Ukraińcy wyjeżdżają z Polski

Ukraińcy wyjeżdżają z Polski

Przez ostatnie lata do Polski sukcesywnie przybywały kolejne fale obywateli Ukrainy. W ostatnim czasie ten trend uległ odwróceniu. Ukraińcy coraz częściej opuszczają nasz kraj, migrując do innych rejonów Europy. Zjawisko to niektóre media przedstawiają w tonie niemal alarmistycznym. Tymczasem migracja jest procesem naturalnym, a swoboda wyboru miejsca zamieszkania pozostaje niezbywalnym prawem każdego człowieka. Nie ma zatem szczególnego powodu, by z tego powodu rozpaczać.

Według danych Eurostatu na koniec sierpnia 2026 roku w Polsce przebywało 939 395 osób objętych ochroną czasową w związku z wojną na Ukrainie. To o 13 665 mniej niż miesiąc wcześniej. Jednocześnie w Niemczech liczba beneficjentów ochrony wzrosła o 4330, w Rumunii o 3440, a w Czechach o 3135. W całej Unii Europejskiej ochroną objętych było około 4,43 miliona osób. Na odmienność polskiej tendencji zwróciły uwagę między innymi „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza” i Money.pl.

Jak wskazują dane Eurostatu, tendencja spadkowa trwa już od kilku miesięcy. W maju 2026 roku liczba Ukraińców objętych ochroną czasową w Polsce zmniejszyła się o 3750 osób, w czerwcu o 6335, a w lipcu już o 8110. Łącznie oznacza to spadek o 18 195 osób w ciągu trzech miesięcy. Co istotne, liczba Ukraińców opuszczających Polskę wzrasta z miesiąca na miesiąc.

Trzeba oczywiście pamiętać, że zmniejszenie liczby osób figurujących w polskich rejestrach nie oznacza automatycznie, iż dokładnie tyle samo wyjechało za granicę. Na statystyki wpływają również zmiany statusu pobytowego i procedury administracyjne. Niemniej dane te skłaniają do refleksji nad przyszłością ukraińskiej migracji w Polsce.

Interesującym uzupełnieniem statystyk są publikacje poświęcone nastrojom samych Ukraińców. „WP Kobieta” przytacza relacje Ukrainek, które coraz gorzej czują się w Polsce i rozważają przeniesienie do innych państw. Wśród powodów wymieniają narastające napięcia społeczne, poczucie obcości i rozczarowanie stosunkiem Polaków do przybyszów zza wschodniej granicy.

– Nie zamierzam kwestionować ich osobistych doświadczeń ani odczuć. Każdy ma prawo do własnej oceny rzeczywistości, w której przyszło mu żyć – mówi Tomasz, historyk z dużego miasta. – Nie każdy musi lubić Polskę, podobnie jak i my wcale nie musimy być entuzjastami Ukrainy i Ukraińców – dodaje. Wypowiada się rzeczowo, bez emocji. Także tych złych. W końcu w stosunkach międzyludzkich, podobnie zresztą jak w polityce międzynarodowej, wzajemna sympatia jest rzeczą pożądaną, ale nie zawsze możliwą.

Nie oznacza to jednak, że państwo polskie powinno podejmować nadzwyczajne wysiłki, by przekonywać niezadowolonych migrantów do pozostania. W tej sytuacji głos ulicy pozostaje bezlitosny: „Nie podoba się, to droga wolna” – słyszymy coraz częściej w tramwajach i na bazarach.

Nie bezzasadnie. Polska udzieliła obywatelom Ukrainy szerokiej pomocy w dramatycznym momencie ich historii. Była to decyzja podyktowana zarówno względami humanitarnymi, jak i określonymi kalkulacjami politycznymi. Nie wynika z niej jednak zobowiązanie do bezterminowego zapewniania wszystkim przybyszom warunków odpowiadających ich indywidualnym oczekiwaniom.

Polityka migracyjna ani żadna inna nie może być prowadzona pod dyktando emocji. Państwo powinno przede wszystkim kierować się interesem własnych obywateli, analizując społeczne, gospodarcze i demograficzne konsekwencje migracji. Dotyczy to zarówno napływu, jak i odpływu migrantów.

W tym kontekście decyzje Ukraińców o wyjeździe do innych państw nie powinny budzić szczególnych kontrowersji. Jeżeli ktoś uznaje, że lepsze perspektywy zawodowe, większe bezpieczeństwo socjalne czy po prostu bardziej odpowiadające mu warunki życia znajdzie w Niemczech, Czechach albo gdziekolwiek indziej, trudno odmówić mu prawa do takiego wyboru. Nie ma też powodów, by traktować go jako szczególną stratę dla Polski.

Naszym narodowym interesem nie jest zatrzymywanie za wszelką cenę każdego, kto przekroczył polską granicę. Jest nim stworzenie takich zasad polityki migracyjnej, które będą służyły polskiemu społeczeństwu i polskiej gospodarce. To interes Rzeczypospolitej, a nie satysfakcja wszystkich potencjalnych migrantów, powinien stanowić punkt odniesienia dla podejmowanych decyzji.

Przemysław Piasta

Co się dzieje w Polsce

Co się dzieje w Polsce

Afera goni aferę. Tak było przez trzydzieści lat z okładem, tak jest i teraz, od czasu powstania rządu D. Tuska, ale o ile wcześniej były też jakieś osiągnięcia, tak obecnie polityczna szuria skupia się tylko i wyłącznie na igrzyskach. Nie ma problemów gospodarczych w debacie publicznej, chyba że za taką uznamy 180-miliardowy kredyt na zakup uzbrojenia czy rozwój przemysłu zbrojeniowego na potrzeby naszego państwa i sąsiedniego. Nie słychać nic o budowie CPK czy pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce lub w ogóle o jakiekolwiek inwestycji.

Sejm RP

Gospodarka zresztą dla znacznej części społeczeństwa to nudna część polityki. O ileż ciekawsze są zapowiedzi aresztowań polityków PiS-u, policyjny pościg za M. Mateckim czy poszukiwania Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego, którzy zdążyli czmychnąć (możliwe, że dzięki pomocy ludzi z PO) za granicę. No i oczywiście postępowanie sądowe wobec Grzegorza Brauna, by posadzić go już nie w areszcie wydobywczym, lecz w więzieniu i w ten sposób pozbyć się konkurenta do władzy w przyszłości.

Niedawno poseł PO i były wiceminister rolnictwa Michał Kołodziejczak został oskarżony przez współpracownicę o przemoc, poniżanie i nakłanianie do zażywania narkotyków. Żenująca sprawa, tak jak wcześniej afera 29-letniego działacza PO, lekarza Dawida Kacprzyka, który w ubiegłym roku zdołał zarobić w kilku miejscach pracy 1,6 mln złotych. Trzy lub cztery dni temu został wreszcie przesłuchany. Jednak nie zarezerwowano dla niego – zgodnie z tusko-żurkowym zwyczajem – aresztu wydobywczego, przed którym uciekli wspomiani już Z. Ziobro i M. Romanowski.

Tusk rządzi fatalnie, co skutkowało tym, że jego kandydat na prezydenta III RP R. Trzaskowski przegrał wybory, dzięki czemu nie Bruksela, lecz nadal Warszawa jest stolicą Polski, a walutą płatniczą jest złoty. Także kilka dni temu kandydatka PO M. Piątkowska‚przewaliła’  wybory w Krakowie. W ostatnich dniach pierwszym newsem, ciągle aktualnym, są awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego, przy którym od jesieni 2015 roku majstrowali politycy PO i PiS-u tak, że już nie da się ożywić tej ważnej instytucji w obecnym kształcie.

Prezes TK Bogdan Święczkowski, nie dopuścił do orzekania Macieja Berka. Przed gmachem TK doszło do przepychanek obrońców Trybunału z policją.

Trybunał Konstytucyjny

Niewiele zdziałał Tusk dla Polski, a my możemy być zdziwieni, że akceptacja jego rządu sięga 33%. Premier III RP jest raczej zainteresowany Ukrainą, futrowaną nadal naszą bronią, energią i pieniedzmi. Także dobrym słowem premiera. Podczas Warsaw Security Forum  oświadczył, że wspieranie Ukrainy w wojnie z Rosją jest obowiązkiem każdego, kto kieruje się interesem własnego narodu. Szef rządu stwierdził również, że osoby dążące do osłabienia Ukrainy działają przeciwko swojemu państwu. Zapowiedział dalsze zabiegi o zaostrzenie sankcji wobec Rosji. I zakomunikował w czwartek: „Po moich dzisiejszych rozmowach z europejskimi przywódcami w Brukseli mogę was uspokoić, drodzy ukraińscy przyjaciele i prezydencie Wołodymyrze Zełenski: YOU ARE NOT ALONE (‚Nie jesteście sami’)”. 

A tymczasem we wrześniu deficyt budżetowy urósł do 172 mld złotych, co stanowi około 27% całorocznego budżetu. Wystarczyłoby nie być obciążonym pomocą dla Ukrainy i nie wspierać nazbyt gorliwie armii i przemysłu zbrojeniowego USA, by zgadzała się kasa. To nie są grosze. Czytamy w ‚Myśli Polskiej’: Stała baza wojsk amerykańskich będzie kosztować polskiego podatnika astronomiczną kwotę od 11-17 000 000 000 dolarów. Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka potwierdziła, że Polska jest gotowa sfinansować budowę stałej bazy amerykańskich wojsk lądowych na swoim terytorium.

Napisał: Zygmunt Białas

katarzynka-kokainka. MEM-y III.

————————————–

———————-

——————————————–

[W Międzylesiu, dawny „kolejowy”. Lekarz stamtąd ostrzegał mnie, że ich SOR to mordownia. MD]

======================================

———————————————————

—————————————

————————————————————————-

====================================

śmieszy mnie, więc powtarzam:

Razem oskubaliśmy Polską! MEM-y

—————————

———————————-

——————————-

————————————————————————

————————————————————–

————————————————————

———————————————————————–

==========================================

————————————————————————-

—————————————————————-

Rozpierdolić Polskę? – Ja?? – Po co?? MEM-y II.

———————————–

———————————————————

——————————————————————————————–

——————————————————————

————————————————–

—————————————

Zabawa w Berka. MEM-y I.

——————————

—————————————

———————————

——————————————————-

—————————

—————————————————

—————————-

Drogi rządzie ! Czeka-nas-najdroższa-zima-stulecia

Przemysław Czarnek @CzarnekP Czeka-nas-najdrozsza-zima-stulecia

Polacy zapłacą za tę zimę fortunę! Pod KPRM pokazaliśmy, z jakimi kosztami zmierzą się polskie rodziny.

Problem dotyczy nie tylko ogrzewania.

Drożeje niemal wszystko!

Węgiel: +30% Pellet: +64% Prąd: +23% Diesel: +48% Benzyna Pb95: +38%

To nie są abstrakcyjne procenty, ale realne obciążenia dla domowych budżetów. Przed nami miesiące ogrzewania domów i wysokich rachunków. Coraz więcej Polaków będzie musiało liczyć każdą złotówkę, zastanawiając się, jak poradzić sobie z rosnącymi kosztami życia. Donald Tusk musi odpowiedzieć: jak Polacy mają za to wszystko zapłacić?

Ukro-amok trwa w najlepsze. Kolejne 14,6 mln zł dla Kijowa

Ukro-amok trwa w najlepsze. 14,6 mln zł dla Kijowa

magnapolonia/ukroamok-trwa-w-najlepsze-146-mln-zl-dla-kijowa

Ponad 14,6 mln zł z polskiego budżetu przeznaczono na projekty pomocowe realizowane na rzecz Ukrainy. Wśród beneficjentów znalazły się organizacje pozarządowe, które mają wspierać ukraińskich weteranów wojennych oraz ich rodziny. Pieniądze przekazano w ramach programu „Polska pomoc rozwojowa” realizowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych kierowane przez Radosława Sikorskiego. Kolejny raz pojawia się pytanie, jak daleko władze zamierzają posunąć się w finansowaniu potrzeb wschodniego sąsiada i czy przy podejmowaniu takich decyzji równie poważnie traktują interesy własnych obywateli.

W Warszawie ukro-amok trwa w najlepsze. Nowe środki wrzucane do studni bez dna jaką jest Ukraina, mają zostać wykorzystane na rehabilitację żołnierzy, pomoc psychologiczną, wsparcie rodzin oraz ułatwianie byłym wojskowym powrotu do życia cywilnego. Wśród organizacji, którym przyznano dofinansowanie, znalazły się m.in. Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej z kwotą blisko 2,2 mln zł, Fundacja Inicjatyw Menedżerskich, której przyznano niemal 2 mln zł, oraz Fundacja HumanDoc, z kwotą 1,2 mln zł. Wymienione dotacje stanowią tylko część pakietu, którego całkowita wartość przekracza 14,6 mln zł.

Nie ma wątpliwości, że ranni żołnierze i ich rodziny mogą potrzebować pomocy. Nie oznacza to jednak, że to polski podatnik powinien finansować takie przedsięwzięcia na rzecz Ukrainy, zwłaszcza gdy państwo nie przedstawia obywatelom pełnego bilansu takich wydatków, a dodatkowo ma poważne problemy z utrzymaniem naszej służby zdrowia. Pomoc humanitarna to jedno, a prowadzenie polityki, w której kolejne zobowiązania wobec Ukrainy stają się automatycznie priorytetem, to zupełnie inna sprawa. Właśnie w tym miejscu potrzebna jest publiczna dyskusja o granicach solidarności i odpowiedzialności za własne państwo.

Polacy również mają liczne problemy wymagające nakładów finansowych. Chodzi między innymi o dostęp do świadczeń zdrowotnych, sytuację osób starszych, koszty życia, potrzeby rodzin oraz kondycję usług publicznych. Każda złotówka wydana przez państwo powinna być oceniana w kontekście konkretnych potrzeb i możliwych alternatyw. Tymczasem w debacie dotyczącej Ukrainy często dominuje przekaz, że kolejne formy wsparcia są oczywistą koniecznością, a pytania o ich zasadność można zbyć odwołaniem do solidarności i straszeniem „ruskimi agentami”. Takie podejście nie zastępuje rzetelnej analizy wydatków.

Dodatkowe wątpliwości budzi argument rządu warszawskiego, że wspieranie ukraińskich weteranów rzekomo leży w interesie Polski, ponieważ po zakończeniu wojny część byłych żołnierzy może przyjechać do naszego kraju, gdzie mieszkają ich bliscy. Przedstawiciele organizacji zaangażowanych w projekty wskazują w ten sposób na możliwe przyszłe „korzyści” związane z udzielaną pomocą.

Nie zmienia to jednak podstawowego pytania: dlaczego polski budżet ma finansować te zadania i jakie konkretne korzyści ma z tego odnieść polskie społeczeństwo? Samo powołanie się na przyszłe wyzwania nie zwalnia władz z obowiązku wykazania celowości wydatków, określenia ich rezultatów i zapewnienia skutecznej kontroli nad przekazanymi pieniędzmi.

Co więcej, weterani okrutnych wojen często mają objawy PTSD, a także skłonność do przemocy. Po co w ogóle ich tu ściągać i narażać własnych obywateli na ich agresję? No i przede wszystkim – o co ci ludzie walczą, skoro po zakończeniu wojny mają wyjeżdżać do Polski? Po co im Ukraina, za którą teraz narażają życie?

Problemem nie jest wyłącznie ta jedna, omawiana wyżej dotacja. Chodzi o szerszy model polityki, w którym Polska angażuje środki, zasoby i instytucje we wspieranie Ukrainy, a jednocześnie obywatele coraz częściej widzą, że ich własne potrzeby są spychane na dalszy plan. Solidarność międzynarodowa nie powinna oznaczać rezygnacji z pilnowania narodowego interesu. Państwo ma obowiązek pomagać w sposób przemyślany i w granicach rozsądku, a nie traktować każdej kolejnej inicjatywy pomocowej jako decyzji, której nie wypada kwestionować.

W przypadku programu finansowanego przez MSZ w stanie ukro-amoku należy domagać się jasnych informacji o beneficjentach, wysokości dotacji, kryteriach ich przyznawania oraz sposobie rozliczenia projektów. Opinia publiczna powinna wiedzieć, jakie rezultaty osiągnięto za miliony złotych i czy wydatki rzeczywiście odpowiadają deklarowanym celom. Bez takiej przejrzystości trudno ocenić, czy mamy do czynienia z działaniami pozorowanymi, na których zarobili „swoi”, dodatkowo ściągając niebezpieczeństwo na zwykłych Polaków. Frontowiec z PTSD to nie zwykły chuligan. To człowiek, który potrafi obsługiwać broń i zabijać.

Rządzą idioci. MEM-y III.

————————–

———————————–

——————————————

————————————-

—————————————————————–

—————————————————

——————————————-

————————————-

Kołodziejczak?? Nie znam… MEM-y II.

———————————

——————————————————————–

———————————————–

—————————————

——————————–

——————————————

——————–

————————————————

——————————————————–

————————————————–

———————————————

Kokaina Obywatelska. MEM-y I.

——————————————–

——————————————

————————————————

———————————————

—————————————–

[Jednak to przez Internet idzie ta fala zachęty do zbrodni ! MD]

————————————————

———————————

———————————

——————————————————

Patologia rządzenia w Polsce

Patologia rządzenia w Polsce

Posted by Marucha 2026-10-11 marucha/patologia-rzadzenia-w-polsce

W monografii „Dobro wspólne a rzeczywistość polska. Patologia rządzenia” autorstwa prof. Zdzisławy Janowskiej autorka wykazuje zniszczenia naszej gospodarki po 1989 roku, wyprzedaż Polski. 

Nikt nie poniósł z tego tytułu konsekwencji. Zdzisława Janowska przytacza dowody korupcji, grę interesów przy stanowieniu prawa i dowody łamania etyki przez parlamentarzystów.

Słusznie ostro krytykuje prawne zezwolenie na lobbing, a przede wszystkim nieobecność troski o dobro wspólne w działaniach władzy rozmaitych szczebli. Jednoznacznie stwierdza, że są to patologiczne przejawy władzy.

Zostało przypomniane w książce, że przemiany w roku 1989 miały doprowadzić do poprawy rozwiązań socjalistycznych, zgodnie z programem Solidarności.

Nieoczekiwanie dla społeczeństwa został wprowadzony neoliberalizm ekonomiczny, czyli neokapitalizm. Charakteryzuje go patologia rządzenia, brak szacunku dla człowieka, oddziaływanie niskich wartości, które funkcjonują zamiast wyższych wartości oraz manipulowanie obrazem Polski Ludowej w taki sposób, by nikt nie próbował powrócić do tamtych rozwiązań społecznych i gospodarczych.

Przenika to dzieło patriotyzm wyrażający się w głębokiej trosce o przyszłość Polski. Zdzisława Janowska domaga się kształtowania postaw etycznych od okresu dzieciństwa, oskarżając trafnie edukację za niewyrabianie troski o dobro wspólne. Czytamy w tej książce o niegodnych zachowaniach przedstawicieli wielu grup zawodowych, w tym polityków. Autorka odwołuje się do faktów.

Istotne znaczenie ma troska wyrażona w tym dziele o przyszłość Polski. Zdzisława Janowska uważa, że drogowskazem niezbędnych przemian powinna stać się etyka niezależna sformułowana przez Tadeusza Kotarbińskiego. Świat można inaczej ukształtować. Zależy to od świadomości i charakteru rządzących. Niestety w procesach prywatyzacji gospodarki dobro Polski nie było brane pod uwagę.
[Dlaczego nie etyka chrześcijańska? – admin]

Wprowadzenie własności prywatnej jako jedynej formy własności – a wyrugowanie własności spółdzielczej i dalece ograniczenie własności państwowej – pozwala na nadużywanie tego, co posiada się na własność. Wzgląd na dobro społeczne, czyli dobro wspólne, nie jest brane pod uwagę. Obecnie brakuje społeczników i ich cennej roli.

Autorka rozprawy „Dobro wspólne a rzeczywistość polska” jest wyjątkowym uczonym. Obiektywizm wywodów, niestety, przestał być powszechną właściwością uczonych w naszych czasach. A ponadto prof. Janowska domaga się przestrzegania etyki w każdej sferze życia publicznego, nie bacząc na wyrugowanie filozofii i etyki jako przedmiotów obowiązkowych z nauczania na poszczególnych Wydziałach. Na przykład przyszli sędziowie, notariusze, radcy prawni, prokuratorzy, adwokaci nie mają już wykładu obowiązkowego jakim była filozofia prawa.

W omawianej książce czytamy o niegodnych zachowaniach nauczycieli akademickich, o zachowaniach patologicznych pracowników służby zdrowia i kadr kierowniczych w rozmaitych sferach działalności. Zdzisława Janowska podaje także fakty bezkarnego naruszania godności człowieka w wybranych instytucjach.

Z omawianej rozprawy wynika niezbędność podjęcia debaty o przyszłości Polski we wszystkich dziedzinach, o potrzebie gruntownych przemian. Wymaga to odwagi. Książkę Zdzisławy Janowskiej powinno przeczytać i przemyśleć możliwie najszersze grono osób, a w tym przede wszystkim politycy, dziennikarze a także osoby zaangażowane w działalność publiczną.

Przedmiotem rozważań w monografii są etyczne i moralne zachowania polityków w sytuacji rozwiązywania problemów o wielkiej doniosłości, ważnych dla rozwoju społeczno gospodarczego gminy, regionu i kraju. U podstaw formułowanych treści tkwi teza mówiąca, że różnorodność polityczna w procesie sprawowania władzy nie może przeszkadzać w realizacji idei dobra wspólnego.

Równościowy udział społeczeństwa w procesie podejmowania decyzji w każdej sferze życia, a szczególnie politycznej, jest gwarantem demokracji, a tym samym pokojowego rozwiązywania problemów społeczno gospodarczych. Pokojowe rozwiązywanie przeciwstawnych sobie racji społeczno politycznych, prowadzenie racjonalnej dyskusji i poszukiwanie kompromisu staje się niezbędne do osiągania porozumienia i realizacji idei dobra wspólnego.

Mowa jest o konieczności przestrzegania uniwersalnych norm moralnych, które muszą być jednakowe dla wszystkich. Należy zatem zgodzić się z rozumieniem polityki traktowanej w kategoriach świadomej działalności zmierzającej do określonego celu, jakim jest dobro publiczne. Współczesnego polityka powinny obowiązywać uniwersalne zasady moralne, takie jak: uczciwość, odpowiedzialność, altruizm, obiektywizm, a także wizja dobra publicznego, wyrażona w idei praw człowieka.

W polityce określa się cele ze względu na obronę szeroko rozumianych interesów. Powinny to być interesy o charakterze ogólnonarodowym, dotyczące dobra wspólnego, takie jak: utrzymanie pokoju, dotrzymanie międzynarodowych umów, nakreślanie głównych kierunków rozwoju społeczno-gospodarczego.

Polityk decyduje zatem o sprawach wielkiej doniosłości i musi z tego tytułu ponosić odpowiedzialność. Akceptacja różnorodności politycznej, potrzeba prezentacji różnych poglądów, prowadzenie krytycznej dyskusji stanowi o sile przywódców politycznych sprawujących władzę.

Rzeczywistość polityczna daleka jest jednak od przedstawianych powyżej ideałów. Sięgając do genezy przewrotu politycznego w Polsce należy się zgodzić, że u jego podstaw leżał sprzeciw wobec „podeptanych” uniwersalnych wartości etycznych, takich jak prawda, sprawiedliwość, uczciwość, wolność.

Niestety, zbyt szybko elita solidarnościowa moralnego przełomu zaczęła ewaluować od elity moralności do elity interesu. Chodzi tu o postrzeganie w kategoriach »zła« działań politycznych, wynikających z przedkładania dobra własnego nad dobro wspólne, co prowadzi do wykorzystywania przez polityków dobra publicznego w celu pomnażania dobra własnego. Postawy ludzi nowej władzy degenerują niepostrzeżenie i powoli życie społeczne.

Powszechnie wiadomo, że partie zawłaszczają państwo i lokalną samorządność, a także administrację publiczną oraz gospodarkę. Jeśli działania polityków nie są zakorzenione w rzeczywistych wartościach moralnych, to nadzieje na postęp i ład społeczny, na sprawiedliwość by w życiu zbiorowym było coraz więcej najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości mogą okazać się płonne. Wielu przywódców partii zachowuje się niemal jak udzielni książęta. Uważają, że tylko oni i ich partie mają rację. Tymczasem dobro Polski jest zaniedbywane.

Prowadzone przez autorkę badania tematyczne w Polsce oraz doświadczenia z obserwacji uczestniczącej w życiu społecznym i publicznym pozwalają także na próbę dokonania oceny funkcjonowania samorządu terytorialnego. Stworzone dogodności ustawowe dla decentralizacji władzy w Polsce niestety w wielu przypadkach nie przyniosły oczekiwanych rezultatów społeczno-ekonomicznych. Zarówno władza ustawodawcza (rada gminy) jak i wykonawcza (wójt, burmistrz, prezydent) zbyt często dopuszczają się czynów, nie mających wiele wspólnego z ochroną i dobrem wspólnoty samorządowej. Przedstawione zostały przykłady, dowodzące bezkarności urzędników i radnych w procesie sprawowania władzy i zarządzania majątkiem gminy.

O strategicznym sukcesie gminy decydują kadry: pracownicy urzędów, radni z wyboru, ale przede wszystkim główni decydenci tj. wójt, burmistrz i prezydent. Ich kompetencje i otoczenie w którym działają (wpływy pozytywne i negatywne) oraz walory etyczne mogą kreować (lub nie) odpowiedni klimat dla pożądanego rozwoju gminy.

Niestety w ciągu minionych lat władzy samorządowej w Polsce coraz częściej opinia społeczna jest informowana o patologicznym funkcjonowaniu gminy, zarówno jej organów ustawodawczych jak i wykonawczych. Patologia dotyczy m.in. wykorzystywania posiadanej władzy do zaspokajania partykularnych interesów partii politycznych, a także prywatnych interesów urzędników, radnych i często najwyższych organów wykonawczych.

Władza przestaje być przejrzysta, bowiem dostęp do jawnych źródeł informacji bywa często utrudniany tj. np. do protokołów z posiedzenia rady, komisji tematycznych czy komisji przetargowych. Nie respektuje się postanowień ustawowych takich jak: konieczności odbywania konsultacji społecznych, upubliczniania konkursów kadrowych i ich wyników, jak i informowania społeczeństwa o planach zagospodarowania przestrzennego.

Nagminnym staje się prowadzenie polityki kadrowej (konkursów) pod kątem „swoich” kandydatów. Stąd też nic dziwnego, że upolitycznienie i dysfunkcjonalność samorządu zarówno w sferze doboru kadr i podejmowania kluczowych decyzji (często niweczących rozwój gminy) rodzi uzasadnioną niechęć społeczeństwa do uczestnictwa w wyborach, w których frekwencja niekiedy osiąga zaledwie 30%.

Badania prowadzone w ostatnim dziesięcioleciu dowodzą ponoszenie potężnych strat przez budżet państwa z tytułu korupcji, towarzyszącej życiu publicznemu. Omijanie prawa, łapownictwo, funkcjonowanie grup interesów, łączących przedsiębiorców z urzędnikami to tylko niektóre przykłady działań patologicznych.

Jak wynika z badań inicjowanych przez Bank Światowy, w efekcie korupcji dochodzi do wielkiego marnotrawstwa środków, a w rezultacie ograniczenia zdolności rozwojowych kraju. Często koszty inwestycji przyjmowane do realizacji przez instytucje publiczne przekraczają w 20–30% wartość realną. Choć prowadzi się dochodzenia prokuratorskie i kontrole NIK-u w sprawach korupcyjnych, to tylko część jest rozpatrywana w sądach i ostatecznie karze podlega znikomy procent (tylko 8%).

Polem do działań korupcyjnych w gminach jest proces związany z realizacją inwestycji budowlanych. Sprzyja temu brak planów zagospodarowania przestrzennego i związana z tym potrzeba przyśpieszenia starań np. o pozwolenie na budowę, odrolnienie gruntów itp.

Niepokojącym jest fakt, że w społeczeństwie dominuje przekonanie o łapownictwie jako zakorzenionym obyczaju, niezbędnym dla realizowania własnych spraw i interesów. Badani źle oceniają pracę radnych (38%). Wśród tej grupy aż 54% osobiście zna skorumpowanych radnych. 31% badanych uważa, że w zamian za łapówki radni są gotowi naginać i łamać przepisy prawa, a 58% twierdzi, że radni głównie dbają o interesy partii i ugrupowań, dzięki którym zdobyli mandaty.

Opisując sytuację łapówkową z udziałem radnych, badani wskazywali najczęściej: przydzielanie stanowisk, awansów, dawanie zatrudnienia (18%), wydawanie zezwoleń na różne budowy (17%), przydział mieszkań, gruntów, sprzedaż mienia komunalnego (16%), przetargi (8%).

Badani wystawili ocenę także urzędnikom. I tak blisko 30% badanych wystawiło ocenę złą. Wśród tej grupy 29% twierdzi, że urzędnicy są przekupni i wręczenie im prezentu lub łapówki przyśpiesza załatwienie spraw, 49% uważa, że w załatwieniu sprawy pomagają znajomość i protekcja a 23% sądzi, że świadomie się przewleka i opóźnia załatwienie sprawy wymuszając łapówkę. Sytuacja łapówkowa dotyczy m.in. przyjmowania do pracy (20%), przyśpieszania załatwienia spraw (17%), wydawania pozwoleń na budowę, zmianę warunków zabudowy (11%), przetargów (8%).

Demaskacja nieuczciwych, niemoralnych praktyk korupcyjnych, występujących w miejscu pracy i powiadomienie o nich właściwych organów ma szansę zatrzymać postępujący proces patologizacji. Demaskowanie nieprawidłowości jest właściwym naturze ludzkiej, samorodnym i samodzielnym zjawiskiem społecznym. Jest to „demaskacja w dobrej wierze”, która zatrzymuje procesy prowadzące do często olbrzymich strat w organizacji, a nawet jej upadku.

Rzeczywistość dowodzi, że demaskatorzy działający ze wszech miar słusznie bywają szykanowani, zastraszani i narażeni na różnego rodzaju działania odwetowe. Są oni pozbawieni faktycznej pomocy prawnej. W Polsce przyzwolenie dla działań korupcjogennych sprawia, że instytucja demaskacji społecznej nie cieszy się należytym prestiżem i nie znajduje właściwego miejsca w procesie wychowawczym społeczeństwa.

Inaczej dzieje się np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie propagowanie postaw demaskacyjnych, ochrona prawna demaskatorów oraz system bodźców (nagród), premiujących odwagę przynosi pożądane rezultaty. To właśnie dzięki demaskacji społecznej (np. dotyczącej oszustw podatkowych) wzrastają znacząco przychody rządu.

Niestety tego rodzaju działania nie są popularne w Polsce, a przyświecające im szczytne cele często traktowane są jako czyny donosicielskie burzące ład i spokój społeczny. Również nie prowadzi się odpowiednich statystyk dowodzących zachodzenia korelacji między zgłoszeniem nieprawidłowości a wszczęciem odpowiednich działań kontrolnych w instytucjach publicznych. Instytucja demaskacji społecznej nie znajduje właściwego miejsca w polskim ustawodawstwie. W rezultacie osoby spełniające swoją powinność obywatelską są narażane na szykany i działania odwetowe.

Szerząca się patologia życia gospodarczego, politycznego w naszym kraju sięga coraz częściej do instytucji administracji publicznej. Przykłady patologii budzą zrozumiałą niechęć społeczeństwa do aktywnego włączenia się w życie społeczne gminy i kraju.

Szansy na odzyskanie zaufania społecznego upatrywać się winno w:

– nagłaśnianiu i karaniu działań patologicznych, dowodzących „obiektywizmu” władzy prokuratorskiej i sądowniczej;
– upowszechnianiu praktyk i konkursów na „przejrzystą gminę;”
– prowadzeniu ustawicznej powszechnej edukacji na temat zachowań etycznych;
– nadaniu właściwej rangi instytucji demaskacji społecznej.

dr Stanisław Tujaka https://chrobryszlak.pl/

Nadchodzą porywaczki dzieci

Marucha w dniu 2026-10-11 marucha/nadchodza-porywaczki-dzieci

Monika Horna-Cieślak

Sprawa Moniki Horny-Cieślak, odpowiedzialnej za urzędowe uprowadzenie dwojga dzieci, szybko ulegnie zapomnieniu. Skoro działo się tak właściwie z każdą bulwersującą aferą, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? 

Jednak – mówiąc Kisielem – „to nie kryzys, to rezultat”. Cała sprawa pokazała bowiem coś znacznie groźniejszego niż pojedyncze nadużycie władzy: w świadomości postępowej części społeczeństwa instytucjonalny kidnapping przestaje być „ostateczną ostatecznością”, a staje się uzasadnionym środkiem profilaktycznym.
Największym błędem byłoby myślenie, że mamy tu do czynienia ze spontanicznym „glitchem” w dobrze działającym systemie. Nie. Fanatyczna aktywistka, wypruwająca sobie żyły, żeby odbierać rodzicom dzieci na podstawie własnych histerycznych odczuć, jest produktem określonej ideologii. A fakt, że znalazła się na tak odpowiedzialnym stanowisku jak rzecznik praw dziecka, jest efektem określonego politycznego dealu. Świadczą o tym zresztą reakcje obronne na aferę, których motywacje można z grubsza podzielić na trzy kategorie.

Pierwsza to oczywiście obrona ludzi władzy za wszelką cenę. Nie jest chyba zaskoczeniem, że przodują w tym osoby odpowiedzialne za linię TVP Info. Wystarczy przypomnieć „cieplarniany” wywiad, jaki Aleksandra Pawlicka przeprowadziła z rzeczniczką. Tutaj właściwie nie ma o czym rozmawiać – jaki jest koń, każdy widzi. Druga, częściowo pokrywająca się z pierwszą, to wręcz patologiczna nienawiść salonu do Kanału Zero, który w jego oczach jest po prostu „ukrytą opcją pisowską” (trudno o większą głupotę).

Trzecia jest jednak najbardziej niepokojąca. To motywacja wynikająca z przekonania, że rodzina jest w gruncie rzeczy systemem opresyjnym. W takim ujęciu ingerencja państwa może więc być traktowana jako „profilaktyka” – i to bez wielkiej straty. Przecież nawet w razie błędu odebranie dziecka ze środowiska uznanego za złe „samo w sobie” nie jest żadną wielką tragedią. Ten sposób myślenia ujawnia się u wszystkich, którzy podnoszą argument o „uniknięciu czegoś gorszego” i wskazują na zamierzchłe, pojedyncze incydenty jako usprawiedliwienie dla tego, co wydarzyło się teraz.

U wszystkich tych, którzy krytykom instytucjonalnego kidnappingu zarzucają prawicowe tendencje do przemocy w rodzinie  (Magdalena Biejat), mizoginię (Agnieszka Gozdyra) albo wykorzystywanie dzieci (Janusz Schwertner). Co inteligentniejsi publicyści zdobyli się na bardziej zakamuflowane działania osłonowe. Jak choćby Tomasz Terlikowski, który wytykał „medialny lincz”na rzeczniczce (tak, ten sam Tomasz Terlikowski, który wraz z TVN-owskimi zakapiorami uprawiał pośmiertny lincz na Janie Pawle II).

Zmora Jugendamtu w Polsce

I właśnie te osoby pokazują, jak prawdziwa jest zgrana do bólu fraza: „idee mają konsekwencje”. Jeżeli setki dzieł popkultury, intelektualne wydaliny „zaangażowanych społecznie badaczy”, aktywistki-obsesjonatki, feministki i nieświadome własnego zindoktrynowania „psycholożki” od rana do wieczora wmawiają ludziom, jak straszna i traumatogenna jest rodzina, nic dziwnego, że zmiana postrzegania tej instytucji musi prowadzić do coraz większego przyzwolenia na „ratowanie” dzieci z „rodzinnego piekła”.

Jeśli dodamy do tego bezkrytyczny zachwyt Zachodem, gdzie szaleją zmory w rodzaju Jugendamtu czy Barnevernetu oraz absurdalne rozciągnięcie pojęcia „przemocy” tak, by mieściło się w nim właściwie wszystko, co związane jest z hierarchią i ograniczeniem swobody dziecka, nic dziwnego, że pojawiają się tabuny bojowniczek gotowych przeniknąć do urzędów i stamtąd prowadzić swoją „wychowawczą” rewolucję.

A jaka to rewolucja? Oczywiście „ekspercka”. Opiera się na przekonaniu, że istnieje jakaś „wiedza obiektywna” na temat wychowania dzieci, do której dostęp mają oczywiście tylko wspomniane urzędniczki-aktywistki i współpracujące z nimi „ekspertki”.

I choć trudno odmówić wielu z nich licznych lektur i szkoleń na ten temat, często nie rozumieją one rzeczy zasadniczej: konkretne trendy wychowawcze są przecież także emanacją idei panującego ustroju. Ustrój, jeśli chce się reprodukować, musi wychowywać młodych kapitalistycznych demoliberałów. Najlepiej zaś robić to, przedstawiając własne założenia jako bezstronną wiedzę naukową (bo słowo „ideologia” przecież śmierdzi).

Tym samym NGO-sowe działaczki, urzędniczki i „ekspertki” często nawet nie zdają sobie sprawy, że dysponują zaledwie wycinkiem wiedzy – starannie wyselekcjonowanym pod kątem wymogu „odtwarzania się” systemu kapitałowo-kulturowego. Elementy niewygodne można przecież skrzętnie pominąć.

W systemie liberalnym rozumiany na wszelkie sposoby „autorytaryzm” (również w wychowaniu) jest jednym z najgorszych grzechów. Szkoda tylko, że równie gorliwie nie traktuje się zaniedbywania dzieci przez rodziców pochłoniętych dorobkiewiczostwem, karierą i samorealizacją. To również może być potężne źródło patologii: od uzależnień po zaburzenia psychiczne. Ale nie. To z jakiejś przyczyny jest „mniejsze zło”.

Podział łupów

Jeśli komuś mało dowodów na wpływ „ducha ustroju” na kształtowanie się wyobrażenia o „naukowym wychowaniu”, przypomnijmy, że „libkowa Polska” była gotowa zabierać dzieci rodzicom nie tylko za prawdziwą lub wydumaną przemocowość, lecz również za zbyt ubogie warunki materialne. Proceder ten przerwał dopiero „znienawidzony Zbigniew Ziobro”.

To znakomity przykład priorytetów systemu: status materialny może okazać się ważniejszy niż więzi rodzinne. Jak przystało na system oparty na dyskretnym klasizmie – rodziny ubogie były (i są!) zagrożone odebraniem dzieci właśnie dlatego, że były ubogie. Szczęśliwie nie był to proceder szczególnie rozpowszechniony, ale być może bardziej dzięki rozsądkowi samych starych urzędników niż dlatego, że prawo stawiało tu mocną tamę.

Warto zresztą zadać pytanie: czy ktoś naprawdę ośmieliłby się odebrać dzieci rodzicom wpływowym, posiadającym kontakty, pieniądze i wysoką pozycję społeczną? To chyba pytanie retoryczne.

Wspomnieliśmy wcześniej o politycznym dealu, który sprawił, że osoby pokroju Hornej-Cieślak w ogóle dostały się na tego rodzaju urzędy. Wyjaśnienie wydaje się proste. Otóż w sojuszu lewicowo-liberalnym, przy podziale łupów władzy, liberałom przypadła ekonomia, zaś lewactwu – pola władzy „miękkiej”, kulturowej, które dla liberałów były raczej drugorzędne. Stąd łatwość przyzwalania na pełzającą rewolucję kulturową.

Mechanizm jest banalny: skoro musimy połączyć siły w walce z prawicą, a nas interesuje kasa, trzeba nasycić lewactwo szkołą, uczelniami, polityką seksualną, przepisami rodzinnymi i całą resztą kulturowego frontu. Nas to specjalnie nie interesuje, oni będą zachwyceni, a sojusz jakoś przetrwa.

I dlatego właśnie  Barbara Nowacka dostaje posadę „ministry” edukacji, Katarzyna Kotula zostaje pełnomocniczką ds. równości, a Monika Horna-Cieślak – rzecznikiem praw dziecka. Liberałowie (w tym przypadku Donald Tusk)  po prostu spłacają swoich sojuszników kosztem dzieci i rodziców. Widać więc, jak toksyczny, a w dłuższej perspektywie zabójczy, jest sojusz lewicy z liberałami.

Pora kopać fosy

Wszystko to pokazuje nam, że zbliżamy się do pewnego rodzaju krawędzi. Procesy, które na Zachodzie doprowadziły do podporządkowania rodziców postępackim modom, a także do normalizacji urzędowego kidnappingu, toczą się również w Polsce. I należy się obawiać, że wychowawcza „ekspertoza” oświeconych działaczek, rosnąca niechęć do instytucji rodziny oraz patosojusz kulturowych rewolucjonistów z białymi kołnierzykami doprowadzą w końcu do ośmielenia urzędowych porywaczy. A co jeszcze bardziej przerażające – do rosnącego społecznego przyzwolenia na ich działalność.

Dlatego stawka społecznej reakcji na uprowadzenie dzieci pary z warszawskiej Białołęki jest tak duża. Ospałość, brak zainteresowania czy aksamitne wybielanie rzecznik to kolejny krok w stronę samowoli „fanatyczek i fanatyków”, którym rodzina kojarzy się raczej z czymś podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym niż z dobrem, bezpieczeństwem i odpowiedzialnością.

Szczęśliwie tym razem emocja społeczna była po stronie rodziców i Kanału Zero, a otwarcie przeciwstawić się jej gotowi byli raczej nieliczni. Nie możemy jednak zakładać, że za każdym razem będzie podobnie.

Jeżeli naprawdę zdajemy sobie sprawę z kierunku, w którym zmierzają przemiany społeczne, potrzeba czegoś więcej niż jednorazowego oburzenia. Potrzebne są trwałe, profesjonalne komórki zdolne przeciwdziałać podobnym przypadkom w przyszłości. Potrzebna jest pomoc prawna, medialna i organizacyjna dla rodziców, zanim jeszcze urzędnik-porywacz zapuka do ich drzwi. A przede wszystkim potrzebna jest kulturowa ofensywa na rzecz „empowermentu” środowiska rodzinnego.

To więc nie koniec walki. To dopiero ostrzeżenie. Pora kopać fosy, wznosić mury, rozciągać zasieki i stawiać wieże strażnicze. Bo tu kończą się abstrakcje. Tu zaczyna się nasze być albo nie być.

Ludwik Pęzioł https://tysol.pl

…ona wie, co to FASZYZM. MEM-y III.

————————————–

———————————————-

…Tych pojebów hodowali, uczyli, i w odpowiednim momencie wypuścili

————————————-

———————————-

————————————————————-

———————–

—————————————

——————————————————–

——————–

———————-

================================================

bonus:

Qrtyzany. MEM-y II.

——————-

——————————–

————————————————————

—————————————

——————————————

————————————

———————————————————–

——————————————

—————————————————

——————————————————-

A my w środeczku… MEM-y I.

————————————–

———————————-

————————————

——————————–

————————–

Israeli – Gaza

==========================

———————————————–

———————————

———————————————

——————————————–

Subotnik, nie sabat… MEM-y

———————-

————————————–

————————————————-

———————————————————————

————————————————————-

ruska ruletka…

——————————————————

———————————

————————————

—————————————