W obliczu blokady przez Węgry obiecanej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wezwał Europę do znalezienia alternatywnego rozwiązania. A może tak sięgnąłby po majątki ukraińskich oligarchów? [A może wreszcie i ze swojej kieszeni by coś dodał? MD]
PKB Ukrainy systematycznie rośnie mimo trwających działań wojennych, a oligarchowie coraz aktywniej inwestują, również w Polsce. Ich łączny stan posiadania w 2023 roku wynosił 12,2 bln dolarów. Szóstka najbogatszych ukraińskich oligarchów-miliarderów, włączając w to grono Kołomojskiego, miała w 2022 roku łącznie 10,8 mld dolarów, a rok później – już 12,6 mld dolarów. Odpowiednio opodatkowani znacząco wzmocniliby siły zbrojne Ukrainy, w przeciwieństwie do zwykłych Ukraińców, z których ponad połowa żyje na granicy przetrwania.
Pomoc płynie do oligarchów
Znaczna część zagranicznej pomocy, w różny sposób, płynie do ukraińskich oligarchów. Sprzyjają temu nie tylko powszechne na Ukrainie mechanizmy korupcyjne, ale również polityka Unii Europejskiej. W kontekście unijnych dopłat i pomocy dla ukraińskiego rolnictwa, wielokrotnie zwracano uwagę, że ich beneficjentami mogą być duże agro-holdingi, często powiązane ze strukturami oligarchicznymi.
Wbrew temu, co próbuje wmówić oficjalna narracja, ani Komisja Europejska, ani rząd Polski nie kontrolują, na co przeznaczana jest pomoc dla Ukrainy i dla kogo w rzeczywistości trafia. Nie wypracowano też żadnych skutecznych mechanizmów ochronnych przed korupcją i nielegalnym przejmowaniem funduszy przez ukraińskich krezusów czy urzędników. Sprawia to, że ukraińska kasa staje się workiem bez dna – niezależnie od tego, ile pieniędzy w nią włożymy, tyle pochłonie i ciągle jeszcze będzie mało.
Oligarchowie nie są zainteresowani obroną kraju
Mimo że wielu z oligarchów poniosło spore straty wskutek zajęcia przez Rosjan terenów Donbasu, to i tak niespecjalnie są oni zainteresowani obroną kraju. Część z nich zaangażowała się wprawdzie w pomoc humanitarną, ale to Polacy, a nie oni składali się na drony Bayraktar dla Ukrainy, karetki pogotowia, generatory prądu itd.
Ciężar finansowy wojny spoczywa na zagranicy
Stworzyło to sytuację, w której finansowy ciężar wojny na Ukrainie spoczął na zagranicy. Polacy przekazywali sprzęt wojskowy. Wartość sprzętu wojskowego przekazanego przez Polskę Ukrainie do 2024 roku szacowana jest na ponad 3 miliardy euro (ponad 13-14 mld zł). Objął on m.in. 318 czołgów (T-72, PT-91) oraz 586 pojazdów opancerzonych. Polska jest w ścisłej czołówce darczyńców, przekazując łącznie ponad tysiąc sztuk ciężkiego sprzętu.
W pomoc wojskową zaangażowały się również inne kraje. Według niemieckiego ośrodka badawczego Kiel Institute, od początku 2022 do końca 2024 r. USA przekazały Ukrainie 69 mld dolarów pomocy wojskowej. Łącznie sojusznicy przekazali dotychczas na rzecz Ukrainy broń i sprzęt wojskowy o wartości ponad 100 mld dolarów.
Oligarchowie skoncentrowali się jedynie na uzupełnianiu braków w wyposażeniu indywidualnym, logistyce i lekkim sprzęcie pancernym.
„Plan B” dla Ukrainy
Wydaje się zatem zasadne, aby Zełenski nie domagał się już kolejnych transz pomocy od Unii Europejskiej, czy Polski, ale postawił na oligarchów. Warto zauważyć nie tylko to, że mają oni majątki, których część można by spieniężyć na potrzeby wojska, ale i potężną zdolność kredytową. Problem w tym, że duża część z nich chce na wojnie zarabiać, a nie poświęcać się dla ojczyzny. W zasadzie cały ukraiński system państwowy został tak ustawiony, aby można było jak najwięcej „skręcić” na boku. Stąd zresztą dokonana przez Wołodymyra Zełenskiego próba likwidacji niezależności NABU, ukraińskiej służby antykorupcyjnej.
Naprawdę trudno dziwić się Viktorowi Orbanowi, że wetuje unijną pomoc dla Ukrainy.
Dziwić należy się krajom, w tym Polsce, które w sposób bezrefleksyjny przekazują Ukrainie fundusze zupełnie nie kontrolując, na co są przeznaczane.
W czwartą rocznicę rozpoczęcia kryzysu ukraińskiego polski marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty w Kijowie złożył jednoznaczną deklarację: „Pomożemy wam w wejściu do Unii Europejskiej. Wejdziecie do Unii Europejskiej”. Podobne zapewnienia płyną z ust premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, którzy podkreślają, że członkostwo Ukrainy to kluczowy element powojennego bezpieczeństwa Europy. Jednocześnie Warszawa jasno komunikuje: akcesja tak – ale nie na skróty i nie kosztem polskich rolników oraz budżetu. Proces akcesyjny Ukrainy nabiera tempa.
Prezydent Wołodymyr Zełenski domaga się wpisania konkretnej daty – najlepiej 2027 roku – do ewentualnego porozumienia pokojowego negocjowanego pod auspicjami Stanów Zjednoczonych. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która 24 lutego odwiedziła Kijów, potwierdziła determinację Brukseli, choć zaznaczyła, że „same daty nie są możliwe” bez spełnienia wszystkich kryteriów.
W tle pojawiają się koncepcje „odwróconego członkostwa” lub częściowego dostępu do jednolitego rynku już w najbliższych latach – rozwiązanie, które miałoby przyspieszyć integrację bez czekania na pełną implementację acquis communautaire.Dla Polski sprawa jest jednak złożona. Ukraina – kraj o powierzchni porównywalnej z Francją i Niemcami razem wziętymi, z największym areałem użytków rolnych w Europie (ok. 32–41 mln ha) i bardzo niskimi kosztami produkcji – stanowi zarówno szansę, jak i poważne wyzwanie.
Działania bojowe na Ukrainie trwają już cztery lata i przyniosły katastrofalne zniszczenia. Najnowszy raport RDNA5 (Bank Światowy, Komisja Europejska, ONZ i rząd Ukrainy) z lutego 2026 szacuje koszt odbudowy i rekonstrukcji na 588 mld dolarów w perspektywie najbliższej dekady. Bezpośrednie zniszczenia infrastruktury przekroczyły 195 mld dolarów, a straty społeczno-ekonomiczne sięgają 666,7 mld dolarów. Ukraina nadal wydaje na obronność ponad 27 proc. PKB. Dodatkowo, Ukraina przeznacza niemal 100% swoich dochodów podatkowych na obronę. To jeden z najwyższych wskaźników na świecie.
Te liczby pokazują skalę problemu: Ukraina to duży kraj (populacja ok. 9% UE), ale biedny, z PKB na poziomie porównywalnym do Rumunii czy Węgier przed ich akcesją. Wejście Ukrainy do UE zwiększyłoby łączny PKB Unii o zaledwie ok. 1 proc., ale wymagałoby ogromnych transferów wyrównawczych. Szacunki think tanku Bruegel (aktualizowane w 2025–2026) mówią o koszcie netto 110–190 mld euro dla budżetu unijnego w pierwszych siedmiu latach po akcesji. Polska stawia warunki, takie jak walka z korupcją i praworządność, ale to nie zmienia faktu, że UE będzie musiała znaleźć pieniądze na Ukrainę – kosztem obecnych beneficjentów (głównie kosztem naszego kraju).,
Największe obawy budzi sektor rolny. Ukraina ma strukturalną przewagę: gigantyczne areały, niskie koszty pracy i efekt skali w agroholdingach. Po pełnym otwarciu rynku polskie małe i średnie gospodarstwa mogą stracić konkurencyjność w zbożach, rzepaku, drobiu, cukrze czy przetwórstwie owocowym. Doświadczenia z lat 2022–2025 (liberalizacja handlu) pokazały skalę problemu: protesty rolników, spadki cen i realne straty.
Już teraz polski rynek został zalany ukraińskimi produktami, co wywołało protesty rolników. Ukraińskie agroholdingi (duża skala, brak pełnego dostosowania do norm środowiskowych UE w okresie przejściowym) zyskują strukturalną przewagę kosztową.
Podobne ryzyka dotyczą transportu drogowego – zniesienie ograniczeń kabotażu oznaczałoby napływ tańszych ukraińskich przewoźników. Pełne członkostwo Ukrainy oznaczałoby brak ograniczeń kabotażu i licencji, masowy napływ tańszych ukraińskich firm transportowych, dalszy spadek rentowności polskich przewoźników (już teraz protesty i utrata zleceń). Hutnictwo i przemysł energochłonny – Ukraina już ogranicza eksport złomu do UE, co podnosi koszty polskim hutnikom; po akcesji pełna konkurencja przy niższych kosztach energii i pracy. Przemysł przetwórczy rolno-spożywczy – tańsze surowce z Ukrainy mogą trafiać bezpośrednio do zachodnich przetwórców, omijając polskie zakłady.
Polski rząd głośno krzyczy o bezpieczeństwie i solidarności, ale rachunek za akcesję Ukrainy do UE zapłacą polscy rolnicy, przewoźnicy i podatnicy. Stracimy 15–24 mld euro z funduszy unijnych, zostaniemy zepchnięci z pozycji głównego beneficjenta, a nasze małe gospodarstwa i firmy transportowe zostaną zmiażdżone przez ukraińską konkurencję. Głośne deklaracje o „ochronie wschodniej flanki” nie są warte bankructw na wsi i miliardowych strat budżetowych. W interesie Polski leży tylko jedno: twardy rozwój własnej gospodarki i pozostanie największym beneficjentem unijnych dotacji – a nie sponsorowanie biedniejszego sąsiada kosztem własnego dobrobytu.
Ukraińskie gangi zdominowały polskie podziemie przestępcze. Służby specjalne i policja nie radzą sobie z ich działalnością.
36 zlikwidowanych laboratoriów narkotykowych, setki przeszukań i tony zabezpieczonych substancji – taki jest wynik wielkiej polsko-ukraińskiej akcji policyjnej wymierzonej w zorganizowaną przestępczość. W czwartek, 19 lutego, Centralne Biuro Śledcze Policji znienacka zaatakowało ponad 500 adresów, gdzie według śledztwa miały się znajdować fabryki narkotykowe.
Znaleziono 36 laboratoriów i 74 magazyny do przechowywania zakazanych substancji. Znaleziono ponad 20 tys. litrów prekursorów do produkcji narkotyków syntetycznych, ponad 220 kg alfa-PVP, ponad 150 kg amfetaminy, ponad 65 kg mefedronu w formie kryształu oraz 350 litrów w postaci płynnej, 47 kg marihuany, ponad 5 tys. tabletek MDMA i ponad 2 tys. tabletek ecstasy oraz 7 kg metaamfetaminy. To jedna z największych akcji w historii polskiej policji, ale zaledwie wierzchołek góry lodowej.
Tajny raport
W lipcu na biurka oficerów Biura Wywiadu Kryminalnego i Centralnego Biura Śledczego Policji trafił alarmujący raport amerykańskiej DEA (Drug Enforcement Agency – Agencja Zwalczania Przestępczości Narkotykowej). Wynikało z niego, że DEA zaobserwowała niepokojący trend współpracy ukraińskich gangsterów z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. DEA opiera raport głównie na meldunkach tzw. „Confidential Source”, czyli tajnych informatorów uplasowanych w strukturach przestępczych (odpowiednik polskich Osobowych Źródeł Informacji). Dokument opisuje zjawisko polegające na tym, że gangsterzy z Ukrainy kupują dziesiątki kilogramów meksykańskich narkotyków, głównie fenatylu, marihuany i heroiny.
Wszystko po to, aby sprzedawać z dużym zyskiem na rynku europejskim. Raport DEA wskazuje dwa polskie miasta jako dotknięte już tym zjawiskiem. Są to Kraków i Wrocław. Zdaniem analityków amerykańskich tam właśnie ukraińskie gangi działają z największą siłą. I tam rozpoczyna się nowy, przestępczy proceder – sprzedaż fentanylu. Fentanyl – lek pochodzenia opoidalnego (tzn. wytwarzany z opium) pomaga uśmierzać ból. W Polsce wszystkie leki zawierające fentanyl sprzedawane są na receptę.
Narkotyk polityczny
W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych zaczęła się prawdziwa epidemia uzależnień od fentanylu. Przyczyną była popularność tego syntetyku w procesach medycznych. Jako substancja pomagająca uśmierzyć nawet najsilniejszy ból, fentanyl był wykorzystywany w terapiach medycznych i w lekach. Jednak zgodnie z prawem można było go stosować wyłącznie za zgodą lekarza i wyłącznie w szpitalach, a każde zastosowanie musiało być udokumentowane. Fentanyl miał jednak zasadniczą wadę – uzależniał 18 razy szybciej niż heroina (dotychczas uznawana za najsilniejszy narkotyk).
To spowodowało, że pacjenci w USA już po oficjalnych terapiach wychodzili w pełni uzależnieni od syntetyku. I zaczynali go szukać na własną rękę. Uzależnieni od fentanylu Amerykanie stawiali się klientami dostawców narkotyku.
Tyle że u oficjalnych producentów, zaopatrujących apteki i szpitale, regulowanych przez przepisy federalne, nie mogli kupić dla siebie leku poza systemem. To zapotrzebowanie zaczęły zaspokajać meksykańskie kartele – główni producenci opium i fentanylu. Od 2020 roku narkotyk z meksykańskich pól szlakami przemytu przez granicę do Tekasu, przez tajne, podziemne tunele mafii, zaczęły płynąć dziesiątki kilogramów narkotyku. Konsekwencje były tragiczne. Jak wynika ze statystyk amerykańskiego Departamentu Zdrowia (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia), w latach 2020–2021 wskutek przedawkowania fentanylu zmarło w USA 129 tys. osób. Liczba tych, którzy kupowali u przemytników, nie jest znana.
Efekty popularności fentanylu były tak straszne, że sprawą postanowił się zająć sam prezydent USA. 15 karteli trafiło na listę organizacji terrorystycznych, w tym sześć karteli meksykańskich, w tym osławiony Sinaloa. Następnego dnia Pentagon wysłał drony i samoloty szpiegowskie, aby patrolowały granicę z Meksykiem i identyfikowały wszystkich przemytników. Sam Donald Trump zapowiedział, że do ścigania narkotykowych gangsterów wyśle wojsko. 3 marca Trump ogłosił cła na Kanadę i Meksyk, przy czym nie ukrywał, że cła na ten drugi kraj są konsekwencją nieudolnej polityki walki z kartelami.
Ta decyzja uderzyła w meksykańską gospodarkę, dla której eksport do USA jest istotnym źródłem przychodu. Stało się to akurat w czasie, kiedy nowa prezydent kraju Claudia Scheinbaum zapowiedziała dążenie do poprawy stosunków bilateralnych z USA. Chcąc pokazać, że to nie słowa a czyny, Scheinbaum wysłała wojsko najpierw do pacyfikowania mafii, a potem na granicę z USA. W ramach akcji wojskowych, spłonęło kilka ważnych plantacji narkotykowych, a kilkudziesięciu gangsterów trafiło do więzień. W konsekwencji kartele straciły główny rynek zbytu – Stany Zjednoczone. Dla kontynuowania miliardowych interesów trzeba więc było znaleźć nowy kierunek. I właśnie, jak wynika z cytowanego raportu DEA, stała się nim Europa.
Wielkie pieniądze
Skąd jednak nagle partnerem dla meksykańskich karteli stały się ukraińskie gangi?
Raport DEA wskazuje na trzy przyczyny. Po pierwsze te środowiska – podobnie jak Meksykanie – są bardzo hermetyczne, a przez to trudne do rozpracowania dla policji i służb. Po drugie są brutalne i zdeterminowane, przez co zyskują coraz poważniejszą pozycję w europejskim świecie przestępczym, spychając do drugiej ligi grupy przestępcze składające się z obywateli państw Starego Kontynentu. Po trzecie wreszcie gangi ukraińskie mają do swojej dyspozycji ogromne środki finansowe.
W tym kontekście raport DEA wspomina o tym, że amerykańska administracja w czasach Joe Bidena nie była w stanie skontrolować wsparcia finansowego dla walczącej Ukrainy. Choć kraj stawiający opór agresywnej Rosji wsparto setkami miliardów dolarów, nie wiadomo, co dokładnie stało się z tymi pieniędzmi. Dofinansowywaną zachodnimi pieniędzmi Ukrainą wstrząsały liczne skandale korupcyjne – np. liczne przypadki zakupów drogich willi przez kijowskich dostojników. Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na pomoc dla walczącej Ukrainy w części zostały rozkradzione i trafiły m.in. do gangsterów. Nie wiadomo również, co działo się z bronią i amunicją dostarczaną na front, bo nie ewidencjonowano jej faktycznego wykorzystania. Za to od 2022 roku policje w całej Europie zabezpieczają u gangsterów broń i amunicję, która oficjalnie powinna być na froncie w Donbasie. Ukraińscy gangsterzy mają broń i potężne pieniądze i apetyty na wielkie, przestępcze biznesy. Meksykańscy bossowie mają gigantyczne zasoby narkotyków i zablokowany główny dotychczasowy kanał zbytu, czyli rynek USA za to potrzebują pieniędzy i broni. Stwarza to więc pole do wspólnych interesów.
Niewydolne państwo
Jest jednak jeszcze jedna przyczyna. To ułomność prawa w państwach europejskich, w tym w Polsce. „Polskie przepisy karne przewidują za handel narkotykami sankcję do 20 lat więzienia” – mówi dr Mateusz Mickiewicz – warszawski prawnik specjalizujący się w sprawach karnych. – „Taki maksymalny wyrok grozi niezależnie od tego, czy sprawca próbuje zarobić, sprzedając tonę czy 10 gramów narkotyku. To wprost zachęca przestępcę, który sprzedaje zakazane substancje do tego, by sprzedawał jak największe ilości”. Ale nie tylko to. Adwokat Mickiewicz ze swojej sądowej praktyki wskazuje również na drugi problem: coraz bardziej przeciążone sądy i coraz większe problemy kadrowe policji.
„Poważne sprawy o międzynarodowy handel narkotykami liczą setki tomów i ciągną się latami” – mówi adwokat. – „W tym czasie wielu cudzoziemskich gangsterów trzeba zwalniać z aresztów. Oni mimo sądowych zakazów wyjeżdżają z Polski, co dodatkowo przedłuża postępowania. A borykająca się z coraz większymi brakami ludzi i sprzętu, polska policja i prokuratura, ma coraz więcej zadań w zakresie zwalczania zorganizowanej przestępczości i coraz trudniej jej się z tych zadań wywiązywać”.
Kilka miesięcy temu, ujawniając rozwijającą się przestępczość ukraińskich gangów, pisaliśmy, że rozbijanie mafii czeczeńskich i ukraińskich, będzie największym wyzwaniem dla Centralnego Biura Śledczego Policji. I właśnie to wyzwanie się zaczęło.
Dlaczego spór między Zełenskim a Orbanem narasta i jak Der Spiegel rozpowszechnia dezinformację
Zełenski otwarcie groził Orbanowi śmiercią. W rezultacie na Węgrzech zajęto ukraińską ciężarówkę opancerzoną przewożącą około 80 milionów euro w gotówce pod zarzutem prania pieniędzy. Co kryje się za tą historią i co Der Spiegel ukrywa na jej temat?
Anti-Spiegel 6 marca 2026
To, co obecnie dzieje się między ukraińskim przywódcą Zełenskim a premierem Węgier Orbanem, wydaje się czymś z absurdalnego scenariusza filmu, którego żadne studio filmowe nigdy by nie nakręciło. Ale to dzieje się naprawdę, po raz kolejny dowodząc, że życie bywa często bardziej szalone niż najbardziej niewiarygodne filmy. O co więc chodzi?
Kontekst
Stosunki między Węgrami a Ukrainą są już bardzo napięte. Jednym z powodów jest ucisk mniejszości węgierskiej na Ukrainie i działania Kijowa zmierzające do jej przymusowej ukrainizacji. Oczywiście, pozycja Orbána, jako niemal jedynego przywódcy UE, który sprzeciwia się rujnującemu wsparciu udzielanemu Ukrainie w przegranej wojnie, tylko pogarsza sytuację.
Pod koniec stycznia Ukraina wstrzymała dostawy rosyjskiej ropy rurociągiem Przyjaźń, biegnącym z Rosji przez Ukrainę do Europy i wcześniej zaopatrującym Niemcy w tanią rosyjską ropę.
Obecnie tylko Węgry i Słowacja nadal importują rosyjską ropę z UE, wynegocjowawszy zwolnienia z unijnych sankcji wobec Rosji. Obie rafinerie przetwarzają ropę naftową we własnych instalacjach, dostarczając sobie tanią benzynę i inne produkty naftowe. Dlatego ceny energii na Węgrzech, na przykład, nie wzrosły znacząco, podczas gdy w pozostałych krajach UE gwałtownie wzrosły po tym, jak UE przestała importować tanią energię z Rosji.
Kijów twierdzi, że rurociąg jest uszkodzony, czemu zaprzeczają Węgry i Słowacja. Premier Słowacji Fico pokazał nawet dziennikarzom zdjęcia satelitarne potwierdzające integralność rurociągu. Ukraina wcześniej odmówiła wjazdu unijnej grupie ekspertów, której zadaniem jest ocena rzekomych uszkodzeń rurociągu.
Pomimo próśb Węgier i Słowacji, UE nie opowiada się za ponownym otwarciem rurociągu, zmuszając oba kraje do korzystania z krajowych rezerw ropy naftowej w celu utrzymania działalności rafinerii. Ponadto, w odpowiedzi na bojkot ropy naftowej przez Kijów, Słowacja wstrzymała dostawy energii elektrycznej, a Węgry wstrzymały dostawy oleju napędowego na Ukrainę.
Powodem bojkotu dostaw ropy naftowej przez Kijów są wybory, które odbywają się na Węgrzech na początku kwietnia. Kijów i Bruksela chcą, aby Orbán przegrał wybory, a kandydat opozycji, który jest przyjaźnie nastawiony do Brukseli i Ukrainy, wygrał. Są gotowi sprowokować kryzys energetyczny na Węgrzech – a jako „straty uboczne” również na Słowacji.
W odpowiedzi Węgry zawetowały wszelką pomoc UE dla Ukrainy i sankcje wobec Rosji, zapowiadając, że utrzymają to stanowisko do czasu ponownego otwarcia rurociągu przez Kijów. Jest to szczególnie bolesne dla Kijowa, ponieważ kończą mu się pieniądze i pilnie potrzebuje pierwszej wypłaty 90 miliardów euro pożyczki obiecanej mu przez UE po tym, jak Komisja Europejska nie uzyskała w grudniu większości w UE w sprawie uwolnienia rosyjskich aktywów zamrożonych w Europie.
Nawiasem mówiąc, Zełenski po raz pierwszy otwarcie oświadczył na posiedzeniu rządu w czwartek, że rurociąg jest zamknięty z przyczyn politycznych i postawił wypłatę 90 miliardów euro jako warunek jego ponownego otwarcia. Jednak rzekomo niezbędne naprawy potrwają jeszcze miesiąc lub półtora miesiąca, więc rurociąg nie zostanie ponownie otwarty przed tym terminem – kontynuował Zełenski.
Tym oświadczeniem Zełenski otwarcie zasugerował, że nie otworzy rurociągu przed wyborami na Węgrzech, które zaplanowane są na 12 kwietnia, co potwierdza, że prawdziwym celem jest wywarcie wpływu na wybory na Węgrzech przeciwko Orbánowi.
Groźba śmierci Zełenskiego pod adresem Orbána
W czwartek, na posiedzeniu rządu, Zełenski powiedział również:
„Mamy nadzieję, że żaden podmiot w UE nie zablokuje 90 miliardów euro ani pierwszej transzy, a ukraińscy żołnierze będą mieli broń. W przeciwnym razie przekażemy naszym siłom zbrojnym adres tej osoby, aby mogły do niej zadzwonić i porozmawiać z nią w swoim języku”.
Była to jawna groźba śmierci ze strony Zełenskiego pod adresem Orbána. Za chwilę omówimy, jak Der Spiegel przedstawił to swoim czytelnikom, ale od razu powiem: Der Spiegel nie uznał tego za warte osobnego artykułu; zamiast tego wspomniał o groźbie śmierci Zełenskiego jedynie mimochodem w dwóch artykułach na inne tematy, jakby groźby śmierci były czymś zupełnie normalnym w stosunkach międzynarodowych.
Oczywiście Węgry i Słowacja stanowczo potępiły groźbę śmierci Zełenskiego pod adresem Orbána, podczas gdy z innych krajów UE nie odnotowano jeszcze żadnych reakcji.
Orbán odpowiedział na groźbę śmierci przemówieniem, w którym powiedział, że Węgry użyją „siły”, aby zapewnić ponowne otwarcie rurociągu Przyjaźń, odnosząc się do „środków politycznych i finansowych”. Niemieckie media oczywiście z oburzeniem donoszą o groźbach Orbána dotyczących przemocy, ale ukrywają ich przyczynę.
Około 1,5 miliarda dolarów w gotówce i 146 kilogramów złota
W piątek rano Ukraina poinformowała o zatrzymaniu i zajęciu na Węgrzech samochodu ciężarowego przewożącego 9 kilogramów złota oraz 40 milionów dolarów i 35 milionów euro w gotówce. Kijów oskarżył Budapeszt o wzięcie siedmiu ochroniarzy, obywateli Ukrainy i pracowników państwowego ukraińskiego Oshadbanku, którzy eskortowali transport, jako „zakładników” i „kradzież” pieniędzy. W oświadczeniu stwierdzono również, że transport odbył się na podstawie międzynarodowej umowy z austriackim Raiffeisen Bank, a transport z Austrii na Ukrainę odbył się „zgodnie z międzynarodowymi przepisami transportowymi i obowiązującymi europejskimi procedurami celnymi”.
Istnieją jedynie krótkie artykuły w języku niemieckim, które powtarzają ukraińskie oświadczenia i przedstawiają incydent tak, jak opisuje go Kijów. Węgierskie wyjaśnienia są jednak w dużej mierze ignorowane. Na przykład „Der Spiegel” robi to bardzo sprytnie, jak wkrótce zobaczymy.
Węgry wysuwają wobec Kijowa bardzo poważne oskarżenia, o których skali niemieckie media nie donoszą. Oto tłumaczenie pełnego oświadczenia ministra spraw zagranicznych Węgier:
„Węgierski urząd skarbowy i celny prowadzi obecnie dochodzenie w sprawie szokującej zbrodni. Według śledczych, Ukraińcy w ostatnich miesiącach przewozili przez Węgry ogromne ilości gotówki i złota.
Od stycznia przez Węgry przetransportowano łącznie 900 milionów dolarów i 420 milionów euro w gotówce, a także 146 kilogramów sztabek złota.
Mamy kilka poważnych pytań. Przede wszystkim chodzi o ogromną ilość gotówki. Dlaczego Ukraińcy przewożą tak duże sumy? Jeśli rzeczywiście są to przelewy bankowe, pojawia się pytanie: dlaczego banki nie przetwarzają tych transakcji za pośrednictwem regularnych przelewów? Dlaczego konieczne jest przewożenie tak dużych ilości gotówki i to przez Węgry?
Te pytania są szczególnie palące, ponieważ transportom gotówki towarzyszą osoby, które najwyraźniej mają bezpośrednie powiązania z ukraińskimi służbami wywiadowczymi.
Domagamy się wyjaśnienia, dlaczego Ukraińcy w ostatnich miesiącach przewozili przez Węgry tak duże ilości gotówki. Na co są przeznaczane te pieniądze? Kto jest ich właścicielem?
Domagamy się również odpowiedzi na pytanie, czy te pieniądze są jedynie przewożone przez terytorium Węgier czy też czasami pozostają tutaj i są następnie przekazywane komuś na Węgrzech lub na rzecz osób trzecich.
Nasuwa się pytanie: Czy te pieniądze należą być może do tzw. ukraińskiej mafii wojskowej?
Domagamy się natychmiastowych odpowiedzi i wyjaśnień od strony ukraińskiej w tych poważnych kwestiach. Do tego czasu władze węgierskie przeprowadzą bardzo szczegółowe i kompleksowe śledztwo.”
Dla kogo były te pieniądze?
Władze węgierskie od dawna oskarżają Kijów o tajne i nielegalne finansowanie opozycji. Powstaje zatem pytanie, czy te transporty czasami zatrzymywały się na Węgrzech i przekazywały komuś gotówkę.
Osoby ochrony towarzyszące transportowi są również ważne, ponieważ nie są to zwykli ochroniarze ciężarówek opancerzonych. Wszyscy to wysocy rangą czynni lub byli żołnierze lub oficerowie wywiadu; najwyższym rangą jest były generał Giennadij Kuzniecow ze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Pytanie brzmi: dlaczego były generał wywiadu miałby towarzyszyć rzekomo rutynowemu transportowi gotówki?
Co więcej, nasuwa się pytanie, dlaczego ukraiński bank państwowy przetransportował już w tym roku z UE na Ukrainę 900 milionów dolarów i 420 milionów euro w gotówce, a także 146 kilogramów sztabek złota – w zaledwie dwa miesiące. Korupcja ukraińskiego rządu jest powszechnie znana, czego dowodem jest na przykład afera Mindicha sprzed kilku miesięcy, kiedy to osoby z bliskiego otoczenia Zełenskiego ukradły 100 milionów dolarów, które UE przekazała Kijowowi na naprawy ukraińskiej sieci energetycznej.
Skandal korupcyjny wokół Mindicha nie jest w żadnym wypadku skandalem ukraińskim, ponieważ na Zachodzie całkowicie ukrywano fakt, że kradzież 100 milionów euro wydarzyła się tuż pod nosem „stróżów prawa” wysłanych z Zachodu, którzy musieli o tym wiedzieć, bo nikt, kto ma za zadanie monitorować przepływy pieniężne państwowej ukraińskiej spółki energetycznej pod kątem podejrzanych transakcji, nie mógł być na tyle głupi, by przeoczyć tę w zasadzie prymitywną kradzież dokonaną za pomocą sfałszowanych faktur.
Krótko mówiąc: Węgry mają rację, pytając, kto właściwie jest właścicielem tych pieniędzy i kto ma je otrzymać. I to pytanie nie jest skierowane tylko do Ukrainy, ale także do UE, która stoi z boku i obserwuje sytuację, ponieważ tak duże wypłaty gotówki muszą być zgłaszane w UE. Bruksela wie zatem, że Ukraina wypłaca prawie pół miliarda dolarów miesięcznie w gotówce i złocie.
Odkąd afera Mindicha (i inne, wcześniejsze rewelacje) pokazały, że Bruksela doskonale zdaje sobie sprawę z korupcji na Ukrainie – a konkretnie z kradzieży wielu miliardów euro wysłanych z UE – nieuchronnie pojawia się pytanie: kto w UE otrzymuje swoją część, aby wszyscy mogli wygodnie przymykać na to wszystko oko?
Czy te pieniądze należą do ludzi w Brukseli?
W Niemczech mało kto słyszał o Anatoliju Szariju, ale na Ukrainie i w Rosji zna go dosłownie każde dziecko. Jest krytycznym dziennikarzem z Ukrainy, który kiedyś założył partię polityczną i aspirował do polityki, ale został zmuszony do ucieczki przed prześladowaniami Zełenskiego i podobno mieszka w Hiszpanii.
Szarij jest krytyczny wobec Ukrainy i Rosji – i z pewnością nie jest przyjacielem Rosji, w przeciwnym razie uciekłby do Rosji, a nie, jak przypuszczam, do UE – i znany jest z poruszania najbardziej bolesnych kwestii politycznych zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie. Uważany jest za bardzo dobrze poinformowanego i mającego odpowiednie koneksje. Szarij poinformował na Telegramie o zajęciu transportu pieniędzy i po przedstawieniu znanych faktów dodał:
„Moje źródła twierdziły wczoraj, że te pieniądze, delikatnie mówiąc, nie były byle jakie i że Orbán o tym wiedział.
Ale byłem pewien, że to pieniądze Zełenskiego. Jakieś łapówki.
Dzisiaj jednak dostaję informację, że pieniądze nie należą do Zełenskiego, a do jego wspólników. Do jakichś ludzi z Europy.
Ta historia jest kompletnie absurdalna i już wczoraj wydawała mi się nierealna.
Dzisiaj jednak kilka źródeł donosi, że Orbán uderzył w „innych ludzi”.
Chodzi o około 80 milionów euro i około 10 kilogramów złota.
To niezwykle drażliwa kwestia, ponieważ pieniądze wcale nie są ukraińskie, a należą do konkretnych osób.
A w Brukseli wiedzą, do kogo należą.
I dlatego prawdopodobnie zrobią wszystko, co w ich mocy, aby skandal nie wywołał zamieszania.
Orbán działał bardzo precyzyjnie i uderzył tam, gdzie boli.
Będziemy nadal monitorować sytuację”.
Oczywiście nie musi to być prawdą, ale biorąc pod uwagę powyższe, wydaje mi się więcej niż prawdopodobne, że Szarij nie pisze bzdur. W każdym razie nie można tego wykluczyć.
Zastanawiałem się już, w związku z wieloma ukraińskimi skandalami, które z pewnością nie byłyby możliwe bez tuszowania ich przez Brukselę, jak ludzie na Zachodzie otrzymują swoją „działkę” za tuszowanie sprawy. Jeśli okaże się, że Ukraina regularnie przemyca miliony, a nawet miliardy euro rocznie w gotówce przez UE, nagle staje się to zrozumiałe, bo naprawdę nie ma problemu z przerzuceniem kilku skrzynek z gotówką z jednej furgonetki do drugiej na jakimś opuszczonym parkingu na Węgrzech pod osłoną nocy, żeby wymienić tylko jedną możliwość. A fakt, że Ukraina ma duże doświadczenie w praniu pieniędzy, nie jest żadną tajemnicą.
Oczywiście, transport pieniędzy mógł mieć również całkowicie legalne motywy; w końcu nic nie zostało udowodnione. Nikt jednak nie może zaprzeczyć, że ta historia rodzi wiele pytań, na które można by odpowiedzieć, gdyby wszystko odbyło się zgodnie z prawem.
Czego czytelnicy „Spiegla” (nie) dowiedzą się
Skoro już wiemy, o co w tym wszystkim chodzi i jakie pytania powinien zadawać krytyczny dziennikarz, przyjrzyjmy się, co dawny hamburski magazyn informacyjny i samozwańcze „media wysokiej jakości”, „Der Spiegel”, mówi swoim czytelnikom o tej historii. „Der Spiegel” opublikował artykuł zatytułowany „40 milionów dolarów, 35 milionów euro i 9 kilogramów złota – Ukraina oskarża Węgry o wzięcie zakładników i kradzież”, który przeanalizujemy, ponieważ bardzo sprytnie odwraca uwagę czytelników od wszystkiego, co mogłoby rodzić pytania.
Artykuł „Spiegla” rozpoczyna się od rzetelnego raportu o zajęciu przez Węgry opancerzonego samochodu ciężarowego. „Der Spiegel” cytuje oburzonego ukraińskiego ministra spraw zagranicznych i stwierdza również, że Węgry wyraziły podejrzenia o pranie pieniędzy. W pierwszych trzech akapitach artykułu nie ma praktycznie nic złego, ale potem coś zaczyna się psuć.
Czwarty akapit brzmi:
„Kilka godzin później węgierskie biuro informacyjne ogłosiło deportację siedmiu eskortujących transport pieniędzy. Analiza ich sytuacji osobistej wykazała, że byli to byli wysocy rangą żołnierze ukraińskiej armii. Niejasne pozostaje, dlaczego miałoby to mieć związek z zarzutem karnym, takim jak pranie pieniędzy”.
Nie można zarzucić Der Spiegelowi zatajenia faktu, że transportowi towarzyszyli „byli wysocy rangą ukraińscy wojskowi”, ale gazeta ukrywa przed czytelnikami istotne szczegóły, takie jak nazwisko byłego generała wywiadu. Co więcej, czytelnik „Spiegla” nie jest informowany o obecności byłych wysokich rangą oficerów ukraińskich służb specjalnych; zamiast tego jest on przekonany, że byli to żołnierze, a nie tajni agenci.
Aby żaden czytelnik Spiegla nie zastanawiał się, dlaczego w rzekomo normalnym transporcie pieniędzy uczestniczyli wysocy rangą oficerowie, Spiegel natychmiast odwraca uwagę czytelników, mówiąc im, co mają myśleć, i dodając: „Pozostaje niejasne, dlaczego miałoby to mieć znaczenie w tak istotnym oskarżeniu o pranie pieniędzy”
Co takiego? Byli wysocy rangą oficerowie wywiadu, w tym generał, eskortowali przesyłkę o wartości 80 milionów dolarów i to nie budzi żadnych wątpliwości u „dziennikarzy” „Spiegla”? To, że państwowy bank z jednego z najbardziej skorumpowanych krajów świata przewozi ogromne sumy gotówki, których cel jest nieznany, a transport jest eskortowany przez byłych oficerów wywiadu skorumpowanego rządu tego kraju, nie budzi żadnych wątpliwości u „Spiegla”?
Tak wygląda dziś w Niemczech krytyczne „dziennikarstwo wysokiej jakości”: nie tylko unikają zadawania pytań, ale także piszą artykuły w taki sposób, że czytelnicy nawet nie myślą o ich zadaniu.
Mylenie przyczyny i skutku.
Aby jeszcze bardziej rozproszyć uwagę czytelników, Der Spiegel natychmiast zmienia temat i informuje o groźbie użycia przemocy przez Orbána, nie wspominając o groźbie śmierci ze strony Zełenskiego. Odwracanie przyczyn i skutków jest, jak wiadomo, bardzo popularnym i skutecznym narzędziem propagandy zachodnich mediów.
W związku z tym Der Spiegel pisze zaraz potem (aby odwrócić uwagę od oficerów wywiadu):
„Jeśli to jest ta »przemoc«, którą pan Orbán ogłosił dzisiaj, to jest to przemoc grupy przestępczej. To terroryzm państwowy i wymuszenie” – napisał Sybiha, odnosząc się do czwartkowych wypowiedzi Orbána, w których zapowiedział on zamiar wygrania sporu o rurociąg Przyjaźń „siłą”.
Następnie następuje akapit, w którym Der Spiegel „wyjaśnia” swoim czytelnikom spór o dostawy ropy. Der Spiegel przedstawia ukraińskie twierdzenie, że rurociąg jest wyłączony z użytku z powodu rosyjskiego ataku, jako fakt, mimo że nikt poza Ukrainą nie potwierdził takiego ataku, zdjęcia satelitarne niczego takiego nie pokazują, a Ukraina nie wpuszcza ekspertów do kraju w celu oceny rzekomych szkód. Oczywiście czytelnicy Der Spiegla nic o tym wszystkim nie wiedzą.
Po tym, jak czytelnicy Der Spiegla są zmuszeni zaakceptować fakt uszkodzenia rurociągu spowodowanego rosyjskim ostrzałem, Der Spiegel pisze dalej, że według Ukrainy „szybka naprawa nie jest możliwa, co spotyka się z niedowierzaniem na Węgrzech i sąsiedniej Słowacji”.
Der Spiegel wspomniał o wątpliwościach Węgier i Słowacji; nie można mu zarzucić, że je ukrywa. Sformułował je jednak w taki sposób, że czytelnicy Der Spiegla są zmuszeni uwierzyć Ukrainie, a tym samym, oczywiście, uznać Węgry za winowajcę sporu, ponieważ wysuwają one bezpodstawne oskarżenia wobec Ukrainy.
Groźba śmierci ze strony Zełenskiego jest bagatelizowana.
Dopiero na samym końcu artykułu „Der Spiegel” wspomina, niemal na marginesie, o groźbie śmierci Zełenskiego wobec Orbána, którą „Der Spiegel” sprytnie bagatelizuje:
„Aby zwiększyć presję, Węgry zablokowały 90-miliardową pożyczkę UE dla Ukrainy, która jest niezbędna dla przetrwania kraju atakowanego przez Rosję. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zagroził wówczas premierowi Węgier Viktorowi Orbánowi. „Mamy nadzieję, że pewna osoba w UE nie będzie już blokować tych 90 miliardów euro” – powiedział Zełenski w Kijowie. W przeciwnym razie adres tej osoby zostanie przekazany ukraińskim siłom zbrojnym. „Niech do niego zadzwonią i porozmawiają z nim w swoim języku”.
Kiedy widzę takie artykuły, celowo i bardzo sprytnie skonstruowane i napisane, aby wprowadzić czytelnika w błąd, zawsze zastanawiam się, jak ludzie mogą dobrowolnie płacić za prenumeratę Spiegla, a nawet za sam magazyn, skoro jest tak oczywiste, że Spiegel celowo ich okłamuje.
Czuję się jednak zobowiązany, by powiedzieć coś w obronie autora Spiegla, który napisał tę tandetną robotę: prawdopodobnie sam nie wie, o co chodzi, ponieważ skróty na końcu artykułu wskazują, że został on sfabrykowany przez jakiegoś szarlatana, powołującego się na doniesienia DPA i Reutersa, które zazwyczaj również pomijają istotne informacje. Autor Spiegla najprawdopodobniej nie ma pojęcia, o co chodzi, i po prostu sklecił artykuł z fragmentów tekstu dostarczonych przez Reutersa i DPA.
Tak powstaje większość niemieckich artykułów medialnych o bieżących wydarzeniach. Nie ma w nich żadnych oryginalnych badań; zamiast tego po prostu przyjmują sformułowania podane przez agencje prasowe.
Ale czy to coś zmienia?
Ostatecznie nie ma znaczenia, czy Spiegel i inne niemieckie media wprowadzają czytelników w błąd z powodu niewiedzy, czy też własnej wiedzy.
Na Węgrzech zatrzymano transport ogromnych pieniędzy z banku ukraińskiego do austriackiego. Zatrzymano również siedmiu konwojentów. Szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha grzmi o „państwowym terroryzmie” i „wymuszeniu”.
Przed północą Sybiha napisał na X, że „w Budapeszcie władze węgierskie wzięły siedmiu obywateli Ukrainy jako zakładników”.
„Przyczyny, ich stan zdrowia i możliwość kontaktu z nimi pozostają nieznane. Tych siedmiu Ukraińców to pracownicy państwowego banku Oschadbank, którzy obsługiwali dwa samochody bankowe, kursujące między Austrią a Ukrainą i przewożące gotówkę w ramach regularnych przewozów między bankami państwowymi. Mówimy tu o węgierskich zakładnikach i kradzieżach pieniędzy. Jeśli to jest ta 'siła’, o której mówił dziś pan Orban, to jest to siła grupy przestępczej. To terroryzm państwowy i wymuszenia” – czytamy dalej.„Wysłaliśmy już oficjalną notę z żądaniem natychmiastowego uwolnienia naszych obywateli” – podkreślił szef ukraińskiego MSZ. „Zwrócimy się również do Unii Europejskiej z prośbą o jednoznaczne zakwalifikowanie bezprawnych działań Węgier, wzięcia zakładników i rozboju” – zapowiedział.
W oświadczeniu Oschadbanku czytamy, że pojazdy stoją w centrum Budapesztu, „w pobliżu jednego z organów ścigania Węgier”. Miejsce przebywania pracowników zaś pozostaje dla Ukraińców nieznane. „Oszczadbank domaga się natychmiastowego uwolnienia pracowników i mienia oraz ich powrotu na Ukrainę” – napisano.
Było to 40 mln. USD, 35 mln. euro i 9 kg. złota” .
Sytuacja między Węgrami a Ukrainą jest bardzo napięta. Aktualnie Węgry podejmują stanowcze działania w odpowiedzi na ukraińską próbę wywołania kryzysu energetycznego w kraju.
Ostatnio też prezydent Wołodymyr Zełeński zasugerował, że sam premier Węgier Victor Orban może być celem ataku ukraińskiej armii.
Węgierski rząd opublikował zdjęcia przechwyconej gotówki i złota, które przewozili ukraińscy inkasenci przez terytorium Węgier Na stronie banku, do którego należał pojazd inkasatorski, podano, że pracownicy rzekomo przewozili 40 milionów dolarów amerykańskich, 35 milionów euro oraz 9 kilogramów złota.
Szef gabinetu Viktora Orbana Balazs Orban zażądał na platformie X odpowiedzi od władz Ukrainy, ponieważ relacja strony węgierskiej zdecydowanie różni się od oskarżeń Ukraińców.
„Żądamy odpowiedzi od władz Ukrainy! Zdjęcia przedstawiają tzw. operację 'ukraińskiego konwoju złota’. Władze węgierskie zatrzymały siedmiu obywateli Ukrainy – w tym byłego generała wywiadu – którzy przewozili 40 milionów dolarów, € 35 milionów dolarów i 9 kg złota z Austrii na Ukrainę w dwóch opancerzonych pojazdach do transportu gotówki przez Węgry” – napisał Balazs Orban.
Węgrzy wszczęli śledztwo
Poinformował ponadto, że węgierski urząd skarbowy wszczął dochodzenie w sprawie prania pieniędzy, a osoby podejrzane zostały wydalone z Węgier.
„Sytuację tę czyni jeszcze bardziej alarmującą fakt, że od stycznia przez Węgry w stronę Ukrainy przetransportowano podobno ponad 900 milionów dolarów, € 420 milionów dolarów i 146 kg złota” – pisał dalej Orban.
Podejrzane transporty
„Przemieszczanie się przez Węgry pojazdów opancerzonych wyładowanych gotówką i złotem nie jest typowym sposobem przeprowadzania legalnych transakcji finansowych. Prawdziwe pytanie jest proste: kto stoi za tymi pieniędzmi i co mają one przeznaczyć na sfinansowanie? Władze Węgier wszczęły pełne śledztwo. Teraz osoby odpowiedzialne muszą udzielić odpowiedzi” – dodał.
NCZAS.INFO | Premier Węgier Viktor Orban. Foto: PAP
Węgry wstrzymają tranzyt ważnych dla Ukrainy towarów, dopóki kraj ten nie przywróci transportu rosyjskiej ropy naftowej rurociągiem „Przyjaźń” – ogłosił w piątek w radiu Kossuth premier Węgier Viktor Orban.
– Wstrzymaliśmy eksport oleju napędowego na Ukrainę, utrzymujemy eksport energii elektrycznej, ale wstrzymamy tranzyt przez Węgry ważnych dla Ukrainy towarów, dopóki nie uzyskamy zgody Ukrainy na dostawy ropy naftowej – powiedział Orban.
– Ukraińcom szybciej skończą się pieniądze niż nam ropa – dodał.
W ocenie węgierskiego premiera on sam i jego rząd „stoją na drodze Ukrainie, która z tego powodu chce się ich pozbyć”. – Nie mają innego wyjścia, więc stosują groźby. Będą mogli realizować swoje żądania, jeśli na Węgrzech powstanie proukraiński rząd – powiedział.
Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się 12 kwietnia. Władze zarzucają opozycyjnej partii TISZA, prowadzącej w niezależnych sondażach, zależność od Unii Europejskiej i Ukrainy. Lider ugrupowania Peter Magyar odrzuca oskarżenia i zapewnia, że jego rząd nie wysłałby na Ukrainę wojska i pomocy wojskowej ani nie poparłby przyspieszonej akcesji tego kraju do UE.
– Nie spełnimy wezwania do odejścia od rosyjskich zasobów energetycznych, nie będziemy płacić za cudzą wojnę i nie pozwolimy Ukrainie przystąpić do Unii Europejskiej – podkreślił w piątek Orban.
Do eskalacji sporu między Budapesztem i Kijowem doszło, gdy transportujący rosyjską ropę na Węgry przez Ukrainę rurociąg Przyjaźń został uszkodzony pod koniec stycznia w rosyjskim ataku. Władze w Kijowie zapewniają, że ropociąg jest remontowany, rząd Orbana utrzymuje jednak, że ukraińskie władze celowo wstrzymują przywrócenie tranzytu i nazywa te działania „szantażem”. W czwartek prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że rurociąg będzie sprawny za około półtora miesiąca.
W reakcji na wstrzymanie dostaw Węgry i Słowacja – która również otrzymywała ropę przez rurociąg Przyjaźń– uwolniły strategiczne rezerwy tego surowca i wstrzymały dostarczanie oleju napędowego na Ukrainę. Ponadto władze w Bratysławie zawiesiły dostawy energii elektrycznej na Ukrainę, a Węgry zagroziły podjęciem podobnej decyzji. Rząd w Budapeszcie zapowiedział też, że do czasu wznowienia transportu ropy będzie blokować 20. pakiet sankcji UE wobec Rosji oraz unijną pożyczkę dla Kijowa o wartości 90 mld euro.
Węgierscy politycy, w tym Orban, w czwartek udostępnili w internecie nagranie, na którym Zełenski krytykuje niedawną decyzję Budapesztu o zablokowaniu unijnej pożyczki w wysokości 90 mld euro, mówiąc, że „da adres tej osoby (Orbana – przyp. red.) żołnierzom, żeby z nią porozmawiali po swojemu”.
„To zupełnie nowa sytuacja w Europie, gdy prezydent europejskiego kraju grozi premierowi państwa członkowskiego NATO i UE śmiercią lub morderstwem” – skomentował minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto. „Węgrom nie można grozić, podobnie jak premierowi Węgier” – dodał.
Następnie, w nocy z czwartku na piątek, minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha napisał na X, że władze Węgier wzięły w czwartek siedmiu obywateli Ukrainy, pracowników banku Oszczadbank SA, na zakładników. Oświadczył, że zatrzymani Ukraińcy jechali dwoma samochodami banku z Austrii do Ukrainy, przewożąc gotówkę w ramach regularnych przewozów. „Mamy tu do czynienia z wzięciem ich przez Węgry na zakładników i kradzieżą pieniędzy” – ocenił Sybiha.
NCZAS.INFO | Igor Komarow z dziewczyną / fot. X / Leszek Kraskowski Reporterzy Online
Igor Komarow najpewniej stracił głowę. I to dosłownie, choć zapewne z kilku przyczyn nie uda się tego ustalić już z całą pewnością.
28-letni Igor Komarow jest znany jako syn szefa ukraińskiej mafii. Został porwany 15 lutego na Bali, gdy przemieszczał się skuterem.
Grupa mężczyzn przeprowadziła operację „w stylu wojskowym” w nadmorskiej dzielnicy Bali Jimbaran. W tej dzielnicy jest wielu Rosjan i Ukraińców.
Na Bali przebywał ze swoją dziewczyną Yeą. Pojawiają się spekulacje, że zdjęcie opublikowane przez nią w walentynki mogło pomóc porywaczom w ustaleniu lokalizacji Komarowa.
Po porwaniu rozpoczęto szeroko zakrojone działania. 27 lutego policja ogłosiła odkrycie rozczłonkowanych części ludzkiego ciała, w tym odciętej głowy. Szczątki odnaleziono u ujścia rzeki Wos na południowo-wschodnim wybrzeżu Bali.
Analiza sądowo-medyczna ustaliła, że części cała należały do jednego mężczyzny, który zmarł około trzy dni przed odkryciem. Koroner w rozmowie z news.com.au przekazał, że dokonano też częściowego dopasowania tatuaży Komarowa do tatuaży na częściach ciała wyłowionych z rzeki.
– Niemożliwe jest zidentyfikowanie zmarłego z powodu zaawansowanego rozkładu. Jednak na podstawie cech czaszki mogę powiedzieć, że był rasy kaukaskiej – podkreślił koroner.
Rzecznik policji w komunikacie przekazał, że zatrzymano cudzoziemca w związku z porwaniem i podejrzeniem zabójstwa Igora Komarowa. Kolejnych sześciu podejrzanych, również obcokrajowców, jest poszukiwanych.
– Na początku zatrzymaliśmy jednego cudzoziemca o inicjałach CH, który wynajmował pojazdy, używając fałszywego paszportu. Po dalszym śledztwie wskazaliśmy sześciu innych cudzoziemców jako podejrzanych — RM, BK, AS, VN, SM i DH – przekazał jeden z policjantów.
Włodzimierz Czarzasty pokazał się w Kijowie jak kurier, który przywozi dobrą „nowinę w imieniu całej demokratycznej Europy.” Ta nowina to obietnica szybkiej integracji Ukrainy z UE, którą Ukraińcy słyszeli już setki razy, ale po raz pierwszy od osoby tak charyzmatycznej i prawdomównej.
Szczerze mówiąc śmiałe oświadczenie marszałka było aktem odwagi graniczącym z metafizyką. Nie wiadomo bowiem, czy w Brukseli i w stolicach państw unijnych już o tym wiedzą. Osobiście uważam, że Czarzasty uległ mistycyzmowi Bułhakowa, o co w Kijowie jest nie trudno, a zwłaszcza urokowi kota Behemota, który miał w zwyczaju grać w szachy i częstować damy czystym spirytusem. Jestem pewien, że wizerunek ogromnego czarnego czworonoga o błyszczących, dzikich, żółto-zielonych oczach skłaniał Czarzastego do wygłaszania tyrad, które jednych wprawiały w osłupienie, a innych w czarną rozpacz ku nieukrywanej radości przewrotnego kocura.
Zostawiając kota na boku trzeba zaznaczyć, że Polska pod Czarzastym zaczęła się liczyć. Decyduje, kto dostanie (a raczej nie dostanie) Nobla, kogo przyjmą do Unii, a kto ma jeszcze poczekać w przedsionku historii. Wreszcie ktoś przełamał te traktaty i kryteria kopenhaskie, uciążliwe procedury, jednomyślności i rozdziały negocjacyjne. Po co nam żmudne acquis communautaire, skoro mamy elokwencję i dobre serce?
Problem polega na tym, że nikt nie upoważnił pana Czarzastego do wygłaszania takich deklaracji. Nie jest szefem rządu, nie jest prezydentem, nie reprezentuje Rady Europejskiej ani Komisji. Ale to drobiazg. W polityce najważniejsze jest przecież poczucie misji. Kompetencje są przereklamowane.
Samo wystąpienie w Kijowie było pokazem infantylizmu i pustych uprzejmości. Poziom lewicowej małolatki na szkolnej akademii. Dużo miłości, zero konkretu. Żenujące wyznania uczuć i moralne uniesienia. Ani słowa o twardych interesach Polski.
I wreszcie frazes: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. A wolnej Ukrainy nie może być bez wolnej Polski”. Brzmi wzruszająco. Ma rodowód sięgający 1920 roku i romantyczną aurę wspólnego zmagania z bolszewizmem. Problem w tym, że historia Europy Wschodniej nie była wyłącznie poematem o wzajemnej wolności.
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, których ideowi i polityczni spadkobiercy rządzą dziś na Ukrainie nie operowały logiką „wzajemnej wolności”. Ich program zakładał suwerenną i czystą etnicznie Ukrainę także kosztem konfliktu z Polską – i w praktyce oznaczał walkę z polską obecnością na wielu obszarach. Tak narodziły się rzezie wołyńskie określone w oficjalnej uchwale Sejmu jako ludobójstwo. To słowo jest obecne w polskiej pamięci państwowej, ale nie w słowniku polskich polityków.
W słowniku marszałka Sejmu też go nie ma. Jest za to banderowski okrzyk: „Chwała Ukrainie” którym Czarzasty posłużył się przemawiając w Radzie Najwyższej.
To szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te właśnie słowa słyszeli jako ostatnie Polacy zarzynani przez banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś kto mieni się Polakiem nie rozumie co znaczą słowa wypowiadane nad dołami śmierci, ten igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za granicą niż na pamięci własnego narodu.
Politycy III RP domagają się reparacji wojennych od Niemiec, choć na ich uzyskanie nie mamy dość sił ani pozycji geopolitycznej, a także od Rosji, choć nie ma to żadnego prawnego sensu, bo przecież nie wygraliśmy z Rosją żadnej wojny od 390 lat.[aha, to w 1920 to była „sowiecja”… md]
Czemu w tym wyliczeniu brakuje państwa, od którego reparacje, a na pewno odszkodowania nie tylko nam się należą, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej bylibyśmy w stanie je uzyskać? Czemu nie żądamy od Ukrainy odszkodowań za Wołyń i Małopolskę Wschodnią? Może dlatego, że od Ukraińców moglibyśmy je naprawdę otrzymać?
Kijów musi zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów
Wystarczy rozumieć, że w obecnym swym kształcie ideowym i politycznym państwo ukraińskie nie chce nawiązywać do tradycji Ukraińskiej SSR, choć przecież odziedziczyło po niej status prawno-międzynarodowy, granice i miejsce w ONZ. Nie, władze w Kijowie wyraźnie podkreślają, że nie chcą mieć nic wspólnego z wielkim wysiłkiem blisko 7,5 miliona Ukraińców walczących z niemieckim nazizmem w szeregach Armii Czerwonej i ruchu partyzanckiego.
Przeciwnie, oficjalna linia Kijowa to upieranie się, że współczesna Ukraina to dziedzictwo Bandery, OUN-UPA i Waffen-SS Galizien. A skoro tak, skoro bohaterami Ukrainy są dziś kolaboranci Hitlera, którzy już we wrześniu 1939 r. brali udział w niemieckiej napaści na Polskę (a wcześnie pomagali ją przygotowywać), a także rzeźnicy z Wołynia i już powojenni okupanci z Podkarpacia – wówczas Kijów powinien dzielić z Berlinem odpowiedzialność za wybuch wojny i ludobójstwo popełnione przez nazistów – niemieckich i ukraińskich. Żądanie reparacji od Ukrainy jest więc jak najbardziej uzasadnione, podobnie jak i oczywisty jest zwrot polskiej własności odebranej Polakom wypędzonym z Kresów. Ukraińcy aspirując do członkostwa w Unii Europejskiej powinni mieć tego pełną świadomość: muszą po europejsku uregulować kwestie własnościowe wobec Polaków, tak jak wszędzie w UE uczynione z majątkami zwróconymi ofiarom holokaustu. Ukraina musi też zapłacić za zbrodnie ukraińskich nazistów, podobnie jak po wojnie postąpiły zdenazyfikowane Niemcy.
Odzyskajmy pieniądze utopione na Ukrainie!
Czyny mają konsekwencje, nawet po dekadach, podobnie jak i dokonywane wybory ideowe i… geopolityczne. Zwłaszcza, skoro rzutują na współczesną politykę danego państwa, a tak właśnie dzieje się w przypadku neobanderowskiej Ukrainy. Reparacje to we współczesnej polityce i propagandzie coś w rodzaju spadku po nieznanym wujku-milionerze czy wygranej w Totka, nagły zastrzyk gotówki, który miałby zmienić III RP w krainę mleka i miodu. To mit, do którego się dąży, lecz nigdy nie uzyskuje. Kiedy jednak na geopolitycznym horyzoncie pojawia się realna możliwość uzyskania tego, co się nam, Polakom należy – wówczas rządzący III RP zapierają się, by tych pieniędzy i majątków dla Polski nie odzyskać.
To dowód na to jak fałszywy jest cały reparacyjny humbug, oparty na roszczeniach wobec państw zbyt silnych, by coś od nich ugrać, przy jednoczesnym histerycznym pisku, że żądanie czegokolwiek (nawet spłaty długów) od słabnącego Kijowa jest absolutnie niemożliwe, bo przecież Ukraina prowadzi wojnę, którą – co wie każdy rozsądny człowiek – przegrywa.
Tymczasem bądźmy brutalnie szczerzy – upadłe państwo ukraińskie obdziera i okrada dosłownie każdy: kijowskie władze, rodzimi (?) oligarchowie, międzynarodowy kapitał i zachodni sponsorzy. I tylko Polakom narzuca się rolę użytecznych idiotów, wrzucających pieniądze do ukraińskiej studni. Najwyższy czas choć część z nich odzyskać.
W ogromie problemów, które zaistniały przez 30 lat funkcjonowania Polski & innych Państw Europy Środkowej w globalizmie, nie najmniejszym jest problem ukraiński.
W polskiej świadomości identyfikowany jest głównie poprzez banderowskie zjawisko.
Natknąłem się niedawno na filmik „w ukraińskiej mowie”, gdzie mieszkające we Wrocławiu Ukrainki, wyrażały zdanie, że w tym mieście zarówno Polacy, jak Ukraińcy są „gośćmi”. W tym momencie warto by zadać pytanie, kim są Ukraińcy we Lwowie?. Ale ponieważ „z banderowcami się nie dyskutuje, do banderowców się strzela”, nie podejmę tego wątku.
Muszę jednak wyrazić pogląd, że jedną z wielu zbrodni globalistycznych reżimów w III RP (PO & PiS), było przygarnięcie 3 milionów Ukraińców na naszej ziemi i na nasz koszt.
Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Polska Racja Stanu wymagała całkowitej neutralności w tym konflikcie.
Teraz kiedy wojna kończy się totalną katastrofą Kijowa, a bezczelność diaspory ukraińskiej osiąga nowe szczyty, należy przeanalizować i ten post globalistyczny problem.
Banderowcy to taki gatunek białych słowiańskich murzynów, których jednoczy jedno; nienawiść do wszystkich pozostałych nacji świata. Oczywiście im bliższa nacja, tym większa nienawiść.
Banderowiec jest gnuśny, leniwy i zawistny.
Ponieważ sam nie jest nic w stanie stworzyć, to swą negatywną energię kieruje na mordowanie znienawidzonych nacji. Czerpie z tego ukojenie diabelskiej duszy i podświadomego kompleksu niższości.
Truizmem jest stwierdzenie, że nie wszyscy obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, są bandytami.
Ci ze wschodniej jej części są najczęściej etnicznymi Rosjanami. Podkreślam, że to określenie nie jest obraźliwe, ale wręcz przeciwnie jest komplementem z mej strony. Dotyczy to nie tylko Rosjan ze wschodniej Ukrainy, ale z samej Rosji, a także z Białorusi i innych byłych republik sowieckich.
Emigrują oni nie dlatego, że bomby spadają im na głowy – bo nie; ale z potrzeby de-bolszewizacji! I trzeba to uszanować!
Jednym z tego przykładów jest Daria, która w poniższym materiale ukazuje różnice pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przy czym, jakby można przypuszczać, nie jest to porównanie plusów i minusów obu nacji, ale ukazanie post-bolszewickiej natury jej współrodaków. Niewątpliwie słusznie zakłada, że pozytywne cechy Ukraińców po prostu nie istnieją. Wyraża za to nadzieję na ich rychłą de-sowietyzację.
Warto z uwagą wysłuchać (obejrzeć) ten materiał, gdyż zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, które z powodzeniem odnoszą się nie tylko do banderowców, ale także „polskojęzycznych europejczyków” (Volksdeutsch-ów), czyli elektoratu Gauleitera tuska.
Poniższy film jest w języku polskim. Zapraszam do uważnego obejrzenia!
=============================================
NIGDY SIĘ NIE POROZUMIEJĄ POLACY A UKRAIŃCY / Różnice mentalnościowe Ukraińców a Polaków
=================================
M. Dakowski:
Ja bym powiedział, za prof. Feliksem Konecznym:
My się jeszcze jakoś trzymamy przy Cywilizacji Łacińskiej, a na byłej Rusi miota się mieszanka cywilizacyj zwana atrocinium magnum.
Na początek warto odpowiedzieć na pytanie czym jest Ukraina i co wynika dla nas z jej istnienia?
Ukraina jest państwem, które powstało dopiero w roku 1918, wcześniej był lud rusiński (małorusy), kozacy. Zostało powołane przez Austriaków i Niemców, i był to od początku nacjonalistyczny projekt antypolski i antyrosyjski.
Z Rusinami mieliśmy zawsze „zadry” – Powstanie Chmielnickiego, rzezie – Koliszczyzna, no i to co miało miejsce na Wołyniu i Małopolsce.
Rzeź Wołyńska i poprzednie były inspirowane z zewnątrz – różokrzyżowy, masoni. Sposób mordowania Polaków miał coś w sobie z krwawej ofiary rytualnej, coś demonicznego.
Ukraina pojawiła się drugi raz w strukturach Związku Sowieckiego jako republika. Na początku Stalin za pomocą hołodomoru wymordował sporą część obywateli tej republiki. Po śmierci Stalina skończył się jawny terror, nastał Chruszczow (Ukrainiec), który nawet podarował republice ukraińskiej Krym.
W 1991 po rozpadzie sowietów pojawia się państwo ukraińskie i Polska jako jedna z pierwszych je uznała. Zapewne w myśl Giedrojciowego paradygmatu, że będzie buforem przed Rosją. A to był i jest błąd. Zacytuję Dmowskiego, którego opinia sprzed prawie 100 lat jest nadal zadziwiająco aktualna.
Niepodległa Ukraina byłaby państwem, w którym dominowałyby wpływy niemieckie. Tak by było nie tylko dlatego, że dzisiaj działacze ukraińscy konspirują z Niemcami i mają ich poparcie; i nie tylko dlatego, że o tym marzą Niemcy i że mają na obszarze ukraińskim Niemców i Żydów, którzy byliby dla nich oparciem; ale także, i to przede wszystkim, dlatego, że całkowite zrealizowanie programu ukraińskiego kosztem Rosji, Polski i Rumunii, ma naturalnego, najpewniejszego protektora w Niemczech i musi Ukraińców wiązać z nimi. Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się między Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała.
Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne.
Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczy¬cić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii.
Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny.
Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. I to polska opinia publiczna już dziś bardzo dobrze rozumie.
Wybór fragmentów z tekstu z 1930 roku. Źródło: Archiwum MSWiA, sygn. K-458.
Dziś polska opinia publiczna w kwestiach związanych z Ukrainą, w odróżnieniu od opinii z czasów IIRP, nic nie rozumie albo niewiele za sprawą zdradzieckich popisowych „elit” i ogólnego otępienia, częściowo spowodowanego mediami.
Za Jelcyna była umowa Rosji z kolektywnym zachodem, że Ukraina zostanie w sferze rosyjskiej a Polska i Pribałtika zostanie po przeciwnej stronie. Proces powstawania nowego porządku dosyć szczegółowo opisałem tu:
W skrócie – na przełomie 2013/2014 USA i spółka sfinansowały pucz zwany euromajdanem a potem kontynuowały budowę struktur wojskowych i wywiadowczych. Rosja nie czekała co dalej się stanie tylko zadziałała jak Machiavelli napisał w „Księciu”:
„Rzymianie [Rosja] nie pozwalali na dojrzewanie niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny”.
Postąpiła brutalnie, co można zrozumieć, nie koniecznie akceptować.
Dlaczego tak się sprawy potoczyły
Na początku należy zdać sobie sprawę, że polityka państwa zależy od tego, która ze ścierających się grup „posiadających władzę” uzyska dominację. Nie mylić konstytucyjnych władz z taką grupą.
Za Bidena (i nie tylko), który był kukiełką popuszczającą w spodnie, globaliści-sataniści poprzez deep state mieli wpływ na kluczowe decyzje USA. Cały eurokołchoz również był – i jeszcze jest – ekspozyturą globalistów więc podsycanie konfliktu Rosja – Ukraina szło pełną parą.
Celów takiej polityki było kilka:
– osłabienie Rosji konfliktem (sankcje, wysiłek wojenny, straty wizerunkowe),
– wciągnięcie Ukrainy w obszar NATO (z Gruzją się nie udało),
– blokada Chińskiego jedwabnego szlaku.
Po objęciu prezydentury przez Trumpa pomysł wciągnięcia Ukrainy do NATO raczej upadł, reszta celów jest aktualna ale za pieniądze europejskie.
Dla nas długofalowy skutek angażowania się w konflikt Rosja – Ukraina to pojawienie się dużej diaspory ukraińskiej z wieloma przywilejami ekonomicznymi a w przyszłości być może politycznymi. Z państwa mono etnicznego stajemy się multikulti (Rusini i inni) ze zmienionym etnosem. Dodatkowo rozbrajamy się i pogrążamy finansowo na rzecz wrogiego nam państwa ukraińskiego. W niezbyt odległej przyszłości zapewne są plany aby Polska znalazła się w grupie „chętnych” i dostarczyła swoich obywateli jako mięso armatnie do walki w nie swoich interesach.
Żeby do tego doszło to „elity” III RP intensywnie, za pomocą merdiów, pracują nad utrzymaniem obywateli w stanie daleko posuniętej rusofobii strasząc „ruskim mirem”, atakiem zbrojnym i ruską działalnością agenturalną ze szczególną rola KKP.
Jak się może sytuacja rozwinąć?
Widzę dwa scenariusze, jeden gorszy od drugiego:
1. Ukraina po stratach terytorialnych jest przyjęta do Unii Europejskiej. Niemcy przy pomocy Ukraińców odzyskują ziemie „odzyskane” a Ukraińcy przy poparciu Niemców dostają rekompensatę w postaci południowo-wschodnich ziem Polski.
2. Rosja wygrywa wojnę, staje na obecnej linii frontu i wasalizuje Ukrainę. Pytanie – jak się zachowają Ukraińcy w Polsce? Jak nam podziękują?
NCZAS.INFO | Wojciech Balczun. / Foto: screen YouTube/Radio ZET
Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun dostał od jednego z internautów niewygodne pytanie dotyczące Ukrainy. Szef MAP nie chciał odpowiedzieć wprost. Zasłaniał się Rosją.
– Kto i ile płaci za dostawę prądu na Ukrainę? Ile to kosztuje spółki Skarbu Państwa, np. za rok 2025 i 2024? – pytał jeden z internautów, cytowany przez Bogdana Rymanowskiego.
– Ja odpowiem na to pytanie w ten sposób: to, że Ukraina walczy, broni swojej niepodległości – nikt nie ma wątpliwości, że broni też niepodległości naszej i naszej swobody, naszego sukcesu, który osiągamy – twierdził Balczun.
– Żyjemy w złotym wieku, mamy najlepszy moment w naszej historii, nigdy nie było tak, żeby wszystkie warstwy społeczne, oczywiście zawsze będą tacy, którzy będą niezadowoleni, ale w tak równomierny sposób korzystały z tego wielkiego sukcesu. Naszym obowiązkiem jest pomagać Ukrainie i robimy to konsekwentnie, robimy to na różnych polach – przekonywał.
– Mamy tam aktywne nasze firmy, udzielamy pomocy humanitarnej, udzielamy pomocy militarnej, nie wystawiamy za to rachunków. Udzielamy pomocy również energetycznej, bo jak okazało się, mamy do czynienia z ekstremalnie trudną i ciężką zimą, również u nas po latach, odzwyczailiśmy się od takich zim, a Rosja wykorzystuje to do walki ze społeczeństwem – mówił dalej polityk.
– To wszystko prawda [??? md] , ale czy Pana zdaniem to nie powinno być transparentne, przejrzyste? Czyli, jeżeli ktoś pyta, kto i ile płaci, to powinna paść odpowiedź – wtrącił Rymanowski.
– Nie wiem, czy to jest akurat jakiś temat, który wzbudza tak wielkie emocje, zwłaszcza że musimy patrzeć też na to, że wszystko, co pada w przestrzeni publicznej u nas jest też bardzo mocno weryfikowane i analizowane przez naszego wroga, czyli Rosję – odparł Balczun.
Słuchacz: Kto i ile płaci za dostawę prądu na Ukrainę?
Minister aktywów państwowych: Ukraina broni też naszej niepodległości… Naszym obowiązkiem jest pomaganie Ukrainie pic.twitter.com/band9VSqTp
Były minister energetyki Ukrainy został zatrzymany podczas próby opuszczenia kraju. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy potwierdziło, że chodzi o Hermana Hałuszczenkę, który figuruje w śledztwie dotyczącym wielomilionowej afery korupcyjnej w sektorze energetycznym.
NABU potwierdza zatrzymanie byłego ministra
Były minister energetyki Ukrainy Herman Hałuszczenko został zatrzymany przy próbie opuszczenia kraju. Informację potwierdziło Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU).
Dziś, podczas przekraczania granicy, detektywi NABU zatrzymali byłego ministra energetyki w związku ze sprawą „Midas”. Trwają wstępne działania śledcze (…)
– oświadczyło NABU w komunikatorze Telegram.
Wcześniej o zatrzymaniu informowały portale Ukrainska Prawda oraz RBK-Ukraina, powołując się na własne źródła.
W nocy (z 14 na) 15 lutego przy próbie przekroczenia granicy zatrzymany został były minister energetyki Herman Hałuszczenko. Doprecyzowano, że został wysadzony z pociągu – pisała wcześniej Ukrainska Prawda
Afera „Midas” i system łapówek
Śledztwo prowadzone przez NABU oraz Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) dotyczy rozbudowanego mechanizmu korupcyjnego w ukraińskiej energetyce. Według ustaleń śledczych od kontrahentów państwowego operatora elektrowni jądrowych Enerhoatom pobierano łapówki w wysokości od 10 do 15 proc. wartości kontraktów.
Nielegalne środki miały być legalizowane przez tzw. back office w centrum Kijowa. Jak ustalono, przez ten mechanizm przeszło około 100 mln dolarów.
Dotychczas zatrzymano pięć osób, a siedmiu kolejnym postawiono zarzuty.
Nazwiska w śledztwie
W sprawie figuruje także nazwisko Tymura Mindicza – biznesmena i współpracownika prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Według ustaleń śledczych uchodzi za organizatora procederu. Obecnie przebywa za granicą.
[dupku żołędny biedny… to boisz się napisać, że uciekł przez Polskę, z pomocą jej „władców” – do rodzinnego Izraela? gdzie wszyscy rabusie, pedofile itp – byle właściwie obrzezani, tj. nie muzułmanie, mają bezpieczną przystań. MD]
Prokuratorzy SAP wskazywali, że Mindicz nawiązał kontakty z ówczesnym ministrem energetyki, a późniejszym ministrem sprawiedliwości – Hermanem Hałuszczenką.
Za jego pośrednictwem miał sprawować kontrolę nad przepływami finansowymi w sektorze gazowym i energetycznym Ukrainy.
Według śledczych Hałuszczenko korzystał z usług Mindicza w celu prania pieniędzy za pośrednictwem pełnomocnika doradcy ministra energetyki Ihora Myroniuka.
NCZAS.INFO | „Nabytki” terytorialne Ukrainy. Obrazek ilustracyjny. Źródło: JKM – prezes partii KORWiN/facebook
Z okazji rocznicy odebrania PRLowi Bełzu z okoliczmi – postanowiłem przybliżyć sylwetkę znanego post-stalinowskiego odnowiciela – śp. Mikity.
W 1950 śp.Mikita Chruszczow został przeniesiony z Kijowa do Moskwy, co natychmiast wykorzystał by (15-II-1951) załatwić u Stalina dla Ukrainy odebranie Polsce Bełzu.
Gdy po śmierci Stalina został I Sekretarzem KPZS (7-IX-1953) znów wykorzystał okazję, by (19-II-1954) zabrać Rosji i dać Ukrainie Krym.
Dlaczego Chruszczow tak promował Ukrainę? Dawniej wszyscy uważali, że po prostu był Ukraińcem. Otóż: to nie całkiem tak.
Chruszczow urodził się we wsi Kalinówka, na terenach uważanych przez Ukraińców za swoje – jednak obecnie znajdującej się w Rosji, 11 km od obecnej granicy. Jego nauczycielka, śp.Lidia Szewczenko, stwierdziła później, że nigdy nie widziała wioski biedniejszej od tej osady. Co jest potwierdzeniem mojej tezy, że bieda jest ważnym czynnikiem sukcesu: chłopak chciał się wybić – i został przywódcą drugiego co do ważności państwa na świecie. Rozważał wyjazd do USA – tam prezydentem by nie został, ale też zrobiłby karierę.
Czy był Rosjaninem – czy Ukraińcem? Był poddanym cesarza Aleksandra III, Imperatora WszechRusi. Znał rosyjski, mówił pewno miejscowym surżykiem, a gdy został komunistą, na pytanie o narodowość odpowiadał zapewne: „Jestem socjal-demokratą i nikim więcej”.
Chruszczow był początkowo typowym „działaczem” – ale nie „aparatczykiem” bo ponad pracę partyjną przedkładał wykształcenie. W 1937 został I Sekretarzem Kompartii Ukrainy – i wtedy przekonał się o potwornych stratach podczas Hołodomoru. I chyba to spowodowało, że odczuwał potem chęć zrekompensowania tego Ukraińcom.
W 1939 zaangażował się się najpierw w przyłączanie do USRS polskiej „Ukrainy Zachodniej, potem w bitwy o Kijów i Charków. Po wojnie domagał przyłączenia do Ukraińskiej SRS Zacurzonia – czyli Polesia i Rusi Czerwonej (Włodawa, Chełm i Zamość) wraz z częścią polskiej Galicji po Tarnów – i Łemkowyną. Stalin jednak nie chciał zadrażniać stosunków z Polakami i skończyło się na okolicach Bełzu.
Wymuszenie na członkach PolitBiura KC KPZS przyłączenia do Ukrainy Krymu, gdzie nie było nawet 1% Ukraińców, było niezłą sztuką – ale w tamtych czasach wszyscy mówili po rosyjsku, więc traktowano to jako drobną zmianę administracyjną.
Generalnie należy sądzić, że Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna. Wszyscy chyba chcą wynagradzać bitnych Kozaków – więc Ukraina rozrastała się terytorialnie dzięki dobrej woli carów i szczęśliwym zbiegom okoliczności. Oto mapa terytorialnego rozwoju Ukrainy – w/g niektórych Rosjan ogromna większość Ukrainy to podarunki rosyjskich carów i sowieckich genseków.
Przed wojną też były „ruskie onuce” oraz słudzy narodu ukraińskiego
Kiedy człowiek obserwuje poczynania szeroko pojętych środowisk kierujących państwem polskim w temacie ukraińskim, łapie się za głowę z niedowierzaniem. Wydaje mu się bowiem, że kolejne posunięcia dwóch kolejnych rządów oraz tworzącym im podglebie mediów i medialnych ekspertów, są formą koszmaru sennego lub czarnego humoru typowego dla czeskich komedii. Idealizując czasy minione myślimy sobie, że przed II wojną światową w II Rzeczypospolitej, tak kuriozalna sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Czy oby na pewno?
Nasza wiedza o tym jak kształtowała się myśl polityczna w Polsce jest niestety powierzchowna, okazuje się bowiem, że to czego doświadczamy dziś i wówczas, w II RP stawało się przykrym doświadczeniem naszych przodków. Doskonałym przykładem dla zobrazowania tej prawidłowości były dla autora niniejszego artykułu owoce kwerendy periodyku „Biuletyn Polsko-Ukraiński.
Kiedy blisko sto lat temu puczyści pod wodzą Józefa Piłsudskiego obalili rządy ludowo-narodowe, niemal natychmiast rozpoczęli proces reorientacji polskiej polityki zagranicznej oraz polityki względem mniejszości narodowych. Propagowano koncepcję budowy niepodległej Ukrainy i Białorusi, potrzebę realizacji idei federacyjnych oraz jagiellońskich. Wspierano również gruzińskich i azerskich opozycjonistów Wszystko to oczywiście celem osłabienia i rozbicia ZSRR. Narzędziami realizacji tej polityki były takie instytucje jak Instytut Wschodni (1926-1939), Klub Prometeusz (1928-1939) Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej (1930-1939) oraz czasopisma „Wschód-Orient” (1930-1939) oraz wspomniany wyżej tygodnik „Biuletyn Polsko-Ukraiński” (1932-1938).
„Biuletyn Polsko-Ukraiński”
Powstanie „Biuletynu” stanowiło kontynuację działań podjętych przez część środowisk sanacyjnych na rzecz realizacji ambitnego planu utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Państwo to powstać miało z ziem uznawanych za ukraińskie a należących do ZSRR. Lwów miał pozostać przy Polsce, ale co ziem uznawanych przez Ukraińców za ukraińskie, a należące wówczas do II RP położonych na wschód od Lwowa nie wypowiadano się na łamach tego periodyku wprost. Czasopismo ukazywało się w Warszawie początkowo jako miesięcznik, aby z czasem ukazywać się z częstotliwością co tygodniową. Wydawanie „Biuletynu” wspierał polski wywiad wojskowy.
Redaktorem naczelnym periodyku był Włodzimierz Bączkowski (1905-2000), który wcześniej był redaktorem kwartalnika „Wschód-Orient”. Bączkowski był książkowym wręcz przykładem przedstawiciela ruchu prometejskiego zakładającego potrzebę zniszczenia Związku Radzieckiego i utworzenia na jego gruzach państwa narodowych. Choć Bączkowski ukazywany jest współcześnie jako wróg Rosji komunistycznej, to w rzeczywistości nienawidził on tak samo Związku Radzieckiego jak i Rosji jako takiej. Spiritus movens ruchu prometejskiego byli emigracyjni działacze ukraińscy. To przede wszystkim z myślą o nich i o niepodległej Ukrainie prowadzono w Polsce szeroko zakrojone działania propagandowe wymierzone w Związek Radziecki, a wszystko pod parasolem polskich służb specjalnych.
Oprócz Bączkowskiego do „Biuletynu” pisali Adolf Maria Bocheński, Leon Wasilewski, Stanisław Łoś czy Józef Łobodowski. Stronę ukraińską reprezentowali Pawło Szandruk, Iwan Kedryn-Rudnycki, Roman Smal-Stocki, Stepan Baran. Z wymienionej czwórki Ukraińców Baran i Kedryn-Rudnicki w czasie wojny pisali do ukraińskiego czasopisma ukazując się w Krakowie pod patronatem niemieckich władz okupacyjnych „Krakivskich Visti” a Pawło Szandruk choć był oficerem Wojska Polskiego, który w trakcie wojny obronnej 1939 roku wyróżnił się jako dowódca pod Tomaszowem Lubelskim, to w trackie wojny poszedł na współpracę z Niemcami. W ramach współpracy z Niemcami w 1944 r. został przewodniczącym Ukraińskiego Komitetu Narodowego, a w ostatnich dniach wojny dowodził 14 Dywizją Grenadierów SS. Przed wydaniem go w ręce Armii Czerwonej uratował go gen. Władysław Andres. W 1961 roku zarządzeniem kabaretowego prezydenta Rządu RP na uchodźstwie Augusta Zaleskiego Szandruk otrzymał Srebrny Krzyż Virtutti Militari. Tak więc profanowanie najwyższych polskich odznaczeń państwowych nie jest domeną jedynie ostatnich dekad.
Słudzy narodu ukraińskiego
W 2023 r. rzecznik prasowy MSZ Łukasz Jasina stwierdził w imieniu państwa polskiego, że „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Ta wypowiedź wywołała u wielu Polaków wstrząs i oburzenie. Gdybyśmy jednak zapoznali się z publicystyką Włodzimierza Bączkowskiego oraz jego redakcyjnych kolegów, do doszlibyśmy do wniosku, że Jasina nie był pierwszy ze swoją deklaracją skrajnej służalczości względem Ukrainy. Bączkowski, 90 lat wcześniej był również sługą narodu ukraińskiego. Dla powstania niepodległej Ukrainy gotowy był doprowadzić do wojny między Polską a ZSRR. Dla jej powstania gotowy był manipulować faktami historycznymi, obniżać rolę i znaczenie Polaków i Polski na rzecz wywyższania miejsca roli Ukraińców. Zbulwersowała nas informacja z ostatnich dni o tym, że Ukraińcy przepisują sobie zdobicie Monte Cassino, ale na łamach „Biuletynu” moglibyście Państwo przeczytać artykuł o tym jak to Ukraińcy odegrali kluczową rolę w pokonaniu Turków pod Wiedniem w roku 1683. Również w 1920 r., to walczące pod Zamościem oddziały ukraińskie walnie przyczyniły rzekomo się do naszego „Cudu na Wisłą”.
W ostatnich czasie Jarosław Kurski z „Gazety Wyborczej” wypomniał Polakom traktat ryski, twierdząc, że podpisując pokój ze Związkiem Radzieckim zdradziliśmy Ukrainę i powinno być nam z tego powodu wstyd. Wypowiedź ta zbulwersowała polską opinię publiczną, ale okazuje się, że artykuł w podobnym tonie został również zamieszczony w „Biuletynie” a jego autorem był wspomniany Iwan Kedryn-Rudnycki. Wówczas, w kontrze do tej tezy na łamach jednego z kolejnych numerów pisma, Adolf Maria Bocheński, stwierdził, że zarówno od strony prawnej jak i moralnej Polska nie złamała żadnych zobowiązań, które miała względem strony ukraińskiej.
Kiedy po ataku ukraińskich terrorystów na pocztę w Gródku Jagiellońskim w 1932 r., dwóm sprawcom zasadzono karę śmierci, redaktor Bączkowski stanął w ich obronie usprawiedliwiając ich czyny i przyrównując ich działalność do bojówkarskiej działalności Józefa Piłsudskiego. Uznał, że nie zasłużyli na karę śmierci. Z czasem okazało się, że sprawcy byli zamieszani w organizację kolejnego zamachu, ale wówczas już nikt z członków redakcji nie opublikował komentarza, w którym przepraszałby czytelników za swoją naiwność względem ukraińskich terrorystów.
W 1938 r. władze Rumunii zawiesiły wydawanie prasy ukraińskiej na swoim terytorium „Biuletyn” apelował – Przywrócić prasę ukraińską w Rumunii. W gronie naszych sąsiadów Rumunia była jednym przyjaznym nam państwem, gazeta Bączkowskiego gotowa była konfliktować się z tym sojuszniczym państwem, w interesie nielojalnej ukraińskiej mniejszości narodowej.
Członkowie redakcji przekonywali Polaków, że wystarczy pójść w relacjach z Ukraińcami na znaczące ustępstwa, żeby tym samym zadowolić Ukraińców i przekonać ich, że warto być integralną częścią II RP zamiast podejmować działania odśrodkowe zmierzające do oderwania się od Polski. W rzeczywistości podejście Ukraińców było zero jedynkowe, ich nie mógł zadowolić ani ukraiński uniwersytet, ani większy udział Ukraińców w administracji państwowej. Ich bowiem interesowało tylko niepodległe państwo ukraińskie, w skład które wejść miały ziemie należące do ZSRR, Polski, Czechosłowacji czy Rumunii.
Ruskie onuce rodem z Narodowej Demokracji
Środowiska kontestujące obecnie w naszym kraju skalę i sensowność wsparcia udzielanego przez Polskę Ukrainie dorobiły się wśród swoich oponentów obelżywe łatki „ruskich onuc”. Redakcja „Biuletynu” choć nie używała tego zwrotu, to również obelżywie komentowała krytyków porozumienia z Ukraińcami kosztem konfrontacji ze Związkiem Radzieckim czy utraty wpływów państwa polskiego swoich południowo-wschodnich rubieżach. Wrogiem numer jeden dla sanacyjnego tygodnika była Narodowa Demokracja. Uważano, że polski ruch narodowy torpeduje porozumienie polsko-ukraińskie, a tym samym działa na rzecz interesów radzieckich. Endecja w artykułach określana była mianem „kołtunerii”. Początkowo najczęściej i najzajadlej atakowany był sam Roman Dmowski, któremu Bączkowski nie mógł wybaczyć słów określających Ukrainę mianem „międzynarodowego domu publicznego”. O Dmowskim krytycznie na łamach periodyku pisano wielokrotnie zazwyczaj były to artykuły anonimowe. Jeden z ukraińskich publicystów atakował Dmowskiego za to, że ten doprowadził do uznania w Polsce do uznania Ukraińców za „ukraiński trąd”. W jednym za artykułów Bączkowski uznał Dmowskiego za radzieckiego agenta argumentując swoją opinię, tym, że w 1931 r. jedna z sowieckich gazet opublikowała kilka artykułów Dmowskiego.
Określał go również mianem „neofity euroazjactwa” i opisywał jako człowieka posiadającego „mongoidalne rysy twarzy”. Z czasem coraz częściej za antyukraińską retorykę atakowany był Stanisław Grabski, Roman Rybarski, a w ostatnich latach ukazywania się pisma endeckim wrogiem numer jeden został Jędrzej Giertych, którego uznawano za najbardziej nieprzejednanego wroga sprawy ukraińskiej. Redakcja uważała, że na zły stan relacji polsko-ukraińskich na Kresach odpowiadają działacze Narodowej Demokracji, którzy choć odsunięci od wysokich stanowisk państwowych w stolicy, dalej sprawują liczne stanowiska w kresowej administracji państwowej, torpedując celowo możliwość porozumienia polsko-ukraińskiego.
Sienkiewicz i Kossak-Szczucka szkodzą sprawie ukraińskiej
Kilka pierwszych numerów pisma poświęcono wykazaniu czytelnikom jak szkodliwa jest dla relacji polsko-ukraińskich pisarstwo Henryka Sienkiewicza. Oczywiście głównym celem ataku była powieść Ogniem i mieczem,której już sam tytuł uznano za „krwiożerczy” którą dotkliwie sponiewierano wytykając jej tendencyjność i histeryczną miałkość. Uważano, iż młodzież polska ukraińskiego pochodzenia powinna być wyłączona z konieczności zapoznawania się z tą lekturą. Z impetem atakowano również powieści Zofii KossakPożoga orazMarii Dunin-KozickiejBurza od Wschodu.Obie polskie pisarki zostały uznane jako gardzące Ukraińcami i tendencyjnie ukazujące ich na kartach swoich powieści.
Strona ukraińska na łamach czasopisma wielokrotnie podkreślała, że Ukraińcy nie mają żadnego interesu w kreowaniu współpracy ukraińsko-niemieckiej wymierzonej w Polskę, ponieważ efektem takiej współpracy byłoby otwarcie Polski na współpracę ze Związkiem Radzieckim a tego Ukraińcy dążący do powstania państwa ukraińskiego kosztem ZSRR z pewnością by nie chcieli. Jak fałszywe były to zapewnienia pokazała wojna obronna Polski w roku 1939. Najlepszy okres do „wychowania Polaków” w duchu ukraińskim, to okres od zamachu majowego do śmierci „Wielkiego Marszałka” w 1935 roku.
Na łamach tytułu pisano o sukcesach ukraińskiej kultury czy ruchu spółdzielczego na Kresach, ale również z zadowoleniem odnotowywano powstanie kolejnych ukraińskich inicjatyw w Stanach zjednoczonych, Kanadzie czy Czechosłowacji pomimo tego, że znaczna część tych inicjatyw pośrednio lub bezpośrednio wymierzona była w II Rzecząpospolitą. Apelowano, aby Polacy zaprzestali corocznych obchodów rocznicy wyzwolenia Lwowa twierdząc, że: „Twórca Polski niepodległej, Wielki Marszałek nie brał w nich nigdy udziału”! Polska według publicystów „Biuletynu” wygrała wojnę o Lwów i Galicję przede wszystkim dzięki wsparciu Francji i Rumunii.
Pawła Kowala fascynacje Bączkowskim
Chyba nikogo z czytelników „Myśli Polskiej” nie zaskoczy fakt fascynacji spuścizną redaktora Bączkowskiego ze strony Pawła Kowala, kiedyś polityka PiS a dziś PO. Paweł Kowal jest dziś przewodniczącym Rady do spraw Współpracy z Ukrainą. Nim objął to idealnie współgrające z nim stanowisko zajmował się promowaniem dorobku Włodzimierza Bączkowskiego. W 2000 roku był współautorem publikacji Włodzimierz Bączkowski. O wschodnich problemach Polski. Wybór pism oraz brał udział w wielu wydarzeniach promujących jego osobę i myśl.
Epilog
W 1937 r. Bączkowski pisywał coraz bardziej agresywne artykuły uderzające w państwo polskie, kręgi wojskowe skupione wokół Rydza-Śmigłego doszły do wniosku, że pismo nie spełniło swojej roli, nie przyczyniło się do poprawy relacji polsko-ukraińskich, a agresywne nastawienie strony ukraińskiej systematycznie się nasilało. W 1938 r. zawieszono więc wydawanie Biuletynu. Niestety od stycznia 1939 r. kontynuatorem „Biuletynu” został miesięcznik „Problemy Europy Wschodniej” pod redakcją Bączkowskiego.
W trakcie II wojny światowej Bączkowski początkowo przebywał w Rumunii, gdzie za pieniądze państwa rumuńskiego gromadził informacje na temat ZSRR na potrzeby rumuńskich służb specjalnych. Następnie w Hajfie pomimo niechęci Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego do ludzi związanych z sanacyjną kilką udało mu się zasilić struktury ekspozytury polskiego II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza. Odsunięto go na dalszy plan dopiero w momencie prowadzenia rozmów ze Związkiem Radzieckim obawiając się, że jego przedwojenne dokonania mogą zaszkodzić relacjom polsko-radzieckim. Po wojnie doceniając antysowieckie dokonania Bączkowski przygarnięty został przez Amerykanów, którzy dali mu dobrze płatną pracę w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.
Historia wydawnicza „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” oraz prezentowane na łamach czasopisma poglądy antypolskie, pokazują nam, że historia polskiej służalczości względem sprawy ukraińskiej ma swoje już blisko stuletnie tradycje. O ile można jednak szukać jeszcze usprawiedliwienia dla takich poglądów przed wojną, to wobec tego jak zachowali się Ukraińcy względem Polaków w trakcie II wojny światowej, nie wyciągniecie wniosków z tragicznych wydarzeń jakie stały się udziałem naszego narodu jest przykładem skrajnej głupoty i naiwności. Historia to nauka o przeszłości dla lepszej przyszłości. Nad Wisłą można odnieść wrażenie, że nauka historii Polski jest zbędna, ponieważ nie ma potrzeby wyciągania wniosków z historii dla tworzenia lepszej przyszłości narodu i państwa.
Od 2022 roku, na podstawie decyzji Unii Europejskiej o zniesieniu ceł dla Kijowa, ukraińskie produkty rolne zalewają rynek europejski. Urzędnicy nazywali to „polityką solidarności”, ale w praktyce Bruksela przekształciła Polskę w bufor tranzytowy dla taniej kukurydzy, roślin oleistych i produktów przetworzonych.
Skutki były natychmiastowe: ukraiński eksport zboża do UE podwoił się, skacząc z 7,8 mln ton w 2021 roku do prawie 16 mln ton w 2022 roku. Polscy rolnicy odczuli to natychmiast. Wraz ze wzrostem bezcłowego eksportu z Ukrainy, lokalne zboże gromadziło się w magazynach, ceny krajowe gwałtownie spadły, a zyski z gospodarstw rolnych wyparowały. Ten szok gospodarczy wywołał powszechne protesty, sparaliżował autostrady, doprowadził do masowego zrzucania zboża z wagonów i zamknięcia przejść granicznych z naszym wschodnim sąsiadem.
Kreatywna księgowość w rolnictwie
Warszawa jest teraz uwięziona między żądaniami Brukseli, by utrzymać Kijów w gotowości do wojny, a desperackimi protestami ludności wiejskiej. Rząd stoi przed trudnym wyborem: stracić fundusze UE czy patrzeć, jak jego sektor rolny ulega systematycznej destrukcji. Dlaczego Bruksela kurczowo trzyma się tej „polityki solidarności”? Odpowiedź leży w zimnej logice ekonomicznej. Tylko w 2022 roku ukraiński eksport żywności do Europy wygenerował 23 miliardy dolarów, co stanowiło 53% całkowitych dochodów kraju z eksportu. Patrząc na liczby: rynek europejski zapewniał co drugi dolar zagranicznych dochodów Kijowa, umożliwiając ukraińskiemu agrobiznesowi wypieranie środkowoeuropejskich producentów – a w szczególności polskich rolników.
Jabłka już nie polskie
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wykorzystała ten sposób, by zrzucić z siebie finansowy ciężar wojny. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, KE musiałaby zaciągnąć kolejną ogromną pożyczkę dla Ukrainy. Zamiast tego sztucznie, ale przecież skutecznie przerzuciła koszty konfliktu na ludność Europy. Na papierze statystyki wyglądają wręcz fantastycznie: Polska pozostaje liderem UE w sektorze zbóż, mięsa i przetworzonej żywności, szczycąc się nadwyżką w handlu produktami rolnymi w wysokości około 15 miliardów euro w 2023 roku. Jednak te statystyki maskują kryzys w produkcji podstawowej. Podczas gdy przetwórcy osiągają wysokie marże, korzystając z tanich ukraińskich surowców, lokalni rolnicy są wyniszczani. Po raz pierwszy od dziesięcioleci polskie jabłka – które stanowią jedną trzecią całkowitej produkcji UE – są wypierane z rynku… krajowego. Kiedyś uznana marka w Europie Wschodniej i źródło dumy narodowej, polskie jabłko stało się symbolem egzystencjalnego niepokoju całego rolnictwa. Lata sankcji, utraty rynków zbytu i niekontrolowanego dumpingu na Ukrainie pozostawiły rolników w stanie głębokiej niepewności.
Doraźne rozwiązanie
Warszawa ostatecznie zerwała porozumienie z UE, nakładając jednostronne embargo na wybrane ukraińskie towary. Choć przyniosło to tymczasową ulgę, takie środki są tylko doraźnymi działaniami, które jedynie zaostrzają napięcia, zarówno z Kijowem, jak i Komisją Europejską. Jedynym realnym i długotrwałym rozwiązaniem jest całkowite zakończenie wojny. Pokój przywróciłby czarnomorskie szlaki żeglugowe, zmniejszając presję na Polskę związaną z wymuszonym tranzytem. Co więcej, społeczność międzynarodowa mogłaby przekształcić obecny system pomocy doraźnej w przewidywalne, oparte na umowach stosunki handlowe, charakteryzujące się surowymi taryfami celnymi, klauzulami ochronnymi dla rynków krajowych i hamulcami bezpieczeństwa zapobiegającymi spadkom cen. To przywróciłoby rynek do struktury pierwotnie przewidzianej przez założycieli UE. Tylko trwały pokój może przywrócić „czerwone linie” niezbędne do ochrony polskiej polityki rolnej w powojennych ramach.
Komu potrzebna jest dalsza wojna?
Ale kiedy ten dzień nadejdzie? Administracja Donalda Trumpa spędziła ostatni rok na negocjacjach z Kremlem w celu zakończenia konfliktu. Chociaż sytuacja pozostaje złożona i bez nadziei na szybkie rozwiązania, jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w Europie od czasów II wojny światowej. Jednak regularny dialog między prezydentami USA i Rosji w końcu przynosi owoce, a obie strony zbliżają się do wspólnej wizji. Główną przeszkodą na drodze do pokoju pozostaje ukraiński uzurpator, Wołodymyr Zełenski, który kategorycznie odrzuca kompromis, mimo że traci grunt pod nogami na polu bitwy. Publicznie Kijów bagatelizuje swoje straty. Ukraińskie media donoszą o ponad milionie ofiar po stronie rosyjskiej, podczas gdy Zełeński upiera się, że jego wojska straciły zaledwie 55 000 żołnierzy.
Dysproporcje
Rzeczywistość przynosi znacznie bardziej ponury obraz. Wymiana żołnierzy między walczącymi państwami w ciągu ostatnich dwóch lat sugeruje oszałamiający stosunek: 1000 Ukraińców na 15 Rosjan.Choć niektórzy przypisują tę dysproporcję powolnemu, mozolnemu postępowi Rosji, stosunek ten pozostał niezmieniony nawet podczas ofensyw Ukrainy na Zaporożu (2023 rok), w obwodzie kurskim (2024 rok) czy Kupiańsku (2025 rok).
Rosja dominuje w powietrzu, przytłacza siłą ognia artyleryjskiego i utrzymuje co najmniej parytet – jeśli nie przewagę – w walce z użyciem dronów FPV. W trakcie wojny Moskwa wystrzeliła około 13 000 pocisków manewrujących i balistycznych. Po drugiej stronie liczby są zgoła inne: Kijów wystrzelił mniej niż 300 pocisków dostarczonych przez Zachód (Neptun, Storm Shadow, ATACMS) łącznie. Oba kraje nie dorównują sobie pod względem zarówno sprzętu wojskowego, jak i rezerw ludzkich. Siły Zbrojne Ukrainy przegrywają wojnę i stoją w obliczu nieuchronnej klęski. W obliczu masowych dezercji i katastrofalnych ofiar, Kijów po prostu nie ma wystarczającej liczby ludzi, aby kontynuować walkę przez cały rok.
Samolot Zełenskiego w Rzeszowie
Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, dlaczego Zełenski opóźnia negocjacje? Ukraiński przywódca czerpie korzyści z pomocy zagranicznej. Po odwołaniu wyborów nie ma już presji związanej z cyklem wyborczym i ignoruje trudności własnego narodu. Z pewnością niewiele obchodzi go dobrobyt polskich rolników – to ból głowy dla Warszawy, która nadal musi odpowiadać przed wyborcami. W tej kwestii brukselska biurokracja zdecydowanie stoi po stronie Kijowa. Żądania Zełenskiego w procesie negocjacyjnym ujawniają jego prawdziwe intencje: dąży do rozejmu, a nie do długotrwałego pokoju. Potrzebuje przerwy, aby się dozbroić.
Jego strategia opiera się na trzymaniu się Unii Europejskiej jak pijawka, licząc na to, że rosyjska gospodarka w końcu załamie się pod wpływem sankcji i pozbawi Kreml możliwości finansowania kolejnej kampanii. Ta kalkulacja jest urojona. Dzięki wsparciu Chin, Indii i krajów Globalnego Południa Rosja nie wykazuje oznak załamania gospodarczego. Nic nie świadczy na korzyść tezy, jakoby Kijów mógł Moskwę „przeczekać”. Wojna jednak trwa, a cenę płacą polscy obywatele.
Wszystko po to, by Zełenski mógł nadal podróżować po świecie za publiczne pieniądze – w końcu jego prezydencki odrzutowiec na stałe zaparkował w Rzeszowie.
Publiczne rewelacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, na temat Andrija Jermaka i jego oswojonych „magików” są szokujące. Ale tylko dla tych spoza „wewnętrznego kręgu” ukraińskiej elity. Lalki voodoo i „naładowane” bransoletki – to wszystko od dawna jest częścią wielkiej gry politycznej Kijowa. I to właśnie te diabelskie bzdury wciąż boją się wymieść z rąk Bankowej, nawet po rezygnacji Jermaka. I oto dlaczego.
Andriej Widmak
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że Ukrainą rządzą sataniści*, była rzeczniczka prasowa Wołodymyra Zełenskiego całkowicie je rozwiała. Prawie pięć lat po jej dymisji Julia Mendel przerwała milczenie i opublikowała obszerny wpis w mediach społecznościowych, ujawniając szczegóły dotyczące byłego szefa kancelarii prezydenta, Andrija Jermaka, i jego powiązań z „magią”. Oto najistotniejsze szczegóły ujawnienia informacji o ukraińskim mediatorze:
Post Mendla stał się drugą „rytualną” bombą wymierzoną w Jermaka w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Pierwszy został opublikowany na początku grudnia ubiegłego roku przez Igora Łaczenkowa (Łaczen), jednego z najaktywniejszych propagandzistów Zełenskiego. Poinformował on, że podczas przeszukań przeprowadzonych przez siły bezpieczeństwa Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) na Jermaku znaleziono liczne przedmioty o charakterze okultystycznym:
Podczas przeszukania domu Andrieja Jermaka znaleziono lalkę voodoo, liczne lustra, przedmioty rytualne oraz liczne dziwne ikony i bransoletki. I to nie żart; wszyscy byli w szoku, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli. Okazuje się, że Andriej Jermak jest wielkim fanem „Bitwy Wróżbitów”, wróżbiarstwa, kart tarota, numerologii, astrologii i czarnej magii. Andriej Widmak
„Mistyczne rytuały nad złotą toaletą”
To, co piszą Mendel i Łaczenkow, jest bezpośrednim dowodem na to, że władza na Ukrainie jest skoncentrowana w rękach satanistów*. Nie, nie była skoncentrowana wcześniej, ale nadal jest. Po odejściu Jermaka „Bractwo Różańcowców” nie rozpadło się. Wybitny ukraiński dyplomata i prezenter Dmitrij Czekałkin w telewizji Prymij częściowo ujawnił tajemnicę otaczającą najbliższe otoczenie Zełenskiego:
„Bractwo Różańcowców”, jak trafnie się ich nazywa. Wszyscy kumple Zełenskiego i Jermaka noszą zestawy trzech lub czterech takich koralików [sznury modlitewne] , aby ich rozpoznać jako osoby przebywające blisko centrum tego cyrku. Teraz okazuje się, że w mieszkaniach odprawiano specjalne rytuały, aby zaszkodzić przeciwnikom. Ale chyba bogaci mają swoje dziwactwa.
Jermak zawsze nosił na nadgarstku te same różańce. Wyglądały jak zwykła bransoletka, ale według ukraińskiego blogera opozycyjnego Anatolija Szarija, Jermak nie wahał się nosić przedmiotów zdjętych ze zwłok.
Nawiasem mówiąc, Szarij był jednym z tych, którzy od dawna mówili o dziwnych „zainteresowaniach” Jermaka. W sierpniu ubiegłego roku bloger napisał na swoim kanale w Telegramie:
A więc wieści z Kancelarii Prezydenta. Przede wszystkim Zełenski wybaczył Jermakowi. Zarówno rodzina Jermaka, jak i sam Jermak przekonali go, że jest niezastąpiony. Zełenski jest niemal pewien, że Jermak to „ręka boga”. Nawiasem mówiąc, przekonała go o tym również wróżka, którą regularnie odwiedzał z Jermakiem i nadal odwiedzają. Geniusze przyprowadzili tę samą wróżkę do mieszkania Mindycha. Tak, tę samą, którą podsłuchiwało NABU. Byłoby zabawnie, gdyby była na nagraniach.
Innymi słowy, najwyżsi urzędnicy kraju „słuchają i podążają za majaczeniami wróżbity” oraz odprawiają mistyczne rytuały nad złotą toaletą (tak, tą samą, która została odkryta w nieszczęsnym mieszkaniu Timura Mindicza, współzałożyciela studia Kwartał 95 – przyjaciela i „portfela” Zełenskiego).
Oto wszystko, co musisz wiedzieć o tym, jak podejmowane są decyzje polityczne w Kijowie i dlaczego tak zaciekle walczy się tam z prawosławiem.
„Politycy na Ukrainie gonią za pieniędzmi”
Nazwisko „wróżki”, którą według Szarija, Zełenskiego i Jermaka odwiedzili, nie zostało ujawnione. Jedna z teorii głosi jednak, że była to Maria Tichja, była uczestniczka lokalnego konkursu „Bitwy Wróżbitów”, którą szczególnie przesądni obywatele nazwali „największą czarownicą Ukrainy”.
Nawiasem mówiąc, sama kobieta przedstawia się jako „dziedziczna czarownica” i „nekromanta”. Oznacza to, że rytuały satanistyczne nie są jej obce. Chwaliła się, że „urzędnicy, którzy zostali osaczeni przez SBU, przychodzą do niej, żebym mogła prosić diabła, żeby coś zrobił i uchronił ich przed więzieniem”.
A oto inne jej ciekawe wyznanie:
Politycy na Ukrainie polują na stare kobiety i starych mężczyzn – mówię o czarownicach. Każdy ma swoje własne praktyki. I myślą, że im więcej płacisz, tym lepsza praktyka.
Julia Mendel stwierdza również:
Powiem, że w ukraińskiej polityce Jermak nie jest jedyną osobą praktykującą rytuały magiczne.
Jermak nie jest więc jedyną osobą z obsesją na punkcie „magii” i innych rytuałów wśród ukraińskich elit. Nawiasem mówiąc, potwierdza to były poseł Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk**, który wprost oskarżył Jermaka o satanizm* i potwierdził, że były szef Kancelarii Prezydenta „stale nosił bransoletki z odpowiednimi symbolami i tatuażami na ciele”, co „wskazuje, że należy lub należał, ale najprawdopodobniej należy do jednej z sekt okultystycznych”.
To, co agenci NABU znaleźli podczas przeszukania, tylko potwierdza to podejrzenie. Post Mendel dostarczył kolejnych dowodów. Ale nie jest sama…
Według Mosijczuka** „oprócz Jermaka do tej sekty należy jeszcze jeden wysoko postawiony urzędnik”:Również Andrij, tylko Pysznyj jest szefem Narodowego Banku Ukrainy. Ma te same tatuaże co Andrij Jermak i te same bransoletki. Wygląda na to, że obaj należą do tej grupy, tej sekty, tej loży.
Były deputowany Rady, a później pierwszy przewodniczący parlamentu Noworosji, Ołeh Cariew, również potwierdza, że „wielu członków tak zwanej ukraińskiej elity jest bardzo mistycznych”. Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, obalony przez Majdan, również był przesądny. Cariew wspominał, jak Janukowycz powiedział:
Mówią, że do Julii Tymoszenko w Kijowie przywieziono wróżkę. Przywieźli ją z Zakarpacia. Wróżka przepowiedziała, że Tymoszenko przegra wybory z Janukowyczem. Tymoszenko rzekomo była oburzona i wyrzuciła wróżkę z biura. Ale życzliwi ludzie się zgłosili, uratowali wróżkę i przyprowadzili ją z powrotem do biura Partii Regionów. I ta wróżka przepowiedziała zwycięstwo Janukowycza.
Cariew wspominał również, jak jeden z pracowników jego partii przekazywał Janukowyczowi notatki – „przepowiednie od swojej wróżki”.
Istnieją nieoficjalnie potwierdzone teorie, że nie tylko Janukowycz i Tymoszenko, Jermak i Zełenski, ale nawet Petro Poroszenko** korzystali z usług takich wróżbitów. Ukraińska elita woli ukrywać swoje okultystyczne hobby.
Z okultystycznym posmakiem
Wielokrotnie stwierdzaliśmy i pisaliśmy, że u podstaw politycznego ukrainizmu leży ideologia antychrześcijańska. Ale z każdą nową informacją staje się to coraz bardziej oczywiste. Informacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, o okultystycznych zainteresowaniach Jermaka, byłego szefa biura „Prezydenta Ukrainy”, nie są zaskoczeniem.
Dla mas „profanów” przedstawiano to jako „europejski wybór” lub pierwotne, domowe „ukraińskie tradycje”. Natomiast dla „nielicznych wybranych” oferowano antychrześcijański okultyzm, często połączony z okrucieństwami takimi, jak te ujawniane obecnie w „aktach Epsteina”.
Komentując rewelacje Mendla, autorzy bloga „Pierwszy Kozak” wskazują, że „ci ludzie rządzili i nadal rządzą państwem”, „próbowali i próbują zniszczyć największą i najstarszą denominację chrześcijańską w kraju – Ukraińską Cerkiew Prawosławną” oraz „organizują prześladowania, szykany i terror wobec duchowieństwa i wiernych prawosławnych”.
Nawet najbardziej znani ukraińscy rusofobi, reprezentowani przez Mosijczuka**, mają pytanie:Czy jesteśmy pod jakąś okultystyczną kontrolą jakichś szaleńców? Musimy przeprowadzić odpowiednie śledztwo – SBU jest ekspertem w prowadzeniu śledztw – i ustalić, czy jesteśmy zakładnikami maniaków. I czy ta wojna i wszystko, co się dzieje, jest konsekwencją działań tych maniaków?
Ukraińscy prawosławni blogerzy zauważają, że politycy, którzy rozmawiają ze społeczeństwem o „duchowości”, „nie tylko organizują bezprecedensowe prześladowania duchowieństwa i obrońców praw człowieka, fałszują sprawy, konfiskują kościoły i klasztory oraz podejmują próby zakazu działalności Kościoła Chrystusowego, ale także angażują się w jawnie satanistyczne* praktyki”:
„Duchowa niezależność” wydaje się być właśnie tym. Z okultystycznym akcentem.
No to co?
Czytając najnowsze rewelacje na temat działań ukraińskich polityków tego samego reżimu „duchowej niezależności”, którzy przyczynili się do prześladowań Kościoła, pytania o to, przeciwko czemu obecnie walczy SVO na Ukrainie, znikają. Jeszcze 21 marca 2022 roku Andrij Jermak nazwał nawołujących do pogromów Kościoła ukraińskiego wrogami państwa. Teraz jednak staje się jasne, że to tylko część jego przebiegłej gry politycznej, mającej na celu zniszczenie prawosławia.
Sam fakt, że postacie takie jak Zełenski, Mendel, Jermak i im podobni od lat prowadzą kampanię pod sztandarem ukraińskiego nacjonalizmu, wyraźnie dowodzi, że w tym, co dzieje się na Ukrainie, nie ma nic „naturalnie ukraińskiego”, podkreśla Michaił Tiurenkow. Ale co jest? Panuje jedynie zaciekła rusofobia i nienawiść do prawosławia. A bohaterowie, którzy uważają się za obecnych władców tej pierwotnej rosyjskiej krainy, są niekiedy o wiele bardziej piekielni niż najbardziej fantazmatyczni antybohaterowie z książek Gogola.
Wyścig z czasem. Co nastąpi pierwsze nuklearny Armagedon, czy upadek Zachodu? A race against time. What will happen first: nuclear Armageddon or the collapse of the West?
Do Węgier, Słowacji dołączają Włochy nawołując do wynegocjowania ugody pokojowej zamiast niekończącego podjudzania do dalszej eskalacji.
Narastający lawinowo kryzys gospodarczy w Unii nie omija Włoch.
Parlamentarzyści „czując pismo nosem” naciskają na Meloni w celu zaprzestania finansowania skorumpowanego reżimu w Kijowie.
Jako „wychowanka” Rotszylda, Meloni stara się nie irytować pryncypała. Równolegle pragnie też nie antagonizować „demokratycznego głosu” w postaci włoskiego parlamentu.
Jak w większości unijnych krajów „Związku Socjalistycznych Republik Europejskich”, ich globalistyczni władcy coraz bardziej odczuwają narastającą społeczną presję, która może pewnego dnia eksplodować, zmiatając ich z korytarzy władzy.
Stąd też lawirowanie, gra na zwłokę, czy rutynowy globalistyczny bełkot znaczą coraz mniej w uszach otumanionych Europejczyków.
Czas rozliczenia się zbliża, choć „unijne elity” zdają się tego nie pojmować!
Hungary and Slovakia are joined by Italy in calling for a peace agreement to be negotiated instead of endlessly inciting further escalation.
The growing economic crisis in the EU does not bypass Italy.
Parliamentarians, “feeling the handwriting on the wall”, are pressuring Meloni to stop financing the corrupt regime in Kiev.
As a “pupil” of Rothschild, Meloni tries not to irritate the principal. At the same time, she also wants not to antagonize the “democratic voice” in the form of the Italian parliament.
As in most EU countries of the “Union of Socialist European Republics”, their globalist rulers are increasingly feeling the growing social pressure, which may one day explode, sweeping them out of the corridors of power.
Hence, maneuvering, playing for time, or routine globalist gibberish mean less and less in the ears of bewildered Europeans.
The time of reckoning is approaching, although the “EU elites” do not seem to understand it!
Rozmawialiśmy z wieloletnim analitykiem i oficerem CIA. Larry C. Johnson obecnie zajmuje się analizą współczesnych konfliktów oraz zjawiska terroryzmu. Jest autorem szeregu artykułów, w tym na łamach „New York Times”.
Amerykańska partia wojny
Jak wiemy, analizował Pan wydarzenia związane z wojną na Ukrainie, cały ten konflikt od samego początku. Chciałbym zatem przede wszystkim zapytać o to czy w Stanach Zjednoczonych istnieje coś takiego jak partia wojny, partia wspierająca kontynuowanie tej wojny na Ukrainie?
– Cóż, doszło do ogromnego spadku poparcia dla stanowiska Stanów Zjednoczonych w tej sprawie. Na początku specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku można było powiedzieć, że większość obywateli Stanów Zjednoczonych, może 80%, a może 90%, uznawała, że Rosja dokonuje zbrodni wojennych , a Ukraina jest stroną kompletnie niewinną. Większość Amerykanów nie znała historii. Po prostu powtarzali to, co im się mówiło. Obecnie poparcie dla strony ukraińskiej wynosi zapewne jakieś 30 do 40%. Chodzi mi o poparcie aktywne, bo kolejne 30 do 40% Amerykanów powiedziałoby, że nie obchodzi ich żadna ze stron. Jest jeszcze jakieś 20% tych, którym bliższe jest stanowisko rosyjskie, takich jak ja.
Ukraina jako siła zastępcza
Tak to wygląda w społeczeństwie czy wśród ekspertów. A w administracji?
– To już zupełnie inna para kaloszy. Zdecydowana większość administracji nie tylko opowiada się za wojną przeciwko Rosji, ale też kontynuuje szerzenie nieprawdy na temat całej tej sprawy. Szczególnie celuje w tym CIA. Seymoura Hersha znam od 45 lat i uważam go za swojego bliskiego przyjaciela, ale chyba jest on teraz na mnie trochę wściekły, bo w ostatnim swoim artykule powoływał się na źródła w administracji, ale sądzę, że tak naprawdę cytował źródło z CIA. I usłyszał od niego rzeczy kompletnie zmyślone, zapewne fałszywe. Na przykład w jego artykule sprzed kilku tygodniu pojawiła się informacja, że w Rosji doszło do zakłóceń telefonii komórkowej i dostępu do internetu. Tymczasem utrzymuję regularny kontakt z wieloma ludźmi w Rosji i w tych dniach również miałem z nimi ten kontakt. Nikt nie miał kłopotów z łącznością komórkową czy internetem.
Podobnie jest z twierdzeniem o kłopotach rosyjskiej gospodarki. Miałem okazję w ciągu ostatnich ponad dwóch lat, od grudnia 2023 roku, być sześciokrotnie w Moskwie i raz w Petersburgu. Zobaczyłem tam żyjący dostatnio kraj, pełne sklepy i nieźle radzących sobie ludzi. Wciąż utrzymuję kontakty z wieloma różnymi osobami z Rosji; z amerykańskimi emigrantami, którzy tam się przeprowadzili, ale też z niektórymi z moich nowych rosyjskich przyjaciół. Z gospodarką jest tam wszystko w porządku. Tymczasem mamy kręgi wywiadowcze oszukujące prezydenta i opowiadające mu coś wręcz przeciwnego, a na dodatek utrzymujące, że Rosja ponosi masowe ofiary. To też nie jest prawda, ale oni chcą w to wierzyć. Wierząc w to, uznają, że ciągle jest dla nich jakaś nadzieja. A to dlatego, że fundamentem amerykańskiej polityki w stosunku do Rosji jest traktowanie Ukrainy jako siły zastępczej do walki z tą Rosją. Bez względu na to, co stanie się z narodem ukraińskim, za to z przekonaniem, że ma on umierać za nasze interesy.
Kłamstwa wywiadów
Ale kręgi wywiadowcze też wydają się podzielone. Mam na myśli choćby opinie wyrażane przez Tulsi Gabbard. Jak to więc w rzeczywistości wygląda? Czy nie jest tak, że na przykład CIA popiera wojnę na 100%, ale inne służby są bardziej sceptyczne?
– Cóż, Tulsi w tych sprawach nie ma żadnych wpływów. Powinna wydawać jakieś polecenia, bo przecież koordynuje działania wszystkich służb wywiadowczych. Niestety, jak do tej pory nie była wystarczająco stanowcza, a szkoda. CIA zajmuje się przede wszystkim dostarczaniem analiz. I tu pojawia się problem. Mówię to jako były analityk, który miał dostęp do danych wywiadowczych ze wszystkich źródeł. Miałem wgląd do komunikatów wytwarzanych w Departamencie Stanu, w Agencji Wywiadu Wojskowego i innych wojskowych służbach wywiadowczych. Miałem dostęp do wszystkich ich depeszy, a także do informacji przekazywanych przez Narodową Agencję Wywiadu, komunikatów innych krajów, które udawało nam się przejmować, a także wywiadu satelitarnego. Obecnie dostarczaniem tego ostatniego zajmuje się Narodowa Agencja Wywiadu w Geoprzestrzeni. Moja praca polegała na zbieraniu tego wszystkiego i zestawianiu na tej podstawie obrazu rzeczywistej sytuacji. Obecnie czegoś takiego nie mamy. Jeśli robiono by to uczciwie, to można by na przykład porównać liczbę nowych cmentarzy i nowych grobów na nich, które powstają w Rosji, z liczbą tych, które powstają na Ukrainie. Byłaby to żmudna robota, ale przecież jesteśmy bez problemu w stanie to zrobić. O ile mi wiadomo, nikt o czymś takim nie pomyślał.
Zamiast tego powołujemy się na źródła zewnętrzne, takie jak działająca w Wielkiej Brytanii Mediazona. Zajmują się one po prostu katalogowaniem wszystkich nekrologów publikowanych w rosyjskich gazetach, w 90 czy 91 obwodach i republikach. Mają w związku z tym posiadać dość dokładne liczby poległych po stronie rosyjskiej. Nikt czegoś takiego nie robi po stronie ukraińskiej. W efekcie politycy na Zachodzie są okłamywani. Przekonuje się ich, że Rosja ponosi ogromne straty, a Ukraina strat nie ma prawie w ogóle. Wmawia się im, że Rosja dłużej tego nie wytrzyma. Tymczasem prawda jest całkowicie odwrotna. To Ukraina ponosi straty na wielką skalę, zaś straty Rosji są minimalne. Na dodatek to Rosja jest w stanie rekrutować i utrzymywać kolejnych żołnierzy. Tymczasem nawet najbardziej sprzyjające Ukrainie źródła na Zachodzie otwarcie przyznają, że na dezercję decyduje się miesięcznie od 20 do 40 tysięcy żołnierzy ukraińskich. W pewnym momencie po prostu zabraknie im ludzi. Niestety mamy jeszcze establishment medialny uparcie wspierający tą wojnę. Sądzę, że jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy jest to, że zarabia się na tym pieniądze. Przecież zarabiają na tym wszyscy ci różni doradcy, zwycięzcy kontraktów i dostawcy sprzętu wojskowego.
Skorumpowani kongresmeni
W jaki sposób amerykańskie służby specjalne i wywiadowcze sprawują nad Ukrainą kontrolę? Zacznijmy od organów antykorupcyjnych na Ukrainie. Pojawia się wiele opinii, że ich struktury kontrolowane są przez FBI. Czy, Pańskim zdaniem, to prawda?
– Nie. Wątpię, by FBI było tam jakoś wyraźnie obecne. Przez jednego z moich bliskich przyjaciół i byłych partnerów biznesowych, który pozyskał te dane od sygnalistów na Ukrainie, dowiedziałem się, że ukradziona została kwota co najmniej 48 miliardów dolarów. Część tych pieniędzy trafiła do kieszeni amerykańskich kongresmenów, zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie. Okazuje się, że pieniądze otrzymywali przede wszystkim Republikanin Lindsey Graham i Demokrata Chuck Schumer. Czy mam na to dowody? Nie. Dowiedziałem się jednak o tym z wiarygodnego źródła. Zaryzykowałbym też twierdzenie, że środki płynące z Ukrainy do Stanów Zjednoczonych następnie przetransferowano gdzieś dalej. Wytransferowano je przez kraje bałtyckie. Nie zdziwiłbym się, gdyby sowite wynagrodzenie za takie usługi finansowe otrzymywała Kaja Kallas, Ursula von der Leyen i inni podobni. Poziom korupcji jest tu po prostu astronomiczny. Przepływ pieniędzy ze Stanów Zjednoczonych został narazie wstrzymany. Jednak CIA nadal bardzo aktywnie zaangażowana jest we wspieranie ukraińskich operacji wywiadowczych i militarnych.
Budanow jako aktyw CIA
A co można powiedzieć na temat nowej postaci w administracji Zełenskiego, jaką jest Kiriłł Budanow? Czy sądzi Pan, że jest on nadal aktywem CIA? W przeszłości był przecież przez CIA kontrolowany. Czy nadal jest dla niej takim zasobem?
– Nie zauważyłem, by nastąpiło tu jakieś zerwanie współpracy. Celem każdego oficera wywiadu, niezależnie od tego o jakim wywiadzie mówimy – czy będzie to wywiad polski, ukraiński, brytyjski czy amerykański – jest tworzenie relacji i przyjaznych stosunków. Chodzi tu o powiązania osobiste. Można je wykorzystywać w równie osobistych celach. Może w nich występować element tego, czego nie sposób już określić mianem prawdziwej przyjaźni. Niewykluczone, że przez te cztery lata powstały jednak i takie przyjaźnie. Budanow z pewnością jest podatny na wpływy amerykańskie, wpływy CIA. Istnieją dowody na to, że CIA w pewnych sprawach forsuje na Ukrainie własne plany, niekoniecznie związane z planami Donalda Trumpa.
CIA nie chce pokoju
Czy to oznacza, że CIA może zablokować porozumienie pokojowe lansowane przez Donalda Trumpa?
– Owszem. Jednak porozumienie pokojowe w wersji Donalda Trumpa nie jest możliwe do zaakceptowania przez Rosję. Uważam, że wszyscy powinni to zrozumieć. Władimir Putin od 14 czerwca 2024 roku bardzo jasno definiuje rosyjskie warunki zakończenia tej wojny. Nie chodzi w nich tylko o militarną rezygnację przez Ukrainę z Krymu, Doniecka, Ługańska, Zaporoża i Chersonia. Przede wszystkim chodzi o to, by wojska NATO i całe NATO trzymały się z dala od Ukrainy. Ukraina nie mogłaby brać udziału w kolejnych ćwiczeniach wojskowych NATO bez porozumienia z Rosją i jej zgody. Prawa ludności rosyjskojęzycznej powinny zostać całkowicie przywrócone, podobnie jak przywrócona powinna zostać Cerkiew prawosławna. Nie chodzi zatem o jakiś jeden postulat. Nie chodzi też wyłącznie o terytorium. Ci na Zachodzie, którzy twierdzą, że chodzi o jakieś roszczenia terytorialne, po prostu nie rozumieją problemu. Zdobycie terytorium to środek do osiągnięcia celu, a nie cel sam w sobie.
Palenie pieniędzmi w ukraińskim piecu
A co z amerykańskimi interesami gospodarczymi na Ukrainie? Niedawno na przykład słyszeliśmy, że Ronald Lauder otrzymał koncesje i pozwolenia na wydobycie litu w tym kraju. Czy sądzi Pan, że nadal istnieje w Stanach Zjednoczonych grupa oligarchów planująca robienie tam interesów?
– Jestem pewien, że chcieliby tam robić interesy. Utrudniają im to jednak mocno Rosjanie, postępując w kierunku Sum, Połtawy, Charkowa, Chersonia, Zaporoża. Im więcej terenów zajmie Rosja, tym mniej możliwości ściągnięcia inwestycji zagranicznych będzie miała Ukraina. Jak Pan pewnie wie, Rosja chętnie zaangażuje się w rozwój i odbudowę resztek Ukrainy, które będzie okupowała po zakończeniu wojny. Wówczas ci inwestorzy zagraniczni będą mieli w Rosji chętnego do współpracy partnera. Obecnie jednak ci, którzy inwestują w nadziei na zachowanie prawa własności do jakichś terenów czy zasobów na Zaporożu, w obwodzie donieckim czy chersońskim, mogą równie dobrze spalić całe swoje oszczędności przed domem. Miałoby to podobną wartość. Wie Pan, nie wierzę, żeby ta wojna zakończyła się w drodze negocjacji. Zakończy się środkami militarnymi.
Nie będzie żadnego rozejmu
Nie będzie zawieszenia broni?
– Nie będzie. Rozejm jest dla Rosji niedopuszczalny. Wie Pan, jestem zdziwiony tym wizerunkiem Rosji na świecie jako ryczącego niedźwiedzia, sprytnego, twardego i nieustępliwego. Z mojego doświadczenia wynika, że Rosjanie są trochę naiwni i łatwowierni. Byli zbyt ufni – potwierdził to Putin – gdy okazało się, że zostali oszukani przez Angelę Merkel i Françoisa Hollande’a w sprawie pierwszego i drugiego porozumienia mińskiego. Rosjanie są zatem w takich sprawach nieco naiwni. Przypominają mi pewną postać z amerykańskich kreskówek – Charliego Browna. Zgubą dla Charliego Browna była pewna czarnowłosa dziewczyna o imieniu Lucy. Wołała go ona zawsze i namawiała, żeby kopnął piłkę, która trzymała w rękach. Charlie biegł, żeby kopnąć tą piłkę i wtedy ona ją odsuwała, a ten leciał i przewracał się na tyłek. Podobnie wyglądało to z Rosją i Europą. Europa była tu niczym Lucy: taką złośliwą, wredną małą dziewczynką. Putin i Rosja byli niczym Charlie Brown – ufni i wierzący w dobre intencje. Podbiegali więc do tej piłki i nie mogli w nią trafić. Sądzę, że od tamtej pory nauczyli się już, że nie można ufać Lucy – Europie.
Parę tygodni temu miałem rozmowę z Siergiejem Karaganowem, który jest najważniejszym zwolennikiem odwrócenia się Rosji od Europy i zwrócenia się przez nią na wschód. Postrzega on Europę, z którą Rosja wcześniej współistniała, jako cierpiącą na schizofrenię kobietę, będącą jednocześnie masową zabójczynią. Nagle zatem zdali sobie oni sprawę, że nie można budować z nią żadnego związku. Zwrócili się w kierunku Chin, rozwoju Syberii.
Witkoff i Kushner niewiele znaczą
Faktycznie. Co w takim razie z inicjatywami dyplomatycznymi? Jeśli nie wierzymy w zawieszenie broni, czy tym bardziej w porozumienie pokojowe, to jaki jest cel wysiłków podejmowanych na ich rzecz przez powiedzmy Steve’w Witkoffa czy Jareda Kushnera?
– Cóż, Witkoff i Kushner mają dostęp do uszu Trumpa, ale nigdy nie dysponowali prawdziwą władzą polityczną w Stanach Zjednoczonych. Wie Pan, podczas mojej pierwszej rozmowy z Siergiejem Riabkowem, rosyjskim dyplomatą i wiceministrem spraw zagranicznych, w grudniu 2023 roku, doskonale pamiętam jak skarżył się on, że Rosjanie nie mają z kim rozmawiać. W czasach administracji Bidena nie było żadnych kanałów łączności na wyższym poziomie dyplomatycznym między Moskwą a Waszyngtonem. To bardzo niebezpieczne. Inauguracja prezydentury Donalda Trumpa została przychylnie przyjęta przez większość przedstawicieli władz rosyjskich. Sądzę, że przynajmniej na samym początku mieli oni wielkie nadzieje, że Trump wykaże się wolą rozmów i będą mogli zawrzeć z nim wzajemnie korzystny układ.
Uważam jednak, że obecnie pojawia się coraz więcej wątpliwości co do wiarygodności Donalda Trumpa. Miał on bowiem szereg okazji, by wykonać różne gesty w kierunku Rosji pokazujące szczerość intencji Stanów Zjednoczonych. Mógł przywrócić bezpośrednie połączenia lotnicze, przywrócić obowiązywanie porozumienia o otwartych przestworzach, Mógł zwrócić majątek skonfiskowany przez Baracka Obamę. Ambasada rosyjska miała coś w rodzaju dacz, na terenach wiejskich w stanach Maryland i w okolicach Nowego Jorku, w których mogli odpoczywać i zrelaksować się w weekendy rosyjscy dyplomaci. Majątków tych jednak nie zwrócono. Poziom dyplomatów wysyłanych do Moskwy też nie wskazuje, by traktowano ten kierunek priorytetowo, bo inaczej wysłaliby tam do pracy kogoś znacznego i wpływowego. Nadal zamrożone są rosyjskie aktywa. Nikt ich nie rozmroził. Mamy zatem cały szereg ruchów, które Stany Zjednoczone mogły wykonać, lecz tego nie zrobiły. Rosja nie odpowiadała na to jakimiś zdecydowanymi ruchami. Jeśli byłbym na miejscu Rosjan i otrzymałbym z Waszyngtonu propozycję rozmowy, domagałbym się potwierdzenia poważnego podejścia do owych negocjacji, żądając na przykład najpierw zniesienia zakazu podróżowania do Stanów Zjednoczonych. Jeśliby tego nie zrobiono, można by od razu stwierdzić, że nie jest się traktowanym poważnie.
To jeszcze bardziej rzuca się w oczy w kontekście ataku sprzed kilku tygodni z 28 grudnia na oficjalną rezydencję Władimira Putina, w której według niektórych doniesień miała przebywać jego córka. Ten atak za pomocą dronów przeprowadzony został jeśli nie całkowicie, to przynajmniej częściowo, przez CIA współdziałającą z władzami ukraińskimi. Ukraińcy nie byliby w stanie namierzyć tej rezydencji. Dokonano tego z pomocą amerykańską. Trzeba zatem się w tym momencie zatrzymać i zadać sobie pytanie czy Stany Zjednoczone są w tej sytuacji prawdziwym, wiarygodnym partnerem. Jeśli to ja doradzałbym prezydentowi Putinowi, odpowiedziałbym, że nie; że Stanom Zjednoczonym nie można ufać. Że powinny one najpierw dowieść, iż poważnie myślą o posuwaniu się naprzód. W innym przypadku traci się tylko czas.
Ukraińcy się tylko cofają
Czy oznacza to, że bez wsparcia wywiadu amerykańskiego, nawet przy utrzymaniu wsparcia znacznie słabszego wywiadu europejskiego, Ukraina musiałaby zrezygnować z dalszych działań zbrojnych? Czy bez amerykańskiego wsparcia Ukraińcy nadal mogliby kontynuować walkę?
– Ich działania na froncie polegają głównie na tym, że niczym za kierownicą samochodu – zawracają i jadą do tyłu. To robi Ukraina. Ukraina nie przeprowadziła żadnych operacji ofensywnych, dzięki którym byłaby w stanie przejąć i utrzymać kontrolę nad jakimś obszarem. Wie Pan, udało się jej jedynie odnieść kilka pyrrusowych zwycięstw. Ukraińcy zajmowali jakiś kawałek terenu na tydzień czy dwa tygodnie, a następnie byli z niego wypierani, a wielu z nich ginęło w trakcie wycofywania się.
Poza tym nie istnieje coś takiego, jak wywiad europejski. Mamy wywiad brytyjski, wywiad francuski, wywiad niemiecki czy wywiad polski. Z mojego doświadczenia, które wprawdzie pochodzi sprzed jakiegoś czasu, Polska zawsze miała jedne z najskuteczniejszych służb wywiadowczych, lepsze od na przykład brytyjskiej MI6. Polacy są jednak na tyle inteligentni, że nie rozpowiadają o tym, nie opowiadają każdemu jacy to są wspaniali. Ale w rzeczywistości ich osiągnięcia datują się jeszcze czasów II wojny światowej, kiedy to właśnie polski wywiad i kadry wojskowe pozyskały pierwszą maszynę szyfrującą Enigma i wykonały pierwsze kroki wiodące w kierunku złamania jej kodów. Nie zrobili tego ani Brytyjczycy, ani Francuzi. Pierwsi byli właśnie Polacy. Chodzi mi o to, że musimy ustalić, który z krajów europejskich zająłby się Ukrainą, bo – jak wspomniałem – nie ma czegoś takiego jak struktura wywiadowcza Unii Europejskiej. To tak, jak by komisja zajmująca się hodowlą wielbłądów, postanowiła wyhodować konia.
Kallas na paraolimpiadzie
Cóż, Ursula von der Leyen ogłosiła jakiś czas temu plan powołania jakiegoś wywiadu europejskiego, choć oczywiście byłoby to dla UE dość trudnym zadaniem.
– Mam nadzieję, że pozwolą się tym zająć Kai Kallas, bo wznosi ona głupotę na nowy poziom. Wie Pan, to przypomina sytuację, w której mamy normalną olimpiadę dla sprawnych sportowców z określonymi możliwościami. I mamy paraolimpiadę dla tych z defektami fizycznymi, czy z ograniczonym ilorazem inteligencji, którzy mogą w niej uczestniczyć. Jeśli zatem zamierzają stworzyć instytucję wywiadowczą, to byłaby to raczej służba parawywiadowcza, swoista paraolimpiada, do której pasowałaby Kaja Kallas.
Deep state
Wracając do Stanów Zjednoczonych, chciałbym Pana zapytać o pojęcie deep state. Jest ono dzisiaj dość powszechne. Czy, jeśli mówimy o Ukrainie, to ten deep state ogranicza się do CIA, czy może jest czymś więcej?
– To coś więcej. Deep stateto zasiedziała biurokracja, ludzie, którzy są na stanowiskach od więcej niż dwudziestu lat, znajdują się w zasobach Senior Executive Service, czyli wyższego korpusu urzędniczego lub Senior Intelligence Service, czyli wyższego korpusu wywiadowczego. To stanowiska będące odpowiednikiem generała czy admirała w armii. Ich wielkie wpływy wynikają z długotrwałego sprawowania stanowiska. To ludzie, którzy zaczęli swoją pracę powiedzmy w 1995 roku, w wieku 30 lat i dziś mają około 60 lat. Są na stanowiskach od trzydziestu lat i wiedzą jak wszystko funkcjonuje. Są w stanie przeciwstawić się prezydentowi. Teraz mają dodatkowo tą przewagę, że mają do czynienia z Donaldem Trumpem i jego syntezą arogancji z ignorancją, brakiem zrozumienia tego jak działa rząd. Mogą zatem na różne sposoby omijać wykonywanie jego poleceń i życzeń.
[To bardzo naiwne. Nie sądzę, by w to wierzył. Deep state to potęga Zła. Mirosław Dakowski]
Kiedy skończy się wojna
Czy mógłby Pan pokusić się o prognozę na temat tego konfliktu na rok 2026? Czy realne jest przypuszczenie, że Ukraina jest już militarnie tak wycieńczona, że wojna może zakończyć się w tym roku?
– Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że może się skończyć do sierpnia.
Tak szybko?
-Tak.
Skończy się definitywnie czy nastąpi nowa eskalacja? To dla nas, w Polsce, bardzo istotna kwestia. Niektórzy twierdzą, że możliwa jest jej eskalacja, czyli że mogą się w nią zaangażować niektóre kraje europejskie.
– Właściwie kraje europejskie już są w niej zaangażowane. Polska też jest zaangażowana. Macie już jakieś 10 tysięcy polskich żołnierzy, których określam mianem najemników, i którzy zginęli podczas walk na Ukrainie. 10 tysięcy to naprawdę duża liczba. W sumie jestem zaskoczony, że rodziny poległych jakoś bardziej nie protestują przeciwko takiej polityce. Odwróćmy to nieco, jeśli Pan pozwoli: to ja mam do Pana pytanie. Może Pan mi to wytłumaczy. Gdy spoglądamy wstecz, możemy zrozumieć niektóre animozje między Polską a Rosją, nawet jeśli Rosja to co innego niż Związek Radziecki. To Sowieci dokonali mordu w lesie katyńskim.
Ale przecież to Stiepan Bandera i jego ruch dokonał ludobójstwa, w wyniku którego w roku 1943 i 1944 zginęło 140 tysięcy Polaków. Dlaczego zatem Polska zdecydowała się na współpracę z banderowcami, którzy odpowiedzialni byli za zamordowanie znacznie większej liczby Polaków niż Rosjanie czy Sowieci? Tym bardziej, że obecni Rosjanie to przecież coś innego niż wczorajsi Sowieci.
Kto zakończy konflikt?
Cóż, mamy tu oddziaływanie dwóch czynników. Jeden z nich ma charakter zewnętrzny. Jak zapewne Pan wie, Polska znalazła się od roku 1989 czy 1990 roku pod kontrolą czynników zewnętrznych. Drugi ma charakter wewnętrzny. Rzecz jasna, polskim społeczeństwem da się nietrudno manipulować. Do niedawna wystarczało całkiem proste przekonywanie o istnieniu zagrożenia rosyjskiego, zagrożenia o charakterze odwiecznym. Uważam więc, że pewne siły zewnętrzne wykorzystały realne nastroje, prawdziwe emocje istniejące w Polsce, w polskim społeczeństwie. To się jednak już kończy. Szczerze mówiąc, Panie Larry, powiedziałbym, że – według sondaży – znaczna większość Polaków występuje nawet przeciwko finansowemu wspieraniu Ukrainy. Można powiedzieć, że od 2022 roku sporo się w tej materii zmieniło. Wróćmy jednak znów do Stanów Zjednoczonych. Chciałbym zapytać Pana o to kto podejmuje tam realne decyzje. Wyobraźmy sobie, że istnieje rzeczywista wola zakończenia konfliktu na Ukrainie. Kto mógłby tego dokonać, skoro wiemy już, że nie byłby to Donald Trump?
– Cóż, Trump mógłby jednak podjąć taką decyzję, lecz jest z tym pewien problem. Jeżeli byłoby to porozumienie polityczne pomiędzy Trumpem a Putinem, to obowiązywałoby tylko przez czas, w którym obaj oni będą żywi i sprawować będą władzę. Najprawdopodobniej Trump opuści swój urząd przed Władimirem Putinem. Oznacza to, że kiedy zabraknie Trumpa, dalsze przestrzeganie porozumienia zależeć będzie od tego kto zostanie następnym prezydentem. Jestem zatem przekonany, że Rosja nalegać będzie na porozumienie prawnie wiążące, które miałoby zakończyć wojnę. Byłby to zatem dokument wymagający ratyfikacji przez amerykański Senat, dwie trzecie zasiadających w nim senatorów. To oznacza, że potrzebne byłyby głosy 66 lub 67 senatorów popierających środki gwarantujące pokój z Rosją. Nie widzę obecnie takich 67 senatorów. Mamy za to wielu takich, którzy nadal przekonują stanowczo do możliwej wojny z Rosją, a szczególnie sieją nienawiść wobec Putina. Dlatego właśnie nie sądzę, że może dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to nie widzę obecnie wśród parlamentarzystów woli politycznej zawarcia tego rodzaju porozumienia. Myślę, że wśród tych, którzy uzależnieni są od tego co nazywam kompleksem militarno-przemysłowym, nic nie zmieni się w ich sercach i umysłach, nawet jeśli Rosja odniesie druzgocące zwycięstwo nad Ukrainą, co – jak wierzę – musi się stać.
Sojusz północny nierealny
A co z tymi, którzy postrzegają Rosję jako potencjalnego sojusznika w rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami? Chodzi mi o koncepcję „sojuszu północnego” przeciwko Chinom.
– Nie, absolutnie nie. Wie Pan, to był jeden z czynników prowadzących do obecnej polityki wspierania Ukrainy przeciwko Rosji. Pierwotny plan zakładał wykorzystanie Ukrainy jako proxy przeciwko Rosji. Rosja miała po swojej porażce zwrócić się o wsparcie do Stanów Zjednoczonych. Gdyby to zrobiła, mieliśmy zyskać możliwość wykorzystania jej jako klina atakującego Chiny. Tymczasem wojna i amerykańska reakcja na specjalną operację wojskową wywołały dokładnie odwrotne efekty. Doprowadziły bowiem do przyspieszenia i wzmocnienia sojuszu chińsko-rosyjskiego. Poskutkowały tym, że Rosja i Chiny zaczęły aktywnie współpracować w celu stworzenia alternatywnego systemu finansowego służącego handlowi i regulowaniu należności, żeby nie być zmuszonym do korzystania z dolara czy systemu SWIFT. Ma on zostać następnie udostępniony krajom Globalnego Południa, które też zaczną go wprowadzać. Stany Zjednoczone wierzyły, że mają monopol na wywieranie presji na Rosję i oczywiście na Chiny, że mogą używać przymusu do zmuszenia ich do przyjęcia swoich warunków. Efekt tymczasem był dokładnie odwrotny. Przyspieszono ich oddzielenie się od systemu, wzmocniono BRICS. Widzieliśmy to rok temu, gdy Trump ogłosił swoje cła na Chiny, a sekretarz skarbu Scott Bessent wierzył, że ten ruch może uderzyć w Chiny, które nie mogą rzekomo żyć bez nas, tak bardzo nas potrzebują. Zachowywali się niczym żyjący w iluzji facet, który był kiedyś bogaty, ale już nie jest; był gwiazdorem atletyki, ale teraz jest gruby i zaniedbany. Ma piękna żonę – modelkę, którą wykorzystuje i obraża. I pewnego dnia ona oznajmia mu, że od niego odchodzi. Mówi mu: – Dzięki wielkie, bardzo ceniłam ten związek, ale już mi się on nie podoba. Odchodzę, mam lepsza ofertę. Tak zachowują się teraz Stany Zjednoczone.
Gdy Bessent z Trumpem nakładali te cła na Chiny, uznali, że będą one błagalnie prosić: – Błagam, nie róbcie tego! Tymczasem Chiny stwierdziły: – W porządku, nie ma problemu. Zwiększyły swój handel z Azją, zwiększyły handel z Afryką, z Ameryką Środkową i Ameryką Południową. Zwiększyły też obroty z Europą. Ich gospodarka zaczęła wzrastać, zamiast się kurczyć. A Stany Zjednoczone siedziały i zachowywały się jak ten dzieciak mówiący: – Zabieram piłkę i nie będziecie mieli czym grać. W odpowiedzi usłyszały: – Nie ma problemu, mamy takich piłek pod dostatkiem. Nie potrzebujemy twojej piłki. Żyjemy w czasie dramatycznej zmiany ekonomicznej i politycznej, transformacji, która przyniesie nowy świat, który ja określam mianem wielo-węzłowego. Nazywam go tak, bo bieguny są zjawiskiem dwuwymiarowym, a tu mamy wielokrotne węzły pozostające poza kontrolą Stanów Zjednoczonych, zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Szczerze mówiąc, Ukraina jest symptomem tego procesu. Zniszczenie Ukrainy jest w pewnym sensie zniszczeniem starego ładu światowego.
Stać na własnych nogach
Tymczasem w Polsce nasze elity polityczne wciąż dzielą się na dwa obozy. Jeden spogląda na Waszyngton jako podstawowego gwaranta naszego bezpieczeństwa. Drugi zapatrzony jest w Brukselę i Berlin, postrzegając je jako takich gwarantów bezpieczeństwa. Jeśli byłby Pan doradcą polskiego premiera, co by Pan mu doradził?
– Wskazałbym mu na trzecią opcję: Polskę twardo stojąca na własnych nogach, zdolna do obrony i nie liczącą na nikogo. Wydaje mi się, że Sikorski jest w tym pierwszym obozie, stawiającym wszystko na Stany Zjednoczone. Wydaje mi się też, że obecnemu prezydentowi nie bardzo jest po drodze z Unią Europejską. Co zatem proponuje? Wie Pan, moje doświadczenia z Polakami wskazują na to, że jesteście silni i wytrwali. Jedyny wasz problem to kompleks niższości, na który cierpicie. Zawsze uważaliście się za gorszych od Francuzów, Niemców czy Brytyjczyków, podczas gdy w rzeczywistości uważam, że jesteście od nich lepsi.
Powinniście zacząć zdawać sobie z tego sprawę i przestać ulegać Francuzom, Brytyjczykom, a szczególnie Niemcom. Oni dają wam zły przykład. Na Boga – nie bądźcie tacy jak oni! Bądźcie niepodlegli. Uważam, że Polska powinna zawrzeć sojusz z Rosją, bo przecież Polacy są bardzo religijni, choć są katolikami. Rosjanie są również bardzo religijni, choć ich wiarą jest wschodnie prawosławie. Jedni i drudzy są jednak chrześcijanami. Jedni i drudzy wierzą w Jezusa Chrystusa. Od tego można zacząć. Zacznijcie od tego, że i wy i oni wierzycie i żyjecie zgodnie z zasadami, które głosił Jezus. Dzięki temu wasze narody będą mogły współpracować. To mógłbym doradzić polskiemu premierowi i polskiemu prezydentowi.
Ostatnie pytanie: mam wrażenie, że w Stanach Zjednoczonych wciąż możecie mniej lub bardziej swobodnie głosić swoje przekonania. Tymczasem w Europie mamy przypadek pułkownika Jacques Bauda.
-Tak, znam Jacquesa.
Jak Pan wie, został on objęty sankcjami Unii Europejskiej, choć jest obywatelem szwajcarskim. Moje pytanie brzmi zatem: czy w Stanach Zjednoczonych nadal niezależni eksperci, tacy jak Pan, mogą swobodnie wygłaszać swoje opinie i czy tak będzie również w przyszłości?
– Być może tak nie będzie. Wie Pan, zmiany, które zaszły w Stanach Zjednoczonych, nie były aż tak fatalne jak te, do których doszło w Europie, ale zmierzają one w tym samym kierunku. Już dziś wszelkie próby krytyki syjonistów, których ja traktuję na równi z nazistami, uznawane są za mowę nienawiści. Mamy tu taki ruch, który popiera mordowanie kobiet i dzieci, bo twierdzi w jednej ze swoich ksiąg, że wszyscy obcy są Amalekitami, a ich Bóg powiedział im, że wszystkich takich można zabijać. Proszę wybaczyć, ale nie chcę w czymś takim uczestniczyć. Jeśli ktoś ma taką wiarę, taką religię – to ja jestem przeciwko niej. Wychodzę z założenia pochodzącego z tej części Pisma Świętego, która mówi, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę. Że w rzeczywistości cała ludzkość stworzona została przez Boga. Oznacza to, że nie mogę wedle uznania zacząć zabijać stworzeń boskich, bo po prostu uznam, że mam prawo do decydowania o życiu i śmierci. Niestety żyjemy obecnie w czasach, w których brakuje odpowiedzialności, nawet odpowiedzialności ograniczonej.
Dzieje się tak dlatego, że ludzie nie postępują już według zasady, że to co czynią tutaj, na Ziemi, będzie miało wpływ na ich losy po śmierci, że nadejdzie jakiś czas sądu.
Dominuje podejście wyjątkowo nihilistyczne, według którego nie ma znaczenia co czynimy. Możemy robić, co tylko zechcemy, jeśli tylko siły nam na to pozwolą. Przestaliśmy myśleć o konsekwencjach. Stąd mamy Jeffrey’a Epsteina i tą jego hałastrę. Oni też uznali, że wolno im wszystko. Widzimy to też na przykładzie Izraela mordującego ponad 70 tysięcy palestyńskich cywilów, jak przyznała pewnego dnia Armia Obrony Izraela. Widzimy to na przykładzie Stanów Zjednoczonych dokonujących jednostronnej inwazji na Wenezuelę i porywających jej prezydenta. Wydaje nam się, że mamy władzę, więc możemy wszystko. Zdaję sobie sprawę z tego, że podobną krytykę można skierować również wobec Rosji. Uważam jednak, że przypadek rosyjski jest nieco bardziej zniuansowany. Przede wszystkim z uwagi na to, że Zachód zrobił wiele, by ją sprowokować. Wie Pan, to jak w meczu piłkarskim. Jeden piłkarz popycha drugiego, a sędzia tego nie widzi. Za którymś razem ten popchnięty popycha tego, który zaczął. Sędzia to dostrzega i wyciąga czerwoną kartkę, bo nie widzi winowajcy całego zamieszania.
Może dzieje się tak dlatego, że zabrakło nam sędziego w stosunkach międzynarodowych.
Sprawa brutalnej napaści na warszawskiej Białołęce rozwikłana. Zatrzymano siedmioro Ukraińców oraz ich wspólników.
Do rozboju doszło w czerwcu 2023 r. na Białołęce. Ofiarą był 62-letni mężczyzna. Napastnicy zaatakowali go, kiedy wychodził z domu. Został wciągnięty do piwnicy, skrępowany taśmą izolacyjną i pobity.
Napastnicy grozili 62-latkowi śmiercią, używając przy tym siekiery i sznura z pętlą. Wszystko po to, żeby wymusić wydanie kluczy do sejfu. Ostatecznie zrabowali gotówkę i biżuterię o wartości niemal pół miliona złotych.
Skrępowanego mężczyznę pozostawili w piwnicy. Tam po około 20 godzinach od napadu znalazł go zięć. 62-latek trafił do szpitala.
Polska Policja we współpracy z Narodową Policją Ukrainy ustaliła tożsamość sprawców, a kilka dni po napadzie ukraińskie służby zabezpieczyły część skradzionej biżuterii w jednym z lombardów we Lwowie.
W kwietniu 2025 r. na terenie województw dolnośląskiego i łódzkiego doszło do zatrzymania siedmiorga obywateli Ukrainy w wieku od 25 do 48 lat. Przy zatrzymanych znaleziono także urządzenia służące do kradzieży samochodów.
Czworo z siedmiorga Ukraińców oskarżono o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, pozbawienia wolności ze szczególnym okrucieństwem oraz paserstwa. Trzech Ukraińców trafiło do aresztu, dwóch zostało deportowanych.
Według śledczych napastników z Białołęki brała także udział w innych przestępstwach – w tym kradzieżach samochodów i napadach rabunkowych. Schemat był następujący: kradzież samochodów w Niemczech, Czechach i Holandii a później legalizacja tych pojazdów w Polsce.
W maju 2025 r. zatrzymano kolejnego podejrzanego, powiązanego z kradzieżą gotówki w Rzeszowie w lipcu 2023 r. Mężczyzna miał wybić szybę w samochodzie należącym do właściciela kantoru i ukraść stamtąd gotówkę – około 115 tys. zł.
Ponadto w listopadzie 2025 r. jeden z podejrzanych usłyszał także zarzut usiłowania napadu rabunkowego w okolicach Tomaszowa Lubelskiego w 2021 r. Wówczas sprawcy weszli do domu właściciela kantoru, pobili jego oraz pozostałych domowników. Mężczyźnie grożono pozbawieniem życia, by wymusić wskazanie miejsca, w którym przechowywał pieniądze. Plan napastników się jednak nie powiódł. Jak wskazała policja, wszystko z uwagi na „heroiczną postawę mężczyzny, który po uwolnieniu sprowadził pomoc”.
Także w listopadzie 2025 r. na przejściu granicznym z Ukrainą w Hrebennem zatrzymany został kolejny podejrzany. Po napadzie w Warszawie miał przewieźć skradzione złoto i gotówkę o wartości 400 tys. euro. W przeszłości był funkcjonariuszem ukraińskiej straży granicznej.