Paul Craig Roberts krytykuje Iran, który pozwala USA na powrót w pewnej sile na Bliski Wschód i Izraelowi, aby się przegrupować.
Jesienią w Izraelu będą wybory. Koalicja byłych premierów – w tym Bennett – zamierza odejść od syjonistycznej koncepcji Wielkiego Izraela lansowanej przez Netanyahu i Trumpa. Dopóki ta koncepcja jest realizowana, jakiekolwiek negocjacje Iranu z agresorami są pozbawione sensu. Negocjować powinna wyłącznie amunicja, czego Iran niestety zaprzestał.
Roberts widzi to w kategoriach Napoleona pod Austerlitz, który nie zdołał wykorzystać swojej przewagi po wygranej znaczącej bitwie. „Tel Awiw był wysadzany w powietrze z dnia na dzień. Dlaczego Iran się zatrzymał? Nic nie zyskał na zatrzymaniu. Był to jeden z najgorszych strategicznych błędów w historii.”
Później mówi, że Iran nie rozumie, że Izrael zamierza dokonać eksterminacji Iranu, i że jego jedyną drogą do przetrwania jest bezwzględne ukaranie Izraela, mówiąc cały czas i wyjaśniając swoje uzasadnienie Rosji, Chinom, Pakistanowi, izraelskiej opinii publicznej „przestaniemy was atakować, jeśli wyrzekniecie się większego Izraela.”
Iran nawet nie powiedział swoim mieszkańcom [?? md] , że projekt Wielkiego Izraela oznacza, że Iran nie może i nie będzie istniał, jeśli ten projekt się powiedzie. W tym kontekście Roberts pyta: „jak negocjujecie?”
Iran nie może być usatysfakcjonowany wygraną w tej konkretnej rundzie i musi zrozumieć [nie pouczaj mądrzejszego... md] , że była to jedna bitwa wielu, a jeszcze więcej, chyba że wygra bezsprzecznie, do tego stopnia, że może określić i egzekwować warunki — w przeciwnym razie musi walczyć bez względu na absurdalne oświadczenia Trumpa o „zawieszeniu broni”.
21% Amerykanów, którzy popierali Trumpa, obecnie dążą do pozbawienia go urzędu prezydenta.
Roberts jest jednym z nielicznych na Zachodzie, który opowiada się zarówno za obroną Iranu przed USA-Izraelem, jak i doradza agresję jako niezbędną część samoobrony Iranu.
Trzeba dodać, że to w mediach głównego nurtu, zwanych słusznie ścierwo-mediami, lub meRdiami. Poza nimi jest wielu, rozumnych i czytanych. Internetu jakoś „władcy” nie zabili. MD
Fadi Al Zein (po lewej), który stracił oba domy w izraelskich atakach w swojej wiosce Khiam i Dahiyeh, przeszukuje gruzy swojego mocno zniszczonego domu, podczas gdy w pobliżu stoi dziecko, na południowych przedmieściach Bejrutu w Libanie. (Zdjęcie: AP)
——————————
Jak podaje NBC News, powołując się na źródła zaznajomione z tą oceną, Iran wyrządził amerykańskim bazom wojskowym i sprzętowi na Bliskim Wschodzie poważniejsze szkody, niż publicznie przyznano.
W raporcie stwierdzono, że irańskie ataki, które rozpoczęły się 28 lutego od rozpoczęcia operacji USA i Izraela, dotknęły wiele obiektów w co najmniej siedmiu krajach. Wśród celów znalazły się magazyny, centra dowodzenia, hangary lotnicze, systemy łączności satelitarnej, pasy startowe, instalacje radarowe i samoloty.
W raporcie zauważono, że pomimo obecności amerykańskich systemów obrony powietrznej nawet irański samolot F-5 był w stanie przeprowadzić atak, co uwypukla luki w systemie ochrony.
Budynek mieszkalny uszkodzony w wyniku niedawnych ataków amerykańsko-izraelskich, na ścianie którego widnieje napis w języku perskim: „Jesteśmy gotowi do końca” w Fardis, na zachód od Teheranu w Iranie. (AP Photo/Vahid Salemi)
Pentagon nie ujawnił w pełni skali zniszczeń. Dowództwo Centralne USA odmówiło komentarza w sprawie oceny strat bojowych, podano w raporcie.
Niektórzy republikańscy ustawodawcy prywatnie wyrażali frustrację z powodu braku informacji. „Nikt nic nie wie. I nie wynika to z braku pytań” – powiedział asystent kongresmena. „Pytamy od tygodni i nie otrzymujemy konkretów, mimo że Pentagon domaga się rekordowo wysokiego budżetu ”.
W raporcie dodano, że koszty naprawy mogą wynieść miliardy dolarów i że może to doprowadzić do wznowienia debaty w Waszyngtonie na temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą utrzymywanie amerykańskich baz w pobliżu Iranu.
Według raportu Pentagon nie ujawnił publicznie rozmiaru zniszczeń w amerykańskich bazach wojskowych, a Centralne Dowództwo USA odmówiło komentarza w sprawie oceny zniszczeń wojennych.
Kobieta przechodzi obok plakatu zmarłego Najwyższego Przywódcy Iranu ajatollaha Alego Chameneiego przed zniszczonym budynkiem, po zawieszeniu broni między Hezbollahem a Izraelem, w Dahiyeh, na południowych przedmieściach Bejrutu w Libanie. (AP)
„Nikt nic nie wie. I nie chodzi o brak pytań” – powiedział NBC News jeden z asystentów kongresmena. „Pytamy od tygodni i nie otrzymujemy konkretów, mimo że Pentagon domaga się rekordowo wysokiego budżetu”.
W raporcie wspomniano, że zniszczenia baz i koszty ich naprawy mogą na nowo rozpalić debatę na temat zasadności utrzymywania baz amerykańskich w tak bliskiej odległości od przeciwnika, jakim jest Iran.
===========================================
Express Global Desk Dział „Express Global Desk” w „The Indian Express” dostarcza wiarygodne, zweryfikowane i oparte na kontekście relacje z kluczowych wydarzeń…
Krąży po infosferze wiele ocen dotyczących działań Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej. Nie napawają one optymizmem co do naszego najważniejszego sojusznika. Okazuje się, że włożenie wszystkich polskich jaj do amerykańskiego koszyka gwarancji bezpieczeństwa było gorzej niż zbrodnią – było błędem. Nawet już się nie mówi o gnuśności polskiej myśli strategicznej, która ugrzęzła w tym rozleniwiającym stanie. Mówi się już o konkretach, które wynikają z wydarzeń na wojnie USraela w Iranie.
A nie są one dla nas szczególnie korzystne. Nawet nie chodzi tu o konsekwencje gospodarcze, ale właśnie – geopolityczne. Jest to ważny moment już nawet nie w narzekaniu, że trzeba było wcześniej, że jest za późno; chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej wojny, by zobaczyć, czy jej przebieg, nie mówiąc już o jej możliwym wyniku, nie pokazuje nam przypadkiem w swych rezultatach kompletnie innej sytuacji, w której przebywamy, innej niż ta, która jest kreowana przez rzeczywistość medialną.
Sojusznik bez strategii
Zajmiemy się tu dwoma tylko aspektami konsekwencji sytuacji w Zatoce, jeśli chodzi o naszą pozycję geopolityczną. Otóż wiele ośrodków polskiej analityki geopolitycznej wskazuje na co najmniej dwa aspekty słabości jaką się wykazał nasz kluczowy (jedyny?) sojusznik. Pierwsza to albo kompletnie mylny plan tej wojny, albo – co gorsza – mamy do czynienia z wersją pójścia na wojnę bez planu, albo i choćby bez planu B, który należałoby rozważyć, gdyby jednak nie zdarzył się zaplanowany cud Trumpa. Cud, który – powtórzmy to – miał polegać na tym, że po serii bombardowań poprzedzonych dekapitacją władz naród irański wyjdzie na ulice i przejmie władzę. A tu Amerykanie, którzy wyzywają ustami swego POTUSA Irańczyków od zwierząt, dali się strategicznie i militarnie ograć, wychodzi, że przez zwierzęta. Nie daje to Waszyngtonowi zbyt wysokiej oceny co do jego zdolności strategicznego planowania.
Możliwa tu jest także wersja taka oto, że strategie były, były plany A, B i C i ile tam jeszcze liter ma nowoczesny alfabet wojny, ale politycy się tego nie posłuchali. To się zdarza, i to zdarza się coraz częściej.
Przypomnę choćby tylko widowiskową, bo publiczną dyskusję Putina z szefem swojego wywiadu tuż przed drugą wojną na Ukrainie. Wywiadowca wskazał, że najechanie Ukrainy nie jest takie proste i nie skończy się – jak w wojnie pierwszej – na zajęciu zaplanowanych terenów praktycznie bez oporu. Obsztorcował wtedy Putin szefa wywiadu publicznie za defetyzm, a swoje decyzje podjął. Kto miał rację – pokazała historia. Nie pierwszy raz racje polityczne, często oparte nie na kalkulacjach celu, a raczej na dopieszczeniu ego przywódcy, przeważają nad racjami logiki wojny. Nie pierwszy raz wojskowi i służby muszą się przekonywać, że trudność ich roboty nie polega wyłącznie na skomplikowaniu materii, ale coraz częściej na tym, że ich – daj Boże – logiczne wnioski i rekomendacje są odrzucane przez wybrańców demosu. Może być i tak w przypadku amerykańskim, na co wskazują rosnące przypadki dymisji i rezygnacji wysokich funkcjonariuszy amerykańskiego ministerstwa – par excellence – wojny.
Czy tak, czy siak – mamy więc do czynienia z zapaścią konsekwentnej strategii u naszego patrona pokoju, co nie napawa optymizmem co do losów Polski. My tu sobie patrzymy na nasz wycinek mapy, ale nasi amerykańscy sojusznicy patrzą się na globus, kręcą nim jak widać bez większego opamiętania, i nasz grajdołek jest dla nich sprawą pomijalną. Należy przypomnieć, że USA opracowały na przełomie tego roku dwa dokumenty dotyczące swej strategii geopolitycznej, nad czym pochylili się ochoczo analitycy wszelkiej maści. Okazało się, że wzięto ten dokument jednak zbyt dosłownie. Kwestia zaangażowania się w rejon Zatoki Perskiej w tym dokumencie praktycznie nie istnieje, sam Bliski Wschód jest w tej strategii dla amerykanów areną mniej niż trzeciorzędną.
A tu okazuje się, że w praktyce wszystko stanęło na głowie – główne teatry tej strategii: chiński, rosyjski i europejski wymykają się kompletnie oddziaływaniu USA, tym bardziej im dłużej Stany zakopują się (i cały świat) w bałaganie strategiczno-militarnym, który same sobie zgotowały. Czyli strategie sobie, zaś działania – sobie. Skąd my to znamy? Stąd, skąd wiemy jak można latami dzielnie walczyć z pokonywaniem trudności, które samemu sobie się tworzy. I ta „tradycja” przeszła z PRL na III RP.
Nie dworuję sobie tutaj z Jankesów, ani myślę. Chodzi tylko o to, że jak mamy takiego partnera, to trudno przewidzieć w jego działaniach cokolwiek, oprócz generowania chaosu niespodzianek. Również w naszej domenie. Szczególnie jeśli chodzi o rozproszenie uwagi USA i Trumpa na wielu chaotycznych kierunkach, z których mogą korzystać (i korzystają) i Chiny, i Rosja – nieoczekiwanie główni beneficjenci wojny w Zatoce. Nasz sojusz militarny w ramach NATO z wyraźnym wycofywaniem się z niego USA jest w opałach, co narusza fundamenty naszego obszaru bezpieczeństwa, od kiedy gwarancje w tej domenie stają się coraz bardziej iluzoryczne. A ma to dla nas ważne konsekwencje, do których zaraz wrócimy.
Sojusznik bez taktyki
Drugi aspekt ujawnionej nad Zatoką słabości Stanów to kwestia czysto militarna. Wojna z Iranem pokazała, że Stany walczą jednak po staremu. Do tej pory USA walczyły głównie w asymetrii, atakując przeciwnika słabszego technologicznie i militarnie. W starym typie wojny gwarantowało im to zwycięstwo, bardziej militarne niż polityczne, i to zawsze w wojnach dłuższych i krwawszych niż zakładano, zaś ostatnio – nawet nie zapewniało to zwycięstwa militarnego, tak jak w Iraku, wcześniej w Afganistanie, wcześniej w Wietnamie czy Korei. USA nie wyciągnęły wniosków z wojny nowego typu, której przykłady mają jak na tacy, choćby na Ukrainie. Iran, jak widać, praktycznie od obalenia szacha, czyli tak z 50 lat, przygotowywał się do wojny i okazało się, że „zwierzęta” – nawet, a może właśnie dlatego że, objęte sankcjami – same wytworzyły własny przemysł militarny, rozproszoną, mozaikową strategię obrony, oraz plany obronne polegające na natychmiastowym rozszerzeniu działań na kraje Zatoki, co zapobiegło izolacji teatru działań militarnych tylko do irańskiego obszaru. Iran wojnę natychmiast umiędzynarodowił w swoim interesie, ale mógł tak zrobić tylko dlatego, że stworzył odporny i zdecentralizowany system militarnej reakcji, projekcji swej siły daleko poza własnym terenem, przypomnijmy, że w dodatku, w sytuacji sankcyjnej izolacji.
Iran doprowadził do perfekcji zarządzanie konfliktem na zasoby, stosując taktykę ekonomizacji działań wojennych. Drony za parę tysięcy dolarów są zestrzeliwane rakietami za miliony i tych ostatnich zasoby kurczą się bardzo szybko, a były te zasoby już przed wojną o dwa rzędy skromniejsze niż rakietowo-dronowe rezerwy Iranu. Przeniesienie wyścigu zbrojeń na wyścig w kosztach wojny jest fenomenem ze strony kraju o zasobach finansowych i gospodarczych o wiele skromniejszych niż amerykańskie. Widać więc, że lepiej mieć tysiące tanich dronów i rakiet, niż dwa na krzyż lotniskowce, które stają się obciążeniem dla Amerykanów, gdyż bardzo szybko przekształcają się w militarno-wizerunkowe obciążenie, sanktuaria, których trzeba bardziej bronić, niż czerpać korzyści z ich funkcjonowania.
I teraz mamy rozjazd – Amerykanie wojują po staremu, zaś świat odjechał w drugą stronę. Co najważniejsze – w tym nowym typie wojny Rosja się zaprawia na wojnie z Ukrainą. To tam mamy do czynienia z sublimacją nowych technologii współczesnej wojny. A widać, że Amerykanie tam nie zaglądają. A skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie zaatakowali „po staremu” państwo, które wojuje inaczej, po nowemu. Jest głównym dostarczycielem dronów dla wojującej Moskwy, to w Iranie dopracowywały się te technologie i prace tam wcale nie ustały.
I kłopot polega dla nas na tym, że my, metodą osmozy sojuszniczej, też idziemy z naszymi militariami „po staremu”. Zamiast uczyć się od Ukraińców jak realnie wojuje się z Rosją jesteśmy bardziej kompatybilni z, okazuje się przestarzałą, amerykańską wersją prowadzenia wojny. Czekamy na dostawy „małych sanktuariów”, czyli czołgów za miliony, które na obecnym teatrze wojennym są bardziej kosztownym problemem niż elementem przewagi.
Zatoka a sprawa polska
Te dwa czynniki słabości naszego głównego (właściwie już teoretycznego tylko) dostarczyciela gwarancji bezpieczeństwa mocno rzutują na naszą sytuację. Po prostu wielokroć bardziej osłabiają naszą geopolityczną pozycję. Co do strategii amerykańskiej, i naszej z nią kompatybilności, to nie mamy tu pewności żadnej. Nie wiemy czy nam pomogą, nie wiemy czy NATO (z nimi? bez nich?) w ogóle zafunkcjonuje. Jak zaś nam pomogą, to w czym, skoro to my mieliśmy być w tym układzie armią pomocniczą, a wychodzi, że będziemy może wojskiem jedynym? Czyli z armii pomocniczej, o takich funkcjach i zasobach, mielibyśmy się stać wojskiem rdzeniowym w naszym regionie. Kto i czy pójdzie z pomocą ewentualnie zaatakowanym Bałtom? Co w takim przypadku zrobi Trump, w skrócie – na co się w ogóle umówili panowie Trump z Putinem tam na Alasce?
Tak czy siak – wiadomo: w każdym wariancie jedyne co może nas uratować, to własna siła. Mówią o tym wszyscy, ale co realnie jest robione od czasu tej konstatacji? Po pierwsze – pytanie kiedy polska racja doszła do tego genialnego wniosku, że trzeba budować własną siłę? Trzeba powiedzieć, że delikatnie mówiąc – dość późno, a nawet jak doszła do tak genialnych konstatacji, to niewiele praktycznie z tego wyniknęło. Polacy nie zrobili nic w kwestii usamodzielnienia i rozkręcenia własnych zasobów militarnych i zdolności dowódczych nawet po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Do 2022 roku nic tu się nie działo, co dowodzi, że nasz stosunek do ewentualnej agresji Rosji jest funkcją relacji niemiecko-rosyjskich. Pierwsza wojna ukraińska została przez Niemcy „wybaczona”, właściwie się o tym nie mówiło, w nadziei, że przecież mamy Nord Stream wtedy w rozbudowie, business as usual się rozwija i nawet jak mamy rosyjski „wypadek przy pracy”, to się zdarza przecież. Skoro tak, to i u nas nikt nie bił w dzwony, by się przygotować na pewną dogrywkę.
Nawet – co trzeba zauważyć – już po rozpoczęciu się w lutym 2022 roku drugiej wojny nie za bardzo widać było jakiś namysł w polskich elitach. Postanowiono sobie zrobić abonament na amerykańskie gwarancje w kuriozalnym pomyśle, że jak będziemy w USA kupować co się da i za ile Waszyngton powie, i nie wiadomo po co, i do jakiej wojny (okazało się, że do tej poprzedniej), to Amerykanie będą nas bronili, że tak powiem „bardziej”. Trzeba przyznać, że jest to kuriozalna taktyka.
Po zamianie władzy w Polsce doszedł do tego jeszcze aspekt unijny, kiedy Komisja Europejska w swej pogoni za dodawaniem sobie funkcji państwa federalnego – wzięła się za „koordynacje” militariów w ramach Unii. Trend do budowania armii starego modelu, ciężkich i kosztownych platform, sprzeczny z kierunkami rozwoju współczesnego pola walki właśnie dostał finansowe wzmocnienie. Wielkie konglomeraty militarne, tak jak i te amerykańskie, muszą zarobić na swoich kosztownych zabawkach. Jest to skrajnie odległe od sprawdzającej się właśnie strategii, rozproszonej w produkcji i w działaniu, tej na wzór modelu ukraińskiego, która przez to jest odporna na ataki, minimalna kosztowo i innowacyjna. Tak że, jeżeli już, to będziemy budować swoją siłę na wojnę, która już nie istnieje.
Nie pierwszy raz sprawdzi się powiedzenie, że generałowie przygotowują się do minionych wojen, zaś wygrywają je ci, którzy zaplanują wojnę nową, w oparciu o analizę przebiegu wojen poprzednich. Teraz te błędy staja się udziałem bardziej polityków, niż generałów.
Dlaczego Putin nie atakuje?
I wróćmy znowu do naszych konsekwencji słabości Amerykanów ujawnionych w Zatoce. W ich wyniku – jak próbowaliśmy tu opisać – nasza sytuacja pogorszyła się i strategicznie, i militarnie. Wszyscy geopolitycy martwią się, że Polska znajduje się w okienku, w którym leżymy na łopatkach. Stany okazały słabość strategiczną i militarną, NATO odjeżdża w niebyt, nawet do starej wojny nie jesteśmy przygotowani, bo nasze zasoby zużyły się na Ukrainie, zaś nowe jeszcze nie dojechały. W dodatku nawet dostawa tego sprzętu do „starej” wojny może się jeszcze opóźnić z powodu zamieszania w Zatoce oraz innych niż żeśmy się spodziewali priorytetów Waszyngtonu, który raczej ściąga ze świata sprzęt na wsparcie Izraela, niż dostarcza go światu. Armię mamy w przebudowie – znowu – i to według zdezaktualizowanych technologicznie i geopolitycznie założeń. Jest więc słabo.
I teraz trzeba powiedzieć sobie ważną rzecz, która może pozwoli nam nie tylko zaktualizować nasze filary obronności, wręcz rację stanu, ale narazi mnie osobiście, i Was, świadków tej pisaniny, na zarzut onucyzmu. Oto bowiem, skoro o naszej (mam nadzieję, że chwilowej) słabości wiedzą i mówią już wszyscy, to znaczy, że wie o tym i Rosja. Dlaczego więc nas nie atakuje, skoro jesteśmy tak słabi? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. A przecież świat narracyjny pełen jest ostrzeżeń o przemyślnej krwiożerczości Putina, który tyko czeka by… No to doczekał się, i co?
Ok, przyjmijmy, że ma ci on, ten Putin, jakieś powody, dla których nie korzysta z okazji. Spróbujmy je wymienić. Po pierwsze może tego nie robić, bo przecież jest w coraz bardziej kosztownej, gdyż przewlekłej, wojnie z Ukrainą. To wojna na zasoby, w tym ludzkie, a więc Putin może nie chcieć otwierać sobie nowego frontu, tym razem z jeszcze nie wiadomo jak żywotnym NATO. Ale to argument słaby, gdyż – tak uważam – jeśliby Rosja zaatakowała np. Bałtów lub Polskę to ziściłaby się tu, nie jak na Ukrainie, idea szybkiej operacji wojskowej. Patrząc się bowiem na nasze zasoby i dotychczasowe reakcje na kilka styropianowych dronów, to dalibyśmy się rozjechać w parę dni.
Drugi powód braku rosyjskiej agresji może być oto taki, że tak się Putin umówił z Trumpem na Alasce. Ale to argumenty dla… Polaków, którzy wierzą, jak widać nie nauczeni swoją własna historią, że paktów się przestrzega, nawet kiedy te przeczą interesom którejś ze stron. Trump jednak dowiódł swej słabości militarno-strategicznej, głównie zaś tego, że jego uwaga jest kompletnie gdzie indziej i prawdopodobnie nie mrugnąłby okiem, gdyby np. Putin ruszył na Bałtów czy Polskę.
Okazało się bowiem, że bazy amerykańskie wcale nie odstraszają – przeciwnie: przyciągają ataki, zaś jak dowiodły scenariusze z Zatoki, atakowany amerykański personel jest ewakuowany z baz i rozśrodkowywany… po hotelach. Zaś co do naszych innych niż amerykańskich sojuszników, to kto będzie chciał ginąć w obronie estońskiej enklawy Narwy, tak jak ich przodkowie 80 lat temu nie chcieli ginąć za Gdańsk? I wiedząc to Putin nie atakuje…
Trzeci powód może być taki, że tej wojny nie chcą Chiny. Te uważają, że zyskują na stanie obecnym, siedząc na górce i przyglądając się miotającej się po globusie resztce amerykańskiej potęgi. I mają rację – nie wyprztykując się z zasobów (no, może lekko, powspierając materiałowo Rosję, czy ostatnio Iran) czekają spokojnie i budując własną siłę mogą doczekać się zmian na swoją korzyść bez jednego wystrzału. Ot, taki Tajwan może im wpaść jak jabłuszko do fartuszka bez trzęsienia nawet drzewem militariów. Po prostu Tajwan jak widzi, że tromtadrackie gwarancje amerykańskiego bezpieczeństwa to tylko nieszczęścia sprowadzają, to będzie wolał się bardziej dogadać z Chinami na jakąś formę autonomii, niż opuszczony przegrać wszystko. A więc Chiny mogą nie chcieć, by Putin najeżdżał Europę Wschodnią. Kłopot w tym, że Pekin też i nie chciał, i nie chce za bardzo, tej wojny na Ukrainie. Xi nie chciał, ale Putin i tak tę wojnę zrobił. I co? I nic? Może i tym razem postąpić jak chce, gdyby chciał zaatakować, ale jednak tego nie robi.
Wersja ruskiej onucy
I teraz dotarliśmy do clou tych rozważań. Przyjmijmy kolejną, obrazoburczą dla nakręconego polskiego podżegactwa hipotezę: a może Putin po prostu nie chce wojny z NATO, z Polską, Bałtami? Spróbujmy się z tym zmierzyć, zwłaszcza dlatego, że wygląda to na tezę onucową, co wynika z narracji, która każe nam wszelkie posunięcia Moskwy interpretować jako znaki agresji, jak nie obecnej, to na pewno przyszłej. Tym bardziej trzeba to zrobić, kiedy nikt tej możliwości nie bierze pod uwagę.
Po pierwsze – po co Putinowi wojna, nawet błyskawiczna, w naszym regionie? Co miałby zyskać? Zwłaszcza teraz, kiedy ma super okazję, i z niej nie korzysta? No właśnie, powie ktoś, co za dureń pyta się tu co miałby mieć złodziej z kradzieży? Złodziej, jak Putin, nie pogardzi żadnym kąskiem, Putin sam zaś obiecywał powrót do Związku Radzieckiego i rosyjskich wpływów, także w naszej, a może przede wszystkim, części Europy. Nawet potwierdził to w oficjalnym stanowisku tuż przez drugą wojną ukraińską. Zgoda – Putin miałby korzyści z wzięcia nas pod but, ale czy koniecznie musi to robić poprzez wojnę? Pokazał nawet w III RP, że środki militarne nie są tu koniecznością, by opodatkowywać swoją wirtualną polską kolonię w cenach energii i pilnować tego biznesu przez polską agenturę wpływu. Rosja miała wiele obrywów z Polski, ma je do dziś, kiedy i tak kupujemy ruską energię, tyle, że ubraną czasami w nalepki pośredników.
To znowu stare myślenie: przeniesienie byłych motywacji, skrzywione terytorialnymi harcami Rosji na Ukrainie. W kwestii terytorialnej w przypadku Ukrainy sprawa jest zrozumiała. Romanse Ukrainy z osmatycznym przysuwaniem się NATO do granic Rosji zostały przez nią zauważone, cała reszta to zasoby – rolnictwo, dość dobrze postawiony przemysł, liczenie, że brakujące rosyjskie zasoby ludzkie uzupełni ukraińska słowiańszczyzna. No, tu jest po staremu: liczy się ziemia i władztwo.
Ale czy zaprawdę Rosja będzie chciała tak samo zaatakować i okupować Najjaśniejszą? Raz, że w kwestii okupacji (bo nie agresji) byłoby to wojskowo trudne. Dwa – tu raczej nie chodzi o terytorium, bardziej dostęp do zasobów, zaś kwestie szerszego dostępu do Bałtyku da się Moskwie załatwić przez Bałty, albo i z Bałtami. Tak jak z Polską.
Bo – po trzecie – jak się zwiną, a już to robią, Amerykanie z naszego regionu i nie wejdą zbrojnie w obronie wschodniej flanki, tym bardziej nuklearnie, to Polska, jeśli jest rozsądna, będzie się musiała dogadać z Rosją, bo nic innego jej nie pozostanie. Wie o tym, ba – chyba liczy na to i Trump. Nasze okienko niemożności będzie otwarte na oścież, pozycja będzie słabła i trzeba będzie zjeść własny język i wielu polskich polityków (nie po raz pierwszy) będzie musiało dokonać piruetu o 180 stopni.
Pomoże nam w tym… Unia jako narracyjna tuba w rzeczywistości eksponowania interesów niemieckich. Niemcy w swej strategii są skazani na powrót z Rosją do business as usual. I aktów do tej pory niewyobrażalnych, takich jak porozumienie z Rosją, dokona za nas, bo nie w naszym imieniu, Unia. My się będziemy tak trochę opierali, gniewali, ale konieczność historyczna zostanie wytłumaczona nam po marksistowsku, że inaczej być nie może. I Rosja dostanie co chciała, bez jednego wystrzału, bez zajmowania terytorium. Putin, jak każdy satrapa starej daty, dybie na ziemie, bo tylko one dają mu pewność władztwa, że się tam siedzi i namiestnikami zgarnia daniny. Ale to – jak widać – Putin może osiągnąć bez jednego wystrzału. Uczy się od Chińczyków.
Putin lubi projekt unijny, bo w ten sposób zarządza kontynentem za pomocą dealu z Niemcami, a inaczej to by się biedaczek musiał męczyć z każdym państwem osobno. A więc będzie hołubił formaty unijne, zwłaszcza te dążące do federalizacji Europy. Putin też chce mieć ogarniętego sojusznika w osobie niemieckiej Unii, bo po co ma tam ktoś Berlinowi skakać i wsadzać kij w szprychy rozpędzonego tandemu Rosja-Niemcy? Do tego nie trzeba wcale żadnej wojny, tylko – jak można się nauczyć na przykładzie Chin i Tajwanu – trzeba poczekać aż pokojowo, przy zielonych stolikach świat się ułoży na nowo, z uwzględnieniem interesów Rosji. A o te coraz częściej zabiegają oba rywalizujące ze sobą mocarstwa – Chiny i USA – a więc rosyjska panna na wydaniu będzie mogła wybierać pomiędzy darami przyniesionymi przez kandydatów do jej geopolitycznej ręki.
Konsekwencje pomyłki, a może zafałszowania?
Jeśli tak jest, że Putin, by mieć pod sobą Polskę, nie szykuje się wcale do wojny, to taka pomyłka w naszych kalkulacjach ma wielkie znaczenie dla naszej pozycji. Wiadomo, że zbrojenia są potrzebne, co już ustaliliśmy, do budowania naszej siły, ale to oznacza w tej sytuacji, że nasza strategia powinna wyglądać inaczej.
Po pierwsze – powinniśmy się jednak szykować do innej, nowoczesnej wojny, po drugie – wcale nie skończy się to na tym, że naszym JEDYNYM wrogiem w regionie zostanie Rosja. Po trzecie – osłabiamy się tymi wszystkim SAFE’ami, z których będzie tyle co z KPO, czyli kupa forsy pójdzie w korporacyjne błoto, zadłużymy pokolenia zaś efekt będzie znikomy.
Czy to jest w interesie Rosji? Paradoksalnie – tak. Bankructwo Europy w celu przygotowań do wojny, której nie będzie to super prezent dla Rosji. No, chyba, że awanturnictwo europejskich podżegaczy dojdzie do poziomu agresji napastniczej na Rosję, co zresztą pozostaje wciąż poza zasięgiem naszych decyzji, bo my przy takich stolikach nie siedzimy, zaś o naszej mięsoarmatniej roli w ewentualnej agresji dowiemy się na końcowej odprawie, czyli pierwszej, w której będziemy uczestniczyli.
Jeśli Putin nie chce nas zaatakować, bo i tak weźmie co chce, to trzeba się skupić niekoniecznie na kupowaniu armat, ale na zapobieżeniu takiej możliwości, że weźmie nas przy jakimś stoliku i koniec balu, panno Lalu. A tu leżymy na łopatkach: to że nie mamy własnej siły to banał, ale nawet nie wykorzystujemy naszego istniejącego potencjału. A od tego jest przecież dyplomacja, w niektórych krajach rozgrywana nawet ponad poziomem własnego potencjału. My się zajmujemy straszeniem szczerbatych dzieci kremlowskimi sucharami. Z jednej strony jakieś durne memy, z których oprócz bezsilnej szydery nic nie wynika, z drugiej strony – budowana bariera onucowości, która dzieli Polaków na dwie części, które zamiast wspólnie rozwiązywać realne problemy, zajmują się wyścigiem kto bardziej walnie (oralnie) w Putina i zarzucaniem tym drugim, że są jego przyjaciółmi. No, wymarzona sytuacja samoobsługi dla Moskwy. Tylko siedzieć i patrzeć jak to się samo robi. Po co więc strzelać – jak mówiłem – po co trząść militarnie polskim drzewem, skoro widać jak jabłuszko sobie dojrzewa i zaraz wpadnie do koszyka? Całe i gotowe.
A w kwestii dyplomacji jesteśmy jak w starym kawale pt. „dlaczego kobiety nie są gremialnie ministrami spraw zagranicznych?” Odpowiedź jest prosta – bo wszystkie sąsiednie państwa byłyby zaraz pogniewane. A my jesteśmy właśnie pogniewani ze wszystkimi. Nawet nie tylko z sąsiadami, ale i z odległymi mocarstwami. Nie zarządzamy więc nawet tym małym i obniżającym się potencjałem jaki mamy obecnie.
Dlaczego tak jest to już osobna sprawa, ale widać, że brakuje nam dwóch rzeczy – ponadpartyjnej racji stanu (zrealizowała się tylko ta na taktycznym poziomie, czyli przynależności do Unii i NATO, co okazało się rozleniwiająco zwodnicze) oraz – po drugie – jesteśmy, poprzez swój system politycznej podległości, poddani procesom zewnątrz-sterowności – po prostu polska klasa polityczna jako całość realizuje interes polski na minimalnym poziomie zapewniającym reelekcję któremuś z plemion, zaś generalne decyzje, a zwłaszcza ich brak, to już emanacja interesów zewnętrznych.
Zmiana priorytetów?
A więc kiedy cię, przedszkolaczku, pani wychowawczyni będzie straszyć w telewizorni nieuniknioną wojną z Rosją zastanów się – po co Putin miałby to robić, jak już praktycznie tę wojnę wygrywa? I czy ta wojenna panika, to bujanie się od wyzywania Putina od debili, państwa rosyjskiego od kupy bajzlu i korupcji zaś z drugiej strony straszenie wszechmocą agresji Rosji – czy to wszystko nie stoi jednak na nielogicznych fundamentach, opartych na piasku sterowanych emocji? Mamy być z jednej strony przestraszeni nieuniknioną niemożnością, z drugiej – gotowi na odparcie Rosjan. Przyzwyczaja się więc Polaków tą wciskaną agresją Putina do różnych scenariuszy, z których napaść ze strony Moskalików wcale nie jest wersją najbardziej prawdopodobną.
Bardziej już ziszczą się scenariusze militaryzacji budżetu nie tylko Unii, ale wszystkich krajów członkowskich w celu przygotowań do wojny, której możliwość się (tylko medialnie, również za pomocą manipulacji rosyjskich) pompuje, zaś do której wcale nie musi dojść. Co wtedy poczniemy z armią europejską, która ani sama nie zostanie zaatakowana, ani sama się na wojnę nie wybierze? Pod dowództwem niemieckim, co już widać po obsadzaniu wszelkich taktycznych związków europejskich? Może pałę praworządności, to warunkowanie suwerenności państw europejskich, trzeba już zamienić na militaria i tak dyscyplinować niewątpliwe zamieszanie, które szczególnie w Unii, będzie narastać, zwłaszcza w procesie jej federalizacji? Zawsze można przecież będzie wysłać z Brukseli kilku rezunów pod adres polityka, który nam się nie podoba, lub spacyfikować całe kraje, by uznać ich ambicje secesji z Unii, za próby rozbicia integralności projektu federacyjnego (czytaj: państwowego), co uzasadnia każdą, nawet militarną reakcję. Pamiętajmy, że pierwsza próba stworzenia armii europejskiej skończyła się na proteście Francji, że projektowane mundury nowej armii nazbyt przypominają te wehrmachtowskie.
I zakładając onucowo, że Putin to wszystko wie i widzi, my zaś podniecamy się jego potencjalną, jak to mówią kinetyczną, agresją, to koleżka na Kremlu musi mieć niezły ubaw. Wcisnął, tylko za pomocą narzędzi dezinformacji, Paljaczyszkom bajkę o Żelaznym Wilku, że wisi ci on nad ta Polską dniem i nocą, po to byśmy patrzyli na karabiny, nie na własne interesy.
I tak tu sobie pewnie dożyjemy tych czasów, kiedy naprawdę się okaże, że skoro Putin ma obecnie super okazję, z której nie korzysta, to nie znaczy, że nie chce jej wykorzystać – zrobi to i robi, ale może innymi niż militarne środkami. Na nic nie wyda, oprócz na podniecanie pożytecznych idiotów idących w miliony, my zaś wyprztykamy się resztek kasy na uzbrojenie, którego jedną część rozdaliśmy, zaś drugiej nigdy nie użyjemy. A i tak – przez taką fałszywą identyfikację źródeł naszego położenia – wpadniemy do rosyjskiego koszyka. Bez jednego wystrzału do i ze strony naszej niezwyciężonej armii.
I może jest jak u Stirlitz’a z jego kombinatoryką – jeśli my wiemy o swej słabości i Putin też o niej wie i nie atakuje, to trzeba się zastanowić nad tym fenomenem. Ale jeśli my podejrzewamy, że Putin nie atakuje, bo ma inne plany, to oprócz nas wie o tym spora część polskiej klasy politycznej. A skoro tak jest, to dlaczego nasi wciąż dmą w trąby diabelskiego miksu tromtadractwa i jednocześnie paniki?
Myślę, że to wojenna implementacja… doświadczeń kowidowych. Po prostu pandemię zastąpiła wojna, zaś wirusa – Putin. Cała reszta pozostał taka sama. Antyszczepionkowych szurów zastąpiły tylko ruskie onuce, z tą tylko różnicą, że pandemicznych foliarzy można było poznać na ulicy po niemaniu maseczki, ale żeby wykryć ruską onucę, to trzeba się jednak trochę natrudzić. Pod pretekstem mniemanego zagrożenia i tym razem władza przechodzi kolejne granice swej samowoli, wyposażona w coraz ściślejsze narzędzia kontrolne – wreszcie: w cieniu dętej paniki pozadłużaliśmy się na pokolenia, po to by zarobił ten, kto miał zarobić. I co, za pandemii przyszedł wirus i wszystkich popędził na cmentarz? A skądże! Może i teraz ta wojna jest dęta jak ten COVID, o czym – jak z wirusem – przekonamy się po czasie i to tylko w przypadku osób wypatrujących konsekwencji swych decyzji, a raczej zaniechań. Może i z Putinem nie będzie tak źle jak było i z wirusem, który – przypomnijmy – wedle oficjalnych danych został sztucznie wytworzony. Może i ten strach przed wojującym kagiebistą z Kremla powstał także w sposób sztuczny, tyle, że nie w laboratorium chemicznym, ale w jakimś laboratorium, gdzie pichci się i testuje wirusy narracji? Wszystko więc zmierza do kolejnych kroków wiodących ku apokalipsie „nowej normalności”. Zmieniają się tylko straszydła.
W momencie, kiedy wszystkie media analizują i opisują wczorajszy, kolejny nieudany – autentyczny, czy sterowany przez FBI – zamach na Donalda Trumpa, era irańskich ustępstw dobiegła końca. Także era amerykańskich dyktatów dobiega końca.
Karykatura autorstwa jemeńskiego artysty Kamala Sharafa poświęcona strzelaninie podczas kolacji korespondentów Białego Domku.
Iran wyszedł z 40-dniowej wojny, która została mu bezprawnie narzucona, nie jako strona zdyscyplinowana i łapiąca oddech, lecz jako niekwestionowany zwycięzca decydujący o losach wojny. Obecnie przewaga militarna i polityczna należy do Republiki Islamskiej, a warunki wszelkich przyszłych starć będą dyktowane odpowiednio – nie przez Waszyngton, nie przez nieudanego agresora, lecz przez stronę, która obroniła się i odniosła zwycięstwo. Po porażce na polu bitwy i porażce przy stole negocjacyjnym wróg uciekł się do wojny psychologicznej – tworząc iluzję wewnętrznego rozłamu wśród irańskich urzędników. Ta sztuczka również nie zdała jedynego testu, który się liczy: realiów na miejscu.
Irański parlament ustanowił nowe reguły dotyczące Cieśniny Ormuz:
Irański rial (IRR), jest walutą, w której będą uiszczane opłaty za przepływ przez cieśninę;
Wszystkie umowy muszą zawierać nazwę Zatoka Perska;
Statki krajów, które były lub są w tę wojna zaangażowane, muszą dodatkowo zapłacić odszkodowanie.
Ponadto Iran ogłosił, że Cieśnina Ormuz będzie całkowicie zablokowana do czasu, kiedy zamrożone z powodu sankcji USA 11 miliardów dolarów, będące własnością Iranu nie zostaną zwrócone.
Nie będzie też żadnych dyskusji, także na temat złagodzenia sankcji. Nieudolnie przeprowadzana amerykańska blokada irańskich statków w Zatoce Omańskiej musi zostać zakończona. Minister Spraw Zagranicznych Iranu Abbas Araghtschi ogłosił ultimatum: jeśli w ciągu 48 godzin te warunki nie zostaną spełnione, nastąpi koniec zawieszenia broni.
Zawieszenie broni i tak już wygasło. Są prowadzone jedynie rozmowy na temat ewentualnych rozmów…
Jest to nowa sytuacja, przed którą stoją Stany Zjednoczone. To nie agresor stawia warunki, lecz strona zaatakowana. Na nic się przyda największy na świecie budżet militarny, kiedy ma się do czynienia z mądrzejszym i dobrze przygotowanym przeciwnikiem.
Sytuacja w bunkrze Białego Domku jest znacznie gorsza niż ta propagowana przez Trumpa konfabulacja na temat irańskich władz.
Wysoko postawiony urzędnik Białego Domu zasugerował, że dyrektor FBI Kash Patel może być kolejną wysoko postawioną postacią, która opuści administrację, w związku z rosnącymi obawami dotyczącymi wewnętrznej niestabilności i rosnącą liczbą kontrowersji. Źródło.
Wstawiony Kash Patel.
Karoline Leavitt – rzeczniczka prasowa Białego Domku – ma w maju termin porodu i dlatego opuści na jakiś czas szeregi administracji Trumpa. Nie będzie łatwo znaleźć drugą osobę, która potrafiłaby tak jak ona lawirować, odpowiadając na pytania dziennikarzy. Krążą słuchy, że zamiast niej będą występować osobiście pan prezydent i jego zastępca.
„Dzisiaj wieczorem padną strzały”. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt subtelnie zapowiada wydarzenia, które miały nastąpić podczas kolacji korespondentów Białego Domku. Źródło: Telegram 26.04.2026 r. 04:00.
Tak, ona doskonale przewidziała najbliższą przyszłość. Jednak Albert Einstein jeszcze lepiej opisał dzisiejszą sytuację na szczytach władzy w USA:
Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Były analityk CIA: Krótki komentarz na temat strzelaniny podczas kolacji korespondentów Białego Domu… Trump nadal wysyła sprzeczne sygnały w negocjacjach z Iranem
Dyskusje o ewentualnym wznowieniu ataków na Iran zostały przyćmione przez samotnego strzelca – podobno 31-letniego nauczyciela z Kalifornii – który przechadzał się korytarzami hotelu Washington Hilton, gdzie odbywała się kolacja Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu. Kolacja ta była w przeszłości nazywana „Balem Kujonów”. Strzelec nie wszedł na salę balową. Został postrzelony przed salą balową po tym, jak zranił funkcjonariusza organów ścigania, który mógł sprawdzić skuteczność jego kamizelki kuloodpornej.
Media przedstawiają to wydarzenie jako kolejną próbę zamachu na Donalda Trumpa, mimo że napastnik został obezwładniony i aresztowany w holu przed obiektem. Biorąc pod uwagę skąpe informacje na temat dwóch poprzednich prób zamachu na Trumpa – w Butler w Pensylwanii i w klubie golfowym Trumpa na Florydzie – zrozumiałe jest, że niektórzy – w tym ja – zastanawiają się, czy ta strzelanina była prawdziwa, czy sfingowana. Musimy poczekać i zobaczyć, czy Biały Dom wykorzysta to wydarzenie w nadchodzących dniach, aby uzasadnić nową politykę lub działania administracji Trumpa. Może atak na Iran?
[na dole wkleję śmieszne filmiki o tym „zamachu”. Żałosny brak profesjonalizmu u wykonawców.. md]
================
A propos Iranu: Donald Trump nadal zachowuje się nieprzewidywalnie. Wystarczy spojrzeć na jego wypowiedzi z ostatnich dwóch dni.
24 kwietnia 2026 r. (piątek) prezydent Trump złożył szereg oświadczeń dotyczących trwających rozmów o zawieszeniu broni i pokoju między USA a Iranem, w kontekście kruchej sytuacji powojennej z atakami, blokadą morską i problemami wokół Cieśniny Ormuz:
W rozmowie telefonicznej z agencją Reuters stwierdził, że Iran przygotowuje ofertę mającą na celu spełnienie żądań USA. Powiedział: „Składają ofertę i zobaczymy”, ale dodał, że nie zna jeszcze szczegółów.
Zapytany o partnerów negocjacyjnych w Iranie, odpowiedział: „Nie chcę tego mówić, ale rozmawiamy z ludźmi, którzy obecnie sprawują władzę”. Wcześniej wyrażał niepewność co do irańskich przywódców i faktycznej dynamiki władzy.
Biały Dom ogłosił, że specjalni wysłannicy Steve Witkoff i Jared Kushner udadzą się do Pakistanu następnego dnia (25 kwietnia) na rozmowy, w których Pakistan będzie pośredniczył, podczas gdy wiceprezydent J.D. Vance pozostanie w gotowości. Sekretarz prasowa Karoline Leavitt mówiła o „pewnych postępach” po stronie irańskiej.
25 kwietnia 2026 r. (sobota) Trump odwołał planowaną podróż wysłanników po tym, jak irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi opuścił Pakistan bez bezpośrednich rozmów ze Stanami Zjednoczonymi:
W serwisie Truth Social ogłosił odwołanie, krytykując długą podróż (np. około 18-godzinne loty) i stwierdzając, że nie warto podejmować bezproduktywnych rozmów. Podkreślił, że Stany Zjednoczone mają potężną siłę nacisku („Mamy wszystkie karty”) i że Iran może po prostu skontaktować się z nimi, jeśli sprawa jest poważna.
W rozmowie z reporterami (np. Fox News), powtórzył, że nie wyśle swoich przedstawicieli, aby „siedzieli i rozmawiali o niczym”, twierdząc, że Iran powrócił z „znacznie lepszą” ofertą po początkowym odrzuceniu. Zbagatelizował możliwość natychmiastowego wznowienia konfliktu.
W ciągu ostatnich 48 godzin Trump zaprzeczył sam sobie. W piątek twierdził, że oferta złożona przed odwołaniem była niewystarczająca („kawałek papieru, który powinien być lepszy”, „oferował wiele, ale niewystarczająco”). Jednocześnie stwierdził, że Iran przesłał „znacznie lepszą” propozycję w ciągu około dziesięciu minut od ogłoszenia odwołania. Kluczowe jest jednak to, że Iran przedstawił tę samą listę żądań, którą przedstawił Trumpowi już dwa tygodnie wcześniej. Trump przedstawił odwołanie rzekomego spotkania w Islamabadzie jako skuteczną taktykę nacisku, która natychmiast przyniosła lepsze warunki – jednocześnie uzasadniając odwołanie, twierdząc, że pierwotna oferta była kiepska.
To nie jest sprytna strategia negocjacyjna, to farsa.
PRESIDENT TRUMP: „One officer was shot, but saved by the fact that he was wearing a obviously a very good bulletproof vest.” „He was shot from very close distance with a very powerful gun, and the vest did the job.” „I just spoke to the officer and he’s doing great.”
PRESIDENT TRUMP: "One officer was shot, but saved by the fact that he was wearing a obviously a very good bulletproof vest."
"He was shot from very close distance with a very powerful gun, and the vest did the job."
Here is the clear evidence of the faked show tonight Right before Trump is rushed off stage… a man holds up a card. It looks like he may have been signaling something to another person. One second later, Melania reacts with an exaggerated fake expression of horror on her face. Did you get it or not yet…
⛔️Here is the clear evidence of the faked show tonight ‼️ ⛔️ Right before Trump is rushed off stage… a man holds up a card‼️ ⛔️It looks like he may have been signaling something to another person‼️ ⛔️One second later, Melania reacts with an exaggerated fake expression of horror… pic.twitter.com/jcxXXz9pA8
Donald Tusk w wywiadzie dla ‚Financial Times’ stwierdził, że „potencjalny atak Rosji na państwo członkowskie NATO to perspektywa raczej miesięcy niż lat”. Przypomniał zdarzenia z ubiegłego roku, gdy około 20-tu, rzekomo rosyjskich dronów naruszyło polską przestrzeń powietrzną. I skoro postawa USA jest niepewna, proponuje alternatywę: przekształcenie UE w ‚prawdziwy sojusz obronny. Domaga się, by Europa wzięła pełną odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i traktowała zobowiązania obronne ‚równie poważnie, jak robi to Polska’.
Tak więc pracuje Tusk dla Brukseli, zmierzającej do zawiązania federacji, która miałaby składać się z państw członkowskich UE. Jako że opór społeczny przeciw tym rozwiązaniom jest bardzo duży, decyduje się wielu polityków, m.in. Tusk, na określone działania, które skłoniłyby masy społeczne do aprobaty dla federacyjnych rozwiązań. Przede wszystkim trzeba straszyć rosyjską agresją. Że te szalone działania wobec Rosji mogą być zarzewiem wojny, zdaje się dla polityków nie być problemem.
Donald Tusk oprowadza Emmanuela Macrona po Gdańsku
Tydzień temu spotkał się Tusk z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Zadziorni politycy ustalili, że wkrótce będą prowadzone manewry nad wschodnią flanką NATO. Przede wszystkim nad Bałtykiem i północną Polską. To byłby element rozszerzenia francuskiego parasola atomowego na kraje zagrożone ‚agresywną polityką Kremla’. Ustalono, że francuskie głowice nuklearne nie będą na stałe składowane w Polsce. Będą one pojawiały się okresowo podwieszone pod maszyny Rafale.
W scenariuszach wspomnianych manewrów nasi piloci będą zajmowali się dalekim zwiadem i rozpoznaniem celów oraz uderzeniem bronią konwencjonalną. Przede wszystkim konwencjonalnymi pociskami manewrującymi JASSM-ER wystrzeliwanymi z F16, które hipotetycznie polecą w kierunku tzw. celów wysokiej wartości w rejonie Petersburga.
Rosja nie akceptuje tych ekscesów i zapowiada, że państwa, które zgodzą się na rozmieszczenie francuskich samolotów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej, staną się potencjalnymi celami w razie konfliktu.
Wiceszef rosyjskiego MSZ Aleksandr Gruszko ostrzegł w rozmowie z ‚Russia Today’:
„Oczywiste jest, że nasze wojsko będzie zmuszone zwrócić szczególną uwagę na tę kwestię w kontekście aktualizacji listy priorytetowych celów na wypadek poważnego konfliktu. W rezultacie, zamiast deklarowanego przez Francję wzmocnienia obrony swoich sojuszników – którym, nawiasem mówiąc, nie oferują żadnych żelaznych gwarancji – bezpieczeństwo tych krajów w rzeczywistości zostaje osłabione”.
Również szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zabrał głos w tej sprawie, o czym pisze amerykański ekspert Larry Johnson. Mówi Ławrow: „Rosja wierzy Europie na słowo i przygotowuje się na ewentualność pełnoskalowej wojny. Era ‚hybrydowych wojen’ dobiegła końca – maski opadły”.
Minister jednoznacznie stwierdził, że UE przygotowuje się do bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją. W tej strategii Ukraina jest wykorzystywana jako ‚taran’, aby wycisnąć z Rosji ostatnie siły i ‚kupić’ Europie czas potrzebny na pełną modernizację jej bazy przemysłowej w nadchodzących latach. Minister podkreślił, że Kijów byłby bezsilny bez satelitarnego rozpoznania NATO i zachodnich oficerów na miejscu. To już nie jest konflikt ‚zastępczy’, ale otwarta wojna z Rosją.
Ławrow stwierdził: „Wypowiedziano nam otwartą wojnę. Reżim w Kijowie jest jedynie ‚szpicą’, której używa się, aby kupić im czas. Nie mogliby tego bardziej ukazać”. Wniosek: Rosyjski korpus dyplomatyczny zmienił swoje stanowisko z ‚negocjacyjnego’ na ‚mobilizacyjne’. Moskwa sygnalizuje, że przygotowuje się do długotrwałej, ryzykownej konfrontacji ze zmilitaryzowaną Europą. To nie jest kontynuacja Specjalnej Operacji Wojskowej… To przygotowania do wojny.
** * * * * *
Tymczasem, na froncie irańskim, administracja Trumpa przygotowuje grunt pod ponowny atak na Iran. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt oświadczyła w piątek, że ‚Irańczycy skontaktowali się z nami’ i poprosili o ‚osobiste spotkanie’, dlatego prezydent Trump „wysyła Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera, aby wysłuchali ich opinii”. To kompletna bzdura.
Iran szybko zdementował tę wersję wydarzeń. Rzecznik irańskiego MSZ, Ismail Baqaei, potwierdził w nocnym wpisie na X 24 kwietnia, że NIE planuje się ŻADNEGO spotkania – powtarzam: ŻADNEGO spotkania – z przedstawicielami USA. Minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi przebywa w Islamabadzie, aby spotkać się z wysokimi rangą urzędnikami pakistańskimi i przedstawić dokument pisemny przedstawiający stanowisko Iranu w sprawie ostatnich wydarzeń, który następnie zostanie przekazany Witkoffowi i Kushnerowi.
Pisze dalej Larry Johnson:Sądzę, że Trump próbuje stworzyć narrację uzasadniającą ponowny atak USA i Izraela na Iran. Wysyła swoich żydowskich emisariuszy do Islamabadu, rzekomo na spotkanie z irańskimi negocjatorami, tylko po to, by odkryć, że Iran rzekomo nie wziął udziału w spotkaniu. Trump przedstawi to jako akt złej woli i zapowie, że odpowiednio ukarze Iran. Jeśli poniższe wpisy na Telegramie okażą się prawdziwe, wojna rozgorzeje z pełną siłą w niedzielę wieczorem. Chiny i Indie wzywają swoich obywateli do jak najszybszego opuszczenia Iranu.
Według innego niedawnego wpisu na Telegramie, Trump najwyraźniej dał również Bibiemu Netanjahu pozwolenie na zerwanie zawieszenia broni z Hezbollahem. Izraelskie Siły Powietrzne wznowiły ataki na południowy Liban. To może być burzliwy weekend.
Donald Tusk postanowił „wstrząsnąć” opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już „za miesiące, nie lata” mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i gotowości do zastosowania artykułu 5.
Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być „wstrząs”, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – „to nie są złudzenia, tylko wiedza”, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa.
W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa.
Takie wypowiedzi – niezależnie od intencji – osłabiają spójność i wiarygodność NATO. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy przeciwnik widzi jedność i determinację. Publiczne rozważania o tym, kto kogo obroni, a kto się zawaha, nie budują siły. Budują pokusę testowania granic. Oczywiście, Rosja pozostaje realnym zagrożeniem. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje.
Ale czym innym jest chłodna analiza, a czym innym polityczne podkręcanie napięcia do poziomu, który zaczyna przypominać kampanijny megafon. Jeśli to naprawdę wiedza – trzeba działać. Jeśli to tylko retoryka – to wyjątkowo niebezpieczna. A jeśli jedno i drugie naraz, to mamy do czynienia z najgorszym z możliwych scenariuszy: polityką, która straszy wojną, a jednocześnie rozbraja zaufanie do tych, którzy mieliby nas bronić.
Rosja bierze Europę za słowo i, opierając się na niedawnym briefingu ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, przygotowuje się na ewentualność wojny na pełną skalę. Podczas corocznej „weryfikacji rzeczywistości” z liderami rosyjskich organizacji pozarządowych w Moskwie (24 kwietnia 2026 r.), minister spraw zagranicznych Ławrow przedstawił swoją jak dotąd najbardziej trzeźwą ocenę sytuacji. Era „hybrydyzacji zastępczej” dobiegła końca – maski opadły.
W odpowiedzi na europejskie oświadczenia, że Europa musi być gotowa na wojnę z Rosją w ciągu trzech do pięciu lat, Ławrow jednoznacznie stwierdził, że UE przygotowuje się do bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją. W tej strategii Ukraina miałaby posłużyć jako „taran”, aby wykrwawić Rosję i kupić Europie czas potrzebny na pełną modernizację jej bazy przemysłowej w nadchodzących latach.
Minister podkreślił, że Kijów byłby bezsilny bez rozpoznania satelitarnego NATO i obecności zachodnich oficerów na miejscu. To już nie jest konflikt zastępczy, ale otwarta wojna z Rosją. Podczas gdy świat przechodzi geopolityczny kryzys, rosyjskie społeczeństwo obywatelskie jest wykorzystywane jako główna siła nacisku za pośrednictwem organizacji pozarządowych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zobowiązało się do wspierania projektów w Azji i Afryce.
Ławrow wyjaśnił:
„Wypowiedziano nam otwartą wojnę. Reżim w Kijowie jest jedynie „szpicą”, której używają, żeby zyskać na czasie. Nie mogli tego bardziej ukazać”.
Wniosek: Rosyjski korpus dyplomatyczny zmienił swoje stanowisko z „negocjacyjnego” na „mobilizacyjne”. Moskwa sygnalizuje, że przygotowuje się do długotrwałej, ryzykownej konfrontacji ze zmilitaryzowaną Europą. To nie jest kontynuacja Specjalnej Operacji Wojskowej… To przygotowania do wojny.
Tymczasem administracja Trumpa przygotowuje grunt pod ponowny atak na Iran. Sekretarz prasowa Białego Domu Karoline Leavitt oświadczyła w piątek, że „Irańczycy skontaktowali się z nami” i poprosili o „osobiste spotkanie”, dlatego prezydent Trump „wysłał Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera, aby wysłuchali, co mają do powiedzenia”. To kompletna bzdura.
Iran szybko zdementował tę wersję wydarzeń. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ismael Baqaei, potwierdził w późnym wpisie na X 24 kwietnia, że NIE planuje się żadnego spotkania – powtarzam: NIE planuje się żadnego spotkania – z przedstawicielami USA. Minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi przebywa w Islamabadzie, aby spotkać się z wysokimi rangą pakistańskimi urzędnikami i przedstawić pisemny dokument przedstawiający stanowisko Iranu w sprawie ostatnich wydarzeń, który następnie zostanie przekazany Witkoffowi i Kushnerowi.
Sądzę, że Trump próbuje stworzyć narrację, która usprawiedliwi kolejny atak USA i Izraela na Iran. Wysyła swoich żydowskich emisariuszy do Islamabadu, rzekomo na spotkanie z irańskimi negocjatorami, tylko po to, by dowiedzieć się, że Iran rzekomo nie wziął udziału w spotkaniu. Trump przedstawi to jako akt złej woli i ogłosi, że odpowiednio ukarze Iran.
Jeśli poniższe wpisy na Telegramie okażą się prawdziwe, wojna rozgorzeje z pełną intensywnością już w niedzielny wieczór:
Chiny wzywają swoich obywateli do jak najszybszego opuszczenia Iranu – Ambasada Chin w Teheranie
Indie wzywają swoich obywateli do opuszczenia Iranu.
Według innego niedawnego wpisu na Telegramie, Trump najwyraźniej dał Bibiemu również pozwolenie na zerwanie zawieszenia broni z Hezbollahem:
Izraelskie siły powietrzne wznowiły ataki na południowy Liban, zawieszone wcześniej na mocy porozumienia o zawieszeniu broni między USA i Iranem.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przejął statek; ekipa Witkoffa-Kushnera udała się do Pakistanu; USA nałożyły sankcje na chińską rafinerię i irańską flotę tajną; dalsze aktualizacje
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przejął statek, który – jak twierdzi – „współpracował ze Stanami Zjednoczonymi” – prowokacyjne posunięcie przed rozmowami w Pakistanie. Irański minister spraw zagranicznych przygotowuje pisemną propozycję dla strony amerykańskiej .
CNN podało, że prezydent Trump wysyła dwóch wysłanników – Steve’a Witkoffa i Jareda Jushnera – do Pakistanu na rozmowy z Iranem, podczas gdy Teheran wyraził większy pesymizm co do perspektyw dalszych negocjacji.
Stany Zjednoczone nakładają nowe sankcje na irańską „flotę cieni” i biorą na celownik chińską rafinerię ropy naftowej „czajniczek” .
Trzeci amerykański lotniskowiec, George H.W. Bush, w końcu dotarł na wody Bliskiego Wschodu po długiej podróży wokół Afryki.
Na konferencji prasowej Hegseth powtórzył swoje żądanie i wskazał na główny problem Iranu: „Wystarczy, że w znaczący i weryfikowalny sposób zrezygnują z broni jądrowej … ” . Ostrzegł Irańczyków przed dalszym stawianiem min .
Teheran po raz kolejny odrzuca pogłoski o osobie o radykalnych poglądach mającej zastąpić przewodniczącego irańskiego parlamentu, nazywając je „fałszywymi”.
***
IRGC przejmuje statek, USA nakładają sankcje na chińską rafinerię i irańską flotę cieni
Bloomberg podał, że zaledwie kilka minut po zamknięciu amerykańskiej giełdy: Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przejął statek „EPAMINODES”, który podejrzewa się o współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Jak podała agencja Tasnim, statek zignorował ostrzeżenia i dopuścił się licznych naruszeń przepisów ruchu morskiego.
Na uwagę zasługują również niedawno ogłoszone przez USA sankcje wobec irańskiej „floty cieni” tuż przed kolejną planowaną rundą rozmów z Pakistanem, która prawdopodobnie rozpocznie się jedynie pośrednio, ponieważ strona irańska podobno przygotowuje pisemną odpowiedź. Według Bloomberga:
Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na chińską rafinerię ropy naftowej, a także na dziesiątki firm żeglugowych i statków transportujących irańską ropę.
Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) Departamentu Skarbu USA nałożyło sankcje na Hengli Petrochemical (Dalian) Refinery Co., jedną z mniejszych chińskich rafinerii ropy naftowej, tzw. „czajniczków”.
Sekretarz Skarbu Scott Bessent oświadczył, że Departament Skarbu zamierza jeszcze bardziej ograniczyć sieć statków, pośredników i nabywców, z których korzysta Iran, aby dostarczać ropę na rynki światowe.
Według CNN Stany Zjednoczone wysyłają delegację do Pakistanu, natomiast Iran jest niezdecydowany.
CNN potwierdziła wcześniejsze spekulacje, donosząc, że prezydent Trump wysyła dwóch wysłanników do Pakistanu na rozmowy z Iranem, pomimo bardziej pesymistycznych prognoz Teheranu co do dalszych negocjacji. Specjalny wysłannik Steve Witkoff i zięć prezydenta, Jared Kushner, mają spotkać się z irańskim ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araghchim w ten weekend. Jednak według wcześniejszego raportu półoficjalnej irańskiej agencji informacyjnej Tasnim, podczas wizyty ministra spraw zagranicznych nie są planowane żadne rozmowy między obiema stronami. Według CNN, wiceprezydent J.D. Vance, amerykański negocjator, nie jest obecnie spodziewany w delegacji. Najnowsze informacje od rzecznika prasowego Białego Domu dotyczące Vance’a:
Według rzeczniczki prasowej Białego Domu Karoline Leavitt wiceprezydent JD Vance pozostanie „w gotowości” i jest „gotowy udać się do Pakistanu”,aby wziąć udział w rozmowach na temat Iranu, jeśli negocjacje będą postępować w taki sposób, że Biały Dom uzna to za „cenne wykorzystanie swojego czasu”.
Araghchi wcześniej oświadczył, że udaje się do Pakistanu, ale ostudził spekulacje, że USA i Iran są bliskie drugiej rundy negocjacji mających na celu zakończenie ośmiotygodniowej wojny, pisząc w mediach społecznościowych, że celem jego podróży jest „bliskie nawiązanie współpracy z naszymi partnerami w sprawach dwustronnych i wymiana poglądów na temat rozwoju regionu”.
Urzędnicy pakistańscy zaznajomieni ze sprawą stwierdzili, że spodziewają się drugiej rundy rozmów pokojowych między USA i Iranem, ale odmówili komentarza na temat tego, kiedy i na jakim szczeblu negocjacje miałyby się odbyć.
Ceny ropy spadły nawet o 3,3%, osiągając poziom nieco poniżej 93 dolarów za baryłkę, po niedawnych sygnałach, że nieuchwytne rozmowy pokojowe między USA a Iranem mogą w końcu dojść do skutku, choć nie ma gwarancji pozytywnego wyniku. Traderzy uważnie śledzili ruchy obu delegacji, szukając wskazówek, czy negocjacje się rozpoczną i przyniosą ulgę, biorąc pod uwagę, że cieśnina pozostaje w dużej mierze zamknięta.
Oświadczenie to nastąpiło w momencie, gdy Stany Zjednoczone nasiliły presję na Iran, wprowadzając blokadę morską, aby zmusić Teheran do negocjacji, podczas gdy Izrael i Liban zabiegają o przedłużenie trzytygodniowego zawieszenia broni. Trump nakazał Marynarce Wojennej USA ostrzelanie każdego statku stawiającego miny w Cieśninie Ormuz po tym, jak wojsko przechwyciło dwa supertankowce próbujące ominąć ograniczenia w ruchu do i z irańskich portów. Decyzja Trumpa, oparta na twierdzeniach, że Iran stawia miny morskie w cieśninie, jest częścią działań Białego Domu mających na celu wstrzymanie eksportu ropy naftowej, wywieranie presji gospodarczej i wymuszanie ustępstw mających na celu zakończenie wojny.
„Mam mnóstwo czasu, ale Iran nie – czas ucieka!” – napisał Trump w poście na portalu Truth Social.
Jeśli rozmowy po raz kolejny okażą się bezowocne, sekretarz obrony Trumpa Pete Hegseth ogłosił w piątek, że za kilka dni do blokady dołączy drugi lotniskowiec.
Irański minister spraw zagranicznych nie spotka się ze stroną amerykańską w Pakistanie; Teheran dementuje pogłoski o Ghalibaafie.
…ale uda się do Islamabadu i oczekuje się, że dotrze tam w piątek wieczorem. Ma to być część podróży określanej jako międzynarodowa misja dyplomatyczna mająca na celu zapewnienie poparcia dla Teheranu i ustalenie warunków ewentualnej kolejnej rundy negocjacji z Waszyngtonem.
„Data rozpoczęcia drugiej rundy negocjacji między USA a Iranem nie została jeszcze ustalona” – poinformowało pakistańskie źródło w wywiadzie dla „Al Hadath” . W Islamabadzie oczekuje się jedynie spotkania ministra spraw zagranicznych Araghchiego i jego niewielkiego zespołu z pakistańskimi mediatorami , nic więcej. Biały Dom nie skomentował dotychczas tej sprawy; twierdzi, że Trump ma „nieograniczony czas” w sprawie konfliktu z Iranem i impasu w Cieśninie Ormuz. Tymczasem Teheran ponownie stanowczo zaprzeczył, jakoby piątkowe doniesienia o odwołaniu przewodniczącego irańskiego parlamentu Ghalibaafa ze stanowiska głównego negocjatora były fałszywe .
Tłumaczenie „X” : W najbliższym czasie wybieram się w podróż do Islamabadu, Maskatu i Moskwy. Celem moich wizyt jest ścisła współpraca z naszymi partnerami w sprawach dwustronnych oraz wymiana informacji na temat rozwoju regionalnego. Nasi sąsiedzi są dla nas niezwykle ważni.
Dalsze spekulacje na temat rezygnacji Ghalibafa ze stanowiska szefa zespołu negocjacyjnego.
Teheran w czwartek odrzucił powszechne doniesienia o rezygnacji przewodniczącego parlamentu Mohammada-Baghera Ghalibafa z kierowania irańskim zespołem negocjacyjnym. Jednak doniesienia te utrzymywały się aż do piątku, a finansowana przez Arabię Saudyjską londyńska stacja Iran International podała nową wersję:
Według informacji Iran International, Mohammad Bagher Ghalibaf, szef irańskiego zespołu negocjacyjnego ze Stanami Zjednoczonymi, zrezygnował ze stanowiska z powodu wewnętrznych nieporozumień.
Według informacji Iran International, Ghalibaf został upomniany i zmuszony do rezygnacji za próbę włączenia kwestii nuklearnej do rozmów z Waszyngtonem.
Jego miejsce mógłby zająć radykalny Saeed Jalili, a minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi również chciałby przejąć prowadzenie negocjacji.
A jednak faktem pozostaje, że jak dotąd nie zaplanowano żadnych rozmów; regionalne media donoszą, że irański minister spraw zagranicznych Aragczi zamierza udać się do różnych krajów, w tym do Omanu, a nawet zatrzyma się w Rosji – a Islamabad może również znaleźć się na trasie. Jeśli to prawda, doniesienia sugerują, że może to być jedynie etap przygotowawczy do ponownego nawiązania bezpośrednich kontaktów z Waszyngtonem.
W najnowszym raporcie AJ czytamy: „Podczas wizyty ministra spraw zagranicznych Abbasa Aragcziego w Pakistanie nie odbędą się żadne rozmowy między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, jedynie rozmowy dwustronne”, powołując się na wysoko postawione źródło irańskie.
Konferencja prasowa w Hegseth: układanie min, nuklearny punkt sporny
Kluczowe oświadczenie szefa Pentagonu z piątkowego poranka: „Wystarczy, że wyrzekną się broni jądrowej w sposób znaczący i weryfikowalny , albo będą mogli patrzeć, jak krucha gospodarka reżimu załamuje się pod nieustającą presją amerykańskiej potęgi – blokada będzie trwała tak długo, jak długo, niezależnie od decyzji prezydenta Trumpa” – powiedział Hegseth. Dodał, że biorąc pod uwagę trwającą blokadę, „czas nie jest ich sprzymierzeńcem”.
W tym kontekście Hegseth powtórzył: „Prezydent Trump powtórzył to wczoraj. Mamy mnóstwo czasu i nie szukamy porozumienia”.
A jednak, w rzeczywistości, przytoczył kolejne porównanie do niekończących się wojen Ameryki w regionie:
Mimo to Hegseth rozpoczął swoje przemówienie przed dziennikarzami od krytyki tego, co nazwał „niekończącymi się wojnami przeszłości, które ciągnęły się latami i dekadami”, i próbował rozróżnić konflikty w Wietnamie, Iraku i Afganistanie. Minister obrony argumentował natomiast, że operacja Epic Fury osiągnęła „decydujący rezultat militarny” w ciągu kilku tygodni, a jej głównym celem była misja zapobieżenia Iranowi zbudowania broni jądrowej.
Minister obrony powiedział, że misja wkracza w nową fazę, a Iran ma teraz szansę na zawarcie porozumienia pokojowego.„Iran stoi przed ważną decyzją, szansą na osiągnięcie porozumienia. Dobrego porozumienia. Mądrego porozumienia” –powiedział.
Odniósł się również do wczorajszych doniesień, że Iran nadal stawia miny w Cieśninie Ormuz i ostrzegł: „Jeśli Iran postawi miny w wodzie lub w inny sposób zagrozi amerykańskim statkom handlowym lub amerykańskim siłom zbrojnym, zniszczymy je. Bez wahania ” – powiedział.
Niezamierzone przyznanie się do równowagi sił wynikającej z asymetrycznej wojny i przewagi geograficznej: „Każdy, kto ma łódź motorową i broń…”
Tłumaczenie „X” : Hegseth: Statki, które Irańczycy przejęli w ostatnich dniach, niektóre z nich, nie są amerykańskie ani izraelskie. To po prostu przypadkowe jednostki. Podpłynęli do nich swoimi małymi motorówkami i ostrzelali je z karabinów AK-47. Każdy, kto ma motorówkę, broń i złe intencje, może to zrobić.
„Przełom” w drugiej rundzie rozmów w Pakistanie (?)
Po wczorajszych sygnałach, że nie zapadła jeszcze decyzja w sprawie wznowienia drugiej rundy rozmów pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi, w piątkowy poranek w saudyjskich i regionalnych mediach pojawiła się lawina nagłówków spekulujących, że dziś może być inaczej . „Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi może przybyć dziś wieczorem w towarzystwie niewielkiej delegacji” – powiedziało pakistańskie źródło rządowe korespondentowi Al Arabiya.
Bloomberg donosi również, że irański minister spraw zagranicznych Araghchi ma przybyć do Islamabadu dziś wieczorem. Co więcej, pakistańskie źródła twierdzą, że kraj może ogłosić dziś wznowienie negocjacji między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście, podobne nagłówki o „spodziewanej drugiej rundzie rozmów USA-Iran” widzieliśmy już wiele razy, ale do niczego nie doszło i obecnie nie ma żadnych oznak działań ze strony USA.
Przez Al Jazeera
Niektóre z tych źródeł i nagłówków ostrzegają jednak, że nie jest jasne, czy Waszyngton weźmie w nich udział. Gdyby faktycznie doszło do drugiej rundy negocjacji, uwiarygodniłoby to niedawne twierdzenia Białego Domu, że stanowisko Teheranu za zamkniętymi drzwiami jest znacznie bardziej ugodowe i ustępliwe niż jego stanowisko publiczne. Najnowsze wiadomości:
Według irańskiego źródła, irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi ma przybyć do Islamabadu około godziny 22:00 czasu lokalnego.
Al Jazeera donosi obecnie o zalewie telefonów, które sugerują możliwy „przełom” i powrót do stołu negocjacyjnego:
Źródła rządowe potwierdziły, że istnieje„wysokie prawdopodobieństwo przełomu” w rozmowach amerykańsko-irańskichw Islamabadzie. Delegacja pod przewodnictwem irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego ma przybyć do stolicy Pakistanu dziś wieczorem. Wcześniej tego samego dnia irański minister spraw zagranicznych przeprowadził rozmowę telefoniczną z wicepremierem i ministrem spraw zagranicznych Pakistanu Ishaqiem Darem, co zostało potwierdzone przez obie strony.
Pakistańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło, że obie strony wymieniły poglądy na temat rozwoju sytuacji w regionie, zawieszenia broni i trwających działań dyplomatycznych w ramach rozmów amerykańsko-irańskich. Dar podkreślił wagę trwałego dialogu, a Araghchi pochwalił „konsekwentną i konstruktywną rolę mediacyjną” Pakistanu – poinformowało ministerstwo.
Irańska państwowa agencja informacyjna IRNA poinformowała również, że Araghchi odbył oddzielną rozmowę telefoniczną z dowódcą pakistańskiej armii Asimem Munirem.
Trzeci amerykański lotniskowiec w końcu dotarł do regionu
Centralne Dowództwo USA (CENTCOM) demonstruje swoją siłę, ponieważ w regionie stacjonują obecnie trzy amerykańskie grupy lotniskowców. Niektórzy eksperci spekulują, że wszelkie przepychanki podczas drugiej rundy negocjacji w Islamabadzie były jedynie taktyką opóźniającą, mającą na celu umożliwienie obu stronom przegrupowania się, uzupełnienia zapasów rakiet i rozmieszczenia sił w regionie .
Wreszcie w czwartek Ministerstwo Obrony Izraela oświadczyło wprost, że przygotowuje się do nowej rundy działań wojennych z Iranem. Siły irańskie również oświadczyły, że są przygotowane na wszystko, co może się wydarzyć, i wskazały, że sojusznicy Ameryki w Zatoce Perskiej również powinni spodziewać się ponownych ataków, ponieważ goszczą tam siły amerykańskie.
Tłumaczenie „X” : Po raz pierwszy od dziesięcioleci trzy lotniskowce operują jednocześnie na Bliskim Wschodzie. Towarzyszące im eskadry lotnicze, USS Abraham Lincoln (CVN 72), USS Gerald R. Ford (CVN 78) i USS George H.W. Bush (CVN 77) składają się z ponad 200 samolotów i 15 000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej.[Te lotniskowce opłynęły Afrykę od południa, tak obawiano się łodzi Hutu na Morzu Czerwonym md]
Więcej wiadomości geopolitycznych z wczorajszego wieczoru i bieżące raporty
Według najnowszych doniesień Al Jazeery :
Prezydent USA Donald Trump ma nadzieję gościć przywódców Izraela i Libanu „w niedalekiej przyszłości” po ogłoszeniu trzytygodniowego przedłużenia kruchego zawieszenia broni w Libanie, które miało wygasnąć w niedzielę.
Prezydent Trump powiedział, że nie jest pod presją zakończenia wojny z Iranem, mimo że czas Teheranowi ucieka. „Mam mnóstwo czasu, ale Iran nie – czas ucieka!” – napisał Trump w mediach społecznościowych.
Trzeci amerykański lotniskowiec dotarł na Bliski Wschód. USS George H.W. Bush dołączył do USS Gerald R. Ford i USS Abraham Lincoln, przyczyniając się do znacznego wzrostu potęgi morskiej.
Trump wydaje rozkaz „zestrzelenia i zatopienia” wszystkich irańskich łodzi, które stawiają miny morskie w Cieśninie Ormuz, podczas gdy amerykańska blokada morska irańskich portów trwa, a urzędnicy w Teheranie oświadczają, że rozmowy nie zostaną wznowione, dopóki blokada nie zostanie zniesiona.
Amerykańskie bazy wojskowe do złudzenia przypominają sytuację 11 lotniskowców USA: zamiast odstraszać, same muszą uciekać. Imperium USA ciągle jest niebezpieczne. Polega to na tym, że papierowy tygrys jest łatwopalny i paląc się, może poparzyć postronnych. Jest to jedyny element zastraszania, który jeszcze na niektórych działa. Wrogów doprowadza do rubasznego śmiechu. Jankesi nie musieli się przecież tak obnażać, ale jak widać, chcieli tej demaskującej ich niemoc wojny.
Większość amerykańskich baz i obiektów wojskowych w Zatoce Perskiej [.] została zaatakowana przez Iran w ciągu pierwszych pięciu tygodni wojny. Wiele z nich nie funkcjonuje lub zostało praktycznie zniszczonych. Baza marynarki wojennej USA w Bahrajnie nie funkcjonuje i nie może obsługiwać amerykańskich okrętów. Jednym z postulatów Iranu zawartych w 10-punktowym planie, przedstawionym Stanom Zjednoczonym ponad dwa tygodnie temu, jest zamknięcie tych obiektów dla armii USA.
Uważam, że nawet gdyby wojna teraz się zakończyła to między innymi pod warunkiem wycofania wszystkich amerykańskich baz w Zatoce Perskiej i okolicy.
Nie ma wyjścia z pułapki, w jaką na własne życzenie wpadł Donald Trump. Niczego nie nauczyły go zdrady doradców podczas jego pierwszej kadencji. Jego taktyka polega na tym, że jeśli coś nie działa, to zastosuje podwójną dawkę i wtedy odniesie upragniony sukces. Pozbył się rozsądnych i odważnych generałów, a pozostawił karierowiczów, którzy zgadują jego życzenia, wspierają każdą głupotę i utwierdzają go w przekonaniu, że kroczy jedynie słuszną drogą.
Presja, pod którą stoi jest tak silna, że może – o ile tego już nie zrobiła – doprowadzić do szaleństwa. Był już jeden taki, który liczył na wunderwaffe, zanim jeden z jego generałów – Wilhelm Keitel – nie musiał podpisać bezwarunkowej kapitulacji. Także tym razem do tego dojdzie i przegrany ogłosi swoje wielkie „zwycięstwo”.
Wiemy, że kłamiecie i oszukujecie nas! Z każdym dniem jest nas coraz więcej!
Znajdziecie w tym blogu sporo kontrowersyjnych artykułów zaprzeczających popularyzowanym w telewizji sposobom interpretacji wydarzeń. Zawsze znajdziecie tu źródła tych informacji. Niektóre zostały potwierdzone dokumentami. W wielu kwestiach jak zabójstwo prezydenta USA w roku 1963, podróże kosmiczne NASA, użycie bomby atomowej przez USA, czy fałszywa flaga na Manhattanie we wrześniu 2001 roku, nadal pozostają w szarej sferze przypuszczeń.
Gdzie są źródła potwierdzające paplaninę prezydenta USA na temat niespójności irańskich władz? Dlaczego strona irańska dementuje rewelacje Trumpa na temat domniemanego błagania Iranu o pertraktacje? Ponieważ są to mrzonki Trumpa wymyślone w celu jakiegokolwiek wyjścia z twarzą z sytuacji, do której doprowadził.
Na nic się nie zdadzą wpisy na mediach społecznościowych, w które nie wierzy nawet ich autor. Świat potrzebuje faktów, a tych nie znajdziemy na truthsocial.com.
Przestańcie mówić nam, kto złamał prawo, a zacznijcie mówić, kto został aresztowany!
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Dziś rano irańskie państwowe kanały medialne opublikowały nagranie wideo, na którym widać komandosów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej przejmujących kontenerowiec w Cieśninie Ormuz.
Myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać. To może nas wiele nauczyć.
Tylko spójrz:
Iranian state TV aired a video of the IRGC seizing container ships in the Strait of Hormuz. Iran said the ships were operating without permits and tampering with the navigation system https://t.co/7Upc7Phlk8pic.twitter.com/qY1XnfNeVr
Irańska telewizja państwowa wyemitowała nagranie wideo przedstawiające przejmowanie kontenerowców przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.
Ale to nie do końca prawda. Bardziej precyzyjne stwierdzenie byłoby takie, że irańska telewizja państwowa wyemitowała nagranie z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, na którym udawali, że przechwytują kontenerowce.
Ponieważ materiał filmowy musi być w pewnym stopniu sfałszowany.
Najbardziej realistyczne wyjaśnienie jest takie, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej faktycznie przejął statek, następnie poinformował o tym fakcie kontynent drogą radiową, wysłał drona z kamerą i ekipę filmową, a następnie odtworzył przejęcie na potrzeby kamer.
W środku strefy wojny.
To najwyższy poziom wyobrażalnej rzeczywistości. Całkiem możliwe, że jest jeszcze mniej realny.
Zwróćcie uwagę na kąty kamery. Policzyłem – jest ich co najmniej cztery.
Ujęcie z drona na początku, szerokie.
Zbliżenie na żołnierzy wchodzących po drabinie.
Nagrania z przenośnej kamery pokazują żołnierzy zabezpieczających narożniki i przeszukujących pokład.
Szerokokątne ujęcia na poziomie wody zostały wykonane z łodzi.
To nie jest rzeczywistość. To kinematografia.
Nagrania z drona to „ujęcie wprowadzające”. Zbliżenia umieszczają nas w samym środku akcji. Kamera ręczna, która śledzi żołnierzy, nadaje ujęciom dynamiki. To podstawa produkcji filmowej.
To jest wyreżyserowane. Musiało być wyreżyserowane – a jednak nikt tego nie mówi.
Przypomina to radosne dni 2015 roku, gdy ISIS, w jakiś sposób i z nieznanych przyczyn, sfilmowało konwoje nieskazitelnych, identycznych pickupów Toyot jadących przez pustynię o złotej godzinie, a następnie umieściło nagranie w mediach społecznościowych.
Nagranie IRGC jest dokładnie takie samo – to produkt oczywistej sztuczności, którą mamy ignorować.
Czy to oznacza, że statki nie istnieją? Czy też, że tak naprawdę nie zostały przejęte? A może, że wojna jest całkowicie sfabrykowana?
Nie. Przynajmniej niekoniecznie – i nie o to tu chodzi.
Chodzi o coś więcej niż tylko o ten film, te statki i wojnę w ogóle.
Chodzi o to, że media głównego nurtu warunkują odbiór treści audiowizualnych. Uczą nas oglądać film całkowicie poza kontekstem jego powstania, mentalnie izolując operatora kamery, oświetlenie, oprogramowanie do montażu i wszystkie inne etapy między wydarzeniem a pojawieniem się filmu w mediach społecznościowych.
Jesteśmy tak przyzwyczajeni do oglądania filmów i telewizji, że akceptujemy te same techniki montażu narracji w naszych „wiadomościach”. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do kamer wszędzie, które wszystko nagrywają, że zapomnieliśmy, że ktoś musi je tam umieścić i włączyć.
Obejrzyj jeszcze raz film IRGC. Kiedy ten aktor i/lub żołnierz wspina się po burcie statku w kierunku kamery, wie, że nie ma zagrożenia, ponieważ na pokładzie jest już „przyjazna” osoba, która go filmuje. Jego energia i agresja to spektakl.
Co więcej, mężczyzna na szczycie drabiny ma co najmniej jedną kamerę. Być może nawet oświetlenie lub mikrofon. Prawdopodobnie mówi aktorowi, jak szybko ma się wspinać i upewnić się, że jego twarz pozostanie w kadrze.
To nie jest rzeczywistość.
Życie nie jest automatycznie filmowane z różnych kątów, po to, by można je było zmontować w ekscytujący montaż.
Zapamiętaj ten klip…
To doskonale zwięzłe przypomnienie, że przytłaczająca, PRZEWAŻAJĄCA większość „prawdziwych”, „wirusowych” i „spontanicznych” materiałów filmowych nie jest tym, czym jest.
Jak ktoś w odpowiedziach zauważył: Ludzie po prostu muszą „myśleć o jeden poziom wyżej”.
Za każdym razem, gdy oglądasz film, ktoś gdzieś świadomie zdecydował się go nagrać. Za każdym razem, gdy widzisz zmianę perspektywy, ktoś nagrał go z wielu ujęć, a następnie zmontował.
Fałsz jest wszechobecny na rynku medialnym, a ty jesteś nauczony tego nie zauważać.
Pamiętaj więc, aby zawsze zadać sobie pytanie, kto trzyma kamerę, jak ta osoba się tam znalazła – i dlaczego.
24 kwietnia 1915 roku władze tureckie przeprowadziły masowe aresztowania przedstawicieli ormiańskich elit. Uwięzionych w większości wymordowano. Był to ledwie początek prawdziwego koszmaru, który Ormianie nazwą później Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem.
Wyznawcy Wernyhory
Niejeden rodak zżyma się na przypominanie wielkiej masakry sprzed przeszło wieku.
Nie tak dawno znaleźli się u nas inicjatorzy i obrońcy idei wzniesienia w Krakowie pomnika ku czci żołnierzy tureckich z czasów I wojny światowej. Pomysłodawcy tej akcji nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że na polskiej ziemi stanąłby monument upamiętniający armię splamioną udziałem w ludobójstwie. Ktoś podsumował to gorzko, że nie może być inaczej, skoro niemała część populacji czerpie wiedzę o przeszłości z… tureckich seriali telewizyjnych. Jednak sympatia okazywana bisurmanom znad Bosforu ma u nas dość długą tradycję.
Niby pamiętamy o Warneńczyku, Chodkiewiczu i Sobieskim, ale przecież było to tak dawno…. Ostatnią wojnę z Turcją Sarmaci stoczyli pod koniec XVII stulecia, potem osłabiona Porta przestała ich przerażać. Kiedy zaś przyszedł czas rozbiorów, pokaźna część naszych działaczy niepodległościowych zaczęła upatrywać sojusznika w państwie osmańskim, od wieków prowadzącym śmiertelny bój z Rosją i Austrią.
Krzepiące mity kazały wierzyć w dobrych sułtanów rzekomo nieuznających rozbiorów Rzeczypospolitej, jakoby z utęsknieniem wyczekujących na dawno niewidzianego posła z Lechistanu. Skwapliwie propagowano bajdurzenia egzaltowanych umysłów, w rodzaju „proroctwa ukraińskiego wieszcza Wernyhory”, zapowiadającego zmartwychwstanie Polski za sprawą naszych wiernych sprzymierzeńców, w tym Turków („Anglik sypnie złotem, Francuz wesprze, Muzułmanin konia napoi w Horyniu”).
Jest prawdą, że nad Bosforem znaleźli schronienie liczni nasi emigranci. Niejeden zrobił karierę na dworze sułtana bądź w jego wojsku, zwłaszcza jeśli zdecydował się na porzucenie wiary przodków i konwersję na islam. Uchodźcy z Lechistanu pisali o Turcji przeważnie ciepło, nawet w superlatywach.
Zastanawiające, jak wielu propagatorów walki „za wolność naszą i waszą” (!) nie dostrzegało, bądź udawało że nie dostrzega dramatu chrześcijańskich poddanych sułtana. A przecież całkowicie odmienną perspektywę od naszej mieli Serbowie, Bułgarzy, Grecy, Asyryjczycy, Ormianie – podobnie jak gdzie indziej Wandejczycy opierający się jakobińskiemu reżimowi, albo Hiszpanie broniący swej ojczyzny przed zastępami Napoleona.
To tragiczny paradoks, że w okresie zaborów tak liczni polscy rycerze wolności uznali za wzorzec i bastion swobody dwie najkrwawsze, najbardziej opresyjne satrapie europejskie – rewolucyjną Francję oraz muzułmańską Turcję.
Wydani pod miecz
Na szczęście większości Polaków łatwo przychodzi zrozumienie cudzego cierpienia.
Wszak sami moglibyśmy wystawić obszerne rachunki krzywd za czas zaborów.
Z bólem wspominamy 7000 cywilów i jeńców zamordowanych podczas rzezi Pragi, albo z górą tysiąc ofiar rabacji galicyjskiej, czy też 670 straconych powstańców styczniowych. Do tego tysiące zesłanych w otchłań Sybiru bądź na katorgę, więzionych w cytadelach, wcielonych w szeregi armii zaborczych. I jeszcze zamykane kościoły i klasztory, męczeństwo unitów, rusyfikację, germanizację, rugi pruskie, dzieci katowane za polski pacierz…
A przecież czujemy niekłamaną zgrozę dowiadując się, co działo się w tym samym czasie w Turcji. Jeszcze przed ludobójstwem Ormian, przez cały XIX wiek chrześcijańskie narody w tym kraju spływały krwią. Kiedy w latach 20. tamtego stulecia Grecy poderwali się do walki o niepodległość, Turcy zareagowali masowymi rzeziami. Wycinano w pień albo sprzedawano w niewolę skupiska ludności liczące niekiedy dziesiątki tysięcy osób. Tylko w jednym miejscu, na wyspie Chios społeczność chrześcijan skurczyła się ze 120.000 do ledwie 2000 głów!
Pół wieku później oniemiały z przerażenia świat obserwował masowe masakry Bułgarów. Świadek historii Januarius Aloysius MacGahan słał raporty z Rodopów – o dzieciach wbijanych na ostrza bagnetów, o brzemiennych niewiastach, którym wydzierano z brzuchów płody, o ludzkich czaszkach pękających w paszczękach zdziczałych psów.
W ostatniej dekadzie tamtego strasznego stulecia, za rządów sułtana Abdülhamida zwanego Krwawym, można mówić o pierwszej próbie ludobójstwa tureckich Ormian – zabito ich wtedy od dwustu do trzystu tysięcy, to jest ponad 10 proc. ich społeczności.
Wypada dziękować Bogu, że Polacy pod zaborami nie doświadczyli tak wielkich cierpień, o tak potwornej skali. Nie piszę tego, aby lekceważyć nasze polskie tragedie, ani by chwalić domniemaną powściągliwość zaborców. Chcę tylko przypomnieć, jaka naprawdę bywała ówczesna Turcja, którą idealizowało tak wielu naszych rodaków.
Jakobini nad Bosforem
W 1908 roku w Konstantynopolu doszło do przewrotu wojskowego. Władzę objął młodoturecki Komitet Jedności i Postępu.
Młodoturcy, powiązani z masonerią, mieli ambicję przekształcić Turcję w nowoczesne państwo oparte na wzorach zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście byli zapatrzeni w Europę, ale niestety, w pewne dość szczególne wzorce. Zagraniczni dziennikarze i dyplomaci donosili zdumieni (a czasem zachwyceni), że w Konstantynopolu podczas defilad obnoszone jest na sztandarach hasło: Wolność – Równość – Braterstwo; że orkiestry wojskowe przy każdej okazji grają Marsyliankę. Młodoturcy byli entuzjastami rewolucji francuskiej.
W tym momencie ludzie co nieco obeznani z historią powinni poczuć niepokój. Bo rewolucja francuska to nie tylko wzniosłe, chwytliwe hasła. To również gilotyny i terror. To obozy koncentracyjne w Gujanie. To upośledzone dzieci z kościelnych przytułków wymordowane podczas masakr wrześniowych. To masowe topienie więźniów stłoczonych w barkach rzecznych. To eksperymenty z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła i świec, zaś ludzkiej skóry do produkcji odzieży. Rewolucja francuska to wreszcie ludobójstwo w Wandei, to „kolumny piekielne” przemierzające „kraj kontrrewolucjonistów” i zabijające każdą napotkaną żywą istotę.
Skoro więc w Turcji w 1908 roku zdobyli władzę ludzie zafascynowani rewolucyjnym barbarzyństwem, masowy rozlew krwi był kwestią czasu.
Sojusz fanatyków
Młodoturcy chcieli stworzyć nowoczesny naród. Zadanie wydawało się karkołomne, jako że kraj zamieszkiwały niezliczone nacje i ludy, w dodatku wyznające różne religie.
Młodotureckie elity trudno byłoby określić mianem islamistów. Wielu liderów ruchu marzyło o państwie laickim. Wszelako na tym etapie uznawali rolę islamu jako spoiwa imperium. Stąd ich hasłem było: „Turkizacja – islamizacja – modernizacja”.
Rządzący uznali, że wspólnoty chrześcijańskie nie pasują do wizji wyśnionego narodu tureckiego. Postanowiono więc je unicestwić – poprzez przymusową islamizację, deportację bądź też dokonując ich eksterminacji. Przewidziano użycie instrumentów państwowych – armii, policji, sądów, obozów koncentracyjnych, jak również ochotniczych bojówek muzułmańskich, kierujących się nienawiścią wyznaniową.
Nadchodzące ludobójstwo było więc efektem fuzji dwóch fanatyzmów – rewolucyjnego, laickiego jakobinizmu miażdżącego opornych stojących na drodze Postępu, jak również wojującego islamizmu wiernego tradycji wyrzynania giaurów.
Pomruki burzy
Zwiastunem nadchodzącego kataklizmu była rzeź 30.000 Ormian w Adanie w 1909 roku.
Władze oficjalnie jeszcze wykręcały się od odpowiedzialności, przypisując winę lokalnym mahometańskim radykałom, bądź… samym Ormianom. Jednak na wiosnę 1913 roku rząd rozpoczął powszechną akcję wysiedlania i deportacji tysięcy chrześcijan greckich i bułgarskich. Zdarzały się przy tym masowe mordy, jak zabójstwo 50 bezbronnych Greków – mężczyzn, kobiet i dzieci – w Fokaji. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Latem 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. W owym czasie ziemie historycznej Armenii znajdowały się w granicach Turcji i Rosji. Oba te państwa znalazły się w przeciwnych obozach. Przez teren Armenii przebiegał jeden z odcinków frontu turecko-rosyjskiego. Ormianie, podobnie jak Polacy, walczyli po obu stronach, w obcych mundurach.
Na samym początku wojny dowództwo rosyjskie wezwało tureckich Ormian do zachowania spokoju, by nie dać wrogowi pretekstu do represji. Istotnie, w następnych miesiącach rząd młodoturecki wielokrotnie dziękował ormiańskim obywatelom za lojalną postawę. Żołnierze osmańscy narodowości ormiańskiej byli wyróżniani medalami za męstwo. Zadaje to kłam późniejszym wystąpieniom propagandystów, którzy próbowali usprawiedliwić akcję ludobójczą rzekomą masową kolaboracją rodzimych Ormian z Rosjanami.
Mec Jeghern
Młodoturcy uruchomili machinę terroru w kwietniu 1915 roku. Przeprowadzono wówczas aresztowania inteligencji ormiańskiej w Konstantynopolu. Potem represje rozlały się na cały kraj.
Prześladowania nie były niczym nowym w historii ludów chrześcijańskich imperium. Nowością była skala represji i stopień ich organizacji. Dawne chaotyczne pogromy zastąpiła przemyślana w szczegółach, przeprowadzana na zimno akcja eksterminacyjna, w której dążono do zlikwidowania całej populacji wyznawców Chrystusa.
Zabijało tureckie wojsko, policja, bojówki muzułmańskie. Zabijali Turcy, Kurdowie, Arabowie, Czerkiesi, Czeczeni. Bombardowaniem ormiańskiej dzielnicy Urfy kierował niemiecki oficer. Berlin wspierał też młodoturków logistycznie, materialnie, propagandowo.
Część ofiar uśmiercano na miejscu, inne deportowano do obozów koncentracyjnych usytuowanych na bezwodnych terenach pustynnych. Tam ludzie ginęli masowo z pragnienia, głodu, padali ofiarą chorób i bestialstwa strażników.
Pierwsza fala terroru, która trwała do 1917 roku, uśmierciła od 1,2 mln do 1,5 mln tureckich Ormian(na ich ogólną liczbę 2,1 mln). Prócz tego zamordowano setki tysięcy chrześcijan innych narodowości, głównie Greków i Asyryjczyków.
Ginęli przede wszystkim przedstawiciele obrządków wschodnich, szczególnie Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Ale również katolicy, którzy ponieśli proporcjonalnie największe straty. Spośród 70 tysięcy ormiańskich katolików zabito aż 57 tysięcy.
Sporo ludzi mimo wszystko przeżyło. Zdołali uciec, kryjąc się w górach lub na pustyniach. Duże skupiska Ormian zostały uratowane i obronione przez armię rosyjską. Rzec można, że tych niedobitków ocaliła wojna. Niestety, w 1917 roku Rosję ogarnął rewolucyjny chaos; jej wojska zaczęły wycofywać się z Zakaukazia. Ormianie znów zostali sami.
Milczenie Zachodu
W 1918 roku dobiegła końca wojna światowa. Państwa centralne, w tym Turcja poniosły klęskę.
Reżim młodoturecki upadł, przywódcy zbiegli za granicę. Zapanował chaos, z którego po jakimś czasie wyłonił się nowy rząd w Ankarze, z generałem Mustafą Kemalem na czele. Otrzymał on pomoc od bolszewickiej Rosji, ale też od swoich niedawnych wrogów – Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii. Ceną były układy polityczne i handlowe korzystne dla mocarstw. Jak skomentował po latach Winston Churchill: „Ropa Mosulu okazała się być droższa od krwi Ormian”.
Dramat wyznawców Chrystusa nie ustał, rzeź trwała aż do 1923 roku, kiedy to niedobitki zostały wypędzone. Trwają spory, ilu chrześcijan – Ormian, Greków, Asyryjczyków i innych – zginęło ogółem w Turcji w dziesięcioleciu 1913 – 1923. Wielu badaczy skłania się ku liczbie trzech milionówzamordowanych. Rzesze innych wypędzono, albo poddano islamizacji. Na początku XX wieku wyznawcy Chrystusa stanowili 20% obywateli Turcji; dziś – ledwie 0,2 proc.
Po II wojnie światowej Turcja stała się jednym z najważniejszych bastionów NATO. Obrońcy liberalnej demokracji zyskali dodatkowy argument, by nie niepokoić rządu w Ankarze pytaniami o takie drobiazgi z przeszłości, jak kilka milionów trupów chrześcijan.
Samotność ginących
We wrześniu 1922 roku w Smyrnie, portowym mieście nad Morzem Egejskim, założonym przez jońskich żeglarzy w X wieku przed Chrystusem, Turcy wyrzynali dzielnice ormiańską i grecką.
W porcie stacjonowała potężna eskadra Ententy – dwadzieścia kilka okrętów liniowych, krążowników i kontrtorpedowców brytyjskich, francuskich, włoskich i amerykańskich. Dosłownie na oczach marynarzy dzielnice chrześcijan były palone do fundamentów. Trzydzieści wieków historii ulatywało z dymem pożarów, najmniej trzydzieści tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych jak zwierzęta w rzeźni, jeszcze więcej popędzono w niewolę – a z okrętów alianckich nie padł ani jeden strzał w stronę tureckiej hordy. Zamiast tego na pokładach zaczęła grać orkiestra, by zagłuszyć dochodzący z brzegu krzyk mordowanych.
Niech więc nas już nie dziwi, że kiedy w roku 1939 zastępy Hitlera i Stalina ruszyły na Polskę, nasi – pożal się Boże! – sojusznicy z Zachodu „nie chcieli umierać za Gdańsk”. Że później Francuzi umykający z Algierii wydali na rzeź swych tubylczych sprzymierzeńców – harkisów. Że Amerykanie zdradzili i porzucili swoich przyjaciół w Indochinach. Że współcześnie oenzetowskie „błękitne hełmy” w Bośni, Rwandzie i gdzie indziej bezczynnie przyglądały się masakrom.
Wcześniej była Smyrna. To wtedy Zachód ostatecznie porzucił rycerskie, krucjatowe ideały, swą gotowość do walki w obronie słabych i bezbronnych. Bo przecież, żeby powstrzymać rzeź, należałoby strzelać do morderców. A dzisiejsi ludzie Zachodu boją się strzelać; tak ich wychowano. Ów amoralny pacyfizm przetestowano na chrześcijanach Turcji.
Amnezja i sukcesorzy
Świat szybko zapomniał o ludobójstwie Ormian, by potem zapłacić za to straszną cenę.
Gdy Niemcy przygotowywały inwazję na Polskę, Adolf Hitler miał zwrócić się do swych generałów słowami:
„Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o wyniszczeniu Ormian?”
Kanclerz III Rzeszy czuł się ośmielony i zachęcony ową zbiorową amnezją. Skoro bowiem ludzie szybko zapomnieli rzeź Ormian, a jej sprawców nie ukarano – to czemu w jego przypadku miałoby być inaczej?
Jednakże obecnie, co jakiś czas prawda przebija się przez mroki niepamięci. Kolejne państwa uznają masakrę Ormian za ludobójstwo, wywołując wściekłość Ankary. W samej Turcji niejeden strażnik pamięci o tej zbrodni spędził w więzieniu długie lata, albo padł ofiarą „gniewu wzburzonych obywateli” (vide Ormianin Hrant Dink, zastrzelony w Konstantynopolu w styczniu 2007 roku).
Ówczesny premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan zdobył się na coś w rodzaju ostrożnego i warunkowego współczucia. Przesłał Ormianom „kondolencje”, mówił dużo o dawnych „cierpieniach”, o „trudnym i bolesnym okresie”, o „wspólnym bólu nas wszystkich”, zarazem ostrzegając przed „oszczerstwami i prowokacjami” oraz „próbami siania wrogości wobec Turcji”.
Jako żywo przypominało to „wyważony” bełkot pewnych polityków polskich i ukraińskich w sprawie tzw. „tragicznych wydarzeń” na Wołyniu…
Niemy krzyk
Ta historia toczy się wciąż, bez końca. Dziś oglądamy zagładę wspólnot chrześcijan w Syrii i Iraku.
Warto pamiętać, że przed przeszło wiekiem Syria i Irak nie były niepodległymi państwami, że te ziemie wchodziły w skład imperium tureckiego i że na ich obszarze również prowadzono akcję ludobójczą. Tu historia zazębia się z teraźniejszością. Dzisiejsze zbrodnie fanatyków islamskich stanowią kontynuację holokaustu sprzed ponad stu lat.
***
Francuski historyk Yves Ternon, który badał przebieg zagłady Ormian, przytoczył relacje z jądra ciemności, jakim był młodoturecki obóz koncentracyjny Dejr ez-Zor (dziś terytorium Syrii), grób być może nawet czterystu tysięcy ofiar. Urzędnicy tureccy kierowali tam kolumny uchodźców, niedobitków z pogromów. Obiecywali nieszczęsnym, że w obozie znajdą bezpieczne schronienie. W rzeczywistości Ormianie spotykali tam przeważnie śmierć.
Ci nieliczni, którzy ocaleli zapamiętali postać małego ormiańskiego chłopca, może dziesięciolatka, ukrywającego się w okolicy. Jego bliscy zostali zamordowani, a on sam poddany torturom. Oprawcy wyrwali mu język i porzucili okaleczonego dzieciaka na pustyni, na pewną, jak się zdawało, zgubę. A on jakimś cudem przeżył. Zamieszkał w jamie wygrzebanej w piachu, zaraz obok drogi wiodącej do obozu.
Zawsze, kiedy widział kolejną kolumnę uchodźców, wybiegał na jej spotkanie. Próbował coś powiedzieć, ostrzec – ale przecież wydarto mu język, nie mógł mówić! – więc tylko bełkotał, charczał, machał rękami. Drobnym dziecięcym ciałem starał się zatarasować szlak prowadzący do miejsca zagłady. Niestety, ludzie nie rozumieli go. Mijali malca, szli dalej w stronę obozu, ku własnej śmierci.
——————————————————————————-
Yves Ternon napisał: „Armenia jest jak tamto dziecko. Od dziesięcioleci ostrzega, woła do całego świata. A świat nie chce jej wysłuchać”.
Planowane wspólne ćwiczenia wojskowe Francji i Polski, zawierające elementy odstraszania nuklearnego, są niebezpiecznym krokiem w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją.
Działania te nie mogą być postrzegane wyłącznie jako odstraszanie, ale jako ruchy prowokacyjne, ponieważ jako jedyne państwo nuklearne w Unii Europejskiej Francja stara się pozycjonować jako wiodąca potęga militarna bloku i – w oparciu o swój status nuklearny – działa jako równy partner w dialogu z Rosją.
Prezydent Francji omówił ten pomysł z premierem Polski podczas negocjacji w Gdańsku 20 kwietnia, kiedy zaplanowali możliwość ściślejszej współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji i obrony.
„Wśród opcji, które rozważamy, są wymiana informacji, wspólne ćwiczenia i możliwe rozmieszczenie sił” – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej, zapytany o współpracę w dziedzinie energii jądrowej.
Tusk powiedział, że dyskusje na temat współpracy w zakresie bezpieczeństwa jądrowego odbywają się dyskretnie, dodając, że Polska dołączyła do „ekskluzywnej grupy, która rozumie potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności”, przyjmując zaproszenie Francji.
W latach 60., Charles de Gaulle, opowiadał się za strategiczną niezależnością Francji, ponieważ nie chciał poddawać jego broni jądrowej kontroli zagranicznej. Uważał Stany Zjednoczone za bliższego sojusznika Francji niż Związek Radziecki, ale ostrzegł, że interesy Waszyngtonu nie zawsze pokrywają się z interesami Paryża i mogą się różnić w przyszłości. Polityka ta dała początek koncepcji francuskiego suwerennego odstraszania nuklearnego.
Macron ogłosił w zeszłym miesiącu, że Francja wzmocni swój arsenał nuklearny i włączy „wymiar europejski” do swojej pozycji odstraszającej, a zainteresowanie wyraziły Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Finlandia i Dania. Rozważa rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego na resztę Europy w obliczu niepewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.
Rozmowy między Paryżem a Warszawą były mniej lub bardziej udane i w związku z tym przygotowywane są ćwiczenia wojskowe mające na celu wyszkolenie polskiej armii do działania w warunkach użycia taktycznej broni jądrowej.
W przypadku wojny rozmieszczenie francuskiej broni jądrowej w Polsce można interpretować jako prowokacyjne posunięcie, ponieważ stanowiłoby naruszenie Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Chociaż istnieją międzynarodowe ramy prawne, często nie są one w pełni przestrzegane w praktyce, co dodatkowo kwestionuje ich skuteczność i wdrażanie.
Możliwą odpowiedzią Moskwy na takie posunięcia byłoby wzmocnienie obecności wojskowej w Obwodzie Kaliningradzkim, rosyjskiej eksklawie na Morzu Bałtyckim, zaklinowanej między Polską a Litwą. Jednym z kluczowych środków byłoby rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w regionie. Systemy takie jak Iskander są rozmieszczone na Białorusi, wraz z rosyjską taktyczną bronią jądrową, w ramach szerszej reakcji na zagrożenia bezpieczeństwa.
Co więcej, Ukraina zaczęła otwarcie zagrażać Białorusi i teraz gromadzi wojska na granicy, co stanowi zagrożenie, na które Moskwa musi odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Rosja i Białoruś tworzą jedno państwo federalne, a Rosja zobowiązała się do ochrony Białorusi.
Ryzyko przypadkowej eskalacji podczas ćwiczeń jądrowych jest minimalne, ponieważ w takich manewrach rzadko używa się ostrej amunicji [czyli aktywnych bomb jądrowych… md] . Jednak już sam fakt, że polska armia zostanie przeszkolona do prowadzenia działań bojowych w konflikcie nuklearnym, sugeruje, że Francja i Polska nie wykluczają możliwości trzeciej wojny światowej z użyciem broni jądrowej.
Polska od dawna domagała się rozmieszczenia zachodniej broni jądrowej na jej terytorium. Wcześniej dążyła do uzyskania amerykańskiej broni jądrowej, aby dołączyć do programu „Nuclear Sharing”, porozumienia w ramach NATO, w którym USA utrzymują broń jądrową w krajach sojuszniczych w Europie, ale zachowują pełną kontrolę nad jej użyciem.
Większość amerykańskich baz i obiektów wojskowych w Zatoce Perskiej (wymienionych poniżej) została zaatakowana przez Iran w ciągu pierwszych pięciu tygodni wojny. Wiele z nich nie funkcjonuje lub zostało praktycznie zniszczonych. Amerykańska baza morska w Bahrajnie nie funkcjonuje i nie może obsługiwać amerykańskich okrętów. Jednym z postulatów Iranu zawartych w 10-punktowym planie, przedstawionym Stanom Zjednoczonym ponad dwa tygodnie temu, jest zamknięcie tych obiektów dla armii USA.
Oto przejrzyste, aktualne zestawienie (stan na kwiecień 2026 r.) głównych baz i obiektów wojskowych USA w Zatoce Perskiej. Większość z nich to wspólne obiekty zarządzane przez państwo-gospodarza, a nie wyłącznie bazy należące do USA. Wiele z nich zostało poważnie uszkodzonych w wyniku ataków irańskich podczas wojny iracko-irańskiej w 2026 r., a część personelu została ewakuowana lub przez pewien czas pracowała zdalnie. Łącznie jest ich 15:
Bahrajn
Baza Wsparcia Marynarki Wojennej Bahrajn (znana również jako NSA Bahrain lub Baza Marynarki Wojennej Juffair) w Manamie jest siedzibą Piątej Floty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Nadzoruje operacje morskie w Zatoce Perskiej, Morzu Czerwonym, Morzu Arabskim i części Oceanu Indyjskiego. Jest to najważniejszy ośrodek marynarki wojennej USA w regionie.
Katar
Baza Lotnicza Al Udeid (niedaleko Dohy) – największa amerykańska baza wojskowa na Bliskim Wschodzie. Służy jako wysunięta kwatera główna Centralnego Dowództwa Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) i Centralnego Dowództwa Sił Powietrznych USA, stacjonuje tam około 8000–10 000 żołnierzy amerykańskich (plus siły koalicji). Wspiera główne operacje powietrzne, rozpoznanie i funkcje dowodzenia. Była głównym celem ostatnich konfliktów.
Kuwejt (mieści się tu większość baz USA w regionie)
Camp Arifjan — wysunięta kwatera główna Centralnej Dywizji Armii Stanów Zjednoczonych (ARCENT), ważny węzeł logistyczny i zaopatrzeniowy.
Camp Buehring (dawniej Camp Udairi) — miejsce rozmieszczenia jednostek armii amerykańskiej przerzucanych do Iraku, Syrii i innych regionów.
Baza lotnicza Ali Al Salem — baza sił powietrznych służąca do transportu, przeładunku i operacji ekspedycyjnych (często nazywana „Skałą”).
Baza lotnicza Ahmad al-Jaber — wspólna baza sił powietrznych Kuwejtu i USA, zapewniająca wsparcie operacji powietrznych.
Inne mniejsze obiekty to Camp Patriot (współdzielony z bazą morską w Kuwejcie).
Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA)
Baza Lotnicza Al Dhafra (na południe od Abu Zabi) – kluczowa amerykańska baza lotnicza, współdzielona z Siłami Powietrznymi Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Mieści się w niej 380. Ekspedycyjne Skrzydło Lotnicze i obsługuje samoloty bojowe (w tym F-22, F-35 i F-15), rozpoznanie (U-2 i RQ-4 Global Hawk), dowództwo powietrzne (E-3 Sentry) oraz operacje tankowania. Była szeroko wykorzystywana w misjach regionalnych.
Port Dżabal Ali (Dubaj) – Nie jest to formalna baza, ale jest to najbardziej ruchliwy port morski USA na Bliskim Wschodzie. Regularnie zawijają do niego lotniskowce oraz duże okręty zaopatrzeniowe i konserwacyjne.
Baza morska w Fudżajrze (poza Cieśniną Ormuz) – zapewnia wsparcie logistyczne i bezpieczny punkt dostępu.
Arabia Saudyjska
Baza Lotnicza Prince Sultan (PSAB, około 60–100 km na południe od Rijadu) – główny węzeł obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej obsługujący systemy Patriot i THAAD, operacje myśliwskie i samoloty-cysterny. W ostatnich latach została reaktywowana na potrzeby obrony regionalnej i zwiększyła się jej liczba personelu.
Wioska Eskan (w pobliżu Rijadu) — ośrodek zakwaterowania i wsparcia, głównie dla personelu Misji Szkoleniowej Wojsk USA i innych doradców (nie jest to baza bojowa).
Baza Lotnicza Króla Fahda (Taif) – Położona niedaleko Taif w zachodniej Arabii Saudyjskiej (około 85 km od Mekki). W marcu 2026 roku Arabia Saudyjska przyznała Stanom Zjednoczonym rozszerzony lub nowy dostęp do tej bazy, specjalnie na potrzeby operacji związanych z konfliktem z Iranem. Oferuje ona strategicznie użyteczne położenie na zachodzie (bliżej Morza Czerwonego) w porównaniu z bardziej centralno-wschodnią bazą lotniczą Prince Sultan. Według doniesień jest ona otwarta na amerykańskie operacje powietrzne, logistykę lub wsparcie przeciwko Iranowi. Było to znaczące wydarzenie, ponieważ Arabia Saudyjska wcześniej ostrożnie podchodziła do zezwalania na ofensywne wykorzystanie swojego terytorium.
Baza lotnicza Króla Abdulaziza (Prowincja Wschodnia / obszar Dhahranu) — w przeszłości sporadycznie odwiedzana przez Amerykanów, głównie w celach szkoleniowych i logistycznych. W ostatnich latach nie była głównym węzłem komunikacyjnym.
Międzynarodowy Port Lotniczy im. Króla Fahda (okolice Dammam) lub powiązane z nim jednostki wojskowe – czasami wykorzystywane do przemieszczania się logistycznego, a nie jako dedykowana baza bojowa. Baza Lotnicza w Rijadzie (wojskowa część Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Króla Chalida) – ograniczone funkcje wsparcia.
Jednym ze sposobów, aby Iran miał pewność, że Stany Zjednoczone nie zaatakują go ponownie, jeśli zostanie osiągnięte porozumienie w drodze negocjacji, jest zakazanie wszelkiej obecności wojsk USA w tych bazach. Jeśli administracja Trumpa chce osiągnąć dyplomatyczne rozwiązanie obecnie zawieszonej wojny, musi zgodzić się na wycofanie się z tych baz i obiektów. Iran może wymusić faktyczne wycofanie sił USA, niszcząc te miejsca i czyniąc je niezdatnymi do zamieszkania.
Kiedy Trump ogłosił przedłużenie zawieszenia broni w „Taco Tuesday”, napisał:
„…proszono nas o zawieszenie działań militarnych przeciwko Iranowi do czasu, aż jego przywódcy i przedstawiciele przedstawią spójną propozycję”.
Przepraszam, panie Trump, ale Iran rzeczywiście przedstawił spójną propozycję.
Oto ona:
Zniesienie wszystkich sankcji pierwotnych i wtórnych nałożonych na Iran, w tym wyznaczenie banków, firm i instytucji.
Uwolnienie zamrożonych irańskich aktywów za granicą (np. na terenie jurysdykcji sojuszniczych z Zachodem).
Formalna gwarancja USA na wypadek przyszłej agresji militarnej przeciwko Iranowi i jego sojusznikom.
Zakończenie wszystkich ataków USA na Iran i jego regionalnych sojuszników, w tym ataków na infrastrukturę, milicje i siły zastępcze.
Wycofanie wojsk USA z Bliskiego Wschodu lub co najmniej znaczące zmniejszenie ich obecności.
Uznanie irańskiej kontroli nad Cieśniną Ormuz, co skutecznie potwierdza dominującą rolę Teheranu w regulowaniu ruchu przez ten szlak wodny.
Zobowiązanie do nieingerowania w wewnętrzne sprawy Iranu, w tym w sprawy polityczne i bezpieczeństwa.
Uznanie „niezbywalnego prawa” Iranu do wzbogacania uranu na potrzeby cywilnej energetyki jądrowej, bez określenia górnego limitu poziomów wzbogacania.
Zapewnienie reparacji i rekompensat za szkody poniesione w trakcie operacji prowadzonych przez Stany Zjednoczone i wojny, w tym szkody w infrastrukturze i eksporcie ropy naftowej.
Osadzenie porozumienia w wiążących ramach międzynarodowych popieranych przez ONZ (np. rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ lub umowie wielostronnej), aby zapobiec jednostronnemu przywróceniu sankcji lub wznowieniu działań wojennych przez Stany Zjednoczone.
Nie wierzę, że Iran zmieni swoje stanowisko… To jego „spójna propozycja”. Toczy się złowroga, równoległa kampania propagandowa przeciwko Iranowi, wykazująca te same cechy, co kampania propagandowa przeciwko Rosji. Kampania przeciwko Iranowi utrzymuje, że w irańskim rządzie panują poważne podziały, nastawiające cywilnych przywódców, takich jak minister spraw zagranicznych Araghchi, przeciwko przywódcom Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. To nieprawda. Oświadczenia Araghchiego i Mohammada Baghera Ghalibafa (tj. przewodniczącego irańskiego parlamentu) są w pełni zgodne z oświadczeniami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
Problem z tym kłamstwem polega na tym, że wydaje się, iż większość, o ile nie wszyscy, doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego w nie wierzą. Jak wspomniano powyżej, zaobserwowaliśmy to samo zjawisko w przypadku Rosjan. Władimir Putin był bardzo precyzyjny, kiedy przedstawił rosyjskie warunki wstępne negocjacji w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie 14 czerwca 2024 roku. Rosja nie wycofała się z nich.
Najnowszy artykuł Sy Hersha to kolejny przykład tego, jak administracja Trumpa okłamuje samą siebie. To zdumiewający kawałek bzdury. Oto dwa najbardziej absurdalne akapity w artykule:
„A teraz, jak mi powiedziano, wojna, którą Rosja zdawała się wygrywać, przerodziła się w koszmar ekonomiczny i militarny dla Putina i rosyjskiej armii pod dowództwem generała Walerija Gierasimowa, zaprawionego w bojach dowódcy, który jest jednym z trzech ludzi w Rosji mających dostęp do kodów nuklearnych kraju…”
„Ekspert powiedział mi, że rezultatem korupcji i intensywnego ukraińskiego nadzoru dronami jest to, że armia rosyjska „nie jest dalej w inwazji niż dwa lata temu. Nie mogą się ruszyć – nie mają zdolności ofensywnych”.
Nie wiem, co powiedzieć. Ten artykuł to plama na karierze niegdyś legendarnego dziennikarza. Chociaż relacjonuje to, co mówią mu amerykańscy urzędnicy zaangażowani w wywiad i sprawy wojskowe, nie próbuje kwestionować bzdur, którymi go karmią.
Kilka tygodni temu rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że siły rosyjskie zakończyły pełne zajęcie całej Ługańskiej Republiki Ludowej. Obecnie Rosja jest w trakcie okrążania dwóch pozostałych ukraińskich bastionów w Donieckiej Republice Ludowej – Słowiańsk i Kramatorsk. Rosja posuwa się również w kierunku Sumy na północy i Zaporoża na południu.
Sy powtarza absurdalny argument, że rosyjskie wojsko jest niekompetentne, ponieważ nie pokonało Ukrainy – państwa wspieranego i finansowanego przez NATO – w czasie, w którym Sowieci pokonali nazistów. Dobrze, przyjmijmy to za uczciwy punkt odniesienia… Co to mówi o fakcie, że wojsko amerykańskie nie pokonało talibów w Afganistanie po 20 latach? Powolne tempo postępów Rosji w porównaniu z II wojną światową odzwierciedla strategię minimalizacji ofiar wśród żołnierzy i cywilów. Według generała Walerija Gierasimowa na niedawnej konferencji prasowej, Rosja podbiła około 1700 km² między 1 stycznia a 31 marca 2026 roku. Dla porównania, Rosja podbiła więcej terytoriów w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2026 roku niż w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2025 roku. Tyle w kwestii absurdalnego twierdzenia, że armia rosyjska „nie ma zdolności ofensywnych”.
Wojna jako prekursor wielobiegunowego Nowego Porządku Świata? Rozmowa z Jamesem Corbettem.
uncut-news.ch
================================
Zbiorowy opór działa tylko na poziomie indywidualnym. Gdyby wszyscy jednogłośnie powiedzieli „nie” podczas pandemii COVID-19, system załamałby się w ciągu kilku dni.
W specjalnym wydaniu „Daily Pulse” prowadząca Maria Z. rozmawia z uznanym niezależnym dziennikarzem Jamesem Corbettem (The Corbett Report) o prawdziwej naturze obecnych geopolitycznych wstrząsów.
Corbett, który od prawie 20 lat przygląda się kulisom władzy, maluje ponury obraz: pozorna walka między różnymi globalnymi potęgami to nic innego jak sfałszowana gra, która nieuchronnie doprowadzi do powstania technokratycznego rządu światowego – niezależnie od tego, czy będzie on sprawował władzę pod flagą jednobiegunową, czy wielobiegunową.
Film można odsłuchać w języku niemieckim w ustawieniach YouTube.
Wprowadzenie: Iluzja „grzecznego chłopca”
Prowadzący rozpoczyna program prowokacyjną tezą: Podczas gdy wiele osób postrzega obecne konflikty jako walkę „dobra” ze „złem” – na przykład USA i ich sojusznicy przeciwko Rosji, Chinom czy Iranowi – aktorzy po obu stronach to często ci sami, którzy już wcześniej działali za kulisami w Lidze Narodów, Organizacji Narodów Zjednoczonych, na Konferencji Bilderberg czy w Komisji Trójstronnej. James Corbett, jak wyjaśnia Maria Z., uważa, że nie będzie „dobrego”, który by nas uratował. Niezależnie od wyniku obecnych konfliktów, droga ta prowadzi wprost do technokracji, na którą musimy się przygotować.
James Corbett: Życie niezależnego dziennikarza
James Corbett krótko się przedstawia: W 2007 roku uruchomił „Raport Corbetta”, jako jeden z pierwszych podcasterów, często wyśmiewany za czerpanie informacji „z internetu”. Prawie 20 lat później internet jest głównym źródłem informacji dla większości ludzi – co jest satysfakcjonującym rezultatem jego pracy. Ostrzega jednak: establishment wyciągnął wnioski. Teraz infiltruje przestrzeń internetową fałszywymi, „quasi-niezależnymi” głosami, jak w ruchu „QAnon”. Wcześniej ludzie byli wyśmiewani; dziś są aktywnie wprowadzani w błąd.
„Walka” o opinię publiczną stała się trudniejsza, ale antidotum pozostaje to samo: krytyczna analiza wszystkich informacji, praca nad źródłami i odmowa ślepego zaufania jakiejkolwiek osobie lub „marce”.
Wielka iluzja: wielobiegunowa linia życia
Sednem dyskusji jest koncepcja „świata wielobiegunowego”. Wielu przedstawicieli ruchu antyestablishmentowego postrzega kraje takie jak Rosja, Chiny i Iran jako naturalnych sojuszników w walce z imperialnym porządkiem pod przewodnictwem USA. Putin, zgodnie z powszechną narracją, jest zbawcą zachodniej cywilizacji. Dla Corbetta to niebezpieczny miraż.
Jego fundamentalna teza: „Nie jesteśmy przeciwni konkretnemu państwu narodowemu. Jesteśmy przede wszystkim przeciwni ideologii”. Ideologia ta, jak argumentuje, to przekonanie o prawie niektórych ludzi do rządzenia innymi. Dyktatury w Chinach, Rosji i „dyktatury” na Zachodzie (USA, Wielka Brytania) są dla niego wyrazem tej samej, fundamentalnie błędnej ideologii politycznej. Nie jest to walka między wyzwoleniem a uciskiem, lecz walka o władzę w obrębie klasy rządzącej.
Idea świata wielobiegunowego, w którym wszystkie narody mają swój kawałek tortu, to nic innego jak rebranding Nowego Porządku Świata – ładnie brzmiącego hasła ONZ, maskującego wizję rządu światowego kontrolowanego przez oligarchów. Jedyną realną różnicą między frakcjami jest to, kto znajdzie się na szczycie rządzącej kliki.
Koordynacja czy „polityka mafijna”?
Zapytany o koordynację za kulisami obecnej wojny z Iranem, Corbett ostrzega przed uproszczonym rozumieniem spisku. Nie chodzi o scenariusz rozpowszechniany przez tajemniczą grupę. Zamiast tego sugeruje analogię do mafii :
Rodziny mafijne mogą być zaciekłymi wrogami i walczyć między sobą. Ale gdy zagrożone jest samo istnienie zorganizowanej przestępczości, jednoczą się. To samo dotyczy polityki globalnej. Różne mocarstwa przy stole mogą się nienawidzić, ale działają razem, gdy chodzi o ratowanie systemu jako całości.
Wydarzenia takie jak zamach na JFK, 11 września czy pandemia COVID-19 nie były jednoosobowymi działaniami, ale przyniosły korzyści tak wielu wpływowym postaciom, że zrodziła się współpraca – celowa lub po prostu naśladowcza.
COVID był „ogromnym, pięknym darem od bogów” dla każdej władzy, który zapoczątkował kolejny etap ludzkiej kontroli: technokrację . Kopiowali się nawzajem – Chiny zamykają swoich obywateli, Zachód krzyczy: „Dobry pomysł, zróbmy to samo”.
Wojna w Iranie: środek do celu
Corbett analizuje wojnę w Iranie, stosując metodę: „Celem systemu jest to, co on robi”. Pomijając retorykę, jaki jest dotychczasowy rezultat tej wojny? Przerwanie przepływu ropy przez Cieśninę Ormuz . Celem wojny jest zakłócenie tego swobodnego przepływu ropy – poprzez blokadę lub nałożenie opłaty drogowej.
To tutaj spotykają się sprzeczne interesy:
Wizja wielobiegunowa : Iran demonstruje swoją kontrolę nad cieśniną, ustalając fakty na miejscu za opłatę, być może w lokalnych walutach, co zmienia kształt światowego handlu ropą naftową.
Odpowiedź jednobiegunowa : Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa odpowiedziały blokadą blokady, aby samodzielnie decydować, kto ma prawo transportować ropę – umacniając w ten sposób swoją dominację.
Dla przeciętnego obywatela, argumentuje Corbett, oznacza to tylko jedno: rosnące ceny benzyny, gorszą sytuację gospodarczą i większą zależność od państwa. „Niewolnicze wybory” odbywające się co kilka lat nie zmieniają tego fundamentalnego porządku.
Agenda 2030 i technokratyczna przyszłość
Maria Z. dodaje, że konsekwencje zakłóceń w handlu wykraczają daleko poza ropę naftową: przemysł chemiczny, nawozy, globalne dostawy żywności – wszystko jest dotknięte. Międzynarodowa Agencja Energii już ostrzega przed niedoborem paliwa lotniczego w Europie w ciągu kilku tygodni. Niezależnie od tego, czy było to zamierzone, czy nie, konsekwencje te przyspieszają realizację Agendy 2030 – scenariusza Światowego Forum Ekonomicznego „nie mieć nic, być szczęśliwym”.
Corbett zgadza się: Każde wydarzenie, zarówno rzeczywiste, jak i inscenizowane, jest obecnie wykorzystywane jako pretekst do realizacji tej wizji. Podczas gdy COVID przyniósł cyfrowe dowody osobiste i paszporty szczepionkowe, wojna w Iranie stanowi uzasadnienie dla dalszego racjonowania, kontroli i upadku potencjału przemysłowego – rzekomo „dobrego dla środowiska”.
Niedawnym przykładem tego technokratycznego nacisku jest debata wokół „Powszechnego Wysokiego Dochodu” (UHI), podsycana tweetem Elona Muska. Maria Z. donosi o agresywnej kampanii internetowej, która przedstawia krytyków jako głupich.
Corbett nazywa Muska „marionetką na arenie międzynarodowej” i wskazuje na historię jego rodziny (jego dziadek był zaangażowany w ruch technokracji). Z ekonomicznego punktu widzenia, UHI to nonsens, ponieważ doprowadziłby do ogromnej inflacji. Co ważniejsze, taki system nigdy nie byłby bezwarunkowy. Waluta cyfrowa, w której byłby wypłacany, jest programowalna. MFW otwarcie rozważał już możliwość zakazania niektórych zakupów (np. amunicji czy mięsa). Powszechny Wysoki Dochód to nic innego jak przynęta, mająca na celu przywiązanie obywateli do państwa cyfrową smyczą.
Dystopijny finał
Rozmowa kulminuje w ponurej wizji technologicznego przełomu. Stoimy u progu bezprecedensowego dobrobytu dla wszystkich. Jednak psychopaci u władzy nie chcą rozkwitającej ludzkości, lecz kontroli nad zasobami i ludźmi. Wraz z postępującą automatyzacją, pracująca populacja stanie się zbędna.
Corbett cytuje dystopijną wizję Aldousa Huxleya (lub „Wehikułu czasu” H.G. Wellsa): Niewielka, technologicznie udoskonalona elita będzie rządzić zamieszkującą jaskinie, podporządkowaną klasą robotniczą – lub po prostu ją zredukuje (depopulacja).
Antidotum: indywidualizm i „linie na piasku”.
Corbett nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, jak uciec od plemiennictwa i mentalności „meczu sportowego” w polityce. Jeśli ludzie są z natury zaprogramowani na ciągłą potrzebę gry zespołowej, gatunek jest skazany na zagładę.
Jego praktyczna rada: Zapisz swoje „granice” (czerwone linie)! Każdy powinien być świadomy tego, czego nigdy by nie zaakceptował – inżynierii genetycznej, chipów mózgowych, cyfrowych identyfikatorów. Ci, którzy wcześniej sami sobie to określili, będą mieli większą odwagę, by powiedzieć „nie” w kluczowym momencie.
Jako przykład podaje zwolenników MAGA: gdyby wcześniej zapisali, że nie poprą Trumpa, gdyby rozpoczął wojnę na Bliskim Wschodzie, mogliby być teraz mniej skłonni do porzucenia swoich zasad.
Maria Z. dodaje: Musimy również opracować plany awaryjne . Jak poradzimy sobie bez cyfrowych dowodów tożsamości? Jak możemy się teraz przygotować na osobiste usługi?
Zbiorowy opór działa tylko na poziomie indywidualnym. Gdyby wszyscy jednogłośnie powiedzieli „nie” podczas pandemii COVID-19, system załamałby się w ciągu kilku dni.
Wniosek
Odcinek kończy się pilnym apelem: Czas ucieka. Technologiczne „ulepszenia” (manipulacja genomem, sztuczna inteligencja, cyfrowe waluty banków centralnych) nie są już tylko wizją przyszłości, ale są już wdrażane. Każdy, kto teraz nie użyje krytycznego osądu, nie wyznaczy czerwonych linii i nie zorganizuje się lokalnie, spędzi następne kilka lat jako zwykły obserwator globalnego spektaklu – aż będzie za późno.
Rynki mogą świętować przedwcześnie, ale kolejna faza prawdopodobnie przyniesie jeszcze większą wojnę.
Alastair Crooke za pośrednictwem The Unz Review
Przez Alastair Crooke
Z perspektywy czasu wojna handlowa Trumpa wydawać się będzie drobnostką w porównaniu z groźbą ciosu dla chińskich linii dostaw.
Wkraczamy w nową fazę tej wojny z Iranem. Może ona potoczyć się inaczej, niż wielu się spodziewa (zwłaszcza na rynkach finansowych). Wczoraj Trump powiedział między innymi, że Cieśnina Ormuz jest otwarta i że Iran zgodził się nigdy jej nie zamykać; że Iran, z pomocą USA, usunął lub jest w trakcie usuwania wszystkich swoich min morskich; oraz że USA i Iran będą współpracować w celu pozyskania irańskiego wysoko wzbogaconego uranu (HEU). Trump napisał:
„Zajmiemy się tym razem. Będziemy działać razem z Iranem, w spokojnym tempie, i pojedziemy tam, żeby rozpocząć wykopaliska dużymi maszynami… Wkrótce przewieziemy to z powrotem do Stanów Zjednoczonych”.
Prezydent powiedział wcześniej w piątek, że Iran zgodził się przekazać swoje zapasy wzbogaconego uranu.
Żadne z tych twierdzeń nie było prawdziwe. Albo Trump fantazjował (trzymał się fantazji, mimo że wierzył w ich prawdziwość), albo manipulował rynkami. Jeśli to drugie jest prawdą, to odniósł sukces. Cena ropy spadła, a rynki gwałtownie wzrosły. Podobno 20 minut przed twierdzeniem, że Cieśnina Ormuz jest otwarta i nigdy nie zostanie zamknięta, zajęto krótką pozycję na ropie o wartości 760 milionów dolarów… Ktoś zbił fortunę.
Całe to zamieszanie było ogromne. Trump zapowiedział również, że nowa runda negocjacji i prawdopodobne porozumienie z Iranem nastąpią już wkrótce – nawet w ten weekend. Prawdopodobieństwo negocjacji jest znikome. Irańska agencja informacyjna Tasnim donosi, że „strona amerykańska została poinformowana przez pakistańskiego mediatora, że my [Iran] nie zgadzamy się na drugą rundę [negocjacji]”.
Od samego początku wynegocjowanego przez Pakistan zawieszenia broni, Iran miał zezwalać na przepływanie ograniczonej liczby statków dziennie. Jednak zawsze zależało to od irańskich warunków przewozu.
Końcowym rezultatem manipulacji Trumpa było to, że Iran potwierdził dotychczasowe warunki dotyczące Ormuzu, zapasów wzbogaconego uranu i „prawa do wzbogacania” w ramach bardziej rygorystycznej, mniej elastycznej definicji.
Rozmowy w Islamabadzie pokazały już Iranowi, że jego 10-punktowy plan – pierwotnie poparty przez Trumpa jako „praktyczna podstawa” do rozpoczęcia bezpośrednich negocjacji z Iranem – jest czymś zupełnie innym. Irański plan został odsunięty na boczny tor pod koniec dnia , gdy Stany Zjednoczone powróciły do kluczowych punktów planowanego triumfalnego marszu: stałego zobowiązania Iranu do wyrzeczenia się wzbogacania uranu; przekazania USA 430 kg uranu wzbogaconego do 60%; oraz otwarcia Cieśniny Ormuz – bez opłat drogowych.
Krótko mówiąc, stanowisko USA było po prostu kontynuacją długoletnich żądań Izraela. To dodatkowe doświadczenie oszustwa ze strony USA jedynie wzmocni przekonanie Iranu, że musi zawsze zachować czujność i postrzegać sztucznie wywołane zamieszanie jako potencjalną próbę odwrócenia uwagi od planowanej eskalacji militarnej USA.
Odrzucając te kluczowe żądania, Iran doprowadził do nagłego, ostatecznego wycofania się Stanów Zjednoczonych z Islamabadu, wyjaśniając w ten sposób kluczowy powód amerykańskiego strajku: Netanjahu był sfrustrowany. Bardzo sfrustrowany. „Jak twierdzi [Netanjahu], »media«, ten wygodny, uniwersalny »złoczyńca«, zdołały utrwalić narrację, że Izrael przegrał wojnę [z Iranem] ” – napisał Ravit Hecht w »Haarec« .
„Niewielu ludzi rozumie siłę krótkich, zwięzłych i jednoznacznych komunikatów lepiej niż Netanjahu… Z uciekającym czasem i słabnącą pozycją na arenie międzynarodowej Netanjahu desperacko pragnie odnieść choć jeden wyraźny sukces w ambitnych celach, które ogłosił w pierwszym tygodniu wojny – kiedy pycha i adrenalina wciąż napędzały każdą konferencję prasową rządu”.
Zmiana reżimu w Teheranie? To już nie podlega dyskusji. Niejasny cel stworzenia „warunków” do takiej zmiany rozwiał się. Zakończenie irańskiego programu rakiet balistycznych wydaje się teraz całkowicie nierealne; nawet ministrowie Netanjahu to przyznają. Jeśli chodzi o sieć regionalnych pełnomocników Iranu, jej wpływy mogą stać się bardziej subtelne, ale niewielu wierzy, że uda się ją całkowicie zdemontować.
„W tej grze pozostaje jedna karta: uran”.
„Wewnętrzne otoczenie Netanjahu ma nadzieję, że podobnie jak w poprzednich kryzysach, rosnąca presja może zmusić Iran do eksportu zapasów wzbogaconego uranu. Netanjahu stawia wszystko na ten wynik – lub na możliwość, że kolejna wojna może jeszcze bardziej zdestabilizować reżim”.
Z tego powodu wiceprezydent Vance – który otrzymywał instrukcje z Białego Domu lub Tel Awiwu niemal co godzinę – przedwcześnie zakończył rozmowy. Krótkie, zwięzłe orędzie zwycięstwa , od którego zależy przyszłość Netanjahu, najwyraźniej nie pojawiło się w planach podczas dyskusji.
Amerykański prawnik konstytucyjny Robert Barnes (przyjaciel Vance’a) w wywiadzie relacjonuje:
„Trump wykazywał pierwsze oznaki początkowej demencji we wrześniu 2025 roku… Często bełkocze, regularnie traci panowanie nad sobą i wybucha krzykiem, a do tego nie potrafi myśleć krytycznie.
I – według Barnesa – w tym stanie Trump szczerze wierzy, że USA pokonały Iran i nie zdaje sobie sprawy z ogromnych szkód gospodarczych, jakie zamknięcie Cieśniny Ormuz wyrządza światowej gospodarce”.
Krótko mówiąc, Barnes twierdzi, że urojenie Trumpa, iż Iran stoi na krawędzi kapitulacji, odzwierciedla jego upośledzony stan psychiczny – upośledzenie jego rozumienia „rzeczywistości” (interpretacja panglossowska, którą sekretarz Pete Hegseth stara się jak może wspierać).
Podobnie jak Netanjahu, Trump prawdopodobnie wierzy, że naciski, a nawet jeszcze większa presja na Iran mogą przynieść triumfalne zwycięstwo, w którym (mówiąc w przenośni) 430 kg wzbogaconego uranu mogłoby zostać wydobyte wysoko – albo zmuszone do poddania się pod wpływem nacisków ekonomicznych, albo w dramatyczny sposób przejęte na miejscu przez siły amerykańskie.
W obliczu kryzysu w Białym Domu wiceprezydent Vance (ponownie według Barnesa) gorączkowo pracował za kulisami, aby zorganizować nowe spotkanie z Iranem w Islamabadzie – mimo że proces polityczny był celowo utrudniany przez zmasowane izraelskie ataki powietrzne i naziemne w Libanie, w których zginęło i zostało rannych nawet 1000 osób (prawie wyłącznie cywilów) podczas negocjacji w sprawie zawieszenia broni, a także przez trwające ataki od czasu rzekomego „zakazu” Izraela atakowania Libanu przez Trumpa na początku libańskiego zawieszenia broni dwa dni temu.
Po wielu rozmowach z Pakistanem i licznych komunikatach płynących w różnych kierunkach, „irański urzędnik wojskowy powiedział wczoraj wieczorem, że Teheran postawił Stanom Zjednoczonym ostateczne ultimatum, stwierdzając, że Iran jest zaledwie godzinę od rozpoczęcia operacji wojskowej i ataków rakietowych na siły izraelskie atakujące Liban, co [ostatecznie] zmusiło Trumpa do ogłoszenia zawieszenia broni w Libanie”, aczkolwiek spotkało się to z ogromnym oburzeniem Izraela. Izraelscy urzędnicy byli wściekli i narzekali, że zostali poinformowani dopiero po fakcie .
Nie jest wcale jasne, czy Izrael będzie się do niego stosował (już złamał zawieszenie broni). Netanjahu, wszyscy izraelscy liderzy opozycji i zdecydowana większość społeczeństwa izraelskiego jednomyślnie pragną kontynuować wojnę.
Rozmowy w Islamabadzie zakończyły się fiaskiem, po pierwsze dlatego, że podziały między obiema stronami były nie do pokonania podczas jednej sesji; a po drugie, ponieważ strony miały odmienne i sprzeczne postrzeganie sytuacji na miejscu. Stany Zjednoczone najwyraźniej działały w oparciu o „hipotezę”, że druga strona jest już zdewastowana militarnie i zdesperowana.
Iran z kolei przystąpił do rozmów przekonany, że wyszedł z 12-dniowej wojny wzmocniony. W jego ocenie oznaczało to, że wpływ kontroli nad Ormuzem i Morzem Czerwonym nie osiągnął jeszcze takiego poziomu, by można było stwierdzić, że równowaga sił jest zdecydowanie na korzyść Iranu – a już na pewno nie takiego, który uzasadniałby znaczące ustępstwa ze strony Iranu.
Jaka będzie prawdopodobnie następna faza? Cóż – kolejna wojna . Większa wojna konwencjonalna, której głównym celem prawdopodobnie będzie kolejna zmasowana seria ataków rakietowych, wymierzonych głównie w irańską infrastrukturę cywilną (ponieważ izraelsko-amerykańska lista celów nigdy nie została zaprojektowana tak, aby wytrzymać ataki trwające dłużej niż kilka dni).
14 kwietnia Rada Bezpieczeństwa Rosji ostrzegła, że „negocjacje w sprawie zawieszenia broni mogą zostać wykorzystane przez Waszyngton jako pretekst do przygotowań do wojny lądowej… Stany Zjednoczone i Izrael mogą wykorzystać rozmowy pokojowe do przygotowania operacji lądowej przeciwko Iranowi, podczas gdy Pentagon będzie nadal zwiększał liczbę wojsk amerykańskich w regionie”.
Trump dodał teraz nowy front, którego celem jest maksymalizacja presji gospodarczej na Iran poprzez sankcje i blokady. Głównym celem są Chiny, które, jak twierdzi sekretarz skarbu Scott Bessent, są największym nabywcą ropy naftowej z Iranu po obniżonych cenach. Bessent opisuje ten nowy wymiar jako finansowy odpowiednik wcześniejszych kinetycznych (militarnych) ataków USA i Izraela na Iran. Nazwał to częścią „Operacji Ekonomicznej Furii” – mającej na celu odcięcie Iranu od źródeł dochodów, w szczególności z nielegalnej sprzedaży ropy i sieci przemytniczych.
Bessent powiedział również, że Stany Zjednoczone nałożą sankcje wtórne na każdy kraj, firmę lub instytucję finansową, która nadal będzie kupować irańską ropę naftową lub pozwoli irańskim pieniądzom przepływać przez swoje konta. Określił to jako „bardzo surowe posunięcie”. Bessent wyraźnie ostrzegł, że Stany Zjednoczone nałożą sankcje wtórne, jeśli zostanie wykryte, że irańskie fundusze przepływają przez konta bankowe.
Jeśli to oświadczenie ma na celu wywarcie presji na Iran, by ten skapitulował przed Izraelem i Stanami Zjednoczonymi, to stanowi ono rażącą pomyłkę w ocenie sytuacji zarówno w Iranie, jak i w Chinach. Prawdopodobnie obróci się to przeciwko Trumpowi.
Stworzy to kolejny front ekonomiczny w tej wojnie i rozszerzy wojnę ekonomiczną na poziom globalny.
Jest prawdopodobne, że Chiny i Rosja zinterpretują to oświadczenie jako kolejną próbę USA (po blokadzie Wenezueli) ograniczenia chińskich szlaków dostaw energii. Kanał Ormuz pozostaje otwarty dla chińskich statków. Próba blokady przez Trumpa była pierwszym przejawem nacisku – a teraz grozi on sankcjami wobec chińskich banków i chińskiego handlu.
Z perspektywy czasu wojna handlowa Trumpa będzie postrzegana jako nic nieznacząca w porównaniu z groźbą ataku na chińskie szlaki dostawcze.
W niezwykle aktualnym wywiadzie na żywo z amerykańskim sędzią Andrew Napolitano w jego programie Judging Freedom irański profesor Mohammad Marandi – jeden z najbardziej znanych irańskich analityków politycznych i wieloletni obserwator stosunków amerykańsko-irańskich – otwarcie i szczegółowo mówił o obecnej sytuacji w Teheranie, nieudanych negocjacjach w Islamabadzie i powodach, dla których Republika Islamska nie chce prowadzić dalszych rozmów z delegacją USA pod przewodnictwem wiceprezydenta J.D. Vance’a.
Marandi, który przeprowadził wywiad ze swojego mieszkania w stolicy Iranu, przekazał nam obraz odporności, siły kulturowej i strategicznej jasności – daleki od narracji zachodnich.
Życie codzienne w Teheranie podczas zawieszenia broni
Profesor Marandi opisał sytuację w Teheranie jako w dużej mierze normalną, choć napiętą. Miasto znów było pełne ludzi, a sklepy i restauracje tętniły życiem. Niemniej jednak nie było jasne, czy zakupy osiągnęły już poziom sprzed wojny.
W poprzednich dniach wielu mieszkańców ponownie opuściło miasto, obawiając się, że zawieszenie broni się załamie i prezydent USA Trump może wznowić bombardowania. Sam Marandi zauważył jednak w ostatnich nocach utrzymującą się wysoką gęstość zaludnienia.
„Liczba osób, które opuściły miasto, jest prawdopodobnie mniejsza niż w czasie wojny”.
Napolitano zapytał o typowo irańskie zjawisko: podczas gdy obywatele Izraela szukali schronienia podczas irańskich ataków rakietowych na Tel Awiw, mieszkańcy Teheranu wychodzili na ulice, niosąc flagi, gdy USA bombardowały miasto.
Marandi wyjaśnił to, wskazując na głębokie korzenie w kulturze szyickiej i historię imama Husajna, wnuka proroka Mahometa.
„Sprzeciwił się uciskowi i tyranii – to nadal kształtuje irańskie społeczeństwo: sprawiedliwość, opór przeciwko ciemiężycielom i sprawiedliwość społeczna”.
Podczas nocnych zgromadzeń, mimo eksplozji, ludzie nie krzyczeli ani nie wpadali w panikę, lecz kontynuowali śpiewanie i zajmowali swoje pozycje.
„To niezwykłe uczucie być wśród nich”.
Zgromadzenia publiczne i obecność wojska
Sędzia pokazał agencji Reuters nagranie ogromnych tłumów na placu Taj w Teheranie – od około 20-tej do po północy, z ciągłym przepływem ludzi. Dodał, że rakiety były tam nawet wystawione na widok publiczny.
Marandi potwierdził, że tego typu spotkania odbywały się w kilku miejscach i odzwierciedlały emocjonalną więź ludności z obroną kraju.
Jednocześnie odniósł się do incydentu z udziałem dwóch statków w Zatoce Ormuz, które rzekomo zostały zatrzymane przez siły irańskie.
Podejrzewał, że była to bezpośrednia reakcja na atak USA na irański statek, na pokładzie którego znajdowali się marynarze i ich rodziny.
„Irańczycy weszli na pokład statków i prawdopodobnie doprowadzili je do swojego wybrzeża – w ramach odwetu”.
Negocjacje w Islamabadzie
Kluczowym punktem rozmowy były bezpośrednie negocjacje, które odbyły się tydzień wcześniej w Islamabadzie, w których uczestniczył Marandi.
Delegacja irańska pod przewodnictwem przewodniczącego parlamentu dr Bali – mając pełne upoważnienie ajatollaha Chameneiego – miała prawo podjąć decyzję.
Według Marandiego, wiceprezydent Vance, Steve Witkoff i Jared Kushner byli po stronie USA.
Marandi opisał, jak Vance wykonał kilka telefonów, m.in. do Netanjahu, który później publicznie oświadczył, że wysoko postawieni urzędnicy amerykańscy codziennie składali mu raporty.
„Bardzo dziwne zdanie.”
Było oczywiste, że strona amerykańska nie miała ostatecznych uprawnień decyzyjnych.
Pod koniec dnia Amerykanie stali się bardziej agresywni i niespodziewanie odwołali rozmowy zaplanowane na następny poranek.
„Nie wydawało się to poważne.”
Od tego czasu komunikacja odbywała się wyłącznie za pośrednictwem pośredników.
Marandi stanowczo odrzucił twierdzenia zachodnich mediów, jakoby irański rząd nie mówił jednym głosem.
„Dr Arakchi ma pełną władzę. Akta są w jego rękach. Nie ma żadnych rozbieżności.”
Spór o Cieśninę Ormuz
Marandi szczegółowo wyjaśnił związek z Cieśniną Ormuz.
W ramach zawieszenia broni Iran zgodził się na przepływ większej liczby statków – w tym tych z państw Zatoki Perskiej, takich jak Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska, które wsparły USA w wojnie.
Jednakże Izrael złamał zawieszenie broni, przeprowadzając masowe bombardowania w Libanie.
Po dziesięciu dniach Izrael został zmuszony do zawarcia zawieszenia broni, a Iran chciał nadal przestrzegać porozumienia.
Trump z kolei utrzymywał blokadę portów irańskich i Zatoki Perskiej.
„To było oczywiste naruszenie”.
Następnie Iran powrócił do swojej poprzedniej polityki.
„To nie Iran zmienił decyzję, ale Trump naruszył zawieszenie broni”.
Blokada gospodarcza i globalne konsekwencje
Marandi wydał surowe ostrzeżenie dotyczące konsekwencji blokady ze strony USA.
Dotyka to nie tylko Iran, ale całą gospodarkę światową. Niedobór ropy naftowej, skroplonego gazu ziemnego, nawozów, helu i produktów petrochemicznych pogłębia się z minuty na minutę.
Ceny żywności i paliwa już wzrosły.
„To tylko wierzchołek góry lodowej”.
Gdyby Trump zatrzymał irański tankowiec przewożący dwa miliony baryłek ropy przeznaczone dla Chin, Iran zareagowałby przejęciem tankowców z Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Bahrajnu i Kataru.
„Bez ich współpracy Stany Zjednoczone nie mogłyby prowadzić tej wojny”.
Strategiczne powściągliwość Iranu
Pomimo 3400 ofiar śmiertelnych po stronie Irańczyków, Iran zaatakował cele wojskowe i obiekty USA, unikając w dużej mierze ofiar cywilnych po drugiej stronie – w przeciwieństwie do masowych ataków izraelskich.
„Nikt w Iranie nie chce, żeby ludzie ginęli po drugiej stronie Zatoki Perskiej. Chcemy normalizacji i otwarcia Cieśniny Ormuz pod irańską kontrolą”.
Dlaczego nie ma dalszych spotkań?
W końcu Marandi dotarł do sedna sprawy.
Iran nadal był skłonny do rozmów, ale USA naruszyły zawieszenie broni, kontynuując blokadę.
„Jak możemy mówić o nowych zobowiązaniach, jeśli nie honorujemy starych?”
Kontynuowanie negocjacji mogłoby jedynie zachęcić USA do zerwania porozumień w przyszłości.
W Iranie panuje przekonanie, że Netanjahu ma większy wpływ na Trumpa niż Trump – za pośrednictwem lobby syjonistycznego i potencjalnie kompromitujących materiałów.
Uwagi końcowe
Marandi zakończył, polecając książkę Going to Tehran , która wiele lat temu ostrzegała przed niebezpieczeństwami konfrontacji z Iranem.
Sędzia Napolitano zakończył rozmowę pochwałami:
„Mohammadzie Marandi, mój drogi przyjacielu, jesteś tak intelektualnie uczciwy i osobiście odważny. Dziękuję Ci bardzo.”
Wywiad oferuje rzadki, bezpośredni wgląd w irańską perspektywę – trzeźwą, opartą na faktach i napędzaną głębokimi przekonaniami kulturowymi.
Pokazuje to, dlaczego Teheran obecnie nie chce prowadzić dalszych negocjacji z delegacją USA, która z perspektywy Iranu ostatecznie musi skonsultować się z Tel Awiwem. Z punktu widzenia Teheranu zawieszenie broni zostało już zerwane przez USA, a prawdziwa dyplomacja wymaga czegoś innego niż polityka marionetkowa.
Blokada staje się globalna. Następnym przystankiem jest Cieśnina Malakka.
Żadna poważna analiza nie może wziąć pod uwagę umysłowo upośledzonych ludzi wygadujących bzdury o syndykacie Epsteina na temat tego, co dzieje się w korytarzach władzy w Teheranie.
Jakby mieli jakąkolwiek wiedzę.
Nic nie jest „podzielone” (poza być może psychiką pawiana z Barbarii). Istnieją oczywiście różne podejścia koncepcyjne i ożywiona debata publiczna w kraju. Jednak na wysokich szczeblach decyzyjnych cały system jest silnie zjednoczony.
Przede wszystkim, w Iranie to zupełnie nowy system władzy, który przechodzi całkowitą transformację. W jego centrum znajduje się wyłaniający się kwartet skoncentrowany na bezpieczeństwie: szef Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Ahmad Vahidi; przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf; sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Mohammad Zolghadr; oraz sekretarz Rady Doraźnej Mohsen Rezaee.
Ten skoncentrowany na bezpieczeństwie nakaz współistnieje z poprzednim hybrydowym porządkiem, ucieleśnianym przez „reformatorów”, w tym prezydenta Masuda Pezeshkiana i ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego.
Spośród 13 członków Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego tylko dwóch jest „reformatorami”.
A ponad tym wszystkim góruje zdecydowany autorytet przywódcy ajatollaha Modżtaby Chameneiego – tradycyjnie bardzo blisko związanego z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej.
Wszystko to jest niezrozumiałe dla propagandystów z syndykatu Epsteina lub jakiegokolwiek taniego saudyjskiego „eksperta”, który snuje fantazje o „rewolucyjnym zamachu stanu”, za pomocą którego IRGC rzekomo umieściło Ghalibafa, Pezeshkiana i Araghchiego w areszcie domowym.
Zarówno na froncie dyplomatycznym, jak i militarnym, Teheran konsekwentnie i jasno wyrażał swoje stanowisko. Żadnych negocjacji z imperium piractwa w ramach blokady morskiej – co jest w istocie aktem wojny. Żadnych negocjacji, dopóki ich okręty są atakowane – co jest w istocie naruszeniem zawieszenia broni.
Minister spraw zagranicznych Araghchi od razu przeszedł do konkretów. A zatem, raz jeszcze: bez zniesienia blokady morskiej, bez negocjacji.
Iran nie mrugnie okiem. Za wszelką cenę. Odpowiedzialność za zniszczenie światowej gospodarki spoczywa całkowicie na barbarzyńcach.
Nielegalna blokada i koncepcja „nieszkodliwego przepływu”
Strategia negocjacyjna Pawiana Barbarzyńców – zżerana demencją i nienawiścią – opiera się na trzech prymitywnych zasadach: maksymalnej presji; niekończących się terminach; i nieustannych, głośnych groźbach zniszczenia irańskiej infrastruktury.
Przewidując potencjalny atak na Islamabad 2, Teheran zdecydował się zatem na strategiczne milczenie. Teheran całkowicie zignorował barbarzyńskiego pawiana. Całkowicie zdezorientowany, pawian wyraźnie mrugał oczami. Teraz nie wyznacza już żadnych dodatkowych terminów. Nie grozi już zniszczeniem infrastruktury cywilnej. Najważniejsze pytanie brzmi, co stanie się z blokadą morską.
Artykuł 3(c) Rezolucji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych nr 3314 (Definicja agresji) określa to wprost: „Blokada portów lub wybrzeży jednego państwa przez siły zbrojne innego państwa” jest uważana za akt agresji.
Jest to zatem wyraźne naruszenie zawieszenia broni.
Zupełnie inną historią jest to, co robi Iran, przepływając przez Cieśninę Ormuz.
Iran nie zablokował żadnych portów zagranicznych ani nie nałożył całkowitej blokady. Nałożył jednak opłatę za przepływanie wrogich statków przez cieśninę przebiegającą przez jego wody terytorialne.
Jest to całkowicie legalne w ramach prawa do samoobrony – jako reakcja na jednostronną, nielegalną zbrojną błyskawiczną wojnę przeprowadzoną przez imperialne supermocarstwo.
Co więcej, zgodnie z Konwencją genewską o morzu terytorialnym i strefie przyległej z 1958 r. oraz własnymi przepisami krajowymi (Ustawa o obszarach morskich Islamskiej Republiki Iranu z 1993 r.) Iran konsekwentnie podkreśla, że prawo „nieszkodliwego przepływu” nie dotyczy statków, które zagrażają jego bezpieczeństwu.
Ormuz to definicja strategicznego punktu krytycznego. Przebiega przez irańskie wody terytorialne. Dlatego Teheran ma naturalne, suwerenne prawo do regulowania przepływu statków, które nie są niewinne.
Naturalnie, to imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa ignoruje wszelką legalność. Zwłaszcza, że de facto globalna blokada morska już obowiązuje – nałożona na Iran, Rosję, Chiny, a prędzej czy później na każdy inny kraj Globalnego Południa.
Amerykańska blokada niszczy światową gospodarkę
Wojna z Iranem, a teraz blokada morska, to bezwzględny atak na globalną gospodarkę. Globalne zapasy energii spadły już o oszałamiające 60 procent – w niecałe dwa miesiące. Nadchodzące koszmary obejmują zarówno lockdowny i niezliczone odwołania lotów z powodu braku nafty, jak i niedobory żywności przyszłego lata z powodu eksplozji cen nawozów; potencjalne zamieszki żywnościowe; a nawet ewentualne wprowadzenie CBDC w celu racjonowania żywności.
Rocky Horror Show z minuty na minutę nabiera rozpędu. Tankowce dosłownie przestały przepływać przez Cieśninę Ormuz; na dodatek pirackie imperium ostrzeliwuje irańskie okręty 5-calowymi pociskami rakietowymi. Składki ubezpieczeniowe dla tankowców w Zatoce Perskiej wzrosły o oszałamiające 400 procent w ciągu zaledwie jednego tygodnia.
Wygląda na to, że Iran nigdy nie zaakceptuje trwałej blokady morskiej. W związku z tym nastąpi odwet. Niezależnie od tego, co się stanie, cena ropy Brent prawdopodobnie przekroczy 120 dolarów za baryłkę. Podaż nafty znacznie się zmniejszy do końca przyszłego tygodnia. Ceny oleju napędowego i benzyny wzrosną w ciągu dwóch tygodni.
Jesteśmy świadkami tego, jak globalny rynek energii zastyga. Właśnie gdy Iran złagodził system opłat drogowych w cieśninie Ormuz w ramach zawieszenia broni, Barbaria rozpoczęła blokadę morską.
Tak więc to Barbaria jest w trakcie niszczenia światowej gospodarki, ponieważ popyt na sztuczną inteligencję, naftę, olej napędowy, transport morski – wszystkie te sektory są poważnie dotknięte przez unieruchomione tsunami ropy naftowej.
Rozwiązaniem – na chwilę obecną – jest przekierowanie ruchu przez cieśninę Bab al-Mandab, która odpowiada za 12 procent światowego handlu i 10 procent globalnego handlu ropą: jest to jedyne połączenie między Azją, Afryką i Europą przez Kanał Sueski.
Jeśli Ansarallah zamknie Bab al-Mandab w Jemenie, jedyną pozostałą trasą będzie Przylądek Dobrej Nadziei: nawet dwa dodatkowe tygodnie na morzu, do tego dochodzą rosnące koszty transportu.
Wszystkie główne szlaki morskie działają na granicy przepustowości. Blokada morska Barbarii obejmuje już INDOPACOM. Nawet ta hollywoodzka produkcja nie wystarczy, by odciąć irański eksport. Barbaria musiałaby śledzić każdy tankowiec w tajnej flocie, w tym te z Iraku, i nałożyć dodatkowe, surowe sankcje na Malezję i Chiny.
Pekin jak dotąd milczał. Nie zajęto oficjalnego stanowiska, poza ogólnymi apelami o otwarcie Cieśniny Ormuz. Ale prędzej czy później smok mógłby przeskoczyć przez płot i interweniować w konflikcie, być może wysyłając grupę operacyjną do Azji Zachodniej.
Wenezuela. Iran. Blokada staje się globalna. Następnym przystankiem jest Cieśnina Malakka.
Ta strategiczna niepewność nie może trwać wiecznie. Gra Barbarii sprowadza się do powrotu do status quo sprzed wojny: Iran pod maksymalną presją ekonomiczną i ciągłym zagrożeniem powrotu wojny.
Powtórzmy: nawet gdy Teheran zadał Waszyngtonowi druzgocącą strategiczną klęskę, wbrew wszelkim oczekiwaniom, konsekwentnie domagał się całkowitego zakończenia wojny, a nie tej zamrożonej, zawieszonej w czasie sytuacji.
Cała planeta zobaczyła na własne oczy, jak suwerenny opór potrafi przeciwstawić się imperium po 47 latach niszczycielskich sankcji i za straszliwą cenę.
Niezwykle kruche zawieszenie broni nie utrzyma się. Krok w kierunku przełamania blokady Barbarii jest niemal nieunikniony – na przykład, jeśli zostanie zajęty zbyt wiele irańskich statków. Lista celów została już ogłoszona: rurociąg Janbu w Arabii Saudyjskiej, który omija cieśninę Ormuz; terminal w Fudżajrze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich; oraz zamknięcie cieśniny Bab al-Mandab. To natychmiast zmniejszyłoby ponad 32 procent światowych dostaw ropy naftowej.
A za to wszystko będzie odpowiadać imperium piractwa.
Podczas gdy świat z niecierpliwością oczekuje na możliwe przedłużenie zawieszenia broni w konflikcie między USA a Iranem, wyłania się ponury obraz: zamiast pokoju, Stany Zjednoczone, jak twierdzi pułkownik (w stanie spoczynku) Douglas Macgregor, przygotowują się do masowej eskalacji – w kierunku „wojny totalnej”, której celem jest nic innego, jak tylko zniszczenie państwa irańskiego.
W wywiadzie z 21 kwietnia 2026 roku były doradca Sekretarza Obrony USA wydał surowe ostrzeżenie dotyczące konsekwencji dalszej eskalacji militarnej. Stwierdził, że nadzieja na rzeczywiste negocjacje w Islamabadzie była „fikcją”.
„To Netanjahu, a nie Trump, jest u władzy”.
Macgregor ostro skrytykował rolę Izraela w procesie decyzyjnym. Podczas rzekomego spotkania negocjacyjnego wiceprezydent USA wstał, aby odebrać telefon od premiera Benjamina Netanjahu – co było wyraźnym sygnałem, że to Netanjahu, a nie prezydent Trump, dyktował warunki.
„To pokazuje, że to najwyraźniej pan Netanjahu, a nie pan Trump, ma ostatnie słowo w kwestii tego, czy mamy walczyć, czy nie” – powiedział Macgregor.
Oskarżył również Trumpa o wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Stwierdzenia takie jak „wojna wkrótce się skończy” czy „Irańczycy desperacko naciskają na rozmowy” były „oczywistym kłamstwem” – miały na celu uspokojenie rynków.
Od zawieszenia broni do ataku unicestwiającego
Według Macgregora zawieszenie broni wygasa rankiem 22 kwietnia (czasu irańskiego). Zamiast przedłużenia, były pułkownik spodziewa się „znacznie bardziej intensywnej fazy otwarcia”, z większą liczbą pocisków, bombardowań i skupieniem się na „rzekomo kluczowych celach”.
Kluczowa zmiana: Stany Zjednoczone porzuciły cele czysto militarne. Teraz skupiają się na niszczeniu krytycznej infrastruktury – mostów, dróg, elektrowni, zakładów odsalania i infrastruktury naftowej.
„Oznacza to, że teraz celem jest zniszczenie państwa irańskiego” – jasno stwierdził Macgregor.
Ofensywa lądowa jest mało prawdopodobna, ale sytuacja nadal pozostaje napięta.
Prezydent Trump nie wykazuje entuzjazmu dla rozmieszczenia wojsk lądowych – ku uldze Macgregora. Inwazja na Zatokę Perską byłaby bezcelowa, ponieważ ani logistyka, ani strategia odwrotu nie podlegałyby kontroli.
Ekspert dostrzega jednak prawdziwe zagrożenie w wojnie asymetrycznej: podczas gdy Stany Zjednoczone operują tysiące mil od swojej bazy, Irańczycy mają „przewagę własnego terytorium”. Dysponując szacunkowo 15 000 do 20 000 pocisków i 45 000 do 50 000 dronów, są doskonale przygotowani – i kontynuują podziemną produkcję.
Ponura prognoza Macgregora: Stany Zjednoczone zużyły już setki pocisków i straciły ważne systemy radarowe w pierwszym miesiącu wojny – systemy, których nie dało się szybko zastąpić. „Irańczycy są obecnie w lepszej sytuacji niż my ” – powiedział pułkownik.
Globalny głód jako konsekwencja wojny?
Globalne reperkusje są szczególnie alarmujące. Jeśli infrastruktura naftowa i nawozowa w Zatoce Perskiej zostanie zniszczona, globalnemu Południu grozi głód . Pięćdziesiąt procent składników nawozów pochodzi z tego regionu.
Konsekwencje są już odczuwalne: Indie, Indonezja, Tajlandia i Wietnam reglamentują energię. Cena paliwa lotniczego przekracza 240 dolarów za baryłkę i wciąż rośnie. W Wielkiej Brytanii za około dwa tygodnie całkowicie wyczerpią się zarówno paliwo lotnicze, jak i olej opałowy.
Koniec petrodolara i hegemonii Zachodu
Macgregor przedstawił druzgocącą ocenę strategiczną: wojna była „katastrofą” dla Stanów Zjednoczonych. Petrodolar – fundament amerykańskiego dobrobytu od czasów Nixona – umarł. W przyszłości pieniądze będą pożyczane z Chin, a nie ze Stanów Zjednoczonych.
„Wyszliśmy z Zatoki Perskiej i nie sądzę, żebyśmy tam wrócili. Po prostu nie jesteśmy w stanie sfinansować tego, co byłoby tam potrzebne. Tylko Chiny mogą”.
Europa na skraju przewrotu?
Macgregor również widzi sojuszników Europy na krawędzi. Uzależnienie od zielonej energii przy jednoczesnym zamykaniu elektrowni jądrowych prowadzi do „katastrofalnej sytuacji”. Jest zaskoczony brakiem otwartych powstań w Niemczech i Wielkiej Brytanii.
„Wierzę, że to, czego jesteśmy świadkami w Europie, to upadek rządów. Do władzy dojdą nowe rządy”.
Wniosek byłego doradcy
Macgregor zażądał natychmiastowego zakończenia działań wojennych i przyznania się do porażki: „Trzeba powiedzieć: «To było niewłaściwe podejście. Myliliśmy się»”. Powrót do wielobiegunowego porządku świata był nieunikniony – i w rzeczywistości już się rozpoczął.
„Era globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych dobiegła końca”.
W półgodzinnym wywiadzie Piotra Szlachtowicza przeprowadzonym z dr. Leszkiem Sykulskim dominują dwa uzupełniające się tematy: 1) samowolne i szaleńcze działania Donalda Trumpa oraz 2) polityka rządzących III RP w obliczu narastających zagrożeń:
Stany Zjednoczone dążą do kontroli ‚wąskich gardeł’ strategicznych w celu utrzymania dominacji gospodarczej i w tym celu wraz z Izraelem zaatakowały Iran – mówi Leszek Sykulski. – Iran broni swej suwerenności i ogłasza, że nie pójdzie na żaden kompromis. We wtorek czyli dzisiaj upływa termin zawieszenia broni. Mogą nastąpić działania wojenne, Amerykanie zgromadzili przez ostatnie dwa tygodnie całkiem spore siły. Może też dojść do wydłużenia zawieszenia na kolejne 14 dni.
Trump nie osiągnął nic, koszty tej agresji poniesione przez USA przekraczają 45 miliardów dolarów. Teraz nie wie prezydent, jak ‚z twarzą’ wycofać się z tej wojny. A trzeba skończyć tę awanturę, bo jak długo można oszukiwać rynki albo je uspokajać kolejnymi zapowiedziami rozejmu. Materialne i polityczne straty USA są ogromne: armia ‚pozbyła się’ znacznej ilości broni, Chiny powołujące się na obowiązek przestrzegania prawa międzynarodowego usztywniły swe stanowisko, a mają w Pekinie sporo ‚kart w ręku’.
Wojna w Zatoce Perskiej obnażyła iluzję amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Okazało się, że na pomoc Waszyngtonu mogą liczyć tylko żydzi. No i szykuje się na Bliskim Wschodzie konflikt turecko-izraelski. Amerykanie nie mają pomysłu, jak załagodzić ten spór.
Również w Europie Środkowej nie ma spokoju. Kraje bałtyckie, tj. Litwa, Łotwa i Estonia, prowadzą konfrontacyjną politykę wobec Rosji, m.in. nie respektując praw mniejszości rosyjskiej mieszkającej w tych państwach. W pewnym momencie będzie musiała Moskwa interweniować.
Rosyjska Duma przyjęła ostatnio ustawę nadającą prezydentowi dodatkowe uprawnienia związana z wysyłaniem sił zbrojnych poza granicę państwa w celu obrony praw obywateli Rosji, którzy zostali zatrzymani niesłusznie w obcym państwie. Kontekst jest oczywisty – zatrzymanie w Polsce pod naciskiem Kijowa archeologa prof. Aleksandra Butiagina i trzymanie go od ponad czterech miesięcy w areszcie.
Niepokojące informacje nadeszły m.in. ze szwedzkiego Ministerstwa Obrony o tym, że rząd polski zawarł porozumienie o współpracy przy ewakuacji ludności cywilnej w przypadku wybuchu wojny. To jest coś niewyobrażalnego – mówi L. Sykulski – nie jesteśmy informowani przez własny rząd w sprawach najistotniejszych. Podobnie przypadkiem dowiadujemy się od ukraińskiego ministra, że przekazaliśmy kijowskiemu reżimowi pociski do systemów Patriot. Tak więc dalej rozbrajamy się na rzecz Ukrainy.
„Wojna z Rosją już się toczy” – powiedział niedawno płk Maciej Zaborowski, oficer pełniący służbę w strukturach NATO. I mamy jeszcze jedną przypadkiem zdobytą informację o tym, że w tym roku będą masowo powoływani kierowcy ciężarówek i autobusów na ćwiczenia wojskowe. Tak więc firmy transportowe muszą liczyć się z dalszą zapaścią finansową.
„Gdzie mamy być ewakuowani?! Do Niemiec?! Z czym na Rosję? Z gołymi rękami?” – pyta P. Szlachtowicz. – L. Sykulski przedstawia na to ponury obraz: armia polska liczy na papierze 217 tysięcy żołnierzy, ale na pierwszej linii frontu może walczyć 65 – 75 tysłęcy. Z tym na Rosję?! – Szaleństwo!
Łączy się to z szaleństwem US-prezydenta. Czy można się było spodziewać, że nastąpi taki ‚kaliber odjazdu’? – Mówi dr Sykulski, że wskazywał na niepojące sygnały w czasie pierwszej kadencji Trumpa. Wspomniał o przemilczanej książce zatytułowanej ‚Niebezpieczny przypadek Donalda Trumpa’, w której 27 psychologów i psychiatrów stwierdziło chorobę nazywaną narcyzmem złośliwym.
Od 2024 roku nasiliły się objawy: mania wielkości, fantazje o nieograniczonej władzy, przekonanie o własnej wyjątkowości, instrumentalne traktowanie ludzi.