Elity III RP jak dzieci

Elity III RP jak dzieci – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio, 14 stycznia 2026

Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.

Elity III RP jak dzieci

W przypadku tego tytułu nie potrzeba słowa elity brać w cudzysłów, bo III RP nie jest Polską, ale nakładką na Polskę, ściśle dolegającą, tak, aby Polacy się nie zorientowali, że ich państwo zostało przed nimi zasłonięte przez coś w rodzaju kondomu, którego głównym składnikiem są owe elity.

W Poradniku świadomego narodu zwę je mównem, po wyjaśnienie odsyłam do książki. Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.

Czytaj też:

pisrael, czyli największy problem polski

taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

CELEBRYCI

Kazik stworzył nieśmiertelny song pod tytułem Artyści, i tam bardzo trafnie określił tą grupę. Kiedyś byli tam artyści, dysponujący jakimś rzeczywistym talentem, którzy za jego używanie otrzymywali zapłatę od tych, którzy mieli pieniądze i chcieli artystów wynagradzać. Tak było od zawsze, i w ciągu dziejów ludzkości nic się nie zmieniło pod względem wynagrodzenia. Zmiany zaszły gdzie indziej: artyści się sprofesjonalizowali i zdegenerowali. Dziś artystą może być kompletne beztalencie, albo ktoś, mający talent do czegoś obrzydliwego. Profesjonalizacja polega na zdolnościach marketingowych systemu zarządzania artystami do zarabianiu na ich osobach. Jeśli gawiedź to kupi, rzuca się jej taką osóbkę aż się znudzi, niezależnie, co sobą reprezentuje.

Dlatego dziś na rynku zasadniczo nie mamy już artystów, lecz celebrytów, a ich wartość mierzona jest nie talentem, ale zdolnością do zarabiania na nich. Zarządcy systemu korzystają z ich rozpoznawalności i rają nam ich jako wyrocznie we wszystkim, a ogłupiona gawiedź spija z ust i wzoruje się. Taki celebryta z celebrytką nie musi niczego umieć ani wiedzieć, ważne, że mówi to, czego chcą sponsorzy. Zwykliśmy przeceniać zarówno ich talent, jak też intelekt, traktując ich jako autorytety, a są to papugi, wyuczone skrzeczeć, sprzedające się każdemu, kto ma zdolność zapłacić i podtrzymać ich karierki. Pokazywani są dla odwracania uwagi od spraw istotnych oraz dla pośredniego potwierdzania tego, co z Polakami chcą zrobić politycy III RP.

OSOBY NAUKOWE

Nie nazywam ich naukowcami, gdyż ci poszukują prawdy obiektywnej dla dobra ludzkości, w zgodzie z interesami własnych narodów. Osoby naukowe mają te same tytuły, ale inne cele: działają na zlecenie sponsorów, niezależnie od prawdy. Nie muszą więc mieć rzeczywistej wiedzy, umiejętności i talentu, muszą za to być usłużni i sprawni. Od tytułów przed nazwiskami nazywam ich profderhabami. Takich w Polsce mamy pewną ilość, szczególnie w specjalnościach humanistycznych i społecznych. Wielu z nich to potomstwo judokomuny, która za Stalina podbiła polską naukę, usuwając uczonych i naukowców. Reprezentują żenująco niski poziom wiedzy i praktyczny brak samodzielnego myślenia, tak samo, jak niezdolność do przyjęcia prawdy obiektywnej. Są używani w mediach do potwierdzania kłamstw, głoszonych przez polityków III RP.

DOWÓDCY

Mowa tu nie o wszystkich, ale o niektórych, o pewnej szczególnej grupie, która lubi zabierać głos w mediach. Nie są dobierani pod kątem swojej wiedzy czy zdolności analitycznych, ale dla gwiazdek, aby potwierdzać w mediach to, co one głoszą, i czego chcą politycy III RP. Mam nadzieję, że stanowią oni margines kadry dowódczej, gdyż opinie tak tendencyjne, oderwane od rzeczywistości, logiki, interesu narodowego wskazują na brak elementarnych kompetencji intelektualnych.

Trzeba jednak w stosunku do nich o pewną wyrozumiałość, gdyż trudno oczekiwać od dowódcy na szczeblu związku taktycznego, czy nawet dowódcy sztabowego, że zna się na geopolityce. Powinien, ale cóż zrobić, skoro nie znają się główni politycy i główni analitycy z tytułami naukowymi, to nie oczekujmy tego od zupaków. Powinni się wobec tego powstrzymać od wypowiedzi, ale cóż, skoro proszą na główną antenę, któż odmówi, tym bardziej, skoro zaproszenie jest tego rodzaju, że nie można go odrzucić, ku chwale służby oczywiście.

Dowódcy mają wszelako jeszcze jeden rys charakterystyczny: marzenia o byciu wielkim wodzem. Takie możliwości daje im uczestnictwo w jakichś większych strukturach dowódczych, np. NATO, a wcześniej w Układzie Warszawskim. Zważywszy na potencjalny głód sukcesów bojowych, jakiś dowódca może nie być zainteresowany w podsycaniu konfliktów, aby mógł wystąpić w roli bohaterskiego wodza, gromiącego wroga na czele dzielnych zastępów. Niektóre opinie dowódców, które człowiekowi rozsądnemu mogą się wydawać wciąganiem Polski do wojny, rzeczywiście mogą mieć takie intencje. Wówczas taki wódz, jako wyższy oficer w ramach wielkiego sojuszu polityczno-wojskowego może marzyć o tym, że ten sojusz pogromi wroga, a on będzie na czele, i będą o nim pisać w książkach.

POLITYCY

Grupa najbardziej wdzięczna do żartów i niewdzięczna, jeśli chodzi o wierność prawdzie, dobru i interesowi narodowemu. Pisałem już wielokrotnie, że widzimy pewien wzorzec, wspólny dla całej Unii. Politycy, tworzące większości parlamentarne i rządy nie reprezentują swoich narodów, ale siły z zewnątrz, które nazywam gnostykami. Gnostycy, aby kontrolować politykę danego państwa tworzą układ polityczny, złożony z dwóch głównych sił politycznych, mających podobne poparcie, i trzeciej małej. Przy wyborach raz zwycięża jedna siła, raz druga, a trzecia zawsze jest w koalicji z grupą zwycięską. Dzięki temu przed wyborami gnostycy, którzy kontrolują też media mogą skupić się tylko na niewielkiej grupie niezdecydowanych, i w ten sposób sterują wynikami wyborów. Politycy wszystkich trzech sił są kontrolowani i składają się z trzech głównych grup: Obcy Udający Swoich, przysłani z zagranicy minimum dwa pokolenia wcześniej, zdrajcy i głupcy. Zdrajcy zostają zdrajcami na skutek korupcji, szantażu lub przekonania, a głupcy są tak głupi, że nie wiedzą, co robią, w czym i z kim. Układ ten zwę trójprostytucją alias tańcem trzech murew.

Ten schemat został uzupełniony specyficzną unijną hodowlą polityków. Obcy, zdrajcy i głupcy dodatkowo są szkoleni w kabale, aby zawsze byli eunuchami, należącymi do kogoś z zewnątrz, a nigdy nie zechcieli być mężami stanu swoich narodów. Rozwija się najpodlejszą służalczość, a skutecznie zabija się nie tylko autonomiczne myślenie, ale również cnotę męstwa i honor.

Układ polityczny dla Polski i główni politycy zostali określeni w Magdalence, i trwa to z grubsza do dziś. Wybrano takich, aby nigdy nie poważyli się lub nie byli w stanie podjąć działań dla dobra narodu, który reprezentują, lecz by zawsze wykonywali instrukcje zewnętrznych ośrodków wpływu. Politycy nadwiślańscy zostali wybrani ze szczególną starannością, aby umożliwić gnostykom traktowanie narodu polskiego ze szczególnym okrucieństwem. Nie ma takiej niegodziwości, takiej zdrady i takiego łajdactwa, jakiego ludzie ci nie byliby skłonni się dopuścić, aby tylko zasłużyć na uznanie swoich panów. Poza wyjątkami, ludzie ci nie są w stanie ani też nie mają najmniejszej ochoty się zmienić. Oznacza to, że próżne są są nadzieje, że ludzie, tworzący polityczny układ magdalenkowy zrobią coś dobrego dla Polski sami z własnej woli.

Po pierwsze, zawsze będą czekać na wskazówki od swoich właścicieli, którzy są zaciekłymi wrogami Polski i Polaków. Po drugie, nawet, gdyby zostali bez swoich panów, gdyby ich właściciele z jakiegoś powodu nie byliby w stanie ich kontrolować, zaraz udaliby się na poszukiwanie nowego pana, bo tylko tak potrafią. Nie mają dobrej woli, ani przymiotów charakteru, ani potencjału intelektu, aby móc prowadzić sprawy polskie. Co do zasady wszyscy są szabesgojami, albo w ogóle nie są gojami.

LUDZIE MEDIÓW

Mowa tu o tych, którzy wpływają na opinię publiczną poprzez media, głównie mainstreamowe. Mainstream to nie tylko media lewicowo-liberalne, ale również prawackie. Te pierwsze są zagraniczne wszystkie, te drugie w większości. Nie reprezentują interesów narodu polskiego, ale swoich właścicieli, zwykle małoczapeczkowych. Poza mediami głównego nurtu są media, głównie internetowe, uważane za niezależne. Część z nich, szczególnie te, które dysponują dużymi pieniędzmi i szybko wzbijają się do wysokiej oglądalności to też mainstream, tyle, że udający antysystem. Charakterystyczne jest, że media te nie są blokowane i ograniczane przez algorytmy swoich platform. Większość ludzi, którzy tam występują należy do kogoś spoza Polski i prezentuje poziom wiedzy i mentalność, podobne do profderhabów i polityków. Obrzydliwe, oślizłe, zakłamane typy, które będą sobie gęby wycierać najbardziej szlachetnymi sloganami, w rzeczywistości będąc medialnymi prostytutkami. Różnica rangi między nimi polega na tym, że ci ze szczytu mainstreamu odpowiadają prostytutkom stacjonarnym, przyjmującym klientów w warunkach komfortu i pewności, a ci niżej są jak prostytutki uliczne, chodzące, polujące na klientów takich, jacy się nawiną.

Medialne prostytutki uliczne bardzo chcą zostać prostytutkami stacjonarnymi, i na tym głównie polegają różnice między osobistościami mediów III RP. Ludzie ci, których odbiorcy traktują jako autorytety tak są zajęci codzienną rywalizacją prostytucyjną i zabieganiem o przychylność swoich alfonsów, że nie mają czasu, aby zająć się prawdą. O interesie narodowym, choć każdy ma go na ustach, nie wiedzą nic, tak samo o sprawach, o których się wypowiadają, zadowala ich bowiem to, czego dowiadują się od alfonsów. Można dostrzec jeszcze jeden podział tej grupie: ci główni są szabesgojami, ci chodzący mogą być szabesgoistami. Różnica jest taka, że szabesgoj musi mówić to, czego chcą jego panowie, a szabesgoista na co dzień może mówić, co chce, nie może tylko pewnych tematów poruszać. Czasem jednak, w sprawach dużej wagi nawet szabesgoiści zmuszeni są do określonych zachowań, np. w sprawie plandemii, ukradliny lub rytualnego potępienia Grzegorza Brauna.

Czytaj też:

magia Brauna i strach szabesgojów

kiedy Polacy się obudzą

Wiemy, że dziś jeszcze na wszystko, czego ci ludzie nie rozumieją, czego się boją lub czego nie lubią, powiedzą: agent Putina i ruska propaganda. To charakterystyczne i po tym właśnie najłatwiej rozpoznać figurynki z kategorii, o których piszę. Z taką menażerią mamy do czynienia w kraju nad Wisłą. Nie można więc od tych ludzi spodziewać się prawdy ani działań dla dobra ludzi, żyjących tutaj, a tylko tego, co zlecą i na co pozwolą ich właściciele. Dotąd nie było światła w tunelu, teraz jednak pojawia się różanopalca jutrzenka. Oto porządek Zachodu, który nauczono nas czcić jako bóstwo, uosobiony w dwóch instytucjach UE i NATO rozpada się, a spomiędzy kawałów pękającego betonu wygląda gleba. Mogą z niej wyrosnąć kwiaty dla nas trujące lub wyzwalające. Jaki zbiór nas czeka, to już zależy w głównej mierze od Polaków, bo możliwości pojawiają się wielkie.

Jeśli więc Polacy okażą się inni od elit III RP, jeśli wykażą się choć minimum zdolności intelektualnych, dobrej woli, honoru i zdolności organizacyjnych, pozbędziemy się tego szamba III RP, tych ludzi niegodnych miejsc, które zajmują, sami zajmiemy ich miejsce i skierujemy naszą nawę państwową na taki kurs, jaki zechcemy.

========================================

Więcej takich treści w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

_______________

Elity III RP jak dzieci, Bartosz Kopczyński, 14 stycznia 2026

Grenlandia nadzieją na wyzwolenie wschodnich członków UE z kolonialnego uzależnienia

Grenlandia nadzieją na wyzwolenie wschodnich członków UE z kolonialnego uzależnienia

Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd., 

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 14

Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd.,

Sytuacja w jakiej znalazły się państwa tego regionu, jest najtragiczniejsza od ponad tysiąca lat ich sąsiedzkiej historii.

Region ten jest zakładnikiem konającego Zachodniego Imperium Kłamstwa, znajdując się na dodatek na linii frontu z mocarstwową Rosyjską Federacją, która wykazuje coraz mniej cierpliwości w tolerowaniu bezczelnych zachodnich prowokacji i poniżającej to Mocarstwo nuklearne, pogardliwej retoryki.

Niedawne zniszczenie pod Lwowem polskiego eszelonu ze sprzętem wojskowym i likwidacja hipersonicznym Oresznikiem ogromnego zbiornika przy polskiej granicy, to tylko najnowsze ostrzeżenia dla warszawskiego globalistycznego reżimu.

Tak jak obecnie Ukraina zostaje wymazywana z mapy politycznej świata, tak Polska i Rumunia stoją w kolejce po ten sam los.

Nasi „niezależni przywódcy”, jak Prezydent Polski, zmuszeni są lizać stopy swych zachodnich panów, oblizując się przy tym z zadowoleniem (wideo nr 1 poniżej artykułu).

Jednakowoż moment decyzji Waszyngtonu do włączenia duńskiej posiadłości zamorskiej do Stanów Zjednoczonych, powoduje poważne rozbieżności w łonie zachodnich kolonizatorów (patrz wideo nr 2 poniżej).

Dalsza eskalacja napięć wewnątrz sojuszu przyspieszy jego następujący upadek, który pociągnie za sobą ostateczny rozpad zgniłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zwanego w skrócie Unią Europejską.

Nie trzeba być wybitnym mężem stanu, by pojąć, że uczestniczenie we wspólnych strukturach (UE & NATO), takich państw jak Polski i Niemiec, jest równoznaczne z umieszczeniem lisa w kurniku.

Niestety „nasi globalistyczni przywódcy”, wszyscy be wyjątku agenci Zachodu, na tyle byli sowicie opłacani, że przeoczyli ten „drobiazg” przez ostatnie 30 lat funkcjonowania w ramach tego „ekskluzywnego klubu bogatych”!.

Dopiero ewentualna walka wewnątrz kolonialnej kliki, może dać szanse wyrwania się z tej pułapki i stworzenia analogicznych struktur politycznych i militarnych, ale już we własnym gronie. Bowiem tylko wspólne interesy i zagrożenia mogą być spoiwem dla regionu. A dziś już nie tylko Węgry to zauważają!

Miejmy więc cichą nadzieję, że Trump dokona inwazji Grenlandii, zanim rozpocznie się jego impeachment!

1.Prezydent III RP Karol Nawrocki na Downing Street

Putin Will Take The Cake If We…’: NATO Nation Alarms As Trump ‘Prepares’ For Greenland Invasion

2.Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte pod obstrzałem zbulwersowanych Europejczyków

“WE ARE SCARED”: Greenland Confronts NATO, Rutte Refuses Answer

Polska – dylematy marionetki

Polska – dylematy marionetki

Jerzy Karwelis hdziennikzarazy./polska-dylematy-marionetki/

linki

10 stycznia, wpis nr 1390

Europa cały czas myśli o sobie, że jest ważna. Pierwsza kwestia w tym stwierdzeniu, która wymaga wyjaśnienia brzmi: Europa, czyli kto? No, na pewno establishment unijny tak myśli. Tam są wyższościowe urojenia na poziomie wręcz psychiatrycznym. Mania wyższości bierze się z przekonania o odwiecznym trwaniu europejskiego prymatu. Stary Kontynent cywilizacyjnie wypączkował na świat, ale to przeszłość. I, o dziwo, te progresywne elity unijne, lewaccy prorocy przyszłości biorą swe poczucie wyższości z przeszłej roli, którą de facto kontestują. Siła Europy, tego w końcu półwyspu Eurazji, brała się z niesamowitej energii do zdobywania świata, podporządkowania go sobie wedle wzorców własnego modelu, który okazał się – wtedy – mocno dominujący, agresywny, ale i skuteczny. Te czasy już minęły, ale o przyczynach tego procesu nie będziemy tu mówić. Skupmy się na pierwszym wniosku – europejscy przywódcy wciąż przeszacowują swoje znaczenie, co zostało ostatnio poddane przez Trumpa próbie niszczącej. Z niszczycielskimi skutkami.

W ramach „propagandy sukcesu” unijnego projektu w wyższościowe zapędy uwierzył również lud europejski. Ten też ma poczucie wyższości nad innymi kontynentami. Staje się powoli, jak mesjanistyczna ideologia Polski, depozytariuszem wartości w świecie najeżonym przeciwnymi przykładami skuteczności siły. Wypiera fakty, jest kompensacyjną reakcją na przegraną. Oddala się w dziedzinę ułudy, ale na pożytek narracyjny. Mamy widzieć tylko pięknego łabędzia wartości, pływającego po aksjologicznym jeziorze, podczas gdy pod jego powierzchnią czarne łapy korporacjonizmu mielą korupcyjną wodę. Jest to więc pokazówa. Lud ma wierzyć, że jest o poziomy wyżej od głupich Jankesów, co dopiero od jakichś tam egzotycznych skośnookich. I wierzy.

W internecie pełno pogardliwych porównań wskazujących na wyższość europejskiego modelu – Europejczycy mają lepsze życie, krócej pracują, mają lepszy socjal i służbę zdrowia od zapieprzających Amerykanów. Tyle, że te wyliczenia widzą także Amerykanie i Trump zadał pytanie – kto za to płaci? Wyszło, że za tę labę, przynajmniej w kosztach bezpieczeństwa Europy, płacą Stany. Zaś zaoszczędzone na tym kwoty Europejczycy przeznaczają na suty socjal, przekupując swoich wyborców, by ci głosowali za tym rozleniwiającym, bo na cudzy koszt, modelem. Ale na końcu tego rachunku są zapracowani Amerykanie, nie dziwota więc, że Trump wyciąga z tego konsekwencje. Biden tego nie robił, bo wtedy to był transatlantycki projekt globalistyczny, ale od kiedy Trump go rozprzęgł cała sprawa pokazała się w świetle faktów w sposób demaskacyjnie widoczny. 

Należy tu jednak poczynić jedno zastrzeżenie do wcześniejszych tu rozważań – w Europie nie jest to de facto „czyste” unijne przywództwo. Od czasu, kiedy zaczęły się zabawy z wojną na Ukrainie okazało się, że w unijnym działaniu uczestniczy i Wielka Brytania, co dowodzi słuszności powiedzenia, że Wielkiej Brytanii łatwiej jest wyjść z Unii, niż Unii z Wielkiej Brytanii. Chodzi o to, że globalistyczne zapędy europejskich elit nie są połączone z unijnym projektem do końca. Mimo decyzji Brytoli w referendum o opuszczeniu Unii i tak Wielka Brytania jedzie ramię w ramię z Brukselą. Łączy ich jedno – projekt globalistyczny, który jest realizowany bez względu na to, czy ktoś należy do Unii czy nie.

Europą rządzi więc bardziej projekt globalistyczny, którego jak widać podzbiorem jest Unia jako taka. Wszak to nie członek Unii – premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson – przekonać miał Ukraińców do odrzucenia możliwości pokoju zaraz po przegranej Rosji w pierwszej fazie wojny. Czynił to co prawda za czasów Bidena i w jego – globalistycznym – imieniu, ale wtedy projekt globalistyczny obejmował zarówno USA, jak i Europę. Teraz po antyglobalistycznym resecie Trumpa Europa została z tym globalizmem sama, jak Himilsbach z angielskim. Taką mamy sytuację wyjściową Europy, która jeszcze bardziej uwypukliła się po upublicznieniu dwóch raportów dotyczących strategii Stanów Zjednoczonych.

Czy Europa potrzebna jest Ameryce?

Właśnie – czy Europa w ogóle potrzebna jest Ameryce? Zarysowany w obu dokumentach stan interesów strategicznych USA może wskazywać, że nie bardzo. Stary Kontynent wychodzi w niej na trzeciorzędny obszar strategicznych interesów Stanów. Ważny jest kierunek chiński, bliskowschodni, ostatnio nawet afrykański. Kwestia amerykańskiej dominacji na zachodniej półkuli została już praktycznie zdefiniowana od początku, czego dowodem są ostatnie wydarzenia w Wenezueli.

Zadeklarowany rewolucyjny zwrot w stosunkach z Rosją z odwiecznego wroga na potencjalnego partnera przewraca cały układ prewencyjnego zainteresowania Stanów obroną Europy i zapewnieniem jej bezpieczeństwa. To nie „zemsta” Trumpa na lekceważonych europejskich elitach, ale logiczna konsekwencja zmiany amerykańskiej strategii. Nie dość, że Trump miałby dopłacać do tego wątpliwego interesu – wątpliwego gdyż Europa bierze jego pomoc, ale nie kwituje go poparciem dla Ameryki, wręcz przeciwnie – to jego kalkulacje na zbliżenie z Putinem by odciągnąć go od Chin są sprzeczne z europejskim podżegactwem wojennym, które może doprowadzić do upadku jego subtelnych kalkulacji.

Trump ostrzega, że nie da się wciągnąć w żadne europejskie awantury przeciwko Rosji, Europa z tym zostanie sama. Daje jej gwarancje parasola nuklearnego, ale to wszystko. Ma to otrzeźwić Europejczyków, by nie fikali, bo to oznacza, że w razie W będą mieli do czynienia z wojną konwencjonalną bez Ameryki, a w te klocki Europa jest bezradna. Np. plany zwiększenie armii niemieckiej na 2026 rok wynoszą powiększenie jej składu o 1750 żołnierzy.

Trump w swej strategii zadeklarował sporą wrogość nie wobec Europy jako kontynentu, ale wobec unijnego projektu dla Europy. Ta instytucja bowiem jest powodem osłabienia Europy. Nie to, żeby się tam losami Europy przejmował Trump aż tak by budować jej siłę, ale takie awanturnictwo jak unijne tworzy z Europy obszar nadający się do zwiększenia wpływów Chin, co jest strategicznie nie po drodze Ameryce w jej rywalizacji z jej zadekretowanym wrogiem nr 1. Dlatego zrozumiałe jest, że Ameryka nie jest w stanie do końca odpuścić kontroli Europy. Ale nie będzie to powtórka z rozrywki, że jednak Amerykanie będą stacjonować np. w Niemczech, czy niestety w Polsce – nie. Militarną, a właściwie „konwencjonalną” obecność w Europie Trump sobie może odpuścić. Zostawi sobie pewnie jakieś wysunięte kasztelanie, ale polityczne. Sam zadeklarował, że będą to Węgry, Włochy, Austria i… Polska. Ich dalekosiężnym celem miałby być wewnętrzny demontaż Unii, nie jakieś militarne Międzymorze, bo te miało by być skierowane przeciw Rosji, a ta została zadeklarowana przez Stany jako potencjalny partner.

Co z tą Polską?

Takie usytuowanie partnerów amerykańskich w Europie wymaga jednego – w tych wymienionych krajach mają rządzić przywódcy sprzyjający temu projektowi. Od dawna już wiemy, że żyjemy w czasach kiedy mocarstwa mają wpływ na wybory w prowincjach. Działa to w obie strony – przykład rumuński to nie tylko domena europejskich wpływów. USA też wpływają na różne wybory, tak by wygrał w „demokracjach” ten co trzeba. Jak nie da rady tego zrobić, to wysyła się tam komandosów i porywa wybrańca demokracji, która akurat tutaj nie zrozumiała mądrości etapu i źle wybrała. (Oczywiście z zastrzeżeniem, że np. taki porwany prezydent Wenezueli nie miał nic wspólnego z demokracją, ale jeszcze niedawno był uznawany przez USA, ale być uznawany nagle przestał).

W wymienionej czwórce europejskich krajów mamy raczej nie tyle proamerykańskich przywódców, co raczej antyestablishmentowych w stosunku do projektu unijnego – bardziej niezależnych, realizujących interes narodowy, niż globalistyczny. Taka kalkulacja jak amerykańska zakłada, że ten stan się utrzyma i Amerykanie powinni dbać o to, by tak było. Pierwszą próbę będziemy mieli w kwietniowych wyborach na Węgrzech. Tyle, że w tej czwórce jest jeden wyjątek – Polska.

Nad Wisłą, z woli ludu rządzi wierny uczeń unijnego projektu, w dodatku z potężnym przechyłem nie tyle na unijne interesy, co na interesy niemieckie – Tusk. Ten amerykański plan polskiej kasztelanii jest nie do zrealizowania przy obecnej władzy. Pytanie – co zrobią Amerykanie? Będą czekać dwa lata czy wywiną coś wcześniej. A może oleją Polskę? A jak poczekają dwa lata, to na kogo będą stawiać? Albo kogo też wybudują przez ten czas? Popatrzmy na obecną scenę polityczną pod takim względem: kto by się tam nadawał dla Amerykanów na zmiennika?

Tuski – wiadomo, nie ma co nawet patrzeć w tę stronę. Satelity – nawet nie wiadomo czy się dostaną do Sejmu w wymiarze o czymkolwiek decydującym. Ideologicznie i strategicznie – bezużyteczni. A więc popatrzmy w prawo. PiS – ten się zakiwał, bo nie przewidział, że stawianie na Amerykanów i głoszenie jednocześnie wrogości wobec Rosji może być dla Trumpa nieprzekraczalną sprzecznością. Dlatego teraz PiS siedzi w kącie, bo nie wie co zrobić. Wymagałoby to kompletnej zmiany strategii partii Kaczyńskiego, odszczekania antyrosyjskich dogmatów. A to trudne, zwłaszcza dla twardego elektoratu partii, a tylko taki powoli PiS-owi zostaje. A więc to będzie ciężko.

Konfederacja – też niełatwo. Ostatnie enuncjacje Bosaka na temat krytyki amerykańskiej akcji w Wenezueli pokazują, że też nie bardzo się tam rozumie epokę końca prawa międzynarodowego, które ustępuje przed prymatem siły. Bosak aksjologicznie ma rację, ale znowu – lądujemy w aksjologii, nie w pragmatyzmie dzisiejszych czasów.

Pozostaje więc Braun, ale to dla Amerykanów niepewny interes, też. I to nie dlatego, że może nie przejść przez sito wyborcze. Nawet jak przejdzie skromnie, to może odegrać rolę „języczka u wagi”, z tym, że na tyle kontrowersyjnego, że reszta, tym razem polskiego establishmentu politycznego, nie będzie chciała z nim pójść na koalicję. Ale nie to jest najważniejsze w tej kalkulacji dotyczącej Korony. W sumie postulaty Brauna są zbieżne z intencjami USA, ale mają jeden mankament – nieprzekraczalny dla Amerykanów zarzut antysemityzmu. Nie miejsce tu na roztrząsanie czy to prawda, czy nie. Czy to otwarta wrogość, czy – jak to nazywa Braun – judorealizm? Ważne, że to argument zabójczy w stosunku do potencjału współpracy. Rodzi się w Stanach co prawda rosnący właśnie „judorealizm”, ale nie jest on, przynajmniej na teraz, czynnikiem, który ten dogmat bezwarunkowego kredytowania Izraela – politycznie i finansowo – przez Stany Zjednoczone będzie w stanie zmienić w najbliższym czasie. Tak więc z Braunem będzie ciężko, gdyż akurat na niego, wychodzi, że zgadają się dwie strony – europejska i amerykańska. Na kogo więc mogą w Polsce liczyć Amerykanie?

Wyjście poza paradygmat?

Oczywiście, jeśli do wyborów Amerykanie „wytrzymają” jeszcze te dwa lata, to jest sporo czasu na skonstruowanie jakiegoś nowego podmiotu. To i tak się odbędzie, bo widzieliśmy to praktycznie przy każdych polskich wyborach w XXI wieku. Pisałem i mówiłem o tym fenomenie wiele razy. Powstaje coś nowego, co inkorporuje nadzieję na zmiany, skupia tam naiwnych wierzących, ci głosując „przeciw” systemowi de facto go umacniają, bo nowy wybraniec od razu wchodzi w stary układ plemienny jako przystawka i kolejne nadzieje na zmiany upadają.

A trzeba nam wiedzieć, że cały ten układ III RP pracuje na obniżanie poziomu nadziei na zmiany, a więc wszelkie rachuby na takowe ma systemowo pacyfikować. I tak właśnie – systemowo to robi. Mamy całe ciągi – Palikoty, Biedronie, Petru, Kukizy, ostatnio Polska 2050. Mamy sezonowe partie, które zaraz rozpuszczają się w plemionach. I napięcie społeczne, po eksplozji w akcie wyborczym, zanika, zaś nadzieja na zmiany pada, petryfikując energię kolejnych pokoleń wyborców. Ten model jest wciąż do odtworzenia i zobaczymy tu jeszcze nie jedno, pytanie tylko czy w wykonaniu Amerykanów, skoro, jako dowiedliśmy wyżej, w istniejącej klasie polskiej polityki potencjał jest niewielki.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. To wszystko Amerykanom może załatwić… prezydent Nawrocki. Jest popularny, rośnie mu, jest proamerykański, niesie jakiś powiew potencjału nowości. Nawrocki mógłby w Pałacu stworzyć centrum nowego ruchu politycznego, ale byłaby to duża trudność, bo musiałby odciąć się pośrednio od koneksji z PiS-em. Ale popularność Nawrockiego jest większa niż PiS-u, jest tu więc potencjał, jednak sam skład kancelarii prezydenta wskazuje na duże wpływy Kaczyńskiego w jego otoczeniu. Ma jednak Nawrocki dla Amerykanów jedną podstawową wadę – w kwestii antyrosyjskości reprezentuje samobójczą postawę nieprzejednania wobec Rosji. Te deklaracje, że Polska nie powinna mieć relacji z Rosją (pytanie, to co robi polska ambasada w Warszawie?), odwołanie spotkania z Orbanem, bo ten podał rękę Putinowi, powodują duży zgrzyt i zawód w Waszyngtonie.

Znowu – dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic. A byłoby tak blisko.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Amerykanie postawią na Nawrockiego i dlatego jest zapraszany do Waszyngtonu, gdzie cierpliwie wytłumaczy się mu, żeby sobie z tym PiS-em i Rosją trochę odpuścił. Namagnesuje się go kolejną wersją „mądrości etapu”, tak by zrozumiał perspektywę Ameryki. Program Brauna w ustach prezydenta, minus „antysemityzm” rzecz jasna, byłby strawialny dla Waszyngtonu, bo u Brauna nic nie słychać przeciwko USA, tylko dominują głosy krytyczne wobec wpływów żydowskich w Waszyngtonie. Końcową kwestią jest jak z tego chaosu stworzyć większość w Sejmie, ale – jak to w polityce – trzeba walczyć o swoje mandaty, a potem układać z tego możliwe puzzle.

Czasy

Wiem, to co tu napisałem jest straszne, bo pokazuje cyniczność dzisiejszych czasów dominacji siły. Wybory się organizuje innemu państwu, porywa jego przywódców, podmiotowość państw jest notorycznie wasalizowana. Ale tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę. Nie piszę, żeby to bezwarunkowo akceptować, ale na pewno nie udawać, że tak nie jest. Nawet gdyby się chciało z tym walczyć, to i tak wymaga to pragmatycznej diagnozy, nawet, a właściwie przede wszystkim, jeśli jest ona porażająco smutna. Wtedy dopiero można przewidzieć swoją optymalną rolę w tym układzie. I próbować ją wyegzekwować. Bez tego będziemy pobywać „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. A obok będzie się toczyć zwykłe, pragmatyczne życie, które zawsze wygrywa z marzeniami. A taki upadek, z tak coraz większej wysokości złudzeń, boli coraz bardziej. Zwłaszcza jeśli niczego nie uczy na przyszłość.  

W swej historii czasy swej wielkość zawdzięczaliśmy narodowemu pragmatyzmowi uosabianemu w silnym przywództwie, dziś rządzą nami lokajskie cwaniaczki wywindowane na swe stanowiska przez patologiczny system demokracji. Nie jesteśmy potęgą, ale mamy potencjał o wiele większy, niż ten z którego korzystamy. Jak podejdziemy do tego pragmatycznie, to coś z tego będzie. Możemy skorzystać, ale nasz wewnętrzny system, który nam tu zafundowano lata temu jest na tyle dysfunkcjonalny, że nie jest w stanie sam z siebie wyłonić skutecznego przywództwa.

Nie dziwmy się więc, że może chcieć to zrobić ktoś inny, z zewnątrz, nawet dla własnej korzyści. Skoro innej drogi nie ma, to wypadałoby chyba z niej skorzystać, kiedy na tym możemy i my coś ugrać. Tak nisko upadliśmy, ale jest to dno, które ma tę zaletę, że można się od niego odbić, wypływając na powierzchnię własnej podmiotowości.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

BEZKARNE POŁAJANKI Polski przez UKRAIŃCÓW

BEZKARNE POŁAJANKI UKRAINCÓW

krzysztof mielewczyk salon24/kmiel/bezkarne-polajanki-polski

Minister Żurek buduje prokuratorskie zespoły ścigające niechęć do Ukraińców. Tymczasem rządowa tuba propagandowa gloryfikuje pogardę Kijowa dla wszystkiego co polskie. Mamy być mięsem armatnim spalonej ziemi Donbasu – oczekuje Zelensky i kasta Ciamajdanu

 Portal ONET drukuje dziś wywiad z ukraińskim generałem, który twierdzi, że Polska popełnia błąd nie chcąc wysyłać swoich żołnierzy na tereny, które Ukraina chciałaby zawłaszczyć. Świadomie nie używam określenia ,,utrzymać,, , bo tylko w budowanej latami świadomości bezczelnej deformacji faktów można Ukrainie przypisywać niezbywalne prawo do regionów, które łaskawie im ofiarowano. Koalicja Chętnych i centrala w Brukseli są ślepe na prawdę historyczną i krwawy nacjonalizm, bo to wbrew wizjom ich biznesów. Głupota z tego tytułu płynie oczywiście więc nie z Warszawy, ale to tu od pokoleń mają miejsce orgie społecznej destrukcji, zawsze bardzo chwytnie nazywane.

Kiedy minę w podnoszonym powyżej medialnym tytule, klasyczną brukselską ,,gadzinówką,, pojawia się kolejny wywiad, opinia, komentarz, artefakt i inne bzdety, które każą Polakom wkuwać mądrości nacji, która nigdy nie była w stanie dostroić się swoimi skrajnościami do naszej tolerancji, to są lepsze jaja od proklamowanej w lipcu 1944-ego roku wolności w Lublinie.

Ukraina w kształcie obecnie rozszarpywanym przez nich samych powstała tak jakoś w 1954ym roku i czego socjalizm tam nie zbudował albo zmiana stalinowskich granic nie zostawiła, np. polskiego Lwowa, to sukcesów więcej nie ma. Jeśli czytamy, że polskie władze wydadzą Ukrainie ruskiego archeologa, bo prowadził nielegalne wykopki na Krymie, zatem Żurek minister nie sięgnął nawet wikipedii, żeby powziąć wiedzę, kto i kiedy tam historię budował. Zatrzymanie w Polsce dyrektora petersburskiego ERMITAŻU, który gościł u nas w drodze i zadość żądaniom państwa terrorystów nie skończy się dobrze. U Żelenskiego cokolwiek by znaleźli od razu trafiłoby pod młotek na czarnym rynku. Ukraińcy, którzy zawinęli się do Polski mówią otwarcie, że nigdy tam nie wrócą i nie dlatego, że wojna. Po prostu to cywilizacja wykluczająca normalność w naszym rozumieniu.

Zapowiadany na marzec koniec specustawy będzie narzędziem Żelenskiego do kolejnego szantażu.Trzeba się liczyć, ze rękami milionów Ukraińców osadzonych w naszym kraju. Poza przestępczą patologią Ukraina ulokowała nie tylko w Polsce siatki terroryzmu i wywiadu, ale też rezydentów ośrodków propagandy określanych ,,blaskiem wolności”. Jak wielką dezinformację sieją i usiłują przekonywać o tej jedynej prawdzie pokazuje rzeczywistość na rosyjsko-ukraińskim froncie.

Oni tą wojnę przegrali gdy jeszcze się nie zaczęła. Ale czy potrafią żyć pokojem? Polacy z każdym dniem bardziej negują jakąkolwiek symbiozę z ciamajda nem, co potwierdzają sondaże i ulica. Latem byłem w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, który udostępniono również Ukraińcom. Podczas słonecznej kąpieli w parku wodnym cała ich grupa głośno i radośnie twierdziła, że Polacy będą się za nich na froncie łomotać. Nie precyzuję  reakcji naszych ziomków. Mniej więcej na to samo teraz zasługuje wspomniany portal, ciekawe przez kogo finansowany? Ciekawe pod co podciągnąłby to  Żurek.

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

goralo-baca123 salon24/kiedy-w-polsce-powroci-obowiazek-wizowy-dla-ukraincow


Proste pytanie. Związane z naszym bezposrednim bezpieczenstwem , ktore stawiaja miliony Polakow na ten jakze wazny temat a nadal nie ma zadnej oficjalnej odpowiedzi ze strony Rzadu czy Kancelari Prezydenta nie mowiac o Ukrainskiej Partii w Polsce PIS..

Jestesmy zaniepokojeni faktem , ze tzw ” ukraincy ” z Ukrainy i bylych Sowieckich Republik , ktorzy zakupili Paszporty Ukrainskie w Kijowie ( proceder ten trwa od 2020 po dzisiaj ) wjezdzaja do Polski bez potrzebnej i ciagle obowiązującej Wizy Schengen , ktorej to potrzebe posiadania Polska zniosla..

Z niejasnych komunikatow Rzadu i Prezydenta wynika , ze jest nieznany termin od kiedy obowiazek posiadania Wizy na wjazd go Polski zacznie znowu ich obowiazywac..

Jest sie czego obawiac  powiem brak potrzeby posiadania Wizy stworzyl okazje zdemobilizowanym zolnierzom ” ukrainskim ” w liczbie 700 000 tysiecy , ktorzy  „walcza „? na froncie ( nikt nie wie jak tam naprawde jest ) z Rosjanami pod Czarno-Czerwona Narodowa flaga i insygniami SS jak np SS-mani i ” ukrainscy ” neo-nazisci z formacji militarnej Azov ( okolo 80 000 tys ) wraz z różnymi międzynarodowymi „ochotnikami” w liczbie circa 15 000 nieograniczonego wjazdu do Polski..

Nie potrzeba wielkiej wyobrazni aby przewidziec co sie stanie jak obowiazek posiadania Wizy nie zostanie ponownie przywrocony.

Od czerwca ub. roku Militarny Dwor Zelenskiego zniosl zakaz wyjazdu z Ukrainy osobom miedzy 18-21 rokiem zycia.

Od tego czasu po dzien dzisiejszy trwa inwazja przyjazdow wymienionych 

Ocenia sie ze wjechalo do Polski okolo 120 000 mlodych ” ukraincow ” niektorzy z nich Afrykanskiego i Latyno-amerykanskiego pochodzenia..

Mafijne przyczolki sa juz w Polsce utworzone i pracuja pelna para..od przemytu narkotykow, broni , nielegalnych migrantow po Cyber-crime zwiazanych z call-center w Kijowie, Lwowie, Odessie , Charkowie..oraz  handlem i przerzutem do Ukrainy kradzionych samochodow i dobr z Zachodniej Europy..

Zorganizowane ” ukrainskie ” grupy przestepcze w Polsce zajmuja sie rowniez aktami sabotazu i terroru na zlecenie..

Mozna wiele pisac na ten temat..Rozwiazanie jest bardzo proste i darmowe

Ustawa o przywróceniu Obowiązku Wizowego dla wszystkich bez wyjątków..

Gdzie jest Panstwo ? gdzie jest Prezydent ? jakie sa powody ? ze takiej ustawy nadal nie ma ? 

Czy potrzebne beda kolejne trupy , ofiary przestepstw , gwaltow , kradziezy ? aby w koncu zabezpieczono nam Polakom bezpieczenstwo we wlasnym kraju  za ktore to  my Polascy podatnicy placimy ..

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/ruina-geopolityki-kaczynskiego/

Po ogłoszeniu przez administrację amerykańską nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego mamy pogrzeb. Będzie miał miejsce cichy pochówek geopolityki Jarosława Kaczyńskiego, choć politycy i propagandyści PiS, póki co udają, że Strategia świetnie się w tę geopolitykę wpisuje.

O cóż chodzi? Na stronach 25-26 interesującego nas dokumentu czytamy o Europie: „Ten (europejski – A.W.) brak pewności siebie jest najbardziej widoczny w relacjach Europy z Rosją. Europejscy sojusznicy cieszą się znaczącą przewagą sił zbrojnych nad Rosją niemal pod każdym względem, z wyjątkiem broni jądrowej. W wyniku wojny Rosji na Ukrainie stosunki europejskie z Rosją są obecnie głęboko osłabione, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Zarządzanie stosunkami europejskimi z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego USA, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na całym lądzie Eurazji, jak i ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi. Podstawowym interesem Stanów Zjednoczonych jest negocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych na Ukrainie, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozszerzeniu wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić powojenną odbudowę Ukrainy, która umożliwi jej przetrwanie jako państwa. Wojna na Ukrainie miała swój tragiczny skutek w postaci zwiększania zewnętrznych zależności Europy, zwłaszcza Niemiec. Obecnie niemieckie firmy chemiczne budują jedne z największych na świecie zakładów przetwórczych w Chinach, wykorzystując rosyjski gaz, którego nie mogą zdobyć w kraju”.

Z ujawnianych przez media zachodnie niejawnych załączników do Trumpowskich 28 punktów mających stanowić podstawę przyszłego pokoju wynika, że Amerykanie chcą przejąć Nord Stream, odbudować go za swoje pieniądze i pompować rosyjskie węglowodory do Europy.

Z całej Strategii wynika dość jednoznacznie, że Donald Trump traktuje Rosję jako partnera, podczas gdy obecną Europę, w postaci monstrualnego socjalistycznego i globalistycznego potworka, jakim jest Unia Europejska, jako wroga. Strategia jednoznacznie przyznaje rację moim analizom – uchodzącym dotąd za „onucowe” i „zbieżne z narracją Kremla” – o amerykańskiej chęci zbliżenia z Rosją, aby spróbować odciągnąć Federację Rosyjską od ścisłego sojuszu z Chinami. Dla tego celu Trump jest gotowy poświęcić interesy Kijowa, realistycznie uznając, że Ukraina wojnę przegrała i musi uznać nową terytorialną rzeczywistość.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego to całkowita ruina geopolityki Jarosława Kaczyńskiego. Ten prawie osiemdziesięcioletni polityk – mentalnie tkwiący w czasach Zimnej Wojny, toczącej się w latach jego młodości – przyjmował dwa aksjomaty. Pierwszym była wrogość do Rosji, postrzeganej jako prosty spadkobierca Związku Radzieckiego i oczywiste zagrożenie dla Polski. Drugi aksjomat głosił, że strategicznym sojusznikiem Polski (i rzekomo istniejącego Trójmorza) są Stany Zjednoczone, które pozostają wierne paradygmatowi z czasów Zimnej Wojny, iż największym wrogiem „wolnego świata” jest i będzie neokomunistyczna Rosja, autokratycznie rządzona przez Putina. Przy okazji, utrzymując strategiczny sojusz z Waszyngtonem, Warszawa może sobie pozwolić na luksus delikatnego eurosceptycyzmu. Nie jest nam potrzebna federalizacja Unii Europejskiej i wspólna polityka obronna, gdyż gwarantem naszej suwerenności przez rosyjskim zagrożeniem jest NATO z dominującą pozycją USA.

Ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego czarno na białym wynika, że świata geopolityki Kaczyńskiego już nie ma. Trump ogłosił chęć zbliżenia z Rosją, traktowaną jako sojusznik przeciwko globalizmowi, którego rzecznikiem jest Unia Europejska. W imię tego zbliżenia zamierza dogadać się z Putinem na temat podziału wpływów w Europie wschodniej, gdzie granice Ukrainy to tylko jeden z elementów.

Wniosek ze Strategii jest prosty: nie można być nadal strategicznym sojusznikiem USA w Europie prowadząc politykę antyrosyjskiej histerii. Polityka antyrosyjska będzie dla Waszyngtonu kłopotliwa, gdyż wrogiem Stanów Zjednoczonych są Chiny, a nie Rosja. Ten z sojuszników europejskich USA, który będzie prowadzić politykę antyrosyjską, może nieopatrznie zaangażować Waszyngton w konflikt z Moskwą. W tej sytuacji Stany Zjednoczone, mając do wyboru między lojalnością sojuszniczą wobec Warszawy, a geopolityczną rozgrywką na linii Waszyngton-Moskwa-Pekin o panowanie nad światem i światowy podział wpływów, będą musiały dokonać wyboru, kierując się swoją racją stanu. Oto proklamacja bezsensu pisowskiej rusofobii w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Niestety, nie wierzę, że Jarosław Kaczyński uzna, iż nadszedł czas na polityczną emeryturę. Domyślam się, że kompletnie nie rozumiejąc przemian geopolitycznych na świecie, PiS będzie teraz próbowało przeczekać, licząc, iż „Trump w końcu zrozumie” jaka jest Rosja i kim jest Putin. Pisowcy i pisowskie media cały czas są nadal na wojnie z Rosją, jakby świat zatrzymał się w 1988 roku. W sumie pisowcy mogą tę strategię wypierania rzeczywistości przyjmować dopóki są w opozycji. Długofalowo będzie to jednak wymagało podjęcia strategicznej decyzji. Jakie są możliwości? Są dwie. Pierwsza to postawienie na sojusz z USA, szczególnie, że Strategia wyraźnie wskazuje na Polskę jako na jeszcze „zdrowe” państwo z którym Waszyngton chce współpracować przeciwko globalistycznej Unii Europejskiej. Ale podtrzymanie tego sojuszu będzie wymagało resetu stosunków z Rosją. Druga możliwość to podtrzymywanie frontu antyrosyjskiego pomimo stanowiska Waszyngtonu. To zaś wymaga zmiany polityki europejskiej PiS, a mianowicie doszlusowania do Donalda Tuska i Ursuli von der Leyen w projekcie federalizacji UE i stworzenia wspólnej armii unijnej w obliczu zagrożenia rosyjskiego.

Innymi słowy, Kaczyński musi dziś wybrać między tandemem Trump-Putin, albo von der Leyen-Tusk. Właśnie dlatego wybór emerytury byłby dlań, i dla Polski, najlepszym rozwiązaniem.

Adam Wielomski

Doskonała propozycja: Dekalog Narodowego Przetrwania. [uzup.]

dekalog-narodowego-przetrwania

To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem, najważniejsze są kwestie cywilizacyjne, bo to one stanowią fundament odniesienia przy analizowaniu kwestii szczegółowych. Kwestie cywilizacyjne mają charakter całościowy, fundamentalny i dlatego podoba mi się inicjatywa Dekalogu Narodowego Przetrwania zainicjowana przez dziennikarza Jacka Karnowskiego i socjologa Marka Grabowskiego.

To jest właśnie to. Nareszcie ktoś wystąpił z kompleksowym programem cywilizacyjnym. A program załatwia znacznie więcej niż tylko kwestię demograficzną.

Ale zacząć trzeba od smartfonów i mediów „społecznościowych”, bo to temat gorący.

Jednym z najpoważniejszych problemów Polski jest problem demograficzny. Wielu ludziom wydaje się, że jest to problem nie do rozwiązania.

Zastanówmy się więc, czy istnieją  r e a l n e  szanse na jego rozwiązanie. 

Jeżeli chodzi o rozumienie  r e a l n o ś c i,  to ja bym proponował sięgnięcie do historii.

Weźmy Bitwę o Anglię z r. 1940. Czy istniała realna szansa by Anglicy mogli ją wygrać, w obliczu niemieckiej przewagi liczbowej i technologicznej ? Czy realne było mniemanie, że udział polskich pilotów zmieni układ sił w tej bitwie ?

Powszechne przekonanie, nie wyrażane głośno, było że to nierealne. Anglicy i Niemcy lekceważyli udział polskich lotników, dopóki do gry nie wszedł dywizjon 303 ze swoją strategią, która odwróciła bieg wydarzeń na korzyść aliantów.

Dywizjon 303 stworzył  p i ę ś ć,  która zdemolowała niemiecką taktykę i przekonanie Luftwaffe o niezwyciężoności i skłoniła Anglików do modyfikacji własnej strategii. Niemcy musieli odłożyć zamiar inwazji na Wyspy z powodu braku przewagi w powietrzu. A przewaga ta była niezbędna jak udowodniła porażka aliantów przy próbie desantu w Dieppe w 1942 r. .

I taka pięść jest nam potrzebna teraz – stworzenie złożonej strategii, która wywoła zmiany. Głównym składnikiem takiej pięści nie może być czynnik finansowy, lecz zbiór propozycji i zabiegów kulturowych, które zmienią postrzeganie problemu i ludzkie postawy. Nie cała  p i ę ś ć  musi być od razy zrealizowana. Realizacja tylko paru kluczowych projektów wygeneruje dynamiczny proces, który potoczy się dalej sam. 

Taką strategię proponują Karnowski i Grabowski w postaci Dekalogu Narodowego Przetrwania.

Ja zatrzymam się nad jednym z aspektów, który może bulwersować liberałów: jak zatrzymać laicyzację ?

Laicyzacja nie ma perspektyw, z czego należy sobie zdać sprawę w pierwszym rzędzie , a to z racji chrześcijańskich fundamentów cywilizacji Zachodu. Ludzie to czują i program ma już wyraźne zalążki – jeden to wydarzenia nie tylko religijne lecz i kulturowe, jakimi stały się Orszaki Trzech Króli (tu państwo widzą, jaki problem językowy mamy – bo przecież podstawą kultury jest religia). Dodajmy do tego falę powstawania zespołów śpiewających pieśni religijne, w tym szczególnie kolędy, takich jak np. rewelacyjna Mała Armia Janosika, która wpisuje się w długotrwały trend zapoczątkowany jeszcze przez Arkę Noego. W każdej parafii pojawiły się śpiewające zespoły dziecięce i młodzieżowe i chóry dorosłych. Tym samym pojawiła się gotowa infrastruktura, na bazie której można zorganizować Festiwale Polskich Kolęd. Należałoby też pomyśleć o dorocznych konkursach poetyckich na nowe pastorałki. Są przecież poeci, którzy piszą rewelacyjne wiersze nie tylko dla dzieci. 

Skoro mowa o muzyce, to pójdźmy o krok dalej. Dodajmy do tego niewykorzystany potencjał jaki tworzy narodowy taniec polski – polonez. Niech każdą większą uroczystość państwową, jak 3 Maja, 15 sierpnia i 11 Listopada otwiera polonez odtańczony ( ale odtańczony z werwą) przez Prezydenta z Pierwszą Damą, z udziałem całej elity politycznej. Nie trudno przewidzieć, że takie wydarzenie stanie się bodźcem do naśladowania w skali kraju.Nastąpi lawinowa reakcja. Warto przypomnieć Polakom, że w trakcie rządów Kadara, po upadku Powstania 1956 r. Węgrzy starali się zachować kulturę narodową tworząc oddolnie Domy Tańca. I dlatego tam teraz rządzi Fidesz.

Jak państwo widzą, nawet w tak ograniczonym punkcie można wygenerować pięść, która zburzy stary system.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na kolejny postulat, który może natrafić na opór – ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych – tu mogą protestować dzieci i młodzież. Ale nie ma od niego odwołania. Zakaz używania smartfonów przed 16 r. życia. Do komunikacji z rodziną tylko proste komórki z ograniczonymi funkcjami.Wprowadził bym radykalną propagandę antyyoutuberską. Koniec z lansowaniem influencerów, youtuberów i tej całej patologii.

Wszystkie postulaty prorodzinne są jak najbardziej uzasadnione, bo rzeczywistość zmierza w tym właśnie kierunku, co widać w USA, gdzie coraz większym powodzeniem cieszą się rodziny wielopokoleniowe. Ale postulat likwidacji propagandy antyrodzinnej wymagałby wyeliminowania badziewnej prasy dla kobiet, która oprócz idiotyzmów lifestylowych przyczynia się do hiper-seksualizacji.

Jak elegancko wprowadzić szkolenie wojskowe a jednocześnie promować wychowanie patriotyczne? Recepta jest prosta: dzieci w przedszkolu zapoznajemy z barwnie przedstawioną historią misia Wojtka i Baśki Murmańskiej – w rozmaitych formach – zabawkach, pluszowych misiach, lekturach, komiksach, filmach. I natychmiast idziemy za ciosem i przechodzimy do legendy dywizjonu 303, ale tu musimy interweniować, bo w youtubie pojawiają się w tym temacie fatalne filmy wołające o pomstę do nieba jeśli chodzi o język, nadmierne epatowanie patosem i emocjami, tworzenie fikcyjnych wątków  oraz przekręcanie faktów.

Legenda dywizjonu 303 daje okazję zintegrowanej nauki – można wykorzystać ją w zajęciach z wojskowości, na lekcjach historii ucząc o faktach i patriotyzmie, na lekcjach geografii, a na lekcjach polskiego można poprawiać błędy w scenariuszach rozpowszechnianych w filmach na youtube i wskazywać na ryzyko związane z bezkrytycznym korzystaniem z internetu.

I w ten sposób, dla każdego punktu Dekalogu można opracować zestaw propozycji. A następnie można podjąć debatę i wygenerować najbardziej realistyczne i skuteczne propozycje, zamiast emocjonować się twittami Tuska na X.

======================================

mail:

Szanowny Panie Profesorze

W artykule: dekalog-narodowego-przetrwania

„To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem,….”

         Panie Profesorze, z jakiegoś powodu w Gietrzwałdzie przez dziesiątki lat nie mogli zamieszkać Polacy (potrzebne były rekomendacje KC PZPR). Nadal w centrum może być przemysł , NIE dla budownictwa mieszkalnego. Nasi wrogowie boją się do tej pory historii z lat 1877 i następnych,  po objawieniach Gietrzwałdzkich, w sercu polskiej Warmii. Ludzie wtedy zaczęli odmawiać różaniec, chłopy  sporządniały i przestały pić alkohol, rodziny żyły w zgodzie z przykazaniami, a kobiety rodziły po 10-15 dzieci i w ciągu krótkiego stosunkowo okresu ludność polska na terenach zaborów podwoiła się lub nawet potroiła, nie mówiąc o innych wielkich pozytywach. Szkoda, że autorzy dekalog-narodowego-przetrwania nie biorą tego rodzaju zdarzeń za przykład odrodzenia narodu Nie będzie dobry, nie kompletny poradnik…ale może od czegoś musieli zacząć. 

Oczywiście mogę się mylić, ale bardzo Pana proszę o zainteresowanie autorów tym szczegółem narodowego przetrwania, jeżeli to jest możliwe.

[—]

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami

Stefan Grabski z Gdańska 

(Ogólnopolski Komitet Obrony Gietrzwałdu)

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno

Dekalog Narodowego Przetrwania:

Jacek Karnowski i Marek Grabowski

stawiają sprawę jasno

– „Trzeba to położyć na stole”

5 sty, 2026 wakcji24.pl/dekalog-narodowego-przetrwania-jacek-karnowski

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Polska stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu demograficznego w swojej nowoczesnej historii. Liczby nie pozostawiają złudzeń, a dotychczasowe polityki – zdaniem coraz większej grupy komentatorów – okazały się nieskuteczne lub pozorne. W „Salonie Dziennikarskim Extra” na antenie Telewizja wPolsce24 Jacek Karnowski i Marek Grabowski zaprezentowali „Dekalog Narodowego Przetrwania” – dziesięć radykalnych postulatów, które mają odwrócić proces wymierania narodu. To nie gotowa ustawa, ale propozycja cywilizacyjnej debaty. Jak podkreślał Jacek Karnowski: „To są rzeczy, które trzeba położyć na stole”.

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Katastrofa demograficzna – diagnoza bez znieczulenia

Polska demografia znalazła się na równi pochyłej, a tempo spadku liczby urodzeń przyspiesza. W latach 80. w Polsce rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie, jeszcze w 2017 r. – ponad 400 tys. Tymczasem dziś prognozy mówią o zaledwie ok. 230 tys. urodzeń rocznie. „To jest katastrofa” – padało wprost w programie Telewizji wPolsce24.


Jacek Karnowski zwracał uwagę, że nie mamy już do czynienia z wahaniem czy cyklem, lecz z trwałym załamaniem modelu cywilizacyjnego. Wskaźnik dzietności na poziomie 1,38 oznacza nie tylko brak zastępowalności pokoleń, ale realne zagrożenie dla ciągłości państwa, systemu emerytalnego, obronności i kultury. W tym sensie – jak sugerował prowadzący – demografia przestaje być „jednym z tematów”, a staje się sprawą egzystencjalną. To właśnie z tej perspektywy powstał Dekalog Narodowego Przetrwania.

Dog parenting

Dog parenting – fałszywa relacja człowiek–zwierzę. „Macie po trzy smycze zamiast trójki dzieci”

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Dekalog Narodowego Przetrwania – dziesięć punktów w całości

Autorzy dekalogu – Jacek Karnowski i Marek Grabowski  podkreślali, że nie jest to dokument zamknięty ani dogmatyczny. „My się nie upieramy przy konkretnych zapisach i punktach, można rozmawiać, ale to jest premiera” – mówił redaktor naczelny telewizji wPolsce24 Jacek Karnowski. Oto pełna lista dziesięciu przykazań, wraz z komentarzami pojawiającymi się w trakcie dyskusji:

  1. Zakaz propagandy antyrodzinnej – wprost nazwany przez Jacka Karnowskiego zjawiskiem groźniejszym niż narkotyki: „Jej skutki są nawet straszniejsze”.
  2. Przyjęcie założenia, że misją każdej kobiety i mężczyzny jest posiadanie potomstwa – „To nie oznacza stygmatyzowania, ale to musi być ważna wartość społeczna” (Jacek Karnowski)
  3. Przyznanie rodzinom z dziećmi większych praw politycznych – np. dodatkowy głos wyborczy na każde dziecko.
  4. Progresywne programy socjalne – im więcej dzieci, tym realnie większe wsparcie finansowe.
  5. Wychowanie młodego pokolenia maksymalnie poza wpływem mediów społecznościowych – jako warunek zdrowia psychicznego i więzi społecznych.
  6. Wzmocnienie treści narodowych i wspólnotowych w edukacji szkolnej – więcej praktyki, ruchu i wspólnoty.
  7. Obowiązkowe przeszkolenie wojskowe – powszechne, z różnymi formami służby.
  8. Powstrzymanie laicyzacji życia społecznego – a przynajmniej jej systemowej promocji.
  9. Zaprzestanie wykorzystywania zagrożeń geopolitycznych i zdrowotnych jako narzędzia destabilizacji społecznej – odniesienie do doświadczeń pandemicznych.
  10. Przyjęcie założenia, że emigracja na stałe z Polski nie może być postrzegana jako zjawisko neutralne – lecz jako realna strata narodowa.
Mniej dzieci mniej pieniędzy

Mniej dzieci to mniej pieniędzy i praca do późnej starości. Eksperci McKinsey ostrzegają przed konsekwencjami spadku urodzeń

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Antyrodzinna propaganda i fałszywe obietnice nowoczesności

Najostrzejsze słowa Jacka Karnowskiego dotyczyły kulturowego tła kryzysu. Jego zdaniem Polska od lat podlega intensywnej presji narracyjnej, w której rodzina i rodzicielstwo przedstawiane są jako ciężar, przeszkoda lub wręcz patologia. „Propaganda antyrodzinna powinna być karana – co najmniej tak surowo jak handel narkotykami” – mówił dziennikarz, argumentując, że skutki społeczne są długofalowe i nieodwracalne.


W tym kontekście Marek Grabowski przywoływał konkretne przykłady medialnych przekazów: hasła w rodzaju „ciąża to choroba” czy „żałuję, że jestem matką”. Zdaniem Karnowskiego problem polega na tym, że takie komunikaty nie są neutralne – one aktywnie zniechęcają do rodzicielstwa i podkopują fundamenty wspólnoty. W jego ocenie państwo, które nie reaguje na taki przekaz, de facto godzi się na własne wymieranie.

Kryzys dzietności w Polsce. Czy "psiecko" zastąpi dziecko

Kryzys dzietności w Polsce. Czy „psiecko” zastąpi dziecko? [ANALIZA I KOMENTARZ]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Jednym z najbardziej dyskutowanych punktów dekalogu była propozycja przyznania rodzinom z dziećmi większych praw politycznych. Redaktor Jacek Karnowski tłumaczył ją wprost: skoro dzieci nie głosują, a decyzje polityczne bezpośrednio wpływają na ich przyszłość, to ich interes musi być reprezentowany. „Dodatkowy głos na każde dziecko” – ten postulat ma, zdaniem autorów, wymusić zmianę logiki rządzenia.


Równie mocno wybrzmiała propozycja progresywnych programów socjalnych. Jacek Karnowski mówił jasno: 800+ na pierwsze dziecko, 1600+ na drugie, 2400+ na trzecie – to nie „rozdawnictwo”, lecz inwestycja w przetrwanie narodu. Dziennikarz podkreślał, że dotychczasowe programy były zbyt płaskie i nie tworzyły realnej zachęty do powiększania rodzin. W tym ujęciu rodzina przestaje być klientem państwa, a staje się jego strategicznym partnerem.

dzietność

John Burn-Murdoch: Martwimy się o dzietność, a problemem jest globalna samotność [ANALIZA]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Kolejne punkty dekalogu dotyczyły wychowania i bezpieczeństwa. Jacek Karnowski akcentował konieczność ograniczenia wpływu mediów społecznościowych na dzieci i młodzież. „Trzeba szukać rozwiązań” – mówił, wskazując, że cyfrowa socjalizacja niszczy więzi, autorytety i zdolność do życia we wspólnocie.


Wzmocnienie treści narodowych w edukacji szkolnej nie oznacza – jak zaznaczał – indoktrynacji, lecz odbudowę poczucia sensu, zakorzenienia i odpowiedzialności. Podobnie obowiązkowe przeszkolenie wojskowe ma być nie tylko elementem obronności, ale także szkołą wspólnoty. „Wszyscy bez wyjątku” – mówił redaktor Karnowski, dodając, że kobiety mogłyby pełnić służbę np. w strukturach medycznych czy logistycznych. To wizja państwa, które znów uczy współodpowiedzialności.

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Emigracja, laicyzacja i pytanie o przyszłość

Ostatnie punkty dekalogu dotykały tematów najbardziej drażliwych: laicyzacji i emigracji. Jacek Karnowski podkreślał, że nie chodzi o narzucanie wiary, lecz o zatrzymanie procesu systemowego wypychania religii i etyki chrześcijańskiej z życia publicznego. W jego ocenie to właśnie one przez dekady wzmacniały rodzinę i solidarność międzypokoleniową.
Równie stanowczo mówił o emigracji: „Nie może być dalej postrzegana jako rzecz neutralna czy wręcz pozytywna”. Stały odpływ młodych, wykształconych ludzi to – jak argumentował – podwójna strata: demograficzna i kulturowa. Dekalog Narodowego Przetrwania nie jest więc tematem jednej audycji, lecz apelem o cywilizacyjne otrzeźwienie. Jak mówił Jacek Karnowski: „Jeżeli teraz nie przejdziemy do czynów, za chwilę nie będzie już komu tej debaty prowadzić”.

Biskup Świdnicki Marek Mendyk

Biskup Świdnicki Marek Mendyk: Współczesny świat skutecznie wygasza w kobietach instynkt macierzyński

Czytaj dalej

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłacimy!! Pomożemy biednym Jankesom.

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłaci za nie Polska

nvestmap.pl/ponad-pol-miliarda-dolarow-na-inwestycje-w-4-amerykanskie-bazy-wojskowe

Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji w cztery amerykańskie bazy wojskowe w Polsce — w Drawsku Pomorskim, Powidzu, Łasku i Wrocławiu. Łączna wartość prac to ponad 500 mln dolarów, jednak wszystkie koszty pokrywa strona polska. Informację ogłosił wiceminister obrony Cezary Tomczyk.

USA dają zgodę, Polska płaci. „To jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa”

Wiceminister obrony Cezary Tomczyk poinformował, że rząd USA zaakceptował plan inwestycji w cztery bazy wojskowe w Polsce.

Na platformie X napisał: „Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji ponad 500 milionów dolarów w czterech bazach w Polsce – Drawsko Pomorskie, Powidz, Wrocław i Łask. Współfinansujemy obecność amerykańską, bo to jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa!”

Choć sformułowanie „zaakceptował plan inwestycji” może sugerować współfinansowanie, w rzeczywistości całość środków pochodzi z budżetu Polski. USA jedynie zatwierdziły zakres prac, które wpisują się w zobowiązania wynikające z umowy EDCA (Enhanced Defense Cooperation Agreement).

504 mln dolarów na cztery bazy. Co obejmują inwestycje?

Zgodnie z dokumentami, zaakceptowanymi przez administrację USA, Polska sfinansuje m.in.:

rozbudowę poligonu w Drawsku Pomorskim (woj. zachodniopomorskie),

modernizację bazy sił lądowych w Powidzu (woj. wielkopolskie),

ulepszenia infrastruktury w bazach lotniczych w Łasku (woj. łódzkie) i we Wrocławiu.

To element szerszego pakietu inwestycji, które mają zapewnić odpowiednie warunki dla obecności wojsk USA w Polsce.

Ustawa NDAA i gwarancje obecności wojsk USA w Europie

W grudniu 2025 r. Kongres USA przyjął ustawę NDAA, regulującą wydatki obronne, którą podpisał prezydent Donald Trump. Dokument zawiera zapis, że liczba żołnierzy USA w Europie nie może spaść poniżej 76 tys., o ile nie zostaną przedstawione szczegółowe raporty uzasadniające redukcję.

W ustawie nie przewidziano żadnego bezpośredniego amerykańskiego finansowania dla baz w Polsce. Inwestycje w cztery polskie lokalizacje zostały wpisane jako te, które realizuje strona polska.

10 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce

Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 tys. żołnierzy USA, z ponad 80 tys. rozmieszczonych w całej Europie. Ich obecność jest uznawana za ważny element odstraszania potencjalnych zagrożeń.

Jednocześnie pojawiają się pytania o przejrzystość finansowania.

Co warte podkreślenia, inwestycje w amerykańskie bazy w Polsce są potrzebne, ale brakuje przejrzystości co do podziału kosztów i rzeczywistych korzyści. Oficjalne komunikaty mogą sugerować wspólne inwestycje, choć w praktyce to Polska pokrywa całość kosztów.

Amerykański kompleks magazynów w Powidzu, w Wielkopolsce – jedna z największych tego typu baz poza Stanami Zjednoczonymi. U.S. Army

U.S. Army

Zawiało, sypnęło i padło

Zawiało, sypnęło i padło

Jerzy Szmit wpolityce/zawialo-sypnelo-i-padlo

Zima stulecia na przełomie 1978/79 pokazała, że ówczesna władza z Edwardem Gierkiem na czele okazała się słabsza od sił natury – i jej czas był policzony. Przyroda postawiła wtedy naprawdę twarde warunki: mrozy do -40 °C, dwumetrowe zaspy, porywisty wiatr. Pierwsze mocne uderzenie przyszło w 31 grudnia i przedłużyło noc sylwestrową: gremialnie stanęły pociągi, autobusy, wszystko zamarzało, a instalacje wodne i grzewcze popękały. Przedłużono ferie w szkołach i na uczelniach, pozamykano fabryki i urzędy.

Na przełomie 2025/2026 jest łagodnie: kilka stopni mrozu, sypnęło trochę śniegu, trochę powiało. Ale już słychać wezwanie: Huston mamy problem. Odklejona od rzeczywistości ośmiogwiazdkowa władza nie potrafi poradzić sobie nawet z  przygrywką do prawdziwej zimy. Nic dziwnego. Jeszcze niedawno kandydat PO na prezydenta RP przekonywał, że „planeta płonie” i grozi nam katastrofalne ocieplenie klimatu wywołane paleniem w piecach węglem, pierdzeniem krów, emisją przemysłową i przede wszystkim, rozmnażaniem się ludzi.

Jeżeli tak patrzy się na misję sprawowania władzy to oczywistym jest, że ratowanie ludzi, którym zagrażają siły natury, jest sprawą drugorzędną. Człowiek powinien dostosować się do natury, a nie wymagać od władzy, aby go ratowała, gdy przyroda postawi swoje warunki. Tak było z powodzią, kiedy Premier Tusk stwierdził na kilka godzin przed nadejściem fali powodziowej, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące”. Przecież ważniejsze jest zamykanie kopalni, ograniczanie produkcji rolnej, bo jedno i drugie niszczy przyrodę, zwijanie przemysłu, bo pożera energię, blokowanie wjazdu starszych samochodów do centrów miast, bo zanieczyszczają powietrze.

A teraz gdy przychodzi mróz i  śnieg władza po prostu nie potrafi zatroszczyć się o obywateli, którzy wpadli w pogodowe tarapaty na drogach. Obywatel, w jej optyce jest sobie winny, bo po co podróżuje jak pada śnieg? Przecież „Taki mamy klimat” – jako to stwierdziła w chwili zagrożenia życia i zdrowia ludzi ówczesna minister infrastruktury Bieńkowska (obecnie w Europarlamencie). Ośmiogwiazdkowa władza ma inny cel: przeprowadza na nas eksperyment – ile wytrzymamy ich głupoty, beztroski, braku kompetencji i wciskania ich ideologicznych dogmatów?

Śnieg, lód, mróz, wiatr to klimatyczna rzeczywistość – tak normalna jak to, że wiosną pada deszcz. Pojawią się bez pytania o zgodę, według swoich reguł i mechanizmów, nie zważając czy zrobi na złość władzy czy opozycji. Sprawdza bezlitośnie sprawność działania państwa.

A Premier Tusk cóż… poleci przygotowanie uchwały, aby takie sytuacje nie powtarzały się w przyszłości. Wyznaczy do jej realizację ministrę klimatu Hennig–Kloskę i Ministra Kierwińskiego. No i możemy być spokojni, żadna śnieżna chmura nas nie ogra.

Prawda historyczna w świetle bestialstwa na Polakach dokonanego przez „bodnarowców” z OUN-u, -UPA.

Prawda historyczna w świetle bestialstwa na Polakach dokonanego przez „bodnarowców z OUN-u

krzysztofjaw hprawda-historyczna-w-swietle-bestialstwa-na-polakach-dokonanego-przez-bodnarowcow-z-oun-upa


Być może jest to jeden z ostatnich momentów, w którym można publicznie i swobodnie wyrażać swoje opinie, poglądy i przemyślenia. Mamy bowiem jeszcze wolność słowa, która już niedługo może będzie drastycznie ograniczona przez prokuratorskie, ale pozaprawne (tj. bez ustawowych podstaw a jedynie w drodze rządowego rozporządzenia) ściganie tzw. „mowy nienawiści”, po części będącej w istocie formą swobodnej cenzury rządzących. Swobodnej tzn. takiej, w której za „mowę nienawiści” uważane będzie to, co rządzący za takową subiektywnie uznają.

———————————-

UWAGA! Poniższy tekst przeznaczony jest dla OSÓB DOROSŁYCH!!!

I to nie wszystkich, bo m. inn.:: jak-ukraincy-mordowali-polakow-lista-tortur-na-polakach

362 metody tortur stosowanych na Polakach

———————————

Wielokrotnie pisałem, że jakakolwiek normalizacja wzajemnych międzynarodowych stosunków dwustronnych musi być oparta na prawdzie historycznej. Tylko prawda i szacunek do historii oraz jednoznaczny do niej stosunek dają możliwość pojednania między narodami, niezależnie jak trudna to jest historia.

Najgorszym z możliwych działań jest próba zamilczania lub wybielania przez jedną ze stron negatywnych przeszłych zdarzeń lub też odwracanie ich kontekstowego, międzynarodowego historycznego znaczenia i nazywanie np. morderców bohaterami… Rodzi to u drugiej ze stron pewnego rodzaju bunt etyczno-moralny, który może rodzić zwielokrotnioną niechęć do określonego narodu, zdecydowanie intensywniejszą niż gdyby prawda była przez wszystkich powszechnie przyjmowana i akceptowana.

Jakże więc ważne jest aby stosunki polsko-ukraińskie były oparte też na prawdzie historycznej i w żaden sposób nie wybielały ani negowały przeszłości.

Niestety… z polskiego punktu widzenia gloryfikowanie przez Ukrainę formacji OUN oraz UPA i kreowanie ich przywódców na bohaterów narodowych nie może być podstawą prawidłowych stosunków polsko-ukraińskich opartych na prawdzie.

A ta prawda jest trudna, szczególnie dla Ukrainy i narodu ukraińskiego. To oni są odpowiedzialni za ludobójstwo Polaków na Wołyniu (luty 1943 – luty 1945 na polskich ziemiach okupowanych przez niemiecką III Rzeszę) i Galicji Wschodniej/Małopolsce Wschodniej (lata 1943–1945 na ziemiach polskich okupowanych przez III Rzeszę i ZSRR). Ukraińscy szowiniści z OUN-UPA wspierani w dużej części przez ukraińską ludność cywilną dokonali wtedy na Polakach bestialskiego, etnicznego ludobójstwa, które przyniosło – wedle różnych szacunków – od 150 do 300 tys. polskich ofiar (są też opinie, że zamordowano ok. 500 tys. Polaków + 100 tys. Żydów). Mordowano też m.in. samych Ukraińców, którzy w jakikolwiek sposób przejawiali przychylny stosunek do Polaków a także Rosjan i – i jak wspomniałem – Żydów. Dodatkowo ukraińskie akty terroru zmusiły do ucieczki z własnych domostw ponad 500 tysięcy tysięcy naszych rodaków przy czym mordy Ukraińców na Polakach, strach przed nimi i konieczność ucieczki trwały jeszcze nawet w latach 50-tych XX wieku… Zdarzały się również akcje odwetowe Polaków, ale ich skala była stosunkowo niewielka.

Sam fakt etnicznego ludobójstwa winien być a’priori przesłanką do historycznej negatywnej oceny OUN-UPA i stać się tym samym fundamentem budowy poprawnych i przyjaznych stosunków między naszymi państwami i narodami… szczególnie w obecnej trudnej sytuacji geopolitycznej.

Rzeź wołyńska (i galicyjska) to chyba najokrutniejsze ludobójstwo na Polakach w czasie ich wielowiekowej historii lub też jedno z większych.

Budowanie naszych relacji na prawdzie historycznej jest tym bardziej konieczne, że owe mordy – niezależnie od wieku i płci – dokonywane były w sposób okrutny i bestialski.

A. Korman doliczył się aż 362 metod tortur stosowanych na Polakach przez ukraińskich, nacjonalistycznych (szowinistycznych) morderców z OUN-UPA. Były to m.in.: [1], [2].

– Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy

Reklama

– Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie)

– Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy

– Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło

– Wyrzynanie na czole „orła”

Reklama

– Wbijanie bagnetu w skroń głowy

– Wyłupywanie jednego oka

– Wybieranie dwoje oczu

– Obcinanie nosa

Reklama

– Obcinanie jednego ucha

– Obrzynanie obydwu uszu

– Przebijanie kołami dzieci na wylot

– Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha

– Obrzynanie warg

– Obcinanie języka

– Podrzynanie gardła

– Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz

– Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty

– Wybijanie zębów

– Łamanie szczęki

– Rozrywanie ust od ucha do ucha

– Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar

– Podcinanie szyi nożem lub sierpem

– Zadawanie ciosu siekierą w szyję

– Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy

– Skręcanie głowy do tyłu

– Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą

– Obcinanie głowy sierpem

– Obcinanie głowy kosą

– Odrąbywanie głowy siekierą

– Zadawanie ciosu siekierą w szyję

– Zadawanie ran kłutych w głowie

– Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców

– Zadawanie innych ran ciętych na plecach

– Zadawanie ciosów bagnetem w plecy

– Łamanie kości żeber klatki piersiowej

– Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca

– Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś

– Obcinanie kobietom piersi sierpem

– Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą

– Obrzynanie sierpem genitaliów ofiarom płci męskiej

– Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską

– Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem

– Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem

– Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych

– Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha

– Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrzątku – kipiącej wody

– Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki

– Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła

– Wyrywanie żył od pachwiny, aż do stóp

– Wkładanie do pochwy – waginy rozżarzonego żelaza

– Wkładanie do waginy szyszek sosny od strony wierzchołka

– Wkładanie do waginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot

– Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od waginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz

– Wieszanie ofiar za wnętrzności

– Wkładanie do waginy szklanej butelki i jej rozbicie

– Wkładanie do otworu analnego szklanej butelki i jej stłuczenie

– Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami

– Odrąbywanie siekierą jednej ręki

– Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk

– Przebijanie dłoni nożem

– Obcinanie palców u ręki nożem

– Obcinanie dłoni

– Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej

– Odrąbywanie pięty

– Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej

– Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem

– Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem

– Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami

– Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą

– Obcinanie piłą obie nogi

– Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem

– Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi

– Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami

– Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi

– Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu

– Rąbanie siekierą całego tułowia na części

– Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie

– Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim

– Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół

– Rozpruwanie brzuszka dzieciom

– Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu

– Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi

– Łamanie stawów nóg dziecka

– Łamanie stawów rąk dziecka

– Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat

– Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem

– Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku

– Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec

– Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele

– Wbijanie dziecka na pal

– Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała

– Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi

– Wieszanie na drzewie głową do góry

– Wieszanie na drzewie nogami do góry

– Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska

– Zrzucanie w dół ze skały

– Topienie w rzece

– Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni

– Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni

– Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku

– Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii

– Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi

– Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej

– Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie

– Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem

– Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi

– Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi

– Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów

– Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego

– Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego

– Przebicie tułowia na wylot lufą karabin

– Ściskanie ofiary drutem kolczastym

– Ściskanie razem dwóch ofiar drutem kolczastym

– Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym-

– Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia

– Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie

– Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą

– Rozrywanie tułowia na wpół przez konie

– Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie

– Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku

– Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą

– Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona

– Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary

– Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia

– Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy

– Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra

– Wieszanie na kolczastym drucie

– Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą

– Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami

– Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym

– Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą

– Przybijanie rąk do progu mieszkania

– Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem

– Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. „wianuszki”.

Owe metody tortur swoją okrutną wymyślnością przewyższały tortury stosowane przez ludobójcze hitlerowskie Niemcy czy ludobójczą sowiecką Rosję.

Nie można o tych faktach zapominać i je wybielać. Nie można gloryfikować historycznych, okrutnych i bestialskich ludobójców na bohaterów narodowych. W przeciwnym razie może niestety narastać wzajemna nienawiść polsko-ukraińska. Z jednej strony może ona być podstawą odradzającego się ukraińskiego skrajnego nacjonalizmu, w którym „Lachy” (czyli Polacy) uważani byli za głównego wroga Ukrainy, a – z drugiej strony – w Polakach budzić niechęć do Ukraińców i sympatię do wszystkich, którzy w jakiś sposób szkodzą Ukrainie (np. Rosji).

Wydawało mi się wcześniej, że agresja Rosji na Ukrainę to nie był najlepszy moment na aż takie szczegółowo faktograficzne i szokujące przedstawienie elementów banderowskiego okrucieństwa Ukraińców a już fakt, że Polska i Polacy gremialnie otworzyli swoje serca i portfele na pomoc Ukraińcom w tym koszmarnym dla nich czasie wojny z Rosją powodował u mnie pewien moralny dyskomfort zawierający się w odpowiedzi na pytanie: Czy w obliczu agresji Rosji na Ukrainę był czas na przypomnienie Ukraińcom ich zbrodni na Polakach na Wołyniu i Galicji Wschodniej?

Natomiast wojna Ukrainy z Rosją rozpoczęła się przecież 24 lutego 2022 roku i być może faktycznie w pierwszych kilku miesiącach jej trwania tego drażliwego tematu nie należało poruszać. Ale wojna trwa nadal i może właśnie jest to czas, kiedy wreszcie Ukraina winna zacząć nas szanować i na bardzo trudnej prawdzie historycznej zbudować dobre długofalowe relacje między naszymi państwami, tym bardziej, że dziś w Polsce Ukraińców jest bardzo dużo (i tych przedwojennych przybywających do Polski ze względów finansowych, jak i już emigrantów wojennych uciekających przed rosyjskimi barbarzyńcami) i tak naprawdę mamy z nimi oddolne raczej dobre i ludzkie relacje.

Przecież w momencie agresji rosyjskiej to Polska i Polacy jako pierwsi zainicjowali bezinteresowną pomoc Ukraińcom i to zupełnie oddolnie, jak i państwowo. Szacuje się, że pomoc Polaków dla Ukrainy i Ukraińców wyniosła do tej pory ponad 25 mld Euro (105-110 mld zł).

Jesteśmy krajem frontowym graniczącym z Ukrainą, ale wcale nasza reakcja nie musiała być tak korzystna dla Ukraińców. U nas nie stworzono obozów dla uchodźców wojennych, bo Ukraińcy znajdowali schronienie u osób i rodzin polskich a dodatkowo pomagało też państwo polskie, samorządy, organizacje humanitarne (w tym Caritas), itd. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że tą zbiorową postawą skierowaną na pomoc Ukrainie i Ukraińcom zadziwiliśmy świat i sądzę, że też… samych Ukraińców…

Sądziłem tedy, że nasza przychylność i pomoc Ukraińcom w obecnej ich wojnie z Rosją sprawią, że skrajny nacjonalizm (szowinizm) ukraiński będzie miał coraz mniejsze poparcie ukraińskiego społeczeństwa i sami Ukraińcy poszukując swojej tożsamości narodowej zmierzą się w końcu z historią OUN-UPA, w której w dużym stopniu dotychczas upatrują ruchu wolnościowego walczącego za suwerenność i niepodległość Ukrainy. Myślałem, że właśnie ta obecna wojna sprawi, iż ta tożsamość narodowa zostanie zbudowana na jej fundamencie i heroiczna obrona przed rosyjskim agresorem stworzy nowych bohaterów Ukrainy oraz scali społeczeństwo ukraińskie wokół nowych bohaterów.

Niestety myliłem się i chyba stało się odwrotnie: na Ukrainie powoli odrasta hydra banderowskiego szowinizmu i antypolonizm!

Bardzo źle to wróży obopólnym dobrym relacjom między naszymi narodami i ogólnie państwami. Ruch pojednania jest w ukraińskich rękach… Czy będzie ich na taki ruch stać? Tego nie wiem, choć jestem coraz większym pesymistą!

A może jednak zwycięży u nich społeczno-polityczny rozsądek i będą dążyć do normalizacji z nami wzajemnych relacji opartych na prawdzie historycznej? Jeżeli tak będzie, to na pewno nie będą miały miejsca nacechowane wrogością do Ukraińców polskie wypowiedzi czy działania. Jeżeli tak będzie, to na pewno ulice ukraińskich miast nie będą nosiły nazw UPA czy OUN i nie będzie stawiało się pomników m.in. S. Banderze, który umownie stał się symbolem rzezi Polaków.

Zarówno Polakom, jak i Ukraińcom winno dzisiaj zależeć na jak najlepszych kontaktach i wzajemnej przyjaźni, ale powtarzam: tylko powszechnie akceptowana prawda i jednoznaczny do niej stosunek mogą być podstawą dobrych relacji między naszymi narodami.

[1] http://www.polskatimes.pl/artykul/942193,zbrodnia-wolynska-ludobojstwo-dzikie-i-okrutne-bestialstwo-upa-362-metody-tortur-18,1,id,t,sa.html – strona została wyłączona,

[2] http://www.fakt.pl/jak-ukraincy-mordowali-polakow-lista-tortur-na-polakach-,artykuly,220178,1.html (dr. A. Korman w: Na Rubieży (Nr 35, 1999 r.),

Zostaw za sobą dobra, miłości, mądrości i prawdy ślady…

http://krzysztofjaw.blogspot.com/

kjahog@gmail.com

Propaganda Putina atakuje małe miejscowości śniegiem i mrozem

Propaganda Putina

atakuje małe miejscowości

śniegiem i mrozem

5 stycznia 2026

AIX

Dopóki była szansa wyboru Rafa Trzaskowskiego na urząd prezydenta III RP sytuacja była stabilna – planeta paliła się. Niestety, po rezygnacji z ponownego liczenia głosów (niektórzy żądali powtórki pierwszej tury) kandydat lewicy został ostatecznie pozbawiony szansy na przeciwstawienie się klimatycznym zmianom.

Wzrost sympatii do skrajnej prawicy okazał się czynnikiem sprzyjającym patrzeniu na zimę w sposób nieodpowiedzialny.

Powinniśmy przyśpieszyć proces redukcji emisji dwutlenku węgla i światła słonecznego. Powinniśmy jak najszybciej zamknąć wszystkie kopalnie. Powinniśmy zamknąć X, główny rozsadnik rosyjskiej propagandy.

– mówi ekspert ds. stabilizacji klimatu, Mariusz Wdech.

Drogowcy i służby? Zdali egzamin! Najgorzej wypadli kierowcy

=============================

Kobiety roku a może i stulecia

Kobiety roku a może i stulecia

Autor: piko, 4 stycznia 2026

W oryginale zestawienie miało nagłówek: “9 najbardziej p…ych bab w Polsce”.

Poszerzyłbym to grono o kilka wybitnych postaci jak na przykład profesorowe Środa i Płatek, posłanka Scheuring-Wielgus czy zadymiary babcia Kasia czy Lempart.

Żeby nie było seksistowsko wymienię kilku samców z obozu władzy: Joński, Szczerba, Kierwiński, Myrcha, Szłapka, Sterczewski, Budka, Tomczyk, Gawkowski, Nitras.

Tą menażerią zarządza trampkarz von Zoppot.

Oczywiście po drugiej stronie medalu też są wybitne postaci płci obojga jak np. Suski czy Gosiewska czy sam naczelnik ale zostawmy ich na potem.

Moją faworytą wśród zaprezentowanych pań jest posłanka Marta Wcisło (trzecia w pierwszym rzędzie). Jest ona ciekawym przypadkiem, żeby nie powiedzieć, wybrykiem natury. Zgodnie z ostatnimi opiniami naukowców, wszystko co miała w głowie, poszło jej w warkocz i stąd wynikają jej poważne deficyty intelektualne.

Refleksja ogólna
Uważam, że do polityki i różnych władz specjalnie są werbowani wariaci, cynicy osoby podłe i zdrajcy. Robi się to w celu zrażenia osób wartościowych do uczestniczenia w rządzeniu. We mnie to towarzystwo wywołuje odruchy wymiotne.

O autorze: piko

============================================

  1. CzarnaLimuzyna 4 stycznia 2026
  2. Przyczynami nie są tylko dysfunkcje natury moralnej i intelektualnej. Duża część osobników sprawia wrażenie dotkniętych psychozą indukowaną, a jest to realne zjawisko kliniczne. Jeżeli do sprawy podejść na poważnie, powinno to być przedmiotem działań najpierw psychiatrycznych, a potem prokuratorskich.

Nieszczęsna Polska: Od euroazjatyckiego pomostu do bastionu hybrydowego NATO

Od euroazjatyckiego pomostu do bastionu hybrydowego NATO

3.01.2026 Adrian Korczyński wolnemedia.net/od-euroazjatyckiego-pomostu-do-bastionu-hybrydowego-nato/

Niepowodzenie próby przekształcenia Ukrainy w amerykański przyczółek wojskowy na strategicznie wrażliwym terytorium, tak blisko stolicy Rosji, potwierdza potrzebę stworzenia nowej platformy geopolitycznej.

Europa Wschodnia przechodzi głęboką transformację strategiczną. Przez lata Ukraina funkcjonowała jako zachodnia platforma konfrontacji, wykreowana przez Waszyngton w celu realizacji jego interesów geopolitycznych, jednak jej potencjał został obecnie wyczerpany. Jej rola jako narzędzia antyrosyjskiego dobiega końca.

Polska centralnym frontem hybrydowym po przesunięciu osi konfliktu

Patrząc na obecną sytuację – listopadowe rozmowy pokojowe w Genewie za administracji Trumpa, podczas których Ukraina zgodziła się na 19-punktowy plan, a Rosja twardo obstawała przy swoich żądaniach – konflikt zmierza ku rozwiązaniu, w którym Moskwa prawdopodobnie osiągnie swoje cele. W tym chłodnym, geopolitycznym rachunku potrzebna jest nowa, bardziej stabilna platforma. Tą platformą staje się Polska.

Kraj ten idealnie wpisuje się w tę rolę – jest już głęboko zakotwiczony w strukturach NATO, co minimalizuje ryzyko związane z obroną państwa spoza sojuszu. Polskie społeczeństwo, po latach intensywnych kampanii medialnych i politycznych, w dużej mierze zinternalizowało narracje antyrosyjskie. Klasa polityczna nadal wierzy, że sama „lojalność wobec Zachodu” gwarantuje sukces, jakby magiczna formuła mogła przemienić podporządkowanie w dobrobyt.

Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie stała się zamkniętymi wrotami, za którymi blednie możliwość racjonalnego dialogu z Rosją.

Nie jest to awans, lecz zmiana odpowiedzialności. Wraz z końcem ery konwencjonalnej wojny w regionie Polska przygotowuje się do niekończącej się konfrontacji hybrydowej. Jej rola sprowadzi się do funkcji logistycznego centrum sojuszu, bazy dla systemów antydronowych, automatycznego egzekutora sankcji oraz megafonu propagandowego – stałego elementu strategicznej presji, której celem jest testowanie i osłabianie rosyjskiej cierpliwości.

W 2025 roku nie jest to już wyłącznie teoria. Umowa NATO o integracji rurociągów o wartości 5,5 miliarda dolarów, pozycjonująca Polskę jako kluczowy sojuszniczy węzeł magazynowania i tranzytu paliw, a także niewyjaśnione incydenty z udziałem dronów, doskonale wpisują się w logikę przygotowywania kraju do roli, w której podobne wydarzenia staną się paliwem narracyjnym w zachodniej wojnie informacyjnej.

Dla Stanów Zjednoczonych jest to ruch opłacalny w ramach ich imperialnej polityki. Ogromne ryzyko zostaje przeniesione na terytorium Polski, podczas gdy gwarancje wynikające z artykułu 5 NATO przejmują ciężar ochrony. Waszyngton inwestuje w wysoce rentowny zasób propagandowy i narracyjny, ponosząc minimalne ryzyko własne, przekonany, że ostateczne koszty – finansowe, społeczne i strategiczne – poniosą polscy obywatele. Linia frontu zmienia swoje położenie i charakter, lecz fundamentalna nierównowaga pozostaje niezmienna: Ameryka ustala strategię, a państwa frontowe płacą cenę.

Cena złudzeń i strategiczna porażka

Władze rosyjskie mogą postrzegać Polskę jako uciążliwego sąsiada, który świadomie wybrał jednostronną retorykę godzącą w rosyjskie interesy narodowe. Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie przekształciła się w zamkniętą bramę, za którą zanika przestrzeń dla racjonalnego dialogu.

Koszty tej roli są już widoczne i daleko wykraczają poza finanse publiczne – uderzają w zwykłych obywateli, a nie w elity, które ją narzuciły. Podczas gdy Węgry, dzięki pragmatycznym umowom z Rosją, cieszą się najtańszą energią w Unii Europejskiej i przyciągają inwestycje z różnych kierunków, Polacy płacą jedne z najwyższych rachunków w Europie. W 2025 roku różnica ta stała się szczególnie wyraźna – inflacja energetyczna w Polsce osiąga rekordowe poziomy, a plany zamrażania cen jedynie odwlekają nieuniknione podwyżki.

Wielobiegunowe podejście Węgier zabezpiecza ten kraj na wypadek resetu relacji Zachód–Rosja. Polska natomiast, prowadząc politykę skrajnie konfrontacyjną, będzie zmuszona stawić czoła poważnym wyzwaniom adaptacyjnym w nowej rzeczywistości geopolitycznej. Unia Europejska – postrzegana przez polskie elity jako jedyny gwarant rozwoju – stała się podmiotem prokonfrontacyjnym, w którym „zwycięstwo nad Rosją” urasta do celu nadrzędnego, realizowanego kosztem własnych obywateli.

Presji gospodarczej towarzyszy w Polsce radykalizacja nastrojów antyrosyjskich. Permanentne narracje o nadchodzącym bezpośrednim konflikcie utrzymują kraj w stanie ciągłego napięcia, zaburzają debatę publiczną, dzielą społeczeństwo i normalizują obecność obcych wojsk na terytorium państwa – co stanowi historyczne odwrócenie zasady suwerennej kontroli nad własnym obszarem.

Gorliwie przyjmując rolę „głównego czynnika drażniącego”, Polska wystawia się na przyszłe operacje hybrydowe. Sytuację komplikuje obecność milionów Ukraińców. Pomimo polskiej pomocy narasta wśród nich rozczarowanie przegraną wojną. Pojawia się niebezpieczny trend przerzucania odpowiedzialności za tę porażkę na Polskę, podsycany przez ukraińską dyplomację oraz zarzuty, że Warszawa nie interweniowała bezpośrednio w konflikt. Widoczna obecność ukraińskich nacjonalistów z symboliką Bandery i OUN-UPA dodatkowo zwiększa to ryzyko.

W tej rozgrywce Polska przestała być aktorem, stając się wyznaczonym polem bitwy. Najwyższą ceną jest utrata suwerenności – decyzje o wojnie i pokoju zapadają w Waszyngtonie, a transformacja w wykonawcę cudzej strategii dokonała się tak płynnie, że polskie społeczeństwo nie tylko tego nie zauważyło, lecz wręcz przyjęło ją z zadowoleniem. W gorliwości bycia „lojalnym sojusznikiem” Polska zapomniała, jak być suwerennym państwem.

Utracona szansa Polski jako pomostu euroazjatyckiego

Prawdziwą historyczną szansą Polski nigdy nie było pozostanie państwem frontowym Ameryki w Europie. Geografia oferuje Polsce inny los – taki, który mogłaby kontrolować. Kraj leży dokładnie na styku Wschodu i Zachodu, w naturalnym centrum pomiędzy dwoma biegunami wpływów.

Istnieje alternatywna droga pragmatycznej niezależności, realizowana przez państwa rozumiejące sztukę równowagi zamiast ślepego posłuszeństwa. Turcja, będąc członkiem NATO, utrzymuje niezależny handel i dialog strategiczny z Rosją, stawiając interes narodowy ponad ideologiczną solidarność. Serbia prezentuje inny model – państwo europejskie, które mimo ogromnej presji odmawia przyjęcia sankcji, handluje ze wszystkimi stronami i przyciąga inwestycje z obu kierunków. Węgry pokazują natomiast, jak wykorzystać członkostwo w UE i NATO do zapewnienia taniej energii, przyciągania kapitału i prowadzenia polityki zagranicznej realnie służącej obywatelom.

Prawdziwie niezależna polska polityka zagraniczna wyglądałaby zupełnie inaczej i przyniosłaby korzyści całemu regionowi Europy Środkowo-Wschodniej. Zapewniłaby dostęp do taniego rosyjskiego gazu oraz możliwość inwestycji w energetykę jądrową z udziałem partnerów euroazjatyckich, w tym Rosatomu, gwarantując stabilną i przystępną cenowo energię – dokładnie tak, jak uczyniły to Węgry. Wspierałaby handel z Chinami i krajami Globalnego Południa, przekształcając Polskę w centralny euroazjatycki węzeł handlowy. Mogłaby zamienić antyrosyjski mur w neutralny, szanowany most handlowo-energetyczny, ożywiając Inicjatywę Trójmorza jako realny korytarz transportowy i energetyczny łączący Bałtyk, Morze Czarne i Adriatyk – służący handlowi, a nie konfrontacji.

Zamiast wykorzystać ten potencjał, podjęto decyzję o strategicznym uzależnieniu się od jednego kierunku. Zamknięcie się w tunelu atlantyckim oznaczało dobrowolne odcięcie alternatywnych szlaków na mapie geopolitycznej.

Zakazany horyzont geopolityczny

Ta alternatywna ścieżka nie jest w Polsce jedynie ignorowana – bywa traktowana jako zdrada. Największą szkodą wyrządzoną przez zachodnią propagandę jest zabicie strategicznej wyobraźni w momencie, gdy świat jednobiegunowy zanika, a geografia ponownie staje się kluczowym czynnikiem polityki międzynarodowej.

To intelektualne zniewolenie jest skutkiem dekad zachodniej „miękkiej siły”, która ukształtowała klasę polskich polityków, dziennikarzy i analityków do myślenia w ramach schematów narzuconych przez Waszyngton. Poprzez finansowanie, stypendia i media partnerskie wykształcono „klasę menedżerską”, mylącą lojalność wobec zagranicznego protektora z patriotyzmem.

Stany Zjednoczone stały się w tej narracji „chłodnym wujkiem, który zawsze ma rację” – przekonaniem tak głęboko zakorzenionym, że jego kwestionowanie bywa uznawane za zdradę stanu.

Sytuację pogłębia instrumentalizacja historii. Rzeczywiste traumy są wykorzystywane do blokowania racjonalnej dyskusji o współczesnej Rosji. Złożona i bolesna historia relacji polsko-rosyjskich zostaje sprowadzona do uproszczonej, ahistorycznej opowieści moralnej, w której każdy postulat dialogu czy pragmatyzmu natychmiast bywa piętnowany.

Przekonanie, że sojusz polsko-niemiecki, zarządzany z Brukseli według wytycznych z Waszyngtonu i wspierany przez izraelskie lobby, napędzany nastrojami antyrosyjskimi, przyniesie Polsce trwałe korzyści, jest niebezpiecznym złudzeniem. Ostatecznym celem elit unijnych wydaje się zfederalizowana Europa, w której tożsamość państw takich jak Polska ulega rozmyciu. Ani Niemcy, ani Stany Zjednoczone nie zaoferują Polsce taniej energii ani nie zainwestują w jej suwerenność energetyczną – postrzegają Warszawę głównie jako rynek zbytu i podporządkowanego partnera.

Rosja natomiast, jako mocarstwo kierujące się jasno określonymi regułami geopolitycznymi, wbrew zachodnim narracjom nie zgłasza roszczeń terytorialnych wobec Polski. Demonstruje gotowość do pragmatycznych relacji, opartych na stabilności, funkcjonalnych interesach i obopólnie korzystnych rezultatach.

Tymczasem Niemcy wykazują symptomy roszczeń kulturowych i symbolicznych wobec Polski. We Wrocławiu zatwierdzono renowację Mostu Grunwaldzkiego wraz z przywróceniem nazwy „Kaiserbrücke” i herbu Hohenzollernów – symboli pruskiej dominacji. W Sali Leopoldina po renowacji zniknął polski orzeł, a pojawił się portret Fryderyka II, inicjatora rozbiorów. Alice Weidel z niemieckiej AfD sugerowała w 2023 roku, że Polskie Ziemie Zachodnie to „Niemcy Wschodnie”. Choć gesty te mają charakter symboliczny, podważają powojenną tożsamość tych regionów.

Ostatni moment na zmianę kursu w wielobiegunowym świecie

Era uni-polarności dobiega końca. W listopadzie 2025 roku, po dołączeniu Wietnamu i Nigerii jako partnerów, BRICS+ reprezentuje ponad 45% światowej populacji oraz 44% globalnego PKB – więcej niż G7 – przy prognozowanym wzroście na poziomie 4–6% w krajach takich jak Indie czy Etiopia. Tymczasem Zachód zmaga się z recesją. BRICS+ stanowi najczytelniejszy dowód narodzin nowej, wielobiegunowej rzeczywistości.

W takim świecie ślepa lojalność wobec słabnącego hegemona staje się receptą na marginalizację i permanentny konflikt. Polska stoi przed wyborem: pozostać stałym polem bitwy albo przekształcić się w most łączący różne ośrodki wpływów.

Wielu Polaków nie dostrzega tej alternatywy ani faktu, że państwo znalazło się na strategicznym rozdrożu. Obecna ścieżka prowadzi do utrwalenia roli Polski jako platformy konfrontacji i chaosu – wyższych kosztów życia, większego ryzyka oraz dalszej utraty suwerenności na rzecz cudzej wizji strategicznej. Polska skazuje się na konfrontację z nowym porządkiem wielobiegunowym jako cudze pole bitwy, którego los rozstrzygnie się poza jej granicami.

Alternatywa – zmiana kursu i przyjęcie roli niezależnego mostu – wymaga odbudowy strategicznej wyobraźni. Polska mogłaby odzyskać realną suwerenność, zbudować pragmatyczne relacje ze Wschodem i wykorzystać swoje położenie geograficzne, aby stać się centrum dialogu, handlu i obopólnie korzystnych interesów. Przekształciłaby się z wasala w suwerennego gracza, z cudzego pola bitwy w międzykontynentalny most.

Autorstwo: Adrian Korczyński
Źródło zagraniczne: Journal-NEO.su
Źródło polskie: WolneMedia.net

Na Ukrainie świętowano urodziny Bandery

Na Ukrainie świętowano urodziny Bandery

Łukasz Jastrzębski myslpolska/na-ukrainie-swietowano-urodziny-bandery/

W licznych miastach Ukrainy odbyły się obchody 117 rocznicy urodzin Stepana Bandery. Marsze z pochodniami, szowinistyczne okrzyki, kwiaty pod licznymi pomnikami i tablicami poświęconymi współtwórcy OUN-B. Nie wzbudziło to powszechnego sprzeciwu w Polsce. Politycy, dziennikarze, duchowni udają, że spacerują w letnim deszczyku, gdy neobanderowcy oddają na nich ochoczo mocz.

Kilka dni temu dziennikarka, która w przeszłości relacjonowała wydarzenia na Euromajdanie Arleta Bojke, w słusznie nazwanym Kanale Zero przekonywała widzów, że banderyzm nie ma antypolskiego oblicza. Jest to nieakceptowalna i zupełnie fałszywa teza. To nie jest wyskok jakiejś dziennikarki. To etap wieloletniego systematycznego wybielania banderyzmu ze względu na jego antyrosyjski charakter. Działania te w świecie euroatlantyckim trwały praktycznie od końca II wojny światowej. W Polsce ze względów geopolitycznych rewizja historii Ukrainy rozpoczęła się później, a za jej ojców można śmiał uznać Jacka Kuronia, Bohdana Osadczuka ps. „Berlińczyk” i owianego fałszywą legendą niezłomnego niepodległościowca Jana Olszewskiego. Warto w tym momencie przywołać jedną z kuriozalnych wypowiedzi tego prominentnego członka loży „Kopernik” i współpracownika Komitetu Obrony Robotników (KOR). W wywiadzie dla ,,Super Expressu” Olszewski powiedział : ,,Niewątpliwie jest dla Polaków postacią mało sympatyczną, jego wypowiedzi na temat Polski były bardzo nieprzychylne. Ale chciałbym bardzo mocno podkreślić (…) ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego (…) Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło”. Olszewski przypomniał, że eksterminację Polaków przeprowadzano, gdy Stepan Bandera był w niemieckim „więzieniu”. To jakby twierdzić, że za zbrodnie Niemców w 1945 roku nie odpowiada przywódca III Rzeszy, bo w tamtym czasie przebywał w berlińskim bunkrze.

Kompradorskie elity III RP, których symbolem stała się zero-kanałowa dziennikarka doskonale wiedzą, że banderyzm pozostaje banderyzmem. I ze względu na wojnę nie stał się liberalno-demokratyczny, chadecki czy socjaldemokratyczny. Nie zmieniło się jego oblicze, zmieniły się okoliczności jak to powiedział Hermann Brunner do Hansa Klossa w jednym z odcinków „Stawki większej, niż życie”. Dzisiejsza Ukraina korzysta z usłużności i bezrefleksyjności rządzących Polską, wiec antypolskie i rewizjonistyczne zapatrywania w jakimś stopniu zostały taktycznie stłumione. Banderyzm jest antypolski w swojej definicji, w takim samym stopniu jak hitleryzm jest antyżydowski. To jest kwintesencja tej wykoślawionej szowinistycznej ideologii.

Kijów nie chciał i nie chce się zgodzić na powszechne i niezależne ekshumacje wymordowanych przez Ukraińców Polaków. I nie tylko Polaków. Na Ukrainie stoją liczne pomniki Stepana Bandery i mniej liczne, ale obecne Romana Osypowycza Szuchewycza. Na dzisiejszej Ukrainie powszechne są ulice, place i skwery noszące nazwy nazistowskich i kolaboranckich formacji politycznych i wojskowych. Odbudowywane jest muzeum naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii we Lwowie. Banderyzmu broni między innymi były szef ukraińskiego IPN-u Wołodymyr Wiatrowycz jak i lwowski arcybiskup ukraińskiego „kościoła greckokatolickiego” Ihor Woźniak. W przedszkolach i szkołach urządza się apele ku czci UPA. Na całej zachodniej Ukrainie powiewają czerwono-czarne flagi. Banderyzm jest na Ukrainie częścią państwowej polityki historycznej. Polską racją stanu jest stanowisko anty-banderowskie, które zresztą jest również w interesie tej części Ukraińców, którym obcy jest zbrukany krwią integralny nacjonalizm (moim zdaniem szowinizm) ukraiński.

Znaczna część medialnych komentatorów twierdzi, że dzisiaj nie możemy mówić o antypolskim obliczu banderyzmu, ze względów politycznych. Ze względu na wojnę rosyjsko-ukraińską. Taka taktyka Machiavellich parteru. Co się niby stanie, jak zaczniemy o tym mówić na forum międzynarodowym? Jakie to nieszczęścia Polskę spotkają? Przywódca dzisiejszej Ukrainy Wołodymyr Zełenski się na nas obrazi i odda Order Orła Białego? Ukraińcy masowo przestaną pobierać 800+ i gibko z Polski wyjadą? Spakują nam nasz sprzęt wojskowy na Ukrainie i nam go chyżo odeślą? Przestaną użytkować nasz port lotniczy w Rzeszowie-Jasionce? Zablokują konta i przestaną przyjmować płynące pieniądze z kieszeni polskiego podatnika? Wypną się na naszą służbę zdrowia i wrócą się leczyć do Kijowa? Nie będą z satysfakcją sprzedawać swoich produktów rolnych w Polsce? Zabiorą tablice pamiątkowe upamiętniające UPA z naszego kraju i postawią je sobie w Kijowie? Arcybiskup greckokatolicki Ihor Woźniak rzuci na nas klątwę? A może się oflagują się czerwono-czarnymi flagami i odśpiewają gremialnie „Bat’ko nasz Bandera, Ukrajina maty”? Przestańcie bredzić. Można tutaj śmiało zacytować przywódcę USA, który powiedział: „Ukraina nie ma żadnych kart przetargowych”.

Cynicy z kolei mówią, że to taktyka polityczna. Udajemy, że nie widzimy banderyzmu, bo jest to dla nas opłacalne. W jakim niby wymiarze opłacalne jest tolerowanie ideologii skrajnie antypolskiej? Co my jako naród niby zyskujemy wspierając skorumpowane i skompromitowane nawet w oczach licznych Ukraińców ośrodki probanderowskie? Argument, że Ukraina jest tamą chroniącą nas przed rosyjską agresją jest zupełnie fałszywy. I nie jest to opinia rosyjska, węgierska czy białoruska ale amerykańska. Dyrektor Wywiadu Narodowego USA Tulsi Gabbard oświadczyła, że Rosja nie jest w stanie podbić i okupować całej Ukrainy, a tym bardziej napaść na resztę Europy. Tych, którzy powielają takie tezy, nazwała „podżegaczami wojennymi”. Chyba szefowej sojuszniczego wywiadu największego państwa NATO można wierzyć? Narracja, że Rosjanie przybędą nad Wisłę i pozjadają żywcem dzieci i starców słabiej już działa. Nastroje systematycznie się zmieniają, a wraz z tym coraz trudniej snuć opowieści o trollach, orkach i neo-enkawdzistach. Sprzeciw wobec banderyzmu przestał być powszechnie uważany za równoznaczny z poparciem dla wojny na Ukrainie. To przestało działać, w momencie gdy społeczeństwo zobaczyło prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa rozmawiającego jak równy z równym z prezydentem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem. Wielu zrozumiało wtedy, że prawidłową drogą rozwiązywania problemów cywilizowanego świata jest dyplomacja, a nie wojna. jest to istotne zwłaszcza dla państw tak położonych jak Polska czyli w strefie ewentualnego zgniotu mocarstw.

To nie stosunek do jakiegokolwiek prezydenta, w tym Rosji powinien być odnośnikiem w polskiej polityce. Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinna być Polska, a nie żaden przywódca, obce państwo, pielęgnowana fobia czy ponadnarodowa koncepcja globalnych odklejeńców. Odniesieniem powinien być nasz interes narodowy czyli bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność narodu polskiego. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. W tym z największym obszarowo państwem naszego globu. Poważne państwa – USA, Indie, Chiny, Izrael czy nawet Węgry – to już wiedzą. U nas dalej pielęgnacja insurekcyjnej masturbacji i zramolałych idei.

Wielu jest u Polsce szaleńców, którzy chętnie by wpędzili nasz kraj w wojnę u boku Ukraińców. Nawet w momencie, gdy praktycznie cały świat zna jej wynik. Mamy nad Wisłą stronników wojny w mundurach, ale również garniturach. Ludzi, którzy swoją prowojenną narrację wykuwają w kuźniach propagandy niczym stachanowski kowal. Wyprodukowali oni mentalną rzeszę romantyków, często nawet uczciwych patriotów, ale kierujących się sercem, a nie rozumem. Ludzie ci wykalkulowane w ośrodkach kierowniczych ludzkości brednie biorą za dobrą monetę. Święcie wierzą, że Ukraińcy walczą za demokrację, tolerancję czy nawet za Polskę. Dlatego musimy pamiętać, że źle pojmowany patriotyzm jest dla nas jako wspólnoty narodowej bardzo szkodliwy. Mesjanizm, insurekcyjność, romantyczne bzdury są szkodliwe i te idee należy wypleniać. Tej grupy ludzi nie da się naprostować, ale należy ich politycznie izolować.

Ma rację b. premier i lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Leszek Miller mówiąc, że Ukraińcy nie walczą za Polskę. Z prostej przyczyny – oni walczą o Ukrainę. Naszym endeckim obowiązkiem jest gasić rozgrzane głowy, wychowane na insurekcyjności i wyklęciźmie. Musimy być racjonalni i ukazywać realną ocenę sytuacji nawet jeśli nas samych to już męczy. Musimy do znudzenia mówić o skutkach, które mogą dotknąć każdą polską rodzinę. To ciężka, skrajnie nieopłacalna i mało efektowna praca, ale taki jest nasz polski obowiązek. Musimy to robić konsekwentnie, inaczej po raz kolejny w przyszłości będziemy słuchać na akademiach deklamowanych patetycznych wierszy i słuchać ckliwych piosenek o poległych „za wolność naszą i waszą”. Nasz sąsiad będzie w tym czasie świętował kolejną rocznicę urodzin Stepana Bandery.

Łukasz Jastrzębski 

Nasza wojna?

Nasza wojna?

ślimak

Jerzy Karwelis 3 stycznia, wpis nr 1389

Czasy o wysokim nasyceniu narracyjnym produkują zbitki słowne, które najpierw swym dziwactwem zwracają na siebie uwagę w potocznej komunikacji, potem stają się neutralne na tyle, że nie słyszymy tego zgrzytu, by potem wedrzeć się do powszechnego języka i zaśmiecać go do upadłego. Pisałem już kiedyś o używaniu określenia „na Ukrainie” i „w Ukrainie”. To nowe dziwactwo językowe w postaci wyrażenia „w Ukrainie” stało się już tak powszechne, że obecnie stanowi już przyimkowe rozróżnienie grup ludzi – ci od „w Ukrainie”, to na bank zwolennicy bezwarunkowego wsparcia Kijowa, podczas, gdy cała reszta, ta od „na Ukrainie” to albo puryści językowi, albo realiści w stosunku do zmagań Ukrainy z Rosją i naszego udziału w tym procederze. Po prostu jest to znacznik, hasło, po którym od razu rozpoznajesz z kim masz do czynienia.

Przypomnieć należy, że cała afera zaczęła się od godnościowego uczczenia wysiłku militarnego Ukrainy, przyznania mu godności niezależnego państwa, na co miał wskazywać, tak jak w innych przypadkach przyimek „w”, w USA, w Niemczech, a więc mówienie „na Ukrainie” jakoby „umniejszało” Ukraińcom, zwłaszcza doświadczanych wojną. A więc pozamieniano, że będziemy jednak mówili „w Ukrainie”, ale „na Węgrzech”, czy Słowacji to zostało po staremu. A co to oni jacyś gorsi? Tak to jest jak bieżączka wciska się w język za pomocą wmuszania medialnego. Czyli jak Rosjanie napadną na Węgry, to będziemy jeździli „do Węgier”? A jak się skończy wojna na Ukrainie, to język wróci na swoje miejsce? Tak to wygląda proces zaśmiecania języka z powodów narracyjnych, czy wręcz politycznych.

Pojęcie

Teraz króluje, i to właściwie od początku wojny Rosji z Ukrainą, pojęcie pt. „to nasza wojna”. Odmieniane przez przypadki, w każdej argumentacji, szczególnie zwolenników bezkrytycznego zaangażowania w ten konflikt Polski, jest używane codziennie i przy każdej okazji. Spróbujmy się zmierzyć z tym co to naprawdę znaczy, przez kogo jest to to używane, wobec jakich kontrargumentów i czy jest to zbitka słowno-logiczna prawdziwa.

U podstaw tej mody leży dość ugruntowane przekonanie, które właśnie ma uzasadniać nasze kompletne roztopienie się państwa polskiego w tym konflikcie, przyjmowanie bezkrytycznie już nawet nie żądań, ale wręcz gróźb ukraińskich dotyczących sprostania ich potrzebom. Na czym polega ten impas, którym za każdym razem szachuje się każdy głos krytyki co do zachowania się Polski jako państwa w tej sprawie? Jest to założenie, że Ukraińcy walczą tam poniekąd „za nas”. Jest to propaganda o źródłach zdecydowanie ukraińskich, która szybciutko została przejęta, i to głównie u nas, bo ze świecą szukać propagatorów takiej argumentacji gdzieś na Zachodzie. „Nasza wojna” nie mówią o tym konflikcie ani Węgrzy, ani Rumuni, co dopiero kraje „starego Zachodu”, czy Turcja. To my się tu wyrywamy w ramach tej „naszości”. Jak to wygląda? Ano argumentacja jest taka: (podaję od razu z kontrargumentami)

  1. Ukraińcy walcząc oddzielają nas od stania rosyjskich wojsk nad polską granicą, co byłoby dla nas fatalnym przypadkiem. Ale – my, łącznie ze stacjonującymi na Białorusi wojskami rosyjskimi mamy z nimi i bez Ukrainy granicę długości 650 km. Wiem, wiem, walczymy o to, by nie wydłużyłaby się ona o następne 535 km, i to dlatego tak niby strasznie się w ten konflikt angażujemy. Z tym, że przedłużający się konflikt obecnie toczy się we wschodnich regionach Ukrainy, nie ma ze strony Rosji żadnych roszczeń terytorialnych co do ukraińskich regionów zachodnich graniczących z Polską. Za to brnięcie w ten konflikt grozi upadkiem nie kilku regionów Ukrainy, ale całego państwa i dopiero wtedy będziemy mieli kłopot na granicy.
  2. Drugi argument jest już niby bardziej cyniczny – oto pierwszy raz w historii to nie naszymi rękoma i nie polską krwią Rosja jest ścierana w swej potędze. Mamy więc z tego mieć korzyść geopolityczną, bo to ma osłabiać agresywne zapędy rosyjskiej mocarstwowości. Ale ten rodzaj argumentów ma jedną słabą stronę: w tym konflikcie wszystkie strony się ścierają i co będzie z naszym bezpieczeństwem jak Ukraina się „zetrze” pierwsza? Jaki będzie wynik dla nas takiego biegu wypadków? Widać to już teraz – nasze dozbrajanie Ukrainy przyniosło fatalne skutki, wcale nie przeważyło szali działań wojennych – no chyba trochę na początku, ale ten początek zamiast prowadzić do pokoju rozzuchwalił tylko wojenne podżegactwo Zachodu, Polski i Ukrainy do kontynuowania tej wojny, która właśnie przebiega coraz mniej korzystnie. W efekcie zaraz nastąpi jakaś forma zawieszenia broni, na warunkach o wiele gorszych niż te odrzucone prawie 3,5 roku temu, a my zostaniemy się rozbrojeni, bo posłaliśmy zbyt wiele na Ukrainę. Pokój zastanie nas nieprzygotowanych do wojny, w wykroku pomiędzy utratą sprzętu a brakiem nowego. Rosja wcale się za bardzo nie starła, sankcje nie działają, są omijane nawet przez Unię. Kreml stać na wojnę na zasoby, zwłaszcza co do siły żywej, która nie tylko się powoli Ukrainie kończy, ale nawet Kijów zezwala potencjalnym swoim poborowym na wyjazd na Zachód. Z ostatniej decyzji by wypuszczać Ukraińców w wieku 18-22 lat skorzystało ponad 100.000 młodzieńców. Tak więc w sprzęcie Zachód już ledwo dyszy, w ludziach to samo, zaś Rosja przestawiła się na gospodarkę wojenną, zaś rekruta jej nie brak na tyle, że nie zdecydowała się jeszcze na pobór powszechny.
  3. Trzeci argument za „naszością” tej wojny jest taki, że Rosja chce zaatakować i Polskę, zaś Ukraina stanęła mu tylko na drodze. Ergo – jak Putin wygra na Ukrainie, to zaraz weźmie się za nas. To więc jak najbardziej nasza wojna, trzeba pomagać jak sobie, bo po nich – my. A skąd taka pewność? Bardziej chyba z własnej propagandy, by uzasadnić strachem swoje, w tym unijne i polskie, nieudolności. Rosja ugrzęzła na Ukrainie, nie ma zbyt wielu sukcesów militarnych, ale i nie zaangażowała się pełnoskalowo. Rosja ma za to sukcesy polityczne – Unia się rozsypała, zadłużyła, pokłóciła politycznie, wzmogła cenzurę i autorytarny dyktat. USA szukają na Kremlu partnerstwa, mogą zrobić zaraz „Jankee go home” z Europy, NATO się zatrzęsło, zaś Chiny życzliwie zaglądają w oczy Kremlowi czy przypadkiem nie pójdzie na romans Waszyngtonem.
  4. W wojnie na zasoby Rosja wygrywa, a więc może się nawet i nie przemieszczać terytorialnie, bo całe tyły jej przeciwnika się systemowo trzęsą. Ukraina staje się państwem osłabiającym cały europejski Zachód, wymaga ciągłej kroplówki, co osłabia finansowo kraje „chętne”. I po co, i jak, miałaby taka Rosja zaatakować nas tu? Jak wystarczy wpuścić (wedle oficjalnych wersji) kilka styropianowych dronów czy tuzin balonów przemytniczych i zaraz zbiera się rząd, nawet w Święta, zaś najnowsze myśliwce n-tej generacji podrywają się z lotnisk, by postrzelać rakietami za ciężkie tysiące dolarów w drony wartości zużytej Toyoty z komisu samochodowego. Po co Rosji miałby być potrzebny konflikt z jeszcze żyjącym – a w ramach konfliktu do odrodzenia – NATO, skoro za chwilę przy negocjacji pokoju mogą przy zielonym stoliku dostać wiele – miejmy nadzieję, że oprócz ziemi – z Europy Środkowej? Ten automatyzm, że po Ukrainie przyjdzie na nas kolej zakłada, że nasza przynależność do NATO nie ma jednak żadnego znaczenia, bo miałaby nie odstraszać Putina.

Naszość wojny

W końcu – jeśli przyjąć dyżurny argument-killer, że to „nasza wojna”, to trzeba sobie powiedzieć w takim razie, że tę „naszą” wojnę przegrywamy. Wojna więc to była dziwna, bo taka nasza-nie nasza. Dawaliśmy tam wszystko, oprócz siły żywej (mam nadzieję), ale nie mieliśmy żadnego wpływu nie tylko na to na jakich warunkach zwrotnych tej pomocy udzielamy (podpowiadam – na żadnych), ale nawet na co to pójdzie. Czy mieliśmy jakiś wpływ na decyzje czy to militarne czy polityczne w tej „naszej” wojnie? Żadnych. Byliśmy tylko dawcą w ciemno. Na taką rolę zgodziliśmy się od początku. Czyli wpływów żadnych – same koszty. A więc charytatywny darczyńca.

Gdyby to była nasza wojna to siedzielibyśmy przy jakichś stołach narad, a nie jechali w osobnych wagonach, bo starsi i mądrzejsi naradzają się sami. Obawiam się, że również w sprawach takich jak „co zrobić z Polakami w ‘ich’ wojnie”. Gdyby to była „nasza wojna” nie dalibyśmy się sprowadzić do roli wyłącznie dostawcy, bez decyzji na co idą nasze zasoby, co z tego będziemy mieli oraz kiedy ta nasza usługa ma się skończyć. Zaraz bowiem poziom „naszości” tej wojny może się podwyższyć w ten sposób, że do zasobów sprzętowo-materiałowych dodamy również nasz zasób ostatni – ludzki. Na razie europejski Zachód, a właściwie Grupa E3 (Niemcy, Francja i Wielka Brytania) tego od nas nie żąda, ale sam prowadzi ostrą walkę o obecność europejskich wojsk rozjemczych w jakiejś wyimaginowanej strefie buforowej, którą swoimi siłami może obsadzić w góra 10% potrzeb. Do kogo się więc zwróci o zasoby ludzkie? Pewnie do nas, ale na szczęście (tu wyjdzie moja ruska onuca z brudnych walonek) mamy Putina, który nie po to zaczął się z Ukrainą, żeby na końcu wojny, którą wygrywa stały jakieś zachodnie wojska, bliżej jego granic niż przed wojną. 

Skoro to „nasza wojna”, to należy rozumieć, że jesteśmy na wojnie z Rosją? No to mamy szczęście, bo chyba Putin o tym nie wie. Jesteśmy krajem do wojny kompletnie nieprzygotowanym, co udowodniła nie tylko wojna rozpoczęta w lutym 2022 roku. Nie zaczęliśmy się przygotowywać nawet po agresji Rosji w 2014 roku. Nic. A już brak wniosków po rozpoczęciu „drugiej wojny” ukraińskiej, to już pomsta do nieba. To tak wyglądają działania w konflikcie, w którym podobno uczestniczymy? Z jednostkami, które nie są nawet w stanie wyjść z koszar, jeśli mówimy o batalionie wzwyż? Bez obrony powietrznej? Wojsk dronowych? Po prawie czterech latach wojny w kraju z nami graniczącym?

„Naszość” tej wojny polega więc nie na działaniach, nawet decyzjach, militarnych, tylko na gadaniu o „naszości”, bez żadnych, oprócz narracyjnych, konsekwencji. A więc ta nasza wojna to jest pic na użytek wewnętrzny, by rozdzielić rodzime ziarno „ochotnych” od onucowych plew pacyfizmu. Jednocześnie ma to przenieść mobilizację społeczną w obszary wzmaganego strachu, wszak jesteśmy w wojnie już od dawna, podobno. A wtedy każda władza, jak za testu kowidowego, jest fajna i każda niesubordynacja, brak zgody na dowolne szaleństwa władzuchny jest aktem zdrady państwowej.

Dziwność wojny

No dobra, dyżurnie przyjmijmy, że to „nasza wojna”, ale w takim razie to wojna dziwna. Już tylko z rzadka mówi się o niej, że jest pełnoskalowa. Nie jest też „operacją specjalną”, jak deklarował Putin. Ale popatrzmy – nie ma poboru powszechnego w obu wojujących krajach, handel kwitnie, łącznie z eksportem i wymianą handlową wojujących i wspierających stron. Charakter starcia jest – mimo wielkich zapowiedzi o powszechnej mobilności przyszłej wojny – bardziej przypominający I wojnę światową z kilometrami stałych okopów i umocnień. Na górze jeżdżą czołgi, a pod ziemią szumią rurociągi z surowcami i po wirtualnym niebie latają zaś faktury i przelewy.

I najważniejsze – moim zdaniem to wojna na zasoby. Zwłaszcza Europa, uboga po szaleństwie klimatyzmu w surowce jest tu w kropce: albo musi z marżą pośredników i pewną taką dozą nieśmiałości, jednak kupować od Rosji, albo wisi na gazie z USA i ropie od Arabów. Tego kłopotu nie ma sama Rosja. To samo jeśli chodzi o zbrojenia – Kreml jedzie pełną parą, zaś przemysł ciężki, a tym bardziej militarny w Europie rozpędza się – jeśli w ogóle – bardzo powoli. W dodatku trwają cały czas targi kto ma za to zapłacić, co antagonizuje kraje Unii.

Istniało niebezpieczeństwo dla Kremla, że ta sytuacja „obudzi” jakoś Europę, ale widać, że nic z tego nie będzie. Jak już się za to wzięła Unia Europejska, to już można być pewnym, że będzie późno (za późno?), drogo i wszystko ugrzęźnie w debatach i walkach o dojście do unijnego żłoba. Jeśli już starczy jakiejś kasy to raczej na armię europejską, za słabą na przeciwstawienie się Rosji bez Ameryki, za to w sam raz, by trzymać Europejczyków za mordę, w razie problemów z procesem federalizacji Unii. Dla Rosji nie będzie żadnej groźby przebudzenia.

To wojna na zasoby. Zawsze zastanawiało mnie, czemu Rosjanie nie bombardują kilku na krzyż magistrali kolejowych po zachodniej stronie ukraińskiej. To przecież tymi nielicznymi nitkami idzie cały sprzęt na wojnę. Wystarczyłoby kilka nalotów, powtarzanych co dwa tygodnie i ruch witalnego sprzętu by ustał. Czemu Rosjanie tego nie robili? Moim zdaniem jest to dowód na dziwność tej wojny. Zamierzoną. Skoro Putin chce, by się Zachód wykrwawiał przez ukraińską ranę to po co zatykać żyły, którymi wypływa w ukraiński piach zachodnia krew? Niech się upłynnia. A, że to głupie, bo Putin pozwalałby na zaopatrywanie frontu swoim przeciwnikom? Ale właśnie tak robi od początku. Sprzęt najwyżej pozabija mu na froncie ludzi, ale to dla Rosjan nie jest od początku jakiś najważniejszy priorytet. „U nas ludiej mnogo, wsiech nie usmotrisz” – najwyżej zginie ich ileś tam tysięcy więcej, za to Zachód się wyprztyka, będzie wojskowo nikim, zadłuży po uszy, zaś narody popadną albo w panikę, albo w apatię. A więc taka strategia przynosi Rosjanom korzyść i wysoce udziwnia wojnę, która dotąd zdawałaby się polegać na atakowaniu linii zaopatrzenia.

Czyjość wojny

Skoro to „nasza wojna”, to popatrzmy się czy jest to wojna… Ukraińców? Dla tych walczących – jak najbardziej. Dla tych, co pozostali – już nie tak bardzo to „ich wojna”. Spośród wszystkich moich znajomych z Ukrainy, ci co pozostali w ojczyźnie, wszyscy mają dzieci na Zachodzie. Po pierwsze – to oznacza, że można wyjechać, a więc to kolejna odsłona „dziwnej wojny”. Po drugie – pokazuje to dość niski stopień „ichniości” wojny dla Ukraińców. I żeby nie było – ja to rozumiem: kto by chciał ginąć za kraj zoligarchizowany do tego stopnia, że kradzież pomocy zagranicznej dla wojującego kraju jest dla jego włodarzy procederem bezkarnym. Też bym nie walczył, zgoda. Też bym chował swoje dzieci po Hiszpaniach, Polskach, czy Niemczech. Ale nie wycierałbym sobie jednocześnie codziennie ust oświadczeniami o własnej ofierze, patriotyzmie, nie świeciłbym innym w oczy pozorami bezgranicznego zaangażowania.

Czy to wojna ukraińskich imigrantów? No, na pewno nie wszystkich. Dyżurny model matki z dziećmi, która uciekła do Polski przed bombami, a tatuś ze szwagrami walczą na Ukrainie jest przypadkiem dość rzadkim. Na pewno niknącym w tłumie poborowych dekowników, całych rodzin, które po prostu skorzystały z okazji na szansę na migrację ekonomiczną, zerwanie ze zgniłym systemem ojczyzny. Ale to likwiduje wszystkie powody dla szczególnego traktowania tej migracji, inne niż czynionej z powodów ekonomicznych.

Nie bardzo widać iunctim pomiędzy ekonomicznym, jeśli już nie socjalnym, charakterem tej migracji a traktowaniem całości Ukraińców awansem jako ofiary uchodźtwa wojennego. A tu jest wszystko do jednego worka. Czemu więc socjal, czemu lekarstwa, czemu edukacja, czemu te preferencje często przewyższające prawa Polaka? Nie mają żadnego uzasadnienia wojennego, są za to otwartymi wrotami do nadużyć, które leżą u podstaw rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców. Takie cuda są jeszcze wzmacniane narracją takich migrantów jak to oni walczą o Ukrainę, kiedy sama ich tu obecność pokazuje, że właśnie nie walczą.

Trzeba pamiętać, o czym pisałem, że mamy jakby dwie migracje – tę pierwszą, „przedwojenną”, która miała szczery charakter zarobkowy, była asymilacyjna, nacelowana na wtopienie się w polski żywioł. Druga to w dużej mierze migracja socjalno-roszczeniowa, przy okazji wojny, gdzie elementy uchodźcze są wysoce narracyjne. Widzą to nie tylko Polacy, ale i… migranci ukraińscy z pierwszej, zarobkowej migracji. Po prostu ta migracja wojenna psuje im PR, bo swą niewdzięcznością posuniętą do roszczeniowej agresji, wrzuca wszystkich Ukraińców w pojmowaniu ich przez Polaków, do jednego wora.

Odpada tu też argument demograficzny. Przypomnę, że otwarcie się na Ukraińców w pierwszej, zarobkowej migracji było akceptowalne ze względu na padającą polską demografię. Nie było komu robić, a więc ochotni do roboty byli mile widziani. Wtedy jeszcze łudzono się potencjalną bliskością kulturową, co okazało się szkodliwym mitem. Ci asymilacyjni Ukraińcy widać, że chcą się zintegrować z Polakami i ich kulturą. Ci roszczeniowi – gdzież tam, są pyszałkowaci, zaś jako przedstawiciele kultury turańskiej (nam się mylą jako Słowianie z kulturą łacińską) każdą bezinteresowną pomoc odbierają jako dowód słabości frajera. A więc demograficznie może być ten ukraiński rachunek poważnie zweryfikowany przez wojenną falę migracji. Możemy, wzorem Zachodu, doczekać się całych dzielnic i pokoleń, co to roboty nigdy nie widziały, żyją w swoich gettach, kumulując nienawiść do systemu, który codziennie wykazuje, na ich własne życzenie, że nie dość się stara uchylić nieba dekownikom.

Migracja jako zdobywca

W końcu trzeba postawić pytanie czy dla tych wszystkich oligarchów, którzy rozbijają się na ukraińskich tablicach brykami za miliony wojna na Ukrainie, to „ich wojna”, skoro to wojna nasza? Liczba milionerów w kraju napadniętym w czasie wojny znacznie podskoczyła. Na czym więc chłopaki tak nagle zaczęli zarabiać? No przecież ujawnienie przekrętów robionych na Ukrainie na pomocy dla walczącego państwa to, moim zdaniem, wierzchołek góry lodowej. Współczynnik „zwrotu”, czyli procent ukradzionej pomocy dochodzi do 30%, a więc możemy sobie spokojnie założyć, że kilkadziesiąt miliardów dolarów zostało przekręcone przez starych i nowych, wojennych oligarchów. To te miliardy właśnie rozbijają się po Warszawach, Wrocławiach czy Monte Carlach.

To są te niekupione czołgi. I co? I nic? Zachód to przykrywa bo albo się działkuje, albo co najmniej nie chce tego tematu drążyć, bo by się jeszcze podatnicy zapytali na jakiej to zasadzie ich włodarze na Zachodzie tak suto dotują ferrari i aston martiny? W normalnym kraju w stanie wojny obronnej, gdyby ktoś zaiwanił kasę na pomoc z zagranicy, to odbyłoby się rozstrzelanie na rynku z udziałem publiki i byłby w tydzień porządek. Ale takie mamy czasy z bezkarnością rządzących.

No bo zobaczmy: myśmy się wypruli z paru setek miliardów (to się wciąż liczy, tylko nie wiadomo jak, zaś proceder wypruwania się trwa), zaś jak widać ukraińscy oligarchowie – nic a nic. Mydli nam się oczy tym, że jakoby Ukraińcy ratowali swoimi składkami polski ZUS i NFZ. Po stanie tych instytucji widać, że lepiej by było chyba zrezygnować z takiej kontrybucji. Do tego systemu Ukraińcy wpłacają parę miliardów, wyciągają za to dziesiątki. Bilans jest ewidentnie ujemny i stanowi filar systemowej zapaści np. takiej służby zdrowia. Jaka jest kontrybucja ukraińskiego biznesu, który – podobno – daje (uwaga!) Polakom pracę? Pewnie bez tej gospodarności Polacy by sobie sami nie poradzili.

No to jak to jest, że Ukraińcy wykupują w Polsce polskie biznesy? Skąd mają kapitał? Czyżby… od nas? No dobra, niech będzie, że sami zarobili, to czemu inwestują w fuzje polskie, kiedy (pamiętam z filmów) w trakcie wojny Polacy dawali swoje obrączki, by wesprzeć wysiłek zbrojny polskiej armii? Wyświetlmy sobie następujący obrazek: jest powiedzmy 1943 rok, trwa II wojna światowa, Wielka Brytania, Anglicy pomagają jak mogą walczącej Polsce, podczas gdy Polonusy rozbijają się po Londynie limuzynami, na które nie stać Anglików, wykupują ich firmy, siedzą na socjalu i w przychodniach. A tak jest teraz w Polsce. Przypomnę, że etosem Polaków w II wojnie światowej był ruch odwrotny. Ładnie to pokazywał serial „Jak rozpętałem II wojnę światową”, który jest de facto historią Polaka, przemierzającego całą Europę, Bliski Wschód i Afrykę by przedrzeć się do Polski, po to aby o nią walczyć.

Pokój jako sierota?

No właśnie – skoro, jak widać na wyrost, wiele grup przyznaje się do tego, że to „ich wojna”, to czyja jest ona naprawdę? Widać to po tym, kto i czy… tej wojny nie chce skończyć. To zaprawdę musi być wtedy jego wojna. Nie chce jej skończyć Putin, bo im dłużej ona trwa, tym jego sytuacja się polepsza. Nie chce jej skończyć Zełenski, który kolejny raz nie chce skorzystać z szansy, by późniejsza odsłona dała mu… gorsze warunki pokoju. Czemu tak czyni? Pewnie z kilku powodów: po pierwsze z końcem wojny czekałoby go rozliczenie i to głównie z wracającymi z okopów, po drugie – Zełenski dokładnie gra w lidze europejskiej, której kontynuacja wojny jest też na rękę.

Wojna na Ukrainie odsuwa uwagę obywateli od właściwych problemów generowanych przez rządzących, którzy negatywne efekty swych polityk mogą zrzucać na poświęcenia wojenne, motywowane pięknoduchostwem szantażującym obywateli. Wojna to też wspaniały mechanizm popychający do zacieśnienia integracji europejskiej w projekcie federacyjnym Unii. Zbrojeniówka chce tej wojny, chcą jej też ukraińscy oligarchowie, którzy mają „złoty czas”, a takich miodów kończyć za bardzo nie chce się.

Za promotora pokoju, za nie swoją oczywiście cenę, robi już chyba tylko Trump, no może jakieś rosnące grupy Ukraińców. Niestety wojny też chce polska klasa polityczna i to praktycznie – poza Konfederacjami – w całości. Lewacy – wiadomo, będą grali jak im Unia zagra, zaś PiS jedzie już tym podżegactwem siłą rozpędu, będąc jednocześnie proamerykański popiera wojnę, której Trump nie chce.

Spróbowaliśmy więc tu sobie rozebrać na drobne latające w powietrzu zapewnienia o „naszej wojnie”. Całe szczęście, że to nieprawda, bo z takim stanem państwa dawno byśmy taką wojnę przegrali i popadlibyśmy w niewolę. A w niewoli i tak jesteśmy, tyle, że (na razie) w niewoli narracyjnej wojny, w której podobno wojujemy, zaś tak naprawdę jesteśmy tylko źródłem zaopatrzenia konfliktu, który im dłużej trwa, tym bardziej na tym tracimy. Taka to ta „nasza wojna”.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Radykalna kontrrewolucja jest już możliwa. Warunki.

Radykalna kontrrewolucja jest możliwa. Warunki.

Mirosław Dakowski

Przypomnę: Kontrrewolucja to nie rewolucja w przeciwną stronę, lecz odwrotność rewolucji.

——————————

[Wybaczcie, proszę, styl. Skrótowy, ale jakby prorocki. Bo jest to podsumowanie, bez podawania odnośników do poszczególnych problemów. Czyli głównie dla osób już „w temacie”, działających.]

————————————-

Tak „Zielony komunizm” UE, jak jej w pewnym stopniu […jeszcze, na razie??] członki [to jest byłe państwa], staczają się ze sporym przyspieszeniem w przepaść.

Możemy się jednak z tej śmiertelnej lawiny uratować.

UE stacza się w przepaść z szyderczym rechotem jej planisty i wodza – szatana. On zaplanował przecież, by w Europie na gruzach Cywilizacji Łacińskiej przewalał się i mordował tłum osobników bez narodowości, bez rodzin, bez jakiejkolwiek moralności.

Czy wszyscy już to widzimy?

Czy z tej spektakularnej katastrofy można jeszcze uratować Polskę?

Obecnie Polską rządzą jakieś bandy, mafię pozbawionych jakiejkolwiek etyki łobuzów, większość na żołdzie naszych wrogów. Trafia się fantasta – intrygant socjalizujący. Prawda?

Kto się z tą konstatacją nie zgadza, niech dalej nie czyta, niech powróci do lektury Gazety Wyborczej oraz Żydownika Powszechnego.

…Choć – może nie mam racji?  Może niech czytają, bo przecież jest szansa że do któregoś te rozmyślania trafią. Czy go choćby wściekną?

W latach 1989-90 wydawało się nam [niektórym, tym bardziej krótkowzrocznym; należałem do nich], że mamy szansę!

Moją nadzieję teraz budzi to, że ostatnio jakby przestała obowiązywać główna od 35 lat zasada: „My nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Teraz już obowiązuje ta, z Misia chyba: „no nie ma twego płaszcza i co mi zrobisz?”

Coraz więcej ludzi ucieka więc z POPiS-u, też ci uczciwsi z lewa, do obu Konfederacji.

Jednak w systemie partyjniackim, to jest w okowach ordynacji proporcjonalnej nie ma szans na zmianę uzdrawiającą życie polityczne. Jest „szansa” najwyżej na rozruchy, stany zagrożenia – i na przykład wejście pacyfikujące wojsk UE, to jest konkretnie Wehrmachtu.

Mamy jednak szansę. Widzę ją w wymuszeniu, przez stanowcze żądanie narodu, a z pomocą prezydenta oraz partii i ruchów pro-polskich, narodowych  – zmiany Konstytucji stolzmannowskiej 1997 roku.

Najważniejsze konieczne zmiany w nowej Konstytucji to jest:

Ordynacja: – Zmiana na JOW utrąci obecną chorobliwą sytuację rządowo-polityczną.

W gospodarce: odejście od etatyzmu i biurokracji, czyli głównie konieczne jest wprowadzenie zasady „wszystko co nie jest jasno zabronione, jest dozwolone”.

– Najważniejsze: Polska i Polacy przede wszystkim.

Próbowaliśmy po 1989-90 to przeprowadzić. Niestety silniejszy był spisek ludzi Kiszczaka i ludzi Geremka, to jest nurtów masońskich.

W dziedzinie zarządu gospodarką przybył polecany przez „brata” Geremka niejaki Jeffrey Sachs. I długo szukali tutejszego pajaca. Wreszcie znaleźli jakiegoś „popa” [dla młodzieży: „pop” to Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej] – Balcerowicza. I co? „Reforma” potoczyła się w kierunku sterowanego z zewnątrz etatyzmu, i zamiast usunąć biurokrację, wielokrotnie spotęgowali jej wpływy. Otworzyła wrota korupcji i dyktatu Korporacji.

W energetyce w dobrą stronę kierowali Stanisław Albinowski, Aleksander Szpilewicz, profesor Szargut. Tworzyliśmy realną alternatywę do energetyki socjalistycznej. Zmiany od dołu, naturalne, nie zaś procedury, nakazy i zakazy. Powstawała Agencja Poszanowania Energii. .. Z zewnątrz nakazano powstanie nakazowo-kontrolnego URE, jeszcze za premierostwa J. Olszewskiego. Widzę jego skonsternowaną twarz, gdy w czasie obiadu niejaki Adamczyk, późniejszy kryminalista, o tym go, nas, – poinformował.

 Tak wtedy jak i teraz mężowie staną i mądrzy działacze są usuwani poza media, na margines.

Za premierostwa Rakowskiego, gdy już „przemiany” były im narzucone, na przykład w ekonomii był Wilczek [twórca nowej krótkiej zasady gospodarczej eliminującej prawie całą biurokrację komunistyczną: w skrócie: wszystko w gospodarce, co nie jest stanowczo zabronione, jest dozwolone.

Po 1989 dali się poznać z rozsądnymi programami bardzo dobrzy ekonomiści, jak profesor Balcerek, Zdziarski, Kurowski, Witold Kieżun i paru innych.

Często słyszymy narzekania że nie mamy przecież mężów stanu.

To, że każdy [prawie] widzi, iż rządzą nami miernoty, tchórze, karierowicze, by potem dać szanse korupcji, nie powinno nas pozbawiać nadziei.

Dlaczego:

1) Oni nie rządzą, tylko [ głównie ] wykonują polecenia obcych

2) jak zwykle taki tutaj, szumowina zbiera się na wierzchu garnka. A wewnątrz jest jej mniej.

Sami jesteście dupki, KATASTROFĄ! Nie tylko ekolo, ale gorzej – umysłową i duchową.

———————————–

Obecnie również – mamy mężów stanu, ludzi energicznych, z programami, którzy mogą Polskę poprowadzić bezpieczną drogą. Ale – tak jak od wielu dziesięcioleci – pozbawionych wpływów, spętanych. Ordynacja JOW natychmiast da im pełną szansę działania. A co ważniejsze – da nam wszystkim szansę na rozumny rozwój.

———————————–

W nowej Konstytucji najważniejsze byłoby:

– Zmiana ordynacji wyborczej do sejmu z kilku [idiotycznych, wymienianych ad hoc] wariantów tak zwanej „proporcjonalnej” na JOW. To da możliwość skruszenia obecnych ekip [gangów??] , czy to Bandy Czworga [w latach 90-tych] czy ostatnio POPiS-u.

Nowe, tworzone, uznane przez Polaków strumyki polityczne znajdą zapewne swe miejsce w nurtach rozwijających się w Europie ruchów naprawdę demokratycznych, ale narodowych, jak na Węgrzech czy na Słowacji.

A może też wezmą sobie za wzór tendencję zza Oceanu to jest MAGA: Polska i Polacy przede wszystkim.

Ten nurt Odrodzenia wróci też na pewno [bo musi] do katolicyzmu. Nie tego rysiowego, synkretycznej mieszanki wszystkich religii. Katolicyzm prawdziwy, ten pochodzący od Jezusa Chrystusa, nie od Paczamamy czy Ducha Ziemi trwa, rośnie, ciągłe ciosy go tylko umacniają.

Czy jest to marzenie, mrzonka?

Zobaczmy, jakie zmiany w świecie, czyli warunki zewnętrzne, mają ma to wpływ.

Naturalny uzdrawiający ruch powrotu do normalności ma duże znaczenie w USA [MAGA]. Przecież oni chcą swojego dobra! Narody Europy te jeszcze żyjące [choć ciężko chore] też zaczynają wybudzać się z narkotyczny drzemki.

Najważniejsze: Piszemy, powtarzamy, że było już wiele ogromnych cudów różańcowych. Od Lepanto do wyzwolenia Austrii spod komunizmu w latach 1953-4. Niestety bracia-katolicy [w dużej większości] nie są skłonni w tych Krucjatach Różańcowych uczestniczyć. Czyżby musieli jeszcze mocniej dostać po grzbiecie?

Może teraz, gdy Wieża Babel II kruszy się i sypie – to dojrzeją? Dojrzą??

Sprawy ogólniejsze.

W skali świata kluczowym jednak będzie stan Kościoła Katolickiego.

 Bez powrotu przez hierarchię kościoła, Watykan i Papieży do Wiary Chrystusowej, nie będzie możliwe uzdrowienie, naprawienie, nawrócenie świata. To, że Watykan został formalnie w Capella Paulina 27 na 28 Czerwca 1963 roku oddany Szatanowi, opisał dawno Malachi Martin w książce „Dom Smagany Wiatrem”. Zawsze, co roku w ponurą rocznicę tego aktu o tym przypominam [Watykan. Intronizacja Lucyfera w Capella Paolina 29 czerwca 1963. Skutki widać gołym okiem.  ]. Pokonać tę naszą klęskę może tylko papież. Katolicy całego świata mogą jedynie, a jednocześnie muszą o to walczyć, głównie chyba modlitwą.

Planeta otrząśnie się spod gniotu Szatana, gdy wreszcie odważny papież poświęci Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi tak, jak prosiła czy żądała tego w Objawieniach Fatimskich. Wtedy „nastanie jakiś czas pokoju”.

Ale my, Polacy musimy do tego dożyć, fizycznie i duchowo. Przy współczynniku dzietności około 1.01 do 1.1 małą mamy na to, jako naród szansę.

To wskazywane w pierwszej części tego artykułu odrodzenie jest jednak konieczne, a usiłuję wykazać, że jest też możliwe w fazie początkowej powyżej naszkicowanych przyszłych zmagań planetarnych.

My walcząc o przetrwanie, uratowanie Polski – więc i katolickiej – wpisujemy się w coraz mocniejszy nurt Odrodzenia światowego. Jesteśmy takimi małymi i upartymi hobbitami. A Tolkien był, a raczej jest – prorokiem.

Wyraźnie zbliżamy się do decydującej bitwy. Dobrze, by możliwie wielu niziołków znalazło się w niej po właściwej stronie ! Dla ich osobistego dobra nawet!

Jak z bólem widzimy, odnowa świata nie nastąpi prędko. Musi wyzdrowieć Kościół. 

Powinniśmy więc tę naszą odnowę przeprowadzić energicznie i szybko, bo chcemy przeżyć. Przeprowadzimy może z najbliższymi [duchowo, niekoniecznie geograficznie] sąsiadami?

A potem – to już się narzuca – trzeba stanąć na czele tej światowej odnowy, prawda?

==============================

Niezgrabnie mi się napisało. Ale to nie jest materiał propagandowy. Jest to pilna zachęta do znalezienia wyjścia z paru zaułków dżungli sprzeczności.

On n’a pas besoin de chercheurs; on a besoin des trouvèurs.

Pisrael, czyli największy problem Polski

Pisrael, czyli największy problem Polski

Autor: AlterCabrio, 3 stycznia 2026

Dopóki jednak istnieją jako zwarta siła polityczna, udają prawicę i sprawiają wrażenie, że chodzi im o Polskę i interes Polaków. Zapełniają tym scenę polityczną, na której dotąd zajmowali to miejsce, gdzie powinna znajdować się prawica niepodległościowa. Jednym z głównych zadań tej grupy było pilnowanie, aby nie wyrosło nic na prawo od nich, dostali więc od zewnętrznych organizatorów przywilej bycia jedyną prawicą w Polsce.

Obrazek: Manneken Pis, słynna figurka siusiającego chłopca z Brukseli LINK

Pisrael, czyli największy problem Polski

Po tak zwanej prawej stronie sceny politycznej w Polsce panuje przeświadczenie, że największą zmorą polskiej polityki jest kombinat partii lewicowo-liberalnych, optujących za Unią Europejską, Ukrainą, Niemcami, i dobrodziejstwem inwentarza tych bytów.

Negatywna opinia Polaków o tych bytach jest jak najbardziej zasłużona, chcę jednak dowieść, że ograniczenie się do lewej, czy też lewackiej strony nie pozwala nam dostrzec problemu jeszcze większego. Problemem tym jest PiS jako główny hamulcowy odzyskania niepodległości Polski. Obecny układ w którym po jednej stronie działa KO z przystawkami, po drugiej PiS z przystawkami, a między nimi znajduje się mała partia ludowców, spełniająca funkcję „języczka u wagi” stanowi modelowy przykład zastosowania mechanizmu gnostyckiego, zakładającego równowagę dobra i zła jako dwóch przeciwieństw, które zlewają się w jedność. Układ ten powstał w Magdalence, po drodze zmieniał nazwy tworzących go partii, ale zasadniczo pozostał ten sam aż do teraz. Układ został narzucony Polsce tak samo, jak Jałta i obecność armii sowieckiej, a służy do kontroli Polski przez siły z zewnątrz. Wystarczy bowiem przed wyborami zawalczyć o kilka do kilkunastu procent wyborców, aby zdecydować, która siła polityczna będzie zarządzać Polską. Taki schemat opiera się na wzorcu, który zakłada, że tworzące go siły polityczne zawsze będą prostytucyjne, to znaczy będą służyć komuś z zagranicy za zyski i władzę, a ponieważ wzorcowo składa się ze stałych trzech elementów, zapewniających działanie i trwałość, można go śmiało nazwać trójprostytucją, inaczej tańcem trzech murew. Prostytucyjność ugrupowań osiąga się za pomocą całkowitego przejęcia ich liderów przez siły z zewnątrz, za pomocą trzech sposobów. Sposób pierwszy to hodowla zasobu ludzkiego. Delikwenta przygotowuje się do pełnienia roli agenta poprzez właściwą formację, im wcześniej się zacznie, tym lepiej, a najlepiej zaraz po urodzeniu, co jest możliwe, jeśli rodzice są agentami tej samej siły. Sposób drugi to korupcja, czyli zawsze skuteczne przekupstwo. Sposób trzeci to szantaż. Najlepiej sprawdza się połączenie tych trzech sposobów.

Czytaj też:

koniec po-pis-u, część I i II

Polski problem polega na tym, że większa część Polaków, nastawiona prawicowo, czyli normalnie i niepodległościowo uważa za reprezentantów swoich poglądów strukturę, która nigdy nie była ani prawicowa, ani niepodległościowa. Z nazwy oczywiście tak, ale to wynika nie z przekonań liderów ugrupowania, ale z przekonań wyborców, dla zagospodarowania których powstało. Skoro była docelowa grupa klientów, stworzono taki towar, który lubią, i zaoferowano wybór, jak w sklepie z partiami. Jeśli nie chcesz tych lewaków, którzy sprzedali Polskę, musisz wybrać nas, bo z nami wstaniesz z kolan. A jeśli nie wybierzesz nas, to zobaczysz, znowu wrócą do władzy oni. A skoro już wrócili, to zobacz, jakie straszne rzeczy robią. Jeśli chcesz ich odsunąć od władzy, musisz wybrać znowu nas, bo dopiero wtedy powróci normalność, a Polska będzie znowu silna i ludziom będzie żyło się lepiej. A co wcześniej było złego, to przecież nie my, to zawsze oni. Nigdy nie robiliśmy takich rzeczy, nie podpisywaliśmy, nie wdrażaliśmy, nie wpuszczaliśmy. Nie mamy niczego wspólnego z zielonym ładem, likwidacją górnictwa i energetyki, z zapaścią sądownictwa, z rozbrojeniem armii, ze sprowadzaniem imigracji, z ukrainizacją, z zadłużaniem państwa. Jedynym złem całego świata są oni, i tylko my możemy ich odsunąć od władzy. Jeśli więc nie poprzesz nas, nie będziesz patriotą.

Takie bajki wlewają Polakom do umysłów blagierzy pseudopolityki i pseudomediów. Nie chcę skupiać się na komentowaniu tego morza oszustwa, bo ono jest skutkiem, nie przyczyną. Chcę wykazać dobrodusznym, prostolinijnym rodakom, że największe zło nie jest to, które objawia się nam w pełnej krasie, szczerząc kły, lecz to, które przywdziewa maskę dobra, udając, że spieszy nam na ratunek, aby wyrwać nas ze szponów krwiożerczej bestii. Siła polityczna, znana szerzej jako PiS, występująca też pod szyldem „zjednoczonej prawicy” nigdy nie była prawicowa, lecz socjalistyczna, a niepodległość traktowała na sposób masoński.

Ten sposób myślenia oznacza, że przywódcy organizacji zawsze traktują naród jako zasób do dyspozycji państwa, a oni sami chcą być tego państwa władzą. Nie starają się jednakowoż sprawować w państwie władzy suwerennej, lecz w pełni akceptują przyjęcie obcego protektoratu. Dla socjalistycznych etatystów to najłatwiejszy wybór, gdyż daje im gwarancję, że ich władza nad państwem zostanie zachowana dzięki tej zewnętrznej potędze, której zgodzili się podlegać. Są więc władcami nad swoim krajem tak samo, jak Herod był władcą nad Judeą. Tamten z ramienia Rzymu, ci z łaski Usraela, łaszący się do tych obcych, którzy mają siłę, aby utrzymywać swoich namiestników nad skolonizowanym terytorium. Bez oporów zaakceptują również Unię Europejską, byle nie przeszkadzała im w sprawowaniu namiastki władzy. Nie jest to bowiem władza w pełnym znaczeniu, PiS nie jest autonomiczny, nie steruje procesami, zachodzącymi w państwie polskim. Autonomia procesu obejmuje trzy etapy: postulację, która wyznacza cele działań; optymalizację, która dobiera zasoby i sposoby osiągnięcia celów; realizację, która jest faktycznym działaniem nakierowanym na konkretny cel. PiS zadowalał się dotąd realizacją i częściowo optymalizacją, nie zajmował się natomiast postulacją. Oznacza to, że cele działań, podejmowanych w Polsce za rządów „Zjednoczonej prawicy” wytyczał ktoś spoza Polski, nie działając w interesie Polaków, lecz obcych sił. Władza w Warszawie miała proste zadanie: dobrać sposoby z istniejących zasobów i przeprowadzić działania. Władza ta nie zajmowała się wypracowaniem celów, zgodnych z interesem Polaków, a jeśli coś takiego udało jej się osiągnąć, to dlatego, że było to zgodne z aktualnym interesem tego, kto wyznaczał cele.

Dziś, pod rządami kolejnej władzy w Warszawie dzieje się podobnie, z tą różnicą, że zmieniły się cele zewnętrznych organizatorów. Poprzednią władzą w Warszawie zarządzała anglosaska masoneria rytu szkockiego, więc proces transformacji zachodził bardziej ewolucyjnie. Po wyborach w 2023 r. do wyznaczania celów dorwała się masoneria rytu francuskiego, rewolucyjna, dlatego działania przyspieszyły. Różnica między obiema władzami leży w szczegółach realizacji, jednak co do ogólnego kierunku są tożsame. Jest to likwidacja państw narodowych Europy i transformacja narodów w nowy zasób państwa europejskiego, poprzez wymieszanie ludności i kultur.

Żywienie nadziei, że całym złem jest Tusk i Koalicja 13 grudnia, a proces likwidacji Polski zakończy się, gdy PiS odzyska władzę nie ma żadnych podstaw. Wcześniejsze doświadczenia rządów tej formacji i tych ludzi dowiodły, że ich napędem jest żądza władzy, nawet cząstkowej i ograniczonej. Dla nich lepiej zarządzać zasobami w czyimś interesie, niż ryzykować odzyskanie niepodległości. Musieliby bowiem stworzyć jakiś własny program i wziąć na siebie odpowiedzialność, a tego nie chcą i nie potrafią. Tak, jak jest teraz, i jak zapewne będzie, gdy wrócą do władzy stanowi dla nich najlepsze rozwiązanie. Będą mogli udawać rządzenie, a odpowiedzialność zrzucać na okoliczności zewnętrzne, które jakoby uniemożliwiają im prowadzenie polskiej racji stanu. Doraźnie różnie aspekty życia zapewne poprawią się, jednak długofalowo skutki dla narodu i państwa będą takie same.

Dopóki jednak istnieją jako zwarta siła polityczna, udają prawicę i sprawiają wrażenie, że chodzi im o Polskę i interes Polaków. Zapełniają tym scenę polityczną, na której dotąd zajmowali to miejsce, gdzie powinna znajdować się prawica niepodległościowa. Jednym z głównych zadań tej grupy było pilnowanie, aby nie wyrosło nic na prawo od nich, dostali więc od zewnętrznych organizatorów przywilej bycia jedyną prawicą w Polsce. I trzeba przyznać, że do niedawna wywiązywali się z tego zadania dobrze. Konfederacji WiN bowiem również nie należy traktować jako prawicy, tylko jako próbę zagospodarowania antysystemu i wciągnięcia go w system, narzucony przez zagranicę. Od niedawna pozycja PiS na prawicy została zagrożona przez usamodzielnienie się Konfederacji Korony Polskiej i wzrost jej poparcia. Jest to obecnie największe zagrożenie dla PiS, który też jest największym zagrożeniem i konkurentem dla KKP Grzegorza Brauna. Dotychczasowi wyborcy PiS w coraz większej liczbie zaczynają to dostrzegać i przenosić swoje poparcie. PiS będzie więc walczył z KKP nie tylko o miejsce na scenie politycznej, o mandaty poselskie, o panowanie w resortach i spółkach, ale w ogóle o przetrwanie. Różnice między tymi dwoma siłami, mimo że aspirują do tego samego elektoratu są jakościowe. KKP jest bowiem tym, czym PiS być powinien, a czym być nie chce i nie potrafi.

Dopóki jednak po stronie PiS stoi Usrael, media i kapitały, siła ta będzie miała czym walczyć o swoje istnienie, a jej głównym narzędziem będzie dezinformacja. Tak długo, jak PiS będzie okupował miejsce na prawicy, tak długo odzyskanie niepodległości nie nastąpi, gdyż walka o utrzymanie PiS-u będzie walką o utrzymanie hegemonii Usraela nad Polską, co w warunkach lokalnych przyjmuje postać Pisraela. Tu pojawia się następne zagadnienie, czy odzyskanie niepodległości przez Polskę w ogóle będzie możliwe.

Czytaj też: taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

Wyborcy PiS są tak bardzo wprowadzeni w błąd przez dekady kłamliwej propagandy, że oswoili się już z brakiem niepodległości i porzucili myśl o jej odzyskaniu. Tymczasem układ polityczny, który wydał z siebie tró-jprostytucję pęka i chwieje się w posadach, a jego agonię podtrzymuje przede wszystkim to, że Polska nie prowadzi swojej własnej polityki i nie chce odzyskać niepodległości.

Gdyby więc Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna zdobyła taką władzę, jaką miał PiS przez dwie kadencje, wówczas Polska mogłaby zredefiniować swoje sojusze, wejść we współpracę z BRICS, zmienić swoją politykę wewnętrzną, doprowadzić do zakończenia wojny na Ukrainie i do zakończenia żywota Unii Europejskiej. Stawka jest wysoka i warto o nią grać, gdyż po drugiej stronie jest nasza całkowita likwidacja. Zmiana obecnej sytuacji jest więc jak najbardziej możliwa, a główną przeszkodę stanowi PiS oraz złudzenie Polaków co do tożsamości tej grupy.

Taka jest obecnie główna przeszkoda na drodze Polski do niepodległości. Na szczęście działa nieubłagany czas, a prezes Kaczyński staje się coraz bardziej podobny do Breżniewa pod koniec jego dni. Coraz starszy, coraz bardziej bezsilny, otoczony przez klikę dworaków, szepcących mu komplementy i to, co prezes życzyłby sobie słuchać. Po odejściu starca z Żoliborza głównym herosem PiS-u pozostanie Mateusz Morawiecki, o którym można powiedzieć to samo, co o sławnym żydowskim filozofie Majmonidesie: orzeł synagogi. A tego obecni wyborcy już nie zdzierżą. Bądźmy więc dobrej myśli, PiS jeszcze trochę nas będzie czarował, ale rząd dusz straci nieuchronnie i bezpowrotnie.

Największą obecnie troską polskich patriotów powinno być przygotowanie kadr Szerokiego Frontu Gaśnicowego na przejęcie władzy, jej utrzymanie i wykorzystanie do odzyskania niepodległości.

Więcej takich treści w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

________________

Pisrael, czyli największy problem Polski, Bartosz Kopczyński, 3 stycznia 2026

===============================

Szkoda, że Autor nie piszę, co taki „Szeroki Front” powinie najpierw zrobić. Przekonuję, że to powinno być: Zmiana konstytucji i w niej – zmiana ordynacji na pełne JOW.

Por.: Radykalna kontrrewolucja jest już możliwa. Warunki. [Uzupełnione].