„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.
Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.
Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.
Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu
Surowa ocena
Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.
Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.
Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.
Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”
Najnowsze badania naukowe przynoszą zaskakujące wnioski, które mogą zmienić nasze [??? md] postrzeganie przyszłości klimatu Ziemi. Okazuje się, że najczarniejsze scenariusze globalnego ocieplenia, które od lat kształtowały debatę o zmianach klimatu, mogą być mniej prawdopodobne, niż dotychczas sądzono. Naukowcy z różnych ośrodków badawczych na świecie przedstawiają dowody podważające najbardziej ekstremalne prognozy.
W centrum nowej dyskusji znajduje się scenariusz RCP8.5, który przez lata funkcjonował jako „standardowy” model biznesowy w prognozach klimatycznych. Ten scenariusz, zakładający gwałtowny wzrost emisji gazów cieplarnianych i brak skutecznych działań ograniczających, przewidywał katastrofalne ocieplenie o nawet 5 stopni Celsjusza do końca stulecia. Jednak coraz więcej badaczy kwestionuje jego realność w świetle najnowszych danych.
Kluczowym elementem scenariusza RCP8.5 było założenie sześciokrotnego wzrostu zużycia węgla na osobę do 2100 roku. Rzeczywistość okazuje się jednak inna – globalne wykorzystanie węgla osiąga szczyt lub utrzymuje się na stałym poziomie, głównie dzięki szybkiemu rozwojowi energii odnawialnej. Ten trend znacząco odbiega od założeń najczarniejszego scenariusza.
Międzynarodowy zespół naukowców pod kierownictwem dr Luz Marii Mehiji z Centrum Morskich Nauk o Środowisku MARUM University przedstawił rekonstrukcję temperatur Północnego Atlantyku z ostatnich 16 milionów lat. Badacze zastosowali nowatorską metodę geochemii izotopowej, analizując skamieniałe płytki glonów kokoolitoforydów. Te mikroskopijne organizmy morskie tworzą wapienne płytki, w których skład wchodzą rzadkie izotopy węgla i tlenu. Ich proporcja zależy od temperatury wody – im chłodniejsza woda, tym więcej ciężkich izotopów zostaje wbudowanych w strukturę.
Wyniki badań okazały się zaskakujące. Temperatury Północnego Atlantyku w okresie miocenu (5-23 miliony lat temu) były średnio o 9 stopni Celsjusza niższe niż wskazywały wcześniejsze rekonstrukcje. „To podważa paradygmat ekstremalnego ocieplenia na wysokich szerokościach geograficznych północnej półkuli” – zauważa dr Mehija. Jako biolog morski, który pracował w regionie Karaibów, obserwowała, jak ekosystemy morskie cierpią podczas gorących okresów, co skłoniło ją do zadania pytania: jak życie morskie mogło prosperować przez miliony lat w tak wysokich temperaturach w regionach pozatropikalnych?
Równolegle do tych odkryć, analitycy wskazują na rosnące dowody „rozdzielenia” wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla. Wiele gospodarek rozwija się bez proporcjonalnego zwiększania emisji CO2, co sugeruje, że przyszłe trajektorie emisji mogą być bliższe „umiarkowanym” scenariuszom, takim jak RCP4.5, przewidującym znaczące, ale nie ekstremalne ocieplenie.
Warto podkreślić, że nowe dane nie negują zjawiska globalnego ocieplenia ani konieczności działań na rzecz redukcji emisji. Wskazują jedynie, że najbardziej pesymistyczne prognozy mogą być przeszacowane. Aktualne trendy energetyczne i gospodarcze nie podążają ścieżką najczarniejszego scenariusza, co daje podstawy do ostrożnego optymizmu.
Dr Mehija zaznacza, że jej badania to dopiero początek. Metoda wymaga dalszej weryfikacji przy próbkach z innych regionów i szerokości geograficznych. Podkreśla również, że interpretacja wskaźników klimatu z przeszłości powinna być stale weryfikowana i udoskonalana wraz z rozwojem technologii analitycznych.
Nowe odkrycia mają istotne implikacje dla zrozumienia obecnych zmian klimatu. Jeśli wysokie szerokości geograficzne w minionych ciepłych okresach nie były tak gorące, jak dotychczas sądzono, może to oznaczać, że ich przyszłe ocieplenie nie będzie tak ekstremalne. Nowy zapis temperatur z głębin historii geologicznej oferuje bardziej umiarkowany, choć wciąż alarmujący scenariusz.
Eksperci klimatyczni podkreślają, że odrzucenie skrajnych prognoz nie powinno prowadzić do samozadowolenia. Nawet umiarkowane scenariusze przewidują znaczące zmiany klimatu, które będą wymagały adaptacji i działań łagodzących. Różnica polega na tym, że mamy prawdopodobnie więcej czasu na działanie i większe szanse na skuteczne przeciwdziałanie najgorszym skutkom.
Debata naukowa wokół scenariuszy klimatycznych pokazuje, jak ważne jest ciągłe doskonalenie modeli i metod badawczych. Tylko dzięki precyzyjnym i wiarygodnym danym możemy budować strategie, które skutecznie ochronią naszą planetę przed nadmiernym ociepleniem.
Nowe badania nie dają podstaw do rezygnacji z ambitnych celów redukcji emisji,[Oh,Karol!! jednak kłamią md] ale pozwalają na bardziej wyważoną ocenę ryzyka i możliwości. Zrozumienie, że przyszłość klimatu może nie być aż tak katastrofalna, jak wskazywały niektóre modele, może pomóc w opracowaniu skuteczniejszych i bardziej realistycznych strategii działania.
W świetle nowych danych, przyszłość klimatu Ziemi jawi się jako wyzwanie, któremu ludzkość może sprostać, pod warunkiem kontynuowania wysiłków na rzecz transformacji energetycznej i redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nauka, jak zawsze, rozwija się poprzez weryfikację hipotez i udoskonalanie metod badawczych, co pozwala nam coraz lepiej rozumieć złożone mechanizmy klimatyczne naszej planety.
Minęło ponad czterdzieści lat od pierwszych zapowiedzi klęsk wywołanych zmianami klimatu, wydano setki mld USD, a nie udowodniono nawet podstawowej tezy, że zmiany stężenia CO2 powodują zmiany temperatury i są przyczyną występowania zjawisk ekstremalnych. W okresie poprzedzającym powstanie Międzyrządowego Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) panował wśród niektórych naukowców pogląd, że nadchodzi ochłodzenie.
W skrajnych przypadkach twierdzono nadejście Epoki Lodowcowej. Później, po 1975 roku, ci sami naukowcy – agresywni w propagandzie nadchodzącej klęski ochłodzenia – zostali aktywnymi współpracownikami IPCC i z wielką gorliwością (prof. Stephen Schneider) zapowiadali nadchodzący okres ocieplenia z oczywiście wielką katastrofą w finale. W obu wariantach katastrofy zapowiadali zarówno identyczne syndromy, jak i skutki obu zjawisk (wzrost częstości i gwałtowności zjawisk ekstremalnych i inne), tylko z odmiennym finałem, który zawsze był katastrofą…
W ciągu ostatnich 32 lat IPCC opublikował 47 raportów na temat potencjalnych zagrożeń związanych ze zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, a mimo to sondaże pokazują, że społeczeństwo nie jest przekonane, że zmiany klimatu są priorytetem. Swoistą wyspę klimatyzmu na świecie z licznymi odstępstwami stanowi Unia Europejska, w której dysputę naukową zastąpiono agresywną propagandą i cenzurą. Tymczasem na świecie obserwuje się odchodzenie czy wprost negowanie tez klimatystów.
Na przykład Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) usunęła z oficjalnej strony informacje o antropogenicznym wpływie na klimat. Zmienił się również ton przekazu. Wcześniejsze sformułowania były jednoznaczne i kategoryczne. Teraz większy nacisk położono na procesy naturalne. Zmieniła się idea uporządkowania przekazu – mniej sloganów, więcej odsyłaczy do dokumentów i danych. To oczekiwany standard: instytucja finansowana z publicznych pieniędzy ma informować i dokumentować, a nie moralizować lub prowadzić spór w imieniu jednej strony. Zmiana bardzo oczekiwana, gdyż spór o stronę EPA jest sporem o coś bardziej znaczącego: czy urzędy mają być uczestnikiem ideologicznego konfliktu, czy mają wrócić do roli technicznego administratora faktów i procedur, czego oczekują podatnicy.
Pecunia non olet!
Zdziwienie wzbudza wydawanie setek miliardów dolarów na badania i przedsięwzięcia związane z przewidywaniem katastrofalnych zmian klimatu bez alternatyw. Nawet wśród klimatystów wychowanych na 97 proc. konsensusie występuje zwątpienie. Tak ujął to jeden głośniejszych przedstawicieli tego gatunku w Polsce: „gdy obserwujemy dyskusję w przestrzeni publicznej, to mamy wrażenie, że jesteśmy w mniejszości. To skutki dezinformacji. Słyszymy: nie róbmy nic, za drogo, nie stać nas, stracimy na tym…”.
Sama prawda, tylko przyczyny inne. Życie to bezwzględna ekonomia; brak sprawdzalności wypowiedzi klimatystów, brak wiarygodnych przepowiedni (tak zwanych scenariuszy IPCC nie można nazwać prognozami, gdyż nie spełniają podstawowych standardów), prymitywna i nachalna propaganda oraz coraz bardziej odczuwalne skutki tych działań w postaci coraz wyższych rachunków stwarzają sytuację zwątpienia, a potem narastającego oburzenia podatników.
Wskutek wyraźnego spadku zainteresowania problemem, a może zmianą trendów w polityce i przede wszystkim w źródłach finansowania, klimatyści poszukują nowych kierunków działalności w zielonym obłędzie.
To zjawisko występuje również w różnych formach w Polsce. Oto komentarz z bloga do wystąpienia jednego z głośniejszych klimatystów polskich: „Pan profesor zaangażowany politycznie, bo zachwala bezemisyjne budownictwo, czyli już podpisaną dyrektywę budynkową (treść dyrektywy – jeśli nie radzisz sobie z doprowadzeniem swojego domu do zeroemisyjności, to państwo ci go zabierze, choć państwo nie będzie miało obowiązku dokonywania remontu do zeroemisyjności). Dyrektywa ta jest zwana dyrektywą wywłaszczeniową i taki może być jej realny skutek, bo cena doprowadzenia domu do założonych przez UE celów jest horrendalna”.
W Polsce doprowadzenie budynku mieszkalnego o powierzchni około 200 m2 do nowych standardów UE szacuje się na 300 tysięcy złotych. Czy jakiś polski naukowiec pracował nad tą dyrektywą? Czy zna konsekwencje wprowadzenia Zielonego Ładu? Na pewno nie, bo tu obowiązuje zasada, że wóz ciągnie konia. Na początku powstaje dokument polityczny, a potem dorabia się ideologię klimatyczną. Nie wolno bez analizy popierać nierealnych rozwiązań, które mogą być dla gospodarki rujnującym obciążeniem, a dla wielu rodzin tragedią.
Socjalne skutki działań klimatystów
Wielką sensację spowodowało wystąpienie Billa Gatesa, od zawsze bardzo aktywnego zwolennika tezy o antropogenicznych przyczynach ocieplenia klimatu, który opublikował kontrowersyjny esej, w którym kwestionuje dotychczasowe priorytety strategii klimatycznej. W swoim wpisie „Three Tough Truths About Climate” pisze, że zamiast obsesyjnie skupiać się na ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych, powinniśmy najpierw zadbać o zdrowie i dobrobyt ludzi w najbiedniejszych regionach świata. Gates uważa, że to nie klimat będzie głównym zabójcą, lecz ubóstwo i brak dostępu do podstawowej opieki medycznej. Jako przykład podaje kraje Afryki Subsaharyjskiej i Azji Południowej, gdzie mieszkańcy są bardziej narażeni na choroby zakaźne czy niedożywienie niż na minimalny wzrost temperatury. O warunkach życia zadecyduje dostęp do czystej wody, energii i opieki zdrowotnej.
Gates zmienił wyraźnie swoje dotychczasowe stanowisko i ku zaskoczeniu klimatystów zaproponował bardziej realistyczne podejście, które łączy kwestie klimatu z rozwojem społecznym. Przypominając, że od 1990 roku światowa liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie spadła o połowę, a dzięki szczepieniom i edukacji zredukowano śmiertelność dzieci. Natomiast klimatyści uważają, że nadmierna koncentracja na rozwoju gospodarczym krajów najuboższych może opóźnić konieczne cięcia emisji, narażając planetę na jeszcze bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe. Tymczasem nie udowodniono związku wzrostu częstości i natężenia występowania zjawisk ekstremalnych i wzrostu temperatury. Gates ostrzega, że „wizja »końca świata« może odwracać uwagę od realnych działań i skutkować marnotrawstwem pieniędzy”. Gates i nie tylko on twierdzi, że „programy zdrowotne i edukacyjne w krajach najuboższych przyniosą natychmiastowe korzyści i pozwolą społecznościom lepiej stawić czoła zmianom klimatu”.
Problem kosztów i skutków socjalnych działań klimatystów jest także ważny w krajach rozwiniętych. W naszym kraju ponad dwa miliony ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa!
Zmiana trendu i poszukiwanie nowej, dojnej krowy
Działania klimatystów od początku istnienia IPCC budziły sprzeciw ze strony części naukowców, a nawet protesty rządów (Indie, Australia). Obecnie coraz częściej pojawiają się bardzo krytyczne uwagi dotyczące działań klimatystów.
Dr Harold Lewis (Uniwersytet Kalifornijski), profesor fizyki, opisał tę rzeczywistość: „Oszustwo związane z globalnym ociepleniem, napędzane miliardami dolarów, skorumpowało tak wielu naukowców… To największe i najbardziej udane pseudonaukowe oszustwo, jakie widziałem w moim długim życiu jako fizyk”. I jest to coraz częściej spotykane stanowisko.
Prowadziłem badania prac Klubu Rzymskiego i IPCC. Wyniki, które część z Państwa już zna, przedstawiłem w swojej książce „Zmiany klimatu” dostępnej na sklep-niezalezna.pl. Moje wnioski: działania IPCC mają negatywny wpływ na podejmowanie decyzji związanych z ochroną środowiska, gospodarowaniem wodą, planowaniem przestrzennym, działaniami w rolnictwie i innych ważnych dziedzinach życia. Szczególnie niebezpiecznie są rozwijane przez wyznawców IPCC błędne oceny dotyczące genezy różnych wydarzeń np. Arabskiej Wiosny, migracji ludności, a także rozpowszechniane mity na przykład dotyczące spadku wielkości stada niedźwiedzi polarnych i Antropocenu.
Raporty IPCC są wydawane nie tylko z licznymi błędami, a także znacznymi różnicami pomiędzy ustaleniami zawartymi w podstawowych dokumentach IPCC Raportach i Podsumowaniach dla decydentów. Poddałem krytycznej ocenia dane pomiarowo-obserwacyjne stanowiące podstawę opracowań IPCC. Wskazałem na kilkunastu przykładach przeróbki wyników obserwacji i pomiarów, można wprost stwierdzić fałszowanie w skali, która budziła sprzeciwy świata nauki i propozycje wprowadzenia ochrony surowych wyników obserwacji. Skrytykowałem efektywność modeli klimatycznych IPCC i sposób ich wykorzystania. Wobec negowania przez klasyków IPCC wystąpienia w przeszłości między innymi Małej Epoki Lodowcowej, Średniowiecznego Okresu Ciepła przedstawiłem opisy tych okresów, szczególnie akcentując ich wpływ na ówczesne życie, a także zmieniające się zasięgi roślinności na Ziemi.
Obecnie wskutek coraz większej opozycji wobec prac IPCC, klimatyści szukają nowych zagrożeń, które mogłyby stanowić nowe źródło dochodów.
Czarnym koniem wyścigu są zmiany prądów oceanicznych. I sprawa nabiera rozpędu! Już rozważane są nawet scenariusze przymusowej migracji ludności w przypadku całkowitego załamania systemu prądów oceanicznych. Taką zagrywkę już znamy z historii działalności IPCC. Prądy oceaniczne stanowią swoisty system klimatyzacji Ziemi. Prądy ciepłe wpływają na wzrost temperatury powietrza oraz sumy opadów atmosferycznych, a prądy zimne powodują spadek średniej temperatury powietrza oraz zmniejszenie sumy opadów atmosferycznych. Przykładowo ciepły Prąd Północnoatlantycki, stanowiący przedłużenie Golfsztromu, przyczynia się do ocieplenia klimatu Skandynawii, a zimny Prąd Benguelski występujący u południowo-zachodnich wybrzeży Afryki przyczynił się do powstania pustyni Namib. Ten naturalny system klimatyzacyjny pracuje od tysięcy lat (por. rys. 1).
Kiedyś klimatyści błędnie wyobrażali sobie, że regulując stężenie CO2, będziemy mogli sterować klimatem. Klimatyści mają dwa podstawowe cele: walkę ze zmianami klimatu i ograniczenie stężenia CO2 (CO2 to przecież podstawowy budulec roślin).
Podstawową cechą klimatu jest jego zmienność, która trwa tak długo jak historia Ziemi. Przez ponad 6100 lat (czyli 60 proc. obecnego okresu ocieplenia interglacjalnego) temperatura była wyższa niż obecnie. Spośród dziewięciu wcześniejszych, znaczących okresów ocieplenia od zakończenia ostatniej epoki lodowcowej, pięć charakteryzowało się szybszym tempem wzrostu temperatury, a siedem większym całkowitym wzrostem temperatury. Co więcej, każdy z poprzednich cykli ocieplenia charakteryzował się znacznie wyższymi temperaturami niż obecnie.
Rys. 2. Zmiany temperatury powietrza w ciągu ponad ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/
Jedyną stałą cechą temperatury jest to, że nigdy nie jest stała. Potwierdza to powyższy wykres (rys. 2), który przedstawia 10 000-letnią historię zmian temperatury od końca ostatniej epoki lodowcowej. Wykres przedstawia duże wahania temperatury, znacznie większe niż te obserwowane w ciągu ostatnich 150 lat. Każda z tych zmian była spowodowana wyłącznie przez siły natury. Ci, którzy propagują pogląd, że działania człowieka są główną przyczyną zmian temperatury, powinni wyjaśnić, dlaczego siły natury nagle i niewytłumaczalnie przestały działać na początku XX wieku. Obecny trend ocieplenia jest naturalnym rezultatem szczęśliwego zakończenia Małej Epoki Lodowcowej.
Wbrew wypowiedziom klimatystów, że dzisiejsze stężenie CO2 jest bezprecedensowo wysokie, obecny poziom dwutlenku węgla jest bliski historycznego minimum. Średnie stężenie CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat wynosiło ponad 2600 ppm, to prawie siedem razy więcej niż obecne stężenie i 2,5 razy więcej niż najgorszy scenariusz przewidywany przez IPCC na rok 2100. Mamy zbyt niskie stężenie CO2 na Ziemi. Potwierdza to rys. 3, a przede wszystkim potrzeby roślin… Najlepszym dowodem na to jest wzrastające zazielenienie Ziemi postępujące ze wzrostem stężenia CO2.
Rys. 3. Przebieg wysokości stężenia CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/
Obecne niskie stężenie CO2 pozbawia rośliny pożywienia, którego potrzebują do osiągnięcia pełnego potencjału wzrostu poprzez fotosyntezę. Wzrost stężenia CO2 poprawi również gospodarkę wodną roślin i poprawi ich odporność na występujące okresy suszy. Rys. 4 przedstawia wyniki badań wpływu stężenia CO2 na rozwój roślin.
Rys. 4 Zdjęcie ilustruje zależność wzrostu sosen rosnących w normalnym powietrzu oraz w powietrzu wzbogaconym o dodatkowe 150, 300 i 450 ppm CO2. Źródło: https://co2coalition.org/facts/
Fotografia przedstawia korzystny wpływ wzrostu stężenia CO2 na rozwój roślin. Zdjęcie wykonano ponad 40 lat temu, a więc przed okresem największej propagandy IPCC, trudno zatem podejrzewać autora o jakąkolwiek stronniczość.
Badania (Idso, 2013) 83 upraw wykazało, że zwiększenie stężenia CO2 o 300 ppm zwiększy wzrost roślin średnio o 46 proc. we wszystkich badanych uprawach. Z drugiej strony wiele badań wskazuje na negatywny wpływ środowiska o niskiej zawartości CO2. Na przykład Overdieck (1988) wskazał, że w porównaniu z obecnym stanem rzeczy wzrost roślin został zahamowany o 8 proc. w okresie poprzedzającym rewolucję przemysłową, przy niskim stężeniu CO2 wynoszącym 280 ppm. Zatem proponowane wbrew faktom i bez podstaw naukowych próby redukcji stężenia CO2 są szkodliwe dla roślin, zwierząt i ludzkości.
Skutki szaleństwa widać wszędzie
Opisano już negatywny wpływ klimatystów we wszystkich kierunkach działań człowieka. Na przykład w przemyśle produkcja stali w Europie spadła do najniższego poziomu od 1960 roku. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. W rolnictwie rezygnacja z gazu ziemnego stanowiącego podstawowy surowiec do produkcji nawozów azotowych grozi w wymiarze globalnym klęską głodu. Nawozy azotowe żywią obecnie około połowy populacji światowej. Według profesorów Lindzena i Happera – autorów raportu o skutkach polityki klimatycznej – bez użycia nieorganicznych (azotowych) nawozów pochodzących z paliw kopalnych, świat po prostu nie osiągnie podaży żywności potrzebnej dla wsparcia 8,5 do 10 miliardów ludzi (por. rys. 5).
Rys. 5. Udział ludności świata karmionej plonami uzyskiwanymi dzięki zastosowaniu nawozów sztucznych. Źródło: Lindzen, R. and Happer, W. (2025) Physics Demonstrates That IncreasinGreenhouse Gases Cannot Cause Dangerous Warming, Extreme Weather or Any Harm. CO2 Coalition, 3–43.
Taką dziedziną, gdzie polityka klimatyczna UE spowodowała już stan klęski, jest sztuczna inteligencja. Tu podstawę sukcesu stanowi możliwość pozyskania wielkich zasobów energii niezbędnych dla pracy centrów danych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że zużycie prądu przez centra danych na świecie podwoi się do 2030 roku, odpowiada to obecnemu zapotrzebowaniu Japonii. W Stanach Zjednoczonych potrzeby energetyczne centr danych zużywać będą nieomal połowę wzrostu zapotrzebowania na energię w najbliższych pięciu latach. A do końca dekady przetwarzanie danych w Ameryce pochłonie więcej prądu niż wszystkie energochłonne gałęzie przemysłu razem wzięte.
Dlatego na świecie trwa wyścig w rozbudowie możliwości produkcji energii elektrycznej. Istnieją plany uruchomienia zamkniętych kopali węgla.
Postępuje rozbudowa infrastruktury energetycznej. Tymczasem w Unii Europejskiej ceny energii są 2–2,5 razy wyższe niż w USA, a gaz kosztuje pięciokrotnie więcej. W 2024 roku gospodarka UE urosła zaledwie o 0,7–0,8 procent – w tym samym czasie Chiny odnotowały wzrost rzędu 4,5 procent, a Ameryka 2,2 procent. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. Europa nie ma szans na jakąkolwiek konkurencję, uniemożliwia to najdroższa energia na świecie i najbardziej restrykcyjne regulacje. Kolejna rewolucja technologiczna rozstrzygnie się w elektrowniach i na liniach wysokiego napięcia. I wszystko wskazuje na to, że Europa nie ma żadnych szans (zmianynaziemi.pl).
Kalibracja polityczna
Obawy powinny budzić zmienne poglądy klimatystów podążających za potrzebami polityki. Wprowadzono nawet pojęcie kalibracja polityczna. Prof. Judith Curry porównała mechanizm tego procesu do wozu ciągnącego konia. „Twoje finansowanie, podwyżka pensji, twoja sprawa o etat zależą od zgody na konsensus. Tak naprawdę chodzi o karierowiczostwo i zasoby. Wszyscy muszą tańczyć w tym samym rytmie, jeśli chcą zdobyć uznanie zawodowe i awans zawodowy” – uważa dr Curry, emerytowana profesor Georgia Institute of Technology, opisując stan nauki i badań nad klimatem w ostatnich latach.
[Umieszczam, choć zdecydowanie nie zgadzam się z konkluzją, że to władze Chin [bo przecież nie ludy Chin…] stoją za tym zwrotem. Oni mogą, jako dobrzy handlarze, na tym zyskać, to tak.. md]
NCZAS.INFO | Szczyt klimatyczny COP30. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia, Lula Oficial, CC BY-SA 4.0
Szczyt klimatyczny w Belem w Brazylii odwiedziło najmniej przywódców państw od wielu lat. Klimatyczna histeria nadal jednak nie ustępuje.
https://twitter.com/i/status/1991560250282111447
Dotychczasowy rekord należy niezmiennie do Paryża, gdzie w 2015 r. podpisano pamiętne porozumienia, wprowadzające świat na ścieżkę przyspieszonej realizacji zielonej agendy. Od tego czasu każdy kolejny klimatyczny COP (czyli Conference of Parties) przyciągał regularnie powyżej 100 przywódców państw z całego świata. W Brazylii pojawiło się ich jednak zaledwie pięćdziesięciu, co stanowi najgorszy wynik od wielu lat, nie licząc awaryjnie przeniesionego do Madrytu szczytu z 2019 r.
Po co nam premier, jeśli pojechał kanclerz
Nawet Polskę oddaną bezgranicznie w czasach rządów PO i PiS ratowaniu planety reprezentował tylko wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta. Jako że w Belem pojawił się kanclerz Friedrich Merz, uznano najwidoczniej, że i tak na szczycie klimatycznym jest już najbardziej decyzyjna w polskich sprawach osoba, więc nie ma sensu, aby leciał także warszawski premier.
Od czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump, w świecie klimatystów dnia siódmego zapanowała wielka smuta. Amerykański przywódca, a wraz z nim całe grono proizraelskich liderów państw, bezceremonialnie odmawia wiary w rychłą śmierć planety pod wpływem działalności człowieka. To właśnie dlatego w Belem zamiast fiesty była ewidentna stypa, a przyzwyczajeni do triumfalizmu delegaci musieli zadowolić się dużo skromniejszą oprawą.
Dlaczego akurat syjonistycznie usposobieni politycy stali się liderami oporu wobec klimatyzmu? Głównie dlatego że klimatyzm stał się schorzeniem umysłowym współwystępującym z antysemickim woke’izmem. Na dodatek głównym siewcą klimatystycznej agendy stał się przejęty przez globalny Wschód ONZ, który w ostatnich latach zdołał walnie przyczynić się do gospodarczej neutralizacji znacznej części Zachodu przy pomocy klimatystycznej histerii.
Planeta płonie
Powróćmy jednak do położonego w Amazonii Belem, gdzie obradowały rady robotników i żołnierzy frontu wyzwolenia ludzkości z emisji dwutlenku węgla. W przeciwieństwie do perfekcyjnie zorganizowanych szczytów w Sharm-el-Sheik czy Dubaju, w mieście określanym jako „wrota Amazonii” dał o sobie znać spory chaos. Jego kulminacją był pożar, który wybuchł tuż przed ogłoszeniem ostatecznych konkluzji ze szczytu. Prawdopodobnie zwykłe zwarcie w jednej z kuchenek mikrofalowych doprowadziło do rozprzestrzenienia się ognia po znacznej części konferencyjnego kompleksu oraz panicznej ucieczki delegatów. W tak dramatycznych okolicznościach wszyscy klimatyści uzyskali już dowód ostateczny na to, że ziemia na pewno płonie!
Pożar ugaszono po kilku minutach, ale wszędzie było nadal pełno dymu. Centrum konferencyjne zamknięto do późnego wieczora, lecz niektórzy z gości wykorzystali ten moment do szabrowania opuszczonych stoisk. Ich łupem padły głównie pluszaki, ale także niemała ilość innych gadżetów. Ostatecznie szczyt musiał zostać przedłużony o jeden dzień. Wpływ na to miały także wcześniejsze wydarzenia związane z protestami rdzennych mieszkańców Amazonii. Część z nich zwyczajnie wdarła się do centrum konferencyjnego, wdając się w przepychanki z służbami porządkowymi oraz głośno demonstrując swoją niezgodę na działania podejmowane rzekomo w ich obronie.
Przyglądając się postulatom zgłaszanym przez mieszkańców Amazonii trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ich protesty zostały starannie zaplanowane. Indianie domagali się m.in. większego finansowania z funduszy klimatycznych, większej reprezentacji w międzynarodowych organizacjach, zatrzymania projektów infrastrukturalnych w Amazonii oraz wzywali do „sprawiedliwości klimatycznej”. Z tego właśnie powodu w Brazylii pojawiły się głosy, że rdzenni mieszkańcy działali na zamówienie tamtejszej lewicy.
Jak można było przewidzieć jeszcze przed rozpoczęciem szczytu, jego uczestnicy i tak opuszczali go z poczuciem niedosytu. Sekretarz generalny ONZ Antonio Gutierrez wskazywał wprawdzie na „pewien postęp”, lecz ubolewał nad tym, że nie zdołano uzyskać powszechnego zobowiązania do odejścia od paliw kopalnych. O osiągnięciu tego celu nie było zresztą mowy, w sytuacji gdy na szczycie zabrakło jakichkolwiek ważniejszych polityków z USA czy Indii.
Skośne oczy klimatyzmu
Zauważalna była za to obecność Chin, których pawilon zdecydowanie górował nad stoiskami wszystkich innych państw. Pawilon był tu zresztą kwestią wtórną, ponieważ chińska delegacja na każdym kroku prężyła swoje zielone muskuły, wytykała innym krajom brak wystarczającego zaangażowania oraz dawała do zrozumienia, że to Chiny są światowym liderem zielonej obsesji. Rządzona przez skrajnie lewicowego Ignacio da Lula Silvę Brazylia stała się zresztą chińskim podnóżkiem, dlatego delegacja z Państwa Środka czuła się w Belem jak u siebie w domu.
W trakcie obrad Chińczycy nieustannie krytykowali świat Zachodu za stosowany wobec nich protekcjonizm. Jednocześnie naciskali na to, aby w światowym handlu likwidować ograniczenia dla produktów klasyfikowanych jako wyprodukowanych przy użyciu „czystej energii”. Chinom bardzo zależy na zielonym i wolnym handlu, ponieważ dysponują aż 75 proc. wszystkich światowych patentów w zakresie „czystej energii”, a dodatkowo są przecież główną potęgą na rynku e-aut (70 proc. światowej produkcji), baterii (75 proc. światowego rynku), paneli fotowoltaicznych (80 proc. światowej produkcji) i wielu innych zrównoważonych produktów.
Każdy kolejny szczyt pokazuje wyraźnie, że klimatyzm ma wyraźnie skośne oczy. W czasie gdy niektórzy przywódcy Zachodu porzucili wiarę w globalne ocieplenie, Pekin stoi na straży ortodoksji i nie pozwala, aby rewizjoniści psuli narrację o płonącej planecie. Cieszmy się więc i celebrujmy każdy dzień urzędowania Donalda Trumpa, bo jeśli władzę w USA przejmie znów lewica, zielona fala dosłownie zmiecie nas z powierzchni ziemi.
Przykład walki Partii Zielonych tworzącej rząd Donalda Tuska to klasyka gatunku gdzie w imię ideologicznych bzdur i prywatnych interesów członków rządu niszczone jest polska gospodarka – tu sektor transportu śródlądowego
Gdy rządowa antypolska propaganda zastępuje wiedzę. Przypadek Urszuli Zielińskiej i „nieopłacalnej” żeglugi śródlądowej
Zapewne wszyscy zdążyli już zapomnieć niemądre wypowiedzi Wiceminister w rządzie Donalda Tuska które spotkało się z oburzeniem ekspertów, jakie przybrało postać Oświadczeni Związku Absolwentów Szkół Zawodowych Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu, które oburzone środowisko TŻŚ wydało po „występie” Urszuli Zielińskiej i tu trudno je nazwać zwykłą polemiką po prostu. To raczej desperacka próba obrony elementarnych standardów debaty publicznej przed czymś, co eksperci nazywają wprost: skrajną ignorancją podaną w opakowaniu rządowej propagandy.
W mediach krąży wywiad z wiceminister Klimatu i Środowiska, w którym pani Zielińska z powagą godną profesora hydrotechniki ogłasza, że żegluga śródlądowa w Polsce jest skazana na zapomnienie. I że „Europa odchodzi od transportu wodnego, bo się nie opłaca”. Padają też inne rewelacje: polskie rzeki mają być „zabetonowane”, ryby „nie mają wody”, a barki… są rzekomo tak ciężkie, że „nie utrzymują się na wodzie”. W normalnym kraju takie słowa byłyby klasycznym przykładem kabaretowej satyry na polityka nieprzygotowanego do rozmowy. W Polsce 2025 brzmią jak oficjalne stanowisko rządu, które może stać się podstawą decyzji wpływających na całe gałęzie gospodarki.
Chciałoby się powiedzieć głupota tej Zielonej „Damy” sięgnęła dna rzeki.
Absolwenci szkół żeglugowych piszą wprost: to obraża branżę. I mają rację. Ale problem nie leży tylko w tym, co Zielińska powiedziała – lecz że ktoś taki mówi to jako członek rządu odpowiedzialnego za strategiczne decyzje dotyczące klimatu, infrastruktury i transportu.
Jako dziennikarka od lat zajmująca się obnażaniem rządowej propagandy powiem to jasno: to nie jest wpadka, to jest system. System, w którym polityczny aktywizm i ideologia ( owa Dama należy do partii Zielonych w Polsce ) zastępują wiedzę, dane, analizy i rzeczywistość. System, który potrzebuje takich „eksperckich” narracji, aby uzasadnić z góry założone tezy – najczęściej sprzeczne z interesem państwa.
Twierdzenie tez o rzekomej „nieopłacalności” żeglugi jest nie tylko błędne – ono jest absurdalne w świetle tego, co robią kraje, które naprawdę rozumieją logistykę. Niemcy, Holandia, Francja, Belgia – wszyscy inwestują miliardy euro w modernizację dróg wodnych. Ren, który według Zielińskiej „odrzuca transport rzeczny”, pozostaje jedną z najintensywniej eksploatowanych arterii wodnych na świecie. W samych Niemczech w 2023 roku przewieziono drogami wodnymi ponad 180 milionów ton ładunków. Ciężarówki i koleje nie są w stanie zastąpić tej przepustowości bez gigantycznych kosztów i paraliżu infrastruktury.
Europa nie odchodzi od żeglugi. Europa odchodzi od amatorszczyzny, której modelowym przykładem jest wiceminister rządu Donalda Tuska . I właśnie dlatego słuchanie takich rewelacji od wiceminister odpowiedzialnej za klimat jest tak groteskowe. Ale tu idzie o coś więcej jest to niebezpieczne dla Polski i dla jej rozwoju.
Polskie rzeki nie są ani zabetonowane, ani przeinwestowane. Są – i to mówią wszyscy eksperci – jednymi z najmniej uregulowanych w Europie. A barki „za ciężkie, by utrzymać się na wodzie”? Trudno stwierdzić, czy to przejęzyczenie, czy brak elementarnego zrozumienia fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Czy też jak twierdzą inni głupota lub polityczne wyrachowanie.
To jednak nie był żart. To była poważna niestety wypowiedź osoby współtworzącej politykę klimatyczną państwa.
Ten przypadek pokazuje, w jakim kierunku dryfuje państwo, kiedy resorty obejmują ludzie kierujący się ideologią zamiast wiedzą. Wiceminister nie reprezentuje siebie – reprezentuje rząd i jego światopogląd. Dlatego słowa o „zapomnieniu o żegludze śródlądowej” należy traktować nie jako wygłup, lecz jako zapowiedź realnych decyzji. Decyzji, które mogą: uderzyć w polską logistykę, zwiększyć koszty transportu, przerzucić ruch na drogi, pogłębić zależność od transportu ciężarowego, osłabić konkurencyjność portów i wyhamować strategiczne inwestycje.
To nie są błahostki. To strategiczne kwestie gospodarcze. I tu stawka idzie o coś więcej niż o zwykłą banalną głupotę Minister Zielińskiej.
@Ula_Zielinska@MKiS_GOV_PL@donaldtusk Gdy rządowa antypolska propaganda zastępuje wiedzę. Przypadek Urszuli Zielińskiej i „nieopłacalnej” żeglugi śródlądowej Zapewne wszyscy zdążyli już zapomnieć niemądre wypowiedzi Wiceminister w rządzie Donalda Tuska które spotkało się z… pic.twitter.com/jcAaWuc3Mp
— #JachimowskiPyta Dariusz Jachimowski (@paragrafizm) November 28, 2025
Związek Absolwentów Żeglugi Śródlądowej protestuje, bo nie ma zgody na to, aby los wielkich gałęzi transportu zależał od polityków, których wiedza kończy się na memach z mediów społecznościowych. Bo Polska potrzebuje polityków odpowiedzialnych, którzy wiedzą, że transport rzeczny to: najtańszy, najbardziej ekologiczny, najstabilniejszy energetycznie i najbardziej efektywny przy dużych tonażach sposób przemieszczania ładunków.
A nie na rząd kabaretowy w stylu, który chce transport wodny wykreślić z mapy transportowej Polski bo „barki są ciężkie”.
Tak wygląda „mądrość” w wydaniu rządowej propagandy – i dobrze, że branża mówi temu jasno: NIE.
I tu nie idzie o wypowiedzi ekspertów : życie jak to nagranie ( z kanału w środku miasta gdzie co warte odnotowania załoga zapewne jest polska, gdyż na barce stoi samochód na polskich numerach rejestracyjnych) pokazujące transport rzeczny w Berlinie wykazuje, iż działania tej minister mają charakter antypaństwowy. Bo przecież nie chcemy uważać że Minister rządu w Polsce jest niemądry ?
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun na sali posiedzeń Parlamentu Europejskiego.
Lider KKP Grzegorz Braun przemawiał w unioparlamencie. W trakcie wystąpienia skrytykował klimatystyczną agendę Brukseli narzucaną m.in. Polsce i zauważył, że de facto dzięki „powtarzaniu bzdur” przez uniokratów jest mu łatwiej przekonywać Polaków do odejścia od UE.
– Dziękuję bardzo za ułatwienie mi życia poprzez powtarzanie waszych bzdur o zmianach klimatycznych, dekarbonizacji – powiedział Grzegorz Braun w unijnym parlamencie.
– Znacznie ułatwiacie mi przekonywanie moich rodaków w Polsce, że powinniśmy się ratować odchodząc od tego głupiego i złego i niebezpiecznego projektu, jakim jest obecnie eurokołchoz, Unia Europejska – kontynuował lider KKP.
– Im częściej będziecie wygłaszać swoje przemówienia o zmienianiu temperatury na całym kontynencie, dewastując gospodarkę, tym lepiej dla nas, patriotów naprawdę walczących o odzyskanie niepodległości – podkreślił Braun.
Następnie zapytał lewactwo zgromadzone na sali, czy „naprawdę myślą, że są zaklinaczami wiatru?”.
– Że jesteście czarodziejami deszczu i zmieniacie, naprawdę zmieniacie klimat przez wasz eurokomunizm? – pytał Braun.
Na koniec wspomniał, że „jest na tyle stary, że pamięta czerwony ład, sowiecki układ”.
– A teraz stoimy w obliczu zielonego ładu. Ale zwyciężymy – podsumował lider KKP Grzegorz Braun.
„Najpierw przyszli po krowy mleczne, a ja milczałem…”
Znacie to.
Duńska firma biotechnologiczna DSM stworzyła niedawno produkt o nazwie Bovaer – zatwierdzony także w USA – który blokuje enzym odpowiedzialny za produkcję metanu jako ubocznego produktu trawienia roślin przez krowy. Teoria: mniej metanu = mniej „zmian klimatycznych”.
Cytat ze strony producenta DSM-Firmenich:
„Mikroby w żwaczu krowy trawią pokarm, produkując wodór i dwutlenek węgla. Mikroby metanogenne wykorzystują te dwa gazy i zamieniają je w metan w serii reakcji enzymatycznych.
Bovaer® to dodatek paszowy, który tymczasowo dezaktywuje jeden z tych enzymów, co skutkuje mniejszą produkcją metanu. Wystarczy ¼ łyżeczki dzienniedo paszy – działa już po 30 minutach. Potem Bovaer® rozpada się na związki już naturalnie obecne w żwaczu.
Naturalnie metabolizowany przez krowę, Bovaer® trwale obniża emisje metanu, jest bezpieczny dla krowy i nie przenika do mleka ani mięsa…
Od 1 października 2025, duńskie władze zobowiązały wszystkich hodowców do podawania Bovaeru całemu bydłu w kraju.
Efekt? – Katastrofa, według rolników.
Z duńskiej strony Nyheder TV2:
„Coraz więcej krów mlecznych choruje i daje mniej mleka. A w niektórych przypadkach po prostu dostają zapaści.
Podejrzewa się, że przyczyną jest kontrowersyjny dodatek Bovaer, który musi być mieszany z paszą.
Od 1 października 2025, rolnicy zaczęli dodawać obowiązkowy preparat. Celem jest redukcja emisji gazu cieplarnianego – metanu. Bovaer był wcześniej testowany przez kilka lat.
Ale coś poszło nie tak przy jego wprowadzaniu.
— Dostaliśmy bardzo dużo telefonów od rolników, którzy zaniepokojeni są tym, co dzieje się w ich stadach – mówi Kjartan Poulsen, przewodniczący Krajowego Związku Duńskich Producentów Mleka.
Sądzicie, że przejęcie i «poprawienie» funkcjonowania układu trawiennego bydła, który ewoluował przez miliony lat, brzmi dystopijnie i jest potencjalnie zgubne dla produkcji żywności? – Spokojnie – DSM na swojej stronie gwarantuje, że jest ono „sprawdzone, bezpieczne i skuteczne”; magiczne słowa, które powinny automatycznie złagodzić wszelkie utrzymujące się obawy wśród klasy chłopskiej.
Gdy więc dziesiątki krów wywracają się na pastwiskach lub w oborach, to na pewno nie przez syntetyczny inhibitor enzymu metanowego, który służy agendzie Klimatycznej™ oraz centralnej kontroli nad żywnością. One z pewnością zachorowały na COVID’a, albo coś w tym rodzaju. Kilka dawek zastrzyków mRNA na pewno postawi je na nogi.
Szybkie podsumowanie informacji z duńskich mediów głównego nurtu (TV2, LandbrugsAvisen, Psst-nyt.dk, Aarhus Universitet) na temat zabójczych skutków stosowania preparatu Bovaeru krów. Fakty z października/listopada 2025, tj. od kiedy preparat stał się w Danii obowiązkowy (od 1 X 2025 dla stad >50 krów).
Generalnie:
Masowe gorączki >40°C, biegunki, zapalenia wymion, wzdęcia, spadek produkcji mleka o 1,5–2 kg/krowę/dzień, krowy wywracają się i trzeba je uśmiercić.
Potwierdzone zgony: co najmniej kilka krów na gospodarstwo (jedna farma: 1 krowa padła w 24 h, inna: 6 w miesiąc).
Wielu propagandystom klimatycznym, również tym nad Wisłą, Bill Gates zrobił ostatnio niezłe kuku. W ostatnim wpisie na swoim blogu, tuż przed konferencją COP30 w Belem, właściwie podważył wszelkie założenia narracji rozwijanej konsekwentnie od 2015 roku.
Miliarder i samozwańczy naprawiacz świata ogłosił, że zamiast radykalnie ciąć emisje CO2, lepiej przygotować ludzi na zachodzące zmiany. Jakby tego było mało, uznał mierzenie wzrostu globalnych temperatur za nie-najlepszy wyznacznik postępu w „walce z klimatem”.
Chociaż zmiany klimatyczne będą miały poważne konsekwencje – szczególnie dla mieszkańców najbiedniejszych krajów – nie doprowadzą one do zagłady ludzkości. W najbliższej przyszłości ludzie będą mogli żyć i prosperować w większości miejsc na Ziemi – wyznał Gates.
Jeden z największych promotorów tak zwanego „zrównoważonego rozwoju” z rozbrajającą szczerością przyznaje: dajcie spokój z tym katastrofizmem – nie ma aż takiego zagrożenia (zapewne przez fakt, że wyznaczone cele są i tak poza zasięgiem). Zamiast przeznaczać biliony na dekarbonizację, lepiej zapewnić ludziom lepszą opiekę zdrowotną, zainwestować w zabezpieczenia (systemy irygacyjne, zbiorniki retencyjne, regulowanie rzek, nowe, odporne gatunki roślin). Jego przekaz brzmiał: walczmy ze skutkami, zamiast zawracać kijem Wisłę w karkołomnej próbie regulacji całej planety.
Jakby tego było mało, Amerykanin wezwał pozostałych uczestników konferencji, by uderzyli się w piersi i przyznali, że dotychczasowe metody wcale nie pomogą najbiedniejszym i najbardziej narażonym na skutki zmian klimatu.
Przypomina to trochę apele twórców Wielkiego Resetu, którzy narzekali, że świat poszedł w złym kierunku, choć to przecież elity Światowego Forum Ekonomicznego w dużej mierze odpowiadały za wyznaczanie tego kierunku w przeszłości.
Bo dzisiaj do przemyślenia agendy klimatycznej wzywa człowiek, który jeszcze w 2019 roku napisał CAŁY PODRĘCZNIK o tym, jak wygrać ze zmianami klimatu. Jego refleksja obejmowała światowy transport, energetykę, produkcję żywności, „zielone” technologie, nastroje społeczne i wiele, wiele innych obszarów wymagających rzekomo drastycznej zmiany. Sam był również żywo zainteresowany postępem agendy z powodów finansowych. Inwestował gigantyczne pieniądze w innowacje (Breakthrough Energy), produkcje mięsa in vitro (Beyond Meat), ośrodki pracujące nad GMO (International Rice Research Institute), a nawet rozwiązania z zakresu geoinżynierii – takie jak próby blokady światła słonecznego czy wywoływanie deszczu.
Ale czy miliarder przypadkiem nie przyznał, że do tej pory straszono ludzi bez powodu? Półki dzisiaj uginają się od opracowań z tytułami krzyczącymi o „katastrofie”, „apokalipsie” czy „końcu świata”. Hollywood ugniatało społeczeństwa swoimi hitami („Nie patrz w górę”), największe światowe media celowo zmieniały język na bardziej niepokojący. Nagłówki straszyły zdjęciami huraganów, wysuszonych rzek, płonących lasów, wysp śmieci, wyrzucanych na brzegi zwierząt: w każdym przypadku przypominając o czekającej nas wszystkich katastrofie. Straszono, że mamy zaledwie dekadę, zanim zmiany staną się nieodwracalne.
Jeszcze pamiętamy zmanipulowaną młodzież wychodzącą na ulice w „strajkach klimatycznych”; zachęcaną nierzadko przez nie mniej otumanionych nauczycieli. W konsekwencji na naszych oczach wyrosło pokolenie żyjące w przekonaniu, że nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Niektórzy pod wpływem alarmistycznej atmosfery drastycznie zmieniali styl życia; przestawali jeść mięso, przesiadali się na rower i „zbior-kom”, z segregowania śmieci i recyklingu stworzyli całą filozofię „zero-waste”, a w skrajnych wypadkach rezygnowali z dzieci, gdyż miałyby one dorastać w świecie skazanym na rychłą zagładę.
Tymczasem dzisiaj jeden z arcykapłanów klimatycznej apokalipsy, jakby nigdy nic stwierdza: dajcie spokój, nie ma co przesadzać! Jakby powiedziała Greta Thunberg – „How dare you?!”…
Najzabawniejsze jest jednak to, że stary zwolennik degrowthu, fan takich autorytetów zwijania gospodarki jak Vaclav Smil, dzisiaj odwołuje się do argumentu dobrobytu. Kiedy w 2018 r. w Katowicach odbywał się klimatyczny szczyt COP24, zgromadzeni na alternatywnej konferencji w Gliwicach specjaliści przekonywali, że to właśnie budowanie dobrobytu i stawianie na lokalną przedsiębiorczość jest najlepszą metodą walki z kryzysem ekologicznym. Wtedy uznawano takie podejście za „foliarstwo”. Dzisiaj, jak widać, to już mainstream.
Czyżby amerykański miliarder przyznał w końcu rację sceptykom takim jak Bjørn Lomborg, przekonującym, że katastrofizm i działanie pod wpływem strachu nie sprzyja innowacyjności? Dokładnie takie same podejście sugerował ponad pół wieku temu von Hayek, co później zaktualizował William Easterly w książce „Tyrania ekspertów”; mechanizm centralnego planowania ze strony globalnych elit i ekspertów, szantaż polityczny i strach nie jest najlepszą metodą na ratowanie świata.
Jakie płyną z tego wnioski? Gates albo nie znał konsekwencji proponowanych dotychczas działań, albo sam zaufał robionym na własne zlecenie raportom ONZ, albo – co najbardziej prawdopodobne – prawdziwe cele agendy klimatycznej pozostawały przed opinią publiczną ukryte.
W całej tej układance nie sposób nie dojrzeć ręki obecnej administracji Białego Domu. U Gatesa flaga zmieniła się bardzo szybko, gdy tylko Trump wygrał wybory. Podobnie jak u „techno-panów” z Doliny Krzemowej, którzy porzucając sztandar Demokratów, przywdziali czapki MAGA i złożyli „hołd lenny” nowemu władcy. Nie jest tajemnicą, że Gates jeszcze przed zaprzysiężeniem spotkał się osobiście Donaldem Trumpem. Później przynajmniej raz spotkał się z przedstawicielami nowej administracji.
Tymczasem Europa wciąż za punkt honoru obiera sobie bycie prymusem „zrównoważonego rozwoju”. Dobijamy portfele nowym ETS2, zarzynamy produkcję samochodów, płacimy haracz za ideologiczne fanaberie i bawimy się własnym bezpieczeństwem energetycznym, w nadziei, że zakup samochodu elektrycznego czy zwalnianie górników uratuje Polskę przed suszą czy upałami.
Podczas gdy Chiny i Ameryka odjeżdżają nam w coraz szybszym tempie, Europa dokłada wszelkich starań by stać się skansenem, uzależnionym od importu samochodów, energii, a nawet żywności. Skansenem, w którym klepie się biedę – tę samą, która jak głosi dzisiaj Gates – jest największym wrogiem ludzkości w zapobieganiu skutkom zmian klimatu.
Piętnastego października 2025 roku stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym zarejestrowała temperaturę minus 61,3 stopni Celsjusza. To nie jest przypadkowy skok rtęci w dół. Według danych niemieckiego portalu Report 24, był to najzimniejszy październik od 1981 roku. Tymczasem powinna tam już być wiosna, a temperatury powinny wzrastać. Fakty jednak mówią co innego.
Ten ekstremalny chłód nie jest zjawiskiem odosobnionym. W 2021 roku cały kontynent antarktyczny doświadczył najzimniejszej zimy od rozpoczęcia pomiarów w 1957 roku. Średnia temperatura między kwietniem a wrześniem wyniosła wtedy minus 61 stopni Celsjusza. Nawet CNN, który zazwyczaj nie skąpi dramatycznych nagłówków o topnieniu lodów, zmuszony był przyznać, że kontynent przeżył rekordowo mroźny okres.
Dane ze stacji badawczych rozmieszczonych na kontynencie, takich jak Amundsen-Scott, Wostok czy Dome C, pokazują coś, czego modele klimatyczne zupełnie nie przewidywały. Zamiast liniowego trendu ocieplenia napędzanego przez dwutlenek węgla, biegunek południowy zdominowany jest przez naturalnie występujące, ekstremalne wahania temperatury. W niektórych regionach Antarktydy zaobserwowano nawet trend ochłodzenia trwający przez dziesięciolecia.
Szczególnie uderzający jest przypadek Wschodniej Antarktydy. Ta chłodniejsza i bardziej stabilna część kontynentu przez długie lata nie wykazywała żadnego ocieplenia. Stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym, położona właśnie od strony Wschodniej Antarktydy, odnotowywała w ostatnich dekadach ochłodzenie, co wiąże się prawdopodobnie z mniejszą liczbą ciepłych mas powietrza oceanicznego docierających do wnętrza kontynentu.
British Antarctic Survey potwierdza, że wiele długoterminowych pomiarów ze stacji badawczych na Antarktydzie nie wykazuje żadnych znaczących trendów ocieplenia ani ochłodzenia. Temperatury na większości kontynentu pozostawały względnie stabilne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. To wyraźnie kłóci się z narracją, że regiony polarne powinny doświadczać najsilniejszego ocieplenia.
Nawet Półwysep Antarktyczny, który przez dziesięciolecia był pokazywany jako przykład gwałtownego ocieplenia, od końca lat dziewięćdziesiątych zaczął się ochładzać. Badania opublikowane w Nature w 2016 roku potwierdziły, że średnia temperatura na półwyspie zmniejszyła się o około 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę od końca lat dziewięćdziesiątych, czyli w tym samym tempie, w jakim rosła przez poprzednie pięć dekad. Naukowcy przypisali to naturalnej zmienności klimatycznej związanej z oscylacjami w Pacyfiku.
Za ekstremalnymi wahaniami temperatur na Antarktydzie stoją mechanizmy klimatologiczne, które mają niewiele wspólnego z poziomem dwutlenku węgla w atmosferze. Fale stratosferyczne, stabilność wiru polarnego, pokrywa chmur i naturalne oscylacje oceaniczne, takie jak El Niño czy Southern Annular Mode, okazują się rzeczywistymi motorami pogody w regionach polarnych. Te złożone, naturalne procesy są w stanie generować wahania temperatury przekraczające dziesięć stopni Celsjusza na przestrzeni dekad.
Co więcej, lód morski wokół Antarktydy zachowywał się wbrew przewidywaniom modeli. Mimo cieplejszych temperatur powierzchni morza i powietrza nad Oceanem Południowym, obserwowano niewielki ogólny wzrost zasięgu lodu morskiego od 1979 do 2014 roku. W tym okresie Antarktyda zanotowała nawet rekordowo wysokie maksimum lodu morskiego w latach 2013 i 2014.
Rzeczywistość na Antarktydzie zdaje się ignorować proste równania, według których więcej CO2 równa się wyższym temperaturom wszędzie i zawsze. Prognozy IPCC z lat dziewięćdziesiątych systematycznie przeszacowywały trendy temperaturowe. Kiedy rzeczywiste dane tak wyraźnie odbiegają od modeli, należy postawić fundamentalne pytanie: czy modele klimatyczne są wadliwe, czy teoria klimatu skoncentrowana na CO2 jest niepełna?
Politycy i decydenci, którzy na podstawie przekonania, że nauka jest rozstrzygnięta, podejmują decyzje o daleko idących konsekwencjach gospodarczych, muszą zmierzyć się z niewygodnym faktem. Uporczywy chłód bieguna południowego stanowi poważne wyzwanie dla obowiązującej narracji, którego nie można dłużej ignorować.
Spalanie własnego paliwa we własnym domu to coś więcej niż tylko „estetyka”, niezależnie od tego, jak bardzo gazety próbują przykleić tę powierzchowną etykietę. Kominek na drewno zapewnia niezależność energetyczną i z tego powodu, jak wszystko inne, co oferuje jakąkolwiek niezależność, jest uważany za zagrożenie.
Robi się coraz zimniej, a to oznacza powrót propagandy przeciwnej paleniu drewnem.
Czy wiesz, że piec opalany drewnem może cię zabić? Zanieczyszcza środowisko bardziej niż samochody i powoduje raka, „podobnie jak dym papierosowy” i tak dalej.
To nie jest nowa – z braku lepszego słowa – „informacja”. Pisaliśmy o tym w zeszłe święta Bożego Narodzenia. Latem temat ten został wpleciony w lawinę paniki na temat „jakości powietrza w pomieszczeniach”, by powrócić teraz, gdy dni znów stają się krótsze.
Coś w rodzaju odwróconej hibernacji.
«Modny piec opalany drewnem prawie mnie zabił… powinny zostać zakazane, zanim wyrządzą więcej szkód» …krzyczy Daily Mail.
Podoba mi się słowo „modny” [trendy] — ciągle go używają — jest bezczelnie manipulacyjne, przedstawia skromny piecyk jako pretensjonalny, luksusowy dodatek, a nie jako podstawowe urządzenie do ogrzewania domu przez dosłownie tysiąclecia.
Tak czy inaczej, sednem tej historii jest to, że ta pani – Lizzie – miała poważny atak astmy i „wierzy”, że miał on związek z piecami opalanymi drewnem.
Więc powinny zostać zakazane. Albo coś.
Następnie cytują lekarza:
„Dlatego chcemy, aby rząd rozpoczął kampanię uświadamiającą społeczeństwo na temat wpływu zanieczyszczeń na zdrowie oraz ich źródeł, aby umożliwić społeczeństwu podejmowanie lepszych wyborów i chronić zdrowie płuc, a także zdrowie innych osób, takich jak Lizzie”.
Potem są wykresy. Wszystko jest bardzo przewidywalne.
The Telegraph, bardziej wyrafinowany i mniej histeryczny niż Daily Mail (który, przyznaję, nie mówi wiele), wychodzi z tym…
«Piece opalane drewnem są szkodliwe. Oto dlaczego tego nie zauważyłeś.»
Szczegółowo opisuje, jak to nowe badania wykazały, że piece na drewno są naprawdę szkodliwe dla każdego, kto ich używa, czego wcześniej po prostu nie zauważyliśmy.
A dlaczego tego nie zauważyliśmy?
Ach, ponieważ ludzie, którzy z nich korzystają, są „w większości” zdrowi i zamożni, więc dane zostały zamaskowane przez dane demograficzne.
Teraz możesz pomyśleć, że „badania”, które dowodzą, że „palenie drewna może wywoływać choroby, ale bycie biednym, złe odżywianie się czy palenie są gorsze”, to pewniak w postaci nagrody typu No jasne! w dorocznym konkursie Waste of Time Awards, ale się mylisz. To bardzo poważna sprawa.
Tak czy inaczej, oto ich wersja cytatu „lekarza”:
„Dobrze byłoby zobaczyć zwiększoną świadomość wpływu spalania drewna w piecach, wraz z jaśniejszymi informacjami i wytycznymi ze strony rządu dotyczącymi wpływu na zdrowie, a także zaostrzenie przepisów dotyczących spalania drewna w gospodarstwach domowych”.
Tym razem bez wykresów, co jest miłe. Ale zwróćcie uwagę, podobnie jak w artykule z Daily Mail, na powtarzające się skojarzenia palenia drewnem z klasą wyższą. To luksus, a nie prawo. Takie jest przesłanie. „Ekspert” z „Telegraph” stwierdza nawet: „głównym powodem posiadania pieca na drewno jest jego estetyka”.
To powszechne przekonanie, zawsze przedstawiane bez dowodów.
To coś, co wciąż mnie bawi w prasie – a może szczególnie w prasie brytyjskiej. To identyczne historie, tylko we własnym stylu. To jak filtry obrazów AI, gdzie przesyłasz swoje zdjęcie i pytasz: „Pokaż mi to zdjęcie, jakby namalował je Van Gogh”. Albo Rembrandt. Albo Picasso.
„Powiedz mi, że palenie drewna powoduje raka w stylu Guardiana”. Albo Mirror. Albo The Sun.
Estetyka się zmienia, przekaz nie.
I oczywiście nie dotyczy to tylko Wielkiej Brytanii. A kiedy to się zdarza?
W Australii ruch antypiecowy wyraźnie nabiera rozpędu latem, ponieważ już w lipcu ABC relacjonowało „cichego zabójcę”, jakim jest dym drzewny, a eksperci wzywali do zakazów.
W Nowej Zelandii zlecone przez rząd badania wskazują, że przyczyną tysięcy zgonów rocznie są nie tylko piece opalane drewnem, ale także otwarte kominki, grzejniki gazowe i piece gazowe.
W Kanadzie, w Kolumbii Brytyjskiej, wprowadzono rejestr dla osób chcących spalać paliwo stałe w swoim gospodarstwie domowym.
Wracamy do kwestii „jakości powietrza w pomieszczeniach”, nowego, modnego problemu zdrowia publicznego, o którym pisałem już w lipcu:
Masz się bać „jakości powietrza w pomieszczeniu” Głównym celem raportu jest jakość powietrza w pomieszczeniach. Nacisk na zakaz używania pieców opalanych drewnem i otwartego ognia oraz ostrzeżenia o niebezpieczeństwach związanych z kuchenkami gazowymi w porównaniu z indukcyjnymi […]
Europejski Sojusz na rzecz Zdrowia Publicznego domaga się „specjalnych, zharmonizowanych unijnych ram dotyczących jakości powietrza w pomieszczeniach”, nazywając „zdrowe powietrze” prawem człowieka:
«Zdrowe powietrze to prawo człowieka, a powietrze w pomieszczeniach nie jest wyjątkiem. Wspólnym globalnym celem powinno być zapewnienie, aby to prawo zostało odpowiednio i pilnie zapisane, zapewniając obywatelom silniejsze narzędzia prawne do ubiegania się o ochronę przed szkodami dla środowiska, w tym przed złym powietrzem w pomieszczeniach.»
Organizacja Narodów Zjednoczonych powołała w zeszłym miesiącu zupełnie nową Globalną Komisję ds. Zdrowego Powietrza W Pomieszczeniach. Trwają już prace nad „Globalnymi Ramami Działania”, które zostaną opublikowane w przyszłym roku.
Warto rozważyć zakup inteligentnego monitora powietrza [Smart Air Monitor], radzi New York Times.
Sądzę, że warto zwrócić uwagę na ten Smart Air Monitor. Całkowity zakaz palenia w piecach opalanych drewnem jest trudny do sprzedania – zwłaszcza w USA – dlatego „kompromisowym” rozwiązaniem może być obowiązkowe zastąpienie inteligentnych liczników w domach ogrzewanych elektrycznie licznikami jakości powietrza.
Dane i posłuszeństwo wobec władzy. O to właśnie chodzi.
Tak, przykro mi, że muszę kogoś rozczarować. Tak naprawdę nie chodzi o ataki astmy.
Ludzie, którzy zamknęli cię w domu i zmusili do noszenia maseczki i przyjmowania szczepień, tak naprawdę nie przejmują się tym, czy masz astmę, Lizzie. W ogóle nie przejmują się twoim samopoczuciem.
Przykro mi, że muszę tobie to powiedzieć.
Podobnie, nie chodzi o zmiany klimatu. Ci puszący się idioci, którzy latają prywatnymi odrzutowcami na globalne szczyty z cateringiem, troszczą się o planetę mniej więcej tak samo, jak o ciebie. Albo o Lizzie.
Chodzi o informacje, nawet nie o ważne informacje, czy użyteczne informacje… po prostu o informacje. I oczywiście o kontrolę, jak moglibyśmy o tym zapomnieć?
Informacja i kontrola. System to maszyna zaprojektowana tak, by zdobywać jedno i drugie, na zawsze. Wymaga, żebyśmy mówili mu wszystko i żeby wszyscy byli od niego zależni… we wszystkim.
Osoby hodujące kurczaki, kopiące własne studnie czy żyjące bez prądu, czyli osoby palące drewno, stanowią w rzeczywistości zaledwie niewielki odsetek populacji, ale ich istnienie rodzi nurtujące pytania.
Pytania takie jak: Ile drewna zużywają? Jak ciepło jest u nich w domach? Jak długo?
I co najważniejsze: za kogo, do cholery, ci ludzie się uważają?
Spalanie własnego paliwa we własnym domu to coś więcej niż tylko „estetyka”, niezależnie od tego, jak bardzo gazety próbują przykleić tę powierzchowną etykietę. Kominek na drewno zapewnia niezależność energetyczną i z tego powodu, jak wszystko inne, co oferuje jakąkolwiek niezależność, jest uważany za zagrożenie.
Istnienie kogokolwiek lub czegokolwiek poza systemem, nawet symbolicznie lub szczątkowo, zagraża idei, że system w ogóle jest konieczny. Dlatego należy ich atakować.
To reakcja autoimmunologiczna, odruch. Nie potrafią się powstrzymać.
Muszą wiedzieć wszystko, co robisz, jak to robisz i dlaczego.
I co ważniejsze, potrzebują, żebyś się z tym pogodził, przyjął to z otwartymi ramionami, a nawet im za to podziękował.
Chcą, żebyś wiedział, że to jest bezpieczne, normalne. I że jest to jedyny sposób, w jaki działa świat.
Można się więc spodziewać, że ten komunikat będzie się pojawiał aż do momentu wprowadzenia zakazu, wprowadzenia obowiązku posiadania licencji lub podłączenia inteligentnego licznika do siekiery.
Administracja Trumpa zwiększa presję na Unię Europejską, aby uchyliła lub zreformowała rozporządzenie w sprawie zanieczyszczenia gazami cieplarnianymi przez korporacje – poinformował portal Politico. Wcześniej podobne stanowisko zajął Katar. Powodem jest unijna dyrektywa CSDDD, która narzuca firmom obowiązek wdrażania planów klimatycznych.
Stało się to niecały tydzień po tym, jak Stany Zjednoczone odniosły zaskakujące zwycięstwo nad proponowaną przez ONZ opłatą klimatyczną za żeglugę. Jeden z członków gabinetu Trumpa opisał to w środę jako lobbing „wszystkie ręce na pokład”.
Nie będzie zerowej emisji?
Państwa członkowskie Międzynarodowej Organizacji Morskiej (IMO) zgodziły się w 2023 r., że do około 2050 r. branża żeglugowa osiągnie zerową emisję netto – usuwając z atmosfery tyle gazu cieplarnianego, ile emituje.
Jednym ze środków zaproponowanych w ramach tego projektu był podatek od zanieczyszczenia klimatu przez przemysł. Branża żeglugowa wpłaciłaby podatek do funduszu utworzonego przez IMO, aby zachęcić do redukcji emisji i zebrać fundusze na działania klimatyczne. Kraje członkowskie IMO zatwierdziły podatek na chaotycznym kwietniowym spotkaniu, z którego Stany Zjednoczone zrezygnowały w połowie. Rozmowy październikowe miały na celu jego formalne przyjęcie.
Chociaż podatek poparli liczni członkowie, w tym Unia Europejska, Brazylia i małe państwa wyspiarskie, takie jak Vanuatu, kraje produkujące ropę naftową, w tym Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska, zdecydowanie się mu sprzeciwiły.
Administracja Trumpa przez tygodnie wzywała kraje do odrzucenia głosowania, przekonując, że Stany Zjednoczone „nie będą tolerować żadnych działań zwiększających koszty dla naszych obywateli, dostawców energii, przedsiębiorstw żeglugowych i ich klientów lub turystów”.
W piątek, dzięki naciskom ze strony USA, udało się udaremnić propozycję Międzynarodowej Organizacji Morskiej ONZ dotyczącą nałożenia pierwszego światowego podatku na zanieczyszczenie klimatu pochodzące z żeglugi. Powszechnie oczekiwano, że organ morski przyjmie opłatę za żeglugę na posiedzeniu w Londynie, ale zamiast tego odroczył inicjatywę o co najmniej rok.
Inni petrogiganci, Rosja i Arabia Saudyjska, lobbowali za przerwą, a członkowie UE, Grecja i Cypr, pomogli w tych wysiłkach, wstrzymując się od głosu końcowego.
Skutkiem byłby wzrost cen
Departament Energii USA przyłączył się do rządu Kataru, ostrzegając UE, że ryzykuje wyższymi cenami „krytycznych dostaw energii”, jeśli nie zmieni lub nie usunie dyrektywy w sprawie należytej staranności w zakresie zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw.
Jako sojusznicy i przyjaciele UE szczerze wierzymy, że CSDDD wyrządzi znaczne szkody UE i jej obywatelom, gdyż doprowadzi do wzrostu cen energii i innych towarów oraz będzie miało mrożący wpływ na inwestycje i handel
– oświadczyli departament i Katarczycy w otwartym liście wysłanym w środę do głów państw europejskich i członków UE.
Podczas późniejszej konferencji prasowej rzecznik Komisji Europejskiej Markus Lammert odmówił omówienia negocjacji Parlamentu Europejskiego w sprawie dyrektywy klimatycznej.
USA mówią o sukcesie
Amerykański sekretarz ds. energii Chris Wright i sekretarz ds. rolnictwa Brooke Rollins poinformowali w środę o presji, jaką wywarli, aby zablokować opłatę morską. Wright powiedział, że zadzwonił do 20 krajów, podczas gdy Rollins zajmowała się takimi krajami jak Jamajka, co określiła jako wysiłek „wszystkich rąk na pokładzie”. Wright powiedział, że w wysiłkach uczestniczyli także sekretarz handlu Howard Lutnick i sekretarz stanu Marco Rubio.
Wright dodał, że osobiście napisał wiadomość na Truth Social, którą Trump opublikował w noc poprzedzającą głosowanie, w której prezydent ostrzegł, że „Stany Zjednoczone NIE będą tolerować tego globalnego, zielonego nowego podatku od oszustw w żegludze”.
To zwycięstwo nie tylko Ameryki, to zwycięstwo świata – ocenił Wright.
UE nie zmieni polityki klimatycznej
UE już zapowiedziała, że nie zrezygnuje ze swojej dyrektywy klimatycznej dla przedsiębiorstw, choć może znieść przepis o odpowiedzialności cywilnej, aby uprościć prawo. Jednak rewizja dyrektywy stanowiła wyzwanie dla Europy, ponieważ prawodawcy są podzieleni co do tego, w jakim stopniu wycofać obowiązki przedsiębiorstw w zakresie sprawozdawczości na temat zrównoważonego rozwoju.
Zasada, którą UE wprowadziła w życie w zeszłym roku, ale która nadal musi zostać przyjęta przez państwa członkowskie, wymagałaby od przedsiębiorstw identyfikowania negatywnych skutków swoich działań w Europie i poza nią oraz zajmowania się nimi.
Rządy państw członkowskich UE są w sprawie dyrektywy CSDDD podzielone.
Ian Plimer, australijski geolog i profesor Uniwersytetu w Adelajdzie, cytowany przez Telewizję Republika, nazwał zmiany klimatyczne „największym oszustwem naukowym i finansowym”.
Powołując się na swoją wiedzę w temacie emisji CO2, stwierdził, że tylko 3% dwutlenku węgla w atmosferze pochodzi z działalności człowieka, a 97% z oceanów, oddychania zwierząt i aktywności wulkanów.
Skrytykował też polityki klimatyczne zwalczające paliwa kopalne jako opierające się na błędnych danych i ze względu na wysokie koszty szkodliwe dla społeczeństw.
Plimer, powołując się na dane satelitarne, wyjaśniał, że roślinność na Ziemi pochłania więcej CO₂, niż emitują ludzie, co zapewnia neutralny bilans emisji.
Możemy dokładnie zmierzyć emisje z węgla, ropy czy przemysłu, a dane pokazują, że roślinność neutralizuje ludzkie emisje.
Ktoś ma w tym interes?
Krytykując obecne polityki klimatyczne, Plimer uznał je za oparte na błędnych obliczeniach i inspirowane interesami ekonomicznymi.
Karmią nas fałszywą narracją
– powiedział, wskazując, że w przeszłości Ziemia miała wyższe stężenia CO2 bez katastrof klimatycznych, co podważa tezę, że CO2 jest głównym czynnikiem globalnego ocieplenia.
W ocenie naukowca ignorowanie danych geologicznych sugeruje absurdalne założenie, że „prawa fizyki i chemii kiedyś działały inaczej”. Plimer zauważył, że polityka klimatyczna generuje wielomiliardowy biznes, który pochłania wielkie sumy z pieniędzy obywateli.
Ta krucjata przeciwko węglowi kosztuje nas drogo, napędzając inflację, wzrost cen energii i kosztów życia, co bezpośrednio uderza w rodziny.
Konsensus to nie dowód
Teoria o wpływie CO2 na zmiany klimatyczne nigdy nie została udowodniona naukowo. Została przyjęta w drodze tzw. konsensusu naukowego. Podobnie zresztą jako konsensus zostało przyjęte antropogeniczne pochodzenie większości emitowanego CO2.
Plimer nie jest pierwszym naukowcem, który wskazuje na morza i oceany jako głównych emiterów CO2 – wskazywał na to swojego czasu prof. Jan Szyszko, profesor nauk leśnych. Już wówczas jednak w mainstreamowym przekazie zaczynała dominować fałszywa narracja dotycząca zmian klimatycznych.
W kręgach naukowych, w których się obracam, przytłaczająca większość jest sceptyczna wobec wpływu działalności człowieka na globalne ocieplenie. Wielu moich kolegów twierdzi, że mantra, według której to człowiek wywołał globalne ocieplenie, jest największym w historii naukowym oszustwem, za które przyjdzie drogo zapłacić przyszłym pokoleniom. Jeśli 97 proc. naukowców jest zgodna, że to działalność człowieka wywołała zmiany klimatu, mogłoby się wydawać, że zrobią oni wszystko, aby pokonać sceptyków klimatycznych w publicznej debacie. Tymczasem wielu naukowców i aktywistów reaguje oburzeniem na samą propozycją takiej debaty, ponieważ ich zdaniem ta kwestia przyczyn zmian klimatycznych została ostatecznie, naukowo potwierdzona. Wszak 97 proc. naukowców jest zgodna, że to emisje gazów cieplarnianych powodowane przez działalność człowieka powodują globalne ocieplenie, więc nie ma potrzeby dalszej dyskusji na ten temat – pisał wcześniej prof. Plimer w „The Australian”, największym australijskim dzienniku.
Sceptycyzm leży u podstaw nauki. Nauka opiera się na powtarzalnych, potwierdzonych dowodach, a wnioski naukowe nie są formułowane na podstawie głosowania, kompromisu, polityki czy uczuć. Podobnie jak w przypadku prawników, bankierów, związkowców, polityków czy ludzi działających na wszelkich innych polach bycie naukowcem nie oznacza, że automatycznie jest się też uczciwym i honorowym. Istnieją rozmaite walczące między sobą kliki naukowców, które mają swoich liderów, zwolenników, outsiderów i wrogów. Naukowcy odróżniają się od innych profesji tym, że są rzekomo wyuczeni, aby być niezależnymi. O ile oczywiście nie pomacha im się przed oczami wielkim grantem badawczym na ”naukę” klimatyczną.
Rolnicy suplementują roślinom CO2
Warto zauważyć, iż związek między zwiększoną emisją CO2 a lepszym poziomem plonów rolnych zauważają rolnicy. Ci ostatni stosują dwutlenek węgla (CO2) do poprawy plonów, przede wszystkim w uprawach pod osłonami, takich jak szklarnie i growboxy. Dodawanie CO2 do atmosfery zwiększa wydajność fotosyntezy, przyspiesza wzrost roślin, pozwala na uzyskanie większych plonów i lepszej jakości owoców. Rośliny mogą także lepiej radzić sobie z niedoborem wody przy wyższym stężeniu CO2, ponieważ proces transpiracji jest ograniczony.
Wtorkowe wystąpienie prezydenta USA Donalda Trumpa podczas 80. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ przejdzie do historii jako moment, gdy amerykański przywódca bezpośrednio skonfrontował międzynarodowy establishment z nieprzyjemną prawdą. Trump, rozpoczynając z typową dla siebie swobodą, najpierw zażartował z awarii telepromptera, by następnie przejść do bezpośredniej krytyki organizacji, katastrofalnej polityki migracyjnej w Europie i nieefektywnej polityki energetycznej zachodnich państw.
“Wasze kraje idą do piekła!” – powiedział stanowczo amerykański prezydent, nazywając rzeczy po imieniu w kwestii kryzysu migracyjnego w Europie. Bez ogródek wskazał na przykład Londynu i nieudolnych rządów burmistrza Sadiqa Khana, którego nazwał “okropnym, okropnym burmistrzem”. “Teraz chcą wprowadzić prawo szariatu, ale jesteście w innym kraju. Nie możecie tego zrobić” – stwierdził Trump, wyrażając to, o czym wielu Europejczyków mówi od lat, ale co jest systematycznie ignorowane przez polityczne elity kontynentu.
Prezydent USA nie oszczędził samej Organizacji Narodów Zjednoczonych, celnie punktując jej nieskuteczność. “ONZ nawet nie zbliża się do realizacji swojego potencjału” – powiedział Trump, dodając, że organizacja ogranicza się jedynie do “silnie sformułowanych listów” i “pustych słów”. Przypomniał, że USA wstrzymały do miliarda dolarów finansowania ONZ, zmuszając organizację do redukcji wydatków i personelu.
W kwestii konfliktu w Strefie Gazy Trump wezwał do natychmiastowego zakończenia wojny, ale jednocześnie ocenił działania krajów uznających państwo palestyńskie, nazywając to “nagrodą dla Hamasu za 7 października”. Stanowisko amerykańskiego prezydenta uderza w hipokryzję wielu zachodnich sojuszników – Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii, Portugalii i Francji – które w ostatnich dniach oficjalnie uznały państwo palestyńskie, ignorując terrorystyczny charakter Hamasu. [co to za żmijowy unik redaktora? Przecież mordują Palestyńczyków, kobiety i dzieci, a nie „bojowników hamasu”. MD]
Odnośnie wojny w Ukrainie, Trump z typową dla siebie przenikliwością zdemaskował podwójną grę niektórych mocarstw, oskarżając Chiny i Indie o faktyczne finansowanie rosyjskich działań wojennych poprzez zakup ropy naftowej. Bez dyplomatycznych uników wezwał kraje europejskie do natychmiastowego zaprzestania wszelkich zakupów energii z Rosji, nazywając dotychczasową praktykę “niewybaczalną” i “zawstydzającą”. “Kupują ropę i gaz z Rosji, podczas gdy walczą z Rosją” – powiedział, obnażając hipokryzję europejskiej polityki.
Trump odważnie przeciwstawił się także dogmatowi polityki klimatycznej, nazywając ją wprost “zielonym oszustwem” i ostrzegając, że doprowadzi ona do upadku europejskich gospodarek. “Jeśli nie odejdziecie od tego zielonego oszustwa, wasze kraje upadną” – ostrzegał, jednocześnie chwaląc Niemcy za pragmatyczny powrót do paliw kopalnych i energii jądrowej, które gwarantują bezpieczeństwo energetyczne.
Podczas wystąpienia Trump, jako jeden z niewielu światowych przywódców, stanął w obronie chrześcijaństwa, wzywając ONZ do ochrony tej “najbardziej prześladowanej religii na świecie”. Apelował o obronę wolności słowa i wolności religijnej, wartości, które coraz częściej są marginalizowane we współczesnym świecie.
Przewidywalne reakcje establishmentu nie kazały na siebie długo czekać. Minister zdrowia Wielkiej Brytanii, Wes Streeting, pośpieszył z zaprzeczeniem faktom przedstawionym przez Trumpa, pisząc na platformie X, że Khan nie próbuje narzucać prawa szariatu, ignorując rosnące wpływy radykalnych środowisk w stolicy Wielkiej Brytanii.
Po zakończeniu przemówienia Trump zaplanował spotkania z przywódcami Ukrainy, Argentyny i Unii Europejskiej, pokazując, że pomimo bezkompromisowych słów, jest gotów do konstruktywnego dialogu i poszukiwania realnych rozwiązań dla globalnych problemów, zamiast zadowalać się pustymi deklaracjami charakterystycznymi dla międzynarodowych forów.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump. Foto: PAP/Abaca
Donald Trump przemawiał w ONZ po 6 latach. Zaczął od tego, że zostawił świat w pokoju… „Podczas mojej pierwszej kadencji świat był spokojny i dostatni. Od tamtej pory broń niszczy pokój, który ustanowiłem na dwóch kontynentach. Era stabilności ustąpiła miejsca okresowi największych kryzysów, z jakimi zmaga się ludzkość” – rozpoczął amerykański prezydent.[To raczej pierduły, prawda? MD]
Dalej dostało się samej ONZ: „Zakończyłem siedem wojen. Mówiono mi, że to niemożliwe. Dwie z nich trwały już od trzech dekad” – pochwalił się Donald Trump na forum ONZ. „To krwawe wojny, w tym między Tajlandią a Kambodżą, Kosowem a Serbią, Kongo a Rwandą, Pakistanem a Indiami, Izraelem a Iranem, Egiptem a Etiopią oraz Armenią a Azerbejdżanem. To bezprecedensowe. Niestety, wolałbym, żeby to ONZ zakończyła te wojny. We wszystkich tych wojnach ONZ nawet nie pomogła rozwiązać konfliktów. Nie otrzymałem ani jednego telefonu z ONZ z prośbą o pomoc w rozwiązaniu tych konfliktów. W ONZ nawet nie działają schody ruchome…”
Trump skrytykował decyzje kilku krajów o uznaniu państwa Palestyna. Według prezydenta Stanów Zjednoczonych uznanie Palestyny jest „nagrodą” za „okrucieństwa” popełnione przez „terrorystów” z Hamasu.
„Konflikt między Izraelem a Hamasem musi się zakończyć”. „Niestety, Hamas konsekwentnie odrzucał wszystkie rozsądne oferty rozmów pokojowych ” – dodał Trump. „Musimy zakończyć tę wojnę. Negocjować pokój natychmiast. Chcemy uwolnienia 20 zakładników ” – dorzucił.
Odniósł się także do Rosji i oskarżył Indie i Chiny o bycie „głównymi sponsorami finansowymi” rosyjskiej machiny wojennej. Wezwał też kraje UE do zaprzestania kupowania rosyjskiej energii.
Donald Trump oskarżył też Organizację Narodów Zjednoczonych o zachęcanie do „inwazji” na niektóre kraje, zwłaszcza zachodnie, poprzez wspieranie nielegalnej imigracji. „Organizacja Narodów Zjednoczonych finansuje ataki na kraje zachodnie i ich granice”, mówił, odnosząc się do pomocy finansowej i prawnej, jakiej organizacja ta udziela migrantom.
„Czas zakończyć nieudany eksperyment z otwartymi granicami” – powiedział prezydent USA i dodał „wasze kraje idą prosto do piekła”, atakując m.in. burmistrza Londynu Sadiqa Khana , pierwszego muzułmańskiego burmistrza zachodniej stolicy.
=======================================
Nazwał też teorię zmian klimatycznych „największym oszustwem, jakie kiedykolwiek popełniono na świecie”. Jego zdaniem, koncepcja śladu węglowego to „misja wymyślona przez ludzi ze złymi intencjami”. „Mówili, że globalne ocieplenie doprowadzi do zagłady świata… Ale potem robiło się coraz zimniej” – powiedział prezydent USA.
– To największy szwindel, jaki kiedykolwiek został popełniony wobec świata – oznajmił Trump, twierdząc, że wszystkie dotychczasowe przepowiednie katastrof klimatycznych się nie spełniły.
Trump stwierdził, że szwindlem jest też ślad węglowy i że oszustwa te zostały dokonane przez „głupich ludzi, którzy kosztowali fortunę swoje kraje i zaprzepaścili ich szansę na sukces”.
——————————-
Prezydent USA obiecał, że „zlikwiduje doszczętnie” wenezuelskich handlarzy narkotyków, a poniekąd pod adresem prezydenta tego kraju Maduro rzucił – „Ostrzegamy każdego terrorystę, który przemyca zatrute narkotyki do Stanów Zjednoczonych Ameryki: zniszczymy go”.
Donald Trump, który przemawiał tuż po Luli w Zgromadzeniu Ogólnym, relacjonował, że spotkał go na korytarzu i „umówiliśmy się, że spotkamy się ponownie w przyszłym tygodniu. Swojego brazylijskiego odpowiednika Luiza Inacio Lula da Silve oskarża o prześladowanie swojego poprzednika Jaira Bolsonaro.
W 2024 r. Poczdamski Instytut Badań nad Wpływem Klimatu zaszokował opinię publiczną badaniem, które rzekomo przewidywało ruinę światowej gospodarki z powodu zmian klimatu. Jednak od tego czasu badanie okazało się naukową katastrofą, pełną błędów metodologicznych, ukrytych konfliktów interesów i wątpliwych powiązań z sieciami finansowymi i politycznymi. Źródło w języku niemieckim.
Korupcja nauki odzwierciedla korupcję procesu demokratycznego. Starając się obejść demokratyczny proces podejmowania decyzji w zakresie polityki energetycznej i przemysłowej (proces uważany za zbyt frustrujący przez twardogłowych zwolenników klimatu), stworzyli złożony i rozległy system regulacji finansowych organizacji pozarządowych, który może skutecznie kierować rządami i instytucjami finansowymi, aby działały na podstawie wątpliwe informacje klimatyczne w celu ograniczenia zużycia paliw kopalnych, ograniczenia emisji bez względu na konsekwencje i zwiększenia kosztów życia w imię uniknięcia zapaści ekologicznej.
Nie jest to jedyny przypadek, kiedy oszuści wykorzystują naukę dla swoich niecnych celów. Fałszywe modele matematyczne, oparte na manipulowanych danych wraz z nielogicznymi założeniami prowadzą do wniosków sprzecznych z rzeczywistością.
Najwięksi histerycy zmian klimatycznych nie odważyli się nazwać lato roku 2025 najbardziej gorącym od ponad 100 tysięcy lat. Rok temu owszem, ale chłodny lipiec nie sprzyjał propagandzie mówiącej, że tam, gdzie mieszkasz, jest bardziej gorąco niż gdziekolwiek indziej. „Gdziekolwiek indziej”, to zapewne Grenlandia, której pokrywa lodowa od wielu lat rośnie.
To było w grudniu 2009 roku – były wiceprezydent USA Al Gore ostrzegał: lód polarny może zniknąć w ciągu pięciu lat! Wykorzystywał wtedy modele komputerowe. Niektóre modele sugerują, że istnieje 75% szans na to, że cała pokrywa lodowa na biegunie północnym może być całkowicie wolna od lodu w niektórych miesiącach letnich w ciągu najbliższych pięciu do siedmiu lat – powiedział Gore. Al Gore został uznany za pierwszego milionera, którego majątek powstał dzięki histerii klimatycznej.
Gospodarz tego pastwiska otrzymał od władz zakaz budowy wiaty dla swoich koni. Na szczęście nie zabroniono mu postawić na pastwisku stołu z dwoma krzesłami…
Strach jest kluczowym narzędziem służącym kontroli społeczeństw. Dlatego pierwsze co się pojawiło w mediach przed ogłoszeniem plandemii, były obrazy padających ludzi na ulicach chińskich miast, pokazywane wtedy w większości programów telewizyjnych.
Lasy zamknięte – wstęp wkrótce tylko z kartą kredytową? Źródło.
W Nowej Szkocji / Kanada zakazano całkowicie wstępu do lasów z powodu suszy i ryzyka pożaru. Nieposłusznym grozi grzywna w wysokości do 25 000 dolarów. Naturalnie, że chodzi o ochronę życia i mienia. Rząd zawsze przecież stoi na straży naszych interesów.
Pamiętacie przepisy dotyczące pandemii. W Polsce wstęp do lasów groził zakażeniem zmyśloną chorobą i karami administracyjnymi. Rozpoznaj wzór: najpierw „tymczasowa” blokada w celu ochrony, a następnie nowe warunki dostępu. Kolejnym krokiem może być „regulacja” przestrzeni publicznej, czyli jej prywatyzacja pod pretekstem bezpieczeństwa, ochrony klimatu lub zapobiegania katastrofom.
W następnym kroku korporacje takie jak BlackRock lub ich partnerzy ustanowią prawa dzierżawy i dostępu, lasy staną się płatnymi strefami przygód zamiast wspólną własnością. Prowizorycznie wprowadza się nowe reguły, ponieważ prowizorka jest najtrwalszym elementem przekształceń społeczno-politycznych.
Był rok 1983. W niemieckojęzycznych krajach dużym przebojem był utwór zespołu Geier Sturzflug: Odwiedź Europę (póki jeszcze istnieje). Temat nadal aktualny, chociaż dzisiaj można by zaktualizować tytuł: Odwiedzaj lasy, dopóki jeszcze możesz.
Greta Thunberg nałożona na lakierze wysokospalinowego auta / fot. ilustracyjne / fot. reddit.com
W USA rozważane jest całkowite usunięcie norm spalinowych.
Tymczasem w Unii Europejskiej klimatystyczna agenda oparta na ideologii sprawnych umysłowo inaczej trzyma się mocno i rozważane są zaostrzenia w tej kwestii.
W 2009 roku uchwalono w USA ustawę o czystym powietrzu. Przekonywano w niej, że emisja gazów cieplarnianych, w tym tych samochodowych, jest szkodliwa dla zdrowia i życia. Ustawa ta obecnie obowiązuje.
Na jej podstawie w USA lobbowano za silnikami hybrydowymi i elektrycznymi. Wprowadzono przywileje podatkowe dla takich pojazdów. Mocno skorzystała na tym m.in. marka Tesla.
Amerykanie jednak nie dali się zrobić w konia jak Europejczycy. Dalej jeżdżą samochodami z silnikiem Diesla.
Co na to Agencja Ochrony Środowiska? Ano staje po stronie narodu i proponuje zniesienie norm emisji spalin. Postuluje też wycofanie wszelkich zakazów sprzedaży aut z silnikami spalinowymi oraz zaprzestania wydawania pieniędzy podatników na promowanie aut elektrycznych.
Agencja wskazuje, że kupno auta powinno być świadomym wyborem konsumenta. Zniesienie norm miałoby spowodować spadek cen samochodów spalinowych. Oszczędności mogą wynieść 54 mld dolarów w skali roku.
W tym samym czasie w unijnym kołchozie ideolodzy podniesieni do rangi urzędników dyskutują o zaostrzeniu obecnych norm emisji spalin. Trwają prace nad projektem ustawy zakazującej dużym firmom oraz wypożyczalniom samochodów kupowania aut spalinowych od 2030 roku.
„Mimo iż europejskie samochody stanowią tylko ułamek (!) światowej emisji CO2, to unijni urzędnicy coraz bardziej wprowadzają 'ekologiczny’ reżim. Stanowi to duży problem dla producentów samochodów. A przecież spokojnie moglibyśmy wrócić choćby i do norm Euro 6; klimat by na tym nie ucierpiał, a odetchnęlibyśmy z ulgą będąc choć trochę bliżej normalności” – czytamy na pch24.pl.
Do kwestii zmiany podejścia USA do klimatyzmu odniósł się m.in. redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” dr Tomasz Sommer.
„Stany Zjednoczone odchodzą właśnie od dogmatu antropogeniczności globalnego ocieplenia. Dwutlenek przestał być już szkodliwy, wiatraki mają działać na rynku albo zginąć, a klimat się zmienia bo.., nie jest stały. Mało tego 'konsensus’ znika” – napisał na X dr Tomasz Sommer.
„I tylko w Berlinie i Generalnej Guberni eko-nazizm się broni. Naprawdę musimy na to pozwalać?” – podsumował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!”.
Transformacja na „zieloną” energię nie tylko nie przynosi oczekiwanych rezultatów, ale też generuje ogromne koszty. Brytyjski bank HSBC – siódmy największy bank na świecie – właśnie ogłosił, że wycofuje się ze światowego sojuszu klimatycznego banków.
Net-Zero Banking Alliance (NZBA) jest międzynarodowym sojuszem banków, założonym w 2021 r. w celu osiągnięcia tzw. neutralności klimatycznej do 2050 roku. Jego założeniem jest m.in. wspieranie działań mających ograniczyć emisję CO2.
Po czterech latach działalności sojuszu euforia klimatyczna nieco minęła. Złożone deklaracje okazują się trudne – a przede wszystkim – bardzo kosztowne do realizacji. Opierały się one na nierealnym założeniu, że przejście na „zieloną” energię nastąpi szybko i bezboleśnie. Banki miały ograniczać finansowanie wydobycia węgla i gazu nawet jeśli nie było innej alternatywy. Oznaczało to pogarszanie warunków kredytowych dla takich inwestycji lub nawet ich blokowanie. Wzrost cen wydobycia węgla w Polsce jest po części spowodowany właśnie brakiem finansowania ze strony instytucji bankowych.
Transformacja na „zieloną” energię miała bazować na zasadzie sprawiedliwości i zrównoważonego rozwoju, jednak w praktyce dotknęła przede wszystkim najuboższych. Spowodowała wzrost cen prądu, żywności, transportu i ogrzewania, a to zmusiło wielu obywateli do rezygnacji nawet z podstawowych potrzeb. Pogoń za rzekomo czystym powietrzem nałożyła też wiele regulacji na przedsiębiorców, powodując inflację i spowalniając rozwój gospodarczy.
Koszty „zielonych” inwestycji zaczęły rosnąć, a tak hucznie ogłaszana poprawa jakości powietrza nie nadeszła. Do tego doszedł kryzys wojenny z 2022 r., w konsekwencji którego do łask wróciły węgiel i gaz ziemny. Wreszcie pogoń za „ekologicznymi” trendami wprowadzała ogromny chaos. Co chwilę zmieniały się regulacje, a presja polityczna rosła. Stanowiło to coraz większy problem dla finansistów, bowiem dla nich największe znaczenie mają przewidywalność i odpowiednia wycena ryzyka.
W konsekwencji na początku 2025 r. wiele amerykańskich instytucji finansowych zdecydowało się wycofać z udziału w klimatycznych sojuszach. Teraz sojusz NZBA opuścił również jeden z europejskich banków – mianowicie brytyjski HSBC, będący jednym z globalnych liderów finansowych i siódmym największym bankiem na świecie.
Agencja Ochrony Środowiska (EPA) ogłosiła we wtorek, że wycofuje się z formalnego uznania, że zmiany klimatu zagrażają zdrowiu publicznemu i że do zmian przyczyniają się spaliny samochodowe. Decyzje te były podstawą niemal wszystkich regulacji ograniczających m.in. emisję gazów cieplarnianych i spalin.
Proponowaną zmianę ogłosił podczas ceremonii w salonie sprzedaży ciężarówek w Indianapolis szef EPA Lee Zeldin.
– Jeśli ta propozycja zostanie sfinalizowana, dzisiejsze ogłoszenie będzie oznaczać największą akcję deregulacyjną w historii Stanów Zjednoczonych – powiedział Zeldin.
Szef EPA podważył ustalenie EPA z 2009 r., kiedy agencja formalnie uznała zmiany klimatu za zagrożenie dla zdrowia publicznego. Stanowiło to podstawę prawną m.in. dla regulacji emisji gazów cieplarnianych w ramach ustawy o czystym powietrzu. Według Zeldina i jego zwolenników regulacje uderzały w amerykański przemysł, zwiększały ceny konsumentom i osłabiały konkurencyjność biznesu.
Dodatkowo Zeldin zaproponował uznanie, że spaliny samochodowe nie przyczyniają się znacząco do zmian klimatu, a regulacje ws. spalin szkodziły społeczeństwu ze względu na ograniczenie wyboru pojazdów i wyższe ceny.
Cytowani przez NYT krytycy decyzji wskazują, że odwołane regulacje dot. norm spalinowych przyczyniły się do zaoszczędzenia paliwa i redukcji emisji o miliardy ton.
– EPA wycofuje największy pojedynczy krok, jaki postawił jakikolwiek kraj, by oszczędzić ropę naftową, pieniądze i walczyć z globalnym ociepleniem – powiedział Dan Becker z ekologicznego think-tanku Center for Biological Diversity.
Teza, jakoby zmiany klimatyczne spowodowane były emisjami dwutlenku węgla przez działalność człowieka, znajduje poparcie jedynie u wyraźnej mniejszości środowisk naukowych, które ponadto pozostają w poważnym i oczywistym konflikcie interesów. Ich nadreprezentacja w mediach wynika z systemowej cenzury wobec niezależnych i autorytatywnych głosów, co prowadzi do całkowitego zniekształcenia rzeczywistości.
Cały aparat propagandowy legitymizujący tzw. „zieloną transformację” oparty jest na postulacie redukcji CO2. W rzeczywistości dwutlenek węgla jest niezbędnym elementem dla życia na Ziemi, a jego redukcja stanowiłaby zagrożenie egzystencjalne dla biosfery. Nawet jeśli globalne ocieplenie ma miejsce, nie pozostaje ono w istotnym związku z działalnością ludzką, lecz z aktywnością słoneczną. Co więcej, proponowane rozwiązania zmierzające do redukcji CO2 są skrajnie nieefektywne, ponieważ są implementowane jedynie przez nieliczne państwa, podczas gdy takie kraje jak Chiny czy Indie nadal rozwijają energetykę opartą na węglu. Jednocześnie, technologie odnawialne generują większe zanieczyszczenia niż tradycyjne systemy energetyczne.
Narracja ta została wpisana w program ONZ znany jako „Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju” i jest promowana przez organizacje międzynarodowe inspirowane neomaltuzjanizmem, traktującym ludzkość jako nowotwór planety i dążącym do redukcji populacji o miliardy ludzi. Aby nadać wiarygodność rzekomemu kryzysowi klimatycznemu, te organizacje finansują instytucje, przedsiębiorstwa, ekspertów oraz influencerów w ramach skoordynowanej operacji medialnego zastraszania. Równolegle wymuszają na rządach cenzurę wobec głosów sprzeciwu, określając je jako „teorie spiskowe” lub „klimatyczny denializm” – analogicznie jak miało to miejsce podczas tzw. pandemii.
W celu redukcji populacji światowej organizacje takie jak ONZ, Światowe Forum Ekonomiczne, Bank Światowy, MFW czy Komisja Europejska przeznaczają znaczne zasoby do wdrażania projektów, które skutkują ubóstwem, chorobami, bezpłodnością i śmiercią miliardów ludzi.
Jednocześnie zapewniają olbrzymie zyski międzynarodowym korporacjom współrealizującym ten plan. Wojny, przestępczość generowana przez masową migrację, pandemie, masowa sterylizacja (poprzez szczepienia, ideologię gender i LGBTQ+), aborcje, mutacje genetyczne i nowotwory wywołane pseudo-szczepionkami, zatrucie powietrza, wody i żywności oraz zanieczyszczenie elektromagnetyczne – oto jeźdźcy apokalipsy globalistycznej rewolucji zwanej Wielkim Resetem.
Pomimo szczegółowych i udokumentowanych analiz formułowanych przez naukowców, filozofów, historyków, intelektualistów i polityków, propaganda medialna, finansowana z pieniędzy podatników, dominuje narrację publiczną. Żadne z założeń „Agendy 2030” nie stanowi realnego rozwiązania rzekomego kryzysu ekologicznego. Są to fałszywe rozwiązania fałszywych problemów, mające na celu depopulację, zniewolenie jednostek (poprzez ograniczanie wolności i narzędzia kontroli społecznej) oraz centralizację władzy politycznej w rękach lichwiarskiej finansjery.
Mamy do czynienia z globalnym zamachem stanu, przed którym przestrzegam od roku 2020.
Wobec tego przerażającego obrazu korupcji – zarówno na poziomie rządowym, naukowym, jak i medialnym – należy przypomnieć kilka podstawowych tez:
Kryzys klimatyczny to oszustwo niepoparte obiektywnymi danymi, niebędące skutkiem działalności człowieka, a tym bardziej niemożliwe do przezwyciężenia poprzez jednostronną deindustrializację Zachodu.
Kryzys ten, podobnie jak pandemia, inflacja i wojna, służy jako pretekst do wprowadzenia środków przymusu godnących w obywateli, zagrażając ich własności, zdrowiu i istnieniu.
Zielony ład (Green Deal) ma na celu fizyczną eliminację znacznej części populacji i ustanowienie technokratycznej dyktatury społecznej kontroli.
Do wdrażania tego oszustwa stosowane są środki inżynierii społecznej i manipulacji opinią publiczną, w tym fabrykowanie zdarzeń pogodowych przy użyciu geo-inżynierii (np. HAARP).
Kościół katolicki powinien był zabrać głos nie w kwestiach naukowych, lecz w obronie prawdy i przeciwko instrumentalizacji fałszywych kryzysów mających usprawiedliwiać zbrodnicze agendy, takie jak aborcja, eutanazja czy ideologia gender.
Poprzednie poparcie Watykanu dla eksperymentalnych preparatów genetycznych wyprodukowanych z komórek pozyskanych z aborcji oraz promowanie segregacji sanitarnej – stanowiło współudział w zbrodniczej polityce pseudomedycznej. Teraz podobna współpraca dotyczy ideologii klimatycznej.
Nie jest potrzebna żadna „ekologiczna konwersja”, szczególnie gdy zastępuje ona prawdziwą konwersję serca do Jezusa Chrystusa. Próba nadania jej wymiaru liturgicznego jedynie potwierdza współudział hierarchii kościelnej w planach Nowego Ładu Światowego, zagrażającego zarówno duszom, jak i całej ludzkości.
Carlo Maria Viganò, arcybiskupViterbo, 14 lipca 2025 r.Wspomnienie św. Bonawentury, biskupa i doktora Kościoła