„Nie skończyli ostrzyć kos na sztorc stawianych!”

Posted by Marucha w dniu 2022-04-21 (Czwartek) https://marucha.wordpress.com/2022/04/21/nie-skonczyli-ostrzyc-kos-na-sztorc-stawianych/#more-100485

„Bądź oryginalny i samodzielny = powtarzaj to samo, co wszyscy!”.

23. lutego 2022 r. interes władz kijowskich nie był interesem polskim.
24. lutego 2022 r. interes władz kijowskich nie stał się interesem polskim.
W kwietniu 2022 r. interes władz kijowskich nadal nie jest interesem polskim.

„Pieczołowitość nasza na nic się nie przyda”

Zagrożenie Polski przez Rosję istnieje tylko wtedy, gdy Polska działa przeciw Rosji w interesie agresywnych państw i struktur zachodnich. Nie ma żadnych sprzecznych interesów między Polską, a Rosją, a nawet przeciwnie – interesem polskim jest pozbycie się zagranicznych wpływów zagrażających obu naszym narodom i krajom.

Oczywiście też jednak nie zrobimy niczego, by o polską rację stanu zadbać. Zamiast tego słuchamy i czytamy jaką to korzyścią miałoby być dla nas osłabienie, a najlepiej zniszczenie Rosji. Czasem poglądowi temu ulegają nawet pogubieni ludzie, poza tym całkiem rozsądni. Błądzą.

Pozycja Polski, a nawet warunki życia Polaków w znacznie mniejszym stopniu zależą od względnego stosunku sił polskich do rosyjskich czy niemieckich – a niemal w całości są pochodną aktualnej kondycji globalnej amerykańskiej hegemonii. Skoro zaś okres anglosaskiej dominacji dobiega końca, w każdym razie w dotychczasowym jej kształcie – racjonalną strategią dla Polski wydaje się po prostu zaczekać i dostosować do nowych warunków… Używając miłej zapewne niektórym analogii – trzeba czekać na śmierć Katarzyny, a nie stawiać kosy na sztorc…

Rzecz jasna, jeszcze lepsze byłoby opracowanie dla Polski jakieś strategii na okres tranzycji i czas po niej tak, by może udało się poprawić naszą pozycję. Skoro jednak rozmawiamy realnie – to wiadomo, że do niczego takiego nie dojdzie i żaden program dla Polski nie powstanie, nie mówiąc już o jakichś aktywniejszych działaniach chętnych do jego realizacji. Tym bardziej więc bierność wydaje się jedynym logicznym rozwiązaniem. Nb. historycznie tak trudnym, że niemal nieosiągalnym dla naszej nacji…

„Gryzące pochwały, pochwalne gryzmoły”

Na pocieszenie jednak – glajszacht ten nie jest wyłącznie polski, u nas po prostu przebiega (jak zwykle) głupiej i nadgorliwie. Faktycznie jednak w całym kręgu zachodnim panuje już niepodzielnie zasada: „Bądź oryginalny i samodzielny = powtarzaj to samo, co wszyscy!”. Coś takiego obserwowaliśmy już przy okazji zmiany klimatycznej. Choć od kilkunastu lat jest ona jednym z głównych elementów geokultury, czołowym tematem medialnym i showbussinesowym, a od jakiegoś czasu także wygodnym uzasadnieniem polityki energetycznej kolejnych rządów, no i źródłem wielkich korporacyjnych zysków – nadal jest przedstawiana jako element nieledwie kontrkulturowy.

I nikt jakoś nie zauważa, że jeśli „Wagary dla Klimatu” organizują same szkoły – to nie są to żadne wagary, tylko obowiązkowe zajęcia pozalekcyjne…

Jeszcze bardziej uderzające było to przy COVIDzie. Jego fani wsparci byli przez niemal wszystkie rządy, to samo stanowisko wyrażały wszystkie głównonurtowe media, a wobec nielicznych sceptyków stosowano przemoc państwową, cenzurę – no i nie tylko werbalne ataki ze strony COVID-ORMO. A mimo to jego członkowie uwielbiali czytać o sobie i opowiadać, jakimi to są biednymi żuczkami prześladowanymi przez wszechobecnych, bezwzględnych foliarzy!

No i mamy obsesję ukraińską. Jest ona zgodną linią wszystkich partii parlamentarnych, telewizji, głównych serwisów internetowych i gazet. Choć demonstracyjnie nap…a miłością – równolegle zieje agresją i nienawiścią do wszystkich nieopętanych.

I cały czas, jak przy poprzednich chorobach – im głośniej oczadziali krzyczą, tym bardziej litują się nad sobą, jacy to nie poddani presji „trolli” i „onuc”, tym mocniej się sami w sobie zakochują jacy to są odważni, bo tak fajnie dowalają „ruskim”.

Gadać jak z telewizora, zgadzać się jednocześnie z Kaczyńskim i z Tuskiem, z TVP i z TVN, czuć się najlepiej w kupie i w kupie rzucać się na myślące jednostki – a przy całym tym konformizmie i oportunizmie nadal uważać się za samotnego bohatera w białym kapeluszu… Zaprawdę – to już niemal zen!

„Ksiąg nie doczytali, nie skończyli pisać”

Oczywiście, niektórzy to jakoś tam usiłują przynajmniej racjonalizować. Jedni – nadal przywiązaniem do symulakrum demoliberalnego. Nie ma ono już żadnego sensu, nie tylko wobec tego, co dzieje się na Zachodzie, ale także w związku z obecnym stanem eksperymentu ukraińskiego. Wszak Wołodymyr Zełenski już zapowiedział przekształcenie powojennej Ukrainy w „Wielki Izrael z własną twarzą” i dodał, że „nie ma już możliwości, by Ukraina pozostała państwem liberalnym i europejskim”.

Zamiast tego dominującą rolę mają odgrywać armia i Gwardia Narodowa, a życie publiczne i codzienność obywateli „podporządkowane zostaną kwestiom bezpieczeństwa”[i]. Cóż, faszyzm – jak faszyzm, na Ukrainie w sumie nic nowego, jednak szczerzy fani libdemokracji naprawdę powinni struchleć przed takim projektem, szczególnie w tamtejszej wersji. Zwłaszcza, że przecież do nas też przyjdzie, bo tak te rozwiązania są sukcesywnie, pod prąd obrotów Ziemi wdrażane.

„Drukując hymny gorące epistoły”

Równie mocno jednak oszukują się wierzący w jakąś nową Unię, Rzeczpospolitą Polsko-Ukraińską czy choćby jakieś konkretne zwroty z naszego w obecną awanturę zaangażowania. Nie. Przy obecnej polityce III RP oznacza ona dla Polaków tylko koszty i straty. „Udział Polski w odbudowie Ukrainy” oraz „Korzyści dla polskiej gospodarki z pracy ukraińskich imigrantów” należą do tego samego zestawu mitów, legend i podań ludowych – co miliardy, które zarobiliśmy na offsecie w Iraku.

Jeśli ktoś jeszcze ma w tym zakresie wątpliwości – to niech dokładnie przeczyta projekt przepisów zwalniających ukraińskich pracowników w Polsce z podatku dochodowego[ii]. Ukraińcy w Polsce są bowiem objęci polskim system zasiłków – ale już nie polskim systemem podatkowym, z którego zasiłki te są wypłacane. Czego jeszcze nie rozumiecie?

„Ktoś powiedział – wiedziałem, że to się tak skończy.
Na żer wyszły obce wojskowe patrole…”

Naprawdę, przy tym wszystkim już naprawdę najmniej groźnie wygląda kosiniakowo-kamyszowo-gowinowy pomysł federacji polsko-ukraińskiej. Oczywiście jest tylko wrzutką demokracji medialno-partyjnej. Gdyby ją jednak potraktować poważnie – okazałby się wizją… najbardziej expresowego POLEXITu i zarazem porzucenia NATO przez Polskę. Inna rzecz, że wyłącznie dla powołania AmerUkroPolin, czyli właśnie rzucenia się z kosami wbrew procesom geopolityki i geoekonomii. I oczywiście przeciw interesom polskim, co jednak będzie chyba zupełnie naturalne i nikogo nie zaskakujące.

Konrad Rękas

[i] https://www.haaretz.com/world-news/europe/.premium.HIGHLIGHT-zelenskyy-says-post-war-ukraine-will-emulate-israel-won-t-be-liberal-european-1.10721395?fbclid=IwAR3-qZH_acJFEHQ-Kc5pyFNlyKBume7Dw-hk41LtCACO7FVaKSVEopo5N5o

[ii] https://www.senat.gov.pl/prace/proces-legislacyjny-w-senacie/inicjatywy-ustawodawcze/inicjatywa,201.html

chart – Konrad Rękas
https://chart.neon24.info

Licznik długu Skarbu Państwa bije intensywnie [NAS].

W miesiąc przybyły kolejne miliardy złotych.

https://www.money.pl/gospodarka/bije-licznik-dlugu-skarbu-panstwa-w-miesiac-przybyly-kolejne-miliardy-zlotych-6760615971195712a.html?utm_source=Facebook&utm_medium=social&utm_campaign=fbmoney&utm_term=post&utm_content=money

Rząd na finansowanie wydatków pożycza pieniądze, a łączna suma wszystkich zobowiązań do spłaty rośnie praktycznie z każdą sekundą. W marcu zadłużenie Skarbu Państwa urosło o około 3,3 mld zł.

W sumie sięga prawie 1,15 bln [1150 miliardów… md] zł. Żeby spłacić długi, każdy obywatel musiałby oddać kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Systematycznie rośnie zadłużenie Polski. Najnowsze szacunki Ministerstwa Finansów pokazały, że zadłużenie samego Skarbu Państwa tylko w marcu zwiększyło się o 3,3 mld zł.

W sumie dług SP wynosi już około 1 bln 148,2 mld zł – wylicza resort finansów, któremu tymczasowo przewodzi premier Mateusz Morawiecki.

Jak poinformowało ministerstwo, dług krajowy na koniec marca był na poziomie około 895,7 mld zł, a dług w walutach obcych to blisko 252,5 mld zł. Zagraniczne zadłużenie stanowi więc 22 proc. całości zobowiązań Skarbu Państwa.

Dług publiczny jeszcze większy

Zadłużenie Skarbu Państwa jest częścią długu publicznego. Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) szacuje, że aktualnie przekracza ono 1 bln 464 mld zł. To oznaczałoby, że na jednego mieszkańca Polski przypada około 38703 zł. Teoretycznie każdy obywatel musiałby tyle pieniędzy przekazać do kasy państwa, żeby spłacić wszystkie zobowiązania.

A do tego jeszcze dochodzi dług poza kontrolą parlamentu. FOR ocenia go na ponad 320 mld zł. To dodatkowe blisko 8,5 tys. zł na głowę.

„Dług poza kontrolą parlamentu to zobowiązania zaciągnięte przez instytucje będące pod nadzorem państwa (takie jak m.in. Bank Gospodarstwa Krajowego czy Polski Fundusz Rozwoju) na sfinansowanie zadań publicznych realizowanych poza reżimem ustawy budżetowej” – wskazuje FOR.

O wysokości tych wydatków oraz o ich przeznaczeniu i sposobie podziału decyduje jednoosobowo dysponent danego funduszu. Wydatki tych funduszy w przeciwieństwie do budżetu nie muszą być opiniowane i zatwierdzane przez komisję budżetu w parlamencie.

„To tak jakby firma miała „tajny” rachunek bankowy i prowadziła przez niego różne operacje finansowe i nie wykazywała ich w sprawozdaniu finansowym przedstawianym radzie nadzorczej i akcjonariuszom. Parlament jest naszą radą nadzorczą” – tłumaczą eksperci FOR.

Koszty długu coraz większe

Dziś koszt obsługi naszego zadłużenia wynosi już około 1,3 proc. PKB, czyli blisko 30 mld zł rocznie. Jak ocenia prof. Gomułka, za 3-4 lata, kiedy będziemy wymieniać portfel naszego zadłużenia, będzie to już 3 proc. PKB, czyli nieco ponad dwa razy więcej niż obecnie.

Powodem takiej sytuacji jest bardzo dynamiczny wzrost rentowności (jest to stopa zwrotu z kapitału zainwestowanego w obligację) naszych obligacji skarbowych. Jak podkreśla prof. Gomułka, tylko w ciągu ostatniego roku rentowność naszych papierów dłużnych wzrosła z 1,5 proc. do 6 proc.

Według ekonomisty, nabywcy naszych papierów dłużnych każą sobie teraz słono płacić za wysokie ryzyko związane z niepewnością inwestycyjną (chodzi tu głównie o sytuację geopolityczną Polski i ryzyko przedłużenia się wojny na Ukrainie), a także za utratę zaufania do polityki makroekonomicznej państwa (tu z kolei kluczowa jest chwiejna polityka fiskalna państwa, brak zaufania do naszego upolitycznionego wymiaru sprawiedliwości, zamrożenie nam funduszy unijnych oraz poziom stóp procentowych).

oprac. Damian Słomski, dziennikarz money.pl

Za ludobójstwo na Wołyniu odpowiedzialni ROSJANIE, a nie Ukraińcy? Co stało się z „Redutą”? „Jesteśmy na tropie”

21.04.2022 https://prawy.pl/119600-megaskandal-za-ludobojstwo-na-wolyniu-odpowiedzialni-rosjanie-a-nie-ukraincy-jestesmy-na-tropie/

Maciej Świrski, prezes Reduty Dobrego Imienia i przewodniczący Rady Nadzorczej PAP twierdzi, że za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej odpowiedzialni mogą być sowieci. Naturalną konsekwencją takiej tezy byłoby zniesienie albo przynajmniej umniejszenie odpowiedzialności Ukraińców za wybitnie bestialskie zbrodnie nawet jak na warunki II wojny światowej.

===================

W Polsce panują dwie szkodliwe doktryny w kwestii zagranicy. Pierwsza to wasalność wobec sojusznika. Zamiast traktować sojusznika jak partnera, kogoś równego sobie i tylko w kwestii, której sojusz dotyczy, zgodnie z PRL-owską mentalnością homo sovieticus tworzy się odgórnie atmosferę rzekomej przyjaźni polsko-radzie… tzn. polsko-sojuszniczej.

Drugą szkodliwą zasadą jest założenie, iż sojusznik sojusznika jest naszym sojusznikiem.

Po połączeniu tych dwóch, wychodzi nam najpierw jakaś pseudomoralna próba zakazu mówienia o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a teraz jeszcze doszło relatywizowanie odpowiedzialności Ukraińców za tę zbrodnię.

Są poszlaki o inspiracji NKWD. Jesteśmy na tropie tego, ale za wcześnie mówić o szczegółach– twierdzi na Twitterze Maciej Świrski. Była to odpowiedź na już skasowany wpis pracownika medialnego Artura Stelmasiaka.

Maciej Świrski jest założycielem i prezesem Reduty Dobrego Imienia (RDI) oraz przewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej.

Co warte odnotowania, był również wiceprezesem Zarządu Polskiej Agencji Prasowej S.A. oraz wiceprezesem Polskiej Fundacji Narodowej, tej od jachtu promującego Polskę poprzez stanie w porcie.

Jeśli chodzi o działalność dotyczącą RDI, ciężko cokolwiek tutaj zarzucić. Organizacja sprawnie działała przeciwko oszczerstwom wobec Polski ze strony Niemiec czy nawet środowisk żydowskich. Co ciekawe, organizacja zajmowała się także tematyką wołyńską. Chociażby TUTAJ znajduje się jeden z tekstów na stronie tej organizacji. Także i na facebookowym profilu organizacji wspominało się o ludobójstwie.

Mail: Świr czy zdrajca? Bo na pewno nie głupek…

Oсновная масса оружия идет на Украину через Польшу

МИД РФ: ВС России вправе считать законной целью транспорты США и НАТО с оружием, следующие по территории Украины

https://topwar.ru/195300-mid-rf-vs-rossii-vprave-schitat-zakonnoj-celju-transporty-ssha-i-nato-s-oruzhiem-sledujuschie-po-territorii-ukrainy.html
Российские войска вправе считать законной целью транспорт США или НАТО, перевозящий вооружения по украинской территории. Об этом заявил заместитель директора департамента Северной Америки МИД РФ Сергей Кошелев.

США и НАТО в открытую заявляют о поставках различных вооружений киевскому режиму с целью затянуть проведение специальной военной операции России с одновременным нанесением как можно большего ущерба российской армии. После того как российская авиация и ПВО закрыли воздушное пространство на Украиной, у Запада остался только наземный способ доставки оружия через границу. Правда была одна попытка прорваться по воздуху, но прекрасно сработала ПВО, сбив украинский военно-транспортный самолет в районе Одессы.
Сейчас основная масса оружия идет на Украину через Польшу, которая стала логистическим хабом НАТО. Доставляемое в Польшу самолетами оружие перегружается на наземный транспорт и далее следует на Украину, в основном автомобилями. Пока шли поставки легкого вооружения, такие колонны маскировались под гражданские, но с началом поставок тяжелого вооружения гаубицы или танки в рефрижератор не засунешь, поэтому будет применяться специальная техника.
Как заявили в российском МИД, все транспорты США и НАТО с оружием, следующие по украинской территории, будут считаться законной целью российской армии. Вашингтон и Брюссель предупреждение уже получили.

Прямо говорим представителям США, что американо-натовские транспорты с оружием, следующие по украинской территории, вооруженные силы России вправе рассматривать в качестве законных военных целей – заявил Кошелев.
Отметим, что до настоящего времени российская армия наносила удары по местам скопления или складирования западного вооружения, а также по железнодорожным станциям, на которых располагались эшелоны с техникой ВСУ.

Mieszkaniec Pucka który zamienił flagi ukraińskie na polskie sądzony na podstawie kodeksu karnego… Ukrainy!

Jacek Boki http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/04/chcesz-dokonac-zamiany-ukrainskiej.html?m=0

Mieszkaniec Pucka Pan Mariusz Lesner, który na jednym z rond w tym mieście zdjął znajdujące się na nim flagi ukraińskie, a w ich miejsce ustawił flagi polskie, jest ścigany przez lokalną prokuraturę rejonową za przestępstwo, którego w ogóle się nie dopuścił. Zaznaczam, że Pan Mariusz Lesner nie zniszczył flag ukraińskich, tylko dokonał ich zamiany na polskie.

——————————————

I za ten czyn jest ścigany z art137 & 2 kk, ale sadzony będzie, choć nie dokonał żadnej dewastacji, czy zniszczenia flag państwowych Ukrainy mimo to, ale już nie na podstawie jakiegokolwiek artykułu Polskiego kodeksu karnego, którego nie złamał w żadnym punkcie, tylko na podstawie kodeksu karnego… Ukrainy!

Art. 137. [Publiczne znieważenie znaku lub symbolu państwowego]
§ 1.
Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 2.
Tej samej karze podlega, kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwa obcego, wystawione publicznie przez przedstawicielstwo tego państwa lub na zarządzenie polskiego organu władzy.

Tak więc w myśl wypowiedzianych kilka dni temu słów klauna z Kijowa, że nie ma między Polską, a Ukrainą już żadnych granic, sąd rejonowy w Pucku postanowił potraktować to poważnie i będzie sądził Polaka na terytorium Polski na podstawie… ukraińskiego prawa, choć ten nie popełnił żadnego przestępstwa, nawet w myśl obowiązującej litery polskiego prawa. Oznacza to jednoznacznie, że Polski jako suwerennego i niepodległego państwa już nie ma. 

Czyli Polaków można od tej pory sądzić i skazywać w Polsce na podstawie prawa wrogiego nam kraju, ale Ukraińców za znieważanie Polski i Polaków, uniewinnia się za najbardziej obelżywe znieważanie nas wszystkich, vide niedawny przypadek Ihora Isajewa, czy też zniszczenie przez ukraińskich szowinistów w Elblągu, kolejnych dwunastu polskich flag na rondzie Obrońców Birczy i tzw. polskie władze i organy tzw. sprawiedliwości, nie tylko nie podejmują w tych wszystkich przypadkach żadnych działań, mających na celu wykrycie sprawców tych przestępstw, ale nawet nie są zainteresowane ich zgłaszaniem. 

Gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę fakt, przegłosowania w 2014 roku przez radę wierchowną samostijnej ustawy ścigającej każdego, kto znieważy na terytorium Ukrainy ich narodowego bohatera, zwyrodniałego mordercę Stepana Banderę i jego kompanów z UPA, takich jak Szuchewycz, Kłaczkiwśki, Burłaka, Eney, Mychajło Duda, Stepan Stebelski, Jewhen Sztandera i całej pozostałej reszty bandytów spod znaku tryzuba, za co grozi tam do pięciu lat pudła, a dziś wychodzi na to, że ustawa ta jest również obowiązującym prawem na terytorium Ukro – Polin, to Pan Mariusz i zresztą każdy z nas za podobną działalność, polegającą na ukazywaniu Polakom prawdy o ukraińskim ludobójstwie naszych rodaków na Kresach II RP, ma w myśl tego precedensu od dziś, po prostu przerąbane.

A najbliższą, 79 rocznicę Rzezi Wołyńskiej będziemy obchodzić w konspiracji, w katakumbach.

Jacek Boki – 20 Kwiecień 2022 r.

MZ ustanawia rekord: Ukraińscy medycy po 45-godzinnym kursie języka polskiego będą w stanie leczyć Polaków.

Tymczasem, aby osiągnąć najniższy poziom znajomości języka, czyli A1 potrzeba ok. 80-120 godzin nauki, by znać go średnio trzeba poświęcić 350-400 godzin.

MATERIAŁ Z POWODU CENZURY NIEWYGODNYCH FAKTÓW MUSIMY OPUBLIKOWAĆ PONOWNIE. POPRZEDNI ARTYKUŁ ZOSTAŁ UZNANY PRZEZ CENZORA ZA NIEBEZPIECZNĄ INFORMACJĘ WPROWADZAJĄCĄ W BŁĄD W SPRAWIE WOJNY.

Z powodu istnienia bariery językowej przytłaczająca większość Ukraińskich specjalistów nie jest w stanie wykonywać pracy z uwagi brak biegłego posługiwania się językiem polskim w mowie i piśmie (wyłączna znajomość pisowni cyrylicą). Problem ten postanowiło jednak „rozwiązać” Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego, które uruchomiło bezpłatne kurs podstawy medycznego języka polskiego.

Według oficjalnych danych na kurs zgłosiło się już ponad 3 tys. chętnych. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że po 3 tygodniach i 45 godzinach lekcyjnych osoby te będą w pełni przygotowane do podjęcia pracy w zawodzie lekarza, ratownika medycznego czy pielęgniarki. Wielką obawę co do tego projektu zgłaszają lingwiści i lekarze twierdzą, że to niemożliwe.

W świetle przyjętej przez rząd przy braku sprzeciwu koalicji specustawy o pomocy Ukraińcom, osoby z tego kraju, które poza Polską uzyskały kwalifikacje lekarza czy pielęgniarki, mogą otrzymać od ministra zdrowia zgodę na wykonywanie zawodu w Polsce. Zgodnie z zapisami tam dokonanymi, które zostały przyjęte przez obie izby parlamentu, a także zatwierdzone przez podpis prezydenta przeszkodą w zatrudnieniu tych osób nie jest brak znajomości języka polskiego.

Zapis o braku przeszkody językowej przy zatrudnieniu został skrytykowany jeszcze przed uchwaleniem tej specustawy między innymi Naczelna Rada Lekarska. W związku z falą krytyki tego zapisu 21 marca 2022 r.  w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego (CMKP) został uruchomiony pierwszy bezpłatny intensywny kursy z podstawy medycznego języka polskiego dla lekarzy,  dentystów, ratowników medycznych i pielęgniarek oraz położnych. Jak już wcześniej wspomnieliśmy projekt ten zakłada, że Ukraińcy mają nauczyć się języka polskiego w 45 godzin lekcyjnych. Na projekcie tym również nie pozostawiono na nim również suchej nitki.

Z oficjalnych informacji pochodzących ze strony CMKP zajęcia odbywają się  w grupach 15-osobowych w formie online i prowadzone są przez profesjonalnych lektorów języka polskiego. Organizator zapewnia, że grupy tworzone są według specjalizacji uczestniczących w nich medyków. W ramach kursu uczestnicy otrzymują bezpłatne materiały edukacyjne. Kurs ma zakończyć test postępu a każdy uczestnik, ma otrzymać certyfikat.

Według portalu prawo.pl, który powołał się na stanowisko Centrum Nauczania i Certyfikacji Języków Obcych Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie wskazuje, że aby osiągnąć najniższy poziom znajomości języka, czyli A1 potrzeba ok. 80-120 godzin nauki, by znać go średnio trzeba poświęcić 350-400 godzin.

Z danych, na jakie powołuje się prawo.pl wynika, że do pracy w ochronie zdrowia wymagany jest minimum poziom B2. By to osiągnąć trzeba poświęcić na naukę co najmniej 500 godzin.

W tym miejscu nasuwa się pytanie jak osoby te będą leczyć ludzi, komunikować się z nimi i wypisywać dokumentację medyczną po zalewie 45-godzinnym intensywnym kursie języka polskiego? – Jak to ma się do marnych 45 godzin? Czy taki osoba po 45-godzinnym intensywnym i w dodatku online kursie języka polskiego będzie w stanie przeprowadzić wywiad medyczny, porozmawiać na wrażliwe tematy, które wymagają sprawności językowej?

Dla super cenzorów, których zadaniem jest wprowadzenie w błąd Polaków i szczelne ukrywanie niewygodnej prawdy dla władzy.

Bilans Wojny na Ukrainie. Wnioski dla Polski.

Bilans Wojny na Ukrainie – Piotr Panasiuk

Polacy pozbawieni prawie zupełnie własnych niezależnych mediów, atakowani zewsząd nachalną anglosaską propagandą zupełnie nie orientują się w rzeczywistym przebiegu wojny na Ukrainie. Ta zamierzona przez zagranicznych decydentów niewiedza w zasadniczym stopniu kształtuje ich świadomość i powoduje, że podejmują coraz gorsze decyzje dotyczące fundamentalnych spraw związanych istnieniem państwa i narodu.

Wielu trzeźwych obserwatorów domyśla się, że informacje o wielkich zwycięstwach i kontrofensywach Ukraińców to produkt czysto pijarowy, zmyślony i przez nikogo niepotwierdzony. Bo jakie to miasto na przykład w ciągu tych 55 dni wojny odbiły siły ukraińskie? Jakie odziały rosyjskie pokonały?  Wszystkie to „sukcesy” okazywały się być po paru dniach sfabrykowanymi kolażami, przerobionymi w Photoshopie zdjęciami, wymyślonymi mitami, jak np. tzw. „Duch Kijowa”  – pilot, który miał zestrzeliwać rosyjskie samoloty, a który w ogóle nie istniał.

Cel narzucanej w ten sposób Polakom propagandy był oczywisty- zbudowania przeświadczenia, że pomaganie Ukrainie ma głęboki sens, że nasze wysiłki przybliżają „ostateczne zwycięstwo” słusznej sprawy. Ten medialny pressing pomagał też niewątpliwie w przeprowadzaniu narzuconej nam przez USA przymusowej mobilizacji naszych wszystkich zasobów: militarnych, finansowych, gospodarczych na rzecz wschodniego sąsiada. Dzięki temu Polacy sami oddają wszystko to, co mają najlepszego Ukraińcom – ostatnią sprawną broń, żywność, amunicję, paliwo.  Wielu z nich nawet zaciąga się, jako najemnicy do prywatnych armii organizowanych przez nacjonalistów.  Nikt nie zastanawia się, czy wszystkie te wysiłki i całe to oszalałe „wzmożenie” będzie miało jakikolwiek sens i pożytek zarówno dla Ukraińców, jak i dla Polaków. Wściekła propaganda mainstreamowa eliminuje wszelkie próby refleksji a każdy, kto odważy się na niezależnie myślenie jest piętnowany, jako zdrajca i obcy agent a tabuny zindoktrynowanych bogoojczyźnianych tzw. „Januszy” próbują zrobić wszystko, aby „podstawić mu nogę” w życiu osobistym i pracy zawodowej. Szpicel i denuncjator to teraz zajęcia cieszące się największym autorytetem w polskim społeczeństwie.

Rzeczywisty obraz wojny

Pragnąc podejmować racjonalne decyzje warto wyrobić sobie rzetelny ogląd na stan spraw na Ukrainie i spróbować uchwycić rzeczywisty obraz konfliktu.  Jedną z najmniej zawodnych, jak i najbardziej odporną na manipulacje jest metoda statystyczna.  Trzeba po prostu policzyć stan wyjściowy zasobów militarnych stron konfliktu, policzyć dotychczasowe traty, oraz oszacować czy pozostałe zasoby wystarczą, aby osiągać sukces lub dalej móc prowadzić wojnę.

W przedstawionych poniżej dwóch tabelach zestawiono zasoby i straty obu stron na dzień 16-17 kwietnia 2022. Przyjęto oficjalne dane Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej oraz sztabu generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy. Rosyjskie dane są bardziej wiarygodne, gdyż Rosjanie podając je pokazują szczegółowe dowody (zdjęcia, filmy) i wyliczenia. Dane ukraińskie dotyczące strat rosyjskich według rozeznania są 2-3 krotnie przesadzone. Ukraińcy podając je nie potrafią w żaden sposób potwierdzić ich materiałem zdjęciowym. Autor nie znalazł np. potwierdzenia zdjęciowego nawet 10 samolotów zestrzelonych przez wojska ukraińskie. Ale nie o to tutaj chodzi, Przyjęto dane deklarowane przez obie strony wojujące, aby uchwycić generalny stan zasobów i strat.

Straty armii ukraińskiej według strony rosyjskiej, według Ministerstwa Obrony Rosji na dzień 17 kwietnia 2022

  Stan na luty 2022 Stracono do 17.04.2022Procent strat
Samoloty15913484
Helikoptery14710571
Bezzałogowce50046092
Zestawy przeciwlotnicze300    24682
Czołgi i bojowe wozy piechoty2596+40002,26934
Wyrzutnie rakiet49025251
Artyleria Polowa i Moździerze310798732
Wozy specjalistyczne5000215843
Flota3838100
Żołnierze20923 367 zabici11
  30 000 ranni szacunek14

Straty sił rosyjskich według sztabu generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy na dzień 16 kwietnia 2022.

  Stan na luty 2022 Stracono do   16.04.2022 Według wersji ukraińskiejProcent strat
Samoloty bojowe21001637,76
Helikoptery20501447,02
Bezzałogowce30001354,50
Zestawy przeciwlotnicze5000661,32
Czołgi24 000 ( z rezerwami)7563,15
Bojowe wozy piechoty40 500 ( z rezerwami)19764,88
Wyrzutnie rakiet (bez strategicznych)33911223,60
Artyleria Polowa i Moździerze20 000 ( bez rezerw)3661,83
Wozy specjalistyczne40 000 ( bez rezerw)14433,61
Flota605    20,33
Żołnierze900 00020 0002,22

Jak możemy wywnioskować z powyższych zestawień Ukraina utraciła do tej pory większość swojego sprzętu wojennego. Wyposażenie wojsk lądowych (artyleria, czołgi, BWP) zostało już w prawie 50% zniszczone przez Rosjan. Marynarka wojenna i lotnictwo nie istnieją od dawna. Nastąpił także poważny ubytek w sile żywej – około 20% żołnierzy zostało wyłączonych z walki.

Z kolei straty Rosjan (mocno przesadzone przez Ukraińców) stanowią ułamek ich zasobów militarnych – to zaledwie około 2-3% faktycznych możliwości Federacji Rosyjskiej, a w rzeczywistości nawet mniej. Zapasy sprzętowe Rosjan są stale uzupełniane przez przemysł albo przemieszczane z głębi kraju na linię frontu.

Najważniejsze w długotrwałym prowadzeniu wojny jest sprawne dostarczanie wojskom amunicji, materiałów pędnych i żywności oraz finasowanie konfliktu. Ukraina, jako jedne z najuboższych krajów Europy posiadała zaledwie 30 mld USD rezerw walutowych, podczas gdy Rosja ma ich aż 630 mld. Ukraina prawie całą potrzebną ropę niezbędną dla walczącej armii importuje z zagranicy- głównie z Białorusi, produkcja własna jest niewielka, podczas gdy Rosja jest jednym z największych jej producentów na świecie. Trzeba także dodać, że obecnie wszystkie pracujące na Ukrainie rafinerie i większość baz materiałów pędnych zostały już zniszczone przez rosyjskie naloty. Ukraina może obecnie polegać wyłącznie na dostawach z zagranicy z Polski i Rumunii, ale też nie wiadomo, przez jaki jeszcze czas.

Wojna toczy się na terytorium Ukrainy i dezorganizuje całe państwo. Przede wszystkim zaś – do końca, dzień po dniu, obraca w perzynę i tak marną ukraińską infrastrukturę – drogi, koleje, porty, elektrownie, lotniska, podczas kiedy Rosja nie ponosi tutaj żadnych uszczerbków.

Dlatego wniosek jest oczywisty. Ukraina nie może wygrać tej wojny. Większość sprzętu wojskowego, znaczna część armii jest unieszkodliwiona, zapasy materiałowe są praktycznie wyczerpane i stale niszczone a w wielu regionach brakuje już żywności. Głodują już nawet wojska ukraińskie, które dopuszczają się rabunków na okolicznych mieszkańcach.

Z kolei Rosja poświęciła zaledwie drobny ułamek swoich ogromnych zasobów i stale je odnawia zwiększając stale ilość sprzętu i materiałów dosyłanych na linię frontu. Wojna cieszy się poparciem 80% Rosjan, którzy zjednoczyli się przy prezydencie Putinie i nic nie zapowiada zmiany tych preferencji.

Dlatego nie bójmy się wyciągać oczywistego wniosku. Ukraina tę wojnę przegrała i dalsze prowadzenie nie zmieni jej ostatecznego wyniku. Rosjanie posiadają absolutna przewagę we wszelkich aspektach, poczynając od dominacji w powietrzu, poprzez zaawansowanie techniczne wojsk, a skończywszy na zabezpieczeniu materiałowym. Przewaga ta stale rośnie i wojska ukraińskie nie są zdolne do żadnych działać zaczepnych i nigdy już nie będą.

Wnioski dla Polski

Skoro przegrana Ukrainy w toczącej się wojnie jest sprawą oczywistą zastanówmy się, nad jakie wnioski płyną dla nas i jak powinniśmy się zachować, aby nie uciapało bezpieczeństwo państwa i obywateli.

Niewątpliwie, jako najważniejszą sprawę powinniśmy rozważyć sens dalszych dostaw polskiego uzbrojenia i materiałów pędnych dla armii ukraińskiej, które i tak nie zmienią wyniku starcia na Ukrainie, a stanowią olbrzymie obciążenie dla budżetu Polski, które dodatkowo musi ponosić ciężar utrzymania prawie 3 mln ukraińskich uchodźców.  Poza tym dostawy te mogą zostać uznane przez zwycięskich Rosjan za casus belli i sprowadzić na nasze domy zagrożenie wojenne. Dobrze wiemy, że państwa NATO nie chcą interweniować bezpośrednio na Ukrainie, gdyż oznaczałoby to III wojnę światową. To karmienie Ukraińców mrzonkami i złudzeniami na pomoc zachodnią, a tej nie będzie.

Jako, że Ukraina jest naszym sąsiadem Polska zamiast dolewać benzyny do konfliktu powinna się zaangażować jak najszybciej w zainicjowanie procesu pokojowego. Jest w naszym interesie, aby wojna nie rozlała się dalej i nie zablokowała pomostu handlowego Wchód – Zachód, gdyż wówczas Polska utraci wszystkie profity z racji swojego tranzytowego położenia w Europie. Dlatego polski rząd i wszystkie opcje polityczne powinny stać się ambasadorami pokoju w naszej części kontynentu.

Polski interes gospodarczy wymaga także nie zrywania kontaktów z Białorusią i Rosją, gdyż poprzez te państwa przebiegają główne kontynentalne korytarze handlowe do Chin, ponadto Rosja jest głównym dostawcą węglowodorów, które są niezbędne polskiej gospodarce i obywatelom. Dodatkowo po zwycięstwie na Ukrainie to Rosja będzie kształtować stosunki polityczne na wschodzie kontynentu. Nie ma żadnego ważnego powodu abyśmy dobrowolnie ograniczali sobie możliwości prowadzenia polityki w przyszłości.

Nie bójmy się myśleć o sobie i naszych interesach.

To nie nasza wojna.

Piotr Panasiuk

Za: konserwatyzm. pl (19 kwietnia 2022) | https://konserwatyzm.pl/panasiuk-bilans-wojny-na-ukrainie/ | Panasiuk: Bilans Wojny na Ukrainie

Wesprzyj naszą działalność [to prośba BIBUŁY MD]

Hymn UPA wykonywany przez młodzież ukraińską i polską. W Zamościu. Bezkarnie???

Sława Ukrainie – herojam sława – smert Lachom”

Jacek BOKI http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/04/hymn-upa-wybrzmia-w-zamojskim-domu.html

[Piosenka była pierwotnie hymnem Legionu Ukraińskich Strzelców Siczowych. md]

================

W ramach trwającego już drugi miesiąc na terytorium przemarszu Ukro-Polin Bander Amoku 2022, będącego pochodną wcześniejszej, trwającej dwa lata operacji psychologicznej, zgąbczania mózgów poliniakow, znanej bardziej pod nazwą plandemi cowidać 19, Ukraińcy, zarówno ci mieszkający tutaj od dziesiątek lat, jak również ci nowo przybyli, w ramach operacji podmiany ludności krainy Polin, sprawdzając możliwości, jak daleko mogą się posunąć, by bez żadnych obaw móc sobie pozwolić na dosłowne nasranie tubylczej ludności Polinskiej na głowy i widząc, że nie istnieje żadna taka granica, na którą mogliby się natknąć, napotykając jakiś opór ze strony tubylców, przeszli tym samym z marszu na wyższy etap mądrości dziejowej i widząc iż mogą otwarcie już wznosić i umieszczać na bilbordach w Polińskiej przestrzeni publicznej, antypolskie, banderowskie hasła w rodzaju Sława Ukrainu, Herojom Sława, czy Sława nacji, smert worohom, oraz wywieszać czerwono czarne banderowskie flagi, tak jak ma to miejsce we Wrocławiu i Krakowie, teraz ukraiński chór złożony z nowo przybyłych tzw. ,, uchodźców” i z lokalnych polińskich Julek wykonał kilka dni temu publicznie, w zamojskim domu kultury hymn UPA – Czerwoną Kalinę, nie tylko za przyzwoleniem, ale wręcz zachęta dyrekcji tego zamojskiego przybytku kultury. 

UPA wyk ZDK – https://www.facebook.com/zamojskidomkultury.official/videos/728522348149107

Na profilu społecznościowym ZDK (link: https://www.facebook.com/zamojskidomkultury.official/ ) został zamieszczony klip pod tytułem „Czerwona kalina” wykonywany przez młodzież ukraińską i polską. Przez organizatorów jest on anonsowany jako cyt. „wsparcie i solidarność dwóch narodów”. Dla zmylenia polskiej młodzieży do tej wersji zmieniono słowa i mylnie nazywano go „ukraińską melodią ludową”.

Wykonanie i promowanie „Czerwonej kaliny” traktujemy jako niezwykle groźną prowokację. Jako testowanie na ile Ukraińcy w Polsce mogą się posunąć z banedryzmem i czy jego atrybuty będą penalizowane. Przy tym jest analizowana wiedza historyczna o ludobójstwie Polaków dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów oraz świadomość społeczna w tym obszarze. Dla takich eksperymentów sprzyjającą przykrywką jest aktualne i zasadne poczucie krzywdy napadniętego narodu ze strony Ukraińców i okazywana im przez Polaków naturalna solidarność.

Jeżeli przyzwolimy na gloryfikację w Polsce banderyzmu wyrażającego się okrzykami „sława Ukrainie ….”, czerwono-czarnymi barwami, śpiewem hymnu UPA, to już tylko krok do tego aby nie tylko przywrócić sporne pochówki ukraińskich ludobójców (casus pochówek Werchrata, Rotunda Zamojska) ale przecież i wznieść pomniki Bandery i Szuchewycza.

Tymi działaniami bezmyślnymi, a może celowo prowokacyjnymi dostarcza się przecież dowodów na to, że Władimir Putin, który za jeden z celów postawił sobie „denazyfikację Ukrainy” ma rację.

Zjawisko to jest niezwykle groźne, ponieważ razem z uchodźcami importujemy także nacjonalistyczną ideologie banderowską. Nie możemy dopuścić aby „rozlała” się ona po Polsce. Wykonanie czerwonej kaliny głęboko rani żyjących świadków historii i ich potomków w imieniu których działamy. Wypełniając cele statutowe Stowarzyszenia w dniu dzisiejszym złożyliśmy do Prokuratury Rejonowej w Zamościu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa propagowania banderyzmu przez pracowników Domu kultury.

Jolanta Kalinowska-Obst

Jest mi bardzo przykro i wstyd za instytucję, w której pracuję, a zwłaszcza za pomysłodawców tego nagrania. Uczymy przecież poszanowania polskiej tradycji i kultury, tolerancji i zrozumienia dla innych kultur i narodów. Jestem przeciwna tej okropnej wojnie, uważam że należy pomagać i wspierać ludzi uciekających przed jej okrucienstwem , ale nie możemy zapominać o historii i popierać banderyzmu. Musimy pamiętać o ludobójstwie na Wolyniu i dążyć, żeby wreszcie po tylu latach kości Polaków Pomordowanych przez Ukraincow mogły być pochowane.

Należy dodać do wypowiedzi Pani Jolanty Kalinowskiej – Obst, że projekt wykonania Czerwonej Kaliny, był przygotowywany w całkowitej tajemnicy przez dyrekcję zamojskiego domu kultury, nawet przed własnymi pracownikami.

https://www.facebook.com/Stowarzyszenie-Upami%C4%99tniania-Polak%C3%B3w-Pomordowanych-na-Wo%C5%82yniu-833942940035501

Stowarzyszenie Upamiętniania Polaków Zamość, 2022-04-12

pomordowanych na Wołyniu

ul. Bazyliańska 3

22-400 Zamość

Prokuratura Rejonowa w Zamościu

ul. Szczebrzeska 47

22-400 Zamość

Wypełniając statutowe cele Stowarzyszenia ….. zgłaszamy niniejszym podejrzenie popełnienia przestępstwa propagowania banderyzmu przez pracowników Zamojskiego Domu Kultury.

W dniu 9-04-2022 o godz. 17:10 na profilu społecznościowym facebook zamieszczony został klip pod tytułem „Czerwona kalina” wykonywany przez młodzież ukraińską i polską.

Link: https://www.facebook.com/zamojskidomkultury.official/ Ma on duży zasięg, obserwuje go 9378 użytkowników, 94 udostępnienia, 167 polubień.

Klip ten przez organizatorów tej prowokacji jest anonsowany jako cyt. „wsparcie i solidarność dwóch narodów”, do tej wersji napisano słowa, a nazywany jest ukraińską melodią ludową. W istocie wykonywany utwór jest hymnem UPA.

Oprócz czerwono-czarnej flagi i okrzyku „Sława Ukrainie – herojam sława – smert Lachom” jest atrybutem ukraińskiej ideologii nazistowskiej D. Doncowa zwanym też w Polsce potocznie banderyzmem.

Hymn ten, okrzyki, barwy i paniczny strach były ostatnimi jakich doświadczali Polacy mordowani w niezwykle okrutny sposób przez Ukraińców.

Wykonanie w Zamojskim Domu Kultury „Czerwonej kaliny” traktujemy jako niezwykle groźną prowokację. Jako testowanie na ile Ukraińcy w Polsce mogą się posunąć z banedryzmem w Polsce i czy fakt jego wykonywania będzie penalizowany. Przy tym jest analizowana i testowana wiedza historyczna o ludobójstwie Polaków dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów oraz świadomość społeczna. Dla takich eksperymentów sprzyjającą przykrywką jest aktualne poczucie krzywdy napadniętego narodu ze strony Ukraińców i okazywana im przez Polaków naturalna solidarność.

My nie wiemy kto stoi za tą prowokacją, nie wiemy na ile jest sterowana z premedytacją. Na ile jest to brak kompetencji lub niewiedza pracowników ZDK. Zapewne nadużywa się w tym przypadku dobre „polskie serca”. Wiemy jednoznacznie, że w Polsce nie można wykonywać hymnu UPA. Nawet jeżeli na Ukrainie uczyniono z niego pieśń ukraińskiego wojska, i ustawodawstwo Ukrainy traktuje banderowców jako „herojów”, to uchwała Parlamentu Polskiego stoi do niej w sprzeczności nazywając ich ludobójcami.

Prosimy o podjęcie czynności procesowych gdyż zamilczenie wykonania czerwonej kaliny rozleje ukraiński banderyzm na całą Polskę głęboko raniąc żyjących przecież jeszcze polskich świadków historii, w imieniu których działamy.

Niczyje życie, mienie, ani zdrowie nie jest bezpieczne, gdy trwa sesja Sejmu

Trwa sesja Sejmu.

14 kwietnia 2022 Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5159

Jakie są skutki wojny? To zależy od tego, czy jest ona wygrana, czy przegrana. Jeśli wojna jest przegrana, to państwo, które poniosło klęskę, może zostać okrojone terytorialnie, poza tym musi zapłacić odszkodowanie państwu zwycięskiemu, czyli tak zwaną kontrybucję, no i zmniejsza się jego znaczenie na arenie międzynarodowej. Jeśli natomiast wojna jest wygrana, to pojawiają się jeńcy, pojawiają się łupy, pojawiają się branki, no i oczywiście – kontrybucja. Tak właśnie było po wojnie francusko-pruskiej w 1871 roku. Prusy tę wojnę wygrały, toteż Francja musiała oddać im Alzację i część Lotaryngii oraz wypłacić w terminie 3 lat kontrybucję w wysokości 5 miliardów franków w złocie. Jeśli chodzi o skutki polityczne, to zwycięski Bismarck ze zjednoczonych państw niemieckojęzycznych utworzył Cesarstwo Niemieckie pod egidą króla Prus, jako cesarza niemieckiego. Cesarstwo francuskie przestało istnieć, a na jego miejscu pojawiła się republika. Jednak Paryż wyłamał się spod jej władzy by kontynuować wojnę. Większość Francuzów wojny jednak już nie chciała, a ekscesy Komuny Paryskiej zacisnęły im szczęki w zimnej wściekłości, toteż generał Gaston de Gallifet, z ramienia „wsiowego” parlamentu z Bordeaux, zmasakrował Komunę: „Bramy zdobyto, wzięto forty, śmierć bliska. Z każdej ulicy, jak z aorty, upływa krew paryska” – napisał po latach proletariacki poeta. Kiedy kurz bitewny opadł i opadły emocje, na znak narodowego pojednania na wzgórzu Montmartre wybudowana została bazylika Sacre-Coeur. Nawiasem mówiąc, ten generał Galifet zapisał się również w annałach mody męskiej. Jeszcze za mojego dzieciństwa spodnie do oficerskich butów, z bufiastymi wypustkami po bokach, nazywały się „gallife”.

Ale nie zawsze losy wojny układają się tak prosto. Na początku wieku XX państwa europejskie były już uprzemysłowione, miały liczne i dobrze uzbrojone armie, więc politycy uważali, że właśnie dzięki rozwiniętemu przemysłowi zbrojeniowemu, dzięki licznej, dobrze uzbrojonej i wyszkolonej armii, mogą rozpocząć wojnę, która nie będzie trwała długo, ot najwyżej wszystkiego 6 miesięcy. I na taką wojnę państwa europejskie były finansowo przygotowane, a wydatki miał potem wyrównać łup wojenny. Niestety państwa nieprzyjacielskie też były uprzemysłowione, też miały liczne, dobrze uzbrojone i wyszkolone armie, toteż wskutek tego wojna wcale nie chciała skończyć się po 6 miesiącach, tylko w najlepsze trwała dalej. Skończyły sie tylko pieniądze. Pierwotnie planowano, że wydatki pokryje łup wojenny, ale ponieważ wojna trwała nadal, żadnego łupu nie było i nie wiadomo było kiedy i czy w ogóle się pojawi. Tymczasem do dalszego prowadzenia wojny potrzebne były pieniądze. Skoro tedy nie można było ich pozyskać poprzez obrabowanie obywateli państw nieprzyjacielskich, to rządy państw wojujących obrabowały obywateli własnych, zawieszając wymianę papierowych pieniędzy na kruszec i narzucając przymusowy kurs waluty.

Na wszelki wypadek, żeby obywatele się nie buntowali, sztaby generalne stron wojujących rozpętały propagandę wojenną, pokazując okrucieństwa nieprzyjacielskiej armii. Dzięki temu obywatele nie tylko nie protestowali przeciwko dokonanemu właśnie rabunkowi, ale pałali chęcią dobicia wroga w jego legowisku. I o to właśnie chodziło.

Wspominam o tym wszystkim, bo władze naszego nieszczęśliwego kraju właśnie podjęły bardzo ambitny program zbrojeniowy, przewidujący nie tylko rozbudowę naszej niezwyciężonej armii do 300 tysięcy żołnierzy, ale również uzbrojenie jej w nowoczesną i skuteczną broń. Na ten cel, zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny, trzeba będzie wydawać mniej więcej 90-100 miliardów złotych rocznie – bo tyle wynosi równowartość 3 procent polskiego Produktu Krajowego Brutto, które, zgodnie z ustawą, ma być przeznaczone na wydatki wojskowe.

Początkowo myślałem, że Nasi Umiłowani Przywódcy wykorzystają okazję, że prezydent Biden wielokrotnie deklarował zamiar wzmacniania wschodniej flanki NATO, by zaproponować mu, żeby w takim razie Stany Zjednoczone sfinansowały uzbrojenie tych 200 tys. dodatkowych żołnierzy. Niczego Polska nie ryzykowała, bo gdyby p0rezydernt Biden nam odmówił, no to gorzej by przecież nie było. A jeśli by nie odmówił, tylko np. krakowskim targiem zgodził się sfinansować uzbrojenie 100 tysięcy dodatkowych żołnierzy, to też warto by się po to schylić. Z góry wykluczyć tego nie można, bo skoro USA za darmo zbroją po zęby Ukrainę, to dlaczego nie Polskę, która z punktu widzenia USA stanowi takie samo przedpole, jak Ukraina? Ale prezydent Zełeński jest znacznie bardziej przebojowy, niż prezydent Duda, toteż bez ceregieli sztorcuje przywódców państw, którzy nie chcą go słuchać, podczas gdy prezydent Duda zadowala się poklepaniem po plecach i komplementami, które co prawda nic nie kosztują, ale za które nie kupi się nawet jednego karabinu.

Skoro tedy Nasi Umiłowani Przywódcy nie odważyli się zaproponować prezydentowi Bidenowi, żeby amerykańscy podatnicy partycypowali w kosztach wzmacniania wschodniej flanki NATO, to nie ma rady – muszą zacząć rabować własnych obywateli.

Toteż 6 kwietnia w Sejmie rozpoczęła się debata nad projektem ustawy o „zamrażaniu” majątków osób i podmiotów „bezpośrednio lub pośrednio” wspierających agresję Rosji na Ukrainę oraz osób z nimi związanych. Listy proskrypcyjne takich „osób” i „podmiotów” będzie prowadziło MSWiA. Jeśli osoba lub podmiot z listy będzie się migał przed „zamrożeniem” majątku, to rząd głosi srogie kary, nawet do wysokości 20 mln złotych. Taka ustawa to prawdziwa żyła złota nie tylko w postaci majątków „zamrożonych”, ale przede wszystkim tych, które – za odpowiednią łapówkę – zostaną spod „zamrożenia” wyłączone. Oczywiście przeciwko takiej korupcji energicznie wystąpi CBA, ale to znaczy tylko tyle, że wszystko będzie trochę drożej kosztowało, bo – jak zauważyli starożytni Rzymianie – któż upilnuje strażników? W takich podejrzeniach utwierdzają mnie postanowienia projektu ustawy, według których wnioski o wpisanie na listę proskrypcyjną składają ministrowi spraw wewnętrznych bezpieczniacy ze wszystkich możliwych bezpieczniackich watah, no i oczywiście – policji. Jak widzimy, każdy pretekst jest dobry, by rząd przyznał sobie prawo rabowania mienia osób zamożnych pod pretekstem, że „wspierają” one rosyjską agresję na Ukrainę. Obawiam się, że z tym „wspieraniem” może być tak, jak z antysemityzmem. Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach antysemitą można zostać nawet „bez swojej wiedzy i zgody”, a skoro tak, do dlaczego „bez swojej wiedzy i zgodny” nie można by zostać osobą „bezpośrednio”, a zwłaszcza „pośrednio” rosyjskiej agresji na Ukrainę? Jak powiadają – niczyje życie, mienie, ani zdrowie nie jest bezpieczne, gdy trwa sesja Sejmu”. A właśnie trwa.

KTO PYTA NIE BŁĄDZI

Krzysztof Baliński

Dziwna to wojna. Prowadzona jakby od niechcenia. Nikt jej nie wypowiedział, nikt nie zerwał stosunków dyplomatycznych. Nie wysadził „ruskich” rurociągów, a wprost przeciwnie Rosja pompuje ropę i płaci Ukrainie miliardy za jej tranzyt. Putin nie bombarduje wież telewizyjnych, pozwalając na kabaretowe występy ekipy filmowo-telewizyjnej Zełenskiego. Kaczyński przemieszcza się kolejową salonką po polu bitwy, a właściwie po ustanowionym dwa lata temu na Wołyniu „szlakiem chwały bojowej UPA”. Zginęło 1232 cywilów (w Syrii 500 tysięcy, a w Hucie Pieniackiej 1200 kobiet i dzieci, i to w ciągu jednej nocy). Wojna wydaje się być bezsensowna, sztuczna, niezrozumiała. A może inny jest jej cel, i nie jest nim tylko Ukraina? W doskonale przygotowanej i skoordynowanej akcji Polskę zasiedlają miliony „uchodźców”. I czy to nie z nią toczy się niewypowiedziana wojna?

A może chodzi o kolorową rewolucję, która nie zawsze ma na celu obalenie rządu, lecz osłabienie jego narodowego komponentu? Rewolucję, w której pochodzącym z warszawskich Nalewek dywersantom Sorosa sekundują Berlin, Bruksela i „zielone ludziki”, ale nie Rosjanie, tylko TVN i YouTube. I czy ta ferajna nie stanowi większe zagrożenie dla Polski niż Putin i Łukaszenko razem wzięci? Szkopuł w tym, że stojący u steru władzy zagrożenia próbują odpierać ustępstwami, a nawet zwracaniem się do reżyserów owej rewolucji o pomoc. No i w tym, że wszystkie polityczne inwestycje Sorosa dotyczą wyłącznie żydokomuny. Czy nie chodzi o wcielenie Polski do federacyjnego unijnego państwa zarządzanego przez Niemcy, o zamienienie Polski w źródło taniej siły roboczej zatrudnionej w niemieckich hurtowniach i montowniach? Czy masowa akcja przesiedleńcza nie jest znaczącym krokiem do przodu w dziele budowy IV Rzeszy? I jeszcze jedno: Dlaczego Polacy, ofiary resetu uczestniczą w nim z wielkim entuzjazmem, własnymi rękami likwidując sobie państwo?

Kto otwarł Polskę na przestrzał? Kto wygenerował ruch na wschodniej granicy? Kto tworzy popyt na uchodźców? Kto steruje wielką akcją przesiedleńczą, która zmienia radykalnie i nieodwracalnie strukturę etniczną Polski? Kto robi wszystko, żeby zostali w Polsce na zawsze? Dlaczego roztaczają przed nimi wizję wspaniałej przyszłości, fundują wczasy all inclusive, nadają przywileje? Kto oskarża zadających takie pytania o „sabotaż wysiłku wojennego” i brutalnie szantażuje: Ten, kto nie akceptuje zmian w konstytucji stoi za śmiercią ukraińskich cywilów? Była szokowa transformacja gospodarcza, jest szokowa transformacja etniczna. W politykę szajek rządzących Polską wpisuje się nieprzerwany, zapoczątkowany przez Balcerowicza, kontynuowany przez Tusk, a sfinalizowany przez Morawieckiego proces podmiany ludności, pomysł na „białego murzyna”, na kraj bez „ciemnego, ksenofobicznego motłochu”, ze skundloną etnicznie tanią siłą roboczą.

Jesteśmy gotowi na przyjęcie kilku, 4-5 milionów uchodźców” – to Morawiecki, kilka tygodni przed wojną. „Przyjmujemy wszystkich, kto będzie chciał – to szef bezpieki. „Dla każdego uciekiniera z Ukrainy znajdziemy dach nad głową i darmowy posiłek” – to minister rodziny.„Obywatele Ukrainy zapewne zostaną z nami dłużejto szef Kancelarii Premiera, ten sam, który kilka miesięcy temu złowieszczo zapowiedział: Rząd rozpoczyna pracę nad rozwiązaniami, które pozwolą na uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej. Zdradzając, że chcą osiedlić w Polsce niepolskie nacje, bo „potomkowie mieszkańców” to nie potomkowie Polaków. Jeśli cię to nie przekonuje, to przypomnij sobie słowa Dudy: Tu jest Polin. No i przeczytaj „Jerusalem Post”, który 11 dni przed rosyjską inwazją pisał o tajnych planach rządu izraelskiego dotyczących 200 tysięcy obywateli ukraińskich pochodzenia żydowskiego. „Trwająca dziś operacja przerzutu Żydów była przygotowywana kilka tygodni przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Centrum dowodzenia znajduje się w hotelu Novotel w Warszawie” – pisała „Rzeczpospolita”. Kiedy zaczęły się przygotowania? – Pod koniec stycznia. Czyli dużo wcześniej, niż Putin zaczął wojnę? – pyta gazeta. Mieliśmy informacje – odpowiada Szmul Szpak z Agencji Żydowskiej. Tylko cyferki się nie zgadzają. Na lotnisko Ben Gurion dotarło 5 tysięcy uprzednio wyselekcjonowanych, jak na Umschlagplatz, etnicznie i religijnie. Ale o tym, nie mów głośno, bo „to niedobra jest”.

Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego – rzekło polskie MSZ ustami swego ryżego rzecznika. Ale to nie on i nie po raz pierwszy zdradził, czyimi są sługami. Jarosław Kaczyński o uchodźcach: Nas stać, bo jesteśmy 3 razy bogatsi od Ukrainy (…) Nie będziemy chodzić po prośbie. Nie będzie relokacji”. Andrzej Duda: „Bezpieczeństwo Ukrainy jest częścią naszego bezpieczeństwa”. Wcześniej prezydent wszystkich Polaków ogłosił: Wszyscy jesteśmy Żydami (a Morawiecki: Wszyscy jesteśmy Ukraińcami). Minister edukacji: „Polskie szkoły przyjmą 700 tysięcy ukraińskich uczniów”. No i precedens na skalę świata – aby zostać w Polsce studentem lub profesorem, przybyły do Polski Ukrainiec nie musi spełniać żadnych warunków. Nie musi nawet słowo umieć po polsku, mieć matury, indeksu, dyplomu. Wystarczy oświadczenie woli i ustne zapewnienie, że był nim na Ukrainie.

MSZ jest opanowany przez dwie szajki, żydowską i bezpieczniacką, których szefowie dogadali się w Magdalence i które reprodukują się już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu – tak mówi teoria spiskowa. Są jednak rozliczne namacalne dowody świadczące o tym, że gdy Bronisław Geremek kompletował „zespół”, kierował się regułą: żydowskie pochodzenie, bezpieczniackie przeszkolenie i rekomendacja Michnika. Zresztą, co tu dużo mówić, wśród b. ministrów jest czterech potomków funkcjonariuszy NKWD, dwóch potomków funkcjonariuszy KPP i Radek, wypromowany przez wuja majora KBW i profesora Bauman, też majora KBW. No i mamy, co mamy – stosunki z Ukrainą nie są normalne, bo po stronie polskiej są wyznaczane przez mniejszości, a jeśli są jakieś fora dyskusyjne, to bierze w nich udział tylko mniejszość ukraińska.

Tu kolejne pytania:Czy u przedstawiciela mniejszości narodowej nie dojdzie do konfliktu lojalności? Czy Ukrainiec powinien działać w MSZ na odcinku ukraińskim, a syn banderowca w komórce wschodniej Agencji Wywiadu? Czy nad repatriacją Polaków z Kazachstanu pieczę sprawować musi obcoplemieniec? I wreszcie – czy powodem tego, że pion śledczy IPN nie osądził ani jednego zbrodniarza UPA, a wszystkich skazanych rezunów zrehabilitował i zaliczył w poczet osób „represjonowanych przez PRL ze względów politycznych” nie jest to, że wiele stanowisk w IPN obsadzonych jest Ukraińcami? Temat drążyć można innym pytaniem: Czy powodem tego, że na Wschodzie ponosimy same porażki nie jest to, że wszystkie ważne stanowiska w naszych ambasadach obsadzone są osobnikami, jak mówił kresowy poeta, „nie z Ojczyzny mojej”? Czy nie dlatego wydają 700 tysięcy wiz dla Ukraińców, a kilkanaście wiz dla Polaków z Kazachstanu? I czy może dziwić, że w Astanie, gdzie na repatriację czekają tysiące Polaków, ambasadorem był znawca jidysz, dziś jest Tatar, a wiceminister powiedział: „repatrianci z Kazachstanu są za drodzy w utrzymaniu i nie znają języka polskiego”? A może powodem jest to, że wielu pośród tych, co rządzą Polską są mniej Polakami niż zesłańcy, i wiedzą, że ich losy ważą się w kręgach „Wyborczej”, a nie w kresowych wioskach?

No i jak z dziurawego wora posypały się „sukcesy” polskiej dyplomacji: Morawieckiego ze szczytu UE z grudnia 2020; Kaczyńskiego z jego misją pokojową NATO i migami oraz polityką zagraniczną przełączoną w tryb funkcjonowania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy; Dudy, gdy na nartach w Wiśle, z buzią rozbawionego dziecięcia deklarował: „Bezpieczeństwo Ukrainy jest częścią naszego bezpieczeństwa”, a „dozbrajanie Ukrainy jest politycznym nakazem chwili i Polska powinna przeznaczyć na ten cel wszystkie dostępne środki, nie pytając nikogo o zdanie”. À propos – Duda wcześniej przebywał na kwarantannie, i czy nie powinien był na tym poprzestać? Ale to nie wszystko – wojenni przegrani z Ministerstwa Spraw Przegranych, jakby nigdy nic, głoszą: „Niemal cała Europa zaczęła odważnie przemawiać po polsku”; „Polska mocarstwem humanitarnym”; „Wróciliśmy do pierwszej ligi”; „Dzięki dyplomatycznej harówie Europa i świat przyjęły w końcu polskie spojrzenie na putinowską Rosję, tchórze przestali się bać, pochlebcy Putina przymknęli gęby, a rosyjska agentura i kremlowskie lobby w UE zeszły do podziemia”.

Polska to kraj 2 milionów młodych wygnanych za chlebem, z karłowatą armią, z gigantycznym zadłużeniem, stadami lichwiarzy strzygących kraj z resztek majątku, gdzie rośnie jedynie liczba generałów i admirałów, długość ścieżek rowerowych, odsetki od kredytów w szwajcarskich frankach, rządowa pomoc dla Ukrainy i uzależnienie od nowojorskich banksterów. To równocześnie państwo przypisujące sobie rolę herolda misji cywilizacyjnej na Wschodzie, miotające bełkot o „białoruskich i putinowskich standardach”. I tu konstatacja: żeby troszczyć się o bezpieczeństwo państwa, żeby prowadzić jakąkolwiek politykę zagraniczną trzeba mieć MSZ, a nie jego atrapę.

Zamiast trzymać się z dala od konfliktów, które Polski nie dotyczą, wsadzają palce między drzwi i futrynę, wdają się w gry, których zasad nie znają. Czy wiedzą, kim jest ich partner? Przecież nie klaun, tylko sowiecko-żydowscy oligarchowie. W stosunku do Ukrainy wszystkie państwa mają własną narrację, z wyjątkiem Polski. My za swoją przyjęliśmy ukraińską. I czy nie stąd bezmyślna paplanina polityków nierozumiejących istoty geopolitycznych gier? Ponieważ w dzisiejszych czasach prawdziwe są tylko teorie spiskowe, oto jedna z nich: W całej miłości PiS do Ukrainy nie chodzi o wojnę z Putinem, ale o oligarchów, których (poza tym, że rozkradli Ukrainę) łączy jedno – przed świętem chanuki gremialnie udają się prywatnymi odrzutowcami do Izraela. Na Ukrainie interesy robili wszyscy – Rosja, USA, Niemcy, Izrael, a nawet taka biznesowa miernota jak Sławomir Nowak, tylko nie my. My pomagaliśmy Ukrainie, dając kredyty… oligarchom. Jeszcze inna teoria: prawdziwą machlojką jaczejki, która sprawuje władzę „w tym kraju” jest  UkraPolin.

Na naszych oczach realizuje się scenariusz, który wydawał się koszmarnym snem – Polska przegrywa z kretesem. Gdy bitewny kurz opadnie, dla Polski nie będzie miejsca na defiladzie „moralnych zwycięzców”. I znajdą się po temu argumenty: niepraworządny, odrażający moralnie reżim, współwinny ukraińskiej tragedii, który spiskując przeciwko Europie z prorosyjską Le Pen „rozbił europejską jedność w interesie Putina”, który chciał wojny, podżegał do niej, dla którego wojna i pozostanie Putina przy władzy było korzystne i który wszystko robił, żeby wojna trwała jak najdłużej. Obowiązywać będzie jedna linia: w Brukseli kapitulacja na całej linii, żadnych negocjacji, żadnych kompromisów, poddanie się narracji, że cokolwiek narodowe to „agenda Putina”. Kaczyński podda sprawę sądownictwa. Ostateczna federalizacja UE zrealizowana zostanie rękami Morawieckiego, a Kaczyński ogłosi „albo UE albo Putin”. Ze zwycięską Rosją w imieniu Europy rozmawiać będą Niemcy, a plan Marshalla dla Ukrainy sfinansuje Polska. Niepokoi wyjątkowa jednomyślność polskiej klasy politycznej. Drobne animozje wynikają jedynie z licytowania się, kto jest bardziej proukraiński i kto da Ukraińcom więcej. Nie mniej niepokoi, że gazety „Wyborcza”, „Polska” i „Warszawska” stoją w jednym szeregu. Ale szykuje się jeszcze większa tragedia – rząd jedności narodowej i to, że jutro Polską może rządzić Tusk, MSZ-em Sznepf, a w Belwederze zasiądzie Trzaskowski.

Biden, przedstawiciel państwa, które na tej wojnie robi największy interes, przyjechał do państwa, które na tej wojnie robi najgorszy interes i nic nam nie dał. W dodatku za poklepywanie po ramieniu drogo zapłacimy, ogołacając z broni własną armię i oddając ją Ukrainie, skupując bezwartościową hrywnę, udzielając bezzwrotnych kredytów, oddając szpitale, szkoły i żłobki przybyszom. Biden eksponował żydowskie pochodzenie Zełenskiego, jako dowód na to, że Ukraina nie wymaga „denazyfikacji”. Za to zdenazyfikuje Polskę. Przy czym „naziści” to nie tylko antysemici, ale i ci którzy mówią o nazistach z SS Galizien i ci, którzy nie chcą zapomnieć o niemowlętach nabijanych na sztachety, o dziewczynach zgwałconych na śmierć, o chłopakach ciętych piłami, obdzieranych ze skóry i rozrywanych końmi, o starcach palonych żywcem. Zapowiedzią jest wpis na TT ryżego ministra i spotkanie prezesa YouTube z  Morawieckim oraz słowa obu osobników: Polski rząd i Google chcą wspólnymi siłami stworzyć potężny system walki z fałszywymi wiadomościami i dezinformacją. Nie jest tajemnicą, że Kreml czyni co tylko może, by skłócić Polaków z Ukraińcami, doprowadzić do niepokojów społecznych. Z YouTube zniknęło ponad 12 tysięcy kanałów i 30 tysięcy filmów, które szerzyły mowę nienawiści i publikowały niedozwolone treści. Google ma zamiar skupić się na Polsce, ponieważ to właśnie tutaj istnieje potrzeba wsparcia zarówno społeczeństwa polskiego, jaki ukraińskiego.

Jeszcze inne pytanie: Czy znowu jak w czasach, gdy instalowaliśmy na Majdanie rządy żydowskich oligarchów i krzewiliśmy demokrację na Białorusi, nie zaczną nas zachodzić od tyłu Judejczykowie? Czy Światowy Kongres Ukraińców, tak jak Amerykański Kongres Żydów, nie wróci z żądaniem odszkodowań i restytucji mienia za Akcję „Wisła”? Czy nie chodzi o kaskadę wydarzeń: Polska zdruzgotana gospodarczo z rozgrodzonymi granicami, przez które przelewają się hordy obcych; nadawanie koczującym w Polsce uchodźcom z Dzikich Pól statusu rezydentów na specjalnych warunkach, włącznie z przywilejem noszenia broni; wprowadzenie języka ukraińskiego jako urzędowego; chaos i starcia na tle etnicznym (ale nie z Ukraińcami, lecz między Polakami, z Ukraińcami przyglądającymi się i przeżuwającymi popcorn); masowa emigracja Polaków na Zachód? Czy dla udobruchania rezunów nie wyślą Dudy do Kijowa z kolejną bezzwrotną miliardową pożyczką, nie zbudują 100 pomników Bandery w miejscach wskazanych przez ambasadora Ukrainy (Placu Piłsudskiego nie wyłączając)? A gdyby to nie wystarczyło, czy nie oddadzą Przemyśla, a we Wrocławiu komisarycznym prezydentem nie zrobią Wołodymyra Frasyniuka? I czy to nie Holland, a my, będziemy wzdychać żeby było tak, jak było?

Wiedzieliśmy, że Kaczyński lubi koty i małych ludzi, a Duda Żydów. Ale nie wiedzieliśmy, że tak kochają Ukraińców. Jaką trzeba jednak być mendą, aby tak, jak „Gazeta Polska” zorganizować Marsz Żołnierzy Wyklętych w barwach ukraińskich. Jakim trzeba być kabotynem, żeby postawić znak równości między Buczą a Katyniem. Hańba domowa – tak Jacek Trznadel nazwał kolaborację żydokomunistycznych elit ze Stalinem w negowaniu zbrodni katyńskiej i przypisywaniu jej sprawstwa Niemcom. Dzisiaj hańbą domową jest kolaboracja elit III RP z potomkami Bandery i przypisywanie mordów UPA Rosjanom. W tym miejscu przypomnijmy, że Rosjanie przeprosili za Katyń, odtajnili dokumenty, sfinansowali budowę cmentarza, na którym w 2010 Putin złożył wieniec.

Co można zrobić? Dziś, gdy Polacy z wielkim entuzjazmem i własnymi rękami duszą nazistów, gdy zmykanie ust cieszy się powszechną aprobatą, przechodzi w samosądy oraz lincze medialne i uznawane jest za „patriotyczne”, wypchnięcie z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną obcych agentów nie wchodzi w rachubę. Podczas wojny podziemie likwidowało folksdojczów a dziwkom zadającym się z okupantami goliło głowy. Na pierwsze koniunktury nie ma. Ale na golenie łbów i sporządzanie list hańby z nazwiskami tych, którzy przyczynili się do takiego upodlenia Polski – jest. Przypomnieć Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”. Mówić bez ogródek: Nie ma żadnych dwóch wizji Polski. Jest wolna Polska versus państwo zarządzane przez cadyka lub gauleitera. Głośno wymawiać słowo „Zdrada”. No i mówić Polakom: przyjmujesz Kozaka – wysiedlasz Polaka. Pamiętajmy też, że z Polską poszłoby im jeszcze lepiej,gdyby nie nasz nacjonalizm i antysemityzm. No i więcej optymizmu. Mamy najgłupszą dyplomację na świecie, ale mamy też Polkę najpiękniejszą w świecie, najlepszą tenisistkę i najlepszego piłkarza świata.

Jawa i mrzonki

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5158 „Najwyższy Czas!”  •  12 kwietnia 2022

Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc, a ani rozstrzygnięcia, ani końca nie widać. Trudno się temu dziwić w sytuacji, gdy na Ukrainie Rosja prowadzi wojnę z NATO. Wprawdzie NATO nie jest bezpośrednio zaangażowane w operacje wojskowe, ale, pod pretekstem samoobrony, dostarcza Ukrainie broń, amunicję i inne materiały wojenne za darmo, więc nie można tego nazwać zwyczajnym handlem. Tylko do 27 lutego USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Polska Belgia, Czechy, Holandia, Grecja, Litwa, Łotwa, Estonia, Portugalia, Rumunia, Słowacja, dostarczyły tam różnego rodzaju broń ogromnej wartości.

Tylko USA do 27 lutego przekazały Ukrainie broń za prawie 3 miliardy dolarów, a przecież to był dopiero początek. Polska, przez którą przechodzi większość tych dostaw, zachowuje się wzorowo, bo – jak zauważył rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Łukasz Jasina – „jesteśmy tutaj sługami narodu ukraińskiego, jego próśb”. Ta deklaracja była niewątpliwie szczera, toteż nic dziwnego, że władze ukraińskie zachowują się wobec opieszałych państw NATO mocarstwowo, zapewne w przekonaniu, że tak będzie również po wojnie, a może nawet zawsze? Być może właśnie dlatego została tam przyjęta jeszcze w lipcu ubiegłego roku ustawa o „rdzennej ludności Ukrainy”, która co prawda – jak się wydaje – dotyczy przede wszystkim Krymu, ale można też będzie interpretować ją szerzej – jak zajdzie taka potrzeba.

Na razie jednak wojna trwa, więc mamy trzy możliwości.

Pierwsza – że Ukraina tę wojnę wygra. Za wygranie uważam wyparcie Rosji ze wszystkich części państwa ukraińskiego, łącznie z Krymem. W takiej sytuacji Ukraina stałaby się niewątpliwie rodzajem regionalnego mocarstwa tym bardziej, że niezależnie od wyniku wojny, napłyną tam kolejne miliardy nie tylko na armię, ale również – na odbudowę ze zniszczeń. Czy w tych kosztach partycypowałaby również Rosja? Prawdopodobnie, gdyby jej klęska była spektakularna, czego wykluczyć przecież nie można, zwłaszcza opierając się na komunikatach ukraińskiego Sztabu Generalnego, czy wywiadu.

Druga możliwość to taka, że Ukraina tej wojny nie wygra, ale też nie przegra. Wtedy Rosja zajmie wschodnią, uprzemysłowioną część Ukrainy, odetnie ją od Morza Czarnego, pozostawiając w gestii ukraińskich władz słabiej uprzemysłowioną część zachodnią – dlatego w takim przypadku nie można mówić o wojnie przegranej przez Ukrainę. Z polskiego punktu widzenia ta możliwość wydaje się najbardziej korzystna, bo nadal mielibyśmy na wschodzie niepodległą Ukrainę, w dodatku – trwale skonfliktowaną z Rosja – ale nie mocarstwową.

Wreszcie możliwość trzecia – że Ukraina tę wojnę przegra, to znaczy – Rosja zmusi ją do kapitulacji, to znaczy – zainstaluje tam „bratni” rząd i zawrze z nim układ o przyjaźni – jak ze zbuntowanymi republikami: doniecką i ługańską.

Najbardziej prawdopodobna wydaje się dziś możliwość druga, bo – jak pokazuje sytuacja na froncie – Rosja uzyskanie lądowego korytarza do Krymu ma już w zasięgu ręki, podobnie jak odcięcie Ukrainy od wybrzeża czarnomorskiego. W tej sytuacji to Rosja jest zainteresowana w jak najszybszym zakończeniu działań wojennych i zawarciu z Ukrainą pokoju, a przynajmniej rozejmu, w którym Ukraina tę zmianę swoich granic przyjęłaby do wiadomości, nawet bez formalnego uznania. Musimy bowiem pamiętać, że i Rosja nie może zbytnio przeciągać struny, bo przecież na Ukrainie wojuje z NATO – co prawda do ostatniego Ukraińca, niemniej jednak. Doświadczenia II wojny światowej, w której starła się „rasa”, „masa” i „kasa” pokazują, że rozsądek nakazuje, by z kasą” się liczyć.

Wspominam o tym wszystkim dlatego, że wojna na Ukrainie rozpaliła wyobraźnię wielu polskich patriotów do tego stopnia, że własne marzenia zaczynają brać za rzeczywistość. Czy naprawdę, czy tylko w nadziei, że w ten sposób przypodobają się Naczelnikowi Państwa, który w nagrodę hojnie ich wyfutruje za pośrednictwem spółek Skarbu Państwa – o to mniejsza – chociaż wykluczyć tego nie można choćby z powodu, że ma on skłonności do – jak to nazwał Aleksander Smolar na etapie, gdy panu red. Michnikowi wywietrzał już z głowy entuzjazm do prezydenta Lecha Kaczyńskiego – „postjagiellońskich mrzonek”. Te „mrzonki” polegają na przekonywaniu, że Rosję, która jest niepoprawna, trzeba „zniszczyć”, a wtedy, w wytworzonej w ten sposób politycznej próżni, powstanie organizm przypominający Rzeczpospolitą Obojga Narodów, oczywiście z Polską, jako jej politycznym kierownikiem.

Jest to wizja wprawdzie piękna, ale chyba zbyt piękna, by była prawdziwa. Rzecz w tym, że od czasów mocarstwowej Rzeczypospolitej, we Wschodniej Europie trochę się zmieniło. W XIX wieku zaczęły kształtować się tam nacjonalizmy: ukraiński, litewski i nieco później – białoruski – które powstawały w opozycji do polskości – i tak już zostało.

Czy tak zostało z powodu podjudzania tych nacjonalizmów przez Niemcy i Rosję w celu szachowania Polski, czy też złożyły się na to również antypolskie antagonizmy na tle socjalnym, o to mniejsza, bo ważniejsze jest to, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani nawet Litwa nie chcą nawet słyszeć o poddaniu się polskiemu kierownictwu politycznemu. Jeśli już widzą jakąś wspólnotę z Polską, to raczej na zasadzie sformułowanej właśnie przez rzecznika MSZ w Warszawie pana Jasinę, który – chociaż został za to ofuknięty – może mieć więcej oleju w głowie, niż Naczelnik Państwa, a w każdym razie – więcej poczucia rzeczywistości. Warto w tym miejscu przypomnieć, że „postjagiellońskim mrzonkom” prezydenta Lecha Kaczyńskiego położył kres prezydent USA Barack Obama, dokonując 17 września 2009 roku słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, którego politycznym owocem było proklamowane 20 listopada 2010 w Lizbonie „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, będące najważniejszym postanowieniem „porządku lizbońskiego”, którego kamieniem węgielnym był podział Europy w strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I chociaż pod koniec 2013 roku prezydent Obama wysadził ten porządek w powietrze, z czego natychmiast skorzystała Rosja, by oskubać Ukrainę, to z „postjagiellońskich mrzonek” naszych Umiłowanych Przywódców pozostały jedynie kabotyńskie, lizusowskie okrzyki, jakie wydawali na kijowskim „majdanie” pod adresem Ukraińców. Teraz było podobnie; „koncepcję” Naczelnika Państwa, by pod pretekstem uzbrojonej po zęby „misji pokojowej” NATO na Ukrainie wciągnąć Sojusz Atlantycki w „niszczenie Rosji”, zlikwidował prezydent Biden po wysłuchaniu opinii państw poważnych, a prezydent Zełeński, najwyraźniej przez kogoś oświecony, też się od „koncepcji” zdystansował się udając, że jej „nie rozumie”, chociaż zrozumiał w lot, a prawdziwe powody wyjaśnił już w następnym zdaniu: „Na szczęście, albo niestety, to jest nasz kraj, a ja jestem prezydentem, więc to my będziemy decydowali, czy będą tu inne siły.” On najwidoczniej też uważa, podobnie jak pan rzecznik MSZ Jasina, że Polska, jeśli już, to co najwyżej może być „sługą narodu ukraińskiego” oczywiście pojmowanego według kryteriów przewidzianych w ustawie „o rdzennej ludności Ukrainy”.

Jest to tym bardziej prawdopodobne, że znaczna część narodu ukraińskiego już przeniosła się do Polski, która właśnie służy mu, jak tylko może, poczytując to sobie za cnotę. Czy ten kubeł zimnej wody na Naczelnika podziałał – nie można wykluczyć, bo zaraz po fiasku „koncepcji” proklamował powrót do rozdziobywania katastrofy smoleńskiej. Przy jej pomocy „zniszczyć Rosji” się jednak nie da, ale oczywiście zaprzyjaźnione media będą nadal opływały w dostatki.

W tej sytuacji Polska ma dwa wyjścia: albo pozostać w Unii Europejskiej, to znaczy – pożegnać się już nawet nie z „postjagiellońskimi mrzonkami”, ale nawet z mrzonkami o niepodległości, tylko zgodzić się na status niemieckiego landu w IV Rzeszy, albo podjąć próbę przyłączenia się do Stanów Zjednoczonych, jako kolejny stan tego państwa. To co prawda oznaczałoby również konieczność rezygnacji z mrzonek o niepodległości, ale – jak w swoim czasie mówił mi Guy Sorman – porównywać można tylko możliwości istniejące z istniejącymi. Zatem tak naprawdę stoimy przed alternatywą – czy zostać niemieckim landem, czy stanem USA. Jaka jest nasza sytuacja, jako niemieckiego landu – to już mniej więcej wiemy na podstawie doświadczeń dotychczasowych – a ona może tylko się pogarszać w miarę, jak w Unii Europejskiej będzie narastał socjalizm, a presja na promocję sodomczyków i ekologizmu będzie narastała do poziomu paranoi. Stany Zjednoczone od pewnego czasu pod tym względem lepiej nie wyglądają, ale tam pozycja prezydenta Bidena i Partii Komunis…, to znaczy pardon – oczywiście Partii Demokratycznej, nie jest taka znowu silna, by to się nie mogło zmienić, a ponadto – w odróżnieniu od Unii Europejskiej – panuje tam większy pluralizm prawny. Na przykład, mimo że w USA panuje zakaz poligamii, senat stanu Utah zdecydował, że w tym stanie nie jest ona przestępstwem, tylko wykroczeniem, za które grozi symboliczna grzywna, a jest to zaledwie wstęp do całkowitej legalizacji wielożeństwa. Zatem, chociaż administracja prezydenta Józia Bidena forsuje wszystkie możliwe zboczenia, być może udałoby się uchronić Polskę, jako jeden ze stanów USA przed tą plagą?

Wprawdzie Polska leży daleko od Ameryki Północnej, ale Hawaje też leżą ponad 3500 kilometrów od zachodniego wybrzeża, czyli w odległości mniej więcej takiej, jak Portugalia od Polski, więc niekoniecznie musiałoby to być przeszkodą tym bardziej, że Izrael, który wprawdzie formalnie nie jest stanem USA, przecież wywiera na politykę tego państwa znacznie większy wpływ, niż np. Arizona, a leży od Ameryki jeszcze dalej. Odległość, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, nie powinna być problemem, zatem zajmijmy sie potencjalnymi korzyściami takiej zmiany.

Co prawda musielibyśmy pożegnać się z mrzonkami o niepodległości, ale w Unii Europejskiej nie mamy żadnej innej alternatywy, co zostało postanowione w traktacie z Maastricht, który wszedł w życie w 1993 roku. W tej sytuacji opowieści o „Europie Ojczyzn”, to kolejna mrzonka, jeszcze większa od tych „postjagiellońskich”. Szkoda każdego słowa. Gdyby tedy Polska została kolejnym stanem USA, to nie musielibyśmy z trwogą i niepewnością myśleć o art. 5 traktatu waszyngtońskiego, bo on nie miałby tu nic do rzeczy, zaś ewentualny atak Rosji na Polskę byłby już uderzeniem na Stany Zjednoczone. Jak pamiętamy, nigdy nic takiego się nie zdarzyło, bo zgodnie z doktryną elastycznego reagowania i Rosja i USA konfrontują się ze sobą nie bezpośrednio, ale na przedpolach, np. na Ukrainie. W tej sytuacji Ameryka przestałaby promować w Polsce narwańców, na czym nasza scena polityczna mogłaby tylko skorzystać. Nie musielibyśmy też kombinować, za co uzbroić dodatkowe 200 tys. żołnierzy, o których chcemy powiększyć naszą niezwyciężoną armię, bo zatroszczyłyby się o to Stany Zjednoczone, nawet bez specjalnych próśb z naszej strony. Zresztą skoro już teraz pan prezydent Duda mówi o kilkunastu, a w porywie serca gorejącego – nawet o kilkudziesięciu tysiącach żołnierzy amerykańskich w Polsce, to gdyby było ich 300 tysięcy, wielkiej różnicy by nie było tym bardziej, że i tak i tak podlegaliby oni rozkazom z Waszyngtonu, natomiast rozkazom Warszawy mogłaby podlegać obrona terytorialna – jak w USA gwardia narodowa.

Po drugie, jako stan USA, musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, za co prawdopodobnie nie spotkałyby nas żadne konsekwencje, przynajmniej dopóty, dopóki wojska amerykańskie stacjonują w Niemczech. Nie byłoby łamania sobie głowy, czy przystępować, czy nie przystępować do unii walutowej, bo walutą naszą stałby się dolar. Nie muszę dodawać, że moglibyśmy w jednej chwili plunąć na wszystkie „wyroki” TSUE i nie przejmować się karami, jakie na nas nakłada, bo Ameryka zaraz pokazałaby mu ruski miesiąc. Niewiarygodne, ale dzięki przystąpieniu do USA, moglibyśmy przestać się obawiać nawet o roszczenia żydowskie. Żydzi w stosunku do USA żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, kontentując się subwencją rządu amerykańskiego, którą – jak piszą uczeni politologowie w książce „Lobby izraelskie w USA” – zaraz pożyczają temu rządowi na wysoki procent. Wprawdzie Stany Zjednoczone przyjęły ustawę nr 447, ale przecież ani myślą zmieniać własnego prawa w taki sposób, w jaki sugerowały tam Polsce, więc również pod tym względem byłoby bezpiecznie.

Jedyną trudność, jaką widzę, to kwestie językowe, ale to rzecz mniejszej wagi, bo – po pierwsze – coraz więcej młodych ludzi używa cudzoziemskich słów, jak „hejt”, albo inne takie, po drugie – w Stanach Zjednoczonych też nie wszyscy mówią po angielsku, nawet przeciwnie – coraz więcej mieszkańców USA mówi językiem hiszpańskim i na przykład nawet na lotnisku w Chicago już kilka lat temu zauważyłem napisy w obydwu językach, chociaż przedtem były tylko po angielsku. No to dlaczego w naszym stanie język polski nie miałby być dominujący – oczywiście obok urzędowego angielskiego? Jak widzimy, chyba będziemy musieli zrewidować nasze dotychczasowe spojrzenie na to, co realne i to, co nierealne, bo ewentualny akces do USA jest chyba bardziej prawdopodobny, a przede wszystkim – bardziej realistyczny – niż „postjagiellońskie mrzonki” starzejącego się Naczelnika Państwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Roman Dmowski w kwestii Ukrainy w 1930 r.

Roman Dmowski w kwestii Ukrainy pisał w 1930 roku m.in.:

Dopiero pod koniec ubiegłego stulecia zaczęto mówić o narodowości „ukraińskiej”, zaludniającej zarówno Galicję Wschodnią, jak południe państwa rosyjskiego i zjawiła się kwestia „ukraińska” jako zagadnienie przy­szłości politycznej ziem przez tę narodowość zaludnio­nych (…) Niepodległa Ukraina zapowiadała się jako gospodarcza i polityczna filia Niemiec. (…)

Wystąpienie Polski na widownię międzynarodową jako wielkiego narodu, byłoby dla polityki niemieckiej wielką klęską. Jeżeli nie można było tego narodu zni­szczyć, trzeba go było zrobić małym. Na to zaś naj­prostszym sposobem było stworzenie państwa ukraiń­skiego i posunięcie jego granic w głąb ziem polskich tak daleko, jak daleko sięgają dźwięki mowy ruskiej. Plan ukraiński tedy był sposobem zadania potężne­go ciosu jednocześnie Rosji i Polsce. Ten plan na papierze urzeczywistniono. Tym pa­pierem był traktat podpisany w r. 1918 w Brześciu Li­tewskim (…) (…)

W ostatnich latach, dzięki węglowi i żelazu Zagłębia Donieckiego oraz nafcie kaukaskiej, Ukraina stała się przedmiotem żywego zainteresowania przedstawicieli ka­pitału europejskiego i amerykańskiego i zajęła miejsce w ich planach gospodarczego i politycznego urządzenia świata na najbliższą przyszłość. Do tego trzeba dodać – co nie jest wcale najmniej znaczącym – rolę, jaką Ukraina obok Polski odgrywa w zagadnieniach polityki żydowskiej. (…) (…) Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we włas­nych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, speku­lantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i naj­ważniejsi ze wszystkich Żydzi. Zebrałaby się tu cała swoista Liga Narodów… (…) Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczycić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii. (…) Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; lu­dzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własne­go państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny. (…) (…) ażeby mogło nastąpić zajęcie Ukra­iny przez nieprzyjaciela, tym nieprzyjacielem musi być Polska i Rumunia.

Żeby największe potęgi świata chciały oderwać Ukrainę od Rosji i gotowe były na to wiele poświęcić, ich chęci pozostaną tylko dobrymi chęciami, jeżeli głównymi wykonawcami ich woli nie będą Polacy i Rumuni, a przynajmniej sami Polacy. (…)

Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się mię­dzy Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała. Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne. (…) (…)

Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młode­go, który musi się jeszcze wychować do swych przezna­czeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny. Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim sta­nęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. (…) Ostateczne wykreślenie kwestii ukraińskiej z pro­gramu naszej polityki zewnętrznej pociągnie za sobą dla naszego państwa jeden przede wszystkim doniosły sku­tek. Ustali się traktowanie kwestii ruskiej w państwie polskim jako jego kwestii wewnętrznej, i tylko we­wnętrznej.

Zniknie pokusa do podpalania swego domu po to, żeby się od niego zajął dom sąsiada.

W sklepach drożej o 15 proc. Szaleją ceny tłuszczów i mąki. Co podrożało najbardziej?

https://nczas.com/2022/04/12/w-sklepach-drozej-niz-oficjalna-inflacja-szaleja-ceny-tych-produktow-co-podrozalo-najbardziej/
W marcu br. w sklepach było drożej średnio o 15 proc. w ujęciu rocznym – wynika z najnowszego „Indeksu cen w sklepach detalicznych”. Wzrost odnotowały wszystkie z 12 analizowanych kategorii produktów.

Oficjalna inflacja w marcu wyniosła 10,9 proc. rdr.

Z cyklicznej ogólnopolskiej analizy cen detalicznych, prowadzonej przez UCE Research, Hiper-Com Poland i Wyższych Szkół Bankowych wynika, że w marcu 2022 roku w sklepach było drożej dokładnie o 15,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2021 roku. Na 12 badanych kategorii podrożały wszystkie, z czego 8 zaliczyły dwucyfrowe wzrosty.

Co i o ile podrożało w sklepach

Z analizy wynika, że w marcu br. najbardziej podrożały produkty tłuszczowe. Zanotowały wzrost o 53,8 proc. rdr.

Średnio o 1/4 zdrożały rdr produkty sypkie. W tej kategorii najbardziej poszybowały ceny mąki (o 28 proc.) Cukier zdrożał o 10,1 proc.

Z analizy wynika ponadto, że niewiele mniej od produktów sypkich zdrożało średnio mięso. W porównaniu do marca 2021 r. ceny mięsa wzrosły o 22,1 proc. Najwyższy skok odnotowała wołowina (30,2 proc.), drób zdrożał – o 15,2 proc., mięso wieprzowe o 12 proc.

Wzrosty przekraczające 20 proc. odnotowały w marcu jeszcze dwie kategorie produktów – to tzw. inne artykuły w tym karmy dla kotów i psów, a także pieluchy dla niemowląt, które podrożały średnio o 21,3 proc. rdr.

A oto jak zdrożały warzywa – średnio o 20,5 proc., np. ogórki – o 28,7 proc. Dwucyfrowe skoki cen notowały w marcu również owoce – 12,3 proc. (winogrona podrożały – o 32,2 proc.), używki – 11,1 proc., a także nabiał – 10 proc. z czego najbardziej ser żółty – o 25,7 proc.

Poniżej 10 proc. zdrożały tylko napoje (7,2 proc.), dodatki spożywcze (4,5 proc.), pieczywo ( 4,4 proc.) oraz chemia gospodarcza – 2,9 proc.

W „Indeksie cen w sklepach detalicznych” przedmiotem analizy było 12 kategorii (pieczywo, nabiał, mięso, owoce, warzywa, produkty sypkie, produkty tłuszczowe, dodatki spożywcze, używki, napoje, chemia gospodarcza i inne art.) oraz 45 produktów.

Do porównania łącznie zestawiono blisko 1100 marek, w tym prawie 36 tys. cen detalicznych. Analizą objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry, działające w 16 województwach.

Multi-kulti zabija

Rafał Ziemkiewicz 20 lipca 2018 https://wydarzenia.interia.pl/opinie/ziemkiewicz/news-multi-kulti-zabija,nId,2606975

Europa Zachodnia nie wie nic o naszej historii, a właśnie tam powinno się ją bardzo uważnie studiować. Zaręczam, że Unia Europejska miałaby z tego dużo więcej pożytku, niż ze strofowania nas na prośbę „opozycji totalnej” za rzekome „rozmontowywanie praworządności” – zwłaszcza, gdy rzeczywiście zaczyna ona być rozmontowywana, tylko że wcale nie u nas, a właśnie w próbujących rozpaczliwie rozwiązać kwadraturę bezdzietności i imigracji krajach zachodnich.

Pisząc to, nie kieruję się bynajmniej narodową dumą – nie żebym się odżegnywał od tego uczucia, ale tym razem chodzi o co innego. Europa powinna uważnie studiować naszą przeszłość, ponieważ jest to jej przyszłość.

To, co nazwaliśmy „Rzeczpospolitą Obojga Narodów”, a co w istocie było państwem trzech narodów dużych (Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz wielu mniejszych (Żydów, Niemców, Tatarów, Ormian i innych, nawet tak egzotycznych jak Czerkiesi i Persowie) to nic innego, jak Unia Europejska, którą próbowaliśmy stworzyć pięćset lat przed Schumanem i Europejską Wspólnotą Węgla i Stali.

Czyli państwo, którego spoiwem miały być nie dom panujący, bo król był wybieralny, i nie żaden, mądrze mówiąc, etnos, bo było ich jako się rzekło wiele mniejszych i większych, ani nie religia, bo i pod tym względem zadeklarowano i wprowadzono tolerancję – ale prawa obywatelskie. Co prawda w pełni przysługujące tylko szlachcie, bo inaczej nie było wtedy nigdzie, ale do tej warstwy szlacheckiej bez trudu przyjmowano przedstawicieli kolejnych przyłączających się do sarmackiej unii terytoriów i grup ludności.

Tylko skończony cymbał i nieuk – a takich niestety w naszym życiu publicznym nie brak – może twierdzić, że Rzeczpospolita Obojga Narodów rozrastała się przez podbój nowych ziem tak samo, jak kolonialne imperia zachodnie, i że nasze Kresy były dla niej tym samym, czym Algieria dla Francji albo Indie dla Wielkiej Brytanii.

Takim mędrkom odpowiadam krótko: proszę mi pokazać choćby jeden, jeden jedyny ród wywodzący się z miejscowych kacyków czy wodzów z Afryki, Ameryki Południowej albo Indii, jakichś Nagombo czy Hutiquitizliputli, który w dziejach którejś z kolonialnych potęg odegrałby rolę porównywalną, jak w dziejach polskich Radziwiłłowie, Wiśniowieccy czy Ostrogscy. Którego przedstawiciele piastowaliby najwyższe brytyjskie, francuskie albo hiszpańskie urzędy, prowadzili do boju jako naczelni wodzowie wojska imperium, doradzali królom, zrzucali ich z tronu i sami na tronie zasiadali. Nie ma żadnego przykładu? I to właśnie pokazuje jasno, czym różniła się nasza historia, z przełomowymi wydarzeniami takimi jak Unia Litewska czy inkorporacja Inflant, od podbojów kolonialnych.

Co samo w sobie dowodzi zidiocenia naszej debaty publicznej, fakt „multikulturowość” dawnej Rzeczypospolitej istnieje w polskiej współczesnej świadomości – ale ci, którzy go odnotowują, czy nawet podnoszą, jak klasyczni „straszni mieszczanie” z wiersza Tuwima, „widzą wszystko osobno”. Podkreślenie, że Rzeczpospolita z nazwy „Obojga”, a w istocie całego mrowia narodów, była, mówiąc dzisiejszym językiem, „multi-kulti”, służy jako pałka do okładania „Polaka-katolika”, modelu patriotyzmu ukształtowanego przez wiek XIX i ówczesny awans społeczny – ale bez cienia jakiejkolwiek refleksji, co z faktu wielokulturowości dawnej Rzeczypospolitej wynika.

A wynika – i dlatego właśnie mówić, że powinien Zachód nasz przypadek studiować – rzecz niecenzuralna, straszna, „myślozbrodnia” po prostu. Że takiego państwa, czy związku państw, nie opartego na jednym etnosie, tylko na idei tolerancji, różnorodności i praworządności, zbudować się w sposób trwały nie da.

Nawet jeśli, tak jak w naszym przypadku, czyli w Polsce jagiellońskiego „złotego wieku”, punkt startu takiej konstrukcji stanowią niezmierzone bogactwa, siła i potęga oraz wzorzec kulturowy tak silny, że elity inkorporowanych krajów same z siebie, bez potrzeby wywierania na nie żadnego nacisku, odrzucają łatwo swą odrębność i czują się obywatelami państwa federacyjnego, a nie Litwinami czy Rusinami.

Nie wiem, jak można nie zauważać schizofrenii naszej historiografii, która jednocześnie usiłuje być, po nowemu, „europejskiemu”, dumna z różnorodności i tolerancji dawnej Rzeczypospolitej – pozostając zarazem w jednonarodowej, sanacyjno-peerelowskiej narracji co do jej dysfunkcji i przyczyn upadku. Dlaczego Rzeczpospolita Obojga Narodów była wspaniała? Bo była różnorodna i tolerancyjna, czego dzisiejszy „Polak-katolik” nie potrafi „strawić” w swej głupocie i ograniczeniu.

A dlaczego upadła? Bo nie była zarządzana tak jak absolutystyczne państwa ościenne, tylko pogrążona w bałaganie – złota wolność, liberum veto, wiecie rozumiecie, anarchia, paw i papuga, nasze polskie (POLSKIE – nie multikulturowe?) „wady narodowe”.

Otóż, drogi mędrku, powtarzający jeden z drugim te „modne bzdury”, wbij sobie w swój postępowy łeb, że owa anarchia i stopniowe gnicie potęgi nie było skutkiem żadnych „narodowych przywar”, żadnych czynników subiektywnych, ani nawet błędów, oczywistych skądinąd, jakie popełniali królowie i szlacheccy przywódcy. Pogłębiająca się anarchia i stopniowy rozkład państwa sarmackiego był właśnie skutkiem jego różnorodności, tolerancji i oparcia go na fundamencie wzajemnego poszanowania odmienności. Skutkiem, tego właśnie dowodzi nasza historia, nieuchronnym. Powtórzę dużymi literami: NIEUCHRONNYM.

Zgubiły nas otwarcie na różnorodność, tolerancja i praworządność, nie inaczej.

Sławne liberum veto, które – z pewną przesadą – wskazywane jest jako przyczyna upadku i rozbiorów nie było przecież ani nie jest jakimś historycznym fenomenem. To standardowa procedura, stosowana przy pokojowym łączeniu różnorodnych organizmów czy grup wokół jednego celu. Stosowane jest w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, w organach Unii Europejskiej, w licznych przypadkach, gdy chce się zachować i uszanować różnorodne interesy. Niczego lepszego, niestety, nie wymyślono.

Zasada weta, podobnie jak jej szczególna odmiana, jaką była możliwość odrzucenia uchwał Sejmu przez lokalne sejmiki, jeśli ich delegaci przekroczyli swe instrukcje, była niezbędnym kosztem rozwijania się państwa bez przemocy, przez federację.

Z kolei uczynienie praworządności podstawą całego układu zrobiło z niej wartość tak szanowaną, że aż przerodziła się ona w truciznę „imposybilizmu”. Czy ktoś sądzi, że nasi przodkowie byli tak głupi, by nie rozumieć, że jeśli przez czterdzieści lat każdy kolejny Sejm jest zrywany, to to się skończyć musi źle? I tak ślepi, że nie widzieli, iż za tym zrywaniem sejmów stoją ościenne państwa, krok po kroku podporządkowujące sobie nasze „imperium pełne swobód”?

Mędrkowie źródeł z epoki pewnie nie czytają, a z nich tymczasem wyziera, tym bardziej, im bliżej katastrofy, tragiczny dylemat. Jedyne środki zaradzenia złu, jakie można wymyślić, wiodą do zanegowania podstaw prawnych Rzeczypospolitej – do „absolutum dominium”. Nie można zabronić szlachcicowi zerwania Sejmu, bo to jego prawo, jeśli to prawo zanegujemy, to i inne stracą sens, okaże się, że sensu nie ma cała nasza cywilizacja (oczywiście, streszczam to słowami, jakich wtedy nie używano). Jeśli Rzeczpospolita przełamałaby te opory, to pewnie by się uratowała od upadku, ale już nie jako wspólny dom różnych narodowości i kultur, tylko jako ich kolonizator. 

Oczywiście, późniejsi historycy nie mieli wątpliwości – tak, trzeba było zanegować, odrzucić „złotą wolność”, wolną elekcję, liberum weto, i wziąć mieszkańców Rzeczypospolitej za mordy, jak byli za nie trzymani Rosjanie, Prusacy czy Francuzi, bo to czyniło państwo rządnym i silnym.

Ale tym historykom było łatwo, bo oni pisali już  z perspektywy państwa narodowego, i tak patrzyli na przeszłość. Współcześni myśleli inaczej i dlatego z tej diabelskiej alternatywy, wskazującej, że aby Rzeczpospolitą uratować, trzeba ją zniszczyć, nie umieli wyjścia znaleźć – aż w końcu znaleźli je za nich Katarzyna ze Starym Frycem.

Czego uczy nasza historia, to że państwo multi-kulti ze swą tolerancją, równością i szacunkiem sprawdza się, gdy wszystko idzie doskonale, jest wzrost, dobrobyt i w ogóle. Wtedy każdy pan spod Dyneburga czy Zwiahla chętnie chciał być polskim szlachcicem i mieć te same prawa co inni. Ale gdy zaczynały się problemy – to dlaczego on miał ponosić te same koszty, co koroniarze? Wtedy właśnie sięgał po owe bezpieczniki, prawa, które mu dano, by zgodził się brać udział we wspólnocie.

Rzeczpospolita nie zdobyła się nigdy na to, by w tej sytuacji kogokolwiek do posłuchu i solidarności przymusić – wątpliwe, czy w ogóle mogła. Sąsiedzi mogli, bo wierność dynastii, a z czasem narodowej wspólności, była siłą umożliwiającą państwu sięganie po przemoc wobec jednostek czy mniejszości nie chcących się podporządkować dobrowolnie. Natomiast tolerancja i różnorodność były spoiwem wystarczającym, by jednoczyć w czerpaniu korzyści, ale za słabym, by skłaniać do wspólnego inwestowania i ponoszenia kosztów.

Przypomina to coś komuś? Powinno. Właśnie dlatego rodzimi piewcy różnorodności dawnej Rzeczypospolitej nie potrafią dostrzec związku między ową tak dla nich piękną ideą a upadkiem, Zachód zaś woli w ogóle tej historii nie znać i myśleć, że tak jak Ukraińcy, Litwini czy Czesi wyłoniliśmy się jako naród ze środkowo-europejskiej prazupy jakieś sto lat temu.

Nasza historia uczy jeszcze jednego: że multikulturowość i tak nieuchronnie wiedzie do monokulturowości, tylko przez nieszczęścia i klęski. Gdy oparta na różnorodności Rzeczpospolita zawaliła się pod ciężarem niemożności, ratunkiem było wzięcie jej historii w siebie, po wymyśleniu jej na nowo przez Rzewuskiego i Sienkiewicza, przez Polskę narodową. Znienawidzona przez elity III RP figura Polaka-katolika była jedynym ratunkiem, jedynym sposobem zmobilizowania sił do odzyskania bytu. A narody, które z Polakami tę dawną Rzeczypospolitą stworzyły i straciły w niej swoje elity, bo te się dobrowolnie spolszczyły, odrosły raz jeszcze z plebejskiego podglebia – jako zupełnie nowe i się do wspólnej historii nie poczuwające, traktujące ją, podobnie jak i historycy zachodni, jako polską kolonizację i okupację. Proszę, zerknijcie w ich podręczniki czy bodaj tylko foldery turystyczne.

Czy losy multikulturowej Rzeczypospolitej praw człowieka i tolerancji mogły się potoczyć inaczej? Warto się zastanowić. Bo jeśli były tylko dwie możliwości, upadek albo brutalne podporządkowanie sobie przez najsilniejszy naród unii tych słabszych, to z dzisiejszą Unią Europejską jest tak samo.

A skoro instynktownie się od jakiejkolwiek zadumy, nawet od zauważenia rzeczy oczywistych, tak usilnie ucieka, to widać instynkt podpowiada odpowiedź, która jest z punktu widzenia dzisiejszych wymogów polityki i poprawności nie do przyjęcia.

450 lat razem


fragment z „21 milionów – Dwie drogi dla Polski”; Przemysław Załuska

We współczesnej narracji historycznej w naszym kraju mówiącej czy to o Rzeczpospolitej szlacheckiej (1505–1795), czy też o II Rzeczpospolitej (1918–1939) także dominuje nurt idealizowania i afirmowania „różnorodności”. W filmie Andrzeja Wajdy opartym na powieści Tadeusza Konwickiego Kronika wypadków miłosnych główny bohater snuje się po przedwojennym Wilnie i okolicach, dając pretekst do pokazania nam w tle prawosławnych cerkwi, bab w chustach i brodatych Żydów. Sam Witek koleguje się z niemieckimi kolonistami oraz z pewnym rubasznym Rusinem. Jak to pięknie i kolorowo wtedy było! Ktoś inny wspomina, że u niego na wsi w czasach dzieciństwa to i Ukraińcy mieszkali, i Polacy, było paru Żydów do prowadzenia karczmy i ożywienia handlu detalicznego, no i jeszcze Ormianie. Cóż to były za czasy przed wojną! I wszyscy się lubili, i pomagali sobie na przednówku. Tak było u nas na Kresach. Na przykład na… Wołyniu.

A przed rozbiorami to już był prawdziwy raj. Nasze Wilno, Kijów i Mińsk. I jaka tolerancja u nas panowała. Nie tak jak na Zachodzie, gdzie różne brewerie wyprawiali. Szczególnie w nocy, na przykład w noc św. Bartłomieja. I folklor był piękny: te dumki kozackie i rzewne pieśni ludu ruskiego. I do tego mądry Żyd raczący miejscowych bez żadnych uprzedzeń co do stanu, rangi czy wyznania mocnymi, rozgrzewającymi trunkami w przerwach pomiędzy koncertami na cymbałach. Po prostu niebo na ziemi! Wszyscy się kochali i żyli w zgodzie jak u Pana Boga za piecem.

Dobrze, nie ma się co spierać. U nas było pięknie. Każdy wrażliwy na bogactwo scenografii i szczególnie kostiumu widz musi przyznać, że ekranizacja Ogniem i mieczem wiele by straciła wizualnie bez tych turbanów tatarskich, ruskich ubiorów ludowych i osełedców na wygolonych kozackich głowach. Jeszcze więcej straciłaby akcja powieści i fabuła ekranizacji po usunięciu kresowej różnorodności. Bohun, nie będąc Kozakiem, ale – dajmy na to – mazowieckim szlachcicem, nie przejawiałby zapewne tak dzikiego charakteru. Choć w pannie mógłby się ku utrapieniu Skrzetuskiego zakochać, to przecież nie miałby gdzie uciekać do buntowników, bo ani Siczy zaporoskiej by nie było (zamiast siedziby kozackiej na wyspie stałby gród polskich mieszczan handlujących z Krymem), ani Chmielnicki nie miałby z kim powstania wszczynać. Nie byłoby nigdy żadnych Żółtych Wód, Beresteczka ani oblężenia Zbaraża. Zero batalistyki i żadnych wieszanych przez ruską czerń polskich panów, żadnych wyrzynanych Żydów, żadnych wbijanych na pal Kozaków. Wiałoby nudą.

A teraz wyjdźmy z kina, wyłączmy DVD, odłóżmy powieść Sienkiewicza na półkę. I pomyślmy przez moment. Wyobraźmy sobie Rzeczpospolitą roku 1648, w przeddzień wybuchu powstania Chmielnickiego, jako państwo według dzisiejszych ocen okropne i upośledzone przez swoją jednorodność etniczną. Wyobraźmy sobie, że na terytorium ówczesnej Rzeczpospolitej, prawie trzy razy większym niż obecnie (rozciągającym się od przedmieść Rygi po granice Mołdawii, a na wschodzie zawadzającym o przedmieścia Moskwy) i obejmującym obok dwóch trzecich obecnego terytorium naszego kraju także tereny współczesnych Litwy, Białorusi, połowy Łotwy i Ukrainy, zachodnie prowincje obecnej Rosji, zamiast mieszanki narodowości, języków i wyznań mieszkałoby wtedy dziesięć milionów polskich chłopów, polskich mieszczan, polskich szlachciców, Polaków katolików podobnych kropka w kropkę mentalnością i kulturą do tych, którzy w historycznej Rzeczypospolitej 1648 zamieszkiwali zwarcie Wielkopolskę, Małopolskę i Mazowsze.

Czy w takich warunkach straszliwe powstanie Chmielnickiego miałoby kiedykolwiek miejsce? Bunty chłopskie zdarzały się w całej Europie. Topiono je we krwi w Niemczech w czasach Lutra i bezlitośnie tępiono w Rosji w czasach Bołotnikowa i Pugaczowa. W 1651 roku w samej Koronie na rdzennych ziemiach polskich na Podhalu również wybuchło powstanie chłopskie Kostki-Napierskiego. Trwało dziesięć dni. Powstańcy zajęli zamek w Czorsztynie, broniony podobno przez jednego hajduka. Kiedy po kilku dniach nadeszła odsiecz, to kilkudziesięciu powstańców poddało się. I czy to warto smarować kreski w atlasach historycznych dla takiego „powstania”, mniej godnego uwagi niż zwykły sąsiedzki zajazd na Litwie? A należy dodać, że i pośrednią, i nawet bezpośrednią inspiracją powstania Kostki-Napierskiego był bunt Chmielnickiego, o którym chłopi nie tylko słyszeli od trzech lat, ale którego wysłannicy chłopów do wystąpienia wprost podjudzali. Powstanie to – któremu za czasów komunistycznych nadawano pewne znaczenie, poświęcono mu film, a w atlasach historycznych pracowicie kreskowano obszary na południe od Krakowa rzekomo nim objęte – jest bardzo dobrą ilustracją tego, jak wyglądałoby „powstanie Chmielnickiego” jako bunt czysto chłopski w jednorodnej etnicznie Polsce.

Powstanie to potężnie nadszarpnęło siły Rzeczpospolitej, pustosząc ponad jedną trzecią jej terytorium, angażując olbrzymie siły ludzkie i materialne do walki po obydwu stronach. Otworzyło także szeroko bramy przed kolejnymi najeźdźcami – gdyż Kozacy sprzymierzyli się najpierw z Tatarami, a potem z Moskwą. Zajadłość powstania i antypolski sojusz z wrogami w dużej części wynikały z narodowego oraz religijnego charakteru konfliktu. Ruscy prawosławni chłopi i Kozacy czuli niechęć do panoszących się Polaków, których nienawidzono za katolickość i „pańskość”. Gdyby tło konfliktu miało czysto ekonomiczno-klasowy charakter, cała awantura nie byłaby groźniejsza niż napad Kostki-Napierskiego na zamek broniony przez jednego hajduka.

Tymczasem konflikt miał charakter cywilizacyjny, a linie podziału były głębokie jak Rów Mariański. Dziś moglibyśmy powiedzieć, że miał on charakter systemowy, a niepodważalnym dowodem historycznym na prawdziwość tej tezy jest ciągłość powstań i buntów na Ukrainie od końca XVI wieku aż po epokę rozbiorową, które powtarzały się z niepokojącą regularnością. Wymieńmy je po kolei:

1591–1593 – powstanie Krzysztofa Kosińskiego
1594–1596 – powstanie Semena Nalewajko
1625 – powstanie Żmajły
1630 – powstanie Tarasa Fedorowicza
1635 – bunt Sulimy
1637 – powstanie Pawluka
1638 – bunt Ostrzanina
1648 – powstanie Chmielnickiego
1652 – rzeź rycerstwa polskiego po bitwie na polach Batohu
1702–1704 – powstanie Paleja
1768 – Koliszczyzna

[poprawka mail’em: To REBELIE, nie powstania. ZB]

Co kilka lat bunt, rozruchy i rzezie. W 1652 roku, po wygranej bitwie na polach Batohu, Chmielnicki wydał rozkaz wymordowania wszystkich jeńców. Zrobiono to nie w ferworze bitwy, ale na zimno. Większość ofiar wykupiono złotem z rąk Nogajców, ażeby później poderżnąć im gardła. Zginęło od 3000 do 5000 polskich rycerzy i żołnierzy.

Rzezie, okrutne, potworne i pozornie bezcelowe, to niestety typowy element kozackiej i ukraińskiej walki z Polakami. Sto lat potem, w czasie Koliszczyzny, szacowana liczba ofiar osiągnęła 100–200 tysięcy. Tylko w jednym mieście, w Humaniu, wymordowano od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków i Żydów. Odwet też bywał krwawy. Przywódców buntów za karę wieszano, a zdarzało się, że i ćwiartowano. O tym, że polsko-ukraiński konflikt jest bardzo głęboki, że ma jakieś fundamentalne przyczyny, może świadczyć powtórzenie podobnych wydarzeń także po odrodzeniu Polski w 1918 roku. Konflikt ten podkopywał siły II Rzeczpospolitej i anarchizował sytuację polityczną. W sprzyjających warunkach inwazji niemieckiej i utraty przez Polskę niepodległości zaowocował kolejną falą rzezi, w swym okrucieństwie przypominał te z czasów Chmielnickiego oraz Gonty i Żeleźniaka. Mordy ukraińskie rozpoczęły się już we wrześniu 1939 roku, potem w 1943 i 1944 roku rozlały się na cztery województwa południowo-wschodnie: wołyńskie, łuckie, tarnopolskie i stanisławowskie.

O bestialskich sposobach torturowania Polaków na Wołyniu 75 lat temu tu pisać nie będziemy, zakładając, że w ostatnich latach świadomość tego strasznego rozdziału naszej historii znacznie wzrosła. Przytoczymy za to świadectwo znanego pisarza Stanisława Srokowskiego z wywiadu dla Polonia Christiana TV:

Kresy to była taka osobliwa, wyjątkowa kraina, w której bardzo mocno, dynamicznie mieszały się kultury, języki, obyczaje, […], tradycje […] była cerkiew, kościół, bożnica; mówiono trzema językami. Żyło się tak, jak się żyje wśród ludzi sobie bliskich, życzliwych, sympatycznych, dobrych, miłych, gościnnych […] aż nadeszła wojna.

Różnorodność etniczna i kulturowa Rzeczpospolitej szlacheckiej rzeczywiście niezwykle wzbogaciła, ale… karty powieści Sienkiewicza. Bez względu na rachunek krzywd, zbrodni i cierpienia, na to, czyje winy były mniejsze, czyje większe, tak po prostu to wspólne życie Rusinów i Polaków było bardzo bolesne i pod każdym względem nazbyt kosztowne.

Zbyt łatwo dzisiaj skupiamy się na językowej i powierzchownej bliskości z Ukraińcami, bez refleksji nad tym, że musi istnieć przyczyna tej w większości jednostronnej nienawiści i okrucieństwa, że istnieje jakaś niewidzialna, ale bardzo rzeczywista linia pęknięcia między obydwoma narodami, że istnieje przepaść między kulturami i systemami wartości. Ukraińcom nie tylko moglibyśmy wybaczyć ich bunty, ale nawet i podziwiać za podobne do naszego dążenie do niepodległości, gdyby walczyli zaciekle, ale rycersko – albo raczej gdyby walczyli po ludzku, jak ludzie cywilizowani. Ale jak zrozumieć i zaakceptować bezmiar barbarzyństwa i okrucieństwa wobec kobiet, dzieci, osób duchownych? Jeśli czując się narodem uciskanym, mieli Ukraińcy pokusę, aby taką zemstę wywrzeć, to my sami stawiani przed podobnym kuszeniem, ale nigdy mu na skalę narodu całego nie ulegając, z tego rozgrzeszenia im dać nie możemy.

Myśmy dzieciom naszych zaborców nie obcinali języków, nie przecinali ich kobiet piłami, prawosławnym popom czy niemieckim pastorom nie wbijaliśmy gwoździ w czaszki. Mamy moralne prawo nie akceptować takich praktyk u innych. Najważniejsze jednak to zrozumieć, że nasza bliskość jest pozorna i niezrozumiana, a kiedyś znowu może przynieść bardzo gorzkie owoce. Od przyłączenia ziem ukrainnych do Korony do wybuchu powstania Chmielnickiego upłynęło niecałe osiemdziesiąt lat. Jeśli dziś zgodzimy się na wjazd milionów Ukraińców do Polski, to być może owoce tego też przyjdą dopiero za lat osiemdziesiąt i zaskoczą nas podobnie, jak zaskoczyły naszych przodków skutki włączenia w granice Królestwa Polskiego milionów Rusinów cztery wieki temu.

Powróćmy jednak do naszej historii Polski z 1648 roku, gdyby była krajem jednorodnym pod względem kulturowym i religijnym. To prawda, że rozpatrywanie hipotez alternatywnych jest ryzykowne, ale nasza wizja to coś innego, gdyż jest to tylko eksperyment myślowy potrzebny do uzmysłowienia sobie konsekwencji etnicznych podziałów. Otóż nie ma powodu, aby przypuszczać, że wielka Rzeczpospolita roku 1648, jednorodna etnicznie i wyznaniowo, kiedykolwiek doznałaby klęsk powstania Chmielnickiego, inwazji ze strony wezwanej przez niego na pomoc Moskwy, usprawiedliwiającej swą interwencję obroną praw ludności prawosławnej, w końcu inwazji szwedzkiej wspieranej między innymi przez rodzimych innowierców, których niechęć do katolików obróciła się w zdradzieckie wsparcie szwedzkich protestanckich najeźdźców. Bez klęsk tego okresu nie byłoby zapewne rozbiorów. A przecież i w czasie samych rozbiorów jednym z pretekstów użytych przez Prusy i Rosję do mieszania się w wewnętrzne sprawy Polski była rzekoma obrona innowierców – protestantów i prawosławnych.

No dobrze – mógłby ktoś zapytać – ale czemu służą powyższe spekulacje? Takiej jednorodnej Rzeczpospolitej nie było. Polacy stanowili 40–50% ludności państwa, a katolicy niewiele więcej. Nie bardzo nawet wiadomo, jak by miało być inaczej, nawet tworząc alternatywne warianty historii, gdyż w XV–XVIII wieku, przy niewielkiej mobilności społecznej, małym odsetku ludności objętej formalną edukacją i braku mass mediów, procesy asymilacyjne posuwały się wolno.

W naszym wywodzie chodzi o coś zupełnie innego. Nie ma i nie mogło być wtedy jednorodnej Rzeczpospolitej, ale gdyby taki organizm polityczny wówczas istniał, byłby bez wątpienia dużo silniejszy i odporniejszy na wstrząsy wewnętrzne i naciski z zewnątrz niż ta składanka kilku narodów, wyznań i alfabetów, która podobna była do XX-wiecznej Jugosławii. Słabością, a nie mocą I Rzeczpospolitej była tak dziś wychwalana wieloetniczność i wielokulturowość.

Nawet umarli wstają by zademonstrować podległość.

======================

Znajoma niedawno przyjęła do domu trzy Ukrainki, dwie młodsze, jedna starsza pani, na wózku, zupełnie niesprawna. Nie były zadowolone, że to nie Warszawa tylko bliska prowincja, ale zaakceptowały.

Przedwczoraj pani znalazła kartkę, na której te młodsze napisały, że jadą do Niemiec szukać pracy i proszą by ona zaopiekowała się pozostawioną w łóżku staruszką.

Ukraińska propaganda wojenna jest obecnie największym zagrożeniem dla Polski

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/ukrainska-propaganda-wojenna-jest-obecnie-najwiekszym-zagrozeniem-dla-polski/

Takich rzeczy nie ma odwagi pisać prawie nikt, nie licząc niszy internetowej, powody przemilczenia są jednoznaczne – pewny lincz. Sam jestem trochę pośrodku, pomiędzy niszą i rozpoznawalnością, dlatego jak nigdy powołam się na moralny obowiązek. Czuję się w moralnym obowiązku pisać prawdę i to taką, która się znajduje na pierwszych stronach podręczników polityki i taktyki wojennej. Od początku nazwałem konflikt zbrojny, konfliktem zbrojnym i to jest jedyna właściwa nazwa, na Ukrainie nie znajdziemy żadnych frontów w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest sporo, ale też coraz mniej, ognisk zapalnych, gdzie wzajemnie zwalczające się oddziały raczej stosują metody partyzanckie i terrorystyczne niż wojskowe. Dobitnie o tym świadczą walki prowadzone na terenach i obiektach cywilnych, co w początkowej fazie nie miało miejsca, jednak szybko się odmieniło.

Dlaczego ta zmiana nastąpiła widać gołym okiem. Przez pierwszy tydzień, z wyjątkiem dosłownie kilku bloków w zachodnie Ukrainie, nie odnotowano innych zniszczeń poza infrastrukturą i obiektami wojskowymi. Strategia Putina była prosta i on ją od początku jasno definiował, Rosja Ciągle Radziecka idzie na Ukrainę, żeby ją wyzwolić od faszyzmu i szaleńców budujących broń atomową. Przy takich założeniach ostatnią rzeczą, jaką mogli robić ruscy sołdaci, to jest zbrodnia ludobójstwa. Po drugiej stronie frontu mamy dokładnie odwrotne cele – epatowanie ludobójstwem. Ukraina bezskutecznie dobijała się o broń i sankcje, a pierwsze sukcesy przyszły wraz z pokazywaniem w mediach pierwszych ataków na obiekty cywilne i to nie byle jakie obiekty: szpitale, teatry, szkoły, przedszkola, dworce kolejowe. Zaczęło się od szpitala w Mariupolu, gdy cały świat zobaczył poranioną Mariannę w ciąży, która ucieka po ruinach szpitala. W przestrzeni publicznej zawrzało pod sam gwizdek, bo takie obrazy zawsze i wszędzie będą u ludzi wywoływać największe emocje, mało tego, jeśli raz zadziałają emocje, to później żaden fakt ludzkich przekonań nie zmieni lub zmieni w niewielkim stopniu. Doskonałym przykładem jest tu „Wyspa węży”, wszyscy już wiedzą, że nikt tam nie zginął, tylko się grzecznie poddał, ale kult bohaterów wraz ze słynnym: „ruskij wajennyj karabl idi na ch..j” pozostał.

Marianna z Mariupola najpierw okazała się blogerką, nie zwykłą pacjentką, potem przeszła na drugą stronę i opowiedziała, że żadnego nalotu nie było, ale to nic nie zmieniło w głównym przekazie, jej zdjęcie nadal jest mitycznym dowodem na zniszczenie przez ruskich szpitala dziecięcego i położniczego.

Kolejny przełom w odbiorze konfliktu na Ukrainie, to „druga Srebrenica”, czyli „rzeź w Buczy”. Całość jest oparta na kilku ciałach znalezionych na ulicy i tyle ze strony ukraińskiej zostało pokazane. Na dowód, że to Ukraińcy mówią prawdę o masowych zbrodniach na cywilach, amerykańska firma udostępniła zdjęcie satelitarne z siedmioma kwadratami, które miały oznaczać miejsce położenia zwłok. Cała reszta odbyła się w sferze deklaracji i medialnego pościgu za sensacjami, tak padły liczby o 300 i 400 ofiarach, po czym zapadła cisza w sferze ustalania faktów, ale za to rozpętała się prawdziwa burza na całym świcie i „druga Srebrenica” wbiła się w świadomość odbiorców.

W tym konflikcie zbrojnym, jak w każdym innym, role są jasno podzielone. Agresor będzie robił wszystko, żeby uchodzić za wyzwoliciela dlatego musi jak ognia unikać atakowania obiektów cywilnych i ofiar cywilnych. Kraj napadnięty pójdzie w dokładnie przeciwną stronę, będzie udowadniał, że agresor celowo morduje cywilów i to w dodatku przy pomocy tak bestialskich ataków jak bombardowanie: szpitali, przedszkoli, szkół, pomimo tego, że wyraźnie te obiekty zostały podpisane: „uwaga dzieci”.

Podobne obrazy działają na potrzeby wewnętrzne, mobilizacja i nienawiść do wroga. Ważniejsze są jednak cele zewnętrzne, które sprowadzają się do szantażu emocjonalnego i wymuszenia pomocy dla Ukrainy, bez względu na bezpieczeństwo, koszty społeczne i polityczne krajów wspierających. Władze ukraińskie prowadzą brutalną i bardzo skuteczną propagandę wojenną, cynicznie bronią własnego kraju, do czego mają pełne prawo, a nawet obowiązek wobec narodu. O to nie można mieć do Ukrainy pretensji.

Natomiast każdy Polak powinien mieć pretensję do polskiego rządu, który postępuje dokładnie przeciwnie i dlatego dla mnie ukraińska propaganda jest obecnie największym zagrożeniem dla Polski

====================================

mail: .Ściślej mówiąc, nie sama propaganda, ale jej powtarzanie przez 
administrację Polski.

=====================================================

Inny mail:

Tymczasem jest o wiele gorzej:

W mediach wprowadzono ostrą cenzurę, Nikt i nigdzie nie może napisać prawdy ani o prawdziwej sytuacji na Ukrainie, ani nie może ogłosić swoich lub zacytować cudzych ( w tym zagranicznych)  odmiennych opinii. Skończyły się wolne media. Niektóre platformy blogerskie zostały z trzaskiem i bez uprzedzenia  zamknięte Poza tym planuje sie wprowadzic (lub już wprowadzono) zakaz publikacji litery”Z” – ponoć symbolu wojujących Rosjan.

Czyli cenzura szaleje na całego. Czy to jest odgórna samodzielna inicjatywa rządu czy nakaz z Waszyngtonu? Tymczasem swastykę- symbol nazizmu można znaleźć bez trudu choćby na zdjęciach prezentujących azowców. 

Do tego flaga Ukrainy wisi na najwyższym urzędzie Polski, czyli Sejmiew w miejscu przynależnym polskiej fladze i posłów to nie oburza. Jeden jedyny poseł Grzegorz Braun został brutalnie pozbawiony głosu, gdy na ten oburzający fakt zwrócił uwagę. Cenzura, kłamstwo i zaprzaństwo – te  trzy amazonki polskiej Apokalipsy mają w swoich szponach Polskę.