1. Po 3 ch szczepieniach zmarł 64 letni znajomy (miał jak mówią bliscy „troskliwą opiekę”, tylko z tego co się zorientowałam nie miał żadnego leczenia i po dwóch dniach polepszenia „pokonała go szpitalna bakteria”, bliscy „zrozumieli, że był słaby to i dlatego umarł, ten sam scenariusz zgonu miało 10 osób z mojego otoczenia (nie wiem tylko, czy te osoby były szczepione, czy dostały 2 dawki, czy 1, trzeciej jeszcze wtedy nie wprowadzono). Wśród nich było kilka okazów zdrowie, no ale na „szpitalną sepsę” nie ma rady.
Tylko przy takiej histerii higienicznej skąd te szpitalne zakażenia i to w różnych szpitalach?
2. Tuż po szczepionce zmarły 3 osoby, zator, wszyscy poniżej 70-tki z dobrą kondycją fizyczną. Czwarta osoba znajoma pielęgniarka (48 lat), fanatyczka szczepień i współczesnej medycyny tuż po przebyciu choroby nowotworowej, po badaniach, po których została skierowana do pracy, zaszczepiła się, nie przeżyła tygodnia, nastąpił niesamowicie szybki i agresywny rzut nowotworowy.
3. 2 dni temu nagle zżółkła sąsiadka, wszystko wskazuje na nowotwór trzustki (jest 6 miesięcy po drugim szczepieniu), wczoraj przyjęli ją do szpitala i jej mąż mówi, że w tym szpitalu jest z taką żółtaczką 10 osób. Przyjmujący zastanawiają się, czy to nie jakaś epidemia, nikt nawet nie pomyśli (oduczono ludzi myślenia), że to właśnie pierwsza (może i kolejna) tura nowotworów, które nie rokują przeżycia. Mąż sąsiadki też nie wierzy, że 11 osób z żółtaczką „mechaniczną” to skutki szczepień i że zwykle tego typu żółtaczki zwiastują rychły zgon.
Nie szukam takich obserwacji, to one do mnie trafiają, ale gdyby zacząć badać problem to ….
Znajomi moich rodziców w wieku 65 plus „marli okazjonalnie”, czyli normalnie, dożywając nawet „90 +”, nie padali jak muchy.
A tu nacisk na szczepionki, z wieloma znajomymi (wykształconymi, także profesorami) nawet nie da się porozmawiać, gdyż uważają je za dobrodziejstwo, a ci anty to „głupi ludzie”.
Polska jest ostatnio w oczach „społeczności międzynarodowej” państwem, które zmierza w stronę dyktatury. Z tego względu zostaliśmy wykreśleni z listy krajów, którym Izrael będzie sprzedawał swoje technologie inwigilacyjne.
Dotychczas na liście tych, którzy mogą kupić na przykład system totalnej inwigilacji „Pegasus”, były 102 państwa. Obecnie pozostało na niej jedynie 37 krajów. Są to: Włochy, Islandia, Irlandia, Estonia, Bułgaria, Belgia, Wielka Brytania, Niemcy, Dania, Holandia, Grecja, Luksemburg, Łotwa, Litwa, Liechtenstein, Malta, Norwegia, Słowenia, Słowacja, Hiszpania, Portugalia, Finlandia, Czechy, Francja, Chorwacja, Cypr, Rumunia, Szwecja, Szwajcaria, Australia, Indie, Japonia, Nowa Zelandia, Korea Południowa, Stany Zjednoczone i Kanada.
Polska, Węgry oraz takie kraje, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Meksyk, Arabia Saudyjska i Maroko, straciły status państw niełamiących praw człowieka, a co za tym idzie, możliwość nabywania narzędzi, które jeszcze mocniej łamałyby owe prawa.
Języczkiem uwagi jest przede wszystkim system firmy NSO Group – „Pegasus”, który daje możliwość przejęcia pełnej kontroli nad dowolnym telefonem czy twardym dyskiem. Z jego pomocą można pobrać wszystkie dane z urządzenia oraz dokonać aktywacji kamer i mikrofonów w smartfonach, bez wiedzy ich właścicieli.
Co ciekawe, USA, które nadal są na liście państw wzorowych wobec swoich obywateli, wpisały NSO Group na swoją czarną listę, jako zagrożenie dla własnych interesów.
Inna sprawa dotyczy tego, że jeśli jakieś służby mogą nabyć „Pegasusa”, to z automatu łamią prawa człowieka, jakkolwiek wykorzystując ów system.
Tak więc tym samym raczej nie potwierdziły się pogłoski, że Centralne Biuro Antykorupcyjne już kilka lat temu nabyło tę technologię. Skoro teraz nie możemy jej kupić, to raczej wcześniej też jej nie kupiliśmy. Chyba, że chodzi o jakieś inne rozwiązania, o których póki co niewiele wiadomo.
O godz. 15.00 Msza Święta w kościele w Parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Świata ul. Startowa 16. Po Mszy Świętej Różaniec Święty w intencji: Z Maryją Królową Polski modlimy się o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Na zakończenie Koronka do Miłosierdzia Bożego.
Właśnie dowiedziałem się, że aktor Adamczyk miał tajne konto na Instagramie i to jest mniej więcej ten poziom absurdu, który widzę w deficycie półprzewodników „samochodowych”. Wiem, że temat może zaskakiwać, ale chyba zgodzimy się, co do jednego, a mianowicie, co do wspomnianego absurdu.
Nagle na całym świecie zaczęło brakować jakichś układów scalonych, chipów i ogólnie półprzewodników. Dowcip polega jednak na tym, że półki sklepowe uginają się od towarów najeżonych półprzewodnikami. Nie brakuje telefonów, komputerów, telewizorów, sprzętu AGD, choć to wszystko bez „deficytowych” półprzewodników nie istnieje. Natomiast powstał niesamowity kryzys w produkcji samochodów i zanim usłyszę, jakim jestem ignorantem, to uprzedzam, że nie dam się przekonać, za żadne skarby i inwektywy do takiej wersji wydarzeń, w której półprzewodnik samochodowy wymaga kosmicznej i zupełnie innej obróbki niż każdy inny.
Dzieją się jakieś cuda, bo nie tylko poszczególne fabryki wstrzymują produkcję, ale praktycznie cała branża wywiesiła biała flagę. Nie chce się wierzyć, że na wolnym i brutalnym rynku nikt nie korzysta z okazji, żeby dobić konkurencję. Wystarczy przecież dołożyć premię chińskim monterom i ruszyć z kopyta na trzy zmiany. Rzecz w tym, że chętnych nie widać, wszyscy producenci dziwnym trafem wolą się podpierać tym kuriozalnym alibi i ograniczać produkcję. Dlaczego? Ano właśnie, to pytanie za 100 punktów i pewnie za miliardy dolarów. Koncerny samochodowe, jak wszystkie duże firmy, zatrudniają setki speców i prowadzą tysiące działań, które wyprzedzają czas. Dzięki temu producenci żarówek wiedzą, że za pół roku powstanie ustawa nakazująca używania świateł samochodowych w biały, słoneczny, dzień. Swego czasu producenci lodówek wiedzieli najwcześniej, że powstanie dziura ozonowa. Co tym razem powstanie i co się kryje za brakiem półprzewodników „samochodowych”? Obawiam się, że to samo co zawsze, czyli strzyżenie frajerów.
Z tego co zauważyłem nie ma większych problemów z produkcją samochodów elektrycznych. Czyżby te „nowoczesne” cudeńka w ogóle nie potrzebowały półprzewodników? W naprawdę ciekawych czasach żyjemy i tak mi się coś wydaje, że „pandemia” to jest dopiero przygrywka do „nowej normalności”, którą zorganizuje nam „zielony ład”. Prognozuję, że w najbliższym czasie zabraknie półprzewodników w kopalniach węgla, elektrociepłowniach i hodowlach trzody chlewnej. Skąd taka szalona myśl?
Myśl, jak myśl, raczej krocząca rzeczywistość. Gdy my się zajmujemy „paszportami” i „przypadkami”, grube misie kombinują interesy na globalną skalę i same dziwy temu towarzyszą. W czasach, gdy praktycznie padał transport osobowy i lotniczy, paliwo osiągało rekordowe ceny. W czasie zamykania hotelarstwa, gastronomii, fryzjerów, SPA i siłowni, gwałtownie podskakują ceny prądu. Takie paradoksy znamy wyłącznie z gospodarki socjalistycznej. która potrafiła się zajmować tępieniem wróbli, by za chwilę zmagać się z plagą owadów. Na kilometr pachnie to „gospodarką centralnie planowaną” i tylko szczegóły planów pozostają, póki co, tajemnicą.
The Israeli Real-Time News Tuesday reported a 5-fold increase in sudden cardiac and unexplained deaths among FIFA players in 2021.
Since December, 183 professional athletes and coaches have suddenly collapsed, with 108 dead.
A Real-Time News investigation revealed that most of the athletes were males, with only 15 females, and the vast majority being 17-40 years of age. Only 21 are older (5 aged 42-45, six aged 46-49, 7 aged 51-54, and 3 others aged 60-64). 23 were teenagers, aged 12-17, of whom 16 died.
The investigation revealed in over 80 of the cases, such as football stars Sergio Aguero and Christian Eriksen, the athletes collapsed while playing, racing, or training, or immediately after. Scientific literature calls the phenomenon of athletes collapsing for reasons unrelated to injury rare.
In most cases, the cause of the collapse was heart-related, including myocarditis, pericarditis, heart attacks, or cardiac arrest, with the second most prevalent cause being clotting events.
Real-Time News emphasized that: “the list we have is even longer, but for the sake of caution, dozens of cases were removed, for which we did not have full details, so that only cases that were reported in detail were included.”
They continued: “in addition, cases were removed in which evidence of previous risk factors was mentioned, such as cardiac disease or diabetes.
To get a better picture of the data compared to previous years, Real-Time News only looked at data relating to deaths among athletes registered with FIFA, and compared the data regarding the number of sudden cardiac death (SCD)/sudden unexplained death (SUD) among athletes in previous years, to the number of cases in 2021.
To find out how many deaths actually occurred during the last two decades among FIFA players (2001-2020), they used Wikipedia – “List of association footballers who died while playing”. To know how many cases occurred in 2021, they used the list collected by Real-Time News that includes the cases noted in Wikipedia for 2021.
Hebrew University Institute of Criminology Department of Sociology and Anthropology senior lecturer Dr. Josh Guetzkow analyzed the data and told Real-Time News: “An article published in the British Medical Journal shows that the risk of SCD is one in 50,000, with a range from one in 30,000 to one in 80,000.” He continued: “According to FIFA data, in 2000 there were 242,000 athletes registered in the association, and in 2006 there were 265,000 athletes registered. Assuming FIFA has not changed significantly in twenty years, we can expect about 5 deaths a year.”
According to Wikipedia, under “List of association footballers who died while playing”, in 2001-2020 there was an average of 4.2 deaths per year attributed to SCD or SUD, the vast majority being SCD. In contrast, in 2021, according to Real-Time News‘ list, there were 21 cases of SCD/SUD among FIFA players. In other words, instead of 4 SCD/SUD deaths per year (according to Wikipedia data), or 5 cases per year (calculated according to the BMJ) during 2001-2020, 21 players have died so far this year.
The list of 183 athletes who collapsed and/or died since December 2020 can be viewed here (Hebrew).
Dostałam od anonimowego czytelnika opracowanie klucza do spiskowej interpretacji numerów PESEL Nie jestem w stanie zweryfikować jego tez więc nie powielam tych odkryć pomimo ich atrakcyjności. Mój ojciec za czasów PRL miał dowód osobisty z serii WCA. W interpretacji ojca te trzy literki oznaczały: „w razie czego aresztować”. Jego dowcip miał w sobie dużo ukrytej prawdy, jak wiele innych dowcipów z czasów PRL. Kultywując ten sposób opisu (dziś powiedziałoby się narracji) życia w najweselszym baraku w komunistycznym obozie wiedzieliśmy, że absolutne zło można czasem rozbroić, a jego funkcjonariuszy poniżyć właśnie humorem. Rezygnowaliśmy z patosu na rzecz realizmu, a z realizmu na rzecz jeszcze bardziej porażającej ironii.
Tak właśnie, z humorem, opowiadał ojciec o karnej kompanii w Oświęcimiu choć to co tam przeżył nie było wcale zabawne. Podobnej formacji psychicznej była zapewne Anna Jachnina (pseudonim „Hanka”,rok 1942) również więźniarka Oświęcimia. Napisała: „Po Auszwicu sobie tuptam, patrzę trup tu, patrzę, trup tam, wszędzie trupy, trupów stosy, szczury zjadły uszy nosy” Była również autorką słynnej okupacyjnej piosenki ”Siekiera, motyka, bimber, szklanka.”, która przetrwała w codziennym repertuarze orkiestr podwórkowych. Nie sadzę, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek czuł się tymi piosenkami urażony. Przyznajemy Hance prawo do ironii i autoironii.
Innego z moich czytelników zbulwersował fakt, że prawie po 30 latach, papież Franciszek, ( którego uparcie nazywa Bergoglio) zmienił swój historyczny, srebrny krzyż pektoralny na inny. Stało się to tydzień po tym, jak historyk sztuki Andrea Cionci zidentyfikował w tym krzyżu symbolikę masońską i opisał to w dwóch artykułach. Czytelnika zdumiewa, że nikt ze znawców symboliki religijnej dotychczas tego nie zauważył.
I znowu wobec tego fenomenu jestem zupełnie bezradna. Nie jestem w stanie ustalić faktów, a spiskowe teorie, które powstają zawsze wtedy gdy brak jest rzetelnej informacji nie bardzo mnie pociągają.
Faktycznie nikt tego nie zauważył, a jeżeli nawet zauważył nie ośmielił się komentować gdyż znaczenie symboli zostało współcześnie niejako zdelegalizowane. Symbole, w szczególności religijne, traktuje się jako folklor, a przywiązywanie wagi do ich znaczenia jako przesąd, którym nie wypada się zajmować naukowcom i publicystom.
Bardziej interesują mnie niezrozumiałe dla mnie zdolności prorocze osób nigdy nie pretendujących, o ile wiem, do grona proroków.
Pierwszym takim „proroctwem” był wybór Karola Wojtyły na papieża, który jak pamiętamy miał miejsce 16.10.1978 roku. Otóż pewien znajomy zaprzyjaźniony kiedyś z biskupem Życińskim powiedział nam (czyli mi i mężowi) 24 maja 78 roku czyli prawie pół roku przed konklawe, że Wojtyła zostanie z całą pewnością wybrany na papieża. Ponieważ nie uwierzyłam, a nawet uznałam to za brednie, zapisałam pod tą datą w kalendarzu: „X twierdzi, że papieżem zostanie Polak, Karol Wojtyła”. Ten kalendarz znalazłam ostatnio podczas remontowych porządków. Znajomy wiedział o tym zapewne od Życińskiego, ale skąd Życiński wiedział, że umrze Jan Paweł I (zmarł 28 września 78 roku) i że na jego następcę kardynałowie wybiorą właśnie Wojtyłę? Nazwiska znajomego nie podaję (choć mógłby potwierdzić to co napisałam) bo nie wiem czy tego by sobie życzył. Od Życińskiego, gdyby nawet chciał mówić, niczego już się nie dowiemy.
Podobnym proroctwem była zapowiedź wygrania przez opozycję pierwszych „częściowo wolnych” wyborów. Otóż jadąc z dziećmi na wakacje do Ochotnicy Dolnej spotkałam w pociągu do Krakowa Marcina Króla. „Wszystko jest już ustalone, wygrywamy wybory a Jaruzelski zostanie prezydentem, ale na krótko”-powiedział zachwycony. Było to w lipcu 1988 roku, a wybory „wygraliśmy” jak pamiętamy 4 czerwca 1989 roku. Skąd Marcin Król rok wcześniej wiedział, że wygramy wybory? Skąd wiedział, że prezydentem zostanie Jaruzelski? Prorok jakiś, ki diabeł.
Nie warto byłoby tym wszystkim pisać gdyby nie fakt, że z pewnością istnieją osoby które mogłyby gdyby chciały wyjaśnić te tajemnice. Chociaż chętnie wierzę w interwencję Ducha Świętego w kwestii wyboru papieża, z trudem uwierzę że Duch Święty zechciał oświecić akurat Marcina Króla w sprawie wyniku wyborów do parlamentu oraz wyboru Jaruzelskiego na prezydenta RP.
W 2010 roku Fundacja Rockefellera opublikowała dokument pod tytułem: „Scenariusze dla przyszłości technologii i rozwoju międzynarodowego w którym jak twierdzi arcybiskup Carlo Maria Viganò :„przewidziano wszystkie te wydarzenia, których jesteśmy obecnie świadkami”. Czyli przewidziano pandemię! Kolejni prorocy, ki diabeł?
Ostatnio dobrze poinformowana osoba opowiedziała mi o ustaleniach dotyczących nowego podziału Świata. Twierdzi, że Ukraina straci na rzecz Rosji część swego terenu aż do Odessy, natomiast Polska zyska spory areał ukraińskich ziem. Te decyzje zapadły bez udziału Polski, podobnie jak bez udziału Polski obdarowano nas po II Wojnie Światowej ziemiami zachodnimi w zamian za utracone tereny wschodnie. Czy to są fakty czy przypuszczenia dowiemy się za kilka lat.
Wiele osób z nostalgią odnoszących się do Lwowa i dawnej „pańskiej Polski” z radością przyjęłoby powrót tego Lwowa do macierzy. Ja natomiast choć pochodzę ze wschodu (z okolic Pińska) powiadam uparcie : „Timeo Danaos et dona ferentes”. Nie chciałabym zwrotu mojego majątku, nie oczekuję zburzenia Pałacu Kultury, nie oczekuję również zwrotu Polsce Lwowa choć Lwów to naprawdę piękne polskie miasto. Było kiedyś polskie, ale teraz jest ukraińskie. Podobnie jak Australia należała kiedyś do Aborygenów a Ameryka do Indian, ale już nie należą. Pewne procesy historyczne są po prosu nieodwracalne.
Polska powinna opierać swoje znaczenie przede wszystkim na dobrych stosunkach z najbliższymi sąsiadami. Choć nie możemy godzić się na gloryfikację Bandery, jak nie zgodzilibyśmy się na gloryfikację Hitlera, dla dobrych stosunków z Ukrainą nie powinniśmy brać udziału w próbie zawłaszczenia jej części.
Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej nieco się ustabilizowała – oczywiście, jak na garbatego (prosty, jak na garbatego), ale widać, że zanosi się na dłuższą wojnę, może nawet pozycyjną. Białoruskie wojsko buduje bowiem dla egzotycznych turystów prezydenta Łukaszenki miasteczko niedaleko granicy, wokół wielkiego magazynu, w którym turystów osadzono. Wprawdzie podobno mają telefony, ale obawiam się, że ich głównym źródłem informacji są białoruskie media i politrucy z tamtejszej armii, więc wygląda to na bombę z opóźnionym zapłonem.
W dodatku okazało się, że 600 takich jegomościów, umieszczonych w specjalnym ośrodku w Wędrzynie w pobliżu granicy niemieckiej, właśnie się zbuntowało i pragnie przedrzeć się do Niemiec, więc trwają wysiłki, żeby ich jakoś uspokoić.
Najgorsze są nieproszone rady, ale przypominam sobie film oparty zresztą na prawdziwych wydarzeniach, jak to zaraz po wojnie niemieccy jeńcy zamknięci w obozie, zarządzanym przez jakiegoś Kanadyjczyka o miękkim sercu, uparli się, by dokonać egzekucji na swoim koledze-jeńcu, który tuż przed zakończeniem wojny został przez niezawisły Gericht skazany na śmierć za dezercję. Kanadyjski komendant o miękkim sercu nie wiedział, co zrobić, więc Niemcy, kierowani przez swoich oficerów, zaczęli przybierać coraz groźniejszą postawę. Kiedy usiedli na placu apelowym, tłukąc w menażki, któryś z oficerów z załogi obozu kazał otworzyć ogień z karabinów maszynowych, co natychmiast przerwało demonstrację.
Więc to jest jedna metoda uspokajania egzotycznych buntowników. Druga metoda polegałaby na wysłaniu tam kompanii psychologów, którzy poradziliby sobie z buntownikami po dobroci. Nawiasem mówiąc, rola psychologów bardzo wzrosła w miarę, jak w społeczeństwie zaczęła lawinowo narastać liczba mazgajów. Mazgajstwo bowiem zaczęło przynosić profity, więc nic dziwnego, że nawet ci, którzy mazgajami tak naprawdę nie są, chętnie się pod nich podszywają. Jak tak dalej pójdzie, to każdy mazgaj będzie miał swojego psychologa, który będzie utulał go do snu, śpiewając mu kołysanki. W końcu trzeba dla tych psychologów wymyślić jakieś rządowe posady, bo inaczej to i oni zaczną się buntować, ale jeszcze się taki nie urodził, któremu udałoby się uśmierzyć bunt psychologów. Może w tej sytuacji zrobić desant psychologów na Mińsk, doprowadzić ich jakoś do prezydenta Łukaszenki, żeby go zawstydzili, a potem już wszystko pójdzie gładko; zawstydzony Aleksander Łukaszenka ze łzami w oczach ustąpi miejsca pani Swietłanie i uda się na pokutę do jakiejś pustelni, dzięki czemu Białoruś wkroczy na drogę dynamicznego rozwoju, a problem egzotycznych turystów zostanie po cichu ostatecznie rozwiązany ku zadowoleniu świata cywilizowanego. Czym innym bowiem jest urządzanie ostatecznych rozwiazań z pozycji wstecznych, a czym innym – z pozycji nieubłaganie postępowych.
Tymczasem kiedy na froncie polsko-białoruskim zapanował póki co względny spokój, rząd “dobrej zmiany”, który prowadzi wojny hybrydowe na wschodzie i na zachodzie, właśnie próbuje otworzyć trzeci front. Po wrogach zagranicznych przyszła kolej na krajowych. Ale doświadczenia nabyte przez rząd “dobrej zmiany” podczas dwóch wojen hybrydowych skłoniły go do przyjęcia bardziej skutecznej strategii. Z wrogami zewnętrznymi, rząd, jak dotąd daje sobie radę samodzielnie, to znaczy – niezupełnie, bo wrogowie, a właściwie sojusznicy – jak to sojusznicy – działają przy użyciu sankcji finansowych, na które Polska jest wyjątkowo wrażliwa. Zresztą próżno tu szukać sojuszników w sytuacji, gdy trzon nieprzejednanej opozycji, czyli folksdojcze, słuchają się Naszej Złotej Pani, która zresztą już wkrótce ustąpi miejsca Naszemu Złotemu Panu, co to stanie na czele rządu skleconego z SPD i Zielonych. SPD, czyli Czerwoni z Zielonymi?
Hm. Mieszanka koloru zielonego z czerwonym, jak wiadomo, daje kolor brunatny, co w przypadku Niemiec może budzić rozmaite wspomnienia.
Ale nie martwmy się na zapas, bo chodzi przecież o otwarcie przez rząd “dobrej zmiany” kolejnego, trzeciego już, a może nawet czwartego frontu. Nie możemy bowiem zapominać o dintojrze przeciwko Polsce, jaka, z udziałem German Marschall Fund, odbyła się w Kongresie USA, a słychać, że wkrótce przybędzie tam pan Rafał Trzaskowski, który zreferuje Amerykanom stan demokracji w Polsce. Nie ulega wątpliwości, że nie będzie to recenzja pozytywna, bo skoro pan Rafał przegrał wybory prezydenckie z panem Andrzejem Dudą, no to jasne, że z demokracją w Polsce nie jest dobrze. Próżno zatem liczyć tu na sojuszników. Jak pisał Franciszek Villon, “tu się pomocnik nie nadarzy; sami se zżują, dobrzy ludzie”.
Natomiast na froncie wewnętrznym – aaa, to co innego! Właśnie kierowniczka Sejmu, pani Elżbieta Witek urządziła spotkanie, podczas którego nasi Umiłowani Przywódcy namawiali się, jakby tu zrobić porządek z obywatelami niezaszczepionymi, którzy okazali się nie mniej groźnym wrogiem od Aleksandra Łukaszenki. Po tym spotkaniu na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby Lewica stanęła na nieubłaganym stanowisku, że obywatele niezaszczepieni, to wrogowie klasowi, może nawet kontrrewolucjoniści. Z kolei Platforma Obywatelska stanęła na stanowisku, że obywatele niezaszczepieni swoją postawą dokonują tchórzliwego zamachu na niemieckie dzieło odbudowy, a takie zachowania nie były puszczane płazem nawet w Generalnej Guberni.
Obóz “dobrej zmiany”, w którym też zarysowała się różnica zdań, na razie przybrał postawę wyczekującą i tylko, na wszelki wypadek, zapowiedział obniżenie cen paliw, dzięki czemu ostateczna rozprawa z obywatelami niezaszczepionymi może zostać przez zdrowe siły przyjęta ze zrozumieniem, a może nawet – z zadowoleniem. Pojawia się bowiem coraz więcej ormowców, gotowych nie tylko donosić na wszystkich rodaków niezaszczepionych, ale nawet na podejmowanie ochotniczych przedsięwzięć, mających na celu utrudnianie im życia, aż albo się do tego życia zniechęcą, albo machną ręką na wszystko i się zaszczepią.
W socjalizmie bowiem, który pod przewodnictwem rządu “dobrej zmiany” intensywnie budujemy, nie ma miejsca na różnorodność. Wszystko ma być takie samo, więc i otwarcie kolejnego, wewnętrznego frontu walki przeciwko obywatelom niezaszczepionym wymaga uprzedniego ustalenia, czy są oni przede wszystkim wrogami klasowymi, czy też sprawcami tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy, czy może – i myślę, że to najbardziej zadowoliłoby kierowniczkę Sejmu, panią Elżbietę Witek i oczywiście – Naczelnika Państwa – gdyby ci obywatele zostali uznani za wrogów klasowych, którzy dokonują tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w General… – to znaczy pardon; nie w żadnym Generalnym Gubernatorstwie, tylko w demokratycznym państwie prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Dlaczego i po co papież obchodzi świeckie dni czegoś tam?
25 listopada w kościele katolickim jest dniem wspomnienia św. Beatrycze z Ornacieu, bł. Elżbiety z Reute, bł. Franciszki Siedliskiej, znanej jako bł. Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, św. Katarzyny Aleksandryjskiej, bł. bpa Mikołaja Steno, św. Piotra I Aleksandryjskiego. Lista jest dłuższa.
Do tego jest to Dzień Pamięci Ofiar Wielkiego Głodu i Represji Politycznych, także świąt państwowych kilku krajów (Bośnia i Hercegowina, Surinam). W „świeckim kalendarzu postępowców” zapisano jednak 25 XI jako „Międzynarodowy Dzień Eliminacji Przemocy Wobec Kobiet”, a także.. Światowy Dzień Pluszowego Misia.
Trudno zrozumieć [czyżby?? MD] , dlaczego papież Franciszek musi się akurat odnosić tego dnia do „świąt” świeckich, a nie np. katolickich świętych? Tego dnia swoje wspomnienie mają np. Luigi i Maria Beltrame Quattrocchi – błogosławieni Kościoła katolickiego, pierwsza w historii para małżeńska wspólnie wyniesiona na ołtarze.
Oboje zaangażowani byli w chrześcijańskie wychowanie swoich dzieci, które zaowocowało powołaniami kapłańskimi i zakonnymi. W codziennych obowiązkach i życiu rodzinnym, rozumianym jako wyraz pracy dla Boga oraz wspólny duchowy rozwój, przedstawiali doskonałość postaw chrześcijańskich.
Zamiast przypominania takich postaw Franciszek w obchodzony w czwartek „Międzynarodowy Dzień Eliminacji Przemocy Wobec Kobiet” papież Franciszek podkreślał, że „różne formy złego traktowania, których doświadczają kobiety, są tchórzostwem i degradacją mężczyzn i całej ludzkości”. Słowa te Stolica Apostolska zamieściła nawet na Twitterze.
„Nie możemy przyglądać się temu stojąc z boku. Kobiety będące ofiarami przemocy muszą być chronione przez społeczeństwo” – dodał Franciszek i tylko czekać, że polit-poprawne media dopiszą mu jeszcze pośrednie wspierania Konwencji Stambulskiej… Zresztą i tak dobrze, że papież Franciszek nie zajął się tematem pluszowego misia.
(Foto w org. https://www.nasztomaszow.pl/wiadomosci/6920,idac-cmentarna-aleja)
Mimo wcześniejszych obietnic i zapowiedzi polityków, że nie będzie przymusu szczepień przeciw COVID-19, niektóre państwa już zdecydowały o ich wprowadzeniu od przyszłego roku. Inne rozważają taką możliwość. Część rządów – w związku z nasileniem infekcji – przewiduje zaostrzenie restrykcji sanitarnych. Najbardziej skrajne rozwiązania wydają się przyjmować władze niektórych regionów Australii, tworząc obozy dla osób poddawanych kwarantannie.
Naukowcy z Johns Hopkins University, na bieżąco analizujący przypadki zachorowań na COVID-19, twierdzą, że z powodu tej choroby zmarło już ponad 5,1 miliona osób, a zarażonych jest ponad ćwierć miliarda ludzi. Ich zdaniem jedynym skutecznym środkiem przeciwko rozprzestrzenianiu się koronawirusa SARS-CoV-2 jest powszechne szczepienie. Jednak, jak pokazują dane Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z kontynentu afrykańskiego, gdzie mniej niż 6 proc. osób przyjęło dwie dawki wakcyny, sytuacja ludzi tam mieszkających jest nieporównywalnie lepsza niż w Europie i Stanach Zjednoczonych. Liczba zgonów Afrykańczyków stanowi zaledwie 3 proc. ogólnej liczby zgonów na świecie z powodu Covida. W przypadku Europejczyków jest to 29 proc., a w odniesieniu do Amerykanów (z obu Ameryk) – aż 46 proc.
Europejczycy najbardziej wyszczepieni i najczęściej chorują
Mieszkańcy Europy należą do jednych z najbardziej wyszczepionych na świecie – około 70 proc. ludzi przyjęło dwie dawki wakcyny. W pełni zaszczepionych jest niecałe 60 proc. obywateli USA i około połowa mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Obecnie wraz z nasileniem się infekcji w Europie – nie tylko covidowych, ale także sezonowych – rząd Austrii jako jedyny w UE zdecydował się na ostre restrykcje sanitarne i przymus szczepień, od 1 lutego 2022 r. w przypadku wszystkich osób powyżej 18 roku życia.
Światowa Organizacja Zdrowia 23 listopada br. poinformowała, że Europa jest jedynym regionem na świecie, w którym liczba zgonów związanych z koronawirusem rośnie, pomimo stosunkowo wysokiego odsetka wyszczepienia. Są miejsca, gdzie dwie dawki wakcyny podano ponad 80 proc. obywateli. W Austrii zaszczepionych jest ponad 64 proc. mieszkańców. Jednak ze względu na przepełnienie szpitali i szybko rosnącą liczbę zgonów władze uznały, że nie ma innego wyjścia jak narzucić surowy lockdown i obowiązek szczepień.
Konstytucjonalista prof. Heinz Mayer, były dziekan prawa na Uniwersytecie Wiedeńskim, zdając sobie sprawę, że może dojść do ograniczenia wolności konstytucyjnych, tłumaczy, że z powodu „dramatycznej sytuacji” da się uzasadnić przymus szczepień. Możliwość obowiązkowej wakcynacji zaproponowali również włoscy politycy, ale na razie wstrzymali się z tak drastycznym rozwiązaniem. Od października wymagają, by pracodawcy sprawdzali przepustki szczepionkowe, potwierdzające, że ktoś się zaszczepił, przeszedł chorobę lub ma negatywny wynik testu antygenowego na koronawirusa. Obowiązek szczepień wprowadzono dla pewnych grup, w tym personelu medycznego. Z powodu odmowy przyjęcia wakcyn zawieszono nawet ponad 2 tys. medyków, ale w listopadzie odwieszono około 500 z nich. We Francji szczepienia są obowiązkowe dla pielęgniarek, lekarzy, pracowników domów opieki itp. Spotyka się to jednak ze zdecydowanym sprzeciwem obywateli.
Europejski Trybunał Praw Człowieka przygotował grunt pod ewentualne drastyczne decyzje polityków, uznając, że obowiązkowe szczepienia mogą być „konieczne w demokratycznym społeczeństwie” (orzeczenie z 8 kwietnia 2021 r. dotyczące połączonych skarg czeskich rodziców, których dzieci nie przyjęto do przedszkola ze względu na brak wymaganych szczepień przeciwko odrze i innym chorobom). Wkrótce po wyroku „eksperci” twierdzili, że można wykorzystać precedensowe orzeczenie, by uzasadnić obowiązkowe szczepienia przeciw COVID-19.
Obowiązek szczepień w Stanach Zjednoczonych
W Stanach Zjednoczonych przymus szczepień – w nieco złagodzonej formie – ma wejść w życie od 4 stycznia 2022 r. Zgodnie z federalnymi regulacjami, firmy zatrudniające co najmniej 100 pracowników będą wymagać od nich certyfikatów potwierdzających zaszczepienie lub negatywny test na COVID-19. Testy miałyby być robione raz w tygodniu, a więc nie tak jak w Niemczech – każdego dnia pracy. Amerykański rząd liczy, że dzięki wymaganiom ze strony pracodawców uda się zmusić do przyjęcia wakcyny ponad 80 mln osób. Duże koncerny – w szczególności firmy Big Tech i z branży filmowej – już wprowadziły obowiązek szczepień. Podobnie zrobiło około 400 uczelni i szkół wyższych. Część studentów wolała zrezygnować z nauki niż podporządkować się tym decyzjom administracyjnym.
Część stanów zaskarżyła regulacje federalne. Co najmniej 20 z nich, rządzonych przez Republikanów np. Floryda czy Teksas, wprowadziło kontrregulacje w stosunku do prawa federalnego, przewidujące dotkliwe kary dla pracodawców stosujących się do norm administracji Joe Bidena, czyli programu „Path Out of the Pandemic”. Nauczyciele, pracownicy służby zdrowia, policjanci i niektórzy wojskowi zdecydowanie sprzeciwiają się przymusowi szczepień. Dziesięć stanów – Missouri, Nebraska, Arkansas, Kansas, Iowa, Wyoming, Alaska, Południowa Dakota, Północna Dakota i New Hampshire – kwestionuje obowiązek szczepień dla pracowników służby zdrowia.
Indonezja, Mikronezja, Turkmenistan, Kostaryka mają albo wprowadzą przymus szczepień
Na obowiązkowe szczepienia zdecydowały się m.in. Indonezja (od lutego 2021 r.). Mieszkańcy, którzy odmówią, mogą nie uzyskać pomocy społecznej. Mogą także nie skorzystać z usług publicznych i być ukarani grzywnami. Pod koniec lipca obowiązek szczepień wprowadziła Mikronezja, mały wyspiarski kraj zamieszkały przez 100 tys. osób, a także i Turkmenistan. Na Kostaryce w listopadzie br. ogłoszono, że szczepienia przeciw COVID-19 zostaną włączone – od marca przyszłego roku – do pakietu szczepień obowiązkowych dla dzieci poniżej 12 roku życia.
W innych państwach, m. in. w Europie, obowiązek szczepień wprowadzono dla pewnych grup np. pracowników służby zdrowia (np. Grecja, Włochy, Francja) czy strażaków. Teraz jednak coraz częściej mówi się o możliwości objęcia obowiązkowymi szczepieniami większej populacji. Takie propozycje pojawiają się chociażby w Niemczech, gdzie jeszcze w lipcu kanclerz Angela Merkel deklarowała, iż nie będzie przymusu szczepień.
Szefowie rządów UE podczas spotkania w dniach 16-17 grudnia mają skupić się na omawianiu niechęci części obywateli wobec szczepień i gwałtownych protestach, do których doszło w Holandii, Belgii,czy Austrii. Bruksela obecnie zajmuje się sprawą aktualizacji cyfrowych certyfikatów COVID-19 oraz szczepieniami przypominającymi.
Brytyjczycy wyczekują i dopiero w przyszłym roku zamierzają przejrzeć przepisy sanitarne. Grecja narzuca nowe ograniczenia. Na Filipinach testuje się tabletki przeciw COVID-19 firmy Merck, a przykładowo w Japonii, czy Tajlandii epidemia wygasa i restrykcje są znoszone. Tymczasem Izrael rozpoczął podawanie wakcyny dzieciom w wieku od 5 do 11 lat.
Skupianie się na szczepieniach to zła strategia
W wielu państwach obserwuje się frustrację związaną z polityką prowadzoną przez władze. Niektórzy naukowcy kwestionują zasadność skupiania się na szczepieniach. Profesor Jean-François Delfraissy, prezes Rady Naukowej (le Conseil Scientifique), która doradza rządowi w Paryżu, broni szczepień, zaznaczając, że pomimo piątej fali i rosnącej liczby przypadków zachorowań, szczepionki nie są „porażką”. Chodzi o to, by „wiedzieć, jak ich używać”, ponieważ „tracą swoją skuteczność po pięciu lub sześciu miesiącach, stąd potrzeba trzeciej dawki przypominającej”. [No to i czwartej, piątej itd md]
Delfraissy przyznał – jak można przeczytać na stronie connexionfrance.com – że chociaż wakcyny pomagają łagodniej przejść chorobę i ograniczają ryzyko śmierci, „stosunkowo mało chronią przed infekcją i zarażaniem innych”. Proponuje, by poza masową akcją szczepionkową wprowadzić także inne metody ochrony jak np. dystansowanie, a „na koniec zastosować przepustkę zdrowotną”. – Po trzeciej dawce reakcja immunologiczna jest znacznie silniejsza, dziesięciokrotnie większa niż po drugiej dawce. Ale nie wiemy, czy będzie trwała wraz z upływem czasu – zaznacza. Przewodniczący le Conseil Scientifique „nie wyklucza możliwości, że jeśli wirus stanie się endemiczny, możemy skończyć z regularną szczepionką każdego roku, jak na grypę”.
Amerykańscy profesorowie domagają się odtajnienia dokumentacji FDA
W Ameryce grupa uczonych z renomowanych uczelni (Yale, Harvard, UCLA i Brown) wystąpiła do sądu o odtajnienie dokumentów Food and Drug Administration (Agencji ds. Żywności i Leków) w sprawie 158 893 niepożądanych zdarzeń związanych ze szczepionką Pfizer, odnotowanych w ciągu pierwszych dwóch i pół miesiąca dystrybucji wakcyny. W wyniku jej podania zaobserwowano ponad 26 tys. przypadków „zaburzeń układu nerwowego”, które dotykały głównie kobiet w wieku od 31 do 50 lat. Jak podaje portal worldnetdaily.com, który miał wgląd w pozew, o odtajnienie dokumentacji wystąpiła grupa Public Health and Medical Professionals for Transparency, skupiająca około 30 uczonych.
FDA zawnioskowała z kolei, by odtajnienie 329 tys. stron dokumentacji miało miejsce, ale dopiero po 55 latach. Powodowie wskazali, że chcą się zapoznać z danymi jak najszybciej, by upewnić się, czy szczepionki Pfizera są rzeczywiście „bezpieczne i skuteczne”. Pełnomocnik uczonych, adwokat Aaron Siri zauważył, że „trudno sobie wyobrazić większą potrzebę przejrzystości niż natychmiastowe ujawnienie dokumentów, na podstawie których FDA wydała zezwolenie na dopuszczenie na rynek produktu, który obecnie miałoby przyjąć 100 milionów Amerykanów pod groźbą zaprzepaszczenia kariery, utraty dochodów, statusu żołnierza i innych gorszych konsekwencji”.
Pfizer „ze względu na dużą liczbę spontanicznych zgłoszeń zdarzeń niepożądanych” nie był w stanie dokumentować i przetwarzać wszystkich, stąd wydał zalecenia „rozpatrywaniu poważnych przypadków”. Większość zgłoszeń zdarzeń niepożądanych pochodziła z USA i dotyczyła 29 914 kobiet w porównaniu do 9 182 mężczyzn. Większość była w wieku od 31 do 50 lat. Wiek 6876 osób był nieznany. Spośród zgłoszonych przypadków niepożądanych 25 957 zdarzeń sklasyfikowano jako „zaburzenia układu nerwowego”, obserwowane głównie u płci żeńskiej.
Niedawno kobiety, które doznały poważnych problemów poszczepiennych (po podaniu różnych wakcyn przeciw COVID-19), Brianne Dressen, Kellai Rodriguez i Suzanna Newell, opowiedziały o tragicznych dla nich skutkach szczepienia podczas panelu zorganizowanego przez republikańskiego senatora Rona Johnsona w Waszyngtonie. Udział wzięli w nim uczeni, pacjenci i leczący ich lekarze. Wystąpienia wszystkich panelistów dostępne są na stronie Stowarzyszenia Lekarzy i Chirurgów Amerykańskich. Amerykańskie Centrum Zapobiegania Chorobom (CDC) podaje z kolei, że z powodu przyjęcia szczepionek przeciw COVID-19 zmarło ponad 18 tys. osób.
Na początku października br. trzech naukowców firmy Pfizer nagranych w dochodzeniu Project Veritas przyznało, wbrew twierdzeniom doktora Fauciego, głównego doradcy ds. polityki zdrowotnej amerykańskiego prezydenta, że naturalna odporność jest lepsza od odporności zapewnianej przez szczepionki. Dr David Nabarro, specjalny wysłannik WHO ds. COVID-19, wskazuje, że nie można polegać wyłącznie na strategii szczepień. – Nigdy wcześniej tego nie robiono i byłoby to naprawdę niewłaściwą strategią zdrowia publicznego – mówił w parlamencie brytyjskim.
Wynalazca technologii szczepionek mRNA, dr Robert Malone sugeruje, by zwrócić pilną uwagę na surowe ograniczenia swobód obywatelskich wprowadzone w Australii, Kanadzie, a ostatnio w Austrii. Jego zdaniem koronawirus w coraz większym stopniu staje się „platformą do realizacji innych programów”. Przestrzega przed „przyszłym globalnym totalitaryzmem”. Zasugerował także, że rządy opanowuje „psychoza” i wierzą, że szczepionki są skuteczne. Tymczasem „najwyraźniej tak nie jest”. Zgodnie ze strategią Światowej Organizacji Zdrowia, zaktualizowaną jesienią tego roku, do połowy 2022 r. zaszczepionych ma być 70 proc. mieszkańców naszej planety. Obecnie WHO pilnie apeluje o przekazanie jak największej liczby szczepionek na Czarny Kontynent.
Dobra jest modlitwa z postem, a jałmużna więcej znaczy, niźli chowanie skarbów złota, albowiem jałmużna od śmierci wybawia, ona oczyszcza grzechy i czyni, że się znajduje miłosierdzie i żywot wieczny.
Tob 12, 8–9
Skarbcie sobie skarby w niebie, gdzie ani rdza, ani mól nie psuje, i gdzie złodzieje nie wykopują, ani nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój, tam jest i serce twoje.
Mt 6, 20–21
W większości miast, w których prowadzimy regularną posługę duszpasterską, dotychczasowe miejsca kultu stały się za małe dla stale wzrastającej liczby wiernych. Nasz apostolat jest prowadzony i rozwijany wyłącznie dzięki hojności dobroczyńców, za których raz w miesiącu w każdym przeoracie są odprawiane dwie Msze św. – jedna za żywych, a druga za zmarłych. Codziennie wszyscy członkowie Bractwa odmawiają też wspólnie różaniec w intencji dobroczyńców.
Oto nowe śmiałe projekty, które z Bożą pomocą i Państwa wsparciem pragniemy zrealizować:
Już gdzieś o tym pisałem, cytując fragment piosenki popularnej w czasach mojego dzieciństwa: „Kto wesół, ten się śmieje, plon zbierze, kto zasieje, zwycięży kto najmocniej chce”. Przypomniało mi się to na wiadomość, że – po pierwsze – Unia Europejska zaoferowała Aleksandrowi Łukaszence 700 tys. euro, w zamian za co on zapakuje część swoich egzotycznych turystów w samolot i odeśle tam, skąd przybyli. Ale na tym nie koniec, bo – jak podała strona białoruska – podczas drugiej rozmowy Aleksandra Łukaszenki z Naszą Złotą Panią miał on jej zaproponować utworzenie „korytarza humanitarnego”, przez który 2000 egzotycznych turystów przedostałoby się do Niemiec.
Co na to Nasza Złota i czy w ogóle taka propozycja rzeczywiście padła – tego na razie nie wiemy – ale gdyby padła, a zwłaszcza – gdyby została przyjęta, to by oznaczało, że Aleksander Łukaszenka osiągnął wszystko, na czym mu zależało. Na oczach bezradnych czcicieli demokracji rozgromił tych swoich obywateli, którzy zaufali zachętom ze strony Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, by na jego miejsce wsadzili panią Swietłanę Cichanouską, uzyskał uznanie de facto swojej prezydentury przez Naszą Złotą Panią, która już nie mogła wytrzymać, żeby do niego nie zadzwonić, prawdopodobnie dostanie od Unii Europejskiej – a więc również od Polski – forsę, której w jego imieniu zażądał rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow – a być może zmusi jeszcze Niemcy do przyjęcia prezentu w postaci 2 tysięcy egzotycznych turystów, których niemieccy podatnicy będą musieli utrzymywać – bo jakże tu pozostawić ich samych w ich nieszczęściu?
Czy ten „korytarz humanitarny” przez który egzotyczni dostaną się tam, gdzie chcieli, będzie prowadził przez Ukrainę, skąd Niemcy będą wyłuskiwały tych, których uznają za przydatnych – bo taki pomysł w pewnym momencie się pojawił – czy też przez nasz nieszczęśliwy kraj – tego jeszcze nie wiemy, podobnie jak nie wiemy, czy ów „korytarz” nie jest aby pułapką, w którą mogą wpaść kraje o miękkim sercu, jesli tylko zaufają swoim sojusznikom, którzy potem się rozmyślą i w ten sposób wymuszą przyjęcie „kwot”, jakie Nasza Złota wykombinowała sobie jeszcze w 2015 roku. Przysłowie powiada, że co się odwlecze, to nie uciecze – więc wszystko jest możliwe.
Oczywiście nic nie jest za darmo, bo te wszystkie sukcesy Aleksander Łukaszenka osiągnął dzięki temu, że dostał się w ramiona rosyjskiego prezydenta Putina, który zarówno jego, jak i Białorusi, już ze swoich czułych objęć nie wypuści. Bo te osiągnięcia Alesander Łukaszenka zawdzięcza właśnie temu, że w swoich objęciach mocno trzyma go prezydent Putin. No dobrze, ale dlaczego właściwie prezydent Putin tak mocno chwycił w objęcia prezydenta Łukaszenkę wraz z całą Białorusią, stawiając w ten sposób milowy krok na drodze odbudowy ZSRR, którego likwidacji nie może przeboleć?
Według mojej ulubionej teorii spiskowej, stało się to możliwe dzięki zmianie na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jak wiadomo, objął je Józio Biden, który postanowił odkręcić to, co w polityce międzynarodowej nakręcił Donald Trump. Jak pamiętamy, Donald Trump prowadził politykę konfrontacyjna zarówno wobec Rosji, jak i Unii Europejskiej, chociaż oczywiście – w takich samych granicach, w jakich funkcjonowała założona przez Jarosława Haszka, autora „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, Partia Umiarkowanego Postępu (W Granicach Prawa). Tymczasem Józio Biden w czerwcu przyjechał do Europy, gdzie spotkał się nie tylko z Naszą Złotą Panią, ale również – i to dwukrotnie: w czerwcu i lipcu) z rosyjskim prezydentem Putinem. O czym tak rozmawiali – tego oczywiście nie wiemy, ale podobnie nie wiedzieliśmy, co właściwie zostało ustalone w Jałcie dopóty, dopóki nie zostało nam to objawione w całej straszliwej postaci.
Skoro tedy możliwa była jedna Jałta, czarnomorska, to dlaczego powinniśmy z góry wykluczać inną Jałtę, dajmy na to – genewską? Jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i się domyślajmy. Ja na przykład domyślałem się, że skoro prezydent Józio Biden uznał – bo chyba uznał? – że największym wyzwaniem dla USA są dzisiaj Chiny, to prawdopodobnie postanowił wygasić konflikty na innych frontach. Ale żeby je wygasić, trzeba coś niedawnemu nieprzyjacielowi podarować. To jest proste, jak budowa cepa, natomiast skomplikowane muszą być formy tego podarunku. Nie można dawać prezentu, dajmy na to, prezydentowi Putinowi zwyczajnie, tak, żeby wszyscy widzieli, że oto na oczach całego świata frymarczy się losami całych państw i narodów. Mogłyby się wtedy pojawić wzruszające wątpliwości, czy ta cała demokracja nie jest aby pięknie haftowanym parawanem, za którym książęta tego świata podpisują cyrografy z diabłem? („O północy, przy zielonych stolikach, modliły się diabły do cyfr. Były szarfy i ordery i muzyka i stukał tajny szyfr” – wspomina poeta pierwszą Jałtę).
Takie wątpliwości mogłyby zachwiać fundamentami wielu państw, zwłaszcza takich, których obywatele myślą, że z tą całą demokracją, to wszystko naprawdę – więc każdy rozumie, że nie można do tego dopuścić. Ale w takim razie – w jaki sposób darować komuś takie prezenty, żeby nikt nie popadł w zgubne wątpliwości? Żeby nikt nie popadł w zgubne wątpliwości, należy stworzyć wrażenie, że nie było żadnego prezentu, przeciwnie – że trochę się zagapiliśmy, a tymczasem konkurencja skorzystała z okazji, żeby sobie wziąć, co tam chciała. Czyż przypadkiem nie dlatego Rosja, pod osłoną granicznej awantury białorusko-polskiej, na której skupia się uwaga opinii publicznej, a wrażliwe serca krają się w talarki, koncentruje wojska, żeby potem, w zamian za obietnicę ich wycofania, druga strona umowy – nie z łajdactwa, uchowaj Boże! – tylko w imię zachowania pokoju światowego, uzna rozbiór, a może nawet – zhołdowanie całej Ukrainy? Skoro prezydent Putin właśnie połknął i trawi Białoruś, to dlaczego nie mógłby połknąć i strawić Ukrainy?
Czy takim balonem próbnym, gwoli przetestowania opinii międzynarodowej nie było aby wysunięcie pomysłu, by to właśnie na Ukrainie utworzyć obozy koncentracyjne dla egzotycznych turystów prezydenta Łukaszenki? Zdaje się, że ukraiński rząd dowiedział się o tym pomyśle z gazet, podobnie jak rząd polski, który na wschodniej granicy własną piersią zasłania Unię Europejską od zalewu bisurmańskiego, z gazet dowiedział się i o rozmowach Naszej Złotej Pani z prezydentem Putinem i z prezydentem Łukaszenką – bo podobno francuski prezydent Macron zawiadomił Warszawę, że będzie do Moskwy dzwonił. Pan prezydent Duda buńczucznie oświadczył, że żadne ustalenia ponad naszymi głowami nie będą zaakceptowane – ale tak samo mówił Winstonowi Churchillowi premier Stanisław Mikołajczyk, dodając nawet, że Polska takich ustaleń nie zaakceptuje „nigdy”. Churchill mu na to odparł, że nikomu nie można zabronić wymawiania słowa „nigdy”. Zwłaszcza, gdy cyrograf z diabłem został już po cichu podpisany.
Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5075
Już od tygodni uwaga Polaków skupiona jest na zagrożeniu naszej wschodniej granicy i na jej obronie przez polskie służby mundurowe. Mówi się przy tej okazji również dużo o niejednoznacznej postawie tzw. totalnej opozycji, gdy chodzi o interes państwowy i narodowy.
Tymczasem, po stronie definiującej się jako patriotyczna, mało kto zauważa, że wróg jest już w granicach Ojczyzny i poczyna sobie tutaj coraz bezczelniej. Ot, na przykład w budynku przy Placu św. Ducha 1 w Krakowie. Ale to chyba w końcu się zmieni.
Pisanie o ostatniej produkcji Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (premiera 19 listopada), można by przyrównać do babrania się w gnojówce. I niech nikogo nie zmyli, że szambu nadaje się nazwę – „Dziady”, a informując o tym, wykorzystuje się nazwisko polskiego wieszcza Adama Mickiewicza oraz pierwszego inscenizatora, Stanisława Wyspiańskiego. To tylko marketing.
Teatr Słowackiego to miejsce legendarne, arcypolskie u samego zarania, a dzisiaj, niestety, jak niemal cała polska oficjalna kultura, pozostające we władaniu zwycięzców marksistowskiego marszu na instytucje. Należy dodać, że teatr ten to również najsłynniejsza, sztandarowa instytucja kultury podlegająca pod Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Szefem tego Urzędu jest Witold Kozłowski, powołany na to stanowisko z ramienia partii rządzącej naszym krajem, czyli Prawa i Sprawiedliwości. A wśród Partnerów tego teatru, jednocześnie dofinansowujących jego działalność, jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To bardzo gorzka konstatacja wobec faktu, że działalność krakowskiego teatru, firmującego się nazwiskiem drugiego z wieszczów, jest zaprzeczeniem miłości Ojczyzny.
Nie chcesz tego oglądać
Spektakl Mai Kleczewskiej pt. „Dziady” w „Teatrze Słowackiego” spowodował ważną reakcję Małopolskiej Kurator Oświaty, Barbary Nowak. W jej upublicznionym 24 listopada „Stanowisku” czytamy m.in., że przedstawienie „(…) jest swobodną emanacją poglądów środowiska, które pragnie kształtować spojrzenie społeczne na współczesną Polskę nie z troską, miłością należną Ojczyźnie, lecz z nienawiścią do jej rodowodu historycznego, do tożsamości narodu ugruntowanego na fundamencie tradycji cywilizacji łacińskiej”.
Odradzam przy tej okazji używania argumentu: „nie byłeś, nie krytykuj”. Żeby mieć zdanie o lupanarze, nie trzeba tam bywać. A czym to cuchnie, możemy się dowiedzieć choćby z nabuzowanych reakcji funkcjonariuszy medialnych w pełni oddanych służbie rewolucji. Na przykład niejaki Przemek Gdula na portalu „wp.pl” pisze:
(…) Polska jest dziś już tylko plugawa – mówi w swoim najnowszym spektaklu Maja Kleczewska (… ) najważniejszy polski bohater romantyczny staje się kobietą (…) w „Wielkiej Improwizacji”, wygrażanie Bogu nie jest tu bezczelnością zbuntowanego młodzieńca, ale głosem protestu skrzywdzonej kobiety.
(…) w celi Konrada, gdzie w oryginale patriotyczni spiskowcy dyskutowali o Polsce i swoim losie. (…) uwięzione są kobiety. Widać, że niektóre trafiły za kraty prosto z ulicznego protestu, pobite przez policjantów, inne to „kryminalistyki”, które broniły się przed przemocowym partnerem i zrobiły mu krzywdę. (…) śpiewają wściekłą pieśń, w której grożą władzy, że się na niej zemszczą „z Bogiem lub choćby mimo Boga”.
(…) istotą nadziei zawartej w „Dziadach” jest wers o tym, że: „nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”, ale kryje się pod nią morze szlachetności, dobra i wewnętrznej siły.
Kleczewska nie tylko odbiera tę nadzieję, ale umieszcza w spektaklu scenę w bardzo brutalny sposób pokazującą, jak dziś wygląda Polska. Na obrzęd dziadów w stodole gromadzi się cała społeczność, z jednej strony: szalikowcy, ONR-owscy bojówkarze, celebrytka z orłem na sukni, katoliccy fundamentaliści – Niewolnik Maryi i żołnierz Armii Boga, z drugiej: prostytutka, gej, Żydzi. Od początku czuje się narastające napięcie: ci pierwsi patrzą na drugich spode łba, nijak nie wychodzi im wspólne śpiewanie obrzędowych hymnów (…) A zaraz zamiast pieśni w ruch idą pięści: na scenie zaczyna się regularny pogrom.
(…) Zakłamanie, patologia, przemoc, brutalność – tak dziś wygląda Polska, tak wygląda polsko-polska wojna. Kleczewska nie zostawia cienia nadziei, że zwaśnione plemiona da się pogodzić, że da się coś tu jeszcze zmienić. W jej „Dziadach” Polska jest już tylko „zimna i twarda, sucha i plugawa. Pod spodem nie kryje się nic, czego można się złapać i z czym można wiązać jakiekolwiek nadzieje”.
Pani Anna Piątkowska z „Dziennika Polskiego” uzupełni:
(…) Kleczewska odwraca rolę. Dziś za księdzem Piotrem – purpuratem sprawującym misterium przed złotym ołtarzem stoi siła jego Kościoła. Ksiądz Piotr (…) jest jego namiestnikiem a nie pokornym braciszkiem. Jego instytucja nie stoi dziś po stronie wykluczonych”.
A Gdula dopowie, że ten „złoty ołtarz” to „kopia dzieła Wita Stwosza z Bazyliki Mariackiej”, a ksiądz Piotr, jako biskup „wygłasza płomienne patriotyczne słowa, obłapiając za sukienkę młodą dziewczynę”.
I jakże słusznie, „biorąc pod uwagę powyższe, Małopolski Kurator Oświaty zdecydowanie odradza organizowanie przez szkoły wyjść dzieci i młodzieży na ten spektakl”.
Nie ma tego złego…
Obrażający i poniżający broniących naszej granicy, w czym celują szczególnie salonowi artyści, otrzymują należną im odprawę, z ewentualnymi konsekwencjami prawnymi włącznie. A jak to będzie z wrogiem wewnętrznym? Czy w końcu otrząśniemy się z tolerowania draństwa ubranego w „dzieło sztuki”? Aktor Jan Peszek, kreujący jedną z ról w „dziele” Kleczewskiej, w wywiadzie dla tygodnika „Newsweek”, nawiązując do treści spektaklu, tak charakteryzuje Polaków: „Wmawiamy sobie, że kochamy wolność. Nie kochamy (…) Heroiczni? Nie. Odważni? Wręcz przeciwnie: boimy się grupki przerażonych uchodźców na granicy, pozwalamy im umierać, odwracamy wzrok”.
Żołnierze na pewno wzroku nie odwracają – to groziłoby co najmniej rozbitą głową. Trudno też nie rzucać okiem do tyłu, kiedy ktoś mówiący twoim językiem próbuje strzelać ci w plecy. Brudna sprawa z Teatru Słowackiego wywołała w końcu potrzebną reakcję Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotra Glińskiego: „Niepokoją wszelkie takie działania, które są kontrowersyjne w sztuce i przekraczają granice tej akceptowalnej kontrowersji”. I dodał: „Natomiast bardzo mnie niepokoją zupełnie nieodpowiedzialne i infantylne porównania odbioru tych „Dziadów” ze słynnymi „Dziadami” z 1968 r. Ludzie, którzy porównania takie czynią, są ludźmi, którzy nie rozumieją polskiej historii, ani kultury”.
Niemniej istotną refleksją podzielił się Minister Edukacji, Przemysław Czarnek: „Czym jest edukacja klasyczna? Najkrócej rzecz ujmując, jest to edukacja, która stawia na wychowanie do dobra, do piękna i, co najważniejsze, do prawdy. I chyba nie musimy sobie wyjaśniać i dodatkowo jeszcze argumentować, że jest to niezwykle ważne dzisiaj, w czasach, kiedy piękno jest zdeformowane, jak choćby tam, w Krakowie, gdzie zamiast „Dziadów” powstaje dziadostwo”. I dodał: „Bardzo dziękuję pani kurator za reakcję. Nie wolno siedzieć cicho i milczeć w obliczu właśnie deformowania piękna i bezczeszczenia sztuki, kiedy prawda jest deformowana na skalę niespotykaną”.
Tegoroczny sezon dyrekcja Teatru Słowackiego oflagowała hasłem: „Wolał(a)bym nie”. Polacy również „wolą nie”, gdy chodzi o finansowanie i funkcjonowanie takich instytucji kultury. Może w końcu rządzący przestaną się bać bezzasadnego posądzania o cenzurę i brak tolerancji. Może przerobione leninowskie stwierdzenie, że „Polacy sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”, a które doskonale pasuje do poczynań tzw. teatralnej spółdzielni, w końcu przestanie być aktualne. I w końcu artystyczni uzurpatorzy już nie będą mogli zawłaszczać poetów i zamykać im usta; zawłaszczać narodową historię i pisać ją na nowo. Amen.
Czym jest chiński System Zaufania Społecznego i dlaczego wkrótce wprowadzi się go również w Europie oraz w Stanach? W tej historii chciałbym Ci przybliżyć, na czym on polega i jak działa w praktyce. Cały tekst powstał na podstawie moich obserwacji z podróży do Chin, pracy z Chińczykami od 2 lat oraz bestsellerowej powieści brytyjskiego myśliciela pt. “Poczytaj mi mamo”.
Zacznijmy od wyjaśnienia. Czym jest chiński System Zaufania Społecznego? To dysotopijna idea, która zakłada, że każdy obywatel dostaje lub traci punkty w zależności od tego, co robi. System skonstruowany jest tak, że łatwiej stracić w nim punkty, aniżeli zyskać. Wystarczy skrytykować władzę, albo choćby pomyśleć o stworzeniu opozycji. Wtedy odbierają Ci setki punktów, a nawet centymetry, które składają się na Twój wzrost. “System Zaufania Społecznego” to nic innego, jak “System Kontroli Społecznej”.
W tym systemie ludzie nie przyznają sobie punktów nawzajem. Więc to nie jest do końca tak, jak ukazali to w jednym z odcinków serialu „Black Mirror”. To nie szarzy ludzie przyznają punkty. Czyni to władza. A właściwie, to głównie zabiera je pod byle pretekstem. Pod uwagę brane są finanse, aktywności w social mediach, dawne kredyty, zdrowie, zakupy online, podatki, stosunek do prawa. A ponadto, obserwuje ich jeszcze 200 milionów kamer. Czyli jedna kamera na 7 osób, gdzie każde z tych urządzeń działa w jednym zespole z innym.
Jak to działa w praktyce?
Każdy z obywateli dostaje po 1000 punktów. I wystarczy Ci tylko 1050 punktów, czyli do zdobycia zaledwie 50, by mieć pewne benefity. Od razu wpadasz do worka z najlepszymi. W Chinach nazywają to AAA lub AA. Trochę jak baterie paluszki. W Europie nazywa się ich “zaszczepionymi”.
Potem widełki rozciągają się między 960 a 1029 punktów. Ten poziom nazywa się A. Jeszcze do niedawna nie miał wpływu na edukację. Teraz, jeśli nie masz wystarczającej liczby punktów, Twoje dzieci nie pójdą do lepszej szkoły. Będziesz zmuszony je podwozić… I na dodatek, dostajecie zakaz smażenia ryb. Szczególnie dorsza i halibuta. O soli również zapomnij. Chuja bambo. Nie ma.
Poziom B
Co dalej? Następny jest poziom B (850 – 959 punktów). Coś na wzór czyśćca, gdzie możesz się odbić, jak zrobicie lachę św. Piotrowi. Na dwa lata blokują Cię na tym poziomie, gdzie nie macie pełnego dostępu do wszystkiego, ale macie potencjał, żeby podciągnąć się w górę. Czyli wystarczy, że raz coś odjebiesz i kiśniesz przez jakiś czas. I po dwóch latach, jak nie jesteś chujem dla władzy, masz szansę wskoczenia do A. Na tym poziomie jest większość obywateli Chin. System jest tak zaprojektowany, żebyś przez te dwa lata poczuł, jak bardzo nie opłaca się być nieprzychylnym władzy. Nie dość, że wiele Cię omija , to jeszcze musisz codziennie napompować wszystkie rowery sąsiadów. I nie pompką, ale ustami. Dziwna sprawa, ale przynajmniej wszyscy jeżdżą na sprawnych rowerach. Cierpią natomiast sprzedawcy pompek oraz wulkanizatorzy.
Poziom C
Jak masz między 600 a 849 punktów, to wrzucają Cię na trzy lata do wora C. Umówmy się. Nie jest tam kolorowo. Żeby dostać się poziom wyżej, musisz najpierw trzy lata odbębnić na poziomie C, a potem jeszcze kolejne dwa na poziomie B. Mało tego, jak trafiłeś do tego worka, masz częste kontrole urzędników. Obserwują Cię cały czas. I tylko czekają, aż powinie Ci się noga. Lista tego, co przewiniłeś nie będzie upubliczniona, ale na pewno trafi do innych urzędów. I znowu odbiorą Ci prawa.
Poziom D
Na szarym końcu są wszyscy Ci, którzy trafili do worka D. Jak sama nazwa wskazuje – jesteś w dupie. Masz między 0 a 599 punktów. Traktują Cię jak najniższą kastę w Indiach. Co chwile masz kontrole urzędników, mogą odciąć Cię od środków do życia. Twoje nazwisko pojawia się na oficjalnej, czarnej liście. Wszyscy wiedzą, że jesteś zakałą społeczeństwa i jebanym pasożytem. Do pleców przyklejają Ci kartę z napisem “Kopnij mnie”. Momentalnie tracisz pracę, zabierają Ci wszystkie tytuły naukowe. I codziennie rano, chiński policjant wykręca Ci pokrzywę na ręce. Przejebana sprawa. Możecie jedynie wyjść do sklepu kupić żywność. Nie masz wstępu do większości miejsc publicznych. Podobnie jak niezaszczepieni w demokratycznych krajach Zachodu, które “cenią” wolność jednostki
Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, co się z Tobą stanie, gdy walczysz z władzą, strajkujesz itd.. Momentalnie jesteś w dupie, a nawet mogą Cię “ewaporować”.
Kilka zasad
Wyobraźmy sobie Tonego – Chińczyka. Startuje z 1000 punktów.
Idzie do supermarketu i zrobi debet na karcie kredytowej. Traci 20 punktów.
Jeśli zwróci znalezione na ulicy pieniądze – dostaje ekstra 10 punktów. Oczywiście rząd nie przekazuje tych pieniędzy do gapy. Samemu je rekwiruje. Więc jest to sposób, żeby za pieniądze kupić sobie trochę punktów. Sprytne, nie?
Jak napierdala na partię komunistyczną na jakiś social mediach, na przykład na WeChat – odejmują mu 50 punktów.
Jeśli doniesie na innego Chińczyka – dostaje dodatkowe 10 punktów. Podobnie wtedy, kiedy pomoże policji znaleźć jakiegoś przestępcę (fuj). Dostaje 20 punktów.
Każdy wałek na podatkach to minus 100 punktów. Jak kłócą się sąsiedzi, a to Ty ich pogodzicie – dostajecie dodatkowo 10 punktów.
Jedzie drogą i przekroczy prędkość choćby o kilka kilometrów na godzinę, to upierdalają mu 10 punktów. A 200 milionów kamer nie ułatwia zadania.
Jeśli zacznie tańczyć w środku miasta, za głośno puścic muzykę albo śpiewa – jest 5 punktów w plecy.
Jeśli naucza poza systemem, nie ważne czego, to ma 50 punktów w dupę.
Jak ma za dużo dzieciaków, zabierają mu 40 punktów.
Jak chce zrobić remont na chacie i nie zgłosi tego – minus 5 punktów.
Jak zbuduje zbyt wielki nagrobek dla rodziny, zabierają mu 100 punktów. I to piszę bez cienia ironii. Bo to jest najbardziej przerażająca wizja. Atak na nagrobki.
Za noszenie koszulek zdradzających hobby + 10 punktów…
I co wydaje Ci się, że to tylko podłe Chiny? Ja jestem przekonany, że każda władza, nawet w najbardziej liberalnym kraju będzie się interesowała tym systemem. Ustroje polityczne i społeczne podlegają takiej samej ewolucji, jak i życie na tej planecie. I jak się okazuje, liberalna demokracja chyba właśnie przegrała swój mecz. Nagle ktoś zauważył, że model chiński jest bardziej efektywny. Bo gwarantuje on utrzymanie władzy na dziesięciolecia. I porządek społeczny. Żadnych protestów, żadnej opozycji. Można traktować ludzi jak niewolników i pakować im do głowy chamską propagandę.
Jak do całego systemu podchodzą Chińczycy?
Nie przeciwstawiają się. To konformiści. Nie mają takiej mentalności, jak Polacy. Lao Tzu, jeden z największych chińskich myślicieli, powiedział kiedyś, że „człowiek powinien zachowywać siłę, jak woda”. Jeśli napotka na swojej drodze jakąś przeszkodę, to niech nie stara się jej zniszczyć, ale płynąć dalej. Niech ją ominie. Lao Tzu uważał, że wszystko co jest płynne i miękkie, zawsze pokona to co sztywne i twarde. To paradoks, że to co miękkie, nagle okazuje się twarde. Ale tylko pod warunkiem, że nie będzie się starało na siłę tej skały zniszczyć, jak stara się zrobić to twarde.
Lao Tze mawiał: “Nie walcz, nie przeciwstawiaj się, ale omiń problem. Dostosuj się do zmieniającej się sytuacji, bądź jak woda, która nie ma formy, zdaje się pasywna, ale wszystko pokona i wszędzie dotrze.” I dokładnie w ten sposób działa chińskie społeczeństwo. Nikt nie walczy z systemem. Idealistów jest niewielu, a buntowników jeszcze mniej. Przeważa konformizm. Nikt się specjalnie nie wychyla. Trochę przeciwnie do Polski, gdzie wartości mają taką specyfikę, że ludzie są gotowi za nie umrzeć. Za pieniądze niekoniecznie. A Chińczyk gdy się obudzi, to myśli tylko i wyłącznie o zarabianiu pieniędzy. A Polak rodzi się po to, by przejść na emeryturę.
System Zaufania Społecznego na Zachodzie
Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że System Zaufania Społecznego wprowadzany jest również na Zachodzie. Oczywiście, wszystko pod pretekstem walki z koronawirusem, przeciwdziałaniu terroryzmowi, walki ze zmianami klimatycznymi, walki z pedofilią itd. Zawsze to jest ubrane w takie słowa, żeby niemoralnym było zaprotestować. Im piękniejsze frazesy, tym większe dziadostwo się za tym kryje.
Kolejnym aspektem wprowadzania Systemu Zaufania Społecznego na Zachodzie jest poprawność polityczna, o której będę pisał przy okazji Australii. Gdy wypowiesz jakieś słowa o zabarwieniu rasistowskim lub w jakikolwiek sposób atakujący grupy “uciśnione”, to robi się grubo. Ludzie potrafią przemaglować wszystkie Twoje wpisy na Twitterze i Facebooku, w poszukiwaniu haka na Ciebie. I co potem? Tracisz robotę. I nikt nie chce Cię zatrudnić, bo gdzieś coś tam powiedziałeś. Istnieje jedna tylko ideologia, jeden tylko sposób myślenia. Tylko taki, jaki promują wielkie koncerny technologiczne Doliny Krzemowej.
Umówmy się. Dni tego bloga są policzone. Poziom żartów i tekstów, które kiedyś beztrosko tutaj rzucałem, niebawem zaczną kogoś obrażać. Żyjemy w świecie, w którym wielu młodych ludzi nie doświadczyło świata analogowego, a co za tym idzie, nie widzą już wielkiej różnicy między swoim cyfrowym czy analogowym “ja”. Tym bardziej, że niebawem wszystko będziemy mieli cyfrowe. Cyfrową walutę emitowaną przez bank centralny, cyfrową tożsamość, cyfrową kartę zdrowia i owe punkty społeczne.
Agenda 2030
Na koniec historii o Systemie Zaufania Społecznego, chciałbym Ci zwrócić uwagę na proponowane nam zmiany w społeczeństwie, które do 2030 roku mają nas uczynić szczęśliwymi. Wszystko w ramach Agendy 2030, której koronawirus miał być katalizatorem (co za kurwa przypadek, że ktoś na miesiąc przed jego wybuchem przeprowadzał ćwiczenia na wypadek jego wybuchu). Pierwszym będzie (na wzór chiński) pieniądz emitowany przez banki centralne (CBDC). Na pierwszy rzut oka nikt się nie spostrzeganie, że zaszła jakaś zmiana. Ale taki pieniądz będzie można tak zaprogramować, że np. nie kupisz czerwonego mięsa, alkoholu, ani nie polecisz na wakacje samolotem (bo emituje CO2). Mastercard pracuje nad kartą debetową, na której będzie limit CO2 do wykorzystania. Będzie Ci można odbierać lub blokować środki pod byle pretekstem, np. pójścia na protest, albo jeśli uprzesz się przy tym, że jest różnica między kobietą a mężczyzną.
CBDC będzie oznaczać koniec wolności i totalitaryzm. Jak wyglądają nad nim prace? Chiny lada chwila będą go odpalać u siebie. Właśnie dlatego zbanowali niedawno krypto. Unia Europejska pracuje nad swoim E-Euro. Prace mają się skończyć za dwa lata. W Polsce nad cyfrowym złotym pracuje Bank PKO BP (nie mam linku, bo to nieoficjalne). Też niebawem skończą, choć pewnie coś się jeszcze wykrzaczy po drodze. Łącznie 80 banków centralnych na całym świecie pracuje w tym samym celu. By na wzór chiński, wprowadzić totalną kontrolą nad swoimi poddanymi.
Moje ciało, mój wybór
To co się dzieje z “certyfikatami szczepionkowymi” to nic innego, jak test na posłusznego obywatela. Zauważyłem, że pierwsi do szczepienia, chodzenia w maseczkach i oddawaniu kolejnych porcji wolności władzy to Ci ludzie, którzy w szkole zawsze odrabiali lekcje, nie wagarowali, słuchali się pani. Cała reszta, która miała w dupie zakazy i nakazy (teraz również) jest pierwsza do buntu. W tym ja. Choć ja zaszczepiłem się tylko, by móc swobodniej podróżować. Zaszczepiony czy nie, i tak mogę zarażać. I z tego się biorą te nowe przypadki. Bo ludzie się luzują, zaraz po szczepionce.
Ale przez myśl mi nie przeszło, żeby odbierać komukolwiek prawa do życia, bo nie wszczepił w siebie preparatu jakiegoś koncernu farmaceutycznego. Gdy przyglądam się debacie publicznej, to mam wrażenie, że ten certyfikat jest tylko pretekstem dla wielu ludzi, by móc “dojebać” drugiej stronie barykady. Ludzie, którzy oskarżali Kaczyńskiego (którego notabene nie lubię), że dzieli społeczeństwo, teraz sami chcą tego podziału. Kobiety, które krzyczały na Strajku Kobiet o tym, że to ich ciało i ich wybór, teraz chcą podobnego wyboru pozbawić innych (niekoniecznie te ze zdjęcia). To ich ciało i ich wybór, czy nie?
Wprowadzenie Nowej Normalności zakończy się niepowodzeniem, jeśli zacznie być postrzegane jako polityczne (tj. jako forma totalitaryzmu). Póki co, opiera się na naszej niezdolności do dostrzeżenia tego czym jest. Tak więc skrywa siebie i przemoc, której się dopuszcza, pod płaszczykiem pseudomedycznej oficjalnej narracji, uodparniając się w ten sposób na polityczną opozycję.
(…)
Ta patologizacja totalitaryzmu — i konfliktu politycznego / ideologicznego, w który byliśmy zaangażowani przez ostatnie 20 miesięcy — jest najbardziej znaczącą różnicą między totalitaryzmem Nowej Normalności a totalitaryzmem XX wieku. Cały aparat globalnych kapitalistów (tj. korporacje, rządy, podmioty ponadnarodowe, media korporacyjne i państwowe, środowisko akademickie itp.) został oddany do użytku, aby osiągnąć ten cel.
−∗−
W menu na dziś danie Nowo Normalizowane. Felieton CJ Hopkinsa o kamuflażu stosowanym we wprowadzaniu nowej odmiany totalitaryzmu, o zmianach w postrzeganiu tych zjawisk i jak właściwie na nie reagować.
Zapraszam do lektury.
_______________***_______________
Nazistowski triumf woli, 1935
Spatologizowany totalitaryzm – wprowadzenie
GloboCap przekroczył więc Rubikon. Obecnie oficjalnie trwa ostatnia faza transformacji społeczeństwa w patologiczną, totalitarną dystopię, w której powszechne są obowiązkowe zastrzyki z terapii genowej i cyfrowe dokumenty zgodności [podporządkowania się].
Austria to tylko wierzchołek włóczni Nowej Normalności. Wybitni Nowo Normalni faszyści w Niemczech, tacy jak Der Führer z Bawarii, Markus Söder i minister propagandy Karl Lauterbach, już wzywają do wprowadzenia allgemeine Impfpflicht (tj. „obowiązkowych szczepień”), co akurat nie powinno nikogo dziwić. Niemcy nie będą siedzieć bezczynnie i pozwalać Austriakom publicznie ich prześcignąć [out-fascist], prawda? W końcu ma się tę reputację do utrzymania! Włosi prawdopodobnie dołączą jako kolejni, chyba że Litwa lub Australia ich przebiją.
Ale poważnie mówiąc, to dopiero początek Zimowego Oblężenia [Winter Siege], o którym ostatnio pisałem. Wydaje się, że plan polega na tym, aby najpierw Nowo-zNormalizować Europę – ogólnie rzecz biorąc, Europejczycy są bardziej posłuszni, szanują wszelką władzę i są niezbyt dobrze uzbrojeni – a następnie użyć tego jako dźwigni, by wymusić nowy patologiczny totalitaryzm na USA, na Wielkiej Brytanii i reszcie świata.
Nie wierzę, że ten plan się powiedzie. Mimo najdłuższej i najintensywniejszej kampanii propagandowej w historii propagandy, jest wystarczająco dużo z nas, którzy wytrwale odmawiają zaakceptowania „Nowej Normalności” jako naszej nowej rzeczywistości.
Nie jesteśmy „wahającymi się wobec szczepionek” ani „antyszczepionkowcami” ani „zaprzeczającymi Covidowi teoretykami spiskowymi”. Jesteśmy milionami zwykłych ludzi z klasy pracującej, ludzi z zasadami, którzy cenią wolność, którzy nie są przygotowani na łagodne wejście w zglobalizowaną, patologiczną totalitarną noc. Nie obchodzi nas już, czy nasi byli przyjaciele i członkowie rodziny, którzy przeszli do Nowej Normalności, rozumieją, co to jest. My – tak. Dokładnie rozumiemy, co to jest. Jest to rodząca się forma totalitaryzmu i zamierzamy ją zatłuc – lub przynajmniej poważnie zranić – zanim dojrzeje do rozmiarów potwora.
A teraz chciałbym, aby coś było absolutnie jasne. Nie popieram ani nie toleruję przemocy. Ale to się stanie. To już się dzieje. Totalitaryzm (nawet jego „spatologizowana” wersja) jest narzucany społeczeństwu i utrzymywany z użyciem przemocy. A walka z totalitaryzmem nieuchronnie pociąga za sobą przemoc. Nie jest to moja preferowana taktyka w obecnych okolicznościach, ale jest to nieuniknione teraz, gdy osiągnęliśmy już ten etap, i ważne jest, aby biorący udział w tej walce uznali, że przemoc jest naturalną odpowiedzią na przemoc (i domniemane zagrożenie przemocą), które są stosowane przeciwko nam przez władze Nowej Normalności i masy, które wpędzono w fanatyczny szał.
Ważne jest również (i niezbędne, jak sądzę), unaocznienie przemocy ze strony Nowej Normalności, tj. ujęcie tej walki w kategoriach politycznych, a nie pseudomedycznych, propagowanych przez oficjalną covidową narrację. To nie jest akademicki spór o istnienie, nasilenie lub reakcję na jakiegoś wirusa.
To walka o przyszłość naszych społeczeństw.
Ten fakt jest przede wszystkim tym, co globalne kapitalistyczne klasy rządzące są zdeterminowane ukrywać. Wprowadzenie Nowej Normalności zakończy się niepowodzeniem, jeśli zacznie być postrzegane jako polityczne (tj. jako forma totalitaryzmu). Póki co, opiera się na naszej niezdolności do dostrzeżenia tego czym jest. Tak więc skrywa siebie i przemoc, której się dopuszcza, pod płaszczykiem pseudomedycznej oficjalnej narracji, uodparniając się w ten sposób na polityczną opozycję.
Musimy więc zanegować tę percepcyjną redutę, tę hermeneutyczną kryjówkę. Musimy sprawić, by ukazała się jako „spatologizowana” forma totalitaryzmu. Aby to zrobić, musimy to zrozumieć… jego wewnętrzną logikę oraz jej mocne i słabe strony.
Spatologizowany totalitaryzm
Opisywałem Nową Normalność jako „spatologizowany totalitaryzm” i przewidywałem przynajmniej od maja 2020r., że przymusowe „szczepienia” nadejdą (zob. np. The New Pathologized Totalitarianism). Celowo używam tu terminu „totalitaryzm”. I nie dla efektu, ale dla ścisłości. Nowa Normalność to wciąż rodzący się totalitaryzm, ale jego istota jest bezsprzecznie oczywista. Opisałem tę esencję w niedawnym felietonie:
„Istotą totalitaryzmu — niezależnie od tego, jakie kostiumy i ideologię nosi — jest pragnienie całkowitej kontroli nad społeczeństwem, każdym aspektem tego społeczeństwa, każdym indywidualnym zachowaniem i myślą. Każdy system totalitarny, czy to dotyczący całego narodu, czy maleńkiego kultu, czy jakiejkolwiek innej formy ciała społecznego – ewoluuje w kierunku swojego nieosiągalnego celu… całkowitej ideologicznej transformacji i kontroli każdego pojedynczego elementu społeczeństwa (lub jakiegokolwiek rodzaju instytucji społecznej wchodzącej w skład). To fanatyczne dążenie do całkowitej kontroli, absolutnej ideologicznej jednolitości i eliminacji wszelkich sprzeciwów jest tym, co sprawia, że totalitaryzm jest totalitaryzmem.”
W październiku 2020 roku opublikowałem The Covidian Cult, który od tego czasu rozrósł się do serii esejów analizujących nowonormalny (tj. patologiczny) totalitaryzm jako „kult rozpisany na ogromną, społeczną skalę”. Ta analogia jest prawdziwa dla wszystkich form totalitaryzmu, ale szczególnie dla totalitaryzmu Nowej Normalności, ponieważ jest to pierwsza globalna forma totalitaryzmu w historii, a zatem:
„Paradygmat kultu/kulturowy został odwrócony. Zamiast kultu istniejącego jako wyspa w kulturze dominującej, to kult stał się kulturą dominującą, a ci z nas, którzy nie przyłączyli się do kultu, stali się w nim odizolowanymi wyspami.”
„Aby przeciwstawić się tej nowej formie totalitaryzmu, musimy zrozumieć, jak przypomina ona i różni się od wcześniejszych systemów totalitarnych. Podobieństwa są dość oczywiste – zawieszenie praw konstytucyjnych, rządy rządzące dekretami, oficjalna propaganda, publiczne rytuały lojalnościowe, zakazanie opozycji politycznej, cenzura, segregacja społeczna, oddziały bandytów terroryzujące społeczeństwo itd. Ale różnice nie są takie oczywiste”.
I opisałem, jak totalitaryzm Nowej Normalności zasadniczo różni się od totalitaryzmu XX wieku pod względem ideologii, a raczej pozornego jej braku.
„Podczas gdy totalitaryzm XX wieku (tj. forma, którą większość ludzi ogólnie zna) był mniej lub bardziej narodowy i jawnie polityczny, totalitaryzm Nowej Normalności jest ponadnarodowy, a jego ideologia jest znacznie bardziej subtelna. Nowa normalność to nie nazizm czy stalinizm. Jest to totalitaryzm globalno-kapitalistyczny, a globalny kapitalizm technicznie nie ma ideologii. A raczej jego ideologią jest tzw. «rzeczywistość».”
Ale najważniejszą różnicą między dwudziestowiecznym totalitaryzmem a tym rodzącym się globalnym totalitaryzmem jest to, jak totalitaryzm Nowej Normalności „patologizuje” swój polityczny charakter, skutecznie czyniąc się niewidzialnym, a tym samym odpornym na polityczną opozycję. Podczas gdy totalitaryzm XX wieku nosił swoją politykę na rękawie, totalitaryzm Nowej Normalności przedstawia się jako nieideologiczna (tj. ponadpolityczna) reakcja na globalny kryzys zdrowia publicznego.
A tym samym jej klasyczne cechy totalitarne — np. odbieranie podstawowych praw i wolności, centralizacja władzy, rządzenie dekretami, policyjna opresja wobec ludności, demonizacja i prześladowanie podklasy będącej „kozłem ofiarnym”, cenzura, propaganda itp. — nie są ukrywane, ponieważ nie da się ich ukryć, ale są rekontekstualizowane w patologicznej oficjalnej narracji.
Untermenschen to dziś „Niezaszczepieni”. Znaczki ze swastyką w klapie ustąpiły miejsca maseczkom o wyglądzie medycznym. Aryjskie dokumenty tożsamości to „paszporty szczepień”. Absolutnie bezsensowne ograniczenia społeczne i obowiązkowe rytuały posłuszeństwa publicznego noszą nazwy „lockdownu”, „dystansu społecznego” i tak dalej. Świat jest zjednoczony w goebbelsowskiej wojnie totalnej, nie przeciwko wrogowi zewnętrznemu (tj. wrogowi rasowemu lub politycznemu), ale przeciwko wrogowi wewnętrznemu, patologicznemu.
Ta patologiczna oficjalna narracja jest potężniejsza (i bardziej podstępna) niż jakakolwiek ideologia, ponieważ funkcjonuje nie jako system wierzeń czy etos, ale raczej jako obiektywna „rzeczywistość”. Nie można dyskutować ani sprzeciwiać się „rzeczywistości”. „Rzeczywistość” nie ma przeciwników politycznych. Ci, którzy kwestionują „rzeczywistość”, są „szaleni”, inaczej to „teoretycy spiskowi”, „antyszczepionkowcy”, „denialiści covidowi”, „ekstremiści” itd. I tym sposobem patologiczna narracja Nowej Normalności patologizuje również jej politycznych przeciwników, jednocześnie pozbawiając nas politycznej legitymacji i wciągając nas w projekcję ich własnej przemocy.
Totalitaryzm XX wieku również obwiniał za swoją przemoc kozły ofiarne (tj. Żydów, socjalistów, kontrrewolucjonistów itp.), ale jednocześnie nie próbował wyeliminować swojej przemocy. Wręcz przeciwnie, okazywał ją otwarcie by terroryzować masy. Nowo Normalny totalitaryzm nie może tego zrobić. Nie może być otwarcie totalitarny, ponieważ kapitalizm i totalitaryzm są ideologicznie sprzeczne.
Ideologia globalnego kapitalizmu nie będzie funkcjonować jako oficjalna ideologia w jawnie totalitarnym społeczeństwie. Wymaga symulacji „demokracji”, a przynajmniej symulacji „wolności” rynkowej. Społeczeństwo może być bardzo autorytarne, ale, aby funkcjonować w systemie globalno-kapitalistycznym, musi zapewnić swoim obywatelom podstawową „wolność”, którą kapitalizm oferuje wszystkim konsumentom, prawo / obowiązek uczestniczenia w rynku, posiadania i wymiany towarów itp.
Ta „wolność” może być warunkowa lub skrajnie ograniczona, ale do pewnego stopnia musi istnieć. Arabia Saudyjska czy Chiny to dwa przykłady otwarcie autorytarnych społeczeństw GloboCap, które jednak nie są całkowicie totalitarne, ponieważ nie mogą takie być i jednocześnie pozostać częścią systemu. Ich reklamowane oficjalne ideologie (tj. fundamentalizm islamski i komunizm) zasadniczo funkcjonują jako zewnętrzne nakładki na fundamentalną ideologię globalno-kapitalistyczną, która dyktuje „rzeczywistość”, w której wszyscy żyją. Te „nakładkowe” ideologie nie są fałszywe, ale kiedy wchodzą w konflikt z ideologią globalno-kapitalistyczną, zgadnij, która ideologia wygrywa.
Chodzi o to, że totalitaryzm Nowej Normalności – zresztą jakakolwiek globalna kapitalistyczna forma totalitaryzmu – nie może przedstawiać się jako totalitaryzm, czy nawet autorytaryzm. Nie może uznać swojej politycznej natury. Aby zaistnieć, nie wolno mu istnieć. Przede wszystkim musi wymazać przemoc (przemoc, do której ostatecznie sprowadza się cała polityka) i jawić się nam jako zasadniczo dobroczynna odpowiedź na uzasadniony „globalny kryzys zdrowotny” (oraz „kryzys zmian klimatycznych” i „kryzys rasizmu” i jakiekolwiek inne „globalne kryzysy”, które według GloboCap będą terroryzować masy w bezmyślną, podążającą za porządkiem histerię).
Ta patologizacja totalitaryzmu — i konfliktu politycznego / ideologicznego, w który byliśmy zaangażowani przez ostatnie 20 miesięcy — jest najbardziej znaczącą różnicą między totalitaryzmem Nowej Normalności a totalitaryzmem XX wieku. Cały aparat globalnych kapitalistów (tj. korporacje, rządy, podmioty ponadnarodowe, media korporacyjne i państwowe, środowisko akademickie itp.) został oddany do użytku, aby osiągnąć ten cel.
Musimy się z tym pogodzić. I to robimy. Nie Nowym Normalsom, ale sobie.
GloboCap jest na skraju przekształcenia społeczeństwa w uśmiechniętą, szczęśliwą, patologiczno-totalitarną dystopię, w której mogą nakazać eksperymentalne „terapie genetyczne” i każdy inny rodzaj „terapii” jaki akurat zechcą, i zmusić nas do okazania naszych „dokumentów podporządkowania się” [compliance papers] byśmy mogli funkcjonować w najbardziej podstawowych aspektach życia. Ta przebudowa społeczeństwa jest gwałtowna. Dokonuje się tego siłą, z przemocą i wszechobecną groźbą przemocy. Musimy się z tym zmierzyć i podjąć odpowiednie działania.
Tutaj, w Nowych Normalnych Niemczech, jeśli spróbujecie zrobić zakupy spożywcze bez maski o wyglądzie medycznym, uzbrojona policja usunie was z lokalu (mówię to z własnego doświadczenia). W Nowej Normalnej Australii, jeśli pójdziecie do synagogi, media zostaną zaalarmowane, a policja was otoczy. W Niemczech, Australii, Francji, Włoszech, Holandii, Belgii i wielu innych krajach, jeśli skorzystacie z prawa do zgromadzeń i protestów, policja załatwi was armatkami wodnymi, ostrzela gumowymi kulami (a czasami prawdziwymi), spryska po oczach toksycznymi środkami i po prostu ogólnie dostaniecie łomot.
I tak dalej. Ci z nas, którzy walczą o swoje prawa i sprzeciwiają się temu patologicznemu totalitaryzmowi, są aż nadto zaznajomieni z rzeczywistością jego przemocy i nienawiścią, jaką generuje on w masach Nowej Normalności. Doświadczamy tego na co dzień. Czujemy to za każdym razem, gdy jesteśmy zmuszeni nosić maskę, gdy jakiś urzędnik (lub kelner) żąda, aby zobaczyć nasze „dokumenty”. Czujemy to, gdy grozi nam nasz rząd, gdy jesteśmy straszeni i demonizowani przez media, lekarzy, celebrytów, przypadkowych nieznajomych, naszych kolegów, przyjaciół i członków rodziny.
Rozpoznajemy to spojrzenie w ich oczach. Pamiętamy skąd pochodzi i do czego prowadzi.
To nie tylko ignorancja, masowa histeria, dezorientacja, przesadna reakcja, strach… albo, OK, tak, to jest to wszystko, ale także podręcznikowy totalitaryzm (niezależnie od nowego patologicznego zwrotu). Totalitaryzm u podstaw.
Nowa Normalność – Wielka Czystka Jesteśmy świadkami narodzin nowej formy totalitaryzmu. Nie „komunizmu”. Nie „faszyzmu”. Globalnego kapitalistycznego totalitaryzmu. Totalitaryzmu pseudomedycznego. Totalitaryzmu patologicznego. Formy totalitaryzmu bez dyktatora, bez definiowalnej ideologii. Totalitaryzmu opartego na „nauce”, „faktach”, „rzeczywistości”, […]
_____________________
Nowa Normalność – droga do totalitaryzmu Obserwowaliśmy, jak Nowa Normalność przekształciła nasze społeczeństwa w paranoidalne, patologiczne, autorytarne dystopie, w których ludzie muszą teraz pokazać swoje „dokumenty”, aby obejrzeć film lub wypić filiżankę kawy i publicznie pokazać […]
_____________________
Tyrania totalna czyli każdy będzie celem Chodzi o to, (…), że nie będziesz musiał robić niczego nielegalnego ani kwestionować władzy rządu, aby zostać oznaczonym jako postać podejrzana, jako wróg państwa i zostać zamkniętym jak niebezpieczny przestępca. […]
_____________________
Tyrania – warunkowanie i kontrola behawioralna Żadna „normalność” nie będzie już nigdy możliwa, dopóki zbiorowy indywidualny bunt przeciwko tej tyranii nie stanie się wspólnym rdzeniem naszego społeczeństwa. Jaka będzie nasza przyszłość bez tej aktywnej zmiany postaw […]
_____________________
Pozdrowienia z Nowej Normalności czyli co tam w Niemczech Łatwość, z jaką władze niemieckie wprowadziły nową oficjalną ideologię i jak fanatycznie przyjęła ją większość Niemców, była pewnym szokiem. Naiwnie wierzyłem, że w świetle ich historii Niemcy będą jednymi z […]
W życiu publicznym najniebezpieczniejszym rodzajem kłamstwa bywa często prawda połowiczna,
Feliks Koneczny, Państwo i prawo.
Z rozdziału „Państwo a Dekalog”
VIII. NIE MÓW PRZECIWKO BLIŹNIEMU TWEMU FAŁSZYWEGO ŚWIADECTWA
Katechizm rozszerza to przykazanie na mówienie nieprawdy w ogóle, uważając kłamstwo zasadniczo za grzech. Licha państwowość może nie tylko wywrócić wszelką sprawiedliwość i prawdę, lecz może sama szerzyć kłamstwo i to z całą świadomością. Obywatelowi więc musi być wolno odezwać się głośno i dochodzić samemu prawdy na własną rękę, gdy u góry kłamią.
Gdziekolwiek celem rządu jest tylko utrzymać się przy rządach, państwowość staje się kłamliwą. Gdy filarem rządu staje się policja tajna, nastaje urodzaj na donosicieli i fałszywe donosy, fabrykowane często przez samą policję (tak było od dawna w Rosji). Gdy rządzącym brak związku z ideałami społeczeństwa, tym bardziej pławią się w donosach i szpieguje się bez końca, i tym bardziej ludzie porządni obawiają się policji. A kiedy się raz wprowadzi kłamstwo, jako podstawę urządzeń państwowych, musi się rząd poddać pod kuratelę kłamców najsprytniejszych. Rząd, któremu się nie daje wiary, stanowi nie tylko przekleństwo dla państwa, lecz jest zarazem straszliwym demoralizatorem społeczeństwa.
Wielką maszyną kłamstwa jest cenzura polityczna. Stanowi ona najcięższe przewinienie przeciwko pomyślności wielkich zrzeszeń, gdyż pierwszym warunkiem ich rozwoju jest swobodne roztrząsanie spraw publicznych. Cenzura polityczna jest zbrodnią przeciw państwu. Jako specjalna maszyna kłamstwa, usuwa cenzura polityczna dzień po dniu od publicystyki pisarzy prawych, a wysuwa na ich miejsce pióra sprzedajne. Można też mieć wątpliwości, czy potrzeba jest państwu prasa gadzinowa. Czy ona państwu służy, czy tylko osobom rządzicieli? Czy godzi się, żeby rządziciele urządzali regularne, codzienne samochwalstwo swoich osób za pieniądze podatkowe?
Z pomocą ustaw prasowych można dojść do ogólnego zakłamania całego życia zbiorowego. W końcu musi się z tego wywiązać paraliż ducha. Nie rozumiałem nigdy potrzeby państwowej ustawy prasowej. Na kłamstwa w prasie i w ogóle na wszystkie możliwe jej przewinienia starczyłby jeden paragraf w kodeksie „Przestępstwa popełniane drukiem podlegają karze podwójnej”. Drakoński taki przepis stanowiłby a contrario hołd złożony potędze prasy; byłby zaś wybornym środkiem ochronnym do strzeżenia jej czci i powagi. Prasa „rewolwerowa” nie wytrzymałaby nacisku tego paragrafu. Czego więcej trzeba dla dobra prasy, do jej podniesienia intelektualnego i moralnej czystości, to zarządziłaby sobie prasa sama w swym oficjalnym stowarzyszeniu (o którym będzie jeszcze mowa).
W państwie niekłamliwym obeszłoby się bez poufnych, a tajnych stosunków rządu z prasą. Czyż rządy same nie demoralizują prasy, używając jej do swoich spraw i sprawek? Państwo może stać się kłamliwym wszędzie i we wszystkim: w szkole, w sądzie, w urzędzie i w wojsku. Każdy z czytelników sam, z własnej obserwacji, przypomni sobie przykładów tego aż za dużo.
Zakłamaniem jest wszelka sztuczność, wprowadzona w życie publiczne. Np., ażeby prace biurowe i w ogóle wszelkie zajęcia pozadomowe, związane z zegarem zaczynać od rana o godzinę wcześniej (co latem jest chwalebne), nakazuje się przesuwać zegary o godzinę naprzód. Zamiast powiedzieć: pójdziesz do biura o godzinie siódmej rano, robi się godzinę 8-mą o godzinę wcześniej. Nonsens charakterystyczny istny symbol zakłamania.
Cała państwowość może opierać się na zakłamaniu; albowiem na zakłamaniu mogą polegać wszystkie funkcje rządowe i wszelkie ’ stosunki urzędów głównych z ludnością. Takim było państwo Mikołajów, Napoleona III, Piłsudskiego i Hitlera. Takie państwa, to klęski społeczeństwa.
Państwa tego rodzaju nie mogłyby grasować pośród narodów cywilizacji łacińskiej, gdyby ogół nabrał przekonania o stosowalności dekalogu do polityki. .
Zakazujące „fałszywego świadectwa” przykazanie ma swoją drugą stronę, tj. nakaz, żeby dawać świadectwo prawdzie. Potępione jest kłamstwo, a zatem zalecony jest kult prawdy. Zalążkiem ideału prawdy jest prawdomówność. Pielęgnowana bywa, jako ideał wychowawczy, tylko w cywilizacji łacińskiej. W innych cywilizacjach, o ile się pojawia, nie sięga poza stosunki natury prywatnej. Jest to prostą konsekwencją faktu, że tylko w cywilizacji łacińskiej życie publiczne podlega wymaganiom moralności również, jak prywatne.
Buddyjskie przykazanie prawdomówności obowiązuje tylko mnichów wyższych stopni obrządku żółtego (bezżennych). W bramińskiej cywilizacji kwestia ta pozostawiona jest dowolności każdego z osobna. U Żydów zachodzi obowiązek prawdomówności tylko względem współwyznawców. Odznaczają się natomiast prawdomównością wyznawcy islamu i to w obydwóch cywilizacjach, w arabskiej i turańskiej (Turcy), lecz obejmuje to tylko osobiste stosunki pomiędzy ludźmi, mającymi z sobą bezpośrednio do czynienia. Brak odpowiedniej organizacji życia publicznego nie daje tam nawet sposobności do roztrząsań na temat „państwo a prawda”.
Prawdomówność jest podstawą kultu prawdy, a szczytem instytucja życia publicznego, na prawdzie oparte i nie potrzebujące zakłamania, ani go wymagające. Albowiem, jak we wszystkim, podobnież i w tej kwestii, podstawa i szczyt muszą być zawisłe wzajemnie od siebie i czyż ten stosunek zależności nie jest nieuchronnym? Sama możliwość szczytu zależy od istnienia stosownej podstawy, a trwałej. Gdy szczyt się wali, podstawa traci rację bytu i będzie niczym korzenie, nie mogące zdobyć się na wydanie łodygi i same przy tym wysychające, czy raczej gnijące. Gdzie nie odczuwa się ideału’ Prawdy, tam podkopuje się prawdomówność życia powszedniego.
Prawdomówność nadaje trwałość więzi życia, przepajając je poczuciem bezpieczeństwa i stałości. Następnie z miłości prawdy wypływa poczucie godności osobistej, prawość, szczerość, słowem te zalety, które stanowią o posiadaniu sumienia (jakież sumienie u kłamców?) Miłość prawdy wiedzie daleko i wysoko, bo do personalizmu. Od nabycia tej cechy wysuwa się dalej cały łańcuch cech cywilizacyjnych, którego ogniwem jest organizacja życia zbiorowego w organizmach, a nie w mechanizmach. Organizacje zaś bywają obmyślane metodą aposterioryczną, przy dualizmie prawa i zachowaniu rozmaitości danej przez naturalną rzeczywistość życia i pielęgnuje się. współmierność w rozmaitości, bo tylko w niej tkwi prawda życiowa.
W królestwie prawdy istnieje cała hierarchia, zależnie od zasięgu prawdy czy kłamstwa, a w związku z tym, od wagi następstw. Pewne kłamstwa mogą być tylko uchybieniami, inne wręcz zbrodniami; wszystko jest zależne od wielkości koła, zataczanego przez dany rodzaj prawdy czy nieprawdy. Poważniejszą staje się każda sprawa, gdy wchodzą w grę interesy osób trzecich. Cóż dopiero, gdy chodzi o interes publiczny? Inaczej traktujemy zeznania sądowe, niż rozmowę prywatną. Inną przykładamy miarę, gdy coś „padnie” przy stoliku polityków kawiarnianych, a zgoła inną, gdy to samo zostanie powtórzone z krzesła poselskiego. A cóż dopiero z ławy ministerialnej! Inny jest szczebel zła, gdy dopuści się czegoś złego policjant, a całkiem inny, gdy ten sam zły postępek pochwali minister.
W życiu publicznym najniebezpieczniejszym rodzajem kłamstwa bywa często prawda połowiczna, gdy się umyślnie część prawdy ukryje, przez co część ujawniona nabiera zgoła innej postaci, niezgodnej z rzeczywistością. Wielcy kłamcy, zamiłowani w kłamstwie grubym, zmyślili pogląd, jakoby mogło być kilka rodzajów prawdy. Prawda jest ta sama w doli i niedoli, przed wojną i po wojnie, w dobie zwycięstw czy klęsk. Jeżeli przeczy się temu systematycznie, jeżeli w powodzeniu materialnym weźmie górę sztuczne przyprawianie „prawdy” i jeżeli tym powodzeniem dadzą się olśnić umysły niekrytyczne, natenczas nie wytworzy się z tego bynajmniej jakaś prawda nowa, ale zapadnie się w ogóle ideał Prawdy. Ludzie zwodzeni, okłamywani, karmieni kłamstwem, widząc jak kłamstwo tuczy zwątpią we wszelką prawdę i uznają ją za przesąd, stanowiący przeszkodę w życiu. Na kłamstwie robi się interesy, jeździ się na kłamstwie i kłamstwu stawia się pomniki aż wreszcie bije zgnilizna od takiej społeczności. Wtedy kwitną ujemne strony formalistyki prawniczej. „W społeczeństwie pełnym prawniczych zakamarków, w których nikt dobrze nie wie, co do czego należy i kto za co odpowiada, anonimowe ręce wykonują anonimowe zbrodnie”? [ Adam Doboszyński: Gospodarka narodowa].
Blumizm do potęgi.
Trzeba wyższego stopnia wykształcenia etycznego, żeby zrozumieć wyższe szczeble ideału prawdy, a cóż dopiero przejąć się nim; jeszcze zaś tym bardziej, by stać się skłonnym do poświęceń, do miłości Prawdy. Pewne ostrowidztwo etyczne da się wyrobić tylko na wyższych szczeblach rozwoju umysłowego. Kult prawdy stanowi koronę wykształcenia etycznego, której nie da się zdobyć bez wyższego wykształcenia intelektualnego. Tak dalece wiążą się obie duchowe kategorie bytu: Dobro z Prawdą.
Wiążą się też w praktyce. Najcięższe oszustwo, tj. podejmowanie rzeczy i spraw, na których ów człowiek się nie zna, staje się pospolitym tam, gdzie zakłamanie jest rzeczą zwyczajną. W miarę rozwoju kłamliwego blumizmu tracą głos i wpływy znawcy przedmiotów. Znawstwo toć część kultu prawdy!
Do wzmożenia prawdy przyczynia się nauka (odkrycia), a to doświadczenie nasuwa nam wniosek niezmiernie znamienny: zachodzi stosunek prosty pomiędzy stopniem prawdomówności, a stanem nauki w danym społeczeństwie, w państwie czy narodzie. Jeżeli w obrębie cywilizacji łacińskiej zaniecha się kultu prawdy, musi nastąpić rozbicie społeczne, upadek narodu, bezsilność państwa na zewnątrz, a zobojętnienie obywatelskie wewnątrz, albowiem poderwie się zasadniczo wielkie siły twórcze. Toteż upadek nauk bywa pierwszym mimowolnym zwiastunem zła.
Ideał prawdy jest cywilizacyjnie ściśle łacińskim i wiedzie poprzez szereg konsekwentnych pojęć do personalizmu. Toteż poza cywilizacją łacińską nieznany jest żadnej innej.
Wbrew stereotypom, śmierć powieściopisarza nie przypomina żadnej innej.
Pisarz jest kimś w rodzaju niechlujnego i chaotycznego ślusarza dźwigającego zdekompletowane klucze i zamki, wśród których z trudem znajduje czasem ten czy ów klucz otwierający ten czy inny zamek do duszy, serca, losu. Niektórym nie udaje się to nigdy, co nie przeszkadza im pisać.
Wszystkim jednak ich własna śmierć, jeśli tylko zaanonsuje się ona w miarę jasno i w terminie pozwalającym na refleksję, daje wyjątkową okazję wykucia sobie, wedle własnego gustu, złotego klucza, który niechybnie otworzy te ostatnie drzwi. O czym myśli stary pisarz, którego , inni uważają już za nieświadomego, leżąc nieruchomo na szpitalnym łóżku, z zamkniętymi oczyma, ledwie radząc sobie z oddechem, podczas gdy jego nos, ramiona i korpus oplata cała sieć rurek tworzących coś w rodzaju skafandra płetwonurka pośmiertnie zanurzonego w świecie żywych? Otóż on się cieszy. Tak jest najczęściej.
Ale zdarzają się przypadki zupełnie wyjątkowe.
Na przykład wybraniec bogów, Brasillach! Umarł na stojąco, rozstrzelany, mając przedtem czas, by w pełni świadomości wycyzelować w więziennej celi swój ostatni klucz.
Do tej nielicznej grupki wybrańców należą pisarze samobójcy, którym było dane trzymać ów klucz w dłoni, zważyć go, zmierzyć, obejrzeć z wszystkich stron i w każdym świetle, wreszcie go pokochać tak jak kocha się dzieło sztuki, zanim w akcie wszechmocy otworzyli nim drzwi do świata zmarłych. Jednak nikt nie wie, jakie myśli towarzyszyły temu aktowi. Testament duchowy, list zostawiony na stole, pośmiertne publikacje i śmierć pojawiająca się nagle niczym znak wodny na kartach tej czy innej z ich książek, jakieś poufne zwierzenia wszystko to było przed owym aktem. Niektóre klucze pilnie strzegą swej tajemnicy. Albo raczej tajemnicy podwójnej – jedna rozbłyska, gdy druga gaśnie na zawsze. Zostaje nam tylko klucz. Nie tak dawno Montherlant i Gary ofiarowali nam dwa złote klucze.
A oto trzeci…
============
[Robert Brasillach (1909-1945) – francuski prawicowy pisarz i dziennikarz związany z Akcją Francuską, podczas wojny współpracujący z rządem Vichy. W 1943 r. pojechał do Katynia; po tej podróży napisał reportaż podkreślający odpowiedzialność Sowietów za zbrodnię na polskich oficerach. Po wojnie skazany na śmierć za kolaborację z Niemcami i stracony. Henry de Montherlant i Romain Gary – pisarze francuscy, którzy popełnili samobójstwo. ]
===============
Początek noweli pod tym tytułem z tomu HUZARZY. Wielbiciele powieści Jean Raspail’a powinni natychmiast kupić ten tom (oczywiście wyd. Dębogóra), a inni – poczytać „Obóz świętych”, „Sire” i pozostałe. MD
Prezydent Siemianowic UJAWNIA. Czterech na pięciu pacjentów na OIOM-ie to zaszprycowani.
Z ust prezydenta Siemianowic Śląskich Rafała Piecha padły szokujące wielu słowa. Samorządowiec wezwał do opamiętania w kontekście mniemanej pandemii. Podkreślił, że „to jest ten moment, kiedy powinniśmy wyłączyć telewizory, a włączyć myślenie i zacząć logicznie myśleć”.
Rafał Piech gościł na antenie Mediów Narodowych. – Mam wrażenie, że wiele osób jest zahipnotyzowanych. Ten obraz, w który oni są wpatrzeni, zahipnotyzował ich i myślę, że naszym i moim zadaniem jest obudzić przede wszystkim te osoby zahipnotyzowane i powiedzieć im: obudźcie się szanowni państwo, zobaczcie co się dzieje – mówił polityk.
– Co wam obiecywali, że to już jest ostatnia prosta, że nikt już nie będzie chorował ciężko, nie będzie w szpitalu, nie będzie kolejnych fal, nie będzie lockdownów. No to ja wam dzisiaj mówię. Popaprzecie co się dzieje w Australii, Austrii, Belgi i Holandii – zaznaczył.
Przypomniał, że w tych krajach zaszprycowanie ludności jest na poziomie 70 proc. i więcej. – Tam wszędzie są wprowadzane obostrzenia, tam wszędzie są wprowadzane lockdowny, tam osoby zaszczepione chorują, przechodzą to ciężko, trafiają na OIOM i umierają – dodał.
Samorządowiec podał też przykład z własnego podwórka. – Przykład z Siemianowic Śląskich. Pięciu pacjentów w ciężkim stanie na OIOM-ie, z czego czterech zaszczepionych i jeden niezaszczepiony. To są dane z dzisiaj rana – mówił 22 listopada.
– Bardzo was proszę, to jest ten moment, kiedy powinniśmy wyłączyć telewizory, a włączyć myślenie i zacząć logicznie myśleć. Wyciągać fakty i wnioski z tego, co przekazują wam ludzie, którzy stoją w prawdzie i chcą głosić prawdę – zaapelował.
Co by zrobił Kyle Rittenhouse, gdyby był Polakiem?
Kyle Rittenhouse to młodzieniec, który bohatersko bronił ulic swego rodzinnego miasta przed przestępczą falą rasistowskich zamieszek wywołanych przez neomarksistowski ruch Black Lives Matter (BLM). Sąd właśnie oczyścił go ze wszystkich zarzutów – postawionych wyłącznie z pobudek politycznych i ideologicznych. Czego uczy nas jego przypadek i co by było gdyby Kyle zrobił to samo w Polsce?
Kyle, 17-letni mieszkaniec Kenoshy w amerykańskim stanie Wisconsin, był jednym z tych, którzy odpowiedzieli na wezwanie lokalnych przedsiębiorców do sformowania obywatelskich patrolów i obrony mienia przed rabunkiem i wandalizmem ze strony watażków BLM. Wydarzenia miały miejsce w sierpniu ubiegłego roku. Chłopak, napadnięty przez członków lewicowej bojówki, otrzymał cios w głowę deskorolką, a następnie otoczony przez łobuzów, z których jeden mierzył do niego pistoletem, oddał kilka strzałów, zabijając dwóch rzezimieszków, a trzeciego raniąc.
W piątek doszło do rozprawy. Kyle powstał, aby wysłuchać werdyktu. W miarę jego wygłaszania, gdy okazywało się, że każdy z przysięgłych uznawał jego niewinność, na twarzy młodzieńca widać było najpierw drganie, potem grymas płaczu. A na końcu, gdy było już pewne, że orzeczenie jest jednomyślne, padł na stół trzymając się za serce. Było słychać głuchy huk, a następnie widzieliśmy już uniewinnionego w objęciach swojego adwokata. Przejmująca scena. I szczerze mówiąc trudno dziwić się takiej reakcji, gdy zważymy, że chłopcu dopiero co wkraczającemu w wiosnę życia groziło… dożywocie.
Nie ważne, że bandzior – ważne, że czarny
Kyle Rittenhouse był oskarżony o zabójstwo, nieumyślne zabójstwo oraz stworzenie zagrożenia dla bezpieczeństwa. Wszystkie te zarzuty odparła ława przysięgłych, która jednogłośnie ogłosiła go niewinnym.
Ale właściwie dlaczego Kyle chodził z bronią po ulicach Kenoshy? Na to pytanie lakonicznie i w punkt odpowiada konserwatywny dziennikarz stacji Fox News, Tucker Carlson. „Był tam, ponieważ latem 2020 roku przywództwo Partii Demokratycznej zaaprobowało gangsterską przemoc dla politycznych celów”. Znany komentator życia politycznego Ameryki zwraca uwagę, jaka presja musiała być wywierana na sędziach i jakiej odwagi wymagało podążanie za materiałem dowodowym i wydanie sprawiedliwego wyroku. „Jak się dziś okazało, jest to wciąż możliwe. Dzięki Bogu” – podsumowuje Karlson.
I jeszcze jedno. Dlaczego akurat w miejscowości Kenosha w stanie Wisconsin doszło do zamieszek, które skłoniły Kyle’a do patrolowania ulic? Rozzuchwalony dotychczasowym poparciem ze strony demokratycznego rządu przestępczy i rasistowski ruch Black Lives Matter wyległ na ulice po tym, jak biały policjant postrzelił czarnego zbira Jacoba Blake’a. Amerykańskiej lewicy nie przeszkadzał przy tym fakt, że mężczyzna był poszukiwany za przemoc domową i napaść na tle seksualnym, a w chwili zatrzymania próbował ukraść samochód, a interweniujących policjantów „przywitał” z nożem. Tak czy inaczej stał się nową ikoną BLM i sprowokował kolejną falę wandalizmu, rabunku i agresji na ulicach, a niektóre media mówiły wręcz o „zabójstwie czarnoskórego”, pomijając przy tym drobny fakt, że delikwent… przeżył.
Acha, byłbym zapomniał! Akurat w przypadku Kyle’a Rittenhouse’a mieliśmy dwóch zabitych członków neomarksistowskiego ruchu BLM oraz jednego rannego i – o ironio – żaden z nich… nie był czarny. Ale cóż to znaczy dla lewicy (która, jak wiadomo, z faktami się nie lubi)? Ważne, że walczyli po „dobrej” stronie, a Kyle, który bronił się przed ich agresją, i tak otrzymał łatkę „rasisty”.
Kyle w Ameryce
Nawet Joe Biden nie mógł pisnąć słówka przeciwko werdyktowi ławy przysięgłych. Wychodząc przed kamery, aby wydać oficjalne oświadczenie, zamiast wygłosić pean na cześć Black Lives Matter i potępić „biały ekstremizm”, przyznał tylko krótko: „Jestem za tym, co orzekł sąd. System sądownictwa działa i musimy tego przestrzegać”. Przed wyrokiem Biden, umizgując się do BLM, nie omieszkał określić Rittenhouse’a „białym suprematystą”, ale jednogłośne orzeczenie wymiaru sprawiedliwości nie zostawiło pola do ideologicznych wycieczek.
Z kolei reprezentant przeciwległego bieguna ideowego USA, były prezydent Donald Trump, pochwalił wyrok i ocenił, że sprawa była oczywista, a do rozprawy sądowej w ogóle nie powinno było dojść. I ten wątek warto podkreślić.
W Polsce praktycznie każde użycie broni palnej w obronie osobistej kończy się postępowaniem. W Ameryce – co zdaje się wyrażać opinia Trumpa i co potwierdza się w wielu podobnych sprawach, ale wolnych od wątku ideologicznego – istnieje dość powszechne przekonanie, że skoro mamy prawo się bronić, to nie musimy udowadniać przed sądem, że nie zrobiliśmy nic złego korzystając z tego prawa. Tak też brzmiały komentarze obrońców porządku prawnego, eksponowane na transparentach pod siedzibą sądu: „Obrona nie jest nielegalna”.
Co istotne, sąd pośrednio przyznał, że 17-letni chłopak miał prawo spacerować z długą, półautomatyczną bronią, załadowaną ostrą amunicją, aby sprawować obywatelski patrol i chronić mieszkańców przed agresją. I nie potrzebował do tego żadnego specjalnego upoważnienia władzy ani okazjonalnej gwiazdki od lokalnego szeryfa. Nie musiał udowadniać swoich kompetencji przed żadną urzędową komisją. Działał tylko i wyłącznie na bazie konstytucyjnej swobody, czyli II Poprawki, która gwarantuje prawo do posiadania i noszenia broni w celu ewentualnego wystąpienia przeciwko tyrańskiemu rządowi i w celu obrony własnej. Reszta – a więc imperatyw odpowiedzialności i kultury obchodzenia się z bronią – pozostaje po stronie obywatela i nie jest prewencyjnie kontrolowana przez państwo.
Dodajmy, że Kyle, o czym świadczą wywiady, jakich udzielił mediom, nie był bynajmniej jakimś psychopatycznym zabójcą, czy bezwzględnym samozwańczym tropicielem „lewicowych czarnuchów”. Jak przyznawał, sceny strzelaniny codziennie śniły mu się po nocach, a przez głowę przewijały się alternatywne scenariusze – gdyby to on padł ofiarą strzałów ze strony agresorów.
Kyle w Polsce
Przejdźmy do tytułowego pytania. Co by było, gdyby uniewinniony młodzieniec nie nazywał się Kyle Rittenhouse, tylko, dajmy na to, Marcin Żytomirski i nie mieszkałby w amerykańskim stanie Wisconsin, tylko w którymś z polskich miast? Jest to oczywiście pytanie prowokujące, bo wiadomo, że obie rzeczywistości są nie do porównania. Na naszych „czarnych marszach” zwolenniczek i zwolenników zabijania nienarodzonych dzieci w łonach matek nikt nie chodzi z bronią, ani nawet z deskorolką do bicia ideowych przeciwników. Niemniej, warto skorzystać z okazji do zastanowienia się nad prawem do obrony w Polsce.
Słowem kluczem jest tu obrona „konieczna”. To jedno słówko otwiera praktycznie nieograniczone możliwości manipulowania wymiarem sprawiedliwości na niekorzyść obywatela. Bo jak niby sprawiedliwie ocenić, czy obrona była konieczna, gdy ostatnie słowo należy do sędziego, a werdykt jest całkowicie uznaniowy? Jak można mówić o „przekroczeniu granic obrony koniecznej” i „zastosowaniu sposobu obrony niewspółmiernego do niebezpieczeństwa zamachu” (cytaty z art. 25 Kodeksu karnego), gdy będąc napadniętymi działamy w afekcie i mamy się bronić przede wszystkim – skutecznie?
Mało tego, polski Kodeks karny określa taką osobę (przekraczającą rzekomo „granice” obrony „koniecznej”)… „sprawcą”. Taka nomenklatura nie pozostawia żadnych wątpliwości, że w świetle prawa obowiązującego w naszym kraju, osoba, która podejmuje obronę z góry ustawiana jest potencjalnie na tym samym poziomie, co przestępca dokonujący napaści. Jeżeli sąd uzna, że dobraliśmy środki „niewspółmierne” do zagrożenia (a tak bywa traktowane użycie broni palnej), to z automatu z ofiar stajemy się „oprawcami” i jesteśmy sądzeni tak jakbyśmy to my popełnili jakieś przestępstwo, a nie bronili się przed atakiem bandyty!
W 2018 roku z inicjatywy Zbigniewa Ziobry wprowadzono nowelizację Kodeksu karnego, dzięki której do zapisów o tzw. obronie koniecznej dopisano, że nie „podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej, odpierając zamach polegający na wdarciu się do mieszkania, lokalu, domu albo na przylegający do nich ogrodzony teren lub odpierając zamach poprzedzony wdarciem się do tych miejsc, chyba że przekroczenie granic obrony koniecznej było rażące”. Krok w dobrą stronę, ponieważ przyznaje pewną nienaruszalność miru domowego, jednak nie zmienia to istoty rzeczy.
Reglamentowanie prawa do obrony przez rząd już trzy miesiące po wejściu w życie wspomnianej nowelizacji okazało się wadliwe. Doszło mianowicie do napadu na kantor. Jego właściciel otworzył ogień do złodziei, którzy odjeżdżali samochodem z ukradzioną sumą 100 tysięcy złotych. Okazało się, że nowy zapis nie obejmuje tej sytuacji, ponieważ ofiara napadu… przekroczyła próg napadniętego lokalu. Na szczęście sprawa zakończyła się umorzeniem, niemniej zrodziła pytania o jakość obecnych rozwiązań prawnych.
Tych pytań jest mnóstwo. Zadając je, miejmy w pamięci bohaterską postawę Kyle’a Rittenhouse’a i wyrok amerykańskiego sądu, ale przede wszystkim fakt, że do rozprawy doszło tylko i wyłącznie z powodów polityczny i ideologicznych. Co do zasady sprawa była z góry przesądzona, a w normalnym systemie prawnym (jaki mimo wszystko wciąż istnieje w Stanach i jest przykładem dla reszty świata) prokuratura nie zajmuje się przypadkami odparcia napaści, niezależnie od tego czy napastnik wyląduje na wózku inwalidzkim czy w grobie.
Zakażenia kowidowe są faktem, są niebezpieczne, a to dlatego, że zamiast stosować skuteczne leki, wciska się nam nieskuteczne „szczepionki” i zwalcza leczenie.
O tym, że te „szczepionki” są nic nie warte i że absurdem jest podawanie po raz trzeci czy czwarty czegoś, co nie pomogło, nie pomoże, a może tylko zaszkodzić, mówi się i pisze już nawet nie tylko w kręgach informujących poza zasięgiem cenzury.
Rosnąca ilość zakażeń koronawirusem to jednak woda na młyn mafii szczepionkowej kosztem tych, którzy chorują i umierają ponieważ nie mają dostępu do skutecznego leczenia.
W tej sytuacji zadaniem niezależnych mediów powinno być informowanie jak społeczeństwo powinno przygotować się do samoobrony przed zakażeniami i mieć w domowym zapasie skuteczne leki. W tym kierunku powinna iść uczciwa narracja poza zasięgiem cenzury. Tu są jednak olbrzymie braki!
Znane są trzy sprawdzone i stosowane od dziesięcioleci leki, które wzięte wcześnie, zaraz po wystąpieniu podejrzanych objawów, skutecznie leczą zakażenia koronawirusem i zapobiegają ciężkiemu przebiegowi choroby.
Są to: -Amantadyna -Iwermektyna -Hydroxychlorochina
Nie wiem, który z tych leków jest najbardziej skuteczny przy zakażeniu koronawirusem, ale bez wątpienia skuteczne są wszystkie trzy.
Ponieważ wszystkie są skuteczne, utrudnia się dostęp do nich, dostęp do informacji i straszy niebezpiecznymi działaniami ubocznymi. Przezwyciężyć należy zatem:
– ograniczoną dostępność – obawę przed szkodliwym działaniem ubocznym – brak szeroko rozpowszechnionej informacji
Ograniczoną dostępność można przezwyciężyć stosunkowo łatwo jeśli się poprosi lekarza o przepisanie w celu leczenia choroby, na jaką te leki są oficjalnie przeznaczone albo przez zakup w aptece internetowej. Trudniej jest przezwyciężyć osobiste lenistwo każdego, kto waha się podjąć taki krok, aby się zaopatrzyć. Najlepiej niech jedna osoba kupi większą ilość i zaopatrzy rodzinę i znajomych.
Obawę przed działaniami ubocznymi można przezwyciężyć jeśli niezależne kręgi informacyjne będą skutecznie operować argumentem, że wystąpienie działań ubocznych przy dawkowaniu zgodnie z zaleceniami w ulotkach i tylko przez kilka dni, jest bardzo mało prawdopodobne i nie są one groźne. W tym miejscu należy podkreślić, że straszenie działaniami ubocznymi tych skutecznych leków jest podstawowym orężem, jakim posługuje się mafia szczepionkowa publikując na ten temat cały szereg „fake news”.
Najważniejsze jest jednak rozpowszechnianie informacji o skuteczności tych leków w leczeniu zakażeń koronawirusem i zapobieganiu ich śmiertelnym skutkom. Dlatego apeluję do wszystkich operujących poza zasięgiem cenzury, aby połączyli siły i publikowali tę tak istotną dla naszego zdrowia informację!!!
Mało dadzą demonstracje przeciwko lockdownom. Więcej dadzą demonstracje z transparentami domagającymi się amantadyny w każdym domu!
Należy ponadto jeszcze zwrócić uwagę ludności na fakt, że wzrost zakażeń wirusowych ogólnie następuje w okresie, gdy brakuje światła słonecznego, które po pierwsze zabija zarazki promieniami ultrafioletowymi, a po drugie umożliwia organizmowi produkować witaminę D, która chroni przed zakażeniami.
Dlatego każdy powinien brać codziennie zapobiegawczo:
– witaminę D – witaminę C (1-3g dziennie) – cynk zaś przy wystąpieniu podejrzanych objawów amantadynę, iwermektynę lub hydroxychlorochinę w dawkach zalecanych w ulotkach przez kilka dni.
Oto kilka wskazówek dotyczących tych skutecznych leków na kowida:
1. Amantadyna.
Dopuszczona do obrotu jako lek na grypę oraz na chorobę Parkinsona. Prawdopodobnie najbardziej skuteczna przy najmniejszym ryzyku działań ubocznych. Skuteczne leczenie zakażeń kowidowych przez doktora Bodnara z Przemyśla:
z dużym wysiłkiem zwalczane przez reżym pisowski, zamykający usta wielu dziennikarzom, m.innymi Janowi Pospieszalskiemu wyrzuconemu z telewizji reżymowej za krytykowanie rządowej polityki zdrowotnej.
ale brakuje wezwania społeczeństwa do zignorowania tych debat i zaopatrzenia się w amantadynę poza zasięgiem cenzury i zakazów ze strony Ministerstwa Zdrowia (Choroby?). Brakuje również dostatecznej informacji o skuteczności amantadyny poza Polską. Zagraniczne wolne media (prawie) nic nie publikują mimo wezwań. Uważam to za lekceważenie osiągnięć polskiej medycyny.
2. Iwermektyna.
Stosowana głównie w leczeniu chorób pasożytniczych i trądziku różowatego.
Kilka miesięcy temu w Japonii nastąpiło to, co potrzebne jest i u nas.
Społeczeństwo zostało zaopatrzone w lek, dzięki czemu „plandemia” została skutecznie zwalczona w ciągu miesiąca:
Oficjalne publikacje japońskie pokazują obecnie około 100 zakażeń dziennie: https://mainichi.jp/english/covid19 Tak może też być za miesiąc u nas.
Pytanie tylko kto jest w stanie przezwyciężyć mafię i wreszcie podjąć leczenia zakażeń kowidowych. Czy jest taka partia?
W Austrii przynajmniej podjęła tę próbę partia Wolnościowców (FPÖ): https://dakowski.pl/?p=315
Niestety odpowiedzią rządzącej faszystowskiej mafii szczepionkowej była zapowiedź przymusowych szczepień i ogłoszenie trzytygodniowego lockdownu.
3. Hydroxychlorochina.
Jest używana w leczeniu malarii oraz reumatoidalnego zapalenia stawów.
Skuteczność w leczeniu zakażeń kowidowych została dość szybko odkryta w USA i natychmiast zaczęto prześladować lekarzy, którzy środek ten zastosowali.
Przypuszczalnie masowe stosowanie hydroxychlorochiny przeciwko malarii w Afryce może być wyjaśnieniem rzadkiego występowania tam ciężkich przypadków kowidowych. Brakuje jednak na ten temat jednoznacznych informacji.