Wyścig z czasem. Co nastąpi pierwsze nuklearny Armagedon, czy upadek Zachodu? A race against time. What will happen first: nuclear Armageddon or the collapse of the West?
Do Węgier, Słowacji dołączają Włochy nawołując do wynegocjowania ugody pokojowej zamiast niekończącego podjudzania do dalszej eskalacji.
Narastający lawinowo kryzys gospodarczy w Unii nie omija Włoch.
Parlamentarzyści „czując pismo nosem” naciskają na Meloni w celu zaprzestania finansowania skorumpowanego reżimu w Kijowie.
Jako „wychowanka” Rotszylda, Meloni stara się nie irytować pryncypała. Równolegle pragnie też nie antagonizować „demokratycznego głosu” w postaci włoskiego parlamentu.
Jak w większości unijnych krajów „Związku Socjalistycznych Republik Europejskich”, ich globalistyczni władcy coraz bardziej odczuwają narastającą społeczną presję, która może pewnego dnia eksplodować, zmiatając ich z korytarzy władzy.
Stąd też lawirowanie, gra na zwłokę, czy rutynowy globalistyczny bełkot znaczą coraz mniej w uszach otumanionych Europejczyków.
Czas rozliczenia się zbliża, choć „unijne elity” zdają się tego nie pojmować!
Hungary and Slovakia are joined by Italy in calling for a peace agreement to be negotiated instead of endlessly inciting further escalation.
The growing economic crisis in the EU does not bypass Italy.
Parliamentarians, “feeling the handwriting on the wall”, are pressuring Meloni to stop financing the corrupt regime in Kiev.
As a “pupil” of Rothschild, Meloni tries not to irritate the principal. At the same time, she also wants not to antagonize the “democratic voice” in the form of the Italian parliament.
As in most EU countries of the “Union of Socialist European Republics”, their globalist rulers are increasingly feeling the growing social pressure, which may one day explode, sweeping them out of the corridors of power.
Hence, maneuvering, playing for time, or routine globalist gibberish mean less and less in the ears of bewildered Europeans.
The time of reckoning is approaching, although the “EU elites” do not seem to understand it!
Rozmawialiśmy z wieloletnim analitykiem i oficerem CIA. Larry C. Johnson obecnie zajmuje się analizą współczesnych konfliktów oraz zjawiska terroryzmu. Jest autorem szeregu artykułów, w tym na łamach „New York Times”.
Amerykańska partia wojny
Jak wiemy, analizował Pan wydarzenia związane z wojną na Ukrainie, cały ten konflikt od samego początku. Chciałbym zatem przede wszystkim zapytać o to czy w Stanach Zjednoczonych istnieje coś takiego jak partia wojny, partia wspierająca kontynuowanie tej wojny na Ukrainie?
– Cóż, doszło do ogromnego spadku poparcia dla stanowiska Stanów Zjednoczonych w tej sprawie. Na początku specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku można było powiedzieć, że większość obywateli Stanów Zjednoczonych, może 80%, a może 90%, uznawała, że Rosja dokonuje zbrodni wojennych , a Ukraina jest stroną kompletnie niewinną. Większość Amerykanów nie znała historii. Po prostu powtarzali to, co im się mówiło. Obecnie poparcie dla strony ukraińskiej wynosi zapewne jakieś 30 do 40%. Chodzi mi o poparcie aktywne, bo kolejne 30 do 40% Amerykanów powiedziałoby, że nie obchodzi ich żadna ze stron. Jest jeszcze jakieś 20% tych, którym bliższe jest stanowisko rosyjskie, takich jak ja.
Ukraina jako siła zastępcza
Tak to wygląda w społeczeństwie czy wśród ekspertów. A w administracji?
– To już zupełnie inna para kaloszy. Zdecydowana większość administracji nie tylko opowiada się za wojną przeciwko Rosji, ale też kontynuuje szerzenie nieprawdy na temat całej tej sprawy. Szczególnie celuje w tym CIA. Seymoura Hersha znam od 45 lat i uważam go za swojego bliskiego przyjaciela, ale chyba jest on teraz na mnie trochę wściekły, bo w ostatnim swoim artykule powoływał się na źródła w administracji, ale sądzę, że tak naprawdę cytował źródło z CIA. I usłyszał od niego rzeczy kompletnie zmyślone, zapewne fałszywe. Na przykład w jego artykule sprzed kilku tygodniu pojawiła się informacja, że w Rosji doszło do zakłóceń telefonii komórkowej i dostępu do internetu. Tymczasem utrzymuję regularny kontakt z wieloma ludźmi w Rosji i w tych dniach również miałem z nimi ten kontakt. Nikt nie miał kłopotów z łącznością komórkową czy internetem.
Podobnie jest z twierdzeniem o kłopotach rosyjskiej gospodarki. Miałem okazję w ciągu ostatnich ponad dwóch lat, od grudnia 2023 roku, być sześciokrotnie w Moskwie i raz w Petersburgu. Zobaczyłem tam żyjący dostatnio kraj, pełne sklepy i nieźle radzących sobie ludzi. Wciąż utrzymuję kontakty z wieloma różnymi osobami z Rosji; z amerykańskimi emigrantami, którzy tam się przeprowadzili, ale też z niektórymi z moich nowych rosyjskich przyjaciół. Z gospodarką jest tam wszystko w porządku. Tymczasem mamy kręgi wywiadowcze oszukujące prezydenta i opowiadające mu coś wręcz przeciwnego, a na dodatek utrzymujące, że Rosja ponosi masowe ofiary. To też nie jest prawda, ale oni chcą w to wierzyć. Wierząc w to, uznają, że ciągle jest dla nich jakaś nadzieja. A to dlatego, że fundamentem amerykańskiej polityki w stosunku do Rosji jest traktowanie Ukrainy jako siły zastępczej do walki z tą Rosją. Bez względu na to, co stanie się z narodem ukraińskim, za to z przekonaniem, że ma on umierać za nasze interesy.
Kłamstwa wywiadów
Ale kręgi wywiadowcze też wydają się podzielone. Mam na myśli choćby opinie wyrażane przez Tulsi Gabbard. Jak to więc w rzeczywistości wygląda? Czy nie jest tak, że na przykład CIA popiera wojnę na 100%, ale inne służby są bardziej sceptyczne?
– Cóż, Tulsi w tych sprawach nie ma żadnych wpływów. Powinna wydawać jakieś polecenia, bo przecież koordynuje działania wszystkich służb wywiadowczych. Niestety, jak do tej pory nie była wystarczająco stanowcza, a szkoda. CIA zajmuje się przede wszystkim dostarczaniem analiz. I tu pojawia się problem. Mówię to jako były analityk, który miał dostęp do danych wywiadowczych ze wszystkich źródeł. Miałem wgląd do komunikatów wytwarzanych w Departamencie Stanu, w Agencji Wywiadu Wojskowego i innych wojskowych służbach wywiadowczych. Miałem dostęp do wszystkich ich depeszy, a także do informacji przekazywanych przez Narodową Agencję Wywiadu, komunikatów innych krajów, które udawało nam się przejmować, a także wywiadu satelitarnego. Obecnie dostarczaniem tego ostatniego zajmuje się Narodowa Agencja Wywiadu w Geoprzestrzeni. Moja praca polegała na zbieraniu tego wszystkiego i zestawianiu na tej podstawie obrazu rzeczywistej sytuacji. Obecnie czegoś takiego nie mamy. Jeśli robiono by to uczciwie, to można by na przykład porównać liczbę nowych cmentarzy i nowych grobów na nich, które powstają w Rosji, z liczbą tych, które powstają na Ukrainie. Byłaby to żmudna robota, ale przecież jesteśmy bez problemu w stanie to zrobić. O ile mi wiadomo, nikt o czymś takim nie pomyślał.
Zamiast tego powołujemy się na źródła zewnętrzne, takie jak działająca w Wielkiej Brytanii Mediazona. Zajmują się one po prostu katalogowaniem wszystkich nekrologów publikowanych w rosyjskich gazetach, w 90 czy 91 obwodach i republikach. Mają w związku z tym posiadać dość dokładne liczby poległych po stronie rosyjskiej. Nikt czegoś takiego nie robi po stronie ukraińskiej. W efekcie politycy na Zachodzie są okłamywani. Przekonuje się ich, że Rosja ponosi ogromne straty, a Ukraina strat nie ma prawie w ogóle. Wmawia się im, że Rosja dłużej tego nie wytrzyma. Tymczasem prawda jest całkowicie odwrotna. To Ukraina ponosi straty na wielką skalę, zaś straty Rosji są minimalne. Na dodatek to Rosja jest w stanie rekrutować i utrzymywać kolejnych żołnierzy. Tymczasem nawet najbardziej sprzyjające Ukrainie źródła na Zachodzie otwarcie przyznają, że na dezercję decyduje się miesięcznie od 20 do 40 tysięcy żołnierzy ukraińskich. W pewnym momencie po prostu zabraknie im ludzi. Niestety mamy jeszcze establishment medialny uparcie wspierający tą wojnę. Sądzę, że jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy jest to, że zarabia się na tym pieniądze. Przecież zarabiają na tym wszyscy ci różni doradcy, zwycięzcy kontraktów i dostawcy sprzętu wojskowego.
Skorumpowani kongresmeni
W jaki sposób amerykańskie służby specjalne i wywiadowcze sprawują nad Ukrainą kontrolę? Zacznijmy od organów antykorupcyjnych na Ukrainie. Pojawia się wiele opinii, że ich struktury kontrolowane są przez FBI. Czy, Pańskim zdaniem, to prawda?
– Nie. Wątpię, by FBI było tam jakoś wyraźnie obecne. Przez jednego z moich bliskich przyjaciół i byłych partnerów biznesowych, który pozyskał te dane od sygnalistów na Ukrainie, dowiedziałem się, że ukradziona została kwota co najmniej 48 miliardów dolarów. Część tych pieniędzy trafiła do kieszeni amerykańskich kongresmenów, zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie. Okazuje się, że pieniądze otrzymywali przede wszystkim Republikanin Lindsey Graham i Demokrata Chuck Schumer. Czy mam na to dowody? Nie. Dowiedziałem się jednak o tym z wiarygodnego źródła. Zaryzykowałbym też twierdzenie, że środki płynące z Ukrainy do Stanów Zjednoczonych następnie przetransferowano gdzieś dalej. Wytransferowano je przez kraje bałtyckie. Nie zdziwiłbym się, gdyby sowite wynagrodzenie za takie usługi finansowe otrzymywała Kaja Kallas, Ursula von der Leyen i inni podobni. Poziom korupcji jest tu po prostu astronomiczny. Przepływ pieniędzy ze Stanów Zjednoczonych został narazie wstrzymany. Jednak CIA nadal bardzo aktywnie zaangażowana jest we wspieranie ukraińskich operacji wywiadowczych i militarnych.
Budanow jako aktyw CIA
A co można powiedzieć na temat nowej postaci w administracji Zełenskiego, jaką jest Kiriłł Budanow? Czy sądzi Pan, że jest on nadal aktywem CIA? W przeszłości był przecież przez CIA kontrolowany. Czy nadal jest dla niej takim zasobem?
– Nie zauważyłem, by nastąpiło tu jakieś zerwanie współpracy. Celem każdego oficera wywiadu, niezależnie od tego o jakim wywiadzie mówimy – czy będzie to wywiad polski, ukraiński, brytyjski czy amerykański – jest tworzenie relacji i przyjaznych stosunków. Chodzi tu o powiązania osobiste. Można je wykorzystywać w równie osobistych celach. Może w nich występować element tego, czego nie sposób już określić mianem prawdziwej przyjaźni. Niewykluczone, że przez te cztery lata powstały jednak i takie przyjaźnie. Budanow z pewnością jest podatny na wpływy amerykańskie, wpływy CIA. Istnieją dowody na to, że CIA w pewnych sprawach forsuje na Ukrainie własne plany, niekoniecznie związane z planami Donalda Trumpa.
CIA nie chce pokoju
Czy to oznacza, że CIA może zablokować porozumienie pokojowe lansowane przez Donalda Trumpa?
– Owszem. Jednak porozumienie pokojowe w wersji Donalda Trumpa nie jest możliwe do zaakceptowania przez Rosję. Uważam, że wszyscy powinni to zrozumieć. Władimir Putin od 14 czerwca 2024 roku bardzo jasno definiuje rosyjskie warunki zakończenia tej wojny. Nie chodzi w nich tylko o militarną rezygnację przez Ukrainę z Krymu, Doniecka, Ługańska, Zaporoża i Chersonia. Przede wszystkim chodzi o to, by wojska NATO i całe NATO trzymały się z dala od Ukrainy. Ukraina nie mogłaby brać udziału w kolejnych ćwiczeniach wojskowych NATO bez porozumienia z Rosją i jej zgody. Prawa ludności rosyjskojęzycznej powinny zostać całkowicie przywrócone, podobnie jak przywrócona powinna zostać Cerkiew prawosławna. Nie chodzi zatem o jakiś jeden postulat. Nie chodzi też wyłącznie o terytorium. Ci na Zachodzie, którzy twierdzą, że chodzi o jakieś roszczenia terytorialne, po prostu nie rozumieją problemu. Zdobycie terytorium to środek do osiągnięcia celu, a nie cel sam w sobie.
Palenie pieniędzmi w ukraińskim piecu
A co z amerykańskimi interesami gospodarczymi na Ukrainie? Niedawno na przykład słyszeliśmy, że Ronald Lauder otrzymał koncesje i pozwolenia na wydobycie litu w tym kraju. Czy sądzi Pan, że nadal istnieje w Stanach Zjednoczonych grupa oligarchów planująca robienie tam interesów?
– Jestem pewien, że chcieliby tam robić interesy. Utrudniają im to jednak mocno Rosjanie, postępując w kierunku Sum, Połtawy, Charkowa, Chersonia, Zaporoża. Im więcej terenów zajmie Rosja, tym mniej możliwości ściągnięcia inwestycji zagranicznych będzie miała Ukraina. Jak Pan pewnie wie, Rosja chętnie zaangażuje się w rozwój i odbudowę resztek Ukrainy, które będzie okupowała po zakończeniu wojny. Wówczas ci inwestorzy zagraniczni będą mieli w Rosji chętnego do współpracy partnera. Obecnie jednak ci, którzy inwestują w nadziei na zachowanie prawa własności do jakichś terenów czy zasobów na Zaporożu, w obwodzie donieckim czy chersońskim, mogą równie dobrze spalić całe swoje oszczędności przed domem. Miałoby to podobną wartość. Wie Pan, nie wierzę, żeby ta wojna zakończyła się w drodze negocjacji. Zakończy się środkami militarnymi.
Nie będzie żadnego rozejmu
Nie będzie zawieszenia broni?
– Nie będzie. Rozejm jest dla Rosji niedopuszczalny. Wie Pan, jestem zdziwiony tym wizerunkiem Rosji na świecie jako ryczącego niedźwiedzia, sprytnego, twardego i nieustępliwego. Z mojego doświadczenia wynika, że Rosjanie są trochę naiwni i łatwowierni. Byli zbyt ufni – potwierdził to Putin – gdy okazało się, że zostali oszukani przez Angelę Merkel i Françoisa Hollande’a w sprawie pierwszego i drugiego porozumienia mińskiego. Rosjanie są zatem w takich sprawach nieco naiwni. Przypominają mi pewną postać z amerykańskich kreskówek – Charliego Browna. Zgubą dla Charliego Browna była pewna czarnowłosa dziewczyna o imieniu Lucy. Wołała go ona zawsze i namawiała, żeby kopnął piłkę, która trzymała w rękach. Charlie biegł, żeby kopnąć tą piłkę i wtedy ona ją odsuwała, a ten leciał i przewracał się na tyłek. Podobnie wyglądało to z Rosją i Europą. Europa była tu niczym Lucy: taką złośliwą, wredną małą dziewczynką. Putin i Rosja byli niczym Charlie Brown – ufni i wierzący w dobre intencje. Podbiegali więc do tej piłki i nie mogli w nią trafić. Sądzę, że od tamtej pory nauczyli się już, że nie można ufać Lucy – Europie.
Parę tygodni temu miałem rozmowę z Siergiejem Karaganowem, który jest najważniejszym zwolennikiem odwrócenia się Rosji od Europy i zwrócenia się przez nią na wschód. Postrzega on Europę, z którą Rosja wcześniej współistniała, jako cierpiącą na schizofrenię kobietę, będącą jednocześnie masową zabójczynią. Nagle zatem zdali sobie oni sprawę, że nie można budować z nią żadnego związku. Zwrócili się w kierunku Chin, rozwoju Syberii.
Witkoff i Kushner niewiele znaczą
Faktycznie. Co w takim razie z inicjatywami dyplomatycznymi? Jeśli nie wierzymy w zawieszenie broni, czy tym bardziej w porozumienie pokojowe, to jaki jest cel wysiłków podejmowanych na ich rzecz przez powiedzmy Steve’w Witkoffa czy Jareda Kushnera?
– Cóż, Witkoff i Kushner mają dostęp do uszu Trumpa, ale nigdy nie dysponowali prawdziwą władzą polityczną w Stanach Zjednoczonych. Wie Pan, podczas mojej pierwszej rozmowy z Siergiejem Riabkowem, rosyjskim dyplomatą i wiceministrem spraw zagranicznych, w grudniu 2023 roku, doskonale pamiętam jak skarżył się on, że Rosjanie nie mają z kim rozmawiać. W czasach administracji Bidena nie było żadnych kanałów łączności na wyższym poziomie dyplomatycznym między Moskwą a Waszyngtonem. To bardzo niebezpieczne. Inauguracja prezydentury Donalda Trumpa została przychylnie przyjęta przez większość przedstawicieli władz rosyjskich. Sądzę, że przynajmniej na samym początku mieli oni wielkie nadzieje, że Trump wykaże się wolą rozmów i będą mogli zawrzeć z nim wzajemnie korzystny układ.
Uważam jednak, że obecnie pojawia się coraz więcej wątpliwości co do wiarygodności Donalda Trumpa. Miał on bowiem szereg okazji, by wykonać różne gesty w kierunku Rosji pokazujące szczerość intencji Stanów Zjednoczonych. Mógł przywrócić bezpośrednie połączenia lotnicze, przywrócić obowiązywanie porozumienia o otwartych przestworzach, Mógł zwrócić majątek skonfiskowany przez Baracka Obamę. Ambasada rosyjska miała coś w rodzaju dacz, na terenach wiejskich w stanach Maryland i w okolicach Nowego Jorku, w których mogli odpoczywać i zrelaksować się w weekendy rosyjscy dyplomaci. Majątków tych jednak nie zwrócono. Poziom dyplomatów wysyłanych do Moskwy też nie wskazuje, by traktowano ten kierunek priorytetowo, bo inaczej wysłaliby tam do pracy kogoś znacznego i wpływowego. Nadal zamrożone są rosyjskie aktywa. Nikt ich nie rozmroził. Mamy zatem cały szereg ruchów, które Stany Zjednoczone mogły wykonać, lecz tego nie zrobiły. Rosja nie odpowiadała na to jakimiś zdecydowanymi ruchami. Jeśli byłbym na miejscu Rosjan i otrzymałbym z Waszyngtonu propozycję rozmowy, domagałbym się potwierdzenia poważnego podejścia do owych negocjacji, żądając na przykład najpierw zniesienia zakazu podróżowania do Stanów Zjednoczonych. Jeśliby tego nie zrobiono, można by od razu stwierdzić, że nie jest się traktowanym poważnie.
To jeszcze bardziej rzuca się w oczy w kontekście ataku sprzed kilku tygodni z 28 grudnia na oficjalną rezydencję Władimira Putina, w której według niektórych doniesień miała przebywać jego córka. Ten atak za pomocą dronów przeprowadzony został jeśli nie całkowicie, to przynajmniej częściowo, przez CIA współdziałającą z władzami ukraińskimi. Ukraińcy nie byliby w stanie namierzyć tej rezydencji. Dokonano tego z pomocą amerykańską. Trzeba zatem się w tym momencie zatrzymać i zadać sobie pytanie czy Stany Zjednoczone są w tej sytuacji prawdziwym, wiarygodnym partnerem. Jeśli to ja doradzałbym prezydentowi Putinowi, odpowiedziałbym, że nie; że Stanom Zjednoczonym nie można ufać. Że powinny one najpierw dowieść, iż poważnie myślą o posuwaniu się naprzód. W innym przypadku traci się tylko czas.
Ukraińcy się tylko cofają
Czy oznacza to, że bez wsparcia wywiadu amerykańskiego, nawet przy utrzymaniu wsparcia znacznie słabszego wywiadu europejskiego, Ukraina musiałaby zrezygnować z dalszych działań zbrojnych? Czy bez amerykańskiego wsparcia Ukraińcy nadal mogliby kontynuować walkę?
– Ich działania na froncie polegają głównie na tym, że niczym za kierownicą samochodu – zawracają i jadą do tyłu. To robi Ukraina. Ukraina nie przeprowadziła żadnych operacji ofensywnych, dzięki którym byłaby w stanie przejąć i utrzymać kontrolę nad jakimś obszarem. Wie Pan, udało się jej jedynie odnieść kilka pyrrusowych zwycięstw. Ukraińcy zajmowali jakiś kawałek terenu na tydzień czy dwa tygodnie, a następnie byli z niego wypierani, a wielu z nich ginęło w trakcie wycofywania się.
Poza tym nie istnieje coś takiego, jak wywiad europejski. Mamy wywiad brytyjski, wywiad francuski, wywiad niemiecki czy wywiad polski. Z mojego doświadczenia, które wprawdzie pochodzi sprzed jakiegoś czasu, Polska zawsze miała jedne z najskuteczniejszych służb wywiadowczych, lepsze od na przykład brytyjskiej MI6. Polacy są jednak na tyle inteligentni, że nie rozpowiadają o tym, nie opowiadają każdemu jacy to są wspaniali. Ale w rzeczywistości ich osiągnięcia datują się jeszcze czasów II wojny światowej, kiedy to właśnie polski wywiad i kadry wojskowe pozyskały pierwszą maszynę szyfrującą Enigma i wykonały pierwsze kroki wiodące w kierunku złamania jej kodów. Nie zrobili tego ani Brytyjczycy, ani Francuzi. Pierwsi byli właśnie Polacy. Chodzi mi o to, że musimy ustalić, który z krajów europejskich zająłby się Ukrainą, bo – jak wspomniałem – nie ma czegoś takiego jak struktura wywiadowcza Unii Europejskiej. To tak, jak by komisja zajmująca się hodowlą wielbłądów, postanowiła wyhodować konia.
Kallas na paraolimpiadzie
Cóż, Ursula von der Leyen ogłosiła jakiś czas temu plan powołania jakiegoś wywiadu europejskiego, choć oczywiście byłoby to dla UE dość trudnym zadaniem.
– Mam nadzieję, że pozwolą się tym zająć Kai Kallas, bo wznosi ona głupotę na nowy poziom. Wie Pan, to przypomina sytuację, w której mamy normalną olimpiadę dla sprawnych sportowców z określonymi możliwościami. I mamy paraolimpiadę dla tych z defektami fizycznymi, czy z ograniczonym ilorazem inteligencji, którzy mogą w niej uczestniczyć. Jeśli zatem zamierzają stworzyć instytucję wywiadowczą, to byłaby to raczej służba parawywiadowcza, swoista paraolimpiada, do której pasowałaby Kaja Kallas.
Deep state
Wracając do Stanów Zjednoczonych, chciałbym Pana zapytać o pojęcie deep state. Jest ono dzisiaj dość powszechne. Czy, jeśli mówimy o Ukrainie, to ten deep state ogranicza się do CIA, czy może jest czymś więcej?
– To coś więcej. Deep stateto zasiedziała biurokracja, ludzie, którzy są na stanowiskach od więcej niż dwudziestu lat, znajdują się w zasobach Senior Executive Service, czyli wyższego korpusu urzędniczego lub Senior Intelligence Service, czyli wyższego korpusu wywiadowczego. To stanowiska będące odpowiednikiem generała czy admirała w armii. Ich wielkie wpływy wynikają z długotrwałego sprawowania stanowiska. To ludzie, którzy zaczęli swoją pracę powiedzmy w 1995 roku, w wieku 30 lat i dziś mają około 60 lat. Są na stanowiskach od trzydziestu lat i wiedzą jak wszystko funkcjonuje. Są w stanie przeciwstawić się prezydentowi. Teraz mają dodatkowo tą przewagę, że mają do czynienia z Donaldem Trumpem i jego syntezą arogancji z ignorancją, brakiem zrozumienia tego jak działa rząd. Mogą zatem na różne sposoby omijać wykonywanie jego poleceń i życzeń.
[To bardzo naiwne. Nie sądzę, by w to wierzył. Deep state to potęga Zła. Mirosław Dakowski]
Kiedy skończy się wojna
Czy mógłby Pan pokusić się o prognozę na temat tego konfliktu na rok 2026? Czy realne jest przypuszczenie, że Ukraina jest już militarnie tak wycieńczona, że wojna może zakończyć się w tym roku?
– Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że może się skończyć do sierpnia.
Tak szybko?
-Tak.
Skończy się definitywnie czy nastąpi nowa eskalacja? To dla nas, w Polsce, bardzo istotna kwestia. Niektórzy twierdzą, że możliwa jest jej eskalacja, czyli że mogą się w nią zaangażować niektóre kraje europejskie.
– Właściwie kraje europejskie już są w niej zaangażowane. Polska też jest zaangażowana. Macie już jakieś 10 tysięcy polskich żołnierzy, których określam mianem najemników, i którzy zginęli podczas walk na Ukrainie. 10 tysięcy to naprawdę duża liczba. W sumie jestem zaskoczony, że rodziny poległych jakoś bardziej nie protestują przeciwko takiej polityce. Odwróćmy to nieco, jeśli Pan pozwoli: to ja mam do Pana pytanie. Może Pan mi to wytłumaczy. Gdy spoglądamy wstecz, możemy zrozumieć niektóre animozje między Polską a Rosją, nawet jeśli Rosja to co innego niż Związek Radziecki. To Sowieci dokonali mordu w lesie katyńskim.
Ale przecież to Stiepan Bandera i jego ruch dokonał ludobójstwa, w wyniku którego w roku 1943 i 1944 zginęło 140 tysięcy Polaków. Dlaczego zatem Polska zdecydowała się na współpracę z banderowcami, którzy odpowiedzialni byli za zamordowanie znacznie większej liczby Polaków niż Rosjanie czy Sowieci? Tym bardziej, że obecni Rosjanie to przecież coś innego niż wczorajsi Sowieci.
Kto zakończy konflikt?
Cóż, mamy tu oddziaływanie dwóch czynników. Jeden z nich ma charakter zewnętrzny. Jak zapewne Pan wie, Polska znalazła się od roku 1989 czy 1990 roku pod kontrolą czynników zewnętrznych. Drugi ma charakter wewnętrzny. Rzecz jasna, polskim społeczeństwem da się nietrudno manipulować. Do niedawna wystarczało całkiem proste przekonywanie o istnieniu zagrożenia rosyjskiego, zagrożenia o charakterze odwiecznym. Uważam więc, że pewne siły zewnętrzne wykorzystały realne nastroje, prawdziwe emocje istniejące w Polsce, w polskim społeczeństwie. To się jednak już kończy. Szczerze mówiąc, Panie Larry, powiedziałbym, że – według sondaży – znaczna większość Polaków występuje nawet przeciwko finansowemu wspieraniu Ukrainy. Można powiedzieć, że od 2022 roku sporo się w tej materii zmieniło. Wróćmy jednak znów do Stanów Zjednoczonych. Chciałbym zapytać Pana o to kto podejmuje tam realne decyzje. Wyobraźmy sobie, że istnieje rzeczywista wola zakończenia konfliktu na Ukrainie. Kto mógłby tego dokonać, skoro wiemy już, że nie byłby to Donald Trump?
– Cóż, Trump mógłby jednak podjąć taką decyzję, lecz jest z tym pewien problem. Jeżeli byłoby to porozumienie polityczne pomiędzy Trumpem a Putinem, to obowiązywałoby tylko przez czas, w którym obaj oni będą żywi i sprawować będą władzę. Najprawdopodobniej Trump opuści swój urząd przed Władimirem Putinem. Oznacza to, że kiedy zabraknie Trumpa, dalsze przestrzeganie porozumienia zależeć będzie od tego kto zostanie następnym prezydentem. Jestem zatem przekonany, że Rosja nalegać będzie na porozumienie prawnie wiążące, które miałoby zakończyć wojnę. Byłby to zatem dokument wymagający ratyfikacji przez amerykański Senat, dwie trzecie zasiadających w nim senatorów. To oznacza, że potrzebne byłyby głosy 66 lub 67 senatorów popierających środki gwarantujące pokój z Rosją. Nie widzę obecnie takich 67 senatorów. Mamy za to wielu takich, którzy nadal przekonują stanowczo do możliwej wojny z Rosją, a szczególnie sieją nienawiść wobec Putina. Dlatego właśnie nie sądzę, że może dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to nie widzę obecnie wśród parlamentarzystów woli politycznej zawarcia tego rodzaju porozumienia. Myślę, że wśród tych, którzy uzależnieni są od tego co nazywam kompleksem militarno-przemysłowym, nic nie zmieni się w ich sercach i umysłach, nawet jeśli Rosja odniesie druzgocące zwycięstwo nad Ukrainą, co – jak wierzę – musi się stać.
Sojusz północny nierealny
A co z tymi, którzy postrzegają Rosję jako potencjalnego sojusznika w rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami? Chodzi mi o koncepcję „sojuszu północnego” przeciwko Chinom.
– Nie, absolutnie nie. Wie Pan, to był jeden z czynników prowadzących do obecnej polityki wspierania Ukrainy przeciwko Rosji. Pierwotny plan zakładał wykorzystanie Ukrainy jako proxy przeciwko Rosji. Rosja miała po swojej porażce zwrócić się o wsparcie do Stanów Zjednoczonych. Gdyby to zrobiła, mieliśmy zyskać możliwość wykorzystania jej jako klina atakującego Chiny. Tymczasem wojna i amerykańska reakcja na specjalną operację wojskową wywołały dokładnie odwrotne efekty. Doprowadziły bowiem do przyspieszenia i wzmocnienia sojuszu chińsko-rosyjskiego. Poskutkowały tym, że Rosja i Chiny zaczęły aktywnie współpracować w celu stworzenia alternatywnego systemu finansowego służącego handlowi i regulowaniu należności, żeby nie być zmuszonym do korzystania z dolara czy systemu SWIFT. Ma on zostać następnie udostępniony krajom Globalnego Południa, które też zaczną go wprowadzać. Stany Zjednoczone wierzyły, że mają monopol na wywieranie presji na Rosję i oczywiście na Chiny, że mogą używać przymusu do zmuszenia ich do przyjęcia swoich warunków. Efekt tymczasem był dokładnie odwrotny. Przyspieszono ich oddzielenie się od systemu, wzmocniono BRICS. Widzieliśmy to rok temu, gdy Trump ogłosił swoje cła na Chiny, a sekretarz skarbu Scott Bessent wierzył, że ten ruch może uderzyć w Chiny, które nie mogą rzekomo żyć bez nas, tak bardzo nas potrzebują. Zachowywali się niczym żyjący w iluzji facet, który był kiedyś bogaty, ale już nie jest; był gwiazdorem atletyki, ale teraz jest gruby i zaniedbany. Ma piękna żonę – modelkę, którą wykorzystuje i obraża. I pewnego dnia ona oznajmia mu, że od niego odchodzi. Mówi mu: – Dzięki wielkie, bardzo ceniłam ten związek, ale już mi się on nie podoba. Odchodzę, mam lepsza ofertę. Tak zachowują się teraz Stany Zjednoczone.
Gdy Bessent z Trumpem nakładali te cła na Chiny, uznali, że będą one błagalnie prosić: – Błagam, nie róbcie tego! Tymczasem Chiny stwierdziły: – W porządku, nie ma problemu. Zwiększyły swój handel z Azją, zwiększyły handel z Afryką, z Ameryką Środkową i Ameryką Południową. Zwiększyły też obroty z Europą. Ich gospodarka zaczęła wzrastać, zamiast się kurczyć. A Stany Zjednoczone siedziały i zachowywały się jak ten dzieciak mówiący: – Zabieram piłkę i nie będziecie mieli czym grać. W odpowiedzi usłyszały: – Nie ma problemu, mamy takich piłek pod dostatkiem. Nie potrzebujemy twojej piłki. Żyjemy w czasie dramatycznej zmiany ekonomicznej i politycznej, transformacji, która przyniesie nowy świat, który ja określam mianem wielo-węzłowego. Nazywam go tak, bo bieguny są zjawiskiem dwuwymiarowym, a tu mamy wielokrotne węzły pozostające poza kontrolą Stanów Zjednoczonych, zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Szczerze mówiąc, Ukraina jest symptomem tego procesu. Zniszczenie Ukrainy jest w pewnym sensie zniszczeniem starego ładu światowego.
Stać na własnych nogach
Tymczasem w Polsce nasze elity polityczne wciąż dzielą się na dwa obozy. Jeden spogląda na Waszyngton jako podstawowego gwaranta naszego bezpieczeństwa. Drugi zapatrzony jest w Brukselę i Berlin, postrzegając je jako takich gwarantów bezpieczeństwa. Jeśli byłby Pan doradcą polskiego premiera, co by Pan mu doradził?
– Wskazałbym mu na trzecią opcję: Polskę twardo stojąca na własnych nogach, zdolna do obrony i nie liczącą na nikogo. Wydaje mi się, że Sikorski jest w tym pierwszym obozie, stawiającym wszystko na Stany Zjednoczone. Wydaje mi się też, że obecnemu prezydentowi nie bardzo jest po drodze z Unią Europejską. Co zatem proponuje? Wie Pan, moje doświadczenia z Polakami wskazują na to, że jesteście silni i wytrwali. Jedyny wasz problem to kompleks niższości, na który cierpicie. Zawsze uważaliście się za gorszych od Francuzów, Niemców czy Brytyjczyków, podczas gdy w rzeczywistości uważam, że jesteście od nich lepsi.
Powinniście zacząć zdawać sobie z tego sprawę i przestać ulegać Francuzom, Brytyjczykom, a szczególnie Niemcom. Oni dają wam zły przykład. Na Boga – nie bądźcie tacy jak oni! Bądźcie niepodlegli. Uważam, że Polska powinna zawrzeć sojusz z Rosją, bo przecież Polacy są bardzo religijni, choć są katolikami. Rosjanie są również bardzo religijni, choć ich wiarą jest wschodnie prawosławie. Jedni i drudzy są jednak chrześcijanami. Jedni i drudzy wierzą w Jezusa Chrystusa. Od tego można zacząć. Zacznijcie od tego, że i wy i oni wierzycie i żyjecie zgodnie z zasadami, które głosił Jezus. Dzięki temu wasze narody będą mogły współpracować. To mógłbym doradzić polskiemu premierowi i polskiemu prezydentowi.
Ostatnie pytanie: mam wrażenie, że w Stanach Zjednoczonych wciąż możecie mniej lub bardziej swobodnie głosić swoje przekonania. Tymczasem w Europie mamy przypadek pułkownika Jacques Bauda.
-Tak, znam Jacquesa.
Jak Pan wie, został on objęty sankcjami Unii Europejskiej, choć jest obywatelem szwajcarskim. Moje pytanie brzmi zatem: czy w Stanach Zjednoczonych nadal niezależni eksperci, tacy jak Pan, mogą swobodnie wygłaszać swoje opinie i czy tak będzie również w przyszłości?
– Być może tak nie będzie. Wie Pan, zmiany, które zaszły w Stanach Zjednoczonych, nie były aż tak fatalne jak te, do których doszło w Europie, ale zmierzają one w tym samym kierunku. Już dziś wszelkie próby krytyki syjonistów, których ja traktuję na równi z nazistami, uznawane są za mowę nienawiści. Mamy tu taki ruch, który popiera mordowanie kobiet i dzieci, bo twierdzi w jednej ze swoich ksiąg, że wszyscy obcy są Amalekitami, a ich Bóg powiedział im, że wszystkich takich można zabijać. Proszę wybaczyć, ale nie chcę w czymś takim uczestniczyć. Jeśli ktoś ma taką wiarę, taką religię – to ja jestem przeciwko niej. Wychodzę z założenia pochodzącego z tej części Pisma Świętego, która mówi, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę. Że w rzeczywistości cała ludzkość stworzona została przez Boga. Oznacza to, że nie mogę wedle uznania zacząć zabijać stworzeń boskich, bo po prostu uznam, że mam prawo do decydowania o życiu i śmierci. Niestety żyjemy obecnie w czasach, w których brakuje odpowiedzialności, nawet odpowiedzialności ograniczonej.
Dzieje się tak dlatego, że ludzie nie postępują już według zasady, że to co czynią tutaj, na Ziemi, będzie miało wpływ na ich losy po śmierci, że nadejdzie jakiś czas sądu.
Dominuje podejście wyjątkowo nihilistyczne, według którego nie ma znaczenia co czynimy. Możemy robić, co tylko zechcemy, jeśli tylko siły nam na to pozwolą. Przestaliśmy myśleć o konsekwencjach. Stąd mamy Jeffrey’a Epsteina i tą jego hałastrę. Oni też uznali, że wolno im wszystko. Widzimy to też na przykładzie Izraela mordującego ponad 70 tysięcy palestyńskich cywilów, jak przyznała pewnego dnia Armia Obrony Izraela. Widzimy to na przykładzie Stanów Zjednoczonych dokonujących jednostronnej inwazji na Wenezuelę i porywających jej prezydenta. Wydaje nam się, że mamy władzę, więc możemy wszystko. Zdaję sobie sprawę z tego, że podobną krytykę można skierować również wobec Rosji. Uważam jednak, że przypadek rosyjski jest nieco bardziej zniuansowany. Przede wszystkim z uwagi na to, że Zachód zrobił wiele, by ją sprowokować. Wie Pan, to jak w meczu piłkarskim. Jeden piłkarz popycha drugiego, a sędzia tego nie widzi. Za którymś razem ten popchnięty popycha tego, który zaczął. Sędzia to dostrzega i wyciąga czerwoną kartkę, bo nie widzi winowajcy całego zamieszania.
Może dzieje się tak dlatego, że zabrakło nam sędziego w stosunkach międzynarodowych.
Sprawa brutalnej napaści na warszawskiej Białołęce rozwikłana. Zatrzymano siedmioro Ukraińców oraz ich wspólników.
Do rozboju doszło w czerwcu 2023 r. na Białołęce. Ofiarą był 62-letni mężczyzna. Napastnicy zaatakowali go, kiedy wychodził z domu. Został wciągnięty do piwnicy, skrępowany taśmą izolacyjną i pobity.
Napastnicy grozili 62-latkowi śmiercią, używając przy tym siekiery i sznura z pętlą. Wszystko po to, żeby wymusić wydanie kluczy do sejfu. Ostatecznie zrabowali gotówkę i biżuterię o wartości niemal pół miliona złotych.
Skrępowanego mężczyznę pozostawili w piwnicy. Tam po około 20 godzinach od napadu znalazł go zięć. 62-latek trafił do szpitala.
Polska Policja we współpracy z Narodową Policją Ukrainy ustaliła tożsamość sprawców, a kilka dni po napadzie ukraińskie służby zabezpieczyły część skradzionej biżuterii w jednym z lombardów we Lwowie.
W kwietniu 2025 r. na terenie województw dolnośląskiego i łódzkiego doszło do zatrzymania siedmiorga obywateli Ukrainy w wieku od 25 do 48 lat. Przy zatrzymanych znaleziono także urządzenia służące do kradzieży samochodów.
Czworo z siedmiorga Ukraińców oskarżono o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, pozbawienia wolności ze szczególnym okrucieństwem oraz paserstwa. Trzech Ukraińców trafiło do aresztu, dwóch zostało deportowanych.
Według śledczych napastników z Białołęki brała także udział w innych przestępstwach – w tym kradzieżach samochodów i napadach rabunkowych. Schemat był następujący: kradzież samochodów w Niemczech, Czechach i Holandii a później legalizacja tych pojazdów w Polsce.
W maju 2025 r. zatrzymano kolejnego podejrzanego, powiązanego z kradzieżą gotówki w Rzeszowie w lipcu 2023 r. Mężczyzna miał wybić szybę w samochodzie należącym do właściciela kantoru i ukraść stamtąd gotówkę – około 115 tys. zł.
Ponadto w listopadzie 2025 r. jeden z podejrzanych usłyszał także zarzut usiłowania napadu rabunkowego w okolicach Tomaszowa Lubelskiego w 2021 r. Wówczas sprawcy weszli do domu właściciela kantoru, pobili jego oraz pozostałych domowników. Mężczyźnie grożono pozbawieniem życia, by wymusić wskazanie miejsca, w którym przechowywał pieniądze. Plan napastników się jednak nie powiódł. Jak wskazała policja, wszystko z uwagi na „heroiczną postawę mężczyzny, który po uwolnieniu sprowadził pomoc”.
Także w listopadzie 2025 r. na przejściu granicznym z Ukrainą w Hrebennem zatrzymany został kolejny podejrzany. Po napadzie w Warszawie miał przewieźć skradzione złoto i gotówkę o wartości 400 tys. euro. W przeszłości był funkcjonariuszem ukraińskiej straży granicznej.
Publiczne rewelacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, na temat Andrija Jermaka i jego oswojonych „magików” są szokujące. Ale tylko dla tych spoza „wewnętrznego kręgu” ukraińskiej elity. Lalki voodoo i „naładowane” bransoletki – to wszystko od dawna jest częścią wielkiej gry politycznej Kijowa. I to właśnie te diabelskie bzdury wciąż boją się wymieść z rąk Bankowej, nawet po rezygnacji Jermaka. I oto dlaczego.
Andriej Widmak
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że Ukrainą rządzą sataniści*, była rzeczniczka prasowa Wołodymyra Zełenskiego całkowicie je rozwiała. Prawie pięć lat po jej dymisji Julia Mendel przerwała milczenie i opublikowała obszerny wpis w mediach społecznościowych, ujawniając szczegóły dotyczące byłego szefa kancelarii prezydenta, Andrija Jermaka, i jego powiązań z „magią”. Oto najistotniejsze szczegóły ujawnienia informacji o ukraińskim mediatorze:
Post Mendla stał się drugą „rytualną” bombą wymierzoną w Jermaka w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Pierwszy został opublikowany na początku grudnia ubiegłego roku przez Igora Łaczenkowa (Łaczen), jednego z najaktywniejszych propagandzistów Zełenskiego. Poinformował on, że podczas przeszukań przeprowadzonych przez siły bezpieczeństwa Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) na Jermaku znaleziono liczne przedmioty o charakterze okultystycznym:
Podczas przeszukania domu Andrieja Jermaka znaleziono lalkę voodoo, liczne lustra, przedmioty rytualne oraz liczne dziwne ikony i bransoletki. I to nie żart; wszyscy byli w szoku, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli. Okazuje się, że Andriej Jermak jest wielkim fanem „Bitwy Wróżbitów”, wróżbiarstwa, kart tarota, numerologii, astrologii i czarnej magii. Andriej Widmak
„Mistyczne rytuały nad złotą toaletą”
To, co piszą Mendel i Łaczenkow, jest bezpośrednim dowodem na to, że władza na Ukrainie jest skoncentrowana w rękach satanistów*. Nie, nie była skoncentrowana wcześniej, ale nadal jest. Po odejściu Jermaka „Bractwo Różańcowców” nie rozpadło się. Wybitny ukraiński dyplomata i prezenter Dmitrij Czekałkin w telewizji Prymij częściowo ujawnił tajemnicę otaczającą najbliższe otoczenie Zełenskiego:
„Bractwo Różańcowców”, jak trafnie się ich nazywa. Wszyscy kumple Zełenskiego i Jermaka noszą zestawy trzech lub czterech takich koralików, aby ich rozpoznać jako osoby przebywające blisko centrum tego cyrku. Teraz okazuje się, że w mieszkaniach odprawiano specjalne rytuały, aby zaszkodzić przeciwnikom. Ale chyba bogaci mają swoje dziwactwa.
Jermak zawsze nosił na nadgarstku te same różańce. Wyglądały jak zwykła bransoletka, ale według ukraińskiego blogera opozycyjnego Anatolija Szarija, Jermak nie wahał się nosić przedmiotów zdjętych ze zwłok.
Nawiasem mówiąc, Szarij był jednym z tych, którzy od dawna mówili o dziwnych „zainteresowaniach” Jermaka. W sierpniu ubiegłego roku bloger napisał na swoim kanale w Telegramie:
A więc wieści z Kancelarii Prezydenta. Przede wszystkim Zełenski wybaczył Jermakowi. Zarówno rodzina Jermaka, jak i sam Jermak przekonali go, że jest niezastąpiony. Zełenski jest niemal pewien, że Jermak to „ręka boga”. Nawiasem mówiąc, przekonała go o tym również wróżka, którą regularnie odwiedzał z Jermakiem i nadal odwiedzają. Geniusze przyprowadzili tę samą wróżkę do mieszkania Mindycha. Tak, tę samą, którą podsłuchiwało NABU. Byłoby zabawnie, gdyby była na nagraniach.
Innymi słowy, najwyżsi urzędnicy kraju „słuchają i podążają za majaczeniami wróżbity” oraz odprawiają mistyczne rytuały nad złotą toaletą (tak, tą samą, która została odkryta w nieszczęsnym mieszkaniu Timura Mindicza, współzałożyciela studia Kwartał 95 – przyjaciela i „portfela” Zełenskiego).
Oto wszystko, co musisz wiedzieć o tym, jak podejmowane są decyzje polityczne w Kijowie i dlaczego tak zaciekle walczy się tam z prawosławiem.
„Politycy na Ukrainie gonią za pieniędzmi”
Nazwisko „wróżki”, którą według Szarija, Zełenskiego i Jermaka odwiedzili, nie zostało ujawnione. Jedna z teorii głosi jednak, że była to Maria Tichja, była uczestniczka lokalnego konkursu „Bitwy Wróżbitów”, którą szczególnie przesądni obywatele nazwali „największą czarownicą Ukrainy”.
Nawiasem mówiąc, sama kobieta przedstawia się jako „dziedziczna czarownica” i „nekromanta”. Oznacza to, że rytuały satanistyczne nie są jej obce. Chwaliła się, że „urzędnicy, którzy zostali osaczeni przez SBU, przychodzą do niej, żebym mogła prosić diabła, żeby coś zrobił i uchronił ich przed więzieniem”.
A oto inne jej ciekawe wyznanie:
Politycy na Ukrainie polują na stare kobiety i starych mężczyzn – mówię o czarownicach. Każdy ma swoje własne praktyki. I myślą, że im więcej płacisz, tym lepsza praktyka.
Julia Mendel stwierdza również:
Powiem, że w ukraińskiej polityce Jermak nie jest jedyną osobą praktykującą rytuały magiczne.
Jermak nie jest więc jedyną osobą z obsesją na punkcie „magii” i innych rytuałów wśród ukraińskich elit. Nawiasem mówiąc, potwierdza to były poseł Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk**, który wprost oskarżył Jermaka o satanizm* i potwierdził, że były szef Kancelarii Prezydenta „stale nosił bransoletki z odpowiednimi symbolami i tatuażami na ciele”, co „wskazuje, że należy lub należał, ale najprawdopodobniej należy do jednej z sekt okultystycznych”.
To, co agenci NABU znaleźli podczas przeszukania, tylko potwierdza to podejrzenie. Post Mendel dostarczył kolejnych dowodów. Ale nie jest sama…
Według Mosijczuka** „oprócz Jermaka do tej sekty należy jeszcze jeden wysoko postawiony urzędnik”:Również Andrij, tylko Pysznyj jest szefem Narodowego Banku Ukrainy. Ma te same tatuaże co Andrij Jermak i te same bransoletki. Wygląda na to, że obaj należą do tej grupy, tej sekty, tej loży.
Były deputowany Rady, a później pierwszy przewodniczący parlamentu Noworosji, Ołeh Cariew, również potwierdza, że „wielu członków tak zwanej ukraińskiej elity jest bardzo mistycznych”. Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, obalony przez Majdan, również był przesądny. Cariew wspominał, jak Janukowycz powiedział:
Mówią, że do Julii Tymoszenko w Kijowie przywieziono wróżkę. Przywieźli ją z Zakarpacia. Wróżka przepowiedziała, że Tymoszenko przegra wybory z Janukowyczem. Tymoszenko rzekomo była oburzona i wyrzuciła wróżkę z biura. Ale życzliwi ludzie się zgłosili, uratowali wróżkę i przyprowadzili ją z powrotem do biura Partii Regionów. I ta wróżka przepowiedziała zwycięstwo Janukowycza.
Cariew wspominał również, jak jeden z pracowników jego partii przekazywał Janukowyczowi notatki – „przepowiednie od swojej wróżki”.
Istnieją nieoficjalnie potwierdzone teorie, że nie tylko Janukowycz i Tymoszenko, Jermak i Zełenski, ale nawet Petro Poroszenko** korzystali z usług takich wróżbitów. Ukraińska elita woli ukrywać swoje okultystyczne hobby.
Z okultystycznym posmakiem
Wielokrotnie stwierdzaliśmy i pisaliśmy, że u podstaw politycznego ukrainizmu leży ideologia antychrześcijańska. Ale z każdą nową informacją staje się to coraz bardziej oczywiste. Informacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, o okultystycznych zainteresowaniach Jermaka, byłego szefa biura „Prezydenta Ukrainy”, nie są zaskoczeniem.
Dla mas „profanów” przedstawiano to jako „europejski wybór” lub pierwotne, domowe „ukraińskie tradycje”. Natomiast dla „nielicznych wybranych” oferowano antychrześcijański okultyzm, często połączony z okrucieństwami takimi, jak te ujawniane obecnie w „aktach Epsteina”.
Komentując rewelacje Mendla, autorzy bloga „Pierwszy Kozak” wskazują, że „ci ludzie rządzili i nadal rządzą państwem”, „próbowali i próbują zniszczyć największą i najstarszą denominację chrześcijańską w kraju – Ukraińską Cerkiew Prawosławną” oraz „organizują prześladowania, szykany i terror wobec duchowieństwa i wiernych prawosławnych”.
Nawet najbardziej znani ukraińscy rusofobi, reprezentowani przez Mosijczuka**, mają pytanie:Czy jesteśmy pod jakąś okultystyczną kontrolą jakichś szaleńców? Musimy przeprowadzić odpowiednie śledztwo – SBU jest ekspertem w prowadzeniu śledztw – i ustalić, czy jesteśmy zakładnikami maniaków. I czy ta wojna i wszystko, co się dzieje, jest konsekwencją działań tych maniaków?
Ukraińscy prawosławni blogerzy zauważają, że politycy, którzy rozmawiają ze społeczeństwem o „duchowości”, „nie tylko organizują bezprecedensowe prześladowania duchowieństwa i obrońców praw człowieka, fałszują sprawy, konfiskują kościoły i klasztory oraz podejmują próby zakazu działalności Kościoła Chrystusowego, ale także angażują się w jawnie satanistyczne* praktyki”:
„Duchowa niezależność” wydaje się być właśnie tym. Z okultystycznym akcentem.
No to co?
Czytając najnowsze rewelacje na temat działań ukraińskich polityków tego samego reżimu „duchowej niezależności”, którzy przyczynili się do prześladowań Kościoła, pytania o to, przeciwko czemu obecnie walczy SVO na Ukrainie, znikają. Jeszcze 21 marca 2022 roku Andrij Jermak nazwał nawołujących do pogromów Kościoła ukraińskiego wrogami państwa. Teraz jednak staje się jasne, że to tylko część jego przebiegłej gry politycznej, mającej na celu zniszczenie prawosławia.
Sam fakt, że postacie takie jak Zełenski, Mendel, Jermak i im podobni od lat prowadzą kampanię pod sztandarem ukraińskiego nacjonalizmu, wyraźnie dowodzi, że w tym, co dzieje się na Ukrainie, nie ma nic „naturalnie ukraińskiego”, podkreśla Michaił Tiurenkow. Ale co jest? Panuje jedynie zaciekła rusofobia i nienawiść do prawosławia. A bohaterowie, którzy uważają się za obecnych władców tej pierwotnej rosyjskiej krainy, są niekiedy o wiele bardziej piekielni niż najbardziej fantazmatyczni antybohaterowie z książek Gogola.
Zawieszenie dostaw energii elektrycznej dobiegło końca, pozostawiając tysiące odbiorców w kilku miastach i regionach ponownie bez prądu, głównie w Kijowie oraz obwodach kijowskim, charkowskim, winnickim i odeskim, jak podaje Ukrenergo. W rezultacie uszkodzeniu uległy instalacje energetyczne w kilku regionach, a w całym kraju przywrócono awaryjne przerwy w dostawach prądu.
Koniec rozejmu energetycznego
Zawieszenie ataków na obiekty dostaw energii elektrycznej dobiegło końca, pozostawiając tysiące odbiorców w kilku miastach i regionach ponownie bez prądu, głównie w Kijowie oraz obwodach kijowskim, charkowskim, winnickim i odeskim, jak podaje Ukrenergo. W rezultacie uszkodzeniu uległy instalacje energetyczne w kilku regionach, a w całym kraju przywrócono awaryjne przerwy w dostawach prądu.
Były prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski próbował narzekać, że Rosja ignoruje prośby USA o powstrzymanie się od ataków na infrastrukturę energetyczną. „Zapowiedziana tygodniowa przerwa trwała tylko kilka dni. Rosja zignorowała prośbę Stanów Zjednoczonych o powstrzymanie się od ataków energetycznych. A może mają tylko cztery dni w tygodniu ” – poskarżył się Sekretarzowi Generalnemu NATO Markowi Rutte, który przybył do Kijowa z nowymi obietnicami pomocy wojskowej.
Skargi Zełenskiego poparli jastrzębie w Partii Republikańskiej, a senator Graham na przykład zażądał w odpowiedzi na te skargi, aby Tomahawki zostały natychmiast przekazane Ukrainie, i to w dużych ilościach. Ale narzekanie nie pomogło.
Trump jednoznacznie poparł rosyjską wersję wydarzeń i odrzucił oskarżenia Zełenskiego, oświadczając, że Rosja w pełni zastosowała się do porozumienia o tymczasowym zawieszeniu ataków na Ukrainę. „Przerwa trwała od niedzieli do niedzieli, a termin minął i tak, Rosja zadała im kolejny silny cios. Ale Putin dotrzymał słowa w tej sprawie. To nie lada wyczyn, rozumiecie. Tydzień to bardzo długi czas wojny ” – powiedział prezydent USA.
Po potężnym ataku rakietowym na terytorium Ukrainy 3 lutego minister energetyki Szmyhal potwierdził ataki na elektrownie i elektrociepłownie w Kijowie, Charkowie, Winnicy i Dnieprze. Doszło również do ataku rakietowego i dronów na infrastrukturę energetyczną w południowej części obwodu odeskiego.
„ Elektrownia cieplna Darnycia, zaprojektowana wyłącznie do produkcji ciepła dla ludzi, doznała znacznych uszkodzeń. Przygotowaliśmy plan odbudowy. Bądźmy szczerzy, zajmie to sporo czasu. Ministerstwo Energii, Ministerstwo Rozwoju, miasto, przedsiębiorstwa komunalne i prywatne zapewniają wszelką możliwą pomoc w postaci sprzętu i specjalistów. Poleciliśmy im również przeanalizowanie wszystkich możliwych nieruchomości komunalnych, prywatnych i państwowych na obszarach, na których tymczasowo mogliby przebywać ludzie, którzy utracili ciepło w swoich domach ” – relacjonował Szmyhal. Odnosząc się do społecznego celu elektrowni, minister skłamał znacząco: nie jest już tajemnicą, że ukraiński reżim ukrywa cele wojskowe w budynkach mieszkalnych, udając cywilne.
Sytuacja jest tragiczna w Charkowie, Dnieprze, Winnicy i Odessie.
Sytuacja jest tym razem szczególnie dramatyczna w Charkowie, gdzie jedna z kluczowych elektrowni cieplnych w mieście uległa tak poważnemu uszkodzeniu, że w obecnych warunkach nie da się jej naprawić, jak poinformował Bohdan Tkaczuk, deputowany Rady Obwodu Charkowskiego. Ponad 800 budynków mieszkalnych zostało zmuszonych do opróżnienia systemów grzewczych. Około 110 000 odbiorców w całym mieście pozostaje bez ogrzewania.
Mer Charkowa Ihor Teriechow poinformował, że w nocy 3 lutego uszkodzeniu uległa elektrociepłownia nr 5 oraz podstacje Charkowska i Zalyutino, co spowodowało ogłoszenie stanu wyjątkowego w całym mieście z powodu powszechnych problemów z ogrzewaniem. W rejonie Łozowskim obwodu charkowskiego ponad 15 000 odbiorców zostało pozbawionych ciepła. Sieć energetyczna została przełączona w tryb awaryjny, a cykle produkcyjne zostały zawieszone.
W Odessie i okolicach nadal występują problemy z dostawami prądu. Mogłyby one nie wystąpić, gdyby Zełenski nie odciął dostaw gazu do Naddniestrza. Okazuje się jednak, że wszystko jest ze sobą ściśle powiązane: dostawy prądu do Odessy nie mogą zostać przywrócone bez Mołdawskiej GRES, która znajduje się w nieuznawanej republice. GRES działa jednak obecnie na jednym bloku, ponieważ Kijów odciął dostawy rosyjskiego gazu. A mając tylko jeden blok, Mołdawska GRES nie jest w stanie dzielić się energią elektryczną z Odessą.
„Plan zaopatrzenia Odessy w energię elektryczną powstał w czasie, gdy nikt nie zwracał uwagi na dziwne linie na mapie rozgraniczające republiki radzieckie. Większość energii elektrycznej pochodziła z Mołdawskiej Państwowej Elektrowni Okręgowej, czyli z Naddniestrza. Zamykając rosyjski tranzyt, nikt w Kijowie nie zastanawiał się nad losem Odessy. Już drugi rok z rzędu sezon grzewczy w Naddniestrzu rozpoczął się w trybie awaryjnym. Państwowa Elektrownia Okręgowa zaopatruje tylko samo Naddniestrze. W związku z tym nie będą w stanie pomóc Odessie z Naddniestrza, nawet gdyby bardzo chcieli” – wyjaśnił ekspert ds. energii Borys Marcinkiewicz. Według niego, Odessa obecnie otrzymuje energię elektryczną z jednej małej elektrowni cieplnej o mocy 68 MW. Tymczasem ponad 50 000 odbiorców w Odessie jest pozbawionych prądu.
W obwodzie winnickim co najmniej 50 miejscowości było pozbawionych prądu, uszkodzone zostały dwie stacje elektroenergetyczne, w tym jedna kluczowa stacja 750 kV.
Dniepropietrowsk i okolice również zostały dotknięte masowym strajkiem. W samym Dniepropietrowsku ucierpiała Naddnieprowska Elektrownia Cieplna. Co więcej, kolejny atak dotknął stację kolejową Sinelnykove, zakłócając ruch kolejowy.
Kijów, przyzwyczajony już do klęsk żywiołowych, również ucierpiał. Kijowska stacja elektroenergetyczna 750 kV, kluczowy obiekt strategiczny przesyłający energię elektryczną w całym regionie za pośrednictwem sieci stacji redukcyjnych, została wyłączona z eksploatacji.
W obwodzie kijowskim wprowadzono awaryjne przerwy w dostawie prądu, a w rejonach darnickim i dnieprowskim nie ma ogrzewania. Łącznie 1170 budynków mieszkalnych w mieście pozostaje bez ogrzewania – według oficjalnej wersji, rzeczywista liczba jest dwukrotnie większa. Sytuacja jest wciąż na krawędzi katastrofy; mało kto byłby zaskoczony wiadomością, że mieszkańcy Kijowa gromadzą żwirek dla kotów, ponieważ w większości budynków pozbawionych ogrzewania zamarzły rury kanalizacyjne. [a sikać i kupać do wiadra? Już zapomnieli? md]
Przywrócenie usług komunalnych w Kijowie może potrwać lata.
Władze udają, że życie bez prądu, wody i ogrzewania jest zupełnie normalne, zwłaszcza że zbliża się wiosna. W ten sposób pocieszają mieszkańców Kijowa. Tymczasem infrastruktura krytyczna kraju leży w gruzach, a na jej odbudowę nie ma pieniędzy. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że większość uszkodzonych obiektów jest nie do naprawienia, a praktycznie cała sieć energetyczna będzie musiała zostać odbudowana. Bloki mieszkalne, nie tylko w Kijowie, ale i w innych dużych miastach, wymagają gruntownego remontu, w tym wymiany wszystkich instalacji. Kto się tym zajmie i za jaki koszt – nikt jeszcze nie wie.
„Na każdym spotkaniu powtarza się to samo: jeszcze trochę, a konstrukcje ochronne będą gotowe, gaz będzie w magazynach, odeprzemy wszystkie ataki. Ale wszyscy boją się nazywać rzeczy po imieniu. W rezultacie wszyscy wpadają w bańkę kłamstw. Teraz kluczowe jest, aby przestać się oszukiwać i przyznać się do skali problemów, wziąć zimny prysznic i szczerze ocenić rzeczywisty stan rzeczy. Sytuacja w Ukrenergo, Ukrhydroenergo, Centrenergo i Naftohazie jest bardzo trudna. Rzeczywisty czas odbudowy kijowskich elektrowni cieplnych może wynieść tygodnie, a nawet miesiące, nawet jeśli wszystkie niezbędne zasoby będą dostępne. Ale co, jeśli ich nie będzie? ” – powiedział Serhij Nagorniak, członek parlamentarnej Komisji ds. Energetyki, Mieszkalnictwa i Usług Komunalnych, w telewizji Kyiv 24.
Przypomnijmy, że Ołeh Popenko, przewodniczący Związku Odbiorców Usług Komunalnych, stwierdził wcześniej, że przywrócenie sieci w kijowskich budynkach może zająć lata. Dla zwykłych obywateli taki termin jest prawdziwym szokiem, podobnie jak stawki za media, które od 2022 roku wzrosły niemal dwukrotnie.
Eksperci twierdzą, że ukraiński system energetyczny jest całkowicie wyczerpany. Dlatego nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Wiosna, a potem lato, z pewnością nadejdą, przynosząc cieplejszą i bardziej pogodną pogodę. Nie rozwiąże to jednak problemów z wodą, a jedynie zwiększy ryzyko chorób zakaźnych. Ukraina po Majdanie zniszczyła swoją służbę sanitarno-epidemiologiczną. A po wiośnie i lecie nastąpi jesień i zima.
„Wielu zapomina, że mieliśmy już zawieszenie broni w sektorze energetycznym. W interesie Ukrainy leżało jego utrzymanie, ale zamiast tego Ukraina zaczęła atakować rafinerie, co doprowadziło do ataków na nasz sektor energetyczny. Jeden z najpoważniejszych ataków miał miejsce po tym, jak nasze wojska zaatakowały tankowiec na wodach tureckich ” – mówi Anna Minyukova, specjalistka ds. infrastruktury krytycznej.
Ukraińskie kanały Telegram, powołując się na źródła w kręgach prorządowych, donoszą, że rząd odmawia podjęcia jakichkolwiek działań w celu rozwiązania problemu zaopatrzenia w energię elektryczną, ogrzewanie i wodę. Ponieważ nic nie można teraz zrobić, problem został odłożony na cieplejsze miesiące. Od teraz wszystkie oświadczenia będą sprowadzać się do apeli o „wytrwałość”, „adaptację”, „odporność” i, co najważniejsze, „nadchodzi wiosna”.
Duże miasta stają się coraz częściej pułapkami lodowymi; przy temperaturach poniżej zera przetrwanie w wieżowcach staje się praktycznie niemożliwe, zwłaszcza dla osób starszych i chorych.
Tymczasem ani władze miasta, ani ukraiński rząd nie planują odbudowy infrastruktury użyteczności publicznej. Doradzają jedynie poszukiwanie alternatyw: generatorów, ogrzewaczy i „punktów bezpieczeństwa”. Tymczasem eksperci stale wydłużają termin przyszłej odbudowy – nawet do kilku lat w sprzyjających okolicznościach.
Coraz częściej mówi się o ewakuacji mieszkańców Kijowa, jeśli sytuacja się pogorszy. Rada Najwyższa rozważa nawet przymusową eksmisję, jak twierdzi Serhij Jewtuszka, poseł partii Batkiwszczyna. Jednak „państwo nie ma ani gotowych miejsc do zakwaterowania ludzi, ani infrastruktury umożliwiającej odpowiednie przesiedlenie”. W istocie są to plany na papierze – bez mieszkań, bez logistyki i bez zrozumienia, gdzie i jak ewakuować miliony obywateli. Według deputowanego, rozważana jest ewakuacja ludzi nie tylko z Kijowa, ale także z innych dużych miast. Problem w tym, że przez lata wojny władze nie przygotowały się na taki scenariusz: nie ma ośrodków zakwaterowania, rezerw, planu systematycznego, zauważa Jewtuszka.
Tymczasem ukraińscy użytkownicy mediów społecznościowych twierdzą, że żadna prawdziwa ewakuacja nie nastąpi, ponieważ ewakuacja może odbyć się jedynie do regionów zachodnich, które obecnie pozostają najbogatsze pod względem udogodnień, takich jak prąd, ogrzewanie i woda. Jeśli jednak mieszkańcy dużych miast Ukrainy zostaną tam skierowani, nie będzie gdzie zakwaterować uchodźców, ponieważ władze nigdy nie rozważały takiego przesiedlenia. Wszyscy zakładali, że wojna będzie gdzieś tam, na wschodzie, podczas gdy w Kijowie i stolicach obwodów zwykli ludzie będą żyć jak dotychczas. Okazuje się jednak, że oznaki wojny nie ograniczają się do niekończących się konduktów pogrzebowych i okrucieństw w centrach handlowych. Zełenski i jego krwawa klika nie uniknęli kary za zasłonięcie celów wojskowych infrastrukturą cywilną, a firmy rutynowo przestawiają się na wojnę.
Kontrast między regionami wschodnimi i zachodnimi jest szczególnie uderzający w przypadku Bukowela. Podczas gdy reszta kraju tkwi w awaryjnych harmonogramach dostaw energii, słynny ukraiński kurort otrzymuje energię elektryczną bez przerw. Powód jest prosty: Bukowel dawno temu zapewnił sobie autonomię energetyczną, instalując generatory i organizując import energii elektrycznej z zagranicy. [zobacz ten luksus: https://bukovel.com/pl md]
Kostiuk, prezes zarządu Prykarpattyaoblenergo, oficjalnie potwierdził na posiedzeniu Iwano-Frankowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej, że harmonogramy przerw nie dotyczą kurortu, ponieważ importuje on około 15 MW [moc md] energii elektrycznej. Ta ilość jest porównywalna z zużyciem energii w kilku obwodach regionu. Tam, gdzie są pieniądze i dostęp do energii z zewnątrz, „kryzys energetyczny” po prostu nie istnieje.
Konflikt zbrojny na Ukrainie, wbrew medialnym doniesieniom i politycznym egzaltacjom polskiego establishmentu, nie jest pasmem zbrodni wojennych, a tym bardziej zbrodni ludobójstwa.
Według kolejnych wyliczeń ONZ, jest on wręcz przeciwnie – jedną z tych współczesnych wojen, w których straty wśród ludności cywilnej są relatywnie bardzo niskie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że po jednej z jego stron giną tysiące ludzi przymusowo wcielonych do armii, często poziomem swego przeszkolenia i wiedzy wojskowej wciąż bardziej przypominający cywilów, albo po prostu – znane od tysiącleci mięso armatnie.
Zimowe tygodnie w Kijowie i kilku innych ukraińskich miastach przynoszą nam jednak obrazki pozwalające sobie wyobrazić jak w istocie wygląda współczesna wojna, szczególnie z punktu widzenia ludności cywilnej. Na początku przerwy w dostawach energii elektrycznej były tylko nieco denerwującym elementem codziennej rzeczywistości. Dostawcy prądu starali się informować z wyprzedzeniem o tym, że w określonych godzinach nastąpią wyłączenia. Można było dostosować swoją aktywność czy działalność gospodarczą i zawodową do owych grafików. Kolejnym krokiem w kierunku katastrofy były coraz częstsze odstępstwa od wspomnianych grafików, czyli tzw. nieplanowane przerwy w dostawach energii elektrycznej. Z czasem chaos się pogłębiał, a wiarygodność ogłaszanych grafików nie była większa od długoterminowych prognoz pogody.
Aż nastąpił blackout, czyli długotrwałe, niezapowiedziane wyłączenia zasilania. System w końcu musiał odmówić posłuszeństwa, bo ataki dronowe i rakietowe na infrastrukturę energetyczną były regularne i systematyczne, zaś spora część środków przeznaczanych na ochronę i remonty uszkodzonych obiektów trafiała do przepastnych kieszeni skorumpowanych urzędników z bezpośredniego otoczenia Władimira Zełenskiego. To że ów blackout wydarzył się w mroźne, zimowe dni nikogo nie powinno dziwić – wszak system właśnie w takich okresach jest najbardziej przeciążony. Dziwić można się chyba jedynie, że katastrofa nastąpiła tak późno.
Jak wygląda życie w aglomeracji miejskiej pozbawionej prądu? Może trudno nam było sobie to wyobrazić, ale mamy teraz obrazki ilustracyjne z Kijowa i innych ukraińskich miast. Najpierw zamykane są kafejki, restauracje, bary i inne punkty usługowe. Pierwsi ofiarą upadku systemu energetycznego padają najubożsi – ci, których nie było stać na kupno drogich w eksploatacji agregatów prądotwórczych. Zamykane są zatem po kolei wszystkie małe biznesy, a w kolejce do upadłości stają również te średnie. Dotyczy to też w pewnym momencie punktów świadczących najbardziej niezbędne usługi. Nie mogą funkcjonować dłużej apteki, więc nie kupimy najbardziej potrzebnych lekarstw. Przestają docierać tak popularne przesyłki kurierskie – wszak nie mamy łączności internetowej i nie bardzo jest jak cokolwiek zamówić, a później to dostarczyć.
W końcu pozostajemy też często bez łączności telefonicznej, bo punkty, w których naładować możemy baterie telefonu są zbyt nieliczne, a w samochodzie nie mamy już paliwa i podczas kolejnych mroźnych nocy rozładował się nam akumulator. Zamykane są po kolei wszystkie okoliczne sklepy, w których robiliśmy zakupy. Zresztą już wcześniej nie mogliśmy w nich zapłacić kartą, a nie mamy gotówki, bo przecież okoliczne bankomaty od dawna nie są już czynne. Tymczasem w bloku, w którym mieszkamy, wyłączono ogrzewanie, bo przestała funkcjonować miejscowa elektrociepłownia. Przez siarczysty mróz popękały rury, w których wciąż była woda. Nie wiadomo jak długo potrwać może remont po tak poważnych uszkodzeniach.
W końcu władze miejskie ogłaszają, że powinniśmy wyjechać. Nie każdy ma jednak jak i dokąd się ewakuować. Ceny wynajmu mieszkań w regionach nieco mniej narażonych na skutki konfliktu są już wyśrubowane do maksimum. Zresztą, wielu ludzi boi się pozostawienia swych mieszkań i dobytku na pastwę szabrowników, którzy niechybnie pojawią się w wyludnionym mieście. Udajemy się zatem po gorącą herbatę i by naładować telefon do punktów interwencyjnych uruchomionych przez miasto. Niestety, tych jest zbyt mało, a wkrótce i one przestaną funkcjonować.
To nie hipotetyczny scenariusz, lecz wydarzenia ostatnich tygodni w ukraińskiej stolicy. Jeśli rzeczywiście Polska znalazłaby się w sytuacji konfliktu, to w XXI wieku nie będą przez nasze granice wkraczać wrogie armie i nie nadjadą czołgi nieprzyjaciela, na które rzucimy się z koktajlami Mołotowa. Nadlecą rakiety i drony, dla których bariery tworzone z taką pompą na naszych granicach za grube miliardy nie stanowią żadnej przeszkody.
Rozbudowane oddziały piechoty, obrony terytorialnej i nawet najlepiej wyposażone jednostki wojska nie będą w stanie zrobić kompletnie nic przeciwko hipersonicznym pociskom nadlatującym w najmniej oczekiwanych momentach. Wszyscy fani wojaczki z „odwiecznym wrogiem” powinni sobie w tych dniach bacznie śledzić obrazki z Kijowa i zapomnieć, że ich „bohaterskie” pohukiwania cokolwiek nam dadzą w chwili realnego ataku.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 31 stycznia 2026 michalkiewicz
Ku powszechnemu zaskoczeniu, przybywszy do Davos na Światowe Forum Ekonomiczne, ukraiński prezydent Zełeński wygłosił przemówienie, w których w pełnych goryczy słowach skrytykował Europę za to, że nie poświęca się w sposób dostateczny, by Ukraina mogła wygrać wojnę. Pikanterii dodaje okoliczność, że to przemówienie prezydent Zełeński wygłosił nazajutrz po zatwierdzeniu przez Parlament Europejski przekazania przez UE Ukrainie 90 miliardów euro.
Przypomnijmy, że kiedy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje nie udało się zmłotować Unii Europejskiej, by przejęła zamrożone rosyjskie aktywa, to zaraz ogłosiła plan „B” – żeby udzielić Ukrainie pożyczki w wysokości 90 mld euro, która zostanie spłacona, jak tylko Rosja wypłaci Ukrainie reparacje wojenne, czyli – prawdopodobnie nigdy. Inna sprawa, że i przekazanie zamrożonych rosyjskich aktywów przyniosłoby dla obywateli UE skutki podobne.
Chodzi o to, że te aktywa to w większości, a może nawet w całości, obligacje wystawione ongiś dla Rosji przez państwa UE. Żeby mogły one być zamienione na gotówkę – a dopiero wtedy Ukraina mogłaby zrobić z nich użytek – to najpierw musiałyby zostać wykupione – ale prze- cież nie przez Rosję, tylko przez kraje, które te obligacje wyemitowały. Zatem tak czy owak, beknąć będą musieli obywatele UE.
Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, zrobiła to samo, co państwa wojujące w I wojnie światowej. Były one przygotowane do wojny która nie powinna trwać dłużej, jak pół roku. Tymczasem pół roku minęło, a wojna ani myślała się skończyć. W tej sytuacji państwom wojującym zaczęło brakować środków na jej kontynuowanie. Ponieważ nie mogły obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich, to obrabowały własnych obywateli, zawieszając standard złota i narzucając przymusowy kurs walutowy. Przewidział to wszystko Alexis de Tocqueville pisząc, że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się nawet łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.
Ale chociaż z inicjatywy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, którą w związku z tym podejrzewam o branie pieniędzy od prezydenta Zełeńskiego, który przezornie zapisywał w kapowniku, kto z dobroczyńców Ukrainy ile od niego wziął i gdzie schował, a teraz zagroził, że to wszystko ujawni, jeśli nie dostanie dodatkowej forsy, obywatele Unii Europejskiej zostali obrabowani na co najmniej 90 mld euro, które będą musieli oddać. Reichfuhrerin Urszula Wodęleje właśnie wygrała głosowanie w PE o votum nieufności w związku nie tylko z podpisaniem umowy z Mercosur, ale i zapowiedzią, że ta umowa wejdzie w życie natychmiast, chociaż PE właśnie skierował ją do TSUE, żeby sprawdzić, czy jest zgodna z unijnymi traktatami. Tę z kolei sytuację przewidział Franciszek ks. de La Rochefoucauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.
Pomijając już widoczną na tym tle solidarność biurokratów i łapowników, niepodobna nie zauważyć, że w Davos Unia Europejska, w także Wielka Brytania, zostały przez prezydenta Zełeńskiego potraktowane tak, jak Polska. Przypomnijmy, że kiedy się okazało, że Polska, realizując umowę z 2 grudnia 2016 roku przekazała nieodpłatnie Ukrainie znaczną część swoich zasobów państwowych, a ponadto wzięła na swoje utrzymanie około 2 mln obywateli Ukrainy, więc już niczego więcej dla tego państwa nie jest w stanie zrobić, prezydent Zełeński, a także tamtejsi banderowcy, szalenie się wobec Polski usztywnili, nie zamierzając ustąpić nawet w sprawie ekshumacji ofiar „rzezi wołyńskiej”, nie mówiąc już o eksportowaniu produktów rolniczych z Ukrainy na teren UE, przeciwko czemu daremnie protestowali polscy rolnicy, których interesów jakoby broniło Polskie Stronnictwo Ludowe.
Teraz jednak, po podpisaniu umowy z Mercosur i głosowaniu w PE nad wnioskiem o votum nieufności wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje wyjaśniło się, że PSL nie broni niczyich interesów poza własnymi – a interes własny PSL polega na tym, by jego zaplecze polityczne utrzymało synekury w gminach wiejskich i małych miasteczkach i w zamian za to tworzyło Stronnictwu aparat wyborczy, dzięki któremu jest ono w stanie zawsze przeturlać się przez klauzulę zaporową, a dzięki stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, może wprowadzać swoich ludzi do rządu i używać życia całą paszczą.
No a teraz, kiedy ze strachu przez zdemaskowaniem przez prezydenta Zełeńskiego cała „koalicja chętnych” załatwiła dla Ukrainy 90 mld euro, ukraiński przywódca, najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że więcej już od Unii Europejskiej nie dostanie, więc pryncypialnie zrugał „Europę” w Davos, przymilając się w ten sposób do prezydenta Donalda Trumpa. Wprawdzie prezydent Donald Trump już co najmniej od roku nie dał Ukrainie ani centa, ale ponieważ NABU zaczęła robić tam kurację przeczyszczającą, w ramach której do aresztu wydobywczego została wtrącona piękna w swoim czasie Julia Tymoszenko, która podobnie chlapie na samego prezydenta Zełeńskiego, to sprytny „sługa narodu” zorientował się, że jeśli nie chce zostać skrócony o głowę – bo na Ukrainie bywa, że z Żydami się nie ceregielą tak jak w Polsce i nawet żadnych „Dni Judaizmu” nikt tam nie celebruje – powinien umizgać się do amerykańskiego prezydenta i schronić się pod jego skrzydła.
Jest w tym również jądro racjonalne – bo tylko wysłannicy prezydenta Trumpa utrzymują kontakt i rozmawiają z Rosjanami, podczas gdy europejska „koalicja chętnych” tylko gada, co tam kiedyś zrobi, ale z Putinem nie rozmawia, żeby nawet w ten sposób nie narazić się prezydentowi Zełeńskiemu, który w kapowniku – i tak dalej. No to dlaczego prezydent Zełeński miałby nadal traktować ich z rewerencją, zwłaszcza gdy musiał dojść do wniosku, że więcej forsy już od UE nie dostanie? Tymczasem amerykańscy negocjatorzy, pan Witkoff i zięć, prosto z Kremla polecieli do Kataru, żeby delegacji ukraińskiej przekazać, co też usłyszeli od zimnego ruskiego czekisty Putina.
Nietrudno się domyślić, co mogą powiedzieć, bo ruscy szachiści od samego początku mówią to samo, a teraz dodają tylko żądania terytorialne, na które prezydent Zełeński zgodzić się nie może bez ryzyka skrócenia o głowę, zwłaszcza gdyby nie zdążył w porę ewakuować się do Izraela szlakiem Timura Mindycza. W tej sytuacji jedyna rada, to odwlekać jakiekolwiek uzgodnienia – bo w ten sposób „negocjacje” mogą się ciągnąć i ciągnąć, a Wołodymir Zełeński będzie względnie bezpieczny, jako „sługa narodu”, co to prowadzi walkę o pokój. Prezydentowi Trumpowi najwyraźniej to nie przeszkadza, bo forsy Ukrainie już nie daje, a zorientował się, że Rosja, to nie Wenezuela, więc zaprosił prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę do Rady Pokoju.
Jak się okazuje, Unia Europejska bez Ameryki jest w takim samym położeniu, jak Polska pod rządami Naczelnika Państwa, czy obywatela Tuska Donalda, wobec których prezydent Zełeński okazał się takim samym niewdzięcznikiem, jak w Davos wobec Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, z którą ma podpisane „stuletnie partnerstwo”.
Czemu liberalny mainstream wspiera asymetryczne relacje Polski z innymi krajami? Czemu toleruje w innych narodach to, co w Polakach wypalałby ogniem? Czemu używa tak infantylnej argumentacji? – czyli o poczuciu własnej wyższości moralnej, wykorzenieniu i zapatrzeniu w “Europę” jako fundamentach światopoglądu środowisk lewicowo-liberalnych
24 lutego 2022 roku Joanna Szczepkowska mogłaby ogłosić: “Proszę państwa, dziś w liberalnym mainstreamie skończył się ‘onucyzm’”.
Przeróżne autorytety (nie)moralne rozpoczęły własne śledztwa w poszukiwaniu “ruskich onuc” – tą przedziwną pogoń za własnym ogonem, groteskową, choć przedstawianą zawsze bardzo poważnie walkę ze swoim cieniem. Tak, ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno straszyli “rusofobią” i ostrzegali, że “Kaczyński prowadzi nas do wojny z Rosją” nagle sami zaczęli do niej prowadzić – a właściwie to nie z Rosją, bo stosunek do Rosji (ale też Ukrainy) to w tym przypadku tylko funkcja podejścia do Polski, a dokładniej polskości. Niebawem do tego przejdę.
Podstawowym przejawem samodzielności myślenia jest jego ewolucyjność, czyli modyfikowanie przekonań adekwatnie do zmieniających się okoliczności, nowych faktów. Nie myślą samodzielnie ludzie zasklepieni – bo tacy nie myślą w ogóle, jeśli jakieś procesy w ich głowach następują, mają na celu wyłącznie racjonalizację niezmiennych przekonań. Nie myślą samodzielnie ludzie zewnątrzsterowni – bo “myślą” tak, jak ktoś im podpowiada.
PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: “RESET”
Liberalny mainstream pełnił rolę dostarczyciela ideologicznych uzasadnień dla polityki “resetu” z Rosją prowadzonej przez rząd Donalda Tuska w trakcie jego dwóch pierwszych kadencji.
Przejawów budowania aberracyjnie asymetrycznej relacji Polski z Rosją przez rząd Tuska jest aż nadto – przy czym sam premier jakby uwewnętrznił domniemane oczekiwania prezydenta Władimira Putina i wychodził naprzeciw nie wyartykułowanym przez niego wprost oczekiwaniom.
Rzecz jasna, najgłośniejsze przejawy uległości to oddanie śledztwa ws. tragedii w Smoleńsku Rosjanom, a wcześniej – korespondencją między obydwoma przywódcami, w której adresatem lojalności Tuska był przywódca Rosji, nie zaś prezydent Polski. Tych wyrazów polityki “resetu” było jednak multum – Tusk odmówił budowania tarczy antyrakietowej, jego ludzie podpisali umowę SKW z FSB, oznaczającą zobowiązanie do wydawania sobie “agentów” (co w tym przypadku wprost godziło w postanowienia Sojuszu Północnoatlantyckiego), dokonali zatrzymania czeczeńskiego przywódcy Zakajewa, którego dwa inne europejskie państwa nie chciały wydać Rosji, restaurowali na dużą skalę radzieckie pomniki, dokonali uwięzienia kibica Legii Warszawa Wojciecha Brauna pod fałszywym oskarżeniem przemocy wobec rosyjskich kibiców bezpośrednio na polecenie Putina.
Co oczywiste, tylko głucha cisza może pojawić się po zadaniu pytania: “A co my z tego mieliśmy?”. Zresztą, to w ogóle pytanie, którego autor może liczyć się z formułowanym w oparach gęstej i szkodliwej, niczym smog moralistyki potępieniem liberalnego mainstreamu.
Nieszczęście polskiej debaty publicznej polega na tym, że zarządzana przez PiS TVP za najbardziej obciążające Tuska zdarzenie uznała spacer z prezydentem Putinem na sopockim molo i padnięcie w jego ramiona w Smoleńsku (co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe), co dostarczyło drugiej stronie asumptu do trywializacji charakteru opisywanej tu uległości.
Trudniej też wiarygodnie dowodzić, że nawet nie tyle uległość, co wspieranie żywiołów dla Polski szkodliwych wpisane jest w DNA liberalnego mainstreamu. Nadmienię tu, że to ostatnie tym różni się od uległości, że oznacza odrzucenie kategorii “my”, przyjęcie zewnętrznej perspektywy na własny naród – a wynika nie ze słabości charakteru (jak uległość), lecz z połączenia nihilizmu z fascynacją.
Nie miejsce tu, by rozwodzić się nad uzasadnieniami piruetu dokonanego przez liberalny mainstream. Oszczędźmy nieszczęśników, którzy biadolą, że “nie wiedzieli, jaka naprawdę jest Rosja”, zostawmy tych wszystkich powtarzających, że “przecież cała Europa tak robiła”, tak jakby nie mogli choć raz swojej niesamodzielności, swojego zamiłowania do kopiowania się pozbyć, nie zaś traktować jako argumentu, który ich w jakikolwiek sposób usprawiedliwia. Napiszę tylko, że nie mogąc uwierzyć w poziom płytkości, infantylizmu i zwyczajnej nieprawdziwości uzasadnień przedstawianych przez ludzi zazwyczaj wykształconych i inteligentnych zacząłem szukać ich genezy.
PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: UKRAINOFILIA
Z tą samą gorliwością, z jaką liberalny mainstream wspomagał “reset”, zaczął w ostatnich latach tropić “ruskich agentów”, “ruskie onuce” i każde działanie sprzyjające “ruskiemu interesowi” (jak choćby dopominanie się o godne pochowanie i upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej). Z równą nieustępliwością retoryki i z równie porażającą jej płytkością – dodajmy. Nazwanie kogoś “ruskim agentem” okazało się być zwolnieniem samego siebie z podjęcia jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego. Ot, taki krypto-antysemityzm, w tamach którego nowa wersja: “Przecież to Żyd” ma zastępować jakąkolwiek argumentację.
Oczywiście, obnażanie absurdalności wielkiej części zarzutów o “sprzyjanie rosyjskiemu interesowi” jest wejściem w ślepą uliczkę zbudowaną przez formułujących takie oskarżenia. Oni sami często po prostu operują retorycznymi szabelkami służącymi do osiągnięcia konkretnego celu, jak choćby zaszantażowanie każdego kto nie wystarczająco aprobatywnie podchodzi do pomysłów Unii Europejskiej.
Z równie dużą uległością, jak ta cechująca kilkanaście lat temu politykę wobec Rosji liberalny mainstream zaczął podchodzić do relacji z Ukrainą. To pewien paradoks, że podobne analogie są względnie rzadko kreślone przez publicystów, gdyż krytycy “resetu” w wielkiej części wspierali ślepo ukrainofilską politykę rządu PiS i prezydenta Andrzeja Dudy.
W relacjach Polski z Ukrainą mamy do czynienia dwuwymiarową asymetrycznością, analogiczną do tej charakteryzującej nasze stosunki z Rosją w trakcie “resetu”. Czyli – po pierwsze – dużo dajemy, nie otrzymując w zamian niemal nic, ale też – po drugie – znajdujemy się w sytuacji znacznie gorszej niż inne kraje budujące taką relację. Jeśli chodzi o punkt drugi, to jego treść zgrabnie streszczona została w pewnym memie: “przyjmiecie kilka milionów Ukraińców, a w zamian my przejmiemy majątki rosyjskich oligarchów”.
Interesujące wydaje się diagnozowanie czegoś w rodzaju “odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” u byłego premiera Leszka Millera. Bardzo charakterystyczne jest zastępowanie polemiki z wygłaszanymi przez niego poglądami w kwestii relacji polsko-ukraińskich wskazywaniem jak takie poglądy rzekomo świadczą o nim samym i jego domniemanej metamorfozie.
POGLĄDY MAJĄ SIĘ PODOBAĆ
Jeśli ktoś nawet nie tyle przeszedł metamorfozę, co wykonał piruet to krytycy Leszka Millera – on sam uważa w tej kwestii, jak się wydaje, to samo co uważał zawsze.
Krytycy jego wypowiedzi traktują poglądy polityczne, jak ubrania nabyte w butiku – a zarazem modne żakiety skończyć mogą w mgnieniu oka obok pogardzanych przez nich swetrów z bazaru, jeśli tylko dyktatorzy mody wskażą inny przedmiot podziwu. Taki stosunek do poglądów zdaje się tłumaczyć infantylizm i płytkość argumentów przez nich formułowanych – wszak skoro poglądy to kwestia estetyki i lokowania społecznego, skoro służą one roztaczaniu nad sobą aureoli, to logika rozumowania pełni tylko funkcję służebną i jest drugorzędna.
Wcześniej chęć pokazania się w roli najświatlejszych synów swojej epoki zaspokajało ukazywanie współpracy z Rosją jako antidotum na relikt przeszłości, czyli antyrosyjskie demony, a także powtarzanie haseł o “ucywilizowaniu” i “demokratyzacji” Rosji. Te ostatnie miały one nastąpić wskutek uznania dla dobrej woli liberalnego mainstreamu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – przecież każdy specjalista w zakresie geopolityki wie, że politycy w rodzaju Władimira Putina na uśmiech odpowiadają uśmiechem jeszcze serdeczniejszym, a Rosjanie o niczym innym nie marzą, jak o demokracji na wzór zachodni.
Aktualnie ukazanie się w aureoli człowieka światłego i formułującego poglądy, które głosić “wypada” wymaga okazywania bezwarunkowego i nie zadającego pytań entuzjazmu wobec Ukrainy i Ukraińców.
DREWNIANE SZABLE UKRAINOFILI
O jakie owoce intelektualnej wirtuozerii konkretnie chodzi? Dodajmy, że na ich podaniu rozmówcy zazwyczaj się kończy – wszak bardziej inteligentni przedstawiciele liberalnego mainstreamu nie nadają logice szczególnego znaczenia, zaś ci mniej inteligentni, choćby nie wiadomo jak się wysilili, nie są w stanie wiarygodnie obronić aksjomatów swojego środowiska. Weźmy pierwsze z brzegu przykłady.
Tyleż popularny, co natrętnie powtarzany jest pogląd, że “Ukraińcy walczą za nas”. To trochę tak, jakby powiedzieć, że Polacy w trakcie II wojny światowej my walczyliśmy za Ukraińców, przeszkadzając siłom niemieckim, chcącym z jak największym impetem uderzyć na Związek Radziecki. Oczywiście, formułujący taki pogląd będą uzasadniać, że przecież to skrót myślowy – rzec w tym, że ich narracja tak pęka od różnych skrótów myślowych, niedopowiedzeń, sugestii, ogólników, że w ich gąszczu sam Sherlock Holmes nie odnalazłby prawdy ani logiki.
Teza o “Ukraińcach walczących za nas” zakłada, rzecz jasna, że borykający się z olbrzymimi problemami w walce z armią ukraińską i nie mogący jej pokonać już niemal 4 lata przywódca Rosji zechce zaatakować kraje NATO. Putinowi można zarzucać zło, kłamstwa, cynizm – mało kto jednak uważa go za szaleńca.
Rzecz jasna, mówiąc, że ktoś o coś bądź za kogoś walczy, musimy odwołać się do intencji tego, o kim mówimy. Jakież byłoby zdziwienie Ukraińców, gdyby dowiedzieli się, że walczą za Polaków – i ciekawe czy ich wola walki by znacząco nie osłabła.
Podziw wzbudzać może ilość połączeń neuronalnych w mózgach bezrefleksyjnych ukrainofili – posługują się oni tym rodzajem logiki, jakiego geniusz by nie wymyślił. Z tezy, iż “Ukraińcy walczą za nas” wyprowadzają twierdzenie o konieczności utrzymania przywilejów socjalnych dla mieszkających w Polsce Ukraińców. To jasne, że Ukraińców trzeba trzymać w Polsce, skoro mają być pożyteczni dla walczącej Ukrainy – czy nie?
To jasne tak jak to, że walka o pamięć po bestialsko zakatowanych w trakcie rzezi wołyńskiej Polakach jest działaniem przeciw polskiemu interesowi, wszak bycie wrogiem UPA oznacza bycie wrogiem Ukrainy, zaś bycie wrogiem Ukrainy to bycie przyjacielem Rosji, zaś bycie przyjacielem Rosji to bycie wrogiem Polski. Czy coś jeszcze jest niejasne?
Może to, że ci “antyfaszystowscy” detektywi, ci inwazyjni tropiciele “antysemityzmu” w narodzie polskim, ci samozwańczy prokuratorzy formułujący akty oskarżenia przeciw Żołnierzom Niezłomnym za zbrodnie powstałe w wyobraźni oskarżycieli, ci powielający w tysiącu różnych wersji pogląd Donalda Tuska, że “polskość to nienormalność”, ci propagatorzy wszelkich traktatów uznających wyższość prawa europejskiego nad prawem polskim zaczęli używać kategorii “polskiego interesu”.
Klasyk Włodzimierz Lenin twierdził, że “kapitaliści wyprodukują sznury, na których ich powiesimy”. Czyżby środowisko immanentnie polonosceptyczne znalazło kolejne przebranie, tym razem biało-czerwone? To urocze, że “polski interes” zaczął być ważny akurat wtedy, gdy chodzi o interes ukraiński. Zresztą, tak jak i patriotyzm okazał się być istotny, gdy trzeba było wypomnieć prawicy, że go zawłaszcza.
Ukrainofilia jest czymś zupełnie innym od zwykłego życzenia Ukraińcom zwycięstwa w wojnie z Rosją. Jednym z najistotniejszych jej przejawów jest aprobatywne wypowiadanie się na temat akcesu Ukrainy do Unii Europejskiej bądź NATO.
To symptomatyczny przejaw myślenia życzeniowego, któremu nie przeszkadza ani skrajnie wysoki poziom korupcji na Ukrainie, ani konflikt interesów ukraińskich przedsiębiorstw rolniczych z polskimi rolnikami, ani oczywiście państwowe czczenie ludobójczego banderyzmu. Nie przeszkadza kolaboracja z III Rzeszą ukraińskich bohaterów narodowych, nie przeszkadza antypolski, ale też przecież antyżydowski szowinizm, którego spadkobiercami czuje się bardzo wielu Ukraińców. Nie przeszkadza to wszystko, czego nigdy w Polsce nie było, a czego liche namiastki skłonny był liberalny mainstream podnosić do rangi oznak niebezpiecznego nacjonalizmu, którego widmo krąży nad naszym krajem. Nie przeszkadza to, co uczyniłoby z wytworów wyobraźni rozmaitych Grossów, Grabowskich i Engelking prace historyczne, gdyby było przedmiotem ich opisów.
Czemu nie przeszkadza? I czemu argumentacja przedstawicieli mainstreamu jest tak bardzo infantylna, tak bardzo opierająca się logice i tak łatwa do podważenia dla każdego, komu zdarza się pomyśleć choćby kilka razy dziennie?
LOGIKA NA USŁUGACH UTRWALONYCH PRZEKONAŃ
Częściowe wyjaśnienie przedstawiłem wcześniej, pisząc o tym, że “poglądy mają się podobać”. Zaznaczam, że odrzucam te przeważnie najszybciej pojawiające się wyjaśnienia: dotyczące zdrady, bądź głupoty. Nie twierdzę, że są całkowicie fałszywe, lecz źródło cząstkowo wyżej przedstawionej argumentacji tkwi głębiej. Spróbujmy to rozwinąć.
Stosunek do Rosji i Ukrainy, stosunek do nacjonalizmu to tylko pochodne podstawowych, utrwalonych zwłaszcza na poziomie podświadomości przekonań przedstawicieli mainstreamu. Mogą być one zmienne, tak jak drużyna piłkarska ma w różnych sezonach inne składy, wciąż jednak reprezentując to samo miasto, tą samą tradycję, tych samych kibiców.
Noblista Daniel Kahnemann opisywał w “Pułapkach myślenia” dwa systemy stojące za ludzkimi reakcjami i podejmowanymi przez nas wyborami. System 1 tworzą odruchy, intuicja. Na System 2 składa się analiza, refleksja, dłuższe procesy myślowe. System 1 powoduje, że reagujemy w powtarzalny sposób na określone informacje, często sami nie zdając sobie sprawy czemu odbieramy je tak a nie inaczej.
Otóż, uważam, że kolejność występowania wyżej wskazanych dwóch rodzajów percepcji można odwrócić – nie mówię oczywiście o prostym przestawieniu, raczej o zmianie relacji między tym co irracjonalne, a tym co logiczne (lub przywdziewające logicznie brzmiącą formę).
O ile faktycznie zazwyczaj reagujemy odruchowo, zaś następnie poddajemy sytuację czy pogląd analizie (a czasem w ogóle nie poddajemy), o tyle – jak uważam – występuje także u ludzi mechanizm prowadzący do opartego o logikę i przywdzianego w pozory racjonalności reagowania, którego źródłem są błąkające się w przestrzeni nie całkiem świadomej, a zarazem silnie zakorzenione przekonania. Taki klucz do analizy genezy twierdzeń formułowanych przez liberalny mainstream wydaje mi się właściwy.
Dodajmy, że wspomniana wcześniej przeze mnie zewnątrz-sterowność przyjmuje w tym przypadku inny wymiar niż ten opisany na wstępie – kierownicą staje się już nie inny człowiek bądź środowisko, lecz podświadomość lub rzadko odwiedzane obszary świadomości.
TRZY FUNDAMENTY MAINSTREAMOWEGO MYŚLENIA
Jakie są te tkwiące w podświadomości przekonania, przekonania, które tworzą światopogląd i wpływają na wygłaszane opinie, nawet gdy człowiek rzadko artykułuje je expressis verbis?
Po pierwsze, to przekonanie o własnej wyższości moralnej. Poglądy wygłaszane przez mainstream nie są po prostu jeszcze jednymi opiniami w danej kwestii – to poglądy “dobrych ludzi”.
Immanuel Kant odróżniał “moralnego polityka” od “politycznego moralisty”. Wydaje się, że środowisko, o którym tu piszę myli etyczne postępowanie z zamiłowaniem do pouczającej “ciemny lud” moralistyki. Różnica między jednym a drugim nie jest kosmetyczna – o ile w pierwszym przypadku mamy do czynienia z podporządkowaniem się zasadom, o tyle w przypadku drugim można mówić o stawianiu się ponad wszystkimi innymi i ich natrętnym strofowaniu.
Pomoc Ukraińcom niewątpliwie wynikała z dobrych serc Polaków – prostej, ale i doniosłej reakcji na ludzkie cierpienie, odruchu obrony atakowanego. Jednocześnie figura “dobrego człowieka” tak samo nie jest tym, czym jest dobro, jak moralizowanie nie jest moralnością. Nie pomaga się po to, by mówić o pomaganiu, nie czyni się dobra, by pokazywać, że inni są źli. Dobro to nie nalepienie sobie serduszka.
Co istotne, dobro musi umieć iść pod prąd. Czy ukrainofilia w środowiskach “dobrych ludzi” jest sprzeciwem czy środowiskowym konformizmem? Czy wstawianie flagi ukraińskiej na portalach społecznościowych koło swojego zdjęcia nie jest tym samym czym dodawanie tęczy? Ta potrzeba epatowania zawsze woła o weryfikację autentyczności tego, czym się epatuje.
Po drugie, na myślenie mainstreamu wpływa silne wykorzenienie, czyli zewnętrzny stosunek do swojego kraju, swojego narodu.
By wytłumaczyć o co mi chodzi poczynię krótką dygresję. Brytyjski filozof Roger Scruton, opisując modele adaptacji imigrantów do społeczeństwa odróżnił akulturację i agregację. Pierwsza oznacza zachowanie wspólnej dla wszystkich kultury kraju przyjmującego przybyszów, druga natomiast jest swoistym dodawaniem do siebie kultur, tworzeniem ich mozaiki, pieczeniem ciasta, do którego następnie dodaje się keczupu. Różne kultury jednocześnie może opisywać antropolog kultury – rzecz w tym, że człowiek żyjący w społeczeństwie nie jest antropologiem i potrzebuje jednego kodu kulturowego, tak jak kierowca musi stosować się do jednych przepisów ruchu drogowego, by nie spowodować wypadku.
Otóż, mainstream przyjmuje perspektywę antropologa kultury, który decyduje o przyszłości konkretnego społeczeństwa. Wykorzenienie jest czym wręcz w rodzaju zaburzenia – nieumiejętnością przynależności, niezdolnością do współodczuwania z własnym narodem. Spróbujmy u kogoś z mainstreamu wywołać wrażliwość na los tysięcy Polaków zakatowanych na Wołyniu. Tak, ta wrażliwość jedzie po torach ułożonych przez ideologię.
Rozmawiałem z pewnym ukrainofilem, który porównał majora Józefa Kurasia, czyli “Ognia” do Stefana Bandery. Przejęcie wywołał we mnie nawet nie symetryzm pozwalający porównywać człowieka, który starał się restaurować niepodległe państwo polskie, tworząc instancyjne sądy, niekiedy wydające wyroki śmierci z rzezimieszkiem, który “wyroki” wydawał, bo taką miał zachciankę. Przejęcie wywołał brak odruchu: “Przecież ten człowiek walczył za mnie, walczył, bym mógł żyć w niepodległej Polsce”. Mój rozmówca był historykiem, w dodatku źle wykształconym – nie odczuwał polskości jako czegoś, w czym tkwi.
Po trzecie, mainstream kieruje się zapatrzeniem w “Europę” (cudzysłów wynika z faktu, iż jest to Europa wyobrażona), estetyzując ją jednocześnie, postrzegając jako symbol klasy i stylu. Ileż to razy słyszeliśmy argument: “W całej Europie tak robią” jako zarazem wykrzyknik i kropkę, jako aspirujący do rozstrzygnięcia wszelkich wątpliwości.
Zapatrzenie w “Europę” wydaje się znacznie trafniej oddawać właściwości mainstreamu niż pojęcie “mentalności postkolonialnej”, tak często używane przez rozmaitych publicystów. Dlaczego? Mainstream jest wpatrzony w “Europę”, natomiast niekoniecznie czuje w głębi tą niechęć i tą zazdrość do tych, którym podlega, jaka składa się na “mentalność postkolonialną”.
Istotną konsekwencją światopoglądu mainstreamu jest niechęć do państwa jednonarodowego – postrzega się jako źródło nacjonalizmu, niechęci wobec innych narodów i próbuje zmienić na wiele różnych sposobów. Co ważne, tak jak mainstreamowi niekoniecznie przeszkadza nacjonalizm, byle nie był polski, tak nie widzi zagrożenia w imigracji islamistów, mimo iż nieporównywalnie bardziej łagodną religię, czyli katolicyzm skłonny jest obwiniać za zacofanie i nienawiść.
Mainstream zachowuje się, jak Świadkowie Jehowy życia politycznego – ciągle straszy “odżyciem demonów polskiego nacjonalizmu”. Oczywiście, chodzi o patriotyczną aktywizację większej liczby Polaków. Byłoby to problemem tak potężnym, o znaczeniu tak fundamentalnym, że każdego można uniewinnić, byle do tego nie dopuścić.
na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP
Wypowiedź ukraińskiego deputowanego o rzekomym masowym wyjeździe młodych Ukraińców do Polski wywołała spore poruszenie w tamtejszych mediach. Padły liczby idące w setki tysięcy i sugestie, że Warszawa zaczyna przypominać Kijów. Tyle że oficjalne statystyki i analizy instytucji po obu stronach granicy rysują znacznie bardziej złożony obraz.
Exodus. „Przerażające dane” w ukraińskich mediach
Deputowany partii prezydenta Wołodymyr Zełenski, Serhij Nagorniak, mówił w programie Nowosti.Live o – jak to ujął – „przerażających danych”. Według jego relacji w ciągu zaledwie sześciu miesięcy za granicę miało wyjechać ponad pół miliona młodych Ukraińców, głównie mężczyzn w wieku 18–22 lat. Polityk twierdził, że w Polsce młodzi Ukraińcy są dziś widoczni niemal w każdej branży usługowej i apelował o ich powrót do kraju.
Granica otwarta dla 18–22-latków. Skąd wzięły się emocje
Nagorniak odnosił się do zmian w przepisach mobilizacyjnych, które od sierpnia pozwoliły mężczyznom w wieku 18–22 lat legalnie opuszczać Ukrainę. To właśnie po tej decyzji odnotowano wzrost ruchu granicznego, co szybko stało się paliwem dla politycznych komentarzy i alarmistycznych tez.
Ukraińska straż graniczna prostuje liczby
Słowa deputowanego zdementował rzecznik Państwowej Służby Granicznej Ukrainy Andrij Demczenko. Jak podkreślił, liczba przekroczeń granicy przez mężczyzn w wieku 18–22 lat jest „znacznie mniejsza” niż pół miliona. Choć nie podał dokładnych danych, wyraźnie zaznaczył, że skala została w publicznych wypowiedziach mocno zawyżona.
Co pokazują polskie dane o młodych Ukraińcach
Do Polski w okresie od 29 sierpnia do 24 listopada wjechało ok. 121 tys. obywateli Ukrainy w wieku 18–22 lat. Jednocześnie blisko 59 tys. z nich wróciło na Ukrainę. Oznacza to, że saldo wyniosło około 62 tys. osób, które mogły zostać w Polsce lub pojechać dalej do innych krajów UE. Co istotne, Straż Graniczna podkreśla, że te same osoby mogły przekraczać granicę wielokrotnie, więc dane nie oznaczają liczby unikalnych migrantów.
Ilu Ukraińców faktycznie mieszka i pracuje w Polsce
Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada 1,55 mln obywateli Ukrainy, z czego 341 tys. mieszka w Warszawie i okolicznych gminach. Narodowy Bank Polski szacuje, że numer PESEL UKR – zwykle świadczący o planach dłuższego pobytu – ma 662 tys. osób. Z kolei Zakład Ubezpieczeń Społecznych podaje, że pracę w Polsce wykonuje około 818 tys. Ukraińców.
„Eksperci”: polityk mocno przesadza
Zdaniem Oleksandra Pestrykova z Fundacji Dom Ukraiński tezy o masowym exodusie młodych Ukraińców do Polski są wyraźnie przesadzone. Ekspert tłumaczy na łamach Wirtualnej Polski, że realnym wskaźnikiem chęci pozostania na dłużej jest PESEL UKR – a w grupie mężczyzn 18–22 lat uzyskało go około 9 tys. osób. – Dane graniczne pokazują ruch w obie strony, a nie trwałą emigrację – podkreśla rozmówca WP.
Czy Ukraińcy zostaną w Polsce na stałe
Raporty NBP wskazują, że chęć stałego pozostania w Polsce deklaruje 51 proc. imigrantów sprzed wojny i 24 proc. uchodźców, którzy przyjechali w 2025 roku. Powroty – nawet po zakończeniu wojny – mają być stopniowe, a nie masowe i natychmiastowe. Jak zauważają eksperci, wypowiedzi polityków warto czytać z dystansem, bo często są elementem wewnętrznych debat i mobilizowania elektoratu, a nie precyzyjnym opisem rzeczywistości.
Ukraina nie chce udostępnić Polsce danych wewnętrznych dotyczących podejrzanych o terroryzm i „działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej”. To wśród Ukraincówy „współpracujących z Rosją”.. [A skąd to wiesz, kotek?? md] jest najwięcej osób dokonujących aktów sabotażu w naszym kraju. Tylko w listopadzie ubiegłego roku, dwie osoby chciały wykoleić pociąg pod Lublinem.
W odpowiedzi na akty terroryzmu, 11 grudnia 2025 r. nową międzynarodową umowę „o współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw” podpisali ministrowie spraw wewnętrznych obu państw – Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko.
„Okazuje się jednak, że umowa wciąż nie weszła w życie – do tego niezbędna jest jej ratyfikacja przez Sejm, a służby dopiero ustalają szczegóły tej współpracy” . Jak dowiedziała się gazeta, strona Polska nie chce jednak udostępnić swoich baz danych ukraińskim służbom, nie wierząc w ich transparentność. W związku z tym, również Ukraina nie przekaże danych o takich osobach z wyprzedzeniem. Eksperci tłumaczą wstrzemięźliwość strony polskiej, podkreślając, że jedynie służba antykorupcyjna NABU jest w miarę odporna na rosyjską penetrację, ale tylko dlatego, że znajduje się pod ochroną Amerykanów, którzy wykorzystują ją do wewnętrznego rozgrywania ukraińskich władz.
Gdyby zacieśniono współpracę wywiadowczą na linii Warszawa-Kijów, być może nie doszłoby do aktów sabotażu wymierzoną w polską infrastrukturę kolejową w listopadzie zeszłego roku.
Jeden z podkładających ładunki w okolicach Lublina, Jewhenij Iwanow, był już notowany na Ukrainie. W maju 2025 r. został skazany przez sąd w Kijowie na 15 lat więzienia. Wcześniej był notowany za przemyt ludzi, a od 2015 r. mieszkał w Rosji. Z kolei pochodzący z Donbasu Oleksandr Kononow, pracownik tamtejszej prokuratury współpracował z rosyjskimi służbami. Mężczyźni po dokonaniu aktów sabotażu udali się bez problemów na Białoruś. Czynnikiem niezwykle utrudniającym wyłapywanie sabotażystów jest fakt, że pomiędzy Polską a Ukrainą odbywa się ruch bezwizowy.
Młoda ukraińska dziennikarka oprowadza widzów po dzisiejszym Kijowie, a właściwie po jego zachodniej stronie Dniepru. Według jej słów, wschodnie dzielnice, pogrążone w niezmiennej ciemności, nie nadają się do przetrwania.
Na samym wstępie reportażu dzieli się ona swą radością z widzami, zdradzając fakt tego szczęścia, jako kilka godzin ciepła i wody w jej apartamencie, które to umożliwiły jej umycie włosów.
Następnie oprowadza nas po mroźnych ulicach Kijowa rozmawiając z nielicznymi przechodniami. Są to głównie ponad 80-cio letnie osoby, które (jak mówi) przetrwały II Wojnę Światową, „epidemię covida”, a teraz walkę o miejsce Ukrainy w „zachodnim raju”.
Jak nietrudno się domyślić, wstęp do „raju” nie jest rzeczą trywialną. Wymaga poświęceń i żelaznej woli.
W swej wędrówce odwiedza też apartamenty w budynkach mieszkalnych. Do większości przyłączone są generatory, które w ustalonych godzinach napędzają windy, by ludzie mgli nimi transportować, wodę, żywność i inne niezbędne materiały, be konieczności wdrapywania się na wyższe piętra po schodach.
W apartamentach tych temperatura utrzymuje się od ujemnych, do kilku stopni powyżej zera (Celsjusz).
Zależy to od liczby przebywających tam osób, które same w sobie stanowią źródło ciepła, przynajmniej do momentu śmierci.
Ci, którzy nie są w stanie wytrzymać tych warunków, mogą ogrzać się i napić gorącej herbaty w tzw. „niezniszczalnych punktach”, czyli namiotach z generatorami, czy nawet w restauracjach, dostosowanych do tych wymogów, w centrum miasta.
Te ostatnie mają dodatkowy „walor” w postaci piwnic, które mogą służyć podczas nalotów jako schrony.
Na koniec tego reportażu, nie była ona już w stanie wstrzymać się od łez.
I nie trudno ją zrozumieć. Można tylko współczuć.
W tym miejscu należy zadać pytanie: kto jest winien temu piekłu?
Dla większości „rozumnych” obywateli Zachodu, odpowiedź jest oczywista: „krwawy dyktator Putin”.
Oczywiście rosyjska armia jest fizyczne odpowiedzialna za ten stan rzeczy. Gdyby jednak na jej miejscu znalazła się „niezwyciężona US Army”, to po czterech latach konfliktu z Kijowa nie pozostałby kamień na kamieniu. I nie jest to fantazja, ale twardy fakt.
Ilustrują go przykłady „humanitarnych bombardowań” z byłej Jugosławii, Afganistanu, Syrii, Libii, Libanu i innych państw, które ośmieliły się nie akceptować „zachodnich wolności i demokracji”.
Ukraina ją zaakceptowała, wierząc w zachodnią fatamorganę , której dostąpi po zniszczeniu znienawidzonych Rosjan.
Sami Ukraińcy mają tysiącletnią historię pozbywania się swych urojonych wrogów w najkrwawszy z możliwych sposobów. [nie było „Ukraińców”.. Były różne plemiona. [Samo pojęcie „Ukraińców” powstało w XIX wieku.. md]
Zaczęło się to od powstań chłopskich na jej terenie, w okresie gdy była ona prowincją Wielkiej Rzeczpospolitej Polskiej, rządzonej nota bene przez własną (ukraińską) [ruską md] arystokrację, której „przestępstwem” była dobrowolna asymilacja w Polskiej Cywilizacji i Kulturze.
Niejednokrotnie ukraińscy wojewodowie (administratorzy tych ziem z ramienia Polski), musieli topić tą nieszczęsną i nieokiełzaną ludność we krwi w celu utrzymania porządku.
Ich jedynym „grzechem” było to, że się dobrowolnie spolonizowali. Ukraińskie pospólstwo stanowiło odrębną grupę etniczną, której jedyną spoiną była nienawiść do bardziej cywilizowanych Narodów (Polski & Litwy). [no i do żydów – wyzyskiwaczy md]
Do dnia dzisiejszego, „perłą w Koronie” jest polski Lwów, od wieków stanowiący kolebkę kultury polskiej.
Co prawda przewrotni i zakłamani Niemcy (Austriacy) starają się przywłaszczyć tą perłę. Ich jedynym „osiągnięciem” jest zgarnięcie jej w zbrodniczych rozbiorach Polski.
Ukraińcy „podziękowali” Polakom za próbę ucywilizowania, mordując w czasie II Wojny Światowej ponad 200 tysięcy polskich kobiet i dzieci na Wołyniu.
Teraz zaś „rewanżują” się Rosji, za lata agresji na Ługańsk i Donieck, które od 2014 roku ostrzeliwali, mordując rosyjskojęzyczną ludność.
Reasumując, agresorem w tym konflikcie proxy jest Zachód, używający głupich Ukraińców, zaślepionych [propagandą..] nienawiścią do Rosjan, jako tarana w zniszczeniu RF.
A jak to uczy nas doświadczenie, najwyższą cenę płaci się za własną głupotę!
[Starsza Pani ok. 37 minuty jest Polką, mówi po polsku..md]
– Właśnie dowiedzieliśmy się, że przy eksporcie zboża z Ukrainy korupcja tak rozkwitła, że łapówki dla byłego szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) oraz szefa tamtejszego Departamentu Bezpieczeństwa sięgały nawet… 10 milionów dolarów miesięcznie! – informuje europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik w mediach społecznościowych. – To kolejna afera korupcyjna na Ukrainie, a w największą z nich zamieszani są najbliżsi ludzie prezydenta Zełenskiego – przypomina polityk Konfederacji.
Co chwilę dowiadujemy się o kolejnych aferach korupcyjnych u naszego wschodniego sąsiada. W listopadzie 2025 r. na jaw wyszło istnienie rozbudowanego systemu korupcyjnego w sektorze energetycznym. Miesiąc później ukraińskie służby informowały, że niektórzy posłowie oferowali za pieniądze głosowania w Radzie Najwyższej Ukrainy. Teraz dowiadujemy się o kolejnej aferze korupcyjnej – tym razem przy eksporcie ukraińskiego zboża.
Jak informuje Ewa Zajączkowska-Hernik, w tej sprawie rozpoczęło się postępowanie karne dotyczące m.in. nielegalnych korzyści i działania zorganizowanej grupy przestępczej. – To kolejna afera korupcyjna na Ukrainie, a w największą z nich zamieszani są najbliżsi ludzie prezydenta Zełenskiego – przypomina europoseł.
Pomimo tak wielkiej nieuczciwości polityków naszego wschodniego sąsiada, Komisja Europejska… rozważa sposoby umożliwienia szybkiego przystąpienia Ukrainy do UE. – To już kwestie korupcji, praworządności i generalnego stanu państwa nagle nie mają znaczenia dla eurokratów? – pyta retorycznie Zajączkowska-Hernik.
O „tajnym planie” KE dotyczącym szybkiego przyjęcia Ukrainy do UE informował również Victor Orban. – Brukselczycy zaakceptowali w nim wszystkie ukraińskie żądania. 800 miliardów dolarów dla Ukrainy, przyspieszenie akcesji do UE do 2027 roku i dalsze wsparcie aż do 2040 roku – powiedział premier Węgier.
Przed takim krokiem ostrzega Ewa Zajączkowska-Hernik. – Czyli nie dość, że dalej mamy robić za bankomat dla Ukrainy, to jeszcze mamy sprowadzić na siebie duże zagrożenie ekonomiczne i społeczne. Z jednej strony oznaczałoby to totalny zalew ukraińskich produktów rolno-spożywczych, a z drugiej niekontrolowany napływ kolejnych setek tysięcy, jeśli nie milionów, imigrantów z Ukrainy– zaznacza europoseł Konfederacji.
Polityk postuluje koniec dalszego zadłużania się na rzecz Ukrainy, koniec spłacania odsetek za ukraińskie pożyczki, niewysyłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, zatrzymanie wejścia Ukrainy do UE i NATO, oraz zniesienie jakichkolwiek przywilejów dla Ukraińców w Polsce.
– Koniec robienia z siebie sług narodu ukraińskiego, czas na asertywną politykę i dbanie przede wszystkim o własnych obywateli – apeluje europoseł. – Jak nie zaczniemy się szanować, to nikt nas nie będzie szanował. To POLSKIE interesy zawsze muszą być na pierwszym miejscu! – podkreśla Ewa Zajączkowska-Hernik.
Sytuacja ukraińskiej infrastruktury energetycznej pogarsza się, nocą z 23/24 stycznia Rosjanie znów wykonali na nią potężne kombinowane uderzenie.
W obliczu, mówiąc oględnie, dość oszczędnego gospodarowania faktami przez nasze media głównego nurtu, zebrałem dostępne informacje o ostatnim rosyjskim uderzeniu na energetykę Ukrainy i po poddaniu ich krytycznej analizie zebrałem je w całość i udostępniam Państwu.
Ukraina stoi na krawędzi katastrofy humanitarnej i potrzebuje zawieszenia broni w sektorze energetycznym, powiedział w południe 24.01.2026 roku w Davos prezes ukraińskiej firmy dostarczającej energię elektryczną DTEK Maksym Timczenko: „Potrzebujemy zawieszenia broni w sektorze energetycznym. Jesteśmy o krok od katastrofy humanitarnej. Ludzie otrzymują prąd przez 3-4 godziny, a potem następuje 10-15-godzinna przerwa w dostawie. Budynki mieszkalne są bez ogrzewania od kilku tygodni. DTEK stracił 60-70% swoich mocy wytwórczych i poniósł straty rzędu setek milionów dolarów. Odbudowa sektora energetycznego będzie kosztować 65-70 miliardów dolarów i zajmie kilka lat. Chodzi raczej o konieczność stworzenia nowego systemu energetycznego na Ukrainie”.
Zaledwie po 4 dniach od ostatniego zmasowanego uderzenia, na energetykę Ukrainy Rosjanie, kolejne wyprowadzili nocą z 23/24 stycznia kolejne, starając się doprowadzić do blackoutu. Rosyjski atak rozpoczął się ok. godz. 20.30 23.01.2026 kiedy na ekranach radarów ukraińskiej OPL zobaczono, że granice obwodu czernihowskiego zaczęły przekraczać liczne grupy rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych Geranja-2, Geranja-4 i Gerbera.
Ok. godz. 21,30 kilkadziesiąt dronów Gernaja-2 przekroczyło granicę również na wschodzie i rozpoczął się atak na Charków. Mer miasta Teriechow poinformował o 25 trafieniach dronami Gernaja-2 . Głównym celem była stacja elektroenergetyczna Łosiewoje 330 kV, zlokalizowana w strefie przemysłowej oraz mobilne, duże generatory.
Od godz. 23.15 fale rosyjskich dronów dalekiego zasięgu zaczęły docierać nad Kijów ogłoszono alarm przeciwlotniczy i rozpoczęła się wielka bitwa ukraińskiej OPL broniącej aglomeracji kijowskiej z rosyjskim nalotem. Tuż po północy pierwsze drony trafiły w Elektrociepłownię TES-6 a potem TES-6.
Ok. godz. 0.30 kanały ukraińskie kanały monitoringu zaczęły informować o lecących na Kijów rakietach balistycznych. O godz.0.42 dostrzeżono nowoczesną trudno wykrywalną rakietę manewrująca Ch-69 odpaloną z samolotu wielozadaniowego Su-57 lecącą na cel opodal Czarnobyla. W/g oficjalnych informacji ukraińskich rakietę miano zestrzelić.
Do godziny 0.55 w obwodzie Kijowskim na cele infrastruktury energetycznej Rosjanie wystrzelili 6 rakiet balistycznych z czego gros to rakiety systemu Iskander-M oraz cele pozorne rakiety systemu OPL dalekiego zasięgu S-400 i cele pozorne typu PM-48U. Szczątki co najmniej jednej rakiety systemu S-400 pokazano nad ranem 24 stycznia.
Ok. godziny pierwszej w nocy od strony północnej granicy Ukrainy, po raz pierwszy od wiosny 2022 nadleciały trzy bombowce strategiczne Tu-22M3 z 52 Gwardyjskiego Pułku lotnictwa Dalekiego Zasięgu. Druga trójka z obszaru obwodu biriańskiego, atakowała cele w obwodzie kijowskim około godziny 1.12
Przemieszczające sie z dwukrotną prędkością dźwięku bombowce Tu-22M3 wychodziły na rubież rażenia i w/g strony ukraińskiej miały odpalić łącznie 12 naddźwiękowych rakiet manewrujących Ch-32, służących w/g założeń konstruktorów do ataków na lotniskowce stąd przenoszących potężna głowicę bojową o masie aż 900 kg. Głowice te były w stanie zniszczyć ukraińskie transformatory energetyczne ukryte w specjalnie zbudowanych przez Ukraińców, wielkich żelbetonowych sarkofagach.
W/g komunikatu Ukraińskich Sił Zbrojnych z 12 rakiet Ch-32 miano zestrzelić, za pomocą systemów OPL w tym amerykańskich MIM-104 Patriot i niemieckich IRIS-T SLM aż 9, co nie wydaje się jednak wiarygodne. Dotychczas Ukraińcy sami twierdzili, że nie są wstanie zestrzeliwać Ch-22 (starszej wersji Ch-32) więc tym bardziej nie jest łatwo zestrzelić jej unowocześnionej wersji.
Uderzenie bombowców strategicznych atakujących za pomocą ciężkich naddźwiękowych rakiet manewrujących Ch-32 wskazuje na to, że Rosjanie próbowali „energetycznie odciąć Kijów” od zasilania, niszcząc doszczętnie lub powodując rozległe zniszczenia kluczowych obiektów infrastruktury energetycznej podczas tego nocnego ataku.
Co ważne, do ataku Rosjanie wykorzystali również hiperdźwiękowe, niezstrzeliwalne, ultranowoczesne rakiety 3M22 „Cyrkonia” bazowania morskiego, które startowały Morza Czernego z fregaty Admirał Essen. O godz. 0.42 obie trafiły w największą na Ukrainie, strategiczną podstację energetyczną 750KV „Kijewskaja”. Znajdująca się w Białej Cerkwi ogromna podstacja, łącząca Równieńską Elektrownię Jądrową z Kijowem broniona była przez silne zgrupowanie ukraińskiej OPL, w tym uzbrojone w baterię amerykańskiej produkcji systemu przeciwlotniczo/przeciwrakietowego MIM-104 Patriot.
W/g danych obiektywnych, Kijowska Elektrownia Cieplna-6 ponownie została kilkukrotnie trafiona rosyjskimi rakietami i dronami, podobnie jak Elektrociepłownia nr 5 oraz szereg innych obiektów jak transformatory i podstacje energetyczne. W/g komunikatu Ukraińskich Sił Powietrznych łącznie Rosjanie wysłali do ataku 375 dronów dalekiego zasięgu, spośród których lotnictwo, środki OPL (rakietowe, lufowe), mobilne grupy OPL, jednostki dronów przeciwlotniczych oraz środki Walki Radiowo Elektronicznej miały zestrzelić/obezwładnić łącznie 357, co wydaje się wobec skali zniszczeń ilością zawyżoną.
Władze miasta informują, że w związku z trudną sytuacją w kwestii dostaw prądu, Kijów miało opuścić ok. 600 000 mieszkańców. W mieście w wielu dzielnicach brak jest dostaw nie tylko energii elektrycznej, ale i cieplnej a nawet wody. Na większości obszaru Kijowa prąd dostarczany jest w/g grafika, przez ok. 4 godziny dziennie.
Widzimy zatem, że strona rosyjska konsekwentnie prowadzi ofensywę lotniczą wymierzoną w ukraiński system energetyczny w celu wywołania katastrofy humanitarnej. Ma to w efekcie w/g zamysłu Moskwy doprowadzić do niepokojów społecznych i zgody władz ukraińskich na warunki pokoju podyktowane przez Rosjan.
American journalist Tofurious Maximus Crane travelled to Donbass alongside military correspondants. On their very first day, the group found themselves under Ukrainian shelling at a local café. When Tofurious witnessed NATO shells striking civilians, he couldn’t hold back his tears and began apologising for his country. Now, he believes his
Decyzją kard. Grzegorza Rysia w Archidiecezji Krakowskiej cała składka z niedzieli 1 lutego zostanie przeznaczona na pomoc dla Kijowa. Zbiórka ma wesprzeć zakup generatorów prądu i mobilnych stacji cieplnych dla stolicy Ukrainy, która zmaga się z rosyjskimi atakami i niskimi temperaturami.
W opublikowanym w sobotę liście do wiernych metropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś przytoczył wiadomość otrzymaną nad ranem od arcybiskupa kijowsko-halickiego Światosława Szewczuka. „Przeżyliśmy kolejną piekielną noc. W Kijowie jest minus 10 stopni. Najbardziej ucierpiał nasz Lewy Brzeg… Walka o życie, ciepło i światło trwa” – napisał hierarcha Kościoła greckokatolickiego.
Kard. Ryś poinformował, że w odpowiedzi zapytał, jak Kościół w Polsce może pomóc. Jak przekazał, strona ukraińska pilnie potrzebuje generatorów dużej mocy oraz mobilnych stacji cieplnych, które umożliwią autonomiczne ogrzewanie i oświetlenie najbardziej dotkniętych rejonów miasta.
„Nie możemy pozostać obojętni” – podkreślił metropolita krakowski, ogłaszając decyzję o przeznaczeniu całej składki z 1 lutego na pomoc dla Kijowa. Zaznaczył jednocześnie, że ma świadomość, iż tydzień wcześniej, 25 stycznia, wierni będą hojnie wspierać Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, jednak – jak dodał – „tu chodzi o życie”.
Hierarcha poinformował również, że pierwszy generator sfinansuje osobiście. Ofiary można przekazywać także bezpośrednio na konto Caritas Archidiecezji Krakowskiej z dopiskiem „Kijów”. Jak zapowiedział, w niedzielę 8 lutego wierni zostaną poinformowani o wysokości zebranych środków oraz o zakupionym sprzęcie. W nocy z piątku na sobotę Rosja zaatakowała Ukrainę za pomocą 396 środków ataku powietrznego – przekazały ukraińskie Siły Powietrzne. W Kijowie ponownie prawie 6 tys. budynków mieszkalnych pozostaje bez ogrzewania; setki tysięcy abonentów pozostało bez prądu w obwodzie czernihowskim.
Zapowiedź opracowania poradnika dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce brzmi niewinnie: ma uczyć, jak reagować na „nienawiść” i rzekome akty agresji. Problem w tym, że w praktyce to nie wygląda jak kampania bezpieczeństwa, lecz jak instrukcja dla szmalcowników. Powstaje przy udziale prawników, ekspertów, a nawet polskiego (?) wymiaru sprawiedliwości i policji. Innymi słowy: obce państwo i jego obywatele, współtworzą narzędzie dla swoich obywateli, służące do niszczenia tubylców. To sytuacja zarówno groteskowa, jak groźna.
Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków. Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar powiedział, że kluczowym wyzwaniem dla Polski jest obecnie skala obecności Ukraińców w naszym kraju. Chodzi o ponad 2 miliony osób i „presję wewnętrzną” wywieraną na polskie społeczeństwo. Ma rację: masowa migracja w krótkim czasie nie jest normalną i neutralną sytuacją. Przeciąża usługi publiczne, destabilizuje rynek mieszkaniowy i pracy oraz generuje koszty, które ponoszą podatnicy.
Problem polega na czymś innym. Oto zamiast ograniczenia imigracji, a nawet zachęcaniu części przesiedleńców do powrotu do ojczyzny, ambasador proponuje coś innego. Chce, by wszelka krytyka tej sytuacji była zabroniona i ścigana karnie. Rosnąca niechęć Polaków do Ukraińców ma być według niego skutkiem przesuwania się sceny politycznej w prawo i „retoryki antyimigracyjnej”. To klasyczne odwracanie znaczeń.
Sprzeciw wobec przeciążenia systemu ochrony zdrowia, edukacji czy świadczeń socjalnych nie jest żadną „nienawiścią”. To elementarna reakcja na realne konsekwencje decyzji politycznych. Jeśli Polacy pytają, kto finansuje leczenie, edukację i transfery dla cudzoziemców, nie jest to agresja — tylko normalna debata o tym, jak działa państwo. Tymczasem zamiast rozmowy o granicach solidarności, ambasador buduje narrację, w której to obywatele polscy mają być zagrożeniem, a przybysze grupą wymagającą szczególnej ochrony i instruktażu. Zaproponował napisanie specjalnego poradnika dla ukraińskich donosicieli i szmalcowników.
Najbardziej niepokojące jest to, że poradnik powstaje we współpracy z polskim wymiarem sprawiedliwości i służbami. W praktyce oznacza to uprzywilejowanie jednej grupy narodowościowej w dostępie do wsparcia instytucjonalnego. Polscy obywatele nie dostają żadnych „poradników”, jak bronić się przed skutkami niekontrolowanej migracji, jak reagować na realne konflikty interesów na rynku pracy czy w usługach publicznych, wreszcie – jak dochodzić swoich praw w starciu z instytucjami. Za to cudzoziemcy mają otrzymać instrukcję, jak skutecznie reagować na każdy przejaw krytyki — nawet tej uzasadnionej.
To pokazuje szerszy problem: Polska z kraju goszczącego i pomagającego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są systemowo chronieni przed społeczną krytyką, a obywatele dyscyplinowani moralnie i straszeni etykietą „mowy nienawiści”. Wystarczy, że ktoś nazwie napięcia społeczne „ksenofobią”, a temat znika z debaty, choć koszty pozostają. Dokładnie tą drogą szły państwa Zachodu, gdzie lęk przed oskarżeniem o rasizm paraliżował instytucje — i kończyło się tym, że realne patologie zamiatano pod dywan.
Ta sprawa pokazuje, jak Polska za rządów Tuska traci kontrolę nad własnym terytorium. Z kraju goszczącego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są chronieni przed społeczną krytyką, a Polacy stają się grupą, którą można ścigać za „nienawiść”. Czy Polacy nie staną się wkrótce ofiarami własnej naiwności, podobnie jak rdzenni brytyjczycy? Jest to pytanie, na które odpowiedzi nie będziemy musieli czekać zbyt długo. Za moment skończy się bowiem wojna i przyjadą do nas ukraińscy weterani z PTSD. Wtedy już będzie za późno na przebudzenie polskiego społeczeństwa.
Jeśli państwo nie zacznie jasno stawiać granic, nie odzyska kontroli nad polityką migracyjną i nie przywróci równowagi między prawami gości, a prawami własnych obywateli, napięcia będą tylko narastać. Poradniki szmalcownictwa tego nie rozwiążą. Rozwiąże to tylko uczciwa polityka: twarde egzekwowanie prawa wobec cudzoziemców oraz prawo Polaków do zadawania pytań bez etykietowania ich jako zagrożenia dla skrajnie lewicowej ideologii multi-kulti.
„Prezydent” Zelenski stwierdził, że jest za wcześnie oceniać, czy Rosja jest gotowa do „poważnych negocjacji”. W jego języku oznacza to: „czy Rosja jest gotowa do bezwarunkowej kapitulacji, zwrócenia ‘okupowanych terytoriów’ z Krymem włącznie i odbudowy na własny koszt banderowskiej Ukrainy”.
Dalsze negocjacje pokażą, czy Rosyjska Federacja jest gotowa na bezwarunkową kapitulację przed Ukrainą.
Deliryczna postawa Zachodniego Imperium Kłamstwa w odniesieni do otaczającej rzeczywistości jest ciekawym eksperymentem psychiatrycznym, który da odpowiedź na pytanie: czy majaczenia wariatów mogą zmienić realne fakty na ich korzyść?
Osobiście nie przypuszczam, by jakakolwiek szanująca się osobistość podała rękę Zełenskiemu, tak jak Hitlerowi czy Stalinowi.
Jak na razie Rosja intensyfikuje ataki powietrzne na infrastrukturę ukraińską. Według ukraińskich mediów w wyniku tych akcji dwie osoby zostały ranne. Mimo woli ukraińscy kłamcy potwierdzają deklaracje Moskwy o unikaniu obiektów cywilnych w swych akcjach militarnych.
Dwie osoby ranne jest praktycznie niczym w odniesieniu do skali rosyjskiej akcji kinetycznej.
Odnośnie samych negocjacji (poprzednich i bieżących), warto odnotować, że ze strony amerykańskiej i ukraińskiej „negocjatorami” są wyłącznie osoby narodowości żydowskiej, włączając w to zięcia Trumpa. Jeśli podobna sytuacja zaistnieje po stronie rosyjskiej, to rzeczywiście wynik negocjacji może być zaskakujący.
Osobiście nie będę wstrzymywał oddechu w oczekiwaniu rewelacji.
NCZAS.INFO | SBU – zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Wikipedia, President.gov.ua, CC BY 4.0
W Kijowie kwitł proceder omijania mobilizacji wojskowej. Za uniknięcie wysłania na front trzeba było zapłacić od 15 do 20 tys. dolarów. Służby zatrzymały wysokiego rangą urzędnika z administracji dzielnicowych ukraińskiej stolicy.
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zlikwidowała w Kijowie kolejną już strukturę, która umożliwiała Ukraińcom unikanie poboru do wojska. W związku ze sprawą zatrzymano pierwszego zastępcę szefa jednej z administracji dzielnicowych ukraińskiej stolicy. Jest on podejrzany o organizowanie procederu wraz z inną osobą.
Jak ustalili śledczy, urzędnik miał wykorzystywać swoje stanowisko i kontakty służbowe, by fałszować dokumentację wojskową. Jego „klienci” byli najpierw – fikcyjnie – wpisywani do jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy, by następnie – na podstawie fałszywych rozpoznań medycznych – doprowadzić do wykreślenia ich z ewidencji wojskowej.
W ten sposób trwale uchylali się od obowiązku służby wojskowej w warunkach stanu wojennego. Za taką „usługę” niedoszli poborowi musieli zapłacić od 15 do 20 tys. dolarów.
Podejrzany urzędnik miał w procederze wykorzystywać kontakty z rejonowym centrum kompletacji i mobilizacji. Wspólnika zaangażował zaś do wystawiania fałszywych dokumentów.
Urzędnik i jego współpracownik zostali zatrzymani po tym, jak SBU udokumentowała przebieg transakcji finansowej. Podczas przeszukań funkcjonariusze zabezpieczyli sfałszowane dokumenty medyczne i wojskowe, pieczęcie jednostek wojskowych oraz telefony komórkowe zawierające dowody działalności przestępczej.
Zatrzymani usłyszeli zarzuty organizowania i współudziału w procederze uchylania się od służby wojskowej w warunkach stanu wojennego, w ramach porozumienia grupowego. Zgodnie z ukraińskim prawem grozi im za to do 10 lat więzienia. Śledztwo prowadzone jest pod nadzorem wyspecjalizowanej prokuratury ds. obronności przy Prokuraturze Generalnej Ukrainy.
W ostatnim czasie ukraińskie służby zablokowały siedem mechanizmów omijania mobilizacji wojskowej. Korzystający z tamtych procederów musieli zapłacić do 13 tys. dolarów za uniknięcie służby. W związku ze sprawą przeprowadzono zatrzymania na terenie całej Ukrainy.
600 000 uchodźców w ciągu trzech tygodni, groźba epidemii i zamknięcie McDonald’s – tak wygląda dziś Kijów. W obliczu załamania się dostaw wody i energii, mer Witalij Kliczko przyznaje, że stolica stoi na krawędzi katastrofy humanitarnej. Pytanie nie brzmi już, kiedy życie wróci do normy, ale czy stolica w ogóle zachowa swój dawny wygląd.
Kijów stoi na krawędzi katastrofy humanitarnej. Mer Kijowa Witalij Kliczko stwierdził to w wywiadzie dla „The Times”. Według niego, w styczniu stolicę Ukrainy opuściło 600 000 osób. Jest to liczba porównywalna z całkowitą liczbą mieszkańców Wrocławia (672 000 według szacunków z 2025 roku). „Sytuacja z podstawowymi usługami – ogrzewaniem, wodą i prądem – jest krytyczna. Obecnie 5600 budynków mieszkalnych jest pozbawionych ogrzewania” – powiedział Kliczko. Według doniesień, urzędnik składał oświadczenia z budynku ratusza, gdzie pracownicy nie mogą korzystać z toalet z powodu braku bieżącej wody.
W niektórych budynkach mieszkalnych woda w rurach i kanalizacji całkowicie zamarzła. W związku z tym felietoniści „The Times” ostrzegają, że Kijów stoi w obliczu epidemii chorób zakaźnych. Ten scenariusz jest nieunikniony, jeśli dostawy wody nie zostaną przywrócone jak najszybciej.
Mieszkaniec Kijowa, który z oczywistych względów pozostaje anonimowy, pisze na swoim kanale Telegram, że w jego mieszkaniu nie było wody od godziny 6-tej w niedzielę do późnego wtorku. „Prąd padł tuż po północy i wrócił około godziny 19-tej” – powiedział. „Kocioł to wybawienie. Dobrze, że zainstalowałem go przed 2014 rokiem! Szybko się nagrzewa po włączeniu prądu, a woda długo pozostaje ciepła. Mogę brać prysznic i zmywać naczynia” – napisał.
„Kiedy prąd jest włączony, napięcie jest niestabilne. Dostawy gazu również są przerywane. Ogrzewanie włącza się według niejasnego harmonogramu. I tak, w porównaniu z innymi dzielnicami i osiedlami, jestem w całkiem dobrej sytuacji” – dodał mieszkaniec Kijowa.
Tymczasem DTEK, kluczowy dostawca energii elektrycznej, ogłosił w środę wieczorem, że nie może wznowić planowanych przerw w dostawie prądu, ponieważ po prostu nie dysponuje odpowiednimi zasobami. W rezultacie miasto przeszło w tryb ciągłych przerw w dostawie prądu. Donoszono również, że większość dzielnic otrzymuje prąd tylko przez trzy do czterech godzin po 14-15 godzinach całkowitych przerw w dostawie prądu.
Niektórzy jednak widzą znacznie poważniejszy problem w zamykaniu restauracji McDonald’s w stolicy. Użytkownicy mediów społecznościowych żartują na ten temat: jeśli w McDonald’s wróci prąd, natychmiast stanie się to „Vkusno – kropka” (to nazwa rosyjskich lokali przejętych od McDonald’sa). Nawiasem mówiąc, lokale McDonald’s były już wcześniej zamykane, w początkowej fazie pandemii koronawirusa, ale później zostały ponownie otwarte.
We wrześniu 2023 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba i sekretarz stanu USA Antony Blinken odwiedzili jedną z tych restauracji. Teraz jednak Kuleba prawdopodobnie nie będzie mógł wpaść na „podwójnego cheeseburgera i colę”, żeby „wyleczyć kaca” – zwłaszcza jeśli posłucha rady unijnej dyplomatki Kai Kallas i zacznie więcej pić.
Z drugiej strony, Ukraińcy otrzymali osobistą rekomendację: „wierzcie w siebie jak lew!”. Udzieliła jej dyrektor MFW Kristalina Georgieva. „Wstawaj rano i rycz. Pewność siebie jest ważna. I mówię wam z własnego doświadczenia, z doświadczenia Bułgarii, że nie będzie łatwo” – powiedziała.
Pierwsi „śmiałkowie” już wypróbowali tę radę. Deputowany Rady Najwyższej Danyło Hetmancew z rządzącej partii Sługa Narodu poinformował, że w budynku parlamentu jest bieżąca woda, ale nie ma ogrzewania. „Próbowałem »ryczeć jak lew«, ale niewiele to pomogło” – ubolewał.
Jednak, podczas gdy niektórzy mieszkańcy Kijowa próbują spojrzeć na sytuację z humorem, inni malują ponury obraz perspektyw życia w mieście. Jedna z mieszkanek Kijowa skarżyła się na przykład, że jej synek nie chce zdjąć płaszcza, gdy wraca z domu, bo „w domu jest prawie tak samo zimno”. W mediach społecznościowych mnożą się skargi na brak możliwości skorzystania z toalety, ponieważ woda w muszlach klozetowych po prostu zamarzła (to chyba te klozety, których Rosjanie nie zdążyli ukraść). Chociaż takie incydenty nie są powszechnie zgłaszane, ich liczba gwałtownie rośnie.
Tymczasem Witalij Kliczko i Wołodymyr Zełenski nadal obwiniają się nawzajem za kryzys energetyczny w stolicy. Mer Kijowa wykorzystał okazję, by skrytykować swojego odpowiednika w wywiadzie dla brytyjskiej gazety, oskarżając go o „nierozsądne” podsycanie wewnętrznego konfliktu politycznego w czasie, gdy kraj potrzebuje jedności. Wcześniej Zełenski stwierdził, że Kijów ma najgorszą sytuację energetyczną i skrytykował lokalne władze za ich słabe przygotowanie, dodając, że nadal nie widzi żadnych aktywnych działań. Kliczko odpowiedział w mediach społecznościowych, narzekając na „totalną nienawiść” ze strony administracji prezydenta.
Zauważył również, że spotkał się z krytyką za wezwanie mieszkańców Kijowa do tymczasowego opuszczenia stolicy z powodu problemów energetycznych. „Przynajmniej mówię szczerze i ostrzegam ludzi przed niezwykle trudną sytuacją. I nie obchodzą mnie wyniki oglądalności ani iluzoryczne wybory” – napisał Kliczko.
Eksperci postrzegają oświadczenie Kliczki jako element politycznego impasu, zgadzając się, że Kijów nie powróci do dawnej świetności, dopóki obecne elity pozostaną u władzy. „Ukraina jako państwo nie jest w stanie rozwijać i odbudowywać swojej infrastruktury energetycznej” – podkreśliła Larisa Szesler, przewodnicząca Związku Emigrantów Politycznych i Więźniów Politycznych Ukrainy (SPPU).
Jako przykład podała historię, w której zamiast budować rezerwowe linie energetyczne, zainwestowano ogromne sumy w zakup paneli słonecznych, których akumulatory nie wytrzymywały ujemnych temperatur. „Wydano mnóstwo pieniędzy na całkowicie niefunkcjonalny system” – wyjaśniła. „Innymi słowy, fundusze są wydawane głównie na projekty, w których istnieje możliwość kradzieży. Przy takim podejściu przywrócenie sieci energetycznej jest praktycznie niemożliwe”.
Perspektywy powrotu mieszkańców Kijowa do normalnego życia zależą bezpośrednio od wyniku konfliktu. Jeśli nastąpi pokój i miasto znajdzie się w strefie wpływów Moskwy, prognozy dla jego mieszkańców są korzystne. Kijów zawsze był uważany za trzecią stolicę Rosji. Jego odbudowa, a nawet poprawa, to kwestia honoru. Europa ani Stany Zjednoczone nie żywią takich sentymentów. Nie ożywią miasta bez bezpośredniego zysku. Dlatego jeśli Kijów pozostanie stolicą dzisiejszej Ukrainy, może pozostać w stanie bliskim katastrofie humanitarnej tak długo, jak będzie to konieczne.
Jeśli chodzi o twierdzenie Kliczki, że wyjechało 600 000 osób, eksperci twierdzą, że nie da się zweryfikować tych danych. Szesler zasugerował, że rzeczywista liczba osób, które wyjechały, może być wyższa.
„Wielu mieszkańców Kijowa przenosi się na swoje dacze, gdzie mogą przynajmniej zaczerpnąć wody ze studni i rozpalić w piecu. Mieszkańcy wieżowców, gdzie nie ma bieżącej wody ani ogrzewania, znajdują się w najtrudniejszej sytuacji. Doprowadzenie wody do nieogrzewanego mieszkania jest praktycznie niemożliwe, więc wielu z nich faktycznie się wyprowadza” – wyjaśniła.
„Stolica okazała się nieprzygotowana na kryzysy. Nawet proukraińskie media piszą, że po rozpadzie ZSRR budowa była prowadzona bez poszanowania przepisów dotyczących budownictwa mieszkaniowego i mediów. Nikt nie pomyślał o tym, jak zabezpieczyć dostawy prądu i wody w wieżowcach. Dlatego najbardziej cierpią nowoczesne, nowe budynki, całkowicie uzależnione od energii elektrycznej. Winę za to ponoszą zarówno Zełenski, jak i Kliczko: żaden z nich nie jest w stanie rozwiązać problemu” – zauważyła Szesler.
Zamiast tego, przerzucają na siebie nawzajem winę za brak przygotowania do blackoutu. To nie przypadek, że Kliczko udzielił wywiadu zachodniemu dziennikowi: przedstawia się jako ofiara represji politycznych. Kliczko ma również nadzieję, że jeśli Zełenski zostanie odsunięty i nie znajdzie następcy, zostanie mianowany prezydentem. Są to jednak nadzieje nierealne – wpływy Niemiec, jego sojusznika, maleją na Ukrainie.
Co więcej, dodała Szesler, ekipa Zełenskiego próbuje wcielić w życie narrację „antykryzysową”, szerząc fantazje, że „miliony ludzi w Rosji również żyją bez prądu”. „Tak, istnieją problemy w Biełgorodzie, Briańsku i Donieckiej Republice Ludowej, ale nie da się ich porównać z tym, czego doświadcza Kijów” – podsumowała obrończyni praw człowieka.
Ukraińskie Siły Zbrojne nadal ostrzeliwują Biełgorod, Donieck i obiekty energetyczne w wielu regionach Rosji. Innymi słowy, niczego się nie uczą… Ci, którzy mieszkają w szklanych domach, nie powinni rzucać kamieniami.
Ale nawet w tych okolicznościach, Rosja sympatyzuje ze zwykłymi mieszkańcami Kijowa – dziećmi, osobami starszymi, kobietami – których urząd Zełenskiego zepchnął na skraj przetrwania. Nie są oni jednak w stanie stawić oporu. „Na Ukrainie nie ma żadnego podmiotu politycznego zdolnego do wzniecenia powstania, a Zełenski wykorzystuje wszelkie dostępne środki, aby stłumić każdą opozycję. Bez siły organizacyjnej zróżnicowane masy zwykłych obywateli nie mogą liczyć na skuteczne protesty” – podsumowała Szesler.