Już nawet Tysol: Niech Zełenski sięgnie po pieniądze oligarchów

„Plan B” dla Ukrainy?

Niech Zełenski sięgnie

po pieniądze oligarchów

12.03.2026 tysol/plan-b-dla-ukrainy-niech-zelenski-siegnie-po-pieniadze-oligarchow

W obliczu blokady przez Węgry obiecanej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wezwał Europę do znalezienia alternatywnego rozwiązania. A może tak sięgnąłby po majątki ukraińskich oligarchów? [A może wreszcie i ze swojej kieszeni by coś dodał? MD]

PKB Ukrainy systematycznie rośnie mimo trwających działań wojennych, a oligarchowie coraz aktywniej inwestują, również w Polsce. Ich łączny stan posiadania w 2023 roku wynosił 12,2 bln dolarów. Szóstka najbogatszych ukraińskich oligarchów-miliarderów, włączając w to grono Kołomojskiego, miała w 2022 roku łącznie 10,8 mld dolarów, a rok później – już 12,6 mld dolarów. Odpowiednio opodatkowani znacząco wzmocniliby siły zbrojne Ukrainy, w przeciwieństwie do zwykłych Ukraińców, z których ponad połowa żyje na granicy przetrwania.

Pomoc płynie do oligarchów

Znaczna część zagranicznej pomocy, w różny sposób, płynie do ukraińskich oligarchów. Sprzyjają temu nie tylko powszechne na Ukrainie mechanizmy korupcyjne, ale również polityka Unii Europejskiej. W kontekście unijnych dopłat i pomocy dla ukraińskiego rolnictwa, wielokrotnie zwracano uwagę, że ich beneficjentami mogą być duże agro-holdingi, często powiązane ze strukturami oligarchicznymi.

Wbrew temu, co próbuje wmówić oficjalna narracja, ani Komisja Europejska, ani rząd Polski nie kontrolują, na co przeznaczana jest pomoc dla Ukrainy i dla kogo w rzeczywistości trafia. Nie wypracowano też żadnych skutecznych mechanizmów ochronnych przed korupcją i nielegalnym przejmowaniem funduszy przez ukraińskich krezusów czy urzędników. Sprawia to, że ukraińska kasa staje się workiem bez dna – niezależnie od tego, ile pieniędzy w nią włożymy, tyle pochłonie i ciągle jeszcze będzie mało.

Oligarchowie nie są zainteresowani obroną kraju

Mimo że wielu z oligarchów poniosło spore straty wskutek zajęcia przez Rosjan terenów Donbasu, to i tak niespecjalnie są oni zainteresowani obroną kraju. Część z nich zaangażowała się wprawdzie w pomoc humanitarną, ale to Polacy, a nie oni składali się na drony Bayraktar dla Ukrainy, karetki pogotowia, generatory prądu itd.

Ciężar finansowy wojny spoczywa na zagranicy

Stworzyło to sytuację, w której finansowy ciężar wojny na Ukrainie spoczął na zagranicy. Polacy przekazywali sprzęt wojskowy. Wartość sprzętu wojskowego przekazanego przez Polskę Ukrainie do 2024 roku szacowana jest na ponad 3 miliardy euro (ponad 13-14 mld zł). Objął on m.in. 318 czołgów (T-72, PT-91) oraz 586 pojazdów opancerzonych. Polska jest w ścisłej czołówce darczyńców, przekazując łącznie ponad tysiąc sztuk ciężkiego sprzętu.

W pomoc wojskową zaangażowały się również inne kraje. Według niemieckiego ośrodka badawczego Kiel Institute, od początku 2022 do końca 2024 r. USA przekazały Ukrainie 69 mld dolarów pomocy wojskowej. Łącznie sojusznicy przekazali dotychczas na rzecz Ukrainy broń i sprzęt wojskowy o wartości ponad 100 mld dolarów.

Oligarchowie skoncentrowali się jedynie na uzupełnianiu braków w wyposażeniu indywidualnym, logistyce i lekkim sprzęcie pancernym.

„Plan B” dla Ukrainy

Wydaje się zatem zasadne, aby Zełenski nie domagał się już kolejnych transz pomocy od Unii Europejskiej, czy Polski, ale postawił na oligarchów. Warto zauważyć nie tylko to, że mają oni majątki, których część można by spieniężyć na potrzeby wojska, ale i potężną zdolność kredytową. Problem w tym, że duża część z nich chce na wojnie zarabiać, a nie poświęcać się dla ojczyzny. W zasadzie cały ukraiński system państwowy został tak ustawiony, aby można było jak najwięcej „skręcić” na boku. Stąd zresztą dokonana przez Wołodymyra Zełenskiego próba likwidacji niezależności NABU, ukraińskiej służby antykorupcyjnej.

Naprawdę trudno dziwić się Viktorowi Orbanowi, że wetuje unijną pomoc dla Ukrainy.

Dziwić należy się krajom, w tym Polsce, które w sposób bezrefleksyjny przekazują Ukrainie fundusze zupełnie nie kontrolując, na co są przeznaczane.

Katastrofa migracyjna z Bliskiego Wschodu już puka

Katastrofa migracyjna z Bliskiego Wschodu już puka

HANNA KRAMER post/puka

W dobie geopolitycznych zawirowań polskie władze pompują miliardy złotych w betonowe fortyfikacje na granicy z Białorusią i Rosją, przekonując podatników, że to klucz do bezpieczeństwa. Zapora z Białorusią, ukończona w 2022 roku, pochłonęła 1,6 miliarda złotych, a ambitny program „Tarcza Wschód” z 2024 roku zakłada kolejne 10 miliardów na umocnienia wschodniej flanki. Brzmi imponująco? Szkoda tylko, że te stalowe mury nie powstrzymują fali migrantów – ani tych nielegalnych, ani tych witanych z otwartymi ramionami i wizami pracowniczymi. Nadciągająca burza z Bliskiego Wschodu, gdzie USA i Izrael właśnie rozpętały wojnę z Iranem, każe pytać: po co beton na wschodzie, skoro prawdziwe wyzwania płyną z dyplomacji i… zachodniej granicy?

Budowa zapory na granicy z Białorusią ruszyła w 2021 roku. Stalowa konstrukcja wysokości 5,5 metra, z drutem kolczastym i systemami elektronicznymi, kosztowała 1,6 miliarda złotych – kwotę, którą można by przeznaczyć na setki szkół czy szpitali. Do tego dochodzą plany na granicę z obwodem kaliningradzkim: tymczasowe bariery z drutu, a wkrótce elektroniczne systemy za setki milionów. Całość uzupełnia „Tarcza Wschód” – projekt z 2024 roku, wart 10 miliardów złotych, obejmujący bunkry, okopy i zaawansowane technologie. Premier Donald Tusk chwalił to jako „inwestycję w bezpieczeństwo”, ale fakty mówią co innego.

W 2023 roku odnotowano 26 tysięcy prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej. W 2024 – już 30,4 tysiąca, choć w drugiej połowie roku spadek o 50% po wprowadzeniu strefy buforowej. W 2025 – około 30 tysięcy, z lekkim obniżeniem dynamiki. Płot na granicy dziurawy jak sito: Straż Graniczna chwali się skutecznością 97–98%, ale tysiące pushbacków – często brutalnych i kwestionowanych przez HRW jako łamanie prawa UE – świadczą o braku nadziei. A koszty? Utrzymanie granicy z Białorusią pochłania 2,5 miliarda złotych rocznie. Chociaż dyplomacja przyniosła efekty w 2024, ale betonowy fetysz wciąż trwa.

Tymczasem nikt z polityków nie chce powiedzieć otwarcie, że prawdziwa „inwazja” w naszym kraju dzieje się legalnie. W 2023 roku urodziło się w Polsce około 272 tysięcy dzieci, podczas gdy wydano 320,6 tysiąca pozwoleń na pracę dla cudzoziemców. W 2024 – 245 tysięcy urodzeń kontra 322,9 tysiąca wiz pracowniczych. W 2024 Polska wydała 488,8 tysiąca pierwszych zezwoleń na pobyt dla obywateli spoza EU, a liczba cudzoziemców z ważnymi dokumentami przekroczyła milion.

To nie incydent – polski trend od 2019. Gospodarka pędzi, ale brakuje rąk: logistyka, budownictwo, opieka zdrowotna stoją dzięki „importowi” z Ukrainy, Indii czy Kolumbii.

Państwo kapituluje przed demografią: współczynnik dzietności spadł do 1,03 w 2025, a zamiast polityki prorodzinnej – tanie mieszkania, stabilne umowy – woli wizy. To pragmatyzm czy lenistwo? Mur na wschodzie nie wpływa na te liczby – imigranci lądują na Okęciu, nie w Puszczy Białowieskiej.

A teraz wisienka na torcie: 28 lutego 2026 USA i Izrael rozpoczęły ofensywę przeciw Iranowi. Ataki na Teheran, zabicie ajatollaha Chameneiego, bombardowania nuklearnych instalacji – Trump nazywa to „ostatnią szansą” na zmianę reżimu. Iran kontratakuje: ataki na bazy USA, blokada Ormuzu, zaangażowanie Hezbollahu i Huti. Konflikt eskaluje: setki zabitych, destabilizacja regionu.

Eksperci z Mixed Migration Centre szacują, że w przypadku długotrwałej destabilizacji, do 20-25% populacji – czyli 18-22 miliony Irańczyków – może szukać schronienia poza granicami Iranu. To więcej niż w Syrii w 2015 roku, gdzie wojna wypędziła 6,6 miliona osób, z czego ponad milion trafiło do Europy. Na razie nie ma masowego exodusu: raporty z pierwszych dni wskazują na niewielki wzrost przekroczeń granicy z Turcją (50–100 pojazdów więcej dziennie), Armenią i Irakiem, głównie przez Irańskich Kurdów i zamożniejszych obywateli. Ale to cisza przed burzą – jak w Syrii, gdzie początkowe ucieczki do sąsiadów (Turcja, Liban, Jordania) szybko przerodziły się w falę do Europy.

Dla Polski oznacza to presję na system azylowy. Historycznie, konflikty bliskowschodnie – jak wojna w Iraku (2003), Syrii (2011) czy Afganistanie (2021) – generowały fale migrantów przez szlak bałkański: z Turcji przez Grecję, Macedonię, Serbię do Węgier i dalej na północ. W 2015 roku Polska przyjęła tylko 12 tysięcy uchodźców z Syrii, ale presja UE na relokację była ogromna. Teraz, z destabilizacją Libanu (Hezbollah), Jemenu i potencjalnie Iraku, szlaki mogą się zintensyfikować. UNHCR ostrzega, że w ciągu 18–24 miesięcy Europa może zobaczyć 2-4 miliony nowych migrantów z regionu, w tym Irańczyków, Libańczyków i Irakijczyków. Polska, z już napiętym systemem, może być zmuszona do przyjęcia dziesiątek tysięcy – zwłaszcza jeśli Niemcy, jak w 2015, otworzą granice, a potem zaczną pushbacki w ramach procedur dublińskich.

Budowa ogrodzenia na granicy z Rosją i Białorusią to lekcja marnotrawstwa: miliardy złotych na barierę, która nie zatrzymuje migrantów, podczas gdy dyplomacja mogłaby przynieść trwałe rozwiązania. W obliczu wojny USA-Izrael-Iran, Polska musi przygotować się na nową falę uchodźców – nie murami, ale współpracą międzynarodową. Inaczej betonowe fortyfikacje okażą się tylko kosztownym pomnikiem krótkowzroczności polityki naszych władz.

HANNA KRAMER

Polski entuzjazm dla Ukrainy w UE: Droga do gospodarczego samobójstwa!

Polski entuzjazm dla Ukrainy w UE:

Droga do gospodarczego samobójstwa!

HANNA KRAMER gloria.tv

W czwartą rocznicę rozpoczęcia kryzysu ukraińskiego polski marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty w Kijowie złożył jednoznaczną deklarację: „Pomożemy wam w wejściu do Unii Europejskiej. Wejdziecie do Unii Europejskiej”. Podobne zapewnienia płyną z ust premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, którzy podkreślają, że członkostwo Ukrainy to kluczowy element powojennego bezpieczeństwa Europy. Jednocześnie Warszawa jasno komunikuje: akcesja tak – ale nie na skróty i nie kosztem polskich rolników oraz budżetu. Proces akcesyjny Ukrainy nabiera tempa.

Prezydent Wołodymyr Zełenski domaga się wpisania konkretnej daty – najlepiej 2027 roku – do ewentualnego porozumienia pokojowego negocjowanego pod auspicjami Stanów Zjednoczonych. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która 24 lutego odwiedziła Kijów, potwierdziła determinację Brukseli, choć zaznaczyła, że „same daty nie są możliwe” bez spełnienia wszystkich kryteriów.

W tle pojawiają się koncepcje „odwróconego członkostwa” lub częściowego dostępu do jednolitego rynku już w najbliższych latach – rozwiązanie, które miałoby przyspieszyć integrację bez czekania na pełną implementację acquis communautaire.Dla Polski sprawa jest jednak złożona. Ukraina – kraj o powierzchni porównywalnej z Francją i Niemcami razem wziętymi, z największym areałem użytków rolnych w Europie (ok. 32–41 mln ha) i bardzo niskimi kosztami produkcji – stanowi zarówno szansę, jak i poważne wyzwanie.

Działania bojowe na Ukrainie trwają już cztery lata i przyniosły katastrofalne zniszczenia. Najnowszy raport RDNA5 (Bank Światowy, Komisja Europejska, ONZ i rząd Ukrainy) z lutego 2026 szacuje koszt odbudowy i rekonstrukcji na 588 mld dolarów w perspektywie najbliższej dekady. Bezpośrednie zniszczenia infrastruktury przekroczyły 195 mld dolarów, a straty społeczno-ekonomiczne sięgają 666,7 mld dolarów. Ukraina nadal wydaje na obronność ponad 27 proc. PKB. Dodatkowo, Ukraina przeznacza niemal 100% swoich dochodów podatkowych na obronę. To jeden z najwyższych wskaźników na świecie.

Te liczby pokazują skalę problemu: Ukraina to duży kraj (populacja ok. 9% UE), ale biedny, z PKB na poziomie porównywalnym do Rumunii czy Węgier przed ich akcesją. Wejście Ukrainy do UE zwiększyłoby łączny PKB Unii o zaledwie ok. 1 proc., ale wymagałoby ogromnych transferów wyrównawczych. Szacunki think tanku Bruegel (aktualizowane w 2025–2026) mówią o koszcie netto 110–190 mld euro dla budżetu unijnego w pierwszych siedmiu latach po akcesji. Polska stawia warunki, takie jak walka z korupcją i praworządność, ale to nie zmienia faktu, że UE będzie musiała znaleźć pieniądze na Ukrainę – kosztem obecnych beneficjentów (głównie kosztem naszego kraju).,

Największe obawy budzi sektor rolny. Ukraina ma strukturalną przewagę: gigantyczne areały, niskie koszty pracy i efekt skali w agroholdingach. Po pełnym otwarciu rynku polskie małe i średnie gospodarstwa mogą stracić konkurencyjność w zbożach, rzepaku, drobiu, cukrze czy przetwórstwie owocowym. Doświadczenia z lat 2022–2025 (liberalizacja handlu) pokazały skalę problemu: protesty rolników, spadki cen i realne straty.

Już teraz polski rynek został zalany ukraińskimi produktami, co wywołało protesty rolników. Ukraińskie agroholdingi (duża skala, brak pełnego dostosowania do norm środowiskowych UE w okresie przejściowym) zyskują strukturalną przewagę kosztową.

Podobne ryzyka dotyczą transportu drogowego – zniesienie ograniczeń kabotażu oznaczałoby napływ tańszych ukraińskich przewoźników. Pełne członkostwo Ukrainy oznaczałoby brak ograniczeń kabotażu i licencji, masowy napływ tańszych ukraińskich firm transportowych, dalszy spadek rentowności polskich przewoźników (już teraz protesty i utrata zleceń). Hutnictwo i przemysł energochłonny – Ukraina już ogranicza eksport złomu do UE, co podnosi koszty polskim hutnikom; po akcesji pełna konkurencja przy niższych kosztach energii i pracy. Przemysł przetwórczy rolno-spożywczy – tańsze surowce z Ukrainy mogą trafiać bezpośrednio do zachodnich przetwórców, omijając polskie zakłady.

Polski rząd głośno krzyczy o bezpieczeństwie i solidarności, ale rachunek za akcesję Ukrainy do UE zapłacą polscy rolnicy, przewoźnicy i podatnicy. Stracimy 15–24 mld euro z funduszy unijnych, zostaniemy zepchnięci z pozycji głównego beneficjenta, a nasze małe gospodarstwa i firmy transportowe zostaną zmiażdżone przez ukraińską konkurencję. Głośne deklaracje o „ochronie wschodniej flanki” nie są warte bankructw na wsi i miliardowych strat budżetowych. W interesie Polski leży tylko jedno: twardy rozwój własnej gospodarki i pozostanie największym beneficjentem unijnych dotacji – a nie sponsorowanie biedniejszego sąsiada kosztem własnego dobrobytu.

HANNA KRAMER

Tkwienie Polski w Unii Europejskiej to jak zaszywanie się w worku z trupem. SAFE.

Profesor Marek Belka o SAFE

Jarosław Warzecha .salon24/jaroslawwarzecha/profesor-marek-belka-o-safe


 6 marca 2026 roku profesor Marek Belka gościł w programie „#BezKitu” na antenie TVN24.  Powiedział tam wprost, że spłata programu SAFE zmusi Polskę do przyjęcia Euro. Potwierdził tym samy opinię wielu innych ekonomistów.

 Można mieć szereg zastrzeżeń natury etycznej do osoby pana Marka Belki, ale znajomości mechanizmów ekonomicznych odmówić mu nie można.

 Nie ma wątpliwości, że poza wszystkimi ukrytymi mniej lub więcej klauzulami w SAFE, łącznie z całym mechanizmem warunkowości, czyli obrożą dla Państwa Polskiego natury politycznej, o czym już mieliśmy okazję się przekonać, nadrzędnym celem jest zmuszenie Polski do przyjęcia Euro.

 I nie pomogą tu zasoby polskiego złota, które pojedzie wtedy do Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad Menem. I co równie ważne – nigdy stamtąd nie wróci. Także po rozpadzie Unii. A to jest możliwe prędzej niż niektórym się wydaje.

 To oczywista oczywistość, ale dla porządku dodam – przyjęcie przez Polskę Euro to koniec suwerenności. Tysiące razy ten temat był omawiany, więc nie ma go co rozwijać. Tak, państwo o potencjale Polski, które nie ma własnej waluty jest przedmiotem, a nie podmiotem na politycznej mapie świata, a tym bardziej Europy.

 W przestrzeni publicznej pojawiają się głosy, że rząd już podjął jakieś zobowiązania i podpisał jakieś umowy dotyczące SAFE z niemieckim przemysłem, że podjął zobowiązania finansowania z SAFE dla potrzeb ukraińskich.

Mimo, że prezydent nie podjął jeszcze w sprawie ostatecznej decyzji. Nie wiem, czy to prawda. Jeżeli jednak, to jak takie działania nazwać? Bo może bezprawie to zbyt łagodnie?

 A tak na marginesie – ciągle mam w pamięci zdanie, które kiedyś upublicznił Rafał Ziemkiewicz, znakomity dziennikarz i człowiek dowcipny. Odwołując się do „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumasa powiedział : „Tkwienie Polski w Unii Europejskiej to jak zaszywanie się w worku z trupem.”

 Tyle, że Dantes zaszył się w tym worku, aby odzyskać wolność. Wychodzi na to, że my zaszywamy się, by zostać pogrzebanym?

Anglosasi – największy wróg Polski. [Wrogów ci u nas dostatek].

Anglosasi – największy wróg Polski

Kamil Waćkowski myslpolska./wackowski-anglosasi-najwiekszy-wrog-polski

Myślałem, że nic nie przebije w serwilizmie wobec Anglosasów prezydentury Andrzeja Dudy. Niestety myliłem się. Szkolony przez Amerykanów prezydent Karol Nawrocki opłakiwał śmierć  ludzi dobrowolnie służących w armii Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Polskojęzyczni politycy nie opłakiwali i przemilczeli zabitych przez ukraińską rakietę dwóch Polaków, przemilczano także śmierć polskiego wolontariusza Damiana Sobola zabitego przez Siły Obrony Izraela.

Przy okazji agresji Izraela i SZA na Islamską Republikę Iranu nie brakuje ludzi, którzy wspierają tą agresję. Polacy od wieków są wykorzystywani przez Anglosasów ze szkodą dla interesów Polski. 

Anglosaski lęk

Mam jak najgorszą opinię na temat systemu politycznego w Polsce w XVII wieku, niemniej Bohdan Chmielnicki walczył z państwem polskim. Chmielnicki prawdopodobnie pisał listy do Olivera Cromwella, który wtedy rządził Anglią. Anglia pod rządami Cromwella była też w sojuszu ze Szwecją, która była wrogiem Polski w tamtym czasie. Głównym prowodyrem rozbiorów Polski były Prusy. Anglicy wielokrotnie wykorzystywali Prusaków / Niemców jako swoje proxy na terenie Eurazji. Anglicy bali się współpracy francusko-rosyjskiej z udziałem Polaków. 

Tragedia styczniowa

Królestwo Polskie powstało dzięki inicjatywie propolskiego cara Aleksandra I. Anglicy na Kongresie Wiedeńskim występowali przeciwko planom stworzenia Królestwa Polskiego. Z jednej strony mówili o oderwanych od rzeczywistości wizjach odrodzenia Polski w granicach sprzed rozbiorów, by wbić klin między Polakami a Rosjanami. Józef Konrad Korzeniowski to polski pisarz znany również jako Joseph Conrad z racji tego, że wiele lat życia spędził w Anglii. Wujkiem Korzeniowskiego był słynny Stefan Bobrowski (ten, co mówił o wylewaniu polskiej krwi, ażeby niemożliwe było porozumienie polsko-rosyjskie). Ojcem Józefa Konrada Korzeniowskiego był Apollo Korzeniowski. Apollo Korzeniowski także był zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Korzeniowscy mieli swoje majątki na Wołyniu. Młody Korzeniowski wspomniał, że ojciec przyjmował Anglików w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Wołyń ma wiele walorów przyrodniczych ,jednak nie sądzę, by Anglicy podziwiali tam przyrodę. Powstania stanowiły stratę dla Polski. Zyskali przede wszystkim Prusacy (powstanie przyczyniło się do zjednoczenia Niemiec), Anglicy, koła niechętne Polakom w Petersburgu (zdominowane przez bałtyckich Niemców).  Powstanie styczniowe zablokowało powstanie sojuszu francusko-rosyjskiego z Polakami jako junior partnerami.

Granice Namiera 

Infantylizacja edukacji w naszej ojczyźnie po 1989 roku wpoiła wielu ludziom (użyję tutaj pewnej hiperboli), że Józef Ignacy Paderewski tak pięknie grał na fortepianie, iż prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Woodrow Wilson tak się wzruszył, że postanowił dać Polsce niepodległość. Gra Paderewskiego na fortepianie z całą pewnością nie zaszkodziła sprawie polskiej, niemniej Wilson chciał osłabić upadające monarchię w Europie poprzez stworzenie wielu małych i średnich państw, w których SZA miałby wpływy. Brytyjski premier David Lloyd George powiedział słynne słowa ,,oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek’’. Politycy brytyjscy sprzeciwiali się przyznaniu Górnego Śląska naszej ojczyźnie. Podobnie Wielka Brytania podchodziła do kwestii innych ziem na zachodzie  i północy. Z drugiej strony Wielka Brytania nic Polakom nie oferowała na wschodzie. George Curzon był ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii w latach 1919-1924. Prawdziwym autorem linii Curzona był Lewis Bernstein Namier (cioteczny dziadek braci Kurskich). Linia Curzona był niekorzystna dla Polski. Lauda, Wileńszczyzna były zdominowane etnicznie przez Polaków i z całą pewnością linia Curzona była niekorzystna dla Polski. 

Politycy sanacyjni, zakompleksieni i naiwni, uwierzyli w brytyjskie gwarancje. Polscy politycy powinni pójść drogą Królestwa Rumunii czy nawet Jugosławii, czyli grać na czas czy nawet próbować się dogadać z Moskwą (Wielka Brytania Rumunom chciała to samo zaoferować co Polsce, jednak Bukareszt nie był naiwny). 

Anglosasi przeciwko polskim granicom na zachodzie

Różni wariaci, hochsztaplerzy bredzą o zamachu w Smoleńsku. Ja nie znam się na fizyce, jestem politologiem, więc będę oceniał te kwestię z puntu widzenia politologicznego. Mam wiele zastrzeżeń co do prezydenta Władimira Putina, jednak z całą pewnością nie jest on wariatem, więc nie zdecydowałby się na tego typu działanie wobec Lecha Kaczyńskiego – nieudacznika na arenie międzynarodowej, który nie miał żadnych szans na reelekcję. Tymczasem w kwestii śmierci generała Władysława Sikorskiego – Naczelnego Wodza i premiera (na zdjęciu) na Gibraltarze 4 lipca 1943 roku nie wzbudza należytego zainteresowania. Zawsze przy tego typu zdarzeniach patrzę kto zyskuje. Zyskała jedynie Wielka Brytania. Mogła dalej mamić i wykorzystywać naiwnych Polaków. Wiele na to wskazuje, że Sikorski zdał sobie sprawę z okoliczności międzynarodowych i w tamtym czasie zdecydował się na bezpośredni sojusz z Josifem Stalinem. Miejsce Sikorskiego zajął Stanisław Mikołajczyk, który na początku był brytyjską, a potem amerykańską marionetką. Na temat poziomu oderwania od rzeczywistości tego człowieka świadczy fakt, że uznawał, że powstanie warszawskiego będzie stanowiło atut w rozmowach ze Stalinem. Anglosasi, a zwłaszcza Wielka Brytania sprzeciwiali się przyznaniu Polsce Wrocławia i Szczecina. Jednocześnie nie oferowali Polakom nic na wschodzie. Czy się komu to podoba czy nie, to, że Wrocław i Szczecin są w Polsce, zawdzięczamy ZSRR.

Neobanderowcy i „Solidarność”

Niemcy wspierali przez wiele lat Organizację Ukraińskich Nacjonalistów. Gdyby ZSRR nie wkroczył do Polski we wrześniu 1939 roku, Niemcy mieli plan B w postaci wykorzystania ukraińskich terrorystów. Po klęsce Niemiec to Anglosasi przejęli niemieckie zasoby na odcinku ukraińskim. To Anglosasi wspierali działania bandytów z UPA działających na terenie naszej ojczyzny i mordujących Polaków. Neobanderyzm wspierany i tolerowany jest w anglojęzycznej części Kanady, Stanach Zjednoczonych Ameryki i w Wielkiej Brytanii.

Anglosasi finansowali ,,Solidarność’’. To Anglosasi poprzez różne fundacje polityczne rozmontowali system władzy Polsce. Naiwny I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edward Gierek wysyłał szereg działaczy partyjnych na studia na Zachód, a oni potem rozmontowali system polityczny PRL. 

Anglosaskie wzorce

Politycy wywodzący się z „Solidarności” [no nie.. to była i jest żydo-komunistyzna agentura. md] plus koniunkturaliści z PZPR doprowadzili do ludobójstwa ekonomicznego w naszej ojczyźnie. Po 1989 roku miliony Polaków z przyczyn ekonomicznych opuściło naszą ojczyznę. Anglosasi, Niemcy poprzez swoje aktywa w Polsce doprowadzili do grabieży polskiego przemysłu. Po 1989 roku nasza kultura, literatura, film przesiąknięte są prymitywnymi wzorcami anglosaskimi. Polska służba zdrowia nie działa idealnie, ale są kraje, w których działa źle, jak na przykład kraje anglosaskie. Nawet w sferze języka mamy do czynienia z penetracją przez Anglosasów. Coraz częściej mówi się ochrona zdrowia, a nie służba zdrowia. 

Wspólni patroni POPiS

Nadwiślańska klasa polityczna przesiąknięta jest różnymi grantojedami. Oprócz niemieckich fundacji politycznych w naszej ojczyźnie potężne są też jankeskie fundacje. Naiwni wyznawcy POPiS skaczą sobie do gardeł, tymczasem zarówno prezydent Karol Nawrocki, jak i premier Donald Tusk brali udział w programie International Visitor Leadership Program. Anglosasi od wieku wykorzystują naiwnych Polaków do realizacji swoich celów, do grania kartą polską.

Wbrew temu, co się mówi w polskojęzycznych mediach, Anglosasi są wrogami Polski, którzy za wszelką cenę będą podsycać w Polsce rusofobię, bo normalizacja stosunków polsko-rosyjskich stanowi zagrożenie dla ich interesów. W przypadku normalizacji relacji Moskwy i Warszawy położenie Polski byłoby nie przekleństwem, a korzyścią do czerpania ze szlaków transportowych. Normalizacja relacji z Federacją Rosyjską otworzyłaby możliwości wejścia Polski w kooperację z krajami Globalnego Południa. 

Kamil Waćkowski

Frajerstwo się uwija

Frajerstwo się uwija

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    10 marca 2026 michalkiewicz

27 lutego Sejm uroczyście potwierdził, że Polska jest i pozostanie „sługą narodu ukraińskiego” tak długo, jak to będzie konieczne. Skoro tak, to jasne, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego jeśli nawet nie na wieki, to w każdym razie – do końca swego własnego istnienia – bo któż na Ukrainie zrezygnowałby z takiego głupiego sługi? To potwierdzenie przybrało postać uchwały w sprawie „solidarności z Ukrainą i wsparciem dla osób będących ofiarami rosyjskiej agresji”. Solidarności – wiadomo; szczegóły precyzuje umowa z 2 grudnia 2016 roku, która cały czas obowiązuje.

Jeśli chodzi zaś o „ofiary”, to jestem pewien, że z nimi będzie tak samo, jak z „ocalałymi z holokaustu”, których liczba z roku na rok rośnie, bodajże w postępie geometrycznym. Z takiego wynalazku nikt dobrowolnie nie zrezygnuje tym bardziej, że na Ukrainie Żydowie coś tam mają do powiedzenia. Dlatego też Książę-Małżonek, mówiąc w swojej gawędzie, pretensjonalnie zatytułowanej, jako „exposé”, trafił kulą w płot, twierdząc, że „nie możemy” być „frajerami”. Nie tylko „możemy”, ale nawet musimy – o czym świadczy wspomniana uchwała Sejmu, którą Książę-Małżonek, jako najbardziej bufonowaty frajer Rzeczypospolitej, przecież popiera. Taki los wypadł nam.

Tego samego dnia Sejm uchwalił ustawę o SAFE, to znaczy – o pożyczce którą Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała Polsce przyjąć („przyjmuj zaszczyt, psi synu, a nie, to w gardło wtłoczymy!” – pokrzykiwali Kozacy do kandydata na atamana). Patrząc na determinację obywatela Tuska Donalda, podobnie jak Księcia-Małżonka, czy funkcjonariuszy Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu, nabieramy pewności, że tym razem Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, podobnie jak niemiecki kanclerz Fryderyk Merz nie chcą słyszeć o żadnym polskim safandulstwie. Ustawa ma być podpisana przez pana prezydenta Karola Nawrockiego.

W tym celu BND musiała uruchomić agenturę wśród prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej armii, która dostała zadanie młotowania prezydenta Nawrockiego, by stosowną ustawę podpisał. Jeśli by tak się stało, to zwłaszcza w świetle przyjętej przez Sejm 27 lutego uchwały w sprawie wysługiwania się Ukrainie, gwałtownie rośnie ryzyko, że wszystko, co Polska kupi za tę pożyczkę, będzie musiało być „nieodpłatnie” przekazane Ukrainie. W ten sprytny sposób Niemcy, które pożyczki SAFE nie biorą, chcą upiec dwie pieczenie: polskimi rękami „wspierać” Ukrainę, a przy okazji uwiązać nasz nieszczęśliwy kraj w budowanej właśnie IV Rzeszy, jako Generalne Gubernatorstwo.

W tej sytuacji mamy dwie możliwości – albo Książę-Małżonek jest Pierwszym Frajerem Rzeczypospolitej i trzeba będzie na tę okoliczność obmyślić mu jakiś order Krzyża Zbolałego, albo nie jest frajerem, tylko łajdakiem, w dodatku bezczelnym, bo próbuje przytłaczać oponentów dętym autorytetem. Ciekawe, jak zachowa się prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii. Jeśli zaczęłaby pana prezydenta Nawrockiego młotować, byłby to pierwszy po stanie wojennym w roku 1981 przypadek takiego politycznego zaangażowania naszej niezwyciężonej. Ano, nie da się ukryć, że lepiej, przyjemniej, a przede wszystkim – bezpieczniej – jest schwycić za mordę własnych obywateli, niż szarpać się z obcymi agentami w ich obronie.

Inna sprawa, że chytry dwa razy traci, bo beneficjentem SAFE może być Ukraina, a prześwietna Generalicja tej forsy nawet nie powącha, oczywiście poza tym, co tam sobie załatwi na boku. W związku z tą powszechną mobilizacją pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Władek” Kosiniak-Kamysz dostał cynk, że vaginessy z koalicji !3 grudnia podjęły w czynie społecznym zobowiązanie, że po szczęśliwym przeforsowaniu u pana prezydenta Nawrockiego podpisu pod wspomnianą ustawą, każdemu dygnitarzowi – wszystko jedno – cywilnemu, czy mundurowemu – każda urządzi „nocowanko” – jak to zrobiła pani Julia Wieniawa w nagrodę za wsparcie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka. „Któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach, któż w ogóle go wytrzyma?!” – zastanawiał się poeta.

Ale to wszystko furda w porównaniu z paroksyzmami, jakie czekają naszą biedną Ojczyznę w związku z narastającym, politycznym zacietrzewieniem w środowisku nienawistnych sędziów. Jak wiadomo, obywatel Żurek Waldemar pod wpływem uczonych doradców, wykombinował „Plan „B””, czyli metodę „na rympał” ale zachowującą pozory legalności. Ponieważ pan prezydent Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, „Plan „B”” przewiduje mobilizację agentury, od której – jak podejrzewam – aż się roi w dwóch organizacjach skupiających nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis”. Te wyłoniłyby ze swego grona zaufany skład Krajowej Rady Sądownictwa, a właściwie – Krajowej Rady Konfidentów – zaś koalicja 13 grudnia dostałaby zadanie przyklepania tego składu, co nazywałoby się, że „Sejm wybrał”. W ten sposób obywatel Żurek Waldemar ominąłby pana prezydenta Nawrockiego, któremu mógłby pokazać „gest Kozakiewicza”.

W rezultacie na firmamencie pojawiłyby się dwie Krajowe Rady Sądownictwa; jedna uznawana przez pana prezydenta Nawrockiego, a druga – jako Krajowa Rada Konfidentów – uznaniem pana prezydenta Nawrockiego by się nie cieszyła. Wprawdzie konstytucja nie przewiduje żadnych czynności ze strony pana prezydenta, które byłyby wymagane do ważności takiej Rady – więc pozornie rympał obywatela Żurka Waldemara ma wszelkie widoki powodzenia – jednak musimy odwołać się tu do pełnej mądrości sentencji starożytnych Rzymian, którzy radzili: quidquid agis, prudenter agas et respice finem – co się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca.

Otóż jednym z ważnych zadań Krajowej Rady Sądownictwa jest rekomendowanie panu prezydentowi sędziów do mianowania. Nietrudno się domyślić, że skoro pan prezydent nie uznawałby Krajowej Rady Konfidentów, to nie uznawałby też żadnych rekomendacji z jej strony, a zatem żadnego sędziego rekomendowanego przez Krajową Radę Konfidentów by nie mianował. Ciekawe, w jaki sposób obywatel Żurek Waldemar zamierza sforsować tę przeszkodę? Ma dwie możliwości – albo starać się o zachowanie pozorów legalności i w tym celu wymusić na koalicji 13 grudnia, by przeforsowała w Sejmie uchwałę, że ci sędziowie będą mianowani przez Sejm – albo plunąć na pozory legalności i przy pomocy policji, powyrzucać z sądów przez okna tak zwanych „neosędziów” i na ich miejsce wprowadzić do gabinetów funkcjonariuszy rekomendowanych przez Krajową Radę Konfidentów – już bez fatygowania Sejmu.

Jak będzie – myślę, że tak, jak postanowi Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Sądzę, że taki dualizm sądowy w naszym bantustanie mógłby być jej nawet na rękę – bo doskonale wpasowuje się on w ogólny mechanizm obezwładniania naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie, jak to było w wieku XVIII. Skoro po ewentualnym przyjęciu SAFE Polska byłaby całkowicie na łasce Komisji Europejskiej i luksemburskich przebierańców z TSUE – bo na tym właśnie polegają skutki „mechanizmu warunkującego” – to burdel i serdel w wymiarze sprawiedliwości musiałby doprowadzić do głębokiego kryzysu zaufania obywateli do własnego państwa. I o to właśnie Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podobnie jak niemieckiemu kanclerzowi Fryderykowi Merzowi chodzi – żeby Polacy machnęli ręką na Rzeczpospolitą – bo wtedy bez oporów przyjmą przepoczwarzenie się jej w Generalne Gubernatorstwo – a ewentualnych oponentów weźmie za mordę albo nasza niezwyciężona, albo – stare kiejkuty, gotowe – jak wiadomo – na każde skinienie.

Jak widzimy, wszystko zostało znakomicie przemyślane i nawet – skoordynowane – chyba, że powtórzy się sytuacja z grudnia 2016 roku, kiedy to „ciamajdan” jako kulminacja „walki o demokrację” w naszym bantustanie, został zneutralizowany przez wysłannika prezydenta-elekta Donalda Trumpa, czyli Rudolfa Giulianiego. Jak pamiętamy, w przeddzień „ciamajdanu”, czyli 15 grudnia 2016 roku przyleciał on do Warszawy i korzystając z pretekstu, jakim był wspólny znajomy jego i Jarosława Kaczyńskiego, czyli Lejb Fogelman, odbył dwugodzinną rozmowę z Naczelnikiem, po czym siadł w samolot i odleciał do Ameryki. Najwyraźniej wiedział, co się świeci, bo przecież CIA coś tam musi wiedzieć. Toteż, kiedy Volksdeutsche Partei urządziła blokadę sali plenarnej Sejmu, by nie dopuścić do uchwalenia ustawy budżetowej i w ten sposób doprowadzić do skrócenia kadencji Sejmu, Naczelnik wyprowadził swoich posłów do Sali Kolumnowej i ci tam ustawę budżetową uchwalili, czego nie mógł przeboleć nienawistny pan sędzia Igor Tuleya.

Trzy dni później w dzienniku „Die Welt” ukazała się notatka, że trudno, nie udało się – i tylko posłom Volksdeutsche Partei nikt nie powiedział, że wojna się skończyła, więc nadal okupowali salę plenarną, aż wreszcie jakaś dobra dusza poinformowała ich, że już jest po wszystkim i mogą iść do domu. W ten sposób Nasz Najważniejszy Sojusznik, bez żadnych rozruchów, ani żadnej rewolucji, storpedował w zarodku knowania Naszej Złotej Pani z Berlina, która musiała 7 lutego 2017 roku przyjechać z gospodarską wizytą do Warszawy, po której nakazała odłożyć walkę o demokrację na rzecz walki o praworządność, którą niemiecka agentura w Polsce prowadzi a nawet eskaluje, do dnia dzisiejszego.

A nasza niezwyciężona stoi i się przygląda, bo najwyraźniej znikąd nie było rozkazu, by stanąć w obronie naszego nieszczęśliwego kraju. Czyżbyśmy znowu musieli liczyć na Naszego Najważniejszego Sojusznika?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Czy nasi frajerscy politycy to widzą. Orban pokazuje jak się broni interesu własnego kraju.

Ewa Zajączkowska pisze:

piko: salon24.pl/u/piko/ewa-zajaczkowska-pisze

Czy nasi frajerscy politycy to widzą. Viktor Orban pokazuje jak się broni interesu własnego kraju i nie daje sobie wejść na głowę prezydentowi Zełenskiemu. 

W skrócie:

❌ Zełenski zablokował rurociąg „Przyjaźń”, którym płynie ropa do Węgier

✅ Orban w odpowiedzi blokuje unijną „pożyczkę” 90 miliardów euro dla Ukrainy

❌ Zełenski grozi Orbanowi siłami zbrojnymi jeśli dalej będzie blokował pieniądze

✅ Orban blokuje tranzyt ukraińskich towarów przez Węgry i zatrzymuje ukraiński konwój z byłym generałem służb specjalnych i pracownikami ukraińskiego banku – w środku 40 milionów dolarów, 35 milionów euro i 9 kilogramów złota. Podejrzenie prania brudnych pieniędzy i powiązania z „ukraińską mafią wojskową”.

Okazuje się, że tylko w bieżącym roku Ukraińcy przerzucili w ten sposób zawrotne sumy przekraczające 900 milionów dolarów, 420 milionów euro i 146 kilogramów złota. Pochodzenia i celu tych funduszy nie chcą wyjaśnić.

I jak to wygląda w porównaniu do frajerskiego zachowania rządów POPiS-u, które oddały wszystko za nic? Ani przez moment nie prowadziliśmy asertywnej polityki opartej o interes narodowy.

Gdy zaskarżyli nas do Światowej Organizacji Handlu, bo ośmieliliśmy się wreszcie zatrzymać niekontrolowany napływ ukraińskiego zboża, którym nas zalewali – cisza. 

Gdy kłamali w sprawie swojej rakiety w Przewodowie i po dziś dzień blokują śledztwo w tej sprawie – cisza. 

Gdy Zełenski atakował Polskę na forum ONZ – cisza. 

Gdy Timur Mindycz, oskarżony o ogromną korupcję najbliższy doradca Zełenskiego, uciekał do Izraela przez Polskę – cisza. 

Gdyby ten konwój jechał przez Polskę, również przemknąłby bez najmniejszego problemu. Ktoś ma wątpliwości?

Dlatego w przyszłorocznych wyborach czas na zmiany. Skończmy ze sługami narodu ukraińskiego i wreszcie wybierzmy ludzi, którzy będą godnie i odważnie reprezentować POLSKIE interesy! 

—————–

Przykładowo jeszcze bym dodał zachowanie „polskich władz” względem obecności (uzbrojonych w broń palną) ochroniarzy izraelskich wycieczek szkolonych, odwiedzających obóz  Auschwitz-Birkenau i muzeum Polin.

Pomijam [troszkę] rolę POPISU w dopuszczeniu do powstania terenów eksterytorialnych (wymienionych wyżej muzeów) siejących antypolonizm.

Bliskowschodnie wzmożenie

Zinkiewicz: Bliskowschodnie wzmożenie

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-bliskowschodnie-wzmozenie/

Chwała Mateuszowi Piskorskiemu oraz polskim liderom politycznym: Januszowi Korwin-Mikkemu oraz Grzegorzowi Braunowi za wpisanie się do księgi kondolencyjnej wystawionej w ambasadzie Islamskiej Republiki Iranu w Warszawie w związku z tragiczną śmiercią irańskiego przywódcy, ajatollaha Aliego Chameneiego. 

Polacy zawsze byli przyjmowani i traktowani z życzliwością przez Irańczyków. Jesteśmy wdzięczni za tę pomoc, niesioną nam w przeszłości przez Irańczyków i pozostajemy świadomi tej chwili w naszej pamięci w godzinach próby gdy na Iran spadają rakiety koalicji Epsteina niosące śmierć cywilnej ludności.

II Rzeczpospolita z Persją

W naszej wspólnej historii możemy odnaleźć kilka wyjątkowych momentów, które ukazują nasz wzajemny szacunek i przyjaźń. Persja i Turcja były jedynymi krajami, które nigdy nie uznały rozbioru Polski w 1795 roku. Polska odrodzona, przywracając niepodległość, była zdeterminowana, aby odnowić swoje kontakty z Iranem. W 1927 roku został zawarty Traktat o przyjaźni i ustanowiono legacje Persji w Warszawie i Polski w Teheranie.

Irańczycy ratowali polskie dzieci

Iran pomagał Polsce i Polakom w czasie II wojny światowej, przyjmując tysiące polskich uchodźców (w tym ok. 40 tys. kobiet i dzieci, tzw. dzieci Isfahanu), zapewniając im schronienie, żywność i tworząc ośrodki życia polskiego, w tym szkoły i szpitale, co było wyrazem niezwykłej gościnności i solidarności. Ten akt humanitaryzmu umożliwił przetrwanie wielu Polakom i stworzył trwałe więzi między narodami, pamięć o których pielęgnowana jest do dziś, a Irańczycy nadal cenią polskie tradycje, o czym pisze polski historyk w „Teheran Times” – Iran pomógł Polakom walczącym o niepodległość.

Zbrodnia w Minab

Aktualnie w polskojęzycznych mediach panuje „bliskowschodnie wzmożenie”, którego celem jest dehumanizacja tego szlachetnego narodu walczącego o przetrwanie. Przypominam, że zamordowany wraz z najbliższą rodziną kilka dni temu irański przywódca ajatollah Ali Chamenei, w przeszłości wydał dwie fatwy zabraniające Irańczykom posiadania broni nuklearnej!!! Gdyby Irańczycy ją mieli, wówczas nie byłoby podstępnej, podłej inwazji militarnej na ten kraj, rozpoczętej bezprecedensową amerykańską zbrodnią wojenną. 28 lutego, w pierwszym dniu operacji „Epic Fury”, szkoła podstawowa dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh została zniszczona w małym irańskim mieście Minab na południu kraju. W jej wyniku zginęło od 165 do 186 osób — prawie wszystkie były nastolatkami.

Groźby eskalacji pod adresem Turcji

Nad bliskowschodnim horyzontem narasta kolejny poważny konflikt zbrojny. Były premier Izraela Naftali Bennett wezwał do podjęcia działań przeciwko Turcji, którą nazwał strategicznym zagrożeniem – donosi i24news. Nazwał Recepa Erdoǧana „przebiegłym i niebezpiecznym przeciwnikiem, dążącym do otoczenia Izraela” i wezwał do „nie zamykania na to ponownie oczu”„Podczas gdy niektórzy izraelscy urzędnicy otrzymują pieniądze od Kataru, Katar i Turcja, z siedzibą w Syrii i za zgodą Izraela w Strefie Gazy, zasilają nową potworną oś Braci Muzułmanów, podobną do irańskiej. Pojawia się nowe zagrożenie ze strony Turcji. Musimy działać w różny sposób, ale jednocześnie przeciwko zagrożeniu ze strony Teheranu i wrogości ze strony Ankary” – powiedział Bennett.

Kurs polityki koalicji Epsteina „bliskowschodniego wzmożenia”, kompetentnie wyjaśniony jest w audycji Pawła Lisickiego na YouTube Totalna wojna Izraela drogą do III świątyni

Eugeniusz Zinkiewicz

Mafiosi z Donbasu. Ukraińskie gangi zdominowały polskie [i światowe?] podziemie przestępcze

Mafiosi z Donbasu. Ukraińskie gangi zdominowały polskie podziemie przestępcze

9.03.2026 Leszek Szymowski

Ukraińskie gangi zdominowały polskie podziemie przestępcze. Służby specjalne i policja nie radzą sobie z ich działalnością.

36 zlikwidowanych laboratoriów narkotykowych, setki przeszukań i tony zabezpieczonych substancji – taki jest wynik wielkiej polsko-ukraińskiej akcji policyjnej wymierzonej w zorganizowaną przestępczość. W czwartek, 19 lutego, Centralne Biuro Śledcze Policji znienacka zaatakowało ponad 500 adresów, gdzie według śledztwa miały się znajdować fabryki narkotykowe.

Znaleziono 36 laboratoriów i 74 magazyny do przechowywania zakazanych substancji. Znaleziono ponad 20 tys. litrów prekursorów do produkcji narkotyków syntetycznych, ponad 220 kg alfa-PVP, ponad 150 kg amfetaminy, ponad 65 kg mefedronu w formie kryształu oraz 350 litrów w postaci płynnej, 47 kg marihuany, ponad 5 tys. tabletek MDMA i ponad 2 tys. tabletek ecstasy oraz 7 kg metaamfetaminy. To jedna z największych akcji w historii polskiej policji, ale zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Tajny raport

W lipcu na biurka oficerów Biura Wywiadu Kryminalnego i Centralnego Biura Śledczego Policji trafił alarmujący raport amerykańskiej DEA (Drug Enforcement Agency – Agencja Zwalczania Przestępczości Narkotykowej). Wynikało z niego, że DEA zaobserwowała niepokojący trend współpracy ukraińskich gangsterów z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. DEA opiera raport głównie na meldunkach tzw. „Confidential Source”, czyli tajnych informatorów uplasowanych w strukturach przestępczych (odpowiednik polskich Osobowych Źródeł Informacji). Dokument opisuje zjawisko polegające na tym, że gangsterzy z Ukrainy kupują dziesiątki kilogramów meksykańskich narkotyków, głównie fenatylu, marihuany i heroiny.

Wszystko po to, aby sprzedawać z dużym zyskiem na rynku europejskim. Raport DEA wskazuje dwa polskie miasta jako dotknięte już tym zjawiskiem. Są to Kraków i Wrocław. Zdaniem analityków amerykańskich tam właśnie ukraińskie gangi działają z największą siłą. I tam rozpoczyna się nowy, przestępczy proceder – sprzedaż fentanylu. Fentanyl – lek pochodzenia opoidalnego (tzn. wytwarzany z opium) pomaga uśmierzać ból. W Polsce wszystkie leki zawierające fentanyl sprzedawane są na receptę.

Narkotyk polityczny

W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych zaczęła się prawdziwa epidemia uzależnień od fentanylu. Przyczyną była popularność tego syntetyku w procesach medycznych. Jako substancja pomagająca uśmierzyć nawet najsilniejszy ból, fentanyl był wykorzystywany w terapiach medycznych i w lekach. Jednak zgodnie z prawem można było go stosować wyłącznie za zgodą lekarza i wyłącznie w szpitalach, a każde zastosowanie musiało być udokumentowane. Fentanyl miał jednak zasadniczą wadę – uzależniał 18 razy szybciej niż heroina (dotychczas uznawana za najsilniejszy narkotyk).

To spowodowało, że pacjenci w USA już po oficjalnych terapiach wychodzili w pełni uzależnieni od syntetyku. I zaczynali go szukać na własną rękę. Uzależnieni od fentanylu Amerykanie stawiali się klientami dostawców narkotyku.

Tyle że u oficjalnych producentów, zaopatrujących apteki i szpitale, regulowanych przez przepisy federalne, nie mogli kupić dla siebie leku poza systemem. To zapotrzebowanie zaczęły zaspokajać meksykańskie kartele – główni producenci opium i fentanylu. Od 2020 roku narkotyk z meksykańskich pól szlakami przemytu przez granicę do Tekasu, przez tajne, podziemne tunele mafii, zaczęły płynąć dziesiątki kilogramów narkotyku. Konsekwencje były tragiczne. Jak wynika ze statystyk amerykańskiego Departamentu Zdrowia (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia), w latach 2020–2021 wskutek przedawkowania fentanylu zmarło w USA 129 tys. osób. Liczba tych, którzy kupowali u przemytników, nie jest znana.

Efekty popularności fentanylu były tak straszne, że sprawą postanowił się zająć sam prezydent USA. 15 karteli trafiło na listę organizacji terrorystycznych, w tym sześć karteli meksykańskich, w tym osławiony Sinaloa. Następnego dnia Pentagon wysłał drony i samoloty szpiegowskie, aby patrolowały granicę z Meksykiem i identyfikowały wszystkich przemytników. Sam Donald Trump zapowiedział, że do ścigania narkotykowych gangsterów wyśle wojsko. 3 marca Trump ogłosił cła na Kanadę i Meksyk, przy czym nie ukrywał, że cła na ten drugi kraj są konsekwencją nieudolnej polityki walki z kartelami.

Ta decyzja uderzyła w meksykańską gospodarkę, dla której eksport do USA jest istotnym źródłem przychodu. Stało się to akurat w czasie, kiedy nowa prezydent kraju Claudia Scheinbaum zapowiedziała dążenie do poprawy stosunków bilateralnych z USA. Chcąc pokazać, że to nie słowa a czyny, Scheinbaum wysłała wojsko najpierw do pacyfikowania mafii, a potem na granicę z USA. W ramach akcji wojskowych, spłonęło kilka ważnych plantacji narkotykowych, a kilkudziesięciu gangsterów trafiło do więzień. W konsekwencji kartele straciły główny rynek zbytu – Stany Zjednoczone. Dla kontynuowania miliardowych interesów trzeba więc było znaleźć nowy kierunek. I właśnie, jak wynika z cytowanego raportu DEA, stała się nim Europa.

Wielkie pieniądze

Skąd jednak nagle partnerem dla meksykańskich karteli stały się ukraińskie gangi?

Raport DEA wskazuje na trzy przyczyny. Po pierwsze te środowiska – podobnie jak Meksykanie – są bardzo hermetyczne, a przez to trudne do rozpracowania dla policji i służb. Po drugie są brutalne i zdeterminowane, przez co zyskują coraz poważniejszą pozycję w europejskim świecie przestępczym, spychając do drugiej ligi grupy przestępcze składające się z obywateli państw Starego Kontynentu. Po trzecie wreszcie gangi ukraińskie mają do swojej dyspozycji ogromne środki finansowe.

W tym kontekście raport DEA wspomina o tym, że amerykańska administracja w czasach Joe Bidena nie była w stanie skontrolować wsparcia finansowego dla walczącej Ukrainy. Choć kraj stawiający opór agresywnej Rosji wsparto setkami miliardów dolarów, nie wiadomo, co dokładnie stało się z tymi pieniędzmi. Dofinansowywaną zachodnimi pieniędzmi Ukrainą wstrząsały liczne skandale korupcyjne – np. liczne przypadki zakupów drogich willi przez kijowskich dostojników. Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na pomoc dla walczącej Ukrainy w części zostały rozkradzione i trafiły m.in. do gangsterów. Nie wiadomo również, co działo się z bronią i amunicją dostarczaną na front, bo nie ewidencjonowano jej faktycznego wykorzystania. Za to od 2022 roku policje w całej Europie zabezpieczają u gangsterów broń i amunicję, która oficjalnie powinna być na froncie w Donbasie. Ukraińscy gangsterzy mają broń i potężne pieniądze i apetyty na wielkie, przestępcze biznesy. Meksykańscy bossowie mają gigantyczne zasoby narkotyków i zablokowany główny dotychczasowy kanał zbytu, czyli rynek USA za to potrzebują pieniędzy i broni. Stwarza to więc pole do wspólnych interesów.

Niewydolne państwo

Jest jednak jeszcze jedna przyczyna. To ułomność prawa w państwach europejskich, w tym w Polsce. „Polskie przepisy karne przewidują za handel narkotykami sankcję do 20 lat więzienia” – mówi dr Mateusz Mickiewicz – warszawski prawnik specjalizujący się w sprawach karnych. – „Taki maksymalny wyrok grozi niezależnie od tego, czy sprawca próbuje zarobić, sprzedając tonę czy 10 gramów narkotyku. To wprost zachęca przestępcę, który sprzedaje zakazane substancje do tego, by sprzedawał jak największe ilości”. Ale nie tylko to. Adwokat Mickiewicz ze swojej sądowej praktyki wskazuje również na drugi problem: coraz bardziej przeciążone sądy i coraz większe problemy kadrowe policji.

„Poważne sprawy o międzynarodowy handel narkotykami liczą setki tomów i ciągną się latami” – mówi adwokat. – „W tym czasie wielu cudzoziemskich gangsterów trzeba zwalniać z aresztów. Oni mimo sądowych zakazów wyjeżdżają z Polski, co dodatkowo przedłuża postępowania. A borykająca się z coraz większymi brakami ludzi i sprzętu, polska policja i prokuratura, ma coraz więcej zadań w zakresie zwalczania zorganizowanej przestępczości i coraz trudniej jej się z tych zadań wywiązywać”.

Kilka miesięcy temu, ujawniając rozwijającą się przestępczość ukraińskich gangów, pisaliśmy, że rozbijanie mafii czeczeńskich i ukraińskich, będzie największym wyzwaniem dla Centralnego Biura Śledczego Policji. I właśnie to wyzwanie się zaczęło.

Wykształceni. Rząd Tuska 2026

Wykształceni. Rząd Tuska 2026

7.03.2026 niepoprawni/humpty-dumpty/wyksztalceni-rzad-tuska-2026

Przyznać trzeba, że wicepremier Sikorski atakujący dr Jakiego na stanowiącej swoisty surogat Dziennika Ustaw platformie X wykazał sporo odwagi.

Licencjusz Sikorski, ongiś z pianą na twarzy wrzeszczący z mównicy sejmowej, że jest magistrem, podważający doktorat Jakiego zapewne przejdzie do historii. I raczej nie w ten sposób, jak sobie wymarzył mąż pani Apfelbaum…

A tak przy okazji warto przypomnieć, jacy to intelektualiści teraz rządzą.

Premier – Donald Tusk. Z wykształcenia historyk, żadne źródło nie podaje, by kiedykolwiek pracował w szkole. Magister.

Wicepremierzy.

Krzysztof Kamil Gawkowski. Minister Cyfryzacji. Co prawda wykształcenie dalece niekierunkowe, bowiem pracę magisterską popełnił w 2006 roku (miał wtedy 36 lat, a zatem dość stary jak na studenta) z… politologii. Ciekawa jest również jego praca doktorska, której promotorem był stary komuch Jaskiernia – Pozycja ustrojowa izb wyższych parlamentu w wybranych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. W tym czasie był członkiem SLD, stąd zapewne bliskie związki z betonem pzpr.

Władysław Kosiniak – Kamysz. Minister Obrony Narodowej. Lekarz. W 2010 r. w Collegium Medicum UJ uzyskał stopień doktora nauk medycznych na podstawie pracy zatytułowanej Związek zmienności genu kodującego cyklohydrolazę GTP l z funkcją śródbłonka naczyniowego u chorych z cukrzycą typu 2. Nie negując przydatności tej pracy dla rozwoju nauk medycznych w ogólności trzeba by jednak zapytać, a co ów gen kodujący ma wspólnego z wojskiem???

Radosław Sikorski. Bakałarz, po polsku zaś licencjusz. W dawnych czasach podobne wykształcenie nazywano „policealnym”. Poza granicami znany jako mąż swojej żony.

Teraz ministrowie.

Wojciech Balczun — minister Aktywów Państwowych. Muzyk rockowy, menadżer, przedsiębiorca. Politolog.

Maciej Berek — minister-członek Rady Ministrów, Minister Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu. Doktor nauk prawnych, radca prawny, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert Ośrodka Badań, Studiów i Legislacji Krajowej Rady Radców Prawnych.

Marta Cienkowska — minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jedna z najmłodszych w tym gronie (1987). Zasłynęła z wypowiedzi a la Lempart, aczkolwiek nie publicznie. Politolog.

Andrzej Domański — minister Finansów i Gospodarki. Magister ekonomii, kilkanaście lat praktyki w różnych instytucjach finansowych, w tym związanych z upadłymi bankami Leszka Czarneckiego.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk — minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Doktor. Pedagog i filozof. Ale… pamiętamy, gdy ADB chciała zostać ministrą edukacji, słowa jej biologicznego ojca: „jeżeli córka zostanie ministrem edukacji, to współczuję dzieciom, ponieważ wpadną w pełen nowomowy nazi-bolszewicki socrealizm” (…) ale niech ludzie nie skarżą się potem, że jest syf, ostrzegam przed taką minister. (…) Tak wychowała ją moja żona (…) córeczka jest typową nazi-bolszewiczką, ale nie ja ją tak wychowywałem, a więc jedynie może mi być przykro”. Co prawda tatuś okazał się esbeckim kapusiem, ale przecież to nie powinno odbierać znaczenia jego słowom.

Warto jednak bliżej przyjrzeć się jej pracy doktorskiej Reprodukcja – Opór – Upełnomocnienie Radykalna krytyka edukacji we współczesnej zachodniej myśli społecznej. Jej omówienie dostępne jest na stronach Nauki Polskiej: „Przeobrażenia te także charakteryzuje przejście od marksowskiego materializmu i determinizmu ekonomicznego, poprzez krytykę i rozluźnienie marksistowskich analiz oraz dopuszczenie do krytycznego instrumentarium kategorii o charakterze kulturowym, a także położenie silniejszego akcentu na podmiotowość i psychologiczny wymiar podlegania dominacji i podejmowania wysiłku emancypacji, aż po krytyczny i wzbogacony pluralizmem sporów wokół aplikowalności oryginalnych pojęć i definicji marksistowskiej krytyki społecznej, swoisty „powrót do korzeni” i ponowne sięgnięcie po kategorie takie jak klasa, nierówności ekonomiczne, wyzysk czy radykalna zmiana społeczna, a nawet rewolucja.”

Jan Grabiec — minister-członek Rady Ministrów, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Magister filozofii po ATK. Praktycznie całe jego życie zawodowe upłynęło w strukturach partyjnych i samorządowych.

Paulina Hennig-Kloska — minister Klimatu i Środowiska. Magister politologii, ale z ukończonymi studiami podyplomowym w zakresie analizy finansowej i controllingu.

Marcin Kierwiński — minister Spraw Wewnętrznych i Administracji. Magister inżynier. Poza tym cudowne dziecko PO – w wieku 31 lat był już wiceprezesem Portu Lotniczego Warszawa – Modlin. Oczywiście wszelkie sugestie, że swoją karierę zawdzięcza ojcu, peerelowskiemu generałowi, należy uznać za plotki. ????

Dariusz Klimczak — minister Infrastruktury. Z wykształcenia historyk (UJ – magister). Jednak doktorat obronił z dziennikarstwa w 2023 r. na prywatnej uczelni Akademii Finansów i Biznesu Vistula pt. Rola instytucji Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w konflikcie politycznym we współczesnej Polsce na przykładzie prezydentury Bronisława Komorowskiego.

Stefan Krajewski — minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Politolog. Poza tym ukończył studia podyplomowe z zakresu wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

Marcin Kulasek — minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Doktor technologii żywności. Pracę doktorską obronił w 2007 r. na Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim w Olsztynie. Jego wkład w rozwój nauki polskiej nosi tytuł Możliwość zastąpienia tłuszczu mlekowego tłuszczem roślinnym w technologii pełnego mleka w proszku.

Miłosz Motyka — minister Energii. Magister inżynier środowiska. Wiek 33 lata. Przypominam, że tak długo żył Aleksander Macedoński, który stworzył największe Imperium Starożytności. ????

Barbara Nowacka — minister Edukacji. W wieku 30 lat uzyskała dyplom inżyniera na uczelni kierowanej… przez swojego ojca. Magistrem została zaś w wieku 37 lat. Poza tym działaczka feministyczna.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz — minister Funduszy i Polityki Regionalnej. Aktualna przewodnicząca Polska2050. Córka polskiego matematyka o światowej renomie i… Rosjanki. Posiada tytuł doktora w dziedzinie filozofii.

Jakub Rutnicki — Minister Sportu i Turystyki. Wikipedia milczy o jego magisterium stwierdzając jedyne, ze studia ukończył na Wydziale Nauk Społecznych i Dziennikarstwa UAM. A poza tym cały czas POseł.

Tomasz Siemoniak — koordynator służb specjalnych. W przeszłości minister ds. obrony narodowej. Zasłynął z zakupu… tablic Mendelejewa dla naszej armii. Ukończył Handel Zagraniczny przy końcu PRL-u. A poza tym działacz POlityczny i samorządowy.

Jolanta Sobierańska-Grenda — minister Zdrowia. Doktor n. prawnych. W odróżnieniu od zajmującej to stanowisko poprzedniczki posiada przygotowanie kierunkowe. Prócz prawa na Uniwersytecie Gdańskim ukończyła studia MBA dla kadry medycznej oraz Advanced Management Program w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. W 2024 na UG obroniła doktorat w dziedzinie nauk społecznych na podstawie dysertacji pt. Hipoteza nieefektywności zarządzania – weryfikacja empiryczna na przykładzie procesu restrukturyzacji podmiotów leczniczych samorządu województwa pomorskiego w latach 2011–2019. Czy pod jej rządami dojdzie do restrukturyzacji (czyt. prywatyzacji) całej służby zdrowia? Pamiętamy z przeszłości podobne zamierzenia.

Waldemar Żurek — minister Sprawiedliwości. Magister prawa, wcześniej zaś absolwent Technikum Leśnego w Brynku. Drwal. W przeszłości był atakowany nawet przez mechaniczną zamiatarkę. ????

Tyle i aż tyle zarazem.

Uderza jedno – najważniejsze z punktu widzenia Tuska ministerstwa obsadzone są miernotami.

Czy to efekt ideologizacji rządu? Czy też świadome działanie pozwalające wodzusiowi błyszczeć na tle pozostałych?

Poza tym zajmujący w przeszłości drugo- i trzeciorzędne stanowiska w administracji finansowej mgr Domański nie podskoczy.

Teoretycznie najbardziej niezależny w powyższej grupie były sędzia mgr prawa Waldemar Żurek jest całkowicie oddany Tuskowi; wszak dzięki Rudemu będzie mógł się wreszcie odegrać za wszystkie swoje wyimaginowane krzywdy.

Zastanawia spora liczba wszelkiej maści politologów. Tak naprawdę ludzi, których dyplom ongiś równoważyło ukończenie dobrego liceum.

Za moich studenckich czasów mawiano, że na 5 lat studiów na naukach politycznych wystarczy zeszyt 16-kartkowy i to pod warunkiem prowadzenia notatek na zajęciach wojskowych. ????

Słuchając wypowiedzi pani ministry Hennig – Kloski trudno nie zauważyć trafności tego spostrzeżenia.

W każdym razie trudno mówić, że trzeci rząd Tuska to rząd fachowców.

To raczej dość przypadkowa zbieranina miernot większych i mniejszych. Oraz jednego fanatyka.

7.03 2026 niepoprawni/humpty-dumpty/wyksztalceni-rzad-tuska

Autor: Spiryto.Libero

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 7 marca 2026 michalkiewicz

Właśnie bezcenny Izrael i jego amerykański wasal wykonali „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, który ośmielił się bez pozwolenia budować sobie arsenał nuklearny i rozmaite rakiety, bez których żadne szanujące się państwo istnieć nie może. Dotyczy to również naszego nieszczęśliwego kraju, którego parlament 27 lutego przyjął uchwałę potwierdzającą nie tylko, że Polska jest sługą narodu ukraińskiego – o czym w swoim czasie poinformował nas ówczesny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Jasina – ale że pozostanie nim, „jak długo będzie to konieczne”.

Wynika z tego, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego aż do końca świata, albo przynajmniej – do końca własnego istnienia – bo na tym świecie pełnym złości wszystko kiedyś się kończy. W związku z tym 27 lutego Sejm uchwalił też ustawę o SAFE, na podstawie której Polska ma pożyczyć od Komisji Europejskiej prawie 44 mld euro, za które nakupi, albo naprodukuje mnóstwo rozmaitych rakiet i innych takich zabawek, które następnie, na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku, nieodpłatnie przekaże Ukrainie, żeby tamtejsi oligarchowie mogli sobie żyć dostatniej, zgodnie z zaleceniem militarystów, nawołujących, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny.

To jest wielki sukces naszej dyplomacji, kierowanej przez Księcia-Małżonka – bo przecież Ukraina mogła nam rozkazać, by na pierwszej linii frontu stanęła nasza niezwyciężona armia – ale widocznie jak nie Książę-Małżonek, to Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty, podczas swojej niedawnej pielgrzymki do Kijowa, uprosił prezydenta Zełeńskiego, żeby aż takiej poważnej zastawki naszemu nieszczęśliwemu krajowi nie stosował.

Ach, bierzcie wozy, ach bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas zdrowo” – prosił podobno prezydenta Zełeńskiego Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty – a prezydent Zełeński ulitował się nad nim, zwłaszcza, że Wielce Czcigodny pan marszałek obiecał mu, że przyjmie Ukrainę i do Unii Europejskiej i do NATO. Jednak co ma wisieć – nie utonie – i jak już przekażemy Ukrainie wszystko, co sobie nakupimy, albo i naprodukujemy, to wtedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje a także niemiecki kanclerz Fryderyk Merz, rozkaże albo obywatelu Tusku Donaldu, albo innemu naszemu Umiłowanemu Przywódcy, który akurat zostanie postawiony na czele naszego nieszczęśliwego kraju, by w służalczości wobec Ukrainy posunął się dalej i posłał naszą niezwyciężoną armię na front, zwłaszcza, że wtedy Ukraińców może już zabraknąć. Wprawdzie ukraińska armia codziennie zabija albo rani co najmniej milion Rosjan, podczas gdy na Ukrainie ginie co najwyżej jakiś cywil, albo dziecko – ale już brytyjski premier Beniamin Disraeli zauważył, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”.

Na razie jednak nasz nieszczęśliwy kraj, podobnie, jak to było za komuny, nękany jest regularnie czterema kataklizmami. Jeszcze nie skończyła się kalendarzowa zima, która przysporzyła nam tylu zgryzot i paroksyzmów, a już wiosna pokazuje, na co ją stać. Rzeki szum podnoszą – a przecież do kalendarzowej wiosny jeszcze prawie trzy tygodnie. Co to będzie, jak już nadejdzie kwiecień? Zresztą – co tam kwiecień, kiedy zaraz po wiośnie zacznie się gorące lato. Jak my to wszystko wytrzymamy, zwłaszcza, że zaraz po lecie nadchodzi jesień, o której generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski pisał w jednym ze swoich wierzy tak: „Ustrojona w purpury, kapiąca od złota, nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras – jak pod szminką i pudrem starsza już kokota, na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.”?

Na szczęście nie musimy się tą perspektywą aż tak bardzo martwić, bo jeszcze po zakończeniu pierwszej wojny światowej pewien starszy Francuz-rentier powiedział Adamowi Grzymale-Siedleckiemu, że „kokotę zabił samochód” Tak mu się chyba tylko wydawało, bo czyż z samochodem można figlować, albo go molestować? Tymczasem z panienkami, a cóż dopiero – z kokotami – można jak najbardziej. Takich państwa Clintonów stać by było przecież na niejeden samochód, a jednak Wiluś Clinton jeździł do izraelskiego agenta Epsteina na jacuzzi. Całe szczęście, że ani niczego się przy okazji nie dowiedział, ani nawet niczego nie zauważył. Tak właśnie zeznał przed komisją Izby Reprezentantów, którą to wyznanie musiało nieźle rozbawić, podobnie, jak deklaracja znanej na całym świecie z prawdomówności Hilarzycy, która Epsteina w ogóle „nie znała”.

Z drugiej strony, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – co mogliby Państwo Clintonowie powiedzieć innego? Wprawdzie powiadają, że jak nie wiadomo, co powiedzieć, to trzeba powiedzieć prawdę – ale cóż to jest prawda, jeśli nie została przegłosowana albo w parlamencie, albo przynajmniej – w gronie ekspertów? Na przykład – większość ekspertów podobno przegłosowała, że jest globalne ocieplenie, wobec tego zostało ono nie tylko urzędowo zatwierdzone, ale poszły za tym rozmaite „zielone wały” i inne modne wynalazki. Wreszcie – prawda zależy też od kasy.

Za głębokiej komuny felietonista warszawskiej „Kultury” Hamilton, pisał, że w jakiejś tam sprawie – czy przypadkiem nie Ziem Zachodnich? – zgadzają się zarówno ci, co mają jeden światopogląd, jak i ci, co mają drugi światopogląd – bo w Polsce są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Będziemy mogli zweryfikować ten pogląd już wkrótce, bo właśnie w dalekiej Ameryce sympatyzujący z prezydentem Donaldem Trumpem pan Dawid Ellison, kupił był firmę Warner Bros Discovery, która jest właścicielem TVN w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeszcze iskrówki z tą wiadomością nie zostały chyba u nas przemyślane, bo zarówno pani red. Anita Werner, jak i resortowa „Stokrotka”, czy i pani red. Monika Olejnik, siłą inercji, po staremu nie szczędzi prezydentowi Donaldowi Trumpowi gorzkich słów krytyki, ale tylko patrzeć, jak ścisłe kierownictwo TVN przekaże personelowi komunikat: wiecie, rozumiecie, od dzisiaj macie wychwalać prezydenta Trumpa, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Ciekawe, z jakiego klucza będzie wtedy ćwierkała pani red. Anita Werner, pani red. „Kasia” Kolenda-Zeleska, pani red. Monika Olejnik, pan red. Grzegorz Kajdanowicz, pan red. Marciniak i pozostałe gwiazdy drobniejszego płazu? Rządowa telewizja (w likwidacji) wszystkich przecież nie wchłonie, podobnie jak Judenrat, w którym te przekształcenia własnościowe też mogą się odbić, no a w „Polsacie” króluje pani red. Gozdyra, która nawet resortową „Stokrotkę” potrafiłaby obsztorcować, gdyby nie odpowiadała poprawnie na jej pytania

A to jest sprawa bardzo ważna – w czym utwierdza nas deklaracja Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy. Stwierdziło ono ponad wszelką wątpliwość, że za obecną eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie odpowiedzialność ponosi „reżym w Teheranie”. Znaczy się – według Ukrainy izraelsko-amerykańskie „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, o ile nie jest szlachetną walką o pokój, to w ostateczności – wojną sprawiedliwą” , podczas gdy „wyprzedzające uderzenie” rosyjskie na Ukrainę jest wojną niesprawiedliwą. Według tej rewolucyjnej teorii, ta sama wojna może bowiem być jednocześnie sprawiedliwa i niesprawiedliwa – w zależności od tego, czy to my wojujemy z naszym nieprzyjacielem – wtedy wojna jest sprawiedliwa – czy też nieprzyjaciel wojuje z nami – to wtedy jest ona niesprawiedliwa. Quod erat demonstrandum.

Stanisław Michalkiewicz

Sojusz w obronie semityzmu

Sojusz w obronie semityzmu

Autor: CzarnaLimuzyna, 7 marca 2026

AIX

Kto by się spodziewał, że zazwyczaj pokłóceni z lewicową sektą „silnych razem”, słomiani patrioci dołączą, na razie tylko w mediach społecznościowych, do „silnych razem”, a konkretnie do politycznej subkultury „nienawidzących razem” i „kłamiących razem”.

Kult semityzmu i jego obrona

Aby móc się rozwijać każdy kult musi określić strategię dotyczącą docelowego zasięgu swojej uzurpacji oraz określić swoich wrogów. Im większy zasięg tym więcej wrogów, których trzeba zwalczać. Komunizm miał antykomunistów, a semityzm ma antysemitów.

Semityzm ma antysemitów, ale diabeł tkwi w szczegółach ponieważ:

Semityzm jest swoistą kryszą – słowem, które sprytnie ukrywa inne rzeczy. Są to: talmudyczny judaizm i wynikający z niego religijny rasizm idący w parze z rasizmem świeckim i ogólnie z syjonizmem. Z kolei antysemityzm wywołuje zarówno prawdziwe jak i fałszywe konotacje.

Antysemityzmem można nazwać nienawiść do Żydów i Arabów i jest to grzech. Natomiast uzasadniona niechęć i racjonalna krytyka Żydów lub Arabów nie są antysemityzmem.

Z powodu udanej ofensywy propagandowej heretyków – prożydowskich modernistów oraz tzw. „chrześcijańskich” syjonistów ogromna część katolików nie zdaje sobie sprawy, że talmudyczny judaizm jest religią antychrysta.

Czy antydiabelstwo jest antysemityzmem?

22 Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. 23 Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. – pisze św. Jan (1 J 22,23)

Antychryst to ktoś, kto ma przyjść przed paruzją Jezusa. Św. Jan zakłada też, że istnieje wielu osób cechujących się „duchem Antychrysta” – są to kłamcy i zwodziciele, którzy głoszą, że Jezus nie jest Chrystusem. „Kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest antychrystem, kto nie uznaje Ojca i Syna” / Kim/czym jest Antychryst?/

Wniosek jest jednoznaczny: katolickie antydiabelstwo nie jest antysemityzmem. Doskonałym przykładem na powyższe jest antydiabelstwo Grzegorza Brauna nienajgorzej udokumentowane podczas jego ostatnich wystąpień sądowych. Antydiabelstwo, które jest cenzurowane i zagłuszane wrzaskiem propagandy o antysemityzmie.

Wyznawcy PiS dołączają do „silnych razem”

Patrząc na to, co się dzieje w mediach społecznościowych nie sposób zauważyć, że wektor moralny u słomianych patriotów działa ostatnio bardzo podobnie jak u „nienawidzących razem”. Najczęściej działa tylko jedna wajcha, tylko jeden przełącznik – polityczny – bez używania rozumu i sumienia.

Osoby, które mają odwagę mówić więcej prawdy o realnej geopolityce, negatywnie oceniając Izrael i Ukrainę spotykają się z pomówieniami i wirtualnymi deportacjami do Rosji lub Iranu.

Taki jest niestety poziom intelektualny i moralny politycznej większości w Polsce.

Pięciu Polaków, w tym youtuber, zatrzymanych w Iraku pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Izraela

Pięciu Polaków,

w tym znany polski youtuber,

zatrzymanych w Iraku pod zarzutem

szpiegostwa na rzecz Izraela?

7.03.2026 tysol/pieciu-polakow-w-tym-znany-polski-youtuber-zatrzymanych-w-iraku-pod-zarzutem-szpiegostwa-na-rzecz-izraela

Według doniesień medialnych w Iraku zatrzymano pięciu obywateli Polski pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Izraela. Według nieoficjalnych doniesień wśród zatrzymanych może być popularny youtuber podróżniczy Dawid Fazowski. Informacje na razie nie zostały oficjalnie potwierdzone przez polskie władze.

Pięciu Polaków zatrzymanych w Iraku

– Iracka Służba Bezpieczeństwa Narodowego poinformowała o aresztowaniu pięciu domniemanych izraelskich szpiegów posiadających polskie paszporty po odkryciu „podejrzanej komórki szpiegowskiej w kraju”. – pisze dziennikarz Defence24 Bartłomiej Wypartowicz.

Popularny profil zajmujący się konfliktami na świecie Clash Report publikuje wizerunki zatrzymanych.

Okoliczności zatrzymania

Według informacji wPolsce24 do zatrzymania doszło w samym sercu irackiej stolicy, gdzie od dni trwają burzliwe protesty. Pięciu mężczyzn z polskimi paszportami miało znaleźć się w samym centrum wydarzeń, co miało wzbudzić podejrzenia paramilitarnych oddziałów kontrolujących ulice.

===============================

Bartłomiej Wypartowicz @WypartowiczBa

Iracka Służba Bezpieczeństwa Narodowego poinformowała o aresztowaniu pięciu domniemanych izraelskich szpiegów posiadających polskie paszporty po odkryciu „podejrzanej komórki szpiegowskiej w kraju”. Na zdjęciu widzimy Dawida Fazowskiego, autora kanału „Przez świat na fazie”. W ostatnim czasie udało się na Bliski Wschód z grupą polskich turystów. Bardzo źle to wygląda.

231,5 tys. wyświetleń

Rusofrenia

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-rusofrenia

Rusofrenia

===============================

…dla ludzi nie znających żargonu politykantów:

Rusofrenia – niedawno odkryta jednostka chorobowa. Jest to zaburzenie umysłowe objawiające się tym, że chory jednocześnie uważa, że Rosja wkrótce upadnie oraz że podbije całą Europę.

Zdjęcie

Rusofreniczne wystąpienie w Sejmie RP ministra i wicepremiera Sikorskiego w dniu 26 lutego dowodzi, że nie potrzeba działań rosyjskich pranksterów Leksusa i Wowana, aby dowiedzieć się co dzieje się w głowie polskiego taliba.

Na występującą z odczytanych kartek ambiwalencję, charakterystyczną dla rusofrenii, zwrócił uwagę poseł Krzysztof Bosak. Świadczy o tym uchwycona w kadrze reakcja Radosława Sikorskiego w trakcie wystąpienia posła Bosaka.

Urojenia Sikorskiego

Szerzej z charakterystyczną dla siebie swadą na temat przeciwstawności w sejmowym wystąpieniu Sikorskiego wypowiada się Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” w audycji Szantaż Sikorskiego: albo UE, albo Putin. Bałamutne argumenty ministra. Redaktor Lisicki trafnie zwraca uwagę na urojeniową treść wystąpienia Sikorskiego dotyczącą pozytywnego znaczenia dla Polski i Polaków wojny za naszą wschodnią granicą. Sugeruje też ministrowi lekcję z podstaw polskiej geografii. Przypomina, że nad polską granicą z Rosją i Białorusią stacjonują już od dawna wojska obu tych państw. Mówi też o tym, iż dla ministra Sikorskiego każdy, kto uważa, że wojna na Ukrainie to nie nasza wojna, jest użytecznym idiotą itd.

Przypomnę, że ponad kilkanaście milionów Ukraińców „głosujących nogami” wyjechało z Ukrainy, pokazując w ten sposób, że to nie ich – Ukraińców – wojna. Warto przypomnieć Polakom, jak zachowali się polscy patrioci we wrześniu 1939 roku. Wielu Polaków zamieszkałych poza Polską przyjechało do kraju bronić Ojczyzny, natomiast przedstawiciele najwyższej rangi ówczesnej administracji państwowej obrali kierunek Zaleszczyk. Łącznie z ministrem Józefem Beckiem, specjalistą od honoru.

Owacje dla Panczenki i Rysia

Dla mnie elementem szczególnie komicznym było ostentacyjnie witane przez Sikorskiego z polskiej trybuny sejmowej Natalii Panczenko oraz podziękowanie skierowane do niej i arcybiskupa Grzegorza Rysia [od pewnego czasu pełni funkcję „kardynała” md], polskiego duchownego rzymskokatolickiego, za zbiórkę pieniędzy dla Ukrainy. Minister i wicepremier występujący jako oficjalny przedstawiciel polskiego rządu powinien wiedzieć, że Ukraińcy nieufnie odnoszą się do wszelkiego rodzaju inicjatyw płynących od wysokich rangą przedstawicieli Kościoła katolickiego, ponieważ kojarzą te inicjatywy z chęcią ich reewangelizacji w duchu katolickim, co miało miejsce w przeszłości, w okresie międzywojennym XX wieku.

Nawrocki z Sikorskim

Wisienką na „torcie” panującej obecnie nad Wisłą rusofrenii jest ocena wystąpienia ministra Sikorskiego przez prezydenta RP Karola Nawrockiego: „Było to dla mnie ciekawe i ważne wystąpienie. To dobra informacja dla Polski, że w kwestiach strategicznych polityka prezydenta i MSZ jest po jednej stronie. Odnosi się to do zagrożenia ze strony Rosji. To największe egzystencjalne zagrożenie dla Polski. To wybrzmiało ze słów ministra Radosława Sikorskiego. Bardzo się cieszę, że pan minister skorzystał ze słów, które powtarzam regularnie na arenie międzynarodowej, że Rosja jest do pokonania” – powiedział prezydent Nawrocki w Sejmie podczas konferencji prasowej. 

Powtórka gorzkiej lekcji

Przypominam, że w 1939 roku, przed wybuchem wojny, polska propaganda wmawiała Polakom, że „nakryjemy czapkami niemieckie wojska”. Odnosiło się to do posiadanej wówczas zdolności mobilizacyjnej. Wyszło tak, że lud walczył i umierał za Polskę, a panowie uciekali z Polski przez Zaleszczyki. Przypominam, że obecnie z Rosją na terenie Ukrainy wojuje kilkadziesiąt państw pod egidą USA i jakoś nie mogą pokonać Rosji! W rusofrenicznych gorących głowach rodzą się chore ambicje jej pokonania. Trzeba być bardzo „odważnym”, aby tak myśleć i mówić w stosunku do państwa będącego potęgą nuklearną, jaką jest niezaprzeczalnie Rosja. W 1939 roku sanacyjna Polska wyjmowała już kasztany z ognia na życzenie Anglosasów z wiadomym skutkiem.

Do czego nam jest potrzebna powtórka tej gorzkiej lekcji historii obecnie?

Eugeniusz Zinkiewicz

Miller: Czarzasty i kot Behemot

Miller: Czarzasty i kot Behemot

Włodzimierz Czarzasty pokazał się w Kijowie jak kurier, który przywozi dobrą „nowinę w imieniu całej demokratycznej Europy.” Ta nowina to obietnica szybkiej integracji Ukrainy z UE, którą Ukraińcy słyszeli już setki razy, ale po raz pierwszy od osoby tak charyzmatycznej i prawdomównej.

Szczerze mówiąc śmiałe oświadczenie marszałka było aktem odwagi graniczącym z metafizyką. Nie wiadomo bowiem, czy w Brukseli i w stolicach państw unijnych już o tym wiedzą. Osobiście uważam, że Czarzasty uległ mistycyzmowi Bułhakowa, o co w Kijowie jest nie trudno, a zwłaszcza urokowi kota Behemota, który miał w zwyczaju grać w szachy i częstować damy czystym spirytusem. Jestem pewien, że wizerunek ogromnego czarnego czworonoga o błyszczących, dzikich, żółto-zielonych oczach skłaniał Czarzastego do wygłaszania tyrad, które jednych wprawiały w osłupienie, a innych w czarną rozpacz ku nieukrywanej radości przewrotnego kocura.

Zostawiając kota na boku trzeba zaznaczyć, że Polska pod Czarzastym zaczęła się liczyć. Decyduje, kto dostanie (a raczej nie dostanie) Nobla, kogo przyjmą do Unii, a kto ma jeszcze poczekać w przedsionku historii. Wreszcie ktoś przełamał te traktaty i kryteria kopenhaskie, uciążliwe procedury, jednomyślności i rozdziały negocjacyjne. Po co nam żmudne acquis communautaire, skoro mamy elokwencję i dobre serce?

Problem polega na tym, że nikt nie upoważnił pana Czarzastego do wygłaszania takich deklaracji. Nie jest szefem rządu, nie jest prezydentem, nie reprezentuje Rady Europejskiej ani Komisji. Ale to drobiazg. W polityce najważniejsze jest przecież poczucie misji. Kompetencje są przereklamowane.

Samo wystąpienie w Kijowie było pokazem infantylizmu i pustych uprzejmości. Poziom lewicowej małolatki na szkolnej akademii. Dużo miłości, zero konkretu. Żenujące wyznania uczuć i moralne uniesienia. Ani słowa o twardych interesach Polski.

I wreszcie frazes: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. A wolnej Ukrainy nie może być bez wolnej Polski”. Brzmi wzruszająco. Ma rodowód sięgający 1920 roku i romantyczną aurę wspólnego zmagania z bolszewizmem. Problem w tym, że historia Europy Wschodniej nie była wyłącznie poematem o wzajemnej wolności.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, których ideowi i polityczni spadkobiercy rządzą dziś na Ukrainie nie operowały logiką „wzajemnej wolności”. Ich program zakładał suwerenną i czystą etnicznie Ukrainę także kosztem konfliktu z Polską – i w praktyce oznaczał walkę z polską obecnością na wielu obszarach. Tak narodziły się rzezie wołyńskie określone w oficjalnej uchwale Sejmu jako ludobójstwo. To słowo jest obecne w polskiej pamięci państwowej, ale nie w słowniku polskich polityków.

W słowniku marszałka Sejmu też go nie ma. Jest za to banderowski okrzyk: „Chwała Ukrainie” którym Czarzasty posłużył się przemawiając w Radzie Najwyższej.

To szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te właśnie słowa słyszeli jako ostatnie Polacy zarzynani przez banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś kto mieni się Polakiem nie rozumie co znaczą słowa wypowiadane nad dołami śmierci, ten igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za granicą niż na pamięci własnego narodu.

Leszek Miller

Blade Runners SCT. KRAKOWSKA MASAKRA PIŁĄ ELEKTRYCZNĄ.

Blade Runners SCT Kraków @BladeRunnersSCT

KRAKOWSKA MASAKRA PIŁĄ ELEKTRYCZNĄ

Co tu się wydarzyło!? Wczorajszej nocy padło w sumie lekko ponad znaków z tego co dajecie nam znać, nie mamy niestety zdjęć wszystkich miejsc…

Chyba rzeczywiście Krakowianie wzięli sobie do serca #WielkaKorektaSCT

—————————-

———————————–

Krakowianie wzięli sobie do serca #WielkaKorektaSCT

===============================================

———————–

Reparacje od Ukrainy? Za Wołyń i Małopolskę Wschodnią.

Reparacje od Ukrainy?

Konrad Rękas


Politycy III RP domagają się reparacji wojennych od Niemiec, choć na ich uzyskanie nie mamy dość sił ani pozycji geopolitycznej, a także od Rosji, choć nie ma to żadnego prawnego sensu, bo przecież nie wygraliśmy z Rosją żadnej wojny od 390 lat. [aha, to w 1920 to była „sowiecja”… md]

Czemu w tym wyliczeniu brakuje państwa, od którego reparacje, a na pewno odszkodowania nie tylko nam się należą, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej bylibyśmy w stanie je uzyskać? Czemu nie żądamy od Ukrainy odszkodowań za Wołyń i Małopolskę Wschodnią? Może dlatego, że od Ukraińców moglibyśmy je naprawdę otrzymać? 

Kijów musi zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów

Wystarczy rozumieć, że w obecnym swym kształcie ideowym i politycznym państwo ukraińskie nie chce nawiązywać do tradycji Ukraińskiej SSR, choć przecież odziedziczyło po niej status prawno-międzynarodowy, granice i miejsce w ONZ. Nie, władze w Kijowie wyraźnie podkreślają, że nie chcą mieć nic wspólnego z wielkim wysiłkiem blisko 7,5 miliona Ukraińców walczących z niemieckim nazizmem w szeregach Armii Czerwonej i ruchu partyzanckiego.

Przeciwnie, oficjalna linia Kijowa to upieranie się, że współczesna Ukraina to dziedzictwo Bandery, OUN-UPA i Waffen-SS Galizien. A skoro tak, skoro bohaterami Ukrainy są dziś kolaboranci Hitlera, którzy już we wrześniu 1939 r. brali udział w niemieckiej napaści na Polskę (a wcześnie pomagali ją przygotowywać), a także rzeźnicy z Wołynia i już powojenni okupanci z Podkarpacia – wówczas Kijów powinien dzielić z Berlinem odpowiedzialność za wybuch wojny i ludobójstwo popełnione przez nazistów – niemieckich i ukraińskich. Żądanie reparacji od Ukrainy jest więc jak najbardziej uzasadnione, podobnie jak i oczywisty jest zwrot polskiej własności odebranej Polakom wypędzonym z Kresów. Ukraińcy aspirując do członkostwa w Unii Europejskiej powinni mieć tego pełną świadomość: muszą po europejsku uregulować kwestie własnościowe wobec Polaków, tak jak wszędzie w UE uczynione z majątkami zwróconymi ofiarom holokaustu. Ukraina musi też zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów, podobnie jak po wojnie postąpiły zdenazyfikowane Niemcy.

Odzyskajmy pieniądze utopione na Ukrainie!

Czyny mają konsekwencje, nawet po dekadach, podobnie jak i dokonywane wybory ideowe i… geopolityczne. Zwłaszcza, skoro rzutują na współczesną politykę danego państwa, a tak właśnie dzieje się w przypadku neobanderowskiej Ukrainy. Reparacje to we współczesnej polityce i propagandzie coś w rodzaju spadku po nieznanym wujku-milionerze czy wygranej w Totka, nagły zastrzyk gotówki, który miałby zmienić III RP w krainę mleka i miodu. To mit, do którego się dąży, lecz nigdy nie uzyskuje. Kiedy jednak na geopolitycznym horyzoncie pojawia się realna możliwość uzyskania tego, co się nam, Polakom należy – wówczas rządzący III RP zapierają się, by tych pieniędzy i majątków dla Polski nie odzyskać.

To dowód na to jak fałszywy jest cały reparacyjny humbug, oparty na roszczeniach wobec państw zbyt silnych, by coś od nich ugrać, przy jednoczesnym histerycznym pisku, że żądanie czegokolwiek (nawet spłaty długów) od słabnącego Kijowa jest absolutnie niemożliwe, bo przecież Ukraina prowadzi wojnę, którą – co wie każdy rozsądny człowiek – przegrywa.

Tymczasem bądźmy brutalnie szczerzy – upadłe państwo ukraińskie obdziera i okrada dosłownie każdy: kijowskie władze, rodzimi (?) oligarchowie, międzynarodowy kapitał i zachodni sponsorzy. I tylko Polakom narzuca się rolę użytecznych idiotów, wrzucających pieniądze do ukraińskiej studni. Najwyższy czas choć część z nich odzyskać.

Konrad Rękas

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Ukraina przestaje istnieć, ale Ukraińcy NIE!

DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 21

W ogromie problemów, które zaistniały przez 30 lat funkcjonowania Polski & innych Państw Europy Środkowej w globalizmie, nie najmniejszym jest problem ukraiński.

W polskiej świadomości identyfikowany jest głównie poprzez banderowskie zjawisko.

Natknąłem się niedawno na filmik „w ukraińskiej mowie”, gdzie mieszkające we Wrocławiu Ukrainki, wyrażały zdanie, że w tym mieście zarówno Polacy, jak Ukraińcy są „gośćmi”. W tym momencie warto by zadać pytanie, kim są Ukraińcy we Lwowie?. Ale ponieważ „z banderowcami się nie dyskutuje, do banderowców się strzela”, nie podejmę tego wątku.

Muszę jednak wyrazić pogląd, że jedną z wielu zbrodni globalistycznych reżimów w III RP (PO & PiS), było przygarnięcie 3 milionów Ukraińców na naszej ziemi i na nasz koszt.

Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Polska Racja Stanu wymagała całkowitej neutralności w tym konflikcie.

Teraz kiedy wojna kończy się totalną katastrofą Kijowa, a bezczelność diaspory ukraińskiej osiąga nowe szczyty, należy przeanalizować i ten post globalistyczny problem.

Banderowcy to taki gatunek białych słowiańskich murzynów, których jednoczy jedno; nienawiść do wszystkich pozostałych nacji świata. Oczywiście im bliższa nacja, tym większa nienawiść.

Banderowiec jest gnuśny, leniwy i zawistny.

Ponieważ sam nie jest nic w stanie stworzyć, to swą negatywną energię kieruje na mordowanie znienawidzonych nacji. Czerpie z tego ukojenie diabelskiej duszy i podświadomego kompleksu niższości.

Truizmem jest stwierdzenie, że nie wszyscy obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, są bandytami.

Ci ze wschodniej jej części są najczęściej etnicznymi Rosjanami. Podkreślam, że to określenie nie jest obraźliwe, ale wręcz przeciwnie jest komplementem z mej strony. Dotyczy to nie tylko Rosjan ze wschodniej Ukrainy, ale z samej Rosji, a także z Białorusi i innych byłych republik sowieckich.

Emigrują oni nie dlatego, że bomby spadają im na głowy – bo nie; ale z potrzeby de-bolszewizacji! I trzeba to uszanować!

Jednym z tego przykładów jest Daria, która w poniższym materiale ukazuje różnice pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przy czym, jakby można przypuszczać, nie jest to porównanie plusów i minusów obu nacji, ale ukazanie post-bolszewickiej natury jej współrodaków. Niewątpliwie słusznie zakłada, że pozytywne cechy Ukraińców po prostu nie istnieją. Wyraża za to nadzieję na ich rychłą de-sowietyzację.

Warto z uwagą wysłuchać (obejrzeć) ten materiał, gdyż zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, które z powodzeniem odnoszą się nie tylko do banderowców, ale także „polskojęzycznych europejczyków” (Volksdeutsch-ów), czyli elektoratu Gauleitera tuska.

Poniższy film jest w języku polskim. Zapraszam do uważnego obejrzenia!

=============================================

NIGDY SIĘ NIE POROZUMIEJĄ POLACY A UKRAIŃCY / Różnice mentalnościowe Ukraińców a Polaków

=================================

M. Dakowski:

Ja bym powiedział, za prof. Feliksem Konecznym:

My się jeszcze jakoś trzymamy przy Cywilizacji Łacińskiej, a na byłej Rusi miota się mieszanka cywilizacyj zwana atrocinium magnum.

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Autor: AlterCabrio-ekspedyt.org    18 lutego 2026

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Uwagi na temat życia w gospodarce, w której finansujesz spaghetti dłużej, niż je jesz.

Szczególne okrucieństwo przejawia się w tym, gdy ktoś każe ci podnieść się za sznurówki, podczas gdy ktoś inny już ukradł ci buty, a jeszcze większe okrucieństwo w tym, gdy wysłuchujesz wykładów o ciężkiej pracy od pokolenia, które kupowało domy za jedną pensję i przechodziło na emeryturę, podczas gdy ty pracujesz na trzech etatach i śpisz w swoim pokoju z dzieciństwa w wieku dwudziestu sześciu lat.

Według TransUnion, pokolenie Z ma obecnie większe zadłużenie na kartach kredytowych niż pokolenie milenialsów w tym samym wieku, co samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, gdyby nie fakt, że ich siła nabywcza spadła o około osiemdziesiąt sześć procent w porównaniu z tym, czym cieszyli się przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego, gdy wkraczali w dorosłość.

Niech ta liczba na chwilę zapadnie wam w pamięć. Osiemdziesiąt sześć procent. To nie jest marginalny spadek. To nie jest zwykłe tarcie cykli gospodarczych. To metodyczne, systematyczne wyrywanie przyszłości całego pokolenia, prowadzone przez dekady przez instytucje, które doskonale rozumiały, co robią, i mimo wszystko to robiły.

Liczba osób kupujących dom po raz pierwszy spadła do najniższego poziomu od prawie pięćdziesięciu lat. Inwestorzy instytucjonalni – bezosobowe skupiska kapitału, które traktują schronienie jako wpis w arkuszu kalkulacyjnym, a nie jako ludzką konieczność – według prognoz będą w ciągu najbliższych czterech lat posiadać ponad czterdzieści procent wszystkich domów jednorodzinnych.

Pytanie, które wyłania się z tych statystyk, nie brzmi, czy pokolenie Z spełni amerykański sen, ponieważ marzenie to zostało już przejęte, zlicytowane i przekształcone w nieruchomość pod wynajem zarządzaną przez algorytm BlackRock.

Pytanie brzmi, czy to, co pozostało, można w ogóle nazwać życiem, czy też zostało zredukowane do czegoś, co dokładniej można by określić jako usługę abonamentową — miesięczną opłatę za przywilej istnienia w społeczeństwie, które zamieniło każdy aspekt ludzkiego doświadczenia na pieniądze, nie oferując niczego w zamian poza możliwością dalszego płacenia.

Klasy dobrze sytuowane – te, których bogactwo tak bardzo izoluje je od konsekwencji systemu, którego bronią, że autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się z tym zmagać – powiedzą wam z dobrotliwą protekcjonalnością arystokratów objaśniających zasady dobrego wychowania przy stole, że tak właśnie działają rynki. Będą przywoływać świętą liturgię podaży i popytu, jakby recytowali Pismo Święte, klękając przed ołtarzami wydajności i innowacji, twórczej destrukcji i dynamiki gospodarczej. To zaklęcia, rytualne frazy, które mają położyć kres myśleniu, a nie je pobudzić, ekonomiczny odpowiednik „zadumy i modlitw” po strzelaninie w szkole.

Będą sugerować z pogodną pewnością siebie osób, które nigdy w swoim rozpieszczonym życiu nie zaznały zimnego potu przy sprawdzaniu stanu konta w banku przed zakupami spożywczymi, że gdyby młodzi ludzie po prostu ciężej pracowali, oszczędzali bardziej starannie, nauczyli się programowania, przenieśli się do tańszych miast, zrezygnowali z subskrypcji serwisów streamingowych, zrezygnowali z tostów z awokado i przyjęli odpowiednio pozytywne nastawienie, oni również mogliby osiągnąć dobrobyt, do którego poprzednie pokolenia wpadały z całym impetem upadającej kłody.

Osoba z pokolenia wyżu demograficznego, która w 1978 roku kupiła dom za pensję robotnika fabrycznego, będzie ci wygłaszać wykład o odpowiedzialności finansowej, siedząc w domu, którego wartość wzrosła o 1200 procent, nie wymagając od niego ani jednej dodatkowej godziny pracy. Mężczyzna, którego studia kosztowały pięćset dolarów za semestr, szczerze wyjaśni, że twoje pokolenie po prostu nie rozumie wartości edukacji. Ktoś, kto nigdy nie rywalizował z czterystoma kandydatami o niepłatny staż w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej przez niesprawną sztuczną inteligencję, będzie się głośno zastanawiał, dlaczego „po prostu nie postawiłeś stopy w drzwiach”.

Rady spływają nieubłaganie, z wątków na Twitterze, stołów w Święto Dziękczynienia i felietonów w gazetach, pisanych przez felietonistów, których początkowa pensja w 1985 roku wystarczyłaby na dom, na który ich wnuków nigdy nie będzie stać: przestańcie jeść na mieście, zrezygnujcie z Netflixa, parzcie kawę w domu, przestańcie co roku kupować nowe telefony. Jakby czterysta tysięczną lukę między zarobkami a cenami nieruchomości dało się zniwelować, przechodząc na kawę rozpuszczalną. Jakby każdy poniżej trzydziestego piątego roku życia mógł co roku kupować nowy telefon, zamiast go kredytować lub oddawać w rozliczeniu, gdy tylko bateria padnie po osiemnastu miesiącach przeciętnego użytkowania.

Mój telefon ma sześć lat i wciąż zastanawiam się, kiedy dokładnie będę mogła sobie pozwolić na dom za moją pensję – a co ważniejsze: gdzie? Ziemia Ognista? Warto o tym pomyśleć w tym momencie. Może mogłabym kupić skromne mieszkanie gdzieś w subarktycznej dziczy, z dala od inwestorów instytucjonalnych i algorytmicznych właścicieli nieruchomości, gdzie jedynymi sąsiadami byłyby pingwiny – które, trzeba przyznać, najwyraźniej wykazały się znacznie większą odwagą niż to rozdęte, samouwielbiające się, samozadowolone, śmiertelnie obojętne społeczeństwo, które spędza czas na wygłaszaniu tonącym wykładów na temat ich techniki pływania.

Nihilistyczny Pingwin” pójdzie ku pewnej śmierci, zamiast poddać się warunkom, które uważa za nie do zniesienia. Przeciętny Amerykanin wysłucha kolejnego wykładu o kawie ze Starbucksa (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie wydałam tam ani grosza) od kogoś, czyj cały majątek netto pochodzi z zakupu domu w 1987 roku, uprzejmie skinie głową i w duchu zastanowi się, co jest z nim nie tak. Pingwiny przynajmniej zachowują godność swoich przekonań. Reszta z nas zamieniła swoje na przywilej usłyszenia, że ​​ponieśliśmy porażkę. Ale proszę, powiedz mi więcej o moich rozrzutnych nawykach zakupowych. Jestem pewna, że kolejny wykład o odpowiedzialności finansowej od kogoś, czyja rata kredytu hipotecznego jest niższa niż moja składka na ubezpieczenie zdrowotne, w końcu złamie ten kod.

Ta rada byłaby po prostu obraźliwa, gdyby nie stanowiła formy manipulacji [gaslighting], tak wszechstronnej, tak nieustępliwej, tak perfekcyjnie wyważonej, by zmusić ofiarę do zwątpienia w jej własne postrzeganie rzeczywistości, że sprowadza się to do wojny psychologicznej prowadzonej przeciwko całej grupie demograficznej. Kiedy pracujesz sześćdziesiąt godzin tygodniowo i nie stać cię na czynsz, a ktoś mówi ci, że problemem jest twój sposób myślenia, nie oferuje on żadnej rady. Mówi ci, że rzeczywistość nie istnieje, że twoje przeżycia to halucynacja, że ​​but na karku to w rzeczywistości masaż i powinieneś być za niego wdzięczny.

Proszą was o udział w waszym własnym wymazaniu – finansowym i etnicznym – i o zaakceptowanie, że wasza niezdolność do rozwoju w ustawionej grze, w której zawsze będziecie d..kami z powodu samego istnienia, odzwierciedla pewne braki w waszym charakterze, a nie architekturę samej gry. A najokrutniejsze jest to, że niektórzy z was im uwierzą, zinternalizują kłamstwo, spędzą lata zastanawiając się, co jest z wami nie tak, zanim zdadzą sobie sprawę, że jedyne, co z wami jest nie tak, to to, że urodziliście się trzydzieści lat za późno, by skorzystać z umowy społecznej, która już została zrealizowana i spalona.

Prawda jest prostsza i mroczniejsza: każde pokolenie wkraczało w dorosłość w pogarszających się warunkach ekonomicznych, czego najbardziej widocznym odzwierciedleniem jest stały spadek liczby właścicieli domów, ale kumulujący się efekt dekad nieudanej polityki – z których każda koncentrowała się wyłącznie na kolejnym cyklu wyborczym lub kwartale finansowym, a nie na spójnej wizji przyszłości – sprawił, że millenialsi i pokolenie Z muszą udźwignąć cały nagromadzony ciężar systemowego rozkładu. Nie zmagają się z lenistwem, poczuciem wyższości czy niewystarczającą przedsiębiorczością. Zmagają się, ponieważ odziedziczyli gospodarkę, która została systemowo zaprojektowana tak, aby wydobywać z ludzi maksymalną wartość, zapewniając jednocześnie minimalne bezpieczeństwo – gospodarkę, która powróciła do warunków niespotykanych od czasów Wieku Pozłacanego [Gilded Age], ery bezprecedensowych nierówności i dominacji korporacji, której miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy dotyczące ochrony pracowników z XX wieku.

Historia, ten wielki nauczyciel, którego nikt nigdy nie słucha, pokazała nam już, do czego to prowadzi. Pod koniec XIX wieku ponad cztery tysiące amerykańskich firm upadło, przekształcając się w około dwieście pięćdziesiąt, oddając kontrolę nad cenami, siłą roboczą i produkcją w ręce wąskiej elity, której nazwiska wciąż rozbrzmiewają w korytarzach bogactwa: Carnegie, Rockefeller, Morgan, Vanderbilt.

Andrew Carnegie kontrolował około dwadzieścia pięć procent światowej produkcji stali, przewyższając produkcję całych krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania. Standard Oil Johna D. Rockefellera osiągnął dziewięćdziesięcioprocentowy udział w rynku, a sam Rockefeller posiadał prawie dwa procent całkowitego majątku kraju – liczba ta brzmi niemal staromodnie w porównaniu z koncentracją, jakiej jesteśmy świadkami dzisiaj, kiedy siedem firm technologicznych odpowiada za ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500, co stanowi najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego.

Baronowie-rozbójnicy zrozumieli coś, co na nowo odkryli ich współcześni następcy: gdy gospodarka staje się zależna od skoncentrowanej władzy, apele o poprawę płac i warunków pracy można zbagatelizować jako zagrożenie dla samego postępu gospodarczego. Retoryka ta praktycznie nie zmieniła się od stu czterdziestu lat. W epoce Wieku Pozłacanego żądania ochrony podstawowej godności ludzkiej zostały przerobione na niebezpieczną komunistyczną propagandę, zagraniczną agitację zagrażającą amerykańskiemu stylowi życia.

Dziś każda sugestia, że ​​korporacje powinny płacić godziwe płace, że opieka zdrowotna nie powinna doprowadzać chorych do bankructwa, albo że mieszkania powinny być dostępne dla ludzi, którzy faktycznie w nich mieszkają, spotyka się z oskarżeniami o socjalizm, walkę klas, analfabetyzm ekonomiczny lub odwieczny faworyt zamożnych: zazdrość. Robotnicy Wieku Pozłacanego musieli zmagać się nie tylko z bezprecedensową władzą korporacji i skorumpowaną polityką, ale także ze społecznymi pochlebcami, którzy bronili systemu, który ich zmiażdżył – zwykłymi ludźmi tak przesiąkniętymi nachalną propagandą, że wierzyli w swoje własne zubożenie jako naturalne, nieuniknione, a może nawet zasłużone.

Najbardziej druzgocącym przykładem tego zjawiska był sprzeciw wobec reformy dotyczącej pracy dzieci, który nie pochodził głównie od elit przemysłowych czy polityków, lecz od rodziców z klasy robotniczej, których płace spadły tak nisko, że przetrwanie rodziny zależało od dochodów ich dzieci. System stworzył tak brutalne warunki, że wyzysk stał się samonapędzający, a same ofiary broniły niszczących je praktyk, ponieważ nie potrafiły wyobrazić sobie alternatywy. Na tym właśnie polega geniusz wszechstronnego przejęcia ekonomicznego: nie tylko narzuca cierpienie, ale wręcz zmusza cierpiących do obrony źródeł swojego bólu.

Historia jednak również rejestruje to, co się dzieje, gdy nierówności pogłębiają się poza granice tolerancji. W miarę jak niepokoje narastały w całym kraju, strajki przeradzały się w przemoc, a sprzeciw opinii publicznej stawał się niemożliwy do zignorowania, przywódcy polityczni byli coraz bardziej zmuszeni reagować nie na biernych amerykańskich wyborców, zadowolonych z tego, co oferował rynek, ale na siłę roboczą, która odkryła swoją kolektywną siłę poprzez gorzkie doświadczenia. Uchwalenie ustawy antymonopolowej Shermana z 1890 roku stanowiło wczesną próbę zapobieżenia całkowitemu zdominowaniu systemu demokratycznego przez władzę prywatną, ustanawiając precedens, że konsolidacja nie była naturalnym punktem końcowym, który Amerykanie byli zobowiązani zaakceptować. Era Progresywna (tak, używam tego okropnego słowa w kontekście nieobraźliwym!) rozszerzyła te zabezpieczenia poprzez przepisy prasowe, regulacje pracownicze i stopniowe uznawanie, że gospodarka istnieje po to, by służyć ludziom, a nie odwrotnie.

I przez jakiś czas – krótki, świetlany okres, o którym klasy zamożne teraz udają, że nigdy nie istniał – to podejście działało.

Nie tak dawno temu kraj wyszedł z Wieku Pozłacanego w okres, w którym mocny uścisk dłoni i chęć do pracy mogły zagwarantować karierę na całe życie. Gdzie pracownik zarabiający najniższą krajową zaledwie siedemdziesiąt pięć centów za godzinę mógł sobie pozwolić na opłacenie czynszu za cały miesiąc, pracując na pełen etat przez mniej niż półtora tygodnia. Gdzie prawie sześćdziesiąt procent amerykańskich pracowników posiadało domy w cenach odpowiadających dzisiejszej medianie około stu dwudziestu ośmiu tysięcy dolarów. Gdzie blisko czterdzieści pięć procent Cichego Pokolenia [Silent Generation] posiadało domy w wieku dwudziestu pięciu lat – nie dzięki pomocy rodziców czy odziedziczonemu majątkowi, ale dzięki prostemu mechanizmowi płac, które faktycznie odpowiadały kosztom utrzymania.

Roczne koszty opieki zdrowotnej dla przeciętnej rodziny wymagały zaledwie około dwóch do czterech tygodni pracy. Ponieważ około trzydzieści procent siły roboczej było zrzeszonych w związkach zawodowych, pracownicy mieli realną siłę nacisku, aby negocjować wyższe płace, emerytury i świadczenia. Mobilność społeczna nie była inspirującym hasłem na plakatach ani banałem z wykładów TED – była strukturalnie dostępna, wbudowana w architekturę ekonomiczną poprzez przemyślane decyzje polityczne, które traktowały pracowników jako istoty ludzkie, a nie jednorazowy nakład. System nie był idealny, w żadnym wypadku. Jednak podstawowa umowa obowiązywała: jeśli ciężko pracujesz i przestrzegasz zasad, możesz zbudować godne życie. Ta umowa została systemowo zerwana, mimo że tak wielu z tych, którzy mieli szansę skorzystać z jej dobrodziejstw, radośnie ignoruje tę rzeczywistość.

W kolejnych dekadach dewaluacja waluty osłabiła siłę nabywczą płac, podczas gdy ceny aktywów gwałtownie rosły, wzbogacając tych, którzy już posiadali majątek, a jednocześnie czyniąc posiadanie go coraz bardziej niemożliwym dla tych, którzy go nie posiadali. Niekończące się wojny pochłaniały biliony dolarów, które mogłyby zostać przeznaczone na finansowanie infrastruktury, edukacji, opieki zdrowotnej, budownictwa mieszkaniowego – wszystkiego, co mogłoby poprawić życie zwykłych obywateli, a nie marż zysku producentów zbrojeniowych. Przejęcie regulacji przekształciło agencje mające chronić interesy publiczne w lobbingowe ramiona branż, które miały nadzorować. A mimo to obietnica ekonomii skapywania zapewniła ideologiczne uzasadnienie dla tego, co w praktyce było masową redystrybucją bogactwa i władzy w górę w ręce nielicznych.

Wraz ze spadkiem egzekwowania prawa i przyspieszeniem konsolidacji, siła robocza traciła wpływy, własność ustępowała miejsca dostępowi, a bodźce ze strony kierownictwa ponownie nagradzały tłumienie związków zawodowych. Społeczni pochlebcy powrócili, a ich argumenty zostały zaktualizowane do ery cyfrowej, ale zasadniczo niezmienione od czasów ich poprzedników z Wieku Pozłacanego: tak właśnie działają rynki, regulacje niszczą miejsca pracy, związki zawodowe to przeżytek epoki przemysłowej, jeśli nie podobają ci się warunki pracy, możesz znaleźć inną. Nieważne, że dostępne miejsca pracy oferują te same lub gorsze warunki. Nieważne, że „wolność” wyboru między wyzyskiem a bezdomnością nie jest żadną wolnością. Nieważne, że całe ramy prawne zakładają indywidualne rozwiązania problemów systemowych, przerzucając ciężar dostosowania się do zepsutego systemu wyłącznie na tych, którzy są najmniej przygotowani do jego udźwignięcia.

Pokolenie Z wkroczyło w gospodarkę, która pod wieloma względami jest o krok od pamiętnych warunków z Wieku Pozłacanego, którym pierwotnie miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy regulujące pracę. Nigdzie ten powrót nie stał się bardziej szkodliwy niż w sektorze mieszkaniowym – tej najbardziej fundamentalnej ludzkiej potrzebie, która obecnie przekształciła się w spekulacyjną klasę aktywów, której głównym celem jest generowanie zysków dla inwestorów, a nie zapewnienie schronienia ludziom.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku – będącym konsekwencją deregulacji i inżynierii finansowej, która wzbogaciła architektów upadku, jednocześnie rujnując zwykłych właścicieli domów – dziesiątki tysięcy małych i regionalnych firm budowlanych zbankrutowało lub zostało przejętych przez większych konkurentów.

Kryzys, który zniszczył tak wiele rodzinnych firm i osobistych oszczędności, stał się dla tych z dużym kapitałem bezprecedensową okazją do zakupu. Nowe inwestycje budowlane w coraz większym stopniu znajdowały się pod kontrolą garstki firm, a dziś dziesięciu największych deweloperów kontroluje prawie 45% wszystkich nowych domów jednorodzinnych, co stanowi najwyższy odsetek w historii. Tylko dwie firmy, DR Horton i Lennar, samodzielnie kontrolują ponad 20% rynku.

Badania Luisa Quintero z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa pokazują, co ta koncentracja oznacza w praktyce: te dominujące firmy mogą teraz kontrolować harmonogram, wielkość i ceny nowych inwestycji bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Zmniejszyły one roczną podaż mieszkań o około sto pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie, czyli prawie 2,6 miliona domów od czasu recesji, jednocześnie zwiększając zmienność cen o ponad pięćdziesiąt procent. Po co budować mieszkania w przystępnej cenie dla rodzin z klasy średniej, skoro luksusowe i wysokomarżowe projekty są o wiele bardziej rentowne? Według Redfin, rynek mieszkań luksusowych rozwijał się trzy razy szybciej niż rynek głównego nurtu. Pod koniec 2024 roku w całym kraju w budowie było zaledwie 6700 tańszych mieszkań na wynajem, w porównaniu z prawie pół milionem mieszkań wyższej klasy.

W rezultacie rynek staje się coraz bardziej oderwany od dochodów gospodarstw domowych. Według danych Centrum Studiów nad Mieszkalnictwem Uniwersytetu Harvarda, około połowa wszystkich gospodarstw domowych wynajmujących mieszkania wydaje obecnie ponad trzydzieści procent swoich dochodów na mieszkanie – tradycyjny próg, powyżej którego koszty mieszkania stają się uciążliwe. Rekordowa liczba 12,1 miliona gospodarstw domowych wydaje ponad pięćdziesiąt procent tylko po to, by utrzymać dach nad głową.

To nie są ludzie podejmujący złe decyzje finansowe. To ludzie uwięzieni na rynku, który został celowo ukształtowany w celu wyłudzenia maksymalnego czynszu od najemców, którzy nie mają dokąd się udać.

A gdy już budownictwo mieszkaniowe będzie projektowane tak, aby służyć temu, kto da najwięcej, a nie przeciętnemu gospodarstwu domowemu, przyciągnie kapitał, który będzie traktował domy nie jako miejsca do życia, ale jako aktywa generujące dochód, którymi będą zarządzać algorytmy i firmy zarządzające nieruchomościami, które nigdy nie spotkały i nigdy nie spotkają najemców, których życie zależy od ich decyzji.

Tylko w 2021 roku około dwadzieścia osiem procent wszystkich domów sprzedanych w Teksasie trafiło do inwestorów instytucjonalnych. W całym regionie Sun Belt ponad jedna trzecia zakupów domów jednorodzinnych jest obecnie powiązana z funduszami private equity i dużymi operatorami wynajmu. Nie są to osoby prywatne budujące osiedla, lecz podmioty finansowe, które czerpią wartość z ludzkich potrzeb, podnosząc medianę cen domów powyżej czterystu piętnastu tysięcy dolarów i pozostawiając millenialsów i pokolenie Z w obliczu wskaźnika ceny do dochodu na poziomie 10.5, czyli ponad dwukrotnie wyższym niż w przypadku poprzednich pokoleń.

I choć około trzydziestu procent przedstawicieli pokolenia Z teoretycznie zdołało kupić dom do dwudziestego piątego roku życia, prawie siedemdziesiąt osiem procent wymagało w tym celu pomocy rodziców – to najwyższy odsetek w historii. Amerykański sen ma teraz przypiętą gwiazdkę: jest dostępny tylko dla tych, których rodzice mogą sobie na niego pozwolić. Ponad pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z nadal mieszka z rodzicami, całkowicie pozbawionych możliwości posiadania domu, z odroczonym w czasie osiągnięciem niezależności w oczekiwaniu na korektę rynku, która może nigdy nie nadejść, lub na odziedziczenie zdewaluowanego majątku po pokoleniu, którego polityka w ogóle stworzyła te warunki.

Ta sama konsolidacja, która przekształciła rynek mieszkaniowy, objęła również cały system żywnościowy, choć klasy zamożne, robiące zakupy w Whole Foods i często odwiedzające restauracje oferujące dania z farmy na stół, rzadko to zauważają. Na początku XX wieku Kongres uznał ogromną władzę dominujących zakładów mięsnych i uchwalił ustawę o zakładach mięsnych i rzeźniach z 1921 roku, aby przełamać ich kontrolę nad dostawami żywności. Jednak w ciągu ostatnich czterech dekad słabe egzekwowanie przepisów antymonopolowych i agresywne fuzje korporacyjne pozwoliły, aby ta władza powróciła ze zdwojoną siłą.

Obecnie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich kurczaków brojlerów jest hodowanych w ramach systemów kontraktowych, w których rolnicy nie są właścicielami ptactwa, paszy ani praw do przetwórstwa. Posiadają jedynie długi zaciągnięte na budowę obiektów wymaganych przez integratorów oraz pracę włożoną w hodowlę zwierząt zgodnie ze specyfikacjami ustalonymi przez korporacje, które mogą w każdej chwili zerwać umowy. Zaledwie cztery firmy – Tyson, JBS, Perdue i Sanderson – kontrolują około sześćdziesięciu procent amerykańskiej produkcji kurczaków, likwidując miliony małych, mieszanych stad, które istniały na początku XIX wieku, i redukując liczbę niezależnych producentów do zaledwie dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy hodowców kontraktowych, w porównaniu z setkami tysięcy, które działały w połowie XX wieku.

W sektorze wołowiny cztery największe firmy kontrolują obecnie około osiemdziesiąt pięć procent amerykańskiego przetwórstwa, w porównaniu z zaledwie trzydziestoma sześcioma procentami w 1980 roku. W sektorze wieprzowiny cztery firmy wytwarzają około siedemdziesiąt procent całej produkcji. Oskarżenia o zmowy cenowe na tych silnie skoncentrowanych rynkach ujawniły, że firmy koordynują cięcia dostaw, podnosząc ceny hurtowe, dodając setki dolarów rocznie do rachunku za żywność przeciętnej rodziny, jednocześnie pozwalając korporacjom na zwiększanie marż.

Wszystko to skrywane za nagłówkami o inflacji, jakby rosnące ceny były jakimś tajemniczym zjawiskiem naturalnym, a nie przewidywalną konsekwencją pozwolenia garstce firm na kontrolowanie podaży i cen podstawowych towarów.

Koncentracja umożliwiła tym firmom standaryzację produkcji wokół najtańszych i najbardziej nieludzkich metod, jakie są możliwe. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie hodowanych w warunkach farm przemysłowych, pomimo że trzy czwarte amerykańskiego społeczeństwa sprzeciwia się takim warunkom. Jednak opinia publiczna nic nie znaczy, gdy rynek jest kontrolowany przez podmioty na tyle duże, że mogą ją ignorować.

Ta sama dynamika występuje w każdym sektorze: konsolidacja tworzy władzę, władza umożliwia wyzysk, a wyzyskiwani nie mają żadnych realnych możliwości, ponieważ rynek nie oferuje alternatyw.

Aby zrozumieć systemowy rozkład rynku pracy, ekonomiści mierzą koncentrację za pomocą indeksu Herfindahla-Hirschmana (HHI), który śledzi, jak duża część kontroli jest skupiona w rękach kilku firm. Historycznie rzecz biorąc, wartość powyżej 2500 sygnalizuje wysoce skoncentrowany rynek, zdolny do zachowań antykonkurencyjnych – próg ten został od tego czasu obniżony do 1800.

Badania ekonomistów specjalizujących się w prawie antymonopolowym, José Azara i Ioany Marinescu, pokazują, że średni wskaźnik HHI rynku pracy wynosi obecnie około 4378. Na wielu rynkach lokalnych i branżowych pracownicy de facto wybierają między zaledwie dwoma dominującymi pracodawcami. Ten poziom koncentracji skutkuje średnio dwudziestoprocentową obniżką płac, mniejszą liczbą dostępnych miejsc pracy i osłabieniem siły przetargowej, ponieważ przewaga pozostaje w rękach pracodawców, którzy nie muszą już konkurować o pracowników, ponieważ podzielili między siebie rynek.

Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w branży technologicznej. Według raportu Instytutu Samowystarczalności Lokalnej z 2021 roku, ekspansja Amazona przyczyniła się do zniknięcia około czterdziestu procent małych producentów odzieży, zabawek i artykułów sportowych, a także prawie jednej trzeciej małych wydawnictw książkowych. Amazon odegrał kluczową rolę w upadku dużych pracodawców, takich jak Borders i Toys R Us, które łącznie zatrudniały około dziewięćdziesięciu tysięcy pracowników. Firma została przyłapana na wykorzystywaniu swojego funduszu venture capital do inwestowania w startupy, a następnie kopiowania ich pomysłów i wprowadzania na rynek konkurencyjnych produktów, w niektórych przypadkach celowo rujnując firmy, które wspierała.

Amazon nie jest w tym odosobniony. Podczas gdy Federalna Komisja Handlu [FTC] i Departament Sprawiedliwości (DOJ) okazjonalnie blokują głośne fuzje, bardziej powszechną taktyką jest inwestowanie przez dominujące firmy w startupy, zabezpieczanie miejsc w zarządach i ciche wpływanie na ich kierunek – strategia znana jako „kooptacja zakłóceń” [co-opting disruption], czyli odwodzenie przyszłych konkurentów od innowacji, które mogłyby realnie zagrozić ugruntowanej pozycji rynkowej.

Kiedy Nvidia, Microsoft, Apple, Amazon, Google, Meta i Tesla stanowią obecnie ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500 – najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego – znajdujemy się w gospodarce, w której dobrobyt kraju zależy od wyników nielicznych firm, których interesy prawdopodobnie nie idą w parze z dobrobytem zwykłych obywateli.

To uzależnienie sprawia, że ​​Pokolenie Z musi zmierzyć się z masowym outsourcingiem amerykańskich miejsc pracy, zwolnieniami podszywającymi się pod optymalizację AI, zbliżającą się automatyzacją całych zawodów, fałszywymi ofertami pracy zalewającymi platformy rekrutacyjne, mającymi stworzyć iluzję możliwości, których nie ma, oraz z najgorszymi warunkami na rynku pracy, z jakimi absolwenci muszą się zmierzyć od ponad dekady.

Dzisiaj siedemdziesiąt dwa procent pokolenia Z żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy prawie połowa pracuje na trzech lub więcej etatach, żeby przeżyć. Nie po to, by budować majątek. Nie po to, by rozwijać karierę. Po prostu po to, by przetrwać – zapłacić czynsz, kupić artykuły spożywcze, spłacić minimalne raty zadłużenia na karcie kredytowej, które zgromadzili, próbując sfinansować edukację, która miała być ich przepustką do lepszego życia.

A kiedy garstka firm w istocie kontroluje rynek pracy, dyktuje nie tylko płace, ale także dostęp do opieki zdrowotnej. Według Employee Benefit Research Institute, odsetek pracodawców oferujących ubezpieczenia zdrowotne systematycznie spada wraz z przyspieszeniem konsolidacji. Do 2022 roku jeden lub dwa systemy opieki zdrowotnej kontrolowały cały rynek szpitali stacjonarnych w prawie połowie wszystkich obszarów metropolitalnych. Zgodnie z obecnymi wytycznymi federalnymi, siedemdziesiąt trzy procent rynku szpitali metropolitalnych jest klasyfikowanych jako wysoce skoncentrowane, w porównaniu z siedemdziesięcioma jeden procentami w 2014 roku.

Zgodnie z proponowanymi przez Departament Sprawiedliwości i Federalną Komisję Handlu (FTC) wytycznymi dotyczącymi fuzji, liczba ta wzrośnie do około dziewięćdziesięciu pięciu procent.

Badania przeprowadzone przez Kaiser Family Foundation i Healthcare Costs Institute pokazują, że ta konsolidacja bezpośrednio podnosi ceny. Same fuzje szpitali zwiększają koszty prywatnych ubezpieczycieli o około trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu procent, nie poprawiając wyników leczenia pacjentów. Prawie połowa wszystkich obszarów metropolitalnych jest zdominowana przez jednego ubezpieczyciela kontrolującego co najmniej pięćdziesiąt procent obszaru, podczas gdy w skali kraju zaledwie cztery firmy kontrolują prawie połowę wszystkich prywatnych ubezpieczeń.

W miarę jak składki na ubezpieczenie zdrowotne rosną szybciej niż płace, mniejsi pracodawcy coraz częściej nie są w stanie w ogóle oferować ubezpieczenia, co stawia pracowników w sytuacji, w której dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej wymaga dołączenia do jednej z większych, skonsolidowanych firm – tych samych, które outsourcingują i automatyzują amerykańskie miejsca pracy tak szybko, jak pozwalają na to ich algorytmy.

W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie dekady, pokolenie Z płaci obecnie około czterdzieści sześć procent więcej za ubezpieczenie zdrowotne. Dwie trzecie młodych dorosłych rezygnuje z wizyt lekarskich z powodu kosztów. To również silnie zniechęca do samozatrudnienia i przedsiębiorczości – a właśnie te cechy klasy zamożne rzekomo cenią, pouczając młodych ludzi o tym, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze.

I choć analiza ta koncentrowała się głównie na Stanach Zjednoczonych, ten sam upadek umowy społecznej ma miejsce w dużej części rozwiniętego świata. W Australii naukowcy z Uniwersytetu w Sydney wskazują na narastający kryzys zdrowia psychicznego pokolenia Z, napędzany niepewnością ekonomiczną i niestabilnością społeczną. W Korei Południowej presja sukcesu stała się tak przytłaczająca, że ​​młodzi ludzie nazywają swój kraj „Hell Joseon” – piekielnym, beznadziejnym społeczeństwem. W Chinach młodzi ludzie nazywają siebie „ludźmi szczurami”, opisując wypalenie, wysokie bezrobocie i rozczarowanie wyścigiem szczurów. W Niemczech pokolenie Z zmaga się z tymi samymi problemami upadającego rynku pracy, jednocześnie obwiniane o lenistwo i poczucie wyższości przez tych, którzy weszli w dorosłość w nieporównywalnie łatwiejszych warunkach w rozkwitających powojennych Niemczech. W Kanadzie, pomimo że pokolenie Z oszczędza więcej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie, w praktyce zrezygnowało z posiadania własnego domu.

To nie jest problem amerykański. To globalny wzorzec – skoordynowana restrukturyzacja życia gospodarczego wokół zasady, że ludzie istnieją, by służyć kapitałowi, a nie odwrotnie, że mieszkania, opieka zdrowotna, żywność i praca to towary, które należy optymalizować pod kątem maksymalnej eksploatacji, a nie potrzeby, które należy zapewnić dla ludzkiego rozwoju. Marzenie o własności zostało zastąpione rzeczywistością użytkowania – życiem składającym się wyłącznie z subskrypcji, gdzie ktoś niczego nie posiada a oczekuje się od niego wdzięczności za przywilej dzierżawy dostępu do podstawowych warunków życia.

Zamożne klasy powiedzą ci, żebyś zachował pozytywne nastawienie. Będą ci sugerować, że negacja nigdy niczego nie wygrała, że ​​powinieneś wziąć życie w swoje ręce i coś z nim zrobić, że nastawienie jest wszystkim, a bycie ofiarą to wybór. Ta rada pochodzi od ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między zakupami spożywczymi a opieką medyczną, którzy nigdy nie pracowali na trzech etatach, jednocześnie studiując w pełnym wymiarze godzin, którzy nigdy nie kalkulowali, czy stać ich na chorobę w tym miesiącu. Ich pozytywność to pozytywność tych, którzy są chronieni przed konsekwencjami, pogodna pewność siebie zwycięzców loterii, którzy radzą pechowcom, by po prostu bardziej wierzyli.

Ale oto, czego wykłady o pozytywnym myśleniu nigdy nie przyznają: najsilniejszy sprzeciw wobec zmian zawsze pochodzi od tych, którzy zinternalizowali własny wyzysk. Rodzice z Wieku Pozłacanego, którzy zwalczali reformę dotyczącą pracy dzieci, ponieważ potrzebowali zarobków swoich dzieci, aby przeżyć. Współcześni pracownicy, którzy bronią miliarderów przed podatkami, ponieważ są przekonani, że pewnego dnia oni również mogą zostać miliarderami, a przynajmniej że majątek miliarderów w jakiś sposób spływa do nich poprzez mechanizmy, których żaden ekonomista nigdy nie był w stanie zidentyfikować. Młodzi ludzie, którzy atakują swoich rówieśników za „pesymizm”, ponieważ przyznanie się do skali problemu wydaje się zbyt przytłaczające.

Staliśmy się, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, tak hiperindywidualistyczni, że wszystkie treści w mediach społecznościowych sprowadzają każdy problem systemowy do porad, trików, sposobów na zwiększenie produktywności i osobistej odpowiedzialności. Po prostu lepiej planuj budżet. Po prostu naucz się wartościowych umiejętności. Po prostu zajmij się jednym z wielu dodatkowych zajęć na przesyconych rynkach. Po prostu pracuj ciężej, poświęcaj się bardziej, wierz w siebie z wystarczającą intensywnością. Ta rada nie jest do końca błędna – osobisty wysiłek ma znaczenie, zawsze miał i zawsze będzie miał. Jednak systematycznie przesłania ona strukturalną rzeczywistość, że żadna indywidualna optymalizacja nie jest w stanie pokonać systemu zaprojektowanego po to, by wyciągać wartość z ludzi, a nie ją dostarczać.

A hiperindywidualizm spełnia swoją funkcję. Rozdziela ludzi, którzy dzielą wspólne interesy. Przekształca zbiorowe problemy w osobiste porażki. Sprawia, że ​​zamiast organizować się, by zmienić warunki, każda osoba zmaga się sama, wierząc, że jej niezdolność do rozwoju odzwierciedla jej własne braki, a nie architekturę systemu, który nigdy nie został zaprojektowany dla jej dobra. Najbardziej samotne pokolenie w historii nie jest samotne z przypadku. Samotność jest zamierzonym rezultatem gospodarki, która korzysta z rozproszonych jednostek, które nie potrafią się koordynować, organizować, nie potrafią sobie wyobrazić, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.

Miliarderzy wciąż powtarzają, że pieniądze nie dają szczęścia, ale ich własne badania dowodzą czegoś innego. Osoby zarabiające ponad sto tysięcy dolarów rocznie deklarują, że są mniej samotne. Wyższe dochody bezpośrednio korelują ze szczęściem, jak pokazują liczne badania. Bogaci o tym wiedzą – po prostu nie chcą, żebyś ty o tym wiedział, ponieważ społeczeństwo, które rozumie związek między bezpieczeństwem materialnym a dobrobytem, ​​mogłoby zacząć zadawać niewygodne pytania o to, dlaczego takie bezpieczeństwo staje się niemożliwe do osiągnięcia dla coraz większej części populacji.

Na świecie jest obecnie ponad trzy tysiące miliarderów. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 2025 roku dodali kolejne pięć bilionów dolarów do swojego zbiorowego majątku. Tempo to przyspiesza. To nie przypadek, że wraz ze wzrostem ich bogactwa rosną również koszty wszystkiego innego. Jesteśmy na dobrej drodze, aby w ciągu najbliższej dekady zobaczyć pięciu bilionerów. Po raz pierwszy w historii nowożytnej więcej miliarderów powstaje w wyniku dziedziczenia niż przedsiębiorczości. Stany Zjednoczone zobaczą dwadzieścia dziewięć bilionów dolarów przekazanych spadkobiercom miliarderów w ciągu najbliższych trzydziestu lat. I to tyle z mitu sukcesu osiągniętego własną pracą. To oni są właścicielami butów. To oni są właścicielami pasków. I pobierają od ciebie opłaty za przywilej próby podciągnięcia się na szczyt.

Dla niektórych mogę teraz brzmieć jak socjalistka. Zapewniam, że nie zaraziłam się tą konkretną chorobą. Nadal nie jestem przekonana, że rozwiązaniem naszych problemów jest oddanie większej władzy temu samemu niekompetentnemu, aroganckiemu aparatowi biurokratycznemu, który je stworzył, i podtrzymuję przekonanie, że socjalizm jest w swej istocie ideologią dla tych, którzy pragną pasożytować na pracy innych, jednocześnie okrywając swoją mierność językiem sprawiedliwości.

Ale w tym miejscu rozjeżdżają się nasze drogi z dobrze sytuowanymi obrońcami status quo, którzy odrzucą wszystko, co napisałam, jako lewicowe żale: żyjemy w czasach, w których nie ma kapitalizmu. To nie jest kapitalizm już od jakiegoś czasu. Mamy do czynienia ze sfałszowanym kasynem zarządzanym przez kartel oligarchów, którzy wykupili państwo regulacyjne, przejęli kontrolę nad procesem legislacyjnym i przekształcili całą gospodarkę w mechanizm wysysania bogactwa z tych, którzy je tworzą, i przekazywania go w górę tym, którzy nim manipulują. Nazywają to wolnym rynkiem. Gary Allen słusznie nazywa to komunizmem.

Spójrzmy na Teslę, skoro już mówimy o bilionerach. Oto firma, która zbudowała swoją markę na byciu przyszłością – smukłym, elektrycznym, autonomicznym pojazdem, wizją jutra sprzedawaną ludziom, którzy chcieli wierzyć, że kupują coś więcej niż samochód. I co przyniosła ta świątynia postępu? W 2026 roku Tesla po cichu przejęła system automatycznego prowadzenia – podstawową funkcję wspomagania utrzymania pasa ruchu, która od lat jest standardem w większości pojazdów, a Honda i Toyota oferują ją w najtańszych modelach – i przeniosła ją do formy miesięcznego abonamentu w wysokości dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów. To, co kiedyś było wliczone w cenę pojazdu, jest teraz opłatą cykliczną. To, co było sprzedawane jako dodatkowa funkcja, teraz jest wynajmowane.

Tesle z 2026 roku są standardowo wyposażone jedynie w podstawowy tempomat z czujnikiem ruchu. Jeśli chcesz, aby samochód utrzymywał się na pasie ruchu, czyli miał funkcję, za którą zapłaciłeś przy zakupie pojazdu, musisz teraz wykupić abonament „Full Self-Driving”. To ma znaczenie nie tylko dla właścicieli Tesli, ponieważ każdy inny producent samochodów obserwuje, co robi Tesla. Kiedy Tesla udowadnia, że ​​można usunąć funkcję bezpieczeństwa z samochodu i pobierać opłatę abonamentową za jej przywrócenie, wszystkie zarządy w Detroit i Monachium biorą to pod uwagę.

A dlaczego Tesla to zrobiła? Ponieważ w listopadzie 2025 roku akcjonariusze zatwierdzili pakiet wynagrodzeń dla Elona Muska o potencjalnej wartości do biliona dolarów. Aby odblokować tę wypłatę, Musk musi osiągnąć pewne kamienie milowe — między innymi dziesięć milionów aktywnych subskrypcji FSD. Każda zakupiona subskrypcja bezpośrednio przyczynia się do uczynienia go pierwszym bilionerem na świecie, podczas gdy on marynuje chętny świat w piekle AI, które kiedyś nazywało się Twitter. Jego obecny majątek netto oscyluje wokół 788 miliardów dolarów. Był już na dobrej drodze do przekroczenia progu biliona dolarów bez tego pakietu. To najczystszy wyraz chciwości, jaki wyprodukowała współczesna gospodarka: człowiek, wart więcej niż większość krajów, pozbawia samochody funkcji, tak że każda miesięczna rata zbliża go do kwoty, której żaden człowiek nigdy nie osiągnął, podczas gdy drobnym druczkiem podają, że oprogramowanie nie robi tego, co sugeruje marketing.

Sąd w Kalifornii orzekł, że Tesla stosowała oszukańczy marketing, używając nazw „Autopilot” i „Full Self-Driving” [FSD], które sugerują autonomię, której pojazdy nie posiadają. Tesla została zobowiązana do wycofania marki „Autopilot”. Jej reakcją nie było rozwiązanie problemu, lecz jego monetyzacja – usunięto etykietę, zintegrowano jej funkcjonalność z FSD i wprowadzono pobieranie opłat abonamentowych za to, co wcześniej było wliczone w cenę. Oficjalna definicja prawna Tesli opisuje FSD jako system wspomagający kierowcę i wymagający od niego ciągłej uwagi.

Tymczasem Musk publikuje na Twitterze nagrania Modelu Y, które prowadzą się same, bez kierowcy w środku, i twierdzi, że są „w pełni autonomiczne” – bez kierowcy czy zdalnego operatora. Waymo oferowało prawdziwie autonomiczne przejazdy autostradami już od 2024 roku. Twierdzenie Muska, że ​​jego film był „pierwszy”, było po prostu fałszywe. Ale marketing trwa, subskrypcje rosną, a meta warta bilion dolarów jest coraz bliżej.

FSD jest obecnie przedmiotem federalnego dochodzenia prowadzonego przez NHTSA. Tesla nie zgłaszała prawidłowo wypadków z udziałem autopilota i FSD. Badania wskazują, że Tesle mają najwyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków na miliard mil spośród wszystkich marek samochodowych, a wskaźnik Modelu Y jest kilkakrotnie wyższy niż średnia krajowa.

System ten nie kwalifikuje się jako autonomiczny system jazdy zgodnie z klasyfikacją federalną, dlatego Tesla nie pojawia się w statystykach wypadków pojazdów autonomicznych, pomimo marki „samojezdny”. Sprzedają oni prawnie sklasyfikowany system wspomagania kierowcy, który jest statystycznie bardziej niebezpieczny niż przeciętny, reklamowany tak, jakby był niemal gotowy do działania jako nienadzorowana robotaksówka.

Aby to sprzedać, Musk stosuje taktykę pilności [urgency tactics] starszą niż sam samochód: kup teraz, zanim ceny wzrosną, przenieś swój FSD przed upływem terminu, działaj przed 14 lutego, działaj przed końcem pierwszego kwartału. Te terminy podejrzanie pokrywają się z jego kamieniami milowymi dotyczącymi wynagrodzeń, które obejmują również skumulowane dostawy pojazdów. Cały aparat jest zaprojektowany tak, aby pompować kwartalne liczby, tak aby każdy raport o zyskach przybliżał go do wypłaty przekraczającej PKB większości krajów na Ziemi. Obiecuje, że autonomiczne pojazdy będą „już za dwa lata” każdego roku od dekady. Obiecano milion robotaksówek na 2020 rok. „Bardzo blisko poziomu 5” to refren od czasów administracji Obamy. Obietnice się powtarzają. Subskrypcje się kumulują. Bilion się zbliża.

To nie jest kapitalizm. Kapitalizm oznaczałby, że Tesla konkuruje z innymi producentami samochodów, oferując lepszy produkt w lepszej cenie. Mamy tu firmę, która zbudowała fosy regulacyjne dzięki dotacjom rządowym, zdobyła rynek obietnicami, których nie spełniła, a teraz czerpie powtarzające się przychody od klientów za funkcje, które ci już kupili – wszystko po to, by sfinansować pakiet wynagrodzeń na niespotykaną dotąd skalę dla człowieka o bezprecedensowym bogactwie, który wprowadza na rynek oprogramowanie krytyczne dla bezpieczeństwa, będące przedmiotem federalnego śledztwa z powodu jego szkodliwości. A jeśli zaprotestujesz, usłyszysz, że nie rozumiesz innowacji, że hamujesz postęp, że przyszłość należy do tych, którzy wierzą.

Nie zazdroszczę bogactwa. Nie mam żalu o sukces. Nie cierpię tego, że wmawia mi się, że to wolny rynek, podczas gdy obserwuję, jak miliarderzy kupują sobie przepisy, usuwają funkcje z produktów, pobierają opłaty za systemy bezpieczeństwa i nakładają abonamenty na klasę robotniczą i średnią, aby sfinansować pakiety wynagrodzeń, które zawstydziłyby rzymskiego cesarza – a jednocześnie ci sami miliarderzy pouczają opinię publiczną, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze. Paski przy butach zostały sprzedane lata temu. Buty są teraz usługą abonamentową. A ludzie, którzy napinają te paski, mają trzy czwarte biliona dolarów i liczą na więcej.

Więc nie, nie zostałam socjalistką. Nie chcę więcej władzy rządu. Nie chcę więcej niekompetentnych miernot – kierujących się osobistymi odczuciami, drobnymi urazami, światopoglądami zbudowanymi z esejów wideo na YouTube i krótkich filmików na TikToku oglądanych między zbiórkami funduszy na kampanię – by narzucać mi coraz bardziej idiotyczne prawa. Bo to jest wszystko, co robią. To cała ich funkcja. Nie rozwiązują problemów. Tworzą ramy prawne. Nie reprezentują ciebie. Reprezentują każdego, kto zapłacił za ich ostatnią kampanię reelekcyjną, i odziewają tę reprezentację w język służby publicznej, podczas gdy ty płacisz rachunek za ich niepowodzenia.

Czy zauważyłeś, że każde uchwalone prawo zdaje się wpływać na ciebie negatywnie? Nie w teorii – teoretycznie każde prawo służy twojej ochronie, twojemu bezpieczeństwu, twojemu dobru. Ale w praktyce? W realnym życiu? Każdy przepis wiąże się z opłatą. Każda reforma dodaje formę. Każda ochrona chroni kogoś przed tobą lub chroni ciebie przed czymś, o ochronę czego nigdy nie prosiłeś, jednocześnie narażając cię na to, co faktycznie zagraża twojemu bytowi. Przepisy, które mogłyby ograniczać wpływowych, są pisane z lukami prawnymi wielkości hangarów lotniczych. Przepisy, które ograniczają ciebie, są pisane z precyzją skalpela. Miliarder znajduje sposób na obejście, ty znajdujesz grzywnę.

Oto ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili: niekompetentne, skorumpowane kupy g…a, których wiedza ekonomiczna wykształciła się w wyniku czytania na telefonach felietonu Paula Krugmana, których znajomość technologii pochodzi z prezentacji lobbysty w PowerPoincie, których wiedza o polityce zagranicznej pochodzi z wszelkich argumentów, które ich pracownicy wyciągnęli z Twittera tego ranka. Nie potrafiliby poprowadzić stoiska z lemoniadą bez firmy konsultingowej, grupy fokusowej i pomocy finansowej, a mimo to ośmielają się reorganizować całe sektory gospodarki, kierując się uczuciami, które mylą z zasadami. Nigdy niczego nie zbudowali, nigdy niczego nie stworzyli, nigdy niczym nie zaryzykowali – i rządzą tak, jakby konsekwencje były koncepcją dotyczącą tylko ich wyborców.

Obserwuj, jak działają. Obserwuj, jak uchwalają szeroko zakrojone ustawy, których nie czytali, opracowane przez lobbystów branż, których nie rozumieją, wpływające na życie, którego nigdy nie przeżyją. Obserwuj, jak gratulują sobie „zrobienia czegoś”, podczas gdy to, co robią, pogarsza sytuację wszystkich, z wyjątkiem interesów, pod które napisano ustawę. Obserwuj, jak stają na podium i mówią o klasie robotniczej, jakby była egzotycznym gatunkiem, który kiedyś widzieli w filmie dokumentalnym, wygłaszając banały o kuchennych stołach, przy których nigdy nie siedzieli, o zmaganiach, z którymi nigdy się nie zmierzyli, o wyborach, których nigdy nie musieli dokonywać między zakupami spożywczymi a czynszem.

A kiedy ich polityka zawodzi – co nieuchronnie się zdarza, bo przecież porażka dla ciebie często oznacza sukces dla ich darczyńców – nie zastanawiają się nad tym ponownie. Nie adaptują się. Podwajają wysiłki. Obwiniają poprzednią administrację, obstrukcyjną opozycję lub ignorancką opinię publiczną, która po prostu nie rozumie wyrafinowanego geniuszu ich wizji. Nigdy się nie mylą. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Są wiecznymi bohaterami swoich własnych historii, dzielnie walczącymi z ciemnymi siłami, które jakimś sposobem zawsze okazują się być tobą: twoim samochodem, twoją dietą, twoim termostatem, twoją małą firmą, twoimi wyborami, twoim nieustającym uporem by żyć po swojemu bez ich pozwolenia.

Zawodowy polityk to gatunek, który ewoluował, by przetrwać wyłącznie w ekosystemie władzy. Usuń go z tego środowiska, a zginie w ciągu kilku tygodni, niezdolny do poruszania się w świecie, gdzie słowa muszą odpowiadać czynom, a czyny muszą przynosić rezultaty. Doprowadzili do perfekcji sztukę mówienia godzinami, nie mówiąc nic, obiecywania wszystkiego, nie dając nic, przypisywania sobie zasług za sukcesy, do których się nie przyczynili, i zrzucania winy na innych za porażki, które sami stworzyli. Są wiarygodni, nie będąc wykształconymi, są doświadczeni, nie będąc kompetentnymi, są pewni siebie, nie będąc do czegoś zdolnymi. I rządzą nami z pogodną pewnością ludzi, którzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za swoje błędy.

Nie chcę, żeby ci ludzie mieli więcej władzy. Nie chcę, żeby mieli władzę, którą już posiadają. Chcę, żeby dali mi spokój – żeby przestali udawać, że każdy problem wymaga ich interwencji, że każdy kryzys wymaga ich zarządzania, że ​​każdy aspekt ludzkiej egzystencji podlega ich jurysdykcji. Ale to nie jest opcja w głosowaniu. Jedyne, co nam pozostaje, to wybór, która frakcja wiarygodnych nieudaczników będzie źle zarządzać przez następne cztery lata, która grupa darczyńców napisze kolejny zestaw praw, jaki rodzaj porażki preferujemy. I oczekuje się od nas, że będziemy wdzięczni za przywilej wyboru.

Kapitalizm, który nam wciskali – ten, w którym ciężka praca i dobre produkty wygrywają, gdzie konkurencja napędza innowacje, gdzie konsument jest suwerenny, a rynek wolny – już nie istnieje. Pozostają jedynie haracze pod płaszczykiem postępu, oszustwo owinięte w język destrukcji, świat, w którym najbogatszy człowiek na świecie wymontowuje części z twojego samochodu i pobiera comiesięczną opłatę za ich odzyskanie, oczekując, że podziękujesz mu za ten przywilej. Jeśli przez to zabrzmię jak socjalistka w oczach tych, którzy mylą kolesiowskie zyski z wolną przedsiębiorczością, to może powinni zastanowić się, czego właściwie bronili przez te wszystkie lata – i czyim interesom to tak naprawdę służy.

Pęknięcia zaczynają się ujawniać. System, który wydawał się tak trwały, tak nieunikniony, tak naturalny, okazuje się kruchy i zależny od ciągłej uległości tych, których wykorzystuje. Dziewięćdziesiąt procent respondentów w niedawnym sondażu stwierdziło, że spodziewa się pogorszenia, a nie poprawy, kosztów utrzymania w 2026 roku. Pew Research przeprowadził ankietę w trzydziestu sześciu krajach i odkrył, że pięćdziesiąt cztery procent postrzega lukę majątkową jako ogromny problem, podczas gdy sześćdziesiąt procent uważa, że ​​bogaci zawłaszczyli sobie politykę. Ludzie nie są po prostu niezadowoleni – są wściekli. A odpowiednio ukierunkowana furia od zawsze była warunkiem wstępnym zmiany.

Wiek Pozłacany nie skończył się, ponieważ baronowie-rozbójnicy zmienili zdanie. Skończył się, ponieważ robotnicy się zorganizowali, a reformatorzy agitowali, ponieważ sprzeczności systemu stały się tak dotkliwe, że przywódcy polityczni zostali zmuszeni do wyboru między umiarkowaną reformą a rewolucyjnym przewrotem. Era Postępu nadeszła, ponieważ zwykli ludzie nie chcieli zaakceptować, że degradacja, której doświadczali, była naturalna lub nieunikniona. Tworzyli związki zawodowe, maszerowali, głosowali, organizowali się i zmieniali strukturalne warunki życia w Ameryce w sposób, który przyniósł korzyści przyszłym pokoleniom – włączając w to te same pokolenia, które zlikwidowały te zabezpieczenia i teraz pouczają wnuki, jak podnieść się o własnych siłach.

To nie jest skrajny pesymizm. Skrajny pesymizm oznaczałby akceptację faktu, że nic się nie zmieni, że obecna trajektoria jest ustalona, ​​że ​​najlepsze, na co możemy liczyć, to indywidualna adaptacja do zbiorowej katastrofy. Prawda jest bardziej wymagająca niż pesymizm: wymaga od nas odłożenia telefonu i uświadomienia sobie skali problemu, zrozumienia, jak do tego doszliśmy, zidentyfikowania struktur, które utrwalają te warunki, oraz zbudowania koalicji niezbędnych do ich zmiany. To nie jest dzieło jednego cyklu wyborczego ani jednego życia. To trwający projekt demokratycznego społeczeństwa, odwieczna walka o to, by życie gospodarcze służyło ludzkiemu rozwojowi, a nie odwrotnie.

Pokolenie Z rozwija umiejętności, których poprzednie pokolenia nigdy nie musiały nabywać. Uczą się, na podstawie gorzkich doświadczeń, jak działają systemy i jak zawodzą. Budują solidarność ponad podziałami geograficznymi i demograficznymi za pośrednictwem sieci cyfrowych, których baronowie-rozbójnicy z Wieku Pozłacanego nie mogli sobie nawet wyobrazić. Odrzucają fałszywy wybór między zrezygnowaną akceptacją a bezsilną wściekłością. A gdy obejmą stanowiska kierownicze – co nieuchronnie nastąpi, ponieważ czas płynie tylko w jednym kierunku – przyniosą ze sobą wiedzę, którą nabyli za ogromne osobiste poświęcenia, wiedzę o tym, co się dzieje, gdy konsolidacja przebiega w sposób niekontrolowany, gdy siła robocza traci wpływy, gdy mieszkalnictwo staje się spekulacją, gdy opieka zdrowotna staje się szantażem, gdy we własnym kraju nazywa się ciebie rasistowskim nazistą tylko dlatego, że masz niewłaściwy kolor skóry.

Najbliższa przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe, a system opiera się na nieuczciwości – na przekonaniu ludzi, że wszystko jest zasadniczo w porządku, że wszelkie problemy to chwilowe anomalie, a nie cechy strukturalne, że indywidualny wysiłek wystarczy, by przezwyciężyć zbiorowy wyzysk. Jednak ponura przyszłość nie determinuje kształtu nadchodzących dekad. Historia nie jest taśmą produkcyjną, która nieuchronnie prowadzi nas ku z góry określonym celom. To teren sporny, gdzie wynik zależy od tego, co ludzie robią, jak się organizują, jakie stawiają żądania i jak skutecznie na nie naciskają.

Na przedniej szybie jest mnóstwo owadów. Szorowanie będzie wymagało czasu, wysiłku i wytrwałości w obliczu niepowodzeń. Ale alternatywa – akceptacja permanentnego podporządkowania, oddanie przyszłości tym, którzy czerpią zyski z ludzkiego nieszczęścia, uczenie dzieci, by oczekiwały mniej niż ty, a wnuków, by oczekiwały mniej niż one – nie jest żadną alternatywą. To kapitulacja w przebraniu realizmu, defetyzm reklamowany jako dojrzałość.

Rozbójniczy baronowie Wieku Pozłacanego uwierzyli, że odnieśli trwałe zwycięstwo. Kontrolowali rząd, sądy, prasę i gospodarkę. Nie mogli sobie wyobrazić, że ich panowanie może być tymczasowe, że robotnicy, których wyzyskiwali, mogą się zorganizować, że system, który przejęli, może zostać zreformowany. Mylili się. Technofeudałowie naszych czasów popełniają ten sam błąd, a ich pycha jest wzmacniana przez algorytmy i możliwości nadzoru, które pokolenie temu wydawałyby się science fiction. Oni również odkryją, że skoncentrowana władza generuje własną opozycję, że wyzysk ma swoje granice, że ludzie nie są nieskończenie cierpliwi wobec warunków, które sprowadzają ich do pozycji w cudzym rachunku zysków i strat.

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Albo pójdziemy na dno razem ze statkiem, albo wszyscy razem damy radę. Nie ma trzeciej opcji, w której spryciarze i szczęśliwcy prosperują, podczas gdy reszta świata płonie.

Współzależność współczesnego życia sprawia, że ​​ta fantazja jest niemożliwa – te same systemy, które pozwalają miliarderom gromadzić bogactwo, wymagają funkcjonalnych społeczeństw z wykształconymi pracownikami i stabilnymi instytucjami. Wystarczy docisnąć wyzysk wystarczająco daleko, a cała konstrukcja runie. Miliarderzy budujący bunkry to rozumieją, nawet jeśli w publicznych wypowiedziach udają, że jest inaczej. Przygotowują się na upadek, który sami pomogli zaaranżować, mając nadzieję, że w wygodnej izolacji przetrwają konsekwencje własnej grabieży.

Ale bunkry nie są rozwiązaniem. Są przyznaniem się do porażki. Przyznaniem, że system, który zbudowali, nie jest w stanie utrzymać się sam, że wyzysk, który stosowali, nigdy nie był zrównoważony, że przyszłość, którą tworzą, jest dla nich samych nie do zniesienia. Mentalność bunkra to końcowy efekt filozofii, która traktuje ludzi jako zasoby do eksploatacji, a nie jako cel sam w sobie. I jest to filozofia, która, pomimo pozornego triumfu, niesie w sobie zalążki własnej destrukcji.

Wybór, przed którym stoimy, nie dotyczy optymizmu czy pesymizmu, akceptacji czy katastrofizmu, indywidualnych dążeń czy zbiorowej rozpaczy. Chodzi o wybór między zrozumieniem systemu na tyle dobrze, by go zmienić, a zaakceptowaniem warunków, które będą się jedynie pogarszać, jeśli nie zostaną zakwestionowane.

Pokolenie Z nie wybrało odziedziczenia tej zepsutej gospodarki, tego zniewolonego rządu, tej skoncentrowanej władzy, tej erozji umowy społecznej. Ale to oni zadecydują o tym, co stanie się dalej – czy wzorce Wieku Pozłacanego będą się pogłębiać, aż coś się tragicznie załamie, czy też ciężka praca nad reformami rozpocznie się na dobre, kierując się trzeźwą analizą, a nie wygodnymi iluzjami.

Zachowaj odrobinę nadziei. Ale uświadom sobie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. I zrozum, że tej pracy nie da się wykonać samemu, nie da się jej osiągnąć poprzez indywidualną optymalizację, nie da się jej osiągnąć, prześcigając system zaprojektowany tak, by wycisnąć z ciebie wszystko, co masz. Ta praca wymaga solidarności ponad podziałami, które władza wykorzystuje, by nas izolować. Wymaga organizacji, która dorówna koordynacji kapitału. Wymaga zaangażowania politycznego, które pociąga przywódców do odpowiedzialności za podejmowane decyzje i interesy, którym służą. Wymaga również cierpliwości, by wytrwać pomimo niepowodzeń, mądrości, by wyciągać wnioski z porażek, i odwagi, by iść naprzód, nawet gdy przeszkody wydają się nie do pokonania.

Rozbójniczy baronowie myśleli, że odnieśli zwycięstwo na zawsze. Mylili się. Architekci naszej obecnej sytuacji uważają, że zoptymalizowali ludzką eksploatację do perfekcji. Oni też się mylą. Przyszłość nie jest jeszcze napisana, a pióro wciąż jest w naszych rękach – choć te ręce mogą być stwardniałe i zmęczone. Pytanie tylko, czy będziemy go używać.

Oryginalny tekst ukazał się 31 stycznia 2026 roku na stronie:

________________

10 Years Of “Owning Nothing and Being Happy”—Please Rate Your Happiness, A Lily Bit, Jan 31, 2026

Polskie tłumaczenie ukazało się 18 lutego 2026 roku na stronie:

Mariusz Dzierżawski: Organizujemy opór społeczny w obronie normalności


Logo Fundacji Pro-Prawo do Życia
Dzień dobry Panie Mirosławie.
Dziękuję, że zapoznał się Pan z informacjami o wyroku w Rzeszowie, które Panu wysyłałem. 
Jaki kolejny krok może Pan teraz wykonać?

Wyrok, który nakazuje szkole traktować chłopca jak dziewczynkę, ma na celu utorowanie drogi dla działań aktywistów w całym kraju.
Jeśli nie będzie reakcji społeczeństwa, wkrótce wszystkie szkoły będą musiały kłaniać się przed ideologią, a rodzice stracą wpływ na wychowanie własnych dzieci. Aktywiści dysponują środkami od unijnych instytucji i wielkich korporacji. Stać ich na drogie kancelarie prawne, które będą teraz pozywać kolejne szkoły.

Dlatego piszę do Pana ponownie, tym razem w sprawie akcji naszej Fundacji, które chcemy zorganizować.


Świadomi rodzice i nauczyciele to najlepsza „tarcza” dla dzieci, która chroni szkoły przed ideologią i pozwala w porę zapobiegać sytuacjom takim jak ta w Rzeszowie – jeszcze zanim w ogóle dojdzie do „zarażenia” umysłów uczniów oraz procesów wytaczanych przez lobby aktywistów.

Nasza Fundacja chce docierać do nowych osób i ostrzegać je przed zagrożeniem, co umożliwi reakcję kolejnym rodzicom. Dzięki naszym darczyńcom od początku lutego w całej Polsce udało nam się zorganizować akcje informacyjne i publiczne różańce w 54 miastach i miejscowościach na terenie całego kraju. 

W nadchodzącym tygodniu (19-26 lutego) nasi wolontariusze chcą zorganizować kolejnych 20 takich akcji, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych osób.Koszt jednego, wielkoformatowego banneru, widocznego z daleka w trakcie naszych kampanii ulicznych, to ok. 200 zł. Nieco większe są koszty zatankowania samochodu, aby nasi koordynatorzy mogli dojechać do kolejnych miast i pomóc w organizacji akcji na miejscu. Za 100 zł lub 50 zł możemy wydrukować nowe ulotki ostrzegawcze i broszury informacyjne, które rozdamy przechodniom. Kilkaset złotych kosztuje z kolei namiot, którego używamy w trakcie akcji ulicznych, zwłaszcza w trakcie trudnych warunków pogodowych.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest obecnie dla Pana możliwa, aby umożliwić naszym wolontariuszom organizację nadchodzących akcji informacyjnych.
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
WPŁACAM
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski

Podpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.