Analizując incydent dronowy, powinniśmy przede wszystkim odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy w interesie władz w Kijowie jest przystąpienie innych państw do wojny z Rosją? Tak czy nie?
I od razu wszystko zrobi się czytelniejsze.
Pokój za wszelką cenę
Faktycznie zresztą jedyną niejasną kwestią pozostaje już tylko wyjaśnienie czego jeszcze trzeba, by przekonać Polaków, że ta wojna musi się skończyć jak najszybciej i za każdą cenę? Zwłaszcza – mówiąc brutalnie – dopóki tę cenę zapłaci przede wszystkim Ukraina.
Jak dotąd pozorni realiści uzasadniali swoje poparcie dla kontynuowania wojny pokrętną konstrukcją, w typie „im dłużej to trwa, tym lepiej, bo Moskwa jest czymś zajęta, bo Rosjanie [w wersji hard Rosjanie i Ukraińcy] się wykrwawiają, więc subiektywnie nasze bezpieczeństwo rośnie” itp. Tymczasem wydarzenia, takie jak ostatni incydent, potwierdzają tylko, że Polska i Polacy nie są bezpieczni jak długo po sąsiedzku trwa konflikt zbrojny, z wszystkimi jego planowanymi i przypadkowymi konsekwencjami. To dlatego właśnie jak najszybsze zawarcie porozumienia pokojowego jest także w polskim interesie, a upór w odwlekaniu nieuchronnego, czyli ostatecznej klęski Kijowa, tylko zwiększa zagrożenie, także dla Polski.
Oczywiście też Polska nie ma wpływu na moment i formę zakończenia wojny, choć pozornie paradoksalnie, mogłaby go mieć, ogłaszając pełną neutralność, wycofując się z własnej pomocy dla Kijowa, uniemożliwiając używania polskiego terytorium i infrastruktury dla przekazywania pomocy wojskowej Ukrainie, a także solidarnie z Węgrami blokując na forum UE (a także NATO) wszelkie inicjatywy na rzecz kontynuacji wojny. Domagajmy się realistycznego i szybkiego pokoju, bo następny nalot może nie być fake’owy.
Kto wypuścił drony?
Ważne też, byśmy z obecnego etapu kryzysu wyciągnęli poważniejsze wnioski niż tylko, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi wobec agresji w formie gigantycznej armady 19 nieuzbrojonych dronów. Oprócz uświadomienia zagrożenia i unikania dalszej eskalacji konieczne jest zrozumienie kontekstu międzynarodowego. Ukraina nie jest wszak samodzielnym podmiotem międzynarodowym, próby wciągnięcia Polski do wojny nie są więc samowolą Kijowa, ale wyrażają interes wciąż wpływowej części zachodniego establishmentu, odpowiedzialnego za obecny konflikt.
Polska również wykonuje w tym zakresie tylko rozkazy z Zachodu. Rozkazy najwyraźniej coraz bardziej sprzeczne i chaotyczne w związku z pogarszającą się sytuacją militarną i katastrofą polityczno-gospodarczą reżimu Władimira Zełenskiego. Nawet prezydent Andrzej Duda potwierdził przecież niedawno to, czego i tak powszechnie się domyślano – że według inspiratorów tej wojny Polska ma być następna.
A decyzja w tej sprawie dopiero się waży i nie będzie podjęta ani w Kijowie, ani nawet w Warszawie, tylko gdzieś pomiędzy Londynem, Berlinem i Waszyngtonem. Pośpiech, z jakim zwłaszcza Londyn i Berlin rzuciły się deklarować werbalne poparcie jasno wskazuje, że mieliśmy do czynienia z rosyjskimi dronami, zapewne sterowanymi bądź przekierowanymi czy przepuszczonymi przez Ukraińców, ale na bezpośrednie zlecenie zachodnioeuropejskich podżegaczy. Tych samych, którzy też stopniowo oswajają nas z perspektywą nieuchronnej wojny.
Oswajanie z wojną
Drony, podrywanie samolotów, nocne alarmy, przegląd roczników do poboru, pogadanki na temat obronności w zakładach pracy, opowiadanie o dostępie do schronów (30 lat temu zmienionych na bary kebabowe) – to jak déjà vu maseczek: wiadomo, że nie ochronią, ale jaki robią klimat!
Zwraca przy tym uwaga istotna różnica. Polaków straszy się rosyjską agresją, jednak tak, żebyśmy się za bardzo nie przestraszyli, za to brzęknęli szabelką, zabili w tarabany i poczuli się odpowiednio zmotywowani do „Hu, ha, sam ich tu, z nami im tak łatwo nie pójdzie!”. A może nawet „Hajda na Królewiec!”? Z kolei społeczeństwa zachodnie (np. angielskie) oswaja się z wojną na krzepiąco, w duchu „kochaj swojego sierżanta!” i „czołgi są fajne!”. Wojsko ma stać się fancy i cool, nie są to jednak akcje werbunkowe. To militaryzacja przestrzeni publicznej, jednak bez domagania się ofiar. Kolejne obchody zakończenia wojen światowych nie były tym razem poświęcone typowemu wspominaniu ofiar, angielskich, szkockich, walijskich i irlandzkich chłopców poległych w okopach nad Sommą, zniszczeń czasu Blitza czy marszów śmierci brytyjskich jeńców na Malajach. Wojny w wersji dla mieszkańców Zachodu mają znów być wyobrażalne, akceptowalne, fajne i zawsze zwycięskie. Czyżby dlatego, że ginąć mają na nich ci inni?
A jeśli będziemy walczyć sami?
Co bowiem, jeśli ta wojna, z którą nas tak intensywnie oswajają, nie byłaby zbrojnym konfliktem NATO – Rosja – tylko starciem Polska – Rosja, bez bezpośredniego zaangażowania innych członków paktu (co jest w pełni dopuszczalne i możliwe bez naruszania jego litery)? Jaka byłaby polska strategia obronna w takiej sytuacji? W jakim stopniu politycznie, militarnie i gospodarczo jesteśmy przygotowani na samotną walkę, tylko obok kijowian i przy rozdzielanym między nas i Ukraińców wsparciu zachodnim?
To jest bardzo dobry moment, by zastanowić się nad odpowiedzią na to pytanie.
Ukraińska turystyka medyczna. Tracimy na to prawie miliard zł rocznie
11.09.2025
Flagi Polski i Ukrainy. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: PAP
– Wielu obywateli Ukrainy przyjeżdża do Polski głównie po świadczenia zdrowotne – informują lekarze cytowani przez „Rzeczpospolitą”. Mówią wprost o „turystyce medycznej”, oczywiście kosztem Polaków.
Lekarze stwierdzają, że istnieje tzw. turystyka medyczna Ukraińców do Polski.
– W naszym środowisku każdy z nas się z tym spotkał – powiedział Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej i rezydent onkologii klinicznej z Lublina w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.
Obecne przepisy sprawiają, że Ukraińcy, którzy przekroczyli granicę po 24 lutego 2022 roku mają dostęp do utrzymywanej pod przymusem z naszej pieniędzy państwowej usługi medycznej. Mają też dostęp do refundacji leków na takich samych zasadach, jak obywatele polscy.
Jedyny warunek to posiadanie numeru PESEL lub innego dokumentu potwierdzającego pobyt.
MSWiA przygotowało nowelizację ustawy. Ma ona rzekomo ograniczyć katalog świadczeń dostępnych dla Ukraińców, którzy nie płaczą haraczu z tytułu ubezpieczenia społecznego. Oficjalnie zmiana ma na celu „przeciwdziałanie ryzyku nadużywania prawa do opieki zdrowotnej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przez obywateli Ukrainy, którzy niekiedy przyjeżdżają do naszego kraju głównie albo wyłącznie z zamiarem skorzystania z określonych świadczeń zdrowotnych, jak np. leczenia w ramach programów lekowych, planowych zabiegów ortopedycznych czy też leczenia stomatologicznego”.
– Wychodzi to przez przypadek. Np. gdy zmieniamy termin i dzwonimy do pacjenta, słyszymy, że „on już przejechał granicę”, albo pojawiają się u nas pacjenci z wynikami PET szpitala na Ukrainie – wyjaśnił Jakub Kosikowski.
Dodał, że ciężko ocenić, jak powszechne jest to zjawisko. Natomiast zwraca uwagę na inny problem.
– Od ubiegłego roku, kiedy zabrakło na leczenie osób ubezpieczonych, wszystkich, nieważne czy Polaków czy Ukraińców, szukanie oszczędności w systemie wydaje się mieć sens – zaznaczył lekarz.
Wydatki z Funduszu Pomocy pokazują, jak wielkie pieniądze zżera medycyna finansowana dla Ukraińców w Polsce. W 2022 roku, od marca, wydano na ten cel ponad 514 mln zł, zaś w kolejnym roku prawie 850 mln zł. W roku ubiegłym było to ponad 747 mln zł, w tym pół miliona zł to koszty leczenia szpitalnego.
Polacy płacą rocznie setki milionów złotych za świadczenia zdrowotne dla obywateli Ukrainy. Lekarze potwierdzają przypadki „turystyki medycznej” naszych wschodnich sąsiadów. Najnowsze dane rządowe pokazują, ile dokładnie wydano na ten cel od 2022 roku. To ogromne sumy, które obciążają system ochrony zdrowia w Polsce.
Prezydent Nawrocki stawia sprawę jasno
Wśród ustaw zawetowanych przez prezydenta Karola Nawrockiego znalazła się ta, która miała przedłużyć pomoc dla obywateli Ukrainy.
Głowa państwa domaga się, aby dostęp do polskiej opieki zdrowotnej był uzależniony od opłacania składek przez Ukraińców.
Karol Nawrocki skierował już nawet do Sejmu projekt w tej sprawie, ale marszałek Szymon Hołownia odesłał go do uzupełnienia z powodu „braków formalnych”. Tymczasem własne rozwiązania szykuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nowelizacja przewiduje ograniczenie katalogu świadczeń, z których mogą korzystać nieubezpieczeni Ukraińcy. Ma to przeciwdziałać nadużyciom.
Lekarze potwierdzają proceder
O tym, że zjawisko określane jako „turystyka medyczna” rzeczywiście istnieje, pisze „Rzeczpospolita”. Potwierdził to w rozmowie z gazetą rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, rezydent onkologii klinicznej z Lublina Jakub Kosikowski.
W naszym środowisku każdy z nas się z tym spotkał. Wychodzi to przez przypadek. Np. gdy zmieniamy termin i dzwonimy do pacjenta, słyszymy, że „on już przejechał granicę”, albo pojawiają się u nas pacjenci z wynikami PET szpitala na Ukrainie – powiedział.
Lekarz przyznał, że nie jest w stanie ocenić skali tego zjawiska.
Od ubiegłego roku, kiedy zabrakło na leczenie osób ubezpieczonych, wszystkich, nieważne czy Polaków czy Ukraińców, szukanie oszczędności w systemie wydaje się mieć sens.
Ogromne kwoty z polskich pieniędzy
„Rzeczpospolita” uzyskała od rządu dane pokazujące, jak wielkie koszty ponieśli polscy podatnicy od 2022 roku w związku z leczeniem obywateli Ukrainy.
Od marca 2022 roku Fundusz Pomocy przeznaczył na ten cel ponad 514 mln zł. W 2023 roku kwota ta wzrosła do prawie 850 mln zł, a w 2024 roku wyniosła ponad 747 mln zł, w tym pół miliona zł na leczenie szpitalne.[razem – dwa miliardy sto milionów…. md]
Najważniejsze pozycje w zestawieniu to: podstawowa opieka zdrowotna – blisko 48,5 mln zł, ambulatoryjna opieka specjalistyczna – prawie 50 mln zł, a także leczenie stomatologiczne – 34,6 mln zł. Refundacja leków pochłonęła ponad 21 mln zł.
Jesteśmy też elementem całości konstruktu jakim jest Unia Europejska i obowiązuje nas również prawo unijne, obowiązują nas wyroki europejskich trybunałów w tym Trybunału Sprawiedliwości i ten trybunał już w roku 2023 powiedział, że ta Izba nie jest sądem niezawisłym.
Powyższe zdanie wypowiedział sympatyk Eurokołchozu w rozmowie z dziennikarką, autorką programu o nośnym tytule „Bez Trybu”. Początkowo program miał nosić nazwę „Bez Sensu” lub „Bez Rozumu” ale taki tytuł szokował dosłownością i ostatecznie zostało „Bez Trybu”.
Cytowane zdanie było jednak wypowiedziane w innym programie, bo pod szyldem „Pytanie dnia”. Taki tytuł również prowokuje do korekty, po dokonaniu której, brzmi: „Kłamstwo dnia”.
Trudno wybrać z całego dziennego bełkotu mainstreamu tylko jedno kłamstwo. Postanowiłem zacytować coś sprzed ok. 2 tygodni – w wolnym tłumaczeniu czyli w formie odwrotnej parafrazy.
Jeżeli Waldemar Żurek nie da rady zepsuć wymiaru sprawiedliwości do poziomu bezpiecznego dla „nienawidzących razem”, to nikt już nie da rady.
Waldemar Żurek to sędzia – minister, który wyłonił się z oparów. Chodzi o opary „demokracji walczącej”. Tej samej, która trzyma ostatnio ludzi pozamykanych w aresztach po kilka miesięcy.
Czas obalenia drugiej komuny już nadszedł. Jednak tym razem trzeba będzie ją obalić na poważnie, nie tak jak w 1989 roku.
Stepan Bandera jest symbolem tej ideologii, w imię której wymordowano dziesiątki tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej; ideologii, która zasadzała się na ścisłej współpracy z Niemcami Adolfa Hitlera. Mówił o tym prof. Andrzej Nowak.
Historyk opowiadał o postaci Stepana Bandery na antenie „Kanału Zero”. Profesor przypomniał, że Bandera stał się symbolem narodowym Ukraińców tak naprawdę dopiero w ciągu minionych dwudziestu lat. W 2010 roku ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko ogłosił Banderę bohaterem narodowym, co rozpętało wielką dyskusję – czy symbol walki z okupantem sowieckim, ale zarazem symbol agresji ukraińskiego nacjonalizmu przeciwko Polakom i Żydom, może być rzeczywiście bohaterem. W 2010 roku głosy w tym sporze rozkładały się po połowie. W roku 2022 było już inaczej – 74 proc. Ukraińców pozytywnie oceniało postać i znaczenie Bandery.
Jak podkreślił, w narodowym ruchu ukraińskim czasów Bandery „Polacy w Galicji byli traktowani jako główny wróg do zniszczenia, do zabicia”. Tych Ukraińców, którzy zgadzali się na jakąś formę ugody z Polakami, traktowano tak samo – należało ich wyeliminować.
– Ta tendencja, by zniszczyć wszelkie możliwości ugody Ukraińców z Polakami, Polaków z Ukraińcami jest istotą koncepcji integralnego nacjonalizmu, który stopniowo będzie się wyłaniał już w następnych latach w środowisku ukraińskim – podkreślił.
– Ta właśnie szczególna sytuacja, w której rozwija się ukraiński ruch narodowy, nacjonalistyczny na terenie Galicji Wschodniej, w II Rzeczpospolitej nazwanej Małopolską Wschodnią, kształtuje świadomość rodzinną, młodzieńczą Stepana Bandery – mówił.
„Wielka” kariera Bandery w OUN rozpoczęła się w 1933 roku; działalność OUN w II Rzeczpospolitej była wówczas wspierana przez wywiad niemiecki, ale nie tylko – OUN wspierali wszyscy, którzy chcieli zaszkozdić wtedy Polsce, także Czechosłowacja i Litwa. Robili to w dyskretny sposób nawet Sowieci, choć tak, by nie było to jawne dla samych działaczy OUN. Sowietom zależało na wyniszczeniu Polski stojącej na drodze do dominacji w Europie Środkowej.
Historyk przypomniał, że kiedy UPA dokonywała ludobójstwa na Wołyniu, Bandera siedział internowany w obozie Sachsenhausen – w luksusowych warunkach, niemniej jednak był daleko od centrum wydarzeń. Okoliczności podjęcia decyzji o przeprowadzeniu ludobójstwa nie zostały jak dotąd w pełni wyjaśnione, stąd rola Bandery w drodze do tej decyzji jest sporna. Niewątpliwie jednak jednym z głównych sprawców zbrodni był Roman Szuchewycz, którego pomniki stoją dziś na zachodniej Ukrainie. Szuchewycz tymczasem jest czystym [brudnym !! md] zbrodniarzem, i zasługuje „na wieczną niepamięć, na skreślenie go czarną linią z listy osób zasługujących na jakikolwiek cień szacunku”.
– Bandera niewątpliwie był symbolem ideologii, w imię której Szuchewycz i jemu podobni dowódcy UPA podejmowali się akcji zabijania tysięcy, dziesiątków tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej po to, ażeby zostawić miejsce dla czystej rasowo, czystej etnicznie rasy ukraińskiej. Ukraina miała być, jak to ujął jeden z wykonawców tej zbrodni i ideologów jednocześnie, jak złoty łan pszenicy, bez jednego chwastu. Ta metafora, tak pięknie brzmiąca, oznaczała po prostu, że żadnego Polaka, żadnego Żyda, żadnego obcoplemieńca nie może być na terenie, na którym będzie wielka Ukraina, że trzeba tych, którzy sami nie zdążą uciec, zamordować. To właśnie zostało wykonane w 1943-1944 roku rękami UPA, której symbolem, najważniejszym, można powiedzieć, bohaterem pozostawał w dalekim Sachsenhausen Stepan Bandera – wskazał profesor Nowak.
– „Niech żyje Adolf Hitler, wódz III Rzeszy, niech żyje Stepan Bandera. Śmierć Żydom, Polakom i komunistom” – to była istota ideologii, której Bandera patronował – dodał historyk. Ostatecznie Bandera został z Sachsenhausen zwolniony, żeby prowadzić dalsze działania wygodne dla Niemiec. Do samego końca, czyli do wiosny 1945 roku, Bandera podkreślał, że Ukraina musi pozostać przy Niemcach Adolfa Hitlera.
Prof. Nowak zaznaczył, że w roku 2016 było na Ukrainie ponad 60 pomników Bandery, dziś jest ich pewnie około 100. – Bandera jest upowszechniany jako bohater, bohater, z którego biografii wyparowała cała część kolaboracji z Niemcami, cała część odpowiedzialności politycznej za ludobójstwo na Polakach i mordowanie ludobójcze ludności żydowskiej na Ukrainie w czasie II wojny światowej, a pozostał jeden symbol. To jest bohater wojny przeciwko Związkowi Sowieckiemu – stwierdził.
W istocie jednak Bandera nie brał w ogóle udziału w walce z Sowietami. Mieszkał w Monachium, kiedy żołnierze UPA, wcześniej mordujący Polaków, walczyli z okupacją sowiecką. – Bandera nie był bohaterem walki przeciwko Sowietom. Stał się symbolem niejako wbrew swojej biografii – zaznaczył historyk.
Flagi Polski, USA i NATO. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: PAP
Bardzo często w naszej publicystyce pojawia się przekonanie, że kraj nasz dziś znalazł się w potrzasku geopolitycznym, który przypomina czasy schyłku XVIII wieku. W myśl toku tego rozumowania Polska jest otoczona przez wrogie nam mocarstwa i skazana na unicestwienie, czyli powtórkę z rozbiorów Rzeczpospolitej przez kraje niemieckie i Rosję.
Przekonanie to opiera się na słusznej co do zasady analizie obecnego położenia Polski będącej w istocie protektoratem obcych potęg, gospodarczo całkowicie uzależnionej od Niemiec, politycznie co do joty wypełniającej wytyczne płynące z Waszyngtonu. Elity społeczno-polityczne nad Wisłą są w takim samym stopniu skorumpowane i podporządkowane interesom Brukseli czy Berlina, jak te niegdyś przyjmujące jurgielt i realizujące polecenia płynące z ambasad dworów Sankt-Petersburga czy Berlina.
Terytorium współczesnej Rzeczpospolitej w takim samym stopniu stało się „karczmą zajezdną Europy” – jak określał nasz kraj książę Adam Kazimierz Czartoryski w czasach panowania Augusta III Wettyna. Dobitnie pokazał to przebieg konfliktu Rosji z Ukrainą, kiedy to – polskie z nazwy – lotnisko Jesionka pod Rzeszowem stało się największą bazą logistyczną wojny. Jak w czasach wojny północnej czy też siedmioletniej, tak i teraz kraj nasz nie ma żadnych korzyści z międzynarodowej rozgrywki, usłużnie udostępniając swoje terytorium. Na naszych oczach pod dyktando obcych interesów dokonano bezprzykładnego rozdrapania środków obrony Rzeczpospolitej i wydrenowania jej finansów publicznych. Polscy patrioci mogą się tylko temu bezsilnie przyglądać…
Starej Rzeczpospolitej lot ku przepaści
Mimo wszystko jednak można i należy dostrzec bardzo poważne różnice w położeniu geostrategicznym monarchii polsko-litewskiej w XVIII wieku i współczesnej Polski. Rzeczpospolita Obojga Narodów w wyniku błędów, zaniechań i katastrofalnie złych wyborów własnych elit, pozwoliła na bezprzykładne wzmocnienie wrogów własnej państwowości: od niepamiętnych czasów nieprzyjaznych krajów niemieckich i protestanckiej Szwecji. Z kolei konsekwentne wspieranie nowego gracza – Rosji – przez skrajnie wrogie nam protestanckie potęgi morskie: Wielką Brytanię i Zjednoczone Prowincje Niderlandów doprowadziło do zaciśnięcia na szyi Rzeczypospolitej geostrategicznych kleszczy. Jeśli dodamy do tego chwiejną politykę Francji, która przywiązana była do sojuszu z Turcją i Szwecją, łatwo zrozumiemy, jak osamotniona była u progu XVIII wieku nasza Ojczyzna.
Śledząc rozgrywki dyplomatyczne tego okresu, można ze zdumieniem odkryć ślepotę i zadziwiający upór mocarstw morskich w pogłębianiu izolacji Rzeczpospolitej, co w dłuższej perspektywie załamało wielowiekowy porządek i równowagę sił w naszym regionie Europy. W tym wypadku ideologiczne zacietrzewienie i nienawiść – podsycane przez międzynarodowe środowiska masonerii i diaspory żydowskiej – zaburzyły chłodną ocenę i doprowadziły do implozji najważniejszego zwornika porządku geopolitycznego – upadku Królestwa Francji. Upadek Francji i Polski, a także bezprzykładne osłabienie Hiszpanii i Monarchii Habsburgów spowodował upadek strego porządku opartego na ideałach chrześcijańskiej i europejskiej Universitas.
Krótki moment otrzeźwienia i powrotu do politycznego realizmu nastąpił u schyłku działań III Wojny Północnej (1700-21). Król Polski i elektor saski popełnił wówczas katastrofalny błąd geostrategiczny, atakując Szwecję zamiast stosunkowo słabą jeszcze Rosję, ale uśmiech fortuny sprawił, że ten fatalny błąd można jeszcze było naprawić. Elity brytyjskie przerażone mocarstwowymi planami cara Piotra I, który po podporządkowaniu sobie Rzeczpospolitej i odepchnięciu Szwecji poprzez zagarnięcie drogą dynastycznej sukcesji księstwa Meklemburgii próbował wejść ze swoją flotą na wody Morza Północnego, gwałtownie zareagowały. Londyn powściągnął ambicje ostatniego po mieczu Romanowa i udzielił mu lekcji. W efekcie krótkotrwałego sojuszu Anglii–Austrii–Rzeczpospolitej król August II odzyskał suwerenność, co w porozumieniu ze szlachtą doprowadziło do reform Sejmu Niemego.
Efektem kursu reformatorskiego w Polsce i na Litwie było ustanowienie m.in. stałych podatków na armię i reform systemu fiskalnego, w tym ustanowienie ceł generalnych. Dla Rzeczpospolitej na krótko zaświeciło słońce, jednak nie na długo. Tak naprawdę kraj nasz był już za słaby, by móc decydować sam o sobie. Kiedy Brytyjczycy wkrótce zmienili oś swojego kompasu politycznego i obawiając się marszu Rosjan na Wschód i Południe po trupie Turcji, na nowo skierowali uwagę mocarstw północnych na ziemie RzON. Oznaczało to wolną rękę dla Prus i Rosji w kształtowaniu ładu w Europie środkowej. Wyrok na państwo litewskie państwo zapadł. Efektem tego było sławetne porozumienie Trzech Czarnych Orłów (w istocie było to doraźne porozumienie, które jest u nas mocno przeceniane, ale symbole są ważne w historii) i ustanowienie cichego, a od 1766 roku jawnego rosyjskiego protektoratu na terytoriom Rzeczpospolitej.
Jak wyrwać się z matni?
Późniejsze losy Polski to w istocie dzieje agonii. Żaden – nawet najzdolniejszy władca – nie mógł odwrócić katastrofalnego kursu. Dla polsko-litewskich elit prawdziwym szokiem był pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Przez cały wiek XVIII panowało w kraju przekonanie, że rację miał Wielki Elektor Brandenburski Fryderyk Wilhelm I, który w swym politycznym testamencie pisał, że „Wielka Rzeczpospolita jest państwem nigdy nie wymierającym”. Polscy władcy i szlachta byli przekonani, że właśnie ich kraj jest takim niemożliwym do usunięcia elementem większego porządku europejskiego. Wyciągnięcie tego elementu – w myśl tego toku rozumowania – doprowadzić miałoby do rozsypania się kontynentalnej układanki.
Także król Stanisław August był przekonany, że korzyści płynące dla Rosji i jego byłej kochanki Katarzyny II z utrzymania rosyjskiego protektoratu nad CAŁYM ciałem Rzeczpospolitej, są niezachwiane. Stało się inaczej, gdyż Katarzyna, choć z pochodzenia Niemka, była opanowana rządzą urzeczywistnienia tak zwanego „Wielkiego Planu Greckiego”, czyli wypchnięcia Turcji z Europy, odzyskania dla prawosławia Konstantynopola i odtworzenia dawnego prawosławnego Cesarstwa Bizantyjskiego (pod rosyjskim protektoratem oczywiście).
W tej sytuacji polskie powstanie narodowe w postaci tzw. Konfederacji Barskiej – jawnie wspierane przez Francję i Austrię – było przeszkodą w tych dalekosiężnych planach. Kompromitujące porażki z bitnymi Polakami i przedłużanie się tej ruchawki sprawiły, że Katarzyna (w sercu przecież Niemka i to z pomorskiego Szczecina) uległa presji Wielkiego Fryderyka i zgodziła się na rozbiór. Dla Prusaków odzyskanie dawnego terytorium Prus Królewskich zagarniętego przez króla polskiego przed wiekami i uzyskanie lądowego połączenia między Brandenburgią i Prusami, było kwestią pierwszorzędną.
Polski lot ku katastrofie nabrał wówczas rozpędu i wydawało się, że jedyną szansą na przetrwanie jakiejś formy państwowości jest wierne trwanie u boku Rosji, co było niezmiennym programem partii dworskiej. Polscy patrioci, skupieni w lożach masońskich i wokół wybitnie zdolnego Ignacego Potockiego w ramach tzw. „stronnictwa patriotycznego”, zadecydowali inaczej. Doprowadzili do podpisania traktatu zaczepno-odpornego z Królestwem Prus. Posłowie obradujący w ramach tzw. Sejmu Wielkiego zgodzili się za cenę odstąpienia Gdańska i Torunia na rewindykację całej Galicji. Był to element tak zwanego Traktatu Zamiennego ministra spraw zagranicznych Królestwa Prus Ewalda Friedricha von Hartzberga. Choć Rosja za cenę przystąpienia Rzeczpospolitej do wojny z Turcją i Szwecją godziła się aukcję wojska do 100 tysięcy żołnierzy, to jednak zdecydowano się na ofertę Prusaków.
10 grudnia 1789 odczytano na posiedzeniu Sejmu list króla pruskiego, w którym obiecywał on zawarcie sojuszu, pod warunkiem przeprowadzenia reform ustrojowych w kierunku wzmocnienia władzy wykonawczej. Na ile Król pruski był szczery wobec Polaków, pewnie nie dowiemy się nigdy, faktem jest jednak, że traktat podpisano w marcu 1790 roku. Prusacy dostarczyli broń dla polskiej armii: karabiny dla piechoty i szable dla jazdy. Wkrótce okaże się jednak, że Berlin nie wypełnił postanowień traktatu: latem król Prus podpisze porozumienie z Austrią w Reichenbach (czyli dzisiejszym Dzierżoniowie). Rozwój sytuacji w ogarniętej rewolucyjnym szałem Francji odwróci uwagę od konającej Polski. Austriacy i Prusacy wspólnie poszli wojować nad Sekwaną – i tak nie było już mowy o zwrocie Galicji. Katastrofy dopełnił fakt, że kiedy Imperatorowa Katarzyna posłała swoje korpusy armijne nad Niemen i Wisłę, Prusacy nie dość, że nie pomogli swojemu aliantowi, to wysłali do Wielkopolski tzw. „korpus obserwacyjny”. W praktyce oznaczało to kolejny rozbiór i śmierć Rzeczpospolitej.
Błędne oceny
Dziś trudno winić naszych polityków, że dali się tak rozegrać. Manewr z sojuszem pruskim był śmiałym posunięciem, który zadziwił i wzbudził podziw w całej Europie. Takie odwrócenie sojuszy było czymś normalnym w ówczesnych warunkach. Nasi politycy nie przewidzieli jednak bezczelnej i dwulicowej gry króla Prus, który wiedział, że jeśli będzie cierpliwy, dostanie nie tylko Gdańsk czy Toruń, ale i całą Wielkopolskę, o której marzył już jego dziad… Jedyną szansą Rzeczpospolitej było zwycięstwo Turcji i Szwecji w wojnie z Rosją. Całkowicie nierealne w ówczesnych warunkach mission impossible. Kiedy Rosjanie pokonali Ottomanów, wybiło podzwonne dla Rzeczpospolitej. Oczywiście możemy zastanawiać się, czy utrzymanie sojuszu z Rosją w ramach protektoratu coś by zmieniło? Czy okrojona po pierwszym rozbiorze Rzeczpospolita dotrwałaby do śmierci Katarzyny i objęcia władzy przez polonofila Pawła I? Zabrakło dosłownie kilku miesięcy…
W istocie jednak „Sojusz Trzech Czarnych Orłów” przy cichym wsparciu Wielkiej Brytanii – największej potęgi ówczesnego świata – mroził swobodę manewru Polaków. Porozumienie niemiecko-rosyjskie zawsze było pierwszym wyborem. Choć rozbiorów nie uznała nigdy Turcja, a także np. Królestwo Danii czy Hiszpanii, w praktyce to nic nie znaczyło…
Wróćmy do rozważań z początku artykułu. Czy dzisiejsze elity są równie bezsilne?
Nie. Na naszych oczach doszło do przejaśnienia w pogodzie dla Polaków. Fundament naszych nieszczęść, czyli trwałe porozumienie niemiecko-rosyjskie przeszło w ostatnich latach silną erozje i dziś nie ma mowy o współpracy. Niemcy, choć silne gospodarcze, chwilowo – to nie będzie trwało długo – wojskowo są słabe. Rosjanie wysyłają sygnały do Warszawy, które konsekwentnie są ignorowane przez polskie czynniki decyzyjne.
Najlepszym przykładem jest ostatnia dyplomatyczna inicjatywa Mińska, ze wzgardą odrzucona przez ministra Radka Sikorskiego, realizująca ściśle polecenia płynące z Waszyngtonu. Prawdziwie suwerenny polski rząd byłby dziś w stanie prowadzić wielowektorową politykę, rozgrywając na swoją korzyść konflikty między sąsiadami. Ze względu na swoje unikalne położenie geograficzne i relatywnie mocną gospodarkę, a także soft power, które promieniuje z Polski jako kraju odpornego na globalistyczną agendę, to, co się dzieje nad Wisłą, jest przedmiotem uważnej analizy czy to w Moskwie, Pekinie, czy Teheranie. Na horyzoncie majaczy się idea „Międzymorza”, do realizacji której Rzeczpospolita jest w sposób naturalny predestynowana.
Oczywiście dziś rządząca naszym krajem klika jurgieltników i sługusów, uniokratów, nie dopuści do prowadzenia nieskrępowanej polityki polskiej. Musimy czekać.
Trzeba pamiętać jednak, że czasu nie jest dużo, prędzej czy później dojdzie do odnowienia złowrogiego „Sojuszu Czarnych Orłów”.
Ciężarówka, którą Ukrainiec wjechał w dwóch mężczyzn na pasie awaryjnym / fot. Lubelska Policja
Ukrainiec kierujący ciężarówką potrącił śmiertelnie dwóch mężczyzn, którzy na pasie awaryjnym przy drodze ekspresowej koło Lublina zmieniali koło. Ich bus i czynności wykonywano na pasie awaryjnym.
Minionej nocy na trasie S17 krótko po północy doszło do tragicznego wypadku. Ciężarówka potrąciła dwóch mężczyzn, którzy wymieniali koło w busie na pasie awaryjnym.
„Do tragicznego wypadku doszło dziś w nocy (30/31 sierpnia) na drodze ekspresowej S17 w kierunku Warszawy w miejscowości Sieprawice. Z ustaleń pracujących na miejscu zdarzenia policjantów wynika, że dwóch mężczyzn w wieku 49 i 28 lat podczas wymiany koła w pojeździe zostali potrąceni przez samochód ciężarowy, którym kierował 28- letni obywatel Ukrainy” – poinformowała Lubelska Policja.
Mężczyźni mieli na sobie kamizelki odblaskowe. Miejsce oznaczono też trójkątem ostrzegawczym.
Mimo tego 28-letni Ukrainiec w nich wjechał. Badanie alkomatem wykazało, że był trzeźwy.
Formalnie jest on członkiem pseudo prawicowego PiS, który przez dekady dzielił się władzą z PO (obecnie KO- Koalicja Obywatelska). Oba te ugrupowania, zmieniające dla zmylenia przeciwnika (czyli elektoratu polskiego) swe nazwy, de facto kontrolowały żelazną dłonią globalistyczny kierunek polskiej geopolityki. Nawrocki, utrzymując „niski profil polityczny”, zmylił nieco Berlin i Brukselę, które uznały go za „globalistę pod przykrywką”.
PiS wysługiwał się bezpośrednio USA, a KO/PO Unii Europejskiej (EU).
PiS był wzięty na bezpośrednią smycz Waszyngtonu, w momencie rozpoczęcia wojny proxy na Ukrainie. Taki układ gwarantował Administracji Bidena, pełną kontrolę nad przebiegiem wydarzeń.
To za czasów PiS , na froncie ukraińskim zginęły tysiące Polaków. To za czasów PiS przeprowadzono na Polakach, nie w pełni udaną, próbę ludobójstwa w formie „PLAN-demii covida.
Samo to dawało PiS pełną legitymację w kręgach globalistów.
Mało tego, rola bezpośredniego wasala Waszyngtonu, pozwalała PiS na „zbrodnię” krytyki samego Berlina, co legitymizowało to ugrupowanie w oczach patriotycznej części elektoratu.
Ale nawet takie „rekomendacje” nie ułatwiły Nawrockiemu zwycięstwo w wyborach. Przez wiele miesięcy od tego momentu mnożyły się skargi do Trybunału Konstytucyjnego i pomówienia o sfałszowanie wyborów, na modłę tego co Unia wyczyniała w Rumunii.
Ostatecznie Nawrocki przetrwał tą nawałnicę i ostrożnie zaczął pokazywać swe oblicze Polaka w geopolityce, ukierunkowując się na polskiego tysiącletniego przyjaciela i sojusznika: Węgry.
Ciągle jednak władzę wykonawczą dzierży KO (PO) Tuska.
Stąd też bierze się pozorna schizofrenia polskiej polityki.
Kiedy Polacy próbują zatrzymać nielegalną emigrację afrykańskich mieszkańców z Niemiec, organizując pikiety obywatelskie na punktach granicznych z Germanią, Tusk zamyka je dla polskich obywateli, by straż graniczna Bundesrepubliki mogła swobodnie wysyłać nielegałów do Polski.
Tusk podgrzewa histerię wojenną (antyrosyjską) wszystkimi sposobami. Ostatnio poprzez przedłużenie stanu wojennego Bravo na terenie kraju.
„Premier podpisał zarządzenia o kontynuacji drugiego stopnia alarmowego na terenie całej Polski. Decyzja związana jest z zagrożeniami hybrydowymi ze strony Rosji i Białorusi. Stopnie obowiązują do 30 listopada 2025 roku.”
Wydawałoby się, że przynajmniej niektórzy posłowie jego ugrupowania (KO/PO) mają jakieś korzenie polskie i odwrócą się od znienawidzonego niemieckiego agenta Tuska?
Być może, choć odrobinę instynktu samozachowawczego?
Nic takiego. Jedyne o czym myślą to utrzymanie się przy żłobie za wszelką cenę. Nic więcej do ich globalistycznej świadomości nie dociera. Truizmem jest stwierdzenie, że identyczną postawę demonstrują ich globalistyczni „koledzy unijni” z EU.
Dopóki więc nie usunie się z Polski tych szumowin, kurs narodowy, będzie przypominał drogę pijaka z baru do domu.
Rosnąca nienawiść Polaków, do bezczelnego sabotażu niemieckiego na terenie kraju, daje nadzieję, że w najbliższych wyborach parlamentarnych globaliści zostaną całkowicie odsunięci od władzy. O ile oczywiście Polska nie wkroczy na ścieżkę wojenną z pierwszą potęgą militarną i nuklearną świata: Rosyjską Federacją! [No… md]
Zwolennicy banderowskiej Ukrainy od pewnego czasu ścierają się w mediach z nielicznymi polskimi politykami, którzy próbują uwrażliwić ogłupiałą opinię publiczną na problemy i zagrożenia wynikające z obecności ukraińskich banderowców na polskiej ziemi.
Marcin Palade napisał niedawno na X, że inkryminowani osobnicy są tymi, co “bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę”
Niestety, to powiedzenie już się zdezaktualizowało, bo coraz więcej tych dla których Polska to pojęcie abstrakcyjne wywołujące nie tylko niechęć, ale także nienawiść, dlatego nie ma mowy już o jakimkolwiek kochaniu. Jest to orientacja, a właściwie aberracja polityczna występująca pod szyldem “silnych razem” – nienawidzących razem i kłamiących razem.
Dzisiaj rozmowa na temat kolorystki flag nie jest tematem priorytetowym (…) Być może pan prezydent też powinien wpisać do swojej ustawy mieczyk Chrobrego, zakazać mieczyk Chrobrego
– mówi w radiu TOK FM pani Anna Radwan-Röhrenschef z formacji zasługującej na miano AntyPolska 2050.
Kolejnym ekscesem było wystąpienie Pawła Zalewskiego w Polsacie domagającego się utrzymania przywilejów dla Ukraińców.
Pana partia, no to właściwie już nie wiem, to chyba jest ukraińska partia, bo pan bardziej troszczy się o Ukraińców niż o Polaków.
Anna Bryłka: Obywatelstwo to jest przywilej. Obywatelstwo to jest obowiązek. I świadczenia socjalne powinny być tylko i wyłącznie dla Polaków. I ja się cieszę, że to weto się pojawiło.
Natomiast to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach, ale też w ostatnim tygodniu, pokazuje, że jest i chyba powinniśmy rozpocząć debatę na temat tego, na temat zmiany konstytucyjnej i odebrania obywatelstwa. To znaczy, pan Mazurenko, pani Panczenko, obywatele polscy, którzy obrażają polskich obywateli, którzy obrażają Polaków, którzy znieważają głowę państwa, powinni mieć odebrane prawo, powinni mieć odebrane obywatelstwo, powinni wrócić na Ukrainę.
I to jest, i właśnie, po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy.
Zawetowanie tej ustawy jest w interesie Polski i w interesie Polaków. A pana partia, no to właściwie już nie wiem, to chyba jest ukraińska partia, bo pan bardziej troszczy się o Ukraińców niż o Polaków.
Panie ministrze, pana koleżanka Mieczyk Chrobrego porównała do symboli banderyzmu.
Ja wiedziałem, że tak będzie, ale znowu wychodzi, że prorokowanie do niczego nie prowadzi, bo co to za radość z gorzkiej satysfakcji? Przenikliwość i dar przepowiadania przyszłości to dla regularnych adeptów tej przygody przekleństwo Kasandry, dla proroków incydentalnych, czyli niewprawionych, to pożywka do frustracji, że świat się jednak nie posłuchał.
Chodzi mi o sprawę ukraińską w Polsce.
Tak, mówiłem, grubo wcześniej, że będą z tym kłopoty i to na różne sposoby, nawet widać było na horyzoncie skalę tych problemów, które dzisiaj zaczynają się dopiero ukazywać. Intuicyjnie można było przewidzieć zwykłe ludzkie falowanie: od euforii pomagania, poprzez rutynę działań humanitarnych, obojętność i wreszcie wkurzenie na gości.
To ludzkie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które nie lubią stabilności, którą uważają za stagnację. A więc nam się znudziło, jako społeczeństwu, ale mamy tu jeszcze dwa elementy: władze nasze kochane i samych Ukraińców – i tu ważne – w podziale też na ichnie władze i lud rządzony.
My, Polacy
Polacy zareagowali spontanicznie i jak zwykle przy polskich reakcjach emocjonalnych poruszeń zbiorowych – wyjątkowo. Ludzie jeździli na granicę, by odebrać do domów nieznanych sobie ludzi, pomagali, dowozili, karmili i odziewali, dawali robotę. Państwo tu się mocno spóźniło, najpierw jak zwykle podciągnęły samorządy, potem zaczęło się jakoś ogarniać państwo. Odżyła polska, a właściwie ludzka, solidarność, Polacy przypomnieli sobie jak to z nimi jest, a właściwie – mogło by być.
Od samego początku w polskim kotle zawrzało. Lud potoczny zajął się pomocą humanitarną, zaś nadbudowa analizą i knuciem. Na samym początku pojawiły się nieśmiałe i ostracyzmowane głosy, że to nie jest wszystko takie proste, że to nie jest tak, iż jakoś tak sama z siebie, z mocarstwowego odruchu, Rosja rzuciła się na niewinną Ukrainę. Takie głosy były od razu wyzywane od ruskich onuc i ich wołanie na puszczy było zagłuszane coraz bardziej kontr-emocjami niż argumentami.
Ten proces trwa do dziś, jednak okazało się, że grono tych wątpiących w prosty przekaz manichejskich relacji powiększyło się (mnożąc argumenty geopolityczne), zaś grono akolitów antyonucyzmu zmniejszało się w tempie przyspieszonym. Co charakterystyczne – grupa zmniejszająca się liczebnie, czyli antyonucowa, pokrywała odpływ swoich zwolenników proporcjonalnym wzrostem hałaśliwości a właściwie – agresji.
Wywiązała się też debata, żeby tak rzec – geopolityczna. O dziwo odbywała się ona poza nurtem narracji państwowej. Różni osintowcy [ OSINT – Biały wywiad md] snuli swoje prognozy, oparte bardziej o kompilacje materiałów oficjalnych, ale pojawiły się obok dwa nurty: jeden wojskowo-taktyczny, drugi – geopolityczny na poziomie rozsupływania węzłów światowych implikacji wojny na Ukrainie. W tych pierwszych grupach, powiedzmy operacyjno-taktycznych przewodzili emerytowani wojskowi, którzy wręcz z mapkami w rękach tłumaczyli strategiczną wagę bojów o pojedyncze wioski lub przyczółki. Druga grupa – wyciągała wnioski na poziomie globalnym, z dużą dozą możliwych konsekwencji dla Polski, ba – nawet z postulatami konstrukcji na przyszłość.
Ten ostatni trend był mocno dynamiczny, gdyż zmieniał się w zależności od losów tej wojny. Najpierw się martwiono o Polskę, potem, kiedy „specjalna operacja wojskowa” ugrzęzła i przeradzała się w klęskę Rosji zaczęto snuć dywagacje, żeby Rosję docisnąć, porobić jakieś wielkie sojusze ze zwycięską Ukrainą i jeśli nawet nie iść z nią na Kreml, to chociażby zbudować ekstra sojusz, otwierający drogę do realizacji marzeń o Trójmorzu. Niewiele z tego zostało, gdyż losy wojny potoczyły się inaczej. Teraz ten komentariat raczej jest na grani dylematu: czy skończyć tę wojnę, by jednak coś ocalić, czy kontynuować ją, choć grozi jeszcze większą klęską Ukrainy? Tak jakbyśmy mieli wpływ na takie dylematy.
Ale to pozarządowa elita kraju. Lud miał co innego na głowie. Zaczęło się grymaszenie i znowu kolejny temat, tym razem ukraiński, stał się kolejną pożywką do wojny polsko-polskiej. Co dziwne, nie przejęły tych konfrontacyjnych proporców jak zwykle naprzemiennie partie POPiS-u, ale kwestia ukraińska podzieliła bardziej naród niż polskie partie. Te szły noga w nogę, ale do władz jeszcze wrócimy. Zaczęły się problemy, zwłaszcza dla tych, którzy widzieli nie tyle wyprzytkiwanie się z uzbrojenia, ale gniewali się już nie na niesłuszne zrównywanie praw Ukraińców z Polakami, ale wręcz uprzywilejowanie ich względem rodaków. Pomoc socjalna, na którą to polski obywatel się składał, zaś ukraiński nie. Uprzywilejowanie w naborach do szkół, przyjęciach do szpitala, uzyskiwanie praw na bezrobociu, czy praw emerytalnych. To było widać, Polacy dziwili się, że sami zasuwają na głodowe emerytury, zaś Ukrainiec po miesiącu pracy uzyskuje prawa do wyrównania mu emerytury do poziomu najniższej w Polsce.
W dodatku rozpoczęło się, co oczywiste, sztuczne uchodźctwo na papierze, gdy można było uzyskać te wszystkie apanaże praktycznie nie ruszając się z Ukrainy. Procedery te rozwijały się na całego, zaś informowanie o nich było blokowane. Pojawił się znany z Zachodu syndrom, by złymi wieściami nie wzbudzać niechęci do migrantów. Tyle że u nas kolorowych przybyszów zamienili tylko Ukraińcy – sam to ćwiczyłem, kiedy chciałem się dowiedzieć o narodowości jakiegoś bandziora, który w Olsztynie rozjechał ciężarówą przystanek autobusowy. Nie można się było dowiedzieć kto zacz, co dawało jasną przesłankę – kto zacz, bo wiadomo kogo chronimy przed domniemanym gniewem ludu. Tak jak na Zachodzie. I tak jak na Zachodzie władzuchna wiedziała co ma myśleć większość, o czym ma mówić, a o czym nie, oczywiście dla jej dobra. Narastała frustracja tym tematem, tym większa, im bardziej tłumiona przez media i przemilczana przez autorów tego procederu – władzę.
Przygodę społeczną kończymy sfrustrowani, mamy gulę do Ukraińców, zbieramy na nich haki ich wpadek oraz deklaracje banderowskie, jako kształtujące ich tożsamość narodową i aksjologiczną. Ta frustracja została wyłapana przez polityków, którzy badają opinię publiczną i użyta do zdobywania popularności, czyli w demokracji – władzy. Szczególnie wyszło to w kampanii prezydenckiej, która ma tę cechę, że tu system jest nieszczelny i można usłyszeć w takiej kampanii najbardziej nieprawomyślne, antysystemowe tezy oraz zebrać za nie nagrodę poparcia. Ma więc ona coraz bardziej utrwalone i potwierdzone podstawy, choć, tak jak z ostatnim wetem prezydenta co do pomocy Ukrainie, klasa polityczna wciąż prawnie jedzie tym samym torem, choć społeczeństwo przestawiło już zwrotnicę swego poparcia. A taka sytuacja prowadzi do wykolejenia się pociągu może nie III RP, ale mainstreamu – na pewno.
Władzuchna
No tak, okazało się, że pomagaliśmy sprzętem wojskowym jak się dało, za darmo i bez żadnych warunków. Inne kraje postępowały bardziej powściągliwie, co nawet im wypominaliśmy. I kraje te do dziś nam to pamiętają i kiedy odwrócił się nasz (chwilowy) dobry fart – dziś dojeżdżają nas, trzymając w oślej ławce ustaleń. Okazało się, że ciężko wyjść z tego lejka, bo jak się zaczęło dawać od razu za darmo, to trzeba by było kiedyś przestać, a jak przestać, skoro tam Ukraińcy walczą za nas? I tak dojechaliśmy do rozebrania naszego wojska i znaleźliśmy się w próżni sprzętowej, gdyż starego sprzętu nie mamy, zaś stal na sprzęt nowy jest wciąż z rudach żelaza koreańskich czy amerykańskich kopalń. Mamy więc dziurę strategiczną strukturalnego osłabienia. Tyle militaria. Do tego dochodzi kredytowanie w ciemno interesu Ukrainy, nawet wtedy, gdy jest on sprzeczny z naszym.
Co do strategii polskich władz to mieliśmy do czynienia z rzadkim przypadkiem porozumienia ponad podziałami. Cała klasa polityczna obstawała przy eskalacji wsparcia – pal licho, że militarnego w sprzęcie, ale dlaczego socjalnego, to już nie rozumiem. Szły boje wojny polsko-polskiej o największe bzdury, ale tu akurat zgadzano się w zupełności ze sobą. Ba, nawet mieliśmy przypadki zarzutów ze strony opozycji, że za mało, coś jak za kowida, że rząd (tu wstawić dowolny rząd) nie dość się stara. Fenomen ten jeszcze bardziej eskalował frustrację społeczeństwa, gdyż okazało się, że cała klasa polityczna ma je gdzieś, co rodziło podejrzenia o systemowe układanie się niby-wrogów.
Wielu postulowało, że ten pokój w wojence polsko-polskiej powodowany jest jednością racji stanu ponad podziałami.
Nic takiego nie miało i nie ma miejsca. Mieliśmy jedność, bo tak akurat nałożyły się priorytety naszych patronów – dla PiS-u amerykańskiego interesu, dla Tusków – niemieckiego, kiedy obie strony chciały kontynuowania tej wojny. Tak naprawdę dla ludu było to sprzedanie bajeczki, że tym razem cudzymi rękoma osłabiamy naszych wrogów, nie jesteśmy „first to fight”, a więc lepiej dawać sprzęt, gdyż każdy zabity polską haubicą Ruski, to Ruski, który nie wejdzie na polską ziemię. A więc wydawało nam się, że mocarstwowo wręcz toczymy wojnę per procura.
Ale taka narracja prowadziła do wciskania ludowi również i bajeczki, że to „nasza wojna”, a więc stopień jej zaangażowania miał być taki, jakbyśmy co najmniej toczyli wojnę prewencyjną, albo wręcz na nią się wybierali. Wizja klęski Ukrainy była automatycznie przenoszona na „następne kraje”, bo to Rosja miałaby się nie zatrzymać i odwojować całe po-stowieckie imperium, łącznie z nami. Ta narracja jest szczególnie kultywowana na Ukrainie, gdyż stanowi jedyne już uzasadnienie przewlekania przegranej wojny w prometejskim mesjanizmie krwawej ofiary w imię ocalenie Europy. A taka konstatacja prowadziła u nas do podżegania wojennego, gdyż taka wojna musiałaby się skończyć kompletną klęską Rosji, co stawało się szkodliwym marzeniem za cenę przelewania ukraińskiej krwi. W ogóle kontynuowanie wojny stało się priorytetem dla większości, oprócz ludu ukraińskiego. Putinowi dobrze idzie, a więc po co mu pokój, Zełenski też nie chce skończyć tej wojny, gdyż warunki ewentualnego pokoju będą o wiele gorsze niż propozycje stambulskie, które prezydent Ukrainy odrzucił na początku wojny. I ktoś się może zapytać dlaczego i po co zginęły po tym setki tysięcy ukraińskich żołnierzy? Europa, w przebraniu unijnych globalistów, też chce tę wojnę pociągnąć, gdyż interesy idą w najlepsze, również z Rosją jak nigdy dotąd, zaś panikowanie Europejczyków strasznym Putinem, jak za kowida, służy za pretekst do odzierania nas wszystkich z własności i wolności, domykając projekt federalizacyjny, tak przecież konieczny w obliczu jednakowych zagrożeń.
I polskie władze, bez względu na barwy siedzą teraz w tym wszystkim po uszy. Wyprztykani, jesteśmy wyproszeni z salonów, Polak zrobił swoje i Polak może odejść. PiS angażował się w Ukrainę dla przyjaźni z Ameryką, Tusk, bo taka postawa jest na rękę jego niemieckim mocodawcom. Tak czy owak – zawsze Nowak.
Najgorsze właśnie nadchodzi, gdyż, przy budowaniu z obu stron politycznego sporu jedności postaw antyrosyjskich, zbliżenie Trumpa i Putina wywala wszystko do góry nogami. Wywala, gdyż nie da się pogodzić dążenia do pokoju ze strony Trumpa z naszymi, nawet do niego, deklaracjami wrogości wobec Moskwy, kiedy z nią układają się USA. To raczej obciąża naszą pozycję, jako partnera dla Waszyngtonu – jesteśmy w tym układzie koleżką co prawda zasłużonym, ale i kłopotliwym. Kiedy układają się na nowo losy świata (nie jakiejś tam Ukrainy) to my wyskakujemy ze swoją pryncypialnością, głosząc rewelacje, że Putin kłamie i nie należy mu wierzyć. Jest to przenoszenie na grunt światowy naszych debilnych postaw dyplomacji opartej na zaufaniu, wierze, nie zaś na sile – tym największym gwarancie porozumień i traktatów.
Niemieckie ambicje lokowane w Polsce każą Tuskowi również przeć do eskalacji wojny poprzez kontynuowanie tej beznadziei, która może pogorszyć los Ukrainy i w konsekwencji naszą pozycję. I nie dlatego, że Rosjanie zbliżą się do naszych granic (bo i tak już są zbliżeni), tylko dlatego, że przez naszą pozycję elementu bezwolnego w tej rozgrywce, Trump z Putinem mogą namówić się na różne koncesje, zaś Kreml jasno deklaruje, że pokój będzie naprawdę, jak znikną „źródłowe przyczyny tej wojny”. Nasza upokarzająca pozycja na końcu tej wojny pokazuje mizerię całej naszej dyplomacji w III RP. Płacimy rachunki za nie budowanie własnej siły, nieuzgodnienie naszej racji stanu, używanie polityki zagranicznej wyłącznie na użytek wewnętrzny i serwilizm wobec priorytetów naszych zewnętrznych patronów. POPiSowy ten układ wątek ukraiński naraża na upadek, gdyż jest to polityczne złoto dla zwolenników tezy o pryncypialnej jedności modelu popisowskiego i pozorności wojny polsko-polskiej. A jest to konstatacja antyestablishmentowa, stanowiąca pożywkę dla populizmu, w jego trumpowskim, zdroworozsądkowym zastosowaniu, które może systemowo rozsadzić kompradorski model III RP.
Ukraińcy
Zacznijmy od ludu. Mamy tu, z punktu widzenia polskiego, do czynienia z trzema grupami. Przyjmijmy, na potrzeby klarowności dyskursu, mocno wątpliwe założenie, że tam na Ukrainie lud jest w miarę jednolity co do stosunku do tej wojny, ale jeszcze wrócimy do tego wątku. Teraz zajmijmy się Ukraińcami w Polsce. Ja już tu pisałem, że mamy u nas do czynienia z dwiema grupami migracji: przedwojenną i powojenną. Uwaga – w dużej mierze wrogimi sobie. Przedwojenni ze zgrozą widzą tę nową migrację: butną, roszczeniową (wszak walczymy w imieniu Europy, no może nie my osobiście, bo my akurat w Polsce), coraz bardziej zideologizowaną na antypolonizm. No wypisz-wymaluj jak inżynierowie na Zachodzie. I ci pierwsi patrzą się na to ze zgrozą, bo przedwojenni mieli swój pomysł na siebie w Polsce raczej na stałe, chcieli się tu może nie zasymilować, ale co najmniej zintegrować. Za granicą, ale blisko swego kraju. W dobrych relacjach z Polakami. A tu zachowania drugiej migracji są przez Polaków wrzucane do jednego wora ocen. Ocen idących w dół.
A tu wjeżdżają na pełnej petardzie nie tylko chłopaczki w wieku poborowym, jednocześnie wzywający Polaków do wsparcia, nie tylko oszuści socjalni, ale zaczyna do nas napływać cały ten oligarchiczny eksport z Ukrainy. Ten rak społeczno-polityczny, który i przed wojną doprowadzał ukraiński potencjał do ruiny. Nowa, powojenna migracja psuje te subtelne relacje, które tkali uważnie Ukraińcy przedwojenni. I przedwojenni praktycznie nic nie wiedzieli o jakichś tam banderowcach, teraz zaś ze zgrozą widzą tę ideologię, jako główny wyróżnik tożsamości ukraińskiej, zbudowanej na krwi i nienawiści do wrogów.
Pomoc socjalną Ukraińcy odbierają jako polskie frajerstwo, na zasadzie: „masz frajera to go duś, jak się zesra, to go puść”. I teraz ta bańka pękła. I to na dwie części – nagle skończyło się bajanie o kluczowym wkładzie migracji ukraińskiej w polską gospodarkę. Ta miałaby się rozpaść bez Ukraińców, którzy z naddatkiem oddają ponoć to, co dostają w pomocy społecznej. Jak doszło do prezydenckiego weta to wszystko się posypało, bo przecież takie 800+ będzie zabrane tym, co nie pracują, a więc nie dokładają się z naddatkiem do polskiej pomocy społecznej. Argument został zbity, bo pracujący Ukraińcy dalej przecież będą się dokładać, zaś ci, co się nie dokładają – nie dostaną nic. Zaczęły się pojawiać rzeczywiste bilanse ukraińskiego wkładu do budżetu i tego budżetu wydatków na Ukrainę i Ukraińców. I, już bez zarzutów o onucyzm, okazało się, że ten bilans jest tak z grubsza 10:1 albo i więcej na korzyść Ukraińców.
Drugim argumentem w sprawie weta odnośnie pomocy dla Ukrainy był mit matki z dziećmi w Polsce (a więc niepracującej), której mąż walczy na Ukrainie za Europę. Takie osoby należałoby wspierać. A tu właśnie im zabieramy. I tu zaczęły się na niekorzyść Ukraińców pojawiać argumentu ciężkiej wagi. Jak to jest, że Polska, kraj o dwa razy większym deficycie budżetowym niż wojująca Ukraina, ma wspierać państwo o wyraźnie lepszej pozycji budżetowej? Po co mają tu siedzieć żony wojujących ojców, skoro mogą pojechać na Ukrainę, zwolnić męża z frontu, a na jego miejsce wstawić ze trzech młodych byczków, co to hulają po klubach nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, ale i w Kijowie i Odessie? Czemu to Polska ma być historycznym ewenementem państwa utrzymującego dwa kraje i dwa narody?
No i zostali nam jeszcze Ukraińcy na Ukrainie i ich władze. Lud tam się mocno dzieli na tych, co mają już dość i tych, co to do krwi ostatniej. Obie postawy są zrozumiałe, ale ci pierwsi – zwolennicy pokoju – nie mają przełożenia na działanie władz. Trump ma w garści Zełenskiego, który może nie tylko wyłączyć Zełenskiego w sekundę zabraniem mu broni, a bardziej informacji wywiadowczych i tzw. targetingu (Ukraińcy się wyrobili we własnej produkcji), ale pokazaniem Ukraińcom co najmniej przeczuwanych przez nich machlojek zarabiających na krwi ukraińskiej oligarchów, z samym prezydentem włącznie. Zełenski na razie jest trochę wypuszczony na wolność, bombarduje Rosję, ale Trump na to się godzi, gdyż ma nadzieję, ze to popchnie Putina do pokoju. A co może w tej wojnie Trump widać było w czasie ostatniej wizyty w Waszyngtonie. Putinowi zrobić Trump nic nie może, ale Ukrainie i Europie na tyle dużo, że w Białym Domu wszyscy przycupnęli jak grzeczne pieski i słuchali pana jak będą wyglądały spacerki i treningi, oraz ile za to pieski zapłacą.
Ukraińcy na Ukrainie przeszli długą drogę. Najpierw dumy ze zwycięstwa, później pedagogiki narracyjnego męstwa, kiedy jednym tchem domagali się pomocy, szacunku do swego wysiłku wojennego, drugim zaś namawiali swoje dzieci, by spylały dokąd oczy poniosą. Króluje jeszcze, choć w stopniu gasnącym mit, że Ukraina poświęca się dla pokoju w Europie i w ogóle na świecie. Nie jest to prawda, gdyż ta opowieść, jako już tu się rzekło, jest jedynym uzasadnieniem kontynuowania przegrywanej wojny dla Ukraińców, zaś dla Zachodu jest to pretekst do wzmożenia wysiłku pomocowego, głównie w formie deklaratywnej, bo militarnie Europa musi byś słabiutka, skoro to ponoć my jesteśmy jej największym zasobem wojskowym.
Moi znajomi Ukraińcy interesują się Polską, ostatnio dopytywali mnie z troską, jeszcze w trakcie kampanii, o Nawrockiego. Byli bowiem straszeni, tam u siebie i na migracji w Polsce, że Nawrocki jest ukrainożercą, choć dowody na to leżały w domaganiu się ekshumacji ofiar Wołynia, niewiele więcej. Teraz, po wecie prezydenta, mają uzasadnienie swych wcześniejszych obaw, nie wiedząc (nie pamiętając?), że podobne postulaty co do ograniczenia 800+ dla Ukraińców miał i kontrkandydat Nawrockiego. Ale kto tam się bawi w takie subtelności.
Moi Ukraińcy przeszli pewien proces, który uzasadnia tezę o budowaniu swej tożsamości na fladze symbolizującej krew i ziemię. Kiedy w 2017 roku Elinie powiedziałem o filmie Wołyń, ta nic nie wiedziała ani o tej tragedii, ani nawet o jakimś Banderze, co dopiero Szukiewiczu, czy innych piewcach czystki etnicznej. Kiedy dotarła do filmu, obejrzała go, to zadzwoniła do mnie, że to wszystko ruska propaganda, która ma nas skłócić. Nie było więc o czym gadać. Dziś Elina, po z górą trzech latach tej wojny wie już doskonale kto to jest Bandera i że Wołyń był smutnym pokłosiem walki tambylców z „polskimi panami”. Skądś się o tym dowiedziała, że z jakiegoś powodu zmieniła zdanie. Coś tam się narracyjnie dzieje na tej Ukrainie i nie są to dobre wieści dla sąsiedzkiej współpracy.
Co ciekawe – kogo słucha Ukraina okazało się właśnie niedawno. Wystarczyło, że ukrainofila Dudę zastąpił Nawrocki i okazało się, że i można naszą politykę prowadzić inaczej i Ukraińcy, dotąd butni po naszym bezwarunkowym wyprztykaniu się, zaczynają na poziomie władz trzeźwieć. Wystarczyło się tylko postawić. Nawrocki, który wybiera się do Trumpa pokazał jak to jest z tą tezą Tuska, że „rząd rządzi, zaś prezydent – reprezentuje”. Nawrocki jadąc do Waszyngtonu zwołał naradę państw bałtyckich, by uzgodnić wspólne stanowisko i zanieść jakieś supliki do Trumpa, a więc zaczął robotę (wreszcie!) na poziomie kreowania koalicji wspólnych interesów, czego Tusk zrobić nie jest w stanie, bo ani go w USA nie tolerują, a w sprawach europejski (jeśli już w ogóle) jedzie w trzecim wagonie. Ale po zakończeniu tych bałtyckich rozmów Nawrocki doprasza do narady Zełenskiego, zaś ten zachowuje się racjonalnie. Nie pyskuje, nie świeci w polskie oczy naszym onucyzmem, nawet nie zająkuje się o 800+. Dziękuje za to, że został zaproszony, za to, że będzie miał szansę ustami Nawrockiego może dodać coś do obecnych ustaleń, tych bez Polski. Czyli widać (co oczywiste, ale nie dla nas), że Ukraina szanuje tylko siłę i sprawczość, nie zaś Dudzie zaśpiewy o Ukropolinie.
Z nimi trzeba twardo – realizować nasz interes narodowy i zabierać ze sobą Ukrainę tylko wtedy, kiedy nasze interesy nie są konfliktowe. Inaczej niż czynił Duda, co tylko rozzuchwaliło Kijów. Mam nadzieję, że te czasy się właśnie kończą, co – paradoksalnie – może wyjść na dobre Ukrainie, która nie widzi, że jej romans z Niemcami jest przez nie instrumentalnie wykorzystywany.
Przed Ukrainą ciężkie czasy – lud widzi, że został nie tylko wycyckany, ale i wykrwawiony, że wojna mogła się skończyć wcześniej, że nie wiadomo kiedy się skończy, ale wiadomo, że im dłużej potrwa, tym gorzej się skończy. Kijów jest rozgrywany do realizacji interesów o większej skali, jest tylko tematem zastępczym, pod którego pretekstem Trump ułoży się z Putinem, choćby i na temat Arktyki, zaś Niemcy pod pretekstem zagrożeń z Moskwy skończą swój projekt federacyjny z europejską armią sterowaną z Berlina, która nie wiadomo na kogo ma pójść.
Epilog
Ja wiedziałem, że tak będzie. Wiedziałem w ciemno, bo wszystkie nasze szlachetności to wyraz naiwnej postawy, która w obecnym świecie przegrywa na całego. Jesteśmy pechowi z tymi poruszeniami, gwałceni jak Kasandra, która miała rację, choć (a właściwie dlatego) przegrała. Nawet to przeczuwałem, kiedy byliśmy na szpicy w pomocy militarnej i humanitarnej, kiedy wszyscy patrzyli z zachwytem na nas, Polaków. Już wtedy wiedziałem, że to zostanie spitolone, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem, że jak zwykle wyjdzie po staremu. I wyszło, wyszło, że dla Ukraińców jesteśmy wrogiem nr. 2 (na razie) po Putinie. I mamy zakorzenione poczucie niewdzięczności ze strony Ukraińców. Po tym wszystkim, co dla nich zrobiliśmy. No, rzeczywiście, Putin nie mógł sobie wyobrazić, albo lepiej przygotować, takiej historii. Dwaj najwięksi wrogowie Rosji pokłócili się ze sobą. Dobra inwestycja na przyszłość.
Piszę ten tekst, jakby ta wojna miała się zaraz skończyć. Nadzieje na to są raczej płonne, gdyż o tym pokoju się tylko gada, zaś nikt go sobie chyba nie wyobraził jeszcze. Wszystkie strony są w impasie, by jej jednak nie kończyć, bo może dojść wtedy do gorszących bilansów. Nie wiadomo co będzie. U nas wiadomo jedno – mizeria naszej pozycji stoi jak słoń w kącie salonu i każdy udaje, że go nie widzi.
Ale żeby się uratować to właśnie trzeba go po pierwsze zauważyć, po drugie wystawić na środek, by o nim pogadać i po trzecie – zastanowić się co wynika z tej lekcji, by jej nie powtarzać. A wiadomo przecież, że jeśli historia się powtarza to nie poprzez zrządzenie losu wraca jako farsa. Ona wraca jako farsa dlatego, że elity nie wyciągnęły z niej wniosków, nie zapobiegły konsekwencjom, wchodząc w korkociąg w dół, coraz stromszy, z coraz węższymi obrotami. Ku ziemi, tej ziemi…
Sprawa była nagrana przynajmniej od 2016 r., a przypuszczalnie wcześniej Już w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęto wybielanie banderyzmu. Na drugi dzień po rozpoczęciu specjalnej akcji wojskowej cała Polska zakwitła sino-żółtymi sztandarami. Kościół, zazwyczaj tak powściągliwy i roztropny natychmiast włączył się do akcji. Na kościołach zawisły sino-żólte barwy, nawet skrzynki „na ubogich” zmieniły nazwę i dostały opaski we właściwym kolorze.
Ci co tu przyjeżdżali przeważnie nie byli żadnymi uciekinierami. Wojna w Donbasie trwała już od ośmiu lat, i jeżeli stamtąd uciekano, to do Rosji.
Było to planowe przesiedlenie, uzgodnione z polskim rządem, na czyj wniosek, Zelenskiego, Putina, Bidena, nie wiem. Celem jest rozbicie polskiego narodu obcym elementem, i następnie jego likwidacja.
Tak tłumaczą dowcipnisie i to wyjątkowo trafnie skrót KPO. Tylko najstarsi z nas dobrze pamiętają czasy Edwarda Gierka i fatalne zadłużenie kraju, które nie tylko zrujnowało na całe lata naszą gospodarkę lecz uruchomiło mechanizm FOZZ i inne metody rabunku finansów Polski.
Nie wszyscy jednak pamiętają, albo raczej nie chcą pamiętać, zachwytu jaki wśród wielu obywateli naszego kraju wywołały pierwsze posunięcia Gierka. Szczególnie dotyczyło to kadr technicznych. Niektórzy inżynierowie otrzymali znaczące podwyżki, tu i ówdzie kupiono na Zachodzie dla resortowych instytutów zaawansowaną naukową aparaturę, w sklepach pojawiły się banany i cytrusy, a na produkowanego w Polsce małego fiata zwanego powszechnie „maluchem” można było dostać talon. Żyć nie umierać.
Pamiętam naszą zażartą nocną kłótnię przy ognisku podczas wakacyjnego rejsu po Bugu jachtem Ramblerem. Kłótnię tak zażartą, że dołączył do naszej dyskusji pastuch wypasający gminne krowy na nadbużańskich łęgach. Ja, jako osoba zachowawcza i wychowywana według staroświeckich zasad, twierdziłam, że nie pożycza się pieniędzy na konsumpcję, a przede wszystkim nie pożycza się pieniędzy gdy nie ma z czego ich zwracać. Znajomi zarzucali mi zwykłą zazdrość. Byłam tylko belfrem a nauczyciele nie dostali wówczas podwyżek. Podwyżki dostali – jak twierdzili moi przemądrzali znajomi – ludzie wybitni, potrzebni, zasłużeni dla rozwoju kraju.
„Durnie, nie rozumiecie, że jeszcze wasze prawnuki będą to wszystko spłacać” –podsumował naszą dyskusję pastuch.
Podobne dyskusje dotyczą obecnie UE. Uważam, że lemingoza czyli myślenie życzeniowe jest permanentnym stanem umysłu naszych rodaków, szczególnie ze sfer naukowych i artystycznych. Bardzo często słyszę na przykład zwrot „ Na to czy tamto pieniądze dała Unia”.
Kiedy tłumaczę, że Unia nic nie daje, a tylko zwraca „po uważaniu” wpłacone na jej konto pieniądze budzi to na ogół oburzenie i zgorszenie. Unia postrzegana jest jak dobra ciocia, która za swoje własne pieniądze buduje nam drogi, baseny i szkolne boiska. Kiedy odmawiano Polsce wypłaty środków z KPO większość nie chciała sobie uświadomić, że to tylko pożyczka i trzeba ją będzie spłacać. Gorzej- że pieniądze z KPO dostaną wybrani a spłacać długi będziemy my wszyscy i to przez długie lata. W najśmielszych marzeniach zwolennicy UE nie przewidzieli chyba jednak, że dotacje otrzymają tak szacowne, ważne dla wizerunku kraju i niezbędne dla jego rozwoju instytucje jak kluby swingersów. Nazywajmy rzeczy po imieniu – zwykłe burdele.
Słyszałam argument, że ewentualne błędy w przydzielaniu dotacji wynikły z faktu, że rozdawano pieniądze pospiesznie, żeby je wykorzystać, żeby się nie zmarnowały. Dobrze pamiętam jak w latach osiemdziesiątych, w liceum w którym pracowałam, pod koniec roku kupowano palmy i kaktusy do gabinetu dyrektora, oraz zbędne wazoniki i obrazki na ścianę argumentując, że jeżeli nie wykorzysta się dotacji przysługującej szkole to w następnym roku rozrachunkowym będzie ona zmniejszona.
Centralne zarządzanie zawsze powoduje niegospodarność – jak wiadomo zbyt łatwo wydaje się cudze pieniądze. Zdumiewające było więc dla mnie, że po doświadczeniach realnego socjalizmu, po gospodarczym zawaleniu się Związku Sowieckiego ludzie chcieli wejść do UE czyli ponownie znaleźć się w wielkiej ponadnarodowej strukturze, która będzie brać od jednych a rozdawać innym. Dotacje z KPO dla klubów swingersów czyli zwykłych burdeli powinny przejść do historii jako signum temporis, jako znak naszych czasów.
Rabowały nas zainstalowane na sowieckich tankach elity władzy, rabowali nas uwłaszczani na majątku narodowym komunistyczni aparatczycy. Teraz nie tylko się nas rabuje, teraz się z nas bezczelnie drwi.
Tusk przechwala się, że wywalczył KPO dla Polski. To akurat by się zgadzało. Tusk nazywany jest Anty-Midasem bo wszystko czego dotknie zamienia się w guano i Anty-Janosikiem bo zabiera biednym a rozdaje bogatym.
Odmówiono dotacji z KPO szpitalom w tym szpitalom onkologicznym, natomiast luksusowe jachty otrzymali krewni i znajomi partyjników z PO i ich koalicjantów. Nas czeka przedłużenie wieku emerytalnego, likwidacja 800+, podatek katastralny a Oni będą sobie fundować solarium w pizzerii czy pizzerię w solarium.
Trudno to zapamiętać, bo tak absurdalne są projekty, a właściwie preteksty na które otrzymała kasę – jak ją nazwał Ziemkiewicz – tuskowa nomenklatura II komuny czyli nowa klasa próżniacza. Klasa próżniacza (leisure class) to termin wprowadzony przez Thorsteina Veblena w wydanej w 1899 roku książce „Teoria klasy próżniaczej”. To zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję, a dostęp do wyrafinowanych form tej konsumpcji traktująca jako legitymację do sprawowania władzy. Jak profesor Król, który twierdził, że upodobanie do ostryg i wina wyróżnia go i jego środowisko pozytywnie od reszty społeczeństwa i daje im prawo do władzy.
Zdaniem Veblena klasa próżniacza wytworzyła szereg nieproduktywnych instytucji podtrzymujących jej rolę w społeczeństwie. Zalicza do nich przede wszystkim uniwersytety instrumentalnie traktujące wiedzę. Myśl Veblena kontynuował Milovan Dzilas były wiceprezydent Jugosławii. Kilkakrotnie więziony i pozbawiony stanowisk za krytykę komunistycznej władzy, w książce „Nowa klasa” poddał krytycznej analizie system rządów komunistycznej oligarchii. W Polsce jego poglądy cieszyły się wielkim powodzeniem wśród dysydentów systemu komunistycznego samozwańczo uważających się za opozycję. Również typowy dla tej kawiorowej czy kontraktowej opozycji jest fakt, że bywała karana wysłaniem za granicę. Dzilas uzyskał zgodę władz jugosłowiańskich na opuszczenie kraju w 1968 roku. W tym samym czasie za próbę opuszczenia komunistycznego raju ludzie ginęli zastrzeleni na berlińskim murze albo w ubeckich katowniach.
Nieodmiennie aktualne jest to co o stosunku każdej komuny, zarówno poprzedniej jak i tej aktualnej do społeczeństwa pisał Szpotański : „bo trzeba doić, strzyc to bydło, a kiedy padnie − zrobić mydło”.
Prezydent Karol Nawrocki i premier Donald Tusk. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP
Żadnej kohabitacji w Polsce nie będzie i jest to wiadomość zła dla Polaków. Prezydent Karol Nawrocki wyraził nadzieję, że „w najbliższych pięciu latach Rady Gabinetowe będą nie tylko forum wymiany myśli, lecz także miejscem systematyzowania mechanizmów naszej współpracy – z myślą o Polkach i Polakach oraz o rozwiązywaniu spraw istotnych dla naszej Ojczyzny”.
Pierwsza Rada Gabinetowa zaczęła się jednak od typowych „chłopięcych” złośliwości premiera Donalda Tuska, a skończyła „chlewem” w internecie jego akolitów. „Plemienność” krajowych polityków zaczyna wychodzić bokiem…
Wpisy, zwłaszcza niektórych polityków Koalicji 13 grudnia, pokazały poziom ich politycznej kultury. Wybraliśmy kilka „typowych” wpisów. I tak Tomasz Trela komentował spotkanie tym, że „Premier Tusk zmiażdżył Prezydenta Nawrockiego spokojem, wiedzą, danymi, osiągnięciami rządu i skutecznością w działaniu. My robimy, oni tylko mówią!”.
Trela ciągle nie dochodził do siebie i przeżywał nadal: „Karol Nawrocki nie dorósł do żadnej funkcji publicznej. Początek Rady Gabinetowej pokazuje to dobitnie. Kacyk Kaczyńskiego, nie Prezydent RP”.
„Basenowy” Dariusz Joński pisał: „Dzisiejsza Rada Gabinetowa pokazuje, że Prezydent Nawrocki to nie tylko prezydent w podkoszulku, ale też w krótkich spodenkach. Sroga lekcja od Premiera Tuska”.
Były opozycjonista, „prawicowiec”, który zasłynął „jurnością” i nawet łamał kanapy z dostarczanymi mu paniami lekkich obyczajów, czyli Stefan Niesiołowski pojechał w obrażaniu głowy państwa po całości: „Batyr zwołał RG i się naciął. Ktoś o wyglądzie i manierach żula bredzącego o sprawach, których nie rozumie. Z drugiej wiedza, inteligencja premiera. Zła wiadomość dla Nawrockiego, bo wiatraki będą i tak powstawać i to najlepsza riposta na plany podpalania Polski i recydywy PiS”. Tu działa zapewne podobny syndrom „odrzuconego kochanka”, jak w przypadku Romana Giertycha…
Poseł PO Krzysztof Brejza: „Ktoś złośliwy musiał podpowiedzieć K. Nawrockiemu pomysł z Radą Gabinetową Premier Tusk mistrzowsko orze populistyczne kłamstwa”. Nie inaczej „posłanka” Karolina Pawliczak: „Panie Nawrocki #RadaGabinetowa, to nie ustawka! Trzeba być zawsze przygotowanym. Zderzył się pan z faktami i liczbami. Powinien pan częściej korzystać z politycznych korepetycji i nauki, którą przekazał panu dziś Pan Premier @donaldtusk”.
Tylko Tomasz Lis martwił się, że owa „orka” może zostać niezauważona, ale to podobno już wina… Polaków: „Co z tego że Tusk jest inteligentny i kompetentny, a Nawrocki ani jedno ani drugie? Trzaskowski też w przeciwieństwie do Nawrockiego był inteligentny i kompetentny. W kraju, w którym, wg badań, 40 procent to funkcjonalni analfabeci, a 60 procent nie jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem nawet prostego tekstu, wrażenia i sympatie są ważniejsze niż inteligencja i kompetencja”.
Dodajmy, że i „drugie plemię” też interpretowało spotkanie Rady Gabinetowej po swojemu i też było o „orce”, chociaż w drugą stronę. Jednak Koalicji 13 grudnia nie przebili. Zapowiadane są jednak kolejne „rolnicze” pojedynki i posiedzenia Rady. Może będzie jeszcze bronowanie, ale żadnego zasiewu raczej się nie doczekamy…
Po zapowiedziach penalizacji symbolu ukraińskich ludobójców ruszyła ofensywa propagandowa banderowców i środowisk prounijnych, proniemieckich, proukraińskich.
To nie są kolory, które wymyślił Bandera, to są kolory kozackie, dla nas to kolory Bandery, a on je przejął, bo nie miał własnych. Dla Ukraińców to kolory oddziałów historycznych wojsk kozackich – @ZalewskiPawel, wiceszef @MON_GOV_PL, @PL_2050 w Porannej #RozmowaRMF./X
Argument na poziomie obrony pradawnego symbolu swastyki oraz sierpa i młota – symbolu trudu i znoju ludzi pracy.
Hitler również przejął swastykę, bo nie miał własnych – argumentowali internauci.
Polityk KO stwierdził:
Problemem głównym nie jest banderyzm, problemem głównym jest Rosja i putinizm.
Według Zalewskiego Karol Nawrocki popiera propagandę Putina.
Mam nadzieję, że pan prezydent zrozumie, iż nie należy popierać propagandy Putina w kraju, który przez Putina najbardziej jest zagrożony – powiedział, dodając, że “nie oznacza to, iż integralny nacjonalizm na Ukrainie nie jest groźny. /RMF/
Jeszcze dalej poszedł Roman Giertych, który w swoim wywodzie na X dowodził, że Karola Nawrockiego wspierała Rosja za pomocą swoich służb i chińskiego Tik Toka.
Podobnie było w innych mediach, gdzie Rosjanie mieli jakiś wpływy, na przykład na X
Tak działa propaganda
W taki właśnie sposób niesprzyjające Polsce środowiska – prożydowskie, proniemieckie i proukraińskie odwracają uwagę znacznej części opinii publicznej od realnych zagrożeń i problemów kierując ją na każdego polityka, któremu “przytrafi się” propolskie działanie, w tym przypadku na Nawrockiego do którego przykleja się „Putina”.
Środowiska lewicowe, które na co dzień zarzucają Polakom neonazizm i faszyzm, nigdy nie używają tych określeń w kontekście ukraińskim, „bo jest wojna”.
Argument, mówiąc delikatnie chybiony, bo właśnie w trakcie wojny zawsze wychodziły i wychodzą również teraz z poszczególnych cywilizacji – turańskiej, żydowskiej, łacińskiej – najgorsze lub najlepsze żywioły.
Tytuł sam w sobie zawiera uprzejme założenie, że świadomość przyjaciół banderowskiej Ukrainy została poważnie zaburzona przez lęk.
Do tej grupy należy dołączyć także tych, którzy a priori odrzucają wszystko, co ma związek z Karolem Nawrockim niezależnie od tego czy są to dobre czy złe rzeczy.
Nawrocki może wyłączyć Internet Ukrainie!
– głoszą dramatyczne nagłówki komentarzy.
Oczywista brednia. Po prostu będą musieli zapłacić sami, a często płacą za różne rzeczy – INNYM – wszystkim prócz Polsce, na którą plują.
Od 1 października Polska może wstrzymać płatności, a Starlink to kluczowe łącze dla wojska i uchodźców – alarmuje Mateusz Grzeszczuk, autor książki „Światy Lękowe”.
Adekwatny tytuł. Myślę, że Ukraina należy do “Światów Lękowych” wszystkich tych, którzy nadużywają głównego ścieku do codziennych ablucji.
==============================
Dictum acerbum Radka Pogody:
Przecież Ukraina ma:
– niższy poziom długu publicznego od Polski,
– dość środków, by szykować budowę nowej elektrowni atomowej,
– handluje bronią po całym świecie,
– opłaca setki (jeśli nie tysiące) wysokich urzędników w Unii, Stanach i “innych stranach”. … Ergo: chyba na te abonamenty jakoś będzie ich stać. W końcu urządzeń z okopów nikt wyciągać i odsyłać do Polski nie będzie…
Stawiając kropkę nad „i”. Fakt, że Rosja walczy z banderowską Ukrainą nie stanowi usprawiedliwienia abyśmy z tego powodu mieli pomagać Putinowi. Ruskim i ukraińskim onucom mówimy zdecydowanie – Nie!
Prezydent Rosji Władimir Putin i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump podczas spotkania w Anchorage na Alasce. / foto: Wikimedia, kremlin.ru, CC BY 4.0
Świat wstrzymał oddech, gdy do Anchorage na Alasce przyleciał najpierw prezydent USA Donald Trump, a wkrótce potem – rosyjski prezydent Włodzimierz Putin. Prezydent Trump oczekiwał go na rozścielonym uprzednio czerwonym dywanie, a kiedy prezydent Putin, maszerując po dywanie dotarł do prezydenta Trumpa, ten uścisnął mu dłoń, po czym zaprowadził do limuzyny, którą podjechali do gmachu, gdzie miały odbyć się rozmowy.
To zachowanie prezydenta Trumpa spotkało się z pryncypialną krytyką środowisk miłujących pokój. Wiadomo bowiem, że zamiast uściskać dłoń Putina, prezydent Trump powinien udusić go własnymi rękami, albo od razu na czerwonym dywanie, albo – jeszcze lepiej – w limuzynie, żeby ani dzieci, ani osoby wrażliwe nie widziały w telewizji tych drastycznych scen. Stało się jednak inaczej i rozmowy się rozpoczęły.
Jak tam było, tak tam było – bo toczyły się one za zamkniętymi drzwiami – ale o tym, o czym rozmawiano i co uzgodniono, możemy dedukować z wypowiedzi obydwu prezydentów na konferencji prasowej. Pierwszy zaczął prezydent Putin, który swoje wystąpienie odczytał z kartki, podczas gdy prezydent Trump mówił bez żadnych notatek. Z wystąpienia prezydenta Putina można wyciągnąć wniosek, że obydwaj prezydenci odrzucili pomysł ukraiński, by rozmowy pokojowe zostały poprzedzone bezwarunkowym zawieszeniem broni. Przeciwnie – zarówno prezydent Putin, jak i prezydent Trump zgodnie opowiedzieli się za kompleksowym uregulowaniem pokojowym, które siłą rzeczy musiałoby obejmować szerokie spektrum spraw.
Dodatkowo prezydent Putin na tej konferencji powtórzył to, co wielokrotnie mówił wcześniej, a potem jeszcze raz powtórzył to w wystąpieniu po powrocie do Moskwy – że muszą zostać usunięte „pierwotne przyczyny tej wojny”. Co to za przyczyny?
20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Był to efekt zarówno „resetu”, jaki 17 września 2009 roku przeprowadził w stosunkach amerykańsko-rosyjskich prezydent Obama, jak i 25-letnich starań o ustanowienie w Europie nowego porządku politycznego, który ostatecznie zastąpiłby nieaktualny już porządek jałtański. Najważniejszym postanowieniem było oczywiście strategiczne partnerstwo NATO–Rosja – bo ze śmiertelnych wrogów przez całą „zimną wojnę”, obydwaj stali się strategicznymi partnerami. Wcześniejszy „reset” prezydenta Obamy sprawił, że najtwardszym jądrem tego partnerstwa było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow.
Prawie – bo republiki bałtyckie, które wraz z innymi państwami Europy Środkowej zostały w 1999 roku przyjęte do NATO, znalazły się po zachodniej, a nie – jak było w 1939 roku – po wschodniej stronie kordonu. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, na przełomie roku 2013 i 2014 prezydent Obama wysadził ten „porządek lizboński” w powietrze. USA wyłożyły 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „Majdanu” ze strzelaniną i wszelkimi atrakcjami, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej strefy. Od tego wszystko się zaczęło, to znaczy – Rosja bez wystrzału zajęła Krym, a we wschodnich obwodach, przede wszystkim donieckim i ługańskim, wybuchły niesnaski, których pretekstem były zarządzenia językowe Kijowa. Jeśli zatem od tego wszystko się zaczęło, to „usunięcie pierwotnych przyczyn” wojny może oznaczać jakiś kolejny „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich – bo o strategicznym partnerstwie z NATO na razie chyba nie może być mowy.
Jak pamiętamy, później prezydent Piotr Poroszenko podpisał porozumienia mińskie, które – zwłaszcza w porównaniu z obecną sytuacją – wydawały się dla Ukrainy stosunkowo łagodne. Przewidywały one nieznaczną modyfikację ukraińskiej konstytucji, by w obwodach ługańskim i donieckim można było ustanowić autonomię – przede wszystkim językową, ale obydwa one miały oczywiście pozostać w granicach Ukrainy.
Jednak w międzyczasie nastąpiła zmiana na stanowisku prezydenta Ukrainy; miejsce oligarchy Piotra Poroszenki zajął komik Włodzimierz Zełenski, wynalazek żydowskiego oligarchy z trzema obywatelstwami: ukraińskim, cypryjskim i izraelskim – Igora Kołomojskiego, zaś w USA nowym prezydentem został Józio Biden. Józio Biden musiał naobiecywać prezydentowi Zełenskiemu jakieś gruszki na wierzbie, w rodzaju członkostwa w NATO i w ogóle – bo ten zerwał porozumienia mińskie, a – jak się potem okazało – CIA zainstalowała na Ukrainie 12 tajnych baz.
W tej sytuacji Rosja zareagowała podobnie do reakcji prezydenta Kennedy’ego na rozmieszczenie na Kubie w roku 1962 sowieckich rakiet z głowicami jądrowymi. Kuba była suwerenna, więc mogła przyjaźnić się, z kim chciała oraz na swoim terytorium mogła instalować taką broń, jaką po nieudanej inwazji w Zatoce Świń uznała za stosowne – ale prezydent Kennedy nakazał blokadę morską Kuby, co postawiło świat na krawędzi wojny jądrowej.
Jednak wywiad rosyjski nie docenił uzbrojenia po zęby i wyszkolenia ukraińskiego wojska, w związku z czym nadzieje na powtórkę roku 2014 spaliły na panewce i blitzkrieg się nie udał. W tej sytuacji Rosja niemal z dnia na dzień zmieniła cele wojenne, koncentrując się na wyrąbaniu sobie lądowego połączenia z Krymem – co udało się w stu procentach, łącznie z inkorporowaniem czterech zajętych ukraińskich obwodów do Federacji Rosyjskiej. I teraz – chociaż prezydent Zełenski twierdził, że oddanie Rosji tych obwodów, a co najmniej – donieckiego i ługańskiego – jest „niemożliwe” i że nie nastąpi to „nigdy”, to widocznie prezydent Trump dał mu do zrozumienia, że jak będzie grymasił, to niech sobie dalej wojuje z Rosją – ale już bez Ameryki – bo zrobił się cichy i pokornego serca, zgodził się na rozmowy trójstronne bez wcześniejszego zawieszenia broni i skupił się na „gwarancjach bezpieczeństwa”.
Reichsführerin Urszula Wodęleje wyjaśniła na spotkaniu w szerszym gronie – że chodzi o gwarancje „podobne” do art. 5 traktatu waszyngtońskiego. „Podobne” – a więc jeszcze słabsze niż art. 5, który przecież nie wprowadza ani żadnego automatyzmu reakcji, ani jej wojskowego charakteru. Najwyraźniej „koalicja chętnych” nie ma najmniejszego zamiaru niczego konkretnego Ukrainie gwarantować, zwłaszcza nie mając narzędzi wpływania na postępowanie tego kraju, a jeśli markuje żywe zatroskanie, to dlatego, żeby nie przegapić eksploatacyjnego podziału Ukrainy, gdzie Amerykanie i Anglicy zabezpieczyli swoje udziały wcześniej.
Polska w tym wyścigu jak zwykle została pominięta – ale to nic dziwnego, skoro takie mamy kadry.
los zesłańców syberyjskich pasjonatów nauki z losem pasjonatów wykluczonych obecnie
Powszechnie wiadomo, że carat rosyjski przez dziesięciolecia stosował represje wobec Polaków walczących o niepodległość. Zsyłki, więzienia i katorga stały się symbolem XIX-wiecznej historii narodu polskiego. Jednak mniej oczywisty jest fakt, że Syberia – obszar, który miał być „więzieniem narodów” – paradoksalnie stała się miejscem rozkwitu nauki. Wbrew oczekiwaniom władz rosyjskich wielu polskich zesłańców potrafiło przekształcić przymusowy pobyt na Wschodzie w okazję do badań naukowych, a nawet zdobycia światowego uznania. System autokratyczny, choć bezwzględny, wykazywał pewną zdolność do pragmatyzmu: jeśli wiedza mogła służyć imperium, talent badacza był ceniony i wspierany.
Zesłańcy jako odkrywcy Syberii
Już po powstaniu listopadowym i styczniowym dziesiątki polskich intelektualistów znalazło się na zesłaniu. Wielu z nich miało wykształcenie przyrodnicze, techniczne lub medyczne, co uczyniło ich przydatnymi dla carskiej administracji. Gdy w tajdze brakowało piśmiennych i zdyscyplinowanych urzędników, byli powstańcy stawali się kancelistami, lekarzami lub nauczycielami. Z czasem zaczęli dokumentować przyrodę i geologię Syberii, prowadząc badania pionierskie na skalę światową.
Najbardziej znany jest przykład Jana Czerskiego (1845–1892) – uczestnika powstania styczniowego, zesłanego na Syberię w 1863 roku. Początkowo skazany na ciężką pracę fizyczną, szybko zwrócił uwagę władz swoimi zdolnościami. Dzięki wsparciu Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego rozpoczął badania geologiczne, tworząc pierwsze mapy geologiczne obszaru nad Bajkałem i Kołymą. Dziś jego nazwisko nosi pasmo górskie w Jakucji – Góry Czerskiego.
Podobną drogę przeszedł Benedykt Dybowski (1833–1930), lekarz i zoolog, który jako zesłaniec prowadził wieloletnie badania nad fauną jeziora Bajkał, odkrywając kilkaset nowych gatunków. Jego prace stały się podstawą światowej limnologii, a Syberia – mimo że była miejscem katorgi – stała się laboratorium przyrody.
Również Aleksander Czekanowski (1833–1876), zesłany do Tunki, przekształcił swoje zesłanie w misję naukową. Opracował szczegółową geologię dorzecza Leny i Angary, a jego kolekcje paleontologiczne do dziś stanowią podstawowy materiał badawczy w rosyjskich muzeach.
Przykład Bronisława Piłsudskiego
Wśród zesłańców wyjątkowe miejsce zajmuje Bronisław Piłsudski (1866–1918) – starszy brat Józefa. Skazany za udział w spisku terrorystycznym na 15 lat katorgi, trafił na Sachalin, gdzie początkowo pracował przy wyrębie lasów. Jego wykształcenie i intelekt sprawiły jednak, że powierzono mu zadania administracyjne i badawcze. Piłsudski rozpoczął pionierskie badania nad kulturą i językiem Ajnów, opracował ich status prawny, a jego relacje z gubernatorem Sachalinu były pełne szacunku.
Paradoksalnie, po powrocie do Galicji, mimo światowego uznania i publikacji w językach obcych, Piłsudski nie znalazł miejsca na uniwersytecie – brakowało mu formalnych tytułów akademickich. W „wolnym” świecie jego dorobek nie miał takiej wagi jak tytuły i dyplomy, podczas gdy w autokratycznym imperium ceniono realną wiedzę.
Współczesne formy wykluczenia
Historia polskich zesłańców jest pełna tragicznych paradoksów. Carat był brutalny, ale potrafił docenić talent. Dziś, w demokratycznej Polsce, wolność słowa i badań naukowych jest konstytucyjną zasadą, lecz nie zawsze praktyką. Transformacja ustrojowa po 1989 roku nie przywróciła wszystkim uczonym swobody pracy badawczej. Wielu naukowców, którzy sprzeciwiali się systemowi PRL lub krytykowali nowe elity akademickie, zostało na marginesie życia naukowego.
Ostracyzm przybrał subtelniejsze formy: brak etatów, wykluczenie z grantów, pomijanie w awansach, a nawet zakaz nauczania studentów pod pretekstem ochrony przed „szkodliwym wpływem”. W przeciwieństwie do zesłańców XIX wieku, którzy mogli prowadzić badania choćby w trudnych warunkach Syberii, współczesnym badaczom często odmawia się dostępu do laboratoriów czy archiwów.
Niewygodni dla systemu
Dzisiejsza nauka w Polsce stała się systemem silnie sformalizowanym: liczą się punkty ministerialne, wskaźniki cytowań i przynależność do określonych grup. Niezależny uczony, który nie wpisuje się w dominujące schematy, ma niewielkie szanse na publikacje, finansowanie czy etat. Mechanizmy wykluczenia nie są tak spektakularne jak zsyłki na Syberię, lecz ich efekt jest podobny – odizolowanie od naukowej wspólnoty i utrudnienie prowadzenia badań.
To sytuacja szczególnie dramatyczna, gdy zestawimy ją z losami zesłańców, którzy wbrew prześladowaniom potrafili stworzyć szkoły naukowe i wzbogacić światową wiedzę. Polska tradycja naukowa opiera się w dużej mierze na ich dorobku – to oni badali Bajkał, Kołymę, Sachalin, to oni tworzyli zręby etnografii czy geologii Syberii. Dziś podobne umysły bywają ignorowane tylko dlatego, że nie mieszczą się w administracyjnych schematach.
Refleksja końcowa
Historia uczy, że prawdziwa nauka rozwija się tam, gdzie istnieje wolność myślenia i docenianie talentu, niezależnie od formalnych barier. Carat – choć represyjny – potrafił być pragmatyczny i wykorzystywać wiedzę dla dobra państwa. Współczesna Polska, dumna ze swojej wolności, często zapomina o tym, że nauka wymaga nie tylko systemu finansowania i formalnych kryteriów, ale przede wszystkim szacunku dla niezależnych umysłów. Gdy władza i administracja akademicka nie dostrzegają wartości nonkonformistów, powstaje pytanie: czy rzeczywiście żyjemy w wolnym kraju?
Słowa pieśni: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie…” nabierają nowego znaczenia. Wolność nie jest tylko politycznym faktem – jest także przestrzenią dla prawdy, badań i myśli. Jeśli dziś niezależny badacz czuje się bardziej wykluczony niż zesłaniec XIX wieku, to znaczy, że wiele jeszcze przed nami.
Przypomnijmy, że najsłynniejsze obecnie proroctwo o Polsce pochodzi z Dzienniczka św. siostry Faustyny Kowalskiej. Polskę szczególnie umiłowałem, a jeśli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostatnie przyjście Moje. To słowa samego Jezusa – które robią na nas wielkie wrażenie. Nie mamy obowiązku, żeby w nie wierzyć, ale siostra Faustyna została przecież wyniesiona na ołtarze, a jej pisma drobiazgowo przebadano. Dzienniczek ma imprimatur i wielokrotnie powoływali się na niego dostojnicy kościelni, na czele z apostołem Miłosierdzia Bożego, Jana Pawłem II. To naprawdę mocne uwiarygodnienie. Niektórzy to właśnie w zapoczątkowaniu kultu Miłosierdzia Bożego, który z Polski rozprzestrzenił się na świat, i działalności papieża-Polaka widzą wypełnienie się już „proroctwa o iskrze”. Ale czy to już wszystko? Przecież w tym i innych proroctwach mowa jest wyraźnie o wielkości całego narodu. Raczej nie może chodzić tylko o to, że pielgrzymi z zagranicy będą przyjeżdżać do Łagiewnik, a spora część katolików na świecie będzie kojarzyć, że Jan Paweł II i Faustyna pochodzili z Polski. A na tym etapie jesteśmy teraz…
Zastanówmy się, co oznaczają te słowa: Wywyższę was w potędze i świętości… – czyż świętość i potęga są tu wyraźnie nieodłączne? Jeśli tak, to właśnie świętość ma zaowocować wielkimi rzeczami. Tak, można powiedzieć, że to standardowe działanie Bożej Opatrzności, bo dlaczego „święci” są wpływowi? – odpowiedź jest prosta: bo są święci, po prostu z tego wypływa ich siła. Świętość powoduje unikanie błędów. I szerzej patrząc, także cały kraj, w którym zyskają przewagę ludzie kierujący się Dekalogiem, uniknie błędów. Ludzie będą niejako wymuszać etyczne zachowania swoich przywódców. Odwrotnie niż to się dzieje w społeczeństwach zepsutych moralnie, w których elity rządzące hołdują najgorszym patologiom. Ten proces „uświęcenia” narodu z czasem musi zaowocować wzrostem znaczenia kraju, bo pozytywne rzeczy nałożą się na siebie i wzajemnie wzmocnią, a sukces przyciągnie uwagę obcokrajowców chcących czerpać z tych dobrych doświadczeń.
A co ze słowami jeśli posłuszna będzie woli Mojej? Jaka jest ta wola? Oczywiście to życie na chrześcijańskich zasadach, ale czy mamy jeszcze jakieś wskazówki co do ukierunkowania naszego apostolskiego zaangażowania poza tym, co zapisała św. Faustyna?
Przesłanie zawarte w Dzienniczku ma prawdopodobnie dlatego bardziej ogólny charakter, że miało być to dzieło uniwersalne, znane na całym świecie i tłumaczone na dziesiątki języków. Jednak Chrystus objawił tajemnice Swojego miłosiernego Serca także siostrze Helenie Majewskiej, której wizje są dopełnieniem orędzia podyktowanego św. siostrze Faustynie. Między innymi u Majewskiej znajdujemy rozszerzenie i bardziej szczegółowe wskazówki na temat misji Polski.
Polska Jonaszem narodów – siostra Helena Majewska
Siostra Helena Majewska to kolejna po św. Faustynie polska apostołka Miłosierdzia Bożego. Ta wileńska mistyczka ze zgromadzenia Sióstr od Aniołów, podobnie jak Faustyna prowadzona duchowo przez spowiednika bł. Michała Sopoćkę, wciąż jest bardzo mało znana w Polsce. Od najmłodszych lat towarzyszyły jej wizje Chrystusa i Maryi, a także świętych i zmarłych. Jej Dziennik to zapis niezwykłych przeżyć i objawień, jakich doświadczyła w swoim życiu duchowym.
Podczas wizji zapisanej 18 stycznia 1941 roku (D. 105) Chrystus polecił siostrze Majewskiej, aby przypomniała sobie z Pisma Świętego historię Jonasza i przyrównał ją do sytuacji Polski:
Ojczyzna twoja ma powtórzyć to wielkie dzieło odkupienia. Gdy Kościół Katolicki przez namiestnika Mego powołuje ten naród do apostolstwa przez Akcję Katolicką wśród pogan, heretyków i niedowiarków, czyni on podobnie jak to czynił prorok Jonasz – ucieka przed Bogiem, rozmijając się ze swym wielkim zadaniem objawionym mu przez wolę Bożą, przez liczne upadki. Lecz Bóg ten naród polski jak Jonasza dosięga swą wszechmocą Bożą, wołając: Stój! Jam jest! Wówczas naród ten zrozumiał, że zawinił. Jonasza porwała ryba we wnętrzności swoje – nieprzyjaciel zaś porywa Polskę w paszczę niewoli. (…) Dusza tego narodu musi przejść przez straszne oczyszczenie, jako pokutę za ciężką winę swą, pochopność do ucieczki przed wolą Bożą.
Jezus widzi, że Polacy – tak jak Jonasz – nie są chętni, by mocniej zaangażować się na rzecz nawrócenia innych, że jako naród uciekają od tego apostolskiego zadania i popadają w ciężkie grzechy. Jednak po odbyciu pokuty dostaną jeszcze jedną szansę, by wydać obfity plon:
(D 106) …aby jako siewca słowa Bożego przygotować dobre ziarno na rolę świeżą, którą w ostatnich latach przeorywałem, aby wydało na niwie Mojej plon obfity. To ziarno – to naród twój przygotowany do wydania obfitego plonu przez cierpienie, a rola – to świat cały dotknięty klęską ostatniej wojny. Gdziekolwiek serce polskie bić będzie, tam żywa wiara, miłość Boga i bliźniego kwitnąć będzie. Runo tego plonu zazielenieje na całym świecie (D. 177)
Jezus postanowił pokazać w kierunku kogo, specyficznie, w pierwszej kolejności Polacy powinni zwrócić się ze swoim apostolskim wysiłkiem. Ma to być Rosja. Zbawiciel obiecuje też Helenie, że w Rosji nastąpią zmiany i pojawią się ku tej pracy odpowiednie warunki:
Helu módl się za swoją Ojczyznę, módl się za Kościół Mój. Wyleję wkrótce Swe Miłosierdzie na Polskę. Rosja niezadługo otworzy swe świątynie i pole do pracy nad zbawieniem dusz będzie otwarte. Polska przez swe cierpienia zrodzi dusze, które szerzyć i opowiadać będą o Miłosierdziu Moim.
Podczas modlitwy siostra Helena miała także takie widzenie:
W obłokach stał Chrystus tonący w jasności, z serca wypływały promienie Miłosierdzia, czerwony i biały. Przez pole widać było drogę, przez którą szedł św. Andrzej Bobola, lewą ręką wskazywał na Jezusa i patrzył na Niego, a w prawej trzymał krzyż misyjny, wyciągnięty w stronę idących za nim licznie ludzi. Pierwsi szli za nim Polacy, potem Niemcy, bolszewicy, Żydzi, Litwini i wiele innych narodów. Gdy się zapytałam Pana Jezusa: „Co oznacza to wszystko?” Pan Jezus odpowiedział mi: „Św. Andrzej Bobola jest patronem narodu polskiego, że się wstawia za nim do Miłosierdzia Mojego, aby on przez swe cierpienie i życie prawdziwie chrześcijańskie stał się apostołem świata całego, wszystkich narodów.
Polska cała musi się stać wzorem chrześcijaństwa katolickiego, wszystkich narodów na całym świecie”.
Zdając sobie sprawę ze skali nieprawości, jakich dopuszczali się niektórzy Polacy, Helenę dręczyły poważne wątpliwości, czy jej naród jest w stanie wznieść się, by wypełnić powierzone mu przez Boga zadanie, dlatego zapytała Jezusa:
Powiedz mi, co będzie, gdy ten naród załamie się pod wpływem zła, jakie się szerzy w jego kraju i zawiedzie Twoje nadzieje, zepsuje Twoje plany w tym odrodzeniu?
Pan Jezus opowiedział na to:
A ja ci mówię, że on się nie załamie. Miłość Matki Mojej Maryi ku niemu i jego własne sumienie nie pozwoli, aby się załamał. Myślisz, że od zła, jakie się szerzy, nie ma już nic potężniejszego u Ojca Mego, który jest w Niebiosach? Jest jeszcze większe – to Miłosierdzie Jego nieskończone.
Po raz kolejny słyszymy więc o kluczowym dla Polski znaczeniu opieki Matki Bożej.
Przepowiednie Podlasianki
Informacje na temat apostolskiej misji Polski odkrywamy też w przepowiedniach wspomnianej już wcześniej mistyczki o pseudonimie Podlasianka. Jedyną osobą, która znała tożsamość tej wizjonerki, był ojciec Józef Prus – prowincjał zakonu karmelitów bosych w Polsce, który przez wiele lat prowadził ją duchowo. Pierwszych wizji doświadczyła w latach 20. XX wieku, gdy była młodą dziewczyną. Później przez kilkadziesiąt lat wielokrotnie spotykała się z Panem Jezusem, Matką Bożą i świętymi. Jak twierdziła:
Polska jest wezwana do wielkich rzeczy. Może stać się wzorem dla innych i wielką potęgą w nadchodzącej epoce, w której dominująca ma być rola Słowian. Bóg powiedział mi w 1932 roku: „Nie do Germanów, a do Słowian należy przyszłość Europy. Stanie się ona tym, czym wy będziecie.” Przez wewnętrzne światło zostało mi ukazane, że Słowianie odpowiedzą imieniu, które noszą – staną się prawdziwie ludźmi Słowa…
Co ciekawe, podobnie jak Helena Majewska, Podlasianka także mówi o potrzebie modlitwy o nawrócenie Rosji:
Komunizm upadnie, spełniwszy swoje zadanie, a Rosja nawróci się na katolicyzm (…) Dużo i gorąco modliłam się za Rosję. Zlecił mi ten obowiązek abp Jan Cieplak, który objawił mi się w 1926 roku, niedługo po swej śmierci. „Idź w głąb czerwonej Rosji, biała polska dziewczynko. Módl się za Rosję. Pan Bóg chętnie przyjmuje modlitwy Polaków za Rosjan, bo to są modlitwy za dawnych ciemiężycieli”. (…) Pan Jezus sam kazał mi w 1932 roku modlić się za Rosję.
Bez względu na to, czy wierzy się w autentyczność tych przekazów – trudno się nie zgodzić, że jest jakaś wyjątkowa siła w modlitwie ofiar za swoich prześladowców. Pan Jezus sam dał nam przykład, modląc się z Krzyża: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34a). Naprawdę daje to do myślenia, zwłaszcza w kontekście fatimskiej przepowiedni Matki Bożej o nawróceniu Rosji. Może rzeczywiście Polska ma tu do odegrania wielką rolę?
W innym miejscu Podlasianka nie pozostawia wątpliwości, że Jezusowi nie chodzi o lekkie zbliżenie czy ocieplenie relacji Cerkwi prawosławnej z Kościołem rzymskim, ale o całkowite nawrócenie Rosji na katolicyzm:
Kiedy (w 1932 roku) modliłam się za unię (Kościoła katolickiego i Cerkwi prawosławnej), Pan Jezus rzekł: „Nie mów mi nic o unii. Nie chcę o niej słyszeć. Już dosyć popłynęło krwi z jej powodu. Rosji nie unii, lecz rzymskiego Kościoła potrzeba. Łacińskie krzyże zabłysną kiedyś na Kremlu, a na miejsce zburzonej cerkwi Christa Spasa będzie katolicki kościół Zbawiciela”.
Cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie została zburzona przez komunistów rok wcześniej, w 1931 roku. Odbudowano ją dopiero w latach 90. Kto wie, być może kiedyś będzie to kościół katolicki pod tym wezwaniem…
Także w tych objawieniach Chrystus mówi, że ochroną Polski jest Matka Boża:
Pamiętam o krwawych łzach, które Matka Moja przelała pod Krzyżem i mam wzgląd na Jej Serce przebite mieczem boleści. To Serce was osłania. Idźcie szukać mocy we Mszy Świętej i czcijcie modlitwą różańcową boleści Mojej Matki. Módlcie się i pokutujcie za siebie i za tych, którzy nie pokutują, aby wyjednać im łaskę skruchy. Wyproście ziemi, aby zakwitła sprawiedliwością i pokojem i aby zostały skrócone dni, które są ku jej zgubie. Pamiętajcie, że kto nie jest ze Mną – rozprasza… Weźcie więc miecz ducha, miecz modlitwy i ofiary, tym mieczem bowiem walczy i zwycięża Królestwo Moje!
Jezus podkreśla, że będzie błogosławił apostolskim działaniom tych, którzy rzeczywiście zechcą podjąć ten trud:
Przyłóżcie rękę do pługa, a będę błogosławił waszemu trudowi. Porzućcie gnuśność, a łaska moja będzie z wami!
Bł. ks. Bronisław Markiewicz spotyka Anioła Stróża Polski
Rankiem 3 maja 1863 roku w Przemyślu doszło do niezwykłego spotkania. W czasie, gdy trwało powstanie styczniowe i dokładnie w dniu, który miał stać się później narodowym świętem Konstytucji 3 Maja oraz świętem Królowej Polski, gimnazjaliści Bronisław Markiewicz i Józef Dąbrowski spotkali niezwykłego młodzieńca. Miał on wgląd w ludzkie dusze i przepowiedział im przyszłość Polski. Spotkanie tak bardzo poruszyło Bronisława, że tego dnia postanowił zostać kapłanem.
Na cztery lata przed śmiercią, w roku 1908, ksiądz Markiewicz napisał i wydał dramat opowiadający o prześladowaniach Polaków w zaborze pruskim. W odsłonie siódmej zamieścił słowa proroctwa Anioła Stróża Polski, usłyszane w młodości w Przemyślu. Sam ksiądz Markiewicz w liście do biskupa św. Józefa Sebastiana Pelczara napisał:
Szczegóły zawarte w siódmej odsłonie wziąłem z widzenia, jakie wydarzyło się 3 maja w Przemyślu roku 1863 między 5 a 7 godziną rano, i które zdecydowało o moim powołaniu kapłańskim i o jego kierunku od początku aż dotąd. To, co się ziściło, jest rękojmią, że i reszta się ziści.
W widzeniu tym zostały przewidziane losy Europy i narodu polskiego, w tym wybuch poważnej wojny światowej, a także wybór Polaka na papieża. Polacy będą mieć ważne zadanie do zrealizowania w przyszłości, a także udzielą wsparcia obywatelom innych krajów, w tym takim – co znaczące – które były im wcześniej wrogie!
Ponieważ Pan was więcej umiłował aniżeli inne narody, dopuścił na was ten ucisk, abyście oczyściwszy się z grzechów waszych, stali się wzorem dla innych narodów i ludów, które niebawem odbiorą karę sroższą od waszej (…).
Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidziane braterstwo ludów. Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć na uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najświętszego Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Najwyżej zaś Pan Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża.
Utwór ks. Markiewicza nosił tytuł Bój bezkrwawy, bł. ks. Markiewicz podkreśla bowiem w nim, że Pan Bóg oczekuje od Polaków wielkiego zaangażowania w walkę duchową, a nie przelewania krwi. Tego rodzaju bój nie tylko zagwarantuje Polakom zbawienie, ale także przyniesie siłę narodowi na tym świecie:
Polacy, Bóg żąda od was nie walki, jaką staczali najlepsi przodkowie wasi na polach bitew w chwilach stanowczych, ale bojowania cichego, pokornego i znojnego na każdy dzień, szczególnie przeciw nieprzyjaciołom waszych dusz; żąda od was walki w duchu Chrystusowym i w duchu Jego świętych. On chce od was, abyście każdy na swoim stanowisku, wiedli przede wszystkim na każdy dzień bój bezkrwawy. Tylko pod tym warunkiem dostaniecie się do Nieba, a w dodatku zajmiecie już na tej ziemi święte stanowisko pomiędzy narodami. Pokój wam!
Polska zajaśnieje – co zobaczył ojciec Klimuszko?
Do najbardziej rozpowszechnionych przepowiedni na temat losów Polski należą wizje ojca Czesława Klimuszki, franciszkanina z Elbląga, znanego jasnowidza i zielarza. Podaje on bardzo pozytywny opis przyszłości Polski:
Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym.
Pomimo ciężkich doświadczeń historycznych w ostatnich wiekach, zbliżający się czas ma być według Klimuszki pomyślny:
Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.
Misja Polski w wizjach Teresy Neumann
Interesujące rzeczy na temat przyszłości naszego kraju przekazała mistyczka z Niemiec – Służebnica Boża Teresa Neumann. Od 1922 roku aż do swojej śmierci w roku 1962 Teresa miała nie spożywać żadnych pokarmów oprócz codziennej Eucharystii. W 1926 roku została obdarzona stygmatami. Na jej rękach, nogach, głowie i boku pojawiły się krwawe rany, a co tydzień, od północy w czwartek do godziny trzynastej w piątek, rany te otwierały się i krwawiły. Podczas ekstaz była świadkiem Męki Jezusa i mówiła nieznanymi sobie językami. Do jej domu w Konnersreuth w Bawarii przybywało wielu ludzi, prosząc o łaski i wstawiennictwo u Boga.
Teresa otrzymała także dar profetyczny. W swoich proroctwach zapewniała Polaków, że ich kraj ocaleje dzięki opiece Matki Bożej – nawet wówczas, gdyby doszło do kolejnej wojny światowej:
Polska ocaleje. Ponieważ przez Polskę wkrótce zacznie pielgrzymować Matka Boska Częstochowska i weźmie wasz kraj w swą macierzystą opiekę. Wy, Polacy, macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni. (…) Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie…
Te słowa wypowiedziała na długo przed tym, nim obraz Matki Bożej Częstochowskiej zaczął wędrować przez kraj.
W 1948 roku Teresa miała wygłosić jeszcze takie słowa na temat Rosji i Polski. Choć niektórzy uważają proroctwo za zlepek fragmentów przepowiedni innych mistyków, to warto je jednak przytoczyć:
Miłosierdzie Moje wzejdzie nad narodem będącym w ucisku i pohańbieniu, a ziemia wzgardzonych zobaczy światło i błogosławieństwo nad sobą. Władza bezbożnych ustanie.
Na Kremlu zabłysną łacińskie krzyże, a na miejscu zburzonej cerkwi Chrystusa Zbawiciela stać będzie kościół katolicki Zbawiciela. Jak w orną ziemię, wpadnie ziarno dobra i odmieni się oblicze narodu, który tyle wycierpiał. Błogosławieństwo Moje dam Słowianom, a Słowianie, choć wielu z nich dzisiaj błądzi, lepiej je przyjmą i obfitszy przyniosą owoc. Będą prawdziwym ludem Moim, ludem Słowa Przedwiecznego i pojmą naukę Moją, i staną się posłusznymi. Nie ci bowiem są wybrani, którzy sami się wybierają, lecz ci, którzy na wołanie Boga wstaną. Nie będą daremne łzy pokuty i modlitwy, a wierność wytrwania nie będzie bez błogosławieństwa i nagrody. Zdejmie niewolnica kajdany swoje i stanie się jako królowa. Wstawią się za nią łzy, które Matka Moja pod Krzyżem przelała, a naród, który Ją czci, nie będzie między narodami ostatni. Światłych i mądrych Polsce nie odmówię. W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy, zaś Warszawa stanie się stolicą Stanów Zjednoczonych Europy. Polska, która pierwsza karę poniosła, choć wina jej nie była największa, prędzej niż inni się podniosła. W czym zawiniła, przez to musiała doznać kary. Ale już bliski jest koniec jej pokuty. Wytrwa przy Kościele swoim i doczeka wyzwolenia.
A więc znowu mowa jest tutaj o nawróceniu Rosji i wyjątkowej roli Polski, mającej podnieść się po latach upadku i zniewolenia, które były dla niej słuszną karą.
Nie chcemy umierać na „naszej wojnie”, czyli wojnie obecnych władz w Kijowie z „rosyjską agresją”. Również często deklarujemy, że nie będziemy chcieli walczyć w obronie naszego państwa w przypadku, gdy zostanie w przyszłości zaatakowane.
Propagandyści również wiedzą bardzo dobrze, kto nas nieuchronnie zaatakuje: oczywiście będzie to „putinowska Rosja”; widać wiedzą lepiej, gdy mówią nam, że prędzej czy później „Rosja ruszy na Zachód”; ponoć musi tylko „odbudować swój potencjał” zniszczony w „przegranej wojnie z kolektywnym Zachodem”. W obowiązującej propagandzie prezydent Putin będzie żyć bardzo długo, bo rosyjska agresja na Polskę jest „nieuchronna” i nastąpi w perspektywie od trzech do dziesięciu lat (a nawet później) – ale zawsze pod jego wodzą.
Już dość znęcania się nad oficjalną propagandą; są to oględnie mówiąc, brednie, w które zapewne nie wierzą nawet „słudzy narodu ukraińskiego” znad Wisły. Gorzej, że część Polaków bierze ten wariant przyszłości na serio i deklaruje swoją postawę: nie chce „umierać” za przysłowiowy Gdańsk (Francuzi w latach 1939-1940 – nasi ówcześni sojusznicy – nie chcieli umierać również za Paryż).
Czyżby powstało w „niepodległej Polsce” pokolenie pacyfistów, które nie utożsamia się z naszym państwem? A może to tylko dezaprobata dla „polityki wschodniej” naszych władz, realizowanej od co najmniej dziesięciu lat (lub dłużej?), której finałem ma być wojna z sąsiadem o wiele większym i silniejszym. Czy miała ona jakikolwiek sens biorąc pod uwagę interesy naszego państwa i jego obywateli? Przez długie dziesięciolecia kupowaliśmy z Rosji surowce energetyczne, w tym zwłaszcza ropę naftową i gaz ziemny, eksportowaliśmy na ten rynek towary przetworzone oraz produkty rolne (kiedyś byliśmy jednym z istotnych dostawców owoców, w tym jabłek), świadczyliśmy usługi transportu międzynarodowego. Straciliśmy już na własne życzenie te rynki, a surowce energetyczne kupujemy od dużo droższych dostawców.
Dlaczego tak się stało? Przyłączyliśmy się do narzucanych przez „kolektywny Zachód” sankcji oraz wprowadziliśmy z własnej inicjatywy embarga i zakazy, które przyniosły nam wyłącznie straty. Jaki był koszt tej polityki? To przecież można oszacować: utracone przychody i zyski z eksportu należy zsumować z różnicami cen zakupu, które dziś przepłacamy kupując z droższych źródeł surowce energetyczne. Być może idzie tu o kwoty liczone w setkach miliardów złotych, bo na imporcie taniej ropy rosyjskiej zarabiają inni. W dodatku te wszystkie koszty ponieśliśmy (jakoby) w interesie obecnych władz w Kijowie, które nie tylko przegrywają swoją wojnę z Rosją, lecz również prawdopodobnie zostaną („demokratycznie”) zmienione przez „kolektywny Zachód”.
Czyli już nikt nie może ukryć porażki polityki „dokopywania ruskim”, której koszt przerzucony jest na obywateli. Jeżeli finałem tej porażki ma być „agresja Rosji” na nasze państwo, to po co to wszystko robiliśmy? Kompromitacja tej polityki jest zbyt czytelna i trudno ją dalej zakłamywać. Czy mamy więc ginąć na wojnie, która będzie wynikiem szkodnictwa polityki wschodniej prowadzonej przez ludzi, których jedynym celem jest szkodzenie „ruskim”?
Analogie historyczne są mało pouczające, ale w sumie warte przypomnienia. Polityka zagraniczna Piłsudskiego i jego następców (lata 1926-1939) skończyła się totalną katastrofą militarną i polityczną naszego państwa. Tym ludziom nie mogło aż do 17 września 1939 roku przyjść do głowy, że zjednoczone Niemcy przekonają ówczesne państwo bolszewickie, dzieląc się z nim pokonaną Polską. W ciągu 28 dni września 1939 roku przestało istnieć ponad półmilionowe Wojsko Polskie i cała struktura administracyjno-prawna naszego państwa, straciliśmy prawie wszystkie zasoby wojenne zwłaszcza uzbrojenie, w tym olbrzymie zapasy amunicji. Major Henryk Dobrzański – późniejszy „Hubal”, trwał w oporze aż do 30 kwietnia 1940 roku. Był tylko nielicznym wyjątkiem.
W ostatnich dniach dzieje się dużo, i wiele jeszcze będzie się działo. Zachęcam Polaków, aby sami też wzięli udział w układaniu swojej przyszłości i nie dali się biernie prowadzić. Na tą chwilę najpilniejsza i najważniejszą kwestia polega na tym, aby Polska nie weszła do wojny Ukrainy z Rosją. Ryzyko jest bardzo duże.
W ostatnich dniach dzieje się dużo, i wiele jeszcze będzie się działo. Zachęcam Polaków, aby sami też wzięli udział w układaniu swojej przyszłości i nie dali się biernie prowadzić. Na tą chwilę najpilniejsza i najważniejszą kwestia polega na tym, aby Polska nie weszła do wojny Ukrainy z Rosją. Ryzyko jest bardzo duże.
Nad ranem 20 sierpnia 2025 roku w miejscowości Osiny na Lubelszczyźnie na pole kukurydzy spadł obiekt, czemu towarzyszyła eksplozja. W ciągu dnia rząd poprzez media oznajmił, że to rosyjski dron, a minister obrony narodowej orzekł, że to rosyjska prowokacja. Bardzo to pasuje do różnych scenariuszy rozpoczęcia wojny o likwidację Polski, o której pisałem w poprzednim artykule. Jakże łatwo było przewieźć szczątki rosyjskiego drona z terytorium Ukrainy i rozłożyć je na polu w Polsce. Równie łatwo było zdetonować ładunek hukowy, imitujący wybuch ładunku z głowicy drona. Na miejscu leżących szczątków nie było leju po wybuchu, a tylko wypalony obszar o średnicy ok. 10 m. Jak łatwo zrobić różne operacje na polach zbóż, udowodnili ci, którzy wykonywali piktogramy, aby imitować kosmitów.
Równie łatwo jest publicznie ogłosić, że to ruscy, wydać rozkaz: „hajda na Moskala”, a potem chwycić plecak ucieczkowy i zwiać za granicę. A Polacy niech sobie dalej radzą sami.
W ostatnich dniach doszło do układu USA-Rosja, któremu podporządkowali się rządcy Europy, w tym tzw. Koalicja Chętnych. Są oni chętni oczywiście do „wspierania Ukrainy”, co oznacza wspieranie wojny ukraińskiej, czyli zabijania ludzi i zaciągania długów na finansowanie zabijania ludzi. Jednak na mocy obecnych ustaleń wojna może zostać zakończona, albo przemieniona. Zakończenie wojny byłoby korzystne dla USA, Rosji, Chin, Europy i Polski. Niekorzystne byłoby dla Żeleńskiego i jego reżimu, dla Unii Europejskiej i dla Wielkiego Izraela. Szczególnie ten ostatni podmiot ma tu wielkie możliwości działania, które pokazuje od ponad 100 lat, a w szczególności ostatnio, sterując tym, co dzieje się w Gazie oraz tym, co robi USA. Jeśli małoczapeczkowi pozwolili Trumpowi na zakończenie wojny ukraińskiej, to pytanie, co będzie musiał zrobić w zamian, a wraz z nim, co będzie musiała zrobić Europa i Koalicja Chętnych. Na tą chwilę rysują się dwa prawdopodobne działania.
Sterowanie wojnami
Działanie pierwsze, to zaangażowanie potencjału USA w wojnę przeciw Iranowi. Jest to w tej chwili ważniejsze dla projektu Wielkiego Izraela. Zakłada on bowiem budowę nowego wielkiego szlaku handlowo-surowcowo-telekomunikacyjnego w poprzek Morza Śródziemnego. Projekt ten zakłada dalsze trwanie hegemonii USA, dolara i kontroli wszystkiego przez Wielki Izrael. Wymaga on eliminacji projektu chińskiego, czyli Nowego Jedwabnego Szlaku, i to jest praprzyczyna wojny ukraińskiej. Teraz jednak wojna irańska jest ważniejsza, a USA nie są w stanie prowadzić jednocześnie obydwu.
Działania drugie, to utrzymanie stanu wojny w Europie poprzez przemianę wojny ukraińskiej w wojnę polską. Jest to niezbędne dla podtrzymania istnienia ważnego projektu Wielkiego Izraela, jakim jest Unia Europejska. Bez wojny rozejdzie się w szwach i rozpadnie się, bowiem wszystkie inne łączniki straciły swoją atrakcyjność dla Europejczyków. Pozostały przymus i przemoc, a do tego niezbędny jest strach. Skoro USA nie mogą i nie chcą już finansować Ukrainy w wojnie z Rosją, to czas na rebranding wojny. Najlepiej nadaje się do tego Polska, ze względu poważne aktywa, którymi małoczapeczkowi sterują Polską, a które teraz pokrótce wymienię:
Resentymenty antyrosyjskie w umysłach Polaków, pochodzące częściowo z realnej historii, częściowo z masońskiej dezinformacji. _
Myślenie Polaków historyczne, a nie przyszłościowe, polegające na rozpamiętywaniu krzywd, klęsk i dawnej wielkości, zamiast planowania przyszłej prosperity. _
Brak polskich elit, na skutek ich zniszczenia fizycznego i moralnego. Resztki polskich elit, które przetrwały w Polsce zostały skorumpowane, a większość stanowią ludzie z obcą tożsamością obcego pochodzenia, głównie niemieckiego, ukraińskiego i żydowskiego, udający szczerych polskich patriotów. _
Brak polskiej refleksji w każdej dziedzinie, wymagającej myślenia analitycznego. Myślenia nie ma albo wcale albo jest antypolskie. _
Politycy o tożsamości niepolskiej i antypolskiej, realizujące zlecenia wrogów Polski. _
Media należące do wrogów Polski, rozsiewające ogłupienie i kłamstwa, namawiające Polaków do samobójczych zachowań.
Sojusznicy Polski oficjalni
Mowa oczywiście o tych państwach i bytach politycznych, które są Polakom przedstawiane jako sojusznicy, i to od ponad 100 lat. Polacy są mentalnie przykuci łańcuchami do Zachodu, przy czym pierwsza dezinformacja tkwi już w samym pojęciu. O ile zasięg geograficzny jest jasny: USA, Kanada, Europa Zachodnia, w szczególności Wielka Brytania, Niemcy, Francja, o tyle zakres znaczeniowy został sfałszowany. Większość Zachodu stanowią kraje protestanckie lub antychrześcijańskie, opanowane przez ideologie masońskie.
Polacy myślą, że Zachód to chrześcijaństwo, prawa człowieka, wolność osobista, obiektywna praworządność, dostatek materialny. To jest fałsz, współczesny Zachód to wartości Talmudu, co potwierdziła Ursula von der Leyen na hebrajskim uniwersytecie Ben Guriona. Polityka większości rządów tych państw już od końca XIX wieku jest skierowana nie tylko przeciw chrześcijaństwu, ale również przeciw cywilizacji łacińskiej i własnym narodom.
My, czyli Polska i Polacy jesteśmy przez elity Zachodu traktowani z wyższością, wrogością i pogardą. Traktują nas gorzej, niż tubylców Trzeciego Świata, bo są wewnętrznie przekonani, że nie powinno nas być tu, gdzie jesteśmy. Elity Zachodu konsekwentnie dążą do likwidacji Polski jako bytu politycznego, do usunięcia Polaków z ziemi polskiej i do rozproszenia pozostałej przy życiu reszty po świecie. W najlepszym razie chcieli nas tylko wykorzystać do swoich własnych celów. Tak było podczas zaborów, tak było podczas I Wojny Światowej, w czasie Międzywojnia, podczas II Wojny Światowej, tak jest stale od 1989 roku.
Siłą głównych podmiotów Zachodu jest dobre wrażenie, zapewniane przez wielkie pieniądze i sprawną machinę propagandową małoczapeczkowych. Polacy nie wiedzą, bo nie uczą nas prawdziwej historii, że ten wspaniały Zachód, wielbiący demokrację i prawa człowieka finansował niemieckich nazistów, bolszewików, dojście i utrzymanie się jednych i drugich u władzy, Rewolucję i II Wojnę Światową. Zawsze obiecywali Polakom gruszki na wierzbie, zawsze Polaków oszukiwali, zawsze byli fałszywi i wiarołomni, zawsze nie liczyli się z polskimi ofiarami, zawsze wspierali w Polsce swoją agenturę jako największych polskich patriotów. Polacy nigdy nie mogli spodziewać się niczego dobrego od Zachodu, poza dobrym słowem, maskującym oszustwo, pogardę, wyzysk i zdradę. Wielu Polaków, którzy nie są wrażliwi na interesy narodowe przechodzi nad tym do porządku dziennego, wierząc, że Zachód da im wysoką stopę życiową. To też się zmienia, bowiem ten bogaty Zachód pogrąża się w głębokim kryzysie społecznym, ekonomicznym i politycznym, i za chwilę niewiele zostanie z dawnego bogactwa. Zachodowi pozostaje na tą chwile wyzysk takich ludów i narodów, jak Polacy, względnie innych, które są od Zachodu zależne. Poza tym wszyscy oni są sterowani przez małoczapeczkowych i włączeni w ideę i projekt budowy jednego państwa światowego, czyli de facto globalnego Wielkiego Izraela. Ci oficjalni sojusznicy nie są więc sojusznikami Polski, ale sojusznikami wojny o likwidację Polski. Są to więc nasi faktyczni wrogowie, włączając w to banderland.
Ten współczesny blok państw zachodnich można więc traktować jako Koalicję Chętnych do Likwidacji Polski. Nic nowego, Roosevelt używał Chamberaine’a Churchilla, Daladiera, Becka i Rydza-Śmigłego, aby wepchnąć Polskę w paszcze Hitlera i Stalina. Sam zaś był dokładnie sterowany przez swoich małoczapeczkowych mentorów.
Sojusznicy Polski nieoficjalni
Są jednak siły na świecie, które Polsce sprzyjają lub mogą sprzyjać. Pośród tych drugich można wymienić narody Europy, które w tej chwili znajdują się pod wpływem swoich rządów i elit, wrogich nie tylko Polsce, ale również własnym narodom. Trzeba jednak czekać na przebudzenie w nich myślenia narodowego, a nie imperialnego, jakie jeszcze dotąd przejawiają Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy. Bytem politycznym działającym, czynnym i mającym znaczenie globalne są Chiny. Jest to państwo, ludność i elity, które nie mają żadnych pretensji i zadrażnień z nami, które czują z nami solidarność jako ofiary Zachodu, które mają strategiczne interesy geopolityczne, zbieżne z naszymi.
Polacy muszą natomiast wykonać wielką pracę intelektualna nad sobą, aby to w ogóle dostrzec i zrozumieć, a następnie by zacząć zmieniać politykę i orientację geopolityczną Polski. Zamiast żelaznej kurtyny, przedzielającej Europę powinniśmy być Mostem i Strażnicą Eurazji, aby umożliwić łączność Wschód-Zachód, strategiczne przepływy i ich kontrolę, wszystko to poza zasięgiem Wielkiego Izraela. Ten projekt byłby korzystny nie tylko dla Chin i Polski, ale również dla USA i całego świata. USA wreszcie mogłyby zająć się sobą i budową własnej prosperity, a nie pilnowaniem interesów małoczapeczkowych na całym świecie, a świat odetchnąłby z ulgą, uwolniony od groźby ciągłych wojen, wywoływanych po to, aby ten pomysł nie mógł dojrzeć i zaistnieć.
Prowokacje wojenne
Stawka więc jest wielka, a czas gorący. Jeśli bowiem wojna ukraińska zakończy się, zanim rozszerzy się na Polskę, to później będzie dużo trudniej wywołać wojnę samej Polski z Rosją. Dlatego należy bardzo uważnie obserwować wszelkie dziwne wydarzenia w Polsce, szczególnie na wschód od linii Wisły. Dziwne pożary, akty sabotażu, prowokacje, wybuchy, upadki obiektów latających. Wszystko, co teraz wydarzy się w Polsce, może służyć temu, aby ekipa w Warszawie, posłuszna swoim sojusznikom z Zachodu mogła ogłosić stan wojenny, mobilizację, wyłączyć wolność słowa, zablokować opozycję i wykonać to, co jej każą. Teraz jest najgroźniejszy moment, bowiem poparcie rządu spada na łeb, Polacy zaczynają się orientować, że ukraińska wojna toczy się o likwidację Polski, narodowa opozycja rośnie w siłę, a świat coraz bardziej odwraca się od projektu Wielkiego Izraela.
Kto mógł wysłać tego drona do Polski? Komu mogłoby w tym konkretnym momencie zależeć na prowokacji, pchającej Polskę do konfliktu z Federacją Rosyjską? Należy uwzględniać trwające obecnie rozmowy i próby zakończenia tej wojny. Do pokoju dążą USA i Rosja. Komu natomiast zależy na dalszym trwaniu wojny? Ano temu, dla kogo jest to korzystne. Kto ma korzyść z tej wojny, kto jej potrzebuje? Wyliczmy:
Reżim w Kijowie, który po zawarciu pokoju zostanie zlikwidowany przez samych Ukraińców.
Koalicja Chętnych, czyli głównie Niemcy, Francja, Wielka Brytania i reżim nad Wisłą. Oni tego potrzebują, aby mogła dalej trwać Unia Europejska i mogła powstać Europejska Unia Obronna. Te struktury są potrzebne do trzymania Europy w niewoli. Dzięki tym strukturom obecne europejskie elity chcą utrzymać się przy władzy.
Reżim nad Wisłą, bo znajduje się w podobnej sytuacji, jak reżim w Kijowie. Narobił takiego bałaganu, że boi się nawet własnych wyborców, tym bardziej, że różne machloje dopiero wyjdą na jaw. Eskalacja wojny na Polskę pozwoliłaby tej ekipie na siłowe utrzymanie władzy. Jednocześnie ekipa ta uciekłaby z Polski zaraz na początku konfliktu. Jedno z drugim się nie kłóci, oni nie mają wielkich zdolności analitycznych, kierują się potrzebą chwili, dla której gotowi są zrobić wszystko.
Najważniejszy gracz – małoczapeczkowi. Potrzebują struktur zarządzania Europą, czyli Unii Europejskiej i Europejskiej Unii Obronnej, oraz struktur zarządzania chaosem wojny, czyli reżimu w Kijowie i reżimu nad Wisłą. Wszystko to stracą, jeśli dojdzie do trwałego pokoju na Ukrainie. Poza tym zawsze zainteresowani konfliktem, zawsze chętni do wojny obcymi rękoma. Twórcy wszystkich dotychczasowych Koalicji Chętnych do Likwidacji Polski.
Teraz zainteresowani szczególnie, bo rozpaczliwie walczą o utrzymanie swoich globalnych wpływów. Dlatego widzimy gorące wojny na Bliskim Wschodzie i Ukrainie. Wojna w Polsce byłaby wisienką na torcie.
Najgroźniejszym momentem będzie wrzesień 2025 roku, gdy na Białorusi odbędą się wielkie manewry białorusko-rosyjskie Zapad 2025. Wtedy będzie najłatwiej o prowokację i wywołanie wojny, która wymknie się spod kontroli Polaków, zlikwiduje Polskę i przygotuje to miejsce do nowego życia dla innych ludzi.
Czytaj „Poradnik świadomego narodu”, tam znajdziesz więcej przydatnej wiedzy: LINK
Część druga rozważań o hipotetycznej wojnie, która mogłaby ogarnąć ziemie polskie. Na dzień dzisiejszy to political fiction. Czy stanie się to realne w 2027 roku, jak uprzedzał premier Tusk? Czy może już we wrześniu 2025 roku, przy okazji manewrów Zapad, zorganizowanych przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej i Białorusi u naszych granic? Jakże łatwo będzie o prowokację, a gnostycy lubią symbolikę. „Nowa kampania wrześniowa”, pięknie by brzmiało w podręcznikach przyszłości. Dużo zależy od zachowań naszych oficjalnych sojuszników, ale najwięcej od reakcji samych Polaków – czy pozwolą się sprowokować, czy też odmówią walki zbędnej i samobójczej.
−∗−
Zdjęcia tytułowe: strefa Warszawy 1945 i strefa Gazy 2025. Podobieństwo nieprzypadkowe. LINK / LINK
Wojna w Polsce, czyli kształt rzeczy strasznych, cz.2
Część druga rozważań o hipotetycznej wojnie, która mogłaby ogarnąć ziemie polskie. Na dzień dzisiejszy to political fiction. Czy stanie się to realne w 2027 roku, jak uprzedzał premier Tusk? Czy może już we wrześniu 2025 roku, przy okazji manewrów Zapad, zorganizowanych przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej i Białorusi u naszych granic? Jakże łatwo będzie o prowokację, a gnostycy lubią symbolikę. „Nowa kampania wrześniowa”, pięknie by brzmiało w podręcznikach przyszłości. Dużo zależy od zachowań naszych oficjalnych sojuszników, ale najwięcej od reakcji samych Polaków – czy pozwolą się sprowokować, czy też odmówią walki zbędnej i samobójczej.
To kolejne państwo, utworzone sztucznie, oficjalnie w 1991 r. Próby jego utworzenia zostały rozpoczęte w 1918 r., wraz z rozpadem Monarchii Austrowęgierskiej i odrodzeniem państwa polskiego. Ukraińska świadomość narodowa, a raczej ten zespół uczuć i światopoglądu, który za taką uchodzi został stworzony przez siły pozaukraińskie w II połowie XIX wieku, na fali tworzenia się nacjonalizmów, w tym samym czasie, co rewolucyjny komunizm Marksa i syjonizm, głoszący konieczność odbudowy państwa Izrael. W tworzenie nowej tożsamości ukraińskiej zaangażowały się wpływy austriackie i niemieckie. Poprzez podobieństwo ideologii banderyzmu do idei talmudycznych można też podejrzewać wpływy gnostycko-chazarskie.
Od samego początku nowa tożsamość ukraińska była skierowana antypolsko i antykatolicko, czego wyrazem była Rzeź Wołyńska, czyli ludobójstwo, dokonane przez Ukraińców na Polakach, Żydach, Czechach i innych narodach, znajdujących się w zasięgu ludzi, którzy poszli za ideologią banderyzmu. Bezprzykładnie okrutne mordy objęły Wołyń i Małopolskę Wschodnią. Państwo ukraińskie do tej pory nie rozliczyło się z tej zbrodni i nie podjęło praktycznie żadnych starań, aby umożliwić Polakom pochówek zamordowanych Polaków. Większość Ukraińców nie wie o tej zbrodni, jest ona przez władze ukraińskie przemilczana wobec własnych obywateli. Z pewnością ma tu znaczenie fakt skali liczebnej zbrodni, jej niesamowite okrucieństwo, i ofiary, którymi w większości były kobiety, dzieci i starcy. Gdyby prawda o zbrodniach Ukraińców w latach 40-tych wyszły na jaw, byłoby to potężnym ciosem w prestiż państwa ukraińskiego. Nie ma ono bowiem żadnych własnych tradycji poza historią OUN/UPA, i żadnej innej idei, niż banderyzm. Ujawnienie przed Ukraińcami tych zbrodni i nagłośnienie ich przed światem mogłoby ugruntować świadomość, że aktem założycielskim państwa ukraińskiego jest zbrodnia.
Państwo ukraińskie uzyskało formalną niepodległość w 1991 r. Od razu znalazło się się pod gospodarczym wpływem gnostyków i koncernów z Zachodu. W tamtym czasie, w dekadzie Jelcyna także Rosja, przeżywając smutę po rozpadzie ZSRR była otwarta na zachodnie wpływy, co awansowało nielicznych oligarchów i zubożyło większość ludności. Nie mając własnych tradycji kulturowych i ustrojowych, rusińska ludność Ukrainy dostała się pod władzę liderów chazarskiego pochodzenia. Państwo to jest ogromnie skorumpowane, a jego ludność zdemoralizowana, co objawia się chociażby odsetkiem chorób przenoszonych drogą płciową. Wielkie zasoby Ukrainy nie należą więc do ludu ukraińskiego, lecz do oligarchów, służących interesom Wall Street i City of London.
Politycznie Ukraina od razu po uzyskaniu niepodległości znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów, i na mocy nieformalnych porozumień NATO – Rosja z początku lat 90-tych tak miało już pozostać. Bardzo szybko jednak USA i inne państwa Zachodu, głównie Wielka Brytania i Niemcy zaczęły łamać ustalenia, próbując przeciągnąć Ukrainę na swoją stronę. Udało się to w 2014 r., i od tamtej pory trwa zastępczy konflikt między NATO a Rosją na terytorium Ukrainy, zużywający zasobu ludzkie i materiałowe Ukrainy oraz przepalający potencjał Zachodu. Na skutek działań związanych z wojną, strat wojennych i przesiedleń ludność państwa ukraińskiego została zredukowana do ok. 26-30 milionów. Duża część diaspory ukraińskiej, nie wiadomo dokładnie, jak liczna znajduje się obecnie w Polsce. Ukraińcy zapatrzeni są w Niemcy i zawsze wybierają interes niemiecki. Pomimo tego tak oczywistego faktu Polska jest ślepo wierna polityce proukraińskiej, co nie ma co prawda żadnego podłoża w faktach, ale za to jest jedną z metod narodowego samobójstwa Polaków. Od początku swojego formalnego istnienia państwo ukraińskie okazuje nam jawną niechęć i ledwo skrywaną wrogość, a ludność ukraińska, mimo że doznała od Plaków wielu dobrodziejstw i dowodów autentycznej sympatii jest głęboko niewdzięczna i przejawia postawę roszczeniową. Na Ukrainie Zachodniej silne są tendencje banderowskie i nienawiść do Polski i Polaków. Ukrainę należy uznać za inwestycję gnostycką i kolejny obszar i strukturę, znajdującą się pod okupacją gnostycko-chazarską. Stanowi więc narzędzie destabilizacji całego regionu. Polska powinna traktować Ukrainę nie jako strategicznego partnera, ale jako strategiczne zagrożenie. Dopóki bowiem Ukraina będzie państwem mającym chociaż pozory suwerenności, będzie prowadziło politykę antypolską. Jeśli pozostanie pod wpływem niemieckim, będzie używana do zmuszania Polski do posłuszeństwa Niemcom. Jeśli będzie pod wpływem USA, co oznacza również wpływ gnostycko-chazarski, może w każdej chwili zostać użyte do wywołania kolejnej wojny, zarówno lokalnej, np. przeciw Polsce, jak i globalnej, np. przeciw Rosji. Będzie tak, dopóki na Ukrainie nie wykształcą się rodzime, narodowe elity, potrafiące trzeźwo ocenić rzeczywisty interes Ukrainy. Droga do tego bardzo jest daleka, i nie wiadomo, czy Ukraińcy na nią kiedykolwiek wstąpią.
Przewodzą federalizacji i centralizacji Unii Europejskiej zgodnie z planem Spinelliego, oraz zmieniają strukturę społeczno-etniczną Niemiec i całej Europy, zgodnie z planem Kalergiego. W ramach resetu z Rosją za prezydentury Barracka Husseina Obamy Niemcy podjęły szeroką współpracę z Federacją Rosyjską, zarówno gospodarczą, jak i polityczną. Wówczas premierem rządu w Polsce był Donald Tusk, tak samo, jak teraz, i wówczas Rosja była dobra dla USA, Europy, Niemiec i Polski. To wtedy Niemcy przystąpiły do realizacji planu uzależnienia od siebie całej Europy za pomocą tanich, rosyjskich weglowodorów. W tym celu zbudowano rurociąg Nordstream po dnie Bałtyku, omijający ziemie polskie. Takie usytuowanie nie było jednak skutkiem pierwotnego planu rosyjsko-niemieckiego, lecz uporu rządu w Polsce. Nordstrem miał bowiem zasilać Niemcy i Europę, ale z pominięciem Ukrainy, Rosja bowiem chciała uzależnić od siebie to państwo i odciąć od Zachodu. Rząd w Polsce wybrał wtedy solidarność z Ukrainą i brak solidarności z Polską.
Obecnie Niemcy zostały przez USA zmuszone do odcięcia się od Rosji i zmiany swoich planów gospodarczo-surowcowych. Nie mając szerokiego dostępu do rosyjskich dostaw, Niemcy zmuszeni są do zaopatrywania się w surowce pod kontrolą USA. Postanowiły więc wykończyć Europę w inny sposób: narzucając wszystkim państwom UE zielony ład, co oznacza wdrażanie drogich i nieefektywnych tzw. zielonych technologii, których komponenty Niemcy sprowadzają z Chin. To jednak też nie będzie działać, ponieważ Chiny są teraz sojusznikiem Putina, więc są dla Europy złe, USA narzuciły Europie twarde warunki, a nade wszystko, Chińczycy nauczyli się od białych technologii. Teraz produkują taniej i lepiej i nie potrzebują do tego Niemców. Ci musieli więc po raz kolei zmienić plany na uzależnienie i przebudowę Europy, wymyślili więc zniszczenie europejskiego rolnictwa za pomocą dwóch narzędzi: nieograniczonego importu tanich produktów rolnych z Ukrainy oraz Ameryki Południowej. Ten pierwszy cel realizują w ramach wsparcia Ukrainy, która walczy z Rosją, a ten drugi w ramach umowy MERCOSUR. Niemcy chcą sprowadzać z Ameryki Południowej tanie produkty, a w zamian będą tam wysyłać swoje wyroby przemysłowe. Jednocześnie w ramach UE narzucili europejskim rolnikom drakońskie normy, czyniąc produkcję rolną w Europie nieopłacalną w konkurencji z importem z Ukrainy i krajów MERCOSUR. W ten sposób gnostycy, sterujący Unią i Niemcami zamierzają doprowadzić rolników europejskich do bankructwa lub zmiany sposobu życia. Za jednym zamachem chcą osiągnąć trzy cele: uzależnić Europę od żywności spoza Europy, przejąć ziemię rolną, zlikwidować najbardziej konserwatywną grupę społeczną w Europie. Wówczas wszyscy będą zależni od dostaw, dostarczanych przez koncerny, należące do gnostyków.
Sterowana przez Niemcy UE wraz z Wielką Brytanią ma jeszcze jeden pomysł na zniszczenie państw Europy i uzależnienie ludności od gnostyckiej władzy. Jest to Europejska Unia Obrony, czyli sojusz militarno-polityczno-gospodarczo-finansowy. Oficjalnie ma zabezpieczyć UE przed atakiem Rosji. W tym celu ma zostać uruchomiony gigantyczny plan remilitaryzacji Europy, który składa się z trzech głównych elementów. Po pierwsze, narody Europy zgodzą się na nieograniczone zadłużenie w instytucjach finansowych, oficjalnie w celu sfinansowania uzbrojenia, faktycznie w celu przejęcia kontroli nad państwami i narodami przez bankierów. Po drugie, unijne inwestycje zbrojeniowe będą zlokalizowane na Ukrainie, poza kontrolą narodów Europy. Po trzecie, wszystkie armie, rządy, administracje i ludzie w UE znajdą się pod centralnym zarządem Komisji Europejskiej i nowego Sztabu Generalnego. W ramach Europejskiej Unii Obrony ma obowiązywać fińska zasada obrony totalnej. Oznacza ona, że unijna władza w razie jakiegokolwiek zagrożenia, nawet takiego, który sama sobie wymyśli przejmie całkowitą kontrolę nad mieniem i życiem obywateli. Ludzie i ich majątki zostaną zarekwirowani i postawieni do dyspozycji Sztabu Generalnego. UE co prawda nie zapewni skutecznej obrony terytorium i ochrony ludności cywilnej, ale za to umożliwi im dowartościowanie się jako żywe tarcze UE na własnej, spalonej ziemi. UE przyjęła w ten sposób plan zadłużenia i zbankrutowania państw członkowskich, dofinansowania Ukrainy i spalonej ziemi jako taktyki obronnej.
Polska
Polska od początku formalnej niepodległości Ukrainy jest wiernym sojusznikiem tego państwa i pełni rolę jego formalnego i nieformalnego rzecznika. Wynika to z naszych narodowych resentymentów, głównie Doktryny Giedroycia i sentymentu do Piłsudskiego i Sanacji. Jest to jednak klasyczna marksowska fałszywa świadomość, podtrzymywana przez media i zakłamaną edukację historyczną. Te doktryny, idee i tradycje, które Polakom sufluje się jako najlepsze i jedyne rozwiązanie, służą innym bytom, niż Polska, i są dla narodu i państwa polskiego wprost samobójcze. Podtrzymaniu tej fałszywej świadomości służy cały legion historyków i publicystów.
Jest to miłość nieodwzajemniona, a raczej odwzajemniona nienawiścią. Ani władze, ani obywatele Ukrainy nie doceniają tego, co robi dla nich Polska i Polacy, i nie zanosi się na zmianę tego usposobienia. Natomiast w ramach diaspory wlała się do polski wielka fala niekontrolowanej ludności, częściowo o sympatiach banderowskich. Wśród tych ludzi znaleźli się przestępcy, którzy obecnie działają w Polsce z bandyckich grupach, a także agenci służb ukraińskich i zapewne różnych innych. Polacy dali tym ludziom gościnę, traktując jak uchodźców wojennych. Tymczasem w dokumentach unijnych nazywają się oni nie refugees, lecz displaced, co oznacza, że mamy do czynienia z planową akcją przesiedleńczą. Państwo polskie przyznało tym ludziom bardzo dużo przywilejów i transferuje do nich świadczenia socjalne o wielkiej wartości, kosztem Polaków. Poza tym państwo polskie przekazało armii ukraińskiej uzbrojenie swojej armii całkowicie za darmo, a także finansuje różne aspekty funkcjonowania ukraińskiej państwowości. Polacy nie zostali o tym wszystkim poinformowani przez władzę. Wszystko to jest robione pod hasłem, że musimy wspierać Ukrainę, bo walczy za nas, czyli za Polskę i Europę. W tej narracji Ukraina walczy za wolny świat z tyranią, dlatego nie ma takich kosztów, jakich nie należy ponieść. Gdyby nie to, rosyjskie czołgi najechałyby Polskę i całą Europę aż do Atlantyku. Wszędzie zapanowałby ruski mir, czyli bieda, prymityw, zamordyzm, mordy i gwałty.
Cała ta narracja jest oczywiście fałszem. Rosja nie planuje atakować Europy, a nawet Polski. Rosyjska armia stoi nad polskimi granicami cały czas od II Wojny Światowej. Granica Polski z Królewcem i Białorusią to ponad 500 km. Gdyby Rosja chciała, napadłaby Polskę bez trudu w każdej chwili, mając wielkie ilości różnych środków walki. Polska zaś nie ma czym walczyć z Rosją, tym bardziej, że rozbroiła się dla Ukrainy. Zamordyzm i ograniczanie wszelkiej wolności to obecnie rzeczywistość zachodnioeuropejska, pod hasłem poprawności politycznej. Mordy i gwałty są już na Zachodzie, i coraz częściej zdarzają się w Polsce. Przychodzą wraz z wielokulturową imigracja, na przyjęcie której zgodziła się rząd w Polsce. Ukraińska działaczka w Polsce, Natalia Panczenko, która dostała obywatelstwo od prezydenta Dudy odgrażała się, że będą w Polsce zamieszki i podpalenia, będą płonąc sklepy, jeśli Polacy będą zachowywać się nie tak, jak lubią Ukraińcy. Krótko po tym w Polsce zaczęła się seria dziwnych pożarów. Zapłonęły m.in. galerie handlowe i magazyny. W kilku przypadkach ujęto Ukraińców, dokonujących podpaleń lub planujących inne akty terroru. Każde podpalenie i każdy złapany Ukrainiec natychmiast przez propagandę w Polsce ogłaszany jest agentem Putina. Ta sama propaganda głosi, że Rosja chce nas napaść. Polacy zaś w większości wierzą propagandzie mediów głównego nurtu, które zgodnie podtrzymują dezinformację zarówno co do teraźniejszości, jak i historii.
Polskie fobie i manie
Oddziaływanie wrogiej propagandy na świadomość Polaków możliwe jest dzięki specyficznemu mentalnemu podłożu, które określa stosunek Polaków do głównych bytów politycznych, mających wpływ na sytuację w Polsce. Te z kolei bazują na zadawnionych resentymentach, które można podporządkować głównej osi Wschód-Zachód, będącym wektorem o stałym kierunku, lecz zwrocie naprzemiennym, zmieniającym się, w zależności od kierunku indoktrynacji. Wobec Wschodu i Zachodu Polacy mają więc jeden z dwóch stosunków: sympatię lub antypatię, i bardzo u nas trudno o stosunek zrównoważony. Polacy wobec tych dwóch stron polityczno-cywilizacyjnego świata przeżywają więc albo fobię, albo manię. Na chwilę obecną, mniej więcej od początków XVIII wieku żyjemy według okcydentomanii i orientofilii. Oznacza to, że świat na zachód od Polski traktujemy z czcią bałwochwalczą, a na wschód – z niechęcią i obawą, przeradzającą się czasem w panikę i histerię. Ten nasz stosunek bazuje po równo na wydarzeniach historycznych i fałszywej wizji tych wydarzeń. Nie miejsce tu na dokładne wyjaśnianie tych zawiłości, ujmę to w skrócie. Polacy uważają Zachód za obszar wszelkiego dobra. Po części wynika to z dziedzictwa chrześcijaństwa, po części z gnostyckiej propagandy. Większość Polaków wciąż myśli, że Zachód to nasza kultura i wzorzec cywilizacyjny. Tak było kiedyś, dziś Zachód odszedł od własnej kultury i normotypu łacińskiego, a przyjął kabalizm, talmudyzm i gnozę.
Prawa są odbierane, a dobrobyt, zawdzięczany po części pracy pokoleń, a po części grabieży reszty świata odchodzi w przeszłość. To samo dzieje się z przewagą technologiczną, która dziś jest na Dalekim Wschodzie. Polacy przez Zachód nie są traktowani jako część Zachodu, tylko jako kolonialny Trzeci Świat, obszar podboju i grabieży. Zachód niewiele zrobił dla nas dobrego, poza dobrym wrażeniem. W rzeczywistości zaznaliśmy od elit rządzących tym obszarem wielu upokorzeń, zdrad i krzywd. Na przyszłość związanie się z tym obszarem to samobójstwo, Zachód bowiem prowadzony jest przez gnostyków dokładnie tam, dokąd ma trafić, czyli na dno. Jakiekolwiek nadzieje można wiązać z Zachodem dopiero wtedy, gdy się od tego dna odbije. Póki co z pewną nadzieją można patrzeć na USA, jako kraj o wielkim potencjale, który może sobie pozwolić na wyzwolenie spod okupacji gnostycko-chazarskiej.
Wschód Polacy traktują po trosze jako obszar zacofany, a po trosze jako źródło zła i zagrożeń. Winna temu jest Rosja, a raczej historia kontaktów Polski i Polaków z Rosją. Ta świadomość trwa od czasów, gdy w XVIII wieku Cesarstwo Rosyjskie zdominowało Polskę politycznie, a potem włączyło się do rozbiorów. Dalej były powstania i represje, potem Rewolucja bolszewików i wojna z nimi, potem Pakt Ribbentrop-Mołotow, 17 września, Katyń, wywózki, łagry, sowiety, PRL, Smoleńsk. Każdy z tych tematów należy dokładnie rozwinąć i omówić, ale nie tutaj. Teraz tylko w skrócie. Rosja nie chciała rozbiorów, bo miała Polskę całą pod swoim protektoratem. Caryca Rosji była zresztą Niemką. Do rozbiorów dążyły Prusy, a sprzyjała im Wielka Brytania. Powstania w XVIII i XIX wieku, począwszy od Konfederacji Barskiej z punktu widzenia interesów Polaków były niepotrzebne, niekorzystne, nieprzygotowane, nieprzemyślane, źle dowodzone. Zawsze w tle stosunków polsko-rosyjskich knuły się tajne wpływy pruskie, brytyjskie, masońskie, w właściwie gnostycko- chazarskie, pchające Polaków do działań samobójczych, aby umożliwić jakieś działania gnostyków na Zachodzie. Represje carskie były do przewidzenia i ci, co decydowali się na powstania powinni przewidzieć nie tylko to, że nie mają najmniejszych szans na powodzenie, ale również to, jak Polaków potraktuje autorytarny reżim.
Rewolucji w Rosji nie wywołali Rosjanie, tylko Chazarzy, bardzo wspierani przez Niemcy, Brytyjczyków, USA i małoczapeczkową finansjerę. Rosja radziecka zerwała z Rosją carską i miała zupełnie inne cele – budowę państwa światowego. II Wojna Światowa, wywołana przez Niemcy i Rosję, także była inspirowana przez Anglosasów i małoczapeczkową finansjerę. Te same siły oddały nas pod „kuratelę” Stalina, a większość funkcjonariuszy, rzuconych na front walki z polskością stanowili Chazarzy. W tym wszystkim oczywiście czynny udział brała Rosja, która zawsze starała się poszerzać swoją strefę wpływów, ale nie zawsze zyskiwali na tym Rosjanie, a było zwykle wręcz przeciwnie – beneficjentem zawsze była wąska grupa władzy, ale nie ludność. Po II Wojnie Światowej większość konfliktów na świecie wywołali Anglosasi, sterowani przez gnostyków i małe państwo Chazarów. Kwestia smoleńska również nie jest jasna, wiele dowodów i poszlak wskazuje na to, że była to inicjatywa służb anglosasko-małoczapeczkowych, w której wzięły czynny udział służby rosyjskie. Tak więc doznaliśmy od Rosji wiele krzywd, a Rosjanie mają na sumieniu wiele win wobec Polaków. Jednak równie wiele win wobec nas mają Niemcy, Anglosasi i małoczapeczkowi. Ci ostatni najwięcej. Polacy jednak fobią obdarzają tylko Rosję, a manię przejawiają wobec Zachodu. Racjonalna polityka i unikanie zagrożeń wymaga podejścia racjonalnego, w Polsce zaś panuje emocjonalne. W ten sposób popadamy w okcydentomanię i orientofobię, co sprawia, że dostrzegamy zagrożenie w Rosji nie tam, gdzie ono rzeczywiście występuje, a nie widzimy zagrożeń ze strony Zachodu.
Obecnie główne zagrożenie czyha na Polskę ze strony Zachodu, w postaci UE, NATO, USA i małoczapeczkowych, którzy tym wszystkim sterują. Rosja też jest zagrożeniem, i to poważnym, dysponuje bowiem wielkim potencjałem, licznymi środkami walki i możnymi sojusznikami. W stosunku do Zachodu jest to jednak zagrożenie wtórne. Oznacza to, że Rosja może nas zaatakować, ale zrobi to jedynie na skutek prowokacji ze strony Zachodu, wykonanej na zlecenie gnostyków. Rosja obecnie nie ma powodu ani interesu, aby podbijać Zachód. Taka próba mogłaby narazić Federację Rosyjską na poważny kryzys wewnętrzny, który mógłby zostać wykorzystany zarówno przez Chiny, które mogą połakomić się na Syberię, jak i przez tandem USA / Izrael, dążący do opanowania Azji Środkowej. Rosjanie z pewnością wyciągnęli wnioski ze swojej klęski w Afganistanie. Do prowokacji mogą być użyte siły, działające zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. Polacy widzą jednak tylko zagrożenie wtórne, a nie chcą dostrzegać pierwotnego. Prowadzimy politykę agresywną w stosunku do Federacji Rosyjskiej, nie mając ani potencjału gospodarczego, ani ludnościowego, ani zasobów finansowych, ani głębi strategicznej, ani uzbrojenia, ani systemu obrony cywilnej, ani pewnych sojuszy.
Sami wystawiamy się na atak, a robimy to dlatego, że nie potrafimy należycie ocenić relacji Wschód-Zachód. Jest to wzmacniane histerią, nakręcaną przez media polskojęzyczne. Każda próba dyskusji o tym spotyka się z napaścią i oskarżeniami o ruskie onuce i agenturę Putina. Najlepszym sposobem na unikniecie rosyjskiego zagrożenia jest normalizacja stosunków z Białorusią i Rosją. Tymczasem każdy, kto chce realistycznie ocenić zagrożenie rosyjskie natychmiast zostaje ogłoszony rusofilem, którego trzeba unikać, odsunąć od głosu, a najlepiej zamknąć. W ten sposób nie tylko tracimy krocie na możliwościach współpracy gospodarczej z Rosja, Chinami i resztą Wschodu. Narażamy się również na stały stan napięcia i zagrożenia, który przy trwającej wojnie ukraińskiej, różnych obcych agenturach i nierozsądnej władzy może zmienić się w realną wojnę, która dla Polski byłaby kolejną dziejową katastrofą. Pokojowa współpraca jest bowiem możliwa, i nie trzeba przy tym być żadnym rusofilem, wystarczy pozostać polskim patriotą. Jednak nasza orientofobia każe nam myśleć, że z Rosją można tylko toczyć wojnę. Z całej polityki III RP może wyłonić się tylko ukropolin, nie da się dostrzec żadnych innych kierunków i dążeń. Ta struktura zaś jest z założenia antypolska, a jej funkcja polega na prowadzeniu narodu do samobójstwa. My jednak pozostajemy ufni w obietnice naszych sojuszników z Zachodu, tak samo, jak w 1939 r., i marzymy o rozgromieniu Rosji i wbiciu Putina w Ziemię. W ten sposób znajdujemy się w stanie Rusofobicznej Manii Samobójczej.
Występuje w Polsce jeszcze jedna bardzo groźna mania, typowa dla polskojęzycznych osób o poglądach lewicowo-liberalnych. Gardzą oni tym, co tradycyjne, narodowe, katolickie, czyli tym wszystkim, co jest polskie. Tak bardzo uwierzyli w gnostycką propagandę antypolską, że wyrastając z tej ziemi i jej tradycji, bardzo chcą wyrwać ją z siebie i przyjąć coś innego, co im wydaje się nowoczesne. W ten sposób chcą poczuć się lepsi i zasłużyć na uznanie i szacunek w oczach ludzi z Zachodu. Mylą się bardzo, gdyż w ten sposób zyskują tylko pogardę ludzi, którzy już dawno nie żyją według zasad Ewangelii, lecz według wartości Talmudu.
Ci antypolacy nie myślą jednak racjonalnie i odrzucają brutalne dowody rzeczywistości na całkowitą błędność ich poglądów.. Tkwią bowiem z jednej strony w fobii antypolskiej, a z drugiej w manii prozachodniej. Podejmują przez to decyzje irracjonalne lub nie podejmują ich wcale, pozwalając, aby obce, wrogie siły decydowały za nich. Ich stan psychiczny można określić jako Polonofobiczną Manię Samobójczą (PMS). Łączy się ona z Rusofobiczną Manią Samobójczą (RMS), tworząc nieprzeniknione dla argumentów Narodowe Spektrum Suicydalne (NSS). U Polaków o poglądach prawicowych PMS prawie nie występuje, natomiast sama już RMS wystarcza do podejmowania decyzji samobójczych. Różnica pomiędzy samobójczym myśleniem lewicowym i prawicowym jest taka, że Polacy prawicowi popełniają narodowe samobójstwo wierząc, że w ten sposób ratują Polskę, natomiast antypolacy lewicowo-liberalni popełniają narodowe samobójstwo właśnie po to, aby Polskę zlikwidować.
To różnica w fobiach przejawia się w odmiennościach polityki partii tzw.prawicowych i lewicowo-liberalnych. Te tzw.prawicowe popełniają narodowe samobójstwo wolniej, udając, że ratują Polskę, te drugie wciskają do dechy pedał gazu, chcąc jak najbardziej przyspieszyć finis Poloniae. Oficjalnie prawicowy prezydent Andrzej Duda, kreował się na bardzo patriotycznego, co nie przeszkadzało mu jednocześnie pełnić funkcji prezydenta ukropolin, tak bardzo był proukraiński i prożydowski. Nowy prezydent Karol Nawrocki jest z pewnością autentycznym patriotą i człowiekiem czynu, i raczej nie będzie proukraiński, jednak i on sam, i jego otoczenie mają wyraźnie zacięcie rusofobiczne, co niesie ryzyko, że jeśli małoczapeczkowi zrealizują zapowiedź Donalda Tuska z sierpnia 2025 r. o wojnie w Polsce w roku 2027, patriotyczny prezydent bohatersko poprowadzi naród do patriotycznej walki, aby nikt go nie posądził o rusofilię.
Hipotetyczny przebieg działań wojennych i ich skutki
Ten fragment w największym należy do gatunku political fiction. Zabawię się więc w powieściopisarza – fantastę, i przedstawię coś, co dziś jest jeszcze fikcją, i oby tak pozostało. Należy mieć świadomość, jakie przygotowania wojenne poczyniono w kraju nadwiślańskim. W czasie plandemii mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju stalinowskiej Wielkiej Czystki. Narzucono służbom przymus szczepień, czym zmuszono wielu żołnierzy i oficerów do przedwczesnego przejścia w stan spoczynku. Usuwano tych lekarzy, którzy zachowali wierność Przysiędze Hipokratesa. Zmuszono tych hierarchów, którzy chcieli dochować wierności Chrystusowi do uległości Talmudowi. Pozostałym złamano wolę, zmuszając do zachowań sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, sumieniem i instynktem samozachowawczym.
Po zmianie władzy w 2023 r. czystka trwa nadal, pod hasłami rozliczeń z poprzednim reżimem. Instytucje państwa atakują żołnierzy za to, że wykonują swoje obowiązki, ciągle zmuszając ich do działań wbrew sumieniu. W ten sposób skutecznie obniżono morale armii. Wielką część uzbrojenia i wyposażenia oddano Ukrainie. Wojsko ma wiele braków kadrowych, sprzętowych i organizacyjnych. Władza w Polsce radzi sobie z tym w ten sposób, że wysyła przydziały mobilizacyjne do mężczyzn w średnim wieku, którzy jeszcze odbywali służbę wojskową. Większość z nich to doświadczeni pracownicy gospodarki narodowej i ojcowie rodzin, natomiast od czasu przejścia do cywila zwykle nie mieli do czynienia z wojskiem i nowymi technikami wojskowymi, np. z dronami. Można jednak spodziewać się, że w razie wojny władza sięgnie po te zasoby i zmobilizuje tych mężczyzn, pozbawiając rodziny ojców, a firmy doświadczonych pracowników. W warunkach współczesnego pola walki ich wartość bojowa byłaby znikoma, ale jako mięso armatnie do przemielenia są pełnowartościowi.
Polska nie ma skutecznego systemu obrony cywilnej i ochrony ludności, ale za to opracowano teoretyczne plany ewakuacji, która polega na tym, że ludzie mają stawić się w punktach zbiorczych, aby władza przewiozła ich poza strefę działań, przy okazji narażając na porażenie środkami napadu powietrznego. Przyjęto też plany ewakuacji dzieł sztuki na Zachód. Wygląda to na plany oczyszczenia terytorium Polski z ludności polskiej i rozproszenie jej po świecie, oraz przekazanie polskiego dziedzictwa narodowego innym państwom. Należy też pamiętać o unijnej strategii obronnej spalonej ziemi. Będzie to jednak dotyczyło kobiet, dzieci i starców, gdyż mężczyźni mają pojechać w kierunku odwrotnym – na wschód, walczyć za Ukrainę i za Ukraińców, przebywających w Polsce, dzięki transferom socjalnym, odebranym Polakom.
W tym samym czasie amerykański generał Chris Donahue, dowodzący siłami amerykańskimi w Europie i Afryce ujawnił, że USA mają plany zaatakowania i porażenia Obwodu Królewieckiego, należącego do Rosji i leżącego przy granicy z Polską. Równocześnie na terytorium Polski przebywa nieustalona liczba cudzoziemców z Ukrainy, a wciąż przybywają nowi przybysze z całego świata, przerzucani do Polski przez służby niemieckie. W 2026 r. ma ruszyć na całego pakt migracyjny, więc Polska ma stać się przystanią dla wszelakiego elementu globalnego, idącego z zachodu. Pomimo, że rząd i media polskojęzyczne nagłaśniają zagrożenie wojną w Polsce, nikt nie mówi o wstrzymaniu relokacji imigrantów wielokulturowych z UE.
Wygląda na to, że konsekwencje wojny mają spotkać bardziej Polaków, niż przybyszów. Wciąż obowiązują przepisy o stanie wojennym, wprowadzone podczas Stanu Wojennego, stanowiące, że rząd może nakazać obywatelom złożenie prywatnej broni do depozytu. Jeśli przyjąć założenie, że w razie wojny głównym wrogiem władzy będą Polacy, ma to głęboki sens. Od czasu do czasu w Polsce znajdują się jakieś dziwne znaleziska. A to wojsko zgubi transport min przeciwczołgowych, które później odnajdują się w magazynie sklepu meblowego, a to przypadkowi przechodnie znajdą gdzieś na ścianie wschodniej 8 kontenerów, wypełnionych bronią, należących do prywatnej firmy. Było kiedyś takie powiedzenie: „musi to na Rusi, a w wolnej Polsce kto chce”. Dziś brzmi to ironicznie, gdyż Polska wydaje się być oazą wolności dla Rusinów bardziej, niż dla Polaków.
Początek wojny może być następujący. W Polsce dojdzie do jakiegoś aktu sabotażu lub terroru, w którym zginą ludzie. Propaganda i władza natychmiast ogłosi, że to agenci Putina lub pociski, wystrzelone z Rosji lub Białorusi. Mogą też pojawić się oddziały dywersantów, przebrane w mundury rosyjskie lub białoruskie i zaatakować jakieś cele na wschodzie Polski, zabijając ludzi. Mogą to jednak być działania pod fałszywą flagą, tak, jak niemiecka prowokacja w Gliwicach w 1939 r. Propaganda natychmiast rozpęta histerię we wszystkich mediach, wyolbrzymiając zdarzenie i nazywając je pełnoskalową agresją. Pokazane zostaną okrutnie skrzywdzone dzieci, tak samo, jak na początku fali wielkiej migracji islamskiej do Europy pokazano martwego chłopca na plaży, albo na początku plandemii szeregi trumien na sali gimnastycznej, albo zdjęcia z początków rosyjskiej agresji, pokazujące zabitych cywilów. Wszystkie bardzo ładnie zaaranżowane, jakby w atelier fotograficznym, jakby te ciała same ułożyły się do właściwej pozy w właściwym miejscu i czasie. Będzie to oczywista socjotechnika, wzmagająca oburzenie Polaków i emocje, prowadzące do zemsty na wrogu, wskazanym przez propagandę, służąca tylko temu, aby Polacy rzucili się sami na ślepo we własne narodowe samobójstwo. To będzie moment kluczowy: jeśli Polacy uwierzą w propagandę, zawrzą świętym oburzeniem, uniosą się źle pojętym patriotyzmem, zewrą szeregi i staną wraz z niepolskim rządem, w ciągu najbliższego roku nastąpi historyczna chwila likwidacji Polski i Polaków.
Władza wówczas ogłosi mobilizację i uderzy w ton patriotyczny, grając na emocjach i uczuciach Polaków. Inny wariant tego scenariusza to wystrzelenie z terytorium Ukrainy pocisków, które spadną na terytorium Polski, tak, jak było w Przewodowie. W następującym potem chaosie nikt niezależny nie będzie w stanie sprawdzić, skąd naprawdę przyleciały. Jeszcze inny wariant to odpalenie zdalnie sterowanych dronów z przygotowanych wcześniej kontenerów, umieszczonych na terytorium Federacji Rosyjskiej lub Białorusi, tak, jak zrobili to Ukraińcy w ramach operacji „Pajęczyna”, gdy zaatakowali właśnie w ten sposób cele, położone w głębi Rosji. Nieco inny scenariusz zakłada, że pociski zostają odpalone z terytorium Polski, również z jakichś ukrytych wcześniej kontenerów, lub też z samolotów, operujących nad polskim terytorium. Pociski spadają na terytorium Federacji Rosyjskiej lub Białorusi, zmuszając Rosję do ataku odwetowego.
Dalej ten sam standard – propaganda rozpętuje histerię, władza ogłasza mobilizację, używając uczuć patriotycznych. W każdej sytuacji nasi zachodni sojusznicy będą nas zachęcać do walki i zapewniać o swoim poparciu, tak samo, jak w 1939 roku. Obiecają nam pomoc wojskową i materiałową, z której się nigdy nie wywiążą, nie mają bowiem takiego zamiaru już w samych założeniach, tak samo, jak w 1939 r. Naszym zachodnim sojusznikom, od Europy do Ameryki zależy tylko na tym, żebyśmy weszli do tej wojny, przyjęli na siebie cały ciężar siły naszego przeciwnika, wciągnęli w to całe terytorium całe państwo i całą ludność cywilną. Tego samego chcieli dla nas w 1939 roku, od Francji i Wielkiej Brytanii po USA. Tego samego chcą teraz, wraz z Niemcami i UE. Prawdziwy wróg to nie tylko ten, który fizycznie napada, ale również fałszywy przyjaciel, który pcha do z góry przegranej walki.
Każdy scenariusz rozpoczęcia działań wojennych na terytorium Polski zmierza do tego samego celu – wysłania Wojska Polskiego przeciw armii rosyjskiej i białoruskiej. W efekcie wystąpią duże straty po stronie polskiej, zostanie ogłoszona mobilizacja, a władza weźmie każdego zdolnego do noszenia broni bez przeszkolenia. Głównym celem tych działań będzie wyeliminowanie Wojska Polskiego i polskich mężczyzn, lub chociaż odesłanie ich poza terytorium Polski. Jeśli wojska rosyjskie wkroczą na polską ziemię, wówczas to, co zostało z armii polskie wycofa się najpierw na linię Wisły, a krótko potem na linię Odry, broniąc terytorium Niemiec.
W tym czasie na terytorium Polski zapanuje ogólny chaos. Zostanie ogłoszona ewakuacja ludności, co chaos jeszcze pogłębi. Ludność zostanie zmuszona do opuszczenia domów i zebrania się w miejscach zbiórek, Zacznie się dyslokacja, ale system rychło się posypie, i dyslokowana ludność znajdzie się sama pośrodku niczego, pozbawione wszystkiego. Kraj będą przemierzać zdezorientowane i przerażone grupy cywilów, a drogi zostaną zablokowane, tak, jak we wrześniu 1939 r. Takie zbiorowiska ludzkie będą narażone na ataki z powietrza, ponadto szybko zostaną pozbawione podstawowych środków do życia. Sieci dystrybucji towarów przestaną działać i w sklepach zabraknie podstawowych towarów. Pojawią się spontaniczne szajki bandytów i szabrowników, częściowo uzbrojone. Rozpoczną się rabunki, napaści i gwałty. Uaktywnią się uzbrojone oddziały dywersantów, przeszkolone do walki z ludnością cywilną i rozlokowane na terytorium całego kraju, przemycone do Polski w ramach wcześniejszych migracji.
Do tego dołożą swoje wielokulturowi imigranci, których nikt nie będzie w stanie pilnować. Najbardziej zagrożone będą kobiety i dzieci, pozbawione mężczyzn, wysłanych częściowo naprzeciw armii rosyjskiej, częściowo do ochrony Niemiec. Zacznie się oczyszczanie terytorium z ludności, podobnie, jak to było na Wołyniu, połączone z masowymi gwałtami na kobietach, w celu wymiany genetycznej. Dzieła sztuki i wartościowe przedmioty zostaną wywiezione z Polski jako pierwsze, jeszcze zanim terytorium Polski opuści rząd. Od czasu do czasu będą spadać pociski rakietowe i drony, niszcząc to, co jeszcze będzie służyć Polakom i zabijając ludność cywilną, a działająca wciąż propaganda polskojęzyczna za każdym razem będzie ogłaszać, że nadleciały z Rosji, chociaż nikt już nie będzie sprawdzał, skąd je naprawdę wystrzelono. Niemcy zamkną granicę z Polską i nie będą wpuszczać polskich uchodźców, twierdząc, że odpowiadają na gwałtowne protesty ludności cywilnej. W rzeczywistości będą domagać się tego organizacje pseudo-społeczne, finansowane przez fundacje rządowe, globalistyczne i małoczapeczkowe. A ludność Niemiec to poprze.
Oficjalne argumenty będą następujące: Polacy to faszyści i są współodpowiedzialni za Holocaust Żydów podczas II Wojny Światowej, dlatego nie należy im się ochrona. Polacy prześladują mniejszości lgbt i nie przestrzegają praworządności. Polacy są niebezpieczni i źle traktują kobiety. Polacy sprowokowali wojnę z Rosją, więc niech sobie radzą sami. Niemcy i tak są obciążeni uchodźcami z globalnego Południa, poza tym przyjęli dużą ilość uchodźców z Ukrainy i nie są w stanie przyjąć więcej. Poza tym Polacy byli zawsze przeciwni przyjmowaniu uchodźców. Bardzo źle traktowali biednych ludzi na granicy z Białorusią, był o tym film. Polacy zawsze łamali wartości europejskie, Parlament Europejski musiał uchwalić przeciw nim wiele rezolucji, a TSUE wydal wiele niekorzystnych dla Polski wyroków. Niemcy nie mogą więc przyjąć Polaków, byłoby to niemoralne, a Niemcy są państwem głęboko moralnym. Taka propaganda będzie głoszona na całego, a ludność Niemiec z ulgą przywita zamknięcie granic i odcięcie się od problemu polskiego. Niemcy przyjmą jedynie tych, którzy im się do czegoś mogą przydać, czyli specjalistów, których potrzebują w swojej gospodarce.
Tak jednak będzie tylko do czasu. Po pewnym czasie trwania chaosu uaktywnią się organizacje niemieckie w Polsce i samorządy na ścianie Zachodniej i Pomorzu, domagające się ochrony ludności cywilnej, mienia i infrastruktury przed zagrożeniem ze strony Rosji i polskim chaosem. Rząd niemiecki z wielką troską zareaguje i wprowadzi ochronę ziem zachodnich i północnych Polski poprzez objęcie ich niemiecką administracją. Żądania te poprą organizacje Ukraińców w Polsce, twierdzą, że nie po to ukraińscy uchodźcy uciekali przed wojną i Rosją z Ukrainy, aby teraz mieć to samo w Polsce. Przywiązali się już do tych miejsc, w których przebywają, nie chcą ich stracić i proszą rząd niemiecki, aby przejął administrację nad tymi terenami. Ludność polska, zamieszkująca te tereny przez nową administrację będzie traktowana jako gorszy sort, a przez organizacje banderowskie będzie zwalczana. Rząd, który zgodnie z sanacyjną tradycją ucieknie za granicę będzie gdzieś jeszcze formalnie urzędował, ale nie podejmie praktycznych działań w celu ochrony ludności i zachowania całości terytorium. Prezydent bardzo będzie chciał stanąć na wysokości zadania i powieść Polaków do zwycięstwa. Zachowa się jak bohater, i zgodnie ze swoimi przekonaniami i naciskami otoczenia oraz zagranicy powiedzie Polaków do walki. Walki straceńczej, prowadzącej do narodowego samobójstwa, jakim były powstania: Listopadowe, Styczniowe i Warszawskie.
To taka polska, świecka, masońska tradycja: przywódcy wiodą lud na barykady samobójstwa. Mógłby jednak ochłonąć i zmienić zdanie, stanąć na czele wszystkich sił, jakie jeszcze pozostały w Polsce i dążyć do zakończenia wojny. Gnostycy będą więc woleli na wszelki wypadek pozbyć się problemu prezydenta zrzucając winę na Rosję. Propagandowo zostałoby to sprzedane, że najwyższy urzędnik bohatersko wytrwał do końca, a Polacy muszą go teraz pomścić. Z roszczeniami terytorialnymi może również wystąpić rząd ukraiński, widząc, że nikt nie broni Polski i Polaków. Może powołać się na cierpienia Ukraińców podczas akcji Wisła i zagarnąć terytorium Polski aż do Sanu, a może i dalej. W tym całym chaosie każdy będzie brał, co będzie chciał, więc również Rosja zapewne zagarnie Przesmyk Suwalski. Zdziesiątkowana, zdezorganizowana ludność polska, pozbawiona władzy, administracji i elit przyjmie wówczas każdy porządek, który zapewni możliwość fizycznego przetrwania, zakończy działania wojenne i ukróci napaści zbrojnych band. Polska zniknie po raz kolejny.
Taki może być scenariusz i konsekwencja działań wojennych, które oficjalnie mają się rozpocząć w 2027 roku, ale równie dobrze mogą wystąpić już we wrześniu 2025 roku, przy okazji wspólnych ćwiczeń armii rosyjskiej i białoruskiej Zapad’25. Wojna na ziemiach polskich przyniesie więc pewność zagłady ludności polskiej i państwa polskiego. Nasi wrogowie wiele nauczyli się na wojnach, rewolucjach i masowych zbrodniach, które zainspirowali i moderowali od czasu I Wojny Światowej. Holocaust Polaków będzie rzeczą pewną, tak samo, jak trwający obecnie Holocaust Palestyńczyków. Cała Polska może wyglądać podobnie, jak Strefa Gazy, poza tymi obiektami, które przyszli właściciele naszych ziem będą chcieli zachować dla siebie. Kompletne zgruzowanie wszystkiego, co polskie, łącznie z zabytkami historii, świątyniami, pałacami, bibliotekami, muzeami ułatwi przyszłą odbudowę ziem niegdyś polskich w nowym, niepolskim już kształcie. Zgodnie z masońską zasadą ordo ab chao – porządek z chaosu. Opróżnione ziemie polskie będą mogły zostać ponownie zasiedlone przez tych, których tu sprowadzą małoczapeczkowi. Tyle zyskamy, jeśli uwierzymy naszym sojusznikom z Zachodu i włączymy się do wojny z Rosją.
Co robić
Można oczywiście tego uniknąć, pilnując polityków, nie ufając ich zapewnieniom, śledząc pilnie to, co się dzieje, nie wierząc głównym mediom. A nade wszystko – organizować się w organizacje społeczne, oddziały samoobrony narodowej, broniące granic i terytorium państwa polskiego, majątku narodowego i prywatnego oraz ludności polskiej. Takie organizacje, które będą wspierać i uzupełniać rząd polski, a zwalczać wpływy rządu niepolskiego. Należy też podjąć na poziomie polityki, na razie nieoficjalnej dyskusję o tych zagrożeniach. Nie powinniśmy jako państwo i naród należeć do koalicji chętnych do likwidacji Polski.
Głównym jednak sposobem, aby tego uniknąć jest deeskalacja napięcia pomiędzy Polską a Białorusią i Rosją, oraz zakończenie wspierania państwa ukraińskiego. Należy więc znormalizować stosunki ze Wschodem, pomimo resentymentów i histerii, pomimo tego, że polskojęzyczne media i główni politycy mówią co innego. Tym bardziej jest to dziś łatwe, gdy widzimy, jak łatwo nasi sojusznicy podejmują współpracę z Rosją.
Jeśli ten fantastyczny, fikcyjny scenariusz się ziści, wówczas świat otrzyma w prezencie Wielki Izrael, a Polska – eksterminację i judobanderię. Ci więc, którzy nie chcą, aby w Polsce była wojna, nie są żadnymi ruskimi onucami, ale tymi, którzy chcą pozostać żywymi Polakami w wolnej Polsce. Ci zaś, którzy nawet nie chcą o tym rozmawiać, to oni są prawdziwymi judobanderowskimi onucami. A walka, którą chcą toczyć, nie jest walką o wolną Polskę, nie jest nawet walką o wolną Ukrainę, tylko walką o dolara, Wall Street, City of London i globalne panowanie Wielkiego Izraela.