Gotówka oddziałuje stabilizująco na decyzje ludzi.

Tak gotówka oddziałuje na ludzi. Naukowcy nie mają złudzeń. „Warto pamiętać o lekcjach, jakie daje”

18.11.2024 nczas/tak-gotowka-oddzialuje-na-ludzi

Pieniądze
Pieniądze. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Fizyczna obecność pieniędzy nie tylko wpływa na wydatki, ale powoduje powstanie silnego odczucia posiadania. To wynik badania przeprowadzonego w dwóch różnych kulturach i okresach.

Posługiwanie się gotówką nie tylko wpływa na to, ile się wydaje, ale także wzmacnia głębokie poczucie własności, którego płatności cyfrowe nie są w stanie odtworzyć – wskazuje badanie przeprowadzone na University of Surrey (Wielka Brytania).

Sugeruje ono, że utrzymanie gotówki może być kluczowe dla zachowania umiaru w wydatkach.

– Namacalna natura gotówki – jej zapach, dotyk i akt liczenia – tworzy emocjonalne połączenie, którego brakuje płatnościom cyfrowym. Kiedy posługujemy się gotówką, nie tylko wydajemy pieniądze. Rozstajemy się też z częścią siebie – podkreśla prof. Jashim Khan, autor pracy opublikowanej w piśmie „Qualitative Market Research”.

Jego zespół przeprowadził badania w dwóch różnych kulturach i w różnych okresach – w Nowej Zelandii w 2013 roku oraz w Chinach w roku 2023.

W ankietach naukowcy zebrali bogate, szczegółowe dane na temat związanych z gotówką i bezgotówkowymi metodami płatności doświadczeń konsumentów.

Uczestników poproszono m.in. o opisanie swoich odczuć i zachowań związanych z używaniem różnych form płatności.

Badania wykazały po pierwsze, że gotówka zwiększa świadomość wydatków, podczas gdy karty i aplikacje często prowadzą do oderwania od poczucia wartości wydawanych pieniędzy.

Na przykład w Chinach 50 proc. wszystkich transakcji odbywa się za pośrednictwem płatności w aplikacjach i uczestnicy badania wykazywali osłabione poczucie kontroli nad swoimi finansami.

Jeden z uczestników zauważył: „Cyfrowe pieniądze nie sprawiają wrażenia, jakby wydawało się własne zasoby; nie ma poczucia posiadania pieniędzy. Gotówka to co innego – zawsze czujesz, że ilość twoich pieniędzy się zmniejsza, gdy je wydajesz”.

To odczucie pojawiło się u badanych z obu krajów, podkreślając emocjonalny ciężar, jaki niesie ze sobą gotówka w porównaniu z jej cyfrowymi odpowiednikami.

Ankiety wykazały również, że choć ludzie są zadowoleni i mają poczucie bezpieczeństwa korzystając z aplikacji płatniczych, to zmagają się z poczuciem straty podczas rozstawania się z gotówką.

Reakcje emocjonalne pojawiające się w odpowiedzi na transakcje gotówkowe obejmują smutek i poczucie winy, co odzwierciedla głębsze psychologiczne powiązanie z fizycznym pieniądzem.

Z kolei łatwość płatności cyfrowych często prowadzi do bezmyślnego wydawania pieniędzy, ponieważ namacalna natura gotówki zostaje zastąpiona abstrakcyjnymi liczbami na ekranie.

– Nasze badania pokazują, że gotówka to nie tylko pieniądze – to sposób na utrzymanie więzi z zasobami, które wydajemy. Trzymanie gotówki w rękach przypomina nam o jej wartości, o czym w przypadku płatności cyfrowych łatwo jest zapomnieć. W miarę gdy coraz częściej korzystamy z metod bezgotówkowych, warto pamiętać o lekcjach, jakie daje gotówka w zakresie mądrego wydawania pieniędzy – mówi prof. Khan.

– Nie twierdzimy, że gotówka jest przestarzała. Wręcz przeciwnie, ponownie zastanawiamy się nad tym, jak postrzegamy pieniądze i zarządzamy nimi w zmieniającym się świecie. Przejście do społeczeństwa bezgotówkowego oznacza, że musimy zrozumieć, jak różne metody płatności wpływają na nas nie tylko finansowo, ale i emocjonalnie. Ta wiedza może pomóc nam podejmować lepsze decyzje finansowe w świecie, w którym pieniądze często wydają się niewidzialne – podkreśla ekspert.

Połykanie własnego języka i postkolonialne kompleksy, czyli krajowe echa wygranej Trumpa

Połykanie własnego języka i postkolonialne kompleksy, czyli krajowe echa wygranej Trumpa

18.11.2024 Radosław Piwowarczyk https://nczas.info/2024/11/18/polykanie-wlasnego-jezyka-i-postkolonialne-kompleksy-czyli-krajowe-echa-wygranej-trumpa/

Spodziewany wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i przytłaczające zwycięstwo Donalda Trumpa wywołały reakcje zarówno ze strony naszych umiłowanych przywódców, jak i aktualnych niezłomnych opozycjonistów, które dobitnie potwierdziły, iż nazywanie naszego kraju urokliwym bantustanem jest uzasadnione. Osoby piastujące najważniejsze urzędy w państwie musiały połknąć własny język, a politycy często niesłusznie kojarzeni z prawicą wykazali się postkolonialnym kompleksem, udowadniając, że znacznie bliżej niż do poważnych mężów stanu jest im do chłopców w przykrótkich spodenkach.

Wynik listopadowej elekcji za wielką wodą oraz niechybny powrót byłego prezydenta do Białego Domu może mieć szczególne znaczenie dla pogrążonej w wojnie Ukrainy. Do objęcia urzędu prezydenta przez Trumpa pozostały jeszcze dwa miesiące, lecz elekt już podjął wysiłki, które mogą mu pozwolić na spełnienie wyborczej obietnicy zakończenia konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w zaledwie dobę. Kilka dni po wiktorii Trump miał rozmawiać z prezydentem Rosji Włodzimierzem Putinem i według zdementowanych doniesień dał mu dobrą radę, by nie eskalował sytuacji na Ukrainie.

Do nowej rzeczywistości chyżo dostosował się niemiecki kanclerz Olaf Scholz, który ogłosił, że „planuje porozmawiać we właściwym czasie z prezydentem Rosji”. Z kolei ukraiński przywódca Włodzimierz Zełeński zaczął nieśmiało mówić o pokoju i zaapelował o wzmocnienie wysiłków dyplomatycznych. Cienia refleksji nie widać jedynie wśród rządzących naszym zadłużonym krajem, czego przejawem była deklaracja wiceministra Andrzeja Szejny. Wiceszef resortu spraw zagranicznych – w imieniu podatników, których pieniędzmi zarządza – ogłosił, że jeśli idzie o wsparcie Ukrainy, to „jesteśmy gotowi przejąć dużą część kosztów”.

W tej sytuacji nietrudno odnieść wrażenie, że polscy dygnitarze pozostali z polityką względem Ukrainy, jak niegdyś Jan Himilsbach z angielskim.

Połykanie własnego języka

W podobnym położeniu znalazł się zresztą cały obóz centrolewicy sympatyzujący w ostatnich miesiącach jednoznacznie z wiceprezydent Kamalą Harris. Ze swą kampanijną wypowiedzią musiał się zmierzyć premier Donald Tusk, który zdaniem złośliwców zmuszony do mówienia prawdy odczuwa pieczenie języka. W 2023 roku lider Koalicji Obywatelskiej bez cienia wątpliwości orzekł, iż zależność ówczesnego kandydata partii Republikańskiej „od rosyjskich służb dzisiaj już nie podlega dyskusji”, a nawet spekulował, że ów „został wręcz zwerbowany przez rosyjskie służby”. Zapytany o tamte słowa przez dziennikarkę „Tygodnika Solidarność” Monikę Rutkę, szef rządu warszawskiego począł rżnąć głupa i wszystkiego się wyparł, twierdząc przy tym, że „tego typu sugestii nigdy nie wygłaszał”. Rutke przekazała, że po zadaniu niewygodnego pytania miała usłyszeć, iż nie będzie więcej zapraszana na konferencje do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Z oficjalnego stanowiska KPRM wynika jednak, że dziennikarka „będzie nadal miała możliwość uczestnictwa w wydarzeniach prasowych organizowanych przez Centrum Informacyjne Rządu”.

Jeszcze trudniejszy los, niż jego przełożonego, spotkał szefa MSZ Radosława Sikorskiego, którego żona Anne Applebaum przed wyborami opublikowała na łamach amerykańskiej prasy tekst, przekonując, iż Trump nie jest tak zły, jak się wydaje, ale jest znacznie gorszy. W magazynie „The Atlantic” Applebaum ogłosiła, że „Trump mówi jak Hitler, Stalin i Mussolini”, co wywołało rozbawienie mającego obecnie dobre dojście do ucha prezydenta elekta Elona Muska. Zagadnięty w mediach reżymowych o małżonkę, Sikorski zapytał redaktor Justynę Dobrosz-Oracz, czy aby przypadkiem „nie uważa, że żona jest przedłużeniem męża?” i zadeklarował, że jego żona „w przeszłości głosowała też na Republikanów”. Z szefem polskiej dyplomacji nie patyczkowali się Internauci i szybko stworzyli serię memów, na których ten pytany o nazwisko Applebaum odpowiada, że nikogo takiego nie zna. Okazało się zresztą, że Sikorski nie tylko nie czuje przywiązania do poglądów żony, ale sam w przeszłości „wielokrotnie chwalił prezydenta Trumpa”. Można mieć obawy, że nie tylko w związku z zajmowanym stanowiskiem, ale też ze startem ministra w prawyborach prezydenckich KO, serwilizm dyplomaty wobec nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych dopiero się rozkręca.

Postkolonialne kompleksy

Wydaje się, że lokajskiego podejścia szef MSZ mógłby się uczyć od posłów Prawa i Sprawiedliwości, którzy bez zbędnego rozstrzygania, czy coś jest słuszne i mądre, próbują w każdej dziedzinie zostać przodownikami. Były minister Mariusz Błaszczak jeszcze przed wyborami ogłosił, że jeśli kandydat Republikanów pokona wiceprezydent, to wówczas premier Tusk powinien podać się do dymisji. Kiedy postawiony warunek został spełniony, politycy PiS-u wystąpili na konferencji prasowej, wzywając szefa rządu warszawskiego do ustąpienia i przypomnieli, że „z ust polityków koalicji 13 grudnia padało wiele kontrowersyjnych, szokujących, a wręcz skandalicznych słów pod adresem” prezydenta elekta.

Trudno o lepszy przykład chorej postkolonialnej mentalności, niż występowanie z apelem o zmianę władz z powodu wyników wyborów w innym państwie, niezależnie od tego, jak krytycznie ocenialibyśmy rządzących obecnie naszym urokliwym bantustanem. W międzyczasie posłowie zgnębionej opozycji, chcąc zapewne odpowiednio urządzić się w nowych warunkach, podczas posiedzenia Sejmu wstali ze swych miejsc i gromko skandowali nazwisko nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, na tyle głośno, aby ich okrzyki były słyszalne w Waszyngtonie, składając w ten sposób świeżo upieczonemu zwycięzcy swoisty hołd lenny.

Oprócz czołobitności przed przywódcą innego państwa, przedstawiciele do niedawna rządzącej formacji wykazali się też kompletnym niezrozumieniem interesu narodowego i po raz kolejny przenieśli krajową walkę partyjną za granicę, ośmieszając tym samym nasz i tak niecieszący się szczególnym poszanowaniem kraj. Europoseł PiS Dominik Tarczyński z radością poinformował, że do sztabu Trumpa trafiły nieprzychylne mu wpisy i wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej, przez co „współpraca będzie bardzo trudna”. Co ciekawe, na podobnym stanowisku, jak politycy neo-sanacyjnego ugrupowania, stanął poseł Konfederacji Konrad Berkowicz, pisząc w swych mediach społecznościowych, że „do Trumpa dotarły wpisy Sikorskiego i Tuska na jego temat”, wobec czego amerykańska administracja – przypuszczalnie ta, której jeszcze nie ma – pisze, iż „współpraca będzie trudna”, w związku z czym „czas najwyższy zgłosić wotum nieufności wobec rządu i tak jak Niemcy, rozpisać nowe wybory”. Intelektualne oraz moralne ubóstwo zaprezentowane w obliczu wyborów w USA przez przedstawicieli partii uważanych za prawicowe dobitnie podsumowuje to, iż większym rozsądkiem wykazali się chociażby poseł KO Roman Giertych, zwracając uwagę Berkowiczowi, że ten ślubował jako poseł „wierność Rzeczpospolitej Polskiej” i apelując, by „nie zachowywał jak płaszczący się carski rab!” oraz przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa Piotr Szumlewicz, przypominając, że „Polska nie jest kolonią USA”.

„Cała naprzód na korwinizm”

Wyniki wyborów w USA, wbrew oczekiwaniom opozycji przebierającej nogami, by dorwać się do koryta, nie doprowadzą do przedterminowych wyborów parlamentarnych, ale już odcisnęły swoje piętno na wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. Były minister Przemysław Czarnek, mający podobno największe szanse na nominację na kandydata PiS-u, zapytany na antenie Polsat News o to, czy czuje się „polskim Trumpem”, zwrócił uwagę na to, że nawet ubrał się podobnie i dodał, że „tak się złożyło”. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, chętnych do ogrzania się w blasku zwycięzcy nie brakuje. Marek Jakubiak, wybrany z list PiS-u poseł koła Wolni Republikanie, swój start w wyborach prezydenckich ogłosił już wcześniej, a po zwycięstwie kandydata Republikanów przekazał, iż „widzi w swojej roli w tych wyborach rolę polskiego Trumpa”, przekonując przy okazji, że ma więcej wspólnego z prezydentem elektem, niż Czarnek.

Niektórzy „polskiego Trumpa” upatrują gdzie indziej, przypinając taką łatkę kandydatowi Konfederacji Sławomirowi Mentzenowi. Prezes Nowej Nadziei sam takiego określenia nie używa, ale trudno nie zauważyć, że w prowadzonej pre-kampanii inspiruje się politykiem. Tuż po amerykańskich wyborach Mentzen wypuścił spot, w którym, nawiązując bezpośrednio do zwycięstwa Trumpa, spróbował przenieść to, co udało się za wielką wodą na krajowe podwórko. Inspiracji w sukcesie prezydenta elekta chce upatrywać także kandydat na kandydata KO Rafał Trzaskowski. Prezydent Warszawy, zawsze gotów powiedzieć to, co przyniesie mu polityczną korzyść, zachęcał działaczy i sympatyków swej partii, by byli „jak jedna pięść, dokładnie tak jak Trump w wyborach prezydenckich”. Zdaje się jednak, iż od tego, który z kandydatów miałby okazać się „polskim Trumpem”, ważniejsze będzie, kto zostanie polskim Muskiem, przed którego „rwaniem się do władzy” ostrzegł lewicowy portal „Gazeta.pl”, trwożąc się, iż USA padła komenda „cała naprzód na korwinizm”.

ODDZIELIŁO SIĘ ŚWIATŁO OD CIEMNOŚCI

ODDZIELIŁO SIĘ ŚWIATŁO OD CIEMNOŚCI

Musimy pamiętać o tym, że podstawowym zadaniem amerykańskiego prezydenta jest dbałość o interesy USA, a nie państw obcych. Dla nas wskazówką polityki nowej administracji wobec Polski będzie z pewnością osoba wysłana do nas w charakterze ambasadora. Ta pierwsza, personalna decyzja, wskaże nam, czego w najbliższym czasie możemy oczekiwać od naszego sojusznika.

Sławomir M. Kozak https://gf24.pl/41437/oddzielilo-sie-swiatlo-od-ciemnosci/

To, że Donald Trump wygra, było prawie pewne dla wielu analityków na długo przed wyborami. Ci bardziej krytyczni byli przekonani o tym od dnia, w którym pretendent do fotela prezydenckiego odwiedził grób wielce zasłużonego rabina. Można by uznać to za żart, ale jedna z izraelskich gazet potraktowała to całkiem poważnie, umieszczając nazajutrz fotografię kandydata opatrzoną tytułem „Prezydent Trump”.

Prawda jest jednak taka, że tego wyboru dokonali zwykli Amerykanie, mający dosyć eksperymentowania na ich dorobku i wartościach, które przejęli od Ojców Założycieli. Oczywiście ci, w których żyłach płynie rzekomo błękitna krew, czyli demokraci, pogardzali owymi redneckami – jak amerykańskich farmerów zwykli drwiąco nazywać – ale to właśnie te czerwone, spalone słońcem od pracy na roli karki pokazały siłę Ameryki. Wystarczy spojrzeć na mapę rozkładu głosów w poszczególnych hrabstwach, która była w zasadzie w pełni czerwona, z niewielkimi wypryskami niebieskich kropek w rejonach największych metropolii. Ameryka okazała się tego dnia republiką. Rzeczą publiczną!

Powodów wygranej było wiele. W całkiem dużej mierze w osiągnięciu republikanom tego wyniku wydatnie i z dużym zacięciem pomagali sami demokraci. W zasadzie cała kadencja Joe Bidena była równią pochyłą prowadzącą do nieuniknionej porażki. Ludzie mieszkający w USA od pierwszych chwil jej trwania doznawali wstrząsów i upokorzeń, które były obce ich wizji Ameryki. Począwszy od wydarzeń na Kapitolu 6 stycznia 2020 r., poprzez szaleństwo burzenia pomników postaci historycznych w wydaniu bojówkarzy Black Lives Matter, przy jednoczesnym wynoszeniu na nie dewiantów seksualnych, powszechny zalew ideologii gender, po otwarcie granic dla imigrantów i płynących równie szeroką strugą narkotyków o niespotykanej wcześniej sile i stopniu uzależniania. Amerykanie widzieli, jak piękne dotąd miasta zamieniają się w slumsy, siedliska bezdomnych i pospolitych przestępców. Na skutek antyludzkiej polityki DEI tracili w przyspieszonym tempie miejsca pracy, zajmowane przez ludzi bez zawodowego przygotowania, a często najbardziej podstawowych umiejętności, których jedyną do nich przepustką był kolor skóry lub orientacja seksualna. Byli wreszcie świadkami dwóch zamachów na byłego prezydenta i kandydata na ten urząd – jeśli nawet nie większości, to sporej części społeczeństwa. Oglądali głupawe nawoływania celebrytów, dowiadywali się o ich uzależnieniach i powiązaniach ze światem przestępczym.

Amerykanie zrozumieli, że te wybory są być może ostatnią szansą na powstrzymanie upadku ich już nie tylko wywalczonych przez poprzednie pokolenia przywilejów, ale kraju jako takiego. Same wybory były kontynuacją tego zawłaszczania Ameryki przez ludzi, którzy do tego doprowadzili. Podejmowano próby fałszerstw w lokalach wyborczych, w 10 stanach dopuszczono do nich osoby, od których nie wymagano żadnego dowodu tożsamości, hakowano elektronikę urządzeń liczących głosy. Ale determinacja ludzi żądnych zmiany była tak ogromna, że przeciwnicy nie posunęli się do zakłamania rzeczywistości. W noc wyborczą cały świat zamarł, bo do ostatnich chwil nie wierzył w to, że jest jeszcze możliwa wygrana dobra nad siłami zła. Prawdopodobnie Amerykanom zazdroszczą dziś mieszkańcy wielu państw.

Znacznie ważniejsze wydają się jednak obecnie te wyzwania, które stoją przed nową administracją. Bardzo trudny i wymagający będzie okres przejściowy, podczas którego wiele się może zdarzyć. By spełnić wyborcze obietnice, Donald Trump będzie musiał solidnie zająć się własnym podwórkiem. Myślę, że duże oczekiwania społeczne dotyczą w tej chwili naprawienia wyrządzonych przez administrację Bidena szkód. Są wśród nich żądania uwolnienia ludzi odsiadujących wyroki za udział w niesławnym marszu na Kapitol z 2020 r. Wraz z Edwardem Snowdenem, którego sprawę też powinno się definitywnie wyjaśnić, jest to 16 osób określanych mianem więźniów politycznych. Amerykanie chcą także rozliczenia ludzi odpowiedzialnych za fałszerstwa wyborcze – począwszy od tych z 2016 r., a na tegorocznych kończąc. Niezbędne będą radykalne zmiany, które uniemożliwią manipulowanie przy kolejnych wyborach. Amerykańscy obywatele domagają się rozliczenia biurokratów zarówno z Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), jak i pozostałych agencji Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej mających wpływ na ich zdrowie oraz życie w ciągu ostatnich kilku lat. Już mamy zapewnienia, że Robert Kennedy Jr. ma się zająć oczyszczaniem złogów pośród tych właśnie urzędów. Głośne są wezwania do wyjaśnienia wszelkich nieprawidłowości związanych z niedawną pandemią. Poważnym wyzwaniem dla nowych władz będzie kwestia deportacji nielegalnych imigrantów i skuteczne powstrzymanie napływu kolejnych. Donald Trump i jego współpracownicy, pośród których – miejmy nadzieję – nie będzie skompromitowanych osób z czasów pierwszej kadencji, będą mieli naprawdę mnóstwo pracy, choćby tylko u siebie.

Tymczasem na naszych oczach dwa największe organizmy pozostające przez lata na marginesie – Chiny i Indie – odżywają. Poza wszystkim innym są to dwa najliczebniejsze kraje świata o prastarych kulturach, które właśnie podnoszą się z kolan po latach milczenia. Same Chiny mają dziś ponad 100 marek motoryzacyjnych specjalizujących się w napędach elektrycznych. Elon Musk, właściciel firmy Tesla, kupuje baterie do swoich samochodów w Szanghaju. Te państwa przodują w najnowocześniejszych technologiach, jak techniki algorytmów generatywnych, czyli tzw. sztucznej inteligencji, czy przemysł kosmiczny, wyprzedzając USA o całe lata, o Europie, która weszła w samobójczy Zielony Ład, nawet nie wspominając.

Tydzień przed niedawnym kongresem BRICS w Islamabadzie odbył się szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy1, do której kilka miesięcy wcześniej dołączył Iran. Przewodnictwo na dwa najbliższe lata objęły w niej Chiny. Jednym z głównych tematów spotkania było zacieśnianie współpracy w zakresie inicjatywy Jednego pasa, jednej drogi (BRI2) z członkami Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU3), ale omawiano też szczegółowo realizację gigantycznej koncepcji tzw. szlaku stepowego w Mongolii, mającej zamknąć się kwotą 50 mld dol.

W przeddzień październikowego szczytu BRICS w Kazaniu chiński przywódca spotkał się z naukowcami jednego z tokamaków4 pracującymi nad najnowszymi rozwiązaniami dla energetyki, czyli fuzją termojądrową, przechodzącą z okresu eksperymentów w tryb produkcyjny. To prawdziwy przełom, który może przewartościować dotychczasowe pojęcie zapewniania energii w skali świata. Pozycja wielu państw zależnych głównie od ich zasobów naturalnych może się w nadchodzących latach diametralnie zmienić. Współczesna gospodarka i handel już przesunęły się na południe, pozostawiając Zachód daleko w tyle. To tzw. power shift, czyli przesunięcie w region Pacyfiku wpływów – z rejonów ustalonych po II wojnie światowej na atlantyckie.

W dniach 13-15 listopada gospodarzem spotkania Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC5) jest Peru. Organizacja liczy 21 państw. Jej główne cele to współpraca technologiczna i dążenie do ścisłej integracji gospodarczej. Najprawdopodobniej głównym motywem listopadowego mityngu pozostanie chęć nawiązania bliższych relacji z krajami członkowskimi BRICS+. Już w marcu 2025 r. doroczne spotkanie APEC odbędzie się w amerykańskiej Atlancie!

Polacy – pozostający w swoistej bańce medialnej cenzury – nie mają o tym w ogóle pojęcia. To proces, który można porównać do przeobrażeń z czasów kongresu wiedeńskiego, kiedy naszego państwa w ogóle nie było na mapie, choć współczesnym Polakom wydaje się, że Polska istnieje od zawsze, a minęły zaledwie dwa wieki. Dziś podobnie przesuwają się w sposób dla nas niewidoczny tektoniczne płyty globalnej polityki. To może być dla nas – tak jak wówczas – najważniejszy moment historii współczesnej.

Obserwują to przywódcy wszystkich krajów – poza Polską niestety. Od wielu miesięcy szukają dla siebie miejsca w nowym układzie globalnym. Wskazują na to choćby relacje z BRICS takich państw, jak Turcja, Węgry czy Serbia. Ich przywódcy nie zapomnieli o inicjatywie ruchu państw niezaangażowanych6, pośród których były nie tylko Egipt, Indonezja czy istniejąca jeszcze wówczas nierozbita w bandycki sposób Jugosławia. Dziś, od stycznia tego roku, tzw. BRICS+, to właśnie ambicje zjednoczeniowe w nowym układzie gospodarczym zarówno Indonezji, jak i Tajlandii.

A przecież w ogóle dla nas niezrozumiały i nieistniejący rejon afrykański również nie jest białą plamą. Z woli Indii dołączono Unię Afrykańską do strefy wpływu BRICS w 2023 r. Ta Unia należy do ONZ, Światowej Organizacji Handlu, ma przedstawicieli w Unii Europejskiej i należy do G20. Zrzesza 55 państw i ma charakter zarówno gospodarczy, jak i polityczny oraz wojskowy! Ten ogromny potencjał zagospodarowują Chiny w ramach FOCAC7, czyli forum współpracy chińsko-afrykańskiej. Chiny wprost traktują tę inicjatywę jako element swojej koncepcji jednego pasa i jednej drogi. Udzielają krajom afrykańskim pożyczek, dotacji i kredytów eksportowych. Ja uważam Indie za byłą kolonię brytyjską o utrwalonych z imperium relacjach, za konia trojańskiego porozumienia BRICS, ale to moje prywatne spostrzeżenie, zapewne bez wpływu na historię najbliższych lat i rozwój koncepcji globalnego Południa. Kwestia najdłuższego na świecie sporu granicznego zostanie jednak z pewnością w przyszłości uruchomiona i wykorzystana przez dzisiejszych planistów politycznego kształtu globu. Przeciętny telewidz i słuchacz rządowych publikatorów w Polsce nie ma w ogromnej większości najmniejszego nawet pojęcia o tych przedsięwzięciach.

Pozostajemy na dalekich tyłach, licząc na opiekuńczą rękę Donalda Trumpa. A nie wolno nam jego wygranej rozpatrywać łatwowiernie, z nadzieją, że i nasz umęczony kraj zmieni się w związku z nią w krainę mlekiem i miodem płynącą. Tak się oczywiście nie stanie, przynajmniej nie z dnia na dzień ani nawet z miesiąca na miesiąc. Musimy pamiętać o tym, że podstawowym zadaniem amerykańskiego prezydenta, ktokolwiek nim pozostaje, jest dbałość o interesy USA, a nie państw obcych. Dla nas wskazówką polityki nowej administracji wobec Polski będzie z pewnością osoba wysłana do nas w charakterze ambasadora. Ta pierwsza personalna decyzja wskaże nam, czego w najbliższym czasie możemy oczekiwać od naszego sojusznika.

Niemniej jednak istnieje dla Polski szansa na zmianę postrzegania naszej pozycji w układzie międzynarodowym. Być może będzie to szansa ostatnia w perspektywie długich lat. Powinniśmy ją bezwzględnie wykorzystać, nie bacząc na interesy obcych i prywatne walki wewnątrz-frakcyjne. Mam nadal resztki wiary w to, że być może amerykańskie wybory oddzieliły właśnie światło od ciemności i również pod polskie strzechy trafi przez to promyk nadziei.

1https://pl.wikipedia.org/wiki/Szanghajska_Organizacja_Współpracy

2https://pl.wikipedia.org/wiki/Jeden_pas_i_jedna_droga

3https://pl.wikipedia.org/wiki/Euroazjatycka_Unia_Gospodarcza

4https://pl.wikipedia.org/wiki/Tokamak

5https://pl.wikipedia.org/wiki/APEC

6https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_Państw_Niezaangażowanych

7https ://en.wikipedia.org/wiki/Forum_on_China–Africa_Cooperation

Redakcja

Wybory USA: To historyczna katastrofa o biblijnych rozmiarach. Partia Demokratyczna, taka jaka jest, jest martwa.

Wybory 2024: Nie chodziło o gospodarkę, ale o coś o wiele głębszego

by John Horvat II November 15, 2024 2024-wybory-to-nie-byla-gospodarka

2024 Election: It Was Not the Economy but Something Far More Profound
2024 Election: It Was Not the Economy but Something Far More Profound

Kurz po listopadowych wyborach już opadł , dzięki czemu łatwiej jest zobaczyć, co się wydarzyło.

Not everyone realizes just how much the elections changed the American political scene. The Democrats will try to minimize the damage with blame sessions, soul-searching and finger-pointing as they look for scapegoats. However, the loss cannot be reduced to persons or even specific policies. The election represented a historic shift.

To nie była gospodarka

Pierwszy wniosek jest taki, że porażka nie dotyczyła jedynie gospodarki . Amerykanie przyzwyczaili się myśleć o wyborach w kategoriach portfela. Typowa odpowiedź na każdą porażkę wyborczą to znany refren: To gospodarka, głupcze!

Jednak te wybory są inne. Choć wybory miały wymiar ekonomiczny, nie dotyczyły gospodarki. Główne kwestie krążyły wokół zapalnego programu lewicy. Wyborcy odrzucili wokizm, socjalistyczną politykę ekonomiczną , która wywołała inflację, masową nielegalną imigrację, transpłciowość i oderwanie Partii Demokratycznej od tego, co dzieje się w społeczeństwie.

Wielkie niezadowolenie : Dość już tego

Wybory wskazały na wielkie niezadowolenie z kierunku, w jakim podąża Ameryka. To niezadowolenie zostało spotęgowane przez urazę, jaką typowi Amerykanie odczuwają wobec programu, który jest im narzucany. Nie był to głos na prezydenta-elekta Donalda Trumpa, lecz protest przeciwko temu, co reprezentowała jego opozycja.

Bystry francuski polityk, Hubert Védrine, nazwał wyniki „potężną, popularną falą w najszerszym sensie, ludzi, którzy chcą położyć kres amerykańskiemu progresywizmowi i globalizmowi, które trwają od sześćdziesięciu lat”. Ten socjalistyczny były minister spraw zagranicznych zauważył, że zwycięstwo było buntem. Jego przesłaniem było: „Progresywizm: dość! Dość!”

Fareed Zakaria z „Washington Post” stwierdził, że jedną z głównych przyczyn porażki była „dominacja polityki tożsamościowej po lewej stronie, która sprawiła, że ​​Demokraci naciskali na wszelkiego rodzaju politykę różnorodności, równości i integracji, która w dużej mierze wywodziła się z miejskiej, akademickiej bańki, ale zrażała wielu wyborców głównego nurtu”.

Innymi słowy, wybory zagroziły pracy sześćdziesięciu lat. Ludzie czują, że postępowcy popychają ich za daleko, za szybko i w złym kierunku. Mają dość aroganckiej postawy tylu liberałów, którzy umniejszają tym, którzy się z nimi nie zgadzają.

Zatrzymajmy to, powstrzymajmy lewicową agendę

Powieściopisarka z Minnesoty Ann Bauer napisała bardzo0 weymowny felieton w The Wall Street Journal (7 listopada 2024 r.), w którym wyjaśniła, dlaczego głosowała przeciwko Demokratom. Jej głos nie był oddany na pana Trumpa, ale na protest przeciwko „fanatyzmowi lewicy”.

„Głosowaliśmy, aby powstrzymać pęd tych ruchów — aby zatrzymać postępującą chorobę. Głosowaliśmy przeciwko idei, że pójście dalej zawsze jest lepsze. W sercach wielu z nas uderzało w napastliwą wyższość, w ludzi, którzy mówili nam, że jesteśmy zbyt głupi, aby zrozumieć, lub zbyt rasistowscy, zbyt seksistowscy, zbyt nienawidzący samych siebie, zbyt podobni do nazistów ”.

Jej ocena dobrze wyraża protekcjonalną postawę tak wielu osób, które odmawiają słuchania tego, co dzieje się w rzeczywistych sytuacjach. Sytuacja jest nie do zniesienia; wyborcy w prawdziwym świecie chcą wydostać się z koszmaru przebudzenia. Ludzie mówią: „Zakończmy to”.

Katolicki głos

Podobnie, sposób, w jaki lewica traktowała religię, był również krytycznym czynnikiem w tych wyborach. Szczególnie ważny był głos katolików. Wielu uważa, że ​​był on niezbędny do odwrócenia losów przeciwko Demokratom .

Głosy katolików zazwyczaj odzwierciedlają głosy Amerykanów. Jednak w tym roku katolicy głosowali na kandydata Republikanów mocniej niż dawniej, średnio osiemnastoma procentami. Profesor Paul Kengor z Grove City College przypisuje tę zmianę faktowi, że „naród nigdy nie widział tak skrajnej listy prezydenckiej jak Harris i Walz w kwestiach moralno-kulturowych”.

Zauważa również, że kandydat Demokratów wykazywał obojętność i wrogość wobec tematów religijnych. Kampania Trumpa przyjęła katolickie obrazy i tematy. Prezydent-elekt przywoływał nawet św. Michała Archanioła w swoje święto.

Wyniki wyborów wysłały wiadomość, że religia jest ważna dla Amerykanów. Ci, którzy ignorują ten wpływ, ponoszą konsekwencje.

Katastrofa biblijnych rozmiarów

Tak więc wybory nie były tylko porażką, ale porażką. Stanowią odrzucenie sześćdziesięcioletniego programu progresywizmu. Ujawniły niecierpliwość i urazę wielu Amerykanów, którzy są zmęczeni byciem odwoływanymi, wyśmiewanymi i ignorowanymi.

Demokratyczny strateg Chris Kofinis ocenił rozmiary porażki, komentując : „To historyczna katastrofa o biblijnych rozmiarach. Partia Demokratyczna, taka jaka jest, jest martwa. To historyczna reorganizacja”. Analiza wyborów agencji Reuters donosi, że wybory pokazały Demokratom, że „ich wartości – lewicowe, liberalne społecznie – stanowią obecnie zdecydowaną mniejszość wśród Amerykanów”. Doug Sosnik, inny strateg Demokratów , zauważył: „Wybory w 2024 r. oznaczają największy zwrot w prawo w naszym kraju od zwycięstwa Ronalda Reagana w 1980 r.”.

Wszystko oprócz narracji

Wyborcy przemówili, wykonując ostry skręt w prawo. Są zdenerwowani pogardliwym przesłaniem lewicy. Są wyczerpani szybkością chaotycznego marszu lewicy w stronę socjalizmu, trans-płciowości i polityki tożsamości. Wyborcy postrzegają proces samozniszczenia, który należy powstrzymać. Wszystkie te obawy ukształtują krajobraz polityczny po listopadzie. Lewica będzie musiała ocenić, jak zareagować na weryfikację rzeczywistości porażki. W następstwie krwawej łaźni lewica pogrążyła się w kryzysie. Obwinia swoje przywództwo, przesłanie i strategie — nie swoje idee. Wielu lewicowców podwaja stawkę w swojej nieudanej polityce i przyjmuje jeszcze bardziej protekcjonalne postawy wobec wyborców, którzy ich zdaniem nie zrozumieli prawdziwych problemów. Radykałowie czują, że czekali zbyt długo na swoją rewolucję i błędnie widzą zradykalizowany lewicowość jako swoją drogę do zwycięstwa.

Inni lewicowcy wydają się być gotowi zmienić wszystko — poza socjalistyczną narracją walki klasowej i ucisku. Jest to niepodlegające negocjacjom dla wszystkich odcieni lewicy, ponieważ ta narracja ich definiuje.

Zmiana Kursu

Rzeczywiście, aby odpowiedzieć na obawy wyborców, lewica musiałaby przestać być lewicą. Musiałaby porzucić swój odrzucony program, który przepychała przez społeczeństwo przez ponad sześćdziesiąt lat. Każdy odwrót w stronę centrum grozi zdemoralizowaniem jej radykalnego rdzenia.

Ta potrzeba jednoczesnego postępu i cofania się stawia lewicę w trudnej sytuacji. Rzeczywiście, Michael Sean Winters z National Catholic Reporter zaleca Demokratom zmianę przekazu w kierunku centrum, „aby odzyskać wyborców z klasy robotniczej”, w przeciwnym razie „będą musieli zacząć robić zakupy w kraju”.

Tak więc coś bardzo głębokiego wydarzyło się w Ameryce podczas tych wyborów. Nie była to gospodarka, ale zmiana poglądów, kierunków myślenia wyczerpanej populacji. Nie chce socjalizmu, ale powrotu do porządku.

G. Braun: Tu jest Polska i Gietrzwałd, dobro rzadkie, narodowe! Dobro wszystkich pokoleń Polaków !

G. Braun: Tu jest Polska i Gietrzwałd, dobro rzadkie, narodowe! Dobro wszystkich pokoleń Polaków !

Święty Mikołaj nie kupowałby w LIDL-u

Konfederacja Korony Polskiej 7,01 tys. subskrybentów

Tu jest Polska, nie Bruksela, nie Berlin, nie inna planeta, tu jest Polska i Gietrzwałd, szanowni Państwo, to jest dobro rzadkie, to jest dobro narodowe!

Nie jest tak, że jak w hotelu, kto przyjedzie, zapłaci, bierze numer hotelowy i jest u siebie! Polska to nie jest hotel, to nie jest zajazd, to nie jest plac, który zagospodarować może każdy, kto przepłaci! Nie.

A w Polsce są takie szczególne miejsca, które są naszym dobrem narodowym. Dobrem, które, uwaga, nie do nas nawet należy! Nie do nas Polaków tego, żyjącego dzisiaj pokolenia.

To jest dobro wszystkich pokoleń Polaków i tych, które już są na tamtym świecie, i tych, które, daj Boże, jeszcze się tutaj urodzą. Nam nie wolno tego dobra rzadkiego, tego skarbu – wyjątkowego, niepowtarzalnego i nieodnawialnego skarbu – nie wolno nam go rozmienić na drobne!

Wolność zarówno jednostkowa jak i zbiorowa, oznacza przede wszystkim zależność od woli własnej

[Władysław Konopczyński]

swietatradycja/ekumenizm-posoborowy-a-sprawa-polskiej-niepodleglosci

Poniżej diagnoza doskonałego historyka, Władysława Konopczyńskiego, którego władze komunistyczne pozbawiły możliwości pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim i funkcji w Polskiej Akademii Umiejętności za niezłomną postawę moralną i nie ukrywaną dezaprobatę do sowieckich okupacyjnych władz powojennej Polski. 

„Nie rozumiano tej głębszej, dla wielu niezgłębionej prawdy, że wolność zarówno jednostkowa jak i zbiorowa, oznacza przede wszystkim zależność od woli własnej, a dopiero potem, w konsekwencji, niezawisłość od woli cudzej. Niepodległość narodowa, jakkolwiek ją prawnie czy figuralnie nazwiemy: wolnością, majestatem, samowładnością, suwerenitem, bywa tym pewniejsza, im silniej w niej tętni wewnętrzna moc twórcza, im więcej się na nią składa bogactwa myślącej i czującej duszy:

są to jej źródła, jej istotne wiązania, kiedy lęk przed zagranicą lub pogarda dla obcych stanowią tylko jej zewnętrzną powłokę. Niepodległość buduje się od wewnątrz, a dopiero ochrania od zewnątrz. Trzeba mieć co kochać, aby dla tej miłości nieść życie na szaniec. 

Otóż szlachta najsampierw zubożyła i osłabiła swoje zbiorowe „ja” przez dogadzanie egoizmom pojedyńczym, potem jednostronnie dostrzegła gorsze niebezpieczeństwo we własnym monarsze niż we władcach sąsiedzkich; wreszcie gdy doszło do samoobrony, nie znalazła w swym wyjałowionym jestestwie sił potrzebnych do odparcia zamachu. (…)

W ciągu następnych lat kilkudziesięciu idea niepodległości w narodzie naszym nie robi żadnych wewnętrznych postępów. Przeciwnie, każdy kto może, szuka sobie pleców za granicą powstają frakcje francuskie, rosyjskie, pruskie, wszyscy po kolei godzą się na gospodarkę Brühla w rzeczach polskich, prawie wszyscy firmowi politycy inkasują cudzoziemskie pensje lub upominki, ale tak się dzieje- na zewnątrz. Idea, która zabłysła w niewielu mózgach około 1733, a potem rozprzestrzeniła się szeroko prze do urzeczywistnienia pod powierzchnią bieżącej polityki.”

Fragmenty monografii o Konfederacji Barskiej Władysława Konopczyńskiego: „Konfederacja Barska. Przebieg, tajemne cele i jawne skutki”, str. 45, 47

Potem, po dniach, które Konopczyński tak opisuje, przyszły na Polskę dramaty rozbiorów. Czytając, kto był inspiratorem tego ognia, który strawił Polskę tak, że znikła z map świata, zobaczymy, że ekumenizm, jaki znamy z posoborowej dialektyki, nie istnieje w praktyce. Gdyby istniał, nie przeszkodziłaby nikomu Msza Święta – owoc i najwyższa forma modlitwy Katolika, która utrzymała przez mroki zaborów i okupacji duszę Polską. Nic innego, ale Ona i przywiązanie do Wiary i kultury ocaliło Polskę. Szkoda, że zauważamy swoje skarby, jak obcy rozdzierają nam Ojczyznę i rozkradają nasze dziedzictwo. To dzieje się i teraz. 

Frank, żydowski „mesjasz” tamtych czasów, tak pisał do pobratymców:

‚W Polszczę ukryte jest wsze dobre całego świata (największe skupienie żydowskie — przyp. aut.). Powiadam wam: 999 części dobra świata całego w niej jest, a jedna część tysiąca — na całym świecie. Gdyby mi dano cały Offenbach, naładowany najdroższemi kamieniami, to bym go nie wziął za Polskę).’

Miał był Frank nadzieję zrealizować swe zamiary w okresie pierwszego rozbioru. Jednak pomocnicy jego nie dorośli do swego zadania. Gadatliwość ich wpędziła go poza mury częstochowskie fortecy, a i w czasie jego uwięzienia nie dojrzeli do planów mesjasza. Wypominał im to z żalem:

‚Od tego czasu, gdyście upadli, Wielki Brat (Jehowa — przyp. aut.) jest na was rozgniewany i dlatego ja gniewam się na was i jestem zły. Gdybyście byli w całości, kiedym wyszedł z aresztu, byłby on przyszedł do mnie, dałby mi mocą swoją kawał Polski’).

Nie udało się od razu, choć warunki zdawały się wieścić planom żydowskim zupełny sukces. Przecież Frank, wkraczając po raz pierwszy z Turcji do Polski w r. 1755 był pewny ziszczenia się swych planów i tej pewności dał wyraz w odezwie, wydanej na granicy polskiej do żydów, której wyjątki poznać warto:

‚Szlachta polska, czego nam właśnie trzeba, jest dobra i głupia. Jej królowie nigdy nie byli od niej mędrsi, dla was zaś zawsze byli jeszcze lepsi, niż ona. Gdy wypędzonych z ziemi niemieckiej przodków naszych przyjęła szlachta polska na swoją ziemię, wnet poznali w tej ziemi nową obiecaną, bo wnet jej książąt Piastów zaczęli piastować w swoich kieszeniach… A czyż i wam krzywda, wpółwiercy i bracia moi, pod rządami panującego nam obecnie Augusta III, kiedy ludność wasza pod berłem tego polskiego króla żyjąca, już się zrównała z ludnością ojców i przodków naszych w Palestynie z czasów króla Dawida? Nie tylko przez taką ludność, ale także przez niesłychane swobody i rozkosze ludu żydowskiego w Polsce, ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim, niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie Polskę musiał dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć’ .

Aby jednak umożliwić sobie przeprowadzenie swych planów w Polsce musiał Frank dążyć do ostatecznego osłabienia siły odpornej Polaków, a więc poniekąd do częściowych rozbiorów.

W tym celu stał się szpiegiem rosyjskim.

‚Uważcie, zanim wszedłem do Polski, wszyscy panowie siedzieli spokojnie i król z nimi. Skorom wszedł do Częstochowy, powiedziałem wszystkim, że Polska rozdzieloną zostanie’.

W odezwie swej z r. 1767 do gminy żydowskiej w Brodach, wysianej z Częstochowy, zapowiada klęski, mające spaść na kraj.

‚Słuchajcie twarde serca, oddalone od cnoty i błądzące po krzywych drogach. Kto między wami ma tyle bojaźni Bożej, by mógł słyszeć głos proroka wołającego na puszczy? Zaprawdę Bóg nic nie czyni, jeżeli wprzódy swej tajemnicy nie wykryje… To, co było zapowiedziane, stało się; teraz zapowiadam wam nowe rzeczy i z początku przepowiadam wam koniec, mianowicie musicie płakać i żałować mieszkańców Krakowa i jego okolic… z wściekłością uderzy burza Boża, uderzy na głowy bezbożnych i pochłonie wszystko do najgłębszej przepaści. Kto ujdzie miecza, wpadnie w przepaść… Mógłbym tu jeszcze wiele powiedzieć, ale dla rozumnych to jest dosyć, a dla mądrych dość jednego słowa. 

Jakób Józef Frank’.

Nie udała się żydom w XVIII w. zamierzona rewolucja wszech światowa. Udały się tylko rewolucje amerykańska i francuska, zaś Polska za swój współudział w ruchu rewolucyjnym zapłaciła utratą swej niepodległości. Plan Franka powiódł się tylko w części. Nie udało mu się stworzyć państwa żydowskiego na ziemiach Polski, powiodło mu się tylko pozbawić polaków suwerenności w ich własnym kraju.”

========================

mail: „Udały się tylko rewolucje amerykańska i francuska”

Historyk później musi dodać: I bolszewicka, i „zielonej rewolucji”

Język Donalda Trumpa

Język Donalda Trumpa

6 listopada 2024 by Ewa Polak-Pałkiewicz http://ewapolak-palkiewicz.pl/jezyk-donalda-trumpa/

W bajkach często zdarza się, że dobry i mądry, ale ubogi książę potrafi tak oczarować córkę bogatego króla, że ona oddaje mu rękę, za nic mając to, że jest biedny. Coś takiego wydarzyło się, gdy Polacy oglądali nie tak dawno wywiad Donalda Trumpa dla TV Republika. A potem tak gremialnie – ci, którzy mieszkają w Stanach – oddali na niego swe głosy. Choć na pewno były – a od wczoraj, czyli 5 listopada 2024 roku także obecny – amerykański prezydent nie jest biedny, a my specjalnie bogaci, aspiruje on do tego, by zyskać zaufanie i poparcie naszych rodaków w USA, którzy są solidną, liczącą się w wyborach siłą. I udaje mu się to. Chwyt jest prosty. Takich jak on pretendentów do najwyższego stanowiska w USA nie ma zbyt wielu. Donald Trump nie upodabnia się do dziesiątek podobnych do siebie jak bliźniacze klony polityków. Przykuwa uwagę dosadnym językiem, gawędą na luzie, dowcipami, efektownym skrótem myślowym, zupełnie nie dyplomatycznym, sieczącym między oczy stwierdzeniem oczywistych skądinąd, ale ukrywanych skrzętnie faktów, czego po politykach od dawna rzadko się spodziewamy.

Czy mówiąc, że kocha Polaków, a prezydent Duda jest dobrym człowiekiem i jego przyjacielem, gra melodramatyczną rolę pod publikę, czy pozwala sobie na szczerość, bo nie ma nic do stracenia, a jako Amerykanin nie musi się silić na bezpośredniość,  j e s t  bezpośredni (co nie znaczy, że nie zna kanonów medialnej strategii). Czasem widzi się go jako kogoś w typie mitycznego Robin Hooda, który odwagą i brawurą zyskuje szacunek nękanych przez biedę i niesprawiedliwość, ale dla większości normalnych, czyli nie zideologizowanych ludzi uosabia on tęsknotę zmęczonego świata za polityką o ludzkim obliczu, gdzie zło jest nazywane po imieniu, potępiane i zwalczane, dobro nagradzane. Ale nie dlatego, że zręczniej od innych uprawia populistyczne harce, deklarując, że ujmie się za biedakami – a współcześni „biedni”, to także jednostki i rodziny prześladowane przez ideologię woke i inne lewackie natręctwa – raczej dlatego, że przypomina, iż między tymi dwoma biegunami zionie przepaść i toczy się zawzięta walka. I on chce w niej wziąć udział.

Pionierzy w Stanach Zjednoczonych

Naturszczyk czy prowokator?

Nie ukrywa się za maską i nie cedzi słówek. Dla wielu ludzi przyzwyczajonych do polityków gładkich i okrągłosłownych dziwna, ekscentryczna postać. Ale w świecie, który przekroczył wszelkie miary dziwności, a właściwie stacza się już od dawna ku wariactwu, może okazać się tym, który przestawi wektory, ukaże drogę – także dla innych państw – do normalności, nie zasłaniając się na każdym kroku pragmatyzmem i koniecznością prowadzenia wyspekulowanej gry.

Jest mistrzem skondensowanego przekazu. Na tle polityków, którzy mówią monotonnie wyróżnia się ekspresją i klarownością wypowiedzi. Czy jednak tylko o medialny efekt chodzi? Czy to tylko tricki sztuki autoprezentacji, czy naprawdę ten starszawy pan o zwalistej sylwetce i o twarzy, która na pewno nie jest twarzą pokerową, ma coś ważnego do przekazania?

Jeśli nie przypomina wymuskanych polityków, których raison d`être (racją bytu) jest nie narazić się możnym tego świata, to nie znaczy, że nie jest na tyle przezorny, by nie nadziać się na którąś z raf zainstalowanych przez Chińczyków, Rosjan czy Żydów, nie potknąć się o któryś z obowiązujących w globalnym świecie priorytetów, w rodzaju, by wszystkie kontynenty rytmicznie, miarowo i radośnie się wyludniały, pozostawiając po sobie możliwie mało śmieci i „zniszczenia krajobrazu”. Potrafi być sprytniejszy, umie ograć tych wizjonerów rychłego już – rzekomo – raju na ziemi.

Osadnicy amerykańscy na Dzikim Zachodzie

Dlatego Donald Trump stanowi tak irytujący niektórych kontrast wobec szefa naszego rządu, posiadającego te same inicjały i to samo imię. Obaj bliscy są metrykalnie, można uznać ich za przedstawicieli tego samego pokolenia. D.T. amerykański i D. T. europejski, stają naprzeciw siebie niczym wzajemne zaprzeczenie. Oryginał i jego zniekształcone odbicie, na skutek jakiejś tajemniczej katastrofy. Ale czasem takie zestawienia, wraz z pozornymi podobieństwami, więcej mogą powiedzieć, o tym, co się wydarzyło na świecie w sprawach naprawdę istotnych, niż naukowe analizy i żmudne dociekania.

Tajemnica jego popularności

Najbardziej rzucającą się w oczy różnicą jest to, iż Donald Trump wierzy, że ludzie są nadal istotami rozumnymi, zaś Donald Tusk jest typem polityka, który przejawia „głęboki sceptycyzm wobec zwykłego człowieka”, jakby powiedział Chesterton – który po prostu, jego zdaniem, nie dorasta, nie rozumie, nie kojarzy, jest jakimś zacofanym pokurczem… Skutkuje to tym, że to nie ludzie, lecz materiał ludzki, który niczym masę plastyczną można dowolnie ukształtować i wykorzystać, staje się punktem odniesienia. Jeśli więc Donald Trump uważa za właściwy bunt przeciw anormalnej tyranii, która niszczy człowieka i tratuje jego prawa, w tym państwo i bezpieczeństwo państwa, przeciwieństwo Trumpa w tym miejscu podnosi  gwałtowny „bunt przeciw tyranii normalności”. Zatem Trump, choć jest biznesmenem z zawodu, nie zapomina, że oprócz towarów istnieją też ideały, co niewątpliwie w państwie takim jak USA, gdzie niewolnictwo jest wciąż żywą przeszłością, a komunizm czymś odrażającym dla przeciętnego obywatela, przysparza mu popularności. Zaufanie do ludzi zaś zyskał wraz ze światopoglądem chrześcijańskim. Wśród najbardziej zagorzałych jego przeciwników nastawionych antychrześcijańsko – i antyamerykańsko – wielu zapewne jest takich, którzy marzą, by „wyewoluowało wreszcie jakieś zwierzę, mądrzejsze i bardziej długowieczne od istoty ludzkiej”, jak mawiał Chesterton. To dlatego spędza się dziś ludzi w jedno wielkie stado, którym manipuluje się bez skrupułów za pomocą wyszukanych i coraz bardziej skutecznych technik. To jest ten faktyczny stały, ponury, niezmordowany bunt przeciw obywatelom, zwykłym ludziom, tak często bezsilnym wobec tej przemocy, który celnie punktował Trump w starciach ze swoją radośnie roześmianą – z nieodgadnionych powodów – rywalką.

Przeciw prorokom nowego ładu

Jak trafnie spointował Chesterton: „…dzisiejsi mędrcy nie wierzą, że normalny człowiek potrafi sam rządzić sobą i własnym domem. A już z pewnością nie chcą, by rządził państwem. Tak naprawdę nie zamierzają mu dawać żadnej władzy politycznej. Owszem, chętnie dadzą prawo głosowania w wyborach, ponieważ już dawno odkryli, że w praktyce nie oznacza to wpływu na ich poczynania. Kosym okiem patrzą, jeśli normalny człowiek ma dom, żonę, dziecko…, czy kawałek pola – bo to czyni go silniejszym. (…) Prorocy nowego społeczeństwa wciąż oferują bezdomnym coś dużo wznioślejszego niż dom rodzinny i obiecują nadludzką wyższość ludziom, którym nie pozwala się na normalność… Gdy człowiek traci swą dumę z posiadania własnego domu czy własnego warsztatu pracy, traci również pewien nieuchwytny element, przynależny do jego samopoczucia, do jego wyprostowanej postawy…”.

Solomon D. Butcher, Małżeństwoa osadników, Nebraska 1886 r.

Na pewno słynny wywiad z Donaldem Trumpem w TV Republika nie pozwolił definitywnie odpowiedzieć na pytanie, czy jest on tylko szarlatanem, który uważa się za geniusza, czy geniuszem uchodzącym za szarlatana, jednak ujawnienie skrajnych dążeń obu Donaldów – amerykańskiego, by jego rodacy byli dumni ze swojego kraju, polskiego, by nie wahali się nim pogardzać – pomógł praktycznie rozstrzygnąć tę kwestię.

I jeszcze na koniec. Vittorio Messori nie jest z pewnością miłośnikiem Stanów Zjednoczonych, wiele miejsca poświęcił w swoich felietonach ich krytyce, wytykał błędy ich historycznym przywódcom. Jednak uczciwość nie pozwalała mu nie podkreślać pewnej ważnej, unikalnej cechy konstytucji amerykańskiej. Ogłoszona przez ustawodawców dwanaście lat wcześniej od francuskiej „Deklaracji Praw Człowieka” (z 1789 r.) amerykańska „Karta Praw” (Bill of Rights) stwierdza, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i wyposażeni przez Stwórcę w pewne niezbywalne prawa”.

To całkowite zaprzeczenie rewolucyjnej „Deklaracji Praw Człowieka”, która stwierdza, że ludzie są wolni i równi, bo tak chcą i głoszą, zapewnia im to Rozum (w oryginale “Deklaracji…” z dużej litery). Amerykański dokument opiera prawa człowieka nie na woli ludzi, lecz na zamyśle Boga-Stwórcy. „Nie przypadkiem – pisze Messori – ani proklamacja niepodległości amerykańskiej, ani jej konstytucja nie wzbudziły [negatywnej] reakcji ze strony katolików. Patriotyczna lojalność katolików Federacji amerykańskiej była zawsze bezdyskusyjna”.

Donald Trump może nie być katolikiem – choć nie znaczy, że nie może nim jeszcze zostać, tak jak jego nowo wybrany wiceprezydent James D. Vance, niedawno nawrócony – ale bez wątpienia szanuje konstytucję, która dla Amerykanów jest czymś dużo więcej niż tylko historycznym dokumentem.

Polska na Trump-olinie

Moja znajoma, z zawodu krawcowa, powiedziała mi niedawno, że lubi Donalda Trumpa, choć jest to gość trochę dziwny. Dopytywana, co najbardziej w nim jest dziwnego, wyznała, że mówi i zachowuje się w sposób odbiegający od zwyczajów obowiązujących na najwyższych piętrach władzy, znanych jej z mediów. Nie wie, czy grał tylko w boju o prezydenturę rolę błaznującego lekkoducha, który złośliwie kpi ze sztucznej powagi zawodowych polityków, a tym samym boleśnie godzi w przyzwyczajenia części widowni, czy po prostu uznaje, że nawet w polityce nie warto być kimś pełnym solennej powagi, bo ludzie, którzy na niego głosują są tacy sami jak on. Nie znoszą sztuczności. Jaka jest prawda? Tego nikt nie wie. Pewne jest, że postawą i słowami Donald Trump stawił opór absolutyzmowi państwa zniszczonego przez kulturowy marksizm, prowadzący najprostszą drogą do totalitaryzmu, nie tylko w swoim kraju. Przeciwstawił się trendowi, którzy czyni z polityków groteskowych dogmatycznych ideologów i dyktatorów, a z państwa groźny twór, który traktuje ludzi jak swoją własność.

Prezydent Trump dowodzi, że choć chce silnej Ameryki, wie, że każda ludzka władza ma granice, wolność zaś mieszka przede wszystkim w domu rodzinnym. To także dla nas, dla dzisiejszej Polski prawdziwa „Trumpolina”. Okazja by śmiało podskoczyć wzwyż.

Książka “Bitwa o Gietrzwałd. Tryumf Królowej”

Książka “Bitwa o Gietrzwałd. Tryumf Królowej”

ewapolak-palkiewicz.pl/moja-najnowsza-ksiazka-bitwa-o-gietrzwald-triumf-krolowej

Drodzy Państwo,

Miło mi zawiadomić, że w krakowskim Wydawnictwie AA ukazała się moja książka “Bitwa o Gietrzwałd. Tryumf Królowej”.

“Bitwa o Gietrzwałd. Tryumf Królowej” to jedna z pierwszych książek w Polsce, które poświęcone są w całości jedynemu uznanemu przez Kościół objawieniu Matki Bożej na ziemiach polskich.  Objawieniu bardzo mało przez Polaków znanemu. Dlaczego? Dlaczego tak niewielu Polaków słyszało o Gietrzwałdzie?

Był rok 1877, zapadła wioska w Prusach Wschodnich. Na klonie nieopodal kościoła – tron, aniołowie i postać królewska Niepokalanej, która mówi po polsku… Mówi, Kim jest.

Właśnie wtedy, gdy kanclerz Rzeszy Niemieckiej, Otto von Bismarck stwierdzał ponuro, że ten naród, tak uprzykrzony, trzeba po prostu wytępić, jak tępi się wilki.

Matka Boża z Gietrzwałdu to Królowa nieba i ziemi, która udziela audiencji swoim dzieciom. Odpowiada na pytania dwóch nastoletnich dziewczynek, Justyny i Barbary.

Rozwikłać zagadkę objawień Pani z nieba w królewskiej koronie, która w całym swym majestacie i splendorze ukazuje się w małej polskiej wiosce, to wspaniałe i zaszczytne zadanie dla autora.

Będę wdzięczna, gdy zechcecie Państwo towarzyszyć mi w tym podczas lektury.

Książkę można zamówić w księgarni wysyłkowej Wydawnictwa

www.religijna.pl/bitwa-o-gietrzwald-tryumf-krolowej-ewa-polak-palkiewicz

Książka dostępna jest także w księgarniach stacjonarnych.

Zły dzikus kosi trawę

Zły dzikus kosi trawę

19 sierpnia 2024 Ewa Polak-Pałkiewicz http://ewapolak-palkiewicz.pl/zly-dzikus-kosi-trawe/

Jean-Jacques Rousseau epatował w XVIII w. współczesnych wizją „dobrego dzikusa”. Człowieka naturalnego, bez żadnych obciążeń moralnych i religijnych, który woli zwierzęta od ludzi, żyje w ciszy puszczy czy sawanny, nie wadząc nikomu i jest szczęśliwy. Społeczeństwo z jego zgiełkiem, szkoła z jej obowiązkami, cywilizacja z jej hałasem mogą mu tylko szkodzić. Dzikus Rousseau dziś jest ideałem nie tylko ekologicznych aktywistów, ale całego lewicowo-liberalnego świata politycznego i artystycznego. Nie tęskni za rodziną, muchy i chrząszcze wraz z wężami i krokodylami mu ją znakomicie zastępują, więc nie będzie występował przeciw „prawom kobiet do własnego brzucha”.

Ale cała ta lewicowa czereda tworzy dziś żarliwie także nowy negatywny tym razem mit „złego dzikusa”. Taki nie chodzi zarośnięty i nagi, nie pije wody prosto z rzeki, ubiera się, goli i kosi trawę w swoim ogródku wstrętnymi kosiarkami. Ohyda! Chcemy tylko dobrych dzikusów, złym dzikusom wydajemy bezwzględną wojnę!

Zwykli właściciele porządnie utrzymanych ogródków, pól czy sadów są dla obrońców środowiska i ziemi bez niemowląt, prymitywami bez wrażliwości, odrażającymi dzikusami. To nie przenośnia. Osobiście spotykam takich ludzi i oglądam, chcąc nie chcąc, ich posesje coraz częściej. Przybywa wśród nas użytkowników działek, którzy idąc za najnowszą modą, upojeni są wizją zarastania ich chwastami po dachy, zapadaniem się owoców, liści i gałęzi w jeden wielki kompost. Sprzątanie tego wszystkiego jawi się im jako ponure barbarzyństwo. Roje węży, jakie lęgną się w tym wszystkim, jako raj.

Nieustające „mea culpa”

Nieoczekiwaną imitację tej filozofii życiowej prezentują także najbardziej awangardowo nastawione środowiska kościelne. To nie tylko popieranie różnych inicjatyw rzekomo w obronie „matki Ziemi”. Chodzi o uznanie, że religie pogańskie są tak samo dobre jak nasza i ideałem dla świata, zabezpieczeniem światowego pokoju, jest włączenie ich w obręb tego, co przez dwa tysiąclecia uznawane było za jedyną prawdziwą religię. Włączyć je tak jak aktywiści ekologiczni włączają chwasty w uprawy szlachetnych roślin, dziką puszczę w pielęgnowany przez leśników las. Temu służy choćby festiwal nieustannego przepraszania różnych grup etnicznych za rzekome krzywdy, jakie wyrządził im Kościół. Kilka lat temu w niewielkim rumuńskim mieście Blaj papież Franciszek dokonał „mea culpa” w związku z koncepcją, że społeczność romska padła ofiarą dyskryminacji.  „Chciałbym prosić o przebaczenie Pana i wasze, za to, że na przestrzeni dziejów was dyskryminowaliśmy, znęcaliśmy się lub patrzyliśmy na was źle, oczami Kaina a nie Abla, i nie potrafiliśmy was uznać, docenić i bronić w waszej specyfice”, mówił papież. Do kościoła św. Andrzeja Apostoła przybyło z tej okazji sześćdziesięciu Romów; dwustu dwudziestu czekało przed świątynią (w Blaj mieszka 1 706 Cyganów; 8,27 proc. ludności tego miasta). Świadectwa historyczne nie zawierają żadnych informacji o „dyskryminacji” i „znęcaniu się” Kościoła nad Cyganami.

Podobnym przedsięwzięciem było korzenie się papieża przed Indianami w Kanadzie, rdzenną ludnością kontynentu, którym rzekomo ludzie Kościoła wyrządzili straszne krzywdy, m.in. zabierając ich dzieci do szkół z internatami prowadzonych przez zakonnice, ucząc ich religii i języka angielskiego, zapewniając lepszy start życiowy.

„Uporczywość, z jaką Franciszek powraca do kwestii takich jak inkluzja [łac. includere – włączenie, dołączenie, zawieranie – EPP], walka z dyskryminacją, «gościnność» oraz «kultura spotkania», może dla niektórych sprawiać wrażenie przejawu miłości bliźnich” – stwierdza włoski teolog prof. Roberto de Mattei – „i – by posłużyć się metaforą samego papieża Bergoglio – elementu «dowodu tożsamości chrześcijanina». Ci, którzy tak sądzą popełniają jednak ten sam błąd co katoliccy progresiści z końca lat XX wieku, utrzymujący, że zainteresowanie Marksa proletariatem wynikało z jego troski o zasady sprawiedliwości społecznej”.

Pochylanie się Franciszka nad „peryferiami”, „opuszczonymi”, „uciekinierami” nie ma jednak źródła w Ewangelii, która wzywa chrześcijan przede wszystkim do nawracania innowierców i pogan. Tu zaś prezentowana jest rzekomo wyższa idea walki z „nierównościami”. Utożsamia się je z każdą formą „niesprawiedliwych różnic społecznych”.

„To, czego chcemy, to walka z nierównościami, oto największe zło, jakie istnieje na świecie”, zaznaczył Franciszek w jednym z wywiadów („La Republica” z listopada 2016 r.). Skompromitowany propagandowy slogan o rzekomej walce rewolucji z nędzą i ludzkim cierpieniem nabiera dziś rumieńców w słowach i gestach papieża.

Jan Wałach – Krajobraz ze snopami na łące

Zagadka papieża Franciszka

Głoszona też jest koncepcja „stapiania się ras” (meticciato); termin ten jest jednym z ulubionych papieża Franciszka. W tej wizji czeka nas w niedalekiej przyszłości już nawet nie mieszanka, ale prawdziwy stop ras (niczym twardy stop metali), bowiem populacje będą się tak długo przemieszczać, jego zdaniem, aż nastąpi trwała integracja społeczna i genetyczna, znikną różnice etniczne, widmo nierówności rozwieje się niczym poranna mgła i wszystko co ludzkie zostanie ożywione świeżą krwią i odmienną od tradycyjnej mentalnością. Po prostu zostaniemy zasileni – my, Europejczycy – nowymi mocami, nie tylko fizycznymi. Ta wizja radykalnego uzdrowienia zepsutego industrialnego społeczeństwa przez zasilenie go tym pełnym witalności rzekomo, bliższym naturze, bardziej prostym i szczerym, w oczach Franciszka ma tę jeszcze zaletę, iż owemu „miksowi” społecznemu łatwo będzie uznać, że jako jeden lud ma wyznawać jednego Boga. Ale kim będzie ten Bóg? Oto prawdziwa zagadka.

Odwiedzając Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rolnictwa w Rzymie Franciszek zwrócił się do reprezentantów rdzennych społeczności, które nazwał „żywym głosem nadziei” i nie ukrywał, że ci „którzy wiedzą jak słuchać ziemi, dostrzegają ziemię i dotykają ziemi” będą dobrymi kandydatami, by wniknąć („zlać się kulturowo”) w uschniętą i podupadłą populację  społeczeństw Zachodu. A żeby to mogło nastąpić trzeba tymczasem dbać o „ochronę tych, którzy żyją w najuboższych wiejskich obszarach planety, są jednak bogatsi w mądrość dzięki swej koegzystencji z naturą”.

„Piony ruszyły!”

Natura nauczycielką mądrości? Jean-Jacques Rousseau był tego samego zdania. Tylko warto zapytać, czy tacy na przykład Romowie chcą inkluzji? Obserwacja ich życia i zwyczajów utwierdza, że niczego tak nie pragną jak żyć wewnątrz własnej społeczności i są całkowicie zadowoleni, że nie muszą się z nikim „zlewać”, ani upodabniać do nikogo, za to z przyjemnością i bardzo sprawnie cywilizowanych „dzikusów” wykorzystają, a nawet pokażą im, gdzie raki zimują. Podobnie jak rdzenni mieszkańcy wielkich połaci świata objętych przez wojujący Islam.  Jednak Franciszek nie zraża się i gdy ogłasza „grzech ekologiczny” chętnie przywołuje przykład peruwiańskiej Amazonii (spotkał się tu w 2018 r. z krajowcami), którzy są dla niego nosicielami „mądrości” i „wiedzy” i potrafią jako jedyni docenić „skarb, jaki kryje ten region”. Amazonia jest tu zarówno symbolem jak i punktem odniesienia. Także dla Leonardo Boffa, byłego franciszkanina, obecnie świeckiego publicysty, ulubionego pisarza papieża Franciszka. Jest ona „kosmologicznym modelem, w którym natura postrzegana jest jako żyjąca, posiadająca własną duszę jedność, tj. wewnętrzną i spontaniczną zasadę aktywności”, podsumowuje wizję papieża prof. Roberto de Mattei.

Znamienne, jak podkreśla włoski teolog, że Franciszek nie oczekuje od mieszkańców Amazonii żadnego kajania się „za kanibalizm oraz ofiary z ludzi praktykowane przez ich przodków. Mosty, które zastąpić muszą mury są jednokierunkowe”.

A zatem, nasi nieocenieni ekologiści postulujący kompostowanie działek, ugorowanie ziemi zamiast ogrodów i upraw oraz zamianę lasów w pierwotną puszczę, by biedne dyskryminowane dotychczas chwasty, szarańcza, stonka i korniki mogły wreszcie odetchnąć i nacieszyć się wolnością, to nikt inny jak zwiastuni nowego świata. Świata bez oprysków, barier, różnic, bez… (resztę dopowiada piewca tego świata, John Lennon).

Rosyjskie ataki jednak skuteczne. Ukraina bez prądu.

Rosyjskie ataki jednak skuteczne. Ukraina bez prądu. Wyłączenia w całym kraju

17.11.2024 https://nczas.info/2024/11/17/rosyjskie-ataki-jednak-skuteczne-ukraina-bez-pradu-wylaczenia-w-calym-kraju/

Mapa poglądowa rosyjskiego ataku rakietowego na Ukrainę w nocy 17 listopada 2024r. Foto: X/@Liveuamap
Mapa poglądowa rosyjskiego ataku rakietowego na Ukrainę w nocy 17 listopada 2024r. Foto: X/@Liveuamap

W wyniku rosyjskich ataków rakietowych na infrastrukturę energetyczną w poniedziałek we wszystkich regionach Ukrainy nastąpią ograniczenia w dostawie prądu – poinformował w niedzielę państwowy operator sieci przesyłowej Ukrenerho.

„Powodem tymczasowych ograniczeń są uszkodzenia obiektów energetycznych w wyniku zmasowanego ataku rakietowego i dronów” – napisał operator w opublikowanym na Facebooku oświadczeniu.

Ograniczenia zostaną wprowadzone pomiędzy godz. 6.00 rano a 22.00.

Ukraińskie elektrownie jądrowe ograniczyły w niedzielę rano produkcję w ramach środków ostrożności wobec zmasowanych rosyjskich nalotów w całym kraju – poinformował dyrektor generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) Rafael Grossi.

Obecnie tylko dwa z dziewięciu reaktorów ukraińskich elektrowni atomowych pracują z maksymalną wydajnością – przekazał Grossi, cytowany przez agencję Interfax-Ukraina. „Infrastruktura energetyczna kraju jest niezwykle wrażliwa, co bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo jądrowe” – dodał.

W niedzielę rano prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że w zmasowanym ataku na wszystkie regiony Ukrainy Rosjanie użyli 120 rakiet i 90 dronów; celem była infrastruktura energetyczna. Ukraińcy poinformowali, że około 90 proc. rakiet i dronów strącili, jednak wygląda na to, że tak nie było.

„Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków powietrznych: drony i pociski wymierzone w spokojne miasta, śpiących cywilów, krytyczną infrastrukturę” – poinformował z kolei szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha.

Sunday Strip: The Free Market of Ideas is out of their control

Sunday Strip: The Free Market of Ideas

Is out of their control

Robert W Malone MD, MS Nov 17, 2024


True story.

For a view on what woke women really think about men and society – read the article. Which was published in 2020.

But it is more fun to, to just go to the comments section –

A sampling:

“Plenty of men won’t date or even talk to woke women. I’m training my sons to not even speak to girls that exhibit any signs of the disease.”

“It’s one thing to advocate for legal equality, social respect, and all-around fair treatment. No problem with that whatsoever. It’s quite another to become yammering, obnoxious, grating, lecturing fools.”

‘I’m extremely concerned at the lack of self-reflection in this article”

“UHHHHhhhh the reason why feminism doesn’t win over men is because feminism changed from a „we want equal rights” movement in the 1920’s to a „All men are bad unless they are our slaves” movement in modern times.”









Trump Is A MAJOR THREAT To The Great Reset” – Dr Robert Malone On the Globalist Agenda(on Rumble)

Russell Brand and I had a wide-ranging discussion this week. The podcast is an hour long – so there is lots of good stuff packed in that interview!
As usual, Russell was funny, insightful, and great fun to chat with!




Przymilamy się

Przymilamy się

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    17 listopada 2024 micha

Zwycięstwo Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich spotkało się w Polsce z mieszanymi uczuciami. W środowiskach zbliżonych do PiS i Konfederacji wywołało nastrój radosnego oczekiwania, podczas gdy Judenrat „Gazety Wyborczej” pogrążył się w nieutulonym żalu, podobnie jak Volksdeutsche Partei oraz lewice obydwu obrządków.

Z tego schematu wyłamuje się tylko Polskie Stronnictwo Ludowe, oświadczając, chyba trochę na wyrost, jakoby miało znakomite stosunki z obydwoma stronnictwami amerykańskimi. To nie musi być prawda; raczej rodzaj oferty prezentującej sławną stuprocentową, a w patriotycznych porywach nawet jeszcze większą zdolność koalicyjną PSL. Czy jednak Partia Republikańska zechce wejść w koalicję z PSL-em w sytuacji, gdy po wyborach prezydent-elekt Donald Trump przejmie państwo i bez tego całkowicie sterowne, jako że Republikanie kontrolują zarówno Senat, jak i Izbę Reprezentantów Kongresu?

Podobnie nastrój radosnego oczekiwania nie jest do końca uzasadniony. Zwycięstwo Donalda Trumpa wprawdzie stwarza nadzieję, że Stany Zjednoczone nie będą eksportowały do swoich wasali komunistycznej rewolucji – co w przypadku zwycięstwa Kamali Harris byłoby chyba nieuchronne – ale przecież nie będzie on prezydentem Polski i w swoim postępowaniu nie będzie kierował się polskim interesem państwowym, tylko amerykańskim. Tymczasem Umiłowani Przywódcy, nawet ze środowisk uradowanych zwycięstwem Donalda Trumpa chyba nie potrafią skoordynować polskich interesów z amerykańskimi, więc zwycięstwo Donalda Trumpa może nie przynieść Polsce niczego specjalnego. Wprawdzie prezydent Duda zamierzał odwiedzić amerykańskiego prezydenta-elekta prawie natychmiast po wyborze, ale wyjazd póki co się odwleka, bo panowie ministrowie Mastalerek i Kolarski dopiero tę wizytę w Ameryce przygotowują.

Ciekawe, czy w następstwie tych przygotowań pan prezydent Duda odważy się z własnej inicjatywy wysondować amerykańskiego prezydenta-elekta, czy podtrzyma on pozwolenie udzielone w marcu ub. roku Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, czy też – wzorem precedensu dokonanego przez Donalda Tuska ze swoją kontrasygnatą – je uchyli – no i czy, wykorzystując kontrolę Republikanów nad Senatem i Izbą Reprezentantów, doprowadzi do uchylenia ustawy nr 447? Obydwie sprawy wydają się dla Polski bardzo ważne, bo od pierwszej zależy, czy będziemy musieli pogodzić się ze statusem Generalnej Guberni, a od drugiej – czy Generalna Gubernia znajdzie się pod żydowskim zarządem powierniczym. Ale możliwe jest, że pan prezydent Duda będzie molestował Donalda Trumpa w sprawie Ukrainy- bo czasami można odnieść wrażenie, że czuje się bardziej odpowiedzialny za Ukrainę, niż za Polskę.

Znacznie gorzej pod tym względem wygląda sytuacja obywatela Tuska Donalda. Właśnie jakaś Schwein przypomniała, jak to obywatel Tusk Donald oskarżał Donalda Trumpa, jakoby był agentem Putina. Pojawiły się w związku z tym fałszywe pogłoski, że „zabieg medyczny”, jakiemu niedawno poddał się premier Tusk, polegał na wyparzeniu języka. Toteż nie pojawił się on na obchodach Święta Niepodległości, bo po tym zabiegu musi dojść do siebie. Wprawdzie Książę-Małżonek na obchodach się pojawił, ale bez Małżonki, która przed wyborami rozdokazywała się do tego stopnia, że porównała Donalda Trumpa do Hitlera. W tej sytuacji chyba lepiej i dla niej i dla Księcia-Małżonka, by nasza Jabłoneczka na jakiś czas zniknęła z linii strzału, żeby nie komplikować mu sytuacji w związku z nadchodzącymi w Volksdeutsche Partei prawyborami kandydatów do prezydentury. Walka ma się rozegrać między Księciem-Małżonkiem a prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim, którego z powodu predylekcji do sodomczyków złośliwcy nazywają „Rafalalą”.

Z kolei obóz „dobrej zmiany” czeka na decyzję Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego – czy namaści on na kandydata pana profesora Przemysława Czarnka, czy jakiegoś wysokiego przystojniaka? Pewne zamieszanie wprowadziło retoryczne pytanie pani Beaty Szydło, czy prezydentem Polski może być kobieta. Co prawda było to jeszcze przed ogłoszeniem wyniku wyborów w Ameryce., ale skoro tam kobiecie się nie udało, to jakże ma się jej udać w Polsce? Inna sprawa, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści, a warto pamiętać, że pani Szydło jest absolwentką Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, więc gdyby tak Departament się uparł, to kto wie? Wprawdzie powiadają, że pan Rafał Trzaskowski ma znakomite korzenie, a z kolei Książę-Małżonek jest małżonkiem Jabłoneczki, co to ostatnio się rozdokazywała – ale Departament może kierować się własnymi preferencjami, więc ostatnie słowo jeszcze nie padło.

Tymczasem 11 listopada rozpoczęły się obchody Święta Niepodległości, poprzedzone kolejną miesięcznicą smoleńską. Jak zwykle towarzyszyła jej kontrdemonstracja miłośników smoleńskiej prawdy, którzy tym razem nawet okleili stojący na Placu Piłsudskiego pomnik schodów do nieba kartkami z nadrukiem „Pomnik do rozbiórki”. Podobno Komenda Garnizonu Warszawskiego, która opiekuje się całym placem oświadczyła, że „nie ma nic przeciwko temu”. Tak w każdym razie poinformował pracownika telewizji Republika policjant, który jednocześnie zarzucił mu, że zrywając wspomniane kartki, dopuścił się karygodnego wykroczenia w postaci zniszczenia cudzego mienia. Jak widzimy, kiedy sytuacja tego wymaga, policja wykonując zadania stawiane przez „demokrację walczącą”, chroni własność prywatną aż do przesady. Nie dotyczy to oczywiście kierowców, którym policja konfiskuje samochody. Jużci, jeśli jednego z drugim kierowcę stać na samochód, to znaczy – że ma forsę – a skoro ma forsę, to co to komu szkodzi, jak mu się ją odbierze? Akurat służba zdrowia pod rządami pani Izabeli Leszczyny właśnie doznaje zapaści, podobnie jak pozostałe dziedziny sektora publicznego, więc każdy grosz rządowi się przyda tym bardziej, że „demokraci walczący” nie wojują o demokrację za darmo.

Ale z okazji Święta Niepodległości musiał paść rozkaz, żebyśmy się wzajemnie miłowali, to znaczy – żebyśmy się łączyli, a nie dzielili. Przypomina to fragment „Dziadów”, a konkretnie – scenę balu u Senatora Nowosilcowa: „Patrz, dzisiaj on pazury schował i będzie się przymilał”. Toteż nie tylko „demokraci walczący”, ale i pan prezydent Duda się przymilił stwierdzając w swym okolicznościowym przemówieniu, że pomysł, iż Europa sama się obroni, jest „mrzonką”. Miejmy nadzieję, że ktoś te słowa powtórzy amerykańskiemu prezydentowi-elektowi, dzięki czemu pan prezydent Duda uciuła sobie jeszcze jeden listek do wieńca sławy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Typowe duże czarne puste oczy. Nowy kaznodzieja Domu Papieskiego aktywista homoseksualny jest przyjacielem Marko Rupnika.

Nowy kaznodzieja Domu Papieskiego jest przyjacielem Marko Rupnika

gloria

Nowy kaznodzieja Domu Papieskiego, aktywista homoseksualny i kapucyn Roberto Pasolini, ma związek z ojcem Marko Rupnikiem, byłym jezuitą, który był zamieszany w sprawy seksualne z połową klasztoru w Słowenii.[Nie „zamieszany”, lecz dupcył swe „zakonniczki” pojedynczo i gromadnie. MD]

———————————————

O. Pasolini wykorzystał grafikę Rupnika jako okładkę swojej trylogii książek: „Saremo noi. Immersi nell’amore più grande”, „Non siamo stati noi” i „È stato Dio: Dentro una vita nuova”.

Te trzy obrazy pochodzą z Cyklu Józefa, zrealizowanego przez Roman Aletti Centre Rupnika w kościele w Mostarze. Postacie mają typowe duże czarne puste oczy.

Przedmowę do książki „Non siamo stati noi”, która ukazała się we wrześniu 2020 r., napisał o. Rupnik. Pochlebia on: „Ojciec Roberto ma również dar prostego, przystępnego, bezpośredniego, bogatego języka, czasem nawet zbyt płynnego, jeśli można tak powiedzieć. Ale to właśnie ten talent sprawia, że książka jest dostępna dla szerokiego grona czytelników”.

Były też inne formy współpracy:

Ojciec Pasolini wygłosił dwie konferencje na dorocznym spotkaniu Centrum Aletti w Asyżu w lipcu 2019 roku.

Napisał refleksje do „Briciole di Parola” (Okruchy Słowa), serii krótkich komentarzy do codziennych czytań z Pisma Świętego, produkowanych przez Centro Aletti.

LaNuovaBq.it nazywa ojca Pasoliniego „uczniem Rupnika” i sugeruje, że „były jezuita nie przestał wywierać dyskretnego wpływu na papieża i jego nominacje”.

Obraz: Roberto Pasolini OFMCap / Screenshot, La Libertà Tv,

Czteroletni strajk seksualny

Czteroletni strajk seksualny

Stanisław Michalkiewicz   16 listopada 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5718

Ajajajajajaj! Co to z ludźmi robi propaganda! Najgorsze jest nawet nie to, że ulegają propagandzie, ale to, że we własną propagandę wierzą. Zapominają, że we własną propagandę powinni wierzyć inni – ale nie ci, którzy ją produkują. Tymczasem coraz częściej się zdarza, że we własną propagandę zaczynają wierzyć ci, którzy albo ją tworzą, albo ją zlecają.

Mam na myśli zwłaszcza polityków, którzy coraz częściej zapadają na tę dolegliwość. Na przykład Nasza Złota Pani z Berlina. Nie tylko sama uwierzyła w propagandę, że wszystkie kraje powinni chlebem i solą witać egzotycznych amatorów europejskiego socjalu, ale w dodatku próbowała karcić państwa, które się z tej wiary w propagandę wyłamywały.

Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w naszym nieszczęśliwym kraju. Zarówno pani reżyserowa, jak i wielce czcigodna Janina Ochojska nie tylko same uwierzyły w swoją, środowiskową propagandę, żeby nachodźców bezpiecznie przeprowadzać przez polsko-białoruską granicę, ale nawet swoim obłędem zaraziły mnóstwo młodych ludzi, którzy chyba myśleli, że to wszystko naprawdę. Dopiero kiedy w Niemczech ludziska zaczęli odzyskiwać poczucie rzeczywistości, a BND nakazała obywatelu Tusku Donaldu, żeby tę propagandę zaczął odkręcać, zaraz większość towarzycha straciła do migrantów smak, przestała wymyślać Straży Granicznej i organizować wyprawy mające na celu przemycanie nachodźców do Polski i dalej. Oczywiście pani reżyserowa tak z dnia na dzień nie mogła się wycofać, bo nakręciła knota pod tytułem „Zielona granica”, za który spodziewała się dostać „Oskara” i w ogóle, podobnie jak pani Ochojska, która ze służby nachodźcom uczyniła sobie sposób na życie w wieku podeszłym, dzięki czemu może w ramach rozrywki dźgać rodaków nieubłaganym palcem w chore z nienawiści oczy. Jednak reszta towarzycha straciła zainteresowanie nachodźcami nieomal z dnia na dzień, co skłania do postawienia pytania, jak bardzo rozbudowaną agenturę może mieć u nas niemiecka BND.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z histerią, jaką w Ameryce rozpętali tamtejsi Żydowie, tradycyjnie stojący w awangardzie rewolucji komunistycznej, po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Wprawdzie Donald Trump podczas swojej poprzedniej prezydenckiej kadencji podlizywał się Żydom, jak tylko mógł, ale nic mu to nie pomogło, nawet gdyby demonstracyjnie się obrzezał. Najwyraźniej sam też musiał dojść do takiego wniosku, bo podczas kampanii wyborczej zauważył, że Żydowie w większości są przeciwko niemu.

Wypada to sobie rozebrać z uwagą, dlaczego właściwie są przeciw, skoro tak się im podlizywał? Otóż myślę, że przyczyna leży w tym, iż Żydowie są w awangardzie komunistycznej rewolucji. Byli w awangardzie zarówno wtedy, gdy komunistyczna rewolucja prowadzona była według strategii bolszewickiej, która składała się z trzech elementów: gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, masowego terroru i masowego duraczenia, jak i obecnej strategii kulturowej, która głównym polem bitwy rewolucyjnej czyni sferę ludzkiej świadomości, czyli szeroko pojętej kultury. Dlaczego akurat Żydowie byli i są w awangardzie? Dlatego, że komunizm jest znakomitym sposobem uchwycenia i utrwalenia władzy mniejszości nad większością. Jeśli, czy to gwałtownie, czy to drogą systematycznego duraczenia, doprowadzi się do likwidacji własności prywatnej, to wszyscy ludzie staną się niewolnikami stosunkowo nielicznego gangu, który opanuje władzę polityczną.

Żydowie są wyznawcami poglądu, iż Stwórca Wszechświata dlaczegoś sobie akurat w nich upodobał, z czego wyprowadzają wniosek, że skoro tak, to powinien oddać im władzę nad światem. Komunizm wydaje się znakomitym sposobem, toteż nic dziwnego, że Żydowie byli i są w awangardzie promotorów komunistycznej rewolucji. Zresztą coś może rzeczywiście być na rzeczy, bowiem w Księdze Powtórzonego Prawa czytamy takie oto zalecenie Stwórcy Wszechświata do Żydów: Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują. Czegóż chcieć więcej?

Ale rewolucjoniści muszą mieć proletariat, który by „wyzwalali”. Ponieważ tradycyjni proletariusze, czyli pracownicy najemni, w większości stracili smak do rewolucji komunistycznej, to rewolucjoniści obrócili swoje argusowe oko na proletariat zastępczy, w pierwszej kolejności – na kobiety. Kobieta zresztą lepiej nadaje się na proletariusza, niż pracownik najemny, bo wszystko jedno – bogata, czy biedna – kobietą być nie przestanie. Wystarczy tylko jej wmówić, że jest nieszczęśliwa z powodu oprymowania jej przez „męskie szowinistyczne świnie”, od której to opresji uwolni ją dopiero komunistyczna rewolucja. Rozwój ruchu feministycznego, dla którego to właśnie przekonanie jest najtwardszym jądrem jego ideologii, jest ilustracją, że był to strzał w dziesiątkę, podobnie, jak pomysł „wyzwalania” sodomczyków i gomorytek. Toteż Kamala Harris, która po przegranej najpierw schowała się w mysią dziurę, skąd starsi i mądrzejsi już następnego dnia ją wypędzili: wy Harris, nie chowajcie się w mysią dziurę, tylko stańcie na czele kampanii przeciwko znienawidzonemu Trumpu, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa – zwróciła się z apelem, by „kontynuować walkę”.

Jako pierwsze odezwały się feministki, które ogłosiły czteroletni strajk seksualny. Polega on na tym, że przez cztery lata, dopóki znienawidzony Trump będzie przy władzy, będą one konsekwentnie odmawiały swoim dobiegaczom słodyczy swojej płci. Ponieważ Judenrat „Gazety Wyborczej” mobilizuje przeciwko złowrogiemu Trumpu ekologów, to feministyczny strajk seksualny można będzie połączyć z ratowaniem planety przed rodzajem ludzkim. Chodzi o to, by populację światową zredukować – ale nie całkiem, bo miliard trzeba będzie pozostawić, by Żydowie mieli komu pożyczać pieniądze na wysoki procent. Przecież sobie nawzajem pożyczać nie mogą bo to żaden interes.

Ale wyciągnijmy z tego strajku seksualnego wnioski. Pierwszy wniosek to ten, że feministki, a może nawet wszystkie kobiety, traktują słodycz swojej płci jako rodzaj narzędzia do osiągania rozmaitych celów. Stawia to pod znakiem zapytania autentyczność uczuć kobiecych. Tak zwana kokieteria potwierdza najgorsze podejrzenia. I pomyśleć, że trzeba było wygranej Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich, byśmy mogli się o tym przekonać. Nie jest to wiadomość przyjemna, bo burzy rozmaite iluzje, ale czy lepiej jest ulegać iluzjom, czy spojrzeć prawdzie w oczy? Nic tak nie gorszy, jak prawda, ale podobno to właśnie ona również wyzwala.

Stanisław Michalkiewicz

Toruń potęgą morską. Rejs służbowy po Morzu Śródziemnym marszałka z „sekretarką” ?

Marszałek chce zbudować jacht morski za 12 mln zł. Zapłacimy z niego z podatków

15 listopada 2024Autor Ł.R. portalkujawski

Marszałek chce zbudować jacht morski za 12 mln zł. Zapłacimy z niego z podatków

Dość niespodziewana propozycja znalazła się w projekcie budżetu województwa na 2025 rok – rozpoczęcie prac nad budową jachtu morskiego, chociaż województwo kujawsko-pomorskie dostępu do żadnego morza nie ma. Najprawdopodobniej pod koniec grudnia dokument budżetowy ,,klepną” marszałkowi radni i ruszy budowa jachtu morskiego.

Pełnomorski jacht ma mieć 24 metry długości i pływać po Bałtyku i morzu Śródziemnym, które jest oddalone od kujawsko-pomorskiego o jakieś 3 tys. km.

Jacht miałby należeć do Kujawsko-Pomorskiego Centrum Edukacji i Innowacji w Toruniu, które podlega Województwu Kujawsko-Pomorskiemu i służyć uzdolnionej młodzieży. Kiedyś były w Toruniu głosy uważające to miasto za potęgę morską – taki jacht to zawsze pierwszy krok. W 2025 roku planuje się wydatkować ponad 5,5 mln zł. Jacht ma być gotowy w 2026 roku i łącznie kosztować ok. 12 mln zł.

Sabotaż klimatyczny. Jak transformacja energetyczna rujnuje nasze życie

Sabotaż klimatyczny! Skutki będą katastrofalne

16.11.2024 Autor:Redakcja NCzas sabotaz-klimatyczny

Wiatraki
Wiatraki. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Realizowanej przez polski rząd polityki wobec branży energetycznej nie można nazwać inaczej niż sabotażem, który będzie miał katastrofalne skutki dla gospodarki i całego społeczeństwa – mówi z rozmowie z „Najwyższym Czasem!” redaktor Tomasz Cukiernik w związku z wydaniem jego najnowszej książki „Sabotaż klimatyczny. Jak transformacja energetyczna rujnuje nasze życie”.

Redakcja NCZ!: Skąd pomysł na taką książkę?

Tomasz Cukiernik: – Wśród opinii publicznej – bombardowanej dezinformacją i zmanipulowanymi faktami – panuje błędne przekonanie na temat tzw. transformacji energetycznej. Chciałbym, aby moja książka była odtrutką na ciągle powtarzaną propagandę i dezinformację medialną oraz mity dotyczące Europejskiego Zielonego Ładu, energetyki węglowej oraz odnawialnych źródeł energii.

Jakie to mity?

– W pierwszym rozdziale wskazuję na gigantyczne koszty realizowanej przez polskich polityków unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, w tym Zielonego Ładu: niepotrzebne inwestycje na niewyobrażalną skalę, cała gama zielonych europodatków, które po części już płacimy, a następne będą stopniowo wdrażane, uderzenie w wolność wyboru i we własność prywatną oraz pozbycie się suwerenności i bezpieczeństwa energetycznego. W kolejnych rozdziałach tłumaczę, dlaczego farmy wiatrowe i fotowoltaiczne nigdy nie zastąpią energetyki konwencjonalnej – a to dlatego, że nawet Bruksela miliardami euro nie zmieni praw fizyki.

Prostuję kłamstwa o dopłatach: państwo i Unia Europejska na olbrzymią skalę dotuje budowę i funkcjonowanie instalacji odnawialnych źródeł energii, a w przypadku górnictwa węglowego wspierana jest przede wszystkim redukcja mocy wydobywczych i likwidacja kopalni. Gdyby w górnictwie dotacje miały iść na rozwój, tak jak to jest w przypadku OZE, to byłyby wspierane inwestycje w otwieranie nowych ścian wydobywczych. Z kolei gdyby w przypadku OZE dotacje wydawano na to, na co idą w górnictwie, to powinny iść na demontaż i utylizację wiatraków i paneli słonecznych.

Nieprawdą jest też, że w Polsce kończy się węgiel – w rzeczywistości starczyłoby go na 800 lat. Zafałszowaniem jest także to, że nikt nie chce w węgiel inwestować – w rzeczywistości to polskie rządy blokują takie inwestycje. Na przykład ostatnio australijska spółka GreenX Metals wygrała postępowanie arbitrażowe przeciwko polskim władzom w sprawie niezrealizowania projektu budowy kopalni węgla kamiennego i my jako podatnicy będziemy musieli zapłacić ponad 1,3 mld zł odszkodowania. Istotne jest też to, że cała ta tzw. transformacja energetyczna realizowana jest wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale i wbrew prawom ekonomii. Unia Europejska na siłę – depcząc zasady rynkowe i wykorzystując szczególnie nam bardzo źle kojarzące się centralne sterowanie i interwencjonizm państwowy – przekształca całą gospodarkę, by doprowadzić do urojonej zeroemisyjności. A tymczasem choćby pojęcie miksu energetycznego w skali roku czy miesiąca to rodzaj oszustwa wtłaczanego opinii publicznej. A to dlatego, że istotne jest jedynie to, ile energii elektrycznej produkuje się w danym momencie i to, że musi ono wypełnić zapotrzebowanie tego danego momentu.

Skąd tytuł książki?

– Sabotażem określam proces likwidacji przez kolejne władze górnictwa i energetyki węglowej pod dyktando Brukseli. A to dlatego, że doprowadzi on do katastrofalnych skutków: ruiny gospodarki i ubóstwa obywateli. Odczuwamy to już teraz wzrostem cen energii elektrycznej i cieplnej. Z tego powodu zamykane są dziesiątki tysięcy małych firm, które nie wytrzymują tych wzrostów. Ale to początek. Armagedon drobnej działalności gospodarczej dopiero przed nami. Z kolei zwykłych ludzi nie będzie stać na ogrzanie własnego domu, nie wspominając o niepotrzebnych, ale obowiązkowych inwestycjach w panele fotowoltaiczne i pompy ciepła. Natomiast słowo „klimatyczny” odnosi się do pretekstu, pod jakim przeprowadzana jest cała ta rewolucja. Ja tylko powiem, że jeśli weźmiemy pod uwagę dwutlenek węgla emitowany łącznie przez procesy naturalne i przez człowieka, to Unia Europejska emituje 0,3 proc. całości, a Polska – 0,03 proc. I mamy zarżnąć całe gospodarki tylko po to, by tę niemającą właściwie żadnego znaczenia emisję ograniczyć. Czyż to nie jest sabotaż? Dodam, że w Chinach wydobywa się 53 razy więcej węgla niż w Polsce, a chińskie elektrownie węglowe emitują 33 razy więcej CO2 od polskich, ale to Polska, która odpowiadała zaledwie za… 1 proc. światowej produkcji węgla, ma ratować klimat, a nie Chiny.

Jaką konkretnie tematykę poruszasz w książce?

– Przede wszystkim próbuję odkłamywać rzeczywistość. Społeczeństwo zmanipulowane dezinformacją medialną i propagandą polityków nie zdaje sobie sprawy, że aktualnie w Polsce – na rozkaz płynący z Brukseli – odbywa się bardzo głęboka rewolucja. Jej efektem będzie to, że Polska, która u progu tej rewolucji była krajem suwerennym i bezpiecznym energetycznie, stanie się krajem uzależnionym energetycznie od czynników i sił zewnętrznych. W rezultacie przekłada się to również na całą gospodarkę – najpierw dojdzie do rosnących cen energii eklektycznej i cieplnej – z czym już mamy do czynienia, a wkrótce czekają nas braki energii i blackouty. A żadna współczesna gospodarka nie może funkcjonować bez energii. Oznacza to, że realizacja tej polityki prowadzi do destrukcji całej polskiej gospodarki. To jednocześnie poskutkuje tym, że narazimy się na utratę choćby możliwości poprawy bezpieczeństwa militarnego – zniszczona gospodarka nie wytworzy nadwyżek, które można by przeznaczyć na żołnierzy i uzbrojenie, nie wspominając o tym, że w kraju nie będzie nawet hut, które mogłyby wytwarzać stal do produkcji uzbrojenia.

No ale czy jednak ta polityka klimatyczna nie spowoduje, że będziemy żyli w czystszym środowisku? To argument często podnoszony przez zwolenników „zielonej” transformacji.

– Polityka klimatyczna nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska. To dwie całkowicie odmienne sprawy. Aktualnie w powietrzu jest około 0,04 proc. dwutlenku węgla i jest to jedna z niższych wartości w historii geologicznej. CO2 jest konieczny do procesu fotosyntezy i wszystko wskazuje na to, że przy aktualnym poziomie rośliny są na głodzie węglowym. Właściciele szklarni tłoczą do środka ten gaz, aby było go czterokrotnie więcej. Wtedy hodowane rośliny szybciej rosną. Naukowcy obliczają, że gdyby poziom dwutlenku węgla w powietrzu spadł o połowę, to przestałby zachodzić proces fotosyntezy, a to oznacza koniec życia na Ziemi w postaci, jaką znamy. Czy o to chodzi tym, którzy promują całą tę ideologię klimatyzmu?

No to może chociaż po zrealizowaniu całej tej transformacji energetycznej dojdziemy, o ile nie do darmowej, to może chociaż do bardzo niskich cen energii?

– To kolejne kłamstwo. Badanie zlecone przez BusinessEurope wykazało, że do 2050 roku w ramach scenariusza, w którym cele klimatyczne są osiągane bez większych zakłóceń, koszty wytwarzania energii elektrycznej w Unii Europejskiej będą co najmniej o 50 proc. wyższe niż w USA i Chinach. Z kolei w scenariuszu „trudności transformacyjnych” koszty te mogą być nawet trzykrotnie wyższe niż u głównych konkurentów.

Z pewnością zaletą książki jest to, że nie tylko krytykujesz politykę klimatyczną, ale też dajesz pozytywną alternatywę, a to już rzadkość…

– Na ten temat jest cały ostatni rozdział. Porównuję koszty produkcji energii elektrycznej z różnych źródeł i wychodzą bardzo ciekawe wnioski. Okazuje się, że nawet z podatkiem ETS w Polsce najtańsza jest energia produkowana z węgla brunatnego. Z kolei moja rozmowa z dr. Grzegorzem Chocianem pokazuje, w jaki sposób Polska mogłaby zablokować ten skrajnie szkodzący nam Europejski Zielony Ład.

Czy nie obawiasz się hejtu ze strony osób, które wierzą w całą tę ideologię klimatyzmu?

– Jestem przyzwyczajony do hejtu, który na mnie spadł, choćby po wydaniu mojej poprzedniej książki „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”. Pisząc „Sabotaż klimatyczny”, zrobiłem wszystko, by nikt nie mógł się do niczego przyczepić. Przede wszystkim opieram się na autorytetach w tej dziedzinie: wykładowcach akademickich i praktykach z branży. Przedmowę do mojej książki napisał prof. Wojciech Naworyta z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a konsultację merytoryczną przeprowadził dr inż. Mirosław Gajer z tej samej uczelni (teksty Pana profesora często goszczą na naszych łamach – dop. red.). Z kolei na końcu książki czytelnik znajdzie bogatą bibliografię, z której korzystałem przy pisaniu.

Zdecydowana większość organizacji ekologicznych wspiera działania pro-klimatyczne. A tymczasem na okładce tak wywrotowej książki, pokazującej problem z odmiennego punktu widzenia, poza logotypem między innymi „Najwyższego Czasu!”, znalazły się także logotypy organizacji ekologicznych…

– Trzeba odróżnić organizacje ekoterrorystyczne wspierane finansowo przez różne fundacje mniej lub bardziej bezpośrednio powiązane z możnymi tego świata, takimi jak ci od Wielkiego Resetu czy rządy niektórych państw, których celem jest zamiana Ziemi w obóz koncentracyjny, od organizacji prawdziwie ekologicznych, które właśnie objęły patronat nad moją książką: Fundacja Konstruktywnej Ekologii EcoProBono, Polski Klub Ekologiczny 80 i Międzynarodowy Instytut Polityki Strategii Ekologicznej.

Książka red. Tomasza Cukiernika „Sabotaż klimatyczny. Jak transformacja energetyczna rujnuje nasze życie” jest do nabycia w oficjalnej księgarni Najwyższego Czasu: sklep-niezalezna.pl.


Spotkania otwarte Tomasza Cukiernika na temat książki:

20.11.2024 – godz. 17.00, Dąbrowa Górnicza, Villa Moda, ul. Kościuszki 4b.

23.11.2024 – godz. 16.00, Gliwice, ul. Prymasa Wyszyńskiego 7/2.

28.11.2024 – godz. 18.00, Kraków, ul. Św. Filipa 7.

1.12.2024 – godz. 15.00, Warszawa, wystąpienie podczas XV Konferencji Prawicy Wolnościowej, ul. Freta 39.

7.12.2024 – godz. 10-19, Kraków, Świąteczny Kiermasz Dobrej Książki, Restauracja Avangarda, Zyblikiewicza 1

13.12.2024 – godz. 18, Częstochowa, ul. Jagiellońska 59/65, sala konferencyjna na 1 piętrze

14.12.2024 – godz. 10-18, Toruń, Targi Książki Patriotycznej

21.12.2024 – godz. 10-18, Poznań, Targi Książki Patriotycznej

Powiązania rektora Pawła Czarneckiego. Były rektor Collegium Humanum wyszedł z aresztu

Poszedł na współpracę. Były rektor Collegium Humanum wyszedł z aresztu

17.11.2024 https://nczas.info/2024/11/17/poszedl-na-wspolprace-byly-rektor-collegium-humanum-wyszedl-z-aresztu/

Collegium Humanum, afera z dyplomami.
Logo Collegium Humanum. / Fot. PAP

——————————————

Panika wśród zeznających PRAWDĘ w sprawie tego Czarneckiego. Cóż to za potężna ORGANIZACJA, która nakazuje wypuścić takiego przestępcą z więzienia, a wcześniej zapewniła mu ogromne finanse dla rozkręcenia przestępczej „uczelni” w Europie i Azji [Andiżan]. Kto poda mi , oczywiście anonimowo, nazwę tej „organizacji”? M. Dakowski

===========================

Prokurator uchylił środek zapobiegawczy wobec byłego rektora Collegium Humanum Pawła Cz. w postaci tymczasowego aresztowania i zastosował wobec podejrzanego środki zapobiegawcze. Podejrzany miał współpracować z prokuraturą. Za kratkami siedział od lutego br.

Środki zapobiegawcze to poręczenie majątkowe w kwocie 2 mln zł, zakaz opuszczania kraju, połączony z zatrzymaniem paszportu, zakaz wstępu na uczelnię i zbliżania się do jej pracowników oraz zakaz wykonywania czynności nauczyciela akademickiego na terenie Polski.

„Z udziałem tego podejrzanego, który współpracował z prokuratorem, wykonano szereg czynności procesowych, w tym kilkadziesiąt przesłuchań i wiele konfrontacji. Podejrzany przebywał w areszcie od lutego” – przekazała prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska z biura prasowego Prokuratury Krajowej.

Jak podkreśliła prokurator, na tym etapie nie zachodzą przesłanki do dalszego stosowania aresztu. Dodała także, że wykonano już szereg czynności, a sprawa jest bardzo zaawansowana. Postępowanie cały czas się toczy, a Paweł Cz. pozostaje cały czas do dyspozycji prokuratury.

Jacek Sutryk i rektor Collegium Humanum.
Paweł C. (z lewej) z prezydentem Wrocławia Jackiem Sutrykiem (w środku). / Fot. Instagram/screen

„Paweł Cz. otrzymał zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Pozostawiono mu dotychczas blisko 100 zarzutów. Aktualnie w sprawie występuje 55 podejrzanych, którym prokurator postawił łącznie 196 zarzutów” – przekazała prokurator.

Sprawę krótko skomentował adwokat byłego rektora Collegium Humanum, Ryszard Kalisz. – Prokuratura uchyliła tymczasowe aresztowanie, w związku z tym pan Paweł Cz. jest na wolności. W tej chwili czynności wobec niego toczą się w ten sposób, że będzie zawiadamiany o terminie przesłuchania i musi się stawić w prokuraturze. Prokuratura jest teraz na etapie postępowania przygotowawczego i w każdej chwili może zmienić środki zapobiegawcze – powiedział w rozmowie z „Newsweekiem”.

W sprawie nieprawidłowości dotyczących uczelni Collegium Humanum (obecnie Uczelnia Biznesu i Nauk Stosowanych Varsovia) funkcjonariusze CBA działają od lutego. Więcej od tej sprawie dowiecie się z szeregu artykułów opublikowanych na portalu nczas.info.

AUTOPANEGIRYK

AUTOPANEGIRYK

By Humpty Dumpty|16 listopada, 2024| http://pressmania.pl/autopanegiryk/

Szamocąc się z pokonywaniem i finalnym rozwiązywaniem codziennych częstokroć prozaicznych problemów, gdy galopująca aktualnie tusskowa inflacja spędza wielu rodzinom spokojny sen z oczu, a niezwykle trudno ekspektatywnie doczekać się benzyny w cenie 5,19 zł/l nawet nie zdajemy sobie sprawy, że właściwie rzecz ujmując jesteśmy alokowani w niezwykle felicjańskim miejscu na tym łez padole.

Ogarniając zdziwione miny P.T. Czytelników spieszymy zatem ze stosownym uzasadnieniem skorelowanym z funkcjonującym w TENKRAJU modelem życia społeczno-gospodarczego realizowanym obecnie przez opcję pod egidą HERR TUSSKA, znaczy się fuhrera lemingowych łobywateli czyli PEŁO.

Tenże nieoceniony, a przez co poniektórych mocno niestety niedoceniany, a ekstremalnie nawet brutalnie postponowany szwabski namiestnik i lubieżny lizodup kanclerski wszak całym swoim żywotem (i jeden dzień dłużej) zaświadcza o ustawicznej chęci pomnożenia dorobku materialnego wszyćkich, nie tylko pełowskich łobywateli. Dążąc permanentnie do tego celu nie bez kozery i postawionemu przed samym sobą targetowi podniósł wiek emerytalny, który następczo wredne, bezczelne pisiory unicestwiły. Także wyłącznie w tym zbożnym celu nie podniesiono lekkomyślnie granicy wolnej od podatku w wysokości 60.000,- zł, jak również opłat akademików za złotówkę. PKB ustawicznie będzie ewaluować do niespotykanie kosmicznych wręcz rozmiarów.

Ekspansywne wszak ubogacenie czekać nas będzie ze strony imigrantów różniastego koloru skóry, a także specyficznej kultury (nie tylko osobistej). Wzmiankowana dynamiczna ewaluacja będzie także możliwa do osiągnięcia poprzez komplementarne zrealizowanie wszelakich postulatów i życzonek lefactwa TENKRAJU z pedalskimi i lesbijskimi związkami w pierwszej kolejności ich spełnienia, a także „zielonych ludków”stricte skorelowanych z „klimatyzmem”. Jakże tu nie wspomnieć także o wielgim sercu fuhrera, który w związku z koniecznością likwidacji skutków powodzi na Dolnym Śląsku ustanowił wypitnego sanatora w osobie generalskiego (z LWP) synalka Marcinka Qurfińskiego. Co poniektórzy powodzianie w ciągu najbliższych 2 lat oraz wszyćkie bobry będą wręcz zachwyceni ogromem udzielonej pomocy. Niestety ku utrapieniu komuszych dinozaurów personifikowanych takimi wrednymi kreaturami jak Cimoszko, Miller, Belka czy sweterkowy Krzaczasty nie zostali oni dookoptowani do w/w sanatora z prozaicznego względu. To po prostu wynika z faktu, że piniondzów ni ma i ni bydzi, a te łajdackie matuzalemy za byle jaką kasiorę palcem nie kiwną pragnąć sfelicjanizować poszkodowanych powodzią mieszkańców miastuf i fsiuf TENKRAJU.

Jaka szkoda…….

Już za 5 kolejnych parlamentarnych kadencji parlamentarnych w lemingowym wydaniu pod egidą swojego demiurga i koryfeusza czyli HERR TUSSKA doprowadzi polszewia z całą pewnością do bezapelacyjnego wyjścia na rankingowe czoło permanentnych pariasów utożsamianych jak dotychczas raczej z Kreolami i Pigmejami.

Takowy polszewicki quasiPolak, aczkolwiek posługujący się wyłącznie polską mową, aleć nienawistnie odnoszący się do syndromu polskości… wszak potrafi zrealizować takowy ambitny cel. Na arenie polityki europejskiej HERR TUSSK cieszy się nieustającą aprobatą wszelkich swoich poczynań, a także dozgonnym uznaniem ze strony różnej rangi szefów UE. Wszak wszem i wobec znany jest fakt, że tegoż osobnika niezwykle łatwo jest zdemaskować i to wyłącznie z powodu jego facjaty w kwestii odnoszącej się do prozaicznego słowa: KŁAMSTWO.

W jego przypadku wystarczy, że otworzy swój otwór gębowy i w tym właśnie momencie każdorazowo ulatuje z niego oksymoryczna prawda.

To wysokie (nomen omen) międzynarodowe uznanie w/w było mocno zauważalne i stosownie skomentowane podczas spotkania europejskich, politycznych bonzów 8 bm. w Budapeszcie, gdzie ten ćwok spoglądał na wszystkich pozostałych jego uczestników przy realizacji swoistego portfolio wprawdzie z wysoka, aleć z ostatniego szeregu ledwo w tym momencie mogąc być dostrzegalnym. No cóż – jaka postać i jej postawa to takowy także adekwatne takiej postaci jej alokowanie.

Absolutnie jednak dosłownie wszystkim jego akolitom, a precyzyjnie rzecz ujmując bezrozumnym i bezkrytycznym wyznawcom nie przeszkadza jakakolwiek ułomność jego sparszywiałego charakteru o antypolskiej wymowie!!! Pieją ustawicznie pod jego adresem panegiryki, kreując go jako laickie bożyszcze.

Nie jest jakimkolwiek dziwnym zjawiskiem fakt, że od wielu, wielu lat dzieje się tak na wskutek ślepotyzmu tejże tłuszczy. Zaskutkowaniem tego zjawiska jest fakt dawkowania (i to w dużych dawkach) permanentnej perfidnej propagandy w wydaniu fanzinu political fiction pod egidą nadredaktora Adaśka Szechtera, a także utworzonego przez esbeckich konfidentów TEFAŁENA.

Takowe dawkowanie objawia się finalnie w całkowitym odmóżdżeniu, a tym samym braku logicznego myślenia oraz ogarniania rzeczywistości. Właśnie takiemu totalnemu odmóżdżeniu uległo w przeważającej mierze lemingowe stado. Każda „objawiona prawda” przez ich fuhrera HERR TUSSKA była, jest i będzie przez to stado bezkrytycznie i bez jakiejkolwiek wątpliwości skonsumowana niczym zdechła ryba przez zgłodniałe pelikany.

Panegiryczne w polszewickim wydaniu wywody, zachwyty, ochy i achy oraz okazywana euforia osiągają szczyty maestrii, wręcz ekstatycznego orgazmu.

Trafnie jednak należy zauważyć, że w tejże emocjonalnej formule współzawodnictwa „nienormalnych od polskości” łobywateli TENKRAJU odgrywa coraz bardziej znaczącą, dominującą wręcz rolę bohater wielu naszych felietonów Boguś Śliwerski, czyli najdoskonalszy plagiator z grona Rady (nie)Doskonałości (nie)Naukowej.

Jego stygmatycznie, empatyczne funkcjonowanie opisywane było wielokrotnie.

Bezczelny grabieżca cudzej własności opublikował 15 bm. na swoim blogu PEDAGOG felieton pt: „Nie tylko historykom pedagogiki – ku pamięci”, który ze względu na jego epistolograficzną objętość śmiało możemy zaliczyć jako niekończącą się opowieść.

To w przeciwieństwie do w/w formuły panegirycznej realizowanej przez tłuszczę polactwa wobec swojego fuhrera; klasyczny, ujęty w tytule felietonu AUTOPANEGIRYK w wydaniu kosmicznego egotyka, a zatem persony o wielce zaburzonej osobowości.

Każdy z P.T. Czytelników jeżeli przebrnie przez epistołę tegoż przestępcy publikowaną dwuczęściowo, bowiem także następczo może sobie jego zachowanie adekwatnie skomentować.

Druga część wielce pokrętnie skomponowanej epistoły jest aktualnie dostępna na jego portalu PEDAGOG pt: Odsłona działań Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Ta część nie zawiera absolutnie żadnego novum, a jest jedynie auto panegiryczną propagandową autostradą Bogusia do stawiania sobie samemu wysokiego piedestału chwały i samouwielbienia. Pod tymże piedestałem winni się zbierać jego bezkrytyczni wyznawcy i apologeci w rodzaju medycznego jurysty Mareczka Wrońskiego wznosząc fertyczne okrzyki zachwytu, a nawet orgiastycznej euforii.

Wszem i wobec znany jest fakt, że nie tylko panegiryki czy autopanegiryki, ale także wyuzdane w swojej negatywnej treści hagiografie są passe.

Powracając do prowokacyjnego wręcz stwierdzenia na początku felietonu o felicjańskiej wręcz krainie jaką jest TENKRAJ stwierdzić jednoznacznie należy, że jest to konstatacja ze wszech miar uzasadniona. Prawie cały cywilizowany świat zazdrości nam bowiem funkcjonowania w jednym czasie tak wielce ponadprzeciętnie uzdolnionych person, które wyżej zostały wymienione. W przypadku, gdyby takowych osobników zabrakło TENKRAJ zostałby natychmiastowo pogrążony w ciemnościach, odmętach chaosu w którym ustawicznie jedynie do księżyca wilcy wyjom……a wokół syf i poruta.

Nad bezpieczeństwem swojego fuhrera czuwa jednak ustawicznie jego lemingowa czereda. Natomiast od dawna nad łajdackim przestępcą rozpostarty jest (póki co) skuteczny parasol ochronny w wydaniu gremium RDN pod egidą wespół zespół jej herszta funkcjonującego w asyście swojego przydupasa Arturka Woźniaka. Uzupełniają ten parasol Komisja Etyki (he,he…) PAN oraz lefacki leniuszek w zwalczaniu plagiatów, a nauczny szefunio Darek (pod)Wieczorek. Karma jednak chociaż nierychliwa to jednak sprawiedliwa i obu tych obwiesi z całą pewnością dopadnie.

Będąc jednak litościwymi skierujmy pod ich adresem wskazówkę, aby spojrzeli rankiem w lustro i tym sposobem mogliby się przekonać czy są osobami tożsamymi, jednak trudnymi do zidentyfikowania ze swym odbiciem… Podpowiedź z cyklu: MEMENTO MORI też im zadedykujmy.

I to byłoby na tyle jak onegdaj konkludował śp. prof. J. T. Stanisławski.

16.11 2024

By Humpty Dumpty|16 listopada, 2024|