8 września 2026 roku mija 80 lat od jednego z najbardziej masowych aktów religijnych w powojennej historii Polski. Tego dnia w 1946 roku prymas August Hlond, na czele całego episkopatu, dokonał na Jasnej Górze poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi.
W uroczystości wzięło udział – według relacji z epoki – około miliona wiernych. Rocznica zbiega się w tym roku z jubileuszem 200-lecia Żywego Różańca, co Kościół w Polsce świętuje wspólnie właśnie dziś na Jasnej Górze.
Kraj zniszczony i zagrożony. Prymas Hlond podejmuje odważną decyzję
Akt z 1946 roku nie był gestem odosobnionym ani przypadkowym. Zapadł w konkretnym momencie historycznym: Polska wychodziła z wojennych zniszczeń, a jednocześnie władzę w kraju systematycznie przejmowali komuniści. Decyzję o dokonaniu zawierzenia biskupi podjęli już 3–4 października 1945 roku, podczas swojej pierwszej powojennej konferencji na Jasnej Górze. Ze względu na postępującą sowietyzację kraju przygotowania prowadzono początkowo w konspiracji – oficjalna informacja pojawiła się dopiero w liście pasterskim episkopatu na Wielki Post 1946 roku, podpisanym przez kard. Hlonda.
Samo przygotowanie miało charakter trójstopniowy i objęło praktycznie cały naród: akt poświęcenia wypowiadano najpierw w parafiach i rodzinach (7 lipca), potem na szczeblu diecezjalnym (15 sierpnia), następnie we wspólnotach zakonnych (19 sierpnia), by ostatecznie zamknąć całość ogólnopolską uroczystością na Jasnej Górze 8 września. Władze komunistyczne ostrzegały, że udział w obchodach będzie traktowany jako wystąpienie przeciw nowej władzy – mimo to na Jasną Górę przybyły tłumy.
Doniosły akt na Jasnej Górze
W niedzielę 8 września 1946 roku Mszę świętą na Szczycie Jasnogórskim celebrował krakowski kardynał Adam Sapieha. Sam Hlond odczytał tekst Aktu poświęcenia narodu, powtarzany przez zgromadzonych wiernych. Padły w nim m.in. słowa: „Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, naród cały i wskrzeszoną Rzeczpospolitą”.
Geneza aktu sięga wojennych doświadczeń samego kardynała Hlonda. Na emigracji we Francji, w okolicach Lourdes, prymas zetknął się na przełomie lat 1941–1942 z pamiętnikami ojca Augustyna Kordeckiego o obronie Jasnej Góry, a rozmowy z Piusem XII po powrocie do kraju utwierdziły go w przekonaniu o konieczności poświęcenia ojczyzny Niepokalanemu Sercu Maryi.
W tle pozostawało przesłanie fatimskie z 1917 roku, w którym – według katolickiej tradycji objawień – mowa była o poświęceniu Rosji Niepokalanemu Sercu i o groźbie rozprzestrzenienia się „błędnych nauk” w razie zlekceważenia wezwania. W 1942 roku Pius XII dokonał pierwszego poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi, zachęcając poszczególne episkopaty do podobnych aktów narodowych – prymas Hlond wpisał Polskę w ten szerszy, ogólnokościelny ruch.
To nie było jednorazowe wydarzenie
Dzieło zapoczątkowane przez prymasa Hlonda kontynuował kard. Stefan Wyszyński, który ułożył Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego (1956) i zainicjował Wielką Nowennę przygotowującą Polaków do obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku. Akt zawierzenia został formalnie odnowiony przez polski episkopat 6 czerwca 2017 roku w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem – w setną rocznicę objawień fatimskich.
Także dziś na Jasnej Górze wierni zebrali się, aby odnowić zawierzenie dokonane przez prymasa Hlonda. Ogólnopolskie spotkanie modlitewne odbyło się zgodnie z zapowiedzianym programem: o 9.30 na placu jasnogórskim rozpoczęła się rejestracja grup pielgrzymkowych i odbiór aktów zawierzenia, o 10.00 miały miejsce powitanie, konferencja i wspólna modlitwa różańcowa, a o 11.00 rozpoczęła się Msza święta odpustowa, sprawowana z udziałem częstochowskiej Kapituły Archikatedralnej, która tego dnia obchodziła zarazem własne święto patronalne i 75-lecie powołania kapituły. Po Eucharystii odnowiono Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi – wydarzenie to stanowiło jednocześnie drugą diecezjalną stację jubileuszu 200-lecia Żywego Różańca, założonego przez błogosławioną Paulinę Jaricot.
Mszy przewodniczył metropolita częstochowski abp Wacław Depo. W homilii przypomniał okoliczności aktu z 1946 roku, dokonanego – jak podkreślił – w warunkach narastającego reżimu komunistycznego, i zastrzegł, że ani tamto zawierzenie kard. Hlonda, ani późniejsze akty prymasa Wyszyńskiego i Jana Pawła II nie powinny być odczytywane jedynie jako zapis przeszłości. Zdaniem metropolity zawierzenie musi pozostawać „żywym, osobowym” aktem każdego wiernego i całego narodu, a jego owocem powinny być konkretne praktyki: codzienny różaniec, spowiedź i Komunia święta oraz nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Abp Depo mówił też o postępującej sekularyzacji, określając ją mianem „przyspieszonego kursu pełzającej apostazji”.
Przeor Jasnej Góry o. Grzegorz Prus w słowie powitania nawiązał do 80. rocznicy aktu Hlonda i pobłogosławił ziarno na zasiew, zgodnie z tradycją związaną z przypadającym tego dnia świętem Matki Bożej Siewnej. Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach, ks. dr Krzysztof Czapla SAC, komentując znaczenie rocznicy jeszcze przed uroczystościami, zwracał uwagę na kontekst historyczny aktu z 1946 roku: „Fatima rodzi się w Polsce, gdy nasza Ojczyzna jest bezbronna, zniszczona, ograbiona, bezsilna militarnie”. W tym samym duchu formułował też ocenę, że przesłanie fatimskie – jego zdaniem – wciąż nie jest w Polsce w pełni zrealizowane.
. Biorąc na zdrowy rozum, demokracja powinna być najlepszym i najsprawiedliwszym systemem społeczno-politycznym. Ale już w starożytnej Helladzie miała wrogów i to wśród najwybitniejszych filozofów: Platona i Arystotelesa. Sokrates nie był jej z założenia przeciwny, choć dostrzegał widoczne w niej zagrożenie: tyranię bezmyślnej i głupiej większości. Przypisuje się mu zdanie: Demokracja jest tylko tak dobra, jak edukacja, która ją otacza. I tu widać, jeśli to rzeczywiście powiedział, przebłysk jego geniuszu.
Demokracja, nawet w wydaniu parlamentarnym, w którym posłowie reprezentują wyborców, aby była systemem rzeczywiście dobrym, musi spełniać dwa warunki:
– Większość wyborców musi być roztropna, rozsądna, zdolna do krytycznego i samodzielnego myślenia, mająca pojęcie o otaczającej nas rzeczywistości, odporna na psychomanipulacje medialne, poczuwająca się do współodpowiedzialności za państwo i losy społeczeństwa.
– Media, nazywane niekiedy czwartą władzą, a w ogłupianiu społeczeństw mające w zachodnich fasadowych demokracjach parlamentarnych pierwszorzędne znaczenie, musiały by być mediami neutralnymi, obiektywnymi, niezależnymi od biznesu i polityki.
Rzeczywistość na zachodzie niestety jest taka, że ogromna większość społeczeństw, czy to w Niemczech, Francji, Anglii, Polsce czy usraelu, jest zbieraniną ignorantów sterowanych medialną propagandą, a media głównego ścieku kłamią, zmyślają, mataczą, ogłupiają i tworzą fikcyjny obraz rzeczywistości, prawdziwy matriks. I stąd od lat widzimy, że wciąż w kolejnych farsach wyborczych wygrywają skompromitowane mafie polityczne służące interesom finansowych elit kolektywnego zachodu. A tam, gdzie są one w wyborach zagrożone, to albo unieważniają przegrane wybory, albo delegalizują partie mogące korporacyjnej mafii partyjnej zagrozić, bądź groźnym kandydatom uniemożliwiają udział w wyborach wyrokami sądowymi. A ogromna większość zachodnich społeczeństw śpi, nie dostrzega manipulacji i nadal wierzy w zachodnią demokrację.
Wczoraj znajoma, Niemka, powiedziała w rozmowie ze mną, że dobrze by było, gdyby w Niemczech wprowadzono referenda. Spytałem ją – wierzysz naprawdę, że przy tak ogromnym odurnieniu większości Niemców referanda coś dadzą? Spojrzała na mnie i powiedziała – no tak, masz rację, to nic nie da.
Polską scenę polityczną znam mniej niż niemiecką, przez co zajmę się głównie tą drugą. To, co tu, w Niemczech, wyrabia się pod płaszczykiem „obrony demokracji”, musi przerażać każdego rzecznika demokracji. Fundamentem demokracji musi być wolność słowa i równouprawnienie wszystkich politycznych partii. Rzeczywistość jest taka, że za byle słówko można zostać okrzyczany ruską wtyką, w łże-mediach jakakolwiek wyważona wypowiedź o Rosji jest niedopuszczalna, a jedna z partii politycznych jest wściekle zwalczana, choć Ustawa Zasadnicza (zastępująca tu konstytucję) gwarantuje wszystkim partiom politycznym równe prawa. „Obrońcy demokracji” depczą własną Ustawę Zasadniczą, budują system faszystowski, faszystoidalną dyktaturę, będąc przy tym święcie i głęboko przekonanymi, że bronią demokracji i wolności.
.
Sami sobie nakładają kajdany i chcą je nałożyć wszystkim.
Jak funkcjonuje fasadowa zachodnia demokracja w Niemczech, dobrze obrazuje sytuacja po wyborach do Landtagu w Saksonii Anhalt. Zwalczana medialnie i politycznie ogniowym murem (Brandmauer) partia AFD zdobyła najwięcej głosów – 43,8 %. Dotychczas rządząca CDU straciła prawie 20 % i osiągnęła ledwo 17,2 % i drugie miejsce. Inne agenturalne partie politycznego kartelu (zaliczam do nich i „Lewicę” – Die Linke) osiągnęły: SPD – 9,3 %, Zieloni – 8,9%, (pseudo) Lewica (Die Linke) – 8,6 %. oraz nieomal tak samo jak AFD zwalczany Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) – 5,3 proc. FDP, przez dziesięciolecia będąca w Berlinie etatowym koalicjantem zarówno CDU jak i SPD, została „zatopiona” i nie weszła do kolejnego już Landtagu z wynikiem 2,6 %. W obliczu tak ogromnej przewagi AFD nad kartelem politycznym (CDU, SPD, Zieloni, Die Linke, FDP) tylko i wyłącznie AFD zasługuje na demokratyczny mandat tworzenia rządu krajowego. A jednak kartel polityczny, mimo totalnej politycznej klęski, chce utworzyć własny rząd, choć pod względem ilości krzeseł w Landtagu sama AFD ma tyle samo miejsc (39), co cztery agenturalne partie politycznego kartelu razem wzięte: CDU, SPD, Zieloni i Die Linke (15+8+8+8=39). Języczkiem u wagi będzie więc także znienawidzona partia „stalinówki” Wagenknecht – BSW. Niemniej – powtarzam, gdyby zasady demokracji miały jakiekolwiek znaczenie w Niemczech, tylko i wyłącznie AFD powinna mieć prawo do tworzenia rządu. Ale kto tam patrzy na demokrację – ruskich onuc do władzy dopuścić nie można.
W obecnej wykładni w Niemczech demokratą jest ten, kto popiera partie rządzące w Berlinie. Kto jest innego zdania, jest wrogiem demokracji, prawicowym ekstremistą, neonazistą i czym tam jeszcze, naturalnie i „antysemitą”.
A w sumie, biorąc na „zdrowy rozum”, właśnie w Landach wschodnich, na terenie byłej NRD, AFD powinna mieć najmniejsze poparcie. Jest wszak za normalizacją stosunków z Rosją. A to w NRD stacjonowało prawie pół miliona Czerwonoarmistów. I tam rusofobia powinna być silniejsza. Widocznie jednak pamięć o tamtej „sowieckiej okupacji” nie aż tak straszna jest – i nie jest tak eksploatowana medialnie jak w Polsce. Ale decydujący wpływ na stosunek wschodnich Niemców do AFD i politycznego kartelu miała picdemia i jej zamordystyczna dyktatura, jak i zamordyzm w sprawie Rosji oraz niszczenie gospodarki w imię zielonej szajby w czasach rządów w Berlinie koalicji SPD-Zieloni-FDP. W byłej NRD co najmniej połowa ludności pamięta dyktaturę Honeckera, bo była to dyktatura. I stąd protesty anty-kowidowe były tam znacznie silniejsze niż w „starych” Landach, w byłych Niemczech Zachodnich. Oni po prostu lepiej niż zachodni „rodacy” dostrzegali kowidowy totalitaryzm, gorszy niż honeckeryzm i bardziej zdecydowanie i masowo przeciwko niemu protestowali. Nadal też trwają tam protesty i demonstracje przeciwko budowanej dyktaturze. I przeciwko niszczeniu gospodarki. Niemcy wschodni, mniej zdemoralizowani i rozleniwieni dobrobytem, są bardziej czuli na swobody obywatelskie, oraz bardziej odpowiedzialni w sprawach dotyczących państwa. No i dlatego w poprawie stosunków z Rosją widzą ratunek dla upadającej gospodarki.
Mnie osobiście ucieszyło tak miażdżące zwycięstwo AFD, ale tylko na zasadzie Schadenfreude – radości z powodu katastrofalnej politycznej porażki politycznego kartelu, będącego na łańcuchu elit finansowych. Zasłużył na to rzeczywiście.
Ale to zwycięstwo AFD powinno być dla Polski ostrym sygnałem ostrzegawczym. Nie mam tu nawet na myśli ciągotek rewizjonistycznych, widocznych w szeregach AFD. Rozmawiałem z wieloma sympatykami, odwołującymi się do tradycji kajzerowskich Niemiec. Chcą granic z roku 1914:
.
.
Obwodu Kaliningradzkiego naturalnie Rosji nie odbiorą – ale co z resztą? Breslau, Stettin, Danzing, Posen, Kattowitz, Oppeln – to może być w ich zasięgu. Jeśli AFD stanie się główną partią rządzącą w Berlinie, a do tego może dojść szybciej, niż się spodziewamy i zabiegać będzie o dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, Moskwa z powodów taktycznych i strategicznych pójdzie na to. Dla Moskwy „nawrócenie” się Berlina na pro-rosyjskość będzie śmiertelnym ciosem dla zachodniej, wściekle antyrosyjskiej polityki. Bruksela bez Berlina okaże się bezsilna. Londyn ma na Kremlu przechlapane na zawsze, Paryż prawdopodobnie też. Ale Berlin ma dla Kremla znaczenie symboliczne, taktyczne i strategiczne – i na żarliwe prośby AFD o wybaczenie zareaguje pozytywnie. A wtedy Polska, rządzona przez kreatury typu Tuski, Kaczyńskie, Nawrockie, Sikorskie i reszta tego ukropolińskiego barachła znajdzie się w niemiecko-rosyjskich kleszczach.
Dla Niemiec Polska zawsze była przeszkodą w ekspansji na Wschód – już od czasów pierwszych Piastów. ZSRR była wiarygodnym gwarantem naszych Ziem Zachodnich, Ziem Odzyskanych. Ale czy obecnie Moskwa, widząc rządców Ukropolinu z pianą na pyskach, żądnych mordowania Rosjan, chcących Rosję wdeptywać w ziemię, będzie się troszczyła o nasze Ziemie Zachodnie, okupione krwią setek tysięcy Czerwonoarmistów, skoro w Niemczech jeszcze nie burzy się pomników Armii Czerwonej, a w Polsce tak. Pod niemieckim zarządem łatwiej będzie Rosji opiekować się cmentarzami Czerwonoarmistów na Ziemiach niegdyś Odzyskanych. A pamięć o poległych w Wojnie Ojczyźnianej jest w Rosji święta.
Czeka nas jeszcze też kolejna masowa, wielomilionowa emigracja z Ukrainy, być może już tej zimy. Szacunki mówią o 5-7 milionach nowych uchodźców. Sytuacja polityczna, gospodarcza, finansowa i militarna kijowskiej junty jest katastrofalna. Ostatnio, według doniesień, w Kijowie doszło nawet do strzelaniny pomiędzy rywalizującymi tajnymi służbami cywilnymi i wojskowymi. Atak dronem na siedzibę SBU był dziełem ukraińskiego HUR, odpowiednika rosyjskiego GRU, a nie Rosji.
.
.
Tam, w tym neobanderowskim kotle, brakuje jeszcze wojny służb o władzę i wpływy.
Z dużym prawdopodobieństwem tej zimy kijowska junta nie przetrwa. Stąd kijowski ćpun apeluje o zakończenie wojny jeszcze przed zimą. Pat i Pataszon (Witkoff i Kushner) nie osiągnęli w Moskwie nic. Rosja na polu walki zamierza osiągnąć wyznaczone cele. I osiągnie.
Nad Polską zbierają się naprawdę czarne chmury. Wprawdzie nastroje ślepo pro-ukraińskie w Polsce maleją, ale wrogość wobec Rosji nie. Większości Polaków brakuje instynktu pro-państwowego – kierowania się racją stanu, dobrem państwa, troską o gospodarkę. Zwyciężają rozbudzane i utrwalane od wieków nastroje wrogości do wschodniego, potężnego sąsiada.
Dotychczas w naszej historii bywało już, że gdy Niemcy i Rosja podawały sobie, ponad głowami Polaków, ręce, kończyło się to dla Polski i Polaków źle. Nie mówię, że AFD jutro dojdzie do władzy, ale może to jednak nastąpić dosyć szybko. Rzecz w tym, żeby Polska wyprzedziła Niemcy i pierwsza zadbała o naprawę stosunków z Rosją. Czy ktokolwiek w warszawce, w sprzedajnych elitach jednak o tym pomyśli? Wątpię. I to napawa mnie obawą.
Większość Polaków jak lunatycy, lub ludzie z zawiązanymi oczami daje się prowadzić w przepaść rusofobii.
.
.
Nie ma niestety w Polsce partii, która – jak AFD w Niemczech – chciałaby naprawy stosunków z Rosją, i która zdobyłaby w jednym województwie tak oszałamiające zwycięstwo. Konfederacji Grzegorza Brauna daleko jeszcze do AFD.
Gdybym był Niemcem, skakałbym do góry z radości po wyborach w Saksonii Anhalt. Ale jestem Polakiem i wynik tych wyborów napawa mnie obawą. Niemcy prędzej czy później zwrócą się z przeprosinami w stronę Rosji, a Polska znajdzie się w strefie zgniotu między tymi państwami. Co z niej wtedy zostanie, aż boję się myśleć…
Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.
Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.
Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…
Ja, agent. Ruski agent
Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.
Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.
Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?
Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwegowypadku” w Przewodowie.
Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.
– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.
Jak Polak z Polakiem
Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.
Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.
Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.
Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.
Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…
Sabat nienawiści
Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.
Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).
Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.
Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.
To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.
Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.
Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…
Demokraci i rezuni
Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.
Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!
Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.
Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.
W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.
Wpływy obce
Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.
Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.
Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska„niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?
Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.
Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości. Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś nie zrozumiał.
Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.
– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.
Strumień łaski
Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.
Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?
Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?
Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.
To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.
Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.
Dziękuję, Panowie!
Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.
Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.
Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.
Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.
Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:
– Panie i Panowie! Czapki z głów!
Postscriptum
W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.
Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
====================================
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
Artykuł • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 8 września 2026 michalkiewicz
—————————————————————————
„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad.”
Wprawdzie, gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondakrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro. Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondakrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei?
To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko – że prezes Zondakrypto, albo w ostateczności – jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń.
Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i – czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka.
W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim, decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie; czy to z grona minę obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral? Czy jest on narodowości prawniczej – na co wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada.
Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela, pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondakrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.
Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe. Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania.
A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie, jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w która wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, która potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni, czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea.
Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią zwłaszcza w sytuacji, gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.
Co prawda, podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Giertycha Romana może zachodzić konflikt interesów , bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana, Wielce Czcigodny Sławomir Nitras, co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek uważa, że Wielce Czcigodny mec. Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”. Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”.
Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państw”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały.
Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.
„A tam biegnie sarna,
sarna towarzyszu mój.
Spuszczaj charta ze smyczy,
niech sarenkę uchwyci,
towarzyszu mój”
– śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie, ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.
Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.
Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.
Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.
Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.
W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.
W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.
Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.
Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.
Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.
Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.
Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.
Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.
Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.
Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.
Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.
W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:
Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.
Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.
Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .
Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.
Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.
Polska przygotowuje ogólnokrajowy system ewakuacji ludności. Choć prace trwają już od 2025 roku, a wszystkie województwa przekazały Rządowemu Centrum Bezpieczeństwa swoje plany, Krajowy Plan Ewakuacji nadal jest dokumentem pozostającym w procesie uzgadniania i formalnego zatwierdzania. W tym sensie można mówić, że plan „powstaje” – nie dlatego, że prace dopiero się zaczęły, lecz dlatego, że krajowy system nie został jeszcze formalnie domknięty.
Dokument ma połączyć rozwiązania przygotowane na poziomie województw i określać m.in. trasy przemieszczania ludności, miejsca przyjęcia, transport, zakwaterowanie oraz zabezpieczenie pozostawionego mienia. W proces zaangażowane jest także Wojsko Polskie.
Nie oznacza to, że zapadła decyzja o ewakuacji Polski – państwo przygotowuje procedury, które mają być gotowe na wypadek wojny, zagrożenia wojną lub klęski żywiołowej.
Fot. Warszawa w Pigułce
Krajowy Plan Ewakuacji nie powstaje od zera
Podstawą całego systemu jest ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Przepisy przewidują przygotowanie Krajowego Planu Ewakuacji przez dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Dokument ma opierać się na planach przygotowanych na poziomie województw i spinać je w jeden system pozwalający koordynować działania także wtedy, gdy ewakuacja obejmowałaby więcej niż jeden region.
Po zmianach obowiązujących od lipca 2026 roku Krajowy Plan Ewakuacji jest opracowywany przez dyrektora RCB we współpracy z Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Plan krajowy oraz plany wojewódzkie sporządza się na okres trzech lat i aktualizuje w zależności od potrzeb. Dokument krajowy podlega następnie zatwierdzeniu przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych.
Nie oznacza to jednak, że państwo dopiero teraz rozpoczyna przygotowania. Proces został uruchomiony już w 2025 roku, a znaczna część prac na niższych szczeblach została wykonana wcześniej.
Wszystkie województwa przekazały już swoje plany do RCB
Wytyczne dotyczące przygotowania wojewódzkich planów ewakuacji zostały opracowane przez RCB wspólnie ze Sztabem Generalnym Wojska Polskiego oraz Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. W czerwcu 2025 roku trafiły do województw. Pierwszych projektów planów wojewódzkich RCB oczekiwało do końca października 2025 roku.
Ten etap został już zakończony. W styczniu 2026 roku dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie plany ewakuacji. RCB przeanalizowało dokumenty i przekazało do nich uwagi. Województwa miały następnie nanosić poprawki i uzgadniać rozwiązania tak, aby możliwe było ich połączenie w jeden system krajowy.
Oznacza to, że obecnego etapu nie należy rozumieć jako początku prac nad ewakuacją ludności. Dokumentacja wojewódzka już istnieje. W styczniu 2026 roku RCB informowało, że trwa jej uzgadnianie i że Centrum zbliża się do końca prac nad Krajowym Planem Ewakuacji. Z kolei w rządowym sprawozdaniu opublikowanym wiosną 2026 roku wskazywano, że po uzgodnieniu wojewódzkich planów dokument krajowy zostanie przedstawiony ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych do zatwierdzenia. W dostępnych publicznie komunikatach nie ma późniejszego jednoznacznego potwierdzenia zakończenia tej procedury.
Gminy i powiaty przygotowują wkłady, wojewoda tworzy plan
System jest wielopoziomowy. Na poziomie gmin i powiatów przygotowywane są wkłady potrzebne do stworzenia wojewódzkiego planu ewakuacji ludności. Obejmują one informacje dotyczące między innymi liczby mieszkańców, możliwości transportowych, infrastruktury, potencjalnych miejsc przyjęcia ludności oraz zasobów, które mogą zostać wykorzystane podczas prowadzenia ewakuacji.
Na podstawie tych danych wojewoda przygotowuje plan dla całego województwa. Dokumenty wojewódzkie są następnie uzgadniane z Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, a ich połączenie ma stanowić podstawę Krajowego Planu Ewakuacji.
W uproszczeniu system wygląda więc następująco:
gminy i powiaty → województwa → Rządowe Centrum Bezpieczeństwa → Krajowy Plan Ewakuacji.
Nie chodzi więc o jeden dokument opracowany wyłącznie przez administrację centralną. Krajowy system powstaje z danych i rozwiązań przygotowanych wcześniej na poziomie lokalnym i regionalnym.
Co musi zostać zaplanowane przed ewakuacją?
Ustawa szczegółowo określa elementy, które trzeba uwzględnić przed wystąpieniem zagrożenia. Jednym z podstawowych jest liczba osób przewidzianych do ewakuacji z danego obszaru. Administracja musi również wiedzieć, jaka infrastruktura transportowa może zostać wykorzystana oraz jakimi środkami będzie można przewozić mieszkańców.
Planowanie może obejmować transport lądowy, kolejowy, wodny i powietrzny. Trzeba też wcześniej wskazać miejsca, do których zostaną skierowani ewakuowani mieszkańcy, oraz określić możliwości ich zakwaterowania.
Dokumentacja obejmuje również dostępne środki transportu, siły potrzebne do zabezpieczenia operacji, osoby odpowiedzialne za jej koordynację oraz sposób przekazywania informacji mieszkańcom. Wszystkie te elementy mają być przygotowane wcześniej, aby podczas rzeczywistego zagrożenia nie trzeba było organizować całej operacji od początku.
Plan obejmuje również ochronę pozostawionego mienia
Ewakuacja nie sprowadza się wyłącznie do przemieszczenia mieszkańców z jednego miejsca do drugiego. Przepisy wymagają także określenia sił i środków potrzebnych do zabezpieczenia prowadzonej operacji oraz ochrony mienia pozostawionego na opuszczonych terenach.
W przypadku masowej ewakuacji państwo musi więc wiedzieć nie tylko, którędy skierować ludzi i czym ich przewieźć, ale także jak zabezpieczyć obszary, z których mieszkańcy zostali wyprowadzeni. Dotyczy to między innymi ochrony budynków, infrastruktury oraz przeciwdziałania grabieżom i innym zagrożeniom, które mogłyby pojawić się na czasowo opuszczonych terenach.
Dokąd mieliby zostać skierowani mieszkańcy?
Takie decyzje również nie powinny być podejmowane dopiero w momencie wystąpienia zagrożenia. Na poziomie wojewódzkim określane są obszary i kierunki ewakuacji oraz miejsca przyjęcia ludności. Jeżeli konieczne byłoby przemieszczenie mieszkańców pomiędzy województwami, kluczowe znaczenie ma koordynacja na poziomie krajowym.
W przypadku planów przeznaczonych do wykorzystania podczas mobilizacji, stanu wojennego lub wojny konieczne jest również uzgadnianie części rozwiązań ze strukturami wojskowymi. Dotyczy to między innymi dróg przemieszczania ludności oraz rejonów jej czasowego pobytu.
Ma to ogromne znaczenie podczas konfliktu zbrojnego. Tymi samymi drogami i liniami kolejowymi mogą przemieszczać się wojska, sprzęt, służby ratownicze, transport medyczny i ludność cywilna. Tras ewakuacyjnych nie można więc planować w oderwaniu od potrzeb obronnych państwa.
Czy można zarządzić ewakuację w skali całej Polski?
Przepisy pozwalają na prowadzenie i koordynowanie ewakuacji także na poziomie całego kraju. Podczas stanu wojennego i wojny Szef Obrony Cywilnej, którym jest minister właściwy do spraw wewnętrznych, posiada kompetencje pozwalające zarządzać działaniami w skali ogólnopolskiej oraz wskazywać województwa, do których ma być kierowana ludność.
Nie należy tego jednak rozumieć jako planu jednoczesnego opuszczenia domów przez wszystkich mieszkańców Polski. Ogólnokrajowy system jest potrzebny przede wszystkim po to, aby można było przemieszczać ludność z regionów szczególnie zagrożonych do bezpieczniejszych części kraju i koordynować takie działania pomiędzy województwami.
Dlatego określenie „plan ewakuacji całej Polski” oznacza przede wszystkim system obejmujący cały kraj, a nie gotową decyzję o ewakuowaniu wszystkich mieszkańców.
Nie tylko wojna. Plany dotyczą również klęsk żywiołowych
System nie został przygotowany wyłącznie na wypadek konfliktu zbrojnego. Ustawa przewiduje sporządzanie planów ewakuacji na wypadek zagrożenia wojną, wojny, przewidywanego wystąpienia klęski żywiołowej oraz już trwającej klęski żywiołowej.
W praktyce oznacza to, że rozwiązania mogą zostać wykorzystane również podczas wielkiej powodzi, rozległego pożaru, katastrofy przemysłowej lub innego zdarzenia, które powoduje konieczność szybkiego przemieszczenia dużej liczby mieszkańców.
Skala ewakuacji może być bardzo różna. W jednym przypadku może chodzić o część miejscowości lub dzielnicy, w innym o kilka powiatów, całe województwo albo operację wymagającą przewożenia mieszkańców pomiędzy regionami.
Polska równolegle rozwija miejsca schronienia
Planowanie ewakuacji jest jednym z elementów szerszego systemu ochrony ludności. Równolegle rozwijana jest baza miejsc, w których mieszkańcy mogą szukać ochrony podczas zagrożenia. Pod koniec maja 2026 roku MSWiA informowało, że w systemie „Gdzie się ukryć” znajdowało się blisko 84 tys. punktów mogących pomieścić niemal 24 mln osób.
Nie oznacza to jednak, że Polska posiada 24 mln miejsc w pełnowartościowych schronach. System obejmuje różne rodzaje obiektów zapewniających odmienny poziom ochrony. Mogą to być między innymi schrony, ukrycia, miejsca doraźnego schronienia, przejścia podziemne, tunele, stacje metra czy garaże podziemne. Nie wszystkie zapewniają taki sam poziom zabezpieczenia.
Warszawa jest częścią większego systemu
W przypadku stolicy planowanie ewakuacji ma szczególne znaczenie ze względu na liczbę mieszkańców, koncentrację administracji państwowej oraz obecność kluczowej infrastruktury. Warszawa prowadzi własne przygotowania w zakresie ochrony ludności, jednak nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty województwa mazowieckiego i całego kraju.
Lokalne rozwiązania przygotowywane przez miasto są elementem szerszego systemu. Dane i założenia z poziomu Warszawy trafiają do planowania wojewódzkiego, a plan województwa mazowieckiego jest następnie jednym z dokumentów wykorzystywanych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przy budowie systemu krajowego.
To nie oznacza, że ewakuacja Polski ma nastąpić
Sam fakt przygotowywania i uzgadniania planów ewakuacyjnych nie oznacza, że zapadła decyzja o ewakuacji Warszawy, Mazowsza ani jakiegokolwiek innego obszaru Polski. Nie jest to również informacja, że rząd spodziewa się takiej operacji w najbliższym czasie.
Istotą systemu ochrony ludności jest przygotowanie procedur jeszcze przed wystąpieniem zagrożenia. Administracja ma wcześniej wiedzieć, ilu ludzi trzeba będzie przemieścić, jakie środki transportu można wykorzystać, którędy skierować mieszkańców, gdzie ich zakwaterować, w jaki sposób ich powiadomić oraz kto będzie odpowiedzialny za poszczególne elementy operacji.
Dopiero w sytuacji rzeczywistego zagrożenia właściwe organy podejmują decyzję, czy ewakuacja jest konieczna, jakiego obszaru ma dotyczyć i dokąd należy skierować jego mieszkańców.
Krajowy system jest dziś znacznie bardziej zaawansowany niż rok temu
Najważniejsza zmiana względem 2025 roku polega na tym, że wojewódzkie plany nie są już dopiero przygotowywane. W styczniu 2026 roku dyrektor RCB Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie dokumenty do Centrum. RCB przekazało do nich uwagi, a następnie trwał proces wprowadzania zmian i uzgadniania planów. Dokumentacja regionalna już więc istnieje i – jak podkreślał dyrektor RCB – w razie nagłej potrzeby województwa mogłyby z niej korzystać.
Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.
Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski – Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.
Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.
„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.
Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).
Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury.
Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy.
A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.
Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.
Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.
To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.
Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.
Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).
„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym. „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.
A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!
Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.
To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.
Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.
Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?
Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?
Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.
To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?
Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele. Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.
Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.
W ostatnich tygodniach w mediach PiSowskich pojawiło się szereg publikacji na temat Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej – wiceminister obrony narodowej. Media PiSowskie pisały na temat związków tej kobiety z Niemcami.
Oczywiście manipulują i wielu naiwnych patriotów na to się łapie; w rzeczywistości owa białogłowa jest związana z różnymi ośrodkami zagranicznymi, a komponent niemiecki jest najsłabszy. Dyletanci, hipokryci z PiS, jak zawsze nie widzą wpływów Anglosasów na polską politykę. Zanim przejdę do życiorysu Sobkowiak-Czarneckiej, zwrócę uwagę na relacje Niemców z Anglosasami.
Rola Prus
Anglia zawsze zwalczała najsilniejsze państwa europejskie. Politycy angielscy wspierali Prusy. Demonizowana w Polsce caryca Katarzyna chciała przekształcić Polskę w protektorat. Chciała mieć względną kontrolę nad całym terenem Polski, a nie tylko częścią (po trzecim rozbiorze, takie miasta jak Grodno i Warszawa przypadły Prusakom). Autorem i promotorem rozbiorów Polski był Ewald Friedrich von Hertzberg – pruski minister spraw zagranicznych w latach 1768-1791. Prusak był sprytny, bo mamił naiwnych Polaków sojuszem polsko-pruskim wymierzonym w Rosję. Jednocześnie w okresie rozbiorów ambasadorami Imperium Rosyjskiego w naszym kraju byli bałtyccy Niemcy – Otto Magnus von Stackelberg, Jakob Sievers. To Prusacy wspierali polskie powstania w XIX wieku wymierzone w Rosję, by za cenę ustępstw ze strony Rosji na koniec wesprzeć Moskwę w dławieniu buntu Polaków.
Prusy i Anglia
Królestwo Polskie powstało dzięki inicjatywie propolskiego cara Aleksandra I. Anglicy na Kongresie Wiedeńskim występowali przeciwko planom stworzenia Królestwa Polskiego. Z jednej strony mówili o oderwanych od rzeczywistości wizjach odrodzenia Polski w granicach sprzed rozbiorów, by wbić klin między Polakami a Rosjanami.
Józef Konrad Korzeniowski, polski pisarz znany był również jako Joseph Conrad z racji tego, że wiele lat życia spędził w Anglii. Wujkiem Korzeniowskiego był słynny Stefan Bobrowski (ten, co mówił o wylewaniu polskiej krwi, ażeby niemożliwe było porozumienie polsko-rosyjskie). Ojcem Józefa Konrada Korzeniowskiego był Apollo Korzeniowski. Apollo Korzeniowski także był zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Korzeniowscy mieli swoje majątki na Wołyniu. Młody Korzeniowski wspomniał, że ojciec przyjmował Anglików w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Wołyń ma wiele walorów przyrodniczych, jednak nie sądzę, by Anglicy podziwiali tam przyrodę.
Powstania stanowiły stratę dla Polski. Zyskali przede wszystkim Prusacy (powstanie przyczyniło się do zjednoczenia Niemiec), Anglicy, koła niechętne Polakom w Petersburgu (zdominowane przez bałtyckich Niemców). Powstanie styczniowe zablokowało powstanie sojuszu francusko-rosyjskiego z Polakami jako junior partnerami, co było w interesie Anglików i Niemców. Otto von Bismarck był polakożercą, ale z perspektywy niemieckiej był wielkim mężem stanu. Za czasów rządów Bismarcka Niemcy stały się potęgą. Niemcy stały się konkurentem i w dłuższej perspektywie czasowym wrogiem Londynu.
Małpie zegarek?
Po I wojnie światowej Anglosasi robili wszystko, żeby Niemcy nie ucierpiały zbytnio na powojennym ładzie. Brytyjski premier David Lloyd George powiedział słynne słowa „oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek”. Politycy brytyjscy sprzeciwiali się przyznaniu Górnego Śląska naszej ojczyźnie. Podobnie Wielka Brytania podchodziła do kwestii innych ziem na zachodzie i północy. Z drugiej strony Wielka Brytania nic Polakom nie oferowała na wschodzie. George Curzon był ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii w latach 1919-1924. Prawdziwym autorem linii Curzona był Lewis Bernstein Namier (cioteczny dziadek braci Kurskich). Linia Curzona był niekorzystna dla Polski. Lauda, Wileńszczyzna były zdominowane etnicznie przez Polaków.
Absurdalna decyzja
Niemcy w trakcie II wojny światowej liczyli na dogadanie się z Anglosasami. Irracjonalne z punktu widzenia niemieckich interesów było wysłanie samolotów zamiast czołgów na wycofujących się Brytyjczyków. Adolf Hitler chciał swym gestem zachęcić Londyn do zawarcia pokoju. Była to taktyka absurdalna, bowiem zniszczenie sił brytyjskich na francuskich plażach mogłoby doprowadzić w brytyjskich kręgach politycznych do zawarcia pokoju z Niemcami. Późniejsza misja Rudolfa Hessa daje mi podstawy to postawienia hipotezy, że Brytyjczycy dali do zrozumienia Niemcom, że mogą zaatakować ZSRR, a Wielka Brytania będzie pozorować walkę na drugorzędnych frontach. Niemcy zaatakowały ZSRR, nie rozwiązując problemów z Wielką Brytanią, co jest absurdalne, chyba że nieoficjalnymi kanałami Londyn zapewnił Berlin, że nie wesprze ZSRR (po czym Niemcy zostali oszukani).
Nieudany zamach – na szczęście
W łonie ośrodków decyzyjnych w Niemczech nie brakowało ludzi zorientowanych na Anglosasów. Wilhelm Canaris, szef Abwehry (niemiecki kontrwywiad i wywiad), co najmniej tolerował w swoim otoczeniu ludzi mający kontakty z Anglosasami. Bardzo dobrze, że nie udał się zamach na Adolfa Hitlera 20 lipca 1944 roku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Niemcy dogadaliby się z Anglosasami. Kontakty z Anglosasami miał sam Heinrich Himmler. Himmler wiedział o zamachu na Hitlera, bowiem wśród spiskowców miał swojego człowieka Hansa Bernda Giseviusa. Gisevius jako niemiecki dyplomata w Szwajcarii utrzymywał kontakty z Allenem Dullesem – szefem amerykańskiego wywiadu w Europie. Nieudany zamach na Hitlera doprowadził do tego, że Armia Czerwona i polscy żołnierze zdobyli Berlin i Niemcy zostały pokonane. Mogła się odrodzić Polska z przyzwoitymi granicami lepszymi niż te, jakich chcieli Anglosasi dla naszej ojczyzny.
Jankeska EWG
Po II wojnie światowej to Jankesi promowali powstanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii Europejskiej) poprzez swojego człowieka, jakim był kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Anglosasi nie przeszkadzali w ucieczce wielu niemieckich zbrodniarzy do Ameryki Południowej czy do proamerykańskiej, probanderowskiej Hiszpanii rządzonej przez generała Francisco Franco (w Hiszpanii przedsiębiorcą został słynny Otto Skorzeny). Reinhard Gehlen kierował niemieckim wywiadem na odcinku wschodnim w okresie III Rzeszy, a po II wojnie światowej przeszedł na żołd Jankesów, tworzył wywiad Republiki Federalnej Niemiec). Słynny Plan Marshalla miał na celu uzależnienie krajów europejskich od Stanów Zjednoczonych Ameryki, a także miał odbudować Republikę Federalną Niemiec w celu potencjalnej konfrontacji z ZSRR i naszą ojczyzną.
Niemcy niesuwerenne
Niemcy są beneficjentami zmian w Polsce, jednak odbywa się to za zgodą Anglosasów. Niemcy nie prowadzą polityki suwerennej. Gdyby tak było, była kanclerz RFN Angela Merkel nie mówiłaby o tym, że Porozumienia Mińskie były po to, żeby oszukać Federację Rosyjską i dać sobie czas na dozbrojenie kijowskiego reżimu. Obecny jeszcze kanclerz RFN Friedrich Merz (choć już na wylocie) jest podżegaczem wojennym, byłym prawnikiem funduszu inwestycyjnego BlackRock. Gdyby Niemcy prowadzili suwerenną politykę, to kupowaliby surowce od Federacji Rosyjskiej i jej partnerów, a nie drogie surowce od Jankesów. Gdyby Niemcy realizowali swoją politykę, to owszem wzorem Prusaków i Bismarcka szczuliby mniejsze kraje na Moskwę, a następnie je sprzedawali w zamian za korzyści uzyskane od Moskwy. Niemcy nie prowadzą suwerennej polityki. Gdyby Niemcy były potężne, wszechmocne i – to co PiSowskie media im przypisują – to nigdy nie doszłoby do tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie. Niemcy podtrzymują wojnę na Ukrainie i dają tlen kijowskiemu neobanderowskiemu, neonazistowskiemu reżimowi.
Produkt Sorosa
Magdalena Sobkowiak-Czarnecka była związana z anglosaską agencją Reuters. Sobkowiak -Czarnecka była uczestniczką programów German Marshall Fund. PiSowskie głąby pewnie słyszą „German” i myślą „niemiecka”, tymczasem pełna nazwa to German Marshall Fund of the United States.
Wystarczy poczytać historię tej fundacji, przejrzeć stronę, żeby dojść do wniosku, że to nie jest fundacja realizująca interesy narodowe Niemców, lecz jest ona ośrodkiem dominacji Jankesów nad Europą. Wśród donatorów są państwa będące pod butem Jankesów lub przejawiające patologiczny kundlizm wobec nich. Sobkowiak-Czarnecka jest także absolwentką Democracy Institute Leadership Academy na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim (uczelnia ta jest finansowana przez George’a Sorosa).
Anglosaskie marionetki
Jak widzimy, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka to grantojed idealny, jednak nie niemiecki. Niemcy są bowiem pod butem Jankesów i nie realizują swojej polityki, a politykę Anglosasów i globalistów. Sobkowiak-Czarnecka może zajść daleko w naszym kraju rządzonym przez różnych innych grantojedów w końcu jej szef Donald Tusk był szkolony przez Jankesów, podobnie jak Karol Nawrocki i cały kureń polskojęzycznych nadwiślańskich politykierów. Wybory parlamentarne za ponad rok. Mam nadzieję, że partie, które chcą uchodzić za myślące po polsku, zapisują w swoim programie walkę z zagranicznymi grantojedami na wzór regulacji, jakie są w Gruzji, Federacji Rosyjskiej, a także w Stanach Zjednoczonych Ameryki (Jankesi jak zawsze wykazują się totalną hipokryzją). Trzeba uświadamiać zwykłych Polaków, żeby nie dawali się nabrać na PiSowskie manipulacje. Mimo, że Prawo i Sprawiedliwość spada w sondażach, to kundlizm wobec Anglosasów ze strony polityków tej formacji jest nie zmienny. Politycy PiS i ich wyznawcy nie mogą przyjąć do swoich otępiałych głów, że za kolonizację polskiej gospodarki, za neobanderyzm, za problemy z migrantami, za politykę Unii Europejskiej odpowiadają i wszystko to jest pochodną polityki Anglosasów i ich marionetek.
Słuchając wystąpień polityków sprawujących w Polsce władzę, dostrzegam, że tracą kontakt z rzeczywistością. Odnoszę wrażenie, że ich wypowiedzi mają związek z czynnikiem zewnętrznym.
Być może z samymi kosmitami?! Dostrzegalne jest ich rażące wyalienowanie z rzeczywistości. Przykłady można mnożyć:
Sobkowiak-Czarnecka gotowa na wojnę z Rosją
We wtorek, 1 września 2026 roku w programie na żywo na antenie TVP Info była dziennikarka, a obecnie wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, pytana o obawy przed konfliktem zbrojnym z Rosją oświadczyła, że Polska jest „absolutnie gotowa”na potencjalne zagrożenia i ewentualną wojnę. Podkreśliła wówczas, że głównym celem i zadaniem podejmowanych przez Polskę działań militarnych oraz zbrojeń jest przede wszystkim skuteczny proces odstraszania przeciwnika. Natomiast z wypowiedzi premiera Donalda Tuska, można wywieść, że zna tajne plany Moskwy!
Raport NIK o obronności
Wypowiedź wiceminister jest sprzeczna z raportami NIK-u, mówiącymi o rażących zaniedbaniach w tej dziedzinie. Najwyższa Izba Kontroli w ostatnich latach wielokrotnie negatywnie oceniała przygotowanie polskiego państwa na wypadek zagrożeń hybrydowych i konfliktu zbrojnego, wykazując krytyczne braki w infrastrukturze ochronnej, procedurach oraz zarządzaniu kryzysowym. W temacie Budowle ochronne i schrony (marzec 2024) kontrola wykazała katastrofalny stan infrastruktury – w schronach i ukryciach były miejsce dla niespełna 4% mieszkańców Polski (ok. 1,4 miliona osób), a większość obiektów nie spełniała wymogów technicznych. W dziedzinie Gotowość Sił Zbrojnych (lata 2025–2026) NIK przeprowadziła również szeroką, w dużej mierze niejawną kontrolę dotyczącą stanu przygotowania Sił Zbrojnych RP do wojny w warunkach współczesnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa.
A NATO?
1 września 2026 rokuMariusz Błaszczak, zapytany w Radiu ZET, czy polscy żołnierze powinni pójść z odsieczą, gdyby Rosja zaatakowała kraje bałtyckie, odparł, że polscy żołnierze powinni bronić polskich granic. Polityczne szaleństwo i nieodpowiedzialność – tak o słowach byłego ministra obrony z Prawa i Sprawiedliwości mówił w TOK FM Wiesław Szczepański, wiceszef MSWiA. Zdaniem Szczepańskiego to zaprzeczenie idei Sojuszu Północnoatlantyckiego. Polscy żołnierze obronią tylko granic Polski? „Błaszczak podważył całą ideę NATO” – grzmiał.
Korpomowa za 200 tysięcy
Wybitną specjalistką od kształtowania marki i wizerunku, według słów premiera Donalda Tuska, jest prof. Barbara Mróz-Gorgoń. Pod koniec lipca 2026 roku premier powołał ją na stanowisko Pełnomocniczki Rządu ds. Promocji Marki Polski oraz sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Donald Tusk rekomendował ją wówczas publicznie jako „najwybitniejszą w Polsce specjalistkę od kształtowania marki”. Wokół jej postaci szybko wybuchły kontrowersje. W sierpniu 2026 roku w mediach pojawiły się informacje o przygotowanym przez nią raporcie Polaków portret własny, który miał kosztować około 200 tysięcy złotych. Analizy wykazały, że dokument w dużej części został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Zawierał on liczne błędy oraz specyficzny, pełen anglicyzmów język (tzw. korpomowę).
Z salonu kosmetycznego do premiera
Donald Tusk, lubi otaczać się postaciami wybitnymi. W 2024 roku w jego otoczeniu znalazła się Kristina Voronovska, jako jego asystentka społeczna. Internauci szybko zaczęli szukać kolejnych informacji o kobiecie. Udało im się ustalić, że przed dołączeniem do zespołu Tuska, Voronovska pracowała w biurze krajowym Platformy Obywatelskiej i w salonie kosmetycznym Dream of Beauty w Warszawie. Salon potwierdził, że kobieta pracowała tam w przeszłości. Voronovska wychowała się na Ukrainie, kończyła tam ekonomię i pracowała w ukraińskiej bankowości. W Polsce mieszka od 2018 roku.
Żurek oderwany
Panteon wybitnych ludzi z ekipy Donalda Tuska byłby nie pełny, gdybym nie wspomniał obecnego ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Występując 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy w ramach tego teatrum, prócz wielu życzeń skierowanych do Ukraińców, podziękował Ukraińcom walczącym na froncie, mówiąc, że bronią oni Europy przed „hordami ze Wschodu”. Oświadczył, że powołał ponad stu prokuratorów w całym kraju do ścigania każdego przejawu nienawiści, a osoby stosujące przemoc lub lżące innych trafiają następnego dnia w kajdanach do aresztu.
Słuchając jego wystąpienia, odniosłem wrażenie, że ze sceny mówi ktoś, kto traci kontakt z rzeczywistością i nie potrafi odróżnić tego, co jest prawdą, od tego, co dzieje się tylko w jego umyśle. Ponieważ wątpliwym jest, aby Ukraina szybko weszła w struktury NATO i Unii Europejskiej. Wątpliwym też jest jej zwycięstwo w toczonej wojnie. Oświadczenia polityczne ministra Żurka odebrałem jako coś, do czego on nie jest politologicznie poprawnie przygotowany i do czego – chociażby z tej przyczyny – wygłaszania nie jest uprawniony.
Albowiem wojna za naszą południowo wschodnią granicą de facto jest wojną zastępczą USA z Rosją, na której wykrwawiają się Słowianie. Natomiast co do wejścia Ukrainy w strukturę NATO, decydujący głos należy do prezydenta USA. Ekspresowe wejście Ukrainy do NATO jest czymś, czego zachodni politycy, w tym i politycy w USA, obawiają się. Ponieważ byłoby to automatycznie przystąpieniem NATO do wojny z Rosją.
Żurek koloryzowany
Waldemar Żurek (obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny) w młodości, jako uczeń technikum leśnego pod koniec lat 1980., był związany z Konfederacją Polski Niepodległej (KPN). Publicznie wielokrotnie odwoływał się do tradycji KPN, wskazując m.in. Leszka Moczulskiego jako swojego idola z tamtych lat. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku środowiska prawicowe (m.in. stowarzyszenie Prawnicy dla Polski) zarzuciły Żurkowi „podkoloryzowanie” opozycyjnego życiorysu z czasów PRL. Krytycy kwestionowali realny poziom jego zaangażowania w KPN ze względu na młody wiek w tamtym okresie (urodził się w 1970 roku).
Kolejna klęska
Trudno oprzeć się wrażeniu, że we współczesnej Polsce władzę sprawują amatorzy i ambicjonerzy wspomagani doradcami o wątpliwych kompetencjach. Historia zatoczyła krąg. Podobnie jak w 1939 roku, słychać tromtadrackie wystąpienia złotoustych politykierów. Znowu jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Ponownie rozgrywana jest gra pozorów, której skutki są łatwe do przewidzenia. Zza horyzontu wyłania się kolejna klęska.
W 1989 roku Polska odzyskała wolność. Tylko jest mały problem. Nikt specjalnie nie przygotował projektu tego, co z tą wolnością zrobić.
PRL się kończył. Gospodarka była w rozsypce. Przedsiębiorstwa wymagały reform. Pieniądz tracił wartość. Społeczeństwo chciało Zachodu.
A Zachód? Zachód był przygotowany. Miał ekonomistów, banki, MFW, Bank Światowy, uniwersytety, think tanki, pieniądze i — co najważniejsze — gotowe pomysły.
Polska miała natomiast „Balcerowiczów„. Transformacja nie zaczęła się w sierpniu 1989 roku.
Przez dziesięciolecia Zachód budował kanały kontaktów z polskimi środowiskami akademickimi, gospodarczymi i politycznymi. Stypendia, pobyty naukowe, wymiany akademickie i fundacje tworzyły ludzi, którzy znali zachodnie instytucje, gospodarkę rynkową i sposób myślenia zachodnich elit.
Nie trzeba z tego robić opowieści o tajnych spiskach. Mechanizm był znacznie prostszy. Kształcono ludzi. Tworzono kontakty. Budowano sieci. Przekazywano wiedzę i wzorce.
A kiedy pojawiło się historyczne okno, istniała już grupa ludzi, która potrafiła te wzorce przenieść do Polski. Badania dotyczące zagranicznych pobytów polskich ekonomistów pokazują, że zachodnie stypendia i wyjazdy były jednym z kanałów kształtowania przyszłych elit transformacji. Co znamienne, korzystali z nich również ludzie związani wcześniej z PZPR.
Nie trzeba było produkować agentów. Wystarczyło przez lata kształcić ludzi, którzy Zachód znali lepiej niż Polska znała samą siebie.
Balcerowicz jest tutaj przypadkiem modelowym. Członek PZPR. Ekonomista wykształcony w PRL. Jednocześnie człowiek, który zdobywał doświadczenie akademickie w USA, w tym MBA na St. John’s University w Nowym Jorku. Kilka lat później miał stać się jednym z głównych egzekutorów polskiej transformacji. Nie oznacza to, że ktoś w 1974 roku musiał wiedzieć, że piętnaście lat później Balcerowicz zostanie ministrem finansów.
Ale oznacza coś ważniejszego: powstawała kadra zdolna do funkcjonowania w przyszłym świecie zachodnim. A kiedy ten świat przyszedł do Polski, byli już ludzie, którzy potrafili go tutaj wprowadzić.
I tutaj mit „Planu Balcerowicza” zaczyna wymagać korekty. W 1989 roku Jeffrey Sachs i David Lipton przygotowali dla Polski program radykalnego przejścia do gospodarki rynkowej. Dokument mówił o „sudden and comprehensive jump to a market economy” i określał strategię jako „shock approach”.
We wrześniu 1989 roku Washington Post pisał jeszcze o „Sachs Plan”.
Sachs proponował szybkie i radykalne reformy: prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, cięcia budżetowe i stworzenie rynku kapitałowego. Jego podróże do Polski finansowała fundacja George’a Sorosa.
A później? Sachs znika z nagłówków. Pojawia się: Plan Balcerowicza.
To można nazwać spolonizowaniem terapii szokowej. Nie trzeba nawet zakładać tajnego zebrania w Waszyngtonie. Z politycznego punktu widzenia różnica jest przecież oczywista: „Amerykański profesor proponuje Polsce terapię szokową” brzmi mniej swojsko niż:
„Polski ekonomista przeprowadza Plan Balcerowicza”.
Zagraniczny projekt dostał polskie nazwisko. I polską twarz. Ale jest jeszcze jedna różnica. Balcerowicz firmował. Polacy płacili. To społeczeństwo ponosiło koszty zamykanych przedsiębiorstw, bezrobocia, utraty bezpieczeństwa ekonomicznego i gwałtownego przestawienia gospodarki. Dlatego mówienie, że „Balcerowicz poniósł odpowiedzialność” jest pustym zwrotem. Formalnie odpowiadał za przeprowadzenie reform. Realne koszty ponosiły miliony Polaków. Nie stracił pracy, a wielu straciło dorobek życia.
Gdzie byli polscy projektanci? No właśnie. Polska miała opozycję. Miała Solidarność. Miała Kościół. Miała profesorów. Miała ekonomistów. Miała ludzi niezwykle zdolnych. Ale nie miała silnego, niezależnego ośrodka, który przez lata przygotowywałby kompletny projekt nowego państwa. Kto ma być właścicielem? Co prywatyzować? Czego nie prywatyzować? Jak chronić polski kapitał? Jak reformować przedsiębiorstwa? Jak budować banki? Jak stworzyć nowoczesną administrację? Jak wykorzystać majątek państwowy? Jak ma wyglądać Polska za 20, 30 i 50 lat? Na te pytania nie czekał gotowy polski projekt. Czekał projekt zachodni.
A kiedy nie ma własnego projektu, bierze się projekt dostępny.
A co w tym czasie robił Kościół? Kościół miał w PRL coś, czego nie miała prawie żadna inna niezależna instytucja: miliony ludzi, własną sieć organizacyjną, autorytet, pieniądze i względną niezależność od państwa . Mógł więc zrobić coś niezwykle pożytecznego. Mógł przygotowywać Polaków do rządzenia własnym państwem. Mógł tworzyć środowiska ekonomistów, prawników, administratywistów, inżynierów i przyszłych polityków. Mógł organizować debaty nie tylko o tym, jak żyć zgodnie z Biblią, ale również o tym, jak urządzić Polskę. Nie zrobił tego na odpowiednią skalę. Zamiast szkoły projektowania państwa rozwijał między innymi Ruch Światło-Życie, czyli ruch oazowy. Młodzi ludzie spotykali się na rekolekcjach, czytali Biblię, dyskutowali o wierze, uczestniczyli w liturgii i uczyli się życia we wspólnocie. To wszystko mogło mieć ogromną wartość wychowawczą. Tylko że z punktu widzenia przyszłego państwa pozostawał pewien drobiazg: kto miał zaprojektować jego gospodarkę, administrację, system podatkowy, własność i instytucje? Oaza przygotowywała człowieka do życia chrześcijańskiego. Nie przygotowywała go do zaprojektowania państwa. I nie chodzi o pretensję, że Kościół zajmował się religią. To było jego naturalne zadanie. Problem polega na czymś innym.
Kościół miał potencjał stworzenia ogromnego zaplecza intelektualnego przyszłej Polski, ale nie wykorzystał go do stworzenia własnej szkoły myślenia o państwie. A przecież były inne środowiska I tu sytuacja robi się jeszcze bardziej interesująca. Nie można powiedzieć, że w PRL nie istniały środowiska katolickie i chrześcijańskie, które mogły próbować myśleć o przyszłej Polsce. Były. PAX. PZKS. ChSS. KIK. Każde z tych środowisk miało ludzi wykształconych, kontakty, doświadczenie organizacyjne i możliwość prowadzenia dyskusji w warunkach, w których większość niezależnych inicjatyw była bardzo ograniczona.
A jednak żadne z nich nie stworzyło alternatywnego, całościowego projektu państwa, który w 1989 roku mógłby konkurować z importowanymi rozwiązaniami gospodarczymi i instytucjonalnymi. Dlaczego? Częściowo zabrakło wyobraźni. Częściowo zabrakło odwagi. Częściowo zabrakło ludzi o odpowiednich kompetencjach.
A częściowo problem był jeszcze bardziej przyziemny: uwikłanie w relacje z władzą. Zwłaszcza środowiska takie jak PAX miały historię współpracy i kompromisów z systemem komunistycznym. Ich zdolność do wystąpienia w roli całkowicie niezależnego projektanta przyszłej Polski była więc ograniczona.
KIK miał inny problem. Był środowiskiem znacznie bardziej niezależnym i intelektualnym, ale jego energia szła przede wszystkim w formację katolicką, działalność społeczną i opozycyjną, a nie w stworzenie kompletnego projektu instytucjonalnego państwa.
PZKS i ChSS również funkcjonowały w określonych ramach systemu. I tak powstała osobliwa sytuacja: istniały środowiska katolickie, chrześcijańskie, społeczne i intelektualne — ale nie powstała z nich polska szkoła projektowania państwa. Nie było polskiego odpowiednika zespołu, który powiedziałby: „Kiedy komunizm się skończy, oto jest nasz projekt Polski.” To jest być może jedna z największych straconych szans polskiej inteligencji katolickiej.
Witold Kieżun patrzył na transformację przede wszystkim przez pryzmat własności. Nie fascynowało go, że ktoś powiedział „wolny rynek”. Pytał: Kto będzie właścicielem? I dlatego jego określenie „kolonia” tak wielu ludzi bolało. Bo można odzyskać flagę, hymn i paszport, a jednocześnie dopuścić do sytuacji, w której znaczna część gospodarki zostaje podporządkowana kapitałowi zagranicznemu.
Kieżun nie twierdził, że Polska powinna zachować komunizm. Twierdził coś znacznie bardziej niewygodnego: że można było zbudować kapitalizm inaczej.
Jeszcze jedno nazwisko. Stefan Olszowski jest przypadkiem wręcz surrealistycznym. Członek Biura Politycznego PZPR. Minister spraw zagranicznych. Człowiek kojarzony z twardym skrzydłem partii. A w 1986 roku wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych i pozostaje tam na stałe. Hoover Institution określa jego przypadek jako prawdopodobnie wyjątkowy przykład pokojowej emigracji wysokiego rangą funkcjonariusza bloku sowieckiego. Nie oznacza to, że Olszowski był „amerykańskim człowiekiem”. Ale jego biografia pokazuje coś ważnego: granica między PRL a Zachodem była znacznie bardziej przepuszczalna, niż sugeruje późniejsza opowieść o dwóch całkowicie odseparowanych światach.
Ludzie, idee, informacje i interesy przekraczały tę granicę długo przed 1989 rokiem. Cały proces można wyjaśnić bez tajnego komitetu. Wystarczyło, że Zachód miał: uniwersytety, pieniądze, fundacje, stypendia, ekspertów, instytucje finansowe, gotowe modele.
A Polska miała ludzi, którzy coraz lepiej te modele znali. Problem nie polegał więc na tym, że Polska otworzyła się na Zachód. Problem polegał na tym, że otworzyła się bez własnego projektu tego, czego właściwie chce. Kraj posiadający własny projekt mówi: „Dajcie nam technologię, kapitał i wiedzę. My wiemy, dokąd idziemy.” Kraj bez projektu mówi: „Dobrze. A jak mamy się urządzić?”I wtedy pojawiają się Sachsowie, Balcerowicze i kolejne gotowe recepty.
=========================================
A dzisiaj? I tu robi się jeszcze bardziej niewesoło. Bo problem nie zniknął. Po 1989 roku nie zbudowaliśmy trwałego, niezależnego ośrodka projektowania Polski jako państwa. Mamy za to całe zastępy ludzi, którzy wiedzą, do czego Polskę przyłączyć, co wdrożyć i jakie wartości promować. Europa. Globalizacja. Zielona transformacja. Klimat. Ekologia. Cyfryzacja. Równość. Nowoczesność.
A z drugiej strony: katolickość, tradycja, naród, wartości chrześcijańskie. Wszystko to może być ważne.
Tylko ciągle brakuje podstawowego pytania: Jak ma działać państwo polskie? Jak ma być zarządzane? Jak ma finansować swoje zadania? Jak ma reagować na starzenie się społeczeństwa? Jak ma chronić własność swoich mieszkańców? Jak ma budować produktywność? Jak ma wykorzystywać sztuczną inteligencję? Jak ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne? Jak ma utrzymać armię? Jak ma wyglądać administracja za 30 lat? Jak ma funkcjonować państwo, kiedy liczba mieszkańców będzie się zmniejszać?
O tym mówi się znacznie mniej. Łatwiej powiedzieć: „Jesteśmy za Europą. Albo: „Jesteśmy za Polską katolicką.” Jedno i drugie może brzmieć pięknie. Tylko żadne z tych haseł nie jest projektem państwa. Potrzebujemy projektantów, nie kolejnych wyznawców
Polska nie potrzebuje kolejnej wojny między liberałami, narodowcami, katolikami, globalistami i ekologami. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią usiąść przy jednym stole i zapytać: Jak zaprojektować państwo, które będzie służyło mieszkańcom Rzeczypospolitej? Nie Brukseli. Nie Waszyngtonowi. Nie Watykanowi. Nie globalnym korporacjom. Nie żadnej partii.
Europa może być narzędziem. Globalny rynek może być narzędziem. Ekologia może być narzędziem. Technologia może być narzędziem. Religia może być źródłem wartości. Ale żadne z nich nie może zastąpić projektu państwa. Bo państwo nie jest dodatkiem do ideologii. Państwo jest narzędziem organizacji wspólnego życia.
I jeżeli Polacy sami go nie zaprojektują, inni znowu zrobią to za nich. Tak jak w 1989 roku. Tylko następnym razem może już nie być potrzebny żaden Sachs. Wystarczy, że znowu będziemy mieli ludzi, którzy doskonale wiedzą, czego chce Europa, czego chce globalny rynek albo czego chce Watykan — ale nie wiedzą, czego potrzebuje Polska. I to jest prawdziwy problem Polski. Nie brak patriotów. Nie brak katolików. Nie brak europejczyków. Nie brak liberałów. Nie brak narodowców. Nie brak ekspertów.
Brakuje projektantów państwa.
A państwo, które nie projektuje własnej przyszłości, wcześniej czy później zaczyna realizować przyszłość zaprojektowaną przez innych. W 1989 roku zapłaciliśmy za to bardzo wysoką cenę. Największym błędem nie był sam wybór gospodarki rynkowej. Błędem było to, że nie zaprojektowaliśmy jej po polsku. I jeśli dzisiaj popełnimy ten sam błąd, tylko pod innymi hasłami, historia po prostu zmieni dekoracje.
Donald Tusk lubił powtarzać, że „mnie nikt w Europie nie ogra”. W Kijowie ograła go rzeczywistość. I to bez większego wysiłku.
W kluczowym momencie rozmów o końcu wojny wysłannicy Donalda Trumpa siedzieli z Wołodymyrem Zełenskim. Europę reprezentowały Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Polski nie było. Ani premiera, ani ministra, ani nawet urzędnika z trzeciego rzędu. Kraj frontowy, przez który idzie broń, amunicja, paliwo i pomoc, został potraktowany jak przedmiot, a nie podmiot.
To nie jest drobiazg protokolarny. To jest hierarchia. Ktoś uznał, że Berlin, Paryż i Londyn mogą mówić w imieniu Europy, a Warszawa ma stać z boku i dalej udostępniać tory, drogi, lotniska i brać na siebie ryzyko. Bo ryzyko jest realne. Hub logistyczny Ukrainy to nie honorowy tytuł. To cel. To trasy, składy, mosty i węzły, które Rosja od dawna traktuje jako część teatru działań wojennych. Polska ponosi koszty bezpieczeństwa, a decyzje o kształcie pokoju zapadają bez niej.
Najgorsze nie jest nawet to, że Niemcy i Amerykanie układają format. Najgorsze jest to, że polski premier od miesięcy sprzedaje obraz silnego gracza, a na stole zostaje mu miejsce za drzwiami. Wasal, którego nawet protektorzy nie stawiają w pierwszym rzędzie. Jeśli pogardzają podnóżkiem Berlina, to nie pogardzają tylko Tuskiem. Pogardzają państwem, które ten człowiek rzekomo reprezentuje. https://youtu.be/BUC9UY4ihwg
Polska nie jest prowincją cudzej polityki wschodniej. Jest krajem frontowym NATO, największym lądowym zapleczem Ukrainy i państwem, bez którego żaden „pakiet zimowy”, żaden korytarz i żadna gwarancja bezpieczeństwa na wschodniej flance nie mają sensu. Kto tego nie rozumie, ten nie prowadzi dyplomacji. Ten tylko administruje cudzym scenariuszem.
Można się spierać o historię, o Wołyń, o spór prezydenta z rządem, o to, kto komu nie podaje ręki. To wszystko nie znosi podstawowego faktu: gdy waży się koniec wojny za naszą wschodnią granicą, Polaków nie ma w pokoju. Są Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy. Są Amerykanie. Jest Ukraina. Nas nie ma.
Tusk może dalej powtarzać hasła o liderstwie. Liczy się stół, nie konferencja prasowa. A przy stole Polska została postawiona w kącie. Kraj, który ma być podmiotem, znów potraktowano jak przedmiot. To nie jest „dyplomacja wielopoziomowa”. To jest skandal. I każdy, kto udaje, że nic się nie stało, robi to albo z tchórzostwa, albo z lojalności wobec kogoś innego niż własny naród.
Cena samej energii w taryfach spadła od stycznia do 495,16 zł za MWh, a rachunek i tak urósł o 3 proc. Opłata OZE poszła w górę z 3,50 do 7,30 zł/MWh, mocowa z 11,14 do 17,18 zł miesięcznie, dystrybucja o 7,6 proc. Eurostat: po uwzględnieniu siły nabywczej płacimy trzeci najwyższy rachunek w UE.
Bloki węglowe Elektrowni Dolna Odra w Nowym Czarnowie z placem węglowym, listopad 2024. Ostatnie dwa zakończyły pracę 31 sierpnia 2026 r. Fot. Kapitel / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Od 1 stycznia 2026 r. nie ma już mrożenia cen energii. Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził taryfy ze średnią ceną 495,16 zł netto za MWh — o około 14 proc. niższą niż kwartał wcześniej i poniżej mrożonego pułapu 500 zł. Cena prądu spadła. Rachunek za prąd wzrósł.
Dla gospodarstwa w taryfie G11, zużywającego 1,8 MWh rocznie, miesięczna kwota jest wyższa o około 3 proc. To, co potaniało, jest bowiem tylko połową rachunku — a druga połowa podrożała mocniej.
Co naprawdę urosło na rachunku
energia czynna — z 500 do 495,16 zł netto za MWh, w dół o 1 proc.
opłata OZE — z 3,50 do 7,30 zł za MWh, w górę o 109 proc.
opłata mocowa — przy zużyciu 1,2–2,8 MWh rocznie z 11,14 do 17,18 zł miesięcznie, w górę o 54 proc.
dystrybucja — w górę o 7,6 proc. dla gospodarstw domowych, o 9,36 proc. w taryfach operatorów
Przy zużyciu 1800 kWh rocznie sama opłata mocowa jest więc droższa o blisko 80 zł w skali roku, a energia potaniała o niecałe 9 zł.
Licznik energii elektrycznej PAFAL w Łodzi. Fot. Rakoon / Wikimedia Commons, CC0 (kadr redakcji)
Trzeci najdroższy prąd w Unii
W cenach nominalnych Polska nie wygląda źle — najdrożej płacą Irlandczycy, Niemcy i Belgowie. Taki ranking mówi jednak o cenniku, a nie o tym, ile ten cennik zabiera z domowego budżetu. Eurostat liczy więc cenę w standardzie siły nabywczej (PPS), w relacji do dochodów. W drugim półroczu 2025 r. drożej niż w Polsce (37,15 PPS za 100 kWh) było tylko w Rumunii i Czechach. Bogatszy Niemiec płaci w euro więcej, ale oddaje mniejszą część tego, co zarabia.
W Indiach 22 grosze za kWh, w Chinach 29 groszy, w Polsce ponad złotówka
Średnia światowa cena dla gospodarstw domowych to około 0,52 zł za kWh, w Europie 0,97 zł, w Azji 0,33 zł. Gospodarstwo domowe w Chinach płaciło w kwietniu 2026 r. 0,532 juana, czyli 29 groszy. W Indiach średnia taryfa domowa wynosi około 5,5 rupii za jednostkę, czyli 22 grosze — od 10 groszy w Tamilnadu do 35 groszy w Karnatace (przeliczenia po kursach NBP z 4 września 2026 r.).
Polskie gospodarstwo w taryfie G11 płaci około 1,24 zł brutto za kWh po zsumowaniu energii, dystrybucji, opłat i VAT-u. Ponad cztery razy tyle co w Chinach i blisko sześć razy tyle co przeciętnie w Indiach.
Elektrownia węglowa Rajpura w Pendżabie. Fot. Npl-User1234 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Różnica w cenie nie bierze się z lepszej technologii, tylko z decyzji administracyjnej: taryfy są tam regulowane, a przemysł dopłaca do gospodarstw domowych. Koszt nie znika — przenosi się na zadłużone spółki dystrybucyjne.
Twardsza jest druga różnica: żaden z tych krajów nie dolicza do ceny prądu kosztu uprawnień do emisji. Pekin w ubiegłym roku oddał do użytku 78 GW nowych mocy węglowych — najwięcej od dekady.
Ile w rachunku kosztuje CO2
Prawo do wyemitowania tony CO2 w unijnym systemie handlu emisjami (ETS) kosztowało 29 sierpnia 2026 r. 82,48 euro, czyli po kursie NBP 356 zł. Blok węglowy emituje na megawatogodzinę 0,9–1,1 tony, więc dokłada do kosztu wytworzenia 320–390 zł na każdej MWh.
Stąd liczba krążąca w debacie: ETS to około 62 proc. ceny prądu. Jest prawdziwa, ale dotyczy składnika energii, nie całego rachunku. W koszcie bloku węglowego, który przez większość godzin wyznacza cenę na giełdzie, uprawnienia to dwie trzecie i więcej; w całym rachunku — około jednej piątej do jednej trzeciej. Polski miks nie potrafi tego kosztu ominąć: emituje 0,666 tony CO2 na MWh wobec 0,251 tony średnio w Europie.
Pieniądze z aukcji wracają zresztą do kraju — w 2026 r. ma to być 20,5 mld zł — ale ze 138 mld zł uzyskanych dotąd 98,7 proc. nie poszło na cele klimatyczne, tylko do budżetu ogólnego.
Zielone inwestycje: opłaty rosną szybciej, niż tanieje energia
Fotowoltaika faktycznie zbija ceny hurtowe w godzinach okołopołudniowych, czasem do zera — ale tylko od wiosny do wczesnej jesieni, najmocniej w kwietniu i maju. W grudniu i styczniu efektu nie ma w ogóle, a właśnie wtedy system jest najbardziej obciążony. Do rachunku ta sezonowa obniżka i tak nie dociera — pochłaniają ją koszty, których bez tej produkcji by nie było:
redysponowanie, czyli przymusowe wyłączanie instalacji — w 2025 r. około 1,3 TWh, do połowy czerwca 2026 r. kolejne 731 GWh; ponad 70 proc. przypada na fotowoltaikę
rekompensaty za te wyłączenia — blisko 58 mln zł do lipca 2026 r., dwa razy więcej niż przez cały poprzedni rok
koszty niezbilansowania rynku — 0,75 mld zł w 2025 r., prognozowane 1,18 mld zł w 2026 r.
opłata mocowa (+54 proc.) i dystrybucja (+7,6 proc.) — te same pozycje z rachunku: rezerwa dla źródeł zależnych od pogody i przebudowa sieci pod rozproszone instalacje
Farma fotowoltaiczna w Ścinawicy. Fot. Jacek Halicki / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Najlepszy przykład to morskie farmy wiatrowe: w aukcji z grudnia 2025 r. zakontraktowano 9,3 GW po 476–492 zł za MWh przy średniej cenie rynkowej 446,30 zł. Różnicę dopłaca odbiorca.
To nie jest argument przeciwko budowaniu farm, tylko przeciwko obietnicy, że rachunek od tego spadnie. W okresie inwestycyjnym wsparcie, rezerwa, bilansowanie i sieć obciążają taryfę.
Dolna Odra: 908 MW wyłączone, 1366 MW gazu w zamian
31 sierpnia 2026 r. zakończyły pracę bloki 6 i 7 Elektrowni Dolna Odra w Nowym Czarnowie pod Gryfinem; bloki 5 i 8 wygaszono na koniec 2025 r. Każdy miał 225 MW, więc z systemu ubyło 908 MW mocy węglowej.
PGE GiEK przedłużyło wcześniej pracę ostatnich bloków o osiem miesięcy, żeby zachować gotowość na zimę. Powodem wygaszenia były rosnące koszty remontów po pięćdziesięciu latach pracy przy spadającym wykorzystaniu: produkcja węglowa była tu w 2025 r. o około 60 proc. niższa niż rok wcześniej.
Bloki gazowo-parowe w Gryfinie. Fot. Kapitel / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Moc nie zniknęła bez zastępstwa: w październiku 2024 r. w tej samej lokalizacji uruchomiono dwa bloki gazowo-parowe po 683 MW — razem największą elektrownię gazową w kraju. Powstają kolejne: blok szczytowy 600 MW, ciepłownia 140 MW i magazyn energii 400 MW.
Zamiana węgla na gaz obniża emisję o mniej więcej połowę i zmniejsza koszt uprawnień, ale nie uniezależnia ceny prądu od paliwa kopalnego — przenosi ją z krajowego węgla na importowany gaz, którego notowania ustala rynek poza Polską.
Harmonogramy są znane: Bełchatów, Turów i większość bloków Tauronu zaczną znikać po 2030 r. Za każdym razem równanie jest to samo: ubywa mocy sterowalnej, przybywa zależnej od pogody, a różnicę trzeba zabezpieczyć gazem, magazynami albo importem. Każda z tych odpowiedzi ma swoją pozycję w taryfie i żadna nie jest tą, w której cena spada.
Zagęszcza się atmosfera wokół pana prezydenta Karola Nawrockiego. Już nawet nie chodzi o to, że jest „uzurpatorem” – jak zdecydowała zasłużona funkcjonariuszka Propaganda Abteilung warszawskiego Judenratu, madame Agnieszka Kublik, czy wreszcie – „ch…em” – jak orzekła moralna autorycica, madame Joanna Szczepkowska, która teraz jest z tego powodu podobno rozrywana przez rządowe stacje telewizyjne – bo takich epitetów, zwłaszcza w ustach autorytetów moralnych nie słyszy się codziennie, więc nic dziwnego, że i funkcjonariusze Propaganda Abteilung korzystają z okazji, a i madame Szczepkowska ma swoje pięć minut.
Czegóż chcieć więcej? Chodzi zatem nie o te, powiedzmy sobie, epitety, tylko o zarzuty, które w sprzyjających okolicznościach mogą zostać użyte do wysadzenia pana prezydenta Nawrockiego w powietrze. Te zarzuty są dziwaczne, bo wetowanie ustaw jest konstytucyjną prerogatywą prezydenta, więc wytykanie mu nieubłaganym palcem, że z tych prerogatyw korzysta jest trudno zrozumiałe – chyba, że chodzi o medialną uwerturę do zasadniczego przedstawienia w postaci wysadzania pana prezydenta Nawrockiego w powietrze.
Podejrzewam nawet, że vaginet obywatela Tuska Donalda celowo zwlekał z nagłośnieniem afery z Zondakrypto aż do rozpoczęcia kampanii wyborczej, bo skierowanie przez niezależne media głównego nurtu reflektorów akurat na tę sprawę, pozwala utrzymać w dyskretnym cieniu zarówno katastrofę w sektorze ochrony zdrowia, z którą specjalistka we wspomnianym vaginecie nawet nie udaje, że potrafi sobie poradzić, jak i skandaliczny „wyciek” wrażliwych danych 19 milionów obywateli naszego bantustanu – nie mówiąc nawet o projekcie budżetu na przyszły rok, w którym czytamy, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych – a i to, jeśli spełnią się liczne „załażenia”, które wykoncypował sobie ponury pan minister finansów Andrzej Domański. Bo jak się nie będą chciały spełnić – to nikt nie wie, jaki ten deficyt naprawdę będzie, a tym samym – jaki poziom osiągnie dług publiczny naszego bantustanu oraz oczywiście – koszty jego „obsługi”.
Uwagę opinii publicznej obywatel Tusk Donald ze swoimi kolaborantami usiłuje – niestety z powodzeniem – kierować na pana Przemysława Krala, który z bezpiecznego oddalenia w Izraelu, wychodzi naprzeciw sugestiom Wielce Czcigodnego Giertycha Romana, co zeznawać prokuratorom w Katowicach, żeby było dobrze.
Prokuratorom oczywiście w to graj, że mają takiego gotowca, bo to i nie trzeba sobie łamać głowy nad rozmaitymi kombinacjami, a pochwały, nagrody i ordery od obywatela Żurka Waldemara wydają się pewne, więc o co chodzi? Toteż obywatel Tusk Donald może nawet plunąć na sławną „tajemnicę śledztwa” i odczytywać te zeznania podczas transmitowanego na kraj posiedzenia Sejmu – koncentrując się zwłaszcza na tym, ile dostał złowrogi Zbigniew Ziobro i że w transakcji pośredniczyła jego małżonka, pani Patrycja Kotecka.
Jaka szkoda, że obywatel Tusk Donald nie był taki wylewny podczas wyjaśniania afery „Amber Gold”, kiedy to z zagadkowych przyczyn „organy państwowe”, a konkretnie – niezależna prokuratura i niezawisłe sądy ze sławnego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, „nie działały prawidłowo” – co stwierdziła sejmowa komisja śledcza, która jednak już nie odważyła się zapytać, dlaczego tak działały. Podejrzewam w związku z tym, że tak właśnie przykazały niezawisłym sądom działać stare kiejkuty, którym 850 mln zlotych też przecież się przydało i w ten sposób końce afery poszły w wodę.
A przecież na złowrogim Zbigniewie Ziobrze świat się nie kończy, bo to tylko taka przystawka prze daniem głównym w postaci kotleta z pana prezydenta Karola Nawrockiego. Właśnie w charakterze kuchcika zgłosił się Książę-Małżonek, czyniąc prezydentowi gorzkie wyrzuty, że nie podpisał nominacji 46 kandydatom na ambasadorów, chociaż MSZ wystosowało stosowne wnioski. Książę-Małżonek uważa, że taki wniosek zobowiązuje prezydenta do mianowania tego kandydata. Jeśli tak byłoby rzeczywiście żadna nominacja nie byłaby potrzebna, skoro wniosek o niej automatycznie przesądza.
Jak jest naprawdę – trzeba by spytać jegomościa, który uchodzi za „ojca” tej konstytucji – czyli obywatela Kwaśniewskiego Aleksandra – co właściwie miał na myśli – o ile oczywiście cokolwiek miał. Tymczasem pan prezydent Nawrocki uważa – podobnie jak w przypadku kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, że ani wniosek ministra spraw zagranicznych, ani nawet wyznaczenie kandydata na sędziego przez Sejm, o niczym jeszcze nie przesądza, skoro delikwent zostaje sędzią dopiero po złożeniu ślubowania „wobec” prezydenta. Czy od prezydenta zależy decyzja, czy ślubowanie przyjąć, czy też jest on rodzajem nakręcanego automatu, który podpisuje wszystkie wnioski i odbiera ślubowanie od każdego, kogo mu tam ktoś podsunie?
Właśnie z tego powodu trwają podchody pod Trybunał Konstytucyjny, żeby obsadzić go „naszymi” sędziami, którzy te wszystkie wątpliwości rozstrzygną zgodnie z oczekiwaniami nie tyle nawet obywatela Tuska Donalda, co starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – która wobec naszego bantustanu ma swoje plany.
Już na tym etapie można przedstawić dwa scenariusze. Pierwszy – z wykorzystaniem możliwości z art. 131 konstytucji, kiedy to prawidłowo obsadzony „naszymi” sędziami Trybunał Konstytucyjny „stwierdza” nie tylko, że prezydent nie jest w stanie sprawować urzędu, ale nawet – że nie jest w stanie poinformować o tym marszałka Sejmu – na przykład dlatego, że nic o tym nie wie. To jest plan „A”, który wymaga tylko prawidłowego obsadzenia wspomnianego Trybunału.
Jednak na wypadek, gdyby nie udało się zrealizować planu „A”, przygotowywany jest również plan „B” w postaci zaciągnięcia prezydenta przed Trybunał Stanu z powodu łamania przezeń konstytucji. Oskarżenia prezydenta o wetowanie ustaw, czy powstrzymywanie się od nominacji ambasadorów, niezawisłych sędziów, czy wskazanych mu bezpieczniaków, stanowią medialną „padgatowkę” do realizacji tego planu. Jest on trudniejszy w realizacji, ale tylko trochę, bo przedstawienie wniosku przy obecnym składzie Sejmu i Senatu jest dziecinnie łatwe. Gorzej z decyzją, która dla swej ważności wymaga 2/3 składu Zgromadzenia Narodowego, a z tym mogą być trudności, bo obywatel Tusk nie ma w Sejmie 276 posłów potrzebnych do obalania weta prezydenta. Czy wobec tego jest jakiś plan „C”? Obywatel Tusk podczas Campusu Polska dawał do zrozumienia, że tak, a nawet go charakteryzował, że nie jest „estetyczny”. Najwyraźniej musiałby on odbyć się w całkiem innych niż konstytucyjne, kategoriach.
„Wojna się skończy, problemy Polski z Ukrainą dopiero się zaczną” –
— to tytuł 37-minutowego wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Pichóra z prof. Jackiem Izydorczykiem:
Nasłuchaliśmy się już sporo na temat relacji, jakie mają łączyć Polskę i Ukrainę – mówi Tomasz Pichór. – Jest nieformalny sojusz. Czy będzie obowiązywał po wojnie?
Nie ma żadnego sojuszu – odpowiada prof. Jacek Izydorczyk. – Jest tylko nakaz pana zza Oceanu.
To jest tak zgniłe u podstaw, że to nie jest żaden sojusz. Wszystkie działania rządów III RP na rzecz utrzymania Ukrainy oraz wojny Kijowa z Moskwą to nakaz amerykański wykonywany przez pseudoelitę warszawską. Ukraina od początku swego powstania jest państwem wrogim Polsce. W każdej chwili może być użyte przeciw nam, także przez Rosję.
Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski
Andrzej Duda w amoku krzyczał, że będzie zniesiona granica, że będzie wspólne państwo, a to oznaczałoby wejście do wojny przeciwko Rosji. Niezrozumiały jest szał humanitaryzmu w 2022 roku. Polacy nie znają historii, muszą widocznie przeżyć u siebie w domu to, co będą robić Ukraińcy.
T. Pichór: Czy Warszawy i Kijowa nie łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji?
J. Izydorczyk: Jakie wspólne zagrożenie?! W interesie Rosji jest podporządkowanie Ukrainy. Jeśli chodzi o Polskę, to Rosja ryzykowałaby gorącą wojnę z Zachodem i NATO. Zabezpieczenie ukraińskich terytoriów jest kwestią interesu narodowego i bezpieczeństwa Rosji. Wchłonięcie Polski przez Rosję nie jest istotne dla bezpieczeństwa Rosji, przyniosłoby odwrotne skutki.
Skoro nie udał się Rosji plan zmiany rządu w Kijowie, istotne dla Kremla jest opanowanie ziem do Dniepru. Nie porozumiały się USA z Rosją, wojna się toczy, a Polacy ponoszą tego koszty, finansowe na razie.
T. Pichór: Jak będą wyglądały relacje polsko-ukraińskie po zakończeniu wojny?
J. Izydorczyk: To zależy od wyniku wojny. W przypadku rozejmu czy pokoju Ukraina straci Krym i ziemie za Dnieprem. Ukraińcy muszą wtedy przekierować swą złość i nienawiść na wroga zastępczego, a naturalnym wrogiem zastępczym jest Polska. Ukraina ma roszczenia do aktualnych terytoriów państwa polskiego.
Półwysep Krymski
Ukraina jest niejednorodna etnicznie – na wschodzie żyją ludzie rosyjskojęzyczni (profesor nazywa ich radzieckimi, co wydaje mi się terminem nieścisłym – przypis ZB), na zachodzie rozwinął się dziki banderyzm, z którym przyjdzie nam graniczyć. W sumie sojusz z Ukrainą to taki, jakbyśmy zawarli sojusz z ludożercami.
T. Pichór: Jaki wynik wojny jest najbardziej korzystny dla Polski?
J. Izydorczyk: Likwidacja Ukrainy – polityczna i ekonomiczna. Po wojnie będziemy ewentualnie zagrożeni ze strony Ukrainy – zagrożeni politycznie, ekonomicznie, militarnie. Przybędzie do nas wielomilionowa mniejszość, możliwe będą akcje dywersyjne, sabotaż, terroryzm. Przeżyliśmy to już przed II wojną światową.
No i trzeba się zastanowić, jakie Polska ma i może mieć korzyści wynikające z istnienia Ukrainy. Przypomnę tu, że Kijów w tajemnicy przed Warszawą zaproponował Waszyngtonowi, by te wycofały personel wojskowy z Polski, a w to miejsce weszłyby siły ukraińskie.
T. Pichór: Co było przyczyną, że reminiscencje historyczne nagle z taką siłą wybuchły w Polsce?
J. Izydorczyk: Pamięć zawsze była. Polityka ZSRR i PRL polegała na wyciszeniu bolesnych problemów, a po 1989 roku władze postsolidarnościowe chciały nam za wszelką cenę obrzydzić polskość i polską historię.
T. Pichór:Z pańskich wypowiedzi wynika, że nie mamy szans na urealnienie polityki wobec Ukrainy, dokąd nie będzie zmiany elit politycznych.
J. Izydorczyk: Mamy – jeśli Waszyngton powie, że ‚macie teraz inaczej postąpić’, to wtedy władze III RP zrobią to w podskokach.