Ostry konflikt polityczny – w tym zwracanie orderów oraz walka na wrogie oświadczenia w relacjach Warszawa-Kijów – jest faktem, którego już nie da się wyciszyć lub zagłuszyć.
Podobnym językiem mówią do nas (czasami) tylko politycy Izraela, bo przecież im wiadomo, że „antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki”, a my „rewanżujemy się” infantylnym tłumaczeniem ich dlaczego mogą nami pomiatać. Również na „froncie ukraińskim” słyszymy z „naszej” strony głosy dystansujące się od tego konfliktu, zwłaszcza usprawiedliwiające działania prezydenta… Zełenskiego (ponoć nie mógł odmówić wojskowym uczczenia „bohaterów UPA”. Jeżeli takich bohaterów ma armia ukraińska i prezydent tego kraju i musi zgodzić się na jej dyktat, to chyba mamy się czego bać w przyszłości, gdy owa armia wyjdzie z tej wojny zwycięsko).
Część proukraińskich polityków przedstawia się w roli… „arbitra” w konflikcie między dwoma prezydentami – tylko pogratulować (braku) instynktu politycznego. Lecz to gadanie tylko radykalizuje nastroje po obu stronach: oni, czyli politycy ukraińscy, traktują to jako wyraz naszej słabości, my – jako prowokację lub głupotę. Tu już nie ma i nie będzie stanów pośrednich: stosunek do UPA (nie tylko jej „bohaterów”) jest dziś najważniejszą granicą podziału („kto pierwszy nas rozpoznał, kto wrogów, kto przyjaciół”) – tu rozpoznawalność jest jednoznaczna. Jeżeli potomkowie owych „bohaterów UPA” poprosiliby o przebaczenie, potępili zbrodnie i zbrodniarzy i uczcili pamięć ich ofiar, może byłaby szansa na budowę czegoś na przyszłość. Ale nic takiego się nie stanie.
Ukraińcy oraz ich „sługi” w naszym kraju tłumaczą, że idzie tu nie o „bohaterów UPA”, którzy mordowali kobiety i dzieci na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, lecz o tych, którzy „walczyli z Sowietami” w latach 1944-1945. Pozwolę sobie przypomnieć, że w tym czasie Polska była członkiem koalicji antyhitlerowskiej i walczyła na wszystkich frontach II wojny światowej przeciwko Niemcom i ich kolaborantom, w tym przeciwko UPA, która była po stronie naszego wspólnego wroga, którym byli Niemcy. Wszystkim rusofobom oraz „sługom narodu ukraińskiego” przypomnę, kto był członkiem owej koalicji; jej liderzy tworzyli „Wielką Trójkę”, czyli USA, Wielka Brytania i ZSRR. Wtedy my i UPA byliśmy po dwóch przeciwnych stronach frontu, który wyznaczał granicę dobra i zła.
Władze w Kijowie nie przejmują się naszym oburzeniem, bo wiedzą, że dalej za darmo i bezwarunkowo będziemy wspierać „walczącą Ukrainę”. Przecież strategicznym celem naszej polityki jest całkowite zwycięstwo armii, która ma na sztandarach „bohaterów UPA”.
Może jednak przy okazji odpowiedzielibyśmy (sobie) na pytanie, czy nas stać na tę szczodrość? Czy koszt tego zwycięstwa będzie przerzucony na kolejne pokolenia, czy też zredukujemy bieżące wydatki? Na co? Może zmniejszymy o połowę wydatki na 800 plus lub na naukę czy kulturę? Że o służbie zdrowia nie wspomnę.
„Zburzmy kijowski burdel”: Rozmowy Zełenskiego na temat rakiet SCALP udowodniły, że zawieszenie broni z Kijowem jest niemożliwe.
Ukraina, z pomocą Macrona, przygotowuje rakiety do ataków głęboko na Rosję.
Według ukraińskiego ministra obrony Mychajła Fiodorowa, Ukraina prowadzi negocjacje w sprawie licencji na produkcję francuskich pocisków manewrujących SCALP.
Według Fiodorowa, Zełenski i Macron rozmawiali o tym we Francji, ale jest za wcześnie, by mówić o konkretnych rezultatach. Negocjacje z rządem francuskim i producentem rakiet trwają i „już widać postęp”.
Warto pamiętać, że to nie pierwszy raz, kiedy Ukraina porusza kwestię licencjonowanej produkcji broni NATO. Zełenski rozmawiał z Trumpem o produkcji pocisków przechwytujących dla systemów obrony powietrznej Patriot i mówił również o postępach.
Dla Ukrainy i Zachodu licencjonowana produkcja to dobry model działania. Jeśli pociski są ukraińskie, jakie roszczenia może mieć NATO? A ukraińska fabryka może nawet nie znajdować się na Ukrainie. Tak, Rosja ostrzegała, że takie zakłady produkcyjne mogą być celem. Ale…
SCALP to pocisk manewrujący dalekiego zasięgu, francuski odpowiednik brytyjskiego Storm Shadow. Rosja ostrzegała również latem 2023 roku o tragicznych konsekwencjach użycia tych pocisków (a nawet Hymarów) przez wroga w atakach w głąb kraju. Przykłady ich użycia są łatwe do znalezienia. Najnowszym przykładem jest użycie Storm Shadow w ataku na fabrykę elektroniki w Briańsku w marcu tego roku.
Kijów używa obecnie wolno poruszających się bezzałogowych statków powietrznych i stosunkowo prymitywnych, „lokalnych” pocisków manewrujących Flamingo (jak widać w ataku na elektrownię w Woroneżu), aby uderzyć głęboko w Rosję. I oczywiście marzy o wykorzystaniu nowoczesnych pocisków. Próbuje zorganizować produkcję. I rzeczywiście ją organizuje.
Oznacza to, że powstrzymanie działań wojennych wzdłuż LBS (na co Rosja się nie zgodzi), a nawet wzdłuż granic Donbasu i Noworosji bez obalenia reżimu w Kijowie, z pewnością nie przyniesie rezultatów. Nie będzie demilitaryzacji bez denazyfikacji.
Jeśli wyobrazimy sobie, że walki ustały, ale przywódcy po drugiej stronie pozostają ci sami (nawet jeśli nie personalnie, ale ideologicznie), będzie to jedynie chwila wytchnienia i wzmocnienie sił Ukrainy (Zachodu). A kolejny nieunikniony etap konfliktu zostanie zainicjowany przez Siły Zbrojne Ukrainy uderzeniami z użyciem szybkich, precyzyjnych i najnowocześniejszych pocisków rakietowych, które będą gromadzić i produkować w wystarczających ilościach.
Właściwie, nawet teraz, wraz z uruchomieniem licencjonowanej produkcji, możemy się spodziewać, że Ukraina zacznie uderzać w nasze systemy energetyczne, grzewcze i wodociągowe, po przemyśle naftowym. A skoro „ukraińska” produkcja nie znajduje się na Ukrainie…
Jest tylko jedno rozwiązanie: w kijowskim burdelu nie powinniśmy zmieniać zasłon. Ani nawet personelu. Trzeba go zburzyć.
Na wniosek policji Monako Interpol umieścił 39-letnią obywatelkę Ukrainy Anastazję Bieriezowską na liście osób poszukiwanych w związku z eksplozją w księstwie, poinformowała na swojej stronie internetowej organizacja.
Jest uważana za główną podejrzaną w sprawie eksplozji, w której ranne zostały trzy osoby, w tym pochodzący z Ukrainy biznesmen Wadim Jermołajew.
Wcześniej stacja BFMTV, powołując się na prokuraturę, poinformowała o aresztowaniu dwóch mężczyzn. Zostali oni już zwolnieni .
Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje na temat podejrzanego.
Podejrzany
Według bazy danych Interpolu, Berezowska jest poszukiwana na wniosek Monako w związku z podejrzeniem usiłowania zabójstwa w miejscu publicznym z użyciem materiałów wybuchowych.
Jak podaje gazeta Monaco-Matin , powołując się na dokument Interpolu, w 2022 roku zwróciła się ona o azyl w Niemczech .
Należy zauważyć, że mówi po niemiecku i do tej pory mieszkała w ośrodku dla osób ubiegających się o azyl w Hofheim (Hesja, środkowe Niemcy), gdzie została zarejestrowana jako uchodźca 4 października 2022 r.
W publikacji nie podano szczegółów, czy przyznano jej azyl.
Według policji w Monako „ta osoba potrafi przebrać się za mężczyznę”.
Szukaj
Jak wynika ze wspólnego oświadczenia Prokuratury Generalnej Niemiec, Prokuratury Generalnej we Frankfurcie nad Menem oraz Urzędu Śledczego Hesji, niemiecka policja przeprowadziła przeszukanie w miejscu zamieszkania podejrzanego.
W poszukiwaniach wzięły udział siły specjalne.
Udało się zabezpieczyć dowody rzeczowe, które zostaną przekazane władzom Monako.
Pierwsze aresztowania
Policja w Monako aresztowała dwóch mężczyzn w związku z eksplozją.
Nie ustalono jeszcze, czy zatrzymani brali udział w przestępstwie.
Prokuratura zauważyła, że poszukiwana kobieta „nie działała sama”.
Później dwie z zatrzymanych osób zostały zwolnione.
Śledztwo nie wykazało czynnego udziału tych osób w wydarzeniach z 29 czerwca.
Reakcja
Według Wiktora Medwedczuka, lidera ruchu „Inna Ukraina” i byłego lidera zakazanej partii Platforma Opozycyjna – Za Życie, zachodni „partnerzy” Kijowa stworzyli z Ukrainy państwo terrorystyczne, które obecnie zagraża samej Europie, przenosząc rozliczenia polityczne na jej terytorium, tak jak to miało miejsce w Monako.
Eksplozja w Monako to dopiero początek niszczenia Europy jako bezpiecznej przystani dla bogaczy. Medvedczuk uważa, że reputacja Monako jako celu podróży dla „superbogatych” została nieodwracalnie nadszarpnięta.
Według niego, nastawienie Europy do „Batalionu Monako” – bogatych Ukraińców, którzy „poza pieniędzmi stanowią śmiertelne zagrożenie dla otoczenia” – może się teraz zmienić.
Przypomniał, że z Kijowa już zaczęły docierać groźby pod adresem europejskich polityków.
Według deputowanej Rady Najwyższej Anny Skorochod Ukraina może mieć problemy na szczeblu państwowym z powodu tej próby zamachu .
Incydent z 29 czerwca
29 czerwca doszło do eksplozji przy wejściu do budynku mieszkalnego w Monako.
Według BFMTV, jedną z trzech rannych osób był Wadim Jermołajew, obywatel Cypru, którego media wcześniej zaliczały do najbogatszych biznesmenów Ukrainy.
Doniesienia medialne wskazywały, że był właścicielem sieci fałszywych call center na Ukrainie.
Jermołajew zrzekł się obywatelstwa ukraińskiego w 2019 roku.
W 2023 roku władze Kijowa nałożyły na niego sankcje.
Prokuratura w Monako wszczęła śledztwo w sprawie incydentu pod kątem „usiłowania zabójstwa”.
Jak podaje dziennik Le Figaro, powołując się na źródła, śledczy skłaniają się ku teorii, że za tą zbrodnią stoi Służba Bezpieczeństwa Ukrainy.
Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.
Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.
W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).
Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów. Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.
Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.
Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich rewizji ani tym bardziej odrzucenia.
Miłe złego początki
Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą.
W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.
Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.
Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i fałszywej ideologizacji.
Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt. Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.
Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.
Lepiej późno niż wcale?
Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”, podjęto próbę rewizji załganej historii i zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.
Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą.
Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.
Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.
Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.
Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.
Tama pękła
To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.
Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać każde wyzwanie „ocenie zagrożeń”.
Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!
Co należy robić
Należy przywrócić racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.
Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji władz Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.
Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.
Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się” przeważnie ma fatalne następstwa.
Interesy, tylko interesy
Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”. Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy spór o to, kto ma w nim większą rację.
Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.
Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności za zbrodnie na Polakach.
Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie dokonać jedynie administracja prezydencka.
Będę dzisiaj takim Nostradamusem czy innym Jackowskim i napiszę co się wydarzy w najbliższych dniach w stosunkach polsko-ukraińskich i co mniej więcej, będą pisać media głównego nurtu. Nie wymaga to naprawdę wielkiej ekwilibrystyki umysłowej. Jeśli ktoś wie jakie główne siły stoją za większością polityków i mediów, to analizowanie polskiej sceny politycznej jest dziecinnie proste.
Władze na Ukrainie były przekonane, że społeczeństwo jest równie proukraińskie jak „elity” administrujące Polską. Strona ukraińska była przekonana, że nie musi już skrywać zupełnie swojej polityki historycznej i może ją śmiało eksponować nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Okazało się, ze ogół Polaków znużonych długotrwałą pomocą dla roszczeniowych uchodźców, radykalnie odrzucił bezczelną próbę jawnej rehabilitacji banderyzmu. To musiało być zaskoczeniem do przyzwyczajonych do całkowitej uległości Polski władz Ukrainy.
Nawet środowiska skrajnie proukrainskie i rusofobiczne z kręgów bliskich PiS-owi, nie były wstanie znieść jawnie antypolskich gestów jakimi był uroczysty pochowek zbrodniarza i kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka czy odesłania kurierem Orderu Orła Białego. Realne ośrodki władzy zauważyły ten trend, który potwierdziły liczne w całym kraju inicjatywy mające na celu uczczenie rzeszy Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Uruchomiono procesy mające na celu ratowanie tezy o konieczności sojuszu polsko-ukraińskiego. Moim zdaniem koła ratunkowe w kierunku Ukrainy ze strony władz w Polsce zostały już rzucone.
Zapewne za kilka godzin usłyszymy pobąkiwania o możliwości ekshumacji Polaków pomordowanych przez Ukraińców. Będą one zapewne znów obwarowane jakimiś dziwacznymi warunkami, o czym media będą raczej milczeć. Zapewne w kilku miejscach nawet rozpoczną się prace ekshumacyjne. Zawodowi kresowiacy będą w mediach chwalić dobroduszność władz ukraińskich. Usłyszymy zapewne w okolicach 11 lipca jakąś deklarację o gotowości przeprosin. Myślę, że nawet usłyszmy coś co będzie w jakimś stopniu substytutem przeprosin. Władze ukraińskie złożą kwiaty pod jakimś krzyżem czy tablicą. Ambasador Ukrainy wystąpi z jakimś ckliwy przemówieniem. Odprawione zostaną wspólne polsko-ukraińskie msze. Konferencja Episkopatu Polski po raz kolejny podkreśli znaczenie dialogu i wybaczenia.
Będzie w mediach bardzo dużo o nieuchronnym braterstwie i sporo wspólnym ruskim wrogu. Usłyszymy, że emocje poszły za daleko z dwóch stron. I zapewne, że jeśli polska reakcja nie była inspirowana przez Moskwę, to budzi tam zapewne radość. Jeśli sytuacja nie będzie odpowiednio szybko się uspokajać, to obejrzymy wtedy coś w rodzaju orędzia do Polaków Wołodymyra Zełenskiego. Powie, ze dziękuje za pomoc i rozumie polskie stanowisko.
To niczego istotnego nie zmienia. Polacy nie potrzebują żadnych przeprosin ze strony państwa ukraińskiego. Ponieważ te przeprosiny nie będą szczere i nie będą wynikały z świadomego wyrzeczenia się zbrodniczej tradycji. Będzie to kolejny teatr mający na celu zmiękczenie serc Polaków i czasowe oddalenie jawnej gloryfikacji antypolskiego banderyzmu. Będzie to odbębniony rytuał, który umożliwi dalsze korzystanie z lotniska w Jasionce.
Nasze władze – gdyby były odrobinę suwerenne – już dawno powinny określić minimum oczekiwań względem Ukrainy:
1) penalizacja banderyzmu, 2) jednoznaczne potępienie organizacji banderowskich i neobanderowskich, 3) umożliwienie przeprowadzenia bezwarunkowej ekshumacji i zabrania szczątków Polaków do kraju, 3) budowę muzeum ofiar integralnego nacjonalizmu (szowinizmu) ukraińskiego i pomnika pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947 w Kijowie 4) natychmiastową i ostateczną rezygnację z kuriozalnych pomysłów mówiących o budowie czy odbudowie miejsc pamięci banderowców na terenie Polski 5) podpisanie umów gwarantujących systematyczną spłatę pomocy i pożyczek udzielanych w latach 2022-2026.
Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinien być naród polski, a nie żaden obcy naród czy wymyślona ponadnarodowa koncepcja, jak jakieś Międzymorze/ULB. Odniesieniem musi być bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność Polski. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. Jak odzyskać to można, a co zostało bezrozumnie oddane.
Wracając do Nostradamusa lub Jackowskiego, będzie zapewne tak jak było. Być może trochę mniej bezczelnie, mniej manifestacyjnie i bardziej ostrożnie. Ale kierunek pozostanie ten sam. Filozofia rządzenia również ta sama. Nie ma w Polsce moim zdaniem sił, które są wstanie przepchać Polskę na inne tory geopolityczne. To musiałoby sie stać na poziomie mocarstw.
Zaledwie kilka godzin po tym, jak Zełenski ostrzegł przed zbliżającą się rosyjską eskalacją konfliktu, nad stolicą Ukrainy przetoczyło się potężna gradobicie dronów i pocisków. W nocnym ataku rakietowym i dronów, który przytłoczył obronę powietrzną Kijowa, zginęło co najmniej 20 osób, a dziesiątki zostały ranne. Sama skala bombardowań sugeruje znaczną eskalację odwetowej strategii Moskwy, po tygodniach, a nawet miesiącach, masowych ataków ukraińskich dronów na terytorium Rosji, wymierzonych w szczególności w rafinerie ropy naftowej i infrastrukturę energetyczną.
Mer stolicy Witalij Kliczko potwierdził, że sześć pięter budynku mieszkalnego częściowo się zawaliło po bezpośrednim trafieniu rosyjskim pociskiem. „Kijów jest atakowany pociskami balistycznymi i dronami” – napisał Kliczko na Telegramie późnym wieczorem. Urzędnicy poinformowali również, że wśród rannych jest co najmniej dwoje dzieci, a w atakach uszkodzeniu uległo trzydzieści kilka miejsc w całym mieście. Kliczko dodał, że był to jak dotąd największy atak na stolicę.
BBC informuje: „Chociaż w poprzednich atakach zginęło więcej osób, w tym najnowszym użyto największej ilości broni przeciwko stolicy i uderzono w wiele miejsc na rozległym obszarze Kijowa. Kilka dzielnic zostało ewakuowanych, gdy ataki wstrząsnęły budynkami w całym mieście. Po ataku ukraińskie siły powietrzne wydały na Telegramie oświadczenie: „Składamy kondolencje wszystkim ofiarom i rodzinom, które straciły bliskich w tym przerażającym ataku terrorystycznym. Zemścimy się!”.
„Mieszkańcy donoszą, że ataki stają się coraz intensywniejsze, obejmując coraz większy obszar regionu stołecznego i trwając dłużej. Atak na Kijów trwał ponad 11 godzin i przebiegał w kilku falach, począwszy od ataku dronów na Stare Miasto w Kijowie, który wywołał pożar w hotelu w centrum miasta” – dodaje BBC. Zełenski przerwał swoją wizytę w Irlandii po rosyjskim ataku.
Zgłoszono szkody w 30 lokalizacjach w całym mieście, głównie w budynkach mieszkalnych i infrastrukturze cywilnej, powiedział Tymur Tkaczenko, szef miejskiej administracji wojskowej w Kijowie. Minister spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko poinformował, że w całym mieście uszkodzonych zostało 20 budynków mieszkalnych. Służby ratunkowe poinformowały o wysłaniu prawie 500 funkcjonariuszy i 100 pojazdów specjalistycznych, w tym śmigłowca, do radzenia sobie ze skutkami ataku.
Minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha wezwał sojuszników Ukrainy do wzmocnienia obrony powietrznej kraju po tym, jak wydarzenia w Kijowie nazwał ‚nocą grozy’, wzywając partnerów do nieopóźniania decyzji w sprawie dostawy systemów obrony powietrznej i pocisków rakietowych. W poście na X Sybiha stwierdził, że liczba ofiar śmiertelnych ataku może nadal rosnąć, ponieważ ratownicy kontynuują działania.
Odnośnie liczby wystrzelonych pocisków, ukraińskie Siły Powietrzne oszacowały, że Rosja wystrzeliła podczas ataku 74 pociski i 496 dronów. To ogromna liczba, skoncentrowana wyłącznie na stolicy. Wojsko poinformowało, że jego jednostki obrony powietrznej zestrzeliły większość z nich, ale mimo to 25 pocisków balistycznych i 12 dronów trafiło w 33 cele.
Według ukraińskich sił powietrznych, Rosjanie użyli w ataku w nocy ze środy na czwartek 24 pociski balistyczne Iskander-M, 4 hipersoniczne pociski 3M22 Cyrkon, 34 pociski manewrujące Ch-101 odpalane z powietrza, 8 pocisków manewrujących Kalibr odpalanych z morza oraz 496 dronów dalekiego zasięgu Szahed/Geran. Głównym celem ataku była stolica Ukrainy, Kijów. Poza tym ataki były skierowane na inne miasta.
Sąsiadująca z Ukrainą Polska poinformowała, że atak był tak rozległy, że w czwartek na krótko poderwano myśliwce w ramach środków ostrożności, aby monitorować potencjalne naruszenia przestrzeni powietrznej przez nadlatujące pociski, drony lub myśliwce przechwytujące. Gdy tylko stało się jasne, że nie doszło do żadnych naruszeń, myśliwce powróciły do bazy.
Sporo słyszymy o kolejnych atakach ukraińskich, mających rzekomo świadczyć, że Rosja jest kolosem uginającym się od ciosów na swoich glinianych nogach.
Tymczasem rzadko kiedy jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o działaniach strony przeciwnej, czyli rosyjskiej przeciwko Ukrainie.
Strzały do Kijowa
Tymczasem tylko wczoraj doszło do ataków na stołeczny Kijów. Rosyjskie rakiety i drony trafiły m. in. w obiekty spółki Fire Point (kontrolowanej przez otoczenie Zełenskiego, w tym zbiegłego do Izraela Timura Mindicza) produkujące elementy do rakiet Flamingo, czyli flagowego produktu owej firmy. Do tego uszkodzone zostały Kijowskie Zakłady Radiowe, magazyny paliwowe i olejowe fabryki Kijów-3. Równoległe Rosjanie zaatakowali podstacje gazowe dostarczające ten surowiec energetyczny do wspomnianych zakładów.
Likwidacja przemysłu rakietowego Ukrainy?
Rosyjskie uderzenia z jednej strony przedstawia się jako reakcję odwetową za przeprowadzone niedawno ostrzały celów cywilnych w Rosji, w tym infrastruktury energetycznej i transportowej. Nacelowane były one jednak dość precyzyjnie w kluczowe zakłady umożliwiające funkcjonowanie ukraińskiego przemysłu rakietowego.
Przykładem są zakłady spółki Radioniks, bez których w praktyce nie jest możliwa dalsza produkcja rakiet przez Ukrainę. Chodzi o wspomniane już rakiety Flamingo będące chlubą ukraińskich władz i mające zasięg pozwalający na atakowanie celów położonych w głębi terytorium Federacji Rosyjskiej.
Zaatakowane zakłady Radioniks
Atak na magazyny dronów
Z kolei w zachodniej części obwodu kijowskiego ofiarą rosyjskich uderzeń padły wczoraj magazyny dronów i części do nich, co ma znacznie ograniczyć zdolności ofensywne ukraińskich wojsk używających przeciwko Rosjanom systemów bezzałogowych.
Uszkodzenia obiektów cywilnych w Kijowie
Strona ukraińska tradycyjnie wskazuje, że celem rosyjskich uderzeń miały być obiekty cywilne. Tymczasem analiza niektórych materiałów filmowych i fotograficznych wykonanych przez mieszkańców Kijowa wskazuje, że wiele domów mieszkalnych wykazuje zniszczenia typowe dla działania systemów rakietowych obrony przeciwlotniczej (wiele uszkodzeń wynikających z rozbijania się ich pociskowa mniejsze części).
Dodatkowo świadkowie relacjonują, że część rakiet obrony ukraińskiej rozpadała się już w powietrzu, co świadczy o ich niskiej jakości, względnie braku umiejętności korzystania z nich przez wojska ukraińskie. Jest to zresztą problemem już od dawna, ale ostatnio kłopot ten się nasila w związku z dotkliwym brakiem amunicji do szeregu systemów zachodnich, w tym zestawów Patriot zestawów Zjednoczonych i od ich europejskich partnerów.
Pożar na osiedlu Kwartał Francuski w Kijowie wskutek uderzenia ukraińskiej rakiety obrony przeciwlotniczej
Marcin Fijas, który od początku wojny wielokrotnie jeździł z pomocą do Polaków mieszkających na Ukrainie, opowiedział w podcaście Tomasza Drwala o sytuacji Kresowiaków wcielanych do ukraińskiej armii. Działacz twierdzi, że został zatrzymany przez SBU pod zarzutem dywersji, a pomoc Polakom na Ukrainie jest problemem zarówno dla Kijowa, jak i Warszawy.
Marcin Fijas, Polak zaangażowany w pomoc Kresowiakom na Ukrainie, był 16 czerwca gościem podcastu Tomasza Drwala. W rozmowie mówił o sytuacji Polaków mieszkających na Ukrainie, w tym osób wcielanych do ukraińskiej armii.
Fijas przekazał, że szóstego dnia wojny wyjechał na Ukrainę i wstąpił do Legionu Międzynarodowego. Po powrocie do Polski przez trzy lata organizował pomoc dla Polaków z Kresów, przede wszystkim tych, którzy – jak twierdzi – zostali wbrew własnej woli wcieleni do Sił Zbrojnych Ukrainy.
Według relacji Fijasa był on na Ukrainie blisko 60 razy. Miał pomagać setkom rodzin, organizować pikniki w polskich wioskach oraz przewozić paczki, sprzęt i pomoc medyczną.
Działacz mówił również o działaniach ukraińskiego TCK (Terytorialnego Centrum Rekrutacji i Wsparcia Społecznego, jednym z głównych zadań centrum jest mobilizacja ludności do armii) wobec Polaków mieszkających na Ukrainie. Twierdził, że mężczyźni są zabierani z ulic, sprzed domów i kościołów, a następnie wcielani do wojska. W jego ocenie na froncie znajduje się co najmniej około 100 osób, które czują się Polakami.
Fijas stwierdził także, że Polska „nie zrobiła nic” dla Polaków wcielanych do ukraińskiej armii ani dla rodzin żołnierzy, które pozostały same w domach. Według niego temat ten jest nieopłacalny politycznie dla polskich władz.
Według Fijasa ukraińskie służby mają prowadzić szczególnie wzmożony pobór w miejscowościach zamieszkanych w dużej części przez Polaków. Twierdził, że takie działania są mniej aktywnie prowadzone w wioskach, w których przeważa ludność węgierska lub rumuńska. W jego ocenie Polacy mieszkający na Ukrainie znaleźli się przez to w wyjątkowo trudnej sytuacji.
W rozmowie opowiedział również o swoim zatrzymaniu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Jak mówił, 25 lutego 2026 roku został zatrzymany 17 km od granicy z Rosją pod zarzutem dywersji i szpiegostwa na rzecz Rosji. W rękach ukraińskich służb miał spędzić 16 godzin. Według jego relacji SBU nie przyjęła jego wyjaśnień, a dopiero interwencja polskiej ambasady pomogła w rozwiązaniu sprawy.
Fijas twierdzi, że państwo ukraińskie uniemożliwia mu dalszą pomoc Kresowiakom. Nadal zbiera jednak środki na wsparcie Polaków z Ukrainy, którzy trafili na front, oraz ich rodzin. Organizowane mają być paczki dla dzieci i osób starszych pochodzenia polskiego, a także kolonie dla polskich dzieci.
W opisie zbiórki wskazano również, że jeśli uda się zebrać odpowiednią kwotę, część środków miałaby zostać przeznaczona na pomoc dla polskiego Radia Lwów „Na Lwowskiej Fali”, które nie otrzymało finansowania na działalność radiową. Jej koszt określono na minimum 120 tys. zł.
„Polacy na Ukrainie są w najgorszej sytuacji ze wszystkich Polaków na świecie po 1945 roku” – napisano na stronie zbiórki.
Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej.
◊
Obraz na wstępie: twórczość ludowa z Lubelszczyzny, przełom XIX/XX w.: LINK
Debanderyzację czas zacząć
To, co się stało w stosunkach ukraińsko – polskich ma wymiar symbolu i staje się przełomem. Symboliczny wymiar zachowań władz Nowej Chazarii z końca wiosny 2026 r. polega na tym, że ludzie ci jak w pigułce pokazali, co o nas sądzą, sądzili cały wcześniejszy czas i sądzić zamierzają. Traktują nas gorzej, niż frajerów, gorzej, niż ofiary losu. Oni nas traktują jako ofiary swoje, należne im jako triumfalnej żarłocznej sile. To coś gorszego, niż turańszczyzna, to złączenie azjatyckiej dziczy z talmudyczną nienawiścią do wszystkiego, co nie swoje i z darwinistycznym poglądem o ewolucji stosunków międzyludzkich. Tego nauczyli ich Niemcy już w XIX w., znajdujący się od czasów Lutra pod najpierw dyskretnym, a potem stanowczym wpływem Talmudu, co się objawia kultem czystej siły człowieka. To samo, co u banderowców było u esmanów, i to samo widzimy dziś w stosunku Żydów do Palestyńczyków lub Irańczyków. Do Polaków zresztą też. Co nie dziwi, gdy się wie, jak wielkie wpływy mają różne środowiska żydowskie na Ukrainie.
Wartość przełomu polega na tym, że Polacy błyskawicznie zostali odarci ze złudzeń przez samych banderowców. Wcześniej łudziliśmy się, że powstał naród ukraiński, pragnący wolności, który będzie w stanie wybić się do szlachetności i żyć w pokoju z sąsiadami, zwłaszcza z Polakami. Łudziliśmy się, że doświadczenie czasów sowieckich i wcześniejszych tragedii, jakie spotkały tą ludność, i cierpień, jakie ta ludność sama zadawała innym narodom, głównie Polakom, będzie dla nich oczyszczeniem. Że będą w stanie stanąć w prawdzie, poprosić o przebaczenie, docenić wagę sąsiedztwa Polski i budować swoją przyszłość w sojuszu z Polską. Polacy byli w stanie wybaczyć wiele Ukraińcom. Byliśmy w stanie odżałować nasze Kresy, nasze ziemie koronne, zajęte przez państwo ukraińskie. Byliśmy w stanie wybaczyć Ukraińcom okrutne rzezie na Polakach, nie tylko tą z XX wieku, ale również te z wieków poprzednich.
Byliśmy w stanie wybaczyć im niewierność, gdy zdradzali Rzeczpospolitą i Króla z Tatarami i Moskwą. Byliśmy w stanie wybaczyć im niewdzięczność za to, że nie docenili bycia pograniczem Polski, gdy potężni Polacy zlitowali się nad Rusinami i litościwie osłaniali swoim orężem od czambułów tatarskich i jasyru, by lud ukraiński w spokoju mógł żyć i pracować. Byliśmy w stanie wybaczyć im, że zmarnowali całe wieki polskiej pracy na polskich kresach, zwanych Ukrainą, a które oni teraz okupują i nie chcą pamiętać, kto jest prawowitym panem tych ziem. Byliśmy w stanie podarować im ogrom naszych dóbr i samemu od ust sobie odjąć, aby mogli osłonić się przed Moskalem. Byliśmy w stanie przyjąć ich pod nasze dachy i udzielić gościny, niewiele żądając w zamian. Jednak teraz kagan kijowski i jego horda przelali czarę goryczy. Skończyło się sentymentalne myślenie o Ukrainie i jej mieszkańcach, a zaczął się twardy realizm.
Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Nie zrobiliby oczywiście tego sami, ale jako narządzie na komendę, aby oczyścić Polskę z Polaków, tak, jak to zrobili na Kresach. Chętnych do oczyszczenia Polski z elementów niepożądanych jest dwóch: Niemcy i talmudyści. I oni właśnie mają wielkie wpływy na Ukrainie.
Po 1991 r. wielu Polaków zadawało sobie pytanie, czy możliwa jest tożsamość ukraińska inna, niż banderowska. Ostatnie lata rządów Zelenskiego pokazały, że nie. Nie mają całej głębi kulturowej i historycznej, a podatni są na kult siły i darwinizm, stanowiące filozoficzne i antropologiczne podstawy nazizmu, syjonizmu i banderyzmu. Wszystko, co szlachetne w ich historii, związane jest albo z Rusią Kijowską, bytem zbyt odległym, aby stać się podstawą państwowości, poza tym częściowo już zaanektowanym przez Rosję, albo z Polską, której banderyzm nienawidzi, tak samo zresztą, jak wszystkich innych nacji, poza Niemcami i Amerykanami. Fundamentem tamtejszej myśli państwowej jest nienawiść i pogarda, w odróżnieniu od myśli polskiej, zbudowanej na miłości i pokoju między narodami. Złudzenia co do państwa ukraińskiego pękają nie tylko na skutek stosunku władz Chazarii do innych państw.
Bo reżim kijowski agresywny jest nie tylko wobec Polski, ale w ogóle wobec sąsiadów, i wszystkim swym dobrodziejom grozi zemstą i pożogą. Wielka bańka złudzeń pod tytułem Ukraina pęka przede wszystkim, gdy widzi się stosunek władzy kijowskiej do własnych obywateli. Obecna wojna ukraińska zaczęła się od ataku banderowców na obywateli Ukrainy pochodzenia rosyjskiego, mieszkających na Donbasie. Wszystko, co wydarzyło się dalej było już tylko konsekwencją krwiożerczych działań reżimu kijowskiego. Można spojrzeć, ilu obywateli Ukrainy skorzystało z pretekstu agresji rosyjskiej i wyjechało ze swojego kraju, aby szukać szczęścia gdzie indziej.
Przecież Ukraina to nie pustynia, to kraina mlekiem i miodem płynąca, spichlerz Europy, a ludzie stamtąd uciekają, częściowo tylko przez Putina, bardziej przez kaganów Nowej Chazarii. Trudno o inne odczucia, gdy się jest rabem, wyzyskiwanym przez oligarchów i zwierzyną, ściganą przez hycli, przeznaczoną na mięso armatnie. Bo ktoś sobie ubzdurał, że zrobi tam Nową Jerozolimę bez Słowian, i osadził swoich ludzie na tronie kijowskim. Nie jest możliwa obecnie inna tożsamość ukraińska, niż banderowska, i nie zmieni się to przez co najmniej sto lat. Aby było inaczej, Ukraińcy sami musieliby tego banderyzmu się wyzbyć, przegonić chazarów, wyrwać się spod władzy Usraela i dogadać się z sąsiadami, głównie z Rosją i Polską.
Tak jednak raczej nie będzie, Ukraina w końcu zostanie odzyskana przez Rosję, i jest to obecnie jedyna siła, która potrafi i chce sobie poradzić z banderyzmem. Polska dziś jeszcze jest na to za słaba, nie ma własnej elity politycznej i własnej polityki, ani nawet własnej wizji, to wszystko dopiero jest w tworzeniu, i najbliższe lata pokażą, czy Polacy to wykształcą, czy się do reszty poddadzą obcym wpływom. Jeśli Polacy nie wybiją Polski na niepodległość, wówczas każda potęga, która będzie chciała zaszkodzić lub coś odebrać Polsce będzie mogła wykorzystać reżim kijowski i Ukraińców w Polsce. Albo więc wybijemy się na niepodległość, albo ulegniemy banderyzmowi.
Aby jednak wybić się na niepodległość i nie dać się pokonać banderowcom Nowej Chazarii, wpierw musimy pozbyć się spośród nas dwóch samobójczych tendencji: szabesgoizmu i banderyzmu. Jeden warunkuje drugi, przy czym szabesgoizm jest pierwotny w stosunku do banderyzmu. Ten pierwszy polega na poddaniu się we wszystkim Żydom i spełnianiu wszystkich ich żądań, ten drugi na tym samym wobec banderowskiej Ukrainy. Oba nurty niszczą nas potężnie i blokują samodzielne myślenie państwowe, upajając iluzjami, które pryskają dopiero, gdy jest już za późno na działanie.
Podam trzy przykłady, znamienne i symptomatyczne, środowisk, które ukształtowały obecny stan umysłów w Polsce. Przykład pierwszy to grupa specjalistów od geopolityki z panem doktorem Jackiem Bartosiakiem na czele, mająca duże wpływy w środowisku PiS, główni dostarczyciele wiedzy i refleksji dla koncepcji polityki zagranicznej i obronnej, grupa osób wielce wpływowych. Z tego środowiska płynie pewność, że Polacy bardzo zyskują na współpracy z Ukrainą, że armia ukraińska broni nas przed inwazją Rosji, że Polska poprawiła swoją sytuację dzięki swojemu zaangażowaniu w wojnie przeciw Rosji po stronie Ukrainy. Najnowsze wyczyny władz kijowskich pan Bartosiak tłumaczy ich emancypacją z pozycji junior-partnera Polski, jakoby to Ukraińcy pokazali, że wygrywają wojnę z Rosją i robią to sami, a Polacy nie chcą im tego przyznać, bo myślą zbyt peryferyjnie. Być może na kształt tej refleksji ma wpływ żydowskie pochodzenie pana doktora, którego zresztą nie ukrywa.
Drugi przypadek to pan Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny Gazety Polskiej, dumny posiadacz medalu, przyznanego w 2014 r. przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy za zaangażowanie w walkę o wolność tego państwa. Zaangażowanie tych mediów w proukraińską narrację w Polsce jest oczywiste i znane i nie ma potrzeby tego rozwijać. Przypadek trzeci to tuzy Episkopatu z arcybiskupem kardynałem Grzegorzem Rysiem na czele. Mało jest w Polsce ludzi tak zasłużonych dla torowania wpływów żydowskich, a przykładem pomnikowym firmowany przezeń list Komisji Episkopatu Polski, ogłoszony w marcu 2026 r., wzywający katolików do synagogi, namawiający do przyznania się do antysemityzmu i uznania tego za grzech prywatny i publiczny. W dniu 29 czerwca 2026 r. przedstawiciele duchowieństwa przedstawili Polakom kolejny akt swojej wiary w postaci wspólnego apelu kardynałów Polski i Ukrainy o pojednanie obu narodów. Ze strony polskiej podpisali go kardynałowie: Konrad Krajewski, Kazimierz Nycz i Grzegorz Ryś, a z ukraińskiej grekokatolicy: kardynał Mykoła Byczok i arcybiskup Swiatosław Szewczuk.
Pojednanie służy dobru, i gdyby ten apel rzeczywiście takowe budował, sam poparłbym go gorąco. Ale pojednanie, aby było prawdziwe i nie stało się pozornym usprawiedliwieniem zbrodni przeszłych i przyszłych, musi bazować na prawdzie i wyznaniu win. Tymczasem ten apel wpisuje się w politykę historyczną Kijowa, aby nie mówić o szczegółach i okolicznościach, zrównywać katów z ofiarami i mówić mgliście o „tragedii wołyńskiej”, powołując się przy tym na autorytet Jana Pawła II. Pomija się też udział przedstawicieli duchowieństwa grekokatolickiego w uświęcaniu mordów. Podobnie wcześniejsze wezwanie do synagogi również powoływało się na Jana Pawła II.
Musimy raz na zawsze skończyć z tą pedagogiką wstydu, z przepraszaniem za cudze winy i z upraszaniem się naszych zdrajców, zdzierców i morderców o łaskawe pozwolenie do życia. Ludy, którym próbujemy się przypodobać uznają naszą podmiotowość dopiero wtedy, gdy okażemy naszą siłę. Turan dopiero wtedy będzie szanował Lacha, gdy przypomni sobie blask lackiej szabli. Chazar dopiero wtedy uszanuje kogokolwiek, gdy się go wykopie za drzwi. Ukraińcy dopiero wtedy uszanują Polaków, gdy przekonają się, że nie są frajerzy, ale polskie pany. Zanim jednak zaczniemy debanderyzować Ukrainę, musimy zdebanderyzować Polskę.
Oznacza to odsunięcie od wszelkich wpływów społecznych wszelkich ludzi, popierających banderyzm. Obejmuje to tych wszystkich, którzy wpuścili Polaków w ukrainozę, a do Polski wpuścili tych wszystkich Ukraińców. Ci, którzy ukrainizowali Polskę są jednocześnie banderystami, i nie traktujmy ich inaczej, bo praktycznym skutkiem ich działań jest wystawianie Polaków na łaskę banderowców. Za jedną okazją możemy też dokonać drugiego koniecznego dzieła: pozbyć się szabesgojów, bo dopóki tego nie zrobimy, oni z uporem maniaków będą nam tu chcieli zaprowadzić ukropolin. Musimy więc pozbyć się popisowych politruków, szabsgojskich propagandystów i duchowych przebierańców.
Tak więc, proszę państwa, niech łączą się antybanderowcy wszystkich krajów, a judobanderskie onuce won z Polski.
Aby zrozumieć obecną sytuację na Ukrainie przypomnieć musimy sobie, że zarówno Zełeński – jak też całe jego otoczenie – to żydzi. Tacy – najgorszego sortu.
Omotali Ukraińców obietnicą likwidacji korupcji i wymuszeń na Ukrainie – przez co udało się im przejąć władzę na Ukrainie – autoryzowaną przez klauna Zełeńskiego.
A wtedy korupcja dopiero wystrzeliła.
Atak Putina na Ukrainę jest dla mnie wielką zagadką.
Całkowicie nieprzygotowany militarnie i politycznie – poniósł porażkę w pierwszych dniach wojny. Ogromnie ważną rolę miała Polska – gdy przyjęła kilka milionów uciekinierów, a w drugą stronę bezinteresownie wysłała broń. Równocześnie wysłaliśmy ogromnie ilości żywności i innych towarów.
Zełęński wtedy zobaczył, że ma do dyspozycji nieewidencjonowany towar – z którym może zrobić co chce. I on – oraz jego wspólnicy handlowali darami od Polaków.
Ale największe pieniądze zebrał – gdy Amerykanie przesłali Ukrainie od 100-300 miliardów dolarów. Defraudacja tych pieniędzy była tak ogromna, że kupowali sobie jachty, wille na lazurowym wybrzeżu, a na Ukrainę szły transporty Maybachów – co sam widziałem.
Równocześnie Ukraińcy rozplenili się po całej Europie – przejmując ośrodki w centrach wielkich miast. Cała Europa finansuje Ukraińców, a nieRząd Tuska zgodził się oddawać ukraińskim część z polskiego PKB (!)
Pomoc Polski dla Ukrainy stanowi od około 3,8% do 6,7% polskiego PKB podczas gdy na całą Służbę Zdrowia przeznacza się 6% PKB.
Po co więc w takiej sytuacji Zełeński rozpoczął z Polakami wojnę o banderowców?
Ukraińcy mają koncesje w całej Europie. Unia Europejska dała im prawie tyle samo praw – co posiadają członkowie UE. Jednocześnie Ukraina nie musi spełniać ŻADNYCH warunków obowiązujących członków UE.
A gdyby rozpoczął się „proces stowarzyszeniowy” to światło dzienne ujrzałaby niewyobrażalna dla nas skala korupcji panująca na Ukrainie. Europejczycy mogli by się dowiedzieć – jak rozgrabiono dary dobrego serca.
Zełeński i jego klika nie chcą do tego dopuścić. Dlatego chcą zawieszenia wszystkich procedur stowarzyszeniowych, ale odpowiedzialność za to zwalić na innych.
Trudno o większą bezczelność – jak nazwanie oddziału wojskowego imieniem UPA. To musiało skończyć się protestem Polaków i zapowiedzią, że „z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Teraz Zełeński ma uzasadnienie, że to „przez Polaków Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”, a monstrualna korupcja na Ukrainie znika z pola widzenia. I taki był od samego początku plan z nazwaniem jednostki wojskowej imieniem banderowców.
Wszystko, co musiałby zrobić, to zagrozić, że Polska przestanie pełnić funkcję państwa tranzytowego dla 90% ukraińskiego importu sprzętu wojskowo-technicznego z NATO, co albo wystarczyłoby, aby Ukraina zastosowała się do warunków przed odcięciem, albo prawdopodobnie uczyniłaby to wkrótce potem, — ale brakuje mu woli politycznej.
Bardzo podobają mi się artykuły Andrzeja Korybko. Przekazują nietuzinkowe spojrzenie na geopolityczną sytuację w naszym zakątku świata. Także ostatni przedstawiony powyżej artykuł określiłbym podobnie. Kwestią, którą chciałbym się dzisiaj zająć, jest słowo w tytule „mogłaby”. Na pytanie: czy Polska mogłaby zablokować dostawy wojskowe NATO na Ukrainę, odpowiedź jest jednoznaczna – tak. Tyle że, jak w przysłowiowym powiedzeniu o saperze – Polska mogłaby tylko raz się tak pomylić.
Polska nie jest jedynym krajem, przez który jest wysyłana natowska broń na Ukrainę.
Osobiście wcale nie uważałbym tego za błąd. Dlaczego nie może dojść do podjęcia decyzji o blokadzie transferu broni przez NATO na Ukrainę? Ponieważ Polska nie jest suwerennym krajem. Podobnie jak większość państw europejskich. Europejscy politycy nie zasługują na miano „mężów stanu”. Znacznie lepiej pasowałoby „sługusy globalistów”. To właśnie dla nich od ponad 30 lat organizowano w Davos szkołę przekształcania świata w kierunku globalizmu zwaną Young Global Leaders. Dlatego dzisiaj marionetki zarówno lewicy jak prawicy przepychają globalistyczne prawa przez posłusznych finansowym motywom lub zwykłemu szantażowi parlamentarzystów.
Globaliści opanowali ONZ, Komisję Europejską i wiele instytucji w szeregu krajów świata. Także rządy w Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i w większości krajów UE.
Sytuacja nielegalnego prezydenta. Ukrainy jest jeszcze bardziej zawiła. Żadne groźby nie są w stanie zmusić go do wystąpienia przeciwko własnym oddziałom Azowa, które są opanowane przez faszystowskie – zorganizowane przy pomocy CIA – banderowskie bojówki.
29.06.2026 r. Ukraiński oligarcha Wadim Ermolaev, objęty sankcjami przez Zełenskiego, wraz z żoną i nastoletnim synem odniósł ciężkie obrażenia w wyniku wybuchu w Monako. Sprawca zostawił torbę z bombą i uciekł. Wygląda na to, że Zełenski zlecił zamach w Monako, aby ukarać go za powiązania z Rosją.
Moim zdaniem trzy światowe potęgi, pomimo trwających zastępczych potyczek w stylu ukraińsko-irańskim, są w głównych celach ze sobą dogadane. I mam nadzieję, że ta „koalicja” wymierzona jest przeciwko czwartej potędze na świecie – globalizmowi.
Putin zakończył kolejną plandemię: hantawirusa.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
„NY Times” opublikował w środę skandaliczny artykuł, który utrwala mit, że Ukraina zadaje Rosji ogromne ofiary. Przypuszczam, że jest to tylko kolejna część propagandowej gry, aby oszukać amerykańską opinię publiczną na temat szans Ukrainy na zwycięstwo w wojnie z Rosją. Zacznijmy od śmiesznych twierdzeń NY Times:
Rosyjskie ofiary: Szacowane na ponad 1,1 miliona (zabitych i rannych) od czasu rozpoczęcia inwazji na pełną skalę w lutym 2022 r. Rosja traci żołnierzy w wysokim tempie, ale nadal uzupełnia siły poprzez rekrutację i skazanych. Rosjanin zabity w akcji (KIA): Około 350.000 – 400.000.
Ofiary ukraińskie: Szacowane na około 400.000–500.000 ogółem (zabitych i rannych). Straty Ukrainy były poważne, szczególnie w latach 2025-2026, z powodu rosyjskiej artylerii i przewagi dronów. Ukraiński zabity w akcji (KIA): Około 180.000 – 220.000.
To jest kompletna bzdura.
Zacznijmy od rosyjskiej/ukraińskiej wymiany ciał żołnierzy. Giełdy mają dwie odrębne fazy. Począwszy od marca 2022 roku, Rosjanie i Ukraińcy dokonali nieformalnych, niewielkich repatriacji, które trwały okresowo do 2022, 2023 i 2024 roku. Wymiana została ułatwiona przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża jako jeden z niewielu działających kanałów humanitarnych między obiema stronami, nawet po zerwaniu stosunków dyplomatycznych.
Zakrojony na szeroką skalę, uregulowany program rozpoczął się 11 czerwca 2025 r., kiedy to odbyła się pierwsza formalna wymiana w ramach porozumień stambulskich – w tym początkowym przekazaniu zwrócono 1.212 ukraińskich ciał. Ramy Stambułu, uzgodnione podczas bezpośrednich rozmów Rosji-Ukrainy w Turcji pod koniec maja i na początku czerwca 2025 r., zobowiązały obie strony do wymiany 6 tys. ciał w mniej więcej miesięcznym okresie.
Od czerwca 2025 r. stosunek ciał ukraińskich powrócił w porównaniu z rosyjskimi ciałami powrócił na około 35–37 do 1. Jak wyjaśniła platforma analityczna VoxUkraine z siedzibą w Kijowie, bezpośrednio odzwierciedla to asymetrię wojny lądowej: posuwające się siły rosyjskie zdobywają ukraińskie pozycje i ciała ukraińskich obrońców, którzy zginęli, trzymając je, podczas gdy Ukraina odzyskuje w zamian stosunkowo niewiele rosyjskich ciał. Innymi słowy, nie ma sytuacji patowej i Ukraina się wycofuje, nie rozwijając się od czerwca 2025 roku.
Według stanu na grudzień 2025 r., Poczta Kijowska powróciła do wszystkich ukraińskich ciał, które powróciły do około 16.000 od początku inwazji na pełną skalę. Dodając trzy udokumentowane giełdy 2026 do kwietnia (3,000 więcej), liczba ta wynosi około 19.000 ukraińskich ciał repatriowanych w sumie. To wyraźnie kontrastuje z całkowitą KIA Rosji odzyskaną w tym samym okresie – około 500 -600 ciał. Jednak NY Times chce, abyś uwierzył, że Rosja ma ofiar ponad dwukrotnie więcej niż Ukraina.
Następnie przyjrzyjmy się dysproporcji w ogniku artylerii. Artyleria, do połowy 2025 roku, pozostała podstawową bronią do zabijania i ranienia żołnierzy po obu stronach. W całej pełnej wojnie Rosja wystrzeliła około 3 do 4 razy więcej pocisków artyleryjskich niż Ukraina – zgodnie z oceną RUSI, że „Rosja wystrzeliła średnio około cztery razy więcej rund niż Ukraina od początku inwazji”. Wskaźnik ten różnił się diametralnie w granicach tej średniej: tak niski, jak 1:1 na krótko latem 2023 r., Kiedy zachodnia amunicja dotarła na Ukrainę w dużej ilości, a nawet 10:1 w najgorszych miesiącach początku 2024 r.
Najważniejszym wydarzeniem jest to, co Instytut Nowoczesnej Wojny West Point określił jako „przemysłowe okno”. W 2025 roku Rosja produkowała około 7 milionów nabojów rocznie – około 19.000 dziennie – podczas zużywania około 10.000-15.000 dziennie. Oznacza to, że Rosja w 2025 roku odbudowywała swoje zapasy, a nie ściągając je, po raz pierwszy od 2022 roku. „Okno zamknie się” dla Rosji tylko wtedy, gdy zachodnie dostawy na Ukrainę mogą albo wypchnąć ukraińską konsumpcję ponad rosyjską produkcję, albo jeśli ukraińskie głębokie uderzenia na zakłady amunicji i składy wystarczająco zdegradują rosyjską przepustowość.
Poniższe tabele ilustrują przerażającą dysproporcję w wystrzałach artylerii:
Po raz kolejny NY Times chce, abyś uwierzył, że Rosja, która strzela prawie czterokrotnie więcej pocisków artyleryjskich niż Ukraina, cierpi podwójnie…
Co z dronami? Rosja wyrządza Ukrainie znacznie więcej szkód poprzez swoją kampanię dronową, niż Ukraina wyrządza Rosji poprzez jej równoważny program. Rosja wystrzeliła ponad 54 tys. dronów typu Shahed przeciwko Ukrainie tylko w 2025 roku, w trwałym tempie 135–200 dziennie. Ukraińska kampania dalekiego zasięgu dronów przeciwko Rosji osiągnęła prawdziwe wyniki operacyjne – ataki rafinerii są udokumentowane, szkody w rosyjskich dostawach paliwa są realne, a publiczne przyznanie się Putina do wewnętrznego kryzysu paliwowego potwierdza to. Ale skala i ludzkie koszty tego, co absorbuje Ukraina, znacznie przekracza to, co pochłania Rosja.
Problemy Ukrainy z rosyjskiej kampanii dronów to egzystencjalna presja na społeczeństwo, które pochłania już 30 tys.–34 tys. ofiar wojskowych miesięcznie. Krótko mówiąc, siły dronów Rosji są większe, produkują na większą skalę, skutecznie uderzają w kolejne cele i wyrządzają więcej szkód swojemu przeciwnikowi. Jednak NY Times chce, abyś uwierzył, że Rosja podwójnie traci ludzi, w porównaniu z ofiarami Ukrainy.
Ostatni, ale na pewno nie mniej ważny, nie zapomnij o bombach szybowcowych FAB. Termin ten jest używany luźno do pokrycia radzieckich bomb wolno-spadających – FAB-500 (500 kg), FAB-1000 (1,000kg), FAB-1500 (1,500kg) i FAB-3000 (3,000kg) – wyposażony w zestaw UMPK (Universal Glide and Correction Module), około $ 20,000 dodatkowy pakiet wyskakujących skrzydeł i sterowanych pocisków satelitarnych, który przekształca głupią bombę żelazną. UMPK daje FAB-500 zasięg 60-70 km, a nowsze wersje rozszerzają się do 100-200 km.
Od 2023 roku Rosja zrzuciła około 125.000–135,000 bomb ślizgowych na ukraińskie pozycje obronne. Kampania bomby szybowcowej odegrała znaczącą rolę w postępach wojskowych Rosji. Upadek Awdijówki, Torecka i Pokrowska był poprzedzony intensywnym przygotowaniem bomby ślizgowej, które zniszczyły fortyfikacje szybciej, niż Ukraina mogła je naprawić lub wzmocnić. A jednak NY Times chce, żebyśmy uwierzyli, że te bomby ledwo zabiły lub zraniły ukraińskich żołnierzy, którzy obsadzają pozycje obronne. 125.000 bomb i kilka, jeśli w ogóle, ofiar...
Na koniec przejdźmy do Mediów. Według danych zebranych za pośrednictwem odniesionych źródeł otwartych — tj. nekrologów, aktów zgonu cywilnego, grobów geolokalizowanych, ogłoszeń w mediach społecznościowych, raportów mediów regionalnych, zawiadomień o pogrzebach i zapisów cmentarzy – rosyjski KIA [soldiers killed in action ], potwierdzony nazwiskiem, wynosi 227,700 na dzień 19 czerwca 2026 r. Jest to liczba pojedynczych rosyjskich zgonów wojskowych, które potwierdziła Mediazona, BBC News Russian i zespół ochotników.
Zachód nadal kłamie na temat rosyjskich strat, jednocześnie beztrosko ignorując oszałamiające straty Ukrainy… Szacuje się, że ukraińskie KIA przekracza 1,5 miliona. I zginęli za co? Poświęcony zachodnim hegemonicznym ambicjom.
Oto mój najnowszy film Counter Currents… tylko 12 minut:
Pepe i ja zrobiliśmy kolejną prezentację protokołu przejściowego:
Wróć ponownie z Edmundem DeMarche, redaktorem Trends Journal:
Zawsze doceniam szansę na rozmowę z Dr. David Oualalou:
Nima i ja rozmawialiśmy o cieśninie Ormuz i najnowszych wydarzeniach na Ukrainie:
Dowiedziałem się od Mario, że JD Vance przyznał, że USA podpisały protokół ustaleń, aby kupić czas na uzbrojenie i zaopatrzenie:
Sulajman skupił się początkowo na ostatnich masowych uderzeniach Rosji na Kijów:
Na koniec Stanisław Krapiwnik i ja omówiliśmy jego najnowszą podróż do Donbasu:
Scott Ritter: Zostałem zaproszony do wygłoszenia przemówienia na konferencji w Stambule pt.„Bezpieczeństwo globalne a konferencja NATO”, zorganizowanej przez Centrum Badawcze Inicjatywy Globalnych Cywilizacji. Oto moje przygotowane wystąpienie.
W związku z tym, że konflikt między Rosją a Ukrainą wkracza w piąty rok, nadszedł najwyższy czas, aby państwa członkowskie NATO dokonały oceny sytuacji i zastanowiły się, co to oznacza dla przyszłości sojuszu transatlantyckiego. Zachodnie media głównego nurtu i ich platformy w mediach społecznościowych propagują narrację skupioną na ‚zmęczeniu Rosji’, odporności Ukrainy i determinacji Zachodu, wyraźnie czerpiąc przyjemność z podkreślania argumentów opartych na stworzonej przez Rosję sytuacji, która ciągnie się już dłużej niż Wielka Wojna Ojczyźniana z lat 1941–1945. Ta narracja jest zgodna z oficjalnym stanowiskiem większości państw członkowskich NATO, co nie dziwi, biorąc pod uwagę bliskie powiązania między mediami kontrolowanymi przez korporacje a rządami, które utrzymują z tymi korporacjami relacje typu ‚drzwi obrotowe’.
Ten obraz jest celowo mylący, ponieważ nie ma odzwierciedlać prawdy opartej na faktach, lecz raczej rozpowszechniać fikcję, mającą na celu manipulowanie opinią publiczną w sposób umożliwiający podtrzymywanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego aż do zamierzonego końca – strategicznego pokonania Rosji. Cel ten jest oficjalnym stanowiskiem NATO i jego kluczowych państw członkowskich i był wielokrotnie potwierdzany od czasu jego pierwotnego sformułowania w maju 2022 roku. Koncepcja opiera się na trzech filarach: załamaniu gospodarczym Rosji spowodowanym sankcjami gospodarczymi, wyczerpaniu militarnym Rosji w wyniku niekończącej się wojny finansowanej przez zbiorowość Zachodu oraz rozpadzie rosyjskich struktur społecznych, co ma doprowadzić do obalenia rosyjskiego rządu prezydenta Władimira Putina.
Jednak ta koncepcja ma poważną wadę: jest nieskuteczna. Rosyjska gospodarka rośnie, zamiast się kurczyć, i udało jej się znaleźć równowagę między potrzebami ekonomicznymi społeczeństwa konsumpcyjnego a masową ekspansją przemysłu zbrojeniowego – do tego stopnia, że Rosja prześciga obecnie swoich zachodnich konkurentów w produkcji broni krytycznej. Rosyjska armia staje się silniejsza, a nie słabsza, i odnosi sukcesy na skomplikowanym polu bitwy – pomimo wysiłków całego Zachodu, by ją osłabić poprzez pozornie niekończącą się wojnę zastępczą z Ukrainą. Co więcej, rząd prezydenta Rosji Władimira Putina nadal cieszy się poparciem nie tylko większości rosyjskiego społeczeństwa – frustrując tych, którzy marzą o sprowokowaniu ‚moskiewskiego majdanu’ – ale także świata poza wąskimi ramami wspólnoty transatlantyckiej.
Te same filary, które plan działania NATO ma na celu zdemontować w Rosji, w rzeczywistości kruszą się w samym NATO. Kryzys energetyczny, wywołany przez dobrowolne odcięcie się Europy od rosyjskich dostaw energii i zaostrzony wojną na Bliskim Wschodzie, doprowadził kilka dużych europejskich gospodarek na skraj załamania.
Siła militarna NATO znacznie zmalała w latach od upadku Związku Radzieckiego, do tego stopnia, że żaden z członków NATO nie jest w stanie skutecznie prowadzić na dużą skalę bitew lądowych w Europie, takich jak te, które obecnie toczą się między Rosją a Ukrainą.
Koszty związane z rozbudową sił NATO do poziomu niezbędnego do konfrontacji i pokonania armii rosyjskiej są zaporowo wysokie, co stanowi nieosiągalne cele dla większości, jeśli nie wszystkich, krajów europejskich, biorąc pod uwagę ogólnie opłakany stan europejskiej gospodarki. Ostatecznie elity polityczne i gospodarcze, które przejęły i utrzymały władzę w Europie w ciągu ostatnich trzech dekad, same są odsuwane na boczny tor. Wielka Brytania miała czterech premierów w ciągu czterech lat. Rząd niemiecki stoi na krawędzi upadku, podobnie jak rząd francuski. Krótko mówiąc, te same cele, które NATO zamierzało narzucić Rosji, są realizowane – nieumyślnie, ale skutecznie – w samych państwach członkowskich NATO.
Najbardziej szokującym aspektem obecnej sytuacji jest to, że nie jest to produkt uboczny krótkoterminowej błędnej kalkulacji, lecz rezultat dekad polityki. Jeszcze przed oficjalnym powstaniem NATO Stany Zjednoczone i Wielka Brytania planowały uczynić z terytorium Europy Środkowej, które obecnie obejmuje Ukrainę, ‚truciznę’ dla idei Wielkiej Rosji. Zarówno Jałta, jak i Poczdam posłużyły do odcięcia Rosji od terytoriów należących do Ukrainy w 2021 roku. CIA otwarcie współpracowała z byłymi pracownikami i organizacjami nazistowskiego wywiadu, budując antyrosyjski ruch oporu na Ukrainie, rekrutując jego członków z najgorszych zachodnich ukraińskich organizacji nacjonalistycznych, w tym tych kierowanych przez Stepana Banderę i Andrieja Melnyka.
Nawet po tym, jak Związek Radziecki zmiażdżył resztki tych pronazistowskich sił w latach 1954–1955, USA i NATO nadal fantazjowały o współpracy z ocalałymi elementami ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Amerykańskie siły specjalne planowały utworzenie rodzimych ruchów oporu na terytorium ZSRR, podczas gdy CIA propagowała odrażającą ideologię ukraińskiego nacjonalizmu poprzez bezpośrednie finansowanie i wsparcie szkoleniowe – praktyka ta trwała nieprzerwanie do 1990 roku.
Po zakończeniu zimnej wojny NATO współpracowało ze Stanami Zjednoczonymi w celu destabilizacji Rosji, pomagając w instalowaniu w Kijowie antyrosyjskich, proukraińskich rządów. Rozszerzenie NATO odbywało się w tajemnicy; prawdziwe motywy były ukrywane przed opinią publiczną przez tych, którzy postrzegali Rosję jako słabą i podatną na zwodnicze narracje. NATO było wspierane przez różne organizacje pozarządowe, które przeznaczały pieniądze i zasoby na realizację planu mającego na celu uczynienie wojny z Europą i NATO nieuniknioną.
W 1993 roku George Soros, który w dużym stopniu zaangażował się w zmianę reżimu w Rosji, opublikował artykuł, w którym pisał o nieuchronności i konieczności przemocy między NATO a Rosją. Soros otwarcie przyznał jednak, że NATO jako instytucja nie byłoby w stanie przetrwać konfliktu, w którym ciała setek tysięcy żołnierzy zostałyby odesłane do domu w workach na zwłoki. Zamiast tego, argumentował Soros, NATO musiałoby dostarczyć swój arsenał wojskowy wschodnioeuropejskiemu, nienależącemu do NATO państwu, które walczyłoby z Rosją jako pełnomocnik NATO.
Ten pełnomocnik zawsze był jednoznacznie identyfikowany jako Ukraina. Pomarańczowa rewolucja z 2004 roku była wspieraną przez NATO i finansowaną przez Sorosa operacją, mającą na celu zastąpienie prorosyjskiego Wiktora Janukowycza ukraińskimi nacjonalistami, takimi jak Wiktor Juszczenko, który otwarcie podzielał ideologię Stepana Bandery. Osiągnęła sukces.
Po politycznym powrocie Janukowycza w 2010 roku NATO wsparło wysiłki USA i UE zmierzające do przeprowadzenia w lutym 2014 roku brutalnego zamachu stanu, który obalił Janukowycza i zastąpił go ukraińskimi nacjonalistami – celowo stwarzając wydarzenia, które doprowadziły Rosję do rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku.
Współudział NATO w tej operacji jest oczywisty – NATO utworzyło na Ukrainie centra szkoleniowe, których misją było zbudowanie ukraińskiej armii zdolnej do przeciwstawienia się armii rosyjskiej. Działanie to jest dosłowną realizacją wizji Sorosa z 1993 roku, dotyczącej armii wschodnioeuropejskiej wyposażonej w sprzęt NATO.
I jest to sedno dzisiejszej sytuacji militarnej między Ukrainą a Rosją, gdzie miliony Ukraińców i miliardy dolarów z ukraińskich zasobów zostały poświęcone, aby umożliwić NATO nie do końca tajną wojnę z Rosją. Wojnę, którą NATO przegrywa z dużą przewagą.
Jak wiadomo, pierwszy Sekretarz Generalny NATO, Lord Ismay, stwierdził, że misją NATO jest „trzymanie Rosjan na dystans, Amerykanów w środku, a Niemców pod kontrolą”. Dziś widzimy NATO, z którego Amerykanie się wycofują, w którym Niemcy odzyskują siły, a Rosjanie są zmuszani wbrew swojej woli do bezpośredniej konfrontacji z NATO, które aktywnie dąży do wojny z Rosją do końca dekady.
Należy zauważyć, że NATO nie może sobie pozwolić na zbudowanie sił zbrojnych niezbędnych do zwycięstwa w bezpośrednim konflikcie z Rosją, a jakakolwiek wojna między NATO a Rosją nieuchronnie doprowadziłaby nie tylko do gospodarczej ruiny państw członkowskich, ale także do fizycznego zniszczenia społeczeństw, dla których ochrony NATO rzekomo zostało powołane.
W przyszłym miesiącu NATO zbierze się w Ankarze, aby omówić przyszłość organizacji, która straciła legitymację wraz z upadkiem Związku Radzieckiego i może usprawiedliwić swoje istnienie jedynie poprzez ożywienie zagrożenia ze strony Rosji poprzez prowokowanie Moskwy za pomocą wojny zastępczej na Ukrainie. W obecnej sytuacji planowana przez NATO konfrontacja z Rosją jest dosłownie paktem samobójczym. Doprowadzi ona do klęski NATO i prawdopodobnego zniszczenia Europy. Szczyt w Ankarze może okazać się ostatnim szczytem NATO w historii. Europa zachowuje się dziś jak wściekły pies, a jedynym sposobem, aby społeczność mogła się przed nim obronić, jest zastrzelenie psa. Rosja przygotowuje się do zastrzelenia europejskiego psa.
Zapobieganie wojnie musi być priorytetem NATO w przyszłości. Wymaga to zaakceptowania gorzkiej prawdy, że zwycięstwo Rosji nad Ukrainą jest nieuniknione i że każda próba NATO, by osiągnąć alternatywny wynik poprzez eskalację konfliktu między Rosją a Ukrainą, doprowadzi jedynie do bezpośredniego konfliktu z Rosją, którego NATO nie może wygrać – a który prawdopodobnie wywoła wojnę nuklearną, która na zawsze zakończy eksperyment europejskiej cywilizacji.
NATO gra w niebezpieczną rosyjską ruletkę, gdzie każda komora nabojowa jest załadowana, a wynik jest pewny. Chyba że przestanie grać w tę grę. Wybór jest jasny – życie albo śmierć dla Europy i sojuszu transatlantyckiego. A decyzja zapadnie w przyszłym miesiącu w Ankarze. Dokonajmy mądrego wyboru.
Na fali słusznego oburzenia narastającą falą banderyzmu na Ukrainie w Polsce nabrzmiewa coraz bardziej radykalna odpowiedź. Celują w niej ci, którzy jeszcze niedawno uniżenie płaszczyli się przed Kijowem, sami mianując się „sługami Ukrainy”.
Choćby były polityk Platformy Obywatelskiej, a do niedawna poseł Prawa i Sprawiedliwości – uosobienie karierowiczostwa i bezideowości polskiej polityki, Janusz Kowalski. Nawoływał on do deportacji wszystkich Ukraińców, którzy znaleźli się u nas w ostatnich latach, także tych, którzy faktycznie uciekli przed śmiercią.
Zastanówmy się co takie propozycje – cieszące się niezmiennie wysoką popularnością wśród Polaków, którzy dość już mają wyraźnie nadmiernej liczby często niezbyt wdzięcznych za schronienie gości – oznaczają z punktu widzenia realistycznie ujmowanego bezpieczeństwa państwa, a także etyki. Z tą drugą zadanie będzie wyraźnie prostsze. Jeśli uznajemy życie ludzkie za wartość samą w sobie, to nie powinniśmy wydawać ludzi na niemal pewną śmierć.
Jeżeli uznajemy pokój za zawsze lepszy od wojny i zniszczenia – powinniśmy udzielić schronienia potencjalnym ofiarom taktyki rzucania mięsa armatniego w bój przez Siły Zbrojne Ukrainy. Dylemat etyczny rozwiązać zatem można od ręki: zostawiamy Ukraińców, również tych w wieku poborowym, na naszym terytorium.
Sprawa przestaje być tak jasna i prosta, gdy przejdziemy na płaszczyznę geopolityki i bezpieczeństwa, czyli obszary, w których sentymenty moralne z definicji nie powinny odgrywać żadnej roli. Wysłanie na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy schronili się w Polsce i Europie przed okrutną wojną, wzmacnia doraźnie Siły Zbrojne Ukrainy, choć nie jest w stanie przeważyć szali zwycięstwa na rzecz Kijowa. Można jednak przypuszczać, że przedłuży konflikt zbrojny.
W naszym interesie ekonomicznym jest jak najszybszy powrót do relacji handlowych, w tym współpracy energetycznej z Rosją. Eliminujemy z tych rozważań głosy nieracjonalne i pozbawione logicznej argumentacji, mówiące o tym, że po upadku / kapitulacji Ukrainy my będziemy następnym krajem przeznaczonym do ataku przez Rosję. Wszystko wskazuje na to, że nie będziemy. Ryzyko zaatakowania nas punktowymi uderzeniami rakietowymi i dronowymi wzrastać będzie wraz kolejnymi próbami eskalacyjnymi podejmowanymi przez Kijów.
Im większe będzie bowiem natężenie i długotrwałość konfliktu, tym większe prawdopodobieństwo, że strona rosyjska podejmie decyzję o zaatakowaniu tyłów przeciwnika. A tymi tyłami, zapleczem logistycznym jesteśmy właśnie my i nie mamy zbyt wielkiego wpływu na rolę, którą pełnimy, przynajmniej dopóki jesteśmy kolonią anglosaską, państwem wchodzącym w skład agresywnego NATO i coraz bardziej wojowniczej Unii Europejskiej. Możemy zatem uznać, że w naszym, polskim interesie jest jak najszybsze zakończenie działań zbrojnych. Interesować nas powinno również to, by przyszła Ukraina nie miała potencjału podejmowania działań agresywnych, zaczepnych lub szerzących chaos na naszym, sąsiednim terytorium.
Idealna byłaby jej odbudowa i polityczne odrodzenie jako kraju neutralnego, rozbrojonego i rezygnującego z tożsamości neobanderowskiej. Jakimi środkami cel ten może zostać osiągnięty? To już nie nasze zmartwienie. Powinniśmy jedynie liczyć na to, że ścierające się na ukraińskich stepach mocarstwa dojdą w końcu do wniosku, że mają już dość. A także – że nie dojdą do wniosku, iż czas przestrzeń wojny rozszerzyć o ziemie polskie. A zatem – nasze bezpieczeństwo wymaga jak najszybszego zakończenia wojny, które możliwe jest przy brakach dodatkowych rezerw mobilizacyjnych Kijowa. Krótko mówiąc, z tego punktu widzenia powinniśmy zgodzić się na pozostawanie na naszym terytorium ukraińskich uchodźców przed śmiercią na froncie.
Nie wszystko jest jednak tak jednoznaczne. Jak doskonale wiemy, zbyt liczna mniejszość narodowa może być źródłem destabilizacji oraz zagrożeń wynikających z możliwości jej instrumentalnego wykorzystania przez obce podmioty. W tym wypadku mówić możemy z jednej strony o wzrastającej przestępczości, ale z drugiej również o ryzyku wykorzystania imigrantów ukraińskich przez tamtejsze służby specjalne do aktów terroru na naszym terytorium. Nietrudno przecież wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś jest szantażowany i straszony groźbami pod adresem członków jego rodziny na Ukrainie przez SBU, by zdecydował się na realizację poleceń typu podpalenia czy zamachy na Polaków znajdujących się na słynnej liście Myrotworiec.
Jakie jest zatem rozwiązanie? Nie ma żadnego dobrego. Model kompromisowy może polegać na przyznawaniu Ukraińcom w wieku poborowym specjalnego, czasowego azylu politycznego przy jednoczesnym nadzorowaniu ich przemieszczania się i funkcjonowania w Polsce. Nie byłoby to łatwe, ale warto rozważyć optymalny wariant.
Mateusz Piskorski Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)
Jak się zbliżało lato to się pojawiał zaraz tzw. sezon ogórkowy w mediach. Oznaczało to nadawanie lekkich i bzdurnych tematów, gdyż świat polityczny udawał się na urlop. Było to, uwaga! nawet w czasach komuny, która – jak nam się wydawało dziś starym, a wtedy naiwnym – i tak upolityczniała wszystko co się da. Teraz można tylko pomarzyć o latach tej błogości – świat się zmienia, nie patrząc na nasze plany urlopowe i dziś trudno o spokój w świadomości tzw. opinii publicznej. Mamy dwa wielkie wątki narracyjne, które jak imadło ściskają głowy publiczności, co bardziej wyrywnym i zaangażowanym spędzając sen z powiek, nawet na drożejących wczasach.
W szczękach imadła
Mamy więc dwie szczęki tego narracyjnego imadła – jedną na użytek wewnętrzny, a chodzi tu o aferę ze Szpitalem Południowym, oraz zewnętrzną coraz bardziej sferę, którą można operacyjnie nazwać wojną na ordery. Mają one dwie cechy wspólne – rozwojowość, gdyż wątki dopiero się rozpędzają oraz właściwość drugą – plemienność wojny polsko-polskiej. Ten ostatni wątek, wchodzenia każdego zdarzenia i inicjatywy w tory manichejskiego ładu, podziału na dobro i zło, który obowiązuje bezwzględnie i nieodwołalnie. Jest przymiotem narodowym naszym tak przemożnym, że może być, i jest, wykorzystywany nawet przez czynniki zewnętrzne, które znając tę naszą przypadłość mogą nami wysterowywać w dowolnym kierunku. Dziś chcę się zając jedną tylko szczęką – aferą orderową.
Wątek szpitalny jest mocny i rozwojowy, a więc trzeba poczekać aż dojrzeje, gdyż może się okazać tak wielowątkowy – od kwestii łapówkarstwa, upartyjnienia państwa, wyższości samo-mianowanych elit nad NFZ-towskim ludem, aż po realne wnioski na temat (dez)organizacji systemu służby zdrowia. Publiczności umyka tu zasadniczy wątek – przy takim podejściu aparatu państwa do rewelacji od insajdera z SOR-u w Szpitalu Południowym, cały system, łącznie ze specjalną ustawą, ochrony tzw. sygnalistów właśnie się pogrzebał. Po takiej jeździe po sygnaliście nikt nigdy i nigdzie w Polsce nie zgłosi do organów żadnej zauważonej nieprawidłowości. Bo ci przyślą prokuratora, który przed kamerami opowie jak zeznawałeś, odmówi ci prawa do prawnika, zaś media cię z linczują krzycząc: „masz dowody?!?”. Na koniec wyjdzie zaś premier i publicznie podważy wiarygodność sygnalisty i zrobi to szef rządu, który kiedyś, w kampanii wyborczej, powoływał się na „postać znaną”, patusa, którego rewelacje cytował publicznie bez zająknięcia. Nie, nie będziemy (dzisiaj) tu o tym mówić. Pomówimy za to o aferze orderowej.
New order
Nazywam ją orderową dla porządku, a właściwie – początku, bo od tego się zaczęło. Co prawda ordery to były tylko iskry, które okazało się padły na wielkie i gotowe zapasy prochu wzajemnych polsko-ukraińskich, jak widać w swej skali, skrywanych dotąd, delikatnie mówiąc, animozji pomiędzy naszymi narodami. Sam aspekt orderowy nie jest tu bez znaczenia. Zaczęło się od deklaracji odebrania orderu Orła Białego w wykonaniu prezydenta Nawrockiego wobec prezydenta Ukrainy Zełenskiego. W zamian posypało się odsyłanie z Ukrainy odznaczeń polskich do nadawców, dzięki temu tylko naród dowiedział się komóż to III RP była (ale za co, to się nie dowiemy) wdzięczna na różne sposoby. Było tego sporo, bo wielu orderów (jeszcze?) nie odesłało. Dużo się też dowiedzieliśmy o samym orderze, co skłoniło mnie w publicystyce pisanej w najbliższym tygodniku „Do Rzeczy”, do wysunięcia postulatu, aby order ten wygasić.
Najciekawsza była próba symetrycznego odwetu orderowego – nasi, ale tylko z jednego obozu, PiS-u znaczy się, zaczęli odsyłać z kolei ordery do Ukraińców – i znowu mogliśmy się dowiedzieć jak i jakich naszych obdarowywała (i za co) Ukraina. Też było tego sporo i widać, że wymiana barterowa order-za-order szła na całego. Najbardziej spektakularny był początek obiegu wewnętrznego orderowej hucpy kiedy (nie wiadomo dlaczego) w ramach protestu jakiś parlamentarzysta z PO zwrócił polskie odznaczenie polskiemu prezydentowi. Permutacja możliwości i wariantów wskazuje, że możemy się spodziewać, iż w ramach protestu jakiś Ukrainiec zwróci ukraińskie odznaczenie Zełenskiemu, ale niedoczekanie wasze. W życiu.
Ciekawostki wychodzą w ruchu prezydentów Ukrainy, którzy zwrócili swoje Orły Nawrockiemu w ramach protestu, a właściwie aktu solidarności z Zełenskim. Wskazuje to na jednak genetyczne poparcie ruchów banderowskich, idące na wskroś całej krótkiej historii nowożytnej Ukrainy. Są jak widać tam pewne wspólne wartości, ponad podziałami i ekipami i należy do nich kult banderowszczyzny, o czym z zaskoczeniem dowiedziała się i Polska, i świat i zdaje się, że sporo Ukraińców. Co ciekawe ordery odesłali prezydenci i Kuczma, i Juszczenko, i Poroszenko, ale nie odesłał ponoć prorosyjski Janukowycz.
Co ciekawe Janukowycz był jedynym prezydentem, który odwołał na Ukrainie kult Bandery, ustanowiony przez swego poprzednika. Tak to się dziwnie układają losy banderyzacji. Widać też, że order rozdawano na prawo i lewo i stosunek danego wodza Ukrainy do Rzezi Wołyńskiej nie miał u Polaków żadnego znaczenia. Dostawali wszyscy, ale tylko jeden nie przyznał się do kultu banderowskiego. Ale to był człowiek Putina, o czym wszyscy przecież wiemy…
Racje i narracje
Zostawmy te ordery, czekajmy na ruchy naszych obdarowanych – do gestu się poczuł i Lech Wałęsa, który ma przecież ukraińskie najwyższe odznaczenie (Jarosława Mądrego, drugiego stopnia), ale Lechu rzucił tylko ukraińską przypinką. Dziwi takie przywiązanie bądź co bądź do orderu imienia jego śmiertelnego lokalnego wroga. Z tym Wałęsą to w ogóle kłopot jest, bo – znowu – nie wyczuł ci on mądrości etapu, że wszelkie ruchy protestacyjne wobec Ukrainy są niemile widziane przez polityczne grono, które Lechu popiera, gdyż kwestia konfliktu Polska-Ukraina weszła na tory wojny polsko-polskiej. A nasze wałęsowskie dobro narodowe jest już dawno obsadzone w tej wojence jako zabytkowy parowóz uśmiechniętej światłości Tuskowej. Ale się Bolkowi wytłumaczy, zresztą sam do tego dojdzie, tyle, że ze zwyczajowym opóźnieniem.
Ale obiecałem pozostawienie tych orderów w spokoju, choć ręka świerzbi do szydery, bo to są kurioza. Najbardziej interesujące i płodne co do wniosków natury ogólnej i przewidywania przyszłych wypadków jest przyjrzenie się różnym narracjom i ich emitentom, po to by zobaczyć za nimi prawdziwe intencje graczy orderowych oraz ich wielopoziomowe i długotrwałe możliwe konsekwencje. Na początku uwagi natury ogólnej. Cała afera została stopniowo uplemienniona. Tak jest zawsze, gdyż plemienne grona wzmożone i towarzyszące im kompatybilne media nie znają innego aparatu poznawczego – wszystko jest albo dobre dla nas i kompletnie złe dla plemienia przeciwnego (opowiada się, że dla Polski), albo na odwrót. To automat czarno biały, działający od razu. Tu z Ukrainą po orderze okazało się, że trzeba trochę odczekać. PiS był od razu za, ale Tusk się wahał – tak zaskoczył go zbadany wysoki stopień poparcia Polaków wobec inicjatywy. Ale bez polaryzacji ani rusz – nie może sobie na stole polsko-polskiego konfliktu domowego leżeć jakiś temat niezorganizowany – wszystko musi być wessane przez tego jamochłona.
I ruszyła maszyna – najpierw powoli, jak żółw ociężale, a teraz biegu przyspiesza i gna coraz prędzej, by skończyć jak zwykle (tu już muszę zacytować):
A skądże to, jakże to, czemu tak gna? A co to to, co to to, kto to tak pcha, Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch? To para gorąca wprawiła to w ruch, To para, co z kotła rurami do tłoków, A tłoki kołami ruszają z dwóch boków I gnają, i pchają, i pociąg się toczy, Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy, I koła turkocą, i puka, i stuka to: Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…
Wątki uśmiechnięte
Mamy więc już bez żenady aferę orderową postawioną na torach wojny polsko-polskiej, co dowodzi, że – szczególnie plemię uśmiechnięte – użyje, albo i zbezcześci wszelkie pozostałe jeszcze pewniki narodowe, jak choćby pamięć pomordowanych, byle by tylko dowalić stronie przeciwnej. Mało tego – do tego nurtu zaprzańskiego zaczynają docierać argumenty wyraźnie suflowane przez Ukrainę. Polacy już bez żenady bredzą o symetryzmie UPA-AK, zrównują akcje odwetowe na Ukraińcach za rzeź w wykonani AK z ludobójstwem zaplanowanym w niemieckich mundurach. Śpiewamy tu w Polsce już bez żadnego wstydu piosenki do melodii wygrywanej na ukraińskiej bandurze. Tuskowi wykazują, że rzeź rzezią, ale liczą się dobrosąsiedzkie interesy ponad pamięcią zbiorową, która zawsze jest dyskutowalna. Tu pojawiają się postulat:y historycy do historii, pisarze do piór, a pasta do butów.
Mądrale pokazują jakieś inne benefity naszej współpracy, co trochę trąci zawoalowaną groźbą, że przez krewkiego kibola w Dużym Pałacu możemy dużo stracić, bo się na nas Ukraina może obrazić. Wskazuje się – znowu fałszywie – na dodatni bilans pobytu u nas Ukraińców, ten mityczny pozytywny bilans wpłat pracujących Ukraińców do budżetu versus koszty świadczeń społecznych od Polski do Ukraińców. Nie chce mi się pochylać nawet nad tym bilansem, który ewidentnie zawyża daniny ukraińskie i zaniża nasz rzeczywisty koszt naszego goszczenia Ukraińców. Pomijając już sam fakt, że niezmierzone są do dziś koszty turystyki leczniczej i emerytalnej, które zrujnowały oba polskie systemy. Powtarzamy więc te kalki już jako zinternalizowane, to znaczy Polacy to suflujący myśląc, że sami do tego doszli, nie wiedząc, że jest to jeden z punktów przekazu narracji, które dostali nie tylko ukraińscy dyplomaci, ale i służby (tak zeznaje np. ekspert od tych spraw, redaktor Parafianowicz).
Kolejnym argumentem mrożącym pt. Ukraina nam teraz pokaże, jest to, że mamy dodatni (a jaki możemy mieć z krajem wojującym?) bilans handlu zagranicznego. No, eksportujemy na Ukrainę, ale to chyba naturalne, choć jak tak dalej pójdzie to Ukraina, nie tylko geopolitycznie, ale gospodarczo będzie nas omijać, ale komu wtedy sprzeda swoje zboże techniczne jako jadalne? Ważnym przykładem jest tu niedawna konferencja w Gdańsku, która wymaga osobnego omówienia.
Konferencja w Gdańsku
Postawmy sprawę na nogi: Konferencja miała dotyczyć odbudowy Ukrainy po wojnie. Ja widziałem i uczestniczyłem w wielu takich spotkaniach. One po pierwsze mają sens, jak pojawia się jakaś szansa na koniec konfliktu, bo inaczej rozmawia się o pszczołach – nikt przecież nie będzie inwestował pod bombami. Takie spotkania są mocno iluzoryczne. Po drugie – niejasna jest rola Ukrainy. Jakim podmiotem tu jest Kijów? Ma kasę i decyduje kto ją dostanie? Jeśli tak, to skąd ta kasa? Czyż nie stanowi ona części środków podarowanych (pożyczonych?) przez podmioty, które teraz wybierze się (przez Ukrainę?) na wykonawców? Byłaby to dziwna konstrukcja – konsorcjum przyszłych nie wiadomo czy wybranych konsorcjantów zrzuca się na darowiznę, która później ląduje w rękach obdarowanego i ten wybiera po uważaniu kto nią dostanie? Myślę, że jest inaczej, że kontrahenci przychodzą z własną kasą i oni dyktują warunki. Polska więc nie ma tu wiele do gadania.
To prawda, ale nie w opowieści – klęska polskiego udział w polskiej konferencji jest tłumaczona i zrzucana na Nawrockiego. Jego nieprzyjazny gest ma nas – uwaga! w sposób UZASADNIONY ze strony obrażonych Ukraińców – pozbawić szansy na dobre kontrakty. Te jednak długo przed konferencją w Gdańsku były już rozdane, może nie w formie umów, ale stworzonych ram finansowania i całej operacji wyłaniania beneficjentów. Nic więc Nawrocki tu nie zawalił, bo jest w tym względzie już dawno po makale, ale narracja będzie jednoznaczna – policzalne straty. Szefujący antypolskiemu Lwowi banderowski Sadowy, choć nie zaproszony, demonstracyjnie przybył do Gdańska i podpisał klika umów na kontrakty, demonstracyjnie pomijając w tych umowach firmy polskie. Zrobił to mer Lwowa, który okradł polską firmę, która zainwestowała na jego terenie, przyjechał do Polski (jak? Gdzie są służby?) i podpisał nowe kontrakty. Stają tu dwa zagadnienia – jaki naiwniak, mając na uwadze losy polskiej firmy, podpisał z tym szalbiercą jakikolwiek kontrakt? Po drugie – gdzie jest państwo polskie? Gdyby jakiś oczajdusza wykroił taki numer powiedzmy Amerykanom, to nie tylko nie wpuściliby go do siebie, ale aresztowali na granicy pod zarzutem okradzenia amerykańskiej firmy.
A co my mamy? Wychodzi minister Sikorski i mówi, że może to i dobrze, gdyż teraz wszyscy wiedzą, że trzeba uważać, zaś wiceminister MSZ odradza polskim firmom inwestowanie we Lwowie. A tymczasem cała pomoc dalej płynie z Polski na Ukrainę, jakby – Polacy, nic się nie stało. Ursula właśnie przywiozła do Gdańska informacje o pierwszej transzy z 90 mld euro, które Unia, łącznie z nami, de facto podarowała pod zastaw (uwaga!) przyszłych reparacji od Rosji, gdyż ta niechybnie i przegra tę wojnę, i zapłaci za szkodliwe. A więc znowu – Ukraińcy grają nam na nosie, my zaś pokornie płacimy za ten spektakl. Ale przecież robimy to dla kraju, który walczy za nas, gdyż inaczej ruskie onuce, tym razem z zewnątrz, zaleją nasz kraj. Ten argument jest też łyknięty przez Polaków – tu uwaga! od dawna i we wszystkich plemionach – z argumentacji ukraińskiej. Ale ona ma tylko sens do tłumaczenia Ukraińcom czemu siedzą w okopach, czemu mają się poświęcać, przymykać oko na kradzieże i łapówkarstwo, gdyż poświęcają się dla świata. A świat ma się wypłacać za takie poświęcenie, i takie postawienie sprawy powoduje, że właściwie to nie opłaca się tej wojny kończyć, skoro my (my? gdzie tam – lud!) się poświęcamy jako przedmurze, to trzeba becalen i to bez gadania o kosztach uzyskania wysiłku wojennego, którymi są obrywy ukraińskich oligarchów ze środków pomocowych. Tyle Polacy, zobaczmy na Ukraińców.
Dobra pozycja Ukrainy
Widać wyraźnie, że kiedy Nawrocki dał ponad trzy tygodnie Zełenskiemu na zastanowienie się wykazał się nasz prezydent naiwniactwem. Decyzja w sprawie imienia UPA dla jednostki była podjęta nieodwołalnie i podarowany przez Nawrockiego czas Zełenski wykorzystał jedynie dla przygotowania zmasowanej operacji medialnej, czekającej tylko na deklarację Nawrockiego, że order jednak odbierze. Dokładnie w tym dniu ruszyło wszystko – pojawiły się tysiące internetowych Ukraińców, zalewających polski internet z tymi wszystkimi spreparowanymi w wariantach wątkami: cała egzegeza historii naszych relacji, daty, nazwiska, miejscowości, argumenty, relacje – wszystko stało gotowe, powiązane w narracyjne paczki przepasane wstążkami farm trollowych. I Nawrocki tylko zamruczał i wszystko się wywaliło na Polskę. Nieprzygotowaną, bo głupią.
Jak już mówiłem, dla Ukrainy to wygodna pozycja – kłócić się i deprecjonować Polskę na gruncie historycznym. To pozwala na odwzajemnioną jak widać nadzieję, że co do reszty to będzie po staremu. Bodanow, którego wysłał do Polski na przeszpiegi Zełenski, bo zobaczył jak bardzo zdeterminowani są Polacy wrócił do Kijowa z dobrymi wieściami. Na tyle dobrymi, że ukraińskie media zapełniły się wieściami, że „udało się uniknąć najgorszego”. A co było najgorszego dla Kijowa? Ano to, że Polacy wyjdą ze strefy bojów o pamięć w sferę realnych interesów, ważnych dla Ukrainy. Zamkną Jasionkę, wywalą Starlinki, obniżą Ukrainie warunki eksportowe z poczekalni do Unii, z ale przede wszystkim będą się opierać członkostwu Ukrainy w samej Unii. A ponieważ – tu ponad podziałami – wszyscy włodarze Polski zadeklarowali kontynuację swej służalczej polityki realnej, Ukraińcy odetchnęli, w dodatku eskalując poziom sporu na obszarze pamięci, po to by skupić tam uwagę Polaków. Nie na groźnych dla siebie realnych posunięciach.
Mamy w ukraińskiej sferze publicznej już żałosne poziomy tromtadracji, które mogą już tylko absorbować wyjątkowo niskie stany wiedzy wzmożonych emocjonalnie, bo nie wiedzowo obywateli. Ukraińcy wytykają, że ten konflikt jest na rękę Putinowi, trzeba więc niesnasek unikać. Ale sami wypisują takie rzeczy, że Putin by tego nie wymyślił. A czemóż – pomyślicie – takich rewelacji nie prokuruje właśnie Putin? Ano jak dowódca jednostki dronowej ukraińskiej w filmiku grozi, żeby nie podskakiwać, bo ukraińskie drony poleca gdzie trzeba i pokażą Lachom gdzie pieprz rośnie, skoro Polsce grozi dowódca ichniego WOTu i władze w Kijowie nic z tym nie robią, to znaczy, że to nie Putin nadaje i Kijów to co najmniej toleruje. A teraz odwróćcie sytuację – polskie generał wychodzi przed kamerkę i mówi, że za Wołyń puści na Lwów parę salw z Kraba. Toż to by się rozległ taki pisk, mundurowy by się pożegnał z wojskiem w trybie ekspresowym i dyscyplinarnym, Kijów by zawył, Zachód tak samo.
Na Zachodzi bez zmian?
Właśnie – Zachód, co na to Zachód? Tu też mamy plemiennie – uśmiechnięci mówią, że to wstyd przed Zachodem, że błazenada, że wszyscy wspierają, a tu Polacy poduszczeni przez ustawkowego prezydenta tak dokazują, wskazując na swój zapyziały, ale i samobójczy nacjonalizm. Strona odwrotna uważa odwrotnie: tu się pokazuje – chyba w ramach rekompensaty porażki na wszystkich innych polach – że świat dzięki aferze dowiedział się wreszcie co to za gagatki ci Ukraińcy. Ale jak to w znanej piosence z Grudnia’70: świat się dowiedział – nic nie powiedział. Zaprawdę świat ma inne problemy na głowie, niż graniczne spory jakichś zapyziałych Słowian. Nie przeszkadza to jednak skorzystać z szansy i pouczać Polaków choćby na żenującym poziomie niemieckiej ambasady w Polsce. Jesteśmy Bantustanem, a więc tak nas traktują.
Do czego prowadzą te wielowątkowe narracje? Po pierwsze, że u nas wszystko jest przewidywalne, bo zawsze trafia do czarno-białego podziału wojny polsko-polskiej. I zagranica na to gra, a więc i Ukraina. Państwo upadłe, ale jednak potrafiące grać ostro i racjonalnie z punktu widzenia własnych interesów. Kijów wyraźnie oddziaływał na wybory Węgrów, czemu więc miałby się nie zabawić w rozgrywaniu Polski przy gotowcu w postaci plemiennego podziału Polaków, do czego można się odwoływać bez końca? Po drugie – jesteśmy do czegoś przygotowywani: może na koniec wojny, którego niebezpieczne dla siebie skutki właśnie zniwelował sobie Zełenski. Wykazał się twardością, co prawda w obszarze kontrowersyjnym, ale nie dla Ukraińców. Może więc zbliżamy się do końca wojny, skonstruowanego na tyle, że Zełenski ocali głowę, ale może i stanowisko. Bo po rozejmie wybory na Ukrainie muszą się odbyć. Afera ujawniła złogi niechęci między narodami, z tym, że eskalacja i jej tempo ujawniania ze strony Ukraińców zaskoczyła Polaków, co stanowi znowu źródło narracji odwetowych wobec nie tylko władz ukraińskich, ale i samych Ukraińców.
Stany zapalne
Jest zapalnie – teraz wystarczy jakaś bójka, wpierdziel Ukraińcowi w powiedzmy Wrocławiu, oni tam u siebie w odwecie Polakowi, albo na odwrót, bo tu nie ma znaczenia kto zaczął – tę fazę sporu mamy już za sobą. I pojedziemy. Prochy są gotowe – a czy iskrę skrzesi krewki Polak, nagrzany Ukrainiec czy wreszcie ruski prowokator, to będzie już bez znaczenia. Tak skończyła się przyjaźń znad granicy w lutym 2022 roku. Gdybyśmy wiedzieli, że przyjmowani przez nas uciekinierzy mają ze sobą niewyrażony wtedy taki bagaż resentymentów, to nie wiem jak by było z tą pomocą… Teraz te czasy wyglądają dla nas jak okres jakiejś naiwnej do spodu mgły moralno-mózgowej. Te akty solidarności są już na przyszłość nie do odtworzenia. Ale tak to już jest, kiedy do relacji pomiędzy obywatelami wmieszają się czynniki polityczne: jedne ze swoja naiwnością, drugie – z wyrachowaniem. Teraz już nie będą stały na granicy tłumy matek z dziećmi. Jak nastanie pokój to przyjadą tu w ramach łączenia rodzin chłopaki prosto z frontu z pomysłami na Lachów jak ich tu ustawić w płaceniu rachunków za ciemiężenie Ukraińców i wbicie noża na końcówce, która z powodów oczywistych, bez tego wyglądałaby bardziej optymistycznie.
Wgląd w umysły zachodnich konsumentów antyrosyjskiej propagandy
Autorstwa Larry’ego C. Johnsona
To będzie stosunkowo krótki artykuł. Chcę, abyście sami zobaczyli, jak inspirowana przez CIA ukraińska propaganda zakorzenia się w umysłach Amerykanów.
W zeszłym tygodniu otrzymałem dwie wiadomości, które dobitnie ilustrują, jak propaganda zyskuje przewagę.
Pierwsza wiadomość pochodziła od kobiety, która jest znajomą znajomej. Urodziła się w Rosji, ale mieszka na Karaibach i nie wróciła do Rosji od rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku.
Ona szczerze wierzy w to, co pisze:
Temat: Rosjanie walczą teraz na ulicach o benzynę – a Putin właśnie przyznał się do kryzysu, który przez miesiące zaprzeczał
Wszystko to jest prawdą i stoimy na skraju momentu krytycznego, który nie będzie przyjemny.
Nie ma benzyny. Bardzo duża część wszystkich rafinerii jest nieczynna i nie da się ich naprawić nawet w perspektywie średnioterminowej – nawet jeśli udałoby się zdobyć części zamienne.
Oznacza to: brak nawadniania pól, brak zbiorów, gdy rośliny dojrzeją. Brak żywności.
Fabryki stoją w dużej mierze, ponieważ nie ma benzyny, żeby dojechać do pracy, a transport publiczny kursuje sporadycznie. Nie ma części zamiennych, pracowników, internetu, a nawet w samej Rosji komunikacja jest słaba. Nie wspominając o wielomiesięcznych opóźnieniach w wypłatach wynagrodzeń spowodowanych pogarszającą się podażą pieniądza.
Rodziny masowo opuszczają swoje domy, albo przenosząc się na dacze (lub do krewnych), w desperackiej próbie samodzielnego uprawiania podstawowych produktów żywnościowych, albo uciekając – jeśli to możliwe – za granicę, aby zacząć nowe życie gdzie indziej.
Ukraińskie ataki dronów stają się coraz bardziej celne i niszczycielskie.
„Centrum Łączności Kosmicznej w Dubnej (często mylone z pobliskim Wspólnym Instytutem Badań Jądrowych w Dubnej) doznało znacznych uszkodzeń fizycznych i konstrukcyjnych w wyniku ukierunkowanych ukraińskich ataków dronów dalekiego zasięgu w nocy 22 czerwca 2026 roku. Zdjęcia satelitarne i raporty wywiadu wojskowego potwierdziły trafienia w „mózg” i główną infrastrukturę największego rosyjskiego naziemnego kompleksu satelitarnego”.
Choć ta dezorganizacja codziennego życia w Rosji może być dla Ukraińców mile widziana, może zmusić Kreml do desperackiego ataku nuklearnego lub z użyciem bomby piaskowej. Oczywiście, ktoś trzeci zostałby za to obwiniony.
Nie będę tracił czasu na obalanie ich twierdzeń punkt po punkcie.
Podzieliłem się jednak jej przesłaniem z czwórką Amerykanów, którzy obecnie mieszkają na stałe w Rosji, po prostu żeby zobaczyć ich reakcję.
I wiesz co?
Wszyscy mają dostęp do Internetu i mogą jeździć samochodami, kiedy tylko tego potrzebują.
O tak – jeszcze jedno: nie muszą czekać tygodniami na wypłatę.
Następną tyradę wygłosił zagorzały syjonista, który 26 lutego przewidział, że USA i Izrael pokonają Iran w ciągu trzech tygodni.
Co kilka tygodni wysyłam mu jego stare przepowiednie, aby przypomnieć mu o jego niekompetencji jako prognosty.
Wykazuje tę samą zdolność w następującej tyradzie:
Pomimo fałszywej propagandy, którą Larry sumiennie szerzy w interesie Rosjan, oraz jego antyamerykańskich i antyizraelskich komentarzy, Rosjanie obecnie wyraźnie przegrywają wojnę na Ukrainie, a ich gospodarka w dalszym ciągu zmaga się z poważnymi trudnościami.
Rosja nie kontroluje dziś większego terytorium niż miała cztery lata temu.
Na każdą stratę poniesioną przez Ukrainę przypada 2,2 straty poniesionej przez Rosję, a ostatnio wskaźnik ten uległ pogorszeniu.
Są to fakty, które każdy może zweryfikować – w przeciwieństwie do tego, co od dawna twierdzi Larry, a mianowicie, że proporcje są dokładnie odwrotne.
Rosja straciła tak wielu ludzi, że nie da się ich już zastąpić w stosunku jeden do jednego.
Nawet rosyjskie źródła potwierdzają, że całkowita liczba strat może przekroczyć 1,2 miliona, w tym co najmniej 350 tysięcy potwierdzonych zgonów na podstawie prawdziwych nekrologów i grobów.
Jakakolwiek by nie była dokładna liczba – jest ona przerażająca i niedopuszczalna.
W 2026 roku Ukraina odnotowała niewielki wzrost netto terytorium.
Rosja jest teraz w trakcie przegrywania wojny.
Gospodarka rosyjska nadal się pogarsza – pomimo sfałszowanych danych opublikowanych przez Rosję.
Brakuje pracowników, przez co nie można w pełni wykorzystać potencjału fabryk.
Koszty kapitału są tak wysokie, że dla wielu przedsiębiorstw inwestycje sektora prywatnego nie są już opłacalne.
Główna stopa procentowa wynosi 14,5 procent.
Liczba bankructw osób fizycznych wzrosła w tym roku o 31 procent, liczba bankructw małych firm wzrosła o 29 procent, a bankructwa przedsiębiorstw są tuszowane przez rząd.
Podobno cieszące się dużą popularnością restauracje są zamykane jeden po drugim z powodu braku klientów.
Inflacja nadal jest zbyt wysoka.
Zniszczenie rafinerii powoduje wzrost cen benzyny, a co za tym idzie także inflacji.
Moskwa i inne części Rosji są obecnie codziennie atakowane dronami i rakietami.
Zniszczeniu uległo 30 procent zdolności przerobowych rafinerii.
Benzyna jest racjonowana.
Krym jest niemal całkowicie odcięty od wszelkich linii zaopatrzeniowych.
Systemy obrony powietrznej musiały zostać przeniesione do Moskwy i innych lokalizacji, przez co linie frontu stały się mniej chronione.
Wojna okazała się totalną katastrofą dla Rosji, Putina i rosyjskiej gospodarki.
Taka jest rzeczywistość.
Mimo wszystkich antyizraelskich komentarzy i subtelnych antysemickich insynuacji, które szerzy Larry, Rosja przegrywa. Izrael kontroluje 70 procent Strefy Gazy, znacznie osłabił Hezbollah i sam nie poniósł żadnych poważniejszych strat.
W miarę jak Rosja będzie kontynuować rozpad Ukrainy, ludzie tacy jak ci dwaj, których wymieniłem powyżej, będą coraz bardziej zdesperowani.
Ich nadzieje i marzenia o pokonanej Rosji zostaną zniszczone.
I tak – będę odczuwać ogromną schadenfreude.
Pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy, wyjaśnienie, dlaczego te dwie osoby są tak dalekie od rzeczywistości.
Maria Zacharowa zareagowała na wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza, który w Polsat News stwierdził, że Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej, jeśli będzie gloryfikować Banderę i UPA.
Według Zacharowej Warszawa przez wiele lat wspierała akcesję Ukrainy do UE, a także „celowo rozdawała broń i pieniądze zwolennikom morderców swoich przodków”.
W poniedziałek w programie „Gość Wydarzeń” na antenie Polsat News wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz odniósł się do polityki historycznej Kijowa oraz perspektywy wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej.
Szef MON stwierdził, że Ukraina będzie miała poważny problem z akcesją do UE, jeśli będzie gloryfikować działalność OUN-UPA.
„Nie wolno stawiać na panteonie tych, którzy niszczą współpracę europejską. Z Banderą do Unii Europejskiej Ukraina nie wejdzie […] Nam nikt nie będzie mówił, jak mamy głosować za wejściem danego państwa do Unii Europejskiej” — powiedział w Polsat News Władysław Kosiniak-Kamysz.
Reakcja rosyjskiego MSZ
30 czerwca do słów szefa MON odniosła się rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa.
„No to witajcie, zaczynamy. Przez wiele lat Warszawa nie tylko wspierała dążenia banderowskiego neonazistowskiego reżimu na Ukrainie do członkostwa w UE, ale także celowo rozdawała broń i pieniądze zwolennikom morderców swoich przodków” — napisała na Telegramie rzeczniczka rosyjskiego MSZ Zacharowa.
Zacharowa zarzuciła polskim politykom „nacjonalizm i rusofobię”. Według rzeczniczki rosyjskiego MSZ Warszawa miała w imię rewanżyzmu bratać się ze zwolennikami Stepana Bandery i Romana Szuchewycza.
„Polskie elity są zarażone nacjonalizmem i żarliwie wyznają rusofobię, tak jak w niedziele przystępują do komunii. W tym nacjonalistycznym szaleństwie uznali, że — jak to mówią — raz to nie Zełenski i w imię nieustającego rewanżyzmu mogą bratać się z Banderą” — stwierdziła Zacharowa.
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odwołała się także do słów Antoine’a de Saint-Exupéry’ego z „Małego Księcia”.
„Jak powiedział Saint-Exupéry, który wczoraj obchodziłby urodziny, jesteś odpowiedzialny za tych, których oswoiłeś. Dodałbym: za te krwiożercze potwory. W końcu to ci wychowankowie, w tym Warszawy, zabijają dzieci, wysadzają budynki i malują nazistowskie symbole, w tym swastykę” — skwitowała w wiadomości na Telegramie.
Rosyjskie komentarze wokół sporu historycznego
W ostatnim czasie Kreml wykorzystywał napięcia w relacjach polsko-ukraińskich związane z polityką historyczną Kijowa. Wcześniej były prezydent Rosji, obecnie wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew, komentował reakcję ukraińskich polityków na decyzję o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
„Po odebraniu Zełenskiemu polskiego Orderu Orła Białego, służalczy poddani nieistniejącej Ukrainy również odmówili podobnych odznaczeń. Wniosek jest prosty: czterech żyjących byłych przywódców tak zwanej Ukrainy – Kuczma, Juszczenko, Poroszenko i oczywiście sam Zełenski – zwracając swoje ordery, przyznało się, że są w 100 proc. prawdziwymi nazistami” — stwierdził Dmitrij Miedwiediew.
Zełenski zapowiada Panteon Narodowy
Podczas obchodów Dnia Konstytucji Ukrainy w niedzielę Wołodymyr Zełenski zapowiedział projekt ustawy o ukraińskim Panteonie Narodowym. Ma on obejmować postacie, które w różnych okresach walczyły o Ukrainę.
„Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować” — powiedział.
„Nazwiska wszystkich bohaterów, którzy w różnych epokach i stuleciach walczyli o Ukrainę oraz inspirowali Ukrainę, zostaną zebrane i na zawsze zapisane w naszej historii – wielką literą, z najwyższym szacunkiem i należytą troską ze strony naszego państwa, Ukrainy, które szanuje samo siebie, ceni swoich obywateli i chroni to, co do niego należy. Nasze prawo do bycia Ukraińcami. To jest bardzo ważne” — dodał Zełenski.
„Przyjmujemy tę zapowiedź na chłodno, bo działania Zełenskiego i jego otoczenia mają charakter prowokacyjny, a my nie będziemy elementem scenariusza napisanego przez Kijów, który przy okazji wzmacnia rosyjską propagandę” — powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP.
Rozmówca dziennika ocenił, że decyzje prezydenta Ukrainy są skierowane przede wszystkim do wewnątrz i mają wzmacniać jego pozycję polityczną. Wskazał także na kontekst wewnętrznych problemów władz Ukrainy.
Według tej samej osoby działania Zełenskiego mają także na celu „przykrycie skandali korupcyjnych, w które zamieszani są czołowi politycy ukraińscy”.
Ukraiński sierżant z 5. Samodzielnej Brygady Szturmowej Jurij Sirotiuk podczas wywiadu dla ukraińskiej telewizji odniósł się do relacji z Polską i Węgrami po zakończeniu wojny z Rosją. Wojskowy stwierdził m.in., że Polska nie powinna wysuwać wobec Ukrainy żadnych roszczeń. Zapytał z pychą w oczach czy Polacy są gotowi na wojnę, na ukraińskie drony nad swoimi miastami oraz śmierć swoich obywateli. Wypowiedź odbiła się szerokim echem w polskich mediach i wywołała liczne komentarze.
Ukraiński wojskowy grozi Polsce wojną. Słowa Sirotiuka, niezależnie od emocji związanych z trwającą rosyjską inwazją, nie powinny padać pod adresem państwa, które od początku rosyjskiej agresji udzieliło Ukrainie ogromnego wsparcia militarnego, humanitarnego i politycznego. Co więcej, w wywiadzie Sirotiuk ostrzegał, by Polska i Węgry nie wysuwały wobec Ukrainy żadnych roszczeń po zakończeniu wojny, sugerując możliwość gwałtownych reakcji ukraińskich weteranów.
Polska opinia publiczna ma prawo oczekiwać, że podobne wypowiedzi spotkają się z jednoznaczną reakcją władz w Warszawie. Relacje między państwami powinny opierać się na wzajemnym szacunku, a nie na retoryce sugerującej użycie siły wobec sąsiada. Świetnie wpisują się jednak w ukraińską, turańską mentalność w której zdrada, nieszczerość, nienawiść i zemsta jest integralnym elementem polityki i stosunków międzyludzkich.
Nie jest to również pierwszy przypadek, gdy w przestrzeni publicznej pojawiają się treści budzące obawy w Polsce. Od wielu lat w części ukraińskich środowisk politycznych oraz w niektórych publikacjach historycznych powracają twierdzenia, że fragmenty Lubelszczyzny i Podkarpacia stanowią „ukraińskie ziemie etniczne”. Pojawiają się mapy i publikacje przedstawiające takie interpretacje historii oraz postulujące rewizję granic w wymiarze historycznym lub symbolicznym. Choć nie jest to oficjalna polityka państwa ukraińskiego, zjawisko to istnieje i regularnie wywołuje kontrowersje w Polsce.
Właśnie dlatego wszelkie groźby kierowane pod adresem naszego kraju nabierają dodatkowego znaczenia. W połączeniu z działalnością środowisk gloryfikujących UPA, sporami o politykę historyczną czy okresowymi napięciami dyplomatycznymi tworzą obraz, który budzi niepokój wielu Polaków.
Polska ma pełne prawo oczekiwać od swoich partnerów poszanowania własnej suwerenności, pamięci historycznej oraz bezpieczeństwa obywateli. Ostre wypowiedzi wojskowych czy polityków nie powinny być bagatelizowane, zwłaszcza gdy dotyczą użycia przemocy wobec państwa sojuszniczego.
Wsparcie udzielane Ukrainie przez Polskę było jednym z największych w Europie. Tym bardziej oczekiwane są odpowiedzialność, umiarkowanie i jednoznaczne odcięcie się od retoryki gróźb. W relacjach między sąsiadami potrzebny jest dialog i wzajemny szacunek, a nie język, który może prowadzić do dalszej eskalacji napięć. Ukraina niestety, jak na turańskie państwo przystało, nie szanuje nikogo, kto pokazał swoją słabość w jakiejkolwiek formie. Błąd pojawił się już wówczas, gdy rząd warszawski przyjął ukraińską retorykę obrony Europy przed Rosją i bezmyślnie rozdawał jej swoje uzbrojenie.
Wkrótce może się okazać, że ta broń zostanie wykorzystana przeciwko nam. Zapewne nie w otwartych działaniach zbrojnych ale raczej wojnie podjazdowej, hybrydowej nowego typu.
Po odebraniu komikowi Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego ruszyła akcja przyznania mu społecznego Obywatelskiego Orderu Przyszłości.
Pragnąc włączyć się do tej inicjatywy wspieranej różnego rodzaju „autorytetami”, którzy nie zasługują na to, aby ich imiennie wymienić, sugeruję, aby ten Obywatelski Order Przyszłości, zgodnie z XX wieczną tradycją, był z żelaznego metalu, z liśćmi dębu.
Ordery jak cukierki
Ponadto sugeruję też, aby nim zostali odznaczeni wszyscy ci polscy „przyjaciele” z Ukrainy, byli prezydenci Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz Petro Poroszenko, którzy w ramach solidarności z Zełenskim zwrócili polskie odznaczania. Oddali je w geście pychy, buty i arogancji. Pogarda, z jaką zwrócił najwyższe polskie odznaczenie klaun z Krzywego Rogu, pianista – penisista, prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, zobowiązuje do refleksji. Po pierwsze, należy zadać wysokiej jakości pytanie, jak to się dzieje, że polskie odznaczenia państwowe, rozdawane są jak miętowe cukierki wyższym naczelnym w zoo?
Ukraińcy chcą Podkarpacia i Lubelszczyzny
Druga sprawa – w ekstraordynaryjnym trybie należy przystąpić do skatalogowania przedstawicieli V kolumny z polskim obywatelstwem, propagujących polono-banderyzm – jak określił kiedyś to zjawisko Bronisław Łagowski. Albowiem Ukraina w sposób ostentacyjny dokonała wyboru. Dowiodła, że to my, Polacy, zawsze byliśmy dla niej największym wrogiem, gorszym od Rosjan.
Skoro Ukraina zdecydowała się być naszym wrogiem, musimy być gotowi na odparcie agresji z jej strony. Tym bardziej, że w kijowskim wydawnictwie dla weteranów Rainshouse ma miejsce prezentacja książki O ideologii autorstwa Ołeksija Rejnsa, występującego pod pseudonimem „Konsul”. Prezentowana jest tam mapa tzw. Wielkiej Ukrainy, obejmująca część terytorium Polski – województwa podkarpackie i lubelskie. Ukraińscy nacjonaliści twierdzą, że to są etniczne, historyczne ziemie ukraińskie.
Groźby Kijowa
Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha wprost zagroził Polsce: „Widzimy znaczny wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce. Jest bardzo dużo napadów na Ukraińców, poniżania ich, przemocy wobec dzieci. To stanowi zagrożenie życia dla Ukraińców. Mamy armię widzimy, jaka jest rola Ukrainy i będziemy tę rolę wypełniać”. Na podstawie analizy dalszych wypowiedzi Sybihy stwierdzić można, że mamy wypowiadane wprost groźby, pod adresem Polaki i że należy spodziewać się prowokacji. Mówi się o niemieckim wsparciu dla zbanderyzowanej Ukrainy, którego celem jest wspólne osłabienie Polski. Nie wierzy w amerykańskie wsparcie dla Polski w sytuacji zagrożenia.
Wiemy o co chodzi
Polityka Unii Europejskiej, zmierza do likwidacji państw narodowych, do których zalicza się Polska. Stąd uchwalane są tam tak zwane pakty imigracyjne, zobowiązujące państwa członkowskie do przyjmowania emigrantów.
Na terenie Polski obecnie znajduje się blisko dwumilionowa diaspora ukraińska, która może być wykorzystana przez Kijów do realizacji gróźb, o których mówił Andrij Sybiha. Sojusz banderowsko-niemiecki siłą rzeczy determinuje suflowanie akcjonariuszom inicjatywy przyznania społecznego (różnym poniżonym w ich ocenie przez Polskę), tak zwanego Obywatelskiego Orderu Przyszłości. Sugeruję, żeby zgodnie z XX-wieczną zachodnią tradycją był to order z żelaznego metalu, z liśćmi dębu. Po co się tajniaczyć! Wiemy o co wam chodzi.
Eugeniusz Zinkiewicz
=====================
Grok się BARDZO wykręca, by samej flagi nie pokazać. A slogany wylewa, mimo mych protestów.. md
Polska znów wyda kolejne pieniądze na Ukraińców – alarmuje Paweł Usiądek z Konfederacji Wolność i Niepodległość. W tym roku na wsparcie socjalne i bieżącą pomoc dla nich ma być przeznaczony ponad miliard złotych.
„KOLEJNY MILIARD ZŁOTYCH dla Ukraińców!
W 2026 roku Polska przeznaczy 1,08 miliarda złotych na wsparcie socjalne i bieżącą pomoc dla obywateli Ukrainy” – napisał Usiądek.
Wskazał też za co tak naprawdę zapłacą polscy podatnicy. „Z czego składa się ten miliard? Ze świadczeń rodzinnych, leczenia, zakwaterowania zbiorowego i edukacji dzieci z Ukrainy. Wszystko z Funduszu Pomocy, czyli z kieszeni polskiego podatnika” – podkreślił.
Jak dodał, na tym jednak wydatki się nie kończą.
„Do tego dochodzą wydatki wojskowe i pomocowe, które płyną nieprzerwanie: ◾ 48. pakiet pomocy wojskowej o wartości około 200 milionów złotych ◾ 168 milionów złotych na finansowanie terminali Starlink dla ukraińskiej armii ◾ 100 milionów dolarów wpłacone do natowskiego programu zakupów broni dla Ukrainy ◾ Utrzymanie hubu w Jasionce, szkolenia żołnierzy, stypendia, programy odbudowy” – wyliczał.
„A teraz spójrzmy na drugą stronę. Polski dług publiczny rośnie o 1,5 miliarda złotych każdego dnia. Polska firma Control Process została okradziona we Lwowie i wyrzucona z budowy. A Ukraina w tym samym czasie gloryfikuje UPA, sprzedaje naszywki z napisem «Wołyń» i nożem oraz odsyła order polskiemu prezydentowi” – przypomniał.
„Dajemy miliardy. Dostajemy pogardę i kult morderców naszych przodków. Czy politycy PiSu i Platformy mają jakiś instynkt samozachowawczy?
Pora postawić sprawę bez ogródek. Każda złotówka wydana za granicą to złotówka, której nie ma na polski szpital, polską szkołę i polską rodzinę!” – skwitował.