Bezczelni idioci rządzą, też komunikacją

W Lublinie błędnie pomalowano linie przerywaną , przerwy są za gęste, jak dla prędkości 90km/h , która tam obowiązywała. Co zatem zrobiono? Przemalowano? Ukarano firmę która malowała linię? NIE – zmniejszono prędkość pod namalowaną linię.

Niestety ograniczenia prędkości , oznakowania dróg , od dawna nie mają wiele wspólnego z realnymi warunkami. Linia ciągła potrafi się ciągnać na drodze ze świetną widocznością , poza terenem zabudowanym, w innym przypadku w terenie zabudowanym w miejscowości A jest linia przerywana, a linia ciągła na analogicznej drodze , z identycznym zabudowaniem / wjazdami na posesję itp. Można jechać przez pola i mieć ograniczenie do 70 albo analogicznie do 90. Idea odgórna jest jednak moim zdaniem taka – kierowca ma nie decydować samodzielnie. Do tego dochodzą bardzo wysokie mandaty , w zasadzie za drobiazgi, ciągła obróbka propagandowa – na drogach są sami wariaci. Ja widzę raczej kierowców bez umiejętności , zastraszonych, bojących się ominać traktor, wolących jechać za ciężarówką niż ją wyprzedzić. Wariaci też są , procentowo jak w wszędzie. Ogólnie chodzi jednak o człowieka WYKONUJĄCEGO polecenia a nie myślącego. W szkole dziecko ma nie myśleć samodzielnie. W uczelniach wyższych to samo. W razie krachu takie społeczeństwo jest bezradne. KZ

link: https://youtu.be/T1-kJKTh7gM?si=R0GAkDepKQek93r7

Homo Informaticus. Kim staniemy się w erze Wielkiego Resetu? – prof. Ryszard Zajączkowski

Elity globalne śpieszą się ocalić świat i uszczęśliwić człowieka za pomocą tzw. Wielkiego Resetu, po którym wszystko miałoby być nowe. A zatem i najbardziej postępowe. Aby mogło do tego dojść wdrażane są kompleksowe przedsięwzięcia pod nazwą nowych ładów, zielonych strategii, zrównoważonych rozwojów, cyfrowych rewolucji, prozwierzęcych pakietów. Wszystko to ma na celu wygaszanie kolejnych działów gospodarki od wydobycia kopalin i produkcji energii, aż po hodowlę zwierząt i uprawę ziemi. Jest to, krótko mówiąc, przejście od normalności do nienormalności.

Żelazna mycka nie jest w stanie przechwycić większości Irańskich rakiet

[Po paru dniach; podobno większość z tych filmików to Fałszywki, zwane obecnie fejkami. Nie podejmuję się odsączyć. md]

“Nie wchodźmy w te rzeczy”. Redaktor TVN przerwał wywiad kobiecie z zalanych obszarów, gdy wspomniała o Ukraińcach

Redaktor TVN przerwał wypowiedź kobiecie z dotkniętych powodzią terenów, która zwróciła uwagę, że “uchodźcom, Ukraińcom dają mieszkania wyremontowane, natomiast nam dają mieszkania w stanie opłakanym”.

W piątek w mediach społecznościowych opublikowano fragment programu “UWAGA!” na antenie TVN, dotyczącego skutków powodzi. Jedna z udzielających wywiadu mieszkanek dotkniętych kataklizmem obszarów Polski została zapytana, “jak pani wyobraża sobie życie z noworodkiem w tych strasznych warunkach”.

“Nie wyobrażam sobie życia (…) Nie chcę w tej chwili poruszać tego tematu, no bo to jest tragedia, bo uchodźcom, Ukraińcom dają mieszkania wyremontowane, natomiast nam dają mieszkania w stanie opłakanym, ja dałam prawie 200 tysięcy” – mówiła kobieta.

Przerwał jej dziennikarz TVN, stwierdzając: “nie wchodźmy w te rzeczy”.

Zachowanie redaktora stacji wywołało falę krytyki w mediach społecznościowych.

Dlaczego Polska jest biedniejsza od krajów tzw Zachodu?

  1. Firmy zagraniczne nie płacą podatków

2) Mamy większość zagranicznych marketów, preferujących zagraniczne towary – większość rzeczy które kupujemy sprzedają nam firmy zagraniczne (nie chodzi tu o samą produkcję która często jest w Azji, ale o to gdzie są odprowadzane zyski). Skoro firma z Niemiec sprzedaje w Polsce towar nawet w tej samej cenie co w DE , nie płaci podatków lub znikome, to stać go na pensje dla Niemca, a Polak się będzie cieszył jak kupi telewizor na 60 rat.

3) Słaba organizacja pracy, słaba infrastruktura – nie rozwijana przez 30 lat – bo to że mamy parę autostrad to trochę mało jak na taki okres czasu. Brak rozwoju transportu towarów koleją, brak barek rzecznych i żeglugi śródlądowej, mało lotnisk.

4) Brak współpracy z sąsiadami jak Rosja i Białoruś , brak współpracy z Chinami, skrajny serwilizm wobec zachodu.

5) Nadmierna biurokracja, brak spójnych interpretacji przepisów, nadmierna ilość podatków, brak szybkich sądów, brak poczucia sprawiedliwości. Błędny system podatkowy – przykład – mając firmę jedno osobową na ryczałcie za granicą mogę odliczać koszta – w Polsce NIE itp.

6) Brak wizji państwa – przecież jest po to żeby zapewnić ład i sprawiedliwość i korzystne warunki dla polaków – a nie po to by doić polaków i pilnować obcych interesów.

7) Odejście masowe od zasad chrześcijańskich – Ludzie widzą tylko czubek swojego nosa, chcą się dorobić błyskawicznie, nie interesuje ich to że robią to kosztem gorzej zarabiających. Marże w Polsce są wyższe niż zagranicą, w Polsce sposobem na dorobienie się jest zatrudnianie ludzi za minimalne pensje często na pół etatu a reszta pod stołem – bo się “nie opłaca” a stawki za usługi czy towary takie jak w DE. Przykład – jak to możliwe że w Wiedniu poza oczywiście starówką można za 4 – 5 Euro kupić kebaba i dostać do tego puszkę/ butelkę coli. Przecież tam też muszą zapłacić za lokal, tam minimalna to bodajże 1500E netto. Tam ceny prądu , gazu nie wiele niższe. Ceny mięsa wyższe, Często gość robi sos samemu z produktów świeżych, a u nas sos z fabryki. Po prostu tam gość latami pracuje i powoli się dorabia, u nas musi w 3 lata zarobić na auto za 800 000zł.

8) Brak zainteresowania Polaków posiadaniem własnego państwa, wystarczy parę ojro i po robocie oglądać meczyk, serial , gołą dupę i mieć ciepłą wodę w kranie. Umiłowanie świętego spokoju – całe życie staram się ludziom pewne rzeczy tłumaczyć – jestem traktowany jak najgorszy wróg – oni nie chcą tego słyszeć. Potem każdy powie – Panieee, kto to mógł przewidzieć….

pewnie jeszcze można sporo dopisać . Krzysztof Zabrzeski

Epilog. Polska umierała, Francja zaś krwawiła. Tuman krwawej mgły (20). Andrzej Juliusz Sarwa

Andrzej Juliusz Sarwa

Tuman krwawej mgły 20 (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Epilog

Polska umierała, zdało się, że nieodwołalnie i na zawsze. Francja zaś krwawiła, gniła budziła grozę, przerażała, a jej powietrze przesiąknięte było trupimi miazmatami.
Rok 1793 był bodaj najohydniejszy dla tego znikczemniałego czasu. To tego roku król Ludwik XVI został ścięty. To tego roku zgilotynowano również i królową Marię Antoninę. To tego roku wybuchło powstanie w Wandei, a ościenne państwa ruszyły do wojny ze zbrodniarzami. Niebezpieczeństwu miał zaradzić Komitet Ocalenia Publicznego na czele z arcyłotrem Dantonem. A potem rozpętała się walka szakali: jakobini, pozbywszy się żyrondystów, uchwalili konstytucję głoszącą piękne hasła i dającą piękne – a jakże – przywileje, ale zaraz potem wprowadzili rządy niebywałego terroru.
Madame Guillotine nie miała już chwili wytchnienia, a lud wręcz oczadział wdychając opary krwi. To wszystko stawało się niemożliwe do zniesienia, dlatego w końcu zamach stanu zmiótł i jakobinów, a obłąkanego krwią i śmiercią demonicznego Robespierre’a w roku 1794 również powiedziono na gilotynę. Lecz wcale nie stało się lepiej. Diabeł wciąż włodarzył, srożył się i potężniał. Ludzie uczciwi usiłowali tedy ponownie przegnać jego sługi i w 1795 roku wzniecili powstanie przeciw bestialskim obłąkańcom, ale krwawo je stłumił Napoleon Bonaparte.[1]

Tego też roku i Polska umarła, zda się, że nieodwołalnie i że na zawsze, a we Francji Zło wciąż prezentowało się w różnych maskach i odsłonach. Spętany przez nie naród nadal niewyobrażalnie cierpiał. Kiedy więc tenże Bonaparte przepędził Dyrektoriat i sam objął władzę, odetchnięto z ulgą. Wreszcie zaczęło być nieco normalniej i odrobinę spokojniej.
Ale nastał już wtedy rok 1799…
Dziesięciolecie niesłychanych zbrodni wraz z XVIII wiekiem dobiegało końca pokazując, że cywilizacja, która się odwróciła od Boga, jednym skokiem może powrócić do brutalnej krwiożerczości dzikusów, a tenże wiek XVIII, taki dumny ze swego oświecenia i swego humanizmu skończył się ludożerstwem… bynajmniej nie w przenośni…
Owa apokaliptyczna, infernalna rewolucja stała się – niestety – jakby matrycą dla kolejnych rewolucji, jakie miały następować po niej – dla francuskich komunardów, bolszewików w Rosji, narodowych socjalistów w Niemczech… a gdy ci wzięli się za bary, rozpętując w roku 1941 wojnę niemiecko-sowiecką, sprowadzili na ludzkość kolejną wstrząsającą, porażającą, demoniczną katastrofę. Do milionów wcześniejszych ofiar, dołożyli następne miliony…
Ale to już inne czasy i innej potrzebujące opowieści.
Tak… rok 1941 – jakby nie patrzeć – dał początek nowemu okresowi w dziejach świata… okresowi, który wciąż trwa…


A Białeccy? Co z nimi? Przez wszystkie te lata żyli mniej lub bardziej spokojnie, mniej lub bardziej przyzwoicie, mniej lub bardziej zamożnie, nie opuszczając już Sandomierza, a przynajmniej nigdy na dłużej. Jedyny syn Stanisława, Paweł, licząc sobie lat trzydzieści sześć, pojął za małżonkę Apolonię Marcelinę Fijałkowską, szesnastoletnią pannę z parafii katedralnej i w roku 1854 został ojcem Benedykta Józefa. Tenże zaś ożenił się późno, bo dopiero w roku 1913, z Anną Florentyną Łukawską, licząc sobie lat 59 i spłodził syna Klemensa Józefa, a ów pojąwszy za żonę Apolonię Kiełkiewicz, w roku 1964 doczekał się syna Władysława, który był jedynakiem i który zaraz po maturze wstąpił do miejscowego, sandomierskiego seminarium duchownego, a więc na to, że ród Białeckich herbu Leszczyc nie wygaśnie nie było już większych nadziei.
Czyżby tak mdło, zwyczajnie i nieciekawie miał ród ów zejść ze sceny dziejów?
Być może tak… ale może jednak nie?…

=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:
https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

O zmroku. Tuman krwawej mgły (19). Andrzej Juliusz Sarwa

Andrzej Juliusz Sarwa Tuman krwawej mgły 19 (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

O zmroku

Późnojesienny listopadowy zmierzch. Nad Sandomierzem wisiała zimna mgła. Gęsty tuman zasnuwał ulice. Szare bryły kamienic ledwie majaczyły w zawiesistym oparze. Resztki dnia kryły się gdzieś po wąwozach, aż w końcu zagasł jego ostatni poblask, a lepki mrok rozpełzł się i obsiadł wszystko… Skądś z oddali dało się słyszeć żałosne wycie psa…
Środkiem opustoszałej ulicy szedł jakiś człowiek. Sądząc z sylwetki, był to mężczyzna w sile wieku. Echo ciężkich kroków odbijało się od ścian domów i rozpływało w mgielnym mlecznym tumanie, który je tłumił. Ale mężczyzna maszerował pewnie, jakby wiedział dokąd zmierza i to tak pewnie, jakby ani noc, ani mgła nie utrudniały mu widzenia.
Naraz w białawym wyziewie zamajaczyła bryła dworu Tryburcych.

Mężczyzna podszedł do bramy, która bezszelestnie bez niczyjej pomocy otwarła się na oścież. Zbliżył się do głównego wejścia i rękojeścią szpady ostro załomotał w drzwi.
– Pan do kogo? – zapytał służący.
– Prowadź do państwa.
– Ale z kim mam zaszczyt?
– Jestem diuk Atanas, markiz Balletti, hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre, hrabia de Saint-Germain.
– O!… – służący oszołomiony tytułami, tyle tylko wydusił z siebie, po czym wziąwszy z rąk gościa bilet wizytowy podążył w głąb domu.
– Proś! – diuk usłyszał głos gospodarza.
Atanas postąpił za służącym, który przyszedł po niego.
– Z kim mamy zaszczyt, bo pańskie nazwisko i tytuły nic nam nie mówią.
– Może to i lepiej?… – odparł na to przybysz. – Jestem starym przyjacielem rodu Białeckich. A zjawiłem się tutaj dowiedziawszy, iż oto przyszedł na świat i powrócił do rodzinnego miasta ostatni z tegoż rodu…
– I po cóż to? Syn Stanisława, Paweł, dzieckiem jest jeszcze. Nawet nie nauczył się dobrze mówić. Więc…
Diuk nie pozwolił mu dokończyć.
– Tylkom go chciał ujrzeć i dać mu moje błogosławieństwo. Tylko tyle, a może… aż tyle? Czy będzie to możliwe?
Luiza zawahała się i skłonna była odmówić, ale Maciej wzruszył ramionami i powiedział:
– Skoro tylko tyle… niechże będzie… zgoda… przyprowadź panicza – zwrócił się do panny pokojowej.
– W tej chwili.
Chłopiec, wszedłszy do salonu z przestrachem spojrzawszy na Atanasa, podbiegł do pani Luizy i objąwszy ją za nogi przywarł do niej mocno, a potem zaczął popłakiwać.
– Nie lękaj się! – uspokajał go Tryburcy. – Wszak rycerska krew w tobie płynie, nie możesz się mazać! Książę, przyjaciel waszego rodu, przyszedł cię zobaczyć.


Diuk, podszedłszy do malca, położył mu obie ręce na głowie i coś wyszeptał. W tym samym momencie chłopiec dziwnie zesztywniał, a potem jęły nim wstrząsać drgawki.
– Mości książę! – proszę już dziecko zostawić w spokoju! Kim pan jest?! Kimże pan naprawdę jest?! –
Luiza była przerażona.
Atanas spojrzał na nią z wściekłością i warknął:
– Kimś przyzwoitszym niż ty… kobieto, któraś zdradziła i porzuciła wiarę ojca i wróciła do katolickiego zabobonu.
– Wypraszam sobie! Proszę wyjść! Proszę natychmiast opuścić nasz dom! – Maciej energicznie postąpił w kierunku diuka, a wściekłość odmalowała mu się na twarzy.
I w tejże samej chwili ich uszu doleciał głos dzwonu z kolegiackiej dzwonnicy, który jął bić, jak każdego wieczora, w intencji spokoju dusz sandomierskich rycerzy poległych przed wiekami pod Warną.[1]

Maciej się zatrzymał i przeżegnawszy nabożnie rzekł:
– Miej Panie Jezu ich dusze w swojej opiece. A także i nas, żywych, którzy ich Twemu miłosierdziu polecamy.
Atanas na te słowa wykrzywił się jakby z bólu, twarz mu poczerniała przybierając wygląd trupiej maski i z bolesnym skomleniem, skomlenie katowanego psa przypominającym, wybiegł z salonu i… znikł.

A kiedy gospodarze zaraz podążyli za nim ze zdumieniem ujrzeli, że już go nie ma, jakby się rozsnuł w powietrzu, za to skądś, nie wiadomo skąd, powoli przypełzł do nich obrzydliwy zapach asafetydy, gnijącego mięsa i siarki, mułu, pleśniejących wodorostów, końskiego potu i starego moczu…
– Kto to był? – zbielałymi ze strachu wargami zapytała pani Luiza.
– Boże miej nas w opiece… – wychrypiał Maciej i nakreślił na piersiach znak krzyża.

=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

[1]Dzwon ten bije po dziś dzień, o dziewiątej wieczorem.

Luiza i Maciej. Tuman krwawej mgły (18).

Andrzej Juliusz Sarwa Tuman krwawej mgły (18) (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Luiza i Maciej

Niegdyś Maciek, a dziś Maciej, czy może raczej pan Maciej, bo i lat mu przybyło i ogłady, a przedewszystkim dlatego, że majętny był bardzo… a więc pan Maciej Tryburcy, który to dawnymi czasy z wicehrabią Stanisławem wyjechał za granicę, kędy pojął za małżonkę Niemkę pewną, pannę Luizę, córkę wielebnego pastora Heinricha Ullmanna, zatęskniwszy postanowił powrócić w rodzinne strony. I powrócił. Na dodatek zamożny bardzo, bo w Ameryce majątku znacznego się dorobił. Najprzód zamieszkali kątem w nędznej lepiance jego rodziców na przedmieściu Rokitek, a potem jęli rozglądać się za jakimś przyzwoitym domem. Gdy Maciej dowiedział się, że dwór Białeckich jest na sprzedaż, to i zmartwił się i ucieszył społem. Zmartwił na wieść o tym, iż wszyscy Białeccy pomarli, a ostała się tylko żona Stanisława, której wcześniej nie znał, i dziecię, które powiła, chłopczyna liczący teraz wieku miesięcy czternaście, imieniem Paweł, a to imię nadano na Chrzcie świętym, biorąc je od patrona kościoła parafialnego, nieopodal którego Białeccy mieszkali.
Postanowił się tedy wybrać do nowej właścicielki i złożyć ofertę kupna domu.
Jak pomyślał, tak uczynił.


– Ależ z największą przyjemnością! Oczywiście! Skoro jest pan zainteresowany nabyciem dworu, to dobra dla mnie wiadomość.
Diana Białecka nie kryła zadowolenia z propozycji, jaką jej złożył Maciej. Czasy bowiem nie były lekkie, Polska konała pod ciosami trzech zbrodniczych sąsiednich potęg – Rosji, Prus i Austrii. Z tego to powodu hrabina, mająca początkowo zamiar osiąść w Sandomierzu na dłużej, teraz doszła do wniosku, iż najlepiej będzie, jeśli się stąd czym prędzej wyniesie. Co się mogło dziać w granicach upodlonej, sponiewieranej i dorzynanej właśnie Rzeczpospolitej tego przewidzieć nie potrafiła. A niechby wybuchło jakieś krwawe
powstanie? Dosyć się już naoglądała śmierci i krwi we Francji. Teraz chciałaby od tego odetchnąć. Tyle, że na owo się nie zanosiło, bo chętnych, tak od ręki, na resztki majątku po Białeckich nie mogła znaleźć, a na dodatek dziecko Stanisława też stanowiło dla niej spory kłopot. Dziecko nie tylko, że niechciane, nie tylko, że niekochane, ale wręcz znienawidzone! Najchętniej dołożyłaby je do tego majątku w prezencie.
– A może byłby pan zainteresowany i ziemią? Nie jest jej wiele, ale i drogo bym za nią nie powiedziała. Nie będę taić, że chciałabym, pozbywszy się wszystkiego, czym prędzej stąd się wyprowadzić.
– A jaką kwotę mogłaby pani, hrabino, wymienić?
Udając, że się zastanawia, po dłużej chwili ją podała.
Pan Maciej nie dał poznać po sobie, że spodziewał się co najmniej trzykroć większej i krzywiąc się rzekł:
– No cóż… ostatecznie… niechże będzie… ale to raczej przez wgląd na świętej pamięci państwa Białeckich, niż dla pani wygody czy satysfakcji, bez targowania się dokonajmy transakcji.
Diana odetchnęła z ulgą. Jak dotąd wszystko szło po jej myśli.
– A może i dziecię by pan zechciał? Oddam darmo – zachichotała nerwowo, udając, że to taki żarcik.
Mężczyzna spojrzał na nią po trosze z naganą, po trosze ze zdumieniem.
– Mniemam, że to był tylko niewybredny dowcip?
– Może tak, a może i nie?… – już się nie śmiała.
– Jakże?
– Ano, panie dobrodzieju, cóż ja, samotna niewiasta, mogę. Dziecię dobrze wychować nie lada to sztuka.


– Pan Bóg nas potomstwem, drogi mężu nie pobłogosławił. Jeśli mniemasz, iż hrabina mówiła poważnie, to weźmy tego biednego chłopczynę, synka twojego towarzysza zabaw młodzieńczych. Niechże ma dobry dom i szczęśliwe dzieciństwo – powiedziała pani Luiza.


Kniaź Aleksander Michajłowicz Uchtomski, który przez kilka tygodni z oddziałem okupacyjnego wojska stacjonował w Sandomierzu, poznał tu przypadkiem (a może i nie przypadkiem?) hrabinę Białecką i…zakochał się w niej po uszy.
Gdy zapytał, czy nie zachciałaby udać się razem z nim do Petersburga, gdzie go odwoływano, roztaczając przed nią bajkowe wprost uroki owej północnej stolicy, nie zawahała się nawet przez moment. Miała nadzieję, że oto otwierają się przed nią nowe świetlane perspektywy. Kiedy więc przed dwór Białeckich zajechała wygodna kareta podróżna, z radością podążyła w jej stronę. Towarzysząca jej panna Krzysia Łodwigowska niosła podręczny bagaż, bo wielgachnych kufrów i obszernych czemodanów, w które Diana kazała spakować co było cenniejszego w domu po teściach, książę nie pozwolił kochance zabrać ze sobą.
– Kupię ci, czego tylko zapragniesz! Wszystko nowe! Wszystko bogate! Pierwowo sorta! Zostaw to wszystko, niech miejsca nie zajmuje!
Tak też i hrabina, a wkrótce zapewne księżna, uczyniła. Nie zostawiła tylko gotowizny, biżuterii i kwitów bankowych…
Państwo Tryburcy wyszli odprowadzić Dianę na drogę i stali czekając aż stangret strzeli z bata, a kareta ruszy. Pani Luiza trzymała na rękach małego Pawełka z nadzieją, że może chociaż w ostatniej chwili jego matka zmieni zdanie i jednak zabierze dziecko ze sobą, ale nadzieja ta była płonna… Diana nawet nie spojrzała na malca…
– Wiooo! – konie ruszyły ostro.


Pleban od świętego Pawła nerwowo bębnił palcami w blat stołu.
– No jakże to? Sam tego chłopczynę chrzciłem – tu wskazał głową Pawełka Białeckiego. – I co? I teraz mam dopuścić, żebyście go w kacerskich błędach chowali? A i tyś, synu – tu się zwrócił do Macieja – takoż katolikiem się i urodził i wychował, póki ci teść klepek w głowie nie poprzestawiał. Jedynie ciebie dziecko – tu zwrócił się do Luizy – mogę zrozumieć i ci wybaczyć, albowiem już w kacerstwie się urodziłaś i w kacerstwie wychowałaś, to i nie możesz znać prawdziwej świętej i katolickiej wiary.
– Księże dobrodzieju… – nieśmiało bąknął Tryburcy.
– Cicho, niecnoto! Małżonka twa, kobieta zacna i poczciwości wielkiej i chcesz ją na wieczne potępienie skazać?! Zresztą… nie tylko ją, ale i siebie i tego tu oto chłopczynę?! O nie! Tak być nie może.
– To cóż nam czynić? – bąknął Maciej.
– Jakże co? Stać się członkami Kościoła Świętego Matki naszej! Ty do spowiedzi! A ją ochrzcić trzeba jak należy i wiary świętej wyuczyć. No! A potem chcę was regularnie w świątyni widywać. Każdej niedzieli!
Bez wymówek!

=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:
https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Sandomierz, znów Sandomierz… Tuman krwawej mgły (17). Andrzej Juliusz Sarwa

Andrzej Juliusz Sarwa Tuman krwawej mgły (17) (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Sandomierz

Rzeczny statek dobił do nabrzeża wiślanego portu. Rzucono mocne konopne liny, które przytwierdzono do solidnych żelaznych pierścieni cumowniczych.
– Sandomierz, pani hrabino. Oto Sandomierz – ozwał się po francusku jeden z podróżnych, ubrany w polski strój szlachecki.
– Dziękuję.
Pani Białecka wyszła na brzeg i bezradnie rozejrzała się dookoła. Szlachcic chrząknął raz i drugi. Pani Białecka spojrzała w jego stronę.
– Hrabino, już podczas rejsu z Gdańska zastanawiałem się, dlaczego nie ma pani nawet dziewki służebnej, nie mówiąc o innym towarzystwie.
– Cóż… los… srogi los. Jakaś choroba zmogła moją służkę i nim dopłynęliśmy do Gdańska, gdzieś w cieśninach duńskich pochowaliśmy ją w morskiej toni… bo zmarła. No i jestem sama w obcym mieście, w obcym kraju, nie znając języka… – skłamała, bo z czasów komedianckich wędrówek od miasta do miasta, od miasteczka do miasteczka, umiała być sama sobie i panią i służebną. Zapatrzyła się na panoramę Sandomierza, na to miasto cudne, zatopione w sadach i winnicach, które stąd mogła podziwiać w całej jego krasie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, rozpalając płomieniste, krwią nasiąkłe, ale i złotem i fioletami, rozsnute na nieboskłonie zorze.
Ziemia stygła, na źdźbłach traw, co tu i ówdzie powyrastały rachityczne spomiędzy wyszczerbionego bruku nabrzeża, poczynały srebrzyć się pierwsze krople rosy drżące od lekkich muśnięć oddechu parującej ziemi. Jaskółki śmigały hen, wysoko, po niebie, wieszcząc piękną pogodę na nadchodzący dzień. Od czasu do
czasu dało się słyszeć pluśnięcie ryby rzucającej się w rzecznej toni.
– A zatem? – zapytał szlachcic.
– Jest tu gdzieś dwór po moich teściach, po mężu. Tam bym chciała dotrzeć.
– A gdzież on?
– Gdzieś na wzgórzu.
– Tu same wzgórza, pani hrabino.
– Niedaleko kościoła.
– Tu wiele kościołów.
Wytężyła umysł, próbując odszukać jego wezwanie.
– Mam to zapisane i skryte w sakwojażu, muszę sięgnąć, zerknąć. Mam. Niech pan czyta, panie kawalerze.
Szlachcic spojrzał na podaną mu kartkę.
– Kościół św. Pawła.
– Czy zechce mi pan być przewodnikiem? – zapytała błagalnym głosem i wymownie zerknęła na swój nader wielki już brzuch.
Szlachcic pomilczał czas jakiś, podkręcił wąsa raz i drugi.
– Niechże i będzie. O tam, niedaleko stoi moja bryka. Ruszajmy zatem – odezwał się po chwili.
Pani Białecka popatrzyła na niego z ulgą ogromną i niekłamaną wdzięcznością.
Podał rękę kobiecie, pomógł jej zająć miejsce, a sam usiadł obok.
Woźnica szarpnął lejcami i konie ruszyły stępa.
– W którą stronę pojedziemy? – zapytał pani Białecka.
– Tędy, prosto, potem parowem, a gdy wyjedziemy na szczyt wzniesienia, dokąd nas ten parów zaprowadzi, to znajdziemy się nieomal na podworcu domu. Ale do jutra musi pani jakoś wytrzymać, bo dopiero jutro, koło południa, przyślę dziewczynę, sierotę, ubożuchną szlachcianeczkę znającą francuski. Będziesz ją mogła, hrabino, mieć po trosze za pannę pokojową, a po trosze za damę do towarzystwa. Tak sobie pomyślałem, bo widzę, że sama sobie pani tu nie poradzi.
Diana z wdzięcznością skinęła głową.
– Jest pan aniołem, panie kawalerze.
Nic nie odrzekł na to, zmieszał się tylko odrobinę, pomagał bowiem owej Francuzce wyłącznie z czystej uprzejmości.

Stangret zaciął konie, a gdy przyspieszyły, kareta ostrzej zaturkotała na wybojach…


– Jeszcze raz! Mocniej! Mocniej! Niechże pani prze! – komenderowała akuszerka, a panna pokojowa, Krzysia Łodwigowska, odwracając wzrok, tak z zawstydzenia, jak i z powodu nieprzyjemnego widoku, drżącym głosem tłumaczyła jej słowa na francuski.
Nie był to lekki poród, wreszcie jednak, po pięciu czy sześciu godzinach cierpień hrabiny, skończył się szczęśliwie.
– Syn! Pani hrabino syn! Chłop jak dąb, zdrowy, piękny, zaraz go obmyję.
Gdy akuszerka oporządzała noworodka, Krzysia pomagała położnicy. Przetarła jej ciało mokrym ręcznikiem, przyczesała pozlepiane potem włosy…
– Pani hrabino, proszę wziąć synka.
Białecka ze wstrętem spojrzała na dziecko, odepchnęła je i z wściekłością krzyknęła:
– Precz!
Akuszerka i panna Łodwigowska ze zdumieniem spojrzały po sobie i nic nie mówiąc, opuściły sypialnię, zabierając chłopca.

=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:
https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Kłopot – po Wandei. Tuman krwawej mgły (16)

Andrzej Juliusz Sarwa Tuman krwawej mgły (16) (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Kłopot

Diana była wściekła. Miała nadzieję, że Stanisław zginie w tej Wandei i nigdy więcej go już nie ujrzy. Tymczasem przyjechał. Na dobitkę zdruzgotany duchowo, zrozpaczony, na wpół oszalały. Lękała się go powiadomić o śmierci rodziców, lecz przecie zataić tego żadną miarą nie mogła. I o dziwo, przyjął tę nowinę nad wyraz spokojnie, zamknął się tylko w swoim gabinecie i oddał pijaństwu. Dopiero gdzieś po tygodniu zaczął trzeźwieć i kazał się wieźć na cmentarz, na którym we wspólnym dole wraz z innymi skazańcami zagrzebano państwa Białeckich. Kiedy wrócił, nie odezwał się do Diany ni słowem. Siedział milczący, wyłamując palce, wpatrzony w czubki własnych butów. Dianę jęła opuszczać złość, a w jej czarnym sercu począł budzić się niepokój. Nie miała bowiem pojęcia, co zamierza jej małżonek. Oczywiście, mogła udać się do obywatela Robespierre’a i zadenuncjować go
podobnie jak teściów. Przyszło jej jednak na myśl, że jeśli tak zrobi, to może poza domem w Paryżu i tym, co było zdeponowane w holenderskich bankach, nie odziedziczyć już niczego więcej. A kto wiedział jaki majątek znajduje się w odległej Polsce? Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale oto teraz, poza spełnieniem upragnionej zemsty, mogła dodatkowo zyskać i stać się osobą jeszcze zamożniejszą – chyba… bo pewności przecie nie miała.
Niby mogła pojechać w te odległe strony (oczywiście dopiero po śmierci wicehrabiego), ale skąd mogła wiedzieć, czy w Sandomierzu nie ma jakiejś dalszej rodziny, która niekoniecznie chciałaby bezdzietnej wdowie, dla nich osobie zupełnie obcej, oddać dobra po Białeckich? A o polskiej rodzinie niczego nigdy z ust męża i teściów nie słyszała. Uznała tedy, iż jak najprędzej winna zaciążyć. Urodziwszy dziecko nie dałaby się już odepchnąć od spadku.
Oczywiście niekoniecznie to Stanisław musiałby ją zapłodnić, mógł to zrobić jakikolwiek inny mężczyzna, ale tak się złożyło, że ów na nowo oddawszy się pijaństwu, jął nieomal codziennie egzekwować obowiązek małżeński. Jeśli nie po dobroci to i bywało, że siłą.
Wcześniej Diana albo wymawiała się zmęczeniem, albo bólem głowy, albo szukała jakiegokolwiek innego powodu, iżby tego obowiązku nie spełniać, a jeśli się już zdarzało, to drżała czy Stanisław nie uczynił jej brzemienną. A kiedy przytrafiło się owo nieszczęście dwa razy, poprosiła o pomoc zręczną akuszerkę, by ją wyczyściła, więc dzieci z tego związku nie było. Jednakowoż teraz lękała się, że jej poświęcenie może na nic się nie zdać i że w ciążę nie zajdzie. Wiedziała bowiem, iż niekiedy dziewczęta, które korzystały z takich jak ona usług akuszerek, potem stawały się bezpłodne. Obawa była jednakowoż przedwczesna. Po miesiącu bodaj, od kiedy Stanisław jął przychodzić do jej
sypialni, pojawiły się pierwsze symptomy brzemienności, a po jakimś czasie zaczął się i brzuch zaokrąglać.


Ciąża rozwijała się bez komplikacji, zatem Diana była zadowolona, natomiast dla Stanisława było to absolutnie obojętne. Żył w jakimś swoim świecie, świecie mroku i rozpaczy, a jednocześnie szukał zapomnienia w alkoholu i nieprawdopodobnie rozwiązłym perwersyjnym rozpasaniu. Mordów jednak już nie popełniał, a gdy musiał na nie patrzeć, to albo przymykał powieki, albo odwracał głowę…


Nie wiadomo w jaki sposób, ale Stanisław postarał się, aby zostawiono go w Paryżu i nie musiał wracać już do Wandei. Lecz i w stolicy nie było lepiej. Nie zabijano wrogów rewolucji na taką skalę, jak zbuntowane chłopstwo tam na północy, niemniej

Madame Guillotine i tutaj nie próżnowała.

Obywatel Białecki zaś coraz częściej czas spędzał, jeśli akurat nie miał służby, w oberżach i lupanarach teraz na odmianę unikając żony i domu. A jeśli niekiedy, wytrzeźwiawszy, wracał do przytomności, to przecie nie odzyskiwał rozsądku.

Białecki był obłąkany…


Obywatel Robespierre z poczerwieniałą od emocji twarzą przyglądał się jak kat, wydobywszy z kosza świeżo obciętą głowę, uniósłszy ją do góry, pokazuje motłochowi.
– Vive la Nation! Vive la République![1] – ryknął tłum.

Radosny szał ogarnął przyglądających się krwawemu widowisku. Ktoś zaczął śpiewać rewolucyjną karmaniolę i zaraz setki gardeł podjęło tę pieśń, wtórując mu gromko:
Madame Véto[2] obiecała,
Wyrżnąć Paryż cały,
Ale plan udaremnili,
Nasi kanonierzy!
Zatańczmy karmaniolę,
Przy huku dział!
Przy grzmotach dział!
Tańczmy więc karmaniolę,
Niech żyje armat huk!…

Pan Białecki stał milczący. Jakiś rozjuszony obywatel zamachnął się na niego pałką i krzyknął:
– Czemu nie śpiewasz?! Czemu?!
– Precz! – Białecki pchnął go z całej siły, aż napastnik runął na ziemię, wicehrabia zaś nie wiadomo z jakiego powodu, jakby przymuszony niewytłumaczalnym wewnętrznym impulsem krzyknął najgłośniej jak tylko umiał: – Vive le roi! Vive le roi! Niech żyje Ludwik XVII![3]

Tłum, nawet słysząc te słowa, w pierwszej chwili się zawahał widząc krzepkiego mężczyznę w mundurze pułkownika Gwardii Narodowej, przypuszczając, że może to być prowokacja, ale gdy Stanisław ruszył z pięściami w jego stronę wykrzykując przy tym obelgi, odpowiedział atakiem. I nie minęło wiele chwil, gdy sponiewierane, pokrwawione, pocięte nożami, ubite pałkami ciało Białeckiego legło na ziemi.
Oczy jęły zachodzić mu mgłą. Pogruchotane żebra przy każdym oddechu sprawiały niepisany ból. Mężczyzna zaczął odpływać gdzieś w mgielny tuman rozświetlany jakby piekielnymi drgającymi czerwono płomieniami i przesycony pachnącą żelaziście posoką.
Naraz skądś z niezmierzonej – jak mu się zdawało – dali, do jego uszu dobiegły słowa:
– Jestem księdzem katolickim… prawdziwym… czy żałujesz za grzechy? Chcę ci udzielić rozgrzeszenia…
Białecki z niesłychanym wysiłkiem otworzył oczy i przymykając powieki jakby w ten sposób przytaknął.
Ksiądz dyskretnie nakreślił na czole umierającego znak krzyża i wypowiedział szeptem słowa absolucji:
– Ego te absolvo ab omnibus censuris, et peccatis, in nomine Patris, et Filii, + et Spiritus Sancti.[4]

– Co tam mruczycie, obywatelu? – zainteresowała się jakaś podpita przekupka z Hal.
– Ach, nic, nic… pytałem… jak się czuje… – zmieszał się ksiądz ubrany bynajmniej nie w rewerendę, ale zwyczajnie, niczym przeciętny sankiulota. – Tylko tyle…
– A po cóż ci to wiedzieć? – kobieta zrobiła groźną minę. – Gadaj no mi tu zaraz!
Duchowny jednak miast jej odpowiedzieć, wślizgnął się w tłum i lawirując sprytnie, skierował się w stronę, gdzie już nie było nikogo kto by groźnie i krwiożerczo wyglądał, a jemu mógł zagrozić.
Tymczasem pan Białecki konał…
– Merde![5] Niech się któryś ruszy! – jakiś gwardzista przyzywał swoich kolegów.
Zbliżyło się kilku.
– O co chodzi? – zapytał jeden z nich.
– Nie widzicie? To pułkownik Stanislas de Bialecki! Dobry dowódca, dobry kompan! Lekarza dla niego, lekarza!
Ktoś pochylił się nad leżącym.
– Tu już lekarz nie pomoże. Wyzionął ducha.
– Dajcie więc jakiś wózek i odwieźmy go do domu.
– A daleko to?
– Nie, nie tak bardzo, przy rue de la Tannerie.
– Eee, to jednak niezbyt blisko.

– Dzielnie stawał w Wandei. Żal by było, iżby go wrzucono do wspólnego dołu. Niechże więc chociaż wdowa przyzwoicie go pogrzebie, a przy okazji się dowie, że oto właśnie została wdową.


Diana Białecka, ujrzawszy trupa męża, podziękowała gwardzistom chłodno i z kamienną twarzą.
– Możecie odejść, obywatele. Dziękuję.
A potem czym prędzej, nader przytomnie, postarała się o urzędowy dokument stwierdzający śmierć Stanisława i wsunęła go do szkatułki, w której przechowywała inne ważne papiery, a najważniejsze z nich były owe, które potwierdzały śmierć teściów oraz papiery wartościowe i kwity jednego z domów bankowych w Holandii, opiewające na bardzo przyzwoitą kwotę.
Nareszcie więc była pomszczona, wolna i niebiedna…
– A teraz – mruknęła sama do siebie – trzeba mi wyjeżdżać z tego kraju szaleńców i zbrodniarzy, bo w końcu i ja sama mogę stracić życie.


Skoro tylko niebo poszarzało, zwiastując nadejście poranka, spakowawszy do sakwojaża ledwie kilka ubrań na zmianę i nieco żywności, rozlokowała się w prostym wozie z budą, który wynajęła wraz z woźnicą za nieduże pieniądze i kazała się wieźć do Hawru, skąd miała nadzieję wsiąść na statek płynący do Gdańska…
„Oby mnie tylko nie złowili jacyś rewolucyjni opętańcy i nie zamordowali, uznawszy iż jestem wrogiem Republiki” – pomyślała, gdy koła zaturkotały na wyboistym bruku.
=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:
https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

[1]Niech żyje Naród! Niech żyje Republika! (fr.).
[2]Królowa Maria Antonina.
[3]Niech żyje król! Niech żyje król! (fr.); Ludwik XVII (1785-1795), niekoronowany, ale faktyczny król Francji w okresie od 21
stycznia 1793 do 8 czerwca 1795.
[4]Ja cię rozgrzeszam od wszystkich cenzur (tj. ekskomuniki, interdyktu i suspensy – jeśli oczywiście mogą one dotyczyć
penitenta) i grzechów, w imię Ojca i Syna, + i Ducha Świętego. Amen. (łac.).
[5]Przekleństwo francuskie.

Obywatel Ludwik Kapet i obywatel Robespierre. Tuman krwawej mgły (15). Andrzej Juliusz Sarwa

Andrzej Juliusz Sarwa Tuman krwawej mgły (15) (fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Obywatel Ludwik Kapet i obywatel Robespierre

Obywatel Robespierre siedział pochylony nad jakimiś papierami w pokoju na pięterku domu przy rue Saint-Honoré, który wynajmował od obywatela Maurice’a Duplaya, przed rewolucją zamożnego stolarza, a potem nie mniej zamożnego sędziego Trybunału Rewolucyjnego. Za oknem się mroczyło. Od czasu do czasu wichura ciskała w szyby jedną czy drugą przygarść sypkiego śniegu, a potem z jękiem i zawodzeniem odlatywała kędyś w głąb ulicy, by zawirowawszy, skłębiwszy się, zawrócić.
Od utworzenia we wrześniu 1792 roku Konwentu Narodowego, który ostatecznie zmienił ustrój Francji na republikański, Robespierre miał o wiele więcej pracy niż dotychczas. Częstokroć dzień był zbyt krótki by jej podołać. Szczególnie dużo wysiłku kosztowało go doprowadzenie do zgilotynowania owego największego wroga ludu, obywatela Ludwika Kapeta, jak to go szyderczo nazwano, niegdyś króla Francji i Nawarry, a potem – krótko – króla Francuzów, Ludwika XVI. Ale Kapet to przecież nie był kres tej roboty, bo nienasycone ostrze gilotyny regularnie karmione przez fanatycznego entuzjastę i apostoła terroru domagało się coraz więcej i więcej świeżej krwi.
Naraz za drzwiami dało się słyszeć przyciszone głosy, a potem jakaś niewiasta jęła głośno domagać się widzenia z Nieprzekupnym, jak nazywano Robespierre’a, bo nie brał łapówek. Uchodził też za cnotliwego, chociaż szeptano, że sypia z córkami swego gospodarza.
Harmider zirytował i rozproszył mężczyznę. Odsunął tedy papiery i podniósłszy się z zydla, podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. Kobieta, która stała tuż za nimi… tak, od razu ją rozpoznał, to była owa wróżka, która kiedyś mu przepowiedziała kim będzie… a istotnie… celnie przepowiedziała…
– Pamiętasz obywatelu, coś mi niegdyś przyrzekł, coś przyobiecał?
– Tak, oczywiście, obywatelko, pomoc, jeśli tylko o nią poprosisz.
– Właśnie jej potrzebuję. I może nie tyle ja, ile lud i Francja! A pewnie i… ty sam.
Oczy jej płonęły, z gardła wydobywał chropawy, jakiś na poły zwierzęcy dźwięk, słowa wypowiadała powoli i twardo.
– Z czym przychodzisz?
– Chcę, obywatelu, zadenuncjować zdrajców i spiskowców!
– Kogóż to, obywatelko?
– Moich teściów, arystokratów, hrabiego i hrabinę Białeckich d’Urgel y d’Osona.
– Teściów? Arystokratów? – zdumiony Robespierre z niedowierzaniem patrzył na kobietę ubraną bynajmniej nie w wykwintne stroje, ale prostą suknię z taniego
materiału i niczym się przez to nie różniącą od przekupek z Hal.
– Tak, obywatelu, wydałam się za wicehrabiego ich syna i solidarność rodzinna – jak zapewne mniemasz – winna mnie powstrzymać od tego, co teraz czynię, ale
dla mnie dobro Republiki bardziej leży na sercu niż więzy familijne!
– A dlaczego dziś właśnie i o takiej porze przychodzisz? Nie mogłaś się wstrzymać przynajmniej do rana? Przeszkadzasz mi w pracy – dłonią wskazał na papiery,
nad którymi ślęczał.
– Nie, nie mogłam, musiałam przyjść zaraz, natychmiast żeby uprzedzić wyjazd, jaki planują na jutrzejsze południe.
– A dokąd to?
– Do swego zamku w hiszpańskich Pirenejach.
– Skoro planują opuścić Francję?… – obywatel Robespierre wzruszył ramionami.
– I wy tak mówicie, obywatelu? Wy?! To może was trzeba zadenuncjować? – była wściekła, wyraźnie wściekła.
– A do kogo? – Robespierre zaśmiał się nieprzyjemnie.
Diana zacisnęła pięści.
– No dobrze, już dobrze. Czy naprawdę uważasz, że twoi teściowie mogą stanowić zagrożenie dla Republiki, dla oświecenia, postępu, dla ludu?
– Nie tylko obywatelu, dla was też! Samam słyszała, jak hrabia Białecki mówił, iż we Francji może by się jakoś uładziło… gdyby to was ożenić z Madame Guillotine…[1] – te ostatnie słowa wysyczała.
Robespierre zesztywniał, a przez głowę przebiegła mu myśl: „A więc następni, następni, którzy pragną mojej śmierci, mojej zguby”.
– Skoro tak, obywatelko, skoro to tak… odejdź… wnikliwie rozpatrzymy rzecz całą.
Skierowała się ku drzwiom, ale zatrzymał ją głos Robespierre’a:
– Jeszcze chwilę.
– Słucham, obywatelu?
– A twój mąż? Co z nim? Czy też powinienem go aresztować?
– Na razie chyba nie. Ale kiedyś? Kto wie?
– A gdzież on?
– W Wandei, przywraca tam ład i porządek. Jest pułkownikiem Gwardii Narodowej.
– Ach tak! To pożyteczną rzecz wykonuje. Syn przyzwoity, choć rodzice łotry. Cóż, bywa, często tak bywa. Dał znak ręką i Diana opuściła pokój, starannie zamykając za sobą drzwi.


– Obywatel de Bialecki? – zapytał sankiulota o prostackiej, tępej twarzy.
–Nie, nie obywatel, a pan hrabia de Białecki d’Urgel y d’Osona.
– We Francji są tylko obywatele – jest wolność i równość.
– Nie jestem Francuzem ani też obywatelem tego nieszczęśliwego kraju.
– Oh là là! Coś podobnego! Zatem musisz być szpiegiem!
Trzech cuchnących winem „obywateli” uzbrojonych w szable i muszkiety rzuciło się na hrabiego, powaliło go na ziemię, skrępowało mu ręce na plecach kawałkiem konopnej liny, a potem zabrało się za jego żonę. Ale tę najpierw, na oczach męża, zgwałcono.
Nie krzyczała. Nie płakała nawet, tylko twarz jej stężała w jakiejś bezbrzeżnej męce. Zbyt była dumna by płakać, czy krzyczeć.
Gdy skończyli, gdy ostatni z „obywateli” podciągnął portki, ozwała się do męża po polsku z ogromną goryczą:
– Boże, Boże… nasz syn, nasz Staś jest pułkownikiem śród tego bydła…
– Widać tak musiało się stać… za moje grzechy…
Nie dokończył, bo dowódca rękojeścią szabli uderzył go w plecy z taką mocą, że aż zgiął się z bólu. A potem pognano ich do Conciergerie…

I wtedy wspomniał, co go przed laty spotkało, gdy zwiedzał Paryż… jak to na widok owego więzienia w mózgu przelewać mu się jęły myśli złe i złe uczucia, które wybuchały jedne po drugich niczym krwawe fajerwerki, i jak wreszcie osunął się na ziemię bez przytomności…


Ponieważ państwo Białeccy byli zamożni, to stać ich było na wynajem oddzielnej umeblowanej i ogrzewanej więziennej celi dla dwojga i na opłacenie przyzwoitego wiktu. Zdawało im się, że jako cudzoziemców, którzy zamierzali opuścić Francję, a na dodatek rodziców syna, który oddał swoją szpadę i wojskową eksperiencję na usługi rewolucji, po przesłuchaniu uwolnią… ale tylko tak im się zdawało…


Szary poranek 2 lutego 1793 roku. Wszedł strażnik – niedomyty, cuchnący o tępej twarzy idioty. Sankiulota, a może bardziej kloszard.
– Sąd czeka – warknął.


Do uszu państwa Białeckich jakby z jakiejś niezmiernej oddali dobiegły słowa wyroku…
„Taaak to już koniec” – przemknęło przez głowę hrabiego.
Mocniej uścisnął dłoń żony.
– Pragniemy się wyspowiadać…
– Hmm… – mruknął przewodniczący składu sędziowskiego. – Hmm…
– Zapłacę… – rzekł hrabia.


Stary, siwiuteńki niczym gołąbek ksiądz konstytucyjny, niegdyś jezuita, wszedł do celi. Białeccy nie mieli jednak wyboru – albo ten, albo żaden…
Pierwsza wyspowiadała się hrabina, a po niej hrabia.
– Dziś wielka uroczystość… u nas, w Polsce święcimy gromnice… u nas w Polsce słuchałbym pewnie teraz mszy…
– Panie hrabio, przykro mi. Jedyne, na co mi zezwolono, to zaopatrzenie państwa na śmierć…
Udzielił im Komunii świętej, a potem Ostatniego Namaszczenia…
Weszli strażnicy.
– Zbieraj się, obywatelu, zbieraj się obywatelko. Na was już pora.
Duchowny zaczął odmawiać modlitwy za konających…
Polecono im wdrapać się na wózek. Gwardziści z bagnetami stanowili ich eskortę. Konie ruszyły.
Tłum gapiów falował na trotuarach rechotał i wył i ryczał i przeklinał najobrzydliwiej jak tylko potrafił.
– Zimno mi – szepnęła hrabina.
– Jeszcze trochę, jeszcze trochę i ogrzejemy się w cieple Bożej miłości…
– Zimno mi – szepnęła hrabina do kata – proszę wziąć mnie pierwszą…
Pan Białecki zaszlochał.
– Nie płacz, nie płacz kochany… raczej módlmy się o nawrócenie naszego syna i miłosierdzie boskie dla niego.
Hrabia przymknął oczy. Poświst spadającej gilotyny… trzask przecinanych kości… szał radości zdziczałego tłumu… ktoś chwycił głowę pani Białeckiej, ryknął niczym bestia, a potem splunął w jej martwą twarz. Ktoś inny nadział tę głowę na pikę i jął ją triumfalnie obnosić wkoło podium, na którym umieszczona była gilotyna…
W kącikach oczu hrabiego pojawiły się łzy.
– Płaczesz? Teraz płaczesz?
Jakiś kobiecy głos zaszeptał mu do ucha.
– Diana? – zdumiał się hrabia, który uchyliwszy powiek spojrzał na mówiącą, która nie wiadomo jak i dlaczego znalazła się tuż przy nim, tuż przy gilotynie, dwa kroki od kata. – Uciekaj stąd, bo i ty możesz stracić życie. Proszę, uciekaj!
– Głupcze! Stary podły człowieku! Nie nazywam się Diana i to ja cię zadenuncjowałam! A to, że mnie tu wpuszczono, to nagroda za obywatelskie zachowanie! Innej nie chciałam.
– Nie pojmuję – wyszeptał hrabia.
Kobieta odezwała się do kata:
– Jeszcze krótką chwilę, daj mi jeszcze krótką chwilę, obywatelu.
Kat skinął głową:
– Ale się pośpiesz, obywatelko! Lud czeka!
– Tak, tak!
A potem znów się zwróciła do hrabiego:
– Jestem Joana Estefania, córka twej pierwszej żony Florence, którąś doprowadził do samobójczej śmierci, a mnie do poniewierki… ale diabeł mnie wsparł i pomógł mi się na tobie zemścić. Został jeszcze twój syn, ale i on marnie skończy, i dopiero wtedy nareszcie odzyskam spokój.
– Przepraszam… wybacz mi, jeśli możesz…
– Nigdy!
Kat szarpnął pana Białeckiego. Związał mu ręce z tyłu, obciął włosy, oderwał kołnierz od koszuli, położył skazańca na ławce… ostrze spadło, głowa potoczyła się do kosza, a z tułowia wytrysnął gruby strumień krwi.
W tej samej chwili nagły intensywny i bardzo gwałtowny podmuch wiatru niosącego śnieżny pył zmieszany z drobinkami wody uderzył weń przemieniając go w tuman krwawej mgły, a ta okryła gapiów zebranych dookoła miejsca kaźni, aż przerażeni, rozbiegli się w popłochu.
=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:
https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

[1] Z Panią Gilotyną (fr.).

Nowe bóstwa. Tuman krwawej mgły (14). Andrzej Juliusz Sarwa

Andrzej Juliusz Sarwa

Tuman krwawej mgły (14)
(
fragment powieści)

Książkę można nabyć tutaj: https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

Nowe bóstwa

Boga chyba nawet łatwiej jest usunąć niż króla. Tak przynajmniej myśleli oświeceni ateusze. Nie trzeba Go nawet gilotynować! Wystarczy powiedzieć, że umarł, albo wręcz nigdy nie istniał! A ciemny lud uwierzy swoim oświeconym przewodnikom. Jakież to proste!
Lecz przecie prymitywnym prostakom jakiś bóg jest koniecznie potrzebny… wszak bez jakiegokolwiek choćby boga nie będą umieli żyć. Sama krew, sam mord i sama zgnilizna mogą być co najwyżej dla ludu nowymi sakramentami, lecz przecie nie bogiem samym…
Więc co dać motłochowi? Na pewno coś, czym się zachwyci i co go podnieci.

A co to może być? Bez ochyby to, co stanowi dlań źródło największej przyjemności – a więc beztroskie harce, obżarstwo i kobiety nie najcięższych obyczajów. Ba! Lecz jakże to? Jakże powiedzieć ludowi: „Słuchajcie Boga nie ma, teraz bogiem stały się mięso, wino i ladacznice”.
Nie, tak się nie da. Niechaj więc oficjalnie bogiem będzie Rozum, a że nikt nigdy go nie widział, pokaże się coś, co go będzie symbolizować – owe ladacznice właśnie.
Wymyślono zatem zastępczego boga, ustalono kto go będzie symbolizował, potrzebne były jeszcze miejsca kultu. Ale o te akurat nie było trudno. Stały się nimi zarówno ulice, na których odbywały się obrazoburcze bluźniercze procesje i obrzędy, podczas których bezczeszczono szaty i naczynia liturgiczne, mszały, Biblie, jak i same gmachy świątyń, w których odprawiano owe dzikie, szkaradne i świętokradcze nabożeństwa.
Księży wyrzynano i nawet ci konstytucyjni nie byli już pewni swego losu. Niszczono gdzie się tylko dało wszelkie symbole chrześcijańskie, kościelne dzwony, figury przydrożne, a nawet krzyże na cmentarzach! Zniszczono chrześcijański kalendarz i siedmiodniowy tydzień, dając ludowi dopiero co dziesiąty dzień wolny od pracy i nakazano nową rachubę lat. Ale jakoś to owemu ludowi nadto nie doskwierało. Chyba. A przynajmniej większości.
Wszak bowiem ludowi obiecano, że teraz będzie tylko jeden bóg – on sam – jako czysty Rozum! Szkoda tylko, że ów lud nie był ani wszechmocny, ani wszechwiedzący, chociaż gotów w to uwierzyć. Szczególnie po pijanemu.
Ale trudno, starego Boga i tak trzeba było unicestwić. Wprost się nie dało, więc jakoś pośrednio. Tak więc zrabowane dzwony, przez wieki Go wielbiące, przetapiano je na armaty, naczynia liturgiczne ze srebra – na monety, a cynowe na kule, które przeznaczono do zabijania wrogów ludu. Z szat liturgicznych szyto ubrania, a które do tego się nie nadawały niszczono, jak choćby koszulę św. Ludwika, którą po prostu spalono.
Podobnie nie było litości dla szczątków świętych, dla relikwii, dla konsekrowanych hostii i komunikantów wywlekanych z kościołów… Ale i tego mało!
Sprofanowano królewską nekropolię, bo nie było litości i dla od dawna nieżyjących już monarchów. Łupy w postaci wszystkiego, co zdawało się mieć jakąś wartość, a co zabrano z kościołów, pijani złodzieje i świętokradcy poprzebierani w szaty kapłańskie załadowali na muły, na osły i udali się z tym do Konwentu. A czego tam nie było?! Były cyboria i monstrancje, pateny ze złota i srebra, świeczniki…No i tańcząc śpiewano karmaniolę i Ça ira.[1]

I kilku deputowanych wyszedłszy z ław też jęło pląsać z dziewczynami przyodzianymi w wywleczone z jakiejś zakrystii stroje liturgiczne. O! Jakże było wspaniale, jakże wesoło! Ponury stary Bóg umarł. A nowy? Ten to dopiero umiał się zabawić!
Nabożeństwo nowej religii celebrowane w katedrze Notre Dame było uroczyste i podniosłe. Dziewczęta ubrane na biało z trójkolorowymi szarfami, mężczyźni w strojach naśladujących rzymskie, ołtarz, na którym płonął ogień symbolizujący Prawdę i kobieta wniesiona i na owym ołtarzu posadzona, symbolizująca Rozum, czyli panna Candeille[2] w bynajmniej nie najskromniejszej pozie (bo też i cały jej rozum znajdował się raczej nie między ramionami, lecz zdecydowanie pomiędzy nogami), odziana w czerwoną suknię, lazurowy płaszcz i przystrojona wieńcem uwitym z dębowych gałązek…
Ale to były nudy – ni to przedstawienie teatralne, ni nabożeństwo.
O wiele przyjemniej prezentował się spektakl w kościele Saint-Eustache niedaleko Hal. Tu ustawiono stoły uginające się pod stosami kiełbas, pasztetów, rozmaitych mięs, ciast i butelek z trunkami poprawiającymi humor. Każdy, kto zechciał wziąć udział w owym nabożeństwie mógł solidnie podjeść, pociągnąć wprost z butelki, upić się – a im szybciej, tym lepiej. Na to wszystko zaś spoglądało bóstwo Rozumu, przyodziane w płaszcz lazurowy. A poza tym odbywały się tam szalone tańce półnagich wyznawców nowej religii, a z
kaplic i bocznych naw dobiegały odgłosy seksualnych orgii…[3]

A czy w zakamarkach katedry Notre-Dame w podobny sposób dopełniano oficjalnego nabożeństwa? Zapewne, zapewne… Ale dajmy już temu pokój…


A więc zrobiono porządek ze starym Bogiem. Może nie do końca, bo miał On wciąż licznych czcicieli i bynajmniej nie wszyscy chcieli Go zamienić na wątpliwe rozkosze w ramionach prostytutki, gorące trunki albo kiełbasę. Niezliczeni Francuzi wciąż Go kochali, wielbili i byli Mu wierni.


Wiosną, a dokładniej 24 marca 1784 roku, Robespierre, zbliżający się do praktycznie nieograniczonej władzy, posłał na gilotynę najwyższych kapłanów Religii Rozumu: Héberta i jego akolitów – Momoro,Vincenta, Ronsina…[4]

Robespierre, który ponoć nawet wierzył w duszę nieśmiertelną i w Boga, na miejsce Religii Rozumu wprowadził Kult Istoty Najwyższej… ale nie na długo…
=-====================

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Tuman_krwawej_mgly_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

[1]Ach! Będzie dobrze! albo: Wszystko się powiedzie! (fr.).
[2]Amélie-Julie Candeille (1767-1834) – aktorka, piosenkarka, kompozytorka, librecistka, pisarka.
[3]Por.: The French Revolution. A History, by Thomas Carlyle, New York 1851, pp. 333-338.
[4]Jacques-René Hébert (1757-1794) oskarżał Marie Antoninę o kazirodztwo, Antoine-François Momoro (1755-1794) – to on wymyślił dewizę republiki francuskiej i wielu lóż masońskich: „Wolność, Równość, Braterstwo (lub Śmierć)”, François-
Nicolas Vincent (1767-1794), Charles-Philippe Ronsin (1751-1794).