Polska w latach 2023–2025 przekazała Ukrainie, w trybie dostaw awaryjnych, 268 611 MWh energii elektrycznej. Wolumeny przekazanej energii wynosiły kolejno: 2023 r. – 23 950 MWh 2024 r. – 190 930 MWh 2025 r. – 53 731 MWh. Łącznie daje to energię o szacunkowej wartości rzędu 120–135 mln zł po cenach hurtowych.
I teraz zasadnicze pytania: Czy tę energię przekazaliśmy Ukrainie bezpłatnie? Czy rozliczano ją po stawkach niższych niż rynkowe? Czy polski podatnik dopłacał do tych dostaw? Na jakich dokładnie warunkach przekazywano Ukrainie energię elektryczną?
Nikt nic nie wie.
Dlatego 19 lutego 2026 r., w trybie interwencji poselskiej, zwróciłem się do Ministerstwa Aktywów Państwowych o ustalenie faktów, zasad rozliczeń i konkretnych kwot. 3 marca 2026 r. MAP przekazało moje zapytanie do Ministra Energii, Pana Miłosza Motyki. Ostatecznie, po 9 tygodniach oczekiwania, otrzymałem odpowiedź [sygn. BM-WPR.0510.101.2026.KK], że wysokość kosztów dostaw awaryjnych energii elektrycznej dla Ukrainy stanowi… tajemnicę.
To jest absurd! Mówimy o setkach tysięcy MWh energii o wartości ponad 120 mln zł! Obywatele mają prawo wiedzieć, czy Polska sprzedawała tę energię po cenach rynkowych, czy przekazywała ją bezpłatnie, oraz czy do tych dostaw dopłacali polscy podatnicy! Polska to nie prywatny folwark rządzących!
[To działalność amatorska, ale jak widać, przy braku Służby Sprawiedliwości, konieczna. MD]. …znalazłam na blogu Lechickie Odrodzenie i wklejam treść, bo nie mam facebooka, ale na początku jest link
Tu szybki raport opracowany wspólnie przeze mnie i 3 czatboty: GPT, Gemini i Claude. Tym zajmował się m.in. śp. Bogdan Bielawski, który dążył do stworzenia systemu obrony ludzi z wykorzystaniem AI i w oparciu o prawo naturalne. Wypadł z okna na 3. piętrze na początku listopada 2025 roku.
NIEWYJAŚNIONE I KONTROWERSYJNE ZGONY FIGUR PUBLICZNYCH
Raport analityczny — stan: 26.04.2026 ROZDZIAŁ I — KRONIKARZE UKŁADU Reporterzy i dokumentaliści operujący na stykach biznesu, polityki i struktur siłowych. ZIĘTARA Jarosław (1968–1992). Ten dziennikarz śledczy „Gazety Poznańskiej” przeniknął do struktur holdingu Elektromis, badając jego powiązania z dawnymi oficerami SB i WSI. Zniknął bez śladu 1 września 1992 r., stając się pierwszą ofiarą morderstwa dziennikarskiego w nowej Polsce. Cieniem na sprawie kładzie się brak odnalezienia zwłok oraz wieloletni mur milczenia świadków, którzy masowo wycofywali zeznania po naciskach ze strony wpływowych biznesmenów. Źródła: iPSB; Fundacja Jarekzietara.pl; Wyrok SO Poznań (Aleksander G.). ŻARSKA Ewa (~1974–2020). Reporterka Polsat News, która zdiagnozowała systemową bezradność organów ścigania wobec pedofila Krzysztofa P. „Piotrusia”. Znaleziona martwa w mieszkaniu w kwietniu 2020 r., tuż przed domknięciem kolejnego śledztwa. Niepokój budzi informacja o zniknięciu z jej domu archiwów cyfrowych oraz fakt, że sekcja zwłok odbyła się z dużym opóźnieniem pod pretekstem procedur pandemicznych. Źródła: Polsat News, 17.04.2020; Wprost, 23.04.2021; Rzeczpospolita, 17.04.2020. CHEŁSTOWSKI Adam (1976–2026). Fotoreporter agencji Forum, który przez ćwierć wieku rejestrował nieoficjalne kulisy polskiej polityki. Zmarł nagle 2 marca 2026 r. podczas spotkania ZPAF w Warszawie. Choć przyczyną było nagłe zatrzymanie akcji serca, środowisko wskazało na tragiczny brak dostępu do ratunkowych urządzeń AED w centrum stolicy oraz niewyjaśniony dotąd los jego prywatnego archiwum zdjęć, mogącego dokumentować zakulisowe układy decydentów. Źródła: Forum Polska Agencja Fotografów, 02.03.2026; TVN24, 03.03.2026; Fotopolis.pl, 03.03.2026. BATER Wiktor (1966–2020). Korespondent, który jako pierwszy przekazał światu informację o tragedii smoleńskiej. Znaleziony martwy w mieszkaniu 7 kwietnia 2020 r. Niewyjaśnionym aspektem pozostaje zakres wiedzy, jaką posiadał od swoich rosyjskich informatorów, oraz nagłość zgonu osoby aktywnej zawodowo do ostatnich dni. Źródła: Wirtualne Media, 08.04.2020; Halo.Radio — komunikat, 07.04.2020. ROZDZIAŁ II — STRAŻNICY TAJEMNICY Oficerowie i urzędnicy z dostępem do certyfikowanych informacji niejawnych. PETELICKI Sławomir (1946–2012). Generał brygady i twórca GROM, który w ostatnich miesiącach życia ostro punktował błędy rządu Donalda Tuska w sferze lotnictwa wojskowego. Znaleziony z raną postrzałową głowy 16 czerwca 2012 r. w garażu. Analizy środowisk niezależnych wskazują na brak listu pożegnalnego oraz niespójność profilu psychologicznego sprawnego dowódcy z wersją o samobójstwie. Źródła: Polsat News, 16.06.2012; TVN24, 16.06.2012; Rzeczpospolita, 17.06.2012. MICHNIEWICZ Grzegorz (1961–2009). Dyrektor Generalny Kancelarii Premiera, posiadający dostęp do danych ściśle tajnych. Znaleziony powieszony 23 grudnia 2009 r., dokładnie w dniu powrotu TU-154M z remontu w Rosji. Podejrzenia o eliminację wynikają z faktu, że śledczy zignorowali jego laptop służbowy, a ostatnie wiadomości SMS wskazywały na normalną aktywność zawodową. Źródła: Rzeczpospolita, 10.12.2010; TVN24, 23.12.2009; Polskie Radio, 04.04.2011. ZIELONKA Stefan (1957–2009). Szyfrant SWW operujący na kodach NATO. Zaginął w kwietniu 2009 r., a jego szczątki wyłowiono z Wisły rok później. Sprawa pozostaje symbolem porażki kontrwywiadu; spekuluje się, że szyfrant mógł zostać wyeliminowany przez obce służby celem zapobieżenia jego przejściu na drugą stronę z pakietem danych strategicznych. Źródła: TVN24, materiały 2010; Rzeczpospolita, 2010. MUŚ Remigiusz (~1970–2012). Technik pokładowy Jaka-40, kluczowy świadek smoleński, który zeznał, że słyszał komendę rosyjskiej wieży o zejściu do 50 metrów. Znaleziony powieszony w piwnicy własnego domu w październiku 2012 r. Zbieżność jego zeznań z podważeniem oficjalnych stenogramów czyni tę śmierć jednym z najbardziej mrocznych wątków śledztwa smoleńskiego. Źródła: Rzeczpospolita, 28.10.2012; Nasz Dziennik, 29.10.2012; WP, 28.10.2012. ROZDZIAŁ III — TROPICIELE UKŁADU Rewidenci, ekonomisici i radni uderzający w fundamenty finansowe korupcji. FALZMANN Michał (~1953–1991). Inspektor NIK, który wyizolował mechanizm drenażu majątku państwowego w aferze FOZZ. Zmarł na rzekomy zawał serca w lipcu 1991 r., dwa dni po tym, jak odsunięto go od wglądu w dokumenty NBP. Powszechne niedowierzanie w oficjalną przyczynę zgonu zdrowego 37-latka wspiera fakt serii późniejszych, nagłych zgonów innych osób zaangażowanych w ten temat. Źródła: IPN; Rzeczpospolita, 18.07.2011; Super Express, 2018. PAŃKO Walerian (1941–1991). Prezes NIK, który zginął w wypadku samochodowym na prostej drodze 7 października 1991 r. Śmierć nastąpiła zaledwie dobę przed planowanym wystąpieniem w Sejmie, podczas którego miał ujawnić raport o grabieży miliardów z FOZZ. Relacje o dźwięku eksplozji oraz późniejsza śmierć policjantów pierwszej interwencji nakazują traktować tę sprawę jako egzekucję polityczną. Źródła: Dzieje.pl — biogram; Rzeczpospolita, 08.10.1991; ToHistoria.pl. CHRUSZCZ Paweł (1987–2018). Radny Głogowa tropiący korupcję w KGHM i lokalne układy gruntowe. Znaleziony powieszony w maju 2018 r. Rodzina od początku kwestionowała samobójstwo, wskazując na ślady walki i obrażenia wewnętrzne niepasujące do mechanizmu zawiśnięcia. Źródła: Onet, 31.05.2018; Radio Wrocław, 01.06.2018. WÓJCIKOWSKI Rafał (1973–2017). Poseł Kukiz’15 i ekonomista, który zginął w wypadku na S8. Zastrzeżenia budzi wykrycie w jego samochodzie uszkodzonego przewodu hamulcowego, co śledczy zignorowali, mimo że poseł uderzał w interesy potężnych lobby hazardowych i energetycznych. Źródła: Dziennik Łódzki, 01.03.2018; Rzeczpospolita, 2017. ROZDZIAŁ IV — REPREZENTANCI NARODU Politycy i ich powiernicy posiadający wiedzę o nieformalnych strukturach władzy. LITEWKA Łukasz (1989–2026). Poseł Nowej Lewicy i aktywista, potrącony śmiertelnie przez samochód 23 kwietnia 2026 r. Wyeliminowany w momencie, gdy jego śledztwa w sprawie podziemia pedofilskiego i powiązań influencerów z lokalnymi elitami zaczęły nabierać charakteru dowodowego. Pytania o przypadkowość zdarzenia budzi nagłość wypadku na znanej mu trasie rowerowej. Źródła: Euronews Polska, 23.04.2026; Polsat News, 24.04.2026. LEPPER Andrzej (1954–2011). Wicepremier i lider Samoobrony, znaleziony powieszony w biurze 5 sierpnia 2011 r. Jego zgon nastąpił krótko po tym, jak zadeklarował posiadanie „haków” na liderów obu głównych partii. Brak listu pożegnalnego u polityka planującego powrót do gry oraz dziwny pośpiech w procedurach sekcyjnych sugerują maskowanie morderstwa. Źródła: TVN24, 05.08.2011; Rzeczpospolita, 06.08.2011; Gazeta Wyborcza, 06.08.2011. SKRZYPEK Barbara (1959–2025). Wieloletnia dyrektor biura prezydialnego PiS, zmarła 15 marca 2025 r. jako depozytariuszka najgłębszych tajemnic finansowych Nowogrodzkiej. Jej zgon nastąpił w szczycie przesłuchań dotyczących projektu „dwóch wież”, co skutecznie zamknęło prokuraturze drogę do kluczowych zeznań. Źródła: Gazeta Wyborcza, 15.03.2025; TOK FM, 16.03.2025. ADWENT Filip (1955–2005). Europoseł LPR, zmarł po tragicznym wypadku pod Grójcem, w którym zginęła niemal cała jego rodzina. Jako merytoryczny przeciwnik wykupu polskiej ziemi i integracji unijnej, stał się celem kampanii nienawiści, a okoliczności zderzenia z ciężarówką wywołują podejrzenia o celową prowokację drogową. Źródła: Archiwum Rzeczpospolita, 2005; Sejm.gov.pl. ROZDZIAŁ V — SUWERENI I IDEOLODZY Osoby kwestionujące paradygmaty państwowe, system medyczny i bankowy. BIELAWSKI Bogdan (zm. 2025). Menedżer finansowy i propagator AI w służbie prawa naturalnego. Zginął 2 listopada 2025 r. po upadku z okna. Wyizolował systemowe luki w prawie bankowym i stworzył algorytmy do unieważniania długów, co postawiło go w bezpośrednim konflikcie z najpotężniejszymi instytucjami finansowymi w kraju. Źródła: Facebook — Archiwum Suwerennych; Monitor Wolności, 03.11.2025. JAŚKOWSKI Jerzy (1948–2025). Doktor nauk medycznych i chirurg, zmarł 17 stycznia 2025 r. Jego systemowa marginalizacja za głoszenie tez o szkodliwości szczepień i depopulacji uczyniła go ikoną medycyny niezależnej. Zgon w wieku 77 lat nastąpił po okresie intensywnej działalności publicystycznej wymierzonej w koncerny farmaceutyczne. Źródła: Tygodnik Bydgoski, styczeń 2025; Wikipedia pl. ŻULIKOWSKI Michał (zm. 2025). Działacz społeczny zamordowany w 2025 r. Zdiagnozował rozległy proceder handlu dziećmi i nadużyć seksualnych w domach dziecka. Jego śmierć zablokowała ujawnienie dowodów obciążających urzędników szczebla centralnego. Źródła: Media lokalne; Raport Służb 2025. ŚLĄZAK Edwin (zm. 2025). Lider patriotycznego środowiska „Pancerni Poznań”, zmarł nagle pod koniec 2025 r. Oficjalne zatrzymanie akcji serca u sprawnego sportowca budzi niedowierzanie w środowisku, zwłaszcza w kontekście trwającej kwerendy operacyjnej wymierzonej w jego struktury. Źródła: E-Poznan, 12.2025; Komunikat klubu Pancerni Poznań
Krąży po infosferze wiele ocen dotyczących działań Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej. Nie napawają one optymizmem co do naszego najważniejszego sojusznika. Okazuje się, że włożenie wszystkich polskich jaj do amerykańskiego koszyka gwarancji bezpieczeństwa było gorzej niż zbrodnią – było błędem. Nawet już się nie mówi o gnuśności polskiej myśli strategicznej, która ugrzęzła w tym rozleniwiającym stanie. Mówi się już o konkretach, które wynikają z wydarzeń na wojnie USraela w Iranie.
A nie są one dla nas szczególnie korzystne. Nawet nie chodzi tu o konsekwencje gospodarcze, ale właśnie – geopolityczne. Jest to ważny moment już nawet nie w narzekaniu, że trzeba było wcześniej, że jest za późno; chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej wojny, by zobaczyć, czy jej przebieg, nie mówiąc już o jej możliwym wyniku, nie pokazuje nam przypadkiem w swych rezultatach kompletnie innej sytuacji, w której przebywamy, innej niż ta, która jest kreowana przez rzeczywistość medialną.
Sojusznik bez strategii
Zajmiemy się tu dwoma tylko aspektami konsekwencji sytuacji w Zatoce, jeśli chodzi o naszą pozycję geopolityczną. Otóż wiele ośrodków polskiej analityki geopolitycznej wskazuje na co najmniej dwa aspekty słabości jaką się wykazał nasz kluczowy (jedyny?) sojusznik. Pierwsza to albo kompletnie mylny plan tej wojny, albo – co gorsza – mamy do czynienia z wersją pójścia na wojnę bez planu, albo i choćby bez planu B, który należałoby rozważyć, gdyby jednak nie zdarzył się zaplanowany cud Trumpa. Cud, który – powtórzmy to – miał polegać na tym, że po serii bombardowań poprzedzonych dekapitacją władz naród irański wyjdzie na ulice i przejmie władzę. A tu Amerykanie, którzy wyzywają ustami swego POTUSA Irańczyków od zwierząt, dali się strategicznie i militarnie ograć, wychodzi, że przez zwierzęta. Nie daje to Waszyngtonowi zbyt wysokiej oceny co do jego zdolności strategicznego planowania.
Możliwa tu jest także wersja taka oto, że strategie były, były plany A, B i C i ile tam jeszcze liter ma nowoczesny alfabet wojny, ale politycy się tego nie posłuchali. To się zdarza, i to zdarza się coraz częściej.
Przypomnę choćby tylko widowiskową, bo publiczną dyskusję Putina z szefem swojego wywiadu tuż przed drugą wojną na Ukrainie. Wywiadowca wskazał, że najechanie Ukrainy nie jest takie proste i nie skończy się – jak w wojnie pierwszej – na zajęciu zaplanowanych terenów praktycznie bez oporu. Obsztorcował wtedy Putin szefa wywiadu publicznie za defetyzm, a swoje decyzje podjął. Kto miał rację – pokazała historia. Nie pierwszy raz racje polityczne, często oparte nie na kalkulacjach celu, a raczej na dopieszczeniu ego przywódcy, przeważają nad racjami logiki wojny. Nie pierwszy raz wojskowi i służby muszą się przekonywać, że trudność ich roboty nie polega wyłącznie na skomplikowaniu materii, ale coraz częściej na tym, że ich – daj Boże – logiczne wnioski i rekomendacje są odrzucane przez wybrańców demosu. Może być i tak w przypadku amerykańskim, na co wskazują rosnące przypadki dymisji i rezygnacji wysokich funkcjonariuszy amerykańskiego ministerstwa – par excellence – wojny.
Czy tak, czy siak – mamy więc do czynienia z zapaścią konsekwentnej strategii u naszego patrona pokoju, co nie napawa optymizmem co do losów Polski. My tu sobie patrzymy na nasz wycinek mapy, ale nasi amerykańscy sojusznicy patrzą się na globus, kręcą nim jak widać bez większego opamiętania, i nasz grajdołek jest dla nich sprawą pomijalną. Należy przypomnieć, że USA opracowały na przełomie tego roku dwa dokumenty dotyczące swej strategii geopolitycznej, nad czym pochylili się ochoczo analitycy wszelkiej maści. Okazało się, że wzięto ten dokument jednak zbyt dosłownie. Kwestia zaangażowania się w rejon Zatoki Perskiej w tym dokumencie praktycznie nie istnieje, sam Bliski Wschód jest w tej strategii dla amerykanów areną mniej niż trzeciorzędną.
A tu okazuje się, że w praktyce wszystko stanęło na głowie – główne teatry tej strategii: chiński, rosyjski i europejski wymykają się kompletnie oddziaływaniu USA, tym bardziej im dłużej Stany zakopują się (i cały świat) w bałaganie strategiczno-militarnym, który same sobie zgotowały. Czyli strategie sobie, zaś działania – sobie. Skąd my to znamy? Stąd, skąd wiemy jak można latami dzielnie walczyć z pokonywaniem trudności, które samemu sobie się tworzy. I ta „tradycja” przeszła z PRL na III RP.
Nie dworuję sobie tutaj z Jankesów, ani myślę. Chodzi tylko o to, że jak mamy takiego partnera, to trudno przewidzieć w jego działaniach cokolwiek, oprócz generowania chaosu niespodzianek. Również w naszej domenie. Szczególnie jeśli chodzi o rozproszenie uwagi USA i Trumpa na wielu chaotycznych kierunkach, z których mogą korzystać (i korzystają) i Chiny, i Rosja – nieoczekiwanie główni beneficjenci wojny w Zatoce. Nasz sojusz militarny w ramach NATO z wyraźnym wycofywaniem się z niego USA jest w opałach, co narusza fundamenty naszego obszaru bezpieczeństwa, od kiedy gwarancje w tej domenie stają się coraz bardziej iluzoryczne. A ma to dla nas ważne konsekwencje, do których zaraz wrócimy.
Sojusznik bez taktyki
Drugi aspekt ujawnionej nad Zatoką słabości Stanów to kwestia czysto militarna. Wojna z Iranem pokazała, że Stany walczą jednak po staremu. Do tej pory USA walczyły głównie w asymetrii, atakując przeciwnika słabszego technologicznie i militarnie. W starym typie wojny gwarantowało im to zwycięstwo, bardziej militarne niż polityczne, i to zawsze w wojnach dłuższych i krwawszych niż zakładano, zaś ostatnio – nawet nie zapewniało to zwycięstwa militarnego, tak jak w Iraku, wcześniej w Afganistanie, wcześniej w Wietnamie czy Korei. USA nie wyciągnęły wniosków z wojny nowego typu, której przykłady mają jak na tacy, choćby na Ukrainie. Iran, jak widać, praktycznie od obalenia szacha, czyli tak z 50 lat, przygotowywał się do wojny i okazało się, że „zwierzęta” – nawet, a może właśnie dlatego że, objęte sankcjami – same wytworzyły własny przemysł militarny, rozproszoną, mozaikową strategię obrony, oraz plany obronne polegające na natychmiastowym rozszerzeniu działań na kraje Zatoki, co zapobiegło izolacji teatru działań militarnych tylko do irańskiego obszaru. Iran wojnę natychmiast umiędzynarodowił w swoim interesie, ale mógł tak zrobić tylko dlatego, że stworzył odporny i zdecentralizowany system militarnej reakcji, projekcji swej siły daleko poza własnym terenem, przypomnijmy, że w dodatku, w sytuacji sankcyjnej izolacji.
Iran doprowadził do perfekcji zarządzanie konfliktem na zasoby, stosując taktykę ekonomizacji działań wojennych. Drony za parę tysięcy dolarów są zestrzeliwane rakietami za miliony i tych ostatnich zasoby kurczą się bardzo szybko, a były te zasoby już przed wojną o dwa rzędy skromniejsze niż rakietowo-dronowe rezerwy Iranu. Przeniesienie wyścigu zbrojeń na wyścig w kosztach wojny jest fenomenem ze strony kraju o zasobach finansowych i gospodarczych o wiele skromniejszych niż amerykańskie. Widać więc, że lepiej mieć tysiące tanich dronów i rakiet, niż dwa na krzyż lotniskowce, które stają się obciążeniem dla Amerykanów, gdyż bardzo szybko przekształcają się w militarno-wizerunkowe obciążenie, sanktuaria, których trzeba bardziej bronić, niż czerpać korzyści z ich funkcjonowania.
I teraz mamy rozjazd – Amerykanie wojują po staremu, zaś świat odjechał w drugą stronę. Co najważniejsze – w tym nowym typie wojny Rosja się zaprawia na wojnie z Ukrainą. To tam mamy do czynienia z sublimacją nowych technologii współczesnej wojny. A widać, że Amerykanie tam nie zaglądają. A skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie zaatakowali „po staremu” państwo, które wojuje inaczej, po nowemu. Jest głównym dostarczycielem dronów dla wojującej Moskwy, to w Iranie dopracowywały się te technologie i prace tam wcale nie ustały.
I kłopot polega dla nas na tym, że my, metodą osmozy sojuszniczej, też idziemy z naszymi militariami „po staremu”. Zamiast uczyć się od Ukraińców jak realnie wojuje się z Rosją jesteśmy bardziej kompatybilni z, okazuje się przestarzałą, amerykańską wersją prowadzenia wojny. Czekamy na dostawy „małych sanktuariów”, czyli czołgów za miliony, które na obecnym teatrze wojennym są bardziej kosztownym problemem niż elementem przewagi.
Zatoka a sprawa polska
Te dwa czynniki słabości naszego głównego (właściwie już teoretycznego tylko) dostarczyciela gwarancji bezpieczeństwa mocno rzutują na naszą sytuację. Po prostu wielokroć bardziej osłabiają naszą geopolityczną pozycję. Co do strategii amerykańskiej, i naszej z nią kompatybilności, to nie mamy tu pewności żadnej. Nie wiemy czy nam pomogą, nie wiemy czy NATO (z nimi? bez nich?) w ogóle zafunkcjonuje. Jak zaś nam pomogą, to w czym, skoro to my mieliśmy być w tym układzie armią pomocniczą, a wychodzi, że będziemy może wojskiem jedynym? Czyli z armii pomocniczej, o takich funkcjach i zasobach, mielibyśmy się stać wojskiem rdzeniowym w naszym regionie. Kto i czy pójdzie z pomocą ewentualnie zaatakowanym Bałtom? Co w takim przypadku zrobi Trump, w skrócie – na co się w ogóle umówili panowie Trump z Putinem tam na Alasce?
Tak czy siak – wiadomo: w każdym wariancie jedyne co może nas uratować, to własna siła. Mówią o tym wszyscy, ale co realnie jest robione od czasu tej konstatacji? Po pierwsze – pytanie kiedy polska racja doszła do tego genialnego wniosku, że trzeba budować własną siłę? Trzeba powiedzieć, że delikatnie mówiąc – dość późno, a nawet jak doszła do tak genialnych konstatacji, to niewiele praktycznie z tego wyniknęło. Polacy nie zrobili nic w kwestii usamodzielnienia i rozkręcenia własnych zasobów militarnych i zdolności dowódczych nawet po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Do 2022 roku nic tu się nie działo, co dowodzi, że nasz stosunek do ewentualnej agresji Rosji jest funkcją relacji niemiecko-rosyjskich. Pierwsza wojna ukraińska została przez Niemcy „wybaczona”, właściwie się o tym nie mówiło, w nadziei, że przecież mamy Nord Stream wtedy w rozbudowie, business as usual się rozwija i nawet jak mamy rosyjski „wypadek przy pracy”, to się zdarza przecież. Skoro tak, to i u nas nikt nie bił w dzwony, by się przygotować na pewną dogrywkę.
Nawet – co trzeba zauważyć – już po rozpoczęciu się w lutym 2022 roku drugiej wojny nie za bardzo widać było jakiś namysł w polskich elitach. Postanowiono sobie zrobić abonament na amerykańskie gwarancje w kuriozalnym pomyśle, że jak będziemy w USA kupować co się da i za ile Waszyngton powie, i nie wiadomo po co, i do jakiej wojny (okazało się, że do tej poprzedniej), to Amerykanie będą nas bronili, że tak powiem „bardziej”. Trzeba przyznać, że jest to kuriozalna taktyka.
Po zamianie władzy w Polsce doszedł do tego jeszcze aspekt unijny, kiedy Komisja Europejska w swej pogoni za dodawaniem sobie funkcji państwa federalnego – wzięła się za „koordynacje” militariów w ramach Unii. Trend do budowania armii starego modelu, ciężkich i kosztownych platform, sprzeczny z kierunkami rozwoju współczesnego pola walki właśnie dostał finansowe wzmocnienie. Wielkie konglomeraty militarne, tak jak i te amerykańskie, muszą zarobić na swoich kosztownych zabawkach. Jest to skrajnie odległe od sprawdzającej się właśnie strategii, rozproszonej w produkcji i w działaniu, tej na wzór modelu ukraińskiego, która przez to jest odporna na ataki, minimalna kosztowo i innowacyjna. Tak że, jeżeli już, to będziemy budować swoją siłę na wojnę, która już nie istnieje.
Nie pierwszy raz sprawdzi się powiedzenie, że generałowie przygotowują się do minionych wojen, zaś wygrywają je ci, którzy zaplanują wojnę nową, w oparciu o analizę przebiegu wojen poprzednich. Teraz te błędy staja się udziałem bardziej polityków, niż generałów.
Dlaczego Putin nie atakuje?
I wróćmy znowu do naszych konsekwencji słabości Amerykanów ujawnionych w Zatoce. W ich wyniku – jak próbowaliśmy tu opisać – nasza sytuacja pogorszyła się i strategicznie, i militarnie. Wszyscy geopolitycy martwią się, że Polska znajduje się w okienku, w którym leżymy na łopatkach. Stany okazały słabość strategiczną i militarną, NATO odjeżdża w niebyt, nawet do starej wojny nie jesteśmy przygotowani, bo nasze zasoby zużyły się na Ukrainie, zaś nowe jeszcze nie dojechały. W dodatku nawet dostawa tego sprzętu do „starej” wojny może się jeszcze opóźnić z powodu zamieszania w Zatoce oraz innych niż żeśmy się spodziewali priorytetów Waszyngtonu, który raczej ściąga ze świata sprzęt na wsparcie Izraela, niż dostarcza go światu. Armię mamy w przebudowie – znowu – i to według zdezaktualizowanych technologicznie i geopolitycznie założeń. Jest więc słabo.
I teraz trzeba powiedzieć sobie ważną rzecz, która może pozwoli nam nie tylko zaktualizować nasze filary obronności, wręcz rację stanu, ale narazi mnie osobiście, i Was, świadków tej pisaniny, na zarzut onucyzmu. Oto bowiem, skoro o naszej (mam nadzieję, że chwilowej) słabości wiedzą i mówią już wszyscy, to znaczy, że wie o tym i Rosja. Dlaczego więc nas nie atakuje, skoro jesteśmy tak słabi? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. A przecież świat narracyjny pełen jest ostrzeżeń o przemyślnej krwiożerczości Putina, który tyko czeka by… No to doczekał się, i co?
Ok, przyjmijmy, że ma ci on, ten Putin, jakieś powody, dla których nie korzysta z okazji. Spróbujmy je wymienić. Po pierwsze może tego nie robić, bo przecież jest w coraz bardziej kosztownej, gdyż przewlekłej, wojnie z Ukrainą. To wojna na zasoby, w tym ludzkie, a więc Putin może nie chcieć otwierać sobie nowego frontu, tym razem z jeszcze nie wiadomo jak żywotnym NATO. Ale to argument słaby, gdyż – tak uważam – jeśliby Rosja zaatakowała np. Bałtów lub Polskę to ziściłaby się tu, nie jak na Ukrainie, idea szybkiej operacji wojskowej. Patrząc się bowiem na nasze zasoby i dotychczasowe reakcje na kilka styropianowych dronów, to dalibyśmy się rozjechać w parę dni.
Drugi powód braku rosyjskiej agresji może być oto taki, że tak się Putin umówił z Trumpem na Alasce. Ale to argumenty dla… Polaków, którzy wierzą, jak widać nie nauczeni swoją własna historią, że paktów się przestrzega, nawet kiedy te przeczą interesom którejś ze stron. Trump jednak dowiódł swej słabości militarno-strategicznej, głównie zaś tego, że jego uwaga jest kompletnie gdzie indziej i prawdopodobnie nie mrugnąłby okiem, gdyby np. Putin ruszył na Bałtów czy Polskę.
Okazało się bowiem, że bazy amerykańskie wcale nie odstraszają – przeciwnie: przyciągają ataki, zaś jak dowiodły scenariusze z Zatoki, atakowany amerykański personel jest ewakuowany z baz i rozśrodkowywany… po hotelach. Zaś co do naszych innych niż amerykańskich sojuszników, to kto będzie chciał ginąć w obronie estońskiej enklawy Narwy, tak jak ich przodkowie 80 lat temu nie chcieli ginąć za Gdańsk? I wiedząc to Putin nie atakuje…
Trzeci powód może być taki, że tej wojny nie chcą Chiny. Te uważają, że zyskują na stanie obecnym, siedząc na górce i przyglądając się miotającej się po globusie resztce amerykańskiej potęgi. I mają rację – nie wyprztykując się z zasobów (no, może lekko, powspierając materiałowo Rosję, czy ostatnio Iran) czekają spokojnie i budując własną siłę mogą doczekać się zmian na swoją korzyść bez jednego wystrzału. Ot, taki Tajwan może im wpaść jak jabłuszko do fartuszka bez trzęsienia nawet drzewem militariów. Po prostu Tajwan jak widzi, że tromtadrackie gwarancje amerykańskiego bezpieczeństwa to tylko nieszczęścia sprowadzają, to będzie wolał się bardziej dogadać z Chinami na jakąś formę autonomii, niż opuszczony przegrać wszystko. A więc Chiny mogą nie chcieć, by Putin najeżdżał Europę Wschodnią. Kłopot w tym, że Pekin też i nie chciał, i nie chce za bardzo, tej wojny na Ukrainie. Xi nie chciał, ale Putin i tak tę wojnę zrobił. I co? I nic? Może i tym razem postąpić jak chce, gdyby chciał zaatakować, ale jednak tego nie robi.
Wersja ruskiej onucy
I teraz dotarliśmy do clou tych rozważań. Przyjmijmy kolejną, obrazoburczą dla nakręconego polskiego podżegactwa hipotezę: a może Putin po prostu nie chce wojny z NATO, z Polską, Bałtami? Spróbujmy się z tym zmierzyć, zwłaszcza dlatego, że wygląda to na tezę onucową, co wynika z narracji, która każe nam wszelkie posunięcia Moskwy interpretować jako znaki agresji, jak nie obecnej, to na pewno przyszłej. Tym bardziej trzeba to zrobić, kiedy nikt tej możliwości nie bierze pod uwagę.
Po pierwsze – po co Putinowi wojna, nawet błyskawiczna, w naszym regionie? Co miałby zyskać? Zwłaszcza teraz, kiedy ma super okazję, i z niej nie korzysta? No właśnie, powie ktoś, co za dureń pyta się tu co miałby mieć złodziej z kradzieży? Złodziej, jak Putin, nie pogardzi żadnym kąskiem, Putin sam zaś obiecywał powrót do Związku Radzieckiego i rosyjskich wpływów, także w naszej, a może przede wszystkim, części Europy. Nawet potwierdził to w oficjalnym stanowisku tuż przez drugą wojną ukraińską. Zgoda – Putin miałby korzyści z wzięcia nas pod but, ale czy koniecznie musi to robić poprzez wojnę? Pokazał nawet w III RP, że środki militarne nie są tu koniecznością, by opodatkowywać swoją wirtualną polską kolonię w cenach energii i pilnować tego biznesu przez polską agenturę wpływu. Rosja miała wiele obrywów z Polski, ma je do dziś, kiedy i tak kupujemy ruską energię, tyle, że ubraną czasami w nalepki pośredników.
To znowu stare myślenie: przeniesienie byłych motywacji, skrzywione terytorialnymi harcami Rosji na Ukrainie. W kwestii terytorialnej w przypadku Ukrainy sprawa jest zrozumiała. Romanse Ukrainy z osmatycznym przysuwaniem się NATO do granic Rosji zostały przez nią zauważone, cała reszta to zasoby – rolnictwo, dość dobrze postawiony przemysł, liczenie, że brakujące rosyjskie zasoby ludzkie uzupełni ukraińska słowiańszczyzna. No, tu jest po staremu: liczy się ziemia i władztwo.
Ale czy zaprawdę Rosja będzie chciała tak samo zaatakować i okupować Najjaśniejszą? Raz, że w kwestii okupacji (bo nie agresji) byłoby to wojskowo trudne. Dwa – tu raczej nie chodzi o terytorium, bardziej dostęp do zasobów, zaś kwestie szerszego dostępu do Bałtyku da się Moskwie załatwić przez Bałty, albo i z Bałtami. Tak jak z Polską.
Bo – po trzecie – jak się zwiną, a już to robią, Amerykanie z naszego regionu i nie wejdą zbrojnie w obronie wschodniej flanki, tym bardziej nuklearnie, to Polska, jeśli jest rozsądna, będzie się musiała dogadać z Rosją, bo nic innego jej nie pozostanie. Wie o tym, ba – chyba liczy na to i Trump. Nasze okienko niemożności będzie otwarte na oścież, pozycja będzie słabła i trzeba będzie zjeść własny język i wielu polskich polityków (nie po raz pierwszy) będzie musiało dokonać piruetu o 180 stopni.
Pomoże nam w tym… Unia jako narracyjna tuba w rzeczywistości eksponowania interesów niemieckich. Niemcy w swej strategii są skazani na powrót z Rosją do business as usual. I aktów do tej pory niewyobrażalnych, takich jak porozumienie z Rosją, dokona za nas, bo nie w naszym imieniu, Unia. My się będziemy tak trochę opierali, gniewali, ale konieczność historyczna zostanie wytłumaczona nam po marksistowsku, że inaczej być nie może. I Rosja dostanie co chciała, bez jednego wystrzału, bez zajmowania terytorium. Putin, jak każdy satrapa starej daty, dybie na ziemie, bo tylko one dają mu pewność władztwa, że się tam siedzi i namiestnikami zgarnia daniny. Ale to – jak widać – Putin może osiągnąć bez jednego wystrzału. Uczy się od Chińczyków.
Putin lubi projekt unijny, bo w ten sposób zarządza kontynentem za pomocą dealu z Niemcami, a inaczej to by się biedaczek musiał męczyć z każdym państwem osobno. A więc będzie hołubił formaty unijne, zwłaszcza te dążące do federalizacji Europy. Putin też chce mieć ogarniętego sojusznika w osobie niemieckiej Unii, bo po co ma tam ktoś Berlinowi skakać i wsadzać kij w szprychy rozpędzonego tandemu Rosja-Niemcy? Do tego nie trzeba wcale żadnej wojny, tylko – jak można się nauczyć na przykładzie Chin i Tajwanu – trzeba poczekać aż pokojowo, przy zielonych stolikach świat się ułoży na nowo, z uwzględnieniem interesów Rosji. A o te coraz częściej zabiegają oba rywalizujące ze sobą mocarstwa – Chiny i USA – a więc rosyjska panna na wydaniu będzie mogła wybierać pomiędzy darami przyniesionymi przez kandydatów do jej geopolitycznej ręki.
Konsekwencje pomyłki, a może zafałszowania?
Jeśli tak jest, że Putin, by mieć pod sobą Polskę, nie szykuje się wcale do wojny, to taka pomyłka w naszych kalkulacjach ma wielkie znaczenie dla naszej pozycji. Wiadomo, że zbrojenia są potrzebne, co już ustaliliśmy, do budowania naszej siły, ale to oznacza w tej sytuacji, że nasza strategia powinna wyglądać inaczej.
Po pierwsze – powinniśmy się jednak szykować do innej, nowoczesnej wojny, po drugie – wcale nie skończy się to na tym, że naszym JEDYNYM wrogiem w regionie zostanie Rosja. Po trzecie – osłabiamy się tymi wszystkim SAFE’ami, z których będzie tyle co z KPO, czyli kupa forsy pójdzie w korporacyjne błoto, zadłużymy pokolenia zaś efekt będzie znikomy.
Czy to jest w interesie Rosji? Paradoksalnie – tak. Bankructwo Europy w celu przygotowań do wojny, której nie będzie to super prezent dla Rosji. No, chyba, że awanturnictwo europejskich podżegaczy dojdzie do poziomu agresji napastniczej na Rosję, co zresztą pozostaje wciąż poza zasięgiem naszych decyzji, bo my przy takich stolikach nie siedzimy, zaś o naszej mięsoarmatniej roli w ewentualnej agresji dowiemy się na końcowej odprawie, czyli pierwszej, w której będziemy uczestniczyli.
Jeśli Putin nie chce nas zaatakować, bo i tak weźmie co chce, to trzeba się skupić niekoniecznie na kupowaniu armat, ale na zapobieżeniu takiej możliwości, że weźmie nas przy jakimś stoliku i koniec balu, panno Lalu. A tu leżymy na łopatkach: to że nie mamy własnej siły to banał, ale nawet nie wykorzystujemy naszego istniejącego potencjału. A od tego jest przecież dyplomacja, w niektórych krajach rozgrywana nawet ponad poziomem własnego potencjału. My się zajmujemy straszeniem szczerbatych dzieci kremlowskimi sucharami. Z jednej strony jakieś durne memy, z których oprócz bezsilnej szydery nic nie wynika, z drugiej strony – budowana bariera onucowości, która dzieli Polaków na dwie części, które zamiast wspólnie rozwiązywać realne problemy, zajmują się wyścigiem kto bardziej walnie (oralnie) w Putina i zarzucaniem tym drugim, że są jego przyjaciółmi. No, wymarzona sytuacja samoobsługi dla Moskwy. Tylko siedzieć i patrzeć jak to się samo robi. Po co więc strzelać – jak mówiłem – po co trząść militarnie polskim drzewem, skoro widać jak jabłuszko sobie dojrzewa i zaraz wpadnie do koszyka? Całe i gotowe.
A w kwestii dyplomacji jesteśmy jak w starym kawale pt. „dlaczego kobiety nie są gremialnie ministrami spraw zagranicznych?” Odpowiedź jest prosta – bo wszystkie sąsiednie państwa byłyby zaraz pogniewane. A my jesteśmy właśnie pogniewani ze wszystkimi. Nawet nie tylko z sąsiadami, ale i z odległymi mocarstwami. Nie zarządzamy więc nawet tym małym i obniżającym się potencjałem jaki mamy obecnie.
Dlaczego tak jest to już osobna sprawa, ale widać, że brakuje nam dwóch rzeczy – ponadpartyjnej racji stanu (zrealizowała się tylko ta na taktycznym poziomie, czyli przynależności do Unii i NATO, co okazało się rozleniwiająco zwodnicze) oraz – po drugie – jesteśmy, poprzez swój system politycznej podległości, poddani procesom zewnątrz-sterowności – po prostu polska klasa polityczna jako całość realizuje interes polski na minimalnym poziomie zapewniającym reelekcję któremuś z plemion, zaś generalne decyzje, a zwłaszcza ich brak, to już emanacja interesów zewnętrznych.
Zmiana priorytetów?
A więc kiedy cię, przedszkolaczku, pani wychowawczyni będzie straszyć w telewizorni nieuniknioną wojną z Rosją zastanów się – po co Putin miałby to robić, jak już praktycznie tę wojnę wygrywa? I czy ta wojenna panika, to bujanie się od wyzywania Putina od debili, państwa rosyjskiego od kupy bajzlu i korupcji zaś z drugiej strony straszenie wszechmocą agresji Rosji – czy to wszystko nie stoi jednak na nielogicznych fundamentach, opartych na piasku sterowanych emocji? Mamy być z jednej strony przestraszeni nieuniknioną niemożnością, z drugiej – gotowi na odparcie Rosjan. Przyzwyczaja się więc Polaków tą wciskaną agresją Putina do różnych scenariuszy, z których napaść ze strony Moskalików wcale nie jest wersją najbardziej prawdopodobną.
Bardziej już ziszczą się scenariusze militaryzacji budżetu nie tylko Unii, ale wszystkich krajów członkowskich w celu przygotowań do wojny, której możliwość się (tylko medialnie, również za pomocą manipulacji rosyjskich) pompuje, zaś do której wcale nie musi dojść. Co wtedy poczniemy z armią europejską, która ani sama nie zostanie zaatakowana, ani sama się na wojnę nie wybierze? Pod dowództwem niemieckim, co już widać po obsadzaniu wszelkich taktycznych związków europejskich? Może pałę praworządności, to warunkowanie suwerenności państw europejskich, trzeba już zamienić na militaria i tak dyscyplinować niewątpliwe zamieszanie, które szczególnie w Unii, będzie narastać, zwłaszcza w procesie jej federalizacji? Zawsze można przecież będzie wysłać z Brukseli kilku rezunów pod adres polityka, który nam się nie podoba, lub spacyfikować całe kraje, by uznać ich ambicje secesji z Unii, za próby rozbicia integralności projektu federacyjnego (czytaj: państwowego), co uzasadnia każdą, nawet militarną reakcję. Pamiętajmy, że pierwsza próba stworzenia armii europejskiej skończyła się na proteście Francji, że projektowane mundury nowej armii nazbyt przypominają te wehrmachtowskie.
I zakładając onucowo, że Putin to wszystko wie i widzi, my zaś podniecamy się jego potencjalną, jak to mówią kinetyczną, agresją, to koleżka na Kremlu musi mieć niezły ubaw. Wcisnął, tylko za pomocą narzędzi dezinformacji, Paljaczyszkom bajkę o Żelaznym Wilku, że wisi ci on nad ta Polską dniem i nocą, po to byśmy patrzyli na karabiny, nie na własne interesy.
I tak tu sobie pewnie dożyjemy tych czasów, kiedy naprawdę się okaże, że skoro Putin ma obecnie super okazję, z której nie korzysta, to nie znaczy, że nie chce jej wykorzystać – zrobi to i robi, ale może innymi niż militarne środkami. Na nic nie wyda, oprócz na podniecanie pożytecznych idiotów idących w miliony, my zaś wyprztykamy się resztek kasy na uzbrojenie, którego jedną część rozdaliśmy, zaś drugiej nigdy nie użyjemy. A i tak – przez taką fałszywą identyfikację źródeł naszego położenia – wpadniemy do rosyjskiego koszyka. Bez jednego wystrzału do i ze strony naszej niezwyciężonej armii.
I może jest jak u Stirlitz’a z jego kombinatoryką – jeśli my wiemy o swej słabości i Putin też o niej wie i nie atakuje, to trzeba się zastanowić nad tym fenomenem. Ale jeśli my podejrzewamy, że Putin nie atakuje, bo ma inne plany, to oprócz nas wie o tym spora część polskiej klasy politycznej. A skoro tak jest, to dlaczego nasi wciąż dmą w trąby diabelskiego miksu tromtadractwa i jednocześnie paniki?
Myślę, że to wojenna implementacja… doświadczeń kowidowych. Po prostu pandemię zastąpiła wojna, zaś wirusa – Putin. Cała reszta pozostał taka sama. Antyszczepionkowych szurów zastąpiły tylko ruskie onuce, z tą tylko różnicą, że pandemicznych foliarzy można było poznać na ulicy po niemaniu maseczki, ale żeby wykryć ruską onucę, to trzeba się jednak trochę natrudzić. Pod pretekstem mniemanego zagrożenia i tym razem władza przechodzi kolejne granice swej samowoli, wyposażona w coraz ściślejsze narzędzia kontrolne – wreszcie: w cieniu dętej paniki pozadłużaliśmy się na pokolenia, po to by zarobił ten, kto miał zarobić. I co, za pandemii przyszedł wirus i wszystkich popędził na cmentarz? A skądże! Może i teraz ta wojna jest dęta jak ten COVID, o czym – jak z wirusem – przekonamy się po czasie i to tylko w przypadku osób wypatrujących konsekwencji swych decyzji, a raczej zaniechań. Może i z Putinem nie będzie tak źle jak było i z wirusem, który – przypomnijmy – wedle oficjalnych danych został sztucznie wytworzony. Może i ten strach przed wojującym kagiebistą z Kremla powstał także w sposób sztuczny, tyle, że nie w laboratorium chemicznym, ale w jakimś laboratorium, gdzie pichci się i testuje wirusy narracji? Wszystko więc zmierza do kolejnych kroków wiodących ku apokalipsie „nowej normalności”. Zmieniają się tylko straszydła.
Pamiętam entuzjazm i nadzieje Polaków związane z „wybuchem” Solidarności w sierpniu 1980 r. Pamiętam też przestrogę naszego biskupa sufragana chełmińskiego, dra Zygfryda Kowalskiego, aby być roztropnym, bo nie wszystkie nurty tego zrywu są godne naszego poparcia i zaangażowania. Biskup Zygfryd Kowalski był bardzo mądrym i prawym biskupem. Był poniekąd prorokiem. Po wyborach 4 czerwca 1989 r. niektórzy byli opozycjoniści, którzy wcześniej korzystali z parasola ochronnego i opieki Kościoła, obrócili się przeciwko Kościołowi, strasząc Polaków wizją państwa wyznaniowego i republiką proboszczów.
==================================
Przeczytałem ostatnio interesujący szkic prof. Kazimierza Nowosielskiego pt. „Czyny i rozmowy” (Korespondencja: Giedroyc – Miłosz), pomieszczony w zbiorze szkiców: K. Nowosielski. „Przez Ojczyznę i dalej”… s. 125-133. Nowosielski pisze, że Giedroyciowi i Miłoszowi szło o Polskę:
„laicką, wieloetniczną i wieloświatopoglądową, z „postępową” inteligencją jako promotorką oraz organizatorką ładu społecznego; o kraj zarządzany przez „światłe umysły”, otwarty na współpracę zarówno ze Wschodem jak i Zachodem. Za żadną cenę – postulowali – nie wolno dopuścić do odradzania się w kraju postaw narodowo-katolickich, które kojarzyli [z] „Ciemnogrodem”, z triumfem obskurantyzmu, z cywilizacyjnym zacofaniem. Bywało, iż za większego wroga uważali Kościół niżli komunę” (s. 130).
Nowosielski cytuje słowa Giedroycia z 1959 roku:
„W obecnej sytuacji katolicyzmu w Polsce […] mniej jest groźna wojna partii z Kościołem, co tradycjonalizm Kościoła i kołtuństwo wiernych. (…) Powinniśmy zajmować się nie tylko młodymi komunistami, ale i młodymi katolikami” (s. 130).
Nowosielski zaznacza, że jeśli chodzi o katolików, to Giedroyc miał na myśli przede wszystkim środowiska „Znaku” i „Więzi”, ku którym kierował swoje nadzieje. Chodziło o związanie młodzieży z koncepcją „społeczeństwa obywatelskiego”.
Nowosielski pisze też:
„Do szewskiej pasji doprowadzała naszych bohaterów jakakolwiek i gdziekolwiek objawiająca się chęć identyfikowania polskości z katolicyzmem. Jako odtrutkę na ten chorobotwórczy splot Miłosz postulował między innymi judaizację kultury polskiej” (s. 130-131).
Nowosielski cytuje Miłosza:
„Może by ktoś napisał o potrzebie zażydzenia [sic!] Polaków, że to ich jedyny ratunek. I w istocie młodzież obecna w Polsce, ta lepsza, zżydziała (te paradoksy historii!!!) w tym sensie, że tylko sztuka i różne intelektualne hopki ją obchodzą” [list z 1959 r.]. Przywołuje także te słowa Miłosza: „Obrzydliwy katabasowy katolicyzm polski nie rozumie, że tylko Żydzi mogą być jego zbawieniem” [list z 1961 r.].
„Polska staje się tym – [pisze Miłosz do Giedroycia 15.01.1981r.] – czym w swej esencji zawsze była, to jest jednym wielkim organizmem narodowym, w którym Naród jest na ołtarzu, z Matką Boską jako bóstwem pomocniczym w służbie Narodu” (s. 132).
Myślenie prezentowane przez Miłosza i Giedroycia jest – niestety – obecne w dyskursie niektórych ludzi świeckich, ale i duchownych różnych stopni i godności.
Donald Tusk postanowił „wstrząsnąć” opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już „za miesiące, nie lata” mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i gotowości do zastosowania artykułu 5.
Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być „wstrząs”, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – „to nie są złudzenia, tylko wiedza”, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa.
W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa.
Takie wypowiedzi – niezależnie od intencji – osłabiają spójność i wiarygodność NATO. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy przeciwnik widzi jedność i determinację. Publiczne rozważania o tym, kto kogo obroni, a kto się zawaha, nie budują siły. Budują pokusę testowania granic. Oczywiście, Rosja pozostaje realnym zagrożeniem. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje.
Ale czym innym jest chłodna analiza, a czym innym polityczne podkręcanie napięcia do poziomu, który zaczyna przypominać kampanijny megafon. Jeśli to naprawdę wiedza – trzeba działać. Jeśli to tylko retoryka – to wyjątkowo niebezpieczna. A jeśli jedno i drugie naraz, to mamy do czynienia z najgorszym z możliwych scenariuszy: polityką, która straszy wojną, a jednocześnie rozbraja zaufanie do tych, którzy mieliby nas bronić.
24 kwietnia 1915 roku władze tureckie przeprowadziły masowe aresztowania przedstawicieli ormiańskich elit. Uwięzionych w większości wymordowano. Był to ledwie początek prawdziwego koszmaru, który Ormianie nazwą później Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem.
Wyznawcy Wernyhory
Niejeden rodak zżyma się na przypominanie wielkiej masakry sprzed przeszło wieku.
Nie tak dawno znaleźli się u nas inicjatorzy i obrońcy idei wzniesienia w Krakowie pomnika ku czci żołnierzy tureckich z czasów I wojny światowej. Pomysłodawcy tej akcji nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że na polskiej ziemi stanąłby monument upamiętniający armię splamioną udziałem w ludobójstwie. Ktoś podsumował to gorzko, że nie może być inaczej, skoro niemała część populacji czerpie wiedzę o przeszłości z… tureckich seriali telewizyjnych. Jednak sympatia okazywana bisurmanom znad Bosforu ma u nas dość długą tradycję.
Niby pamiętamy o Warneńczyku, Chodkiewiczu i Sobieskim, ale przecież było to tak dawno…. Ostatnią wojnę z Turcją Sarmaci stoczyli pod koniec XVII stulecia, potem osłabiona Porta przestała ich przerażać. Kiedy zaś przyszedł czas rozbiorów, pokaźna część naszych działaczy niepodległościowych zaczęła upatrywać sojusznika w państwie osmańskim, od wieków prowadzącym śmiertelny bój z Rosją i Austrią.
Krzepiące mity kazały wierzyć w dobrych sułtanów rzekomo nieuznających rozbiorów Rzeczypospolitej, jakoby z utęsknieniem wyczekujących na dawno niewidzianego posła z Lechistanu. Skwapliwie propagowano bajdurzenia egzaltowanych umysłów, w rodzaju „proroctwa ukraińskiego wieszcza Wernyhory”, zapowiadającego zmartwychwstanie Polski za sprawą naszych wiernych sprzymierzeńców, w tym Turków („Anglik sypnie złotem, Francuz wesprze, Muzułmanin konia napoi w Horyniu”).
Jest prawdą, że nad Bosforem znaleźli schronienie liczni nasi emigranci. Niejeden zrobił karierę na dworze sułtana bądź w jego wojsku, zwłaszcza jeśli zdecydował się na porzucenie wiary przodków i konwersję na islam. Uchodźcy z Lechistanu pisali o Turcji przeważnie ciepło, nawet w superlatywach.
Zastanawiające, jak wielu propagatorów walki „za wolność naszą i waszą” (!) nie dostrzegało, bądź udawało że nie dostrzega dramatu chrześcijańskich poddanych sułtana. A przecież całkowicie odmienną perspektywę od naszej mieli Serbowie, Bułgarzy, Grecy, Asyryjczycy, Ormianie – podobnie jak gdzie indziej Wandejczycy opierający się jakobińskiemu reżimowi, albo Hiszpanie broniący swej ojczyzny przed zastępami Napoleona.
To tragiczny paradoks, że w okresie zaborów tak liczni polscy rycerze wolności uznali za wzorzec i bastion swobody dwie najkrwawsze, najbardziej opresyjne satrapie europejskie – rewolucyjną Francję oraz muzułmańską Turcję.
Wydani pod miecz
Na szczęście większości Polaków łatwo przychodzi zrozumienie cudzego cierpienia.
Wszak sami moglibyśmy wystawić obszerne rachunki krzywd za czas zaborów.
Z bólem wspominamy 7000 cywilów i jeńców zamordowanych podczas rzezi Pragi, albo z górą tysiąc ofiar rabacji galicyjskiej, czy też 670 straconych powstańców styczniowych. Do tego tysiące zesłanych w otchłań Sybiru bądź na katorgę, więzionych w cytadelach, wcielonych w szeregi armii zaborczych. I jeszcze zamykane kościoły i klasztory, męczeństwo unitów, rusyfikację, germanizację, rugi pruskie, dzieci katowane za polski pacierz…
A przecież czujemy niekłamaną zgrozę dowiadując się, co działo się w tym samym czasie w Turcji. Jeszcze przed ludobójstwem Ormian, przez cały XIX wiek chrześcijańskie narody w tym kraju spływały krwią. Kiedy w latach 20. tamtego stulecia Grecy poderwali się do walki o niepodległość, Turcy zareagowali masowymi rzeziami. Wycinano w pień albo sprzedawano w niewolę skupiska ludności liczące niekiedy dziesiątki tysięcy osób. Tylko w jednym miejscu, na wyspie Chios społeczność chrześcijan skurczyła się ze 120.000 do ledwie 2000 głów!
Pół wieku później oniemiały z przerażenia świat obserwował masowe masakry Bułgarów. Świadek historii Januarius Aloysius MacGahan słał raporty z Rodopów – o dzieciach wbijanych na ostrza bagnetów, o brzemiennych niewiastach, którym wydzierano z brzuchów płody, o ludzkich czaszkach pękających w paszczękach zdziczałych psów.
W ostatniej dekadzie tamtego strasznego stulecia, za rządów sułtana Abdülhamida zwanego Krwawym, można mówić o pierwszej próbie ludobójstwa tureckich Ormian – zabito ich wtedy od dwustu do trzystu tysięcy, to jest ponad 10 proc. ich społeczności.
Wypada dziękować Bogu, że Polacy pod zaborami nie doświadczyli tak wielkich cierpień, o tak potwornej skali. Nie piszę tego, aby lekceważyć nasze polskie tragedie, ani by chwalić domniemaną powściągliwość zaborców. Chcę tylko przypomnieć, jaka naprawdę bywała ówczesna Turcja, którą idealizowało tak wielu naszych rodaków.
Jakobini nad Bosforem
W 1908 roku w Konstantynopolu doszło do przewrotu wojskowego. Władzę objął młodoturecki Komitet Jedności i Postępu.
Młodoturcy, powiązani z masonerią, mieli ambicję przekształcić Turcję w nowoczesne państwo oparte na wzorach zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście byli zapatrzeni w Europę, ale niestety, w pewne dość szczególne wzorce. Zagraniczni dziennikarze i dyplomaci donosili zdumieni (a czasem zachwyceni), że w Konstantynopolu podczas defilad obnoszone jest na sztandarach hasło: Wolność – Równość – Braterstwo; że orkiestry wojskowe przy każdej okazji grają Marsyliankę. Młodoturcy byli entuzjastami rewolucji francuskiej.
W tym momencie ludzie co nieco obeznani z historią powinni poczuć niepokój. Bo rewolucja francuska to nie tylko wzniosłe, chwytliwe hasła. To również gilotyny i terror. To obozy koncentracyjne w Gujanie. To upośledzone dzieci z kościelnych przytułków wymordowane podczas masakr wrześniowych. To masowe topienie więźniów stłoczonych w barkach rzecznych. To eksperymenty z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła i świec, zaś ludzkiej skóry do produkcji odzieży. Rewolucja francuska to wreszcie ludobójstwo w Wandei, to „kolumny piekielne” przemierzające „kraj kontrrewolucjonistów” i zabijające każdą napotkaną żywą istotę.
Skoro więc w Turcji w 1908 roku zdobyli władzę ludzie zafascynowani rewolucyjnym barbarzyństwem, masowy rozlew krwi był kwestią czasu.
Sojusz fanatyków
Młodoturcy chcieli stworzyć nowoczesny naród. Zadanie wydawało się karkołomne, jako że kraj zamieszkiwały niezliczone nacje i ludy, w dodatku wyznające różne religie.
Młodotureckie elity trudno byłoby określić mianem islamistów. Wielu liderów ruchu marzyło o państwie laickim. Wszelako na tym etapie uznawali rolę islamu jako spoiwa imperium. Stąd ich hasłem było: „Turkizacja – islamizacja – modernizacja”.
Rządzący uznali, że wspólnoty chrześcijańskie nie pasują do wizji wyśnionego narodu tureckiego. Postanowiono więc je unicestwić – poprzez przymusową islamizację, deportację bądź też dokonując ich eksterminacji. Przewidziano użycie instrumentów państwowych – armii, policji, sądów, obozów koncentracyjnych, jak również ochotniczych bojówek muzułmańskich, kierujących się nienawiścią wyznaniową.
Nadchodzące ludobójstwo było więc efektem fuzji dwóch fanatyzmów – rewolucyjnego, laickiego jakobinizmu miażdżącego opornych stojących na drodze Postępu, jak również wojującego islamizmu wiernego tradycji wyrzynania giaurów.
Pomruki burzy
Zwiastunem nadchodzącego kataklizmu była rzeź 30.000 Ormian w Adanie w 1909 roku.
Władze oficjalnie jeszcze wykręcały się od odpowiedzialności, przypisując winę lokalnym mahometańskim radykałom, bądź… samym Ormianom. Jednak na wiosnę 1913 roku rząd rozpoczął powszechną akcję wysiedlania i deportacji tysięcy chrześcijan greckich i bułgarskich. Zdarzały się przy tym masowe mordy, jak zabójstwo 50 bezbronnych Greków – mężczyzn, kobiet i dzieci – w Fokaji. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Latem 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. W owym czasie ziemie historycznej Armenii znajdowały się w granicach Turcji i Rosji. Oba te państwa znalazły się w przeciwnych obozach. Przez teren Armenii przebiegał jeden z odcinków frontu turecko-rosyjskiego. Ormianie, podobnie jak Polacy, walczyli po obu stronach, w obcych mundurach.
Na samym początku wojny dowództwo rosyjskie wezwało tureckich Ormian do zachowania spokoju, by nie dać wrogowi pretekstu do represji. Istotnie, w następnych miesiącach rząd młodoturecki wielokrotnie dziękował ormiańskim obywatelom za lojalną postawę. Żołnierze osmańscy narodowości ormiańskiej byli wyróżniani medalami za męstwo. Zadaje to kłam późniejszym wystąpieniom propagandystów, którzy próbowali usprawiedliwić akcję ludobójczą rzekomą masową kolaboracją rodzimych Ormian z Rosjanami.
Mec Jeghern
Młodoturcy uruchomili machinę terroru w kwietniu 1915 roku. Przeprowadzono wówczas aresztowania inteligencji ormiańskiej w Konstantynopolu. Potem represje rozlały się na cały kraj.
Prześladowania nie były niczym nowym w historii ludów chrześcijańskich imperium. Nowością była skala represji i stopień ich organizacji. Dawne chaotyczne pogromy zastąpiła przemyślana w szczegółach, przeprowadzana na zimno akcja eksterminacyjna, w której dążono do zlikwidowania całej populacji wyznawców Chrystusa.
Zabijało tureckie wojsko, policja, bojówki muzułmańskie. Zabijali Turcy, Kurdowie, Arabowie, Czerkiesi, Czeczeni. Bombardowaniem ormiańskiej dzielnicy Urfy kierował niemiecki oficer. Berlin wspierał też młodoturków logistycznie, materialnie, propagandowo.
Część ofiar uśmiercano na miejscu, inne deportowano do obozów koncentracyjnych usytuowanych na bezwodnych terenach pustynnych. Tam ludzie ginęli masowo z pragnienia, głodu, padali ofiarą chorób i bestialstwa strażników.
Pierwsza fala terroru, która trwała do 1917 roku, uśmierciła od 1,2 mln do 1,5 mln tureckich Ormian(na ich ogólną liczbę 2,1 mln). Prócz tego zamordowano setki tysięcy chrześcijan innych narodowości, głównie Greków i Asyryjczyków.
Ginęli przede wszystkim przedstawiciele obrządków wschodnich, szczególnie Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Ale również katolicy, którzy ponieśli proporcjonalnie największe straty. Spośród 70 tysięcy ormiańskich katolików zabito aż 57 tysięcy.
Sporo ludzi mimo wszystko przeżyło. Zdołali uciec, kryjąc się w górach lub na pustyniach. Duże skupiska Ormian zostały uratowane i obronione przez armię rosyjską. Rzec można, że tych niedobitków ocaliła wojna. Niestety, w 1917 roku Rosję ogarnął rewolucyjny chaos; jej wojska zaczęły wycofywać się z Zakaukazia. Ormianie znów zostali sami.
Milczenie Zachodu
W 1918 roku dobiegła końca wojna światowa. Państwa centralne, w tym Turcja poniosły klęskę.
Reżim młodoturecki upadł, przywódcy zbiegli za granicę. Zapanował chaos, z którego po jakimś czasie wyłonił się nowy rząd w Ankarze, z generałem Mustafą Kemalem na czele. Otrzymał on pomoc od bolszewickiej Rosji, ale też od swoich niedawnych wrogów – Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii. Ceną były układy polityczne i handlowe korzystne dla mocarstw. Jak skomentował po latach Winston Churchill: „Ropa Mosulu okazała się być droższa od krwi Ormian”.
Dramat wyznawców Chrystusa nie ustał, rzeź trwała aż do 1923 roku, kiedy to niedobitki zostały wypędzone. Trwają spory, ilu chrześcijan – Ormian, Greków, Asyryjczyków i innych – zginęło ogółem w Turcji w dziesięcioleciu 1913 – 1923. Wielu badaczy skłania się ku liczbie trzech milionówzamordowanych. Rzesze innych wypędzono, albo poddano islamizacji. Na początku XX wieku wyznawcy Chrystusa stanowili 20% obywateli Turcji; dziś – ledwie 0,2 proc.
Po II wojnie światowej Turcja stała się jednym z najważniejszych bastionów NATO. Obrońcy liberalnej demokracji zyskali dodatkowy argument, by nie niepokoić rządu w Ankarze pytaniami o takie drobiazgi z przeszłości, jak kilka milionów trupów chrześcijan.
Samotność ginących
We wrześniu 1922 roku w Smyrnie, portowym mieście nad Morzem Egejskim, założonym przez jońskich żeglarzy w X wieku przed Chrystusem, Turcy wyrzynali dzielnice ormiańską i grecką.
W porcie stacjonowała potężna eskadra Ententy – dwadzieścia kilka okrętów liniowych, krążowników i kontrtorpedowców brytyjskich, francuskich, włoskich i amerykańskich. Dosłownie na oczach marynarzy dzielnice chrześcijan były palone do fundamentów. Trzydzieści wieków historii ulatywało z dymem pożarów, najmniej trzydzieści tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych jak zwierzęta w rzeźni, jeszcze więcej popędzono w niewolę – a z okrętów alianckich nie padł ani jeden strzał w stronę tureckiej hordy. Zamiast tego na pokładach zaczęła grać orkiestra, by zagłuszyć dochodzący z brzegu krzyk mordowanych.
Niech więc nas już nie dziwi, że kiedy w roku 1939 zastępy Hitlera i Stalina ruszyły na Polskę, nasi – pożal się Boże! – sojusznicy z Zachodu „nie chcieli umierać za Gdańsk”. Że później Francuzi umykający z Algierii wydali na rzeź swych tubylczych sprzymierzeńców – harkisów. Że Amerykanie zdradzili i porzucili swoich przyjaciół w Indochinach. Że współcześnie oenzetowskie „błękitne hełmy” w Bośni, Rwandzie i gdzie indziej bezczynnie przyglądały się masakrom.
Wcześniej była Smyrna. To wtedy Zachód ostatecznie porzucił rycerskie, krucjatowe ideały, swą gotowość do walki w obronie słabych i bezbronnych. Bo przecież, żeby powstrzymać rzeź, należałoby strzelać do morderców. A dzisiejsi ludzie Zachodu boją się strzelać; tak ich wychowano. Ów amoralny pacyfizm przetestowano na chrześcijanach Turcji.
Amnezja i sukcesorzy
Świat szybko zapomniał o ludobójstwie Ormian, by potem zapłacić za to straszną cenę.
Gdy Niemcy przygotowywały inwazję na Polskę, Adolf Hitler miał zwrócić się do swych generałów słowami:
„Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o wyniszczeniu Ormian?”
Kanclerz III Rzeszy czuł się ośmielony i zachęcony ową zbiorową amnezją. Skoro bowiem ludzie szybko zapomnieli rzeź Ormian, a jej sprawców nie ukarano – to czemu w jego przypadku miałoby być inaczej?
Jednakże obecnie, co jakiś czas prawda przebija się przez mroki niepamięci. Kolejne państwa uznają masakrę Ormian za ludobójstwo, wywołując wściekłość Ankary. W samej Turcji niejeden strażnik pamięci o tej zbrodni spędził w więzieniu długie lata, albo padł ofiarą „gniewu wzburzonych obywateli” (vide Ormianin Hrant Dink, zastrzelony w Konstantynopolu w styczniu 2007 roku).
Ówczesny premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan zdobył się na coś w rodzaju ostrożnego i warunkowego współczucia. Przesłał Ormianom „kondolencje”, mówił dużo o dawnych „cierpieniach”, o „trudnym i bolesnym okresie”, o „wspólnym bólu nas wszystkich”, zarazem ostrzegając przed „oszczerstwami i prowokacjami” oraz „próbami siania wrogości wobec Turcji”.
Jako żywo przypominało to „wyważony” bełkot pewnych polityków polskich i ukraińskich w sprawie tzw. „tragicznych wydarzeń” na Wołyniu…
Niemy krzyk
Ta historia toczy się wciąż, bez końca. Dziś oglądamy zagładę wspólnot chrześcijan w Syrii i Iraku.
Warto pamiętać, że przed przeszło wiekiem Syria i Irak nie były niepodległymi państwami, że te ziemie wchodziły w skład imperium tureckiego i że na ich obszarze również prowadzono akcję ludobójczą. Tu historia zazębia się z teraźniejszością. Dzisiejsze zbrodnie fanatyków islamskich stanowią kontynuację holokaustu sprzed ponad stu lat.
***
Francuski historyk Yves Ternon, który badał przebieg zagłady Ormian, przytoczył relacje z jądra ciemności, jakim był młodoturecki obóz koncentracyjny Dejr ez-Zor (dziś terytorium Syrii), grób być może nawet czterystu tysięcy ofiar. Urzędnicy tureccy kierowali tam kolumny uchodźców, niedobitków z pogromów. Obiecywali nieszczęsnym, że w obozie znajdą bezpieczne schronienie. W rzeczywistości Ormianie spotykali tam przeważnie śmierć.
Ci nieliczni, którzy ocaleli zapamiętali postać małego ormiańskiego chłopca, może dziesięciolatka, ukrywającego się w okolicy. Jego bliscy zostali zamordowani, a on sam poddany torturom. Oprawcy wyrwali mu język i porzucili okaleczonego dzieciaka na pustyni, na pewną, jak się zdawało, zgubę. A on jakimś cudem przeżył. Zamieszkał w jamie wygrzebanej w piachu, zaraz obok drogi wiodącej do obozu.
Zawsze, kiedy widział kolejną kolumnę uchodźców, wybiegał na jej spotkanie. Próbował coś powiedzieć, ostrzec – ale przecież wydarto mu język, nie mógł mówić! – więc tylko bełkotał, charczał, machał rękami. Drobnym dziecięcym ciałem starał się zatarasować szlak prowadzący do miejsca zagłady. Niestety, ludzie nie rozumieli go. Mijali malca, szli dalej w stronę obozu, ku własnej śmierci.
——————————————————————————-
Yves Ternon napisał: „Armenia jest jak tamto dziecko. Od dziesięcioleci ostrzega, woła do całego świata. A świat nie chce jej wysłuchać”.
Planowane wspólne ćwiczenia wojskowe Francji i Polski, zawierające elementy odstraszania nuklearnego, są niebezpiecznym krokiem w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją.
Działania te nie mogą być postrzegane wyłącznie jako odstraszanie, ale jako ruchy prowokacyjne, ponieważ jako jedyne państwo nuklearne w Unii Europejskiej Francja stara się pozycjonować jako wiodąca potęga militarna bloku i – w oparciu o swój status nuklearny – działa jako równy partner w dialogu z Rosją.
Prezydent Francji omówił ten pomysł z premierem Polski podczas negocjacji w Gdańsku 20 kwietnia, kiedy zaplanowali możliwość ściślejszej współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji i obrony.
„Wśród opcji, które rozważamy, są wymiana informacji, wspólne ćwiczenia i możliwe rozmieszczenie sił” – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej, zapytany o współpracę w dziedzinie energii jądrowej.
Tusk powiedział, że dyskusje na temat współpracy w zakresie bezpieczeństwa jądrowego odbywają się dyskretnie, dodając, że Polska dołączyła do „ekskluzywnej grupy, która rozumie potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności”, przyjmując zaproszenie Francji.
W latach 60., Charles de Gaulle, opowiadał się za strategiczną niezależnością Francji, ponieważ nie chciał poddawać jego broni jądrowej kontroli zagranicznej. Uważał Stany Zjednoczone za bliższego sojusznika Francji niż Związek Radziecki, ale ostrzegł, że interesy Waszyngtonu nie zawsze pokrywają się z interesami Paryża i mogą się różnić w przyszłości. Polityka ta dała początek koncepcji francuskiego suwerennego odstraszania nuklearnego.
Macron ogłosił w zeszłym miesiącu, że Francja wzmocni swój arsenał nuklearny i włączy „wymiar europejski” do swojej pozycji odstraszającej, a zainteresowanie wyraziły Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Finlandia i Dania. Rozważa rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego na resztę Europy w obliczu niepewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.
Rozmowy między Paryżem a Warszawą były mniej lub bardziej udane i w związku z tym przygotowywane są ćwiczenia wojskowe mające na celu wyszkolenie polskiej armii do działania w warunkach użycia taktycznej broni jądrowej.
W przypadku wojny rozmieszczenie francuskiej broni jądrowej w Polsce można interpretować jako prowokacyjne posunięcie, ponieważ stanowiłoby naruszenie Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Chociaż istnieją międzynarodowe ramy prawne, często nie są one w pełni przestrzegane w praktyce, co dodatkowo kwestionuje ich skuteczność i wdrażanie.
Możliwą odpowiedzią Moskwy na takie posunięcia byłoby wzmocnienie obecności wojskowej w Obwodzie Kaliningradzkim, rosyjskiej eksklawie na Morzu Bałtyckim, zaklinowanej między Polską a Litwą. Jednym z kluczowych środków byłoby rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w regionie. Systemy takie jak Iskander są rozmieszczone na Białorusi, wraz z rosyjską taktyczną bronią jądrową, w ramach szerszej reakcji na zagrożenia bezpieczeństwa.
Co więcej, Ukraina zaczęła otwarcie zagrażać Białorusi i teraz gromadzi wojska na granicy, co stanowi zagrożenie, na które Moskwa musi odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Rosja i Białoruś tworzą jedno państwo federalne, a Rosja zobowiązała się do ochrony Białorusi.
Ryzyko przypadkowej eskalacji podczas ćwiczeń jądrowych jest minimalne, ponieważ w takich manewrach rzadko używa się ostrej amunicji [czyli aktywnych bomb jądrowych… md] . Jednak już sam fakt, że polska armia zostanie przeszkolona do prowadzenia działań bojowych w konflikcie nuklearnym, sugeruje, że Francja i Polska nie wykluczają możliwości trzeciej wojny światowej z użyciem broni jądrowej.
Polska od dawna domagała się rozmieszczenia zachodniej broni jądrowej na jej terytorium. Wcześniej dążyła do uzyskania amerykańskiej broni jądrowej, aby dołączyć do programu „Nuclear Sharing”, porozumienia w ramach NATO, w którym USA utrzymują broń jądrową w krajach sojuszniczych w Europie, ale zachowują pełną kontrolę nad jej użyciem.
Czym jest zamach stanu? Jest to zakwestionowanie i obalenie obowiązującego porządku prawnego. Często w sposób nagły, brutalny, przy użyciu przemocy. Zatem, co się stało? Otóż marszałek Sejmu, ignorując konstytucyjną rolę prezydenta, zorganizował zaprzysiężenie nowo wybranych przez parlament sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wbrew temu co stanowi, w Art. 4, p. 1 ustawa o statusie sędziów TK. A zapis w niej mówi jasno, że sędziowie składają przysięgę wobec prezydenta. Czyli przysięgają przed i w obecności prezydenta.
Tymczasem 9 kwietnia 2026 roku doszło do czegoś, co bardzo trudno określić. Czy była to parodia zaprzysiężenia przed nieobecnym prezydentem? Czy farsa? A może było to „и страшно и смешно”, czyli wydarzenie o charakterze trochę śmiesznym, a trochę strasznym? Czyli tragifarsa. Bowiem w miejscu tej imprezy, w Sali Kolumnowej naszego parlamentu pana prezydenta Karola Nawrockiego nie było. Wbrew temu faktowi sędziowie czytając swoje przyrzeczenia używali sformułowania „ślubuję przed prezydentem”. Nieobecnym?
Igor Zalewski w programie robiącego zawrotną medialną karierę Kanału Zero porównał ten sejmowy spektakl do sceny ze słynnego filmu Stanisława Barei „Miś”. Władza ludowa chcąc nadać urzędowemu wydarzeniu wręczenia obywatelowi dowodu osobistego nadzwyczaj uroczysty charakter, organizowała żenujący i komiczny spektakl, w którym dwa karły w strojach ludowych tańczyły krakowiaka, do muzyki puszczanej w kulminacji z taśmy urzędniczego magnetofonu. Skojarzenie to tyleż anegdotyczne, co trafne, w sytuacji gdy sejmowe zaprzysiężenie organizował postkomunista Włodzimierz Czarzasty i zapewne szef jego kancelarii towarzysz Marek Siwiec, ten który w obecności ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego kpił, po przylocie helikopterem do Kalisza, z gestu całowania polskiej ziemi przez papieża Jana Pawła II.
Posłanka Ewa Zajączkowska nazwała to co się wydarzyło w sejmie pajacowaniem. Rzeczywiście, nie przysporzyło to powagi tym, którzy zdecydowali się na spostponowanie uprawnień i majestatu głowy państwa w tak żenujący sposób.
Trybunał Konstytucyjny bowiem jednoznacznie i kategorycznie zinterpretował zapisy prawa istniejące zarówno w konstytucji, jak i we właściwej ustawie, wydając 12 czerwca 2012 roku następujące postanowienie: „ Powołanie sędziów jest suwerenną prerogatywą Prezydenta RP i nie podlega kontroli sądowej ani ponownemu rozpoznaniu, ani weryfikacji przez inne organy państwa”.
Dokument jest sygnowany SK 37/08. Jakie zatem były motywacje organizatorów tej sejmowej hucpy? Czy marszałek Czarzasty uznał, że może zastępować prezydenta w sprawach, w których prezydent nie realizuje jego oczekiwań? Wprost zapowiedział to podczas swojej konferencji prasowej. A może rozpoczęła się realizacja sugerowanego przez rządzącą koalicję 13 grudnia planu obalenia prezydenta Karola Nawrockiego? Niestety, wiele na to wskazuje. A dawna deklaracja premiera Tuska, że „będą stosować prawo tak jak je rozumieją”, dzisiaj brzmi szczególnie groźnie. W sytuacjach poprzedzających dramatyczne, albo wręcz tragiczne wydarzenia mają znaczenie symboliczne drobiazgi. Uczy mnie tego moje długie doświadczenie życiowe. W opisywanej sprawie, moim zdaniem, bardzo niepokojącym faktem, z pozoru tylko błahym, jest fakt, iż dwoje sędziów, którzy złożyli już ślubowanie przed panem prezydentem Nawrockim, ponowili je przed Czarzastym. Czyżby się obawiali skutków braku uległości wobec sił, które reprezentuje marszałek. Czyżby wiedzieli o czymś o czym my nie wiemy? Czyżby mieli wiedzę o planowanym planie obalenia głowy państwa polskiego, prezydenta RP? Sędziowie są dorosłymi, wykształconymi i doświadczonymi ludźmi, dlaczego więc zdecydowali się złożyć identyczną przysięgę, którą wcześnie już złożyli? Przecież takie ich postępowanie jest nielogiczne.
Przedstawiciel prezydenta, minister Zbigniew Bogucki jednoznacznie i dobitnie ocenił zachowanie sędziów w Sali Kolumnowej Sejmu. Nazwał je hucpą, łamaniem prawa, zamachem na konstytucję i ustawę. Nazwał to wydarzenie kuriozalną farsą. Zagroził sędziom odpowiedzialnością karną. Podobnie wypowiedział się prominentny poseł Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak, którego wypowiedzi, nie bez racji, uważa się za zbieżne z poglądami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście, jeśli sędziowie, którzy są powołani do stania na straży prawa i praworządności sami gwałcą prawo, to jest to sytuacja kuriozalna.
Paradoksem w całej sprawie jest fakt, iż organizatorem tej nieszczęsnej próby zignorowania niezastępowalnej roli prezydenta jest Włodzimierz Czarzasty, członek, do jej końca, doszczętnie skompromitowanej i zbrodniczej partii komunistycznej PZPR. Marszałek sejmu musi działać zgodnie z prawem i w zakresie prawa. Nade wszystko zgodnie z konstytucją i ustawami. A mamy do czynienia z sytuacja, w której on działa bezprawnie i wyznacza własne, nielegalne standardy postępowania. Komunista uczy demokratów czym jest demokracja i praworządność.
Żeby uwiarygodnić tę imprezę i przedstawić ją społeczeństwu jako zgodną z prawem, świadkiem zdarzenia uczyniono notariusza. Okazało się po raz kolejny, że bez trudu można znaleźć takich chętnych do współpracy notariuszy. Znajdowali je wcześniej czyściciele warszawskich kamienic. Znajdowali ich także chcący bezprawnie kupić Konstancińskie Łąki Oborskie. Jak mówią dowcipne dzieci: „Pekunia, to nie jest omlet”. Pan notariusz nazywa się Dariusz Kramarz. Już mi się z czymś skojarzyło nazwisko pana notariusza … I w porę nie tyle ugryzłam się w język, co w palec, którym stukam w klawiaturę komputera. Nie, nie. Nie wolno kpić z nazwisk. To nie przystoi. A z imion można? Imiona to co innego, one są powszechne. Można je wyjaśniać. Imiona często coś znaczą. W tym przypadku wszystko się zgadza. Otóż imię Dariusz oznacza tego kto posiada jakiś cenny dar. Pan Dariusz Kramarz został więc obdarowany. Pozostaje tylko pytanie czym i przez kogo?
Natomiast to co się dzieje w Polsce od 13 grudnia 23 roku można określić jako pełzający zamach stanu.
W trakcie wizyty w Gdańsku francuskiego funkcjonariusza globalistów, uszy politruków z PiS wychwyciły, że Donald Tusk zamiast wymówić słowo „Gdańsk” powiedział „Danzig”.
Nihil novi sub sole. A co miał powiedzieć przedstawiciel mniejszości etnicznej, którego credem politycznym jest „polskość to nienormalność”? Słowa te napisał w odpowiedzi na pytanie czym jest polskość, stwierdzając, że polskość wywołuje w nim odruch buntu.
Tusk przeciwstawił normalność rzekomej nienormalności, którą określił jako „ Bóg, Honor i Ojczyzna”. Samą polskość określił jako „nienormalność” , „niechciany temat”, „uciążliwe dziedzictwo” i „brzemię”, którego nie ma ochoty dźwigać.
Od 40 lat lewicowi propagandyści starają się tłumaczyć gawiedzi, że autor czyli Tusk miał na myśli coś innego. Podkreślić należy, że w 1987 roku politycy lekkich obyczajów nie mieli jeszcze na tyle odwagi, aby przyznawać się do zrywania z polskością. W przeciwieństwie do czasów obecnych atmosfera była dyktowana nastrojem walki o wolność – gorąca i antykomunistyczna.
Asekurując się, Tusk kończy słowami: „Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie, że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.
Przedtem jednak napisał:
„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy”. /Donald Tusk, „Polak rozłamany”, „Znak”, 1987./
” Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością…”?
Jednak najbardziej wymownym, wpisującym się w brak polskiej tożsamości, jest typowe, charakterystyczne dla wtórnych analfabetów z lewicy, fałszywe przeciwstawienie kultury i cywilizacji – Bogu i Ojczyźnie. Dziś już wiemy, że nie o kulturę i cywilizację, lecz o antykulturę, depopulację, zrównoważony rozbój – o cywilizację śmierci im chodzi.
Andrzej Duda „To jest Polin”
A czym różni się „Danzig” Donalda Tuska od „Polin” Andrzeja Dudy?
Niczym. Zmienia się tylko akcent z niemieckiego na żydowski, zachowując swój antypolski charakter.
==============================
M D: SKALĄ. Polin jest większe. a Ukropolin jeszcze większe.
Z jednej strony do Polski trafiają potężne kontyngenty miodu z Ukrainy i krajów Mercosur, a z drugiej Ministerstwo Klimatu i Środowiska razem z tzw. ekologami chcą ograniczać polskie pszczelarstwo. – Korelacja tych zdarzeń jest co najmniej zastanawiająca – ocenia w rozmowie z portalem Tysol.pl poseł PiS Paweł Sałek.
Ministerstwo klimatu i środowiska dobija polskich pszczelarzy, którzy przegrywają z importem miodu z Ukrainy i Mercosuru! Zakazy pasiek w miastach, lasach i na terenach rezerwatów pogłębi ich problemy wynikające z importu miodu kiepskiej jakości z zagranicy – alarmuje na X poseł Paweł Sałek, były sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska.
Tegoroczne kontyngenty importu miodu do UE z Ukrainy to 35 tys. ton, a z Mercosuru na poziomie 45 tys. ton i ma być zwiększany. Premier Donald Tusk nie widzi potrzeby skarżenia tej niekorzystnej umowy do TSUE!
Dziwna koincydencja
Pytany przez portal Tysol.pl, czy to może nie być przypadek, że z jednej strony mamy takie wielkie kontyngenty importu miodu z Ukrainy i z Mercosuru, które jeszcze mają być zwiększane, a z drugiej strony próbuje się ograniczać polskie pszczelarstwo, Paweł Sałek odpowiada:
To jest sytuacja bardzo zastanawiająca, bo z jednej strony mamy ogromny import miodu z Ukrainy, a Polska jest krajem sąsiadującym i należy przypuszczać, że ten miód w pierwszej kolejności tutaj będzie pojawiał się na rynku, także w przypadku dużych przetwórni, które używają miodu na przykład do wypieku ciastek.
Z drugiej strony mamy to, że miód będzie płynął z krajów Mercosuru, bo ta umowa tak czy inaczej praktycznie wchodzi w życie, a rząd nie chce jej zaskarżyć ani nie chce wystąpić o opinię do TSUE, bo tam jest jeszcze jedna ścieżka – wystąpienie o opinię. I ta sprawa daje dużo do myślenia, a jednocześnie w Polsce nagle pojawia się sytuacja, że grono osób zaczyna mówić o tym, że trzeba chronić dzikie zapylacze, ale to jest taka sytuacja, że pszczoła miodna, która jest naturalnym elementem środowiska, jeśli chodzi o owady zapylające, nie może z tego powodu być dyskryminowana.
„Korelacja zdarzeń jest zastanawiająca”
Pszczoła miodna występuje u nas od wieków, w okresie nowożytnym Polski, czy jeśli spojrzymy na czas PRL, czy czasy współczesne, to pszczoła miodna była. I teraz ta pszczoła miodna zaczyna przeszkadzać w różnorodności biologicznej i w ochronie przyrody? To do tej pory nie przeszkadzała? Ta korelacja tych zdarzeń jest co najmniej zastanawiająca
Pasmo „sukcesów” Henning-Kloski
Dopytywany, co należałoby zrobić, aby zatrzymać ten trend, który przyjęła Paulina Henning-Kolska, Paweł Sałek stwierdza:
Zobaczymy, jak potoczy się sprawa z wotum zaufania, ale trzeba zauważyć, mówiąc żartobliwie, że pani minister ma samo pasmo „sukcesów”, zaczynając od „czystego powietrza”, wyłączanie z gospodarki leśnej setek tysięcy obszarów, prowadzenie do upadku Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe, awantury i naruszenia prawa w Banku Ochrony Środowiska. Ostatnio wyszła sprawa magazynów energii, gdzie okazało się, że znaczna część tych inwestycji będzie w jej regionie wyborczym, więc tu jest dużo różnych sytuacji związanych z panią minister. Ja ją po prostu negatywnie oceniam i całą działalność tego resortu.
„Krajowy Plan Odbudowy Zasobów Przyrodniczych”
Krajowy Plan Odbudowy Zasobów Przyrodniczych jest dokumentem, który przygotowywany jest od listopada 2024 roku w MKiŚ, w związku z rozporządzeniem UE Nature Restoration Law (NRL). Według założeń ma na celu odbudowę zdegradowanych ekosystemów. Państwa członkowskie mają obowiązek opracowania rozwiązań i przyjęcia rządowej uchwały do 1 września 2026 roku. W jego ramach resort Henning-Kloski chce „ograniczyć negatywny wpływ pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy”.
Każdy człowiek jest cząstką ludzkości, ale świadomość tego jest na tyle nikła, że nie powoduje zahamowania wojen i nienawiści. Każdy z nas jest także cząstką społeczeństwa, narodu, rodziny i rozmaitych organizacji, partii, czy stowarzyszeń.
Naród jako spoiwo jednostek od wieków pełni istotne znaczenie. Rodzimy się i jesteśmy kształtowani w duchu określonej kultury narodowej. Nie należy tego interpretować jako nacjonalizmu. W tym procesie kształtowania świadomości narodowej w duchu braterstwa z innymi narodami istotną rolę pełnią nauczyciele.
Niestety, status nauczycieli w społeczeństwie nie ma u nas dostatecznie wysokiej rangi. Problem jest nader poważny, ponieważ nauczyciele mają przemożny wpływ na kształtowanie świadomości jednostek. W XXI wieku tę rolę pełnią, niestety, w znaczenie większym stopniu media. Tak się dzieje, bowiem siła oddziaływania kultury obrazkowej jest potężniejsza od słowa.
Od stanu świadomości jednostek zależy ukształtowanie świata, w którym żyjemy. To świadomość na przykład prawodawców determinuje treść wydawanych przepisów prawnych, a one rozstrzygają sposób gospodarowania, edukację, konkretyzację praw człowieka, czy organizację lecznictwa.
Jest oczywiste, że człowiek nie ma wpływu na sposób funkcjonowania świata przyrody. Jesteśmy zdolni jedynie naruszać harmonię tego świata w którym żyjemy. Natomiast świat kultury jest stwarzany przez kolejne pokolenia, które pojawiają się na planecie Ziemia. Człowiek – a nie rynek – decyduje o zmianach epok społeczno-gospodarczych. Przejście od niewolnictwa poprzez feudalizm, kapitalizm, socjalizm do neokapitalizmu jest dziełem decyzji tych, którzy mają władzę. Człowiek – a nie rynek – decyduje o przewadze w państwie bądź wyłączności określonej formy własności: prywatnej, spółdzielczej, państwowej.
Sprawą fundamentalną jest więc szerokość horyzontów myślowych, stan świadomości tych, którzy decydują o rozstrzygnięciach społecznych, politycznych, gospodarczych, kulturowych. Innymi słowy, istotne znaczenie ma edukacja. W ostatnich dziesiątkach lat nastąpił, niestety, upadek edukacji spowodowany zmianami w strukturze uniwersytetów i zmianami treści nauczanych przedmiotów. Rozliczne przejawy negatywne przejawy to na przykład wprowadzenie punktów, egzaminy oparte o testy, wprowadzenie stanowiska profesora uniwersytetu, likwidacja stopnia profesor nadzwyczajny, wprowadzenie licencjatów. likwidacja asystentów, wprowadzenie studiów doktoranckich, czy limitu wieku profesorów. Pamiętam moich wspaniałych Mistrzów, którzy w czasach dawnej Polski wykładali mając więcej niż osiemdziesiąt lat i kierowali katedrą. Relacja profesor – doktorant zastępuje dawnej relacji profesor – asystent. Przypomnę, że w latach 1918 – 39 przyczyniła się do zespolenia Polaków żyjących przez dziesiątki lat w trzech zborach.
Ponadto nasza mikromania narodowa – znakomicie wyrażona przez Juliusza Słowackiego – sprawia, że wpatrzeni jesteśmy od pokoleń w Zachód, a obecnie zamerykanizowaliśmy się. Polscy uczeni, ich cenne i wciąż aktualne teorie są zapomniane, nie wykładane. Wróćmy do tradycji, do polskiego dorobku, co ma szczególne znaczenie w dziedzinie psychologii i pedagogiki, a także psychoterapii. Obecnie przybliża się teorie zaczerpnięte z obcej kultury, co jest wyrazem mikromanii. Nasze osiągnięcia stają się zapomniane.
Obecna edukacja zinstytucjonalizowana nie pomaga w rozwoju wrażliwości, w rozbudzaniu wyobraźni, którą niszczy kultura obrazkowa oraz nie sprzyja rozwijaniu sfery uczuć. A czyniły to w Polsce międzywojennej szkoły Ziemianek, a także Uniwersytety Ludowe, które funkcjonowały jeszcze w Polsce Ludowej. Kształci się obecnie specjalistów wąskich dziedzin. Zanika warstwa polskiej inteligencji, która odznaczała się szerokimi horyzontami myślowymi. Tworzymy odduchowiony, zmaterializowany świat, w którym przestały oddziaływać ideały.
Należałoby też pilnie przywrócić nauczanie filozofii i etyki na wydziałach z których zostały obecnie wyrugowane jako przedmioty obowiązkowe. Edukacja – szczególnie w dobie internetu – powinna nie tylko przekazywać wiedzę, ale także pomagać w kształtowaniu charakteru, czego domagali się polscy uczeni. Profesor Irena Wojnar słusznie podkreślała znaczenie sztuki – co jest dziś zapomniane – w rozwoju wrażliwości i uczuciowości. Przywrócenie nauki jaką jest higiena psychiczna przyczyniłoby się do właściwego pojmowania zdrowia psychicznego. Jej twórcą jest Kazimierz Dąbrowski.
Teorie polskich uczonych są zapomniane, nie wykładane mimo ich aktualności. W rezultacie obecna edukacja nie pomaga w rozwoju wrażliwości, nie rozbudza wyobraźni, nie przyczynia się do podniesienia na wyższy poziom sfery uczuć. Sugeruje się, by dążyć do niższych wartości, czyli dóbr materialnych. Odrodzenie znaczenia teorii profesorów Kazimierza Dąbrowskiego i Juliana Aleksandrowicza przyczyniłoby się do przezwyciężenia błędnego poglądu wskazującego dobra materialne jako cel i sens wysiłków człowieka. Przypomnę, że polscy filozofowie w czasach zaborów byli zaniepokojeni zmaterializowaniem Zachodu. Mieli poczucie misji, by odrodzić duchowo społeczeństwa zachodnio-europejskich krajów. Dziś nasze zmaterializowanie zapewne przerasta ówczesną sytuację w tych państwach.
Filozofia została w ostatnich dwóch dziesiątkach lat wyrugowana z nauczania akademickiego jako przedmiot obowiązkowy. Na przykład na Wydziałach Prawa również etyka i filozofia prawa mają obecnie status przedmiotów do wyboru. Podobnie jest z kształceniem lekarzy. Julian Aleksandrowicz, profesor medycyny i filozof, pisał w drugiej połowie XX wieku, że medycyna odcięta od korzeni filozoficznych – usycha.
Deklaruje się powszechnie, że najwyższą wartością jest człowiek i jego zdrowie. A człowiek jest jednością psychofizyczną, więc uczeni tej miary co profesor Irena Wojnar i wspomniany profesor Julian Aleksandrowicz słusznie domagali się, by w leczeniu pomocne i zalecane było oddziaływanie sztuki i literatury pięknej. Było to faktem w Klinice Hematologicznej Juliana Aleksandrowicza w Krakowie. Chory jest bowiem nie określony organ, lecz człowiek. Warto przywrócić przekształcone przez Juliana Aleksandrowicza porzekadło: W zdrowym duchu – zdrowe ciało. Wymieniony profesor był jednym z pierwszych uczonych głoszących holizm, a więc teorię jedności wszechrzeczy. Niepokojący go kolonizatorski stosunek do świata przyrody pogłębił się. Pogląd tego uczonego, że pokój jest tym dla ludzkości, co zdrowie dla pojedynczego człowieka, powinien być obecny w procesach edukacyjnych. Uczony ten wskazywał też siłę leczniczą nadziei.
Zahamowanie niszczenia świata przyrody oraz poprawianie świata przez nas stwarzanego jest zależne od stanu świadomości jednostek, a tę kształtuje w dużej mierze edukacja. Człowiek myślący w XXI wieku jest równie potrzebny, co człowiek czujący i wyobraźnią wykraczający poza teraźniejszość. Wróćmy do tradycji. Niezbędne jest nie tylko przekazywanie wiedzy, ale także edukacja, która będzie pomagać w rozwoju uczuć, wyobraźni i wrażliwości. Uczucia są wszechobecne w psychice. Nie ma stanów wolnych od obecności uczuć. Niezbędne jest też wyrabianie poczucia, że jest się cząstką nie tylko rodziny, społeczeństwa, narodu, ale także ludzkości. Zmniejszyłaby się dzięki temu agresja i być może odrodziłyby się ruchy pacyfistyczne.
Edukacja ma istotne znaczenie, bowiem ci, którzy dziś chodzą do szkoły, jutru w parlamencie będę uchwalać prawa przesądzające rozwiązania gospodarcze, społeczne, polityczne w państwie. Niebezpieczny jest kształtowany nowy typ inteligenta pozbawiony dawnej wszechstronności, zamknięty w obszarze wąskiej specjalności, o niklej wrażliwości i uczuciowości. Zagrożeniem jest pogląd, że edukacja ma dostosowywać się do potrzeb rynku jako rzekomo obiektywnie działającej siły.
Należałoby odrodzić naukę higienę psychiczną. Jej twórca Kazimierz Dąbrowski szerzył tę wiedzę w latach siedemdziesiątych między innymi w kwartalniku „Zdrowie psychiczne” wydawanym przez PAN. Szczególne znaczenie ma zapomniana dziś książka zbiorowa wydana pod jego redakcją „Zdrowie psychiczne”. Profesor skupiał wokół siebie nie tylko uczonych tej miary co Kazimierz Pospiszyl, Bruno Hołyst, czy Lew Starowicz, ale także twórców sztuki tej miary, co Jerzy Grotowski, czy Józef Szajna, który pełnił m.in. funkcję prezesa Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej z siedzibą w Wenecji.
Higiena psychiczna kwestionuje utożsamianie zdrowia z dobrostanem fizycznym, umysłowym, społecznym. Także odległa jest od utożsamiania go ze zdolnością do działań efektywnych. Wyrazem zdrowia nie jest także harmonijne współżycie z otoczeniem, ani równowaga psychiczna. Przedstawiciele tej nauki również podważają pogląd zgodnie z którym sprawne, praktyczne funkcjonowanie w świecie miałoby być wyrazem zdrowia psychicznego. Na gruncie tej nauki ostro jest krytykowany pogląd uznający przystosowanie do otoczenia jako wyraz zdrowia psychicznego. Odważny i cenny jest pogląd, iż talent i empatia znaczą więcej w dziedzinie psychoterapii niż dyplomy.
Zdrowie psychiczne pojmują przedstawiciele tej nauki jako zdolność do rozwoju w kierunku ideałów jednostkowych i grupowych. Wykazują jałowość życia nasyconego dążeniem do wartości niższych. Nastąpiła dzięki tej nauce zmiana stosunku do psychonerwic. Uznano je za przejaw przyspieszonego rozwoju psychicznego a nie chorobę. Sformułowana została psychoterapia przez rozwój. Zostało wyjaśnione, że stany psychonerwicowe są udziałem jednostek wyjątkowo wrażliwych i rozwiniętych uczuciowo. Życie człowieka, a więc i jego zdrowie jest wskazywane jako wartość fundamentalna. Płynie stąd nakaz troski o światowy pokój, o działania w tym kierunku. Natomiast czynnikiem chorobotwórczym jest uznawanie zdobywania dóbr materialnych za cel istnienia.
Zarówno ujęcie zdrowia psychicznego, jak i całość poglądów Juliana Aleksandrowicza – wybitnego przedstawiciela tej nauki -ma znaczenie zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. Wskazywał, że dążenie do ideałów umacnia zdrowie, ponieważ umacnia poczucie sensu własnego życia. Zalecał odkrywanie pasji w sobie oraz żarliwość w jej urzeczywistnianiu. Służy zdrowiu wspólne z innymi podejmowanie czynów mających na celu budowanie świata na miarę ludzkich tęsknot. Zwracał uwagę na to, że działania są ugruntowane w światopoglądzie, a o jego wyborze decydują przemyślenia, przeżycia, właściwości psychofizyczne jednostki, a w tym odwaga, by nie ulegać naciskom tego, co przeciętne. Niemałą też rolę w wyborze światopoglądu pełni środowisko i kultura w obszarze której się wzrasta, a także obserwacje i własne doświadczenia. Uczony ten byłby ostrym krytykiem funkcjonującego dziś poglądu, że należy się uczyć dla potrzeb rynku.
Nasza wada narodowa – mogilnictwo, czyli docenianie wybitnych Polaków dopiero, gdy zakończą życie, zawiodła wobec Kazimierza Dąbrowskiego. Nadal bowiem jego teoria dezyntegracji pozytywnej nie jest wykładana i brakuje poradni stosujących metodą psychoterapii nakreślonej przez tego uczonego. Ten niedoceniony profesor medycyny i filozofii wykładał swoje poglądy na uniwersytetach w Kanadzie, ponieważ nie miał takiej możliwości w Polce.
Dokonał przewrotu w sposobie rozumienia zdrowia psychicznego. Wykazał, że nerwice i psychonerwice są wyrazem przyspieszonego rozwoju psychicznego. Przewrotem jest także wprowadzone przez niego pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do środowiska. Twierdził, że poczynaniami człowieka kierują w większym stopniu uczucia niż racje rozumowe. Wyjaśniał, że człowiek zdrowy psychiczne charakteryzuje się tendencją do wewnętrznego rozwoju. Podążając tą drogą przekraczamy fazy biologiczne. Człowiek nie musi być zdeterminowany fazami biologicznymi jak dojrzewanie, przekwitanie, kalendarzowa starość. Zdrowy psychicznie człowiek odznacza się skrystalizowanym ideałem indywidualnym i społecznym. Dążenie ku nim – a nie do zysku, czy sukcesu – to jedyna właściwa droga.
Fundamentalne znaczenie ma pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do świata sformułowane przez Kazimierza Dąbrowskiego. Naruszył tym samym utrwalony od pokoleń i funkcjonujący w pedagogice oraz resocjalizacji pogląd o konieczności procesów przystosowawczych. Wyjaśniał, że bunt w stosunku do obiegowych wartości i obyczajów pozwala kształtować cechy indywidualne i odnaleźć własną drogę. Kazimierz Dąbrowski twierdzi, że negatywne nieprzystosowanie wyraża się jedynie w postaci alkoholizmu, narkomanii i lekomanii oraz drogi przestępstw.
Zgodnie z poglądami funkcjonującymi w obszarze higieny psychicznej wynika, że uniezależniając się od środowiska osiągamy własną autentyczność. Słuszne jest wskazanie, że należy nie przystosowywać się do tego, co budzi niezadowolenie lecz do tego, co być powinno w ocenie danego człowieka. Tworząc pojęcie pozytywnego nieprzystosowania do świata, Kazimierz Dąbrowski naruszył utrwalony od pokoleń pogląd o konieczności procesów przystosowawczych. Pozytywny sens ma bunt w stosunku do wielu obiegowych wartości. Poglądy większości nie są nosicielem jedynie słusznego poglądu. Wielka liczba osób wyrażająca jakiś pogląd nie jest dowodem jego prawdziwości.
Pozytywne nieprzystosowanie jest wyrazem wolności wewnętrznej człowieka. Nie ma modelu człowieczeństwa, który z konieczności powinniśmy powielać w naszym życiu.
Szczególne znaczenie poglądów Kazimierza Dąbrowskiego wyrasta zwłaszcza w naszym stuleciu. Zaznaczają się bowiem silne tendencje przystosowawcze. Ponadto sukces, bogacenie się, czyli niższe wartości oddziałują z wielką siłą poprzez kulturę obrazkową, czyli kulturę mediów. Człowiek pozytywnie nieprzystosowany jest tym, czym sam siebie uczyni. A więc osiąga autentyczność w znaczeniu zgodności z własnym ja.
Edukacja całożyciowa, obecnie postulowana, nabrałaby głębszego sensu poprzez nasycenie jej poglądami polskich uczonych. Przedstawiłam tu jedynie skrótowo wybrane przykłady zaczerpnięte z polskiej tradycji, którą pilnie należałoby odrodzić.
Prof. Maria Szyszkowska Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)
Wrogowie Polski i ich rodzimi kolaboranci każą nam wstydzić się i przepraszać za urojone winy „antysemityzmu” albo „kolonializmu”, tymczasem rejestr faktycznych win polskich – a jest ich niemało – został zupełnie wyparty z naszej zbiorowej świadomości, albo, jeśli pojawia się jakiś przebłysk refleksji, to zostaje on natychmiast zduszony i usprawiedliwiony.
Tym „rozgrzeszeniem” jest oczywiście fakt utraty niepodległości i dążenie do jej odzyskania, ale nie znosi to pytania czy do dobrego celu można można dążyć sprzymierzając się z siłami zła, a faktycznie na ogół się im wysługując, co ani na milimetr celu upragnionego nie przybliżało. Zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad przerażającymi słowami z III części „Dziadów” – „Zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga!”, faktycznie traktując oba człony tej alternatywy jako dopuszczalne i równouprawnione drogi działania. To właśnie to rozumowanie czyniło z nas przez prawie całą epokę porozbiorową sojuszników i narzędzie polityczno-socjalnej i antychrześcijańskiej Rewolucji.
Zaczęło się już pod koniec XVIII wieku, kiedy to Legiony Dąbrowskiego zdobywały dla Republiki Francuskiej papieski Rzym, czego skutkiem było uwięzienie papieża Piusa VI i długi okres, zanim udało się przeprowadzić konklawe w Wenecji, które wybrało jego następcę. I wiadomo – z ich korespondencji – że generałowie tych Legionów czynili to z radością, wyrażając nadzieję, że papiestwo przestanie istnieć.
Szwoleżerowie Kozietulskiego, których szarżą pod Somosierrą tak się chlubimy, pomagali ujarzmić Hiszpanów broniących ojczyzny i wiary katolickiej przed napoleońskim najeźdźcą, któremu służyli. Po upadku powstania listopadowego liczni polscy emigranci, przede wszystkim ci z emigracyjnej lewicy, zasilali Młodą Europę, czyli karbonarskie szeregi rewolucjonistów, kierowanych przez masonerię i próbujących wzniecać rewolucję, gdzie tylko się da. Kulminacją tego była niemal ogólnoeuropejska rewolucja z lat 1848/49, znana pod poetyczną nazwą „Wiosny Ludów” i Polaków można tam było spotkać nie tylko na barykadach w stolicach państw zaborczych, Berlinie i Wiedniu oraz w rewolucji węgierskiej, ale również w państwach, które z rozbiorami Polski nie miały nic wspólnego, jak Badenia-Wirtembergia, Bawaria, Neapol czy Parma.
Byliśmy akolitami piekłoszczyka Garibaldiego, wroga papieży i królów. Nasz generał z powstania styczniowego Walery Wróblewski zapędził się aż do I Międzynarodówki i zarówno on, jak i Jarosław Dąbrowski poszli na służbę Komuny Paryskiej, a ten drugi został nawet naczelnym hersztem jej bojówek.
A właściwie to nie koniec, bo przecież podczas rewolucji bolszewickiej więcej Polaków znalazło się w Czerwonej Gwardii, później Czerwonej Armii, niż w formacjach niepodległościowych i z bolszewikami walczących oraz starających się przedrzeć do Polski. Cóż możemy tej liście hańby przeciwstawić? Dwóch chuderlawych poetów: Krasińskiego i Norwida, biegnących nocą, aby ratować papieża przez zbirami Mazziniego? Syna Pawła Popiela, który zaciągnął się do papieskich żuawów?
Ale czy przeprosiliśmy kiedykolwiek Stolicę Świętą za legionistów Dąbrowskiego? Hiszpanów za rzeź w Saragossie? Francuzów za udział Polaków w Komunie Paryskiej? To jest nasz nieprzepracowany, niedokonany rachunek narodowego sumienia.
Używanie określenia „Pedofilia Obywatelska” na określenie formacji sprawującej rządy jest kolejnym przejawem degradacji języka debaty publicznej czasów plemienno-tiktokowych.
Spowszednienie takiego sposobu komunikowania się to wyrządzanie szkody – i to nie ludziom, których się deprecjonuje, lecz osobom poszkodowanym, samemu językowi, ale też tym, którzy go używają, często nieświadomie infekując własną wrażliwość żrącym kwasem. Zamiast myśleć jak obrazić przeciwnika, zastanówmy się czym jest to, do czego go porównujemy. Pedofilia to najcięższa i najohydniejsza ze zbrodni, to nie publicystyka. O wykorzystywaniu słów jako narzędzi władzy napisano tomy. Czym różni się zmiana znaczenia słów następująca w toku zaostrzania się polskiej walki „plemiennej” od tej opisywanej przez wybranych autorów?
Wspomnijmy choćby koncepcję “władzy kulturowej” włoskiego komunisty Antonio Gramsciego. Gramsci twierdził, że sprawowanie władzy przy pomocy tradycyjnych metod rządzenia nie jest konieczne, by wpływać na rzeczywistość, zaś olbrzymią rolę w osiąganiu tego celu odgrywa wprowadzanie do obiegu publicznego pojęć zdefiniowanych tak, jak chce oddziałujący.
Postmoderniści, odwołujący się do „teorii języka” francuskiego psychoanalityka Jacquesa Lacana twierdzili, że nie tylko ludzie wypowiadają słowa, ale też słowa mówią za nas. Język jest narzędziem władzy, przy pomocy którego opisujemy świat wartościując pojęcia i nawet nie jesteśmy świadomi czemu poszczególne z nich odbieramy pozytywnie, a inne negatywnie.
Przy całej odmienności wyżej zarysowanych koncepcji, w obydwu przypadkach przemyślenia autorów dotyczą redefiniowania pojęć, tak by – kolokwialnie pisząc – inaczej się ludziom kojarzyły.
Specyfika polskiej „wojny plemiennej” polega na tym, że zamach na język jest tu efektem, nie zaś intencją – zamiarem osób posługujących się skrajnymi pojęciami bądź skrajnymi skojarzeniami jest zaatakowanie przeciwnika. Efektywnie język, mając być środkiem komunikacji, staje się ofiarą takiej „komunikacji”. W toku „wojny plemiennej” pojęcia odrywają się od tego co miały opisywać, szukają nowych znaczeń, a często zawłaszczane są przez tych, którym stworzenie nowej definicji pozwala politycznie zaistnieć. Są niebezpieczne, ale też często ranią nie tego, w kogo są wycelowane, lecz tego kogo krzywdę rozgrywają, tak naprawdę nieszczególnie się nią interesując.
Tak, jest zasadnicza różnica między potępieniem pedofilii a potępieniem politycznego przeciwnika przy użyciu pedofilii. I jednocześnie samo pojęcie „pedofilii” znaczy w obydwu przypadkach co innego.
Pedofilia to potworna zbrodnia, naruszenie najbardziej intymnej sfery najbardziej bezbronnych istot. Pedofilia to uśmiercenie za życia. Jednocześnie to coś tak obrzydliwego i mającego taki ciężar, że zwyczajnie nie da się go unieść, dźwignąć jego potęgi chcąc operować pojęciem je opisującym jako inwektywą. Nie da się przerzucać tego pojęcia “na prawo i lewo” nie wyzuwając go z treści, nie wypełniając go pustką, sprawiającą, że nadaje się jedynie do ubliżenia komuś. A jednak politycy nieodpowiedzialnie chcą udźwignąć ten ciężar, niczym anemik na zawodach kulturystycznych. To, że wskutek tego nurkują w akwenie złożonym z odchodów to najmniejszy problem. Przywykli. Warto tylko przypominać, że tak właśnie się dzieje. Tak, polityk używający pedofilii jako broni politycznej nie jest kimś potępiającym pedofilię, lecz kimś korzystającym z pedofilii.
Prawdziwym problemem staje się utrata rangi przez słowa, przez oderwanie od pierwotnego znaczenia. Pozbawia to ludzi możliwości opisu zjawisk potwornych przy pomocy adekwatnych pojęć. „Pedofilia” i inne słowa mające razić najmocniej przenoszą się do semantycznej pustki, gdy wykorzystywane są niczym czołg do walki z grupą nastolatków.
Źródła nienawiści
Warunki sprzyjające „wojnie plemiennej” powstają, gdy ludzie, którzy z jakichś powodów są bliżsi jednej bądź drugiej stronie zaczynają się radykalizować, choćby w poszukiwaniu poczucia przynależności. Z obserwatorów stają się kibicami. Z jednej strony, skłonni są przyjmować jako swoje najbardziej skrajne narracje, z drugiej strony – powtórzą po „swoich” każdy pogląd. Temperaturę „wojny plemiennej” podgrzewa się przez tworzenie „mitów” w rozumieniu Carla Schmitta, czyli przenoszeniu kategorii religijnych na poziom polityki. „Mity” to opowieści, do których odwołanie wzmacnia poczucie grupowej tożsamości – w Polsce „mit smoleński” konfrontował się z mitem „walki o obalenie dyktatury”.
Ostrość konfliktu tworzącego “wojnę plemienną” wynika także z przeniesienia punktu ciężkości z wymiaru światopoglądowego na poziom personalny. To tworzy także jego specyfikę, w ramach której radykalizm łączy się z koniunkturalizmem, a fanatyzm z nihilizmem. Mnóstwo oskarżeń, mocnych słów, a jednocześnie pilnowanie swojego miejsca i swojej kariery, ataki frontalne i totalne, a zarazem nie aż tak duże różnice światopoglądowe. Zbitka wyrazowa „sianie nienawiści” uległa degradacji do rangi sloganu, używanego często wobec ludzi domagających się po prostu odróżniania dobra od zła, poszkodowanych od katów, bohaterów od zdrajców. W tym ujęciu „siali nienawiść” ci, którzy odnosili politykę do wartości, nakazujących w niektórych sytuacjach bezkompromisowość.
Wobec faktu, iż słowo „nienawiść” przez wszystkie przypadki odmieniają zideologizowani tropiciele rozmaitych „izmów”, z „antysemityzmem” i „rasizmem” na czele, z obawy przed upodobnieniem się do nich część osób o prawicowych poglądach zaczęła przymykać oczy na destrukcyjne chamstwo i nienawiść, jakie wniosła do polskiej polityki choćby TVP Info za rządów Jacka Kurskiego. Oczywiście, brak krytyki tego co tam miało miejsce wynikał też zapewne z obawy przed “ustępowaniem pola” wspólnym przeciwnikom prawicy wszelkich odmian.
Taki styl wiadrami wylewa się dziś z pasków „informacyjnych” TV Republika. Narzucają one jedynie słuszną interpretację rzeczywistości w sposób tak ordynarny, że u człowieka ceniącego samodzielność myślenia wywołują wręcz sprzeciw na poziomie psychicznym. Telewizje informacyjne zastąpione zostały przez telewizje interpretacyjne. Nie musi mnie nikt przekonywać, że z drugiej strony mamy rozmaitych amatorów politycznych polowań i prowokatorów w rodzaju Silnych Razem, Babci Kasi czy Giertycha, że poziom umysłowo-etyczny mainstreamu z pułapu Jerzego Turowicza, Czesława Miłosza i Leszka Kołakowskiego spadł kilka stopni poniżej zera, do wspólnego śpiewania “J…ć PiS” i zaczepiania Jarosława Kaczyńskiego, gdy chce oddać cześć swojemu bratu. Zapytam tylko: no i co z tego? Skoro taka jest koniunktura to wszyscy będziemy szambonurkami?
Zastrzeżenie, które muszę poczynić, by precyzyjniej wskazać o co mi chodzi dotyczy Grzegorza Brauna. Otóż, jak wspomniałem, nienawiść eskaluje, gdy walka przenosi się do wymiaru personalnego. Ideologiczne uzasadnienia są wtedy często jedynie racjonalizacją osobistej wrogości. Poglądy na poszczególne sprawy zmieniają się – niezmienna pozostaje tylko osobista wrogość. Polityk-relatywista w kwestii światopoglądu jest politykiem-fundamentalistą, gdy dotyczy to osobistej nienawiści. „Nienawiść” przypisywana Braunowi jest czym innym niż nienawiść Jacka Kurskiego, Łukasza Mejzy czy Dominika Tarczyńskiego. Z jednej strony, nie udawajmy, że tej pierwszej nie ma, z drugiej strony – nie mylmy jej z wyrazistością, połączoną z walką o sprawy. Walka o sprawy, najbardziej wyrazista nawet to co innego niż walka z ludźmi i atakowanie dzieci Tuska czy “dziadek z Wehrmachtu”. Odróżnianie tego na co człowiek wpływ ma od tego za co odpowiedzialności ponosić w żadnym przypadku nie może jest kluczowe.
Wartki wir szmba
„Pedofilia obywatelska” biła po oczach w każdym miejscu internetu, może poza sferą ciekawych podcastów, które mają po kilkaset odtworzeń – no i poza dark netem, bo tam równają do polskich polityków. „Pedofilia obywatelska” znalazła się w tytule programu „Salonik dziennikarski Ziemkiewicza” w TV Republika, o „pedofilii obywatelskiej” mówił Radosław Fogiel w „Śniadaniu Rymanowskiego”. Ci, którzy zdawali się tamować wartki prąd wyrzygu poddali mu się, stając do licytacji. Hulaj dusza, „jechać z k….i”!
Problem w tym, że ci, którzy chcą szokować po raz kolejny, orientują się, że teraz już nic nie szokuje. Skoro codziennie wprowadza się „stan wojenny”, skoro przeciwnik to uosobienie Stalina i Hitlera, skoro „puste łby”, „mordy zdradzieckie”, „tłuszcza” i „wataha” to nasi oponenci to nie wiadomo co jeszcze można wymyśleć, by stać się doskonalszym rzeźnikiem. Wiadomo, że należy informować o przynależności politycznej osoby skazanej wyrokiem sądu. Ludzie mają prawo wiedzieć – tak samo, nie powinni być zbywani poprawnymi politycznie informacjami o „wzroście przestępczości wśród mieszkających w Polsce osób rosyjskojęzycznych”. Wiadomo, że partia powinna zająć stanowisko i nie unikać tematu. Wiadomo też, że identycznego zabiegu dokonywali ludzie z lewej strony, wrzeszcząc o „pedofilach w sutannach”, jakby rozradowani, że nienawiść do Kościoła katolickiego znalazła uzasadnienie.
Rzecz w tym jakie wnioski należy wyciągnąć z podanych informacji. Opinia publiczna ma skłonność do oceniania intencji i zamierzonych działań przez pryzmat skutku. O co chodzi? To trochę jak z dyrektorem więzienia, który wypuścił na przepustkę więźnia, który w jej trakcie zabił. Więzień miał dobrą opinię w więzieniu, bywał dziesiątki razy na przepustkach, w trakcie których zachowywał się bez zarzutu – jednocześnie setki więźniów, którym ten dyrektor w przeszłości wydał przepustki zachowywało się podczas ich odbywania prawidłowo. Opinia publiczna niewątpliwie zaatakowałaby dyrektora za przyczynienie się do zabójstwa.
Faktycznie jednak nie można byłoby mieć do niego pretensji. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało, to się po prostu zdarza – tak jak uderzenia piorunów się zdarzają. Dyrektora należy oceniać przez pryzmat tego co mógł zrobić i czego nie zrobił oraz – ewentualnie – na ile kierował się osobistymi sympatiami przy podejmowaniu decyzji. Partię i jej kierownictwo można oceniać negatywnie, jeśli zbojkotowali otrzymywane sygnały, tym bardziej jeśli kryli człowieka, wobec którego prokuratura formułowała zarzuty. Nie da się natomiast nikogo potępiać dlatego, że w jego otoczeniu znalazł się ktoś kto w tym czasie powinien być za kratami. Odwrócona logika “zdjęcia z papieżem” służy propagandystom, ze szkodą dla prawdy.
Analityk w świecie pejzażystów
Być może – nie można być tego pewnym, bo takie myślenie nigdzie się nie uzewnętrzniło – operujący pojęciem „pedofilia obywatelska” przypuszczają, że partie takie, jak Koalicja Obywatelska są bardziej żyzną glebą dla ludzi, którzy krzywdzą dzieci. Jednocześnie o skłonności ludzi do takich racjonalizacji, mylonych z wyszukiwaniem przyczyn świadczą tezy o Kościele jako rugującym życie seksualne, a zatem rzekomo wyzwalającym skłonności pedofilskie. Nie żebym traktował taką tezę jakoś poważnie, ale warto poświęcić jej chwilę, choćby z uwagi na jej domniemaną obecność w myśleniu tych co pedofilię używają jako szabelkę. Jakie mogłoby być źródło takiego myślenia? Takie partie są bezideowe, ich głównym celem jest władza – a jednocześnie gloryfikują „nowoczesność” pojmowaną jako przekraczanie granic, wydobywanie się z pęt tradycji. Czyli – puszczanie hamulców jest po prostu łatwiejsze niż gdzie indziej.
Oczywiście, wyciąganie bardzo konkretnych wniosków na podstawie tak mglistych przesłanek samo w sobie jest błędne. Wnioskowanie ze skutku na przyczynę jest błędne, bo określony skutek może mieć mnóstwo przyczyn. Przede wszystkim jednak, pedofilia jest zjawiskiem unikalnym, wyjątkowo odrażającym. Zaryzykujmy tezę, że o ile zabójstwa są skutkiem doprowadzonych do skrajności i przekraczających jakąkolwiek skalę agresywnych instynktów człowieka, o tyle pedofilia jest czymś „innym” – nie tyle rozwinięciem jakiejkolwiek ludzkiej cechy, co absolutnym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Opisywanie jej przyczyn przez odniesienie do zwykłych, czyli przeciętnych cech ludzkich, środowiskowych, społecznych jest skazane na popełnienie błędu poznawczego.
Powiedział kiedyś Janusz Korwin-Mikke – cytuję z pamięci – że lewica kieruje się sympatiami, a prawica zasadami. Czyli – prawicowa optyka na rzeczywistość ma zapobiegać postawieniu osobistego podejścia do tego czy innego człowieka ponad tym co powinno normować i porządkować świat. Nie muszę chyba dodawać czemu o tym wspominam – to jasne, że te przemyślenia bardziej niż do tej czy innej partii odnoszą się do mechanizmów i zasad tworzących życie publiczne. Wielu ludzi zastanawia się co w praktyce oznaczać powinien realizm polityczny, jakie niesie on implikacje, jak poszczególne przejawy naszego działania mogą służyć jego wspomaganiu. Jak korzystać z realizmu politycznego, by nie stał się on „fobią” bądź „filią”?
Po pierwsze, myśleć w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych i uzyskać odporność na to co określę jako myślenie “moralistyczno-magiczne”, czyli pełne atrap moralności, nadęcia, a zarazem niedookreślenia. Po drugie, oceniać konkretne sytuacje, koncentrować się na szczególe, bez popełniania błędu polegającego na błyskawicznej „teleportacji” z całego obrazu na jego mały fragment – i w drugą stronę.
Oczywiście, trzeba tu podkreślić, że sami politycy Koalicji Obywatelskiej w całej sytuacji zachowywali się wcale nie tak, jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii – lecz jakby przeszkadzało im polityczne wykorzystywanie pedofilii wtedy, gdy zwraca się to przeciwko nim. Samo pojęcie „politycznego wykorzystywania tragedii” jest przywoływane na tyle często, że powoduje to problem z odróżnieniem dwóch, zupełnie innych sytuacji. W pierwszej – takiej jak ta tu opisywana – używa się do uderzenia w przeciwnika faktów, które zaistniały nieopodal niego, z którymi jednakże nic go nie łączy i którym nie miał możliwości zapobiec. W drugiej sytuacji oskarżany polityk lub partia popełnili czyny lub dopuścili zaniechań, które miały wpływ na zaistnienie tragedii lub utrudniły jej wyjaśnienie.
W tym sensie pretensje do Donalda Tuska i jego partii o ich postawę przed i po tragedii w Smoleńsku, czyli o korespondencję z Władimirem Putinem na temat tego kto uczestniczyć powinien w obchodach zbrodni katyńskiej oraz o oddanie śledztwa Rosjanom są czym innym niż mówienie o „pedofilii obywatelskiej”. Oczywiście, przykładów “wykorzystywania tragedii” i kontrprzykładów wskazujących realne błędy popełnione w związku z tragedią jest całe mnóstwo. Zdecydowanie warto te dwie sytuacje odróżniać. Również dlatego, by – tak to ujmę – nie wykorzystywać politycznie hasła o “wykorzystywaniu politycznym”.
Naprawdę nie da się inaczej?
Nie da się inaczej? Bo przecież żyjemy w czasach Tik-toka, memów, informacji znikających szybciej niż się pojawiają? Wydaje mi się, że niektórzy politycy nie tylko potrafią inaczej, często z nienajgorszymi skutkami. Oni byliby też mentalnie i etycznie niezdolni do zdobycia certyfikatu szambonurka. Nie każdy, będąc otoczony zbrodniarzami wojennymi zacznie strzelać do cywilów – i nie każdy poruszający się po świecie „wojny plemiennej” uzna za właściwe nazywanie przeciwników „pedofilami”.
Można nie zgadzać się z Krzysztofem Bosakiem czy Markiem Jurkiem w tysiącu spraw, sam byłem oburzony relatywizacją żydowskiego ludobójstwa w Gazie dokonywaną przez tego ostatniego. Jednocześnie, jeśli ktoś serio odwołuje się do polityki opartej o wartości, jeśli ktoś wierzy, że konserwatyzm to nie tylko zbiór haseł, ale całościowa, wielowymiarowa postawa to sposób uprawiania polityki Bosaka czy Jurka będzie mu bliższy niż Kurskiego, Mejzy czy Tarczyńskiego. Ci ostatni to personifikacje twardogłowych, prostaczkowatych (pamiętajmy, by “prostaka” odróżniać od “prostego człowieka”!) krzykaczy, sprowadzających prawicowy światopogląd do nienawiści do Tuska. Oraz oczywiście do roli ideowej nadbudowy do robienia kariery.
W Kanale Zero pokazano rozmowę z córką zwyrodnialca z Kłodzka, który dostał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za pedofilię i zoofilię. Ten Coś, dwunóg człekopodobny, sprawca horroru z Kłodzka miał podręcznikowe cechy psychopaty. Wywoływał uzależnienie emocjonalne, straszył, że najbliżsi dziewczyny zginą, jeśli nie będzie się ona poddawać jego odrażającym praktykom, zakładał podsłuchy, montował urządzenia pozwalające ustalić lokalizację najbliższych mu osób. Dodajmy, że policjant, który zapoznawał się z materiałem dowodowym w tej sprawie musiał zacząć chodzić do gabinetu psychologicznego.
Te najbardziej podstawowe, a zarazem najważniejsze cechy, które czynią nas ludźmi uaktywniają się, gdy przeszywa nas ból i współczucie dla zwykłej, młodej dziewczyny, dojrzałej ponad wiek dojrzałością smutną i bolesną. Współczucie dla jej bezsilności, samotności, heroizmu w obronie najbliższych (by zwyrodnialec koncentrował się na niej i nie krzywdził innych – jak dziś wiemy, i tak krzywdził). Współczucie dla krzywdy zwielokrotnionej – przecież psychicznym i fizycznym torturom towarzyszyło poczucie nabywanego piętna, świadomość wyboru między samotnością w cierpieniu a krzywdą najbliższych.
Zastanówmy się nad wiarygodnością, autentycznością, szczerością oburzenia. Otóż, trudno uznać je za wynikające z prawdziwego odróżniania dobra od zła wtedy, kiedy nie idzie z nim w parze wrażliwość na krzywdę. Tak, wrażliwość na krzywdę jest punktem wyjścia do oburzenia czynem, często również do oburzenia osobą sprawcy. Oczywiście, relacja między oceną czynu a oceną człowieka to temat na osobne rozważania – na ile nasze czyny nas tworzą, a na ile są efektem chwilowych słabości, okoliczności (i jak odróżnić jedne od drugich).
Co najistotniejsze, potępianie zła musi wynikać z odczuwania dobra i wrażliwości na nie – w przeciwnym przypadku zatraca wymiar moralny i staje się plotką, atakiem, propagandą, nienawiścią. Obawiam się, że rodzima „klasa polityczna” doszła w zacietrzewieniu do pułapu, na którym wrażliwość odbiera się jako słabość.
Zdolność zrozumienia i refleksji nad bólem ofiary jest warunkiem niezbędnym, by potępienie dla sprawcy miało wymiar autentycznie moralny i zarazem moc rażenia. Tylko człowiek uwewnętrzniający choć w części cierpienie skrzywdzonego zachowuje „łączność” między potępieniem a systemem wartości – tylko ktoś taki działa w imię etyki, w oparciu o odróżnianie dobra od zła. Samo potępianie zła, bez wrażliwości na krzywdę, tego niezbędnego komponentu dobra staje się odruchem krzykacza albo – w gorszym przypadku – wyrachowanego politycznego gracza. Taki ktoś nie jest zdolny zrozumieć co właściwie potępia.
Dziewczyna, z którą przeprowadzona została rozmowa, jak i inne skrzywdzone przez zwyrodnialca z Kłodzka osoby są najważniejszymi ludźmi w tej historii – i nad nimi trzeba się pochylić w pierwszej kolejności, jeśli nie chce się całej sprawy traktować instrumentalnie. Jeśli „lepszość” którejś ze skonfliktowanych stron (tych, którzy używają epitetu „pedofil” i tych, którzy są nim określani) miałaby mieć jakieś oparcie to musiałoby ono tkwić w zrozumieniu i odczuwaniu krzywdy, której druga strona nie próbuje pojąć. Rzecz w tym, że człowiekowi mającemu takie cechy nie o „lepszość” chodzi. Deklarowana „lepszość” tych, którzy oskarżają przeciwników o bycie „pedofilami” tkwi natomiast w czymś od nich zupełnie niezależnym – w nie znalezieniu się w liczącej 20 tysięcy członków partii, której jedna działaczka dostała wyrok w procesie o pedofilię. Przypadek nie buduje „lepszości”. Szczęśliwy traf nie jest źródłem dumy. Człowiek z wyczuciem podchodzący do takich historii nie będzie zachowywał się tak, jakby się mu one opłacały, jakby tak naprawdę większa liczba ofiar umożliwiała skuteczniejszy atak polityczny. Takie historie nikomu się nie opłacają.
„Izrael jest częścią wolnego świata. Przecież Izrael jest po jasnej stronie mocy” – zadeklarował jeden z tuzów intelektualnych Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak.
„Izrael jest państwem na swój sposób wielkim i tą wielkość musimy traktować jako dowód siły ducha, ale także jako dowód tego, że gdzieś tam nad nami jest siła, ta najwyższa, boska, która o wszystkim decyduje, bo bez niej Izrael nie mógłby istnieć. To swego rodzaju cud naszych czasów” – ogłosił kilka lat temu jego szef, Jarosław Kaczyński.
Polska prawica definiująca się jako niepodległościowa to w rzeczywistości formacja najbardziej skrajnej podległości ośrodkom zewnętrznym. Od zarania swych dziejów służy obcym – w obecnej mutacji przede wszystkim Stanom Zjednoczonym, a w konsekwencji Izraelowi. W świetle obecnych wydarzeń na świecie i zmian opinii publicznej na temat obu wspomnianych państw, PiS wybiera drogę formacji schodzącej, nie rozumiejącej głębokich przemian, zarówno globalnych, jak i krajowych. Biorąc pod uwagę skrajną szkodliwość Kaczyńskiego i jego ugrupowania na polskiej scenie politycznej, jest to wiadomość z gatunku tych dobrych. Być może po stronie polskiego systemu partyjnego, umownie określanej mianem „prawej”, formację schodzącą zastąpią byty nowe, nie cechujące się aż tak dogmatyczną podległością ośrodkom zewnętrznym – Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej.
Zostawmy jednak w spokoju polską scenę polityczną, która i tak jest co najwyżej odbiciem i odzwierciedleniem procesów dziejących się poza nami na dużo większą skalę. Przejdźmy do sytuacji, w której znaleźliśmy się właśnie w ramach jednego z takich procesów. Chodzi o przeformatowanie międzynarodowych stosunków gospodarczych, a być może wręcz całego systemu neoliberalnego kapitalizmu, który – wiele na to wskazuje – również jest już formacją ewidentnie schodzącą. Agresja amerykańsko-izraelska na Iran i jej konsekwencje ekonomiczne, na czele z blokadą Cieśniny Ormuz, nie są jakimś zapalnikiem, który wywołał przełom w światowej gospodarce. Wydaje się raczej, że mamy do czynienia nie tyle z gwałtownym efektem jakichś konkretnych działań politycznych czy militarnych, lecz z procesem zdolnym do dogłębnego przeorania obecnego modelu rozwoju gospodarczego. Od co najmniej kilku lat jesteśmy bowiem świadkami przemian niezwykle istotnych, prowadzących do całkowicie nowej architektury ekonomicznej naszego globu.
Wraz z lockdownami okresu pandemii, sankcjami wprowadzanymi przeciwko Rosji po wybuchu obecnej fazy wojny na Ukrainie w lutym 2022 roku, a teraz konfliktem bliskowschodnim, który dotarł do Zatoki Perskiej, dochodzi do procesu przerwania łańcuchów dostaw, krwiobiegu światowej wymiany handlowej. Proces ten wzmacnia dodatkowo polityka celna Donalda Trumpa mająca w sposób świadomy doprowadzić do reindustrializacji przez deglobalizację.
W warunkach tych coraz większą rolę odgrywać będzie względna samowystarczalność (pełna autarkia we współczesnych warunkach nie jest do końca możliwa). To zaś skazuje kraje mniejsze i średnie na przyłączanie się do bloków integracji ekonomicznej. Powinny one powstawać na bazie oceny komplementarności gospodarczej ich członków. Najlepszym tego rodzaju blokiem, mającym niewątpliwie największy potencjał rozwojowy jest format integracji europejskiej uzupełniany przez współpracę eurazjatycką. Koszmarny sen Anglosasów, wizja, której przeciwstawiali się na wszelkie możliwe sposoby na przestrzeni wieków. Skoro konstatujemy, że kapitalizm neoliberalny oparty na wolnej wymianie handlowej i globalizacji odchodzi do lamusa, będąc formacją schodzącą, musimy jakoś na to wyzwanie odpowiedzieć.
Wspomniane na wstępie schodzące formacje polityczne bronić będą z uporem godnym lepszej sprawy owej globalnej formacji schodzącej. Nie zmieni to jednak biegu historii. Imperium Americanum będzie powoli zwijać swe strefy wpływów, ograniczając się do Ameryki Łacińskiej. Od czasu do czasu wykonywać będzie desperackie ruchy i wszczynać wojny w innych miejscach na świecie. Wojny te jednak zaczną przynosić coraz wyraźniejsze porażki, czego zwiastunem jest klęska amerykańskich planów w Iranie. Ameryka ograniczy się do swojej półkuli. Im szybciej to zrozumiemy i im prędzej pogodzimy się z faktem, że polityczna nadbudowa (na przykład NATO) nie odpowiada już aktualnym charakterystykom bazy, tym lepiej dla nas. Będziemy mieli więcej czasu na przemyślenie naszej roli w ramach formacji wschodzącej – nowego porządku międzynarodowego.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)
===========================
Autor jakoś słabiutko wspomina o tym dokąd – i z kim – powinna iść Polska.
No cóż – chyba nie mamy armat – tak publicystycznych, jak politycznych.. M. Dakowski
Wrocław-Starachowice Airport staje się jednym z najważniejszych punktów logistycznych NATO w Europie Środkowej. Trwa rozbudowa kompleksu wojskowego, który docelowo ma obsługiwać amerykańskie wojska i sprzęt kierowane na wschodnią flankę Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Według informacji przekazanych przez polski resort obrony, Warszawa przeznaczyła ponad 500 milionów dolarów na modernizację i rozbudowę czterech baz wojskowych, w których stacjonują amerykańskie siły zbrojne. Znaczna część tych środków trafia właśnie na Dolny Śląsk.
Prace budowlane przy terminalu cargo i infrastrukturze kolejowej na terenie wrocławskiego lotniska rozpoczęły się wiosną tego roku. Inwestycja obejmuje między innymi budowę bocznicy kolejowej przystosowanej do przeładunku ciężkiego sprzętu wojskowego, rozbudowę płyty postojowej dla śmigłowców oraz modernizację systemów łączności i zabezpieczeń.
Jak podkreślał wiceminister obrony Cezary Tomczyk, Polska w pełni finansuje amerykańską obecność na swoim terytorium. Według jego słów, jest to jedna z najbardziej wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa kraju w obliczu zagrożeń ze strony Rosji.
Amerykanie systematycznie zwiększają swoją obecność wojskową w Polsce od 2014 roku, czyli od aneksji Krymu przez Moskwę. Wrocławska baza jest kluczowym elementem tego procesu, ponieważ stanowi punkt przerzutu żołnierzy i sprzętu do krajów bałtyckich oraz na Ukrainę.
Portal Stars and Stripes, powołując się na dokumenty Pentagonu, informuje że tylko w ostatnich miesiącach Polska wydała 56 milionów dolarów na zabezpieczenie sił i systemy łączności w bazie używanej do transportu amerykańskich dostaw wojskowych do Polski. Dodatkowe 35 milionów dolarów przeznaczono na rozbudowę płyty postojowej dla śmigłowców w pobliskiej miejscowości.
Całkowita wartość inwestycji w infrastrukturę bazową przekracza 284 miliony dolarów. Pieniądze trafiają również do innych lokalizacji, między innymi do bazy w Powidzu, gdzie powstaje magazyn paliwa oraz modernizowana jest infrastruktura kolejowa w Świętoszowicach.
Eksperci wojskowi oceniają, że wrocławska baza ma strategiczne znaczenie dla całego systemu obrony NATO. Lotnisko może obsłużyć największe amerykańskie samoloty transportowe, w tym maszyny typu C-5 Galaxy i C-17 Globemaster III, które są w stanie przewozić ciężki sprzęt bojowy, w tym czołgi i opancerzone pojazdy rozpoznawcze.
Rosnąca obecność wojsk USA w Polsce jest elementem szerszej strategii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu. Amerykanie znacząco zwiększyli liczbę żołnierzy stacjonujących w naszym kraju, a infrastruktura logistyczna ma zapewnić możliwość szybkiego przemieszczania posiłków w razie kryzysu.
Wrocławska baza, jako największy tego typu obiekt w regionie, ma zapewnić Polsce i sojusznikom strategiczną głębokość obrony. Przedstawiciele polskiego rządu wielokrotnie podkreślali, że inwestycja w amerykańską obecność wojskową to inwestycja w bezpieczeństwo narodowe.
Jednak ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie wskazują na coś dokładnie odwrotnego. Atakowane są głównie bazy USA a Amerykanie nie są w stanie bronić swoich sojuszników skupiając się tylko na obronie Izraela.
Oprócz tych zagrożeń, krytycy tych planów zwracają uwagę na wysokie koszty, jakie ponosi polski podatnik. Jednak zdaniem analityków wojskowych, korzyści w postaci rzekomo wzmocnionego bezpieczeństwa znacznie przewyższają wydatki. Baza we Wrocławiu ma być w pełni operacyjna w ciągu najbliższych dwóch lat.
Hołd Pruski i herezja – zdradliwy pokłon, którego skutki odczuwamy do dziś
(Jan Matejko, Public domain, via Wikimedia Commons)
Decyzja króla spowodowała negatywne konsekwencje w polityce międzynarodowej. Doszło do pogorszenia stosunków Krakowa z Cesarstwem (które deklarowało obronę wiary katolickiej) i przede wszystkim z papiestwem. Głowa Kościoła, w przeciwieństwie do Zygmunta I, dostrzegała jakim zagrożeniem dla Europy jest stworzenie państwa z protestantem na czele – mówi Radosław Patlewicz, autor książek m. in. „Historia Polski. Nowe spojrzenie”. Rozmawia Piotr Relich.
Przypominamy rozmowę PCh24.pl opublikowaną w 2025 roku na 500. rocznicę Hołdu Pruskiego
W refleksji na temat roli Zygmunta Starego w położeniu podwalin pod przyszłe rozbiory, niezwykle rzadko zwraca się uwagę na kwestie religijne. Tymczasem walec rewolucji protestanckiej w pierwszej połowie XVI w. szczególnie mocno przetacza się przez Państwo Krzyżackie i Gdańsk. Jakie były następstwa coraz większej popularności luteranizmu w krajach niemieckojęzycznych?
W propagandzie protestanckiej, wystąpienie Marcina Lutra przedstawiane jest jako sprzeciw wobec rzekomych błędów doktrynalnych Kościoła katolickiego i rozpasaniu kleru, z kluczowym miejscem dla sprawy sprzedaży odpustów. Ta uproszczona narracja jest bardzo wygodna, gdyż z jednej strony stawia Kościół w roli jednoznacznego, czarnego charakteru. Z drugiej – pomaga zataić główną przyczynę tego, w jaki sposób protestanci osiągnęli sukces i nie podzielili losu poprzednich herezji. Chodzi o postawienie na gwałtowną zmianę struktury własnościowej, czyli kradzież. Szlachta i poszczególni książęta niemieccy poparli Lutra i jego uczniów, widząc w tym okazję do zarobku, polegającego na „prywatyzacji” wyposażenia kościołów i klasztorów, oraz przyłączaniu ich pól uprawnych do własnych domen. Co więcej, zradykalizowane interpretacje tez Lutra, głoszone przez Thomasa Müntzera doprowadziły w Niemczech do powstania chłopskiego (1525). Müntzer, którego Karol Marks nazwał „pierwszym ideologiem komunistycznym”, głosił hasła rewolucji antyfeudalnej i antykościelnej. Ideałem, do którego dążył, była likwidacja Kościoła jako instytucji rzekomo zbędnej na drodze do zbawienia. W czasie wojny masowo okradano i niszczono świątynie, mordowano księży i zakonników. Niemieckie praktyki rozlały się na inne kraje europejskie. Władcy, tacy jak np. król angielski Henryk IV, przechodzili na pozycje heretyckie (pod różnymi, oficjalnymi pretekstami), gdyż widzieli w tym -oprócz korzyści materialnych wynikających z rabunku dóbr kościelnych- uwolnienie się od uciążliwej kurateli papiestwa, które mimo swych różnych przywar, stanowiło zaporę dla powszechnej degeneracji moralnej oraz nieskrępowanej tyranii władz centralnych.
Jaki był stosunek panującego wówczas w Polsce Zygmunta I wobec herezji Marcina Lutra? Czy nad Wisłą zdawano sobie sprawę ze społecznego i politycznego oblicza luteranizmu?
Do Polski tzw. „reformacja” zawitała dość szybko i jej zwolennikami stali się -podobnie jak na Zachodzie- głównie szlachta i bogaci kupcy. W przeciwieństwie do Niemiec, Snandynawii czy Anglii, miała tu raczej pokojowy przebieg, głównie z powodu większej tolerancji Polaków dla odmiennych praktyk religijnych oraz względnie nielicznej grupy wyznawców nowych ruchów. Niestety, także tutaj dało się odczuć zatrute owoce „reformacji” czyli stojące za nią motywy finansowe. Szlachta, która przechodziła na kalwinizm i luteranizm, wypędzała księży i przyorywała grunty plebańskie do swoich. Także większość zborów powstało nie przez budowę, lecz bezprawne przejęcie wcześniejszych kościołów katolickich. Zygmunt Stary, którego zwykłem nazywać „Leniem”, podchodził do tych kwestii z typowym dla siebie indyferentyzmem, który w kwestiach religijnych umacniali w nim przyjaciele Krzysztof Szydłowiecki oraz Georg Hohenzollern. Mimo to, nawet on musiał zareagować, gdy w 1525 roku, luteranie wywołali zamieszki w Gdańsku, bezczeszcząc tamtejsze kościoły i klasztory. Dwór krakowski, nie bez wpływu królowej Bony, uznał to za atak na ład społeczny i stabilność państwa. Dlatego też, oprócz surowego potraktowania przywódców buntu, których skazano na śmierć, Zygmunt wydał edykt potępiający nauki Lutra, właśnie za wprowadzanie niepokojów.
W latach 1519-21 Rzeczpospolita zwyciężyła w kolejnej wojnie z Zakonem Krzyżackim. Czy wówczas zakon można było uznać za ostatecznie pokonany – mówiąc kolokwialnie – „rozłożony na łopatki”?
Gdyby chodziło tylko o starcie jeden na jednego, wojna Polski z Zakonem Krzyżackim zakończyłaby się pogromem tego ostatniego. Niestety konflikt dotyczył znacznie większej liczby państw europejskich, w tym tzw. Świętego Cesarstwa Rzymskiego oraz Moskwy. Dość wspomnieć, że w trakcie walk, do Wielkopolski i na Pomorze wkroczyła zaciężna armia z Niemiec w sile ok. 27 tys. żołnierzy. Oficjalnie opłacał ją Wielki Mistrz Albrecht Hohenzollern, ale patronatu politycznego udzielał ofensywie cesarz Karol V. To także on, widząc nadchodzącą klęskę sojusznika, wezwał walczące strony do rozejmu, który podpisano 5 kwietnia 1521 roku na cztery lata. Po tym okresie miało dojść do wznowienia walk lub rozwiązań dyplomatycznych, przy czym dla wszystkich było jasne, że nie będzie już możliwości powrotu do sytuacji sprzed 1519 roku, czyli postanowień II Pokoju Toruńskiego. W toku walk, Zakon nie został zatem całkowicie pokonany, ale znacznie osłabiony.
Zanim doszło do podpisania samego Traktatu Krakowskiego, znanego w kulturze jako „Hołd Pruski”, trwała zażarta debata dotycząca dalszego losu państwa zakonnego. Jaką rolę odegrali w niej magnaci znani z sympatii dla Albrechta Hohenzollerna; Krzysztof Szydłowiecki i bp Piotr Tomicki?
Królowa Bona, prymas Jan Łaski oraz szlachta zebrana na sejmie w Piotrkowie, domagali się, by po upływie rozejmu, doszło do całkowitego zniszczenia Zakonu i wcielenia jego terytorium w granice Polski. Ciężko powiedzieć, czy takie rozwiązanie wywołałoby jakieś większe perturbacje na arenie międzynarodowej. Można postawić tezę, że Cesarstwo nie interweniowałoby, mając własne, poważne problemy (m.in. „wojna chłopska” oraz wzrost zagrożenia tureckiego, w związku z sytuacją na Węgrzech). Jeśli chodzi o wpływ na ostateczną decyzję króla wymienionych w pytaniu możnowładców, był on niestety spory, choć wydaje się, że biskup Tomicki miał pozycję drugorzędną. Główne role w intrydze mającej na celu sekularyzację i protestantyzację Zakonu Krzyżackiego, odegrali kanclerz królestwa Krzysztof Szydłowiecki oraz dwaj Hohenzollernowie – Georg i Albrecht. Szydłowiecki był osobistym przyjacielem Albrechta i wiernym sojusznikiem jego planów politycznych. Owocem ich wspólnych wysiłków był wstępny projekt sekularyzacji Zakonu oraz hołdu lennego. Równolegle o to samo zabiegał w Krakowie Georg Hohenzollern, z tym, że on duży nacisk kładł na protestantyzację Prus. Liczył też na przejęcie lenna po Albrechcie, w ręce swoje, lub swoich potomków. Intryga zakończyła się pełnym sukcesem czyli wystąpieniem Zygmunta Starego przeciwko woli szlachty oraz duchowieństwa polskiego i podpisaniem Traktatu Krakowskiego. Jego sygnatariuszem był oczywiście także kanclerz Szydłowiecki. Sukces stronnictwa pruskiego z 1525 roku nie oznaczał zakończenia współpracy Szydłowieckiego z byłym Wielkim Mistrzem Zakonu Krzyżackiego. Rok później obaj zawarli akt braterstwa, w ramach którego Krzysztof zobowiązał się dbać o interesy księcia na dworze krakowskim. Rzeczywiście, aż do swojej śmierci skrupulatnie informował Albrechta o poczynaniach króla. Przekazywał mu też kopie listów dyplomatycznych oraz treść poufnych rozmów prowadzonych z obcymi poselstwami. Ponadto obsadzał stanowiska w administracji osobami przychylnymi Niemcom. Trzeba to stwierdzić jasno – Szydłowiecki był zdrajcą sprawy polskiej; agentem obcych interesów.
Historia Polski obfituje w liczne spiski, tudzież – używając mniej szokującego języka – wydarzenia zakulisowe. Nie inaczej było w przypadku Hołdu Pruskiego. Jak odczytywać w tym kontekście misję Achnacego von Zehmen, który zapewnił Albrechta o tajnych planach polskich możnowładców, sprzyjających sekularyzacji Zakonu?
Achnacy von Zehmen był dyplomatą i pożyczkodawcą Zygmunta I „Lenia”, zamieszanym w zakulisowe rozmowy pomiędzy Hohenzollernami i Szydłowieckim. Dziś już nikt nie jest w stanie odtworzyć dokładnego przebiegu intrygi, miejsc spotkań i treści rozmów które jej towarzyszyły. Pewne jest jedynie, że von Zehmen pozyskiwał na dworze krakowskim poufne informacje, które następnie przekazywał Albrechtowi Hohenzollernowi, ułatwiając mu ogrywanie strony polskiej. Wykorzystywał w tym swoją oficjalną pozycję posła królewskiego, dzięki czemu nikt nie podejrzewał go o antypolskie knowania. Jako zwolennik niemieckości i odrębności Prus od Polski, przekonał Albrechta, by nie abdykował z funkcji Wielkiego Mistrza, ale postawił na projekt sekularyzacji, który dopiero kiełkował w kancelarii królewskiej w Krakowie. Był też wielkim zwolennikiem protestantyzacji Prus i sam przeszedł na luteranizm.
Traktat Krakowski to pierwsza w historii umowa międzynarodowa pomiędzy władcą katolickim, a świeckim. Jak wówczas odbierano taką umowę z „państwem heretyków”?
Szlachta i duchowieństwo były oburzone działaniami króla Zygmunta. Podobnie niekorzystnie oceniała je królowa Bona. Co ciekawe, w wewnętrznej krytyce Traktatu Krakowskiego, mniejszy nacisk kładziono na kwestię religii w Prusach, niż na wątek ustanowienia lenna, zamiast wchłonięcia terytorium Zakonu do Korony, jako jednego lub dwóch nowych województw. Wówczas nie było jeszcze pewne, w jakim kierunku potoczą się sprawy protestantyzmu. Wielu uważało herezję za przejściową modę i co najważniejsze – nie było wówczas rozwiązań prawnych, znanych pod hasłem cuius regio, eius religio, które pozwalały władcy siłą wprowadzać w kraju własne wyznanie. Te pojawiły się dopiero w 1555 roku, w ramach pokoju augsburskiego.
Decyzja króla spowodowała negatywne konsekwencje w polityce międzynarodowej. Doszło do pogorszenia stosunków Krakowa z Cesarstwem (które deklarowało obronę wiary katolickiej) i przede wszystkim z papiestwem. Głowa Kościoła, w przeciwieństwie do Zygmunta I, dostrzegała jakim zagrożeniem dla Europy jest stworzenie państwa z protestantem na czele.
Krytyczne głosy wobec Traktatu uciszono, organizując pokazowy hołd lenny na rynku w Krakowie. Nazwano go wielkim sukcesem Korony Polskiej, co niestety ciągnie się w naszej historiografii do dzisiaj. Podobnie sam Zygmunt, zupełnie bezpodstawnie nazywany jest jednym z lepszych, polskich królów.
Choć w okresie świetności Rzeczpospolitej dochodzi do aż sześciu „hołdów pruskich”, państwo Hohenzollernów dość szybko uniezależnia się i zaczyna stanowić dla Rzeczpospolitej śmiertelne zagrożenie. Czy z perspektywy polityki pierwszej połowy XVI można było przewidzieć przyszły stosunek Prus do Korony?
Traktat Krakowski nie tylko nie włączył terytorium byłego państwa krzyżackiego do Polski ale de facto uniezależnił je od cesarstwa i papiestwa. To katastrofalne rozwiązanie okazało się bombą z opóźnionym zapłonem. Przede wszystkim Książę w Prusach uzyskał prawa do swobodnego kreowania polityki wewnętrznej, których nigdy nie mieliby ewentualni polscy wojewodowie tych ziem. Co więcej, zasiadł w naszym Senacie, czyli zyskał wpływ na kreowanie polskiej polityki. Początkowo, te błędy nie dawały o sobie znać, zwłaszcza, że liczono się z bezpotomną śmiercią Albrechta Hohenzollerna. Wówczas jego lenno zostałoby -po czasie, ale jednak – wchłonięte do Korony.
Ważną okolicznością w początkowych relacjach Krakowa z Królewcem był fakt, że tron polski był wówczas wciąż dziedziczny, a co za tym idzie, liczono się z władzą monarszą i szanowano majestat królewski. Sprawy zaczęły się komplikować po wprowadzeniu wolnej elekcji, czyli systemu dożywotniej prezydencji z demokratycznych wyborów. Już z zasady ciężko wymagać od lennika szacunku dla suwerena, jeśli samemu pochodzi się Dei Gratia, czyli z Woli Bożej, a suweren z woli ludu.
Niestety, o tym jak wysoko ceniono w Polsce Traktat Krakowski, najlepiej świadczy fakt, że następca Zygmunta Starego Lenia – Zygmunt August, wykonał podobny manewr w stosunku do Zakonu Kawalerów Mieczowych. Zsekularyzował i sprotestantyzował część tego państwa, jako Księstwo Kurlandzkie. Także ono zdradziło Polskę, choć trzeba też uczciwie przyznać, że zachowało wierność znacznie dłużej.
Czy można powiedzieć, że skutki decyzji Zygmunta Starego sprzed 500 lat odczuwamy na wielu poziomach również do dziś?
Dzięki Traktatowi Krakowskiemu wykopano nowy rów podziału pomiędzy ludnością Polski i Prus Książęcych. Od tej pory dwie nacje różniły się już nie tylko kulturą, językiem oraz przynależnością państwową, ale też religią. W przyszłości, ziemie te stały się matecznikiem dla Królestwa Prus, którego jednym z pryncypiów w polityce zagranicznej, było szkodzenie Polsce i dążenie do jej zniszczenia. Tradycje tzw. pruskich junkrów były skrajnie antypolskie, a to przecież one nadawały ton działaniom Berlina w XVIII, XIX i pierwszej połowie XX wieku. Dziś nie ma już Prus Książęcych, zabory zostały przekreślone, a niemczyzna na tych terenach wypleniona. Połowę dawnej domeny Albrechta Hohenzollerna kontroluje niestety, wroga nam Rosja. Nie jest wykluczone, że z tego terenu znów wypełzną na nas jakieś kłopoty. W ten sposób fatalne konsekwencje działań króla Zygmunta „Lenia”, wciąż nad nami wiszą.
Nasi żołnierze prawdopodobnie znów pójdą na wojnę, bo chcemy w ten sposób uratować NATO przed nieuchronną likwidacją przez… USA. Nie zawiedziemy naszego strategicznego sojusznika.
Jesteśmy wierni i dyspozycyjni: staliśmy u jego boku w Iraku i Afganistanie, pojedziemy do Iranu, albo gdzieś w jego okolice. „Zaliczymy” kolejną przegraną wojnę. Ile potrwa? Długo, bo jej szybkie zakończenie będzie zinterpretowane (słusznie) jako porażka agresorów oraz zwycięstwo polityczne i militarne Iranu. USA od dziesiątek lat realizuje w swoich wojnach podobny scenariusz (zaczęło się od Wietnamu i agresji na inne państwa Półwyspu Indochińskiego): po zaatakowaniu danego państwa rozpoczyna się długotrwałe niszczenie jego substancji materialnej oraz mordowanie „terrorystów”, co tylko wzmaga opór i rodzi kolejne pokolenia obrońców. Po trochu wciąga się w tę wojnę swoich sojuszników i wasali. Każda z tych wojen kończyła się klęską agresorów; sromotną ucieczką i porzuceniem przywiezionego do okupowanego kraju sprzętu oraz uzbrojenia.
A wracając do próby podsumowania wojennej historii Trzeciej RP, to wygląda ono dość ponuro: najpierw była wojna z Jugosławią („humanitarne bombardowania NATO”), potem przeciwko Irakowi i Afganistanowi. Tam ginęli nasi żołnierze, walcząc po przegranej stronie.
Od ponad czterech lat trwa kolejna „nasza wojna” przeciwko Rosji, również bez jakichkolwiek perspektyw na zwycięstwo strony, którą wspieramy. Być może włączymy się po „słusznej”, czyli amerykańsko-izraelskiej stronie przeciwko Iranowi.
Ukraińcy okazali się niewdzięczni za okazaną im pomoc. Również „strategiczny sojusznik” i protektor nisko sobie ceni nasz udział w wojnach przeciwko Afganistanowi i Irakowi. Ponoć zdaniem przeciwnika USA „kryliśmy się za plecami wojsk amerykańskich”. Można traktować to jako pochwałę, bo jaki jest sens ginąć w cudzym interesie w dodatku w przegranych wojnach? Czy, jeśli pojedziemy na odsiecz do Iranu, to przestaniemy się kryć za plecami agresorów, bo to też nie będzie „nasza wojna”?
Straszy się nas, że już niedługo zaatakuje nas Rosja; było już kilka przepowiedni na temat dat tego ataku. W nietrafnych prognozach na ten temat specjalizuje się zwłaszcza klan nawiedzonych rusofobów, który jeszcze niedawno wieszczył, że ów nieuchronny agresor zostanie pokonany przez Ukraińców notabene przy udziale… Wojska Polskiego. Rosyjska agresja na „państwa wschodniej flanki NATO” ma być definitywnym i spektakularnym podsumowaniem ponad trzydziestoparoletniej historii Trzeciej RP a zarazem zwieńczeniem jej polityki wschodniej. Po trzech dziesiątkach lat „odstraszania”, nienawiści, pogardy i strachu wreszcie się spełni przepowiednia geostrategów a my – również zgodnie z tą przepowiednią – wyginiemy w tym starciu. Ale ostatecznie NATO wygra, bo przyjdą nam z odsieczą waleczne oddziały Hiszpanów, Portugalczyków, Włochów i Greków. W nich całą nadzieja.
Mimo że niniejszy tekst jest sarkastyczną ironią z oficjalnej propagandy, to tak naprawdę nie ma tu nic do śmiechu. W tych przegranych wojnach ginęli ludzie po naszej i po ich stronie. Dla niepoznaki obecność polskich żołnierzy na tych wojnach nazywano „misjami pokojowymi”. Zupełnie inaczej nazwał to prezydent Trump, bo jego zdaniem walczyliśmy (niezbyt dzielnie) na amerykańskich wojnach.
Ciekawe ile kosztowały „nieważnych ludzi” „nasze wojny” minionego trzydziestolecia?