Produkcja i eksport ropy z Arabii Saudyjskiej spada do zera
Mike Whitney za pośrednictwem The Unz Review
Dotarliśmy do końca. Po siedmiu miesiącach niesprowokowanych działań wojennych sytuacja na Bliskim Wschodzie przerodziła się w pełnowymiarowy kryzys. Z dnia na dzień eksport saudyjskiej ropy spadł do zera. ZERO! Zastanówcie się nad tym przez chwilę. „Największy producent ropy naftowej na świecie” obecnie NIE eksportuje ropy. Terminale w Zatoce Perskiej są praktycznie zamknięte z powodu wojny z Iranem, a rurociąg Wschód-Zachód – główne połączenie lądowe, transportujące od 4 do 5 milionów baryłek dziennie do terminalu nad Morzem Czerwonym w Janbu – został wysadzony w powietrze w dziewięciu różnych miejscach (przez irackie drony) w czwartek i nie działa już.
Oznacza to, że po raz pierwszy w historii saudyjska ropa nie trafia na rynek. Czy to brzmi dla was jak katastrofa? Czy to coś, co wymaga natychmiastowej reakcji ze strony Trumpa i jemu podobnych?
Jak dotąd jedyną reakcją Trumpa było obszerne oświadczenie, które wygłosił na konferencji prasowej w piątek. Oto, co powiedział:
„Zadzwonili do nas Huti. Nie chcą z nami walczyć. Powiedzieli nam, że nie chcą z nami walczyć. Nie chcą, żebyśmy ich ścigali. Byliby bardzo wdzięczni, gdybyśmy się nie wtrącali i pozwolili większości statków przepłynąć. Jest tylko jeden kraj, z którego nie są szczególnie zadowoleni.” (Link)
To bzdura. Trump nie rozmawiał z Hutimi ani nie wie, czego chcą. Oświadczenia prezydenta pokazują jedynie, że doradcy Trumpa zostali zaskoczeni i nie uzgodnili jeszcze żadnej odpowiedzi. Ale dla każdego, kto śledzi tę farsę, jasne jest, że cała sprawa jest organizowana przez Iran. To sojusznicy Iranu w Iraku zaatakowali rurociąg Wschód-Zachód, tak jak to „wspierani przez Iran” Huti zajęli Mochę i wyspę Perim. Oto podsumowanie:
Niespodziewany atak piorunowy na nadmorskie miasto Mocha wzmocnił kontrolę Hutich nad jednym z najważniejszych szlaków żeglugowych świata. Niespodziewana ofensywa, która zmusiła siły Arabii Saudyjskiej do chaotycznego odwrotu, zaledwie kilka godzin później doprowadziła do zdobycia strategicznie ważnej wyspy u południowego ujścia Morza Czerwonego (Perim).
W niecałe 48 godzin jemeńska partia Ansar Allah umocniła kontrolę nad kluczowym szlakiem żeglugowym, powodując gwałtowny wzrost cen ropy naftowej i jednocześnie otwierając drugi front w wojnie przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi . Nie ma wątpliwości, że osiągnęliśmy punkt zwrotny w trwającym siedem miesięcy konflikcie, w trakcie którego amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej zostały obrócone w gruzy, podczas gdy irańskie wojsko utrzymuje silną kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Strategiczny manewr okrążający Hutich zwiększa prawdopodobieństwo wyparcia Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu i wyłonienia się Iranu jako gwaranta bezpieczeństwa regionalnego. Jesteśmy świadkami zmian w krajobrazie geopolitycznym, które zdarzają się raz na stulecie.
Wyspa Perim leży w sercu Bab al-Mandab, wąskiej cieśniny u południowego wejścia do Morza Czerwonego. To położenie wzmacnia kontrolę Huti nad szlakami żeglugowymi, którymi codziennie transportuje się 10 procent światowej ropy naftowej. Aby ominąć Cieśninę Ormuz, zablokowaną przez siły irańskie, Saudyjczycy transportują większość swojej ropy 1200-kilometrowym rurociągiem ze wschodu na zachód do portu w Janbu nad Morzem Czerwonym. Rurociąg – który dostarcza na rynek od 4 do 5 milionów baryłek dziennie – ma kluczowe znaczenie dla borykającej się z problemami gospodarki Arabii Saudyjskiej. W czwartek rurociąg został zaatakowany w dziewięciu różnych punktach przez irackie drony, co natychmiast wstrzymało przepływ ropy i wywołało panikę w Rijadzie i Waszyngtonie.
W piątek saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, zwrócił się z rozpaczliwą prośbą do Donalda Trumpa o pomoc wojskową, która została natychmiast odrzucona. Ta odmowa była szeroko komentowana w mediach, ale nie odzwierciedla rzeczywistego zakresu współpracy ze strony USA. Obecnie Stany Zjednoczone mają „ponad 100 amerykańskich doradców wojskowych w Arabii Saudyjskiej, którzy pomagają Rijadowi w gromadzeniu informacji wywiadowczych i wyborze celów dla wznowionej wojny w Jemenie”. (CNN) … Anonimowy urzędnik USA oszacował liczbę żołnierzy USA wspierających te działania na 200, dodając, że byli oni częścią nowej wspólnej grupy zadaniowej utworzonej w ostatnich tygodniach, gdy wojna w Jemenie zaczęła się eskalować.
Należy jednak zauważyć, że „wojna została ponownie rozpalona przez saudyjskie naloty na międzynarodowe lotnisko w Sanie 13 lipca – atak, który według doniesień Axios został autoryzowany przez prezydenta Trumpa. Ataki przeprowadzono w celu uniemożliwienia lądowania w Sanie samolotu odlatującego z Iranu, na pokładzie którego znajdowała się jemeńska delegacja, obecna na pogrzebie ajatollaha Alego Chameneiego…”.
Amerykańska społeczność wywiadowcza i inni sponsorzy wspierali również brutalną wojnę w Jemenie, prowadzoną przez Arabię Saudyjską, w latach 2015–2022. (Wojna ta kosztowała życie dziesiątek tysięcy cywilów i pozostawiła kraj w ruinie). Antiwar.com
Stany Zjednoczone ponoszą zatem znaczną część odpowiedzialności za obecny kryzys; to jest oczywiste.
W piątek, 11 września, saudyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało następujące oświadczenie:
Premier Iraku Ali al-Zaidi poprosił Saudyjczyków o wstrzymanie się z interwencją militarną, dopóki nie ustali tożsamości osób odpowiedzialnych. Choć sprawa pozostaje nierozwiązana, przesłanie jest jasne: Iran i jego regionalni sojusznicy są teraz zdeterminowani, by odciąć dopływ ropy naftowej z Bliskiego Wschodu, aby wywrzeć presję na USA, by zakończyły wojnę. Krótko mówiąc, trzymają globalną gospodarkę za gardło i stopniowo zaciskają pętlę, aby zmusić Trumpa do wywiązania się z zobowiązań wynikających z Porozumienia o Porozumieniu – porozumienia mającego na celu zakończenie działań wojennych i przywrócenie pokoju w regionie.
Wydarzenia rozwijają się tak szybko, że nie możemy być nawet pewni, czy Trump w pełni rozumie, co się dzieje. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Czerwone światła ostrzegawcze migają. Stoimy w obliczu mnóstwa nowych ewentualności i mnóstwa różnych scenariuszy. Jedyne, co jest pewne, to to, że Ameryka nie ma przyszłości na Bliskim Wschodzie. Kiedy kurz w końcu opadnie, bazy zostaną zabite deskami, flota zniknie, a „Old Glory” zostanie zapakowana w skrzynię transportową w drodze powrotnej do USA. [popularny przydomek i określenie flangi narodowej Stanów Zjednoczonych (The Stars and Stripes)].
Huti okupują obecnie całe zachodnie wybrzeże Jemenu, a ich siły służą Iranowi jako narzędzie do utrzymania kontroli nad 30 procentami światowych zasobów ropy naftowej. To ewidentnie skoordynowane działania wysoce zmotywowanych, zaprawionych w bojach bojowników, realizujących dalekosiężną strategię mającą na celu wymuszenie wycofania się Amerykanów z regionu, a następnie narzucenie nowej, wielostronnej architektury bezpieczeństwa.
Nie wierzymy, że obsesja Trumpa na punkcie bombardowania z powietrza nieuporządkowanych celów ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. Od samego początku Trump odruchowo wybierał destrukcyjną siłę, zamiast celowo wykorzystywać siłę militarną do osiągnięcia politycznego celu. Jego niezdolność do strategicznego myślenia prowadzi kraj ku najbardziej upokarzającej porażce militarnej, po której następują lata kryzysu gospodarczego.
W trzech artykułach, które napisałem dla Sonar21, konsekwentnie przedstawiałem jeden argument: Wojna na Ukrainie nie była kryzysem, który wybuchł w 2022 roku. Była wynikiem celowego, trwającego dekady zachodniego projektu, mającego na celu przekształcenie Ukrainy w instrument osłabiania Rosji – realizowanego pod przykrywką „partnerstwa” i „misji pokojowych”.
A po trzydziestu latach budowania tego instrumentu przez Waszyngton i NATO, zrobią z Ukrainą dokładnie to samo, co robili z każdym klientem wcześniej: porzucą ją, gdy tylko przestanie przynosić zyski.
Nos wielbłąda: 1992–1999
Zachód praktycznie wsunął nos pod namiot Ukrainy w momencie upadku Związku Radzieckiego. Formalne struktury zaczęły powstawać w 1992 roku, kiedy Ukraina przystąpiła do Rady Współpracy Północnoatlantyckiej NATO. Praktyczne stosunki wojskowe nawiązały się szybko: amerykańsko-ukraiński program partnerstwa państwowego z Gwardią Narodową Kalifornii w 1993 roku, przystąpienie Ukrainy do Partnerstwa dla Pokoju i pierwsze wspólne ćwiczenia w 1994 roku oraz budowa poligonu w Jaworowie pod Lwowem.
Termin „misje pokojowe” był przykrywką, a same ćwiczenia to zdradzają. Kiedy pod koniec lat 90. ćwiczenia Sea Breeze na Morzu Czarnym zaczęły obejmować zwalczanie okrętów podwodnych, fasada humanitarna legła w gruzach. Nie ćwiczy się polowania na okręty podwodne, aby zapewnić pomoc w przypadku klęsk żywiołowych. Robi się to, aby przygotować się do walki z rosyjską marynarką wojenną.
Przez 23 lata projektowałem ćwiczenia wojskowe dla amerykańskich sił specjalnych i wiem, jaka jest różnica między ćwiczeniami szkoleniowymi a próbą przed wojną. To były próby – ustrukturyzowany program szkolenia i wyposażenia Ukrainy do walki z Rosją, z NATO po jej stronie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Porównajmy to z rokiem 1999, kiedy NATO przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. To rozszerzenie złamało obietnicę Jamesa Bakera, że sojusz nie przesunie się „ani o cal” na wschód – obietnicę, którą Bill Clinton po prostu odrzucił.
I to nie przypadek, że gdy wybuchła wojna, Rosja zaatakowała obiekt w Jaworowie na początku marca 2022 roku. Wiedzieli dokładnie, co tam zbudowano i dlaczego.
Od partnera do faktycznego członka: 2000–2010
Kolejna dekada dopełniła dzieła, czyniąc Ukrainę członkiem NATO, choć nie formalnie. Rozważmy jedną statystykę: w latach 2000–2010 Ukraina była jednym z sześciu głównych gospodarzy ćwiczeń NATO i dowództwa USA w Europie, tuż za nią plasując się Gruzja. Dwa państwa niebędące członkami NATO gościły więcej ćwiczeń sojuszniczych niż zdecydowana większość państw członkowskich. To nie jest partnerstwo. To dowód prima facie, że Zachód chciał przyjąć oba kraje, niezależnie od tego, co mówiła Moskwa.
Do 2010 roku Ukraina dzieliły od pełnego członkostwa tylko dwie rzeczy: nie płaciła składek i nie miała gwarancji Artykułu 5. Pod każdym względem operacyjnym – Sea Breeze, Rapid Trident, rurociąg Jaworowski, roczne planowanie celów – była już członkiem sojuszu. I nigdy nie był to jedynie wysiłek militarny. Amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadowcze, w tym CIA, koordynowały działania z NATO i Dowództwem Unii Europejskiej, aby wyciągnąć Ukrainę ze strefy wpływów Rosji i trwale związać ją z Zachodem. Kiedy szczyt w Bukareszcie w 2008 roku ogłosił, że Ukraina „zostanie członkiem” – mimo że Francja i Niemcy zablokowały formalny Plan Działań na rzecz Członkostwa – kurs został wyznaczony na rok 2014 i wszystko, co nastąpiło później.
Wyjście: pod autobusem
Tak właśnie zbudowano ten instrument. I tak właśnie zostanie on zutylizowany. Każdy rząd zagraniczny, który ufa amerykańskim obietnicom bezpieczeństwa, powinien najpierw zbadać, co stało się z Wietnamem Południowym, Afgańczykami, Irakijczykami, Libijczykami i Kambodżanami. Kiedy wojna przestaje służyć celom Waszyngtonu, Stany Zjednoczone żegnają się.
Wzajemne oskarżenia o nieudaną kontrofensywę są początkiem właśnie tego procesu. Zachód ustawia się w pozycji, by zrzucić winę na Kijów, podczas gdy jego obietnice zbrojeniowe okazują się jedynie pustymi frazesami. Ataki dronów morskich na rosyjskie okręty to drobne ukłucia – militarnie nieistotne i niebezpieczne, głównie dlatego, że zachodni nadzór, który nimi kieruje, prowokuje rosyjski odwet za zwiad NATO nad Morzem Czarnym i wzmacnia determinację Moskwy w uduszeniu ukraińskich portów.
Jeśli chcesz uczciwie ocenić, dokąd zmierza ta wojna, zapomnij o raportach brytyjskiego wywiadu i Instytutu Studiów nad Wojną. Czekaj na dzień, w którym londyńscy bukmacherzy zaczną przyjmować zakłady na upadek Zełenskiego.
Wspólny wątek
Jeśli umieścimy te trzy artykuły w kolejności, schemat stanie się wyraźny. Pierwsze dwa dokumentują cierpliwą budowę – trzy dekady ćwiczeń, centrów szkoleniowych, koordynacji wywiadowczej i deklaracji ze szczytów, wszystkie skoncentrowane na Rosji. Trzeci opisuje rozwiązanie: moment, w którym projekt zawodzi na polu bitwy, a ci sami sponsorzy, którzy poświęcili trzydzieści lat na jego budowę, zaczynają szukać wyjścia. Trajektoria od rad partnerskich z 1992 roku do gry oskarżeń w 2023 roku nie jest ani przypadkowa, ani zwyczajna. Jest celowa. Ludzie, którzy utorowali drogę do tej wojny, nie zamierzają z niej wyjść razem z krajem, który na nią sprowadzili.
Putin mógł z łatwością nakazać ich usunięcie, gdyby chciał, ale zamiast tego chciał dać do zrozumienia, że zachodni dygnitarze nie powinni już dłużej zakładać, że mogą bezpiecznie podróżować na Ukrainę, ponieważ Rosja może wkrótce zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę jeszcze przed zimą.
——————————
Zachodnie media są w szoku po weekendowym ataku rosyjskiego drona na stację kolejową w mieście Jagodin, blisko granicy Ukrainy z Polską. Według CNN , „były dyrektor amerykańskiej CIA, David Petraeus, znajdował się na ukraińskim dworcu kolejowym w momencie, gdy rosyjski dron zaatakował pociąg pasażerski w niedzielę, krótko po tym, jak przejechał tamtędy pociąg dyplomatyczny z byłym premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem i innymi zagranicznymi dygnitarzami”. W ten sposób atak został błędnie przedstawiony jako próba zamachu.
Jest wysoce nieprawdopodobne, aby niechętny ryzyku Putin eskalował działania przeciwko NATO , próbując zabić dwóch byłych wysokich rangą urzędników bloku, zwłaszcza że nie zezwolił nawet na takie próby wobec obecnych ukraińskich urzędników, a w szczególności Zełenskiego . Chociaż Putin został zmuszony przez nieudaną 40-dniową operację wpływu Zełenskiego do „eskalowania w celu deeskalacji” konfliktu z Ukrainą, jak dotąd działania te były łagodne – zamiast ataków na ważne osobistości, skierowano je przeciwko infrastrukturze, takiej jak stacje benzynowe, porty i elektrownie.
Mając na uwadze te obserwacje, można stwierdzić, że rosyjski atak dronów na dworzec kolejowy Jagodina nie był próbą zamachu na tych dwóch byłych wysokich rangą urzędników z anglo-amerykańskiego rdzenia NATO, lecz przesłaniem dla ich krajów i sygnałem tego, co może nastąpić. Przesłanie to brzmiało tak, że odwiedzający Ukrainę dygnitarze – zarówno byli, jak i obecni – nie powinni zakładać, że będą mogli bezpiecznie podróżować na Ukrainę.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała infrastrukturę kolejową na Ukrainie ani cel blisko granicy z Polską, ale pierwszy raz, kiedy Rosja zaatakowała stację kolejową na granicy. Ta trasa jest jedną z kilku, którymi na Ukrainę trafia 90% eksportu sprzętu wojskowo-technicznego NATO. Zwolennicy Rosji zastanawiali się, dlaczego Putin nie zezwolił na takie ataki wcześniej. Mogło to wynikać z jego niechęci do ryzyka, wcześniej ograniczonych zasobów amunicji i/lub wcześniejszej mocnej obrony powietrznej Ukrainy (która jest obecnie niemal całkowicie wyczerpana ).
W każdym razie, z pewnością nie był to przypadek, że zezwolił na ten ostatni atak na stacji kolejowej, na której Petraeus czekał krótko po przejechaniu Johnsona, więc z pewnością sygnalizuje, iż Rosja może zacząć atakować ukraińską infrastrukturę transportową na dużą skalę. Mogłoby to wykraczać poza stacje kolejowe, obejmując autostrady i mosty na Dnieprze . Celem byłoby utrudnienie logistyki wojskowej NATO na Ukrainie, a jednocześnie utrudnienie transportu broni na front.
Niedzielny atak pokazuje, że Rosja może teraz przeprowadzać precyzyjne ataki w dowolnym miejscu na Ukrainie i o dowolnej porze. Dopóki Rosja ma wystarczającą ilość amunicji, a obecnie nie wydaje się, by brakowało jej dronów, mogłaby ona utrzymać te ataki, wymuszając na Ukrainie znaczące jednostronne ustępstwa poprzez oczekiwane wznowienie trójstronnych rozmów z USA w przyszłym miesiącu.
Wniosek jest taki, że dynamika militarno-strategiczna ponownie sprzyja Rosji po okresie niepewności latem, wywołanej decyzją Trumpa o „ eskalacji w celu deeskalacji ” poprzez „wojnę na wyniszczenie ” z Rosją, której prowadzi Ukraina. Jeśli Ukraina nie zawrze wkrótce porozumienia z Rosją ( potencjalnie za pośrednictwem USA ), ta zima może być dla niej najtrudniejsza jak dotąd, po czym może zostać zmuszona do kapitulacji przed Rosją, chyba że NATO zaryzykuje III wojnę światową, interweniując bezpośrednio, aby temu zapobiec.
=================
mail:
Dlaczego zaraz Putin. A może to Zelenski chciał Putinem nastraszyć Johnsona i Petraeusa.
W niedzielę 13 września doszło do ataku rosyjskich dronów na zachodnią Ukrainę. Część z trafionych celów znajdowała się blisko polskiej granicy. Komentując te wydarzenia, Donald Tusk podkreślił, że polskie wojsko nie potwierdza wszystkich informacji dotyczących ataku, jakie pojawiły się w mediach.
Premier wskazał, że nie ma dowodów na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej, ani ataku na lokomotywę pociągu pasażerskiego.
W niedzielę nad ranem polskie systemy wykryły atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie. Polskie wojsko poderwało myśliwce, a służby ostrzegały przed zagrożeniem mieszkańców regionów przygranicznych. Nie odnotowano naruszenia granicy RP.
– Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia oraz skład pociągu towarowego na bocznicy – powiedział premier Tusk podczas niedzielnej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że „ważna jest precyzyjna informacja”.
– Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń – zaznaczył Tusk.
Polityk odniósł się także do twierdzeń, że została naruszona polska przestrzeń powietrzna.
– Spekulacji, że coś wleciało od strony ukraińskiej, czyli rosyjskiej w tym znaczeniu, też nie potwierdzamy. Nic nie naruszało tej nocy polskiej przestrzeni powietrznej – powiedział premier.
W mediach pojawiły się dwa szokujące artykuły na temat Ukrainy, które ujawniają coraz bardziej ponury nastrój wśród polityków i decydentów establishmentu w kwestii obecnej sytuacji i przyszłych perspektyw Ukrainy.
Należy zauważyć, że główne media są coraz bardziej dosadne w swoich ocenach, o czym świadczy kilka niedawnych artykułów wzywających do „uczciwości” w dialogu Zachodu na temat prawdziwego statusu Ukrainy.
Problem polega na tym, że uczciwość musi wynikać z pierwszych zasad: oznacza to ustalenie najbardziej podstawowych, fundamentalnych, kluczowych faktów danego scenariusza.
W przypadku Ukrainy ocena oparta na pierwszej zasadzie musiałaby wynikać z podstawowych, wymiernych kosztów wojny, a przede wszystkim z liczby ofiar. Jeśli Zachód nie będzie w stanie uczciwie analizować rzeczywistych strat Ukrainy w taki sam sposób, w jaki robi to co tydzień w przypadku Rosji, to nigdy nie zbliży się do prawdy o sytuacji. Dzieje się tak, ponieważ praktycznie wszystkie obecne problemy Ukrainy wynikają z jej horrendalnie rosnącej liczby ofiar, a to jest najważniejszy problem, który Zachód wciąż rażąco ignoruje.
Artykuł zaczyna się od trzech „przygnębiających wniosków” nasuwających się po ostatniej, bezsensownej dyplomatycznej wymianie zdań między Kushnerem i Witkoffem:
Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina.
Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla.
Oto trzy przygnębiające wnioski z ostatniej rundy dyplomacji wahadłowej w Moskwie i Kijowie, prowadzonej przez zięcia Trumpa Jareda Kushnera i specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa.
Autor kontynuuje ponury ton swojej oceny, opisując rosnącą przewagę Rosji na polu bitwy, co odegra kluczową rolę w naszej dalszej egzegezie:
Co ważniejsze, podczas gdy Kreml kontynuuje swoją bezwzględną kampanię mającą na celu uczynienie miast Ukrainy niezdatnymi do życia, zniszczenie gospodarki kraju i pozbawienie go przyszłości, zdolność Kijowa do obrony stoi pod poważnym znakiem zapytania.
Część rozwijającego się koszmaru Ukrainy ma charakter taktyczny. Każdy z rosyjskich systemów ataku dalekiego zasięgu stał się bardziej niszczycielski. Nowa generacja odrzutowych dronów szturmowych Geran, znacznie szybszych i celniejszych niż ich stare irańskie modele Szahed, jest masowo wdrażana. Rosja opracowuje co najmniej dwa nowe, tanie systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych odpalanych z powietrza i ziemi.„To wojna miast i infrastruktury. Nikt jej nie wygra” – powiedział w ten weekend dziennikowi „Guardian” Serhij Bieskrestnow, doradca Zełenskiego ds. technologii obronnych i czołowa postać w kijowskim systemie obronnym.„Atak stał się silniejszy niż obrona”. Bieskrestnow przewiduje, że Ukraina nie będzie w stanie pozyskać wystarczającej liczby pocisków, aby w pełni chronić ukraińskie miasta przed dewastacją tej zimy.
Artykuł jest zaskakująco wnikliwy, ponieważ uczciwie analizuje niezliczone sposoby, w jakie Ukraina przegrywa wojnę:
Ale większa część powoli ujawniającej się porażki Ukrainy ma charakter strategiczny…
…trzecią i najpoważniejszą porażką jest odmowa rozważenia poważnego zaangażowania Kremla w rozmowy pokojowe i uparcie obstające przy przekonaniu, że zachęcanie Ukrainy do walki i nieustannej walki w jakiś magiczny sposób doprowadzi do zwycięstwa.
Co najważniejsze, autor odwołuje się do nadchodzącej katastrofy budżetowej Ukrainy w momencie, gdy apetyt Europy na kolejne, niekończące się pożyczki wysechł:
Punkt krytyczny – w którym te obietnice ostatecznie zderzą się z rzeczywistością – nadejdzie wkrótce w postaci nieuchronnego kryzysu fiskalnego w Kijowie. Premier Ukrainy Serhij Korecki ogłosił niedawno, że Kijów wydał już większość środków na obronę na rok 2026 i stoi w obliczu zbliżającej się czarnej dziury budżetowej w wysokości 26 miliardów euro (30 miliardów dolarów) – pomimo niedawnej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro (104 miliardów dolarów) od UE. Pożyczka ta, uzyskana po miesiącach targów z Brukselą, stanowiła szczyt tego, co UE jest realnie w stanie pozyskać. W obliczu najcięższej i najbardziej dotkliwej zimy tej wojny, Ukrainie wkrótce zabraknie nie tylko rakiet Patriot i ludzi na linii frontu, ale także pieniędzy na dalszą walkę.
Ostatni akcent autora jest najbardziej szczery i realistyczny — zamiast dyskretnie wzywać do zwiększenia ilości broni i niekończącej się eskalacji, jak to miało miejsce w większości podobnych tekstów w końcowych akapitach, autor przyznaje, że jedyną rzeczą, która może uratować Ukrainę, są dyplomatyczne rozmowy z Rosją, trafnie zauważając, że każda kolejna oferta pokojowa była coraz gorsza:
Co może uratować Ukrainę przed politycznym i militarnym upadkiem? Pojawiają się oznaki, że europejskie tabu polityczne dotyczące walki z Putinem pęka. Alice Weidel z niemieckiej AfD, która niedawno wygrała wybory w Saksonii, zaapelowała o „otwarty kanał komunikacji z Rosją w celu osiągnięcia porozumienia i pokojowego rozwiązania”. Według Iulii Mendel, rzeczniczki prasowej Zełenskiego w latach 2019–2021, „rosną nowe siły i stają się silniejsze”, co stanowi „naszą jedyną szansę na pokojową Europę… Więcej broni nas nie uratuje. Nigdy nas nie uratowało”.
Jak dotąd każda kolejna oferta pokojowa była dla Kijowa gorsza od poprzedniej. Wydaje się, że Putin wyraźnie zamierza zadać ukraińskim miastom ostateczny cios, zanim ostatecznie rozstrzygnie wojnę na własnych warunkach, być może w przyszłym roku. Administracja Trumpa dawno już zrezygnowała z pomysłu wspierania pełnego zwycięstwa Ukrainy i to historycy ocenią, czy decyzja o wycofaniu amerykańskiej pomocy i broni stała się samospełniającą się przepowiednią. Europa ze swojej strony nadal mówi, co myśli. Nie ma jednak konkretnego planu, by pomóc Ukrainie lub ją uratować przed furią Kremla – a tym bardziej zniszczyć rosyjską gospodarkę czy złamać wolę Putina.
Prowadzi nas to do następnego i najważniejszego fragmentu, któremu towarzyszą dwa alternatywne nagłówki:
Artykuł został napisany dla WaPo przez byłego szefa Google’a, Erica Schmidta, który przeżywa drugą, odradzającą się karierę jako organizator antyrosyjskich technologii wojennych i przedsiębiorca w jednym. Po niedawnej wizycie w Kijowie ocena Schmidta jest bardziej ponura niż kiedykolwiek.
Głównym propagandowym celem narracji o „naszej wojnie” jest utrzymanie polskiej opinii publicznej w dotychczasowym stanie ogłupienia – umysłowej inercji umożliwiającej kontynuację dotychczasowej grabieży polskich zasobów oraz procesu zasiedlania Polski przez Ukraińców.
Wariant radykalny polegający na bezpośrednim włączeniu Polski do wojny ułatwiłby rozpoczęcie kolejnego etapu polegającego na ostatecznym włączeniu polskich resztek w obce struktury władzy politycznej i finansowej.
– Jeśli Rosja zdecydowałaby się zaatakować nas, to pokonalibyśmy ją bardzo szybko – powiedział w sobotę podczas wystąpienia na kongresie Yalta Euopean Strategy w Kijowie wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski.
11 i 12 września w Kijowie odbyła się kolejna edycja organizowanej przez fundację ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka konferencji Yalta European Strategy. Wzięło w niej udział około 700 polityków i ekspertów z 28 krajów. Głównym tematem była kwestia zakończenia wojny Ukrainy z Rosją. /Najwyższy Czas/
Ostatnio prezydent Ukrainy Zełenski ostrzegł, żeby cywilne samoloty nie latały nad Rosją, bo może się przydarzyć krzywda, gdyż niebo nad matuszką Rassiją jest tak gęste od ukraińskiej nawały dronów i rakiet, że może dojść do nieszczęścia.
Można na te oświadczenie patrzeć się z kilku punktów widzenia. Po pierwsze – że to racja, po drugie, że to… troska Zełenskiego o rosyjskich pasażerów, których pewnie prezydent Ukrainy w rzeczywistości utopiłby w łyżce wody. Trzecie wyjście – moim zdaniem najbliższe prawdy w tym „pakiecie” – to groźba. Zełenski mówi, że może być nieszczęście niby na zapas i z troską, ale aspekt straszenia i to cywilów jest tu wyraźny.
Na cywila
Druga wojna ukraińska przeszła już dość dawno w wyraźną fazę, w której obiektem ataków jest ludność cywilna. I to po obu stronach. Na razie chodzi tu o tzw. zawoalowane groźby, bez szerszych ataków bezpośrednich, ale i tu sama groźba ma wywrzeć demoralizujący wpływ na morale ludności. A ta wojna w szczególności nas nauczyła, że wysiłek wojenny jeśli nie jest udziałem całego społeczeństwa, to nawet przy super armii nie ma szans na sukces. Jest to więc działanie stricte wojenne. Zwłaszcza w wojnie na wyniszczenie zasobów, z jaką mamy do czynienia. Po zawaleniu się idei „błyskawicznej operacji specjalnej” okazuje się, że głównym zasobem nie są tanki i amunicja, ale cierpliwość społeczeństwa. O to teraz jest gra.
Ale już nie tylko wojna ukraińska pokazuje nam ostatnio, że scenariusz, że tak powiem, irański nie daje gwarancji powodzenia. Przypomnieć należy że z kolei Trumpa pomysł na „błyskawiczną operację wojskową” polegał na tym, że zdekapituje się władze, wstrząśnie infrastrukturą Iranu do poziomu zapaści podstawowych usług państwa i lud wyjdzie na ulicę, wzburzony, a może tylko głodny. I obali przegrywów we władzach, choćby tylko by ratować własną, egzystencjalną skórę. Ten pomysł nie udał się, jak kiedyś pomysł Hitlera, by tym samym sposobem, przez codzienne naloty, rzucić na kolana Anglię. Zresztą alianci Niemcom odpłacali później w ten sam sposób. W obu tych wypadkach – angielskim i irańskim – skończyło się to konsolidacją narodu wokół flagi państwowej. Czy tak jest w obu przypadkach u Ukraińców i Rosjan?
Popatrzmy – jeśli Zachód liczy na zbuntowane tłumy na rosyjskich ulicach, to można tylko pogratulować niewiedzy lub/i naiwności. Putin dobrze stoi w sondażach, zwłaszcza, że unika mobilizacji, posługuje się najemnikami, szczególnie niewyczerpanym rezerwuarem wojsk Korei Północnej. Dla wielu Rosjan była to zdalna wojna, widziana w telewizorach i sprowadzona do kupowania mięsa armatniego od ochotników z zapyziałych regionów rosyjskiego imperium. Prędzej tam, jeżeli już, Zachód może liczyć na pałacowy zamach na Kremlu, ale musimy wziąć tu pod uwagę jedno zastrzeżenie. Jeżeli ktoś w ogóle krytykuje w Rosji Putina, to głównie z tego powodu, że się za bardzo z Ukrainą certoli. Tak, nad Kremlem krążą jastrzębie, które popychają do eskalacji, łącznie z walnięciem nukiem. Jeśli już, zakładajmy, miałoby dojść do zmiany Putina za pomocą wewnętrznej intrygi, to władze przejmie grono eskalacyjne, a to nie jest (chyba?) intencja Zachodu, tym bardziej (chyba?) Ukrainy.
Niechęć do pokoju
Cały czas się tu zastrzegam z tymi „chyba”, bo możliwy jest (i omawiany) inny scenariusz końca tej wojny. Otóż może Zachód, a także sam Zełenski nie są zainteresowani jakąkolwiek formą pokoju, tylko „wieczną wojną”, wszak to wojna na wyniszczenie. I im dłużej trwa tym bardziej wygrywa ten z lepszymi zasobami. Zachód może myśleć, że zajedzie Rosję, że ta nie wytrzyma materiałowo, ale i… moralnie, w obszarze recepcji społecznej. Ale to zgubna raczej strategia, bo może i lud wyjdzie na ulicę, może się tam na Kremlu zamachną z poduszką na Putina, ale wtedy władze – również w imieniu tłumu – przejmą jastrzębie i może jeszcze zatęsknimy za Putinem, który nagle nie okaże się wariatem, ale całkiem miłym koncyliacyjnym władcą. A więc jeśli Zachód i Zełenski nie chcą pokoju, to idą po cienkiej linie, gdyż eskalacja może doprowadzić Rosję, również z powodów wewnętrznych nastrojów, do działań desperacko agresywnych. I może o to chodzi i Zachodowi, i Zełenskiemu? Wtedy dopiero palec międzynarodowego oburzenia wreszcie wskazałby na Rosję, jako brutalnego agresora, którego popchnie się do działań jeszcze bardziej agresywnych.
Pojmowanie Rosji jako agresora trochę się stępiło obecnie, kiedy walki utknęły na stabilnych frontach, zaś Ukraina odpłaca Rosji dalekosiężnie (za pomocą głównie zachodniej broni) jak równy z równym. Ciężko więc utrzymać jednoczesną narrację, że Ukraina zwycięża, Putin się wali i w tym samym momencie odgrywać rolę bezbronnej ofiary. A jakby Putin walnął nukiem, albo sprawdził NATO na Bałtach, to by się podniosło, przycichłe obecnie, larum. A więc eskalacja jest na rękę wszystkim, pytanie tylko czy Putinowi?
Ukraińcy
Rozważaliśmy tu sytuację rosyjskiego narodu w jego reakcjach na wojenne przygody, wzmacniane przez Kijów. Trzeba teraz zajrzeć do Ukraińców. Cywile też, symetrycznie, są celem ataków Putina. Cywile, a zwłaszcza ich morale. Tam zaangażowanie Ukraińców jest bezpośrednie, szczególnie na froncie. Zagony najemników są symbolicznie małe, trzeba się wspierać rodzimym narybkiem, a ten jest coraz częściej zapraszany na front w formie ulicznych łapanek. Na to liczy Putin, na wyczerpanie się najważniejszego wojennego zasobu – siły żywej, głównie w postaci matek i żon, które jak widać na filmach bronią swoich przed „busikowym” poborem. Zachód może (do czasu) zasilać Ukrainę w sprzęt i amunicję, ale braków w sile żywej to nie zastąpi. (Jest jeszcze dość smutne zastrzeżenie, że jak się Ukraińcom skończą ludzie, to może Zachód sięgnąć zgadnijcie do jakich zasobów?) Dlatego jak Putin deklaruje, że planuje zbierać na „po wyborach” po 300-400.000 żołnierzy rocznie, to oznacza to złe wieści nie tylko dla ukraińskiego frontu.
No, trzeba postawić pytanie czy przypadkiem i Putin nie liczy na wariant irański, tak jak Zachód, czyli, że naród ukraiński się wkurzy i pogoni prezydenta-komika? Mamy tu też kilka możliwości i to nie tylko z teorii, ale z przesłuchów. Może w ogóle nie dojść do tego scenariusza, choć wyraźnie obecna strategia Putina to „przygotowania do zimy”. To znaczy Rosjanie rozwalają infrastrukturę „na zimę”, przygotowując ciężkie zimowe czasy dla Ukraińców. Ci mają już nie wytrzymać.
Ale wiadomo – motywacje napadniętego są bardziej wartościowe: bronimy się, niecny wróg, nasi dobrzy, nawet jak źli – wewnętrznie rozliczymy się po wojnie. Pamiętamy przecież o polskich przykładach rachunków krzywd wewnętrznych, których „obca dłoń nie przekreśli”, ale „krwi nie odmówi nikt”… Obiecanki cacanki, a po wojnie rozliczył nasze krzywdy ktoś inny, spoza nas. Pamiętacie to? To nie wiersz tylko, ale mechanizm, który funkcjonuje w czasie wojny i jest to mechanizm znany władzy i przez nią wykorzystywany do bólu. Bólu całego narodu.
Warianty dodatkowe
Drugi wariant głosu ludu jest taki, że… da się go zorganizować. Jak dotąd, po rewelacjach od pani Wiktorii Nuland z CIA, okazało się, że z tymi spontanicznymi rewolucjami Ukraińców to naiwne mity. Nawet nie wystarczające by „wymienić” koszmarny mit narodowy banderowców. Jak się dało, okazuje się, że za parę drobnych miliardów, zorganizować zmianę władzy w Kijowie, to można zrobić to i teraz. I nie koniecznie muszą to zrobić albo ci z europejskiego Zachodu czy amerykańskiego Waszyngtonu, bo Zełenski jakoś im obecnie pasuje, ale może to być przewrót w wyniku walki pomiędzy grupami oligarchicznymi, oczywiście „pod kryszą” którejś z koterii zachodnich. Ale i tu – nie bez udziału spontanicznego jak najbardziej tłumu, który powróci do zawieszonych na czas wojny „rachunków krzywd”.
Trzeci wariant, można rzec historyczno-analogiczny to sytuacja, którą widzieliśmy już na kartach historii. Otóż z okopów, po jakiejś formie zawieszenia broni, wracają styrani żołnierze. Jest to dla państwa bardzo wrażliwy moment – bo trzeba postawić pytanie: jacy oni wracają z tej przygody? Zmęczeni, w oczekiwaniu na odpoczynek w ramionach swych żon (często w Polsce, co ma pewne niemiłe dla nas smaczki)? Czy jest to wojsko wkurzone (może i uzbrojone, a na pewno zaprawione w boju) i wkurzone na kogo? Dalej na Rosjan, czy może na Zełenskiego i jego ludzi, którzy nie tylko mogli podpisać porozumienie stambulskie w trzecim miesiącu wojny i z milion, jak nie więcej Ukraińskich, trupów temu? Czy będą chcieli wystawić rachunki za korupcyjne obrywy oligarchów z pieniędzy na pomoc humanitarną, a co gorsza – militarną?
A może poda się im winowajcę zastępczego, np. Polskę, nad czym od afery z Orderem Orła Białego Ukraina pracuje systematycznie i bezwzględnie, podczas kiedy my tylko łapiemy upuszczane przez nią talerze ze stołu aktywnej narracji? Pytanie jest zasadnicze – czy ideolo banderowskie jest w duszach okopowych obecnie żywe, czy tylko dotyczy jakichś azowowskich oddziałów aberracyjnych, z wytatuowanymi swastykami pod pachą i w sercach? Bo jeśli banderyzm jest jedyną motywacją do walki, to po pokoju – jak przyjadą do swych, jak słyszymy bitych przez Polaków żon – to z kogo będą niezadowoleni? Gdzie będą szukali winnych swej sytuacji? W obcym kraju, bez zniszczonej ojczyzny, w państwie polskich panów, Lachów-ksenofobów, którzy zamiast pomagać w walce za „wolność waszą i naszą” używali ichnich żon do prac ponurych, zabrali im socjal, i pluli na nie na ulicach? Gdzie będą mogli wyładować swą ostrzelaną frustrację, skoro nie będą mogli jej wyładować na Zełenskim?
Granice eskalacji
Zaczęliśmy od omówienia groźby Zełenskiego co do lotnictwa cywilnego. Jesteśmy więc bardzo blisko horyzontu, kiedy można przekroczyć granice eskalacji w sposób nieodwracalny. Ale zastanówmy się przez chwilę. Zełenskiemu zależy na takiej eskalacji, by wciągnąć Zachód do tej wojny w tzw. sensie kinetycznym. Bo Zachód wojuje aktywnie z Rosją w sposób już uznany międzynarodowo za udział w wojnie jako strona. Udostępnianie przestrzeni do przelotów, zaopatrywanie frontu, produkowanie na własnym terytorium na potrzeby frontu, szkolenia i ćwiczenia, transfer technologii, wywiadowcza świadomość sytuacyjna na terenie przeciwnika, tzw. targeting, czyli de facto celowanie ze swego terytorium – czegóż trzeba więcej, by to zakwalifikować – również przez Rosję – jako bezpośredni udział w wojnie?
Rosja w świetle prawa międzynarodowego może uznać w każdej chwili Zachód za stronę w tej wojnie, z bardzo przykrymi konsekwencjami. A to, że tego nie robi do tej pory – łącznie z tymi konsekwencjami – dowodzi tylko, że nie chce rozszerzenia tej wojny. O czym wiedzą… nasi przywódcy, którzy straszaka wojennego, tak jak kiedyś kowidowego, używają do powiększenia swej władzy nad obywatelami i realizacji już nie federalnego, ale centralistycznego scenariusza Brukseli.
Zełenski jest więc, również z powodów osobistych, zainteresowany rozszerzeniem tej wojny. Bo jakby się włączył w to Zachód, to nikt by już nie pytał o złote kible jego kolegów, za które można było kupić parę transporterów na jeden sanitariat. Zacząłby się taki zamęt, że nikt by już nie spoglądał w przeszłość. Uwaga – i ja to rozumiem. Tak rozumiem, że jest to Zełenskiego interes i trzeba o tym pamiętać jak się patrzy na ruchy ukraińskich władz. Mają to cały czas w głowie jako główny punkt ciężkości swej strategii. Przy takim myśleniu można już strzelić w Przewodowo, wypuścić, albo tylko wpuścić, stadko styropianowych dronów, czy wyciąć szynę kolejową.
Tu większy interes ma Zełenski niż Putin: dla Zełenskiego to upragnione zbliżanie się do artykułu piątego traktatu NATO, zaś dla Putina to nie tylko testowanie gotowości odpornościowej Zachodu, ale i groźba „obudzenia” się śpiącego dinozaura. Moim zdaniem trzeba to brać pod uwagę i tak czytać – bez moralnego podejścia – strategię ukraińską. Sam bym tak robił na ich miejscu. A tam króluje korupcyjny pragmatyzm, nie nasze podejrzenia o moralne motywacje działań wojennych.
I jeżeli interesem Zełenskiego jest umiędzynarodowienie tej wojny, to nasz interes jest dokładnie odwrotny. Tyle czy realizowany?
Wrzesień 1939
Pamiętacie czasy Września’39? Polska też robiła wszystko by umiędzynarodowić swoją przegraną pozycję. Ale – tu pech – my w odróżnieniu od Ukrainy mieliśmy traktaty i gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu. I to, że na nich polegaliśmy, to dlatego też między innymi polegliśmy w tym względzie. Po prostu sprawę załatwiono traktatowo, a nie „w realu”. Na atak na Polskę Francja i Wielka Brytania zachowały się traktatowo, wypowiedziały wojnę Hitlerowi i… poszły do domu się zbroić. I tak zeszedł rok „dziwnej wojny”, my zaś posłużyliśmy za „próg spowalniający” dla Hitlera. Za naszą zdradzoną krew Zachód kupił sobie trochę czasu na dozbrojenie. Francja nie zdążyła, Anglicy – tak.
A trzeba nam było wtedy przebrać paru komandosów w mundurki „ze sklepu wędkarskiego” i przyatakować taki Paryż czy Londyn i wciągnąć towarzystwo do wojny. Ale u nas myślano elegancko – honorowo i traktatowo. I co dostaliśmy za to od Zachodu na koniec zwycięskiej przecież wojny? Jałtę, nieobecność na defiladzie zwycięstwa polskich żołnierzy, by nie drażnić Stalina, który akurat to miał gdzieś. I jeszcze uwaga! – rachunek za nasz wysiłek wojenny na Zachodzie wystawiony nam (sic!) w postaci zarekwirowania polskich zapasów złota zgromadzonych w Wielkiej Brytanii.
Co ma Ukraina? Ano nie ma żadnych traktatów gwarancji bezpieczeństwa, nie ma więc na czym romantycznie i moralnie polegać. Polega więc na sobie. Nie wie, a może wie, tylko jej władze udają, że nie wiedzą, bo ich to nie będzie osobiście dotyczyć, że i tak zostaną oddani na pożarcie. Tym bardziej Zełenski będzie więc eskalował wojnę, by ta się rozszerzyła i nie ma co mu się dziwić. To desperacja, miotanie się w saku. Jeśli ta wojna się rozszerzy, to tylko na wymiar uzupełnienia „siły żywej” głównie o Słowian, użytych nie pierwszy raz do zachodniego pochodu na Rosję. A to, że i u nas są ochoczy do tego politycy i ich przerażająco głupi akolici, to osobna sprawa. Tych, jak dożyją, zobaczymy jeszcze w pierwszych szeregach narracji „a nie mówiliśmy, że będzie wojna”? Choć sami do tej wojny parli wdeptywaniem w ziemię Putina, własną słabością i służalczością klienta wobec swego zagranicznego patrona. Pal ich tam licho, ale dlaczego wciągnięto w to cały naród, bo nawet niechciana wojna – dotyczy go w całości?
Second to fight?
Pozostaje już tylko smutna satysfakcja, że to tym razem Ukraina, nie my, poszła jako pierwsza na ten front. Tym bardziej musimy Ukraińcom nie tyle współczuć, co ostrzegać ich przed tym, nieznanym im jako twór państwowy zdradzonego narodu, scenariuszem, który ćwiczyliśmy w swej historii przez stulecia. Słaba, jako się rzekło to satysfakcja, że inni idą naszą krwawą ścieżką. My idziemy bowiem zaraz za nimi, w drugim szeregu.
Bez przesady i dramatyzmu: aby zrozumieć, jak katastrofalne w skutkach są dla Arabii Saudyjskiej wydarzenia w Jemenie, należy najpierw zrozumieć kontekst samej wojny w Jemenie.
W marcu 2015 roku Arabia Saudyjska rozpoczęła operację Resolve Storm, tworząc wielonarodową koalicję wojskową pod swoim dowództwem w celu walki z Ansar Allah.
Lata wcześniej Ansar Allah była grupą skoncentrowaną głównie w Saadzie i północnym Jemenie. Prowadziła kilka wojen z armią jemeńską pod dowództwem Alego Abdullaha Saleha. Reżim Saleha wykorzystywał wojnę z Ansar Allah – a także walkę z Al-Kaidą i innymi grupami zbrojnymi – jako element relacji bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi i w celu zapewnienia sobie wsparcia ze strony Waszyngtonu.
Jednakże po tzw. Arabskiej Wiośnie i upadku starego systemu politycznego w Jemenie, sytuacja zmieniła się radykalnie w krótkim czasie.
Ansar Allah zdołało posunąć się na południe od Saady, zdobyć Sanę w 2014 r. i kontynuować natarcie, aż niemal dotarło do Adenu.
W tym momencie interweniowała Arabia Saudyjska.
Zdobycie Adenu przez Ansar Allah oznaczało, że ruch ten był o krok od przejęcia kontroli nad większością Jemenu – w tym nad jego portami i strategicznie ważnymi obszarami nad Morzem Czerwonym, Cieśniną Bab al-Mandab i Zatoką Adeńską.
Początkowo interwencja saudyjska rzeczywiście zakończyła się sukcesem: Siły Ansar Allah zostały odparte od Adenu. Następnie wojska wspierane przez Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie odbiły części południowego i zachodniego wybrzeża. Po tym linia frontu ustabilizowała się, a Jemen pogrążył się w długiej wojnie na wyniszczenie.
Jednak w ciągu ponad dziesięciu lat wojny, pomimo środków finansowych, samolotów i broni, a także wsparcia politycznego i militarnego, Arabia Saudyjska, Emiraty i ich sojusznicy nie zdołali zdobyć Sany, zniszczyć Ansar Allah ani odzyskać większości terytoriów kontrolowanych przez ten ruch.
Najważniejszym osiągnięciem było przejęcie kontroli nad zachodnim wybrzeżem na południe od Al-Hudajdy aż po Al-Mukha, Dhubaab, Bab al-Mandab oraz okoliczne obszary i wyspy.
Obszar ten stanowił praktycznie najważniejszy militarny zysk terytorialny, jaki Arabia Saudyjska i jej sojusznicy osiągnęli w zachodnim Jemenie w ciągu dziesięciu lat wojny.
I dokładnie to się teraz zmieniło: Ansar Allah potrzebowało zaledwie kilku dni, aby niemal całkowicie odzyskać ten obszar.
W ciągu tygodnia intensywnych działań ofensywnych załamał się front, który Arabia Saudyjska i jej sojusznicy budowali i zabezpieczali przez lata.
A to jest prawdziwa katastrofa dla Arabii Saudyjskiej.
Aby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę znaczenie samego zachodniego wybrzeża.
Jednym z najważniejszych miast Jemenu, które w ostatnich latach pozostawało poza kontrolą Ansar Allah, jest Al-Mukha – nie tylko dlatego, że jest miastem nadmorskim, ale również dlatego, że ma ważny port i znajduje się przy głównej drodze do Bab al-Mandab.
W ostatnich latach Ansar Allah kontrolował port Al-Hudajda i ograniczony pas wybrzeża na północy. Z tego obszaru ruch ten przeprowadził większość operacji morskich przeciwko statkom powiązanym z Izraelem od początku wojny w Strefie Gazy w 2023 roku.
Stamtąd następnie rozwinęła się bezpośrednia konfrontacja ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią na Morzu Czerwonym.
Jednakże Ansar Allah działała z relatywnie ograniczonego obszaru geograficznego.
Ruch musiał użyć rakiet balistycznych dalekiego zasięgu, pocisków manewrujących, dronów i broni morskiej, aby dotrzeć do statków położonych dalej na południe lub w pobliżu Bab al-Mandab.
Niemniej jednak Ansar Allah udowodnił, że Ruch ten jest w stanie zakłócić transport morski i zmusić duże firmy do zmiany tras.
Jednak wdrożenie bardziej kompleksowej blokady – zwłaszcza wobec saudyjskich tankowców – było znacznie trudniejsze, dopóki Al-Mukha, znaczna część zachodniego wybrzeża i Bab al-Mandab pozostawały poza ich kontrolą.
Powodem jest to, że Arabia Saudyjska do tej pory mogła efektywnie transportować ropę naftową przy użyciu własnych tankowców, dzięki czemu nie musiała się tak bardzo martwić rosnącymi kosztami ubezpieczeń morskich.
I dokładnie to się teraz zmieniło.
Od początku wojny Arabia Saudyjska nałożyła daleko idącą blokadę na Jemen, a zwłaszcza na obszary kontrolowane przez Ansar Allah. Rijad nałożył ograniczenia na lotnisko w Sanie, ruch portowy oraz przepływ towarów, dochodów, wynagrodzeń i całej gospodarki, wykorzystując tę blokadę jako narzędzie do osłabienia rządu w Sanie i przytłoczenia go problemami gospodarczymi.
Ansar Allah podjęła wówczas decyzję – jak powszechnie wiadomo – o nałożeniu blokady morskiej na Arabię Saudyjską, aby zmusić Rijad do zniesienia blokady obszarów kontrolowanych przez Ansar Allah.
Ansar Allah sprawuje teraz ścisłą kontrolę nad zachodnim wybrzeżem Jemenu i bramami Bab al-Mandab. To znacznie zwiększa ich możliwości monitorowania żeglugi i stwarzania zagrożenia dla statków i tankowców w porównaniu z rokiem 2023.
I właśnie w tym momencie stają się widoczne pełne konsekwencje tego, co wydarzyło się w Arabii Saudyjskiej.
Ponieważ Arabia Saudyjska, która do tej pory była w stanie transportować dużą część swojej ropy naftowej przez cieśninę Bab al-Mandab pomimo blokady jemeńskiej, nie będzie już mogła tego robić tak łatwo w nowych warunkach militarnych.
7 września 2026 r. Volkswagen ogłosił wstępne porozumienie w sprawie sprzedaży zakładu w Osnabrück. Nabywcą większościowym ma być izraelska firma inwestycyjna Aurelius Capital (specjalizująca się w projektach obronnych), a mniejszościowym — kraj związkowy Dolna Saksonia. Zakład ma zostać przekształcony w centrum produkcji rozwiązań obronnych, a pierwszym „projektem kotwicznym” będzie współpraca z izraelskim koncernem zbrojeniowym Rafael Advanced Defense Systems (m.in. Iron Dome).
Nie jest to jednak bezpośrednie przejęcie fabryki przez Rafael. To sprzedaż izraelskiemu funduszowi obronnemu + niemieckiemu landowi, a następnie produkcja komponentów systemów obrony powietrznej we współpracy z izraelską zbrojeniówką. Transakcja jest na etapie porozumienia o kluczowych warunkach i wymaga jeszcze finalnych umów, zgód organów i decyzji nadzorczych.
Zamiast kabrioletów — wyrzutnie i transportery. Fabryka VW w Osnabrück przechodzi pod izraelskiego inwestora i ma produkować komponenty obrony powietrznej. Volkswagen wycofuje się z historycznego zakładu w Osnabrück. Zamiast T-Roc Cabrioletów mają tam powstawać elementy systemów obrony powietrznej we współpracy z izraelskim Rafaelem — producentem m.in. Iron Dome.
W poniedziałek 7 września 2026 r. koncern, kraj związkowy Dolna Saksonia i izraelska spółka inwestycyjna Aurelius Capital uzgodniły kluczowe warunki sprzedaży Volkswagen Osnabrück GmbH. Aurelius ma objąć pakiet większościowy, land — mniejszościowy. Po zakończeniu produkcji samochodów latem 2027 r. zakład ma być stopniowo przekształcany w „centrum kompetencji ds. rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa i obronności”. Obecnie pracuje tam ok. 1800 osób. Rada zakładowa szacuje, że nowa perspektywa może objąć około trzech czwartych załogi, czyli ok. 1400 miejsc pracy.
Pierwszym projektem kotwicznym ma być współpraca z Rafael Advanced Defense Systems. Chodzi o potencjalną produkcję systemów i komponentów obrony powietrznej przeznaczonych dla Niemiec i Europy — transporterów rakiet, wyrzutni, generatorów prądu i innych elementów. Same pociski przechwytujące Tamir (kluczowy element Iron Dome) nie mają być tam wytwarzane.
Prezes Rafaela Yoav Tourgeman podkreślił, że celem jest długoterminowe partnerstwo przemysłowe, w którym technologia będzie w pełni produkowana w Niemczech, „aby chronić Niemcy i Europę”.
Media donoszą też o możliwych kolejnych projektach, m.in. przebudowie pick-upów Amarok na pojazdy wojskowe we współpracy z polską grupą WB Group.
Rozmowy o przekształceniu zakładu toczyły się od wiosny 2026 r. Początkowo rozważano joint venture Volkswagena z Rafaelem. Projekt zablokował jednak katarski fundusz Qatar Investment Authority, który ma ok. 17 proc. praw głosu w VW i dwa miejsca w radzie nadzorczej. Rozwiązaniem stała się sprzedaż zakładu podmiotom trzecim: izraelskiemu funduszowi Aurelius (z siedzibą w Tel Awiwie, specjalizującemu się w technologiach obronnych) oraz Dolnej Saksonii, która i tak jest drugim największym akcjonariuszem Volkswagena. Dopiero nowi właściciele mają współpracować z Rafaelem.
Aurelius to fundusz defense-tech założony m.in. przez Alona Lifshitza i Tomera Jacoba, z udziałem m.in. byłego dowódcy izraelskich sił powietrznych gen. Amira Eshela. To ten sam, który podczas samowolnego niskiego przelotu izraelskich F-15 nad Auschwitz na protesty polskiej kontroli powietrznej powiedział: „Słuchaliśmy Polaków przez 800 lat. Dzisiaj już nie musimy słuchać”.
Zakład w Osnabrück (dawna fabryka Karmanna, przejęta przez VW) od 2024 r. był przeznaczony do wygaszenia produkcji. Koncern ogranicza moce w Niemczech z powodu słabego popytu, wysokich kosztów i konkurencji z Chin. Jednocześnie Europa gwałtownie zwiększa wydatki obronne. Przekształcenie zakładów motoryzacyjnych w linie zbrojeniowe staje się jednym ze sposobów na zagospodarowanie nadwyżki mocy produkcyjnych — podobne ruchy robi m.in. Rheinmetall.
Prezes VW Oliver Blume: „Podejmujemy ważny krok, by otworzyć temu zakładowi nową przyszłość przemysłową. Volkswagen poczuwa się do odpowiedzialności za Osnabrück”.
Premier Dolnej Saksonii Olaf Lies mówił o „prawdziwej szansie przemysłowej” i zmianie sytuacji bezpieczeństwa.
Porozumienie jest wstępne. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Finalizacja zależy od dalszych negocjacji, zgód korporacyjnych i kontroli urzędowych.
Niemcy są najważniejszym dostawcą broni dla obu wielkich wojen, które obecnie ogarniają świat. W przypadku Izraela Niemcy są współwinne ludobójstwa; w przypadku Ukrainy wspierają terroryzm państwowy.
F. Merz, 2024: Pokój jest na cmentarzu – Upadek
Rząd niemiecki z dumą wielokrotnie ogłasza dwie rzeczy: po pierwsze, że bezpieczeństwo Izraela leży w niemieckim interesie narodowym, co rząd wykorzystuje do uzasadnienia sprzedaży broni Izraelowi, a nawet przekazywania wielu systemów uzbrojenia; po drugie, że Berlin jest największym sponsorem Ukrainy. W obu przypadkach dostarczają broń krajom prowadzącym wojnę, a to nawet nie jest najgorsze.
Naprawdę przerażające jest to, że Niemcy stały się obecnie największym sponsorem wojen agresywnych, zbrodni wojennych, ludobójstwa i terroryzmu państwowego – i że niemiecka opinia publiczna nawet o tym nie wie.
Dostawy broni do stref wojennych
Większość Niemców zdaje się zapominać, że dostawy broni do stref wojennych i obszarów kryzysowych są w Niemczech surowo zabronione przez prawo. Ponieważ rząd niemiecki może przyznawać wyjątki ‚w indywidualnych przypadkach’, partia Zielonych prowadziła kampanię w 2021 roku, obiecując, że nie będzie można dostarczać broni ani sprzętu wojskowego do stref kryzysowych i obszarów wojennych, jeśli dojdzie do władzy. Jak wiadomo, zaraz po dołączeniu do rządu stali się oni najzagorzalszymi tej sprawy.
Nie zmienia to jednak faktu, że w Niemczech obowiązuje zasadniczy zakaz takich dostaw. Mimo to rząd niemiecki z dumą ogłasza przy każdej okazji, że Niemcy są największym sojusznikiem Ukrainy i już dostarczyły jej pomoc wojskową, tj. broń i amunicję, o wartości około 57,6 miliarda euro.
Strefa Gazy – dym unoszący się nad budynkiem trafionym podczas izraelskiego ataku
A Izrael, który od 2023 roku prowadzi wojnę na wyniszczenie w Strefie Gazy, który dokonuje tak brutalnych czystek etnicznych na Zachodnim Brzegu, że krytykował go nawet ‚Der Spiegel’, który najechał Liban i Syrię, i który wraz z USA prowadzi również wojnę agresywną przeciwko Iranowi z naruszeniem prawa międzynarodowego, nadal otrzymuje broń z Niemiec.
Niemcy nie są jedynym dostawcą broni dla Izraela. W latach 2020–2024 Izrael otrzymywał 66% swojej broni z USA, a 33% z Niemiec, co oznacza, że poza USA i Niemcami praktycznie żaden inny kraj na świecie nie jest już skłonny dostarczać terrorystycznemu państwu broni, za pomocą której Izrael otwarcie i bezczelnie popełnia zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.
Historyczna odpowiedzialność Niemiec
Jeśli Niemcy ponoszą historyczną odpowiedzialność wynikającą z czasów nazistowskich, to z pewnością nie jest nią obowiązek wspierania Izraela w wojnie na wyniszczenie ani bezsensownego przedłużania wojny na Ukrainie poprzez dostawy broni. Moim zdaniem historyczną odpowiedzialnością Niemiec jest zrobienie wszystkiego, co w ich mocy, aby zapobiec wojnom, a przede wszystkim ludobójstwom.
Jednak rząd federalny Niemiec robi dokładnie odwrotnie, wspierając izraelskie wojny agresywne przeciwko Libanowi, Syrii i Iranowi, a także izraelskie ludobójstwo na Palestyńczykach i przedłużając wojnę na Ukrainie zamiast dążyć do jej zakończenia. Mówiąc wprost: dostarczając broń Izraelowi i Ukrainie, Niemcy są jednym z głównych podżegaczy najkrwawszych wojen toczących się obecnie na świecie.
Ale to nie wszystko, bo to również należy jasno powiedzieć: Niemcy są jednym z najaktywniejszych zwolenników ludobójstwa na Palestyńczykach i jednym z największych dostawców broni wojennej na czarnym rynku, ponieważ znaczna część broni dostarczanej Ukrainie jest odsprzedawana islamistycznym terrorystom i zorganizowanej przestępczości w Europie.
Niemcy łamią prawo międzynarodowe
Niemcom postawiono już zarzuty przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za współudział w izraelskim ludobójstwie na Palestyńczykach. Jednak tylko kilka niemieckich mediów poinformowało, że ustne argumenty w procesie rozpoczęły się kilka dni temu.
Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości nie należy mylić z Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jest organem ONZ, a jego orzeczenia są wiążące dla wszystkich państw na całym świecie, natomiast Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) jest instytucją państw-sygnatariuszy Statutu Rzymskiego, a jego orzeczenia i decyzje są wiążące wyłącznie dla tych państw.
Niemcy są jednak sygnatariuszem Statutu Rzymskiego, a Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania premiera Izraela Netanjahu pod koniec 2024 roku za ludobójstwo Izraela na Palestyńczykach. Niemcy byłyby teraz zobowiązane do aresztowania Netanjahu, gdyby miały ku temu środki. Rząd niemiecki jednak odmawia tego i po prostu nadal wspiera Izrael w utrwalaniu ludobójstwa.
Niemcy ignorują zatem postępowania toczące się przed dwoma sądami międzynarodowymi i pozostaje kwestią otwartą, czy sądy te ostatecznie wydadzą orzeczenia i czy Niemcy będą je następnie egzekwować, do czego są zobowiązane na mocy prawa międzynarodowego.
Nawiasem mówiąc, rozwiązanie dwupaństwowe, tj. utworzenie państwa palestyńskiego, jest również częścią prawa międzynarodowego, ponieważ podczas powstawania Izraela ONZ zdecydowała o utworzeniu dwóch państw: jednego dla Żydów i jednego dla Palestyńczyków. Oficjalnie rząd niemiecki deklaruje poparcie dla rozwiązania dwupaństwowego, ale w rzeczywistości popiera rząd Netanjahu, który otwarcie deklaruje, że jego działania w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu (prowadzone przy wsparciu Niemiec) mają na celu definitywne zapobieżenie powstaniu państwa palestyńskiego i aneksję obu terytoriów.
Niemcy wspierają terroryzm państwowy
Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji
To, że ludność cywilna ucierpiała w wyniku wojny, jest smutnym faktem. Jednak celowe zabijanie cywilów jest zbrodnią wojenną. Właśnie to robi Ukraina, celowo wystrzeliwując drony i rakiety, które Niemcy, między innymi, finansują i dostarczają, w kierunku ludności cywilnej w Rosji. Dzieje się tak niemal codziennie, gdy Ukraina używa dronów do atakowania cywilnych autobusów w Donbasie lub celowo kieruje drony dalekiego zasięgu na budynki mieszkalne w rosyjskich miastach położonych daleko od linii frontu.
Obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy ponownie stały się państwem zbójeckim, które wspiera i promuje wojny agresywne, zbrodnie wojenne, ludobójstwo, terroryzm państwowy itd.
Fakt, że rzekomo niezależne, obiektywne i krytyczne niemieckie media milczą na ten temat, zamiast faktycznie przyznać się do historycznej odpowiedzialności Niemiec i skrytykować rząd za jego zbrodnie, pokazuje, że dzisiejsze niemieckie media są co najmniej tak samo kontrolowane, jak w latach 30. XX wieku. Po prostu lepiej jest – jak wówczas – ukryć to przed opinią publiczną.
Wczoraj jemeńskie siły Ansar Allah dokonały szokującego przejęcia dużego obszaru, który wcześniej znajdował się w posiadaniu wspieranych przez Arabię Saudyjską sił narodowych. Następca tronu, książę MBS, błagał nawet Trumpa o interwencję i uderzenie w „rebeliantów”, jak donosi Axios , czego Trump rzekomo odmówił.
Jak poinformowali dwaj amerykańscy urzędnicy, saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman (MBS), dzwonił w czwartek dwukrotnie do prezydenta Trumpa, wzywając go do rozpoczęcia ataków na Hutich, w związku z tym, że wspierana przez Iran grupa zbliża się do ważnego punktu przewężenia na Morzu Czerwonym.
Trump odmówił, a urzędnicy amerykańscy podkreślili, że administracja na razie nie planuje bezpośredniej interwencji przeciwko Huti.
Ta ostatnia ofensywa wywołała burzę na Bliskim Wschodzie, szczególnie w związku z bezprecedensowym atakiem na saudyjski rurociąg naftowy Wschód-Zachód, który uznano za kluczowy atut USA i ich sojuszników w przełamaniu irańskiej blokady Ormuzu.
KAIR, 12 września (Reuters) –Iracki dowódca wojskowy został odwołany w sobotę rano po tym, jak śledztwo potwierdziło, że ostatnie ataki dronów na Arabię Saudyjską pochodziły z Iraku,wynika z oświadczenia biura premiera Iraku.
Zgodnie z oświadczeniem dowódca dowodził operacjami w prowincji Majsan w południowym Iraku.
Z drugiej strony, bagatelizowanie ostatnich sukcesów Huti może być uzasadnione, ponieważ, jak zauważyli dziś inni, większość kanałów MSM z jakiegoś powodu zamiatała strajk na rurociąg pod dywan.
Doniesienia twierdzą teraz , że cały rurociąg został zamknięty „środkiem ostrożności”, choć nie sprecyzowano, na jak długo.
Przypomnijmy, że przez wiele miesięcy jednym z najczęściej omawianych tematów było to, czy Iran będzie w stanie zaatakować saudyjski rurociąg i skutecznie uniemożliwić Królestwu przekierowanie swojej ropy, a tym samym sprawić, że Ormuz stanie się „zbędny”, jak przechwalał się Trump.
To, co najwyraźniej obserwujemy , to skoordynowana kampania Iranu, mająca na celu ostateczne przejęcie kontroli nad USA i ich sojusznikami. Nie może być zbiegiem okoliczności, że kilka dni po tym, jak Iran przeprowadził największy od miesięcy atak na amerykańskie aktywa i ogłosił szerokie rozszerzenie własnej blokady Ormuz, nagle jego Huti, jego sojusznicy, wkroczyli do akcji, by zadać druzgocący cios osi amerykańskiej.
Według doniesień Huti opanowali już cały newralgiczny obszar cieśniny Bab al-Mandab na Morzu Czerwonym, zapewniając Iranowi i jego sojusznikom całkowitą kontrolę nad ogromną częścią globalnego transportu morskiego:
Główny negocjator i rzecznik Mohammed Abdusalam (Abdulsalam) oświadczył:„Nie ma mowy o zamknięciu Bab al-Mandab, jak niektórzy sugerują… [pozycja] ogranicza się do blokady morskiej, która dotyczy wyłącznie strony saudyjskiej”.
Główny cios nadszedł wraz z przejęciem kluczowego portu Morza Czerwonego Mocha, górującego nad cieśniną, tuż w momencie, gdy cena ropy wzrosła do 105 dolarów za baryłkę, a cena oleju napędowego w USA po raz pierwszy w historii osiągnęła szczyt na poziomie 6 dolarów za galon.
Wspierani przez Iran rebelianci Huti opanowali jemeński port Mocha nad Morzem Czerwonym, posuwając się na południe w kierunku Cieśniny Bab al-Mandab, ważnego szlaku wodnego dla międzynarodowego handlu morskiego.
Zdobycie Mochy stanowi poważny cios dla Arabii Saudyjskiej, zmuszając Jemen do wycofania się, a także stanowi wsparcie dla Iranu, który stara się utrzymać presję na światowe ceny energii.
Widać wyraźnie, że irańska oś zaciska pętlę na całym regionie, na co nikt nie ma odpowiedzi. Dzieje się tak, ponieważ siły irańskie stosują asymetryczną taktykę wojny hybrydowej, która doskonale uzupełnia słabości i możliwości ich wrogów. Nie ma nic łatwiejszego do trafienia niż ogromne, ociężałe statki w wąskim korytarzu wodnym dla kraju, którego niezmierzoną specjalnością są tanie drony, pociski i inne technologie inwigilacyjne, a który dysponuje mnóstwem jednorazowych sił zastępczych i partyzanckich krążących po całym regionie.
Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, tacy jak Arabia Saudyjska, od dziesięcioleci inwestują wszystkie swoje pieniądze i nadzieje w systemy o superwysokiej technologii i prestiżu, które są poza ich zasięgiem w starciu z nowymi, tanimi metodami prowadzenia wojny, które rozwinęły się w naszej neo-industrialnej erze rewolucji, hiper-globalistycznego offshoringu produkcji, zaopatrzenia w części i procesory itd. Zachodnie korporacje zdemokratyzowały towary i produkcję przemysłową, aby doić i wyłudzać zyski od krajów trzeciego świata, co umożliwiło całemu „rozwijającemu się” globalnemu Południu dostęp do powszechnie dostępnej technologii, którą można masowo produkować w warsztatach za niewielkie pieniądze i wykorzystywać do przeciwdziałania wszelkim ociężałym systemom „prestiżowym” używanym przez zachodnie firmy z sektora MIC do powiększania swoich portfeli akcji.
Dowiedz się, jakie są najnowsze doniesienia, że Huti rzekomo użyli Claude AI firmy Anthropic do zaprogramowania własnej, zaawansowanej technologii rakietowej:
Sekretarz Marynarki Wojennej USA Hung Cao w wywiadzie:
„Irańczycy rozwalili Bahrajn. Marynarka Wojenna USA nie ma gdzie cumować. Powołaliśmy grupę zadaniową, która rozważa opuszczenie bazy [NSA Bahrajn]”.
Dobrze…
W poprzednim artykule informowaliśmy o ostatnich atakach Iranu na amerykańską bazę w Jordanii z 9 września, teraz główne media potwierdziły, że w atakach faktycznie uszkodzono wiele amerykańskich samolotów:
Jak podają źródła, jeden samolot szturmowy A-10 Thunderbolt znany jako Warthog został trafiony i stracił skrzydło.
Według osób znających szczegóły zniszczeń, które rozmawiały z CBS News pod warunkiem zachowania anonimowości, ponieważ nie były upoważnione do wypowiadania się publicznie,około ośmiu samolotów F-15 odniosło niewielkie uszkodzenia i zostało ponownie przywróconych do służby.
Trump nadal podwaja swój błąd o utraconych kosztach, twierdząc, że ambicje nuklearne Iranu stanowią poważne zagrożenie dla świata. Żartuje, że gdyby Iran miał broń jądrową, musiałby uklęknąć i schlebiać ajatollahowi jak pochlebca:Nie można załadować wideo.
Czy istnieje ważniejszy powód, dla którego Iran – czy jakikolwiek inny kraj – miałby nabyć broń jądrową, niż ten film powyżej? Trump równie dobrze mógłby puścić reklamę promującą rozprzestrzenianie broni jądrowej.
Teraz jest jasne, że Iran i jego siły zbrojne zyskują decydującą przewagę i strategiczną inicjatywę w regionie. Już w chwili pisania tego tekstu Iran przypuścił nowy atak na statki próbujące przepłynąć przez omańskie wody terytorialne, korzystając z „złotego” szlaku przemytniczego Trumpa. Możemy jedynie założyć, że całkowite zamknięcie Bab al-Mandab jest odkładane na ostateczny, eskalujący cios łaski, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie warto grać na chybił trafił, a Iran na razie nie ma potrzeby, by użyć swojej ostatecznej karty Armagedonu. Samo posiadanie swoich pełnomocników na stanowiskach kontroli ognia, gotowych do natychmiastowego przeprowadzenia blokady, samo w sobie stanowi wystarczająco silny sygnał odstraszający.
Trump zasygnalizował teraz, że jego zdaniem wojna zakończy się „po wyborach uzupełniających”. Co więcej, wydaje się to sugerować, że Trump może próbować utrzymać wojnę na niskim poziomie, nie wywołując żadnych poważnych konfliktów do zakończenia wyborów uzupełniających, aby skandaliczny charakter tej katastrofy nie zrujnował szans Republikanów na utrzymanie władzy.
Po wyborach uzupełniających Trump prawdopodobnie uważa, że może wznowić bardziej „twardą grę” z Iranem, zwłaszcza że Stany Zjednoczone uzupełnią część swoich zapasów, zapewnią załogom lotniskowców niezbędny odpoczynek i regenerację, a być może – w optymistycznym umyśle Trumpa – odzyskają niezbędny kapitał polityczny dzięki zwycięstwu w wyborach uzupełniających, które mogłoby wzmocnić mandat Trumpa i dać mu wiatr w żagle do bardziej zdecydowanych działań.
Dlatego obecnie dominująca narracja kręci się wokół obaw, że wojna potrwa do końca jego kadencji, a nawet dłużej. (Ale hej, przynajmniej nie tak długo, jak II wojna światowa czy wojna w Wietnamie!… przynajmniej jeszcze nie).
Duże konwoje sił wspieranych przez Arabię Saudyjską w Jemenie przygotowują się do ewakuacji z miasta Marib w kierunku Hadramawt. –Źródło
Wygląda na to, że Iran jest o krok bliżej regionalnego mata szacha-mata, gdyż pionki Persa zbliżają się do ostatniego rzędu awansu na oczach drżącego króla przeciwnika, osaczonego w jego pocisku H1.
Czy pokonany wróg przełknie dumę i zaproponuje remis, by ratować twarz, czy też będzie kontynuował poszukiwania haniebnego celu, jakim jest odkrycie partnera?
Znając predyspozycje Króla Pomarańczowego, bardziej prawdopodobny wynik przedstawia się zgodnie ze słynnym przysłowiem gołębia:
Już od kilku lat jesteśmy świadkami niezwykle niepokojących wydarzeń w Europie i na Bliskim Wschodzie, które w ostatnim czasie nabrały zastraszającego tempa.
W Europie szczególnie niepokojąca jest szybko postępująca ogromna eskalacja wojny zastępczej, jaką na terytorium Ukrainy NATO prowadzi z Rosją. Także na Bliskim Wschodzie obserwujemy gwałtowny wzrost napięcia, skutkujący rozszerzającą się wojną amerykańsko-irańską, która zasysa coraz więcej krajów.
Jako Polacy, którzy zajmujemy obszar w centrum Europy, powinniśmy odbierać eskalację NATOwsko-rosyjską jako prawdziwy koszmar. Gdy słuchamy wypowiedzi czołowych zachodnich polityków, okazuje się, że wszyscy kochają wojnę, zaś pokój interesuje tylko nielicznych. Nawet dyplomaci – i to jest przerażające – zamiast intensywnie pracować nad powstrzymaniem tego szaleństwa śmierci za naszą wschodnią granicą, wydają się jedynie dolewać oliwy do ognia. Akademickim przykładem tego typu postawy na europejskim podwórku jest szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas, u nas zaś równie żałosna osobliwość w osobie ministra spraw zagranicznych RP, Radosława Sikorskiego.
Nie lepiej jest za Oceanem. W 2025 roku, kiedy polityczny i medialny mainstream na całym Zachodzie trwożliwie krzyczał, że Donald Trump dogaduje się z Władimirem Putinem, sprawy miały się zupełnie inaczej. W rzeczywistości Trump, ściśle współdziałając z CIA i korporacją Palantir, przygotowywał potężną eskalację konfliktu z Federacją Rosyjską w postaci trwającej od kilku miesięcy wojny dronowej. W tle wizyt Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera (Flip i Flap militarnej komiwojażerki USA) w Moskwie, Waszyngton planował zakrojone na szeroką skalę ataki na cele i krytyczną infrastrukturę położoną w głębi Rosji. Mrocznym preludium do trwającej obecnie wojny dronowej był przeprowadzony w nocy z 28 na 29 grudnia 2025 roku ukraiński atak na rezydencję prezydenta Federacji Rosyjskiej w Wałdaju. Innymi słowy, pomimo deklaracji, że wojnę można zakończyć jednym telefonem, a nawet po ubiegłorocznym szczycie w Anchorage, w rzeczywistości Donald Trump ani na chwilę nie odstąpił od swojej strategii podporządkowania Rosji i jej zasobów zachodnim plutokratom. W tym właśnie tkwi istota problemu.
Wojno trwaj!
W kontekście tych wszystkich pozornych sprzeczności w działaniach administracji Trumpa, niebagatelną rolę odgrywa wspomniana spółka Palantir, która doskonale wpisuje się w logikę bieżących wydarzeń i naszych czasów w ogóle. Jako zarządca należącego do Pentagonu systemu Maven znajduje się ona w samym sercu amerykańskiej machiny wojennej i ze względu na lukratywne kontrakty z Pentagonem użyje wszelkich wpływów i pieniędzy, aby wojny nigdy się nie skończyły. I nie ma tutaj znaczenia czy będzie to wojna z Rosją, Iranem, czy też niekończąca się wojna z terroryzmem, która obecnie przyjmuje postać wojny z zaganianymi do globalnego obozu koncentracyjnego narodami świata.
Bez wątpienia interesy globalistycznej finansjery i sektora zbrojeniowo-technologicznego idealnie połączyły się w osobie Donalda Trumpa, który jest w bliskich relacjach z założycielem i przewodniczącym rady nadzorczej Palantir, Peterem Thielem. Z kolei jeśli przyjrzeć się dyrektorowi wykonawczemu Palantir, Alexowi Karpowi, to jest on wyjątkowo obleśnym podżegaczem wojennym, który „wierzy”, że broni całej zachodniej cywilizacji i że zabijanie mas ludzi za pomocą sztucznej inteligencji ma wymiar zbawczy oraz jest konieczne. To indywiduum o mentalności banderowca jest z kolei bliskim przyjacielem byłego ministra obrony Ukrainy, Michaiła Fiodorowa, za sprawą którego firma Palantir jest wszechobecna na Ukrainie, odgrywając pierwszoplanową rolę w dronowej wojnie z Rosją. Karp przyznał, że to Palantir wybiera większość celów, które atakuje Ukraina w głębi Rosji. Należy podkreślić, że wszystkich ich łączy ekstremalny brak zasad moralnych, przejawiający się w niepohamowanej chciwości i żądzy władzy.
Wygodna tajność, czyli kluczowa rola CIA
Sposób, w jaki prowadzi się obecnie wojnę, z perspektywy amerykańskich i europejskich polityków nie ma znaczenia, bo są oni bezpieczni i dalecy od bitewnego zgiełku. Dla nich realia wojny są abstrakcją, czymś w rodzaju gry wideo. Dlatego Trump, mówiąc o bombardowaniu Iranu, mówi tak, jakby brał udział co najwyżej w kowbojskim mordobiciu na Dzikim Zachodzie. Wydaje się on w ogóle nie dostrzegać barbarzyństwa wojny, która w krótkiej perspektywie jest opłacalna dla takich polityków, jak on, i stojących za nim koterii biznesowych.
To wszystko oczywiście odbywa się na koszt amerykańskiego i europejskiego podatnika, ponieważ swoją szaleńczą polityką zarówno prezydent USA, jak też i jego europejscy wasale kumulują potężne długi, które pomnożą bogactwo nielicznych, a pogłębią biedę milionów. Nie oszukujmy się, tych długów nie będą spłacać właściciele Palantira, Lokheed Martina czy Chevrona, lecz zwykli ludzie. Pod pretekstem prowadzenia „słusznych” wojen z „agresywną” Rosją czy „terrorystycznym” Iranem, z wiszącym nad światem złowieszczym cieniem Chin, dokonuje się na Zachodzie na ogromną skalę transfer publicznych pieniędzy na prywatne konta.
Aby nie tłumaczyć się przed społeczeństwem, amerykańskie elity polityczno-biznesowe już kilka dekad temu postawiły w samym centrum amerykańskiej polityki zagranicznej CIA. Z punktu widzenia okupujących Stany Zjednoczone grup interesu tak jest ze wszech miar wygodnie, bo jeśli coś jest tajne, to można się tego wyprzeć. Jeśli coś jest tajne, to wystarczy powiedzieć, że jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego i nie ma potrzeby wyjaśniać czegokolwiek opinii publicznej. Sekretność jest więc jednym z najistotniejszych czynników w amerykańskiej polityce zagranicznej.
Z punktu widzenia zwykłego człowieka jest to katastrofa, która może doprowadzić do wojny nuklearnej i końca naszej cywilizacji, ale dla Trumpa i środowiska, które reprezentuje, nie ma w tym żadnego ryzyka, bo nikt z nich za to nie odpowiada. Wszystko dzieje się w dużej mierze w tajemnicy i na kredyt, a z perspektywy USA może to trwać bardzo długo, ponieważ istnieją konkretne grupy nacisku, które mają interes w tym, aby to się nie skończyło. A lobby numer jeden to oczywiście szeroko rozumiany kompleks militarno-przemysłowy, czy też raczej przemysłowo-technologiczny.
Najbardziej aktywnymi lobbystami na rzecz wojny są obecnie Dolina Krzemowa, na czele z Palantir, Space X oraz inne korporacje technologiczne, bo dzięki temu testują swoje wysokotechnologiczne systemy uzbrojenia w realiach bojowych. Warunkuje to tak szybki postęp, że zmiana całych generacji technologicznych następuje w ciągu tygodni, a najwyżej miesięcy. Alex Karp nie kryje zachwytu, że tak szybko udoskonalane są technologie służące do zabijania Palestyńczyków w Strefie Gazy, do celowego niszczenia cywilnej infrastruktury w Iranie, czy do uderzeń w głębi Rosji. Tymczasem amerykańskie społeczeństwo nie ma nad tym realnej kontroli i podobnie jest w państwach Europy Zachodniej. Cały ten szwindel ukrywa się za szyldem CIA, co pozwala elitom tak łatwo kontynuować tę lukratywną zabawę jako realną wojnę.
Rzucić Rosję na kolana
Jednak nie da się zachować tak ogromnego i nikczemnie zdobytego bogactwa oraz zapewnić dalszego jego pomnażania bez zdobycia absolutnej władzy, najlepiej na poziomie globalnym. Wspaniała perspektywa ku temu otworzyła się po rozpadzie Związku Radzieckiego, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1991 roku. Wówczas to talmudyczno – anglosaskie elity zleciły CIA, aby obrała sobie za cel ostateczne rzucenie Rosji na kolana. Zainicjowaną wówczas aktywność ujął w spójną doktrynę Zbigniew Brzeziński w wydanej w 1997 roku książce Wielka Szachownica. Szczególnie znamienny i wiele mówiący jest jej podtytuł: Prymat Ameryki i jego imperatywy geostrategiczne, który oddaje sens całej ówczesnej amerykańskiej polityki zagranicznej. W swojej istocie sprowadzała się ona do trwałego podporządkowania Rosji Stanom Zjednoczonym. Po Rosji następne miały być Chiny. Od tamtego czasu nic się w tej kwestii się nie zmieniło.
Jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu jest to, co Brzeziński nazwał państwami geopolitycznego zwrotu. Są to te państwa, które same w sobie nie mają dla Amerykanów żadnego znaczenia poza jednym – można je wykorzystać jako swoje narzędzia przeciwko wielkim mocarstwom. Na szczycie listy takich państw Brzeziński postawił Ukrainę, bo – jak trafnie zauważył – z chwilą, gdy Amerykanie „zdobędą” Ukrainę, Rosja przestanie być mocarstwem.
Chociaż idea ta została sformułowana dekady temu, to jest ona konsekwentnie realizowana, pomimo że w trakcie tego procesu giną i milionami odnoszą obrażenia konkretni, kompletnie nie związani z tą ideą ludzie. Na naszych oczach Ukraina rozpada się jako państwo, ale dla spragnionych dominacji nad światem rządzących Stanami Zjednoczonymi grup interesów nie ma to żadnego znaczenia. Dlatego sprowokowana przez nich wojna na Ukrainie będzie kontynuowana bez zbędnych wyrzutów sumienia tak długo, jak uznają to za konieczne.
Drugim państwem geopolitycznego zwrotu na liście Brzezińskiego był Iran, identyfikowany przez niego jako kluczowy ze względu na położenie i zasoby kraj dla regionu Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Kto kontroluje Iran, ten kontroluje wszystko, a więc ma dominację nad światem i jego zasobami. Wszystko to sięga więc bardzo głęboko (nie tylko w przeszłość) i zasadniczo ma niewiele wspólnego z Trumpem, choć w sposób idealny uosabia on chciwość, korupcję i przemoc talmudyczno-anglosaskich plądrowników. Jest on tylko marionetką w ich ręku, podobnie jak jego poprzednicy na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, począwszy od Billa Clintona.
Obejmując urząd prezydenta w 1993 roku, Clinton wyznaczył kurs, zgodnie z którym celem amerykańskich elit była globalna dominacja USA nad światem. Wprawdzie sam pomysł pojawił się w napisanej w 1992 roku (kilka tygodni po upadku ZSRR) przez Paula Wolfowitza strategii Pentagonu jeszcze za prezydentury George’a Busha starszego (tzw. Doktryna Wolfowitza), ale to właśnie Clinton skierował Amerykę na tę ścieżkę. Z tego względu można powiedzieć, że prezydentury Clintona, Busha młodszego, Baracka Obamy, Trumpa w pierwszej kadencji, Joe Bidena i Trumpa w drugiej kadencji mają ten sam wspólny mianownik – niekończącą się wojnę. Doktryna Wolfowitza polegająca zasadniczo na eliminowaniu konkurentów USA w Eurazji jest aktualna i uporczywie realizowana po dzień dzisiejszy.
Wszyscy chcieli pokoju, USA wybrały wojnę
Co szczególnie interesujące, w czasach, kiedy powstała doktryna Wolfowitza wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że trwały pokój, taki na wiele pokoleń, jest na wyciągnięcie ręki. Rok 1992 to był właśnie ten moment, kiedy wszyscy w Europie chcieli pokoju, ale przede wszystkim to Rosjanie pragnęli pokoju i normalnego życia, czyli takiego jak na Zachodzie. Dlatego ówczesna Rosja szeroko otworzyła się na Zachód, praktycznie podporządkowując mu swoją gospodarkę.
Wszystko to jednak zostało odrzucone przez ówczesne elity polityczne Stanów Zjednoczonych, które nie chciały pokoju, lecz pełnej dominacji nad światem. Nie tylko nie chcieli, żeby Rosja stanęła na nogi, ale wręcz przeciwnie, aby – jak marzył Brzeziński – rozpadła się na trzy słabe państwa: Rosję Europejską, Rosję Syberyjską i Rosję Dalekowschodnią. Echa tego słyszeliśmy później z ust Anny Fotygi, minister spraw zagranicznych RP za pierwszych rządów PiS. Wszystko to miało oczywiście na celu zachowanie amerykańskiej dominacji.
Militarnym gwarantem tej dominacji stało się NATO, które – jak to trafnie w akcie szczerości zauważył sekretarz generalny Mark Rutte – „służy do projekcji amerykańskiej siły”. Nie chodzi więc o bezpieczeństwo, lecz o projekcję siły w ramach realizacji idei amerykańskiej dominacji nad światem, która na przestrzeni 35 lat ani o jotę się nie zmieniła. Ameryka dąży do dominacji, a to oznacza, że bycie bezpiecznym i życie w dobrobycie to za mało.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że Pakt Północnoatlantycki był narzędziem w rękach Amerykanów do osiągnięcia dominacji od początku swego istnienia. To, co stało się w pierwszych tygodniach po upadku Związku Radzieckiego (Doktryna Wolfowitza) pokazuje, że w zimnowojennych zmaganiach wcale nie chodziło o dobro milionów ludzi zniewolonych przez „imperium zła”, lecz tylko i wyłącznie o zdobycie przez USA dominacji nad światem. Gdyby było inaczej, NATO zostałoby rozwiązane dzień po rozwiązaniu Układu Warszawskiego. Kto tu więc był tak naprawdę przez cały powojenny okres „imperium zła”?
Założenie, że Stanom Zjednoczonym uda się tego dokonać było najsłabszym punktem koncepcji Brzezińskiego. Jego główna teza była taka, że Ameryka utrzyma pozycję światowego lidera, ponieważ nikt nie może się z nią równać i nigdy się nie zrówna w sferze gospodarczej, technologicznej i militarnej. Jednak po upływie 30 lat okazało się to nieprawdą, i to nie tylko ze względu na rozwój Chin. Stany Zjednoczone całkowicie się pomyliły także w odniesieniu do Iranu, postrzegając ten kraj jako relikt średniowiecznego państwa, które rozpadnie się, gdy tylko uderzy w nie amerykańska potęga technologiczno-militarna. Tymczasem Iran to zaawansowane technologicznie państwo, które od dziesięcioleci i z powodzeniem przygotowywało się do obrony przed spodziewaną agresją USA.
Fiducjarna potęga Ameryki
Bankructwo idei Brzezińskiego nie powstrzymuje jednak amerykańskiej machiny wojennej w działaniach na rzecz realizacji strategii dominacji. Do 28 lutego 2026 roku opierała się ona z niezłym skutkiem nie tyle na wielkim potencjale wojskowym USA, lecz na tworzeniu wrażenia wyższości technologicznej i niezwyciężoności. Wszyscy mieli wierzyć, że Stany Zjednoczone są niekwestionowaną potęgą, z którą nikt nie może się równać. Operacja „Absolute Resolve” (porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro w nocy z 2 na 3 stycznia 2026 roku) wydawała się nawet wzmacniać to wrażenie, jednak przegrana wojna z Iranem wszystko zmieniła.
Ale czy to coś zmieniło w postępowaniu amerykańskiej administracji? Oczywiście nie, bo Amerykanie, tak długo, jak długo będą usiłowali realizować strategię dominacji, nie przyznają się do porażki. Ameryka musi nieustannie deklarować (obecnie ustami Donalda Trumpa), że wygrywa. Oczywiście tak nie jest, bo po rozlewie krwi i zniszczeniach spowodowanych przez USA i Izrael, okazuje się, że Iran wygrywa, niwecząc cały dotychczasowy wysiłek USA i czyniąc coraz mniej poważnymi przyszłe roszczenia Ameryki do dominacji nad światem.
Dla zwolenników globalnego prymatu Ameryki to prawdziwa katastrofa, chociaż wciąż udają, że sprawy mają się zupełnie inaczej. I będą to robić tak długo, jak długo będą mogli bezkarnie generować monstrualne deficyty budżetowe, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności ani przed skorumpowanym Kongresem, ani tym bardziej przed opinią publiczną. Nawet jeśli Demokraci zdobędą kilka dodatkowych miejsc w Kongresie w listopadowych wyborach, to i tak niczego to nie zmieni, bo jak pokazało ostatnie 35 lat wcale nie chodzi tutaj o różnice partyjne.
Wszystko… czyli nic
Brzeziński nie bez słuszności uważał, że geopolityka to przede wszystkim kwestia terytorium. Dlatego szczególne znaczenie przypisywał on Eurazji, jako obszarowi, gdzie koncentruje się większość światowego terytorium, ludności i zasobów. Dlatego patrząc z punktu widzenia Waszyngtonu istnieją trzy linie frontu: z Rosją na zachodzie Eurazji, z Chinami na wschodzie i z Iranem na południowym zachodzie. Z perspektywy Waszyngtonu są to trzy główne państwa, które należy pokonać i właśnie z tymi trzema państwami Stany Zjednoczone są obecnie w konflikcie.
Ale aby osiągnąć ten cel, Ameryka wyznaczyła konkretną rolę państwom przyfrontowym, takim jak na przykład Ukraina i Polska na zachodzie, które bez wyrzutów sumienia można poświęcić na ołtarzu wojny o dominację USA nad światem. Jednakowoż, widząc jak Ukraina wykrwawia się na śmierć, widzimy coraz więcej symptomów wpychania bezpośrednio do wojny całej Europy. Stany Zjednoczone stawiają wszystko na jedną kartę, ponieważ jeśli nie pokonają Rosji, Iranu i Chin, to w efekcie pchną te kraje do jeszcze bliższego sojuszu.
Wygląda więc na to, że dotarliśmy do bardzo niebezpiecznego momentu, kiedy to skonfliktowane kraje są skłonne iść na ogromne ryzyko. Gołym okiem widać, że znaczący komponent dyplomacji Trumpa skupia się na przerzuceniu ciężaru wojny na barki Europy. Jeśli przyjrzymy się jak bardzo zaostrzyło się stanowisko Europy w odniesieniu do Rosji od czasu dojścia do władzy Trumpa, to trzeba przyznać, że bardzo dobrze mu idzie. Jednak nawet sekretarz stanu Marco Rubio ma duże wątpliwości, czy Europa udźwignie brzemię wojny.
Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że Amerykanie w ogóle nie dostrzegli fundamentalnego błędu w koncepcji Brzezińskiego, która zakładała, że przewaga technologiczna USA jest tak wielka i niezawodna, że Rosja nigdy nie będzie w stanie na tym polu przeciwdziałać. Oczywiście, to wszystko okazało się nieprawdą. Jakże ironicznie obecnie brzmi wypowiedziana w 1997 roku teza Brzezińskiego, że żadna amerykańska strategia nie będzie tak głupia, aby pchnąć Rosję, Chiny i Iran ku sobie. Tymczasem Ameryka dokładnie to zrobiła, i nie była to tylko taktyczna reakcja tych trzech krajów na agresywność Ameryki, lecz stało się to projektem o wymiarze strategicznym.
Kurs na pokój i współpracę
Szeroko rozumiana współpraca eurazjatycka powinna być tym kierunkiem, do którego powinny zmierzać wszystkie liczące się geopolityczne podmioty istniejące na tym obszarze. Bez wątpienia stworzyłyby one bardzo udane połączenia polityczno-gospodarcze. Chiny i Rosja mają naturalną komplementarność gospodarczą, a w obliczu agresywnych działań Zachodu także i polityczną. Ich sojusz to nie jest doraźna taktyka, lecz głębokie, obustronnie korzystne więzi gospodarcze. To samo dotyczy Iranu i Chin. Dlatego sojusz między tymi trzema krajami wydaje się całkiem logiczny, a wręcz naturalny.
Jeśli chodzi o gospodarkę, to samo co o Chinach i Rosji można powiedzieć o Europie i Rosji. Europa jest uboga w zasoby naturalne, a jednocześnie bardzo gęsto zaludniona, tymczasem Rosja ma niską gęstość zaludnienia, ale jest bogata w zasoby naturalne, co stwarza doskonałą podstawę do wzajemnej gospodarczej komplementarności.
Na podstawie tej komplementarności znajdująca się na odległym zachodnim krańcu Eurazji Europa mogłaby rozkwitać, ale sama się odcina od swoich naturalnych partnerów handlowych, jakimi są Rosja i Chiny. Ostentacyjnie deklarowanym motywem tego szaleńczego działania jest obrona wysokich standardów moralnych w relacjach międzynarodowych. Motywem rzeczywistym jest chęć działania na rzecz zachowania amerykańskiej dominacji nad światem, która ma jakoby uchronić Europę przed nieistniejącym zagrożeniem ze strony Federacji Rosyjskiej.
Niestety Europa nie rozumie, że Stany Zjednoczone i rządzące Starym Kontynentem globalistyczne elity wcale nie są jej przyjacielem. Naiwnie wierząc, że amerykańska dominacja zapewni jej bezpieczeństwo, Europa nie była w stanie wznieść się ponad wasalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi i dała się zapędzić w przysłowiowy kozi róg. Gdyby europejscy politycy czytali Brzezińskiego, to dostrzegliby, że już 30 lat temu europejscy sojusznicy USA byli postrzegani przez Waszyngton jako wasale, a obecnie jest to jeszcze bardziej oczywiste.
Najlepszą chyba nadzieją na wyjście z tego szaleństwa pychy i chciwości jest rosnąca świadomość ludzi w USA i Europie, którzy są tym wszystkim bardzo zmęczeni i widzą, że to, co wyprawiają ich elity rządzące nie leży w ich interesie. Mieszkańcy regionu euratlantyckiego dostrzegają szybko postępującą dezintegrację ich państw. I nie chodzi tutaj tylko o katastrofę demograficzną czy też szybko postępujące zubożenie społeczeństw, ale nawet dezintegrację coraz gorzej działającej infrastruktury. Na to wszystko nakłada się potężna demoralizacja demolująca duchowe fundamenty tych państw. Europa jest o krok od cywilizacyjnej implozji.
Tymczasem w obliczu nadchodzącej katastrofy, zachodnich liderów stać jedynie na deklaracje, że ich celem jest wojna z Rosją. Można być raczej pewnym, że nikogo z nich nie otrzeźwiłoby nawet to, gdyby rzeczywiście zaczęła się gorąca wojna. Przeciwnie – z pewnością dostrzegliby nowe perspektywy szybkiego wzbogacenia się. A tymczasem zwykli mieszkańcy, którzy nie chcą wojny, zachowują się jak ślepcy błądzący w absolutnej ciemności. Mając przetrącony przez pozbawionych zasad moralnych liberałów system wartości, nic nie mogą zrobić, bo nie bardzo wiedzą co mają robić.
Wybić się na niepodległość, i to szybko
Cała ta koszmarna sytuacja, którą obecnie przeżywamy, została zbudowana na idei amerykańskiego prymatu i na zmuszeniu europejskich wasalnych państw do zaakceptowania tej logiki, aby Stany Zjednoczone mogły dominować w Eurazji. Spoiwem, które jednoczy Europę dla tej nierealnej idei jest wdrukowane w umysły Europejczyków kłamstwo, że Federacja Rosyjska stanowi dla Europy śmiertelne zagrożenie. Zaślepienie tym kłamstwem nie pozwala dostrzec Europejczykom, że idea amerykańskiej dominacji nad światem jest nierealnym projektem, który szybko zbliża nasz kontynent do nuklearnej wojny.
Jako Polacy nie jesteśmy tutaj żadnym wyjątkiem i nie jest to optymistyczna obserwacja. Wchodząc do świata euroatlantyckiego blisko cztery dekady temu, ponosimy teraz wszystkie wynikające z tego negatywne konsekwencje. Aby się uratować, pierwsze co musimy zrobić to wybić się szybko na niepodległość, i to dosłownie. Tylko wtedy przejrzymy na oczy i będziemy mogli zerwać z prowadzącym nas ku przepaści konfesyjnym paradygmatem, że Rosja jest naszym wrogiem. Musimy w ogóle przestać myśleć w tych kategoriach, a jednocześnie zacząć myśleć w kategoriach interesu narodowego.
Jeśli tego nie zrobimy, to na jeszcze większą skalę staniemy się płatnikami rachunków zaciągniętych przez Stany Zjednoczone na poczet ich wojen. A płacenie rachunków (nie tylko finansowych, ale i politycznych) jest nieuniknione i raczej nie będzie to przyjemne.
Musimy więc wysiąść z tego pociągu samobójców jak najszybciej, bo jak pokazała wojna na Ukrainie, Amerykanie nie zamierzają płacić za swoje krwawe awantury – ich interesują wyłącznie profity. Ostatecznie, jak trafnie zdefiniował Stany Zjednoczone w 1925 roku prezydent Calvin Coolidge, business of the America is business.
Nie godzi się, doprawdy, nazywać wojny huśtawką. Na huśtawce, co do zasady, ludzie nie giną, bomby nie wybuchają, domy się nie walą, statki nie toną. Co innego na wojnie. Ale, nie trywializując sytuacji, jak inaczej odnosić się do dziwacznego przebiegu wydarzeń w konfrontacji Stanów Zjednoczonych z Iranem? Jak scharakteryzować wojnę która trwa od ponad pół roku, ale przez większość tego czasu nie ma działań wojennych? Jak opisać rozejm, którego nie przestrzegano, ale którego zakończenie nie oznaczało też powrotu do wojny?
Doprawdy więc, mamy w Iranie do czynienia z czymś zupełnie dziwacznym.
Wojną Schrödingera, której rzekomo nie ma, a która jest, i rozejmem Schrödingera, który rzekomo był, a którego realnie nie było, i negocjacjami Schrödingera, które… były, albo i nie były, albo czasem były a czasem nie były, albo miały formę niezobowiązującej wymiany zdań przez pośredników.
Mamy też cieśninę Schrödingera, przez którą przepływają tankowce ale nie przepływają, albo nie przepływają ale przepływają… tak, trudno to nazwać inaczej niż tylko jakąś szaloną huśtawką. Zwłaszcza, jeśli spojrzymy na wykresy cen ropy, które wprawdzie powoli podnoszą swój minimalny pułap, ale jednak ciągle skaczą i spadają – i wydawałoby się, że ich ruchy zależą bardziej od deklaracji Donalda Trumpa na mediach społecznościowych niż od realiów.
Jest to, swoją drogą, zupełnym szaleństwem, które nie ma prawa zaistnieć miejsca na „racjonalnym” wolnym rynku, a które widzimy gołym okiem – jeśli po tym wszystkim, ktoś mi jeszcze będzie próbował mówić o rzekomej racjonalności „ukrytej ręki” wolnego rynku, zaśmieję się w twarz. Ale przecież sedno sprawy to temat zupełnie nie do śmiechu. Wciąż mówimy o wojnie, która trwa, i mimo odległości, wywiera na nas wpływ choćby tylko poprzez ceny paliwa. Co dalej?
Niepewność tylko narasta
Gdy ostatni raz pisałem o Iranie – jak się okazuje, było to już prawie trzy miesiące temu – właśnie udało się wprowadzić w życie wstępne porozumienie, dwumiesięczny rozejm który w domyśle miał pozwolić na negocjacje prawdziwego zakończenia konfliktu. Już wtedy pisałem, że rozejm ten będzie zagrożony, że ogromne siły w Stanach i w Izraelu będą dążyć do zerwania go, lub sprowokowania Iranu do wznowienia wojny, ponieważ dla Izraela i jego amerykańskich stronników, porozumienie, które de facto było znaczącym irańskim zwycięstwem, było po prostu niemożliwe do zaakceptowania.
Dokładnie tak się stało. Nie minęło kilka tygodni, a wojna została wznowiona. Ale, jak już wspomnieliśmy, była to wojna Schrödingera. Sporadyczne wymiany ciosów, bombardowań, a pomiędzy rundami, wiadomości o tym że w tle trwają negocjacje, ale może nie trwają – albo przeciwnie, że teraz to już lada chwila zacznie się prawdziwa burza, ale może jednak się nie zacznie. Że Trump gra na zwłokę, gromadząc siły na ostateczne uderzenie, ale że w gruncie rzeczy, nie ma już sił, i desperacko szuka wyjścia z całej sytuacji.
Każdy z tych scenariuszy, każda z tych wiadomości, mimo całej ich pozornej sprzeczności, była prawdziwa.
Potem zaś przyszedł największy „cios” Ameryki – sławetny D-Day, nazwany na cześć niegdysiejszego lądowania w Normandii, ale tym razem, zgoła bezobjawowy. Chodzi o blokadę gospodarczą Iranu, wprowadzoną przez Amerykę – bezobjawową o tyle, że wszelkie sankcje jakie można było nałożyć na Iran dawno już Stany nałożyły, statki handlowe Iranu też już od miesięcy blokowały, a jeśli chodzi o wtórne sankcje, mające dotknąć państwa trzecie za karę za handel z Iranem… cóż, poza paroma drobnymi wyjątkami dotyczącymi nawet nie państw, co pojedynczych banków, Stany nie odważyły się na nic podobnego.
Nie da się zdusić Iranu bez uderzenia w Chiny, Indie i Rosję, a na to Stany nie są gotowe. Więc blokada też jest blokadą Schrödingera, istnieje i nie istnieje. I znowu sprzeczne wieści – jedni mówią że teraz to już tylko kwestia czasu nim Iran się zawali jako państwo, inni mówią że cała ta blokada nie wpłynęła ani trochę na stanowisko irańskiego rządu, i że nie mają cienia zamiaru ustępować Trumpowi.
Nie żeby to miało znaczenie, bo od dawna już Trump nawet nie przedstawia żądań wobec Iranu. Więc z jednej strony, Stany blokują Iran i czekają na jego upadek, a z drugiej, Iran blokuje ropę z Zatoki Perskiej, i czeka aż inflacja zada Trumpowi bolesny cios w wyborach uzupełniających. Ale jednocześnie, Stany nie czekają na upadek Iranu, bo zamierzają uderzyć ponownie ze zdwojoną siłą gdy tylko miną – w listopadzie – wspomniane wybory uzupełniające, zaś z kolei Iran też nie czeka pasywnie, i zamierza uderzyć na Stany jeszcze przed wyborami, aby zadając Trumpowi i rządowi Republikanów bolesny medialnie cios, zapewnić mu definitywną przegraną w wyborach, i w ten sposób uniemożliwić dalsze działania w późniejszym terminie.
Sprzeczność goni sprzeczność. I znowu: każdy z tych scenariusz, każda z tych wiadomości, albo jest prawdziwa, albo przynajmniej może być.
Zmierzając do katastrofy
Proszę się więc nie dziwić, że tak rzadko ostatnio piszę o tych sprawach. To po prostu nie miało sensu, można było tylko prowadzić bieżący komentarz, kto kogo i gdzie uderzył – a ja schlebiam sobie przynajmniej, że jestem analitykiem, a nie komentatorem sportowym. Niemniej, trzeba spróbować z tego chaosu wydobywać jakieś prognozy. Trzeba spróbować określić kto realnie tutaj wygrywa – jeśli ktokolwiek – i kto przegrywa – jeśli nie wszyscy. I określić co może wydarzyć się dalej.
Na dobry początek, zauważmy że, cóż – wojna wojną, ale dla reszty świata, nie wybuchy i śmierć, a odcięcie ropy jest tutaj największym problemem. Znowu – oj, powtarzam się dzisiaj, powtarzam – problemem Schrödingera. Bo ropy już miało zabraknąć z dziesięć razy, więc można powiedzieć że ropy nie ma – a jednak jest. Nie powinno to nas jednak dziwić. Świat faktycznie stoi na krawędzi katastrofy, faktycznie rezerwy ropy kurczą się, i faktycznie w niektórych częściach świata już teraz paliwo jest racjonowane, a w Europie – cóż, trzeba się modlić o łagodną zimę.
Ale przecież, cokolwiek by nie myśleć o umiejętnościach przywódczych i zdolnościach myślenia Donalda Trumpa – mam wrażenie że przestałem być osamotniony na prawej stronie w swojej ambiwalencji względem tego prezydenta – to jednak ma do swojej dyspozycji całą machinę administracji i Pentagonu. Nic dziwnego że prognozy katastrofy udaje się ciągle odwlekać – cała ta machina robi co może aby to osiągnąć. Faktycznie więc, pomimo działań Iranu, Amerykanie zdołali przywrócić, z wielkim wysiłkiem, ograniczony przepływ tankowców przez cieśninę Ormuz – pod osłoną nocy, w konwojach, z silną eskortą – co pozwoliło trochę odwlec katastrofę.
A jednak znowu ceny ropy przekroczyły $100 za baryłkę, i choć nadal daleko nam do pesymistycznych prognoz z marca i kwietnia, gdy mówiono że lada chwila grozi nam $200 za baryłkę, to jednak kierunek zmian jest nieubłagany. Próżno też mówić, że niedobór jest tylko ograniczony. To trochę jak z jedzeniem – jeśli każdego dnia zabraknie mi kilkuset kalorii, to przez czas jakiś, będę to spokojnie znosił, ale skutki będą się kumulować.
W tym zaś przypadku, kumulują się niedobory wywołane przez wojnę w Iranie, przez wojnę na Ukrainie, oraz ich dalsze skutki, takie jak rosnące ceny transportu napędzające rosnące ceny jedzenia i nawozów, napędzające ceny żywności i jej niedobory, co z kolei może – nie wiemy kiedy, nie wiemy gdzie – doprowadzić do wybuchu kolejnych kryzysów, które mogą napędzać dalsze negatywne skutki. Dosyć wspomnieć że właśnie w ten weekend widzieliśmy bardzo poważną zmianę polityczną w Niemczech, która jest niczym innym jak tylko bardzo opóźnionym skutkiem wywołanej ponad dekadę wcześniej wojny domowej w Syrii.
Gdzieś na horyzoncie w dalszym ciągu majaczy katastrofa spowodowana kryzysem paliwowym. Ten kryzys wciąż się udaje odłożyć w czasie. Oby jak najdłużej się udawało, ale – no właśnie, jak długo da się to robić? Zwłaszcza że przecież nic nie wskazuje na możliwość rychłego i polubownego zakończenia wojny między Ameryką a Iranem. Przeciwnie.
Nowy wybuch –w październiku, czy w listopadzie?
Co właściwie sprawia, że odkąd zakończyła się główna faza działań wojennych, widzieliśmy na przestrzeni miesięcy zaostrzenie stanowisk po obu stronach? Na tyle na ile jesteśmy w stanie wniknąć w umysły przywódców, wydaje się że obydwie strony uważają nadal że mogą osiągnąć swoje cele, wygrywając wojnę. Oczywiście, Iran nie liczy na realne zwycięstwo militarne – ale z ich perspektywy, zwycięstwem będzie wymuszenie zapaści politycznego projektu Trumpa, i nauczenie Amerykanów raz na zawsze, że nie mogą bezkarnie atakować ich kraju. Aby to zrobić, Irańczycy uważają – tak się wydaje – że potrzebują uderzyć mocno jeszcze przed listopadowymi wyborami, tym bardziej że mają powody aby sądzić że jeśli oni nie uderzą pierwsi, wówczas Ameryka uderzy w dogodnym dla siebie momencie.
Z drugiej strony, Trump wciąż liczy chyba na szansę obalenia władzy w Iranie, i wcale nie musi to być oparte tylko na chciejstwie i fałszywych przesłankach suflowanych przez Izrael. Mimo wszystko, rząd w Iranie pozostaje niepopularny, i mimo wszystko blokada wyniszcza gospodarkę Iranu, co może doprowadzić do kolejnego wybuchu. Ktoś powie że to mrzonki, bo przecież jeszcze nikt nigdy nie zmusił kraju do kapitulacji ani nie wywołał rewolucji blokadą czy bombardowaniami – ale przecież to nie do końca tak. Niszczenie infrastruktury, handlu, prowadzi koniec końców do destabilizacji, osłabia wolę walki, i pobudza opozycję.
Czyż trochę tak nie było właśnie w Syrii? Taki scenariusz wydaje się absolutnie niemożliwy w Iranie. Ja również uważam go za skrajnie mało prawdopodobny – ale przecież nie znamy realnej sytuacji w Iranie, nie wiemy czy gdzieś w tle nie są kontynuowane jakieś próby uzbrojenia tej czy innej szajki jako ruchu oporu. Tu nie musi przecież chodzić o skuteczne doprowadzenie do zmiany władzy – zarówno Izrael jak i Ameryka zadowoliłyby się po prostu chaosem, niezdolnością centralnego rządu do natychmiastowego zduszenia rebelii, sytuacją którą można od zewnątrz podsycać. Niezależnie zaś od tego, czy to jest prawdopodobne czy nie, liczy się coś innego – wydaje się przynajmniej, że Donald Trump autentycznie uważa taki scenariusz za możliwy, a jego determinacja żeby nie przegrać, może go motywować do kolejnego uderzenia. Choć więc twierdzenia Trumpa, że zwycięstwo w Iranie przyjdzie natychmiast po wyborach można traktować jako czczą przechwałkę, to warto jednocześnie te słowa potraktować jako deklarację woli.
O ile więc nie nastąpi coś zupełnie nieoczekiwanego – wydaje się nieuniknione że na przestrzeni następnych dwóch miesięcy, działania wojenne będą coraz częściej powracać, eskalować, a prawdziwy wybuch nastąpi albo wkrótce – jeśli inicjatorem będzie Iran – albo zaraz po wyborach, jeszcze chyba w listopadzie, jeśli Iran pozostawi inicjatywę Ameryce.
Z tymi kalkulacjami obu stron jest jednak poważny problem, który – jeśli dobrze czytam sytuację – jak najgorzej wróży dla przyszłości tego konfliktu. Po stronie Iranu, błędem byłoby sądzić że doprowadzenie do porażki Republikanów i Trumpa w nadchodzących wyborach zakończy wojnę. Przeciwnie: pokonany Trump może chcieć tym mocniej i tym szybciej uderzyć na Iran, aby zdążyć nim nowy kongres zostanie zwołany, aby udowodnić że wcale nie przegrał, i aby zwyczajnie się zemścić.
Po stronie Ameryki z kolei, błędem byłoby sądzić, że potężna runda nowych nalotów, a może nawet lądowania piechoty morskiej, zdołają złamać irański opór tak szybko, że irańskie kontruderzenia nie pogrążą Zatoki Perskiej w chaosie, ani nie zadadzą Ameryce dalszych bolesnych strat.
Tyle razy tutaj wspominałem Schrödingera – ale kończę… Pyrrusem.
Trump ma tylko dwie możliwości: albo się wycofa i pogodzi z porażką, albo użyje broni jądrowej. Trzeciej opcji nie ma
======================
Donald Trump nie chce zabijać milionów irańskich cywilów. Ale Trump jest przyparty do muru, a czasu jest coraz mniej. Strategiczne rezerwy ropy naftowej niebezpiecznie się kurczą, długoterminowe stopy procentowe powoli rosną, a globalny szok naftowy jest nieunikniony. Co zrobi Trump?
Praktycznie rzecz biorąc, wojna jest przegrana. To, co miało być ukierunkowaną operacją zmiany reżimu, po której nastąpiły masowe demonstracje publiczne, przerodziło się w boleśnie długi okres adaptacji, w którym przywódca „jedynego supermocarstwa świata” przyzwyczaja się do nowej rzeczywistości, w której Ameryka zakończyła swoją hegemonię w wojnie, której nie musiała toczyć – z wrogiem, który nie chciał nam zrobić krzywdy.
Kwestią nigdy nie poruszaną w mediach jest prosty fakt, że amerykańskie bazy wojskowe rozsiane po Zatoce Perskiej i Bliskim Wschodzie stanowią fundament amerykańskiej hegemonii . W miarę jak coraz więcej tych baz jest niszczonych przez precyzyjne hipersoniczne pociski balistyczne Iranu, regionalna dominacja USA słabnie, pozostawiając próżnię władzy, którą wypełnił Teheran. To jest nowy porządek w regionie i dopóki Trump nie znajdzie sposobu na cofnięcie czasu, nie ma już powodu, by udawać, że Stany Zjednoczone pozostają gwarantem bezpieczeństwa regionalnego.
A jeśli Stany Zjednoczone nie są już w stanie chronić wielu krajów produkujących ropę przed zagrożeniami, to nie ma już powodu, by sprzedawać ropę w dolarach ani reinwestować tych wpływów w amerykańskie obligacje skarbowe. Krótko mówiąc, głupota Trumpa w Iranie doprowadziła do najbardziej niszczycielskiej zmiany geopolitycznej ostatniego stulecia, stanowiąc największą strategiczną porażkę w 250-letniej historii Ameryki . Nic innego nawet się do niej nie zbliża.
Teraz, gdy rozumiemy kontekst, powinniśmy zrozumieć, dlaczego groźby Trumpa dotyczące użycia broni jądrowej przeciwko Iranowi nie powinny być odrzucane jako puste przechwałki. Mówiąc wprost, Trumpowi kończy się czas i musi szybko zdecydować, jak postępować. Ale – jak wszyscy wiemy – wyczerpał już swój arsenał broni konwencjonalnej, nie będąc w stanie przekonać Iranu do spełnienia jego żądań ani do żadnych ustępstw. Co więc może zrobić?
Tak, co on może zrobić? To pytanie powinno podnosić ciśnienie każdemu rozsądnemu Amerykaninowi po tej farsie, bo realistycznie rzecz biorąc, Trump ma tylko dwie możliwości: albo się wycofa i pogodzi z porażką, albo użyje broni jądrowej. Trzeciej opcji nie ma.
Dlatego Amerykanie powinni się tak martwić, bo nasz prezydent, ten „ryzykant”, jest zdolny (z czystej desperacji) do podjęcia pochopnej decyzji, która zmieni bieg historii. Trump nie opuści urzędu w niesławie. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że zrobi coś ryzykownego i nieskończenie bardziej niebezpiecznego . Spójrzcie na ten fragment autora Andrew Anglina, który przejrzał, co działo się w kwietniu:
Od dziesięcioleci badania dowodzą, że to, czego jesteśmy świadkami w tej wojnie, jest dokładnie tym, co by się wydarzyło: odwetowe ataki rakietowe zdolne do zniszczenia baz amerykańskich w regionie i sparaliżowania państw Zatoki Perskiej na zachodnim wybrzeżu na dziesięciolecia poprzez zniszczenie portów, pól naftowych i zakładów odsalania; skuteczne ataki na Izrael; oraz zamknięcie Cieśniny Ormuz. Co więcej, każdy, kto choć trochę znał sytuację, wiedział, że doprowadzi to do globalnego kryzysu gospodarczego, połączonego z niedoborami ropy naftowej, gazu, nawozów i helu.
To absolutnie niemożliwe, żeby Izraelczycy uwierzyli w: „Zabijcie ajatollaha, a demokracja wypuści gałęzie i wypełznie z Zatoki Perskiej”.… Bibi jest zdolny do wielu rzeczy, ale nie jest głupi. Mossad dysponuje wszystkimi elektronicznymi danymi wywiadowczymi i najlepszymi źródłami informacji wywiadowczych wśród agencji wywiadowczych na świecie. Nie dadzą się nabrać na takie bzdury, z których śmiałby się każdy student politologii pierwszego roku.
Rozważmy obecną sytuację: Iran zrobił to, co najwyraźniej zamierzał i wygrywa wojnę. Żadne intensywne bombardowania nie powstrzymają go przed wystrzeleniem pocisków w kierunku państw Zatoki Perskiej, baz USA, Izraela i każdego nieautoryzowanego statku próbującego przepłynąć przez cieśninę. Nawet całkowite zniszczenie miast, jak miało to miejsce w Strefie Gazy, nie położy kresu możliwościom Iranu.
W podcastach omówiono następujące możliwości: albo Trump się podda i skapituluje, spełniając większość lub wszystkie żądania Iranu – w tym wycofanie wojsk amerykańskich z regionu, zakończenie izraelskiej agresji i pozwolenie Teheranowi na pobieranie opłaty za przepływ przez cieśninę – albo będzie kontynuował bombardowania, aż skończą mu się bomby, a światowa gospodarka się załamie, a Iran pozostanie u władzy na czas nieokreślony.
Jeśli przyjmiemy tę perspektywę, musimy zadać sobie pytanie, dlaczego Bibi tak zaciekle forsował tę wojnę.Każdy z dwóch wymienionych możliwych scenariuszy stawia Izrael w znacznie gorszej sytuacji niż przed bombardowaniami.
Jaki więc był plan Bibi?
Jedyną możliwą odpowiedzią na to pytanie jest to, że Bibi zamierzał stworzyć warunki do ataku nuklearnego na Iran. Zwróćcie uwagę, że nie chodziło o zrzucenie jednej bomby atomowej na Teheran, bo to i tak niczego by nie rozwiązało, ale o zrzucenie 15 do 20 bomb atomowych i próbę całkowitego unicestwienia cywilizacji.
Wojna z Iranem: nuklearny słoń w pokoju wojennym Trumpa, The Unz Review
Anglin przedstawia bardzo przekonujący argument. Według wszelkich obiektywnych kryteriów Izrael jest dziś w gorszej sytuacji niż przed wojną. Iran ma silną pozycję na najważniejszym szlaku wodnym świata, a siła Stanów Zjednoczonych została znacznie osłabiona przez zniszczenia jego baz wojskowych. Dlaczego więc Bibi jest tak pewny, że sytuacja się poprawi i Izrael zwycięży ? I dlaczego nikt w izraelskich mediach nie skrytykował obecnej sytuacji, w której Iran de facto stał się regionalnym supermocarstwem? Czy nie są zdolni do obiektywnej analizy, czy też wiedzą coś, czego my nie wiemy?
Wiedzą za to, że ktoś tak prominentny w „aktach Epsteina” jak Trump nie odejdzie nagle od scenariusza i nie zrobi czegoś patriotycznego, na przykład wycofa wojsk amerykańskich i położy kres temu koszmarowi.
Nie. Trump zrobi to, co mu każą i zaaranżuje katastrofę, którą przewiduje Anglin. Do tego właśnie zmierzamy. Dlaczego inaczej Izraelczycy mieliby być tak pewni zwycięstwa, skoro wszystkie znaki wskazują na coś przeciwnego?
Oto ponownie Anglin:
Najprostszym sposobem na „uzasadniony” atak nuklearny byłoby zainscenizowane przez Izrael wydarzenie na terytorium USA, na wzór zamachów z 11 września. To prawdopodobnie skłoniłoby Trumpa do naciśnięcia przycisku.
Jeśli jednak to się nie powiedzie, wydaje się prawdopodobne, jeśli nie wysoce prawdopodobne, że Izrael ostatecznie po prostu dokona zbrodni na własnym terytorium, stwierdzi, że „nasze istnienie jest zagrożone” i użyje broni jądrowej.
Następnie Netanjahu podałby się do dymisji i zostałby ułaskawiony przez izraelski sąd.
Oczywiście, nie wiem, czy to się rzeczywiście wydarzy… Jest mnóstwo nieprzewidzianych zdarzeń, które mogą temu zapobiec. Jednak obecnie wydaje się bardzo prawdopodobne, że wojna z Iranem zakończy się atakiem nuklearnym na ten kraj na dużą skalę.
Wojna z Iranem: nuklearny słoń w pokoju wojennym Trumpa, The Unz Review
Oczywiście mam nadzieję, że Anglin się myli, ponieważ uważam, że atak nuklearny byłby niewyobrażalnie tragiczny dla Iranu i całego świata. Niestety, bardzo trudno mi obalić argument Anglina – w końcu Trump przeciągał ten konflikt miesiącami, mimo że doskonale wiedział, że amerykańskie ataki rakietowe są nieskuteczne, a mimo to kontynuował tę samą nieudaną politykę. Dlaczego?
Ponieważ jedynymi realnymi opcjami są ucieczka lub użycie broni jądrowej. Wartość tych ataków odwetowych polega na stworzeniu wrażenia, że Stany Zjednoczone czynią postępy w realizacji swoich celów strategicznych, podczas gdy w rzeczywistości jest odwrotnie. Ataki te nie przynoszą żadnych korzyści. Iran w żadnym momencie nie rozluźnił uścisku na cieśninie ani nie wykazał nawet najmniejszych oznak osłabienia. Irańskie władze są odważniejsze i bardziej zdeterminowane niż kiedykolwiek. Nieustępliwie bronią swojego kraju. Oto Anglin po raz ostatni:
Niesprawiedliwe byłoby twierdzenie, że twórcy podcastów nie poruszają kwestii potencjalnej wojny nuklearnej. Wspomina się o niej. Jednak fakt, że tomusiał być plan Bibiego, nie został poruszony. Nie widziałem, żeby ktoś tak mówił. A jednak nie ma innego logicznego sposobu, aby podążać za tym tokiem rozumowania.
Słyszałem, jak niektórzy komentatorzy poruszali kwestię, że Bibi nie mógł wierzyć w teorię „powstania ludowego”, a ich odpowiedzi były takie, że mógł chcieć osłabić Iran – co jest z pewnością niemożliwe, bo przecież doskonale wiedział, że dojdzie do takiej właśnie sytuacji – albo że obawiał się o swoje postępowania prawne, co jest również śmieszne, bo mógłby je opóźniać, wszczynając wojny w Strefie Gazy, Libanie i na Zachodnim Brzegu.
To po prostu fakt, że jedyne, o czym Bibi mógł myśleć, to możliwość wywołania serii zdarzeń, które albo doprowadzą Trumpa do ataku nuklearnego na Iran, albo do tego, że Izrael będzie „usprawiedliwiony” do użycia własnej broni jądrowej. Wolałby to pierwsze, ale zadowoliłby się również drugim.
Wojna z Iranem: nuklearny słoń w pokoju wojennym Trumpa, The Unz Review
Myślę, że ma rację. Taki był zawsze plan. Bibi nie chce zmiany reżimu, rewolucji populistycznej ani kontroli USA nad ogromnymi zasobami Iranu. Nie. Chce, żeby Iran stał się drugą Gazą. O to właśnie chodzi. Chce, żeby Iran został starty z mapy, unicestwiony, zredukowany do tlącej się sterty gruzów. Izrael nie kieruje się „celami strategicznymi”. To absurd. Izrael nie ma żadnej strategii. Izrael skacze od jednej konfrontacji do drugiej, siejąc tyle śmierci i zniszczeń, ile to możliwe, nawet nie myśląc o stanie ostatecznym, w którym pokój i bezpieczeństwo mogłyby rozkwitnąć. Bibi wierzy w permanentną wojnę; permanentne państwo, w którym Amalek czai się za każdym rogiem, a Izrael musi nieustannie inicjować działania wojenne w imię „samoobrony”. Tak właśnie działa Izrael.
Bibi nie chce funkcjonującego Iranu. Chce kolejnego Nagasaki, kolejnej Hiroszimy; zniszczenia, jak okiem sięgnąć . To ostrzeżenie Netanjahu dla wszystkich, którzy ośmieliliby się sprzeciwić państwu Izrael. Teraz musi tylko stworzyć odpowiednie warunki (pod fałszywą flagą), aby atak nuklearny wydawał się uzasadniony. Nie powinno to być zbyt trudne dla „doświadczonego” człowieka, takiego jak Bibi.
O tak, i musi zmusić Trumpa do wykonania tego zadania. Nie ma o czym dyskutować.
Główny Urząd Statystyczny oszacował, że w latach 2022–2025 Polska utraciła 490,1 mld zł wartości produktu krajowego brutto w związku z rosyjską agresją na Ukrainę. Kwota ta odpowiada mniej więcej 3,5 proc. łącznego PKB kraju w tym okresie i stanowi równowartość około 113,5 mld euro. Szacunek zaprezentował 9 września 2026 r. prezes GUS Marek Cierpiał-Wolan podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
Dla porównania: w ustawie budżetowej na 2026 r. dochody państwa zaplanowano na 647,2 mld zł. Straty skumulowane przez cztery lata wojny są więc niemal tak duże, jak całoroczne wpływy do budżetu centralnego.
Największa część obciążenia spadła na gospodarstwa domowe – 292,1 mld zł. Sektor przedsiębiorstw stracił 126 mld zł, a sektor rządowo-samorządowy 72 mld zł.
GUS wyliczył także, że oszczędności gospodarstw domowych skurczyły się o 70 mld zł na skutek wyższej inflacji. Prezes urzędu wyjaśnił, że wysoka inflacja wywołała gwałtowny wzrost płac nominalnych, ale tempo wzrostu płac realnych wyraźnie wyhamowało. W 2022 r. wynagrodzenia realne spadły o 2 proc. Urząd przyjął ostrożne założenie, że jedna trzecia inflacji powyżej celu inflacyjnego wynikała z eskalacji wojny. Na tej podstawie oszacowano utratę siły nabywczej oszczędności.
Osobną kategorią są koszty, które państwo poniosło bezpośrednio. Dodatkowe wydatki na obronę narodową w latach 2022–2025 wyniosły 154,2 mld zł. Gdyby pozostały na poziomie zapisanym w pierwotnym projekcie ustawy o obronie Ojczyzny, byłyby właśnie o tę kwotę niższe. Cierpiał-Wolan podkreślił, że te pieniądze można było przeznaczyć na inne cele, potencjalnie bardziej efektywne z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Środki te finansowano w dużej mierze deficytem.
Z Funduszu Pomocy wydano dodatkowo 46,7 mld zł. W kalkulacjach uwzględniono skalę pomocy dla Ukrainy i obywateli Ukrainy przebywających w Polsce, sytuację na rynku pracy oraz zmiany gospodarcze i demograficzne.
Wstrząs gospodarczy wywołany wojną obniżył wartość dodaną brutto o 426,5 mld zł. Szczególnie mocno ucierpiało budownictwo – w tej sekcji wytworzono o 120,9 mld zł mniej wartości dodanej. Statystycy wiążą to m.in. z odpływem siły roboczej oraz skokiem cen materiałów: stali, cementu, szkła, asfaltu, kruszyw, metali nieżelaznych i tworzyw sztucznych. Wojna podniosła też koszty energii i surowców, a odcięcie od dostaw z Rosji dodatkowo zwiększyło presję cenową.
Nie wszystkie dziedziny gospodarki odnotowały spadek. Wzrosły wydatki w administracji, obronie narodowej, edukacji i ochronie zdrowia.
GUS zaznacza, że jest to szacunek, a nie roszczenie o natychmiastową wypłatę odszkodowania. Metodologię konsultowano z ekspertami, w tym z przedstawicielami ONZ. Jesienią urząd zapowiada pogłębione analizy regionalne i dziedzinowe oraz kolejne seminaria.
Celem opracowania jest – jak tłumaczono w Karpaczu – pokazanie, że koszty wojny ponoszą nie tylko państwo zaatakowane, ale także sąsiedzi i pozostali uczestnicy życia międzynarodowego. Ma to znaczenie perswazyjne w okresie powojennym i stanowi argument, że naruszenie prawa międzynarodowego da się wycenić także poza granicami Ukrainy.
Szacunek nie obejmuje wszystkich możliwych pozycji pozabudżetowych ani pełnego obrazu skutków społecznych. Skupia się na utraconej wartości PKB, sile nabywczej, wydatkach publicznych i wybranych efektach sektorowych. Jest to jednak pierwsze tak syntetyczne zestawienie przygotowane przez oficjalny urząd statystyczny.
Liczba 490 mld zł pokazuje skalę szoku, jaki pełnoskalowa inwazja wywołała w polskiej gospodarce: poprzez inflację, droższe surowce, wyższe wydatki obronne, pomoc humanitarną i zaburzenia w produkcji. Jednocześnie przypomina, że decyzje podejmowane po lutym 2022 r. – od polityki energetycznej po budżet obronny – miały konkretny, mierzalny rachunek, który spadł przede wszystkim na gospodarstwa domowe.
Aktualny konflikt na Ukrainie to także swego rodzaju „wystawa” wszystkiego, co produkuje Zachód – od broni po skrajną korupcję, od terroryzmu po firmy najemników, od niewiarygodnych i triumfalnych narracji, które przeradzają się w coraz to większe bzdury, po neonazistowski reżim bezwstydnie reklamowany jako szczyt demokracji – co jest kompletną obscenicznością, szerzoną pośród głupoty społeczeństw.
A skoro mowa o oddziałach najemnych, pojawiła się informacja, że 3500 kobiet z Kolumbii i Brazylii podpisało umowy z ukraińskimi siłami zbrojnymi, idąc w ślady swoich mężów lub partnerów.
Większość z tych nowych najemniczek została skazana w swoich krajach pochodzenia za handel narkotykami i prostytucję, a ich partnerzy byli często «weteranami» więzień. Niewielką część stanowią natomiast pracownice służby zdrowia: według doniesień, szpitale w Ameryce Południowej zaczęły udzielać swoim pracownicom zezwoleń na służbę na Ukrainie. Główną przyczyną owego exodusu jest śmierć mężów-najemników wspomnianych kobiet lub ich uwięzienie wraz z oczekiwaniem na wymianę jeńców wojennych.
Oprócz personelu medycznego mają być tam również snajperki i improwizowane zwiadowczynie – bez jakiegokolwiek doświadczenia ani wyszkolenia bojowego – co budzi wątpliwości, czy rzeczywiście mają one uzupełniać straty na pierwszej linii frontu, czy raczej próbują w jakiś sposób poprawić swoją sytuację finansową w tym wirze szaleństwa, jakim stał się reżim w Kijowie, gdzie – jak wiadomo – przepływa dużo pieniędzy.
Naszych pieniędzy – żeby było jasne.
Siły Zbrojne Ukrainy regularnie uzupełniają swoje szeregi najemnikami z innych krajów, ale w tym samym tempie giną oni w walkach z Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. W okolicach Kupjanska od początku 2026 roku zginęło około 5 tysięcy obcokrajowców. Ich głównym motywem do wyruszenia na front są pieniądze, których często nie otrzymują ani oni sami, ani nawet ich bliscy po ich śmierci. Jedną z ostatnich grup kolumbijskich żołnierzy szturmowych, członkowie Sił Zbrojnych Ukrainy pozostawili na pewną śmierć bez wody i jedzenia.
Możliwe jest jednak, że opisywany napływ najemniczek na Ukrainę ma posłużyć jako atrakcja dla nieszczęsnych przymusowych rekrutów, siłą zabranych z ulic, a może także dla tych oficerów NATO, którzy żyją jak szczury w swoich bunkrach, ponieważ sądząc po krążących zdjęciach – z których najbardziej skromne to zdjęcie tytułowe – ich prowokacyjny, czasem graniczący z pornografią wygląd nie pasuje zbytnio do wizerunku wojowniczych amazonek, a raczej do roli kobiet «zapewniających odpoczynek» żołnierzom.
Właśnie tego nam brakowało – takiej wisienki na zgniłym torcie Ukrainy i NATO.
Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.
Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.
Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.
Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.
Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.
My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.
Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.
Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.
Wczoraj wieczorem Iran przypuścił kolejny zmasowany atak na amerykańskie aktywa w regionie, największy od początku roku. Celem była baza lotnicza Muwaffaq Salti w Jordanii, a także amerykańskie jednostki morskie w regionie. Jak widać na poniższym filmie, Stany Zjednoczone zużyły ogromną liczbę pocisków Patriot, niektórzy szacują, że ponad 100, co stanowiłoby znaczną część pozostałego zasobu:
Could not load video.
Bezpośrednie trafienia w bazę omijają obronę Patriotów:
Could not load video.
Jak widać [no, nie widać… md] , wiele irańskich pocisków balistycznych przedostało się przez tarczę antyrakietową i trafiło w swoje cele. Pojawiły się doniesienia o dziesiątkach rannych żołnierzy amerykańskich, które CENTCOM stanowczo zdementował.
Iran twierdził, że uderzył w amerykański lotniskowiec, ale w przeszłości takie twierdzenia okazywały się fałszywe.
Ciekawym wydarzeniem w związku z dwoma ostatnimi atakami jest to, że Iran po raz pierwszy użył przeciwokrętowego pocisku balistycznego przeciwko amerykańskim okrętom wojennym. Poinformował o tym irański sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generał dywizji Mohsen Rezai:
Could not load video.
Niektóre raporty wskazują, że „tajemniczą” rakietą, o której wspomina, jest Kassem Bassir , która zostanie zaprezentowana w 2025 roku. Podobno ma zasięg 1200 km, co jest znacznie więcej niż około 300 km, jakie mają typowe irańskie rakiety, co szczegółowo przeanalizowaliśmy wcześniej tutaj:
W poprzednim odcinku poruszyliśmy jeden z najczęściej omawianych tematów – ostateczną opcję eskalacji konfliktu, jaką jest atak na amerykański lotniskowiec, i o tym, czy Iran jest w stanie to zrobić. W związku z tym postanowiłem poświęcić szczegółowy artykuł bardziej złożonym kwestiom związanym z taką operacją i wyjaśnić, dlaczego Iran może nie być tak zdolny do jej przeprowadzenia, jak większość ludzi zakłada.
WANA (9 września)–Rzecznik Sił Zbrojnych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) w oświadczeniach złożonych reporterom na marginesie spotkania oświadczył, że wszystkie okręty USA wycofały się co najmniej 400 kilometrów od irańskich wód przybrzeżnych w następstwie zaawansowanych ataków irańskich.
Zauważył, że przed operacją „Ramadan” w Zatoce Perskiej przebywało około 30–40 amerykańskich okrętów wojennych, ale twierdził, że do dziś w regionie nie pozostał ani jeden.Dodał, że wszystkie amerykańskie jednostki wycofały się co najmniej 400 kilometrów od wybrzeża Iranu.
Ostatni taki atak, który miał miejsce 5 września, został potwierdzony przez CENTCOM i zmusił amerykański lotniskowiec do wykonania manewrów unikowych, co potwierdza twierdzenia Iranu, że amerykańskie okręty miały przynajmniej powody do ucieczki:
Przeczytaj ostatnią część artykułu z irańskich wiadomości:
Rzecznik przypisał ten odwrót rozmieszczeniu przez Iran nowego uzbrojenia i zaawansowanych pocisków rakietowych, twierdząc, że siły irańskie zachowały zdolność do atakowania celów w odległości przekraczającej 400 kilometrów. Dodał również, że siły irańskie niedawno zaatakowały amerykański lotniskowiec znajdujący się 500 kilometrów dalej, utrzymując, że Cieśnina Ormuz pozostaje centrum irańskiej siły militarnej, odstraszającej agresję z zewnątrz.
Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC), generał dywizji Mohsen Rezaei ogłosił, że w najbliższych dniach zostanie ogłoszona nowa strefa zamknięta poza Cieśniną Ormuz, ostrzegając, że każdy statek wpływający na ten obszar bez porozumienia z Teheranem zostanie wpisany na irańską listę sankcji.
Warto zwrócić uwagę na poniższe informacje – nowa blokada rozpocznie się nie tuż przy samej Cieśninie, ale od linii blokady Marynarki Wojennej USA, która biegnie aż na zewnątrz Zatoki Omańskiej:
W wywiadzie telewizyjnym w niedzielny wieczór Rezaei powiedział, że strefa „rozpocznie się od linii blokady Marynarki Wojennej USA i rozciągnie się na części Zatoki Perskiej”, obejmując odcinek w kierunku portów przeładunkowych. Dodał, że statki, które zbliżą się do cieśniny z obu stron i wpłyną na wyznaczony obszar, będą podlegać sankcjom, które będą miały konsekwencje dla ubezpieczenia i przyszłej żeglugi.
Iran ograniczył tranzyt przez Cieśninę Ormuz od samego początku wojny między USA i Izraelem, która rozpoczęła się pod koniec lutego i zakończyła się zawieszeniem broni na początku kwietnia w wyniku udanych odwetowych operacji wojskowych Republiki Islamskiej.
Przypomnijmy, że czerwona linia poniżej wyznacza linię blokady USA, a niebieska pokazuje głównie miejsca, gdzie koncentrowała się blokada Iranu:
Teraz Iran zamierza zwiększyć skalę własnej blokady aż do i poza amerykańską linię blokady.
Jak już wspomniano w tym artykule, jedną z dominujących teorii jest to, że blokada nałożona przez USA zaczyna wiązać się z wymiernymi kosztami ekonomicznymi dla Iranu, który zmaga się z poważną inflacją i innymi problemami. Może to zmusić Iran do szybszego podjęcia działań mających na celu wyrzucenie USA z regionu i zakończenie blokady.
To może być prawdą, jednak nie oznacza to, że Iran „przegrywa wojnę”, lecz raczej, że Iran dokonał analizy kosztów i ryzyka utrzymania status quo w porównaniu ze strategiczną eskalacją i prawdopodobnie wywnioskował, że ma już wystarczająco dużo kart, aby eskalacja była mniej ryzykowna niż utrzymywanie niekorzystnego pod względem ekonomicznym status quo.
Z drugiej strony, mocnym kontrargumentem jest to, że Iran stał się o wiele bardziej pewny siebie po zdominowaniu USA w tej wojnie, a Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej po prostu coraz bardziej cenił swoje szanse w wymianach z USA, szczególnie biorąc pod uwagę znane problemy z zapasami pocisków przechwytujących oraz wiele innych niedźwiedzich sygnałów dla regionalnych sił USA:
Według raportów wywiadu USA z ostatnich tygodni Iran nabrał większej pewności co do swoich możliwości atakowania celów na Bliskim Wschodzie i wydaje się zdecydowany kontynuować konflikt przez wiele miesięcy, aby irytować Stany Zjednoczone.
Według urzędników poinformowanych o danych wywiadowczych, Iran wyszedł z miesięcy niestabilnej wojny z dużo lepszym zrozumieniem swojej siły militarnej i większą pewnością co do swoich możliwości.
Autorzy piszą, że obecnie Iran jest mniej skłonny niż kiedykolwiek do zawarcia umowy, biorąc pod uwagę, że pewność siebie Irańczyków wzrosła po serii zwycięstw do tego stopnia, że Stany Zjednoczone wydają się teraz słabsze niż kiedykolwiek, a jakakolwiek umowa z nimi byłaby w zasadzie niepotrzebnym kompromisem z ich strony.
„Irańczycy są dość optymistycznie nastawieni do swojego stanowiska” –powiedział kongresmen Jason Crow, demokrata z Kolorado i członek Komisji ds. Wywiadu. „Ponieśli znaczne straty, ale to zawsze było wpisane w ich system. Rozumieją, że mogą ponieść straty i grają tu o wiele dłużej”.
Dlaczego więc czują się tak „byczo nastawieni”?
Pan Crow odmówił komentarza w sprawie tajnych ocen, ale powiedział, że Irańczycy uważają, że mają silniejszą pozycję z kilku powodów. Po pierwsze, dodał, dawniej podzielone kierownictwo Iranu jest teraz bardziej zjednoczone, a wewnętrzna opozycja została uciszona. Iran nadal posiada również zapasy pocisków rakietowych i dronów.
Wydaje się również, że władze Iranu lepiej rozumieją, jak sprawować kontrolę nad Cieśniną Ormuz, przez którą przed wojną przepływała jedna piąta światowych zasobów ropy naftowej.
W ostatnim zdaniu artykułu „rząd Iranu” można by w zasadzie zamienić na „rząd USA”:
Spór o to, kto ponosi większe straty gospodarcze w ujęciu ogólnym i długoterminowym, ożywiła dzisiejsza wiadomość, że cena ropy Brent po raz pierwszy od lipca wzrosła do ponad 100 dolarów za baryłkę:
Były dowódca amerykańskiego CENTCOM i były dyrektor CIA David Petraeus przyznał mimochodem, że bazy USA we wschodniej części Zatoki Perskiej „nie są już opłacalne”:
Could not load video.
Tymczasem FT donosi, że „największe narody morskie świata” ostrzegają, iż cała globalna żegluga zaczyna się rozpadać z powodu bezprawia będącego wynikiem rozpadu tak zwanego porządku opartego na zasadach (Ruse Based Ordure):
Największe państwa morskie świata ostrzegają, że zasady regulujące światową żeglugę ulegają rozpadowi,zakłócane przez wojny i rosnącą flotę cieni, która działa poza zachodnim nadzorem.
Sektor żeglugowy od dziesięcioleci chroniony jest przepisami gwarantującymi swobodną żeglugę i neutralność statków handlowych, jednak załamanie się tych zasad stwarza poważne ryzyko dla handlu światowego, jak twierdzi grupa 18 supermocarstw żeglugowych.
Ciekawe, jak próbują to przedstawić powyżej, gdy w rzeczywistości duże konsorcjum wydaje się pośrednio zrzucać winę na USA i ich kolesi:
Oświadczenie jest pierwszą publiczną interwencją CSG od czasu jej powstania ponad 60 lat temu. Do grupy należą Grecja, Singapur, Dania, Japonia, Kanada, Wielka Brytania, Holandia i Korea Południowa.
„Szlaki żeglugowe stają się coraz częściej instrumentami nacisku i ryzyka” –ostrzega CSG, dodając, że ostatnie wydarzenia pokazują, jak „kruchy” może być system handlu morskiego.
Kto zamienia morza w instrumenty nacisku ? Agresorzy z Zachodu, którzy wykorzystali ubezpieczenie Lloyd’s jako broń do ostracyzmu wobec każdego państwa sprzeciwiającego się narzuconemu imperializmowi? Która strona agresywnie i nielegalnie dokonuje abordaży i zatrzymuje statki, czego dowodem są cotygodniowe ataki na statki rosyjskie w ostatnim czasie?
Ilekroć Zachód nadużywa i łamie zasady na swoją korzyść, traktuje się je po prostu jako „część gry” – rodzaj „nabytych praw” geopolitycznych. Ale kiedy inne państwa zaczynają wyrównywać szanse, stosując ten sam zestaw „niepisanych zasad”, które przysługują jedynie uprzywilejowanym państwom Zachodu, nagle największe, najstarsze i najbardziej poważane konsorcja świata muszą krzyczeć: „Ale prawa ogrodu i dżungli nie są zamienne!”.
Artykuł kończy się stwierdzeniem, że bunt zrodzony z przestępczej hipokryzji Zachodu doprowadził do tego, że światowa „flota cieni” – należąca głównie do Rosji i Iranu – rozrosła się do jednej piątej wielkości całej globalnej floty tankowców:
Jednocześnie sankcje USA, UE i Wielkiej Brytanii nałożone na Rosję i Iran spowodowały gwałtowny wzrost floty tankowców-cieni, która obecnie liczy ponad 1500 jednostek, według TankerTrackers.com, co stanowi prawie jedną piątą światowej floty tankowców. Prawie wszystkie z nich nie posiadają tradycyjnych polis ubezpieczeniowych.
Zachód powinien uważać, by nie prowokować dalej całego świata. W tym tempie „cień” może wkrótce urosnąć do rozmiarów przewyższających to, co go rzuca – a wtedy sam Zachód może zostać zredukowany do swego rodzaju zwiędłego królestwa cieni, daremnie machającego rękami w obliczu wschodzącego świtu Wschodu.
Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina. Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo, jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla. Fragment wczorajszego artykułu na spectator.com: Ukraina przegrywa wojnę.Źródło.
Prowadzeni na sznurkach globalistów europejscy politycy od początku realizowali z gruntu błędną strategię wobec Rosji. Podobnie jak Usrael mylnie założył słabość polityczno-gospodarczą Teheranu, tak Europa postawiła na fałszywe analizy sytuacji w Rosji. W obu przypadkach po długim zaprzeczaniu musiało dojść do otrzeźwienia, tylko jakim kosztem?
Nasze podatki trafiają do właściwych miejsc. W Kijowie, podczas zatrzymania, które miało miejsce 18 sierpnia w dzielnicy Olimpiyska, w pojeździe znaleziono ogromne ilości gotówki. Śledczy ledwo nadążali z liczeniem. Źródło: Telegram 06.09.2026 r. 20:13.
Na czym polega ta potrójna porażka Europy?
Sankcje gospodarcze skierowane przeciwko Moskwie uderzyły najmocniej w samą Europę;
Osłabienie militarne Europy przez przekazywanie uzbrojenia i amunicji na Ukrainę, przy jednoczesnym prowokowaniu Kremla;
Odmowa kontaktów dyplomatycznych z Rosją doprowadziła do podobnej reakcji ze strony Moskwy. Teraz Putin słusznie odmawia pertraktacji z europejskimi politykami, traktując ich jak ratlerki szczekające na rozkaz z Davos.
Może ogłaszanie gotowości Europy do wojny z Rosją na rok 2029 to dobra strategia i Putin grzecznie poczeka, aż Europa się dozbroi? W tej strategii medialnej nie chodzi wcale o reakcję Putina. Ważniejsze jest oswojenie Europejczyków z myślą o „nieuniknionej” wojnie z Rosją. Wojnie, która potrzebna jest jedynie globalistom i nie jest istotne, kto ją wygra, ale sam fakt, żeby była. Dlatego właśnie kukiełki grające rolę polityków, ogłaszają gotowość do wojny z Rosją.
Jeśli spojrzeć na wydarzenia ostatniego tygodnia, walka o władzę na Ukrainie przerodziła się niemal w wojnę domową. W środę w Kijowie pracownicy ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU otworzyli ogień do pracowników ukraińskiego wywiadu wojskowego GUR, a w piątek w okno szefa SBU wleciał dron, który określono jako rosyjski – o czym pisał również magazyn „Der Spiegel”. Jednak magazyn „Der Spiegel” nie poinformował następnie, że dron ten został w rzeczywistości wystrzelony w pobliżu Kijowa i w związku z tym również stanowi część wewnątrz ukraińskiej walki o władzę, która eskaluje na naszych oczach, ale o której zachodnie media jak dotąd całkowicie przemilczają. Źródło.
Ta zastępcza wojna z pewnością niedługo się skończy. Kijów będzie zmuszony przyjąć którąś z kremlowskich ofert, które za każdym razem są coraz mniej atrakcyjne dla Ukrainy. Oligarchowie na czele z prezydentem myślą teraz o uratowaniu własnej skóry przed zbliżającą się katastrofą.
Może Soros udzieli Żeleńskiemu prywatnego azylu? Tyle zainwestował już w tym kraju. Raczej w to wątpię, bo miliarderzy są z reguły sknerami i woleliby otruć wyhodowaną przez siebie żmiją, niż ją karmić.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Wadephul ma chwilę szczerości i ujawnia, czego rząd niemiecki żąda od Ukrainy
W wywiadzie minister spraw zagranicznych Wadephul otwarcie stwierdził, że Niemcy chcą czerpać zyski z wojny na Ukrainie. Ta rzadka szczerość po raz kolejny pokazuje, jakie „wartości” Zachód tak naprawdę realizuje na Ukrainie: chodzi o pieniądze dla producentów broni i surowców.
Anti-Spiegel 9 wrzesień 2026
Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul był zaskakująco szczery w podcaście „Ronzheimer”, domagając się od Ukrainy składania większej liczby zamówień u niemieckich producentów uzbrojenia:
„W tej chwili nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani liczbą zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do ukraińskiego rządu z prośbą o przeanalizowanie tej sytuacji i wprowadzenie ulepszeń”.
Dodał, że powiedział to również Zełenskiemu podczas swojej ostatniej wizyty na Ukrainie:
„Jesteśmy z wami, wspieramy was, ale muszę to również wyjaśnić niemieckim podatnikom. Minimum, jakie możecie zrobić, to zaangażować niemiecki przemysł zbrojeniowy we wszystkie projekty zamówień publicznych”.
Czy pamiętacie ostatnią wizytę Wadephula na Ukrainie? Miała ona miejsce 22 i 23 sierpnia, a niemieckie media prześcigały się w euforycznych doniesieniach, świętując wyrazy solidarności Wadephula z Ukrainą. Donosiłem wówczas, że wizyta dotyczyła w rzeczywistości czegoś zupełnie innego i że Wadephul wyraźnie wywierał znaczną presję na Zełenskiego, ponieważ ten odmawiał wdrożenia „reform” jakich żądała UE. Teraz dowiadujemy się od samego Wadephula, że to nie była jedyna krytyka, jaką skierował pod adresem Zełenskiego.
To są prawdziwe „wartości”, których Europejczycy oczekują od Ukrainy. Chodzi po prostu o pieniądze. A także o surowce, ponieważ ukraińskie zasoby naturalne zostały już rozdzielone na 2025 rok, co czyni przyszłe konflikty nieuniknionymi. Szczegóły można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/was-steht-eigentlich-im-rohstoff-deal-zwischen-den-usa-und-der-ukraine/.
Oświadczenie Wadephula spotkało się z dużym zainteresowaniem mediów w Rosji, ponieważ potwierdza to, co mówi się tam od lat. Jako przykład tłumaczę artykuł opublikowany przez TASS na ten temat.
Początek tłumaczenia :
Zbierając wszystko, co się da: Dlaczego Berlin domaga się od Kijowa wsparcia dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego
Andrej Nizamutdinow o tym, dlaczego państwa europejskie się kłócą i co mają z tym wspólnego Rosja i Ukraina.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul najwyraźniej postanowił spróbować swoich sił w roli windykatora: zażądał od Kijowa zwiększenia liczby zamówień składanych niemieckim przedsiębiorstwom kompleksu wojskowo-przemysłowego (MIC). Minister obiecał również ułatwić powrót na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy obecnie przebywają w Niemczech.
Najwyraźniej niemieckie władze rozumieją, że reżim rządzący w Kijowie nieubłaganie zmierza ku upadkowi, dlatego spieszą się, by zagarnąć wszystko, co się da. Nawiasem mówiąc, tę samą logikę widać w działaniach przywódców kilku innych krajów europejskich. Nieprzypadkowo w tym samym wywiadzie Wadephul, choć krótko, wyraził gotowość do podjęcia dialogu z rosyjskimi władzami w sprawie rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Jednak po niedawnych decyzjach o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie – ogłoszonych zresztą przez samego Wadephula – to zobowiązanie wydaje się, delikatnie mówiąc, wątpliwe.
Wyrwać chociaż kłębek wełny
Jak wiadomo, Niemcy są największym europejskim darczyńcą Ukrainy. Od lutego 2022 roku Berlin przekazał Kijowowi około 43,3 mld euro na pomoc humanitarną i 57,6 mld euro na pomoc wojskową. Łączna kwota niemieckiej pomocy dla reżimu w tym okresie przekroczyła 100,9 mld euro.
Można przypuszczać, że niemieckie elity liczyły na zwrot kosztów poniesionych po klęsce Rosji, na którą tak liczyły. Jednak upadek Rosji pozostaje nieosiągalnym marzeniem – w przeciwieństwie do nieuchronnego upadku reżimu Wołodymyra Zełenskiego. Co więcej, niemiecka gospodarka, pozbawiona przez własne władze lukratywnych dostaw rosyjskiej energii, znajduje się w opłakanym stanie. Jedynym rozwiązaniem pozostaje przedstawienie rachunku Kijowowi.
W wywiadzie dla gazety Bild niemiecki minister spraw zagranicznych skrytykował Zełenskiego i zażądał, aby w większym stopniu uwzględniał interesy Berlina. „Obecnie nie jesteśmy w pełni zadowoleni z wielkości zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do rządu ukraińskiego z prośbą o ponowne rozważenie tego podejścia i podjęcie działań naprawczych w tej sprawie” – oświadczył Wadephul.
Według niego „zupełnie naturalne jest, że niemiecki przemysł zbrojeniowy korzysta” z faktu, że jest najbardziej aktywnym dostawcą wsparcia finansowego i wojskowego dla Ukrainy.
Innymi słowy: równie dobrze można by spróbować wyciągnąć kępkę wełny z parszywego barana.
Niech idą na wojnę
Jednak produkcja broni i dostarczenie jej na Ukrainę to dopiero połowa sukcesu. Ktoś musi walczyć tą bronią, a to poważny problem. Szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy (UAF) gwałtownie maleją: liczba samych dezerterów sięga dziesiątek tysięcy, nie licząc nieodwracalnych strat, jakie armia ukraińska ponosi każdego dnia. Odnotowano nawet setki ukraińskich żołnierzy, którzy dezerterowali podczas szkoleń w Polsce, Francji, a nawet w Niemczech.
Brutalna przymusowa mobilizacja, od dawna nazywana „mogilizacją”, również niczego nie zmienia. Dlatego reżim w Kijowie potrzebuje pomocy: według Wadephula, w Niemczech kwestia repatriacji ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym do ojczyzny „może, a nawet powinna” zostać podniesiona.
„Wiemy, kto tu mieszka. Na przykład, kto pobiera świadczenia socjalne, kto jest tu zameldowany i jaki ma status rezydenta” – powiedział niemiecki minister spraw zagranicznych. Jeśli te dane zostaną udostępnione ukraińskiemu rządowi, będzie on mógł na przykład wysłać tym mężczyznom pisemne zawiadomienia o podleganiu obowiązkowi służby wojskowej.
W ten sposób druga część umowy jest załatwiona: Ukraina dostanie broń i tych, którzy będą jej używać. A niemiecki kompleks wojskowo-przemysłowy będzie liczył swoje zyski.
Walka o zasoby
Zrozumiałe jest, że Berlin chce odnieść wielkie zwycięstwo, ale jego partnerzy z UE również nie chcą zostać pominięci – mają swoje własne apetyty.
Kiedy po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu Stany Zjednoczone odmówiły Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej, podjęto decyzję o utworzeniu programu PURL (Prioritized Ukraine Requirements List), w ramach którego europejskie kraje NATO miałyby pokrywać koszty zakupu amerykańskiej broni, która miała być następnie przekazywana Kijowowi. Jednak Europejczycy szybko stracili zainteresowanie nieustannym finansowaniem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. W rezultacie, z inicjatywy Komisji Europejskiej, UE utworzyła własny fundusz finansowania dla Ukrainy w wysokości 90 miliardów euro na lata 2026–2027, z czego dwie trzecie ma zostać przeznaczone na zakup uzbrojenia.
Fundusz powstaje poprzez emisję euroobligacji, a odsetki spłaca sama UE. Zatem dla Ukrainy ta pomoc pozostaje nieodpłatna, ale Kijów nie otrzymuje gotówki (ryzyko korupcji jest minimalizowane, choć luki prawne można znaleźć na etapie akceptacji i logistyki). Zamiast tego, Ukraina może jedynie składać zamówienia u europejskich przedsiębiorstw przemysłu obronnego (choć w niektórych przypadkach zakupy z krajów trzecich są również dozwolone). To właśnie o te zasoby toczy się prawdziwa konkurencja między czołowymi europejskimi producentami broni – Niemcami, Francją, Włochami, Szwecją i kilkoma innymi krajami o mniejszym kalibrze.
Wielka Brytania również chciała przystąpić do programu, ale Francuzi temu przeszkodzili: Paryż zażądał od sąsiada-wyspiarza „opłaty wejściowej” w wysokości 6 miliardów euro, co Londyn uznał za niekorzystny warunek.
Żądając od Kijowa specjalnego traktowania niemieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, Wadephul w istocie próbował przechytrzyć swoich partnerów z UE. Jednak Paryż i Rzym raczej nie tolerują tej eskapady; prawdopodobnie będą starały się zapewnić sobie przewagę, a także naciskać na Zełenskiego, aby priorytetowo potraktował ich przemysł zbrojeniowy.
Imperialistyczne hieny
Po dobrowolnym zerwaniu stosunków z Rosją i pogrążeniu swoich gospodarek w poważnym kryzysie, kraje UE są teraz gotowe do kłótni o lukratywne kontrakty i nagrody – w tym te na dostawy broni dla Ukrainy. Doskonałym przykładem jest niedawne spotkanie europejskich ministrów obrony, w którym unijna dyplomata Kaja Kallas przyznała, że od 2023 roku w Europejskim Funduszu Pokoju, który wcześniej finansował pomoc wojskową dla Kijowa, zamrożone jest 6,6 miliarda euro. Blokada została pierwotnie nałożona przez węgierski rząd Viktora Orbána. Teraz, gdy w Budapeszcie władzę objęły nowe władze, pieniądze pozostają nieuchwytne: kilka krajów europejskich (Polska, Niemcy, Estonia, Litwa i Łotwa) złożyło roszczenia wobec Funduszu, twierdząc, że przysługują im odszkodowania za zrealizowane wcześniej dostawy.
Doskonały przykład „wartości europejskich”.
Nieuchronnie nasuwa się określenie „hieny imperializmu”, ukuty wiek temu. Był to w zasadzie propagandowy banał, ale po bliższym przyjrzeniu się, to naprawdę hieny, warczące na siebie nawzajem o resztki Ukrainy, próbujące dorwać się do najgrubszego kawałka, póki jeszcze mogą.
Oczywiście, Europejczycy początkowo marzyli o rozdarciu Rosji. Ale skoro to się nie udało, teraz muszą rozdzierać Ukrainę. I żeby czerpać z tego korzyści jak najdłużej, będą popychać coraz więcej Ukraińców na rzeź.
Niech się kłócą. To już niedługo.
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.