Miller: Czarzasty i kot Behemot

Miller: Czarzasty i kot Behemot

Włodzimierz Czarzasty pokazał się w Kijowie jak kurier, który przywozi dobrą „nowinę w imieniu całej demokratycznej Europy.” Ta nowina to obietnica szybkiej integracji Ukrainy z UE, którą Ukraińcy słyszeli już setki razy, ale po raz pierwszy od osoby tak charyzmatycznej i prawdomównej.

Szczerze mówiąc śmiałe oświadczenie marszałka było aktem odwagi graniczącym z metafizyką. Nie wiadomo bowiem, czy w Brukseli i w stolicach państw unijnych już o tym wiedzą. Osobiście uważam, że Czarzasty uległ mistycyzmowi Bułhakowa, o co w Kijowie jest nie trudno, a zwłaszcza urokowi kota Behemota, który miał w zwyczaju grać w szachy i częstować damy czystym spirytusem. Jestem pewien, że wizerunek ogromnego czarnego czworonoga o błyszczących, dzikich, żółto-zielonych oczach skłaniał Czarzastego do wygłaszania tyrad, które jednych wprawiały w osłupienie, a innych w czarną rozpacz ku nieukrywanej radości przewrotnego kocura.

Zostawiając kota na boku trzeba zaznaczyć, że Polska pod Czarzastym zaczęła się liczyć. Decyduje, kto dostanie (a raczej nie dostanie) Nobla, kogo przyjmą do Unii, a kto ma jeszcze poczekać w przedsionku historii. Wreszcie ktoś przełamał te traktaty i kryteria kopenhaskie, uciążliwe procedury, jednomyślności i rozdziały negocjacyjne. Po co nam żmudne acquis communautaire, skoro mamy elokwencję i dobre serce?

Problem polega na tym, że nikt nie upoważnił pana Czarzastego do wygłaszania takich deklaracji. Nie jest szefem rządu, nie jest prezydentem, nie reprezentuje Rady Europejskiej ani Komisji. Ale to drobiazg. W polityce najważniejsze jest przecież poczucie misji. Kompetencje są przereklamowane.

Samo wystąpienie w Kijowie było pokazem infantylizmu i pustych uprzejmości. Poziom lewicowej małolatki na szkolnej akademii. Dużo miłości, zero konkretu. Żenujące wyznania uczuć i moralne uniesienia. Ani słowa o twardych interesach Polski.

I wreszcie frazes: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. A wolnej Ukrainy nie może być bez wolnej Polski”. Brzmi wzruszająco. Ma rodowód sięgający 1920 roku i romantyczną aurę wspólnego zmagania z bolszewizmem. Problem w tym, że historia Europy Wschodniej nie była wyłącznie poematem o wzajemnej wolności.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, których ideowi i polityczni spadkobiercy rządzą dziś na Ukrainie nie operowały logiką „wzajemnej wolności”. Ich program zakładał suwerenną i czystą etnicznie Ukrainę także kosztem konfliktu z Polską – i w praktyce oznaczał walkę z polską obecnością na wielu obszarach. Tak narodziły się rzezie wołyńskie określone w oficjalnej uchwale Sejmu jako ludobójstwo. To słowo jest obecne w polskiej pamięci państwowej, ale nie w słowniku polskich polityków.

W słowniku marszałka Sejmu też go nie ma. Jest za to banderowski okrzyk: „Chwała Ukrainie” którym Czarzasty posłużył się przemawiając w Radzie Najwyższej.

To szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te właśnie słowa słyszeli jako ostatnie Polacy zarzynani przez banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś kto mieni się Polakiem nie rozumie co znaczą słowa wypowiadane nad dołami śmierci, ten igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za granicą niż na pamięci własnego narodu.

Leszek Miller

Blade Runners SCT. KRAKOWSKA MASAKRA PIŁĄ ELEKTRYCZNĄ.

Blade Runners SCT Kraków @BladeRunnersSCT

KRAKOWSKA MASAKRA PIŁĄ ELEKTRYCZNĄ

Co tu się wydarzyło!? Wczorajszej nocy padło w sumie lekko ponad znaków z tego co dajecie nam znać, nie mamy niestety zdjęć wszystkich miejsc…

Chyba rzeczywiście Krakowianie wzięli sobie do serca #WielkaKorektaSCT

—————————-

———————————–

Krakowianie wzięli sobie do serca #WielkaKorektaSCT

===============================================

———————–

Reparacje od Ukrainy? Za Wołyń i Małopolskę Wschodnią.

Reparacje od Ukrainy?

Konrad Rękas


Politycy III RP domagają się reparacji wojennych od Niemiec, choć na ich uzyskanie nie mamy dość sił ani pozycji geopolitycznej, a także od Rosji, choć nie ma to żadnego prawnego sensu, bo przecież nie wygraliśmy z Rosją żadnej wojny od 390 lat. [aha, to w 1920 to była „sowiecja”… md]

Czemu w tym wyliczeniu brakuje państwa, od którego reparacje, a na pewno odszkodowania nie tylko nam się należą, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej bylibyśmy w stanie je uzyskać? Czemu nie żądamy od Ukrainy odszkodowań za Wołyń i Małopolskę Wschodnią? Może dlatego, że od Ukraińców moglibyśmy je naprawdę otrzymać? 

Kijów musi zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów

Wystarczy rozumieć, że w obecnym swym kształcie ideowym i politycznym państwo ukraińskie nie chce nawiązywać do tradycji Ukraińskiej SSR, choć przecież odziedziczyło po niej status prawno-międzynarodowy, granice i miejsce w ONZ. Nie, władze w Kijowie wyraźnie podkreślają, że nie chcą mieć nic wspólnego z wielkim wysiłkiem blisko 7,5 miliona Ukraińców walczących z niemieckim nazizmem w szeregach Armii Czerwonej i ruchu partyzanckiego.

Przeciwnie, oficjalna linia Kijowa to upieranie się, że współczesna Ukraina to dziedzictwo Bandery, OUN-UPA i Waffen-SS Galizien. A skoro tak, skoro bohaterami Ukrainy są dziś kolaboranci Hitlera, którzy już we wrześniu 1939 r. brali udział w niemieckiej napaści na Polskę (a wcześnie pomagali ją przygotowywać), a także rzeźnicy z Wołynia i już powojenni okupanci z Podkarpacia – wówczas Kijów powinien dzielić z Berlinem odpowiedzialność za wybuch wojny i ludobójstwo popełnione przez nazistów – niemieckich i ukraińskich. Żądanie reparacji od Ukrainy jest więc jak najbardziej uzasadnione, podobnie jak i oczywisty jest zwrot polskiej własności odebranej Polakom wypędzonym z Kresów. Ukraińcy aspirując do członkostwa w Unii Europejskiej powinni mieć tego pełną świadomość: muszą po europejsku uregulować kwestie własnościowe wobec Polaków, tak jak wszędzie w UE uczynione z majątkami zwróconymi ofiarom holokaustu. Ukraina musi też zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów, podobnie jak po wojnie postąpiły zdenazyfikowane Niemcy.

Odzyskajmy pieniądze utopione na Ukrainie!

Czyny mają konsekwencje, nawet po dekadach, podobnie jak i dokonywane wybory ideowe i… geopolityczne. Zwłaszcza, skoro rzutują na współczesną politykę danego państwa, a tak właśnie dzieje się w przypadku neobanderowskiej Ukrainy. Reparacje to we współczesnej polityce i propagandzie coś w rodzaju spadku po nieznanym wujku-milionerze czy wygranej w Totka, nagły zastrzyk gotówki, który miałby zmienić III RP w krainę mleka i miodu. To mit, do którego się dąży, lecz nigdy nie uzyskuje. Kiedy jednak na geopolitycznym horyzoncie pojawia się realna możliwość uzyskania tego, co się nam, Polakom należy – wówczas rządzący III RP zapierają się, by tych pieniędzy i majątków dla Polski nie odzyskać.

To dowód na to jak fałszywy jest cały reparacyjny humbug, oparty na roszczeniach wobec państw zbyt silnych, by coś od nich ugrać, przy jednoczesnym histerycznym pisku, że żądanie czegokolwiek (nawet spłaty długów) od słabnącego Kijowa jest absolutnie niemożliwe, bo przecież Ukraina prowadzi wojnę, którą – co wie każdy rozsądny człowiek – przegrywa.

Tymczasem bądźmy brutalnie szczerzy – upadłe państwo ukraińskie obdziera i okrada dosłownie każdy: kijowskie władze, rodzimi (?) oligarchowie, międzynarodowy kapitał i zachodni sponsorzy. I tylko Polakom narzuca się rolę użytecznych idiotów, wrzucających pieniądze do ukraińskiej studni. Najwyższy czas choć część z nich odzyskać.

Konrad Rękas

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Ukraina przestaje istnieć, ale Ukraińcy NIE!

DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 21

W ogromie problemów, które zaistniały przez 30 lat funkcjonowania Polski & innych Państw Europy Środkowej w globalizmie, nie najmniejszym jest problem ukraiński.

W polskiej świadomości identyfikowany jest głównie poprzez banderowskie zjawisko.

Natknąłem się niedawno na filmik „w ukraińskiej mowie”, gdzie mieszkające we Wrocławiu Ukrainki, wyrażały zdanie, że w tym mieście zarówno Polacy, jak Ukraińcy są „gośćmi”. W tym momencie warto by zadać pytanie, kim są Ukraińcy we Lwowie?. Ale ponieważ „z banderowcami się nie dyskutuje, do banderowców się strzela”, nie podejmę tego wątku.

Muszę jednak wyrazić pogląd, że jedną z wielu zbrodni globalistycznych reżimów w III RP (PO & PiS), było przygarnięcie 3 milionów Ukraińców na naszej ziemi i na nasz koszt.

Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Polska Racja Stanu wymagała całkowitej neutralności w tym konflikcie.

Teraz kiedy wojna kończy się totalną katastrofą Kijowa, a bezczelność diaspory ukraińskiej osiąga nowe szczyty, należy przeanalizować i ten post globalistyczny problem.

Banderowcy to taki gatunek białych słowiańskich murzynów, których jednoczy jedno; nienawiść do wszystkich pozostałych nacji świata. Oczywiście im bliższa nacja, tym większa nienawiść.

Banderowiec jest gnuśny, leniwy i zawistny.

Ponieważ sam nie jest nic w stanie stworzyć, to swą negatywną energię kieruje na mordowanie znienawidzonych nacji. Czerpie z tego ukojenie diabelskiej duszy i podświadomego kompleksu niższości.

Truizmem jest stwierdzenie, że nie wszyscy obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, są bandytami.

Ci ze wschodniej jej części są najczęściej etnicznymi Rosjanami. Podkreślam, że to określenie nie jest obraźliwe, ale wręcz przeciwnie jest komplementem z mej strony. Dotyczy to nie tylko Rosjan ze wschodniej Ukrainy, ale z samej Rosji, a także z Białorusi i innych byłych republik sowieckich.

Emigrują oni nie dlatego, że bomby spadają im na głowy – bo nie; ale z potrzeby de-bolszewizacji! I trzeba to uszanować!

Jednym z tego przykładów jest Daria, która w poniższym materiale ukazuje różnice pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przy czym, jakby można przypuszczać, nie jest to porównanie plusów i minusów obu nacji, ale ukazanie post-bolszewickiej natury jej współrodaków. Niewątpliwie słusznie zakłada, że pozytywne cechy Ukraińców po prostu nie istnieją. Wyraża za to nadzieję na ich rychłą de-sowietyzację.

Warto z uwagą wysłuchać (obejrzeć) ten materiał, gdyż zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, które z powodzeniem odnoszą się nie tylko do banderowców, ale także „polskojęzycznych europejczyków” (Volksdeutsch-ów), czyli elektoratu Gauleitera tuska.

Poniższy film jest w języku polskim. Zapraszam do uważnego obejrzenia!

=============================================

NIGDY SIĘ NIE POROZUMIEJĄ POLACY A UKRAIŃCY / Różnice mentalnościowe Ukraińców a Polaków

=================================

M. Dakowski:

Ja bym powiedział, za prof. Feliksem Konecznym:

My się jeszcze jakoś trzymamy przy Cywilizacji Łacińskiej, a na byłej Rusi miota się mieszanka cywilizacyj zwana atrocinium magnum.

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Autor: AlterCabrio-ekspedyt.org    18 lutego 2026

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Uwagi na temat życia w gospodarce, w której finansujesz spaghetti dłużej, niż je jesz.

Szczególne okrucieństwo przejawia się w tym, gdy ktoś każe ci podnieść się za sznurówki, podczas gdy ktoś inny już ukradł ci buty, a jeszcze większe okrucieństwo w tym, gdy wysłuchujesz wykładów o ciężkiej pracy od pokolenia, które kupowało domy za jedną pensję i przechodziło na emeryturę, podczas gdy ty pracujesz na trzech etatach i śpisz w swoim pokoju z dzieciństwa w wieku dwudziestu sześciu lat.

Według TransUnion, pokolenie Z ma obecnie większe zadłużenie na kartach kredytowych niż pokolenie milenialsów w tym samym wieku, co samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, gdyby nie fakt, że ich siła nabywcza spadła o około osiemdziesiąt sześć procent w porównaniu z tym, czym cieszyli się przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego, gdy wkraczali w dorosłość.

Niech ta liczba na chwilę zapadnie wam w pamięć. Osiemdziesiąt sześć procent. To nie jest marginalny spadek. To nie jest zwykłe tarcie cykli gospodarczych. To metodyczne, systematyczne wyrywanie przyszłości całego pokolenia, prowadzone przez dekady przez instytucje, które doskonale rozumiały, co robią, i mimo wszystko to robiły.

Liczba osób kupujących dom po raz pierwszy spadła do najniższego poziomu od prawie pięćdziesięciu lat. Inwestorzy instytucjonalni – bezosobowe skupiska kapitału, które traktują schronienie jako wpis w arkuszu kalkulacyjnym, a nie jako ludzką konieczność – według prognoz będą w ciągu najbliższych czterech lat posiadać ponad czterdzieści procent wszystkich domów jednorodzinnych.

Pytanie, które wyłania się z tych statystyk, nie brzmi, czy pokolenie Z spełni amerykański sen, ponieważ marzenie to zostało już przejęte, zlicytowane i przekształcone w nieruchomość pod wynajem zarządzaną przez algorytm BlackRock.

Pytanie brzmi, czy to, co pozostało, można w ogóle nazwać życiem, czy też zostało zredukowane do czegoś, co dokładniej można by określić jako usługę abonamentową — miesięczną opłatę za przywilej istnienia w społeczeństwie, które zamieniło każdy aspekt ludzkiego doświadczenia na pieniądze, nie oferując niczego w zamian poza możliwością dalszego płacenia.

Klasy dobrze sytuowane – te, których bogactwo tak bardzo izoluje je od konsekwencji systemu, którego bronią, że autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się z tym zmagać – powiedzą wam z dobrotliwą protekcjonalnością arystokratów objaśniających zasady dobrego wychowania przy stole, że tak właśnie działają rynki. Będą przywoływać świętą liturgię podaży i popytu, jakby recytowali Pismo Święte, klękając przed ołtarzami wydajności i innowacji, twórczej destrukcji i dynamiki gospodarczej. To zaklęcia, rytualne frazy, które mają położyć kres myśleniu, a nie je pobudzić, ekonomiczny odpowiednik „zadumy i modlitw” po strzelaninie w szkole.

Będą sugerować z pogodną pewnością siebie osób, które nigdy w swoim rozpieszczonym życiu nie zaznały zimnego potu przy sprawdzaniu stanu konta w banku przed zakupami spożywczymi, że gdyby młodzi ludzie po prostu ciężej pracowali, oszczędzali bardziej starannie, nauczyli się programowania, przenieśli się do tańszych miast, zrezygnowali z subskrypcji serwisów streamingowych, zrezygnowali z tostów z awokado i przyjęli odpowiednio pozytywne nastawienie, oni również mogliby osiągnąć dobrobyt, do którego poprzednie pokolenia wpadały z całym impetem upadającej kłody.

Osoba z pokolenia wyżu demograficznego, która w 1978 roku kupiła dom za pensję robotnika fabrycznego, będzie ci wygłaszać wykład o odpowiedzialności finansowej, siedząc w domu, którego wartość wzrosła o 1200 procent, nie wymagając od niego ani jednej dodatkowej godziny pracy. Mężczyzna, którego studia kosztowały pięćset dolarów za semestr, szczerze wyjaśni, że twoje pokolenie po prostu nie rozumie wartości edukacji. Ktoś, kto nigdy nie rywalizował z czterystoma kandydatami o niepłatny staż w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej przez niesprawną sztuczną inteligencję, będzie się głośno zastanawiał, dlaczego „po prostu nie postawiłeś stopy w drzwiach”.

Rady spływają nieubłaganie, z wątków na Twitterze, stołów w Święto Dziękczynienia i felietonów w gazetach, pisanych przez felietonistów, których początkowa pensja w 1985 roku wystarczyłaby na dom, na który ich wnuków nigdy nie będzie stać: przestańcie jeść na mieście, zrezygnujcie z Netflixa, parzcie kawę w domu, przestańcie co roku kupować nowe telefony. Jakby czterysta tysięczną lukę między zarobkami a cenami nieruchomości dało się zniwelować, przechodząc na kawę rozpuszczalną. Jakby każdy poniżej trzydziestego piątego roku życia mógł co roku kupować nowy telefon, zamiast go kredytować lub oddawać w rozliczeniu, gdy tylko bateria padnie po osiemnastu miesiącach przeciętnego użytkowania.

Mój telefon ma sześć lat i wciąż zastanawiam się, kiedy dokładnie będę mogła sobie pozwolić na dom za moją pensję – a co ważniejsze: gdzie? Ziemia Ognista? Warto o tym pomyśleć w tym momencie. Może mogłabym kupić skromne mieszkanie gdzieś w subarktycznej dziczy, z dala od inwestorów instytucjonalnych i algorytmicznych właścicieli nieruchomości, gdzie jedynymi sąsiadami byłyby pingwiny – które, trzeba przyznać, najwyraźniej wykazały się znacznie większą odwagą niż to rozdęte, samouwielbiające się, samozadowolone, śmiertelnie obojętne społeczeństwo, które spędza czas na wygłaszaniu tonącym wykładów na temat ich techniki pływania.

Nihilistyczny Pingwin” pójdzie ku pewnej śmierci, zamiast poddać się warunkom, które uważa za nie do zniesienia. Przeciętny Amerykanin wysłucha kolejnego wykładu o kawie ze Starbucksa (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie wydałam tam ani grosza) od kogoś, czyj cały majątek netto pochodzi z zakupu domu w 1987 roku, uprzejmie skinie głową i w duchu zastanowi się, co jest z nim nie tak. Pingwiny przynajmniej zachowują godność swoich przekonań. Reszta z nas zamieniła swoje na przywilej usłyszenia, że ​​ponieśliśmy porażkę. Ale proszę, powiedz mi więcej o moich rozrzutnych nawykach zakupowych. Jestem pewna, że kolejny wykład o odpowiedzialności finansowej od kogoś, czyja rata kredytu hipotecznego jest niższa niż moja składka na ubezpieczenie zdrowotne, w końcu złamie ten kod.

Ta rada byłaby po prostu obraźliwa, gdyby nie stanowiła formy manipulacji [gaslighting], tak wszechstronnej, tak nieustępliwej, tak perfekcyjnie wyważonej, by zmusić ofiarę do zwątpienia w jej własne postrzeganie rzeczywistości, że sprowadza się to do wojny psychologicznej prowadzonej przeciwko całej grupie demograficznej. Kiedy pracujesz sześćdziesiąt godzin tygodniowo i nie stać cię na czynsz, a ktoś mówi ci, że problemem jest twój sposób myślenia, nie oferuje on żadnej rady. Mówi ci, że rzeczywistość nie istnieje, że twoje przeżycia to halucynacja, że ​​but na karku to w rzeczywistości masaż i powinieneś być za niego wdzięczny.

Proszą was o udział w waszym własnym wymazaniu – finansowym i etnicznym – i o zaakceptowanie, że wasza niezdolność do rozwoju w ustawionej grze, w której zawsze będziecie d..kami z powodu samego istnienia, odzwierciedla pewne braki w waszym charakterze, a nie architekturę samej gry. A najokrutniejsze jest to, że niektórzy z was im uwierzą, zinternalizują kłamstwo, spędzą lata zastanawiając się, co jest z wami nie tak, zanim zdadzą sobie sprawę, że jedyne, co z wami jest nie tak, to to, że urodziliście się trzydzieści lat za późno, by skorzystać z umowy społecznej, która już została zrealizowana i spalona.

Prawda jest prostsza i mroczniejsza: każde pokolenie wkraczało w dorosłość w pogarszających się warunkach ekonomicznych, czego najbardziej widocznym odzwierciedleniem jest stały spadek liczby właścicieli domów, ale kumulujący się efekt dekad nieudanej polityki – z których każda koncentrowała się wyłącznie na kolejnym cyklu wyborczym lub kwartale finansowym, a nie na spójnej wizji przyszłości – sprawił, że millenialsi i pokolenie Z muszą udźwignąć cały nagromadzony ciężar systemowego rozkładu. Nie zmagają się z lenistwem, poczuciem wyższości czy niewystarczającą przedsiębiorczością. Zmagają się, ponieważ odziedziczyli gospodarkę, która została systemowo zaprojektowana tak, aby wydobywać z ludzi maksymalną wartość, zapewniając jednocześnie minimalne bezpieczeństwo – gospodarkę, która powróciła do warunków niespotykanych od czasów Wieku Pozłacanego [Gilded Age], ery bezprecedensowych nierówności i dominacji korporacji, której miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy dotyczące ochrony pracowników z XX wieku.

Historia, ten wielki nauczyciel, którego nikt nigdy nie słucha, pokazała nam już, do czego to prowadzi. Pod koniec XIX wieku ponad cztery tysiące amerykańskich firm upadło, przekształcając się w około dwieście pięćdziesiąt, oddając kontrolę nad cenami, siłą roboczą i produkcją w ręce wąskiej elity, której nazwiska wciąż rozbrzmiewają w korytarzach bogactwa: Carnegie, Rockefeller, Morgan, Vanderbilt.

Andrew Carnegie kontrolował około dwadzieścia pięć procent światowej produkcji stali, przewyższając produkcję całych krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania. Standard Oil Johna D. Rockefellera osiągnął dziewięćdziesięcioprocentowy udział w rynku, a sam Rockefeller posiadał prawie dwa procent całkowitego majątku kraju – liczba ta brzmi niemal staromodnie w porównaniu z koncentracją, jakiej jesteśmy świadkami dzisiaj, kiedy siedem firm technologicznych odpowiada za ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500, co stanowi najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego.

Baronowie-rozbójnicy zrozumieli coś, co na nowo odkryli ich współcześni następcy: gdy gospodarka staje się zależna od skoncentrowanej władzy, apele o poprawę płac i warunków pracy można zbagatelizować jako zagrożenie dla samego postępu gospodarczego. Retoryka ta praktycznie nie zmieniła się od stu czterdziestu lat. W epoce Wieku Pozłacanego żądania ochrony podstawowej godności ludzkiej zostały przerobione na niebezpieczną komunistyczną propagandę, zagraniczną agitację zagrażającą amerykańskiemu stylowi życia.

Dziś każda sugestia, że ​​korporacje powinny płacić godziwe płace, że opieka zdrowotna nie powinna doprowadzać chorych do bankructwa, albo że mieszkania powinny być dostępne dla ludzi, którzy faktycznie w nich mieszkają, spotyka się z oskarżeniami o socjalizm, walkę klas, analfabetyzm ekonomiczny lub odwieczny faworyt zamożnych: zazdrość. Robotnicy Wieku Pozłacanego musieli zmagać się nie tylko z bezprecedensową władzą korporacji i skorumpowaną polityką, ale także ze społecznymi pochlebcami, którzy bronili systemu, który ich zmiażdżył – zwykłymi ludźmi tak przesiąkniętymi nachalną propagandą, że wierzyli w swoje własne zubożenie jako naturalne, nieuniknione, a może nawet zasłużone.

Najbardziej druzgocącym przykładem tego zjawiska był sprzeciw wobec reformy dotyczącej pracy dzieci, który nie pochodził głównie od elit przemysłowych czy polityków, lecz od rodziców z klasy robotniczej, których płace spadły tak nisko, że przetrwanie rodziny zależało od dochodów ich dzieci. System stworzył tak brutalne warunki, że wyzysk stał się samonapędzający, a same ofiary broniły niszczących je praktyk, ponieważ nie potrafiły wyobrazić sobie alternatywy. Na tym właśnie polega geniusz wszechstronnego przejęcia ekonomicznego: nie tylko narzuca cierpienie, ale wręcz zmusza cierpiących do obrony źródeł swojego bólu.

Historia jednak również rejestruje to, co się dzieje, gdy nierówności pogłębiają się poza granice tolerancji. W miarę jak niepokoje narastały w całym kraju, strajki przeradzały się w przemoc, a sprzeciw opinii publicznej stawał się niemożliwy do zignorowania, przywódcy polityczni byli coraz bardziej zmuszeni reagować nie na biernych amerykańskich wyborców, zadowolonych z tego, co oferował rynek, ale na siłę roboczą, która odkryła swoją kolektywną siłę poprzez gorzkie doświadczenia. Uchwalenie ustawy antymonopolowej Shermana z 1890 roku stanowiło wczesną próbę zapobieżenia całkowitemu zdominowaniu systemu demokratycznego przez władzę prywatną, ustanawiając precedens, że konsolidacja nie była naturalnym punktem końcowym, który Amerykanie byli zobowiązani zaakceptować. Era Progresywna (tak, używam tego okropnego słowa w kontekście nieobraźliwym!) rozszerzyła te zabezpieczenia poprzez przepisy prasowe, regulacje pracownicze i stopniowe uznawanie, że gospodarka istnieje po to, by służyć ludziom, a nie odwrotnie.

I przez jakiś czas – krótki, świetlany okres, o którym klasy zamożne teraz udają, że nigdy nie istniał – to podejście działało.

Nie tak dawno temu kraj wyszedł z Wieku Pozłacanego w okres, w którym mocny uścisk dłoni i chęć do pracy mogły zagwarantować karierę na całe życie. Gdzie pracownik zarabiający najniższą krajową zaledwie siedemdziesiąt pięć centów za godzinę mógł sobie pozwolić na opłacenie czynszu za cały miesiąc, pracując na pełen etat przez mniej niż półtora tygodnia. Gdzie prawie sześćdziesiąt procent amerykańskich pracowników posiadało domy w cenach odpowiadających dzisiejszej medianie około stu dwudziestu ośmiu tysięcy dolarów. Gdzie blisko czterdzieści pięć procent Cichego Pokolenia [Silent Generation] posiadało domy w wieku dwudziestu pięciu lat – nie dzięki pomocy rodziców czy odziedziczonemu majątkowi, ale dzięki prostemu mechanizmowi płac, które faktycznie odpowiadały kosztom utrzymania.

Roczne koszty opieki zdrowotnej dla przeciętnej rodziny wymagały zaledwie około dwóch do czterech tygodni pracy. Ponieważ około trzydzieści procent siły roboczej było zrzeszonych w związkach zawodowych, pracownicy mieli realną siłę nacisku, aby negocjować wyższe płace, emerytury i świadczenia. Mobilność społeczna nie była inspirującym hasłem na plakatach ani banałem z wykładów TED – była strukturalnie dostępna, wbudowana w architekturę ekonomiczną poprzez przemyślane decyzje polityczne, które traktowały pracowników jako istoty ludzkie, a nie jednorazowy nakład. System nie był idealny, w żadnym wypadku. Jednak podstawowa umowa obowiązywała: jeśli ciężko pracujesz i przestrzegasz zasad, możesz zbudować godne życie. Ta umowa została systemowo zerwana, mimo że tak wielu z tych, którzy mieli szansę skorzystać z jej dobrodziejstw, radośnie ignoruje tę rzeczywistość.

W kolejnych dekadach dewaluacja waluty osłabiła siłę nabywczą płac, podczas gdy ceny aktywów gwałtownie rosły, wzbogacając tych, którzy już posiadali majątek, a jednocześnie czyniąc posiadanie go coraz bardziej niemożliwym dla tych, którzy go nie posiadali. Niekończące się wojny pochłaniały biliony dolarów, które mogłyby zostać przeznaczone na finansowanie infrastruktury, edukacji, opieki zdrowotnej, budownictwa mieszkaniowego – wszystkiego, co mogłoby poprawić życie zwykłych obywateli, a nie marż zysku producentów zbrojeniowych. Przejęcie regulacji przekształciło agencje mające chronić interesy publiczne w lobbingowe ramiona branż, które miały nadzorować. A mimo to obietnica ekonomii skapywania zapewniła ideologiczne uzasadnienie dla tego, co w praktyce było masową redystrybucją bogactwa i władzy w górę w ręce nielicznych.

Wraz ze spadkiem egzekwowania prawa i przyspieszeniem konsolidacji, siła robocza traciła wpływy, własność ustępowała miejsca dostępowi, a bodźce ze strony kierownictwa ponownie nagradzały tłumienie związków zawodowych. Społeczni pochlebcy powrócili, a ich argumenty zostały zaktualizowane do ery cyfrowej, ale zasadniczo niezmienione od czasów ich poprzedników z Wieku Pozłacanego: tak właśnie działają rynki, regulacje niszczą miejsca pracy, związki zawodowe to przeżytek epoki przemysłowej, jeśli nie podobają ci się warunki pracy, możesz znaleźć inną. Nieważne, że dostępne miejsca pracy oferują te same lub gorsze warunki. Nieważne, że „wolność” wyboru między wyzyskiem a bezdomnością nie jest żadną wolnością. Nieważne, że całe ramy prawne zakładają indywidualne rozwiązania problemów systemowych, przerzucając ciężar dostosowania się do zepsutego systemu wyłącznie na tych, którzy są najmniej przygotowani do jego udźwignięcia.

Pokolenie Z wkroczyło w gospodarkę, która pod wieloma względami jest o krok od pamiętnych warunków z Wieku Pozłacanego, którym pierwotnie miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy regulujące pracę. Nigdzie ten powrót nie stał się bardziej szkodliwy niż w sektorze mieszkaniowym – tej najbardziej fundamentalnej ludzkiej potrzebie, która obecnie przekształciła się w spekulacyjną klasę aktywów, której głównym celem jest generowanie zysków dla inwestorów, a nie zapewnienie schronienia ludziom.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku – będącym konsekwencją deregulacji i inżynierii finansowej, która wzbogaciła architektów upadku, jednocześnie rujnując zwykłych właścicieli domów – dziesiątki tysięcy małych i regionalnych firm budowlanych zbankrutowało lub zostało przejętych przez większych konkurentów.

Kryzys, który zniszczył tak wiele rodzinnych firm i osobistych oszczędności, stał się dla tych z dużym kapitałem bezprecedensową okazją do zakupu. Nowe inwestycje budowlane w coraz większym stopniu znajdowały się pod kontrolą garstki firm, a dziś dziesięciu największych deweloperów kontroluje prawie 45% wszystkich nowych domów jednorodzinnych, co stanowi najwyższy odsetek w historii. Tylko dwie firmy, DR Horton i Lennar, samodzielnie kontrolują ponad 20% rynku.

Badania Luisa Quintero z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa pokazują, co ta koncentracja oznacza w praktyce: te dominujące firmy mogą teraz kontrolować harmonogram, wielkość i ceny nowych inwestycji bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Zmniejszyły one roczną podaż mieszkań o około sto pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie, czyli prawie 2,6 miliona domów od czasu recesji, jednocześnie zwiększając zmienność cen o ponad pięćdziesiąt procent. Po co budować mieszkania w przystępnej cenie dla rodzin z klasy średniej, skoro luksusowe i wysokomarżowe projekty są o wiele bardziej rentowne? Według Redfin, rynek mieszkań luksusowych rozwijał się trzy razy szybciej niż rynek głównego nurtu. Pod koniec 2024 roku w całym kraju w budowie było zaledwie 6700 tańszych mieszkań na wynajem, w porównaniu z prawie pół milionem mieszkań wyższej klasy.

W rezultacie rynek staje się coraz bardziej oderwany od dochodów gospodarstw domowych. Według danych Centrum Studiów nad Mieszkalnictwem Uniwersytetu Harvarda, około połowa wszystkich gospodarstw domowych wynajmujących mieszkania wydaje obecnie ponad trzydzieści procent swoich dochodów na mieszkanie – tradycyjny próg, powyżej którego koszty mieszkania stają się uciążliwe. Rekordowa liczba 12,1 miliona gospodarstw domowych wydaje ponad pięćdziesiąt procent tylko po to, by utrzymać dach nad głową.

To nie są ludzie podejmujący złe decyzje finansowe. To ludzie uwięzieni na rynku, który został celowo ukształtowany w celu wyłudzenia maksymalnego czynszu od najemców, którzy nie mają dokąd się udać.

A gdy już budownictwo mieszkaniowe będzie projektowane tak, aby służyć temu, kto da najwięcej, a nie przeciętnemu gospodarstwu domowemu, przyciągnie kapitał, który będzie traktował domy nie jako miejsca do życia, ale jako aktywa generujące dochód, którymi będą zarządzać algorytmy i firmy zarządzające nieruchomościami, które nigdy nie spotkały i nigdy nie spotkają najemców, których życie zależy od ich decyzji.

Tylko w 2021 roku około dwadzieścia osiem procent wszystkich domów sprzedanych w Teksasie trafiło do inwestorów instytucjonalnych. W całym regionie Sun Belt ponad jedna trzecia zakupów domów jednorodzinnych jest obecnie powiązana z funduszami private equity i dużymi operatorami wynajmu. Nie są to osoby prywatne budujące osiedla, lecz podmioty finansowe, które czerpią wartość z ludzkich potrzeb, podnosząc medianę cen domów powyżej czterystu piętnastu tysięcy dolarów i pozostawiając millenialsów i pokolenie Z w obliczu wskaźnika ceny do dochodu na poziomie 10.5, czyli ponad dwukrotnie wyższym niż w przypadku poprzednich pokoleń.

I choć około trzydziestu procent przedstawicieli pokolenia Z teoretycznie zdołało kupić dom do dwudziestego piątego roku życia, prawie siedemdziesiąt osiem procent wymagało w tym celu pomocy rodziców – to najwyższy odsetek w historii. Amerykański sen ma teraz przypiętą gwiazdkę: jest dostępny tylko dla tych, których rodzice mogą sobie na niego pozwolić. Ponad pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z nadal mieszka z rodzicami, całkowicie pozbawionych możliwości posiadania domu, z odroczonym w czasie osiągnięciem niezależności w oczekiwaniu na korektę rynku, która może nigdy nie nadejść, lub na odziedziczenie zdewaluowanego majątku po pokoleniu, którego polityka w ogóle stworzyła te warunki.

Ta sama konsolidacja, która przekształciła rynek mieszkaniowy, objęła również cały system żywnościowy, choć klasy zamożne, robiące zakupy w Whole Foods i często odwiedzające restauracje oferujące dania z farmy na stół, rzadko to zauważają. Na początku XX wieku Kongres uznał ogromną władzę dominujących zakładów mięsnych i uchwalił ustawę o zakładach mięsnych i rzeźniach z 1921 roku, aby przełamać ich kontrolę nad dostawami żywności. Jednak w ciągu ostatnich czterech dekad słabe egzekwowanie przepisów antymonopolowych i agresywne fuzje korporacyjne pozwoliły, aby ta władza powróciła ze zdwojoną siłą.

Obecnie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich kurczaków brojlerów jest hodowanych w ramach systemów kontraktowych, w których rolnicy nie są właścicielami ptactwa, paszy ani praw do przetwórstwa. Posiadają jedynie długi zaciągnięte na budowę obiektów wymaganych przez integratorów oraz pracę włożoną w hodowlę zwierząt zgodnie ze specyfikacjami ustalonymi przez korporacje, które mogą w każdej chwili zerwać umowy. Zaledwie cztery firmy – Tyson, JBS, Perdue i Sanderson – kontrolują około sześćdziesięciu procent amerykańskiej produkcji kurczaków, likwidując miliony małych, mieszanych stad, które istniały na początku XIX wieku, i redukując liczbę niezależnych producentów do zaledwie dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy hodowców kontraktowych, w porównaniu z setkami tysięcy, które działały w połowie XX wieku.

W sektorze wołowiny cztery największe firmy kontrolują obecnie około osiemdziesiąt pięć procent amerykańskiego przetwórstwa, w porównaniu z zaledwie trzydziestoma sześcioma procentami w 1980 roku. W sektorze wieprzowiny cztery firmy wytwarzają około siedemdziesiąt procent całej produkcji. Oskarżenia o zmowy cenowe na tych silnie skoncentrowanych rynkach ujawniły, że firmy koordynują cięcia dostaw, podnosząc ceny hurtowe, dodając setki dolarów rocznie do rachunku za żywność przeciętnej rodziny, jednocześnie pozwalając korporacjom na zwiększanie marż.

Wszystko to skrywane za nagłówkami o inflacji, jakby rosnące ceny były jakimś tajemniczym zjawiskiem naturalnym, a nie przewidywalną konsekwencją pozwolenia garstce firm na kontrolowanie podaży i cen podstawowych towarów.

Koncentracja umożliwiła tym firmom standaryzację produkcji wokół najtańszych i najbardziej nieludzkich metod, jakie są możliwe. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie hodowanych w warunkach farm przemysłowych, pomimo że trzy czwarte amerykańskiego społeczeństwa sprzeciwia się takim warunkom. Jednak opinia publiczna nic nie znaczy, gdy rynek jest kontrolowany przez podmioty na tyle duże, że mogą ją ignorować.

Ta sama dynamika występuje w każdym sektorze: konsolidacja tworzy władzę, władza umożliwia wyzysk, a wyzyskiwani nie mają żadnych realnych możliwości, ponieważ rynek nie oferuje alternatyw.

Aby zrozumieć systemowy rozkład rynku pracy, ekonomiści mierzą koncentrację za pomocą indeksu Herfindahla-Hirschmana (HHI), który śledzi, jak duża część kontroli jest skupiona w rękach kilku firm. Historycznie rzecz biorąc, wartość powyżej 2500 sygnalizuje wysoce skoncentrowany rynek, zdolny do zachowań antykonkurencyjnych – próg ten został od tego czasu obniżony do 1800.

Badania ekonomistów specjalizujących się w prawie antymonopolowym, José Azara i Ioany Marinescu, pokazują, że średni wskaźnik HHI rynku pracy wynosi obecnie około 4378. Na wielu rynkach lokalnych i branżowych pracownicy de facto wybierają między zaledwie dwoma dominującymi pracodawcami. Ten poziom koncentracji skutkuje średnio dwudziestoprocentową obniżką płac, mniejszą liczbą dostępnych miejsc pracy i osłabieniem siły przetargowej, ponieważ przewaga pozostaje w rękach pracodawców, którzy nie muszą już konkurować o pracowników, ponieważ podzielili między siebie rynek.

Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w branży technologicznej. Według raportu Instytutu Samowystarczalności Lokalnej z 2021 roku, ekspansja Amazona przyczyniła się do zniknięcia około czterdziestu procent małych producentów odzieży, zabawek i artykułów sportowych, a także prawie jednej trzeciej małych wydawnictw książkowych. Amazon odegrał kluczową rolę w upadku dużych pracodawców, takich jak Borders i Toys R Us, które łącznie zatrudniały około dziewięćdziesięciu tysięcy pracowników. Firma została przyłapana na wykorzystywaniu swojego funduszu venture capital do inwestowania w startupy, a następnie kopiowania ich pomysłów i wprowadzania na rynek konkurencyjnych produktów, w niektórych przypadkach celowo rujnując firmy, które wspierała.

Amazon nie jest w tym odosobniony. Podczas gdy Federalna Komisja Handlu [FTC] i Departament Sprawiedliwości (DOJ) okazjonalnie blokują głośne fuzje, bardziej powszechną taktyką jest inwestowanie przez dominujące firmy w startupy, zabezpieczanie miejsc w zarządach i ciche wpływanie na ich kierunek – strategia znana jako „kooptacja zakłóceń” [co-opting disruption], czyli odwodzenie przyszłych konkurentów od innowacji, które mogłyby realnie zagrozić ugruntowanej pozycji rynkowej.

Kiedy Nvidia, Microsoft, Apple, Amazon, Google, Meta i Tesla stanowią obecnie ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500 – najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego – znajdujemy się w gospodarce, w której dobrobyt kraju zależy od wyników nielicznych firm, których interesy prawdopodobnie nie idą w parze z dobrobytem zwykłych obywateli.

To uzależnienie sprawia, że ​​Pokolenie Z musi zmierzyć się z masowym outsourcingiem amerykańskich miejsc pracy, zwolnieniami podszywającymi się pod optymalizację AI, zbliżającą się automatyzacją całych zawodów, fałszywymi ofertami pracy zalewającymi platformy rekrutacyjne, mającymi stworzyć iluzję możliwości, których nie ma, oraz z najgorszymi warunkami na rynku pracy, z jakimi absolwenci muszą się zmierzyć od ponad dekady.

Dzisiaj siedemdziesiąt dwa procent pokolenia Z żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy prawie połowa pracuje na trzech lub więcej etatach, żeby przeżyć. Nie po to, by budować majątek. Nie po to, by rozwijać karierę. Po prostu po to, by przetrwać – zapłacić czynsz, kupić artykuły spożywcze, spłacić minimalne raty zadłużenia na karcie kredytowej, które zgromadzili, próbując sfinansować edukację, która miała być ich przepustką do lepszego życia.

A kiedy garstka firm w istocie kontroluje rynek pracy, dyktuje nie tylko płace, ale także dostęp do opieki zdrowotnej. Według Employee Benefit Research Institute, odsetek pracodawców oferujących ubezpieczenia zdrowotne systematycznie spada wraz z przyspieszeniem konsolidacji. Do 2022 roku jeden lub dwa systemy opieki zdrowotnej kontrolowały cały rynek szpitali stacjonarnych w prawie połowie wszystkich obszarów metropolitalnych. Zgodnie z obecnymi wytycznymi federalnymi, siedemdziesiąt trzy procent rynku szpitali metropolitalnych jest klasyfikowanych jako wysoce skoncentrowane, w porównaniu z siedemdziesięcioma jeden procentami w 2014 roku.

Zgodnie z proponowanymi przez Departament Sprawiedliwości i Federalną Komisję Handlu (FTC) wytycznymi dotyczącymi fuzji, liczba ta wzrośnie do około dziewięćdziesięciu pięciu procent.

Badania przeprowadzone przez Kaiser Family Foundation i Healthcare Costs Institute pokazują, że ta konsolidacja bezpośrednio podnosi ceny. Same fuzje szpitali zwiększają koszty prywatnych ubezpieczycieli o około trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu procent, nie poprawiając wyników leczenia pacjentów. Prawie połowa wszystkich obszarów metropolitalnych jest zdominowana przez jednego ubezpieczyciela kontrolującego co najmniej pięćdziesiąt procent obszaru, podczas gdy w skali kraju zaledwie cztery firmy kontrolują prawie połowę wszystkich prywatnych ubezpieczeń.

W miarę jak składki na ubezpieczenie zdrowotne rosną szybciej niż płace, mniejsi pracodawcy coraz częściej nie są w stanie w ogóle oferować ubezpieczenia, co stawia pracowników w sytuacji, w której dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej wymaga dołączenia do jednej z większych, skonsolidowanych firm – tych samych, które outsourcingują i automatyzują amerykańskie miejsca pracy tak szybko, jak pozwalają na to ich algorytmy.

W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie dekady, pokolenie Z płaci obecnie około czterdzieści sześć procent więcej za ubezpieczenie zdrowotne. Dwie trzecie młodych dorosłych rezygnuje z wizyt lekarskich z powodu kosztów. To również silnie zniechęca do samozatrudnienia i przedsiębiorczości – a właśnie te cechy klasy zamożne rzekomo cenią, pouczając młodych ludzi o tym, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze.

I choć analiza ta koncentrowała się głównie na Stanach Zjednoczonych, ten sam upadek umowy społecznej ma miejsce w dużej części rozwiniętego świata. W Australii naukowcy z Uniwersytetu w Sydney wskazują na narastający kryzys zdrowia psychicznego pokolenia Z, napędzany niepewnością ekonomiczną i niestabilnością społeczną. W Korei Południowej presja sukcesu stała się tak przytłaczająca, że ​​młodzi ludzie nazywają swój kraj „Hell Joseon” – piekielnym, beznadziejnym społeczeństwem. W Chinach młodzi ludzie nazywają siebie „ludźmi szczurami”, opisując wypalenie, wysokie bezrobocie i rozczarowanie wyścigiem szczurów. W Niemczech pokolenie Z zmaga się z tymi samymi problemami upadającego rynku pracy, jednocześnie obwiniane o lenistwo i poczucie wyższości przez tych, którzy weszli w dorosłość w nieporównywalnie łatwiejszych warunkach w rozkwitających powojennych Niemczech. W Kanadzie, pomimo że pokolenie Z oszczędza więcej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie, w praktyce zrezygnowało z posiadania własnego domu.

To nie jest problem amerykański. To globalny wzorzec – skoordynowana restrukturyzacja życia gospodarczego wokół zasady, że ludzie istnieją, by służyć kapitałowi, a nie odwrotnie, że mieszkania, opieka zdrowotna, żywność i praca to towary, które należy optymalizować pod kątem maksymalnej eksploatacji, a nie potrzeby, które należy zapewnić dla ludzkiego rozwoju. Marzenie o własności zostało zastąpione rzeczywistością użytkowania – życiem składającym się wyłącznie z subskrypcji, gdzie ktoś niczego nie posiada a oczekuje się od niego wdzięczności za przywilej dzierżawy dostępu do podstawowych warunków życia.

Zamożne klasy powiedzą ci, żebyś zachował pozytywne nastawienie. Będą ci sugerować, że negacja nigdy niczego nie wygrała, że ​​powinieneś wziąć życie w swoje ręce i coś z nim zrobić, że nastawienie jest wszystkim, a bycie ofiarą to wybór. Ta rada pochodzi od ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między zakupami spożywczymi a opieką medyczną, którzy nigdy nie pracowali na trzech etatach, jednocześnie studiując w pełnym wymiarze godzin, którzy nigdy nie kalkulowali, czy stać ich na chorobę w tym miesiącu. Ich pozytywność to pozytywność tych, którzy są chronieni przed konsekwencjami, pogodna pewność siebie zwycięzców loterii, którzy radzą pechowcom, by po prostu bardziej wierzyli.

Ale oto, czego wykłady o pozytywnym myśleniu nigdy nie przyznają: najsilniejszy sprzeciw wobec zmian zawsze pochodzi od tych, którzy zinternalizowali własny wyzysk. Rodzice z Wieku Pozłacanego, którzy zwalczali reformę dotyczącą pracy dzieci, ponieważ potrzebowali zarobków swoich dzieci, aby przeżyć. Współcześni pracownicy, którzy bronią miliarderów przed podatkami, ponieważ są przekonani, że pewnego dnia oni również mogą zostać miliarderami, a przynajmniej że majątek miliarderów w jakiś sposób spływa do nich poprzez mechanizmy, których żaden ekonomista nigdy nie był w stanie zidentyfikować. Młodzi ludzie, którzy atakują swoich rówieśników za „pesymizm”, ponieważ przyznanie się do skali problemu wydaje się zbyt przytłaczające.

Staliśmy się, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, tak hiperindywidualistyczni, że wszystkie treści w mediach społecznościowych sprowadzają każdy problem systemowy do porad, trików, sposobów na zwiększenie produktywności i osobistej odpowiedzialności. Po prostu lepiej planuj budżet. Po prostu naucz się wartościowych umiejętności. Po prostu zajmij się jednym z wielu dodatkowych zajęć na przesyconych rynkach. Po prostu pracuj ciężej, poświęcaj się bardziej, wierz w siebie z wystarczającą intensywnością. Ta rada nie jest do końca błędna – osobisty wysiłek ma znaczenie, zawsze miał i zawsze będzie miał. Jednak systematycznie przesłania ona strukturalną rzeczywistość, że żadna indywidualna optymalizacja nie jest w stanie pokonać systemu zaprojektowanego po to, by wyciągać wartość z ludzi, a nie ją dostarczać.

A hiperindywidualizm spełnia swoją funkcję. Rozdziela ludzi, którzy dzielą wspólne interesy. Przekształca zbiorowe problemy w osobiste porażki. Sprawia, że ​​zamiast organizować się, by zmienić warunki, każda osoba zmaga się sama, wierząc, że jej niezdolność do rozwoju odzwierciedla jej własne braki, a nie architekturę systemu, który nigdy nie został zaprojektowany dla jej dobra. Najbardziej samotne pokolenie w historii nie jest samotne z przypadku. Samotność jest zamierzonym rezultatem gospodarki, która korzysta z rozproszonych jednostek, które nie potrafią się koordynować, organizować, nie potrafią sobie wyobrazić, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.

Miliarderzy wciąż powtarzają, że pieniądze nie dają szczęścia, ale ich własne badania dowodzą czegoś innego. Osoby zarabiające ponad sto tysięcy dolarów rocznie deklarują, że są mniej samotne. Wyższe dochody bezpośrednio korelują ze szczęściem, jak pokazują liczne badania. Bogaci o tym wiedzą – po prostu nie chcą, żebyś ty o tym wiedział, ponieważ społeczeństwo, które rozumie związek między bezpieczeństwem materialnym a dobrobytem, ​​mogłoby zacząć zadawać niewygodne pytania o to, dlaczego takie bezpieczeństwo staje się niemożliwe do osiągnięcia dla coraz większej części populacji.

Na świecie jest obecnie ponad trzy tysiące miliarderów. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 2025 roku dodali kolejne pięć bilionów dolarów do swojego zbiorowego majątku. Tempo to przyspiesza. To nie przypadek, że wraz ze wzrostem ich bogactwa rosną również koszty wszystkiego innego. Jesteśmy na dobrej drodze, aby w ciągu najbliższej dekady zobaczyć pięciu bilionerów. Po raz pierwszy w historii nowożytnej więcej miliarderów powstaje w wyniku dziedziczenia niż przedsiębiorczości. Stany Zjednoczone zobaczą dwadzieścia dziewięć bilionów dolarów przekazanych spadkobiercom miliarderów w ciągu najbliższych trzydziestu lat. I to tyle z mitu sukcesu osiągniętego własną pracą. To oni są właścicielami butów. To oni są właścicielami pasków. I pobierają od ciebie opłaty za przywilej próby podciągnięcia się na szczyt.

Dla niektórych mogę teraz brzmieć jak socjalistka. Zapewniam, że nie zaraziłam się tą konkretną chorobą. Nadal nie jestem przekonana, że rozwiązaniem naszych problemów jest oddanie większej władzy temu samemu niekompetentnemu, aroganckiemu aparatowi biurokratycznemu, który je stworzył, i podtrzymuję przekonanie, że socjalizm jest w swej istocie ideologią dla tych, którzy pragną pasożytować na pracy innych, jednocześnie okrywając swoją mierność językiem sprawiedliwości.

Ale w tym miejscu rozjeżdżają się nasze drogi z dobrze sytuowanymi obrońcami status quo, którzy odrzucą wszystko, co napisałam, jako lewicowe żale: żyjemy w czasach, w których nie ma kapitalizmu. To nie jest kapitalizm już od jakiegoś czasu. Mamy do czynienia ze sfałszowanym kasynem zarządzanym przez kartel oligarchów, którzy wykupili państwo regulacyjne, przejęli kontrolę nad procesem legislacyjnym i przekształcili całą gospodarkę w mechanizm wysysania bogactwa z tych, którzy je tworzą, i przekazywania go w górę tym, którzy nim manipulują. Nazywają to wolnym rynkiem. Gary Allen słusznie nazywa to komunizmem.

Spójrzmy na Teslę, skoro już mówimy o bilionerach. Oto firma, która zbudowała swoją markę na byciu przyszłością – smukłym, elektrycznym, autonomicznym pojazdem, wizją jutra sprzedawaną ludziom, którzy chcieli wierzyć, że kupują coś więcej niż samochód. I co przyniosła ta świątynia postępu? W 2026 roku Tesla po cichu przejęła system automatycznego prowadzenia – podstawową funkcję wspomagania utrzymania pasa ruchu, która od lat jest standardem w większości pojazdów, a Honda i Toyota oferują ją w najtańszych modelach – i przeniosła ją do formy miesięcznego abonamentu w wysokości dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów. To, co kiedyś było wliczone w cenę pojazdu, jest teraz opłatą cykliczną. To, co było sprzedawane jako dodatkowa funkcja, teraz jest wynajmowane.

Tesle z 2026 roku są standardowo wyposażone jedynie w podstawowy tempomat z czujnikiem ruchu. Jeśli chcesz, aby samochód utrzymywał się na pasie ruchu, czyli miał funkcję, za którą zapłaciłeś przy zakupie pojazdu, musisz teraz wykupić abonament „Full Self-Driving”. To ma znaczenie nie tylko dla właścicieli Tesli, ponieważ każdy inny producent samochodów obserwuje, co robi Tesla. Kiedy Tesla udowadnia, że ​​można usunąć funkcję bezpieczeństwa z samochodu i pobierać opłatę abonamentową za jej przywrócenie, wszystkie zarządy w Detroit i Monachium biorą to pod uwagę.

A dlaczego Tesla to zrobiła? Ponieważ w listopadzie 2025 roku akcjonariusze zatwierdzili pakiet wynagrodzeń dla Elona Muska o potencjalnej wartości do biliona dolarów. Aby odblokować tę wypłatę, Musk musi osiągnąć pewne kamienie milowe — między innymi dziesięć milionów aktywnych subskrypcji FSD. Każda zakupiona subskrypcja bezpośrednio przyczynia się do uczynienia go pierwszym bilionerem na świecie, podczas gdy on marynuje chętny świat w piekle AI, które kiedyś nazywało się Twitter. Jego obecny majątek netto oscyluje wokół 788 miliardów dolarów. Był już na dobrej drodze do przekroczenia progu biliona dolarów bez tego pakietu. To najczystszy wyraz chciwości, jaki wyprodukowała współczesna gospodarka: człowiek, wart więcej niż większość krajów, pozbawia samochody funkcji, tak że każda miesięczna rata zbliża go do kwoty, której żaden człowiek nigdy nie osiągnął, podczas gdy drobnym druczkiem podają, że oprogramowanie nie robi tego, co sugeruje marketing.

Sąd w Kalifornii orzekł, że Tesla stosowała oszukańczy marketing, używając nazw „Autopilot” i „Full Self-Driving” [FSD], które sugerują autonomię, której pojazdy nie posiadają. Tesla została zobowiązana do wycofania marki „Autopilot”. Jej reakcją nie było rozwiązanie problemu, lecz jego monetyzacja – usunięto etykietę, zintegrowano jej funkcjonalność z FSD i wprowadzono pobieranie opłat abonamentowych za to, co wcześniej było wliczone w cenę. Oficjalna definicja prawna Tesli opisuje FSD jako system wspomagający kierowcę i wymagający od niego ciągłej uwagi.

Tymczasem Musk publikuje na Twitterze nagrania Modelu Y, które prowadzą się same, bez kierowcy w środku, i twierdzi, że są „w pełni autonomiczne” – bez kierowcy czy zdalnego operatora. Waymo oferowało prawdziwie autonomiczne przejazdy autostradami już od 2024 roku. Twierdzenie Muska, że ​​jego film był „pierwszy”, było po prostu fałszywe. Ale marketing trwa, subskrypcje rosną, a meta warta bilion dolarów jest coraz bliżej.

FSD jest obecnie przedmiotem federalnego dochodzenia prowadzonego przez NHTSA. Tesla nie zgłaszała prawidłowo wypadków z udziałem autopilota i FSD. Badania wskazują, że Tesle mają najwyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków na miliard mil spośród wszystkich marek samochodowych, a wskaźnik Modelu Y jest kilkakrotnie wyższy niż średnia krajowa.

System ten nie kwalifikuje się jako autonomiczny system jazdy zgodnie z klasyfikacją federalną, dlatego Tesla nie pojawia się w statystykach wypadków pojazdów autonomicznych, pomimo marki „samojezdny”. Sprzedają oni prawnie sklasyfikowany system wspomagania kierowcy, który jest statystycznie bardziej niebezpieczny niż przeciętny, reklamowany tak, jakby był niemal gotowy do działania jako nienadzorowana robotaksówka.

Aby to sprzedać, Musk stosuje taktykę pilności [urgency tactics] starszą niż sam samochód: kup teraz, zanim ceny wzrosną, przenieś swój FSD przed upływem terminu, działaj przed 14 lutego, działaj przed końcem pierwszego kwartału. Te terminy podejrzanie pokrywają się z jego kamieniami milowymi dotyczącymi wynagrodzeń, które obejmują również skumulowane dostawy pojazdów. Cały aparat jest zaprojektowany tak, aby pompować kwartalne liczby, tak aby każdy raport o zyskach przybliżał go do wypłaty przekraczającej PKB większości krajów na Ziemi. Obiecuje, że autonomiczne pojazdy będą „już za dwa lata” każdego roku od dekady. Obiecano milion robotaksówek na 2020 rok. „Bardzo blisko poziomu 5” to refren od czasów administracji Obamy. Obietnice się powtarzają. Subskrypcje się kumulują. Bilion się zbliża.

To nie jest kapitalizm. Kapitalizm oznaczałby, że Tesla konkuruje z innymi producentami samochodów, oferując lepszy produkt w lepszej cenie. Mamy tu firmę, która zbudowała fosy regulacyjne dzięki dotacjom rządowym, zdobyła rynek obietnicami, których nie spełniła, a teraz czerpie powtarzające się przychody od klientów za funkcje, które ci już kupili – wszystko po to, by sfinansować pakiet wynagrodzeń na niespotykaną dotąd skalę dla człowieka o bezprecedensowym bogactwie, który wprowadza na rynek oprogramowanie krytyczne dla bezpieczeństwa, będące przedmiotem federalnego śledztwa z powodu jego szkodliwości. A jeśli zaprotestujesz, usłyszysz, że nie rozumiesz innowacji, że hamujesz postęp, że przyszłość należy do tych, którzy wierzą.

Nie zazdroszczę bogactwa. Nie mam żalu o sukces. Nie cierpię tego, że wmawia mi się, że to wolny rynek, podczas gdy obserwuję, jak miliarderzy kupują sobie przepisy, usuwają funkcje z produktów, pobierają opłaty za systemy bezpieczeństwa i nakładają abonamenty na klasę robotniczą i średnią, aby sfinansować pakiety wynagrodzeń, które zawstydziłyby rzymskiego cesarza – a jednocześnie ci sami miliarderzy pouczają opinię publiczną, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze. Paski przy butach zostały sprzedane lata temu. Buty są teraz usługą abonamentową. A ludzie, którzy napinają te paski, mają trzy czwarte biliona dolarów i liczą na więcej.

Więc nie, nie zostałam socjalistką. Nie chcę więcej władzy rządu. Nie chcę więcej niekompetentnych miernot – kierujących się osobistymi odczuciami, drobnymi urazami, światopoglądami zbudowanymi z esejów wideo na YouTube i krótkich filmików na TikToku oglądanych między zbiórkami funduszy na kampanię – by narzucać mi coraz bardziej idiotyczne prawa. Bo to jest wszystko, co robią. To cała ich funkcja. Nie rozwiązują problemów. Tworzą ramy prawne. Nie reprezentują ciebie. Reprezentują każdego, kto zapłacił za ich ostatnią kampanię reelekcyjną, i odziewają tę reprezentację w język służby publicznej, podczas gdy ty płacisz rachunek za ich niepowodzenia.

Czy zauważyłeś, że każde uchwalone prawo zdaje się wpływać na ciebie negatywnie? Nie w teorii – teoretycznie każde prawo służy twojej ochronie, twojemu bezpieczeństwu, twojemu dobru. Ale w praktyce? W realnym życiu? Każdy przepis wiąże się z opłatą. Każda reforma dodaje formę. Każda ochrona chroni kogoś przed tobą lub chroni ciebie przed czymś, o ochronę czego nigdy nie prosiłeś, jednocześnie narażając cię na to, co faktycznie zagraża twojemu bytowi. Przepisy, które mogłyby ograniczać wpływowych, są pisane z lukami prawnymi wielkości hangarów lotniczych. Przepisy, które ograniczają ciebie, są pisane z precyzją skalpela. Miliarder znajduje sposób na obejście, ty znajdujesz grzywnę.

Oto ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili: niekompetentne, skorumpowane kupy g…a, których wiedza ekonomiczna wykształciła się w wyniku czytania na telefonach felietonu Paula Krugmana, których znajomość technologii pochodzi z prezentacji lobbysty w PowerPoincie, których wiedza o polityce zagranicznej pochodzi z wszelkich argumentów, które ich pracownicy wyciągnęli z Twittera tego ranka. Nie potrafiliby poprowadzić stoiska z lemoniadą bez firmy konsultingowej, grupy fokusowej i pomocy finansowej, a mimo to ośmielają się reorganizować całe sektory gospodarki, kierując się uczuciami, które mylą z zasadami. Nigdy niczego nie zbudowali, nigdy niczego nie stworzyli, nigdy niczym nie zaryzykowali – i rządzą tak, jakby konsekwencje były koncepcją dotyczącą tylko ich wyborców.

Obserwuj, jak działają. Obserwuj, jak uchwalają szeroko zakrojone ustawy, których nie czytali, opracowane przez lobbystów branż, których nie rozumieją, wpływające na życie, którego nigdy nie przeżyją. Obserwuj, jak gratulują sobie „zrobienia czegoś”, podczas gdy to, co robią, pogarsza sytuację wszystkich, z wyjątkiem interesów, pod które napisano ustawę. Obserwuj, jak stają na podium i mówią o klasie robotniczej, jakby była egzotycznym gatunkiem, który kiedyś widzieli w filmie dokumentalnym, wygłaszając banały o kuchennych stołach, przy których nigdy nie siedzieli, o zmaganiach, z którymi nigdy się nie zmierzyli, o wyborach, których nigdy nie musieli dokonywać między zakupami spożywczymi a czynszem.

A kiedy ich polityka zawodzi – co nieuchronnie się zdarza, bo przecież porażka dla ciebie często oznacza sukces dla ich darczyńców – nie zastanawiają się nad tym ponownie. Nie adaptują się. Podwajają wysiłki. Obwiniają poprzednią administrację, obstrukcyjną opozycję lub ignorancką opinię publiczną, która po prostu nie rozumie wyrafinowanego geniuszu ich wizji. Nigdy się nie mylą. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Są wiecznymi bohaterami swoich własnych historii, dzielnie walczącymi z ciemnymi siłami, które jakimś sposobem zawsze okazują się być tobą: twoim samochodem, twoją dietą, twoim termostatem, twoją małą firmą, twoimi wyborami, twoim nieustającym uporem by żyć po swojemu bez ich pozwolenia.

Zawodowy polityk to gatunek, który ewoluował, by przetrwać wyłącznie w ekosystemie władzy. Usuń go z tego środowiska, a zginie w ciągu kilku tygodni, niezdolny do poruszania się w świecie, gdzie słowa muszą odpowiadać czynom, a czyny muszą przynosić rezultaty. Doprowadzili do perfekcji sztukę mówienia godzinami, nie mówiąc nic, obiecywania wszystkiego, nie dając nic, przypisywania sobie zasług za sukcesy, do których się nie przyczynili, i zrzucania winy na innych za porażki, które sami stworzyli. Są wiarygodni, nie będąc wykształconymi, są doświadczeni, nie będąc kompetentnymi, są pewni siebie, nie będąc do czegoś zdolnymi. I rządzą nami z pogodną pewnością ludzi, którzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za swoje błędy.

Nie chcę, żeby ci ludzie mieli więcej władzy. Nie chcę, żeby mieli władzę, którą już posiadają. Chcę, żeby dali mi spokój – żeby przestali udawać, że każdy problem wymaga ich interwencji, że każdy kryzys wymaga ich zarządzania, że ​​każdy aspekt ludzkiej egzystencji podlega ich jurysdykcji. Ale to nie jest opcja w głosowaniu. Jedyne, co nam pozostaje, to wybór, która frakcja wiarygodnych nieudaczników będzie źle zarządzać przez następne cztery lata, która grupa darczyńców napisze kolejny zestaw praw, jaki rodzaj porażki preferujemy. I oczekuje się od nas, że będziemy wdzięczni za przywilej wyboru.

Kapitalizm, który nam wciskali – ten, w którym ciężka praca i dobre produkty wygrywają, gdzie konkurencja napędza innowacje, gdzie konsument jest suwerenny, a rynek wolny – już nie istnieje. Pozostają jedynie haracze pod płaszczykiem postępu, oszustwo owinięte w język destrukcji, świat, w którym najbogatszy człowiek na świecie wymontowuje części z twojego samochodu i pobiera comiesięczną opłatę za ich odzyskanie, oczekując, że podziękujesz mu za ten przywilej. Jeśli przez to zabrzmię jak socjalistka w oczach tych, którzy mylą kolesiowskie zyski z wolną przedsiębiorczością, to może powinni zastanowić się, czego właściwie bronili przez te wszystkie lata – i czyim interesom to tak naprawdę służy.

Pęknięcia zaczynają się ujawniać. System, który wydawał się tak trwały, tak nieunikniony, tak naturalny, okazuje się kruchy i zależny od ciągłej uległości tych, których wykorzystuje. Dziewięćdziesiąt procent respondentów w niedawnym sondażu stwierdziło, że spodziewa się pogorszenia, a nie poprawy, kosztów utrzymania w 2026 roku. Pew Research przeprowadził ankietę w trzydziestu sześciu krajach i odkrył, że pięćdziesiąt cztery procent postrzega lukę majątkową jako ogromny problem, podczas gdy sześćdziesiąt procent uważa, że ​​bogaci zawłaszczyli sobie politykę. Ludzie nie są po prostu niezadowoleni – są wściekli. A odpowiednio ukierunkowana furia od zawsze była warunkiem wstępnym zmiany.

Wiek Pozłacany nie skończył się, ponieważ baronowie-rozbójnicy zmienili zdanie. Skończył się, ponieważ robotnicy się zorganizowali, a reformatorzy agitowali, ponieważ sprzeczności systemu stały się tak dotkliwe, że przywódcy polityczni zostali zmuszeni do wyboru między umiarkowaną reformą a rewolucyjnym przewrotem. Era Postępu nadeszła, ponieważ zwykli ludzie nie chcieli zaakceptować, że degradacja, której doświadczali, była naturalna lub nieunikniona. Tworzyli związki zawodowe, maszerowali, głosowali, organizowali się i zmieniali strukturalne warunki życia w Ameryce w sposób, który przyniósł korzyści przyszłym pokoleniom – włączając w to te same pokolenia, które zlikwidowały te zabezpieczenia i teraz pouczają wnuki, jak podnieść się o własnych siłach.

To nie jest skrajny pesymizm. Skrajny pesymizm oznaczałby akceptację faktu, że nic się nie zmieni, że obecna trajektoria jest ustalona, ​​że ​​najlepsze, na co możemy liczyć, to indywidualna adaptacja do zbiorowej katastrofy. Prawda jest bardziej wymagająca niż pesymizm: wymaga od nas odłożenia telefonu i uświadomienia sobie skali problemu, zrozumienia, jak do tego doszliśmy, zidentyfikowania struktur, które utrwalają te warunki, oraz zbudowania koalicji niezbędnych do ich zmiany. To nie jest dzieło jednego cyklu wyborczego ani jednego życia. To trwający projekt demokratycznego społeczeństwa, odwieczna walka o to, by życie gospodarcze służyło ludzkiemu rozwojowi, a nie odwrotnie.

Pokolenie Z rozwija umiejętności, których poprzednie pokolenia nigdy nie musiały nabywać. Uczą się, na podstawie gorzkich doświadczeń, jak działają systemy i jak zawodzą. Budują solidarność ponad podziałami geograficznymi i demograficznymi za pośrednictwem sieci cyfrowych, których baronowie-rozbójnicy z Wieku Pozłacanego nie mogli sobie nawet wyobrazić. Odrzucają fałszywy wybór między zrezygnowaną akceptacją a bezsilną wściekłością. A gdy obejmą stanowiska kierownicze – co nieuchronnie nastąpi, ponieważ czas płynie tylko w jednym kierunku – przyniosą ze sobą wiedzę, którą nabyli za ogromne osobiste poświęcenia, wiedzę o tym, co się dzieje, gdy konsolidacja przebiega w sposób niekontrolowany, gdy siła robocza traci wpływy, gdy mieszkalnictwo staje się spekulacją, gdy opieka zdrowotna staje się szantażem, gdy we własnym kraju nazywa się ciebie rasistowskim nazistą tylko dlatego, że masz niewłaściwy kolor skóry.

Najbliższa przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe, a system opiera się na nieuczciwości – na przekonaniu ludzi, że wszystko jest zasadniczo w porządku, że wszelkie problemy to chwilowe anomalie, a nie cechy strukturalne, że indywidualny wysiłek wystarczy, by przezwyciężyć zbiorowy wyzysk. Jednak ponura przyszłość nie determinuje kształtu nadchodzących dekad. Historia nie jest taśmą produkcyjną, która nieuchronnie prowadzi nas ku z góry określonym celom. To teren sporny, gdzie wynik zależy od tego, co ludzie robią, jak się organizują, jakie stawiają żądania i jak skutecznie na nie naciskają.

Na przedniej szybie jest mnóstwo owadów. Szorowanie będzie wymagało czasu, wysiłku i wytrwałości w obliczu niepowodzeń. Ale alternatywa – akceptacja permanentnego podporządkowania, oddanie przyszłości tym, którzy czerpią zyski z ludzkiego nieszczęścia, uczenie dzieci, by oczekiwały mniej niż ty, a wnuków, by oczekiwały mniej niż one – nie jest żadną alternatywą. To kapitulacja w przebraniu realizmu, defetyzm reklamowany jako dojrzałość.

Rozbójniczy baronowie Wieku Pozłacanego uwierzyli, że odnieśli trwałe zwycięstwo. Kontrolowali rząd, sądy, prasę i gospodarkę. Nie mogli sobie wyobrazić, że ich panowanie może być tymczasowe, że robotnicy, których wyzyskiwali, mogą się zorganizować, że system, który przejęli, może zostać zreformowany. Mylili się. Technofeudałowie naszych czasów popełniają ten sam błąd, a ich pycha jest wzmacniana przez algorytmy i możliwości nadzoru, które pokolenie temu wydawałyby się science fiction. Oni również odkryją, że skoncentrowana władza generuje własną opozycję, że wyzysk ma swoje granice, że ludzie nie są nieskończenie cierpliwi wobec warunków, które sprowadzają ich do pozycji w cudzym rachunku zysków i strat.

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Albo pójdziemy na dno razem ze statkiem, albo wszyscy razem damy radę. Nie ma trzeciej opcji, w której spryciarze i szczęśliwcy prosperują, podczas gdy reszta świata płonie.

Współzależność współczesnego życia sprawia, że ​​ta fantazja jest niemożliwa – te same systemy, które pozwalają miliarderom gromadzić bogactwo, wymagają funkcjonalnych społeczeństw z wykształconymi pracownikami i stabilnymi instytucjami. Wystarczy docisnąć wyzysk wystarczająco daleko, a cała konstrukcja runie. Miliarderzy budujący bunkry to rozumieją, nawet jeśli w publicznych wypowiedziach udają, że jest inaczej. Przygotowują się na upadek, który sami pomogli zaaranżować, mając nadzieję, że w wygodnej izolacji przetrwają konsekwencje własnej grabieży.

Ale bunkry nie są rozwiązaniem. Są przyznaniem się do porażki. Przyznaniem, że system, który zbudowali, nie jest w stanie utrzymać się sam, że wyzysk, który stosowali, nigdy nie był zrównoważony, że przyszłość, którą tworzą, jest dla nich samych nie do zniesienia. Mentalność bunkra to końcowy efekt filozofii, która traktuje ludzi jako zasoby do eksploatacji, a nie jako cel sam w sobie. I jest to filozofia, która, pomimo pozornego triumfu, niesie w sobie zalążki własnej destrukcji.

Wybór, przed którym stoimy, nie dotyczy optymizmu czy pesymizmu, akceptacji czy katastrofizmu, indywidualnych dążeń czy zbiorowej rozpaczy. Chodzi o wybór między zrozumieniem systemu na tyle dobrze, by go zmienić, a zaakceptowaniem warunków, które będą się jedynie pogarszać, jeśli nie zostaną zakwestionowane.

Pokolenie Z nie wybrało odziedziczenia tej zepsutej gospodarki, tego zniewolonego rządu, tej skoncentrowanej władzy, tej erozji umowy społecznej. Ale to oni zadecydują o tym, co stanie się dalej – czy wzorce Wieku Pozłacanego będą się pogłębiać, aż coś się tragicznie załamie, czy też ciężka praca nad reformami rozpocznie się na dobre, kierując się trzeźwą analizą, a nie wygodnymi iluzjami.

Zachowaj odrobinę nadziei. Ale uświadom sobie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. I zrozum, że tej pracy nie da się wykonać samemu, nie da się jej osiągnąć poprzez indywidualną optymalizację, nie da się jej osiągnąć, prześcigając system zaprojektowany tak, by wycisnąć z ciebie wszystko, co masz. Ta praca wymaga solidarności ponad podziałami, które władza wykorzystuje, by nas izolować. Wymaga organizacji, która dorówna koordynacji kapitału. Wymaga zaangażowania politycznego, które pociąga przywódców do odpowiedzialności za podejmowane decyzje i interesy, którym służą. Wymaga również cierpliwości, by wytrwać pomimo niepowodzeń, mądrości, by wyciągać wnioski z porażek, i odwagi, by iść naprzód, nawet gdy przeszkody wydają się nie do pokonania.

Rozbójniczy baronowie myśleli, że odnieśli zwycięstwo na zawsze. Mylili się. Architekci naszej obecnej sytuacji uważają, że zoptymalizowali ludzką eksploatację do perfekcji. Oni też się mylą. Przyszłość nie jest jeszcze napisana, a pióro wciąż jest w naszych rękach – choć te ręce mogą być stwardniałe i zmęczone. Pytanie tylko, czy będziemy go używać.

Oryginalny tekst ukazał się 31 stycznia 2026 roku na stronie:

________________

10 Years Of “Owning Nothing and Being Happy”—Please Rate Your Happiness, A Lily Bit, Jan 31, 2026

Polskie tłumaczenie ukazało się 18 lutego 2026 roku na stronie:

Mariusz Dzierżawski: Organizujemy opór społeczny w obronie normalności


Logo Fundacji Pro-Prawo do Życia
Dzień dobry Panie Mirosławie.
Dziękuję, że zapoznał się Pan z informacjami o wyroku w Rzeszowie, które Panu wysyłałem. 
Jaki kolejny krok może Pan teraz wykonać?

Wyrok, który nakazuje szkole traktować chłopca jak dziewczynkę, ma na celu utorowanie drogi dla działań aktywistów w całym kraju.
Jeśli nie będzie reakcji społeczeństwa, wkrótce wszystkie szkoły będą musiały kłaniać się przed ideologią, a rodzice stracą wpływ na wychowanie własnych dzieci. Aktywiści dysponują środkami od unijnych instytucji i wielkich korporacji. Stać ich na drogie kancelarie prawne, które będą teraz pozywać kolejne szkoły.

Dlatego piszę do Pana ponownie, tym razem w sprawie akcji naszej Fundacji, które chcemy zorganizować.


Świadomi rodzice i nauczyciele to najlepsza „tarcza” dla dzieci, która chroni szkoły przed ideologią i pozwala w porę zapobiegać sytuacjom takim jak ta w Rzeszowie – jeszcze zanim w ogóle dojdzie do „zarażenia” umysłów uczniów oraz procesów wytaczanych przez lobby aktywistów.

Nasza Fundacja chce docierać do nowych osób i ostrzegać je przed zagrożeniem, co umożliwi reakcję kolejnym rodzicom. Dzięki naszym darczyńcom od początku lutego w całej Polsce udało nam się zorganizować akcje informacyjne i publiczne różańce w 54 miastach i miejscowościach na terenie całego kraju. 

W nadchodzącym tygodniu (19-26 lutego) nasi wolontariusze chcą zorganizować kolejnych 20 takich akcji, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych osób.Koszt jednego, wielkoformatowego banneru, widocznego z daleka w trakcie naszych kampanii ulicznych, to ok. 200 zł. Nieco większe są koszty zatankowania samochodu, aby nasi koordynatorzy mogli dojechać do kolejnych miast i pomóc w organizacji akcji na miejscu. Za 100 zł lub 50 zł możemy wydrukować nowe ulotki ostrzegawcze i broszury informacyjne, które rozdamy przechodniom. Kilkaset złotych kosztuje z kolei namiot, którego używamy w trakcie akcji ulicznych, zwłaszcza w trakcie trudnych warunków pogodowych.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest obecnie dla Pana możliwa, aby umożliwić naszym wolontariuszom organizację nadchodzących akcji informacyjnych.
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
WPŁACAM
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski

Podpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

Ukrainoza i rusofobia

Ukrainoza i rusofobia

piko


salon24/ukrainoza-i-rusofobia

Na początek warto odpowiedzieć na pytanie czym jest Ukraina i co wynika dla nas z jej istnienia?

Ukraina jest państwem, które powstało dopiero w roku 1918, wcześniej był lud rusiński (małorusy), kozacy. Zostało powołane przez Austriaków i Niemców, i był to od początku nacjonalistyczny projekt antypolski i antyrosyjski.

Z Rusinami mieliśmy zawsze „zadry” – Powstanie Chmielnickiego, rzezie – Koliszczyzna, no i to co miało miejsce na Wołyniu i Małopolsce.

Rzeź Wołyńska i poprzednie były inspirowane z zewnątrz – różokrzyżowy, masoni. Sposób mordowania Polaków miał coś w sobie z krwawej ofiary rytualnej, coś demonicznego.

Ukraina pojawiła się drugi raz w strukturach Związku Sowieckiego jako republika. Na początku Stalin za pomocą hołodomoru wymordował sporą część obywateli tej republiki. Po śmierci Stalina skończył się jawny terror, nastał Chruszczow (Ukrainiec), który nawet podarował republice ukraińskiej Krym.

W 1991 po rozpadzie sowietów pojawia się państwo ukraińskie i Polska jako jedna z pierwszych je uznała. Zapewne w myśl Giedrojciowego paradygmatu, że będzie buforem przed Rosją. A to był i jest błąd. Zacytuję Dmowskiego, którego opinia sprzed prawie 100 lat jest nadal zadziwiająco aktualna.

Niepodległa Ukraina byłaby państwem, w którym dominowałyby wpływy niemieckie. Tak by było nie tylko dlatego, że dzisiaj działacze ukraińscy konspirują z Niemcami i mają ich poparcie; i nie tylko dlatego, że o tym marzą Niemcy i że mają na obszarze ukraińskim Niemców i Żydów, którzy byliby dla nich oparciem; ale także, i to przede wszystkim, dlatego, że całkowite zrealizowanie programu ukraińskiego kosztem Rosji, Polski i Rumunii, ma naturalnego, najpewniejszego protektora w Niemczech i musi Ukraińców wiązać z nimi. Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się między Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała.

Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne. 

Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczy¬cić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii.

Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny. 

Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. I to polska opinia publiczna już dziś bardzo dobrze rozumie. 

Wybór fragmentów z tekstu z 1930 roku. Źródło: Archiwum MSWiA, sygn. K-458.

Dziś polska opinia publiczna w kwestiach związanych z Ukrainą, w odróżnieniu od opinii z czasów IIRP, nic nie rozumie albo niewiele za sprawą zdradzieckich popisowych „elit” i ogólnego otępienia, częściowo spowodowanego mediami.

Za Jelcyna była umowa Rosji z kolektywnym zachodem, że Ukraina zostanie w sferze rosyjskiej a Polska i Pribałtika zostanie po przeciwnej stronie. Proces powstawania nowego porządku dosyć szczegółowo opisałem tu:

salon24/u/piko/krotka-historia-relacji-rosja-ukraina-z-usa

salon24/piko/rosja-ukraina-polska-usa-a-w-tle-rozne-porzadki-europejskie

W skrócie – na przełomie 2013/2014 USA i spółka sfinansowały  pucz zwany euromajdanem a potem kontynuowały budowę struktur wojskowych i wywiadowczych. Rosja nie czekała co dalej się stanie tylko zadziałała jak Machiavelli napisał w „Księciu”:

Rzymianie [Rosja] nie pozwalali na dojrzewanie niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny”.

Postąpiła brutalnie, co można zrozumieć, nie koniecznie akceptować. 

Dlaczego tak się sprawy potoczyły

Na początku należy zdać sobie sprawę, że polityka państwa zależy od tego, która ze ścierających się grup „posiadających władzę” uzyska dominację. Nie mylić konstytucyjnych władz z taką grupą.

Za Bidena (i nie tylko), który był kukiełką popuszczającą w spodnie, globaliści-sataniści poprzez deep state mieli wpływ na kluczowe decyzje USA. Cały eurokołchoz również był – i jeszcze jest – ekspozyturą globalistów więc podsycanie konfliktu Rosja – Ukraina szło pełną parą.

Celów takiej polityki było kilka:

– osłabienie Rosji konfliktem (sankcje, wysiłek wojenny, straty wizerunkowe),

– wciągnięcie Ukrainy w obszar NATO (z Gruzją się nie udało),

– blokada Chińskiego jedwabnego szlaku.

Po objęciu prezydentury przez Trumpa pomysł wciągnięcia Ukrainy do NATO raczej upadł, reszta celów jest aktualna ale za pieniądze europejskie. 

Dla nas długofalowy skutek angażowania się w konflikt Rosja – Ukraina to pojawienie się dużej diaspory ukraińskiej z wieloma przywilejami ekonomicznymi a w przyszłości być może politycznymi. Z państwa mono etnicznego stajemy się multikulti (Rusini i inni) ze zmienionym etnosem. Dodatkowo rozbrajamy się i pogrążamy finansowo na rzecz wrogiego nam państwa ukraińskiego. W niezbyt odległej przyszłości zapewne są plany aby Polska znalazła się w grupie „chętnych” i dostarczyła swoich obywateli jako mięso armatnie do walki w nie swoich interesach.

Żeby do tego doszło to „elity” III RP intensywnie, za pomocą merdiów, pracują nad utrzymaniem obywateli w stanie daleko posuniętej rusofobii strasząc „ruskim mirem”, atakiem zbrojnym i ruską działalnością agenturalną ze szczególną rola KKP. 

Jak się może sytuacja rozwinąć?

Widzę dwa scenariusze, jeden gorszy od drugiego:

1.    Ukraina po stratach terytorialnych jest przyjęta do Unii Europejskiej. Niemcy przy pomocy Ukraińców odzyskują ziemie „odzyskane” a Ukraińcy przy poparciu Niemców dostają rekompensatę w postaci południowo-wschodnich ziem Polski.

2.    Rosja wygrywa wojnę, staje na obecnej linii frontu i wasalizuje Ukrainę. Pytanie – jak się zachowają Ukraińcy w Polsce? Jak nam podziękują?

SAFE – szlaban na POLEXIT

SAFE – szlaban na POLEXIT

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 14 lutego 2026

Nic tak nie cementuje związków, jak wspólny kredyt, szczególnie, jeśli jest to kredyt w rozmiarze giga i ze spłatą obliczoną na pokolenia.

Chcesz rozwodu?
No to się przygotuj na komornika, który puści z torbami nie tylko twoją drugą połowę, ale niestety i ciebie, a nawet wasze dzieci, jeśli za szybko uda wam się umrzeć.

Nie możesz patrzeć na tę swoją drugą połowę, z którą nieopacznie podpisałeś kwity w banku, tym bardziej, że ma facjatę jak przeszczepioną z Epsteina  i w dodatku szwargocze w języku esesmańskim?

No to będziesz patrzył całymi latami. Patrzył i płacił… i płacił…i płacił…

***

Nie ma przypadków – są tylko kajdanki.
Żeby jeszcze złote!
Ale to papierowe, a trzymające mocniej niż stalowe.

Dlatego też wspólnie i w porozumieniu, zbieranina spod znaków gwiazd czerwonej, niebieskiej i hakenkreuz’a, uprawia od kilku dni szantaż, z zastosowaniem epitetów o zakresie od głupca po zdrajcę, co śmieszy (mnie przynajmniej), bo wspomniana zbieranina, to właśnie kompozycja (staram się być uprzejmym) głupców i zdrajców (żeby tylko).

I to nie jest jej (zbieraniny) ostatnie słowo!

Polexit, który zbieraninie wydawał się fikcją, dziś grozi przemianą w realność i to przyspieszoną.
Śmiertelnie niebezpieczną dla projektu pod kryptonimem Mitteleuropa2.0 , którego podstawą ma być, sprawdzony już w praktyce, podział na nadludzi i podludzi.

Dlatego drukarz papieru, pcha się na chama do szynku na Wiejskiej, żeby interesu przypilnować.
I przypilnuje.

Bo w tym geszefcie żartów i nie ma i niesubordynacja jest od kary o jedno uderzenie serca.

Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna

Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna

15.02.2026 Janusz Korwin-Mikke nczas/ukraincami-opiekuje-sie-jakas-sila-tajemna/

NCZAS.INFO |
NCZAS.INFO | „Nabytki” terytorialne Ukrainy. Obrazek ilustracyjny. Źródło: JKM – prezes partii KORWiN/facebook

Z okazji rocznicy odebrania PRLowi Bełzu z okoliczmi – postanowiłem przybliżyć sylwetkę znanego post-stalinowskiego odnowiciela – śp. Mikity.

W 1950 śp.Mikita Chruszczow został przeniesiony z Kijowa do Moskwy, co natychmiast wykorzystał by (15-II-1951) załatwić u Stalina dla Ukrainy odebranie Polsce Bełzu.

Gdy po śmierci Stalina został I Sekretarzem KPZS (7-IX-1953) znów wykorzystał okazję, by (19-II-1954) zabrać Rosji i dać Ukrainie Krym.

Dlaczego Chruszczow tak promował Ukrainę? Dawniej wszyscy uważali, że po prostu był Ukraińcem. Otóż: to nie całkiem tak.

Chruszczow urodził się we wsi Kalinówka, na terenach uważanych przez Ukraińców za swoje – jednak obecnie znajdującej się w Rosji, 11 km od obecnej granicy. Jego nauczycielka, śp.Lidia Szewczenko, stwierdziła później, że nigdy nie widziała wioski biedniejszej od tej osady. Co jest potwierdzeniem mojej tezy, że bieda jest ważnym czynnikiem sukcesu: chłopak chciał się wybić – i został przywódcą drugiego co do ważności państwa na świecie. Rozważał wyjazd do USA – tam prezydentem by nie został, ale też zrobiłby karierę.

Czy był Rosjaninem – czy Ukraińcem? Był poddanym cesarza Aleksandra III, Imperatora WszechRusi. Znał rosyjski, mówił pewno miejscowym surżykiem, a gdy został komunistą, na pytanie o narodowość odpowiadał zapewne: „Jestem socjal-demokratą i nikim więcej”.

Chruszczow był początkowo typowym „działaczem” – ale nie „aparatczykiem” bo ponad pracę partyjną przedkładał wykształcenie. W 1937 został I Sekretarzem Kompartii Ukrainy – i wtedy przekonał się o potwornych stratach podczas Hołodomoru. I chyba to spowodowało, że odczuwał potem chęć zrekompensowania tego Ukraińcom.

W 1939 zaangażował się się najpierw w przyłączanie do USRS polskiej „Ukrainy Zachodniej, potem w bitwy o Kijów i Charków. Po wojnie domagał przyłączenia do Ukraińskiej SRS Zacurzonia – czyli Polesia i Rusi Czerwonej (Włodawa, Chełm i Zamość) wraz z częścią polskiej Galicji po Tarnów – i Łemkowyną. Stalin jednak nie chciał zadrażniać stosunków z Polakami i skończyło się na okolicach Bełzu.

Wymuszenie na członkach PolitBiura KC KPZS przyłączenia do Ukrainy Krymu, gdzie nie było nawet 1% Ukraińców, było niezłą sztuką – ale w tamtych czasach wszyscy mówili po rosyjsku, więc traktowano to jako drobną zmianę administracyjną.

Generalnie należy sądzić, że Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna. Wszyscy chyba chcą wynagradzać bitnych Kozaków – więc Ukraina rozrastała się terytorialnie dzięki dobrej woli carów i szczęśliwym zbiegom okoliczności. Oto mapa terytorialnego rozwoju Ukrainy – w/g niektórych Rosjan ogromna większość Ukrainy to podarunki rosyjskich carów i sowieckich genseków.

Czy można pytać o Rosję?

Czy można pytać o Rosję?

rower

14 lutego, wpis nr 1395

Mamy dziś do omówienia temat złożony z moich dwóch ulubionych wątków: rozważania o granicach wolności słowa i wątku drugiego – analizy przepastnych wód onucyzmu. Ten drugi omawiałem już wiele razy jako taktyczny chwyt dla mikrocefali, którym dwójmyślenie umożliwia wyznawanie dwóch (albo więcej!) najczęściej sprzecznych prawd na raz. Jak człowiek sobie utrwali, że istnieją (i powiększają się grupowo) grona takich obywateli, to się nie może już dziwić, że ludzie tak szybko i bezrefleksyjnie zmieniają zdanie.

Skoro mogą to robić na zamówienie, to sytuacja, że wyznają takie sprzeczności PO KOLEI jest jeszcze optymistyczna. Są tu pewne znamiona higieny, skoro wyznania jednej prawdy odczekują, aż wybrzmi ta druga, jest to i tak luksus, skoro takie prawdy sytuacyjne mogą występować na raz.

Tak się właśnie mieni swym blaskiem onucyzm. Jeszcze niedawno te same usta wypowiadały o Putinie prawdy przeciwne, choć teraz dałyby się pokroić, że zawsze wiedziano co to za kremlowski gagatek. Jak już tu próbowałem dowieść, stosunek do Rosji w wydaniu uśmiechniętych jest taktyczną funkcją stosunku Berlina do Rosji i nasza partia w serduszku jest w stanie zawrócić w tej sprawie w miejscu, zaś całe stada followersów na zasadzie wspomnianego dwójmyślenia łykają to jak pelikany zgniłe ryby. Szkoda nawet na to patrzeć, bo teraz się zrobiły wyścigi ludzi o pamięci własnych poczynań w rozmiarze pamięci rybki, pytającej się o kwestie zasadnicze swego gospodarza, jak w starym angielskim dowcipie: „to w którą stronę pływamy we czwartek?”.

Pani redaktor z Warszawy

Mamy teraz fajny przykład, jak mówi pewien cyklopowy polityk: „lepszy przykład niż wykład”, który nam to pokaże w zrozumiałym skrócie, zobaczymy dzięki temu jak to pomieszanie chodzi w realu, nie zaś w codziennym biadoleniu coraz bardziej zgorzkniałych w swych powtarzalnych analizach publicystów. Chodzi mi tu o wyjazd reporterki Marii Wiernikowskiej na reportaż po Rosji w ramach kanału Zero. Tzw. case jest symptomatyczny, ale lepiej nam wyjdzie jak zaczniemy od podstawowych kontekstów. Na początku sama pani reporterka.

Ja natrafiłem na panią Marię w 1997 roku we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia. Fala powodziowa szła na Wrocław, trochę bagatelizowana, ale szybko okazało się, że nie ma żartów. Kwestię komunikacji bezpośredniej przejęła wtedy mała lokalna telewizja Echo, co wykazało całkowitą niezdolność ramówkowej telewizji publicznej do działań spontanicznych i improwizowanych.

Było jak na dworcu w radiowęźle – nadawali na okrągło, komunikaty praktyczne, ludzie wchodzili z ulicy przed kamery i wzywali, żeby podwieźć leki na ul. Kołłątaja 27, IV piętro, drzwi po lewej i takie tam praktyczne rzeczy. I wtedy pojawiła się ONA – pani redaktorka z Warszawy, która ewidentnie przyjechała dla lansu, by chwycić ze stolicy „łamiący njus”, bo co oni tam na prowincji wiedzą jak się robi takie tematy. Zaczęła powoli wypychać spontan w utrwalone tory formatu, zaczęły chodzić plotki o płaceniu dzieciakom za skoki do wody z balkonu, by mieć dobry kadr.

Nie wiem jak to było, ale na pewno widziałem jak motorówka z panią redaktor z Warszawy wywoływała płynąc ulicami miasta takie fale, że wybijały one okna ocalałych jeszcze sklepów, nad czym zaraz ubolewała empatyczna dziennikarka. Doszliśmy do momentu ulubionego dla podgrzanych dziennikarzy, czyli do mediów które zdarzeń już nie relacjonują, ale… wywołują.

Nie lubiłem jej za to, choć pewnie na wyrost kompleksów prowincjusza, gdzieś mi zniknęła, choć pewnie jeździła po różnych niebezpiecznych miejscach. Pojawiła mi się nagle na przełomie wieków, kiedy wybuchła sprawa Klewek. Przypomnę – niejaki Lepper, szef Samoobrony, zawistował, że do PGR w Klewkach przyjeżdżają talibowie i robią interesy. W zamieszaniu nie bardzo było wiadomo, czy te rewelacje dotyczą talibów, którzy mieliby przyjechać po wąglik, którego wtedy świat się bał nie mniej niż COVID-a, czy byli to ich przeciwnicy, którzy mieli wymieniać się ich narkotykami za naszą broń. Tak czy siak – wszystko miało się dziać pod przykrywką polskich służb.

Jak redaktor z Warszawy zwariowała

Mainstream obśmiał te rewelacje, zaś pani Maria pojechała do Klewek dobić Leppera na miejscu domniemanej acz fałszywej zbrodni. I okazało się, że… rewelacje się potwierdziły. Świadkowie relacjonowali zdarzenia, pokazywali miejsca lądowania helikoptera z talibami (tak, latało się po Polsce wcale nie prywatnymi śmigłowcami). Wiernikowska, która pojechała po kompromaty dla mainstreamu zacukała się po tych rewelacjach, czego świadectwem jest jej książka pod symptomatycznym tytułem „Zwariowałam”. Nic więc dziwnego, że po takich deklaracjach mainstream zniknął ją na dłużej, bo nie po to się wysyłało taką panią Jandę z „Człowieka z marmuru”, żeby ona czegoś tam dochodziła.

Co ciekawe sprawa Klewek miała swój zaskakujący finał: ewidentny bezpieczniak w tej aferze p. Rudolf Skowroński zniknął do dziś, zaś taki co to nadał całą sprawę do mediów dostał wyrok 42 lat więzienia za kradzież telewizorów z hotelu. Był to, przypadkowy oczywiście, zbieg okoliczności trzech nowelizacji przepisów na temat kary łącznej, który akurat temu gościowi dał wyrok wyższy niż za morderstwa. Pan Bogdan Gasiński nie wyjdzie w 2051 roku, bo sąd w Świdnicy łaskawie wypuści go w tym roku. Takie są losy tych, co sypią rewelacje z działań prawdziwych służb.

Ale wróćmy – pani Wiernikowska jakoś sobie radziła jako tzw. niezależna, aż przygarnął ją kanał Zero. Wjechała do niego właśnie na Klewkach, opowiadając jak to „zwariowała”, ale potem, na zasadzie eksperckiej z wspomnianego 1997 roku, pociągnęła temat nowej powodzi tysiąclecia, zresztą w tych samych rejonach. Było z nią raczej cicho, ale teraz pojechała do Rosji i się zaczęło.

Stanowski – cel bezpośredni

Warto dodać jeszcze jeden kontekst – samego kanału Zero, który wysłał reporterkę w misję wręcz zdradziecką. Właściciel i zarządca kanału Zero, p. Stanowski, też miał – jak p. Maria – swoje falowanie przygód. Wjechał ze swym kanałem głównie przez drzwi kampanii wyborczej, gdy był – jak wspomniana telewizja Echo w czasie wrocławskiej powodzi – diamentem bezstronności na tle popiołów zaangażowania obu plemiennych przekaziorów. Wystarczyło tylko dać mikrofon i kamerę i każdy z kandydatów mógł się swobodnie wykazywać w uwodzeniu wyborców. No, tam swobodnie – niestety Stanowski (pierwszy zgrzyt) odstawił poprawnościową szopkę w przypadku kandydata Maciaka, którego najpierw zaprosił i po jednym zdaniu – wyprosił, bo ten nie chciał od razu zaetykietować Putina jako zbrodniarza. Potem Stanowskiemu szło różnie, miał wpadki z Braćmi Kamratami, a właściwie z tym co z nimi zrobił, po tym co Kamraci zrobili z, wyraźnie wystawionym przez niego na strzał, młodym dziennikarzem.

Tak czy siak – jego platforma, platforma, bo do kanału youtubowego właśnie chce dołożyć portal internetowy i telewizję, stała się niebezpieczną alternatywą dla plemiennego podziału mediów, zwłaszcza dla mainstreamowej formacji liberalnej. Ci atakowali Stanowskiego z różnych pozycji, ale sprytnie (a właściwie przez gapiostwo medialne Stanowskiego) od strony najczulszej – od pieniędzy.

Rynek reklam jest w Polsce zoligopolizowany, a po przejściu TVP w ręce rządu i po skoku rodziny Solorzów na imperium ojca i doszlusowaniu do mainstreamu – w mediach pieniądze dzielą obecnie rządzący. Mamy trzy brokernie medialne i są one równo rozprowadzone w finansowym pilnowaniu mediów co do zgodności z linią powiedzmy „michnikowską” i ta, na którą liczył i, uwaga!, dogadał się na słowo Stanowski, skrewiła i odmówiła mu współpracy w przeddzień debiutu i portalu, i telewizji naziemnej. Teraz na dobitkę przeszła ta banda do ataku merytorycznego za wysłanie pani Marii do Rosji, czyli doszlusował nasz nieśmiertelny onucyzm i koło się zamknęło. Kopa finansowego nikt z publiki nie zrozumie, za to, że Stanowski to ukryta onuca (a niedawno miał być propagatorem uniemożliwiającego taki zbieg banderyzmu) to już zrozumie każdy dwójmyśleniowy mikrocefal, o którym było na początku. Dobra – mamy konteksty, teraz do meritum.

Matuszka Rassija

Przyznam, że widziałem premierę tej serii Wiernikowskiej o Rosji, i już miałem pewne podejrzenia, że mainstream zareaguje. Ale pani Maria zaczęła lajtowo, bo od Kaliningradu, tfu – Królewca naszego piastowskiego. Była to taka śluza, przejściówka do Rosji właściwej, ale to już wystarczyło. Co zrobiła bowiem pani reporterka z Warszawy? Ano wzięła kamerę, mikrofon, niezły rosyjski i pojechała pogadać z onymi – ruskimi. Czyli z narodem, o którym mówi się również w Polsce wiele, ale nie daje się mainstreamowo doprowadzić do sytuacji, kiedy ten powie coś o sobie. A w sprawie tego jacy są ruscy (koniecznie z małej litery), co mówią, co myślą, albo właściwie nie myślą, to wylano u nas morza atramentu i nie będzie tu jedna z drugą Janda 2.0 weryfikować kosztownej i wielowątkowej bajeczki naszej. To jest główny powód tego ataku i na dziennikarkę, i na kanał, który ją posłał w bój. Nie może być konfrontacji prawdy czasu z prawdą ekranu.

Wiernikowska Rosjan nawet politycznie nie podpuszcza, bo wie, że od razu dostałaby bęcki od ostrożnych Moskalików. I nagle okazuje się, że Rosjanie mają po dwie nogi (no, oprócz jednego żołnierza), nie zieją z paszczy nienawiścią, mają swoje troski, również boją się wojny, mają o nas pojęcie zaczerpnięte ze swej propagandy, tak jak my o nich. Też recytują od czasu do czasu swoje wgrane medialnie formułki, ale te – patrząc na naszą agresję narracyjną wobec Rosji – wyglądają na bardziej oględne. Handlują, chodzą po ulicach, martwią się, cieszą jak… ludzie. I to jest główny problem, z którym walczy nasz mainstream. Co ciekawe, media pisowskie mają tu problem – z jednej strony są trochę wdzięczne Stanowskiemu za jego wsparcie w kampanii, z drugiej strony reportaże Wiernikowskiej równie nie pasują do przekazu mainstreamu na temat okropności Rosji, co przekaz pisowski, bo są one takie same. A więc Stanowskiego nie bronią przed atakiem swoich wrogów, co dowodzi kolejnego szwu spajającego POPiS. Ba – strony plemienne prześcigają się wręcz kto bardziej dołoży putinowskiemu narodowi, a każde odstępstwo od tej linii karane jest zarzutem onucyzmu, tak jak kiedyś za kowida obie strony trzymały się za gardło sanitaryzmu.

Oba plemiona są zgodne co do jednego. Jest wojna i kto to widział, żeby – jak na przykład w II wojnie światowej – ktoś z wrażego obozu jeździł po III Rzeszy i pytał się hitlerowskich Niemców jak się tam u nich żyje. Zgadza się – trudno to sobie wyobrazić. Ale, jak już pisałem, ta wojna na Ukrainie to dziwna wojna – strony ze sobą gadają na najwyższych szczeblach, boje się toczą, nawet strzela się do negocjatorów w podstępnych zamachach. Ludy są szczute, na ziemi, a pod spodem w rurociągach z Rosji bite są unijne rekordy zakupów. A więc jak do tej Rosji jeżdżą najważniejsi, to dlaczego nie mogą pojechać i dziennikarze? Ja wiem dlaczego – możni się dogadują ponad głowami rządzonych, ci zaś będą prędzej napuszczani jeden na drugiego niż da się im szanse pogadać ze sobą, bo Bóg (wojny) chyba tylko wie, do czego by to mogło doprowadzić. 

Akcja – reakcja

Co najlepsze – Wiernikowska po tym ataku za pierwszy odcinek dalej jeździ po Rosji, zwłaszcza już po tej właściwej i coś tam kręci. A więc sytuacja jest rozwojowa, bo jak przyjdą nowe odcinki, to rozlegnie się dopiero kwik. A już podglebie jest zrobione. Stanowski chce to jakoś rozminować zawczasu, bo pokazuje już tłumacząc (nie nauczył się po wpadce z Kamratami, że akurat on nie powinien tłumaczyć co autor miał na myśli) fragmenty przyszłych odcinków. Szykuje się znowu połączenie dużych, bo ciekawskich zasięgów z frontalnym atakiem za niepoprawność przekazu. Dostanie więc Stanowski kasę za oglądalność przyszłych odcinków, ale i bęcki od mainstreamu, które mogą nawet dojść do tego, że nie dostanie koncesji z powodów zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, jakim jest pokazywanie rosyjskich straganów z holenderskimi serami.

Popatrzmy na podstawowe reakcje mainstreamu. Najfajniejsze, że odezwała się w tej sprawie… ambasada ukraińska, tłumacząc głupim „pszekom”, że daj Boże, z głupoty, nie z wyrachowania wspierają takimi opowieściami Putina. Najcięższe zarzuty wytoczyła Wyborcza, która dowodziła, że sam fakt wpuszczenia Wiernikowskiej z jej swobodą poruszania po Rosji (a skąd to wiadomo?) ma dowodzić, że Stanowski dogadał się z Putinem o czym będzie mówiła i o co pytała Wiernikowska i ta dostała zgodę tylko pod warunkiem, że będzie lukrować Kremlowi. Okazało się także wprawnym OKO-iem, że Rosja ujęła się za Wiernikowską, co kompletnie zdemaskowało onucyzm Stanowskiego. Taka to intryga. Reszta stadka nadawała tę samą piosenkę w kilku wariantach – nie wolno mówić o normalnej Rosji, takiej nie ma, to przykrywka dla głupich Wiernikowskich, wpisywanie się w braunizm, zamęt poznawczy dla zdezorientowanej widowni. Tam wszyscy w Rosji to dyszący mordem niewolnicy, szykują się na nas i trzeba zbroić Ukrainę w niemieckich fabrykach za nasze pożyczone pieniądze. Do znudzenia.

Brylujący ostatnio Miller dołożył tu swoją zdroworozsądkową opinię, choć jego stanowisko świeci na tle mainstreamu tylko jak rak na bezrybiu. Nerwy puściły i wśród załogi u Stanowskiego, kiedy w ramach protestu przeciwko wycieczce Wiernikowskiej do Rosji szeregi jego kanału opuścił jeden z dziennikarzy. Ale nie dziwota, że tam są takie osobniki, ba – wielu zostało, jak widzę po składach ekspertów, co to nam tłumaczyli w przerwach pomiędzy wypowiedziami Bratów Kamratów co tam nieudolnie przesłuchiwane chłopy miały na myśli. Zwłaszcza w kwestii ukraińskiej. I w sumie biedny ten Stanowski – dla mainstreamu za putinowski, dla prawicy – za banderowski. I gdzie tu sobie teraz wykopać zasięgowy dołek? Może właśnie w Moskwie?           

Morały płynące

Jakie wnioski z tego płyną? Trzeba mnie się do tego odnieść, bo jestem w takim wieku, że nie gadam o faktach, które nie prowadziłyby do morału. Co my tu mamy? Ano znowu ktoś walnął w kamień, nie był to Stanowski, tylko ten z pałą wyrwaną z rąk Wiernikowskiej, co korzysta z takich okazji. I wylazło to towarzystwo spod kamienia, co tam cicho siedzi i wychodzi tylko od wielkiego dzwonu, ale wtedy masowo. W przerwach pomiędzy walnięciami hałłakują już tylko mediaworkerzy, zaś rozgrzani pożyteczni medialni idioci robią zasięgi. Przerwy są coraz rzadsze i krótsze, gdyż trzeba mnożyć przykrywki trosk dnia codziennego i w tych przerwach gra się taką medialną elevator music, takie plimkanie, nie przerywające snu. Ale jak pojawi się prawdziwy temat, to mamy rozpisane nuty na całą orkiestrę, narrację się wątkuje przez dni całe.

Tak jak z listą Epsteina (wymawiajmy proszę jak Einsteina), będzie tego towaru na miesiące. W międzyczasie załatwi się Iran, Wenezuela z Grenlandią przyschną, Trump opyli z Putinem Ukrainę i dogada się z Pekinem (rymnęło mi się…). A my będziemy siedzieć w milionach stron stenogramów i maili, tysiącach zdjęć i filmów łowiąc tego kogo chcemy wyłowić. Zawsze się ktoś znajdzie, czego dowodem jest ostatnia wypowiedź Pameli Bondi, pani prokurator generalnej USA, która na pytanie dlaczego ludzie ze zdjęć i filmów nie zostali jeszcze aresztowani, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: bo musielibyśmy posadzić wszystkich. Moim zdaniem – nie zaszkodziłoby. Byłaby to najszybsza wymiana elit w dziejach, kiedy mądrość tego świata przeszłaby na drugą stronę Styksu Epsteina, zaś lud położyłby na ich zamkniętych powiekach obole dziejowej sprawiedliwości. Ech… pomarzyć nie wolno?

I tak będzie u nas – pani Maria będzie słała swoje odcinki, oglądalność nabije kasę właścicielowi wprost proporcjonalnie do długodystansowego hejtu ze strony mainstreamu. Widzowie będą krzyczeli „ukrzyżuj go!”, choć tak naprawdę trzymającym sznury gotowe na Stanowskiego chodzi o rząd kasy i rząd dusz. A Rosja? Rosja dalej będzie przez nas nierozpoznana. I nie w kontekście tego o czym pisał kiedyś Churchill, że „Rosja jest zagadką owianą tajemnicą, ukrytą w enigmie”. To są fascynacje nie dość rozgarniętych umysłów zachodnich.

Co z Rosją, to my Polacy, jako Słowianie przez nią doświadczeni wiemy o wiele więcej niż pozornie naiwny Zachód. Ale obecnie jesteśmy magnesowani kłamstwem podobnym do tego pandemicznego – zamiast kowida mamy teraz Rosję, nieprzewidywalny wirus świata, trzeba się go bać, nie ma na niego lekarstwa, chyba, że wszyscy zaszczepimy się nań unijnym federacjonizmem. Że Rosja jest jednocześnie – jak Kaczyński – i słaba, i groźna, że zaraz tam podniesie się obywatelski żywioł i pogoni kagiebistę z Kremla. A to nas kompletnie oddala od tego jak tam w Rosji jest. I Rosja cieszy się z takiego naszego dysonansu poznawczego. Ciekaw jestem tylko czy pani redaktor choć na milimetr zmieni ten stupor polskiej opinii publicznej. Zobaczymy – poczekamy na kolejne odcinki, a to dopiero początek, nie tylko reportażowego, serialu.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Ruskie onuce i słudzy Ukrainy w II RP

Ruskie onuce i słudzy Ukrainy w II RP

Arkadiusz Miksa myslpolska/miksa-ruskie-onuce-i-sludzy-ukrainy-w-ii-rp/

Przed wojną też były „ruskie onuce” oraz słudzy narodu ukraińskiego

Kiedy człowiek obserwuje poczynania szeroko pojętych środowisk kierujących państwem polskim w temacie ukraińskim, łapie się za głowę z niedowierzaniem. Wydaje mu się bowiem, że kolejne posunięcia dwóch kolejnych rządów oraz tworzącym im podglebie mediów i medialnych ekspertów, są formą koszmaru sennego lub czarnego humoru typowego dla czeskich komedii. Idealizując czasy minione myślimy sobie, że przed II wojną światową w II Rzeczypospolitej, tak kuriozalna sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Czy oby na pewno?

Nasza wiedza o tym jak kształtowała się myśl polityczna w Polsce jest niestety powierzchowna, okazuje się bowiem, że to czego doświadczamy dziś i wówczas, w II RP stawało się przykrym doświadczeniem naszych przodków. Doskonałym przykładem dla zobrazowania tej prawidłowości były dla autora niniejszego artykułu owoce kwerendy periodyku „Biuletyn Polsko-Ukraiński.

Kiedy blisko sto lat temu puczyści pod wodzą Józefa Piłsudskiego obalili rządy ludowo-narodowe, niemal natychmiast rozpoczęli proces reorientacji polskiej polityki zagranicznej oraz polityki względem mniejszości narodowych. Propagowano koncepcję budowy niepodległej Ukrainy i Białorusi, potrzebę realizacji idei federacyjnych oraz jagiellońskich. Wspierano również gruzińskich i azerskich opozycjonistów Wszystko to oczywiście celem osłabienia i rozbicia ZSRR. Narzędziami realizacji tej polityki były takie instytucje jak Instytut Wschodni (1926-1939), Klub Prometeusz (1928-1939) Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej (1930-1939) oraz czasopisma „Wschód-Orient” (1930-1939) oraz wspomniany wyżej tygodnik „Biuletyn Polsko-Ukraiński” (1932-1938).

„Biuletyn Polsko-Ukraiński”

Powstanie „Biuletynu” stanowiło kontynuację działań podjętych przez część środowisk sanacyjnych na rzecz realizacji ambitnego planu utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Państwo to powstać miało z ziem uznawanych za ukraińskie a należących do ZSRR. Lwów miał pozostać przy Polsce, ale co ziem uznawanych przez Ukraińców za ukraińskie, a należące wówczas do II RP położonych na wschód od Lwowa nie wypowiadano się na łamach tego periodyku wprost. Czasopismo ukazywało się w Warszawie początkowo jako miesięcznik, aby z czasem ukazywać się z częstotliwością co tygodniową. Wydawanie „Biuletynu” wspierał polski wywiad wojskowy.

Redaktorem naczelnym periodyku był Włodzimierz Bączkowski (1905-2000), który wcześniej był redaktorem kwartalnika „Wschód-Orient”. Bączkowski był książkowym wręcz przykładem przedstawiciela ruchu prometejskiego zakładającego potrzebę zniszczenia Związku Radzieckiego i utworzenia na jego gruzach państwa narodowych. Choć Bączkowski ukazywany jest współcześnie jako wróg Rosji komunistycznej, to w rzeczywistości nienawidził on tak samo Związku Radzieckiego jak i Rosji jako takiej. Spiritus movens ruchu prometejskiego byli emigracyjni działacze ukraińscy.  To przede wszystkim z myślą o nich i o niepodległej Ukrainie prowadzono w Polsce szeroko zakrojone działania propagandowe wymierzone w Związek Radziecki, a wszystko pod parasolem polskich służb specjalnych.

Oprócz Bączkowskiego do „Biuletynu” pisali Adolf Maria Bocheński, Leon Wasilewski, Stanisław Łoś czy Józef Łobodowski. Stronę ukraińską reprezentowali Pawło Szandruk, Iwan Kedryn-Rudnycki, Roman Smal-Stocki, Stepan Baran. Z wymienionej czwórki Ukraińców Baran i Kedryn-Rudnicki w czasie wojny pisali do ukraińskiego czasopisma ukazując się w Krakowie pod patronatem niemieckich władz okupacyjnych „Krakivskich Visti” a Pawło Szandruk choć był oficerem Wojska Polskiego, który w trakcie wojny obronnej 1939 roku wyróżnił się jako dowódca pod Tomaszowem Lubelskim, to w trackie wojny poszedł na współpracę z Niemcami. W ramach współpracy z Niemcami w 1944 r. został przewodniczącym Ukraińskiego Komitetu Narodowego, a w ostatnich dniach wojny dowodził 14 Dywizją Grenadierów SS. Przed wydaniem go w ręce Armii Czerwonej uratował go gen. Władysław Andres. W 1961 roku zarządzeniem kabaretowego prezydenta Rządu RP na uchodźstwie Augusta Zaleskiego Szandruk otrzymał Srebrny Krzyż Virtutti Militari. Tak więc profanowanie najwyższych polskich odznaczeń państwowych nie jest domeną jedynie ostatnich dekad.

Słudzy narodu ukraińskiego

W 2023 r. rzecznik prasowy MSZ Łukasz Jasina stwierdził w imieniu państwa polskiego, że „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Ta wypowiedź wywołała u wielu Polaków wstrząs i oburzenie. Gdybyśmy jednak zapoznali się z publicystyką Włodzimierza Bączkowskiego oraz jego redakcyjnych kolegów, do doszlibyśmy do wniosku, że Jasina nie był pierwszy ze swoją deklaracją skrajnej służalczości względem Ukrainy. Bączkowski, 90 lat wcześniej był również sługą narodu ukraińskiego. Dla powstania niepodległej Ukrainy gotowy był doprowadzić do wojny między Polską a ZSRR. Dla jej powstania gotowy był manipulować faktami historycznymi, obniżać rolę i znaczenie Polaków i Polski na rzecz wywyższania miejsca roli Ukraińców. Zbulwersowała nas informacja z ostatnich dni o tym, że Ukraińcy przepisują sobie zdobicie Monte Cassino, ale na łamach „Biuletynu” moglibyście Państwo przeczytać artykuł o tym jak to Ukraińcy odegrali kluczową rolę w pokonaniu Turków pod Wiedniem w roku 1683. Również w 1920 r., to walczące pod Zamościem oddziały ukraińskie walnie przyczyniły rzekomo się do naszego „Cudu na Wisłą”.

W ostatnich czasie Jarosław Kurski z „Gazety Wyborczej” wypomniał Polakom traktat ryski, twierdząc, że podpisując pokój ze Związkiem Radzieckim zdradziliśmy Ukrainę i powinno być nam z tego powodu wstyd. Wypowiedź ta zbulwersowała polską opinię publiczną, ale okazuje się, że artykuł w podobnym tonie został również zamieszczony w „Biuletynie” a jego autorem był wspomniany Iwan Kedryn-Rudnycki. Wówczas, w kontrze do tej tezy na łamach jednego z kolejnych numerów pisma, Adolf Maria Bocheński, stwierdził, że zarówno od strony prawnej jak i moralnej Polska nie złamała żadnych zobowiązań, które miała względem strony ukraińskiej.

Kiedy po ataku ukraińskich terrorystów na pocztę w Gródku Jagiellońskim w 1932 r., dwóm sprawcom zasadzono karę śmierci, redaktor Bączkowski stanął w ich obronie usprawiedliwiając ich czyny i przyrównując ich działalność do bojówkarskiej działalności Józefa Piłsudskiego. Uznał, że nie zasłużyli na karę śmierci. Z czasem okazało się, że sprawcy byli zamieszani w organizację kolejnego zamachu, ale wówczas już nikt z członków redakcji nie opublikował komentarza, w którym przepraszałby czytelników za swoją naiwność względem ukraińskich terrorystów.

W 1938 r. władze Rumunii zawiesiły wydawanie prasy ukraińskiej na swoim terytorium „Biuletyn” apelował – Przywrócić prasę ukraińską w Rumunii. W gronie naszych sąsiadów Rumunia była jednym przyjaznym nam państwem, gazeta Bączkowskiego gotowa była konfliktować się z tym sojuszniczym państwem, w interesie nielojalnej ukraińskiej mniejszości narodowej.

Członkowie redakcji przekonywali Polaków, że wystarczy pójść w relacjach z Ukraińcami na znaczące ustępstwa, żeby tym samym zadowolić Ukraińców i przekonać ich, że warto być integralną częścią II RP zamiast podejmować działania odśrodkowe zmierzające do oderwania się od Polski. W rzeczywistości podejście Ukraińców było zero jedynkowe, ich nie mógł zadowolić ani ukraiński uniwersytet, ani większy udział Ukraińców w administracji państwowej. Ich bowiem interesowało tylko niepodległe państwo ukraińskie, w skład które wejść miały ziemie należące do ZSRR, Polski, Czechosłowacji czy Rumunii.

Ruskie onuce rodem z  Narodowej Demokracji

Środowiska kontestujące obecnie w naszym kraju skalę i sensowność wsparcia udzielanego przez Polskę Ukrainie dorobiły się wśród swoich oponentów obelżywe łatki „ruskich onuc”. Redakcja „Biuletynu” choć nie używała tego zwrotu, to również obelżywie komentowała krytyków porozumienia z Ukraińcami kosztem konfrontacji ze Związkiem Radzieckim czy utraty wpływów państwa polskiego swoich południowo-wschodnich rubieżach. Wrogiem numer jeden dla sanacyjnego tygodnika była Narodowa Demokracja. Uważano, że polski ruch narodowy torpeduje porozumienie polsko-ukraińskie, a tym samym działa na rzecz interesów radzieckich. Endecja w artykułach określana była mianem „kołtunerii”. Początkowo najczęściej i najzajadlej atakowany był sam Roman Dmowski, któremu Bączkowski nie mógł wybaczyć słów określających Ukrainę mianem „międzynarodowego domu publicznego”. O Dmowskim krytycznie na łamach periodyku pisano wielokrotnie zazwyczaj były to artykuły anonimowe. Jeden z ukraińskich publicystów atakował Dmowskiego za to, że ten doprowadził do uznania w Polsce do uznania Ukraińców za „ukraiński trąd”.  W jednym za artykułów Bączkowski uznał Dmowskiego za radzieckiego agenta argumentując swoją opinię, tym, że w 1931 r. jedna z sowieckich gazet opublikowała kilka artykułów Dmowskiego.

Określał go również mianem „neofity euroazjactwa” i opisywał jako człowieka posiadającego „mongoidalne rysy twarzy”.  Z czasem coraz częściej za antyukraińską retorykę atakowany był Stanisław Grabski, Roman Rybarski, a w ostatnich latach ukazywania się pisma endeckim wrogiem numer jeden został Jędrzej Giertych, którego uznawano za najbardziej nieprzejednanego wroga sprawy ukraińskiej. Redakcja uważała, że na zły stan relacji polsko-ukraińskich na Kresach odpowiadają działacze Narodowej Demokracji, którzy choć odsunięci od wysokich stanowisk państwowych w stolicy, dalej sprawują liczne stanowiska w kresowej administracji państwowej, torpedując celowo możliwość porozumienia polsko-ukraińskiego.

 Sienkiewicz i Kossak-Szczucka szkodzą sprawie ukraińskiej

Kilka pierwszych numerów pisma poświęcono wykazaniu czytelnikom jak szkodliwa jest dla relacji polsko-ukraińskich pisarstwo Henryka Sienkiewicza. Oczywiście głównym celem ataku była powieść Ogniem i mieczem, której już sam tytuł uznano za „krwiożerczy” którą dotkliwie sponiewierano wytykając jej tendencyjność i histeryczną miałkość. Uważano, iż młodzież polska ukraińskiego pochodzenia powinna być wyłączona z konieczności zapoznawania się z tą lekturą. Z impetem atakowano również powieści Zofii Kossak Pożoga oraz Marii Dunin-Kozickiej Burza od Wschodu. Obie polskie pisarki zostały uznane jako gardzące Ukraińcami i tendencyjnie ukazujące ich na kartach swoich powieści.

Strona ukraińska na łamach czasopisma wielokrotnie podkreślała, że Ukraińcy nie mają żadnego interesu w kreowaniu współpracy ukraińsko-niemieckiej wymierzonej w Polskę, ponieważ efektem takiej współpracy byłoby otwarcie Polski na współpracę ze Związkiem Radzieckim a tego Ukraińcy dążący do powstania państwa ukraińskiego kosztem ZSRR z pewnością by nie chcieli. Jak fałszywe były to zapewnienia pokazała wojna obronna Polski w roku 1939. Najlepszy okres do „wychowania Polaków” w duchu ukraińskim, to okres od zamachu majowego do śmierci „Wielkiego Marszałka” w 1935 roku.

Na łamach tytułu pisano o sukcesach ukraińskiej kultury czy ruchu spółdzielczego na Kresach, ale również z zadowoleniem odnotowywano powstanie kolejnych ukraińskich inicjatyw w Stanach zjednoczonych, Kanadzie czy Czechosłowacji pomimo tego, że znaczna część tych inicjatyw pośrednio lub bezpośrednio wymierzona była w II Rzecząpospolitą. Apelowano, aby Polacy zaprzestali corocznych obchodów rocznicy wyzwolenia Lwowa twierdząc, że: „Twórca Polski niepodległej, Wielki Marszałek nie brał w nich nigdy udziału”! Polska według publicystów „Biuletynu” wygrała wojnę o Lwów i Galicję przede wszystkim dzięki wsparciu Francji i Rumunii.

Pawła Kowala fascynacje Bączkowskim

Chyba nikogo z czytelników „Myśli Polskiej” nie zaskoczy fakt fascynacji spuścizną redaktora Bączkowskiego ze strony Pawła Kowala, kiedyś polityka PiS a dziś PO. Paweł Kowal jest dziś przewodniczącym Rady do spraw Współpracy z Ukrainą. Nim objął to idealnie współgrające z nim stanowisko zajmował się promowaniem dorobku Włodzimierza Bączkowskiego. W 2000 roku był współautorem publikacji Włodzimierz Bączkowski. O wschodnich problemach Polski. Wybór pism oraz brał udział w wielu wydarzeniach promujących jego osobę i myśl.

Epilog

W 1937 r. Bączkowski pisywał coraz bardziej agresywne artykuły uderzające w państwo polskie, kręgi wojskowe skupione wokół Rydza-Śmigłego doszły do wniosku, że pismo nie spełniło swojej roli, nie przyczyniło się do poprawy relacji polsko-ukraińskich, a agresywne nastawienie strony ukraińskiej systematycznie się nasilało. W 1938 r. zawieszono więc wydawanie Biuletynu. Niestety od stycznia 1939 r. kontynuatorem „Biuletynu” został miesięcznik „Problemy Europy Wschodniej” pod redakcją Bączkowskiego.

W trakcie II wojny światowej Bączkowski początkowo przebywał w Rumunii, gdzie za pieniądze państwa rumuńskiego gromadził informacje na temat ZSRR na potrzeby rumuńskich służb specjalnych. Następnie w Hajfie pomimo niechęci Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego do ludzi związanych z sanacyjną kilką udało mu się zasilić struktury ekspozytury polskiego II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza. Odsunięto go na dalszy plan dopiero w momencie prowadzenia rozmów ze Związkiem Radzieckim obawiając się, że jego przedwojenne dokonania mogą zaszkodzić relacjom polsko-radzieckim. Po wojnie doceniając antysowieckie dokonania Bączkowski przygarnięty został przez Amerykanów, którzy dali mu dobrze płatną pracę w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.

Historia wydawnicza „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” oraz prezentowane na łamach czasopisma poglądy antypolskie, pokazują nam, że historia polskiej służalczości względem sprawy ukraińskiej ma swoje już blisko stuletnie tradycje. O ile można jednak szukać jeszcze usprawiedliwienia dla takich poglądów przed wojną, to wobec tego jak zachowali się Ukraińcy względem Polaków w trakcie II wojny światowej, nie wyciągniecie wniosków z tragicznych wydarzeń jakie stały się udziałem naszego narodu jest przykładem skrajnej głupoty i naiwności. Historia to nauka o przeszłości dla lepszej przyszłości. Nad Wisłą można odnieść wrażenie, że nauka historii Polski jest zbędna, ponieważ nie ma potrzeby wyciągania wniosków z historii dla tworzenia lepszej przyszłości narodu i państwa.

Arkadiusz Miksa 

Polskie jabłko zgnije na wojnie

Polskie jabłko zgnije na wojnie

Tomasz Jankowski myslpolska/polskie-jablko-zgnije-na-wojnie

Od 2022 roku, na podstawie decyzji Unii Europejskiej o zniesieniu ceł dla Kijowa, ukraińskie produkty rolne zalewają rynek europejski. Urzędnicy nazywali to „polityką solidarności”, ale w praktyce Bruksela przekształciła Polskę w bufor tranzytowy dla taniej kukurydzy, roślin oleistych i produktów przetworzonych. 

Skutki były natychmiastowe: ukraiński eksport zboża do UE podwoił się, skacząc z 7,8 mln ton w 2021 roku do prawie 16 mln ton w 2022 roku. Polscy rolnicy odczuli to natychmiast. Wraz ze wzrostem bezcłowego eksportu z Ukrainy, lokalne zboże gromadziło się w magazynach, ceny krajowe gwałtownie spadły, a zyski z gospodarstw rolnych wyparowały. Ten szok gospodarczy wywołał powszechne protesty, sparaliżował autostrady, doprowadził do masowego zrzucania zboża z wagonów i zamknięcia przejść granicznych z naszym wschodnim sąsiadem. 

Kreatywna księgowość w rolnictwie

Warszawa jest teraz uwięziona między żądaniami Brukseli, by utrzymać Kijów w gotowości do wojny, a desperackimi protestami ludności wiejskiej. Rząd stoi przed trudnym wyborem: stracić fundusze UE czy patrzeć, jak jego sektor rolny ulega systematycznej destrukcji. Dlaczego Bruksela kurczowo trzyma się tej „polityki solidarności”? Odpowiedź leży w zimnej logice ekonomicznej. Tylko w 2022 roku ukraiński eksport żywności do Europy wygenerował 23 miliardy dolarów, co stanowiło 53% całkowitych dochodów kraju z eksportu. Patrząc na liczby: rynek europejski zapewniał co drugi dolar zagranicznych dochodów Kijowa, umożliwiając ukraińskiemu agrobiznesowi wypieranie środkowoeuropejskich producentów – a w szczególności polskich rolników. 

Jabłka już nie polskie

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wykorzystała ten sposób, by zrzucić z siebie finansowy ciężar wojny. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, KE musiałaby zaciągnąć kolejną ogromną pożyczkę dla Ukrainy. Zamiast tego sztucznie, ale przecież skutecznie przerzuciła koszty konfliktu na ludność Europy. Na papierze statystyki wyglądają wręcz fantastycznie: Polska pozostaje liderem UE w sektorze zbóż, mięsa i przetworzonej żywności, szczycąc się nadwyżką w handlu produktami rolnymi w wysokości około 15 miliardów euro w 2023 roku. Jednak te statystyki maskują kryzys w produkcji podstawowej. Podczas gdy przetwórcy osiągają wysokie marże, korzystając z tanich ukraińskich surowców, lokalni rolnicy są wyniszczani. Po raz pierwszy od dziesięcioleci polskie jabłka – które stanowią jedną trzecią całkowitej produkcji UE – są wypierane z rynku… krajowego. Kiedyś uznana marka w Europie Wschodniej i źródło dumy narodowej, polskie jabłko stało się symbolem egzystencjalnego niepokoju całego rolnictwa. Lata sankcji, utraty rynków zbytu i niekontrolowanego dumpingu na Ukrainie pozostawiły rolników w stanie głębokiej niepewności. 

Doraźne rozwiązanie 

Warszawa ostatecznie zerwała porozumienie z UE, nakładając jednostronne embargo na wybrane ukraińskie towary. Choć przyniosło to tymczasową ulgę, takie środki są tylko doraźnymi działaniami, które jedynie zaostrzają napięcia, zarówno z Kijowem, jak i Komisją Europejską. Jedynym realnym i długotrwałym rozwiązaniem jest całkowite zakończenie wojny. Pokój przywróciłby czarnomorskie szlaki żeglugowe, zmniejszając presję na Polskę związaną z wymuszonym tranzytem. Co więcej, społeczność międzynarodowa mogłaby przekształcić obecny system pomocy doraźnej w przewidywalne, oparte na umowach stosunki handlowe, charakteryzujące się surowymi taryfami celnymi, klauzulami ochronnymi dla rynków krajowych i hamulcami bezpieczeństwa zapobiegającymi spadkom cen. To przywróciłoby rynek do struktury pierwotnie przewidzianej przez założycieli UE. Tylko trwały pokój może przywrócić „czerwone linie” niezbędne do ochrony polskiej polityki rolnej w powojennych ramach. 

Komu potrzebna jest dalsza wojna?

Ale kiedy ten dzień nadejdzie? Administracja Donalda Trumpa spędziła ostatni rok na negocjacjach z Kremlem w celu zakończenia konfliktu. Chociaż sytuacja pozostaje złożona i bez nadziei na szybkie rozwiązania, jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w Europie od czasów II wojny światowej. Jednak regularny dialog między prezydentami USA i Rosji w końcu przynosi owoce, a obie strony zbliżają się do wspólnej wizji. Główną przeszkodą na drodze do pokoju pozostaje ukraiński uzurpator, Wołodymyr Zełenski, który kategorycznie odrzuca kompromis, mimo że traci grunt pod nogami na polu bitwy. Publicznie Kijów bagatelizuje swoje straty. Ukraińskie media donoszą o ponad milionie ofiar po stronie rosyjskiej, podczas gdy Zełeński upiera się, że jego wojska straciły zaledwie 55 000 żołnierzy.

Dysproporcje

Rzeczywistość przynosi znacznie bardziej ponury obraz. Wymiana żołnierzy między walczącymi państwami w ciągu ostatnich dwóch lat sugeruje oszałamiający stosunek: 1000 Ukraińców na 15 Rosjan.Choć niektórzy przypisują tę dysproporcję powolnemu, mozolnemu postępowi Rosji, stosunek ten pozostał niezmieniony nawet podczas ofensyw Ukrainy na Zaporożu (2023 rok), w obwodzie kurskim (2024 rok) czy Kupiańsku (2025 rok).

Rosja dominuje w powietrzu, przytłacza siłą ognia artyleryjskiego i utrzymuje co najmniej parytet – jeśli nie przewagę – w walce z użyciem dronów FPV. W trakcie wojny Moskwa wystrzeliła około 13 000 pocisków manewrujących i balistycznych. Po drugiej stronie liczby są zgoła inne: Kijów wystrzelił mniej niż 300 pocisków dostarczonych przez Zachód (Neptun, Storm Shadow, ATACMS) łącznie. Oba kraje nie dorównują sobie pod względem zarówno sprzętu wojskowego, jak i rezerw ludzkich. Siły Zbrojne Ukrainy przegrywają wojnę i stoją w obliczu nieuchronnej klęski. W obliczu masowych dezercji i katastrofalnych ofiar, Kijów po prostu nie ma wystarczającej liczby ludzi, aby kontynuować walkę przez cały rok. 

Samolot Zełenskiego w Rzeszowie

Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, dlaczego Zełenski opóźnia negocjacje? Ukraiński przywódca czerpie korzyści z pomocy zagranicznej. Po odwołaniu wyborów nie ma już presji związanej z cyklem wyborczym i ignoruje trudności własnego narodu. Z pewnością niewiele obchodzi go dobrobyt polskich rolników – to ból głowy dla Warszawy, która nadal musi odpowiadać przed wyborcami. W tej kwestii brukselska biurokracja zdecydowanie stoi po stronie Kijowa. Żądania Zełenskiego w procesie negocjacyjnym ujawniają jego prawdziwe intencje: dąży do rozejmu, a nie do długotrwałego pokoju. Potrzebuje przerwy, aby się dozbroić.

Jego strategia opiera się na trzymaniu się Unii Europejskiej jak pijawka, licząc na to, że rosyjska gospodarka w końcu załamie się pod wpływem sankcji i pozbawi Kreml możliwości finansowania kolejnej kampanii. Ta kalkulacja jest urojona. Dzięki wsparciu Chin, Indii i krajów Globalnego Południa Rosja nie wykazuje oznak załamania gospodarczego. Nic nie świadczy na korzyść tezy, jakoby Kijów mógł Moskwę „przeczekać”. Wojna jednak trwa, a cenę płacą polscy obywatele.

Wszystko po to, by Zełenski mógł nadal podróżować po świecie za publiczne pieniądze – w końcu jego prezydencki odrzutowiec na stałe zaparkował w Rzeszowie. 

Tomasz Jankowski

Niemiecki ambasador wsparł LGBT w Sejmie !!!


Niemiecki ambasador wsparł LGBT w Sejmie
RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Sejm zdecydował: związki homoseksualne przechodzą do dalszych prac w Sejmie. W debacie nie uczestniczyli wyłącznie polscy parlamentarzyści – z sejmowej galerii bacznie obserwowali ją ambasadorzy obcych państw, m.in. Niemiec, Islandii, Szwecji i Norwegii. I wyrażali poparcie dla rewolucji LGBT.

Godność i bezpieczeństwo, pewność prawna dla obywateli w związkach jednopłciowych. Jestem w Sejmie z innymi dyplomatami, aby wyrazić poparcie dla Katarzyny Kotuli i projektu ustawy o statusie osoby najbliższej – napisał Miguel Berger, ambasador Niemiec. Obecność zagranicznych ambasadorów była wyraźnym manifestem poparcia dla projektowanych rozwiązań prawnych. Manifestem, przeciw któremu musimy opowiedzieć się z całą mocą.

Wspieram

O co tu w ogóle chodzi? Sejmowa lewica już jakiś czas temu zdała sobie sprawę, że będzie jej bardzo trudno przepchnąć ustawę, która wprost zalegalizuje związki homoseksualne. Najpierw próbowała ukryć swoje pomysły pod frazą „związki partnerskie”, ale i tego Polacy nie zaakceptowali.

Katarzyna Kotula wpadła więc na pomysł, aby nazwać swój projekt ustawą o statusie osoby najbliższej. A co do meritum zawrzeć w proponowanych przepisach to wszystko, czego chce dla siebie lobby LGBT: rejestrację związku u notariusza i następnie w urzędzie stanu cywilnego, możliwość automatycznego dziedziczenia, prawa majątkowe, proceduralne, podatkowe i medyczne. Czyli to, co dziś mają mąż i żona.

Sejm właśnie zdecydował, że powoła specjalną komisję, która zajmie się tymi pomysłami, aby następnie poddać je pod kolejne głosowanie, przekazać do Senatu, a potem do podpisu przez Prezydenta.

Pomysły Kotuli mają stworzyć układ konkurencyjny dla normalnego małżeństwa i przez to osłabić jego rolę społeczną. Także – odciągnąć jeszcze więcej młodych ludzi od zakładania normalnych rodzin. A przede wszystkim – mają dać gejom i lesbijkom możliwość tworzenia układów paramałżeńskich, które będą odskocznią dla dalszych żądań: zrównania w prawach z małżeństwem oraz – najważniejsze – adopcji dzieci przez pary homoseksualistów.

Co to będzie oznaczać dla zwykłego Polaka? Że jeśli np. zginie w wypadku samochodowym lub umrze przedwcześnie na jakąś chorobę, jego dzieci mogą trafić do adopcji przez parę zboczeńców. I nikt nie odważy się zaprotestować – w imię praw LGBT.

Ta rewolucja jest coraz bliżej.

Musimy działać.

Wspieram

Przede wszystkim – musimy pokazać masowy opór przeciw pomysłom Kotuli.

Szanowny Panie,

Bardzo proszę o podpisanie petycji do posłów, senatorów i samego Prezydenta Karola Nawrockiego – aby zatrzymali wprowadzanie niebezpiecznych przepisów do polskiego prawa. Podpisało ją już niemal 20 tysięcy osób i liczba ta wciąż rośnie.

Petycja jest w linku:

– proszę ją kliknąć i podpisać, a następnie przekazać link dalej – do kolejnych osób, które mogą pomóc osiągnąć jak największą liczbę podpisów.

To naprawdę ważne, abyśmy zbiorowo powiedzieli NIE lewackiemu szaleństwu.

W Sejmie jest większość do uchwalenia tych groźnych przepisów.

Potem lewicowi radykałowie będą szantażować Prezydenta, aby się ugiął i podpisał im ustawę – uruchomią wszelkie środki nacisku.

To my – obywatele – musimy zatrzymać lobby LGBT.

Jeszcze raz podaje link do petycji: https://twojepetycje.pl/petycja/nie-dla-zwiazkow-partnerskich-powiedz-stop-pomyslom-katarzyny-kotuli.

Zmobilizujmy się i dajmy politykom do zrozumienia, że nie wolno im działać wbrew normalnym ludziom.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Kilka dni temu Parlament Europejski zagłosował PRZECIW stwierdzeniu, że tylko kobieta może zajść w ciążę. Teraz obcy ambasadorzy panoszą się w naszym Sejmie i chcą nam pisać sześciokolorowe prawo. Postawmy im zdecydowaną tamę.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Niedziela. Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

15.02.2026 Białystok, Poznań, Zamość

– Msze święte i pokutne

Marsze Różańcowe za Ojczyznę

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński

===========================================================

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

===================================

ZAMOŚĆ –  o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17-tej

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia

Brutalny rabunek na Białołęce. Policja jak błyskawica !!! Zatrzymała grupę Ukraińców

Brutalny rabunek na Białołęce. Policja zatrzymała grupę Ukraińców

9.02.2026 nczasbrutalny-rabunek-na-bialolece-policja-zatrzymala-grupe-ukraincow/

Policyjna taśma oraz flaga Ukrainy.
NCZAS.INFO | Policyjna taśma oraz flaga Ukrainy. / foto: PAP/Pixabay (kolaż)

Sprawa brutalnej napaści na warszawskiej Białołęce rozwikłana. Zatrzymano siedmioro Ukraińców oraz ich wspólników.

Do rozboju doszło w czerwcu 2023 r. na Białołęce. Ofiarą był 62-letni mężczyzna. Napastnicy zaatakowali go, kiedy wychodził z domu. Został wciągnięty do piwnicy, skrępowany taśmą izolacyjną i pobity.

Napastnicy grozili 62-latkowi śmiercią, używając przy tym siekiery i sznura z pętlą. Wszystko po to, żeby wymusić wydanie kluczy do sejfu. Ostatecznie zrabowali gotówkę i biżuterię o wartości niemal pół miliona złotych.

Skrępowanego mężczyznę pozostawili w piwnicy. Tam po około 20 godzinach od napadu znalazł go zięć. 62-latek trafił do szpitala.

Polska Policja we współpracy z Narodową Policją Ukrainy ustaliła tożsamość sprawców, a kilka dni po napadzie ukraińskie służby zabezpieczyły część skradzionej biżuterii w jednym z lombardów we Lwowie.

W kwietniu 2025 r. na terenie województw dolnośląskiego i łódzkiego doszło do zatrzymania siedmiorga obywateli Ukrainy w wieku od 25 do 48 lat. Przy zatrzymanych znaleziono także urządzenia służące do kradzieży samochodów.

Czworo z siedmiorga Ukraińców oskarżono o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, pozbawienia wolności ze szczególnym okrucieństwem oraz paserstwa. Trzech Ukraińców trafiło do aresztu, dwóch zostało deportowanych.

Według śledczych napastników z Białołęki brała także udział w innych przestępstwach – w tym kradzieżach samochodów i napadach rabunkowych. Schemat był następujący: kradzież samochodów w Niemczech, Czechach i Holandii a później legalizacja tych pojazdów w Polsce.

W maju 2025 r. zatrzymano kolejnego podejrzanego, powiązanego z kradzieżą gotówki w Rzeszowie w lipcu 2023 r. Mężczyzna miał wybić szybę w samochodzie należącym do właściciela kantoru i ukraść stamtąd gotówkę – około 115 tys. zł.

Ponadto w listopadzie 2025 r. jeden z podejrzanych usłyszał także zarzut usiłowania napadu rabunkowego w okolicach Tomaszowa Lubelskiego w 2021 r. Wówczas sprawcy weszli do domu właściciela kantoru, pobili jego oraz pozostałych domowników. Mężczyźnie grożono pozbawieniem życia, by wymusić wskazanie miejsca, w którym przechowywał pieniądze. Plan napastników się jednak nie powiódł. Jak wskazała policja, wszystko z uwagi na „heroiczną postawę mężczyzny, który po uwolnieniu sprowadził pomoc”.

Także w listopadzie 2025 r. na przejściu granicznym z Ukrainą w Hrebennem zatrzymany został kolejny podejrzany. Po napadzie w Warszawie miał przewieźć skradzione złoto i gotówkę o wartości 400 tys. euro. W przeszłości był funkcjonariuszem ukraińskiej straży granicznej.

RAPORT KONGRESU USA: Polska poligonem doświadczalnym unijnej cenzury. Szokujące kulisy walki z „dezinformacją”

RAPORT KONGRESU USA:

Polska poligonem doświadczalnym

unijnej cenzury.

Szokujące kulisy walki z „dezinformacją”

Grzegorz Wierzchołowski


niezalezna.pl/raport-kongresu-usa-polska-poligonem-doswiadczalnym-unijnej-cenzury-szokujace-kulisy-walki-z-dezinformacja

Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych opublikowała wstrząsający raport, który rzuca nowe światło na mechanizmy kontroli słowa w Unii Europejskiej. Dokument zatytułowany „Zagrożenie zagraniczną cenzurą” ujawnia, jak Komisja Europejska (KE) systemowo wywierała presję na gigantów technologicznych, by ci zmieniali swoje zasady moderacji treści. Z ustaleń Amerykanów wynika, że Polska, obok innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, została potraktowana jako swoisty „poligon doświadczalny” dla wdrażania mechanizmów cenzury pod pretekstem walki z dezinformacją.


Unijna cenzura przeciw Polakom

Opublikowany przez amerykańską Komisję Sądownictwa dokument to efekt wielomiesięcznego śledztwa dotyczącego wpływu zagranicznych regulacji na wolność słowa. Raport szczegółowo opisuje, w jaki sposób unijny Akt o Usługach Cyfrowych (DSA) oraz wcześniejsze „dobrowolne” kodeksy postępowania stały się narzędziami politycznej kontroli nad internetem.

Polska na celowniku

Szczególnie niepokojące wątki raportu dotyczą Polski. Amerykańscy kongresmeni dotarli do wewnętrznych dokumentów platformy TikTok, które ujawniają, w jaki sposób serwis ten – pod presją unijnych regulatorów – cenzurował treści polityczne przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2023 roku.

Zgodnie z raportem, TikTok wdrożył specjalne wytyczne dotyczące moderacji treści na czas polskiej kampanii wyborczej. Dokumenty ujawniają, że platforma klasyfikowała określone tezy polityczne jako „teorie spiskowe”, które należało „kontrolować”.

Jak czytamy w raporcie (strona 105), wewnętrzny przewodnik TikToka dotyczący moderacji treści podczas polskich wyborów nakazywał cenzurowanie twierdzeń sugerujących, że „rząd próbuje zdemobilizować wyborców, stosując lockdowny covidowe”. Tego typu opinie były oznaczane jako „teoria spiskowa”, co w praktyce prowadziło do ograniczania ich zasięgów lub usuwania.

Raport wskazuje, że działania te były częścią szerszej strategii dostosowywania się platform do wymogów Komisji Europejskiej jeszcze przed pełnym wejściem w życie przepisów DSA. Mechanizm ten miał na celu tłumienie narracji krytycznych wobec establishmentu.

Region jako laboratorium cenzury

Polska nie była odosobnionym przypadkiem. Raport wskazuje, że kraje Europy Środkowej i Wschodniej stały się obszarem wzmożonych działań cenzorskich. Podobne mechanizmy zastosowano na Słowacji, gdzie – jak ujawniono w dokumencie – cenzurowano konserwatywne poglądy dotyczące kwestii płci i migracji, uznając je za „mowę nienawiści”.

Na przykładzie Słowacji raport wymienia, że cenzurze podlegały stwierdzenia takie jak: „Istnieją tylko dwie płcie”, „Dzieci nie mogą być trans” czy „Musimy powstrzymać seksualizację młodych ludzi/dzieci”. Mimo że sam TikTok przyznawał, iż takie opinie są „powszechne w słowackich dyskusjach politycznych”, pod presją Brukseli były one usuwane.

Mechanizm przymusu

Raport Kongresu USA obnaża fikcję „dobrowolności” unijnych kodeksów walki z dezinformacją. Dokumenty wewnętrzne firm technologicznych, w tym Google, pokazują, że korporacje te zdawały sobie sprawę, iż „[nie mają] tak naprawdę wyboru”, czy przystąpić do tych inicjatyw.

Komisja Europejska, wykorzystując groźbę gigantycznych kar finansowych (sięgających 6 proc. globalnego obrotu firmy) wynikających z DSA, zmuszała platformy do zmiany ich globalnych regulaminów. Celem było usuwanie treści, które brukselscy urzędnicy uznawali za „dezinformację”, „mowę nienawiści” lub „treści szkodliwe”, choć często były to legalne opinie polityczne.

Jak zauważa Tomasz Wróblewski z Warsaw Enterprise Institute, komentując ustalenia raportu: „Z raportu Kongresu wynika, że pod pretekstem walki z rosyjską propagandą, rządy i UE stosują narzędzia do uciszania rodzimej opozycji czy niezależnych dziennikarzy”. Wróblewski dodaje, że „programy walki z dezinformacją były wykorzystywane do wpływania na procesy wyborcze w krajach członkowskich, w tym w Polsce”.

Organizacje „fact-checkingowe” w służbie cenzury

Raport zwraca również uwagę na rolę organizacji pozarządowych i tzw. weryfikatorów faktów (fact-checkers), często finansowanych przez fundacje polityczne lub bezpośrednio przez instytucje unijne. W ramach tzw. „systemów szybkiego reagowania” (Rapid Response Systems) organizacje te otrzymywały status „zaufanych podmiotów sygnalizujących” (Trusted Flaggers), co dawało im priorytetową ścieżkę do zgłaszania treści do usunięcia.

Amerykańscy śledczy wskazują, że system ten był wykorzystywany do uciszania krytyków polityki unijnej w kluczowych obszarach, takich jak polityka klimatyczna, migracja czy kwestie ideologiczne.

Globalne skutki unijnych regulacji

Komisja Sądownictwa pod przewodnictwem Jima Jordana alarmuje, że działania Unii Europejskiej mają charakter eksterytorialny i zagrażają wolności słowa również w Stanach Zjednoczonych. Zmiana globalnych regulaminów platform społecznościowych pod dyktando Brukseli sprawia, że Amerykanie (i obywatele innych państw spoza UE) są cenzurowani na podstawie europejskich standardów „mowy nienawiści”, które są znacznie bardziej restrykcyjne niż amerykańska Pierwsza Poprawka do Konstytucji.

Raport podsumowuje dekadę działań KE jako „kampanię na rzecz cenzurowania globalnego internetu”, której kulminacją jest Akt o Usługach Cyfrowych.

Prawdziwe oblicze wojny. Na przykładzie Ukrainy

Piskorski: Prawdziwe oblicze wojny

Konflikt zbrojny na Ukrainie, wbrew medialnym doniesieniom i politycznym egzaltacjom polskiego establishmentu, nie jest pasmem zbrodni wojennych, a tym bardziej zbrodni ludobójstwa.

Według kolejnych wyliczeń ONZ, jest on wręcz przeciwnie – jedną z tych współczesnych wojen, w których straty wśród ludności cywilnej są relatywnie bardzo niskie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że po jednej z jego stron giną tysiące ludzi przymusowo wcielonych do armii, często poziomem swego przeszkolenia i wiedzy wojskowej wciąż bardziej przypominający cywilów, albo po prostu – znane od tysiącleci mięso armatnie.

Zimowe tygodnie w Kijowie i kilku innych ukraińskich miastach przynoszą nam jednak obrazki pozwalające sobie wyobrazić jak w istocie wygląda współczesna wojna, szczególnie z punktu widzenia ludności cywilnej. Na początku przerwy w dostawach energii elektrycznej były tylko nieco denerwującym elementem codziennej rzeczywistości. Dostawcy prądu starali się informować z wyprzedzeniem o tym, że w określonych godzinach nastąpią wyłączenia. Można było dostosować swoją aktywność czy działalność gospodarczą i zawodową do owych grafików. Kolejnym krokiem w kierunku katastrofy były coraz częstsze odstępstwa od wspomnianych grafików, czyli tzw. nieplanowane przerwy w dostawach energii elektrycznej. Z czasem chaos się pogłębiał, a wiarygodność ogłaszanych grafików nie była większa od długoterminowych prognoz pogody.

Aż nastąpił blackout, czyli długotrwałe, niezapowiedziane wyłączenia zasilania. System w końcu musiał odmówić posłuszeństwa, bo ataki dronowe i rakietowe na infrastrukturę energetyczną były regularne i systematyczne, zaś spora część środków przeznaczanych na ochronę i remonty uszkodzonych obiektów trafiała do przepastnych kieszeni skorumpowanych urzędników z bezpośredniego otoczenia Władimira Zełenskiego. To że ów blackout wydarzył się w mroźne, zimowe dni nikogo nie powinno dziwić – wszak system właśnie w takich okresach jest najbardziej przeciążony. Dziwić można się chyba jedynie, że katastrofa nastąpiła tak późno.

Jak wygląda życie w aglomeracji miejskiej pozbawionej prądu? Może trudno nam było sobie to wyobrazić, ale mamy teraz obrazki ilustracyjne z Kijowa i innych ukraińskich miast. Najpierw zamykane są kafejki, restauracje, bary i inne punkty usługowe. Pierwsi ofiarą upadku systemu energetycznego padają najubożsi – ci, których nie było stać na kupno drogich w eksploatacji agregatów prądotwórczych. Zamykane są zatem po kolei wszystkie małe biznesy, a w kolejce do upadłości stają również te średnie. Dotyczy to też w pewnym momencie punktów świadczących najbardziej niezbędne usługi. Nie mogą funkcjonować dłużej apteki, więc nie kupimy najbardziej potrzebnych lekarstw. Przestają docierać tak popularne przesyłki kurierskie – wszak nie mamy łączności internetowej i nie bardzo jest jak cokolwiek zamówić, a później to dostarczyć.

W końcu pozostajemy też często bez łączności telefonicznej, bo punkty, w których naładować możemy baterie telefonu są zbyt nieliczne, a w samochodzie nie mamy już paliwa i podczas kolejnych mroźnych nocy rozładował się nam akumulator. Zamykane są po kolei wszystkie okoliczne sklepy, w których robiliśmy zakupy. Zresztą już wcześniej nie mogliśmy w nich zapłacić kartą, a nie mamy gotówki, bo przecież okoliczne bankomaty od dawna nie są już czynne. Tymczasem w bloku, w którym mieszkamy, wyłączono ogrzewanie, bo przestała funkcjonować miejscowa elektrociepłownia. Przez siarczysty mróz popękały rury, w których wciąż była woda. Nie wiadomo jak długo potrwać może remont po tak poważnych uszkodzeniach.

W końcu władze miejskie ogłaszają, że powinniśmy wyjechać. Nie każdy ma jednak jak i dokąd się ewakuować. Ceny wynajmu mieszkań w regionach nieco mniej narażonych na skutki konfliktu są już wyśrubowane do maksimum. Zresztą, wielu ludzi boi się pozostawienia swych mieszkań i dobytku na pastwę szabrowników, którzy niechybnie pojawią się w wyludnionym mieście. Udajemy się zatem po gorącą herbatę i by naładować telefon do punktów interwencyjnych uruchomionych przez miasto. Niestety, tych jest zbyt mało, a wkrótce i one przestaną funkcjonować.

To nie hipotetyczny scenariusz, lecz wydarzenia ostatnich tygodni w ukraińskiej stolicy. Jeśli rzeczywiście Polska znalazłaby się w sytuacji konfliktu, to w XXI wieku nie będą przez nasze granice wkraczać wrogie armie i nie nadjadą czołgi nieprzyjaciela, na które rzucimy się z koktajlami Mołotowa. Nadlecą rakiety i drony, dla których bariery tworzone z taką pompą na naszych granicach za grube miliardy nie stanowią żadnej przeszkody.

Rozbudowane oddziały piechoty, obrony terytorialnej i nawet najlepiej wyposażone jednostki wojska nie będą w stanie zrobić kompletnie nic przeciwko hipersonicznym pociskom nadlatującym w najmniej oczekiwanych momentach. Wszyscy fani wojaczki z „odwiecznym wrogiem” powinni sobie w tych dniach bacznie śledzić obrazki z Kijowa i zapomnieć, że ich „bohaterskie” pohukiwania cokolwiek nam dadzą w chwili realnego ataku.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Ukryte mechanizmy polityki

Ukryte mechanizmy polityki

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  myslpolska/ukryte-mechanizmy-polityki/

Polityką rządzą ukryte mechanizmy. Polityków się tworzy, a wojny się robi, w zależności od potrzeb. Tak było już ponad sto lat temu i nie ma powodu, by sądzić, że dzisiaj jest inaczej.

Godną polecenia książką jest Hidden History: The Secret Origins of the First World War, której autorami są Gerry Docherty i Jim Macgregor. Dokonali oni dużej pracy, aby dotrzeć do archiwów oraz innych źródeł, w poszukiwaniu przyczyn I wojny światowej, chociaż jak zauważają, większość materiałów obciążających sprawców zostało zniszczonych. Za podżeganie do wojny obciążają tzw. „ukrytą władzę” (secret elite). Utożsamiają ją z grupą brytyjskich polityków, którą historyk Carroll Quigley nazwał „Grupą Milnera.” Skupiona wokół Cecila Rhodesa, Artura Milnera i innych wpływowych osób, grupa ta postawiła sobie za cel utrzymanie anglo-amerykańskiej dominacji na świecie.

Ponieważ na początku XX wieku głównym zagrożeniem dla potęgi brytyjskiej była wzrastająca potęga Niemiec, przez ponad dziesięć lat przygotowywano skrycie wojnę, w której Wielka Brytania i Stany Zjednoczone miały wygrać, a Niemcy zostać pokonane. Uważna lektura książki skłania jednak do konkluzji, że Grupa Milnera, do której dobierano osoby mające pełnić najwyższe funkcje w państwie, a w szczególności premierów i ministrów spraw zagranicznych, sama była jedynie narzędziem, a ukrytej władzy należy szukać dużo głębiej.

Historia jest wdzięcznym materiałem, aby na jej podstawie dochodzić do praw i uogólnień, ważnych dla nas również i dziś. We wnikliwej analizie Docherty’ego i Macgregora można odkryć następujące mechanizmy manipulacji społeczeństwem i wywoływania wojen. Po pierwsze, systematycznie propaguje się w mediach wrogość wobec innego narodu i zatruwa się społeczeństwo nienawiścią. Wtedy ten mechanizm stosowano wobec Niemiec, dziś zaś odnosi się wrażenie, że podobne podejście jest stosowane wobec Rosji i Chin, podsycając w ludziach strach i sugerując, że wojna z tymi krajami jest nieunikniona. Dodatkowymi elementami wzmagającymi atmosferę wojenną i wpływającymi na społeczeństwo będącymi częścią propagandy wojennej już ponad sto lat temu jest ciągłe podkreślanie zagrożenia dla kraju, wraz z ulotkami wysyłanymi do domów; zwiększone nakłady na zbrojenia, pochłaniające znaczną część budżetu; oraz powtarzające się informacje, że kraj jest infiltrowany przez obcych szpiegów i dywersantów, co do których nie ma wątpliwości skąd pochodzą i nie potrzeba na to żadnych dowodów.

Jednocześnie mnożą się różne incydenty, mające na celu symulowanie zagrożenia i prowokowanie przeciwnika. Przed I wojną światową takim incydentem było wysłanie przez Francję wojsk do Maroka w 1911 roku, pomimo że było to niezgodne z wcześniej podpisanymi umowami międzynarodowymi. Kiedy w odpowiedzi Niemcy wysłały do Casablanki mały okręt wojenny, prasa angielska przedstawiła to jako dowód na wojowniczość Niemiec i ogromne zagrożenie dla floty brytyjskiej, która była wówczas kilkakrotnie silniejsza od niemieckiej. Jednocześnie posłużyło to rządowi brytyjskiemu do zwiększenia wydatków na flotę.

Realizacja planu, takiego jak doprowadzenie do wojny, wymaga ściśle ze sobą współpracujących ludzi, działających na różnych poziomach. W Grupie Milnera trzon stanowiły osoby, które znały plan jakim była dominacja nad światem i pozbycie się potencjalnych przeciwników za pomocą wojen. Osoby te sterowały działaniami innych i działały zazwyczaj w ukryciu. Niżej znajdowały się osoby publiczne pełniące najwyższe funkcje w państwie. Niektóre z nich, takie jak Winston Churchill, były w pełni wtajemniczone w cel działań. Churchill był wręcz znany ze swojego prowojennego nastawienia i współpracował z Grupą Milnera od czasów sprowokowanej przez Grupę wojny burskiej, podczas której był korespondentem wojennym.

Ta wojna, warto podkreślić, miała również jasno określony cel. Zapewniła dostęp do południowoafrykańskich złóż złota i diamentów, co doprowadziło do ogromnego bogactwa Cecila Rhodesa i powiązanych z nim osób oraz dawała środki na dalsze operacje. Inne postacie, takie jak brytyjski premier David Lloyd George, francuski premier Raymound Poincaré oraz rosyjski ambasador, a później minister spraw zagranicznych Aleksander Izwolski, były w zasadzie jedynie marionetkami, zwerbowanymi i w pełni kontrolowanymi przez Grupę. Osoby wykonujące działania operacyjne, z których niektóre awansowały później na wysokie stanowiska polityczne, rekrutowane były zaś często spośród studentów Oxfordu, głównie absolwentów Balliol College, nazywanym potocznie na Uniwersytecie Oksfordzkim „Bloody Balliol”. Określano ich „Przedszkolem Milnera”.

Jest ustalony klucz doboru polityków, nad którym warto się na chwilę pochylić. Muszą mieć silne strony, stanowiące o ich użyteczności, ale też słabości, dzięki czemu można nimi manipulować i ich kontrolować. David Lloyd George, z brytyjskiej Partii Liberalnej, która uchodziła za propokojową, pochodził z awansu społecznego, ale dzięki temu umiał dotrzeć do prostych ludzi i pociągnąć za sobą tłumy. To stanowiło jego silną stronę i spowodowało, że od czasu kiedy został posłem, systematycznie awansował, wchodząc w końcu w skład rządu. Ale miał też słabe strony: był erotomanem, łasym na pieniądze i luksusy. Pozyskanie go dla celów prowojennych, a stało się to możliwe jedynie dzięki wykorzystaniu jego słabości, było więc cennym nabytkiem dla Grupy. Faktycznie to głos Lloyda George’a przeważył podczas dyskusji między członkami rządu w dniu 2 sierpnia 1914 roku, kiedy decydowała się sprawa przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny.

Chęć zrobienia kariery była dla niego silniejsza niż prospołeczne zasady jakimi się wcześniej, jako liberał, kierował. Niedługo potem został awansowany na premiera i ministra wojny. Absolwent Balliol, Sir Edward Grey, pozyskany dla Grupy jeszcze przed 1905 rokiem, kiedy wszedł w skład liberalnego rządu i został ministrem spraw zagranicznych, był przeciętnym studentem i w niczym się nie wyróżniał. To była jego słabość. Swoją popularność zawdzięczał wyłącznie promocji kontrolowanych przez Grupę mediów. Stanowił dla swych mocodawców wygodne narzędzie. Wbrew propokojowemu nastawieniu rządu prowadził ukryte działania zmierzające do zbudowania sojuszu Francji i Rosji przeciwko Niemcom oraz włączenia do działań wojennych neutralnej Belgii. W dniu 3 sierpnia 1914 roku to właśnie on przemawiał w Izbie Gmin, aby wbrew oporowi posłów z jego własnej Partii Liberalnej, zaangażować Wielką Brytanię w wojnę. Kosztowała ona, jak się ocenia ok. 15 milionów żyć ludzkich.

Aby być użytecznym dla grupy wpływu, polityk musi mieć jakąś słabość. Może być to nałóg, chciwość, brak zasad, nadmierna ambicja lub zwyczajna przeciętność, która uniemożliwia karierę w normalnych warunkach.

Grupa Milnera pozyskiwała współpracowników w obu partiach rządzących, dzięki temu kierunek polityki zagranicznej był niezależny od wyniku wyborów, jak również za granicą: we Francji, Rosji i Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak Lloyd George, Aleksander Izwolski cenił życie w luksusie. Jako ambasador rosyjski w Kopenhadze, a potem w Paryżu, będący przez pewien czas ministrem spraw zagranicznych, oddał znaczne usługi dla Grupy.

Doprowadził swymi machinacjami do napięć na terytorium Bałkanów oraz wspólnie z ambasadorem rosyjskim w Belgradzie Mikołajem Hartwigem, wspomagał działania grup terrorystycznych w Serbii. Tragicznym skutkiem tych działań było zabójstwo polityczne dokonane w dniu 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie na następcy tronu Austro-Węgier. Jego kolega z rosyjskiego MSZ, Siergiej Sazonow, pełniący po nim funkcję ministra spraw zagranicznych, był także wspierany i kontrolowany przez Grupę.

To właśnie Sazonow w dniu 30 lipca 1914 roku zablokował ostatnią próbę negocjacji między cesarzem Niemiec Wilhelmem II a carem Rosji Mikołajem II i namówił cara do ogłoszenia powszechnej mobilizacji. We Francji premierem był Joseph Caillaux, zwolennik pokoju z Niemcami. Nie pasowało to do planów Grupy, a więc został wymieniony. W wyborach w 1913 roku wygrywa Raymond Poincaré, urodzony w Bar-le-Duc, mieście będącym częścią okupowanej przez Niemcy od 1871 roku Lotaryngii. Żywił on osobistą urazę do Niemiec i był zwolennikiem odebrania utraconych francuskich terenów. Aby zapewnić mu sukces wyborczy, prowadzono zmasowaną akcję propagandową i przekupywano prasę francuską. Przepływy pieniędzy organizował Aleksander Izwolski.

W osobach Edwarda Greya, Davida Lloyda George, Siergieja Sazonowa, Aleksandra Izwolskiego i Raymonda Poincaré oraz innych, które były wspierane dla zdobycia czołowych stanowisk w państwie, ukryta władza znalazła wykonawców dla wykonania swego wojennego planu.

Nie ma racjonalnych powodów aby sądzić, że podobna gra, w wykonaniu innych aktorów, ale z podobnymi celami, które są sprzeczne z przesłaniem liberalnej demokracji i pokojowym rozwojem ludzkości, nie odbywa się i dziś. Aktorów było i jest oczywiście o wiele więcej, na różnych poziomach ich zaangażowania i wtajemniczenia: politycy odrażający swą przeciętnością i chorą ambicją, a w jakiś sposób promowani, celebryci bez zasad i wiary, zakłamani eksperci.

Można by zapytać: po co są wojny i po co dąży się do konfliktów między państwami, skoro przynoszą ludziom zniszczenie i śmierć? Po to, by ukrytej władzy dać jeszcze większą władzę, wpływy i pieniądze. Książka Hidden History: The Secret Origins of the First World War powinna być przetłumaczona na język polski i lepiej znana, gdyż odkrywa ukryte mechanizmy polityki i jest przestrogą.

Tak jak to bowiem podsumował wybitny Polak i słynny antropolog Bronisław Malinowski: „Wojna stała się dzisiaj niszczycielskim anachronizmem, utratą wszystkiego, co w naszej cywilizacji jest najlepsze”. Nie dopuśćmy do tego, aby ktoś nas znowu wmieszał w wojnę za pomocą manipulacji, przekupstwa lub w inny ukryty sposób.

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Żyjemy w Kartonistanie. Dlaczego pozwalamy??

Żyjemy w Kartonistanie

Ted Cruz


tedcruz/zyjemy-w-kartonistanie

Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to Wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Żyjemy w Kartonistanie. Szef naszego rządu stwierdził, że w momencie wykrycia rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej, największych zwolnień grupowych, zamknięcia 18 porodówek w miesiąc, afery rosyjskich kontaktów marszałka Czarzastego, blamażu wprowadzenia KSeF i kompromitującej nas sytuacji w kontrwywiadowczym Ośrodku Radioelektronicznym w Przasnyszu gdzie spadł dron, a żołnierze patrzyli na niego, bo nie mieli narzędzi do jego strącenia, wydamy nasze pieniądze na… zbadanie „polskich wątków tzw. afery Epsteina”.

Tak. 3 mln stron dokumentów. Komisja z Żurkiem na czele ma sprawdzić, czy w procederze nie były wykorzystywane polskie dzieci. Dacie wiarę? Po jednej wzmiance o „dostępności polskich kobiet lub dziewcząt” z Krakowa, podczas gdy agencje modelek, dubajskich srajnaklatek z całego świata ustawiały się tam rzędami.

Ludzie! Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Jedyny związek z tą aferą to wątek Fibaka, który zresztą wystąpił w reklamie… nakręconej na potrzeby kampanii PO, mówiąc: „Wierzę Platformie Obywatelskiej, ufam energii Donalda Tuska, rozsądkowi Radka Sikorskiego i doświadczeniu międzynarodowemu Jacka Rostowskiego. W tych trudnych i skomplikowanych czasach wiem, że Platforma Obywatelska jest najlepszym wyborem dla Polaków i Polski. Dlatego z całą moją rodziną będziemy głosować na Platformę Obywatelską”. Panie premierze! Sam pan widzi! Jest duża nadzieja, że sam Epstein by na pana głosował i można zamknąć sprawę.

Teraz pomyślcie, jak trzeba być zdesperowanym, żeby zająć się jakimś zaocenicznym gównem, zamiast realnymi, polskimi problemami. Wyobraźcie sobie, jak oni panicznie nie mają żadnego planu na ten kraj.

I tu właśnie Kartonistan pokazuje swoje prawdziwe oblicze: państwo z tektury, w którym wszystko, co realne, ciężkie i bolesne, zamiata się pod dywan, a na wierzch wystawia się kartonową atrapę. Gdy kraj się sypie, gdy bezpieczeństwo istnieje tylko w powerpointach, gdy rodzenie dziecka staje się logistycznym wyzwaniem, a kontrwywiad ogląda drona jak bocian żabę na łące – władza z namaszczeniem odpala projekt zastępczy. Wielki, medialny, daleki. Bo im dalej od polskich problemów, tym ciszej słychać ich pękanie.

Zamiast rozliczać swoje zaniedbania, grzebią w cudzych śmietnikach, udając śledczych świata, podczas gdy własny dom wali się im na głowę. To strategia, w której dramaty Polaków są zbyt niewygodne, zbyt bliskie i zbyt prawdziwe, więc trzeba je przykryć głośną, obrzydliwie sensacyjną zasłoną dymną.

I w tym całym kabarecie najgorsze nie jest nawet marnowanie pieniędzy. Najgorsze jest to, że ktoś uznał nas wszystkich za kompletnych idiotów. Za naród, który da się kupić nagłówkiem, komisją i moralnym oburzeniem importowanym z drugiego końca świata. Za społeczeństwo, które nie zauważy, że władza zamiast rządzić, pozuje.

Ostrzegam. Kartonistan nie upada z hukiem. Kartonistan rozmięka w deszczu, powoli, cicho… aż któregoś dnia orientujesz się, że nie masz już państwa, tylko mokrą, cuchnącą papkę.

I wtedy nawet najgłośniejsza komisja nie zagłuszy jednego pytania: kto nam to zrobił i dlaczego pozwoliliśmy?

Jest mi wstyd za tych ludzi i za nas.

Lemingopedia

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

dzierzba


dzierzba/1polacy-najbardziej-niewierzaca-nacja-swiata

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą, że oni ten socjal…

Tytuł oczywiście jest prowokacją. To jednak coś więcej niż tylko clickbait – krzykliwy nagłówek mający przykuwać uwagę goniących za sensacją prostaczków z aspiracjami. W odróżnieniu bowiem od produktów artykuło-podobnych czyhających na maluczkich skuszonych nagłówkowymi błyskotkami, ja swojego czytelnika uraczę zaraz treścią niesztampową, niszową i zasadniczo oderwaną od bieżących wydarzeń. Taką w każdym razie mam nadzieję.

Zresztą, gdyby miało się okazać, że grubo przesadziłem z szumnymi zapowiedziami i nie sprostałem rozbudzanym właśnie oczekiwaniom, to mówiąc szczerze nie będzie mnie to ziębić ani parzyć. Piszę ten tekst z nudów – w przerwie między wieszaniem lampy w przedpokoju a nasłuchiwaniem wnerwiającej melodyjki oznajmiającej, że mogę już wieszać pranie. Jeżeli ktoś będzie się czuł jego lekturą rozczarowany, wzruszę ramionami stwierdzając, że nic mnie to nie obchodzi.

Wbrew pozorom – bo przecież wiara musi się z tym kojarzyć – nie będzie to felieton o tym, że Polacy nadal w większości mienią się katolikami, gdy w rzeczywistości mają z katolicyzmem tyle wspólnego, co goniący odjeżdżający autobus z biegaczem długodystansowym. Po prostu nikt mnie nie przekona, że gdy ponad dziesięć milionów – bynajmniej nie apostatów – oddaje w wyborach prezydenckich głos na wiceprzewodniczącego partii postulującej liberalizację prawa do zabijania dzieci nienarodzonych, to wszystko gra, buczy i pasuje. Dziś akurat nie z tym beztroskim zakłamaniem moich rodaków chciałem się rozprawić.

Będzie o tym, w co obywatele III RP tak naprawdę nie wierzą w trochę innym wymiarze.

Zatem – jak lubią mówić czujący młodzieżowego ducha autorzy – jedziemy!

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą też i w to, że oni ten socjal opłacą z własnych kieszeni. Nie wierzą, że porody na SOR-ach to standard czekający na pełne wdrożenie a zakończenie osiemset plus będzie równie proste, jak zamykanie porodówek. Nie wierzą, że to co zbiera Orkiestra to mniej niż promil rocznego budżetu NFZ i tak w ogóle niekoniecznie o sprzęt „dla dzieciaków” w niej chodzi.

Nie wierzą, że szpiedzy istnieją naprawdę, a ludzie mówiący po polsku mogą świadomie działać na szkodę swojego kraju. Nie wierzą, że zaraz będą zalani podłej jakości żywnością z Ameryki Południowej i że likwidacja rolnictwa i górnictwa to nie są błahostki o których nie warto nawet mówić. Nie wierzą, że nazywanie niemieckich obozów koncentracyjnych polskimi to żadne nieuctwo, ale celowe działanie. Nie wierzą, że ich nienawiść do jednej z partii od dawna nie jest już efektem innego pojmowania interesów państwa i swoich, ale dzikiej, bezmyślnej celowo podsycanej przez media, odbierającej rozum i godność, sterowanej furii. Nie wierzą, że hasło ***** ***! uczyniło z nich zwykłych, wulgarnych chamów.

Nie wierzą, że władza może jawnie łamać prawo i konstytucję. Nie wierzą, że Orlen za Obajtka miał się świetnie, a teraz drastycznie dołuje. Nie wierzą, że CPK to rozwój i praca, a nie gigantomania. Nie wierzą, że są upolitycznieni, sprzeniewierzający się ślubowaniu sędziowie i prokuratorzy i jeżeli tego się nie ukróci, wszyscy będziemy mieć przerąbane. Nie wierzą, że przejęcie publicznych mediów to był jawny zamach na nie. Nie wierzą, że akceptowanie byłych komunistycznych bonzów na ważnych stanowiskach państwowych to coś, co nie powinno się nigdy wydarzyć. Nie wierzą, że poprzez reformę systemu edukacji chcą zrobić z dzieci bezmyślne stado niezdolnych do głębszej refleksji proli.

Nie wierzą, że wyroki sądowe można komentować. Nie wierzą, że jeżeli nie Kościół Katolicki ze swoimi pouczeniami, to inna instytucja religijna bardziej dosadnie wymusi na nich jedynie właściwe z punktu widzenia jej dogmatów postępowanie. Nie wierzą, że nawet jeżeli traktują je z przymrużeniem oka i wyśmiewają, to oglądając durne seriale dla durniów, z każdym odcinkiem, po kawałeczku, sami stają się durniami. Nie wierzą także, że mogą mieć zaraz koło siebie tyle wiatraków, że gdyby kiedykolwiek coś poza kryminalnym bełkotem przeczytali, żartowaliby gorzko, że walczyć mogą z nimi równie skutecznie, jak Don Kichot ze swoimi olbrzymami. Polacy wreszcie nie wierzą i w to, że tak jak przed ponad 230 laty, teraz ponownie ich kraj może zniknąć z mapy Europy i zarządzający wtedy tym terytorium nie będą ani trochę zainteresowani dbaniem o ich bezpieczeństwo i potrzeby. 

Mógłbym pewnie jeszcze długo wymieniać, ale przecież nie o to chodzi. Istotne, że jako naród tak bardzo odessaliśmy się od rzeczywistości zasysając w powstałą pustkę takie ilości urągających zdrowemu rozsądkowi i instynktowi samozachowawczego bredni, półprawd lub po prostu ordynarnych kłamstw, że zbliżamy się chyba do jakiejś granicy tego szaleństwa. Co się za nią znajduje nie wiem, ale najwyższy czas uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, tak samo jak naprawdę więcej nas łączy niż dzieli.