Teheran przejął strategiczną inicjatywę w wojnie, zamykając Cieśninę Ormuz. Stany Zjednoczone nie są teraz w stanie się wycofać, przeprowadzić inwazji lądowej ani wstrzymać działań operacyjnych. Z tego powodu Amerykanie są narażeni na upokorzenia bezprecedensowe w historii ich „globalnej hegemonii”.
Prezydent USA Donald Trump zszokował we wtorek rynki i opinię publiczną wpisem w mediach społecznościowych, w którym ogłosił, że rozmowy pokojowe z Iranem już się rozpoczęły i postępują pomyślnie. Po tych rozmowach Pentagon ogłosił nawet zawieszenie broni w dostawach energii dla Iranu.
Jednak reakcja Teheranu jest doprawdy zdumiewająca w kontekście polityki globalnej. Irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że nie prowadzi negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi – ani bezpośrednio, ani za pośrednictwem pośredników. Zapowiedzi Waszyngtonu o negocjacjach i zawieszeniu broni mają jedynie na celu zyskanie na czasie i obniżenie cen ropy. Innymi słowy, był to gest dobrej woli. Biały Dom zaproponował Irańczykom grę: przestaniemy bombardować wasze elektrownie na kilka dni, a wy będziecie udawać, że nas o to prosiliście, a w zamian odblokujecie Cieśninę Ormuz dla naszych tankowców.
Okazuje się, że to Biały Dom prosi o rozmowy Iran.
Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. „Globalny hegemon” błaga o dialog z krajem, który ogłosił wyrzutkiem, zbombardował pociskami, zrównał jego przywódców z gangiem terrorystycznym, a następnie zamordował. Jednak „państwo wyrzutkiem” odrzuca przedłużoną „fajkę pokoju” i gardzi wszelkimi kontaktami z „lśniącym miastem na wzgórzu”.
Oczywiste jest, że Iran ma wszelkie powody, by zareagować w ten sposób. Jak można prowadzić negocjacje z krajem, który kończy je zabijając negocjatorów? Z krajem, który rozpoczyna inwazję militarną po tym, jak strony uścisnęły sobie dłonie przy stole negocjacyjnym?
Najważniejsze jest jednak to, że Irańczycy mają nie tylko podstawy, ale i możliwość odrzucenia amerykańskiej ręki. Teheran przejął strategiczną inicjatywę w wojnie. USA nie mają obecnie żadnych dobrych ruchów na szachownicy. Tylko złe.
Operacja powietrznodesantowa zakończyła się niepowodzeniem. Plan zakładał upadek Iranu w ciągu kilku dni, ale bombardowania trwają już prawie miesiąc, a Republika Islamska wciąż się utrzymuje. Aby wygrać wojnę, Stany Zjednoczone i Izrael muszą walczyć naprawdę, czyli przeprowadzić operację lądową. Nikt jednak nie był na to przygotowany. Powód podano powyżej: wierzyli, że Iran upadnie w ciągu kilku dni.
Przygotowanie do inwazji lądowej wymaga czasu. Ale Iran będzie się do niej przygotowywał przez cały czas. Musi więc albo rzucić się do walki z nieprzygotowanymi siłami, albo stawić czoła starannie przygotowanej odpowiedzi na agresję. Tak czy inaczej, to krwawa masakra dla amerykańskich żołnierzy.
Ale jakie są alternatywy dla poświęcenia piechoty morskiej? Scenariusz bezwładnościowy – bombardowanie Iranu z powietrza, aż opór wyczerpie się? Ponownie zakładano, że Iran nie ma żadnych sił i że reżim ajatollahów upadnie po pierwszych atakach. Jednak operacja trwa już prawie miesiąc, bez końca i nie wiadomo, czyje rezerwy wyczerpią się pierwsze: siły irańskie czy amerykańskie rakiety.
Jeszcze ważniejszym pytaniem jest, jak szybko skończy się cierpliwość sojuszników USA w Zatoce Perskiej. Irańczycy atakują obecność USA na swoim terytorium, Cieśnina Ormuz jest zamknięta i nie mogą dostarczać ropy. Jeśli sytuacja się przeciągnie, arabscy szejkowie prędzej czy później stracą cierpliwość i zaczną negocjować bezpośrednio z Irańczykami. Teheran będzie miał jeden kluczowy warunek: porzucenie sojuszu z Waszyngtonem i amerykańskiej obecności w swoich krajach – wydalenie Amerykanów z regionu.
Ten sam warunek będzie kluczowy dla faktycznych negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi, jeśli pożądany przez Trumpa rezultat – wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu – rzeczywiście się zmaterializuje. Czytaj: zrzeczenie się kontroli nad globalnym przemysłem naftowym.
Iran może sobie pozwolić na postawienie takich warunków, ponieważ działa teraz z pozycji siły, chwytając przeciwnika za gardło. Tymczasem Amerykanie odgrywają nieznośną rolę przegranego – stawiają wszystko na zero i przegrywają. Wszystkie możliwe rozwiązania są najgorsze. Opuszczenie świata islamskiego jest nie do pomyślenia: co z ropą, co z Izraelem? Przygotowanie inwazji lądowej to pewna tragedia dla narodu amerykańskiego i nikt nie może zagwarantować sukcesu interwencji. Kontynuacja tego stanu rzeczy może skończyć się wypędzeniem Amerykanów z regionu. Gdziekolwiek spojrzeć, widać klin.
Donald Trump zasłużył jako nieugięty pacyfista, na pokojową nagrodę Nobla.
W najnowszym artykule zatytułowanym „Ataki Iranu zmuszają amerykańskich żołnierzy do pracy zdalnej” dziennik „The New York Times” naprawdę pominął najważniejsze informacje. Artykuł wspomina, że przed wybuchem konfliktu z Iranem Pentagon dysponował w regionie około 40 000 żołnierzy, a obecnie wielu z nich zostało rozproszonych w wyniku irańskiej kampanii bombowej w Zatoce Perskiej – nawet aż do Europy – i musi „pracować zdalnie”.
Do podboju dużo mniejszego Iraku w roku 2003 zmobilizowano około 300 tysięcy żołnierzy (250 000 żołnierzy amerykańskich wspieranych przez około 45 000 żołnierzy brytyjskich, 2000 australijskich i 200 polskich). Teraz Pentagon wysyła przeciwko Iranowi najwyżej 70 tysięcy, grożąc przy tym boosterem – to takie skojarzenie z wojną biologiczną sprzed 6 lat – 10 tysięcy dodatkowych żołnierzy.
Tymczasem szykuje się kolejna blokada na Morzu Czerwonym, która zamknie okrętom dostęp do Kanału Sueskiego.
Jemen jest gotowy militarnie do przystąpienia do wojny po stronie Iranu i otwarcia kolejnego frontu przeciwko Stanom Zjednoczonym i Izraelowi poprzez wprowadzenie blokady morskiej na Morzu Czerwonym.
Większość z nas uważa, że nasz świat zwariował. Zabijamy nieznanych nam ludzi na podstawie spreparowanych w tym celu zarzutów. Dzielimy świat na wrogi i przyjazny, chociaż po obu stronach są ludzie tacy sami jak my. Po obu stronach propaganda wojenna tworzy z normalnych ludzi potwory, które trzeba zniszczyć. Tak naprawdę, jedynie garstka zbrodniarzy podjudza do takiej nienawiści, ponieważ dostrzega swoje korzyści na prowokowaniu tragedii świata.
Problemy świata zaczęły się, gdy zebry w białe paski zaczęły nienawidzić zebr w czarne paski.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Trump odnosi jedynie sukcesy i nigdy nie popełnia błędów, dlatego należy znaleźć tych, którzy „naprawdę” zawinili. Niektórzy twierdzą, że sposób z kozłem ofiarnym jest starszy niż same kozły. Na początku marca Trump uzasadnił operację (furii szaleństwa) między innymi konsultacjami ze Stevem Witkoffem i swoim zięciem Jaredem Kushnerem. Zapewne dostał niezłą reprymendę od zięcia, dlatego wczoraj przypisał tę inicjatywę amerykańskiemu ministrowi obrony Pete’owi Hegsethowi: „Pete, to ty byłeś pierwszy. To ty powiedziałeś: «Zróbmy to»”. Doświadczenie mi mówi, że w końcu winnym okaże się Putin.
Powodów do zmartwień nie brakuje. Raport „New York Timesa” na temat skali zniszczeń w amerykańskich bazach w całym regionie:
🔹 Największe straty poniosły najwyraźniej amerykańskie bazy w Kuwejcie, położone w pobliżu Iranu.
🔹 W wyniku ataku na port Shuaiba zniszczono centrum operacji taktycznych armii, w wyniku czego zginęło sześciu amerykańskich żołnierzy.
🔹 Irańskie drony i pociski uderzyły również w bazę lotniczą Ali Al Salem, uszkadzając hangary lotnicze.
🔹 W Camp Buehring uderzono podobno w obiekty paliwowe i serwisowe.
🔹 Zniszczono system radarowy wczesnego ostrzegania w bazie lotniczej Al Udeid.
🔹 Iran zaatakował również siedzibę Piątej Floty Marynarki Wojennej USA w Bahrajnie.
🔹 W bazie lotniczej Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej irańskie pociski i drony uszkodziły sprzęt łącznościowy oraz kilka samolotów tankujących. Źródło: Telegram, 26 marca 2026 r., godz. 03:40.
Tysiące młodych Amerykanów wysyła się na pewną śmierć jako ofiary krwi dla „Wielkiego Izraela”. Umrą, a to nie przyniesie korzyści ani bezpieczeństwu narodowemu, ani interesom gospodarczym Ameryki – zyskają na tym częściowo syjonistyczni pedofile i miliarderzy-filantropi. Źródło.
Najpoważniejszym problemem w negocjacjach pokojowych jest brak chętnych do pertraktacji. Nic dziwnego, skoro „koalicja Epsteina” wymordowała większość irańskich negocjatorów. Nie z takimi problemami walczył skutecznie pan prezydent. Skoro władze w Teheranie odmawiają jakichkolwiek pertraktacji, to najwyższa pora wymyślić takowe. Po co? Żeby pomóc rodzinie i przyjaciołom w spekulacjach giełdowych. Działa to na krótko, ale wystarczy wiedzieć, co powie wkrótce Trump na temat Iranu, żeby odpowiednio zainwestować na wzrost lub spadek cen ropy, by w tak łatwy i nielegalny sposób dorobić się fortuny.
Stąd właśnie dowiadujemy się o tak dobrych „negocjacjach” pokojowych oraz o wielkim prezencie od irańskich przywódców dla Trumpa.
Wielki obrońca pokoju prowadzi twarde negocjacje z Iranem! Źródło.
Sytuacja, w którą Trump sam siebie – z niewielką pomocą przyjaciela Beni [Bibi?? md] – wmanewrował, jest rzeczywiście trudna. Skąd mógł wiedzieć, że najsilniejsza na świecie armia ulegnie zacofanemu, dzięki sankcjom USA, Iranowi.
Mądra strategia, wieloletnie przygotowanie militarne do takiej sytuacji oraz wspomagający sprzymierzeńcy, bez konieczności utraty niezależności przez Iran i oczywiście odwaga, to najważniejsze powody przegranej przez agresorów wojny.
Najnowsza okładka The Spectator World.
Jedynym sposobem dla Trumpa, żeby wyjść z tej dramatycznej sytuacji, byłoby odwrócenie uwagi od wojennej katastrofy przez publikację wszystkich dokumentów ze śledztwa Epsteina.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Wojna na Bliskim Wschodzie ciągle się rozszerza & eskaluje bez widoku na jej zakończenie, ale już teraz jej rezultaty są dramatyczne dla Świata.
W nadchodzącym sezonie rolniczym na półkuli północnej niedostatek nawozów sztucznych spowoduje spadek urodzaju. Mało tego, wzrost cen & spadek dostaw materiałów pędnych zmniejszy możliwość kultywacji gleby, zwłaszcza w dużych gospodarstwach rolnych.
Nie trzeba być jasnowidzem, by pojąć, że spowoduje to niedostatek produktów rolnych & ogromny wzrost ich cen.
Na większości terytorium świata przełoży się to po prostu na głód.
Nawet w ciągle jeszcze bogatych krajach Zachodu, spowoduje to dalszą pauperyzację najbiedniejszych warstw społecznych.
W najbliższej przyszłości będziemy obserwować coś w rodzaju lawiny, która nabierać będzie szybkości i zmiatać wszystko na swej drodze.
Nawet gdyby konflikt zakończył się dziś, to przemożne jego konsekwencje trwać będą latami. Naprawa samej tylko infrastruktury naftowej i gazowej na Półwyspie Arabskim zajęłaby kilka lat. A konflikt ciągle narasta bez realnych perspektyw na zakończenie.
Jeśli tempo eskalacji utrzyma się, to wystarczy jeszcze tylko kilka tygodni akcji kinetycznej przeciwników, by nastąpiły nieodwracalne zmiany w obszarze konfliktu.
Już dziś, obok zniszczeń we wspomnianej infrastrukturze, następuje odpływ siły roboczej z Trzeciego Świata, która stanowi większość zatrudnionych. Odpływ kadry technicznej i kierowniczej z powrotem na Zachód, zamyka możliwości funkcjonowania przemysłu wydobywczego & przetwórczego. Możliwości transportu z regionu w szeroki świat, są już de facto nieistniejące dzięki zamknięciu cieśniny Ormuz.
Na polecenie Teheranu, Huti z Jemenu rozpoczęli blokadę Morza Czerwonego, zamykając ostatni szlak transportu morskiego z regionu.
Te blokady nie tylko uniemożliwiają eksport produktów naftowych z regionu, ale też utrudniają zaopatrzenie w importowane produkty, na których te pustynne obszary opierają swą fizyczną egzystencję.
Jakby tego było mało, niezbędną do życia wodę produkuje się w obiektach odsalających wodę morską. Ich zniszczenie, lub odcięcie od źródeł energii, spowodować może totalną apokalipsę dla regionu.
Jak więc z tego krótkiego przeglądu wynika, przyszłość regionu rysuje się w coraz czarniejszych barwach. A co za tym idzie, przyszłość świata nie wygląda zachęcająco!
Larry Johnson: Nierealne cele militarne armii USA w Iranie – szczegółowa analiza
uncut-news.ch
W niedawnym wywiadzie z byłym analitykiem CIA i gospodarzem sonar21.com Larrym Johnsonem, rzuca on światło na wysoce nierealistyczne i ryzykowne plany militarne Stanów Zjednoczonych w konflikcie z Iranem. Johnson, doświadczony ekspert w dziedzinie wywiadu i wojskowości, ostro krytykuje rozbieżność między oficjalnymi oświadczeniami Waszyngtonu a brutalną rzeczywistością militarną i geopolityczną. Opierając się na obecnych ruchach wojsk, oświadczeniach publicznych i historycznych tendencjach, ostrzega przed potencjalną katastrofą, która może wpłynąć nie tylko na siły zbrojne USA, ale na całą globalną gospodarkę.
Podcast z Danielem Davisem z formatu „Deep Dive” koncentruje się wokół pytania, czy Stany Zjednoczone rzeczywiście przygotowują się do wojny lądowej z Iranem – czy też jest to mieszanka oszustwa, wewnętrznej kalkulacji politycznej i strategicznej pomyłki. Johnson krok po kroku obala te plany i pokazuje, dlaczego nawet ograniczone operacje, takie jak zajęcie wysp w Zatoce Perskiej, są militarnie niepraktyczne.
Johnson zaczyna od konkretnych dowodów na zatuszowane straty USA. Jest przekonany, że oficjalna wersja zestrzelenia tankowca KC-135 to „bezczelne kłamstwo”: samolot został zestrzelony nie w wyniku zderzenia, lecz przez irański pocisk. Podobny sceptycyzm wyraża w odniesieniu do doniesień o rzekomym zestrzeleniu myśliwca F-18 marynarki wojennej USA przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Podczas gdy dowództwo wojskowe USA (CENTCOM) temu zaprzecza, Johnson argumentuje, że kłamstwo jest powszechne w czasie wojny – zwłaszcza gdy pilot katapultuje się nad terytorium Iranu, a akcja ratunkowa jest w toku.
Jeszcze bardziej uderzający jest przypadek lotniskowca USS Gerald R. Ford. Oficjalnie „pożar pralni” unieruchomił okręt na ponad rok. Johnson uważa to za absurd: zwykły pożar pralni nie mógł zniszczyć stalowych konstrukcji na wiele godzin i wywołać 30-godzinnego pożaru. Zdjęcia pokazywały uszkodzenia zewnętrzne, które bardziej wskazywały na uderzenie pocisku lub drona. Jako porównanie przytacza incydent na USS Forrestal z 1967 roku, gdzie awaria amunicji trwała 19 godzin – w tym przypadku rzekomo trwała 11 godzin dłużej. Rząd po prostu nie chce przyznać się do uszkodzeń bojowych, aby uniknąć uznania własnej słabości.
Negocjacje jako fasada – Iran dyktuje warunki
Pomimo wszystkich publicznych sygnałów z Białego Domu – od „15-punktowego planu pokojowego” po rzekome pięciodniowe zawieszenie broni – Johnson nie dostrzega rzeczywistej woli Iranu do negocjacji. Teheran już dwukrotnie zgodził się na negocjacje i został następnie zaatakowany. Panuje całkowity brak zaufania. Iran stawia teraz własne żądania i oczekuje, że Stany Zjednoczone je spełnią, zanim rozmowy w ogóle się rozpoczną. Oświadczenia irańskich urzędników, w tym rzecznika Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, wcale nie brzmią jak kapitulacja, a raczej jak pewność siebie: „Stany Zjednoczone negocjują same ze sobą”.
Johnson ujawnił również element manipulacji: optymistyczne zapowiedzi Trumpa w poniedziałek doprowadziły do spadku cen ropy i wsparły notowania giełdowe – najwyraźniej była to umowa z insiderami, o której inwestorzy z Wall Street zostali wcześniej poinformowani. W rzeczywistości masowe transporty lotnicze mające na celu rozmieszczenie sił specjalnych rozpoczęły się już 12 marca. Twierdził, że jest to sprzeczne z autentycznymi działaniami na rzecz pokoju.
Masowe ruchy wojsk – przygotowania do podboju wysp?
Johnson szczegółowo analizuje ruchy obserwowane od 12 marca: ponad 35 lotów transportowych C-17 z baz amerykańskich (lotniska Hunter Army, bazy wspólnej Lewis-McChord, Fort Bragg, Oceana, Fort Campbell) do baz w Jordanii i Izraelu. W działania zaangażowane są elitarne jednostki, takie jak 75. Pułk Rangerów, Delta Force, SEAL Team 6, 82. Dywizja Powietrznodesantowa oraz oddziały 160. Pułku Lotnictwa Operacji Specjalnych (Night Stalkers). Dodatkowo, pod koniec marca spodziewane jest przybycie dwóch jednostek ekspedycyjnych piechoty morskiej (31. i 11. MEU).
Prawdopodobne cele: wyspa Charg (w północnej części Zatoki Perskiej, główny irański terminal naftowy obsługujący 90% irańskiego eksportu) oraz wyspa Keszm (w najwęższym miejscu Cieśniny Ormuz). Johnson ostrzega: To nie jest „zwykła operacja polegająca na przemieszczaniu się między wyspami”. Charg jest płaski i odsłonięty, Keszm zamieszkuje około 150 000 Irańczyków. Garstka amerykańskich marines lub rangersów (realnie tylko 800–1000 żołnierzy na jednostkę MEU) stanęłaby w obliczu przytłaczającej przewagi wroga. Iran od lat fortyfikuje ten region – za pomocą min, dronów, okrętów podwodnych, motorówek i pocisków nadbrzeżnych.
Nawet generał Keith Kellogg (były doradca Trumpa) i Lindsey Graham promowali ten pomysł, powołując się na „rzymskie legiony” i desantowe siły szybkiego reagowania. Johnson ripostuje sucho: Okręty musiałyby zbliżyć się na kilka mil do irańskiego wybrzeża – stając się „łapkami na pożarcie” irańskich ataków. Zajęcie okrętów nie tylko otworzyłoby Cieśninę Ormuz, ale wręcz ją całkowicie zamknęło: Iran już teraz grozi zaminowaniem całej Zatoki. Co więcej, okręty nie są zaprojektowane do długotrwałej okupacji – linie zaopatrzeniowe nie byłyby bezpieczne, a ludność cywilna mogłaby stać się katastrofą wizerunkową.
Johnson powołuje się na własne szkolenie w CIA: To, co wydaje się wykonalne na papierze, zawodzi w praktyce z powodu terenu, pogody, logistyki i odporności człowieka. 800 marines przeciwko uzbrojonej populacji liczącej dziesiątki tysięcy ludzi? To kończy się jak misja Custera – tylko bardziej nowocześnie, z dronami i pociskami.
Kontekst historyczny: USA jako agresor
Johnson obala narrację o „47 latach irańskiej agresji”. W rzeczywistości Stany Zjednoczone namawiały Saddama Husajna do ataku na Iran w 1980 roku, dostarczały broń chemiczną i dzieliły się informacjami wywiadowczymi – co doprowadziło do śmierci setek tysięcy Irańczyków. Później Stany Zjednoczone uzbroiły organizację terrorystyczną MEK (Mudżahedin-e-Khalq) i wykorzystały ją do przeprowadzenia ataków w Iranie. Prawdziwymi „potworami” w regionie nie jest Teheran, ale Waszyngton.
Konsekwencje ekonomiczne i globalne
Operacja miałaby katastrofalne skutki. Iran już teraz pompuje więcej ropy (1,5 miliona baryłek dziennie zamiast 1,1 miliona) i sprzedaje ją po wyższej cenie (97 dolarów zamiast 47 dolarów). Zamknięcie Cieśniny Ormuz podniosłoby ceny ropy do 150–200 dolarów, podwoiłoby ceny benzyny w USA i wywołało globalny kryzys. Łańcuchy dostaw helu, kwasu siarkowego i nawozów uległyby załamaniu. Iran już zapowiada zmiany w przepisach dotyczących żeglugi i pobieranie opłat tranzytowych w juanach – cios dla petrodolara.
Nawet brytyjscy eksperci (były szef MI6 i były minister obrony) mówią teraz o „wojnie nie do wygrania”. Johnson uważa, że Trump jest w pułapce: posłuchał rad Izraela i teraz może tylko eskalować. Jeśli to się nie powiedzie, będą szukać kozłów ofiarnych takich jak Tulsi Gabbard.
Wnioski: Krótkowzroczność militarna i porażka strategiczna
Larry Johnson maluje jasny obraz: plany USA są nie tylko niepraktyczne, ale wręcz samobójcze. Elitarne jednostki bez odpowiedniego zabezpieczenia, niewystarczająca logistyka, niedoceniana obrona Iranu oraz zignorowana lekcja z Ukrainy i Bliskiego Wschodu: drony i wojna asymetryczna sprawiają, że konwencjonalna przewaga jest bezwartościowa. Zamiast zmiany reżimu czy kontroli nad ropą naftową, wisi w powietrzu globalna katastrofa gospodarcza – wraz z utratą wszelkiej wiarygodności, jaką Stany Zjednoczone mogłyby mieć jako potęga militarna.
Johnson kończy ostrzeżeniem: Każdy, kto planuje takie operacje bez zrozumienia realiów ludzkich, logistycznych i geopolitycznych, powtarza błędy minionych wojen – tyle że tym razem stawka jest wyższa dla całego porządku świata. Nadchodzące dni pokażą, czy zwycięży rozsądek, czy pycha.
15-punktowy plan przedstawiony Iranowi przez ekipę Trumpa jest od początku skazany na porażkę.
Jest to wymuszona kapitulacja: dokument kapitulacji podszywający się pod „negocjacje”.
Plan, który nie jest planem – stawiającym żądania i jednocześnie błagającym o miesięczne zawieszenie broni – obejmuje: zerowe wzbogacanie uranu na terytorium Iranu; całkowity demontaż obiektów w Natanz, Isfahanie i Fordow; eksport całego wzbogaconego uranu z Iranu; drastyczne ograniczenia programu rakietowego; brak finansowania dla Hezbollahu, Ansarallah i irackich milicji; oraz całkowite otwarcie Cieśniny Ormuz.
Wszystko to w zamian za niejasne „zniesienie groźby wznowienia sankcji”.
Jedyną realistyczną reakcją Iranu na te nagromadzone pobożne życzenia może być rozpowszechnienie przez pana Khorramshahr-4 swojej wizytówki wśród wybranych celów – zgodnie z zasadą stosowania odstraszania ekonomicznego i militarnego w celu dyktowania rzeczywistych warunków.
A warunki są naprawdę trudne:
Zamknięcie WSZYSTKICH baz wojskowych USA w Zatoce Perskiej; gwarancja, że nie będzie dalszych wojen; zakończenie wojny z Hezbollahem; zniesienie WSZYSTKICH sankcji; reparacje za szkody wojenne; nowy porządek w Cieśninie Ormuz (już obowiązujący: pobieranie opłat, tak jak Egipt w Kanale Sueskim); program rakietowy pozostanie nienaruszony.
Wniosek: Diaboliczna machina eskalacji nadal działa.
Klub członkowski z opłatą wstępu w Petro-yuan
Tymczasem ceny ropy naftowej i gazu ziemnego ulegają gwałtownym wahaniom, które wpływają na waluty, akcje, surowce, łańcuchy dostaw i obawy o inflację. To już teraz wymykający się spod kontroli globalny wstrząs gospodarczy o katastrofalnych skutkach, który ujawnia się właśnie teraz.
Przed wojną Iran wydobywał nieco poniżej 1,1 miliona baryłek ropy dziennie, które sprzedawano po 65 dolarów za baryłkę z rabatem 18 dolarów: w praktyce tylko 47 dolarów. Teraz Iran zwiększył produkcję do 1,5 miliona baryłek dziennie i sprzedaje ją po 110 dolarów (i rośnie), głównie Chinom, z rabatem do 4 dolarów.
I to nie obejmuje nawet sprzedaży petrochemicznej: ta stale rośnie i trafia do wielu nowych klientów. Co gorsza, wszystkie płatności realizowane są za pośrednictwem alternatywnych mechanizmów. Co prowadzi nas do zaskakującego faktu: w praktyce oznacza to de facto zniesienie sankcji.
A teraz święty Graal tej wojny: Cieśnina Ormuz. Jest de facto otwarta, ale z punktem poboru opłat kontrolowanym przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Punkt z pewną osobliwością: prawem weta w sprawie listy gości. To jak wejście do ekskluzywnego, prywatnego klubu.
Aby uzyskać zezwolenie IRGC, tankowiec musi uiścić opłatę: 2 miliony dolarów za statek. Oto jak to działa: Kontaktujesz się z brokerem powiązanym z IRGC. Broker przekazuje IRGC najważniejsze informacje: właściciela statku, banderę narodową, manifest ładunkowy, miejsce przeznaczenia, listę załogi oraz dane transpondera AIS.
IRGC przeprowadza weryfikację przeszłości. Jeśli nie masz powiązań ze Stanami Zjednoczonymi, nie przewozisz ładunków związanych z Izraelem i nie pływasz pod banderą „państwa agresora”, kwalifikujesz się. Na przykład Japonia i Korea Południowa nie przeszły jeszcze kontroli.
Następnie płacisz opłatę. Gotówką – w dowolnej walucie, jaką posiadasz – ale najlepiej w juanach. Albo w kryptowalucie.
To złożony mechanizm. IRGC korzysta z wielu adresów, mostów między-łańcuchowych do innych sieci, punktów obsługi klienta w jurysdykcjach daleko poza zasięgiem USA oraz integracji ze wszystkimi możliwymi kanałami rozliczeniowymi w juanach.
Po uiszczeniu opłaty, IRGC wyda zezwolenie radiowe VHF – obejmujące konkretny przedział czasowy powiązany z wąskim, 5-milowym korytarzem morskim na irańskich wodach terytorialnych, między Keszm a małą wyspą Larak, gdzie marynarka wojenna IRGC będzie mogła wizualnie zidentyfikować Twój statek. Możesz wtedy kontynuować. Statek eskortowy nie jest wymagany.
Wszystko to dotyczy obecnie tankowców z Chin, Indii, Pakistanu, Turcji, Malezji, Iraku, Bangladeszu i Rosji. Niektóre z nich nie muszą płacić pełnej opłaty. Inne korzystają ze zwolnień – na szczeblu międzyrządowym (jak w przypadku Sri Lanki i Tajlandii, uznanych za „kraje przyjazne”). Jeszcze inne nie płacą nic.
Witamy zatem w klubie członkowskim, gdzie opłata wstępu jest w dużej mierze płacona w petrojuanach. Wystarczył jeden krok ze strony Iranu, aby osiągnąć to, czego nie udało się osiągnąć na niezliczonych szczytach globalnych: ustanowienie alternatywnego systemu płatności – pod ostrzałem, pod ekstremalną presją i wdrożonego w najbardziej dotkliwym wąskim gardle na świecie.
Każda opłata za przejazd uiszczona w petrojuanie omija petrodolar, SWIFT i sankcje USA – wszystko naraz. Irański parlament uchwali ustawę instytucjonalizującą pobór opłat jako „opłatę bezpieczeństwa”. Nikt się tego nie spodziewał – i to tak szybko: zalegalizowanej monetyzacji wąskiego gardła. Bez oddania jednego strzału. Na tym właśnie polega handel w ramach de-dolaryzacji.
Problemem jest to, co nie jest transportowane przez Cieśninę Ormuz: nawozy. Ponad 49% mocznika przeznaczonego na eksport pochodzi z Zatoki Perskiej. Do produkcji amoniaku potrzebny jest gaz ziemny; jednak Katar powołał się na siłę wyższą po ataku syndykatu Epsteina na Południowy Pars i irańskich atakach odwetowych. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej koncentruje się na ropie naftowej, ponieważ ropa zasila skarb państwa i w dłuższej perspektywie stanowi podstawę systemu rozliczeń energetycznych po zniesieniu dolara, w pełni wspieranego przez strategiczne partnerstwo między Rosją a Chinami.
Nic więc dziwnego, że imperium chaosu i grabieży kompletnie oszalało. W mgnieniu oka, w ciągu trzech tygodni, Petroyuan przejął kontrolę nad najważniejszym na świecie morskim korytarzem komunikacyjnym – korytarzem, który został de facto sprywatyzowany. CENTCOM będzie zatem z całych sił dążył do zniszczenia tego punktu poboru opłat, niczym Terminator, próbując wszystkiego, od bombardowania obiektów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej wzdłuż wybrzeża i ustanowienia eskorty morskiej dla alianckich tankowców, po rozpętanie lawiny sankcji przeciwko pośrednikom w punktach poboru opłat.
CENTCOM nie jest w stanie zbombardować precedensu ustanowionego przez Petroyuan, który właśnie wszedł w życie. Całe Globalne Południe obserwuje i analizuje sytuację. Ta cała szalona wojna w rzeczywistości pomaga w stworzeniu nowej infrastruktury płatniczej. Finansowy wymiar wojny jest nawet ważniejszy niż jakiekolwiek przełomy w dziedzinie rakiet.
Co czeka Radę Współpracy Zatoki Perskiej
Katar wielokrotnie ostrzegał Trumpa 2.0, że atak na irańską infrastrukturę energetyczną zniszczy również jego własną infrastrukturę energetyczną w Dosze. I dokładnie tak się stało. Minister energii Kataru, al-Kaabi, ogłosił, że codziennie ostrzegał sekretarza energii USA Chrisa Wrighta, a także dyrektorów ExxonMobil i ConocoPhillips.
Na próżno. Katar ostatecznie stracił 17% swoich mocy LNG: 20 miliardów dolarów utraconych przychodów i do pięciu lat na naprawę szkód. Al-Kaabi: Cena ropy może wzrosnąć do 150 dolarów za baryłkę, a ta wojna może „pociągnąć za sobą światowe gospodarki”.
Zapuszczamy się w krainę absurdu, gdy staje się jasne, że atak na irańskie złoże naftowe South Pars przyniósł mniej niż zerową przewagę strategiczną. Wręcz przeciwnie, kontratak ten poważnie wpłynął na sektor energetyczny w Zatoce Perskiej. Jednak przewrotność naprawdę rządzi. Kto ostatecznie na tym skorzystał? Amerykańskie firmy gazowe.
Iran liczy – i to jest niezwykle ambitne – na to, że monarchie Zatoki Perskiej w końcu się tym zajmą. To tak, jakby Teheran jasno mówił: jeśli nauczycie się z nami robić interesy, pozwolimy wam dalej robić własne.
Nowe zasady obejmują zarówno omijanie petrodolara przez Radę Współpracy Zatoki Perskiej, jak i likwidację amerykańskich centrów danych. A jeśli Rada Współpracy Zatoki Perskiej będzie dążyć do nowego porozumienia w sprawie bezpieczeństwa, lepiej będzie zwrócić się do Chin. Jednocześnie Rada Współpracy Zatoki Perskiej musi nauczyć się radzić sobie z tym szokiem naftowym, który stale dokonuje rewizji premii za ryzyko dla jej dostaw energii. Termin „strukturalny restart” nawet nie zaczyna go opisywać.
Obecnie pewne jest tylko jedno: Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) w znacznym stopniu przyczyni się do załamania międzynarodowego systemu finansowego, gdyż przygotowuje się do wycofania co najmniej 5 bilionów dolarów z rynku amerykańskiego, aby zapewnić sobie przetrwanie.
Podsumowując, po ataku na złoże gazu Południowy Pars – największe na świecie – i „punkt poboru opłat” w Cieśninie Ormuz, to właśnie powszechne rozliczenia oparte na juanach i złocie dają strategicznemu partnerstwu Rosji i Chin przewagę, która jeszcze kilka tygodni temu byłaby nie do pomyślenia.
Długa i kręta droga petro-złota
Strategiczne partnerstwo umacnia nic innego, jak tylko nowy, powstający globalny mechanizm rozliczeniowy, w którym transakcje Petroyuan będą przesyłane bezpośrednio do fizycznego złota.
Podczas gdy Rosja sprzedaje ogromne ilości ropy naftowej i gazu, nie ucierpiawszy na wojnie ze swoim sojusznikiem Iranem, Chiny, wiodący operator rafinerii, kupują rosyjską energię, jednocześnie starając się wspierać swoich partnerów z Azji Południowo-Wschodniej poza dolarem amerykańskim.
Rosja zamienia płatności w juanach na giełdzie w Szanghaju na fizyczne złoto. Iran gromadzi płatności w juanach w Ormuzie i wykorzystuje je do finansowania kontraktówna ropę naftową w juanach, które są wymienialne na złoto. Chiny budują skarbce i korytarze złota za granicą. Nowy Trójkąt Primakowa, RIC (Rosja-Iran-Chiny), kontroluje rzeczywistą energię fizyczną i złoto.
To jest zatem najważniejsza lekcja, jaką można wyciągnąć z wojny syndykatu Epsteina z Iranem. Rosja i Chiny osiągnęły Świętego Graala: dominację energetyczną i oparty na złocie układ juanowy, który na zawsze ominie petrodolara.
W praktyce architektura tworzona od lat 90. przez „niezbędny naród” ujawnia dziś widoczne strukturalne pęknięcia, podczas gdy rynki globalne na bieżąco aktualizują każdą możliwą wersję modelu.
To tak, jakby Persowie zreinterpretowali Sun Tzu, Clausewitza i Kutuzowa (pogromcę Napoleona) w zupełnie nowej, hybrydowej formie. A co więcej, w zaledwie trzy tygodnie osiągnęli to, czego nie udało się osiągnąć przez lata spotkań na szczycie.
Petrodolar jest przestarzały. Alternatywne systemy płatności już działają. Globalne Południe obserwuje na bieżąco, jak imperium niekończących się bombardowań może zostać sparaliżowane przez zdecentralizowaną wojnę na wyniszczenie, prowadzoną przez suwerenne państwo dysponujące jedną pięćdziesiątą imperialnego budżetu obronnego.
Wielobiegunowość nie powstanie dzięki garniturom czytającym dokumenty w gabinetach. Wielobiegunowość powstanie na polu bitwy, pod ostrzałem, wbrew wszelkim przeciwnościom.
Chodzi jednak o coś więcej niż tylko promowanie odnawialnych źródeł energii. Celem jest określenie wojny w Iranie mianem „wojny przez zmiany klimatyczne”, konfliktu, który był nieunikniony z powodu naszego nadmiernego uzależnienia od paliw kopalnych i coraz bardziej niestabilnego klimatu, który sprawia, że ludzie są zdesperowani.
Na tej podstawie niemal na pewno pojawi się narracja dotycząca zmian klimatu/odnawialnych źródeł energii, w której twierdzi się, że cena ropy naftowej jest „zbyt zmienna”, a nasze uzależnienie od paliw kopalnych „powoduje śmierć i zniszczenie”, a zmiany klimatu stanowią „międzynarodowe zagrożenie bezpieczeństwa”.
Był to, bez zbędnej zarozumiałości, dość bezpieczny zakład, ale prasa nie traciła czasu, aby udowodnić, że jest on słuszny.
A teraz Sekretarz Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych podkreśla ten fakt:
Program na rzecz energii odnawialnej stał się od razu jasny, a tysiące zupełnie pozbawionych oryginalności osób twierdziło, że „w cieśninie Ormuz nie ma żadnych paneli słonecznych” i wygłaszało wariacje na ten temat.
Pojawiły się dziesiątki nagłówków obwiniających za wojnę bezpośrednio ropę i nasze „uzależnienie” od paliw kopalnych. Co zabawne, to, co było podtekstem w 2003 roku, w 2026 roku jest już oczywiste.
Chodzi jednak o coś więcej niż tylko promowanie odnawialnych źródeł energii. Celem jest określenie wojny w Iranie mianem „wojny przez zmiany klimatyczne”, konfliktu, który był nieunikniony z powodu naszego nadmiernego uzależnienia od paliw kopalnych i coraz bardziej niestabilnego klimatu, który sprawia, że ludzie są zdesperowani.
A skoro już ustaliliśmy, że zmiana klimatu jest bezpośrednią przyczyną wybuchów wojen, to już tylko krok dzieli nas od bezpośredniego powiązania „zmian klimatycznych” z „bezpieczeństwem narodowym”.
Jak pisałem na Twitterze/X, to coś więcej niż tylko semantyka. Tak jak łączenie „zmian klimatycznych” z „pandemiami” czyni ją problemem zdrowia publicznego, tak łączenie jej z wojną czyni ją problemem bezpieczeństwa narodowego. Propaganda skojarzeń i definicji ma implikacje prawne.
Greenpeace publikuje artykuły, w których przekonuje, że przejście na energię odnawialną „należy rozumieć jako strategię bezpieczeństwa i odporności”.
George Monbiot pisze w „Guardianie”, że „te dwa kryzysy – polityczny i środowiskowy – są jednym. Musimy postawić się na pozycji antywojennej z takim samym zapałem, z jakim narody tradycyjnie stawiały się na pozycji wojennej: wdrożyć program awaryjny, aby wyeliminować paliwa kopalne z naszego życia”.
Potrzeba „ścieżki wojennej” do przeforsowania „strategii bezpieczeństwa” polegającej na pilnym przejściu na „zieloną” energię skutkowałaby przekazaniem ogromnych kwot „finansów awaryjnych” z rąk publicznych do prywatnych.
Gdzie indziej naukowcy publikują prace przewidujące „wojny klimatyczne”, w których powołują się na zmieniający się klimat jako „mnożnik siły” napędzający niedobory wody i masowe migracje. Problemy te mogą prowadzić do wybuchów przemocy; zatem, jak głosi narracja, zmiana klimatu jest początkiem wojen.
Jeśli zmiany klimatyczne stanowią problem bezpieczeństwa narodowego, to czy „negowanie” klimatu staje się buntem? A może zdradą? Czy wymaga to kary? A może cenzury? Racjonowanie żywności sprawdziło się podczas II wojny światowej, czy sprawdzi się również podczas klimatycznej wojny światowej?
Ostatecznie, gdy zmiana klimatu stanie się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego – lub międzynarodowego – rządy będą mogły powołać się na nadzwyczajne uprawnienia wojenne, aby sobie z nią poradzić. I tak właśnie zrobią.
Raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej: 10 „środków nadzwyczajnych” żywcem wyjętych z podręcznika Wielkiego Resetu
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) właśnie opublikowała nowy raport, w którym twierdzi, że wskazano dziesięć „środków po stronie popytu” [demand-side measures], które „złagodzą skutki gospodarcze wojny na Bliskim Wschodzie”.
Dokument nosi tytuł „Ochrona przed wstrząsami naftowymi” i teoretycznie ma na celu „złagodzenie presji cen ropy naftowej na konsumentów”, ale czyta się go jak stronę żywcem wyjętą z podręcznika Wielkiego Resetu.
Wśród dziesięciu rekomendacji znalazły się stare, ulubione rozwiązania, takie jak praca z domu, ograniczenie podróży lotniczych, a nawet wycofanie kuchenek gazowych…
…skierowane działania mogą złagodzić presję na paliwa, których dostępność jest szczególnie ograniczona. Ograniczenie podróży lotniczych tam, gdzie istnieją alternatywy, może znacząco obniżyć popyt na paliwo lotnicze. Działania mające na celu przeniesienie wykorzystania LPG z transportu na podstawowe zastosowania, takie jak gotowanie, mogą pomóc chronić wrażliwe gospodarstwa domowe. Jednocześnie, zachęcanie do korzystania z alternatywnych, czystych rozwiązań w zakresie gotowania, tam gdzie to możliwe, może zmniejszyć uzależnienie od LPG i zapobiec powrotowi do bardziej zanieczyszczających środowisko paliw, które szkodzą zdrowiu ludzi.
Pełna treść ich rekomendacji brzmi…
W miarę możliwości pracuj z domu. .
Zmniejsz limity prędkości na autostradach o co najmniej 10 km/h .
Zachęcaj do korzystania z transportu publicznego .
Zróżnicuj dostęp samochodów prywatnych do dróg w dużych miastach w różne dni .
Zwiększ udział współdzielonych samochodów [car sharing] i wprowadź efektywne praktyki jazdy .
Stosuj efektywną jazdę pojazdami użytkowymi i dostawczymi .
Przekieruj wykorzystanie LPG z transportu .
Unikaj podróży lotniczych, jeśli istnieją alternatywne opcje .
Jeśli to możliwe, przejdź na inne, nowoczesne metody gotowania .
Wykorzystuj efektywnie elastyczność w zakresie surowców petrochemicznych i wdroż krótkoterminowe środki zwiększające wydajność i konserwację
Numer 4 jest szczególnie fascynujący. Co dokładnie oznacza „Zróżnicuj dostęp samochodów prywatnych do dróg w dużych miastach w różne dni”? Bo na pierwszy rzut oka nie wygląda to na poprawną angielszczyznę.
W raporcie wyjaśniono:
Prywatne pojazdy mogą wjeżdżać do wyznaczonych stref w dużych miastach tylko w określone dni, na podstawie numeru rejestracyjnego. Pojazdy z nieparzystymi numerami rejestracyjnymi mają do nich dostęp w inne dni robocze niż te z parzystymi. Ten środek zmniejsza korki uliczne, pracę silnika na biegu jałowym i zużycie paliwa podczas jazdy z częstym zatrzymywaniem się i ruszaniem. Zmniejsza również lokalne zanieczyszczenie powietrza i poprawia atrakcyjność centrum miasta dla rowerzystów i pieszych.
…ale co ciekawe, nie wyjaśnia w jaki sposób miałoby to być egzekwowane.
Wymagałoby to zainstalowania monitoringu CCTV z technologią automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych (ANPR) w celu skanowania całego ruchu, a prawdopodobnie także automatycznego wystawiania mandatów każdemu, kto w czwartek odważy się prowadzić samochód z parzystym numerem.
To pomysł zaczerpnięty z planów „15-minutowych miast”.
Numer 5 rekomenduje „zwiększenie współdzielenia samochodów”, co raczej nawiązuje do apeli o zakończenie prywatnej własności samochodów, prawda? To polityka, którą Światowe Forum Ekonomiczne promuje od dziesięciu lat.
Jest i punkt 8: „Unikaj podróży lotniczych, jeśli istnieją alternatywne opcje”, punkt 1: „Pracuj z domu, jeśli to możliwe” oraz punkt 9: „przejdź na nowoczesne metody gotowania”.
Żadna z nich nie jest nową polityką ani oryginalnym pomysłem; wszystkie istniały już wcześniej jako proponowane rozwiązania zupełnie różnych problemów.
W części uzupełniającej zatytułowanej „Ukierunkowane wsparcie konsumenckie” zaproponowano wypłatę dodatkowych świadczeń gospodarstwom domowym o niskich dochodach w celu pokrycia rachunków za energię (coś w rodzaju prototypu dochodu gwarantowanego), a także zwiększenie popularności pojazdów elektrycznych i zastąpienie starych systemów grzewczych pompami ciepła.
Krótko mówiąc, mamy tu do czynienia z „lockdownem klimatycznym” pod inną nazwą. Być może próbą generalną.
To powinno położyć kres dyskusji w przypadku każdego, kto nie jest przekonany, że wojna w Iranie jest wykorzystywana do przeforsowania dobrze znanego programu „Wielkiego Resetu”.
A na wypadek, gdybyście nie widzieli, co się wydarzy, pamiętacie (całkowicie fałszywe) doniesienia o „odradzaniu się natury” podczas lockdownów związanych z covid-19?
A to właśnie nastąpi.
Poddano nas tym środkom w ramach „systemu zarządzania kryzysowego”, a potem – co szokujące – powiedziano nam, że to naprawdę pomogło środowisku, zmniejszyło zanieczyszczenie i emisję CO2, spowolniło ocieplenie i… cokolwiek jeszcze chcą powiedzieć.
Rzeczywistość ich nie ogranicza. To jest zaleta zmyślania.
Po raz kolejny każą nam uwierzyć, że całkowitym zbiegiem okoliczności to, co musimy zrobić, to jest to, co wszystkie rządy na Ziemi chciały zrobić.
Lockdowny? To jeszcze nie koniec… Wygląda na to, że w zamian zostaną przemianowane na „lockdowny klimatyczne” i albo wymuszane, albo po prostu groźnie trzymane nad głową społeczeństwa. − ♦ − W ramach „lockdownu klimatycznego” rządy […]
Państwo, którego wydatki wojskowe sięgają blisko tysiąc miliardów dolarów, okazało się bezbronne wobec garstki bezzałogowców. Pomimo zaangażowania USA w wojnie dronowej na Ukrainie, Stany Zjednoczone najwyraźniej przegapiły zagrożenie mogące wyniknąć z zastosowania dronów przez przeciwników.
W trakcie intensywnej fazy operacji „Epic Fury” przeciwko Iranowi baza sił powietrznych Barksdale w Luizjanie – centrum dowodzenia amerykańską flotą bombowców atomowych i centrum dowodzenia Global Strike Command – była przez wiele dni oblegana przez roje najnowocześniejszych dronów. Potężne bombowce B-52 musiały przerwać starty, a personel wojskowy uciekł do bunkrów. Prawdziwie szokującym aspektem tego incydentu jest to, że supermocarstwo było całkowicie bezbronne wobec atakujących. Barksdale nie ma własnej obrony powietrznej. Nie ma tam myśliwców, które mogłyby zestrzelić intruzów.
A elektroniczne urządzenia zakłócające, mające zakłócać połączenia GPS i transmisję danych? Kompletna porażka. Drony praktycznie zakpiły z obrony USA: w falach po 12–15 urządzeń krążyły wokół bazy nawet przez cztery godziny dziennie – z włączonymi światłami! Chciały być widoczne. Uniemożliwiały wszelkie próby zagłuszania, działały autonomicznie i inteligentnie omijały środki obronne.
[To jest zupełnie absurdalne. Przecież wystarczyło przywieźć ze dwie baterie sprzężonych ckm-ów przeciwlotniczych i zestrzeliwać te drony jak kaczki. Można było też wziąć helikopter ze stalową siecią i złowić czy wyłowić wszystkie jak karpie. A jeśli były sterowane online, to przecież nie trudno namierzyć skąd i złapać tych facetów. md]
Obrazek sprzed 14 lat nic nie stracił na aktualności.
Przecież USA posiada 11 wielkich lotniskowców! Owszem posiada. Jednak nie trzeba frontalnie atakować takiej fortecy. Wystarczy mały sabotaż urządzeń sanitarnych lub pomieszczenia z pralkami. To na pewno to Rosjanie ukradli chipy z pralek tego okrętu, by wyprodukować więcej Oreszników! Propaganda dla kompletnych kretynów.
Nie ma potrzeby budować drogiej i doskonale uzbrojonej armii, żeby zwyciężyć USA. Wystarczy zastosować inteligentną strategię i zaskoczyć nią pewnego siebie byłego, światowego hegemona.
Jacob G. Hornberger jest założycielem i prezesem fundacji The Future of Freedom Foundation (przyszłość wolności).
Istnieje jedna i tylko jedna możliwość, żeby doszło do pełnego otwarcia Cieśniny Ormuz. Jak tego dokonać? Rozwiązanie jest bardzo proste. Opisał je Jacob Hornberger w piątkowym artykule: Jak otworzyć Cieśninę Ormuz?Źródło.
Oczywiście, że nie da się rozwiązać tego problemu tak, by wszyscy byli zadowoleni. Podany sposób będzie nie w smak najgorszemu na świecie państwu stosującemu politykę terroru – czyli Izraelowi. Oczywiste jest także, że Stany Zjednoczone nie są jeszcze gotowe na takie rozwiązanie. Jeszcze nie, ponieważ potrzebują do tego zdecydowanie większej porażki, a ta realizuje się właśnie na naszych oczach.
Strzelanie drogą i zaawansowaną technicznie armatą do muchy – tak można opisać strategię USA. Nie trzeba zdobywać szturmem tej armaty, wystarczy uszkodzić jeden jej element: wysoko precyzyjny celownik, by ta broń stała się nieskuteczna.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Po raz pierwszy od II wojny światowej amerykańska baza lotnicza została ubezwłasnowolniona w przypadku wojny. I to nie gdzieś na Bliskim Wschodzie, ale w sercu Stanów Zjednoczonych.
W środku gorącej fazy „Operacji Epickiej Furii” przeciwko Iranowi, Baza Sił Powietrznych Barksdale w Luizjanie – centrum nerwowy amerykańskiej floty bombowców nuklearnych i centrum dowodzenia Global Strike Command – przez wiele dni była oblegana przez najnowocześniejsze roje dronów. Potężnie bombowce B-52 musiały odwołać swoje starty, wojskowi uciekli do bunkrów.
Przerażająca rzecz w tym incydencie: Supermoc była całkowicie bezradna wobec napastników. Barksdale nie ma własnej obrony przeciwlotniczej. Nie ma tam myśliwców, które mogłyby ściągnąć najeźdźców z nieba. A elektroniczne zagłuszacze, które powinny wyciąć GPS i połączenia danych? Kompletna porażka całkowita. Drony naśmiewały się z amerykańskiej obrony: W falach od 12 do 15 urządzeń krążyły nad bazą do czterech godzin każdego dnia – i przy włączonym oświetleniu! Chcieli być widziani. Przeciwstawiły się wszystkim próbom ingerencji, działały autonomicznie i inteligentnie unikały środków obronnych.
Eksperci ds. bezpieczeństwa alarmują: Te samoloty są znacznie bardziej zaawansowane niż wszystko, co wiemy z wojny na Ukrainie, i znacznie przekraczają możliwości Iranu. Wszystko wskazuje na Chiny. Technologia przewyższa prawie wszystko, co USA mają w swoim arsenale. Czy to zemsta Pekinu za zestrzelony balon szpiegowski z 2023 roku? Założenie jest oczywiste: Chiny nie tylko dostarczają Iranowi broń, ale teraz również dostarczają mułłom najbardziej intymnych tajemnic amerykańskiej wojny w czasie rzeczywistym.
================================== To jest zupełnie absurdalne. Przecież wystarczyło przywieźć ze dwie baterie sprzężonych ckm-ów przeciwlotniczych i zestrzeliwać te drony jak kaczki. Można było też wziąć helikopter ze stalową siecią i złowić czy wyłowić wszystkie jak karpie. A jeśli były sterowane online, to przecież nie trudno namierzyć skąd i złapać tych facetów. md]
==============================
Konsekwencje tego ataku są znaczące. Bombowce B-52 z Barksdale miały zrzucić masowe bomby „Bunker Buster” (GBU-57) na irańskie obiekty jądrowe, takie jak Taleghan-2, gdzie reżim mułłów majstruje przy detonatorach nuklearnych. [a to bzdura; propagandowa. Nie ma żadnych „detonatorów nuklearnych” ani w Iranie [MAEA potwierdza] – ani w podobnym miejscu. md]
Poprzez przymusowe opóźnienia startowe w USA Iran otrzymał cenny czas na zapewnienie transportu krytycznych zasobów w bezpieczne miejsce. Co gorsza, nie jest jasne, czy drony nie przechwyciły nawet tajnych planów wojennych i danych komunikacyjnych od Amerykanów.
Jednak Barksdale to tylko wierzchołek góry lodowej. Bezprecedensowa seria inwazji dronów wstrząsa obecnie najbardziej wrażliwymi obiektami w USA:
Ucieczka odrzutowców F-22: Nad Bazą Sił Powietrznych Langley w Wirginii roje dronów pojawiały się przez wiele tygodni. Niektóre urządzenia miały ponad sześć metrów długości i ścigały się w bazie z prędkością 160 km/h. Zagrożenie było tak ogromne, że USA musiały ewakuować swoje najdroższe odrzutowce F-22 stealth!
Szpiegowanie „Skunk Works”: Nad legendarnym rusznikarzem w Palmdale w Kalifornii, gdzie Lockheed Martin i Boeing pracują nad ściśle tajnymi projektami, niezidentyfikowane drony również krążyły.
Cel rządu USA: absolutny szczyt śmiałości, czy bezczelności miał miejsce w marcu 2026 roku w Waszyngtonie. Drony przeleciały nad Fort McNair – dokładnie tą bazą, w której mieszkają minister spraw zagranicznych Marco Rubio i minister obrony Pete Hegseth. Jednoznaczne zagrożenie ze strony wrogów Ameryki bezpośrednio pod adresem amerykańskiego przywództwa!
USA nie mają obecnie funkcjonującej obrony krajowych dronów. Chociaż powstają nowe bronie mikrofalowe, te ogromne systemy nie zostały jeszcze zintegrowane z obroną przestrzeni powietrznej. Dopóki Ameryka nie będzie mogła ponownie chronić własnej przestrzeni powietrznej, miną lata. Pojawia się jednak również pytanie, ile czasu może potrwać irańskie uśpione komórki, aby wykorzystać tę słabość do masowych ataków na amerykańskie bazy wojskowe bezpośrednio na amerykańskiej ziemi.
Amerykanie muszą pilnie przedyskutować, w jaki sposób przywrócić warunki, które mogłyby doprowadzić do odbudowy państwa rządzonego przez interesy samych Amerykanów.
Zachodnia machina propagandowa – najpotężniejsza broń strategiczna Zachodu – wielokrotnie twierdziła, że siły amerykańskie odniosły szybkie i zdecydowane zwycięstwo nad Iranem. Jednocześnie izraelscy oficerowie wywiadu informują zachodnie media, że obserwują coraz więcej oznak rozpadu i „chaosu” w reżimie w Teheranie, dodając, że irański łańcuch dowodzenia został poważnie zakłócony przez poważne awarie.
I dlaczego nie należałoby wysuwać takich roszczeń do całkowitego zwycięstwa? Trump prawdopodobnie wyruszył na wojnę z absolutną wiarą w siłę militarną Ameryki, która zniweczy irańską strukturę państwową, jej sieć dowodzenia i potencjał militarny. Jego generałowie zdawali się popierać ogólną tezę o potencjale destrukcyjnym – ale dodali kilka „ale”, które prawdopodobnie nie pasowały do toku myślenia Trumpa.
I właśnie to zrobił Trump – kompleksową „anihilację”; nieustanne fale bombardowań dalekiego zasięgu. Tym, którzy wątpili w jego sukces w demontażu irańskiej struktury państwowej, odpowiedział po prostu: „Wtedy zniszczymy jeszcze więcej”. „Zabijemy jeszcze więcej ich przywódców”.
Media zachodnie (w tym izraelskie) również chwaliły niszczycielski wpływ ataku na irańskie przywództwo polityczne i wojskowe w towarzyszących mu reportażach po atakach z 28 lutego.
Nie podjęto próby krytycznej oceny wpływu na państwo, które przez 20–40 lat przygotowywało się do asymetrycznej odpowiedzi na zbliżającą się wojnę. Nie podjęto też próby rozważenia rzeczywistych konsekwencji bombardowania państwa, które ukryło całą swoją infrastrukturę wojskową (w tym siły powietrzne) pod powierzchnią ziemi, a następnie ukryło ją w głębokich, podziemnych miastach.
Nie podjęto próby oceny wpływu zamachu na irańskich przywódców politycznych i wojskowych na nastroje społeczne. Nie zrozumiano, w jaki sposób zdecentralizowana „mozaika” irańskich przywódców mogłaby ułatwić szybką, zaplanowaną reakcję na oderwanie się przywódców. Nie wzięto również pod uwagę, że tak rozproszona struktura przywódcza pozwoliłaby Iranowi prowadzić długotrwałą wojnę na wyniszczenie przeciwko USA i Izraelowi – w przeciwieństwie do nacisku USA i Izraela na krótkie wojny, które nie nadwyrężają odporności społeczeństwa.
W przeciwieństwie do tego wszystkie główne doniesienia skupiały się na rozmiarze zniszczeń wyrządzonych Teheranowi i jego mieszkańcom – przy jednoczesnym ukrytym założeniu, że zniszczenie infrastruktury i duża liczba ofiar cywilnych same w sobie doprowadzą do powstania opozycji, która „powstanie” i „przejmie” stery przywództwa narodowego.
Fakt, że konflikt ten wzbudził tak małe zainteresowanie, odzwierciedla fakt, że USA coraz bardziej dostosowują swoje podejście do wojny do modeli od dawna stosowanych przez Izrael – co może mieć daleko idące konsekwencje dla przyszłości Zachodu.
Oczywiście, niektórzy zawodowi oficerowie armii amerykańskiej wielokrotnie ostrzegali przed nieskutecznością masowych bombardowań jako samodzielnego instrumentu strategicznego, twierdząc, że nigdy nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Jednak ich ostrzegawcze przesłania miały niewielki wpływ na panujące wówczas przekonanie o „zagładzie”.
Język używany przez Trumpa i jego zespół do opisywania Irańczyków jako „złych” i „morderczych, zabijających dzieci” podludzi ma wyraźnie na celu polaryzację konfliktu do tego stopnia, że inne strategie militarne niż dalsza „unicestwienie” są wykluczone.
Trump powiedział dziennikarzom „New York Timesa” , że nie czuje się „ skrępowany żadnymi międzynarodowymi prawami, normami, mechanizmami kontroli i równowagi ” i że „ jedynymi ograniczeniami jego możliwości wykorzystania amerykańskiej potęgi militarnej ” są „moja własna moralność. Mój własny umysł. Tylko to może mnie powstrzymać”.
Z doniesień wynika, że wyraził zdziwienie, iż niespodziewany atak Ameryki na irańskie przywództwo wywołał natychmiastową reakcję w postaci ataków odwetowych na amerykańskie bazy w Zatoce Perskiej: „Nie spodziewaliśmy się tego” – powiedział Trump; nie przewidywał też późniejszego wybiórczego zamknięcia Cieśniny Ormuz, mimo że Irańczycy wyraźnie ostrzegali, że właśnie to zrobią. Zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale mimo to podjął działania, mówiąc, że „nie sądzi”, by Irańczycy przejęli kontrolę nad Cieśniną Ormuz.
Kontrola Iranu nad około 20% światowego rynku ropy naftowej i podobną ilością gazu transportowanego przez cieśninę Ormuz daje mu wyjątkowy wpływ na całą gospodarkę opartą na dolarze. Stanowi to jednak szczególne zagrożenie dla państw Zatoki Perskiej, ponieważ cieśnina Ormuz służy również jako korytarz dla nawozów, żywności i wielu innych dóbr.
Selektywna blokada Ormuz ma zatem globalne konsekwencje gospodarcze drugiego i trzeciego rzędu dla świata. Jak zauważył wczoraj Lloyd’s Intelligence :
„Kilka rządów – w tym Indii, Pakistanu, Iraku, Malezji i Chin – prowadzi bezpośrednie rozmowy z Teheranem i koordynuje ruch morski za pośrednictwem nowo utworzonego systemu rejestracji i kontroli obsługiwanego przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej… Lloyds… oczekuje, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej wprowadzi w najbliższych dniach bardziej formalny proces zatwierdzania statków”.
Dlaczego więc Izrael sprowokował tak strategiczną eskalację, atakując irańskie terminale, które otrzymują gaz ze złoża gazu Południowy Pars, które Iran dzieli z Katarem? Izrael twierdzi, że Trump dał im zielone światło na atak. Trump odpowiedział , że „Izrael zaatakował irańskie złoże gazu Południowy Pars wczesnym rankiem, nie informując o tym Stanów Zjednoczonych ani Kataru”.
Zgodnie z oczekiwaniami, atak na irańską infrastrukturę energetyczną wywołał eskalację konfliktu poprzez irańskie ataki rakietowe na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej, co przerodziło się w poważną wojnę ekonomiczną .
Zasadniczo pytanie brzmi teraz, na jakich warunkach świat będzie mógł kupować ropę i gaz. Czy nabywcy będą mogli kupować energię w walutach innych niż dolar? Wydaje się, że tak – Pakistanowi udało się wynegocjować przewóz ładunku przez Cieśninę Ormuz właśnie w ten sposób – udowadniając, że ładunek został zakupiony w juanach .
Nie chodzi więc tylko o obecność wojsk USA w regionie – których wycofania domaga się Iran – ale raczej o irańskie żądania całkowitego zakończenia handlu dolarami w regionie.
Jeśli Iran wygra, może to oznaczać trudną drogę do przetrwania gospodarczego dla państw Zatoki Perskiej.
Państwa Zatoki Perskiej mogą wkrótce musieć zdecydować, jakie stanowisko zająć w tej wojnie. Z jednej strony w pełni zaakceptowały merkantylistyczny styl życia Stanów Zjednoczonych. Ale Iran grozi obaleniem tego paradygmatu. Z drugiej strony, przyszłe perspektywy państw Zatoki Perskiej – coś, co muszą wziąć pod uwagę – mogą zależeć od tego, czy Iran pozwoli im przejść przez Cieśninę Ormuz.
Jeśli Iran wybiórczo wykorzysta swoją „stopę na gardle” światowego systemu gospodarczego – według swoich konkretnych kryteriów – możliwe jest, że inne państwa (w tym europejskie) zostaną zmuszone do zasiadania przy „stole negocjacyjnym” z Teheranem, aby zabezpieczyć swoją przyszłą pomyślność gospodarczą.
Ukryte struktury władzy w USA
Jednak nie tylko kraje Zatoki Perskiej muszą zastanowić się nad swoją pozycją – monarchie Zatoki Perskiej – po tej nierozsądnej i potencjalnie bardzo szkodliwej wojnie handlowej. W Stanach Zjednoczonych pojawiają się głosy, że Amerykanie również muszą omówić swoje stanowisko.
Amerykański komentator Bret Weinstein niedawno trafił w czuły punkt wielu Amerykanów, którzy podobnie jak on aktywnie wspierali Trumpa, ale teraz są zdezorientowani i niepewni, ponieważ Trump opowiadał się za wojną z Iranem – zwłaszcza że w związku z tym jego prezydentura jest zagrożona:
„Dlaczego człowiek taki jak Trump, który zna się na polityce, popełniłby tak oczywisty błąd?”
W rozmowie z Tuckerem Carlsonem Weinstein zasugerował, że jedną z odpowiedzi jest to, iż Trump tak naprawdę nie ma kontroli:
„My, Amerykanie, musimy porozmawiać sami ze sobą – nie tylko o tym, jak bardzo zepsuty jest system i do czego nas zmusza, ale także o tym, jak on właściwie działa. [Kto] popycha nas do tego, co robimy?”
Pytanie jest głębsze niż sam fakt, że Trump złamał swoją obietnicę wyborczą, że „nie będzie nowych wojen za granicą”. ( Agencja Reutersdonosi dziś, że „administracja Trumpa rozważa wysłanie tysięcy dodatkowych żołnierzy amerykańskich na Bliski Wschód – podczas gdy Trump myśli o kolejnych krokach wobec Iranu, które mogą obejmować próbę zabezpieczenia Cieśnin”).
W rozmowie z Tuckerem Carlsonem Weinstein zauważył, że system amerykański wydaje się być poważnie nadszarpnięty od pewnego czasu (od 1961 lub 1963 roku): nie leży mu już na sercu interes amerykański. W istocie, argumentował, amerykańskie rządy w wielu dziedzinach – od finansów po opiekę zdrowotną – są wyraźnie sprzeczne z rzeczywistymi interesami Amerykanów. A od wydarzeń z listopada 1963 roku państwo przekształciło się w strukturę „niekonstytucyjną” – dokładne przeciwieństwo tego, czym powinny być Stany Zjednoczone.
Weinstein przypisał tę sytuację „czemuś”, co nie jest ujawnione; czemuś, czego nie da się dostrzec gołym okiem. Wskazał na „ukrytą strukturę władzy”, której kontrola i interesy są niejasne: „Co nimi kieruje? Kto dokładnie sprawuje władzę w tym systemie? Nie wiemy” – argumentował. Jakie ukryte interesy popchnęły Stany Zjednoczone do tej serii wojen zagranicznych na Bliskim Wschodzie?
Dlatego właśnie sprawa Epsteina jest tak istotna – podkreślił Weinstein: Nieliczne opublikowane szczegóły ukazały obraz struktury władzy opartej na agencjach wywiadowczych, pieniądzach i korupcji. To wskazuje na niewypowiedziany kryzys konstytucyjny i ostry kryzys bezpieczeństwa w USA.
Amerykanie pilnie potrzebowali informacji o tym, czym jest ta struktura władzy – i jakie są jej interesy . A następnie omówienia swojego stanowiska i tego, jak mogą odzyskać elementy, które mogłyby doprowadzić do odbudowy państwa rządzonego przez ich własne interesy.
Do truizmów należy przekonanie, że litość, miłosierdzie, ba, szlachetność nie idą w parze z wojną. Nie mogą nawet koegzystować z polityką, szczególnie współczesną. Liczy się skuteczność w osiągnięciu nakreślonych celów, nieprawdaż?
W moim pokoleniu, które otrzymało dar pamięci od swoich rodziców, świadków wojny światowej, pozostały jednak wpojone zasady etyki, która czegoś wzbrania, czegoś się brzydzi, coś stanowczo potępia. Zasady te może nie są już tak niewzruszone jak dawniej, ale wciąż się mocno odzywają jako głos sumienia w chwilach tragicznych. Nie chcę tej etyki nazywać akurat chrześcijańską (choć z tej religii się wywodzi). Nazwę ją po prostu etyką ludzką.
Jeśli wiemy i pamiętamy, że Niemcy we wrześniu 1939 r. celowo bombardowali oznakowane szpitale i kolumny cywilnych uciekinierów – to nazywamy ten potworny czyn złem. Jeśli wiemy, że przez całą okupację ci sami Niemcy mordowali w egzekucjach ulicznych i leśnych (np. Palmiry) setki i tysiące cywilów, to była to zbrodnia. Jeśli wiemy, że olbrzymi radziecki system represji wywoził z polskich ziem wschodnich tysiące naszych rodaków na głód i poniewierkę w obozach wyniszczającej pracy, a innych torturował i zabijał w katowniach NKWD – to była to równie odrażająca zbrodnia. Jeśli wreszcie ludobójcy z UPA zabijali bezbronną ludność polską, w tym małe dzieci w potwornych męczarniach, to nazywamy te masakry nieludzką zbrodnią wylęgłą w mózgach przeżartych złem. Podałem oczywiście przykłady. Tę listę można snuć długo.
Jeśli tak jest – to jak możemy spokojnie oglądać kamienne, mechanicznie wyuczone mordy spikerów i komentatorów telewizyjnych (towarzyszy im podobny ton w codziennej prasie), którzy dzień w dzień z ujmującym spokojem i aprobatą informują o podobnych zbrodniach w wykonaniu „naszych sojuszników”. Samoloty, rakiety i drony z Izraela i USA nie uderzają jedynie w tzw. obiekty wojskowe. Codziennie w Iranie, napadniętym według klasycznej formuły zbrodni wojennej (jak w Polsce 1939 r.), giną zwykli ludzie. Giną też liczne dzieci. Giną bezbronni. Ginie większość tych, którzy chcieli i chcą żyć w taki ustroju, jaki powstał w tym kraju w 1979 r. Chcą tego nadal pod bombami agresora. Ale nic z tego. Agresorzy uważają, ze należy im to wybić z głów masowym unicestwieniem.
Tak było niejeden raz w dobie współczesnej. Za narodowy sprzeciw wobec dyktatu USA i UE w 1999 r. potworną cenę zapłacili bohaterscy Serbowie. Oderwano ich ojczyźnie Kosowo i Metohiję, prowincję od XIII w. integralnie związaną z serbskim państwem, zasiedloną przez Albańczyków dopiero w niewoli tureckiej. Na tej ziemi w Peci do końca XVII w. mieściła się siedziba patriarchatu Serbskiej Cerkwi Prawosławnej, natomiast aż do do agresji NATO i wykrojenia groteskowego pseudo-państewka w Kosowie (w istocie hiper-bazy przeładunkowej USA) kwitły monastery – fundacje królów Serbii. Bez litości wygnano Serbów z tej prowincji, posługując się bojówkami albańskimi, które spełniły taką rolę, jak UPA wobec Polaków na ziemiach wschodnich. Zadziałała prosta reguła: kto się sprzeciwi globalnym macherom, podlega egzekucji. Nie ma co liczyć na tzw. prawa i wartości, o których co jakiś czas pieje „Zachód”.
Brutalna napaść dotknęła obecnie Iran (przed dwoma miesiącami Wenezuelę), jednakże pole działania dla zbrodniarzy tego samego pokroju i zapatrywań jest znacznie szersze. Izraelczycy wyniszczają Liban. Pretekstem jest wytępienie szyickiego Hezbollahu, ale przecież masowo ginie ludność cywilna wszelkich wyznań, także chrześcijanie-maronici. Bezsilne władze Libanu daremnie proszą o pomoc. Nie słyszałem, aby obłudne kreatury z UE się tym przejęły. Z kolei przed administracją Trumpa (już bez udziału siepaczy Netanjahu) roztacza się nieograniczony horyzont tępienia państw o ustrojach alternatywnych, nie godzących się na status neokolonialny i marionetkowy. Runą na Jemen, runą na Afganistan (gdzie 5 lat temu talibowie przy wsparciu większości narodu wygnali marionetki USA, wyzwalając swój kraj po 20 latach „postępowej” okupacji).
Znamienne, że Amerykanie zawsze oszczędzają te państwa, w których rządzą komuniści. Co do ChRL, to oczywiste, „Zachód” panicznie boi się jej potęgi, a Eurokołchoz dodatkowo ma tam liczne brudne interesy. Lepiej też nie tykać naszpikowanej bombami Korei Północnej, gdzie misjonarze globalu mieli by za przeciwnika prawdziwy zbrodniczy „reżim” komunistyczny. Na paluszkach ostrożnie obchodzą też Wietnam i Laos, rządzone przez komunistów od 1975 r. Czyżby pamięć upokarzającej klęski? Z „czerwonych” państwa jedna jedyna Kuba wydaje się do połknięcia, bo jest osaczona. Mam wszakże dziwne przeczucie, że Trump jej nie ugryzie. Przede wszystkim – brakuje tam nafty i gazu. A przecież główne polowanie z mordem w tle odbywa się w rejonach zasobów energetycznych.
Konkluzja. Przypomniałem mechanizm zwykłej propagandy. Jednak tam, gdzie słychać codzienne treny z powodu rosyjskich bombardowań miast na Ukrainie, a jednocześnie z lodowatą satysfakcją donosi się o hekatombie w Iranie i Libanie, dokonywanej z premedytacją przez rzekomo uprawnionych najeźdźców – życie jest nie do zniesienia. Relatywizm etyczny zmienia się w cuchnący cynizm. W maszynerii przerabiającej umysły udało się wytrzebić, przynajmniej na poziomie przekazu, resztki ludzkich odczuć.
Chcę w tym miejscu krótko odnieść się do jeszcze jednej kwestii, bo nie będę miał potem sposobności. W kwietniu b.r. nastąpi decydująca próba sił na bratnich Węgrzech. Głos narodu węgierskiego rozstrzygnie, czy Węgrzy obronią imponującą niepodległość, którą przez 16 lat chronił z niebywałą determinacją rząd Viktora Orbána. Jeśli Fidesz przegra, a do władzy dobiorą się manekiny UE, zgaśnie najmocniejsze światło programu suwerenności narodowej w Europie.
Dlatego wbrew opinii wyrażonej na tych łamach kilka tygodni temu, dla Polaków ma decydujące znaczenie, czy rząd Orbána wygra po raz piąty. Będzie to bowiem jutrzenka nadziei, choć wiem, że nie doczekam niepodległej Polski.
W niedawnym wywiadzie z ekspertem wojskowym Danielem Davisem („Deep Dive”), wysoko odznaczony emerytowany pułkownik Douglas Macgregor wydał surowe ostrzeżenie przed potencjalną ofensywą lądową wojsk amerykańskich w Iranie. Porównuje planowane operacje – takie jak okupacja wysp czy kontrola nad Cieśniną Ormuz – do historycznych katastrof, takich jak kampania w Gallipoli w 1915 roku i inwazja na Normandię w 1944 roku. Pomimo całej przewagi technologicznej Stanów Zjednoczonych, argumentuje Macgregor, wojska lądowe mogą wpaść w pułapkę, z której nie ma łatwej ucieczki. Poniższy fragment transkryptu (zaczynający się od 11:52) stanowi sedno jego ostrzeżenia i pokazuje, dlaczego nawet pozornie lepsze operacje wojskowe są niezwykle ryzykowne.
Lekcja historyczna z Normandii – i jej gorzkie znaczenie dzisiaj
Macgregor rozpoczyna od przypomnienia wydarzeń poprzedzających lądowanie aliantów w Normandii w czerwcu 1944 roku. Do tego czasu niemiecka Luftwaffe na Zachodzie została praktycznie unicestwiona:
„Wszyscy zapominają, że przed naszą inwazją na Normandię w Europie Zachodniej prawie nie było niemieckich sił powietrznych… Kiedy wylądowaliśmy w Normandii w czerwcu 1944 roku, w niemieckich siłach powietrznych pozostały tylko dwa myśliwce, które mogły wystartować i walczyć z nami… W 1943 roku, zanim to się stało, były setki, a nawet tysiące myśliwców, które mogły wyrządzić nam ogromne szkody… Ale wszystkie były na froncie wschodnim. Na Zachodzie niewiele zostało. A co tam było? Cóż, po prostu nie było to coś z najwyższej półki”.
Pomimo drastycznego osłabienia wroga i pomimo ogromnej przewagi powietrznej własnych sił – Alianci mieli 5000 samolotów myśliwskich operujących nad Normandią – Niemcom udało się odpierać ataki sił inwazyjnych przez ponad miesiąc.
„Mieliśmy 5000 myśliwców w powietrzu nad Normandią. Mimo to Niemcy powstrzymywali nas przez ponad miesiąc. W pewnym momencie wyglądało na to, że zepchną nas do morza”.
Macgregor wyciąga z tego jasny wniosek, który bezpośrednio odnosi do możliwych operacji USA w Iranie:
„Musimy więc zrozumieć, że takie operacje są niezwykle niebezpieczne i bardzo trudne do przeprowadzenia. Mam nadzieję, że ktoś gdzieś powie o tym światu”.
Dlaczego Iran może stać się pułapką
Pułkownik wyjaśnia: Współczesna wojna wymaga nie tylko przewagi powietrznej, ale także całkowitej dominacji w zakresie gromadzenia informacji wywiadowczych (ISR), zniszczenia wrogiego wsparcia rakietowego, dronów i satelitarnego oraz pełnej kontroli nad terenem. Właśnie tych warunków brakuje w scenariuszu irańskim.
Iran dysponuje ogromnym arsenałem pocisków balistycznych, pocisków manewrujących, systemów bezzałogowych i mobilnych wyrzutni – wiele z nich rozmieszczonych w podziemnych bazach. Do tego dochodzą atuty topograficzne: strome klify nadbrzeżne, wąskie cieśniny i teren sprzyjający obrońcom – podobnie jak w Gallipoli, gdzie wojska brytyjskie i alianckie, pomimo miażdżącej przewagi, wpadły w katastrofalną pułapkę.
Macgregor ostro krytykuje obecne plany:
Stany Zjednoczone wysyłają lekkie jednostki piechoty (np. piechotę morską z 31. Jednostki Powietrznodesantowej lub elementy 82. Dywizji Powietrznodesantowej) z okrętami desantowymi, takimi jak USS Tripoli czy USS New Orleans. Takie „lekkie i szybkie” operacje mają na celu zabezpieczenie wysp lub odcinków Cieśniny Ormuz. Jednak bez uprzedniego całkowitego wyeliminowania zagrożenia ze strony Iranu, wojska te byłyby niezwykle podatne na ataki precyzyjne, roje dronów, a nawet łodzie motorowe i pojazdy podwodne. Nawet jeśli Stany Zjednoczone odniosą krótkotrwałe sukcesy, okupacja nie będzie mogła być kontynuowana. Historia pokazuje, argumentuje Macgregor, że takich celów nie da się zdobyć „po drodze”.
Wymiar polityczny i niebezpieczeństwo samooszukiwania się
Emerytowany pułkownik, były doradca ministra obrony i wysoko odznaczony weteran, postrzega debatę na temat wojsk lądowych w Iranie jako powtarzający się wzór nadmiernej pewności siebie Zachodu. Uważa, że lekcje z Gallipoli (ponad 300 000 tureckich obrońców, silny ostrzał artyleryjski, przewaga terenowa) i Normandii popadają w zapomnienie.
Zamiast uznać rzeczywistość – że Iran może liczyć na wsparcie Rosji i Chin, posiada praktycznie niewyczerpany arsenał rakietowy i jest gotowy do walki asymetrycznej – kurczowo trzymają się iluzji „szybkiego zwycięstwa”.
Macgregor domaga się zatem: Ktoś musi jasno i jednoznacznie przedstawić te twarde fakty osobom odpowiedzialnym w Waszyngtonie. Wysłanie wojsk lądowych do Iranu bez stworzenia niezbędnych warunków byłoby nie tylko niezwykle niebezpieczne pod względem militarnym – mogłoby doprowadzić do strategicznej katastrofy, która kosztowałaby życie tysięcy amerykańskich żołnierzy i jeszcze bardziej zdestabilizowałaby region.
Wniosek
Ostrzeżenie pułkownika Douga Macgregora nie jest pacyfistycznym apelem, lecz trzeźwą analizą doświadczonego stratega wojskowego. Normandia pokazała, nawet w idealnych warunkach, że operacje lądowe przeciwko zdeterminowanemu wrogowi są kosztowne, krwawe i nieprzewidywalne.
W Iranie, gdzie warunki są znacznie mniej sprzyjające, pojawia się pułapka, która może być o wiele poważniejsza niż wszystko, czego Stany Zjednoczone doświadczyły od dziesięcioleci.
Czy to ostrzeżenie zostanie wzięte pod uwagę, czas pokaże – ale historia uczy nas, że takich głosów nie należy ignorować.
Jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu energetyczne obecnego wieku. Trwa kolejna wojna o najnowocześniejsze źródło energii współczesnej cywilizacji – atom.
Ale skutki odczujemy przede wszystkim w paliwach. Polska i Europa zapłacą także słony rachunek za gaz ziemny. Dzisiejsze bezpieczeństwo energetyczne Polski jest iluzoryczne i bardzo kosztowne. 28 lutego dokonał się kolejny akt nuklearnego terroryzmu (myslpolska/nuklearny-terroryzm/ – dwa państwa posiadające broń atomową napadły na kraj, oskarżany o chęć, powtarzam – chęć – uzyskania tej broni. To było uzasadnienie tej militarnej agresji, choć całkowicie niewiarygodne – nawet kontrolowana przez USA Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zapewnia, że Iran nie pracuje nad bronią atomową.
Pomimo tego Stany Zjednoczone i Izrael użyły swej potęgi wywiadowczej, militarnej, gospodarczej i technologicznej, by wdeptać w ziemię Iran. Dzisiaj to państwo może gorzko pożałować, że nie weszło w posiadanie tej broni. Wtedy do agresji po prostu by nie doszło. Przykład Korei Północnej, pokazuje, że Zachód nie napada nawet dużo mniejszego państwa, gdy to ma jądrowy potencjał odwetu. A jest też i przykład Libii, która chcąc się pogodzić z dawnymi wrogami, zrezygnowała w 2003 r. z tworzenia arsenału atomowego. A już w 2011 roku Zachód przez osiem miesięcy bombardował ten kraj, Muammar Kadafi, został okrutnie zamordowany, a państwo na długie lata pogrążyło się w wojnie domowej, chaosie i nędzy.
USA i Izrael już drugi raz w ciągu roku próbują zniszczyć Iran. Niedawna próba (13 – 24 czerwca 2025 r.) także uzasadniana była zagrożeniem nuklearnym ze strony Iranu. Cynizm tego uzasadnienia polega na tym, że jak dość powszechnie wiadomo – Izrael to takie ciche, nielegalne, ale wyjątkowo agresywne mocarstwo nuklearne (myslpolska/ciche-mocarstwo-nuklearne). Dla świata najważniejsze jest jednak, że USA i Izrael zaatakowały samo serce światowych zasobów węglowodorów – Zatoka Perska to co trzecia wydobyta na świecie baryłka ropy, której ogromna większość przeznaczona jest na eksport. W efekcie mamy najpoważniejszy kryzys energetyczny w nowoczesnej historii ropy i gazu. Nawet przy arabskim embargo naftowym z 1973 r. (myslpolska/szczesniak-piecdziesiat-lat-pozniej ) nie zabrakło aż tyle ropy naftowej, co dzisiaj. Około 16 procent globalnych potrzeb – to 2-krotnie więcej niż przy największych wcześniejszych kryzysach naftowych lat 70- i 80-tych.
Równie ważny dla nas, świata jest gaz skroplony z Zatoki Perskiej. Katar to 20% światowej produkcji LNG, Oman i ZEA dodatkowe 4%. I już dzisiaj widać konsekwencje, choć koszty tej agresji są bardzo nierówno rozłożone. Dla USA są one zerowe, nie odczuły one żadnych perturbacji – ceny gazu nie drgnęły od początku konfliktu, a eksport wciąż rośnie. Dla Azji (JKM) i Europy (TTF) skutki są katastrofalne. Europejskie ceny gazu od początku wojny wybiły w górę o 90%. To cios dla gospodarki i odbiorców, podobny do kryzysu roku 2022.
Dla Polski pewność dostaw ropy i gazu jest realnie zagrożona. Saudowie dostarczają ponad połowę surowca dla polskich rafinerii, prawie cały eksport prowadząc przez dziś zablokowaną Cieśninę Ormuz. Katar jest kluczowym dostawcą LNG dla Polski, w ubiegłym roku importowaliśmy 1,5 mln ton, zniszczenie jego instalacji to ubytek ponad 10% naszego zaopatrzenia, i to na wiele lat.
Nasi politycy, wciąż klepiące zaklęcia o „bezpieczeństwie energetycznym”, doczekały się brutalnego „sprawdzam”. Gdy tylko sami odcięliśmy się od ropy i gazu z Rosji, nasi sojusznicy przez wojnę w Zatoce Perskiej, zacisnęli garotę na wąskim gardle (myslpolska/waskie-gardlo-polskiego-bezpieczenstwa-energetycznego ) naszego łańcucha dostaw węglowodorów. Ale zanim urwą się fizyczne dostawy, już dziś płacimy bardzo drogo za paliwa, to taki „haracz energetyczny” (myslpolska/szczesniak-kontrybucja-energetyczna).
Spekulacyjnie wywindowane ceny ropy i marże rafineryjne w dieslu, niezwykle mocno obciążają tak kierowców, jak i gospodarkę. Przy wzroście cen ON od początku konfliktu o 3 złote, dziennym zużyciu w Polsce 60 mln litrów, kierowcy muszą każdego dnia płacić 180 mln zł więcej za diesla niż przed wojną.
Płacimy przy dystrybutorze za złą politykę energetyczną naszego państwa. Za posłuszne spełnianie żądań silniejszych od nas – czy to Stanów, czy Brukseli. Oczywiście, część tego haraczu inkasują producenci ropy, ale większość idzie do budżetu państwa i quasi-państwowego monopolisty. Więc w tym finansowym wymiarze nasz fiskus jest po stronie profitentów tej napaści. My po stronie płatników.
Aleksander Dugin o wojnie postmodernistycznej i upadku prawdy.
Rozmowa z Aleksandrem Duginem w programie Eskalacja na kanale Sputnik .
Prowadzący: Na początek proponuję skomentować oświadczenia i ultimatum wydane przez prezydenta USA, skierowane zarówno do Iranu, jak i innych krajów regionu. Z jednej strony Donald Trump żąda od Teheranu natychmiastowego ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz, grożąc w przeciwnym razie przeprowadzeniem masowych ataków na irańską infrastrukturę energetyczną – zapowiedział już, że zacznie od największych elektrowni.
Z drugiej strony, doniesienia wskazują, że Trump zwrócił się również do arabskich monarchii Zatoki Perskiej. Według dziennikarzy, przedstawił im bezprecedensowe żądanie finansowe – opiewające na biliony dolarów – za dalszą obecność sił amerykańskich. Dzieje się to w regionach gęsto zaludnionych amerykańskimi bazami, gdzie lokalni przywódcy od dawna polegają na ochronie USA w kwestii bezpieczeństwa.
Jak ocenia Pan tę sytuację: czy jest to jawny szantaż geopolityczny, czy też próba radykalnej zmiany reguł gry na Bliskim Wschodzie ze strony Trumpa?
Alexander Dugin: Wydaje mi się, że w tej wojnie – która balansuje na krawędzi przeistoczenia się w Trzecią Wojnę Światową – wciąż nie do końca rozumiemy, czy już się rozpoczęła, czy dopiero się zbliża. Być może uda się jeszcze opóźnić, a może nawet całkowicie uniknąć tych wydarzeń.
W tej wojnie – i powinniśmy być ostrożni z definicjami – wszystko jest ściśle powiązane z dyskursem, z tym, co się mówi. Słowa Stanów Zjednoczonych, Izraela, Iranu i państw Zatoki Perskiej coraz bardziej odbiegają od tego, co faktycznie dzieje się na miejscu i od decyzji podejmowanych w praktyce. Ta wojna toczy się jednocześnie na dwóch płaszczyznach: narracji i faktów. I te dwie płaszczyzny stają się nierozerwalnie ze sobą powiązane.
Klasyczna propaganda służyła gloryfikowaniu własnej strony i dyskredytowaniu wroga – wyolbrzymianiu jego strat, a jednocześnie bagatelizowaniu własnych porażek. Ale to, co widzimy teraz, jest inne. W przeszłości rzeczywistość istniała niezależnie, a propaganda jedynie próbowała ją upiększyć. Przypomnę: opowieści o „komorach gazowych” w Niemczech krążyły już w czasie I wojny światowej – państwa zawsze oskarżały się wzajemnie o okrucieństwa. Ale dzisiejsza wojna różni się tym, że szala przesunęła się dramatycznie w stronę narracji.
Posty Trumpa na Truth Social, jego publiczne wypowiedzi i filmy z odpowiedzią Iranu nie są już zwykłą propagandą. Irańczycy, na przykład, tworzą niezwykle skuteczne treści z wykorzystaniem sztucznej inteligencji – całe wizualne narracje ukazujące, jak Iran miażdży swoich wrogów.
W tę wymianę wirtualnych ataków wplecione są fragmenty prawdziwych wydarzeń, przez co niemal niemożliwe jest oddzielenie ich od siebie. Dlaczego na kilku nagraniach Netanjahu wyglądał, jakby miał sześć palców? Natychmiast rozeszły się pogłoski, że nie żyje, a to, co widzimy, to symulakrum. Potem na tle ruin pojawia się „prawdziwy” Netanjahu – ale czyje to ruiny? Po raz kolejny pojawia się pytanie: czy to rzeczywistość, czy wykreowana scena?
To samo dotyczy wymiany ultimatum: to wojna narracji. Trump żąda otwarcia Cieśniny Ormuz, a Iran odpowiada: „Trwa wojna, zabiliście nasze przywództwo, cieśnina jest pod naszą kontrolą i zrobimy, co zechcemy”. Jeśli zechcą, mogą zerwać podmorskie kable internetowe; jeśli zechcą, mogą zablokować ruch tankowców lub zaatakować zakłady odsalania wody.
Nie zapominajmy: Półwysep Arabski, poza południowym Jemenem, to w zasadzie rozległa pustynia. Życie tam – w tym w Izraelu – zależy od odsolonej wody morskiej, a Iran ma wszelkie możliwości, by ten system sparaliżować. Teheran wzywa Amerykanów: „Wynoście się. Opuśćcie swoje bazy. Zapłaćcie nam bilion dolarów. Zabierzcie ze sobą Izrael, żeby to nieporozumienie przestało istnieć”. W odpowiedzi Trump grozi wysłaniem wojsk lądowych, rozmieszczeniem ogromnej floty i sforsowaniem otwarcia cieśniny.
Tymczasem Izrael otwarcie mówi o rozszerzeniu działań: okupacji południowego Libanu (faza lądowa najwyraźniej się rozpoczęła), atakach na Damaszek i budowie „Wielkiego Izraela”. Dotyczy to nawet działań na Wzgórzu Świątynnym. Niedawno pojawiły się nagrania pokazujące szczątki rakiety w pobliżu meczetu Al-Aksa – dokładnie tam, gdzie radykałowie dążą do budowy Trzeciej Świątyni. Nie jest jasne, czy to prawda, czy sztuczna inteligencja. Bazylika Grobu Pańskiego została zamknięta i może nie zostać ponownie otwarta nawet na Wielkanoc. Istnieje groźba eksplozji w Al-Aksa. Jednocześnie Iran wyraźnie eskaluje konflikt i nie wykazuje zamiaru negocjacji.
Izraelscy politycy dziś otwarcie nawołują do zabijania dzieci przywódców politycznych – zwłaszcza irańskich. Tymczasem monarchie Zatoki Perskiej nieustannie wysyłają sprzeczne sygnały: „Dołączmy do koalicji USA i Izraela przeciwko Iranowi”, a potem „nie mieszajmy się do tego”. Wydaje się, że pytają Amerykanów: „Dlaczego nas naraziliście? Umieściliśmy wasze bazy, aby zapewnić bezpieczeństwo, a nie stwarzać zagrożenie. Mieliście nas chronić, a chronicie tylko Izrael. Chcemy wycofać się z tego sojuszu”. Chwilę później pojawia się przeciwstawny komunikat: „Zaatakujmy Iran razem”. Ten sam szejk może wydawać wzajemnie sprzeczne oświadczenia w ciągu kilku minut lub godzin.
Ponieważ sam Trump nieustannie zmienia swoje stanowisko, zaczynamy zakładać, że wszyscy inni mogą zrobić to samo. Co ważniejsze, nie możemy nawet być pewni, czy szejk rzeczywiście powiedział cokolwiek z tego, czy to ta sama osoba, ani czy w ogóle istnieje. Jednak gdy takie oświadczenia krążą, miliony – w tym rządy – zaczynają podejmować realne decyzje w oparciu o nie. Wirtualny wymiar tej Trzeciej Wojny Światowej dowiódł swojej wagi.
Wnikliwy analityk Kees van der Pijl zauważył niedawno, że współczesny kapitalizm nie opiera się już przede wszystkim na pieniądzach, popycie czy zasobach, lecz na triadzie: służbach wywiadowczych, mediach masowych i technologiach informatycznych. To właśnie tam wszystko się rozstrzyga. Media tworzą obrazy, sektor IT dystrybuuje je i osadza w sieciach, a służby wywiadowcze – których zadaniem jest ukrywanie prawdy i ujawnianie sekretów – dodają własną warstwę kontroli. Jesteśmy świadkami nowej formy wojny kapitalistycznej, w której ta „trójca” determinuje rezultaty, narracje i warunki.
Teraz wszyscy dyskutują o wypowiedzi Douglasa Macgregora w rozmowie z Mario Nawfalem na X. Twierdził on, że prezydent Rosji ostrzegł Izrael, że Rosja użyje broni jądrowej, jeśli Izrael użyje jej najpierw przeciwko Iranowi. Nawiasem mówiąc, dzięki Trumpowi otwarcie przyznano, że Izrael posiada broń jądrową – poprzedni prezydenci unikali mówienia o tym wprost, podczas gdy Trump stwierdza po prostu: „mają ją i jej nie użyją”. Kiedy takie słowa padają z ust prezydenta USA, mają one znaczenie. Jednocześnie twierdzenie Macgregora nie pasuje do stylu naszego prezydenta, który nie wypowiadałby się tak bezpośrednio. I nie wiemy, skąd Macgregor wziął te informacje.
Mój główny argument jest jednak taki: To nie jest jedynie „mgła wojny” czy tradycyjna propaganda. To zupełnie nowy sposób prowadzenia wojny – taki, który jest prowadzony, a może nawet rozstrzygany, głównie w sferze wirtualnej.
To właśnie chcę podkreślić.
To niezwykle utrudnia ocenę ultimatum Trumpa i faktycznych działań poszczególnych aktorów. To samo dotyczy Unii Europejskiej: słyszymy całkowicie sprzeczne doniesienia. Niektórzy twierdzą, że UE przyłączyła się do Trumpa i wysyła wojska przeciwko Iranowi; inni twierdzą coś wręcz przeciwnego – że Europa krytykuje Trumpa i Izrael i odmawia im poparcia. Z niektórych wpisów Trumpa wynika jeden wniosek; z innych – wręcz przeciwny.
Czy nasz statek zmierza, by wesprzeć kubański sektor energetyczny, czy też został zawrócony przez siły USA? Nawet to pozostaje niejasne. Mapy są krążące, podawane są pozycje – ale czy faktycznie pomagamy Kubie, czy nie? Czy wspieramy Iran, czy tylko czekamy? Co robią Chiny – w pełni wspierają Teheran, czy powstrzymują się? Prawdę mówiąc, nic nie wiemy.
Popularny mem o strategii Trumpa krąży teraz: „Skoro nie wiem, co robię, moi wrogowie również będą zdezorientowani i nie będą w stanie zrozumieć, co robi Ameryka. W ten sposób ukrywamy nasze plany – nawet jeśli ich nie mamy”. Wszystko to staje się nowym, postmodernistycznym systemem w duchu Tarantino. Gdyby nie prawdziwe ofiary – cierpienie setek tysięcy osób uwikłanych w ten krwawy spektakl – mogłoby się to nawet wydawać absurdalnie zabawne, niczym filmy Tarantino czy Lyncha. Sam Lynch radził kiedyś widzom, by nie szukali sensu w jego twórczości: dlaczego zakładać, że dzieło postmodernistyczne musi go mieć?
To ostrzeżenie może dotyczyć sztuki. Na wojnie, gdzie giną dzieci i niewinni ludzie, staje się ona potworna. Być może jest to pierwsza wojna w historii ludzkości, w której sens jest albo całkowicie nieobecny, albo tak głęboko ukryty, że nawet jej twórcy stracili wątek – albo też jest częścią niezwykle złożonego planu, w którym wszyscy udają ignorancję.
Prowadzący: Czy jednak nie wynika z tego, że konkretne działania – obserwowalne rezultaty – pozostają jedyną wiarygodną podstawą osądu? W końcu żyjemy w 2026 roku, kiedy każde stwierdzenie może zostać sfabrykowane, zniekształcone lub przypisane komuś innemu. Czy nie powinniśmy skupić się na rezultatach?
Alexander Dugin: To prawda. Kiedyś rzeczywistość stanowiła kryterium prawdy. Ale przegapiliśmy kluczową zmianę intelektualną, która nastąpiła na Zachodzie – zwłaszcza we Francji – czterdzieści lub pięćdziesiąt lat temu.
Filozofia postmodernistyczna wysunęła radykalne twierdzenie: rzeczywistość nie jest już kryterium prawdy. Prawda tkwi w samym dyskursie – w tekstach, narracjach i interpretacjach – podczas gdy rzeczywistość staje się drugorzędna, a nawet opcjonalna.
Nie jest to jedynie wymysł ekscentrycznych myślicieli, takich jak Deleuze czy Guattari. Ma on swoje korzenie w poważnej lingwistyce strukturalnej, zwłaszcza w pracach Ferdinanda de Saussure’a. Jeden z centralnych wniosków filozofii XX wieku brzmi właśnie tak: rzeczywistość, jako stabilny punkt odniesienia, przestała istnieć jako kryterium.
Nadal mówimy: „Zbadajmy rzeczywiste działania”. Ale w postmodernizmie ta metoda już nie działa. Jeśli rzeczywistość kształtowana jest przez interpretację, to działanie, które nigdy nie zostało wyartykułowane, nie istnieje. I odwrotnie, działanie, które zostało zadeklarowane, istnieje – nawet jeśli nigdy nie nastąpiło.
Ta metoda weryfikacji należy do czasów współczesnych. Działała, gdy propaganda mówiła jedno, a rzeczywistość można było zweryfikować. Te ramy uległy fundamentalnej zmianie.
Prowadzący: Nadal jednak sugerowałbym ocenianie nie intencji, a konkretnych rezultatów. Trump napisał na swoim portalu Truth Social, że po „porażce” Iranu zwróci się teraz ku wrogom wewnętrznym – Partii Demokratycznej. Ale jeśli spojrzymy na wynik bezstronnie: czy Iran rzeczywiście został pokonany? Owszem, poniósł kolosalne straty w wielu obszarach, ale ostateczny cel ewidentnie nie został osiągnięty. Dziś, 23 marca, Trump ogłosił pięciodniową przerwę w atakach na irańską infrastrukturę energetyczną, rzekomo z powodu „udanych negocjacji”, choć Teheran temu zaprzecza.
Być może jest jeszcze za wcześnie na wyciąganie jednoznacznych wniosków, ale w naszych czasach czekanie nie jest już w zwyczaju – każdy chce rezultatu tu i teraz. Czy sądzi Pan, że historia w końcu ułoży wszystko na swoim miejscu, czy też w świecie postmodernistycznym sam „wynik” również stanie się kwestią interpretacji?
Aleksandr Dugin: Historia się skończyła – zaczęła się post-historia. A to zupełnie inna sprawa. Dzisiejsze rezultaty to również jedynie gadanie o nich, kolejny element powszechnego dyskursu. Żyjemy w świecie, który sami tworzymy. Dlatego nie możemy biernie czekać na urzeczywistnienie się pewnych „rezultatów”, lecz aktywnie konstruować własną rzeczywistość: rzeczywistość rosyjskocentryczną, rosyjską wirtualność – że tak powiem, rosyjską postmodernę. W przeciwnym razie po prostu nigdy nie wydostaniemy się z tej pułapki cudzych interpretacji.
Prowadzący: W ostatnich tygodniach przerażały nas nagrania wideo z Bliskiego Wschodu – i można się tylko domyślać, co tak naprawdę się za nimi kryje. Najwyżsi rangą urzędnicy Rosji aktywnie komentują tę sytuację. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow po raz kolejny podkreślił dziś, że ataki na irańskie obiekty jądrowe, w tym w Buszehr i Natanz, to niezwykle niebezpieczna gra, niosąca ze sobą nieodwracalne konsekwencje dla całego regionu.
W swoim charakterystycznym stylu przypomniał wszystkim, że sytuacja powinna już wczoraj wejść w fazę politycznego i dyplomatycznego rozwiązania. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Stany Zjednoczone, a także sam Trump – który w jednej chwili grozi „zmieceniem irańskich elektrowni z powierzchni ziemi”, a w następnej ogłasza pięciodniową przerwę – zdają się mieć w sobie pewną dozę dyplomacji. Czy te podejścia da się w ogóle sprowadzić do wspólnego mianownika i czy w takich warunkach istnieje jakakolwiek szansa na prawdziwy dialog?
Alexander Dugin: Widzisz, ważny jest tu jeszcze jeden aspekt filozofii. Żyjemy w świecie postmodernistycznym, podczas gdy jeszcze wczoraj istniał świat nowoczesny – i on się skończył.
Cała ludzkość gorzko tego żałuje, nie rozumiejąc tak naprawdę, co się z nią dzieje, ponieważ nie interesuje się filozofią. Gilles’a Deleuze’a powinno się czytać na najwyższych szczeblach każdego społeczeństwa, które chce zrozumieć politykę światową – nie po to, by przyswoić sobie jego idee, ale by mieć pojęcie o rzeczywistych rozmiarach tego, co się dzieje.
Tkwimy w tym „dopiero wczoraj”: „dopiero wczoraj to powinno było być zrobione”, „dopiero wczoraj obiecano”, „dopiero wczoraj tak było”. Ale dziś wszystko jest inaczej. Nadeszła inna epoka: historia się skończyła, rozpoczęła się post-historia. A jedną z jej głównych cech jest przyspieszenie, prędkość. To właśnie Paul Virilio nazwał „dromokracją” – zasadą szybkości.
Ta zasada wyjaśnia niemal wszystko, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie. W akceleracjonizmie liczy się nie robienie tego, co słuszne, ale robienie czegoś szybko. Zrób to szybko – a będziesz miał rację. A co właściwie należy zrobić? Cokolwiek: szybko uderzyć wroga, szybko zrobić unik, szybko mówić, szybko zapomnieć lub wyrzec się własnych słów. Najważniejsze jest tempo.
My tymczasem staramy się przywrócić sytuację „jak wczoraj”. To po ludzku zrozumiałe; wydaje się bardziej normalne. „Dopiero wczoraj” istniała Organizacja Narodów Zjednoczonych, istniał świat dwubiegunowy, istniały „czerwone linie” i traktaty o kontroli zbrojeń. Ludzie podpisywali porozumienia i – co najważniejsze – dotrzymywali ich. Ale to już nie istnieje.
Jak wytłumaczyć naszym najwyższym kierownictwu politycznemu, że filozofowie nie są botanikami ani szaleńcami, którzy czytają Kanta, Hegla czy Heideggera, bo nie mają nic lepszego do roboty? To nie kaprys. Ludzie studiujący filozofię polityki i stosunków międzynarodowych próbują zrozumieć samą istotę procesów światowych. Z drugiej strony, w Stanach Zjednoczonych, rozumieją to: spójrzmy na Petera Thiela, człowieka, który doprowadził Trumpa do władzy. Jest miliarderem z Doliny Krzemowej, twórcą Palantira, a mimo to wygłasza wykłady o Antychryście i Katechonie. On i jego współzałożyciel Alex Karp interesują się eschatologią, końcem historii i rządem światowym.
Wydarzenia na Bliskim Wschodzie wpisują się w ten postmodernistyczny układ współrzędnych. A my wciąż mówimy o „naruszeniu norm ONZ”. Oczywiście, że są one naruszane, ponieważ ONZ należy „tylko do wczoraj”. Organizacja istnieje jedynie jako fantomowy ból. To system, który ukształtował się po II wojnie światowej, w zależności od tego, kto go wygrał. Gdyby Hitler wygrał, istniałby inny system. Gdybyśmy nie wyzwolili połowy Europy spod nazizmu, trzeci. Ale kiedy Związek Radziecki – zdradziecko zniszczony przez wrogów, których nawet nie potępiliśmy, a którym czasem nawet stawiamy pomniki – został wytrącony z tego systemu, nasza świadomość pozostała uwięziona w tych fantomowych bólach przeszłości.
Nadal nie do końca rozumiemy, co stało się po upadku świata dwubiegunowego. Ta kolumna została uderzona z zewnątrz, ale wysadziliśmy ją w powietrze od wewnątrz – robota wewnętrzna, nasza własna sprawa. Sami podkopaliśmy Związek Radziecki. Nasz prezydent, Władimir Władimirowicz, wielokrotnie powtarzał, że była to największa katastrofa geopolityczna i że dokonaliśmy jej własnymi rękami. Demontaż nastąpił w Moskwie. I to jest najstraszniejsze: wraz z ZSRR zawalił się świat jałtański, traktaty zostały zerwane, a równowaga sił została zachwiana. Przestaliśmy być poddanym. Przestaliśmy być wielkim mocarstwem.
Putin zaczął to przywracać, ale jakże patologicznie zapóźniliśmy się w tej sytuacji! I to nie tylko w produkcji broni, choć i w tym przypadku. Straciliśmy potencjał przemysłowy z powodu braku reform, które wczoraj czy przedwczoraj należało przeprowadzić w naszym systemie intelektualnym i edukacyjnym. Potwornie się zapóźniliśmy i zupełnie nie rozumiemy świata, w którym żyjemy, gdzie wydarzenia toczą się w niewiarygodnym tempie. Myśleliśmy, że wszystko potoczy się według jednego scenariusza, a okazało się zupełnie inaczej.
Nie do końca rozumiemy motywacje Trumpa, logikę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej rządzącego Iranem ani działania petromonarchii Zatoki Perskiej, Izraela i świata islamskiego. Nie rozumiemy siebie ani swojego miejsca w świecie. Owszem, trafnie zrozumieliśmy zbawczą ideę wielobiegunowości – to było awangardowe i słuszne.
Państwo cywilizacyjne, geopolityka euroazjatycka, tradycyjne wartości – to przebłyski intuicji, adekwatne odpowiedzi na wyzwanie. Jednak tempo, w jakim wdrażamy te filozoficzne i ideologiczne zasady w życiu, jest absolutnie nieproporcjonalne do skali zagrożeń. Staje się wręcz absurdalne.
Dlatego jestem przekonany: w żadnym wypadku nie należy zaniedbywać filozofii. Dostarcza ona najtrafniejszych, najbardziej ogólnych punktów odniesienia. Filozofia nie podpowie politykowi, który przycisk nacisnąć – decyzję tę zawsze podejmuje przywódca. Filozofia pozwala jednak trafnie opisać, czym jest współczesny Zachód – a dokładniej, pięć różnych Zachodów.
Spójrzmy na dzisiejszy Zachód: Po przyjściu Trumpa rozpadł się na pięć biegunów. Nadal jest to Zachód zbiorowy, ale wykształciło się w nim pięć centrów, z których każde ma swoją własną podmiotowość.
Pierwszym biegunem jest sam Trump. Różni się on fundamentalnie od Bidena. Niezależnie od tego, jaką strategię wybierze, jakkolwiek zmieni swoje decyzje, to zupełnie inna linia rozwoju Ameryki – odrębny i odmienny Zachód.
Drugim biegunem jest Izrael. Stał się pełnoprawnym centrum decyzyjnym. Wcześniej wydawał się jedynie siłą zastępczą, przyczółkiem Zachodu w świecie islamskim, żyjącym z amerykańskich i europejskich subsydiów. Ale teraz widzimy, że nie jest on ogonem psa, lecz mózgiem. Stanowisko Netanjahu to stanowisko podmiotu, który sam determinuje politykę Zachodu. W istocie mówi on: „Cywilizacja zachodnia to my, a wy jesteście jedynie naszą kontynuacją”. Ameryka dziś dosłownie eksploduje od dyskusji o decydującym wpływie izraelskiego lobby na fundamentalne decyzje państwa.
Trzecim biegunem jest Unia Europejska – Francja i Niemcy. Stara Europa próbuje przebić się przez liberalną warstwę Macrona i Merza. Widzimy zsynchronizowane ciosy: niesamowity sukces Marine Le Pen we Francji i Alternatywy dla Niemiec w Niemczech. Nie wiadomo, dokąd ten proces doprowadzi. Sami Macron i Merz wahają się: w jednej chwili rzucają wyzwanie Trumpowi, w drugiej posłusznie za nim podążają.
Czwartym biegunem jest Wielka Brytania. To już nie Unia Europejska, nie tylko amerykańska baza, ani nawet nie tylko część bezosobowego świata anglosaskiego. Londyn ma własne plany i metody szybkiej interwencji. Wiele decyzji dotyczących Ukrainy zapada właśnie tam: MI6 może zainicjować operację nawet bez konsultacji z CIA czy Brukselą.
Piąty biegun to globaliści. Nie odeszli daleko. Dziś uosabiają ich amerykańska Partia Demokratyczna i struktury Sorosa. Mają inny punkt widzenia: są przeciwnikami wojny z Iranem i przeciwnikami Netanjahu, a jednocześnie fanatycznymi zwolennikami wojny z Rosją na Ukrainie.
Pomiędzy tymi pięcioma ośrodkami toczy się złożona gra, a każdy z nich niesie w sobie postmodernistyczny wymiar. Polityka Netanjahu, na przykład, jest przesiąknięta mesjanizmem, o którym prawie nikt nie mówi publicznie, choć stanowi on jej jedyną prawdziwą treść: idee Czasów Ostatecznych, Trzeciej Świątyni, czerwonych jałówek i przyjścia Mesjasza. Następuje przejście od archetypu cierpiącego Mesjasza – Ben Józefa – do Mesjasza silnego i zwycięskiego – Ben Dawida. Jeśli zastosuje się ten klucz, wszystko w izraelskiej polityce staje się zrozumiałe, choć nikt nie odważy się o tym oficjalnie dyskutować.
To samo dzieje się w Europie: obecna Unia Europejska również jest rodzajem postmodernizmu. Wielka Brytania ma swoją własną post-modernę. Trump jest czystą post-moderną, absolutnie. A globaliści, ze swoimi programami transpłciowymi i zielonymi nakazami, również żyją w postmodernizmie. Te światy nie pokrywają się, ale mogą się konsolidować, składając się i rozkładając jak kalejdoskop: obracając instrument, kawałki kolorowego szkła tworzą nowy fraktal.
Ale gdzie jest nasza odpowiednia analiza tego wszystkiego? Nadal widzimy albo „kolektywny Zachód”, albo Zachód taki, jaki istniał w dawnych czasach. A jednak wszystko zmienia się z zawrotną prędkością. Ta „dromokracja” – rządy szybkości w rozumieniu Virilio – domaga się badań. Czas powołać państwowy zarząd filozoficzny lub komisję ds. postmodernizmu, ponieważ już teraz mierzymy się z tym wszystkim w sferze technologii cyfrowych, wojen sieciowych, dronów i robotów. W tym roku najprawdopodobniej zobaczymy roboty lądowe na polu bitwy po obu stronach. Parametry naszej egzystencji się zmieniają, podczas gdy nasze media i nasz komentarz ekspercki pozostają w stanie embrionalnym.
Musimy znaleźć właściwy rejestr do analizy wydarzeń: wojny irańskiej, mesjanizmu Izraela, trumpizmu. Nawet nasza wojna na Ukrainie musi zostać umieszczona w tym nowym i adekwatnym kontekście. Wszystkie pięć „Zachodów”, w określonej konfiguracji, może bowiem ustawić się niczym parada planet w twardym froncie przeciwko wielobiegunowemu światu. Niektóre są bardziej przeciwne nam, inne bardziej przeciwne biegunowi islamskiemu lub przeciwne Chinom. Indie teraz ciążą ku nam; to państwo-cywilizacja o ogromnym potencjale duchowym. Ale są też słabym ogniwem ze względu na bardzo silny wpływ Zachodu. Musimy o tym stale myśleć.
Nasze media muszą zmienić swoje warunki. Propaganda „starego porządku” już nie działa – potrzebujemy nowego porządku werbalnego, nowego porządku narracji. Żądanie od analityków gotowych rozwiązań jest teraz farsą. Dopóki nie stworzymy mapy nowej rzeczywistości, nowych znaczeń i nowych ontologii, nasza analiza będzie się ślizgać po powierzchni, której praw sami nie rozumiemy.
Jeśli rzeczywistość już nie istnieje, ta wiadomość jest o wiele ważniejsza niż to, czy Cieśnina Ormuz jest otwarta, czy zamknięta. Nawiasem mówiąc, sama nazwa cieśniny wywodzi się od zaratusztriańskiego boga światła – Ahury Mazdy, Ormuzda.
To właśnie irańska tradycja jako pierwsza stworzyła szczegółowy obraz czasu liniowego i ostatecznej bitwy dni ostatnich. I tak wracamy do punktu wyjścia. Starożytne mity, żywa religia i postmodernistyczne strategie wplecione są w tkankę świata, z którym mamy do czynienia na co dzień.
Jak słusznie zauważył Pieskow: „To powinno było zostać zrobione wczoraj”. Wczoraj istniał świat, a dziś istnieje post-świat, post-wszechświat z zupełnie innymi prawami. Rozpaczliwie potrzebujemy platform i programów, w których ludzie mogliby myśleć trzeźwo i adekwatnie do sytuacji.
Prowadzący: Chciałbym jeszcze wyjaśnić jedną rzecz: zakładam, że Dmitrij Pieskow miał na myśli, że sam proces dyplomatyczny powinien rozpocząć się znacznie wcześniej. Nie w sensie powrotu do „dawnego świata”, ale w sensie, że strony zbyt długo zwlekały z podjęciem kroków w kierunku rozwiązania politycznego.
Jeśli chodzi o Twój podział na „pięć Zachodów”…
Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Wspomniałeś o Europie kontynentalnej jako o jednym centrum, ale nawet tam można wyróżnić różne bieguny – na przykład Niemcy i Francuzi przez wieki stali naprzeciw siebie w perspektywie historycznej. W pozostałych kwestiach niektóre siły zbliżają się do siebie, a inne wycofują się z pola wpływów drugiej strony.
Weźmy na przykład Izrael: czy Stany Zjednoczone kiedykolwiek podjęły realny krok przeciwko izraelskiemu lobby? Czy Tel Awiw kiedykolwiek podjął znaczącą inicjatywę, której Waszyngton nie poparł? Za republikanów dzieje się to bardziej aktywnie, za demokratów nieco ostrożniej, ale fakt pozostaje ten sam: Stany Zjednoczone nigdy nie dopuściły do przyjęcia prawdziwie antyizraelskiej rezolucji na szczeblu ONZ. To tylko jeden z przykładów pokazujących, że pewne stałe elementy polityki pozostają niezmienne, pomimo wszelkich postmodernistycznych transformacji.
Alexander Dugin: Oczywiście, pewne sprzeczności zawsze istniały. Ale za czasów Clintona, George’a W. Busha, Obamy, a zwłaszcza Bidena, zbiorowość Zachodu stopniowo przekształcała się w coś zjednoczonego. Siły globalistyczne i liberalna demokracja – to, co dziś stało się tylko jednym z pięciu biegunów – dominowały wówczas niemal bez podziałów.
Izrael, oczywiście, stał nieco na uboczu tego harmonijnego systemu, ale podejmowano próby jego ograniczenia. Biden i jego poprzednicy, w poprzednich okresach konfliktu libańskiego, postrzegali Tel Awiw jako najważniejszego sojusznika, ale bynajmniej nie jako niezależny ośrodek decyzyjny. Jednak teraz, w dużej mierze dzięki radykalnej i nieprzewidywalnej polityce Trumpa, te ukryte ośrodki ujawniły się w najbardziej nieoczekiwany sposób.
Nie tylko dały o sobie znać – czasami znajdują się w bezpośredniej opozycji, jak na przykład w konflikcie interesów między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską w sprawie Grenlandii. Dokonuje się kolosalna zmiana równowagi, a te bieguny nabierają zupełnie nowego znaczenia. Właśnie na tę fundamentalną transformację chciałem zwrócić uwagę.
Jestem rozczarowany, że Trump zniszczył ruch MAGA, przekształcając go w ruch MIGA i wciągnął Amerykę w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie, służącą syjonistycznemu planowi Wielkiego Izraela.
Pod pretekstem „wojny z terroryzmem” Stany Zjednoczone spędziły pierwszą ćwierć XXI wieku niszcząc, amerykańską krwią i amerykańskimi pieniędzmi, kraje, które stanowiły przeszkodę dla Wielkiego Izraela – terytorium obejmującego muzułmański Bliski Wschód od Nilu po Pakistan. Irak, Libia i Syria nie są już funkcjonującymi państwami arabskimi.
Trump i Netanjahu wierzyli, że Iran upadnie równie łatwo, jak pozostali, ale okazało się, że to nieprawda. W rzeczywistości wygląda na to, że Iran wygrywa. Iran wygrywa, ponieważ był lepiej przygotowany. Spodziewając się szybkiego i łatwego zwycięstwa, Trump i Netanjahu ruszyli na wojnę bez wystarczającej liczby pocisków, by podtrzymać walkę. Jedną z konsekwencji jest zniszczenie amerykańskich instalacji radarowych i baz wojskowych w Zatoce Perskiej. Inną jest niezdolność Izraela do przechwytywania nadlatujących irańskich pocisków – niezdolność, która będzie się pogłębiać, gdy Iran wyczerpie swoje starsze zapasy rakiet i zacznie używać nowoczesnych hipersonicznych pocisków balistycznych. Możliwe, że Izrael skończy jak Gaza.
Według doniesień prasowych, jedno z bogatych w ropę naftową miast-państw w Zatoce Perskiej, w którym znajdują się amerykańskie bazy wojskowe, zwróciło się do Stanów Zjednoczonych z prośbą o opuszczenie regionu, twierdząc, że obecność USA nie zapewnia już ochrony. Podobne żądanie mogą wysunąć inni gospodarze amerykańskich baz, co oznaczałoby, że wojna Trumpa o Izrael doprowadziłaby do usunięcia Waszyngtonu z Bliskiego Wschodu i porażkę długoterminowych planów Waszyngtonu, mających na celu kontrolowanie przepływu ropy z Zatoki Perskiej.
Trump i Netanjahu najwyraźniej znaleźli się w trudnej sytuacji. Obaj stoją w tym roku przed wyborami – wyborami, które raczej nie pójdą dobrze, jeśli Trump i Netanjahu przegrają wojnę. Marynarka Wojenna USA została zmuszona do wycofania się poza zasięg irańskich pocisków zatapiających okręty, a Trump musiał zwrócić się do innych krajów – Chin, Japonii, Korei Południowej, Francji i Wielkiej Brytanii – o wysłanie okrętów wojennych, które pomogłyby Stanom Zjednoczonym przejąć kontrolę nad Cieśniną Ormuz z rąk Iranu. Ta prośba jest jasnym oświadczeniem prezydenta Stanów Zjednoczonych o ograniczeniach amerykańskiego potencjału militarnego. Trump nie otrzymał żadnych zobowiązań. Doradcy Trumpa mówią o lądowaniu wojsk na wyspie Kharg – z pewnością będzie to misja samobójcza.
Innymi słowy, Trump nie wie, co robić.
Netanjahu wie, co robić – zaatakować Iran bronią jądrową, aby uratować Izrael.
Świadomy tej możliwości, Iran mógłby zrezygnować ze zwycięstwa i zamiast tego dążyć do porozumienia, w którym Waszyngton i Izrael zgodzą się na normalizację stosunków z narodem irańskim. Takie porozumienie nie byłoby trwałe, ponieważ jest niezgodne z syjonistycznym programem Wielkiego Izraela. Dlatego też, w okresie obowiązywania takiego porozumienia, Iran musiałby opracować i rozmieścić broń jądrową, w przeciwnym razie stałby się celem izraelskiej broni jądrowej.
Skutkiem wojny Trumpa i Izraela mogłoby zatem łatwo być proliferacja broni jądrowej i osłabienie izraelsko-amerykańskiej potęgi na Bliskim Wschodzie. Mogłoby to być korzystne, ponieważ zarówno Izraelczycy, jak i Amerykanie uznaliby, że program Wielkiego Izraela ma konsekwencje zbyt poważne, by je usprawiedliwić.
Jeśli rząd Iranu pozostanie nieugięty i wyciągnie wnioski z doświadczeń, wojna Trumpa wraz z Izraelem może mieć nawet pozytywny aspekt. Program syjonistyczny okazałby się zbyt kosztowny i musiałby zostać porzucony zarówno przez Izrael, jak i Waszyngton.
Słabe rządy w Moskwie i Pekinie zdałyby sobie sprawę, że rzeczywiście można przeciwstawić się zdominowanemu przez Izrael Waszyngtonowi, a nawet mogłyby zacząć się mu przeciwstawiać, zamiast zdradzać sojuszników. Gdyby tak się stało, narodziłby się świat wielobiegunowy, o którym tak często mówi prezydent Rosji Putin, ale którego możliwość zaistnienia podważa swoim uległym zachowaniem. Być może Xi zrozumiałby, że lepiej mieć armię zdecydowaną, taką jak ta, którą właśnie wyczyścił, niż umiarkowaną, która – jak Putin – zachęca do coraz poważniejszych prowokacji, odmawiając uznania ich za akty wojny.
Przyszłość świata zależy od tego, czy jego przywódcy powrócą do rzeczywistości, czy też nadal będą tkwić w wygodniejszej nierzeczywistości, w której obecnie funkcjonują.
Każdy z tych casus belli był oczywiście oszustwem – fałszywą flagą, sprowokowanym incydentem lub całkowicie fikcyjną, pozorną akcją, mającą na celu rozbudzenie w masach żądzy krwi i pragnienia zemsty. Warto jednak zauważyć, że w każdym z tych przypadków marionetkarze amerykańskiego imperium musieli przynajmniej spróbować oszukać opinię publiczną, aby zyskać jej poparcie dla wojny w jakimś odległym kraju.
——————————————————————————————–
Jakie więc uzasadnienie dano nam dla wojny z Iranem? Dlaczego USA i Izrael dopiero teraz podjęły tę wojnę ?
Jak zwykle, są trzy odpowiedzi: bzdura podawana masom; bzdura podawana przeciętnym, którzy uważają się za lepszych od mas; i prawda.
Dzisiaj przyjrzyjmy się kłamstwom i znajdźmy ziarno prawdy na dnie dymiącego krateru, który pozostał po wojnie z Iranem.
Ustalmy to: mamy uwierzyć, że Donald Trump tak bardzo przestraszył się „ bezpośredniego zagrożenia ” atakiem ze strony Iranu (którego program nuklearny CAŁKOWICIE ZNISZCZYŁ w zeszłym roku), że musiał nagle zacząć bombardować Iran w trakcie negocjacji pokojowych — negocjacji, co do których nawet osoby z wewnątrz przyznają, że Iran podejmował je w dobrej wierze?
A ci sami etatyści o inteligencji na poziomie temperatury pokojowej, którzy upierali się, że Trump będzie „prezydentem pokoju” i którzy bełkotali, że będzie „lepszy od Kamali”, teraz mówią nam, że to wszystko jest częścią jakiegoś 16-wymiarowego manewru w backgammonie [(tryktrak)] , mającego na celu osłabienie państwa głębokiego, odwrócenie losów Netanjahu, uwolnienie narodu irańskiego lub cokolwiek innego, czym wariaci QAnonsense i wyborcy Trumpa się obecnie pocieszają? [„QAnonsense” is a derogatory blending of the terms „QAnon” and „nonsense,” used to describe the unfounded conspiracy theories. md]
…Ale chwila. Jeśli to wszystko naprawdę miało na celu unicestwienie Wielkiego Złego Ajatollaha i zapewnienie wolnego i demokratycznego Iranu, to dlaczego irański rząd ma teraz czerpać korzyści finansowe z tych ataków?
Hmmm. Gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że okłamują nas w sprawie tej „wojny”. Co o tym myślisz?
Tak, nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że w tej wojnie na pewno nie chodzi o irański program nuklearny ani o zapobieżenie jakiemukolwiek postrzeganemu zagrożeniu ze strony Iranu.
W rzeczywistości nie musimy nawet ryzykować, aby dojść do takiego wniosku. Możemy zawierzyć brytyjskiemu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jonathanowi Powellowi, który był obecny na rozmowach USA z Iranem w Genewie w lutym i który twierdzi, że był „zaskoczony tym, co Irańczycy przedstawili” i tym, jak blisko byli porozumienia pokojowego.
Następnie mamy tu Tulsi Gabbard, dyrektor amerykańskiego wywiadu narodowego, która zeznawała przed senacką komisją ds. wywiadu, że „irański program wzbogacania uranu został zniszczony” w wyniku ubiegłorocznego ataku i że nie podjęto „żadnych wysiłków w celu odbudowy potencjału w zakresie wzbogacania”.
A żeby nie było żadnych wątpliwości, Joe Kent zrezygnował w zeszłym tygodniu ze stanowiska dyrektora Narodowego Centrum ds. Zwalczania Terroryzmu, stwierdzając, że Iran „nie stanowi bezpośredniego zagrożenia” dla Stanów Zjednoczonych.
Dlaczego więc USA poszły na wojnę ?
Powell nie przebierał w słowach, mówiąc o tym, co zobaczył podczas negocjacji w Genewie: „Uważaliśmy [amerykańskich negocjatorów] Witkoffa i Kushnera za izraelskie narzędzia, które wciągnęły prezydenta w wojnę, z której chce się wydostać”.
Kent nie przebierał w słowach, wyrażając swoją własną interpretację sytuacji: „Izraelczycy podjęli decyzję o podjęciu takich działań, o których wiedzieliśmy, że doprowadzą do serii zdarzeń, ponieważ Irańczycy odpowiedzą odwetem”.
A jeśli to wszystko jest dla Ciebie za mało, co powiesz na to: jak zauważa Stephen McIntyre , komunikat prasowy Białego Domu z 2 marca na temat „ Dekad terroryzmu irańskiego wobec obywateli amerykańskich ” został niemal dosłownie skopiowany z dokumentu z czerwca 2025 r. sporządzonego przez byłego pracownika AIPAC pracującego dla Fundacji Obrony Demokracji, finansowanej przez syjonistów, prowojennej, antyirańskiej grupy lobbystycznej, której celem jest „poprawa wizerunku Izraela w Ameryce Północnej”.
Ale nie musimy brać tego od tych znanych, wysoko postawionych wariatów spiskowych. Czemu nie wziąć tego od arcy-neokonserwatywnego (i sprawdzonego przez Larry’ego Ellisona ) pachołka państwa głębokiego, Marco Rubio? Wywołał on zamieszanie na początku miesiąca, kiedy powiedział głośno tę cichą część :
Było zupełnie jasne, że gdyby Iran został zaatakowany przez kogokolwiek – Stany Zjednoczone, Izrael czy kogokolwiek innego – [Irańczycy] zareagowaliby i to przeciwko Stanom Zjednoczonym. Wiedzieliśmy, że nastąpi akcja izraelska. Wiedzieliśmy, że doprowadzi to do ataku na siły amerykańskie i wiedzieliśmy, że jeśli nie zaatakujemy ich prewencyjnie, zanim rozpoczną te ataki, poniesiemy większe straty.
Innymi słowy: Izrael zamierzał zaatakować Iran, co skłoniłoby Iran do odwetu na amerykańskich celach w regionie. W związku z tym Stany Zjednoczone musiały uderzyć prewencyjnie na Iran, zanim Irańczycy zdołają odpowiedzieć na ataki, które jeszcze nie nastąpiły.
Brzmi dla mnie jak idealna logika Alicji w Krainie Czarów!
W każdym razie wygląda na to, że znaleźliśmy odpowiedź: USA zaatakowały, ponieważ Izrael podjął taką decyzję.
Teraz doszliśmy do kolejnego pytania: dlaczego Izrael zaatakował Iran?
DLACZEGO IZRAEL ZAATAKOWAŁ?
Gdy już przejdziemy przez prymitywną, karykaturalną propagandę serwowaną widzom Fox News, wyborcom Trumpa i innym prostakom, docieramy do drugiego poziomu tej propagandowej piramidy: Izrael to zrobił!
A kiedy już uznamy, że izraelski marionetkarz pociąga za sznurki amerykańskiego imperium, możemy zacząć analizować motywy tego marionetki. Jaki powód ma Izrael, by wciągać USA w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie?
Po raz kolejny możemy przeanalizować (i szybko odrzucić) propagandę serwowaną przez rząd Izraela, aby wyjaśnić te ataki masom. W rzeczywistości wystarczy zapytać premiera Izraela (i nieskazanego zbrodniarza wojennego ) Benjamina Netanjahu, dlaczego tak bardzo zależy mu na bombardowaniu Iranu, a z przyjemnością nam odpowie. Jedyne pytanie brzmi, której dekady niekończącej się retoryki Netanjahu na temat wojny z Iranem powinniśmy posłuchać.
Był rok 2025, Netanjahu : „Jeśli nikt go nie powstrzyma, Iran może w bardzo krótkim czasie wyprodukować broń jądrową”.
A Netanjahu z lat 2010 .: „Do przyszłej wiosny, a najpóźniej do przyszłego lata, przy obecnym tempie wzbogacania, [Irańczycy] zakończą etap średniego wzbogacania i przejdą do etapu końcowego. Stamtąd zajmie im tylko kilka miesięcy, być może kilka tygodni, zanim zdobędą wystarczającą ilość wzbogaconego uranu do pierwszej bomby”.
A Netanjahu z lat 2000 .: „Sądzę, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) właśnie znalazła ślady plutonu i uranu do produkcji bomb atomowych. Te bomby są w pierwszej kolejności wymierzone w Izrael. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale nie zamierzają uderzyć tylko w Izrael. Iran przygotowuje się do produkcji 25 bomb – bomb atomowych – rocznie. 250 bomb w ciągu dekady”.
I kto mógłby zapomnieć o słowach Netanjahu z lat 90 .: „Iran będzie w stanie samodzielnie — bez importowania czegokolwiek — wyprodukować bomby atomowe w ciągu trzech do pięciu lat”.
Usłyszeliście to tutaj pierwsi, ludzie! Ajatollahowie byli o tygodnie od zrzucenia bomby atomowej na cały świat przez ostatnie 30 lat! W związku z tym Izrael musiał wypowiedzieć wojnę Iranowi (oczywiście za pośrednictwem USA).
Naturalnie, obawy dotyczące nieistniejącego irańskiego programu nuklearnego były i są teatralnym zabiegiem rodem z wrestlingu, uzupełnionym o bomby w stylu kreskówek Looney Tunes i inne tanie chwyty mające na celu przyciągnięcie uwagi i oszukanie tych, których łatwo wprowadzić w błąd.
W rzeczywistości geopolityczna pozycja Izraela wobec Iranu ewoluowała od czasu sojuszu izraelsko-irańskiego, który panował za czasów dynastii Pahlawich, rządzącej Iranem od 1925 roku do obalenia szacha w 1979 roku. Iran był w rzeczywistości drugim krajem o muzułmańskiej większości, który uznał państwo Izrael. Oba państwa łączyła w tym okresie bliska współpraca, a izraelski Mossad pomagał w szkoleniu budzącej grozę tajnej policji szacha, SAVAK. W latach 70. XX wieku kraje te wymieniły się nawet ambasadorami.
Jednak wraz z rewolucją islamską w 1979 roku stanowisko Izraela wobec Iranu uległo zmianie. Izrael rzeczywiście pośredniczył w aferze Iran-Contras dla Stanów Zjednoczonych , dostarczając broń Iranowi w imieniu Wujka Sama, ale za tym działaniem krył się ukryty motyw. Jak później przyznał były minister obrony Izraela Mosze Arens , prawdziwym celem Izraela w przekazywaniu broni Iranowi „było sprawdzenie, czy uda nam się znaleźć jakieś punkty kontaktu z irańskim wojskiem, aby obalić reżim Chomeiniego”.
Do 1996 roku strategia Izraela wobec Iranu uległa ponownej zmianie. To właśnie w tym roku proto-neokonserwatyści Richard Perle, Douglas Feith i David Wurmser pomogli w opracowaniu dokumentu „ Czysty przełom: Nowa strategia bezpieczeństwa królestwa ” (A Clean Break: A New Strategy for Securing the Realm), dokumentu planowania polityki zagranicznej dla ówczesnego premiera Izraela Netanjahu. W dokumencie tym izraelskie planowanie koncentrowało się na destabilizacji irańskich sojuszników w regionie, w tym Syrii i Libanu, jako sposobie na ograniczenie wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie.
W latach 2000. Izrael — wzmocniony sukcesem, jaki osiągnął, wciągając USA do wojny w Iraku — nabrał odwagi do prowadzenia tajnej wojny z Iranem.
W swoim artykule z 2007 roku pt. „ The Redirection ” dziennikarz Seymour Hersh opisał, jak administracja Busha, kierując się wskazówkami izraelskiego wywiadu, zmieniała swoją politykę wobec Bliskiego Wschodu, aby osłabić Iran. W 2012 roku Hersh opublikował raport „ Our Men in Iran ”, w którym szczegółowo opisał, jak amerykańskie Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych (Joint Special Operations Command) współpracowało z izraelskim Mosadem w celu szkolenia Mudżahedinów-e-Khalq, „irańskiego ugrupowania opozycyjnego”, które cieszyło się podwójnym przywilejem: znajdowało się na liście zagranicznych organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu USA i było ulubioną sektą terrorystyczną neokonserwatystów syjonistycznych .
Ale machinacje amerykańskiego państwa głębokiego w Iranie w tym okresie się na tym nie skończyły. To ten sam okres, w którym potwierdzono współpracę CIA z Dżundullahem, sunnicko-salaficką organizacją bojowników w południowo-wschodnim Iranie, którą agencja rozważała wykorzystać „jako element tajnej kampanii przeciwko Iranowi”, zanim rzekomo uznała, że grupa jest „niekontrolowana i zbyt blisko powiązana z Al-Kaidą”.
Dopiero gdy Trump powrócił do Gabinetu Owalnego w styczniu 2025 r., Netanjahu i jego towarzysze, syjonistyczni podżegacze wojenni, zdali sobie sprawę, że w końcu osiągną swoje marzenie, któremu od dziesięcioleci poświęcali uwagę: skłonią Stany Zjednoczone do zbombardowania Iranu.
Znamy machinacje, które doprowadziły do bombardowań irańskich obiektów nuklearnych w czerwcu ubiegłego roku, tzw. „ wojny dwunastodniowej ”, która rzekomo „ zniszczyła ” irański program nuklearny.
Wiemy, że to Izrael zainicjował tę wojnę, rozpoczynając „Operację Powstającego Lwa”, czyli falę ataków na Iran, które Netanjahu nazwał „celową operacją militarną mającą na celu odparcie irańskiego zagrożenia dla przetrwania Izraela”, a które zakończyły się użyciem przez USA bomb bunkrowych w silnie ufortyfikowanym irańskim ośrodku nuklearnym Fordow.
Potem pytanie tylko, kiedy Netanjahu ponownie poprosi swojego wiernego sługę Trumpa, by wrócił i dokończył dzieło, dokonując totalnej inwazji na Iran. Po drodze doświadczyliśmy kilku naprawdę niezwykłych izraelskich zbrodni wojennych: nie tylko trwającego, rozwijającego się ludobójstwa w Strefie Gazy – które Trump próbował legitymizować swoją śmiesznie nazwaną „ Radą Pokoju ” – ale także bombardowania Kataru , neutralnej strony trzeciej, która gościła trwające negocjacje między Hamasem a Izraelem.
A teraz wszystkie figury na szachownicy ułożyły się po myśli Izraela. Rozkaz został wydany i, według Rubio, Kenta i innych kompetentnych źródeł, Izrael zdecydował się rozpocząć wojnę z Iranem za pośrednictwem USA.
No i proszę: Izrael zaatakował Iran za pośrednictwem USA. Sprawa zamknięta!
…I tu właśnie ci, którym udało się przejrzeć pierwszy poziom oszustwa – kaczkę w stylu „oni mieli nas zaatakować!” – zadowolą się tym, że przestaną. Izrael to zrobił. I tyle.
===================================
Ale są też inne elementy tej układanki, które wskazują na coś jeszcze większego, co odgrywa rolę w tych wydarzeniach.
CZYM JEST RZECZYWISTOŚĆ 3D?
No dobrze. Teraz wszystko wydaje się całkiem jasne: Netanjahu wykorzystał swoją przewagę nad Trumpem, aby skłonić USA do przyłączenia się do jego wojny z Iranem, w celu zapewnienia Izraelowi regionalnej dominacji.
…Ale jeśli taka jest narracja, to musimy się na chwilę zatrzymać. Są pewne elementy tej układanki, które wydają się nie do końca do siebie pasować.
Widzicie, zamiast pokazywać nieodpartą, niesamowitą, niepowstrzymaną potęgę amerykańskiego molocha, ten konflikt pokazuje wręcz coś przeciwnego: USA nie są w stanie nawet zabezpieczyć Cieśniny Ormuz, nie mówiąc już o obaleniu irańskiego rządu. W rzeczywistości Iran nie tylko może ogłosić, że to on „ wygrywa ” ten konflikt, ale wręcz ujawnia, że jego sprzęt wojskowy jest bardziej zaawansowany, niż wcześniej sądzono .
A wynikający z tego kryzys naftowy skłonił Stany Zjednoczone do zniesienia sankcji na irańską ropę , co bezpośrednio sprzyja „reżimowi”, który Waszyngton tak bardzo pragnie zmienić.
Trump nie jest w stanie ponownie otworzyć tego ważnego szlaku morskiego, ogłaszając zwycięstwo i odchodząc. Zamiast tego jego wojna z Iranem – i konkretna kwestia Cieśniny Ormuz – zdefiniują resztę jego prezydentury i mogą dręczyć jego następców.
Dzieje się tak, ponieważ zamknięcie cieśniny stwarza zarówno natychmiastowy kryzys, jak i długoterminowy dylemat strategiczny. Obecny problem polega na tym, że im dłużej jest ona zamknięta, tym większe jest zagrożenie globalną recesją. Przyszły dylemat polega na tym, że Iran zdaje sobie sprawę, że kontrola nad Cieśniną Ormuz daje mu całkowitą kontrolę nad światową gospodarką. Nawet jeśli na krótko rozluźni swoją kontrolę, może ją ponownie zacieśnić w przyszłości.
Och, świetnie. Więc nawet w absolutnie najlepszym scenariuszu – gdyby Trump miał się z tego wydostać, ogłosić zwycięstwo, spakować wojska i wrócić do domu – państwo głębokie już zapewniło, że wojna nigdy się tak naprawdę nie skończy. W każdej chwili mogą wykorzystać swoje anonimowe źródła, by podłożyć kolejną straszną historyjkę o nieistniejących minach morskich (lub jakimkolwiek innym fikcyjnym zagrożeniu, jakie zechcą wykreować), a światowa gospodarka znów padnie na kolana.
Nie, w tej wojnie nie chodzi o „uwolnienie narodu irańskiego” ani o „zatrzymanie irańskiego programu nuklearnego”. Ale każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, już o tym wiedział.
Ta wojna nie wybuchła również dlatego, że po trzydziestu latach prób nakłonienia USA do zbombardowania Iranu, Izrael po prostu uznał, że nadszedł czas.
Raczej, jak każde inne wydarzenie o znaczeniu historycznym dla świata, to wydarzenie ma miejsce, ponieważ spełnia kryteria wielu graczy w globalnej strukturze władzy. Ostatecznie, w tej bitwie nie chodzi o realizację geopolitycznych interesów pojedynczego państwa narodowego. Chodzi o rozwój narracji tych samych interesów bankowych, które sterują wszystkimi graczami na globalnej szachownicy.
Tak, moi czytelnicy nie będą zaskoczeni, gdy odkryją, że ten konflikt jest częścią trójwymiarowej rozgrywki szachowej , która definiuje naszą globalną rzeczywistość spiskową.
Nie będą też zaskoczeni odkryciem, że ogólnie rzecz biorąc, wojna z Iranem jest prowadzona w ramach realizacji Wielkiego (Globalnego) Resetu™, aby odbudować świat na lepsze™, w jaśniejszym, szczęśliwszym i nowszym Nowym Porządku Świata!
Mogą być jednak zaskoczeni, gdy dowiedzą się, jaka konkretna część planu Wielkiego Resetu jest tu realizowana.
A o co dokładnie chodzi? Czekajcie na kolejny odcinek podcastu The Corbett Report, żeby poznać odpowiedź na to pytanie!
Tymczasem zostawię Wam taką wskazówkę: nagłówek, który niedawno pojawił się w mediach, ale który w dużej mierze zginął w natłoku wiadomości na temat wojny:
Teraz stało się boleśnie oczywiste, że wojna z Iranem ma jakościowo inny charakter niż większość wojen toczonych przez Stany Zjednoczone w ostatnich dziesięcioleciach.
Weźmy Wietnam, Afganistan, Libię, Irak, Serbię i tak dalej (lista jest niestety bardzo długa): schemat był mniej więcej zawsze taki sam, z ogromną nierównowagą sił między agresorem a ofiarą. Wojny te miały w dużej mierze charakter imperialny: imperium próbowało zmiażdżyć znacznie słabszy naród, którego jedyną realną opcją był opór partyzancki. I to zakładając, że w ogóle mieli wolę stawiania oporu: niektóre – jak Libia – ledwo się starały; po prostu godziły się ze swoim losem.
Jako widz tych wojen, jeśli ktoś posiadał choć trochę poczucia moralności, przeważnie odczuwał bezradną odrazę: patrzył, jak olbrzym depcze czyjś dom.
Owszem, Stany Zjednoczone przegrały wiele – jeśli nie większość – z tych wojen, słynąc z zastępowania jednych talibów innymi lub wypędzania ich [amerykanów md] z Wietnamu z podkulonym ogonem, ale nierównowaga sił nie była przez to mniej realna. Po prostu siła nie zawsze gwarantuje zwycięstwo: czasami gigant nie może zabić wszystkich i w końcu się męczy. Jednak „zwycięstwa” odniesione w ten sposób były w najlepszym razie pyrrusowe: ludzie wytrwali, owszem, ale to, co im pozostało, to kraj w ruinie. Tymczasem, w szerszej perspektywie, gigantowi udało się uniknąć kary, mając jedynie zranione ego.
Co zaskakujące, Iran okazuje się być przeciwnikiem zupełnie innego kalibru: podczas gdy inni ledwo przetrwali starcie z gigantem, Iran wydaje się być w stanie stawić mu czoła.
Przyjrzyjmy się obecnej sytuacji.
Po pierwsze, Iran nadal jest zdolny do odwetu na atakach USA i Izraela – w ten sam sposób, symetrycznie i systematycznie. Sam ten fakt jest absolutnie niezwykły i bezprecedensowy.
Weźmy na przykład niedawny amerykańsko-izraelski atak na irański kompleks nuklearny w Natanz. Iran od dawna ostrzegał, że nie zawaha się przed odwetem, atakując izraelski ośrodek nuklearny w Dimonie – prawdopodobnie będący siedzibą izraelskiego programu broni jądrowej – co wielu odrzuciło jako puste przechwałki, biorąc pod uwagę, że jest to jeden z najlepiej chronionych obiektów strategicznych na świecie, chroniony przez pełen wachlarz połączonych systemów obronnych Izraela i USA.
No i stało się: w sobotę Iranowi udało się zaatakować bezpośrednie sąsiedztwo elektrowni jądrowej nie raz, ale dwa razy, przeprowadzając dwa oddzielne ataki na miasta Dimona i Arad. I nie jest to irańska propaganda; szeroko relacjonowały to izraelskie media, a oficjalnie potwierdził to sam Netanjahu.
Pomijając straty ludzkie, które zawsze są godne ubolewania (choć szczerze mówiąc, trudno współczuć Izraelowi, biorąc pod uwagę nieskończenie większe straty, jakie zadaje innym), poświęć chwilę na zastanowienie się, jak obiektywnie niezwykłe jest to wydarzenie i co mówi o rzeczywistych możliwościach Iranu. Żaden przeciwnik Stanów Zjednoczonych w historii nie był zdolny do czegoś takiego: ogłoszenia celu z kilkutygodniowym wyprzedzeniem – i to nie byle jakiego, lecz jednego z najsilniej ufortyfikowanych miejsc na świecie – stawienia czoła pełnemu połączonemu arsenałowi obronnemu Stanów Zjednoczonych i Izraela, a mimo to przebicia się – dwukrotnie.
Jesteśmy o wiele dalej niż partyzanci podkładający pułapkę z ładunkiem wybuchowym przy drodze lub Wietkong zastawiający pułapki w dżungli…
I nie był to przypadek. W rzeczywistości Iran z powodzeniem przeprowadził praktycznie każdy atak, jaki zapowiedział w odwecie za ataki USA i Izraela.
Innym wymownym przykładem jest atak na rafinerię w Hajfie w Izraelu – produkującą około połowę krajowego zaopatrzenia w paliwo – w odwecie za izraelski atak na gazociąg South Pars. Również w tym przypadku schemat jest ten sam: jasno zapowiedziana, symetryczna odpowiedź – wy pokonujecie naszą energię, my pokonujemy waszą – przeprowadzona przeciwko jednemu z najważniejszych strategicznie i silnie bronionych obiektów w Izraelu.
Albo weźmy być może najbardziej symboliczny przykład: 19 marca irańska obrona powietrzna przechwyciła amerykański F-35 podczas lotu bojowego nad Iranem, zmuszając go do awaryjnego lądowania – incydent potwierdzony przez Centralne Dowództwo USA. To pierwszy raz w historii, kiedy myśliwiec stealth piątej generacji doznał uszkodzeń bojowych w wyniku ostrzału wroga. F-35 – kosztujący ponad 100 milionów dolarów za sztukę – to klejnot w koronie amerykańskiej potęgi powietrznej, samolot, wokół którego zbudowana jest cała przyszła doktryna militarna USA, od dawna reklamowany jako praktycznie niezniszczalny przez konwencjonalną obronę powietrzną.
Jakby tego było mało, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) opublikował tego samego dnia nagranie wideo, na którym rzekomo niewidzialny i niemożliwy do namierzenia samolot był śledzony i trafiany, wyraźnie widoczny na irańskim ekranie celowniczym. Według kilku analityków, Iran prawdopodobnie użył pasywnych czujników podczerwieni, które wykrywają ciepło silnika, zamiast radaru – co oznacza, że cała filozofia projektowania F-35, jego warta 1,7 biliona dolarów racja bytu jako platformy maskującej radary, stała się przestarzała. Iran pokonał amerykańską technologię stealth.
I nie był to odosobniony przypadek: jak dotąd w tej wojnie aż pięć samolotów F-15 zostało wycofanych z walki. Wszystkie – według Centralnego Dowództwa USA – były spowodowane „ogniem własnym” lub „awariami technicznymi”, co byłoby dość dziwnym zbiegiem okoliczności i uczyniłoby ten okres najbardziej podatnym na wypadki w historii programu F-15. Według potwierdzonych danych USA, od początku wojny zniszczono co najmniej 16 amerykańskich samolotów wojskowych, a pół tuzina innych zostało poważnie uszkodzonych w atakach lub wypadkach.
I wreszcie, być może najbardziej ironiczny przykład ze wszystkich: Iran zniszczył co najmniej jedną amerykańską baterię obrony przeciwrakietowej THAAD stacjonującą w bazie lotniczej Muwaffaq Salti w Jordanii – fakt potwierdzony przez przedstawiciela USA i potwierdzony zdjęciami satelitarnymi opublikowanymi przez CNN, ukazującymi zwęglone pozostałości systemu. THAAD (Terminal High Altitude Area Defense) to właśnie system zaprojektowany do przechwytywania i niszczenia nadlatujących pocisków balistycznych. To dosłownie tarcza. A Iran zniszczył ją bronią, dla której został stworzony. System wart 300 milionów dolarów, „oczy” najnowocześniejszej amerykańskiej architektury obrony przeciwrakietowej, unieruchomiony przez pociski, które miał wyczuć…
Warto zauważyć, że Stany Zjednoczone posiadają zaledwie osiem baterii THAAD na świecie. Iran twierdzi, że zniszczył cztery z nich w ciągu 24 godzin – co, jeśli jest prawdą, oznaczałoby, że połowa światowych zapasów najnowocześniejszych amerykańskich czujników obrony przeciwrakietowej została zniszczona w ciągu jednego dnia. Potwierdzono, że uszkodzenia były na tyle poważne, że zmusiły Pentagon do przeniesienia kolejnego systemu THAAD z Korei Południowej na Bliski Wschód – wbrew wyraźnym sprzeciwom Seulu.
Innymi słowy, aby odbudować tarczę, którą Iran zniszczył na Bliskim Wschodzie, Stany Zjednoczone musiały wycofać się z Azji. Iran nie tylko kwestionuje amerykańską potęgę na jednym polu bitwy; zmusza Stany Zjednoczone do globalnej redystrybucji swojej siły.
Oto pierwszy punkt: Po raz pierwszy od dekad Stany Zjednoczone walczą bezpośrednio z przeciwnikiem, który nie tylko przyjmuje ciosy, ale i odpowiada na nie. Nie poprzez wojnę partyzancką, nie za pomocą improwizowanych ładunków wybuchowych i systemów tunelowych, ale poprzez bezpośredni, symetryczny, militarny odwet na jedne z najlepiej chronionych celów na świecie. Zaatakujcie naszą elektrownię jądrową, a my zaatakujemy waszą. Zaatakujcie naszą infrastrukturę energetyczną, a my zaatakujemy waszą. Myślicie, że wasze najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia was chronią? Zastanówcie się jeszcze raz.
To sprawia, że sytuacja jest niezwykle – a być może bezprecedensowa – niebezpieczna. Tak niebezpieczna, że stoimy w obliczu realnej możliwości, że duże obszary Bliskiego Wschodu staną się praktycznie niezdatne do zamieszkania. Nawet niektórzy doradcy Trumpa, tacy jak często dalekowzroczny David Sacks, otwarcie to przyznają (jego dokładny cytat brzmiał: „Jeśli tego rodzaju zniszczenia będą się powtarzać, Zatoka Perska może stać się praktycznie niezdatna do zamieszkania”).
Chciałbym przesadzać, ale tak właśnie wyglądała sytuacja jeszcze kilka godzin temu – i być może wciąż dzieli nas od tego jeden błąd w ocenie.
Trump zagroził w sobotę, że USA „zaatakują i zniszczą różne irańskie elektrownie, zaczynając od największych”, jeśli Iran „w pełni i bez zagrożenia nie otworzy Cieśniny Ormuz w ciągu 48 godzin od tego momentu”.
Iran odpowiedział, że w razie podjęcia przez USA takich działań, „zaatakują infrastrukturę energetyczną i informatyczną połączoną ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, a także zakłady odsalania wody w regionie”.
Zagrożenie odsalaniem to właśnie to, co może sprawić, że Zatoka stanie się niezamieszkana, ponieważ duże obszary regionu są niemal całkowicie uzależnione od odsalania wody pitnej. Katar pozyskuje 99% swojej wody pitnej z odsalania, Kuwejt i Bahrajn ponad 90%, a Arabia Saudyjska 70%.
Według notatki z 2008 roku z ambasady USA w Arabii Saudyjskiej, opublikowanej przez WikiLeaks, Rijad musiałby zostać ewakuowany w ciągu tygodnia, gdyby Iran zaatakował tylko zakład odsalania wody w Dżubajl w Arabii Saudyjskiej. To 8,5 miliona ludzi, jedno z największych miast świata. W notatce stwierdzono również, że gdyby zakład odsalania wody w Dżubajl został zaatakowany, „obecna struktura rządu Arabii Saudyjskiej nie mogłaby istnieć”.
Istnieje zatem bardzo realne prawdopodobieństwo, że będziemy musieli zmierzyć się z przymusowym przesiedleniem dziesiątek milionów ludzi i upadkiem kilku państw Zatoki Perskiej, podczas gdy jeden z najważniejszych regionów świata – prawdziwa kolebka ludzkości – stanie się niezamieszkany.
W każdym razie groźba Iranu najwyraźniej zadziałała. Zanim minęło 48 godzin od wygaśnięcia ultimatum, Trump ogłosił, że „odracza wszystkie ataki wojskowe na irańskie elektrownie i infrastrukturę energetyczną na okres pięciu dni” i przypisał swoją zmianę zdania „bardzo dobrym i produktywnym rozmowom”, które Stany Zjednoczone przeprowadziły „z Iranem w ciągu ostatnich dwóch dni”.
Iran natychmiast i stanowczo zaprzeczył, że jakiekolwiek rozmowy miały miejsce. Przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf opublikował na portalu X informację, że „nie prowadzono żadnych negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi”, a irańskie ambasady otwarcie oświadczyły, że Trump wycofał się z powodu irańskiej groźby „ataku na infrastrukturę energetyczną całego regionu”.
Oznacza to, co niezwykłe, że Iran w tym przypadku udowodnił, że posiada przewagę w eskalacji nad Stanami Zjednoczonymi. To znaczy, że jest w stanie wiarygodnie zagrozić tak poważnymi konsekwencjami, że Stany Zjednoczone – być może po raz pierwszy od czasów zimnej wojny – zdecydowały się ustąpić.
Po raz kolejny jesteśmy o lata świetlne od przydrożnych ładunków wybuchowych i pułapek w dżungli: Iran okazuje się naprawdę potężnym przeciwnikiem, który jest w stanie dosłownie zamienić Zatokę Perską w pustkowie, jeśli zostanie popchnięty za daleko – i co najważniejsze, jest na tyle wiarygodny, że Waszyngton w to wierzy.
Żeby było jasne, jesteśmy jeszcze daleko od wyjścia z opresji. Wojna się nie skończyła, nowe ultimatum Trumpa wygasa za pięć dni, a trzy oddzielne, 2500-osobowe morskie siły ekspedycyjne podobno zbliżają się do Zatoki Perskiej, podczas gdy Pentagon podobno opracowuje szczegółowe plany zdobycia wyspy Kharg. Pięciodniowa przerwa w atakach energetycznych może mieć mniej wspólnego z „negocjacjami”, a więcej z zyskaniem czasu na przygotowania.
Jak jednak wyjaśnia Responsible Statecraft, operacja zdobycia wyspy Kharg wydaje się kolejnym neokonserwatywnym marzeniem, „znajdującym się gdzieś pomiędzy misją samobójczą a sytuacją samobójczego wzięcia zakładnika”. A nawet gdyby się powiodła, nie dałaby Stanom Zjednoczonym realnych możliwości nacisku – który irański przywódca zrzekłby się suwerenności w zamian za terminal naftowy, którego wysadzenia się spodziewał? – i nie przyczyniłaby się absolutnie do ponownego otwarcia drogi oddalonej o 800 kilometrów. To niewiele więcej niż fantazja o cudownej broni, którą neokonserwatyści wciskają od dziesięcioleci – zawsze z tą samą obietnicą, że kolejny śmiały ruch zapewni zwycięstwo w wojnie, i prawie zawsze się mylą.
Można również rozważyć wymiar ekonomiczny. Iran – i to właśnie było powodem groźby Trumpa – kontroluje najważniejsze strategicznie wąskie gardło energetyczne świata, Cieśninę Ormuz. Udało mu się również zaatakować obiekty energetyczne w co najmniej sześciu krajach, rzekomo bronionych przez USA, z których wszystkie posiadają na swoim terytorium duże amerykańskie instalacje wojskowe.
Izrael – Rafineria ropy naftowej w Hajfie, jak już widzieliśmy
Katar – Terminal LNG Ras Laffan (ogromna strata 20 miliardów dolarów przychodów rocznie dla Kataru)
ZEA – pole gazowe Shah, Habshan, zakład naftowy Fujairah
Kuwejt – Rafineria Mina al-Ahmadi, Rafineria Mina Abdullah
Bahrajn – Rafineria ropy naftowej BAPCO
To wywołało najgorszy szok energetyczny czasów nowożytnych – gorszy niż w 1973 roku i gorszy niż w 2022 roku. Jedna piąta światowych zasobów ropy naftowej, jedna trzecia światowego skroplonego gazu ziemnego (LNG), jedna trzecia światowego eksportu nawozów i prawie połowa światowego wydobycia siarki – wszystko to zostało praktycznie wyłączone z użytku. Zniszczona infrastruktura, taka jak katarski terminal Ras Laffan – który sam produkuje 20% światowego LNG – będzie wyłączona z użytku przez lata.
Ceny ropy wzrosły już o ponad 60%. Kraje w całej Azji już racjonują paliwo. Sri Lanka przeszła na czterodniowy tydzień pracy. A to dopiero początek: 40% światowego eksportu nawozów jest zagrożone, tuż przed rozpoczęciem sezonu siewu na całym świecie, a my stoimy w obliczu prawdziwego globalnego kryzysu żywnościowego – nie tylko wyższych cen (choć to również nastąpi), ale także rzeczywistych niedoborów i potencjalnego głodu na całym świecie.
Jak ktoś trafnie (choć gorzko) zauważył na Twitterze:
„Które akcje powinienem teraz kupić?” Bracie, powinieneś raczej uprawiać kapustę.
Giełda rzeczywiście spadła (indeks S&P500 spadł aż o -5%, niemal wyłącznie z powodu wojny z Iranem), ale to powinno być najmniejszym zmartwieniem ludzi w tej chwili…
Na koniec można rozważyć wymiar polityczny – który ostatecznie może okazać się najważniejszy ze wszystkich, ponieważ to, co się tu dzieje, to nie tylko kampania wojskowa, to rozpad całej architektury politycznej amerykańskiej potęgi na Bliskim Wschodzie.
Zacznijmy od Iraku. Wspierane przez Iran frakcje ruchu oporu skutecznie zmusiły USA i NATO do opuszczenia kraju poprzez ciągłe ataki dronów i rakiet na bazy amerykańskie i ambasadę USA w Bagdadzie. NATO wycofało całą swoją misję – około 600 żołnierzy – z Włoch, co określiło jako „tymczasową korektę stanowiska”. Rumunia ewakuowała wszystkich 114 swoich żołnierzy. Polska, Hiszpania i Włochy – wszystkie państwa wycofały się. Samoloty NATO S-30 nie mogły nawet wylądować w ironicznie nazwanej „Bazie Zwycięstwa” z powodu intensywności ostrzału.
A potem nadeszła najbardziej niezwykła część: USA i NATO musiały zwrócić się do irackich frakcji ruchu oporu – za pośrednictwem rządu irackiego działającego jako mediator – o 24-godzinne zawieszenie broni, aby zapewnić bezpieczne zakończenie ich wycofania. Niech to dotrze do was. Wojsko amerykańskie – które najechało Irak w 2003 roku, obaliło tamtejszy rząd i okupowało kraj przez prawie dwie dekady – musiało zwrócić się do ludzi, których kiedyś uznawało za rebeliantów, o pozwolenie na opuszczenie kraju bez narażania się na ostrzał.
Można śmiało powiedzieć, że jest to najbardziej symboliczne wycofanie wojsk USA od czasów Afganistanu – i przerażająco podobne.
Przyjrzyjmy się teraz monarchiom Zatoki Perskiej. W tej chwili wydaje się, że sprzymierzają się ze Stanami Zjednoczonymi – ale precedens, który tworzą, jest druzgocący dla Ameryki jako gwaranta bezpieczeństwa. Jak właśnie widzieliśmy, Iran zaatakował obiekty energetyczne w sześciu państwach Zatoki Perskiej, które są sojusznikami USA, mimo że w każdym z nich znajdują się duże amerykańskie instalacje wojskowe. Wynikająca z tego polityczna lekcja jest oczywista: sojusz ze Stanami Zjednoczonymi nie chroni – on czyni cię podatnym na ataki.
Oto, co dosłownie mówią niektóre kraje w regionie: minister spraw zagranicznych Omanu – ten sam dyplomata, który pośredniczył w rozmowach nuklearnych między USA a Iranem – opublikował niezwykły felieton w „The Economist”, w którym wprost stwierdził, że państwa Zatoki Perskiej, które „ufały amerykańskiej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, teraz postrzegają tę współpracę jako stan poważnej podatności”. Nie można tego wyrazić jaśniej.
Uczciwie rzecz biorąc, nie wszyscy aktorzy w regionie wyciągają ten sam wniosek. Abdullah bin Zayed z ZEA odpowiedział na kryzys deklaracją: „Nigdy nie damy się szantażować terrorystom” – odpowiedzią byłego ambasadora Francji Gérarda Arauda, który wskazał, że zależność ZEA od Stanów Zjednoczonych doprowadziła je do katastrofalnego konfliktu, bez względu na własne interesy. Istnieje zatem podział między tymi, którzy już dostrzegają znaki czasu, a tymi, którzy stawiają na sojusz, który właśnie zbombardował ich kraje. Ale nawet dla tych, którzy stawiają na hazard, strukturalna logika jest niezaprzeczalna: Iran zademonstrował swoją zdolność do zaatakowania, a potencjalnie nawet całkowitego unicestwienia każdego państwa Zatoki Perskiej, pomimo pełnej obecności amerykańskiej infrastruktury wojskowej. Tej rzeczywistości nie da się zignorować, nazywając to szantażem.
Zakładając, że Iran nie zostanie pokonany w tej wojnie – a jak dotąd nic na to nie wskazuje – monarchie Zatoki Perskiej będą musiały ostatecznie wybrać między dwiema opcjami bezpieczeństwa. Pierwsza to związanie się z odległym supermocarstwem, które właśnie udowodniło, że a) nie tylko nie jest w stanie chronić swoich rafinerii, węzłów komunikacyjnych ani wody pitnej, ale b) atakuje wszystkie te obszary. Druga opcja: zawarcie pokoju z regionalnym mocarstwem, które właśnie udowodniło, że może zaatakować wszystkie trzy w dowolnym momencie. Można to nazywać „szantażem”, jak się chce, ale oburzenie nie jest strategią bezpieczeństwa.
Wahania monarchii Zatoki Perskiej to tylko jeden z elementów znacznie szerszego obrazu politycznego. Poza regionem, w skali globalnej, Stany Zjednoczone i Izrael nigdy nie były tak wyraźnie odizolowane. Trump publicznie – nie ma na to innego słowa – błagał Chiny, Francję, Japonię, Koreę Południową, Wielką Brytanię – wszystkich! – o wysłanie okrętów wojennych w celu wsparcia ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Reakcje wahały się zasadniczo od „pieprzyć was” do „pieprzyć was, ale grzecznie”. Najbardziej podobał mi się niemiecki minister obrony Boris Pistorius, który szyderczo zażartował: „Czego Trump oczekuje, że garstka europejskich fregat potrafi to, czego nie potrafi potężna Marynarka Wojenna USA? To nie nasza wojna i nie my ją rozpoczęliśmy”.
Odpowiedź Chin brzmiała w zasadzie: „Żartujecie sobie? Wy zaczęliście tę wojnę i musicie ją zakończyć”. Przynajmniej tak przetłumaczył to „Global Times”, który opisał prośbę Trumpa jako próbę „podzielenia ryzyka wojny, którą Waszyngton rozpoczął i nie może zakończyć”.
Można też docenić ogromną ironię sytuacji, w której Trump prosi Chiny o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz, podczas gdy otaczający go neokonserwatyści – jak Lindsey Graham – na początku wojny twierdzili, że okaże się to „koszmarem Chin”. W rezultacie, jak sarkastycznie zauważył irański minister spraw zagranicznych – posypując solą ranę – Ameryka „błaga teraz innych, nawet Chiny, o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz”.
W odpowiedzi Trump zrobił to, co potrafi najlepiej: zamiast krytykować samą siebie i tłumaczyć, dlaczego cała planeta odmawia mu pomocy, zaatakował. Nazwał NATO „papierowym tygrysem”, a jego członków „tchórzami”. Co oczywiście jest kontrproduktywne, ponieważ może tylko jeszcze bardziej zniechęcić ich do pomocy…
I to wykracza poza kalkulacje na poziomie rządowym. W wielu częściach świata wojna wywołała istne powstanie ludowe. Nawet w samych Stanach Zjednoczonych zdecydowana większość Amerykanów sprzeciwia się wojnie. Według YouGov, tylko 33% popiera ją, a 61% chce jej jak najszybszego zakończenia. Nie udało mi się znaleźć żadnych konkretnych sondaży na ten temat, ale nie zdziwiłbym się, gdyby więcej Amerykanów sympatyzowało z Iranem w tej walce niż z własnym rządem. Spójrzcie na to: 46% Amerykanów uważa, że USA są odpowiedzialne za zbombardowanie szkoły dla dziewcząt w Iranie, w którym zginęło 165 osób – w porównaniu z zaledwie 17%, które twierdzą, że tak nie jest. Kiedy prawie połowa populacji wierzy, że zabijasz niewinne uczennice, „wspieraj wojsko” brzmi dość pusto.
Istnieją również warunki polityczne, jakie Iran nałożył na przejście przez Cieśninę Ormuz, która wbrew amerykańskiej propagandzie NIE jest zamknięta, a jedynie dla nich i innych krajów, które wspierają ich w atakach na Iran. Jak wyjaśnił minister spraw zagranicznych Araghchi: „Nie zamknęliśmy cieśniny. Naszym zdaniem cieśnina jest otwarta. Jest zamknięta tylko dla statków należących do naszych wrogów, do krajów, które nas atakują. Statki z innych krajów mogą przepływać przez cieśninę”.
A to rozróżnienie – niezrozumiałe dla większości komentatorów – może się okazać z czasem być może najważniejszym posunięciem politycznym całej wojny.
W praktyce Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) utworzył kontrolowany korytarz żeglugowy na irańskich wodach terytorialnych, wijący się między wyspami Larak i Keszm – przepływając bezpośrednio obok bazy morskiej IRGC – gdzie zatwierdzone jednostki przechodzą inspekcje wizualne po przejściu. Statki, które chcą przejść, muszą z wyprzedzeniem przedstawić IRGC szczegółowe informacje o właścicielu, wykazy ładunków, narodowości załogi i porty docelowe. Jak wprost stwierdziła kuwejcka firma konsultingowa: „To nie jest ponowne otwarcie. To system oparty na zezwoleniach, selektywnie udzielający dostępu statkom powiązanym z państwami niebędącymi wrogimi lub strategicznie sojuszniczymi”.
Zatrzymaj się i zastanów, co to oznacza. Indie wynegocjowały przejście. Pakistan wynegocjował przejście. Turcja wynegocjowała przejście. Według doniesień „Financial Times” nawet Francja i Włochy rozpoczęły rozmowy z Teheranem. Jeden po drugim, kraje świata zwracają się do Iranu z kapeluszem w dłoni, z prośbą o pozwolenie na korzystanie z drogi wodnej, którą Stany Zjednoczone od dawna twierdzą, że monitorują jako globalny gwarant „wolności żeglugi”.
Iran wykorzystuje tę przewagę nie tylko do pobierania opłat tranzytowych, ale także do realizacji swojej wizji politycznej. Araghchi powiedział w wywiadzie dla Al Jazeery, że pierwszym krokiem „po wojnie” powinno być „opracowanie nowych mechanizmów dla Cieśniny Ormuz i sposobu, w jaki statki przez nią przepływają, aby zapewnić stały, pokojowy tranzyt zgodnie z określonymi przepisami”, zgodnymi z interesami Iranu i regionu. Przewodniczący irańskiego parlamentu, Ghalibaf, wyraził się jeszcze dobitniej: „Sytuacja w Cieśninie Ormuz nie powróci do stanu sprzed wojny”.
Iran w istocie wywraca do góry nogami zasadę „wolności żeglugi”, najczęściej cytowaną przez Amerykę zasadę projekcji władzy nad oceanami świata: plan wydaje się być bardzo konkretny i to oni będą decydować o „wolności żeglugi” w Cieśninie Ormuz, z całą dźwignią, jaką to im daje.
Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że Trump wydaje się przynajmniej częściowo potwierdzać ten plan, deklarując wczoraj, zaraz po wycofaniu swojego ultimatum, że przewiduje, iż Cieśnina Ormuz będzie „wspólnie kontrolowana przeze mnie i ajatollaha”. Ku uciesze irańskiej dyplomacji.
Trump to Trump; jutro prawdopodobnie nic to nie będzie znaczyło. Ale nawet jako pusta retoryka, stanowi to niezwykłe ustępstwo: Stany Zjednoczone publicznie wyobrażają sobie wspólną kontrolę nad najważniejszym strategicznie szlakiem wodnym świata z samym krajem, z którym toczą wojnę, pokazując, jak bardzo zmienił się krajobraz polityczny.
Nie tylko Trump: Każdy kraj, który dzwoni do Teheranu, aby negocjować przejście graniczne, milcząco uznaje – niezależnie od tego, czy się do tego przyznaje, czy nie – nową rzeczywistość, w której Iran jest suwerennym podmiotem z uzasadnionymi interesami bezpieczeństwa w swoim sąsiedztwie i że interesy te należy szanować, a nie łamać. Każdy tankowiec przepływający przez korytarz Larak-Keszm za zgodą Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej jest cichym, cichym głosem na rzecz post-amerykańskiego porządku na Bliskim Wschodzie.
A co najbardziej niezwykłe? Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają odpowiedzi. Nawet błaganie innych, w tym przeciwników, o pomoc – co musiało być ogromnym obciążeniem, biorąc pod uwagę ego Trumpa – nie przyniosło rezultatu.
Podsumujmy zatem. Pod względem militarnym Iran osiągnął to, czego żaden przeciwnik USA nie dokonał od dziesięcioleci: nie tylko przetrwał amerykańską siłę ognia, ale także zmierzył się z nią – atakując najsilniej chronione cele na świecie, uszkadzając najnowocześniejsze amerykańskie samoloty i niszcząc systemy obrony przeciwrakietowej zbudowane, aby go powstrzymać. Pod względem ekonomicznym wywołał najgorszy wstrząs energetyczny współczesności i przejął kontrolę nad najważniejszym strategicznie wąskim gardłem świata – podczas gdy Stany Zjednoczone przyglądają się, nie mogąc ponownie otworzyć cieśniny, nawet przy pełnej potędze morskiej. Pod względem politycznym wyparł Stany Zjednoczone z Iraku, obnażył puste obietnice amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla swoich rzekomych „sojuszników”, osiągnął eskalację dominacji nad samym Waszyngtonem i – co być może najważniejsze – ustanowił oparty na zezwoleniach system tranzytowy przez Cieśninę Ormuz, który po cichu ustala reguły panujące na post-amerykańskim Bliskim Wschodzie, wynegocjowane przejście po przejściu. Tymczasem Stany Zjednoczone są izolowane na arenie międzynarodowej, odrzucane na własnym terytorium i zmuszone do błagania przeciwników o pomoc, która nigdy nie nadchodzi.
Wszystko to w ciągu 3 tygodni.
Niniejszy artykuł nie ma na celu gloryfikacji Iranu, lecz uczciwą analizę tego, czego jesteśmy świadkami. Nazwijmy to po imieniu: pierwszą prawdziwie wielobiegunową wojną. Historycy mogą patrzeć na tę wojnę tak, jak patrzą na Kanadę Sueską w 1956 roku – nie jako na wydarzenie militarne, lecz jako na objawienie: moment, w którym realność nowego porządku stała się niezaprzeczalna.
Czym ostatecznie jest wielobiegunowość? Z definicji jest to istnienie ośrodków władzy, których nie da się podporządkować innym ośrodkom. Wiedzieliśmy już, że Rosja i Chiny są ośrodkami władzy i właśnie dlatego Stany Zjednoczone nie wypowiedziały im wojny – i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobią – ale Iran został umieszczony w innej kategorii: małej regionalnej potęgi, którą można by zmiażdżyć, gdyby zaszła taka potrzeba.
Ta wojna pokazuje, że ta klasyfikacja była błędna. Iran rzeczywiście może wytrzymać całą siłę amerykańskiej potęgi militarnej.
Nie wiemy jeszcze, jak ani kiedy ta wojna się zakończy. Iran wciąż może przegrać. Wiemy jednak na pewno, że wojna ta stworzyła już kilka precedensów, z których każdy ma ogromne konsekwencje.
Nawet mocarstwo średnie nieposiadające broni jądrowej może osiągnąć pewną formę dominacji eskalacyjnej nad Stanami Zjednoczonymi. Nie musi koniecznie posiadać broni jądrowej, wystarczy, że będzie w stanie wiarygodnie zagrozić wystarczająco poważnymi konsekwencjami.
Najbardziej zaawansowane amerykańskie systemy uzbrojenia są o wiele bardziej podatne na ataki, niż wcześniej sądzono – nie teoretycznie, lecz w praktyce.
Gwarancja bezpieczeństwa USA została empirycznie obalona w czasie rzeczywistym. Sześć krajów, w których znajdują się bazy wojskowe USA, zaatakowało ich infrastrukturę krytyczną.
Pojedyncza potęga regionalna może wziąć gospodarkę światową w zakładnika, kontrolując strategiczne wąskie gardło, a żadnej sile militarnej nie udało się tej kontroli przełamać.
Prezydent USA publicznie rozważał możliwość wspólnej kontroli Cieśniny Ormuz z Iranem, co niewątpliwie byłoby niezwykłym ustępstwem.
Zastanów się, co te precedensy oznaczają, jeśli jesteś na przykład Turcją, Brazylią, Indonezją lub jednym z dziesiątek mocarstw średniej wielkości, którym powiedziano, że ich jedynymi opcjami są podporządkowanie lub unicestwienie. Menu stało się teraz znacznie dłuższe.
Zastanów się, co to oznacza, jeśli jesteś Arabią Saudyjską i w milczeniu obserwujesz, jak amerykańskie systemy obronne nie chronią twoich własnych rafinerii. Albo jakimkolwiek krajem europejskim, który zmaga się z najgorszym szokiem energetycznym od 1973 roku, spowodowanym nie przez wroga, a przez sojusznika, i zdaje sobie sprawę, że ten rzekomy „sojusznik”, rzekomo odpowiedzialny za twoją „ochronę”, nie był w stanie ochronić nawet najważniejszych strategicznie miejsc Izraela – kraju, z którym jest nierozerwalnie związany.
Nie mówię nawet o Chinach czy Rosji, których światopogląd potwierdza się niemal na każdej osi jednocześnie. Amerykańska przewaga militarna została wyolbrzymiona? Zgadza się. Gwarancje bezpieczeństwa USA nie są warte papieru, na którym zostały spisane? Zgadza się. Zachodni system sojuszy to w dużej mierze fikcja? Zgadza się (nawet Trump nazwał NATO „papierowym tygrysem”!). Sankcje nie działają? Zgadza się. Nie można budować swojego bezpieczeństwa kosztem innych? Zgadza się (sześć krajów właśnie przekonało się o tym na własnej skórze). Że inwestowanie bilionów dolarów w zieloną energię było strategiczną dalekowzrocznością, a nie „nadwyżką mocy produkcyjnych”? Zgadza się – Chiny są jedną z najmniej narażonych na największy szok energetyczny współczesności. I oczywiście, że Stany Zjednoczone są agresorem, głównym źródłem niestabilności na świecie? Zgadza się – rozpoczęły tę wojnę bez prowokacji.
Działania Stanów Zjednoczonych w ostatnim czasie nabrały niemal grecko-tragicznego charakteru, gdzie każdy krok podejmowany w celu uniknięcia własnego losu staje się mechanizmem, który go doprowadza. USA wypowiedziały wojnę, by potwierdzić swoją dominację – i udowodniły, że nie są już w stanie dominować. Wezwały sojuszników do wysłania okrętów wojennych – i pokazały, że nie mają prawdziwych sojuszników. Przez czterdzieści lat prowadziły politykę maksymalnej presji, by złamać Iran, zanim ten moment nadszedł – i zamiast tego stworzyły przeciwnika, który teraz z nimi rywalizuje. Rozpoczęły wojnę między innymi po to, by wywrzeć dodatkową presję na Chiny – i dały światu widowisko błagania Chin o pomoc. Proroctwem była wielobiegunowość. Każde amerykańskie działanie, by jej zapobiec, ją ujawnia.
Trump oświadczył, że USA negocjują z Iranem zakończenie walk i że rozmowy przebiegają bez zarzutu. Iran jest jednak zaskoczony i twierdzi, że nie wie, z kim USA negocjują; w każdym razie rząd Iranu nie utrzymuje z rządem USA żadnych kontaktów.
Anti-Spiegel 25 marca 2026
Gdyby nie było to tak tragiczne, z tak wieloma ofiarami i niszczycielskimi konsekwencjami dla świata wojny z Iranem, byłoby wręcz komiczne. Po fiasku planu USA i Izraela, mającego na celu zmianę reżimu w Iranie poprzez szybką dekapitację, Trump ogłasza teraz, że USA prowadzą rozmowy z rządem Iranu, podczas gdy ten ostatni twierdzi, że nic o tym nie wie.
Co więcej, Iran emanuje pewnością siebie. Doradca irańskiego Najwyższego Przywódcy oświadczył, że Iran zaprzestanie działań wojennych tylko wtedy, gdy wszystkie sankcje wobec tego kraju zostaną zniesione. Amerykańskie media donoszą, że Iran zamierza nałożyć opłatę za tranzyt przez Cieśninę Ormuz i że Iran będzie ją pobierał.
TASS wyjaśnił tę absurdalną sytuację w artykule, który przetłumaczyłem.
Początek tłumaczenia:
Negocjacje Schrödingera: Iran nie rozumie, z kim USA negocjują zawieszenie broni
Biały Dom poinformował, że negocjacje w sprawie zawieszenia broni między Waszyngtonem a Teheranem przebiegły „idealnie”. Jest jednak pewien haczyk: Iran nic o tym nie wie. TASS informuje o bieżącej sytuacji.
Rozmowy pokojowe między USA a Iranem są w stu procentach realne. Istnieją jednak tylko w umysłach jednej strony: Amerykanów. Biały Dom negocjuje porozumienie z jakimś „przywódcą”, ale prawowite kierownictwo Iranu nic o tym nie wie. Teheran uważa obecnie swoją pozycję za korzystniejszą i nie spieszy się z powrotem do porozumień sprzed eskalacji.
Sytuacja jest szczególnie niestabilna, ponieważ zaledwie kilka dni temu rząd USA próbował zidentyfikować kluczowe postacie w irańskim kierownictwie i podobno teraz już prowadzi negocjacje.
Nadzieja na postęp
23 marca prezydent USA Donald Trump ogłosił konstruktywne negocjacje w celu zakończenia działań wojennych na Bliskim Wschodzie. W rezultacie Pentagon przełożył ataki na irańską infrastrukturę energetyczną o pięć dni. Teheran jednak dementuje te doniesienia. Według źródła w irańskiej agencji prasowej Tasnim, Trump powstrzymał się od ataków, ponieważ „zagrożenia militarne ze strony Iranu stały się bardziej wiarygodne”.
Agencja poinformowała również, że Cieśnina Ormuz nie będzie już otwarta dla żeglugi, tak jak przed atakiem. „Na tym poziomie wojny psychologicznej ani Cieśnina Ormuz nie powróci do stanu sprzed wojny, ani spokój nie powróci na rynki energetyczne” – podkreśliło źródło.
Prezydent USA wydaje się niewzruszony tymi oświadczeniami. Jak donosi CNBC, Trump ma nadzieję na osiągnięcie „znaczącego postępu” w zakończeniu działań wojennych z Iranem w ciągu pięciu dni. Zakłada, że w Iranie nastąpiła „zmiana reżimu”, ponieważ w negocjacjach w imieniu Republiki Islamskiej uczestniczą „zupełnie inne osoby”.
Turcja, Egipt i Pakistan prowadzą mediacje między Iranem a USA. Według Axios „wysocy rangą urzędnicy z tych trzech krajów przeprowadzili oddzielne rozmowy z wysłannikiem Białego Domu Stevem Witkoffem i irańskim ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araghchi”.
Negocjacje nie mają sensu
Izrael nie jest bezpośrednio zaangażowany w negocjacje z Iranem; Stany Zjednoczone jedynie dzielą się informacjami ze swoim sojusznikiem. Trump uważa, że Izrael będzie niezwykle zadowolony z nadchodzącego porozumienia. „Rozmawialiśmy niedawno z Izraelem. To oznacza pokój dla Izraela, długotrwały, gwarantowany pokój” – powiedział.
Prezydent USA podkreślił, że porozumienie z Iranem „musi być dobre” i wykluczać przyszłe konflikty, a także zrzeczenie się przez Republikę Islamską broni jądrowej.
Iran nie zgadza się z tym podejściem. Ebrahim Rezaei, rzecznik Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Zagranicznych Madżlisu (jednoizbowego parlamentu Iranu), oświadczył, że negocjacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi są bezcelowe w obecnych okolicznościach. „Trump albo kłamie, albo mówi bzdury. Niszczycielskie ataki sił zbrojnych i wzrost cen ropy naftowej doprowadziły diabła do rozpaczy” – napisał na swoim profilu w mediach społecznościowych.
Rzecznik irańskiego MSZ Esmail Baghaei zaprzeczył doniesieniom o „jakichkolwiek negocjacjach lub rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi w ciągu ostatnich 24 dni od rozpoczęcia wojny”. Zauważył, że w ostatnich dniach kilka zaprzyjaźnionych krajów zwróciło się do USA z prośbą o rozmowy w celu zakończenia wojny, na co Iran odpowiedział stosownie.
Nie jest jasne, z kim negocjują
Trita Parsi, wiceprezes Instytutu Quincy’ego ds. Odpowiedzialnej Sztuki Rządzenia w Waszyngtonie, uważa, że Trump nie ma opcji, by dalsza eskalacja konfliktu zbrojnego przyniosła korzyści Waszyngtonowi. W rozmowie z agencją informacyjną TASS stwierdził, że USA „nie mają przekonujących dowodów na to, że jakiekolwiek negocjacje z Iranem miały miejsce”.
Przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf również oświadczył w mediach społecznościowych, że „nie odbyły się żadne negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, a fałszywe informacje są rozpowszechniane w celu manipulowania rynkami finansowymi i ropą naftową oraz uniknięcia dylematu, w jakim znalazły się Stany Zjednoczone i Izrael”.
Tymczasem rząd Izraela utrzymuje, że Waszyngton jest w kontakcie z Ghalibafem. Według źródła w stacji telewizyjnej N12, Izrael wiedział o mediacjach kilku państw między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, ale oświadczenie Trumpa o postępach w tych kontaktach zaskoczyło stronę izraelską. Następnie pojawiły się doniesienia, że spotkanie przedstawicieli USA i Iranu może odbyć się w tym tygodniu w stolicy Pakistanu, Islamabadzie.
Prezydent USA oświadczył, że USA utrzymują kontakt z „kluczową postacią” w Iranie, ale nie z nowym Najwyższym Przywódcą Republiki Islamskiej, ajatollahem Mudżtabą Chameneim. „Nie zapominajcie, że wyeliminowaliśmy pierwszy, drugi i pod wieloma względami trzeci szczebel przywództwa. Ale negocjujemy z osobą, która moim zdaniem cieszy się największym szacunkiem – Przywódcą” – dodał Trump. „Nikt nigdy nie słyszał o drugim Najwyższym Przywódcy, Synu. Nikt. Syn się z nami nie kontaktował. Nie wiemy nawet, czy jeszcze żyje” – powiedział prezydent.
Doniesienia te są całkowicie oderwane od rzeczywistości
Według Trumpa informacje o nowych kontaktach między USA a Iranem mogły nie zostać przekazane tym irańskim urzędnikom, którzy temu zaprzeczają. Dodał, że Iran zajmuje poważne stanowisko: „Negocjujemy z Iranem od dłuższego czasu. Ale tym razem traktują to poważnie”.
Jednocześnie Ebrahim Rasouli, doradca przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, podkreślił, że doniesienia o rzekomo rychłym spotkaniu przedstawicieli Iranu i USA są całkowicie nierealne. Stwierdził, że Teheran nie powróci do ram negocjacyjnych ustanowionych przez Amerykanów przed agresją. Wcześniej, jak powiedział Rasouli, „przedstawione inicjatywy były wspólne, ale teraz to my ustalamy szczegóły i dyktujemy warunki”.
24 marca rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt określiła sytuację wokół negocjacji z Iranem jako niestabilną. Stwierdziła, że są to delikatne dyskusje dyplomatyczne i że Stany Zjednoczone nie będą wydawać oświadczeń za pośrednictwem prasy. „Sytuacja jest dynamiczna, a założenia dotyczące spotkań nie powinny być uznawane za ostateczne, dopóki Biały Dom ich oficjalnie nie ogłosi” – powiedziała w wywiadzie dla ABC.
Rosja również zwróciła uwagę na sprzeczne informacje ze strony USA i Iranu dotyczące możliwych negocjacji i stwierdziła, że nikt nie zna prawdziwej sytuacji. „Istnieje wiele różnych, niekiedy sprzecznych, oświadczeń. Nadal uważnie monitorujemy sytuację i mamy nadzieję na szybkie przejście na pokojowe rozwiązanie” – powiedział agencji TASS rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.
Izraelska kampania zamachów na wysokich rangą polityków nie osłabiła Iranu – stworzyła natomiast bardziej nieustępliwego przeciwnika, gotowego do podjęcia działań w zakresie programu jądrowego, który stanowi zagrożenie dla izraelskiego projektu ekspansjonistycznego.
Izrael od dawna realizuje strategię eliminacji przywódców państw i ruchów sprzeciwiających się projektowi‚Wielkiego Izraela’. Jednak pomimo nieustannej serii zabójstw w Iranie, Libanie (Hezbollah), Strefie Gazy (Hamas) i irackich milicjach, sytuacja strategiczna praktycznie się nie zmieniła. Organizacje te wykazują się niezwykłą odpornością: ich struktury przywódcze pozostają w dużej mierze nienaruszone dzięki zdyscyplinowanym procesom sukcesji, ich operacje wojskowe trwają nieprzerwanie, a rdzeń architektury regionalnej pozostaje niezmieniony.
Głośne zabójstwa irańskiego Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego i Alego Laridżaniego, byłego przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, obnażają rażącą wadę dominującej narracji o zagrożeniu nuklearnym. Obaj byli centralnymi postaciami irańskiej dyplomacji; Larijani był jednym z architektów Wspólnego Kompleksowego Planu Działań (JCPOA), który ograniczył wzbogacanie uranu do poziomu uniemożliwiającego rozwój broni jądrowej.
Wybiórczo eliminując przywódców, którzy zarówno podtrzymywali religijną fatwę przeciwko broni jądrowej, jak i ułatwiali rozwiązania dyplomatyczne, Izrael mógł zainicjować zmianę polityki na wzór Korei Północnej. Bez przedstawicieli reprezentujących stanowisko negocjacyjne, nowe, znacznie bardziej bezkompromisowe przywództwo Iranu może teraz postrzegać odstraszanie nuklearne jako jedyne niezawodne zabezpieczenie przed dalszą agresją.
Chociaż Stany Zjednoczone i Izrael odniosły sukcesy taktyczne, eliminując wysoko postawione osobistości, te ‚zwycięstwa’ nie przełożyły się na korzyści strategiczne. Zabójstwo Najwyższego Przywódcy, mające na celu podział Republiki Islamskiej, zadziałało jak katalizator jedności. Aparat państwowy zacieśnił się, a poparcie dla rządu – postrzegające konflikt jako walkę o przetrwanie – jest bardziej zmobilizowane niż kiedykolwiek. Nic nie wskazuje na przewidywany upadek; system wydaje się dziś bardziej odporny niż przed atakami.
Jednocześnie, eliminując przywódców, którzy mogliby wynegocjować zawieszenie broni, Izrael skutecznie niszczy mosty dyplomatyczne, których administracja Trumpa potrzebuje do uporządkowanego wyjścia z konfliktu. Sugeruje to cel wykraczający poza oficjalne argumenty bezpieczeństwa czy rzekome promowanie demokracji. Istnieją liczne dowody sugerujące, że prawdziwym celem Izraela jest systematyczne niszczenie irańskich fundamentów przemysłowych i wojskowych – regionalne rozszerzenie ‚strategii kosiarki’ stosowanej w Strefie Gazy i Libanie.
Projekt ‚Wielki Izrael’
Ostatecznym celem jest zatem rozdrobniony, osłabiony Iran, niezdolny do obrony przed regionalną hegemonią Izraela. Ten ekspansjonistyczny projekt nie ogranicza się jednak do Iranu: wpływowe izraelskie głosy już zasugerowały, że Turcja może stać się kolejnym regionalnym mocarstwem na celowniku.
Konflikt rozprzestrzenia się również na niektóre z najważniejszych korytarzy energetycznych świata. Zbombardowanie złoża gazu South Pars – największego na świecie, należącego do Iranu i Kataru – było celową prowokacją. Atakując duży obiekt, którego połowa należy do Kataru, Izrael próbuje podważyć neutralność Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Katar i jego sąsiedzi jak dotąd uniknęli tej pułapki: zaangażowanie w wojnę mogłoby zmusić ich do zawarcia niepopularnych porozumień normalizacyjnych z Izraelem i wywołać niepokoje wewnętrzne.
Jednocześnie ataki USA w pobliżu wyspy Kharg – centrum eksportowego dla 90% irańskiego eksportu ropy naftowej – postawiły świat na skraju katastrofy. Jeśli ta gospodarcza linia ratunkowa zostanie przerwana, Teheran najprawdopodobniej zaatakuje infrastrukturę energetyczną GCC, wywołując globalne wstrząsy gospodarcze. Waszyngton został również wmanewrowany przez Netanjahu, który stwierdził, że Iran znajduje się w ‚najsłabszym punkcie swojej historii’ – jest papierowym tygrysem, który załamie się w ‚100-godzinnej wojnie’.
Trzy tygodnie intensywnej wojny bez widocznego końca pokazały, jak niebezpieczna była ta iluzja. Zachód nie docenił kluczowych czynników: po pierwsze, spójności systemowej, ponieważ system polityczny nie pękł pod presją, lecz stał się jeszcze bardziej zwarty; po drugie, potencjału technologicznego, ponieważ Iran zaprezentował wysoce zaawansowaną broń, w tym pociski zdolne do nagłych korekt kursu o 90 stopni i systemy pocisków manewrujących, które mogą pokonać nowoczesną obronę przeciwlotniczą; po trzecie, odporności przemysłowej, ponieważ Iran demonstruje imponującą zdolność do prowadzenia długotrwałej, egzystencjalnej wojny.
Co więcej, mordując umiarkowanych Irańczyków, Izrael skutecznie sabotuje wszelkie próby wycofania się USA z Bliskiego Wschodu zgodnie z polityką ‚Ameryka przede wszystkim’. Zamiast krótkiego konfliktu obiecanego przez Izrael i jego neokonserwatywnych sojuszników, Waszyngton wpada w bagno, które może ostatecznie wymagać użycia wojsk lądowych.
Ze swoim rozległym terytorium, dużą liczbą ludności i zaawansowanym technologicznie wojskiem, Iran stanowi wyzwanie, które może znacznie przewyższyć wojny w Korei czy Wietnamie. W połączeniu z głęboko zakorzenioną regionalną siecią wsparcia szyitów, ścieżka ta prowadzi do takiego poziomu zniszczenia — i globalnego szoku gospodarczego — na który USA i ich sojusznicy nie są zupełnie przygotowani.