołodeckoje, Murawka, Mirnoje, Siergiejewka, Nowopodgórnoje i Nowopawłowka. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło nowe okrążenie:

Jednostki grupy wojsk „Centrum”, w wyniku aktywnych i zdecydowanych działań, zakończyły okrążenie dużego węzła obronnego Sił Zbrojnych Ukrainy w mieście Dobropole w Donieckiej Republice Ludowej i kontynuują ofensywę w kierunku Aleksandrowki. Okrążone zostały jednostki 4. i 15. brygady Gwardii Narodowej Ukrainy oraz 425. batalionu szturmowego „Skała”.

W tej problematycznej części miasta postęp nie jest aż tak zauważalny, ale widać, jak powoli okrąża ono miasto.

—

Kilka ostatnich pozycji. Szef ukraińskiego związku konsumentów usług komunalnych ostrzega, że ​​ta zima może być ostatnią dla Ukrainy:

Could not load video.

Ukraina może nie podnieść się po nadchodzącej zimie, jeśli rosyjskie ataki będą kontynuowane – ukraińscy eksperci

▪️Szef Związku Odbiorców Usług Komunalnych stwierdził, że przygotowania do sezonu grzewczego zawiodły: brakuje pieniędzy, budynki mieszkalne nie są wyposażone w zasilanie awaryjne, a sektor prywatny, według niego, jest praktycznie nieprzygotowany.
▪️Popenko ostrzegł, że dalsze strajki w infrastrukturze mogą doprowadzić do konsekwencji, na które Ukraina nie będzie miała środków.
➖ „Następna zima będzie, jeśli nie ostatnią, to taką, która może doprowadzić do nieodwracalnych procesów. Nie będziemy w stanie się podnieść” – stwierdził.

—

Podczas dzisiejszej sesji ONZ Ławrow po raz kolejny powtórzył, że Rosja – po tym, jak wyciągnęła „gorzki wniosek” – nie będzie już dłużej rozważać żadnego zawieszenia broni na czas negocjacji, jakie obecnie oferuje Zachód:

Could not load video.

—

W chwili pisania tego tekstu Kijów ponownie jest celem ataków rakietowych, a według wstępnych doniesień konkretnie rakiet typu Zircon. Jednym z celów miała być elektrownia miejska:

Could not load video.

Na podstawie nagrań wynika, że ​​jedna z elektrowni TETS-5/6 prawdopodobnie została uszkodzona. Raporty wskazują, że niektóre obszary zostały odcięte od zasilania.

Narracje wojenne

Narracje wojenne

Prof. Stanisław Bieleń

Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.

Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter fatamorganiczny, a przewidywane zyski  nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak i amerykańsko-irańskim)  dowodzi niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna wartość  wojen w osiąganiu spektakularnych zwycięstw.

Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji” czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać  najlepiej na przykładzie polskiej sceny politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie wartościowe rozwiązanie.

Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia. Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że  zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie charakteru działań bojowych.

Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej, precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.

Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi militarnej – znalazły się w impasie.  Na wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować  walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.

Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją  odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów dolarów, trwająca  już piąty rok wojna na wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji.  Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.

Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności.

W ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i exodusie Ormian?

Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu zagrożenia ze strony rywali.

Strategia zastraszenia

Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód. Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi. Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali, ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych, a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich wahających się.

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych standardów  moralnych. W tym samym czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”,  nie są w stanie potępić i zablokować ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy  w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.

USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej. Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie nie wycofuje się z wyłącznej  i misyjnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym wydarzeniom.

Wojny prewencyjne

To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu. Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne. Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu, uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.

Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte państwo  pokazało odporność na ataki. USA nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.

Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew  dorobkowi prawa międzynarodowego, zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in.  USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”,  przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i nieposłusznych.

System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek ze swoich ambitnych celów politycznych.

Rosja i wojna prewencyjna

W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.

W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit, że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży. Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie światowej.

W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie, która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne” rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie  państwa w stanie konfliktu do struktur zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania przejściowego, ale  ideologizacja stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.

Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć. Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich popleczników  nie były skore do dyskusji kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę. Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny gruzińskiej  w 2008 roku, która również miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej akcesji do NATO.

To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe. Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem  syndromu wrogości wobec NATO.

Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga, podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą na nowych technologiach cyfrowych.

Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.

Narracja Ukrainy i Izraela

Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia  zamachów terrorystycznych i ataków rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych, mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się  fundamentem narracji moralnej w języku „kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji”, Kraków 2025).

Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami.  Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby wodne w Syrii.

Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i grupy nacisku.

Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ „mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.

Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca demokracji, wobec Europejczyków jako  strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.

Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami egzystencji? Nie pomoże wzmacnianie kontroli nad debatą publiczną, gdy maleje wiarygodność przywództwa w obliczu skandali korupcyjnych. Utożsamianie wizerunku państwa z wizerunkiem  przywódcy zawsze grozi narastaniem rozczarowań w kręgach rządzących i medialnych, gdy spada jego popularność jako głównego „świadka oporu” w społeczeństwie i za granicą.

Każda z zarysowanych w skrócie narracji wojennych pokazuje instrumentalizację wojny w realizacji interesów przywołanych państw. Dramat dzisiejszej odsłony dziejów polega na tym, że zarówno władze, jak i szerokie odłamy społeczeństw są przekonane, że nie mogą się obejść bez używania siły. Dopóki będą inwestować w swój potencjał militarny i doskonalić zarządzanie strachem, dopóty atrakcyjność wojen będzie rosła, niezależnie od ich niszczycielskich skutków.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

Cynicy czy szaleńcy?

Engelgard: Cynicy czy szaleńcy?

„Apeluje do wszelkiej maści polityków i generałów, i pożal się Boże ekspertów, aby otworzyli swoje betonowe łby i zapamiętali, że są oni sługami narodu, którzy mają zapewnić społeczeństwu pokojowy rozwój i przetrwanie narodu! Polska – społeczeństwo i naród nie szuka wojny, lecz polscy politykierzy i generały, którzy swym rozwoju są na poziomie dowódcy plutonu, jak opryszki na wiejskiej zabawie, wydzierając się na wszystkie strony świata, że polska armia, pokona Rosję, wojny z nią szukają!” – napisał gen. Leon Komornicki, jeden z niewielu myślących rozsądnie.

Jego koledzy po fachu codziennie plotą bzdury, wymachują szabelką, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tabunowi nieodpowiedzialnych polityków, na czele których stoi Donald Tusk.
Jeśli ktoś w 2023 roku miał nadzieję, że po szaleństwach rządów Mateusza Morawieckiego i PiS-u, zapanuje zdrowy rozsądek, a polityka zagraniczna, w tym polityka wobec wojny na Ukrainie – zracjonalizuje się, ten się srodze zawiódł.

Donald Tusk wszedł właśnie na wysokie obroty agresywnej retoryki wojennej, straszy codziennie swój naród wojną, rzuca gromy na „wrogów”, którzy nie są skłonni podzielać jego histerii. Najpierw zastraszył swoich koalicjantów zapowiadając już na początku istnienia tej koalicji, że wypali gorącym żelazem tych, którzy poddadzą w wątpliwość politykę bezkrytycznego stania po stronie Ukrainy do końca. No i zastraszył, czego przykładem jest degradacja PSL-u, kiedyś partii rozsądku i umiaru, a obecnie ustami swojego lidera wpisującej się w chór najbardziej skrajnych podżegaczy wojennych.
Ale tego było Tuskowi za mało – zabrał się za opozycję. Uznaje ją za zdrajców i zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, grozi, żeby nie ważyła się „szczuć na Unię Europejską”. Posunął się nawet do tego, że powołał się na raport CIA, w którym ponoć ostrzegano Polskę przed zbliżającymi się rosyjskimi prowokacjami, a nawet atakiem. Okazało się szybko, że nikt tego raportu nie czytał i nie zna – łącznie z szefem MON.

Nawet propisowski i rusofobiczny portal wpolityce musiał zauważyć: „To już kolejne takie przypadki, kiedy Tusk straszy wojną. Przypomnijmy także, że szef rządu już w kwietniu udzielił wywiadu m.in. brytyjskiemu „Financial Times”, w którym podważał sojusz polsko-amerykański, współpracę w ramach NATO i straszył atakiem ze strony Rosji, przekonując, że może zaatakować członka NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”.
Czemu to wszystko ma służyć? Są dwie wersje odpowiedzi. Jedna – „racjonalna”. Donald Tusk, podobnie jak liderzy Unii Europejskiej, cynicznie wykorzystują wojnę na Ukrainie do ratowania projektu integracji europejskiej w kierunku budowy w trybie przyspieszonym superpaństwa. Paramafijne metody rządów Ursuli von der Leyen są aż nadto widoczne. To ona i skupiona wokół niej kamaryla podżegaczy wojennych – zarządzą strachem i przy okazji realizuje swoje utopijne projekty. Jest też drugie wytłumaczenie – Donald Tusk jest w stanie psychicznej zapaści, boi się utraty władzy, i jest gotów na wszystko, aby temu zapobiec. Histeria wojenna może być wstępem do wprowadzenia stanu wyjątkowego i odłożenia wyborów. Obojętnie która z tych wersji jest bliższa prawdy – jako naród znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji.


Jan Engelgard
fot. KPRM (profil fb)
Myśl Polska, nr 39-40 (26.09-4.10.2026)

Czy Ukraina zamierza przy pomocy Izraela przeprowadzić ataki pod fałszywą flagą na jeden lub kilka krajów NATO

…dał wczoraj w komentarzach następujący wpis:


INFO: maurizioblondet.it/israele-aiuta-zelenski-a-scatenare-lart-5/„

„Uczta Baltazara
21 settembre 2026 alle 19:02


Izrael pomoże Zełenskiemu w uruchomieniu art. 5 NATO?

W mediach społecznościowych krążą pogłoski, że Ukraina zamierza przy pomocy Izraela przeprowadzić ataki pod fałszywą flagą na jeden lub kilka krajów NATO. Do tego celu mógłby zostać wykorzystany sprzęt, który niedawno załadowano na ukraiński samolot An-124 na lotnisku Ben Guriona (Tel Awiw/Izrael).

Niemożliwe jest rozpoznanie rodzaju sprzętu wojskowego załadowanego na ciężarówki, ale mogą to być repliki lub skradziona broń rosyjska.

Wyjaśniałoby to w każdym razie słowa dziennikarza bliskiego Zełenskiemu, który w tajemniczy sposób mówi o jakimś militarnym wypadku, który wkrótce „da skrzydła” Ukrainie. (patrz poniżej)

***
«Bądźcie gotowi! Wygląda na to, że coś może się wydarzyć z godziny na godzinę». „Mówiąc dosłownie, w ciągu kilku dni wydarzy się coś, co da Ukrainie wielką nadzieję” — powiedział w ukraińskiej telewizji Dmytro Gordon, dziennikarz blisko związany z Zełenskim.

„Nie mogę powiedzieć, o co chodzi — to tajemnica wojskowa. Wiem jednak, że w najbliższych dniach wydarzy się coś, co doda skrzydeł narodowi”

Nikt nie wie, co to dokładnie oznacza, istnieje bowiem wiele możliwości. Od operacji pod fałszywą flagą, która uruchomi artykuł 5 traktatu NATO, przez specjalne dostawy broni, aż po otwarte wypowiedzenie wojny przez NATO. «Bądź gotowy!»

https://x.com/Your_Tweety/status


INFO: maurizioblondet.it/israele-aiuta-zelenski-a-scatenare-lart-5/„

Minister Tuska podważa historię Polski. Chce się przypodobać Ukrainie

Minister Tuska podważa historię Polski. Chce się przypodobać Ukrainie

magnapolonia/minister-tuska-podwaza-historie-polski-chce-sie-przypodobac-ukrainie

Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.

Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres demokracji szlacheckiej, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?

Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiednikiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.

Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.

W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.

Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.

Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf [„wilkołak”] , walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Doszłoby nie tylko do rehabilitacji tej konkretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.

Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukro-amokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!

Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.

Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.

Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.

Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.

Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?

Polecamy również: Ukraińcy twierdzą, że uratowali Polskę w 1920 roku

Polacy znów sługami reżimu ukraińskiego

Polacy znów sługami narodu ukraińskiego

magnapolonia/polacy-znow-slugami-narodu-ukrainskiego

W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.

Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.

Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny: (…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].

W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].

O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.

Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.

Źródła:

[1] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32985046,zurek-zlozyl-ukraincom-nietypowe-zyczenia-zeby-zaden-polak.html

[2] https://kresy.pl/wydarzenia/pracownik-mzk-mial-zniewazac-ukrainskie-dziewczynki-w-autobusie-policja-zatrzymala-mezczyzne/

[3] https://www.gov.pl/web/po-bielsko-biala/dochodzenie-w-sprawie-pobicia-na-ul-broniewskiego-w-bielsku-bialej

[4] https://www.radiomaryja.pl/informacje/wroclaw-18-letni-ukrainiec-probowal-zabic-polke/

[5] https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art44925761-wojna-w-polsce-sondaz-co-czwarty-polak-bronilby-kraju-co-dziesiaty-zdecydowanie-ucieka

Kierwiński przejęty. MEM-y IV.

———————————————-

—————

——————-

————————————–

—————————————

———————————-

————————————-

————————–

—————————————-

———————————–

————————————–

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

wpisał: AlterCabrio, 20 września 2026

W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa..

◊

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem?

Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl

W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:

– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?

NATO, korupcja i neonazizm są istotą i wrogami Ukrainy

NATO, korupcja i neonazizm są wrogami Ukrainy

19.09.2026 wolnemedia/nato-korupcja-i-neonazizm-sa-wrogami-ukrainy

Według byłej rzeczniczki prasowej Wołodymyra Zełenskiego, to on i jego kijowski reżim są największymi przeszkodami dla pokoju.

Afera ta powinna się stać głośnym tematem medialnym w tym tygodniu, lecz tak się nie stało. Byłej rzeczniczce prasowej ukraińskiego prezydenta uniemożliwiono wystąpienie przed Parlamentem Europejskim. Dlaczego? Ponieważ Julia Mendel planowała przedstawić druzgocące informacje na temat wszechobecnej korupcji w reżimie Zełenskiego oraz procederów, dzięki którym wspierana przez NATO wojna w jej kraju stała się sposobem na czerpanie zysków.

Cóż za ironia, że takie świadectwo nie może zostać przedstawione publicznie w miejscu uchodzącym za ostoję europejskiej demokracji i wartości. Świadczy to o tym, że wolność słowa nie obowiązuje, jeśli podważa oficjalną narrację. Jedyną dopuszczalną wersją pozostaje ta, wedle której Ukraina jest wzorową demokracją dążącą do członkostwa w Unii Europejskiej i w NATO, której plany krzyżuje rosyjska agresja.

Jakże kruchy musi być ten obraz, skoro każdy, kto prezentuje odmienny punkt widzenia i fakty, jest bezceremonialnie kneblowany i szkalowany jako rosyjski propagandysta! Co znamienne, prawie żadne zachodnie media nie poinformowały o tym fiasku.

Julia Mendel pełniła funkcję osobistej doradczyni Zełenskiego do spraw mediów w latach 2019–2021, kiedy to zrezygnowała ze stanowiska, rozczarowana jego skorumpowaniem. Z bliska obserwowała zakulisowe machinacje, maniakalne zachowania prezydenta i jego otoczenia oraz jego pogardę dla demokracji. Swoje świadectwo traktuje jako moralny obowiązek – chce powiedzieć rodakom i reszcie świata, kim naprawdę jest jej były szef.

Opisuje go jako oszusta o skłonnościach psychopatycznych, któremu los Ukraińców jest całkowicie obojętny. Jedyne, co go interesuje, to utrzymanie się u władzy tak długo, jak to możliwe, i wzbogacenie się na miliardach dolarów z pieniędzy zachodnich podatników, które płyną do jego reżimu.

Zełenski i jego kijowski reżim to największe przeszkody na drodze do pokoju – twierdzi Mendel, która po tym, jak nie wpuszczono jej do Parlamentu Europejskiego, udzieliła wywiadu tygodnikowi „Weltwoche”. Jak zauważa, korupcja na Ukrainie jest nieodłącznie związana z prowadzeniem wojny. Właśnie dlatego reżim w Kijowie blokuje wszelkie wysiłki dyplomatyczne mające na celu zakończenie tego konfliktu, trwającego już niemal pięć lat.

Każdy, kto sprzeciwia się wojnie i wzywa do dyplomacji, naraża się na sankcje, więzienie lub wysłanie na linię frontu, gdzie czeka go śmierć. Zełenski stoi na czele junty wojskowej – przez Zachód nazywanej demokracją – z ramienia której siepacze wyłapują ludzi na ulicach, by wcielić ich do armii. Aby uniknąć trafienia do tej maszynki do mięsa, trzeba zapłacić łapówkę sięgającą nawet 20 tysięcy dolarów.

O Mendel zrobiło się głośno, gdy w maju tego roku udzieliła wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi Tuckerowi Carlsonowi. Opisała w nim Zełenskiego jako uzależnionego od narkotyków dyktatora o chwiejnej równowadze emocjonalnej – cechach, które ukrywa dzięki umiejętnościom aktorskim wyniesionym z wcześniejszej kariery w branży rozrywkowej. Zachodni politycy i media biorą ochoczo udział w tej farsie, kreując go na bohatera wojennego na miarę Churchilla.

Ten miraż to jednak nikczemny szwindel, którego ofiarami padają zachodni podatnicy oraz długo cierpiący naród ukraiński. Za ujawnienie prawdy o swoim byłym szefie Mendel trafiła na wspieraną przez ukraińskie władze czarną listę serwisu „Mirotworec” jako rosyjska propagandystka. Portal ten zyskał ponurą sławę listy śmierci, gdyż zamordowano kilka osób figurujących w jego rejestrze.

Mendel twierdzi, że zachodnie koncerny medialne, takie jak Meta (właściciel Facebooka), uniemożliwiają jej kierowanie publicznych przekazów do rodaków. Na początku tego tygodnia – zaledwie kilka dni przed planowanym wystąpieniem w Parlamencie Europejskim – reżim Zełenskiego ogłosił nałożenie sankcji na Mendel. Nie ma ona dostępu do swoich ukraińskich aktywów i nie może wrócić do kraju w obawie o własne życie. Boi się, że jej rodzina na Ukrainie może paść ofiarą prześladowań lub zostać wysłana na linię frontu w ramach odwetu za jej rzekomą zdradę.

Decyzję o zablokowaniu jej wystąpienia przed zgromadzeniem w Strasburgu podjęła prawdopodobnie przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola. Metsola – podobnie jak inni czołowi unijni politycy, tacy jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen czy przewodniczący Rady Europejskiej António Costa – jest zagorzałą zwolenniczką Ukrainy i orędowniczką przekazywania miliardów w ramach pomocy dla tamtejszego reżimu.

Mendel jawi się jako osoba uczciwa, kierująca się zasadami moralnymi i autentycznie niezależna. Kategorycznie odrzuca zarzut, jakoby była prorosyjska. W wywiadach udzielonych Carlsonowi i „Weltwoche” wypowiada się bardzo krytycznie o Rosji, potępiając to, co nazywa okrutną inwazją na swój kraj. Wydaje się, że jej główną troską jest zakończenie niszczącej jej ojczyznę wojny. Jest to jednak niemożliwe, ponieważ reżim Zełenskiego oraz wspierające go europejskie państwa NATO są zainteresowane jej kontynuacją.

Korupcja kijowskiego reżimu jest nierozerwalnie związana z paranoją rusofobii, która powszechnie panuje wśród europejskich elit. Pogląd ten znalazł w tym tygodniu potwierdzenie w wypowiedziach dwóch innych wiarygodnych ekspertów. Podobnie jak w przypadku Mendel, osoby te są ignorowane przez zachodnie media.
Głos ekspertów: korupcja, neonazizm i geopolityka

Profesor Iwan Kaczanowski z Uniwersytetu w Ottawie udzielił wywiadu Lenie Petrowej, w którym omówił wszechobecną korupcję oraz neonazistowski charakter kijowskiego reżimu. Przełomowe badania Kaczanowskiego ujawniły, że masakra na Majdanie – podczas której w lutym 2014 roku zamordowano w Kijowie ponad 100 demonstrantów i funkcjonariuszy policji – była operacją typu fałszywa flaga (false flag), przeprowadzoną przez środowiska neonazistowskie i ich mocodawców z NATO, co doprowadziło do przewrotu rządowego.

Zamach stanu umożliwił przejęcie władzy w państwie i kontroli nad siłami bezpieczeństwa przez ugrupowania faszystowskie, co z kolei doprowadziło do konfliktu z Rosją w 2022 roku. Zełenski, który z pochodzenia jest Żydem, paradoksalnie opiera swoje polityczne przetrwanie oraz utrzymanie wszechobecnej w reżimie korupcji na współpracy z siłami neonazistowskimi.

Pochodzący z Ukrainy prof. Kaczanowski zwraca uwagę, że wielu ministrów, doradców i wysokich rangą urzędników wymiaru sprawiedliwości z otoczenia Zełenskiego musiało ustąpić ze stanowisk lub uciec z kraju w wyniku ciągłych skandali korupcyjnych. Trudno uwierzyć, by sam Zełenski nie był głęboko uwikłany w te przestępcze procedery. Korupcja, wojna i neonazizm są ze sobą ściśle powiązane w następstwie mieszania się NATO w sprawy tego kraju od momentu uzyskania przez niego niepodległości po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku.

Kolejnym potwierdzeniem tej tezy są spostrzeżenia wybitnego amerykańskiego badacza, profesora Johna Mearsheimera. W tym tygodniu przedstawił on szczegółową relację ze swojej niedawnej wizyty w Rosji, podczas której spotkał się z wysokimi rangą przedstawicielami władz, decydentami politycznymi i dyplomatami.

Mearsheimer stwierdził – co dla niektórych może być zaskoczeniem – że w trakcie licznych rozmów nie dostrzegł u swoich rosyjskich rozmówców, ani nawet u zwykłych Rosjan, głębokiej wrogości wobec Ukrainy czy narodu ukraińskiego. Wielu spotkanych przez niego Rosjan ma rodzinę na Ukrainie i łączy ich wspólne dziedzictwo kulturowe.

Mearsheimer upatruje przyczyn tragicznego losu Ukrainy i zerwania jej historycznych więzi z Rosją w polityce NATO, dążącego do włączenia tego nowo niepodległego państwa do sojuszu wojskowego pod wodzą USA, co zapoczątkowano deklaracją bukareszteńską w 2008 roku. Polityka ta sprawiła, że oba kraje znalazły się na kursie kolizyjnym, co ostatecznie doprowadziło do wybuchu konfliktu w Donbasie w 2022 roku. Szerszym celem Zachodu było wykorzystanie Ukrainy jako narzędzia zastępczego do prowadzenia wojny i destabilizacji Rosji, a krótko mówiąc – doprowadzenia do jej strategicznej klęski.

W dążeniu do tego imperialistycznego celu Ukraina została zainfekowana neonazizmem i korupcją, a także popadła w stan faktycznej dyktatury pod rządami nadużywającego narkotyków błazna, który bezwzględnie tłumi wszelką opozycję. Miliony ludzi zostały przesiedlone, zabite lub okaleczone, a społeczeństwo i gospodarka popadły w ruinę.

Zachodni ideolodzy i kontrolowane przez nich media nie dopuszczają jednak do głosu tej prawdy. Trwają przy swoich rusofobicznych fantazjach, ignorując zniszczenia, cierpienie oraz bardzo realne ryzyko wybuchu wojny totalnej w Europie. Zachodnie elity są gotowe przymknąć oko na wszelkie zło, byle tylko pokonać Rosję. Ukraina została zrujnowana przez dążenie Zachodu do realizacji jego imperialistycznych planów. A mimo to w tym przerażającym, zbrodniczym przedsięwzięciu rolę czarnego charakteru uporczywie przypisuje się rzekomo agresywnej Rosji.

Tłumaczenie: Pesymista
Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Źródło polskie: WolneMedia.net

Od tłumacza

Zarówno oficjalne media, jak i większość komentatorów pomijają teoretyczną podstawę zachodniej – czyli w praktyce amerykańskiej – polityki międzynarodowej, jaką jest „Wielka szachownica” Zbigniewa Brzezińskiego. Według tej koncepcji geostrategiczne sworznie mają decydujące znaczenie dla dominacji nad globem, a takimi punktami są właśnie Ukraina i Iran. Życie i realia wydają się obecnie decydującym dowodem na realizację założeń tej teorii przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich wasalów, co tłumaczy nonsensowne z pozoru i ryzykowne przeznaczanie kolosalnych środków na tamtejsze wojny.

Kiedy i dlaczego AI kłamie. O „rehabilitacji weteranów”.

Kiedy AI kłamie

20.09.2026 wolnemedia.net/kiedy-ai-klamie

Informacja, jaka dotarła drogą pantoflową, skłoniła mnie do konieczności weryfikacji. Chodziło o ustalenie obiektu szczególnego znaczenia, związanego z adresem warszawskim – według AI adres nie istnieje, albo budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Jednak odmiennie sformułowanie pytanie, przyniosło potwierdzenie kojarzące się paskudnie.

Rzecz idzie o instalowanie na terenie Polski Ukraińców w ośrodkach deklarowanych jako ośrodki wypoczynkowe, które mają stać się miejscami „rehabilitacji weteranów”. Na zdrowy rozum – kraj wysyłający ludzi na wojnę powinien zapewnić im opiekę, skoro przeżyli, ale ponieśli uszczerbek na zdrowiu. Trudno akceptować, że znowu my mamy naprawiać to, co ktoś inny z premedytacją i z wyboru zmarnował.

Ogrom podłości w tej wojnie, jak i bliskowschodniej, podpowiada pytanie, gdzie jeszcze w Polsce są takie „ośrodki rehabilitacyjne” z przeznaczeniem dla weteranów batalionu posługującego się nieco zmodyfikowanymi symbolami podwójnego „S”.

Odpowiedź nadeszła w mig. Rząd, który odmawia, lub ogranicza polskim szpitalom wykonywania pełnego zakresu świadczeń, chwali się łaskawością dla żądań władz ukraińskich na stronie Gov.pl.

Kolejne źródła: DoRzeczy.pl i Kresy.pl, potwierdzają szczegóły roztaczanej szeroko opieki nad Ukraińcami, wymieniając fundację-patrona zwanego „Korpusem Weteranów”, działającego w Warszawie. Placówka powstająca w Warszawie (w rejonie Mokotowa) ma adres ul. Obrzeżnej 7 i „służy jako miejsce wsparcia dla byłych ukraińskich wojskowych oraz członków ich rodzin”. Zatem, adres istnieje i nie jest obiektem przeznaczonym do rozbiórki. „Korpus” w zestawieniu z weteranami, ma znaczenie kwatery głównej.

Źródła potwierdzają, że inicjatywa wiąże się ze środowiskami skupionymi wokół 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej oraz dawnego pułku Azow, co w mediach i debacie publicznej wywołało zarówno dyskusje o zasadności pomocy dla weteranów, jak i kontrowersje związane z historią oraz symboliką tych formacji.

Informując o zakresie pomocy, ujawniają się podobne ośrodki, oferujące wsparcie psychologiczne, doradztwo zawodowe (?!) oraz pomoc socjalną dla osób powracających z frontu. Nie ma raczej mowy o inwalidach, operacjach, rekonwalescencji, skoro głównym zakresem działania jest psychologia. Całkowicie podważa deklarowany charakter pomocy fakt współpracy organizacji pozarządowych z tymi ośrodkami, o jakim mówi strona rządowa.

Organizacje pozarządowe przejęły od dawna stery rządzenia Polakami, wnosząc forsowane przez nie ideologiczne ustawy krępujące nowym ładem rządy i samorządy lokalne. Krzycząc o prawach człowieka, odbierają wolność w każdej dziedzinie życia. Rząd afirmując ich rolę skapitulował przed odpowiedzialnością za rozległe szkodnictwo.

Rehabilitacja i inne formy wsparcia?

Prowadzone w Polsce również mniejsze, wyselekcjonowane programy medyczne i rehabilitacyjne dla żołnierzy z Ukrainy, często organizowane są w mniejszych grupach we współpracy z organizacjami pozarządowymi, głosi oficjalna strona.

Kiedy powstawały na Ukrainie laboratoria medyczne, tylko wtajemniczeni wiedzieli, że są to zakłady produkujące broń biologiczną. Jedną z pierwszych istotnych nowin w tej wojnie było przejęcie 27 takich obiektów z dokumentacją. Odkryte w nich zapisy potwierdzały pełną świadomość Amerykanów o nastąpieniu zbrojnej reakcji Rosji, dlatego już od stycznia 2022 roku, likwidowano, bądź wywożono zasoby laboratoriów z Ukrainy.

Kwestią jest więc nie tylko zaistnienie „Korpusu Weteranów” w Warszawie, roztaczającego wyłącznie opiekę nad członkami batalionu Azow, ale kontrola polskich władz nad nimi. Chyba, że ma być odwrotnie.

Skoro o bieżącym stanie państwa posługującego się nazwą własną „Ukraina”, Scott Ritter, w najnowszej wypowiedzi diagnozuje jego kondycję jako „będącego na wymarciu”. Z najnowszych danych z frontu wynika, że straty w ludziach na linii walk, liczone są w kolosalnej dysproporcji 36:1. Po co Polsce pozostałości niechlubnego Azowa, wyglądające na adopcję OUN/UPA. Gorzka ocena Rittera wynika z drastycznie prowadzonej „mobilizacji do walki”, która dosłownie sprowadzona jest do łapanki mężczyzn, a kobiety usiłują bronić ich ( matki, żony, siostry) brutalnie traktowane przez werbowników. Wiedzą one, że wysłanie na front jest gwarantowaną śmiercią. Tym bardziej niejasne jest kim są weterani poddani psycho-zabiegom i dlaczego ośrodki Azowców, rozproszone po naszym kraju leczą ich ze skutków wojny, do kontynuacji której politycy Polaków przekonują. Jakie zawody będą wykonywać po kursie reorientacji ze strzelca wyborowego, czy werbunkowego na …nauczyciela języka ukraińskiego, czy szkoleniowca w klasach, lub szkołach o profilu wojskowym?

Strona sprawdzamto.pl/artykul/2026-09/azow-osrodek-warszawa-korpus-weteranow, opisuje efekty swojej weryfikacji: „Ośrodka nie otwiera ukraiński Azow, a organizacja pozarządowa powiązana z ruchem azowskim. Placówka ma, według zapowiedzi, prowadzić działalność społeczną, nie militarną. Nie znaleźliśmy podstaw do nazwania Korpusu Weteranów organizacją faszystowską”.

Inne miejsca przeznaczone na ten sam cel, to na ogół ośrodki wypoczynkowe, takie jak Mrzeżyno (ośrodek SUS Travel) które gościły w ramach projektów rehabilitacyjnych grupy weteranów, oraz rodzin (228 osób w turnusie). Fundacja „Uniters” z prezes Viktorią Batryn, wspiera ukraińskich weteranów i ich rodziny. Finansującym przedsięwzięcie jest korporacja Lockheed Martin.

„Pobyt w Mrzeżynie nie ogranicza się jednak wyłącznie do rehabilitacji. Uczestnicy aktywnie włączają się także w życie lokalnej społeczności i wydarzenia patriotyczne organizowane w regionie. Już jutro polscy i ukraińscy weterani wspólnie wezmą udział w obchodach 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Trzebiatowie. Później staną również na starcie III Trzebiatowskiego Biegu Pamięci Powstania Warszawskiego” – chwalą się organizatorzy. Czyli z wojny wyszli, by przypominać im inną wojnę; perwersja w rodzaju leczenia alkoholizmu klinem.

Zapomniana prewencja

Od początku trwania wojny, mądrzy wiedzą czym ona skutkuje. Kto na nią godzi się jako brutalną bijatykę międzynarodową, powinien zdawać sobie sprawę, jak uniknięcie wojny na drodze dyplomacji jest racjonalne i nie pochłania ofiar w ludziach, ani ich nie okalecza. Wojna jest wyborem polityków, ale dlaczego pokojowe społeczeństwo państwa sąsiadującego ma ponosić niekończące się koszty bijatyki idiotów?

„Defence 24” informuje w swoich analizach o skali strat zwycięskiej Ukrainy przyznając, jak ogromna jest skala zjawiska. Na Ukrainie liczba żołnierzy z doświadczeniem frontowym szacowana jest na 1,5 do 2 milionów osób, a systemowe wsparcie (w tym leczenie i protezowanie) zmaga się z ogromnym obciążeniem i brakiem wystarczających mocy medycznych.

Eksperci „Defence 24” wskazują na konieczność budowy głębokiego systemu opieki psychologicznej nad żołnierzami cierpiącymi na stres bojowy i traumę wojenną. 
Wokół środowisk weteranów pojawiają się projekty zagraniczne i lokalne (np. zapowiedzi tworzenia placówek wsparcia, lub ośrodków reintegracji), które w przestrzeni publicznej bywają również przedmiotem kontrowersji i debat geopolitycznych.

Tak dzielnie i programowo zagrzewać do atakowania potrafili wcześniej eksperci artykułami, by uzasadniać maczanie palców w skutkach wojennego bagna. Zgodnie z nazwą własną portalu, przydałoby się wydobyć z zapomnienia, że prewencja przynosi dużo lepszy skutek, a jest efektywniejszym mechanizmem obrony.

Po wojennych dokonaniach Azowców, aktualnej polityce polskich speców i ukraińskich, zamiast fałszywego miłosierdzia wobec skutków, do jakich doprowadzili, najwyższa pora na rozmowy o pokoju, by Ukraińcy wrócili do własnych rodzin i domów, by tam doznać błogości życia i odbudowy.

Wydaje się rozbieżny z intencją rehabilitacji, proces integracji weteranów z lokalną społecznością i współobecność polskich weteranów wojskowych misji zagranicznych na tychże turnusach. Wolałabym się mylić, ale suma zjawisk wokół inicjatywy bardziej przypomina szkolenia i wymianę doświadczeń pod chytrym zabiegiem rehabilitacji. Jeśli ktoś działa fałszywie jak zdrajca, kłamie jak zdrajca i wygląda jak zdrajca, to zdrajcą być musi. Wisienką na torcie jest w całym przedsięwzięciu Lockheed Martin, który „przejął” PZL Mielec włączając go w strukturę Sikorsky Aircraft Corporation w 2007 roku. Jego kwaterą główną jest siedziba w Stratford, stanie Connecticut USA. Jaką korzyść miałby plutokrata z rehabilitacji ludzi niezdolnych do zadań?

Przypadkowa zbieżność

Korpus Weteranów jest kolejną wrzutką migracyjną mającą oswoić Polaków z drwiną ekipy rządzącej i upokorzeniem, zarzucając ludowi rzekomy brak poczucia miłosierdzia. Napływ niedawnej fali migrantów w Ceucie zdestabilizował nie tylko lokalną ludność, ale odmienił hiszpańską politykę. Bazy amerykańskie, które nie dały gwarancji bezpieczeństwa krajom arabskim, nie dają także Hiszpanom, dlatego kontyngent w Hiszpanii został zakwalifikowany do redukcji i wyjazdu; podobnie zdecydowano o tym we Włoszech. Tym bardziej, że Izrael rozbrajająco szczerze przyznał, że stał za procederem chaosu w Ceucie.

Osadnicy w Palestynie pojawili się tylko po to, by z gwarancją posiadania broni przejmować pustostany i gospodarstwa po wypędzonych siłą palestyńskich właścicielach, dając tymczasową możność pobytu w obozach dla uchodźców. Uciekający przed wojną obywatele Izraela, starają się głównie zajmować atrakcyjne obiekty wypoczynkowe na Cyprze.

Kto jeszcze nie odkrył, że organizacja pozarządowa działa w sposób niezgodny z wolą społeczeństwa, co więcej – kodeksem karnym przewidującym karę za popieranie, propagowanie symboliki totalitarnej, nadal wierzy w charyzmat postaci filantropa z kręgów producentów broni. Należy tylko współczuć. [ Ale i przeciwdziałać ! md]

Opracowanie: Jola
Na podstawie: Gov.pl, YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

Azow w Warszawie

Azow w Warszawie

Wczoraj, 19 września, rozpoczął działalność ukraiński Korpus Weteranów. Wcześniej mogliśmy przeczytać na portalu kresy24.pl oraz https://dorzeczy.pl/ zapowiedź o rozpoczęciu działalności w Warszawie przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie. Organizacja ta została utworzona przez część wojska ukraińskiego wywodzącego się z batalionu ‚Azow’. Informacja na razie nie pojawiła się szerzej w mediach.

Jak pisze portal Kresy24 – Korpus Weteranów  to organizacja skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem sił zbrojnych Ukrainy. Jej deklarowanym zadaniem ma być pomoc prawna, psychologiczna, a także zawodowa oraz wspieranie rodzin i reintegracja byłych żołnierzy.

Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armii Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele Korpusu Weteranów  stoi Jan Kliszajew. Na oficjalnej stronie organizacji możemy przeczytać, że, jednym z jej celów jest przygotowywanie weteranów do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.

Problem w tym, że 3. Korpus Armii powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego, powołującego się w swych działaniach na Banderę, Konowalca i UPA. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazał, że zarówno 3. Korpus Armii, jak i 1. Korpus Azow  wywodzą się z ruchu neobanderowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu Azow. Członkowie Korpusu Weteranów  nie kryją zresztą genezy ugrupowania. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego.

Drohobycz czci Banderę. Co na to Bytom?

Mer Drohobycza Taras Kuczma przemawia pod pomnikiem Stiepana Bandery

Pisze o tym wydarzeniu żyjąca na uchodźstwie ukraińska historyk Marta Hawryszko:

„Tak więc Azow  otwiera dziś swój własny przyczółek w Warszawie. Osoby związane ze środowiskiem oskarżonym o gloryfikację OUN i UPA, odpowiedzialnym za mordowanie polskich kobiet i dzieci; produkującym naszywkę ‚Wołyńska Duma’  w środku już i tak toksycznego polsko-ukraińskiego sporu historycznego; rozpowszechniającym naszywki i mapy ‚Wielkiej Ukrainy’, które sięgają obecnego terytorium Polski; oraz wychwalającym Dywizję Waffen-SS Galizien — związaną z pacyfikacją Huty Pieniackiej i innych polskich wsi — będą teraz miały kolejne miejsce, by zbierać pieniądze od Polaków”.

„Trzeba się zastanowić: kto to zatwierdził? Kto za tym lobbował? I być może najciekawsze: jak długo dokładnie to świadectwo historycznego masochizmu będzie działało w sercu Polski?” – zapytała Marta Hawryszko.

Na platformie strajk.eu mówi Bojan Stanisławski o banderowskiej ekspozyturze: „Jest to przykrywka do czegoś bardzo niebezpiecznego: mieliby zastraszać niepokornych Polaków? – To są psychopatyczni naziolscy mordercy. Zaczyna się robić niebezpiecznie na kryminalnym poziomie. To może być siłowy element dyscyplinujący polską opinię społeczną”. 

Zygmunt Białas

Zrozumieć dziwną wojnę

Zrozumieć dziwną wojnę

Marek Wojcik 19.09.2026 r. world-scam./zrozumiec-dziwna-wojne

Paul Craig Roberts był zastępcą sekretarza skarbu w administracji Reagana, zastępcą redaktora naczelnego i felietonistą Wall Street Journal, pierwszym niezależnym felietonistą Business Week, felietonistą Scripps Howard News Service, autorem artykułów na stronie redakcyjnej Los Angeles Times oraz felietonistą głównych gazet francuskich i włoskich, a także Creators Syndicate w Los Angeles. Źródło.

Paul Craig opublikował wczoraj na swoim blogu paulcraigroberts.org artykuł o wojnie na Ukrainie: Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację? Źródło.

Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na Rosję.

Ten film możecie obejrzeć w polskim języku tutaj:

Niedawno spędziłem 8 dni w Rosji – od 5 do 12 września 2026 r. – głównie w Moskwie i Sankt Petersburgu. Wygłosiłem serię wykładów i udzieliłem wywiadów, a także rozmawiałem z wieloma osobami ze środowiska rosyjskich służb bezpieczeństwa, w tym z wysokimi rangą osobistościami, takimi jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. W tym odcinku opisuję, czego dowiedziałem się podczas tej podróży.

Wczoraj usłyszałem podczas rozmowy, że Rosja przegrywa tę wojnę, że jest gospodarczo oraz militarnie słaba i technicznie zacofana. Taka opinia panuje wśród wielbicieli baśni z 1001 telewizorów. Oglądając na ekranach TV globalistyczną porcję wybranych „wiadomości” i ich odpowiednią interpretację, zanurzają się w krainę fantazji mającą z życiem tyle wspólnego co wysokość abonamentu TV z jakością jej programu.

Wojna będzie, ponieważ kilka dni temu ponad Łodzią przeleciały z hukiem wojskowe odrzutowce. Skąd ten huk? Powstaje w chwili, gdy samolot przekracza prędkość dźwięku i robi to celowo, by wystraszyć ludność i przyzwyczaić do nietypowych odgłosów. Alarmy typu: „szukajcie schronienia”, chociaż nie ma dokąd uciekać, również służą tej prowojennej propagandzie strachu.

Tak rozumie kwestię pokoju polska telewizja.

Pomysł i inicjatywa tego konfliktu pochodzi od globalistów. Od siły, która nie została nawet wspomniana w tej analizie. Potrzebowali tej wojny jako ersatz dla kończącej się wojny biologicznej nazywanej pandemią. Oczywiście, że militarne plany tej wojny zostały stworzone w Pentagonie, jednak na zlecenie globalistycznych pseudoelit. To globaliści kierują każdym krokiem nieudacznych polityków europejskich. To oni kazali polskiemu ministrowi praktycznie wypowiedzieć wojnę Rosji. Bezskutecznie, ponieważ Rosja tej wojny wcale nie pragnie.

Zapytacie zapewne, to po co Rosja wkroczyła na Ukrainę? Odpowiedź znajdziecie, gdy sami odpowiecie na pytanie: po co Ukraina – naturalnie pod wpływem globalistów – pozwoliła stacjonować NATO-wskim rakietom wymierzonym w kierunku Rosji?

Celem tej wojny nigdy nie było zwycięstwo którejkolwiek strony. Celem była sama wojna. Naturalnie, że Moskwa nie dogadała się z Kijowem, że będą udawać wojnę – tak daleko ta zmowa nie zaszła. Jednak zmowa miała miejsce, inaczej nie byłaby możliwa turystyka wojenna polityków do Kijowa. Inaczej Kreml nie dostarczałby ropy do Ukraińskich czołgów, które potem masakrował dronami. Podobnie ma się sprawa z Iranem.

Mała dygresja w związku z „zacofaną technologicznie” Rosją.
Szybki rozwój rosyjskich dronów bojowych z napędem odrzutowym stanowi coraz większe wyzwanie dla ukraińskiego systemu obrony powietrznej i zmusza Kijów do dostosowania się do szybszego i bardziej wymagającego zagrożenia. – Reuters.

Trwające właśnie wybory w Rosji spowodowały zmianę rosyjskiej strategii na bardziej agresywną wobec Ukrainy. Dlaczego? Ponieważ większość Rosjan i mieszkańców Rosji popiera takie podejście. Przewiduję, że po wyborach powróci dawna wstrzemięźliwość Rosji.

Putin ma inną koncepcję uzgodnioną z Trumpem i Xi. Pewne pomysły globalistów te trzy mocarstwa wykorzystują we własnym interesie. Przede wszystkim stworzenie sytuacji, w której brakuje diesla. Widać wyraźnie, że zarówno Rosja, jak i USA wykonują kroki zmierzające ku podwyżce cen tego surowca.

Na nagraniu widać rosyjski pocisk typu loitering Geran-4, wyposażony w głowicę elektrooptyczną (EO), uderzający w stację benzynową przy alei Stepana Bandery w Kijowie.
Źródło: Telegram 15.09.2026 r. 18:41.

Można zrozumieć sens wojny tylko wtedy, gdy zna się zamysły wszystkich sił, które tę wojnę spowodowały i działają w kierunku jej przedłużania. Dlatego nikogo nie powinno dziwić zamieszanie, jakie wywołuje ta katastrofa humanitarna. Przedstawiłem tutaj moją interpretację tej wojny. Czy jest słuszna, czy nie – czas pokaże?

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację Rosji, USA, Ukrainy?

Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację?

18 września 2026 r. Paul Craig Roberts world-scam


Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w
dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt
Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw
zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także
przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na
Rosję: https://www.lewrockwell.com/2026/09/no_author/the-russia-i-saw/


Mearsheimer donosi, że poza kolejkami po benzynę na kilku stacjach nie zauważył żadnych
śladów wpływu sankcji na rosyjską gospodarkę. Nie odwiedził miejsc rosyjskiej produkcji i
rafinacji ropy naftowej, gdzie ataki dronów najwyraźniej ucierpiały. Głównym skutkiem
sankcji są niedogodności dla Amerykanów podróżujących do Rosji. Nie ma już
bezpośrednich lotów, więc Mearsheimer musiał przedostać się przez Turcję. Po dotarciu na
miejsce okazało się, że nie może korzystać z amerykańskich kart kredytowych ani waluty
amerykańskiej i w związku z tym nie ma środków.
Biorąc pod uwagę tendencję zachodnich mediów do mylenia propagandy z faktami, program
46 minut z Mearsheimerem pozwoli Ci uzyskać bardziej zrównoważony obraz sytuacji i jej
prawdopodobnego wyniku.
Mam jeszcze jeden powód, dla którego publikuję raport Mearsheimera. Zamierzam go
wykorzystać, aby pokazać, że nawet ci nieliczni amerykańscy analitycy polityki zagranicznej,
zdolni do samodzielnego myślenia, a nie tylko powtarzania oficjalnych narracji, wiele tracą.
Nie czepiam się Mearsheimera. Podziwiam go i profesora Stephena Walta, ponieważ tylko
oni spośród prestiżowych amerykańskich naukowców mieli odwagę zdemaskować lobby
izraelskie w swojej książce o tym samym tytule z 2007 roku. Mogli być bardziej surowi
wobec lobby izraelskiego, ale wiedzieli, że zdemaskowanie lobby doprowadziłoby do
napiętnowania ich jako antysemitów, a gdyby byli zbyt kąśliwi, książka mogłaby zostać
wycofana z użytku lub nigdy nie zostać opublikowana.

Poniżej przedstawiono punkty, w których Mearsheimer ma problemy ze zrozumieniem
konfliktu na Ukrainie i jego konsekwencji.
Najpierw spróbujmy zdefiniować Ukrainę. To ważne, ponieważ Mearsheimer twierdzi, że
kiedy wojna się skończy i Ukraina będzie się składać z części zachodniej, ukraińscy
nacjonaliści będą chcieli odzyskać swoje terytorium. Ale czy to terytorium ukraińskie?
Czy rzeczywiście jakieś terytorium jest ukraińskie? Historycznie rzecz biorąc, odpowiedź
brzmi: NIE.
Ukraina powstała w 1991 roku, gdy Związek Radziecki upadł w wyniku aresztowania
prezydenta Gorbaczowa przez sowieckie Biuro Polityczne. Waszyngton, kierując się
doktryną Wolfowitza, dotyczącą amerykańskiej hegemonii, odłączył Ukrainę od Rosji i po raz
pierwszy w historii stworzył niepodległe państwo ukraińskie, istniejące już 35 lat – zupełnie
nowe państwo stworzone przez Waszyngton jako broń przeciwko Rosji.
W czasach sowieckich władze sowieckie przyłączyły Donbas i Krym, terytorium rosyjskie
zamieszkane przez ludność rosyjską, do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej z powodów
politycznych i administracyjnych. Nie miało to wówczas znaczenia, ponieważ Rosja i
Ukraina były dwiema prowincjami Związku Radzieckiego, tak jak Massachusetts i Nowy
Jork należą do Stanów Zjednoczonych.
Od XIV wieku do 1664 roku, kiedy to terytorium ponownie weszło w skład Rosji, Ukraina
była częścią unii polsko-litewskiej. W rzeczywistości rosyjska tradycja historyczna uznaje
Ruś Kijowską, założoną w Kijowie przez wikinga księcia Olega Nowogrodzkiego w roku
882, za początek rosyjskiej państwowości. Ruś Kijowska rozpadła się w 1240 roku, gdy
Rosja została zajęta przez Imperium Mongolskie.
Nie jest jasne, dlaczego Rosjan uważa się za Słowian, skoro kraj ten został założony przez
Skandynawów, a następnie rządzony przez Mongołów. Jeszcze przed powstaniem Stanów
Zjednoczonych Ukraina była częścią państwa rosyjskiego i pozostała nim aż do upadku
Związku Radzieckiego w 1991 roku.
Kiedy Waszyngton obalił prorosyjski rząd ukraiński w 2014 roku i wprowadził antyrosyjski
reżim, Krym i Donbas opowiedziały się niemal w 100% za zjednoczeniem z Rosją. Putin
zaakceptował głos Krymu, ale odmówił Donbasu. Zamiast tego sfabrykował Porozumienie
Mińskie, które pozostawiło Donbas na Ukrainie, ale przyznało mu pewną autonomię, aby
chronić ludność rosyjską przed dyskryminacją ze strony ukraińskiej policji i wymiaru
sprawiedliwości. To właśnie ten fatalny błąd Putina zapoczątkował konflikt na Ukrainie.
Zamiast przestrzegać Porozumienia Mińskiego, Waszyngton zbudował potężną armię
ukraińską, aby dokonać inwazji i odbić zbuntowane prowincje rosyjskie w Donbasie. To
zbliżająca się rzeź Rosjan z Donbasu zmusiła Putina do działania. Nie miał innego wyjścia,
jak interweniować, ale Rosja nie była przygotowana na wojnę, ponieważ Putin bezmyślnie
polegał na negocjacjach ze swoim prawdziwym wrogiem – Waszyngtonem i NATO – a nie na budowaniu swojej potęgi.
Mearsheimer przedstawia konflikt ukraiński jako konflikt między Rosją a Ukrainą, ale to
nieprawda. Wojna toczy się między Waszyngtonem a Rosją, a NATO i Europa sprzymierzają się z Waszyngtonem przeciwko Rosji. Ukraina jest pełnomocnikiem. Zamiast walczyć z wrogami, Putin walczy z pełnomocnikiem w imieniu swoich wrogów.
Mearsheimer obwinia o fiasko Porozumienia z Anchorage, które miało zakończyć konflikt,
niezdolność Trumpa do przeciwstawienia się sprzeciwowi Europy i Ukrainy. Ale to nonsens.
Ukraina jest tworem Waszyngtonu. Nie jest niezależna od Waszyngtonu. Europa nie ma
żadnej broni poza tą, na którą Waszyngton pozwala. Skoro Waszyngton może ukarać Rosję, Iran, Indie i Chiny sankcjami, może ukarać również Europę sankcjami. To, że Mearsheimer zrzuca odpowiedzialność na Europę, to nonsens. Ani amerykańska społeczność zajmująca się polityką zagraniczną, ani żadna administracja USA nie odrzuciły doktryny amerykańskiej hegemonii Wolfowitza.
Mearsheimer nie wyjaśnia, dlaczego Rosja podczas spotkania na Alasce polegała na Trumpie w kwestii rozwiązania konfliktu, skoro sam konflikt jest wynikiem próby osłabienia Rosji przez Waszyngton i zniesienia rosyjskich ograniczeń wynikających z jednostronności USA.
Mearsheimer twierdzi, że około trzy miesiące temu, w czerwcu 2026 roku, Putin, po 4,5 roku
konfliktu, w końcu zdecydował się użyć wystarczającej siły, aby go zakończyć. Ale dlaczego
Putin czekał 4,5 roku z rozpoczęciem prawdziwej wojny? Putinowi udało się jedynie
przedstawić obecny rosyjski potencjał militarny jako nieskuteczny, ponieważ konflikt trwał
dwa razy dłużej niż Armia Czerwona Stalina, która wyparła potężny Wehrmacht z Rosji,
Europy Środkowej i dotarła do Berlina. Nic dziwnego, że Europa uważa przygotowania do
wojny z Rosją za nic wielkiego. Jeśli Putin nie jest w stanie pokonać Ukrainy, jak Rosja
może przeciwstawić się całej Europie, a jeśli NATO obowiązuje, również Stanom
Zjednoczonym?
Mearsheimer twierdzi, że podbój całej Ukrainy przez Rosję byłby głupotą. Dlaczego? Sam
Mearsheimer twierdzi, że jeśli zachodnia Ukraina pozostanie państwem szczątkowym, stanie się państwem wrogim Rosji ze względu na wsparcie Waszyngtonu dla zwolenników Stepana Bandery. Dlaczego Rosja miałaby pozostawiać wrogie państwo na swojej granicy? Być może Rosja potrzebuje Stalina, który poradziłby sobie z wrogimi Ukraińcami. Szybko by się z nimi rozprawili. Jeśli Rosja Putina jest zbyt słaba, by poradzić sobie z obecnymi
zwolennikami Stepana Bandery, Rosja nie ma przyszłości.
Mearsheimer przedstawia konflikt jako konflikt między Rosją a Ukrainą. To nieprawda.
Konflikt toczy się między Rosją a Waszyngtonem. Ukraina jest niczym innym jak
pełnomocnikiem Waszyngtonu, tak jak Waszyngton jest pełnomocnikiem Izraela w
konflikcie z Iranem.
Przez 4,5 roku Putin odmawiał przyznania, że Rosja jest w konflikcie zbrojnym ze Stanami
Zjednoczonymi i europejskim imperium Waszyngtonu. Waszyngton wysadził nawet rurociąg
na Morzu Północnym, a ani Rosja, ani Europa nie chciały uznać Waszyngtonu za winnego.
Putin udaje, że ataki dronów w głębi Rosji to akty terroryzmu, a nie wojny. Innymi słowy,
Putin narzucił konfliktowi fałszywą narrację, aby ukryć fakt, że Zachód wypowiedział wojnę
Rosji.

Zamiast pokazać rosyjską siłę i determinację, Putin przez 4,5 roku pokazywał Rosję
tchórzliwą i bojącą się zdecydowanych działań, kreując w ten sposób wizerunek papierowego tygrysa, który utwierdził Europę w przekonaniu o rosnącej agresji wobec Rosji.
To jest fatalny błąd Putina, który jest Drogą do Armagedonu.

Wywiad rosyjskiego ministra spraw zagranicznych o polityce światowej

Thomas Röper anti-spiegel.ru/die-uebersetzung-eines-einstuendigen-interviews-des-russischen-aussenministers-zu-allen-fragen-der-weltpolitik

Ławrow własnymi słowami

Tłumaczenie godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych na temat wszystkich aspektów polityki światowej

Minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow udzielił godzinnego wywiadu, który został tutaj w całości przetłumaczony, aby przedstawić niemieckiej publiczności niefiltrowaną rosyjską perspektywę w tym krytycznym momencie.

Anti-Spiegel 17 wrzesień 2026

Ponieważ Zachód, a zwłaszcza Europejczycy, obecnie wręcz domaga się wojny i próbuje ją sprowokować wszelkimi możliwymi sposobami, podczas gdy niemieckie media jednocześnie coraz bezczelniej kłamią lub ukrywają stanowiska i argumenty rządu rosyjskiego, uważam za istotne przetłumaczenie w całości niedawnego, godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem. Pytano go w nim o wszystkie bieżące kwestie, a w szczególności o Ukrainę i rosnące zagrożenie wojną z Europą, gdzie wyjaśnił stanowisko Rosji.  (mid.ru/ru/foreign_policy/news)

Początek tłumaczenia:

Panie Ministrze, z przyjemnością witam Pana w naszym programie „Wielka Gra”. Dziękuję za poświęcony nam czas. Chciałbym przedstawić mojego kolegę, sędziego Napolitano, znanego amerykańskiego prezentera telewizyjnego i stałego uczestnika programu „Wielka Gra”.

Ławrow: Dziękuję za zaproszenie. To wielka przyjemność być tutaj z sędzią Napolitano i Panem.

Panie Ministrze, z wielką przyjemnością jestem Pana gościem w tej sali recepcyjnej. Dziękuję za możliwość rozmowy.

Niedawno Steve Witkoff i Jared Kushner, wysłannicy prezydenta USA Trumpa, odwiedzili Moskwę i spotkali się z prezydentem Rosji Putinem. Co może nam Pan powiedzieć o wynikach tej wizyty?

Ławrow: Duża część początku tych rozmów była transmitowana w telewizji, w tym wypowiedzi prezydenta Rosji Putina oraz odpowiedzi pana Witkowa i pana Kushnera. Następnie prezydent Uszakow, doradca prezydenta Rosji, który uczestniczył w rozmowach, udzielił szczegółowego komentarza.

W naszej tradycji dyplomatycznej przyjęło się ograniczać do tego, co postanowiliśmy przekazać opinii publicznej. Nie chcę przyłączać się do tych, którzy spekulują teraz na temat tego, „co pan Witkoff i pan Kushner przywieźli do Moskwy, a co następnie zabrali do Kijowa”. Jeden z deputowanych Rady Najwyższej stwierdził już, że to, co przywieźli, jest o wiele gorsze niż to, co Ukraina już odrzuciła.

Są spekulacje. Strona amerykańska nie skomentowała dalszych kroków dyplomatycznych. Jednak strona francuska, Pałac Elizejski, oświadczyła już, że Amerykanie zasugerowali, iż bezpośrednie negocjacje z udziałem USA zostaną z pewnością wznowione po wyborach do Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej. Wszystko to pozostawiam sumieniu Pałacu Elizejskiego. Zwłaszcza że wielokrotnie zasłynął on nieetycznym traktowaniem treści rozmów telefonicznych i innych rozmów.

Mogę z całą pewnością powiedzieć, że sedno dyskusji opiera się na stanowisku, jakie prezydent Trump przedstawił w sprawie Ukrainy zaraz po powrocie do Gabinetu Owalnego. Po pierwsze, wezwał do zaprzestania prób wciągnięcia Ukrainy do NATO. Przypomniał, że sprawa została rozstrzygnięta na długo przed objęciem urzędu przez prezydenta Rosji Putina; sprawa jest zamknięta i nie ma sensu jej ponownie otwierać.

Drugim elementem stanowiska USA jest uznanie realiów na miejscu. Chcę podkreślić, że nie chodzi tu o terytorium.

Niektórzy twierdzą, że Rosja już podbiła jakieś terytorium, więc powinniśmy pozostać tam, gdzie jesteśmy. Ale nie chodzi tu o terytorium. Kiedy mówimy o realiach, mówimy o ludziach, którzy zaraz po zamachu stanu w lutym 2014 roku zostali nazwani „podludźmi”, „stworzeniami” lub terrorystami. Po odrzuceniu wyników nielegalnego zamachu stanu, wysłano przeciwko nim wojsko, myśliwce i artylerię – co jest kategorycznie zakazane na mocy międzynarodowego prawa humanitarnego – i po prostu odebrano im status człowieka.

Pan Poroszenko, wybrany na prezydenta wkrótce potem, w 2014 roku, powiedział, że dzieci „prawdziwych” Ukraińców będą chodzić do czystych szkół i przedszkoli, a dzieci mieszkańców Donbasu będą gnić w piwnicach. I jak Europejczycy zamierzają zmusić tych ludzi do powrotu pod rządy tego reżimu, skoro domagają się przywrócenia granic z 1991 roku? Po prostu oddać terytorium nazistom? A może chcą ukarać tych ludzi za to, że chcą zachować swoją wolność, swoją kulturę i przynależność do rosyjskiego świata?

Mówiłem o tym już kilkakrotnie. Chcę podkreślić, że realia na miejscu, które prezydent USA Donald Trump i jego zespół, o ile nam wiadomo, uznali i nadal uznają – jak to miało miejsce na Alasce – są powiązane z ludźmi i ich opiniami wyrażanymi w referendach. Dotyczy to Krymu, Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a także oczywiście Zaporoża i obwodu chersońskiego. Fakt, że Amerykanie we wszystkich swoich interakcjach z nami, a zwłaszcza w rozmowach z prezydentem Rosji Putinem, kierują się tymi realiami, budzi w nas pozytywny oddźwięk i wzmacnia chęć kontynuowania dialogu z nimi. Uznają te fundamentalne fakty i starają się wnosić konstruktywny wkład na ich podstawie. Uważam, że zasługuje to na poparcie.

Wspomniał Pan właśnie o Alasce i spotkaniu w Anchorage. Wielu uważa, że ​​Rosjanie myśleli, że osiągnęli porozumienie z Amerykanami, ale potem okazało się, że tak nie było. Wiemy, że prezydent USA Trump podpisał memorandum o porozumieniu z Iranem i zerwał je zaledwie kilka godzin później. Skąd ta pewność ze strony Rosjan?

Ławrow: Chcę to jasno powiedzieć i uniknąć nieporozumień. Już kilkakrotnie komentowaliśmy tę sytuację.

To nie była nasza propozycja. To była propozycja, którą pan Witkoff przywiózł ze sobą do Anchorage na kilka dni przed spotkaniem. Prezydent Rosji Putin również skomentował tę sytuację. Stwierdził, że w jego ocenie istnieją trudne aspekty. Początkowo wstrzymał się z aprobatą, gdy propozycja została mu przedstawiona w Moskwie. Ale kiedy przybył na Alaskę, powiedział, że rozważał ją i uważa, że ​​każde porozumienie wiąże się z kompromisami w taki czy inny sposób, ale przyjął odpowiedzialność za jej przyjęcie, a ludzie to zrozumieją.

Tak wyglądała propozycja USA w pierwotnej formie. Oczywiście, propozycja nie zawierała szczegółów, ale nakreślała zasady porozumienia. Prezydent Rosji Putin zaakceptował wszystkie te zasady bez żadnych zmian. Dlatego byłem nieco zaskoczony, gdy sekretarz stanu USA Rubio oświadczył w czerwcu tego roku, że Stany Zjednoczone nie mogą pełnić roli mediatora, ponieważ wyraźnie wspierają Ukrainę.

A tak przy okazji, co stało się później z tymi ocenami? Dla przypomnienia, spójrzcie na zapis konferencji prasowej prezydentów Putina i Trumpa w Anchorage. Padły tam słowa takie jak „wspaniały wynik” i sformułowania takie jak „zrozumienie porozumienia”. Prezydent USA Trump określił wyniki z Anchorage jako „wspaniały, ogromny krok naprzód”. Powiedział nawet, że w zasadzie pozostała do rozwiązania tylko jedna kwestia, a zatem osiągnięto ogromny przełom. To sedno sprawy; nie pamiętam teraz dokładnego sformułowania.

A co stało się później? Oczywiście europejscy sojusznicy USA byli zbulwersowani. Pospieszyli do Waszyngtonu i zaczęli lobbować u amerykańskich przywódców.

Minęło wiele miesięcy. W czerwcu tego roku, na szczycie G7 w Évian, prezydent Francji Macron z dumą ogłosił, że Anchorage zostało „pogrzebane”. Ameryka była teraz po ich stronie. Trump był po ich stronie. I wszyscy znów zjednoczyli się przeciwko Rosji. Taka była sytuacja.

Wszyscy śledziliśmy wydarzenia między szczytem w Anchorage, szczytem G7 w Évian i szczytem NATO w Ankarze, a także to, jak relacjonowała je prasa i jak przedstawiali je politycy. Było jednak oczywiste, że Europa nie ukrywała swojego głównego celu: uniemożliwić Amerykanom trzymanie się własnej propozycji, którą prezydent Rosji Putin zaakceptował bez żadnych zmian. Właśnie tego chciała Europa.

Patrząc na amerykańskich negocjatorów, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z poważnymi ludźmi, którzy szczerze pragną pokoju. Sam prezydent Rosji Putin to podkreślał. Chociaż znam Kushnera tylko powierzchownie, miałem z nim bardzo intensywne doświadczenie: prokurator specjalny USA Mueller przesłuchał nas wówczas osobno w sprawie naszych powiązań i domniemanej „rosyjskiej ingerencji” za naszym pośrednictwem. Nasze oświadczenia były całkowicie zbieżne. Na podstawie tego doświadczenia uważam, że na Kushnerze można polegać również na płaszczyźnie osobistej. Jednak właśnie dlatego, że uważamy ich za porządnych ludzi, myślę, że musimy również uznać, że reprezentują oni Stany Zjednoczone, kraj, który, jak powiedział sekretarz stanu USA Rubio, bardzo aktywnie wspiera Ukrainę. Jak można pogodzić rolę USA jako mediatora z ich rolą jako zwolennika Ukrainy?

Ławrow: Po pierwsze, podkreśliłem już cechę, która odróżnia administrację Trumpa od reszty Zachodu: uznanie realiów, zarówno w odniesieniu do uzasadnionych interesów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej – mam na myśli, że nie biorą nawet pod uwagę NATO jako części umowy – jak i w odniesieniu do życzeń ludzi, którzy od wieków mieszkają w tych częściach Ukrainy i którzy wraz z tymi terytoriami stali się częścią Ukraińskiej SRR przez czysty przypadek. To uznanie jest bezcenne. Kiedy ludzie, o których mówimy, przyznają się do oczywistości, staje się jasne, jak nisko upadły inne państwa zachodnie, które odmawiają nawet uznania oczywistości.

Znałem Kushnera z pierwszej kadencji Trumpa, kiedy prezydent USA przyjął mnie w Białym Domu. Wymieniliśmy kilka słów. Sprawia wrażenie osoby miłej i wiarygodnej. Rozmawiałem z Witkoffem podczas drugiej kadencji prezydenta Trumpa. On również jest wyraźnie zdeterminowany, aby osiągnąć rezultaty. Jest oczywiste, że działają jako wszechstronni negocjatorzy w różnych dziedzinach: Iranie, Palestynie, sprawach Bliskiego Wschodu ogólnie; nie kierują całością relacji rosyjsko-amerykańskich.

Jak słusznie zauważyłeś, Departament Stanu USA pozostaje nieco na uboczu, podobnie jak rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wykonujemy instrukcje, które otrzymujemy od Prezydenta Rosji. W negocjacjach bezpośrednio biorą udział osoby, które naszym zdaniem odpowiadają randze i stanowisku zajmowanym przez obu negocjatorów w administracji USA.

Ale jednocześnie ci, którzy decydują o wszystkich innych kwestiach stosunków rosyjsko-amerykańskich, działają według własnego uznania, niezależnie od tego, czy są zainteresowani sukcesem negocjacji, czy nie.

Na przykład Kongres, administracja, Departament Skarbu i inne odpowiednie agencje amerykańskie bez zastrzeżeń i stale przedłużają wszystkie sankcje nałożone przez ówczesne władze amerykańskie. Prezydent Biden i Kongres Bidena. Kiedy prezydent Trump mówi, że to „wojna Joe Bidena, do której nigdy by nie doszło, gdyby był prezydentem”, należy zdawać sobie sprawę z tego, co się faktycznie dzieje.

Oprócz przedłużenia sankcji wprowadzonych za Bidena, obecna administracja wprowadziła już nowe sankcje, m.in. wobec Łukoilu i Rosniefti. Sekretarz skarbu USA Bessent otwarcie mówi o konieczności zaostrzenia sankcji i objęcia kontroli USA nad światowymi rynkami energii. Wszystko to nie bardzo pasuje do nastroju panującego podczas negocjacji. Ale takie jest życie. I jak zawsze, życie jest złożone.

Hasło MAGA „Make America Great Again!” i związana z nim ideologia nie zniknęły. Widać to również w relacjach z Rosją. To fakt. Amerykanie chcą uzyskać korzyści ekonomiczne. Tak, zdają sobie sprawę, że aby je uzyskać, nie mogą traktować Rosji tak, jak są gotowi traktować inne kraje. Nie wiem jeszcze, jaki będzie wynik.

Skoro mowa o Europejczykach, pytanie brzmi, co zrobią z pozytywnym impulsem, który właśnie wygenerowały negocjacje w Moskwie. Kushner i Witkoff udali się do Kijowa i spotkali się z Zełenskim, a następnie spotkali się z przedstawicielami Europy z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec.

Ławrow: Mamy na to określenie: „fortepian w krzakach”.

Dokładnie. Jestem pewien, że chcą wyciągnąć ten fortepian z krzaków i odgrywać coraz bardziej aktywną i wrogą rolę. Jak ocenia Pan stanowisko Europy? Czy nie obawia się Pan, że – podobnie jak po Anchorage – uda im się storpedować wszystko, co próbujemy osiągnąć?

Ławrow: Szczyt w Anchorage nie był pierwszym takim wydarzeniem. Rola Europy w sprawach ukraińskich byłaby tematem wartym osobnych badań. Podobnie jak jej rola w rozwoju naszej planety w ciągu ostatnich 500 lat, podczas których Europejczycy żyli kosztem innych. Wystarczy pomyśleć o niewolnictwie, kolonializmie, wyzysku i wielu innych. Nie zapominajmy, że w Europie wybuchły dwie wojny światowe i to z powodu polityki państw europejskich.

Można również przypomnieć wojny napoleońskie, kiedy przywódca walczącego państwa zjednoczył całą Europę pod swoim sztandarem, by zaatakować Rosję, tak jak później zrobił to Hitler. Dlatego dla wielu Europa jest pomiotem piekła w historii świata. Nawiasem mówiąc, kiedy europejscy osadnicy wyruszyli na kontynent amerykański – nie wspominamy o tym zbyt często, ale nie należy o tym zapominać – Katarzyna II odegrała kluczową rolę, wspierając tych osadników w walce z brytyjskimi władcami kolonialnymi.

Widzicie, nie możemy zapominać o korzeniach naszej relacji. Ta relacja przybierała różne formy w różnych epokach, w tym w okresie zimnej wojny. Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i II wojny światowej sojusz – jak zawsze podkreślałem w moich ostatnich przemówieniach – ostatecznie odegrał kluczową rolę. Wielu badaczy podkreśla, że ​​program Lend-Lease i konwoje arktyczne odegrały kluczową rolę w przetrwaniu Związku Radzieckiego w pierwszym roku wojny. Potem nastąpiła przerwa, okres oczekiwania. Niektórzy historycy interpretują ten okres jako próbę naszych sojuszników, Brytyjczyków i Amerykanów, sprawdzenia, jak sytuacja się odwróci.

Ale nawet jeśli otwarcie drugiego frontu nie było decydującym czynnikiem, to jednak było to prawdziwe braterstwo broni. Wystarczy obejrzeć nagranie ze spotkania nad Łabą, aby zrozumieć, że więź między tymi, którzy walczyli z narodowym socjalizmem z bronią w ręku, charakteryzowała się głęboką powagą i szczerością. To był, że tak powiem, „duch Łaby”. Nie chciałbym uwieczniać „ducha Anchorage”, ponieważ w Anchorage panował nie „duch”, lecz zrozumienie.

Ale wracając do Europy, zauważam, że Europejczycy mieli niezliczone okazje, by odegrać konstruktywną rolę. Wierzą, że bez nich nie da się przeprowadzić żadnych negocjacji, że absolutnie muszą zasiąść do stołu negocjacyjnego i tak dalej.

Siedzą przy stole negocjacyjnym od grudnia 2013 roku, kiedy wybuchł „Majdan” – podsycany zresztą zarówno przez niektórych Europejczyków, jak i Waszyngton – i kiedy ówczesna zastępca sekretarza stanu USA, Victoria Nuland, osobiście kierowała przygotowaniami bojowników, rozdając „ciasteczka i wypieki”. W tym czasie Europejczycy, reprezentowani przez Francję, Niemcy i Polskę, prowadzili negocjacje między ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem a opozycją, która dążyła do władzy. 21 lutego 2014 r. zostało podpisane porozumienie między Janukowyczem a opozycją, za którego przestrzeganie w zasadzie gwarantowała UE.

Zgoda na wcześniejsze wybory była ustępstwem Janukowycza. Chciał oddać dużą część swoich uprawnień do czasu nowych wyborów, a na czele kraju powinien stanąć przejściowy rząd jedności narodowej. Następnego ranka nastąpił zamach stanu. Uzbrojeni bojownicy okupowali budynki administracyjne, nie zważając na podpisy Niemiec, Francji i Polski, a Zachód to wszystko „połknął”.

Prezydent Rosji Putin ostatnio często wspominał, że kiedy porozumienie było już gotowe do podpisania, zadzwonił do niego prezydent USA Obama i powiedział, że Ukraińcy osiągnęli porozumienie, że rozumie, że nie wszystko nam się tam podoba, ale poprosił, aby nie odradzano Janukowyczowi podpisania porozumienia. Prezydent Rosji Putin odpowiedział, że Janukowycz jest niezależną, powszechnie uznawaną głową państwa i jeśli w tym charakterze podpisałby coś, jak on mógłby mu tego zabronić?

Podpisanie odbyło się 21 lutego 2014 r., a zamach stanu nastąpił 22 lutego. Wszyscy przedstawiciele Zachodu, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, 22 lutego po południu zaczęli – czytajcie wypowiedzi polityków – komentować doniesienia o rzekomej ucieczce Janukowycza i nieobecności w Kijowie. Był na konferencji partyjnej w Charkowie. Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy napisali, że „naród w końcu dokonał właściwego wyboru”. A atrament na dokumencie gwarantowanym przez Europejczyków nawet jeszcze nie wysechł.

Drugą szansę otrzymali, gdy w lutym 2015 roku po maratonie negocjacji w Mińsku osiągnięto odpowiednie porozumienia. Były też podpisy ówczesnej kanclerz Niemiec Merkel i prezydenta Francji Hollande’a, a także prezydentów Rosji Putina i ówczesnego prezydenta Ukrainy Poroszenki.

Kilka lat temu Merkel, obecnie na emeryturze, Hollande, również już nie sprawujący urzędu, i Poroszenko – wszyscy trzej z dumą oświadczyli, że nie mieli zamiaru wprowadzać w życie żadnego z tych założeń, ale pilnie potrzebowali „kupić” czas na „napompowanie Ukrainy do pełna” bronią. To była kolejna szansa dla Europejczyków.

Trzecia europejska szansa – były inne epizody, ale wspomnę o tym najważniejszym – pojawiła się w kwietniu 2022 roku, kiedy rosyjscy negocjatorzy w Stambule, podobnie jak prezydent Putin w Anchorage, zaakceptowali propozycje Amerykanów oraz propozycje przedstawione im przez Ukraińców. Zaakceptowali zasady, na których mogłoby opierać się kompleksowe porozumienie pokojowe. Cały dokument został parafowany. Prezydent Putin wielokrotnie to demonstrował, nawet przed kamerami, omawiając tę ​​kwestię ze swoimi rozmówcami.

Ówczesny brytyjski premier Johnson powiedział, że nikomu niczego nie zakazał, a jedynie oświadczył, że Brytyjczycy będą wspierać Ukraińców, jeśli zechcą walczyć. To kłamstwo. Wiemy, co powiedział. Arachamija, który nadal przewodzi frakcji Sługa Narodu w Radzie Najwyższej, przyznał, że tak nie było. Johnson polecił Ukraińcom, aby niczego nie podpisywali.

Europejczycy mieli kolejne okazje, by zająć stanowisko równie rozsądne i odpowiedzialne, jak administracja Trumpa. Oznaczałoby to przyjrzenie się faktom, sytuacji na miejscu, w tym ludziom tam mieszkającym i ich opiniom. Ale nie, oni wciąż wspinają się coraz wyżej po płocie, z którego bardzo trudno zejść. Przy każdej okazji deklarują, że Rosja musi ponieść „strategiczną porażkę”.

Niedawno Wysoki Przedstawiciel UE Kallas lub któryś z członków unijnego „zespołu rozmów” ogłosił, że muszą zintensyfikować swoje wysiłki, choć odrobinę, a „Ukraina pokona wszystkich”. Mówi się, że nigdy nie przyznają się do czegoś, co narusza integralność terytorialną Ukrainy.

I po co to wszystko? Bo Ukraina, jak twierdzą, broni europejskich wartości.

Ale to przyznanie się do winy, samoobnażenie. Jeśli tak jest, jak twierdzą od lat, to przez „europejskie wartości” rozumieją oni otwarty przejaw autentycznego narodowego socjalizmu i dyskryminację ze względu na rasę, narodowość lub religię, co jest sprzeczne z Kartą Narodów Zjednoczonych, która stanowi, że wszyscy muszą szanować prawa człowieka, bez względu na płeć, rasę, język czy religię.

Język rosyjski jest zakazany. W Izraelu nie jest zakazany ani arabski, ani perski. W Iranie hebrajski nie jest zakazany; synagogi nadal działają,  istnieje odrębna społeczność żydowska. Ukraina jest jednak jedynym krajem, który nie tylko zakazał jakiegoś języka, ale złamał zasady ONZ. Osobom mówiącym po rosyjsku odmawia się obsługi w sklepach; zlikwidowano wszystkie lekcje języka rosyjskiego w szkołach, zakazano działalności mediów, w tym tych należących do Ukraińców, a kanoniczny Kościół Prawosławny został zdelegalizowany. To są właśnie „europejskie wartości”.

Te „europejskie wartości” najwyraźniej obejmują również sceny, które niezliczoną ilość razy widzimy codziennie w telewizji i mediach społecznościowych: jak rekruterzy „zatrudniają” obywateli, po prostu zbierając ich jak bydło na ulicy i wpychając do autobusów. Dziesięciu krzepkich mężczyzn chwyta młodego mężczyznę, zaciąga go do środka, ubiera w mundur, wpycha mu karabin szturmowy do ręki i wysyła na linię frontu. Oto więc „europejskie wartości”.

Dlatego, kiedy Europa mówi: „Nie, musimy…”, mieliście tyle okazji i wszystkie je zmarnowaliście. Jeśli chcecie, by w ogóle zaufano wam w przyszłości, będziecie musieli bardzo się postarać, aby wytłumaczyć, co tym razem wymyśliliście. A to będzie trudne.

Panie Ministrze, dla każdego neutralnego obserwatora, a nawet dla wielu ludzi na Zachodzie, jest całkowicie oczywiste, że Rosja nieuchronnie odniesie zwycięstwo militarne w trakcie tej operacji wojskowej, i to już wkrótce. Jaki jest Pana zdaniem plan? Co stanie się z Ukrainą po tym, jak Rosja odniesie zwycięstwo militarne?

Ławrow: Właściwie, panie Napolitano, to kontynuacja mojej odpowiedzi na poprzednie pytanie. Oprócz tych, którzy są wręcz fanatykami – nie potrafię tego inaczej nazwać – domagającymi się przywrócenia granic z 1991 roku, aby ponownie zepchnąć ludzi kultury rosyjskiej, którzy od wieków mieszkają na tych terenach, do prawdziwego obozu koncentracyjnego, istnieje również grupa, u której czasami dostrzegamy oznaki realizmu. Niektórzy, w tym prezydent Finlandii i premier Włoch, zaczynają teraz mówić o pilnej potrzebie zawieszenia broni. Za tym jednak kryje się chęć zyskania na czasie; to jest dla wszystkich całkowicie jasne. Zełenski również nie ukrywa tego. Mówi: „Pilnie potrzebujemy pocisków do systemów Patriot i innego sprzętu obrony powietrznej; musimy zachować nasze państwo”. I tak dalej.

Jednak spośród wszystkich, którzy wzywają do zaprzestania działań, większość deklaruje również, że w przypadku zawieszenia broni nie uzna niczego, co Rosja obecnie kontroluje. Jeszcze inni uważają, że należy jak najszybciej zamrozić sytuację, Ukrainie, czyli pozostałej części Ukrainy, natychmiast dać gwarancje równoważne z art. 5 Traktatu NATO, a na obszarze pozostającym pod kontrolą Kijowa powinny stacjonować międzynarodowe siły stabilizacyjne.

Odpowiedzieliśmy już na to. Daliśmy jasno do zrozumienia, że ​​dla nas każda osoba w mundurze i każdy przedmiot wojskowy jest uzasadnionym celem i że opcja zasadniczo imitująca członkostwo Ukrainy w NATO bez jej formalnej pieczęci prawnej jest absolutnie wykluczona.

Ale najważniejsze jest to, że zarówno ci, którzy chcą jedynie „granic z 1991 r.” i opowiadają się za natychmiastowym zakończeniem walk, jak i ci, którzy chcą zakończenia walk z ukrytym uznaniem realiów na południowym wschodzie Ukrainy, czyli sytuacji, która tam powstała po rozpoczęciu przez nas operacji wojskowej w odpowiedzi na wojnę rozpoczętą przeciwko nam przez reżim kijowski, opowiadają się za utrzymaniem reżimu aktualnie rządzącego w Kijowie. A to oznacza dokładnie te cechy, które już przypisałem temu reżimowi: narodowy socjalizm, agresywną rusofobię i łamanie praw człowieka, praw językowych i wolności religijnej. Wszystko to, wszystkie te „wartości europejskie” utrwalą się, gdy w ten czy inny sposób zakończy się faza militarna.

Jeśli chodzi o wybory, to już napomykano o wyborach, ale teraz wszyscy mówią, żeby tego nie robić. Byłoby również niezwykle dziwne, gdyby Amerykanie sprzeciwiali się wyborom, ponieważ w przeciwnym razie stanowczo żądaliby, aby odbywały się one co dwa lata. Tutaj także Amerykanie wykazują się realizmem.

Europa z kolei chce zachować jawnie rusofobiczny, agresywny reżim neonazistowski. Taki jest europejski plan. Nie rozumiem, jak Rosjanie mogliby zaakceptować taki wynik.

Co można zrobić, aby Rosjanie mogli mieć pewność, że taki scenariusz nie powtórzy się za 25 lat, że mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie zaproszą NATO, ale będą w stanie mu się przeciwstawić?

Ławrow: Wszyscy mówią o tym, że Rosja potrzebuje „strefy buforowej”. Niech Ukraina będzie tym buforem.

My, zarówno prezydent Rosji, jak i ja, wielokrotnie wspominaliśmy, jak powstała współczesna Ukraina. Terytoria zachodnie, zamieszkiwane przez wieki przez silnie nacjonalistycznych przedstawicieli różnych narodowości europejskich, zostały przyłączone do Związku Radzieckiego na mocy rozkazu sowieckiego kierownictwa. Aby jednak nieco stłumić ich radykalizm, albo, jak to mówimy, „rozwodnić”, postanowiono dodać do tych nowych terytoriów zachodnich terytoria tradycyjnie rosyjskie. Całość nosiła wówczas nazwę „Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej”. Już nie istnieje.

A jednak ta dość sztuczna konstrukcja, państwo liczące zaledwie kilkadziesiąt lat, istniało w ramach zjednoczonego państwa, które gwarantowało zarówno prawa wszystkich narodów zamieszkujących Związek Radziecki, jak i własne bezpieczeństwo. Kiedy to skrzyżowanie „jeża i drżącej łani” uzyskało niepodległość, a po upadku Związku Radzieckiego szybko ujawniły się głęboko zakorzenione różnice cywilizacyjne między zachodnimi Ukraińcami a Rosjanami mieszkającymi w południowo-wschodniej Ukrainie, stała się ona prawdziwym punktem zapalnym.

Europa od samego początku w znacznym stopniu podsycała te podziały. Doskonale pamiętam protesty na Majdanie w 2004 roku, kiedy Amerykanie i Europejczycy odmówili uznania wyników drugiej tury wyborów prezydenckich i – być może to Państwa zainteresuje – zmusili ukraiński Sąd Konstytucyjny do zarządzenia trzeciej tury głosowania, mimo że konstytucja jej nie przewidywała. W związku z tym odbyła się trzecia tura i wybrali kandydata, którego chcieli. Jeszcze przed wyborami pojawiły się publiczne żądania ze strony UE: „Ukraińcy muszą zdecydować, po której stronie stoją: z Rosją czy z Zachodem”. Ta mentalność „albo-albo”, to przeciwstawianie wszystkich, którzy nie chcą zerwać z Rosją, europejskim wartościom, jest tam od dawna zakorzeniona.

Omówiliśmy już wiele kwestii, ale faktem jest, że Ukraina, którą uznawaliśmy za prawowity byt w polityce światowej, już nie istnieje. Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka już nie istnieje, a my uznaliśmy niepodległość dzisiejszej Ukrainy na podstawie Deklaracji Niepodległości z 1990 roku. Ta deklaracja, uchwalona przez Radę Najwyższą, ukraiński parlament, stanowiła, że ​​państwo ukraińskie zobowiązało się do bycia i pozostania wolnym od broni jądrowej, neutralnym i niezaangażowanym.

Dziś wszystkie te trzy zobowiązania są po prostu ignorowane. Już w 2022 roku Zełenski publicznie oświadczył, że wyrzeczenie się broni jądrowej było błędem. Wielu polityków zaczęło poważnie sugerować, że wiedza i technologie z czasów sowieckich mogłyby zostać wykorzystane do przywrócenia tego statusu. Nie wspomnę nawet o NATO. Wszyscy twierdzą, że członkostwo w NATO i UE zagwarantuje im bezpieczeństwo. UE jest obecnie sojuszem wojskowym w takim samym stopniu jak NATO. Te cechy, które uważano za fundament państwa ukraińskiego i które skłoniły nas do uznania go za niezależny podmiot w stosunkach międzynarodowych, zostały utracone.

Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony twierdzą, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej „zaatakuje”. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. W obliczu tego obrazu zadaję sobie pytanie: Czy uważa Pan, że oni naprawdę się nas boją? Czy też pod pretekstem „rosyjskiego zagrożenia” wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?

Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą zwiększyć wydatki na obronę do 5% PKB w każdych okolicznościach, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie dodatkowe 90 miliardów euro na przyszły rok.

Przemysł zbrojeniowy jest wniebowzięty. Zbiera ogromne zyski. Tymczasem kanclerz Niemiec Friedrich Merz, na przykład, publicznie deklaruje: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy do tego zobowiązani – ze względu na Ukrainę, ze względu na europejskie wartości”.

A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.

Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy agresję na Europę.

To absurd. Z jednej strony twierdzą, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia i ta pomoc musi zostać zwiększona, aby mogła wygrać – a z drugiej strony ta sama Rosja, która ich zdaniem „przegrywa”, rzekomo planuje atak na Europę. Z perspektywy polityka, wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Ale prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie mamy zamiaru nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.

Ale jeśli ta gadnina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.

Istnieje jednak również możliwość, że czynnik wyzwalający, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś na wzór arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego dałoby się zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód oraz ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich możliwości; pomyśl tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak wywołali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani krzty dowodów.

Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała pokazała ekipa BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim momencie? Nikt nie udziela nam odpowiedzi.

Mówią nam, że rodziny tego nie chcą. Ale nic od nich nie słychać. To niemożliwe, że dziesiątki ludzi giną masowo, dochodzi do zbrodni wojennych, a rodziny nie zgłaszają żadnej inicjatywy. Ale tutaj panuje całkowita cisza, więc nie wykluczam prowokacji.

Patrząc na rządy krajów europejskich, odnosi się wrażenie, że różnią się one znacząco od wyników sondaży, że opinia publiczna w Europie jest znacznie bardziej pokojowo nastawiona niż elity europejskie, elity globalistyczne. To prowadzi mnie do pytania: Czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie porozumienia z tymi elitami globalistycznymi? Powiedział Pan niedawno, że w tym konflikcie, przynajmniej w obecnej fazie, decydującą rolę odgrywa nie dyplomacja, lecz użycie siły. Co Pan o tym sądzi? Czy możemy przedłużać sytuację, w której Ukraińcy atakują nasze terytorium rakietami i dronami dostarczonymi przez Zachód lub zbudowanymi przy jego wsparciu i kontrolowanymi przez Zachód, podczas gdy my atakujemy tylko terytorium samej Ukrainy? Jak długo może trwać ta sytuacja i czy poradzimy sobie bez ataków na Europę?

Ławrow: Goście pańskiego programu poruszyli już ten temat – działania militarne i dyplomację. Nie widzę powodu, dla którego te procesy nie mogłyby przebiegać równolegle i jednocześnie. W końcu takie przypadki zdarzały się w historii.

Po tym, jak zostaliśmy oszukani w kwietniu 2022 roku, kiedy byliśmy gotowi zaakceptować ukraińskie propozycje, parafowaliśmy je i oczekiwaliśmy rozpoczęcia prac nad pełnym porozumieniem, prezydent Francji Macron zadzwonił do prezydenta Rosji Putina. Poprosił o gest dobrej woli, aby poprawić atmosferę przed podpisaniem umowy: wycofanie wojsk lub jakąś formę przerwy. Po ujawnieniu tego oszustwa, prezydent Putin oświadczył, że pozostajemy otwarci na negocjacje, ale nie zaprzestaniemy wypełniania naszych zobowiązań militarnie w trakcie negocjacji. Ta polityka pozostaje w mocy do dziś. Były dwu- lub trzydniowe zawieszenia broni, które proponowaliśmy w okolicach Wielkanocy lub Dnia Zwycięstwa. Niedawno, na prośbę strony amerykańskiej, ogłoszono trzydniowe zawieszenie broni i nie użyliśmy siły, aby umożliwić amerykańskim negocjatorom dotarcie do Kijowa.

Jednak nasza odpowiedź na ataki terrorystyczne na cele cywilne głęboko w głębi Rosji również jest w toku i jest o wiele bardziej bolesna dla Ukraińców. Otwarcie to przyznają. To również wyjaśnia pilną potrzebę, z jaką Zachód wzywa do zawieszenia broni na tym etapie. Nie odrzucamy negocjacji, gdy wiemy, że inicjatorzy tych rozmów są autentycznie zainteresowani rozwiązaniem problemu i nie stawiają nam ultimatum.

Amerykańscy negocjatorzy Witkoff i Kushner zajmują się problemem, zamiast stawiać żądania, które są po pierwsze niesprawiedliwe, a po drugie, po prostu niemożliwe do spełnienia. Europa natomiast postępuje dokładnie w taki sposób.

Niedawno ostrzegał Pan, że rząd niemiecki spiskował, by wywołać nową wojnę. Dlaczego Pan to powiedział?

Ławrow: Po pierwsze, ponieważ kanclerz Niemiec Merz nie przepuści żadnej okazji w swoich przemówieniach, by podkreślić, że jest przekonany, a wręcz z każdym dniem coraz bardziej, że Rosja stanowi największe zagrożenie dla Europy i że musimy być gotowi do wojny z tym zagrożeniem. Co więcej, Niemcy – i nigdy nie przestanę go tu cytować – muszą ponownie stać się wiodącą potęgą militarną na kontynencie. Tak jak Niemcy uważały się za wiodącą potęgę militarną przed I wojną światową, a później przed II wojną światową.

I to nie jest freudowska pomyłka. Oni szczerze w to wierzą; nadal czczą swoich przodków, którzy wiernie służyli narodowemu socjalizmowi i uczestniczyli w zbrodniach wojennych, wierząc, że postąpili słusznie. I to nie przypadek, że tak zaciekle popierają Zełenskiego, człowieka, który obecnie ekshumuje szczątki ukraińskich nazistowskich zbrodniarzy wojennych z grobów w Europie – w Austrii, Rumunii i gdzie indziej. To zbrodniarze skazani na wieczną karę za czyny uznane przez Trybunał Norymberski za absolutnie bezprawne. Każe ich ponownie pochować na Ukrainie, a konkretnie w najświętszym miejscu Kijowa – Ławrze Pieczerskiej (Klasztor Pieczerski). Tam proklamował budowę „Cytadeli Bohaterów” dla bohaterów takich jak Bandera i innych zbrodniarzy, którzy na zawsze splamili hańbą siebie i swoją przynależność do narodu ukraińskiego. Dla niego są oni bohaterami; klęka przed trumnami z ich szczątkami, gdy są one sprowadzane z Europy. Europa z wielką chęcią pomaga w tworzeniu takich „panteonów”, zamiast tłumaczyć tej postaci, co właściwie robi i jak to wpisuje się w europejskie wartości.

Dlatego nie wykluczam możliwości, że osobistości takie jak kanclerz Niemiec Merz mogą próbować powtórzyć „bohaterskie czyny” swoich przodków.

Mam pytanie dotyczące rosyjskiego statku, który Norwegia przejęła, moim zdaniem, z rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i bez jakichkolwiek zarzutów, że statek ten dopuścił się w ogóle jakiejkolwiek nagannej działalności. Stało się tak tylko dlatego, że norweski sąd zdecydował się zastosować się do żądań ukraińskiego koncernu „Naftogaz”. Roszczenia nie są skierowane konkretnie przeciwko temu statkowi, ale zasadniczo są skierowane przeciwko Rosji jako całości.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa określiła to jako piractwo. Uważam, że ta ocena jest jak najbardziej słuszna. Co z tym zrobimy, panie ministrze? To, co mnie martwi, oczywiście szkoda statku, a jeszcze bardziej współczuję załodze, to fakt, że agresja Zachodu, europejska agresja na Rosję, stale wzrasta. I za każdym razem, gdy nie reagujemy ostro, oni czują, że mogą zrobić wszystko. Prezydent Putin powiedział, że jesteśmy gotowi „kopnąć ich w zęby”, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czy jesteśmy gotowi? A jeśli tak, to jak?

Ławrow: Bez wątpienia powiedział to rosyjski prezydent Putin. I nie jest to tylko figura retoryczna, ale jasne stanowisko.

Jeśli chodzi o statek, nie ma on żadnego związku z niczym innym niż działalnością naukową i turystyczną na Svalbardzie, w pełnej zgodzie z Traktatem Svalbardzkim z 1920 r. Cała ta historia jest oczywiście hańbą przede wszystkim dla norweskiego wymiaru sprawiedliwości, ale także dla państwa norweskiego.

I to tylko dlatego, że „Naftogaz” argumentował najpierw przed ukraińskimi sądami, a później w innych instancjach, że nikomu nie wolno uznać wyników referendum na Krymie. Argumentowano, że Krym jest ukraiński i dlatego wszystko, co robi tam Rosja, jest nielegalne. Najwyraźniej stracili tak wiele zasobów, sprzętu, pieniędzy i inwestycji, dlatego kochana społeczności światowa, kradnij wszystko, co wpadnie ci w ręce i przekaż nam jako rekompensatę za to, co wydarzyło się w wyniku wyrażenia woli Krymian, co było reakcją na zamach stanu i użycie uzbrojonych bojowników przeciwko ludności Krymu, którą wówczas określano jako terrorystów.

To hańba dla Norwegii. Już to mówiłem i nie chcę wchodzić w szczegóły, ale norwescy urzędnicy i urzędujący politycy wiedzą, że to hańba. Są z nami w kontakcie i nie wiedzą, co robić.

Ale te tendencje są niezwykle niebezpieczne, zaczynając od prób przejęcia statków tzw. floty cieni. Oto jak to działa: przejmują tankowiec transportujący ropę naftową w interesie Rosji pod banderą, powiedzmy, kraju afrykańskiego – bez wskazywania palcem – a następnie twierdzą, że flaga jest fałszywa.

Po przejęciu tankowca ich ambasador w kraju, pod którego banderą pływa statek, udaje się do MSZ lub administracji prezydenckiej. Tam słyszy: „Słuchajcie, mamy dla was program pomocowy i zatrzymamy go, jeśli natychmiast nie wycofacie tej flagi i nie ogłosicie jej fałszywą”.

To cała sztuczka, którą stosuje Zachód. Ale nie mogę i nie mam prawa wchodzić w szczegóły. Prezydent Rosji powiedział już wszystko, co miał powiedzieć. Tak jak zrobił to odpowiadając na pytanie o brytyjskie prowokacje, kiedy ogłosił je tajemnicą wojskową.

Chciałbym zapytać o oświadczenia z Waszyngtonu. Czy istnieją realne szanse na spotkanie trzech prezydentów – prezydenta Rosji Putina, prezydenta USA Trumpa i Xi Jinpinga – w Chinach w listopadzie? Czy jest to życzenie Amerykanów, czy też rzeczywiście istnieje szansa, że ​​do niego dojdzie?

Ławrow: To nie jest życzenie Amerykanów, Chińczyków ani Rosjan. To, że tak powiem, kwestia doświadczenia politycznego.

Kiedy trzej przywódcy trzech największych mocarstw świata – gospodarczo przede wszystkim Chin, a militarnie Rosji i USA – znajdują się w tym samym miejscu i czasie, politolog, który nie potrafi połączyć faktów, jest bezużyteczny. Myślę, że właśnie tak jest.

Nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli nadarzy się taka okazja – spotkanie odbędzie się w Shenzhen, a nasi chińscy gospodarze zorganizują program – i jeśli pojawi się odpowiednia propozycja, to jestem więcej niż przekonany, że nasz prezydent jej nie odrzuci.

Mamy czas na jeszcze jedno krótkie pytanie. Jak długo, Pana zdaniem, potrwa operacja wojskowa?

Ławrow: Prezydent Rosji Putin niedawno odpowiedział na to pytanie. Powiedział, że wojna nie sprzyja prognozom, ale fakt, że idziemy naprzód i z każdym dniem robimy postępy, jest niezaprzeczalny.

Wiele będzie zależało od tego, jak rozsądne będą rady, których Ukrainie udzielają poplecznicy ukraińskiego reżimu. Jak dotąd nie usłyszeliśmy żadnych sensownych rad. Słychać jedynie apele i żądania, by wrzucić coraz więcej Ukraińców w tę maszynkę do mięsa, czy to poprzez porywanie cywilów z ulic, wciąganie ich do pojazdów i przewożenie na front, gdzie czeka ich pewna śmierć, czy też poprzez wiele innych środków, do których Ukraina jest zmuszana, w tym przez gehennę znoszenia opłakanego, wręcz katastrofalnego stanu tego, co kiedyś nazywano gospodarką.

Kijów znów żebrze. Zachód traci cierpliwość

Kijów znów żebrze. Zachód traci cierpliwość

magnapolonia/kijow-znow-zebrze-zachod-traci-cierpliwosc

Władze Ukrainy ponownie zwróciły się do zachodnich państw o gigantyczne pieniądze. Tym razem skala potrzeb jest tak duża, że zaczyna budzić coraz większą frustrację nawet wśród najbardziej twardogłowych sojuszników kliki Zełenskiego (oprócz Polski). Jak ujawnił „The Washington Post”, ukraiński rząd niespodziewanie poinformował o 27-miliardowej dziurze w tegorocznym budżecie obronnym. Europejscy dyplomaci mieli być zaskoczeni, ponieważ jeszcze niedawno zakładano, że potrzeby finansowe Ukrainy na 2026 rok zostały w dużej mierze zabezpieczone.

Kijów znów żebrze. Informacja o brakujących 27 miliardach dolarów to jednak nie wszystko. Według najnowszych informacji Reutersa Ukraina będzie potrzebowała w przyszłym roku ponad 52 miliardów dolarów zagranicznej pomocy finansowej. Na razie partnerzy zadeklarowali około 20 miliardów. Oznacza to, że Kijów musi znaleźć górę złota, aby zasypać powstającą dziurę.

W skrócie, mamy do czynienia z państwem, którego wojenny budżet w coraz większym stopniu zależy od pieniędzy płynących z zagranicy. Według Reutersa od początku rosyjskiej inwazji Ukraina otrzymała około 198 miliardów dolarów pomocy fiskalnej od zagranicznych partnerów. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że wojna stała się tak droga, iż państwo nie jest już w stanie w pełni finansować jej z własnych dochodów.

Skala problemu jest wymowna. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku Ukraina wydała na obronność około 42 miliardów dolarów, podczas gdy krajowe dochody i finansowanie z rynku pokryły około 39 miliardów. Jak stwierdziła przewodnicząca parlamentarnej komisji budżetowej Roksolana Pidlasa, Ukraina nie jest już w stanie pokryć własnej części kosztów wojny.

Kijów znów więc przychodzi do zachodnich stolic z rachunkiem. Problem w tym, że rachunek jest coraz wyższy, a cierpliwość części europejskich partnerów najwyraźniej coraz mniejsza. „The Washington Post” zwraca uwagę na reakcje europejskich dyplomatów, którzy kwestionują między innymi sposób wyliczenia przez Kijów 27-miliardowej luki. Bruksela również domaga się szczegółowego wyjaśnienia, skąd dokładnie wzięła się ta kwota i na co mają zostać przeznaczone dodatkowe środki.

Trudno nie zauważyć paradoksu. Z jednej strony od lat słyszymy zapewnienia o ukraińskich sukcesach, osłabieniu Rosji i perspektywie zwycięstwa. Z drugiej strony finansowa rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej: rosną wydatki wojenne, spadają wpływy budżetowe, a Kijów potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów od zagranicznych sponsorów.

Oczywiście uzależnienie od zagranicznej pomocy samo w sobie nie przesądza o wyniku wojny. Pokazuje jednak skalę problemów ukraińskiego państwa. Państwo, które nie jest w stanie samodzielnie sfinansować własnej obrony i musi prosić o dziesiątki miliardów dolarów rocznie, trudno przedstawiać jako finansowo niezależnego zwycięzcę. Jednocześnie mamy do czynienia z nieustanną propagandą sukcesu. Kijów i jego zachodni sojusznicy regularnie podkreślają ukraińskie osiągnięcia na polu walki. Tymczasem za kulisami trwa walka o pieniądze, amunicję, rakiety i środki na funkcjonowanie państwa.

Problem przestał już dotyczyć pojedynczych pakietów pomocy. Mówimy już o systemowym finansowaniu państwa prowadzącego wojnę, które nie jest w stanie tego robić bez ciągłej kroplówki finansowej i sprzętowej. Gdy wydatki rosną szybciej niż dochody, kolejne prośby o pomoc przestają być wyjątkowym wydarzeniem i stają się stałym elementem funkcjonowania państwa.

Ukraina potrzebuje pieniędzy, żeby prowadzić wojnę. Potrzebuje pieniędzy, żeby kupować broń. Potrzebuje pieniędzy, żeby płacić żołnierzom. Potrzebuje pieniędzy, żeby utrzymać funkcjonowanie państwa. To nie jest obraz finansowej stabilności państwa, które rzekomo wygrywa wojnę. To obraz państwa coraz silniej uzależnionego od zagranicznego finansowania, które stoi de facto nad przepaścią.

Banderowska propaganda oczywiście może iść w zaparte i do końca mówić o rychłym zwycięstwie, podobnie jak było w III Rzeszy na początku 1945 roku. Budżet mówi jednak coś znacznie bardziej konkretnego: Ukraina potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów, aby utrzymać obecny remis. O zwycięstwie nie ma już mowy.

Ludzie Biłeckiego otwierają placówkę w Warszawie. To ukraińska organizacja „Weterański Korpus”.

Korpus Weteranów w Warszawie źr. Facebook.com

Ludzie Biłeckiego otwierają placówkę w Warszawie

18 września 2026 Paweł Król kresy/ludzie-bileckiego-otwieraja-placowke-w-warszawie

Ukraiński „Korpus Weteranów” zapowiedział rozpoczęcie działalności w Warszawie. Organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biłeckiego.

Ukraińska organizacja „Weterański Korpus” zapowiedziała uruchomienie swojej placówki w Warszawie. Informację opublikowano na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku pod hasłem „Korpus Weteranów – teraz także w Warszawie”. Otwarcie ma nastąpić 19 września podczas wydarzenia UA FEST przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie.

„Korpus Weteranów” jest organizacją skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem ukraińskich sił zbrojnych. Zajmuje się m.in. pomocą prawną, psychologiczną i zawodową, wsparciem rodzin oraz reintegracją byłych żołnierzy.

Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele „Korpusu Weteranów” stoi Jan Kliszajew.

Sam 3. Korpus Armijny powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje, że zarówno 3. Korpus Armijny, jak i 1. Korpus „Azow” wywodzą się z ruchu azowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu „Azow”.

Także przedstawiciele samego „Korpusu Weteranów” odwołują się do tej ciągłości. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego: od „Patrioci Ukrainy”, przez „Azow”, po 3. Brygadę Szturmową i 3. Korpus Armijny.

Oficjalna strona organizacji deklaruje, że jednym z jej celów jest nie tylko pomoc weteranom w powrocie do życia cywilnego, ale również przygotowywanie ich do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.

Warszawska placówka ma działać w przestrzeni UA HUB przy ul. Obrzeżnej 7. Sam UA HUB przedstawia się jako centrum służące ukraińskiej społeczności w Polsce.

Na obecnym etapie nie ma oficjalnych informacji, by warszawski ośrodek „Korpusu Weteranów” miał prowadzić nabór do ukraińskich formacji wojskowych. Potwierdzone jest natomiast jego bezpośrednie powiązanie organizacyjne z 3. Korpusem Armijnym oraz genealogiczne związki tego środowiska z ruchem azowskim.

Ruch azowski od lat budzi kontrowersje z powodu obecności symboliki kojarzonej z nazizmem.

Francuski „Le Monde” informował, że podczas szkolenia żołnierzy 3. Brygady Szturmowej we Francji w 2023 roku u części wojskowych widoczne były swastyki, runy SS, symbole czaszek kojarzone z formacjami SS oraz nazistowskie gesty. 3. Brygada Szturmowa wywodzi się ze środowiska azowskiego i później stała się podstawą 3. Korpusu Armijnego dowodzonego przez Biłeckiego.

Na oficjalnych profilach 3. Brygady Szturmowej pojawiały się również fotografie żołnierzy z wewnętrznymi odznaczeniami przypominającymi emblemat 36. Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”. Formacja ta podczas II wojny światowej odpowiadała m.in. za masowe zbrodnie na ludności cywilnej, w tym pacyfikację warszawskiej Woli podczas Powstania Warszawskiego.

Kolejne kontrowersje dotyczą nazewnictwa jednostek. W utworzonym w strukturach Korpusu „Azow” batalionie systemów bezzałogowych znalazł się pododdział „Nachtigal”. Nazwa nawiązuje do batalionu Nachtigall utworzonego podczas II wojny światowej przez niemiecką Abwehrę. Według przywołanej przez Kresy.pl Encyklopedii Holocaustu Yad Vashem członkowie tej formacji uczestniczyli we Lwowie, wraz z Niemcami i miejscowymi Ukraińcami, w zabijaniu Żydów.

O obecności nazistowskiej symboliki w jednostkach związanych z ruchem azowskim mówił również były holenderski ochotnik służący na Ukrainie. Twierdził, że widział w koszarach swastyki i inne symbole nazistowskie, a w części pododdziałów żołnierze mieli wykonywać nazistowski salut. W lutym 2026 roku ukraińska historyk Marta Hawryszko zwracała z kolei uwagę na przedstawiciela 3. Brygady Szturmowej używającego pseudonimu „Makar”, który miał publikować materiały z przerobionym symbolem SS „Dirlewanger” i uczestniczyć w szkoleniach środowiska oddającego hołd Waffen-SS Galizien.

Kresy.pl/Facebook.com