Ukryte mechanizmy polityki

Ukryte mechanizmy polityki

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  myslpolska/ukryte-mechanizmy-polityki/

Polityką rządzą ukryte mechanizmy. Polityków się tworzy, a wojny się robi, w zależności od potrzeb. Tak było już ponad sto lat temu i nie ma powodu, by sądzić, że dzisiaj jest inaczej.

Godną polecenia książką jest Hidden History: The Secret Origins of the First World War, której autorami są Gerry Docherty i Jim Macgregor. Dokonali oni dużej pracy, aby dotrzeć do archiwów oraz innych źródeł, w poszukiwaniu przyczyn I wojny światowej, chociaż jak zauważają, większość materiałów obciążających sprawców zostało zniszczonych. Za podżeganie do wojny obciążają tzw. „ukrytą władzę” (secret elite). Utożsamiają ją z grupą brytyjskich polityków, którą historyk Carroll Quigley nazwał „Grupą Milnera.” Skupiona wokół Cecila Rhodesa, Artura Milnera i innych wpływowych osób, grupa ta postawiła sobie za cel utrzymanie anglo-amerykańskiej dominacji na świecie.

Ponieważ na początku XX wieku głównym zagrożeniem dla potęgi brytyjskiej była wzrastająca potęga Niemiec, przez ponad dziesięć lat przygotowywano skrycie wojnę, w której Wielka Brytania i Stany Zjednoczone miały wygrać, a Niemcy zostać pokonane. Uważna lektura książki skłania jednak do konkluzji, że Grupa Milnera, do której dobierano osoby mające pełnić najwyższe funkcje w państwie, a w szczególności premierów i ministrów spraw zagranicznych, sama była jedynie narzędziem, a ukrytej władzy należy szukać dużo głębiej.

Historia jest wdzięcznym materiałem, aby na jej podstawie dochodzić do praw i uogólnień, ważnych dla nas również i dziś. We wnikliwej analizie Docherty’ego i Macgregora można odkryć następujące mechanizmy manipulacji społeczeństwem i wywoływania wojen. Po pierwsze, systematycznie propaguje się w mediach wrogość wobec innego narodu i zatruwa się społeczeństwo nienawiścią. Wtedy ten mechanizm stosowano wobec Niemiec, dziś zaś odnosi się wrażenie, że podobne podejście jest stosowane wobec Rosji i Chin, podsycając w ludziach strach i sugerując, że wojna z tymi krajami jest nieunikniona. Dodatkowymi elementami wzmagającymi atmosferę wojenną i wpływającymi na społeczeństwo będącymi częścią propagandy wojennej już ponad sto lat temu jest ciągłe podkreślanie zagrożenia dla kraju, wraz z ulotkami wysyłanymi do domów; zwiększone nakłady na zbrojenia, pochłaniające znaczną część budżetu; oraz powtarzające się informacje, że kraj jest infiltrowany przez obcych szpiegów i dywersantów, co do których nie ma wątpliwości skąd pochodzą i nie potrzeba na to żadnych dowodów.

Jednocześnie mnożą się różne incydenty, mające na celu symulowanie zagrożenia i prowokowanie przeciwnika. Przed I wojną światową takim incydentem było wysłanie przez Francję wojsk do Maroka w 1911 roku, pomimo że było to niezgodne z wcześniej podpisanymi umowami międzynarodowymi. Kiedy w odpowiedzi Niemcy wysłały do Casablanki mały okręt wojenny, prasa angielska przedstawiła to jako dowód na wojowniczość Niemiec i ogromne zagrożenie dla floty brytyjskiej, która była wówczas kilkakrotnie silniejsza od niemieckiej. Jednocześnie posłużyło to rządowi brytyjskiemu do zwiększenia wydatków na flotę.

Realizacja planu, takiego jak doprowadzenie do wojny, wymaga ściśle ze sobą współpracujących ludzi, działających na różnych poziomach. W Grupie Milnera trzon stanowiły osoby, które znały plan jakim była dominacja nad światem i pozbycie się potencjalnych przeciwników za pomocą wojen. Osoby te sterowały działaniami innych i działały zazwyczaj w ukryciu. Niżej znajdowały się osoby publiczne pełniące najwyższe funkcje w państwie. Niektóre z nich, takie jak Winston Churchill, były w pełni wtajemniczone w cel działań. Churchill był wręcz znany ze swojego prowojennego nastawienia i współpracował z Grupą Milnera od czasów sprowokowanej przez Grupę wojny burskiej, podczas której był korespondentem wojennym.

Ta wojna, warto podkreślić, miała również jasno określony cel. Zapewniła dostęp do południowoafrykańskich złóż złota i diamentów, co doprowadziło do ogromnego bogactwa Cecila Rhodesa i powiązanych z nim osób oraz dawała środki na dalsze operacje. Inne postacie, takie jak brytyjski premier David Lloyd George, francuski premier Raymound Poincaré oraz rosyjski ambasador, a później minister spraw zagranicznych Aleksander Izwolski, były w zasadzie jedynie marionetkami, zwerbowanymi i w pełni kontrolowanymi przez Grupę. Osoby wykonujące działania operacyjne, z których niektóre awansowały później na wysokie stanowiska polityczne, rekrutowane były zaś często spośród studentów Oxfordu, głównie absolwentów Balliol College, nazywanym potocznie na Uniwersytecie Oksfordzkim „Bloody Balliol”. Określano ich „Przedszkolem Milnera”.

Jest ustalony klucz doboru polityków, nad którym warto się na chwilę pochylić. Muszą mieć silne strony, stanowiące o ich użyteczności, ale też słabości, dzięki czemu można nimi manipulować i ich kontrolować. David Lloyd George, z brytyjskiej Partii Liberalnej, która uchodziła za propokojową, pochodził z awansu społecznego, ale dzięki temu umiał dotrzeć do prostych ludzi i pociągnąć za sobą tłumy. To stanowiło jego silną stronę i spowodowało, że od czasu kiedy został posłem, systematycznie awansował, wchodząc w końcu w skład rządu. Ale miał też słabe strony: był erotomanem, łasym na pieniądze i luksusy. Pozyskanie go dla celów prowojennych, a stało się to możliwe jedynie dzięki wykorzystaniu jego słabości, było więc cennym nabytkiem dla Grupy. Faktycznie to głos Lloyda George’a przeważył podczas dyskusji między członkami rządu w dniu 2 sierpnia 1914 roku, kiedy decydowała się sprawa przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny.

Chęć zrobienia kariery była dla niego silniejsza niż prospołeczne zasady jakimi się wcześniej, jako liberał, kierował. Niedługo potem został awansowany na premiera i ministra wojny. Absolwent Balliol, Sir Edward Grey, pozyskany dla Grupy jeszcze przed 1905 rokiem, kiedy wszedł w skład liberalnego rządu i został ministrem spraw zagranicznych, był przeciętnym studentem i w niczym się nie wyróżniał. To była jego słabość. Swoją popularność zawdzięczał wyłącznie promocji kontrolowanych przez Grupę mediów. Stanowił dla swych mocodawców wygodne narzędzie. Wbrew propokojowemu nastawieniu rządu prowadził ukryte działania zmierzające do zbudowania sojuszu Francji i Rosji przeciwko Niemcom oraz włączenia do działań wojennych neutralnej Belgii. W dniu 3 sierpnia 1914 roku to właśnie on przemawiał w Izbie Gmin, aby wbrew oporowi posłów z jego własnej Partii Liberalnej, zaangażować Wielką Brytanię w wojnę. Kosztowała ona, jak się ocenia ok. 15 milionów żyć ludzkich.

Aby być użytecznym dla grupy wpływu, polityk musi mieć jakąś słabość. Może być to nałóg, chciwość, brak zasad, nadmierna ambicja lub zwyczajna przeciętność, która uniemożliwia karierę w normalnych warunkach.

Grupa Milnera pozyskiwała współpracowników w obu partiach rządzących, dzięki temu kierunek polityki zagranicznej był niezależny od wyniku wyborów, jak również za granicą: we Francji, Rosji i Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak Lloyd George, Aleksander Izwolski cenił życie w luksusie. Jako ambasador rosyjski w Kopenhadze, a potem w Paryżu, będący przez pewien czas ministrem spraw zagranicznych, oddał znaczne usługi dla Grupy.

Doprowadził swymi machinacjami do napięć na terytorium Bałkanów oraz wspólnie z ambasadorem rosyjskim w Belgradzie Mikołajem Hartwigem, wspomagał działania grup terrorystycznych w Serbii. Tragicznym skutkiem tych działań było zabójstwo polityczne dokonane w dniu 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie na następcy tronu Austro-Węgier. Jego kolega z rosyjskiego MSZ, Siergiej Sazonow, pełniący po nim funkcję ministra spraw zagranicznych, był także wspierany i kontrolowany przez Grupę.

To właśnie Sazonow w dniu 30 lipca 1914 roku zablokował ostatnią próbę negocjacji między cesarzem Niemiec Wilhelmem II a carem Rosji Mikołajem II i namówił cara do ogłoszenia powszechnej mobilizacji. We Francji premierem był Joseph Caillaux, zwolennik pokoju z Niemcami. Nie pasowało to do planów Grupy, a więc został wymieniony. W wyborach w 1913 roku wygrywa Raymond Poincaré, urodzony w Bar-le-Duc, mieście będącym częścią okupowanej przez Niemcy od 1871 roku Lotaryngii. Żywił on osobistą urazę do Niemiec i był zwolennikiem odebrania utraconych francuskich terenów. Aby zapewnić mu sukces wyborczy, prowadzono zmasowaną akcję propagandową i przekupywano prasę francuską. Przepływy pieniędzy organizował Aleksander Izwolski.

W osobach Edwarda Greya, Davida Lloyda George, Siergieja Sazonowa, Aleksandra Izwolskiego i Raymonda Poincaré oraz innych, które były wspierane dla zdobycia czołowych stanowisk w państwie, ukryta władza znalazła wykonawców dla wykonania swego wojennego planu.

Nie ma racjonalnych powodów aby sądzić, że podobna gra, w wykonaniu innych aktorów, ale z podobnymi celami, które są sprzeczne z przesłaniem liberalnej demokracji i pokojowym rozwojem ludzkości, nie odbywa się i dziś. Aktorów było i jest oczywiście o wiele więcej, na różnych poziomach ich zaangażowania i wtajemniczenia: politycy odrażający swą przeciętnością i chorą ambicją, a w jakiś sposób promowani, celebryci bez zasad i wiary, zakłamani eksperci.

Można by zapytać: po co są wojny i po co dąży się do konfliktów między państwami, skoro przynoszą ludziom zniszczenie i śmierć? Po to, by ukrytej władzy dać jeszcze większą władzę, wpływy i pieniądze. Książka Hidden History: The Secret Origins of the First World War powinna być przetłumaczona na język polski i lepiej znana, gdyż odkrywa ukryte mechanizmy polityki i jest przestrogą.

Tak jak to bowiem podsumował wybitny Polak i słynny antropolog Bronisław Malinowski: „Wojna stała się dzisiaj niszczycielskim anachronizmem, utratą wszystkiego, co w naszej cywilizacji jest najlepsze”. Nie dopuśćmy do tego, aby ktoś nas znowu wmieszał w wojnę za pomocą manipulacji, przekupstwa lub w inny ukryty sposób.

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Żyjemy w Kartonistanie. Dlaczego pozwalamy??

Żyjemy w Kartonistanie

Ted Cruz


tedcruz/zyjemy-w-kartonistanie

Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to Wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Żyjemy w Kartonistanie. Szef naszego rządu stwierdził, że w momencie wykrycia rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej, największych zwolnień grupowych, zamknięcia 18 porodówek w miesiąc, afery rosyjskich kontaktów marszałka Czarzastego, blamażu wprowadzenia KSeF i kompromitującej nas sytuacji w kontrwywiadowczym Ośrodku Radioelektronicznym w Przasnyszu gdzie spadł dron, a żołnierze patrzyli na niego, bo nie mieli narzędzi do jego strącenia, wydamy nasze pieniądze na… zbadanie „polskich wątków tzw. afery Epsteina”.

Tak. 3 mln stron dokumentów. Komisja z Żurkiem na czele ma sprawdzić, czy w procederze nie były wykorzystywane polskie dzieci. Dacie wiarę? Po jednej wzmiance o „dostępności polskich kobiet lub dziewcząt” z Krakowa, podczas gdy agencje modelek, dubajskich srajnaklatek z całego świata ustawiały się tam rzędami.

Ludzie! Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Jedyny związek z tą aferą to wątek Fibaka, który zresztą wystąpił w reklamie… nakręconej na potrzeby kampanii PO, mówiąc: „Wierzę Platformie Obywatelskiej, ufam energii Donalda Tuska, rozsądkowi Radka Sikorskiego i doświadczeniu międzynarodowemu Jacka Rostowskiego. W tych trudnych i skomplikowanych czasach wiem, że Platforma Obywatelska jest najlepszym wyborem dla Polaków i Polski. Dlatego z całą moją rodziną będziemy głosować na Platformę Obywatelską”. Panie premierze! Sam pan widzi! Jest duża nadzieja, że sam Epstein by na pana głosował i można zamknąć sprawę.

Teraz pomyślcie, jak trzeba być zdesperowanym, żeby zająć się jakimś zaocenicznym gównem, zamiast realnymi, polskimi problemami. Wyobraźcie sobie, jak oni panicznie nie mają żadnego planu na ten kraj.

I tu właśnie Kartonistan pokazuje swoje prawdziwe oblicze: państwo z tektury, w którym wszystko, co realne, ciężkie i bolesne, zamiata się pod dywan, a na wierzch wystawia się kartonową atrapę. Gdy kraj się sypie, gdy bezpieczeństwo istnieje tylko w powerpointach, gdy rodzenie dziecka staje się logistycznym wyzwaniem, a kontrwywiad ogląda drona jak bocian żabę na łące – władza z namaszczeniem odpala projekt zastępczy. Wielki, medialny, daleki. Bo im dalej od polskich problemów, tym ciszej słychać ich pękanie.

Zamiast rozliczać swoje zaniedbania, grzebią w cudzych śmietnikach, udając śledczych świata, podczas gdy własny dom wali się im na głowę. To strategia, w której dramaty Polaków są zbyt niewygodne, zbyt bliskie i zbyt prawdziwe, więc trzeba je przykryć głośną, obrzydliwie sensacyjną zasłoną dymną.

I w tym całym kabarecie najgorsze nie jest nawet marnowanie pieniędzy. Najgorsze jest to, że ktoś uznał nas wszystkich za kompletnych idiotów. Za naród, który da się kupić nagłówkiem, komisją i moralnym oburzeniem importowanym z drugiego końca świata. Za społeczeństwo, które nie zauważy, że władza zamiast rządzić, pozuje.

Ostrzegam. Kartonistan nie upada z hukiem. Kartonistan rozmięka w deszczu, powoli, cicho… aż któregoś dnia orientujesz się, że nie masz już państwa, tylko mokrą, cuchnącą papkę.

I wtedy nawet najgłośniejsza komisja nie zagłuszy jednego pytania: kto nam to zrobił i dlaczego pozwoliliśmy?

Jest mi wstyd za tych ludzi i za nas.

Lemingopedia

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

dzierzba


dzierzba/1polacy-najbardziej-niewierzaca-nacja-swiata

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą, że oni ten socjal…

Tytuł oczywiście jest prowokacją. To jednak coś więcej niż tylko clickbait – krzykliwy nagłówek mający przykuwać uwagę goniących za sensacją prostaczków z aspiracjami. W odróżnieniu bowiem od produktów artykuło-podobnych czyhających na maluczkich skuszonych nagłówkowymi błyskotkami, ja swojego czytelnika uraczę zaraz treścią niesztampową, niszową i zasadniczo oderwaną od bieżących wydarzeń. Taką w każdym razie mam nadzieję.

Zresztą, gdyby miało się okazać, że grubo przesadziłem z szumnymi zapowiedziami i nie sprostałem rozbudzanym właśnie oczekiwaniom, to mówiąc szczerze nie będzie mnie to ziębić ani parzyć. Piszę ten tekst z nudów – w przerwie między wieszaniem lampy w przedpokoju a nasłuchiwaniem wnerwiającej melodyjki oznajmiającej, że mogę już wieszać pranie. Jeżeli ktoś będzie się czuł jego lekturą rozczarowany, wzruszę ramionami stwierdzając, że nic mnie to nie obchodzi.

Wbrew pozorom – bo przecież wiara musi się z tym kojarzyć – nie będzie to felieton o tym, że Polacy nadal w większości mienią się katolikami, gdy w rzeczywistości mają z katolicyzmem tyle wspólnego, co goniący odjeżdżający autobus z biegaczem długodystansowym. Po prostu nikt mnie nie przekona, że gdy ponad dziesięć milionów – bynajmniej nie apostatów – oddaje w wyborach prezydenckich głos na wiceprzewodniczącego partii postulującej liberalizację prawa do zabijania dzieci nienarodzonych, to wszystko gra, buczy i pasuje. Dziś akurat nie z tym beztroskim zakłamaniem moich rodaków chciałem się rozprawić.

Będzie o tym, w co obywatele III RP tak naprawdę nie wierzą w trochę innym wymiarze.

Zatem – jak lubią mówić czujący młodzieżowego ducha autorzy – jedziemy!

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą też i w to, że oni ten socjal opłacą z własnych kieszeni. Nie wierzą, że porody na SOR-ach to standard czekający na pełne wdrożenie a zakończenie osiemset plus będzie równie proste, jak zamykanie porodówek. Nie wierzą, że to co zbiera Orkiestra to mniej niż promil rocznego budżetu NFZ i tak w ogóle niekoniecznie o sprzęt „dla dzieciaków” w niej chodzi.

Nie wierzą, że szpiedzy istnieją naprawdę, a ludzie mówiący po polsku mogą świadomie działać na szkodę swojego kraju. Nie wierzą, że zaraz będą zalani podłej jakości żywnością z Ameryki Południowej i że likwidacja rolnictwa i górnictwa to nie są błahostki o których nie warto nawet mówić. Nie wierzą, że nazywanie niemieckich obozów koncentracyjnych polskimi to żadne nieuctwo, ale celowe działanie. Nie wierzą, że ich nienawiść do jednej z partii od dawna nie jest już efektem innego pojmowania interesów państwa i swoich, ale dzikiej, bezmyślnej celowo podsycanej przez media, odbierającej rozum i godność, sterowanej furii. Nie wierzą, że hasło ***** ***! uczyniło z nich zwykłych, wulgarnych chamów.

Nie wierzą, że władza może jawnie łamać prawo i konstytucję. Nie wierzą, że Orlen za Obajtka miał się świetnie, a teraz drastycznie dołuje. Nie wierzą, że CPK to rozwój i praca, a nie gigantomania. Nie wierzą, że są upolitycznieni, sprzeniewierzający się ślubowaniu sędziowie i prokuratorzy i jeżeli tego się nie ukróci, wszyscy będziemy mieć przerąbane. Nie wierzą, że przejęcie publicznych mediów to był jawny zamach na nie. Nie wierzą, że akceptowanie byłych komunistycznych bonzów na ważnych stanowiskach państwowych to coś, co nie powinno się nigdy wydarzyć. Nie wierzą, że poprzez reformę systemu edukacji chcą zrobić z dzieci bezmyślne stado niezdolnych do głębszej refleksji proli.

Nie wierzą, że wyroki sądowe można komentować. Nie wierzą, że jeżeli nie Kościół Katolicki ze swoimi pouczeniami, to inna instytucja religijna bardziej dosadnie wymusi na nich jedynie właściwe z punktu widzenia jej dogmatów postępowanie. Nie wierzą, że nawet jeżeli traktują je z przymrużeniem oka i wyśmiewają, to oglądając durne seriale dla durniów, z każdym odcinkiem, po kawałeczku, sami stają się durniami. Nie wierzą także, że mogą mieć zaraz koło siebie tyle wiatraków, że gdyby kiedykolwiek coś poza kryminalnym bełkotem przeczytali, żartowaliby gorzko, że walczyć mogą z nimi równie skutecznie, jak Don Kichot ze swoimi olbrzymami. Polacy wreszcie nie wierzą i w to, że tak jak przed ponad 230 laty, teraz ponownie ich kraj może zniknąć z mapy Europy i zarządzający wtedy tym terytorium nie będą ani trochę zainteresowani dbaniem o ich bezpieczeństwo i potrzeby. 

Mógłbym pewnie jeszcze długo wymieniać, ale przecież nie o to chodzi. Istotne, że jako naród tak bardzo odessaliśmy się od rzeczywistości zasysając w powstałą pustkę takie ilości urągających zdrowemu rozsądkowi i instynktowi samozachowawczego bredni, półprawd lub po prostu ordynarnych kłamstw, że zbliżamy się chyba do jakiejś granicy tego szaleństwa. Co się za nią znajduje nie wiem, ale najwyższy czas uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, tak samo jak naprawdę więcej nas łączy niż dzieli.

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ; 24 wrzesień 2024 md]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.

Czy Polska jeszcze istnieje?

Czy Polska jeszcze istnieje?

poll

31 stycznia, wpis nr 1393

Zaczynam z grubej rury, ale pytanie „czy Polska jeszcze istnieje?” jest alarmistycznie zasadne. Oczywiście nie chodzi mi o Najjaśniejszą, Rzeczpospolitą, ideę która przeplata się przez losy pokoleń Polaków, ale chodzi mi o państwo. Całym pokoleniom chodziło przecież w walce, by powstał, a właściwie wrócił konkretny byt państwowy. Ideą żyliśmy zbyt długo, tęskniliśmy za i walczyliśmy o rzeczywisty twór, już nie ideę. Czy po tym wszystkim, co ostatnio przechodzimy polskie państwo istnieje, a jeśli tak, to jaki ma kształt, w jaką stronę zmierza i w jaki sposób Polacy mogą mieć na ten trend wpływ? Dlatego proponuję odrzucić kłuszyńskie proporce husarii, męczeństwo pokoleń, nasze przewagi oraz klęski i brutalnie wskoczyć w pragmatyzm państwowy, daleki od patriotycznych, nawet ideologicznych, zaśpiewów.

Coś za coś

Po co ludziom państwo, tak w ogóle? Skąd się wziął ten trend, że narody o wyższych aspiracjach organizowały się w państwa, zamiast mieć wiele rzeczy z głowy pod rządami innych władców? Ci w różny sposób eksploatowali poddanych, czasem własny naród bardziej, niż niepaństwowy, inkorporowany, ale dawali coś w zamian. Ta wymiana, choć często nierównoważna (bo państwo ma tendencję do zabierania więcej w zamian za zmniejszanie swoich obowiązków wobec obywateli), była jednak na tyle przemożną wartością, że ład (?) światowy ułożył się w system państw pokrywających całą planetę. Na czym polegała ta wymiana?

W politologicznej i historiozoficznej optyce państwo polega na organizacyjnej wymianie części wolności obywatelskich za gwarancje bezpieczeństwa. Organizm państwowy miał tu gwarantować pewne, nowocześnie mówiąc, „usługi publiczne”, których ani sam obywatel, ani plemię czy mniejsze grupki nie były same w stanie ogarnąć. Poziom tej wymiany zależał od wielu czynników. Jedne były geopolityczne, np. jakieś plemię ze względów na swe położenie nie miało wielu wrogów i nie musiało się organizować w państwo, inne kryteria kształtowania się państwa legły w tradycji często osadzonej w religii: w wiarach bardziej personalistycznych, gdzie godność czy wolność jednostki były ważne, relacje państwo-naród kształtowały się w sposób zrównoważony, tak, by aparat państwowy zachowywał się tu subsydiarnie powściągliwie. W tradycjach kolektywistycznych czy autorytarnych układ władza-naród był prostszy: rządzi władca z nadania (najczęściej boskiego), naród zaś słucha się. Tu relacje polegały nie na tradycyjnych gwarancjach, tylko na zapobieganiu nieczęstym reakcjom na ewentualny sprzeciw ludu, kiedy władca się rozhulał.

Co ważne – w czasach ekspansji nadopiekuńczej roli państwa – spis „usług publicznych” podlegał ekspansji, niestety, kosztem jakości, zaś zakres zawłaszczanej wolności też się powiększał. Na razie skupmy się na tym drugim czynniku: wolność jest coraz bardziej zabierana systemem odkrawania plasterków salami. Ludowi najczęściej wmawia się, że nikt tu niczego nikomu nie zabiera, bo ludzie rozleniwieni w uprawianiu aktywnej wolności dawno zapomnieli na czym ona polega, nie widzą więc, że (i gdzie) jest im ona odbierana.

Czasami państwo idzie na skróty, kiedy chce przyspieszyć i ewidentnie zauważalne przejawy zawłaszczania wolności motywuje czynnikami wyższymi (pozornie) od wolności: jest to głównie wzmagany strach przed czterema jeźdźcami Apokalipsy. Widzieliśmy to za kowida (jeździec zarazy), widzimy to teraz – przy straszeniu konfliktem (jeździec wojny). Takie sztuczki zwalniają państwo z tłumaczenia się co do jakichś subtelnych czynników wolności – liczy się tylko przetrwanie. Ale czy jest ono dostarczane, to już inna sprawa.

Państwo minimum vs. państwo maksimum

Przejdźmy teraz do tego co państwo dostarcza lub ma dostarczać w zamian. Skoro już lud nie widzi dziś tej swojej strony wyrzeczeń, to popatrzmy co za to dostaje, choć – jak widać z powyższego – coraz bardziej dostawać nie musi. Państwo, jako tu się rzekło, rozpycha się jak może, wsadza swoje paluchy w obszary do tej pory mu obce, co zawęża przestrzeń spontanicznej aktywności społeczeństwa. Robi to co najmniej z dwóch powodów: jeden jest najprostszy, czyli chodzi o zwykły pociąg do władzy i w znaczeniu psychologicznym, i merkantylnym. Drugi powód – takie rozpychanie się jest rozprzestrzenianiem się kontroli nad społeczeństwem. Buduje też wierną armię skierowaną przeciwko społeczeństwu – administrację, która im więcej regulacji kontrolnych trzymających za twarz lud, tym bardziej rośnie. I koło zamyka się w coraz ciaśniejszym korkociągu.

W pierwszej części skupię się przede wszystkim na funkcjach państwa, które uważam za niezbędne, ale o wiele mniej liczniejsze niż uprawiane dzisiaj, gdyż państwo postrzegane jako monopol na przymus powinno być trzymane na krótkiej kompetencyjnej smyczy. Bezpieczniej dla obywatela, gdy może być silnym państwem minimum, inaczej rozpełznie się po narodzie jako wszędobylska płycizna sprawczości, za duża by być skuteczna, za szeroka, by nie przeszkadzać. Popracujemy z tymi kompetencjami na przykładzie Polski, bo to i wygodniej odwoływać się do widomych przykładów, i zarazem wypełnić zadanie, które sobie postawiliśmy na początku, odpowiedzi na pytanie: czy Polska istnieje, jako państwo oczywiście?

Można w państwie minimum, czyli w jego kompetencjach wykraczających poza możliwości pojedynczych grup, wymienić kilka kompetencji, które tylko państwo może zapewnić. Można oczywiście zauważyć wypełnianie tych zadań nie przez instytucje państwa, ale zawsze jest to nieszczęście. Te obszary to: polityka zagraniczna, sądownictwo, bezpieczeństwo i aparat skarbowy, by te pozostałe rzeczy opłacić z kasy obywateli. Więcej nie trzeba, by państwo funkcjonowało, czego dowiedziemy w następnej części, kiedy będziemy sprawdzać, czy i jak w tych „dodatkowych”, a zawłaszczonych kompetencjach państwo (polskie) „dowozi”. Należy też tu wspomnieć negatywne przykłady prywatyzowania nawet tych podstawowych funkcji państwa: mieliśmy wiele przykładów chociażby magnackiego uprawiania polityki zagranicznej poza, a często w sprzeczności, z polską racją stanu. Prywatyzacja sądów prowadziła do samosądów, gdzie nie aparat państwa wymierzał sprawiedliwość. Z kolei prywatne armie magnackie były jednym ze schodków prowadzących w głąb katakumb naszego upadku. O polityce skarbowej już nie będę wspominać, skoro jednym z powodów naszego upadku, a później braku rozwoju, były puste kasy państwowe. A więc popatrzmy jak się Polska ma dziś w czterech podstawowych funkcjach państwa.

Dyplomacja

Polityka zagraniczna jest obecnie najlepszym papierkiem lakmusowym do oceny stanu naszego państwa. Do jej uprawiania trzeba wielu rzeczy, ale podstawowe – własna, budowana siła i dobrze, ponadpolitycznie, zdefiniowana i uprawiana racja stanu – są w chronicznej zapaści. W dzisiejszych czasach dopiero wyszedł na jaw deficyt naszej siły, pokazując naszą wewnętrzną i zewnętrzną słabość. Polityka międzynarodowa w sensie zewnętrznym była funkcją podległości zagranicznym patronom w wykonaniu plemion wojny polsko-polskiej. A więc nie realizowaliśmy własnego scenariusza, tylko zewnętrznie koncesjonowany udział w czyichś rachubach. Zaś sama polityka stała się coraz częściej narzędziem do uprawiania jej na użytek wewnętrzny. Ot, żeby przywalić plemieniu konkurencyjnemu, że postawiło na innego patrona niż my. Zagranica to widzi i albo manipuluje nami kilkoma prostymi gałkami, albo w ogóle to olewa, bo kwestia rozkładu państwa w jego sprawczości jest na rękę czynnikom zewnętrznym.

Co do racji stanu, to wojna polsko-polska, skupiona na dojściu do i utrzymaniu taktycznej władzy oddalała nas od myślenia o Polsce w sposób zabezpieczający ciągłość realizacji naszych strategicznych interesów. Te dwa czynniki – zewnątrz-sterowność i doraźność plemiennej sceny politycznej – odstręczała nas od wyartykułowania swoich interesów długofalowych, innych, niż okazało się, że taktycznych, strategii zapisania się do jakichś sojuszy, czy to UE, czy NATO. Nie budując własnej siły w oparciu o interesy naszej, nie cudzej, racji stanu, kiedy te kotwice sojusznicze się zachwiały, nie wiemy co zrobić ze sobą, a raczej liczymy na to, co… z nami zrobią inni. Jest więc fatalnie, co widać, słychać i czuć, gdyż jest to grzech założycielski wszystkich politycznych plemion Polski.

System sprawiedliwości

Drugi aspekt: sądownictwo. Wiem, wszyscy aż się uśmiechacie Państwo, bo właściwie tu nie ma co tłumaczyć. A podobno „sądy są ostoją Rzeczpospolitej”, a więc mamy sytuację, że tej ostoi nie ma, nie istnieją fundamenty, więc cały gmach (podobno kartonowy) na nich postawiony – chwieje się. Grzech pierworodny zaczął się przy Okrągłym Stole i w genach przeszedł w zmutowane formy szarpaniny sądowniczej, jaką fundują nam kolejne ekipy. Wtedy umówiono się, że obszar sądowniczy nie będzie podlegał większym zmianom, zakonserwuje się na kooptacyjnej polityce, gdy nieświęci za komuny sędziowie będą na własnych zasadach dopuszczać do zawodu, albo i nie. Miało to za cel ochronę postkomunistów przed ewentualnym rewanżyzmem bardziej ochoczych części narodu, ale także szyło to płaszcz ochronny do prywatyzacyjnej demoralizacji postkomunistycznej nomenklatury.

Po wielu „reformach” sądownictwo jest obszarem strukturalnej zapaści: państwo strzeże monopolu sądzenia, ale tego zadania nie dowozi. Dla obywatela jest to koszmar, bo pozostaje – samosąd? Mamy tu „burdel i serdel”, nikt nie jest pewien ani procesu, ani obiegu ani rezultatu prawnego działania systemu sprawiedliwości. A to jest rozpacz dla narodu, bo nie ma się gdzie podziać. Nie widać też żadnej nadziei, gdyż, kolejny raz jak w dyplomacji, system sprawiedliwości jest używany prawie wyłącznie do celów wewnętrznej nawalanki, gnębienia przeciwników politycznych i zarezerwowaniu sobie przez władzę otwarcie deklarowanych sędziów obdarzonych zaufaniem – uwaga: zaufaniem władzy, nie sądzonych obywateli. A taka sytuacja – znowu – osłabia Polskę jako państwo, co jest kolejnym etapem i obszarem realizacji zewnętrznych interesów polegających na osłabianiu każdego przejawu siły Polski jako państwa.

Bezpieczeństwo

Bezpieczeństwo – też się pewnie uśmiechacie pod wąsem. W sumie to rozleniwiło nas to NATO kompletnie, okazało się, że do niedawna wielomiliardowe wydatki na zbrojenia można byłoby sobie podarować. Te albo poszły na Ukrainę za friko, albo służą do baletów rocznicowych defilad. Reszta pod względem bojowym jest mało użyteczna. Jeśli w ogóle, to nie jako gwarancja naszej siły i sprawczości, ale jako element „interoperacyjności” wschodniej flanki NATO, czyli rozpuszczenie się naszej sprawczości w zewnętrznych strukturach sojuszniczych. Zewnętrznych, a więc mogących mieć inne, coraz częściej sprzeczne interesy z naszymi  (przypomnę – wciąż z nie uzgodnionymi pewnikami racji stanu).

Widać to zwłaszcza teraz, kiedy nasza interoperacyjność nie ma żadnego znaczenia, gdyż sama wschodnia flanka NATO się zwija, a więc stoimy nad tym wszystkim jak żona rybaka nad rozbitym korytem: ze sprzętem przeznaczonym do innych wojen, z dowództwem wyszkolonym do innej sytuacji geopolitycznej, w końcu – z tak niskim morale narodu, że ponad 75% deklaruje, że w razie „W” będzie spylało, choć nie wie dokąd.

Unia Europejska, która nagle dołożyła do swoich z kolei rozpychań ambicje militarne niczego tu nie dowiezie, bo niczego do tej pory, oprócz chaosu – nie dowiozła. Politycy kłócą się o wszystko, tylko nie o to, jak się wydobyć na własną siłę i sprawczość w tej dziedzinie. Spór jest więc jałowy, a czasu coraz mniej. Ale nawet nie zaczęliśmy, na tyle by móc później oszukiwać swoje dzieci w prowizorycznych schronach, że chociaż próbowaliśmy. I znowu – w trzecim obszarze: nie widać światełka.

Finanse publiczne

Ostatni z niezbywalnych filarów państwa to system skarbowy. No tak… też bez śmichów proszę. W sumie nie chodzi tu tylko o pobór podatków, ale o cały system finansów publicznych. Kiedyś jakoś pilnowanych, dziś kompletnie zadłużanych za pomocą księgowych sztuczek, które są tylko kosztownym oddalaniem rachunków, które przyjdą – im później, tym wyższe. Deficytem płacimy za błędy władzy i socjalne przekupywanie elektoratu jego (pożyczonymi) pieniędzmi. Proceder ten trwa całą III RP, gdyż jest systemowo niepilnowany, zaś medialnie pobudzany, kiedy w czasach kampanii plemiona licytują się przed pazernym tłumem kto komu ile tam da. U suwerena króluje wzmagane medialnie przekonanie, że państwo jest od dawania, jakby ono miało coś innego niż pieniądze z podatków od obywateli. A więc lud dostaje czego chce, nie wiedząc, że każda jego radość z obrywów dawania, to garb dla jego dzieci.

Nie jest to cecha Polski, ale demokracji liberalnej w pełnym rozkwicie. Nawet nasza fatalna sytuacja jest i tak lepsza od innych krajów, ale jesteśmy tu „na ścieżce i na kursie”, choć widzimy do jakiej katastrofy to prowadzi. Ale ten model kupiliśmy poprzez klasę polityczną nieodwracalnie i by wyjść z tego korkociągu należy po pierwsze go zauważyć, po drugie – wyjść z tego paradygmatu. A tu ani na jedno, ani na drugie – nie widać politycznej ochoty. Deklaracja trzeźwiejącego korkociągu wymagałaby stanięcia twarzą w twarz z suwerenem i odpowiedzenia na pytanie – jak to się stało, nie zrzucania na poprzednie plemię, gdyż jest to zabawa dziedziczona politycznie w sposób systemowy. Wyjście z tego wymagałoby wyjścia z siebie i prawdopodobnie pójścia do domu, czyli poddania całego systemu. Ba, podjęcia trudnych decyzji, nie bardzo popularnych wobec rozhulanego roszczeniowo narodu, w końcu wymagałoby to zejścia do taniego, acz silnego państwa minimum czyli umniejszenia polityczno-administracyjnych włości, a tu nikt z upojonych władzą nie ma ochoty na taką abstynencję. Też więc zaciąga się i tu na długo.

Kompetencje przechwycone

Zobaczmy teraz gdzie państwo wlazło i gdzie zakaża tkankę społecznej organizacji swoją dysfunkcjonalnością, czyli gdzie ekspanduje, choć wcale nie musi.

Zacznijmy od systemu ochrony zdrowia. Rozległość dysfunkcji pokazał kowid i naiwny, kto myśli, że to się wraz z nim skończyło. Wtedy mieliśmy do czynienia z zapaścią struktury służby zdrowia, ale był to efekt fatalnych decyzji. Kasy nie brakowało (zresztą spłacamy ten iście finansowy „dług zdrowotny” do dziś). Dziś do tej atrofii systemu doszła zapaść finansowa. I znowu – kolejny obszar zmonopolizowało państwo i nie dowozi, ale tu nie ma żartów, bo to już stricte przetrwanie, więc dozwolono na wsparcie z prywatnej służby zdrowia. W związku z tym obywatel jest dwukrotnie opodatkowany w tym obszarze. Co cięższe przypadki prywaciarze podrzucają NFZ-towi, kolejki do lekarza wydłużają się, ale taki to jest efekt – organizacyjny i finansowy – kiedy mamy na utrzymaniu w i tak kulejącym wcześniej systemie… dwa narody. Kiedy można z Kijowa zawsze podjechać do Warszawy, by (bez polskich kolejek) jakoś się podleczyć. Ta zapaść też będzie kontynuowana, gdyż nie widać żadnych politycznych pomysłów z żadnej z politycznych stron.

Edukacja, no tak, teraz to prostsze, bo uśmiechnięta ekipa działa tu dziarsko z powodów politycznych. Tusk wszak na nieszczęście Polski wszystkie miękkie ministerstwa obsadził lewicą (nauka i edukacja). Ta czuje się tu jak ryba w wodzie i dokłada wszelkie projekty mające przeorać formowania się nowego Polaka w Europejczyka. Widać to na kilometr, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o wyraźne obniżenie poziomu kompetencji absolwentów każdego poziomu nauczania. Proste prace, proste kompetencje, biorcze – nie kreatywne, wyzucie z jakichkolwiek identyfikowalnych ram kulturowych, rubtacochcetizm i zamknięcie w klatkach pojęciowych postępu. Zatrważa też zmniejszający się wpływ rodziców na szkołę, choć wystarczy czasem pójść na wywiadówkę, by skonstatować, że i wśród rodziców nie masz nadzieje.

Gospodarka: kiedyś jako liberał gospodarczy wydawało mi się, że najlepsze, co może zrobić w gospodarce państwo, to się od niej odczepić. Te czasy już dawno minęły, gdyż państwa konkurują ze sobą również w sferze gospodarczej i ich ingerowanie w te sferę tworzy (nieuczciwą) konkurencję. Gdy się nie podejmie tej rękawicy można w oparach liberalnych zaklęć obudzić się zwyciężonym przez interwencjonizm konkurentów. To duży biznes – dla nas to sfera wręcz niemożliwa, gdyż do tej pory nie mogliśmy sformułować naszej „gospodarczej racji stanu” określającej gałęzie gospodarki, które będziemy wspierać. Było takich parę, ale te wyregulowała nam tak Unia, że jesteśmy już tylko wspomnieniem dawnych potencjałów. W dziedzinie małej gospodarki, która zatrudnia 4-5 milionów ludzi mamy „przeregulowanie ponad podziałami”, gdy wymieniające się już tylko ekipy polityczne praktycznie wykończyły regulacyjnie i podatkowo mały i średni biznes, traktując go (i ze swego punktu widzenia słusznie) jako bezwolną masę, która podlega magnesowaniu plemiennemu i konformistycznie będzie się bała wybić na własne przedstawicielstwo polityczne. A przecież to na tych coraz mniejszych entuzjastach stoi polski budżet i zatrudnienie. Ciągłość rębania przedsiębiorców w wykonaniu wszystkich ekip wskazuje, że i ten proceder zawłaszczenia obszaru działalności – znowu okupowany i nie dowieziony – będzie kontynuowany.

Kultura. No też teren niesłusznie okupowany. Skoro jest dotowany przez państwo, to podlega ideologicznym idiosynkrazjom rządzących ekip, a więc buja się od Żołnierzy Wyklętych i nowego patriotyzmu do „kultury instalacji” opartej o szokowanie poprzez obrazoburstwo. Mecenat państwowy ma nie tylko rezultaty ideologiczne, ale – jak w przypadku edukacji – efekty cywilizacyjne. Skoro decyduje mecenat państwa, to stoi za nim… urzędnik. I mamy taki trochę urzędniczy kierunek rozwoju kultury. Stąd ciąg do imprez masowych, żeby widz masowy nabrał przekonania, że państwo mu tu za darmo daje może nie sztukę, ale rozrywkę. A to prowadzi do kolejnej patologii – urzędnicy traktują kulturę jako sferę władzy symbolicznej, swojej dominacji nad tłumem, ale i nad twórcą, bo do kogóż pójdą artyści po granty? Tak zinstytucjonalizowana kultura jest łatwa do włączenia w globalne trendy i odejście od spontanicznych przejawów lokalnych w kierunku powtarzalnej papki. Dodajmy do obszaru kultury wtrynianie się państwa do mediów i ich przekazu – tu też mamy szkodliwe wszędobylstwo, od walki o tzw. „media publiczne” do formowania zasad otwartej cenzury pod pozorem walki z samo-definiowaną dezinformacją.

Jesteśmy czy nie ma nas?

Te wszystkie zawłaszczenia, nie wymienione w całości, bo nie ma tu czasu, ani miejsca, są mocno utrwalone: za tym idą całe grupy społeczne dawców i biorców, kiedy rozszalała się redystrybucyjna rola państwa. To już są teraz całe grupy interesów, które bronią status quo, strzegą swoich wpływów. Przykład: takie izby lekarskie, które chodzą na pasku Big Farmy – jak widać po kowidzie, również regulacyjnie – mają budżet ze dwa razy większy niż wszystkie partie polityczne w dotacjach razem wzięte. Króluje więc dalej, ba – rozbudowana po PRL – Polska resortowa, zaprzeczenie państwa, które na pewno nie może dobrze funkcjonować kiedyś staje się tylko obszarem rozdrapywania środków publicznych przez gangsterskie koterie.

Ale nawet ten krótki przegląd pokazuje, że nas jako państwa już nie ma. Ale powie ktoś trzeźwy – co ty tam bredzisz: jeżdżą tramwaje, jest prąd w ścianie, dzieci w przedszkolach, emerytury i pensje – wypłacane. Kręci się. Ale czy istnieje państwo, które nie spełnia swoich podstawowych funkcji, jak tu zdaje się dowiodłem? Atrofia wymienionych funkcji państwa nie jest moim zmyśleniem. Jedziemy na agrafkach, uzależnieni od chybotliwych czasów, na kredyt finansowy i społeczny. A że się trzyma? Ano – jak się ma nie trzymać w narodzie, który wie od wieków jak się urządzić w najciemniejszej d..e. Ale łacno się ten zapas nam skończy, dochodzimy bowiem do rezerw prostych. Czemu tak jest? To dość elementarne.

Problem leży w elitach. Te nie tylko zagnieździły się na pozycjach kompradorskich dostając rentę eksploatacji własnego ludu za pilnowanie również cudzych interesów. Elity trwale (?) zepsuły lud, podsuwając mu fałszywe priorytety, za pomocą turpizmu politycznego odstręczając go od chęci udziału w sprawach publicznych, czopując krążenie elit. Bo żeby podążać wymienionymi, tymi podstawowymi zadaniami państwa, to trzeba być państwowcem, a ilu takich w Polsce widzieliśmy? Funkcjonujący system, nawet gdyby się tacy państwowcy rodzili na kamieniu, i tak nie dopuści do sprawczych funkcji państwowych. U nas na górze – nic o Polsce, wszystko o tym jak się ustawić z koleżkami-sponsorami do publicznego cyca. I ssać, tym szybciej, im szybciej się kręci kadencyjna karuzela.

W tym sensie więc Polski nie ma. Nie ma ciągłości tej niepisanej umowy społecznej, bo w kolonii, jaką jesteśmy, nikt się przecież z nikim nie umawia. Nie musi. Nie musi zwłaszcza od czasu, kiedy autorytarne państwo nie musi się uciekać wobec ludu do przemocy – dziś wystarczy tylko siła duraczenia.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

„Europa” jak Polska

„Europa” jak Polska

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   31 stycznia 2026 michalkiewicz

Ku powszechnemu zaskoczeniu, przybywszy do Davos na Światowe Forum Ekonomiczne, ukraiński prezydent Zełeński wygłosił przemówienie, w których w pełnych goryczy słowach skrytykował Europę za to, że nie poświęca się w sposób dostateczny, by Ukraina mogła wygrać wojnę. Pikanterii dodaje okoliczność, że to przemówienie prezydent Zełeński wygłosił nazajutrz po zatwierdzeniu przez Parlament Europejski przekazania przez UE Ukrainie 90 miliardów euro.

Przypomnijmy, że kiedy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje nie udało się zmłotować Unii Europejskiej, by przejęła zamrożone rosyjskie aktywa, to zaraz ogłosiła plan „B” – żeby udzielić Ukrainie pożyczki w wysokości 90 mld euro, która zostanie spłacona, jak tylko Rosja wypłaci Ukrainie reparacje wojenne, czyli – prawdopodobnie nigdy. Inna sprawa, że i przekazanie zamrożonych rosyjskich aktywów przyniosłoby dla obywateli UE skutki podobne.

Chodzi o to, że te aktywa to w większości, a może nawet w całości, obligacje wystawione ongiś dla Rosji przez państwa UE. Żeby mogły one być zamienione na gotówkę – a dopiero wtedy Ukraina mogłaby zrobić z nich użytek – to najpierw musiałyby zostać wykupione – ale prze- cież nie przez Rosję, tylko przez kraje, które te obligacje wyemitowały. Zatem tak czy owak, beknąć będą musieli obywatele UE.

Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, zrobiła to samo, co państwa wojujące w I wojnie światowej. Były one przygotowane do wojny która nie powinna trwać dłużej, jak pół roku. Tymczasem pół roku minęło, a wojna ani myślała się skończyć. W tej sytuacji państwom wojującym zaczęło brakować środków na jej kontynuowanie. Ponieważ nie mogły obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich, to obrabowały własnych obywateli, zawieszając standard złota i narzucając przymusowy kurs walutowy. Przewidział to wszystko Alexis de Tocqueville pisząc, że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się nawet łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.

Ale chociaż z inicjatywy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, którą w związku z tym podejrzewam o branie pieniędzy od prezydenta Zełeńskiego, który przezornie zapisywał w kapowniku, kto z dobroczyńców Ukrainy ile od niego wziął i gdzie schował, a teraz zagroził, że to wszystko ujawni, jeśli nie dostanie dodatkowej forsy, obywatele Unii Europejskiej zostali obrabowani na co najmniej 90 mld euro, które będą musieli oddać. Reichfuhrerin Urszula Wodęleje właśnie wygrała głosowanie w PE o votum nieufności w związku nie tylko z podpisaniem umowy z Mercosur, ale i zapowiedzią, że ta umowa wejdzie w życie natychmiast, chociaż PE właśnie skierował ją do TSUE, żeby sprawdzić, czy jest zgodna z unijnymi traktatami. Tę z kolei sytuację przewidział Franciszek ks. de La Rochefoucauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

Pomijając już widoczną na tym tle solidarność biurokratów i łapowników, niepodobna nie zauważyć, że w Davos Unia Europejska, w także Wielka Brytania, zostały przez prezydenta Zełeńskiego potraktowane tak, jak Polska. Przypomnijmy, że kiedy się okazało, że Polska, realizując umowę z 2 grudnia 2016 roku przekazała nieodpłatnie Ukrainie znaczną część swoich zasobów państwowych, a ponadto wzięła na swoje utrzymanie około 2 mln obywateli Ukrainy, więc już niczego więcej dla tego państwa nie jest w stanie zrobić, prezydent Zełeński, a także tamtejsi banderowcy, szalenie się wobec Polski usztywnili, nie zamierzając ustąpić nawet w sprawie ekshumacji ofiar „rzezi wołyńskiej”, nie mówiąc już o eksportowaniu produktów rolniczych z Ukrainy na teren UE, przeciwko czemu daremnie protestowali polscy rolnicy, których interesów jakoby broniło Polskie Stronnictwo Ludowe.

Teraz jednak, po podpisaniu umowy z Mercosur i głosowaniu w PE nad wnioskiem o votum nieufności wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje wyjaśniło się, że PSL nie broni niczyich interesów poza własnymi – a interes własny PSL polega na tym, by jego zaplecze polityczne utrzymało synekury w gminach wiejskich i małych miasteczkach i w zamian za to tworzyło Stronnictwu aparat wyborczy, dzięki któremu jest ono w stanie zawsze przeturlać się przez klauzulę zaporową, a dzięki stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, może wprowadzać swoich ludzi do rządu i używać życia całą paszczą.

No a teraz, kiedy ze strachu przez zdemaskowaniem przez prezydenta Zełeńskiego cała „koalicja chętnych” załatwiła dla Ukrainy 90 mld euro, ukraiński przywódca, najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że więcej już od Unii Europejskiej nie dostanie, więc pryncypialnie zrugał „Europę” w Davos, przymilając się w ten sposób do prezydenta Donalda Trumpa. Wprawdzie prezydent Donald Trump już co najmniej od roku nie dał Ukrainie ani centa, ale ponieważ NABU zaczęła robić tam kurację przeczyszczającą, w ramach której do aresztu wydobywczego została wtrącona piękna w swoim czasie Julia Tymoszenko, która podobnie chlapie na samego prezydenta Zełeńskiego, to sprytny „sługa narodu” zorientował się, że jeśli nie chce zostać skrócony o głowę – bo na Ukrainie bywa, że z Żydami się nie ceregielą tak jak w Polsce i nawet żadnych „Dni Judaizmu” nikt tam nie celebruje – powinien umizgać się do amerykańskiego prezydenta i schronić się pod jego skrzydła.

Jest w tym również jądro racjonalne – bo tylko wysłannicy prezydenta Trumpa utrzymują kontakt i rozmawiają z Rosjanami, podczas gdy europejska „koalicja chętnych” tylko gada, co tam kiedyś zrobi, ale z Putinem nie rozmawia, żeby nawet w ten sposób nie narazić się prezydentowi Zełeńskiemu, który w kapowniku – i tak dalej. No to dlaczego prezydent Zełeński miałby nadal traktować ich z rewerencją, zwłaszcza gdy musiał dojść do wniosku, że więcej forsy już od UE nie dostanie? Tymczasem amerykańscy negocjatorzy, pan Witkoff i zięć, prosto z Kremla polecieli do Kataru, żeby delegacji ukraińskiej przekazać, co też usłyszeli od zimnego ruskiego czekisty Putina.

Nietrudno się domyślić, co mogą powiedzieć, bo ruscy szachiści od samego początku mówią to samo, a teraz dodają tylko żądania terytorialne, na które prezydent Zełeński zgodzić się nie może bez ryzyka skrócenia o głowę, zwłaszcza gdyby nie zdążył w porę ewakuować się do Izraela szlakiem Timura Mindycza. W tej sytuacji jedyna rada, to odwlekać jakiekolwiek uzgodnienia – bo w ten sposób „negocjacje” mogą się ciągnąć i ciągnąć, a Wołodymir Zełeński będzie względnie bezpieczny, jako „sługa narodu”, co to prowadzi walkę o pokój. Prezydentowi Trumpowi najwyraźniej to nie przeszkadza, bo forsy Ukrainie już nie daje, a zorientował się, że Rosja, to nie Wenezuela, więc zaprosił prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę do Rady Pokoju.

Jak się okazuje, Unia Europejska bez Ameryki jest w takim samym położeniu, jak Polska pod rządami Naczelnika Państwa, czy obywatela Tuska Donalda, wobec których prezydent Zełeński okazał się takim samym niewdzięcznikiem, jak w Davos wobec Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, z którą ma podpisane „stuletnie partnerstwo”.

Stanisław Michalkiewicz

Rzecz o Rzeczpospolitej Polskiej Bylejakiej

Rzecz o Rzeczpospolitej Polskiej Bylejakiej

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz myslpolska/rzecz-o-rzeczpospolitej-polskiej-bylejakiej/

Szukam i chyba (mam nadzieję) znalazłam miejsce gdzie ludzie znają i cenią sobie tożsamość.

Gdy coraz częściej, a w zasadzie gdy nachalnie już z każdej strony starają się nas zaprogramować na nieuchronność wojny (muszą wiedzieć co planują, w przeciwnym razie szukaliby na nas innego niż strach przed wojną sposobu), gdy bombardują zewsząd nie niewinnymi już domniemaniami, a z premedytacją i wyrafinowaniem zaklęciami: „Przygotowanie to odpowiedzialność za siebie i najbliższych. Skompletuj najpotrzebniejsze rzeczy na sytuację kryzysową. Co powinien zawierać plecak ewakuacyjny …” etc. itd., bo wróg czyha, wróg dybie, wróg nadchodzi, gdy prowadzący publicystyczne programy pytają nie o to czy wejdą, ale kiedy wejdą, bo „zielone”,bo „hybrydy”, bo „onuce”, bo „dezinformacja”, bo drony, pierony …, bo teraz to już naprawdę wojna, dlatego rozsyłamy wam niezbędnik pt.„Poradnik bezpieczeństwa”, w którym co prawda nic prócz sloganów nie znajdziecie, no może to, że można do wiaderka kupkę zrobić i wiedzieć jak się z tym dalej obchodzić … czas może rozprawić się z tym upiorem „wrogiem”, ale zanim, nie daj Boże, wojna, znaleźć go tam gdzie się przechera chowa, obezwładnić i nie pozwolić przejął sterów nad naszym myśleniem. Nad myśleniem, nad zarządzaniem nami przez strach, nad czyszczeniem nam portfeli w imię: potrzeba jest pilna bombek zamiast chleba …

Gdy zamiast rozwiązywania coraz większych problemów Polaków, nie jedynie z tym jak związać koniec z końcem (cokolwiek to znaczy), na śniadanie, obiad i kolację otrzymujemy porcję czarnych scenariuszy i „dobrych” rad pt. spakuj plecak, bądź gotowy, a w razie „w” uciekaj, bez jednak wskazania gdzie … wszak Polak potrafi i radę sobie da?, rodzi się, a przynajmniej powinno, pytanie, kto nam większym wrogiem, ten wskazywany, wytykany, prowokowany, czy ten, który służąc obcym podsyca w nas lęki, straszy, potencjalnego agresora prowokując, zaczepiając do wojny podżegając.

Otóż, a co jeśli ten wróg to nie ten, na którego nam (z nazwy ) obsługujący instrumenty inżynierii społecznej ,geo- polit -poprawni (jedynie słuszni) wskazują , a co jeśli wrogiem po pierwsze serwilizm, po wtóre odwieczny wirus hegemonii mocarstwowej, który zakaża , wymusza, szantażuje, popycha, ingeruje, inspiruje, mutuje na karmie „cel uświęca środki”, wirus, na którego, czy naprawdę, szczepionki nie ma?! Otóż jest!, w zasięgu i mocy każdego z osobna i wszystkich razem: unikać jak ognia, nie karmić, obłożyć sankcjami ostracyzmu, pozostawić na pastwę własnej mocy/niemocy, tyle wystarczy by „łeb urwać hydrze”, by się nie roznosiła po świecie.

Jest na to jeszcze takie lekarstwo, wyłączyć ich. Udać się wewnętrznie na „pustynię” i zamiast słuchać suflerów, zamiast dopasowywać wyraz twarzy i dobierać słowa we frazy takie jakich oczekują od nas opiniotwórczy (i gadać nimi) włączyć samych siebie, z tym co mam, co chcę mieć, czy aby ten/ta, który/a mówiąc, że chce mnie uszczęśliwić na pewno moje szczęście ma na myśli?

Nie chcemy wojen, nie chcemy patrzeć na ludzkie dramaty, nie dajmy się mamić, nie bądźmy bezwolnymi zapalnikami w rękach bankrutujących frustratów, nie przyzwalajmy na to by kontrolę nad naszymi umysłami, uczuciami przejęli fabrykanci „szczęścia” , korporacje i rozsadnicy chaosu. Tylko tyle i aż tyle.

A przecherom, tej wielopartyjnej polskojęzycznej hydrze zwanej wybrańcami narodu do rządzenia jego krajem powiedzmy zdecydowanie NIE! Przestańcie nas straszyć! Wasze fobie, zyski, korzyści i straty nie są tożsame z naszymi. To, że ludzie chwilowo ulegają strachowi, że ludzie głupieją, nie znaczy, że są głupi, a już na pewno nie znaczy, że to na zawsze, że są bezradni.

To, że politykierzy sprzeniewierzyli się „misji” służenia narodowi i zamiast budować społeczeństwo, umacniać naród na fundamentach tożsamości z odziedziczonymi wraz z nią wartościami postawili sobie (realizując się w swoim sposobie na życie jako politycy)za cel zniszczyć je i z tożsamości obedrzeć nie znaczy, że bylejakość i obcość, którą usilnie próbują narodowi wszczepić, na gruncie tego co cenne, na gruncie ciągłości i przynależności do dziedziczonej, ukształtowanej, kultury, zwyczajów, symboli, norm, tradycji, języka, że na tym gruncie bylejakość i obcość się przyjmą. Bo nie. Nie przyjmą się.

Kształtowanie człowieka mentalnie pięknego, dobrego, szlachetnego, miłującego pokój, to misterny wielowiekowy wysiłek prawdziwie pojmowanej cywilizacji. Żadne pseudo wartości, a już na pewno nie wojna, do której się sposobią, do której prowokują, do której podżegają bardziej człowieka nie uczłowieczą, przeciwnie, zniszczą nawet to, co jeszcze zdrowego w człowieku z człowieczeństwa zostało. Nawet jeśli „zabetonują” wszystko i wydawać im się będzie, że skutecznie zabetonowali ludzkie umysły swoimi fobiami, geo-fobiami, nienawiścią etc. itd., obliczonymi na własne korzyści i zyski to prawidłowość w naturze jest taka, że natura mocna jest. Człowiek to jej część. Beton ma tendencje do pękania i nie ma takiej siły by przez pęknięcia nie wyrósł jakiś listek. A listek to zieleń, a zieleń to nadzieja.

Ale paradoksalnie w tym szaleństwie rządzących Polską, ale i tzw. opozycji, w którym metodę na „zabetonowanie” społeczeństwu samodzielnego myślenia poprzez zarządzanie jak „cywilizowanie” żyć, wpierw więc przez próby odarcia nas z tożsamości, a dziś dodatkowo przez strach, już dziś widać jak natura okazuje się mocna, jak mocna jest (wbrew pozorom i na szczęście) nasza tożsamość. Gdy bowiem nachalnie już z każdej strony starają się nas zaprogramować na nieuchronność wojny, z premedytacją i wyrafinowaniem zaklęciami straszą nią i ogłaszają stan alarmu włącznie z „Poradnikiem”, plecakami, odpowiedź społeczeństwa jest, przynajmniej tego zaangażowanego, świadomego manipulacji (i wcale nie mniejszość to) dla tzw. „establishmentu” wydawać by się mogło kuriozalna, a brzmi krótko: „walcie się”.

No i pięknie. Bo i jak można oczekiwać, że człowiek latami programowany na bezpaństwowca, obywatela świata, ma się czuć w obowiązku uczestniczyć w fanaberiach, jak się zwykli określać, „strony patriotycznej” i „strony demokratycznej” gdy ani jedna, ani druga nie jest „stroną tożsamościową”, dlaczego ma uczestniczyć, a może jeszcze ginąć za serwilizm, którego obie realizatorami, każda na służbie u swojego mocodawcy. Paradoksalnie gdy człowieka ukształtowanego już mentalnie, pięknego, dobrego, szlachetnego, miłującego pokój, wszelkiej maści uszczęśliwiacze, cywilizowani inaczej, próbują przerobić na wypranego z uczuć wyższych, uczynić zeń zaprzeczenie naturalnego piękna, wpoić weń egoizm, małoduszność, szlachetność zastąpić wyrachowaniem, za cel mu wytyczyć materializm, to trzeba przyznać, że poniekąd w jakiejś części udało się im.

Gdy od lat nieomal czterdziestu podważana jest cenność wartości takich jak rodzima kultura, rodzina, relacje, doświadczenia życiowe, negowane jest poczucie ciągłości państwa i przynależności do wspólnoty narodowej, gdy język, historia, kultura narodowa to dla wielu powód do wstydu, gdy wg po nowemu cywilizowanych swoje miejsce na świecie możemy znaleźć wszędzie bez poczucia/potrzeby przynależności i celu, to oto macie szanowni model obywatela jakiego stworzyliście. A jeśli nie tylko ten nowy wzór obywatela, ale poczucie odpowiedzialności za kraj podpowiada tym, którzy mówią „walcie się”, chcecie niszczyć kraj hańba wam, ale my do tego ręki nie przyłożymy, to jeszcze lepiej.

A jeśli osobiste życiowe doświadczenia, te pozytywne i te negatywne,historia, wspomnienia, doświadczenia, relacje, symbole, wypracowane, odziedziczone normy, to są te wartości, dla których warto żyć i przekazywać je kolejnym pokoleniom, odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu postaw NIE WOJNIE, a jeśli już ją planujecie, prowokujecie, wymuszacie, to nie zamierzamy was w tym osobiście zasilać, to znaczy, że tożsamość mimo prób jej wydarcia z serc Polaków ma się dobrze. Bo tożsamość to nie urządzenie na pstryczek. Czy się komu podoba czy nie, nie da się jej jak telewizora włączyć i wyłączyć, jak światła zapalić i zgasić, bo ona jest i nie może być inna niż ta pierwotna.

Tak, że szykujcie wy „demokratyczni” i wy „patriotyczni” tysiące cel w więzieniach,(ponoć dopadniecie każdego), tyleż obsługi, gdyż wiedzcie, że z własnej woli na jawnie planowaną, prowokowaną, wręcz wymuszaną przez was i waszych mocodawców wojnę dobrowolnie nikt nie pójdzie.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Młodzi Ukraińcy już nie wrócą do ojczyzny? „Przerażające dane” w tamtejszych mediach

Młodzi Ukraińcy już nie wrócą do ojczyzny?

„Przerażające dane” w tamtejszych mediach

salon24/mlodzi-ukraincy-juz-nie-wroca-do-ojczyzny-przerazajace-dane-w-tamtejszych-mediach


na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP
na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP

Wypowiedź ukraińskiego deputowanego o rzekomym masowym wyjeździe młodych Ukraińców do Polski wywołała spore poruszenie w tamtejszych mediach. Padły liczby idące w setki tysięcy i sugestie, że Warszawa zaczyna przypominać Kijów. Tyle że oficjalne statystyki i analizy instytucji po obu stronach granicy rysują znacznie bardziej złożony obraz.

Exodus. „Przerażające dane” w ukraińskich mediach

Deputowany partii prezydenta Wołodymyr Zełenski, Serhij Nagorniak, mówił w programie Nowosti.Live o – jak to ujął – „przerażających danych”. Według jego relacji w ciągu zaledwie sześciu miesięcy za granicę miało wyjechać ponad pół miliona młodych Ukraińców, głównie mężczyzn w wieku 18–22 lat. Polityk twierdził, że w Polsce młodzi Ukraińcy są dziś widoczni niemal w każdej branży usługowej i apelował o ich powrót do kraju.

Granica otwarta dla 18–22-latków. Skąd wzięły się emocje

Nagorniak odnosił się do zmian w przepisach mobilizacyjnych, które od sierpnia pozwoliły mężczyznom w wieku 18–22 lat legalnie opuszczać Ukrainę. To właśnie po tej decyzji odnotowano wzrost ruchu granicznego, co szybko stało się paliwem dla politycznych komentarzy i alarmistycznych tez.

Ukraińska straż graniczna prostuje liczby

Słowa deputowanego zdementował rzecznik Państwowej Służby Granicznej Ukrainy Andrij Demczenko. Jak podkreślił, liczba przekroczeń granicy przez mężczyzn w wieku 18–22 lat jest „znacznie mniejsza” niż pół miliona. Choć nie podał dokładnych danych, wyraźnie zaznaczył, że skala została w publicznych wypowiedziach mocno zawyżona.

Co pokazują polskie dane o młodych Ukraińcach

Do Polski w okresie od 29 sierpnia do 24 listopada wjechało ok. 121 tys. obywateli Ukrainy w wieku 18–22 lat. Jednocześnie blisko 59 tys. z nich wróciło na Ukrainę. Oznacza to, że saldo wyniosło około 62 tys. osób, które mogły zostać w Polsce lub pojechać dalej do innych krajów UE. Co istotne, Straż Graniczna podkreśla, że te same osoby mogły przekraczać granicę wielokrotnie, więc dane nie oznaczają liczby unikalnych migrantów.

Ilu Ukraińców faktycznie mieszka i pracuje w Polsce

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada 1,55 mln obywateli Ukrainy, z czego 341 tys. mieszka w Warszawie i okolicznych gminach. Narodowy Bank Polski szacuje, że numer PESEL UKR – zwykle świadczący o planach dłuższego pobytu – ma 662 tys. osób. Z kolei Zakład Ubezpieczeń Społecznych podaje, że pracę w Polsce wykonuje około 818 tys. Ukraińców.

„Eksperci”: polityk mocno przesadza

Zdaniem Oleksandra Pestrykova z Fundacji Dom Ukraiński tezy o masowym exodusie młodych Ukraińców do Polski są wyraźnie przesadzone. Ekspert tłumaczy na łamach Wirtualnej Polski, że realnym wskaźnikiem chęci pozostania na dłużej jest PESEL UKR – a w grupie mężczyzn 18–22 lat uzyskało go około 9 tys. osób. – Dane graniczne pokazują ruch w obie strony, a nie trwałą emigrację – podkreśla rozmówca WP.

Czy Ukraińcy zostaną w Polsce na stałe

Raporty NBP wskazują, że chęć stałego pozostania w Polsce deklaruje 51 proc. imigrantów sprzed wojny i 24 proc. uchodźców, którzy przyjechali w 2025 roku. Powroty – nawet po zakończeniu wojny – mają być stopniowe, a nie masowe i natychmiastowe. Jak zauważają eksperci, wypowiedzi polityków warto czytać z dystansem, bo często są elementem wewnętrznych debat i mobilizowania elektoratu, a nie precyzyjnym opisem rzeczywistości.

Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

„Rzeczpospolita”: Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

Piotr Relich


pch24.pl/rzeczpospolita-ukraina-nie-przekaze-polsce-danych-sabotazystow

Ukraina nie chce udostępnić Polsce danych wewnętrznych dotyczących podejrzanych o terroryzm i „działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej”. To wśród Ukraincówy „współpracujących z Rosją”.. [A skąd to wiesz, kotek?? md] jest najwięcej osób dokonujących aktów sabotażu w naszym kraju. Tylko w listopadzie ubiegłego roku, dwie osoby chciały wykoleić pociąg pod Lublinem.

W odpowiedzi na akty terroryzmu, 11 grudnia 2025 r. nową międzynarodową umowę „o współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw” podpisali ministrowie spraw wewnętrznych obu państw – Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko.

Okazuje się jednak, że umowa wciąż nie weszła w życie – do tego niezbędna jest jej ratyfikacja przez Sejm, a służby dopiero ustalają szczegóły tej współpracy” . Jak dowiedziała się gazeta, strona Polska nie chce jednak udostępnić swoich baz danych ukraińskim służbom, nie wierząc w ich transparentność. W związku z tym, również Ukraina nie przekaże danych o takich osobach z wyprzedzeniem. Eksperci tłumaczą wstrzemięźliwość strony polskiej, podkreślając, że jedynie służba antykorupcyjna NABU jest w miarę odporna na rosyjską penetrację, ale tylko dlatego, że znajduje się pod ochroną Amerykanów, którzy wykorzystują ją do wewnętrznego rozgrywania ukraińskich władz.

Gdyby zacieśniono współpracę wywiadowczą na linii Warszawa-Kijów, być może nie doszłoby do aktów sabotażu wymierzoną w polską infrastrukturę kolejową w listopadzie zeszłego roku.

Jeden z podkładających ładunki w okolicach Lublina, Jewhenij Iwanow, był już notowany na Ukrainie. W maju 2025 r. został skazany przez sąd w Kijowie na 15 lat więzienia. Wcześniej był notowany za przemyt ludzi, a od 2015 r. mieszkał w Rosji. Z kolei pochodzący z Donbasu Oleksandr Kononow, pracownik tamtejszej prokuratury współpracował z rosyjskimi służbami. Mężczyźni po dokonaniu aktów sabotażu udali się bez problemów na Białoruś. Czynnikiem niezwykle utrudniającym wyłapywanie sabotażystów jest fakt, że pomiędzy Polską a Ukrainą odbywa się ruch bezwizowy.

Źródło: rp.pl PR

Trzy dekady na kolanach i po raz kolejny w ślepej uliczce.

– Część druga – Polska musi wybrać między USA a UE

============================

[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści, liberałowie itp.] Sterowany od władz rosji. Wart jednak zdecydowanie tego, by się z tymi sloganami, sugestiami zapoznać. Cz. II. md]

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Trzy dekady na kolanach

Niedawna kłótnia w mediach społecznościowych między Nawrockim a Tuskiem na temat wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News ujawnia głębię rozłamu. Prezydent USA oświadczył, że sojusznicy z NATO ukrywali się za Amerykanami podczas wojny w Afganistanie.

Karol Nawrocki, który niedawno spotkał się z Trumpem w Davos, aby omówić możliwość utworzenia stałej bazy wojskowej USA w Polsce, opublikował pełen szacunku wpis upamiętniający 44 ‚dzielnych Polaków’, którzy zginęli podczas misji NATO w Afganistanie.

Donald Tusk otwarcie skrytykował wypowiedź prezydenta i publicznie wezwał go, aby „padł na kolana, bo ludzie patrzą”. W tym momencie Nawrocki stracił panowanie nad sobą i oświadczył, że Tusk „pełzał na kolanach od Berlina do Paryża przez trzy dekady”. Według Nawrockiego premier „uklęknął nawet w Moskwie”. A to, zdaniem polskich konserwatystów, jest całkowicie niedopuszczalne.

Ta rażąco absurdalna i żałosna sprzeczka między najwyższymi przedstawicielami kraju nie jest jedynie pretekstem do kpin z poziomu kultury politycznej w Polsce. Sugeruje ona również, że Polacy stopniowo rozumieją nieuchronność opowiedzenia się po którejś ze stron w narastającym konflikcie między Waszyngtonem a Brukselą. Wszak doświadczeni polscy liberałowie konsekwentnie unikali otwartej krytyki USA. Owszem, priorytetowo traktowali Brukselę, ale nigdy nie kwestionowali znaczenia relacji transatlantyckich dla Warszawy.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji

Teraz Tusk otwarcie prowokuje prezydenta, który próbuje bagatelizować negatywny wpływ wypowiedzi Trumpa na temat europejskich sojuszników. Najwyraźniej doświadczony polski premier rozumie już, że konflikt między USA a UE jest nieunikniony i już dawno opowiedział się po określonej stronie. Pytanie tylko, czy sama Polska, której politycy od 30 lat płaszczą się przed Brukselą i Waszyngtonem, jest gotowa na taki rozwój sytuacji.

Po raz kolejny w ślepej uliczce

Ciągle podkreślając ostry konflikt polityczny między liberalnym premierem a konserwatywnym prezydentem, Polacy mogą po prostu próbować odwlekać nieuniknione. Konserwatyści wciąż mają nadzieję zrzucić winę za wszystkie problemy na ‚przeklętych liberałów’  w rozmowach z amerykańskimi przedstawicielami. Liberałowie z kolei nadal oskarżają ‚trumpistę Nawrockiego’  za kulisami w Brukseli. Ale prędzej czy później będą musieli podjąć decyzję. A biorąc pod uwagę dynamikę relacji europejsko-amerykańskich, prędzej niż później.

Polacy po raz kolejny wmanewrowali się w strategiczny ślepy zaułek. Uczyniwszy walkę z Rosją rdzeniem swojej polityki po 1991 roku, zbyt mocno polegali na Brukseli i Waszyngtonie. Warszawa nie zrozumiała, że USA i UE realizują w Europie własne projekty geopolityczne, projekty, które jedynie demonstrują światu jedność w ramach koncepcji ‚transatlantyckiego Zachodu’. Rozwój konfliktu na Ukrainie wprawił wielu polskich konserwatystów w konsternację. Wbrew ich ocenie, to Unia Europejska znacząco przedłużyła konflikt w dłuższej perspektywie, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa wyrażały chęć kompromisu.

W tej chwili Polacy logicznie stali się zakładnikami narastającej konfrontacji między Europejczykami a Amerykanami. Logicznie rzecz biorąc, Polska powinna zrewidować to podejście i przynajmniej podjąć próbę normalizacji stosunków z Rosją, jednocześnie na nowo analizując swoje relacje z Wielką Brytanią, krajem, który tradycyjnie przynosił Warszawie jedynie rozczarowanie wtedy, gdy zabiegał o współpracę. Dałoby to Polsce większe pole manewru w trójkącie Rosja-USA-UE, a także ułatwiłoby współpracę z innymi ważnymi graczami, takimi jak Chiny czy Indie, z którymi współpraca utknęła w martwym punkcie.

Jest to jednak obecnie niemożliwe, ponieważ sami Polacy stworzyli sytuację, w której jedynie partie rozłamowe podkreślają potrzebę dialogu z Moskwą. Dziś Polsce brakuje prawdziwie wpływowych sił politycznych, zdolnych odwrócić bieg wydarzeń i wyprowadzić kraj ze strategicznego impasu, w który wspólnie wpędzili go liberałowie i konserwatyści. Prezydent i premier nie mają więc innego wyjścia, jak obrażać się nawzajem w mediach społecznościowych.

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Napisał: Dmitrij Buniewicz

Język niemiecki – opracował: Thomas Röper

Język polski – opracował: Zygmunt Białas

Polska wymiera szybciej niż najbardziej pesymistyczne prognozy przewidziały

Co za rekord! Tylko, że ponury.

Ogromny spadek urodzeń,

Polska wymiera

szybciej niż zakładano

polska-wymiera-szybciej-niz-zakladano

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w listopadzie 2025 roku urodziło się w Polsce 17 tysięcy dzieci. To ogromny spadek względem listopada roku 2024. Przyszłość Polski wygląda coraz czarniej.

W listopadzie 2025 roku zmarło 30,5 tysiąca osób, ale urodziło się już tylko 17 tysięcy dzieci. W tym samym miesiącu roku 2024 na świat przyszło 18,6 tys. dzieci. W 2025 roku urodziło się zatem w tym miesiącu aż o 8,6 proc. mniej dzieci.

Licząc z listopadem 2025 łącznie, w ciągu 12 miesięcy urodziło się w Polsce 238,7 tysiąca dzieci, podczas gdy zmarło 405,7 tys. osób.

Jak wskazują demografowie, spadek liczby urodzeń w Polsce jest dramatycznie szybki. Znacząco wyprzedza prognozy Głównego Urzędu Statystycznego formułowane w ostatnich latach. Zgodnie z prognozami tak niską liczbę urodzeń Polska powinna odnotować dopiero w roku 2057. Tymczasem „osiągnęła” ją już w roku 2025. Zgodnie z dawnymi prognozami GUS, w Polsce miało się urodzić w 2025 roku 294 tysiące dzieci. Różnica między prognozami a rzeczywistością jest zatem bardzo poważna.

Wskaźnik dzietności w Polsce wyniósł już w 2024 roku zaledwie 1,099 dziecka na kobietę. W roku 2025 będzie z całą pewnością jeszcze niższy.

Z kryzysem demograficznym boryka się wprawdzie cały świat, ale prawie nigdzie sytuacja nie jest tak zła, jak w Polsce.

Gorzej jest tylko w kilku krajach azjatyckich – Korei Południowej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze czy – uwaga – w Chinach.

W absolutnej większości państw świata sytuacja jest lepsza niż w Polsce – również w Europie. Nie wynika to tylko z migracji muzułmańskiej ani z zamożności. Więcej dzieci rodzi się w imigranckich Niemczech i Francji, znacznie mniej imigranckich Włoszech czy Hiszpanii – czy w krajach biedniejszych od Polski i zarazem bez migrantów, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja czy Czechy.

Polska wymiera niemal najszybciej na świecie. Demografowie zastanawiają się, jakie są tego przyczyny. Tradycyjne wyjaśnienia mówiące o problemach z przedszkolami czy mieszkaniami są wskazywane coraz rzadziej – wymienia się je najwyżej jako kwestie dodatkowe. Wydaje się, że podstawową przyczyną jest niechęć do posiadania dzieci ze względu na chęć korzystania z życia w modelu wysoce konsumpcyjnym.

Źródła: X, PCh24.pl Pach

Oburzenie z ręką w nocniku

Oburzenie z ręką w nocniku

Zorard oburzenie-z-reka-w-nocniku

Wszyscy się zatrzęśli z oburzenia po tym jak Trump „umniejszał rolę sojuszników w Afganistanie”. I jak czytam te wszystkie wypowiedzi od oficjalnych do tych pisanych na Internecie przez ludzi to tylko się załamuję.

Wypowiedź Trumpa była niedyplomatyczna, chamska wręcz, ale… prawdziwa. Wystarczy przeczytać historię konfliktu w Afganistanie (Amerykanie dokonują inwazji, polski kontyngent pojawia się w ramach sił „stabilizacyjnych” teoretycznie po zakończeniu głównych walk). Największa liczba żołnierzy USA obecnych w Afganistanie to 90000, największa liczba polskich żołnierzy tam obecnych to 2600, poległo odpowiednio 2463 i 44 żołnierzy. Naprawdę uważamy, że bez tego wsparcia Amerykanie nie daliby rady, że ono było kluczowe dla powodzenia tej wojny (zresztą, dodajmy, ostatecznie przez USA przegranej)?

Pan Trump w swoim prostackim stylu właśnie powiedział nam gdzie jest prawdziwe miejsce Polski w tych wszystkich sojuszach i układach. Wdzięczność? Dajcie spokój… niby za co? Za oddziały, które stanowiły drobny procent całości sił? A poza tym w stosunkach z mocarstwami nie ma czegoś takiego jak wdzięczność. Tą mogą prywatnie odczuwać i wyrażać na prywatnych spotkaniach wojskowi, którzy tam ramię w ramię walczyli. Ale dla polityki państw nie ma to żadnego znaczenia. Jak ktoś ma jakieś wątpliwości to może sobie przypomnieć jak wyglądała wdzięczność Wielkiej Brytanii za wkład polskich sił na Zachodzie w II Wojnie Światowej – a był on nieporównywalnie większy niż znaczenie polskich misji w Afganistanie i Iraku.

Najwyraźniej NIC nie zrozumieliśmy z tej lekcji, nic a nic. Tak właśnie wygląda „stronger together” i „silni w sojuszach” w praktyce. Jak się zmienią interesy to sojusznik sobie pójdzie a my zostaniemi – zwłaszcza zaś sojusznik, który jest mocarstwem morskim, odległym i mającym zupełnie inne problemy niż Polska czy Ukraina.

Niestety, nawet wśród patriotów nadal trwa zaczadzenie chorymi ideami Towiańskiego, którymi Mickiewicz – głupiec ale niestety utalentowany poeta – skutecznie zatruł całe pokolenia Polaków. Polska jako „Chrystus narodów”, „danina krwi” i inne brednie tego rodzaju niestety nadal są żywe.

Jak na to patrzą Amerykanie najlepiej ujął pułkownik Douglas MacGregor w jednej z niedawnych rozmów:

„Ale wiele innych krajów NATO dołączyło do nas nie dlatego, że uważali, że to [inwazja na Afganistan] jest dobry pomysł, nie dlatego, że naprawdę popierali to, co tam robiliśmy, ale dlatego, że chcieli zachować naszą dobrą wolę, naszą przyjaźń. Siedziałem z wieloma polskimi oficerami i oni wprost mówili: wiesz, jesteśmy tu by krwawić z wami. A ja się pytałem: po co?

  • No, musimy krwawić z wami żeby scementować przyjaźń z Polską. A ja próbowałem im powiedzieć, że rozumiem teorię, która za tym stoi ale my jesteśmy bardzo daleko od Polski. I jeśli myślicie, że będziemy was ratować od przyszłych wrogów w regionie lub ludzi, których nie lubicie, nie ważne czy to będą Rosjanie czy Niemcy, Węgrzy czy ktokolwiek inny, to myślę, że cierpicie na urojenia. Nie sądzę żeby to nastąpiło. I do pewnego stopnia całe NATO jest w pułapce takiego myślenia.
  • Są w pułapce iluzji, że są jak Polska w 1939 roku i mówią „Nie lubimy Rosjan. Nie lubimy Niemców. Z nikim się nie będziemy dogadywać. Będziemy wrogiem dla obu. A będziemy tak postępować, bo Brytyjczycy obiecali nam pomóc.” Rozumiesz, to jest ta sama mentalność. Możemy zawsze pójść do Amerykanów a oni nam pomogą. My nie jesteśmy tym zainteresowani. Nigdy nie byliśmy. Nie jesteśmy teraz. I nie będziemy w przyszłości.”

Dla wyjaśnienia, emerytowany od 2004 roku pułkownik McGregor jest czołgistą, który osobiście brał udział w pierwszej wojnie w Iraku dowodząc jedną z większych czołgowych bitew. Jest typem żołnierza, którego jasność oglądu sytuacji sprawdziła się w boju ale niewyparzony język i mówienie wprost zamknęło możliwość awansu na stanowiska generalskie. Choć ewidentnie ma więcej klasy niż Trump i zdecydowanie mniejsze możliwości decyzyjne mówi co do zasady dokładnie to samo.

Zatem… nawet Amerykanin bez Polskich korzeni, patrzący niejako z boku widzi bezsens postawy i polityki jaką Polska uprawia. Ale nie Polacy. I martwią mnie tu nie tyle wypowiedzi zdrajców i marionetek pokroju naszych pożal się Boże mężyków stanu. Martwią mnie bardziej te spontaniczne, szczere wypowiedzi ludzi, które widzę w Internecie.

Ale czego się spodziewać po narodzie, który nadal czci idiotyczne Powstanie Warszawskie i który Józefowi Beckowi stawia pomniki zamiast zapisać go w pamięci powszechnej we frazie „głupi jak Beck”.

Pocieszać się można tylko, że Ukraińcy też okazali się głupcami i dali się wykorzystać w cudzym interesie ginąc setkami tysięcy – a teraz ich „sojusznik” sam im każde oddać Donbas i pewnie coś jeszcze.

Ale czy cudze nieszczęście może naprawdę pocieszać w obliczu własnej analogicznej głupoty? Przecież gdyby nasi zdrajcy dzierżący zewnętrzne znamiona władzy pogonili nas na Rosję to setki tysięcy poszłoby w to z pieśnią na ustach.

Módlmy się, żeby nam tego oszczędzono.

Pfizer żąda w sądach 6 miliardów za nieużyte, ale jawnie szkodliwe szpryce

Na zdjęciu: grupa prawników,

która w tym tygodniu

przez trzy dni przekonywała sąd,

Grzegorz Płaczek

25 stycznia 2026, ewinia neon24

Dlaczego Polska ma zapłacić amerykańskiej korporacji 6 miliardów złotych.

Pozew przeciwko Polsce złożył koncern Pfizer. Rozprawa nie była tajna – a mimo to żadne „niezależne” polskie media nie pojawiły się na sali. Szkoda, bo – jak wiadomo – Pfizer domaga się od Polski tej gigantycznej kwoty za zamówione, ale do dziś nieodebrane, szczepionki przeciw COVID-19. Na sali padło tyle zaskakujących informacji, że aż włosy stają dęba.

Oto kilka z nich:

Negocjacje bez poinformowania Polski?

W 2021 r. Ursula von der Leyen miała przystąpić do negocjacji z Pfizerem zanim w ogóle poinformowano polski rząd o ich rozpoczęciu. To tylko potwierdza, że Komisja Europejska potrafi traktować Polskę jak petenta czy idiotę– podejmować decyzje tak, jakby zarządzała naszą polityką zdrowotną i naszymi finansami. W Brukseli nikt nas o nic nie pytał; nie było nawet formalnego powiadomienia o rozpoczęciu rozmów. Absurd i skandal. Co bulwersujące, prawnicy Pfizera stwierdzili, że gdy już Polska została poinformowana o trwających negocjacjach – nie zgłosiła żadnego sprzeciwu wobec sposobu prowadzenia tych negocjacji. Dlaczego nie było sprzeciw? Do dziś nie wiadomo.

„Problemy z bezpieczeństwem” AstraZeneca i Johnson&Johnson – a komunikaty polskiego rządu

Pfizer przyznał, że w przypadku szczepionek AstraZeneca i Johnson&Johnson (Janssen) w 2021 r. (cyt.) „pojawiały się problemy z bezpieczeństwem” i że (cyt.) „szczepionki były niewłaściwe”. Tymczasem w tym samym czasie minister Dworczyk uspokajał opinię publiczną słowami:
gdyby pojawiły się jakiekolwiek przesłanki potwierdzone medycznie, że którakolwiek ze szczepionek może być niebezpieczna dla zdrowia pacjentów, podjęlibyśmy natychmiastowe działania; dzisiaj takich przesłanek nie ma”.
Z kolei minister Niedzielski przekonywał, że (cyt.) „jednodawkowa szczepionka Johnson & Johnson zapewnia 100% ochrony przed hospitalizacją i zgonem [sic !! zapewnia więc nieśmiertelność !! msd] od 28. dnia po szczepieniu”.
A przecież wiemy, że było inaczej – po zaszczepieniu ludzie ciężko chorowali i umierali na COVID-19. Czy to możliwe, że rząd kłamał? Gdzie było WHO ??!

„Nie ma szkody dla budżetu”

Pfizer zeznał, że w konsekwencji zakupu szczepionek przez Komisję Europejską (cyt.) „nie ma szkody dla budżetu Europy i Polski”. Brzmi to co najmniej dziwnie, bo eksperci wskazują, że marże przy cenie 19,5 EUR za dawkę miały być nadprzeciętne. Do dziś nie wyjaśniono afery wokół ustalania warunków zakupu przez Ursulę von der Leyen – w tym komunikacji z prezesem Pfizera przez komunikator. Wiadomości ostatecznie zniknęły z telefonu szefowej Komisji Europejskiej.
Opierając się na publicznych danych finansowych Pfizera, szacuje się, że zysk netto na jednej dawce szczepionki mRNA mógł wynosić minimum 4 EUR (a niektórzy wskazują na znacznie wyższy zysk!). Przy zamówieniu 900 mln dawek oznaczałoby to potencjalny zysk rzędu 3,6 mld EUR, czyli około 16–17 mld zł netto!

I to nadal ostrożna ocena. Pytanie – czy chodziło o ratowanie świata, czy o wielki biznes ? Pfizer zeznał, że przy przedłużaniu umowy, Komisja Europejska ustaliła kolejną cenę na poziomie… 19,5 EUR za dawkę, a Polska znała tę wyższą cenę i „nie sprzeciwiła się”. Dlaczego Polska milczała ? To pytanie również pozostaje bez odpowiedzi.

Oddawanie dawek do COVAX

Koncern potwierdził również w belgijskim sądzie, że Pfizerowi zależało (cyt.) „żeby wyszczepić ludzi”, a jeśli jakiś kraj nie chciał zakupionych szczepionek, mógł zapłacić i… oddać je bezpłatnie do COVAX.

I tutaj też zaczyna robić się ciekawie, bowiem COVAX to międzynarodowa inicjatywa działająca w latach 2020–2023, której głównymi filarami były: WHO, Gavi i CEPI. O WHO – organizacji, wokół której od lat toczy się dyskusja o wpływach wielkich korporacji farmaceutycznych – nie trzeba się tu rozwodzić. Gavi to sojusz, który skupia między innymi WHO oraz… Fundację Billa i Melindy Gatesów. Natomiast CEPI to partnerstwo publiczno-prywatno-filantropijne, które między innymi utworzyła… Fundacja Billa i Melindy Gatesów oraz World Economic Forum – znane z Davos.

Pozostawiam ten wątek bez komentarza – niech Polacy sami ocenią ten mechanizm.

Zerwanie umowy bez wiedzy Prokuratorii Generalnej ?

I wreszcie: minister Niedzielski miał podjąć decyzje prowadzące do złamania/zerwania umowy z Pfizerem bez konsultacji z Prokuratorią Generalną. Trudno jednocześnie uwierzyć, że mogło to się stać bez wiedzy i akceptacji ówczesnego premiera Mateusza Morawieckiego. Jak mogło do tego dojść – nie wiem. Może ktoś pomoże ten absurd wytłumaczyć ?

Jedno jest pewne: jeśli Polska realnie stoi dziś przed ryzykiem zapłaty 6 mld zł i ktoś powinien za to odpowiedzieć. Winni powinni stanąć przed polskim sądem za narażenie Skarbu Państwa na tak gigantyczne ryzyko finansowe.

Tymczasem premier Donald Tusk zachowuje się tak, jakby problemu nie było. Pytanie brzmi: dlaczego – i czyich interesów broni taką postawą ?

Grzegorz Płaczek

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków

ukraincy-i-zurkowcy-tworza-poradnik-donoszenia-na-polakow

Zapowiedź opracowania poradnika dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce brzmi niewinnie: ma uczyć, jak reagować na „nienawiść” i rzekome akty agresji. Problem w tym, że w praktyce to nie wygląda jak kampania bezpieczeństwa, lecz jak instrukcja dla szmalcowników. Powstaje przy udziale prawników, ekspertów, a nawet polskiego (?) wymiaru sprawiedliwości i policji. Innymi słowy: obce państwo i jego obywatele, współtworzą narzędzie dla swoich obywateli, służące do niszczenia tubylców. To sytuacja zarówno groteskowa, jak groźna.

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków. Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar powiedział, że kluczowym wyzwaniem dla Polski jest obecnie skala obecności Ukraińców w naszym kraju. Chodzi o ponad 2 miliony osób i „presję wewnętrzną” wywieraną na polskie społeczeństwo. Ma rację: masowa migracja w krótkim czasie nie jest normalną i neutralną sytuacją. Przeciąża usługi publiczne, destabilizuje rynek mieszkaniowy i pracy oraz generuje koszty, które ponoszą podatnicy.

Problem polega na czymś innym. Oto zamiast ograniczenia imigracji, a nawet zachęcaniu części przesiedleńców do powrotu do ojczyzny, ambasador proponuje coś innego. Chce, by wszelka krytyka tej sytuacji była zabroniona i ścigana karnie. Rosnąca niechęć Polaków do Ukraińców ma być według niego skutkiem przesuwania się sceny politycznej w prawo i „retoryki antyimigracyjnej”. To klasyczne odwracanie znaczeń.

Sprzeciw wobec przeciążenia systemu ochrony zdrowia, edukacji czy świadczeń socjalnych nie jest żadną „nienawiścią”. To elementarna reakcja na realne konsekwencje decyzji politycznych. Jeśli Polacy pytają, kto finansuje leczenie, edukację i transfery dla cudzoziemców, nie jest to agresja — tylko normalna debata o tym, jak działa państwo. Tymczasem zamiast rozmowy o granicach solidarności, ambasador buduje narrację, w której to obywatele polscy mają być zagrożeniem, a przybysze grupą wymagającą szczególnej ochrony i instruktażu. Zaproponował napisanie specjalnego poradnika dla ukraińskich donosicieli i szmalcowników.

Najbardziej niepokojące jest to, że poradnik powstaje we współpracy z polskim wymiarem sprawiedliwości i służbami. W praktyce oznacza to uprzywilejowanie jednej grupy narodowościowej w dostępie do wsparcia instytucjonalnego. Polscy obywatele nie dostają żadnych „poradników”, jak bronić się przed skutkami niekontrolowanej migracji, jak reagować na realne konflikty interesów na rynku pracy czy w usługach publicznych, wreszcie – jak dochodzić swoich praw w starciu z instytucjami. Za to cudzoziemcy mają otrzymać instrukcję, jak skutecznie reagować na każdy przejaw krytyki — nawet tej uzasadnionej.

To pokazuje szerszy problem: Polska z kraju goszczącego i pomagającego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są systemowo chronieni przed społeczną krytyką, a obywatele dyscyplinowani moralnie i straszeni etykietą „mowy nienawiści”. Wystarczy, że ktoś nazwie napięcia społeczne „ksenofobią”, a temat znika z debaty, choć koszty pozostają. Dokładnie tą drogą szły państwa Zachodu, gdzie lęk przed oskarżeniem o rasizm paraliżował instytucje — i kończyło się tym, że realne patologie zamiatano pod dywan.

Ta sprawa pokazuje, jak Polska za rządów Tuska traci kontrolę nad własnym terytorium. Z kraju goszczącego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są chronieni przed społeczną krytyką, a Polacy stają się grupą, którą można ścigać za „nienawiść”. Czy Polacy nie staną się wkrótce ofiarami własnej naiwności, podobnie jak rdzenni brytyjczycy? Jest to pytanie, na które odpowiedzi nie będziemy musieli czekać zbyt długo. Za moment skończy się bowiem wojna i przyjadą do nas ukraińscy weterani z PTSD. Wtedy już będzie za późno na przebudzenie polskiego społeczeństwa.

Jeśli państwo nie zacznie jasno stawiać granic, nie odzyska kontroli nad polityką migracyjną i nie przywróci równowagi między prawami gości, a prawami własnych obywateli, napięcia będą tylko narastać. Poradniki szmalcownictwa tego nie rozwiążą. Rozwiąże to tylko uczciwa polityka: twarde egzekwowanie prawa wobec cudzoziemców oraz prawo Polaków do zadawania pytań bez etykietowania ich jako zagrożenia dla skrajnie lewicowej ideologii multi-kulti.

Polecamy również: Rząd Tuska forsuje ekspresowe rozwody. To prawo, które uczy nietrwałości związków

Chiny, Rosja, USA i Europa. Jaki interes ma w tej układance Polska?

Chiny, Rosja, USA i Europa.

Jaki interes ma w tej układance Polska?

Grzegorz Świderski gps/chiny-rosja-usa-i-europa-jaki-interes-ma-w-tej-ukladance-polska

[Przewrotny, ale wart przemyślenia. MD]

W jed­nym z chiń­ski­ch por­ta­li uka­zał się tek­st au­tor­stwa Liu Sen­se­na, któ­ry na Za­cho­dzie funk­cjo­nu­je głów­nie ja­ko sen­sa­cyj­ny cy­tat. W rze­czy­wi­sto­ści je­st to znacz­nie cie­kaw­szy do­ku­ment: chłod­na ana­li­za pro­ce­su przej­mo­wa­nia re­al­nej kon­tro­li nad ro­syj­skim Da­le­kim Wscho­dem bez uży­cia si­ły mi­li­tar­nej. Liu opi­su­je coś, co w chiń­skiej my­śli stra­te­gicz­nej ucho­dzi za oczy­wi­sto­ść — że w XXI wie­ku im­pe­ria przej­mu­je się nie czoł­ga­mi, le­cz in­fra­struk­tu­rą, ka­pi­ta­łem, tech­no­lo­gią i wa­lu­tą.

  Ro­syj­ski Da­le­ki Wschód, ob­szar nie­mal sied­miu mi­lio­nów ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wy­ch, sła­bo za­lud­nio­ny i chro­nicz­nie nie­do­in­we­sto­wa­ny, ja­wi się w tej opty­ce ja­ko na­tu­ral­ne za­ple­cze go­spo­dar­cze Chin. Chiń­skie in­we­sty­cje w por­ty, dro­gi, mo­sty i lo­kal­ne przed­się­bior­stwa, eks­pan­sja ju­ana oraz włą­cze­nie re­gio­nu w chiń­skie łań­cu­chy do­staw po­wo­du­ją, że for­mal­na przy­na­leż­no­ść pań­stwo­wa tra­ci zna­cze­nie. Go­spo­dar­ka za­czy­na funk­cjo­no­wać w ob­cym eko­sys­te­mie — a to on wy­zna­cza re­al­ną wła­dzę.

  Ten opis bez­po­śred­nio uzu­peł­nia te­zę, któ­rą wcze­śniej po­sta­wi­łem w tek­ście „Ro­sja dą­ży do roz­pa­du”. Ro­sja nie roz­pa­da się dla­te­go, że ktoś ją roz­bi­ja z ze­wną­trz, le­cz dla­te­go, że nie je­st w sta­nie utrzy­mać spój­no­ści wła­sne­go im­pe­rium, gdy cen­trum zo­sta­je prze­cią­żo­ne woj­ną, sank­cja­mi i słab­ną­cą de­mo­gra­fią. Woj­na na Ukra­inie nie ce­men­tu­je Ro­sji — ona ją zu­ży­wa. A zu­ży­te im­pe­ria nie upa­da­ją z hu­kiem, le­cz są stop­nio­wo przej­mo­wa­ne przez bar­dziej efek­tyw­ny­ch gra­czy.

  Stąd klu­czo­wy wnio­sek: trwa­ją­ca woj­na ozna­cza fak­tycz­ną wa­sa­li­za­cję Ro­sji wo­bec Chin. Każ­dy mie­siąc kon­flik­tu po­głę­bia za­leż­no­ść Mo­skwy od chiń­skie­go ryn­ku, tech­no­lo­gii, kre­dy­tu i po­li­tycz­ne­go pa­ra­so­la. Part­ner­stwo stra­te­gicz­ne sta­je się eu­fe­mi­zmem dla re­la­cji, w któ­rej Ro­sja sprze­da­je su­row­ce po dys­kon­to­wy­ch ce­na­ch, a w za­mian tra­ci au­to­no­mię de­cy­zyj­ną. Da­le­ki Wschód nie je­st pierw­szym ob­sza­rem tej ci­chej ko­lo­ni­za­cji Chin — to sa­mo wi­dzi­my w Afry­ce czy w Pa­na­mie.

  W tym kon­tek­ście zro­zu­mia­łe sta­je się sta­no­wi­sko Do­nal­da Trum­pa. Je­go dą­że­nie do szyb­kie­go za­koń­cze­nia woj­ny na Ukra­inie nie wy­ni­ka z sen­ty­men­tu do Ro­sji ani z izo­la­cjo­ni­zmu, le­cz z chłod­nej kal­ku­la­cji geo­po­li­tycz­nej. Dłu­go­trwa­ły kon­flikt wzmac­nia Chi­ny, bo za­mie­nia Ro­sję w su­row­co­wy i te­ry­to­rial­ny do­da­tek do chiń­skie­go sys­te­mu go­spo­dar­cze­go. Woj­na dzia­ła jak ak­ce­le­ra­tor tej eks­pan­sji. Po­kój — na­wet nie­ide­al­ny — mógł­by ją spo­wol­nić.

  Tu ujaw­nia się za­sad­ni­cza róż­ni­ca in­te­re­sów mię­dzy Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi a Eu­ro­pą, w tym Pol­ską. Dla Eu­ro­py roz­pad Ro­sji je­st ko­rzyst­ny, na­wet je­śli ozna­cza wzmoc­nie­nie Chin. Ro­sja je­st za­gro­że­niem mi­li­tar­nym, re­wi­zjo­ni­stycz­nym i de­struk­cyj­nym. Chi­ny na­to­mia­st ni­gdy nie pro­wa­dzi­ły wo­jen na­past­ni­czy­ch w Eu­ro­pie i nie ma­ją ku te­mu ani in­te­re­su, ani tra­dy­cji. Ich na­rzę­dziem je­st ko­lo­nia­li­zm eko­no­micz­ny — a to nie je­st za­gro­że­nie eg­zy­sten­cjal­ne, le­cz for­ma zdro­wej i twór­czej kon­ku­ren­cji. Chi­ny bu­du­ją, Ro­sja nisz­czy.

  Ko­lo­nia­li­zm eko­no­micz­ny moż­na re­gu­lo­wać, rów­no­wa­żyć i kon­tro­wać. Woj­nę tyl­ko prze­trwać przy ży­ciu tra­cąc ca­ły ma­ją­tek. Chi­ny in­we­stu­ją, bu­du­ją i han­dlu­ją. Je­śli ro­bią to sku­tecz­niej niż in­ni, nie czy­ni ich to agre­so­rem, le­cz kon­ku­ren­tem. Dla Eu­ro­py, cy­wi­li­za­cji pra­wa, kon­trak­tu i ryn­ku, ta­ki typ eks­pan­sji je­st znacz­nie mniej de­struk­cyj­ny niż ro­syj­ska lo­gi­ka czoł­gu, ra­kie­ty i ma­fij­ny­ch stref wpły­wów.

  Z eu­ro­pej­skie­go punk­tu wi­dze­nia wnio­sek je­st bru­tal­nie pro­sty: roz­pad Ro­sji je­st pro­ce­sem po­żą­da­nym, a chiń­ska ko­lo­ni­za­cja eko­no­micz­na jej pe­ry­fe­rii je­st kosz­tem, któ­ry da się po­nie­ść. Im­pe­rium ro­syj­skie sta­no­wi za­gro­że­nie przez sa­mo swo­je ist­nie­nie. Chiń­ska eks­pan­sja go­spo­dar­cza je­st je­dy­nie wy­zwa­niem kon­ku­ren­cyj­nym. A na­wet je­śli je­st za­gro­że­niem mi­li­tar­nym, to prze­no­si ta­ki kon­flikt na Pa­cy­fik. Wresz­cie Eu­ro­pa mo­że stać się pe­ry­fe­ria­mi krwa­wy­ch kon­flik­tów, a nie ich za­rze­wiem!

  Z tej ukła­dan­ki wy­ni­ka jesz­cze je­den wnio­sek, naj­bar­dziej nie­wy­god­ny po­li­tycz­nie, ale za­ra­zem naj­bar­dziej ra­cjo­nal­ny z punk­tu wi­dze­nia War­sza­wy. W in­te­re­sie Pol­ski le­ży mak­sy­mal­ne wy­dłu­że­nie ro­syj­skie­go wy­krwa­wia­nia się na Ukra­inie, na­wet je­śli ozna­cza to dzia­ła­nia nie w peł­ni zbież­ne z krót­ko­ter­mi­no­wą kal­ku­la­cją USA.

  Dla Ame­ry­ki woj­na na Ukra­inie je­st jed­nym z wie­lu te­atrów glo­bal­nej ry­wa­li­za­cji. Dla Pol­ski — spra­wą eg­zy­sten­cjal­ną. Każ­dy mie­siąc, w któ­rym Ro­sja tra­ci lu­dzi, sprzęt i zdol­no­ść pro­jek­cji si­ły, to mie­siąc re­al­ne­go wzro­stu na­sze­go bez­pie­czeń­stwa. Każ­da dy­wi­zja zu­ży­ta pod Bach­mu­tem to dy­wi­zja, któ­ra ni­gdy nie sta­nie nad Bu­giem.

  Z pol­skiej per­spek­ty­wy woj­na na Ukra­inie peł­ni funk­cję, któ­rej nie da się ku­pić za żad­ne pie­nią­dze: roz­ła­do­wu­je ro­syj­ski po­ten­cjał mi­li­tar­ny po­za na­szym te­ry­to­rium. Ro­sja nie prze­sta­je być za­gro­że­niem wte­dy, gdy pod­pi­su­je trak­ta­ty, le­cz wte­dy, gdy tra­ci zdol­no­ść pro­wa­dze­nia woj­ny. A tę zdol­no­ść tra­ci dziś po­wo­li, sys­te­mo­wo i nie­od­wra­cal­nie.

  Dla­te­go pol­skie wspar­cie mi­li­tar­ne dla Ukra­iny nie je­st ro­man­tycz­nym ge­stem ani ide­olo­gicz­ną de­kla­ra­cją. Je­st zim­ną, re­ali­stycz­ną po­li­ty­ką bez­pie­czeń­stwa. Na­wet je­śli Wa­szyng­ton uzna kie­dyś, że dal­sze prze­cią­ga­nie kon­flik­tu wzmac­nia Chi­ny bar­dziej, niż osła­bia Ro­sję, Pol­ska nie ma luk­su­su ta­kie­go bi­lan­su. Dla nas li­czy się jed­no: by Ro­sja ni­gdy nie od­zy­ska­ła zdol­no­ści ofen­syw­ny­ch.

  Im dłu­żej Ro­sja krwa­wi, tym bar­dziej sta­je się pe­ry­fe­ryj­nym za­ple­czem Chin, a tym mniej je­st w sta­nie pro­wa­dzić sa­mo­dziel­ną, agre­syw­ną po­li­ty­kę wo­bec Eu­ro­py Środ­ko­wej. Wa­sal, na­wet nu­kle­ar­ny, je­st groź­ny głów­nie w re­to­ry­ce. Im­pe­rium od­bu­do­wa­ne po szyb­kim po­ko­ju by­ło­by groź­ne re­al­nie.

  Nie ma­my wpły­wu na glo­bal­ną grę mo­car­stw. Ma­my wpływ na to, gdzie Ro­sja prze­gry­wa swo­je woj­ny. I le­piej, by prze­gry­wa­ła je jak naj­dłu­żej — po­za te­ry­to­rium Pol­ski.

Polska? Polacy? „To nie jest mój problem”. Homo debilis. [Nie tylko SZCZERBA].

Polska? Polacy? „To nie jest mój problem”. Homo debilis

Autor: CzarnaLimuzyna, 21 stycznia 2026

AI

W wartkim nurcie głównego ścieku pojawiła się rozmowa z przedstawicielem Koalicji Olaków, europosłem Szczerbą, gorącym zwolennikiem procesu zniszczenia Europy i Polski określonego przez propagandę mianem „rozwoju i integracji”. Pan Szczerba ma wśród wielu komentatorów opinię „inteligentnego inaczej”. Pomimo widocznej ironii to nieadekwatne określenie.

Komentarz umieszczony na YouTube jest na tyle dosadny, że zwalnia mnie z nieprzyjemności wiwisekcji tego obrzydlistwa.

Autonomiczne źródło prądu europosła Szczerby:

Przerzucili przez granicę. 5,5 tys. ludzi, gł. Ukraińców.

Przerzucali nielegalnie przez granicę. Jest akt oskarżenia

[a czy można przerzucać legalnie?? md]


przerzucali-nielegalnie-przez-granice

Dziewięć osób – obywateli Ukrainy i Polski – odpowie przed sądem za organizowanie cudzoziemcom nielegalnego przekraczania wschodniej granicy Polski – poinformowała prokuratura. Sprawa dotyczy blisko 5,5 tys. osób, które w latach 2019-2023 przekroczyły granicę na podstawie wyłudzonych wiz.

Akt oskarżenia w tej sprawie Prokuratura Okręgowa w Zamościu skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Z ustaleń śledztwa wynika, iż w skład zorganizowanej grupy przestępczej wchodzili obywatele Polski i Ukrainy, a działalność prowadzona była w latach 2019-2023 – poinformował w komunikacie prasowym rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu prok. Rafał Kawalec.

Jak wyjaśnił, proceder polegał na wystawianiu i rejestrowaniu we właściwych urzędach pracy stosownych oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy dla cudzoziemców, co uprawniało ich do otrzymania wiz.

W większości byli to Ukraińcy

Według ustaleń śledczych wystawiający oświadczenia nie mieli zamiaru ani możliwości powierzenia cudzoziemcowi wykonywania wskazanej pracy, a wystawione dokumenty miały na celu wprowadzenie w błąd pracowników konsulatów i wyłudzenie na tej podstawie niezbędnych do przekroczenia granicy wiz uprawniających do wjazdu i pobytu w krajach Unii Europejskiej.

Jak podał prok. Kawalec, z ustaleń śledztwa wynika, że w ten sposób grupa przestępcza zorganizowała nielegalne przekroczenie granicy państwa dla co najmniej 5 tys. 427 osób. W większości byli to Ukraińcy.

Śledztwo w tej sprawie było prowadzone przez funkcjonariuszy Placówki Straży Granicznej w Hrebennem (Lubelskie) z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej, którzy wpadli na trop przestępczej grupy.

Grupa przestępcza

Akt oskarżenia obejmuje sześcioro obywateli Ukrainy i troje obywateli Polski.

Pięć osób usłyszało zarzuty działania w ramach struktur zorganizowanej grupy przestępczej, w tym jedna osoba zarzut kierowania grupą. Ośmiu osobom przedstawiono zarzuty organizowania nielegalnej migracji. Trzy osoby usłyszały zarzut „prania brudnych pieniędzy” pochodzących z przestępstwa.

Prok. Kawalec powiedział, że śledczym nie udało się ustalić kwot, które podejrzani otrzymywali za organizowanie nielegalnego przekroczenia granicy. Niektórzy z nich mają zarzuty uczynienia sobie z przestępstwa stałego źródła dochodu.

Część podejrzanych, w toku przeprowadzonych przesłuchań przyznała się do popełnia zarzucanych im czynów i złożyła wyjaśnienia, w których opisali swój udział w przestępczym procederze, inni nie przyznali się lub przyznali się do części zdarzeń — prok. Kawalec.

Czworo podejrzanych złożyło wnioski o dobrowolne poddanie się karze bez przeprowadzenia rozprawy.

Wobec wszystkich podejrzanych zastosowano poręczenia majątkowe, dozory policji, zakazy opuszczania kraju. Wobec kobiety oskarżonej o kierowanie grupą prokuratora zastosowała także zabezpieczenie majątkowe poprzez ustanowienie hipoteki na jej nieruchomości do kwoty 750 tys. zł.

Za zarzucane podejrzanym przestępstwa grożą różne kary, maksymalna to 15 lat więzienia.

CZYTAJ TAKŻE: Wojna jako pretekst. Pod przykrywką ewakuacji z Ukrainy wielokrotnie łamali przepisy, by sprowadzać auta. 32 osoby usłyszały zarzuty

Robert Knap/PAP

Pierwszy dzień Karawany: Mróz i atak sodomity. Nie cofamy się.


maciejmaleszyk@polskakatolicka.org

Drogi Mirosławie, piszę do Ciebie z drogi. Dosłownie.

Wczoraj ruszyliśmy z Karawaną.

Wyruszyliśmy, by publicznie sprzeciwić się projektowi tzw. „statusu osoby najbliższej” – ustawie, która pod neutralną nazwą wprowadza związki partnerskie, także sodomskie, i podkopuje fundament małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.

Temperatura: –11 stopni. Przenikliwy mróz, który szczypie w twarz i odbiera czucie w palcach. A jednak – nikt nie narzekał. Bo każdy z nas miał w sercu świadomość, że nie jedziemy sami. Że są z nasi darczyńcy zatroskani o los Ojczyzny.

Mróz szybko pokazuje, kto jest tu przypadkiem, a kto z przekonania. 

Zatrzymaliśmy się w Płocku. Stanęliśmy publicznie, spokojnie, jasno – w obronie małżeństwa, w obronie prawdy. Rozmawialiśmy z ludźmi, rozdawaliśmy materiały, zbieraliśmy podpisy pod petycją „Brońmy świętości małżeństwa – nie dla związków partnerskich”.
Na miejscu pojawiła się lokalna gazeta. Dziś artykuł o naszej obecności już krąży wśród mieszkańców. To ważne. To znaczy, że nasz głos nie ginie w ciszy. Że ktoś go rzeczywiście słyszy.

Potem pojechaliśmy do Włocławka.

To był moment, w którym każdy z nas jeszcze wyraźniej poczuł, jak bardzo ta Karawana jest potrzebna. Jak bardzo projekt „statusu osoby najbliższej” nie jest niewinną korektą prawa, ale elementem głębokiej rewolucji moralnej.

We Włocławku staliśmy się celem agresywnego ataku ze strony sodomity. Było napięcie. Ale była też szybka i zdecydowana reakcja – policja natychmiast interweniowała i zatrzymała napastnika.
To był moment, w którym każdy z nas jeszcze mocniej poczuł, dlaczego tu jesteśmy. Jak bardzo ta walka jest realna. Jak bardzo dotyka współczesnego świata.

Dziś jesteśmy już w drodze do kolejnego miasta.
Mróz nie odpuszcza. A jednak… jesteśmy zmotywowani bardziej niż wczoraj. Bo wiemy, że to, co robimy, ma sens.  Bronimy małżeństwa. Rodziny. Porządku Bożego, który służy całemu społeczeństwu. 

Wiemy, że ta Karawana powstała dzięki sympatykom naszej kampanii, gorliwym katolikom, którzy nie są obojętni na przyszłość naszego kraju. Także dzięki modlitwom oraz dzięki darowiznom – często bardzo hojnym, składanym z serca.

Chcę przekazać Ci właśnie teraz:
każdy kilometr, każdy postój, każda rozmowa z przechodniem jest także Twoim dziełem.

Specjalnie dla Ciebie dołączam kilka zdjęć z wczorajszego dnia. Zobacz prawdę obecną w przestrzeni publicznej.Z wdzięcznością i modlitwą,
Maciej Maleszyk
Polska Katolicka, nie laicka
P.S. Mirosławie, nadal możesz jeszcze wesprzeć Karawanę, byśmy mogli przejechać całą zaplanowaną trasę i zakończyć ją wspólnym sukcesem – każde wsparcie ma teraz realne znaczenie. Dzięki Tobie możemy iść do końca.
Wesprzyj Karawanę 2026
www.polskakatolicka.org

© 2026
Fundacja Instytut Edukacji Społecznej i Religijnej
im. Ks. Piotra Skargi

02-951 Warszawa,
ul. Rotmistrzowska 18

 kontakt@polskakatolicka.org

MERCOSUR, GRENLANDIA I OBŁUDA OWSIAKA

GADOWSKI, PALADE, KARPIEL: MERCOSUR, GRENLANDIA I OBŁUDA OWSIAKA

Mercosur i kontrowersyjna umowa UE – czy Polska zapłaci za decyzje Brukseli? USA, Grenlandia i milczenie polskiego rządu – kryzys polityki zagranicznej czy chłodny realizm? Upadek projektu Polska 2050 i polityczna przyszłość Szymona Hołowni. Na koniec: WOŚP i Jerzy Owsiak – spór, który co roku wraca na ulice.