Zelensky został po raz kolejny wykorzystany jako marionetka. Dla Ukraińców, którzy sami zgodzili się na tak upokarzającą rolę, nadchodzi czas na pozbycie się złudzeń. Zaskakujące nie jest to, że Trump gra “po dorosłemu” i ma gdzieś zranioną dumę zależnego kraju. Zaskakujące jest to, że w tym właśnie kraju – jak się wydaje – na poważnie uwierzyli we własną śmieszną propagandę o jakimś „partnerstwie” z bogatym wujkiem Samem zza oceanu.
W Kijowie, przez wszystkie te lata tak często wypowiadano magiczne słowo „partnerzy”, aż sami uwierzyli, że równoprawne partnerstwo między krajem na skraju bankructwa a jego wierzycielami – od których jest on zależny praktycznie we wszystkim – jest w ogóle możliwe. Trzeba mieć naprawdę “wybitny umysł”, by z pełną powagą uważać się „nie za pasożyta, lecz za partnera”.
Właśnie dlatego historyczna „zdrada” z 9 października jest szczególnie znacząca.
Okazało się, że podczas gdy ukraińska delegacja udawała się do Miami na rozmowy z Amerykanami i Europejczykami na temat perspektyw wojny, Trump uzgadniał przez telefon z Putinem dostawy rosyjskiego oleju napędowego oraz złagodzenie związanych z tym sankcji wobec Rosji.
Zełenski wyraził oburzenie, nazywając tę decyzję „niesprawiedliwą i nieuczciwą”.„Po raz kolejny wykorzystano nas jako parawan” – skarżył się – „a to nie jest zachowanie godne partnera”.
Ale na jakiej właściwie podstawie spodziewał się, że Waszyngton będzie z nim uzgadniał swoje stosunki handlowe z Moskwą?
Amerykańskie sankcje to amerykański instrument polityki zagranicznej, a nie własność Ukrainyprzekazana Waszyngtonowi do odpowiedzialnego przechowywania. Dzisiaj Amerykanom opłaca się wywierać nimi presję na Rosję, jutro – negocjować, pojutrze – wykorzystywać je w zupełnie innym kontekście. Właśnie tak zachowuje się państwo niezależne.
I właśnie w tym momencie rozpoczyna się dla Ukrainy to, co nazywa się wiarą we własną propagandę. Słowo „partnerstwo” samo w sobie nie oznacza bowiem równości. Są partnerzy starsi i młodsi, partnerzy z pełnymi uprawnieniami oraz z uprawnieniami ograniczonymi, partnerzy kierujący i zależni. Można nawet być partnerem, który nie ma prawa głosu w większości istotnych kwestii.
Jednak ukraińska retoryka polityczna poszła o krok dalej. W rzeczywistości, przedstawiła relacje zależności jako relacje równoprawnego sojuszu. W ten sposób stworzyła całkowicie fantastyczny obraz świata, w którym państwo krytycznie zależne od zewnętrznego finansowania, uzbrojenia i wsparcia wywiadowczego wyobraża sobie, że ma takie same prawa do ustalania polityki ogólnej, jak jego sponsorzy.
Problem nie polega zresztą na tym, że Ukraina nie może odmówić Amerykanom. Może. Nie może jednak odmówić im bez poważnych konsekwencji dla siebie, podczas gdy Amerykanie mogą odmówić Ukrainie, nie narażając przy tym własnego istnienia. Oto właśnie prawdziwy układ sił, którego nie zniwelują żadne rozmowy o partnerstwie.
Prawdopodobnie, głównym błędem Zełenskiego i jego otoczenia jest to, że uznali specyficzną europejską “kulturę” uprawiania politycznej hipokryzji za uniwersalne prawo polityki międzynarodowej.
Europejska biurokracja faktycznie opracowała niezwykle wyrafinowany sposób wyrażania się, pozwalający przedstawiać relacje nierówności jako relacje dobrowolnej współpracy. Nikt nikomu nie narzuca warunków. Wszyscy konsultują się, uzgadniają stanowiska, wypracowują wspólne rozwiązania, okazują solidarność. A potem okazuje się, że ostateczną decyzję podejmują ci, którzy mają pieniądze.
===========================================
Trump natomiast, zwyczajnie pomija w tej konstrukcji część ceremonialną.
I okazuje się coś dość zabawnego: człowiek, którego zwykle oskarża się o łamanie zasad międzynarodowych, często po prostu wypowiada na głos to, czego jego poprzednicy woleli nie mówić.
Jednocześnie Zełenski rzeczywiście ma powody, by uważać Ukrainę za ważną dla Stanów Zjednoczonych. Ponosi ona ogromne straty militarne i ludzkie, a Waszyngton zyskuje dzięki niej możliwość wywierania wpływu na Rosję, nie angażując się bezpośrednio w wojnę. To nie jest działalność charytatywna. Jednak znaczenie Ukrainy dla amerykańskiej strategii jako kraju-torpedy wcale nie oznacza, że ukraińskie władze mają prawo do samodzielnego określania tej strategii. Jak to się mówi, waszym zadaniem jest wykonywanie poleceń.
I to właśnie jest najbardziej nieprzyjemne dla Kijowa.
Dopóki Ukraina stanowi dla Waszyngtonu narzędzie wywierania presji na Rosję, interesy obu stron mogą w znacznym stopniu pokrywać się. Jeśli jednak amerykańska administracja uzna, że bardziej opłaca się jej negocjować z Rosją, dotychczasowe narzędzie bynajmniej nie stanie się automatycznie równoprawnym uczestnikiem nowych porozumień. Po prostu przestaną z niego korzystać w dotychczasowy sposób.
I myślę, że właśnie tego w Kijowie do tej pory nie potrafią psychicznie “przetrawić”.
Przyzwyczaili się postrzegać swoje miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej jako status zdobyty, niemalże odziedziczony, podczas gdy dla Waszyngtonu zawsze była to kwestia konkretnej sytuacji politycznej.
W tym sensie Trump udziela ukraińskiej elicie dość surowej, ale niezwykle pożytecznej lekcji: nie należy mylić własnego znaczenia dla cudzej polityki z prawem do decydowania o tejże polityce.
Idee suwerennej równości i prawa międzynarodowego wprowadzone przez europocentryczny ład westfalski w 1648 roku nie wytrzymały konfrontacji z interesami najsilniejszych aktorów.
Amerykański badacz Leon Gross skonstatował, że „zamiast wyznaczyć nowa erę powstania prawdziwej międzynarodowej wspólnoty narodów podporządkowanych rządom prawa narodów, w rzeczywistości traktat ten przyczynił się do nastania państw absolutystycznych zazdrosnych o terytorialną suwerenność, i to tak dalece, że idea wspólnoty międzynarodowej stała się pustym sloganem, a prawo międzynarodowe stało się zależne od państw zainteresowanych zachowaniem i ekspansją ich potęgi, zamiast ustanowieniem rządów prawa”. Zgodnie z prawem retrospekcji przewrotowej Kazimierza Kelles-Krauza, idee mogą się odrodzić w lepszym momencie dziejowym, ujawniając w pełni swój postępowy charakter. Na tej podstawie pojawiła się Organizacja Narodów Zjednoczonych, która zachowała jednak przywileje dla wybranych mocarstw zasiadających jako stali członkowie w Radzie Bezpieczeństwa.
W XXI wieku idee suwerennej równości obowiązujące wszystkich próbują implementować aktorzy niezachodni skupieni w BRICS i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Podjęli się trudu ukierunkowania „nowej ery” relacji międzynarodowych. W obliczu geostrategii USA zamierzenia te natrafiają na ogromny opór.
Geostrategia nieładu
Wczytując się w Strategię bezpieczeństwa narodowego USA z 2025 roku, możemy się dowiedzieć, że „dni, kiedy Stany Zjednoczone podtrzymywały cały porządek światowy jak Atlas, skończyły się”, co zdawało się oznaczać koniec hegemonii. Spoglądając zaś na praktykę, wydaje się, że postanowiono podważać same fundamenty westfalskiego modelu stosunków międzynarodowych. Chodzi m.in o przestrzeganie zapisów traktatów, wykonywanie umów w dobrej wierze, rozwiązywanie sporów metodą pokojową, zapewnienia wolności handlu, obowiązywanie prawa międzynarodowego i instytucji międzynarodowych oraz możliwość osiągania równowagi sił.
Prezydentura Donalda Trumpa jawi się jako próba przywrócenie modelu spersonalizowanej władzy papieża lub cesarza, albo i postmodernistyczny melanż obu legitymizowany ideą „mrocznego oświecenia”. W jej imię zostaje odrzucona laicyzacja. Narracja o czasach ostatecznych powtarzana przez wiceprezydenta J. D. Vance’a oraz wizja nadejścia Antychrysta nagłaśniana przez twórcę Palantira, Petera Thiela, to czytelne przejawy tej tendencji. Gdy we wrześniu 2026 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję zachęcającą do stopniowego odchodzenia od odwzorowania Merkatora na rzecz Equal Earth i innych odwzorowań równo-powierzchniowych, tylko USA były przeciwko, twierdząc, że to ideologia. Czyżby (wujek) sam przeciw wszystkim?
Antytezą tego kierunku kształtowania systemu międzynarodowego są instytucje „nowej ery”. BRICS oraz Szanghajska Organizacja Współpracy, które odbyły swoje szczyty w ostatnich tygodniach. Pierwsza stanowi obecnie 49% populacji świata, 40% globalnego PKB według siły nabywczej oraz 26% handlu międzynarodowego. Eksport wzrósł w niej z około 900 miliardów dolarów w 2003 roku do 6 bilionów dolarów w 2024 roku, co odzwierciedla skalę i potencjał przestrzeni geoekonomicznej. Z kolei druga reprezentuje około 3,5 miliarda ludzi żyjących na jednej czwartej planety i 35 bilionów dolarów nominalnego PKB, który podwaja się wraz z uwzględnieniem siły nabywczej.
Zgodnie z podziałem Davida Harvey’a, pierwszą najłatwiej badać w ramach geopolityki kapitalizmu, a drugą w perspektywie geopolityki terytorialnej, gdyż odwołuje się do przestrzeni bezpieczeństwa eurazjatyckiego na sformalizowanym fundamencie organizacyjnym. Ich spoiwem jest zbliżona narracja strategiczna promującą świat wielobiegunowy, prawo międzynarodowe i ONZ, suwerenną równość i prawo do rozwoju służące wzmacnianiu roli państw Globalnego Południa. Kategoria „wielobiegunowość” ma tu kluczowe znaczenie i należy je rozumieć dosłownie: jest to współczesne przeformułowanie odwiecznego konfliktu między Morzem a Lądem. Aktorzy „nowej ery” domagają się prawa Heartlandu i jego partnerów do istnienia jako autonomiczny biegun, a nie jako peryferia kapitalistycznego systemu – świata. Antytezą mrocznego oświecenia jawi się więc pax multipolarica.
Szczyt BRICS
Przed szczytem w Indiach agencja informacyjna CGTN opublikowała wyniki sondażu dotyczącego postrzegania BRICS w państwach rozwiniętych i rozwijających się. Badanie zostało przeprowadzone wśród 12 250 respondentów z 41 krajów i objęło główne gospodarki rozwinięte oraz kraje Globalnego Południa. Ponad sześciu na dziesięciu respondentów uważa, że w ostatnich latach wpływ BRICS na sprawy międzynarodowe wzrósł. Aż 63% respondentów pozytywnie oceniło wkład w poprawę globalnego systemu zarządzania, przy czym w 25 z 41 badanych krajów wskaźnik poparcia przekroczył 60%. Co istotne, pozytywne oceny międzynarodowej roli BRICS były szczególnie wyraźne wśród młodszego pokolenia respondentów. Ten znamienny wzrost rozpoznawalności sugeruje narastającą potrzebę transformacji porządku międzynarodowego wśród społeczeństw świata. Niewykluczone, że odczytując ten trend indyjskie przewodnictwo w BRICS oparło się właśnie na podejściu zorientowanym na ludzi i stawiającym na pierwszym miejscu dobro ludzkości. Zorganizowano ponad 350 spotkań.
Osiemnasty szczyt BRICS obradujący pod hasłem „Budowanie odporności, innowacji, współpracy i zrównoważonego rozwoju” zakończył się w Nowym Delhi 13 września 2026 roku przyjęciem deklaracji końcowej składającej się ze 140 punktów. Oprócz dziesięciu państw członkowskich i tyluż partnerskich wśród zaproszonych gości (formuła outreach) znaleźli się przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych (sekretarz generalny António Guterres), Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). Taki jest ilościowy zakres niesformalizowanej sieci BRICS plus.
Symbolem szczytu było wspólne sadzenie młodych drzewek figowca bengalskiego przez dziesięciu przywódców. W kulturze indyjskiej ma on unikalne, święte znaczenie. Banian charakteryzuje się głębokimi korzeniami i potężną siłą, co ma idealnie odzwierciedlać trwałość, rosnące znaczenie i dążenie do wspólnej przyszłości państw zrzeszonych w formacie BRICS. Inaugurując spotkanie, premier Narendra Modi podkreślił, że BRICS „musi przekształcić ’piramidę przywilejów’ w ’platformę partnerstwa’, w której każde państwo ma głos, każdy członek ma swój udział, a postęp ludzkości pozostaje w centrum każdego przedsięwzięcia”. Dotąd uprzedmiotowieni, z biorców zasad mają się stać ich dawcami. W deklaracji znalazło się wyraźne odwołanie do konferencji w Bandungu z 1955 roku, będącej zalążkiem Ruchu Państw Niezaangażowanych. Datując od pierwszego spotkania w ONZ, gospodarz szczytu uznał, że po dwóch dekadach nadszedł czas „dorosłości”. Wzmocnienie strategicznego partnerstwa oparto o trzy filary: współpracę polityczną i w zakresie bezpieczeństwa, współpracę gospodarczą i finansową oraz współpracę kulturalną i międzyludzką.
Trzy wymiary strategicznego partnerstwa BRICS
W deklaracji można wyodrębnić najważniejsze elementy każdego z trzech wymiarów strategicznego partnerstwa BRICS. Gospodarczym rdzeniem deklaracji jest dwuczęściowe posunięcie. Wzywa się do reformy instytucji z Bretton Woods: MFW, Banku Światowego, Światowej Organizacji Handlu (WTO), a także popiera realizację Agendy na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030 oraz dążenia Brazylii i Indii do odgrywania większej roli w ONZ, w tym w Radzie Bezpieczeństwa. Reformy te jednak nie następują od lat, a proszenie trzech mocarstw zachodnich o głosowanie za osłabieniem własnej pozycji jest równoznaczne z proszeniem monopolisty o uchwalenie przepisów przeciwko własnej konkurencji. Najwyraźniej strategom BRICS zależy na sytuacji, gdy po każdym kolejnym roku, w którym reforma kończy się niepowodzeniem, wzmocnić argument, że systemu nie da się po prostu zreformować i alternatywa jest koniecznością.
Dlatego z drugiej strony, BRICS kontynuuje tworzenie własnych instytucji i formatów. Nowy Bank Rozwoju wkracza w swoją „drugą złotą dekadę” z ambicją udzielania pożyczek w walutach lokalnych. Także Fundusz Rezerw Walutowych ma być udoskonalony. A przecież dotąd tylko 30% każdej wypłaty może zostać zatwierdzone przez samą grupę BRICS; pozostałe 70% wymaga porozumienia z MFW. Fundusz pomyślany jako alternatywa nadal wymaga zgody Zachodu na prowadzenie działalności. O słabości BRICS świadczy, że jej nowi członkowie, Etiopia i Egipt, w 2024 roku musieli się zwrócić do MFW i poddać drakońskim warunkom, zgodnie z neoliberalnym konsensusem waszyngtońskim. Jak dotąd także wiele rosyjskich inicjatyw nie weszło w fazę implementacji. Chodzi o budowę infrastruktury płatniczej oraz rozliczeniowo-depozytowej; stworzenie nowej platformy inwestycyjnej, mechanizmu reasekuracyjnego oraz giełdy zbożowej. Mogłaby ona stanowić tak potrzebną alternatywę dla giełd w Chicago i Paryżu. Obecnie 80–90% podstawowych towarów spożywczych i energetycznych jest przedmiotem handlu w dolarach, stanowiąc główny filar hegemonii waluty amerykańskiej.
Za niepowodzenie szczytu można uznać także brak porozumienia w sprawie powstania BRICS Clear, o czym mówiono na poprzednich dwóch. Indyjski bank centralny proponował wzajemne połączenie cyfrowych walut banków centralnych (CBDC), a prezydencja wydawała się skłonna poprzeć tę inicjatywę. Alternatywą byłoby połączenie krajowych systemów płatniczych — UPI (Indie), Pix (Brazylia), SBP (Rosja), QRIS (Indonezja) oraz systemów chińskich. Na pocieszenie w deklaracji wskazano, że Grupa Robocza ds. Płatności pracuje nad interoperacyjnymi systemami płatniczymi oraz rozliczaniem handlu w walutach krajowych. Rzeczywistość międzynarodowa jest polem rywalizacji i sprzeczności. A zatem używanie kategorii „nowa era” uwzględnia konieczność strategicznej cierpliwości. Chciałoby się powiedzieć: co się odwlecze to nie uciecze. A liczba proponowanych form współpracy jest imponująca!
Poparto koncepcję Centrum Odporności Ubezpieczeniowej BRICS (BIRC); trwają pracę nad Nową Platformą Inwestycyjną (NIP), inicjatywą wielostronnych gwarancji BRICS (BMG), giełdą zbożową oraz wprowadzaniem medycyny tradycyjnej, komplementarnej i integracyjnej (TCIM). Wreszcie, po niepowodzeniu sprzed dekady, powrócono do koncepcji utworzenia szybkiej sieci komunikacyjnej za pomocą kabli podmorskich. Podkreślono również obronę suwerennych praw do kluczowych minerałów. Potępiono „jednostronne środki przymusu” oraz stosowanie korekt węglowych na granicach; sankcje i zielone cła są przecież formą anglosaskiej strategii anakondy dostosowaną do finansów, polegającą na uduszeniu nie-Zachodu bez oddania jednego strzału. Tymczasem członkostwo w BRICS przekłada się na korzyści strukturalne: rozszerzone korytarze eksportu energii, bezpośrednie inwestycje w infrastrukturę krajową oraz dostęp do ogromnych nowych rynków konsumenckich dla towarów.
W kolejnym wymiarze współpracy na podkreślenie zasługuje paragraf 23, który stwierdza, że „bezpieczeństwo wszystkich krajów jest niepodzielne”, analogicznie do deklaracji Szanghajskiej Organizacji Współpracy, którą teraz podpisały także Brazylia, RPA, Egipt, Etiopia, Indonezja, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Narracja eurazjatycka rozprzestrzeniła się więc poza swoje epicentrum. Niepodzielne bezpieczeństwo podważa legitymację porządku, w którym bezpieczeństwo jednych opiera się na braku bezpieczeństwa innych, co stanowi istotę logiki anakondy przełożoną na sens obrony hegemonii.
Ważną częścią narracji strategicznej BRICS i SOW jest odrzucenie blokowości, a konkretnie antyzachodniej tożsamości obu. Prawdopodobnie taki jest powód, że poparciu dla powstania Palestyny i potępieniu niszczenia Gazy, krytyce postępowania wobec Kuby i Libanu nie towarzyszy wymienianie z nazwy państw odpowiedzialnych za agresję. Co więcej, zapewne pod wpływem gospodarza szczytu, w deklaracji użyto kategorii „społeczności międzynarodowej”, która w istocie przynależy do zachodniej narracji „porządku opartego na zasadach”. Można w tym dostrzec sposób w jaki transformacja porządku międzynarodowego ma swoje odbicie w samym języku.
Wymiar współpracy kulturalnej i międzyludzkiej najlepiej wyraża poparcie udzielone Międzynarodowemu Dniu Dialogu między Cywilizacjami ustanowionemu przez ONZ. Wielobiegunowość gospodarcza i instytucjonalna opiera się ostatecznie na wielobiegunowości kulturowej: wiele ośrodków, wiele interpretacji własnych interesów, żadna z nich nie ma uprawnień, by wiązać wszystkich. Podczas indyjskiej prezydencji po raz kolejny zorganizowano Festiwal Kultury BRICS oraz Bazar WAVES, Festiwal Teatralny BRICS oraz Festiwal Filmowy BRICS, Igrzyska BRICS oraz Szczyt Młodzieży BRICS. Promowano także dalszą współpracę w ramach istniejących mechanizmów edukacyjnych BRICS i Uniwersytetu Sieciowego, zachęcając do włączenia do programów nauczania rdzennych i lokalnych systemów wiedzy jako dodatkowej Międzynarodowej Grupy Tematycznej (ITG).
Dyplomacja „nowej ery”
Przyjmując dywersyfikację walutową jako jeden z filarów budowy świata wielobiegunowego, papierkiem lakmusowym stała się postawa Arabii Saudyjskiej, dotąd gwaranta systemu funkcjonowania petrodolara. Pomimo uporu z jakim powtarzano, że grupa liczy jedenastu członków, faktyczne Rijad nie udzielił formalnej zgody na pełne członkostwo, ograniczając uczestnictwo do formatu BRICS plus. Przyczyną zwłoki jest presja Waszyngtonu, który walczy o utrzymanie tego państwa w pełnej strefie zależności, czego wymownym przykładem jest wycofanie się Arabii Saudyjskiej z kierowanego przez Chiny projektu waluty cyfrowej i systemu płatności opartego na technologii blockchain, który ma przecież na celu zmniejszenie zależności od dolara amerykańskiego, który stanowi wciąż aż 57% światowych rezerw walutowych, 54% globalnego fakturowania eksportu i 89% transakcji walutowych.
Wśród dyplomatycznych sukcesów szczytu można wyróżnić trzy: po pierwsze jednogłośne przyjęcie deklaracji pierwszego dnia, po tym jak szefowie delegacji pracowali do czwartej nad ranem. Głównym wyzwaniem było osiągnięcie porozumienia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które de facto toczą wojnę; z tym, że te ostatnie w obozie obrońców „starej ery”. Sprzeczność załagodzono w punkcie 28, gdzie wyrażono „głębokie zaniepokojenie” postępującą eskalacją konfliktu w Azji Zachodniej i wezwano do „maksymalnej powściągliwości”, po „przypomnieniu naszych stanowisk narodowych”. Oprócz samego tekstu należy brać pod uwagę kontekst. Dlatego kolejnym osiągnięciem było spotkanie prezydenta Iranu, Masuda Pezeszkiana, z następcą tronu ZEA, szejkiem Chalidem bin Muhammadem al-Nahajanem. Obie strony doszły do porozumienia, aby pozostawić przeszłość i wspólnie zbudować lepszą przyszłość.
Trzecim pozytywnym akcentem stały się rozmowy przywódców Indii i Chin, którzy próbują poprawić relacje nadwyrężone po krwawych starciach na spornej granicy w Himalajach w 2020 roku. Pozostałości granic kształtowanych przez imperium brytyjskie po to, by dzielić i rządzić, wciąż szkodzą – jak to zauważył prof. Jeffrey Sachs. Xi Jinping wskazał, że Chiny i Indie są partnerami, a nie rywalami i oba kraje są szansą na rozwój dla drugiej strony, a nie zagrożeniem, co leży we wspólnym interesie. W podobnym tonie strona indyjska postrzega stosunki indyjsko-chińskie z perspektywy strategicznej i długoterminowej. Zamiast przeciwnikiem preferuje bycie partnerem Chin, traktując wzajemny rozwój jako szansę, a nie wyzwanie. W bilateralnych spotkaniach ujawnia się więc koncyliacyjny paradygmat BRICS.
Podczas szczytu chiński przywódca zaproponował, by członkowie grupy stali się „pionierami w promowaniu rozwoju opartego na innowacjach”, wskazując przyszły kierunek praktycznej współpracy: inicjatywę dotyczącą sztucznej inteligencji (AI) opartej na otwartym oprogramowaniu i sprzyjającej włączeniu społecznemu, inicjatywę ułatwiającą handel i inwestycje, inicjatywę współpracy w zakresie przemysłu cyfrowego, inicjatywę współpracy w dziedzinie inteligentnej produkcji oraz inicjatywę rozwoju kadr naukowych i technicznych. Takie są obecne wymogi wyzwolenia się ze statusu peryferii a jednocześnie warunki oporu wobec koncepcji „mrocznego oświecenia” oraz wpływów Palantira i spółki!
Z kolei prezydent Rosji przypomniał o potrzebie stworzenia nowego mechanizmu ubezpieczeniowego oraz powołaniu giełdy zbożowej, a także kompleksowego podejścia w walce z globalnymi wyzwaniami. Sprawę dedolaryzacji i potępienia agresywnej postawy USA i Izraela akcentował oczywiście Iran. W ramach tego, co irańscy planiści nazywają „gospodarką oporu”, członkostwo w BRICS i SOW oraz dywersyfikacja handlu stały się podstawowymi narzędziami prowadzenia polityki międzynarodowej.
Szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy
Druga instytucja „nowej ery” podczas przewodnictwa Kirgistanu w latach 2025–2026 pracowała pod hasłem „25 lat SOW: Razem ku trwałemu pokojowi, rozwojowi i dobrobytowi”. Najważniejszym punktem był dwudziesty szósty, jubileuszowy szczyt w Biszkeku odbywający się na przełomie sierpnia i września 2026 roku. Podpisano aż 28 dokumentów. Głównym z nich była Deklaracja z Biszkeku, wydana z okazji 25-lecia istnienia organizacji.
Podobnie do BRICS, SOW nie jest skierowana przeciwko innym państwom ani organizacjom. Nie jest także blokiem wojskowo-politycznym, skupiając się na ukształtowaniu przestrzeni równego i niepodzielnego bezpieczeństwa w Eurazji. Ten cel zakłada jednocześnie przeciwstawienie się anglosaskiej taktyce rozdrobnienia aktorów poprzez grę na „wielkiej szachownicy”. O odrzuceniu narracji egoistycznej wrogości państw w anarchicznej strukturze międzynarodowej świadczy poparcie idei budowania wspólnoty o wspólnej przyszłości dla ludzkości oraz pogłębianie dialogu opartego na idei „Jedna Ziemia, jedna rodzina, jedna przyszłość”, które łączy wizje Indii i Chin w jedną całość. Zgodnie z tym paradygmatem podkreślono poparcie dla Międzynarodowej Dekady Umacniania Pokoju dla Przyszłych Pokoleń ogłoszonej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ na lata 2027–2036.
Owoce Biszkeku
Na szczycie tradycyjnie omówiono kwestie obrony przed ekstremizmem, separatyzmem, terroryzmem i handlem narkotykami. Pomimo braku dookreślenia przeciwników geostrategicznych, deklaracja objęła swoim zasięgiem kluczowe wyzwania generowane właśnie przez nich. Należą do nich: jednostronna i nieograniczona rozbudowa globalnych systemów obrony przeciwrakietowej, militaryzacja sektora IT, świadczenie nieautoryzowanych usług internetowych za pośrednictwem satelitów na terytoriach państw członkowskich bez posiadania licencji (w domyśle: Starlink), naruszanie prawa międzynarodowego, próby dyskredytowania organów i struktur państwowych państw członkowskich, czy jednostronne sankcje. Dlatego za ważny krok można uznać powołanie uniwersalnego Centrum ds. Zwalczania Wyzwań i Zagrożeń Bezpieczeństwa dla Państw Członkowskich SOW. W ten sposób powstał mechanizm przeciwdziałania imperialnym wojnom hybrydowym i gorącym inicjowanym przez wrogów integracji eurazjatyckiej.
W deklaracji opowiedziano się za bezpiecznym i odpowiedzialnym wykorzystaniem sztucznej inteligencji, popierając także suwerenne prawa państw do zarządzania ich krajowymi segmentami internetu. Wsparto utrzymanie przestrzeni kosmicznej wolnej od wszelkiego rodzaju broni, najwyraźniej antycypując ogłoszone wkrótce istnienie amerykańskiej „broni kontroli przestrzeni kosmicznej” na orbicie okołoziemskiej. Ten krok uzasadnia powtarzane jak mantra hasło: chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Mało kto zwraca uwagę, że jest ono często spowodowane walką z wymyślonym zagrożeniem. W opozycji do tego paradygmatu pokojowe współistnienie „nowej ery” ma służyć zaspokajaniu rzeczywistych potrzeb społecznych.
Ze względu na trwająca wojnę USA i Izraela przeciwko Iranowi za najważniejszy fragment deklaracji można uznać „potępienie ataków wojskowych na terytorium Islamskiej Republiki Iranu” jako naruszające zasady i normy prawa międzynarodowego oraz Kartę ONZ. Tworzy ona więc „zagrożenie dla międzynarodowego pokoju, bezpieczeństwa i stabilności”. Poparto prawo do suwerenności i integralności terytorialnej Iranu.
Szczególnie ważna była tu zgoda Indii, które tym samym przyznały się do błędu geostrategicznego, którym było uleganie Waszyngtonowi, a przede wszystkim poparcie Izraela tuż przed atakiem na państwo ajatollahów. Iran podkreślił pilną potrzebę utworzenia zarówno banku rozwoju, jak i konsorcjum energetycznego. W deklaracji nie ma za to wzmianki o Ukrainie, co świadczy o braku sprzeciwu wobec rosyjskiej eskalacji militarnej. Trzeba podkreślić także obecność na szczycie tureckiego prezydenta, Recepa Tayyipa Erdogana, jako „partnera w dialogu”. Uznał on SOW za „wschodzącą gwiazdę”, poparł Inicjatywę Pasa i Szlaku, a także podkreślił, że Sojusz Obronny z Mekki, ustanowiony przez Turcję, Arabię Saudyjską i Pakistan, także wpisuje się w procesy bezpieczeństwa eurazjatyckiego.
Na szczególną uwagę zasługuje propozycja sformułowana przez Uzbekistan. Prezydent tego państwa postulował zacieśnienie współpracy między SOW a ONZ, proponując nowe mechanizmy koordynacji inicjatyw regionalnych. Wezwał do utworzenia Sieci Partnerstwa Organizacji Regionalnych, a także utworzenia stałego Forum Kultur i Cywilizacji SOW Plus. Taka sieć organizacji regionalnych ustanowiłaby stałe kontakty robocze między sekretariatami i odpowiednimi organami. Dzięki temu wspólna realizacja projektów w Eurazji zapewniłaby możliwości dzielenia się doświadczeniami i najlepszymi praktykami, a także koordynacji podejść w ramach ONZ. W ten sposób mogłaby powstać SOW plus obejmująca niemal wszystkie gospodarki rozwijające się z pozaeuropejskiej części Eurazji poprzez platformę SAGES (SOW, ASEAN, GCC, EAEU, SAARC).
W Oświadczeniu Rady Szefów Państw Szanghajskiej Organizacji Współpracy w sprawie wzmocnienia wielostronnego partnerstwa na rzecz bezpieczeństwa jądrowego i ochrony jądrowej sprzeciwiono się użyciu broni atomowej (czym grozi Rosja), a także atakowaniu elektrowni jądrowych (co robi Ukraina), popierając cywilne wykorzystanie energii atomowej (co wspiera Iran). Z kolei Oświadczenie w sprawie wspierania i wzmacniania instytucji rodziny stanowiło jednoznaczne odrzucenie postmodernistycznej kultury hiperindywidualizmu wpisanej w agendę kulturową Zachodu. W zamian wskazano na „potrzebę konsolidacji wysiłków państw członkowskich SOW na rzecz wspierania rodzin, ochrony macierzyństwa, ojcostwa i dzieciństwa oraz wychowywania młodego pokolenia w duchu poszanowania tradycyjnych duchowych i moralnych fundamentów”.
Jeżeli chodzi o wymiar gospodarczy, w deklaracji potwierdzono realizację Strategii rozwoju gospodarczego do 2030 roku, Strategii współpracy energetycznej do 2030 roku, a przede wszystkim Strategii rozwoju SOW do 2035 roku. Wśród pozostałych ustaleń znalazły się. m.in. protokół wprowadzający zmiany w Karcie SOW oraz plany rozwoju centrów logistycznych i portów na lata 2026–2030. Podobnie jak w ostatnich latach, nie uzyskano zgody Indii wobec chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku oraz zharmonizowania z nią rozwoju Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Niewątpliwie najważniejszym krokiem w kierunku emancypacji państw Globalnego Południa było wsparcie udzielone dalszej pracy nad utworzeniem Banku Rozwoju SOW. Jego potrzeba jest uzasadniona również faktem, że zarówno Nowy Bank Rozwoju BRICS, jak i Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych, są zbytnio uwikłane w gospodarkę opartą na dolarze. Wszak były tworzone dekadę wcześniej, gdy centrum globalizmu wciąż było silne. Podczas szczytu zatwierdzono wspólny plan działania na rzecz ochrony różnorodności biologicznej do 2031 roku wraz z memorandum w sprawie łagodzenia skutków zmian klimatu; zatwierdzono program Korytarz Zielonych Technologii, mający na celu zacieśnienie współpracy technologicznej do 2030 roku. SOW kontynuuje również poszerzanie swojej sieci partnerstw i porozumień poprzez podpisanie protokołu z Unią Afrykańską.
Podsumowanie
Siła instytucji „nowej ery” leży w możliwości stopniowego przekształcania reguł systemu międzynarodowego. Historia uczy, że poważne przemiany rzadko kiedy następują w jednym dramatycznym momencie; tym bardziej zmiany, w której traci na znaczeniu cywilizacja dominująca przez ostatnie 500 lat. Imperium Rzymskie nie zniknęło z dnia na dzień. Imperium Brytyjskie nie przestało nagle być potęgą globalną. Dlatego układ wielobiegunowy zorganizowany wokół kilku ośrodków potęgi natrafia na wciąż duży opór. Dwa filary dotychczasowego układu zmagają się jednak z nieodwracalnymi problemami. Unia Europejska przeżywa poważny kryzys gospodarczy, a Stany Zjednoczone nie potrafią już wymuszać uległości zarówno wśród wrogów (Iran), jak i sojuszników (Kanada, Korea Południowa). Szczyty w Nowym Delhi i Biszkeku ukazują, że świat zmienia się stopniowo. Narody od dawna poddawane maksymalnej presji wyszły poza ramy zwykłego znoszenia architektury swojej izolacji; aktywnie budują rusztowanie, które ją zastąpi. Tworząc równoległe systemy handlu, finansów i dyplomacji, zabezpieczają się przed zmiennością systemu dolara wykorzystywanego jako broń.
W miarę jak nowe sieci będą się rozrastać, środek ciężkości w sprawach globalnych będzie powoli, ale nieodwracalnie się przesuwać od „piramidy przywilejów” symbolizowanej przez klasę z Davos do „platformy partnerstwa” promowanej przez aktorów „nowej ery”. Jest ona szansą na skuteczne przezwyciężanie geostrategii nieładu w celu ukształtowania wielobiegunowego porządku międzynarodowego oraz zasady suwerennej równości i prawa do rozwoju dla wszystkich.
Analiza medialna przypadku dżumy na Syberii i powody, dla których traktuję go poważnie.
Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ktoś na Syberii umiera na niezdiagnozowane zapalenie płuc, to nie oznacza to, iż powinienem o tym pisać, a wy – czytać o tym.
Jednak ten przypadek wygląda nieco inaczej. Według doniesień regionalnych mediów, 28-letnia pracownica laboratorium wysokiego bezpieczeństwa biologicznego w Irkucku, Daria Shipilova, mogła zarazić się dżumą płucną po tym, jak w laboratorium pękła probówka. Rosja zaprzecza tym doniesieniom, mimo to kilka szpitali zostało objętych kwarantanną (która została już zniesiona). Należy jednak pamiętać, że co roku na całym świecie na dżumę umiera 60–80 osób. Sto lat temu liczba ta sięgała jeszcze setek tysięcy, głównie w Indiach. Można by więc równie dobrze pisać o gorączce denga na Florydzie. Albo o nowych przypadkach eboli w Kenii.
Dlaczego więc budzi zainteresowanie (wciąż zaprzeczana przez stronę rosyjską) domniemana śmierć badaczki z powodu dżumy w laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa?
Cóż, przede wszystkim dlatego, że Rosja jest w stanie wojny, a jeśli wierzyć Friedrichowi Merzowi, to „z Europą”. A na wojnie zegar tyka zupełnie inaczej. Każda wiadomość, która osłabia przeciwnika, jest w wojnie medialnej informacyjnym pociskiem manewrującym. Już z tego powodu potrzebna jest „rosyjska dżuma” (BILD).
Wojna i dżuma: dwa szablony nałożone na siebie
Do tej pory można było z grubsza założyć, że scenariusz wojenny zastąpił scenariusz pandemiczny. Od małpiej ospy po hantawirozę – nic już tak naprawdę nie przyciągało uwagi mediów. Zapas zainteresowania pandemią został całkowicie wyczerpany. Po koronawirusie przyszła Ukraina, a po wirusie – „nowy wróg”: Rosja. Jednak temat wojny budzi obecnie jedynie ograniczone zainteresowanie (pomimo nowej mody niektórych polityków na stroje w kamuflażu); panuje zmęczenie wojną i postawa sprzeciwu. Młodzi ludzie wychodzą na ulice, protestując przeciwko poborowi do wojska i wojnie. Zamiast „Marsz w równym kroku!” zaleca się Merzowi: „Idź się pieprzyć!”
Zarówno temat wojny, jak i temat pandemii potrzebują więc w tej chwili „dawki przypominającej”. W przypadku narracji obowiązuje ta sama zasada co w przypadku wirusów: mikroorganizm (temat) nic nie znaczy, liczy się tylko otoczenie. Więc czy nie należałoby nałożyć na siebie tych dwóch szablonów, zgodnie z mottem „podwójna ochrona jest lepsza”? – W ten sposób wkraczamy na pole wojny biologicznej. Najpierw wrogiem był wirus, teraz pojawia się niebezpieczna bakteria „pochodząca od wroga”. Narracja jest zbyt atrakcyjna, by nie wykorzystać jej propagandowo i nie podkręcić jej skuteczności. Dżuma („czarna śmierć”) pozostawiła w średniowiecznej Europie ślad spustoszenia; samo to pojęcie wywołuje głęboko zakorzenione traumy i lęki.
W polityce nie ma przypadków. A kiedy w mediach nagle pojawia się zbyt wiele „przypadków”, zawsze należy nabrać czujności.
Wyznaczanie agendy
Samo podniesienie tematu jest sygnałem. „Tagesschau” o tym informuje. Waszyngton jest „bardzo zaniepokojony”, Pekin również, a WHO obserwuje sytuację i czeka na odpowiedzi. Jeśli wszystkie trzy strony jednocześnie interesują się przypadkiem zgonu na Syberii, to jest to albo poważny sygnał medyczny, albo poważny sygnał polityczny. Z całą pewnością jest to poważny sygnał medialny.
“Kotwiczenie”
Ten sygnał potrzebuje teraz „kotwicy”: Taylor Swift i Zełenski wprowadzili termin „pacjent zero” do Google Trends praktycznie w tym samym czasie, co wypadek w laboratorium. Obraz Putina jako „pacjenta zero” wojny jest zresztą co najmniej nieco wypaczony. „Pacjent zero” to zazwyczaj pierwsza ofiara choroby, a nie główny wróg. Być może po kilku kreskach kokainy taki obrazek wydaje się bardziej sensowny. Także tekst piosenki Swift „Patient Zero” bardzo trudno jest logicznie powiązać z tematem utworu, który dotyczy jakiegoś złamanego serca. W każdym razie, godne uwagi jest to, że kiedy w Wuhan coś uciekło z laboratorium, każde pytanie na ten temat przez lata uznawano za teorię spiskową. Jeśli chodzi o Irkuck, to odpowiada się na pytanie, zanim jeszcze zostanie zadane.
Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że istnieje swego rodzaju schemat narracyjny, coś w rodzaju scenariusza. Coś pobudzającego wyobraźnię. Taki scenariusz podaje nam na srebrnej tacy dziennikarka głównego nurtu Annie Jacobsen. https://en.wikipedia.org/wiki/Annie_Jacobsen
Jej książka „Biological War” (nawiązująca do „Nuclear War”) ukazała się 28 lipca, a w ostatnich tygodniach była mile widzianym gościem w różnych programach informacyjnych. Warto przypomnieć: w czasie pandemii koronawirusa równolegle kręcono film o pandemii, jakby na zamówienie. Klaus Schwab wkrótce potem wydał książkę „Great Reset”. Programowa półfikcja jako przygotowanie do faktów nie jest dla mnie przypadkiem, lecz gatunkiem literackim. Ustalanie narracji to wytyczanie kierunków w mediach, w ramach których można dyskutować o problemie i rozwiązaniu.
Scenariusz Jacobsen wygląda następująco (moje komentarze w nawiasach):
W laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa (BSL-4) rosyjskiego Instytutu Vector w Kolzowie na Syberii w mroźną styczniową noc dochodzi do wybuchu. W wyniku tego zdarzenia na zewnątrz przedostaje się syntetycznie zmodyfikowana odmiana bakterii Yersinia pestis. (Wszystko się zgadza: Syberia, Yersinia pestis, laboratorium o najwyższym poziomie bezpieczeństwa i oczywiście w styczniu panuje tam przenikliwy mróz – „Winter is coming”).
Zakaźność jest znacznie zwiększona: zamiast naturalnego współczynnika reprodukcji wynoszącego od 1,3 do 3,5, wartość ta wynosi średnio 11, a w ciasnych pomieszczeniach dochodzi do nawet 44 kolejnych zakażeń na osobę. (Co może zrobić państwo, aby spłaszczyć krzywą zachorowań: lockdowny, stan wojenny i stan wyjątkowy, a może przełożenie najbliższych wyborów?)
Wbudowana pułapka: czynnik chorobotwórczy zawiera obcy materiał wirusowy, który uaktywnia się dopiero po podaniu antybiotyku i prowadzi do śmierci. Leczenie zabija więc pacjenta, a nie chorobę. (Ergo: antybiotyki są nie tylko nieskuteczne, ale i szkodliwe; potrzebne jest coś innego. Co to mogłoby być? – Może szczepionka?)
Pacjentem zerowym w powieści Jacobsen jest naukowiec pracujący w instytucie, który udaje się do kościoła i tam zaraża kolejną grupę osób, po czym wycofuje się do lasu.
Znajduje go dziesięciu myśliwych, którzy zarażają się, a następnie rozlatują się po całym świecie przez Nowosybirsk. (A gdzieżby indziej – bo kto wraca do domu z łupem po wyprawie myśliwskiej?)
Pewien przedsiębiorca wraz z synami przenoszą patogen do Santo Domingo, co skutkuje setkami zakażeń w siłowni i restauracji.
Myśliwy z Syberii, mając 39 stopni gorączki, tańczy w dyskotece we Frankfurcie, a następnie wsiada do samolotu lecącego do Dallas z 420 pasażerami na pokładzie, gdzie wybucha epidemia dżumy płucnej. (Moim zdaniem Hollywood powinno tu nieco poprawić scenariusz: Syberia, Frankfurt, Dallas…).
W Los Angeles zdarzenie typu „superspreader” wśród 44 bezdomnych w dzielnicy Skid Row wywołuje reakcję łańcuchową. (Elita będzie zadowolona, że w końcu coś zrobi porządek z tą nędzą).
Moskwa tłumaczy wybuch epidemii skażonym mięsem świstaka z targu i nie ujawnia kodu genetycznego. (Od nietoperza z Wuhan do świstaka na Syberii brzmi mało kreatywnie, ale propaganda potrzebuje rozpoznawalności).
Zautomatyzowane badanie krwi w Los Angeles wykrywa nieszkodliwą bakterię; decydujące dni zostają zaprzepaszczone.
Krajowe zapasy antybiotyków wystarczą jedynie dla niewielkiej części ludności.
Plądrowanie aptek, strzelaniny w punktach wydawania leków, zamieszki
Ogniska epidemii na statku wycieczkowym i lotniskowcu, oba objęte kwarantanną (to już jakoś znane).
Waszyngton uruchamia plany na wypadek katastrof oraz plany ciągłości działania sił zbrojnych, w tym przeniesienie siedziby rządu.
Koniec w „Biologicznym Zmierzchu”: upadek porządku demokratycznego, opieki medycznej i infrastruktury.
Rozwiązanie: “pyszny” zastrzyk mRNA z Izraela?
Mamy również potencjalnego bohatera.
W roku 2023, izraelscy naukowcy opracowali szczepionkę przeciwko Yersinia pestis opartą na mRNA, która wykazała 100-procentową skuteczność u myszy. Badania te prowadzono bezpośrednio pod patronatem Kancelarii Premiera, gdzie do dziś jako trofeum stoi strzykawka firmy Pfizer. Netanyahu był wówczas pierwszym, który oddał swój naród firmie Pfizer do celów testowych. Nie wpłynęło to negatywnie na wskaźnik urodzeń (przynajmniej tam). Wkrótce w Izraelu odbędą się wybory. Na naprawę nadszarpniętego wizerunku prawdopodobnie nie wystarczy izraelski hydraulik, który uratował samolot pasażerski przed katastrofą. Poza tym, szczerze mówiąc, jeśli chodzi o mRNA z Izraela: któż by nie stanął po niego w kolejce?
***
«Broń biologiczna istnieje: zgłaszanie jej nie jest oszustwem
Wąglik w 2001 r., aerozolowy wirus Ebola w 2015 r. oraz SARS-CoV-2 w 2020 r. stanowiły budzące obawy badania nad substancjami podwójnego zastosowania [czynnik zakaźny + szczepionka]. Stany Zjednoczone, Izrael i Rosja prawdopodobnie prowadzą badania nad Yersinia pestis w ramach programu DURC. Jeśli został opracowany szczep odporny na antybiotyki i opracowany w formie aerozolu, oznacza to realne zagrożenie dla ludności, co tłumaczy ogromne inwestycje w szczepionki przeciwko dżumie.»
Według analityka geopolitycznego Pepe Escobara, eskalacja działań wojennych między Arabią Saudyjską a Jemenem przeradza się w kryzys egzystencjalny dla saudyjskiej rodziny królewskiej. W wywiadzie udzielonym 11 października Escobar relacjonuje prośbę Rijadu o pomoc dla Pekinu, obecność izraelskich oficerów wywiadu w stolicy Arabii Saudyjskiej oraz odmowę Pakistanu i Turcji bezpośredniego udziału w wojnie z Ansar Allah.
Szczególnie istotny jest fakt, że wysoki rangą oficer izraelskiego wywiadu wojskowego miał osobiście uczestniczyć w konsultacjach w Rijadzie.
Arabia Saudyjska najwyraźniej desperacko poszukuje wyjścia z wojny z Jemenem. Według dziennikarza i analityka geopolitycznego Pepe Escobara, władze Arabii Saudyjskiej skontaktowały się bezpośrednio z Chinami i zwróciły się o wsparcie dyplomatyczne. Escobar oświadczył w wywiadzie udzielonym 11 października, że krótko wcześniej otrzymał potwierdzenie tych informacji za pośrednictwem kontaktów w Chinach. Jednak Pekin nie otrzymał oficjalnego potwierdzenia. Interwencja Chin i pośredniczenie w zawieszeniu broni między Rijadem a Ansar Allah, jego zdaniem, stanowiłyby znaczący sukces dyplomatyczny Pekinu i dodatkowo wskazywałyby na zmieniający się układ sił w Azji Zachodniej.
Znaczenie takiego posunięcia wykracza daleko poza Jemen. Chiny utrzymują stosunki z Jemenem od dziesięcioleci, które, według Escobara, sięgają czasów maoizmu. Jednocześnie Arabia Saudyjska jest kluczowym dostawcą energii dla chińskiej gospodarki. Skuteczna mediacja mogłaby ustabilizować stosunki energetyczne i jeszcze bardziej wzmocnić wpływy Pekinu w regionie. Escobar wskazuje również na rosnące znaczenie juana w handlu energią i przewiduje, że w dłuższej perspektywie Chiny mogłyby domagać się całkowitego rozliczenia importu energii z Arabii Saudyjskiej w chińskiej walucie. Jednak chińska mediacja pozostaje możliwością, a nie potwierdzonym porozumieniem dyplomatycznym.
Generał izraelski w Rijadzie: Nowe oznaki współpracy wojskowej
Szczególnie poważne są oświadczenia innego uczestnika rozmowy, który przedstawia się jako „Pan Z” i twierdzi, że ma wysoko postawione kontakty w pakistańskim wywiadzie. Według niego, izraelski generał dywizji z wywiadu wojskowego przebywa w Rijadzie wraz z innymi izraelskimi oficerami wywiadu. Informacje te rzekomo pochodzą od pakistańskiego oficera, który również przebywa w stolicy Arabii Saudyjskiej i miał wgląd w istotne rozmowy. Uczestnik zeznał, że w ciągu kilku godzin dwukrotnie potwierdził te informacje.
Według doniesień, przedstawiciele izraelskiego wywiadu nie tylko pełnią rolę obserwatorów, ale aktywnie uczestniczą w konsultacjach wywiadowczych Arabii Saudyjskiej. Świadkami tej współpracy byli również pakistańscy żołnierze. Escobar postrzega to jako potwierdzenie, że wojna w Jemenie coraz bardziej przekształca się we wspólną operację Arabii Saudyjskiej, Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wskazuje na zaangażowanie amerykańskiego regionalnego dowództwa CENTCOM oraz informacje o co najmniej 110 amerykańskich specjalistach, doradcach wojskowych i ekspertach technicznych, którzy podobno zostali już włączeni do operacji saudyjskich.
Dane te opierają się na kontaktach wywiadowczych opisanych w wywiadzie; nie przedstawiono żadnych publicznie dostępnych dowodów potwierdzających obecność izraelskiego generała dywizji ani deklarowanej liczby amerykańskich specjalistów. Jeśli jednak okaże się to prawdą, będzie to świadczyć o znacznie bliższej współpracy operacyjnej między Rijadem a Izraelem, niż oficjalnie przyznawano do tej pory.
Escobar zwraca uwagę, że Arabia Saudyjska zorganizowała międzynarodową koalicję przeciwko Ansar Allah w 2015 roku, w skład której wchodziły Zjednoczone Emiraty Arabskie, i która uzyskała wsparcie Waszyngtonu. Uważa on, że obecna współpraca z siłami amerykańskimi i prawdopodobnie izraelskimi stanowi odrodzenie tej koalicji w zmienionych okolicznościach militarnych. Pomimo wsparcia Zachodu, Arabia Saudyjska od lat nie zdołała ostatecznie pokonać Ansar Allah. Escobar uważa, że kolejna inwazja lądowa jest praktycznie niemożliwa, ponieważ nie ma wystarczającej liczby żołnierzy ani woli politycznej do przeprowadzenia takiej kampanii.
Pakistan i Turcja rysują granicę
Dla Mohammeda bin Salmana sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że, według uczestników rozmów, dwaj ważni partnerzy muzułmańscy nie są gotowi do bezpośredniej wojny z Ansar Allah. Pakistan ogranicza swoją obecność wojskową do ochrony świętych miast Mekki i Medyny. Wojska pakistańskie nie stacjonują na południowej granicy z Arabią Saudyjską i nie biorą udziału w operacjach bojowych przeciwko jemeńskim siłom zbrojnym. Wspomniane pakistańskie myśliwce JF-17 stacjonują również w bazie lotniczej im. Króla Abdulaziza, daleko od granicy z Jemenem.
Ta niechęć jest wyraźnie przypisana w rozmowie wewnętrznej sytuacji politycznej w Pakistanie. Rozmówca wskazuje na dużą populację szyitów w kraju, którą szacuje na około 40 milionów i opisuje jako w dużej mierze wspierającą Jemen. Jego zdaniem bezpośrednie zaangażowanie militarne przeciwko Ansar Allah mogłoby wywołać poważne reperkusje polityczne w kraju. Według jego kontaktów, dowódca armii Asim Munir i minister spraw wewnętrznych Mohsin Naqvi również nie są zainteresowani taką eskalacją. Stanowiska te są jednak ocenami i pośrednio przekazanymi oświadczeniami, a nie oficjalnymi deklaracjami obu polityków udokumentowanymi w wywiadzie.
Escobar opisuje podobne stanowisko wobec Turcji. Opierając się na rozmowach z tureckimi kontaktami, w tym naukowcami i obserwatorami politycznymi, dostrzega niewielkie poparcie w społeczeństwie tureckim dla bezpośredniego zaangażowania w wojnę w Arabii Saudyjskiej. Jego rozmówca twierdzi ponadto, że Ankara jednoznacznie odrzuciła takie zaangażowanie. Według obu mężczyzn oznacza to, że pomimo relacji obronnych, władze Arabii Saudyjskiej nie mogą liczyć na interwencję militarną tych partnerów przeciwko Jemenowi.
Wojna dociera do saudyjskiego centrum władzy.
Podczas gdy Rijad zabiega o wsparcie, sytuacja militarna eskaluje. Escobar nawiązuje do ataku rakietowego na Międzynarodowy Port Lotniczy im. Króla Chalida w Rijadzie, w którym pocisk rzekomo uderzył między terminalami 2 i 3, zabijając, według niego, obywatela amerykańskiego. Ostrzega, że Waszyngton może wykorzystać ten incydent jako pretekst do bezpośrednich ataków na Ansar Allah. Rozmowa nie zawiera niezależnego potwierdzenia liczby ofiar, którą podaje.
Escobar interpretuje jemeńskie ataki jako element strategii, którą Ansar Allah uzasadnia formułą „blokada przeciwko blokadzie” i „lotnisko przeciwko lotnisku”. Po tym, jak saudyjskie ataki dotknęły również lotnisko w Sanie, jemeńskie władze uważają saudyjskie lotniska i instalacje wojskowe za potencjalne cele odwetu. Według Escobara ruch ten znacznie rozszerzył swoje zdolności militarne i realizuje długoterminową, skrupulatnie zaplanowaną strategię, wykraczającą daleko poza pojedyncze ataki rakietowe.
Kontrola nad zachodnim wybrzeżem Jemenu i strategiczną cieśniną Bab al-Mandab ma szczególne znaczenie. Escobar opisuje niedawne zdobycze terytorialne Ansar Allah jako pierwszy etap kompleksowego planu militarnego. Następnie ma nastąpić zdobycie Taiz i Marib, a potencjalnie, w dłuższej perspektywie, ekspansja na południowe regiony przygraniczne Arabii Saudyjskiej. Nawiązuje do historycznych roszczeń terytorialnych Jemenu do trzech południowych prowincji Arabii Saudyjskiej. Przedstawia ideę odzyskania tych terytoriów jako potencjalny, późniejszy etap strategii jemeńskiej, a nie jako już trwającą kampanię.
Według niego, planowanie to opiera się na coraz skuteczniejszej jemeńskiej strukturze wywiadowczej. Osoba kontaktowa w Jemenie wyjaśniła mu, że decyzja o nałożeniu blokady morskiej na Arabię Saudyjską zapadła po tym, jak jemeńskie służby wywiadowcze otrzymały informacje o zbliżającej się, pełnej ofensywie amerykańskiej przeciwko całej tzw. Osi Oporu. Informacje te zostały następnie porównane z Iranem. Escobar przypisuje również wybór konkretnych celów wojskowych, w tym samolotu na saudyjskim lotnisku, podobnym informacjom wywiadowczym.
Walka o władzę w saudyjskiej rodzinie królewskiej?
Według informacji przedstawionych podczas wywiadu, kryzys może teraz ogarnąć sam saudyjski system władzy. „Pan Z” donosi o narastających napięciach między następcą tronu, księciem Mohammedem bin Salmanem, a ministrem obrony, księciem Chalidem bin Salmanem. Podobno doszło między nimi do otwartych starć na tle prowadzenia wojny. W saudyjskim aparacie władzy i wśród wpływowych plemion podobno już formują się różne frakcje.
Osoba udzielająca wywiadu opisuje grupę wokół ministra obrony i inną wokół następcy tronu. Według tej relacji Mohammed bin Salman próbuje wywrzeć większy wpływ na wynik wojny, nie osiągając jednak pożądanych rezultatów. Ta relacja również opiera się wyłącznie na kontaktach wymienionych w wywiadzie i nie może zostać niezależnie zweryfikowana na podstawie transkryptu.
Escobar przypisuje potencjalnej destabilizacji saudyjskiej rodziny królewskiej dalekosiężne znaczenie geopolityczne. Dla niego ród Saudów jest centralnym filarem amerykańskiej potęgi w Azji Zachodniej. Według jego szacunków upadek monarchii nie tylko zmieniłby Arabię Saudyjską, ale także zachwiałby całą regionalną architekturą bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.
Dlatego opisuje konflikt między Rijadem a Saną jako wojnę, która nabiera coraz większego znaczenia egzystencjalnego dla obu stron.
Iran przygotowuje się do dalszej eskalacji.
Równolegle z wydarzeniami w Jemenie, uczestnicy dyskusji spodziewają się ponownej eskalacji działań wojennych przeciwko Iranowi. Escobar oświadczył, że rozmawiał z irańskimi dyplomatami w weekend. Według niego, w aparacie dyplomatycznym panuje przekonanie o nieuchronności kolejnej wojny. Niektórzy z jego kontaktów spodziewają się eskalacji przed amerykańskimi wyborami uzupełniającymi, inni – bezpośrednio po nich.
Iran jest przygotowany na różne scenariusze i zidentyfikował już cele potencjalnych ataków wyprzedzających, gdyby pojawił się nieuchronny atak amerykańsko-izraelski. Jego rozmówca dodał, że irańscy partnerzy mówili o nowych systemach uzbrojenia, których możliwości mogłyby zaskoczyć przeciwników. Wspomniano o prędkościach Mach 10 i wielu głowicach, ale rozmówcy odmówili podania bardziej szczegółowych informacji na temat tych systemów.
Według tych doniesień Teheran zakłada, że Izrael może próbować sprowokować Waszyngton do kolejnej ofensywy militarnej. Iran spodziewa się zaatakować cele izraelskie, jeśli Izrael weźmie w niej udział. Oświadczenia te odzwierciedlają oceny kontaktów, na które powołują się Escobar i jego rozmówca; nie potwierdzają one ani planowanego ataku amerykańskiego, ani faktycznej gotowości operacyjnej wspomnianych nowych systemów uzbrojenia.
Dla Escobara wydarzenia w Jemenie i Iranie są teraz bezpośrednio powiązane. Wojna z Ansar Allah może stać się punktem wyjścia do znacznie większej konfrontacji regionalnej. Jednocześnie dostrzega on w Jemenie czynnik, który od dawna jest niedoceniany przez rządy Zachodu: organizację polityczną, odporność militarną i gotowość ruchu do kontynuowania przedłużającej się wojny.
Jego wniosek jest daleko idący: w jego ocenie Arabia Saudyjska stoi nie tylko w obliczu porażki militarnej, ale potencjalnie w obliczu kryzysu całej swojej regionalnej potęgi. Fakt, że Rijad podobno prosi Chiny o pomoc, podczas gdy Pakistan i Turcja odmawiają bezpośredniego zaangażowania w wojnę, a przedstawiciele izraelskiego wywiadu rzekomo prowadzą konsultacje w stolicy Arabii Saudyjskiej, podkreśla skalę opisywanej przez niego sytuacji.
Czy Pekin rzeczywiście podejmie się mediacji, czy domniemane wewnętrzne walki o władzę w Rijadzie potwierdzą się i czy Waszyngton ponownie zainterweniuje bezpośrednio w wojnę, pozostaje kwestią otwartą. Na razie pewne jest jedynie to, że Escobar i jego rozmówca ostrzegają przed niebezpieczną eskalacją, której konsekwencje, ich zdaniem, mogą sięgnąć daleko poza granice Jemenu.
=====================================
mail:
Trump mówi: Żadnego ataku na Iran przed wyborami uzupełniającymi
A co jeśli prawdziwym polem bitwy Iranu jest rynek amerykańskich obligacji skarbowych?
Rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych przekroczyła 5% po raz pierwszy od 2007 roku. To gwałtowny wzrost, który nadwyręża finanse Wujka Sama, a Teheran ma w tym swój udział
Stopy procentowe rosną w Stanach Zjednoczonych, a także w Europie i Japonii. Tendencja ta wywiera presję na finanse publiczne „Kolektywnego Zachodu”. Po ponad 40 latach ogromnej akumulacji długu, rządy tych krajów muszą przeznaczać coraz większą część swoich wydatków na obsługę długu, w miarę jak rentowność obligacji rośnie. Od 2024 roku Waszyngton wydaje więcej na spłatę odsetek niż na obronę.
Najważniejsza stawka na świecie
Rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych jest uważana za jedną z najważniejszych stóp procentowych w globalnym systemie finansowym. W połowie września przekroczyła ona brzemienny w skutki próg 5%, osiągając najwyższy poziom od 2007 roku. Stopa ta wpływa na koszt kredytów hipotecznych dla gospodarstw domowych, a także na zadłużenie przedsiębiorstw. Wpływa również na wartość wszystkich klas aktywów: nieruchomości, akcji, obligacji, walut itp.
Posługując się metaforą Warrena Buffetta, koszt pieniądza jest dla wycen tym, czym grawitacja dla jabłka. Gdy stopy procentowe są bliskie zeru, wyceny mogą rosnąć niemal w nieskończoność. Ale gdy rosną, wywierają ogromną siłę grawitacji na różne klasy aktywów.
Zbyt dużo długu, za mało kupujących
Rentowność obligacji zmienia się odwrotnie proporcjonalnie do jej ceny. Gdy liczba sprzedających przewyższa liczbę kupujących, cena spada, a rentowność rośnie. Właśnie to obserwujemy obecnie na największym rynku obligacji na świecie.
Po stronie podaży rząd USA, stale zwiększając deficyt budżetowy, emituje coraz więcej obligacji, aby się sfinansować. Do tego dochodzi konkurencja ze strony firm hiper-skalowych, które pozyskują kolosalne kwoty na inwestycje w sztuczną inteligencję. Po stronie popytu wiele krajów, takich jak Chiny i Japonia, dąży do zmniejszenia swojego zaangażowania w dług USA.
Jednak przyczyną strukturalną tego wzrostu jest inflacja.
Wojny, zakłócenia w łańcuchach dostaw, reindustrializacja, militaryzacja i kryzys energetyczny: wszystko wskazuje na to, że wzrost cen będzie trwał nadal.
Jednak inflacja jest najgorszym wrogiem wierzycieli. Niszczy ich siłę nabywczą, ponieważ kupony i kapitał są wypłacane w zdeprecjonowanych dolarach. Kiedy posiadacze obligacji wątpią w zdolność rządu do kontrolowania inflacji, zaczynają masowo sprzedawać swoje obligacje. Wall Street nazywa tych sprzedawców „strażnikami obligacji”, egzekutorami rynku obligacji. Ta dynamika nie umknęła uwadze irańskiego rządu.
Od czasu rozpoczęcia 28 lutego izraelsko-amerykańskiego ataku na Iran rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich wzrosła z 4% do 5,28%.
Paradoks polega na tym, że Irańczycy nie posiadają amerykańskich obligacji skarbowych. W związku z tym nie mogą ich sprzedać. Jednak zakłócając ruch w Cieśninie Ormuz – przez którą przepływa około 20% światowego zużycia ropy naftowej i handlu skroplonym gazem ziemnym – Teheran winduje ceny energii, napędza inflację i winduje rentowność amerykańskich obligacji skarbowych.
Blokada negatywnie wpływa również na popyt na amerykańskie obligacje. Kraje Zatoki Perskiej tradycyjnie reinwestowały swoje dochody z ropy naftowej w amerykański system finansowy, szczególnie w amerykański dług państwowy. Nie mogąc eksportować tak dużo jak wcześniej, zarabiają mniej dolarów, a nawet muszą sprzedawać część swoich rezerw.
Iran osłabia finanse USA na dwóch frontach: napędzając inflację dzięki kontroli nad częścią światowych dostaw ropy naftowej oraz ograniczając źródło nabywców obligacji skarbowych.
Zasada Taylora w stylu teherańskim
W połowie września Rezerwa Federalna (Fed) podniosła swoją referencyjną stopę procentową o 0,25% w celu zwalczania inflacji – była to pierwsza taka podwyżka od 2023 roku. Tego samego dnia Mohammad Bagher Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu, opublikował tajemniczą wiadomość na X.
Ale dlaczego były generał brygady Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, weteran wojny iracko-irańskiej, zaczął mówić o rządach Taylora?
W 1993 roku amerykański ekonomista John Taylor opracował teorię dotyczącą tego, jak bank centralny powinien ustalać stopę procentową na podstawie wzrostu gospodarczego i inflacji. Mówiąc prościej, gdy inflacja przekracza cel lub gospodarka rośnie zbyt szybko, bank centralny musi podnieść stopy procentowe, aby zwiększyć koszt kredytu i ograniczyć popyt. I odwrotnie, musi obniżyć stopy procentowe, aby stymulować popyt.
Ghalibaf ironicznie pozwala sobie na „uzupełnienie równania” poprzez dodanie dwóch członów: SOH dla Cieśniny Ormuz i BEM dla Cieśniny Bab el-Mandab, położonej u wejścia do Morza Czerwonego i w zasięgu ognia Huti, sojuszników Teheranu.
Jeśli zamknięcie tych dwóch cieśnin przyczyni się do inflacji w Stanach Zjednoczonych, reguła Taylora nakazuje Rezerwie Federalnej podniesienie stóp procentowych. Decydującym czynnikiem w amerykańskiej polityce pieniężnej nie jest już Waszyngton, ale kontrola nad dwoma przejściami morskimi, które Iran i jego sojusznicy z Huti mogą zamknąć. Ghalibaf wskazuje zatem, że bank centralny może wpływać na popyt, ale nie ma kontroli nad podażą.
Następnie dobitnie podsumowuje: „Zobaczmy, czy podwyżka mogłaby otworzyć SOH lub wyprodukować jedną baryłkę”. „Nie da się obniżyć stóp o 25 pb do wąskiego gardła” – kontynuuje, dodając, że premia za ryzyko (dodatkowa stopa zwrotu, której żądają rynki, aby zabezpieczyć się przed zakłóceniami) to „premia za ryzyko SOH, a my ją ustalamy”.
Pułapka Fed
Ciągłe deficyty budżetowe pogrążyły Stany Zjednoczone pod rekordowym długiem w wysokości 40 000 miliardów dolarów. Rezerwa Federalna, której misją jest zapewnienie stabilności cen, znalazła się w coraz bardziej nie do utrzymania sytuacji.
W obliczu rosnącej inflacji, spowodowanej częściowo wojną na Bliskim Wschodzie, oczekuje się podwyżki stóp procentowych. Jeśli inflacja się utrzyma, a Fed utrzyma obecny kurs, jeszcze bardziej zwiększy to obciążenie długiem i ostatecznie doprowadzi do gwałtownego spadku wartości wszystkich klas aktywów. Aby uniknąć krachu, Fed nie będzie miał innego wyjścia, jak obniżyć stopy procentowe i wstrzyknąć ogromne ilości płynności, aby ratować rynki – kosztem swojej waluty. W obu przypadkach rachunek będzie musiał zapłacić Waszyngton.
Wywołując szok energetyczny, Teheran napędza inflację i uderza w samo sedno amerykańskiej potęgi: hegemonię dolara. Czyż to nie Lenin podobno powiedział, że najlepszym sposobem na zniszczenie systemu kapitalistycznego jest deprawacja waluty?
[Nie, Wójcik źle używa pojęć. Syjonizm jest ideologią. Szatańską. Przecież żydzi to nie „rasa”, nie semici. Rasowo – mieszanka. Arabowie to semici. Mirosław Dakowski]
Nie jestem zwolennikiem zachodnich partii zielonych. Nie dlatego, żebym popierał zanieczyszczanie środowiska. Wręcz przeciwnie działalność Zielonych szczególnie w Niemczech znacznie pogłębiła katastrofę ekologiczną i doprowadziła gospodarkę na skraj bankructwa. Dzisiaj jednak napiszę o uchwale brytyjskiej Partii Zielonych. Uchwale, która nazywa po imieniu syjonizm jako „etniczno-nacjonalistyczny projekt polityczny”.
Jest oczywiste, że syjonizm jest ideologią rasistowską. Film z polską ścieżką dźwiękową.
Nadużywana i bardzo stępiona strzała antysemityzmu praktycznie przestała już działać. Ogłaszanie światu, że przeciwnicy ludobójstwa są rasistami, nie jest już żadnym argumentem, którego politycy się boją.
Ministerstwo spraw zagranicznych Izraela stwierdziło w poście zamieszczonym w niedzielę na portalu X, że wniosek „stanowi wyraźny tekst antysemicki zgodnie z definicją IHRA (Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Pamięci o Holokauście), ponieważ neguje prawo narodu żydowskiego do samostanowienia”. Źródło.
„Neguje prawo narodu żydowskiego do samostanowienia” jest argumentem identycznym z głoszonym przez nazistowskie Niemcy. Wtedy nazywało się to prawem do powiększania „przestrzeni życiowej”, a metody zdobywania tej przestrzeni zostały przez Izrael unowocześnione.
Palestyński ojciec opłakuje śmierć swojego dziecka po izraelskim nalocie na dzielnicę Al-Sabra, położoną na południe od miasta Gaza. Źródło: Telegram 09.10.2026 r. 00:15.
Tragedia Palestyńczyków w Gazie nie zaczęła się 7 października 2023 roku. Była zaplanowana we współpracy Hamasu z Mossadem.
Nowa animacja w stylu LEGO, autorstwa Explosive Media, przedstawia wieloletnią historię izraelskiego terroryzmu i przemocy wobec Palestyńczyków; została opublikowana z okazji rocznicy operacji „Al-Aqsa Flood”. Źródło: Telegram, 7 października 2026 r., godz. 00:32.
Mamy ostatnio modę na nieudane zamachy terrorystyczne. Stanowią one udoskonalenie programu kampanii wyborczej dla Benjamina Netanjahu. W Nowym Yorku przyłapano terrorystów kanalarzy przy próbie podziemnego zamachu na premiera Izraela. „Zamach” na brytyjską bazę powietrzną Faiford, skąd startowały amerykańskie bombowce w kierunku Iranu. Naturalnie, że tylko Iran miał interes wspierać wybory w Izraelu. Samobójczy „zamach” w Mekce. Terrorysta partacz – ładunek nie eksplodował. Takie przypadki zdarzają się fachowcom z Mossadu, jedynie wtedy, gdy są zamierzone.
Skutek: rosną słupki wsparcia Netanjahu w najbliższych wyborach do Knesetu 27 października.
✈️ Nowa reklama izraelskich linii lotniczych. „Z nami podróżujesz bezpiecznie”. Źródło.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Jak wyglądałby świat, gdyby narody świata postanowiły pozwolić wszystkim rozwijać się w pokojowym współistnieniu? — Dlaczego to się nie sprawdza? Które problematyczne elementy należałoby zneutralizować?
Nienawistny obraz wroga sprawi, że wojna będzie możliwa
Nasi czytelnicy znają argumenty wysuwane przez „Kolektywny Zachód”, by usprawiedliwić toczące się obecnie wojny – i prawdopodobnie te, które dopiero nadejdą – są one powszechnie znane i nie trzeba ich powtarzać do znudzenia; są puste i całkowicie nieszczere. W konsekwencji tych „uzasadnień” Zachód postrzega Rosjan jako agresywnych podludzi, którzy zaatakują Zachód, by osiągnąć swoje imperialistyczne cele – nie po raz pierwszy, ale wielokrotnie. A jednak za każdym razem to Zachód atakował, sprowadzając na Rosję śmierć i zniszczenie.
Izraelczycy nie uważają nawet Palestyńczyków – a tym samym wszystkich Arabów – za podludzi, lecz za zwierzęta. Chcą ich wytępić poprzez ludobójstwo, a resztę podporządkować sobie i rządzić pod rządami Izraela (Wielkiego Izraela); „Generalny Plan Wschodni” wyraża swoje poparcie. W oczach Zachodu Irańczycy to terroryści i masowi mordercy, napędzani religijnym fanatyzmem.
W tym tkwi sedno argumentów wysuwanych przez Kolektyw Zachodu. Mężczyźni i kobiety, którzy kształtują tę narrację w sferze publicznej i powtarzają ją niczym różaniec, wzorowali się na podejściu dr. Goebbelsa, któremu przypisuje się powiedzenie, że kłamstwo staje się prawdą, jeśli jest powtarzane wystarczająco często. Izraelczycy i wszyscy ich koledzy z Kolektywu Zachodu stosują tę samą formułę – z powodzeniem.
Fakt, że zasada ta nadal obowiązuje po II wojnie światowej, jest wyraźnym dowodem całkowitego upadku sceptycyzmu, antidotum na propagandę. Konsekwencje tego faktu są przerażające, gdyż nawet dziś wśród społeczeństwa jest wielu – zbyt wielu – zwolenników, milczących obserwatorów i tych, którzy wybierają drogę najmniejszego oporu.
W nazistowskich Niemczech Żydzi byli mordowani w tajemnicy. Większość ludności nie była w pełni świadoma tego, co się działo, a ludzie milczeli, jeśli dowiedzieli się o tym pocztą pantoflową. Przywódcy nazistowscy milczeli na temat tego ludobójstwa, ponieważ wierzyli, że społeczeństwo go nie zaakceptuje – i prawdopodobnie mieli rację. Sytuacja w Izraelu jest zupełnie inna: zdecydowana większość mieszkańców „Ziemi Świętej” popiera ludobójstwo na Palestyńczykach, które może śledzić każdy w internecie.
Oto krótki film pokazujący stan Gazy przed i po eskalacji zniszczeń. [w oryg. md]
W porównaniu z Gazą, Drezno wyglądało znacznie lepiej po bombardowaniach w 1945 roku; w Dreźnie zniszczono 25 000 mieszkań, podczas gdy w Gazie zniszczeniu uległo około 135 000 budynków!
Izrael przejdzie do historii jako mrożąca krew w żyłach opowieść ku przestrodze, zastępując nazistowskie Niemcy – to zwrot akcji, który nie mógłby być bardziej cyniczny.
W Europie Zachodniej standardy polityczne i społeczne są równie żałosne. W Wielkiej Brytanii można zostać aresztowanym za sprzeciw wobec ludobójstwa w Strefie Gazy; nawet bezgłośne trzymanie transparentu z napisem „Jestem przeciwny ludobójstwu. Popieram Palestine Action” jest uważane za naruszenie artykułu 13 Ustawy o Terroryzmie . To właśnie doprowadziło do aresztowania Grahama Basha, starszego Żyda , w Londynie. Jeśli sprzeciwiasz się ludobójstwu i solidaryzujesz się z mordowanymi, jesteś terrorystą.
Uważam Gazę za ogromny obóz koncentracyjny, a więźniowie mają prawo bronić się wszelkimi możliwymi sposobami, jak to miało miejsce w październiku 2023 roku. Kiedy więźniowie w Sobiborze zabili strażników i uciekli, uznano to za bohaterstwo – zobacz film „ Ucieczka z Sobiboru” . Dziś jesteś nazywany terrorystą, nawet jeśli okazujesz wsparcie tym biednym duszom, trzymając transparent.
Większość skazana na milczenie
Jeśli wziąć media za miarę, to wszyscy Europejczycy są rusofobami. W sensie absolutnym z pewnością nie odpowiada to prawdzie. Jednak większość tych, którzy nie są rusofobami, milczy. Niektórzy z wygody, inni prawdopodobnie ze strachu przed prześladowaniami. Co ma chronić „przeciętnego obywatela”, skoro nie udało się ochronić tak prominentnej postaci jak Jacques Baud ? Rozmawiając z ludźmi w Europie Zachodniej w bardzo prywatnym otoczeniu, staje się jasne, że pozytywne uwagi na temat Rosji w „neutralnej” Szwajcarii co najmniej nie sprzyjają karierze. Osobiście, szwajcarski bankier średniego szczebla jasno mi dał do zrozumienia, że uważa postępowanie Szwajcarii jako państwa neutralnego wobec Rosji – i postępowanie jego pracodawcy wobec klientów mających powiązania z Rosją – za niedopuszczalne i nielegalne. Ma jednak dwójkę dzieci i dom obciążony hipoteką, dlatego czuje, że nie może wyrazić swojej opinii przełożonym.
To wyraźny sygnał, że osobiste poglądy ludzi nie mają już znaczenia i nie mają żadnego wpływu. Obawa przed negatywnymi konsekwencjami jest zbyt silna. W konsekwencji wpływ, jaki nieliczni odważni ludzie wywierają na opinię publiczną, jest znikomy. W rezultacie ci, którzy sprawują władzę, już odnieśli zwycięstwo.
Rusofobia i postawy ludobójcze w Europie są nie tylko społecznie akceptowalne, ale poprzez neutralizację odmiennych opinii, o których mowa powyżej, stały się częścią agendy mediów publicznych i polityki. Agenda ta charakteryzuje się „monoteistycznym” światopoglądem, który uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję: Jest tylko jeden Bóg. I jest tylko „nasza” opinia, „nasza” prawda. „Nasza demokracja”.
Czy zło zwyciężyło? Czy moje przemyślenia na ten temat, wyrażone w artykule z listopada 2025 roku „ Czy zło zwycięży ?”, są już nieaktualne? Całe kontynenty są zatrute kłamstwami, które stały się jedyną prawdą. Nie ma już potrzeby zabijania ani zmuszania przeciwników tej polityki do zniknięcia. Panuje strach i sprawia, że odmienne opinie znikają – misja wykonana.
Jak rozpocząć wojnę
Maszyna nienawiści, skonstruowana z wielką precyzją, sprawnie działa we wszystkich starych partiach. Polityka, przemysł i media – po raz kolejny – stały się jednością; wyraźny dowód faszyzmu. Mechanizm kontroli, który ucisza „przeciwników”, opiera się na zinstytucjonalizowanym i prawnie skodyfikowanym strachu. Strachu przed utratą pracy, pozycji społecznej i reputacji. Niewielka resztka, która odmawia zastraszania, jest poddawana sankcjom, które prowadzą do wywłaszczenia wszystkich zasobów finansowych i całkowitego pozbawienia praw. Sankcje te podważają godność człowieka i wynikające z niej prawa podstawowe. Mechanizm polityczny i administracyjny, który sprawia, że średniowieczny zakaz cesarski wydaje się trywialny w porównaniu z nim. Jeśli prawa podstawowe zostaną wyeliminowane, fundament, na którym opiera się każde społeczeństwo, zostanie utracony. Nawiązuję do mojego wykładu z 3 września: „ Godność człowieka jest niematerialna” – naprawdę? Wystarczy spojrzeć 90 lat wstecz, aby dostrzec tę samą erozję społeczeństwa.
Ustawa o pełnomocnictwach z 1933 roku powstała w wyniku ataku pod fałszywą flagą (pożar Reichstagu) i braku kręgosłupa niemieckiego parlamentu. Jego nienazistowscy członkowie zostali oszukani i/lub zastraszeni. Doprowadziło to do powstania struktury władzy porównywalnej z dzisiejszą. „ Prawem jest to, co służy narodowi niemieckiemu ” – żart Hansa Franka na Kongresie Prawników Niemieckich w 1933 roku. Trudno dostrzec zasadnicze różnice między rokiem 1933 a 2026. Obecnie polityka UE jest nie tylko egzekwowana w Niemczech z pełną siłą władz, ale objęła całą UE. Na czele tej ponadnarodowej struktury stoi Ursula von der Leyen, która została wyniesiona do władzy bez demokratycznego mandatu. W przeciwieństwie do tego, urząd kanclerza Adolfa Hitlera został legitymizowany demokratycznie.
W przeciwieństwie do kadencji Ursuli von der Leyen, urząd kanclerza Adolfa Hitlera był demokratycznie legitymizowany.
Bezpośrednia wojna w Europie między NATO a Rosją toczy się już w ludzkich umysłach. Beczka prochu jest pełna. Błahy atak pod fałszywą flagą w Lipsku (Rosja podobno zaatakowała Niemcy dronem za 199 euro) nie wystarczył jeszcze, by zapalić iskrę w beczce prochu; będą kolejne iskry, aż w końcu to wystarczy.
Alternatywna koncepcja — marzenie — wyglądałaby inaczej i byłaby błogosławieństwem dla całej ludzkości.
Koncepcja „Mam marzenie” zagraża życiu
„Mam marzenie. Że pewnego dnia ten naród powstanie i zacznie żyć zgodnie z prawdziwym znaczeniem swojego credo. Uważamy te prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi.”
Dr Martin Luther King Jr. podczas Marszu na Waszyngton 28 sierpnia 1963 r.
Dr Martin Luther King zapłacił za swoje marzenie życiem. Gdyby rządy świata poszły w ślady Martina Luthera Kinga – a nigdy nie słyszałem ani jednego autorytatywnego głosu sprzeciwiającego się marzeniu tego bohatera – i gdyby wszyscy ludzie na tej ziemi byli traktowani równo, powody toczących się obecnie wojen stałyby się nieaktualne, a my mielibyśmy pokój.
Rosjanie byliby ludźmi – a nie imperialistycznymi, brutalnymi podludźmi ze Wschodu. Irańczycy nie byliby muzułmańskimi, krwiożerczymi, religijnymi terrorystami kontrolowanymi przez „mullahów”. Chińczycy nie byliby bezdusznymi komunistycznymi robotami, pragnącymi podporządkować sobie Zachód. Niemcy nie byliby nazistami z wypranymi mózgami, uwiedzionymi po raz kolejny; Amerykanie nie byliby niewykształconymi, prymitywnymi, nierzetelnymi pyskaczami, którzy szantażują świat; i wreszcie, Brytyjczycy nie byliby psychopatami z mgieł Albionu, którzy wciąż pragną rządzić światem.
My, ludzie, po prostu żylibyśmy razem, rozwiązywalibyśmy konflikty pokojowo i nigdy nie pomyślelibyśmy o grożeniu innym śmiercią czy zniszczeniem, nie mówiąc już o atakowaniu ich lub niszczeniu.
Jestem pewien, że gdyby odbyło się ogólnoświatowe referendum, ta prosta struktura świata z pewnością spotkałaby się z uznaniem około 99% populacji świata.
Marzenie byłoby rajem
Mimo że szanse na realizację tego marzenia są w tej chwili nikłe, opisywanie tego marzenia, tego celu, jest przyjemnością.
W czasie wojny kraje zwiększają wydatki na obronę do astronomicznych poziomów. Jesteśmy już w stanie wojny, a wydatki na obronę już wzrosły. Gdyby te koszty zostały wyeliminowane, rządy mogłyby skupić się na tym, do czego ludzie je wybrali: na poprawie życia ludności poprzez inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i tak dalej.
W tym idealnym świecie nie byłoby sankcji; handel towarami i przepływ pieniędzy byłby swobodny i nieskrępowany, a tym samym znacznie bardziej efektywny i tańszy. Skorzystałby na tym każdy człowiek na świecie.
Kraje takie jak Rosja i Iran nagle stałyby się najbogatszymi krajami na planecie – ograniczając się do zaledwie dwóch największych spośród obecnie walczących stron. I to ostatecznie jest jeden z głównych powodów, dla których to marzenie obecnie się nie spełnia. Nazywa się zazdrość – obok chciwości, najsilniejszą siłą w istotach ludzkich. Wielu ludzi myśli, że zazdrość jest problemem klas niższych, które pragną lepszego życia. Jednak tak nie jest. Spotkałem miliarderów, którzy mogli naprawdę zaspokoić każde materialne pragnienie jednym skinieniem głowy. Jednak zazdrościli tym, którzy byli jeszcze bogatsi. Perwersyjne, ale prawdziwe. Dotyczy to również superelity, której nigdy nawet nie widzimy. Ludzie z największą władzą automatycznie chcą być najbogatsi, ponieważ boją się, że w przeciwnym razie stracą swoją władzę.
Ci, którzy mają władzę, nie dążą do świata marzeń
Świat marzeń możnych wygląda inaczej; znajduje to odzwierciedlenie w obecnej sytuacji. Z jednej strony zarabiają biliony na wydatkach wojskowych – biznesie charakteryzującym się ogromnymi prowizjami i marżami zysku. Oaza komfortu, stworzona dla skorumpowanych liderów biznesu, polityków, analityków politycznych, lobbystów i głównego nurtu mediów. Świat marzeń, który opisałem, oznaczałby koniec tego biznesu. Ten biznes jest tak lukratywny, ponieważ znikoma część światowej populacji może podzielić te ogromne sumy między siebie, zostawiając wystarczająco dużo, by przekupić decydentów w polityce, biznesie i mediach.
Nie wystarczy po prostu posmarować tych pań i panów, żeby dostać kontrakt za pośrednictwem organu takiego jak parlament, bo posmarowanie ich jest jak wynajem. Trzeba ciągle płacić. Przekupując ludzi i integrując ich z łańcuchami wartości, zmniejsza się koszty wsparcia, czas zarządzania, a tym samym pieniądze. Młodych polityków wspiera się stypendiami i wysoko płatnymi, beznadziejnymi posadami, obiecując im, że po wypełnieniu obowiązków na stanowisku politycznym, dostaną inną pracę, której bez pomocy nigdy by nie znaleźli. Im głupszy człowiek, tym niższe koszty.
Doskonały przykład:
Annalena Baerbock. Choć głupia jak but, „uczęszczała” przez kilka miesięcy do Londynu zamiast do London School of Economics (2004–2005), została ministrem spraw zagranicznych (2021–2025), a następnie przewodniczącą Zgromadzenia Ogólnego ONZ (2025–2026), a obecnie jest profesorem praktyki zawodowej na Uniwersytecie Columbia. Jej pensja będzie wynosić od 250 000 do 400 000 dolarów. Pozostawię wyobraźni czytelnika, aby zgadł, jak prezydent Uniwersytetu Columbia dał się przekonać do zatrudnienia takiej osoby – która nie zna nawet swojego ojczystego języka – na stanowisko profesora.
To nie są nowe historie. Joschka Fischer, który porzucił szkołę średnią, po objęciu stanowiska ministra spraw zagranicznych i wicekanclerza Niemiec (1998–2005) został profesorem wizytującym na Uniwersytecie Princeton – bez dyplomu ukończenia szkoły średniej i bez śladu wykształcenia uniwersyteckiego – licencjatu, doktoratu ani habilitacji – gdziekolwiek. Trzeba by być nieco cynicznym, żeby sądzić, że ten zaszczyt bycia profesorem miał cokolwiek wspólnego z bombardowaniem Serbii.
Wiele karier przebiega według tego samego schematu: im słabsi kandydaci, tym bardziej podatni na wpływy – i tym taniej jest ich sponsorom osiągnąć swoje cele. Prezydent Macron nie znał pojęcia EBITDA , kiedy dołączył do Rothschild w 2008 roku; to jak murarz nieumiejący trzymać kielni. Chociaż awansował na partnera po zaledwie dwóch latach, jego rola w dużych transakcjach do tego momentu była określana jako „młodsza”: wypełniał arkusze kalkulacyjne w Excelu. W Rothschild awans od stanowiska podstawowego do partnera zajmuje zazwyczaj od 7 do 12 lat. Pan Macron otrzymał zatem pochwały, zanim oddał jakiekolwiek szczególne zasługi. To samo dotyczyło kanclerza Merza w BlackRock.
W ten sposób w Europie – i w USA również – tworzy się kariery, by montować podatne na wpływy i kontrolowane marionetki, które podążają za swoimi marionetkami i w żaden sposób nie służą życzeniom własnych społeczeństw. Dlatego też nie ma znaczenia, czy 99% ludzi pragnie pokoju i dobrobytu. Gdzie byśmy skończyli, gdyby plebs dostał to, czego pragnął?
Jak pozbyć się niszczycieli snów?
Mając odpowiednie zasoby i zespół naukowców, z pewnością dałoby się wciągnąć w wir wydarzeń osoby pracujące za kulisami, ale obecnie – z czystej potrzeby fizycznej samoobrony – wielu z tych, którzy mają do tego wystarczające zdolności intelektualne, nie jest w stanie działać. Istnieje wiele publikacji na ten temat, ale większość z nich napisana jest przez nieznanych autorów, przez co stają się łatwym łupem dla tych, którzy odrzucają takie badania jako teorie spiskowe, tym samym stawiając autorów na spalonym .
Kilka tygodni temu spotkałem się na lunchu z grupą najwybitniejszych i najbardziej wpływowych analityków geopolitycznych Zachodu. Podczas posiłku zapytałem, czy oni również uważają, że teorie na temat pewnych grup ( głębokiego państwa , Rothschildów itd.) są trafne: Odpowiedź brzmiała: zdecydowanie tak — od wszystkich. Powodem, dla którego żaden z czołowych umysłów — a właśnie tacy byli ci uczestnicy — nie bada tego tematu i nie zwraca na niego uwagi opinii publicznej, jest samozachowanie. Nie wydaje się jeszcze możliwe rozwiązanie problemu za pomocą konwencjonalnych metod naukowych i dziennikarskich — strach po jednej stronie jest zbyt wielki, a siła po drugiej stronie jest równie potężna. Jednak nadejdzie czas, gdy marionetkarze będą popełniać błędy; patrz Epstein — „Concierge of Evil” — Dangerous Questions .
Moje marzenie jest jak raj, ale rzeczywistość jest koszmarem.
Wniosek
Mam to marzenie, o którym wielokrotnie wspominałem w tym artykule – marzenie o dobrobycie dla wszystkich, marzenie o sprawiedliwości. A przede wszystkim marzenie o pokoju. To właśnie to marzenie wielokrotnie inspirowało ludzi do buntu i walki, nawet w najgorszych, najciemniejszych okresach ich historii.
Nie jest pewne, czy jest to możliwe w okolicznościach panujących co najmniej od II wojny światowej – w których nieobieralne, tajne grupy, których istnienia można się co najwyżej domyślać, kontrolują losy świata. Kto ma siłę, odwagę i środki, by wywrzeć nacisk na te unikające światła potwory i postawić je przed globalną opinią publiczną i postawić przed sądem?
Czas ucieka. Jeśli na przykład Europejczycy osiągną swój cel i wybuchnie wojna z Rosją, to – zdaniem ministra spraw zagranicznych Ławrowa – będzie to zupełnie inny rodzaj wojny – i będzie krótka.
Apeluję do wszystkich decydentów na Zachodzie, aby przemyśleli swoją wojenną manię i w końcu nacisnęli na hamulce – zanim droga zamarznie, hamulce utracą wszelką siłę, a głupcy za kierownicą dopiero w momencie zderzenia zdadzą sobie sprawę, że są idiotami. Ludzkość zapłaci za to cenę.
Nie o siebie. Boję się o moje dzieci, o moich bliskich, o młodych ludzi, którzy mają przed sobą całe życie. Boję się, że nieodpowiedzialni politycy wmanewrują Europę w wojnę, której większość ludzi nie chce i w której ostatecznie będą tylko przegrani. Ten strach nie czyni mnie tchórzem. On czyni mnie pacyfistą.
To, co dzieje się obecnie w Europie, jest moim zdaniem niezwykle niebezpieczne. Dozbrojenie, „gotowość wojenna”, nowe systemy uzbrojenia, manewry wojskowe, groźby, kontrataki, gry wojenne, obowiązkowy pobór do wojska, przygotowywanie szpitali na przyjęcie mas rannych żołnierzy – jeden element układanki dokłada się do drugiego.
Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy mieszkańcy Europy powiedzą: „Dość!”?
Prawdziwym agresorem niekoniecznie jest ten, kto stawia pierwszy krok ku wojnie, lecz ten, kto go wymusza. Niemniej jednak nawet ten pierwszy krok jest niewybaczalny. Wyraziłem już tę ideę w poprzednich artykułach. Dla mnie opisuje ona zasadniczą różnicę między czynnikiem wywołującym wojnę a przyczyną jej wybuchu.
Rosja najechała Ukrainę 24 lutego 2022 roku. To fakt. Ale ktokolwiek, kto na tej podstawie wyciąga wniosek, że historia tej wojny rozpoczęła się tamtego poranka, nadmiernie upraszcza sprawę. Wojny nie spadają z nieba. Mają historię. Wynikają z interesów, zmian władzy, prowokacji, lęków, błędnych kalkulacji, złamanego zaufania i nieudanej dyplomacji. I powstają, gdy ludzie w końcu przestają ze sobą rozmawiać. Europa przeszła przerażająco długą drogę tą drogą.
Tyker szaleństwa
Wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni i tygodni.
14 września 2026 r.
Włoski myśliwiec NATO zestrzelił drona, który przedostał się na Litwę z Białorusi. Władze litewskie poinformowały, że dron przewoził materiały wybuchowe.
Ponownie skupiamy się na Rosji i Białorusi, ponownie na zagrożeniach i reakcjach NATO. Każdy incydent może mieć swoje wytłumaczenie. Martwi mnie jednak ogólny obraz. Konfrontacja militarna zbliża się do bezpośredniego kontaktu między Rosją a NATO, a każdy taki kontakt niesie ze sobą ryzyko popełnienia błędu.
Połowa września 2026 r.
Niemcy i USA zamierzają dalej integrować swoje przemysły obronne. Planowane jest rozszerzenie wspólnego rozwoju i produkcji nowoczesnych systemów uzbrojenia, komponentów i amunicji. Niemcy planują również zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk.
Czy rakiety mają przynieść pokój? Czy stale rosnące zbrojenia mają przynieść coraz większe bezpieczeństwo? Każdy, kto chce, może w to uwierzyć. Ja nie.
25 września 2026 r.
A potem dzieje się coś, co daje mi nadzieję. Młodzi ludzie wychodzą na ulice – nie po broń, nie po gotowość bojową, a już na pewno nie po miejsce w okopach. Protestują przeciwko rozwojowi wydarzeń, którego konsekwencje, w prawdziwym konflikcie, poniosłoby ich pokolenie.
Zgodnie z inicjatywą „Strajk Szkolny Przeciwko Poborowi” ponad 45 000 uczniów w około 100 miastach w całych Niemczech bierze udział w protestach przeciwko potencjalnemu poborowi i obowiązkowym badaniom lekarskim. W samym Berlinie policja naliczyła około 2400 demonstrantów.
To jest doskonałe!
Bo ci, którzy dziś mówią o gotowości bojowej, prawdopodobnie nie będą leżeć w okopach, kiedy nadejdzie czas. Będą tam leżeć inni: młodzi mężczyźni i młode kobiety, synowie i córki – nasze dzieci.
Mogą zapłacić życiem za decyzje polityczne podejmowane przez innych. Pytam panie i panów gotowych do wojny w Berlinie, Paryżu, Londynie, Warszawie i Brukseli: Czy wysłalibyście swoje dzieci na front, wsadzili syna do czołgu, czy wręczylibyście córce karabin i powiedzieli: „Idź i giń, jeśli będziesz musiała?”. A może to czyjeś dzieci powinny zrobić to samo?
Koniec września 2026 r. – u wybrzeży Szkocji
U wybrzeży Szkocji ćwiczone są działania wojenne na morzu. W dowodzonych przez Brytyjczyków ćwiczeniach „Strike Warrior” około 1300 żołnierzy z różnych państw NATO ćwiczy między innymi polowanie na okręty podwodne, operacje powietrzne i manewry abordażowe. Niemal jednocześnie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone demonstrują swoje zdolności ofensywne w ramach ćwiczeń „Atlantic Thunder”. 29 września Royal Navy informuje o zaatakowaniu i zatopieniu wycofanej ze służby amerykańskiej fregaty USS Klakring przy użyciu różnych systemów uzbrojenia, w tym pocisków rakietowych i torped.
Oczywiście, takie manewry oficjalnie służą obronie i odstraszaniu. Jednak druga strona również argumentuje w ten sposób, powołując się na własne potrzeby bezpieczeństwa. Problem pojawia się, gdy obie strony interpretują własną rozbudowę sił zbrojnych jako konieczną obronę, a działania drugiej strony jako agresję. Jaki sygnał ma otrzymać Moskwa, gdy bezpośrednio u wybrzeży Europy prowadzone są ćwiczenia z zakresu zwalczania okrętów podwodnych, ataków rakietowych i zatopienia okrętu wojennego? I jakiego sygnału oczekuje Zachód w odpowiedzi? To klasyczny dylemat bezpieczeństwa – tyle że tym razem w grę wchodzi broń jądrowa.
30 września 2026 r.
Kaliningrad.
Silnie uzbrojone terytorium rosyjskie między Polską a Litwą, geograficznie oddzielone od centralnej części Rosji, przekształca się w jeden z najniebezpieczniejszych, potencjalnych punktów zapalnych bezpośredniej konfrontacji między Rosją a NATO.
Rosja obecnie wyraźnie ostrzega przed militarną izolacją lub atakiem na Kaliningrad, a nawet rozważa użycie broni jądrowej w takim przypadku. To szaleństwo. Groźby nuklearne nie są błahe i są nieodpowiedzialne, nawet jeśli pochodzą z Moskwy.
Ale w tym wszystkim jest też trochę prawdy. W sierpniu, według zachodniego źródła wojskowego, które rozmawiało z agencją Reuters, samoloty NATO przeprowadziły niezapowiedzianą operację wokół Kaliningradu. To pokazało, że w razie konfliktu łączność radiowa, radarowa i obrony powietrznej z rosyjską eksklawą może zostać przerwana.
Jaki jest zamierzony rezultat – pokój? Czy Rosja ma obserwować taką operację, a potem uspokajać się: „Wszystko w porządku, NATO przecież chce się tylko bawić”?
Jednocześnie Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte oświadczył 30 września, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji. To oświadczenie powinno dać nam do myślenia. Skoro nie ma bezpośredniego zagrożenia, dlaczego tworzy się atmosfera, w której wojna coraz częściej jawi się jako coś, na co Europa musi się przygotować intelektualnie, gospodarczo, społecznie i militarnie?
Zabawa z ogniem
Rosja posiada największy na świecie arsenał nuklearny. Według szacunków Federacji Amerykańskich Naukowców, do 2026 roku Rosja będzie dysponować łącznie około 5400 głowicami jądrowymi, co plasuje ją tuż przed Stanami Zjednoczonymi. A niektórzy europejscy politycy najwyraźniej chcą sprawdzić granice swoich możliwości w tym kraju?
Czy oni stracili rozum?
Wojna nuklearna między Rosją a NATO nie byłaby grą komputerową, grą wojenną w jakiejś siedzibie NATO, seminarium strategicznym ani telewizyjnym talk-show. Zginęłyby ludzie, być może miliony. Mogłyby zginąć nasze dzieci i wnuki. A Europa, która doświadczyła już dwóch wojen światowych, znów zaczęłaby mówić o swojej gotowości do wojny.
Cóż za kompletne szaleństwo!
Kto tu właściwie komu grozi?
Przez lata mówiono ludziom, że Rosja może zaatakować kraje NATO, po Ukrainie. Putin wielokrotnie zaprzeczał takim zamiarom. Pod koniec 2025 roku powtórzył, że Rosja nigdy nie planowała ataku na Europę i była nawet gotowa to potwierdzić na piśmie.
Można wierzyć Putinowi albo mu nie ufać. Oba są uzasadnione. Nie akceptuję jednak czegoś innego: rosyjskie oświadczenia są często traktowane jako z natury bezwartościowe, podczas gdy zachodnie analizy zagrożeń są przedstawiane jako obiektywnie prawdziwe. Dlaczego?
Zachodni politycy również realizują własne interesy, sekretarze NATO angażują się w politykę, a rządy posługują się propagandą. Oczywiście, zachodni politycy też potrafią kłamać – i robią to, czasami wręcz bezczelnie! Niemniej jednak nie muszę wierzyć Putinowi ani Merzowi, Ławrowowi ani Pistoriusowi, Moskwie ani Brukseli. Mogę patrzeć na to, co mówią, a co ważniejsze, co robią.
To, co obecnie widzę w Europie, zupełnie do mnie nie przemawia. I jeszcze jedno: bardziej ufam Putinowi niż europejskim podżegaczom wojennym. Najwyraźniej 27 milionów rosyjskich ofiar spowodowanych przez nazistowskie Niemcy zostało już zapomniane. Czy Niemcy najechały Rosję, czy odwrotnie? Nigdy więcej?
Gotowy do wojny
Friedrich Merz chce uczynić niemieckie siły zbrojne najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie. Boris Pistorius przywrócił niesmaczne określenie „gotowość wojenna”. Emmanuel Macron od lat forsuje debatę na temat silniejszej roli militarnej Europy. Wielka Brytania należy do najbardziej zdecydowanych zwolenników militarnej kontynuacji wojny na Ukrainie. Polska dokonuje masowego zbrojenia. Ursula von der Leyen naciska na wzmocnienie europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Mark Rutte domaga się coraz większych wysiłków militarnych ze strony państw NATO.
Broń, amunicja, pociski, drony, czołgi i myśliwce – miliardy miliardów są mobilizowane na te cele. Ale gdzie są plany pokojowe i ważne europejskie inicjatywy dyplomatyczne? Gdzie są mężowie stanu, którzy jadą do Moskwy i mówią: „Musimy rozmawiać”? Gdzie są politycy, którzy mają odwagę usiąść do stołu, zamiast zamawiać kolejny pocisk?
Jest już wystarczająco dużo mężczyzn gotowych do wojny. Europa w końcu znów potrzebuje mężczyzn gotowych do pokoju .
Rosja nie jest bezbronna
Uderza mnie kolejna sprzeczność. Z jednej strony Rosja jest przedstawiana jako zagrożenie militarne, przeciwko któremu Europa musi się masowo zbroić. Z drugiej strony, europejskie państwa NATO, razem wzięte, mają znacznie większy dochód gospodarczy niż Rosja i nominalnie wydają kilka razy więcej na swoje siły zbrojne.
Rosja w żadnym wypadku nie jest wszechmocna konwencjonalnie. Energia jądrowa to zupełnie inna sprawa. Każdy, kto uważa, że Rosję można wywierać na coraz większą presję tylko dlatego, że Europa ma przewagę ekonomiczną, źle zrozumiał naturę odstraszania nuklearnego. Mocarstwo jądrowe nie musi być w stanie wygrać wojny konwencjonalnej, aby zniszczyć Europę. Wystarczy, że będzie posiadać wystarczającą ilość broni jądrowej. Rosja ma jej aż nadto.
Jaki jest więc sens tej gry?
Nie chcę tej wojny
Nie chcę wojny z Rosją ani z żadnym innym krajem. Nie chcę, żeby młodzi Niemcy walczyli z młodymi Rosjanami, którzy nie wyrządzili sobie nawzajem krzywdy. Nie chcę, żeby młody człowiek z Monachium strzelał do młodego człowieka z Moskwy, bo politycy, generałowie i stratedzy nie potrafili rozwiązać konfliktów przy stole negocjacyjnym.
I z pewnością nie chcę, aby moi bliscy płacili za niekompetencję, pychę i brak skrupułów jakichkolwiek polityków.
Uważam ten rozwój sytuacji za obrzydliwy.
Ludzie, którzy lekkomyślnie ryzykują wojnę z mocarstwem nuklearnym, ponoszą ogromną odpowiedzialność. Ci, którzy igrają z życiem innych, powinni przynajmniej zdawać sobie sprawę z tego, co jest stawką. Nie chodzi o figury na szachownicy, ale o ludzi – i potencjalnie o życie naszych dzieci. Pycha europejskich podżegaczy wojennych wydaje się bezgraniczna.
Dość tego szaleństwa!
Europa nie potrzebuje ani dalszej eskalacji, ani nowych wrogów, ani polityków, którzy mówią ludziom, że muszą znów przygotować się na wojnę. Europa potrzebuje polityków, którzy zapobiegną wybuchowi wojny.
Rozmawiajcie ze sobą, negocjujcie i traktujcie poważnie interesy bezpieczeństwa drugiej strony! Przestańcie odrzucać każdą prośbę o dyplomację jako naiwność, uległość lub „sympatię dla Putina”. Ci, którzy pragną pokoju, muszą rozmawiać ze swoimi przeciwnikami. Nie ma potrzeby negocjowania pokoju z przyjaciółmi.
Przede wszystkim ci, którzy dziś tak nonszalancko mówią o gotowości bojowej, odstraszaniu i sile militarnej, nigdy nie powinni zapominać o jednym: w przypadku prawdziwego zagrożenia zginą nie ich gry wojenne, ale ludzie – być może nasze dzieci.
I ktokolwiek lekkomyślnie naraża swoje życie, nie powinien mówić mi, że robi to dla mojego bezpieczeństwa.
Wstaje!
Mój apel do wszystkich, którzy tak jak ja nie chcą tego szaleństwa: Powstańcie! Wstańcie z kanap! Oburzcie się! Mówcie głośno! Wyjdźcie na ulice, pokojowo demonstrujcie, organizujcie się i jasno dajcie do zrozumienia tym, którzy igrają z cudzym życiem: Nie z nami. Nie z naszymi dziećmi.
Demokracja nie rozwija się dzięki ludziom, którzy milczą, lecz dzięki obywatelom, którzy się angażują. Artykuł 20, ust. 2 Ustawy Zasadniczej zaczyna się od zdania, które niektórzy politycy powinni zapamiętać: „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu”. Nawet prawo do oporu jest zapisane w naszej Ustawie Zasadniczej. Artykuł 20, ust. 4 przyznaje wszystkim Niemcom prawo do stawiania oporu każdemu, kto próbuje obalić porządek konstytucyjny, jeśli nie ma innego rozwiązania. Nie jest to przyzwolenie na przemoc ani ogólne prawo do stawiania oporu decyzjom politycznym, które się nie podobają. Pokazuje to jednak, jaką wartość nasza konstytucja przypisuje swoim obywatelom, gdy fundamentalny porządek demokratyczny jest rzeczywiście zagrożony.
Nie musi do tego dojść. Jest wiele pokojowych i demokratycznych sposobów, aby się zaangażować. Wykorzystaj je! Pisz do swoich przedstawicieli, podpisuj petycje, organizuj wydarzenia, wspieraj inicjatywy pokojowe i wyjdź na ulice. A przede wszystkim: nie pozwól, aby ktokolwiek wmówił ci, że i tak niczego nie możesz zmienić. Każdy, kto czeka, aż inni naprawią coś za niego, równie dobrze może stać na przystanku autobusowym i czekać na następny statek.
Nic się nie zmienia tylko dlatego, że ludzie pragną zmian. Rzeczy zmieniają się, gdy ludzie zaczynają coś robić, aby je zmienić.
Więc powstańcie. Oburzcie się. Mówcie głośno. Spokojnie, ale głośno.
Decyzje dotyczące wojny i pokoju mogą zapadać w budynkach rządowych, parlamentach i kwaterach głównych NATO. Ale w kryzysie to inni muszą tam umrzeć.
I mogą być naszymi dziećmi.
Jeśli podobał Ci się ten post, udostępnij go ponownie. Dziękuję. Miłego czasu. =============================
Książka „Korona – ostatni rozdział jeszcze nie napisany” ukazała się w Internecie 20 sierpnia 2026 roku.
Wiele napisano o pandemii koronawirusa – koncentrując się głównie na jej indywidualnych aspektach. Niniejsza książka jest próbą poskładania tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty pandemii: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż niewystarczające rozliczenie się z pandemią.
Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.
Ci, którzy chcą wyrobić sobie opinię, powinni znać cały obraz.
„Jeśli potrafisz pokonać strategicznego wroga bez angażowania amerykańskich żołnierzy, oznacza to, że osiągnąłeś szczyt profesjonalizmu” – generał Keith Kellogg. https://en.wikipedia.org/wiki/Keith_Kellogg
Hipoteza
Zakładając, że za działaniami Stanów Zjednoczonych na wszystkich frontach kryje się jakaś logika i że istnieje nadrzędna strategia, jak mogłaby ona wyglądać?
Mroczną, ale prawdopodobną hipotezą jest to, że obecna strategia amerykańska polega na „ukrainizacji” Europy po to, by gdy zabraknie Ukraińców, można było uzupełnić ich szeregami Europejczyków. Nie chodzi o to, by kopiować wszystkie środki zastosowane na Ukrainie. Chodzi o osiągnięcie tego samego rezultatu: obszaru tak ubogiego, tak ściśle kontrolowanego i tak odizolowanego od Rosji za pomocą propagandy, że można go wykorzystać jako materiał na linię frontu.
Na Ukrainie osiągnięto to dzięki terapii szokowej MFW, deindustrializacji oraz długotrwałej kampanii, która przekształciła kraj w projekt antyrosyjski. W Europie narzędzia są inne: szok energetyczny, utrata tanich rosyjskich surowców, napór fiskalny, zbrojenia NATO oraz ten sam rodzaj wojny informacyjnej. Aby wszystko to zadziałało, muszą wzrosnąć bezrobocie i desperacja i należy także sprowokować lub sfabrykować jakąś formę ataku ze strony Rosji.
Przygotowania te nie ograniczają się do frontu konwencjonalnego. Jeśli pójść tą samą ścieżką wystarczająco daleko, prowadzi ona do domeny nuklearnej: tj. Europy na tyle zdesperowanej, by doprowadzić do eskalacji, oraz Stanów Zjednoczonych, które mogą pozostać poza zasięgiem jej konsekwencji. W konfrontacjach nuklearnych, podobnie jak w szachach, celem często nie jest doprowadzenie partii do końca, ale postawienie przeciwnika w sytuacji zugzwangu: pozycji, w której każdy możliwy ruch pogarsza sytuację.
Ola Tunander en.wikipedia.org/wiki/Ola_Tunander w pracy „Od horyzontalnej eskalacji Stanów Zjednoczonych do rosyjskiej dominacji w eskalacji”opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone osiągnęły dominację w eskalacji pod koniec zimnej wojny dzięki przewadze technologicznej w zakresie okrętów podwodnych klasy atak. Grożąc radzieckim okrętom podwodnym, które przewoziły radzieckie pociski nuklearne służące do odwetu, Waszyngton podważył wiarygodność radzieckiej zdolności do drugiego uderzenia – czyli zdolności do odwetu po amerykańskim pierwszym uderzeniu. Głównym problemem dla przywódców radzieckich była doktryna MAD (Mutual Assured Destruction – gwarantowane wzajemne zniszczenie): zasada, zgodnie z którą żadna ze stron nie przeprowadzi pierwszego uderzenia nuklearnego, ponieważ druga strona nadal będzie w stanie zniszczyć ją w odwecie. Gdy zdolność do drugiego uderzenia została podana w wątpliwość, logika MAD zaczęła się rozpadać, a Związek Radziecki został zmuszony do ustąpienia.
Z punktu widzenia czołowych zachodnich strategów wojskowych upadek Związku Radzieckiego i rozwiązanie Układu Warszawskiego stanowiły prawdziwe zwycięstwo militarne. Klasa polityczna w większości interpretowała rok 1991 jako koniec walki ideologicznej, ale ci, którzy postrzegali go jako triumf militarny, nigdy nie porzucili założenia, że zwycięzca zachowuje prawo do dyktowania warunków. Przywrócenie przez Putina rosyjskiej suwerenności zostało zatem odebrane jako naruszenie tego przywileju.
Dzisiaj stosunki uległy odwróceniu. Rosja nadrobiła zaległości w dziedzinie okrętów podwodnych i wprowadziła do służby pociski hipersoniczne – „Awangard”, „Cyrkon”, „Kinzhal” i „Oresznik” – które poruszają się z ekstremalną prędkością i manewrują w locie, co sprawia, że ich przechwycenie przez obecne systemy obronne USA i NATO jest niezwykle trudne. Przewaga w zakresie eskalacji przeszła na stronę rosyjską. Każdy ruch, który niesie ze sobą ryzyko eskalacji pionowej, wiąże się obecnie z większą niepewnością dla Waszyngtonu niż dla Moskwy.
Właśnie dlatego opracowano nową strategię. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mogą już ryzykować samodzielnego eskalowania konfliktu, przenoszą konfrontację – przy zachowaniu pewnego stopnia przekonywującej negacji ja chodzi o odpowiedzialność – na podmiot działający w ich imieniu: Europę dysponującą bronią jądrową lub korzystającą z programu wspólnego dostępu do broni jądrowej, doprowadzoną do skrajnej desperacji. Taka desperacja mogłaby pojawić się po tym, jak rosyjskie pociski hipersoniczne zniszczą kluczowe europejskie fabryki zbrojeniowe, po tym, jak dziesiątki tysięcy europejskich żołnierzy zginie na Ukrainie, oraz po tym, jak siły rosyjskie zbliżą się do Kijowa, a nawet do granicy z Polską.
W takim momencie to Europa stałaby się stroną mającą najsilniejszy bezpośredni motyw do eskalacji, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowałyby zarówno dystans, jak i możliwość zrzucenia z siebie odpowiedzialności. Europie brakuje konwencjonalnych zasobów wojskowych, by samodzielnie przeprowadzić jakąkolwiek decydującą eskalację; oceny przedstawicieli NATO i europejskich służb wywiadowczych wskazują, że poważna gotowość konwencjonalna do przeciwstawienia się Rosji jest mało prawdopodobna przed początkiem lub połową lat trzydziestych XXI wieku.
W obliczu takiej konwencjonalnej bezsilności broń jądrowa może wydawać się jedynym dostępnym „szybkim rozwiązaniem”. Mantra, że groźby nuklearne Putina to „blef”, obniża barierę psychologiczną wobec eskalacji, co mogłoby skłonić Moskwę do użycia broni jądrowej w celu przywrócenia wiarygodności swojego potencjału odstraszającego.
Ta logika jest zgodna z tym, co wykazał Tunander na temat historycznej rzeczywistości amerykańskiego „parasola nuklearnego”. Nie oznaczało to, że Stany Zjednoczone były gotowe do przeprowadzenia ataku na terytorium Rosji w celu ocalenia swoich sojuszników z NATO, ryzykując tym samym zniszczenie amerykańskich miast. Amerykańska taktyczna broń jądrowa miała być używana w Europie, przeciwko siłom na terytorium europejskim, właśnie po to, by ograniczyć zasięg ewentualnej wymiany nuklearnej do konkretnego obszaru geograficznego.
Wraz z zanikiem Układu Warszawskiego jako dogodnego zestawu celów oraz utratą przez Stany Zjednoczone przewagi w eskalacji konfliktu, parasol ten praktycznie przestał istnieć. W przypadku poważnej konfrontacji, Stany Zjednoczone miałyby wszelkie powody, by przerzucić zarówno walkę, jak i ryzyko nuklearne na Europejczyków.
Strategia ta ma na celu postawienie Rosji w sytuacji, w której jedyną alternatywą jest strategiczne wycofanie się lub zniszczenie Europy w roli proxy – zniszczenie, które nastąpiłoby z powodu szkód, jakie europejska broń jądrowa wyrządziłaby na terytorium Rosji i jej siłom, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostałoby poza zasięgiem. Można by racjonalnie oczekiwać, że Rosja ustąpi pod taką presją. Jednak metoda ta zwielokrotnia ryzyko przypadkowej wojny jądrowej.
Stawia to również Rosję przed poważnym dylematem. Siergiej Karaganow od kilku lat otwarcie opowiada się za ograniczonym atakiem nuklearnym na cele europejskie, aby przywrócić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw, a tym samym zmusić je do wycofania poparcia dla wojny. Jednak każdy ograniczony atak nuklearny na Europę sam w sobie obniżyłby próg użycia broni jądrowej przez Europę przeciwko Rosji lub groziłby wywołaniem natychmiastowego kontrataku.
Rosja stanęłaby zatem przed wyborem, który nie ma optymalnego rozwiązania: albo tolerować stopniowe tworzenie się zdesperowanego, uzbrojonego w broń jądrową frontu europejskiego, albo działać wcześnie i tym samym ryzykować właśnie tę eskalację, której stara się zapobiec – ale przeciwko przeciwnikowi, który jest wciąż nieco słabszy niż stałby się, gdyby Rosja powstrzymała się od uderzenia.
Wydaje się, że Amerykanie liczą na to, że ten dylemat da się wykorzystać. Stopniowo zwiększając presję – utrzymując Rosję w sytuacji „zugzwangu”, nie dopuszczając jednak do otwartej strategicznej wymiany nuklearnej – Stany Zjednoczone mają nadzieję zmusić Moskwę do ustąpienia, zamiast ponoszenia kosztów szerszej wojny. Im bardziej Europa jest pozycjonowana jako front nuklearny, którym można poświęcić, tym ostrzejszy staje się ten dylemat. Celem może być wymuszenie przyznania się do porażki, które wielu na Zachodzie nadal uważa za należne po roku 1991. Praktycznym skutkiem jest postawienie całego kontynentu europejskiego – oraz rosyjskiego procesu decyzyjnego – na czułym progu.
Poniżej przedstawiono analizę motywacji stojących za tą niezwykle niebezpieczną (i psychopatyczną) strategią oraz posunięć ekonomicznych, politycznych i militarnych, które wydają się mieć na celu stworzenie właśnie takich warunków.
Motyw: przesadne ambicje imperialne
Co mogłoby skłonić mocarstwo do rozważenia tak radykalnego porzucenia i zdrady własnych sojuszników? – Odpowiedzią jest stan systemu, który nie jest już w stanie utrzymać się na dotychczasowych zasadach, przy czym jego kierownictwo zdaje sobie sprawę z konsekwencji jego upadku.
Nie jest to „Wielki Plan” opracowany w zadymionym pokoju przez garstkę spiskowców. Jest to raczej wynik podążania ścieżką najmniejszego oporu wewnątrz zagrożonej sieci władzy. Jak wykazały akta Epsteina, pewne środowisko społeczne może zachować swoje tajemnice nie poprzez formalną konspirację, ale poprzez współdzieloną podatność na zagrożenia i wspólny interes. Gdy kariery, aktywa i zobowiązania prawne są powiązane z tym samym systemem, racjonalnym wyborem dla każdego z uczestników jest ochrona owego systemu za wszelką cenę. Rezultat jest nie do odróżnienia od jakiegoś wielkiego planu, ale znacznie trudniejszy do obalenia.
Przez dziesięciolecia zachodni rdzeń ekonomiczny utrzymywał się dzięki finansjalizacji i systematycznemu przenoszeniu produkcji za granicę. Moce produkcyjne przenoszono do krajów o niskich płacach, podczas gdy gospodarki metropolitalne skupiały się na czerpaniu zysków z rent, inflacji aktywów oraz recyklingu globalnych oszczędności poprzez system dolara. Niemal całkowita zapaść z roku2008 ujawniła, jak blisko przepaści znalazła się ta struktura. Jak wykazał Michael Hudson w książce „Killing the Host”,uratowano banki, pozostawiając przy tym podłoże zadłużenia w nienaruszonym stanie. Zerowe stopy procentowe i kolejne rundy luzowania ilościowego nie przywróciły zdolności produkcyjnych; spowodowały one natomiast powstanie jeszcze większych baniek na rynkach akcji, obligacji i nieruchomości. Lata pandemii Covid powtórzyły ten schemat na większą skalę. Problemy strukturalne pozostają nierozwiązane. To, co zostało skonstruowane, to system jeszcze bardziej zadłużony i kruchy.
Ale stare instrumenty kontroli zewnętrznej zaczęły zawodzić. Klasyczny model Economic Hit Man (ekonomiczny zabójca),oparty na zadłużeniu, prywatyzacji i politycznej uległości, nie sprawdza się już w przypadku państw, które dysponują rozwiązaniami alternatywnymi. Sankcje, które miały zredukować rosyjską gospodarkę do stanu ruiny i zamienić rubla w „gruz”, nie osiągnęły żadnego z tych celów. Iran również przetrwał. Postęp technologiczny Chin w większości kluczowych dziedzin zmiótł założenie o trwałej przewadze Zachodu. Podmioty z Afryki i innych krajów Globalnego Południa coraz częściej zwracają się ku nowym partnerom. Od dawna utrzymywana zdolność do utrzymywania słabszych regionów w stanie trwałego zacofania powoli zanika.
Jednocześnie osoby na szczytach władzy wiedzą, że mają krew na rękach – i że prawdziwy upadek systemu mógłby w końcu pociągnąć je do odpowiedzialności. Rzecznicy chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wyrazili tę kwestię z szokującą bezpośredniością. W sierpniu 2022 roku Zhao Lijian upublicznił mem, który w praktyce oskarżał Stany Zjednoczone o przeprowadzenie ataków z 11 września jako operacji pod fałszywą flagą – działania kryminalnego najcięższego kalibru, którego celem było zmobilizowanie krajowego i międzynarodowego poparcia dla serii wojen i zbrodni wojennych, które nastąpiły później.
Podobnie rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wang Wenbin wezwał społeczność międzynarodową do zbadania zbrodni wojennych popełnionych przez Stany Zjednoczone i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, dodając, że sprawiedliwość może się opóźnić, ale nie zostanie wstrzymana. Lista przestępstw jest długa: sfabrykowane opowieści o okrucieństwach wykorzystywane do pozyskania poparcia dla wojny (zeznania dotyczące inkubatorów w Kuwejcie przygotowane przez agencję Hill & Knowlton, zarzuty o gwałty po zażyciu Viagry pod adresem Libii, dossier na temat broni masowego rażenia w Iraku), długa seria operacji mających na celu zmianę reżimu oraz formalne mechanizmy prawne, takie jak amerykańska ustawa o ochronie członków sił zbrojnych (American Service-Members’ Protection Act) – powszechnie znana jako „Hague Invasion Act” – mająca na celu ochronę personelu amerykańskiego i sojuszniczego przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Zgodnie z zasadami ustanowionymi w Norymberdze planowanie i rozpoczęcie wojny agresywnej stanowiło najwyższą zbrodnię międzynarodową. Elita, która od dziesięcioleci działała w warunkach niemal całkowitej bezkarności, rozumie, co prawdziwy upadek systemu mógłby oznaczać dla jej własnego bezpieczeństwa. Walka o hegemonię ma charakter egzystencjalny dla tych, którzy kierują systemem. Gdy nie pozostaną już żadne bezpieczniejsze opcje, zastosują oni każdy środek, który ma choćby najmniejsze szanse powodzenia.
Kanibalizacja wasali
Bezpieczeństwo Europy od dawna stanowi dla Stanów Zjednoczonych spory koszt. Przez dziesięciolecia oba podmioty tworzyły jeden imperialny szczyt: historyczne jądro systemu pozostawało kulturowo i instytucjonalnie europejskie, podczas gdy siła militarna i struktura dowodzenia finansowego stopniowo koncentrowały się w Stanach Zjednoczonych. Przez dziesięciolecia Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, który jednak nadal okazywał szacunek cywilizacji europejskiej. Niedawny spektakularny występ sekretarza generalnego NATO Marka Rutte, który nazwał Trumpa „tatą”, pokazuje, jak bardzo zmieniły się te relacje – i w którą stronę obecnie płynie ów szacunek.
Obecnie, układ ten ulega rozpadowi. W Waszyngtonie władzę przejęły siły bardziej nacjonalistyczne, mniej romantycznie nastawione do Europy. Kontynent europejski nie jest już traktowany jako równorzędny partner na szczycie porządku opartego na zasadach, ale jako zasób, z którego można czerpać: ekonomicznie wydrenowany, politycznie podporządkowany i militarnie przygotowany jako teatr działań, który poniesie koszty upadku imperium.
Stany Zjednoczone poczyniły znaczne inwestycje w zwiększenie krajowej produkcji energii, aby przetrwać zbliżające się zakłócenia — lub całkowite załamanie — eksportu energii z Zatoki Perskiej. Przygotowały się na obecny konflikt, który same wywołały, zgodnie ze strategią nakreśloną w dokumencie z 2009 roku pt. „Which Path to Persia?” („Którą drogą do Persji?”), opracowanym przez Brookings Institution — think tank skupiający przedstawicieli sektora wojskowo-przemysłowego. Jednocześnie, udając, że dążą do rozwiązania konfliktu, nieustannie podejmują nowe kroki w celu jego eskalacji, między innymi wykorzystując Izrael jako narzędzie.
Europa jest obecnie uzależniona od energii amerykańskiej. Niezależnie od tego, czy dojdzie do wojny na pełną skalę w Zatoce Perskiej, czy też do długotrwałego zamknięcia Cieśniny Ormuz (a potencjalnie także Morza Czerwonego), skutki dla Europy będą takie same. Gdy kryzys się pogłębi, Amerykanie będą mogli powiedzieć: „Przykro nam, chłopcy, ale teraz potrzebujemy całej energii dla siebie”. Wynikający z tego szok energetyczny mógłby przyspieszyć „ukrainizację” Europy – a prawdopodobnie także Japonii, Filipin i Korei Południowej – zamieniając je w bardziej zdesperowane i łatwiejsze do kontrolowania aktywa na pierwszej linii frontu przeciwko wschodniej flance Rosji oraz przeciwko Chinom.
Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, jaki związek ma z tym wysadzenie gazociągu „Nord Stream”. Biden wyraźnie stwierdził, że gazociąg zostanie wysadzony, jeśli Rosja zaatakuje Ukrainę, a Blinken i Nuland otwarcie świętowali, gdy to się stało. Szwecja, Dania i Niemcy uznały swoje śledztwa za tajne, powołując się na bezpieczeństwo narodowe i poufność wstępnych dochodzeń. W praktyce oznaczało to, że wyniki tych dochodzeń nigdy nigdy nie mają zostać ujawnione Rosji – ani żadnej innej zainteresowanej stronie.
Stany Zjednoczone od lat robią dokładnie to, przed czym ostrzegała grupa ich najbardziej doświadczonych obserwatorów geostrategicznych, twierdząc, że doprowadzi to do rosyjskiej interwencji zbrojnej na Ukrainie. W roku 2008, ówczesny ambasador w Moskwie William Burns (późniejszy dyrektor CIA) wysłał depeszę, której temat brzmiał: „Nyet oznacza Nyet”. Napisał, że przystąpienie Ukrainy do NATO stanowiło „najważniejszą z wszystkich czerwonych linii dla rosyjskiej elity (nie tylko Putina)”, i dodał, że Rosja była szczególnie zaniepokojona tym, iż głębokie podziały wewnątrz Ukrainy dotyczące członkostwa w NATO „mogą doprowadzić do poważnego rozłamu, połączonego z przemocą lub, w najgorszym przypadku, do wojny domowej. W takiej sytuacji Rosja musiałaby podjąć decyzję o interwencji – a jest to decyzja, przed którą Rosja nie chce stanąć”. Dziesięć lat wcześniej George Kennan, twórca strategii powstrzymywania, powiedział „New York Timesowi”, że rozszerzenie NATO było „najbardziej fatalnym błędem amerykańskiej polityki w całej erze po zimnej wojnie” oraz „początkiem nowej zimnej wojny”. Stephen Cohen i John Mearsheimer od lat wystosowywali to samo ostrzeżenie: popchnięcie Ukrainy w kierunku NATO i Zachodu zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane i ignorowane. Polityka ta była kontynuowana.
Dlaczego europejskie elity postępują wbrew interesom swoich krajów
Prawie wszyscy analitycy z mediów alternatywnych są zdumieni widokiem europejskich polityków zachowujących się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. Rosja nie jest jedynie konwencjonalnym supermocarstwem wojskowym – zajmującym drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych w niezależnych rankingach, takich jak Global Firepower Index, i wielokrotnie opisywanym przez samego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO, generała Christophera Cavoli, jako kraj dysponujący potężnym potencjałem w wielu dziedzinach, na który wojna na Ukrainie nie ma większego wpływu. Jest to również potęga nuklearna pierwszej klasy.
Długoterminowe bezpieczeństwo i przetrwanie gospodarcze Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców; jest to coś, co niemieccy przemysłowcy i wielu bardziej trzeźwo myślących polityków rozumie od dawna. To, że obecne kierownictwo Europy wydaje się niezdolne do uznania tej podstawowej rzeczywistości, nieustannie zadziwia obserwatorów spoza głównego nurtu.
Według doświadczonego korespondenta wojennego Patrika Baaba, zarówno elity europejskie, jak i ukraińskie potrzebują trwającego konfliktu, by zabezpieczyć własne przetrwanie polityczne i realizację swych ambicji. Przywódcy z Europy Zachodniej, którzy kierowali swoje kraje ku wojnie i jej finansowym konsekwencjom, nie mogą przyznać się do porażki bez utraty władzy, dlatego też eskalują konflikt jeszcze bardziej. Dodaje on, że niektóre elity niemieckie kierują się również utrzymującą się chęcią zemsty za historyczne porażki, takie jak Stalingrad. Jest to z pewnością ważna część wyjaśnienia. Trudno jednak uwierzyć, że takie autodestrukcyjne zachowanie nie wynika również ze świadomej amerykańskiej manipulacji europejską polityką. Argumenty przemawiające za systematycznym wpływem Stanów Zjednoczonych na europejski proces decyzyjny są silniejsze, niż większość grzecznych dyskusji politycznych jest gotowa przyznać.
Pułkownik Lawrence Wilkerson (były szef sztabu Colina Powella) opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone systematycznie wymuszały polityczne posłuszeństwo Europy i rozszerzenie NATO poprzez skoordynowane operacje wywierania wpływu. Po zakończeniu zimnej wojny, Waszyngton uznał, że każde państwo europejskie – niezależnie od wielkości, stopnia demokratyzacji czy woli społeczeństwa – powinno przystąpić do NATO. W przypadku krajów, które wolały zachować neutralność lub których społeczeństwa sprzeciwiały się członkostwu, Stany Zjednoczone prowadziły kampanie wzorowane na „kolorowych rewolucjach”. Obejmowały one działania sieci organizacji pozarządowych, organizacji quasi-rządowych, agencji rządowych oraz głośne wizyty amerykańskich senatorów i posłów, które celowo wspierały pro-natowskie mniejszości polityczne („tyrania mniejszości”) zamiast opinii większości. Dzięki temu udało się wciągnąć do sojuszu takie kraje jak Czarnogóra i Albania.
Wilkerson dodaje, że CIA, USAID i powiązane instytucje zostały wykorzystane do kształtowania Europy po zakończeniu zimnej wojny – szkoląc i promując przywódców posłusznych, a jednocześnie odsuwając na bok tych, którzy nie pasowali do pożądanego profilu. Przypomina, jak nieustannie identyfikowano i wybierano polityków, których „potrzebowaliśmy”, skreślając pozostałych z listy. Zadanie to realizowały zespoły krajowe i ambasadorzy w terenie, kierowani czasem przez Departament Stanu, a czasem przez CIA.
Ten schemat wywierania wpływu nie jest nowy. Jak wyjaśnił pułkownik L. Fletcher Prouty – który przez lata koordynował wsparcie wojskowe dla tajnych operacji CIA – w swojej książce „The Secret Team” na temat Programu Pomocy Wojskowej:
«Istotnym aspektem Programu Pomocy Wojskowej jest to, że wprowadził on pewne nowe definicje roli i odpowiedzialności sił zbrojnych kraju. Początkowo definicje te wydawały się całkiem trafne i sprawiały, że Program Pomocy Wojskowej nabrał większego znaczenia dla Amerykanów. Jednak wraz z upływem lat, gdy działania w ramach MAP stały się rutyną, a te wcześniejsze doktryny weszły na stałe do „języka wojskowego” obu zaangażowanych stron – Stanów Zjednoczonych i kraju przyjmującego – zaczęły one powodować subtelne zmiany w roli amerykańskich sił zbrojnych. Doprowadziło to do bardzo wyrafinowanej formy bezpośredniej interwencji w sprawy wewnętrzne czterdziestu krajów przyjmujących, a w niektórych przypadkach skutkowało bezpośrednio oddzieleniem sił zbrojnych danego kraju od kontroli politycznej poprzez praktyki, które zostaną wyjaśnione. W tym sensie rozbudowane deklaracje misji programów wzajemnego bezpieczeństwa stanowią dopracowaną przykrywkę. Program pomocy wojskowej staje się środkiem, dzięki któremu [Tajny Zespół] może, ilekroć wykryje lub podejrzewa „inspirowaną przez komunistów wywrotową rebelię”, zwiększać swoją rolę w siłach zbrojnych i organizacjach politycznych kraju przyjmującego, aż do momentu, gdy problem przerodzi się w wybuch otwartej wrogości. W ten sposób „strażak” staje się człowiekiem, który podpala, a nie tym, który gasi pożary».
Przez „tajny zespół” Prouty miał na myśli nieformalną sieć wysokich rangą funkcjonariuszy CIA, personelu wojskowych operacji specjalnych oraz ich sojuszników w władzy wykonawczej i sektorze prywatnym, która działała przy ograniczonym nadzorze i wykorzystywała oficjalne programy, takie jak pomoc wojskowa, jako narzędzia tajnych interwencji. To, co opisał w odniesieniu do Trzeciego Świata w okresie zimnej wojny, ma wyraźne odpowiedniki na arenie europejskiej po zakończeniu zimnej wojny: stopniową integrację krajowych sił zbrojnych ze strukturami NATO, ciągły przepływ pomocy wojskowej i szkoleń oraz stopniowe uniezależnianie tych sił od wyłącznie krajowej kontroli politycznej – a wszystko to pod przykrywką wzajemnego bezpieczeństwa oraz „odstraszania”.
Aby uniemożliwić dojście do władzy politykom, których Waszyngton nie popierał, stosowano brutalne metody. Od sieci Gladio typu „stay-behind”, które stworzyły tajne struktury zarówno w krajach NATO, jak i w krajach neutralnych, i dopuściły się aktów terroryzmu, które pomogły utrzymać pod kontrolą wszelkie rzeczywiste wpływy lewicy lub sił suwerennych, po nierozwiązane lub podejrzanie zsynchronizowane zabójstwa takich postaci jak Aldo Moro, Olof Palme https://en.wikipedia.org/wiki/Olof_Palme oraz Alfred Herrhausenhttps://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_Herrhausen – przywódców, którzy zagrażali istniejącemu porządkowi atlantyckiemu lub dążyli do bardziej niezależnych rozwiązań gospodarczych oraz tych dotyczących bezpieczeństwa; schemat ten polega na selektywnym wywieraniu presji i eliminacji. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=Aldo+Moro)
Do tego dochodzi potwierdzona inwigilacja Angeli Merkel i innych europejskich przywódców przez NSA, a także cichsze, ale uporczywe kształtowanie kadry poprzez masowe programy propagandowe oraz elitarne programy społecznościowe, takie jak „Young Global Leaders” Światowego Forum Ekonomicznego, które umieściły postacie o poglądach atlantystycznych w kluczowych ministerstwach, bankach centralnych i instytucjach UE na całym kontynencie. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=young+global+leaders) Gdy spojrzy się na te instrumenty w połączeniu z długą historią sprzeciwu Stanów Zjednoczonych wobec prawdziwej europejskiej neutralności, wyłania się obraz nieustannych wysiłków mających na celu zapewnienie, by europejskie elity polityczne pozostawały strukturalnie posłuszne Waszyngtonowi, także gdy w sposób oczywisty szkodzi to materialnym interesom ich własnych społeczeństw.
Ten sam schemat, który przygotował Ukrainę do całkowitej mobilizacji, jest obecnie stosowany w Europie, tyle że na większą skalę i z większym wyrafinowaniem. Na Ukrainie proces ten przebiegał w przyspieszonym tempie: zniszczenie przemysłu w Donbasie, zerwanie powiązań energetycznych i handlowych z Rosją, systematyczne zubożanie znacznej części społeczeństwa oraz utrzymywanie permanentnego stanu egzystencjalnego zagrożenia. Równolegle z materialną dewastacją toczyła się kompleksowa czystka informacyjna i polityczna. Partie opozycyjne, które opowiadały się za jakąkolwiek formą normalizacji stosunków z Rosją, zostały zawieszone, a później zakazane. Ograniczono lub wyeliminowano media rosyjskojęzyczne. Ludność została odcięta od narracji strony przeciwnej. Rosjan systematycznie dehumanizowano, tak aby idea negocjacji z nimi, a nawet uznania ich człowieczeństwa, stała się politycznie toksyczna.
Europa poddawana jest powolniejszym, ale strukturalnie identycznym działaniom. Zniszczenie gazociągu „Nord Stream”, wymuszone odcięcie od rosyjskiej energii i surowców, wynikająca z tego de-industrializacja (najbardziej widoczna w niemieckim przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym), gwałtowny wzrost cen energii oraz stopniowa erozja płac realnych tworzą te same warunki materialne: rosnące bezrobocie, obniżający się standard życia oraz narastające poczucie, że przyszłość została unicestwiona. Jednocześnie potężna kampania propagandowa sprawiła, że Rosja i Rosjanie zostali pozbawieni człowieczeństwa. Pierwsze strony tabloidów (jak udokumentowano w analizach nagłówków szwedzkiego „Expressen”) przedstawiają nieustanny strumień demonizacji. Rosyjscy sportowcy, w tym zawodnicy niepełnosprawni, rosyjskie osobistości świata kultury, a nawet rosyjskie koty na wystawach, zostały poddane zbiorowej karze. Rosyjskie media państwowe zostały zakazane w całej Unii Europejskiej, tak aby obywatele nie mogli usłyszeć argumentów drugiej strony. Partie polityczne lub głosy wzywające do negocjacji lub normalizacji stosunków są marginalizowane, poddawane dochodzeniom lub traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa – ta sama logika, która doprowadziła Ukrainę do zakazania jedenastu partii opozycyjnych w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji.
Ci, którzy podważają tę narrację, ponoszą konkretne konsekwencje zawodowe i osobiste. Jacques Baud, doświadczony analityk szwajcarskich służb wywiadowczych mieszkający w Brukseli, został objęty sankcjami UE w grudniu 2025 roku: bez procesu zamrożono jego aktywa i nałożono ograniczenia w podróżowaniu za przestępstwo polegające na przedstawianiu analiz sprzecznych z oficjalną linią. W Szwecji badaczka stosunków międzynarodowych Frida Stranne została poddana długotrwałej kampanii oczerniania, która sprawiła, że stała się niemal pariasem dla mediów i kręgów politycznych. W Norwegii profesor Glenn Diesen od lat boryka się z systematycznym oczernianiem, kampaniami medialnymi przedstawiającymi go jako rosyjskiego propagandystę, naciskami na jego uczelnię, by go zwolnić, oraz powtarzającymi się próbami odwołania jego publicznych wystąpień. Przesłanie jest jednoznaczne: odejście od zatwierdzonego sposobu przedstawiania sytuacji nie jest prawowitą różnicą zdań, lecz formą nielojalności.
Gdy wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sfabrykowanego zagrożenia zewnętrznego, z jaką borykali się Ukraińcy, próg polityczny pozwalający wysłać europejskich mężczyzn do „młynka mięsnego” drastycznie się obniży.
Wojna nuklearna prowadzona przez pośredników
Co więcej, ten wpływ na europejski proces decyzyjny można wykorzystać do stworzenia właśnie takiej sytuacji, która została zarysowana wcześniej: Europy wyposażonej w broń jądrową, którą można ustawić jako front jednorazowego użytku w konfrontacji z Rosją, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowują zarówno dystans geograficzny, jak i pewną dozę wiarygodnego wyparcia się odpowiedzialności za tę sytuację.
W skrajnej wersji tej logiki, państwa europejskie – czy to poprzez amerykańskie bomby jądrowe, do zrzucania których szkoleni są europejscy piloci w ramach porozumień NATO o wspólnym wykorzystaniu broni jądrowej, czy też poprzez jakąś formę zdolności krajowej lub wspólnej europejskiej – stają się stronami, które efektywnie przekraczają próg jądrowy. Uderzenie przeprowadzone z terytorium krajów skandynawskich lub Niemiec w kierunku Sankt Petersburga lub Moskwy niemal na pewno wywołałoby rosyjską reakcję skierowaną przeciwko krajom, które je przeprowadziły. Nie zmusiłoby to jednak automatycznie Rosji do uderzenia na terytorium Stanów Zjednoczonych, ponieważ groziłoby to wzajemną zagładą tego, co pozostało z cywilizacji przemysłowej, w tym samej Rosji.
Przyjmuje się zatem, że Rosję można zmusić do strategicznego odwrotu – lub do ograniczonej wymiany nuklearnej ograniczonej do Europy – bez konieczności, by Stany Zjednoczone ponosiły odpowiedzialność za zainicjowanie zagrożenia. Oznaczałoby to jawniejsze potwierdzenie porażki, które wielu przedstawicieli zachodnich kręgów bezpieczeństwa nadal uważa za konieczne po roku 1991. Dopiero wtedy, zgodnie z tym tokiem rozumowania, Stany Zjednoczone mogłyby w pełni skupić się na szerszej rozgrywce z Chinami.
Czy w ten sposób kontrolowany wynik jest rzeczywiście możliwy do osiągnięcia po przekroczeniu progu nuklearnego, to już inna kwestia. Praktycznym skutkiem tej strategii jest jednak postawienie kontynentu europejskiego na progu wojny, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje na razie spokojnym tyłem.
Podobny scenariusz przedstawia profesor Ola Tunanders w swoim artykule „Jak zakończy się wojna na Ukrainie?”:
Scenariusz C: „Wojna będzie trwała, a ataki rakietowe doprowadzą do użycia broni jądrowej. Rosyjskie rakiety „Awangard” i „Oresznik”, wyposażone w uzbrojenie konwencjonalne, prawdopodobnie zniszczą europejskie bazy wojskowe oraz część infrastruktury cywilnej. Brytyjczycy i Francuzi mogą poczuć się zmuszeni do odpowiedzi z użyciem broni jądrowej. Rosja również zareaguje wówczas użyciem broni jądrowej. Brytyjskie i amerykańskie struktury wojskowe w Europie zostaną w znacznej mierze zniszczone. Zginą setki tysięcy ludzi. Straty rosyjskie również będą znaczne, podczas gdy Stany Zjednoczone, podobnie jak Chiny, będą starały się uniknąć wciągnięcia w wojnę. Dojdzie do rozłamu między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a NATO może ulec rozpadowi. Cele wojskowe i infrastruktura, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, zostaną zniszczone. Norwegia wyjdzie z tego lepiej, ale zależy to od kierunku wiatru”.
Jeśli cofniemy się w czasie i przyjrzymy się amerykańskim planom na wypadek wojny nuklearnej z czasów zimnej wojny, okaże się, że nie jest to wcale niemożliwe. Zależy to jedynie od tego, jakie siły sprawują władzę w Stanach Zjednoczonych, a ja zdecydowanie uważam, że wszystko wskazuje na to, iż zmierzają one w kierunku jeszcze bardziej skrajnego reżimu. Dobrobyt Ameryki zależy od możliwości czerpania wartości dodanej z reszty świata. Dolar jako waluta rezerwowa, przewaga technologiczna, genialna propaganda i siły zbrojne były narzędziami służącymi do utrzymania tego systemu. Narzędzia te tracą obecnie swoją skuteczność, między innymi z powodu krajów BRICS – jednak muszą one nadal podtrzymywać system, jeśli Ameryka chce uniknąć załamania gospodarczego i politycznego. Wojna ta ma charakter egzystencjalny dla wszystkich stron.
Drabina eskalacji
Czy Amerykanie przygotowują grunt pod takiego rodzaju scenariusz? – Wiele rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć sensu, zaczyna robić się całkiem logiczne, jeśli założymy, że tak właśnie jest.
Wydaje się więc, że odpowiedź brzmi: tak. To, czego jesteśmy świadkami, nie jest serią niepowiązanych ze sobą improwizacji, lecz starannie zaplanowaną eskalacją, w której każda „czerwona linia” została przesunięta do przodu, gdy stało się jasne, że Rosja nie zareaguje totalnym odwetem wcześniej przedstawianym jako powód powściągliwości.
W pierwszych miesiącach wojny zachodni przywódcy mówili wyłącznie o pomocy humanitarnej i ograniczonym sprzęcie obronnym. Sam Biden oświadczył w marcu 2022 roku, że dostarczenie myśliwców – nie mówiąc już o amerykańskich pilotach czy załogach – oznaczałoby „III wojnę światową”. Ta granica została przekroczona. Dostarczono samoloty F-16. Zachodnie systemy dalekiego zasięgu (ATACMS, Storm Shadow i ich odpowiedniki) są obecnie rutynowo wystrzeliwane z terytorium Ukrainy w głąb Rosji. Ukraińskie drony uderzyły w bazy lotnicze, w których stacjonują strategiczne bombowce zdolne do przenoszenia broni jądrowej, położone tysiące kilometrów od linii frontu – operacja ta wymagała tak zaawansowanej logistyki, że trudno zignorować twierdzenia o wsparciu wywiadowczym i technicznym ze strony Zachodu. Udokumentowano, że brytyjskie sieci wywiadu wojskowego planują i szkolą tajne ukraińskie oddziały partyzanckie i sabotażowe do ataków na rosyjskie cele. Pociski i drony, które lądują na terytorium Polski lub Rumunii, są w pierwszej kolejności przypisywane Rosji – niezależnie od późniejszych ustaleń technicznych. Zniszczenie gazociągu Nord Stream zostało natychmiast przedstawione jako działanie Rosji. Równolegle z tą eskalacją militarną toczy się systematyczna kwarantanna kultury i sportu wszystkiego, co rosyjskie, dopełniająca przygotowanie psychologiczne poprzez uczynienie przeciwnika totalnie „innym”.
Wcześniej każdy z tych kroków uznawano za nie do pomyślenia. Jednak po jego wykonaniu stawał się nowym punktem odniesienia. Efekt polityczny ma charakter kumulacyjny: europejska opinia publiczna i jej przywódcy zostali przyzwyczajeni do postrzegania jako coś normalnego tego, co jeszcze kilka lat temu uznano by za zaangażowanie bezpośrednie.
Widać już kolejne szczeble tej drabiny. W ramach Koalicji Chętnych trwa otwarta dyskusja na temat obecności europejskich żołnierzy na terytorium Ukrainy – przedstawianej jako „siły zapewniające bezpieczeństwo” po zawieszeniu działań wojennych – pomimo rosyjskich oświadczeń, że siły takie będą traktowane jako uzasadnione cele. Ogromne programy zbrojeniowe, otwarcie uzasadniane koniecznością przygotowania się do intensywnego konfliktu z Rosją w ciągu kilku lat, tworzą własną logikę strategiczną: dają Moskwie racjonalną motywację do prewencyjnego uderzenia na europejskie fabryki zbrojeniowe i centra logistyczne. Udany rosyjski atak tego rodzaju dostarczyłby z kolei rządom europejskim kapitału politycznego niezbędnego do stłumienia pozostałej opozycji i przyspieszenia bezpośredniego zaangażowania. Po stronie rosyjskiej głosy wzywające do ograniczonego użycia broni jądrowej przeciwko celom europejskim w celu wzbudzenia strachu nie są już ograniczone do marginesu.
To właśnie w takim kontekście operacyjnym Stany Zjednoczone są w stanie kontrolować eskalację. Koszty — konwencjonalne straty oraz, jeśli sytuacja będzie się nasilać, ograniczona wymiana nuklearna — będą ponoszone przez Europę. Terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje bezpieczną przystanią. Ta sama logika, która niegdyś pozwalała obliczyć „akceptowalne straty” rzędu setek milionów ofiar w europejskiej wymianie nuklearnej w czasach zimnej wojny, znajduje obecnie swój współczesny wyraz w odpowiednio skalibrowanym poziomie ryzyka proxy eskalacji.
„Ukrainizacja” Europy to stopniowa transformacja kontynentu w główne pole bitwy konfliktu, którego strategicznym celem jest wyczerpanie dwóch rywali Ameryki przy jednoczesnym zachowaniu rdzenia amerykańskiej potęgi.
Sama Europa otwiera drzwi dla broni jądrowej w sposób, który jeszcze kilka lat temu byłby politycznie nie do pomyślenia. Ukraińscy przywódcy, w tym prezydent Zełenski, wielokrotnie przedstawiali ten wybór jako dylemat zero-jedynkowy: albo członkostwo w NATO z wiarygodnymi gwarancjami bezpieczeństwa, albo przywrócenie potencjału jądrowego. Opinia publiczna na Ukrainie uległa odpowiedniej zmianie; sondaże wskazują obecnie na znaczne poparcie dla broni jądrowej jako preferowanej alternatywy wobec niepewnych zobowiązań Zachodu. W Niemczech tabu uległo pęknięciu. Generałowie, byli ministrowie spraw zagranicznych i czołowi politycy otwarcie dyskutowali o potrzebie posiadania przez Niemcy taktycznej broni jądrowej lub europejskiego środka odstraszania niezależnego od Stanów Zjednoczonych. Chociaż rząd nadal odrzuca pomysł posiadania własnej bomby jądrowej, trwają rozmowy z Francją na temat „odstraszania wyprzedzającego” — w tym ewentualnego tymczasowego rozmieszczenia francuskich samolotów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej na terytorium sojuszników. W Szwecji minister obrony oświadczył, że w czasie wojny na terytorium Szwecji można by zaakceptować obecność broni jądrowej, a rząd potwierdził wstępne rozmowy z Francją i Wielką Brytanią na temat współpracy w dziedzinie broni jądrowej.
Umowy o współpracy w dziedzinie obronności podpisane przez Szwecję i Finlandię ze Stanami Zjednoczonymi celowo pozostawiają tę kwestię otwartą: nie zawierają one jednoznacznego zakazu w czasie pokoju, który uniemożliwiałby wprowadzenie amerykańskiej broni jądrowej w sytuacji kryzysowej lub w czasie wojny. Szwecja uczestniczyła już w ćwiczeniach jądrowych NATO „Steadfast Noon”. Na całym kontynencie dyskusja przesunęła się od całkowitego odrzucenia do planowania na wypadek sytuacji kryzysowych. W praktyce oznacza to przygotowanie terytorium Europy, uzyskanie europejskiej zgody politycznej oraz dostosowanie europejskich systemów przenoszenia do pełnienia roli w kontekście broni jądrowej – a jest to właśnie ta rola, która jest niezbędna, jeśli Stany Zjednoczone zamierzają ograniczyć ewentualną ograniczoną wymianę uderzeń jądrowych do teatru działań wojennych w Europie i na razie uchronić terytorium Stanów Zjednoczonych przed zagładą jądrową.
Interpretacja ta zyskuje na znaczeniu w świetle faktu, że podsekretarz obrony ds. polityki Elbridge Colby nadzoruje obecnie tajny przegląd strategii jądrowej, który celowo kładzie większy nacisk na taktyczną broń jądrową krótkiego zasięgu przeznaczoną do konfliktów regionalnych z Rosją lub Chinami. Zamiast opierać się przede wszystkim na groźbie masowego odwetu strategicznego, przegląd ten ma na celu poszerzenie „przestrzeni decyzyjnej” prezydenta o bardziej wiarygodne systemy o mniejszej mocy, które mogłyby zostać użyte przeciwko konkretnym celom wojskowym bez automatycznego wywołania totalnej wojny jądrowej. Urzędnicy zaznajomieni z tymi pracami opisują je jako wzmocnienie rozszerzonego odstraszania i zarządzania eskalacją w cieniu zagrożenia nuklearnego – czyli właśnie tego rodzaju wyważonych możliwości operacyjnych na poziomie teatru działań wojennych, które uczyniłyby bardziej prawdopodobne wysyłanie sygnałów nuklearnych za pośrednictwem terytorium Europy, przy jednoczesnym zachowaniu terytorium Stanów Zjednoczonych jako strategicznej bazy tyłowej.
Definiowanie zwycięstwa
W tym świetle dawne kalkulacje z czasów zimnej wojny dotyczące „wygrania” konfliktu nuklearnego nabierają nowego, mrożącego krew w żyłach znaczenia. Wspomniane oceny z lat 70-tych, znane z oświadczenia Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, zgodnie z którym Ameryka mogłaby stracić dwieście milionów ludzi, a mimo to dysponować populacją większą niż w czasach wojny secesyjnej, były zimnymi, wyrachowanymi analizami mającymi na celu zapewnienie przetrwania elity rządzącej i kluczowych instytucji władzy, nawet gdyby ogromna liczba zwykłych ludzi zginęła.
Prawdziwym miernikiem zwycięstwa było przetrwanie struktur dowodzenia, protokołów sukcesji, wzmocnionych bunkrów dowódczych, powietrznych stanowisk dowodzenia oraz wystarczających zasobów przemysłowych i finansowych (rezerwy walutowe, kadry kluczowych pracowników), aby utrzymać funkcjonujący amerykański aparat państwowy na szczycie systemu globalnego.
Programy zapewnienia ciągłości działania rządu (COG), takie jak Mount Weather, Raven Rock, bunkier kongresowy w Greenbrier, mobilne konwoje dowodzenia oraz rozmieszczone z wyprzedzeniem zespoły wsparcia sukcesorów, stworzone w celu ochrony urzędu prezydenta, Krajowego Dowództwa, zdolności Rezerwy Federalnej do ponownego emisji waluty oraz łańcucha dowodzenia, który pozwala na kontynuację czerpania wartości w warunkach post-apokaliptycznych. Ta sama logika, która w latach 70-tych i 80-tych tolerowała „akceptowalne straty” w skali cywilizacyjnej, znajduje obecnie swoje odzwierciedlenie w wyważonym ryzyku eskalacji konfliktu zastępczego w Europie.
Jeśli terytorium krajów skandynawskich, Niemiec lub jakiegokolwiek innego państwa europejskiego stanie się bazą wypadową dla ataków, które sprowokują rosyjski odwet, kontynentalna część Stanów Zjednoczonych, chroniona odległością i doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia (MAD), zachowa swoją władzę, dominację energetyczną oraz pozycję pozwalającą dyktować warunki Europie rozerwanej na strzępy oraz krwawiącej Rosji.
Te same siły, które zainwestowały w niezależność energetyczną Stanów Zjednoczonych, odcięły Europie bezpośrednie źródło zaopatrzenia w energię z Rosji i utrzymały opcję proxy-eskalacji nuklearnej, rozumieją, że prawdziwą strategiczną porażką dla Ameryki byłaby utrata zdolności do dyktowania warunków globalnego wydobycia surowców. Ograniczona wymiana nuklearna, ograniczona głównie do terytoriów Europy i Rosji, po której nastąpiłaby odbudowa pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych na warunkach wyprzedaży po zaniżonych cenach, wpisuje się w ten schemat.
Gdy Europa i Rosja wyniszczą się nawzajem w konwencjonalnej wojnie na wyczerpanie lub w ograniczonej wymianie nuklearnej, pozostawiając kontynent w ruinie, jego przemysł dostępny za grosze, a pozostałą przy życiu ludność w desperacji, Stany Zjednoczone będą wreszcie mogły zdecydowanie skierować swoją uwagę na swojego jedynego prawdziwego równego sobie konkurenta: Chiny.
Amerykańscy stratedzy wojskowi od dawna twierdzą, że prawdziwym zagrożeniem egzystencjalnym nie jest Moskwa, lecz Pekin. Oficjalna doktryna w coraz większym stopniu to odzwierciedla: Strategia Obrony Narodowej z 2026 r. nadaje priorytet obronie terytorium kraju oraz powstrzymywaniu Chin w regionie Indo-Pacyfiku.
Krwawiąca Rosja nie będzie w stanie skutecznie wspierać Chin; a Stany Zjednoczone, które czerpały nadwyżkę wartości z upadku Europy, mają nadzieję, że będą w stanie stawić czoła Pekinowi z pozycji względnej siły – czy to poprzez gospodarcze dławienie, czy też starannie wyważony konflikt na Pacyfiku, który ponownie ma na celu oszczędzenie terytorium Stanów Zjednoczonych od działań wojennych. Ta sama logika, która raz pozwalała obliczyć dopuszczalne straty w europejskiej wymianie nuklearnej, stanowi teraz podstawę planowania działań w regionie Indo-Pacyfiku: zwycięstwo definiuje się nie przez przetrwanie ludności, ani nawet formalnych sojuszników, ale przez utrzymującą się zdolność systemu amerykańskiego do dyktowania warunków globalnego czerpania korzyści kosztem swojego głównego rywala.
Cui Bono?
Większość ludzi uznaje działania Ameryki pod rządami neokonserwatystów za czyste szaleństwo, ale jak nauczył nas Michael Parenti:
„Stwierdzenie, że polityka George’a Busha nie jest skuteczna, jest opinią bezsensowną. Nie jest to opinia zdefiniowana politycznie. Trzeba zadać pytanie: skuteczna dla kogo? – Cui bono?
Kiedy myślisz, że ci, którzy tobą rządzą, którzy rządzą bogactwem, którzy kontrolują rynki, siłę roboczą i zasoby społeczeństwa, ustalają płace i kontrolują rynek mediów – kiedy myślisz, że są głupi, to ty jesteś głupi. Rozumiesz? OK!
Jeśli wiesz to i nie wiesz nic więcej, wiesz więcej niż gdybyś wiedział wszystko inne, ale nie wiedział tego. Kiedy rządzący wydają się pędzić na oślep ku katastrofie, zapytaj: komu to służy!”
Ostatecznie, najsilniejszym motywem stojącym za całą tą strategią może być ten najprostszy i najbardziej prywatny. Sieci, które były motorem porządku ustanowionego po zakończeniu zimnej wojny, wiedzą, że prawdziwy upadek systemu nie tylko położyłby kres ich geopolitycznej dominacji – ale także ujawniłby ich prawdziwe oblicze. Nie dałoby się już dłużej ukrywać licznych nielegalnych wojen, fałszywych pretekstów, grabieży gospodarczej i celowego poświęcania sojuszników. Chińscy urzędnicy zaczęli już publicznie wymieniać te zbrodnie; inni pójdą w ich ślady, jeśli zawiedzie mechanizm ochronny systemu.
Dla tych, którzy od dziesięcioleci żyją ponad prawem, „ukrainizacja” Europy i świadome ryzyko eskalacji konfliktu nuklearnego są aktami samozachowawczymi. Lepiej doprowadzić kontynent do desperacji i wymusić konfrontację, która utrzyma system przy życiu, niż stawić czoła dniu, w którym “muzyka ucichnie” i nastąpi ostateczne rozliczenie.
Strategia ta może zatem polegać nie tyle na zapewnieniu trwałej hegemonii amerykańskiej, co na odłożeniu w czasie momentu, w którym sprawiedliwość w końcu dopadnie tych, którzy traktowali inne kraje jak dobra jednorazowego użytku.
Już od prawie pięciu lat klasa polityczna oraz wspierający ją „komentariat” straszą nas wojną: Rosja ma nas nieuchronnie zaatakować. Ostatecznie upadła więc polityka „odstraszania”.
Przypomnę tylko, że przez co najmniej kilkanaście lat wmawiano nam natrętnie, że „kolektywny Zachód”, do którego ponoć „należymy”, jest tak straszny, że Rosja nigdy nie zaatakuje państw NATO oraz ich protegowanych. W ówczesnej narracji Rosja mogła zrobić tylko to, na co ów Zachód jej „pozwolił”.
Od dnia 24 lutego 2022 roku zaczęła się wojna („bez zezwolenia”?), którą szybko przemianowano na „naszą wojnę”. Złośliwie przypomnę, że jej deklarowanym swego czasu celem było… „całkowite zwycięstwo Ukrainy” i wyzwolenie spod „okupacji rosyjskiej” jej terytorium, łącznie z Krymem. Potem byliśmy karmieni krzepiącymi informacjami o niekończącym się paśmie zwycięstw „walczącej Ukrainy” i klęskach Rosji.
Teraz okazuje się, że ten „słoń na glinianych nogach”, po blisko pięciu latach totalnych porażek musi nas koniecznie zaatakować, co ni mniej ni więcej oznacza, że chyba również przegraliśmy „naszą wojnę”, której sens tłumaczono nam w ten sposób, że wykrwawianie Ukrainy za nasze pieniądze eliminuje niebezpieczeństwo bezpośredniej agresji ze strony Rosji. Jak widać nic z tego nie wyszło.
Być może jest zupełnie inaczej: straszenie nas bezpośrednim atakiem ze strony Rosji jest spazmatyczną próbą „przykrycia” porażek w polityce wewnętrznej (zapaść fiskalna, drożyzna cen paliw silnikowych i innych źródeł energii, katastrofa demograficzna), a wielkimi krokami zbliżają się wybory. Za te porażki odpowiada cały POPiS, ale w polityce prowojennej od lat mówi jednym głosem – z fatalnymi zresztą skutkami (dla nas i dla siebie).
Jedynym w miarę racjonalnym uzasadnieniem dla jakiejś prowokacji ze strony Rosji jest gra na destrukcję NATO, które ma skompromitować się poprzez niewykonanie swoich sojuszniczych zobowiązań. Lecz nie jest to konieczne: trwają już trzy wojny (na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie, Izraela z Arabami i USA – Iran), na które potrzeba nie tylko wielkich pieniędzy, ale również… paliw silnikowych, a dla Zachodu (i dla nas) stają się one coraz mniej dostępne. To dużo ważniejszy problem niż sukcesy lub klęski „walczącej Ukrainy”. Ich kontynuacja pogłębia jeszcze bardziej kryzys paliwowy: to może przekreślić istniejące sojusze.
Swoją drogą żyjemy w świecie współzawodnictwa absurdów, bo jeszcze do niedawna opowiadano nam, że Zachód nauczył się żyć bez rosyjskich węglowodorów – taki był cel „miażdżących sankcji”. Gdy zaczęło ich brakować również w wyniku przegranej wojny z Iranem, my, zwykli ludzie, będziemy płacić 10 zł za litr oleju napędowego, a może więcej. My też już za drogo płacimy za „sukcesy” w naszej wojnie oraz za klęski „strategicznego sojusznika” w agresji na Iran. Wiemy już, że prezydent USA zakazał Zełenskiemu ataków na rosyjskie rafineria, bo potrzebuje rosyjskiego oleju napędowego. Czy to już zdrada Zachodu, o której pisałem w cyklu przed kilku laty? Odpowiedź znamy, tylko nie mamy odwagi jej głośno sformułować.
Czy, gdy zgodnie z zapowiadanym scenariuszem, Rosja nas zaatakuje, to USA pospieszą nam z pomocą, razem z Portugalczykami, Grekami i Hiszpanami? To mało prawdopodobne, bo przecież Rosja robi tylko to, na co jej Zachód pozawala, jest „pariasem”, z którym się nikt nie liczy, ale może nie dostarczyć paliwa do natowskich czołgów i samolotów, które mają ruszyć nam na odsiecz.
Nie będę dalej znęcać się nad naszą beznadzieją. Nie chciałbym być w skórze tych, którzy będą odpowiedzialni za wciągnięcie nas do jakiejkolwiek wojny. Może na wszelki wypadek niech wezmą swój plecaczek i szybko wyjadą do ciepłych krajów?
W 1963 roku Bahr opracował Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która faworyzowała zbliżenie z ZSRR nad wrogością. Pod koniec życia nazwał wybór konfrontacji przez Zachód „błędem stulecia”.
Wieczorem 1 października, przed zamknięciem plenarnego posiedzenia dorocznego Klubu Wałdajskiego – w którym miałem okazję uczestniczyć – Władimir Putin niespodziewanie zboczył z tematu, odwołując się do materiałów znalezionych w sowieckich archiwach. Odnalazł ostrzeżenia sprzed prawie czterech dekad, wydane przez Niemca, którego prawie nikt już nie pamięta: Egona Bahra, członka kierownictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). To właśnie Bahr opracował w 1963 roku tzw. Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która stawiała na zbliżenie ZSRR z Zachodem, a nie na polaryzację przeciwko niemu. Niemcy, jak proponował Bahr, powinny być mostem między dwiema stronami muru. Jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta – innymi słowy, prawa ręka Willy’ego Brandta – Bahr negocjował traktaty wschodnie Brandta (kanclerza Niemiec w latach 1969–1974). W latach 1970–1973 Bonn podpisało traktaty wschodnie z Moskwą, Warszawą i Berlinem Wschodnim: uznając granice powstałe w wyniku wojny oraz istnienie innych Niemiec w zamian za gwarancję tranzytu i wizyt rodzinnych. Była to formuła Bahra w formie prawnej – zaakceptować to, co istnieje, aby rzeczy mogły się zmienić poprzez współistnienie. Chadecy (CDU) zwalczali traktaty do tego stopnia, że niemal doprowadzili Brandta do upadku: wniosek o wotum nieufności z 1972 roku został odrzucony zaledwie dwoma głosami.
W Wałdaju Putin odczytał trzy fragmenty z sowieckich archiwów. W pierwszym Bahr zidentyfikował w samym NATO te kręgi, które w ogóle nie chcą podążać ścieżką współpracy paneuropejskiej i wygaszania konfrontacji. W drugim ostrzegł, że bez zdecydowanych kroków w celu przezwyciężenia podziału Europy na wrogie bloki, rozwój wydarzeń przybierze skrajnie niekorzystny charakter, skazując ZSRR na międzynarodową izolację. Przedstawił też, co powinno zastąpić bloki: Radę Bezpieczeństwa o szerokich uprawnieniach, skupiającą Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i całą Europę Środkową i Wschodnią – bez posuwania się NATO na wschód. Po znalezieniu tego w archiwach, Putin powiedział, ostrzegając, że zabrzmi to „niedyplomatycznie”: „Opadła mi szczęka”. W obliczu Niemiec, których retoryka z dnia na dzień staje się coraz bardziej agresywna i które uparcie podsycają widmo „rosyjskiego zagrożenia”, to rzeczywiście zdumiewające, że jeden z czołowych umysłów niemieckiej polityki zagranicznej przez ponad dwie dekady był tak wyczulony na niebezpieczeństwa zaostrzającej się polaryzacji między Zachodem a ZSRR i zaproponował nową, odważną architekturę bezpieczeństwa dla Europy, jednocześnie sprzeciwiając się ekspansji NATO na wschód. Dla prezydenta Rosji to tak, jakby Bahr zajrzał w szklaną kulę.
Ważne jest, aby zwrócić uwagę na moment, w którym to powiedziano. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Moskwa wysłała do NATO memorandum z ostrzeżeniem, że w razie próby nałożenia blokady Kaliningradu przez sojusz sięgnie po wszelkie dostępne środki obrony. W Wałdaju Putin stwierdził, że nie wspomniano o broni jądrowej; jednak tego samego dnia stały przedstawiciel Rosji przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Dmitrij Polański, powiedział na posiedzeniu Stałej Rady tej organizacji, że w rosyjskich dokumentach doktrynalnych przewidziano odpowiedź nuklearną w takim przypadku. Tego samego 1 października kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostrzegał, że Europa musi przygotować się na rozszerzone rosyjskie operacje hybrydowe. To właśnie w tej atmosferze prezydent Rosji decyduje się mówić o Niemczech. Ale mówi o tym ustami Niemca.
W lutym 1990 roku Bahr przebywał w Moskwie w imieniu frakcji parlamentarnej SPD, w towarzystwie posła Karstena Voigta, i powiedział Aleksandrowi Jakowlewowi – architektowi pierestrojki – w obecności Walentina Falina, który był ambasadorem ZSRR w Bonn w latach Ostpolitik , że Helmut Kohl (z CDU, ówczesny kanclerz Niemiec) chciał „NATO aż do Odry”, rzeki oddzielającej Niemcy od Polski (dziś sojusz rozciąga się tysiąc kilometrów dalej, 130 km od Petersburga). I że jeśli Związek Radziecki nic nie zrobi, by temu zapobiec, nigdy nie wróci do Moskwy – jak opowiedział nam Putin. Następnego dnia zaproponował radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Eduardowi Szewardnadze europejski system bezpieczeństwa z własnym dowództwem, do którego zjednoczone Niemcy miałyby się przywiązać w miejsce bloków opozycyjnych – i ostrzegł, że jeśli Moskwa zaakceptuje przystąpienie Niemiec do NATO, sama SPD zmieni swoje stanowisko i skapituluje. Szewardnadze odpowiedział : „Związek Radziecki nie skapituluje”. Trzy miesiące później, w Waszyngtonie, Gorbaczow przyznał Niemcom prawo wyboru własnego sojuszu. Osiemnaście miesięcy później Związek Radziecki dosłownie skapitulował. Wkrótce potem, ironicznie lub tragicznie, optymistyczny Szewardnadze został prezydentem byłej radzieckiej republiki Gruzji.
Putin wykorzystał Bahra nie tylko do krytyki obecnego rządu niemieckiego czy rządu UE, ale także do krytyki Gorbaczowa. Radzieckie kierownictwo, jak powiedział, „słuchało, słuchało i nic nie zrobiło”. Voigt – przekonany atlantysta, który nie zgadzał się z Bahrem w swojej delegacji – opublikował swoją wersję spotkania w 2016 roku: Sowieci „nie mieli własnej koncepcji”, byli przeciwni przystąpieniu do NATO, ale „nie mieli przekonujących alternatyw do zaoferowania” i wydawali się bardziej zainteresowani relacjami z Waszyngtonem. Siedem tygodni później Falin napisał do Gorbaczowa, że radziecka polityka europejska popadła w „kontemplacja i refleksja, żeby nie powiedzieć depresja”, że „Zachód nas przechytrza” i że wspólny europejski dom „zamienia się teraz w miraż”. Innymi słowy, doświadczony radziecki dyplomata ostrzegał przed złudzeniem, że pewnego dnia mogą być mile widziani w tak zwanej „cywilizacji zachodniej”.
Oto, co Putin pozostawił między wierszami w Wałdaju: w 1990 roku niemiecki socjaldemokrata i czołowy radziecki ekspert ds. Niemiec wystosowali ten sam apel z przeciwnych stron, ale został zignorowany przez tego samego człowieka, Gorbaczowa. Cena, jaką zapłacił ZSRR, a później Rosja, była wysoka – a przesłanie ma podwójny adres. Wewnętrznie powtarza ono stanowisko samego Putina, od dawna ostrzegając rosyjskie elity przed złudzeniami dotyczącymi Zachodu. Zewnętrznie stara się przypomnieć Niemcom – i Europie – że kiedyś byli zdolni do prowadzenia minimalnie racjonalnej polityki wobec Rosji.
Ile kosztuje gospodarcze samobójstwo Niemiec?
Niemcy, do których adresowane było to przesłanie, przeżywają prawdziwy kryzys gospodarczy. Niemiecki Instytut Ekonomiczny – IW z Kolonii, think tank finansowany przez związki pracodawców i poza wszelkimi podejrzeniami o sympatiach rosyjskich – obliczył w lutym tego roku, że od 2020 roku niemiecka gospodarka odnotowała niedobór produkcji w wysokości prawie biliona euro. W 2025 roku niemiecka produkcja ledwo przekroczyła poziom z 2019 roku. Innymi słowy, sześć lat paraliżu. IW nie oddziela wstrząsów: pandemia, wojna i konfrontacyjna polityka Waszyngtonu nakładają się na siebie od 2022 roku. Ale strona energetyczna rachunku jest po prostu oszałamiająca.
W 2021 roku Rosja odpowiadała za 55% niemieckiego importu gazu, a sam Nord Stream 1 dostarczył 59,2 mld metrów sześciennych, przekraczając własne nominalne moce. Było to paliwo dla struktury przemysłowej zbudowanej na taniej energii. TTF, referencyjna cena gazu w Europie, utrzymywała się poniżej 20 euro za megawatogodzinę przez większość 2019 i 2020 roku; we wrześniu 2026 roku, po osiągnięciu szczytu 340 euro w 2022 roku, nadal utrzymywała się między 73 a 80 – trzy do czterech razy więcej niż wcześniej.
Niemcy zastąpiły rosyjskie rurociągi statkami z dalekich krajów: w pierwszym kwartale tego roku 89% ich LNG pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. W latach 2022-2025 Unia Europejska wydała około 281 mld euro na gaz skroplony, z czego 131,5 mld euro przeznaczono na ładunki amerykańskie. Doszło do ogromnego transferu dochodów przez Atlantyk.
Wpływ na realną gospodarkę widać w oficjalnych statystykach. Według Destatis , niemieckiego federalnego urzędu statystycznego, produkcja w sektorach energochłonnych spadła o 15,2% między lutym 2022 r. a marcem 2026 r., w porównaniu z 9,5% w całym przemyśle. Firma konsultingowa EY, opierając się na danych z tego samego federalnego instytutu, naliczyła 124 000 miejsc pracy w przemyśle zlikwidowanych w 2025 r., prawie dwukrotnie więcej niż w 2024 r., z czego 50 000 w przemyśle motoryzacyjnym. Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił około 266 000 miejsc pracy, a sektor motoryzacyjny 111 000 — 13% jego całości. Czwarty kwartał 2025 r. był dziesiątym z rzędu kwartałem spadku przychodów przemysłowych.
Najbardziej wymowna jest jednak cicha decyzja kapitału: w badaniu przeprowadzonym wśród 3000 firm, cztery na dziesięć deklaruje, że rozważa ograniczenie produkcji w Niemczech lub przeniesienie jej za granicę – odsetek ten w 2022 roku wyniósł 21%. Podczas gdy BASF otwierał w marcu tego roku kompleks o wartości 10 miliardów euro w Zhanjiang w Chinach – największą pojedynczą inwestycję w swojej historii – ArcelorMittal informował niemiecki rząd, że nie zbuduje swoich zielonych hut stali w Bremie i Eisenhüttenstadt, rezygnując z 1,3 miliarda euro już zatwierdzonych dotacji. Jako powód podano cenę niemieckiej energii elektrycznej. Prezes firmy, Geert van Poelvoorde, oświadczył: „Europejski przemysł stalowy jest pod bezprecedensową presją, aby utrzymać rentowność – i to bez dodatkowych kosztów wymaganych do dekarbonizacji”. PKB spadł o 0,3% w 2023 r. i 0,2% w 2024 r., a w 2025 r. wzrósł o 0,2%. Nie jest to spowolnienie cykliczne, lecz zagrożenie dla samych fundamentów bazy produkcyjnej kraju.
Innymi słowy, jest to przyspieszony proces de-industrializacji, spowodowany decyzją polityczną podjętą w Berlinie, który zdecydował się zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu w zamian za ten sam surowiec, trzykrotnie droższy i oddalony o ocean. Nazywanie tego gospodarczym samobójstwem nie jest retoryczną przesadą.
Reindustrializacja za pomocą środków militarnych: złowrogie déjà vu
W obliczu tego obrazu rząd Friedricha Merza dokonał wyboru, który zna już historia Europy, a którego skutki okazały się katastrofalne: industrializacja kraju pod przewodnictwem przemysłu zbrojeniowego to to, co Niemcy robili w latach 30. XX wieku. 18 marca 2025 roku Bundestag zatwierdził, 513 głosami do 207, poprawkę do konstytucji, zwalniającą wszystkie wydatki na obronę przekraczające 1% PKB z limitu zadłużenia. Hamulec zadłużenia, wpisany do Ustawy Zasadniczej w celu dyscyplinowania państwa niemieckiego, przestał obowiązywać właśnie w odniesieniu do zbrojeń. Budżet na obronę wzrasta z 86 miliardów euro w 2025 roku do 108,2 miliarda w 2026 roku i ma przekroczyć 150 miliardów w 2029 roku, osiągając poziom 3,5% PKB. Tylko do grudnia Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) zamierza podpisać 153 duże kontrakty na zamówienia publiczne o wartości około 83 miliardów euro. Volkswagen, jedna z pereł niemieckiego przemysłu, niedawno ogłosił redukcję zatrudnienia o 50 000 osób, lecz krótko przedtem poinformował również o swoim wejściu na rynek zbrojeniowy.
Retoryka dotrzymała kroku budżetowi i staje się coraz bardziej alarmująca. W czerwcu 2024 roku, w parlamencie, minister obrony Boris Pistorius – socjaldemokrata – postawił sobie cel w zdaniu, które weszło do niemieckiego słownika politycznego: „musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. Merz w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym obiecał uczynić Bundeswehrę „najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. 29 września 2025 roku, w Düsseldorfie, ostrzegł, że zamierza powiedzieć coś „być może na pierwszy rzut oka nieco szokującego”: „nie jesteśmy w stanie wojny, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju”. Wojna Rosji, dodał, to „wojna przeciwko naszej demokracji i wojna przeciwko naszej wolności”.
Niemcy i Rosja od wieków łączyły, że tak powiem, złożone relacje. Katarzyna II Wielka, caryca rosyjska (1762–1796), była niemiecką księżniczką ze Szczecina, a rosyjska dynastia formalnie nosiła nazwę Romanow-Holsztyn-Gottorp od 1762 do 1917 roku. Traktatem reasekuracyjnym Bismarck związał Rosję w 1887 roku, aby nigdy nie musieć walczyć na dwóch frontach, ale jego następcy złamali go w 1890 roku, popychając Rosję w kierunku Francji i tworząc warunki, które eksplodowały w 1914 roku wraz z wybuchem I wojny światowej. Nie trzeba przypominać, że oba kraje stoczyły najkrwawsze bitwy w historii po inwazji Hitlera na ZSRR w 1941 roku.
Trzeci element zdaje się jeszcze bardziej komplikować tę relację. W 1962 roku, pod naciskiem Waszyngtonu, NATO zakazało sprzedaży niemieckich rur do ZSRR, a niemieckie firmy musiały zerwać podpisane kontrakty. Wiele lat później Brandt odrzucił weto: w lutym 1970 roku zawarto umowę „niemieckie rury za radziecki gaz”, sześć miesięcy przed traktatem moskiewskim – wynegocjowanym przez Bahra – w którym Bonn ostatecznie uznało powojenne granice.
W 1982 roku, w kontekście rurociągu syberyjskiego, Waszyngton nałożył sankcje na europejskie firmy, ale rządy europejskie domagały się mimo wszystko honorowania kontraktów, dopóki Reagan nie ustąpił. To były dobre stare czasy, kiedy Europa wciąż zachowywała swoją suwerenność i była w stanie przeciwstawić się sankcjom USA. Do 2019 roku samo zagrożenie ze strony Białego Domu wystarczyło, aby szwajcarska firma Allseas porzuciła Nord Stream 2 w ciągu 24 godzin – a do lutego 2021 roku osiemnaście europejskich firm zrobiło to samo, w tym certyfikatorzy i ubezpieczyciele, bez których rurociąg, nawet po ukończeniu, nie mógłby działać. Wreszcie, we wrześniu 2022 roku, materiały wybuchowe rozstrzygnęły sprawę na dnie Bałtyku wraz z atakiem terrorystycznym na kontrowersyjny rurociąg.
W reportażu śledczym znany dziennikarz Seymour Hersh przypisał eksplozję operacji amerykańskiej, czemu Waszyngton zaprzeczył; W czerwcu tego roku niemiecka prokuratura oskarżyła Ukraińca o dowodzenie żaglowcem, który rzekomo przewoził ładunki wybuchowe. Pewne jest, że niemiecka infrastruktura energetyczna została zniszczona i po czterech latach nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a Berlin nigdy nie traktował tego incydentu jako ataku, a tym bardziej jako casus belli . Ukończony we wrześniu 2021 roku, kosztem około 9,5 miliarda euro, Nord Stream 2 nie działał ani jednego dnia. Straty nie poniósł tylko rosyjski Gazprom – który sfinansował połowę projektu – ale także firmy z Niemiec, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.
Tę relację strachu i fascynacji, sojuszu i zniszczenia, niemiecka historiografia, podążając za Gerdem Koenenem, nazywa „ Russland-Komplex” . Dziś wahadło znajduje się na jednym krańcu, a jedynym miejscem w rządzie, gdzie drugi biegun wciąż żyje, jest SPD: w czerwcu 2025 roku ponad stu socjaldemokratów podpisało manifest wzywający do „niezwykle trudnej próby” ponownego zaangażowania się w Moskwę, „gdy tylko ucichną działa”. Pistorius, członek tej samej partii, nazwał ten tekst „zaprzeczeniem rzeczywistości”.
Polityka Merza jest oceniana w głosowaniu
W jednej ze swoich odpowiedzi na plenarnym posiedzeniu w Wałdaju Putin przypisał agresywną eskalację europejskiej retoryki o rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” próbie odwrócenia uwagi opinii publicznej od poważnych problemów gospodarczych i społecznych, z którymi borykają się główne państwa europejskie. Sądząc jednak po ostatnich wyborach landowych w Niemczech, taktyka Berlina nie działa. W ciągu piętnastu dni września 2026 roku odbyły się trzy wybory: 6 września w Saksonii-Anhalt, gdzie CDU spadła z 37% do 17%, a AfD pokonała ją z wynikiem 43,8% (najlepszy wynik wyborczy w historii); 20 września w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie tylko AfD wygrała z wynikiem 38,2%, ale CDU z wynikiem 4,9% nie weszła do parlamentu. W Berlinie Die Linke pokonało koalicję CDU-SPD i będzie rządzić stolicą, prawdopodobnie wspólnie z Zielonymi i SPD.
Merz nazwał wynik „katastrofą”, ale zapowiedział, że pozostanie na stanowisku. Sekretarz stanu Philipp Amthor, reprezentujący własne skrzydło partii, podsumował nastrój: „stawką jest wszystko”. W sondażach krajowych AfD oscyluje między 25% a 27%, na równi z CDU. Niemiecki elektorat karze partię zbrojeń z obu stron – z prawej strony AfD, siły walczącej z sankcjami i opowiadającej się za powrotem rosyjskiego gazu; z lewej Die Linke, w stolicy, gdzie właśnie zwyciężyła partia najbardziej otwarcie sprzeciwiająca się eskalacji militarnej. Nie sposób zrozumieć tych wyników bez wspomnienia 124 000 zwolnień w przemyśle w 2025 roku i potrojenia rachunków za energię.
Czy istnieje szansa na kolejny „błąd stulecia”?
Pod koniec życia Bahr nazwał zachodni wybór konfrontacji „błędem stulecia” i stwierdził, że NATO stało się „instrumentem służącym hegemonicznej strategii Stanów Zjednoczonych”. Mniej więcej w czasie śmierci Bahra, George Friedman – Węgier, który uciekł przed komunizmem i nigdy nie żywił sympatii do Moskwy, założyciel Stratfor, geopolitycznej agencji wywiadowczej nazywanej „prywatną CIA” – wyjaśnił publiczności w Chicago, że „pierwotnym interesem Stanów Zjednoczonych, o które przez stulecie toczyliśmy wojny – Pierwszą, Drugą, Zimną Wojnę – były relacje między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną siłą, która może nam zagrozić. I upewnić się, że to się nie stanie”.
Jedenaście lat później Niemcy importują 89% swojego gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, straciły równowartość całego roku produkcji i debatują nad tym, czy już są w stanie wojny. Najwyraźniej Biały Dom wykonał dobrą robotę. Ale Putin najwyraźniej powołał się na Bahra, mając nadzieję, że jedynym argumentem zdolnym do podważenia niemieckiego konsensusu jest argument sam w sobie niemiecki.
Zakład prezydenta Rosji wywołał niezwykłą atmosferę na plenarnym posiedzeniu. Przed zadaniem pytań redaktor naczelny szwajcarskiej gazety „Weltwoche” , Roger Köppel, zaznaczył, że znał Egona Bahra i podziwiał jego wizję polityczną. Putin zaczął odpowiadać na inne pytania, aż nagle przerwał swój tok myślenia i powiedział, że byłoby ciekawie usłyszeć więcej o Egonie Bahrze, ponieważ nigdy go nie spotkał. A potem, niespodziewanie, oddał głos Köppelowi, prosząc go o podzielenie się swoją opinią na temat polityki Bahra. Zaskoczony Köppel odpowiedział, że uważa go za człowieka imponującego, pogodnego i wysoce inteligentnego, realistę, nieulegającego „moralnemu imperializmowi” współczesnej Europy, który „uważa, że Europa jest cmentarzyskiem dawnych imperiów, [ale] że może być kontynentem pokoju i powiązań między USA a Rosją”. Pod koniec sesji plenarnej mój znajomy z Klubu Wałdaj powiedział mi, że nie przypomina sobie innej sytuacji, w której prezydent zadałby pytanie komuś z publiczności.
Rozmawiałem z doświadczoną rosyjską analityczką polityczną, która od lat uważnie śledzi przemówienia Putina. Powiedziała mi, że to wyjątkowe przemówienie, zwłaszcza w sesji pytań i odpowiedzi, w którym prezydent Rosji przemawiał z wielką szczerością, momentami graniczącą z ponurością, i wyrażał autentyczne zaniepokojenie obecną sytuacją geopolityczną. Jej zdaniem Putin zdawał się apelować do globalnych elit decyzyjnych, jakby chciał powiedzieć, że ich obowiązkiem jest niedopuszczenie do wymknięcia się procesów transformacji porządku światowego spod kontroli, bo jeśli tak się stanie, nie będzie zwycięzców. Dodała: „Ton tego przemówienia przypominał mi słynne przemówienie z konferencji monachijskiej z 2007 roku”.
Słysząc uwagę Köppela o „moralnym imperializmie” i „Europie jako cmentarzysku imperiów”, Putin odpowiedział: „Być może dlatego wielu w Europie chce dokończyć dzieło zniszczenia Imperium Rosyjskiego, którego od dawna nie ma? Ale oni najwyraźniej o tym nie wiedzą”.
Ostatnim razem, gdy Niemcy stosowały tak agresywną retorykę wobec Rosji, jednocześnie czyniąc się „najpotężniejszą armią w Europie” – jak chce Friedrich Merz – ludzkość pogrążyła się w największej i najkrwawszej wojnie w swojej historii. Ale Niemcy najwyraźniej już o tym nie pamiętają – ani o Egonie Bahr.
Konflikt o Cieśninę Ormuz wciąż odrywa się od rzeczywistości, o czym ostrzegaliśmy ostatnio. Wygląda na to, że teraz nikt nie może się zgodzić co do tego, co tak naprawdę dzieje się z ropą ani kto „wygrywa”.
Wiele źródeł donosi, że przepływ ropy powrócił do poziomu sprzed wojny, co naturalnie doprowadziło komentatorów do triumfalnych wniosków, że Iran przegrał wojnę lub jest w trakcie jej przegrywania:
Analitycy twierdzą, że eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu powrócił do poziomu sprzed wojny, ponieważ najwięksi producenci ropy w regionie zwiększają dostawy za pośrednictwem alternatywnych rurociągów, portów i transferów między statkami, aby sprostać zakłóceniom spowodowanym konfliktem z Iranem.
Goldman Sachs szacuje, że eksport ropy naftowej z Zatoki Perskiej osiągnął 19 milionów baryłek dziennie w ciągu ostatniego tygodnia, do poniedziałku. Ropa naftowa stanowiła prawie 90% ożywienia w całym eksporcie ropy naftowej z regionu we wrześniu, napędzanego zwiększonymi dostawami przez cieśninę Ormuz. Zdolność Iranu do blokowania przepływu ropy przez cieśninę Ormuz załamuje się, a kraj ten nie jest w stanie przesyłać własnej ropy tą drogą wodną od czasu przywrócenia blokady morskiej przez USA w lipcu, donosi „The Wall Street Journal”.
Należy przyznać, że powyższy artykuł ma już prawie tydzień, a sytuacja zmienia się codziennie. W ciągu ostatnich kilku dni pojawiły się nowe doniesienia o atakach Iranu na kolejne statki, co po raz kolejny wywróciło dotychczasowe poglądy do góry nogami:
W powyższym tekście napisano, że po krótkim „odrodzeniu” eksportu ropy naftowej Iran ponownie zaczął atakować statki:
DUBAJ — Nowa fala ataków na statki w Cieśninie Ormuz zagraża ożywieniu eksportu ropy naftowej z Bliskiego Wschodu— w momencie, gdy producenci z Zatoki Perskiej zdołali przywrócić dostawy ropy do poziomu sprzed wojny.
Szybki wzrost dostaw w ostatnich tygodniach był napędzany przez amerykańską ochronę morską, wspomaganą wcześniejszymi falami ataków, które zniszczyły irańskie radary i systemy łączności wzdłuż spornej cieśniny. Zjednoczone Emiraty Arabskie i inni producenci stworzyli rozbudowany system przewozów wahadłowych, w ramach którego tankowce ładują ropę naftową w Zatoce Perskiej, opuszczają Ormuz i przeładowują ją na statki oczekujące poza szlakiem wodnym.
Jednak po kilku dniach bez zgłaszania ataków na statki pod koniec ubiegłego miesiąca, brytyjska Służba Operacji Handlowych Morskich (MBTC), która jest powiązana z Królewską Marynarką Wojenną, zgłosiła siedem ataków na jednostki pływające na tym szlaku wodnym od 28 września. W niedzielę poinformowano o kolejnym ataku, ale nie podano, kiedy doszło do incydentu.
Iran wydaje się mieć możliwość wstrzymania, a przynajmniej znacznego ograniczenia, tych tranzytów w dowolnym momencie. Jeśli tranzyty się udają, wydaje się, że dzieje się tak jedynie dzięki dorozumianemu, choć być może tajnemu, zezwoleniu Iranu. Dlaczego Iran miałby udzielać takich zezwoleń? Krążą pogłoski, że Iran zawarł specjalne umowy z niektórymi krajami, które płacą „pod stołem” za zezwolenie na tranzyt, nawet szlakiem omańskim.
Stany Zjednoczone potajemnie zatwierdziły porozumienie finansowe i morskie między Katarem a Iranem, na mocy któregoTeheranowi zapłacono miliardy dolarów w zamian za swobodny przepływ katarskich tankowcówi statków przez Cieśninę Ormuz – potwierdzają to trzej dyplomaci.
Teraz może to być rozwinięcie tej samej gry:
Powodem takich gierek jest to, że ostatecznie przynoszą one korzyści obu stronom: Trump może chwalić się „zwycięstwem” przed swoją publicznością w kraju, podczas gdy Iran otrzymuje pomoc gospodarczą i nadal może rościć sobie prawo do kontroli nad Ormuz, biorąc pod uwagę, że „tajne” nocne transfery USA są w zasadzie nie do podważenia. Kiedy konflikt osiąga etap strategicznego impasu, logiczne jest, że obie strony zawierają tajne umowy dla zachowania ciągłości. Mówią w zasadzie: „Słuchajcie, żadna z nas nie ma siły, by całkowicie wyeliminować drugą z gry i żadna z nas nie może publicznie się wycofać ani poddać. Dlatego naszą jedyną opcją jest zawarcie umów, które będą korzystne dla obu stron”.
Jeden z badaczy trafnie zauważył zachodzące obecnie zmiany, pisząc, że nawet jeśli przepływy ropy naftowej sprzed wojny zostaną przywrócone, niewiele to zmieni, jeśli stawki frachtowe za ropę naftową pozostaną na niemożliwym do utrzymania poziomie:
Można by czerpać 100% przedwojennego wydobycia ropy z Zatoki Perskiej, a to nie miałoby najmniejszego znaczenia dla ceny ropy, ponieważ dopóki statki będą regularnie trafiane, koszty transportu ropy będą astronomiczne.
Stawki frachtowe za ropę naftową wynosiły kiedyś 2-3% kosztu dostawy, obecnie zbliżają się do 30%.
To po prostu nie do utrzymania dla branży i będzie nadal rosło wraz ze wzrostem tempa i skuteczności irańskich ataków na żeglugę. Iran nie traci kontroli nad Cieśniną, wręcz przeciwnie, osłabia swoją kontrolę. Nadal ma wystarczające możliwości, aby w razie potrzeby wzmocnić tę kontrolę, co widzieliśmy w tym tygodniu po dużym wzroście liczby ataków i spadku eksportu w porównaniu z poprzednim tygodniem.Co to oznacza w przyszłości? Nic dobrego. Marynarka Wojenna USA wciąż jest zbyt przerażona irańskimi możliwościami zwalczania okrętów, aby umieszczać niszczyciele w pobliżu Cieśniny, a bez fizycznej eskorty morskiej Iran będzie nadal odnosił wystarczające sukcesy w tych atakach, aby utrzymać astronomicznie wysokie stawki frachtowe, a jak zwykle, koszt ten zostanie przerzucony na konsumenta.Będzie gorzej, zanim się poprawi. Nie zdziwiłbym się, gdyby cena Brentu jutro przekroczyła 103 dolary, chyba że administracja zafunduje nam sporą dawkę manipulacji na rynku niedzielnym.
Eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu odbił, podsycając twierdzenia, że Stany Zjednoczone wygrywają wojnę z Iranem. Cieśnina Ormuz pozostaje jednak zdradliwa, Teheran nie jest ani o krok bliżej zaakceptowania warunków Waszyngtonu, a koszty konfliktu stale rosną po obu stronach.
Twierdzi, że ceny pozostają znacznie wyższe niż przed wojną, ponieważ większość przesyłu powrotnego pochodzi teraz z droższych tras objazdowych:
Jednak większość wzrostu eksportu pochodzi nie z cieśniny, ale z alternatywnych, okrężnych tras przez Morze Czerwone, Morze Śródziemne (przez Kanał Sueski) i Morze Arabskie. Te alternatywne trasy są dłuższe i droższe niż ta, którą zastępują: „The Wall Street Journal” donosi, że koszt transportu tankowca z ropą z Bliskiego Wschodu do Chin gwałtownie wzrósł z 7 dolarów za baryłkę przed wojną do 35 dolarów za baryłkę obecnie.
Prawdą jest, jak sam wspomina, że Iran ponosi straty gospodarcze z powodu blokady dostaw ropy naftowej przez Stany Zjednoczone w znacznym stopniu. NYT donosi o oświadczeniach szefa irańskich służb bezpieczeństwa Mohsena Rezaeia na temat pogarszającej się sytuacji gospodarczej:
Włączenie artykułu z „New York Timesa” służy jedynie do skontrastowania obu stron, pokazując, jak przesadne zachodnie doniesienia potrafią kreować pesymizm, gdy go nie ma. Powyższy nagłówek zdaje się sugerować, że Iran pogrąża się w terminalnym kryzysie. W rzeczywistości spotkanie przedstawicieli przemysłu i gospodarki, o którym mowa w artykule, któremu przewodniczył Mohsen Rezaei, było w większości pobieżne i miało na celu wzmocnienie różnych reakcji gospodarczych. Zachodnie media gorączkowo trzymały się jedynego, mimochodem powiedzianego przez Rezaei stwierdzenia o „trudnościach”, wyolbrzymiając je. Oto autentyczna treść oświadczenia ze spotkania, wydanego przez oficjalne irańskie media :
W innej części spotkania, Mohsen Rezaei, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do szczególnej sytuacji kraju, podkreślił znaczenie synergii i wsparcia ze strony wszystkich agencji dla kierownictwa wykonawczego kraju. Wyrażając wdzięczność za działania rządu i prezydenta,określił obecną sytuację jako jeden z najtrudniejszych okresów dla kraju.
Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do przebiegu negocjacji, podkreślił powagę tej drogi, mówiąc, że w sferze gospodarczej SNSC jest gotowa udzielić wszelkiego niezbędnego wsparcia i współpracy w celu posunięcia spraw do przodu i pomocy w zarządzaniu sytuacją gospodarczą kraju.
Cóż, oczywiście, to trudny okres – kraj toczy wojnę z najpotężniejszym sojuszem militarnym w historii ludzkości, na litość boską. Jak inaczej można to opisać? Ale czy to oznacza, że Iran jest degradowany do poziomu kapitulacji? Ani trochę: Iran może i z łatwością przetrwa Stany Zjednoczone.
Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich wyczerpują się z powodu konfliktu z Iranem.
▪️Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich zostały niemal całkowicie wyczerpane na tle konfliktu z Iranem, według Russella Hardy’ego, dyrektora generalnego największego niezależnego tradera ropy naftowej, Vitol. ➖ „Na Zachodzie nie ma już rezerw, które można sprzedać. Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy” – cytuje go Bloomberg. ▪️Według Hardy’ego sytuacja z produktami naftowymi pozostaje szczególnie napięta, a niedobór rezerw może się utrzymywać w miarę zbliżania się zimy. ▪️Amin Nasser, dyrektor generalny Saudi Aramco, stwierdził również, że globalny „bufor” ropy naftowej stał się krytycznie cienki: rezerwy komercyjne wynoszą mniej niż 6 miliardów baryłek, a ze względu na ograniczenia techniczne i logistyczne praktycznie dostępne jest mniej niż 10% tej objętości. ▪️Wiosną JPMorgan ostrzegał, że jeśli zakłócenia będą się utrzymywać, poziom 7,6 miliarda baryłek stanie się strefą napięć operacyjnych, a 6,8 miliarda baryłek będzie minimalną ilością potrzebną do normalnego funkcjonowania rurociągów, magazynów i rafinerii. ▪️W tym kontekście ryzyko kolejnej eskalacji utrzymuje się: negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem pozostają w impasie, a Donald Trump zasugerował możliwość wznowienia ataków na dużą skalę w przypadku braku porozumienia.
FT podaje, że kapitanowie statków otrzymują obecnie horrendalnie wysokie stawki za przepływanie przez cieśninę:
Przypomnijmy, że Stany Zjednoczone angażują obecnie około 30% swoich sił morskich do pilnowania cieśniny, którą Iran całkowicie przejmie, gdy tylko Stany Zjednoczone ją opuszczą. Oznacza to, że aby utrzymać taki status quo „blokady Iranu”, Stany Zjednoczone muszą w zasadzie na czas nieokreślony zablokować połowę swojej floty w tym jednym sektorze świata , nadmiernie osłabiając swoje możliwości projekcji siły na całym świecie.
Teraz Trump próbuje zrzucić winę za swoje megalomańskie niepowodzenia w Ormuz na Ukrainę:
Jednocześnie wciąż grożąc całkowitą zagładą Iranu… a nawet Los Angeles:
Could not load video.
Could not load video.
Oczywiście to wszystko blef — ten marny papierowy tygrys nie jest w stanie nic zrobić Iranowi, chyba że użyje broni nuklearnej, co oczywiście nie nastąpi, poza może 1% szansą na jej użycie przeciwko Pickaxe Mountain.
Trump nadal niszczy flotę, rzekomo wysyłając lotniskowiec USS Roosevelt do Iranu w ramach kolejnej rzekomej rozbudowy sił zbrojnych, która nie przyniesie większych efektów.
W obliczu tej niepowodzeń, NYT opublikował ciekawy artykuł, który po raz kolejny podkreśla historyczne rozliczenie, jakiego doświadcza porządek zachodni:
Zapowiada, że geografia „powróciła ze zdwojoną siłą”, po tym jak uśpiony świat globalizacji uśpił się w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa:
Geografia powraca ze zdwojoną siłą.
„Myśląc o gospodarce globalnej czy współczesnej, często zapominamy o podstawowej kwestii, jaką jest logistyka” – powiedziała Shannon O’Neil, starsza wiceprezes ds. studiów i przewodnicząca Rady Stosunków Zagranicznych im. Maurice’a R. Greenberga. „Wciąż trzeba coś załatwić”.
A co najważniejszego wynieśli autorzy o otępiałych mózgach? Dominacja geograficzna góruje nad wypasionymi gadżetami technologicznymi:
Kraje i grupy zbrojne, które nie są w stanie równać się z potęgą militarną, technologiczną i ekonomiczną Stanów Zjednoczonych, w pewnym stopniu trzymają światową gospodarkę jako zakładnika, po prostu ze względu na swoje położenie na mapie.
Dalej ogłaszają, że powojenny porządek globalny stał się podporządkowany siłom geograficznym i realiom:
Powojenny porządek globalny uległ załamaniu.
Geografia zawsze była potężną siłą w sprawach międzynarodowych. W V wieku p.n.e. Sparta wykorzystała kontrolę nad cieśniną Dardanele, aby odciąć Ateny od dostaw zboża podczas wojny peloponeskiej.
Jednakże za naszego życia, odkąd w latach 90. XX wieku globalizacja nabrała tempa, technologia często przyćmiewa geografię.
Jednakże ten porządek międzynarodowy opierał się na wizji wzajemnie korzystnej współpracy globalnej i systemie zasad i praw, który ulega erozji.
Ponownie – zwróć uwagę na ostatnie zdanie: „System zasad i praw ulega erozji”. Kto tej erozji dopuścił się? Kto dopuszcza się jawnego piractwa, kradnąc i niszcząc statki po arbitralnym pozbawieniu ich polis ubezpieczeniowych i oznaczeniu jako „cieni” wyrzutków? Wygląda na to, że redakcja „New York Timesa” nie jest zainteresowana tą wiedzą.
Dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej zaczynają po cichu akceptować fakt, że era nieograniczonego globalizmu dobiegła końca:
„Myślę, że to w pewnym sensie sygnał, jak bardzo odeszliśmy od paradygmatu globalizacji, że nawet elementy geograficzne stają się bronią” – powiedział Fishman, były dyplomata. „I myślę, że to będzie stały trend”.
Jednak to przyznanie zawiera w sobie kłamstwo: dopiero teraz, gdy Globalne Południe zaczęło stosować przeciwko sobie zasady Zachodu, można uznać to za koniec pewnej ery prawa i porządku:
Zagrożenie to stawia pod znakiem zapytania otwarty dostęp do światowych dróg wodnych, co od zakończenia II wojny światowej jest uznawane za oczywistość.Stany Zjednoczone były zasadniczo egzekutorem wolnej żeglugi, ale ich gotowość do pozostania w tej roli osłabła, podczas gdy inne mocarstwa ośmieliły się to kwestionować.
Czy Stany Zjednoczone były „egzekutorem wolności żeglugi”? Dla siebie i swoich sojuszników – być może. Dla wszystkich innych, wykorzystywały te same realia geograficzne, aby utrudniać, blokować i brać w niewolę gospodarki wszystkich pozostałych przeciwników.
Zatem Zachód nie musi się teraz zmagać z jakąś odradzającą się siłą „geografii”, lecz z arbitralnymi przywilejami Zachodu, które uległy demokratyzacji w wyniku lat drapieżnych oszustw i nadużyć w zakresie uczciwości i wolności na rynkach globalnych.
Za każdym razem, gdy Zachód zostaje zmuszony do skosztowania własnego lekarstwa, ogłasza się to jako moment „końca pewnej ery” lub wielkie odkrycie jakiejś wewnętrznej, nowej, globalnej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że wrzaski, które tak wstrząsnęły „New York Timesem”, to nie szlochające okrzyki narodzin geografii, która się odradza, lecz po prostu ponure, przedśmiertne konwulsje Starego Imperializmu.
Zdaniem prezydenta Rosji Władimira Putina Europa nie potrzebuje pomocy Moskwy, by wpędzić się w kłopoty. Podczas sesji plenarnej Klubu Dyskusyjnego ‚Wałdaj’ Putin nakreślił obraz kontynentu, który w wyniku własnych decyzji politycznych i gospodarczych traci konkurencyjność.
Gdy moderator zapytał Putina, czy Rosja powinna aktywnie przyczyniać się do destabilizacji państw zachodnich, jego odpowiedź była demonstracyjnie lakoniczna: nie ma takiej potrzeby – kraje te zrobią to same. Za tą prowokacyjną uwagą kryje się zasadnicza krytyka europejskiej polityki gospodarczej i energetycznej ze strony Putina. W jego ocenie państwa europejskie podjęły decyzje, które osłabiają ich własną bazę przemysłową i zwiększają zależność od droższego importu energii.
Wypowiedzi Putina stanowią element rosyjskiej retoryki politycznej wobec Zachodu i w żadnym razie nie są neutralną analizą gospodarczą. Niemniej jednak obecne problemy gospodarcze Europy są realne: we wrześniu 2026 roku inflacja w strefie euro wzrosła do 3,8 procent, przy czym głównymi czynnikami napędzającymi ten wzrost były wyższe ceny paliw, gazu ziemnego i żywności. Jednocześnie wysokie koszty energii i finansowania stanowią obciążenie zarówno dla przedsiębiorstw, jak i konsumentów.
Problem energetyczny Europy staje się problemem
Od czasu znacznego ograniczenia korzystania z rosyjskiej energii Europa gruntownie przebudowała swoje struktury dostaw. Jednocześnie ceny energii i bezpieczeństwo dostaw pozostają decydującymi czynnikami konkurencyjności dla przemysłu energochłonnego.
O tym, jak bardzo podatna na zagrożenia stała się Europa, świadczy obecny kryzys na rynku oleju napędowego. UE dyskutuje o uwolnieniu strategicznych rezerw, podczas gdy USA okresowo groziły ograniczeniem eksportu oleju napędowego. Według danych agencji Reuters we wrześniu około 41 procent europejskiego importu tego paliwa pochodziło ze Stanów Zjednoczonych.
Znacząco skurczyły się również europejskie moce przerobowe rafinerii. Od 2009 roku zlikwidowano 30 z funkcjonujących wówczas około 100 zakładów. Łączna zdolność przerobowa rafinerii w Europie i krajach sąsiednich spadła z poziomu około 17,5 miliona baryłek dziennie w 2009 roku do około 14,4 miliona obecnie. Przesłanie Putina brzmi zatem następująco: Europa porzuciła dotychczasowe relacje energetyczne z Rosją, nie zapewniając sobie w zamian równie korzystnej alternatywy.
Między sankcjami, Ukrainą a własnym przemysłem
Do tego dochodzą koszty konfliktu geopolitycznego z Rosją. Od początku wojny na Ukrainie Unia Europejska sukcesywnie rozszerzała zakres sankcji. Jednocześnie finansuje ona Ukrainę – zarówno militarnie, jak i gospodarczo – oraz znacząco zwiększa własne wydatki na obronność. Same tylko wydatki na obronność w UE wzrosły do poziomu około 418 miliardów euro w 2025 roku – to o 75 procent więcej niż w 2021 roku.
Putin postrzega ten trend jako strategiczny błąd Europy: środki finansowe, energia i potencjał przemysłowy są w coraz większym stopniu wykorzystywane do celów geopolitycznych i militarnych, podczas gdy konkurencyjność europejskiej gospodarki znajduje się pod presją.
Z perspektywy Brukseli ocena sytuacji wygląda inaczej. UE uznaje sankcje wobec Rosji oraz wsparcie dla Ukrainy za konieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Koszty gospodarcze traktowane są tu jako cena za zmniejszenie zależności od Rosji oraz za udzielenie pomocy Ukrainie. Niezależnie jednak od tej oceny politycznej, obciążenie gospodarcze pozostaje faktem.
Europa między wieloma frontami
Prawdziwe wyzwanie wykracza zatem daleko poza kwestię relacji z Rosją. Europa chce jednocześnie zakończyć uzależnienie od rosyjskiej energii, wspierać Ukrainę, znacząco się zbroić, utrzymać swój przemysł i przyspieszyć transformację energetyczną. Każdy z tych celów wiąże się z ogromnymi kosztami.
Jednocześnie europejskie firmy konkurują z podmiotami działającymi w USA i Azji, gdzie energia jest często tańsza, a państwowe programy wsparcia przemysłu tworzą dodatkowe zachęty inwestycyjne.
Obecny kryzys energetyczny dodatkowo potęguje tę presję. Komisja Europejska omawia z europejskimi rządami kwestię uwolnienia rezerw oleju napędowego, podczas gdy rosnące ceny energii ponownie napędzają inflację. Właśnie tę sytuację Putin wykorzystuje do celów politycznych, twierdząc, że Rosja wcale nie musi destabilizować Europy – Europa robi to sama poprzez własne decyzje.
Kto ostatecznie za to zapłaci?
Z perspektywy obywateli kwestia ta wygląda znacznie bardziej prozaicznie. Rosnące ceny energii bezpośrednio dotykają gospodarstwa domowe. Wyższe koszty produkcji obciążają przedsiębiorstwa. Gdy zakłady przemysłowe ograniczają produkcję, przenoszą inwestycje lub zamykają swoje placówki, odbija się to na miejscach pracy i wpływach podatkowych. Jednocześnie rosnące wydatki na obronność, energię i cele społeczne zwiększają presję na finanse publiczne.
Obecna sytuacja pokazuje, że ryzyka te nie mają jedynie charakteru teoretycznego. Ceny ropy przekraczające 100 dolarów za baryłkę, rosnące ceny oleju napędowego oraz wyższe koszty finansowania jednocześnie obciążają europejską gospodarkę.
Problemów, na które wskazuje prezydent FR, nie można zbyć jako rosyjskiej propagandy: wysokie koszty energii, kurczące się moce przerobowe rafinerii, rosnące wydatki na obronność, nowe ryzyka inflacyjne oraz nasilająca się międzynarodowa presja konkurencyjna to realne wyzwania.
Z perspektywy czasu wiemy, że COVID-19 nigdy nie był głównym wydarzeniem. To była rozgrzewka. To był największy eksperyment posłuszeństwa w historii ludzkości, próba redukcji populacji, która miała sprawdzić, jak daleko można posunąć masy, zanim się załamią. Dzięki temu eksperymentowi globaliści dowiedzieli się dokładnie tego, co musieli wiedzieć. Teraz naciskają na prawdziwy „wyłącznik bezpieczeństwa” i nie jest to wirus. To energia.
Te same sieci, które sparaliżowały świat w 2020 roku, teraz organizują globalny kryzys energetyczny. Od sabotowanych rafinerii po celowe niedobory oleju napędowego, od zamykania fabryk nawozów po pożary w centrach dystrybucji żywności – elementy układanki pasują do siebie z przerażającą precyzją. Jak wielokrotnie ostrzegałem, nie jest to chwilowe zakłócenie łańcucha dostaw ani korekta rynku. To skoordynowany upadek samej ludzkiej cywilizacji [1] .
Musimy dostrzec powiązania między atakami na rafinerie, niedoborem oleju napędowego i zbliżającym się załamaniem dostaw żywności. To nie są odrębne kryzysy. To elementy jednego globalistycznego planu: zagłodzenia miliardów ludzi, koncentracji władzy i utorowania drogi światu napędzanemu przez maszyny i rządzonemu przez niewielką elitę. COVID pokazał im, że godzimy się na własną zagładę. Sabotaż energetyczny sprawia, że nie możemy przed nim uciec.
COVID udowodnił, że potrafi sprawić, że ludzie zgodzą się na własny upadek.
Eksperyment Ascha z konformizmem pokazał, jak łatwo jednostki porzucają własne postrzeganie, gdy są poddawane presji grupy. Globaliści wykorzystali tę wiedzę jako broń na niespotykaną dotąd skalę. Cenzurowali głosicieli prawdy, takich jak ja, i niezliczone niezależne głosy – nie dlatego, że się myliliśmy, ale dlatego, że mieliśmy rację i stanowiliśmy zagrożenie dla ich narracji. Jak powiedziałem w poprzednim wywiadzie z Jeffreyem Pratherem, zaufanie do rządu zostało zachwiane od początku pandemii [2] .
Maseczki, lockdowny i obowiązkowe szczepienia nigdy nie miały na celu ochrony zdrowia. Były jedynie nasileniem testów posłuszeństwa. Każde absurdalne żądanie – od noszenia maseczki w samotności w samochodzie po przeprowadzanie eksperymentalnej terapii genowej – służyło ocenie, jak wiele społeczeństwo jest w stanie tolerować.
Około 60–70 procent populacji zastosowało się do żądania. Potwierdziło to tezę globalistów: przy odpowiednim strachu i medialnym bombardowaniu, masowe posłuszeństwo można dowolnie sfabrykować.
Ta zgodność nie była przypadkowa. Doprowadziła do niej cenzura, chirurgia psychologiczna i wykorzystywanie lęków medycznych. Elita Światowego Forum Ekonomicznego wie, jak od dawna argumentowałem, że większością ludzi kierują strach i ból, a nie logika [3] . COVID udowodnił, że mogą narzucić niemal każdy program, jeśli kontrolują przepływ informacji. Ta lekcja jest obecnie stosowana w sektorze energetycznym.
Dlaczego COVID 2.0 zawiódł i wymusił nową strategię
Globaliści próbowali ostatnio odtworzyć scenariusz pandemii, ale im się nie udało.
Zaufanie do CDC, FDA, Operation Warp Speed, a nawet do Trumpa wyparowało. Ludzie patrzyli, jak kłamstwa się piętrzą: szczepionki, które nie powstrzymały transmisji, maseczki, które okazały się nieskuteczne, lockdowny, które zniszczyły ludzkie życia, a jednocześnie wzbogaciły miliarderów. Według ostatnich wywiadów, nawet wielu zwolenników Trumpa czuje się teraz głęboko zdradzonych przez niespełnione obietnice i nie ustawiają się w kolejce po kolejną rundę szczepień ani regulacji . [4]
Alternatywne media i niezależne głosy wywołały zbyt wiele pytań. Rozwój zdecentralizowanych platform wiedzy oznacza, że oficjalna narracja nie jest już jedyną obowiązującą. Ludzie się budzą. Pytają, dlaczego mieliby ufać instytucjom, które otwarcie współpracują z Big Tech w zakresie cenzurowania odmiennych opinii. Jak wyjaśniłem w wywiadzie z Jonathanem Emordem: jeśli nie zaczniemy teraz walczyć o wolność w dostępie do opieki zdrowotnej, stracimy ją całkowicie [5] .
Ponieważ kolejna operacja oparta na zgodzie, taka jak COVID, zakończyła się niepowodzeniem, globaliści potrzebowali metody redukcji populacji, która nie wymagałaby zgody. Dlatego skupili się na energii. Można odmówić szczepionki, ale nie można odmówić diesla. Diesel napędza ciężarówki dostarczające żywność, traktory orzące pola, pociągi transportujące towary i maszyny, które budują wszystko, od czego jesteśmy zależni. Sabotaż energetyczny całkowicie pomija zgodę. Po prostu zmusza do podporządkowania się poprzez pozbawienie.
Diesel to wyłącznik awaryjny odporny na „opt-out”
Olej napędowy to siła napędowa współczesnej cywilizacji. Można odmówić szczepienia, ale nie można odmówić oleju napędowego, ponieważ dostarcza on pożywienia i paliwa. Prawie wszystkie ładunki w Ameryce są transportowane ciężarówkami, a każda z tych ciężarówek jest napędzana olejem napędowym. Pociągi, traktory, sprzęt budowlany i pojazdy wojskowe są od niego uzależnione. Gdy olej napędowy staje się niedoborem, cały łańcuch dostaw załamuje się w ciągu kilku dni. Jak ujawniłem lata temu podczas poprzedniego kryzysu dieslowego, podaż oleju napędowego w Stanach Zjednoczonych gwałtownie spadła, grożąc wstrzymaniem dystrybucji żywności, nawozów, węgla i energii w całym kraju. [ 6]
Sabotaż rafinerii i celowe zamknięcia prowadzą właśnie do tego niedoboru. Ukraińskie ataki dronów na rosyjskie rafinerie, w połączeniu z sankcjami Zachodu, doprowadziły już do wzrostu cen oleju napędowego, co skutkowało racjonowaniem i gromadzeniem zapasów paliwa zarówno w USA, jak i w Europie [7] . Zamknięcia rafinerii w Kalifornii i Australii, ataki dronów na rosyjską infrastrukturę energetyczną oraz zakłócenia w obiektach saudyjskich i katarskich nie są incydentami odosobnionymi. Są to skoordynowane ataki na globalną architekturę energetyczną [8] .
Globaliści o tym wiedzą, dlatego energia jest idealną dźwignią do ukierunkowanej redukcji populacji. Nie potrzebują twojej zgody, aby zamknąć rafinerię. Nie potrzebują głosowania, aby sabotować rurociąg. I nie potrzebują twojej współpracy, aby zamknąć fabryki nawozów. Jak ostrzegałem w moim artykule o procesie Habera-Boscha, jedyna reakcja chemiczna, która wyżywia połowę świata, jest na skraju załamania, a wraz z nią dostawy żywności dla miliardów ludzi mogą być zagrożone [8] . Diesel jest awaryjnym wyłącznikiem odpornym na rezygnację, a oni już go wyciągnęli.
Ataki na rafinerie są skoordynowane, a nie przypadkowymi aktami głupoty.
Spójrz na schemat. Rafinerie w Kalifornii są zamykane. Australia redukuje moce produkcyjne. Ataki dronów uderzają w rosyjskie rafinerie. Saudyjski zakład w Abqaiq został celowo zaatakowany. Katarskie zakłady LNG zostały sparaliżowane, co zmusiło Shell do ogłoszenia siły wyższej [9] . Zamknięcia, ataki i ogłaszanie siły wyższej mają miejsce jednocześnie na wielu kontynentach. To nie jest przypadkowa głupota ani niekompetencja. To koordynacja [1] .
Zakazy dotyczące oleju napędowego i ponad sto pożarów w centrach dystrybucji żywności od 2020 roku malują jeszcze bardziej ponury obraz. W wywiadzie z Marjory Wildcraft podkreśliłem krytyczny stan naszych dostaw żywności i wskazałem, że Stany Zjednoczone doświadczyły licznych ataków na swój system żywnościowy, w tym pożarów lasów, które zdewastowały teksański przemysł hodowlany bydła, oraz ponad 150 aktów sabotażu wymierzonych w zakłady przetwórstwa żywności, centra dystrybucji i zakłady mięsne [10] . To nie są wypadki. To akty wojny.
Wykręt, że są to po prostu niekompetentni idioci, nie pasuje do globalnej koordynacji, której jesteśmy świadkami. Kiedy rafinerie na całym świecie zamykają się jedna po drugiej, kiedy zamykane są fabryki nawozów, kiedy płoną centra dystrybucji żywności i kiedy jednocześnie kończą się zapasy oleju napędowego, nie jest to seria niefortunnych zbiegów okoliczności. To celowa strategia. Jak już wspomniałem, ten sabotaż skutkował już spaleniem, zniszczeniem lub uszkodzeniem ponad 100 obiektów, a sektor energetyczny również nie został oszczędzony – doszło do eksplozji w instalacjach LNG i poważnej eksplozji w rafinerii paliwa w Filadelfii, która została następnie trwale zamknięta [11] .
Mózgi stojące za tym chaosem nie są głupie. Są złośliwe. Postępują według scenariusza, który był sprawdzony od dziesięcioleci i realizują go z wojskową precyzją.
Prawdziwy motyw: pozbycie się ludzi w celu zasilenia sztucznej inteligencji.
Globaliści potrzebują energii, miedzi, wody i ziemi do budowy centrów danych i superinteligencji. Centra danych AI zużywają ogromne ilości energii elektrycznej i wymagają ogromnych ilości wody do chłodzenia. Niektóre z nich powstają na obszarach wiejskich, konkurując z ludźmi o coraz rzadsze zasoby. Jak udokumentowałem, badania nad AI, ich rozwój, hosting i moc obliczeniowa w tym zakresie wymagają ogromnych centrów danych, które zużywają ogromne ilości energii, a firmy high-tech już współpracują z operatorami elektrowni jądrowych, aby przekierować moc całych elektrowni do tych obiektów [12] .
Bill Gates i inni otwarcie naciskali na redukcję populacji, jednocześnie finansując szczepionki i technologie kontroli urodzeń. Gates po cichu stał się największym właścicielem gruntów rolnych w Stanach Zjednoczonych, a dla człowieka opętanego ideą kontroli monopolistycznej, możliwość zdominowania produkcji żywności jest nieodparta [13] . Przyznano mu również tajny certyfikat bezpieczeństwa „Q” w Departamencie Energii, najwyższy poziom bezpieczeństwa agencji, zarezerwowany dla rozwoju broni jądrowej, krajowych laboratoriów badawczych i krytycznej infrastruktury energetycznej [14] . Dlaczego filantrop i potentat oprogramowania miałby potrzebować dostępu do tajemnic nuklearnych? Odpowiedź jest przerażająca.
Mniejsza populacja uwalnia zasoby dla sztucznej inteligencji, kolonizacji kosmosu i władzy elit, a winę zrzuca się na Iran, Rosję lub Chiny. Jeśli rafineria eksploduje, można obwinić Iran. Jeśli rurociąg zostanie sabotowany, można obwinić Rosję. Jeśli łańcuch dostaw żywności się załamie, można obwinić Chiny. Prawda jest taka, że te kryzysy są organizowane przez tych samych globalistów, którzy na nich zarabiają. Każda śmierć człowieka uwalnia energię, wodę i ziemię dla maszyn i elit, które je posiadają.
Bądź na bieżąco, bądź przygotowany i broń się przed kłamstwami.
Pierwszym krokiem w walce z globalnym kryzysem energetycznym jest jego ujawnienie. Nie akceptuj oficjalnej gry w obwinianie. Jeśli rafineria eksploduje, nie wierz mediom, gdy obwiniają Iran lub Rosję. Jeśli ceny oleju napędowego gwałtownie wzrosną, nie akceptuj narracji o „konflikcie geopolitycznym”. Połącz fakty. Mów prawdę. Dziel się swoją wiedzą. Jak już wielokrotnie powtarzałem, milczenie dobrych ludzi jest przyczyną triumfu zła.
Zaopatrz się w żywność, wodę, energię, urządzenia komunikacyjne i środki do samoobrony. Gromadź zapasy żywności na długoterminowe potrzeby. Zainwestuj w system filtracji wody. Naucz się uprawiać własne jedzenie, nawet na małej przestrzeni. Zdobądź rozwiązania energetyczne niezależne od sieci, takie jak panele słoneczne i banki akumulatorów. Zaopatrz się w radio amatorskie lub inne urządzenia komunikacyjne niezależne od sieci energetycznej. I uzbrój się. Masz fundamentalne prawo do samoobrony, a w świecie, w którym system chce twojej śmierci, to prawo jest ważniejsze niż kiedykolwiek . [15]
Wspieraj niezależne media i alternatywne głosy, bo cisza daje im zwycięstwo. Zrezygnuj z subskrypcji mediów głównego nurtu. Wyłącz telewizor. Czytaj niezależne źródła wiadomości, takie jak NaturalNews.com, oglądaj nieocenzurowane filmy na BrightVideos.com i korzystaj z nieocenzurowanych wyszukiwarek opartych na sztucznej inteligencji, takich jak BrightAnswers.ai (które zaprojektowałem i skonfigurowałem, aby zapewnić Ci dostęp do rzetelnej sztucznej inteligencji, która pomoże Ci się przygotować). Dołącz do zdecentralizowanych platform mediów społecznościowych, takich jak Brighteon.social lub Pickax.com, gdzie wolność słowa wciąż istnieje. Każdy wydany dolar, każde kliknięcie i każda rozmowa to albo głos na system, albo głos na wolność. Globaliści mają swój wyłącznik awaryjny. Mamy swoją wiedzę, swoje przygotowanie, swoje społeczności i swoją odmowę wyrażenia zgody. W ten sposób przetrwamy.
Bibliografia
Sabotaż globalnej infrastruktury energetycznej ma na celu zagłodzenie miliardów ludzi – NaturalNews.com. Mike Adams. 21 kwietnia 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jeffreyem Pratherem – Mike Adams. 28 czerwca 2023 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jeffreyem Pratherem – Mike Adams. 27 października 2022 r.
26 marca 2026 r. – BVN – ROZPOCZĘCIE RACJOWANIA PALIW – Bright Videos Network. 26 marca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Jonathanem Emordem – Mike Adams. 22 lutego 2024 r.
„Dieselgeddon” – amerykańskie zapasy oleju napędowego stoją na krawędzi katastrofalnego załamania, co doprowadzi do wstrzymania dystrybucji żywności, nawozów, węgla i energii – NaturalNews.com. Mike Adams. 11 maja 2022 r.
Ukraińskie ataki i sankcje napędzają globalny kryzys na rynku oleju napędowego, a ceny gwałtownie rosną – NaturalNews.com. Belle Carter. 18 listopada 2025 r.
Wielki Głód: Dlaczego globalny głód nie jest przypadkiem – NaturalNews.com. Mike Adams. 13 maja 2026 r.
Katar wstrzymuje dostawy LNG do Europy w związku z kryzysem na Morzu Czerwonym – NaturalNews.com. 13 marca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Marjory Wildcraft – Mike Adams. 18 marca 2024 r.
Wiadomości z Brighteon – Mike Adams. Brighteon.com.
Brighteon Broadcast News – SZKODY GOSPODARCZE – Mike Adams. 3 stycznia 2025 r.
Bill Gates i neofeudalizm: Przyjrzyjmy się bliżej „Farmer Billowi” – Children’s Health Defense.
Tajny certyfikat bezpieczeństwa „Q” Billa Gatesa w Departamencie Energii rodzi pytania dotyczące energetyki jądrowej i nadzoru, które wymagają odpowiedzi – NaturalNews.com. 3 sierpnia 2026 r.
Przygotuj się na przetrwanie sztucznie wywołanego niedoboru energii jako środka do całkowitego zniewolenia – NaturalNews.com. 24 marca 2026 r.
Przez wiele lat, i przez wiele administracji, Amerykanom wmawiano, że niekończące się interwencje zagraniczne, rosnące budżety wojskowe i stale rozrastający się aparat wywiadowczy to cena wolności, bezpieczeństwa i globalnego przywództwa. Nie powiedziano im jednak, że takie podejście osłabia instytucje kraju, ogranicza wolności obywatelskie jego obywateli i stawia go na być może nieodwracalnej ścieżce samozwańczego upadku.
Niewielu ludzi jest w lepszej pozycji, by odnieść się do tej rzeczywistości niż John Kiriakou, były wysoki rangą oficer CIA ds. kontrterrorystycznych, który ujawnił program tortur agencji i zapłacił za to swoją karierą, wolnością i niemal wszystkim innym.
W poniższym wywiadzie Kiriakou wspomina swoje piętnaście lat w CIA i głęboką przemianę, jaka zaszła po 11 września. Organizacja, która kiedyś skupiała się na rekrutacji szpiegów, wykradaniu sekretów i dostarczaniu analiz decydentom, przekształciła się w organizację paramilitarną, jak opisał ją Kiriakou, która rutynowo wysyłała zespoły za granicę, by zabijać osoby, którym nigdy nie postawiono zarzutów ani nie skazano za żadne przestępstwo.
Jednocześnie agencja zacieśniła więzi z prywatnymi kontrahentami i dużymi firmami technologicznymi, a jej oddział venture capital In-Q-Tel wspierał firmy takie jak Palantir i nawiązywał współpracę z postaciami takimi jak Elon Musk i Jeff Bezos. Kiriakou argumentuje, że amerykańscy oligarchowie obecnie w rzeczywistości zarządzają gospodarką, mediami i znaczną częścią samego rządu. Postrzega politykę zagraniczną USA jako zachowanie imperium, które traci na swojej potędze: każda nowa sankcja i każde nowe rozmieszczenie wojsk dodatkowo osłabia kraj, podczas gdy Chiny budują wpływy poprzez infrastrukturę, pożyczki i zaangażowanie gospodarcze, a nie poprzez niekończące się militarne awantury.
Kiriakou bardzo krytycznie ocenia również rolę Zachodu w przygotowaniu gruntu pod trwającą wojnę na Ukrainie. Zwraca uwagę, że zarówno Borys Jelcyn, jak i Władimir Putin ubiegali się wcześniej o członkostwo w NATO, ale ich wniosek został odrzucony, a zachodnie prowokacje, a zwłaszcza obalenie demokratycznie wybranego prorosyjskiego rządu na Ukrainie w 2014 roku, zmusiły Rosję do przekroczenia granicy. Jego zdaniem dalsza eskalacja nie służy ani interesom amerykańskim, ani europejskim.
W kwestii Izraela Kiriakou również nie przebiera w słowach. Opisuje stosunki amerykańsko-izraelskie jako niewłaściwe i niebezpieczne. Wskazuje na trwające zniszczenia w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, nazywając politykę Izraela w tym regionie formą kary zbiorowej, która równa się ludobójstwu i jest unikalna wśród narodów: celowe zrównanie z ziemią całych kwartałów miast i zabijanie tysięcy cywilów w celu wyeliminowania jednego celu.
Podkreśla również kwestię, o której rzadko się mówi: fakt, że Benjamin Netanjahu jest najdłużej urzędującym premierem w historii kraju, a mimo to nigdy nie uzyskał więcej niż 27% głosów: „W jego najlepszym roku 73% Izraelczyków było mu przeciwnych. Ale jeśli ty lub ja mu się sprzeciwiamy, jesteśmy antysemitami”.
Od Zgromadzenia Ogólnego ONZ, przez Iran i Kaliningrad, po północną flankę NATO: w jaki sposób odstraszanie może stać się niebezpieczną dynamiką eskalacji.
Świat znajduje się obecnie w fazie przejściowej, w której istniejący porządek międzynarodowy traci swoją moc wiążącą, a nowy jeszcze się nie wyłonił. Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych odzwierciedla ten proces politycznie: wielobiegunowość od dawna stanowi wspólny punkt wyjścia debaty międzynarodowej. Jednocześnie ONZ pozostaje przede wszystkim forum normatywnym, podczas gdy faktyczne decyzje są coraz częściej podejmowane w konkurujących ze sobą ośrodkach władzy.
Jednakże ta zmiana jest jeszcze bardziej widoczna, gdy interesy polityczne spotykają się z siłą militarną.
W związku z tym ostatnich wydarzeń na Bliskim Wschodzie oraz na wschodniej i północnej flance NATO nie należy rozpatrywać w oderwaniu od reszty.
Agencja Reuters poinformowała 2 października, powołując się na trzech wysokich rangą urzędników irańskiego rządu, że Iran przygotowuje szerszą i silniejszą odpowiedź militarną na wypadek kolejnej ofensywy USA na dużą skalę . Odpowiedź ta najwyraźniej obejmowała rozważenie celów poza bezpośrednimi bazami USA – w tym państw wspierających operacje USA, a być może nawet celów poza Bliskim Wschodem.
Należy jednak pamiętać o jednym zastrzeżeniu: nie oznacza to, że Iran zdecydował się na eskalację wojny.
Agencja Reuters wyraźnie stwierdza, że ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Jednocześnie Teheran utrzymuje otwarty kanał dyplomatyczny. (1)
Z militarnego punktu widzenia takie przygotowania można racjonalnie wytłumaczyć: w oparciu o dotychczasowe doświadczenia Iran musi założyć, że słaba reakcja ze strony Stanów Zjednoczonych nie zostanie potraktowana wystarczająco poważnie (i nie zakłóci amerykańskiego efektu odstraszającego). Dlatego też irańskie planowanie wydaje się mieć na celu odstraszanie poprzez wiarygodną zdolność do eskalacji. (2)
Drugi raport – około 3000 żołnierzy amerykańskich w Izraelu
Dane te potwierdzają również liczne aktualne źródła.
Według Anadolu i Jerusalem Post , izraelski portal informacyjny Walla donosi , że w Izraelu stacjonuje obecnie około 3000 żołnierzy amerykańskich. Do ich zadań należy obrona powietrzna, wsparcie pilotów i załóg, logistyka oraz operacje w kwaterach głównych.
Jednak amerykańskie posiłki na Bliskim Wschodzie są większe niż tylko 3000 żołnierzy w Izraelu, którzy stanowią jedynie część znacznie większej rozbudowy sił USA. Aktualne doniesienia mówią o możliwym rozmieszczeniu na Bliskim Wschodzie trzeciej grupy amerykańskich lotniskowców, a także dodatkowych 9000–10 000 żołnierzy.
„ Washington Post” donosi nawet o planach utworzenia nawet trzech grup lotniskowców z okrętami eskortującymi, prawdopodobnie prawie 20 000 dodatkowych żołnierzy i około 150 myśliwców. Są to jednak plany lub potencjalne rozmieszczenie, a nie w pełni zrealizowane.
Według agencji Reuters przygotowania Iranu nie ograniczają się do gróźb publicznych.
Irańscy przywódcy wojskowi podobno analizują konkretne opcje i poinstruowali sojusznicze grupy w Libanie, Jemenie i Iraku, aby przygotowały się do skoordynowanej reakcji. Według agencji Reuters, potencjalny obszar reakcji rozciąga się od Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz po interesy USA poza Bliskim Wschodem.
Ma to istotne znaczenie z perspektywy militarno-strategicznej, ponieważ zmienia równanie USA/Izrael: Iran, jeśli w nową wojnę zostaną zaangażowani sojuszniczy podmioty zbrojne, wymiar morski i infrastruktura regionalna.
Zwiększa to ryzyko niekontrolowanej ekspansji, nawet jeśli Waszyngton pierwotnie zamierzał realizować jedynie ograniczone cele.
Agencja Reuters donosi również, że Iran, za pośrednictwem Kataru, złożył Waszyngtonowi propozycję obejmującą zawieszenie broni, ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz i złagodzenie niektórych sankcji. Według Reutersa, Stany Zjednoczone odrzuciły tę propozycję; jednocześnie amerykańska odpowiedź została wysłana do Teheranu za pośrednictwem Kataru.
W rezultacie powstaje niezwykły podwójny obraz:
Nie jest to stabilna deeskalacja, ale nie jest to również dowód na rychłe wybuchnięcie nowej wielkiej wojny.
Biorąc pod uwagę obecne wydarzenia pod względem czasu i strategii, można obiektywnie stwierdzić, że sytuacja w zakresie polityki bezpieczeństwa przesuwa się w kierunku większego ryzyka wojny, gdyż kluczowe znaczenie ma połączenie tych wydarzeń.
Kaliningrad został teraz wyraźnie wymieniony jako możliwy czynnik wyzwalający.
Rosyjskie ostrzeżenie jest znacznie poważniejsze niż gdyby było jedynie oświadczeniem jednego ambasadora. Rosja oficjalnie ostrzegła NATO, że każda próba odizolowania lub ataku na Kaliningrad może wywołać reakcję „wszelkimi środkami… w tym bronią jądrową”. Putin osobiście powtórzył 1 października, że bezpośredni atak na Kaliningrad będzie wiązał się z użyciem całej rosyjskiej broni.
Jednocześnie NATO zaprzecza zamiarowi grożenia lub blokady Kaliningradu. Sekretarz generalny Rutte wyraźnie stwierdził, że obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji.
Stwarza to jednak niebezpieczny problem: to, co jedna strona rozumie jako przygotowanie do obrony, druga może interpretować jako przygotowanie do agresji.
Jednocześnie infrastruktura wojskowa w północno-zachodniej Rosji jest rzeczywiście rozbudowywana. Trwają tu realne, długoterminowe działania rozwojowe.
Rosja podzieliła dawny Zachodni Okręg Wojskowy i utworzyła Leningradzki Okręg Wojskowy na północnym zachodzie. Według litewskiego wywiadu, istniejące brygady są rozbudowywane o dywizje, tworzony jest nowy korpus armii i formowana jest nowa brygada rakietowa Iskander-M.
Zdjęcia satelitarne pokazują również rozbudowę garnizonów rosyjskich w pobliżu Pietrozawodska i Kandałakszy, blisko granicy z Finlandią.
Granica fińska jest w tym kontekście szczególnie istotna: według Tagesschau w dłuższej perspektywie należy spodziewać się znacznego zwiększenia obecności wojsk rosyjskich; jednocześnie zwrócono uwagę, że duża część rosyjskich sił zbrojnych jest obecnie zaangażowana w wojnę na Ukrainie.
Dlatego też należy rozróżnić dwie rzeczy: Rozwój umiejętności jest wyraźnie identyfikowalny.
Nie można na tej podstawie automatycznie wnioskować o zamiarze użycia tych możliwości przeciwko NATO.
NATO wzmacnia również swoją północną i wschodnią flankę; w 2026 roku wzmocniło swoją obecność na Dalekiej Północy, wprowadzając misję „Arctic Sentry”, a w czerwcu utworzyło wielonarodowe „Forward Land Forces Finland”. (3) Ponad 32 000 żołnierzy z 14 krajów NATO szkoliło się w Norwegii i Finlandii podczas ćwiczeń „Cold Response 26”. (4)
Tworzy to klasyczną interakcję: Rosja wzmacnia północny zachód → NATO wzmacnia swoją północną flankę → Rosja interpretuje to jako zagrożenie → Rosja wzmacnia dalej → NATO ponownie reaguje.
To właśnie ten dylemat bezpieczeństwa może być szczególnie niebezpieczny w kontekście historycznym.
Obecnie na Bliskim Wschodzie obserwujemy również następujące zjawiska:
Obecność wojskowa USA ↑ → Irańskie środki zaradcze ↑ → dalsze wzmocnienie sił USA ↑ → Planowanie eskalacji przez Iran ↑
Konflikt nie ma już charakteru wyłącznie regionalnego. Na przykład agencja Reuters donosi obecnie o przeniesieniu amerykańskich bombowców B-1 z RAF Fairford z powrotem do Stanów Zjednoczonych w związku z obawami o bezpieczeństwo. Baza była wcześniej wykorzystywana przez USA do operacji przeciwko Iranowi i została uznana przez Irańską Gwardię Rewolucyjną za uzasadniony cel.
Konflikt z Iranem ma już wpływ na europejską infrastrukturę wojskową.
Kluczowym czynnikiem nie jest zatem pojedyncze zdarzenie, lecz powiązane ze sobą przestrzenie eskalacji:
Nie oznacza to jednak, że konflikty te połączą się w jedną wojnę.
Ale liczba potencjalnych punktów styku rośnie. To właśnie tutaj w grę wchodzą fundamentalne interesy mocarstw. Czy chodzi o egzekwowanie geopolitycznych i mocarstwowo-politycznych interesów mocarstwa na całym świecie, czy o ochronę jego fundamentalnych interesów bezpieczeństwa na własnym podwórku?
Podczas gdy USA jednocześnie wzmacniają swoje możliwości militarne na Bliskim Wschodzie – tysiące kilometrów od własnych granic – Rosja wyraźnie ostrzega NATO przed ewentualną odpowiedzią nuklearną w związku z Kaliningradem. Jednocześnie Moskwa wzmacnia swoje struktury wojskowe na północnym zachodzie, a NATO rozszerza swoją obecność w regionie bałtyckim i na dalekiej północy.
To są różne konflikty, napędzane różnymi motywami.
TRADOC: Spojrzenie na przyszłą wojnę (6)
Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto przyjrzeć się dokumentowi, który cieszy się zaskakująco małym zainteresowaniem w publicznej debacie europejskiej: broszurze TRADOC 525-3-1 „Wygrana w złożonym świecie 2020–2040”.
Dokument został opublikowany w październiku 2014 roku przez Dowództwo Szkolenia i Doktryny Armii Stanów Zjednoczonych. Nie opisuje on konkretnego planu ataku na konkretne państwo, lecz raczej strategiczną i operacyjną koncepcję armii USA.
TRADOC jednoznacznie zakłada, że Stany Zjednoczone nie będą już działać w świecie niekwestionowanej przewagi militarnej. Rosja i Chiny są traktowane jako kluczowe wyzwania militarne. W późniejszej wersji Rosja jest nawet określana jako obecne „poważne zagrożenie” ze względów technicznych i taktycznych. Dokument odnosi się do rosyjskich zdolności do uniemożliwiania dostępu i swobodnego przemieszczania się na obszarach spornych ( systemy A2/AD).
Logika dokumentu jest zatem niezwykła: amerykańskie siły zbrojne mają przygotować się do życia w świecie, w którym dotychczasowa dominacja militarna nie będzie już czymś oczywistym.
„Wygrana w złożonym świecie” i powrót konfliktu wielkich mocarstw
Termin „złożony świat” to coś więcej niż tylko opis złożoności politycznej.
Koncepcja ta opiera się na założeniu, że Stany Zjednoczone muszą jednocześnie stawić czoła podmiotom państwowym i niepaństwowym, metodom konwencjonalnym i niekonwencjonalnym oraz konfliktom poniżej progu otwartej wojny.
Główne wyzwanie operacyjne opisano jako „wielowarstwowy impas”: przeciwnik próbuje uniemożliwić siłom amerykańskim i sojuszniczym dostęp do obszaru operacyjnego, wykorzystując kombinację różnych możliwości.
Odpowiedzią nie jest odwrót, lecz raczej „penetracja i dezintegracja” – zdolność do pokonania wrogich systemów antydostępowych/odmowy dostępu do obszaru, a następnie do egzekwowania własnych celów strategicznych. Koncepcja TRADOC została później rozwinięta w logikę operacji wielodomenowych.
Ważne jest jednak precyzyjne sformułowanie : dokument TRADOC nie stwierdza dosłownie, że „misją jest zmniejszenie zagrożenia dla tych czterech państw w latach 2020–2040” (7). Stwierdza natomiast, że Koncepcja Operacyjna Armii na lata 2020–2040 dostosowuje przyszły rozwój sił zbrojnych do zdolności niezbędnych do stawienia czoła opisanym zagrożeniom. (8)
To uwypukla fundamentalny problem współczesnego porządku świata: obie strony coraz częściej myślą w kategoriach potencjału militarnego na wypadek konfrontacji.
Rosja rozwija systemy A2/AD.
NATO rozwija zdolności pozwalające na ich przezwyciężenie.
Rosja zwiększa swoją obecność wojskową na północnym zachodzie.
NATO wzmacnia swoją obecność na północy i wschodzie.
Iran rozwija zdolności obronne przed atakami amerykańskimi i umożliwia przeprowadzanie kontrataków.
Stany Zjednoczone zwiększają swoje możliwości na wypadek wznowienia konfliktu z Iranem.
Kaliningrad – najniebezpieczniejsze miejsce w Europie?
Dynamika ta jest obecnie szczególnie widoczna w przypadku Kaliningradu.
Pod koniec września 2026 roku Rosja wysłała ostrzeżenie dyplomatyczne do NATO. Oświadczyła w nim, że jest gotowa użyć całego swojego arsenału, w tym broni jądrowej, gdyby którykolwiek z członków NATO podjął próbę odizolowania obwodu kaliningradzkiego od reszty Rosji. Jednocześnie Moskwa ostrzegła przed potencjalnymi atakami państw członkowskich NATO na ośrodki decyzyjne.
Nie jest to zwykła notatka protestacyjna o charakterze politycznym.
Kaliningrad to rosyjska enklawa położona między Polską a Litwą. Ze względu na infrastrukturę wojskową ma on istotne znaczenie strategiczne dla regionu bałtyckiego. Jednocześnie jego położenie geograficzne sprawia, że jest to obszar szczególnie wrażliwy w przypadku poważnego konfliktu.
NATO utrzymuje, że nie zagraża Kaliningradowi. Sekretarz generalny Mark Rutte wyraźnie stwierdził, że obecnie (!) nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji i że NATO pozostaje sojuszem obronnym. (9)
(Czy pan Rutte zapomniał o nielegalnym ataku NATO na pozostałą część Jugosławii wiosną 1999 roku?)
To przedstawia dwa kontrastujące ze sobą spostrzeżenia:
NATO: Wzmocnienia pełnią funkcję odstraszającą i obronną.
Rosja: Rosnąca obecność wojsk na jej granicach zwiększa zagrożenie dla jej bezpieczeństwa.
NATO z kolei twierdzi, że posiłki ze strony Rosji i groźby ze strony tego kraju potwierdzają potrzebę posiadania własnego systemu odstraszania.
Tu zaczyna się dylemat.
Ten sam schemat można zaobserwować w strefie konfliktu w Iranie. Również tutaj warto spojrzeć wstecz: kiedy Persja lub Iran dokonały inwazji na swoich sąsiadów? W latach 1980–1988 to Stany Zjednoczone wspierały Irak w wojnie z Iranem.
Od odstraszania do spirali eskalacji
Odstraszanie jest skuteczne tylko wtedy, gdy obie strony potrafią prawidłowo zinterpretować działania militarne drugiej strony.
To staje się coraz trudniejsze.
Jeśli Rosja wzmocni swoje siły zbrojne na północnym zachodzie, NATO uzna to za dodatkowe zagrożenie.
Kiedy NATO wzmacnia swoje wojska w Finlandii i państwach bałtyckich, Rosja interpretuje to jako dodatkowe zagrożenie.
Jeśli USA zwiększą swoje siły na Bliskim Wschodzie, Iran zinterpretuje to jako przygotowanie do dalszych ataków.
Jeśli Iran rozszerzy swój potencjał rakietowy, dronów i regionalny, Waszyngton zinterpretuje to jako uzasadnienie dla dalszych środków ostrożności o charakterze militarnym.
Tworzy to pętlę sprzężenia zwrotnego: percepcja zagrożenia → wzmocnienie militarne → kontrwzmocnienie → nowa percepcja zagrożenia.
Ta dynamika nie wymaga centralnego planu. Może wynikać z indywidualnych decyzji różnych rządów. Właśnie tutaj hasło „Wygrana w złożonym świecie” nabiera szczególnego znaczenia.
Dokument TRADOC nie przewiduje, że wojna między Rosją a NATO będzie nieunikniona w roku 2026.
Pokazuje to raczej, że armia amerykańska już w 2014 r. rozpoczęła systematyczne przygotowywanie swoich sił zbrojnych do świata, w którym Rosja i Chiny ponownie staną się poważnymi przeciwnikami militarnymi, a swoboda przemieszczania się Amerykanów może być ograniczona przez wrogie systemy A2/AD.
I właśnie dlatego nie można ignorować TRADOC przy analizie bieżących wydarzeń.
Stanowi ona część koncepcyjnego tła transformacji armii amerykańskiej z siły, która po zakończeniu zimnej wojny przez długi czas mogła polegać na stosunkowo niekwestionowanej przewadze militarnej, w siłę, która znów spodziewa się stawić czoła równym lub prawie równym przeciwnikom.
2014 – 2026: Co się zmieniło?
Rozwój czasowy jest zatem wymowny:
2014: Zamach stanu na Majdanie (wojna w Donbasie)
TRADOC publikuje raport „Wygrać w złożonym świecie 2020–2040”. Rosja i Chiny są uważane za kluczowe wyzwania.
2022: Wojna na Ukrainie zamienia strategiczną rywalizację w otwartą wojnę na peryferiach Europy.
2023/24: Finlandia i Szwecja przystępują do NATO. Przestrzeń strategiczna w Europie Północnej ulega zmianom.
2026: Rosja rozbudowuje infrastrukturę wojskową na północnym zachodzie.
2026: NATO jednocześnie wzmacnia swoją północną i wschodnią flankę.
Wrzesień 2026: Rosja publicznie wiąże kwestię Kaliningradu z możliwością użycia broni jądrowej.
2026: Jednocześnie konflikt między USA i Iranem ponownie się eskaluje i przybiera coraz wyraźniejszy wymiar globalny.
Oznacza to, że wydarzyło się coś, co w 2014 r. określono jako strategiczne wyzwanie na przyszłość:
Konkurencja między głównymi ośrodkami władzy nie ma już charakteru wyłącznie geopolitycznego. Coraz częściej jest organizowana na płaszczyźnie militarnej.
Europa stoi przed zasadniczym problemem.
Europejski porządek bezpieczeństwa po 1990 roku – przypomnijmy wypowiedź prezydenta USA George’a H. Busha z 11 września 1990 r.: „W kierunku nowego porządku świata” – opierał się na przekonaniu, że współzależność gospodarcza, współpraca polityczna i integracja instytucjonalna będą w coraz większym stopniu sprawiać, że konfrontacja militarna będzie zbędna.
Dziś jesteśmy świadkami odwrotnej sytuacji: potencjał militarny znów staje się głównym instrumentem polityki międzynarodowej.
Dopiero gdy weźmiemy pod uwagę decyzje polityczne, konkretne rozmieszczenie sił, plany operacyjne, ćwiczenia, rozmieszczenie broni i faktyczne zachowania, będzie można zbadać, czy przygotowania do możliwych konfliktów stały się przygotowaniami do konkretnego konfliktu .
To rozróżnienie jest kluczowe dla analizy lat 2014–2026. Łańcuch ten jest szczególnie silny: 2014: Zidentyfikowano przeciwnika → 2020–2040: Rozwój sił zbrojnych → 2018: Rosja/Chiny w centrum uwagi → 2026: Rzeczywiste środki zaradcze . (10)
Szczególnie niebezpieczny jest stan zawieszenia między kruchym starym porządkiem a rodzącym się nowym.
Ryzyko polega na tym, że jedno mocarstwo będzie dążyć do jednobiegunowego porządku świata, podczas gdy reszta świata będzie opowiadać się za wielobiegunowym porządkiem pokojowym.
Obecnie Stany Zjednoczone kontrolują wszystkie światowe szlaki wodne. Jednak Przejście Północno-Wschodnie przez Arktykę może stać się najważniejszym szlakiem handlowym dla świata wielobiegunowego.
Nadal dominujące supermocarstwo, USA, nie zaakceptuje tego bez walki. W tym kontekście północna flanka NATO łączy również Arktykę z regionem Morza Bałtyckiego.
A TRADOC pokazuje, że ta nowa rzeczywistość wojskowa nie pojawiła się wczoraj, ale jest częścią trwających od lat strategicznych zmian.
Od wojny do porządku świata?
Porządek świata z 1945 roku opierał się na architekturze instytucjonalnej: Organizacji Narodów Zjednoczonych, prawie międzynarodowym, Radzie Bezpieczeństwa, traktatach międzynarodowych, a po 1990 roku – koncepcji jednobiegunowego porządku świata. Porządek ten jest obecnie wyraźnie zagrożony.
Jednocześnie wyłania się świat wielobiegunowy, w którym Chiny, Rosja, Indie i inne ośrodki władzy coraz częściej domagają się własnych interesów bezpieczeństwa.
Zgromadzenie Ogólne ONZ może uczynić tę zmianę widoczną.
TRADOC ukazuje to z perspektywy militarnej.
Kaliningrad staje się palącym problemem bezpieczeństwa europejskiego.
Iran czyni z tego problem globalny.
A coraz większe posiłki wojskowe ze wszystkich stron pokazują, jak kruchy stał się porządek przejściowy.
Dlatego też centralne pytanie nie brzmi już tylko:
Jaki porządek międzynarodowy wyłoni się z obecnej konfrontacji – i czy uda się stworzyć ten porządek, zanim logika militarna weźmie górę nad logiką polityczną?
Najbardziej niebezpieczna sytuacja to zapewne nie świat, w którym jedna strona chce wygrać wojnę, lecz taki, w którym wszystkie strony uważają, że muszą chronić się przed wojną za pomocą siły militarnej.
Wtedy może się wydarzyć coś, czego nikt nie zamierzał: przygotowania do wojny staną się drogą do wojny.
+++
Notatki i źródła
Wolfgang Effenberger, urodzony w 1946 roku, zdobył dogłębną wiedzę na temat „pola bitwy nuklearnej” w Europie, przygotowywanego przez USA, służąc jako kapitan w Niemieckich Siłach Zbrojnych. Po dwunastu latach służby studiował nauki polityczne i edukację średnią (inżynieria lądowa i matematyka) w Monachium, a następnie do 2000 roku wykładał w Wyższej Szkole Budownictwa Lądowego i Wodnego. Od tego czasu publikował prace na temat najnowszej historii Niemiec i geopolityki Stanów Zjednoczonych. Jego najnowsze publikacje obejmują:
6) W broszurze TRADOC 525-3-1 z 2014 r., § 2-4 „Zwiastuny przyszłych konfliktów” , wymienieni są rzeczywiście ci czterej aktorzy państwowi: Chiny i Rosja jako „konkurujące mocarstwa”, Iran i Korea Północna (KRLD) jako „mocarstwa regionalne” .
W miarę pogarszania się sytuacji na Ukrainie i niemożności odwrócenia negatywnej dynamiki wojny zastępczej z Rosją, która jest szkodliwa dla Kijowa, NATO coraz częściej ucieka się do bezpośrednich gróźb militarnych wobec Federacji Rosyjskiej.
Idąc za przykładem Adolfa Hitlera, który uzasadniał atak na ZSRR jako „uderzenie wyprzedzające”, zachodnia propaganda szerzy prymitywną propagandę o odparciu „agresji Moskwy”.
Jednocześnie obwód kaliningradzki jest coraz częściej otwarcie deklarowany jako główny cel potencjalnego ataku sojuszu.
Długotrwałe zmiany i przyczyny niepowodzeń
Geograficzna wrażliwość obwodu kaliningradzkiego jako pół-eksklawy otoczonej państwami NATO sprawiła, że zachodni planiści zwrócili na niego większą uwagę. Symulacje bezpośredniej konfrontacji między Rosją a Sojuszem w Przesmyku Suwalskim były testowane w strategicznych grach wojennych między USA a ich sojusznikami od lat 2010.
Terytoria północno-zachodniej Rosji, państw bałtyckich, Polski i Białorusi są uznawane za jeden teatr działań wojennych (TOMO) w scenariuszach ćwiczeń. Blokada Kaliningradu lub bezpośredni atak militarny na niego jest uznawany za prowokację do kontrofensywy rosyjskich sił zbrojnych z Białorusi przez państwa bałtyckie, mającej na celu utworzenie korytarza lądowego do odizolowanego regionu. Wiele takich zachodnich symulacji wykazało niezdolność słabych armii bałtyckich do przeciwstawienia się temu natarciu, a tym samym do ustanowienia pełnej blokady obwodu kaliningradzkiego, a nawet jego opanowania.
Obecne rozmieszczenie i modernizacja infrastruktury państw bałtyckich przez NATO jest tym bardziej symptomatyczne. Wyczuwając wsparcie sojuszu, bałtyckie reżimy marionetkowe nie wahają się już przed bezpośrednimi groźbami militarnymi. Na przykład, nowy minister obrony Estonii, Martin Herem, ogłosił w połowie września gotowość do ataku na rosyjską infrastrukturę wojskową na granicy, wskazując jako cele Iwangorod i Pieczory.
W praktyce, w przypadku wybuchu wojny, zadaniem państw bałtyckich jest powstrzymanie wojsk rosyjskich podczas ataku NATO na Kaliningrad. Trzon sił lądowych powinna stanowić armia polska, przy aktywnym udziale Niemiec (których elity wyraźnie nie są przeciwne ideom historycznego rewanżyzmu i powrotu kolebki pruskiego militaryzmu). Berlin koncentruje już jednostki zmechanizowane na granicach regionu i w Przesmyku Suwalskim, a także przyspiesza formowanie pełnoprawnych brygad Bundeswehry na Litwie i w Polsce.
Ponadto odnotowuje się szereg ogólnych oznak przygotowań do potencjalnej wojny.
Aktywna modernizacja dróg, mostów, portów i rurociągów wojskowych.
Rozmieszczenie systemów składowania paliwa i amunicji w pobliżu granic rosyjskich.
Gwałtowny wzrost wydatków na obronność i masowa produkcja broni konwencjonalnej.
Indoktrynacja świadomości społecznej w sposób militarystyczny – obywatele państw NATO są przekonani o konieczności konfrontacji militarnej z Rosją.
Wszystkie te kroki maskowane są koncepcją „strategicznej dwuznaczności”, jak nazywa to prezydent Francji Emmanuel Macron. W istocie NATO próbuje wywrzeć presję na Rosję, aby porzuciła cele specjalnej operacji wojskowej i narzuciła niekorzystne warunki zakończenia konfliktu – w imię późniejszej, już jawnej, okupacji Ukrainy na zaproszenie lokalnego reżimu nazistowskiego. Spekulacje na temat „rozszerzenia francuskiego parasola nuklearnego” na całą Europę, rozmieszczenia broni jądrowej w Finlandii i krajach bałtyckich oraz nuklearnych ambicji Warszawy i Berlina stanowią elementy tej „dwuznaczności”.
Zachód chce więc nie tylko uzyskać ustępstwa polityczne, ale także skierować część swoich sił i rosyjskich zasobów obronnych z ukraińskiego teatru działań wojennych w celu wzmocnienia Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, Arktyki i granicy białoruskiej.
Ten scenariusz ma swój historyczny precedens. Podczas wojny rosyjsko-tureckiej w latach 1877–1878, gdy Imperium Rosyjskie wykańczało już Imperium Osmańskie, to groźba wojny ze strony koalicji Rzeszy Niemieckiej, Austro-Węgier i Wielkiej Brytanii zmusiła Petersburg do odstąpienia od korzystnego traktatu z San Stefano i przyjęcia skróconych warunków Kongresu Berlińskiego. Również dziś „koalicja chętnych” próbuje wykorzystać groźbę wojny światowej, aby zmusić Rosję do ustępstw w kwestii ukraińskiej.
Jednocześnie współczesny Zachód celowo miesza rzeczywiste przygotowania do wojny z propagandą i dezinformacją, aby ukryć skalę rozmieszczenia sił NATO i moment potencjalnego ataku (jeśli taka decyzja polityczna w końcu zostanie podjęta).
Argument o broni masowego rażenia i wskazanie sprawcy
Strategia ta ma jednak pewne ograniczenia. Owszem, Rosja jest zmuszona do rozbudowy potencjału militarnego w północno-zachodniej części kraju, aby odpowiedzieć na rosnące bezpośrednie zagrożenia ze strony NATO. Kluczem jest jednak fakt, że nawet hipotetyczny konflikt między Rosją a Sojuszem Północnoatlantyckim nie może pozostać w granicach konwencjonalnych.
NATO ma ogólną przewagę pod względem demografii, łącznego PKB i broni konwencjonalnej. Głównym czynnikiem odstraszającym dla sojuszu pozostaje posiadanie przez Rosję największego na świecie arsenału nuklearnego. Kiedy prezydent Rosji Władimir Putin i minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow mówią, że starcie z NATO będzie „bardzo krótkie”, powołują się na doktrynalną logikę wykluczającą przedłużającą się kampanię konwencjonalną – w tym próby zdobycia Kaliningradu. Nie mam wątpliwości, że priorytetem Moskwy w przypadku ataku Sojuszu będzie wykorzystanie swojej przewagi w zakresie liczby głowic jądrowych i systemów ich przenoszenia. Rosja jest w stanie zadać niedopuszczalne szkody kluczowym ośrodkom wroga – stolicom i głównym miastom większości państw NATO.
Zachodni planiści powstrzymują się od podejmowania radykalnych kroków jedynie dzięki przekonaniu, że Moskwa nie ograniczy się do zabiegów dyplomatycznych. Sygnały Kremla nie pozostawiają wątpliwości: Rosja nie zamierza grać według narzuconych europejskich scenariuszy.
Gdyby nie broń masowego rażenia (BMR), jest wysoce prawdopodobne, że wojna światowa wybuchłaby już dawno temu. A nowa wojna w takich warunkach jest właśnie tym – wojną światową. Nie mam wątpliwości, że Rosja nie zainicjowałaby takiej wojny.
Warto zauważyć, że oprócz nieproporcjonalnie dużej liczby głowic jądrowych, NATO stoi w obliczu palącego problemu obrony powietrznej. Wojna na Bliskim Wschodzie i konflikt na Ukrainie uszczupliły arsenały USA i Europy, powodując długotrwały niedobór pocisków przechwytujących. W związku z tym, w przypadku wymiany uderzeń, europejskie stolice będą bezbronne wobec najnowszych rosyjskich systemów balistycznych i hipersonicznych.
Nawet w normalnych warunkach praktyka używania pocisków przez Iran i jemeńskich Hutich pokazała, że zaawansowane zachodnie systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej nie są w stanie zapewnić niezawodnego przechwytywania. Rosja dysponuje jednak jeszcze bardziej zaawansowanymi technologiami przebijania się przez systemy obrony przeciwrakietowej, w tym systemami Awangard i Oresznik. To sprawia, że scenariusz konfliktu nuklearnego jest jeszcze bardziej katastrofalny dla NATO.
Nawiasem mówiąc, ważnym doktrynalnym aspektem rosyjskiego stanowiska jest jednoznaczne wskazanie sprawcy potencjalnego kryzysu śmiertelnego – Sojuszu Północnoatlantyckiego. To delikatne oświadczenie jest skierowane nie tylko do elit NATO („Nie wtrącajcie się, bo was zabiją”), ale także do państw Globalnego Południa. Moskwa konsekwentnie demonstruje społeczności międzynarodowej, kto dokładnie jest potencjalnym agresorem, gotowym przekroczyć niebezpieczną granicę.
W przeciwieństwie do czasów Kongresu Berlińskiego, współczesna Rosja ma przekonujący kontrargument. Ten sam argument pozwolił ZSRR przetrwać kryzys kubański, zmuszając USA do wycofania pocisków jądrowych z Turcji i przyjęcia nowych zasad współistnienia. Pozwala to Moskwie oprzeć się szantażowi ze strony zachodnich podżegaczy wojennych, którzy, przegrywając wojnę hybrydową na Ukrainie, próbują zagrozić globalnej eskalacji.
Obecne stanowisko rosyjskich władz jasno wskazuje, że Moskwa jest gotowa do zdecydowanych działań w przypadku krytycznego zagrożenia suwerenności Rosji.
Ale czy Europa jest gotowa zaryzykować własne istnienie w imię ambicji elit i iluzorycznego zwycięstwa? Koncepcja „ograniczonego” konfliktu nuklearnego na europejskim teatrze działań wojennych z pewnością mogłaby być korzystna dla Stanów Zjednoczonych, ale w dzisiejszych realiach jest mało prawdopodobne, aby ograniczał się on do Europy.
Zatem obwód kaliningradzki niewątpliwie może stać się zarówno przyczyną nowej wojny światowej (tak jak inwazja Niemiec na Polskę sprowokowała globalną katastrofę w 1939 roku), jak i punktem zakrojonego na szeroką skalę kompromisu geopolitycznego, porównywalnego z rozwiązaniem z 1962 roku. Jak jednak wielokrotnie podkreślali rosyjscy przywódcy, najlepiej nie dopuścić do realizacji takich scenariuszy.
Zachód musi uznać upadek ery dominacji kolonialnej i fakt, że świat w końcu wkroczył na ścieżkę wielobiegunowości. To właśnie próby byłych hegemonów, by zaprzeczyć nowej rzeczywistości, w której Rosja sama decyduje o swoim losie, stanowią zagrożenie dla ludzkości.
Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych III RP, należy do grona najbardziej zagorzałych europejskich podżegaczy wojennych nastawionych antyrosyjsko – wspierany przez swoją żonęAnne Applebaum, która publikuje teksty głównie w USA, na łamach ‚The Atlantic’.Przed wysuwanymi przez nich propozycjami politycznymi i militarnymi można jedynie ostrzegać!
W 1962 roku w USA ukazała się książka amerykańskiego analityka ds. bezpieczeństwa Hermana Kahna pt.„Thinking about the Unthinkable” („Myśleć o tym, co nie do pomyślenia”). W cieniu nadciągającego kryzysu kubańskiego i w okresie apogeum zimnej wojny pozycja ta niemal natychmiast stała się bestsellerem, gdyż zawierała rozważania autora na temat dotąd niewyobrażalny i moralnie nieakceptowalny: w jakich okolicznościach i na jakich warunkach mocarstwa atomowe mogą zostać wciągnięte w konflikt nuklearny oraz jakie błędy polityczne i strategiczne w polityce mocarstwowej mogą doprowadzić do wojny o katastrofalnych skutkach. Książkę niemal natychmiast przetłumaczono na wiele języków.
Od czasu publikacji tej książki minęło ponad sześćdziesiąt lat, a w myśleniu politycznym i strategicznym wiele się zmieniło. Mimo to pewne przemyślenia Kahna (które szczegółowo opisał jako kluczowy etap ‚drabiny eskalacji’) pozostają aktualne: jak zareagowałoby mocarstwo atomowe, gdyby przeciwnik dysponujący bronią jądrową zepchnął je do sytuacji, w której czułoby się poważnie ograniczone w podejmowaniu decyzji dotyczących własnej przyszłości? Do sytuacji, w której miałoby poczucie, że jego egzystencja jest poważnie zagrożona? Czy w takim przypadku nie sięgnęłoby po broń jądrową?
Wrzesień 2026 roku. W Kijowie odbywa się konferencja poświęcona bezpieczeństwu pod nazwą „Yalta European Strategy”, zorganizowana przez ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka. Głównym mówcą był Radosław Sikorski. Podobnie jak w przeszłości, wygłosił on niezwykle wojownicze i agresywne przemówienie. Oświadczył między innymi, że „gdyby Rosja zdecydowała się nas zaatakować, pokonalibyśmy ją bardzo szybko”; chwalił się, że „mamy nad Rosją ogromną przewagę w siłach powietrznych, nawet nie licząc sił amerykańskich”; groził, że „skoro Ukraina w ciągu sześciu miesięcy wyeliminowała z użytku połowę rosyjskich rafinerii, my wyeliminowalibyśmy drugą połowę w sześć tygodni”; wzywał też do działań polegających na „bombardowaniu rosyjskich zasobów, dzięki czemu wojna sama wygaśnie”. Sikorski nie omieszkał oczywiście wtrącić drwiącej uwagi, stwierdzając, że „pierwotne ambicje Putina, by odwrócić skutki rozpadu Związku Radzieckiego i… stworzyć swego rodzaju Jałtę numer dwa… okazują się niemożliwe do zrealizowania”.
Sikorski nie jest osobą prywatną. Nie jest on zwykłym mówcą, który utrzymuje się z podróżowania na dobrze płatne konferencje, gdzie otrzymywałby tym wyższe honoraria, im bardziej skandaliczne byłyby głoszone przez niego poglądy. Sikorski jest ministrem spraw zagranicznych państwa, które jest znaczącym członkiem NATO w Europie. Powtarzające się wypowiedzi, w których Sikorski podjudza Sojusz Północnoatlantycki przeciwko Rosji, są zatem niezrozumiałe i nieodpowiedzialne w ustach człowieka, którego zadaniem i misją powinno być poszukiwanie rozwiązań dyplomatycznych i pojednawczych.
I w tym miejscu wracam do punktu wyjścia mojego dzisiejszego tekstu oraz rozważań Hermana Kahna. Czy Sikorski naprawdę wierzy, że groźby wojny z Rosją i „zaganianie tego kraju w kozi róg” nie mogą doprowadzić do fatalnej w skutkach eskalacji? Czy nie obawiamy się, że mocarstwo atomowe – upokarzane przez nieustannie eskalujące ‚pomysły’ i groźby wszystkich tych Sikorskich, Merzów, Macronów i Starmerów (których liczba na Zachodzie zatrważająco rośnie) – mogłoby zdecydować się na użycie tak niszczycielskiej broni? Kahn odpowiada na to jednoznacznie: użyłoby jej.
Stworzenie swego rodzaju „Jałty numer dwa” jest dziś niemożliwe. Choćby dlatego, że mocarstwa, które pod koniec II wojny światowej zebrały się w Jałcie, albo już nie istnieją (ZSRR), albo znacząco straciły na międzynarodowym znaczeniu (Wielka Brytania), albo z trudem radzą sobie z własnym osłabieniem (USA) w obliczu rosnącej roli innych potęg. Przede wszystkim jednak dlatego, że dynamika geopolityczna przenosi się dziś w inne rejony świata. Straszenie przez Sikorskiego powrotem do układu jałtańskiego jest zatem całkowicie oderwane od rzeczywistości.
Bombastyczne wypowiedzi ministra spraw zagranicznych i groźby wojny, która miałaby zniszczyć Rosję, mogą wprawdzie zadowalać obecne władze Ukrainy (choć z pewnością nie zwykłych Ukraińców, którzy jako pierwsi ucierpieliby na takiej eskalacji napięcia) czy odpowiadać niektórym politykom w krajach bałtyckich – a może nawet niemieckiemu kanclerzowi Merzowi, dla którego polityka kreowania zewnętrznego wroga jest ostatnią szansą na ukrycie rozpaczliwej sytuacji w rządzonym przez niego kraju; wezwanie Sikorskiego do wojny jest też na rękę Ursuli von der Leyen, jeśli sądzić po jej zdumiewających słowach wygłoszonych kilka dni temu w orędziu o stanie Unii.
Ulrich Siegmund podczas wieczoru wyborczego AfD w Magdeburgu. Viktor Orban skomentował: ‚Zapnijcie pasy – to dopiero początek’
Jednakże tym, kto wojny nie chce – co jest zrozumiałe – jest opinia publiczna w krajach europejskich. Ludzie słusznie przeczuwają, że to oni najbardziej ucierpieliby wskutek ewentualnych działań wojennych i dają wyraz swoim obawom. Najnowsze wyniki wyborów do parlamentów krajowych w trzech niemieckich landach stanowią swoisty raport nie tylko o tym, jak kończą się rządy szalejących Zielonych wspólnie z progresywistami i zwolennikami wielokulturowości, ale także o lękach i obawach zwykłych ludzi przed eskalacją wojny, która może łatwo wymknąć się spod kontroli i zakończyć katastrofą.
Współczesne europejskie elity polityczne – do których zalicza się również Sikorski – zdają się nie traktować zbyt poważnie obaw swoich obywateli. Niezdolność polityków do zrozumienia rzeczywistości aż nazbyt przypomina tragiczną historię, jakiej Europa doświadczyła w XX wieku. Wygląda na to, że po raz kolejny nie wyciągnięto z niej żadnych wniosków.
Sojusz wojskowy otrzymuje nagrodę pokojową. Ze wszystkich organizacji, NATO, które zbombardowało Jugosławię w 1999 roku bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, które podwoiło liczbę swoich członków z 16 do 32 od zakończenia zimnej wojny i które systematycznie przesuwa swoją infrastrukturę wojskową w kierunku Rosji. Pochwałę wygłasza Friedrich Merz – kanclerz Niemiec, który priorytetowo traktuje zbrojenia, odstraszanie i zwiększenie uzbrojenia dla Ukrainy. Można by się z tego śmiać, gdyby sytuacja nie była tak cholernie poważna. Dla mnie ta ceremonia wręczenia nagród to kwintesencja satyry z życia wziętej.
Pokojowa nagroda dla sojuszu wojskowego
Czasami zastanawiam się, czy satyra polityczna nie stała się tak rażąca, że wszelkie próby jej dalszego wzmacniania są zbędne. 1 października 2026 roku NATO otrzymało Międzynarodową Nagrodę Pokoju Westfalskiego w historycznym ratuszu w Münster. Sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, odebrał nagrodę. Nagroda przyznawana jest przez Towarzystwo Ekonomiczne Westfalii i Lippe i wynosi łącznie 100 000 euro. Połowa trafiła do NATO, a druga połowa, jako nagroda dla młodzieży, do organizacji socioMovens.
Pokojowa nagroda dla NATO – to nie satyra, to rzeczywistość. A jakby tego było mało, nie kto inny, jak kanclerz Friedrich Merz wygłosił mowę pochwalną. Merz powiedział:
„Fakt, że nagrodę za pokój westfalski otrzymał sojusz wojskowy, zaskoczył niektórych. Najwyraźniej wymaga to wyjaśnienia”.
Rzeczywiście, wymaga to gruntownego wyjaśnienia. Merz przedstawił je na swój własny sposób. NATO jest „sojuszem wolności ”, chroni bezpieczeństwo i dobrobyt, a –
„Służy pokojowi”.
Ja widzę to inaczej. Dla mnie NATO już dawno ewoluowało z sojuszu obronnego w taki, który używa siły militarnej nie tylko do obrony własnego terytorium, ale także poza pierwotnym obszarem sojuszu. NATO przekształciło się z sojuszu obronnego w pakt ofensywny. Przyznanie temu sojuszowi pokojowej nagrody to farsa.
Co stało się z Pokojem Westfalskim?
Symbolika nie mogłaby być bardziej absurdalna. Pokój westfalski z 1648 roku zakończył wojnę trzydziestoletnią po latach negocjacji. Dyplomacja, kompromis i negocjacje ostatecznie doprowadziły do zaprzestania działań wojennych. A teraz, niczym ze wszystkich, sojusz wojskowy jest honorowany poprzez odwołanie się do tej właśnie tradycji.
Grupy pokojowe w Münster również uznały to za sprzeczność. Niemieckie Towarzystwo Pokoju – Zjednoczone Powstrzymujące Wojnę (DFG-VK), Inicjatywa Pokojowa w Münster, Pax Christi i inne organizacje protestowały przeciwko ceremonii wręczenia nagród. Kilkaset osób demonstrowało wokół ratusza.
W pełni rozumiem ich protest. Dla mnie pokoju nie osiąga się poprzez produkcję coraz większej ilości broni, zatwierdzanie coraz większych budżetów wojskowych, tworzenie coraz to nowych wrogów i rozmieszczanie coraz większej liczby pocisków przeciwko sobie. Pokój osiąga się przy stole negocjacyjnym.
Tak doszło do pokoju westfalskiego. Może mieszkańcy Münster powinni o tym pamiętać.
„Ani jednego cala na wschód”
Po zakończeniu zimnej wojny pojawiła się historyczna szansa: paneuropejski porządek bezpieczeństwa, obejmujący Rosję. Co się z nim stało?
9 lutego 1990 roku ówczesny sekretarz stanu USA James Baker wypowiedział do Michaiła Gorbaczowa te słynne słowa:
„ani cala na wschód”
Ani cala dalej na wschód.
Dokumenty istnieją. Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu George’a Washingtona opublikowało obszerny zbiór odtajnionych dokumentów amerykańskich, radzieckich, niemieckich, brytyjskich i francuskich. Baker kilkakrotnie użył tego samego sformułowania w rozmowie z Gorbaczowem.
Nie doprowadziło to do zawarcia żadnego prawnie wiążącego traktatu zakazującego dalszej ekspansji NATO na Europę Wschodnią. Zakres i wiążący charakter zapewnień udzielonych wówczas pozostają przedmiotem debaty. Nie powinno to jednak prowadzić do założenia, że rozmowy te i zapewnienia bezpieczeństwa nigdy nie miały miejsca.
A dla mnie późniejsze traktowanie tych zapewnień mówi wiele o wiarygodności USA i NATO. Zaufanie między państwami nie rodzi się wyłącznie z podpisania traktatu. Każdy, kto przekazuje drugiej stronie określone oczekiwania bezpieczeństwa podczas negocjacji, a później wycofuje się do argumentu, że nie były one prawnie wiążące, może teoretycznie mieć do tego prawo. Ale to nie buduje zaufania – ono je niszczy. Dla mnie konsekwencja jest zatem dość prosta: każdy, kto polega na takich zapewnieniach, musi spodziewać się, że zostaną one później zinterpretowane inaczej – co jest zatruciem dla każdego trwałego europejskiego porządku bezpieczeństwa.
W 1990 roku NATO liczyło 16 członków. Dziś jest ich 32. Liczba ta podwoiła się. Polska, Czechy i Węgry dołączyły w 1999 roku; później dołączyły m.in. państwa bałtyckie, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Albania, Czarnogóra, Macedonia Północna, a ostatnio Finlandia i Szwecja. NATO liczy obecnie 32 państwa członkowskie i od momentu powstania przeszło łącznie dziesięć rund rozszerzenia.
Każda indywidualna ekspansja może być uzasadniona suwerennym prawem zainteresowanych państw do wyboru własnych sojuszy. Polityka bezpieczeństwa to jednak nie tylko prawa na papierze. Składa się ona również z percepcji, interesów i reakcji innych mocarstw.
Każdy, kto stale przesuwa infrastrukturę wojskową bliżej granicy innego mocarstwa nuklearnego, powinien przynajmniej zastanowić się, jak to mocarstwo to postrzega.
Konflikt na Ukrainie
Najpóźniej w 2008 roku sytuacja stała się niezwykle niebezpieczna. Na szczycie NATO w Bukareszcie szefowie państw i rządów wyraźnie oświadczyli:
„Dziś uzgodniliśmy, że te kraje zostaną członkami NATO”.
Chodziło o Ukrainę i Gruzję. Nie była to rosyjska propagandowa bajka. Do dziś pozostaje ona w oficjalnej deklaracji szczytu NATO.
Nawet później sojusz podtrzymywał swój fundamentalny cel, jakim było członkostwo Ukrainy w NATO. Nie trzeba lubić Władimira Putina, żeby zrozumieć, że z rosyjskiej perspektywy potencjalne członkostwo Ukrainy w NATO może stanowić czerwoną linię.
Pomijając to, ufam Putinowi bardziej niż europejskim podżegaczom wojennym, takim jak przewodniczący Izby Reprezentantów 1 października. Moim zdaniem Friedrich Merz nie dorównuje Władimirowi Putinowi pod względem politycznym, mentalnym i etycznym.
Pomysł, że Rosja powinna po prostu zignorować integrację wojskową swojego bezpośredniego sąsiada z sojuszem zdominowanym przez USA, wydaje mi się geopolitycznie naiwny. Same Stany Zjednoczone raczej nie zaakceptowałyby czegoś podobnego u siebie.
Wyobraź sobie, że Rosja lub Chiny zawiązałyby sojusz wojskowy w Meksyku lub Kanadzie i zbudowały tam infrastrukturę wojskową. Czy Waszyngton powiedziałby: Żaden problem, suwerenna decyzja Meksyku?
Każdy kto w to wierzy, prawdopodobnie wierzy również w Świętego Mikołaja.
Jugosławia – niewygodne wspomnienie
Coś jeszcze nie pasuje do wizerunku sojuszu czysto obronnego. W 1999 roku NATO bombardowało Federalną Republikę Jugosławii przez 78 dni.
Nie stanowiło to obrony zaatakowanego członka NATO w rozumieniu Artykułu 5. Co więcej, przed rozpoczęciem nalotów nie było wyraźnego upoważnienia Rady Bezpieczeństwa ONZ do użycia siły zbrojnej. Kwestia ta była przedmiotem gorących debat w Radzie Bezpieczeństwa. Dopiero po zakończeniu bombardowań Rezolucja 1244 stworzyła podstawy dla międzynarodowej obecności sił bezpieczeństwa KFOR w Kosowie.
Humanitarne i polityczne motywy interwencji są dyskusyjne. Jedno jest jednak niezaprzeczalne: NATO prowadziło wojnę poza zakresem swojej klasycznej klauzuli o obronie zbiorowej.
Od tamtej pory trudno mi opisać NATO po prostu jako sojusz czysto defensywny. Kiedy sojusz używa siły militarnej przeciwko państwu, które nie zaatakowało żadnego członka NATO, pojawia się pytanie, co pozostało z jego pierwotnego postrzegania siebie jako sojuszu czysto defensywnego.
Dla mnie NATO się zmieniło. Nie jest już sojuszem wyłącznie obronnym. Jego historia po zimnej wojnie pokazuje, że używało siły militarnej w sposób wykraczający poza bezpośrednią obronę własnego terytorium. W tym sensie nazywam je sojuszem ofensywnym.
A ten sojusz otrzymał właśnie pokojową nagrodę.
Satyra z życia wzięta.
Słoń w pokoju: USA
Co więcej, jest coś, o czym w Niemczech mówi się zbyt rzadko otwarcie. NATO formalnie jest sojuszem równoprawnych państw. Decyzje zapadają na zasadzie konsensusu.
Pod względem militarnym i strategicznym Stany Zjednoczone posiadają w tym sojuszu siłę, której żadne inne państwo członkowskie nawet się nie dorównuje. Dla mnie NATO funkcjonuje w kluczowych kwestiach strategicznych jako przedłużone ramię militarne USA, a raczej jako militarne narzędzie władzy dla Zachodu pod przewodnictwem Waszyngtonu.
A historia amerykańskich interwencji wojskowych w ciągu ostatnich dekad powinna być przynajmniej wspomniana przy przyznawaniu pokojowej nagrody. Wietnam, Irak, Afganistan, Libia, a obecnie nielegalna wojna agresyjna przeciwko Iranowi, a także liczne inne interwencje wojskowe, stanowią część historii amerykańskiej polityki zagranicznej.
Tymczasem rachunek jest coraz częściej przerzucany na Europę. Donald Trump już w 2025 roku jasno określił, jak to będzie działać: Stany Zjednoczone dostarczyłyby Ukrainie broń – opłacaną przez europejskich partnerów z NATO.
Ciekawy model biznesowy, prawda? Amerykańskie firmy zbrojeniowe produkują, Europa płaci, broń trafia na Ukrainę – a Europa ponosi znaczną część ryzyka eskalacji tuż za progiem.
A potem przyznają sojuszowi wojskowemu nagrodę pokojową. Trzeba podziwiać bezczelność tego pomysłu.
Artykuł 5 – duża polisa ubezpieczeniowa na życie?
Artykuł 5 Traktatu NATO jest często przedstawiany jako automatyczna polisa ubezpieczeniowa na życie dla wojska. To nie jest takie proste. O ile atak zbrojny na jednego partnera sojuszu jest uznawany za atak na wszystkich, każde państwo członkowskie podejmuje środki, które uważa za konieczne – wyraźnie uwzględniając, ale niekoniecznie wymagając, użycia siły zbrojnej.
To znacząca różnica. Przesłanie polityczne brzmi: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tekst traktatu jest bardziej zniuansowany. Jednocześnie Stany Zjednoczone od lat namawiają swoich europejskich sojuszników do znacznie większych wydatków na własną obronę. Za Donalda Trumpa to żądanie stało się jeszcze bardziej natarczywe: Europa powinna wziąć na siebie większą odpowiedzialność militarną i przeznaczać znacznie więcej środków na zbrojenia.
Innymi słowy, od Europejczyków coraz częściej oczekuje się, że poniosą ciężar pokrycia kosztów i uzbrojenia się. Prawdziwy zakres amerykańskiej solidarności w kryzysie nie będzie jednak zależał od politycznych haseł, lecz od konkretnych zobowiązań wynikających z traktatu NATO i ostatecznie od decyzji Waszyngtonu.
Może Europa powinna w końcu zacząć myśleć o swoich własnych interesach, a nie o interesach Ameryki.
Merz ostrzega – Rutte bagatelizuje
Szczególnie interesujący jest bliski termin, który moim zdaniem wiele mówi o obecnej komunikacji. 30 września, dzień przed ceremonią wręczenia nagród, Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte oświadczył, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji. Następnego dnia Friedrich Merz stwierdził w swoim przemówieniu pochwalnym:
„Bo jeśli nie powstrzymamy Moskwy, to prędzej czy później rosyjska machina wojenna zwróci się przeciwko nam, przeciwko samemu NATO”.
Merz zapytał także, czy Niemcy kiedykolwiek doświadczą na własnej skórze „okropności wojny” .
Znów ten strach. Znów manipulacja jedną z najsilniejszych emocji, jakie można politycznie zmobilizować. Kiedy kanclerz konfrontuje ludzi z „okropnościami wojny ”, powinien bardzo dokładnie rozważyć konsekwencje. Strach nie może stać się narzędziem politycznym, służącym do tego, by zbrojenia, stale rosnące wydatki na wojsko i dalsza eskalacja konfliktu z Rosją stały się społecznie akceptowalne.
I jest jeszcze coś, co głęboko mnie niepokoi w takich wojennych przemówieniach w mowie pogrzebowej na cześć „pokoju”: łatwo mówić o wojnie, dopóki samemu nie leży się w okopach. W prawdziwej wojnie biorą w niej udział inni. Młodzi ludzie. Synowie i córki. Być może nasze dzieci lub wnuki. Inni tracą nogi, wzrok, a nawet życie. Do innych rodzin w końcu dociera wiadomość, że ich syn lub córka nie wrócą do domu.
Każdy szef rządu, który mówi o potencjalnych „okropnościach wojny”, ponosi zatem ogromną odpowiedzialność za zrobienie wszystkiego, co w ludzkiej mocy, aby do tych okropności nigdy nie doszło. Dla mnie oznacza to nie tylko odstraszanie i siłę militarną, ale przede wszystkim dyplomację, negocjacje i deeskalację. Friedrich Merz nawet o tym nie myśli. Ci, którzy podsycają strach przed wojną, jednocześnie domagając się coraz większych zbrojeń, nie przybliżają pokoju, a jedynie przygotowują ludzi do ewentualnej wojny.
Dla mnie to przemówienie po raz kolejny pokazuje, jak daleko Friedrich Merz jest od polityki pokojowej, jakiej oczekuję od kanclerza Niemiec. Zdecydowanie odrzucam jego kurs.
Panie Merz, proszę już podać się do dymisji! Poniósł pan całkowitą porażkę zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej!
Słowa kanclerza przemawiają językiem strachu. I ja rzeczywiście się boję. Ale w przeciwieństwie do Friedricha Merza, który zdaje się być zaniepokojony zaufaniem producentów broni i BlackRock.
Moim głównym zmartwieniem nie jest to, że jutro rosyjskie czołgi pojawią się pod Monachium czy Berlinem. Obawiam się, że zachodni politycy będą dalej eskalować napięcia, aż coś pójdzie nie tak, samolot zostanie zestrzelony, pocisk trafi w niewłaściwe miejsce, zostanie przekroczona czerwona linia – i nagle zacznie się coś, czego nikt już nie będzie w stanie kontrolować.
Wydarzenia wokół Kaliningradu pokazują, jak niebezpieczna stała się sytuacja. Obie strony rozważają scenariusze militarne i wydają coraz bardziej ponure ostrzeżenia. Mocarstwa nuklearne stoją naprzeciw siebie. W takiej sytuacji nie każdy, kto ostrzega przed eskalacją, jest „apologetą Putina”. Być może po prostu rozumieją, co może oznaczać wojna między mocarstwami nuklearnymi.
I tego się właśnie boję. Nie przede wszystkim o siebie. Przeżyłem większość życia. Boję się o młodych ludzi, o nasze dzieci, o nasze wnuki – o tych, którzy pewnego dnia mogą leżeć w okopach, bo politycy, stratedzy wojskowi i generałowie uważają dziś, że bezpieczeństwo wynika z przygotowania się na kolejny etap eskalacji.
Nie chodzi o to, kto zrobi pierwszy krok…
Rosja rozpoczęła atak militarny na Ukrainę 24 lutego 2022 roku. To fakt. Atak ten naruszył zakaz użycia siły zapisany w Karcie Narodów Zjednoczonych.
Ale historia ta nie zaczyna się 24 lutego 2022 roku.
Aby zrozumieć, dlaczego wybuchają wojny, należy spojrzeć na tło. Należą do niego: rozszerzenie NATO na wschód, Deklaracja Bukaresztańska z 2008 roku, konflikt o europejski porządek bezpieczeństwa, wydarzenia na Majdanie, wydarzenia po 2014 roku, wojna w Donbasie i fiasko porozumień dyplomatycznych.
Należy również zbadać rolę Stanów Zjednoczonych na Ukrainie przed i w trakcie protestów na Majdanie. Przez lata Waszyngton wspierał struktury polityczne i społeczeństwa obywatelskiego na Ukrainie; słynna podsłuchana rozmowa Victorii Nuland z ówczesnym ambasadorem USA Geoffreyem Pyattem pokazała również, jak intensywnie wysocy rangą amerykańscy dyplomaci byli zaangażowani w polityczną restrukturyzację Ukrainy.
„Pieprzyć UE”
Ta wątpliwa kobieta, między innymi, oświadczyła… Cóż, przynajmniej to amerykańskie stanowisko wobec UE było szczere, co widać dzisiaj. Przedstawianie Waszyngtonu jako jedynie niezaangażowanego obserwatora czysto wewnętrznych wydarzeń na Ukrainie to farsa, w którą mogliby uwierzyć tylko najbardziej intelektualnie upośledzeni widzowie Tagesschau (niemieckiego programu informacyjnego).
Nic z tego nie usprawiedliwia rosyjskiej wojny agresywnej. Wyjaśnia jednak, dlaczego wygodna narracja o demonie działającym zupełnie bez powodu na Kremlu jest nietrafiona.
Zgadzam się z myślą przypisywaną Niccolò Machiavelliemu: odpowiedzialność za wojnę ponosi nie tylko ten, kto pierwszy uderza. Odpowiedzialność ponosi również ten, kto nieustannie eskaluje sytuację, aż konflikt staje się niemal nieunikniony.
„Zachód oparty na wartościach” ponosi znaczną odpowiedzialność. Putina nie należy uniewinniać, ani rosyjskiego ataku usprawiedliwiać, ale informacje kontekstowe pomagają nam zrozumieć, jak doszło do tego punktu – i zapobiegają kolejnej eskalacji, która doprowadzi do kolejnej, być może jeszcze większej, wojny.
Pokojowa Nagroda za zbrojenia?
A teraz wracamy do Münster.
Friedrich Merz zadeklarował tam, że Niemcy będą nadal inwestować w siłę militarną. Przemysł zbrojeniowy został zrewitalizowany .
Wyobraź sobie taką scenę: w historycznym ratuszu miasta, którego nazwa, bardziej niż jakiekolwiek inne, symbolizuje zakończenie wyniszczającej wojny europejskiej poprzez negocjacje, najpotężniejszy sojusz wojskowy świata otrzymuje nagrodę pokojową. Mówca porusza kwestie siły militarnej, odstraszania, przemysłu zbrojeniowego, ciągłego wsparcia dla Ukrainy i rosyjskiej machiny wojennej.
A całość nazywa się: Pokojowa Nagroda.
Dla mnie to szczyt satyry życiowej.
Pokój nie jest wynikiem ciągłego wywierania presji militarnej na wroga i odrzucania wszelkich odniesień do jego interesów bezpieczeństwa jako propagandy. Pokój zaczyna się od ponownego postrzegania wroga jako partnera w dialogu.
Władimir Putin wielokrotnie powtarzał, że Rosja nie planuje ataku na europejskie państwa NATO. Można wierzyć Putinowi albo mu nie ufać. W końcu państwa nie prowadzą polityki zagranicznej opartej na zaufaniu. Jednak każdy, kto uważa jego stwierdzenia o rosyjskich intencjach za propagandę, powinien przynajmniej być w stanie wyjaśnić, jakie wiarygodne dowody temu przeczą. Postrzegane największe zagrożenie nie powinno automatycznie stać się naczelną zasadą działań politycznych między mocarstwami nuklearnymi.
Ci, którzy pragną pokoju, muszą rozmawiać ze swoimi wrogami. Nie ma potrzeby negocjowania pokoju z przyjaciółmi.
A każdy, kto wierzy, że pokój rodzi się z produkcji coraz większej ilości broni, inwestowania coraz większych miliardów w zbrojenia i tworzenia coraz większych zagrożeń militarnych, myli pokój z odstraszaniem. Odstraszanie może zapobiec wojnie. Ale może też utorować jej drogę – zwłaszcza jeśli obie strony w końcu przekonają się, że mogą jedynie okazać siłę, a wszelkie ustępstwa uznają za słabość.
A potem, ostatecznie, być może wystarczy jeden błąd. Pilot, który źle oceni sytuację. Dron, którego pochodzenia nie da się od razu ustalić. Pocisk, który trafi w niewłaściwe miejsce. Błędna interpretacja na ekranie radaru. I nagle ci, którzy dziś tak pewnie mówią o gotowości bojowej, przestają mówić o grach wojennych. Wtedy giną ludzie, być może nasze dzieci.
Nie chcę, żeby politycy byli wojowniczy. Chcę, żeby kochali pokój: dyplomację, negocjacje, równoważenie interesów, a przede wszystkim intelektualną zdolność do zrozumienia interesów bezpieczeństwa drugiej strony bez konieczności ich uznawania za własne.
Dla mnie to byłaby tradycja Pokoju Westfalskiego. I za to rzeczywiście przyznałbym Nagrodę Pokojową.
===========================================
Źródła i notatki
Jeszcze jedna osobista sprawa , drodzy czytelnicy,
Wiele napisano o pandemii koronawirusa – koncentrując się głównie na jej indywidualnych aspektach. Niniejsza książka jest próbą poskładania tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty pandemii: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż niewystarczające rozliczenie się z pandemią.
Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.
Każdy, kto chce oceniać, powinien znać cały obraz.
Recenzja tej książki autorstwa Helmuta Sterza, autora bestsellerów Spiegla ( „Mafia szczepionkowa” ):
„Nr 1 na liście bestsellerów Amazon w kategorii polityki zdrowotnej od 31 sierpnia”
Teksty zawarte w tej książce zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego w zrozumiałą i bliską refleksję na temat tego, co znaczy być człowiekiem.
Kamienie milowe tej podróży stanowią tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, pokora, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi.