Aktualny i rzeczywisty obraz polskiej polityki

Aktualny i rzeczywisty obraz polskiej polityki

Charakterystykę rzeczywistego stanu, w jakim obecnie znajduje się Polska i prowadzona przez nasze państwo polityka, trzeba rozpocząć od krótkiego rozpoznania i podsumowania tego, czego doświadczyliśmy na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

Od zakończenia II wojny światowej, Polacy byli skazani na poruszanie się w niewielkiej przestrzeni, jaką pozostawiły nam zwycięskie mocarstwa, które przy okazji uzgodnienia podziału wpływów w Europie, ustaliły nowe granice Polski i zdecydowały o jej bezalternatywnej przynależności do sowieckiej strefy wpływów.  W polityce rzadko mamy do czynienia z prostymi i jednoznacznymi sytuacjami, dlatego również w tym przypadku, empiryczna ocena postępowania stron współtworzących nowy porządek światowy nie jest taka, jak przedstawia się ją obecnie w propagandowej, czarno-białej tonacji.

Sojusznicy Polski – w tym miejscu mam na myśli przede wszystkim Wielką Brytanię, ponieważ Francja w 1945 roku miała niewiele do powiedzenia – którzy najpierw zachęcili Polskę do zbrojnego przeciwstawienia się ekspansywnej polityce Niemiec ze wszystkimi skutkami przegranej wojny obronnej w 1939 roku, w 1945 roku jednostronnie uznali, że zawarty z Polską układ nie obowiązuje już ani de iure, ani de facto, ani literalnie, ani co do istoty. Nie tylko zaakceptowali nową granicę wschodnią Polski, ale ponadto przeciwstawiali się zbytniemu rozszerzeniu granic państwa polskiego na zachodzie. Natomiast Związek Sowiecki, choć z jednej strony narzucił Polsce swoje zwierzchnictwo i wcielił do republik litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej polskie kresy wschodnie z Wilnem i Lwowem, z drugiej jednak przeforsował korzystniejszy dla Polski wariant granicy zachodniej. Po kilkudziesięciu latach, relatywnie korzystna dla nas granica na Odrze i Nysie, jakkolwiek ustalona arbitralnie, jest utrwalona i pozostaje obecnie granicą państwa polskiego.

W ramach porządku jałtańskiego, w długofalowo pojmowanym interesie polskim było konserwowanie bytu Polski Ludowej, czyli niesuwerennego państwa polskiego, a więc unikanie gwałtownych wystąpień społecznych i nie podejmowanie radykalnych działań zmierzających do wyrwania się z sowieckiej strefy wpływów. Taką linię postępowania zastosował w praktyce prymas Stefan Wyszyński i taką postawę „samoograniczającej się rewolucji” zachowywała większość opozycji antykomunistycznej działającej od połowy lat 70. Trzeba w tym miejscu dodać, że w miarę upływu czasu państwo zwane Polską Ludową ewoluowało od stalinowskiej wersji państwa totalitarnego ku państwu o charakterze narodowym i autorytarnym. W takim państwie istniejącym w ramach porządku powojennego, naród polski posiadał względną swobodę trwania i rozwoju, w oczekiwaniu na zmianę sytuacji geopolitycznej, czyli rozpad imperium komunistycznego i unieważnienie podziału Europy.

Najważniejsza dla zrozumienia naszej dzisiejszej sytuacji zmiana, nastąpiła w 1989 roku wraz z unieważnieniem podziału Europy i zakończeniem sowieckiej okupacji wschodnich Niemiec i państw Europy środkowej, w tym Polski. Od tego momentu Polacy otrzymali większą swobodę wyboru własnej formy rządu i modelu gospodarczego. Zainicjowany odgórnie proces demokratyzacji oznaczał, że w Polsce mogła rozpocząć się cyrkulacja elit, uwzględniająca w większym stopniu dynamikę społeczną. Taka była istota wydarzeń, których symbolem stały się porozumienia zawarte przy tzw. „okrągłym stole”.

Polityka polska po 1989 roku koncentrowała się na realizacji dwóch powiązanych ze sobą strategicznych celów: przezwyciężaniu podziału jałtańskiego i dziedzictwa komunistycznego oraz radykalnej przebudowie gospodarczej, czyli zintegrowaniu polskiej gospodarki ze światem i z zachodnim modelem gospodarczym. Strategiczny cel polskiej polityki został osiągnięty na przełomie XX i XXI wieku wraz z przyjęciem Polski do paktu NATO (1997) oraz członkostwem w Unii Europejskiej (2004). Żelazna kurtyna została zlikwidowana, a państwa Europy środkowej zostały zintegrowane z państwami zachodnimi. Trzeba jednak zaznaczyć, że zniesienie barier i aplikacja liberalno-demokratycznego modelu ustrojowo-gospodarczego nie oznaczały, że automatycznie nastąpił zanik odrębności społecznych czy różnic w poziomie życia pomiędzy zachodnią i wschodnią Europą.

Niestety, wraz z formalną integracją Polski ze strukturami europejskimi i północno-atlantyckimi, nie zostały określone nowe wyzwania i nowe cele strategiczne. W XXI wieku Polska z własnej winy czy też przez zaniechanie, straciła busolę wytyczającą kierunek polityki państwa i wskazującą społeczeństwu pożądany kierunek rozwojowy. Powtórzmy: po 1945 roku było to cierpliwe dążenie do ewolucyjnego przekształcania komunistycznej Polski Ludowej w niepodległe państwo narodu polskiego. Po 1989 roku było to trudne i bolesne podążanie drogą reform ustrojowo-gospodarczych, prowadzącą do integracji niepodległej Polski z Europą zachodnią i zachodnim modelem ustrojowo-gospodarczym. Natomiast mniej więcej od roku 2004 powinien otworzyć się nowy etap, w którym Polacy mogliby skupić się wokół nowych strategicznych wyzwań, wynikających z naszej obecności w strukturach atlantyckich i europejskich i doniosłych zmian dokonujących się na świecie. Niestety, nie otworzył się, ponieważ w nowych okolicznościach, rządzące Polską elity nie potrafiły sformułować nowej wizji polskiej polityki.

=======================================

Zamiast tego mogliśmy obserwować proces utraty przez państwo polskie statusu państwa niepodległego i postępującej wasalizacji polskiej polityki oraz gospodarki, podporządkowanych decydentom w Berlinie i/lub Waszyngtonie. Jednym z przejawów tej wasalizacji było uwikłanie debaty publicznej w Polsce w wewnętrzne spory  i animozje między dwoma zwaśnionymi obozami, czy też „plemionami”. Nastąpił regres jeśli chodzi o poziom dyskursu politycznego: racjonalną wymianę poglądów zastąpiły propagandowe prezentacje, niezwykle popularne w social mediach, ale szkodliwe i zaciemniające rzeczywistą sytuację Polski. Innym, niezwykle znaczącym przejawem wasalizacji jest tendencja do stosowania przez rządzących, niezależnie od opcji politycznej, polityki obrazowo opisanej przez Wojciecha Wasiutyńskiego jako „kult kolorowego ułana”. W tym miejscu przypomnę, że nieprzemijającą zasługą Romana Dmowskiego i jego uczniów, było wykazanie zagranicznego, agenturalnego zaplecza hurra patriotycznych działań i emocjonalnych uniesień zastępujących racjonalną i realistyczną analizę polityczną.

Rzeczywistej, niebezpiecznej dla przyszłości Polski sytuacji, charakteryzującej się zanikiem realistycznego i długofalowego myślenia i działania politycznego, nie zmieniło pojawienie się na scenie politycznej Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej – z postulatem odwrotu od wasalizmu i  zastosowania zasady prymatu interesu narodowego także w polityce wewnętrznej.

Nie zmieniło, ponieważ zarówno Braun oraz jego zwolennicy nie zostali do chwili obecnej dopuszczeni do stanowienia o czymkolwiek, nawet do uczestniczenia w debacie publicznej.

Tak więc obecnie dominujące środowiska polityczne, wymazały z pamięci i publicznego dyskursu nie tylko doświadczenia kilkudziesięciu lat, w tym również niemałe własne dokonania na przestrzeni minionych dekad, ale jednocześnie cofnęły polską myśl polityczną do czasów poprzedzających narodziny nowoczesnych ruchów politycznych i ukształtowanie się szkoły realizmu politycznego, której najwybitniejszym przedstawicielem był Dmowski. Przywódcy nowoczesnych ruchów politycznych w XX wieku, notabene nie tylko z obozu narodowego, rozumieli, że działalność polityczna nie polega na bezmyślnym powtarzaniu efektownych i chwytliwych formułek, że patriotyzm nie polega na prowadzeniu narodu od klęski do klęski, że polityków rozlicza się nie z obietnic, ale z efektów ich pracy.

Nade wszystko zdawali sobie sprawę, że wyznacznikiem ich działalności są spójne programy polityczne, a nie zdobywanie władzy wszelkimi dostępnymi sposobami. Największą, dziejową zasługą Romana Dmowskiego było wzniesienie poziomu refleksji politycznej elity polskiej – obnażenie miałkości i tragicznych skutków działalności powstańczej w XIX wieku. Działalności nierzadko inspirowanej z zewnątrz a zawsze przynoszącej Polakom – obok niewątpliwej chwały – bolesne i trudne do odrobienia straty.

Z tych wszystkich umiejętności, opisanych powyżej, elita rządząca Polską zrezygnowała w XXI wieku. Kierując się nową i nadrzędną w stosunku do wszystkiego, zasadą skuteczności w zdobywaniu władzy, zaczęła ograniczać się do sterowania nastrojami społecznymi i odwoływania się do emocji, które są ważne dla wzmocnienia poczucia wspólnotowości i mogą być wykorzystywane w celach propagandowych, ale niekontrolowane przez rozum są zawsze złym doradcą w polityce. Wspomniany „kult kolorowego ułana” stał się aktualnym wyznacznikiem polskiego patriotyzmu. Emocjonalne reagowanie i programowa antyrosyjskość są sterownikami, przy pomocy których siły zewnętrzne mogą realizować w Polsce swoje własne cele. Oczywiście nie można wykluczyć, że interes sił zewnętrznych może być chwilowo i w pewnym zakresie zbieżny z polskim interesem narodowym, ale nie da się tego ustalić bez przeprowadzenia dogłębnej i racjonalnej analizy sytuacji geopolitycznej. Niestety, takich analiz, debat, dyskursów w Polsce nie ma.  Z odstającymi od mainstreamu poglądami głoszonymi przez Brauna nie polemizuje się, tylko je histerycznie zwalcza.

Emocjonalny stosunek do świata i aksjomatyczna antyrosyjskość stanowią fundament nie tylko mainstreamowego przekazu medialnego, ale również szeroko pojętej pedagogiki, propagowanej przez system oświatowy. Wzorem postawy nie tyle obywatelskiej, bo to pojęcie w ogóle nie funkcjonuje, co patriotycznej jest tzw. „żołnierz wyklęty”, czyli ten, który wypowiedział wojnę komunistycznej Rosji i jej sługusom „na śmierć i życie” i w tej walce bohatersko wytrwał, wzorem XIX wiecznych powstańców – usque ad finem. W narracji historycznej dominuje apoteoza militaryzmu, czyli skoncentrowanie uwagi na wojsku i walczących żołnierzach lub powstańcach. Nic dziwnego, że dzieło prymasa Stefana Wyszyńskiego czy niezłomna postawa i dorobek intelektualny powojennej emigracji politycznej zostały odsunięte w cień. Nawet „Solidarność”, jej program i dokonania, nie są godne uwagi, za wyjątkiem życiorysów obecnych przedstawicieli elity, którzy swoją karierę polityczną rozpoczynali jako działacze opozycji antykomunistycznej lub działacze związkowi.

W takich okolicznościach nie dziwi, że w oficjalnej narracji stawia się znak równości między komunistycznym Związkiem Sowieckim a współczesną Rosją. Wcześniej ten sam zabieg niwelacji przeprowadzono na Polsce Ludowej, tak jakby nie było różnicy między okresem stalinowskim i Polską po przełomie w październiku 1956 roku. Podobne propagandowe fałszowanie rzeczywistości miało miejsce w okresie komunistycznym, gdy w urzędowym przekazie stawiano znak równości między przedwojennymi i powojennymi Niemcami albo między ruchami faszystowskimi i polskim obozem narodowym.

Zastosowanie czarno-białego szablonu i optyki jednowymiarowej, zdecydowanie ułatwiają sterowanie opinią publiczną. Zadziwia, choć nie powinno, ponieważ tutaj nie mówimy o racjonalnym postrzeganiu rzeczywistości, że ci sami ludzie, którzy obecnie pielęgnują kult „żołnierzy wyklętych” są oburzeni kultem Stepana Bandery i UPA na Ukrainie. Przecież to są dwie, narodowe w treści, odsłony tego samego uniwersalnego schematu: połączenia emocjonalnego oglądu świata z aksjomatyczną antyrosyjskością, która wybiela i usprawiedliwia wszystko, co antyrosyjskie i potępia wszystkich, którzy usiłują spojrzeć na Rosję przez pryzmat rzeczywistych faktów, a nie urojeń.

W jakim zatem kierunku powinna pójść odradzająca się realistyczna i racjonalna polska myśl polityczna, jakie obecnie stoją przed Polską nowe wyzwania? O pierwszym celu i niejako warunku sine qua non jakiegokolwiek odrodzenia, była mowa powyżej. Polska musi odzyskać niepodległość, czyli możliwość stanowienia przez jej elitę rządzącą polityki służącej naszym krótko i długofalowym interesom.

Bez tego, nie ma i nie będzie w ogóle mowy o w pełni realistycznym rozpoznaniu stanu rzeczy. Niestety, nie ma pomiędzy nami nowego, współczesnego następcy Dmowskiego, ponieważ tacy ludzie jak on pojawiają się raz na sto lat a nawet jeszcze rzadziej. Do wzniesienia refleksji politycznej na odpowiedni poziom, możemy dojść jedynie pracą zespołową i obsadzając najważniejsze stanowiska w państwie odpowiednimi i kompetentnymi ludźmi. Instytucje państwowe muszą zacząć pracować dla Polski i w jej interesie.

Na tym właściwie należałoby poprzestać, jednak na zakończenie spróbuję opisać pokrótce sytuację w jakiej, w mojej ocenie, obecnie znajdujemy się. Jesteśmy częścią Zachodu, skolonizowaną przez Stany Zjednoczone i Niemcy. Nie znam całościowego bilansu naszych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, jednak polska polityka zagraniczna jest ewidentnie podporządkowana ambasadorowi amerykańskiemu w Warszawie, podobnie jak pod koniec XVIII wieku rzeczywisty ośrodek władzy w Warszawie znajdował się w ambasadzie rosyjskiej. Istnieją natomiast i są łatwo dostępne opracowania wykazujące kolonialny charakter relacji polsko-niemieckich – Polska stanowi zaplecze taniej siły roboczej i logistyki dla gospodarki niemieckiej i bilans relacji pozostaje dla nas zdecydowanie niekorzystny. Dopiero w tym kontekście należy oceniać często przywoływane w debacie publicznej saldo relacji Polska – Unia Europejska, które obejmuje jedynie część faktycznych relacji polityczno-gospodarczych Polski z państwami europejskimi. Mówiąc w skrócie, o ile przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w minionych latach przyniosło Polsce szereg korzyści,  o tyle obecnie, prawdopodobnie sytuacja uległa zmianie na naszą niekorzyść.

Trzeba jednak mieć świadomość, że Polska nie leży na pustyni, ale – jak wspomniano – stanowi część Zachodu w świecie wielobiegunowym, w którym liczą się jedynie wielkie mocarstwa czy też organizmy ponadnarodowe, takie jak Unia Europejska. Choćbyśmy chcieli, nawet po odzyskaniu suwerenności we własnym państwie, nie będziemy mieli wielkiego pola manewru. Możemy poruszać się w takiej przestrzeni, jaką będziemy potrafili sobie wypracować.

Największym naszym atutem jest, paradoksalnie, położenie geograficzne, które w warunkach wojny było (i będzie jeśli obecna wojna nie zakończy się) dla nas przekleństwem, jednak w warunkach pokoju, zważywszy rywalizację chińsko-amerykańską, sprawia, że możemy stać się częścią szlaku handlowego, tzw. „jedwabnego szlaku”. W tym miejscu, interesy amerykańskie nie pokrywają się z naszymi, ponieważ Stany Zjednoczone (także Wielka Brytania) usiłują zastopować rozwój szlaku łączącego Europę przez Rosję z Chinami.

Polska nie ma powodów by pozostawać w konflikcie z Chinami (także z Rosją). Mamy natomiast powód by obawiać się reperkusji w przypadku dążenia do uniezależnienia się od Niemiec (i od Stanów Zjednoczonych, oczywiście). Paradoksalnie, ewentualne zwycięstwo prawicowej AfD w Niemczech, zmniejszy nacisk na niepodległą Polskę ze strony Niemiec, ponieważ nowa polityka niemiecka zastopuje proces centralizacji Unii Europejskiej, tym samym zmniejszając możliwości Niemiec wpływania na Polskę za pośrednictwem instytucji unijnych. Ponadto, nowe Niemcy mogą zacząć wspierać dążenie Polski do uniezależnienia się od Stanów Zjednoczonych.

Największym lokalnym wyzwaniem, stojącym przed niepodległą Polską w XXI wieku jest nasza polityka wobec najbliższych sąsiadów na wschodzie.

Bezdyskusyjna jest konieczność unormowania stosunków z Białorusią. Sytuacja na Ukrainie wymaga skomentowania. Fantasmagorią są zgłaszane przez wpływowe osoby projekty bliskich relacji międzypaństwowych polsko-ukraińskich (symboliczna zapowiedź zniesienia granic  zgłoszona przez Prezydenta RP). Pojednanie polsko-ukraińskie, na wzór pojednania francusko-niemieckiego po II wojnie światowej, będzie możliwe w odległej przyszłości, ale musi być poprzedzone pojednaniem polsko-niemieckim, które dotychczas nie nastąpiło. Polska nie jest dla Niemiec równorzędnym partnerem. Polska, aby zabezpieczyć swą wschodnią granicę, musi wyegzekwować od Ukrainy dokonanie radykalnych zmian i koncesji.

Nie sądzę aby to było realne, co oznacza, że pesymistycznie oceniam perspektywę relacji polsko-ukraińskich. Dlatego też uważam, że – paradoksalnie – dalsze sukcesy wojsk rosyjskich w wojnie na wschodniej Ukrainie leżą w długofalowym polskim interesie, ponieważ osłabiają Ukrainę demograficznie, militarnie, gospodarczo i geostrategicznie.

Polska będzie mogła wyegzekwować cokolwiek jedynie od Ukrainy słabej.  Zrozumienie tego paradoksu całkowicie zmienia nasze postrzeganie aktualnej polityki Polski wobec Ukrainy i Rosji. Stosunek Polski do Ukrainy powinien być następujący: wspieramy słabą Ukrainę, gdy przeciwstawia się Rosji, natomiast absolutnie nie wspieramy budowy „Wielkiej Ukrainy”. Eskalacja czy przedłużanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego nie leży w długofalowym interesie Polski, ponieważ utrudnia rozwój tzw. „jedwabnego szlaku”.

Dyskusja na temat wyzwań stojących przed Polską w XXI wieku jest dopiero przed nami. Najpierw musimy odzyskać niepodległe państwo.

Wojciech Turek

Historyk i publicysta, mieszka w Gdańsku

Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2026)

Współczesna wędrówka ludów

Współczesna wędrówka ludów

Izabela BRODACKA

Opiszę Państwu co robię gdy znajdę w swoim pokoju zabłąkanego pająka. Przykrywam go szklanką nie dlatego, że się pająków brzydzę czy boję. Tylko dlatego, żeby łapiąc go nie uszkodzić go niechcący. Potem podkładam pod szklankę tekturkę i wynoszę pająka. W lecie do ogródka a w zimie na kwiatki, które jakaś dobra dusza hoduje na parapetach klatki schodowej mojej wielkomiejskiej kamienicy. Sąsiedzi uważają moje zachowanie za idiotyczne i z całego serca radzą mi potraktować kolejnego pajączka kapciem. Ale to moja sprawa co robię z pająkami w swoim mieszkaniu.

Gdyby jednak kilkadziesiąt pająków zechciało zająć moje mieszkanie musiałabym rozpocząć z nimi wojnę. Jeszcze lepszym przykładem są mrówki. Podziwiamy ich organizację społeczną ich ofiarność i pracowitość. Nigdy w życiu nie rozgrzebałabym mrowiska a zbierając grzyby staram się przeskakiwać przez drogi transportowe, którymi mrówki w lesie taszczą swoje ciężary.

A jednak kiedy moje mieszkanie chciały zająć mrówki faraona zmuszona byłam podjąć zdecydowane kroki aby się ich pozbyć. Są ładne, pracowite, przebojowe lecz nie chcę ich w swoim mieszkaniu.

Ten przydługi wstęp umieszczam dlatego, że coraz częściej spotykam się z poglądem, że chęć ograniczenia obecnej tragicznej w skutkach wędrówki ludów sprowokowanej przez lewacką ideologię jest związana z naszym polskim rasizmem, ksenofobią a w najlepszym przypadku lękiem przed nieznaną kulturą, czy też z uprzedzeniami wobec innego koloru skóry.

Ostatnio znajoma, osoba dobra i życzliwa, która dokarmia cudze dzieci, oraz ofiarnie płaci za leczenie bezdomnych psów i kotów powiedziała, że hasło „Polska dla Polaków” budzi jej odrazę bo Polska powinna być dostępna dla wszystkich chętnych, co jej zdaniem wynika wprost z zasad chrześcijaństwa.

W jej deklaracjach jest sporo hipokryzji – jakoś nie przychodzi jej do głowy żeby zaofiarować swój piękny dom pod lasem wszystkim chętnym.

Ale nie chodzi o wytykanie Polakom kolejnej wady narodowej czyli tym razem hipokryzji. Gdy rozpoczęła się wojna rosyjsko ukraińska wielu Polaków szlachetnie zaofiarowało swoje domy i mieszkania uciekinierom. Było to równie szlachetne co mało rozsądne. Musieli po pewnym czasie wymówić gościnę przybyszom co nieuchronnie wywoływało wzajemne pretensje.

Polscy uciekinierzy przed stanem wojennym mieszkali na ogół we Włoszech czy we Francji w obozach, nikt nie ofiarowywał im obywatelstwa ani prawa pracy i pobytu. Musieli o te przywileje długo się starać i na nie naprawdę zasłużyć. Moja miła i dobra koleżanka nie czytuje Warszawskiej Gazety a ja nikogo na siłę nie indoktrynuję politycznie ani nie nawracam. Gdyby czytała znałaby słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego umieszczane w każdym numerze tej gazety na szczycie drugiej strony. „Każdy Naród pracuje przede wszystkim dla siebie. a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej Ojczyzny”. Kardynał Wyszyński jest dla niej, jak dla wszystkich niekwestionowanym autorytetem i może zmieniłaby poglądy.

To co mówi koleżanka i ważniejsze – to co mówi wielu młodych ludzi jest moim zdaniem wynikiem -jak nazywa to Stanisław Michalkiewicz -„ duraczenia” społeczeństwa czyli wieloletniego jego ogłupiania. To wynika nie tylko z propagandy prowadzonej przez tak zwane media głównego nurtu, to wynika przede wszystkim z powszechnej wśród ludzi chęci dostosowania się do swego środowiska, bycia- jak to się kiedyś mówiło – comme il faut czyli jak trzeba.

Takim skrajnie zdemoralizowanym środowiskiem jest obecnie środowisko naukowe. Trudno sobie wyobrazić jakie brednie są w stanie formułować i popierać ludzie, którzy teoretycznie rzecz biorąc powinni opowiadać się po stronie prawdy i jej poszukiwać. Prowadzą badania i pozyskują granty na temat rzekomo istniejących kilkudziesięciu płci, czy na temat globalnego ocieplenia. Studenci i młodzi pracownicy naukowi z konieczności muszą się do nich dostosować. Wróciły czasy przypominające czasy stalinowskie gdy nikt nie ośmielał się kwestionować poglądów wielkiego językoznawcy, jak nazywano Stalina, ani tez diamatu. Diamat – przypominam – był to katechizm marksizmu i leninizmu, od którego odstępstwo groziło śmiercią lub kalectwem.

Obecnie grozi śmiercią cywilną, bo przecież dla naukowca tym właśnie jest wykluczenie ze środowiska.

Kolejnym zawodem społecznego zaufania, który prawie całkowicie stracił to zaufanie jest zawód lekarza. Jak uczciwy lekarz może wspierać tranzycję przeprowadzaną bez zgody rodziców jeżeli dobrze wie, że nie wolno mu bez zgody rodziców podać dziecku nawet aspiryny?

Jak uczciwy lekarz może stosować definicję śmierci mózgowej umożliwiającą rozebranie na części zapasowe chorego w stanie śpiączki jeżeli istnieje przynajmniej kilkaset dobrze udokumentowanych przypadków wyprowadzenia chorego z tego stanu i przywrócenia go do życia.

Podobnie do czasów stalinowskich, kiedy nikt nie ośmielał się kwestionować bredni diamatu, a przyjaźń ze Związkiem Radzieckim była dogmatem, prawie nikt ze współczesnych polityków i ekonomistów nie ośmiela się kwestionować konieczności przynależności do upadającej Unii Europejskiej.

Współcześni młodzi ludzie realizują swoją potrzebę naprawiania świata angażowaniem się w wątpliwe akcje takie jak BLM (Black Lives Matter), który powstał w 2013 roku i skupia się na walce z rasizmem. Nikt nie neguje, że handel niewolnictwem był czymś nieludzkim i potwornym lecz rewindykacje są bardzo trudne a nawet najczęściej niemożliwe. Dobrze pokazuje to historia Australii.

W 1788 roku na teren Australii dotarła First Fleet (Pierwsza Flota) pod dowództwem Arthura Phillipa. Brytyjczycy, uznając kontynent za terra nullius (ziemię niczyją), założyli Port Jackson – czyli dzisiejsze Sydney. Z czasem powstały Melbourne, Brisbane, Adelaide. Czy władze Australii powinny oddać Aborygenom domy, szpitale i fabryki powstałe na ich terenach?

Łatwo zrozumieć, że chęć poprawy swego losu jest rzeczą ludzką. Trzeba jednak również zrozumieć, że każda wędrówka ludów niesie ze sobą wojny rzezie, przemoc i nienawiść.

Cała Polska żyła atakami w szkołach. …Wtedy w Sejmie uchwalono pięć zamordystycznych ustaw.

Cała Polska żyła atakami w szkołach. W Sejmie posłowie uchwalili pięć zamordystycznych ustaw. „Czarny dzień”

9.10.2026 nczas/cala-polska-zyla-atakami-w-szkolach-w-sejmie-poslowie-uchwalili-piec-zamordystycznych-ustaw-czarny-dzien

Publicysta Łukasz Warzecha oraz Forum Obywatelskiego Rozwoju zwrócili uwagę na przyjęte w czwartek przez Sejm ustawy, które radykalnie ograniczają wolność Polaków.

„8 października był czarnym dniem w historii polskiego Sejmu i polskiej wolności” – ocenił Warzecha.

W czwartek opinia publiczna była skupiona na atakach z użyciem noża, do których doszło w polskich szkołach. W Leszczydole-Nowinach zamordowana została 37-letnia woźna. W czwartek wieczorem pojawiły się też doniesienia o rzekomym „krwawym piątku”. W piątek rano doszło natomiast do serii zatrzymań nastolatków w całej Polsce.


„Czarny dzień w historii polskiej wolności”

Tymczasem, jak zwracają uwagę publicyści oraz organizacje pozarządowe w czwartek Sejm przyjął szereg skrajnie antywolnościowych ustaw, które w tych okolicznościach rzecz jasna przeszły bez większego echa.

„8 października był czarnym dniem w historii polskiego Sejmu i polskiej wolności. Chyba nigdy jednego dnia nie przyjęto czterech tak fatalnych, skrajnie populistycznych ustaw” – napisał w swoich mediach społecznościowych Łukasz Warzecha.

Jak wskazał, chodzi mu o ustawy, które nazwał: „prohibicyjną”, „cenzorską”, „o dopłatach dla biednych artystów”, „wprowadzającą drakońskie kary za złamanie przepisów na przejeździe kolejowym”.

Na bardzo podobny zestaw ustaw, z jedną tylko różnicą, zwróciło uwagę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Według FOR „chyba nie było takiego dnia jak wczoraj, w którym tak wyraźnie widać, że rząd Tuska ma niewiele wspólnego z liberalizmem”. Organizacja również wymieniła cztery ustawy, ale jedna z nich nie znalazła się w katalogu Warzechy.

Po pierwsze FOR wskazało na ustawę wprowadzającą cenzurę w sieci. „Nikt nie sympatyzuje tu z przestępcami, ale natychmiastowa wykonalność blokad i szeroki katalog naruszeń to gotowy mechanizm arbitralnego wpływania na obieg informacji” – podkreślono.

Po drugie wymieniono wprowadzenie ogólnopolskiej prohibicji. Po trzecie wskazano na ustawę dającą „prawo samorządom (i wspólnotom) do zakazywania najmu krótkoterminowego w wybranych strefach”, co w ocenie FOR jest „jawną nadregulacją i łamaniem swobody gospodarczej”.

Po czwarte wreszcie wymieniono ustawę wprowadzającą dopłaty do składek dla artystów. „Płaci podatnik – w tym fryzjer czy mechanik o identycznych dochodach, którzy żadnych dopłat nie dostaną, bo komisja nie uznała ich za »artystów«” – wskazano.

„Wszystko to sprowadza się do traktowania obywateli jak niespełna rozumu dzieci, które trzeba odciągać od internetu, półki z piwem czy dysponowania własnym mieszkaniem i portfelem” – podkreślono.

W ocenie FOR nie jest to przypadek, ale konsekwentny kierunek w polityce uśmiechniętej koalicji. Rząd Tuska zamiast odwracać antyliberalne pomysły wprowadzone za czasów poprzedników część z nich zakonserwował, a do tego dokłada swoje.

Co uchwalili posłowie?

Wychowanie w trzeźwości

Sejm przyjął w czwartek wieczorem nowelizację ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Przepisy przewidują wprowadzenie nocnej prohibicji w całym kraju w godz. 22.00 – 6.00. Z zakazu wyłączone będę m.in. lokale gastronomiczne.

Za przyjęciem ustawy głosowało aż 400 posłów. Poparła ją większość posłów KO, PiS-u oraz Rozwoju Plus, a w przypadku PSL, Lewicy, Polski 2050, Centrum oraz Razem wszyscy. Przeciwko było m.in. 3 posłów Konfederacji Korony Polskiej oraz 14 posłów Konfederacji Wolność i Niepodległość. Od głosu wstrzymało się 4 posłów, a wśród nich znalazł się Konrad Berkowicz.

Cenzura w sieci

Sejm uchwalił w czwartek ustawę pozwalającą na blokowanie nielegalnych treści w internecie, która pod pretekstem bezpieczeństwa wprowadza cenzurę w sieci. Pierwsza wersja przepisów w tej sprawie została zablokowana w styczniu przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Projektu ustawy nie było w porządku obrad obecnego posiedzenia Sejmu. Jego drugie czytanie odbyło się w Sejmie na początku września i czekał na dalsze procedowanie — bez terminu głosowania. Do bloku głosowań trafił w czwartek po południu, po słowach premiera Donalda Tuska o rzekomej konieczności procedowania przepisów pozwalających na blokowanie mowy nienawiści w sieci.

Za przyjęciem ustawy głosowało 242 posłów, 61 było przeciw, a 136 wstrzymało się od głosu. Poparli ją rzecz jasna posłowie uśmiechniętej koalicji oraz Razem. Wstrzymali się od głosu w większości przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości. Przeciw były Konfederacja WiN, Konfederacja KP, Demokracja oraz większość klubu Rozwój Plus.

Dopłaty dla artystów

Sejm uchwalił w czwartek ustawę o zabezpieczeniu społecznym osób wykonujących zawód artystyczny. Najważniejszym elementem ustawy jest mechanizm dopłat do składek, który jest skierowany do artystów o dochodach poniżej określonego progu. O dopłatę będzie mogło się ubiegać ok. 21 tys. twórców o najniższych dochodach.

Za ustawą głosowało 232 posłów, 197 było przeciw, 4 wstrzymało się od głosu. Poparli ją w zdecydowanej większości posłowie uśmiechniętej koalicji, choć większość klubu Centrum głosowało przeciwko. Za była partia Razem oraz kilku przedstawicieli PiS-u. Przeciwko opowiedziała się reszta tego klubu, Rozwój Plus, Demokracja, a także dwie Konfederacje.

Kary na przejazdach kolejowych

Sejm uchwalił w czwartek nowelizację ustawy, przewidującą trzymiesięczną utratę prawa jazdy za wjazd na przejazd kolejowy na czerwonym świetle. W przypadku skazania za katastrofę na przejeździe kierowca otrzyma co najmniej trzyletni obligatoryjny zakaz prowadzenia pojazdów.

Za nowelizacją ustawy Prawo o ruchu drogowym zagłosował niemal cały Sejm. Ustawę poparło 422 posłów, w tym niemal cała Konfederacja WiN. Przeciwko było tylko 5 posłów, wśród których znalazł się Berkowicz, a 2 wstrzymało się od głosu. Przedstawiciele Konfederacji KP nie brali udziału w tym głosowaniu.

Najem krótkoterminowy

Sejm uchwalił w czwartek nowelizację wprowadzającą regulacje rynku najmu krótkoterminowego. Ustawa umożliwia wprowadzenie przez samorządy, wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe zakazu świadczenia takich usług w określonych strefach i nieruchomościach.

Za ustawą głosowało 407 posłów, przeciw było 24, a 9 wstrzymało się od głosu. Ustawę poparli niemal wszyscy posłowie uśmiechniętej koalicji, ale także PiS-u, Rozwoju Plus i Razem. Przeciwko byli przedstawiciele dwóch Konfederacji oraz Demokracji.

Ideologia a rasa. MEM-y IV.

———————————-

————————————————–

————————————-

——————————

—————————————-

———————————–

—————————————————-

——————————————

———————————-

„Przecież i tak się pobierzemy”… – kilka słów o zjawisku mieszkania razem przed ślubem

„Przecież i tak się pobierzemy”… – kilka słów o zjawisku mieszkania razem przed ślubem

10 października 2026 Katarzyna Wozinska pch24/przeciez-i-tak-sie-pobierzemy-kilka-slow-o-zjawisku-mieszkania-razem-przed-slubem

mieszkanie-przed-slubem-mlodzi.jpg

Zamieszkajmy razem – taka propozycja kiedyś właściwie nie padała. Obecnie zaś odpowiada nie tyle stopniowi zaangażowania (i pojawieniu się planów na przyszłość), co chęci przejścia z etapu luźnych randek w faktyczny związek.

Niegdyś deprecjonujące określenie na kocią łapę oraz brzydko się kojarzący konkubinat zastępuje się dziś elegancko brzmiącą kohabitacją lub stale już obecnym w języku związkiem partnerskim. Osoby kohabitujące to potężna grupa. Wedle spisu powszechnego już niemal milion par (czyli niemal dwa miliony osób!) żyje w ten sposób. Nie każdy planuje ślub, więc czasem będzie to raczej stały związek nieformalny – niektórzy badacze uważają, i chyba słusznie, że trzeba wyodrębniać osoby, dla których wspólne mieszkanie razem stanowi etap przed formalizacją związku, od tych, którym papier do niczego nie jest potrzebny.

Mieszkanie razem stało się odpowiednikiem bycia razem – przy odpowiednich możliwościach lokalowych. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci ze względnie rzadkiego zjawiska przekształciło się w powszechny wybór. Według ostatniego spisu powszechnego od roku 2011 liczba ta wzrosła trzykrotnie(przy spadającym wskaźniku zawieranych małżeństw). Co ciekawe, również młodzież wierząca najczęściej mieszka razem – a odmienny styl życia potrafi wręcz budzić nieufność otoczenia. Jak to, nie chcecie sprawdzić, jak wam razem jest?

Przyczyny (a może pretekst?) są przyziemne. W czasach, gdy standardem nie jest wynajem pokoju, lecz mieszkania, dzielenie kosztu na dwoje jest korzystniejsze ekonomicznie. Jest to więc decyzja praktyczna – i obecnie oczywista społecznie. Trzeba mieć niemało samozaparcia i dużo odporności na presję norm społecznych, by… nie zamieszkać razem, mając do tego warunki. Co za paradoks – pół wieku temu było prawdopodobnie dokładnie na odwrót. Czy wyzwoliliśmy się spod „jarzma” społecznego oburzenia? Chyba tak, skoro najnowsze badania przeprowadzane wśród osób przygotowujących się do małżeństwa kościelnego, czyli zmotywowanych do sformalizowania związku zgodnie z wiarą, pokazały, że… aż dwie trzecie wszystkich takich par mieszka już razem. Choć wydaje się to powszechnie nieszkodliwym ułatwianiem sobie życia (i końcem hipokryzji), to, co widoczne, bywa bardzo zwodnicze. Kto śledzi statystyki demograficzne dotyczące trwałości związków, częstotliwości rozwodów i tym podobnych zjawisk, ten wyraźnie widzi, że nie jest dobrze.

Bardzo często świadomą motywacją dla wspólnego zamieszkania jest chęć zmniejszenia ryzyka rozwodu. Poznamy się, zobaczymy, jak nam jest tak wspólnie żyć. Ślub w wersji demo ma na oko duże poparcie wśród starszych pokoleń, którym wydaje się decyzją racjonalną. Tymczasem dane z kilku badań przeprowadzanych w rożnych krajach wykazują istnienie korelacji pomiędzy zamieszkiwaniem przed ślubem a rozpadem związku po nim.

Osoby, które nie mieszkały razem przed ślubem (a zatem ślub przyniósł realną różnicę) statystycznie tworzą związki znacząco trwalsze. Może to wynikać z różnych czynników (być może na przykład inny typ ludzi decyduje się na jedno i drugie). Pomimo wszelkich zmian cywilizacyjnych formalizacja związku wespół z radykalną zmianą stylu życia, jak wspólne zamieszkanie, nadal ma w sobie coś wyjątkowo spajającego.

Pół wieku temu razem przed ślubem mieszkała jedna do kilku par na sto. Trudne warunki lokalowe i wyższy poziom religijności połączony z kontrolą społeczną sprawowaną przez rodzinę i sąsiadów – to wszystko przekładało się na symboliczną obecność zjawiska. W latach dziewięćdziesiątych sytuacja zaczęła się szybko zmieniać, by po roku 2000 stać się czymś zwykłym. Wkrótce potem przyszła zmiana postaw wobec przedmałżeńskiego seksu i bycia razem „bez papierka”. Wszystko w duchu odchodzenia od ram instytucjonalnych i kulturowych na rzecz orientacji indywidualistycznej: to, co mnie wydaje się dobre, takim właśnie jest. Argument: Przecież nikomu nie szkodzimy współgra z: Skoro jest nam dobrze, skoro jesteśmy szczęśliwi, to tylko się cieszyć – to mówi wszystko o jakości naszych decyzji.

A poza tym i tak zamierzamy się pobrać – dodają niektórzy.

I o co tyle hałasu? Mało to jest udanych małżeństw, które pomieszkały razem wcześniej albo ich ślub przyspieszyła ciąża? Z indywidualnej perspektywy wiele spraw udaje się poukładać, a z czasem też przewartościować. Jednak uwspólnienie życia bez decyzji o trwałości i publicznym charakterze, a więc z odpowiedzialnością opartą wyłącznie na indywidualnym postanowieniu to wyraźny znak czasów. Zharmonizowany z tak poważnymi jakościami jak ograniczona zdolność do zobowiązań długoterminowych w młodych pokoleniach czy… rozpad wspólnoty na rzecz konglomeratu monad ustalających sami dla siebie zasady życia. Zasady – dodajmy – zmienne jak wszystko co oparte na ograniczonym, jednostkowym rozeznaniu (silnie uwikłanym w emocje) i jedynie wewnętrznej motywacji.

Utrata fizycznego dystansu i powiązanie wielu wymiarów życia pozwala rozsmakować się w byciu razem, ale też pozbawia „kleju”, jakim jest połączenie tego rozsmakowania z publicznie – i przed Bogiem – powziętym zobowiązaniem. Choćbyśmy się na to zżymali, instytucje kulturowe, takie jak małżeństwo, tworzą zobiektywizowaną ramę, niezależną od naszych zmiennych z natury emocji i z grubsza czytelną dla wszystkich zainteresowanych. Podejmując wspólne gospodarzenie i współżycie bez decyzji i zobowiązania – niejednokrotnie pakujemy się na minę: wspólne życie domaga się rozmaitych odpowiedzialności, których nie chcemy – lub nie wiemy, czy chcemy – dzielić z partnerem. Najpoważniejszą z nich jest rodzicielstwo.

Z czasem z miłej wizji postępu, uwolnienia się od oceniającego, pełnego hipokryzji wpływu innych i wyzwolenia autonomii uczuciowej jednostki, wyłania się obraz znacznie mniej przyjemny: rzeczywistość miłosna pełna lęku przed zależnością, utratą autonomii i dróg wyjścia. Nie ma w niej miejsca na ryzyko (paradoksalnie: i na poryw serca), a jedynie ciągłe upewnianie się i sprawdzanie bez końca.

Oparcie się na jednostkowych wyborach bez społecznej ramy okazuje się dla większości ludzi nie do wytrzymania. Nasz autonomiczny i swobodny uczuciowo „nadczłowiek” przestaje być godny zaufania. Rani i zostawia zgliszcza. Lęk przed obecnością drugiego w jego życiu, połączony z naturalnym pożądaniem tej obecności, kieruje go w błędne strony, jak utrzymywanie alternatywnych relacji na Tinderze, nabrzmiewająca redpillowo-feministyczna wojna płci i zupełne wycofanie się z etapu poszukiwania małżonka czy wreszcie – i to masowo – z realizacji roli prokreacyjnej.

Dowodów na to, że jako społeczeństwo w sumie naszych indywidualnych wyborów idziemy w złym kierunku, jest wystarczająco wiele, aby zaangażować się w swego rodzaju krucjatę na rzecz odbudowy zdolności do miłości. Powiązanie ślubu, przysięgi i uroczystości z tym, co faktycznie miały one zmieniać, to bardzo ważny krok na tej drodze.

Katarzyna Wozinska

As szpiegostwa – MEM-y II.

——————————-

[no i – Izraela…]

========================

——————————————–

——————————————————–

————————-

—————————

——————————-

————————–

————————–

——————————–

—————————————-

——————

————————————————

———————————

Różnorodność. MEM-y I.

Tryb oszczędzanie energii. I pieniędzy. Cudzych.

===============================

to 10 ha? może chodzi o km2? – md

========================

————————————————–

———————————————–

————————————————————————

—————————

—————————-

—————————————-

———————–

Pobór nie zastąpi rozsądku

Pobór nie zastąpi rozsądku

Jan Engelgard

„Każdy, kto twierdzi, że powinniśmy mieć wyłącznie armię zawodową, tak naprawdę domaga się tego, żeby Polska nie miała szans obronić się przed Rosją” – przemówił ex cathedra dr Sławomir Mentzen.

Lider Konfederacji jako naczelny argument przywołał przykład Ukrainy, sugerując, że bez masowej mobilizacji państwo ukraińskie nie byłoby zdolne prowadzić wojny.

Problem w tym, że Polska i Ukraina funkcjonują w zupełnie innych warunkach geopolitycznych, wojskowych i sojuszniczych. Mechaniczne przenoszenie doświadczeń ukraińskich na grunt polski jest więc co najmniej dyskusyjne.

Nie istnieje żaden historyczny determinizm, zgodnie z którym Polska musi znaleźć się w stanie wojny z Rosją. Tymczasem część uczestników debaty publicznej zachowuje się tak, jakby wojna była już przesądzona, a jedynym zadaniem państwa pozostawało przygotowanie odpowiednio dużej liczby ludzi do mobilizacji. To założenie jest błędne. Polska polityka bezpieczeństwa powinna służyć przede wszystkim niedopuszczeniu do wojny. Potrzebujemy nie tylko armii, ale także deeskalacji, dyplomacji, dialogu i poszukiwania modus vivendi z sąsiadami. Tych słów w polskiej debacie słychać dziś coraz mniej.

Mentzen pisze również: „W przypadku wybuchu wojny młodzi ludzie i tak zostaną wcieleni do armii. […] To w ich najlepszym interesie jest się do tego przygotować. Znacznie zwiększy to ich szansę na przeżycie”. To oczywista manipulacja. Nie każdy młody człowiek automatycznie podlega mobilizacji. Zresztą politycy, niezależnie od partyjnych barw, zdają się ignorować skalę społecznego oporu, jaki mógłby wywołać masowy, przymusowy pobór. Nie żyjemy w dwudziestoleciu międzywojennym. Przez sto lat zmieniło się społeczeństwo, nasza kultura i stosunek obywateli do państwa. Nie można zatem zakładać, że setki tysięcy młodych ludzi pokornie podporządkują swoje życie decyzjom polityków.

Istota problemu tkwi jednak gdzie indziej. Powszechny pobór nie rozwiąże zasadniczych problemów polskiego wojska. Współczesna wojna wymaga wysoko wykwalifikowanych specjalistów i zaawansowanych systemów technicznych: począwszy od obrony powietrznej poprzez łączność, na kryptografii skończywszy. Potrzebujemy także realnej, a nie papierowej obrony cywilnej. Samo zapędzenie dziesiątek czy setek tysięcy ludzi do koszar nowoczesnej armii nie stworzy.

Wojsko Polskie ma ograniczoną bazę szkoleniową. Objęcie obowiązkowym szkoleniem całych roczników wymagałoby tysięcy instruktorów, sprzętu, poligonów, miejsc zakwaterowania i gigantycznych pieniędzy. Łatwo więc wyobrazić sobie sytuację, w której efektem będzie głównie administracyjne pompowanie liczebności rezerw i tworzenie na papierze półmilionowej armii. Tyle, że taka sztucznie napompowana statystyka nie jest żadną miarą rzeczywistej zdolności bojowej państwa.

Żołnierz w wojsku jest i będzie potrzebny. Ale żołnierz przeszkolony, wyposażony i zmotywowany. Bez obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, bez bezzałogowych statków powietrznych i systemów ich zwalczania, bez rozpoznania, łączności i logistyki nie pomoże nam nawet milionowa armia. Dlatego pieniądze przeznaczane na masowy pobór należałoby w pierwszej kolejności skierować na technologie obronne, szkolenie specjalistów i ochronę ludności cywilnej. To prawdziwa lekcja Ukrainy.

Wojna to nie patriotyczny plakat. To śmierć, ciężkie rany, amputacje, kalectwo, trauma całych pokoleń i spustoszenie społeczne. Najważniejszym zadaniem odpowiedzialnego państwa nie jest więc przygotowanie jak największej liczby obywateli do pójścia na wojnę. Jest nim zbudowanie takich zdolności wojskowych i prowadzenie takiej polityki, żeby do tej wojny przede wszystkim nie dopuścić.

Czy to oznacza, że w ogóle powinniśmy zrezygnować z przeszkolenia wojskowego młodzieży, w szczególności młodych mężczyzn? Wręcz przeciwnie. Powinniśmy stworzyć mądry i racjonalny system takiego szkolenia, a następnie stopniowo wdrażać go w życie. Nie po to jednak, aby wyprodukować masę żołnierzy przeznaczonych do wykorzystania, czy wręcz utylizowania, w nie swoich wojnach, lecz po to, by państwo posiadało realną zdolność mobilizacyjną, przydatną również w przypadku klęsk żywiołowych, katastrof naturalnych czy innych poważnych zagrożeń.

Takie szkolenie powinno uczyć nie tylko podstaw wojskowości, ale również dyscypliny, współdziałania, udzielania pierwszej pomocy, reagowania w sytuacjach kryzysowych i odpowiedzialności za innych.

Przemysław Piasta

Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

9 października 2026 Paweł Chmielewski pch24/ataki-w-szkolach-naprawmy-panstwo-kara-smierci-pobor-religia

Lupa capitolina 329u3.jpg
fot. picryl.com

Ataki nastoletnich nożowników w polskich szkołach to kolejny przykład rozpowszechnienia głupoty. Głupota może zakorzeniać się tam, gdzie panuje brak powagi. Brak powagi jest z kolei zakotwiczony w niemoralności.

Polska AD 2026 jest krajem głęboko niemoralnym. Nie chodzi tylko o indywidualne wybory jej mieszkańców, ale przede wszystkim o urządzenia społeczne. Jako wspólnota podjęliśmy decyzję, by nie opierać naszego funkcjonowania na uniwersalnych zasadach moralnych, które wynikają z prawa naturalnego i nauki Kościoła powszechnego. Pozwalamy na to, by życie traktować lekko – a konsekwencją tego podejścia są w konieczny sposób najrozmaitsze plagi.

Trud, którego nie da się uniknąć

Co można zrobić, żeby przywrócić społeczne panowanie powagi? Po pierwsze należy zauważyć, że zadanie jest niezwykle trudne. Wspólnoty polityczne odnoszą sukcesy, jeżeli są oparte na cnotach i mają w sobie ducha poświęcenia. Jeżeli zakorzeni się w nich zgnilizna moralna, a duch poświęcenia zostanie odrzucony, znajdują się na drodze ku przepaści. Czy z tej drogi można w ogóle zawrócić? To wątpliwe, bo ci, którzy prowadzili kraj do katastrofy, są z konieczności zepsuci, więc nie można spodziewać się od nich otrzeźwienia; ci, którzy zostali przez nich wychowani, są podobnie zepsuci. Dlatego w społeczeństwie przegniłym moralnie nie ma silnego podmiotu, który mógłby podjąć strukturalną decyzję o naprawie państwa. Gdyby zresztą nawet taki podmiot się znalazł, z kim miałby pracować? To problemy, które jawią się jako nierozwiązywalne. Nie można jednak się poddawać; to oznaczałoby poddanie się desperacji i beznadziei, które nie są chrześcijańskimi cnotami, ale raczej kolejnym przejawem moralnych plag. Dlatego pomimo przewidywalnych kłopotów na drodze do społecznego odrodzenia, należy próbować.

Kara śmierci

W pierwszej kolejności polska wspólnota powinna przywrócić karę śmierci. To bardzo dobra kara, którą ludzkość stosowała od zawsze, aż do naszych zepsutych moralnie czasów. Kara śmierci przywraca społeczeństwu równowagę, pokazując, że życie ma swoje ostateczności, a niektórych wyborów w żaden sposób nie da się cofnąć. W Polsce – tak jak w innych krajach europejskich – podchodzimy do kar zbyt lekko. Kara długoletniego więzienia może być bardzo dotkliwa dla skazańca, ale nie zawiera w sobie tego samego ładunku powagi, co kara śmierci, bo nie ma waloru ostateczności. Czytelnik mógłby oponować, mówiąc, że kara śmierci funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, ale nie pomaga to bynajmniej w przywróceniu w tamtym kraju społecznej powagi. To prawda, ale amerykański model kary śmierci jest fałszywy. Amerykanie mogą mieć dobre intuicje, po pierwsze są jednak kulturowymi barbarzyńcami, a po drugie sami zmagają się z panowaniem libertynizmu i nie potrafią przeprowadzić tych intuicji do końca. Kara śmierci musi być stosowana w sposób konkretny – bez długoletnich procesów i oczekiwania. Ten, kto chce w Polsce popełnić ciężkie przestępstwo, jak zabójstwo, musi wiedzieć, że nie uniknie śmierci.

Pobór powszechny

Drugim koniecznym rozwiązaniem jest pobór powszechny. Wcielenie do wojska ma to samo znaczenie, co kara śmierci: przywraca powagę, pokazując na istnienie ostateczności i ograniczeń ludzkiego życia. Kto jest w wojsku, ten wie, że od niego zależą losy ojczyzny; że jako obywatel ma obowiązek jej obrony i że w chwili zagrożenia musi być gotów złożyć swoje życie w ofierze za całą wspólnotę. Jest oczywiste, że pobór powszechny wiąże się z wieloma uciążliwościami; ale cnoty wypracowuje się właśnie pośród uciążliwości, a nie w wygodzie. Dlatego pobór należy przywrócić szybko, nie starając się uprzednio o jakąś niezwykle rozbudowaną infrastrukturę. Młodzi mężczyźni dorastając będą pamiętać, że muszą przygotowywać się duchowo i fizycznie do trudnej próby, jaką będzie służba wojskowa – i że tej próby w żaden sposób nie unikną, o ile nie są poważnie chorzy.

Wolność dla obywateli – ograniczenie social mediów

Kolejnym krokiem jest znaczące ograniczenie dostępności social mediów. Funkcjonowanie tych mediów w obecnym kształcie jest oparte na poronionej idei wolności słowa, która z kolei wywodzi się z rewolucyjnej koncepcji egalitaryzmu. Każdy uważa, że może mówić co chce, bo jest wart dokładnie tyle samo, co inni. To nieprawda, o czym każdego dnia poucza rzeczywistość. Media społecznościowe są rodzajem agory publicznej. Na publicznej agorze nie powinni wypowiadać się ci, którzy nie są obywatelami. Dlatego należy wprowadzić używalność mediów społecznościowych wyłącznie dla obywateli posługujących się własnym imieniem i nazwiskiem. Wyklucza to dzieci i nastolatków oraz konta anonimowe. Należy zlekceważyć jojczenie tych, którzy będą protestować w imię wolności, bo, powtarzam, jest to zwyrodniałe pojęcie wolności. Obywatel nie musi wypowiadać się anonimowo. Każdy człowiek ponosi pełną odpowiedzialność za swoje czyny, a podstawą tej odpowiedzialności jest tożsamość. Nie pozwalamy, by na publicznym placu przemawiał zamaskowany nastolatek; nie pozwalajmy, żeby przemawiał w sieci, bo między jednym a drugim nie ma wcale istotnej różnicy. Nie ma potrzeby „cenzurowania” sieci poprzez nowe narzędzia rządowe, jeżeli taka cenzura ma chronić dzieci. Wystarczy odciąć dzieci od mediów społecznościowych, a dorosłych zobowiązać do wypowiadania się z odkrytą przyłbicą.

Koniec łatwych rozwodów – i życia na kocią łapę

Dalej, konieczne jest ograniczenie plagi rozwodów oraz związków nieformalnych. W Polsce zapanowało idiotyczne przekonanie, że ludzie mogą żyć ze sobą w parach tak, jak im się podoba – zmieniać partnerów jak rękawiczki. W naszej cywilizacji małżeństwo było jednak zawsze traktowane jako rzecz poważna i jako taka, nierozerwalna. Dlatego wspólne życie poza małżeństwem powinno być objęte ostracyzmem społecznym wspomaganym przez stosowne kary. Należy też w znaczący sposób ograniczyć swobodę rozwodów. Jeżeli ktoś mierzy się z problemem przemocy albo alkoholizmu w małżeństwie, ma narzędzie separacji. Rozwody na życzenie są błędem, bo likwidują ostateczny charakter małżeństwa, czyniąc życie lekkim i niepoważnym. Z wielu badań społecznych wiadomo, że rozbite rodziny oraz rodziny oparte na związkach nieformalnych są znacznie bardziej podatne na wylęganie się w nich różnych patologii. Nic dziwnego – środowisko domowe, w którym nawet od strony formalnej podeptano cnoty, z natury rzeczy łatwiej prowadzi do wychowania w nieporządku.

Społeczne panowanie Chrystusa… i odnowa Kościoła

Wreszcie – społeczne panowanie Chrystusa. Życie wspólnoty musi być oparte na konkretnych zasadach etycznych. W naszej cywilizacji takie zasady oferuje wyłącznie jeden podmiot, czyli Kościół katolicki. Dlatego uznanie religii katolickiej za religię państwową jest właściwe i konieczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Katolicyzm jako religia państwowa nie wiąże się z ograniczeniem wolności sumienia, bo nie oznacza narzucania wiary tym, którzy nie chcą jej przyjąć. Oznacza, że wspólnota narodowa orientuje się na katolickie prawdy i moralność, czerpiąc z tych źródeł w stanowieniu prawa i urządzaniu całego życia społecznego. Przyjęcie katolicyzmu jako religii państwowej pozwoliłoby na penalizowanie rozmaitych niemoralności, takich jak działalność sekt, promocja pornografii czy okultyzmu. Żeby społeczne panowanie Chrystusa stało się możliwe, proces przywracania powagi musi zostać przeprowadzony również w Kościele katolickim. Przede wszystkim liturgia musi cechować się pobożnością i orientacją na Boga, będąc daleka od groteski ludowego festynu albo spotkania kółka emocjonalnie zaburzonych nastolatków. Doskonałą do tego drogą jest upowszechnienie liturgii w tradycyjnym rycie rzymskim, albo też silne strydentynizowanie nowej liturgii.

Potrzebujemy rzymskiej cnoty powagi

Koniecznych kroków jest oczywiście więcej, wymieniłem tylko kilka, które uważam za najważniejsze. Ujmując rzecz lapidarnie, Polska pilnie potrzebuje przywrócenia klasycznych cnót, wśród których za najważniejszą uważam powagę – czyli rzymską gravitas. Bez przywrócenia tej cnoty będziemy dalej pogrążać się w niemoralności, podążając ku społecznej przepaści. Ktoś może stwierdzić, że to groteskowe narzekanie na upadek obyczajów. Rzut oka na społeczeństwo pokazuje jednak, że tak nie jest: skrajnie niska dzietność, niechęć do obrony własnej ojczyzny, demoralizacja dzieci i nastolatków, dorośli zajmujący się wszystkim, tylko nie religią, państwem i rodziną. Moralna zgnilizna jest faktem i żeby przetrwać jako żywotna wspólnota, trzeba się jej pozbyć.

Przywróćmy Polsce powagę.

Paweł Chmielewski

JOW: Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem. Tylko z Braunem prawica ma szansę.

Pakt senacki Kaczyńskiego z Tuskiem.

Tylko z Braunem prawica ma szansę

9.10.2026 Stefan Klopotowski nczas/pakt-senacki-kaczynskiego-z-tuskiem-tylko-z-braunem-prawica-ma-szanse

Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Obrazek ilustracyjny wygenerowany przez AI.
NCZAS.INFO | Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński, odrzucając Grzegorza Brauna, oddaje Senat Donaldowi Tuskowi.

To nie wróżba, to matematyka. Policzyła to Fundacja Dobry Rząd w raporcie „Pakt Prezydencki kontra Pakt Senacki” i liczby są bezlitosne. Prezes PiS-u może w kontekście niechęci – a może po prostu strachu? – do lidera „Korony” dalej opowiadać o „sferze cywilizacji”, „jaszczurach” i „granicach nieprzekraczalnych”, ale w stu jednomandatowych okręgach senackich te frazesy znaczą jedno: rozdrobnienie prawicy i walkower dla Koalicji 13 Grudnia.

Wybory do Senatu to nie to samo co do Parlamentu. Tu nie ma d’Hondta, nie ma progów, nie ma list ogólnokrajowych. Tu wygrywa ten, kto w okręgu zbierze najwięcej głosów. Jeden mandat, jeden zwycięzca.

Gdy trzy formacje prawicowe wystawiają trzech kandydatów przeciw jednemu kandydatowi Paktu Senackiego, prawica przegrywa nawet tam, gdzie łącznie ma większość. To elementarna arytmetyka, którą Donald Tusk i Szymon Hołownia zrozumieli już w 2019 i 2023 roku. Dlatego wtedy powstał Pakt Senacki. Dlatego dzisiaj koalicja rządząca nie zamierza go rozwiązywać. A Kaczyński udaje, że tej lekcji nie rozumie.

Raport Dobrego Rządu oparto na wynikach I tury wyborów prezydenckich 2025, skorygowanych o średnie z sondaży i o fakt, że w szerokich koalicjach 1 plus 1 rzadko przekłada się na 2.

Tylko dwa scenariusze na korzyść prawicy

Autorzy raportu rozważyli kilka scenariuszy. Wariant zerowy, czyli start każdej formacji osobno (także Koalicji Obywatelskiej), daje partii Tuska 66 mandatów senackich, a PiS-owi 34. Już na tym etapie widać, kto skorzysta na rozdrobnieniu. Scenariusz pierwszy, czyli powtórka klasycznego Paktu Senackiego przeciw prawicy startującej osobno, jest jeszcze gorszy: Pakt Senacki zgarnia 78 miejsc, PiS zostaje z 22. To nie jest „walka o Polskę”. To kapitulacja. Kolejny wariant to Pakt Prezydencki, czyli PiS plus Konfederacja bez Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, przeciw pełnemu Paktowi Senackiemu. Taki układ daje prawicy zaledwie 36 mandatów. Pakt Senacki ma ich 64. Nawet jeśli obciąć Pakt Senacki do węższego wariantu, Pakt Prezydencki wciąż kończy z wynikiem poniżej 40 mandatów.

Dopiero Pakt Konserwatywno-Narodowy – obejmujący PiS oraz pełną Konfederację (wraz z Koroną Grzegorza Brauna) – daje wynik 48 do 52 (z niewielką przewagą KO i spółki). A gdy po drugiej stronie staje tylko „mały” Pakt Senacki (KO, ale bez części lewicy), szeroka prawica wychodzi na 53 mandaty przeciw 47. Dostaje większość – jedyną większość, jaką prawica może realnie zdobyć w wyborach do Senatu 2027.

Innymi słowy: bez Brauna Senat zostaje u Tuska. Z Braunem prawica ma szansę.

Zakonserwować duopol

Tymczasem Kaczyński wybiera wariant pierwszy i nazywa to obroną cywilizacji. To jest ten sam mechanizm, który od lat pozwala III RP trzymać prawicę w szachu. PiS lubi być jedynym „poważnym” obozem po prawej stronie. Konfederacja ma być dodatkiem, przystawką… Korona – pariasem, z którym nikt się nie liczy. Prezes mówi, że Braun jest „bardzo niebezpieczny”, że „nie mieści się w naszej sferze cywilizacji”, że współpraca byłaby „kompromitująca”.

Tusk przytakuje, kiwa głową… Wie, że bez Brauna Kaczyński i tak nie ma szans, a dla władzy na tzw. prawicy prezes poświęci wszystko. Oba komunikaty służą temu samemu celowi: utrzymać duopol. Zakonserwować go w naftalinie. Jeden straszy „ruskim agentem”, drugi straszy „skrajną prawicą”. Elektorat konserwatywny, katolicki, antyunijny ma się wstydzić własnych poglądów i albo wrócić pod skrzydła Nowogrodzkiej, albo zostać w domu.

Tymczasem to właśnie elektorat Brauna decyduje o tym, czy w dziesiątkach okręgów prawicowy kandydat przebija kandydata KO, PSL i Lewicy. Senat nie wymaga wspólnego rządu, wspólnego programu gospodarczego ani wspólnej polityki zagranicznej. Wymaga tylko tego, by w okręgu X nie stanęło trzech prawicowców przeciw jednemu liberałowi. To nie jest małżeństwo ideowe. To zawieszenie ognia na czas wrzucenia jednej karty do głosowania. Kaczyński nawet tego nie chce. Posłowie prawicy słyszą od polityków PiS-u jasny przekaz: prezes woli mieć o połowę mniej senatorów, niż dopuścić do tego, by własne miejsca w Senacie mieli ludzie Konfederacji, Korony i Rozwoju Plus. To nie strategia. To pycha.

Skutki będą oczywiste. Nawet jeśli w 2027 roku prawica zbierze w Sejmie większość – a sondaże od miesięcy pokazują, że bez Korony ta większość jest krucha albo nieistniejąca – Senat pozostanie zaporą. Ustawy wrócą z poprawkami, nominacje utkną, budżet stanie się przedmiotem szantażu. Prezydent – ktokolwiek nim zostanie – będzie musiał negocjować z izbą, w której rządzi obóz Tuska. To dokładnie ten układ, który od 2023 roku paraliżuje państwo i pozwala koalicji 13 grudnia rządzić mimo słabnącego poparcia. Kaczyński, odrzucając Brauna, ten układ konserwuje.

Tusk może spać spokojnie?

Nie trzeba lubić Grzegorza Brauna, by to zauważyć. Można uważać jego wystąpienia za zbyt ostrożne albo zbyt radykalne, można nie podzielać wszystkich tez Korony. Ordynacja senacka nie pyta o gust. Pyta o sumę głosów w okręgu. Raport Dobrego Rządu nie jest wyrocznią, ale pokazuje kierunek: im szerszy pakt po prawej, tym większa szansa na odbicie izby wyższej. Im bardziej stanowcze weto prezesa z Nowogrodzkiej, tym pewniejszy Senat dla KO, Trzeciej Drogi i Lewicy.

Historia lubi ironię. Ten sam Kaczyński, który kiedyś przysięgał, że z Samoobroną nigdy nie pójdzie, potem rządził z Samoobroną. Dziś przysięga, że z Braunem nie będzie współpracował nigdy, „nawet za cenę pata”. Tymczasem pat w Senacie to nie abstrakcja. To narzędzie w rękach Donalda Tuska: blokada ustaw, blokada reform, blokada rozliczeń. Jeśli prezes PiS-u naprawdę uważa, że Tusk jest zagrożeniem dla Polski, to jego polityka senacka jest polityką samobójczą. Albo – co gorsza – polityką kogoś, kto woli być drugim graczem w starym układzie, niż pierwszym w nowym. Najwyższy czas nazwać rzeczy po imieniu. Odrzucenie Brauna nie jest aktem moralnej czystości. Jest prezentem dla koalicji, która od trzech lat rozmontowuje resztki suwerenności, cenzuruje niewygodne media, udaje walkę z inflacją i tłumaczy Polakom, że „miękkie lądowanie” dla swoich to sprawiedliwość.

Kaczyński może dalej mówić o ratowaniu cywilizacji. Tusk nie musi nawet dziękować. Wystarczy, że w 2027 roku Pakt Senacki znów zgarnie sześćdziesiąt kilka mandatów, a prawica będzie się kłócić, kto komu ukradł trzy punkty procentowe. Senat 2027 nie rozstrzygnie się na konferencjach o „granicach nieprzekraczalnych”. Rozstrzygnie się w okręgach, gdzie jeden wspólny kandydat prawicy może wygrać, a trzech osobnych – przegrać. Fundacja Dobry Rząd te okręgi policzyła. Kaczyński te liczby zignorował. Tusk może spać spokojnie.

Usrael. NAZA. MEM-y IV.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie HUH5l2GXQAAw-HC.jpg

———————————-

————————————-

————————-

————————-

————————————-

—————

————————————————————–

————————

————————–

Po co Polsce tworzy się wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”

Po co Polsce tworzy się wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”

Posted by Marucha w dniu 2026-10-08 marucha/po-co-polsce-tworzy-sie-wizerunek-panstwa-przyfrontowego-przeciwko-ktoremu-rosja-juz-prowadzi-wojne

17 września 2026 roku mieszkańcy przygranicznych powiatów wschodniej Polski otrzymali ostrzeżenia o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Na lotniskach w Lublinie i Rzeszowie czasowo wstrzymano loty, w szkołach ewakuowano uczniów z klas w bezpieczniejsze miejsca, a praca przejść granicznych została wstrzymana. 

Myśliwce polskich Sił Powietrznych poderwały się w powietrze, choć przestrzeń powietrzna kraju nie została naruszona. Podobne sceny stały się w Polsce ostatnio codziennością – kraj ten każdy rosyjski atak na obiekty w zachodniej Ukrainie uznaje za bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

„Wojna hybrydowa” w „szarej strefie”

Tego samego dnia premier Polski Donald Tusk w orędziu wideo do obywateli oświadczył, że Rosja nie musi przekraczać polskiej granicy, ponieważ „już prowadzi wojnę hybrydową”, i wystąpił w Sejmie z ostrzeżeniem o nadchodzących „hybrydowych uderzeniach” Rosji na państwa wspierające Ukrainę.

Tusk przedstawił „najbardziej prawdopodobny scenariusz” na najbliższe miesiące, nazywając późną jesień i zimę najbardziej krytycznym momentem wojny, a incydenty z dronami, dywersje i dezinformację – instrumentami „wojny hybrydowej”.

Celem Rosji, według jego słów, jest między innymi pokazanie, że Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego ma charakter jedynie „teoretyczny, a nie praktyczny”. Wtórował mu, zapominając o sporze międzypartyjnym, prezydent K. Nawrocki, ostrzegając, że „wojna hybrydowa” może być przygotowaniem „do czegoś większego”, i wzywając wiodące siły polityczne do zgody w kwestiach bezpieczeństwa.

Podstawą wystąpienia D. Tuska stał się pewien raport z danymi wywiadowczymi. Jak wkrótce się okazało, oceny te opierały się na informacjach otrzymanych przez ministra-koordynatora służb specjalnych T. Siemoniaka od dyrektora CIA. Dane te przekazano stronie polskiej ustnie, a sam fakt istnienia „raportu CIA” stał się przedmiotem publicznego sporu między rządem a kancelarią prezydenta. Nieprzypadkowa jest też data wystąpienia: odwołanie do 17 września 1939 roku wpisuje sytuację w rozpoznawalne ramy oficjalnej polskiej polityki pamięci, w której Rosja odgrywa rolę nieprzemijającego zagrożenia egzystencjalnego, a Polska – niewinnej ofiary, zdradzonej i opuszczonej przez sojuszników.

Ten epizod wyróżnia również atmosfera, która została wokół niego wytworzona. Zwraca uwagę oficjalny dyskurs, w tym stale obecny i już oswojony termin „wojna hybrydowa” (wojna hybrydowa) w odniesieniu do działań Rosji, który był wielokrotnie krytykowany nawet przez zachodnich ekspertów. Polscy politycy aktywnie posługują się także względnie nowymi pojęciami „szarej strefy” i „działań podprogowych” (działania podprogowe), które w ogólności również opisują domniemane zamiary przeciwnika, a nie rzeczywistą sytuację.

W oficjalnych dokumentach polityki zagranicznej Rosja charakteryzowana jest jako państwo stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Polski nie tylko w przypadku potencjalnej zakrojonej na szeroką skalę agresji wojskowej, ale także na poziomie działań „podprogowych” – zdarzeń formalnie niepodpadających pod definicję agresji, lecz wywierających destabilizujący wpływ.

W przypadku sytuacji „podprogowych” Polska liczy na demonstrację solidarności ze strony graczy regionalnych. Pojęcie „szarej strefy” w polskim dyskursie politycznym nabrało ostatnio charakteru uniwersalnej interpretacji: tłumaczy się nim praktycznie każde zdarzenie, które ma miejsce przy wschodniej granicy. Wykrycie niezidentyfikowanego obiektu, dywersja na kolei czy lot samolotu rozpoznawczego w przestrzeni międzynarodowej – wszystko to interpretowane jest jako element rosyjskiej strategii wojny hybrydowej.

Takie podejście jest wygodne, ponieważ praktycznie nie wymaga dowodów. Jeśli incydent przypisuje się Rosji, potwierdza to istnienie stałego zagrożenia; jeśli przypisanie jest niemożliwe, tłumaczy się to wyrafinowaniem przeciwnika i jego „działaniami podprogowymi”.

Zwracają uwagę również zmiany, które zaszły w retoryce rządowej we wrześniu 2026 roku: od trybu warunkowego „jeśli Rosja napadnie” polskie władze przeszły praktycznie do twierdzącego „Rosja już prowadzi wojnę, tyle że w innej formie”. Część środowiska ekspertów wojskowych, reprezentowana przez emerytowanych generałów i byłych szefów organów bezpieczeństwa, formułuje nową sytuację Polski jeszcze bardziej radykalnie.

W szczególności generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, utrzymuje, że nasilone ostatnio incydenty z dronami nie są przypadkowe: „albo Moskwa świadomie kieruje drony i rakiety na terytorium NATO, albo świadomie podejmuje wysokie ryzyko, że tam spadną”. Oba warianty uważa jednak za elementy przemyślanej strategii wojskowej, przybliżającej „presję hybrydową” do granic zastosowania Artykułu 5.

Zagrożenie jako zasób

Militarystyczny alarmizm rozwija się w warunkach rozpoczęcia mobilizacji politycznej elektoratu przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2027 roku. Wystąpienie D. Tuska w Sejmie zostało przedstawione właśnie jako apel lidera politycznego do narodu o zjednoczenie w chwili niebezpieczeństwa. Wszelkie siły polityczne, w szczególności osobno wymieniona przez premiera prawicowa konserwatywno-tradycjonalistyczna „Konfederacja”, które krytykują pomoc dla Kijowa lub poddają w wątpliwość skuteczność polskich wydatków obronnych, oskarżane są o działanie na rzecz realizacji „rosyjskiej strategii”.

Efekt skupienia wokół flagi został częściowo osiągnięty. Według danych sondażowych ponad 68% Polaków pod koniec września 2026 roku obawiało się zbrojnej prowokacji ze strony Rosji, co jest wynikiem o osiem punktów wyższym niż w lipcu. [Samospełniające się proroctwa? – admin]

Deklarowane pozostawanie praktycznie „w stanie wojny” ułatwia mobilizację społeczeństwa i legitymizuje wydatki obronne oraz nowe środki nadzwyczajne. Od lipca 2026 roku rozpoczęło się rozmieszczanie nowego komponentu wielobrygadowego w ramach polskiego programu „Tarcza Wschód”, łączącego cztery brygady obrony terytorialnej wzdłuż wschodniej i północno-wschodniej granicy.

Towarzyszy temu zakrojony na szeroką skalę program zakupu nowego uzbrojenia, w szczególności pozyskanie do 2027 roku nawet 288 południowokoreańskich wyrzutni rakietowych K239 Chunmoo, a także umocnienie kolejnych 200 km granicy, w tym pól minowych, co stało się możliwe po wyjściu Polski w lutym 2026 roku z konwencji ottawskiej o zakazie użycia, składowania i produkcji min przeciwpiechotnych.

Takie wzmacnianie sił oznacza, że w regionie skoncentrowano już więcej sił i sprzętu niż kiedykolwiek od zakończenia zimnej wojny, dlatego nawet ograniczony lub niejednoznaczny incydent ma miejsce w bardziej wybuchowej atmosferze niż kilka lat temu.

„Stan nadzwyczajny” usprawiedliwia też kolejne kroki. Pierwszym skutkiem wrześniowej dyskusji stała się zmiana zasad użycia broni w powietrzu. 28 września wiceminister obrony C. Tomczyk ogłosił przejście od identyfikacji wzrokowej celów powietrznych do tak zwanej identyfikacji pozytywnej, pozwalającej pilotowi lub dowódcy operacyjnemu podjąć decyzję o zniszczeniu obiektu na podstawie danych radarowych.

Przy tym, według samego Tomczyka, procedura ta jest zwykle przewidziana dla stanu wojny lub stanu nadzwyczajnego. Tym samym decyzja ta nie tylko zwiększa ryzyko omyłkowego rażenia, ale i normalizuje stosowanie procedur czasu wojny pod pretekstem spodziewanej „możliwości przylotu dronów ze strony Rosji” w czasie pokoju.

Deklaracje o wojnie hybrydowej ze strony Rosji skierowane są również do sojuszników. Z tego punktu widzenia wymowne jest skoordynowane z wystąpieniami Tuska wrześniowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Polski R. Sikorskiego na forum w Kijowie, w którym zaproponował on NATO prowadzenie intensywniejszych ćwiczeń wojskowych w pobliżu obwodu kaliningradzkiego, które odwracałyby uwagę Moskwy od specjalnej operacji wojskowej.

Przede wszystkim ma ono służyć jako sygnał, że Polska, coraz bardziej uchylając się od zwiększania pomocy dla Ukrainy i bezpośredniego angażowania się w konflikt, Kijowa jednak „nie porzuca” i szuka sposobów na ulżenie Siłom Zbrojnym Ukrainy na froncie.

Podobne wypowiedzi pomagają też odwrócić uwagę od trwającego polsko-ukraińskiego konfliktu politycznego. Napięcie między Polską a Ukrainą – zarówno na szczeblu rządowym, jak i społecznym – nabrało w 2026 roku samodzielnego znaczenia. Rozbieżności w sferze polityki historycznej i polityki pamięci, sprzeczności gospodarcze oraz wzrost nastrojów antyukraińskich w polskim społeczeństwie najprawdopodobniej stopniowo doprowadzą do tego, że realne i polityczne wsparcie Ukrainy ze strony Warszawy z czasem stanie się bardziej warunkowe i ograniczone.

Wypowiedzi polskich polityków mają też adresatów na Zachodzie. Propozycja prowadzenia „bardziej agresywnych ćwiczeń” NATO przy granicach Rosji skierowana jest nie tylko do tych, których Warszawa uważa za niezdecydowanych, ale i do tych, którzy zarzucają samej Polsce niewystarczającą wojowniczość wobec Moskwy.

Oczywiste jest, że perspektywie bezpośredniego zaangażowania się w konflikt Warszawa przedkłada dziś zaostrzenie retoryki na poziomie UE i NATO oraz wzmocnienie presji sankcyjnej i politycznej na Moskwę.

Strona polska stara się zatem określić granice swojego udziału w domniemanych wariantach zaangażowania państw europejskich w konflikt, demonstrując gotowość udostępnienia swojej infrastruktury i, jak dotychczas, odgrywania roli poligonu dla ćwiczeń oraz kluczowego hubu logistycznego, ale nie aktywnego uczestnika konfliktu. Dla takiej postawy istnieje wiele przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych.

„Twierdza Polska”?

Od 2022 roku Polska stara się ugruntować swoją rolę głównego zaplecza wojskowego i jednocześnie wysuniętego rubieża NATO. W tym roku na obronę przeznaczono rekordowe 201 mld złotych (około 55 mld dolarów) z budżetu państwa i pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, co stanowi 4,8% PKB. Polska zmodernizowała siły zbrojne i zintensyfikowała współpracę z USA i Koreą Południową, przeznaczając miliardy na sprzęt wojskowy i umacniając wschodnią granicę. Kluczowym elementem tej strategii są również negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi o utworzeniu stałej amerykańskiej bazy wojskowej w kraju.

Jednak mimo imponującego wyglądu tej „twierdzy Polska” widać w niej już pęknięcia. Ambitne cele przekształcenia się w forpocztę NATO na wschodniej flance napotykają na poważne trudności. Tak więc zwiększanie liczebności wojsk prowadzi do braków kadrowych w pododdziałach, które w niektórych przypadkach stanowią jedynie „puste skorupy”, a polski przemysł zbrojeniowy cierpi na strukturalne słabości, brak zaangażowania w ogólnoeuropejskie projekty przemysłu wojskowego i nie jest w stanie zaspokoić wzmożonego popytu na uzbrojenie.

Ponadto obecna gorączka wojskowa i wysokie tempo przezbrojenia polskiej armii kosztem dostaw uzbrojenia z USA tworzą krytyczną zależność strategiczną od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu. Poza tym Waszyngton udziela sojusznikom celowych kredytów z warunkiem zakupu wyłącznie amerykańskiej broni, a sama infrastruktura wojskowa Polski jest od początku standaryzowana pod amerykańskie bazy. Zależność od USA ogranicza możliwości manewru Polski i wyraźnie utrudnia integrację z europejskimi projektami obronnymi.

Kolejnym problemem jest czas. Z powodu znacznej pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie polska armia nadal odczuwa braki sprzętowe. Choć nowy sprzęt z USA i Korei Południowej napływa stopniowo, pełna gotowość bojowa zostanie osiągnięta nie wcześniej niż w latach 30. XXI wieku, pod warunkiem potwierdzenia wszystkich porozumień ramowych i dostaw. Wzmacnianie polskiej armii przekształca się zatem w wyścig z czasem, który nadal będzie wymagał znacznych wysiłków i wielokierunkowego wsparcia z zewnątrz.

Kolejnym słabym punktem pozostaje struktura finansowania. Około 35–39% wydatków obronnych pokrywane jest instrumentami Funduszu, którego zadłużenie do końca 2026 roku może osiągnąć 39 mld dolarów, a ciężar spłaty w latach 2027–2031 spadnie na budżet państwa. Innymi słowy, obecny zryw został częściowo pożyczony od następnego rządu, który będzie musiał zmierzyć się również z wysoką inflacją i spowolnieniem dynamiki gospodarczej.

Zwraca uwagę również to, że mimo oficjalnego militarystycznego alarmizmu i wysiłków władz na rzecz militaryzacji społeczeństwa, w latach 2024–2026 w Polsce obserwuje się proces odwrotny – spadek gotowości do obrony ojczyzny. Wyniki sondaży przeprowadzonych we wrześniu 2026 roku pokazują, że w sytuacji zagrożenia wojną jedynie 27% respondentów jest gotowych bronić kraju, a 58,1% – nie.

Przyczynia się do tego w niemałym stopniu zakrojony na szeroką skalę kryzys w stosunkach z głównym sojusznikiem na wschodzie – Kijowem. Później doszły do tego wyraźny spadek wiary w zwycięstwo Ukrainy i rosnący strach przed eskalacją konfliktu, co osłabia abstrakcyjną chęć aktywnego udziału w działaniach bojowych.

Polski dyskurs o „szarej strefie” jest z powodzeniem wykorzystywany przez elity nie tylko do mobilizacji politycznej elektoratu na początku przedwyborczej kampanii parlamentarnej, ale i do realizacji celów polityki zagranicznej. Wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”, może być skutecznie wykorzystany jednocześnie do pozyskania zachodniego finansowania na potrzeby obronne i do ugruntowania swojej roli w konflikcie ukraińskim.

Niezrozumiałe pozostaje tylko jedno: jeśli celem „wojny hybrydowej” ze strony Rosji, jak twierdzą przedstawiciele Polski, jest destabilizacja polskiego społeczeństwa poprzez stałe poczucie zagrożenia, to czy polskie elity, usilnie transmitujące to odczucie, nie wykonują części pracy za swojego „przeciwnika”?

Maria Pawłowa, RSMD
https://pl.news-front.su

Tusko-prawdy… MEM-y II.

——————————————

———————————–

————————-

—————————————-

—————————————————–

——————————————–

—————————————————————–

—————————————-

—————————

————————————–

Za „naszą wojnę” płacimy w cenach paliw

Modzelewski: Za „naszą wojnę” płacimy w cenach paliw

prof. Witold Modzelewski

Już od prawie pięciu lat klasa polityczna oraz wspierający ją „komentariat” straszą nas wojną: Rosja ma nas nieuchronnie zaatakować. Ostatecznie upadła więc polityka „odstraszania”.

Przypomnę tylko, że przez co najmniej kilkanaście lat wmawiano nam natrętnie, że „kolektywny Zachód”, do którego ponoć „należymy”, jest tak straszny, że Rosja nigdy nie zaatakuje państw NATO oraz ich protegowanych. W ówczesnej narracji Rosja mogła zrobić tylko to, na co ów Zachód jej „pozwolił”.

Od dnia 24 lutego 2022 roku zaczęła się wojna („bez zezwolenia”?), którą szybko przemianowano na „naszą wojnę”. Złośliwie przypomnę, że jej deklarowanym swego czasu celem było… „całkowite zwycięstwo Ukrainy” i wyzwolenie spod „okupacji rosyjskiej” jej terytorium, łącznie z Krymem. Potem byliśmy karmieni krzepiącymi informacjami o niekończącym się paśmie zwycięstw „walczącej Ukrainy” i klęskach Rosji.

Teraz okazuje się, że ten „słoń na glinianych nogach”, po blisko pięciu latach totalnych porażek musi nas koniecznie zaatakować, co ni mniej ni więcej oznacza, że chyba również przegraliśmy „naszą wojnę”, której sens tłumaczono nam w ten sposób, że wykrwawianie Ukrainy za nasze pieniądze eliminuje niebezpieczeństwo bezpośredniej agresji ze strony Rosji. Jak widać nic z tego nie wyszło.

Być może jest zupełnie inaczej: straszenie nas bezpośrednim atakiem ze strony Rosji jest spazmatyczną próbą „przykrycia” porażek w polityce wewnętrznej (zapaść fiskalna, drożyzna cen paliw silnikowych i innych źródeł energii, katastrofa demograficzna), a wielkimi krokami zbliżają się wybory. Za te porażki odpowiada cały POPiS, ale w polityce prowojennej od lat mówi jednym głosem – z fatalnymi zresztą skutkami (dla nas i dla siebie).

Jedynym w miarę racjonalnym uzasadnieniem dla jakiejś prowokacji ze strony Rosji jest gra na destrukcję NATO, które ma skompromitować się poprzez niewykonanie swoich sojuszniczych zobowiązań. Lecz nie jest to konieczne: trwają już trzy wojny (na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie, Izraela z Arabami i USA – Iran), na które potrzeba nie tylko wielkich pieniędzy, ale również… paliw silnikowych, a dla Zachodu (i dla nas) stają się one coraz mniej dostępne. To dużo ważniejszy problem niż sukcesy lub klęski „walczącej Ukrainy”. Ich kontynuacja pogłębia jeszcze bardziej kryzys paliwowy: to może przekreślić istniejące sojusze.

Swoją drogą żyjemy w świecie współzawodnictwa absurdów, bo jeszcze do niedawna opowiadano nam, że Zachód nauczył się żyć bez rosyjskich węglowodorów – taki był cel „miażdżących sankcji”. Gdy zaczęło ich brakować również w wyniku przegranej wojny z Iranem, my, zwykli ludzie, będziemy płacić 10 zł za litr oleju napędowego, a może więcej. My też już za drogo płacimy za „sukcesy” w naszej wojnie oraz za klęski „strategicznego sojusznika” w agresji na Iran. Wiemy już, że prezydent USA zakazał Zełenskiemu ataków na rosyjskie rafineria, bo potrzebuje rosyjskiego oleju napędowego. Czy to już zdrada Zachodu, o której pisałem w cyklu przed kilku laty? Odpowiedź znamy, tylko nie mamy odwagi jej głośno sformułować.

Czy, gdy zgodnie z zapowiadanym scenariuszem, Rosja nas zaatakuje, to USA pospieszą nam z pomocą, razem z Portugalczykami, Grekami i Hiszpanami? To mało prawdopodobne, bo przecież Rosja robi tylko to, na co jej Zachód pozawala, jest „pariasem”, z którym się nikt nie liczy, ale może nie dostarczyć paliwa do natowskich czołgów i samolotów, które mają ruszyć nam na odsiecz.

Nie będę dalej znęcać się nad naszą beznadzieją. Nie chciałbym być w skórze tych, którzy będą odpowiedzialni za wciągnięcie nas do jakiejkolwiek wojny. Może na wszelki wypadek niech wezmą swój plecaczek i szybko wyjadą do ciepłych krajów?

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2026)

Siódmego października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego proklamowała niepodległość Polski

Prawdziwa data odzyskania niepodległości Polski. To inny dzień, niż większość myśli. „Jesteście państwo okłamywani od początku”

7.10.2026 nczas/prawdziwa-data-odzyskania-niepodleglosci-polski-to-inny-dzien-niz-wiekszosc-mysli-jestescie-panstwo-oklamywani-od-poczatku

Flaga Polski
NCZAS.INFO | Flaga Polski. Obrazek ilustracyjny wygenerowany przez AI. / Źródło: Grok

To właśnie dziś, 7 października, przypada prawdziwa rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę. Z tej okazji przypominamy, co o wydarzeniach sprzed 108-miu lat mówili publicyści „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz oraz Janusz Korwin-Mikke.

To właśnie 7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego [tak !! MD] przejęła zwierzchność nad wojskiem polskim i rozpoczęła proces przejmowania władzy i formowania Państwa Polskiego.

„11 listopada właściwie nic takiego się nie stało”

Stanisław Michalkiewicz podkreślał, że „11 listopada właściwie nic takiego się nie stało, żadna niepodległość nie została wówczas proklamowana″. – Niepodległość Polski po 123 latach niewoli została proklamowana 7 października przez Radę Regencyjną na wieść o tym, że Niemcy próbują utworzyć niepodległą Ukrainę, do której chcieliby inkorporować Lwów – mówił publicysta.

– Rada Regencyjna uznała, że to zagraża żywotnym interesom państwa Polskiego i w związku z tym 7 października 1918 roku proklamowała niepodległość Polski. 11 listopada Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę wojskową. Czyli co dokładnie? Przekazała mu zorganizowane wcześniej państwo – wyjaśnił Michalkiewicz.

[14 listopada 1918 r. Rada Regencyjna rozwiązała się i przekazała Piłsudskiemu także pełnię władzy cywilnej, mianując go Naczelnikiem Państwa. md]

– Dopiero 16 listopada 1918 roku Piłsudski notyfikował powstanie państwa Polskiego opartego na podstawach demokratycznych. (…) Z tego wynika, że proces odzyskiwania przez Polskę niepodległości był rozciągnięty w czasie – dodawał.

„11 listopada nie jest żadną rocznicą”

Janusz Korwin-Mikke podkreślił, iż „jesteście państwo okłamywani od początku, 11 listopada nie jest żadną rocznicą odzyskania niepodległości″. – 11 listopada nastąpiło jedynie przekazanie władzy przez Radę Regencyjną towarzyszowi Ziółkowi z partii socjalistycznej, czyli Piłsudskiemu – mówił poseł.

– 7 października Rada Regencyjna zadekretowała oderwanie się od mocarstw centralnych i tę rocznicę świętujemy, a nie rocznicę przekazania władzy socjaliście (…) niestety takie były wówczas nastroje społeczne, że Rada Regencyjna uznała, że lepiej przekazać władzę Piłsudskiemu, niż żeby miał być rząd lubelski złożony z komunistów – przypominał Korwin-Mikke.

– 11 listopada jako data odzyskania niepodległości został ogłoszony dopiero w 1937 roku i tylko dwa razy był obchodzony przed wojną. Rząd londyński zakazał obchodzenia tego (…) Chodzi o zamanifestowanie, że 7 października nastąpiło odzyskanie niepodległości, a 11 listopada władzę przejęli socjaliści, którzy potem gnębili Polskę podatkami i doprowadzili do klęski. 11 listopada to jest rocznica klęski – wyjaśnił.

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Łukasz Jastrzębski

„Ukraina nie zgodzi się na członkostwo w Unii Europejskiej, jeśli obowiązywałyby ją limity sprzedaży produktów rolnych” – powiedział ukraiński minister rolnictwa Taras Wysocki. W oświadczeniu dla portalu POLITICO minister podkreślił, że Kijów widzi „fundamentalną różnicę między okresem przejściowym a stałym ograniczeniem”. O ile ten pierwszy model jest dla Ukrainy akceptowalny, o tyle stałe limity handlowe według niego byłyby sprzeczne z samą logiką i ideą pełnego członkostwa.

Bruksela swoimi oświadczeniami próbuje uśpić obawy rolników z Francji, Włoch i Polski dla, których masowy import towarów z bardzo wydajnego ukraińskiego sektora rolniczego oznaczałby dorżnięcie i tak wykastrowanego przez Brukselę rodzimego rolnictwa. Rolnicy znając los hutników i górników nie powinni dać się nabrać na te czcze obietnice. Bruksela musi również uspokoić Kijów. Właśnie dlatego zaraz usłyszmy deklaracje ze strony Brukseli, że Komisja Europejska dołoży wszelakich starań by pomagać państwu Wołodymyra Zełenskiego w działaniach na rzecz powrotu ukraińskiego rolnictwa na rynki zbytu w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Rolnicy w Europie próbują walczyć o przyszłość swoją i swoich dzieci. Prounijne i cyniczne rządy w Unii Europejskiej dbają przede wszystkim o swój własny prywatny i koteryjny interes. Odrealnieni brukselscy biurokraci i politykierzy walczą nie tylko o swoje przywileje, ale również stoją na straży obyczajowych i gospodarczych szaleństw. Chcą za wszelką cenę, zachować jedność kolosa na glinianych nogach. Wojująca z Rosją Ukraina z swoimi oligarchami walczy o przetrwanie, pieniądze i wpływy. Do tego dochodzą interesy Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Chin, Kościoła katolickiego, lobbystów i korporacji bankierskich i zbrojeniowych. Pajęczna jawnych i tajnych sitw. Zapewne tym razem znów uda się UE i Ukrainie uzyskać jakiś rodzaj zgniłego kompromisu – odsuwającego problemy na później – ale całość układu mocno trzeszczy.

Nie dzieje się nic niespodziewanego. Nikt poważny tak na serio nie chciał Ukrainy w Unii Europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to jak wpuszczenie lisa do kurnika – konkurencyjność wynikająca z braku unijnego kagańca jest dla wysoce niebezpieczna dla państw unijnych. Opowieści o konieczności przynależenia Ukrainy do zachodnich struktur politycznych i wojskowych były tylko i wyłącznie sloganem reklamowym. Nikt z poważnych graczy nie ma interesu w tym był Ukraina była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, nie mówiąc już o NATO. Zasady i tradycje tego kraju są zupełnie dalekie od tych wyznawanych w Starej Europie.

USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy deklarują konieczność europeizacji i atlantyzacji Ukrainy. Ale moim zdaniem chodziło właśnie tylko i wyłącznie o deklaracje. Bo te deklaracje hartują ducha Ukraińców. Waszyngton chciał przy pomocy Ukrainy osłabić Rosję, ale nie chce jej upadku – ponieważ doskonale wie, kto jest jego głównym rywalem.

To różni Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii. Londyn, Paryż i Berlin potrzebują Kijowa w swoim aktualnym układzie, by wzmocnić swoją pozycję w Europie i usprawiedliwić gigantyczne zadłużenie państw poszczególnych państw. Władze i oligarchowie na Ukrainie zwęszyli na wojnie z Rosją możliwość pomnożenia kwot na swoich kontach dzięki specyficznie pojmowanej tam uczciwości.

Inna jest sytuacja Polski. U nas znaczna część polityków głównego nurtu rzeczywiście wierzy w to, że Ukraina przynależy do Świata Zachodniego. I nie ma tu znaczenia fakt, że prawie wszystko temu przeczy. To dziwna i niebezpieczna mieszanka romantycznych ramot, chciejstwa, bezrozumnego zaufania dla zachodnich struktur i prymitywnego poczucia wyższości, które w rzeczywistości ma podłoże rusofobiczne. Ten stan rzeczy ma różnorakie przyczyny – ale główną jest to, że znaczna część sceny politycznej i medialnej składa się z brojlerów wyhodowanych przez różnorakich Sorosów.

Stawiam tezy, że w fazie końcowej Waszyngton umyje ręce – a symbolem tego będzie spotkanie Trump-Putin w Rosji. Stara Europa będzie odkładać terminy europeizacji Ukrainy „na święty nigdy”. Federacja Rosyjska pozostanie na swoim stanowisku względem Ukrainy. Oligarchowie na Ukrainie dogadani z zachodnimi biznesmenami, rozpoczną interesy z rosyjskimi oligarchami. Nowe władze na Ukrainie, będą nabierać coraz większego dystansu i w końcu machną rękę na Brukselę. I tylko Warszawa wraz z kilkoma bardziej lub mniej prowincjonalnymi stolicami w Europie dalej będzie bredzić o post-turańskiej Ukrainie jako części naszej kultury i cywilizacji.

Łukasz Jastrzębski