Od Poczobuta do… [to sromota dyplomatyczna]

Od Poczobuta do…

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-od-poczobuta-do

—————————-

Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski

===================================

Przejęcie w Polsce z fanfarami Andrieja Poczobuta, białoruskiego opozycjonisty pochodzenia polskiego, wymienionego w ramach wymiany więźniów zainicjowanej przez Stany Zjednoczone, wydaje się na pierwszy rzut oka sukcesem.

Wszak władze w Warszawie od lat domagały się wyjścia na wolność białoruskiego aktywisty. Sukcesem jednak nie jest. Jest raczej ilustracją porażki, jaką była i pozostaje polska polityka wschodnia.

Po pierwsze, Poczobuta zaangażowano w rozrysowane niekoniecznie w Warszawie plany obalenia władz białoruskich, względnie ich wizerunkowego osłabienia. Gdyby nie on i jego sprawa, należałoby go wymyślić. Poczobut od lat stawał przed sądami w sprawach karnych. Władze białoruskie dawały się, nawiasem mówiąc, wciągać w zastawianą na nie pułapkę. Zatrzymywały bowiem rzeczonego aktywistę za wszystkie, najdrobniejsze nawet wykroczenia. Skazywały go na wyroki w sprawach ewidentnie politycznych. Patroni Poczobuta, niekoniecznie ci z Warszawy, wyznaczyli mu pewną role do odegrania, a on – chcąc, nie chcąc – przez lata ją odgrywał. Niektóre jego działania i wypowiedzi były ewidentnie obliczone na to, by stanąć przed sądem, a najlepiej stać się więźniem politycznym. Poczobuta-więźnia i represjonowanego wykreowały nie tylko władze w Mińsku. Stał się gwiazdą również w mediach polskich i na arenie międzynarodowej (ukoronowaniem jego kariery opozycyjnego „celebryty” było przyznanie mu w ubiegłym roku nagrody im. Andrieja Sacharowa przez Parlament Europejski).

Po drugie, Andriej Poczobut owszem – był więźniem politycznym, ale nie przebywał za kratami w związku ze sprawami dotyczącymi mniejszości polskiej. Władze w Warszawie konsekwentnie zresztą robiły niedźwiedzią przysługę Polakom mieszkającym na Białorusi, czyniąc ich twarzą politycznego aktywistę opozycji. Tymczasem Poczobut sprawami mniejszości polskiej zajmował się jedynie sporadycznie, preferując otwarte wystąpienia przeciwko władzom białoruskim. Przez operację medialną pokazującą na niego jako na istotnego działacza Związku Polaków na Białorusi powstało mylne wrażenie, jakoby owa mniejszość polska popierała określone poglądy polityczne, zdecydowanie sytuując się w opozycji wobec urzędującego prezydenta. A to dla jej interesów szkodliwe (wyobraźmy sobie, że podobną postawę wykazywaliby na przykład przedstawiciele mniejszości niemieckiej w naszym kraju).

Po trzecie – i może najważniejszeAndriej Poczobut nie został zwolniony na wniosek władz polskich prowadzących jakiś dialog na ten temat z władzami białoruskimi.

Jego uwolnienie miało za to bezpośredni związek z polityką amerykańską w naszym regionie Europy. Nieprzypadkowo tuż przed wymianą więźniów w Warszawie pojawił się wysłannik prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. białoruskich, John Coale. I to właśnie on wynegocjował wolność dla Poczobuta, a właściwie wymianę więźniów w formacie 5 na 5. Rozmowy w tej sprawie 79-letni amerykański prawnik prowadził zapewne również ze stroną rosyjską. Mamy zatem sytuację, w której przedstawiciel obcego mocarstwa negocjuje na prośbę strony polskiej (takowa miała zostać przekazana Donaldowi Trumpowi przez Karola Nawrockiego) kwestię dotyczącą w zasadzie stosunków bilateralnych Warszawy z Mińskiem. A to oznacza, iż takowe stosunki w rzeczywistości nie istnieją i w efekcie oddajemy naszą politykę wschodnią w obce ręce.

Oczywiście ze szczęścia i wolności samego Andrieja Poczobuta i jego rodziny można się jedynie cieszyć. Pamiętajmy jednak, że do jego uwolnienia doszło nie dzięki staraniom władz polskich, lecz raczej wbrew nim, za sprawą Waszyngtonu. Polska pokazała zatem swą całkowitą niemoc. Żadne z jej apeli wygłaszanych przez lata publicznie i ze świętym oburzeniem nie wywołały najmniejszego nawet skutku. Stało się tak w związku z całkowitym praktycznie zerwaniem przez nas realnych stosunków politycznych oraz dialogu z Mińskiem.

Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski. Brak samodzielności jest nie kwestią podporządkowania nas na siłę jakiejś zewnętrznej potędze, lecz efektem wyboru dokonywanego przez kolejne rządy w Warszawie. Ich wyborem bowiem jest zerwanie kanałów łączności z sąsiadami: Białorusią, ale także Rosją.

Ich wyborem jest zdawanie się w sprawach geograficznie nam najbliższych na pomoc Wielkiego Brata zza oceanu. Przedstawiciele polskiego rządu witający Andrzeja Poczobuta na polsko-białoruskiej granicy powinni zacząć od przeprosin białoruskiego opozycjonisty za własną nieudolność, która kosztowała go kilka lat życia w kolonii karnej.

Miejmy nadzieję, że jego los będzie nauczką dla tych, którzy czują, że za plecami mają Warszawę i za zajmowanie się działalnością polityczną nic im nie grozi. Warszawa nie jest żadnym gwarantem niczyjego bezpieczeństwa. Z prostej przyczyny: geopolitycznie nie istnieje. Sprawa przyjazdu Poczobuta do Polski (z której nie pochodzi) powinna być zatem traktowana jak kompromitacja, a nie polityczny triumf nad Wisłą.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2026)

… zabójcy państwa narodowego

… zabójcy państwa narodowego – Sergiusz Muszyński

Autor: Redakcja , 3 maja 2026

Oryginalny tytuł zaczyna się od „Cisi zabójcy…”

Dlaczego „cisi”?

Cały artykuł, albo nagranie audio (poniżej)

Cisi zabójcy państwa narodowego

Po kilkudziesięciu latach od zawarcia traktatu paryskiego twierdzenie, że integracja europejska i podmiotowość narodowa stoją do siebie w opozycji stało się w zasadzie truizmem. To, przed czym narodowa prawica ostrzegała w toku kampanii referendalnej w 2003 r., stało się faktem.

Niestety polskie władze – zarówno poprzednie, jak i obecne – nie reagują adekwatnie na unijną uzurpację. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pozornie utrzymując przynajmniej gdzieniegdzie twardą retorykę w relacjach z Brukselą, dla próby pozyskania funduszy wyborczych w postaci KPO w istocie poświęcił polską rację stanu. Co więcej, mimo że finalnie środki do Polski wówczas nie popłynęły, i tak trzeba było spłacać od nich odsetki. W imię interesu partyjnego, którego na dodatek nie udało się zrealizować, ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego przyzwoliło na poważny krok osłabiający naszą suwerenność.

Gra toczyła się bowiem wówczas o zdecydowanie wyższą stawkę niż wygrana jakiegokolwiek środowiska politycznego w wyborach parlamentarnych. Zgoda na „kamienie milowe”, uwspólnotowienie długu i powiązanie środków europejskich z tzw. praworządnością była praktycznym wpisaniem się w politykę budowy superpaństwa bez zmian w traktatach – a nawet wbrew i tak już daleko idącym traktatom. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w okresie rządów poprzedniej ekipy nastąpiła najdalej posunięta erozja suwerenności Polski od 2004 r., porównywalna jedynie z ratyfikacją traktatu lizbońskiego.

Polska w kleszczach „Eurokołchozu”, a Polacy „sublokatorami we własnym kraju”. Grzegorz Braun.

Polska w kleszczach „Eurokołchozu”, a Polacy „sublokatorami we własnym kraju”. Grzegorz Braun wzywa do odzyskania niepodległości [VIDEO]

2.05.2026 nczas/polska-w-kleszczach-eurokolchozu-a-polacy-sublokatorami-we-wlasnym-kraju-grzegorz-braun-wzywa-do-odzyskania-niepodleglosci

Grzegorz Braun w Augustowie.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun w Augustowie. / Fot. screen

W drodze na Litwę Grzegorz Braun zatrzymał się w Augustowie, gdzie spotkał się z tamtejszymi rolnikami i wygłosił przemówienie. Zdaniem prezesa Konfederacji Korony Polskiej, Polska utraciła suwerenność na rzecz obcych mocarstw oraz brukselskiej biurokracji, a Polacy stają się „sublokatorami we własnym kraju”.

Braun przekonywał, że Polska utraciła realną decyzyjność. – Walczymy o odzyskanie niepodległości. Polska nie jest niepodległa. Naród polski, mający tysiącletnie tradycje własnej państwowości, staje się sublokatorem we własnym kraju – mówił, po czym dodał, że Polacy zostali zepchnięci do „drugiej kolejności odśnieżania”, podczas gdy uprzywilejowaną pozycję zajmują inne nacje.

Polak płaci, Ukrainiec wymaga. Niemcy wyprodukują, Ukraińcy dostaną, a Polacy zapłacą. Kto tu jest u siebie na swoim? Nie Polacy – kontynuował Braun.

Znaczną część przemówienia poseł poświęcił krytyce Unii Europejskiej, którą konsekwentnie nazywa „Eurokołchozem”. Według niego elity warszawskie, w tym świat akademicki i korporacyjny, to „chłopstwo pańszczyźniane naszych czasów”, które dobrowolnie rezygnuje z polskości na rzecz etatów w międzynarodowych strukturach.

Braun ostrzegał przed ideologicznymi fundamentami UE, przywołując Manifest z Ventotene autorstwa Altiero Spinellego. – On napisał: mają zniknąć narody, ma zniknąć własność prywatna. Chcecie tego? Ja nie chcę, a oni to mają w programie – alarmował. W wizji polityka obecny kurs prowadzi do przekształcenia Polski w „land eurokołchozowy”, „Ukropol” lub „bantustan anglosaski”.

My, którzy chcemy być Polakami w Polsce, musimy się o to upomnieć – apelował do słuchaczy.

Równie ostro Grzegorz Braun wypowiedział się na temat Europejskiego Zielonego Ładu. Jego zdaniem walka z globalnym ociepleniem to w rzeczywistości mechanizm wywłaszczania obywateli i niszczenia polskiej gospodarki.

Każda rodzina, czy na wsi, czy w mieście, płaci podatek od urojeń klimatycznych. W każdym rachunku za prąd czy gaz macie kilkadziesiąt procent narzutu – wyliczał, nazywając unijne projekty „leninowską odpowiedzią” na współczesne problemy.

Braun podkreślił, że ingerencja władzy w to, czym obywatel pali w piecu, jest naruszeniem miru domowego i „woła o pomstę do nieba”. Porównał obecną politykę zrównoważonego rozwoju do komunistycznej „sprawiedliwości społecznej” – w rzeczywistości sprowadza się wszystko do łamania prawa własności.

W przemówieniu nie zabrakło też odniesień do polskiego rolnictwa czy też do nadmiaru biurokracji i kontroli państwowej.

Tu czy tam – migrena

Tu czy tam – migrena

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   2 maja 2026 michalkiewicz

Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.

A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.

Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.

Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.

Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?

Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.

Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą

Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.

W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.

Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.

To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.

Stanisław Michalkiewicz

Ukraina wynalazła perpetuum mobile. Skorzysta polski przemysł zbrojeniowy

Ukraina wynalazła perpetuum mobile.

Skorzysta polski przemysł zbrojeniowy

Autor: MeMy, 1 maja 2026

Prężnie działająca polsko – niemiecka i polsko – ukraińska współpraca jest solą w oku „prorosyjskich środowisk politycznych spod znaku skrajnej prawicy”. Ostatnio, naprzeciw polityce Donalda Tuska wyszedł ze śmiałą inicjatywą prezydent Ukrainy.

Czy oznacza to, że Polska uzyska możliwość zakupienia od Ukrainy podarowanej przez siebie wcześniej broni? – pytają złośliwi internauci.

Być może tak, i to nie raz. Odciąży to w znacznym stopniu polski przemysł zbrojeniowy, który nie będzie musiał zwiększać produkcji, również z powodu kredytu safe – argumentują błyskotliwi zwolennicy Donalda Tuska.

Polska nie będzie musiała inwestować nie tylko w polskie firmy zbrojeniowe, ale także w firmy remontowe.

Jak widać internauci popierający PiS ignorują fakt, że decyzja o zakupie samolotów F 35 zapadła wiele lat temu, a sama umowa została ostatecznie podpisana 31 stycznia 2020 roku czyli w samym środku podwójnej kadencji, drugiej w rankingu pod względem szkodliwości, targowicy niedbającej o rozwój tego typu firm.

W każdym razie, wracając do początkowego wątku, polska armia, nazywana dekoracyjną, będzie mieć niejedną okazję uzupełniać swoje niedobory w uzbrojeniu kupując je również od Ukrainy.

Nie gadamy, zadłużamy!

UE – to tylko wersja demonstracyjna. MEM-y VI.

—————————–

———————————————-

—————————————————————

—————————————————–

—————————————————————-

—————————————–

—————————————————-

———————————————–

——————————————————————————

Aneks do Raportu.. MEM-y III.

———————————–

——————————————————

———————————–

{Nic o nim nie wiem, ale w wiki jest ze cztery strony. Pewnie „podpadł” ickom?? md]

——————————

———————————————————

————————————————-

———————————————————

—————————————————

————————————————————-

———————————————————-

Tajemnica państwowa: Czy energię elektryczną przekazaliśmy Ukrainie bezpłatnie? Wartość ponad 130 milionów..

Grzegorz Płaczek @placzekgrzegorz

Polska w latach 2023–2025 przekazała Ukrainie, w trybie dostaw awaryjnych, 268 611 MWh energii elektrycznej. Wolumeny przekazanej energii wynosiły kolejno: 2023 r. – 23 950 MWh 2024 r. – 190 930 MWh 2025 r. – 53 731 MWh. Łącznie daje to energię o szacunkowej wartości rzędu 120–135 mln zł po cenach hurtowych.

I teraz zasadnicze pytania: Czy tę energię przekazaliśmy Ukrainie bezpłatnie? Czy rozliczano ją po stawkach niższych niż rynkowe? Czy polski podatnik dopłacał do tych dostaw? Na jakich dokładnie warunkach przekazywano Ukrainie energię elektryczną?

Nikt nic nie wie.

Dlatego 19 lutego 2026 r., w trybie interwencji poselskiej, zwróciłem się do Ministerstwa Aktywów Państwowych o ustalenie faktów, zasad rozliczeń i konkretnych kwot. 3 marca 2026 r. MAP przekazało moje zapytanie do Ministra Energii, Pana Miłosza Motyki. Ostatecznie, po 9 tygodniach oczekiwania, otrzymałem odpowiedź [sygn. BM-WPR.0510.101.2026.KK], że wysokość kosztów dostaw awaryjnych energii elektrycznej dla Ukrainy stanowi… tajemnicę.

To jest absurd! Mówimy o setkach tysięcy MWh energii o wartości ponad 120 mln zł! Obywatele mają prawo wiedzieć, czy Polska sprzedawała tę energię po cenach rynkowych, czy przekazywała ją bezpłatnie, oraz czy do tych dostaw dopłacali polscy podatnicy! Polska to nie prywatny folwark rządzących!

Zdjęcie

15,3 tys. wyświetleń

NIEWYJAŚNIONE I KONTROWERSYJNE ZGONY OSÓB PUBLICZNYCH

[To działalność amatorska, ale jak widać, przy braku Służby Sprawiedliwości, konieczna. MD]. …znalazłam na blogu Lechickie Odrodzenie i wklejam treść, bo nie mam facebooka, ale na początku jest link

=======

Poniżej praca Tomasza Kosińskiego (https://www.facebook.com/kosinski.t ):

    Litewka nie jest jedynym męczennikiem sprawy.


    Tu szybki raport opracowany wspólnie przeze mnie i 3 czatboty: GPT, Gemini i Claude. Tym zajmował się m.in. śp. Bogdan Bielawski, który dążył do stworzenia systemu obrony ludzi z wykorzystaniem AI i w oparciu o prawo naturalne. Wypadł z okna na 3. piętrze na początku listopada 2025 roku.


    NIEWYJAŚNIONE I KONTROWERSYJNE ZGONY FIGUR PUBLICZNYCH


​Raport analityczny — stan: 26.04.2026
​    ROZDZIAŁ I — KRONIKARZE UKŁADU
​    Reporterzy i dokumentaliści operujący na stykach biznesu, polityki i struktur siłowych.
    ​ZIĘTARA Jarosław (1968–1992). Ten dziennikarz śledczy „Gazety Poznańskiej” przeniknął do struktur holdingu Elektromis, badając jego powiązania z dawnymi oficerami SB i WSI. Zniknął bez śladu 1 września 1992 r., stając się pierwszą ofiarą morderstwa dziennikarskiego w nowej Polsce. Cieniem na sprawie kładzie się brak odnalezienia zwłok oraz wieloletni mur milczenia świadków, którzy masowo wycofywali zeznania po naciskach ze strony wpływowych biznesmenów.
Źródła: iPSB; Fundacja Jarekzietara.pl; Wyrok SO Poznań (Aleksander G.).
​ŻARSKA Ewa (~1974–2020). Reporterka Polsat News, która zdiagnozowała systemową bezradność organów ścigania wobec pedofila Krzysztofa P. „Piotrusia”. Znaleziona martwa w mieszkaniu w kwietniu 2020 r., tuż przed domknięciem kolejnego śledztwa. Niepokój budzi informacja o zniknięciu z jej domu archiwów cyfrowych oraz fakt, że sekcja zwłok odbyła się z dużym opóźnieniem pod pretekstem procedur pandemicznych.
    Źródła: Polsat News, 17.04.2020; Wprost, 23.04.2021; Rzeczpospolita, 17.04.2020.
​CHEŁSTOWSKI Adam (1976–2026). Fotoreporter agencji Forum, który przez ćwierć wieku rejestrował nieoficjalne kulisy polskiej polityki. Zmarł nagle 2 marca 2026 r. podczas spotkania ZPAF w Warszawie. Choć przyczyną było nagłe zatrzymanie akcji serca, środowisko wskazało na tragiczny brak dostępu do ratunkowych urządzeń AED w centrum stolicy oraz niewyjaśniony dotąd los jego prywatnego archiwum zdjęć, mogącego dokumentować zakulisowe układy decydentów.
    Źródła: Forum Polska Agencja Fotografów, 02.03.2026; TVN24, 03.03.2026;     Fotopolis.pl, 03.03.2026.
​    BATER Wiktor (1966–2020). Korespondent, który jako pierwszy przekazał światu informację o tragedii smoleńskiej. Znaleziony martwy w mieszkaniu 7 kwietnia 2020 r. Niewyjaśnionym aspektem pozostaje zakres wiedzy, jaką posiadał od swoich rosyjskich informatorów, oraz nagłość zgonu osoby aktywnej zawodowo do ostatnich dni.
    Źródła: Wirtualne Media, 08.04.2020; Halo.Radio — komunikat, 07.04.2020.
​    ROZDZIAŁ II — STRAŻNICY TAJEMNICY
​Oficerowie i urzędnicy z dostępem do certyfikowanych informacji niejawnych.
​    PETELICKI Sławomir (1946–2012). Generał brygady i twórca GROM, który w ostatnich miesiącach życia ostro punktował błędy rządu Donalda Tuska w sferze lotnictwa wojskowego. Znaleziony z raną postrzałową głowy 16 czerwca 2012 r. w garażu. Analizy środowisk niezależnych wskazują na brak listu pożegnalnego oraz niespójność profilu psychologicznego sprawnego dowódcy z wersją o samobójstwie.
Źródła: Polsat News, 16.06.2012; TVN24, 16.06.2012; Rzeczpospolita, 17.06.2012.
​    MICHNIEWICZ Grzegorz (1961–2009). Dyrektor Generalny Kancelarii Premiera, posiadający dostęp do danych ściśle tajnych. Znaleziony powieszony 23 grudnia 2009 r., dokładnie w dniu powrotu TU-154M z remontu w Rosji. Podejrzenia o eliminację wynikają z faktu, że śledczy zignorowali jego laptop służbowy, a ostatnie wiadomości SMS wskazywały na normalną aktywność zawodową.
Źródła: Rzeczpospolita, 10.12.2010; TVN24, 23.12.2009; Polskie Radio, 04.04.2011.
​    ZIELONKA Stefan (1957–2009). Szyfrant SWW operujący na kodach NATO. Zaginął w kwietniu 2009 r., a jego szczątki wyłowiono z Wisły rok później. Sprawa pozostaje symbolem porażki kontrwywiadu; spekuluje się, że szyfrant mógł zostać wyeliminowany przez obce służby celem zapobieżenia jego przejściu na drugą stronę z pakietem danych strategicznych.
Źródła: TVN24, materiały 2010; Rzeczpospolita, 2010.
    ​MUŚ Remigiusz (~1970–2012). Technik pokładowy Jaka-40, kluczowy świadek smoleński, który zeznał, że słyszał komendę rosyjskiej wieży o zejściu do 50 metrów. Znaleziony powieszony w piwnicy własnego domu w październiku 2012 r. Zbieżność jego zeznań z podważeniem oficjalnych stenogramów czyni tę śmierć jednym z najbardziej mrocznych wątków śledztwa smoleńskiego.
Źródła: Rzeczpospolita, 28.10.2012; Nasz Dziennik, 29.10.2012; WP, 28.10.2012.
​    ROZDZIAŁ III — TROPICIELE UKŁADU
​    Rewidenci, ekonomisici i radni uderzający w fundamenty finansowe korupcji.
    ​FALZMANN Michał (~1953–1991). Inspektor NIK, który wyizolował mechanizm drenażu majątku państwowego w aferze FOZZ. Zmarł na rzekomy zawał serca w lipcu 1991 r., dwa dni po tym, jak odsunięto go od wglądu w dokumenty NBP. Powszechne niedowierzanie w oficjalną przyczynę zgonu zdrowego 37-latka wspiera fakt serii późniejszych, nagłych zgonów innych osób zaangażowanych w ten temat.
Źródła: IPN; Rzeczpospolita, 18.07.2011; Super Express, 2018.
​    PAŃKO Walerian (1941–1991). Prezes NIK, który zginął w wypadku samochodowym na prostej drodze 7 października 1991 r. Śmierć nastąpiła zaledwie dobę przed planowanym wystąpieniem w Sejmie, podczas którego miał ujawnić raport o grabieży miliardów z FOZZ. Relacje o dźwięku eksplozji oraz późniejsza śmierć policjantów pierwszej interwencji nakazują traktować tę sprawę jako egzekucję polityczną.
    Źródła: Dzieje.pl — biogram; Rzeczpospolita, 08.10.1991; ToHistoria.pl.
​    CHRUSZCZ Paweł (1987–2018). Radny Głogowa tropiący korupcję w KGHM i lokalne układy gruntowe. Znaleziony powieszony w maju 2018 r. Rodzina od początku kwestionowała samobójstwo, wskazując na ślady walki i obrażenia wewnętrzne niepasujące do mechanizmu zawiśnięcia.
Źródła: Onet, 31.05.2018; Radio Wrocław, 01.06.2018.
​WÓJCIKOWSKI Rafał (1973–2017). Poseł Kukiz’15 i ekonomista, który zginął w wypadku na S8. Zastrzeżenia budzi wykrycie w jego samochodzie uszkodzonego przewodu hamulcowego, co śledczy zignorowali, mimo że poseł uderzał w interesy potężnych lobby hazardowych i energetycznych.
Źródła: Dziennik Łódzki, 01.03.2018; Rzeczpospolita, 2017.
​    ROZDZIAŁ IV — REPREZENTANCI NARODU
​Politycy i ich powiernicy posiadający wiedzę o nieformalnych strukturach władzy.
​    LITEWKA Łukasz (1989–2026). Poseł Nowej Lewicy i aktywista, potrącony śmiertelnie przez samochód 23 kwietnia 2026 r. Wyeliminowany w momencie, gdy jego śledztwa w sprawie podziemia pedofilskiego i powiązań influencerów z lokalnymi elitami zaczęły nabierać charakteru dowodowego. Pytania o przypadkowość zdarzenia budzi nagłość wypadku na znanej mu trasie rowerowej.
Źródła: Euronews Polska, 23.04.2026; Polsat News, 24.04.2026.
    ​LEPPER Andrzej (1954–2011). Wicepremier i lider Samoobrony, znaleziony powieszony w biurze 5 sierpnia 2011 r. Jego zgon nastąpił krótko po tym, jak zadeklarował posiadanie „haków” na liderów obu głównych partii. Brak listu pożegnalnego u polityka planującego powrót do gry oraz dziwny pośpiech w procedurach sekcyjnych sugerują maskowanie morderstwa.
Źródła: TVN24, 05.08.2011; Rzeczpospolita, 06.08.2011; Gazeta Wyborcza, 06.08.2011.
​    SKRZYPEK Barbara (1959–2025). Wieloletnia dyrektor biura prezydialnego PiS, zmarła 15 marca 2025 r. jako depozytariuszka najgłębszych tajemnic finansowych Nowogrodzkiej. Jej zgon nastąpił w szczycie przesłuchań dotyczących projektu „dwóch wież”, co skutecznie zamknęło prokuraturze drogę do kluczowych zeznań.
Źródła: Gazeta Wyborcza, 15.03.2025; TOK FM, 16.03.2025.
​    ADWENT Filip (1955–2005). Europoseł LPR, zmarł po tragicznym wypadku pod Grójcem, w którym zginęła niemal cała jego rodzina. Jako merytoryczny przeciwnik wykupu polskiej ziemi i integracji unijnej, stał się celem kampanii nienawiści, a okoliczności zderzenia z ciężarówką wywołują podejrzenia o celową prowokację drogową.
    Źródła: Archiwum Rzeczpospolita, 2005; Sejm.gov.pl.
​    ROZDZIAŁ V — SUWERENI I IDEOLODZY
​    Osoby kwestionujące paradygmaty państwowe, system medyczny i bankowy.
​    BIELAWSKI Bogdan (zm. 2025). Menedżer finansowy i propagator AI w służbie prawa naturalnego. Zginął 2 listopada 2025 r. po upadku z okna. Wyizolował systemowe luki w prawie bankowym i stworzył algorytmy do unieważniania długów, co postawiło go w bezpośrednim konflikcie z najpotężniejszymi instytucjami finansowymi w kraju.
    Źródła: Facebook — Archiwum Suwerennych; Monitor Wolności, 03.11.2025.
    ​JAŚKOWSKI Jerzy (1948–2025). Doktor nauk medycznych i chirurg, zmarł 17 stycznia 2025 r. Jego systemowa marginalizacja za głoszenie tez o szkodliwości szczepień i depopulacji uczyniła go ikoną medycyny niezależnej. Zgon w wieku 77 lat nastąpił po okresie intensywnej działalności publicystycznej wymierzonej w koncerny farmaceutyczne.
    Źródła: Tygodnik Bydgoski, styczeń 2025; Wikipedia pl.
​    ŻULIKOWSKI Michał (zm. 2025). Działacz społeczny zamordowany w 2025 r. Zdiagnozował rozległy proceder handlu dziećmi i nadużyć seksualnych w domach dziecka. Jego śmierć zablokowała ujawnienie dowodów obciążających urzędników szczebla centralnego.
    Źródła: Media lokalne; Raport Służb 2025.
    ​ŚLĄZAK Edwin (zm. 2025). Lider patriotycznego środowiska „Pancerni Poznań”, zmarł nagle pod koniec 2025 r. Oficjalne zatrzymanie akcji serca u sprawnego sportowca budzi niedowierzanie w środowisku, zwłaszcza w kontekście trwającej kwerendy operacyjnej wymierzonej w jego struktury.
    Źródła: E-Poznan, 12.2025; Komunikat klubu Pancerni Poznań

Koniec onucowania, czyli dlaczego Putin nie atakuje?

Koniec onucowania, czyli dlaczego Putin nie atakuje?

0

puttttokładka

Napisał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/koniec-onucowania-czyli-dlaczego-putin-nie-atakuje

26 kwietnia, wpis nr 1405

Krąży po infosferze wiele ocen dotyczących działań Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej. Nie napawają one optymizmem co do naszego najważniejszego sojusznika. Okazuje się, że włożenie wszystkich polskich jaj do amerykańskiego koszyka gwarancji bezpieczeństwa było gorzej niż zbrodnią – było błędem. Nawet już się nie mówi o gnuśności polskiej myśli strategicznej, która ugrzęzła w tym rozleniwiającym stanie. Mówi się już o konkretach, które wynikają z wydarzeń na wojnie USraela w Iranie.

A nie są one dla nas szczególnie korzystne. Nawet nie chodzi tu o konsekwencje gospodarcze, ale właśnie – geopolityczne. Jest to ważny moment już nawet nie w narzekaniu, że trzeba było wcześniej, że jest za późno; chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej wojny, by zobaczyć, czy jej przebieg, nie mówiąc już o jej możliwym wyniku, nie pokazuje nam przypadkiem w swych rezultatach kompletnie innej sytuacji, w której przebywamy, innej niż ta, która jest kreowana przez rzeczywistość medialną.

Sojusznik bez strategii

Zajmiemy się tu dwoma tylko aspektami konsekwencji sytuacji w Zatoce, jeśli chodzi o naszą pozycję geopolityczną. Otóż wiele ośrodków polskiej analityki geopolitycznej wskazuje na co najmniej dwa aspekty słabości jaką się wykazał nasz kluczowy (jedyny?) sojusznik. Pierwsza to albo kompletnie mylny plan tej wojny, albo – co gorsza – mamy do czynienia z wersją pójścia na wojnę bez planu, albo i choćby bez planu B, który należałoby rozważyć, gdyby jednak nie zdarzył się zaplanowany cud Trumpa. Cud, który – powtórzmy to – miał polegać na tym, że po serii bombardowań poprzedzonych dekapitacją władz naród irański wyjdzie na ulice i przejmie władzę. A tu Amerykanie, którzy wyzywają ustami swego POTUSA Irańczyków od zwierząt, dali się strategicznie i militarnie ograć, wychodzi, że przez zwierzęta. Nie daje to Waszyngtonowi zbyt wysokiej oceny co do jego zdolności strategicznego planowania.

Możliwa tu jest także wersja taka oto, że strategie były, były plany A, B i C i ile tam jeszcze liter ma nowoczesny alfabet wojny, ale politycy się tego nie posłuchali. To się zdarza, i to zdarza się coraz częściej.

Przypomnę choćby tylko widowiskową, bo publiczną dyskusję Putina z szefem swojego wywiadu tuż przed drugą wojną na Ukrainie. Wywiadowca wskazał, że najechanie Ukrainy nie jest takie proste i nie skończy się – jak w wojnie pierwszej – na zajęciu zaplanowanych terenów praktycznie bez oporu. Obsztorcował wtedy Putin szefa wywiadu publicznie za defetyzm, a swoje decyzje podjął. Kto miał rację – pokazała historia. Nie pierwszy raz racje polityczne, często oparte nie na kalkulacjach celu, a raczej na dopieszczeniu ego przywódcy, przeważają nad racjami logiki wojny. Nie pierwszy raz wojskowi i służby muszą się przekonywać, że trudność ich roboty nie polega wyłącznie na skomplikowaniu materii, ale coraz częściej na tym, że ich – daj Boże – logiczne wnioski i rekomendacje są odrzucane przez wybrańców demosu. Może być i tak w przypadku amerykańskim, na co wskazują rosnące przypadki dymisji i rezygnacji wysokich funkcjonariuszy amerykańskiego ministerstwa – par excellence – wojny.

Czy tak, czy siak – mamy więc do czynienia z zapaścią konsekwentnej strategii u naszego patrona pokoju, co nie napawa optymizmem co do losów Polski. My tu sobie patrzymy na nasz wycinek mapy, ale nasi amerykańscy sojusznicy patrzą się na globus, kręcą nim jak widać bez większego opamiętania, i nasz grajdołek jest dla nich sprawą pomijalną. Należy przypomnieć, że USA opracowały na przełomie tego roku dwa dokumenty dotyczące swej strategii geopolitycznej, nad czym pochylili się ochoczo analitycy wszelkiej maści. Okazało się, że wzięto ten dokument jednak zbyt dosłownie. Kwestia zaangażowania się w rejon Zatoki Perskiej w tym dokumencie praktycznie nie istnieje, sam Bliski Wschód jest w tej strategii dla amerykanów areną mniej niż trzeciorzędną.

A tu okazuje się, że w praktyce wszystko stanęło na głowie – główne teatry tej strategii: chiński, rosyjski i europejski wymykają się kompletnie oddziaływaniu USA, tym bardziej im dłużej Stany zakopują się (i cały świat) w bałaganie strategiczno-militarnym, który same sobie zgotowały. Czyli strategie sobie, zaś działania – sobie. Skąd my to znamy? Stąd, skąd wiemy jak można latami dzielnie walczyć z pokonywaniem trudności, które samemu sobie się tworzy. I ta „tradycja” przeszła z PRL na III RP.

Nie dworuję sobie tutaj z Jankesów, ani myślę. Chodzi tylko o to, że jak mamy takiego partnera, to trudno przewidzieć w jego działaniach cokolwiek, oprócz generowania chaosu niespodzianek. Również w naszej domenie. Szczególnie jeśli chodzi o rozproszenie uwagi USA i Trumpa na wielu chaotycznych kierunkach, z których mogą korzystać (i korzystają) i Chiny, i Rosja – nieoczekiwanie główni beneficjenci wojny w Zatoce. Nasz sojusz militarny w ramach NATO z wyraźnym wycofywaniem się z niego USA jest w opałach, co narusza fundamenty naszego obszaru bezpieczeństwa, od kiedy gwarancje w tej domenie stają się coraz bardziej iluzoryczne. A ma to dla nas ważne konsekwencje, do których zaraz wrócimy.

Sojusznik bez taktyki

Drugi aspekt ujawnionej nad Zatoką słabości Stanów to kwestia czysto militarna. Wojna z Iranem pokazała, że Stany walczą jednak po staremu. Do tej pory USA walczyły głównie w asymetrii, atakując przeciwnika słabszego technologicznie i militarnie. W starym typie wojny gwarantowało im to zwycięstwo, bardziej militarne niż polityczne, i to zawsze w wojnach dłuższych i krwawszych niż zakładano, zaś ostatnio – nawet nie zapewniało to zwycięstwa militarnego, tak jak w Iraku, wcześniej w Afganistanie, wcześniej w Wietnamie czy Korei. USA nie wyciągnęły wniosków z wojny nowego typu, której przykłady mają jak na tacy, choćby na Ukrainie. Iran, jak widać, praktycznie od obalenia szacha, czyli tak z 50 lat, przygotowywał się do wojny i okazało się, że „zwierzęta” – nawet, a może właśnie dlatego że, objęte sankcjami – same wytworzyły własny przemysł militarny, rozproszoną, mozaikową strategię obrony, oraz plany obronne polegające na natychmiastowym rozszerzeniu działań na kraje Zatoki, co zapobiegło izolacji teatru działań militarnych tylko do irańskiego obszaru. Iran wojnę natychmiast umiędzynarodowił w swoim interesie, ale mógł tak zrobić tylko dlatego, że stworzył odporny i zdecentralizowany system militarnej reakcji, projekcji swej siły daleko poza własnym terenem, przypomnijmy, że w dodatku, w sytuacji sankcyjnej izolacji.

Iran doprowadził do perfekcji zarządzanie konfliktem na zasoby, stosując taktykę ekonomizacji działań wojennych. Drony za parę tysięcy dolarów są zestrzeliwane rakietami za miliony i tych ostatnich zasoby kurczą się bardzo szybko, a były te zasoby już przed wojną o dwa rzędy skromniejsze niż rakietowo-dronowe rezerwy Iranu. Przeniesienie wyścigu zbrojeń na wyścig w kosztach wojny jest fenomenem ze strony kraju o zasobach finansowych i gospodarczych o wiele skromniejszych niż amerykańskie. Widać więc, że lepiej mieć tysiące tanich dronów i rakiet, niż dwa na krzyż lotniskowce, które stają się obciążeniem dla Amerykanów, gdyż bardzo szybko przekształcają się w militarno-wizerunkowe obciążenie, sanktuaria, których trzeba bardziej bronić, niż czerpać korzyści z ich funkcjonowania.

I teraz mamy rozjazd – Amerykanie wojują po staremu, zaś świat odjechał w drugą stronę. Co najważniejsze – w tym nowym typie wojny Rosja się zaprawia na wojnie z Ukrainą. To tam mamy do czynienia z sublimacją nowych technologii współczesnej wojny. A widać, że Amerykanie tam nie zaglądają. A skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie zaatakowali „po staremu” państwo, które wojuje inaczej, po nowemu. Jest głównym dostarczycielem dronów dla wojującej Moskwy, to w Iranie dopracowywały się te technologie i prace tam wcale nie ustały.

I kłopot polega dla nas na tym, że my, metodą osmozy sojuszniczej, też idziemy z naszymi militariami „po staremu”. Zamiast uczyć się od Ukraińców jak realnie wojuje się z Rosją jesteśmy bardziej kompatybilni z, okazuje się przestarzałą, amerykańską wersją prowadzenia wojny. Czekamy na dostawy „małych sanktuariów”, czyli czołgów za miliony, które na obecnym teatrze wojennym są bardziej kosztownym problemem niż elementem przewagi.

Zatoka a sprawa polska

Te dwa czynniki słabości naszego głównego (właściwie już teoretycznego tylko) dostarczyciela gwarancji bezpieczeństwa mocno rzutują na naszą sytuację. Po prostu wielokroć bardziej osłabiają naszą geopolityczną pozycję. Co do strategii amerykańskiej, i naszej z nią kompatybilności, to nie mamy tu pewności żadnej. Nie wiemy czy nam pomogą, nie wiemy czy NATO (z nimi? bez nich?) w ogóle zafunkcjonuje. Jak zaś nam pomogą, to w czym, skoro to my mieliśmy być w tym układzie armią pomocniczą, a wychodzi, że będziemy może wojskiem jedynym? Czyli z armii pomocniczej, o takich funkcjach i zasobach, mielibyśmy się stać wojskiem rdzeniowym w naszym regionie. Kto i czy pójdzie z pomocą ewentualnie zaatakowanym Bałtom? Co w takim przypadku zrobi Trump, w skrócie – na co się w ogóle umówili panowie Trump z Putinem tam na Alasce?

Tak czy siak – wiadomo: w każdym wariancie jedyne co może nas uratować, to własna siła. Mówią o tym wszyscy, ale co realnie jest robione od czasu tej konstatacji? Po pierwsze – pytanie kiedy polska racja doszła do tego genialnego wniosku, że trzeba budować własną siłę? Trzeba powiedzieć, że delikatnie mówiąc – dość późno, a nawet jak doszła do tak genialnych konstatacji, to niewiele praktycznie z tego wyniknęło. Polacy nie zrobili nic w kwestii usamodzielnienia i rozkręcenia własnych zasobów militarnych i zdolności dowódczych nawet po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Do 2022 roku nic tu się nie działo, co dowodzi, że nasz stosunek do ewentualnej agresji Rosji jest funkcją relacji niemiecko-rosyjskich. Pierwsza wojna ukraińska została przez Niemcy „wybaczona”, właściwie się o tym nie mówiło, w nadziei, że przecież mamy Nord Stream wtedy w rozbudowie, business as usual się rozwija i nawet jak mamy rosyjski „wypadek przy pracy”, to się zdarza przecież. Skoro tak, to i u nas nikt nie bił w dzwony, by się przygotować na pewną dogrywkę.

Nawet – co trzeba zauważyć – już po rozpoczęciu się w lutym 2022 roku drugiej wojny nie za bardzo widać było jakiś namysł w polskich elitach. Postanowiono sobie zrobić abonament na amerykańskie gwarancje w kuriozalnym pomyśle, że jak będziemy w USA kupować co się da i za ile Waszyngton powie, i nie wiadomo po co, i do jakiej wojny (okazało się, że do tej poprzedniej), to Amerykanie będą nas bronili, że tak powiem „bardziej”. Trzeba przyznać, że jest to kuriozalna taktyka.

Po zamianie władzy w Polsce doszedł do tego jeszcze aspekt unijny, kiedy Komisja Europejska w swej pogoni za dodawaniem sobie funkcji państwa federalnego – wzięła się za „koordynacje” militariów w ramach Unii. Trend do budowania armii starego modelu, ciężkich i kosztownych platform, sprzeczny z kierunkami rozwoju współczesnego pola walki właśnie dostał finansowe wzmocnienie. Wielkie konglomeraty militarne, tak jak i te amerykańskie, muszą zarobić na swoich kosztownych zabawkach. Jest to skrajnie odległe od sprawdzającej się właśnie strategii, rozproszonej w produkcji i w działaniu, tej na wzór modelu ukraińskiego, która przez to jest odporna na ataki, minimalna kosztowo i innowacyjna. Tak że, jeżeli już, to będziemy budować swoją siłę na wojnę, która już nie istnieje.

Nie pierwszy raz sprawdzi się powiedzenie, że generałowie przygotowują się do minionych wojen, zaś wygrywają je ci, którzy zaplanują wojnę nową, w oparciu o analizę przebiegu wojen poprzednich. Teraz te błędy staja się udziałem bardziej polityków, niż generałów.

Dlaczego Putin nie atakuje?

I wróćmy znowu do naszych konsekwencji słabości Amerykanów ujawnionych w Zatoce. W ich wyniku – jak próbowaliśmy tu opisać – nasza sytuacja pogorszyła się i strategicznie, i militarnie. Wszyscy geopolitycy martwią się, że Polska znajduje się w okienku, w którym leżymy na łopatkach. Stany okazały słabość strategiczną i militarną, NATO odjeżdża w niebyt, nawet do starej wojny nie jesteśmy przygotowani, bo nasze zasoby zużyły się na Ukrainie, zaś nowe jeszcze nie dojechały. W dodatku nawet dostawa tego sprzętu do „starej” wojny może się jeszcze opóźnić z powodu zamieszania w Zatoce oraz innych niż żeśmy się spodziewali priorytetów Waszyngtonu, który raczej ściąga ze świata sprzęt na wsparcie Izraela, niż dostarcza go światu. Armię mamy w przebudowie – znowu – i to według zdezaktualizowanych technologicznie i geopolitycznie założeń. Jest więc słabo.

I teraz trzeba powiedzieć sobie ważną rzecz, która może pozwoli nam nie tylko zaktualizować nasze filary obronności, wręcz rację stanu, ale narazi mnie osobiście, i Was, świadków tej pisaniny, na zarzut onucyzmu. Oto bowiem, skoro o naszej (mam nadzieję, że chwilowej) słabości wiedzą i mówią już wszyscy, to znaczy, że wie o tym i Rosja. Dlaczego więc nas nie atakuje, skoro jesteśmy tak słabi? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. A przecież świat narracyjny pełen jest ostrzeżeń o przemyślnej krwiożerczości Putina, który tyko czeka by… No to doczekał się, i co?

Ok, przyjmijmy, że ma ci on, ten Putin, jakieś powody, dla których nie korzysta z okazji. Spróbujmy je wymienić. Po pierwsze może tego nie robić, bo przecież jest w coraz bardziej kosztownej, gdyż przewlekłej, wojnie z Ukrainą. To wojna na zasoby, w tym ludzkie, a więc Putin może nie chcieć otwierać sobie nowego frontu, tym razem z jeszcze nie wiadomo jak żywotnym NATO. Ale to argument słaby, gdyż – tak uważam – jeśliby Rosja zaatakowała np. Bałtów lub Polskę to ziściłaby się tu, nie jak na Ukrainie, idea szybkiej operacji wojskowej. Patrząc się bowiem na nasze zasoby i dotychczasowe reakcje na kilka styropianowych dronów, to dalibyśmy się rozjechać w parę dni.  

Drugi powód braku rosyjskiej agresji może być oto taki, że tak się Putin umówił z Trumpem na Alasce. Ale to argumenty dla… Polaków, którzy wierzą, jak widać nie nauczeni swoją własna historią, że paktów się przestrzega, nawet kiedy te przeczą interesom którejś ze stron. Trump jednak dowiódł swej słabości militarno-strategicznej, głównie zaś tego, że jego uwaga jest kompletnie gdzie indziej i prawdopodobnie nie mrugnąłby okiem, gdyby np. Putin ruszył na Bałtów czy Polskę.

Okazało się bowiem, że bazy amerykańskie wcale nie odstraszają – przeciwnie: przyciągają ataki, zaś jak dowiodły scenariusze z Zatoki, atakowany amerykański personel jest ewakuowany z baz i rozśrodkowywany… po hotelach. Zaś co do naszych innych niż amerykańskich sojuszników, to kto będzie chciał ginąć w obronie estońskiej enklawy Narwy, tak jak ich przodkowie 80 lat temu nie chcieli ginąć za Gdańsk? I wiedząc to Putin nie atakuje…

Trzeci powód może być taki, że tej wojny nie chcą Chiny. Te uważają, że zyskują na stanie obecnym, siedząc na górce i przyglądając się miotającej się po globusie resztce amerykańskiej potęgi. I mają rację – nie wyprztykując się z zasobów (no, może lekko, powspierając materiałowo Rosję, czy ostatnio Iran) czekają spokojnie i budując własną siłę mogą doczekać się zmian na swoją korzyść bez jednego wystrzału. Ot, taki Tajwan może im wpaść jak jabłuszko do fartuszka bez trzęsienia nawet drzewem militariów. Po prostu Tajwan jak widzi, że tromtadrackie gwarancje amerykańskiego bezpieczeństwa to tylko nieszczęścia sprowadzają, to będzie wolał się bardziej dogadać z Chinami na jakąś formę autonomii, niż opuszczony przegrać wszystko. A więc Chiny mogą nie chcieć, by Putin najeżdżał Europę Wschodnią. Kłopot w tym, że Pekin też i nie chciał, i nie chce za bardzo, tej wojny na Ukrainie. Xi nie chciał, ale Putin i tak tę wojnę zrobił. I co? I nic? Może i tym razem postąpić jak chce, gdyby chciał zaatakować, ale jednak tego nie robi.

Wersja ruskiej onucy

I teraz dotarliśmy do clou tych rozważań. Przyjmijmy kolejną, obrazoburczą dla nakręconego polskiego podżegactwa hipotezę: a może Putin po prostu nie chce wojny z NATO, z Polską, Bałtami? Spróbujmy się z tym zmierzyć, zwłaszcza dlatego, że wygląda to na tezę onucową, co wynika z narracji, która każe nam wszelkie posunięcia Moskwy interpretować jako znaki agresji, jak nie obecnej, to na pewno przyszłej. Tym bardziej trzeba to zrobić, kiedy nikt tej możliwości nie bierze pod uwagę.

Po pierwsze – po co Putinowi wojna, nawet błyskawiczna, w naszym regionie? Co miałby zyskać? Zwłaszcza teraz, kiedy ma super okazję, i z niej nie korzysta? No właśnie, powie ktoś, co za dureń pyta się tu co miałby mieć złodziej z kradzieży? Złodziej, jak Putin, nie pogardzi żadnym kąskiem, Putin sam zaś obiecywał powrót do Związku Radzieckiego i rosyjskich wpływów, także w naszej, a może przede wszystkim, części Europy. Nawet potwierdził to w oficjalnym stanowisku tuż przez drugą wojną ukraińską. Zgoda – Putin miałby korzyści z wzięcia nas pod but, ale czy koniecznie musi to robić poprzez wojnę? Pokazał nawet w III RP, że środki militarne nie są tu koniecznością, by opodatkowywać swoją wirtualną polską kolonię w cenach energii i pilnować tego biznesu przez polską agenturę wpływu. Rosja miała wiele obrywów z Polski, ma je do dziś, kiedy i tak kupujemy ruską energię, tyle, że ubraną czasami w nalepki pośredników.

To znowu stare myślenie: przeniesienie byłych motywacji, skrzywione terytorialnymi harcami Rosji na Ukrainie. W kwestii terytorialnej w przypadku Ukrainy sprawa jest zrozumiała. Romanse Ukrainy z osmatycznym przysuwaniem się NATO do granic Rosji zostały przez nią zauważone, cała reszta to zasoby – rolnictwo, dość dobrze postawiony przemysł, liczenie, że brakujące rosyjskie zasoby ludzkie uzupełni ukraińska słowiańszczyzna. No, tu jest po staremu: liczy się ziemia i władztwo.

Ale czy zaprawdę Rosja będzie chciała tak samo zaatakować i okupować Najjaśniejszą? Raz, że w kwestii okupacji (bo nie agresji) byłoby to wojskowo trudne. Dwa – tu raczej nie chodzi o terytorium, bardziej dostęp do zasobów, zaś kwestie szerszego dostępu do Bałtyku da się Moskwie załatwić przez Bałty, albo i z Bałtami. Tak jak z Polską.

Bo – po trzecie – jak się zwiną, a już to robią, Amerykanie z naszego regionu i nie wejdą zbrojnie w obronie wschodniej flanki, tym bardziej nuklearnie, to Polska, jeśli jest rozsądna, będzie się musiała dogadać z Rosją, bo nic innego jej nie pozostanie. Wie o tym, ba – chyba liczy na to i Trump. Nasze okienko niemożności będzie otwarte na oścież, pozycja będzie słabła i trzeba będzie zjeść własny język i wielu polskich polityków (nie po raz pierwszy) będzie musiało dokonać piruetu o 180 stopni.

Pomoże nam w tym… Unia jako narracyjna tuba w rzeczywistości eksponowania interesów niemieckich. Niemcy w swej strategii są skazani na powrót z Rosją do business as usual. I aktów do tej pory niewyobrażalnych, takich jak porozumienie z Rosją, dokona za nas, bo nie w naszym imieniu, Unia. My się będziemy tak trochę opierali, gniewali, ale konieczność historyczna zostanie wytłumaczona nam po marksistowsku, że inaczej być nie może. I Rosja dostanie co chciała, bez jednego wystrzału, bez zajmowania terytorium. Putin, jak każdy satrapa starej daty, dybie na ziemie, bo tylko one dają mu pewność władztwa, że się tam siedzi i namiestnikami zgarnia daniny. Ale to – jak widać – Putin może osiągnąć bez jednego wystrzału. Uczy się od Chińczyków.

Putin lubi projekt unijny, bo w ten sposób zarządza kontynentem za pomocą dealu z Niemcami, a inaczej to by się biedaczek musiał męczyć z każdym państwem osobno. A więc będzie hołubił formaty unijne, zwłaszcza te dążące do federalizacji Europy. Putin też chce mieć ogarniętego sojusznika w osobie niemieckiej Unii, bo po co ma tam ktoś Berlinowi skakać i wsadzać kij w szprychy rozpędzonego tandemu Rosja-Niemcy? Do tego nie trzeba wcale żadnej wojny, tylko – jak można się nauczyć na przykładzie Chin i Tajwanu – trzeba poczekać aż pokojowo, przy zielonych stolikach świat się ułoży na nowo, z uwzględnieniem interesów Rosji. A o te coraz częściej zabiegają oba rywalizujące ze sobą mocarstwa – Chiny i USA – a więc rosyjska panna na wydaniu będzie mogła wybierać pomiędzy darami przyniesionymi przez kandydatów do jej geopolitycznej ręki.

Konsekwencje pomyłki, a może zafałszowania?

Jeśli tak jest, że Putin, by mieć pod sobą Polskę, nie szykuje się wcale do wojny, to taka pomyłka w naszych kalkulacjach ma wielkie znaczenie dla naszej pozycji. Wiadomo, że zbrojenia są potrzebne, co już ustaliliśmy, do budowania naszej siły, ale to oznacza w tej sytuacji, że nasza strategia powinna wyglądać inaczej.

Po pierwsze – powinniśmy się jednak szykować do innej, nowoczesnej wojny, po drugie – wcale nie skończy się to na tym, że naszym JEDYNYM wrogiem w regionie zostanie Rosja. Po trzecie – osłabiamy się tymi wszystkim SAFE’ami, z których będzie tyle co z KPO, czyli kupa forsy pójdzie w korporacyjne błoto, zadłużymy pokolenia zaś efekt będzie znikomy.

Czy to jest w interesie Rosji? Paradoksalnie – tak. Bankructwo Europy w celu przygotowań do wojny, której nie będzie to super prezent dla Rosji. No, chyba, że awanturnictwo europejskich podżegaczy dojdzie do poziomu agresji napastniczej na Rosję, co zresztą pozostaje wciąż poza zasięgiem naszych decyzji, bo my przy takich stolikach nie siedzimy, zaś o naszej mięsoarmatniej roli w ewentualnej agresji dowiemy się na końcowej odprawie, czyli pierwszej, w której będziemy uczestniczyli.

Jeśli Putin nie chce nas zaatakować, bo i tak weźmie co chce, to trzeba się skupić niekoniecznie na kupowaniu armat, ale na zapobieżeniu takiej możliwości, że weźmie nas przy jakimś stoliku i koniec balu, panno Lalu. A tu leżymy na łopatkach: to że nie mamy własnej siły to banał, ale nawet nie wykorzystujemy naszego istniejącego potencjału. A od tego jest przecież dyplomacja, w niektórych krajach rozgrywana nawet ponad poziomem własnego potencjału. My się zajmujemy straszeniem szczerbatych dzieci kremlowskimi sucharami. Z jednej strony jakieś durne memy, z których oprócz bezsilnej szydery nic nie wynika, z drugiej strony – budowana bariera onucowości, która dzieli Polaków na dwie części, które zamiast wspólnie rozwiązywać realne problemy, zajmują się wyścigiem kto bardziej walnie (oralnie) w Putina i zarzucaniem tym drugim, że są jego przyjaciółmi. No, wymarzona sytuacja samoobsługi dla Moskwy. Tylko siedzieć i patrzeć jak to się samo robi. Po co więc strzelać – jak mówiłem – po co trząść militarnie polskim drzewem, skoro widać jak jabłuszko sobie dojrzewa i zaraz wpadnie do koszyka? Całe i gotowe.

A w kwestii dyplomacji jesteśmy jak w starym kawale pt. „dlaczego kobiety nie są gremialnie ministrami spraw zagranicznych?” Odpowiedź jest prosta – bo wszystkie sąsiednie państwa byłyby zaraz pogniewane. A my jesteśmy właśnie pogniewani ze wszystkimi. Nawet nie tylko z sąsiadami, ale i z odległymi mocarstwami. Nie zarządzamy więc nawet tym małym i obniżającym się potencjałem jaki mamy obecnie.

Dlaczego tak jest to już osobna sprawa, ale widać, że brakuje nam dwóch rzeczy – ponadpartyjnej racji stanu (zrealizowała się tylko ta na taktycznym poziomie, czyli przynależności do Unii i NATO, co okazało się rozleniwiająco zwodnicze) oraz – po drugie – jesteśmy, poprzez swój system politycznej podległości, poddani procesom zewnątrz-sterowności – po prostu polska klasa polityczna jako całość realizuje interes polski na minimalnym poziomie zapewniającym reelekcję któremuś z plemion, zaś generalne decyzje, a zwłaszcza ich brak, to już emanacja interesów zewnętrznych.

Zmiana priorytetów?

A więc kiedy cię, przedszkolaczku, pani wychowawczyni będzie straszyć w telewizorni nieuniknioną wojną z Rosją zastanów się – po co Putin miałby to robić, jak już praktycznie tę wojnę wygrywa? I czy ta wojenna panika, to bujanie się od wyzywania Putina od debili, państwa rosyjskiego od kupy bajzlu i korupcji zaś z drugiej strony straszenie wszechmocą agresji Rosji – czy to wszystko nie stoi jednak na nielogicznych fundamentach, opartych na piasku sterowanych emocji? Mamy być z jednej strony przestraszeni nieuniknioną niemożnością, z drugiej – gotowi na odparcie Rosjan. Przyzwyczaja się więc Polaków tą wciskaną agresją Putina do różnych scenariuszy, z których napaść ze strony Moskalików wcale nie jest wersją najbardziej prawdopodobną.

Bardziej już ziszczą się scenariusze militaryzacji budżetu nie tylko Unii, ale wszystkich krajów członkowskich w celu przygotowań do wojny, której możliwość się (tylko medialnie, również za pomocą manipulacji rosyjskich) pompuje, zaś do której wcale nie musi dojść. Co wtedy poczniemy z armią europejską, która ani sama nie zostanie zaatakowana, ani sama się na wojnę nie wybierze? Pod dowództwem niemieckim, co już widać po obsadzaniu wszelkich taktycznych związków europejskich? Może pałę praworządności, to warunkowanie suwerenności państw europejskich, trzeba już zamienić na militaria i tak dyscyplinować niewątpliwe zamieszanie, które szczególnie w Unii, będzie narastać, zwłaszcza w procesie jej federalizacji? Zawsze można przecież będzie wysłać z Brukseli kilku rezunów pod adres polityka, który nam się nie podoba, lub spacyfikować całe kraje, by uznać ich ambicje secesji z Unii, za próby rozbicia integralności projektu federacyjnego (czytaj: państwowego), co uzasadnia każdą, nawet militarną reakcję. Pamiętajmy, że pierwsza próba stworzenia armii europejskiej skończyła się na proteście Francji, że projektowane mundury nowej armii nazbyt przypominają te wehrmachtowskie.

I zakładając onucowo, że Putin to wszystko wie i widzi, my zaś podniecamy się jego potencjalną, jak to mówią kinetyczną, agresją, to koleżka na Kremlu musi mieć niezły ubaw. Wcisnął, tylko za pomocą narzędzi dezinformacji, Paljaczyszkom bajkę o Żelaznym Wilku, że wisi ci on nad ta Polską dniem i nocą, po to byśmy patrzyli na karabiny, nie na własne interesy.

I tak tu sobie pewnie dożyjemy tych czasów, kiedy naprawdę się okaże, że skoro Putin ma obecnie super okazję, z której nie korzysta, to nie znaczy, że nie chce jej wykorzystać – zrobi to i robi, ale może innymi niż militarne środkami. Na nic nie wyda, oprócz na podniecanie pożytecznych idiotów idących w miliony, my zaś wyprztykamy się resztek kasy na uzbrojenie, którego jedną część rozdaliśmy, zaś drugiej nigdy nie użyjemy. A i tak – przez taką fałszywą identyfikację źródeł naszego położenia – wpadniemy do rosyjskiego koszyka. Bez jednego wystrzału do i ze strony naszej niezwyciężonej armii.

I może jest jak u Stirlitz’a z jego kombinatoryką – jeśli my wiemy o swej słabości i Putin też o niej wie i nie atakuje, to trzeba się zastanowić nad tym fenomenem. Ale jeśli my podejrzewamy, że Putin nie atakuje, bo ma inne plany, to oprócz nas wie o tym spora część polskiej klasy politycznej. A skoro tak jest, to dlaczego nasi wciąż dmą w trąby diabelskiego miksu tromtadractwa i jednocześnie paniki?

Myślę, że to wojenna implementacja… doświadczeń kowidowych. Po prostu pandemię zastąpiła wojna, zaś wirusa – Putin. Cała reszta pozostał taka sama. Antyszczepionkowych szurów zastąpiły tylko ruskie onuce, z tą tylko różnicą, że pandemicznych foliarzy można było poznać na ulicy po niemaniu maseczki, ale żeby wykryć ruską onucę, to trzeba się jednak trochę natrudzić. Pod pretekstem mniemanego zagrożenia i tym razem władza przechodzi kolejne granice swej samowoli, wyposażona w coraz ściślejsze narzędzia kontrolne – wreszcie: w cieniu dętej paniki pozadłużaliśmy się na pokolenia, po to by zarobił ten, kto miał zarobić. I co, za pandemii przyszedł wirus i wszystkich popędził na cmentarz? A skądże! Może i teraz ta wojna jest dęta jak ten COVID, o czym – jak z wirusem – przekonamy się po czasie i to tylko w przypadku osób wypatrujących konsekwencji swych decyzji, a raczej zaniechań. Może i z Putinem nie będzie tak źle jak było i z wirusem, który – przypomnijmy – wedle oficjalnych danych został sztucznie wytworzony. Może i ten strach przed wojującym kagiebistą z Kremla powstał także w sposób sztuczny, tyle, że nie w laboratorium chemicznym, ale w jakimś laboratorium, gdzie pichci się i testuje wirusy narracji? Wszystko więc zmierza do kolejnych kroków wiodących ku apokalipsie „nowej normalności”. Zmieniają się tylko straszydła.                                                                          

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Spór o Polskę i Kościół – Inspiracje Giedroycia i Miłosza. Groźne? Ponure?

Spór o Polskę i Kościół – Inspiracje Giedroycia i Miłosza

Ks. prof. Piotr Moskal wpolityce/spor-o-polske-i-kosciol-inspiracje-giedroycia-i-milosza


Pamiętam entuzjazm i nadzieje Polaków związane z „wybuchem” Solidarności w sierpniu 1980 r. Pamiętam też przestrogę naszego biskupa sufragana chełmińskiego, dra Zygfryda Kowalskiego, aby być roztropnym, bo nie wszystkie nurty tego zrywu są godne naszego poparcia i zaangażowania. Biskup Zygfryd Kowalski był bardzo mądrym i prawym biskupem. Był poniekąd prorokiem. Po wyborach 4 czerwca 1989 r. niektórzy byli opozycjoniści, którzy wcześniej korzystali z parasola ochronnego i opieki Kościoła, obrócili się przeciwko Kościołowi, strasząc Polaków wizją państwa wyznaniowego i republiką proboszczów.

==================================

Przeczytałem ostatnio interesujący szkic prof. Kazimierza Nowosielskiego pt. „Czyny i rozmowy” (Korespondencja: Giedroyc – Miłosz), pomieszczony w zbiorze szkiców: K. Nowosielski. „Przez Ojczyznę i dalej”… s. 125-133. Nowosielski pisze, że Giedroyciowi i Miłoszowi szło o Polskę:

„laicką, wieloetniczną i wieloświatopoglądową, z „postępową” inteligencją jako promotorką oraz organizatorką ładu społecznego; o kraj zarządzany przez „światłe umysły”, otwarty na współpracę zarówno ze Wschodem jak i Zachodem. Za żadną cenę – postulowali – nie wolno dopuścić do odradzania się w kraju postaw narodowo-katolickich, które kojarzyli [z] „Ciemnogrodem”, z triumfem obskurantyzmu, z cywilizacyjnym zacofaniem. Bywało, iż za większego wroga uważali Kościół niżli komunę” (s. 130).

Nowosielski cytuje słowa Giedroycia z 1959 roku:

„W obecnej sytuacji katolicyzmu w Polsce […] mniej jest groźna wojna partii z Kościołem, co tradycjonalizm Kościoła i kołtuństwo wiernych. (…) Powinniśmy zajmować się nie tylko młodymi komunistami, ale i młodymi katolikami” (s. 130).

Nowosielski zaznacza, że jeśli chodzi o katolików, to Giedroyc miał na myśli przede wszystkim środowiska „Znaku” i „Więzi”, ku którym kierował swoje nadzieje. Chodziło o związanie młodzieży z koncepcją „społeczeństwa obywatelskiego”.

Nowosielski pisze też:

„Do szewskiej pasji doprowadzała naszych bohaterów jakakolwiek i gdziekolwiek objawiająca się chęć identyfikowania polskości z katolicyzmem. Jako odtrutkę na ten chorobotwórczy splot Miłosz postulował między innymi judaizację kultury polskiej” (s. 130-131).

Nowosielski cytuje Miłosza:

„Może by ktoś napisał o potrzebie zażydzenia [sic!] Polaków, że to ich jedyny ratunek. I w istocie młodzież obecna w Polsce, ta lepsza, zżydziała (te paradoksy historii!!!) w tym sensie, że tylko sztuka i różne intelektualne hopki ją obchodzą” [list z 1959 r.]. Przywołuje także te słowa Miłosza: „Obrzydliwy katabasowy katolicyzm polski nie rozumie, że tylko Żydzi mogą być jego zbawieniem” [list z 1961 r.].

Posierpniowa Polska, zdaniem Nowosielskiego, Miłosza przeraża:

„Polska staje się tym – [pisze Miłosz do Giedroycia 15.01.1981r.] – czym w swej esencji zawsze była, to jest jednym wielkim organizmem narodowym, w którym Naród jest na ołtarzu, z Matką Boską jako bóstwem pomocniczym w służbie Narodu” (s. 132).

Myślenie prezentowane przez Miłosza i Giedroycia jest – niestety – obecne w dyskursie niektórych ludzi świeckich, ale i duchownych różnych stopni i godności.

Miller: W co gra Donald Tusk?

 

Miller: W co gra Donald Tusk?  

Leszek Miller. myslpolska/miller-w-co-gra-donald-tusk

Donald Tusk postanowił „wstrząsnąć” opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już „za miesiące, nie lata” mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i gotowości do zastosowania artykułu 5.

Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być „wstrząs”, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – „to nie są złudzenia, tylko wiedza”, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa.

W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa.

Takie wypowiedzi – niezależnie od intencji – osłabiają spójność i wiarygodność NATO. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy przeciwnik widzi jedność i determinację. Publiczne rozważania o tym, kto kogo obroni, a kto się zawaha, nie budują siły. Budują pokusę testowania granic. Oczywiście, Rosja pozostaje realnym zagrożeniem. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje.

Ale czym innym jest chłodna analiza, a czym innym polityczne podkręcanie napięcia do poziomu, który zaczyna przypominać kampanijny megafon. Jeśli to naprawdę wiedza – trzeba działać. Jeśli to tylko retoryka – to wyjątkowo niebezpieczna. A jeśli jedno i drugie naraz, to mamy do czynienia z najgorszym z możliwych scenariuszy: polityką, która straszy wojną, a jednocześnie rozbraja zaufanie do tych, którzy mieliby nas bronić.

Leszek Miller

Dzieci rodzą się z długiem 150 tysięcy. MEM-y IV.

—————————————————————-

——————————————————

—————————————-

————————————————————-

——————————————–

——————————-

————————————–

————————————-

——————————–

Rzeź Ormian, z Polską w tle. 10 faktów, o których nie wolno zapomnieć

Rzeź Ormian, z Polską w tle.

10 faktów, o których nie wolno zapomnieć

pch24.pl/rzez-ormian-z-polska-w-tle-10-faktow-o-ktorych-nie-wolno-zapomniec


24 kwietnia 1915 roku władze tureckie przeprowadziły masowe aresztowania przedstawicieli ormiańskich elit. Uwięzionych w większości wymordowano. Był to ledwie początek prawdziwego koszmaru, który Ormianie nazwą później Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem.

  1. Wyznawcy Wernyhory

Niejeden rodak zżyma się na przypominanie wielkiej masakry sprzed przeszło wieku.

Nie tak dawno znaleźli się u nas inicjatorzy i obrońcy idei wzniesienia w Krakowie pomnika ku czci żołnierzy tureckich z czasów I wojny światowej. Pomysłodawcy tej akcji nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że na polskiej ziemi stanąłby monument upamiętniający armię splamioną udziałem w ludobójstwie. Ktoś podsumował to gorzko, że nie może być inaczej, skoro niemała część populacji czerpie wiedzę o przeszłości z… tureckich seriali telewizyjnych. Jednak sympatia okazywana bisurmanom znad Bosforu ma u nas dość długą tradycję.

Niby pamiętamy o Warneńczyku, Chodkiewiczu i Sobieskim, ale przecież było to tak dawno…. Ostatnią wojnę z Turcją Sarmaci stoczyli pod koniec XVII stulecia, potem osłabiona Porta przestała ich przerażać. Kiedy zaś przyszedł czas rozbiorów, pokaźna część naszych działaczy niepodległościowych zaczęła upatrywać sojusznika w państwie osmańskim, od wieków prowadzącym śmiertelny bój z Rosją i Austrią.

Krzepiące mity kazały wierzyć w dobrych sułtanów rzekomo nieuznających rozbiorów Rzeczypospolitej, jakoby z utęsknieniem wyczekujących na dawno niewidzianego posła z Lechistanu. Skwapliwie propagowano bajdurzenia egzaltowanych umysłów, w rodzaju „proroctwa ukraińskiego wieszcza Wernyhory”, zapowiadającego zmartwychwstanie Polski za sprawą naszych wiernych sprzymierzeńców, w tym Turków („Anglik sypnie złotem, Francuz wesprze, Muzułmanin konia napoi w Horyniu”).

Jest prawdą, że nad Bosforem znaleźli schronienie liczni nasi emigranci. Niejeden zrobił karierę na dworze sułtana bądź w jego wojsku, zwłaszcza jeśli zdecydował się na porzucenie wiary przodków i konwersję na islam. Uchodźcy z Lechistanu pisali o Turcji przeważnie ciepło, nawet w superlatywach.

Zastanawiające, jak wielu propagatorów walki „za wolność naszą i waszą” (!) nie dostrzegało, bądź udawało że nie dostrzega dramatu chrześcijańskich poddanych sułtana. A przecież całkowicie odmienną perspektywę od naszej mieli Serbowie, Bułgarzy, Grecy, Asyryjczycy, Ormianie – podobnie jak gdzie indziej Wandejczycy opierający się jakobińskiemu reżimowi, albo Hiszpanie broniący swej ojczyzny przed zastępami Napoleona.

To tragiczny paradoks, że w okresie zaborów tak liczni polscy rycerze wolności uznali za wzorzec i bastion swobody dwie najkrwawsze, najbardziej opresyjne satrapie europejskie – rewolucyjną Francję oraz muzułmańską Turcję.

  1. Wydani pod miecz

Na szczęście większości Polaków łatwo przychodzi zrozumienie cudzego cierpienia.

Wszak sami moglibyśmy wystawić obszerne rachunki krzywd za czas zaborów.

Z bólem wspominamy 7000 cywilów i jeńców zamordowanych podczas rzezi Pragi, albo z górą tysiąc ofiar rabacji galicyjskiej, czy też 670 straconych powstańców styczniowych. Do tego tysiące zesłanych w otchłań Sybiru bądź na katorgę, więzionych w cytadelach, wcielonych w szeregi armii zaborczych. I jeszcze zamykane kościoły i klasztory, męczeństwo unitów, rusyfikację, germanizację, rugi pruskie, dzieci katowane za polski pacierz…

A przecież czujemy niekłamaną zgrozę dowiadując się, co działo się w tym samym czasie w Turcji. Jeszcze przed ludobójstwem Ormian, przez cały XIX wiek chrześcijańskie narody w tym kraju spływały krwią. Kiedy w latach 20. tamtego stulecia Grecy poderwali się do walki o niepodległość, Turcy zareagowali masowymi rzeziami. Wycinano w pień albo sprzedawano w niewolę skupiska ludności liczące niekiedy dziesiątki tysięcy osób. Tylko w jednym miejscu, na wyspie Chios społeczność chrześcijan skurczyła się ze 120.000 do ledwie 2000 głów!

Pół wieku później oniemiały z przerażenia świat obserwował masowe masakry Bułgarów. Świadek historii Januarius Aloysius MacGahan słał raporty z Rodopów – o dzieciach wbijanych na ostrza bagnetów, o brzemiennych niewiastach, którym wydzierano z brzuchów płody, o ludzkich czaszkach pękających w paszczękach zdziczałych psów.

W ostatniej dekadzie tamtego strasznego stulecia, za rządów sułtana Abdülhamida zwanego Krwawym, można mówić o pierwszej próbie ludobójstwa tureckich Ormian – zabito ich wtedy od dwustu do trzystu tysięcy, to jest ponad 10 proc. ich społeczności.

Wypada dziękować Bogu, że Polacy pod zaborami nie doświadczyli tak wielkich cierpień, o tak potwornej skali. Nie piszę tego, aby lekceważyć nasze polskie tragedie, ani by chwalić domniemaną powściągliwość zaborców. Chcę tylko przypomnieć, jaka naprawdę bywała ówczesna Turcja, którą idealizowało tak wielu naszych rodaków.

  1. Jakobini nad Bosforem

W 1908 roku w Konstantynopolu doszło do przewrotu wojskowego. Władzę objął młodoturecki Komitet Jedności i Postępu.

Młodoturcy, powiązani z masonerią, mieli ambicję przekształcić Turcję w nowoczesne państwo oparte na wzorach zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście byli zapatrzeni w Europę, ale niestety, w pewne dość szczególne wzorce. Zagraniczni dziennikarze i dyplomaci donosili zdumieni (a czasem zachwyceni), że w Konstantynopolu podczas defilad obnoszone jest na sztandarach hasło: Wolność – Równość – Braterstwo; że orkiestry wojskowe przy każdej okazji grają Marsyliankę. Młodoturcy byli entuzjastami rewolucji francuskiej.

W tym momencie ludzie co nieco obeznani z historią powinni poczuć niepokój. Bo rewolucja francuska to nie tylko wzniosłe, chwytliwe hasła. To również gilotyny i terror. To obozy koncentracyjne w Gujanie. To upośledzone dzieci z kościelnych przytułków wymordowane podczas masakr wrześniowych. To masowe topienie więźniów stłoczonych w barkach rzecznych. To eksperymenty z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła i świec, zaś ludzkiej skóry do produkcji odzieży. Rewolucja francuska to wreszcie ludobójstwo w Wandei, to „kolumny piekielne” przemierzające „kraj kontrrewolucjonistów” i zabijające każdą napotkaną żywą istotę.

Skoro więc w Turcji w 1908 roku zdobyli władzę ludzie zafascynowani rewolucyjnym barbarzyństwem, masowy rozlew krwi był kwestią czasu.

  1. Sojusz fanatyków

Młodoturcy chcieli stworzyć nowoczesny naród. Zadanie wydawało się karkołomne, jako że kraj zamieszkiwały niezliczone nacje i ludy, w dodatku wyznające różne religie.

Młodotureckie elity trudno byłoby określić mianem islamistów. Wielu liderów ruchu marzyło o państwie laickim. Wszelako na tym etapie uznawali rolę islamu jako spoiwa imperium. Stąd ich hasłem było: „Turkizacja – islamizacja – modernizacja”.

Rządzący uznali, że wspólnoty chrześcijańskie nie pasują do wizji wyśnionego narodu tureckiego. Postanowiono więc je unicestwić – poprzez przymusową islamizację, deportację bądź też dokonując ich eksterminacji. Przewidziano użycie instrumentów państwowych – armii, policji, sądów, obozów koncentracyjnych, jak również ochotniczych bojówek muzułmańskich, kierujących się nienawiścią wyznaniową.

Nadchodzące ludobójstwo było więc efektem fuzji dwóch fanatyzmów – rewolucyjnego, laickiego jakobinizmu miażdżącego opornych stojących na drodze Postępu, jak również wojującego islamizmu wiernego tradycji wyrzynania giaurów.

  1. Pomruki burzy

Zwiastunem nadchodzącego kataklizmu była rzeź 30.000 Ormian w Adanie w 1909 roku.

Władze oficjalnie jeszcze wykręcały się od odpowiedzialności, przypisując winę lokalnym mahometańskim radykałom, bądź… samym Ormianom. Jednak na wiosnę 1913 roku rząd rozpoczął powszechną akcję wysiedlania i deportacji tysięcy chrześcijan greckich i bułgarskich. Zdarzały się przy tym masowe mordy, jak zabójstwo 50 bezbronnych Greków – mężczyzn, kobiet i dzieci – w Fokaji. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Latem 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. W owym czasie ziemie historycznej Armenii znajdowały się w granicach Turcji i Rosji. Oba te państwa znalazły się w przeciwnych obozach. Przez teren Armenii przebiegał jeden z odcinków frontu turecko-rosyjskiego. Ormianie, podobnie jak Polacy, walczyli po obu stronach, w obcych mundurach.

Na samym początku wojny dowództwo rosyjskie wezwało tureckich Ormian do zachowania spokoju, by nie dać wrogowi pretekstu do represji. Istotnie, w następnych miesiącach rząd młodoturecki wielokrotnie dziękował ormiańskim obywatelom za lojalną postawę. Żołnierze osmańscy narodowości ormiańskiej byli wyróżniani medalami za męstwo. Zadaje to kłam późniejszym wystąpieniom propagandystów, którzy próbowali usprawiedliwić akcję ludobójczą rzekomą masową kolaboracją rodzimych Ormian z Rosjanami.

  1. Mec Jeghern

Młodoturcy uruchomili machinę terroru w kwietniu 1915 roku. Przeprowadzono wówczas aresztowania inteligencji ormiańskiej w Konstantynopolu. Potem represje rozlały się na cały kraj.

Prześladowania nie były niczym nowym w historii ludów chrześcijańskich imperium. Nowością była skala represji i stopień ich organizacji. Dawne chaotyczne pogromy zastąpiła przemyślana w szczegółach, przeprowadzana na zimno akcja eksterminacyjna, w której dążono do zlikwidowania całej populacji wyznawców Chrystusa.

Zabijało tureckie wojsko, policja, bojówki muzułmańskie. Zabijali Turcy, Kurdowie, Arabowie, Czerkiesi, Czeczeni. Bombardowaniem ormiańskiej dzielnicy Urfy kierował niemiecki oficer. Berlin wspierał też młodoturków logistycznie, materialnie, propagandowo.

Część ofiar uśmiercano na miejscu, inne deportowano do obozów koncentracyjnych usytuowanych na bezwodnych terenach pustynnych. Tam ludzie ginęli masowo z pragnienia, głodu, padali ofiarą chorób i bestialstwa strażników.

Pierwsza fala terroru, która trwała do 1917 roku, uśmierciła od 1,2 mln do 1,5 mln tureckich Ormian (na ich ogólną liczbę 2,1 mln). Prócz tego zamordowano setki tysięcy chrześcijan innych narodowości, głównie Greków i Asyryjczyków.

Ginęli przede wszystkim przedstawiciele obrządków wschodnich, szczególnie Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Ale również katolicy, którzy ponieśli proporcjonalnie największe straty. Spośród 70 tysięcy ormiańskich katolików zabito aż 57 tysięcy.

Sporo ludzi mimo wszystko przeżyło. Zdołali uciec, kryjąc się w górach lub na pustyniach. Duże skupiska Ormian zostały uratowane i obronione przez armię rosyjską. Rzec można, że tych niedobitków ocaliła wojna. Niestety, w 1917 roku Rosję ogarnął rewolucyjny chaos; jej wojska zaczęły wycofywać się z Zakaukazia. Ormianie znów zostali sami.

  1. Milczenie Zachodu

W 1918 roku dobiegła końca wojna światowa. Państwa centralne, w tym Turcja poniosły klęskę.

Reżim młodoturecki upadł, przywódcy zbiegli za granicę. Zapanował chaos, z którego po jakimś czasie wyłonił się nowy rząd w Ankarze, z generałem Mustafą Kemalem na czele. Otrzymał on pomoc od bolszewickiej Rosji, ale też od swoich niedawnych wrogów – Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii. Ceną były układy polityczne i handlowe korzystne dla mocarstw. Jak skomentował po latach Winston Churchill: „Ropa Mosulu okazała się być droższa od krwi Ormian”.

Dramat wyznawców Chrystusa nie ustał, rzeź trwała aż do 1923 roku, kiedy to niedobitki zostały wypędzone. Trwają spory, ilu chrześcijan – Ormian, Greków, Asyryjczyków i innych – zginęło ogółem w Turcji w dziesięcioleciu 1913 – 1923. Wielu badaczy skłania się ku liczbie trzech milionów zamordowanych. Rzesze innych wypędzono, albo poddano islamizacji. Na początku XX wieku wyznawcy Chrystusa stanowili 20% obywateli Turcji; dziś – ledwie 0,2 proc.

Po II wojnie światowej Turcja stała się jednym z najważniejszych bastionów NATO. Obrońcy liberalnej demokracji zyskali dodatkowy argument,  by nie niepokoić rządu w Ankarze pytaniami o takie drobiazgi z przeszłości, jak kilka milionów trupów chrześcijan.

  1. Samotność ginących

We wrześniu 1922 roku w Smyrnie, portowym mieście nad Morzem Egejskim, założonym przez jońskich żeglarzy w X wieku przed Chrystusem, Turcy wyrzynali dzielnice ormiańską i grecką.

W porcie stacjonowała potężna eskadra Ententy – dwadzieścia kilka okrętów liniowych, krążowników i kontrtorpedowców brytyjskich, francuskich, włoskich i amerykańskich. Dosłownie na oczach marynarzy dzielnice chrześcijan były palone do fundamentów. Trzydzieści wieków historii ulatywało z dymem pożarów, najmniej trzydzieści tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych jak zwierzęta w rzeźni, jeszcze więcej popędzono w niewolę – a z okrętów alianckich nie padł ani jeden strzał w stronę tureckiej hordy. Zamiast tego na pokładach zaczęła grać orkiestra, by zagłuszyć dochodzący z brzegu krzyk mordowanych.

Niech więc nas już nie dziwi, że kiedy w roku 1939 zastępy Hitlera i Stalina ruszyły na Polskę, nasi – pożal się Boże! – sojusznicy z Zachodu „nie chcieli umierać za Gdańsk”. Że później Francuzi umykający z Algierii wydali na rzeź swych tubylczych sprzymierzeńców – harkisów. Że Amerykanie zdradzili i porzucili swoich przyjaciół w Indochinach. Że współcześnie oenzetowskie „błękitne hełmy” w Bośni, Rwandzie i gdzie indziej bezczynnie przyglądały się masakrom.

Wcześniej była Smyrna. To wtedy Zachód ostatecznie porzucił rycerskie, krucjatowe ideały, swą gotowość do walki w obronie słabych i bezbronnych. Bo przecież, żeby powstrzymać rzeź, należałoby strzelać do morderców. A dzisiejsi ludzie Zachodu boją się strzelać; tak ich wychowano. Ów amoralny pacyfizm przetestowano na chrześcijanach Turcji.

  1. Amnezja i sukcesorzy

Świat szybko zapomniał o ludobójstwie Ormian, by potem zapłacić za to straszną cenę.

Gdy Niemcy przygotowywały inwazję na Polskę, Adolf Hitler miał zwrócić się do swych generałów słowami:

„Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o wyniszczeniu Ormian?”

Kanclerz III Rzeszy czuł się ośmielony i zachęcony ową zbiorową amnezją. Skoro bowiem ludzie szybko zapomnieli rzeź Ormian, a jej sprawców nie ukarano – to czemu w jego przypadku miałoby być inaczej?

Jednakże obecnie, co jakiś czas prawda przebija się przez mroki niepamięci. Kolejne państwa uznają masakrę Ormian za ludobójstwo, wywołując wściekłość Ankary. W samej Turcji niejeden strażnik pamięci o tej zbrodni spędził w więzieniu długie lata, albo padł ofiarą „gniewu wzburzonych obywateli” (vide Ormianin Hrant Dink, zastrzelony w Konstantynopolu w styczniu 2007 roku).

Ówczesny premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan zdobył się na coś w rodzaju ostrożnego i warunkowego współczucia. Przesłał Ormianom „kondolencje”, mówił dużo o dawnych „cierpieniach”, o „trudnym i bolesnym okresie”, o „wspólnym bólu nas wszystkich”, zarazem ostrzegając przed „oszczerstwami i prowokacjami” oraz „próbami siania wrogości wobec Turcji”.

Jako żywo przypominało to „wyważony” bełkot pewnych polityków polskich i ukraińskich w sprawie tzw. „tragicznych wydarzeń” na Wołyniu…

  1. Niemy krzyk

Ta historia toczy się wciąż, bez końca. Dziś oglądamy zagładę wspólnot chrześcijan w Syrii i Iraku.

Warto pamiętać, że przed przeszło wiekiem Syria i Irak nie były niepodległymi państwami, że te ziemie wchodziły w skład imperium tureckiego i że na ich obszarze również prowadzono akcję ludobójczą. Tu historia zazębia się z teraźniejszością. Dzisiejsze zbrodnie fanatyków islamskich stanowią kontynuację holokaustu sprzed ponad stu lat.

***

Francuski historyk Yves Ternon, który badał przebieg zagłady Ormian, przytoczył relacje z jądra ciemności, jakim był młodoturecki obóz koncentracyjny Dejr ez-Zor (dziś terytorium Syrii), grób być może nawet czterystu tysięcy ofiar. Urzędnicy tureccy kierowali tam kolumny uchodźców, niedobitków z pogromów. Obiecywali nieszczęsnym, że w obozie znajdą bezpieczne schronienie. W rzeczywistości Ormianie spotykali tam przeważnie śmierć.

Ci nieliczni, którzy ocaleli zapamiętali postać małego ormiańskiego chłopca, może dziesięciolatka, ukrywającego się w okolicy. Jego bliscy zostali zamordowani, a on sam poddany torturom. Oprawcy wyrwali mu język i porzucili okaleczonego dzieciaka na pustyni, na pewną, jak się zdawało, zgubę. A on jakimś cudem przeżył. Zamieszkał w jamie wygrzebanej w piachu, zaraz obok drogi wiodącej do obozu.

Zawsze, kiedy widział kolejną kolumnę uchodźców, wybiegał na jej spotkanie. Próbował coś powiedzieć, ostrzec – ale przecież wydarto mu język, nie mógł mówić! – więc tylko bełkotał, charczał, machał rękami. Drobnym dziecięcym ciałem starał się zatarasować szlak prowadzący do miejsca zagłady. Niestety, ludzie nie rozumieli go. Mijali malca, szli dalej w stronę obozu, ku własnej śmierci.

——————————————————————————-

Yves Ternon napisał: „Armenia jest jak tamto dziecko. Od dziesięcioleci ostrzega, woła do całego świata. A świat nie chce jej wysłuchać”.

Andrzej Solak

Rozmowy Tusk-Macron. Niebezpieczny krok w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją. 

Ryszard Kulczyński

Planowane wspólne ćwiczenia wojskowe Francji i Polski, zawierające elementy odstraszania nuklearnego, są niebezpiecznym krokiem w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją. 

Działania te nie mogą być postrzegane wyłącznie jako odstraszanie, ale jako ruchy prowokacyjne, ponieważ jako jedyne państwo nuklearne w Unii Europejskiej Francja stara się pozycjonować jako wiodąca potęga militarna bloku i – w oparciu o swój status nuklearny – działa jako równy partner w dialogu z Rosją.

Prezydent Francji omówił ten pomysł z premierem Polski podczas negocjacji w Gdańsku 20 kwietnia, kiedy zaplanowali możliwość ściślejszej współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji i obrony.

„Wśród opcji, które rozważamy, są wymiana informacji, wspólne ćwiczenia i możliwe rozmieszczenie sił” – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej, zapytany o współpracę w dziedzinie energii jądrowej.

Tusk powiedział, że dyskusje na temat współpracy w zakresie bezpieczeństwa jądrowego odbywają się dyskretnie, dodając, że Polska dołączyła do „ekskluzywnej grupy, która rozumie potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności”, przyjmując zaproszenie Francji.

W latach 60., Charles de Gaulle, opowiadał się za strategiczną niezależnością Francji, ponieważ nie chciał poddawać jego broni jądrowej kontroli zagranicznej. Uważał Stany Zjednoczone za bliższego sojusznika Francji niż Związek Radziecki, ale ostrzegł, że interesy Waszyngtonu nie zawsze pokrywają się z interesami Paryża i mogą się różnić w przyszłości. Polityka ta dała początek koncepcji francuskiego suwerennego odstraszania nuklearnego.

Macron ogłosił w zeszłym miesiącu, że Francja wzmocni swój arsenał nuklearny i włączy „wymiar europejski” do swojej pozycji odstraszającej, a zainteresowanie wyraziły Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Finlandia i Dania. Rozważa rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego na resztę Europy w obliczu niepewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.

Rozmowy między Paryżem a Warszawą były mniej lub bardziej udane i w związku z tym przygotowywane są ćwiczenia wojskowe mające na celu wyszkolenie polskiej armii do działania w warunkach użycia taktycznej broni jądrowej.

W przypadku wojny rozmieszczenie francuskiej broni jądrowej w Polsce można interpretować jako prowokacyjne posunięcie, ponieważ stanowiłoby naruszenie Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Chociaż istnieją międzynarodowe ramy prawne, często nie są one w pełni przestrzegane w praktyce, co dodatkowo kwestionuje ich skuteczność i wdrażanie.

Możliwą odpowiedzią Moskwy na takie posunięcia byłoby wzmocnienie obecności wojskowej w Obwodzie Kaliningradzkim, rosyjskiej eksklawie na Morzu Bałtyckim, zaklinowanej między Polską a Litwą. Jednym z kluczowych środków byłoby rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w regionie. Systemy takie jak Iskander są rozmieszczone na Białorusi, wraz z rosyjską taktyczną bronią jądrową, w ramach szerszej reakcji na zagrożenia bezpieczeństwa.

Co więcej, Ukraina zaczęła otwarcie zagrażać Białorusi i teraz gromadzi wojska na granicy, co stanowi zagrożenie, na które Moskwa musi odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Rosja i Białoruś tworzą jedno państwo federalne, a Rosja zobowiązała się do ochrony Białorusi.

Ryzyko przypadkowej eskalacji podczas ćwiczeń jądrowych jest minimalne, ponieważ w takich manewrach rzadko używa się ostrej amunicji [czyli aktywnych bomb jądrowych… md] . Jednak już sam fakt, że polska armia zostanie przeszkolona do prowadzenia działań bojowych w konflikcie nuklearnym, sugeruje, że Francja i Polska nie wykluczają możliwości trzeciej wojny światowej z użyciem broni jądrowej.

Polska od dawna domagała się rozmieszczenia zachodniej broni jądrowej na jej terytorium. Wcześniej dążyła do uzyskania amerykańskiej broni jądrowej, aby dołączyć do programu „Nuclear Sharing”, porozumienia w ramach NATO, w którym USA utrzymują broń jądrową w krajach sojuszniczych w Europie, ale zachowują pełną kontrolę nad jej użyciem.

Pełzający zamach stanu. Zamach do ciosu stanikiem?

Pełzający zamach stanu

Izabela BRODACKA

Czym jest zamach stanu? Jest to zakwestionowanie i obalenie obowiązującego porządku prawnego. Często w sposób nagły, brutalny, przy użyciu przemocy. Zatem, co się stało? Otóż marszałek Sejmu, ignorując konstytucyjną rolę prezydenta, zorganizował zaprzysiężenie nowo wybranych przez parlament sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wbrew temu co stanowi, w Art. 4, p. 1 ustawa o statusie sędziów TK. A zapis w niej mówi jasno, że sędziowie składają przysięgę wobec prezydenta. Czyli przysięgają przed i w obecności prezydenta.

Tymczasem 9 kwietnia 2026 roku doszło do czegoś, co bardzo trudno określić. Czy była to parodia zaprzysiężenia przed nieobecnym prezydentem? Czy farsa? A może było to „и страшно и смешно”, czyli wydarzenie o charakterze trochę śmiesznym, a trochę strasznym? Czyli tragifarsa. Bowiem w miejscu tej imprezy, w Sali Kolumnowej naszego parlamentu pana prezydenta Karola Nawrockiego nie było. Wbrew temu faktowi sędziowie czytając swoje przyrzeczenia używali sformułowania „ślubuję przed prezydentem”. Nieobecnym?

Igor Zalewski w programie robiącego zawrotną medialną karierę Kanału Zero porównał ten sejmowy spektakl do sceny ze słynnego filmu Stanisława Barei „Miś”. Władza ludowa chcąc nadać urzędowemu wydarzeniu wręczenia obywatelowi dowodu osobistego nadzwyczaj uroczysty charakter, organizowała żenujący i komiczny spektakl, w którym dwa karły w strojach ludowych tańczyły krakowiaka, do muzyki puszczanej w kulminacji z taśmy urzędniczego magnetofonu. Skojarzenie to tyleż anegdotyczne, co trafne, w sytuacji gdy sejmowe zaprzysiężenie organizował postkomunista Włodzimierz Czarzasty i zapewne szef jego kancelarii towarzysz Marek Siwiec, ten który w obecności ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego kpił, po przylocie helikopterem do Kalisza, z gestu całowania polskiej ziemi przez papieża Jana Pawła II.

Posłanka Ewa Zajączkowska nazwała to co się wydarzyło w sejmie pajacowaniem. Rzeczywiście, nie przysporzyło to powagi tym, którzy zdecydowali się na spostponowanie uprawnień i majestatu głowy państwa w tak żenujący sposób.

Trybunał Konstytucyjny bowiem jednoznacznie i kategorycznie zinterpretował zapisy prawa istniejące zarówno w konstytucji, jak i we właściwej ustawie, wydając 12 czerwca 2012 roku następujące postanowienie: Powołanie sędziów jest suwerenną prerogatywą Prezydenta RP i nie podlega kontroli sądowej ani ponownemu rozpoznaniu, ani weryfikacji przez inne organy państwa”.

Dokument jest sygnowany SK 37/08. Jakie zatem były motywacje organizatorów tej sejmowej hucpy? Czy marszałek Czarzasty uznał, że może zastępować prezydenta w sprawach, w których prezydent nie realizuje jego oczekiwań? Wprost zapowiedział to podczas swojej konferencji prasowej. A może rozpoczęła się realizacja sugerowanego przez rządzącą koalicję 13 grudnia planu obalenia prezydenta Karola Nawrockiego? Niestety, wiele na to wskazuje. A dawna deklaracja premiera Tuska, że „będą stosować prawo tak jak je rozumieją”, dzisiaj brzmi szczególnie groźnie. W sytuacjach poprzedzających dramatyczne, albo wręcz tragiczne wydarzenia mają znaczenie symboliczne drobiazgi. Uczy mnie tego moje długie doświadczenie życiowe. W opisywanej sprawie, moim zdaniem, bardzo niepokojącym faktem, z pozoru tylko błahym, jest fakt, iż dwoje sędziów, którzy złożyli już ślubowanie przed panem prezydentem Nawrockim, ponowili je przed Czarzastym. Czyżby się obawiali skutków braku uległości wobec sił, które reprezentuje marszałek. Czyżby wiedzieli o czymś o czym my nie wiemy? Czyżby mieli wiedzę o planowanym planie obalenia głowy państwa polskiego, prezydenta RP? Sędziowie są dorosłymi, wykształconymi i doświadczonymi ludźmi, dlaczego więc zdecydowali się złożyć identyczną przysięgę, którą wcześnie już złożyli? Przecież takie ich postępowanie jest nielogiczne.

Przedstawiciel prezydenta, minister Zbigniew Bogucki jednoznacznie i dobitnie ocenił zachowanie sędziów w Sali Kolumnowej Sejmu. Nazwał je hucpą, łamaniem prawa, zamachem na konstytucję i ustawę. Nazwał to wydarzenie kuriozalną farsą. Zagroził sędziom odpowiedzialnością karną. Podobnie wypowiedział się prominentny poseł Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak, którego wypowiedzi, nie bez racji, uważa się za zbieżne z poglądami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście, jeśli sędziowie, którzy są powołani do stania na straży prawa i praworządności sami gwałcą prawo, to jest to sytuacja kuriozalna.

Paradoksem w całej sprawie jest fakt, iż organizatorem tej nieszczęsnej próby zignorowania niezastępowalnej roli prezydenta jest Włodzimierz Czarzasty, członek, do jej końca, doszczętnie skompromitowanej i zbrodniczej partii komunistycznej PZPR. Marszałek sejmu musi działać zgodnie z prawem i w zakresie prawa. Nade wszystko zgodnie z konstytucją i ustawami. A mamy do czynienia z sytuacja, w której on działa bezprawnie i wyznacza własne, nielegalne standardy postępowania. Komunista uczy demokratów czym jest demokracja i praworządność.

Żeby uwiarygodnić tę imprezę i przedstawić ją społeczeństwu jako zgodną z prawem, świadkiem zdarzenia uczyniono notariusza. Okazało się po raz kolejny, że bez trudu można znaleźć takich chętnych do współpracy notariuszy. Znajdowali je wcześniej czyściciele warszawskich kamienic. Znajdowali ich także chcący bezprawnie kupić Konstancińskie Łąki Oborskie. Jak mówią dowcipne dzieci: „Pekunia, to nie jest omlet”. Pan notariusz nazywa się Dariusz Kramarz. Już mi się z czymś skojarzyło nazwisko pana notariusza … I w porę nie tyle ugryzłam się w język, co w palec, którym stukam w klawiaturę komputera. Nie, nie. Nie wolno kpić z nazwisk. To nie przystoi. A z imion można? Imiona to co innego, one są powszechne. Można je wyjaśniać. Imiona często coś znaczą. W tym przypadku wszystko się zgadza. Otóż imię Dariusz oznacza tego kto posiada jakiś cenny dar. Pan Dariusz Kramarz został więc obdarowany. Pozostaje tylko pytanie czym i przez kogo?

Natomiast to co się dzieje w Polsce od 13 grudnia 23 roku można określić jako pełzający zamach stanu.

Czym różni się „Danzig” od „Polin” ?

Czym różni się „Danzig” od „Polin” ?

Autor: CzarnaLimuzyna, 23 kwietnia 2026

W trakcie wizyty w Gdańsku francuskiego funkcjonariusza globalistów, uszy politruków z PiS wychwyciły, że Donald Tusk zamiast wymówić słowo „Gdańsk” powiedział „Danzig”.

Nihil novi sub sole. A co miał powiedzieć przedstawiciel mniejszości etnicznej, którego credem politycznym jest „polskość to nienormalność”? Słowa te napisał w odpowiedzi na pytanie czym jest polskość, stwierdzając, że polskość wywołuje w nim odruch buntu.

Tusk przeciwstawił normalność rzekomej nienormalności, którą określił jako „ Bóg, Honor i Ojczyzna”. Samą polskość określił jako „nienormalność” , „niechciany temat”, „uciążliwe dziedzictwo” i „brzemię”, którego nie ma ochoty dźwigać.

Od 40 lat lewicowi propagandyści starają się tłumaczyć gawiedzi, że autor czyli Tusk miał na myśli coś innego. Podkreślić należy, że w 1987 roku politycy lekkich obyczajów nie mieli jeszcze na tyle odwagi, aby przyznawać się do zrywania z polskością. W przeciwieństwie do czasów obecnych atmosfera była dyktowana nastrojem walki o wolność – gorąca i antykomunistyczna.

Asekurując się, Tusk kończy słowami: „Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie, że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.

Przedtem jednak napisał:

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy”. /Donald Tusk, „Polak rozłamany”, „Znak”, 1987./

” Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością…”?

Jednak najbardziej wymownym, wpisującym się w brak polskiej tożsamości, jest typowe, charakterystyczne dla wtórnych analfabetów z lewicy, fałszywe przeciwstawienie kultury i cywilizacji – Bogu i Ojczyźnie. Dziś już wiemy, że nie o kulturę i cywilizację, lecz o antykulturę, depopulację, zrównoważony rozbój – o  cywilizację śmierci im chodzi.

Andrzej Duda „To jest Polin”

A czym różni się „Danzig” Donalda Tuska od „Polin” Andrzeja Dudy?

Niczym. Zmienia się tylko akcent z niemieckiego na żydowski, zachowując swój antypolski charakter.

==============================

M D: SKALĄ. Polin jest większe. a Ukropolin jeszcze większe.

Dziesiątki tysięcy ton miodu z Ukrainy i krajów Mercosur to zwijanie polskiego pszczelarstwa

Dziesiątki ton miodu z zagranicy przy zwijaniu pszczelarstwa? Sałek: „Korelacja zdarzeń jest zastanawiająca”

[ten głupek z Tysola „zmniejsza” napływ miodu ponad dziesięć tysięcy razy… md]

21.04.2026 tysol/tony-miodu-z-zagranicy-przy-zwijaniu-pszczelarstwa

Pszczoły na plastrze miodu
Źródło: Pixabay | Autor: PollyDot | Licencja: Licencja Pixabay | Pszczoły na plastrze miodu

Z jednej strony do Polski trafiają potężne kontyngenty miodu z Ukrainy i krajów Mercosur, a z drugiej Ministerstwo Klimatu i Środowiska razem z tzw. ekologami chcą ograniczać polskie pszczelarstwo. – Korelacja tych zdarzeń jest co najmniej zastanawiająca – ocenia w rozmowie z portalem Tysol.pl poseł PiS Paweł Sałek.

Ministerstwo klimatu i środowiska dobija polskich pszczelarzy, którzy przegrywają z importem miodu z Ukrainy i Mercosuru! Zakazy pasiek w miastach, lasach i na terenach rezerwatów pogłębi ich problemy wynikające z importu miodu kiepskiej jakości z zagranicy – alarmuje na X poseł Paweł Sałek, były sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska.

Tegoroczne kontyngenty importu miodu do UE z Ukrainy to 35 tys. ton, a z Mercosuru na poziomie 45 tys. ton i ma być zwiększany. Premier Donald Tusk nie widzi potrzeby skarżenia tej niekorzystnej umowy do TSUE!

Dziwna koincydencja

Pytany przez portal Tysol.pl, czy to może nie być przypadek, że z jednej strony mamy takie wielkie kontyngenty importu miodu z Ukrainy i z Mercosuru, które jeszcze mają być zwiększane, a z drugiej strony próbuje się ograniczać polskie pszczelarstwo, Paweł Sałek odpowiada:

To jest sytuacja bardzo zastanawiająca, bo z jednej strony mamy ogromny import miodu z Ukrainy, a Polska jest krajem sąsiadującym i należy przypuszczać, że ten miód w pierwszej kolejności tutaj będzie pojawiał się na rynku, także w przypadku dużych przetwórni, które używają miodu na przykład do wypieku ciastek.

Z drugiej strony mamy to, że miód będzie płynął z krajów Mercosuru, bo ta umowa tak czy inaczej praktycznie wchodzi w życie, a rząd nie chce jej zaskarżyć ani nie chce wystąpić o opinię do TSUE, bo tam jest jeszcze jedna ścieżka – wystąpienie o opinię. I ta sprawa daje dużo do myślenia, a jednocześnie w Polsce nagle pojawia się sytuacja, że grono osób zaczyna mówić o tym, że trzeba chronić dzikie zapylacze, ale to jest taka sytuacja, że pszczoła miodna, która jest naturalnym elementem środowiska, jeśli chodzi o owady zapylające, nie może z tego powodu być dyskryminowana.

„Korelacja zdarzeń jest zastanawiająca”

Pszczoła miodna występuje u nas od wieków, w okresie nowożytnym Polski, czy jeśli spojrzymy na czas PRL, czy czasy współczesne, to pszczoła miodna była. I teraz ta pszczoła miodna zaczyna przeszkadzać w różnorodności biologicznej i w ochronie przyrody? To do tej pory nie przeszkadzała? Ta korelacja tych zdarzeń jest co najmniej zastanawiająca

Pasmo „sukcesów” Henning-Kloski

Dopytywany, co należałoby zrobić, aby zatrzymać ten trend, który przyjęła Paulina Henning-Kolska, Paweł Sałek stwierdza:

Zobaczymy, jak potoczy się sprawa z wotum zaufania, ale trzeba zauważyć, mówiąc żartobliwie, że pani minister ma samo pasmo „sukcesów”, zaczynając od „czystego powietrza”, wyłączanie z gospodarki leśnej setek tysięcy obszarów, prowadzenie do upadku Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe, awantury i naruszenia prawa w Banku Ochrony Środowiska. Ostatnio wyszła sprawa magazynów energii, gdzie okazało się, że znaczna część tych inwestycji będzie w jej regionie wyborczym, więc tu jest dużo różnych sytuacji związanych z panią minister. Ja ją po prostu negatywnie oceniam i całą działalność tego resortu.

„Krajowy Plan Odbudowy Zasobów Przyrodniczych”

Krajowy Plan Odbudowy Zasobów Przyrodniczych jest dokumentem, który przygotowywany jest od listopada 2024 roku w MKiŚ, w związku z rozporządzeniem UE Nature Restoration Law (NRL). Według założeń ma na celu odbudowę zdegradowanych ekosystemów. Państwa członkowskie mają obowiązek opracowania rozwiązań i przyjęcia rządowej uchwały do 1 września 2026 roku. W jego ramach resort Henning-Kloski chce „ograniczyć negatywny wpływ pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy”.

Niezbędność odrodzenia polskiej edukacji

Niezbędność odrodzenia polskiej edukacji

Każdy człowiek jest cząstką ludzkości, ale świadomość tego jest na tyle nikła, że nie powoduje zahamowania wojen i nienawiści. Każdy z nas jest także cząstką społeczeństwa, narodu, rodziny i rozmaitych organizacji, partii, czy stowarzyszeń.

Naród jako spoiwo jednostek od wieków pełni istotne znaczenie. Rodzimy się i jesteśmy kształtowani w duchu określonej kultury narodowej. Nie należy tego interpretować jako nacjonalizmu. W tym procesie kształtowania świadomości narodowej w duchu braterstwa z innymi narodami istotną rolę pełnią nauczyciele.

Niestety, status nauczycieli w społeczeństwie nie ma u nas dostatecznie wysokiej rangi. Problem jest nader poważny, ponieważ nauczyciele mają przemożny wpływ na kształtowanie świadomości jednostek. W XXI wieku tę rolę pełnią, niestety, w znaczenie większym stopniu media. Tak się dzieje, bowiem siła oddziaływania kultury obrazkowej jest potężniejsza od słowa.

Od stanu świadomości jednostek zależy ukształtowanie świata, w którym żyjemy. To świadomość na przykład prawodawców determinuje treść wydawanych przepisów prawnych, a one rozstrzygają  sposób gospodarowania, edukację, konkretyzację praw człowieka, czy organizację lecznictwa.

Jest oczywiste, że człowiek nie ma wpływu na sposób funkcjonowania świata przyrody. Jesteśmy zdolni jedynie naruszać harmonię tego świata w którym żyjemy. Natomiast świat kultury jest stwarzany przez kolejne pokolenia, które pojawiają się na planecie Ziemia. Człowiek – a nie rynek – decyduje o zmianach epok społeczno-gospodarczych. Przejście od niewolnictwa poprzez feudalizm, kapitalizm, socjalizm do neokapitalizmu jest dziełem decyzji tych, którzy mają władzę. Człowiek – a nie rynek – decyduje o przewadze w państwie bądź wyłączności określonej formy własności: prywatnej, spółdzielczej, państwowej.

Sprawą fundamentalną jest więc szerokość horyzontów myślowych, stan świadomości tych, którzy decydują o rozstrzygnięciach społecznych, politycznych, gospodarczych, kulturowych. Innymi słowy, istotne znaczenie ma edukacja. W ostatnich dziesiątkach lat nastąpił, niestety, upadek edukacji spowodowany zmianami w strukturze uniwersytetów i zmianami treści nauczanych przedmiotów. Rozliczne przejawy negatywne przejawy to  na przykład wprowadzenie punktów, egzaminy oparte o testy, wprowadzenie stanowiska profesora uniwersytetu, likwidacja stopnia profesor nadzwyczajny, wprowadzenie licencjatów. likwidacja asystentów, wprowadzenie studiów doktoranckich, czy limitu wieku profesorów. Pamiętam moich wspaniałych Mistrzów, którzy w czasach dawnej Polski wykładali mając więcej niż osiemdziesiąt lat i kierowali katedrą. Relacja profesor – doktorant zastępuje dawnej relacji profesor – asystent. Przypomnę, że w latach 1918 – 39 przyczyniła się do zespolenia Polaków żyjących przez dziesiątki lat w trzech zborach.

Ponadto nasza mikromania narodowa – znakomicie wyrażona przez Juliusza Słowackiego – sprawia, że wpatrzeni jesteśmy od pokoleń w Zachód, a obecnie zamerykanizowaliśmy się. Polscy uczeni, ich cenne i wciąż aktualne teorie są zapomniane, nie wykładane. Wróćmy do tradycji, do polskiego dorobku, co ma szczególne znaczenie w dziedzinie psychologii i pedagogiki, a także psychoterapii. Obecnie przybliża się teorie zaczerpnięte z obcej kultury, co jest wyrazem mikromanii. Nasze osiągnięcia stają się zapomniane.

Obecna edukacja zinstytucjonalizowana nie pomaga w rozwoju wrażliwości,  w rozbudzaniu wyobraźni, którą niszczy kultura obrazkowa oraz nie sprzyja rozwijaniu sfery uczuć. A czyniły to w Polsce międzywojennej szkoły Ziemianek, a także Uniwersytety Ludowe, które funkcjonowały jeszcze w Polsce Ludowej. Kształci się obecnie specjalistów wąskich dziedzin. Zanika warstwa polskiej inteligencji, która odznaczała się szerokimi horyzontami myślowymi. Tworzymy odduchowiony, zmaterializowany świat, w którym przestały oddziaływać ideały.

Należałoby też pilnie przywrócić nauczanie filozofii i etyki na wydziałach z których zostały obecnie wyrugowane jako przedmioty obowiązkowe. Edukacja – szczególnie w dobie internetu – powinna nie tylko przekazywać wiedzę, ale także pomagać w kształtowaniu charakteru, czego domagali się polscy uczeni. Profesor Irena Wojnar słusznie podkreślała znaczenie sztuki – co jest dziś zapomniane – w rozwoju wrażliwości i uczuciowości. Przywrócenie nauki jaką jest higiena psychiczna przyczyniłoby się do właściwego pojmowania zdrowia psychicznego. Jej twórcą jest Kazimierz Dąbrowski.

Teorie polskich uczonych są zapomniane, nie wykładane mimo ich aktualności. W rezultacie obecna edukacja nie pomaga w rozwoju wrażliwości, nie rozbudza wyobraźni, nie przyczynia się do podniesienia na wyższy poziom sfery uczuć. Sugeruje się, by dążyć do niższych wartości, czyli dóbr materialnych. Odrodzenie znaczenia teorii profesorów Kazimierza Dąbrowskiego i Juliana Aleksandrowicza przyczyniłoby się do przezwyciężenia błędnego poglądu wskazującego dobra materialne jako cel i sens wysiłków człowieka. Przypomnę,  że polscy filozofowie w czasach zaborów byli zaniepokojeni zmaterializowaniem Zachodu. Mieli poczucie misji, by odrodzić duchowo społeczeństwa zachodnio-europejskich krajów. Dziś nasze zmaterializowanie zapewne przerasta ówczesną sytuację w tych państwach.

Filozofia została w ostatnich dwóch dziesiątkach lat wyrugowana z nauczania akademickiego jako przedmiot obowiązkowy. Na przykład na Wydziałach Prawa również etyka i filozofia prawa mają obecnie status przedmiotów do wyboru. Podobnie jest z kształceniem lekarzy. Julian Aleksandrowicz, profesor medycyny i filozof, pisał w drugiej połowie XX wieku, że medycyna odcięta od korzeni filozoficznych – usycha.

Deklaruje się powszechnie, że najwyższą wartością jest człowiek i jego zdrowie. A człowiek jest jednością psychofizyczną, więc uczeni tej miary co profesor Irena Wojnar i wspomniany profesor Julian Aleksandrowicz słusznie domagali się, by w leczeniu pomocne i zalecane było oddziaływanie sztuki i literatury pięknej. Było to faktem w Klinice Hematologicznej Juliana Aleksandrowicza w Krakowie. Chory jest bowiem nie określony organ, lecz człowiek. Warto przywrócić przekształcone przez Juliana Aleksandrowicza porzekadło: W zdrowym duchu – zdrowe ciało. Wymieniony profesor był jednym z pierwszych uczonych głoszących holizm, a więc teorię jedności wszechrzeczy. Niepokojący go kolonizatorski stosunek do świata przyrody pogłębił się. Pogląd tego uczonego, że pokój jest tym dla ludzkości, co zdrowie dla pojedynczego człowieka, powinien być obecny w procesach edukacyjnych. Uczony ten wskazywał też siłę leczniczą nadziei.

Zahamowanie niszczenia świata przyrody oraz poprawianie świata przez nas stwarzanego jest zależne od stanu świadomości jednostek, a tę kształtuje w dużej mierze edukacja. Człowiek myślący w XXI wieku jest równie potrzebny, co człowiek czujący i wyobraźnią wykraczający poza teraźniejszość. Wróćmy do tradycji.  Niezbędne jest nie tylko przekazywanie wiedzy, ale także edukacja, która będzie pomagać w rozwoju uczuć, wyobraźni i wrażliwości. Uczucia są wszechobecne w psychice. Nie ma stanów wolnych od obecności uczuć. Niezbędne jest też wyrabianie poczucia, że jest się cząstką nie tylko rodziny, społeczeństwa, narodu, ale także ludzkości. Zmniejszyłaby się dzięki temu agresja i być może odrodziłyby się ruchy pacyfistyczne.

Edukacja ma istotne znaczenie, bowiem ci, którzy dziś chodzą do szkoły, jutru w parlamencie będę uchwalać prawa przesądzające rozwiązania gospodarcze, społeczne, polityczne w państwie. Niebezpieczny jest kształtowany nowy typ inteligenta pozbawiony dawnej wszechstronności, zamknięty w obszarze wąskiej specjalności, o niklej wrażliwości i uczuciowości. Zagrożeniem jest pogląd, że edukacja ma dostosowywać się do potrzeb rynku jako rzekomo obiektywnie działającej siły.

Należałoby odrodzić naukę higienę psychiczną. Jej twórca Kazimierz Dąbrowski szerzył tę wiedzę w latach siedemdziesiątych między innymi w kwartalniku „Zdrowie psychiczne” wydawanym przez PAN. Szczególne znaczenie ma zapomniana dziś książka zbiorowa wydana pod jego redakcją „Zdrowie psychiczne”. Profesor skupiał wokół siebie nie tylko uczonych tej miary co Kazimierz Pospiszyl, Bruno Hołyst, czy Lew Starowicz, ale także twórców sztuki tej miary, co Jerzy Grotowski, czy Józef Szajna, który pełnił m.in. funkcję prezesa Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej z siedzibą w Wenecji.

Higiena psychiczna kwestionuje utożsamianie zdrowia z dobrostanem fizycznym, umysłowym, społecznym. Także odległa jest od utożsamiania go ze zdolnością do działań efektywnych. Wyrazem zdrowia nie jest także harmonijne współżycie z otoczeniem, ani równowaga psychiczna. Przedstawiciele tej nauki również podważają pogląd zgodnie z którym sprawne, praktyczne funkcjonowanie w świecie miałoby być wyrazem zdrowia psychicznego. Na gruncie tej nauki ostro jest krytykowany pogląd uznający przystosowanie do otoczenia jako wyraz zdrowia psychicznego. Odważny i cenny jest pogląd, iż talent i empatia znaczą więcej w dziedzinie psychoterapii niż dyplomy.

Zdrowie psychiczne pojmują przedstawiciele tej nauki jako zdolność do rozwoju w kierunku ideałów jednostkowych i grupowych. Wykazują jałowość życia nasyconego dążeniem do wartości niższych. Nastąpiła dzięki tej nauce zmiana stosunku do psychonerwic. Uznano je za przejaw przyspieszonego rozwoju psychicznego a nie chorobę. Sformułowana została psychoterapia przez rozwój. Zostało wyjaśnione, że stany psychonerwicowe są udziałem jednostek wyjątkowo wrażliwych i rozwiniętych uczuciowo. Życie człowieka, a więc i jego zdrowie jest wskazywane jako wartość fundamentalna. Płynie stąd nakaz troski o światowy pokój, o działania w tym kierunku. Natomiast czynnikiem chorobotwórczym jest uznawanie zdobywania dóbr materialnych za cel istnienia.

Zarówno ujęcie zdrowia psychicznego, jak i całość poglądów Juliana Aleksandrowicza – wybitnego przedstawiciela tej nauki -ma znaczenie zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Wskazywał, że dążenie do ideałów umacnia zdrowie, ponieważ umacnia poczucie sensu własnego życia. Zalecał odkrywanie pasji w sobie oraz żarliwość w jej urzeczywistnianiu. Służy zdrowiu wspólne z innymi podejmowanie czynów mających na celu budowanie świata na miarę ludzkich tęsknot. Zwracał uwagę na to, że działania są ugruntowane w światopoglądzie, a o jego wyborze decydują przemyślenia, przeżycia, właściwości psychofizyczne jednostki, a w tym odwaga, by nie ulegać naciskom tego, co przeciętne. Niemałą też rolę w wyborze światopoglądu pełni środowisko i kultura w obszarze której się wzrasta, a także obserwacje i własne doświadczenia. Uczony ten byłby ostrym krytykiem funkcjonującego dziś poglądu, że należy się uczyć dla potrzeb rynku.

Nasza wada narodowa – mogilnictwo, czyli docenianie wybitnych Polaków dopiero, gdy zakończą życie, zawiodła wobec Kazimierza Dąbrowskiego. Nadal bowiem jego teoria dezyntegracji pozytywnej nie jest wykładana i brakuje poradni stosujących metodą psychoterapii nakreślonej przez tego uczonego. Ten niedoceniony profesor medycyny i filozofii wykładał swoje poglądy na uniwersytetach w Kanadzie, ponieważ nie miał takiej  możliwości w Polce.

Dokonał przewrotu w sposobie rozumienia zdrowia psychicznego. Wykazał, że nerwice i psychonerwice są wyrazem przyspieszonego rozwoju psychicznego. Przewrotem jest także wprowadzone przez niego pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do środowiska. Twierdził, że poczynaniami człowieka kierują w większym stopniu uczucia niż racje rozumowe. Wyjaśniał, że człowiek zdrowy psychiczne charakteryzuje się tendencją do wewnętrznego rozwoju. Podążając tą drogą przekraczamy fazy biologiczne. Człowiek nie musi być zdeterminowany fazami biologicznymi jak dojrzewanie, przekwitanie, kalendarzowa starość. Zdrowy psychicznie człowiek odznacza się skrystalizowanym ideałem indywidualnym i społecznym. Dążenie ku nim – a nie do zysku, czy sukcesu – to jedyna właściwa droga.

Fundamentalne znaczenie ma pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do świata sformułowane przez Kazimierza Dąbrowskiego. Naruszył tym samym utrwalony  od pokoleń i funkcjonujący w pedagogice oraz resocjalizacji pogląd o konieczności procesów przystosowawczych. Wyjaśniał, że  bunt w stosunku do obiegowych wartości i obyczajów pozwala kształtować cechy indywidualne i odnaleźć własną drogę. Kazimierz Dąbrowski twierdzi, że negatywne nieprzystosowanie wyraża się jedynie w postaci alkoholizmu, narkomanii i lekomanii oraz drogi przestępstw.

Zgodnie z poglądami funkcjonującymi w obszarze higieny psychicznej wynika, że uniezależniając się od środowiska osiągamy własną autentyczność. Słuszne jest wskazanie, że należy nie przystosowywać się do tego, co budzi niezadowolenie lecz do tego, co być powinno w ocenie danego człowieka. Tworząc pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do świata, Kazimierz Dąbrowski naruszył utrwalony od pokoleń pogląd o konieczności procesów przystosowawczych. Pozytywny sens ma bunt w stosunku do wielu obiegowych wartości. Poglądy większości  nie są nosicielem jedynie słusznego poglądu. Wielka liczba osób wyrażająca jakiś pogląd nie jest dowodem jego prawdziwości.

Pozytywne nieprzystosowanie jest wyrazem wolności wewnętrznej człowieka. Nie ma  modelu człowieczeństwa, który z konieczności powinniśmy powielać w naszym życiu.

Szczególne znaczenie poglądów Kazimierza Dąbrowskiego wyrasta zwłaszcza w naszym stuleciu. Zaznaczają się bowiem silne tendencje przystosowawcze. Ponadto sukces, bogacenie się, czyli niższe wartości oddziałują z wielką siłą poprzez kulturę obrazkową, czyli kulturę mediów. Człowiek pozytywnie nieprzystosowany jest tym, czym sam siebie uczyni. A więc osiąga autentyczność w znaczeniu zgodności z własnym ja.

Edukacja całożyciowa, obecnie postulowana, nabrałaby głębszego sensu poprzez nasycenie jej  poglądami polskich uczonych. Przedstawiłam tu jedynie skrótowo wybrane przykłady zaczerpnięte z polskiej tradycji, którą pilnie należałoby odrodzić.

Prof. Maria Szyszkowska Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)