W „Alfabecie wspomnień” Antoni Słonimski, pod hasłem „Nogi”, opisuje, jak to w warszawskich środowiskach, już nawet nie kupieckich, ale kupczykowskich, przedstawiano rozgromienie floty rosyjskiej w 1905 roku przez Japończyków, a konkretnie – właśnie przez generała Nogi. Opowiadający upaja się olimpijskim spokojem generała na tle narastającego napięcia z powodu zbliżania się rosyjskiej floty.
Oto widzimy generała Nogi, jak zajada zsiadłe mleko z kartoflami. Przybiega oficer i melduje: wasze wysokopriewaschoditielstwo, zbliża się ku nam cesarska flota rosyjska – a generał Nogi nic, tylko nadal je zsiadłe mleko z kartoflami. Po chwili przybiega drugi i woła: wasze wysokopriewaschoditielstwo, już widać cesarską flotę rosyjską! – a generał Nogi nic, tylko nadal je zsiadłe mleko z kartoflami. Wreszcie przybiega trzeci oficer i woła: wasze wysokopriewaschoditielstwo, cesarska flota rosyjska już tu jest! Wtedy generał Nogi wstał, otarł usta serwetką, wyszedł na pokład i zatopił cesarską flotę rosyjską.
Kto wie, czy tak właśnie nie będzie wyglądało ostateczne zwycięstwo Ukrainy nad Rosją, które – jak wiadomo – zostało zagwarantowane przez sekretarza stanu USA Antoniego Blinkena. Co prawda sekretarz stanu Antoni Blinken wywodzi się z narodu bardzo elastycznego, o czym świadczy anegdotka: Nasi wygrywają! – Jacy „nasi”? – No ci, którzy wygrywają!” – ale tym razem może to być na serio, a w każdym razie, tak musi uważać prezydent Zełeński, a zwłaszcza – jego otoczenie. Gdyby było inaczej, to ukraiński minister obrony nie mówiłby, że po wojnie musi nastąpić demilitaryzacja europejskiej części Rosji.
Zresztą nie tylko ukraińscy ministrowie stawiają sobie takie ambitne cele; ostatnio ten euforyczny nastrój udziela się również osobom nie uczestniczącym bezpośrednio w wojnie, jaką na terenie Ukrainy Rosja prowadzi z Sojuszem Atlantyckim. Ta euforia rozbudza graniczące z pewnością nadzieje, że oto Polska, po raz pierwszy od Piotra Wielkiego, stoi przed historyczną szansą położenia kresu rosyjskiemu imperializmowi. To znaczy – nie tyle Polska, bo Polska w tym konflikcie uczestniczy przeważnie w taki sposób, że pokrzykuje, przytupuje i wymachuje rękami – no ale nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy, to co innego.
Jak będzie trzeba, to nie tylko wyjdą na pokład i zatopią cesarską flotę rosyjską, ale zdemilitaryzują Rosję, a Polskę, która przedtem będzie musiała ustanowić unię z Ukrainą i spłacić jej długi – odbudują od morza do morza, a właściwie od jednego morza do drugiego i trzeciego. Takie właśnie marzenia snuli Polacy, co prawda nie wszyscy, niemniej wielu z nich, podczas II wojny światowej – co wyrażało się w piosence: „Moja mała, otrzyj łzy. Słyszysz? Szumią morza trzy!” A „łzy” były stąd, że młodzieniec obiecywał ukochanej, iż „po powrocie ofiaruję ci mej manierki cud, rybkę ze słonych wód lub korale z mej krwi”.
Jak wiadomo, wtedy skończyło się na koralach – bo tak właśnie bywa, gdy jakiś „mały, ale bardzo dzielny naród” – jak strażnik w gmachu ONZ w Nowym Jorku przywitał reprezentanta UNESCO („wiem, wiem; to mały, ale bardzo dzielny naród!”) – zaczyna prężyć cudze muskuły, ale – jak zauważył francuski aforysta, Franciszek książę de La Rochefoucauld – tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Trochę inaczej tę myśl wyraził Stanisław Sojka śpiewając, że „nasze grzechy, ciągle te same i nudne, zadomowiły się w nas”.
Żeby jednak nie pogrążyć się w rozterkach, warto posłuchać głosu ekspertów, których przecież nie brakuje, zwłaszcza w takich sprawach. Co prawda, z nimi też bywa rozmaicie.
Guy Sorman opowiadał mi, jak to po wojnie koreańskiej z Ameryki przyjechała do Korei Południowej delegacja ekspertów, żeby się zorientować, czy z tego kraju coś będzie. Po powrocie sporządziła bardzo pesymistyczny raport, że ta cała Korea Południowa nie warta jest funta kłaków, nawet nie ze względu na wojenne zniszczenia, tylko dlatego, że panuje tam konfucjanizm. Konfucjanizm bowiem oznacza bierne poddanie się losowi – i tak dalej. Po latach, kiedy Korea Południowa nie tylko się odbudowała, ale zaczęła przekształcać się w „azjatyckiego tygrysa”, ta sama ekipa ekspertów pojechała tam jeszcze raz, by wyjaśnić ten fenomen. Po powrocie sporządzili raport – że naturalnie, jakże by inaczej! Przecież w Korei panuje konfucjanizm, a konfucjanizm, to hierarchia, dyscyplina, ład – i tak dalej.
No a teraz „teoretyk wojskowy” prof. Martin van Creveld, emerytowany profesor historii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, który wcześniej niezbitymi argumentami dowodził, że Rosja na Ukrainie poniesie „strategiczną porażkę”, ni stąd, ni zowąd zmienił zdanie i obecnie opublikował „pięć powodów”, dla których Rosja może tę wojnę wygrać.
Już w pierwszym z tych pięciu powodów słychać jęk zawodu, że na Ukrainie nie będzie wojny partyzanckiej. Zamiast prowadzić wojnę partyzancką, Ukraina wdała się z Rosją w regularną wojnę, no a w tej Rosja ma przewagę, zwłaszcza, że – po drugie – nie bawi się już w jakieś efekciarskie „blitzkriegi”, tylko wojuje tradycyjnie; najpierw nawała artyleryjska, a potem „za rodinu, za Stalina – wpieriod!” Po trzecie – że pojawiły się problemy z zaopatrzeniem. Rosyjskie linie są krótkie, podczas gdy zachodnie – długie i potencjalnie ryzykowne, chociaż w ramach „dziwnej wojny”, Rosja, jak dotychczas, nie bombarduje transportów broni i amunicji na Ukrainę, chociaż dysponuje przecież i zwiadem satelitarnym, a pewnie i tradycyjną razwiedką. Po czwarte – okazało się, że Rosja jest zadziwiająco odporna na zachodnie sankcje; rubel, który w pierwszej fazie wojny ostro pikował w dół, teraz, po kilku miesiącach osiągnął, najwyższy od siedmiu lat poziom w stosunku do dolara i ta tendencja jest „wzrostowa”. Poza tym, jak tylko Chiny uporają się ze zbrodniczym koronawirusem – który wtedy, zgodnie z rozkładem ma pojawić się po naszej stronie kordonu – zaopatrzą Rosję we wszystko, czego by jej ewentualnie brakowało. I wreszcie – po piąte – że „jak tak dalej pójdzie”, to w krajach NATO – oczywiście poza Polską, gdzie będzie to surowo zabronione – narastać zacznie niezadowolenie ludności, która od swoich rządów będzie się domagała przynajmniej ograniczenia wspierania Ukrainy, jeśli nie jego zaprzestania.
To zresztą widać już dzisiaj, kiedy podczas pielgrzymki trzech króli do Kijowa, prezydent Macron, kanclerz Scholz i premier Dragi podali prezydentowi Zełeńskiemu gorzką pigułkę w postaci oczekiwania na pokój z rosyjskim obiciem, dla większej strawności oblaną polewą w postaci obietnicy nadania Ukrainie statusu kraju „kandydującego” do UE. Ale na nas to nie robi wrażenia, bo jak będzie trzeba, to – nawet gdyby nasi sojusznicy, Amerykanie i Anglicy dekowali się pod pokładem, my, wbrew wszystkiemu, wyjdziemy na pokład i zatopimy cesarską flotę rosyjską.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
[ наизнанку – na nice, – blizkie, ale mocniejsze, niż „odwrócić kota ogonem”, prawda? MD]
Собственно, нуждается он уже давно – с 2004 года Польша активно поддерживает «евроинтеграционные устремления» Украины. Не так для того, чтобы действительно помочь Украине вступить в ЕС (хотя это инициатива США, а воля США — закон для польской «элиты»), как для того, чтобы навредить России. Россию поляки ненавидят ещё больше, чем не любят украинцев вообще и украинских националистов в особенности.
Память о «Волынской резне» и деятельности УПА долго отравляла атмосферу совместной борьбы польских и украинских националистов против «российского империализма». Потому полякам и американцам пришлось затратить огромные усилия на уничтожение национальной памяти польского народа. Огромным успехом на этом пути стало избрание президентом Украины Владимира Зеленского, который ни по происхождению, ни по риторике не был близок к украинским националистом, проводя, по сути, точно такой же политический курс.
Однако действительным прорывом, позволившим забыть обиды прошлого, стало начало специальная военная операция (СВО). Польша тут же начала принимать украинских беженцев и стала главным хабом для поставок военной помощи на Украину. Обсуждалась (и не снята с повестки дня по сей день) возможность введения польского воинского контингента на территорию Западной Украины.
Во время визита президента Польши Анджея Дуды в Киев 22 мая был презентован законопроект об особом статусе поляков на Украине. Граждане Польши должны были получить право занимать посты государственных служащих на Украине.
И вот 11 июля польские политики «подали сигналы» относительно нового статуса отношений.
Президент Анджей Дуда заявил во время церемонии по случаю Национального дня памяти жертв геноцида, совершённого украинскими националистами против граждан Второй Республики (о чём тут же отчиталась Rzeczpospolita), что Зеленский внёс в парламент законопроект об особом статусе поляков.
По его словам, «это можно рассматривать как противоположность тогдашней ситуации, когда от поляков пытались избавиться любой ценой, в том числе лишая их жизни. Сегодня Украина этим актом и жестом президента делает символическое приглашение, говорит: „Вам здесь рады на особых правах”».
На 17.00 по московскому времени 11 июля на официальном сайте Верховной Рады Украины карточка этого документа не появилась, но это, по большому счёту, ничего не значит — ставятся документы не мгновенно. Но важно уже то, что польский президент сделал заявление до фактического появления документа. Соврал? Или отдал распоряжение?
Ещё более интересным было заявление на том же мероприятии премьер-министра Польши Матеуша Моравецкого: «сегодня Украина видит, что наследником УПА является Русский мир. Сегодня именно Путин и Москва совершают геноцидальные и преступные поступки, напоминающие о самых страшных преступлениях в мировой истории. Русский мир — это империализм, колониализм и крайний национализм».
Ход действительно гениальный.
С одной стороны, Моравецкий призвал забыть о взаимных претензиях и объединиться в борьбе против России, что, конечно же, должно встретить решительную поддержку по обе стороны Равы-Русской.
С другой стороны, он не забыл ткнуть украинских нацистов мордой в их же вторичный продукт, фактически обозвав Степана Бандеру, считающегося на Украине героем, агентом «русского мира».
Как из этой ситуации будут выпутываться украинцы совершенно непонятно (скорее всего сделают вид, что ничего особенного не произошло).
Польский премьер также заявил, что «не успокоится, пока не найдётся последняя могила убитых на Волыни». Шеф-редактор церковно-политической редакции ИA REGNUM Станислав Стремидловский обращает внимание, что украинские власти препятствуют участию поляков в эксгумации захоронений жертв геноцида, но… Нет ли тут намёка на то, что поляки сами смогут этим заняться — занимая государственные посты и опираясь на вооружённую силу «жолнежей»-миротворцев.
Но, конечно, нельзя «поддаваться искушению ложного примирения» и надо помнить, что «в интересах России и Москвы снова поссорить поляков и украинцев». А значит память о «Волынской резне» — провокация Кремля. Тут бы Моравецкому призвать к сознательности поляков, чтобы они «вспомнили», что их предков уничтожали русские… Но пока что это даже для Моравецкого слишком.
Хотя, удалось ведь заставить поляков забыть о том, что от фашистской оккупации, в ходе которой погибла пятая часть населения страны, спасли Польшу именно советские войска…
P.S.: Такие же процессы происходят за океаном — в США набирает силу тенденция отказаться от Дня независимости, поскольку в нём не отражены страдания афро-американцев. И вообще, историю США надо вести не от «Мэйфлауэра» и Континентального конгресса, а от появления на территории нынешних США первых негров в 1619 году.
В общем в Польше не то что сову натянули на глобус, а вслед за США решили мячик вывернуть наизнанку. И, поди ж ты, пока получается…
Tak dawno temu, że najstarsi ludzie nie pamiętają było sobie państwo, którego powierzchnia wynosiła 22.402.200 km2 a liczba ludności 286.730 tysięcy. Nosiło ono nazwę Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Zasadniczo jego misją było niesienie ludzkości szczęścia, zdrowia i pomyślności. I pokoju. Zapewne dlatego miała największy na świecie arsenał broni , największą armię i największy przemysł zbrojeniowy. Bo chciała nieść szczęście, zdrowie i pomyślność oraz oczywiście pokój na wszystkie strony świata. W tamtych czasach tj. przed i po II WW potęgę gospodarczą państw mierzono kilkoma prostymi wskaźnikami. Były nimi: wydobycie węgla, produkcja stali, produkcja cementu, energii elektrycznej i z czasem wydobycie ropy naftowej dla gwałtownie rozwijającego się transportu.
Warto je w skrócie przedstawić, bowiem znaczyły one bardzo wiele w systemie kształtowania świadomości jego obywateli. Liczby świadczące o wielkich osiągnięciach przemysłu ZSRR bombardowały z gazet państwowych, radia państwowego i z plakatów na ulicach i placach jego miast.
Produkcja stali w mln ton:
1935
1.USA – 36,2 2. Niemcy – 16,5 , 3. ZSRR – 11,0, 4.UK – 10,2 , 5. Francja – 6,6
1955
1.USA – 104,7 , 2. ZSRR – 48,1, 3. Niemcy – 26,3, 4. UK – 20,9, 5. Francja – 13,3
Nadszedł rok 1991 i imperium pod nazwą ZSRR opuściło w pośpiechu kilka niewdzięcznych państw i pozostawiło osamotnione twarde jądro czyli Rosję. Powierzchnia tego nowego-starego państwa zmniejszyła się do 17 mln km 2 a ludność w roku 2020 wynosiła 143 mln (bez Krymu).
Ponieważ jednak większość zakładów przemysłu ciężkiego oraz kopalnie cennych minerałów oraz ropy i gazu znajdowała się na terenie Rosji, uznano, że jeśli coś było dobre kilkadziesiąt lat, to nie ma potrzeby aby to zmieniać.
Co oznacza, że jeżeli od lat 20-tych XX w. w ZSRR gałęzie przemysłu lekkiego pozostawały do roku 1989 w formie szczątkowej , w Rosji nie dokonano radykalnej zmiany w tym zakresie.
Niezbędne produkty po prostu importowano a po roku 2000 zezwolono na wejście kapitału zagranicznego i na budowę niewielkich zakładów produkcyjnych np. chemii gospodarczej czy samochodów osobowych.
I było świetnie. Miliarderzy importowali luksusową markową odzież i meble i wyposażenie łazienek z Włoch i Francji a dla ciemnego rosyjskiego ludu ciuchy sprowadzano oczywiście z Chin.
Nawyki klas rządzących nabyte w złotych czasach ZSRR, kiedy niezadowolenie robotników niemieckich w 1953 roku , węgierskich w 1956 r. czy czeskich w 1968 – neutralizowała Armia Czerwona pozostały .
Pozostały tym bardziej, że zachwyceni zagraniczni inwestorzy z „zaprzyjaźnionych państw” tj. Niemiec, Francji, Holandii czy Wielkiej Brytanii zapewniali o swoim podziwie, szacunku i notorycznie chcieli wszystko „konsultować z potęgą światową”.
Tymczasem lata mijały i statystyki zaczęły mówić o innym położeniu Rosji światowych rankingach. Ale chyba nowe statystki dały do myślenia właścicielom jachtów za 200 mln USD (z doczepioną małą łodzią podwodną) oraz nieruchomości w Londynie i na francuskiej Riwierze.
Jak więc wyglądało w statystykach położenie przemysłu rosyjskiego w roku 2020.
Najlepiej miał się nadal przemysł zbrojeniowy ale z innymi „filarami przemysłu” było już gorzej. W porównaniu z konkurencją.
Powyższe dane statystyczne pokazują, że jedynym przemysłem dającym przewagę nad innymi państwami był przemysł zbrojeniowy. Co do innych danych, to imperialną wielkością nie powiało. W przypadku przemysłu samochodowego Rosja miała tradycję rodem z ZSRR produkcji samochodów osobowych (Żyguli, Moskwicz, Łada, Wołga) i ciężarowych (Kamaz). Tyle, że była to produkcja dla ścisłej elity ZSRR a obecnie przemysł samochodowy na świecie ma pracować dla szarego człowieka.
Żeby zamknąć rozdział „historyczny” czasów wielkiej chwały przemysłu ZSRR godzi się wspomnieć o produkcji energii elektrycznej w elektrowniach atomowych.
W roku 2020 Rosja w produkcji energii elektrycznej w elektrowniach atomowych zajmowała czwarte miejsce po USA , Chinach i Francji z produkcją 201.821 jednostek. USA wyprodukowały 789.919 jednostek, Chiny 344.748 a Francja – 338.671. Jednostki te określono tajemniczo GbHll. Albo podobnie.
Jak więc widać, w tzw. starych przemysłach Rosja jeszcze przed wojną już nie należała do ścisłej czołówki, jakkolwiek mieściła się w pierwszej dziesiątce.
Gorzej sytuacja przedstawiała się z przemysłami ,które burzliwie rozwijały się od lat 80-tych XX w a w Europie nawet wcześniej bo przed II WW. Chodzi o przemysł chemiczny. Obecnie nazywany „matką wszystkich przemysłów”.
Jest to grupa gałęzi przemysłu opierająca się na takich surowcach jak ropa naftowa, gaz ziemny, powietrze i inne a oferująca ponad 70 tysięcy produktów: od tabletek na ból głowy i opon po mydełko Fa, szampony, kremy ale też pianki poliuretanowe, kleje , żywice melaminowo-formaldehydowe i setki innych produktów mających zastosowanie zarówno w gospodarstwie domowym, w lecznictwie ale też w budownictwie, przemyśle samochodowym, w produkcji podłóg, okien, tekstyliów, nawozów, środków ochrony roślin i tak dalej i tak dalej.
No więc w przemyśle chemicznym, który zdominował przełom wieku XX i XXI Rosja występuje jedynie śladowo. Z jakimiś pozostałościami z czasów ZSRR : produkcja nawozów, trochę wyrobów petrochemicznych na bazie ropy naftowej no i oczywiście najsłynniejszy wyrób o symbolu chemicznym C2H5OH. Taki żart.
Statystyki roku 2020 w przypadku przemysłu chemicznego są dla Rosji porażające. Wśród 25 największych firm światowych tej branży nie ma ani jednej rosyjskiej.
Wg statystyk organizacji producentów chemicznych CEFIC w roku 2020 wartość sprzedaży przemysłu chemicznego w mld euro krajów największych producentów przedstawiała się następująco:
Chiny – 547,
EU (27) – 499 ( w tym Niemcy – 190, Polska – 57)
USA – 426,
Japonia – 144,
Płd. Korea – 102,
India – 92,
Tajwan – 66,
Brazylia – 54
Rosja – 40
Jak podaje organizacja producentów przemysłu chemicznego CEFIC , dane za rok 2020 wg organizacji producentów przemysłu chemicznego dla krajów należących do EU przedstawiają się następująco :
Kraj Obroty w mld Euro Zatrudnienie Liczba fabryk
Niemcy 190,6 464.437 2.061
UK 85,8 161.000 3.700
Francja 68,4 168.420 300
Hiszpania 64,5 209.300 3.088
Holandia 62,0 46.000 390
Belgia 61,0 95.500 720
Polska 57,0 323.000 13.000
Włochy 51,0 110.000 2.800
Turcja 47,0 370.000 22.000
Szwecja 36,0 53.000 2.520
Finlandia 21,7 34.100 852
Czechy 15,5 129.000 1.839
Austria 15,1 46.800 223
Norwegia 10,7 13.000 b.d.
Jeśli chodzi o konsumpcję produktów chemicznych do dalszego przetwórstwa w roku 2020 Rosja nie znalazła się w pierwszej dwunastce.
Natomiast wiadomo, że w ostatnich latach poprzedzających inwazję Rosji na Ukrainę inwestowały tam największe firmy chemiczne z branży gospodarstwa domowego, kosmetyków i farmaceutyków ale głównie w sieci sklepów i eksport bezpośredni.
W tej dziedzinie najbardziej zaangażowane były takie firmy jak: Henkel, Procter& Gamble, Unilever , których produkty takie jak proszki do prania, szampony, pampersy, kosmetyki, mydełka etc. pojawiły się w sklepach sieciowych.
Są informacje, iż np. największy niemiecki i światowy producent chemiczny BASF ma na terenie Rosji 12 fabryk, ale szczegółów brak , przynajmniej w prasie ogólnodostępnej. I tak jest z innymi wielkimi korporacjami chemicznymi. Miewają po jednej lub kilka niewielkich instalacji albo po prostu magazyny w rejonie wielkich miast.
Na przykład Procter& Gamble kupił fabrykę w Nowomoskowsku, w której produkuje proszki do prania. A w St. Petersburgu ma fabrykę Gilette. Na rosyjskim rynku oferuje 70 marek, które i my znamy: Head& Shulders, Ariel, Always, Gillette, Oral-B i tak dalej. Dopiero po roku 2015 zaczęły się pojawiać w prasie branżowej komunikaty o zamiarach budowy niewielkich jednostek chemicznych , jak na przykład instalacja melaminy w miejscowości Gubakha w rejonie Permu na bazie technologii szwajcarskiej firmy Casale we współpracy z rosyjską firmą Metafrax.
W przypadku przemysłów XXI w. czyli w tzw. high tech sytuacja wyglądała w ostatnich latach przed inwazją na Ukrainę jeszcze ciekawiej,
Jak pokazuje lista TOP -40 eksporterów high tech za rok 2018 czyli jeszcze przed covid Rosja zajmowała ambitne 31 miejsce ale za to z dwukrotnie mniejszą wartością eksportu niż miało nasze małe lecz dumne imperium, które zajmowało 23 miejsce.
Oto wzmiankowana lista wartości eksportu high-tech w mld USD wg krajów za rok 2018:
1.EU ogółem – 763,2
2. Chiny – 654, 2
3.Germany – 207,4
4.Korea Płd – 188,5
5.Hong Kong – 158,6
6. USA – 156,5
7.Singapur – 154,1
8.Francja – 116,4
9.Japonia – 110,3
10. Malezja – 87,72,
11-Holandia – 84,61
12.UK – 76,29
13.Meksyk – 75,41
14.Wietnam – 74,11
15.Tajlandia – 42,95
A potem długo nic i
20. Włochy – 33,84
21.Kanada – 30,45
22.Szwajcaria – 30,09
23. Polska – 21,75
a dalej
30. Brazylia – 11,04
31. Federacja Rosyjska – 10,14
32.Dania – 9,47
Chyba zostawimy bez komentarza.
=========================
W kategorii pod nazwą „Mobile internet Speed” Rosja zajmuje dumne 97 miejsce z wynikiem 17,85 Mbps (cokolwiek to jest) a przed nią na przykład Nepal na 91 miejscu – 18,42.
Polska zajmuje 45 miejsce – 37,79, USA – miejsce 22 z wynikiem 53,31
a pierwsza piątka to: 5. Chiny – 96,84, 4.Katar – 97,90, 3. Korea Płd – 104,98, 2. Norwegia – 116,55 i 1. Emiraty Arabskie -136,42.
Jak można się domyślać, w kierownictwie Federacji Rosyjskiej , które pamięta jeszcze świetlane czasy ZSRR, dane dotyczące produkcji high tech , liczby smartfonów na obywatela , czy szybkości połączeń internetowym na terenie kraju były do chwili nałożenia sankcji problemem z gatunku nieistniejących. Ewentualnie luksusowy model smartfona zdobionego brylancikami w rękach córki jakiegoś oligarchy mógł był wzbudzić emocje. Poważni mężczyźni w poważnej rosyjskiej polityce uznawali za najbardziej zasługujący na uwagę i troskę przemysł zbrojeniowy. Niezależne od tego , ile potrzebował gwoździ. Bo dla tego przemysłu gwoździe musiały się znaleźć. Jego produkty były promowane osobiście przez samego pana Putina. I który to przemysł budził oczekiwaną grozę i szacunek w oczach świata.
Przemysł ten jest co prawda nieco kosztowny zarówno w projektowaniu jak i w testowaniu ale ze względu na cele strategiczne Federacji Rosyjskiej, które objawiły się nam w całej pełni 24 lutego, jak najbardziej konieczny. Chodzi oczywiście o tzw. „zbieranie ziem ruskich”.
Od roku 2014 i przejęcia Krymu bez jednego wystrzału oraz zajęcia części obwodów Doniecka i Ługańska pod pretekstem obrony rosyjskojęzycznych obywateli było jasne przynajmniej dla władz Federacji Rosyjskiej, że chwila otwartej konfrontacji nadejdzie i wobec tego takie cele jak dobrostan obywateli Rosji, poziom życia emerytów, praca i mieszkania dla ludzi młodych muszą zejść na plan dalszy.
Wszystkie ręce zostały rzucone na pokład czyli na utrzymanie zbrojeniówki jako priorytetu. Jeśli gdzieś zabrakło prądu, wody albo drogi czy łącza internetowego to sorry, ale Matuszka Rosja ma ważniejsze problemy i cele.
No i nadszedł dzień 24 lutego 2022 r. I następne 3 dni oraz następne 130 dni, w czasie których cały świat w osłupieniu oglądał w trybie on-line coś, co fachowcy od sprzedaży nazywają : anty-promocją produktu.
Pan Putin i jego generałowie dzień po dniu i godzina po godzinie prezentują nam owoce pracy rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wyniki głębokiej pracy umysłów członków sztabu generalnego Federacji Rosyjskiej. A całą tę prezentację sprzętu wojskowego uważnie obserwowali potencjalni kupcy.
I co oni mogli pomyśleć po tym, jak w ciągu 5 tygodni armia rosyjska utraciła w konfrontacji z o wiele słabszym przeciwnikiem : 1000 czołgów, co najmniej 50 helikopterów, 26 myśliwców, 350 sztuk artylerii i zadziwiająco wysoką liczbę jednostek marynarki wojennej.
Oni mogli pomyśleć, że rosyjska broń ofensywna jest ROZCZAROWUJĄCA (cytuję rozżalonego komentatora rosyjskiego). Podobno wskaźniki awaryjności pocisków sięgały aż 50-60% z powodu wad konstrukcyjnych. Co musiało u potencjalnych kupców „wzbudzić poważne wątpliwości”.
Co mówią o tej sytuacji ludzie z branży?
Po pierwsze pojawiła się opinia, że „…STRATA ROSJI TO ZYSK CHIN…” , bowiem Chiny chcą zająć miejsce Rosji w handlu bronią. A jest o co walczyć, bowiem w latach 2015-2020 Rosja zarobiła na eksporcie broni łącznie 34 mld USD.
Chiny nie mogą jeszcze konkurować z bronią USA czy europejską ale w obliczu , mówiąc grzecznie, braku sukcesu broni rosyjskiej, mogą już się przygotowywać np. do budowy okrętów wojennych, bowiem mają bardzo dużą flotę handlową. Dzisiaj Chiny mają udział 4,6% w handlu bronią, USA 39% a Rosja – 20%.
Następne skutki tej wyjątkowej „anty-promocji” rosyjskiego uzbrojenia to: zwycięstwo amerykańskich producentów broni na rynkach oraz przystąpienie wielu krajów do produkcji własnej broni.
Co oznacza , że Rosja ma problem z jedynym przemysłem, w którym pozostała do roku 2020 w ścisłej czołówce światowej i miała z niego , poza ropą i gazem całkiem spore dochody w eksporcie.
Podobno 3 z największych 40 importerów broni czyli Pakistan, Bangladesz i Birma kupują już broń u Chińczyka.
A 90% eksportu broni rosyjskiej to około 10 krajów.
A konkretnie, jak pisze Al. Jazeera , do :
1.India – 6,5 mld USD (23,3%),
2. Chiny – 5,1 mld USD (18,2%)
3. Algieria – 4,2 mld USD (14,9%),
4.Egipt – 3,3 mld USD (11,8%)
5.Wietnam – 1,7 mld USD (5,9%)
6.Kazachstan – 1,2 mld USD (4,3%)
7.Irak -1,2 mld USD (4,3%)
Czy to się utrzyma w przyszłości? Przypuszczam, że wątpię.
Tyle o sytuacji na „froncie wewnętrznym”. Jak widać, nie jest ona lekka.
Na „froncie wewnętrznym” też nie jest lepiej a raczej gorzej.
Oto wczoraj podano informację, iż produkcja przemysłu samochodowego padła o 96,7%. Oczywiście z powodu braku komponentów do produkcji bo wyczerpały się zapasy a tzw. kontrabanda nie została skutecznie uruchomiona na poziomie , jaki utrzymałby produkcję.
W wywiadzie z ekspertem od rosyjskiego przemysłu samochodowego panem Siergiejem Asłanianem puszczonym na youtubie mogliśmy usłyszeć m.in. takie informacje:”… Cudzoziemcy pracowali za nas a my w tym czasie nie robiliśmy niczego. Lecz cudzoziemcy uznali, że my jesteśmy faszystami, agresorami. Jeśli Henry Ford sponsorował za swoje pieniądze NSDAP, to oni tą drogą NIE PÓJDĄ. Oni nie będą popierać faszyzmu…”.
Komentatorka Oksana Yatsenko napisała: „… Putin powiedział :”… A co wam samochód, jeśli dróg nie ma…”. I rzeczywiście Rosja ma relatywnie niewielką sieć dróg jak na tak wielkie terytorium i coraz więcej miejscowości cierpi tam na coś, co w Polsce nazywa się „wykluczeniem transportowym”.
Podobne problemy dotykają inne branże przemysłów, bo braki części zamiennych i podzespołów , dostarczanych do niedawna z importu właśnie teraz narosły do poziomu uniemożliwiającego produkcję. Pan Putin może zmuszać przez jakiś czas właścicieli fabryk do wypłacania całości lub części wynagrodzeń aby nie ujawniać bezrobocia, ale to nie może trwać w nieskończoność.
Tymczasem zachodnie wielkie koncerny, które zarabiały miliardy na eksporcie do Rosji, zwłaszcza produktów i półfabrykatów chemicznych starają się odkładać ostateczną decyzję o odejściu. Proces decyzyjny odbywał się w kilku fazach. Tuż po 24 lutego były to oświadczenia o „rozważaniu odejścia” i oczywiście potępienie wojny. I czekały na zwycięski koniec działań armii rosyjskiej na Ukrainie. Kiedy po kilku tygodniach to nie nastąpiło, koncerny zwłaszcza niemieckie i francuskie zaczęły wydawać oświadczenia, że „będą dostarczać do Rosji jedynie produkty niezbędne do życia ludności” . Co nie jest proste z uwagi na kolejne pakiety sankcji. A ostatnio pojawiły się komunikaty zagranicznych koncernów, które rozpoczęły jakiejś inwestycje produkcyjne w Rosji lub miały takie w planie – iż rezygnują z inwestowania w Rosji. A niektóre z nich wycofały się z zapasami a nawet maszynami.
W tym tygodniu odeszli z rosyjskiego rynku dwaj najwięksi dostawcy smartfonów . W efekcie ruszył rynek smart fonów „z drugiej ręki” a władze rosyjskie w ramach programu państw ego „ZASTĘPUJEMY” (zastępujemy zagraniczne produkty) już ogłosiły, że wprowadzą na rynek smartfona produkcji własnej o tajemniczej nazwie „Tyyiva”.
Gorączkowe poszukiwania krajów chętnych do odegrania roli „kanału przerzutowego kontrabandy” dla ponownego uruchomienia zakładów przemysłowych w Rosji są w toku , ale nie wydaje się, aby pojawiali się entuzjastyczni kandydaci. Ryzyko staje się zbyt duże. A czy Rosja się później odwdzięczy?
A tymczasem cena ropy spadła poniżej 100 USD . Marzenia o powrocie do statusu imperium pierwszej wielkości oddalają się z prędkością światła. Na razie Rosja musi się zadowolić statusem „imperium trzeciej wielkości”. A może być jeszcze gorzej.
I nie pomoże gorące poparcie Niemiec i Francji , które z chciwości najbardziej przyczyniły się do niedorozwoju wielu branż Federacji Rosyjskiej , traktując ją jak republikę bananową. Na jej własne życzenie zresztą.
No i pozostaje jeszcze pytanie najbardziej dręczące tutejszych gorących patriotów: „Kiedy i gdzie Rosja napadnie na Polskę?” Nieśmiało podpowiem, że najpierw musi „ zwyciężyć na Ukrainie”.
A rzucanie bomb atomowych na kraj, w którym jest tyle zakładów przemysłowych i konsulatów największych przyjaciół Rosji czyli Niemiec i Austrii to byłoby chyba nieco przeciwskuteczne.
Przechodząca w stan przewlekły wojna na Ukrainie powoli usuwana jest z pierwszych stron gazet i portali internetowych – bo ludziom znudziły się już doniesienia o ukraińskich sukcesach, a nawet pogłoski o cudownej broni. Na razie wykuwana jest ona w mrokach podziemia, ale pewnego dnia przemówi i zapewni Ukrainie ostateczne zwycięstwo. Ale to już wiadomo od dawna, bo stosowne decyzje w tej sprawie zapadły jeszcze w lutym, więc coraz więcej ludzi przestaje się tym ekscytować.
Powstałą w ten sposób próżnię zaczyna wypełniać wojna polityczna, jaką toczą ze sobą formacje stojące za rządem „dobrej zmiany”, z Prawem i Sprawiedliwością na czele i formacje tworzące obóz zdrady i zaprzaństwa, na czele z Platformą Obywatelską, przez złośliwców nazywaną również Volksdeutsche Partei. Wprawdzie do wyborów parlamentarnych jeszcze rok, ale zarówno Naczelnik Państwa, który porzucił rząd, by kaptować sobie zwolenników, podobnie jak Donald Tusk, odwiedzają coraz to nowe miejscowości naszego nieszczęśliwego kraju. Naczelnik Państwa wprawdzie pochyla się z troską nad rozmaitymi bolączkami, które tu i ówdzie jeszcze występują, ale zapewnia, że w Polsce i tak jest lepiej, niż gdzie indziej, to znaczy – że jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej.
Donald Tusk odwrotnie; wprost nie znajduje słów potępienia dla rządu „dobrej zmiany” i odgraża się, że jak tylko wygra wybory – a to podobno jest już zatwierdzone – i obejmie w Polszce władzę, to tak wszystkich urządzi, że zapamiętają to do końca życia.
Wielu obywateli wierzy i w jedno i w drugie, bo w coś przecież trzeba wierzyć, więc wierzący w Naczelnika Państwa wznoszą na jego cześć okrzyki w rodzaju: „Ja-ro-sław-Pol-skę zbaw!”, podczas gdy wyznawcy Donalda Tuska wznoszą na jego cześć okrzyki przypominające cudzoziemskie słowo: „heil!” I jedne i drugie reakcje odnoszą się do opowieści, jak to jedni i drudzy będą przychylać nieba nam wszystkim, a zwłaszcza tak zwanym „szarym obywatelom”. W tej sytuacji szarzy obywatelowie utwierdzają się w poczuciu swojej ważności, co niekiedy prowadzi do sytuacji niejednoznacznych z punktu widzenia prawnego.
Tak było w Tczewie, kiedy to jegomość uczestniczący w charakterze publiczności w spotkaniu z premierem Mateuszem Morawieckim, wykrzykiwał do niego: „spieprzaj dziadu!” – za co natychmiast został zatrzymany przez policję, która wcześniej próbowała mu to wyperswadować. Policjantom wyjaśniał, że on tylko zacytował prezydenta Lecha Kaczyńskiego, więc karany za to być nie może i nie tylko nie zapłaci sztrafu, ale zaciągnie państwo polskie przed niezawisły sąd, który już powinność swej służby zrozumie i ujmie się za szarym obywatelem, który chciał przekazać panu premierowi, jak się w Tczewie żyje.
Indagowany w tej sprawie mecenas powiedział, że albo sąd odrzuci skargę na państwo polskie, albo nie odrzuci, tylko przeprowadzi rozprawę i jegomościa uniewinni. Wprawdzie pan mecenas taktownie już nie wyjaśnił, dlaczego zachowania niezawisłego sądu mogą być tak różne, więc wyjaśniamy, iż wszystko zależy od tego, czy będzie to sąd rządowy, czy też sąd nierządny. Sądy bowiem, podobnie jak Umiłowani Przywódcy, podzieliły się na wrogie stronnictwa. Sędziowie nierządni kolaborują z Volksdeutsche Partei i w podskokach zrobią wszystko, byle na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu i Zbigniewowi Ziobrze, podczas gdy sędziowie rządowi chętnie użyją surowej ręki sprawiedliwości gwoli poskromienia wrogów PiS.
Sytuację dodatkowo zaognia decyzja rządu, by dwojgu niezawisłym sędziom, którym Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu przyznał po 15 tys euro odszkodowania za to, że nie otrzymali upragnionego awansu, nie zapłacić tych pieniędzy. Jak wiadomo, prawo do awansu jest podstawowym prawem człowieka, podobnie, jak prawo do jazdy metrem, a tymczasem obojgu awans został zablokowany, najpierw przez Krajową Radę Sądownictwa, a potem jeszcze przez Izbę Kontroli nadzwyczajnej Sądu Najwyższego, która ich skargę odrzuciła. Wskutek tego – jak twierdzą – zostali pozbawieni „prawa do rzetelnego procesu”. No, to nic osobliwego; w kraju walczącym o praworządność, to jest rzecz zwyczajna i jeszcze nigdy nie słyszałem, by jakikolwiek sędzia przeprowadził chociaż jeden rzetelny proces, ale Trybunał w Strasburgu, pewnie kierując się solidarnością zawodową, zgodnie z którą kruk krukowi łba nie urwie, mimo wszystko odszkodowanie im przyznał.
Jednak minister spraw zagranicznych pan Zbigniew Rau, odmawia nie tylko wypłacenia pieniędzy, ale nawet jakiejkolwiek dyskusji na ten temat, powołując się na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, przez Judenrat „Gazety Wyborczej” nazywany szyderczo „trybunałem Julii Przyłębskiej”, według którego art. 6 konwencji o prawach człowieków jest sprzeczny z tubylczą konstytucją w zakresie uzurpowania sobie przez strasburski Trybunał prawa kontrolowania statusu tubylczych sędziów krajowych. I co teraz będzie? Nie ma innej rady, jak tylko zaciągnąć państwo polskie przed jakiś niezawisły sąd, najlepiej obsadzony przez sędziów, którym odmówiono wypłacenia odszkodowania, a sprawiedliwości zaraz stałoby się zadość. Chodzi bowiem o pieniądze, a nie jakieś konstytucyjne dyrdymały, a zgodnie ze spostrzeżeniem Machiavellego, łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny.
Tymczasem, chociaż jeszcze nie ucichły echa podanej przez panią Edytę Górniak niedyskrecji, że w przemyśle rozrywkowym pracuje bardzo wielu tzw. „reptilian”, co to nie mają duszy, a już opinią publiczną wstrząsnęła sprawa pana red. Tomasza Lisa, którego z posady naczelnego redaktora tygodnika „Newsweek Polska” wygryzł pan Tomasz Sekielski, autor głośnego filmu o trzech duchownych pedofilach, którzy przed laty wkładali ręce gdzie nie trzeba, od czego dotykani cierpią do dzisiejszego dnia straszliwie katiusze. Okazało się, że pan red. Lis dopuszczał się „mobingu” zwłaszcza na pani red. Renacie Kim. Podobno zachowywał się „jak autokrata”, co „wielu osobom sprawiało ból”.
„Sprawiało ból”… Czy nie chodzi przypadkiem o spuszczenie krwi z nosa – jak w swoim czasie w oskarżycielskiej piosence „Testosteron” śpiewała pani Katarzyna Szczot, używająca pretensjonalnego pseudonimu „Kayah”: „Oskarżam cię o to cierpienie, wojen płomienie, przelaną krew”? Najwyraźniej na widok pani red. Renaty Kim w panu red. Tomaszu Lisie testosteron dlaczegoś zaczynał się gotować i pewnie niewiele brakowało, by porzuciła ona „posadę (…) w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru” – ale wolała donieść na szefa do HR – czyli chyba takiej jaczejki od „zasobów ludzkich” i do związków zawodowych, dzięki czemu już zaczyna zażywać reputacji autorytetu moralnego, podczas gdy pan red. Tomasz Lis dołącza do długiego, białego orszaku męczenników, na czele którego od lat kroczy bohatersko pan sędzia Igor Tuleya.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Czy wiecie państwo, dlaczego wystąpienie Henry’ego Kissingera na Światowym Forum Ekonomicznym wywołało taką furię? Kissinger nie skrytykował sposobu prowadzenia wojny na Ukrainie ani braku postępów na froncie. Nie. To, co Kissinger skrytykował, to sama polityka. I to właśnie wywołało burzę. Wylał kubeł zimnej wody na ludzi, którzy wymyślili tę szaloną politykę, mówiąc im prosto w twarz: „źle żeście to zrobili”. I rzeczywiście się pomylili, bo polityka, którą obecnie prowadzą, szkodzi sojusznikom i interesom USA. To jest probierz, którego używa się, aby określić, czy dana polityka jest głupia czy nie, i niestety, ta zdaje „test głupoty” z powodzeniem. Pozwólcie, że wyjaśnię: Naszą podstawową strategią jest „osłabienie” i „izolacja” Rosji poprzez zerwanie więzi gospodarczych pomiędzy nią a Europą i wpędzenie jej w długi i kosztowny impas na Ukrainie. Taki jest plan. Teraz można pomyśleć, że brzmi to całkiem rozsądnie, ale – według Kissingera – jest to zły plan. Dlaczego? Ponieważ amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego określa Chiny jako rywala numer jeden dla Ameryki (którym oczywiście są), więc naturalnie każda polityka, która wzmacnia Chiny, jest sprzeczna ze strategicznymi interesami USA. Rozumiemy się? Więc pytanie brzmi: Czy ta proxy-wojna na Ukrainie czyni Chiny silniejszymi? A odpowiedź brzmi: Oczywiście, że tak. Sprawia, że Chiny są o wiele silniejsze, ponieważ wojna ta zmusza Rosję do wzmocnienia relacji z Chinami. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że stosunki między światową potęgą produkcyjną (Chiny) i drugim największym producentem węglowodorów (Rosja) właśnie uległy znacznej poprawie z powodu bezproduktywnej wojny Waszyngtonu na Ukrainie. Dokładnie to właśnie oznacza. Oznacza to również, że – w miarę poprawy stosunków między tymi dwoma krajami – tempo upadku imperialnego USA będzie przyspieszać, w miarę jak strefa bez dolara będzie się rozszerzać, a handel dwustronny stopniowo zastąpi obecny, zdominowany przez USA system handlu światowego. Widać, że to się już dzieje. Wojna na Ukrainie wywołała szokujące załamanie światowego handlu, poważne zakłócenia w krytycznych liniach zaopatrzenia, bezprecedensowe niedobory żywności i energii oraz największy ponowny podział świata od czasu rozpadu Związku Radzieckiego. Waszyngton postanowił postawić swoją przyszłość i przyszłość narodu amerykańskiego na bezsensownym geopolitycznym gambicie, który może okazać się największą strategiczną katastrofą w historii USA. Kissinger rozumie powagę sytuacji i dlatego postanowił wtrącić swoje trzy grosze. Nie tylko jednak skrytykował politykę, ale także przedstawił złowieszcze ostrzeżenie, które zostało niemal całkowicie zignorowane przez media. Oto co powiedział: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wojna ta spowoduje wstrząsy i napięcia, które nie będą łatwe do przezwyciężenia. Idealnie linią podziału powinien być powrót do status quo ante (…) Kontynuowanie wojny poza ten punkt nie dotyczyłoby wolności dla Ukrainy, ale nowej wojny przeciwko samej Rosji”.
Szerokie sankcje USA i UE na Rosję: Bumerang i ekonomiczna reakcja w całej Unii Europejskiej
Jest to widoczne czarno na białym, ale rozbijmy to na dwie części, aby lepiej zrozumieć, co mówi Kissinger: „Polityka ta jest zła. Polityka musi być zmieniona natychmiast lub szkody dla USA i ich sojuszników będą poważne i trwałe.” („Negocjacje muszą się rozpocząć w ciągu najbliższych dwóch miesięcy”). To może brzmieć zbyt apokaliptycznie dla niektórych, ale myślę, że Kissinger po coś tutaj jest. W końcu spójrzcie na ogromne zmiany, jakich świat już doświadczył od czasu rozpoczęcia konfliktu; zakłócenia w liniach zaopatrzenia, niedobory żywności i energii oraz cofnięcie projektu globalizacji. Powiedziałbym, że to całkiem duże zmiany, ale prawdopodobnie to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwy ból jest jeszcze przed nami. Jak będzie wyglądała tegoroczna zima, kiedy rachunki za ogrzewanie domów poszybują w górę, przemysł w całej Europie podda się wyższym kosztom energii, bezrobocie wzrośnie do poziomu Wielkiej Depresji, a przerwy w dostawie prądu staną się stałym elementem życia na Zachodzie? Tak wygląda przyszłość Europy i Ameryki, jeśli polityka ta nie zostanie odwrócona i nie dojdzie do szybkiego porozumienia w drodze negocjacji. Putin już oświadczył, że Rosja nie postawi się w sytuacji, w której będzie ponownie gospodarczo zależna od Europy. Te dni już minęły. Zamiast tego przekierowuje on krytyczne przepływy energii do Chin, Indii i dalej w świat. Europa nie jest już priorytetowym klientem, w rzeczywistości stała się zagrożeniem dla przetrwania Rosji, co oznacza, że Rosja będzie nadal kierować swoją produkcję na Wschód. Jak to wpłynie na Europę? To proste. Europa będzie płacić za swoją energię więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Takiego wyboru dokonano, lekceważąc uzasadnione żądania Rosji dotyczące bezpieczeństwa, i z takim wynikiem będą musieli żyć. A więc, oto to, co trzeba wiedzieć:
W 2021 roku Rosja dostarczała 40% całego gazu ziemnego zużywanego w UE.W 2021 roku Rosja dostarczała ponad 25 % ropy naftowej zużywanej w UE.
Jeżeli uważają Państwo, że te ilości węglowodorów mogą zostać zastąpione przez producentów w Nigerii, Iranie, Arabii Saudyjskiej lub w innym odległym miejscu, to niestety są Państwo w błędzie. Europa zmierza w kierunku największego kryzysu energetycznego w swojej historii i może winić tylko siebie. Oto więcej z artykułu na RT (Russia Today): „Obecny kryzys energetyczny może być jednym z najgorszych i najdłuższych w historii, a kraje europejskie mogą zostać szczególnie mocno uderzone, powiedział we wtorek szef Międzynarodowej Agencji Energii, Fatih Birol. W wywiadzie dla niemieckiego magazynu Der Spiegel, Birol powiedział, że przykre następstwa po wydarzeniach na Ukrainie prawdopodobnie sprawią, że obecny kryzys energetyczny będzie gorszy niż kryzysy z lat 70-tych.
„Wtedy wszystko kręciło się wokół ropy. Teraz mamy kryzys naftowy, gazowy i elektryczny jednocześnie” – powiedział Birol, dodając, że przed wydarzeniami na Ukrainie Rosja była „kamieniem węgielnym globalnego systemu energetycznego: największym na świecie eksporterem ropy, największym na świecie eksporterem gazu, wiodącym dostawcą węgla”. W ramach swoich sankcji związanych z Ukrainą, UE wprowadziła ograniczenia na rosyjskie paliwa kopalne i zobowiązała się do ich stopniowego wycofywania. Birol ostrzegł, że kraje w Europie, które są bardziej zależne od rosyjskiego gazu, czeka „trudna zima”, ponieważ „może być sytuacja wymuszająca racjonowanie gazu”, w tym w Niemczech. Jego komentarz pojawił się w momencie, gdy rosyjski państwowy dostawca gazu Gazprom odciął dostawy niektórym firmom energetycznym w Niemczech, Danii, Holandii i innych krajach, po tym jak nie zapłaciły one za paliwo w rublach zgodnie z nowymi wymogami. („Fuel rationing may be coming to Europe – IEA”, RT) Więc, czy ja dobrze sądzę, że zamarzanie na śmierć w ciemności jest lepsze od nalegania, aby Ukraina pozostała neutralna i przestała zabijać etnicznych Rosjan na wschodzie? Czy to jest ta „zasada”, której broni Europa? Jeśli tak, to jest to zły wybór. Oto coś do przemyślenia: Czy wiesz, że wszystkie „mieszanki olejowe” nie są takie same? Dlaczego miałoby to mieć znaczenie? Ponieważ Niemcy importują obecnie 34% swojej ropy z Rosji. A rosyjska ropa to w pełni sprawdzona, wysokiej jakości mieszanka Urals, która jest dostarczana w ogromnych ilościach rurociągiem „Przyjaźń” do niemieckich rafinerii, które zostały zaprojektowane tak, aby spełnić określone wymagania dotyczące przetwarzania. Różna ropa od różnych dostawców zaburzyłaby cały proces rafinacji. Wymagałoby to znacznej „modyfikacji nowych linii i infrastruktury surowcowej, instalacji destylacji atmosferycznej, instalacji destylacji próżniowej, instalacji katalitycznej, instalacji visbreakingu, instalacji alkilacji, reformera katalitycznego, instalacji izomeryzacji oraz instalacji eteru etylo-tert-butylowego (ETBE). Do tego zupełnie nowe magazyny + urządzenia przeładunkowe dla surowca z Rostocku, które zastąpią działający 24x7x365 sprawny rurociąg Przyjaźń.” („Germany’s Refinery Problem”, The Saker) Czyli wszystkie mieszanki ropy nie są takie same? Nie, nie są nawet zbliżone. Na dodatek eksperci branżowi szacują, że przebudowa rafinerii potrwa około 6 lat. W tym czasie wzrost gospodarczy Niemiec – który jest ściśle powiązany ze zużyciem energii – drastycznie spadnie, firmy zostaną zamknięte, bezrobocie wzrośnie, a najpotężniejszy i najbardziej produktywny kraj UE zostanie rzucony na kolana. Może ktoś w niemieckim rządzie powinien był pomyśleć o tych sprawach, zanim zdecydował się na bojkot rosyjskiej ropy? Punkt, który próbujemy przedstawić jest prosty: Kissinger ma rację, a neokolonialne klauny, które wymyśliły nieudaną strategię Ukrainy, są w błędzie, śmiertelnym błędzie. I jeśli nie zwołamy „Negocjacji… w ciągu najbliższych dwóch miesięcy”, jak radzi Kissinger, to zerwanie z Rosją będzie ostateczne i nieodwracalne, w którym to momencie ogromne zasoby energetyczne Rosji, bogactwa mineralne i produkty rolne zostaną na zawsze skierowane na wschód do bardziej przyjaznych narodów. A to spowoduje straszliwe cierpienia zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i ich sojuszników w Europie. Jedynym rozsądnym działaniem jest wezwanie do natychmiastowego zawieszenia broni, aby można było rozpocząć rozmowy pokojowe JAK NAJSZYBCIEJ TO JEST TYLKO MOŻLIWE
. *Michael Whitney jest znanym analitykiem geopolitycznym i społecznym, z siedzibą w stanie Waszyngton. Rozpoczął swoją karierę jako niezależny dziennikarz obywatelski w 2002 roku, angażując się w uczciwe dziennikarstwo, sprawiedliwość społeczną i pokój na świecie. Jest współpracownikiem Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
O sytuacji militarnej na Ukrainie, celach wojsk rosyjskich, o tym, co się musi stać, by Ukraina nie przegrała. Jaka może być rola Polski w najbliższych latach – mniej lub bardziej gorącej wojny. O tym WNP.PL rozmawia z gen. prof. Bogusławem Packiem, byłym rektorem Akademii Obrony Narodowej i doradcą NATO ds. Ukrainy, prezesem Fundacji – Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego.
– Przekaz z wojny na Ukrainie, jaki otrzymujemy, jest mocno podkoloryzowany. Znacznie przesadzony w stosunku do tego, jak wygląda rzeczywistość – twierdzi gen. Pacek.
– Rosja przewyższa Ukrainę wielkością armii i liczbą ciężkiego uzbrojenia, nawet jeśli jest ono czasem wyjątkowo stare. Dlatego może dokonywać dalszych, powolnych zdobyczy terytorialnych – podkreśla.
– Dotychczasowe obietnice Zachodu znacznie przewyższają realną pomoc – uważa. Trzeba, jego zdaniem, rewolucyjnych zmian w skali pomocy, by zrównoważyć siły obrońców z potencjałem agresora.
Jestem przeciwnikiem panikowania oraz straszenia – podkreśla gen. Pacek. – Dzisiaj nie można jednak bez obaw patrzeć w przyszłość. Trzeba się do wojny przygotowywać po to właśnie, by nigdy ona nie nastąpiła.
Jak obecnie wygląda sytuacja na Ukrainie? Jedni eksperci uważają, że Ukraina już tę wojnę wygrała, drudzy, że Putin robi swoje i nie spocznie, dopóki nie zajmie Kijowa. Armia rosyjska jest w znacznym stopniu osłabiona bohaterskim oporem Ukraińców, ale wciąż mozolnie posuwa się do przodu. Nie wygląda na to, by Ukraina wygrywała tę wojnę, choć wszyscy jej tego życzymy.
– Przyczyny tego są dość jasne. Większość ekspertów, analityków i dziennikarzy od czterech miesięcy podąża głównie za ukraińską narracją wojny. Nie korzysta – z sympatii dla broniących się mężnie przed rosyjskim agresorem – z innych źródeł informacji.
Chcąc pomóc Ukrainie, świadomie powtarzają to, co mówią Ukraińcy i Kijów, którzy przedstawiają obraz toczonych walk jako wojnę hybrydową z Rosją – obraz budowany dla pokrzepienia serc, pocieszania i podtrzymywania na duchu społeczeństwa.
To obraz mocno podkoloryzowany. Brutalnie rzecz nazywając, znacznie przesadzony w stosunku do tego, jak wygląda rzeczywistość. Ukraina, chociaż wciąż wygrywa wojnę propagandową, przegrywa w działaniach bojowych. Prawda jest taka, że obecnie przebieg wojny nie jest dla Ukrainy optymistyczny.
Już od wielu tygodni ponosi duże straty w ludziach i sprzęcie. Rosja ma wyraźną przewagę. Wprawdzie wolniej, niż spodziewano się, ale zdobywa kolejne cele.
Zwłaszcza na wschodzie Ukrainy.
– Wojska rosyjskie zajęły cały obwód ługański, a po wycofaniu resztek wojsk broniących Siewierodoniecka prowadzą działania na dużą skalę w obwodzie donieckim. Zajęli już ponad 50 proc. terytorium tego obwodu. Teraz zdobyli Lisiczańsk i sforsowali rzekę Doniec.
W obwodach zaporoskim i chersońskim – to dwa bardzo istotne obwody – sytuacja jest bardziej umiarkowana. Rosjanie nie prowadzą tam żadnych intensywnych walk. Jest tam jednak prowadzona duża rosyjska kampania, która przygotowuje te obwody do referendum.
Rosjanie chcą, tak jak było to na Krymie, by mieszkańcy tych obwodów zagłosowali za „samostanowieniem”, czyli – bo tak to należy czytać – za przyłączeniem się do Krymu.
Dzisiaj trudno powiedzieć, jak się rozwinie sytuacja. Obydwa te obwody są inne niż prorosyjski Donbas, ale wciąż narodowościowo niejednolite. Część tamtejszej ludności jest za Rosją.
[dalej w oryg.: ]
Ukraina wyraźnie przegrywa wojnę
Obietnice Zachodu mocno przewyższają realną pomoc dla Ukrainy
Głośno było ostatnio o przejściu na ruble w płatnościach za gaz. Bardzo dużo szumu… a potem cisza… Co się stało, czemu przycichło? Czyżby jakaś wstydliwa tajemnica? Rzeczywiście, kryje się za tą ciszą coś, co trzeba skrzętnie ukryć przed opinią publiczną…
Gdy Polska (PGNiG) jako pierwsza podejmowała tę decyzję o rezygnacji z płatności w nowym systemie, razem z nią takiego samego wyboru dokonała Bułgaria (Bulgargaz). Później dowiedzieliśmy się o kolejnych, którzy odmówili płacenia: fiński Gazum, holenderska GasTerra, międzynarodowy Shell, duński Orsted i litewski Ignitis.
Niewiele, szczególnie że oprócz polskiego kontraktu pozostałe były bardzo skromne lub miały się właśnie zakończyć. A przecież wciąż obowiązują 54 kontrakty Gazpromu. Te „porzucone” też, jedynie ich realizacja została zawieszona ze względu na brak płatności, a ich wielkość to 18 mld m3 rocznie (na 155 mld importu EU z Rosji w 2021 r.). Jednak Rosjanie szacują ubytek na 5-10% dostaw do Europy, gdyż wiele z tego gazu płynie dalej poprzez pośredników.
Polska była pierwsza… ale sprowadza rosyjski gaz przez Niemcy. Finlandia odrzucając rosyjski gaz za ruble, gwałtownie zwiększyła zakupy… rosyjskiego LNG. Kontrakt zupełnie inny, też długoterminowy, ale w płatności rublami nie obowiązują. Novatek dostarcza LNG z terminalu Kriogaz w Wysocku nad Bałtykiem, bo to najbliżej i najtaniej, gdzie najwięcej kupują… Litwa i Finlandia.
Od rosyjskiego gazu odcięło się zaledwie kilku odbiorców. I też nie do końca. Reszta spokojnie kupuje dalej. A na temat tego „straszliwego szantażu” zapadła cisza. Zero podsumowań, analiz, wniosków.
Kilka krajów wpadło we własne sidła ostrej retoryki pod publiczkę, która uniemożliwia podjęcie racjonalnej decyzji w trudnym momencie. Wepchnęła je w nie Bruksela, jej stanowisko było pryncypialne aż do bólu. Wpłata w walucie kontraktu była do przyjęcia, jednak już konwersję na ruble uznawano za naruszenie sankcji. Przypominali o tym najwyżsi rangą biurokraci brukselscy z Ursulą von der Leyen na czele. Jednak podstaw prawnych nie miało to żadnych, zapisane zostało w jednym ztysięcy dokumentów typu FAQ (odpowiedzi na najczęstsze pytania). Żadnej rangi dokument, a mógł spowodować natychmiastowe odcięciem całej Unii od 40% (a Niemiec od 60%) dostaw kluczowego surowca dla przemysłu i energetyki. To doprowadziłoby do natychmiastowej katastrofy energetycznej i szerzej – gospodarczej.
Nacisk najmocniej działał na kraje słabe i nie broniące swoich interesów. One wypowiedziały kontrakty, odcięły się od wschodu, a w efekcie popadły w energetyczne uzależnienie od Starej Europy, tak jak Polska od Niemiec. Peryferia Unii popadły w jeszcze większe uzależnienie od swoich starszych i bogatszych partnerów. Teraz mogą jedynie pokiwać palcem w bucie.
W żadnym stopniu pokrzykiwania Unii nie działały na państwa, które wiedzą, że interesy gospodarcze to istota rzeczy. Niemcy zawsze dyskretnie opierały się pogłębianiu uzależnienia od USA, a przede wszystkim od kontrolowanych przez nie źródeł ropy i gazu. Dlatego przez partnerstwo z Rosją chciały zmniejszyć dominację Ameryki w Europie. Jednak przy dzisiejszym natężeniu presji, przy uruchomieniu wszelkiego rodzaju narzędzi wpływu – politycy europejscy, szczególnie niemieccy, zrejterowali. Jednak nie na tyle, by nie było odwrotu. Gdy nacisk osłabnie, Ukraina i Rosja zakończą wojnę, wrócą do osłabiania uścisku sojusznika i użyją Rosji jako strategicznej przeciwwagi.
Waszyngton ma ogromną ilość narzędzi nacisku na Europę, a gdy będzie jeszcze kontrolował dostawy energii, a szczególnie jej ceny, może być bardzo niewesoło. Już dzisiaj jest, wystarczy porównać ceny gazu w USA: 25 €/MWh, i u nas: 123 €. Europa ma 5-krotnie wyższe ceny gazu niż Ameryka i jej gospodarka w tym bratnim uścisku może zostać zaduszona na śmierć.
A Stany odgryzają dla siebie coraz większy kawałek europejskiego tortu gazowego, podpisując kontrakty na eksport LNG do Europy. EnBW podpisał właśnie pierwszy w historii niemiecki kontrakt długoterminowy na zakup LNG.
Sytuacja jest niebezpieczna, czasy są wojenne i nieprzewidywalne. Mamy wojnę na Ukrainie, ale mamy też wojnę energetyczną (handlową, finansową) Zachodu z Rosją. Każdy scenariusz jest możliwy i poruszamy się po polu minowym, gdzie każdy krok może skończyć się wybuchem. Niemcy już ostrzegają, że cały ten „rynek” może się w każdym momencie zawalić, określając tę sytuację jako gazowy „efekt Lehman Brothers” – najsłynniejszego bankructwa XXI wieku, które wywołało globalny kryzys finansowy w 2008 roku.
Andrzej SzczęśniakMyśl Polska, nr 27-28 (3-10.07.2022)
O cenzurze, której w UE, a w Niemczech szczególnie – NIE MA.
Niezależna niemiecka dziennikarka stoi w obliczu postępowania karnego w swojej ojczyźnie za relacjonowanie zbrodni popełnionych przez siły ukraińskie na ludności cywilnej we wschodnim regionie Donbasu zniszczonego wojną kraju. https://www.presstv.ir/Detail/2022/07/04/685009/German-journalist-faces-years-of-detention-over-reporting-Ukrainian-atrocities W ekskluzywnym wywiadzie z korespondentem Press TV Johnnym Millerem, Alina Lipp ujawniła, że została objęta postępowaniem karnym przez niemiecki rząd i otrzymała list od organów sądowych w jej ojczyźnie, grożący jej trzyletnim więzieniem.
„Wiadomości, które powiedziałam były takie, że Ukraina ostrzeliwuje cywilów już od ośmiu lat, powiedziałam też, że jest to ludobójstwo i że ludzie tutaj i w Donbasie wspierają operację specjalną Rosji” – powiedziała Lipp telewizji Press TV.
„Okazuje się, że dla Niemców jest to akt kryminalny, więc zabrali z mojego konta bankowego 1600 euro i nawet mi o tym nie powiedzieli” – dodała.
Określiła jako wstrzącającą – odruchową reakcję niemieckich władz w sprawie jej uczciwego i obiektywnego relacjonowania wojny na Ukrainie, potępiając fałszywe twierdzenia europejskiego kraju o wolności słowa i wolności mediów.
„Oni chcą mnie po prostu wsadzić do więzienia na trzy lata. To niewiarygodne. Otworzyli tę sprawę, ponieważ mówię i dzielę się swoją opinią, więc w Niemczech nie ma już wolności słowa.”
W swoim raporcie Miller powiedział, że Lipp „nie pozwolono bronić się na rozprawie sądowej”, dodając, że „albo niemieckie sądy próbują ścigać uczciwych dziennikarzy, albo że szczerze mówiąc, nie mają nawet najbardziej podstawowego pojęcia o polityce międzynarodowej.”
Przeprowadził również wywiad z niezależną hiszpańsko-rosyjską dziennikarką Lui Sivayą, która powiedziała, że ona również była „nękana” i „ścigana” za swoje reportaże o cierpieniach ludzi w regionie Donbasu z rąk sił ukraińskich.
„Na początku otrzymałam wiele nienawistnych komentarzy. Otrzymywałam też szykany. Różni ludzie mnie ścigali. Publikowali mój numer telefonu, moje prywatne informacje, adres, pod którym właśnie przebywałam” – powiedziała Sivaya telewizji Press TV.
Sivaya i Alina nie są jedynymi niezależnymi dziennikarzami, którym grozi więzienie za obiektywne relacjonowanie z frontu wojny, która trwa już piąty miesiąc.
Alina jest byłą polityk Partii Zielonych, która od sześciu miesięcy przebywa w niespokojnym ukraińskim regionie Donbasu.
Została zawieszona na niektórych platformach mediów społecznościowych, zawieszono także jej konto Paypal.
Antywojenne strony, Consortium News i Mint Press, które krytykowały próby NATO podsycania płomieni wojny na Ukrainie, również miały zawieszone konta PayPal, próbowano odciąć ich finansowanie.
„Podczas gdy mainstreamowe media nie wysyłają nawet reporterów do tej części Ukrainy, kilku zachodnich reporterów ryzykuje życiem i reputacją, aby odkryć ważne kwestie.” powiedział Miller w swoim raporcie, dodając, że „za to ryzykują, że zostaną oczernieni lub wysłani do więzienia po prostu za wykonywanie swojej pracy.”
W ostatnich miesiącach pojawiło się kilka doniesień o ostrzeliwaniu cywilów przez ukraińskie siły zbrojne we wschodniej części Ukrainy.
Rosja rozpoczęła operację wojskową na Ukrainie pod koniec lutego, po tym jak Kijów nie zrealizował warunków porozumień mińskich i w wyniku uznania przez Moskwę separatystycznych regionów Doniecka i Ługańska.
Prezydent Rosji Władimir Putin powiedział wówczas, że jednym z celów tego, co nazwał „specjalną operacją wojskową”, jest „denazyfikacja” Ukrainy.
25 czerwca Straż Graniczna poinformowała, że od 24 lutego granicę polsko-ukraińską przekroczyło ponad 4,32 mln uchodźców z Ukrainy. O ile za chwalebny uważam odruch zwykłych Polaków z pomaganiem zwykłym Ukraińcom, tak za haniebne uważam celowe wprowadzanie Polaków w błąd i narażanie naszego społeczeństwa na problemy i niebezpieczeństwo.
Za pomocną rozmaitych technik dezinformacji wmówiono Polakom, że konieczne jest przyjęcie Ukraińców, gdyż grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Polacy bezkrytycznie otworzyli swoje serca i domy. Tymczasem polskie społeczeństwo zostało oszukane.
Otóż, wielu przybyszy zza wschodniej granicy wyjechało z terenów nieobjętych działaniami zbrojnymi, a więc nie było bezpośredniego zagrożenia dla ich życia. Wielu z nich skuszonych rozmaitymi profitami przyjechało do Polski, by zgarnąć zasiłki i skorzystać z innych przywilejów (darmowe bilety, mieszkania, 500 plus, itp).
Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna się włączyć Polakom przy okazji Wielkanocny, kiedy wielu obywateli Ukrainy pojechało na Święta do swoich domów i nierzadko już tam zostali. Gdyby faktycznie groziło im tam śmiertelne niebezpieczeństwo, to nie zdecydowaliby się na taką podróż w drugą stronę. Oczywiście nie chcę generalizować. Nie mam wątpliwości, że spora część osób z Ukrainy realnie potrzebuje pomocy, gdyż wskutek działań zbrojnych w każdej chwili mogli zginąć od pocisków i/lub ich domy zostały zrównane ziemią.
Dziwić natomiast powinno, że nie udzielono im schronienia w innych regionach Ukrainy. Przypominam, Ukraina jest prawie dwa razy większa od Polski i wiele terenów jest tam względnie bezpiecznych.[80-90% md]
Tymczasem znam sporo osób – także z mojej rodziny – które w spontanicznym odruchu przyjęły pod swój dach przybyszów z Ukrainy. Co ciekawe, nie wszyscy przyjezdni na tej fali to Ukraińcy. Dla przykładu, moi bliscy znajomi otworzyli swój dom dla dwóch studentów kijowskiej uczelni, którzy są obywatelami Libii. Początkowo niespecjalnie chcieli oni opuścić Kijów, ale ostatecznie zdecydowali się wyjechać, gdyż wszyscy mieszkańcy akademika skorzystali z tzw. okazji i wyjechali zagranicę. Młodzi Libijczycy przyznali, że bardzo ich dziwi otwartość Polaków na przybyszów z Ukrainy. Znając ukraińskie nastroje z bezpośrednich kontaktów i internetowych forów, zapytali nas wprost: «Nie boicie się przyjmować Ukraińców? Przecież oni nienawidzą Polaków!».
Ponadto libijscy studenci pokazali nam wymowne filmiki z ukraińskich kanałów, podpisane szyderczo: «pomoc humanitarna z Polski». Kamera uwieczniła wysłane w darze dla potrzebujących puszki z żywnością, które „przedsiębiorczy” Ukraińcy sprzedawali potem za konkretną sumę hrywien. Przypominam, dzieje się to w czasie, gdy ceny w Polsce za żywność drastycznie poszybowały w górę, Polacy klepią coraz większą biedę i wielu naszych rodaków nie stać już na zatankowanie samochodu.
Na szczęście nie wszyscy obywatele Ukrainy widzą w nas frajerów do wydojenia. Czuję się w obowiązku odnotować, że poznałam przykłady honorowych i uczciwych Ukrainek. Nie chciały one od państwa polskiego żadnych zasiłków, tylko znalazły sobie w Polsce uczciwą pracę, a za każdą okazaną pomoc od polskich rodzin były serdecznie wdzięcznie i chciały to jakoś pożytecznie odpracować. Niestety takie budujące przykłady zdają się być ledwie zauważalne w gąszczu roszczeniowej postawy naszych wschodnich sąsiadów. Do Polaków zaczyna powoli docierać, że zostali zrobieni w bambuko. Wiąże się to z tym, że eskalacja polsko-ukraińskiego napięcia dopiero przez nami.
Pewne nastroje można wyczytać z przeglądarki Google. Po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy «Ukraińcy są», w uzupełnieniu pojawiają się kolejno następujące wyniki: bezczelni, roszczeniowi, niewdzięczni, wybredni. Gdy zaś wpisze się frazę «Polacy są», wyskakuje uzupełnienie: sługami narodu ukraińskiego, sługami Ukraińców, itp. Skąd powyższe wyniki? Przytoczę pierwszą z brzegu historię, którą opowiedziała mi moja fryzjerka. Gdy kilka miesięcy temu Ukraińcy masowo przybyli do Polski, niektóre ukraińskie kobiety ruszyły dodatkowo do polskich salonów piękności. Na miejscu zamawiały sobie rozmaite usługi: farbowanie, baleyage, strzyżenie, nakładanie odżywek, itp. Były to nierzadko bardzo drogie zabiegi, wszak wymagały czasu, użycia farb i innych preparatów, za które polska fryzjerka czy kosmetyczka musiała wcześniej zapłacić z własnej kieszeni. Na koniec Ukrainki oznajmiały, że nie mają czym zapłacić za usługę, bo są biednymi uchodźcami, więc im się to należy za darmo. W takiej sytuacji fryzjerki są kompletnie bezradne. Okazuje się bowiem, że nawet wezwanie Policji nic tutaj nie wskóra.
Ogromnym problemem, o którym się u nas nie mówi, jest nadużywanie alkoholu przez uchodźców. Z pewnych konkretnych źródeł wiem, że opieka społeczna w Polsce ma teraz dodatkowo pełne ręce roboty. Chodzi o liczne interwencje z odbieraniem dzieci pijanym w sztok ukraińskim matkom. Poznałam różne przerażające historie. Wygląda na to, że wiele z tych kobiet nie radzi sobie nową sytuacją, albo nie uporały się ze starymi problemami. W efekcie, na obczyźnie dosięga nich załamanie nerwowe czy inna psychoza, którą nierzadko „leczą” rozmaitymi pigułkami popijanymi wódką.
Znajoma opowiadała mi, że w bloku jej rodziców mieszkają uchodźcy z Ukrainy, którzy nieustanne robią zakrapiane imprezy, zakłócające życie sąsiadów. Najbardziej zdziwił ją fakt, skąd oni mają tyle pieniędzy na alkohol, bo przecież nigdzie nie pracują. Ta sama znajoma pracuje w służbie zdrowia. Zdenerwowana mówiła o roszczeniowej postawie ukraińskich pacjentów, którzy na szpitalnym korytarzu robią dzikie awantury. Żądają natychmiastowego przyjęcia do lekarza czy na zabieg – bo im się należy, gdyż są z Ukrainy. I często udaje im się to osiągnąć, podczas gdy polscy pacjenci nadal muszą czekać w długich kolejkach.
To są realne problemy, o których media w Polsce milczą jak zaklęte. Cenzura obowiązuje u nas na całego.
Jedna z moich przyjaciółek dołączyła do Polaków pomagających uchodźcom. Na portalu społecznościowym napisała taki komentarz: «Mieszkają pod moim dachem 4 osoby z Ukrainy. I tak się składa, że mają prorosyjskie poglądy, czego na samym początku bali się ujawniać widząc tę psychozę w Polsce i zbiorowe poparcie dla Zełenskiego. I nie wyjechali z Kijowa, bo bali się armii rosyjskiej, która była poza miastem. Uciekli, bo Ukraińcy sami do siebie zaczęli strzelać. Bo Zełenski powypuszczał kryminalistów z więzień i rozdał im wszystkim broń.»
Powyższy wpis administracja Facebooka szybko usunęła, a koleżanka otrzymała komunikat o treści: «Ten komentarz narusza standardy społeczności w zakresie treści propagujących nienawiść».
Co się jeszcze musi wydarzyć i ile czasu upłynie, zanim Polacy otworzą oczy i zaczną usuwać flagi Ukrainy z przestrzeni publicznej? Jedno wydaje się być nieuniknione – prędzej czy później coś strasznego sprawi, że czara goryczy zostanie przelana.
2 lipca 2022 [tu wersja NWO -dla ludu. Zobaczymy za parę dni, co o tym powie TVPiN. md]
Simonetta Sommaruga (posłanka do szwajcarskiego parlamentu z ramienia partii socjaldemokratycznej, dwukrotnie sprawowała urząd Prezydenta Szwajcarii, było to w latach 2014 i 2020 – urząd Prezydenta w Szwajcarii jest obejmowany kolejno przez każdego z ministrów – członków Rady Federalnej, każdy pełni rolę Prezydenta przez jeden rok- przyp. tłum.) opowiada o zbliżającej się „Konferencji Odbudowy” Ukrainy, która odbędzie się w Lugano w dniach 3-4 lipca 2022 r.
Dania opiekuje się regionem Mikołajów, Wielka Brytania opiekuje się Kijowem, Portugalia opiekuje się szkołami: W Lugano mają zostać utworzone sponsoringi na odbudowę. Szwajcaria pomaga w cyfryzacji.
Po 128 dniach wojny zawsze jest dość do zrobienia. Sama Ukraina niedawno oszacowała zapotrzebowanie na infrastrukturę na 104 miliardy dolarów. Do tej pory ofiarą rosyjskiej agresji padło 45 milionów metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej.
Co więcej, 656 szpitali, ponad 1200 placówek edukacyjnych, 300 mostów, 12 lotnisk i prawie 25 000 kilometrów dróg musiałoby zostać odbudowanych. Ogólnie Kijów i Komisja Europejska szacują koszt odbudowy Ukrainy na 500 do 600 miliardów euro.
– Dlatego mówimy, że zwycięstwo Ukrainy na polu bitwy byłoby połową sukcesu – powiedział Schmyhal. „Pozostałe 50 procent to przywrócenie i odbudowa naszego państwa, przekształcenie naszej gospodarki, energetyki i infrastruktury.”
Szwajcaria zaangażuje się w „cyfrową transformację”
Czy istnieje obszar, w który rząd federalny chce się szczególnie zaangażować? „Jednym z tematów, w które szczególnie zaangażowana jest Szwajcarska Współpraca Międzynarodowa (IZA), jest transformacja cyfrowa”, odpowiada rzecznik FDFA Andreas Heller, zapytany przez blue News. „Już przed wojną Szwajcaria wspierała ukraińskie Ministerstwo Cyfrowej Transformacji w konkretnych projektach”.
Wraz z wojną transformacja cyfrowa stała się jeszcze ważniejsza i będzie odgrywać ważną rolę w odbudowie, jak twierdzi departament spraw zagranicznych. „Możemy już rejestrować zgłoszenia szkód za pośrednictwem aplikacji”, wyjaśnia Heller. „W związku z tym Szwajcaria rozszerza współpracę w tym obszarze i wspiera Ministerstwo Transformacji Cyfrowej kwotą 15 mln CHF do końca 2023 r.”
Jednak po konferencji w Lugano nie należy spodziewać się cudów: Wydarzenie to jest raczej „rozgrywką”, wyjaśnia specjalny przedstawiciel EDA w „Blicku”: „Chodzi o zasady odbudowy, o proces”, mówi Szymona Pidoux. „Aby uchwalić plan Marshalla, wojna powinna się skończyć. Byłoby na to za wcześnie”. Pidoux zwraca jednak uwagę, że Plan Marshalla został przygotowany dwa lata przed końcem II wojny światowej.
„Instrumenty i metody” dla „ostatecznego planu”
W Ticino zadaniem uczestników nie jest wypracowanie ostatecznego rozwiązania, ale „narzędzia i metody do opracowania ostatecznego planu”. Ambasador Ukrainy w Szwajcarii dodaje: „Ukraińcy chcą wrócić do domu. Musimy zapewnić infrastrukturę krytyczną – wyjaśnia Artem Rybchenko – szpitale, przedszkola i szkoły, które zostały zniszczone.
Nawiasem mówiąc, Magdalena Martullo-Blocher nie wierzy, że Szwajcaria odegra „znaczącą” rolę na konferencji. „Selenskyj może być połączony przez wideo, Rosjanie w ogóle nie przyjdą” – skarży się w NZZ. „Możesz negocjować tylko wtedy, gdy partnerzy w negocjacjach wykazują do tego fundamentalną chęć”. Pozycję rządu federalnego osłabiło przyjęcie sankcji UE. Ale pani polityk mówi też: „Musimy spróbować!”
Ukraine Recovery Conference
3 i 4 lipca nawet 1000 uczestników będzie dyskutować o odbudowie Ukrainy w Lugano. Pochodzą z 38 krajów i reprezentują swoje państwo lub jedną z 14 organizacji międzynarodowych. Kijów wysyła do Szwajcarii około 100 osób, w tym premiera Denysa Schmyhala, ministra spraw zagranicznych Dmytro Kulebę i pięciu innych członków gabinetu. Wołodymyr Zełenski nie może przyjechać: Prezydentowi jako „pierwszej osobie odpowiedzialnej” nie wolno obecnie opuszczać kraju – tłumaczy ambasador Ukrainy w Szwajcarii. Artem Rybchenko wie, że zamiast dwugodzinnego lotu delegacja musi podróżować dłużej – „około półtora do dwóch dni pociągiem, samolotem i samochodem”.
Tłumaczył : Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Rozdarta wojną Ukraina potrzebuje wsparcia – oprócz dużych pieniędzy, konkretnej pomocy na odbudowę. Podkreślił to ambasador Ukrainy w Bernie przed rozpoczęciem ukraińskiej konferencji w Lugano, 3 i4 lipca]. Konferencja „o odbudowie” jest bardzo ważna.
Jednak w Lugano nie ma konferencji darczyńców dla rozdartej wojną Ukrainy. Kwestia kosztów była zbyt wczesna, podkreślił w czwartek przed mediami w Bernie ambasador konferencji Simon Pidoux z Federalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (FDFA). Najpierw swoje pomysły przedstawią Bank Światowy, UE i Ukraina.
Specjalny ambasador konferencji Pidoux nie chciał podać konkretnych informacji na temat treści rozmów w Lugano. Tylko tyle: musi to być kwestia rozpoczęcia odbudowy na Ukrainie („rozpoczęcie”), znalezienia wspólnego języka i przeprowadzenia ukierunkowanych prac przygotowawczych, aby stworzyć szeroką podstawę wsparcia.
Korupcja pozostaje problemem
Według Pidoux na pierwszym planie rozmów wysuwa się pięć głównych tematów: społeczeństwo, gospodarka, środowisko, infrastruktura i cyfryzacja. W każdym razie proces odbudowy na Ukrainie musi iść w parze z procesem reform – podkreślił Pidoux. Problemem pozostaje korupcja w kraju.
W przyszłym tygodniu w Ticino spodziewanych jest co najmniej ośmiu szefów państw lub rządów, co najmniej 15 ministrów i 52 oficjalne delegacje z 38 krajów i UE, a także przedstawiciele 14 organizacji międzynarodowych. W sumie oczekuje się ponad 1000 uczestników, również ze społeczeństwa obywatelskiego, biznesu i świata akademickiego.
Prezydent federalny Ignazio Cassis, radna federalna Simonetta Sommaruga, przewodnicząca Rady Narodowej Irène Kälin i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen złożyli wiążące zobowiązania, podobnie jak premier Polski Mateusz Morawiecki, premier Czech Petr Fiala i jego litewska odpowiedniczka Ingrida Szymonit.
W Lugano oczekuje się m.in. niemieckiej federalnej minister ds. współpracy gospodarczej i rozwoju Svenji Schulze, brytyjskiej minister spraw zagranicznych Elizabeth Truss i jej tureckiego odpowiednika Mevluta Cavusoglu oraz przedstawiciela USA na szczeblu podsekretarza stanu.
Zełenskij wystąpi online
Delegacji ukraińskiej przewodniczy premier Denys Schmyhal, a parlamentarzystom ukraińskim w Lugano przewodniczy przewodniczący parlamentu Ruslan Stefanchuk. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenskij będzie online. W każdym razie prezydent od początku był zaangażowany w przygotowania do konferencji – powiedział ambasador Ukrainy w Bernie Artem Rybchenko.
W skład delegacji ukraińskiej wejdzie także minister spraw zagranicznych Dmytro Kuleba oraz pięciu innych ministrów odpowiedzialnych za energetykę, infrastrukturę, ekologię, rolnictwo i rozwój regionalny.
Rosja nie została zaproszona
Podobnie jak na poprzednich ukraińskich konferencjach reformatorskich, nie zaproszono nikogo z Rosji. Ponadto, według EDA, kraj ten jest teraz agresorem.
Cassis, która jest również szwajcarskim ministrem spraw zagranicznych, powiedziała w zeszłym tygodniu, że konferencja w Lugano będzie wkładem Szwajcarii w stabilność Europy i świata. Uczestnicy konferencji powinni zatem określić priorytety, metody i zasady odbudowy na Ukrainie. Na końcu powinna powstać „Deklaracja z Lugano”.
To już V Konferencja Ukraińska
Wydarzenie w Lugano, obecnie nazywane Ukraińską Konferencją Odbudowy, było pierwotnie planowane jako piąta ukraińska konferencja reformatorska, po czterech poprzednich edycjach w Londynie (2017), Kopenhadze (2018), Toronto (2019) i Wilnie (2021). Zostały one zorganizowane po tzw. masowych protestach Euromajdanu, które rozpoczęły się w 2013 roku.
Impulsem do protestów na centralnym Majdanie Kijowa była kwestia zbliżenia z UE. Doprowadziły one do upadku prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza w 2014 roku, który w ostatniej chwili porzucił UE pod naciskiem Moskwy. W rezultacie Rosja zaanektowała Krym, a na wschodniej Ukrainie wybuchła wojna między wspieranymi przez Rosję separatystami a armią ukraińską.
Jako wieloletni partner Ukrainy w polityce, biznesie i kulturze Szwajcaria od dawna była proszona o zorganizowanie piątej konferencji reformatorskiej. Na tle rosyjskiej inwazji na Ukrainę 24 lutego i zniszczeń w kraju konferencja reformatorska została przemianowana na konferencję odbudowy.
Tłumaczył : Paweł Jakubas, proszę o Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Jednym z największych błędów popełnianych przez decydentów USA/NATO i ich doradczych „ekspertów” jest to, że całkowicie nie docenili rosyjskiej gospodarki, jej głębi i niezwykłej odporności, i nawet teraz nadal trwają w swoich głupich uprzedzeniach, że Rosja jest „ stacją benzynową posiadającą broń jądrową”. Komentatorzy twierdzą, że rosyjska gospodarka nie jest większa niż w Teksasie czy Belgii i pojawiają się pytania, czy Rosja produkuje coś poza gazem i ropą na eksport.
Jednak ci ludzie nigdy nie pytają, jak duży jest rosyjski program kosmiczny, ile atomowych okrętów podwodnych produkuje ten kraj, ile nowych stacji metra, lotnisk lub mostów buduje się i otwiera w Rosji rocznie, ile typów samolotów i ciężarówek jest wyprodukowane przez Rosję lub ile żywności jest uprawiane i eksportowane. Zamiast tego dokonuje się głupich porównań ze wskaźnikami, które raczej zniekształcają niż mierzą siłę realnej gospodarki Rosji, licząc głównie nadęty balon bilansów,nagromadzone jako fikcyjne bogactwo w zachodnich systemach finansowych i bankowych, rozdęte ponad wszelkie wyobrażenia.
Gdyby mieli za podstawę porównania użyć rzeczywistej produkcji rosyjskiej gospodarki, zamiast stale zajmować się absurdalnym produktem krajowym brutto (PKB) w przeliczeniu na rubla dolarowego, to zainteresowani politycy już dawno zrozumieliby, że rosyjska gospodarka jest prawie samowystarczalna. Ale tak wiele intelektu nie można oczekiwać od podżegaczy wojennych USA/NATO, zwłaszcza że zniszczyłoby to ich wiarę we własną propagandę. Pozostają więc przekonani, że rzekomo słaba gospodarka rosyjskiej „stacji benzynowej z bronią jądrową” wkrótce upadnie na skutek zachodnich sankcji. A jeśli nie teraz, to trzeba dorzucić jeszcze kilka szalonych sankcji, które – jak teraz widać – przede wszystkim niszczą unijne gospodarki i wzmacniają Rosję.
Dobrze znany think tank US Air Force „RAND” opracował nawet całą strategię ruiny Rosji na podstawie tego błędnego przekonania. W ważnym raporcie z 2019 r. RAND zauważa, [zob. tutaj] że „największa bezbronność Rosji” leży w jej rzekomo jednowymiarowej gospodarce, która jest stosunkowo niewielka, całkowicie zależna od eksportu energii na Zachód, a zatem łatwo może być zniszczona przez sankcje.
Pomimo obecnego boomu na propagandę wojenną w fałszywych wiadomościach na temat Ukrainy i Rosji, zawsze od czasu do czasu zdarza się odrobina szczęścia, dzięki której zainteresowana publiczność może dojrzeć przebłysk prawdy, która w czasie wojny jest bardzo nieśmiała, w medium specjalizującym się w analizie wojskowej. Omawiana sprawa dotyczy raportu opublikowanego na stronie internetowej szacownego think tanku brytyjskiego wojska, Royal United Services Institute (RUSI), który bada strategiczną głębię zachodniego i rosyjskiego przemysłu obronnego. Tytuł wykładu autora RUSI Alexa Vershinina brzmi „The Return Of Industrial Warfare” i w ten sposób autor nie dostarcza niczego więcej i niczego mniej niż klucz do zrozumienia obecnej i przyszłej trajektorii wojny na Ukrainie i poza nią.
W swoim wystąpieniu Vershinin podkreśla, że wojna na Ukrainie pokazała, że era wojny przemysłowej jeszcze się nie skończyła, ponieważ masowe zużycie wszelkiego rodzaju ciężkiej broni, pojazdów i amunicji wymaga dużej bazy przemysłowej dla uzupełnień. Vershinin przywołuje dobrze znaną rosyjską formułę wojskową: „ilość wciąż ma swoją jakość”, jeśli chodzi o zaopatrywanie setek tysięcy walczących żołnierzy w polu. W tym kontekście wymienia kilka interesujących liczb dotyczących układu sił w wojnie ukraińskiej. Zgodnie z tym, Ukraina rozmieściła 250 000 żołnierzy od początku wojny, dodając kolejne 450 000 niedawno zmobilizowanych, ale słabo wyszkolonych żołnierzy. Według Vershinina przeciwstawia się im 200-tysięczne wojska rosyjskie i sojusznicze z Republik Ludowych Donbasu.
Czytelnik powinien się tu na chwilę zatrzymać.
Jeśli te liczby są prawidłowe,a nie widzę powodu, by nie ufać liczbom RUSI, zwłaszcza że rzucają one w złym świetle brytyjskiego protegowanego Ukrainę, to pokazuje to, że Ukraina, pomimo ogromnej przewagi liczebnej nad rosyjskimi i sojuszniczymi siłami zbrojnymi Ludowych Republik ma zamiar przegrać lub już przegrała bitwę w Donbasie.
Jednak tradycyjna nauka wojskowa zakłada, że atakujący musi mieć przewagę 3 do 1 nad obrońcą w dobrze ufortyfikowanych instalacjach, aby mieć jakąkolwiek szansę na sukces. W Donbasie proporcja jest jednak odwrotna, ponieważ Rosjanie mają przewagę liczebną. Walczą siłami ekspedycyjnymi złożonymi z oddziałów zawodowych wywodzących się ze stałej armii w czasie pokoju.
Rosja nie ogłosiła mobilizacji, w przeciwieństwie do Ukrainy, w wyniku czego przez pozostałą część wojny około 650 000 ukraińskich żołnierzy stanęło w obliczu 200 000 wojsk rosyjskich i sojuszniczych, a Ukraina przegrała pomimo wsparcia Zachodu. Powodem tego jest „wojna przemysłowa”, którą Rosjanie doskonale opanowali, podczas gdy baza przemysłowa Ukrainy została już zniszczona, a USA i inne kraje NATO straciły tradycyjne moce produkcyjne i zapasy amunicji i części zamiennych ponieważ zamienili tę starą, kosztowną metodę na tańszą metodę „just in time”.
A potem autor Vershinin wyjaśnia, dlaczego zaopatrzenie tych armii w setki tysięcy żołnierzy i tysiące dział, czołgów itp. w broń, amunicję, części zamienne, paliwo, smary, żywność, leki itp. jest ważnym zadaniem. Dla Ukrainy zaopatrzenie w amunicję stało się szczególnie trudne, ponieważ Rosjanie ze swoimi zdolnościami i precyzyjnymi atakami rakietowymi głęboko w głębi Ukrainy zniszczyli nie tylko tamtejszy przemysł zbrojeniowy, ale także magazyny amunicji, węzły logistyczne i sieci transportowe .
Chociaż armia rosyjska również ucierpiała od kilku ukraińskich ataków transgranicznych i aktów sabotażu, były to ukłucia szpilki niewspółmierne do olbrzymich strat Ukrainy.
Jednak tempo zużycia amunicji i sprzętu armii ukraińskiej może utrzymać tylko duża baza przemysłowa. Po zniszczeniu własnej bazy Ukraina zwraca się do Zachodu o pomoc, ale na Zachodzie nie ma już takiej zdolności przemysłowej do prowadzenia wojny na dużą skalę z setkami tysięcy żołnierzy, ponieważ w ciągu ostatnich 30 lat USA/NATO Zachód przygotowały tylko w przypadku konfliktów o niskiej intensywności przeciwko trzeciorzędnym siłom militarnym, w których to siły powietrzne USA, a nie siły lądowe, poniosły główny ciężar. Rzeczywistość na Ukrainie, zdaniem Vershinina, jest więc konkretnym ostrzeżeniem dla krajów zachodnich o ograniczonych zdolnościach wojskowo-przemysłowych, które obecnie mogą nie mieć nawet zdolności przemysłowej do prowadzenia wojny lądowej na dużą skalę.
Następnie Vershinin zwraca się do aktualnego zużycia amunicji w walkach na Ukrainie. Jednak ani ukraińskie, ani rosyjskie siły zbrojne nie publikują dokładnych danych o zużyciu amunicji. Ale okrężną drogą, np. na podstawie oficjalnie ogłoszonych danych z misji ogniowych, ogłaszanych przez rosyjskie Ministerstwo Obrony podczas codziennego briefingu prasowego, zużycie rosyjskiej amunicji można oszacować przy różnych założeniach lub ograniczyć do pewnego pułapu.
Viershinin szczegółowo opisuje, ile amunicji zużywa rosyjska bateria z sześcioma działami podczas misji strzeleckiej. Omawia różne operacje ogniowe o różnym zużyciu amunicji. Według jego szacunków wypuszcza się 7176 pocisków dziennie we wszystkich potyczkach ogniowych, choć podkreśla, że szacunki te są zaniżone, zwłaszcza że zużycie amunicji przez artylerię sił zbrojnych dwóch republik Donbasu – Doniecką i Ługańską nie jest liczone przez rosyjskie Ministerstwo Obrony.
Opracowane przez autora liczby dla rosyjskich sił zbrojnych nie są idealne, ale dają wyobrażenie o logistycznym wyzwaniu. Vershinin porównuje następnie dane dotyczące produkcji w USA dla różnych rodzajów amunicji artyleryjskiej. Zauważa, że w ostatnich latach Stany Zjednoczone zmniejszyły swoje zapasy amunicji artyleryjskiej. W 2020 roku zakupy amunicji artyleryjskiej spadły o 36 procent, do 425 milionów dolarów. Plan na 2022 r. zakładał zmniejszenie zamówień pocisków artyleryjskich kal. 155 mm do 174 mln USD, czyli 75 357 „głupich” pocisków M795 dla zwykłej artylerii. Dostępnych jest również 1400 pocisków XM1113 do wysoko ocenianych haubic M777 dostarczonych już na Ukrainę oraz 1046 pocisków XM1113 i 426 precyzyjnie naprowadzanych „inteligentnych” pocisków Excalibur.
Łącząc wszystko razem, Vershinin dochodzi do szokującego wniosku dla wszystkich ekspertów USA/NATO, że roczna produkcja amunicji artyleryjskiej w USA wystarczyłaby w najlepszym razie na dziesięć dni do dwóch tygodni dla intensywnej walki na Ukrainie.
Według Vershinina Stany Zjednoczone nie są jedynym krajem stojącym przed tym wyzwaniem. W niedawnej symulacji wojny z udziałem sił amerykańskich, brytyjskich i francuskich siły brytyjskie wyczerpały krajowe zapasy amunicji krytycznej już po ośmiu dniach. Nawiasem mówiąc, przypomina to zupełnie niesprowokowaną angielsko-francuską wojnę agresywną przeciwko Libii w 2011 roku, w której dwaj agresorzy już po kilku dniach zużyli swoją precyzyjną amunicję do zniszczenia libijskiego systemu obrony powietrznej, bez żadnego spektakularnego sukcesu i zwrócili się do USA o pomoc w dostawach, które następnie same stały się stroną wojenną za namową amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton.
Vershinin stwierdza dalej, że sytuacja w zakresie dostaw i zaopatrzenia USA dla naramiennych pocisków przeciwpancernych i pocisków przeciwlotniczych, takich jak Javelins i Stingers, nie jest dużo lepsza niż w przypadku amunicji artyleryjskiej. Stany Zjednoczone wysłały na Ukrainę 7000 pocisków Javelin – około jednej trzeciej ich zapasów – a kolejne dostawy mają nastąpić. Ale Lockheed Martin, producent Javelinów, produkuje tylko około 2100 rakiet rocznie, co może wzrosnąć do 4000 w ciągu kilku lat, jeśli zostaną podjęte odpowiednie działania. Jednak Ukraina twierdzi, że każdego dnia zużywa 500 pocisków Javelin. Ta liczba z pewnością nie jest prawidłowa, ale nawet gdyby Ukraina wystrzeliwała tylko 50 tych pocisków dziennie, w ciągu siedmiu tygodni wojny zużyłaby całą roczną produkcję USA.
W szczególności, Vershinin wydaje się być pod wrażeniem tempa zużycia pocisków manewrujących i taktycznych pocisków balistycznych przez rosyjskie siły zbrojne. Według jego obliczeń Rosjanie wystrzelili już od 1100 do 2100 rakiet. Stany Zjednoczone kupują obecnie rocznie 110 pocisków manewrujących PRISM, 500 JASSM i 60 Tomahawk. Oznacza to, według autora, że w ciągu trzech miesięcy walki Rosja wystrzeliła czterokrotność rocznej produkcji rakiet w USA.
Jednak rosyjskie tempo produkcji można jedynie oszacować. Rosja rozpoczęła produkcję tego typu pocisków w ograniczonych początkowych seriach w 2015 roku, a nawet w 2016 roku serie produkcyjne szacowano na 47 pocisków. Oznacza to, że rosyjska produkcja rakiet trwa na pełną skalę dopiero od pięciu do sześciu lat.
Nie wiadomo, jakie były początkowe zapasy rosyjskich pocisków na luty 2022 r., ale biorąc pod uwagę zużycie w przeszłości i potrzebę zatrzymania znacznych zapasów na wypadek wojny z NATO, nie wydaje się, aby Rosjanie byli szczególnie zaniepokojeni i oszczędni w użyciu rakiet. W rzeczywistości wydaje się, że mają dość, aby używać pocisków manewrujących przeciwko celom taktycznym nawet na poziomie operacyjnym. Według Vershinina założenie, że Rosja ma w swoim ekwipunku 4000 pocisków manewrujących i pocisków balistycznych, „nie jest nierozsądne”. A ta produkcja prawdopodobnie wzrośnie pomimo zachodnich sankcji. W kwietniu br. na przykład rosyjska firma ODK Saturn, produkująca silniki rakietowe do modelu Kalibr, szukała kolejnych 500 wykwalifikowanych pracowników.
Konsekwencją tego wszystkiego jest to, że w długiej, dużej, konwencjonalnej wojnie między dwoma równie silnymi przeciwnikami zwycięzcą będzie ten, kto ma najsilniejszą bazę przemysłową w swoim kraju, a nie polega na dostawach „just-in-time“ z zewnątrz, być może nawet z nieprzyjaznych. krajów i nie musi na te dostawy czekać. Twój kraj musi albo mieć zdolność produkcyjną, aby produkować ogromne ilości amunicji, albo mieć inne gałęzie przemysłu, które można szybko przekształcić w produkcję amunicji.
Na szczęście zachodnie imperialistyczne państwa wyzyskiwaczy i podżegaczy wojennych nie mają już tych zdolności.
Rainer Rupp
Tłumaczył: Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
„W hołdzie generałowi Stefanowi Mossorowi i wszystkim uczestnikom Operacji Wisła, którzy dzięki swojemu niezwykłemu poświęceniu, męstwu oraz ofierze własnego zdrowia i życia, ocalili dziesiątki tysięcy istnień ludzkich,,
============================= Inwazja
UPA dokonała inwazji zbrojnej na Polskę z terenów kresowych II Rzeczypospolitej – co było przedłużeniem agresji bolszewickiej z 17 września 1939 roku. Celem obu tych najazdów było oderwanie od Państwa Polskiego części jego terytorium. Walka z tym nieludzkim agresorem, była nie tylko walką z bandytyzmem w najohydniejszym wydaniu i ze zdradą państwową (upowcy byli obywatelami RP), ale przede wszystkim świętą wojną o jedność i całość terytorialną Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Banderowcy zatem nie tylko parali się masowym ludobójstwem, ale też dopuścili się zdrady Ojczyzny.
Zacurzonia, Ukraina Zacurzońska, Kraina Kierzońska, zachodnie kresy Zachodniej Ukrainy, Zakierzoński Kraj – to różne nazwy tej samej polskiej krainy obejmującej ziemie: Chełmską, Podlaską, Posanie i tzw. Łemkowszczyznę. Obszar ten w czasach okupacji niemieckiej wchodził w skład dwóch Grup Operacyjnych UPA- Północ i UPA – Zachód. W zasięgu Grupy Operacyjnej UPA – Północ (dowódca Roman Kłaczkiwśkyj ps. Kłym Sawur), znajdowały się tereny południowo – wschodniej Zamojszczyzny i wchodziły one w skład Wojskowego Okręgu – ,,Turiw”, którym dowodził mjr. UPA ,,Rudyj”. Na tej właśnie ziemie ruszył pierwszy klin inwazji UPA na miejsce przygotowane cichaczem przez tzw. ,,Ukraińską Narodową Samoobronę (UNS) Pod wodzą Myrosława Onyszkewycza ps. Orest, Biłyj, Ołeh. Były to aż dwa kurenie (bataliony), w których skład wchodziło osiem sotni, Briadiahy, Jastruna, Korsaka, Hromenki, a także wilcza sotnia Iwana Sycz – Sajenki ps. Jahody.
Członkowie sotni „Bira” ujęci przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w rejonie Zatwarnicy. Jesień 1946
To była forpoczta sił UPA. Jednak Dowództwo Główne, na którego czele stał Roman Szuchewycz ps. Taras Czuprynka, doszło do wniosku, że to za mało dla opanowania ziem, które w zamysłach OUN miały wejść w skład ,,ukraińskiego imperium”. Dlatego w kwietniu 1944 roku skierowało na tę stronę Bugu dodatkowe kurenie z zagonu (pułku) imienia Bohuna, którym dowodził pułkownik Ostrożśkyj. Do tej siły dołączyły jeszcze dwie wilcze sotnie Iwana Wańkowycza ps. Wowk i Anatola Szydoruka, a zaraz za nią sotnia Karpa. Pojawiła się także wataha Dubrowyka, czyli Iwana Szpontaka najbardziej znanego pod pseudonimem Żeleźniak. Z kolei na Zasanie znów ruszyły sotnie z Grupy Operacyjnej UPA – Zachód (dowódca Wasyl Sydor ps. Szełest) z V Wojskowego Okręgu Buh, obejmującego rejon Lwowa, którym dowodził Woronyj. Według założeń OUN w pierwszym rzędzie zamierzano na tych wszystkich terenach całkowicie wyniszczyć ludność polską lub zmusić ją do opuszczenia obszaru między Bugiem, a podaną linią kuszczów (Rozłupy, Miączyn, Suchowola, Huta Różaniecka, Różaniec i Cieplice do Sanu) w celu oczyszczenia zaplecza i stworzenia rozległego przyczółka na zachód od Bugu. Na wszystkich tych terenach inwazji UPA, znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie ponad 300 tysięcy Polaków, którzy unieśli swoje głowy spod banderowskiego topora z Wołynia i Małopolski Wschodniej, którzy znaleźli tutaj swoje schronienie, a teraz ponownie stanęło w obliczu straszliwego zagrożenia ludobójczą eksterminacją. Nie lepiej działo się na południu. Drogę w Bieszczadach otwierała UPA kompania dywizji SS Galizien, która właśnie skończyła służbę u hitlerowców i stała się sotnią hajdamacką. To SS Galizien w dużej mierze zasiliła kadry straszliwej Służby Bezpeky OUN – Bandery. Forpoczta UPA wkroczyła właśnie do Baligrodu w niedzielę rano, 6 sierpnia 1944 roku. Wojska niemieckie opuściły już miasto, więc można było pohulać z Polakami zgodnie z hasłem: ,,Bude Ukrajina odyń den, ale bez Lachiw”. Od sierpnia 1944 roku do czerwca 1945 bandy UPA działały w Bieszczadach w warunkach całkowitej bezkarności. Po przejściu frontu w regionie tym, nie było żadnych regularnych oddziałów Wojska Polskiego, a cały ciężar walki spoczywał na słabych liczebnie i kiepsko uzbrojonych posterunkach milicji.
Aby jeszcze bardziej podkreślić swoją obstrukcję względem polskiej granicy wschodniej, a także jeszcze z innych względów, na tym obszarze , który miał być bastionem antylechizmu, banderowcy zorganizowali własną strukturę, tworząc własną atamanię. Dlatego też w kwietniu 1945 roku został uformowany Krajowy Prowyd OUN Zacurzonii, na czele z adwokatem brzeżańskim Jarosławem Staruchem ps. Stiah. Jego zastępcą został Wasyl Halasa – Orłan, zajmujący się propagandą. Referentem Służby Bezpeky mianowano Petra Fedoriwa ps. Dalnycz, natomiast naczelnym dowódcą wojskowym całej Zakierzonii został Myrosław Onyszkiewycz – Orest, którego głównymi rozkazami było: całkowite wytępienie Polaków, zamieszkałych na ziemiach południowo wschodniej Polski i całkowitego ich usunięcia z tych terenów. Jednocześnie nie uznawać linii Curzona za granicę polsko – radziecką i utworzenie przyczółka, który przy sprzyjających okolicznościach politycznych pozwoli banderowcom pójść na wschód w celu zbudowania wielkiego państwa ukraińskiego. W sumie było w Polsce 70 oddziałów SKW, grupujących łącznie około 2800 osób. UPA w Polsce miała w tamtym czasie 14 oddziałów liczących razem 2820 ludzi. Niektórzy określają też liczebność UPA w Polsce na 7-8 tysięcy ludzi. Do tego należy dodać ilość członków OUN, których liczebność szacuje się na kilka tysięcy osób. Było więc z kim walczyć. Te właśnie bandy od kwietnia do lipca 1947 roku dokonały 460 napadów, w wyniku których śmierć poniosły 152 osoby cywilne i spłonęło 1118 gospodarstw. Wysadzono też 11 mostów i zniszczono dwie stacje kolejowe.
Czy w obliczu takiego narastającego zagrożenia, można było więc dalej patrzeć obojętnie, jak na polskiej ziemi panoszą się banderowcy i stosując bestialskie mordy, ,,walcząc” w ten sposób o swoją Ukrainę? Dziś różne oszołomy domagają się dla nich uprawnień kombatanckich, kosztem tych, co z nimi walczyli naprawdę.
Przesiedlenie
Na terenach wschodnich Rzeczypospolitej, które odpadły od naszej Ojczyzny mieszkało ponad 13 milionów Polaków. W nowym słownictwie zaczął funkcjonować nowy wyraz, określenie ,,repatriacja”. W rzeczywistości była to jednak ekspatriacja, czyli wykorzenienie, wygnanie z ojczyzny praojców. W ten sposób miliony Polaków skazano na przeżycie największej tragedii w dziejach Narodu! Wędrówka ludów trwała w obie strony. Na wschód mknęły pociągi z ludnością ukraińską, a na zachód z polską. Spis dla potrzeb przesiedlenia wykazał, że ludność ukraińska po polskiej stronie linii Curzona, liczy 505 647 osób: w woj. rzeszowskim – 280 153, lubelskim – 201 247, krakowskim 24 247. Te osoby mogły skorzystać z dobrowolnego przesiedlenia się do sowieckiej Ukrainy – w myśl układu zawartego 9 września 1944 roku. Instrukcja w tej sprawie głosiła:
,,Ewakuacja jest dobrowolna i dlatego przymus nie może być stosowany ani bezpośrednio, ani pośrednio. Chęć ewakuowania się może być wyrażona ustnie, jak i pisemnie.”
Wszystko miało dokonać się w czasie od 15 października 1944 do 1 lutego 1945 roku. Nie wszyscy Ukraińcy decydowali się na opuszczenie Polski. Ci co pozostali deklarowali swoją lojalność i chęć walki z UPA. Wśród pozostałych przeważali właśnie ci lojalni (deklaratywnie), u których działało normalne przywiązanie do ziemi rodzinnej, względy religijne, niekiedy, zwłaszcza wśród inteligencji, zżycie z polską kulturą i sentyment do polskości.
Inni natomiast, byli to ludzie w jakiś sposób skompromitowani… w tym część przywódców OUN, którzy liczyli na słabość polskich władz i tym samym szansę przetrwania oraz prowadzenia nadal swojej antypolskiej działalności. Pozostała reszta – również z tych samych powodów, a także ze względów rodzinnych i religijnych – ludzie stanowiący otoczkę nacjonalistycznych band, powiązani z ich członkami więzami pokrewieństwa, sympatii i znajomościami. Pozostała wreszcie część ludzi słabych, zatrzymanych przez upowców po prostu terrorem.
Podkreślmy to jeszcze raz: generalną zasadą przesiedlenia była dobrowolność. Zasadę tę potwierdził m.in. marszałek Michał Rola – Żymierski w wystąpieniu na Sesji Krajowej Rady Narodowej, podkreślając ją także w swoim piśmie z 6 IV 1946 roku skierowanym do rejonowych przedstawicieli do spraw ewakuacji J. Bednarza – Głównego Przedstawiciela Rządu do Spraw Ewakuacji.
Ludności ukraińskiej umożliwiono także w tym czasie ewakuację nie tylko do sowieckiej Ukrainy, lecz również dobrowolne przesiedlenie się na Ziemie Zachodnie i Północne naszego kraju, jeśli nie chcieli wyjeżdżać do ZSRR, gdzie będzie ona traktowana na równi z obywatelami narodowości polskiej. Małżeństwa mieszane będą traktowane specjalnie i będą one mogły również dobrowolnie wyjechać do USRR lub na Ziemie Zachodnie czy inne tereny Polski.
Natomiast jeśli chodzi o osoby narodowości ukraińskiej, które obecnie lub później będą współpracować z ukraińskim podziemiem, zostaną odpowiednio ukarane i władze będą zmuszone przesiedlić je przymusowo.
Podsumowując, chodziło o społeczność liczącą ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, która znów ze swojej strony robiła wszystko, żeby pozostać na miejscu i Polacy jej w tym pomogli. To całkowicie zaprzecza dziś kłamliwym twierdzeniom ze strony środowisk ukraińskich szowinistów mieszkających zarówno w Polsce, jak i za granicą, że w ,,Operacji Wisła’’ nie chodziło o zlikwidowanie band UPA, lecz o zlikwidowanie ,,problemu ukraińskiego’’ w Polsce. Wszystkie jednak fakty powtórzmy to z całą mocą, absolutnie temu zaprzeczają. Polacy godzili się z tym, gdy Łemkowie podkreślali swoje wielowiekowe związki z Polską, takie jak wspólnotę kulturową, a nade wszystko wspólną z polakami krew przelaną w obronie naszej Ojczyzny. Wszystkie te aspekty podkreślili z całą mocą w swoim liście wysłanym z gminy Komańcza 20 lutego 1946 roku do ministra sprawiedliwości, wojewody rzeszowskiego i starosty sanockiego. Szpony demonów
Ukraińcy, będący w tamtym czasie obywatelami polskimi, dopuścili się względem Rzeczypospolitej zbrodni zdrady stanu. UPA tak samo, choć do jej konta należy jeszcze dodać popełnienie masowych zbrodni ludobójstwa i zwyczajnych, pospolitych bandyckich rozbojów. Dziś wszelkie pretensje Ukraińcy za swoje przesiedlenie, winni kierować wyłącznie do przywódców OUN – UPA i do samych siebie za popieranie UPA i to wcale bynajmniej, nie moralne, ale jak najbardziej czynne oraz za listy pisane przez nich wtedy do Stalina, w których kierowali oni wówczas do generallisimusa swoje błagania, o oderwanie ziem południowo – wschodniej Polski i przyłączenie ich do sowieckiej Ukrainy. Ludność ukraińska nie tylko karmiła upowców i przyodziewała, ale także kopała dla nich kryjówki, nosiła ich meldunki, szpiegowała ruchy polskich wojsk, ostrzegała upowców, a w błąd wprowadzała wojsko. Takiego stanu rzeczy na dłuższą metę tolerować nie można było. Trzeba było zbrodni i intrygom położyć zdecydowanie kres i liczyć się z nieobliczalnym w skutkach dla naszej Ojczyzny posunięciem Stalina, wobec którego nie tylko Polacy i ich rząd, ale i cała Europa byłaby bezsilna.
Tak więc decyzja przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów województwa rzeszowskiego, lubelskiego i części krakowskiego, była dzwonem pogrzebowym dla UPA i początkiem jej końca, zawężając i to w bardzo znacznym stopniu jej bazę żywnościową, wywiadowczo – mobilizacyjną, a także zdarzające się coraz częściej dezercje z jej szeregów, skazywały w niezbyt odległym zakresie czasu całą strukturę tego obcego, terrorystycznego ciała operującego na polskiej ziemi, na niechybny, acz definitywny koniec. Dlatego OUN poleciła ostro przeciwstawić się tym wszystkim, niekorzystnym dla niej zjawiskom, i nie tylko nie zaprzestała swojej ludobójczej, terrorystycznej działalności, ale nakazała jeszcze bardziej wzmóc zbrodniczą aktywność podległych sobie formacji UPA względem ludności polskiej, jak również wobec żołnierzy Wojska Polskiego, milicjantów i lokalnych struktur polskiej samoobrony. Banderowcy dopuszczali się najdzikszych złoczynów w stosunku do polskiej ludności cywilnej i żołnierzy, milicjantów, oraz członków samoobrony, wziętych przez nich do niewoli, z której już nigdy nie wrócili. To oni również dezorganizowali na tych terenach całe życie gospodarcze i konsekwentnie dążyli do oderwania od Polski jej odwiecznych ziem rubieżnych. Ich partyjny wódz, prowydnyk ,,Stiah’’, nawet nie ukrywał, że jego celem jest utrwalenie skutków inwazji UPA, poprzez dokonanie nieodwracalnej w swoich konsekwencjach aneksji polski ziem do sowieckiej Ukrainy.
Jak podał w swoim wydaniu z 18 IV 1946 roku dziennik ,,New Yor Herald Tribune’’, bandy UPA rozpoczęły także dokonywanie masowych napadów na stacje kolejowe, a na gościńcach na transporty, które przewoziły na obecne polskie terytorium, Polaków z okolic Lwowa oraz innych stron leżących po stronie sowieckiej. Oblicza się, że tylko w ostatnich trzech miesiącach, zginęło z rąk ukraińskich nazistów od 500 do 1000 polskich osiedleńców, którzy to Ukraińcy wysadzają też mosty, minują linie kolejowe, wywracają z nasypów wagony i przecinają linie telefoniczne i telegraficzne. Amerykańscy korespondenci donosili też o całkowitym spaleniu przez banderowców ponad 800 wsi.’’
Korespondenci gazet europejskich i amerykańskich, którzy odwiedzali nasz kraj zaraz po wojnie, oglądali ,,dzieła’’ UPA, rozmawiali z ludźmi – tymi z ,,Zakierzonii’’ i tymi wygnanymi z Kresów II Rzeczypospolitej. Stawali osłupiali i w takim osłupiającym duchu wobec barbarzyństwa, pisali w swoich gazetach. Wycinki tych gazet docierały do Polski, otrzymywali je ,,Stiah’’ i ,,Orest’’ i oni obaj zdecydowali o zmianie najbardziej rażących pseudonimów swoich mołojców, na które właśnie zwrócili uwagę zachodni korespondenci, takie jak: ,,Rizun’’, ,,Polakożer’’, ,,Żydożer’’, ,,Żydoriz’’, ,,Żydohrij’’, ,,Nożowyk’’, ,,Sokyrnyk’’ itp. Takie bowiem pseudonimy ,,za granicą całkiem nie do twarzy – jak instruował krajowy referent polityczno – propagandowy OUN ,,Nazar’’ – cudzoziemcy (wrażliwi na język zachodni) dostosowują odpowiednio do takich nazw pobudki naszej walki i naszej psychologii…’’
Jak długo zatem można było tolerować to obce ciało w łonie Narodu i Państwa Polskiego? Jak długo jeszcze banderowski rak miał toczyć i niszczyć nasze polskie rubieże południowo – wschodnie? Tak opisał to ówczesny premier Edward Osóbka – Morawski, który stwierdził, że z UPA można było rozprawić się bardzo szybko, a że tego nie uczyniono, wynikało tylko z winy ,,wschodniego sojusznika’’, który wówczas wcale nie był zainteresowany szybkim zakończeniem ,,tej sprawy’’. Niewykluczone, że zależało mu wtedy na chaosie w Polsce, zwłaszcza na terenach przygranicznych. Niewykluczone również, że myślał także o dalszym poszerzeniu granic sowieckiego imperium kosztem polskich ziem rubieżnych. W każdym razie długo ,,cackano się’’ z UPA, aż wreszcie podjęto drakońską, ale jedynie słuszną w owym czasie decyzję, ostatecznego rozprawienia się z UPA. Zaczęły się już nawet szemrania wśród ludności, także Zachód nie był zadowolony z sytuacji panującej w Polsce. Mogło to wskazywać, że Polska nie jest w stanie zapewnić stabilizacji ani u siebie, ani też na zewnątrz. Wszelki nieporządek uderzał bowiem wówczas w spokój europejski. A ludność polska wręcz domagała się spokoju i porządku – co – w tym przypadku równało się z przesiedleniem.
Operacja Wisła
Generał dywizji Stefan Mossor – dowódca ,,Grupy Operacyjnej Wisła”
W styczniu 1946 roku Oddział Operacyjny Sztabu Generalnego Wojska Polskiego opracował dokument pt. ,,Rozważania o walce z bandytyzmem’’, We wstępie autorzy tego opracowania wskazywali, iż powiązania UPA z ludnością ukraińską są główną przyczyną trwałości oraz dobrej konspiracji jej sotni i kureni, W tej sytuacji jedyną alternatywą zupełnego pozbycia się UPA z Polski jest pozbawienie jej bazy oparcia. W taki sposób rodziła się strona techniczno – skutkowa operacji noszącej kryptonim ,,Wisła’’, którą po wielu wahaniach ( i zahamowaniach) zaczęto realizować stanowczo po przypadkowej śmierci generała broni Karola Świerczewskiego. To ta właśnie śmierć stała się bezpośrednim impulsem, a nie pretekstem, jak to do dziś głoszą Ukraińcy, do podjęcia trudnej i bolesnej decyzji, czyli przesiedlenia ludności ukraińskiej i łemkowskiej na zachodnie oraz północne obszary Polski.
Wbrew powtarzanej do dziś kłamliwej narracji płynącej nieustannie ze strony środowisk ukraińskich, ale również i wspierających je kręgów polskojęzycznych renegatów, w tym także tych z IPN, ,,Operacja Wisła’’ została zaplanowana i zrealizowana, bynajmniej nie w interesie polskich komunistów – grupy wówczas bardzo nielicznej w Polsce – lecz w interesie Narodu i Państwa Polskiego. Bezwzględna większość kadry ówczesnych wyższych dowódców realizującej ,,Operację Wisła’’ stanowili nie komuniści, ale przedwojenni oficerowie zawodowi służący w Wojsku Polskim nie ideologii komunizmu, lecz Narodowi i Państwu Polskiemu, żołnierze, którzy gwiazdki oficerskie otrzymali przed wrześniem 1939 roku i w czasie polskiej wojny obronnej.
Więcej, za zbrojną rozprawą z ukraińskimi faszystami z band UPA, jako jedyną możliwością ostatecznego rozwiązania ich zbrodniczej działalności opowiadali się nawet Ukraińcy, będący wyższymi oficerami Wojska Polskiego i zajmujący wiele bardzo wysokich i prestiżowych stanowisk w jego szeregach. Oto jeden tylko z wielu przykładów, jakim uczuciem darzył swoich ziomków biorący osobisty udział w ,,operacji Wisła’’, generał Ostap Steca, z pochodzenia Ukrainiec, urodzony w Komańczy, któremu w 1944 roku upowcy zamordowali siostrę. Generał już w 1946 roku, jako szef Wydziału III (Operacyjnego) Sztabu Generalnego sugerował sekretarzowi generalnemu KC PPR Władysławowi Gomułce, by… przesiedlić Ukraińców, bo w przyszłości nie można absolutnie liczyć na lojalność tej ludności względem państwa polskiego. Jakże prorocze okazały się być dziś te słowa tego Ukraińca, generała w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wypowiedziane 75 lat temu.
Podstawą prawną do usunięcia Ukraińców, a tym samym zakończenia zbrodniczej banderowskiej irredenty, był dekret z 1939 roku, a dokładnie ustawa z 30 marca 1939 roku, upoważniająca rząd do usunięcia z obszarów granicznych każdy segment ludności, uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Opowiadanie więc dziś niestworzonych bredni przez ukraińskich szowinistów i ich polskojęzycznych pomagierów, w tym przez niedouczonych polityków i pseudo historyków z IPN, iż ,,Operacja Wisła’’, była zbrodnią komunistyczną w świetle faktów, obnaża całkowicie ich ignorancję i zarazem świadome działania prowadzone przez nich na szkodę interesów Narodu i Państwa Polskiego.
Zaznaczyć należy również i to z naciskiem, że Polska po drugiej wojnie światowej, aczkolwiek ,,komunistyczna’’ i zależna od Kremla, tak samo zresztą jak wcześniejszy rząd emigracyjny, zależny był we wszystkich aspektach całkowicie od Londynu i Waszyngtonu, była od lipca 1945 roku, uznanym podmiotem prawa międzynarodowego, i fakt ten przy każdej okazji jej włodarze podkreślali. Właśnie ci włodarze, przynajmniej ich polska część po polsku myśląca, nie mogła pogodzić się z terrorystyczną działalnością struktur zbrojnych kręgów faszystowskich, ukraińskich nacjonalistów, zmierzających zupełnie otwarcie do oderwania od Polski obszarów tzw. ,,Zacurzoni’’ i powołania na ich miejscu jakiejś namiastki kadłubowego ukraińskiego państwa – na okres spodziewanego przez nich wybuchu III wojny światowej, tożsamego zresztą z celami tych ówczesnych sowieckich komunistów, których dążenia w tej kwestii były zupełnie tożsame z dążeniami ukraińskich nazistów z OUN -UPA, których zresztą wspierali oni na każdym poziomie ich antypolskich działań.
Ukraińscy, sowieccy komuniści nie chcieli być bowiem gorsi, od swoich banderowskich pobratymców i też zamierzali zbudować Wielką, Samostijną Ukraińską Derżawę, w skład której wchodziłoby m.in. 16 polskich powiatów położonych na południu i wschodzie naszego państwa. Że nie były to wcale czcze rojenia ukraińskich komunistów, świadczyło najlepiej przemówienie wygłoszone właśnie na ten temat przez Chruszczowa, w marcu 1944 roku przed Ukraińską Radą Najwyższą, w której oficjalnie zgłosił on roszczenia wobec Polski, do Lwowa, i wszystkich pozostałych obszarów leżących za linią wytyczoną przez lorda Curzona, oświadczając, że:
,,Naród ukraiński będzie dążył do przyłączenia do ukraińskiego państwa radzieckiego takich odwiecznie ukraińskich ziem, jak rejon Chełma, Hrubieszowa, Zamościa, Tomaszowa i Jarosławia.’’
Po wygłoszeniu tych słów Chruszczow dostał od członków Rady Najwyższej burzliwą owację!
I tylko zdecydowany sprzeciw w tej kwestii Stalina spowodował, że nie zdołali oni zrealizować swojej wizji, godząc się ostatecznie na aprobatę linii Curzona jako granicy między Polską, a sowiecką Ukrainą. Liczyli jednak nadal, że z czasem część tzw. ,,Zakierzonia’’ uda im się odzyskać i inkorporować do samostijnej.
Dlatego Rzeczypospolita miała wręcz święty obowiązek, zapewnić na swoim suwerennym terytorium spokoju, drogą całkowitej eliminacji wrogich i obcych jej sił oraz jak najsurowiej ukarać swoich własnych obywateli, którzy dopuścili się wobec niej świadomego aktu zdrady stanu i zbrodni przeciwko Polsce.
Bieszczadzkiej, zbrodniczej dywersji OUN – UPA wymierzonej przeciwko Narodowi i Państwu Polskiemu, nie likwidowali bynajmniej, jak przedstawia to dzisiaj kłamliwa banderowska propaganda mityczni komuniści. Albowiem z bandami UPA w trakcie trwania ,,Operacji Wisła’’, i to od samego początku jej trwania, aż do jej zakończenia, walczyli z banderowcami również żołnierze Armii Krajowej, zgrupowani w szeregach milicji, której posterunki tworzyli samorzutnie na terenie całego Podkarpacia w celu obrony polskiej ludności przed ludobójczym terrorem UPA. Natomiast szeregi wszystkich formacji Wojska Polskiego, które brały bezpośredni udział w tej operacji, złożone były z żołnierzy, mających za sobą zsyłki, łagry, obozy śmierci i więzienia, partyzanckie i frontowe boje. Walka z UPA była dla nich wszystkich, taka sama jak ich wcześniejsze zmagania z Niemcami w Powstaniu Warszawskim, nad Wisłą, na Wale Pomorskim i w Berlinie, tylko toczona z bardziej podstępnym i bezlitosnym wrogiem o wolność i integralność terytorialną kraju, o pokój i spokój jego obywateli, o ich życie.
Przeciwko liczącemu około 6 tysięcy członków ukraińskiemu, nacjonalistycznemu podziemiu w Polsce (około 2,5 tysiąca w UPA, kilkuset funkcjonariuszy Służby Bezpeky OUN – Bandery i około 3 tysięcy członków OUN zgrupowanych w kuszczach) skierowano siły liczące 20 tysięcy żołnierzy. Stosunek sił wynosił więc 1:3,2, kiedy według ówczesnych poglądów, nawet w czasie działań na froncie, stosunek ten wynosić powinien 1 do 3 na korzyść nacierającego. W specyficznych zaś działaniach, w terenach górzysto-lesistych, przeciwko wrogowi mającemu częściowe wsparcie w bazie społecznej, już ówczesne doświadczenia wykazały, że stosunek sił powinien kształtować się na poziomie od 1:10 do 1:15. Obecnie zaś mówi się nawet o stosunku 1:120. W trakcie działań ,,GO Wisła’’ niedocenienie przeciwnika opóźniło wykonanie zadania. Pozytywnie za to należy ocenić przygotowanie wojsk do operacji pod względem organizacyjnym.
Z jak straszliwym, niebezpiecznym i nieprzewidywalnym wrogiem przyszło zmierzyć się w czasie trwania ,,Operacji Wisła’’ żołnierzom Wojska Polskiego, milicjantom, żołnierzom Armii Krajowej i członkom lokalnych formacji samoobronnych, najdobitniej ukazuje to, że działaniom OUN – UPA w południowo – wschodniej Polsce, na obszarze Bieszczad, sprzyjał dodatkowo górzysty i bardzo mocno zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich całkowity brak, a także mała liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. W trudno dostępnych terenach banderowcy zbudowali całe sieci, ciągnących się kilometrami bunkrów i wszelkiego rodzaju kryjówek, w których rozlokowano składy materiałowe i szpitale. Sotnie ,,Chrina’’, ,,Bira’’, ,,Stacha’’, ,,Burłaki’’ i wiele, wiele innych czuli się tutaj jako prawowici właściciele i gospodarze tych ziem, zupełnie nie przejmując się istnieniem państwa polskiego.
Przypomnieć należy również, że w czasie trwania ,,Operacji Wisła” żołnierze Wojska Polskiego otrzymali rozkaz, aby ludność ukraińską oszczędzać i traktować na równi z obywatelami polskimi, narodowości polskiej. Rozkazu tego przestrzegano bardzo surowo! Zatem ,,między bajki’’ należy włożyć wszystkie opisy ,,polskiego okrucieństwa’’ prezentowane dziś przez tzw. ,,naocznych świadków’’ i powtarzane bezmyślnie przez popleczników banderowskich w Polsce. Niemniej był to ludzki dramat, jeden z tragicznych rezultatów rozpętanej przez nacjonalistów ukraińskich ich plemiennej nienawiści do Polaków. Daje ona znać o sobie i dziś, – po wschodniej stronie granicznej rzeki Bug, jak również i w naszej Ojczyźnie, gdzie po tzw. Rewolucji godności’’, czyli banderowskim majdanie z 2013 roku, odżyła ona ponownie i to ze zdwojoną mocą pod starym hasłem czystki etnicznej i rezania Lachów.
Problem bieszczadzki został rozwiązany wielkim organizacyjnym i finansowym wysiłkiem ubogiego, wyniszczonego wojną i okupacją państwa i za cenę życia wielu jego obywateli. Były to jednak działania konieczne, wymuszone przez obłąkańczą politykę i zbrodnie OUN-UPA. Innego rozwiązania bieszczadzkiego węzła gordyjskiego niż to, które zostało wybrane i dokonane, nie było. Bez działań, nazywanych ,,Operacją Wisła’’, rozlewu krwi i anarchii w górzystych i leśnych terenach nie byłoby końca. A do tego dopuścić nie miała prawa żadna władza, niezależnie od jej politycznych barw.
W jaki inny sposób państwo, które swój powojenny byt dopiero rozpoczynało na gruzach i cmentarzyskach, wykrwawione i niemal doszczętnie ograbione przez dwóch zaborców – niemieckiego i sowieckiego – miało odciąć formacje zbrojne OUN-UPA od ich wiejskich baz zaopatrzeniowych, uzupełnień rezerw i siatki informacyjno – wywiadowczej?
W jaki inny sposób, niż wysiedlenie mieli Polacy działać w obronie swojego, zagrożonego przez UPA, terytorium państwowego, i tak już uszczuplonego o ponad jedną trzecią obszaru zdradziecką zmową aliantów w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Czy mieli pozostawić na miejscu ukraińską cywilną siatkę wywiadowczą, bazy zaopatrzeniowe i żywe rezerwy do kolejnych poborów w szeregi UPA?
Czy potępiający dziś ,,Operację Wisła’’ politycy, dziennikarze, historycy – ukraińscy głównie, ale również i ,,polscy’’ – mogliby przedstawić receptę inną, niż ta, którą wówczas zastosowano – przesiedlenie w celu zlikwidowania dalszego przelewu krwi dwóch narodów.
W jaki inny sposób z pominięciem wysiedleń ludności cywilnej i kryptocywilnej, należało przerwać krwawe działania UPA wymierzone przeciw państwu polskiemu, choćby i nawet satelitarnemu wobec Moskwy?
Nie ulega wątpliwości to, że nie tylko komunistom – konkluduje profesor Jacek Wilczur – których było wówczas niewielu, lecz Polsce ,,Operacja Wisła’’ zapewniła spokój na południowo – wschodnich obszarach państwa.
Bardzo wiele też wskazuje na to, że decyzja ówczesnych władz polskich – choćby i we współdziałaniu z Moskwą – ocaliła tysiące istnień ludzkich, kładąc ostatecznie kres przelewowi krwi zarówno polskiej, jak i ukraińskiej, zapewniając w końcu spokój.
Że takie środki i działania, jakie podjęto przeciwko ludobójcom z OUN-UPA w trakcie trwania ,,Operacji Wisła’’ były jedynie możliwymi do definitywnej likwidacji ich zbrodniczego terroru, niech będzie świadectwo jednego z byłych żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty, który stwierdził jednoznacznie: ,,Gdyby nie przeprowadzono ,,Operacji Wisła”, to walki w tamtym rejonie trwałyby jeszcze wiele lat. Jako partyzant i żołnierz 27 WDP wiem, że nie da się zlikwidować partyzantki, która ma oparcie w ludności cywilnej. Kto twierdzi inaczej, ten wypowiada się o rzeczy, o której nie ma pojęcia.’’
Również wszyscy historycy, którzy opowiadają dzisiaj jakieś banialuki wyssane z palca, że ,,Operacji Wisła’’ można było nie przeprowadzać, bo bandy UPA były już według nich rzekomo rozbite, ordynarnie kłamią lub w ogóle nie znają tamtejszej, ówczesnej rzeczywistości. Bandy bowiem na jakiś czas mogły przycichnąć i zaprzestać nawet na jakiś czas swojej działalności, by potem nagle i niespodziewanie, ponownie wypłynąć na powierzchnię mobilizując w swoje szeregi całą młodzież ukraińską i tworząc oddziały liczące liczebnie kilkukrotnie więcej członków, bo nawet kilkanaście tysięcy ludzi. Mieli do takich działań odpowiednio wcześniej przygotowaną ogromną bazę. Śmiem nawet twierdzić, że nie wszystkie bunkry i kryjówki UPA w Bieszczadach, zostały po dziś dzień odkryte i być może na nieszczęście dla nas, czekają na kolejną okazję do odegrania swojej ponownej roli w historii. Oby nie. Dlatego też jedynym sposobem rozwiązania problemu UPA, było przesiedlenie ludności ukraińskiej, by w ten sposób zlikwidować jej zaplecze, a także odcedzić z tej ludności pospolitych bandziorów i zbrodniarzy, którzy mieli na swoich rękach polską krew.
Dlatego też rząd RP 24 kwietnia 1947 roku podjął w omawianej sprawie uchwałę, która głosiła… ,,W związku z koniecznością dalszej normalizacji stosunków w Polsce dojrzała całkowicie sprawa zlikwidowania działalności band UPA. Celem wykonania tego zadania Prezydium Rady Ministrów uchwala:
I. Minister obrony narodowej w porozumieniu z ministrem bezpieczeństwa publicznego wydzieli odpowiednią liczbę jednostek wojskowych w celu przeprowadzenia akcji oczyszczenia zagrożonego terenu i likwidacji band UPA.
II. Minister obrony narodowej w porozumieniu z ministrem bezpieczeństwa publicznego mianuje dowódcę, który obejmie kierownictwo całej akcji i jako Pełnomocnik Rządu władny będzie wydawać zarządzenia związane z oczyszczeniem terenu.
III. Państwowy Urząd Repatriacyjny przeprowadzi akcję przesiedleńczą ludności ukraińskiej i ludności zamieszkałej na terenach, gdzie działalność band UPA, może zagrażać ich życiu i mieniu.
IV. Minister administracji publicznej wyda zarządzenia władzom administracyjnym I i II instancji, aby ściśle współdziałały w tej akcji, w myśl wskazówek Pełnomocnika Rządu.
V. Minister komunikacji wydzieli niezbędną liczbę wagonów i parowozów do przesiedlenia ludności na Ziemie Odzyskane według planu Pełnomocnika Rządu.
VI. Minister poczt i telegrafów wyda zarządzenie podwładnym organom w rejonie objętym akcją poczynienia wszelkich ułatwień w zapewnieniu łączności w myśl wskazówek Pełnomocnika Rządu.
VII. Minister Skarbu otworzy kredyt na pokrycie kosztów ,,akcji’’ w wysokości 65 milionów złotych – w tym 35 milionów na miesiąc Maj…’’
W taki to oto sposób, drogą militarną i administracyjną likwidowano agresora, który najechał nasz kraj w 1943 roku i miał zamiar tu pozostać na stałe.
,,Gdyby nie było akcji Wisła, to UPA działałaby w tzw. ,,Krainie Zakierzońskiej’’ jeszcze co najmniej dziesięć lat, o czym sami piszą w swoim 16 tomie ,,Litopysu UPA’’, ukraińscy szowiniści z OUN.
Dalszych dziesięć lat krwawego terroru i bestialskich zbrodni oraz możliwość oderwania od Rzeczypospolitej jej obecnych południowo – wschodnich prowincji! Nasuwa się w związku z tym oczywiste pytanie, a mianowicie… Jaki rząd, jakie państwo chciałoby taki stan rzeczy nadal tolerować w swoich granicach? Wszystko to co się stało i do czego doprowadziło, sprawiła wyłącznie zbrodnicza działalność OUN – UPA. Gdyby jej nie było, nie byłoby tym samym, nigdy ,,Operacji Wisła’’ – i to należy sobie uświadomić raz na zawsze i zaprzestać tym samym powtarzania bezczelnych kłamstw na ten temat, które nie mają nic wspólnego z prawdą i faktami.
Tak pisał o tym, śp. profesor Jacek Wilczur: ,,Operacja Wisła’’ oznaczała koniec działań wojennych na dużą skalę., jednakże walki poszczególnych grup z Wojskiem Polskim trwały do 3 września 1949 roku, kiedy to oddziały nacjonalistów ukraińskich na rozkaz dowództwa zostały rozwiązane. Nie stało się to jednak na skutek dobrej woli dowództwa UPA, ale wyłącznie z powodu strat, jakie te oddziały poniosły do końca 1946 roku, a zwłaszcza w 1948 roku. I dalej: ,,Akcja polityczno – militarna Wisła pociągnęła za sobą z pewnością krzywdę cywilnej ludności ukraińskiej i łemkowskiej, z tym, że winnymi tej krzywdy byli nie Polacy, ani też ówczesne władze polskie, ani Wojsko Polskie. Rzeczywistymi i jedynymi sprawcami akcji ,,Wisła’’ byli: kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, oraz dowódcy jej ramienia zbrojnego – UPA. Oni to, chcąc oderwać od polskiego obszaru państwowego dużą część terytorium przez stosowanie barbarzyńskich, nieludzkich metod prowadzenia walk oraz dokonywanie przez siebie zbrodni ludobójstwa, sprowokowali tę akcję.’’
W tym miejscu należy z całym naciskiem podkreślić całkowicie rebeliancki charakter wszystkich bojówek UPA. Formację tę tworzyli bowiem obywatele RP. i działała ona wyłącznie na obszarze Polski. Tym samym sprawa UPA, to kwestia wewnętrzna Państwa Polskiego, do którego prerogatyw w tej kwestii, absolutnie nikt nie powinien i nie ma prawa się wtrącać. I dlatego właśnie tak należy to widzieć! Nie wyrzekli się polskiego obywatelstwa upowcy, ani wojacy SS Galizien, gdy powstał projekt przekazania ich przez zachodnich aliantów władzom ZSRR. I ostatecznie nie zostali wydani – a tylko dlatego, że byli obywatelami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, do której przynależności poczuli nagle niezwykły afekt, gdy zajrzała im w oczy wizja deportacji na ,,białe niedźwiedzie’’ lub co bardziej prawdopodobne szybkie spotkanie ze Stwórcą, za pośrednictwem plutonów egzekucyjnych radzieckiej armii.
Gwoli prawdy należy również dodać, że na całym obszarze, na jakim operowały bandy UPA, solidaryzowała się w całej pełni z jej działaniami i w ogóle z całym podziemiem zbrojnym OUN – UPA, popierając je w pełni cała zamieszkała na tych terenach ludność ukraińska! A takich, którzy bardzo aktywnie pomagali banderowcom we wszystkim, było na pewno dobrych kilka tysięcy.
Dlatego Ukraińcy muszą w końcu zrozumieć, że przesiedlenie było przyczyną i skutkiem zarówno zbrodniczej działalności band UPA, oraz wspierania tych ludobójczych formacji na każdym poziomie ich działalności przez ukraińskich mieszkańców południowo – wschodnich rubieży naszego państwa, przeciwko któremu dokonali zdradzieckiej, zbrojnej irredenty.
Przesiedleń dokonywał Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), A wojsko ochraniało przesiedleńców. PUR był odpowiedzialny za transport, wyżywienie i opiekę sanitarną. Tak troszczyli się Polacy o Ukraińców. Polacy chociaż tyle wycierpieli od banderowców, potrafili oddzielić wówczas ,,ziarno od plewy’’, prawdę od fałszu i nie żądali odpowiedzialności zbiorowej za winy upowskich kamratów, w ogóle byli bardzo pobłażliwi.
Nie było również żadnych gwałtów ze strony polskiej, które to bezczelne kłamstwa w tej kwestii wygłaszają ukraińscy pogrobowcy banderowskich morderców Polaków i ich polskojęzyczni lokaje z Gazety Wyborczej i Gazety Polskiej. Jak należało traktować przesiedleńców, pouczał jasno i wyraźnie ,,Rozkaz nr 007’’ z 11 maja 1947 roku, dowódcy GO ,,Wisła’’ generała dywizji Stefana Mossora:
,,Jeszcze raz pouczyć wszystkich podwładnych oficerów, podoficerów i szeregowców, że przesiedlani są obywatelami polskimi i muszą być należycie traktowani i muszą oni mieć możliwość zabrania ze sobą wszystkiego, co im jest potrzebne. Traktowanie musi być jak najbardziej ludzkie i życzliwe. Kolumna bez żywności i furażu odejść nie może. Po raz ostatni ostrzegam dowódców pułków i oficerów polityczno – wychowawczych przed bezmyślnym, pośpiesznym wysiedlaniem ( bez wyboru i uzasadnienia – aby prędzej i jak najszybciej wysiedlić) – w razie powtórzenia się takich faktów wyciągnę konsekwencje.’’
Wszystko odbywało się sprawnie, a zachowanie żołnierzy pilnujących ,,akcji’’ nie budziło zastrzeżeń. Podnosił tą sprawę ,,Meldunek nr 14 za okres 27 IV- 10 V 1947 r.’’ :
,,Biorąc pod uwagę charakter dotychczasowej akcji wysiedleńczej, gdzie na każdym kroku żołnierz ma ogromne możliwości do robienia nadużyć czy popełniania grabieży, należy stwierdzić, że ilość wykroczeń tego rodzaju jest stosunkowo niewielka’’.
Mówi się więc o wykroczeniu, które wykryte podlegało natychmiastowej karze. Te słowa jednoznacznie zadają kłam konfabulacjom Misiły, Osadczuka, Pisulińskiego, Hryciuka, Motyki i im podobnym ukraińskim fałszerzom historii, jakoby Wojsko Polskie w sposób legalny dopuszczało się ,,barbarzyńskich ekscesów’’, a nawet zbrodni. Wiemy doskonale do czego to wszystko zmierza i co jest głównym celem tej ukraińskiej, goebbelsowskiej propagandy, a mianowicie:
Te rozpowszechniane przez nich kłamstwa mają splugawić honor polskiego żołnierza i pohańbić polski mundur. Jak wyraził to ostatnimi czasy ukraiński prowokator, niejaki Ihor Isajew, który sam przyznał to, chyba przez własne przeoczenie, iż samo słowo honor, nie mieści się w ukraińskiej mentalności, dlatego tak bardzo oburzyło go to słowo zawarte w polskim paszporcie wydanym na stulecie odzyskania niepodległości przez Naszą Ojczyznę. Dlatego takimi właśnie sposobami poprzez pomówienia i ordynarne, bezczelne kłamstwa próbują od wielu długich dziesięcioleci sprowadzić żołnierza polskiego do poziomu banderowskiego rezuna, przypisując gremialnie Wojsku Polskiemu, przymioty i cechy charakteru banderowskich ludobójców, nie mogąc się pogodzić z bezspornym faktem, że cywilizacyjnie i kulturowo dzieli ich od nas Polaków kosmiczna przepaść, nie do przebycia dla nich.
Jeśli ktokolwiek myśli na ten temat inaczej, to jest albo płatnym agentem ukraińskich szowinistów, albo człowiekiem zupełnie pozbawionym wyobraźni politycznej – lub wręcz przysłowiowym głupcem! Dlatego też, czas już najwyższy położyć temu kres!
Dalej – dowódca GO ,,Wisła’’ generał dywizji Stefan Mossor, dnia 30 września 1947 roku pisał do kancelarii cywilnej prezydenta RP, że ,,mimo zrozumiałego niechętnego nastawienia do wysiedlonej ludności, która współpracowała bardzo ściśle z bandami UPA, wojsko zachowywało się poprawnie’’, a ,,ludność widząc, że wojsko bierze udział w akcji wysiedleńczej – czytamy znów w sprawozdaniu z przebiegu akcji ( 26 IV – 9 V 1947 ) obchodzi się z nią łagodnie i humanitarnie, że spieszy jej z jak najwydatniejszą pomocą, zmieniła swój wrogi stosunek do wojska… na stacjach załadowczych wysiedlona ludność dziękowała wojsku za okazaną jej pomoc i dobre traktowanie’’
Perspektywa, jak również pragnienie zażycia w końcu spokoju, przeważyły i spowodowały, iż coraz więcej ludzi opuszczało swoje nędzne chatki i mało urodzajne pola. Spowodowały to także listy otrzymywane od tych przesiedleńców, którzy już zagospodarowali się na nowych miejscach. Listy te były pełne zachęty, a opisane nowe domy i w ogóle gospodarstwa, olśniewały bieszczadzkich nędzarzy, którzy teraz dopiero nabierali prawdziwej ochoty do wyjazdu. Tymczasem na chętnych czychała banderowska śmierć. UPA napadała na transporty ludności, mordowała członków komisji przesiedleńczej i ochraniających transport żołnierzy. Przesiedleńcy, gdy tylko opuścili swoje sadyby, mogli prawie natychmiast ujrzeć je w płomieniach. Zaraz bowiem po ich odejściu wpadali do opuszczonych wsi upowcy i wszystko puszczali z dymem. Tak było dosłownie wszędzie, we wszystkich powiatach, które objęła swoim zasięgiem ,,Operacja Wisła’’: Lesko, Sanok, Przemyśl, Krosno, Jasło, Gorlice, Jarosław, Nowy Sącz, Nowy Targ, Hrubieszów i Tomaszów Lubelski.
Od 4 maja 1947 roku systematycznie zaczynały napływać na Ziemie Zachodnie i Północne transporty z przesiedleńcami. Poszczególne rodziny wiejskie, które miały inwentarz żywy otrzymały gospodarstwa wielkości 10 – 20 hektarów. Część przesiedleńców kierowano do Państwowych Nieruchomości Ziemskich, zaś specjalistów i robotników rolnych, leśnych drogowych, tartacznych, cegielnianych itp. do prac w odpowiednich zawodach.
Przesiedleńcy tymczasem przeżywali ogromne oszołomienie, zupełnie się nie spodziewali tego, że za ich antypolską działalność i zbrodnie, jakich wielu z nich się dopuściło na swoich polskich sąsiadach, spotka ich… taka ,,kara’’. ,,Trudno dziś uwierzyć – pisał jeden z przesiedleńców, mieszkaniec Kaławy koło Międzyrzecza Wielkopolskiego – ale byli pośród nas tacy, co niszczyli elektryczność w otrzymanych domach i zapalali przywiezione ze sobą lampy naftowe. Elektryczność ich przerażała. Niektórzy zrywali podłogi w domach, nosili glinę, mieszali ją z plewami lub sieczką i ubijali klepisko. Podłoga wydawał się im nazbyt pańska.. To był prawdziwy szok, ten przeskok z bieszczadzkiego średniowiecza w poniemiecki dwudziesty wiek. Szczęściem najwyższym znów był kierat poruszany za pomocą koni. Każdy kto go miał, obnosił się z tym po sąsiadach dumnie niby paw.’’
,,Mówią dziś o odszkodowaniach za mienie pozostawione w górach, ja bym tej kwestii nie tykał, bo może się zdarzyć, że to nie nam państwo, lecz my państwu będziemy płacić odszkodowanie za dobro, jakim nas ono obdarzyło zabierając z tej mizeroty łemkowskiej w inny, bogatszy świat’’ – przestrzega znów inny przesiedleniec, mieszkający dziś w Starym Łomie, województwo legnickie.
Należy też dziś uzmysłowić mieszkającym w Polsce Ukraińcom, że bez ,,Operacji Wisła’’, nie byłoby w naszym kraju, żadnej ukraińskiej inteligencji, którą się dzisiaj tak bardzo szczycą. To właśnie ,,Operacja Wisła’’ umożliwiła kolejnym pokoleniom Ukraińców przesiedlonych z bieszczadzkich klepisk i nor epoki walki o ogień w dwudziesty wiek, zdobyć wykształcenie, które otworzyło im drogę do nieograniczonego podniesienia swojego statusu społecznego, a co za tym idzie również materialnego, bez której to akcji, mogliby do dziś tylko sobie o tym wszystkim jedynie pomarzyć, bez żadnych szans na przeniesienie tych marzeń w rzeczywiste realia! Dzisiaj opowiadają jakieś bajki, że zostawili w Bieszczadach niewyobrażalne majątki, za które należą im się od państwa polskiego ogromne odszkodowania. Jak wyglądały w rzeczywistości te ,,włości”, które tam pozostawili, najlepiej opisał w swoich wspomnieniach ojciec mojego znajomego, żołnierz Wojska Polskiego, uczestniczący wówczas na tamtych terenach w walkach z bandami UPA, uczestnik legendarnej bitwy o Birczę, jaką stoczono z trzema sotniami UPA – 4 marca 1947 roku.
,,Biedni Ukraińcy. Z lepianek i spania na piecach, pozyskali rozwojowe gospodarstwa poniemieckie. Pod wspomnianymi zapieckami były z kolei dobrze zamaskowane jamy z ukrytymi w nich banderowcami, a także spełniały one rolę dobrze zamaskowanych magazynów broni i amunicji”.
Tak więc dzisiejsi potomkowie Ukraińców przesiedlonych z bieszczadzkich lepianek, prowadzący otwartą wojnę przeciwko Narodowi i Państwu Polskiemu, nie tylko nie ponieśli za swoje czyny żadnych konsekwencji, ale stało się coś niewiarygodnego, czego nie zrobiłby żaden inny naród na świecie względem swoich katów, że zamiast ich surowo ukarać, nagrodził ich za popełnione przez nich zbrodnie drugą szansą na odrodzenie swojego życia. Mają więc wobec żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, którzy przeprowadzili ,,Operację Wisła’’, oraz Nas Polaków i Naszego Państwa dług wdzięczności i moralnych zobowiązań, których nigdy nie zdołają w żaden sposób spłacić, albowiem nawet się do nich nie poczuwają. Odwrotnie. Całkowicie wyparli ze swoich umysłów zbrodnie ludobójstwa, których się dopuścili na swoich polskich sąsiadach i dziś własne czyny przypisują swoim polskim ofiarom i samoobronną reakcję Polaków nazywają komunistyczną zbrodnią, bo Lachy były tak bezczelne, że zamiast ustawić się grzecznie do poderżnięcia im wszystkim gardeł, posłali do piekła banderowską irredentę. Cena zwycięstwa i zejście banderowców do dalszej walki w głębokim podziemiu.
Na zakończenie ogólny bilans strat w walce z sotniami UPA w okresie od 1944 roku do wiosny 1948 roku, zostało zabitych łącznie 8800 osób spośród żołnierzy Wojska Polskiego, funkcjonariuszy UB, MO, członków PPR, działaczy państwowych i samorządowych. 1200 osób odniosło rany. Sotnie UPA zniszczyły w tym czasie 10000 gospodarstw, 20 stacji kolejowych, 6 kopalni nafty, wysadziły 40 mostów i spaliły 8 tysięcy hektarów lasów. Do ,,asymilacji” w polskim środowisku zobowiązywał upowców rozkaz ,,Oresta”:
,,Do wszystkich dowódców sotni. Zarządzam przeniesienie wszystkich zdolnych do walki striłców i pracowników siatki do USRR. Resztę należy przeprawić na Ziemie Zachodnie, gdzie zgodnie z wytycznymi mają się osiedlać w centralnych ośrodkach życia politycznego i gospodarczego, zalegalizować, znaleźć pracę, wejść w środowisko tak, ażeby niczym nie zwracać na siebie uwagi”.
Poza rozkazem dostarczono upowcom zobowiązanie w postaci formularza:
,,Ja (imię nazwisko, pseudonim, zajmowana funkcja) – będę dalej, choć w zmienionych warunkach, w innym charakterze, zdyscyplinowanym ukraińskim rewolucjonistom, i w miarę swoich sił i zdolności… będę dalej wykonywał rozkazy przełożonych; będę dalej strzegł tajemnic organizacji i nie zdradzę mi znanych dotąd tajemnic”. Jednocześnie właśnie członkowie OUN – UPA, kamuflując się dobrze, mieli prowadzić propagandę na rzecz ,,dobrego imienia” UPA. ,,Ludność cywilna – pouczał Myrosław Onyszkiewicz – musi zabrać ze sobą jak najlepsze wspomnienie o nas, które z kolei, przy pomyślnych warunkach, winna zaszczepić w środowisku, w jakim się znajdzie”.
,,Ucieczka ,,gdzie pieprz rośnie” resztek rizunów pozostających jeszcze przy życiu po operacji ,,Wisła”, P. Mirczuk ( za nim także R. Drozd) nazywa ,,rajdem”, przeto pisze: ,,Zimą 1947 – 1948 r. odbyły do wschodniej Prusji (czyli na północne ziemie RP – E. P) dwie grupy UPA, jedna pod komendą Jasena i druga pod komendą sotnika Prirwy. Zadaniem pierwszego oddziału było zebranie informacji o terenie dla wykorzystania go przez drugi oddział, który miał zadania polityczno – propagandowe. Oddział pod komendą sotnika Prirwy stoczył po drodze jeden bój z Wojskiem Polskim już na terenie Prus Wschodnich, wyszedł z tego bez strat: jednak grupa z tego oddziału pod komendą Szepela znalazła się w okrążeniu i została rozbita. Wpołowie zimy oddział sotnika Prirwy stracił czterech bojców. Oddział Jasena przybył do Prusji już w listopadzie 1947 roku, oddział sotnika Prirwy 26 grudnia 1947 roku. Podzieliwszy się na małe grupy, oba oddziały przebywały w Prusji aż do września 1948 roku prowadząc we wszystkich miejscowościach odpoczynku wyjaśniającą propagandę, przede wszystkim, podtrzymującą na duchu przesiedlonych tu z Zakierzonia ukraińskich mieszkańców”. ( P. Miorczuk, Ukrajińśka Powstańśka Armija – Munchem 1953). Wspominany w tym ostatnim fragmencie sotnik Prirwa, to nie kto inny jak sam Jewhen Sztandera, który dowodził bojówkami UPA na terenie całego ówczesnego województwa olsztyńskiego z Braniewa, w którym znajdowała się jego kwatera główna, skąd w ostatnich tygodniach 1948 roku bez żadnych przeszkód opuścił Polskę, uciekając do zachodniej części Niemiec. O banderowskiej rebelii na Warmii i Mazurach pisałem kilka lat temu w swoim artykule pt.O samostijną Ukrainę na Warmii, Mazurach, Pomorzu i Dolnym Śląsku
Opracował – Jacek Boki Elbląg – Kwiecień – Maj 2021 r.
Źródła:
Prof dr hab. Edward Prus – Operacja Wisła – Fakty, Fikcje, Refleksje – Wydawnictwo NORTOM 1994 R.
Prof dr hab. Edward Prus – Fakty – Dokumenty wydanie V, Wydawnictwo NORTOM 2010 r.
Marek A. Koprowski – Akcja Wisła – Kres krwawych walk z OUN – UPA – Wydawnictwo Replika 2019 r.
The recent BRICS summit managed to run its course this past week with very little fanfare, despite the fact that Russia is in the midst of a conflict with Ukraine that has led to a worldwide economic war. China is edging towards a potential invasion of Taiwan, and much of the planet is in the middle of a stagflationary crisis in the meantime.
The one major takeaway from the summit was the reaffirmed stance of the BRICS that they would continue to work closely with Russia in economic terms.
Since the beginning of the invasion of Ukraine, there has been a running narrative in the western media that sanctions and the removal of Russian access to the SWIFT network would crush the country within a few months, leaving them penniless and unable to project military power. This has not happened.
A picture was painted by journalists and politicians of a completely isolated Russia, destroyed by a global cancel culture campaign that would de-nation them. In reality, Russian trade, specifically their oil trade, has actually expanded. Both China and India have increased their purchases of Russian oil while enjoying discounted prices. Simultaneously, Europe and the US are suffering from oil and gas inflation and the EU is cutting vital oil and gas supplies from Russia.
Any economist with a brain and a familiarity with the BRICS could have predicted this outcome, but the bias within the mainstream media is a powerful thing. If there were any doubts that the BRICS might distance themselves from Russia, these were put to rest in the BRICS statement on the Ukraine situation. While supporting humanitarian efforts within Ukraine as well as diplomatic solutions, the BRICS member took swipes and NATO countries for opportunism and instigation. In other words, there will be no breakup with Russia and BRICS markets will continue to remain open to them.
This means that Russia’s war with Ukraine will be sustainable for many months to come, which means that sanctions and economic warfare will continue for many months to come. Supply chain disruptions will continue unabated as Russian commodities remain off the market for the west, and this will add to the already high inflation we are currently dealing with.
Further economic escalation could even lead to BRICS allies engaging in trade warfare as well. The situation has a powderkeg potential beyond anything the world has seen in decades.
Sprawa wbrew pozorom i teoriom spiskowym jest bardzo prosta, jak jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko. Gdyby jakimś cudem udało się naprawić wszystkie błędy, zaniedbania i sabotaże, to i tak PiS nie ucieknie od naturalnych zjawisk w przyrodzie. Przyjdzie jesień i ludzie znów będą kichać, kaszleć, przeziębiać się, a w skrajnych przypadkach przechodzić zapalenie płuc. I proszę się nie łudzić, nie będzie miało żadnego znaczenia, co się wcześniej mówiło, chociażby o skuteczności testowania, czy zerwaniu umowy na 6 miliardów z dostawcami „preparatów”. Wystarczy sobie przypomnieć, co i kiedy było w odwrocie, ledwo wspominając o żartach Szumowskiego z noszenia szmatek zakrywających organy powonienia. Nowy etap, nowa narracja i to bez żadnej finezji, ale też instynktu samozachowawczego.
Morawiecki jeździ po gminach i straszy dokładnie tym samym, o czym od dwóch dni mówi Niedzielski. „Musimy się przygotować, nawet na 30 000 hospitalizacji, mamy nowe zapewnienia i zaraz przyjdą dokumenty, że to już zupełnie inne preparaty”, które są przygotowane pod nieco zapomnianą literę z greckiego alfabetu.
Jeśli zapadnie decyzja na najwyższym szczeblu, to wbrew logice i nawet interesom politycznym, PiS pośle do boju najbardziej znienawidzoną przez Polaków twarz pomoru i nic ich nie przekona, że: „białe jest białe, a czarne jest czarne”. Czy tak się rzeczywiście stanie? Pojęcia nie mam i powiem więcej – demiurgowie z PiS też nie mają. Co się w takim razie teraz dzieje? Klasyka gatunku, sondowanie nastrojów społecznych, wysyłanie komunikatów i sprawdzenie reakcji. Kto ma troszkę oleju w głowie, ten wie, że i ten proces nie ma najmniejszego sensu. Teraz to ludzie są na wakacjach i do tego stopnia żyją beztrosko, że nawet o cenach paliwa na Orlenie zapomnieli. Jesienią przyjdzie depresja, powrót do pracy i przede wszystkim do odłożonych problemów. Gdy na to wszystko PiS jeszcze nałoży pomór, zawór bezpieczeństwa może puścić.
Nie wiem, co PiS zdecyduje, bo to jest partia, która dawno przestała się kierować kryteriami moralnymi, intelektualnymi i po prostu zwykłym myśleniem, choćby o partyjnym interesie.
Natomiast wiem, że tym odgrzewanym kotletem nie da się odwrócić uwagi Polaków od prawdziwych tragedii. Stara technika budowania napięcia po to, żeby fantastyczna władza w cudowny sposób mogła uratować naród, sprawdza się, ale nie przy zgranych tematach. „Wojna” spadła PiS z politycznego nieba i od razu się na to rzucili, trafiając idealnie w nastroje społeczne, nad czym można tylko ubolewać. O ile do jesieni nie pojawi się coś równie „atrakcyjnego”, to na mieleniu przeterminowanych strachów PiS niczego nie ugra.
Jest pewne, że ponowna próba zaszczuwania ludzi skończy się odpowiednią reakcją i jak zawsze pozbawiam rewolucyjnych złudzeń, jednak tuż przed wyborami słupki odpowiednio zareagują. Zarządzanie strachem jest bardzo wygodna dla polityków i PiS uwielbia te technikę „rządzenia”, ale i do tak prostej operacji trzeba dobrać odpowiednie narzędzia, a nie sięgać po zużyty cep.
Zanim dojdzie do rozstrzygnięcia, tu i teraz można powiedzieć, że PiS całą operację rozpoczął beznadziejnie. Niedzielski nic nie musi mówić, aby ludzie na samo nazwisko odpowiednio zareagowali. Liczba kłamstw i kompromitacji wokół fal, dawek i wymazów, jest tak duża, a trauma tak głęboka, że mechanizmy obronne natychmiast się uruchomią.
No i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, Niedzielski z Morawieckim to „sobie mogą”, jeśli nie pójdzie komunikat ze światowej, czy chociaż europejskiej centrali, w Polsce niczego nie odpalą. Po tych chaotycznych ruchach wyraźnie widać, że PiS boi się jesieni i zimy jak ognia, stąd też te desperackie próby i wypuszczanie szczurów. Degradująca się władza musi nie tylko znaleźć wytłumaczenia dla katastrofy gospodarczej, która w zasadzie już nastąpiła, ale ma jeszcze takie „małe” problemy jak zakontraktowane „preparaty” na 6 miliardów. Zamiast od tego uciekać, jak najdalej, próbują sprawdzić, czy da się w to wdepnąć, tyle z PiS zostało.
“To moment na utworzenie Unii Polsko – Ukraińskiej”. (Gowin, Gdula. Kosiniak-Kamysz, Czesław Bielecki) Podczas VII Europejskiego Kongresu Samorządów w kwietniu 2022.
——————————-
Po silnym i gwałtownym uderzeniu propagandowym o wspólnym państwie z Żydami i Ukraińcami nastał czas realizacji zapowiedzi o przesiedlaniu Ukraińców do Polski oraz budowaniu wspólnego państwa.
Nowy nabytek PiS, pani Ścigaj za ministerialną synekurę podjęła się realizacji pokojowego oddawania polskiego majątku w dzierżawę “ukraińskich braci i sióstr”.
Rząd będzie zachęcał uchodźców z Ukrainy, którzy zamierzają zostać dłużej w Polsce, by przenieśli się z dużych miast do mniejszych ośrodków i na wieś. Zachętą mają być mieszkania o niskim czynszu i praca.
Wedle słów Agnieszki Ścigaj koszty wynajmu lub dzierżawy poniosłyby gminy: ” Można je wykorzystać pod wynajem, wydzierżawić je od prywatnych właścicieli na potrzeby mieszkań komunalnych, np. na 5-6 lat. Gmina wzięłaby za to odpowiedzialność, korzystałaby, dając możliwość zamieszkania rodzinom”.
Okazuje się, że za realizację tego oraz poprzednich transgranicznych projektów słono zapłaci polski podatnik oraz jego zadłużone w ten sposób dzieci
Kolejny dług Polski – 450 mln euro pożyczki od BRE
Według zapowiedzi nowa pożyczka, którą zaciągnął rząd PiS zostanie przeznaczona na “na pomoc uchodźcom z Ukrainy”.
Tymczasem koncepcja wspólnego państwa z Ukraińcami jest forsowana z głupotą i bezczelnością wprost proporcjonalną do bezkarności przedstawicieli targowicy okupujących przestrzeń polskiego życia politycznego. Nie tak dawno o wspólnym państwie z Niemcami mówiła maskotka targowicy niemieckiej, Wałęsa, a dziś dawne pachołki Moskwy wspólnie z sojusznikami z PiS lansują ideę unii polsko-ukraińskiej.
Prof. Andrzej Zybertowicz uważa, że budowa unii polsko-ukraińskiej byłaby dla przyszłych pokoleń “wspaniałą przygodą”
Z kolei jednoznacznej ocenie z użyciem słowa “głupota” i “idiotach” poddał postulat współpracy polsko- rosyjskiej, prof. Andrzej Nowak mówiąc o przejawach bezdennej głupoty i łajdactwie związanym z możliwym podziałem Ukrainy w kontekście współpracy z Rosją.
Zwracam się do autorów tych niemądrych dywagacji. Historia pokazuje, że Rosja zawsze prędzej porozumie się z Niemcami ws. podziału Polski lub podziałów wpływów w Polsce, niż wybierze słabszego partnera, jakim może być Polska. Nawet rządzona przez takich idiotów jak pan Braun czy Korwin-Mikke. Używam tego ostrego sformułowania, bo ich wypowiedzi nt. polityki zagranicznej nie nadają się do innego skomentowania–ocenił prof. Andrzej Nowak. /dorzeczy.pl/
Przyznając rację prof. Nowakowi w kwestii antypolskich sojuszy Niemców z Rosjanami należy postawić pytanie dlaczego nie grzmi w podobny sposób w sprawie proukraińskich bredni, skoro podobny sojusz Ukraińców z Niemcami, obecny w dzisiejszej Ukrainie w formie kultu również budzi podobne wątpliwości.
Czyżby tak wybitny historyk oślepł nagle na jedno oko i nie zauważał podobnych oraz innych zagrożeń? Czyżby naprawdę nie wiedział, że wolność kozacka o której z takim uniesieniem mówił podczas jednego ze swoich wykładów była w cywilizacji turańskiej najczęściej “wolnością bez rozumu i sumienia” polegającą na łupieniu, grabieży i mordach?
Obserwując brak reakcji i powszechne poparcie dla politycznych szyldów współczesnej targowicy (m.in. PO i PiS) widać wyraźnie, że demokracja w rękach realnych władców „polskiego społeczeństwa” stała się przysłowiową brzytwą w rękach małpy służącą przede wszystkim do popełnienia harakiri.
Polska zmienia się z państwa emigracyjnego w imigracyjne – wskazują twórcy dokumentu „Gościnna Polska 2022+”. Wojna na Ukrainie przyspiesza te zmiany. Think tank „Wise Europa” przygotował dokument dotyczący kwestii imigracji. Dokument został podany w ubiegłym tygodniu przez największe polskie media, m.in. Polską Agencję Prasową. Ambasada Ukrainy w Polsce objęła projekt patronatem honorowym, a był on współfinansowany przy wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego. Autorzy uważają, że jeśli Rosja wygra wojnę i zajmie znaczną część Ukrainy – wtedy „liczba uchodźców w Polsce mogłaby nawet przekroczyć 10 mln, z czego ok. 60 proc. pozostawałoby w niej na dłużej”.
Autorzy dokumentu piszą: „Polska może stać się państwem wielonarodowym z ponad 3 mln migrantów z Ukrainy. Będzie to wymagało zmian systemowych i spójnego planu zarządzania, by uniknąć potencjalnych konfliktów i zapaści usług publicznych”. „Rozmiary napływu osób uchodzących przed wojną są spektakularne, o skali niespotykanej od czasów II wojny światowej. Liczba migrantów wojennych będzie zależała od przebiegu konfliktu, jednak należy przyjąć, że bez względu na wynik wojny oraz jej konsekwencje dla rozwoju gospodarczego Ukrainy, Polska stanie się krajem wielonarodowym, z oczywistą przewagą narodu polskiego, ale z rosnącym udziałem narodu ukraińskiego oraz rosnącej obecności obywateli innych państw” – wskazuje jeden z autorów dokumentu Maciej Duszczyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.
Autorzy podkreślają, że „kryzys migracyjny, z którym obecnie mierzy się Polska, to największe po transformacji ustrojowej przełomu lat 80. i 90. XX wieku wyzwanie w ostatnich kilkudziesięciu latach”. Ich zdaniem wymaga on całościowego przygotowania i spójnego planu zarządzania poszczególnymi politykami publicznymi przez rząd, samorządy lokalne, organizacje pozarządowe, a także w ramach oddolnych inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego.
„Mówimy o milionach ludzi, którzy będą musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To również wielkie wyzwanie dla całej sfery usług publicznych, która będzie musiała poradzić sobie z obsługą ogromnej liczby dodatkowych klientów. Szacujemy, że łącznie z migrantami ekonomicznymi, którzy już w Polsce są, może to być 1,5 mln do ponad 3 mln osób” – mówi Maciej Bukowski, Prezes Zarządu WiseEuropa.
W dokumencie wskazano, że z rożnych szacunków wynikało, iż ok. 1,3 mln Ukraińców mieszkało w Polsce przed 24 lutym. Ponadto w Polsce przebywa ok 100 tys. Białorusinów i ok. 300 tyś. obywateli innych państw. „Koncentrujemy się na Polsce oraz jej przygotowaniu do integracji od 1,7 do 3,2 milionów ludzi, którzy trafili do Polski w następstwie inwazji rosyjskiej na Ukrainę między rokiem 2014 a 2022.” – wskazują autorzy.
Zdaniem twórców dokumentu jeśli wojna zakończy się szybko – w Polsce zostanie ok. 1,75 mln Ukraińców, jeśli potrwa dłużej od 3,1 do 3,4 mln. Jeśli zaś Rosja wygra wojnę i zajmie znaczną część Ukrainy – wtedy „liczba uchodźców w Polsce mogłaby nawet przekroczyć 10 mln, z czego ok. 60 proc. pozostawałoby w niej na dłużej”.
Autorzy piszą, że wyjątkowo ważną kwestią jest pomoc w nauce języka polskiego i dostęp do usystematyzowanych informacji. Zwracają uwagę, że niemożność porozumienia się i brak spójnej, dostępnej informacji są barierami przeszkadzającymi w korzystaniu z pomocy medycznej, poszukaniu pracy czy znalezieniu miejsca w edukacji.
„Ważne będzie zwiększenie szans na wykonywanie pracy zgodnej z kompetencjami, a także zapewniającej odpowiedni dostęp do zabezpieczenia społecznego i ochrony pracy zgodnie z obowiązującymi standardami” – zwraca uwagę prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH.
Autorzy sugerują, że polskie ustawodawstwo powinno zostać przejrzane pod kątem zapisów „potencjalnie dyskryminujących cudzoziemców przebywających w Polsce”. Ponadto – ich zdaniem – konieczne jest odbiurokratyzowanie procedur legalizacji pracy i pobytu.
Wskazują, że ważne jest wsparcie finansowe samorządów, by mogły wyremontować pustostany, lecz także zmiana przepisów dotyczących najmu indywidualnego oraz uchwalenie ustawy o funduszach inwestujących w nieruchomości na wynajem.
Projekt był współfinansowany przy wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego, Fundacji Liderzy Przemian ze środków Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w ramach Programu Stypendialnego im. L. Kirklanda oraz Fundacji Konrada Adenauera, Przedstawicielstwo w Ukrainie (Charków) i w Polsce. Ambasada Ukrainy w Polsce objęła projekt patronatem honorowym.
Przypomnijmy, że jeszcze przed rozpoczęciem wojny, w 2021 r. padł rekord liczby wystawionych obcokrajowcom zezwoleń na pracę w Polsce i oświadczeń dotyczących zatrudnienia pracowników ze Wschodu. W ubiegłym roku wystawiono cudzoziemcom prawie 3 mln takich dokumentów. To ponad 30 proc. więcej niż rok wcześniej.
Informowaliśmy, że pod koniec ubiegłego roku w ZUS do ubezpieczeń emerytalnego i rentowego zgłoszono niemal 872 tys. obcokrajowców z około 160 państw. Obywatele Ukrainy stanowili najliczniejszą grupę (635 tys. ubezpieczonych). Systematycznie rośnie także liczba Białorusinów pracujących w Polsce.
Zwracaliśmy uwagę, że ubiegłoroczne dane Państwowego Instytutu Ekonomicznego wskazywały, że już w 2018 r. Polska była największym rynkiem pracy spośród państw OECD przyjmującym tymczasowych pracowników z innych krajów. Z kolei w 2020 roku, mimo pandemii koronawirusa, zaobserwowano wzrost liczby zatrudnionych obcokrajowców w polskiej gospodarce. Autorzy zwrócili uwagę, że pod względem liczby tymczasowych migrantów zarobkowych wyprzedziliśmy Stany Zjednoczone i Niemcy.
wise-europa.eu/wydarzenia.interia.pl / pap / Kresy.pl
Dawno temu, kiedy przodkowie obecnych liderów totalnej opozycji stawiali za wzór polskim fashystom Sowiecki Sojuz jako modelowe państwo przyszłości, krążyła wśród tutejszego ludu pracującego miast i wsi taka anegdota: „Pytanie: Drogie radio Erewań, czy to prawda, że w Związku Radzieckim zboże rośnie tak jak słupy telegraficzne? Odpowiedź: Tak. To prawda. A czasem nawet gęściej”.
Minęły lata i okazało się, że zboże w Rosyjskiej Federacji nie rośnie „jak słupy telegraficzne a nawet gęściej” a przynajmniej nie rośnie na jednej trzeciej tzw. areału. Tam rośnie teraz – młody las. To znaczy: „areału” gruntów ornych statystyki rosyjskie wykazują 123 mln ha a las rośnie już na ponad 40 mln.
O tym niebywałym osiągnięciu pana Putina i jego kolegów winniśmy pamiętać, kiedy media donoszą, że niezwyciężona armia radziecka zajmuje się ostatnio na Ukrainie przejmowaniem zboża jak najbardziej ukraińskiego, zmagazynowanego w silosach na eksport z portach Morza Czarnego.
Armia Rosyjska zajmuje zapasy ukraińskiej pszenicy (która ma swoich konkretnych właścicieli) a jakieś bliżej nieokreślone instytucje rosyjskie (bo przecież nie armia rosyjska) oferują ukraińską pszenicę na rynkach międzynarodowych. Na przykład Turcji, która ma długoterminowe kontrakty na import pszenicy z Ukrainy. Egipt i Liban podobno odmówiły. Kradzionego nie kupują.
I tym sposobem dochodzimy do mało omawianego tematu , który może , choć nie musi, być jednym z powodów napaści Rosji na Ukrainę.
Chodzi o to, że Federacja Rosyjska po rozwiązaniu w roku 1991 kołchozów i wprowadzeniu do rolnictwa wielkich latyfundiów nazywanych też agroholdingami jednocześnie doprowadziła, świadomie lub nie do gigantycznej redukcji uprawianych gruntów ornych ze 123 mln ha , które oficjalnie nadal wykazuje w statystykach.
Ubytki lub inaczej redukcja uprawnych gruntów ornych z 40 jednostek administracyjnych Federacji Rosyjskiej tj. obwodów i krajów z 65 ogółem , jakie dokonały się w wyniku polityki tego państwa pomiędzy rokiem 1990 (nie różniącym się zbytnio od roku 1959 czyli początków rządów Chruszczowa) wyniosły łącznie 38,77 mln ha z uprawianych w roku 1990 72,86 mln ha czyli 53,2%.
Przy tym w 26 najbardziej „poszkodowanych” obwodach i krajach północnej europejskiej części Federacji Rosyjskiej pokazuje dane raczej wstrząsające dla człowieka znad Wisły: z 31,86 mln ha gruntów ornych uprawianych w roku 1990 w 2015 zostało 11,43 mln ha czyli ugorowanie objęło 20,43 mln ha tj. 64,1%. Niemal 2/3. W pozostałych 14 obwodach/krajach Federacji Rosyjskiej objętych szacunkiem z 41,0 mln ha użytkowanych rolniczo gruntów ornych w 1990 roku – w 2015 pozostało 22,67 mln ha czyli ubytek wyniósł 18,33 mln h tj. 44.7%.
Łącznie szacowana powierzchnia powstałych w wyniku polityki państwa rosyjskiego nowych ugorów w 40 jednostkach administracyjnych wyniosła w okresie 1990-2015 38,77 mln ha tj. więcej niż cała powierzchnia gruntów ornych Ukrainy, która wynosi 32,766 mln ha.
Dla porównania, powierzchnia gruntów ornych światowych gigantów rolnych to: Indie – 156,4 mln ha, USA- 152,3 mln ha, Chiny – 118,9 mln ha , Australia – 46,0 mln ha, Francja – 18,4 mln ha, Niemcy – 11,76 mln ha. Nie zapominajmy o naszym małym lecz dumnym imperium: powierzchnia gruntów ornych w Polsce wynosi 10,81 mln ha, co daje jej 27 miejsce na świecie tuż przed Rumunią, która ma 8,58 mln ha gruntów ornych. A Białoruś, która karmi Moskwę – 5,68 mln ha.
Mit o Federacji Rosyjskiej jako potędze światowej w rolnictwie utrzymuje się dzięki statystyce eksportu kilku produktów rolnych: pszenicy , oleju słonecznikowego . Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby Federacja Rosyjska nie poszła na wojnę. I nie chodzi tu o możliwości wykarmienia sołdatów ale o bardzo ciekawe decyzje pana Putina podjęte w roku 2019.
Otóż 24 czerwca 2019 r. pojawiła się wiadomość o dekrecie pana Putina nr 293 o przedłużeniu zakazu importu produktów rolnych z krajów , które nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze za zajęcie Krymu i Donbasu w 2014 r. W ślad za tym dekretem w dniu 25 czerwca 2019 r. wydany został dekret nr 806 o aktualizacji listy krajów objętych zakazem eksportu DO Federacji Rosyjskiej produktów rolnych.
Oczywiście znajdują się na tej liście jabłka z Polski. Co nie znaczy, że Rosja zaczęła na wielką skalę program rozwoju sadów jabłoniowych. Rosja importuje jabłka i gruszki z Argentyny.
Dochodzimy w ten sposób do modelu gospodarczego Federacji Rosyjskiej. Model ten można w krótkich żołnierskich słowach scharakteryzować następująco: gospodarka oparta na wydobyciu i eksporcie kopalin głównie energetycznych, priorytet na hutnictwa, energetyki , przemysłu zbrojeniowego i maszynowego w oparciu o zachodnie technologie „a resztę się zaimportuje”. Mało tego, że „się zaimportuje”: raczy się dać przywilej sprzedaży do Rosji. Jak się ładnie Rosję poprosi.
Czyli import Federacji Rosyjskiej produktów przemysłów lżejszych (meble, tekstylia, przemysł spożywczy) był do 24 lutego 2022 r. zarazem kijem i marchewką dla różnych krajów dalekich i bliskich. Z paroma wyjątkami, o czym przekonujemy się dzisiaj.
Taki model może funkcjonować niemal bezkolizyjnie w warunkach pokojowych, natomiast w warunkach wojennych sprawy mogą wyrwać się spod kontroli.
Już w pierwszych dniach inwazji Rosji na Ukrainę dowiedzieliśmy się, że rolnictwo rosyjskie w bardzo dużym stopniu opiera się na imporcie. I nie chodzi jedynie o import maszyn rolniczych, ale przede wszystkim o nasiona pszenicy i innych zbóż, buraków cukrowych, słonecznika a nawet kartofli sadzeniaków.
Również w produkcji drobiu i serów Rosja polegała w wielkim stopniu na imporcie. W przypadku drobiu chodziło o zarodki w jajach do wyhodowania kurczaków a w przypadku serów o tzw. podpuszczkę. Natomiast hodowla bydła opiera się na , przepraszam za wyrażenie, na spermie zagranicznych byków. Tak przynajmniej twierdzą specjaliści od rolnictwa rosyjskiego na emeryturze.
Produkcji własnych nasion, podobnie jak kur niosek i byków Rosja pozbyła się wraz z kołchozami. I żadnym ostrzeżeniem dla kagiebistów przy władzy nie były opłakane skutki dla rolnictwa sowieckiego likwidacji najbardziej efektywnej części rolnictwa rosyjskiego (poza ziemiaństwem) czyli tzw. kułaków. Bolszewicy wymordowali 5-6 mln najzdolniejszych rolników wraz z rodzinami a ich gospodarstwa poszły na zmarnowanie, bo „liderami postępu” na wsi zostały miejscowe obiboki, pijacy i złodzieje. Kosztowało to kilka –kilkanaście milionów ofiar głodu, ale rewolucjoniści, którzy się pracą zajmowali zasadniczo teoretycznie a w praktyce nią gardzili i się nią brzydzili, mieli tę katastrofę za nic.
Załamanie produkcji rolnej po tamtym eksperymencie nie zostało pokonane w wielu dziedzinach do 1989 r. A gdzieś tam na prowincji straszą jeszcze porzucone domy czy młyny.
W roku 1990 kołchozy zostały zlikwidowane ale ziemia nie poszła automatycznie w ręce chłopów, ja obiecywał towarzysz Lenin, tylko zaczęły się z nią kontredanse, zakończone powstaniem nowego zjawiska gospodarczego i społecznego na rosyjskiej wsi tj. latyfundiów o powierzchni niejednokrotnie200-tysięcy – 1 mln ha, dla niepoznaki zwanych „agroholdingami” i ich właścicieli w liczbie około 200. Klasa chłopska się nie odbudowała ale usiłuje przetrwać mimo braku poparcia rządu w Moskwie. No i pozostają „gospodarstwa przydomowe” znane z epoki kołchozów, które wówczas i teraz produkują znakomitą większość żywności w Rosji.
Agroholdingi zajmują się kilkoma monokulturami i zajmują się budowaniem łańcuchów produkcyjno-handlowych „od ziemi-przez młyn/cukrownię – do sklepu”. Ale głównie zajmują się eksportem pszenicy i oleju słonecznikowego.
Obecnie sytuacja jest taka, że Rosja posiada wiodącą pozycję w produkcji takich produktów rolnych i ogrodniczych jak (wg stanu na 2020 rok) :
– gryka (kasza gryczana) – 1 miejsce na świecie i produkcja 892,16
– burak cukrowy – 33,9 mln ton (USA – 30,5 mln ton, Niemcy – 28,6 mln ton, Francja – 26,2 mln, Polska 14,2 mln ton)
– pszenica – 3 miejsce – 85,9 mln ton (Chiny odpowiednio- 132,2 mln ton, Indie- 107,2 mln)
– ziemniaki – 4 miejsce – 22,39 mln ton ( Chiny – 90,3 mln ton, India – 48,5 mln ton, Ukraina – 22,5 mln ton, Polska na 9 miejscu – 7,48 mln ton), 10. Holandia – 6,0 mln ton
Do tych sukcesów można zaliczyć też produkcję oleju słonecznikowego: Rosja 2 miejsce na świecie – 4,063 mln ton , co dawało 27,67 kg na głowę ( Ukraina 1 miejsce – 4,4 mln ton i odpowiednio 104,1 kg na głowę), produkcję porzeczek i żyta ( w którym „ściga się” z Niemcami i Polską).
Produkcja zbóż czyli surowca dla chleba jest w Rosji zadowalająca, ale chleb trzeba czymś posmarować. Zwłaszcza w kraju z zimami trwającymi 6 i więcej miesięcy.
I z tym jest znacznie gorzej.
Produkcja mięsa wieprzowego : 1. Chiny – 54,98 mln ton, 2.USA – 11,94 mln ton, 3. Niemcy -4,96 mln ton, 4. Hiszpania – 4,53 mln ton, 5. Brazylia – 3,79 mln ton, 6. Rosja – 3,74 mln ton, 7. Francja – 2,17 mln ton , 8.Polska – 2,14 mln ton.
Produkcja wołowiny 1. USA – 12,22 mln ton, 2. Brazylia 9,9 mln ton, 3.Chiny – 6,46 mln ton, 4. Argentyna – 3,07 mln ton, 5.Indie – 2,61 mln ton, 6. Australia – 2,2mln ton, 7. Polska – 1,93 mln ton, 8. Rosja – 1,61 mln ton
Mięso drobiowe (2018) : 1. USA- 22,3 mln ton, 2. Chiny -20,12 mln ton, 3. Brazylia – 15,5 mln ton, 4. Rosja – 4,54 mln ton, 5. Indie – 3,62 mln ton, 6. Meksyk – 3,38 mln ton, 7.Japonia – 2,25 mln ton, 8. Myanmar – 1,9 mln ton, 9. Francja – 1,79 mln ton, 10. Polska – 1,71 mln ton.
Produkcja mięsa ogółem 2018 : 1. Chiny – 88,2 mln ton, 2. USA – 46,8 mln ton, Brazylia – 29,3 mln ton, 4. Rosja – 10,6 mln ton, 5. Niemcy – 8,6 mln ton, 6.Indie – 7,5 mln ton, 7.Meksyk – 7,1 mln ton, 8. Hiszpania – 7,0 mln ton, 9. Argentyna – 5,9 mln ton, 10. Francja – 5,6 mln ton, 11. Wietnam – 5,2 mln ton, 12.Kanada – 4,9 mln ton, 13.Australia – 4,6 mln ton, 14. Polska – 4,5 mln ton
Produkcja mleka – 1. USA – 101,25 mln ton, 2.Indie – 87,8 mln ton, 3. Brazylia – 36,5 mln ton, 4.Chiny – 34,8 mln ton, 5. Niemcy – 33,2 mln ton, 6. Rosja – 32,0 mln ton, 7. Francja – 25,1 mln ton, 8.Nowa Zelandia – 21,9 mln ton, 9.Pakistan – 21,7 mln ton, 10. Turcja – 20,0 mln ton, 11.UK – 15,6 mln ton, 12. Polska – 14,8 mln ton, 13. Holandia – 14,5 mln ton
Produkcja masła (2021 rok) : 1. Indie – 3.738 tys. ton, 2. USA – 846 tys. ton, 3.Pakistan – 726 tys. ton, 4.Nowa Zelandia – 472 tys. ton, 5. Niemcy – 441 tys. ton, 6.Francja – 405 tys. ton, 7. Rosja – 253 tys. ton, 8. Turcja – 211 tys. ton, 9. Polska – 181 tys. ton,10. Irlandia – 166 tys.ton, 11.Iran – 165 tys. ton, 12. UK- 143 tys. ton
Produkcja sera (2021): 1. USA – 5,58 mln ton, 2. Niemcy – 2,74 mln ton, 3.Francja – 1,89 mln ton, 4.Włochy – 1,25 mln ton, 5.Holandia – 772 tys. ton, 6.Polska – 744 tys. ton, 7. Rosja – 664 tys. ton, 8. Egipt- 628 tys. ton, 9.Czechy – 569 tys. ton, 10.Argentyna -559 tys. ton
Warto w tym miejsc u zaznaczyć, że z produkcją sera są w Rosji raczej podstawowe problemy, albowiem musi importować tzw. podpuszczkę.
Podobnie jak importuje nasiona słonecznika (50% upraw) niezbędne do produkcji oleju słonecznikowego, ok. 80-90% nasion pszenicy i innych zbóż, 50% nasion buraka cukrowego oraz nawet ziemniaki sadzeniaki. A do hodowli kurczaków – zarodki, podobnie jak do pozyskania cielątek – spermę od zagranicznych byków.
Zaś wartość eksportu produktów rolnych Rosji w roku 2022 wyniosła 32,7 mld USD, gdy tymczasem wartość eksportu rolniczego Polski wyniosła 37 mld USD. Łał. To kto tu jest „imperium”?
Jak pokazują statystyki, Rosja to w zasadzie producent rolny II ligi światowej.
Znacząca jej część jest uzależniona od strategicznego importu surowców niezbędnych w produkcji rolnej . Import pochodzi głównie z państw obecnie ostro lobbujących za „pozwoleniem zachowania twarzy Putina” czyli z Niemiec i Francji. Oraz ewentualnie Holandii. Które zarabiają na tym ładnych parę groszy.
I w ten sposób przechodzimy do tematu wojny i ekonomiki wojennej czyli do niemilitarnych środków mogących mieć wpływ na wyniki każdej wojny. Należą do nich nie tylko paliwa, jak benzyna, której zabrakło Niemcom w ostatniej fazie wojny czy futra, których zabrakło Niemcom pod Moskwą i Stalingradem ale też żywność. Polacy powinni pamiętać kolczykowanie krów i świń w Generalnej Guberni i rekwizycje koni oraz bydła „na front”.
Z książek pamiętamy, jak to kontynent został zablokowany przez flotę brytyjską w czasie I WW i Niemcy głodowały. Głodowali też inni, jak na przykład Polacy, ale głównie z powodu rekwizycji bydła i zapasów na zasiewy przez maszerujące wojska.
Tymczasem Rosja przyjęła za pewnik, że skoro ma zabezpieczony import surowców do produkcji rolnej „z zaprzyjaźnionych krajów” a podstawowe produkty rolne jak „greczka, kapusta, ogórki, buraki i ziemniaki” chłopi wyprodukują w ogródkach przydomowych i na działkach, to może się skupić na przemyśle zbrojeniowym, lotach w kosmos i wyrzucaniem kasy na futrowanie agentur w krajach „nieprzyjaznych” jak Polska .
A rolnictwo przekształcić na wzór amerykański na pełnowymiarową branżę para-przemysłową prowadzoną w latyfundiach będących w posiadaniu ok. 200 „zaprzyjaźnionych klanów”. Co automatycznie oznaczało gigantyczną nadwyżkę rąk do pracy na wsi, której nikt nie zamierzał „zagospodarowywać” na miejscu.
Oligarchiczna władza Federacji Rosyjskiej, po rozwiązaniu kołchozów w roku 1990 NIE dała ziemi chłopom (jak obiecywał Lenin a nie dotrzymał żaden sekretarz KPZR) i nie dała tymże chłopom tytułów własności do domków czy mieszkań, które zamieszkiwali. Nie wspierała też przetwórstwa rolnego czyli produkcji mleka, kur etc. prowadzonego przez lata w kołchozach.
Tak więc po „pierwszym rozkułaczaniu rolnictwa rosyjskiego”, które skutkowało przynajmniej czterema falami głodu , połączonymi z wyludnianiem całych prowincji, od roku 1990 mamy do czynienia z „drugim rozkułaczaniem”, które spowodowało, iż do roku 2020 ze 150 tysięcy wsi rosyjskich , jakie istniały w roku 1990 – zniknęło 58 tysięcy wsi tj. 30 tysięcy zostały wyludnione w 100% a 28 tysięcy ma w statystykach zapis, iż mieszka w nich „do 6 osób”.
W miejsce zlikwidowanych kołchozów zaczęto tworzyć tworzyć latyfundia o powierzchni setek tysięcy hektarów nastawione na monokulturę czyli prowadzenie jednej lub kilku upraw przeznaczonych na eksport. Latyfundia z czasem zaczęły szybko obrastać w przetwórstwo i handel detaliczny. Forma prawna tych przedsięwzięć o nazwie agroholdingi (korporacyjne gospodarstwa rolne) to głównie spółki akcyjne, spółki komandytowe i rolnicze spółdzielnie produkcyjne.
W roku 2021 a więc przed rozpoczęciem wojny 20 największych agroholdingów zajmowało grunty rolne o łącznej powierzchni 8,3 mln ha, co odpowiada powierzchni gruntów ornych Rumunii (8,5 mln ha) i jest nieco mniejsze od łącznej powierzchni gruntów ornych Polski ( 10,8 mln ha).
Agroholdingi mają daleko idące wsparcie państwa, na czele z bezpośrenimi dotacjami oraz systemem prawnym, który na przykład NIE POZWALA ROLNIKOWI INDYWIDUALNEMU SPRZEDAWAĆ PŁODÓW ROLNYCH GDZIE INDZIEJ NIŻ PRZD FURTKĄ WŁASNEGO GOSPODARSTWA.
Próby sprzedawania kartofli czy warzyw na chodnikach w miastach przez właścicieli działek przyzagrodowych kończyły się bardzo wysokimi mandatami.
A próby odmowy odsprzedania swojego gospodarstwa rolnego zainteresowanym agroholdingom skutkowały różnymi kontrolami administracyjnymi, które oczywiście stwierdzały różne niedociągnięcia , w wyniku czego na podstawie obowiązującego prawa – gospodarstwa te jako „niespełniające standardów’ były konfiskowane i sprzedawane na aukcjach po dobrej cenie.
W przypadku bardziej zdecydowanego oporu właścicieli gospodarstw rolnych do akcji wkraczały organizacje znane z praktycznie dwustuprocentowej skuteczności w perswazji. Właściciel dowiadywał się, co może się przydarzyć jego żonie, córce, wnukom i tak dalej.
Sprawy były opisywane w Internecie ale ostatni niezależny dziennikarz walczący o „ziemię dla chłopów” opublikował w lipcu 2015 r. artykuł o tym, że „jedna czwarta ziemi rolnej Rosji zniknęła” a w listopadzie tegoż roku miał w wieku lat 40 silny zawał w pociągu i nie dało się go odratować.
Największe trzy agroholdingi w 2021 to: MIratorg braci Wiktora i Aleksandra Linnik – 1.047 tysięcy ha, Prodimex i Agricultura pana Igora Khudokormowa – 865 tysięcy ha i Agrocomplex pana Aleksandra Tkaczowa , byłego gubernatora Kraju Krasndarskiego (2001-2015) i byłego ministra rolnictwa FR ( 2015-2018) – 653 tysiące ha. O którym pisze się najwięcej w kontekście korupcyjnym i nie tylko.
Wg opracowania państwa Zvi Lermana, Natalii Shagaida i Vassilya Ya Uzuna pt.”Russian agroholdings and their role in agriculture” w roku 2016 było w Rosji łącznie około 1000 takich agroholdingów i zajmowały one grunty orne o powierzchni 20,8 mln ha. Resztę gruntów ornych o powierzchni 62,5 mln ha miały zajmować tzw. „niezależne rolne przedsiębiorstwa”.
Łącznie agroholdingi i owe „niezależne przedsiębiorstwa rolne” miały zajmować 83,3 mln ha.
A co z resztą gruntów rolnych Rosji? Rosja wg szacunków Banku Światowego posiada grunty rolne o powierzchni 123,12 mln ha , co daje jej trzecie miejsce na świecie po Indiach (156,46 mln ha) i USA (152,25 mln ha).
A tuż za Rosją są Chiny – 118,9 mln ha a dalej Brazylia – 80,97 mln ha.
Otóż „brakujące” miliony hektarów gruntów ornych Federacji Rosyjskiej o powierzchni szacunkowej ok. 40 mln ha „odnalazły się” w zestawieniu pod tytułem „Redukcja gruntów ornych” pod hasłem „Rolnictwo w Rosji” u angielskiego docenta wikipedii.
Przedstawiono 65 jednostek administracyjnych to jest obwodów i krajów w porządku od tych, które zanotowały największą utratę gruntów ornych uprawianych w okresie od 1990 r. do 2015.
Pierwszych 26 jednostek administracyjnych w 1990 r. posiadało 31, 86 mln ha obrabianych gruntów ornych a w 2015 – 11,43 mln ha. Oznacza to utratę dla produkcji rolniczej 20,43 mln ha czyli 64,1% obszaru rolniczego.
Na tej liście znalazły się między innymi takie obwody jak:
– smoleński spadek z 1.570 tysięcy ha w 1990 r. do 400,2 tysięcy w 2015 r. ha czyli spadek -1.169,1 tysięcy ha to jest – 74,5%,
– obwód pskowski spadek z 1.034,4 tysięcy ha w 1990 r. do 245,3 w 2015 r. czyli spadek – 798,7 tysięcy ha to jest – 76,7%,
– obwód twerski spadek z 1.475,2 tysięcy ha w 1990 r. do 534,4 tysiące ha czyli spadek o 940,6 tysiące ha to jest 69,3%
– obwód nowogrodzki spadek z 567 tysięcy ha w 1990 r. do 178,5 tysięcy ha czyli spadek o 388,5 tysięcy ha to jest o 68,0%
– obwód moskiewski spadek z 1.249 tysięcy ha w 1990 r. do 579 tysięcy ha czyli spadek o 670 tysięcy ha tj. o 53,6%
Kolejne 14 obwodów i krajów zajmowało 40.999 tysięcy ha w roku 1990 a zaledwie 22.665,5 tysięcy w roku 2015. Ubytek – 18.333,3 tysięcy ha tj.44,7%.
A nie oszacowaliśmy ubytków gruntów rolnych w pozostałych obwodach i krajach. Można szacować, iż do roku 2015 w Rosji ze 123 mln ha wykazywanych w oficjalnej statystyce gruntów ornych pozostało nie więcej niż 80 mln ha będących w użytkowaniu. Pozostałe szacunkowe 43 mln ha zarosło lasem. A nie był to koniec tego procesu. Towarzyszyły mu wyludnienie co najmniej 58 tysięcy wsi, dewastacja budynków i infrastruktury, likwidacja istniejących tam szkół, sklepów, przychodni, domów kultury a w końcu i dróg.
O tym zjawisku nie można usłyszeć w oficjalnych mediach głównego nurtu Federacji Rosyjskiej a co najwyżej na niszowych portalach internetowych.
Państwo popiera całym swoim autorytetem i dotacjami nowych „landlordów” czyli agroholdingi , natomiast wieś rosyjska a konkretnie rolnicy indywidualni , którzy bez dotacji i bez poparcia państwa usiłują prowadzić działalność gospodarczą , jest wg przewodniczącego organizacji Federalna Rada Rolna (Federalny Siel-Sowiet) pan Omielnczenko – świadomie skazana przez władze na likwidację.
W tym miejscu można powiedzieć, że zanikanie lub likwidacja rolnictwa w Federacji Rosyjskiej to żaden problem, skoro należy ona do liderów w zakresie wydobycia ropy i gazu, złota i diamentów, węgla i rudy żelaza oraz ma jedne z największych na świecie : przemysł maszynowy, hutnictwo i przemysł zbrojeniowy.
Jednakże warto zwrócić uwagę na fakt, iż władze Federacji Rosyjskiej i cały jej aparat propagandowy szczególnie w latach poprzedzających inwazję na Ukrainę uporczywie powoływały się na swoje związki poniekąd cywilizacyjne z największymi potęgami świata starożytnego i wczesnego Średniowiecza czyli Rzymem starożytnym i Bizancjum .
Tymczasem te dwa państwa opierały swoją potęgę i bezpieczeństwo nie tylko na silnej armii oraz sprawnym systemie dróg, z których wiele istnieje do dzisiaj, ale przede wszystkim na znakomicie rozwiniętym rolnictwie.
Senatorowie, dowódcy wojskowi i sami cesarze starożytnego Rzymu bywali nie tylko właścicielami latyfundiów ale wysokiej klasy specjalistami w dziedzinie rolnictwa.
Jak mój ulubiony Marek Porcjusz Katon (Katon Starszy), który był autorem najstarszego zachowanego dzieła o rolnictwie „De agri cultura” (O gospodarstwie wiejskim). Katon przeszedł do historii jako senator, który kończył swoje mowy w senacie wezwaniem:”… Ceterum censeo Carthaginam delendam esse…” czyli „..A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć…”. A autorów dzieł o rolnictwie w starożytnym Rzymie było jeszcze kilku.
Innej myśli Katona Starszego, która przetrwała do naszych czasów czyli :…Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, złodzieje dobra publicznego w złocie i purpurze…” współcześni myśliciele rosyjscy nie przywołują.
No ale.
Wszystkie te myśli przyszły mi do głowy, kiedy patrzyłam na informację, iż w obwodzie smoleńskim, który przez wieki nieprzerwanie, czy to w Wielkim Księstwie Litewskim, czy to w I Rzeczpospolitej, czy nawet w Imperium Rosyjskim miał dobrze rozwinięte rolnictwo i gospodarkę leśną – w ostatnich 30 „nowi ruscy” porzucili na zmarnowanie jeden milion sto siedemdziesiąt tysięcy hektarów ziemi. Smoleńsk nie leży poza kołem polarnym.
To samo dotyczy obwodu moskiewskiego, który otacza stolicę państwa aspirującego do roli imperium pierwszej wielkości. Za czasów rządów pana Putina pod samą stolicą państwa zarosło młodym lasem ponad 53% gruntów ornych. W tej aglomeracji żyje ok. 20 mln ludzi. Wokół Moskwy winny ciągnąć się hektary warzyw pod folią i szklarnie, nie mówiąc o zbożu na chleb i bułki. Jak na ironię, w odmętach Internetów pojawiła się informacja, iż pod Moskwą otwarto kompleks szklarni oczywiście „największy na świecie” – o powierzchni 166,71 ha.
Bo w Rosji wszystko jest najlepsze na świecie albo największe. Na przykład kompleks szklarni albo eksport pszenicy. To, że łączna powierzchnia szklarni w Rosji wynosi zaledwie 3.200 ha , gdy tymczasem Holandia ma szklarnie o powierzchni 10.568 ha a Polska już w 2019 miała szklarnie o powierzchni 5.586 ha – nie ma znaczenia w świecie propagandy. Najważniejsze jest to, że Rosja ma „wielką kulturę rosyjską” i „największy kompleks szklarni pod Moskwą.
Obraz Rosji w propagandzie i obraz rzeczywisty Rosji pozostają w drastycznej opozycji wobec siebie.
Tak było w czasach Imperium Rosyjskiego, tak było w czasach ZSRR i tak jest teraz.
Od czterech miesięcy na Rosję nałożone są bardzo silne sankcje gospodarcze. Państwa z nią sprzymierzone jawnie lub dyskretnie usiłują robić wszystko, aby przeżyła ona ten ciężki okres i doczekała, aż Ukraina podda się naciskom i rozpoczynając rozmowy da pretekst do zniesienia sankcji. W oczekiwaniu na ten szczęśliwy dzień media mniej czy bardziej uzależnione od Rosji/Niemiec lub zwyczajnie zaczadzone starają się owe sankcje bagatelizować a ich skutki przemilczać.
A są one już w tej chwili bardzo poważne i jeśli Ukraina wytrzyma, to tego lata a najpóźniej w listopadzie / grudniu 2022 wg niezależnych specjalistów rosyjskich zapowiada się w Rosji prawdziwa katastrofa.
Już teraz czyli po czterech miesiącach sankcji widać pierwsze skutki a lawina ruszyła.
Import już spadł do połowy i nie z powodu antyimportowej produkcji pana Putina ale z powodu masowej odmowy współpracy z Rosją indywidualnych przedsiębiorstw , które nie chcą być oskarżane o wspieranie zbrodniczego reżymu. I nie chodzi tutaj o import dóbr luksusowych jak torebki od Prady po 25 tysięcy Euro od sztuki , ale komponenty do produkcji w bardzo wielu dziedzinach, zarówno strategicznych jak i pozornie mało znaczących.
Wartość roczna importu Federacji Rosyjskiej w ostatnich latach wahała się między 270 -345 mld USD. Przyjmując wielkość optymistyczną tj. 345 mld USD w skali roku otrzymujemy za okres 4 miesięcy inwazji na Ukrainę i sankcji , przy przyjęciu spadku o 50% – wartość importu Rosji na poziomie 50-60 mld USD a nie 100-115 mld USD.
Spadek importu nie tylko oznaczał, iż produkcja w wielu dziedzinach była prowadzona na pół gwizdka na bazie dotychczasowych zapasów. Które właśnie się kończą. I powodują bardzo nerwowe poszukiwania kanałów tzw. importu równoległego czyli „kontrabandy”, jak nazwała to pani profesor Zubarewicz. Chodzi o półlegalny przemyt niedostępnych oficjalnie surowców i komponentów do produkcji poprzez kraje i firmy, które za określone korzyści są gotowe wesprzeć rosyjskiego niedźwiedzia. Wg pani Zubarewicz „rosyjscy przedsiębiorcy są niesłychanie twórczy” w tym zakresie. Co mnie wcale nie dziwi, skoro większość owych „przedsiębiorców” to albo starzy kagiebiści, albo byli kryminaliści.
Panowie mogą sobie być nawet maksymalnie „twórczy” ale światowy system monitorowania nie śpi i przemyt może się odbywać w ilościach zdecydowanie zbyt małych aby w pełni zastąpić dotychczasowe jawne kontakty handlowe.
Wg rosyjskiego Banku Centralnego 65% przedsiębiorstw Federacji Rosyjskiej jest uzależnionych od importu do własnej produkcji. A wg oceny Gajdar Institute for Economic Policy 60% badanych przedsiębiorstw twierdziło, że nie ma w Rosji zamienników zdolnych zastąpić surowce i części zamienne z importu stosowane w ich produkcji.
W dodatku ogromna nadwyżka wartości eksportu nad importem dała nieoczekiwany efekt, który początkowo bardzo ucieszył rosyjski Bank Centralny i propagandzistów: rubel po upadku do 140 za dolara podciągnął się do 50-60 za dolara. Powstał jednak problem. Ten kurs jest bardzo niekorzystny dla rosyjskiego eksportu a nie można go zbić. Jak mówi pani profesor Zubarewicz :” A ten rubel , zaraza, nie daje się obniżyć”.
Jak wyglądają w konkretnych sytuacjach skutki rozerwania więzi handlowych w imporcie pokazuje przypadek pozornie mało znaczący: zaczęły się braki opakowań do transportu i przechowywania mleka i innych napojów spożywczych z powodu braku nadtlenku wodoru, który do tej pory dostarczał do Rosji francuski koncern. A teraz nie dostarcza. W zasadzie jest jakiś jeden czy kilku producentów nadtlenku wodoru czyli starej dobrej wody utlenionej (jeśli stężenie wynosi 3%) w Rosji, ale chyba parametry nie są odpowiednie. No i co zrobić z milionami ton mleka dziennie? Sprzedawać do baniek z beczkowozów? Tak robili parę lat temu w Jałcie z kwasem chlebowym.
Takich problemów są w tej chwili w gospodarce rosyjskiej dziesiątki tysięcy dziennie.
Innym ważnym zjawiskiem w gospodarce rosyjskiej jest po przedłużającej się inwazji bez wskazania na zwycięzcę – narastające poczucie niepewności obywateli rosyjskich co do przyszłości ich pracy i dochodów.
Ta niepewność już uderzyła w branżę kredytów hipotecznych kierowanych do branży deweloperskiej . Spadek popytu na kredyty mieszkaniowe wynosi 70%.
Oznaczać to może niedokończone budowy całych osiedli a raczej mega osiedli i upadłości firm deweloperskich oraz wstrzymanie całej branży.
W ślad za tym pojawił się sygnał ze strony specjalistów z tej branży, że problem mają producenci stali budowlanej , głównie słynna „Magnitka i jej koleżanki huty”, które liczyły jeszcze kilka tygodni temu, że sankcje w eksporcie na stal odbiją sobie na rynku krajowym. Mityczny „Chińczyk, który miał kupić wszystko czego nie kupiła Europa” w tej sprawie nie występuje, albowiem Chińczycy mają własną produkcję stali na pełnych obrotach a od Rosji potrzebują rudy żelaza i węgla koksującego. Czy jak to się nazywa.
O braku części do produkcji samochodów i wagonów kolejowych mówi się już od kilku tygodni i firmy samochodowe są kolejno wygaszane. Podobnie jak cały przemysł maszynowy.
Chińczyk i Hindus kupują ropę owszem, ale z żądaniem zabójczych obniżek cen. A gdyby w listopadzie doszło faktycznie do zatrzymania importu ropy z Rosji przez Europę, to zapowiedziana „katastrofa” objawi się w całej okazałości.
W chwili rozpoczęcia inwazji na Ukrainę procent obywateli Rosji żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosił około 10-15%. Oznaczało to grupę ludzi, którzy mieli poważne problemy z regulowaniem podstawowych rachunków w skali miesiąca: żywność, lekarstwa i czynsz. Każde ekstra wydatki jak zimowe palto czy buty –załamywały budżet. W chwili obecnej, po wzroście cen konsumpcyjnych ( głównie na żywność ) o 17% plus po zwiększeniu bezrobocia w branżach uderzonych przez sankcje i pesymistyczną ocenę przyszłości przez konsumentów – segment prawdziwej biedy powiększy się w Rosji do 25%.
Jak sobie poradzi z tym „pan Putin” nie wiem, ale jak mówi szyderczo pod adresem tego ostatniego pan Arestowicz – „na pewno winna jest Polska”.
Pan Putin dopuścił do rozwalenia podstawowej dziedziny strategicznej w warunkach wojny – produkcji żywności. Doprowadził do tego w czasach pokoju, mając swoich obywateli za nic. Żarcie w Federacji Rosyjskiej nie zrobiło się lepsze niż w ZSRR, za to zrobiło się droższe.
Zresztą większość warzyw i owoców produkują obywatele Rosji w swoich przydomowych ogródkach. Dwa lata temu warzyw w Rosji ZABRAKŁO. W dodatku w ramach „pełnego liberalizmu w gospodarce rosyjskiej” władze zakazują rolnikom sprzedaży płodów rolnych na własną rękę „na chodniku w mieście” a jedynie obok własnej furtki na wsi czyli 200 km od miasta. Okładają ich mandatami bez miłosierdzia.
W tych warunkach zajęcie 35 mln hektarów czarnoziemu ukraińskiego i ofiarowanie ukraińskich „agroholdingów” (są takie tylko na ogół mniejsze, średnio 15 tysięcy ha) swoim rosyjskim pupilom wydawało się zapewne panu Putinu świetnym pomysłem. Nie licząc tego, co jest na Ukrainie pod ziemią.
Ale na razie wszystko układa się inaczej, i nie jest wykluczone, że proroczy okaże się żart pewnego komentatora pod wykładem pani profesor Zubarewicz o bieżącej sytuacji gospodarczej Rosji i jej perspektywach – następującej treści: „… Obywatele, rozejdźcie się „po barakam” ; projekt „Rasieja” – „zakrywajetsa”. (z
Putin i cała ta sowiecka kagiebowsko-komunistyczna arystokracja urządziła sobie w Rosji za wiedzą i zgodą i przy współudziale państw zachodnich takich jak Niemcy czy Francja – żerowisko. Żerowisko, w którym nie potrzeba do utrzymania sektora wojskowego i wydobycia surowców oraz kilku hut aż 140 mln gąb do wyżywienia.
Żerowisko, w którym przez 30 lat nie wydano grosza na remontowanie i modernizację infrastruktury czy polepszenie warunków życia ludności. Za Uralem żyje już tylko 10 mln ludzi a może nawet i tyle nie.
I do tej listy „sukcesów” pan Putin postanowił dodać „odbudowę ZSRR jako III Rzymu”. Odbudować „na wartościach chrześcijańskich” oczywiście , które widać zwłaszcza w bazylice Sił Zbrojnych Armii Rosyjskiej w Kubince pod Moskwą.
Россия оставляет за собой право на действия по защите своих национальных интересов. В случае, если Литва в ближайшее время не разблокирует транзит в Калининград, будут предприняты необходимые меры. Об этом говорится в заявлении российского МИДа. Россия поставила Литве ультиматум, заявив, что имеет право на защиту своих интересов, нагло нарушенных Вильнюсом. Сегодня, 20 июня, в МИД России была вызвана временная поверенная в делах Литвы Виргиния Умбрасене, которой вручили соответствующую ноту.
(…) если в ближайшее время грузовой транзит между Калининградской областью и остальной территорией Российской Федерации через Литву не будет восстановлен в полном объеме, то Россия оставляет за собой право на действия по защите своих национальных интересов – говорится в заявлении внешнеполитического ведомства России.
Ранее Литва ввела запрет на транзит товаров, находящихся под санкциями ЕС, через свою территорию в Калининград. В Кремле это решение уже назвали беспрецедентным и нарушающим международное право. В Совете Федерации попытку блокады Калининграда признали нарушением суверенитета России и основанием для очень жестких и абсолютно законных действий в отношении Литвы. В случае, если Евросоюз не сможет повлиять на Вильнюс, Россия будет решать возникшую проблему сама.
По мнению экспертов, Литва, нарушив право России на доступ к своей территории, фактически дала России право на решение этого вопроса любыми способами, включая военный. Действия Вильнюса уже назвали самоубийственными, способными развязать военный конфликт на Балтике.
=======================
A w tut Prasie – na razie CISZA. Tylko TVPInfo napisało: MSZ Rosji zażądało w poniedziałek od Litwy natychmiastowego zniesienia „wrogich restrykcji”. „Jeśli w najbliższym czasie tranzyt towarów między obwodem kaliningradzkim a resztą Federacji Rosyjskiej przez Litwę nie zostanie w pełni przywrócony, Rosja zastrzega sobie prawo do podjęcia działań w celu ochrony swoich interesów narodowych” – napisano. [ominęli słowa: „włączając działania wojenne” ]