Sługa Ludu

Stanisław Michalkiewicz 7 kwietnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5156

Tak nazywa się ukraińska partia, którą na potrzeby przeforsowania Włodzimierza Zełeńskiego na prezydenta Ukrainy, animował i sponsorował oligarcha Igor Kołomojski, co to ma aż trzy obywatelstwa: izraelskie, cypryjskie, no i oczywiście – ukraińskie. Nazwa ta jest bardzo podobna do tytułu serialu komediowego „Sługa Narodu”, w którym główną rolę grał właśnie Włodzimierz Zełeński, znakomicie grający obecnie rolę niezłomnego prezydenta Ukrainy.

Możliwe, że pierwotnie Igor Kolomojski – podobnie jak w swoim czasie generał Czesław Kiszczak w Polsce, puszczając na prezydenta Lecha Wałęsę – chciał sobie zadrwić z ukraińskiego narodu, a przy okazji zademonstrować, że rzeczywiście „każdy” może być prezydentem – ale dramatyczne okoliczności uczyniły z komika męża stanu i to od razu – formatu europejskiego, co wyraża się m.in w bezceremonialnym sztorcowaniu rozmaitych polityków europejskich, jeśli tylko nie wykazują oni entuzjazmu do poświęcenia interesów swoich krajów, dla interesów Ukrainy.

W ślady prezydenta Zełeńskiego idą inni ukraińscy politycy, jak np. minister spraw zagranicznych Dymitr Kułeba, a sztorcowani, mając świadomość, że Ukraina i jej przywódcy są obecnie Najukochańszymi Duszeńkami amerykańskiego prezydenta Bidena, który przy użyciu NATO postanowił wojować z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca, wprawdzie otwarcie im się nie sprzeciwiają, ale też migają się, jak tylko mogą, ani ostentacyjnie im nie nadskakują, jak na przykład pan prezydent Andrzej Duda, Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, czy jego pierwszy minister Mateusz Morawiecki. Ci, dla przypodobania się już nawet nie Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi, ale nawet – prezydentowi Zełeńskiemu – gotowi są zrobić wszystko, a zwłaszcza – jak najszybciej wciągnąć do wojny nasz nieszczęśliwy kraj.

W przypadku prezydenta Dudy jest to zrozumiałe; jeśli – jak zauważył Leszek Miller, co to o polityce coś tam musi wiedzieć – chce uzyskać jakąś prestiżową synekurę po zakończeniu dobrego fartu w charakterze prezydenta naszego bantustanu, to musi mieć protekcję Naszego Najważniejszego Sojusznika, a może nawet Sojuszników Pomniejszych – ale na co liczy Naczelnik Państwa, czy jego pierwszy minister – tajemnica to wielka. Tymczasem właśnie Naczelnik Państwa mało jaja nie zniesie, by Polskę wciągnąć do wojny, jaką na Ukrainie prowadzi z Rosją Sojusz Północnoatlantycki, wystrzegając się jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego. Dostarcza tylko Ukrainie pieniądze, broń i amunicję.

Tymczasem Naczelnik podczas wyprawy kijowskiej zaproponował by NATO zaangażowało się bezpośrednio, wysyłając na Ukrainę uzbrojoną po zęby „misję pokojową”. Na szczęście prezydent Biden, który podobno koncepcję Naczelnika Państwa – jak oznajmiła rzeczniczka Białego Domu pani Psaki – „rozważał”, po przyjeździe do Europy i odbyciu rozmów z przedstawicielami państw poważnych, postanowił tym razem „nie pozwolić” Naczelnikowi Państwa na taką misję, choćby nawet uczestniczyła w niej tylko Polska.

Ludzie pobożni widzą w tym ingerencję Matki Boskiej, która postanowiła chronić nasz kraj nawet przez Umiłowanymi Przywódcami. Na takie dictum nawet prezydent Zełeński się zreflektował i nie tylko dostroił się do nowej mądrości etapu, ale – chociaż wcześniej rozpływał się w wyrazach wdzięczności za inicjatywę Naczelnika Państwa – nagle oświadczył, że jej „nie rozumie” i wyjaśnił, że: czy na szczęście, czy niestety – to jest nasz kraj i ja jestem tu prezydentem i to my będziemy decydowali o tym, co tu się będzie działo. Myślę, że Naczelnik Państwa, który najwyraźniej już zaczął śnić swój sen o szpadzie – był tym obrotem sprawy bardzo rozgoryczony i nie wziął udziału w uroczystości na Zamku Królewskim, w trakcie której prezydent Biden wynagrodził nas, a ściślej – nie tyle „nas”, co grono osobistości wyselekcjonowanych przez amerykańską bezpiekę, która układała listę gości – komplementami, a nawet przypomniał sobie Kukuńka, co jednak było już – oczywiście niezamierzonym – gestem dwuznacznym. Nie pojawił się tam również Donald Tusk, ale nie wiadomo, czy dlatego że nie chciał zademonstrować jedności moralno-politycznej z Naczelnikiem Państwa, czy też dlatego, że prezydent Biden, uznawszy, że skoro niedawno rozmawiał z kanclerzem Olafem Scholzem, to nie ma potrzeby dodatkowo rozmawiać z jego delegatem na Polskę, więc amerykańscy bezpieczniacy mogli nie umieścić go na liście.

Spośród polityków państw Europy Środkowej tylko węgierski premier Wiktor Orban dlaczegoś nie ulega fascynacji prezydentem Zełeńskim, którego sztorcowania spływają po nim, jak woda po gęsi. Na natarczywe żądania i gorzkie wyrzuty z jego strony, że Węgry nie poświęcają wszystkiego dla dogodzenia Ukrainie odparł, że dla jego przyjemności „nie wyłączy” całej gospodarki węgierskiej – co mogłoby nastąpić, gdyby zaczął popierać najsurowsze sankcje wobec Rosji, jakie każdego dnia obmyślają amerykańscy strategowie.

Zawsze mówiłem, że – w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców – Wiktor Orban potrafi prowadzić politykę elastyczną; nie wyprowadza Węgier ani z NATO, ani z Unii Europejskiej, ale też nie poświęca węgierskich interesów na ołtarzu „jedności”, czy „wartości europejskich”. Za to właśnie Węgrzy go lubią i nie tylko wygrał z większością konstytucyjną trzy wybory pod rząd, ale prawdopodobnie dokona tego i teraz, podczas gdy żadnemu z Naszych Umiłowanych Przywódców taka sztuka nigdy jeszcze się nie udała. Możliwe, że obecnie wśród Węgrów jest znacznie mniej kandydatów na samobójców, niż u nas, gdzie rząd dusz sprawuje z jednej strony pan red. Michnik, a z drugiej – pan red. Sakiewicz.

Tutaj muszę odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej, według której Polską rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie, a każde ciągnie w swoją stronę również swoje polityczne ekspozytury, w związku z czym prowadzenie jakiejkolwiek polityki POLSKIEJ wydaje się niemożliwe. Toteż właśnie Nasi Umiłowani Przywódcy zerwali stosunki z Wiktorem Orbanem, na skutek czego spotkanie Grupy Wyszehradzkiej nie doszło do skutku. Cóż innego mogłoby bardziej udelektować niemieckiego kanclerza, jak nie praktyczne rozpadanie się Grupy Wyszehradzkiej? Ale za to „Gazeta Wyborcza” może pochwalić nawet Naczelnika Państwa”, nie mówiąc już o jego pierwszym ministrze Mateuszu Morawieckim, który właśnie zdecydował, że Polska nie będzie już importować z Rosji ani ropy, ani gazu ani węgla. Węgiel importowany z Rosji pokrywał dotąd około 16 proc, zapotrzebowania, przy czym korzystały z niego gospodarstwa domowe. Ponieważ premier, pewnie w obawie przed ściągnięciem gromów na swoją głowę, nie ośmielił się wskazać tym gospodarstwom żadnego paliwa zastępczego, to minister Sasin, który podobno drze z premierem koty, natychmiast zadeklarował, że Polska zwiększy wydobycie własnego węgla, co z kolei mogło wywołać wściekłość niemieckich Zielonych, więc tylko patrzeć, jak przyjedzie do nas panna Greta Thunberg żeby nas obsztorcować za nieczułość wobec męczarni przeżywanych przez „planetę”.

I tak miotaliśmy się w mroku niepewności, jaką politykę prowadzą akurat Nasi Umiłowani Przywódcy, aż wreszcie te ciemności rozproszył rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych pan Łukasz Jasina oświadczając, że Polska jest „sługą narodu ukraińskiego”. W jednej chwili wszystko się wyjaśniło i to nie tylko na chwilę obecną, ale kto wie, czy tak już nie zostanie nie na zawsze?

Si vis pacem – para bellum ?

Wojna jest kontynuacją działań politycznych przy użyciu innych środków

gen. Carl von Clausewitz

Tygodniowy pobyt w Ojczyźnie w dn. 9 – 17 marca potwierdził moje najgorsze obawy dotyczące medialnej „obsługi” wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiadomości w dziennikach radiowych sprowadzały się głównie do informacji o zbrodniach wojennych oddziałów rosyjskich i militarnych sukcesach armii ukraińskiej.

Negocjacje pokojowe, podjęte bodajże już w 3. dniu wojny i nie ograniczone do sprawy korytarzy humanitarnych, pomijano w medialnym agit-propie niemal całkowicie. Z natury rzeczy porównuję media w Polsce i w Niemczech. Również w Reichu antyrosyjska kampania propagandowa trwa od lat, jednak w okresie konfliktu zbrojnego wiadomości o rosyjskich zbrodniach wojennych niejednokrotnie opatruje się informacją, że chodzi o twierdzenia strony ukraińskiej. Zdarzały się nawet uwagi, że twierdzeń tych nie można sprawdzić w oparciu o niezależne źródła. Rzadko jednak ewidentną dezinformację wycofywano z medialnych serwisów. Tak było jednak z podaną jako top news informacją, że prezydent Francji Macron zarzucił stronie rosyjskiej atakowanie korytarzy humanitarnych w Mariupolu. W tym samym dzienniku radiowym, w którym tę wiadomość nadano, poproszono o krótki komentarz specjalistę, obserwującego wydarzenia na Ukrainie a ten zaś spontanicznie powiedział, że chodzi o twierdzenia strony ukraińskiej. Godzinę później rewelację dotyczącą zarzutów podniesionych rzekomo przez Macrona usunięto z serwisu informacyjnego.

Nawet w porównaniu z niezależną prasą ukraińską polskie mass media wypadają gorzej. Informując o sytuacji w Mariupolu portal „Strana” zestawiał twierdzenia obu stron: władze ukraińskie utrzymują, że Rosjanie atakują korytarze humanitarne i bombardują obiekty cywilne, Rosjanie twierdzą, że bojownicy „Azowa” w Mariupolu zmuszają cywilów do funkcjonowania w charakterze „żywych tarcz” i że rozmieścili stanowiska artylerii w pobliżu szkół i szpitali. „Jak było – tak było” – konkludowała filozoficznie „Strana”. W czasie wojny kłamią obie strony konfliktu i przekazywanie twierdzeń tylko jednej z nich nie służy informacji, lecz manipulacji.

Dezinformacja poprzez źródło – jak w wypadku rzekomych zarzutów sformułowanych przez Macrona – to jedna z klasycznych metod medialnej intoksykacji: twierdzenie fałszywe (lub niesprawdzone) kolportowane jest przez wiarygodne źródło. Do perfekcji doprowadzili ją Sowieci, gdy za „działania aktywne” odpowiedzialny był twórca departamentu (później nawet samodzielnego wydziału) „D” generał KGB Iwan Agajanc: fałszywe lub wypaczone twierdzenia umiejętnie podsuwano zachodnim mediom, te zaś rozpowszechniały je w świecie. Wiele ciekawych przykładów działań tego typu dostarczały programy rozgłośni polskiej Radia Free Europe w latach 1980-tych. Opisałem już kiedyś dezinformację, której celem było przekonanie słuchaczy Free Europe, że mord popełniony na księdzu Jerzym Popiełuszce był prowokacją wymierzoną przeciwko generałowi Jaruzelskiemu („W służbie pierestrojki” po 10 latach. Archiwum Emigracji, 2009, z. 1, s. 130-1). Taką wersję przedstawiał w swych komentarzach ówczesny dyrektor rozgłośni polskiej „Wolnej Europy” – Zdzisław Najder i z uwagi na fakt, że wiarygodność RFE była w Polsce bez porównania wyższa od oficjalnych mediów PRL (Jerzy Urban wystąpił na konferencji prasowej z tym samym twierdzeniem dopiero 2 dni po komentarzu Najdera), niejeden słuchacz mógł uwierzyć w knowania „twardogłowych” przeciwko I sekretarzowi PZPR.

Przywołuję ten właśnie przykład – spośród wielu – jako szczególnie spektakularny, lecz również dlatego, że w rozlicznych już publikacjach na temat mordu dwuznaczna rola propagandowa „Wolnej Europy” jest zupełnie pomijana. W Polsce zainteresowanie tematem dezinformacji i medialnej manipulacji jest, jak się zdaje, niewielkie, choć obecnie problematyka ta jest szczególnie aktualna.

Podstawowe metody dezinformacji znane są od lat, termin „wynaleźli” bolszewicy w latach 1920-tych a sam temat stał się bardzo modny po procesie Pierre-Charlesa Pathé (syna znanego producenta filmowego) we Francji. Rzecz bez precedensu: w 1980 roku skazano za szpiegostwo na rzecz ZSRS agenta intoksykacji, który swoim zleceniodawcom nie przekazywał tajnych informacji o charakterze wojskowym, lecz jako redaktor i wydawca wprowadzał do medialnego obiegu we Francji sowiecką dezinformację oraz oddziaływał na tamtejsze kręgi polityczne w duchu korzystnym dla Moskwy. Sprawa Pathé była jedną z inspiracji Vladimira Volkoffa do napisania ”Le Montage” – pierwszej w ogóle „powieści o dezinformacji”, która do dziś pozostaje arcydziełem gatunku.

Obecnie stosuje się wypróbowane już sposoby manipulacji opinią publiczną, przy czym udoskonalenia polegają głównie na wykorzystaniu nowości technicznych w przekazywaniu informacji, takich jak internet, media społecznościowe czy przekaźniki umieszczane w środkach miejskiej komunikacji. Celem zwiększenia skuteczności własnej propagandy władze PRL zagłuszały audycje zachodnich rozgłośni radiowych. W czasie wojny w III Rzeszy zakazane było słuchanie audycji radiowych BBC. Obecnie nie jest potrzebne ani zagłuszanie, ani zakazy.

W Unii Europejskiej wystarczy elektroniczna blokada rosyjskich kanałów informacyjnych i telewizji, aby skutecznie ograniczyć możliwości dostępu do wiadomości utrudniających propagandowe manipulacje.

Z uwagi na uzasadnioną historycznie wrogość Polaków do Rosji (zjawisko to kulminuje obecnie w formie „nienawiści do Putina”) polityczni manipulatorzy mają ułatwione zdanie. Polska publiczność – a przynajmniej jej ogromna większość – uwierzy niemal w każde twierdzenie, pod warunkiem że będzie ono antyrosyjskie. Podstawowe kryterium weryfikacji, jakim jest zdrowy rozsądek – nie funkcjonuje. Rozpowszechniano już zatem wiadomości o rosyjskich nalotach na ukraińską elektrownię atomową, o celowych atakach na żłobki, szkoły, szpitale, izby porodowe, co miało być spowodowane niepowodzeniami wojsk rosyjskich w walkach siłami ukraińskimi.

Powstaje równocześnie zjawisko, które psychologia określa jako barierę epistemologiczną. Skrajne emocje – jak np. nienawiść do jednej ze stron konfliktu zbrojnego – powoduje bezrefleksyjną odmowę przyjęcia do wiadomości nawet udowodnionych faktów, jeśli tylko mogłyby one naruszyć utrwalony, manicheistycznym obraz świata.

Tak właśnie media w Polsce potraktowały sprawę amerykańskich laboratoriów na Ukrainie, w których – wg wszelkiego prawdopodobieństwa – Pentagon prowadził badania nad bronią biologiczną. Jeżeli „główny nurt” w ogóle wspominał o dokumentach, którymi dysponuje obecnie strona rosyjska (dotyczą one laboratorium w Charkowie), klasyfikował je jako „absurd”. W rzeczywistości sprawa laboratoriów znana jest od dawna a informowały o nich niezależne media ukraińskie.

9 kwietnia 2021 roku Oksana Małachowa opublikowała na ukraińskim portalu informacyjnym „Strana” artykuł Cziem oni tam zanimajutsa? [Czym oni się tam zajmują?]. W tekście zamieszczono kopie 2 umów, dotyczących finansowania przez Pentagon bio-laboratoriów na Ukrainie oraz obustronnego porozumienia, przewidującego poufne traktowanie działalności tych placówek. Jeszcze wcześniej dwóch opozycyjnych posłów ukraińskich – Wiktor Miedwiedczuk i Renat Kuźmin – przedstawiło dokumenty związane z funkcjonowaniem na terytorium Ukrainy 8 laboratoriów zasilanych finansowo przez USA. W sprawę tę zaangażowane było ukraińskie „Centrum naukowo-techniczne”, również utworzone przez Waszyngton. Pracownicy centrum, które sponsoruje projekty badawcze dotyczące broni masowego rażenia, korzystali z immunitetów dyplomatycznych. Wcześniejszy artykuł opublikowany na tym samym portalu – Laboratorii SSha [Sojedinionnych Sztatow] w Ukrainie: czto o nich izwiestno [Laboratoria Stanów Zjednoczonych na Ukrainie: co o nich wiadomo] – został z internetu usunięty.

Szkoda, że ani media, ani klasa polityczna w Polsce nie interesują się amerykańskimi laboratoriami wojskowymi, tym bardziej, że jeśli zostaną one ewakuowane z Ukrainy, to nasz Najważniejszy Sojusznik może je uruchomić w Polsce. Wg agencji Xinhua Amerykanie dysponują ponad 300 laboratoriami biologicznymi usytuowanymi w 36 krajach. Tę informację opublikowano w Chinach, gdy Moskwa i Pekin podniosły sprawę laboratoriów na forum Rady Bezpieczeństwa, po tym gdy Rosja przedstawiła uzyskane na Ukrainie dokumenty dotyczące tej afery (zob też: Chiny wezwały USA do ujawnienia informacji o biolaboratoriach wojskowych na Ukrainie. „Głos” (Toronto) nr 11, 19.3.2022, s. 3).

Krótko po owym demarche w mediach zachodnich pojawiły się twierdzenia o przygotowaniach Rosji do zastosowania na Ukrainie broni chemicznej i biologicznej. Nie trudno się domyślić, że chodzi o taktyczny manewr w ramach wojny informacyjnej wg klasycznego schematu, który kolokwialnie można określić jako „łap złodzieja!”. Nie zapominajmy, że pierwszą i bezpośrednią ofiarą dezinformacji są odbiorcy przekazów medialnych, którzy nawet nieświadomie poddając się manipulacji, tracą część swej wolności. Natomiast Putin nie upadnie w wyniku amerykańskiego agit-propu.

Z polskich mediów głównego nurtu nie mogłem się niczego dowiedzieć ani o amerykańskich laboratoriach, ani o jeszcze ważniejszej kwestii, mianowicie przebiegu i perspektywach rozmów pokojowych między Rosją a Ukrainą. Wiele miejsca poświęca się natomiast pytaniu „Kiedy zaatakuje Putin?”, względnie „Czy będziemy następni?” Odpowiedź na to pytanie jest akurat stosunkowo łatwa. Ryzyko ataku stanie się realne wówczas, jeśli Polska włączy się aktywnie do działań zbrojnych przeciwko Rosji, wprowadzi swe wojsko do sfer objętych walkami lub też przyłączy się do akcji prowokujących ripostę ze strony Moskwy (np. strefa zakazu lotów nad Ukrainą).

Nasi „mężowie stanu” jeszcze się nie zdecydowali na podjęcie takich kroków, choć i tak działają na rzecz eskalacji i rozszerzenia konfliktu. Kiedy podróżowałem między Monachium, Wrocławiem i Warszawą polscy przywódcy partii i rządu wojażowali nieco dalej na Wschodzie. Przewodniczący rządzącej partii zaproponował w czasie pobytu w Kijowie „misję pokojową” wojsk NATO na Ukrainie.

Istnieją wg mnie 3 możliwe przyczyny propozycji Kaczyńskiego, którą można porównać do pomysłu ugaszenie pożaru za pomocą dynamitu:

1°) Pan Prezes nie wie, co jest przyczyną wojny na Ukrainie. A tymczasem nawet w dalekim Meksyku dziennik „La Jornada” pisał 24.12.2021, że jeśli konflikt dotyczący przyjęcia Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego nie zostanie rozwiązany na drodze dyplomatycznej – może dojść do wojny (w Polsce jako przyczyny akcji Moskwy wymienia się najczęściej: imperializm rosyjski, niepoczytalność Putina, lub chęć odbudowy ZSRS);

2°) Proponując „misję pokojową NATO” Prezes działał w stanie ograniczonej poczytalności;

3°) Łączne zaistnienie 1. i 2. przyczyny

W rzeczywistości wojna rosyjsko-ukraińska jest klasyczną realizacją przytoczonej jako motto formuły pruskiego generała. Moskwa zdecydowała się na zastosowania środków militarnych po tym, gdy polityczne wysiłki na rzecz wstrzymania integracji Ukrainy z Sojuszem Północnoatlantyckim nie przyniosły zamierzonych wyników. Nie wszystkie wojny w ostatnich latach spełniają definicję podaną przez von Clausewitza: atak NATO na Jugosławię nie był kontynuacją polityki, bowiem globaliści nie podejmowali uprzednio politycznych prób rozczłonkowania Jugosławii.

Po wyprawie do Kijowa Pan Premier zapuścił się jeszcze dalej w kierunku południowym, aby próbować wciągnąć inne państwa do konfliktu z Rosją. Ani w Gruzji, ani w Turcji nic nie osiągnął, bo i osiągnąć nie mógł, a to z dwóch powodów.

Szczęście w nieszczęściu: prestiż polskiego rządu na arenie międzynarodowej jest znikomy zaś premier Morawiecki nie tak dawno kompromitował się po raz kolejny w Europie Zachodniej, przywołując rzekomy „szantaż gazowy”, zastosowany już przez Putina. Rozmówcy p. Premiera wiedzieli, że to nieprawda. W Niemczech zarówno eksperci od spraw energetycznych jak i spraw międzynarodowych zgodnie podkreślali, że dopóki nie dojedzie do otwartego konfliktu z Federacją Rosyjską, wstrzymanie dostaw paliw kopalnych przez Moskwę jest mało prawdopodobne, ponieważ nie będzie ona narażać na szwank swej reputacji solidnego partnera handlowego. Dokładnie wówczas, gdy Morawiecki w czasie występów w Brukseli określał Putina jako „szantażystę”, państwa zachodnioeuropejskie znacznie zwiększyły import rosyjskiego gazu w reakcji na wzrost cen paliw. Importerami są przy tym nie państwa, tylko indywidualni odbiorcy. Ograniczenie dostaw rosyjskich staje się realne dopiero w tych dniach: jedną z metod wojny zastosowaną przez globalistów był atak na walutę rosyjską i w celu jej obrony Moskwa ogłosiła 23 marca, że zamierza żądać płatności w rublach.

Zarówno Tbilisi jak i Ankara kierują się w swoich decyzjach własnym interesem państwowym i zdrowym rozsądkiem. Stosunki Gruzji z Federacją Rosyjską nie są serdeczne, lecz za to pokojowe i nikt rozsądny w Tbilisi nie będzie dążył do ich zaognienia, tym bardziej, że już prezydent Saakaszwlli przysporzył Gruzji sporo problemów decydując się na wywołanie konfliktu z Rosją. Nawet w raporcie sporządzonym na zlecenie UE (Tagliavini Report od nazwiska Heidi Tagliavini, kierującej komisją badającą sprawę), którą trudno podejrzewać o sympatie prorosyjskie, stwierdzono, że bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny w sierpniu 2008 roku był agresja sił gruzińskich na Południową Osetię. Co więcej, rosyjska akcja militarna, którą w raporcie Tagliavini krytykowano jako nadmierną w stosunku do przyczyny, zapobiegła przeprowadzeniu przez Izrael ataku rakietowego z terytorium Gruzji na Teheran. Znacznie mniejsza odległość między Gruzją a Teheranem niż między Izraelem a Iranem była głównym motywem tej koncepcji. Rozejm między Rosją w Gruzją zawarto po 5 dniach wojny dzięki pośrednictwu ówczesnego prezydenta Francji Sarkozy’ego. Saakaszwili uchodzi w Polsce za bohatera, natomiast w Gruzji ciążą na nim prawomocne wyroki na nadużycia władzy.

Natomiast Turcja, jako regionalne mocarstwo, zachowuje daleko idącą niezależność a sprzyja temu fakt, że prezydent Erdoğan najpóźniej po próbie przewrotu w 2016 roku zrozumiał, jakie jest rzeczywiste nastawienie zachodnich sojuszników do jego osoby i prowadzonej przezeń polityki. Próbę zamachu stanu podjęli aktywiści ruchu Hizmet, stworzonego przez Fethullaha Gülena, działającego z USA. Na terenie Europy najbardziej rozbudowaną siecią aktywistów Gülen dysponuje w RFN. Ankara, nie bacząc na veto Waszyngtonu, zakupiła w Rosji systemy obrony antyrakietowej a równocześnie sprzedaje Ukrainie drony własnej produkcji, które stosowano m.in. do ataków na obiekty cywilne w Donbasie.

Poprzez własną politykę Polska sama pozbawiła się jakiejkolwiek możliwości działań na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. A tymczasem szanse na zakończenie wojny istnieją, choć obawiam się, że będzie to raczej intermedium niż trwałe uspokojenie sytuacji. Dopóki istnieje globalizm (wg mnie jest on cały czas w fazie wchodzącej i spowoduje jeszcze wiele ofiar i tragedii) a Rosja kieruje się w swej polityce własnym interesem państwowym, konflikty na wschodnich i południowych obrzeżach Federacji są nieuniknione.

W sprawie głównego problemu – przystąpienia Ukrainy do NATO – obie strony osiągnęły już na początku rozmów zbliżenie stanowisk. Rząd ukraiński zasygnalizował gotowość rezygnacji, przy uzyskaniu odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa, z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim (są jednak na Ukrainie i takie pomysły, aby potraktować ten krok jako „manewr”). Negocjowano dwa modele neutralności: szwedzki i austriacki. Sama Ukraina, uzyskując państwową suwerenność, zadeklarowała neutralność i „niezaangażowanie”, tzn. rezygnację ze wstąpienia do bloków wojskowych.

To zobowiązanie zawarte jest w deklaracji o suwerenności Ukrainy, którą zaakceptowała Rada Najwyższa ZSRS 16 lipca 1990 roku (ten dokument i następne, które tu przywołuję, można znaleźć na stronie www.zakon.rada.gov.ua). Rok później – a dokładnie 25 sierpnia 1991 – Rada Najwyższa Socjalistycznej Sowieckiej Republiki Ukrainy przyjęła akt ogłoszenia niepodległości, oparty na deklaracji o suwerenności. Akt ten został potwierdzony w powszechnym referendum 1 grudnia 1991 roku. W 1994 roku Ukraina zrezygnowała z arsenału atomowego i w „memorandum budapeszteńskim” Waszyngton, Londyn i Moskwa zagwarantowały jej bezpieczeństwo. W preambule konstytucji Ukrainy z 1996 roku podkreślono, że przyjmując ustawę zasadniczą rada najwyższa kierowała się aktem niepodległości. A zatem wszystkie akty prawne, konstytuujące Ukrainę jako niepodległe państwo, nawiązywały do deklaracji o suwerenności, zakazującej wstępowania mu do bloków militarnych. Pomimo tego w marcu 2008 roku prezydent Juszczenko skierował do Sojuszu Północnoatlantyckiego oficjalne pismo z prośbą o ustalenie tzw. „planu działań dotyczącego członkostwa” a w kwietniu na szczycie NATO zapowiedziano, że Gruzja i Ukraina zostaną członkami się sojuszu, co wywołało gwałtowny sprzeciw Moskwy.

Sprawy wstąpienia Ukrainy do NATO nie podejmowano w okresie prezydentury Janukowicza, powróciła ona jednak na porządek dzienny po Euro-Majdanie w 2014 roku. W sierpniu premier Jaceniuk oficjalnie poinformował o wznowieniu starań o integrację z NATO. W lutym 2019, już za prezydentury Zełenskiego, rada najwyższa oficjalnie znów zwróciła się do NATO o ustalenia „planu działań” w celu włączenia Ukrainy do sojuszu. Równocześnie w konstytucji wprowadzono poprawki ustalające nieodwracalność „europejskiego i euroatlantyckiego kursu” państwa. Niemniej jednak konstytucja nadal odsyła do aktu ogłoszenia niepodległości z 1991 roku, ten zaś opiera się na deklaracji z 1990 roku, przewidującej neutralność Ukrainy i zakazującej jej udziału w blokach militarnych (na te sprzeczności zwraca uwagę Aleksiej Romanow w: Pocziemu w NATO nam nielzja. Strana, 19.12.2021).

Powrót Ukrainy do statusu państwa nieuczestniczącego w sojuszach wojskowych jest zatem, również w sensie prawnym, możliwy. Praktycznie większym problemem jest kwestia gwarancji bezpieczeństwa, których domaga się Kijów. Wśród państw, które miałyby takich gwarancji udzielić, ukraińscy negocjatorzy wymieniają Polskę. Wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, aby Moskwa się na to zgodziła. W naszej części kontynentu Warszawa jest bowiem najbardziej aktywnym czynnikiem, działającym na rzecz realizacji amerykańskich planów osłabienia Rosji poprzez wywoływanie konfliktów, również zbrojnych, na jej zachodniej i południowej flance. A poza tym nasi przywódcy nie są zainteresowani doprowadzeniem do pokoju na Ukrainie, lecz – jak wspomniałem – starają się działać na rzecz pogłębienia kryzysu i wciągnięcia do konfliktu dalszych państw.

Polska tymczasem jest tym krajem, któremu powinno zależeć na jak najszybszym zawarciu pokoju między Rosją a Ukrainą. Każdy dzień wojny przynosi nam straty. Kryzys energetyczny i finansowy dopiero się zaczął a jego skutków dla gospodarki narodowej i poziomu życia obywateli nie sposób przewidzieć. Napływ milionów Ukraińców to problem, z którego wagi rządzący nie zdają sobie sprawy.

Oczywiście chęć pomocy ludziom w potrzebie jest ze wszech miar chwalebna, ale skutki ekonomiczne fali uchodźców doprowadzą, zwłaszcza na poziomie lokalnym, do kryzysu. Nieuniknione są również konflikty o charakterze społecznym; na razie nie wiadomo, kiedy zaczną one wybuchać i jakie będzie ich nasilenie. Na dodatek Polska jest państwem, w którym od lat toczy się zimna wojna domowa, a zatem dalekim o stabilizacji. Krótko mówiąc, zdrowy rozsądek nakazuje uczynić wszystko, co możliwe, aby za naszą wschodnią granicą jak najszybciej zapanował pokój. Jednak zdrowy rozsądek nie jest najsilniejszą stroną polskiej polityki, i to już od lat niemal dziewięćdziesięciu.

Jedynym państwem, któremu wojna rosyjsko-ukraińska przynosi korzyści, są Stany Zjednoczone. Nie po to organizowano Majdan w 2014 roku, aby sytuacja wróciła teraz do status quo ante.

Można się zatem spodziewać, że Waszyngton będzie torpedował proces pokojowy na Ukrainie, wykorzystując przy tym zwolenników Poroszenki, ugrupowania nacjonalistyczne i polski rząd. Przed kilkoma dniami USA zwiększyły dostawy uzbrojenia dla Ukrainy i nie przez przypadek Joe Biden zapowiedział w czasie wizyty w Polsce, że wojna będzie trwała długo. Polityka sankcji nie przynosi Stanom Zjednoczonym żadnych odczuwalnych strat. Trafia Rosję a rykoszetem także Europę Zachodnią a zatem gospodarczych konkurentów amerykańskiego przemysłu. Polska, szczególnie aktywna w żądaniach coraz ostrzejszych sankcji, wbija sobie szpilkę we własne oko a nawet w oba oczy. Udział w wojnie ekonomicznej z Putinem (i z Łukaszenką) przynosi polskiej gospodarce dotkliwe straty a pewne dziedziny, jak chociażby sadownictwo, po utracie rynków zbytu na Wschodzie znalazło się w kryzysie, z którego nie podniesie się przez lata. Formuła Romana Dmowskiego: „bardziej nienawidzicie Rosji, niż kochacie Polskę” – jest aktualna jak nigdy dotąd.

W komentarzu opublikowanym w szwajcarskiej „Weltwoche” 17 marca br. były prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Klaus podkreśla, że w obecnej sytuacji największe ofiary ponosi Ukraina. Po Euro-Majdanie zdecydowała się na politykę konfrontacji z Rosją, wabiona perspektywą członkostwa w NATO i w EU i iluzorycznymi wyobrażeniami o wynikających z tego korzyściach (już Tacyt pisał: Omne ignotum pro magnifico [wszystko co nieznane wydaje się wspaniałe]). Ukraina stała się instrumentem w rozgrywce, w której z jednej strony USA realizują politykę globalnego hegemona, zaś z drugiej – Rosja nakreśliła nieprzekraczalną granicę, którą jest przyłączenie Ukrainy do NATO. W tej sytuacji – pisze Klaus – elementarnym nakazem rozsądku jest powrót do racjonalnej analizy przyczyn powstałej sytuacji, by szukać pokojowego rozwiązania. Niestety, szanse na pojawienia się wśród polskich elit politycznych mężów stanu w rodzaju Vaclava Klausa, Viktora Orbána, czy choćby Zorana Milanovića (obecny prezydent Chorwacji) są równe zeru.

Monachium, 3.4.2022 Tomasz Mianowicz

Podpalić czy zagłodzić? Kaczyńskiego wizje przyszłości Polski

Konrad Rękas https://www.bibula.com/?p=132969

Starczy upór Jarosława Kaczyńskiego w popychaniu Polski do wojny jest zaiste imponujący. Ten człowiek ewidentnie chce przejść do historii jako ostatni przywódca naszego kraju, odpowiedzialny za jego ostateczną zagładę i zniszczenie. Przecież to m.in. rojenia Zełenskiego o budowie brudnej bomby i ściąganiu zachodniej broni jądrowej wymusiły rosyjską operację, ściągając nieszczęścia wojenne na biedny naród ukraiński. Widać polski kieszonkowy dyktator pozazdrościł i też chce udawać bohatera przemawiając z green boxu.

Wojna o Europę

Oczywiście też Kaczyński nie wymyślił tego sam, jest to bowiem polityk całkowicie niesamodzielny, od zawsze reprezentujący w Polsce wyłącznie obce interesy, niegdyś niemieckie, a obecnie militarystycznych kręgów amerykańskich i brytyjskich. [Wg. mnie, jednak zawsze z pozycji „socjalizmu”, co to „dajcie mi władzę, a ja was, głupków, urządzę”.MD]

Możemy więc uznać, że wizja amerykańskiej broni jądrowej na polskiej ziemi to balon próbny wypuszczony gdzieś z okolic Departamentu Stanu USA i 10 Downing Street. Chodzić może o sprawdzenie reakcji rosyjskiej, jak i przyzwyczajanie mieszkańców Europy Środkowej do perspektywy taktycznej wojny jądrowej na naszych terytoriach. Doktryna NATO przewiduje taki scenariusz czy to jako uzupełnienie wojny konwencjonalnej, czy nawet zamiast niej. Ta pierwsza byłaby zresztą obecnie dla NATO niemożliwa wobec zbyt silnego oporu Niemiec i Francji. Wymiana ciosów jądrowych podziałałaby więc dyscyplinująco i na europejskich wasali Waszyngtonu, którym coraz niewygodniej pod dyktaturą słabnącego dolara.

Tymczasem jednak amerykańska presja wywiera przeciwny efekt. W zachodniej Europie z nową energią odradzają się ruchy antywojenne, domagające się atomowego rozbrojenia i opuszczenia kontynentu przez amerykańskie wojska okupacyjne. Pomysł przesunięcia sił jądrowych do Europy Środkowej to zatem nie tyle ofensywa, co ucieczka do przodu. Paradoksalnie więc wojna na Ukrainie może stać się walką o wyzwolenie Europy spod dominacji amerykańskiej i to pomimo pozornej konsolidacji reżimów lojalnych wobec Waszyngtonu. Narody bowiem zaczynają się budzić, a coraz trudniejsza sytuacja ekonomiczna, inflacja drożyzna na ręku paliw i groźba stagflacji mogą być katalizatorami rozpadu systemu zachodniego.

Sam sprzęt nas nie obroni

Pełnowymiarowa wojna z udziałem coraz większej liczby krajów po obu stronach mogłaby taką groźbę oddalić, a w każdym razie poważnie ją opóźnić, przy okazji zabezpieczając kolejne zyski anglosaskiego sektora wojenno-przemysłowego. To on będzie beneficjentem także innych zapowiadanych przez ekipę Kaczyńskiego działań, na czele ze zwiększeniem wydatków na zbrojenia. W krańcowo trudnej sytuacji gospodarczej – uboga III RP będzie sponsorować popandemiczne ożywienie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych, tak bogatym krajem jesteśmy!

A przecież przebieg walk na Ukrainie potwierdza tylko, że sam sprzęt wojen nie wygrywa. I chociaż Rosjanie walczą sami praktycznie z całym gospodarczym światem zachodnim, nasycającym wojska kijowskie bronią, amunicją i wszelkim zaopatrzeniem – to w dalszym ciągu armia rosyjska ma przewagę strategiczną i powolnie, ale nieubłaganie zwycięża. Nie w tym więc sztuka, by nakupić jeszcze więcej samolotów i czołgów, które w przypadku nowoczesnej wojny zostaną i tak zlikwidowane morderczym atakiem z powietrza w ciągu pierwszych kilkudziesięciu minut konfliktu. Nawet w pełni uzbrojona

Polska bronić się może tylko racjonalną dyplomacją

Polska bronić się może tylko racjonalną dyplomacją, czyli tym, czego szczególnie brakuje w III RP. Wystąpienia takie jak Kaczyńskiego są zaś od rozsądku ekstremalnie odmienne. Lider PiS nie tylko bowiem powtórzył ochotnicze zgłoszenie do wojny i to wojny jądrowej, a więc kończącej istnienie naszego narodu. Za jednym zamachem polski wicepremier otwartym tekstem niemal za równorzędnego wroga uznał Niemcy, a więc już abstrahując od samej treści tych urojeń – sprzeniewierzył się fundamentalnej zasadzie polskiej geopolityki.

Oto bowiem i to raczej tylko w wyjątkowych okolicznościach Polska może prowadzić politykę antyrosyjską (w oparciu o Niemcy) albo antyniemiecką (w oparciu Rosję). Z całą pewnością jednak nigdy i w żadnych okolicznościach nie może prowadzić polityki antyniemieckiej i antyrosyjskiej jednocześnie.

Wyrok na Polskę?

Jarosław Kaczyński wiedzieć powinien to zresztą lepiej od innych, sam bowiem był niegdyś niemieckim agentem wpływu w Polsce (jak mówił przed 10 laty na jednym ze spotkań w Lublinie „W okresie konspiracyjnej „Solidarności” moim zadaniem było pisać raporty do zagranicznych przyjaciół związku z Zachodu, na temat sytuacji w kraju”). Rządy PiS-u nie zrobiły niczego konkretnego dla uwolnienia polskiej gospodarki od jej uzależnienia od Niemiec, a to oznacza także, że wszelkie problemy ekonomiczne naszego zachodniego sąsiada dodatkowo pogłębią kryzys w Polsce. Tymczasem Kaczyński z właściwą sobie pogardą dla kwestii gospodarczych w praktyce domaga się, by Berlin poszedł w ślady Warszawy i dobrowolnie zdemolował swoją energetykę, handel i finanse. A przecież ten koszt również zostałby przerzucony na polskich podwykonawców, pracowników i konsumentów.

Prezes PiS nie jest więc chyba jeszcze w pełni zdecydowany czy wolałby skazać Polaków na szybkie wyparowanie w atomowym wybuchu, czy na powolną śmierć głodową i zamarznięcie. Wyrok – w jego oczach – został już jednak wydany.

Konrad Rękas

Za: Konserwatyzm.pl 5 (kwietnia 2022) | https://konserwatyzm.pl/rekas-podpalic-czy-zaglodzic-kaczynskiego-wizje-przyszlosci-polski/

Wesprzyj naszą działalność [Bibuły.. MD]

MSWiA wyjaśnia: To nie uchodźcy! To „wysiedleńcy z Ukrainy”.

Wielu Polaków budzi się i zauważa problem uchodźców, jakich Polskie władze przyjmują na potęgę nie pytając o zdanie obywateli.

https://gloria.tv/post/bK3NRvPx82ne6AGWtGqmT9ycB

W związku z tym jeden z obywateli postanowił wysłać do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji wniosek o udzielenie informacji publicznej, w którym między innymi zapytał urzędników, czy urząd jest w posiadaniu informacji o
przyjmowanych „wojennych uchodźcach”. Jak wynika z otrzymanej odpowiedzi na pytania, które dotyczyły również sytuacji przyjmowania przez Polskę mężczyzn z Ukrainy MSWiA nie wie nic na temat przyjmowanych „gości”.

Jednak sama odpowiedź urzędu jest bardzo interesująca w tej sprawie. Z pisma dowiadujemy się między innymi, że służby graniczne nie posiadają wiedzy co do stanu zdrowia przyjmowanych osób w tym mężczyzn. Zastanawiające jest również to, że w tym przypadku pisowski rząd zdaje sobie sprawę, że nie jest organem uprawnionym do pozyskiwania danych wrażliwych o zdrowiu przybyszy. Jednak już w przypadku Polaków na lotnisku tego nie wiedział i bez delegacji ustawowej weryfikował dane o przyjęciu cud preparatu.

Z treści odpowiedzi wynika, że z uwagi na panującą sytuację priorytetem stało się sprawne przeprowadzenie odprawy granicznej wszystkim wysiedlonym z terenu Ukrainy. Tak nie mylisz się czytając
wysiedlonym. Z pisma MSWiA wynika, że osoby te nie są uchodźcami, tylko wysiedleńcami.

A by rozwiać wszelkie wątpliwości, postanowiliśmy zacytować definicję słowa dokonaną w słowniku języka polskiego. Zgodnie z dokonaną tam definicją wysiedlenie to: przymusowa migracja zarządzona i zorganizowana przez władze w celu przemieszczenia grupy ludzi z ich stałego miejsca zamieszkania w inne miejsce (do innego kraju, regionu).

Pisma tłumaczy poczynania władzy w zakresie przydziału tym ludziom uprawnień tożsamych z uprawnieniami Polaka przy pomocy specustawy o pomocy Ukraińcom. Żywe w tym miejscu stają się słowa rzecznik MSZ Łukasz Jasina: Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego.

MSWiA wyjaśnia, że uchodźcy są wysiedleńcami z Ukrainy

============================
Polacy nie chcą już wynajmować mieszkań uchodźcom? „Ukraińcom nie wynajmujemy”

Wojna na Ukrainie wywołała ogromny napływ ukraińskich uchodźców do Polski. Od 24.02 do Polski wjechało z Ukrainy już ponad 2,461 mln osób. Podczas pierwszych dni wojny wiele osób zaprosiło uchodźców pod swój własny dach. Niestety ze względu na wydłużający się czas konfliktu, mnóstwo Ukraińców szuka w Polsce mieszkania na stałe. Na rynku nieruchomości zaczyna pojawiać się konflikt pomiędzy Ukraińcami a właścicielami mieszkań.

Przeszukując jeszcze dostępne oferty na rynku możemy coraz częściej przeczytać takie opisy ogłoszeń:

Zapłacą. Gwarantuje, że będą dobrymi lokatorami”, „Pomóż. Jesteśmy z Kijowa. W mieszkaniu będą dzieci, ale będziemy o nie dbać i sprzątać. Za wszystko zapłacimy. Pozostań człowiekiem!”- brzmią niektóre komentarze i wpisy. Dużo użytkowników dzieli się również swoją prywatną opinią na temat wynajmu Ukraińcom.

Czytamy: „Takich ludzi ciężko eksmitować potem. A jak co do czego, to nie ma potem sentymentów.”
Wiele takich wypowiedzi jest pisanych w obawie o przyszłe problemy w razie eksmisji takich osób.

Wynajęcie mieszkania obcokrajowcowi, który w większości przypadków nie jest w stanie spełnić wymogów stawianych w umowie najmu okazjonalnego, jest dużym ryzykiem. I kto nie doświadczył tego na własnej skórze, nadal będzie uważał, że ludzie są źli, bo nie chcą ryzykować majątkiem, na który ciężko pracowali, a ktoś sobie robi z niego darmową noclegownie – pisze jeden z grupowiczów krakowskiej grupy.

Przyjmując obcokrajowców, być może skazani będziemy na ich utrzymywanie przez lata, gdyby nie chcieli się wyprowadzić. Naciągną prądu, ogrzewania, a nam nawet nie będzie wolno odciąć niepłacącym lokatorom mediów, bo będziemy uważani za przestępców.

Zapytana przez Estere Oramus – Bianca Bąkowska, doradczyni ds. nieruchomości w Phinance S.A. o to czemu tak wiele osób nie chce wynająć mieszkania uchodźcom i usprawiedliwia swój wybór obecną trudnością w pozbyciu się niechcianego lokatora
:
– „Od marca 2020 roku, kiedy został wprowadzony stan pandemii w Polsce, pozbycie się niepłacącego lokatora jest mocno utrudnione. Zakaz eksmisji, który został wtedy wprowadzony, nadal obowiązuje i pozostanie w mocy, dopóki nie zostanie odwołany stan zagrożenia epidemiologicznego (zakaz eksmisji – brak prawnej możliwości ubiegania się o opuszczenie wynajmowanego przez lokatora mieszkania – przypis red.).” – odpowiedziała doradczyni ds. nieruchomości.
Udało mi się przeczytać, że powyższy zakaz eksmisji został zmieniony – ma nie obowiązywać uchodźców, jak to wygląda w praktyce?
– Nieco ponad dwa tygodnie temu została wprowadzona specustawa, która miała zabezpieczyć właścicieli mieszkań, przez co ułatwić uchodźcom wynajem. Niestety, moim zdaniem mocno rozczarowuje, ponieważ te zmiany są kosmetyczne. Wszystko rozbija się o zakaz eksmisji, który nadal obowiązuje. Ta zmiana pomaga głównie osobom, które użyczają mieszkań, czyli robią to nieodpłatnie. Specustawa jest niedopracowana – nie tylko w ocenie specjalistów, czy pośredników w wynajmie mieszkań, ale także samych właścicieli. – przekazała Bianca Bąkowska.
W świetle obowiązującego prawa przyjęta przez was osoba pod dach staje się lokatorem twojego mieszkania/ domu co powoduje, że nie możesz jej ot, tak wyrzucić. Aby legalnie pozbyć się być może z czasem niechcianego lokatora będziesz musiał wystąpić do Sądu o wydanie wyroku eksmisyjnego. Oczywiście sprawa taka nie będzie załatwiona przez sąd od ręki. Wiec przez ten czas twój lokator będzie miał prawo zamieszkiwać w twoim domu.

Robi się ciekawie, ale paradoks to będzie za chwilę.
W tym miejscu przypominamy wszystkim zapominalskim, że w Polsce wciąż formalnie mamy ogłoszony stan epidemii. Wraz z tym stanem RM w specustawie covidowej wprowadziła czasowy zakaz przeprowadzanie eksmisji przez komorników sądowych na podstawie wydanego wyroku przez Sąd.

Co w perspektywie oznacza to dla osób, które przyjęły uchodźcę do swojego domu?

A no tyle, że do czasu zniesienia przez MZ ogłoszonego w Polsce stanu epidemii nie będzie ona mogła wykonać eksmisji takiej osoby z domu.
W związku z tym w świetle prawa taka osoba będzie mogła zamieszkiwać w twoim domu przez bliżej nieokreślony czas a ty, będziesz zobowiązany ponieść wszystkie koszty utrzymania lokalu.
Wystrzegając się wszechobecnie panującego hejtu wobec osób, które posiadają odmienne zdanie w zakresie niesienia pomocy uchodźcom, wyjaśniamy, że lokatorami w rozumieniu przepisów ustawy o ochronie praw lokatorów są nie tylko osoby będące najemcami w rozumieniu umowy zawartej z właścicielem lokalu, lecz także osoby współzamieszkujące, w tym przede wszystkim członkowie najbliższej rodziny najemcy (por. wyrok Sądu Najwyższego z 21 grudnia 2010 r. wydany w sprawie o sygn. III CZP 109/10).
Więcej w tym temacie można dowiedzieć się z naszej publikacji: Jakie są konsekwencje prawne z przyjęcia uchodźcy pod swój dach

Polacy nie chcą już wynajmować mieszkań uchodźcom? „Ukraińcom nie wynajmujemy”

Cejrowski: Ta ustawa jest nielegalna. Polacy płacą podatki na szkoły, dla Polaków, nie dla uchodźców –

O ukraińskich dzieciach, Hitlerze i Norymberdze. „To nie jest zgodne z polskim prawem”. Szkoła nie ma służyć integracji, ale nauce.

5 kwietnia 2022 https://nczas.com/2022/04/05/cejrowski-o-ukrainskich-dzieciach-hitlerze-i-norymberdze-to-nie-jest-zgodne-z-polskim-prawem-video/

Wojciech Cejrowski w „Studio Dziki Zachód” na antenie Radia WNET dyskutował z Krzysztofem Skowrońskim o pomyśle na dołączanie ukraińskich dzieci do polskiego sytemu edukacji. Jak podkreślał, obecnie odbywa się to ze szkodą zarówno dla polskich, jak i ukraińskich dzieci.

Skowroński podkreślił, że do Polski przybyło 800 tys. ukraińskich dzieci, które teraz trzeba objąć edukacją i opieką.

500 Plus dla Ukraińców, to jest nielegalne. Ta pani, która to ogłosiła w telewizji, powinna wylecieć z roboty (…). Otóż 500 Plus uchwalono po to, by Polacy się rozmnażali, więc teraz możemy Ukraińcom, jeżeli taka jest wola Polaków albo rządu, dać 500 zł, ale nie możemy im dawać 500 Plus z ustawy o 500 Plus – powiedział Wojciech Cejrowski.

Wszystkie inne rozdawnictwa (…) są nielegalne, bo Polacy płacą w podatkach na szkoły. Ukraińcom możemy udostępnić pomieszczenia szkolne, bo chcemy pomóc, ale niech oni tam swoje nauczycielki usadowią, żeby one uczyły w ukraińskich klasach, zgodnie z ukraińskim programem nauczania – wskazał.

Skowroński stwierdził, że jest przecież ustawa, która „to wszystko legalizuje”, więc jest to „zgodne z polskim prawem”.

– No nie jest zgodne z polskim prawem – odparł Cejrowski. Ta ustawa jest nielegalna. Polacy płacą podatki na szkoły, dla Polaków, nie dla uchodźców –wskazał.

– Polacy wybrali parlament, wybrali Senat, wybrali prezydenta i Sejm, Senat i prezydent się na to zgodził, więc to jest legalne, bo na tym polega legalizacja, że Sejm uchwala ustawy. I tyle – przekonywał Skowroński.

– Nie wszystkie ustawy, które uchwala Sejm czy Senat są legalne. To tak nie działa prosto (…) Tak się zasłaniali w Norymberdze różni zbrodniarze, że to było legalne, bo Hitler ustanowił prawo i wygrał w demokratycznych wyborach. Są rzeczy, które są uchwalone w takim trybie demokratycznym, ale nadal nie są legalne – podkreślił Cejrowski.

Ze szkodą dla obu stron

Dalej stwierdził, że całkowicie „nie zgadza się z tym, że to jest dobry pomysł”.

– Dzieci ukraińskie nie znają polskiego, polskie dzieci nie znają ukraińskiego. Sadzamy je we wspólnej klasie. To jest zły pomysł. Dwa różne programy nauczania. Wszystkim się obniża poziom edukacji poprzez takie wymieszanie. Powinny być osobne klasy z programem ukraińskim. Tych dzieci tutaj najechało mnóstwo. Nauczycielki też przyjechały. One znają program nauczania ukraiński i powinny ciągnąć te dzieci. One mają tylko miesiąc przerwy w szkole od początku wojny, w związku z tym można nawet nadrobić tak, żeby nie miały żadnego opóźnienia – zaznaczył.

– Wymieszanie w polskiej klasie powoduje, że nauczycielka niewłaściwa dla połowy uczniów. Połowa uczniów realizuje obcy sobie program – to głupi pomysł. Udostępnijmy im szkoły na drugą zmianę, jeżeli chcemy, ale rozmnożenie też klasy z 30 do 60 powoduje, że wszyscy tracą – wskazał.

W dalszej części programu wyjaśnił również, że szkoła nie ma służyć integracji, ale nauce.

„Rozwiązanie tymczasowe”

Odniósł się także do argumentu, że jest to tylko doraźne rozwiązanie.

– Jeżeli to jest sytuacja tymczasowa, to tym bardziej głupim pomysłem jest mieszanie dwóch systemów nauczania w jednej klasie. Gdyby to miało trwać następne dwa albo trzy lata i docelowo już wiemy dzisiaj, że te ukraińskie dzieci zostaną w Polsce, to wtedy, być może bez zwłoki, powinny być dosypywane do polskich klas, żeby się szybko nauczyły polskiego i żeby przeszły na polski program nauczania. Ale jeżeli na razie pomysł mamy taki, że to jest tymczasowa sytuacja, no to niech się uczą w osobnych klasach – wskazał.

Skowroński dodał jednak, że być może te ukraińskie dzieci zostaną w Polsce na kolejnych 30 lat, a sama wojna przeciągnie się w latach.

– A czemu tylko ty to mówisz, a nie mówi tego premier Morawiecki, wszystkim patrząc w oczy? – zapytał Cejrowski. – To chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że tak może się zdarzyć – odparł dziennikarz.

– No nie, ja bym chciał usłyszeć pytanie, czy polski naród rozważa taką opcję i czy jest jej przychylny. Bo to, że przyjęliśmy spod bomb uciekających ludzi, było naturalnym odruchem tysięcy Polaków. Natomiast czym innym jest koncepcja, że zostawiamy tych wszystkich ludzi, przyjmujemy ich na zawsze – zwrócił uwagę Cejrowski.

– Trzeba określić jasno cel. Ja nie mam pretensji o żaden, tylko cel musi być jasno określony, czy pomagamy tymczasowo w oczekiwaniu, że ci ludzie za chwilę wrócą do siebie, bo się wojna skończy czy spodziewamy się sytuacji takiej, że pomagamy, już docelowo mają się tu osiedlić, bo ta wojna się albo nigdy nie skończy albo nie będzie do czego wracać – dodał.

Deo gratias

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  3 kwietnia 2022

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5154

Co tu ukrywać; Matka Boska najwyraźniej opiekuje się Polską, nawet jeśli musi chronić ją przed nami samymi, a ściślej – przed naszymi Umiłowanymi Przywódcami. Jak pamiętamy, 15 marca Naczelnik Państwa w towarzystwie swojego pierwszego ministra i dwóch cudzoziemskich premierów, odbył swoją wyprawę kijowską, podczas której zaprezentował koncepcję, by NATO wysłało na Ukrainę uzbrojoną po zęby misję pokojową. Prezydent Zełenski, który coraz natarczywiej domaga się umiędzynarodowienia konfliktu ukraińsko-rosyjskiego tak, żeby wojna rozlała się przynajmniej na kraje Europy Środkowej, wprost nie mógł dla Naczelnika Państwa znaleźć słów wdzięczności.

Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – pisze poeta. Okazało się, że „koncepcja” była prywatną inicjatywą Naczelnika Państwa, który ani od Unii Europejskiej, ani od NATO nie miał żadnych pełnomocnictw, toteż zanim jeszcze Naczelnik Państwa odpoczął po swojej wyprawie, sekretarz generalny NATO Stoltenberg oświadczył, że NATO nie jest i nie zamierza stać się stroną w tym konflikcie. To oczywiście prawda, chociaż tylko częściowo, bo tak naprawdę, to NATO na Ukrainie wojuje z Rosją – ale ukraińskimi rękami i do ostatniego Ukraińca. Wydawało się, że w tej sytuacji wszytko zakończy się wesołym oberkiem i najwyżej Naczelnik Państwa dostanie od prezydenta Dudy order Virtuti Militati – ale Jen Psaki rzeczniczka Białego Domu oświadczyła, że koncepcja będzie „rozważana”. Wzbudziło to podejrzenia, że prezydent Józio Biden, po fiasku prowokacji z MiG-ami 29, zwęszył kolejną okazję do wepchnięcia Polski w wojnę. Podejrzenia te nabrały rumieńców tym bardziej, że zarówno pan premier Morawiecki, jak i prezydent Duda wygłaszali coraz bardziej buńczuczne deklaracje.

I stało się, że prezydent Józio Biden znowu przyjechał do Europy, ale tym razem już nie z gałązką oliwną. Jednak podczas rozmów z poważnymi państwami Europy Zachodniej zorientował się, że nie wykazują one najmniejszego entuzjazmu dla koncepcji Naczelnika Państwa, najwyraźniej zrezygnował z „pozwolenia” Polsce na jej zorganizowanie, oczywiście zaznaczając z naciskiem, że to będzie nasza „suwerenna decyzja” z którą USA nie ma nic wspólnego. Ale kiedy przyleciał do Warszawy, żeby naradzić się z prezydentem Dudą, co przystoi mu czynić dalej, to jeszcześmy tego nie wiedzieli. Dopiero na Zamku Królewskim wszystko się wyjaśniło; prezydent Biden obsypał Polskę komplementami, zachęcił, byśmy się „nie lękali”, a nawet przypomniał sobie o Kukuńku, ale na nic nam nie „pozwalał”, toteż można było odetchnąć z ulgą.

Nawiasem mówiąc, listę osób dopuszczonych na spotkanie z prezydentem Bidenem w Warszawie układała amerykańską bezpieka, a nie – dajmy na to – Kancelaria Prezydenta Dudy, co pokazuje rangę naszego Umiłowanego Przywódcy lepiej, niż wszelkie przemówienia. Prezydent Biden oświadczył tam tylko, że Putin „nie może pozostać u władzy”. Najwyraźniej nakręcił się emocjonalnie własnym przemówieniem, ale wiadomo każdemu, że prezydent Biden aż takiej mocy sprawczej, by pozbawić władzy Putina to nie ma, bo biorąc pod uwagę, że na Ukrainie walczy on z całym Sojuszem Północnoatlantyckim, to radzi sobie całkiem nieźle. Niestety w tej euforii, że staje się „partnerem” Stanów Zjednoczonych, pan prezydent Duda nawet nie pomyślał, by przedstawić amerykańskiemu gościowi propozycję sfinansowania przez USA 200 tysięcy dodatkowych żołnierzy, o których Polska zamierza powiększyć armię – chociaż mógłby w ramach wzmacniana wschodniej flanki NATO. Ustawa o obronie Ojczyzny przewiduje bowiem, że na wojsko zostanie przeznaczone 3 procent PKB, czyli około 90 mld zł rocznie, czyli jakieś 20-25 mld dolarów, w zależności od kursu.

Ale trudno; Matka Boska nie może załatwić wszystkiego; wystarczy, że uratowała nas przed skutkami pomysłów Naczelnika Państwa, który – mówiąc nawiasem – podobnie jak Donald Tusk na Zamku Królewskim się nie pojawił. Oficjalny powód był taki, że czekał na wynik testu w sprawie zbrodniczego koronawirusa, ale może poczuł się dotknięty, że listę gości układała amerykańska bezpieka, albo – horrible dictu! – że go pominęła – zaś co do Donalda Tuska, przewodniczącego Volksdeutsche Partei, to Amerykanie mogli uznać go za delegata na Polskę niemieckiego kanclerza Scholza, z którym prezydent Biden spotkał się już wcześniej. Ciekawe, że i prezydent Zełeński po wizycie prezydenta Bidena w Warszawie nagle oświadczył, że „nie rozumie” koncepcji Naczelnika Państwa i w ogóle ją skrytykował. Najwyraźniej musiała do niego dotrzeć wiadomość, że prezydent Biden mógł się na Naczelnika Państwa zirytować, że kombinuje bez jego pozwolenia, co sprzeczne jest z zasadą: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie!

Tymczasem według oficjalnych danych, liczba uchodźców z Ukrainy do Polski przekroczyła już 2,5 mln, a w miarę, jak ukraińska armia odnosi sukces za sukcesem, przybywa ich coraz więcej w ilości kilkudziesięciu tysięcy na dobę. Na pierwszy rzut oka jest to trudne do wytłumaczenia, chociaż pewne światło na tę zagadkę rzuca apel, jaki prezydent Zełeński skierował pod adresem przywódców państw Europy Zachodniej: „jeszcze możecie nas uratować!” Ale odpowiedzią na ten dramatyczny apel było głuche milczenie, a stanowisko to wyjaśnił węgierski premier Orban, że wprawdzie „współczuje” Ukraińcom, ale „to nie nasza wojna”. Polscy Umiłowani Przywódcy uważają odwrotnie, a nawet zamrażają kontakty w węgierskim premierem, a ta gorączka udziela się również generałom. Oto generał Skrzypczak, ni z tego, ni z owego, zaczął zgłaszać roszczenia do Okręgu Królewieckiego. Być może nawet niczego nie palił, ale to chyba jeszcze gorzej, bo pokazuje, że – jak to nazywał Aleksander Smolar – „postjagiellońskie mrzonki” nie były tylko przypadłością prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tylko okazały się zaraźliwe.

Tymczasem w Stambule 29 marca rozpoczęły się negocjacje ukraińsko-rosyjskie z udziałem tureckiego prezydenta. Ukraina przedstawiła swoje stanowisko – że mianowicie gotowa jest porzucić myśl o przystąpieniu do NATO, chociaż już nie do Unii Europejskiej – ale pod warunkiem udzielenia jej gwarancji bezpieczeństwa przez Kanadę, Turcję, Izrael i Polskę. To ciekawe, czy te gwarancje miałyby być bezwarunkowe, czy też państwa gwarantujące musiałyby zawarować sobie jakiś wpływ na postępowanie Ukrainy, bo gwarantowanie jej niepodległości i integralności bez względu na to, co będzie robiła, byłoby chyba nazbyt ryzykowne, może nawet jeszcze bardziej, niż koncepcja misji pokojowej Naczelnika Państwa, a w tej sytuacji nawet Matka Boska – jak to w swoim czasie powiedział pan Zagłoba – „w słuszną cholerę wpaść by mogła”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nowy zarobek dla oszustów. Ukrainiec+.

Mirosław Dakowski 4 kwiecień 2022

Ostatnio dochodziły do mnie sygnały, że policja sprawdza domy, w których mieli być zakwaterowani Ukraińcy. Policja pyta, czy przyjmę dobrowolnie Ukraińców do domu. Dane „Spisu Powszechnego” działają?

Pokazuje się że związane to jest z nowym sposobem wyciągania pieniędzy z budżetu przez – przypuszczalnie urzędników samorządowców.

Znajoma zaproponowała przed paru tygodniami swój dom jako możliwość przyjęcia sześciorga Ukraińców. Z nich się do niej na razie nikt nie zgłosił. Natomiast wczoraj przyszli policjanci z pytaniami, jak obsługuje swoich sześcioro Ukraińców. Chcieli wejść do domu by to sprawdzić.

Odpowiedziała im przy furtce, że żadnych Ukraińców nie ma, a do ich wejścia do domu konieczny jest nakaz prokuratorski. Widocznie zauważyli z jej reakcji że mówi prawdę.

Po paru godzinach zawiadomili ją, że sprawdzili w gminie i okazało się że ktoś te „należne jej” 7400 na miesiąc wziął i podpisał, że ci Ukraińcy są właśnie u niej.

Ponieważ ten proceder bardzo się ostatnio rozszerzył, cieszymy się, że policja ma nowe, niespodziewane zajęcie.

W życiu nie wszystko jest czarne, albo białe.

Kilkanaście dni temu w przestrzeni publicznej Poznania pojawiły się „spontaniczne” wyrazy poparcia dla Ukrainy. Część z nich faktycznie miała charakter oddolny, inne zaś za spontanicznością miały tyle wspólnego co spontaniczne wiece w zakładach pracy w zeszłym, słusznie minionym ustroju. Jednym, z przejawów „spontaniczności” tego drugiego rodzaju był mural, który włodarze grodu Przemysła ufundowali ku uciesze swych wyborców. Dość przaśny w formie, jednak donośny w przekazie. Wiadomo – Poznań murem za Ukrainą.

Mural w Poznaniu został spontanicznie ulepszony

Tymczasem minęło kilka dni a nieznani sprawcy postanowili ulepszyć inkryminowane dzieło. Dopisali więc napis „W życiu nie wszystko jest czarne, albo białe” i dodali kilka nieobyczajnych słów na temat „batalionu Azow”. To ostatnie zresztą władzom Poznania powinno się raczej spodobać. Nie dość, że same używają wulgaryzmów jako środka zwiększającego ekspresję wypowiedzi, to na okrągło walczą z urojonym faszyzmem.

Tymczasem faszyzmu całkiem realnego, a nawet nazizmu, w „Azowie” jest pod dostatkiem.

Pomimo tego napisy zostały zamalowane. Widać spontaniczne ulepszenie spontanicznej formy poparcia dla Ukrainy przekroczyło dopuszczalny przez poznański magistrat poziom spontaniczności.

W batalionie Azow kult solarny jest silnie zakorzeniony

Pomimo oczywistego komizmu cała sytuacja jest jednak symptomatyczna. Jak twierdzą uczeni adepci socjometrii i mądrzy spece od PR, fala społecznego entuzjazmu trwa zazwyczaj 4 do 6 tygodni, osiągając apogeum w tygodniu drugim lub trzecim.

Zatem wszystko wskazuje na to, że czas masowego amoku powoli mija. To dobra wiadomość. Może za klika tygodni będziemy jako społeczeństwo zdolni do nieco bardziej racjonalnego postrzegania rzeczywistości. Nieco. W końcu rozum, nigdy nie był naszą przesadnie mocną stroną.

Przemysław Piasta

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (4-03-2022) | https://myslpolska.info/2022/04/03/w-zyciu-nie-wszystko-jest-czarne-albo-biale/

ARCHIWUM OSKARA

ARCHIWUM OSKARA http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/04/archiwum-oskara.html

Pragnę z całego serca podziękować tą drogą Panu Jarosławowi Wróblewskiemu z Zamościa za przekazany przezeń dar na działalność bloga Kresy we krwi. Pozwoli on zdigitalizować teraz tzw. Archiwum Oskara, czyli kopię archiwum meldunków wywiadu Armii Krajowej z lat 1943 – 1945, dotyczących działalności i zbrodni ludobójstwa dokonanych przez OUN – UPA na polskiej ludności Kresów Południowo – Wschodnich II RP. Kopię tego archiwum, z tego co wiem jedyne istniejące, przekazała mi Pani profesor Lucyna Kulińska z Krakowa. Dzięki Pańskiej hojności umożliwi to zdigitalizowanie tych dokumentów i opublikowanie na moim blogu, aby każdy, kto jest zainteresowany tym tematem, miał możliwość zapoznania się z tymi bezcennymi dokumentami. Świadectwami bestialskich zbrodni ludobójstwa dokonanych na naszych rodakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią przez ukraińskie formacje zagłady w służbie Adolfa Hitlera i III Rzeszy. 

Ani jeden grosz z tej sumy, nie zostanie wykorzystany na żadne osobiste sprawy. Całość, zostanie użyta wyłącznie do celów związanych z naszą działalnością kresową, mającą na celu godne upamiętnienie naszych rodaków, bestialsko zamordowanych przez ukraińskich szowinistów z OUN – UPA i SS Galizien. 

Dzisiaj dokumenty zostały przekazane do digitalizacji i pierwsze części całego archiwum, liczącego kilkaset meldunków, zostaną opublikowane najpóźniej za około dwa tygodnie

Jeszcze raz dziękuję za Pana dar, zapraszając do stałej lektury naszego bloga.

Z wyrazami szacunku

Jacek Boki

Co wojna na Ukrainie mówi nam o polskiej „klasie politycznej”

Co wojna na Ukrainie mówi nam o polskiej „klasie politycznej”… „Robienia laski” ciąg dalszy?

Od ponad 2 lat możni tego świata serwują nam nieustanne igrzyska – od fazy sanitarnej do fazy militarnej. Gdy chłopcy są mali bawią się w piaskownicy. Gdy trochę dorosną, biorą do ręki poważniejsze narzędzia, zaś piaskownice zastępują im linie frontu.

======================================

Wojna na Ukrainie trwa. Czas na pewne podsumowania… Co najważniejsze – Ukraińcy do spółki z Władimirem Putinem wyleczyli nas z „pandemii” covid-19 dosłownie w kilka dni. I choć różne Pyrcie, Grzesiowskie, Fiołki i Guty wiją się jak mogą w covidowych mękach, żeby jeszcze ludzi za ryje potrzymać, to „polityka zadecydowała”, że to KONIEC. Nie przesądzamy czy to chwilowa pieriedyszka, czy już tak „na zawsze”. W każdym razie na tę chwilę „agenda militarna” wyparła „agendę sanitarną”. Niech wstydzą się ci politycy, którzy opowiadali się za segregowaniem ludzi, a także ci, którzy np. w swoich restauracjach, w swoich sklepach czy gdziekolwiek indziej, za wejście wymagali poświadczeń szczepionkowych czy „negatywnych” testów. Wstydźcie się małe hitlerki, wstydźcie… Wstydźcie się Piechy, Niedzielskie, Gowiny, Kosiniaki, Kaczyńskie, Kaźmierczaki, Balcerowicze, Szydły, Macierewicze i inne staliniątka-hitlerątka… A dla naiwnych i tępych tzw. zwykłych ludzi warto zadedykować gomrowiczowskie: „Koniec bomba, kto uwierzył ten trąba”…

A wojna tymczasem trwa i końca nie widać. Proponuję, aby do każdej informacji podawanej przez mainstreamowe media podchodzić z dystansem, a nawet traktować je jako propagandowe kłamstwa. „Sukcesy armii ukraińskiej” należy traktować na równi z „sukcesami armii rosyjskiej” – najlepiej się tym nie podniecać. My jesteśmy praktycznie skazani na ukraiński punkt widzenia, Rosja tymczasem, o ile jej głos gdziekolwiek w mediach zdoła się przebić, ma swoją wersję wydarzeń. Gdyby poważnie traktować „sprzedawane” nam newsy to Putin powinien już ze sto razy mieć kosę pod łopatką, albo co najmniej wylądować w psychiatryku, Żeleński natomiast ze sto razy powinien zginąć w zamachu na siebie.

Pozostaje nam jedynie ocena postawy polskich, a przynajmniej podających się za polskich, polityków. Kaczyńskiemu zamarzyła się szarża na Kijów, który ponoć odwiedził wraz z Morawieckim. Obaj spotkali się z Żeleńskim. Z Kijowa Kaczyński miał wrócić w glorii „męża stanu” ze swoim cudownym planem „misji pokojowej”. Szybko jednak sprowadzony został do parteru przez swoich „ukraińskich przyjaciół”. Sam Żeleński stwierdził, że nie rozumie pomysłu Kaczyńskiego, że nie chce „zamrożenia konfliktu na Ukrainie pod nazwą misji pokojowej”, a poza tym – czego już media polskie nie przytaczały – to on jest prezydentem Ukrainy i to on będzie decydował jakie wojska mogą przebywać na terytorium jego kraju. Mówiąc wprost, wyraźnie zasugerował naszemu Naczelnikowi, by nie wtrącał się w sprawy Ukrainy bardziej niż potrzeba.

Chyba lepiej od Kaczyńskiego przesłanie Żeleńskiego zrozumiał rzecznik MSZ, niejaki Jasina, który ogłosił się „sługą Ukrainy”, gotowym spełniać wszystkie jej prośby i życzenia. Kiedyś ponoć „robiliśmy laskę” Amerykanom, teraz wychodzi na to, że robimy ją jeszcze Ukraińcom. I chyba słusznie zrobił, bo zaraz w jego ślady poszedł nasz (?) nieoceniony premier Mateusz Morawiecki, ogłaszając to czego Żeleński domagał się od dawna – wstrzymania dostaw węgla, gazu i ropy z Rosji. Ponadto zapowiedziano zakaz jakiegokolwiek handlu polskich firm z Rosją, a pani europosłanka Zalewska – sanitarystyczne staliniątko-hitlerątko, zaproponowała by ukarać polską firmę Cersanit za to, że sprzedaje do Rosji swoje produkty.

Zatem, mimo że Ukraińcy w Polsce nie zdążyli jeszcze zorganizować się jako mniejszość (?) narodowa, mogą śmiało powiedzieć, że mają już w Polsce swój rząd.

Mateusz Morawiecki nie proponuje niczego w zamian – owszem dostawy gazu i ropy z USA, a węgla z Australii (nawet się ten cwaniaczek nie zająknął o możliwościach zwiększenia wydobycia węgla w Polsce), ale zaraz zaktywizowały się paniusie od ekologii, powracając ze swoimi cudownymi pomysłami o „energii odnawialnej” i o wiatrakach. Paniusie od ekologii, które o życiu wiedzą tyle, co zdołały wyczytać w „Wysokich obcasach”, chciałyby całkowitego przejścia na fotowoltaikę i wiatraki, zyskały znienacka sojusznika w postaci prezydenta Ukrainy, który też opowiedział się za „zieloną energią”. Można tylko się zastanowić skąd gość, który ukrywa się gdzieś po bunkrach w Kijowie i co rusz unika zamachu na swoje życie, czerpie energię do gadania bzdur o wiatrakach…

Wracając do Naczelnika… Obwieścił on właśnie, że przejrzał strategię Putina. Chyba dopiero teraz jego wierne otoczenie pokazało mu mapkę Ukrainy, na której widać tereny zajęte przez Rosjan. „Strategia podkowy” – to już jest wiadome od przynajmniej 3 tygodni, czyli wielki łuk, od Charkowa do Odessy, z odcięciem Ukrainy od dostępu do morza. Te tereny Rosja realnie może zaanektować i kto wie, czy nie to właśnie jest jej głównym celem. Tam też, według krążących od jakiegoś czasu informacji (według niektórych – dezinformacji), znajdują się tajemnicze laboratoria, które – według Ukraińców – były zwykłymi instytutami badawczymi zajmującymi się zdrowiem obywateli, a według Rosjan – sponsorowanymi przez Pentagon ośrodkami produkcji broni biologicznej. Czy dowiemy się kiedykolwiek prawdy? Amerykanie straszą, że Rosja, mówiąc o „amerykańskich laboratoriach” na Ukrainie przygotowuje grunt pod atak biologiczny, tymczasem kto wie, czy ten atak już nie nastąpił.

Tylko gdzie ta broń biologiczna? No, chyba że jest świetnie zakamuflowana i poszła już na Zachód… Kilka milionów uchodźców, z czego prawie 2,5 miliona w Polsce to nie w kij dmuchał. Oficjalnie mówi się, że Ukraińcy nie są chętni do przyjmowania jakichkolwiek szczepień, a HIV czy gruźlica wcale nie były tam rzadkością. Lokalne epidemie różnych odmian grypy w powiązaniu z tajemniczymi laboratoriami rodzą wiele znaków zapytania. Ukraińców, którzy trafili do Polski podzielić można na kilka grup. Są wśród nich ludzi, którzy pochodzą np. z Charkowa, Sumy, czy z Doniecka i tych traktować można w kategorii uchodźców.

Są również tacy, których do Polski ściągnęli ich rodacy, mieszkający tu od lat i pracujący. Oni często pochodzą z terenów oddalonych o setki kilometrów od działań militarnych. Ci wykorzystali sytuację łatwego wjazdu do Polski, bez wiz i z możliwością uzyskania pełni praw obywatelskich.

Są wreszcie tacy, którzy przyjechali z Ukrainy zachodniej i prawdopodobnie zasiedlają mieszkania, które wcześniej nabyli. Ci też wojny nie doświadczyli. Najgorzej, niestety, mają ci ze wschodniej Ukrainy, często nie mający dokąd powrócić. W Polsce gnieżdżą się oni przeważnie w wielkich halach, po kilkaset, a nawet po kilka tysięcy osób ulokowanych na niewielkiej powierzchni. To w tych skupiskach istnieje ryzyko szerzenia się różnych chorób, jednocześnie występują deficyty lekowe. Co się z tego urodzi – nie wiadomo. Wiadomo tylko, że co sprytniejsi biznesmeni stoją przed szansą obłowienia się przy okazji. W ich interesie wojna mogłaby trwać jak najdłużej, a uchodźców mogłoby być jak najwięcej… Od każdego z nich będą inkasować niemałe pieniądze od rządu.

Rząd Morawieckiego, który podaje się za polski, w swym pro-ukraińskim entuzjazmie zdaje się nie patrzeć w przyszłość, nie brać pod uwagę konsekwencji jakie dla przyszłości Polski i Polaków mogą mieć dziś podejmowane decyzje. Rozbuchane obietnice socjalne, jak dotąd bez pokrycia, zmiana struktury społecznej i pojawienie się licznej mniejszości ukraińskiej, czy wreszcie obudzenie się, już w granicach naszego terytorium, demonów banderyzmu…

Czy rząd Morawieckiego w ogóle zastanawia się nad tymi kwestiami? Wrzucenie wszystkich Ukraińców, którzy w ciągu ostatniego miesiąca przyjechali do Polski, do jednego wora pod nazwą „uchodźcy” pokazuje, że raczej nie.

Od ponad 2 lat możni tego świata serwują nam nieustanne igrzyska – od fazy sanitarnej do fazy militarnej. Gdy chłopcy są mali bawią się w piaskownicy. Gdy trochę dorosną, biorą do ręki poważniejsze narzędzia, zaś piaskownice zastępują im linie frontu. Ci, co podejmują zbrodnicze decyzje, przeważnie siedzą w bezpiecznych miejscach, z dala od pola walki. Cierpią natomiast najmniej winni – zwykli ludzie, którzy chcieliby pracować, dorabiać się, zakładać rodziny, kochać się, rodzić dzieci, kształcić… Im trzeba pomóc, ale pomoc głupia jest gorsza niż żadna.

Morawiecki uważa, że jeśli Polacy, z powodu rezygnacji z surowców z Rosji, zapłacą wyższe rachunki za energię, Ukraińcom zrobi się lepiej. Człowiek, który dorobił się milionów na banksterce rzeczywiście nie musi się martwić o rachunki. Jednak cechą prawdziwego sługi WŁASNEGO narodu powinny być nie własne cztery litery, a troska o naród. W przeciwnym razie ktoś taki zasługuje, w najlepszym wypadku, na kąpiel w smole, wytarzanie w pierzu i wygnanie. Na nic więcej…

Jest tak dobrze, że Morawiecki nie nadąża z produkcją tarcz i ładów

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/jest-tak-dobrze-ze-morawiecki-nie-nadaza-z-produkcja-tarcz-i-ladow/

Trzeba być uczciwym publicystą i felietonistą, a przynajmniej się starać, żeby tak było. W ramach tego postanowienia uczciwie przyznaję, że bałagan jaki wywołał Morawiecki ze swoimi ludźmi to jeszcze nie jest największa tragedia ekonomiczna i fiskalna w dziejach III RP. Ciągle na pierwszym miejscu znajduje się Balcerowicz z jego „prywatyzacją” i późniejszym „schładzaniem gospodarki”. Dalej mamy Lewandowskiego, AWS i kolejne złodziejskie pomysły jak powszechne świadectwo udziałowe, czy NFI, bardziej kojarzone przez Polaków jako filar emerytalny i wczasy pod palmami. Swoje zasługi ma też Tusk, który podniósł VAT i zlikwidował NFI, czytaj okradł Polaków, ale to już jest ta granica, przy której pojawia się Morawiecki i wygrywa.

Nie ma mądrego i zdolnego nadążyć nad zmianami wprowadzanymi przez kreatywnego księgowego, ojca tarcz i ładów, Mateusza. Ostatnimi czasy na topie jest „polski ład” lub raczej to, co z niego zostało, ale przypomnę, że istnieje cały pakiet pomysłów Morawieckiego wspartych przez Kaczyńskiego i nikt nie wie co się z nimi dzieje. Głupotami typu „milion elektrycznych samochodów” nie ma sensu się zajmować, natomiast kampanijne pomysły odnoszące się do dobrostanu zwierząt albo reanimacji lokalnych przystanków autobusowych, to były kiedyś głośne i przełomowe projekty. Nic z nich nie zostało, żadnej krowie nie żyje się w Polsce lepiej, w mojej okolicy nie powstał też ani jeden przystanek autobusowy, za to zlikwidowano w gminie PKS. Nigdy się nie śmiałem z idei, która zakładała równość polskiego rolnika z rolnikiem niemieckim, co się przekłada na dobrostan zwierząt, śmiali się „nauczyciele”, w tym biologii, w swoich żenujących inscenizacjach w ramach strajku. Za to dziś się śmieję, ale nie z krów i polskich rolników, którzy nadal nie doczekali się dopłat i przystanków autobusowych, tylko z propagandy Morawieckiego, bo to rzecz jasna Morawiecki nie Kaczyński wymyślał te wszystkie „piątki”.

Puste obietnice zostały zastąpione programem pomorowym, czyli wywaleniem na kredyt jakichś 250 do 300 miliardów. Wszystkie te środki miały być wypłacone lub raczej zdefraudowane w ramach „tarczy pomorowej”. Rzecz polegała głównie na tym, że państwo płaciło „za nic nierobienie” i wyjątkowo nie były to pieniądze podatników, tylko zaciągnięte długi. Proceder trwał przez blisko dwa lata i musiał skończyć się inflacją. Gdy inflacja nadeszła początkowo rząd się tym nie przejmował, wszystkie problemy miał rozwiązać jeden „polski ład”. Największy w dziejach PiS projekt firmował sam Jarosław Kaczyński i dawał pełne gwarancje sukcesu, potem się okazało, że to jedna wielka porażka, ale nie Kaczyński, tylko nikomu nieznany minister finansów i jego zastępca polecieli ze stołków. Nastąpił jeden wielki chaos, Polacy nie widzieli jakie maja płacić podatki i składki, ludzie przecierali oczy przy odbiorze „pasków” z wypłatą, a księgowi wyrywali włosy z głowy przy najprostszych deklaracjach podatkowych, które teraz zamieniły się w serię zagadek. PO drodze ruszyły inne magiczne sztuczki księgowe Morawieckiego i tak powstała „tarcza antyinflacyjna”, ale jej krótki żywot przerwała „największa wojna od czasów II Wojny Światowej”.

Upadły dotychczasowe: piątki, łady i tarcze, a przyszła jedna gigantyczna „tracza antyputinowska”, która wchłonęła pozostałe projekty.

W ramach „tarczy antyputinowskiej” mamy teraz: elektryczne samochody, dobrostan dla zwierząt, przystanki PKS, zniesienie VAT-u na żywność i paliwa, ulgę dla klasy średniej, bezpłatne leczenie, wikt, opierunek i przejazdy komunikacją publiczną dla 2,5 miliona uchodźców z Ukrainy. Dalej obniżka PIT z 19 na 12%, wzrost nakładów na obronność do 3% PKB. I wprawdzie Bóg jedyny wie skąd na to wszystko weźmiemy kasę i nadal żaden księgowy nie ma pojęcia, czy podatnik będzie mógł skorzystać z ulgi dla klasy średniej, czy z obniżonego PIT, ale za to Morawiecki i Kaczyński wiedza, że wszystko idzie dobrze, tylko totalna opozycja sypie piach w tryby rozpędzonego rozwoju Polski.

Jeśli ktoś zna chociaż trochę współczesną historię i politykę Polski, ten wie jak się to skończy, ale żeby nie psuć nikomu niedzieli podaruję sobie publikację oczywistej puenty.

Ukraińskie auta nie mają badań technicznych. Ministerstwo zastanawia się… A wjechało ponad 140 tys.

https://www.auto-swiat.pl/wiadomosci/aktualnosci/auta-z-ukrainy-nie-maja-badan-technicznych-ministerstwo-infrastruktury-zastanawia-sie/ksnemgj

W ciągu zaledwie miesiąca do Polski przybyło ponad 2 miliony uchodźców wojennych. Wraz z nimi do kraju napłynęła potężna liczba aut. Według Straży Granicznej przybyło nam dokładanie 140 835 aut. Co dalej z tymi samochodami? Na razie ukraińskie samochody traktowane są jak pojazdy uczestniczące w ruchu międzynarodowym na podstawie postanowień tzw. Konwencji wiedeńskiej z 1968 r., której Polska i Ukraina są sygnatariuszami. Ministerstwo wyjaśniło także instytutowi Samar, który zainteresował się tym tematem, że na razie nie planuje tu specjalnych rozwiązań, mimo że Ukraina stosuje całkowicie inne (krótko mówiąc bardziej liberalne) przepisy dotyczące kontroli technicznej aut osobowych.

– Pojazdy krajów, które są stroną Konwencji wiedeńskiej i przebywają na terytorium Polski, powinny spełniać wymagania techniczne, o których mowa w Konwencji. Obecnie w Ministerstwie Infrastruktury trwają analizy porównawcze dotyczące warunków technicznych dla pojazdów oraz systemów badań technicznych w Polsce

oraz na Ukrainie. Analizy te mają na celu podjęcie stosownych decyzji w zakresie pojazdów zarejestrowanych na Ukrainie, a poruszających się na terytorium Polski – poinformował IBRM Samar Szymon Huptyś, rzecznik prasowy Ministerstwa Infrastruktury.

Badanie techniczne w Ukrainie? To kwestia… zaufania

Różnice w podejściu do kontroli stanu technicznego aut w Polsce i Ukrainie są diametralne, bowiem u naszych wschodnich sąsiadów pojazdy do 3,5 t dmc po prostu nie podlegają badaniom technicznym. Na ukraińskich dowodach rejestracyjnych nie ma w ogóle żadnej wzmianki o badaniu technicznym czy terminie jego ważności.

Trudno się zatem dziwić, że wiele z ukraińskich aut, delikatnie mówiąc, jest w dość opłakanym stanie. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że tu mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową, w której do prawa nie można podchodzić wyłącznie literalnie. Jednak co w sytuacji, gdy ukraińskie auto okaże się pojazdem stwarzającym poważne zagrożenie na drodze?

Jak przypomina Samar, polskie przepisy w takiej sytuacji pozwalają na „uziemienie” samochodu i odebranie dowodu rejestracyjnego auta na zagranicznych tablicach rejestracyjnych. Zatrzymany dokument pojazdu zarejestrowanego za granicą przechowuje przez 7 dni jednostka policji, Straży Granicznej albo Krajowej Administracji Skarbowej. Po upływie tego terminu dokument przekazywany jest przedstawicielstwu państwa, w którym pojazd jest zarejestrowany.

Obcokrajowiec, który chce odzyskać dokumenty w Polsce, musi wykonać dodatkową kontrolę techniczną pojazdu w polskiej stacji diagnostycznej. Jeśli auto zaliczy badanie, wystawiane jest zaświadczenie. Dopiero na podstawie tego dokumentu jest możliwe odebranie dowodu. Widząc, jak mało czasu dają polskie przepisy obcokrajowcom na załatwienie tych formalności i biorąc też pod uwagę trudną sytuację materialną wielu Ukraińców oraz barierę językową, dla wielu z nich ta ścieżka może okazać się zbyt trudna do pokonania.

Inflacja przekroczyła 10%

Inflacja przekroczyła 10%! Konfederacja apeluje do rządu: „Należy natychmiast zaprzestać szaleńczego dodruku pieniądza”

Kwiecień 1, 2022 https://wprawo.pl/inflacja-przekroczyla-10-konfederacja-apeluje-do-rzadu-nalezy-natychmiast-zaprzestac-szalenczego-dodruku-pieniadza-wideo/

W piątek (1.04.2022) Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w marcu inflacja w Polsce wyniosła 10,9%. To najwyższa inflacja od 22 lat, czyli od lipca 2000 roku, gdy wynosiła ona 11,6%. W stosunku do marca 2021 żywność zdrożała o 9,2%, energia o 23,9%, a paliwa o 33,5%.

Podczas konferencji prasowej w Sejmie politycy Konfederacji zaapelowali, żeby rząd zaprzestał katastrofalnej w skutkach polityki napędzającej inflację. – Natychmiast należy zaprzestać tego szaleńczego dodruku pieniądza, żeby ceny spowolniły, żeby inflacja nie doszła do jakiegoś horrendalnego poziomu, żebyśmy nie obudzili się nagle w rzeczywistości, gdzie będziemy mieli banknoty po 1000, czy 2000 złotych – powiedział Witold Stoch z biura prawnego Konfederacji.

– Polityka, a właściwie antypolityka gospodarza rządu to jest coś, za co dziś płacą wszyscy Polacy – powiedział poseł Robert Winnicki. – Rząd powtórzył obłędną politykę wielu państw Europy, bogatszych państw, w zakresie dodruku pieniędzy, w zakresie transferów, które nie mają uzasadnienia ekonomicznego i dziś inflacja wynosi już ponad 10%, a idziemy na kilkanaście procent – alarmował. – Co robi w tej sytuacji rząd? Rząd nie zwalnia, nie redukuje podatków, tak jak proponujemy to w ustawach Konfederacji, m.in. pakiet przedsiębiorcy, tanie paliwo, tani prąd. Wzywamy rząd, żeby przestał koncentrować się na tym, którą grupę wyborców kupić, ale na tym, jak uniknąć katastrofy gospodarczej – powiedział Winnicki.

Trzeba zrobić dwie rzeczy. Nie wydawać nowych dziesiątków miliardów złotych na najróżniejsze transfery typu dopłata do telewizora, którą rząd zrobił na ostatnim posiedzeniu Sejmu. To nie jest najpotrzebniejsza rzecz w tej chwili, żeby dać paru milionom ludzi dopłatę do tego, żeby mogli oglądać telewizję. To jest absurdalna polityka trwonienia pieniędzy. To jest pierwsza rzecz.

Druga rzecz, którą trzeba zrobić, to starać się rozkręcać gospodarkę. To oznacza, że nie można robić tego, co rząd robił przez ostatnie miesiące z Nowym Ładem, czyli wprawiać przedsiębiorców i księgowych w totalną depresję, bo nie wiedzą na czym stoją, jeśli chodzi o sferę podatkową. Trzeba radykalnie obniżyć podatki – podkreślił Winnicki.

[wideo – w oryg. MD]

Tresura

Stanisław Michalkiewicz 1 kwietnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5152

Gdyby rosyjski prezydent Putin nie został uznany przez Senat Stanów Zjednoczonych za zbrodniarza wojennego to mógłby ubiegać się o Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za położenie kresu epidemii koronawirusa. Wprawdzie chyba nie miał takiego zamiaru, ale niekiedy, a chyba nawet dość często, wielkie osiągnięcia w dziedzinie medycyny bywają dziełem przypadku – jak to miało miejsce przy wynalezieniu penicyliny przez Fleminga. Toteż wprawdzie Putin chciał wywołać wojnę na Ukrainie, żeby ją „zdemilitaryzować” i „zdenazyfikować”, ale stworzył w ten sposób znakomitą okazję do zakończenia epidemii koronawirusa, z którą już nie bardzo było wiadomo, co dalej robić.

Toteż nawet taki jastrząb epidemiczny, jak pan minister Niedzielski oświadczył niedawno, że do koronawirusa musimy sie przyzwyczaić tak samo, jak do grypy, a od 28 marca zniósł wszystkie obostrzenia, które 27 marca jeszcze były absolutnie konieczne.

Podobnie było w Związku Sowieckim za Gorbaczowa, który pewnego dnia rozkazał, by nazajutrz wszyscy myśleli już „po nowemu”. I tak się stało; kładąc się spać jeszcze myśleli po staremu, a gdy się obudzili, już myśleli po nowemu.

Skoro jednak pan minister Niedzielski twierdzi, że do koronawirusa powinniśmy się przyzwyczaić tak samo, jak do grypy, to warto postawić pytanie, dlaczegóż to od razu nie zaczęliśmy się przyzwyczajać? Po dwóch latach nie tylko bylibyśmy znakomicie przyzwyczajeni, ale w dodatku uniknęlibyśmy wszystkich szkód, jakie walka z koronawirusem wyrządziła w gospodarce, edukacji, kulturze, a nawet – w ochronie zdrowia.

Wynika z tego, że owe obostrzenia tak naprawdę z medycyną nie miały wiele, albo nawet nic wspólnego, natomiast stały się znakomitym narzędziem do tresowania całych narodów do zachowań stadnych. Ponieważ jednak w miarę upływu czasu koronawirus przestał już robić takie wrażenie, jak na początku, a szkody były jak najbardziej prawdziwe, wojna Rosji z Ukrainą przyszła w samą porę, by właśnie ją wykorzystać w charakterze narzędzia do tresowania całych narodów do zachowań stadnych – co prawda już nie wszystkich, jak to było w przypadku koronawirusa, a tylko niektórych – ale w dzisiejszych czasach nie ma co grymasić. A których „niektórych” narodów? Odpowiedź jest jasna; tych, które podlegają Stanom Zjednoczonym. Stany Zjednoczone bowiem nie tylko jednym susem znalazły się w awangardzie organizatorów tresury do zachowań stadnych, ale również wykorzystały tę okazję do mocnego uchwycenia za twarz całej Europy, to znaczy – niezupełnie całej, tylko tej Zachodniej i Środkowej.

W przypadku tamtej tresury chodziło o wzbudzanie na rozkaz uczucia paniki, a w przypadku tej nowej, chodzi o stadne wzbudzanie moralnego oburzenia. Różnica jest niewielka, bo panika, czy oburzenie, to rzecz drugorzędna, bo najważniejsze są zachowania stadne, dzięki którym będzie można albo całą ludzkość, albo chociaż jej część, zapędzić do wspólnej obory, gdzie będzie można ją eksploatować w charakterze trzody użytkowej. Bardzo ładnie rozwija tę rzecz Klaus Schwab w swojej pracy o „Wielkim Resecie”. Toteż teraz pierwszorzędni fachowcy od kreowania masowych nastrojów, rozpalają do białości nie tylko uczucie moralnego oburzenia, ale też patriotyzmu, pojmowanego jako pragnienie jak najszybszego wprowadzenia do wojny własnego kraju.

Wzorem tej patriotycznej postawy jest niewątpliwie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, który podczas wyprawy kijowskiej wpadł na „koncepcję” wysłania na Ukrainę uzbrojonej po zęby misji pokojowej NATO. Ale kraje przewidujące i poważne właśnie się od tej „koncepcji” zdystansowały, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że narodziła się ona w głowie Naczelnika Państwa w momencie, gdy akurat śnił swój sen o szpadzie, ale najwyraźniej nie dostrzegły powodów, by wraz z Polakami popełnić samobójstwo. Co innego Nasz Najważniejszy Sojusznik. Ten natychmiast, skoro sztuczka z samolotami się nie udała, zwęszył kolejną okazję do wypuszczenia lekkomyślnych Polaków na wojnę. Jestem tedy pełen obaw, że prezydent Biden nam „pozwoli” na utworzenie wspomnianej misji pokojowej, oczywiście zastrzegając z naciskiem, że będzie to „suwerenna decyzja” Polski, z którą USA nie mają nic wspólnego.

Ale chociaż rząd „dobrej zmiany” wraz z prezydentem Dudą, uczestniczy w rozpalaniu oburzenia moralnego i specyficznego patriotyzmu do białości, to emocjonalne rozhuśtywania społeczeństwa musi jakoś zwrotnie działać również i na nich, bo coraz częściej sprawiają wrażenie, jakby tracili kontakt z rzeczywistością. Oto pan prezydent Duda właśnie oświadczył, nawiasem mówiąc, plagiatując Kornela Ujejskiego, a konkretnie – jego wiersz „Maraton”, w którym czytamy m.in: „O, kraj to mały niby szyba tarczy lecz na grób wrogom przecież go wystarczy” – że „nasza ojczyzna jest dość rozległa by pochować wrogów.

Konrad Lorenz twierdził, że zwierzęta dysponujące naturalną, śmiercionośną bronią, jak np. kły, rogi lub pazury, bardzo rzadko zadają sobie śmierć w walce. Kończy się ona bowiem, gdy jeden z walczących osobników dojdzie do wniosku, że przeciwnik jest silniejszy i ratuje się ucieczką, a tamten już za nim nie goni. Tymczasem zwierzęta taką śmiercionośną bronią nie dysponujące, jak np. synogarlice, walczą ze sobą aż do śmierci, to znaczy – dopóki jedna drugiej nie zadziobie.

Toteż nic dziwnego, że prezydent Duda przemawia coraz bardziej buńczucznie, a premier Morawiecki rozstawia po kątach całą Europę, na co tamta wyrozumiale mu pozwala, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że jest jakiś nienaturalnie pobudzony. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie okoliczność, że ta utrata kontaktu z rzeczywistością może doprowadzić do tragedii w postaci wciągnięcia Polski do wojny z Rosją, w której nasi sojusznicy mogą zareagować zgodnie z art. 5 traktatu waszyngtońskiego i sporządzą ostry protest. Państwa poważne bowiem wiedzą, że najlepsza jest wojna prowadzona cudzymi rękami, a w tym celu trzeba tylko znaleźć kandydatów na samobójców. W tej sytuacji tresura przyzwyczajająca, albo nawet wymuszająca zachowania stadne, staje się narzędziem nieocenionym, zwłaszcza gdy tresowani nie zdają sobie z tego sprawy i myślą, że to wszystko naprawdę.

Zresztą nie tylko w takich sprawach. Właśnie niezawisły sąd w Gdańsku w osobie niezawisłego sędziego Tomasza Jabłońskiego, skazał na 20 godzin miesięcznie prac społecznych i 5 tys. zł nawiązki na uchodźców z Ukrainy właściciela ciężarówki na której były ucieszone informacje o edukowaniu dzieci do masturbacji, wyrażaniu zgody na spółkowanie oraz „różnych doświadczeń seksualnych”. Niezawisły sędzia Tomasz Jabłoński uznał to za myślozbrodnię „homofobii”, z czego wynika, ze tresura do zachowań stadnych nie dotyczy tylko patriotyzmu, ale również posłuszeństwa wobec sodomczyków oraz osobników doznających dreszczyków przy edukowaniu cudzych dzieci.

Operacja tak TAJNA, że aż CNN i ONET się rozpisują: Amerykanie szkolą w Polsce ukraińskich żołnierzy w obsłudze super-broni.

30 marzec https://dorzeczy.pl/obserwator-mediow/282862/tajna-operacja-jak-usa-szkola-ukraincow-na-terenie-polski.html

Stacja CNN podała, że na terenie Polski trwają amerykańskie szkolenia dla Ukraińców. Wojska USA uczą, jak posługiwać się zachodnią bronią.

Według źródeł CNN zakres pomocy amerykańskiej obejmuje szkolenie ukraińskiej armii z obsługi sprzętu, który płynie na Ukrainę z Zachodu. Szkolenia te, jak twierdzą informatorzy stacji, odbywają się w Polsce. Informację potwierdził Onet.

Cała akcja jest tajna. – Wsparcie szkoleniowe armii ukraińskiej przez Stany Zjednoczone zaczęło się na długo przed obecną wojną. Pierwsi amerykańscy żołnierze zajęli się szkoleniem jednostek ukraińskich już po aneksji Krymu w 2014 r. – mówi rozmówca Onetu. Obecny atak Rosji na Ukrainę spowodował jednak, że szkolenie z obsługi zaawansowanych systemów uzbrojenia na jej terenie stało się trudne lub wręcz niemożliwe. Dlatego te zadania wykonywane są m.in. w Polsce. Nic więcej nie mogę powiedzieć – wskazuje oficer polskiej armii.

Raczej instruktaż niż szkolenie

Źródła CNN twierdzą, że chociaż wojska amerykańskie rzeczywiście dostarczają Ukraińcom pewnych instrukcji w bazie wojskowej w Polsce, nie jest to równoznaczne z regularnym szkoleniem. Chodzi o instrukcje związane z obsługą sprzętu wojskowego dostarczanego Ukrainie przez Zachód m.in. pocisków przeciwpancernych, pocisków przeciwlotniczych, broni strzeleckiej, w tym karabinów maszynowych i granatników, czy uzbrojonych dronów.

Podczas ubiegłotygodniowej wizyty w Polsce prezydent USA Joe Biden poruszył tę kwestię. – Wojska amerykańskie stacjonujące Polsce pomagają szkolić ukraińskich żołnierzy – wskazał. Jednocześnie podkreślił, że ich głównym celem jest wzmocnienie wschodniej flanki NATO.

Wsparcie nie od dziś

Onet przypomina, że wsparcie szkoleniowe USA dla Ukrainy rozpoczęło się już w 2014 roku, po aneksji Krymu przez Rosję. „Po aneksji Krymu i wybuchu wojny w Donbasie Stany Zjednoczone wysłały do Ukrainy instruktorów wojskowych, którzy pomagali jej w budowaniu armii według procedur NATO. Już wtedy zaczęły się również spore dostawy zachodniego sprzętu do Kijowa” – czytamy.

Duże zaangażowanie USA jest jedną z przyczyn zdecydowanej poprawy jakości funkcjonowania ukraińskiego wojska. Armia Ukrainy jest obecnie znacznie bardziej profesjonalna niż jeszcze kilka lat temu.

W Polsce jest już około 800 000 ukraińskich uczniów i nikt nie wie, co z nimi robić

Piotr Wielgucki https://stowarzyszenierkw.org/polityka/w-polsce-jest-juz-okolo-800-000-ukrainskich-uczniow-i-nikt-nie-wie-co-z-nimi-robic/

Przed chwilą odbyła się konferencja Rafała Trzaskowskiego, utrzymana w wyjątkowo koncyliacyjnym tonie, prezydent Warszawy nawet pochwalił wrogiego ministra Czarnka, który ma się „wsłuchiwać w głos samorządowców”.

Sam też się wsłuchałem, w to co mówi Trzaskowski, chociaż zazwyczaj nie jest to łatwe. Padły konkretne liczby, dające sporo do myślenia, szczególnie w czasach, gdy mało kto myśli, a prawie wszyscy się wzruszają.

W Warszawie uczy się 280 tysięcy dzieci i młodzieży i ta liczba dotyczy wszystkich poziomów nauczania z wyjątkiem szkół wyższych. Jednocześnie Trzaskowski twierdzi, że do stolicy przyjechało 90 tysięcy uczniów z Ukrainy, co stanowi 32% polskich uczniów chodzących do warszawskich szkół.

W całej Polsce ma przebywać ponad 900 000 dzieci, z czego zdecydowana większość to potencjalni uczniowie. O ile przyjęcie 800 tysięcy polskich dzieci, zwłaszcza do szkół podstawowych, nie stanowiłoby większego problemu, o tyle ukraińscy uczniowie w 99% muszą pokonać barierę językową i to dopiero pierwsza poważna bariera.

Po dwóch latach pomoru polska edukacja leży i cienko piszczy, zdecydowana większość odpowiedzialnych nauczycieli mówi wprost, że wszystkie semestry objęte pomorem należałoby powtórzyć. Jak wiadomo takie kroki nie zostały poczynione czemu też trudno się dziwić, społecznie i politycznie jest to operacja nie do przeprowadzenia. Jedyne co pozostało, to próbować nadrobić stracony czas, ale do tego potrzeba spokoju i jasnego obrazu przyszłości.

Tymczasem na szkoły spadł kolejny gigantyczny problem, z którym „nauczyciele jakoś mają sobie poradzić”. W mniejszych miastach, gdzie do szkół trafi po kilkanaście dzieci w różnym wieku, wielkiego dramatu nie będzie, poza tym jednym, że kompletnie nikt nie wie czego te dzieci się mają uczyć, jakim ocenom podlegać i czy w ogóle mają trafić do dzienników i na listy oboczności.

W dużych miastach, jak Warszawa, Wrocław, Kraków, sprawy się mają zupełnie inaczej i nie mówimy już o kilkunastu uczniach na szkołę, tylko kilkuset. Trzaskowski wspominał o tym, jak się Czarnek pochyla nad uwagami samorządowców, ale nie mówił jakie to są uwagi. Gdy się tych rad i pomysłów samorządowców posłucha, to dopiero można się zacząć bać.

Chyba nikt nie jest w stanie policzyć większych i mniejszych reform w obszarze edukacji, ale pewne jest, że za chwilę czeka nas kolejna zmiana i to nie mała. Propozycje idą w dwóch kierunkach: złym i bardzo złym. Pierwszy kierunek najwyraźniej forsowany przez rząd, to automatyczne włącznie uczniów z Ukrainy do polskiego systemu edukacji. Wady tego pomysłu są oczywiste. Nie zyskują na tym polscy uczniowie, ponieważ sama bariera językowa będzie nauczycieli zmuszać do poświecenia znacznie więcej czasu dzieciom obcojęzycznym i Bóg jedyny wie, w jaki sposób mają się w ogóle porozumiewać. Dla ukraińskich uczniów to całkowity bezsens i z wyłączeniem socjalizacji nic nie zyskają na takiej „szkole”. Na Ukrainie jest zupełnie inny system i żeby było śmieszniej, tam obowiązują zlikwidowane w Polsce gimnazja, ale to szczegół, bo różnice w samym programie nauczania są gigantyczne i nie ma mowy o zachowaniu jakiejkolwiek ciągłości.

Drugi kierunek to budowanie ukraińskich szkół w Polsce i na temat konsekwencji tego pomysłu szkoda bić pianę. Jest to taki absurd, że naiwnie liczę na resztki inteligencji w szeregach PiS, co pozwoli od pomysłu odstąpić.

Nikt nie wie ile jeszcze ta zadyma na Ukrainie potrwa, nikt nie wie ilu ostatecznie ukraińskich uczniów w ogóle się zgłosi do polskich szkół, ale na pewno wiemy jedno. Na własne życzenie pakujemy się w kolejne poważne problemy i dzieje się to kosztem dzieci, na których znów eksperymentują politycy.

Praprzyczyną wszystkich problemów jest bezmyślność i podejmowanie wszelkich działań pod wpływem emocji oraz fatalnie pojętej solidarności. Polska zamiast realnie podchodzić do ogromnej fali uchodźców, otworzyła szeroko drzwi i stworzyła cały system zachęt, które sprawiają, że jesteśmy najbardziej atrakcyjnym krajem, bardziej od Niemiec.

Taka „empatia” pozbawiona rozumu skończy się całą serią kryzysów, za które zapłacą Polacy, nie wyłączając polskich uczniów.

Władcy propagandy wymuszają, by popadać w jakąś chorą paranoję. Bardzo brak Prymasa Tysiąclecia.

[a czy jest „zdrowa paranoja”?? MD]

Mail: Wyższy stopień niezrozumienia sytuacji (i socjotechniki) .Bardzo brak Prymasa Tysiąclecia.

Pomoc pomocą ale zaczynamy popadać w jakąś chorą paranoję. Nagle są miejsca w szpitalach, gumowy budżet rozszerzył się o kolejny „x+”, darmowy transport, brak kolejek do lekarzy a na grupach wystarczy dodać magiczne „z Ukrainy” i okazuje się, że można dostać nawet drapak dla kota i paczkę żwiru. 

Stop. 

Żeby nie było – mam wielu znajomych zza Buga ale do cholery nie zachowujcie się, jakbyśmy im byli cokolwiek winni. Naród, który nie zna swej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie. I nie mówię tu tylko o Wołyniu, ale niech dotrze do Ciebie, że mieszkańcy tego kraju, którym wy teraz wysyłacie wszystko jak leci, robicie zbiórki, przywozicie pod swój dach rok 2019   ustanowili  rokiem BANDERY. 

W 2019 r. w Kijowie, nad którym tak teraz płaczecie, kilka tysięcy Ukraińców maszerowało pod czerwono – czarnymi sztandarami wykrzykując hasła, w rytm których polskie dzieci przybijane były gwoździami do drzwi stodół. Nie pokazali w TV? Niebywałe! 

Kraj, który dziś płacze i skomle o naszą pomoc jeszcze 3 lata temu świętował 110 rocznicę urodzin kogoś, kto nie zasługuje nawet na miano człowieka. Nie odrabiacie lekcji a to się boleśnie kończy. Tak się traci tożsamość narodową, tak się znika z map świata. 

Tydzień walki dzielnych Ukraińców z najeźdźcą, nie umniejszam. Jednak  ilu z was 1 sierpnia wróciło myślami do dzieciaków, które w czasie Powstania Warszawskiego wysłano z patykami na czołgi? Przystanąłeś choć na minutę dla uczczenia ich pamięci? Wiesz jak długo trwało Powstanie? Bili się 63 dni !!! Na oczach całego świata, bez zrzutek, pomocy cywilom, bez transportów militarnych. 

Ilu z was 1 września wywiesiło biało – czerwoną flagę wspominając polskie dzieciaki, które nie poszły do szkoły, za to obudziły się w piekle na ziemi? 

Wyspa węży? To już kanon, nowy wymiar bohaterstwa. Wzór absurdu, niedorzeczności, zakłamania! 

Pamiętasz jeszcze chłopaków z Westerplatte? 

Pamiętasz obrońców Wizny? Wyobrażasz sobie, że maksymalnie 700 żołnierzy przez 3 dni mogło stawić opór ponad 40 tysięcznej armii, 350 czołgom i ponad 650 moździerzom? Leonidas i jego 300 Spartan mogłoby się sporo nauczyć od dowódcy odcinka Wizna. Nazywał się Raginis, kapitan Władysław Raginis. 

Ilu z was choć przez sekundę 17 września pomyślało co czuli wasi rówieśnicy, którym armia sowiecka wbiła nóż w plecy? Wiesz co się stało 17 września?

A to, że Zelenski jako prezydent kraju nie opuścił go zaraz po „inwazji”? Też rewelacja!  To powinno być oczywiste dla każdego mężczyzny znającego pojęcie honoru. Twój chłopak mówił, że w razie czego wsiadacie w pierwszy samolot do UK? Dobrze wybrałaś, możesz się przy nim czuć bezpiecznie. 

Z drugiej jednak strony pomyśl, jakie jaja musiał mieć człowiek, który na własne życzenie dał złapać się i umieścić w obozie koncentracyjnym tylko po to, by udowodnić zachodowi do jakiego bestialstwa dochodzi w Auschwitz. Jakie jaja trzeba mieć by w obozie śmieci zorganizować ruch oporu i uciec by osobiście przedstawić ten horror aliantom! Był taki, nazywał się Pilecki, rotmistrz Witold Pilecki. Jeden z pięciu najodważniejszych ludzi na świecie, skazany po wojnie przez ubecje. Po pokazowym procesie zastrzelony strzałem w tył głowy w kaźni przy Rakowieckiej w Warszawie. Do dziś nie odnaleziono miejsca pochówku.

1 marca było jego święto, jego i jemu podobnych – ludzi, którzy nie pogodzili się z wynikiem zakończenia wojny i w okupowanej przez sowietow Polsce opuścili swe rodziny, by z lasu prowadzić walkę o niepodległość. Wywiesiłeś może nakładkę z biało – czerwoną flagą?

A może motyw wilka? Nie? Dlaczego? W TVN śmiali się z Żołnierzy Wyklętych, a więc uwierzyłeś, że byli źli, tak? Wiesz w ogóle kim był Lalek? Ostatni Wyklęty zastrzelony w obławie NKWD w 1963r, osiem lat po wojnie. Wachmistrz Józef Franczak nigdy nie przestał walczyć.

Słyszałeś o 316 polskich chłopakach, którzy pod osłoną nocy od 16 lutego 1941r zrzucani przez RAF na tereny okupowanej Polski – wrócili by walczyć? Wiesz kim byli Cichociemni? 4 marca zmarł ostatni z nich, nazywał się Aleksander Tarnawski, major Aleksander Tarnawski. Jasne, że nie słyszałeś, polskie media mają ważniejsze tematy. 

Żeby nie było, ja nie mówię żeby nie pomagać. Mówię by otworzyć oczy bo wywieszane napisy:  „jesteście u siebie” są przerażające. Nie są u siebie, nigdy nie będą.  Dając im za dużo możemy kiedyś tego słono pożałować. 

I jeszcze jedno. Należysz do dumnego narodu, pochodzisz z ziemi, która wydała na świat więcej bohaterów niż cała postępowa Europa razem wzięta. 

Nie zapominaj, nie depcz historii, patrz szerzej.

Komentarz:

Pochodzę z dumnego narodu, jestem dumna z moich przodków. I dlatego pomagam. Pomagam tak, jak chciałabym, by pomagano Powstańcom. Pomagam tak, aby pokazać, że można. Pomagam z myślą o pomordowanych na Wołyniu, jako zadośćuczynienie za Ich krzywdy i cierpienia. Aby ich krzywda nie obrosła w nienawiść, ale w godność, w honor. Aby nienawiść, która była podłożem Ich nieszczęść przekuć w miłość. Aby „miłuj nieprzyjaciół” ziściło się na naszych oczach.

Budzić niechęć do przybyszów? Czy WŁAŚNIE O TO IM CHODZI ???

Szanowny Panie Profesorze,

dzisiaj znajduję kolejną informację o kolejnych przywilejach dla Ukraińców w Polsce:
 „Piontkowski: przewidujemy dotację na dziecko ukraińskie w przedszkolu,  prawdopodobnie ok. 5 tys. zł”
https://nczas.com/2022/03/28/piontkowski-przewidujemy-dotacje-na-dziecko-ukrainskie-w-przedszkolu-prawdopodobnie-ok-5-tys-zl/ )

Czyli przedszkolom nie będzie opłacało się zajmować „jakimiś-tam polskimi dziećmi”; zastosowano sprawdzony już w trakcie tzw. „pandemii” schemat korupcji dopłatami (wtedy „kowidowymi” — powodującymi, że nie warto było szpitalom zajmować się pacjentami innymi, niż „kowidowi”).
Nie jest możliwe, aby rządzący nie zdawali sobie sprawy, że niezawodnie będzie to budzić niechęć do przybyszów. Z tego prosty, samonasuwający się wniosek, że WŁAŚNIE O TO IM CHODZI.
Dlaczego jednak miałoby o to im chodzić? Otóż przypomnijmy, jak przekonano zachodnią opinię publiczną, aby przestała interesować się zdradzoną i sprzedaną Polską, dając im jednocześnie coś w rodzaju „samorozgrzeszenia” dla tej zdrady; zorganizowano prowokację kielecką, która przekonała zachodnią opinię, że „tych dzikich Polaków lepiej oddać pod kontrolę nawet takich komunistów, bo zostawić ich na swobodzie, to przecież niepodobna”.

Otóż nieodparcie można odnieść wrażenie, że (nie)rząd warszawski zmierza do urządzenia „Prowokacji Kieleckiej bis” — ale takiej od razu w skali całego kraju. Znaczy: za pewien czas, zrozpaczeni coraz większym niedostatkiem Polacy — niedostatkiem, który niechybnie nastąpi w efekcie wzrostu opodatkowania i inflacji — zaczną bardzo nerwowo reagować wręcz na dźwięk języka ukraińskiego. Czemu w sumie nie można będzie się dziwić.
A czemu aż taka skala prowokacja tym razem? A bo i stawka znacznie wyższa, skoro chodzi o zbudowanie „Polin” z połączonych Polski i Ukrainy. Tak więc trzeba mieć pewność, że to na pewno nastąpi — i to „najlepiej” w wielu miejscach naraz.
Co Pan sądzi o takiej hipotezie? Czy nie wygląda to (niestety) wysoce prawdopodobnie?
Uszanowanie, ZB

Mieli dostać dwa tygodnie na opuszczenie Domu Dziecka. Po to, by zwolnić miejsce dla dzieci z Ukrainy…

https://nczas.com/2022/03/28/mieli-dostac-dwa-tygodnie-na-opuszczenie-domu-dziecka-po-to-by-zwolnic-miejsce-dla-dzieci-z-ukrainy/
Wychowankowie domu dziecka po ukończeniu 18. roku życia mają dostawać dwa tygodnie na opuszczenie placówki. Po to, by zwolnić miejsce dla dzieci z Ukrainy. Dotychczas mogli w domu dziecka przebywać do czasu ukończenia nauki. „Jeżeli to zjawisko ma szerszą skalę, w żadnym razie nie sprzyja dobrej integracji” – komentuje Łukasz Warzecha, który stara ustalić się, czy to pojedyncze przypadki, czy działanie na szerszą skalę.

O nienaturalnych sytuacjach donoszą dwa różne źródła – dziennikarz Łukasz Warzecha oraz Kinga Szostko z Gdyni, która ostatnio zasłynęła z organizowania dużej pomocy dla uchodźców z Ukrainy.

O Szostko „Dziennik Bałtycki” pisał niedawno tak: „W ramach Fundacji Przedsiębiorcy Pomagają zgromadziła wokół siebie gigantyczne grono pomagaczy, skoordynowała wysyłkę gigantycznej pomocy rzeczowej, zorganizowała i uruchomiła ogromny magazyn przeładunkowy w Przemyślu, skąd ruszają kolejne transporty”. O pomocy ze strony Szostko pisały także inne duże media.

Szostko od kilku lat pomaga także w domach dziecka. W mediach społecznościowych ujawniła (potem informację usunęła, wyjaśniła też, dlaczego to zrobiła), że w jednej z takich placówek w Gdyni doszło do absurdalnej sytuacji. 18-letnia dziewczyna dostała nakaz opuszczenia placówki, bo trzeba zrobić miejsce dzieci z Ukrainy.

„Informację, którą wczoraj uzyskałam od jednej z wychowanek, zmroziła mnie. Dziewczyna ma dwa tygodnie na opuszczenie swojej placówki, bo MUSI zrobić miejsce dzieciom z Ukrainy. Kończy 18 lat i MA SIĘ WYPROWADZIĆ. Bo tak. Bo ma być miejsce, bo nie ma dyskusji. Nikogo nie obchodzi, że szkołę kończy w czerwcu. Potwierdziłam informację u dyrektora placówki, tak samo jak ja, uważa to za absurd” – poinformowała Szostko.

Następnie Szostko pyta, „dlaczego pomoc ukraińskim dzieciom ma się odbywać KOSZTEM naszych dzieci?”.

„Gdzie mają się podziać te dzieci? Rozumiem, że my, Fundacje, jak zwykle mamy zakasać rękawy i zapewnić im dom, a potem wejdzie Pan „cały na biało” i powie, że to jego zasługa?” – pyta.

Po pewnym czasie Szostko usunęła powyższą informację. Jak wyjaśnia w kolejnym wpisie na Instagramie: „Pomyślałam sobie, że to nie ja powinnam robić porządki, ujawniać afery, spiski, łamanie przepisów czy prawa, bo od tego są dziennikarze, organy ścigania i inni szczekacze. Ja chcę robić dobrą robotę. A przede wszystkim nie szkodzić, a już na pewno nie samej sobie, czy Dzieciakom z Domów Dziecka (…) Za dużo mówię, za dużo widzę, za dużo słyszę, upubliczniam. Od dzisiaj oficjalnie i uroczyście: zło zwalczam dobrem, a głupotę milczeniem”.

Poniżej usunięty wpis.

mail:

Wygląda na to, że takie rzeczy obecnie dzieją się ciągle i wszędzie. To nie
może być, moim zdaniem, jedynie „głupota”; to wygląda na świadomą, cyniczną
i wyrachowaną prowokację