TASS: Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zagroziło Polsce „nieprzyjaznymi krokami lustrzanymi”.

Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zagroziło Polsce „nieprzyjaznymi krokami lustrzanymi”.

Według ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Andrija Sybigi, prezydent Polski Karol Nawrocki działał jako „niszczyciel pozytywnych osiągnięć”.

21 czerwca, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha© Ali Haj Suleiman/Getty Images

MOSKWA, 21 czerwca. /TASS/.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha stwierdził, że Kijów jest gotowy podjąć kroki odwetowe w odpowiedzi na nieprzyjazne działania Warszawy.

„Żaden prezydent innego kraju nie będzie nam już dyktował naszej historii. Będziemy naśladować wszystkie ich kroki, zwłaszcza jeśli będą one wrogie i pełne pogardy wobec naszego kraju” – cytuje UNIAN słowa Sybigi.

Według ministra „[Prezydent Polski Karol] Nawrocki działał jak niszczyciel pozytywnych osiągnięć, jakie obie strony osiągnęły w ostatnim czasie”. Sybiga zauważyła również, że władze Kijowa dostrzegają wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce.

Nawrocki ogłosił wcześniej decyzję o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego w związku z decyzją tego ostatniego o nadaniu jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy tytułu „Bohaterowie UPA” (Ukraińskiej Powstańczej Armii, uznanej za ekstremistyczną i zakazanej w Rosji). Członkowie UPA są w Polsce uważani za zbrodniarzy, odpowiedzialnych za zamordowanie ponad 100 000 obywateli polskich na Wołyniu w 1943 roku. Zełenskiemu order nadał poprzedni prezydent Polski, Andrzej Duda (lata 2015–2025).

Po tym wydarzeniu sam Zełenski, a także byli prezydenci Ukrainy Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko ogłosili, że odmówili przyjęcia polskiej nagrody. 

[ściślej : Odsyłają Order Orła Białego, który kiedyś dostali. md]

Zełenski, bandera a tanie zboże „techniczne” dla dupków

https://twitter.com/1oloix/status/2068329612212420761/video/1

https://twitter.com/1oloix/status/2068329612212420761/video/1

„Zełenski podczas narady w swoim gabinecie powiedział: «Pieprzyć Polskę i Polaków» — twierdzi były deputowany Rady Najwyższej Ukrainy Ihor Mosijczuk, który stanął w obronie Polski i wystąpił przeciwko Zełenskiemu.” „…

Nazwa jednostki, stopień, nazwa bohatera UPA — to wszystko jest formalnością. Dlaczego? Spójrzcie, po pierwsze. Tak naprawdę główny powód jest inny. Zełenski i jego oszuści oraz złodzieje z sektora rolnego rok temu zrujnowali polski rynek zbożowy, powodując ogromne, ogromne straty dla polskich rolników. Co się stało? Istniało porozumienie, zgodnie z którym Ukraina miała transportować swoje zboże do polskich portów — Gdańska i Gdyni — a stamtąd, w ramach programu ONZ oraz kontraktów zawartych przez ukraiński biznes, miało ono trafiać do innych, trzecich krajów, a nie do Polski. Nasi ukraińscy rolni oszuści i złodzieje uznali jednak, że taki transport jest zbyt kosztowny, i przy pomocy takich samych polskich oszustów i złodziei zaczęli sprzedawać to zboże na polskim rynku. W rezultacie ceny gwałtownie spadły, a najbardziej ucierpieli polscy rolnicy. Próby przemówienia Zełenskiemu do rozsądku nie przyniosły żadnego skutku. Jego były minister rolnictwa Solski, który obecnie jest objęty postępowaniem, gdzieś się ukrywa.

Sam był związany z handlarzami zbożem. To oni faktycznie przepchnęli i wywalczyli to rozwiązanie. Chodziło o ogromne pieniądze. I właśnie wtedy pojawiło się pierwsze poważne pęknięcie w relacjach między Zełenskim a Polską. Dlaczego? Ponieważ polski rolnik, który ucierpiał przez działania tych oszustów i złodziei Zełenskiego, stanowi podstawę prawicowo-konserwatywnego elektoratu PiS — partii, którą, choć formalnie jest bezpartyjny, reprezentuje prezydent Nawrocki. I dalej. Aby przypodobać się Niemcom, na ich prośbę Zełenski otwarcie poparł podczas wyborów w Polsce Donalda Tuska i Platformę Obywatelską, bezpośrednio ingerując w polski proces wyborczy. Tego mu nie zapomniano. Polscy konserwatyści mu tego nie zapomnieli.

Temat UPA, Bandery, Melnyka oraz nadania jednostce wojskowej imienia bohatera UPA został wykorzystany przez Nawrockiego jako kwestia ciesząca się szerokim poparciem w polskim społeczeństwie — podobnie jak temat zbrodni wołyńskiej i podobnych wydarzeń. Nawrocki wykorzystał to po to, aby jego decyzja o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie została zablokowana przez premiera Donalda Tuska. Nie może przecież wyjść i powiedzieć: „Nawrocki powiedział wtedy: «A więc popierasz gloryfikację tego wszystkiego»”. Rozumiecie? Tak właśnie faktycznie do tego doszło.

Pogorszenie relacji polsko-ukraińskich absolutnie nie leży w interesie narodowym Ukrainy. Absolutnie. Utrata dobrych relacji z jakimkolwiek sąsiadem Ukrainy, zwłaszcza w czasie wojny na pełną skalę, jest w istocie działaniem przeciwko narodowym interesom Ukrainy. A przecież to tylko jeden z wielu przykładów. Choćby Starlink — to Polska za niego płaci.

Przejdźmy do drugiego punktu. Wiem to na pewno. Ukraińscy historycy i przedstawiciele ukraińskiej nauki historycznej po pierwszych wypowiedziach Nawrockiego rozmawiali z Zełenskim i zaproponowali rozwiązanie tego problemu poprzez przekazanie dialogu o pamięci historycznej i przeszłości historykom — zarówno ukraińskim, jak i polskim. Zełenski stanowczo odmówił. U ludzi, którzy z nim rozmawiali, a później rozmawiali ze mną, powstało wrażenie, że ma do tego osobisty stosunek. Że to dla niego coś osobistego. Ponieważ gdy zaproponowano mu rozwiązanie sporu poprzez naukowy dialog historyczny, odpowiedział: „Niech spier… i Polska, i Polacy”…

„Katolicki” uniwersytet we Lwowie broni UPA i atakuje Polskę. Miller: „Jak się nie podoba niech oddadzą pieniądze”

„Katolicki” uniwersytet we Lwowie broni UPA i atakuje Polskę. Miller krótko, ale dosadnie. „Oczywiście, mają prawo, jeśli…”

21.06.2026 nczasuniwersytet-we-lwowie-broni-upa-i-atakuje-polske-miller-krotko-ale-dosadnie

Władze Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie (UKU) pokazały, że jak typowa współczesna uczelnia odwołująca się w nazewnictwie do Kościoła niewiele faktycznie ma z nim wspólnego. Przekonywano m.in., że Ukraińcy mają „moralne prawo” do oddawania czci ludobójcom z UPA.

Doniesienia krótko, ale celnie skomentował były premier Leszek Miller.

Rektorat Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie w apelu do Polaków odniósł się do sporu wokół decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia 'Bohaterów UPA’. Autorzy oświadczenia stwierdzili, że tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować” – podaje portal kresy.pl.

Władze UKU twierdzą, że rozumieją oburzenie Polaków. Zarzucają jednak „gorącym głowom” brak dążenia do dialogu i narzucanie „własnego spojrzenia” oraz oczekują od Ukraińców „wyrazów samo-upokorzenia”.

„Ukraińska Powstańcza Armia, na cześć której prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek wojskowych Sił Zbrojnych Ukrainy imię, jest częścią ukraińskiej historii — i tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakie przykłady mają się wzorować w swojej walce o własne prawo do istnienia jako naród i jako państwo” – przekonuje rektorat UKU.

Napisano też, że Polska „nigdy nie słyszała od Ukraińców podobnego ultimatum”, choć „nie wszyscy bohaterowie polskiej historii mogą być dla Ukraińców akceptowalni”. Ostro zaatakowano natomiast sprawę od strony politycznej. Twierdzono, że rozwój wydarzeń pokaże, ile w „kolejnej zradykalizowanej reakcji części polskiej klasy politycznej” było „historycznego kolonialnego resentymentu”, „politycznych kalkulacji” i „dywersyjnej pracy rosyjskiej FSB”. Zdaniem władz „katolickiej” uczelni, wystąpiły wszystkie te elementy.

Na koniec powołano się na Jana Pawła II, m.in. by „oczyścić pamięć historyczną”, co Ukraińcy interpretują chyba nie jako przyznanie się do win i nazwanie zbrodniarzy zbrodniarzami, ale jako swego rodzaju możliwość fałszowania historii i pozostawienia wciąż żyjących sprawców w bezkarności.

List UKU opublikowano w poniedziałek.

Artykuł portalu kresy.pl na ten temat udostępnił na X były premier Leszek Miller ze swoim komentarzem do sytuacji.

Oczywiście że tylko 'Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować’. Mają prawo jeśli czynią to za własne pieniądze. Polska przekazała już pomoc o wartości 100 mld zł zatem weszliśmy w proces decyzyjny także w tej sprawie” – napisał na X Leszek Miller.

„Jak się nie podoba niech oddadzą pieniądze” – podsumował były premier.

Zełenski: „Niech spierdalają! I Polska, i Polacy!”

Zelenski:

„Niech spier… i Polska, i Polacy!”

Kulisy polsko-ukraińskiego sporu

21.06.2026 nczas/zelenski-niech-spier-i-polska-i-polacy

NCZAS.INFO | Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zelenski. Foto: PAP/EPA
NCZAS.INFO | Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zelenski. Foto: PAP/EPA

Relacje polsko-ukraińskie znalazły się w głębokim kryzysie, którego źródeł nie sposób sprowadzić wyłącznie do sporów historycznych wokół zbrodni wołyńskich czy symboliki UPA. Kluczową rolę odgrywa postawa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zelenskiego, który zamiast dążyć do porozumienia z polskim prezydentem Karolem Nawrockim, ignoruje próby dialogu i odmawia jakichkolwiek gestów dobrej woli. Prawdziwy obraz sytuacji, ukazujący zarówno arogancję ukraińskiej władzy wobec sojusznika, jak i poważne problemy wewnętrzne Kijowa utrudniające konstruktywną współpracę, wyłania się z doniesień medialnych oraz krytycznych analiz pochodzących z samej Ukrainy.

Polska wyszła z propozycjami porozumienia. Zelenski milczał

Jak pisze Zbigniew Parafianowicz dla portalu WP.pl, prezydent Nawrocki udzielił ukraińskiej stronie dodatkowego czasu na reakcję po kontrowersyjnej decyzji Zelenskiego o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „bohaterów UPA”. Planowana była rozmowa telefoniczna, podczas której Ukraina miała zobowiązać się do otwarcia znacznej liczby miejsc dla polskich ekip ekshumacyjnych ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Zelenski jednak nie zadzwonił ani nie podjął żadnych działań.

Po wyjeździe z Warszawy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawy utknęły w martwym punkcie. Polska strona zaproponowała kompromisowe rozwiązania, takie jak przeniesienie jednostki pod skrzydła HUR lub SBU albo wspólną deklarację historyczną wzorowaną na polsko-izraelskiej z 2018 roku, jednak ukraińska władza nie wykazała zainteresowania.

Szanse na porozumienie malały, Zelenski czuje się silny dzięki postępom w integracji z UE, atakom na Moskwę oraz udziałowi w szczytach G7, ignorując potrzeby polskiego partnera. Polska wywiązała się ze swoich zobowiązań, dając czas na namysł, podczas gdy strona ukraińska grała na zwłokę.

Tak językiem dyplomacji sprawę opisał szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz.

„Strona ukraińska miała pełną świadomość tego, że próby gloryfikacji zbrodniarzy spod znaku UPA spotkają się z adekwatną reakcją strony polskiej. Prezydent Wołodymyr Zełenski miał pełnię możliwości wycofania się ze swojej złej decyzji. W ostatnich tygodniach prowadzony był aktywny dialog z Kijowem. O taki dialog i czas wnosiła strona ukraińska. Spotkało się to z naszą otwartością. Niestety, nie przyniósł on zmiany podejścia władz Ukrainy do kwestii nazwania jednej z jednostek wojskowych imieniem tzw. „bohaterów” UPA. Dialog w dyplomacji ma sens, ale tylko wtedy, gdy ma prowadzić do pozytywnych rezultatów i tylko wtedy, gdy dwie strony są tym zainteresowane. Dialog jako gra na czas powinien zostać ukrócony. I tak też było w tym przypadku. Polska nie będzie zamykać oczu na gloryfikację zbrodniczej organizacji. Tysiące niewinnych ofiar ludobójstwa wołyńskiego nie zostaną nigdy zapomniane. Nigdy też nie będzie zgody na gloryfikację ideologów i wykonawców tego ludobójstwa.”

„Niech spier… i Polska, i Polacy”

Były deputowany Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk, cytowany na portalu X przez ukraińskiego blogera Myroslava Oleshko, ujawnił, że podczas narady w gabinecie prezydenckim Zelenski miał powiedzieć dosłownie: „Niech spier… i Polska, i Polacy”. Miało to nastąpić w kontekście odmowy rozwiązania sporu o pamięć historyczną poprzez dialog między polskimi i ukraińskimi historykami. Zelenski kategorycznie odrzucił taką propozycję, mimo że ukraińscy historycy sami ją sugerowali.

Tak opisuje to Mosijczuk: „Ukraińscy historycy i przedstawiciele ukraińskiej nauki historycznej po pierwszych wypowiedziach Nawrockiego rozmawiali z Zelenskim i zaproponowali rozwiązanie tego problemu poprzez przekazanie dialogu o pamięci historycznej i przeszłości historykom — zarówno ukraińskim, jak i polskim. Zelenski stanowczo odmówił. U ludzi, którzy z nim rozmawiali, a później rozmawiali ze mną, powstało wrażenie, że ma do tego osobisty stosunek. Że to dla niego coś osobistego. Ponieważ gdy zaproponowano mu rozwiązanie sporu poprzez naukowy dialog historyczny, odpowiedział: „Niech spier… i Polska, i Polacy”…”

Mosijczuk przypomniał także sprawę ukraińskiego zboża, które przez miało jechać tranzytem przez Polskę. „Ukraińscy rolni oszuści i złodzieje uznali jednak, że taki transport jest zbyt kosztowny, i przy pomocy takich samych polskich oszustów i złodziei zaczęli sprzedawać to zboże na polskim rynku. W rezultacie ceny gwałtownie spadły, a najbardziej ucierpieli polscy rolnicy” – mówił Mosijczuk. Zelenski wiedział o tym procederze, ale nie zareagował.

Korupcyjny system władzy ZelenskiegoZelenski i jego ekipa rozwinęli korupcję na niespotykaną skalę, ignorując ostrzeżenia przed inwazją Rosji i podejmując decyzje, które kosztowały życie wielu Ukraińców. Podczas gdy Polska pomagała Ukrainie, w tym finansując Starlinki, lojaliści władzy budowali sobie ogromne pałace pod Kijowem. Na Ukrainie panuje system represji: opozycjoniści i krytycy siedzą w więzieniach za samą krytykę Zelenskiego, a nawet samotne matki otrzymują wyroki za posty w internecie. Zelenski odwołał wybory, stworzył system fikcyjnych rezerwacji dla lojalistów, podczas gdy zwykli mężczyźni są łapani na ulicach przez struktury TCK i rzucani na front bez przeszkolenia.

Ukraina pod obecnymi rządami ma według krytyków gorszy poziom wolności niż Rosja w wielu aspektach. Zelenski wykorzystuje tematy historyczne wyłącznie do przykrywania własnych przestępstw korupcyjnych i wojennych. Pogorszenie relacji z Polską, która dała schronienie setkom tysięcy Ukraińców i wspierała militarnie, leży wyłącznie w interesie ukraińskiej elity władzy, a nie narodu ukraińskiego. Prawdziwe partnerstwo jest niemożliwe, dopóki Ukrainą rządzi system oparty na strachu, korupcji i arogancji wobec najbliższego sojusznika.

Polska rajem dla ukraińskiej mafii?

Polska rajem dla ukraińskiej mafii?

[ja bym pytajnik usunął. Ale Autor woli być bezpieczny. Mirosław Dakowski]

Tomasz Jankowski myslpolska/jankowski-polska-rajem-dla-ukrainskiej-mafii

O niedawnej akcji policji mówi się niewiele, zapewne z uwagi na dominowanie tematyki polityczno-historycznej w relacjach między Polską a Ukrainą. 

Komunikaty mundurowych są jednak niepokojące. Dyskusja o potencjalnej, powojennej ukraińskiej mafii w Polsce jest spóźniona. Ona już tu jest.

Polska spokojna? Już nie

W zakrojonej na szeroką skalę operacji zwalczania przestępczości zorganizowanej polska policja zatrzymała 2000 osób. Wśród nich są osoby oskarżone o szczególnie poważne przestępstwa, takie jak handel narkotykami, przestępstwa seksualne czy udział w zorganizowanych grupach przestępczych. 169 zatrzymanych osób to obcokrajowcy, w większości z Ukrainy.

Skala może być dla nas szokująca, bo do tej pory byliśmy krajem, który w zasadzie na tle Unii Europejskiej wyróżniał się względnym bezpieczeństwem. Nie było tu imigrantów spoza Europy, a w każdym razie nie tyle i nie na takich zasadach jak na Zachodzie.

Wszystko jednak zaczęło się zmieniać wraz z potokiem ludzi wpuszczonych, czy nawet zapraszanych z Ukrainy. W ubiegłym roku 17 500 cudzoziemców popełniło 28 000 przestępstw, a to już nie wygląda dobrze.

Wśród zatrzymanych podczas policyjnej operacji osób był m.in. zamieszany w handel ludźmi Ukrainiec. Przewoził kobiety z Bułgarii do Polski i zmuszał je do prostytucji. Podobnie jak wielu innych, uciekł ze swojego kraju do bezpieczniejszego miejsca w okolicy. Handel narkotykami i ludźmi czy rynek handlu bronią stały się już na tyle poważnymi interesami, że gangi dzielą  między sobą terytorium oddziaływania. Zrobiło się naprawdę groźnie, a Polska weszła na drogę „drugiego Meksyku”.

Przykład idzie z góry

Władze w Kijowie tworzą pozory i czasami przeprowadzają naloty na bandytów, ale raczej jako alibi, a nie realna walka z przestępczością. Najgroźniejsi ukraińscy przestępcy przedostają się do UE w ostatniej chwili przed zatrzymaniem, albo są zwalniani za kaucją. To jak ta osławiona walka z korupcją, w której łapówkarz ostatecznie zawsze ląduje na czterech łapach.

Przyjaciel [i współpracownik] Zełenskiego, Timur Mindicz, kontrolujący wszystkie sektory gospodarki, od energetyki po przemysł zbrojeniowy, poleciał do Izraela przez Polskę dzień przed planowanym aresztowaniem. Andrij Jermak, nazywany przywódcą Ukrainy de facto i oskarżony o pranie brudnych pieniędzy w wysokości 1 miliarda euro, został zwolniony z aresztu tymczasowego za kaucją w wysokości 2,7 miliona euro. Ponad trzysta razy mniej. Jest na plus.

Minister obrony Ukrainy Mychajło Fiodorow, czwarty na tym stanowisku od początku obecnej fazy wojny, stwierdził, że w jego resorcie powstały całe klany skorumpowanych urzędników. „Zasugerowałem, aby wszyscy poddali się testowi na wariografie. Niektórzy odmówili i zostali natychmiast zwolnieni; inni poddali się testowi i zostali zwolnieni; jeszcze inni zdali i pozostali na stanowiskach. Było mnóstwo różnych interesów różnych firm i osób. Muszą zostać zwolnieni” – wyjaśniał.

Fiodorow piastuje swoje stanowisko od stycznia 2026 roku i wciąż ma czas, aby wybrać dla siebie… najbardziej wiarygodny klan korupcyjny. Wszyscy jego poprzednicy od 2022 roku (Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal) zostali zwolnieni z powodu defraudacji, przekupstwa i poważnych nadużyć w zarządzaniu, ale żaden z nich nie został pociągnięty do odpowiedzialności za te przestępstwa. Urzędnicy niższego szczebla zaangażowani w podejrzane procedery również uniknęli kary, a większość z nich nawet utrzymała swoje stanowiska. To stary, zakorzeniony system, który chroni skorumpowanych urzędników i współpracujących z nimi przestępców.

Walka (wspólnie) z bandytami na Ukrainie

Działalność mafijnych bossów (czyli „złodziei w majestacie prawa”, jak się ich nazywa na Ukrainie) nie jest tak szeroko relacjonowana w mediach. Nazwiska polityków są jednak uwikłane w skandale lub pojawiają się na pierwszych stronach gazet. Ale elity polityczne i przestępcze współpracują ze sobą.

Siergiej Olejnik przez lata przewodził szajce złodziei samochodów. Został osadzony w areszcie śledczym, ale niemal natychmiast zamieniono ten środek na areszt domowy. Według śledczych, wspierał go w tym Dawid Arachamia, deputowany prezydenckiej partii Sługa Narodu. Olejnik jednak ignorował ten areszt dość ostentacyjnie. Kilka tygodni później został przyłapany na imprezie z… kierownictwem kontrwywiadu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Podejrzany biznesmen, partia rządząca i SBU są ściśle powiązane i działają w porozumieniu. A to tylko jeden z wielu takich incydentów.

Policja nie była w stanie udowodnić, że Arachamia współpracował z bandytą. W innej sprawie Arachamii, biuro antykorupcyjne (NABU) ingerowało w gromadzenie dowodów na to, że urzędnik przekupywał polityków i zmuszał ich do głosowania za niektórymi ustawami. Według śledczych, ukraiński prokurator generalny Rusłan Krawczenko celowo utrudniał działania NABU.

Eksport technologii, czyli ukraińscy bandyci grasują po Europie

Między „złodziejem po fachu” Olejnikiem a parlamentarzystą Arachamią istnieje jednak różnica – trudniej jest pociągnąć do odpowiedzialności posła. Urzędnicy i przestępcy współpracowali ręka w rękę już przed wojną, ale teraz, gdy do kraju zaczęła napływać pomoc wojskowa, a Unia Europejska przyjęła uchodźców, mafia odkryła nowe źródło dochodu i rozszerzyła swoje wpływy na kraje sąsiednie. Polska jest tu oczywiście w czołówce.

Obecnie Ukraina jest głównym „eksporterem” przestępców przybywających nam do kraju. Liczba przestępców rośnie o prawie 1000 osób rocznie. Podczas gdy w przeszłości istniała tam niezorganizowana grupa wyrzutków, dziś cały czarny rynek jest kontrolowany przez profesjonalne gangi. Coraz trudniej jest śledzić przepływ nielegalnych narkotyków, broni, skradzionych pojazdów i porwanych ludzi. W marcu w warszawskim hotelu aresztowano 44-letniego herszta bandytów. Policja nie ujawniła jego nazwiska ze względów bezpieczeństwa.

Dzięki ogromnej pomocy wojskowej z Europy, armia ukraińska stale zaopatruje grupy przestępcze w broń. Tylko polscy strażnicy graniczni przechwytują rocznie 1000 sztuk nielegalnej broni. Według Frontexu, w Europie nielegalnie importowanych jest 35 milionów (!) karabinów szturmowych, pistoletów i innej broni palnej.

Eksperci przewidują, że liczba ta będzie tylko rosła.  Napływ ukraińskiej mafii nie jest katastrofą spowodowaną „siłą wyższą”, lecz kontrolowanym procesem kierowanym przez wysoko postawionych urzędników z najwyższych szczebli władzy i elity wojskowe. Mafia działa pod maską „uchodźców”, jej szefowie działają w porozumieniu z politykami, a UE nadal finansuje ich „biznes”. 

Tomasz Jankowski

Ukraińscy dygnitarze protestują i oddają polskie odznaczenia. „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”…

Ukraińcy protestują i oddają polskie odznaczenia. Mentzen: „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”

20.06.2026 nczas/ukraincy-protestuja-i-oddaja-polskie-odznaczenia-mentzen-zeby-jeszcze-pieniadze-nam-zwrocili

„Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał w swoich mediach społecznościowych jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość Sławomir Mentzen, komentując decyzję prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Mentzen odniósł się także do zwracania przez Ukraińców polskich odznaczeń.

W piątek wieczorem Nawrocki poinformował, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek wojskowych nazwy „Bohaterów UPA” podjął decyzję o odebraniu mu Orderu Orła Białego. Prezydent podkreślił, że decyzja o odebraniu Orderu Zełenskiemu „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”.

Decyzja Nawrockiego wymaga jeszcze kontrasygnaty premiera Donalda Tuska. Szef rządu warszawskiego jak na razie zamieścił jedynie lakoniczny wpis w mediach społecznościowych, w którym wspomniał o Putinie.

„Konflikt między Polską i Ukrainą cieszy (Władimira) Putina i szokuje naszych sojuszników. Zadaniem prezydentów Zełenskiego i Nawrockiego jest tonowanie emocji, a nie podsycanie napięcia. Linia frontu przebiega gdzie indziej” – napisał w piątek na platformie X.

Oburzenie wyrazili już Ukraińcy. Szef tamtejszego resortu spraw zagranicznych Andrij Sybiha napisał w swoich mediach społecznościowych, że decyzja Nawrockiego „jest strategicznym błędem Prezydenta Polski, na którym zyska jedynie Moskwa”.

„Jest nam przykro, że w Warszawie górę wzięły emocje i skłoniły one polskich polityków do podejmowania nieuzasadnionych, impulsywnych i lekceważących kroków nie tyle wobec prezydenta Zełenskiego, ile przede wszystkim wobec państwa ukraińskiego” – podkreślił.

Decyzja Nawrockiego spotkała się natomiast z pozytywną reakcją polityków opozycji, w tym obu Konfederacji. „Prezydent Karol Nawrocki w końcu zabrał Order Orła Białego Zełeńskiemu! Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał Mentzen.

„Udało się. Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu. Dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w apelu. Nie będzie Ukraina pluć nam w twarz. Zbrodniarze z UPA są zbrodniarzami i próby honorowania ich nie powinny pozostać bez reakcji Polski” – ocenił z kolei Włodzimierz Skalik z Konfederacji Korony Polskiej.

Ukraińcy zwracają odznaczenia

Minister spraw zagranicznych Ukrainy oświadczył także, że w odpowiedzi na decyzję prezydenta Nawrockiego zwróci Warszawie Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

„W obliczu takich nierozważnych działań nie widzę możliwości zachowania przyznanego mi w październiku 2022 roku wysokiego odznaczenia państwowego Rzeczypospolitej Polskiej – Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Wkrótce zwrócę go Polsce” – zapowiedział.

Także szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył, że zrzeka się Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, którym został odznaczony w ubiegłym roku.

Do sprawy w krótkich słowach odniósł się lider Konfederacji WiN. Komentując wpis dziennikarza Bartłomieja Wypartowicza, który informował o zwróceniu odznaczenia przez Sybihę, Mentzen napisał: „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”.

Polska na celowniku ukraińskiego wywiadu

Polska na celowniku ukraińskiego wywiadu

magnapolonia.org/polska-na-celowniku-ukrainskiego-wywiadu

Polska od lat przedstawiana jest jako kluczowe zaplecze dla Ukrainy walczącej z rosyjską agresją. Przez nasze terytorium płynie pomoc wojskowa i humanitarna, funkcjonują centra logistyczne, a tysiące osób związanych z wojną przekraczają granicę każdego dnia. Jednak, jak wynika z najnowszych ustaleń Marka Kozubala opublikowanych w „Rzeczpospolitej”, wraz z wojną gwałtownie wzrosła także aktywność ukraińskich służb specjalnych na terytorium naszego kraju.

Polska jest stale na celowniku ukraińskiego wywiadu. Według źródeł cytowanych przez „Rzeczpospolitą”, ukraińskie służby prowadzą w Polsce działania wymierzone nie tylko w środowiska rosyjskie i białoruskie. Mają również pozyskiwać współpracowników wśród Ukraińców mieszkających w Polsce, zachęcając ich do przekazywania informacji z przedsiębiorstw i instytucji publicznych. Pojawiają się także sygnały o próbach werbunku Polaków wyjeżdżających na Ukrainę z pomocą humanitarną lub prowadzących tam działalność gospodarczą.

Rozmówcy gazety twierdzą ponadto, że polskie organy ścigania prowadzą postępowania dotyczące szpiegostwa na rzecz Ukrainy, jednak sprawy te pozostają niejawne, oczywiście z przyczyn poprawności politycznej. Podobnie jest w przypadku działań dywersyjnych na terenie RP – sprawcy to niemal zawsze Ukraińcy, jednak władze i media upierają się, że to wina Rosji.

Były szef Agencji Wywiadu płk Piotr Krawczyk skomentował sytuację znanym powiedzeniem: „Panie Boże, broń mnie przed przyjaciółmi, bo z wrogami poradzę sobie sam”. Trudno o bardziej wymowną ocenę problemu.

Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak pytanie, dlaczego Polska znalazła się w sytuacji, w której obce służby mogą działać z tak dużą swobodą. Oczywiście aktywność wywiadowcza między państwami nie jest niczym nadzwyczajnym. Sojusznicy również się szpiegują, zabiegają o wpływy i pozyskują informacje. Problem pojawia się wtedy, gdy państwo gospodarza przestaje skutecznie kontrolować własne terytorium operacyjne.

Od 2022 roku kolejne władze w Warszawie prowadziły politykę maksymalnego otwarcia państwa na skutki wojny za naszą wschodnią granicą. Polska stała się głównym hubem logistycznym, politycznym i personalnym dla działań związanych z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Granice przekraczały miliony osób, a skala przepływu ludzi, towarów i informacji osiągnęła poziom niespotykany od dziesięcioleci. Była to decyzja polityczna, za którą musiały pójść odpowiednie inwestycje w kontrwywiad, kontrolę migracyjną oraz ochronę infrastruktury krytycznej.

Tymczasem z relacji oficerów cytowanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że polskie służby nie są w stanie monitorować wszystkich działań prowadzonych przez zagraniczne wywiady. Powód jest prosty – brakuje ludzi i środków. W praktyce oznacza to, że Polska stała się areną intensywnej rywalizacji wywiadowczej, a państwo nie zawsze dysponuje narzędziami pozwalającymi skutecznie kontrolować sytuację.

To właśnie tutaj pojawia się historyczne skojarzenie z XVIII wiekiem. Wówczas Rzeczpospolita również była państwem formalnie suwerennym, ale jednocześnie otwartym na wpływy obcych dworów, agentur i zagranicznych interesów. Rosja, Prusy czy Austria prowadziły na jej terytorium własną politykę, wykorzystując słabość instytucji państwowych.

Oczywiście współczesna Polska znajduje się w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej i jest członkiem NATO. Trudno jednak nie dostrzec pewnej analogii: im słabsza zdolność państwa do kontrolowania procesów zachodzących na własnym terytorium, tym większa pokusa dla obcych służb, by traktować je jako wygodny obszar działania i faktyczny przedmiot polityki międzynarodowej.

Obowiązkiem władz warszawskich, gdyby były rzeczywiście polskie, powinno być dziś nie tylko wspieranie sojuszników, ale przede wszystkim ochrona interesów Rzeczypospolitej. Sojusze są ważne, lecz nie mogą zastępować zdrowego instynktu państwowego. Każde państwo – niezależnie od deklarowanej przyjaźni – realizuje własne interesy narodowe. Jeżeli więc rzeczywiście dochodzi do prób werbunku obywateli RP czy pozyskiwania informacji z polskich instytucji przez obce służby, odpowiedź państwa powinna być stanowcza i pozbawiona politycznych kalkulacji.

===============================

NASZ KOMENTARZ: Polska nie powinna być jedynie zapleczem cudzych operacji. Musi pozostać przede wszystkim państwem dbającym o własne bezpieczeństwo. Historia pokazuje bowiem, że kraje, które przestają pilnować swoich granic, instytucji i informacji, stają się przedmiotem gry silniejszych graczy, a w odpowiednim momencie po prostu znikają z mapy, jako już niepotrzebne.

Prezydent Nawrocki odebrał order Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu

Prez. Nawrocki podjął decyzję ws. Orderu Zełenskiego. Opublikowano nagranie prezydenta Polski [VIDEO]

19.06.2026 nczas/prezyudent-nawrocki-podjal-decyzje-ws-orderu-zelenskiego

===========================================================

Wołodymyr Zełenski oraz Karol Nawrocki
NCZAS.INFO | Wołodymyr Zełenski oraz Karol Nawrocki. / foto: PAP

Prezydent Karol Nawrocki poinformował w piątek, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych nazwy „Bohaterów UPA”, po konsultacji z Kapitułą Orderu Orła Białego podjął decyzję o odebraniu tego odznaczenia Zełenskiemu.

O odebraniu Orderu Nawrocki poinformował w nagraniu zamieszczonym na platformie X.

– Prezydent Rzeczypospolitej jest wielkim mistrzem Orderu Orła Białego i ma obowiązek stać na straży honoru, tego najwyższego odznaczenia państwowego. Obowiązek ten spoczywa również na Kapitule Orderu Orła Białego. Dlatego wobec zgody prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy Bohaterów UPA po konsultacji z Kapitułą podjąłem decyzję o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy – powiedział Nawrocki.

Prezydent podkreślił, że ta decyzja „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”. Dodał, że „nic się nie zmieniło” w kwestii wsparcia Ukrainy w walce z Rosją.

https://twitter.com/prezydentpl/status/2068027427788333081/video/1

==============

Wzrost płac. Po to rządzimy. MEM-y V.

—————————-

————————–

——————————

———————–

———————–

————————–

—————————-

———–

[dzieciątko ! Przecież rekiny biznesu nie płacą podatków… ]

—————————–

———————-

Uśmiechnięci to łykną. MEM-y IV.

—————-

———————

[dla młodzieży: Ten pierwszy to Anatolij Kaszpirowski]

=========================

——————–

——————–

——————————–

———————————

——————————-

—————–

Na smyczy bezpieki

Na smyczy bezpieki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    18 czerwca 2026 michalkiewicz

W „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” jest anegdotka o absztyfikancie, któremu podczas wizyty w domu narzeczonej przytrafił się casus pascudeus w postaci głośnego puszczenia wiatrów. Nieszczęsny absztyfikant tak się skonfundował, że postanowił ukryć tę wpadkę za wszelką cenę. W tym celu zamordował nie tylko narzeczoną, ale również resztą rodziny, będącej świadkiem wydarzenia. Naturalnie nic to nie dało, bo śledztwo objęło również motywy zbrodni i w ten sposób wszystko wyszło na jaw.

Ta anegdotka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” znakomicie pasuje do tak zwanej „afery podkarpackiej”. Polegała ona na tym, że dwa ukraińscy gangsterzy, bracia Aleksiej i Jewhen Rysiczowie, założyli w województwie podkarpackim sieć burdeli, w których zatrudniali panienki [no i dzieci… md] z Polski, Ukrainy i skąd się tylko dało. W swojej działalności nie napotykali przeszkód, przeciwnie – można było odnieść wrażenie, że władze naszego nieszczęśliwego kraju traktują ich niezwykle wyrozumiale. Samą sympatią dla Ukrainy, która zresztą wtedy jeszcze nie chroniła Europy i świata przez zakusami złego Putina – co obecnie ma rangę dogmatu quasi-religijnego, który stanowi znakomity pozór uzasadnienia dla ukraińskiej postawy roszczeniowej nie tylko wobec Polski, ale również innych nieszczęśliwych krajów – więc samą sympatią dla Ukrainy tłumaczyć tej wyrozumiałości nie można było wyjaśnić, w związku z czym pojawiły się brzydkie podejrzenia, że bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpują nie tylko ojczystych policjantów, ale również – funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, a nawet – niezawisłych sądów.

Jeśli chodzi o policję, to owszem – zwalczała ona przy pomocy praworządnych procedur wszelką konkurencję braci Rysiczów, którzy w związku z tym zaczęli dokazywać bez opamiętania. Prowadziło to do tak zwanych wpadek, ale były one niegroźne zarówno dla braci, jak i dla ich interesów, bo jeśli nawet sprawa trafiała przed niezawisłe sądy, to one też były wyrozumiałe, co znajdowało wyraz w symbolicznym charakterze kar, umożliwiających prowadzenie interesu bez żadnych przestojów. Nic więc dziwnego, że z usług burdeli prowadzonych przez Ukraińców, którzy zresztą w międzyczasie uzyskali polskie obywatelstwo, korzystało coraz wytworniejsze towarzystwo, obejmujące również osoby z pierwszych stron gazet. Wydawało się wszystkim, że jest bezpiecznie, a tymczasem wcale tak nie było, bo bracia Rysiczowie wszystkie bliskie spotkania III stopnia z panienkami nagrywali na video i podobno udało im się zgromadzić aż 4 tysiące takich nagrań. Wreszcie z jakichś zagadkowych powodów się zniechęcili, wrócili na Ukrainę i na razie ślad po nich zaginął.

Wśród ludu krążyły wprawdzie różne pogłoski na temat ten afery, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wiedział – chociaż wiadomo, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Próbował odkrywać tę sprawy były bokser, Dawid „Cygan” Kostecki, ale skończyło się to dla niego fatalnie. Z wyroku niezawisłego sądu trafił do więzienia, gdzie w swojej celi się taktownie powiesił. Ten przypadek najwyraźniej podziałał trzeźwiąco na wszystkich i pewnie dlatego pan Andrzej Duda, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pytany przez pana red. Rymanowskiego o aferę podkarpacką, dał do zrozumienia, że nigdy nic o niej nie słyszał. Z jednej strony dobrze to świadczy o moralności pana Andrzeja Dudy, chociaż z drugiej strony powinien on chyba wiedzieć trochę więcej o funkcjonowaniu państwa, którego prezydentem był przez 8 lat.

Tymczasem okazało się, że dwaj dziennikarze, jeden z portalu „Onet”, a drugi – z portalu „Goniec”, ogłosili, że podejrzenia, jakoby bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpowali policjantów, prokuratorów i niezawisłych sędziów, nie są prawdziwe, bo byli oni wieloletnimi tajnym współpracownikami polskiej bezpieki, która być może nawet partycypowała w dochodach uzyskiwanych z podkarpackich burdeli i roztaczała nad całym tym interesem parasol ochronny. To wyjaśnienie, do którego z podejrzaną skwapliwością przyłączył się minister-koordynator służb specjalnych w vaginecie obywatela Tuska Donalda, pan Tomasz Siemoniak, wprawdzie oczyszcza funkcjonariuszy policji, prokuratury i niezawisłych sędziów z podejrzeń o zwyczajną korupcję, ale pozwala na wysunięcie podejrzenia, że cały aparat państwa, z niezawisłymi sądami inclus, wykonuje polecenia bezpieki, stanowiącej przez nikogo nie kontrolowane państwo w państwie.

Tak właśnie było za pierwszej komuny, kiedy to najtwardszym jądrem systemu była nie żadna tam „partia”, tylko właśnie bezpieka. Mogliśmy się o tym przekonać na początku stanu wojennego, kiedy to szef PZPR, Edward Gierek został internowany i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Ta decyzja WRON miała oczywiście charakter pedagogiczny. Edward Gierek nie stwarzał przecież żadnego zagrożenia ani dla ustroju socjalistycznego, ani dla sojuszy. Chodziło o pokazanie, kto naprawdę rządzi – że nie żadna „partia” tylko bezpieka. I tak już zostało, bo – jak pamiętamy – wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako WSI – nadzorował prawidłowy jej przebieg, a potem wypuścił z siebie kilka łbów hydry, dzięki czemu m mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż 7 bezpieczniackich watah. Ale to jeszcze nic – bo przez cały ten czas werbowana była i jest agentura.

Ona się nie rozpłynęła w powietrzu, cały czas istnieje, pamięta, komu zawdzięcza pozycję społeczną, materialną, karierę i przyszłość, więc jest posłuszna, dyspozycyjna, dzięki czemu za jej pośrednictwem bezpieka może ręcznie sterować nie tylko państwem, ale całym życiem publicznym. No a bracia Rysiczowie? Czy przypadkiem nie wylądowali w Polsce z wyznaczonym przez SBU zadaniem przeniknięcia do struktur tubylczej bezpieki – prawdopodobnie już wcześniej penetrowanej przez Ukraińców, którzy są też w policji. Nagrywanie kompromatów i ich wyjazd na Ukrainę daje postawy do najgorszych podejrzeń.

Wreszcie moment, kiedy te rewelacje wybuchły. Bo wybuchły zaraz po wizycie w Polsce Kiryły Budanowa, obecnie szefa Biura Prezydenta Zełeńskiego – ale przedtem – szefa Głównego Zarządu Wywiadu tamtejszego Ministerstwa Obrony. O czym rozmawiał z naszymi dygnitarzami? Tego nie wiemy – ale ukraińskie media skomentowały skutki jego wizyty w Polsce, że „zapobiegł najgorszemu”. Ciekawe, bo Ukraińcy uważają za „najgorsze”? Czy odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu, czy zaprzestanie futrowania Ukrainy przez Polskę a nawet – blokowania dla niej forsy z UE – jak to robił Orban? No i wreszcie – jak pan Budanow temu „najgorszemu” – cokolwiek by to było – „zapobiegł”? Czy przypadkiem nie uświadamiając swoich warszawskich rozmówców, że nie jest bezpiecznie? Taki szef wywiadu coś tam przecież musi wiedzieć, w odróżnieniu od pana Tomasza Siemoniaka, który o wszystkim dowiaduje się z mediów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niemcy – Rosja, czyli dezintegracja pozytywna

Niemcy – Rosja, czyli dezintegracja pozytywna

0

N-R

14 czerwca, wpis nr 1412 dziennikzarazy/niemcy-rosja-czyli-dezintegracja-pozytywna

Coraz częściej pojawiają się sygnały, że Niemcy wrócą do business as usual z Rosją. Jest to stała dominanta niemieckiej racji stanu, jeszcze od czasów Bismarcka, ale obecnie z powodu agresji Putina na Ukrainę poddana jest ona rewizji, ale zdaje się, że chwilowej. Wydaje się to tylko lekką postacią tzw. dezintegracji pozytywnej. Dezintegracja pozytywna to fenomen psychologiczny dokładnie opisany przez prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Rzucił on wyzwanie klasycznej psychiatrii, która każdy lęk, kryzys emocjonalny czy neurozę traktowała jako chorobę, konieczną do wyleczenia (czyli przywrócenia pacjenta do stanu pierwotnego). Dąbrowski uznał odwrotnie: kryzys psychiczny, cierpienie, a nawet wewnętrzne rozbicie są często warunkiem koniecznym, by człowiek mógł rozwinąć się i przejść na wyższy poziom rozwoju.

I taka zasada stosuje się także do wielu innych dziedzin, niż tylko psychologii. Ostatnio karierę robi dezintegracja pozytywna w polityce, a właściwie – geopolityce. Od dawna formuła funkcjonowania świata ulega gwałtownym przemianom i nie są to kontrolowalne do końca procesy, ale nie są to też bezładne paroksyzmy. Idąc za Dąbrowskim wypada pogodzić się ze stanem popadania w kryzysy, cofania się wręcz w rozwoju – świat się resetuje, wygląda na chaotyczny, ale to nie jest koniec – rozpad to konieczna faza zmiany. Musi się rozpaść stara struktura w sytuacjach kryzysowych, bo jak uczy doświadczenie – rzadko jest tak, że dzieje się to w sposób kontrolowany. Tak jest i teraz, i wydaje mi się, że obecny kryzys na linii Moskwa-Berlin to nie wypadek przy pracy, nie początek wiecznej wrogości, ale właśnie – kryzysowa faza przejściowa, by osiągnąć wyższy poziom relacji, tzw. wtórnej integracji.

Niemcy chcą Rosji

Czemu tak uważam? Ano po pierwsze – Niemcy są krajem poważnym i nawet dość upartym na tyle, że czasami zbyt długo tkwią w mylnym błędzie swojej strategii. Ale są jak szef kompanii – ten jak ma stary regulamin, to trzyma się go co do literki. Jak przyjdzie nowy – to się zamyka w kanciapie i ryje nowy na pamięć i jak wychodzi na świat, to jest w nim zagorzałym ekspertem nowych decyzji zwierzchników.

Tak jest i z Niemcami, tyle, że w sprawie relacji z Rosją nie przyszedł żaden nowy regulamin. Ot, zdarzył się wypadek przy pracy, trzeba było to jakoś narracyjnie przeczekać i wykorzystać. Kiedy Niemcy to przeczekiwały to akurat Polska – first to fight – pierwsza poszła na front i (jak widać ostatnio) zużyła się. Wtedy wyszły Niemcy, cali na biało, wręcz na defiladę. Czas też został wykorzystany przez Niemcy, które ze stymulowanego straszenia Europy Putinem zrobiły sobie uzasadnienie do federalizacji formatu Unii pod niemieckim berłem oraz sprytnie przerzuciły na kraje członkowskie ratunkowe sfinansowanie kosztów ichniego przejścia z przemysłu maszynowego na militarny. W rezultacie wynik ma być korzystny – Europa zjednoczona pod berłem zmilitaryzowanych Niemiec, zmilitaryzowana kosztem długu pozostałych naiwniaków-członków Unii. Czegóż chcieć więcej?

Germany and Russia country handshaking with flags, consensus concept international co-operation illustration

Dlatego Niemcy marzą o powrocie ostatniego bismarkowskiego czynnika – dealu z Rosją. Stamtąd surowce, którymi mieli handlować z Europą, marża – również polityczna – jest, niemiecki przemysł hula, zaś Europa Środkowo-Wschodnia robi za Mitteleuropę, czyli robi na Niemcy, które zawijają marżę jak świstak czekoladę w sreberka. Do tego potrzebni są Niemcom Rosjanie. Innego bowiem pomysłu na realizację swoich ambicji IV Rzeszy Berlin nie ma i chyba mieć nie może.

To, co teraz oglądamy – te akty wrogości wobec Putina, to tylko teatr, który ma dać alibi już zdecydowanej intencji oraz podbić cenę przy targowaniu się z Moskwą. Jednocześnie bowiem niemieccy posłańcy powrotu suną do Moskwy jeden za drugim, nawet i nie muszą – Niemcy mają przecież tam swego stałego przedstawiciela w osobie byłego kanclerza Schroedera, upostaciowienie zdrady ideałów współpracy europejskiej złożonej na ołtarzu robienia interesów z Rosją. Były kanclerz słynie przecież z wciąż aktualnych kontaktów z niemieckim establishmentem, do tego przecież został najęty do Gazpromu, przecież nie do spawania rur z gazem.

Korzystanie z okazji

Szykowane są okazje do takiego przełamania: kryzys na Bilskim Wschodzie jest tu na rękę dla takich scenariuszy, gdyż zaraz wyjdą Niemcy w Brukseli i powiedzą: Trump nas rżnie na surowcach energetycznych, Arabowie zablokowani, Wenezuela zdobyta przez USA, a tu za Bugiem Putin macha rączką z lepszymi cenami. A więc chłopaki, przed zimą, trzeba się dogadać gremialnie z Rosją, a któż jak nie my, w końcu mocarstwo humanitarne, mamy tu pośredniczyć w tym zbożnym dziele? Do tego dojdzie prawdopodobne dopuszczenie do władzy otwarcie prorosyjskiej AfD i Niemcy się wytłumaczą przed samymi Niemcami, że naród tak chciał.

Dla Rosji to też dobry deal, bo mogą tym samym mieć Europę w ręku, dyktować polityczne ceny, szczególnie takim, jak polscy pyskaczom. Zanim się wybuduje ta europejska armia pod niemieckim dowództwem – Rosjanie będą mieli Europę u stóp, zadłużoną, wykończoną zielonym szaleństwem, w sumie spacyfikowaną duchem. Kiedy Rosja z dużym sukcesem obróciła się na Wschód, Europa z Niemcami nie jest dla niej już tak łakomym kąskiem, zwłaszcza, że aktualnym bezwładem Stary Kontynent bez jednego wystrzału wpadnie jej w ręce. A to, że będzie Europa opakowana w niemieckie sreberka, to już szczegół.

Dla Rosji federalizacja Europy pod niemieckim berłem to większa korzyść niż „Europa ojczyzn”. Wreszcie będzie z kim pogadać o Europie za jednym razem, kimś decyzyjnym, a nie użerać się w poniżających utarczkach z kraikami wielkości rosyjskich obwodów. Rosjanie więc czekają z otwartymi ramionami. Zwłaszcza, że Europa nie jest dla nich strategiczna, to tzw. BATNA (czyli best alternative to negotiated agreement), czyli opcja drugiego wyboru, gdyby pierwszy – obrót na Azję – nie wyszedł. Negocjacyjnie jest to wygodne dla Moskwy, bo zawsze ma gdzie pójść, o czym czasami przypomina swymi deklaracjami, że nie wie czy będzie w ogóle sprzedawać ropę i gaz do Unii. To podwyższa ceny przyszłego dealu.

Wchodzą Amerykanie i Ukraińcy

Da się więc zjeść tę żabę. Zwłaszcza, że to może być część większego dealu na poziomie Trump-Putin. Jeśli panowie się dogadali na Alasce co do nowego podziału świata (co ostatnio pojedynczo przyklepali w Pekinie), to powrót Niemiec do interesów z Rosją może być w to wpleciony. Może być też ceną jaką zażądał Putin od Trumpa za Rosji mniejszą miłość do Chin, lub choćby neutralność w konflikcie Chin o Tajwan. W przedstawionej już optyce korzyści dealowania się z Rosji z Europą przy pośrednictwie Niemców zgoda, a nawet żądanie Putina, by takie cudo jak nadzór nad Europą „podarował” Niemcom Trump wydaje się wysoce prawdopodobne. Głównych interesów USA w Europie, jeśli te w ogóle jeszcze będą, będzie dla Waszyngtonu pilnował junior partner z Berlina, nie trzeba będzie ręcznie zarządzać.

I Wołodia będzie zadowolony, może się skupi więcej na Europie i odpuści Chiny, kontynent będzie zdalnie sterowny, trzymany za mordę pruskim drylem, z drugiej strony – i rozwój Europy, i samych Niemiec będzie politycznie, militarnie i gospodarczo sterowalny, czy to przez USA, czy przez Rosję. Układ dobry, na leniucha, ale skuteczny przy amerykańskiej polityce zwijania się z pozycji żandarma na poborcę świata.

Jeżeli dojdzie do zbliżenia niemiecko-rosyjskiego, to wcale nie na trupie Ukrainy. Ten nowy układ – po tej fazie „dezintegracji pozytywnej” – odtworzy naszą, polską, sytuację przy poprzednim, nordstreamowym zbliżeniu Niemiec i Rosji. I tak jak nas w osobie premiera i w narracji ambasadora Niemcy wykierowali na normalizację relacji z Moskwą „taką jaka ona jest”, tak teraz tę rolę przyjmie Ukraina. I możemy zobaczyć cuda nad Dnieprem. Rosja może się okazać dla Ukrainy – oczywiście po pewnej przepierce mózgowej – całkiem niezłym partnerem.

Zwłaszcza, że wymagać tego będzie w ramach nowego dealu Ukrainy jej najważniejszy partner, czyli Niemcy. Można im za to dać Ukraińcom zatruty, acz wymarzony przez nich owoc członkostwa w Unii i jakoś to pójdzie. Oczywiście potrzebny będzie wtedy jakiś winowajca zastępczy, ale taki już się sam zgłosił, sądząc po gwałtownych, acz symbolicznych polskich reakcjach związanych z uczczeniem pamięci bohaterów UPA.

W tym układzie znajdziemy się pośrodku zajadłych wrogów. W kleszczach Niemcy-Rosja-Ukraina nie mamy szans. Zgniotą nas, zaorają i posypią solą. Ukraina się temu układowi nie postawi, bo wisi na kroplówce Europy i jak ta się zdecyduje do nowej formy wtórnej integracji z Rosją, to Kijów nie będzie się mógł nie zgodzić. Oczywiście ważna jest tutaj opcja ludzi okopowych, którym by się świat zawalił i zapadły groby bohaterów, ale nie takie numery świat widział. Ukraina będzie wszak wolna, acz wiadomo przecież, że wolność to zrozumienie konieczności.

Brak alternatywy

Zaraz z tego zakrążą mrzonki, żeby się z Ukrainą dogadać i zrobić postulowaną przez polityków czy think tanki federację państwowo-militarną: Ukropolin. Nie chcę tu się znęcać nad fantasmagorycznością takich pomysłów, tylko spytam się – z kim myśmy mieli to robić, w sensie klasy politycznej? Najgorsze są nieproszone rady i zapraszani do przyjaźni wrogowie. Ukraińcy nie liczą się z nami, najdalej od czasów Przewozowa, kiedy zobaczyli, że w sprawie reakcji na ewidentną ukraińską prowokację mającą nas wkręcić w wojnę, czekamy z decyzją aż się obudzi Biden i powie nam co robić. Ukraińcy więc z nami nie gadają, bo po kiego układać się z lokajem, co to i tak wszystko przyniesie co mu każą. Nie gadają, a tym bardziej nie będą robili żadnego paktu – zamiast tego hodują u siebie pokłady agresywnego nacjonalistycznego patriotyzmu i nie zobaczymy się we wspólnych okopach na wojnie z Rosją. I pewnie dobrze. No, chyba, że pójdziemy jako dodatkowa wkładka mięsna, na co widać, że coraz więcej graczy ma ochotę, pechowo, że i niektórzy od nas też.

I kto by to miał zrobić z naszej strony? Nasza klasa polityczna? Przecież oni nie są w stanie pójść do toalety nie zapytawszy się wcześniej co o tym sądzi opinia publiczna. A że opinia się wkurzyła na UPA, to trzeba narracyjnie to jechać. Zwłaszcza, że szerokie gremia, w tym polskie, aż zacierają ręce i nogi, by nasz konflikt polsko-ukraiński skupił się na polityce historycznej. Ta, jak wiadomo jest relatywna, zawsze można ją zniuansować, czego jesteśmy świadkami przy spektaklu pełnym porównań UPA do Żołnierzy Wyklętych. I w tych okopach możemy siedzieć latami, obrzucając się – w najlepszym razie – argumentami.

Wyjście z matni polityki historycznej

Taka postawa sączona w lud jest na rękę macherom od opisanej wyżej polityki business as usual. My mamy z Ukrainą większe problemy niż ichnia UPA czy – wiem, że bluźnię – nasi rodacy w dołach śmierci. My mamy z Ukrainą poważne konflikty interesów. I dopóki o nich nie gadamy, tylko dajemy się zwodzić zabawą z ekshumacjami w chowanego, to nikt o tych konfliktach interesów nie gada, zaś lud tego nie słyszy na tyle, by zrobić z tego ważny temat kampanijny.

Mamy poważne zatargi gospodarcze, które będą się powiększały w ramach pozostawania Ukrainy w poczekalni do UE – z prawami, bez obowiązków. Pokaz „możliwości” ukraińskich konfliktów interesów mieliśmy przecież od dwóch lat na przykładzie zagłady rolnictwa czy branży transportowej – a idą nowe branże.

Mamy duże problemy społeczne: 1,7 miliona Ukraińców, jak słyszymy, nie bardzo zadowolonych z pomocy Polaków, roszczeniowych, agresywnych (na razie słownie). Zaraz do nich dojadą ojcowie z okopów i będzie koniec balu, Panno Lalu. Mamy za wschodnią granicą rozgrzaną, acz zmęczoną armię, kraj o wyraźnych i oficjalnie deklarowanych wobec nas roszczeniach terytorialnych, który już jawnie się cieszy ze swego wpływu na korzystne dla siebie wybory w Polsce. Będzie sporo roboty, by to zniwelować, ale do tego trzeba zdefiniować problemy, a nie uciekać przed nimi w emocjonalne spory kto był bardziej winny: nasz Czarniecki, czy ich Bandera.

PiS się za to nie weźmie, bo woli grać na niedawno odkrytych emocjach, w nadziei na niepamięć ludu co do tego kto zaczął. O Tuskach nie ma co gadać – jak ci realizowali w polskiej polityce wschodniej interes Berlina za czasów przeddudowych, to tym bardziej będą to robić dalej – bez względu na to, że nagle trzeba się będzie bratać z Moskwą. Ale – zobaczycie, że będą takie gadki – skoro wybaczyli im Ukraińcy, to czemuż ma się opierać Polska. I by nie siedzieć znowu w unijnej oślej ławce niezrozumienia potrzeby dziejowej i braku odrzucenia naszych prehistorycznych uprzedzeń będziemy przekonywani, że trzeba jechać, bo nie pociąg, ale cały peron nam odjedzie.

Onucyzm

Dożyliśmy czasów, że moje tu teraz rozważania czy przypadkiem nie pogadać w takim razie z Rosją stają się obrazą polskiej (nieistniejącej zresztą) racji stanu na poziomie zdrady onucowej. Tak żeśmy się dali ścisnąć przez te popisowe imadło, którym kręcą z zewnątrz, że nawet spekulacje na ten temat wydają się publicystycznym, a co dopiero politycznym, samobójstwem. Nie ma mowy – tu mamy zamurowane z obu stron, we wszystkich mediach i wypada się przyjrzeć czy przypadkiem również i nie w kruchcie. Ale zobaczmy – jakby to mogło być, żeby w takiej przyszłej nieciekawej sytuacji nie pogadać z Rosją (nawet nie chce mi się tu spekulować czy nie z Chinami).

Z Rosją są same kłopoty. Oni po prostu nie chcą gadać z pętakami. A mają nas za pętaków, wesz na grzebieniu europejskich upadłych potęg, która im mniej ma do powiedzenia – tym bardziej chojrakuje. Nasz wyścig do prymatu w regionie Międzymorza przegraliśmy w XVIII wieku i tyle to oznacza dla Rosji. Nie ma nas i nie ma o czym z nami gadać. Ale na tę sytuację sami zapracowaliśmy ciężką robotą polegająca na lenistwie elit. Te u nas postanowiły właśnie na leniucha podczepić się do któregoś z zagranicznych patronów, czym pozbawiliśmy się sprawczości – byliśmy od razu elementem cudzych rachub. To wygodne – nie trzeba się martwić, płynie się z głównym nurtem, ale jest to perspektywa jedynie na pokolenia elit, by się ustawić, daleka od racji stanu państwa. I kiedy nasi patroni się zwijają (USA), albo popadają w sprokurowaną przez siebie ruinę (Europa), to okazuje się, że włożyliśmy wszystkie nasze jajka do koszyka bez rączki. I się zbiły. Teraz się robi z tego bałaganu kogel-mogel, tyle, że to nie my go ubijamy.

I z kimś takim miałaby gadać Moskwa? A o czym? Skoro my i tak wykonamy co tam na każą, czy to w Berlinie, czy w USA, łącznie z wymianą wkładki z ukraińskiej na polską w maszynce do mięsa na tzw. wschodniej flance. Ale to nie chodzi o to byśmy „zasłużyli” na rozmowy z Moskwą. Moskwa gada nie tylko z USA czy Chinami. Taka np. Turcja to gada z nią jak równy z równym, ale ten kraj – uwaga! o budżecie na militaria mniejszym od polskiego – ma i realizuje swoje interesy daleko poza granicami swego kraju, prowadzi politykę wielowektorową i z Rosją, i z USA, o Unii, którą trzyma za gardło blokadą zalewu migracyjnego Europy nie wspominając. Da się? Da się, ale trzeba wiedzieć czego się chce i mieć klasę polityczną, w której interesie jest przyszłość kraju, którym rządzi, nie zaś prywatne obrywy na rzecz renty kompradorskiej za pilnowanie interesu we własnym kraju w imieniu zewnętrznego patrona.

Trzeba rozwiązać w jedną stronę ten dylemat: jak jesteś słaby to Rosja z tobą nie będzie gadać, jak jesteś mocny, to najpierw pobuczy, że jej zagrażasz, ale potem przełknie pragmatyczne konieczności. Do tej pory dylemat ten Rosja rozwiązywała ten dylemat na własną korzyść – wzmacniała nasze trendy do osłabienia, trzymała nas w hodowanej strefie cienia, by nie musieć się z nami układać. My nie pracowaliśmy nad własną siłą – toczyliśmy wojenkę polsko-polską ku uciesze Moskwy i wszystkich stolic, które nam źle życzą. A więc załatwialiśmy się sami.

Żeby móc się układać z Moskwą, a jak widać idzie ku temu kontynentalnie, jeśli już nie światowo, to trzeba być podmiotem, nawet w jakiejś koalicji. Teraz grupa G3 (Wielka Brytania, Niemcy i Francja) układają się jak tu wejść z Rosją w dziurę po Trumpie i grupa gada z kim? Z Zełenskim, bo przecież nie z nami. My „tylko” graniczymy z Ukrainą i dowiemy się z prasy co tam kraje odległe o tysiące kilometrów od nas i od Kijowa zdecydują o naszej geopolitycznej sytuacji. Ale zdecydują tylko za zgodą Rosji, chyba, że wyślą nas na wojnę z nią.

Moskwa tu się zgodzi na cokolwiek, ale tylko jeśli jej to będzie pasować. A skoro nie ma nas przy stole, to jesteśmy w menu. My, nie mając własnej sprawczości, nie mając pomysłu na Polskę w nowym rozdaniu, nie mając siły do realizacji strategii, której też nie mamy, ani nic nie mamy do zaproponowania Rosji, ani – jak widać – Rosja nie ma o czym z nami rozmawiać. I nad tą mizerią roztacza się tylko nasza wyższościowa strategia przykrywania niemocy poprzez tromtadracką narrację – nie będziemy gadać z mordercą Putinem, a tak naprawdę to nie wiemy o czym mielibyśmy z nim gadać, gdyby się nawet i zgodził na jakieś rozmowy. A więc chojrakujemy, jesteśmy jak harcownicy armii przed bitwą – bez znaczenia, śmieszni, bo machamy szabelkami z kartonu na froncie rozbrojonej armii, która już dawno nas sprzedała.    

Przeciwfaza

Tak, dożyjemy czasów nowych przyjaźni, to jasne. Zostaniemy jak zwykle w przeciwfazie – wszyscy już się rozejdą w nowym układzie, a my będziemy siedzieć jako już ostatni w okopach nieświętej Trójcy – starzy żałośni rycerze wojen przebrzmiałych i przegranych, ofiary własnej naiwności, którą jest ciągły wybór zdegenerowanych pseudo-elit. Ale dożyjemy też czasów – jak za kowida -, że wcześniejsi akolici – wtedy sanitarni, dziś anty-onucowi – się nawrócą i będą nam wytykać, że nie idziemy w krok z nowym marszem. Musimy więc być nieżyciowi i nikt już nie będzie pamiętał, że to my pierwsi wołaliśmy na puszczy. Będziemy więc poddani próbie ojca cieszącego się z powrotu syna marnotrawnego, o którym wiemy, że jak przyjdzie co do czego, to i tak porzuci nie tylko nas, ale i rozsądek, każąc nam żyć w oparach opresji generowanej przez panikowaną większość.

Przypomnieć wypada wiersz z Pieśni Kochanowskiego, który jest z nami od ponad 450 lat i będzie chyba na wieki:

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”

POPiSowy teatrzyk „walki” z banderyzmem

Waćkowski: POPiSowy teatrzyk „walki” z banderyzmem 

Kamil Waćkowski myslpolska/wackowski-popisowy-teatrzyk-walki-z-banderyzmem

Naród polski od wielu lat tkwi w anomii społecznej. Oddawanie hołdu banderowcom i melnykowcom przez kijowski reżim obudziło trochę moich rodaków. 

Słuszne oburzenie Polaków ma swój wydźwięk w wydarzeniach politycznych. Niestety jesteśmy świadkami kolejnego teatrzyku w wykonaniu POPiS i przystawek, mającego uśpić czujność Polaków.

Order zdewaluowany 

Nadanie jednostce sił zbrojnych Ukrainy imienia bohaterów UPA, a także ponowny pogrzeb nazistowskiego kolaboranta Andrija Melnyka, wywołały reakcje szkolonego przez Jankesów prezydenta Polski Karola Nawrockiego. Nawrocki zapowiedział, że rozważy odebranie Orderu Orła Białego byłemu prezydentowi Ukrainy Władimirowi Zełenskiemu. Czas mija, póki co nie podjął decyzji, pewnie czeka co mu powie jankeski oligarcha i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump  (los orderu komika z Krzywego Rogu zależy od tego, czy przed rozmową Nawrockim jankeski prezydent porozmawia na temat orderu z kimś związanym z Marco Rubio, sekretarzem Stanu, zwolennikiem wspierania kijowskiego reżimu, czy z J.D. Vance’m – wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki, politykiem mniej skłonnym do wspierania kijowskiego reżimu). Warto zwrócić uwagę, że Order Orła Białego ma wiele antypolskich kreatur. Ma go także przyjaciel „wielkiego” prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a mianowicie Wiktor Juszczenko, neobanderowiec, były prezydent Ukrainy. Juszczenko klęczał na ponownym pogrzebie Melnyka. Order Orła Białego ma też właściciel Banderomobilu, neobanderowski oligarcha, były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Ma go także Valdas Adamkus (w młodości nazistowski kolaborant, obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki i były prezydent Litwy). Warto zwrócić uwagę, że na Adamkusa nie głosowali praktycznie w ogóle Polacy na Litwie. Order Orła Białego posiada także Dalia Grybauskaitė, była prezydent Litwy popierana przez Związek Ojczyzny – najbardziej antypolską partię na Litwie. Jakoś tym ludziom Nawrocki nie zamierza zabierać odznaczenia. 

Wizytacja Budanowa 

Parę dni po burzy związanej z deklaracją Nawrockiego przybył do Warszawy Kiriłł Budanow. Budanow, podobnie jak Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, był szkolony przez Jankesów. To zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta, zbrodniarz, od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 szef Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia 2026 roku szef gabinetu Zełenskiego. Budanow spotkał z Marcinem Przydaczem. Przydacz to atlantycki prymus, związany z różnymi atlantyckimi ośrodkami. Pełnił różne funkcje w Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy.

Przydacza, jak widać Nawrocki dostał w spadku po Dudzie. Pełni funkcję szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta. Budanow spotkał się także z ministrem obrony narodowej Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem. Szef PSL co prawda nie należy do PO czy PiS, jednak de facto działa jakby był członkiem obydwu tych partii naraz. Przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku PSL wziął na listy partię Polska 2050 (aczkolwiek prawidłowa nazwa tej partii powinna brzmieć „Wukraina 2050”). Polska 2050 jest najbardziej proukraińską partią, nawet bardziej niż POPiS. W Polska 2050 byli ludzie z Atlantic Council. PSL jest rozpatrywany w rożnych wariant koalicyjnych zadowalających Stany Zjednoczone Ameryki i namiestnika Thomasa Rose’a. Politycy PSL już latem ubiegłego roku byli namawiani na wejście w koalicję z PiS i częścią Konfederacji Wolność i Niepodległość. PSL wspiera program SAFE, na mocy którego Polacy będą spłacać kredyt, który będzie dozbrajał kijowski neobanderowski, neonazistowski reżim.

Jest opozycja niebanderowska 

Gdyby Nawrocki chciał na poważnie realizować interesy Polaków, to mógłby na przykład napisać, że z chęcią przeczyta planowaną książkę Julii Mendel, byłej rzecznik Zełenskiego. Karol Nawrocki mógłby się spotkać z politykami ukraińskimi, którzy są przeciwnikami Zełenskiego, a jednocześnie nie są neobanderowcami. Takim politykiem jest na przykład Dmytro Razumkow. Jego ojciec Ołeksandr Razumkow, był doradcą prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, a także założył ośrodek badania opinii publicznej. Razumkow był członkiem Partii Regionów, należał do jej liberalnej, prounijnej frakcji. Razumkow-junior został liderem partii Sługa Ludu. Od 29 sierpnia 2019 roku do 7 października 2021 roku był przewodniczącym Rady Najwyższej Ukrainy (Razumkow został odsunięty, gdy sprzeciwił się represjom wymierzonym w Wiktora Miedwiedczuka i innych polityków Opozycyjnej Platformy za Życiem). Razumkow nie jest neobanderowcem, nie ma też związków z Moskwą, ma poparcie społeczne. Gdyby Nawrocki był człowiekiem o wysokich horyzontach lub otaczał się ludźmi myślącymi po polsku, a nie różnymi nudziarzami z atlantyckich ośrodków, to by wiedział jak wywrzeć wpływ na kijowski reżim. 

Obóz bezkrytyczny

W naszej ojczyźnie nikt nie podważa legalności Zełenskiego, nie mówi się o aferach jego i jego otoczenia. Poza państwami bałtyckimi, obłąkańcami ze Skandynawii, Holandią, prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, kanclerzem republiki federalnej i byłem menadżerem funduszu inwestycyjnego BlackRock Friedrichem Merzem, nikt już nie chce finansować kijowskiego, skorumpowanego, neobanderowskiego, neonazistowskiego reżimu. Do grona państw nie wspierających wysiłku militarnego Kijowa w ostatnich dniach dołączyła Bułgaria. W naszej ojczyźnie POPiS i przystawki nie mówią nic o wstrzymaniu wsparcia dla Kijowa.

Nie dajmy się nabrać

Możemy w dalszym ciągu spodziewać się teatrzyku robionego przez POPiS i przystawki. Nawrocki będzie prężył muskuły, Tusk – kolega Nawrockiego ze szkoleń w Stanach Zjednoczonych Ameryki, będzie robił pokazowe deportacje mężczyzn z obywatelstwem Ukrainy za sikanie pod płotem (kijowski reżim w końcu ma braki kadrowe, a Tusk może upiec dwie pieczenie na jednym ogniu). Zełenski z racji tego, że jakikolwiek rozejm / pokój /zawieszenie broni oznacza dla niego rozliczenia, będzie prowadził wojnę cały czas. Dla niego najważniejsze są pieniądze (to wnuk żołnierza Armii Czerwonej; były prezydent Ukrainy jest rosyjskojęzycznym Żydem). Dla podtrzymania władzy będzie w coraz większym stopniu szedł w stronę oficjalnego neo-banderyzmu. Z drugiej strony Zełenski nie ma innego wyjścia, bowiem służby, wojsko są przesiąknięte neo-banderyzmem. Przy okazji ostatnich wydarzeń żaden z nadwiślańskich politykierów z POPiS i przystawek nie poszedł po rozum do głowy i nawet między wierszami nie powiedział, żeby wykonać może telefon do Moskwy. Patrzmy na ręce nadwiślańskim politykierom i nie dajmy się nabrać na tanie gesty. 

Kamil Waćkowski 

Fakty dokonane i przyszłe

Fakty dokonane i przyszłe

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  16 czerwca 2026 michalkiewicz

Kiedy ten artykuł ukaże się w druku, będzie już po spotkaniu Kapituły Orderu Orła Białego, który pan prezydent Karol Nawrocki chce odebrać ukraińskiemu prezydentowi Wołodymirowi Zełeńskiemu po jego decyzji o nadaniu jednemu z oddziałów niezwyciężonej ukraińskiej armii imienia Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Strona ukraińska twierdzi, że nic się nie stało, bo przecież UPA „walczyła z Sowietami”, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie do końca jest to prawda, bo UPA powstała z ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej. Kiedy szala wojny przechyliła się na niekorzyść Niemiec, te formacje, wykonując rozkaz OUN, zdezerterowały i w ten sposób powstała UPA.

Z Sowietami walczyć jeszcze nie bardzo mogła, bo Ukraina pozostawała nadal pod panowaniem niemieckim – ale mogła osiągnąć cel polityczny, który w tych warunkach był jeszcze możliwy do osiągnięcia siłami UPA, to znaczy – eksterminować mieszkającą na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność polską, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno, czy pod panowaniem niemieckim, czy sowieckim – było etnicznie jednolite.

Przybrało to postać zorganizowanego ludobójstwa, wskutek którego co najmniej 100 tysięcy, a może nawet – jak twierdził ukraiński prezydent Krawczuk – 500 tysięcy – tamtejszych Polaków zostało bestialsko zamordowanych – a okrucieństwo to zaskakiwało nawet Niemców, którzy przecież niejedno widzieli i niejednego się dopuszczali. Nawet i teraz pan red. Mazurek nie szczędzi gorzkich słów krytyki panu Pawłowi Kowalowi, którego były premier Leszek Miller bez ceregieli nazywa „najbardziej banderowskim” spośród aktualnych polskojęzycznych polityków.

Pan red. Mazurek wytyka panu Pawłowi Kowalowi, że m.in. podczas ekshumacji, na którą strona ukraińska łaskawie pozwoliła, nie dopuścił dziennikarzy ze względu na to, że w masowych dołach w większości znajdowały się szczątki kobiet i dzieci, a niektóre z tych dzieci – co można było podczas ekshumacji stwierdzić – miały powbijane w głowy gwoździe. Pan Paweł Kowal uważał, ze gdyby polscy dziennikarze opisali to, co zobaczyli, to wywołałoby to niepotrzebne komentarze, więc na wszelki wypadek ich tam nie dopuścił, pod pretekstem, że w pierwszej kolejności oględzinami powinna zająć się prokuratura, a wtedy byłaby szansa, że te nieprzyjemne widoki zostaną przed polską opinią publiczną zatajone pod pretekstem „ochrony tajemnicy śledztwa”. Mniejsza jednak o pana Pawła Kowala, bo trawestując słynne twierdzenie księdza Benedykta Chmielowskiego o koniu – Paweł Kowal – jaki jest – każdy widzi – bo w przypadku „rzezi wołyńskiej” również dowództwo Armii Krajowej oraz Delegatura Rządu w Warszawie, zachowały się fatalnie – o czym w swoich pamiętnikach wspomina Adam hr. Ronikier – w tym czasie – prezes Rady Głównej Opiekuńczej – jednej z dwóch polskich organizacji (drugą był Polski Czerwony Krzyż) jakie oficjalnie działały w Generalnym Gubernatorstwie. Oddajmy mu głos.

W tym czasie (czerwiec 1943 r. – SM) sprawa Wołynia zaczęła przybierać wprost tragiczne kształty. Gwałty i morderstwa dokonywane na Polakach przez zamieszkałych tam Ukraińców, nie tylko nie ustawały, ale z każdym dniem przybierały na sile i barbarzyńskich formach. (…) Tak topniał stan posiadania polskiego w tej odwiecznie do Polski należącej ziemi, a panowie z Delegatury, nie pozwoliwszy nam na organizowanie obrony, nie raczyli myśleć o tym, że złemu trzeba było przynajmniej próbować zaradzić, a nie zostawiać bez żadnej pomocy te rzesze polskie na Kresach. Przecież przykład, który miał miejsce w Równem, gdzie dwaj nasi delegaci, uzyskawszy od Kreishauptmanna broń, rozdali ją Wołyniakom, którzy dzięki temu nie tylko potrafili Ukraińców wziąć w ryzy – ale naokoło Równego kraj cały doprowadzić do ładu i porządku – przeczy kategorycznie tym naszym mędrkom, którzy teraz powiadają, że i tak nic by się nie dało zrobić, bo władze niemieckie by nie pomogły. Trzeba było działać, a nie przyglądać się suchym okiem dziełu zniszczenia, odpychającemu granice Polski na zachód, a torującemu Ukraińcom drogę do realizowania idei ich krwawych prowodyrów, stwarzających realnie fakty dokonane, utwierdzające stan ich posiadania na ziemiach, z których Polaków wygnali.

Z perspektywy czasu widzimy tedy, że „fakty dokonane” niechby nawet w postaci ludobójstwa, na dłuższą metę się opłacają – bo przecież dzisiaj nie ma w Polsce żadnej siły politycznej, która wysuwałaby wobec Ukrainy jakieś terytorialne roszczenia co do Wołynia, czy Małopolski Wschodniej. Czy nie dlatego właśnie bezcenny Izrael, na oczach całego świata, sterroryzowanego groźbą oskarżenia o „antysemityzm”, stwarza podobne „fakty dokonane” w Strefie Gazy i w Libanie?

Wróćmy jednak do inicjatywy pana prezydenta Nawrockiego, który zgłosił zamiar… i tak dalej. Okazuje się, że sprawa wcale nie jest taka prosta, a to z uwagi na konstytucję, której jednym z „ojców” jest zadowolony ze swego rozumu Aleksander Kwaśniewski. Pomijam już drobiazg, że na podstawie przepisów tej konstytucji niepodobna odpowiedzieć na ważne i – zdawać by się mogło – proste pytanie: kto dowodzi wojskiem – o czym pisałem we wznowionej po 25 latach przez wydawnictwo Capital książce „Choroba czerwonych oczu” – to okazuje się, że pan prezydent Nawrocki może nie móc w tej sprawie kiwnąć palcem bez pozwolenia obywatela Tuska Donalda.

Rzecz w tym, że zgodnie z art. 144 konstytucji akty urzędowe Prezydenta wymagają dla swojej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem. Nazywa się to „kontrasygnatą”. Ale ust. 3 tego artykułu wylicza enumeratywnie przypadki, kiedy akt urzędowy prezydenta takiej kontrasygnaty nie wymaga, między innymi w punkcie 16 – przy nadawaniu orderów i odznaczeń. I tu właśnie pokazuje się w całej rozciągłości mądrość naszych absolwentów Kolegium Tumanum, którzy najwyraźniej nie słyszeli o zasadzie prawa rzymskiego: cuius est condere, eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść. Okazuje się bowiem, że nadanie orderu wprawdzie nie wymaga kontrasygnaty premiera – ale już jego odebranie – jak najbardziej. Znając dyspozycyjność obywatela Tuska Donalda wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która nakazała mu ślepe posłuszeństwo wobec prezydenta – ale Zełeńskiego – obawiam się, że on tej kontrasygnaty nie złoży i w ten sposób pokaże całej Europie, że Polsce można – jak powiedziałaby pani Krystyna Janda – „srać na głowę” bez żadnych negatywnych konsekwencji – nawet w sferze symbolicznej. Dobrze przynajmniej, gdyby polska opinia publiczna dowiedziała się, komu ma zawdzięczać tę sytuację – zadowolonemu ze swego rozumu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego m.in. z tego powodu uważam za prawdziwe nieszczęście dla Polski. Wygląda bowiem na to, że jedyną rzeczą, na którą – nawet w sferze symbolicznej Polska może się zdobyć – jest odpięcie przez Kukuńka guziczka w barwach ukraińskiej flagi z przyrośniętej do ciała koszuli. Myśl jednak, że prezydentowi Zełeńskiemu z powodu tego gestu Kukuńka nie pęknie serce, nawet gdyby odpiął on sobie stosowny guziczek od rozporka.

A dlaczego? A dlatego, że – w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców, co to wysilają władze umysłowe, komu by się tu podłożyć, a od prawdziwej polityki uciekają w sferę pozorów, ukraiński prezydent prowadzi politykę realną. Co prawda wkręcił Ukrainę w maszynkę do mięsa – ale potrafił z tego uczynić, jeśli nie dla swojego państwa i narodu, to przynajmniej – dla oligarchów, którzy na Ukrainie decydują, kto będzie prezydentem tego państwa – niewysychające źródło dochodu. Uzasadnienie jest proste – skoro już wkręciliście nas w maszynkę do mięsa, to przynajmniej nas futrujcie finansowo i w każdy inny sposób. Tu muszę odwołać się do opinii mojego Honorable Correspondanta, który w takich sprawach ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Powiada on, że w czasach pokojowych, żeby się nakraść, to trzeba się napracować: wymyślić jakąś fikcyjną transakcję, obudować ją dokumentami – a i tak nie ma pewności, czy jakaś Schwein wszystkiego nie wychlapie i koniec marzeń. A tu wybucha wojna; forsa bez żadnej kontroli płynie ponad granicami, podobnie, jak dostawy broni i amunicji, którą można potem reeksportować niechby i do Rosji – bo któż w trakcie wojny będzie dezawuował Naszą Najukochańszą Duszeńkę, która walczy do ostatniego Ukraińca nie tylko „za Europę”, ale i za cały świat?

Takich Schweinhundów na szczęście nie ma. W tej sytuacji, jeśli ktoś ma – dajmy na to – do przekazania 50 mld dolarów, to powiada do Duszeńki: mam dla ciebie 50 mld dolarów – ale 30 procent dla mnie. Wchodzisz, czy pękasz? Jeśli Duszeńka nie pęka, to wszystko załatwia się od ręki. Ale Duszeńka też nie w ciemię bity – i w kapowniku pozapisywał sobie, kto ile wziął i gdzie schował. I kiedy amerykańskie źródło zaczęło wysychać, zaczął demonstrować wobec sojuszników drobniejszego płazu coraz bardziej radykalną postawę roszczeniową, wspartą groźbą – BO POWIEM! Dla demokratycznych Zasrancen taka groźba brzmi poważnie, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje mało jaja nie zniosła, żeby tylko zatkać Duszeńce gębę. Najpierw wykombinowała sobie, że przekaże mu zamrożone na Zachodzie ruskie aktywa. Warto przypomnieć, co to za „aktywa”. Otóż są to obligacje wystawione Rosji przez państwa europejskie na poczet należności za ropę, gaz i tak dalej. Ale żeby te obligacje zamienić na gotówkę – a Duszeńkę przede wszystkim to interesowało – to najpierw ktoś musi je wykupić. A kto? Ano – ten, kto je rządowi rosyjskiemu wystawił. Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji, obok „koalicji chętnych” natychmiast uformowała się „koalicja niechętnych” i misterny plan się skawalił.

W tej sytuacji Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wykombinowała „pożyczkę” dla Duszeńki w wysokości 90 mld euro. Niech jednak ta konstrukcja nas nie zwiedzie, bo kto ma tę „pożyczkę” spłacić? Reichsfuhrerin wykombinowała sobie, że spłaci ją … Rosja – w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy. Kto chce, niech w te brednie wierzy – bo to nawet gorzej, niż dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ale jak tylko udało się obalić na Węgrzech Orbana, forsa popłynęła, wskutek czego Duszeńka musi teraz kontynuować wojnę – aż do następnej transzy, którą „Europa” będzie musiała jakoś obmyślić – bo inaczej Duszeńka „powie”.

Ale to tylko jedna płaszczyzna znakomitych stosunków – bo w tle majaczy coś znacznie gorszego. Oto w marcu 2023 roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, to znaczy – za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. Reichsfuhrerin od razu wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego, idącej po linii wytyczonej przez Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować. Parlament Europejski tę nowelizację już „rekomendował”, więc czekamy na finał. Ale w tak zwanym „międzyczasie” zaostrzyły się stosunki na odcinku „euroatlantyckim”, dzięki czemu wyjaśniło się, że tamto pozwolenie prezydenta Józia Bidena – w odróżnieniu od wielu innych – cały czas obowiązuje. Tedy w ramach umacniania IV Rzeszy, Niemcy w kwietniu 2026 roku podniosły swoje stosunki z Ukrainą do rangi „strategicznego, partnerstwa”. Uskrzydlony tym prezydent Zełeński doszedł do wniosku, że nie musi już się do żadnej Polski umizgiwać, przeciwnie – że może zacząć srać jej na głowę – a ona i tak zrobi wszystko, co będzie musiała – jeśli otrzyma taki rozkaz.

W dodatku, zgodnie z jawnymi przecież niemieckimi planami – w roku 2039 najsilniejszą armią w Europie będzie Bundeswehra. Z kolei, jeśli nawet wojna Ukrainy z Rosją przekształci się w konflikt zamrożony – co jest chyba najbardziej prawdopodobne – to Ukraina będzie dysponowała drugą co do wielkości armią w Europie – co najmniej 600-tysięczną, a być może nawet 800-tysięczną i to uzbrojoną po zęby – między innymi przez nasz nieszczęśliwy kraj. Właśnie wicepremier Kosiniak Kamysz i pan minister Domański podpisali byli pożyczkę SAFE.

Pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka twierdzi wprawdzie, że „ani złotówka” z tego na Ukrainę nie pójdzie – ale obywatel Tusk Donald z kolei twierdzi, że jest już z prezydentem Zełeńskim „dogadany” co do partycypacji Ukrainy na tym odcinku. Komu w tej sytuacji wierzyć? Chyba jednak Donaldu Tusku, bo pani Sobkowiak z nikim „dogadana” przecież nie jest, nawet co do tego, czy dajmy na to jutro będzie jeszcze pełnomocnikiem do spraw SAFE, czy jej miejsce zajmie, dajmy na to – pan Paweł Kowal?

W rezultacie w ciągu najbliższych kilku lat nasz nieszczęśliwy kraj znajdzie się w obcęgach – z jednej strony niemieckich, a z drugiej – ukraińskich – a w dodatku w Polsce będziemy mieli prawie 2 mln Ukraińców, których sprawny wywiad będzie mógł w razie jakichś dąsów mniej wartościowego narodu tubylczego poderwać do „wołynki”. No to dlaczego prezydent Zełeński ma się na nas oglądać, kiedy i my wiemy i on wie, że Polska może być zdolna wyłącznie do jakichś działań symbolicznych, żeby nie powiedzieć – pozornych, a i to – ewentualnie – podczas gdy on – co niestety widać – prowadzi politykę realną?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Bolesne przebudzenie z ukraińskiego snu

Bolesne przebudzenie z ukraińskiego snu

Andrzej Szlęzak myslpolska/bolesne-przebudzenie-z-ukrainskiego-snu

Dzieją się sprawy, których nie pojmuję. Brałem pod uwagę i liczyłem na to, że polska opinia publiczna zrozumie zgubność bezrozumnego i bezkrytycznego angażowania się po stronie Ukrainy.

Wiele moich tekstów pisałem z myślą, że choć trochę się do tego przyczynią. Byłem przekonany, że będzie to jednak proces długi. Miałem i mam śmiałość mówić i pisać, że w gruncie rzeczy Ukraina jest państwem wrogim Polsce, a robienie z banderyzmu ideologii państwowej Ukrainy, czyni tę wrogość w zasadzie wiecznotrwałą.

Tymczasem proces zrozumienia, że bezrozumne i bezkrytyczne popieranie Ukrainy prowadzi do katastrofy, zdecydowanie przyspieszył i nabiera coraz większego tempa. Zaczęło się to po tym, jak głośne stało się nazwanie przez prezydenta Włodzimierza Zełeńskiego jednostki armii ukraińskiej bohaterami UPA. I tego nie rozumiem. Dlaczego właśnie to wydarzenie i dlaczego teraz nabrało takiej rangi?

Tak zwane siły ustanowione, które pilnowały, żeby nadal obowiązywało hasło bycia „sługami narodu ukraińskiego” albo zupełnie zmieniają swoje poglądy, jak PiS, albo w desperacji sięgają po ludzi w sprawie relacji z Ukrainą niepoczytalnych, jak Kazimierz Wóycicki. Z Wóycickim sprawa jest prosta. Reprezentuje popularne w tak zwanym salonie zaprzaństwo, w skrócie polegające na tym, że w relacjach ze wszystkimi narodami, z którymi Polacy mieli konflikty winni zawsze są Polacy. Odnośnie konfliktu polsko-ukraińskiego, to żeby otrzeźwienie polskiej opinii publicznej nadal przyspieszało, trzeba wznieść hasło; więcej Wóycickiego, Pawła Kowala i im podobnych! Mam nadzieję, że nawoływanie przez tych ludzi, żeby Polska dawała Ukrainie więcej, coraz więcej wszystkiego, bez żadnych korzyści dla siebie i żeby na przemian przepraszała i dziękowała za plucie sobie w twarz, przyspieszy nie tylko zrozumienie zgubności dotychczasowego bezkrytycznego wsparcia dla Ukrainy, ale sprawi, że szybciej upowszechniać się będzie rozumienie, iż Ukraina w postaci zachwalanej przez Wóycickiego, Kowala et consortes jest wrogiem Polski.

Inna sprawa jest z PiS-em. Mamy tu do czynienia ze szczególną moralną ohydą. Ta pisowska ohyda jest także niebezpieczna politycznie. Chodzi przede wszystkim o to, że zmiana stosunku PiS-u do Ukrainy nie wzięła się z jakiejkolwiek intelektualnej i moralnej rewizji polityki tej partii. Liderzy PiS-u dostrzegli, że bycie „sługami narodu ukraińskiego” powoduje odpływ elektoratu. To i wyłącznie to jest powodem coraz agresywniejszego odnoszenia się różnych polityków PiS-u do relacji z Ukrainą. Oni nie dadzą się w tym przelicytować! W tym działaniu nie ma w ogóle rozumienia polskiego interesu narodowego.

W tym wściekłym rzuceniu się na banderyzację Ukrainy nie ma żadnego długofalowego myślenia politycznego. Trzeba dobitnie powtórzyć, że politykom PiS-u chodzi wyłącznie o to, co tu i teraz, czyli utratę wyborców. Gdyby zmiana nastawienia (celowo nie używam określenia poglądy, tych w tej sprawie w PiS nie ma) wynikała z autentycznych przewartościowań intelektualnych i moralnych, to najpierw usłyszelibyśmy solenne przeprosiny i deklarację naprawienia gigantycznych szkód, które wyrządziła polityka PiS-u. Przeprosin nie ma i tym bardziej deklaracji naprawienia szkód. Nie od rzeczy będzie zauważenie, że duża część tych szkód jest nie do naprawienia.

Trzeba mieć świadomość z kim mamy do czynienia. Najlepiej widać to na przykładzie działań pisowskich polityków względem zbliżających się uroczystości pod pomnikiem „Rzezi Wołyńskiej” w Domostawie. Tak na marginesie, to kompletnie myląca nazwa. To nie była rzeź tylko ludobójstwo i taką nazwę powinien mieć pomnik. A wracając do tego, co w tej sprawie robią politycy PiS-u, to oni wręcz na chama, na rympał chcą przejąć zarówno ideę pomnika, któremu byli przecież przeciwni, jak i środowiska oraz poszczególnych sympatyków tej idei. Co więcej, obawiam się, że może im się to udać.

A co potem? Potem to, co zrobił prezydent Karol Nawrocki. Zanim został prezydentem wiedział, gdzie jest Domostawa i znalazł czas, żeby ostentacyjnie się tam pokazać. Teraz odmówił objęcia patronatu nad uroczystościami, co harmonizuje z nieodebraniem odznaczenia Zełeńskiemu. Ten kto zabronił Nawrockiemu odebrania orderu Zełeńskiemu pewnie nie pozwolił też na udzielenie patronatu. To samo będzie z PiS-em. Jak Amerykanie albo Żydzi każą im znowu stać się „sługami narodu ukraińskiego”, to posłusznie i pokornie się nimi staną.

Jak się na to patrzy, to się rzygać chce.

Andrzej Szlęzak

Fundacja „Wołyń Pamiętamy” odwiedza miejsca kaźni Polaków

Fundacja „Wołyń Pamiętamy” odwiedza miejsca kaźni Polaków

Fundacja Wołyń Pamiętamy i Stowarzyszenie Zawsze Wierny Tobie Polsko na czele z paniami Katarzyną Sokołowską i Anetą Salą odwiedziły i złożyły wieniec pod pomnikiem upamiętniającym pomordowanych przez Ukraińców Polaków w miejscowości Pawłokoma na Podkarpaciu. Towarzyszyli im redaktorzy „Myśli Polskiej” Łukasz Jastrzębski i Arkadiusz Miksa. Podczas tej wizyty udało się spotkać z miejscową ludnością, która przekazała wiele informacji na temat działalności ukraińskich szowinistów w tej okolicy.

O wydarzeniach w wsi przypomniała pani Danuta Wojciechowska:

Wieś Pawłokoma uchodziła za najsilniejszy ośrodek nacjonalizmu ukraińskiego w pow. Brzozów. W 1938 roku mieszkało w niej 273 Polaków, 898 Ukraińców, wielu z nich przed wojną należało do UWO-OUN. Antypolską działalność wspierał ksiądz grekokatolicki i nauczyciel Mikołaj Lewicki. W czytelni „Proswity” urządzano festyny upamiętniające terrorystów z OUN – Białasa i Daniłyszyna, odpowiedzialnych za zamach na polityka i posła Tadeusza Hołówko. Na religijno-narodowych manifestacjach wzywano Polaków do wyniesienia się za San, „tu będzie Ukraina”. Prowodyrów aresztowano, ale konflikt narastał. Miejscowi nacjonaliści mieli nadzieję na powstanie zalążka przyszłej Ukrainy na Rusi Zakarpackiej, oczywiście przy pomocy Hitlera. Entuzjazm z tego tytułu i zbliżająca się wojna uświadomiła Polakom grozę sytuacji.

W 1939 roku do Pawłokomy weszły wojska niemieckie, witane przez miejscową ludność ukraińską. Lewicki natychmiast złożył doniesienie na Polaków i podał nazwiska tych, którzy udzielali pomocy polskim żołnierzom i ostrzeliwali Niemców. Z 12 zadenuncjowanych Polaków Niemcy aresztowali 5, pozostali zdołali się ukryć. Życie uratował im Austriak, który jednego z zatrzymanych znał z wojska austriackiego z I wojny światowej. W wyniku ustalenia granicy niemiecko-radzieckiej, po dwóch tygodniach Niemcy opuścili Pawłokomę, z nimi wycofał się Lewicki, w Dynowie współpracował z Niemcami.

Podczas okupacjiradzieckiej z donosów Ukraińców wywieziono na Sybir 40 Polaków. Według wspólnej relacji 7 osób- mieszkańców Pawłokomy, ukraińscy sąsiedzi domagali się od radzieckiego komendanta zezwolenia na wymordowanie wszystkich Polaków, na co on nie wyraził zgody. Wywiezionych Polaków Ukraińcy oskarżyli o udział w walkach w 1920 roku, gdy to okazało się nieprawdą wywózki wstrzymano. Szykany ze strony Ukraińców trwały nadal, do zabudowań Polaków podrzucano starą broń, co powodowało rewizje i aresztowania. Z sąsiedniej wsi Bartkówka leżącej w strefie granicznej władze sowieckie przesiedliły na Wołyń większość polskich mieszkańców.

Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej (czerwiec 1941 roku) Pawłokoma znalazła się pod okupacją niemiecką. Powrócił Lewicki i rozpoczął wojskowe szkolenie młodzieży ukraińskiej. Okupant niemiecki faworyzował Ukraińców, szykany z ich strony nie ustawały, z donosu Ukraińców gestapo aresztowało i osadziło w Oświęcimiu (marzec 1943 rok) 4 Polaków i Ukrainkę sprzyjającą Polakom, policja ukraińska rozstrzelała J. Michalika. Młodzi Ukraińcy z Pawłokomy zgłaszali się do Dywizji SS-Galizien, przyjęto 10 ochotników.

Pod koniec 1943 roku zaczęli powracać z Wołynia wysiedleni Polacy z Bartkówki. Ci, którym udało się przeżyć przekazywali wiadomości o masowych mordach Polaków przez tzw. UPA. Wywołało to strach polskich mieszkańców, pamiętających pogróżki o tym, że będzie usuwanie obcych z „ukraińskich ziem”. Pawłokoma i Jawornik Ruski należeli do wspólnego kuszcza OUN, trwała współpraca z ukraińską organizacją w Dynowie i posterunkiem policji ukraińskiej w Jaworniku Ruskim, gdzie szkolono młodych Ukraińców dla potrzeb tzw. UPA i SKW. W tym czasie już głośno mówiono „budem rizaty Lachiw”.

Aresztowania Polaków miały miejsce w sąsiednich wsiach, Dylągowej i Jaworniku Ruskim, gdzie dwie polskie rodziny żywcem wrzucono do studni. Na posterunek zabrano 150 Polaków, byli bici przez policję ukraińską. Niemcy broni nie znaleźli więc zostali wypuszczeni. Był to dopiero wstęp przed przystąpieniem do mordów masowych. W Pawłokomie był dobrze zakamuflowany oddział UPA (ok. 50 osób), który z etatowymi sotniami napadał na polskie wsie. Polacy za wszystkie nieszczęścia obwiniali ukraińskich nacjonalistów.

Zalążki polskiego ruchu oporu w Pawłokomie umocniły się w latach 1943-1944, na początku pluton liczył 12 osób. Nastroje antyukraińskie wzmogły się po aresztowaniu w kwietniu 1944 r. pod zarzutem przynależności do AK- 5 mieszkańców Pawłokomy i 1 z Dylągowej. Próba odbicia aresztowanych przez stacjonujący w terenie oddział AK nie powiodła się, aresztowani zginęli bez wieści. Przed nadejściem frontu wschodniego w powiecie brzozowskim wielu Polaków poniosło śmierć z rąk UPA i SKW.

Po wkroczeniu Armii Radzieckiej, Ukraińcy wypróbowaną metodą układali się z komendantem radzieckim, donosili, gdzie stacjonują polskie oddziały podziemne, powodowało to liczne aresztowania. W Pawłokomie stacjonował radziecki oddział szkolny, po jego odejściu w styczniu 1945 roku sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Do Pawłokomy przybyła bojówka UPA i uprowadziła 10 Polaków i Ukrainkę oraz 3 mieszkańców Dynowa, ślad po nich zaginął. Prośby o wskazanie miejsca ich pochówku były zbywane drwinami. Polskie posterunki milicji były jeszcze słabe, nie gwarantowały bezpieczeństwa, w obawie przed zagrożeniem życia część mieszkańców Pawłokomy opuszczała wieś. W atmosferze rozpaczy zapadła decyzja o odwecie.

Zalecenia dowództwa AK były jasne, kobiet i dzieci zabijać nie wolno. W akcji odwetowej z miejscową samoobroną brał udział poakowski oddział „Wacława”. Ukraińcom polecono zgromadzić się w cerkwi, kobiety i dzieci wypuszczono, mężczyznom zadano dwa pytania: kto uprowadził Polaków i gdzie są pochowani? Nikt na pytanie nie odpowiedział. Egzekucji dokonano na cmentarzu, świadkowie zeznali, że rozstrzelano ok. 120 mężczyzn, nie zginęła ani jedna kobieta ani jedno dziecko. Pogrobowcy OUN-UPA podają 365 ofiar polskiego odwetu. Na ekshumację nie wyrazili zgody. 5 października 1945 roku banderowcy dokonali zmasowanego ataku na Pawłokomę, Bartkówkę, Dylągową i Sielnicę, tzw. UPA wzmogła ludobójcze działania, płonęły wsie, napadano na strażnice WOP, niszczono infrastrukturę, w 1947 r. operacja „Wisła” przywróciła spokój.

Prezydent Lech Kaczyński przywołał zasługi Giedroycia i powiedział, że „Pawłokoma stała się dla Ukraińców symbolem tragedii ich narodu”, powtórzył za OUN-owcami nieprawdę o walkach bratobójczych i słowami modlitwy odpuścił winy. Juszczenko wzywał do pojednania, wybaczyć mogą tylko silni – powiedział.

Mówcy nie wymienili z nazwy terrorystów, kolaborantów, morderców Polaków, z którymi naród ukraiński nie chce mieć nic wspólnego. Cel propagandowy został osiągnięty, świat dowiedział się jakimi zbrodniarzami byli Polacy. Oczywiście żadnej zbrodni nie można usprawiedliwiać, ale o złożonych przyczynach, które Polaków pchnęły do odwetu należało powiedzieć. Nie powiedziano. W imię „strategicznego partnerstwa” można upokorzyć Polaków, nie wolno „drażnić Ukraińców” de facto kontynuatorów tradycji ukraińskiego integralnego nacjonalizmu.

Bigamia karana, POLIGAMIA NAGRADZANA. MEM-y VIII.

———————————————————————

———————-

——————————–

————————-

—————————————————–

—————————————-

Patomorfolog Magdalena H., była właścicielka działki w Lutoryżu

——————-

———————————–