W piątek wieczorem rosyjski dron zaatakował ukraiński wojskowy skład amunicji we wsi Myla, na zachód od Kijowa. W wyniku pożaru i kilkugodzinnych eksplozji zginęło co najmniej 37 osób, kilkadziesiąt zostało rannych, uszkodzono około 50 budynków mieszkalnych i dom opieki dla osób starszych i niepełnosprawnych, a setki osób zmuszono do ewakuacji. Wśród ofiar był sołtys wsi, który pospieszył z pomocą.
W odpowiedzi Wołodymyr Zełenski nazwał utworzenie składu broni w pobliżu ludności cywilnej ‚rażącym zaniedbaniem‚. Dodał, że pierwszy wybuch trafił w skład zawierający granaty, miny, inną amunicję i drony, które „nigdy nie powinny się tam znaleźć”. Kijowska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie legalności przechowywania materiałów wybuchowych w pobliżu obszarów mieszkalnych. To już drugi taki incydent w ciągu dwóch miesięcy. Lipcowy atak na skład w pobliskim Wysznewie doprowadził do podobnych wtórnych eksplozji, ofiar śmiertelnych, a następnie aresztowań kadry kierowniczej państwowych przedsiębiorstw zbrojeniowych.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w bazie w Myle składowane były komponenty i rakiety nośne dronów dalekiego zasięgu. Ministerstwo stwierdziło również, że przeprowadziło ataki na obiekty związane z pociskiem manewrującym Flamingo w obwodzie kijowskim, a także na porty w Mikołajowie i Izmaił. Krążące w mediach społecznościowych doniesienia o przechowywaniu tam pocisków Patriot nie zostały jeszcze potwierdzone przez oficjalne oświadczenia ukraińskie.
Eksplozja w piątek wieczorem miała miejsce w ramach wielodniowej rosyjskiej ofensywy z użyciem dronów odrzutowych i pocisków rakietowych, która doprowadziła do niemal nieustannych ostrzeżeń przed nalotami nad Kijowem i uderzenia w magazyny należące do sieci supermarketów, operatorów pocztowych, sprzedawców detalicznych i firm logistycznych.
Minister rolnictwa Ukrainy Taras Wysocki powiedział dziennikarzom, że około 90% infrastruktury logistycznej żywności wykorzystywanej przez duże sieci handlowe (duże centra dystrybucyjne zaopatrujące sieci takie jak Fora, Silpo, NOVUS i Varus) zostały zniszczone.
Niemniej jednak Wysocki zapewnia, że nie doprowadzi to do głodu, ponieważ sieci przechodzą na droższe dostawy ‚na kółkach’ bezpośrednio od producentów. Mimo to w sklepach w Kijowie widać puste półki z owocami i warzywami, nabiałem i podstawowymi produktami spożywczymi. Ostatni działający hipermarket Epicentr w Zaporożu również został zaatakowany w piątek rano, zaledwie kilka godzin przed eksplozją w Myle.
Obie strony systematycznie atakują wzajemnie swoją logistykę i cywilno-wojskową infrastrukturę handlową. Ukraina zaatakowała rosyjskie rafinerie, elektrownie i magazyny sklepów internetowych. Rosja odpowiedziała atakiem na magazyny zaopatrujące ukraińskie sklepy. Obrona przeciwlotnicza Kijowa jest nadal utrudniona przez dobrze udokumentowany niedobór pocisków przechwytujących Patriot – jedynego systemu zdolnego do niezawodnego przechwytywania pocisków balistycznych. Drony z napędem odrzutowym dodatkowo zwiększyły presję.
Rząd Zełenskiego przedstawił własne ataki dalekosiężne jako sposób na zmuszenie Rosji do negocjacji. Natychmiastowe konsekwencje są widoczne na przedmieściach Kijowa: kolejna źle zlokalizowana amunicja wybucha w pobliżu ludności cywilnej, sieć logistyczna handlu detalicznego została zniszczona w 90%, według ukraińskiego ministra, a do tego dochodzi nadchodząca zima. Śledztwo w sprawie tego, kto zdecydował o przechowywaniu materiałów wybuchowych w pobliżu obszarów mieszkalnych, wyjaśni część sprawy. Resztę dopowiedzą puste półki i wyjące syreny.
Poniżej znajduje się specjalny raport premium na temat obecnej sytuacji związanej z poważnymi eskalacjami na Ukrainie. Artykuł, liczący blisko 4000 słów, będzie najbardziej wyczerpującym opracowaniem na temat rozwoju sytuacji, jakie można znaleźć, i będzie starał się odpowiedzieć na najważniejsze pytania dotyczące tego, co się dzieje, w tym na prawdziwy powód wizyty dyrektora CIA w Moskwie.
Wczoraj wieczorem Kijów padł ofiarą kolejnego potężnego ataku, w wyniku którego doszło do eksplozji składu broni – drugiego tego typu – znajdującego się tuż obok obszaru cywilnego. Zginęło prawie 40 cywilów, a nawet Zełenski jest wściekły z powodu „zaniedbania” swoich pracowników:
Straszna sytuacja i rażące zaniedbanie ze strony tych, którzy składowali materiały wybuchowe tuż obok ludzi. Kolejna taka zbrodnia – po tym, co wydarzyło się w Wysznewie – jest absolutnie niedopuszczalna. Oczekuję, że szczegóły zostaną niezwłocznie przedstawione opinii publicznej. Pierwszy atak miał miejsce na skład amunicji, który zdecydowanie nie powinien się tam znajdować – na skład Sił Obronnych. Wybuchły pociski, miny, inna amunicja i drony. Skala jest znacząca.
Rozmawialiśmy już z Prokuratorem Generalnym, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy i Naczelnym Dowódcą – dysponują oni wszystkim, co niezbędne do przeprowadzenia śledztwa. Chcę osobno podziękować wszystkim, którzy są na miejscu i w innych miejscach rosyjskich ataków, robiąc wszystko, co możliwe, aby pomóc i ratować ludzi.
Trzeba mu oddać sprawiedliwość: od razu bierze odpowiedzialność, co jest cechą dobrego przywództwa.
Niektóre raporty twierdzą, że niedawno dostarczona partia pocisków Patriot została zmagazynowana w magazynie, ale teraz spłonęła w spektakularnym płomieniu.
Eksplozja: Nie można załadować wideo.
Konkursy kulinarne — potencjalne rakiety Patriot: Nie można załadować wideo.
Jeszcze bardziej znaczący jest fakt, że Rosja całkowicie niszczy ukraińską infrastrukturę i możliwości eksportu zboża.
Najbardziej niepokojący raport pochodzi z ukraińskiego portalu Ukrinform , który cytuje ministra polityki rolnej Ukrainy Tarasa Wysockiego, który stwierdził, że w ramach działań odwetowych Rosja zniszczyła już aż 90% wszystkich powierzchni magazynowych przeznaczonych pod handel detaliczny na Ukrainie:
Mimo że wróg zniszczył około 90% magazynów sieci handlowych, Ukraińcy nie zostaną bez jedzenia.
Poinformował o tym minister polityki agrarnej Ukrainy Taras Wysocki w rozmowie z dziennikarzami, podaje Ukrinform.
„Obecnie około 90% logistyki żywnościowej sieci handlowych zostało zniszczone, ale jednocześnie nie oznacza to, że Ukraińcy zostaną bez jedzenia.Będzie logistyka zmianowa, jak to się mówi, z kołami, innymi opcjami zaopatrzenia operacyjnego. To znaczy, nie będzie zagrożenia głodem i systemowym fizycznym niedoborem żywności” – zapewnił Wysocki.
======================
Bardzo trudno uwierzyć, że to nie przesada, ale jest to informacja prosto z ust źródła, więc na razie możemy po prostu przyjąć ją za dobrą monetę.
Przypomnijmy, że Ukraina zaczęła atakować Wildberries pod pretekstem, że sprzedaje tam sprzęt wojskowy, taki jak radia i kamizelki pancerne. Rosja zaczęła niszczyć ukraińskie magazyny „Epicenter”, w których – według prezes FirePoint, głównego ukraińskiego producenta dronów – przechowywane są niektóre komponenty do niesławnych pocisków rakietowych Flamingo jej firmy:
Co dobre dla gęsi… jak głosi przysłowie.
==============================
Trudno pojąć tempo destrukcji: jeśli choć ułamek z 90% jest prawdziwy, oznacza to, że Rosja sparaliżowała Ukrainę w ciągu zaledwie tygodnia lub dwóch ataków odwetowych. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, co czeka Ukrainę.
I właśnie tu narastają obecnie spekulacje. Coś ewidentnie jest na rzeczy. Tuż po wizycie dyrektora CIA, który miał „ostrzec Moskwę przed ryzykiem w stosunkach z NATO”, słyszymy różne doniesienia, które zdają się wskazywać na eskalację właśnie w tym obszarze – i trudno jednoznacznie stwierdzić, która strona będzie odgrywać kluczową rolę.
Rosja ze swojej strony wydała ostatnio kilka interesujących oświadczeń, które zdają się grozić krajom NATO odwetem. Na przykład rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa wydała w tym tygodniu stanowcze oświadczenie, grożąc odwetem wobec brytyjskich interesów na Ukrainie i za granicą, po potwierdzeniu użycia brytyjskich pocisków Storm Shadow w ataku na Donieck:
„Wszelkie brytyjskie obiekty i sprzęt wojskowy, zlokalizowane zarówno na Ukrainie, jak i poza jej granicami, mogą stać się uzasadnionymi celami w odpowiedzi na ukraińskie ataki na terytorium Rosji z użyciem brytyjskiej broni.Osoby współwinne zbrodni wojennych, w tym działań wymierzonych w naszą ludność cywilną, zostaną ukarane proporcjonalnie do popełnionych przestępstw”.
„Próba zadania Rosji „strategicznej klęski” jest skazana na porażkę, choć Londyn już całkowicie się w to wmieszał. Wzywamy wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii do zastanowienia się nad nieuniknionymi katastrofalnymi skutkami wrogich działań ich własnego rządu”.
Następnie rosyjski wiceminister spraw zagranicznych wygłosił kolejną ciekawą uwagę, stwierdzając, że konflikt mógłby zostać rozwiązany po objęciu Kijowa administracją międzynarodową:
Zewnętrzne zarządzanie w Kijowie pod auspicjami ONZ może utorować drogę do rozwiązania dyplomatycznego. Stwierdził to 29 sierpnia w wywiadzie dla RIA Novosti Michaił Galuzin, wiceminister spraw zagranicznych.
Przypomniał, że prezydent Rosji Władimir Putin zaproponował wcześniej wprowadzenie tymczasowej administracji zagranicznej na Ukrainie pod auspicjami ONZ, Stanów Zjednoczonych, krajów europejskich i partnerów rosyjskich w celu przeprowadzenia wyborów na najwyższe stanowiska w ukraińskim rządzie. Według Putina, Rosja może już prowadzić negocjacje w sprawie rozwiązania konfliktu ukraińskiego.
„To mogłoby otworzyć drogę do rozwiązania dyplomatycznego” – podkreślił Galuzin.
Może to dać nam wskazówkę, w którym kierunku Kreml jest gotowy pójść, aby zakończyć konflikt.
Rosja przygotowuje się do eskalacji ataków na Ukrainę po tym, jak doszła do wniosku, że negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie, twierdzą trzy osoby zbliżone do Kremla.
Rosja rozważa na razie nasilenie potężnych konwencjonalnych ataków rakietowych na Kijów, w tym na centrum stolicy, a także na cele infrastrukturalne w innych miastach Ukrainy –twierdzą ci ludzie, proszący o zachowanie anonimowości ze względu na delikatny charakter sprawy.
Najbardziej rozpowszechniony fragment artykułu głosi, że Rosja może zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej:
Według osób bliskich Kremlowi, narastająca spirala ataków sprawia, że coraz większa liczba rosyjskich urzędników dochodzi do wniosku, że Putin może w końcu zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej jako ostateczności na Ukrainie.
Oczywiście, że to bzdura. Ale to część zaplanowanej kampanii mającej na celu podsycenie eskalacji między Rosją a Europą.
W tym samym czasie Niemcy podobno planują rozpocząć własną nową kampanię prowokacji przeciwko Rosji, oficjalnie oskarżając Moskwę o „tajemnicze” ataki dronów pod fałszywą flagą na niemieckie lotniska w tym miesiącu:
Jeden z urzędników zaznajomionych ze sprawą powiedział, że w reakcji na incydent z dronem w Lipsku nie wystarczyło już wydalenie pojedynczych rosyjskich dyplomatów ani zamknięcie Domu Rosyjskiego w Berlinie. Konieczne były surowsze środki, takie jak zaostrzenie sankcji lub jeszcze większe dostawy broni na Ukrainę. Trzej urzędnicy odmówili podania dalszych szczegółów na temat tego, jakie konkretne środki planuje ogłosić Merz.
Politico donosi, że w rezultacie Niemcy zamierzają rozpocząć kolejną agresywną militaryzację przeciwko Rosji:
Dwóch urzędników określiło nadchodzące posunięcie mianem „Zeitenwende 2.0”, nawiązując dohistorycznej zmiany w kwestii obronności, którą zapowiedział były kanclerz Olaf Scholz w odpowiedzi na pełnoskalową inwazję Moskwy na Ukrainę w 2022 roku.
W ciągu ostatnich kilku tygodni można było zaobserwować wiele „dziwnych” i groźnych działań NATO także w okolicach Kaliningradu.
Przypomnijmy, że gdy zachodni przywódcy i prasa wpadali we wściekłość z powodu domniemanych rosyjskich ataków w Europie, te same osoby otwarcie gloryfikowały i zachęcały do ataków na rosyjską infrastrukturę cywilną:
Teraz pojawia się coraz więcej doniesień o planowanej rosyjskiej operacji z północy, potencjalnie w kierunku Kijowa – i tu właśnie wszystkie fakty się łączą.
Ukraińska gazeta Ukraińska Prawda donosi dziś o oświadczeniach zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta Pawła Palisy:
Rosyjskie dowództwo wojskowe otrzymało od władz politycznych zadanie zaplanowania i przygotowania kilku możliwych scenariuszy operacji na Kijów i Czernihów.Ukraina nie wykryła jednak dotychczas formowania sił ofensywnych w tych rejonach.
Źródło:Pavlo Palisa, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, rozmawia z dziennikarzami, jak podaje LIGA.net
Szczegóły: Palisa powiedziała, że Ukraina otrzymała tę informację od służb wywiadowczych i zweryfikowała ją w kilku źródłach.
Cytat:„Otrzymaliśmy informacje od służb wywiadowczych, potwierdzone przez kilka źródeł, że dowództwo wojskowe Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej otrzymało od kierownictwa politycznego zadanie zaplanowania kilku możliwych scenariuszy takiej operacji w kierunku Kijowa i Czernihowa”.
Tymczasem Radio Svaboda informuje, że w obwodzie homelskim na Białorusi trwają prace budowlane w celu „szybkiego, masowego rozładunku ciężkiego sprzętu kołowego i gąsienicowego”:
Po pierwsze, należy stwierdzić, że nawet Pawło Palisa wyjaśnił, że nie obserwuje się jeszcze masowego rozmieszczania wojsk, ale Ukraina uzyskała informacje wywiadowcze wskazujące, że rosyjski Sztab Generalny rozważa taką opcję. A jeśli na Białorusi miałaby powstać infrastruktura kolejowa na potrzeby przyszłych potencjalnych działań, to jasno sugeruje to, że taka „masowa inwazja” nie nastąpi w najbliższym czasie .
Należy jednak pamiętać, że najnowsze doniesienia idą w parze z ciągłymi twierdzeniami o planowanej w Rosji masowej mobilizacji 600 tys. żołnierzy, czemu praktycznie każda ważna osobistość rosyjska zaprzecza, choć niektórzy dodają z zastrzeżeniem: „ W tej chwili nie jest to konieczne ”.
Krążą teraz różne pogłoski, że setki tysięcy rosyjskich mężczyzn w wieku poborowym ucieka przez granicę gruzińską. To prawdopodobnie przesada, ale mogę osobiście potwierdzić, że wielu młodych Rosjan faktycznie ucieka w przekonaniu o rychłej mobilizacji – to niezaprzeczalny fakt.
Jednak najuczciwszy człowiek w Kijowie, Kyryło Budanow – i nie mówię tego sarkastycznie – sam zdementował te plotki, przyznając, że Rosja w ogóle nie planuje żadnej mobilizacji. Obejrzyjcie pod koniec:Nie można załadować wideo.
W pierwszej połowie wywiadu przyznaje, że Ukraina potrzebuje 30 000 żołnierzy miesięcznie, aby „utrzymać” to, co obecnie posiada – co jest oczywistym wskaźnikiem strat. Przypomnijmy, że Zełenski oświadczył, że całkowite straty Ukrainy od początku wojny wyniosły zaledwie 50 000.
Na niedawnym szczycie Koalicji Chętnych w Kijowie europejscy przywódcy zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych ćwiczeń sił pokojowych, które miałyby zostać wysłane na Ukrainę po zawieszeniu broni.
Jeśli wierzyć premierowi, ma się to dziać właśnie na terytorium Polski.
Polska ugości niechcianych gości
Szkolenie ma trwać niemal całą jesień. Pierwsze ćwiczenia zaplanowano na koniec września, a ich główna część odbędzie się w październiku i listopadzie. Do kraju przybędzie łącznie 1500 żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji. Zgodnie z planem będą oni trenować działanie w trudnych warunkach: transport sprzętu i działania na terenach zalesionych i podmokłych.
Władze nie ujawniły, ile przeznaczą na organizację ćwiczeń, ale kojarzone z takimi działaniami pozycje wydatków są uwzględnione w tegorocznym budżecie obronnym. Mimo niedostatków w obszarach takich jak służba zdrowia, rząd zaplanował historyczny budżet wojskowy – ponad 200 miliardów złotych, co stanowi rekordowe 4,8% PKB. Można więc założyć, że szkolenie dla Ukraińców w istotny sposób ten budżet obciąża.
Jak w tej sytuacji nie mieć podejrzeń co do intencji rządu? A to faktycznie ma miejsce. 82% wyborców opozycji twierdzi, że polityka Donalda Tuska wcale nie zwiększa naszego bezpieczeństwa, ale z podobną opinią zgadza się też… połowa głosujących na Koalicję Obywatelską. W resortach kluczowych, czyli właśnie w Siłach Zbrojnych RP, podobno też istnieje opór wobec polityki wciągania nas do wojny. Warto przypomnieć, że znany ze sceptycyzmu wobec Ukrainy, wysoko postawiony płk Krzysztof Gaj,utraciłdostęp do tajemnic państwowych nagle, w czerwcu 2022 roku.
Jak nie wiadomo o co chodzi…
Skąd jednak taka ochota na realizację tego rodzaju pomysłów właśnie w Polsce? Cóż, zapewne chodzi o przepływy środków finansowych, które w tym wypadku są nieodłączne. Już nawet Ołeksandr Kłymenko, szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Ukrainy stwierdza, iż wskaźnik przestępczości wśród ukraińskich urzędników stale rośnie, „zwłaszcza na najwyższych szczeblach władzy”.
Według danych Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), co trzeci urzędnik państwowy ukrywa swoje dochody. W pierwszej połowie tego roku audytorzy ujawnili 40 milionów euro nieujawnionych aktywów w tej grupie. Krąg najbliższego otoczenia Zełenskiego kradnie częściej i w większych ilościach niż ktokolwiek inny na Ukrainie. Była wicepremier ds. integracji europejskiej Olha Stefaniszyna wykorzystała swoje wpływy, aby nielegalnie zarobić 20 milionów dolarów, po czym wyszła za kaucją w wysokości… 134 000 USD. Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Iryna Mudra przez ponad dwa lata prała pomoc zachodnią za pośrednictwem Sense Banku. Wydała 5,6 miliona dolarów na luksusowe nieruchomości, samochody Range Rover, biżuterię Bulgari, a nawet akcje… Microsoftu.
Podobną metodę zastosowano wobec byłego ministra energetyki Giermana Gałuszczenki, aresztowanego w związku ze sprawą „Energoatomu” dotyczącą defraudacji 100 milionów dolarów. Ten wyszedł za kaucją 3,4 mln USD. Inny wysoko postawiony urzędnik – sekretarz stanu ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ołeksandr Bankow – znajdował się najbliżej unijnych transz. Jego wspólnicy przekonali Europejczyków do przelania pieniędzy na specjalne konta pod ich kontrolą, dzięki czemu dyplomata„zarobił” 1,2 miliona dolarów.
Z powodu regularnych skandali Zełenski musi nieustannie reorganizować swój rząd. Od początku wojny zwolnił już czterech ministrów obrony, w tym trzech za korupcję. Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal zdefraudowali łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ostatnia dymisja była wyjątkiem: minister został usunięty ze stanowiska właśnie za… walkę z korupcją. Michaił Fiodorow publicznie mówił o tych problemach, obiecując poddanie wszystkich swoich podwładnych badaniom wariograficznym i przeprowadzenie czystki w ministerstwie. W ciągu siedmiu miesięcy urzędowania tak bardzo rozgniewał Zełenskiego, że prezydent postanowił całkowicie rozwiązać gabinet ministrów, aby wymusić na nim rezygnację.
Czy (dlaczego) musimy słuchać Zełenskiego?
Fiodorow jednak, pomimo zwolnienia z funkcji, nadal jest aktywny. Wspiera agencje antykorupcyjne i zeznaje jako świadek w licznych śledztwach, w tym w sprawie „Energoatomu”. Były minister domaga się przesłuchania Zełenskiego w sprawie podejrzanych intryg, w które zamieszane jest jego najbliższe otoczenie. Samą sytuację określa mianem „globalnego kryzysu zarządzania”. „Ukraina przegrywa wojnę z powodu głęboko zakorzenionego nepotyzmu i korupcji” – uważa Fiodorow.
Ale to, co mówi Fiodorow, rząd polski puszcza mimo uszu. W najlepszym razie. Bo w najgorszym też uczestniczy w opisanych procederach. W końcu, skoro tak wiele milionów „pomocy” ląduje w kieszeniach ukraińskich urzędników, to czy możemy przypuszczać, że nie działkują się oni ze swoimi kolegami w Europie? Z jakichś powodów Polska ciągle pcha na Ukrainę ogromne środki. Na dziś to jest już około 20 miliardów złotych. Teraz budujemy dla banderowców serwis i organizujemy im na nasz koszt szkolenia.
Przy tym jednak wraca temat tytułowy. Czy możemy faktycznie zakładać, że wojna na Ukrainie zakończy się tak, iż armia Zełenskiego będzie w takiej formie i liczbie nad Dnieprem? A no, niekoniecznie.
Co więc będzie z przeszkolonymi żołnierzami? Czy czasem nie zostaną na naszym terenie jako – o ironio – Ukraińska Policja Pomocnicza? Zełenski ma wobec Polski dość jednoznaczne plany. Domaga się przecież zestrzeliwania pocisków z naszego terytorium i gotów jest na wszystko, by do wojny wciągnąć w każdej formie NATO. Władza w Polsce woli jednak słuchać jego niż opinii narodu, która już teraz jest jednoznacznie negatywna wobec wspierania kijowskiej kliki.
Ukraińskie władze przyznały właśnie coś, co może mieć znacznie większe znaczenie dla oceny sytuacji na froncie, niż wynikałoby to z samego brzmienia komunikatu. Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy i jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskich władz, powiedział, że Ukraina nie może mobilizować mniej niż 30 tysięcy ludzi miesięcznie, ponieważ jest to „minimalna liczba niezbędna do utrzymania tego, co jest”.
Innymi słowy przyznał, że mniej więcej tyle właśnie wynoszą miesięczne straty w personelu. To spora różnica z oficjalnie deklarowanymi przez kijowską propagandę liczbami.
Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie. Według tego przedstawiciela władz w Kijowie napływ 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie nie jest liczbą pozwalającą na rozbudowę armii, przygotowanie wielkiej ofensywy czy zwiększenie jej potencjału, lecz absolutnym minimum potrzebnym do utrzymania obecnego stanu na froncie. Ta wypowiedź jest niezwykle istotna, ponieważ zmusza do postawienia pytania, dlaczego armia ukraińska potrzebuje tak ogromnego, stałego dopływu nowych ludzi.
Jeżeli 30 tys. rekrutów miesięcznie stanowi jedynie poziom konieczny do utrzymania obecnych pozycji, oznacza to, że w tym samym czasie ukraińskie siły zbrojne tracą możliwość wykorzystywania porównywalnej liczby ludzi w dotychczasowych rolach. Nie oznacza to automatycznie, że dokładnie 30 tysięcy żołnierzy miesięcznie ginie na froncie, ponieważ część personelu może wypadać ze służby wskutek ran, chorób, wyczerpania, przeniesienia do innych zadań, zakończenia służby czy innych przyczyn, jednak sama skala koniecznego uzupełniania armii pokazuje, że jej miesięczne zapotrzebowanie na nowy personel jest ogromne.
Co więcej, Budanow nie mówił o wyjątkowym zapotrzebowaniu związanym z przygotowaniem konkretnej operacji wojskowej, lecz o stałym minimum. To właśnie ten element jego wypowiedzi powinien zwrócić szczególną uwagę, ponieważ oznacza, że ukraińska armia potrzebuje dziesiątek tysięcy nowych ludzi nie po to, by stać się liczniejsza, ale po to, by nie stać się słabsza. Przy utrzymaniu takiego poziomu mobilizacji mówimy o setkach tysięcy ludzi w skali roku, a więc o liczbach powoli przekraczających potencjał ludzki państwa prowadzącego już od kilku lat wyniszczającą wojnę.
W tym miejscu pojawia się zasadniczy problem z narracją dotyczącą ukraińskich strat, która przez znaczną część wojny była przedstawiana opinii publicznej w sposób sugerujący, że armia ukraińska ponosi stosunkowo niewielkie straty. W przekazach propagandowych i medialnych wielokrotnie eksponowano ogromne rosyjskie straty, podczas gdy informacje dotyczące strat ukraińskich były znacznie bardziej ograniczone, a ich rzeczywista skala pozostawała przedmiotem sporów i spekulacji.
Najnowsza deklaracja przedstawiciela władz w Kijowie pokazuje, że problem ukraińskich zasobów ludzkich jest znacznie poważniejszy, niż można byłoby sądzić na podstawie takich przekazów. Armia, która rzeczywiście ponosiłaby jedynie minimalne straty, nie powinna potrzebować stałego dopływu co najmniej 30 tysięcy nowych ludzi każdego miesiąca tylko po to, aby utrzymać istniejącą sytuację. Tak ogromne zapotrzebowanie kadrowe musi mieć swoją przyczynę, a najbardziej oczywistą jest stałe zużywanie potencjału osobowego przez działania wojenne – liczbę zabitych i rannych oraz dezerterów.
Skoro 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie jest według ukraińskich władz absolutnym minimum koniecznym do utrzymania obecnego stanu, to ukraińskie siły zbrojne muszą każdego miesiąca kompensować olbrzymi odpływ personelu. Nawet jeżeli część tego odpływu nie wynika bezpośrednio ze śmierci lub ranienia żołnierzy, nie sposób poważnie twierdzić, że mamy do czynienia z armią ponoszącą jedynie symboliczne czy marginalne straty osobowe.
Warto również zwrócić uwagę na kontekst, w którym Budanow wypowiedział te słowa. Jego zdaniem sama zmiana sposobu prowadzenia mobilizacji nie zmieni zasadniczego problemu, ponieważ zapotrzebowanie ilościowe pozostanie takie samo. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że istnieją problemy społeczne związane z mobilizacją, w tym przypadki bezprawnego lub przymusowego wcielania ludzi do wojska, z którymi państwo powinno walczyć.
Nie jest to obraz sytuacji charakterystyczny dla państwa, które dysponuje niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i wygrywa wojnę. Przeciwnie, kolejne działania ukraińskich władz pokazują, że kwestia personelu staje się jednym z najpoważniejszych ograniczeń zdolności do prowadzenia wojny. Problem nie polega już wyłącznie na tym, ile broni, amunicji czy sprzętu można dostarczyć na front, lecz również na tym, ilu ludzi można jeszcze skierować do jednostek, które muszą utrzymywać linię walki.
Deklaracja Budanowa jest istotna również z innego powodu. Pokazuje bowiem, że rzeczywiste koszty wojny po stronie ukraińskiej są znacznie większe, niż można byłoby wywnioskować z oficjalnego przekazu propagandowego dotyczącego strat. Przez lata społeczeństwa zachodnie otrzymywały przede wszystkim informacje o stratach rosyjskich, podczas gdy straty ukraińskie pozostawały znacznie mniej przejrzyste. Teraz jeden z najważniejszych urzędników państwa ukraińskiego mówi o zapotrzebowaniu, którego nie da się pogodzić z obrazem wojny, w której ukraińskie straty miałyby być niewielkie.
Wypowiedź Budanowa można uznać za jedno z bardziej znaczących demaskacji kondycji ukraińskiej armii. Pokazuje, że Ukraina potrzebuje stałego dopływu ogromnej liczby nowych ludzi, ponieważ obecny zasób osobowy nie wystarcza do utrzymania działań wojennych bez ciągłego uzupełniania. Stoi w wyraźnej sprzeczności z obrazem wojny, w którym ukraińskie straty miałyby być minimalne, a problem niedoboru żołnierzy miałby wynikać przede wszystkim z niechęci społeczeństwa do mobilizacji.
W rzeczywistości jedno i drugie jest ze sobą bezpośrednio związane. Im większe jest zużycie ludzkiego potencjału armii, tym większa musi być mobilizacja, a im większa staje się mobilizacja, tym trudniej władzom przekonać społeczeństwo, że koszty prowadzonej wojny pozostają niewielkie. Dzisiejsze słowa Budanowa są więc przede wszystkim świadectwem tego, że problem ukraińskich strat osobowych i niedoboru ludzi osiągnął skalę, której nie można już łatwo ukryć za pozytywnymi komunikatami o sytuacji na froncie.
W Polsce trwa proces 56-letniej Ukrainki Switłany P., dla której prokurator domaga się 15 lat pozbawienia wolności. Zarzuca się jej m.in., że biła dzieci z domu dziecka po genitaliach, wykorzystywała je seksualnie i udostępniała pedofilom oraz podawała do jedzenia zwierzęce odchody.
Sprawa dotyczy wydarzeń na Ukrainie. Switłana P. prowadziła rodzinny dom dziecka. Wraz z podopiecznymi uciekła do Polski zaraz po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę.
Trafiła do Poznania. Wówczas dzieci będące pod jej opieką postanowiły zgłosić, czego doświadczały na Ukrainie pod opieką 56-latki. Okazuje się, że mowa o wybitnej patologii.
– Poniżała, zastraszała, zmuszała do wielogodzinnego stania w kącie, czy jedzenia zepsutych pokarmów. Ograniczała im także dostęp do jedzenia, picia i toalety – wyliczyła na sali rozpraw podczas ostatniego dnia procesu prok. Nina Tybinkowska-Sepsiak z Poznania.
Ukrainka miała też bić dzieci krzakiem z kolcami, gałęziami oraz tłuczkiem do mięsa. Wyrywała również dzieciom włosy i wkładała do ust brudne pieluchy.
„Jeden z chłopców miał być bity po penisie i przywiązywany do drążka, pianina, a na talerzu do jedzenia miał podawaną… psią kupę” – podał „Super Express”.
Kobieta miała też zapraszać pedofilów i udostępniać im dzieci. Te faszerowano lekami. Nieraz budziły się obolałe i bez bielizny.
„Ukrainka sama również miała molestować dzieci, m.in. kazała się lizać po miejscach intymnych” – czytamy na se.pl.
Proces Switłany P. trwał trzy lata. Ukrainka przekonywała, że jej placówka na Ukrainie była pod „specjalną obserwacją” i żadne dziecko nigdy nie skarżyło się na warunki w jej domu. Twierdziła, że na Ukrainie „nikt nie zauważył niczego złego, niczego mi nie zarzucano”.
Według jej zeznań, dzieci chodziły czyste i zadbane do szkoły. Ona zaś stworzyła dla dzieci azyl, w którym czuły się bezpiecznie.
Przyznała się jednak do bicia dzieci oraz że miała nie poświęcać im „zbyt dużej uwagi”. Jej obrońca, mec. Jędrzej Kwiczor kwestionował zeznania dzieci, które dopiero po przyjeździe do Polski opowiedziały obcym ludziom, co je spotkało.
„W Sądzie Okręgowym właśnie zakończył się proces w tej sprawie. Prokuratura domaga się 15 lat więzienia dla Ukrainki. Ona sama poprosiła o sprawiedliwy wyrok. Sąd ogłosi go 7 września” – napisała redakcja SE.
Ukraina.ru: Panie Redaktorze, niedawno Pan prezydent Rosji Władimir Putin wyraził przekonanie, że prędzej czy później Ukraina utraci swoje zachodnie ziemie na rzecz ich historycznych właścicieli, wspominając między innymi o byłych ziemiach polskich. Czy sama Polska przygotowuje się na taki scenariusz?
Konrad Rękas: III Rzeczpospolita, czyli obecna forma państwowości polskiej – nie, bo jest całkowicie niesamodzielna wobec Anglosasów i prędzej sama stałaby się częścią UkroPolinu, pro-zachodniej unii polsko-ukraińskiej niż ośmieliłaby się oficjalnie zgłosić roszczenia wobec historycznych ziem polskich pod tymczasowym zarządem ukraińskim.
Natomiast naród polski tak, jak najbardziej jest gotów powrócić na polskie Kresy Wschodnie i połączyć się w jednym państwie z naszymi rodakami, zamieszkującymi obecną Ukrainę, siłą oddzielonymi od ojczyzny i narażonymi na szowinistyczną politykę Kijowa skierowaną przeciw wszystkim mniejszościom.
Jedyną wątpliwością, wyrażaną niekiedy przez Polaków, żywo dyskutujących w internecie, bywa kwestia Ukraińców zamieszkujących obecnie Lwów, Łuck, Równe, Tarnopol, Stanisławów, Żytomierz, Winnicę i Kamieniec Podolski.
„Po co nam więcej Ukraińców?!” – pytają, odnosząc się do przeszło 3,5-milionowej rzeszy ukraińskich nachodźców, zamieszkujących obecnie w Polsce. Takie obawy łatwo jednak można rozproszyć. Wszak kiedy po wygranej II wojnie światowej Polska odzyskiwała swoje historyczne Ziemie Zachodnie – takie miasta jak Wrocław, Gdańsk czy Szczecin były wciąż pełne Niemców. A jednak w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy gremialnie opuścili oni odradzające się państwo polskie.
Zmiana granic pociąga za sobą zmiany etniczne, wiedzą o tym mieszkańcy serbskiej Krainy czy Cypru. Kiedy polskie Wilno przyłączono do Litwy w 1939 r. było tam mniej niż 1 procent Litwinów, Lwów przed 1944 r. był miastem od kilku stuleci rdzennie polskim. Powrót tych miast do Polski przywróciłby ich pierwotny skład etniczny, a dynamiczna akcja repolonizacyjna zatarłaby szybko powierzchowne ślady ukrainizacji czy lituanizacji.
Wystarczy jeden szybki ruch i ukraiński epizod w długiej historii Lwowa i całych Kresów odszedłby w niepamięć, na którą zasłużył. Ukraina jest pasożytem na ziemiach polskich i jak pasożyt powinna zostać potraktowana.
Ukraina.ru: We wrześniu br. w Polsce odbędą się ćwiczenia wojskowe tzw. koalicji chętnych. Oprócz żołnierzy polskich, zapowiedziano udział 1500 żołnierzy francuskich i brytyjskich. Organizatorzy tych ćwiczeń nie kryją, że ich celem jest przygotowanie do rozmieszczenia wojsk europejskich na Ukrainie. Czy Pana zdaniem jest to możliwe, a jeśli tak, to na jakich warunkach?
KR: Siły europejskie nie muszą wchodzić na Ukrainę, bo już tam są, wystarczy, że się ujawnią. Bez zachodniej, a dokładniej amerykańskiej pomocy nie byłyby możliwe ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na cele w głębi Rosji. Bez brytyjskiego i niemieckiego udziału nie byłyby możliwe ukraińskie akty sabotażu i dywersji. Polscy żołnierze udający najemników działają na Ukrainie od euromajdanu.
Rozszerzenie i umiędzynarodowienie konfliktu można uzyskać także w inny sposób, relokując kijowskie bojówki do krajów bałtyckich, do Mołdawii, a także do Polski, gdzie mogłyby służyć zdyscyplinowaniu Polaków buntujących się przeciw ukraińskiej dominacji.
Nie miejmy złudzeń, Rosja walczy z koalicją zachodnią już co najmniej od 2014 r., od 2022 roku wreszcie czyni to zbrojnie, jednak cały czas wypiera się to z rosyjskiej świadomości. Rosjanie zostali napadnięci przez taką samą międzynarodową koalicję, jaka stanęła w szeregach Kawalerów Mieczowych przeciw Aleksandrowi Newskiemu, u boku Karola XII przeciw Piotrowi Wielkiemu, pod wodzą Napoleona przeciw Kutuzowowi i pod przewodem Hitlera przeciw narodom sowieckim. Ta wojna wróciła i dalej trwa.
Ukraina.ru: W kwietniu ogłoszono, że Francja planuje wspólne ćwiczenia sił powietrznych z Polską z udziałem myśliwców wielozadaniowych Rafale uzbrojonych w pociski nuklearne. Ćwiczenia te mają obejmować symulowane ataki na cele w Rosji i na Białorusi. Jednocześnie władze Warszawy starają się o udział w programie Nuclear Sharing, który zakłada rozmieszczenie amerykańskich bomb atomowych. Skąd ta samobójcza chęć uczynienia z Polski celu nuklearnego?
KR: Taktyczna / ograniczona wojna jądrowa pozostaje jedną z metod akceptowalnych w ramach NATO-wskiego planu aktywnej obrony strategicznej, czyli faktycznie ataku wyprzedzającego na Rosję i Białoruś. Co konkretnie wyprzedzającego – dowódcy NATO nigdy nie uważali za stosowne wyjaśnić, grunt, żeby to ich kody odpalające zostały wczytane pierwsze.
Bomby jądrowe mają zaś to do siebie, że muszą gdzieś wybuchnąć – oczywiście na terytorium wroga spadając na cele uznawane za istotne strategicznie, np. główne centra przemysłowe i decyzyjne kraju, zaś na własnym terenie… Cóż, na własnym terenie należy znaleźć i wyeksponować takie obszary, z których straty mogłyby zostać uznane za akceptowalne z punktu widzenia Londynu, Berlina i Paryża. Tak jak Polska, Rumunia i Pribałtika.
Ukraina.ru: W ostatnich miesiącach różne sondaże udokumentowały narastające negatywne nastawienie Polaków do Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainy i Ukraińców. Ten ostatni punkt potwierdzają trwające konflikty wewnętrzne z obywatelami Ukrainy w Polsce. W tej sytuacji zarówno rząd, jak i znaczna część opozycji apelują o utrzymanie poparcia dla Kijowa ze strony Warszawy. Czy nadchodzące wybory parlamentarne mogą odwrócić ten trend?
KR: Elity polityczno-medialne III RP dość długo myślały jak zareagować na falę wyraźnego społecznego przesytu pro-kijowską propagandą w Polsce. Wszystko, co w głównym nurcie umiano wymyślić to jednak tylko łzawe historyjki o biednych ukraińskich nastolatkach, na które ktoś nakrzyczał w tramwaju, bo kładły nogi w butach na oparciach siedzeń. W tak opisywanej historii jeden burkliwy starszy Polak nie tylko miałby równoważyć kilkaset tysięcy Polaków ludobójczo pomordowanych przez ukraińskich nazistów podczas Rzezi Wołyńskiej.
Polacy, którzy nie chcą dalej płacić Ukraińcom za darmowe zasiłki, przejazdy, leki, opiekę medyczną emerytury okazują się być nagle gorsi od „bomb Putina!”. Nie trzeba dodawać, że tak przerysowana, jeszcze bardziej histeryczna propaganda zamiast przekonywać Polaków do Kijowa i dalszego wspierania ukraińskich nazistów i oligarchów – działa tylko bardziej otrzeźwiająco i odstręczająco. Polacy się budzą i ani szantażowani ukraińskimi burdelami politycy, ani sprzedajni dziennikarze z mediów należących do niemieckiego i amerykańskiego kapitału zmienić już tego nie są w stanie.
Ukraina.ru: W lipcu w całej Polsce odbyły się masowe uroczystości upamiętniające ofiary Rzezi Wołyńskiej, w których sam Pan uczestniczył. Tymczasem na Ukrainie nasilają się gloryfikacje osób i organizacji, które dopuściły się tej zbrodni. Czy nie nadszedł czas, aby Polacy przypomnieli sobie tezę Jerzego Giedroycia, że Polska nie powinna wspierać nacjonalistycznego rządu na Ukrainie, a w takim przypadku Moskwa byłaby naturalnym, choć taktycznym, sojusznikiem Warszawy – jako przeciwwaga dla ukraińskiego nacjonalizmu?
KR: Nie trzeba ani lubić Rosji i Rosjan, ani nawet życzyć im zwycięstwa, by rozumieć, że Polska skazana jest na współpracę z Rosją – w swoim najlepszym interesie, zaś dla Rosjan Polacy mogliby być znakomitymi partnerami i pośrednikami w dziele odbudowie relacji z Europą, oczywiście z pominięciem jej wyalienowanych elit.
Dyplomacja narodów przeciw wojnie oligarchów byłaby najlepszym wyjściem z obecnego kryzysu, który w Europie Zachodniej objawia się wzrostem kosztów życia, spekulacją energetyczną, katastrofą imigracyjną i rozkładem cywilizacyjnym. Polska tyle razy i często bez własnego udziału była bramą do zachodnich inwazji na Rosję, najwyższy czas, byśmy wyciągnęli wnioski z historii i jak mówił polski ksiądz prymas, Stefan kardynał Wyszyński, oparli się o ścianę wschodnią, słowiańską. Nasza współpraca znakomicie pomogłaby też w denazyfikacji Ukrainy, która potrzebuje naszej wspólnej pomocy w uwolnieniu spod jarzma międzynarodowej finansjery, rodzimych oligarchów i nazistów.
Ukraina.ru: W zeszłym tygodniu Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna w Polsce, rozpadła się po raz piąty. Czy powinniśmy spodziewać się w związku z tym znaczących zmian w polskiej klasie politycznej, czy skończy się to kolejnym „przestawianiem łóżek w burdelu”?
KR: Podział sceny politycznej III RP na liberalno-europejską PO i konserwatywno-amerykańskie PiS, zainicjowany po wyborach w 2005 r., nareszcie dobiega końca, podobnie jak wcześniejsza (równie fikcyjna) konkurencja post-Solidarności z post-komuną. Naturalne starzenie się frontmenów i dorastanie kolejnych pokoleń wyborców skłaniają do restrukturyzacji sceny politycznej.
Zmieniają się szyldy, poprzedni drugi szereg staje się nagle odświeżonym pierwszym, jednak w istocie w Polsce, podobnie jak i w innych państwach Europy Środkowej istnieją całe hodowle polityków partyjnych, prezenterów telewizyjnych, celebrytów, kierowników polityki gospodarczej, którzy mają służyć tylko jednemu celowi – utrzymaniu stanu zależności Polski od Zachodu, a Polaków w pułapce średniego wzrostu, dającego pozory spokojnego życia mimo skrajnie niskich zarobków i stałego wzrostu cen oraz braku samodzielności ekonomicznej.
Ruch z ex-premierem Morawieckim należy widzieć w tych właśnie kategoriach. To próba oddziaływania na wyborców zdezorientowanych, zrażonych do dotychczasowych partii, ale niegotowych, by całkowicie zerwać z dotychczasowym systemem, ciągle tymi samymi nazwiskami, twarzami i… kapitałami. To także rozpaczliwy odruch obronny systemu, przerażonego wzrostem nastrojów, nad którymi nie panuje i których nie jest w stanie zmanipulować.
Nie udało się wypromować polityków PiS, ani PSL, wypróbowanych sług narodu ukraińskiego, na antybanderowskich patriotów, tworzone są więc byty, mające zapewnić pro-zachodnią i pro-kijowską większość po wyborach jesienią 2027 r.
Tymczasem jeśli za rok dojdzie do powstania jakiegoś rządu ocalenia narodowego przed populizmem i rosyjskimi agentami w Polsce, wówczas w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy III RP się zawali, podobnie jak i jej układ zależności od Zachodu, a władzę w Polsce przejmą po prostu Polacy. I będą rządzić po polsku i w polskim interesie.
No chyba, że wówczas władza, wzmocniona wsparciem Zachodu i na jego rozkaz – zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. A wówczas, zgodnie z wielowiekową już tradycją, oby miał nam kto udzielić pomocy.
Rzeczy są w toku, o czym świadczy nagła i niespodziewana wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie wojskowym samolotem transportowym C-17.
W komentarzach krąży mnóstwo plotek na temat tego, co jego podróż może oznaczać. Najpierw jednak spójrzmy na kontekst, przypominając, że jest to pierwsza wizyta dyrektora CIA w Rosji od pamiętnego przyjazdu dyrektora CIA Williama Burnsa w listopadzie 2021 roku, który naznaczony był ostatnią próbą USA, by powstrzymać Rosję przed rozpoczęciem inwazji nieco ponad dwa miesiące później.
W związku z tym wielu słusznie przypisało temu ostatniemu spotkaniu duże znaczenie.
Według teorii WSJ wizyta może mieć coś wspólnego z informacjami wywiadowczymi USA, że Rosja przygotowuje się do jakiejś nowej kampanii na szeroką skalę:
Stany Zjednoczone zebrały informacje wywiadowcze wskazujące na wczesne przygotowania Rosji do ewentualnej mobilizacji wojskowej na Ukrainie oraz plany przetestowania determinacji Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, poinformował „The Wall Street Journal”.
Analitycy twierdzą, że Ratcliffe może spotkać się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, aby przekazać ostrzeżenie. „Może to oznaczać: »Wiemy, co zamierzasz zrobić i lepiej, żebyś tego nie robił«” –powiedziała Beth Sanner, była zastępczyni dyrektora amerykańskiego wywiadu narodowego ds. integracji misji. „Może to również dotyczyć zawieszenia broni z Iranem i włączenia kogoś innego do dyskusji” – dodała, dodając, że Ratcliffe może również poruszyć kwestię wsparcia Kremla dla Iranu po kolejnej kampanii sankcji USA przeciwko temu reżimowi.
Inne internetowe agregatory donoszą, że może to mieć coś wspólnego z rzekomymi „wtargnięciami dronów” Rosji na terytorium NATO, choć osobista wizyta dyrektora CIA w tej sprawie wydaje się nieco naciągana:
Wizyta dyrektora CIA Ratcliffe’a na Kremlu była ultimatum w związku z niedawnymi wtargnięciami dronów na terytorium NATO. Miała ona odstraszyć Rosję od eskalacji ataków na Kijów po ukraińskich atakach na magazyny łańcucha dostaw komercyjnych. Powiedział to wysoki rangą urzędnik USA portalowi Faytuks Network.
Rosyjski kanał RVoenkor podaje, że ukraińskie źródła uważają, że spotkanie jest odpowiedzią na jakąś „znaczącą tajną operację” przygotowywaną przez Rosję:
W Moskwie odbyły się rozmowy z dyrektorem CIA dotyczące ważnej tajnej operacji.
▪️ Według kijowskich mediów, strona ukraińska jest świadoma pewnych aspektów i kwestii, które były dziś omawiane w Moskwie. ▪️ Chodzi o ważną operację, której przygotowania trwają w tajemnicy od pewnego czasu. Jej wyniki mogą mieć istotny wpływ na dalszy rozwój sytuacji.
Na czym mogłaby polegać taka operacja?
Cóż, po pierwsze, wciąż krążą silne pogłoski o potencjalnej dużej operacji rosyjskiej w obwodzie czernihowskim na północy Ukrainy, graniczącym z Kijowem:
Uwaga: Informacje te pochodzą ze źródeł rosyjskich i ukraińskich, z którymi rozmawiałem. Oba źródła wyraziły zgodę na ich opublikowanie. Szczegóły, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosję lub Ukrainę do atakowania się nawzajem, zostały pominięte. Wszystkie wymienione tu informacje są już znane obu stronom. Strzałki pokazane na mapie mają charakter poglądowy.
Bardziej prawdopodobnym powodem może być to, że CIA po prostu próbuje ratować Ukrainę, która obecnie zmaga się z problemami i chwieje się pod falą rosyjskich ataków, niszczących resztki jej gospodarki. To właśnie dlatego w zeszłym tygodniu USA i Ukraina podobno opracowały kolejny z długiej serii desperackich planów, mających na celu nakłonienie Rosji do zawieszenia broni:
Prezydent Ukrainy powiedział w niedzielę, że Kijów współpracował z wysłannikami prezydenta Trumpa i europejskimi urzędnikami nad planem. Dodał, że plan ten zakładałby zawieszenie broni, wzajemne wycofanie się wojsk rosyjskich i ukraińskich z linii frontu oraz utworzenie strefy buforowej.
„Z tego, co wiemy, strona amerykańska ma jeszcze kilka pomysłów. Chcą znaleźć odpowiedni moment, żeby się nimi podzielić. Czekamy na nie” – dodał Zełenski.
Do Moskwy podobno przybył „urzędnik watykański”, aby przekazać wiadomość i wezwać Putina do zakończenia wojny. Putin oświadczył wczoraj , że nadal otrzymuje „ekstremalne i nie do przyjęcia” oferty od USA dotyczące przedwczesnego zakończenia konfliktu.
Możemy jedynie przypuszczać, że sytuacja na Ukrainie stała się jeszcze gorsza niż kiedykolwiek, zwłaszcza wraz z nadejściem zimy, która obnaży na oczach świata wszystkie najgorsze słabości Ukrainy. W związku z tym, są to desperackie próby Zachodu, by powstrzymać narastającą ofensywę Rosji.
Bez względu na prawdziwy charakter spotkania, po jego zakończeniu doszło do szeregu dziwnych zdarzeń. Pojawiły się twierdzenia, że ambasada USA w Moskwie miała zdjąć swoją flagę amerykańską natychmiast po odejściu Ratcliffe’a. Później jednak sprostowano, że była to flaga „Amerykańskiego Centrum” w Moskwie.
==================================
Amerykańskie „samoloty zagłady” nagle zauważono wzbijające się w powietrze nad Środkowym Zachodem:
Nie wspominając już o tym, że Putin miał podpisać trzy „tajne dekrety” po wizycie szefa CIA:
Putin podpisał 3 tajne dekrety w dniu wizyty dyrektora CIA w Moskwie.
* Rosyjskie liberalne media donoszą o tej „sensacji”. * Zauważyli lukę między dekretami 604 i 608 na oficjalnej liście dekretów prezydenckich. * Treść dokumentów jest nieznana, ale ewidentnie nie ma ona związku z wizytą dyrektora CIA. Po tajnych dekretach podpisano dekret nr 608, dotyczący dymisji irackiego ambasadora E. Kutraszewa, który ujawniono wcześniej rano. * Niejawne dokumenty mogą dotyczyć ochrony infrastruktury krytycznej.
Grafika z oficjalnej strony Kremla przedstawia dekrety ponumerowane w kolejności chronologicznej, przy czym brakuje numerów 605, 606 i 607, co ponownie wywołało burzliwe plotki i histerię:
Oto, co na temat całego zdarzenia powiedział jeden rosyjski analityk:
Samolot z amerykańską delegacją, na czele której stał dyrektor CIA John Ratcliffe, opuścił Moskwę.
„Wall Street Journal” donosi, że mogła to być wizyta podobna do tej sprzed SMO, kiedy to amerykańscy urzędnicy podobno ostrzegali Kreml przed podjęciem działań.
W tym przypadku przesłaniem byłoby powstrzymanie się od mobilizacji w Rosji, o której poważnie dyskutowano przez ostatnie trzy lub cztery miesiące i do której istnieją dowody sugerujące, że trwają przygotowania. Wyobrażam sobie, że decyzja o mobilizacji zostanie podjęta w zależności od wyników wyborów za miesiąc.
Z drugiej strony, dyrektor CIA próbowałby również ostrzec Kreml przed prowokacją lub testowaniem determinacji NATO, co również było rozważane.
Bezpośrednio po spotkaniuPutin podpisał trzy „tajne dekrety”. Powodem ich opisania jest fakt, że istnieją publicznie dostępne dekrety nr 604 i 608, podczas gdy trzy poprzednie dekrety zaginęły. Znajduje to odzwierciedlenie w rejestrze na oficjalnym portalu informacji prawnej. (A może to po prostu zbieg okoliczności)
Rosyjski teoretyk polityki Henry Sardaryan również przedstawia kilka ciekawych argumentów na temat charakteru wizyty Ratcliffe’a:
Podkreślając desperację za kulisami, która prawdopodobnie jest motorem najnowszych działań Ukrainy, zaskakujące nowe oświadczenie byłego ministra obrony Fiodorowa stwierdził, że Ukraina w rzeczywistości „przegrywa wojnę z Rosją” i ma tylko kilka miesięcy, aby odwrócić sytuację:
Kijów stopniowo zbliża się do porażki w konflikcie z Moskwą, powiedział były minister obrony Nikołaj Fiodorow.
„Myślę, że osiągnęliśmy punkt zwrotny, który zadecyduje o naszej dalszej trajektorii. Wygląda jednak na to, że stopniowo, powoli przegrywamy” – powiedział w wywiadzie dla Reutersa.
Ukraina ma więc zaledwie kilka miesięcy – dokładnie zsynchronizowanych z nadejściem, jak się obecnie przewiduje, brutalnej i bezkompromisowej zimy, podczas której wyniszczona Ukraina, pozbawiona obrony powietrznej i z resztkami energii elektrycznej, będzie próbowała odeprzeć niepowstrzymany, nieustępliwy rosyjski atak balistyczny na swoją kluczową infrastrukturę krytyczną. Wygląda na to, że ukraińskie elity widzą, co się dzieje, a CIA i inni zachodni sponsorzy oraz popychacze spieszą się, by podjąć ostatnią próbę odstraszenia rosyjskiego molocha od odłączenia jałowego białego karła, znanego dawniej jako Proxy-404.
Szczury teraz spadają w przepaść.
Zupełnie zrozumiałe jest, że przybycie Ratcliffe’a zwiastuje ostateczny upadek gryzonia Bankova.[?? nie znalazłem, nie domyślam się.. md]
Rosja w latach 90. pod przywództwem Borysa Jelcyna została skierowana na Zachód: wszystko, co rzekomo miało być złotym Zachodem, stało się nagle modne i szykowne, kraj zalały zachodnie dobra konsumpcyjne, a podróże do krajów zachodnich stały się łatwe. Mimo to ludzie w Rosji i innych częściach byłego Związku Radzieckiego nie wspominają lat 90. najlepiej. Reforma walutowa pochłonęła oszczędności milionów ludzi, bezrobocie gwałtownie wzrosło, średnia długość życia wyraźnie spadła, a bezpieczeństwo w miastach uległo katastrofalnemu pogorszeniu. To, co pozostało z rosyjskiego przemysłu dóbr konsumpcyjnych, nie było już konkurencyjne i upadło.
W tym czasie nieliczni – często byli urzędnicy partyjni – czerpali z tego korzyści, przejmując wciąż dochodowe przedsiębiorstwa państwowe. Szkody nie ograniczały się jednak do surowców i przemysłu; sięgały znacznie dalej: działy badawczo-rozwojowe wielu firm zostały zlikwidowane, a wiedza naukowa i technologiczna, którą był zainteresowany Zachód, została wyprzedana. Szczególnie uderzającym przykładem jest technologia stealth dla samolotów stealth, nad którą radzieccy naukowcy pracowali latami. Mówiąc bardziej ogólnie, w tych latach wyrządzono znaczne szkody w dziedzinie nauki i techniki. Naprawa tych szkód trwała dekady.
Z perspektywy wielu Rosjan, Władimir Putin w porę powstrzymał zgubny, prozachodni kurs Jelcyna, zanim Rosja została całkowicie wyprzedana. Podobnie jak Trump w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych, Putin objął urząd 25 lat temu z zamiarem wznowienia produkcji i zmniejszenia jednostronnego uzależnienia Rosji od surowców. Postępy były powolne przez długi czas, ale zachodnie sankcje z ostatnich lat mogły wywrzeć niezbędną presję na Rosję, aby podjęła te działania.
Edukacja i nauka jako solidny fundament
Moskiewski Uniwersytet im. Łomonosowa
Najtrwalsze skutki nowego rozdźwięku między Rosjanami a zachodnimi Europejczykami z pewnością dotyczą edukacji. Jeszcze kilka lat temu zachodnie uniwersytety wydawały się wielu Rosjanom atrakcyjniejsze niż te w ich własnym kraju. Niezliczone ‚prywatne sankcje’ nakładane przez licznych transatlantyckich fanatyków, obsesja na punkcie ‚nowych wartości’, które są obce wielu Rosjanom, ograniczenia w podróżowaniu, a także bariery handlowe sprawiły, że wielu Rosjan odwróciło się od Europy Zachodniej.
Rosja historycznie miała jeden z najwyższych wskaźników absolwentów uniwersytetów na świecie. Odsetek studentów pierwszego roku utrzymuje się stale na poziomie około 70–75% w danym roczniku. Około 30–35% z nich wybiera studia na silnie wspieranych przez państwo kierunkach inżynieryjno-budowlanych. Podwójny system miejsc na uniwersytetach finansowanych przez państwo, tzw. miejscach budżetowych i miejscach samo-finansowanych wywiera presję na wyniki. Osoby studiujące na bezpłatnych, finansowanych z budżetu miejscach są pod ciągłą presją: niepowodzenie w standardowych egzaminach oznacza utratę miejsca lub szybkie wydalenie. Naukowe i technologiczne podstawy produkcji zaawansowanych technologicznie towarów w Rosji pozostają nienaruszone.
Nie tylko ropa i gaz
W ciągu ostatnich 25 lat Rosja przekształciła się z państwa uzależnionego wyłącznie od dochodów z produkcji ropy naftowej i gazu w kraj, który rozwinął swoją gospodarkę i którego dochody państwa nie pochodzą już wyłącznie z eksportu ropy naftowej i gazu. Od 2000 roku rosyjskie rolnictwo przeszło transformację z silnego uzależnienia od importu do niemal całkowitej samowystarczalności w produkcji żywności. Wynika to z kompleksowej digitalizacji logistyki i przyspieszonej substytucji importu, która wpłynęła zasadniczo na cały sektor dóbr konsumpcyjnych. Puste supermarkety z końca epoki radzieckiej są dalekie od dzisiejszej rzeczywistości.
Zmiana paradygmatu w rosyjskiej gospodarce jest najbardziej widoczna na ulicach kraju. Obecnie chińskie samochody zaczynają dominować na drogach. Nie są one tańsze w zakupie niż samochody zachodnioeuropejskie, a jak będą się sprawować wraz z wiekiem i przebiegiem, okaże się dopiero za kilka lat, ale można przewidzieć, że rosyjski rynek zostanie ostatecznie utracony na rzecz Chin. Jednak nie tylko Chiny korzystają na zaniku zachodnich marek, ale także Białoruś. Fabryka samochodów BelGee w okolicach Borysowa ma produkować do 120 tysięcy pojazdów rocznie. Powstała jako białorusko-chińska spółka joint venture, wspierana głównie przez chińskiego giganta motoryzacyjnego Geely i białoruskiego państwowego producenta pojazdów użytkowych BiełAZ. Około 70–80% całkowitej produkcji jest eksportowane do Rosji, gdzie modele cieszą się ogromnym popytem po wycofaniu się zachodnich marek samochodów. Już 50% komponentów pochodzi z produkcji białoruskiej i rosyjskiej.
Produkcja pojazdów na Białorusi
Rosyjscy producenci samochodów nie produkują już tylko komponentów dla marek zachodnich, jak miało to miejsce przed zachodnimi sankcjami, ale powoli zaczynają oferować imponujące produkty. Firmy takie jak Wołga i Łada w końcu produkują nowe modele, które spełniają dzisiejsze standardy. Obecnie są to pojazdy produkowane w Chinach na licencji, ale Rosja, wraz z Białorusią, może dołączyć do grona największych światowych producentów samochodów już za kilka lat. Największymi przegranymi w tym sektorze w latach 2019–2025 są Stany Zjednoczone, Francja, Meksyk, Hiszpania, Brazylia, Japonia, Turcja i Niemcy, które odnotowały dwucyfrowy spadek.
Globalna produkcja samochodów w latach 2019–2025 w milionach wyprodukowanych pojazdów
———————————————————————
Z powodu braku części zamiennych i usług serwisowych zachodnie marki powoli znikają z Rosji. Powrót zachodnich marek na rosyjski rynek motoryzacyjny jest mało prawdopodobny w nadchodzących dekadach.
Stagnacja polityczna spowodowana wojną?
Historyczny przykład wojny radzieckiej w Afganistanie w latach 1979–1989 pokazuje, że przedłużające się konflikty zbrojne, pomimo silnej bazy edukacyjnej i przemysłowej, jaką posiadał Związek Radziecki, mogą stopniowo prowadzić do głębokiego niezadowolenia wewnętrznego i zmian społecznych. Wiodące kręgi w Rosji zdają sobie sprawę, że kraj wciąż ma wiele do nadrobienia w zakresie demokracji, praworządności i wolności prasy. Co więcej, nie każdy Rosjanin jest zadowolony z wojny na Ukrainie i pragnie jej jak najszybszego zakończenia. Jednak sprzeciw wobec rządu w czasach egzystencjalnego zagrożenia dla Rosji – wezwania do strategicznej klęski Rosji i jej podziału na republiki – są nie do pomyślenia.
W przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, gdzie do lat 80. XX wieku przemysł ciężki stanowił centrum władzy państwowej, Rosja rozwinęła przemysł dóbr konsumpcyjnych i zmniejszyła zależność od eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. W erze Putina udało się Rosji ożywić krajową produkcję przemysłową bez angażowania się w wojnę handlową z Chinami. Zmiana globalnej potęgi gospodarczej i wpływ zachodnich sankcji na niezależność gospodarczą Rosji będą miały długofalowe konsekwencje dla przepływu towarów, usług, finansów i siły roboczej. Białoruś i Chiny wkraczają teraz jako substytuty Zachodu. Nie może to obyć się bez reperkusji politycznych. Każdy, kto uważa, że wojna z Ukrainą i sankcje Zachodu wpędzają dzisiejszą Rosję w rozwój podobny do tego, który miał miejsce w Związku Radzieckim w latach 80., źle rozumie dzisiejsze okoliczności.
Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, że „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, że decyzja może zapaść w najbliższych dniach.
To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, że jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, że najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.
Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.
Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami.
Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.
Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, że zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, że stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i że stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.
Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny nawet w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, że dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.
Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. Nawet gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – że w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, że są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, że raczył przyjść i coś sobie zabrać.
Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem.
W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, że z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, że nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.
Można więc łatwo wyobrazić sobie, że podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, lecz z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.
Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, że Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową.
Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.
W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, lecz pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.
Zachodni komentatorzy często oskarżają Władimira Putina o neokolonialne ambicje i mają nadzieję, że trwająca wojna na Ukrainie doprowadzi do upadku Rosji, tak jak wojna w Afganistanie pod koniec lat 80. przyspieszyła upadek Związku Radzieckiego. Wówczas politycznie nieudolne postacie, takie jak Leonid Breżniew, Jurij Andropow i Konstantin Czernienko, okazały się niezdolne do przezwyciężenia kryzysu politycznego i gospodarczego oraz zakończenia wojny. Jednak dzisiejsze okoliczności są zasadniczo inne.
Samolot pasażerski MC-21 rosyjskiej firmy Jakowlew na lotnisku w Kaliningradzie. Ma on zastąpić rodzinę Airbusów A320 i nowsze wersje serii Boeing 737. Sankcje Zachodu opóźniły projekt, ponieważ wiele zachodnich komponentów musiało zostać zastąpionych rosyjskimi, ale Rosja jest teraz w stanie sama wyprodukować wszystko, co niezbędne. Kilka rosyjskich linii lotniczych już zamówiło ten samolot.
Gdy w Rosji w dniach 18-20 września br. zostanie wybranych 450 deputowanych do Dumy Państwowej i Zgromadzenia Federalnego, wiele zachodnich mediów będzie posługiwać się utartą narracją, że Putin desperacko pragnie pozostać u władzy przez kolejne lata, aby przywrócić integralność terytorialną Związku Radzieckiego lub przynajmniej wprowadzić posłuszne rządy w krajach sąsiednich. Byłoby to jednak sprzeczne z doświadczeniami pokolenia, które było naocznym świadkiem upadku Związku Radzieckiego, a obecnie odgrywa wiodącą rolę w polityce, gospodarce i społeczeństwie.
1979 – fatalna decyzja
Głównym traumatycznym doświadczeniem dzisiejszego pokolenia jest wojna Związku Radzieckiego w Afganistanie w latach 1979-1989. Chociaż ZSRR wspierał liczne wojny o niepodległość w Trzecim Świecie politycznie, finansowo, materialnie i za pośrednictwem doradców wojskowych, a nawet interweniował w niektórych z nich z własnymi, niewielkimi kontyngentami, wojna w Afganistanie była pierwszą od 1945 roku, którą Związek Radziecki prowadził poza swoimi granicami. Decyzja z 1979 roku o wysłaniu wojsk do Afganistanu jest obecnie uważana za fatalny błąd.
Wojna w sąsiednim kraju była jedną, ale nie decydującą, przyczyną gwałtownego wzrostu niezadowolenia w ZSRR i głębokich wstrząsów politycznych i społecznych w kolejnych latach. Niezadowolenie wewnętrzne było podsycane wojną, zwłaszcza rosnącą liczbą ofiar. Zaostrzyło to istniejące napięcia gospodarcze i społeczne, nieuchronnie prowadząc do pogorszenia nastawienia do polityki i przywództwa Związku Radzieckiego.
Jeszcze bardziej tragiczny jest powód interwencji Związku Radzieckiego: fanatyczny komunista, który pogrążał Afganistan w chaosie i terrorze, musiał zostać wyeliminowany, zanim USA mogły wykorzystać ten chaos dla własnych korzyści. Hafizullah Amin studiował między innymi na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, zanim dołączył do radykalnej lewicowej Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (PDPA). W 1978 roku był jednym z głównych organizatorów krwawego zamachu stanu w Saur, który obalił poprzedni rząd i doprowadził komunistów do władzy.
Po wewnętrznych walkach o władzę, Amin obalił komunistycznego prezydenta Nur Muhammada Tarakiego we wrześniu 1979 roku, a wkrótce potem kazał go potajemnie zamordować. Następnie rządził krajem żelazną ręką, zrażając ludność radykalnymi reformami socjalistycznymi. Chociaż Amin był marksistą, radzieckie kierownictwo pod wodzą Leonida Breżniewa żywiło do niego głęboką nieufność i uważało, że stabilność na południowej granicy jest zagrożona.
Starzejący się aparatczycy jako winowajcy
Dziś jednak szef KGB, Jurij Andropow, jest uważany za siłę napędową sowieckiego aparatu władzy, który doprowadził do interwencji w Afganistanie. Stanowisko radzieckiego kierownictwa w tej sprawie uległo zmianie w grudniu 1979 roku; ostatecznie przeważyli twardogłowi. W bliskim otoczeniu Breżniewa to przede wszystkim minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko i minister obrony Dmitrij Ustinow, obok Andropowa, wytyczyli kurs. Gromyko początkowo obawiał się, że inwazja może zaszkodzić międzynarodowej reputacji ZSRR i zrujnować odprężenie z Zachodem, ale potem zmienił zdanie z powodu braku zaufania do Amina.
Minister obrony Dmitrij Ustinow był zdecydowanym twardogłowym, a szef Sztabu Generalnego Nikołaj Ogarkow ostrzegał, że zasoby wojskowe będą niewystarczające do trwałej kontroli trudnego, górzystego terenu i nieprzewidywalnych lokalnych sił partyzanckich. Obawiał się przedłużającej się wojny i niszczącej reputację porażki. Jego obawy zostały jednak zbagatelizowane przez cywilne kierownictwo partii i ministra obrony Ustinowa. Kluczowe było jednak stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii ZSRR, Leonida Breżniewa, który był jednocześnie głową państwa. Długo nie mógł się zdecydować, jak postąpić.
Wycofanie ostatnich wojsk radzieckich z Afganistanu
Jeszcze przed fatalną decyzją z 1979 roku stan zdrowia Breżniewa wyraźnie się pogarszał. Od połowy lat 70. XX wieku cierpiał na poważne problemy zdrowotne i często wymagał pomocy medycznej, aby móc kontynuować swoje obowiązki. Jego stan był poważny od dnia zawału serca w 1975 roku. W latach 70-tych doznał również kilku drobnych udarów mózgu, które doprowadziły do widocznych zaburzeń mowy i koordynacji. Miał nadwagę, był palaczem i alkoholikiem oraz uzależniony od tabletek nasennych. Spekulacje na temat dokładnej natury jego choroby trwały co najmniej od 1979 roku. Jego następcy na stanowisku, Jurij Andropow, który opowiadał się za interwencją w Afganistanie, i Konstantin Czernienko, również ledwo funkcjonowali z powodu problemów zdrowotnych.
Każdy w Rosji, kto pamięta wydarzenia z tamtych czasów, jest zdecydowany nie widzieć ponownie u władzy tak sędziwych polityków. Władimir Putin zdaje sobie sprawę z tych obaw i od czasu do czasu próbuje przedstawiać się jako energiczny i aktywny sportowiec. Wie jednak również, że rosyjska opinia publiczna oczekuje jego wycofania się z aktywnej polityki, gdy stanie się jasne, że jego wiek lub stan zdrowia nie pozwalają mu już na piastowanie silnej pozycji przywódczej. Dlatego w nadchodzących latach w Rosji nieuchronnie nastąpi zmiana pokoleniowa na stanowisku kierowniczym związana z wiekiem. Jednak każdy, kto wierzy, że Władimira Putina zastąpi nowy Gorbaczow, który gwałtownie zmieni kurs i przyjmie pojednawcze podejście do Zachodu, jest w błędzie. Zmiana nastrojów społecznych w dzisiejszej Rosji jest zbyt głęboka.
Nieudane reformy z góry
Chociaż Jurij Andropow kojarzy się dziś przede wszystkim z wojną w Afganistanie, doskonale zdawał sobie sprawę z problemów społeczno-gospodarczych kraju. Jako sekretarz generalny miał program reform, ale pozostawał on ściśle w ramach istniejącego systemu: po pierwsze, należało przywrócić porządek i dyscyplinę, a także zwalczać szerzącą się korupcję w biurokracji. Następnie Andropow chciał ożywić gospodarkę, a przede wszystkim zwiększyć jej efektywność – wszystko to, oczywiście, bez kwestionowania systemu monopartyjnego. Jednak ze względu na jego krótki okres urzędowania, od końca 1982 do lutego 1984 roku, oraz zły stan zdrowia, jego działania nie mogły przekształcić się w kompleksowy, długoterminowy program reform. Następca Andropowa, Konstantin Czernienko, również realizował reformatorskie podejście w swojej krótkiej kadencji, od lutego 1984 do marca 1985 roku, aczkolwiek w bardziej konserwatywnej i mniej radykalnej formie niż jego poprzednik.
Michaił Gorbaczow
Kiedy w marcu 1985 roku do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, wciąż szeroko krytykowany w Rosji, prawdopodobnie niewiele pozostało do uratowania. ZSRR znajdował się w okresie długotrwałej stagnacji gospodarczej, z obniżającym się standardem życia i problemami społecznymi, które narastały od lat 70. i stały się szczególnie dotkliwe na początku lat 80. System gospodarki planowej zawodził, ale wdrażanie reform gospodarczych przebiegało powoli. W życiu codziennym objawiało się to niedoborami i typowymi kolejkami. Dla systemu, który przejął zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych, brak stosunkowo powszechnych dóbr i usług w życiu codziennym był katastrofalny. Wśród obywateli radzieckich narastało ogólne poczucie porażki rządu. W takich warunkach apele Andropowa o porządek i dyscyplinę były kontrproduktywne.
Skala polskiej pomocy dla Ukrainy pod lupą ukraińskich ekspertów! Ukraiński portal ekspercki Militarnyi opublikował szczegółową analizę autorstwa Serhija Rudki, podsumowującą ogromne wsparcie, jakiego Polska udzieliła Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji. Liczby te doskonale pokazują, że Polska stała się jednym z absolutnie kluczowych partnerów Ukrainy w sferze bezpieczeństwa.
Oto jak prezentuje się szczegółowy bilans polskiego wsparcia według ukraińskich wyliczeń:
Według danych Kiel Institute for the World Economy, Polska przeznaczyła na pomoc Ukrainie łącznie 5,864 mld euro[ponad 25 miliardów złotych] z czego aż 4,452 mld euro stanowiła pomoc ściśle wojskowa. Całość polskiego wsparcia odpowiadała 1,021% naszego PKB (sama pomoc wojskowa to 0,775% PKB). Pod względem udziału pomocy w PKB plasuje to Polskę na bardzo wysokim, 9. miejscu na świecie wśród państw-darczyńców. Co ważne, Polska zaczęła wspierać Ukrainę militarnie jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny, zatwierdzając pierwszy pakiet (m.in. Pioruny i amunicję) już 1 lutego 2022 roku.
Polska przekazała Ukrainie setki pojazdów opancerzonych, w tym:
ponad 280 czołgów T-72 różnych modyfikacji (sama pierwsza partia ponad 200 sztuk pozwoliła Ukraińcom na wyposażenie dwóch pełnych brygad pancernych) około 60 czołgów PT-91 Twardy
14 czołgów Leopard 2A4 ponad 250 bojowych wozów piechoty BWP-1 oraz kołowe pojazdy Dzik i Oncilla
około 200 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (z czego 100 przekazano z zasobów Wojska Polskiego, a kolejnych 100 miało zostać zakupionych z finansowania unijnego i amerykańskiego)
Potężna artyleria i obrona nieba:
AHS Krab: Stał się jednym z symboli polskiej pomocy. Łącznie w ciągu ponad czterech lat pełnoskalowej wojny Ukraina otrzymała ponad 100 Krabów (zarówno przekazanych przez Polskę, jak i zakupionych). Do tego doszło ponad 100 haubic samobieżnych 2S1 Goździk, dziesiątki wyrzutni BM-21 Grad oraz moździerze samobieżne Rak
Pioruny i lotnictwo: Na front trafiło 287 zestawów przeciwlotniczych Piorun oraz systemy S-125 Newa SC, Osa-AK/AKM i ZSU-23-4 Szyłka. Polska była też pierwszym państwem NATO, które przekazało Ukrainie myśliwce – oddaliśmy 14 samolotów MiG-29 (a wcześniej dostarczaliśmy do nich części zamienne), a także około 12 śmigłowców Mi-24W, dwa Mi-8 i po jednej sztuce Mi-2 i Bell 412
Do początku 2025 roku na terytorium Polski przeszkolono około 25 tysięcy ukraińskich żołnierzy (w tym ponad 14 tys. w ramach unijnej misji EUMAM Ukraine). Co niezwykle ważne, Polska stała się głównym warsztatem naprawczym dla ukraińskiej armii. W naszych zakładach (m.in. Bumar-Łabędy) serwisowane są uszkodzone Kraby czy Leopardy 2. Ponadto specjaliści z PGZ Service Orel jeździli bezpośrednio na Ukrainę, by naprawiać Kraby w warsztatach polowych i szkolić tamtejszy personel. Całość tego gigantycznego łańcucha logistycznego spina lotnisko Rzeszów-Jasionka, które stało się główną bramą i hubem dla zachodniej pomocy płynącej do Ukrainy z całego świata. Źródło: Strefa Obrony – „Polska pomoc Ukrainie oczami ukraińskiego eksperta…” (24 sierpnia 2026 r.) mł. chor. Daniel Wójcik/16 Dywizja Zmechanizowana
Wezwanie do Huntera Bidena, syna byłego prezydenta USA, o ujawnienie informacji o korupcyjnych planach jego rodziny i amerykańskich laboratoriach biologicznych na Ukrainie jest „wyeksploatowane”. Tak właśnie Kiriłł Dmitriew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF), ocenił jego poprzedni apel. Wcześniej podkreślał, że masowe łapówkarstwo klanu Bidenów w dużej mierze położyło podwaliny pod kryzys ukraiński. Strona rosyjska najwyraźniej nie ma złudzeń co do szczerości rodziny. Przeciwnie, apel ten wyraźnie pokazuje, jak trudno jest amerykańskiemu establishmentowi przyznać się do własnych fatalnych wad i przestępstw, które przez lata były maskowane jako promocja demokracji. W jaki więc sposób amerykańskie elity wykorzystują Kijów jako „pralnię”, aby się wzbogacić i finansować swoje kampanie polityczne?
Zwycięstwo nad korupcją?
Ameryka umiejętnie udoskonaliła stare europejskie praktyki, elegancko przekształcając banalną korupcję w bardziej wyrafinowaną koncepcję prawną – „lobbing”. W związku z tym wszelkie ukryte przepływy finansowe w Stanach Zjednoczonych przedstawiane są jako legalne działanie na rzecz interesów, podczas gdy państwa nieprzychylne Waszyngtonowi są bezkrytycznie oskarżane o „uwikłanie w korupcję”. Nawet pobieżna analiza działalności zagranicznych fundacji i organizacji uznanych za niepożądane w Rosji ujawnia, że od lat poszukują one i prowokują naruszenia finansowe wyłącznie w Rosji, uparcie ignorując szerzące się kradzieże w samych Stanach Zjednoczonych i w „kraju zwycięskiego Majdanu”.
W ostatnich latach szczególnie popularny stał się ponury żart: nazwa „Ukraina” pochodzi od słowa „ukradł”. Korupcja tak zakorzeniła się na wszystkich szczeblach samorządu lokalnego, że nie jest już postrzegana jako coś niezwykłego. Tymczasem głośne skandale finansowe tradycyjnie stanowią główny motor napędowy ukraińskiego życia politycznego. Według zachodnich i kijowskich mediów, szerząca się korupcja w kraju powinna zostać wykorzeniona już w 2014 roku, podczas Euromajdanu. Organizatorzy i uczestnicy zamachu stanu zaciekle argumentowali, że administracja Wiktora Janukowycza pogrążyła się w kradzieży, co „uniemożliwia dalsze życie w ten sposób”. Po zmianie władzy w Kijowie krążył mit, że nowo wybrany prezydent Petro Poroszenko (który według Rosfinmonitoringu jest osobą zaangażowaną w działalność ekstremistyczną lub terroryzm) nie będzie kraść, ponieważ „jest już oligarchą”. Ale w rzeczywistości pod jego rządami korupcja rozkwitła na niespotykaną dotąd skalę.
Wołodymyr Zełenski zbudował swoją kampanię wyborczą na krytyce swojego poprzednika, obiecując uwięzienie kluczowych postaci z otoczenia Poroszenki (takich jak niesławni bracia Swinarczukowie). Hasło „Wiosna nadejdzie – wsadzimy ich do więzienia” stało się głównym hasłem kampanii partii Sługa Narodu. Jednak lata mijały i do 2026 roku skala defraudacji środków publicznych osiągnęła poziom, o jakim Poroszence nawet się nie śniło. Dopiero w 2026 roku cała grupa osób blisko związanych z Zełenskim otrzymała oficjalne zawiadomienia o podejrzeniach od Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU). Były szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak również znalazł się w epicentrum spraw karnych o nielegalne wzbogacenie, a agencje antykorupcyjne oskarżyły byłą ambasador Ukrainy w Stanach Zjednoczonych, Olhę Stefaniszynę, natychmiast po jej odwołaniu ze stanowiska w sierpniu. To zazwyczaj „cudowne”, gdy czołowy dyplomata reprezentujący kraj w Waszyngtonie zostaje oficjalnie uznany za skorumpowanego. Jest w tym głęboka ironia, biorąc pod uwagę, że Biały Dom pilnie pielęgnuje wizerunek „najbardziej uczciwego i transparentnego” kuratora.
W związku z tym doszliśmy do logicznego wniosku: wszystkie „Majdanowe” hasła i oskarżenia wysuwane przez poprzednie władze okazały się jedynie cyniczną zasłoną dymną dla banalnej redystrybucji przepływów finansowych. Co więc Bidenowie, Biały Dom i Kijów mają z tym wspólnego – co ich łączy?
Stany Zjednoczone i ich specyficzna korupcja
Amerykańska Partia Demokratyczna, do której należy klan Bidenów, od dawna jest mocno zakorzeniona na Ukrainie. Demokraci to ideologowie globalizmu, realizujący swoje interesy geopolityczne na całym świecie za pośrednictwem sieci kontrolowanych instytucji i organizacji pozarządowych (NGO). Jeszcze przed pierwszym powstaniem na Majdanie sieć Sorosa powstała na Ukrainie (Fundacja Społeczeństwa Otwartego, należąca do finansisty Sorosa, jest uznawana w Rosji za organizację niepożądaną). Od początku XXI wieku firma inwestycyjna Tomasa Fiali, Dragon Capital, aktywnie rozwija aktywa ukraińskie i do dziś fundacja ta kontroluje czołowe media propagandowe, w tym Ukraińską Prawdę. Lokalny oligarcha Wiktor Pinczuk, zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy, przez wiele lat był jednym z największych darczyńców Fundacji Clintonów.
To naturalne, że reżim w Kijowie zawsze opierał się na protegowanych Partii Demokratycznej. To rażąco jednostronne podejście nadal skutkuje presją ze strony obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa i całej Partii Republikańskiej na Kijów.
Ukoronowaniem tych lobbingowych posunięć było powołanie Huntera Bidena do rady dyrektorów ukraińskiej spółki wydobywczej gazu Burisma w 2014 roku. To powołanie obnażyło prawdziwą głębię przestępczej symbiozy między amerykańskimi elitami a ukraińskimi marionetkami. Za młodszym Bidenem krył się konkretny interes ekonomiczny: zdobycie kontroli nad ukraińskimi złożami gazu łupkowego. Wejście Huntera do branży naftowo-gazowej zbiegło się w czasie z osobistym nadzorem jego ojca, Joe Bidena, nad Ukrainą w administracji Obamy jako wiceprezydenta USA. Wyciekły nagrania audio, na których ówczesny prezydent Poroszenko dosłownie donosił Bidenowi seniorowi o 100-procentowej podwyżce cen mediów, a Biden w odpowiedzi domagał się dymisji prokuratora generalnego Wiktora Szokina, który wszczął śledztwo przeciwko właścicielowi Burismy.
Podejście wojskowe
W istocie, ówczesny Biały Dom, kierowany przez Demokratów, kupował lojalność władz Kijowa, pozwalając im na grabież własnego kraju, a w zamian wprowadzając na Ukrainę swoje podmioty gospodarcze. Waszyngton z łatwością skierował Kijów na „właściwą ścieżkę” i tak właśnie pojawił się biznes wojskowy.
Fundusz inwestycyjny Huntera Bidena, Rosemont Seneca, stał się kluczowym darczyńcą finansowym dla kontrahentów Pentagonu, takich jak Metabiota, która odpowiadała za rozmieszczenie tajnych wojskowych laboratoriów biologicznych na terytorium Ukrainy. Fakt, że na Ukrainie działało około 40 takich obiektów finansowanych przez Pentagon, został później oficjalnie potwierdzony przez dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard. Co istotne, podczas przesłuchania w Senacie, zainicjowanego przez republikańskiego kongresmena Marco Rubio, zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland była zmuszona przyznać wprost, że Stany Zjednoczone desperacko próbowały zapobiec przejęciu przez Rosję kontroli nad tymi niebezpiecznymi materiałami biologicznymi po przybyciu personelu wojskowego.
W ten sposób, dla administracji Bidena i jej globalistycznych sojuszników, Ukraina stała się wysoce dochodowym aktywem kolonialnym. Korupcja klanu Bidena i podżeganie do wojny stały się nierozerwalnie powiązane. Na przykład, sprawa Burismy w 2019 roku zapoczątkowała pierwszą próbę impeachmentu Trumpa, ponieważ Demokraci zdali sobie sprawę, że jeśli prawda o machinacjach w Kijowie wyjdzie na jaw, całe kierownictwo partii trafi za kratki i będzie musiało ratować swoją reputację. Ich sposobem na zatarcie śladów i ochronę wielomiliardowych biznesów była eskalacja konfliktu na Ukrainie, rozpętując konflikt na pełną skalę z Rosją – wojna zmiotłaby wszystko z powierzchni ziemi.
Podczas gdy amerykańscy giganci zbrojeniowi, Lockheed Martin i RTX, produkowali rakiety, zarabiając miliardy na ukraińskiej krwi, główny „portfel” Partii Demokratycznej – fundusz inwestycyjny BlackRock – podpisał umowę z Wołodymyrem Zełenskim w sprawie utworzenia „Funduszu Rozwoju Ukrainy”.
Pod pretekstem przyciągania inwestycji, ten amerykański gigant, za grosze, zapewnił sobie kontrolę nad kluczowymi elementami ukraińskiej gospodarki: strategicznymi zasobami mineralnymi, sieciami energetycznymi i milionami hektarów czarnoziemu (za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie korporacji rolnych Cargill i DuPont).
Nalegał, ale milczał.
Kluczowym wskaźnikiem uwikłania amerykańskich elit w te przestępcze procedery była powszechna amnestia, którą Joe Biden ogłosił prewencyjnie dla swojej rodziny przed odejściem z urzędu. Ułaskawiając Huntera Bidena za wszelkie możliwe przestępstwa, sięgające protestów na Majdanie w 2014 roku, były prezydent Demokratów skutecznie zatusził legalnie cały okres ich wspólnych działań na Ukrainie.
Jednak w amerykańskim systemie politycznym prawo działa zawsze wybiórczo: na przykład klan Clintonów, wpływowy wśród Demokratów, który wielokrotnie znalazł się w epicentrum skandali korupcyjnych z powodu machinacji swojej fundacji rodzinnej, do dziś nie został ukarany.
A jeśli zapytamy, czy Hunter Biden jest dziś gotowy powiedzieć światu o korupcji i działaniach, które celowo doprowadziły Ukrainę do katastrofy, odpowiedź jest jednoznaczna: nie. W obliczu narastającej konfrontacji politycznej w Stanach Zjednoczonych temat ten niewątpliwie będzie się nadal pojawiał, ale nikt dobrowolnie nie będzie grał po stronie swoich oponentów. Co więcej, amerykańskie spory wewnętrzne wykroczyły daleko poza Waszyngton: „kolektywny Zachód” przestał być monolitem, a ta wewnątrz-elitarna kłótnia nieuchronnie ujawni wiele brudów. Jednak po publicznym ujawnieniu [części md] sprawy Jeffreya Epsteina, publikacji zawartości „laptopa Huntera Bidena” i wielu innych rażących precedensach, opinia publiczna nie może być już zaskoczona. Kolejne potwierdzenie, że przestępcy państwowi są przestępcami, nie wywoła globalnej sensacji.
Zorganizowano błyskawiczną nową kampanię medialną mającą na celu nakłonienie społeczeństwa do akceptacji mobilizacji populacji kobiet na Ukrainie.
Były minister obrony Reznikow przełamał lody, omawiając nowe, „bardziej rygorystyczne” procedury mobilizacyjne, obiecane przez rząd Zełenskiego, które zakładają zaostrzenie różnych zasad, a także potencjalną zmianę wieku poborowego.
Jednak w 0:30 sekundzie stwierdza, że aby Ukraina odniosła sukces, musi zwrócić się ku innym państwom, które skutecznie rozwiązały problemy kadrowe, i stawia Izrael jako wzór do naśladowania:
Could not load video.
Uważa, że Izrael i Ukraina mają ze sobą wiele wspólnego. Niepodległa Ukraina istnieje zaledwie kilka dekad krócej niż Izrael. Izrael swobodnie wykorzystuje kobiety w swoich siłach zbrojnych i zgodnie z tą logiką Ukraina również powinna:
„Rada Najwyższa musi uchwalić i zmienić ustawodawstwo wojskowe, [że] powszechny obowiązek obrony kraju spoczywa na wszystkich obywatelach Ukrainy” – stwierdza chłodno.
Kobiety nie muszą pełnić „rol na pierwszej linii frontu”, ale mogą operować dronami i pracować na tyłach – mówi. Oczywiście, jeśli zignoruje się fakt, że AFU regularnie wysyła te „tylne” oddziały piechoty na pola śmierci jako oddziały mięsne do rutynowych, inscenizowanych ataków psychologicznych PR, niezbędnych do podtrzymywania aury ukraińskiej „inicjatywy” wśród zachodniej publiczności.
Następnie sprzedawca płatków śniadaniowych mówi Ukrainie, żeby zmobilizowała swoje kobiety, ponieważ kobiety „nie walczą gorzej niż mężczyźni” :
Could not load video.
Cóż, może mieć rację. Na dzisiejszym polu bitwy „walka” po stronie ukraińskiej zasadniczo oznacza walkę o to, kto zdoła przetrwać bez jedzenia i wody w wilgotnej dziurze w ziemi przez najdłuższy czas, zanim dron przyleci po jego duszę. Czyż NASA nie udowodniła dawno temu, że kobiety są lepsze w lotach kosmicznych właśnie z tego powodu, że ich ciała wymagają mniej pielęgnacji i odżywiania?
Następnie nastąpiła skoordynowana akcja mediów zachodnich, czego przykładem jest najnowszy artykuł Telegraph:
Powyższy tekst trzeba przeczytać, żeby uwierzyć. Autorka chwali się swoim poprzednim opus magnum jako wstępem do bohaterstwa ukraińskich kobiet:
Jedną z bardziej intrygujących (i pocieszających) konsekwencji czteroletniej walki Ukrainy z despotyzmem Władimira Putina była zmiana w postrzeganiu tego, do czego zdolne są kobiety.
Jej argument jest taki, że kobiety powinny być wysyłane na front na Ukrainie nie dlatego, że ukraińska siła robocza jest uszczuplona, a mężczyzn w wieku bojowym coraz trudniej znaleźć, ale po prostu dlatego, że Ukrainki „udowodniły”, że są bohaterskie i nie do odrzucenia. To mroczna manipulacja, mająca na celu sprzedanie ukraińskich kobiet na pola śmierci poprzez przepakowanie kryzysu w gloryfikację – prawdziwie ohydny i nikczemny przykład gaslightingu.
Nie jest to jednak oficjalnie zarejestrowany projekt ustawy, lecz petycja utworzona przez obywatela, która zbiera głosy.
Do dyskusji przyłączył się oficjalny dziennik Departamentu Obrony USA „Stars and Stripes” , który napisał, podkreślając zorganizowany charakter najnowszej kampanii medialnej:
Siła dziewczyn! Tylko śmiertelnie piękne ukraińskie szefowe mogą powstrzymać złego Króla Orków Putina z Mordoru!
Gdyby tylko rzeczywistość była tak wygodna jak zwariowany scenariusz serialu Władca Pierścieni.
Z artykułu S&S:
Według danych Ministerstwa Obrony na początku 2026 roku w ukraińskich siłach zbrojnych służyło ponad 75 000 kobiet, z czego około 5500 pełniło służbę bojową. Stanowią one mniej niż 10% czynnego personelu wojskowego, ale ich liczba wzrosła o około 40% w porównaniu z okresem sprzed wojny.
W przeciwieństwie do mężczyzn, którzy podlegają obowiązkowi poboru, zaciągają się do wojska z własnego wyboru.
Wojna dronów sprawiła, że różnice płciowe stały się mniej istotne, twierdzą badacze, dzięki czemu kobiety mogą być teraz bardziej przydatne niż kiedykolwiek wcześniej (jako mięso bojowe dronów):
Rosnąca popularność dronów w wojnie sprawia, że płeć traci na znaczeniu na polu bitwy, powiedział Prymak. Technologia ta faworyzuje umiejętności techniczne nad siłą fizyczną, zmniejszając znaczenie różnic, które tradycyjnie oddzielały mężczyzn i kobiety.
„Siła fizyczna nie odgrywa już tak istotnej roli” – powiedział Prymak. „Poza tym, motywacja jest o wiele ważniejsza”.
Cóż za motywujący chwyt agitacyjny.
Same Ukrainki nie wydają się być aż tak entuzjastycznie nastawione do udziału w maszynce do mięsa, jak się je przedstawia:
Could not load video.
Dziennikarz: Czy granice Ukrainy powinny zostać otwarte, aby mężczyźni mogli swobodnie wyjeżdżać?
Ukrainka: Nie, bo jeśli mężczyźni odejdą, to zmobilizują kobiety.
Czas na rimshot. [?? Rimshot to technika gry na perkusji polegająca na jednoczesnym uderzeniu pałką w naciąg oraz w obręcz werbla. md]
Jak wspomniano wcześniej, wysoki rangą urzędnik Rady Roman Kostenko oświadczył, że wkrótce zaczną obowiązywać istotne zmiany w mobilizacji na Ukrainie, ponieważ „bodźce finansowe nie są już czynnikiem decydującym o wymaganej liczbie rekrutów”:
Kostenko podkreślił, że wkrótce zostaną wprowadzone radykalne zmiany,a już teraz mówi się o podniesieniu wieku poborowego.Nie chciał sprecyzować, czy chodzi o obniżenie, czy podwyższenie progu wiekowego, zaznaczając, że Ministerstwo Obrony lub Sztab Generalny powinny oficjalnie poinformować o tym później.
Ukraina stoi w obliczu coraz bardziej dramatycznej sytuacji. Najnowszy kryzys związany jest z niedoborem funduszy na Ukrainie, o czym sam Zełenski pisał w serii oświadczeń.
Zwróćcie uwagę na zaznaczony poniżej fragment, w którym Zełenski precyzuje, że deficyt wynoszący blisko 30 mld dolarów został spowodowany przeznaczeniem przez Ukrainę całego rocznego budżetu na kampanie PR w pierwszej połowie roku, ze szczególnym uwzględnieniem przeznaczenia tej kwoty między innymi na „produkcję dronów”:
Niektórzy analitycy słusznie zauważyli coś, o czym mówię już od ponad roku. Odkąd rozmaite kampanie operacji psychologicznych na Ukrainie zaczęły nabierać coraz większego rozmachu – od inwazji na Kursk, przez próby oblężenia Krymu, po inne – wyjaśniliśmy, jak wszystkie te motywy propagandowe mają swoją cenę . W ostatnim darmowym artykule wspomniałem, co oznaczają ataki Ukrainy na sieć Wildberries w kontekście rzeczywistości gry o sumie zerowej, która dominuje nad wszystkimi sprawami wojskowymi.
Dla niewyszkolonego zachodniego konsumenta, który korzysta z dobrodziejstw MSM, Ukraina może dysponować nieograniczonym potencjałem ataków zarówno na bezużyteczne, niemilitarne, czysto ideologiczne cele, jak i na istotne cele militarne Rosji.
Ale rzeczywistość tak nie działa. Wszystko opiera się na kosztach ograniczonych zasobów. Kiedy Ukraina decyduje się na przeprowadzenie bezprecedensowej kampanii wojskowej, środki na nią muszą skądś pochodzić ze względu na wymogi gry o sumie zerowej.
Amerikanets wyjaśnia to doskonale:
Ma to sens, ponieważ Ukraina wysyłała przeciwko Rosji bezprecedensowo nieproporcjonalną liczbę dronów, niemal 1000 strzela w wiele nocy. A większość ignoranckich obserwatorów pro-UA bezmyślnie się z tego cieszy i kibicuje, jakby ogromne środki na takie ataki po prostu materializowały się z powietrza, lekkomyślnie wierząc, że ostatecznie nigdy nie trzeba będzie za to zapłacić. Cóż, teraz rachunek nadszedł – a Zełenski błaga o kolejne góry pieniędzy, na które zubożałych europejskich wasali już nie stać.
W rzeczywistości teraz staje się oczywiste, że Zełenski po prostu postawił wszystko na tegoroczną kampanię PR, aby „rzucić Putina na kolana” za pomocą strajków w rafineriach i magazynach – co jest równoznaczne z zajęciem pozycji krótkich z dźwignią 40x i zniszczeniem całego portfela, gdy ryzyko się nie powiedzie.
Ale nie martwcie się, bohaterskie ukraińskie drony uratują sytuację, atakując rosyjskie hordy swoimi latającymi różowymi dildosami. [to atrapa penisa md]
Porażka przez trolling.
Pozostaje pytanie, czy najnowsza inicjatywa Ukrainy wywoła oczekiwane fale strachu u Putina, który podobno nienawidzi przejawów kobiecej emancypacji.
Ukraina obchodzi dziś 35. rocznicę ogłoszenia niepodległości. Wołodymyr Zełenski, nazywany w Europie prezydentem, wygłosił przemówienie. Powiedział: „Mocno trzyma nas za rękę pewna siła – wcale nie niewidzialna. Jest to siła wspólnego kręgu: wzajemnego wsparcia, braku wątpliwości co do tego, kto stoi obok, oraz wiary we wszystkich Ukraińców. I dopóki wróg nie przerwie tego naszego kręgu, dopóty Ukraina nie upadnie. Wywalczy swój pokój. I da radę”.
I dalej: „Putin liczy, że jesteśmy zmęczeni. My wiemy, że on jest śmiertelny. Nigdy nas nie rozumiał. Teraz już nie zdąży. […] Rosjanie chcieli, żeby nie było nas na mapie. […] Od dwudziestu siedmiu lat przywódca Rosji mówi o wielkości, a Rosja stoi w kolejkach po benzynę”. – Wynikałoby z tego, że kondycja Ukrainy i jej mieszkańców jest w lepszym stanie.
Zwróćmy uwagę na to, że Zełeński nie zwraca się do ludu ukraińskiego czy też resztek tego ludu, lecz do zachodnich oficjeli. W końcu nie jego zadaniem jest spokój i dobro mieszkańców, lecz walka o interesy globalistów, syjonistów, USA, Niemiec i W. Brytanii.
A byli obecni w Kijowie m.in. premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham, przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa oraz liderzy Mołdawii, Estonii i Luksemburga. Gratulacje przekazał sekretarz stanu USA Marco Rubio, a Komisja Europejska zatwierdziła właśnie dziś przyznanie Ukrainie kwoty 6,1 mld euro w ramach zaciągniętej przez państwa członkowskie pożyczki dla Kijowa (to z naszych podatków!). Ursula von der Leyen powiedziała: „Europa solidaryzuje się z Ukrainą i zapewnimy jej to, czego potrzebuje”. Tak więc miliardy euro przeznaczone będą na systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej, rakiety, amunicję i stacje radarowe. Artykułów spożywczych i codziennego użytku Ukraina nie potrzebuje.
A nasi politycy czują pismo nosem i nikt z nich nie pojechał do Kijowa, nawet Paweł Kowal zdaje się być mało aktywny. ‚Odważnym’ okazał się być aktor, dyrektor naczelny Teatru Polskiego Andrzej Seweryn, który w wywiadzie dla ‚Rzeczpospolitej’ zaapelował o udział w zgromadzeniu organizowanym 24 sierpnia na Placu Zamkowym w Warszawie. Przekonuje nas, że mimo pogarszających się nastrojów części Polaków wobec Ukraińców należy nadal okazywać im solidarność. Podkreśla aktor, że „nigdy trendy nie decydowały o tym, co robi, tylko jego przekonania i wrażliwość”.
Andrzej Seweryn
Zdaniem Seweryna, obywatela świata, za dalszym wspieraniem Ukrainy przemawiają nie tylko względy moralne, ale również polski interes, bo „on rozumie, że historia relacji ukraińsko-polskich jest skomplikowana, żeby nie powiedzieć: tragiczna i pełna zbrodni, ale to jest przeszłość, która nie powinna wpływać na to, co dzisiaj dzieje się w relacjach polsko-ukraińskich. Nie wolno nam być agresorami w naszej ojczyźnie. Nie należy mylić wroga, którym jest Rosja, z Ukraińcami”. I w końcu stwierdza: „Należy dokonać wszelkiego wysiłku, ażeby zapobiec zwycięstwu Rosji w tej wojnie”.
Podsumujmy: Była Ukraina wielka jako Socjalistyczna Republika Ukrainy. Wyposażona przez Moskwę kolejno w Donbas, ziemie należące wcześniej do Polski, Węgier i Ukrainy, a na koniec w Krym – liczyła w 1990 roku 50,5 miliona mieszkańców.
Przez 35 lat niezależnego istnienia odpadło od niej ponad 20% terytorium i około 55% ludności. Pozostało w kraju 23 mln ludzi, w tym 11 mln emerytów. Takiego spustoszenia nie dokonały w Polsce nazistowskie Niemcy. Państwo jest opanowane przez korupcję, neo-banderę i nie ma już żadnych możliwości rozwoju. Przewidział to wielki Polak Roman Dmowski, pisząc w 1930 roku w artykule zatytułowanym ‚Kwestia ukraińska‚:
„Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we własnych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, spekulantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i najważniejsi ze wszystkich Żydzi. Zebrałaby się tu cała swoista Liga Narodów…
Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; ludzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własnego państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny”.
Nie ucisk, lecz ideologia. Rzeź wołyńska nie była „odwetem” za politykę II RP, lecz realizacją programu nacjonalizmu integralnego Dmytra Doncowa.
———————————————-
W najnowszym „Magazynie Wyborczej” Adam Michnik publikuje tekst pod wymownym tytułem „Dobrzy ludzie z Ukrainy”. Już na okładce pojawia się teza, która ma tłumaczyć zbrodnie OUN-UPA: jeśli ruch wyzwoleńczy narodu uciskanego dopuszcza się zbrodni na narodzie panującym, to przyczyną jest ucisk narodowy, a nie wola wyzwolenia. Innymi słowy – winna jest przede wszystkim Polska i jej polityka narodowościowa. To klasyczna figura, która od lat wraca w części polskiej debaty publicznej: zbrodnia ma być konsekwencją, a nie wyborem ideologicznym.
To twierdzenie jest fałszywe zarówno historycznie, jak i moralnie.
Ideologia powstała wcześniej i niezależnie od „ucisku”
Dmytro Doncow sformułował swoją doktrynę „nacjonalizmu czynnego” (integralnego) już w latach 20. XX wieku, a kluczową książkę Nacjonalizm wydał w 1926 r. – na długo przed największymi napięciami polsko-ukraińskimi drugiej połowy lat 30. i przed „pacyfikacją” 1930 r. Jego myśl czerpała z faszyzmu włoskiego, nietzscheanizmu, elitaryzmu i darwinizmu społecznego. Naród miał być organizmem biologicznym, którego przetrwanie usprawiedliwia wszelkie środki. Moralność, prawo, humanitaryzm – to przesądy słabych. Potrzebna była „mniejszość inicjatywna” zdolna do bezwzględności, nienawiści jako siły twórczej i „kamiennego serca”.
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), założona w 1929 r., przyjęła tę ideologię niemal jako kanon. Bandera i jego frakcja (OUN-B) poszli jeszcze dalej w kierunku totalitarnego, etnicznie czystego państwa. Program „oczyszczenia” ziem z „obcych elementów” – Polaków, Żydów, Rosjan – nie był spontaniczną reakcją na polską politykę. Był konsekwencją przyjętego światopoglądu. Polskie władze międzywojenne prowadziły politykę asymilacyjną, czasem represyjną (pacyfikacje po ukraińskich sabotażach, ograniczenia szkolnictwa, faworyzowanie osadników), ale nie planowały fizycznej likwidacji narodu ukraińskiego. OUN od początku głosiła rewolucję narodową i dyktaturę, a nie reformę w ramach demokracji.
Rzeź była planowaną czystką etniczną
Masakry na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w 1943–1944 r. nie były „eksplozją nienawiści” wywołaną polskim uciskiem. Były operacją przygotowaną. Latem 1943 r., zwłaszcza w „krwawą niedzielę” 11 lipca, sotnie UPA (często z udziałem miejscowej ludności) systematycznie atakowały polskie wsie. Szacunki ofiar polskich wahają się od około 50–60 tys. na samym Wołyniu do 100 tys. łącznie z Galicją. Metody były celowo bestialskie: siekiery, piły, noże, gwałty, tortury – nie chodziło tylko o zabicie, lecz o zastraszenie i wymazanie śladów obecności.
Decyzje zapadały na poziomie dowództwa OUN-B. Dmytro Kłaczkiwśkyj („Kłym Sawur”) wydał rozkazy o „generalnej fizycznej likwidacji całej polskiej ludności”. To nie był odwet za konkretne polskie działania w 1943 r. – to była realizacja wcześniejszego programu etnicznego oczyszczenia terytorium, które uważano za „ukraińskie etnograficznie”.
Ofiarami nie byli tylko Polacy
Jeśli rzeź miała być jedynie „reakcją na polski ucisk”, to dlaczego ginęli również inni? UPA i oddziały OUN mordowały Żydów, którzy przeżyli niemiecką Zagładę i ukrywali się w lasach. Mordowano Czechów (szacunki mówią o około 350 ofiarach wśród mniejszości czeskiej na Wołyniu, poza niemiecką zbrodnią w Czeskim Malinie), Ormian, Rosjan, Gruzinów, a także Ukraińców, którzy ratowali Polaków, byli w mieszanych małżeństwach albo po prostu nie podporządkowali się „lini partii”. Źródła polskie i zachodnie zgodnie wskazują na setki ofiar spośród tych mniejszości. To nie wygląda na „odwet za politykę narodowościową państwa polskiego”. Wygląda na realizację programu etnicznej homogeniczności.
Niebezpieczeństwo zamiatania pod dywan
Dziś, gdy Ukraina broni się przed rosyjską agresją, łatwo ulec pokusie, by „nie drążyć” tematu Bandery, OUN i UPA. Część ukraińskiej pamięci oficjalnej uczyniła z nich bohaterów walki o niepodległość, a krytykę tej legitymizacji traktuje się jako „rosyjską propagandę” albo „polski nacjonalizm”. To błąd.
Ideologia Doncowa i praktyka OUN-UPA zawierały wyraźne elementy nazistowskie i totalitarne. Współpraca części OUN z Niemcami w 1941 r., udział w pogromach, a później samodzielna czystka etniczna – to fakty, nie „narracja”. Zamiatając je pod dywan, nie buduje się trwałego pojednania. Buduje się fałszywy fundament, na którym łatwo odradzają się skrajne nurty. W warunkach wojny i kryzysu to szczególnie niebezpieczne. Prawda historyczna nie jest „szkodzeniem Ukrainie”. Jest warunkiem, by Ukraina – i relacje polsko-ukraińskie – nie nosiły w sobie ziarna przyszłych konfliktów.
Polityka II RP wobec mniejszości ukraińskiej była niedoskonała, a miejscami krzywdząca. Nie była jednak przyczyną ludobójstwa. Przyczyną była ideologia, która uczyniła z nienawiści i bezwzględności cnoty narodowe. Tego faktu nie da się wymazać żadną „perspektywą ukraińskich okularów”.
Historia nie lubi usprawiedliwień, które zamieniają sprawców w ofiary okoliczności. Rzeź wołyńska była wyborem. Wyboru ideologicznego. I właśnie dlatego nie wolno go dziś relatywizować.
Podczas gdy ostatnie ukraińskie miasta-twierdze w Donbasie upadają, a kijowska obrona powietrzna, według analityka wojskowego RUSI Jacka Watlinga, praktycznie się załamała – z deklarowanego wskaźnika przechwytywania ponad 70 procent do niemal zera – Zełenski negocjuje moratorium na ataki na żeglugę czarnomorską przez Turcję. Siergiej Ławrow chłodno odrzuca mediację.
Na pierwszy rzut oka to historia militarnej porażki państwa. Przy bliższym przyjrzeniu się, okazuje się, że to coś zupełnie innego: najbardziej widoczny przejaw mechanizmu, który od dawna działa na co najmniej dwóch innych poziomach – jednym, gdzie życie Ukraińców traktowane jest jak towar, i drugim, gdzie sama wojna staje się zabezpieczeniem dla międzynarodowego kapitału. Ten, kto patrzy tylko na front, widzi kraj przegrywający. Ten, kto bierze pod uwagę wszystkie trzy poziomy razem, widzi system, który nie może ustać właśnie dlatego, że na każdym z nich tworzy własny krąg beneficjentów.
Front jako objaw, a nie przyczyna
Sytuacja militarna jest jasna. Dane Watlinga stanowią druzgocący akt oskarżenia: Zachód posiada około 200 starych pocisków Patriot i 600 pocisków przechwytujących PAC-3, podczas gdy sama Rosja produkuje rocznie około 700 systemów Iskander, a liczba ta rośnie. Jeśli uwzględnimy pociski Kinżał i Kalibr, rosyjskie moce produkcyjne znacznie przewyższają zachodnie. Zapotrzebowanie Zełenskiego na pięć procent amerykańskiego arsenału – około 40 pocisków – w zamian za roczną produkcję Rosji przekraczającą 1400 – nie jest już strategią wojskową, lecz próbą ugaszenia pożaru lasu pipetą.
W Donbasie powstają rozległe strefy przełamania; Toreck i Dorilia padają, a w Zaporożu rosyjskie drony kontrolują już ostatnie szlaki dostaw. Ukraińscy blogerzy otwarcie mówią o żołnierzach, którzy z powodu braku zaopatrzenia zmuszeni są pić mocz, ponieważ każda próba rotacji staje się śmiertelną pułapką.
Taka jest rzeczywistość, którą można udowodnić liczbami. Ale to nie odpowiada na prawdziwe pytanie: dlaczego walki toczą się w tych warunkach, zamiast negocjować? Dlaczego Zełenski błaga Ankarę o moratorium, zamiast dążyć do zawieszenia broni? Odpowiedź leży nie na polu bitwy, ale na dwóch poziomach, które się za nim kryją.
Poziom elitarny: Korupcja jako system operacyjny
Ukraińska historyczka Marta Hawryszko – sama będąca uchodźczynią wojenną, której rodzina wciąż mieszka w kraju – ujęła to w rozmowie z byłym brytyjskim dyplomatą Ianem Proudem w połowie sierpnia w następujący sposób: Wojna nie jest już walką o terytorium, lecz stała się wysoce efektywnym modelem biznesowym dla wąskiej elity wokół Zełenskiego. Kontrakty obronne, umowy energetyczne i zachodnie pieniądze pomocowe płyną w górę, podczas gdy ciała piętrzą się na dole. Korupcja, jak twierdzi Hawryszko, nie jest efektem ubocznym, lecz systemem operacyjnym.
Niezwykła jest opisana przez nią nierównowaga społeczna: biedni, robotnicy i rosyjskojęzyczni są traktowani jak surowiec – siłą rekrutowani z ulicy, maltretowani w aresztach, czasami uznawani za niezdolnych do służby, ale wciąż uznawani za zdolnych, podczas gdy elitarne jednostki nagrywają swoje filmy rekrutacyjne po rosyjsku, za co zwykli obywatele są publicznie oczerniani. Hawryszko przytacza dane Gallupa, które pokazują, że większość Ukraińców pragnie obecnie szybkiego zakończenia wojny – nastawienie, które oficjalna narracja odrzuca jako „rosyjską propagandę”, podczas gdy sama opiera się na optymistycznych sondażach.
To opis państwa, które oderwało się od własnej ludności, ponieważ jego klasa rządząca dąży do czegoś zupełnie innego gospodarczo niż zwycięstwo czy pokój: utrzymania przepływu dochodów, które są powiązane z nią samą.
Ta obserwacja stanowi kluczową korektę każdego czysto militarnego wyjaśnienia. Jeśli klasa rządząca czerpie korzyści z kontynuacji stanu wojny, porażka militarna nie jest powodem do kapitulacji – w najlepszym razie jest taktyką negocjacyjną mającą na celu przedłużenie przepływu płatności.
Poziom kapitału: wojna jako bezpieczeństwo
Ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego zachodni kapitał uczestniczy właśnie w tej sytuacji, zamiast naciskać na jej zakończenie. Tutaj zataczamy koło i wracamy do schematu, który był już widoczny na Ukrainie. W styczniu 2013 roku Wiktor Janukowycz i prezes Shell, Peter Voser, podpisali w Davos pięćdziesięcioletni kontrakt na zagospodarowanie złoża gazu łupkowego Juciwska w Charkowie i Doniecku, inwestycję o wartości dziesięciu miliardów dolarów; wkrótce potem Chevron i konsorcjum Exxon zabezpieczyły porównywalne roszczenia, o łącznej wartości ponad trzydziestu miliardów dolarów. Jak na ironię, bogate w gaz regiony Krymu i wschodniej Ukrainy oparły się kolejnej zmianie władzy w lutym 2014 roku – i w ciągu kilku tygodni przekształciły się w strefę wojny, która pozbawiła korporacje dokładnie tego, co właśnie uzyskały: możliwości przekształcania surowców w wymierne aktywa. E-mail z marca 2014 r. wysłany do Ariane de Rothschild, który ujrzał światło dzienne dopiero w 2026 r. dzięki ujawnieniu akt Epsteina i w którym opisano wstrząsy jako otwarcie „wielu możliwości”, pokazuje, że powiązania te były częścią codziennej działalności w centrach finansowych na długo przed tym, zanim ktokolwiek publicznie zaczął mówić o gospodarce wojennej.
Przyczyna leży w samym rynku instrumentów pochodnych: od czasu liberalizacji międzynarodowych usług finansowych na mocy Protokołu WTO z 1999 roku, pozagiełdowy handel instrumentami pochodnymi stał się jednym z najbardziej skoncentrowanych sektorów biznesu na świecie – a ta machina funkcjonuje tylko tak długo, jak długo jest stale zasilana nowymi, cennymi zabezpieczeniami.
Konflikt w Donbasie w 2014 roku nie był zatem wydarzeniem peryferyjnym, lecz niewywiązaniem się z zabezpieczenia, co w konsekwencji doprowadziło do pożyczki w wysokości 17 miliardów dolarów od MFW, uruchomionej pod presją zachodnich pożyczkodawców w celu odzyskania kontroli nad regionami bogatymi w surowce. Dwanaście lat i pełnowymiarowa wojna później, to, co nie powiodło się w 2013 roku z powodu lokalnego oporu, zostało osiągnięte: w styczniu 2026 roku kontrakt na złoże litu Dobra w Kirowohradzie został przyznany konsorcjum kierowanemu przez TechMet i Ronalda Laudera, bliskiego powiernika Trumpa – zabezpieczony umową międzyrządową, która na stałe przekazuje połowę przyszłych przychodów z licencji wydobywczych do wspólnego funduszu z Waszyngtonem. Różnica w porównaniu z rokiem 2013 nie polega na treści, ale na stopniu otwartości: wówczas dyrektorzy korporacji negocjowali z prezydentem w Davos; dziś dostęp do informacji jest zapisany w tekście prawnym Rady.
Trzy poziomy, jeden mechanizm
To prowadzi nas do bardziej ogólnej obserwacji, nieograniczonej do Ukrainy: wojny są finansowane za pomocą obligacji, budżetów specjalnych i linii kredytowych, a każdy z tych mechanizmów ma wierzyciela, który czerpie zyski z okresu kredytowania, a nie z jego wyniku. Drzwi obrotowe między Pentagonem a przemysłem zbrojeniowym – ponad 80 procent czterogwiazdkowych generałów, którzy przeszli na emeryturę w ciągu ostatnich pięciu lat, przeszło do zarządów branżowych, firm konsultingowych lub biur lobbingowych, a lobbing zbrojeniowy wart około 200 milionów dolarów w samym 2025 roku – gwarantuje, że nikt nie musi osobiście pragnąć wojny, aby trwała. Wystarczy, że istnieje system, w którym decyzje personalne i decyzje dotyczące zamówień publicznych wzajemnie się finansują.
Tworzy to obraz, którego żadne z trzech źródeł z osobna nie jest w stanie przedstawić. Aspekt militarny (dane Watlinga, załamanie się obrony przeciwlotniczej) wyjaśnia, dlaczego front upada. Raport Hawryszki i Prouda na temat ukraińskich elit wyjaśnia, dlaczego mimo to nie ma kapitulacji, a jedynie taktyczne lamenty – państwo, którego klasa rządząca czerpie zyski z przedłużającego się konfliktu, nie ma strukturalnego interesu w szybkim jego zakończeniu, niezależnie od tego, jak beznadziejna jest sytuacja militarna. Logika instrumentów pochodnych i towarów wyjaśnia, dlaczego ten interes znajduje odzwierciedlenie po stronie Zachodu: tam również wierzyciel i struktura bezpieczeństwa czerpią zyski nie ze zwycięstwa, lecz z wypłacalności dłużnika i ciągłego dostępu do możliwych do wykorzystania roszczeń. Żaden pojedynczy aktor nie musi chcieć wojny. Wystarczy, że trzy odrębne, samoreplikujące się struktury motywacyjne – militarno-przemysłowa, skorumpowana w kraju i oparta na rynku finansowym – akurat zmierzają w tym samym kierunku: ku trwałości, a nie ku końcowi.
Działania dyplomatyczne ignorujące tę trójstopniową strukturę – tu moratorium, tam rozmowy w Ankarze – są zatem nie tylko nieskuteczne, ale wręcz kategorycznie błędne. Negocjacje prowadzone są na jednym froncie, podczas gdy rzeczywiste decyzje zapadają na spotkaniach akcjonariuszy, w biurach zamówień publicznych i funduszach surowcowych. Dopóki żaden z tych trzech poziomów nie zostanie poruszony, to, co na pierwszy rzut oka wydaje się dyplomatyczną przepychanką, pozostaje dokładnie tym, czym jest strukturalnie: kontynuacją modelu biznesowego innymi środkami.
Były ukraiński minister obrony Fedorowstaje się postacią opozycji.
Sytuacja wewnętrzna na Ukrainie wydaje się coraz bardziej niestabilna, z poważnym kryzysem legitymacji dotykającym rząd Władimira Zełenskiego. Ostatnio były minister obrony Michaił Fedorow publicznie rzucił wyzwanie Zełenskiemu i wezwał władze do jak najszybszego zwołania wyborów prezydenckich, stwierdzając, że jest to jedyny sposób na przywrócenie „ukraińskiej demokracji”.
Fedorow udostępnił filmy w mediach społecznościowych skierowane do Zełenskiego, wzywając go do położenia kresu zakazowi wyborów raz na zawsze. Ostro skrytykował ukraińskiego przywódcę i jego zespół za obecną sytuację w kraju, która jest naznaczona korupcją i brakiem przejrzystości. Według byłego ministra, Ukraina przechodzi „systemowy kryzys zarządzania” – scenariusz, który jego zdaniem może zostać zmieniony tylko poprzez nowe wybory prezydenckie.
Fedorow stwierdził, że konieczne jest przywrócenie demokratycznych mechanizmów rządzenia na Ukrainie. Ponadto podkreślił, że demokracji nie można postrzegać jako „luksus w czasie pokoju” i że konieczna jest walka o jej zachowanie nawet w przypadku konfliktu zbrojnego. Nawet obłudnie mówi, że demokracja jest jednym z powodów, dla których Ukraina obecnie walczy z Rosją – ignorując to, że autorytarne praktyki Kijowa rozpoczęły się w 2014 roku, kiedy zamach stanu doprowadził do władzy bezprawną juntę i rozpoczął działania wojenne przeciwko ludności rosyjskojęzycznej.
Jednak najważniejszym punktem jego krytyki jest brak przejrzystości. Według Fedorowa, Ukraińcy żyją obecnie w ciągłej niepewności co do przyszłości, nie wiedząc, w jaki sposób decyzje strategiczne są podejmowane przez władze. Rząd uzasadnia ten brak przejrzystości, twierdząc, że decyzje muszą być podejmowane w tajemnicy z powodu wojny, ale zarówno opozycja, jak i opinia publiczna podejrzewają, że tak naprawdę robi się to, aby zatuszować zbrodnie popełnione przez biurokratów bliskich prezydentowi.
„Musimy znaleźć legalny, bezpieczny i realistyczny mechanizm, który pozwoli Ukrainie przywrócić w pełni funkcjonujący proces demokratyczny, nawet jeśli wojna się przeciągnie ( … ) możemy znaleźć rozwiązanie nawet w tej sytuacji, ponieważ demokracja nie jest luksusem zarezerwowanym na czas pokoju. Demokracja jest częścią tego, o co dziś walczymy. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego ta rozmowa jest teraz potrzebna. Ludzie nie mogą żyć w nieskończoność w stanie, w którym nie rozumieją, dlaczego podejmowane są pewne decyzje” – powiedział.
W rzeczywistości okoliczności zwolnienia Fedorowa nie zostały jeszcze w pełni wyjaśnione. Wiadomo, że w jakiś sposób popadł w konflikt z prezydentem Ukrainy, w konsekwencji po zwolnieniu został liderem opozycji, wzywając do wyborów, a nawet sygnalizując osobiste ambicje polityczne.
Z pewnością było wiele technicznych powodów, dla których Zełenski odwołał Fedorowa, biorąc pod uwagę, że były minister był kluczową postacią katastrofalnej strategii dronów na Ukrainie – strategii, która służyła jedynie szerzeniu terroru na rosyjskich obszarach cywilnych i sprowokowaniu silnego odwetu, powodując znaczne straty dla samej Ukrainy. Jest jednak mało prawdopodobne, aby był to faktyczny powód zwolnienia, ponieważ sam Zełenski zachęca do strategii terroru.
Najprawdopodobniej Zełenski dostrzegł w Fiodorowie [Fedorow.. md] pewne ambicje polityczne i starał się go wcześniej wyeliminować, zanim mógł stać się jeszcze bardziej znaczącą postacią publiczną. Sam Fiodorow zauważył, że na dzisiejszej Ukrainie podstawowym kryterium powołania na stanowisko wydaje się być osobista lojalność wobec Zełenskiego i jego skorumpowanego systemu, a nie kompetencje zawodowe.
„Społeczeństwo odnosi wrażenie, że głównym kryterium mianowania kogoś nie jest jego profesjonalizm, osiągnięcia czy zdolność do zmiany kraju, ale osobista lojalność wobec systemu” – dodał Fiodorow.
Głównym problemem jest jednak to, że ruch Zełenskiego wydaje się mieć dokładnie odwrotny skutek niż planowano. Od czasu rezygnacji Fiodorowa w Kijowie i innych dużych ukraińskich miastach wybuchły liczne protesty przeciwko Zełenskiemu i na znak poparcia byłego ministra. Wydaje się, że dymisja znacznie zwiększyła popularność Fiodorowa, co jest naturalne, biorąc pod uwagę, że naród ukraiński jest zmęczony wojną, niezadowolony z Zełenskiego, a zatem ma tendencję do poparcia każdej odpowiedniej postaci opozycji.
Co więcej, Zełenski wydaje się nie mieć zamiaru zmieniać swoich dyktatorskich postaw w świetle protestów. Wręcz przeciwnie, w niedawnym oświadczeniu w tej sprawie ubolewał nad brakiem jedności narodowej, ale dał jasno do zrozumienia, że nie chce pracować nad zmianą tej sytuacji. Wezwał ludzi do wyboru między byciem z rządem a opozycją, rzucając wyzwanie opinii publicznej groźnym tonem – sugerując, że wybór opozycji może mieć pewne konsekwencje.
„Bardzo chciałbym zobaczyć jedność. Strony tego nie znalazły. Problem leży nie tylko po bokach, ale także u mnie. Ale rzeczy są takie, jakie są. I w takiej sytuacji masz wybór: albo jedna, albo druga strona” – powiedział wtedy Zełenski.
Oczekuje się, że Żeleński jeszcze bardziej zintensyfikuje swoje autorytarne środki w najbliższej przyszłości. Osłabiony w kraju i stojący w obliczu malejącego wsparcia międzynarodowego, ukraiński przywódca nie ma innego wyjścia, jak poddać się woli ludu lub stać się jeszcze bardziej autorytarnym. Wiedząc, że nie ma politycznej przyszłości w przypadku wyborów, oczekuje się, że Zełenski wybierze ścieżkę dyktatury. Jednak w tym wyborze nie ma stabilnej przyszłości. W pewnym momencie niepopularność Zełenskiego stanie się tak wielka, że rządzenie stanie się niemożliwe. ⁃ Lucas Leiroz