„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.

„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.

M. Dakowski: [przypominam, bo to Rocznica.

W mandorli jest , po uwzględnieniu promieni obciętych później na górze i dole OBRAZU, dokładnie 150 promieni. Więc “propozycja” papieża JPII , by do Różańca dodać “tajemnice światła”, nie ma poparcia Najświętszej Dziewicy.

==============================

„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.

„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.

Autor: stan orda , 11 lutego 2024

Czyli notka o pierwszym w historii Objawieniu Maryjnym, uznanym przez Kościół Powszechny.

Tekst ten pod tytułem „Morenita” miał swój debiut  w początkach 2009 roku w netowej inicjatywie o nazwie: POLIS  Miasto Pana Cogito (POLIS MPC), która już od dawna nie istnieje. Dlatego co kilka lat prezentowałem go  w jeszcze innych miejscach netu (trzech), w przekonaniu, iż warto go od czasu do czasu przypominać, gdyż w necie wszystko  zostaje natychmiast zatopione przez tsunami tekstów oferujących tzw. bieżączkę.
W zasadzie, poza cyzelowaniem chropowatości stylistyczno-składniowych, czyli kosmetyce, tekst ten nie wymagał w każdorazowej powtórce żadnych merytorycznych przeróbek. A mam do niego sentyment, gdyż nadal uważam, że kompozycyjnie to jeden z moich najlepszych tekstów, których napisałem dotychczas znacznie ponad trzysta. Zdecydowana większość to obszerne notki, przeciętnie o objętości 6-7 stron A-4. Chociaż zdarzały się wyraźnie  dłuższe. I tych ostatnich było wcale niemało. Bywały też i krótsze, ale takich akurat znacznie mniej.

Zatem mały przerywnik w serii ciężkich tekstów „cyklu Jezusowego”.

Nowy świat

W dniu 22 kwietnia AD 1519, w kalendarzu świąt chrześcijańskich wypadał Wielki Piątek poprzedzający święta Zmartwychwstania Pańskiego. Wtedy właśnie Hernán Cortés, płynący statkiem noszącym nazwę „Santa Maria de la Concepcion” (Niepokalane Poczęcie Maryi), którego główny żagiel przyozdobiony był wizerunkiem krzyża o charakterystycznym kształcie, przybił do wybrzeża kontynentu amerykańskiego (w dzisiejszym Meksyku). Okrętowi flagowemu Corteza towarzyszyły trzy karawele i sześć brygantyn. Na okrętach przypłynęło łącznie ok.  530 młodych w większości mężczyzn, pochodzących głównie z Hiszpanii, Genui, Neapolu, Portugalii i Francji. Ponadto w składzie ekspedycji znajdowało się także dwie osoby duchowne z zakonu  franciszkanów, pięćdziesięciu marynarzy, trzydziestu kuszników i dwunastu arkebuźników. A także szesnaście koni oraz spora ilość wielkich psów, jako to chartów irlandzkich (wilczarz) i molosów (mastifo napolitano). Oprócz pokaźnej liczby pancerzy, hełmów, mieczów i lanc, uczestnicy wyprawy dysponowali dziesięcioma arkebuzami, czterema falkonetami i kilkoma bombardami.

Hernán  Cortés wbił krzyż w piasek wybrzeża, następnie franciszkanie odprawili liturgię Mszy świętej, a na jej zakończenie wszyscy uczestnicy wyprawy odmówili różaniec. W miejscu wbicia krzyża w piasek nadmorski zbudowane zostało miasto nazwane Vera Cruz (Prawdziwy Krzyż).

Quetzalcoatl
Dzień 22 kwietnia 1519 roku to wg kalendarza azteckiego dziewiąty dzień wiatru w pierwszym Roku Trzciny.
W 52-letnim cyklu tego kalendarza pierwszy Rok Trzciny poświęcony był bożkowi Quetzalcoatlowi, czyli Upierzonemu (Pierzastemu) Wężowi, który patronował nauce i rzemiosłu, a w tym dniu przypadało poświęcone mu święto. Quetzalcoatl w astrologii azteckiej był symbolizowany przez Wenus, „wieczorną gwiazdę”, znaną wszystkim ludom Ziemi i określaną przez te ludy różnymi nazwami. Być może w czasach dawniejszych kapłani przedazteckich kultów obserwowali jakąś kometę w pobliżu Wenus. Komety o trajektorii przebiegającej w okolicach Słońca ciągną za sobą widowiskowy warkocz gazów ulatniających się z ich zamrożonych frakcji, które pod wpływem ciepła słonecznego nagrzewają się i odparowują. Łatwo skojarzyć widok ogona komety z latającym wężem, co mogło stanowić powód nadania takiej nazwy. W bardzo licznym panteonie bożków azteckich Quetzalcoatl jest istotny o tyle, że postać jego stała się powodem  sporego zamieszania wśród tamtejszych Indian, gdy oni ujrzeli konkwistadorów.  Rodzaj kultu  związanego postacią Quetzalcoatla  znacząco ułatwił zadanie Cortésowi. Powód owego zamieszania został w zasadzie wyjaśniony, toteż możemy w dużym stopniu odtworzyć przyczynę dysonansu poznawczego, który pojawił się u władcy azteckiego Montezumy II, gdy ten dowiedział się o przybyciu Cortésa i jego ludzi. Geneza wspomnianego dysonansu była następująca.

Pod koniec X wieku n.e. w państwie Tolteków (pre-Azteków) urząd najwyższego kapłana w kulcie plemiennego bożka Quetzalcoatla sprawował Topiltzin, który gdy został władcą państwa (król-kapłan – „Ce Acatl”), przyjął imię Topiltzina-Quetzalcoatla. Takie dodanie imienia-wyróżnika było dosyć częstym obyczajem pośród najwyższej rangi kapłanów poszczególnych bóstw, którzy obok własnego imienia przyjmowali imię bożka, którego kult podlegał ich pieczy.

Ce Acatl Topiltzin-Quetzalcoatl miał jasną cerę, był wysokiego wzrostu, czyli wyróżniał się także z powodu swoich cech fizycznych. Ale głównym bóstwem Tolteków był Tezcatlipoca (Dymiące Zwierciadło), bożek ciemności żądający nieustannych krwawych ofiar z ludzi. Król-kapłan chciał zdetronizować wspomniane bóstwo z jego głównej pozycji w dotychczasowym panteonie, co wywołało zaciekły opór elit tolteckiej teokracji, broniących status quo. Konflikt został rozstrzygnięty w ten sposób, że król-kapłan Topiltzin-Quetzalcoatl został najpierw wygnany z Tuli, stolicy państwa Tolteków, a wkrótce potem musiał uciekać coraz to dalej na południe. Znalazł schronienie dopiero na półwyspie Jukatan pośród ludu Maya. Przekaz głosi, że przed udaniem się na wygnanie zapowiedział, iż kiedyś powróci i na powrót obejmie władzę. A w wersjach przekazywanych w ciągu kolejnych pokoleń, przepowiednia dotycząca powrotu króla-kapłana, stała się mitem odnoszonym do postaci samego bożka. Aztekowie, którzy byli szczepem ludu Tolteków, przejęli w spadku praktycznie wszystkie ich wierzenia i obyczaje, czyli również  i ten mit. Znał go więc władca aztecki Montezuma II. Dla Azteków podanie dotyczące powrotu Quetzalcoatla oznaczało coś na kształt paruzji bóstwa. Miał przybyć ze wschodu i właśnie dlatego indiańskie ludy Meksyku powiązały pojawienie się Corteza z powrotem króla-kapłana-boga.

Konkwistadorzy
Hernán Cortés pochodził z okolic maleńkiej miejscowości Medellin, położonej jakieś 60 km na wschód od miasta Merida w dzisiejszej hiszpańskiej prowincja Badajoz. Jednocześnie, mniej więcej, taka odległość dzieliła miejsce jego urodzenia od jednego z trzech najważniejszych hiszpańskich sanktuariów, które położone było u stóp Sierra de Guadalupe, w rejonie Estramadura. Tam w wiosce Guadalupe był kościół franciszkanów, odległy ok. 50 km na wschód od miasteczka Trujillo (obecnie znajdujący się w prowincji Caceres . Kościół ten znany był z posiadania cudownej figurki Madonny z Dzieciątkiem, wyrzeźbionej z ciemnego drewna cedrowego. Według tradycji, figurę Madonny z Dzieciątkiem (o wysokości 50 cm) wyrzeźbił w Jerozolimie Ewangelista Łukasz, biorąc za wzór rzeczywistą postać Maryi. W późniejszych wiekach rzeźba była przechowywana w Konstantynopolu (Cesarstwo Bizantyjskie), skąd pod koniec VI wieku papież Grzegorz I Wielki zabrał ją do Rzymu. Papież podarował figurkę Izydorowi, arcybiskupowi Sewilli, który przywiózł ją do Hiszpanii na początku VII wieku. Do czasów najazdu arabskiego sława wizerunku stała się znana w całym iberyjskim królestwie Wizygotów. Po upadku tego królestwa, (po przegraniu bitwy, stoczonej pod Jerez de la Frontera w lipcu AD 711 z islamskimi wojskami Maurów i Berberów, dowodzonymi przez gubernatora Tangeru kalifa Tarika ibn Zijada i  śmierci poniesionej w tej bitwie przez Roderyka, ostatniego króla wizygockiego), figurkę ukryto w jaskiniach niedaleko obecnego miejsca jej wystawiania. Musiało upłynąć ponad 600 lat do wyparcia Maurów z Półwyspu Iberyjskiego, aby możliwe stało się zbudowanie na tym odludziu sanktuarium i świątyni.

Matka Boża z Guadalupe uważana była za patronkę żeglarzy i konkwistadorów. Gorliwy katolik H. Cortés odwiedzał wielokrotnie  wspomniane sanktuarium (Basilica de Santa Maria de Guadalupe. Guadalupe, wspólnota autonomiczna Estramadura, prowincja Caceres, Hiszpania). Pielgrzymowali do niego także Krzysztof Kolumb, który w lipcu 1496 r. w chrzcielnicy tego sanktuarium ochrzcił pierwszych Indian przywiezionych z Nowego Świata, Francisco Pizarro, zdobywca imperium Inków, Francisco de Orellana, który pierwszy przekroczył Andy i następnie popłynął z biegiem Amazonki, Hernando de Soto – odkrywca Florydy i terenów na wschód od Missisipi aż do dzisiejszego Arkansas oraz bardzo wielu innych sławnych, odważnych i ważnych  ludzi. W czasach współczesnych należy wymienić pośród nich papieża św. Jana Pawła II, który w listopadzie 1982 roku odwiedził to właśnie sanktuarium.

H. Cortés, który był tyleż genialnym, co zdeterminowanym zdobywcą, w ciągu trochę ponad dwóch lat pokonał państwo azteckie oraz walczących po jego stronie indiańskich wasali i sprzymierzeńców, po czym sprowadził pokonanych do statusu niewolników. Aztekowie zamieszkiwali w czasach konkwisty hiszpańskiej tereny obecnego miasta Mexico City i w małych fragmentach ziemie na południe od niego. Liczebność tego ludu raczej na pewno nie przekraczała miliona osób. Plemiona składające się na lud Azteków to grupa językowa nahuatl. Nazwa imperium znanego jako państwo Azteków, pochodzi od plemienia, które w XV wieku zdominowało oraz podbiło i zwasalizowało szczepy Tolteków, Totonaków, Mexów, Chichimeków, Tlaxcateków, Mixteków i Cholulów.

Podbój tego imperium spowodował śmierć dziesiątek tysięcy Indian poległych w walce z hiszpańskimi najeźdźcami. Natomiast wielokrotnie więcej ofiar przyniosły epidemie nieznanych wcześniej chorób w rodzaju gruźlicy, ospy, odry, dżumy, kokluszu, świnki i innych, które przywleczone zostały z przeciwnego brzegu oceanu przez Europejczyków. W kampanii trwającej od 22.04.1519r. do 13.08.1521r., wzięło udział  łącznie ok. 1600 najemnych zabijaków, z czego większość dołączyła już w jej trakcie. Około tysiąca z nich straciło życie, zarówno w walkach z Indianami, a także z powodu ran, chorób, wypadków losowych, etc. Konkwistadorów wspomagały liczne (kilkudziesięciotysięczne) oddziały indiańskie, które wykorzystały okazję, aby wyzwolić się ze statusu wasalnego bądź niewolnego narzuconego im przemocą przez Azteków. Pierwszym sojusznikiem H. Cortésa  został lud Totonaków. Oczywiście, indiańscy alianci Europejczyków nie spodziewali się, że wkrótce wpadną z deszczu pod rynnę.

Nadmierną śmiertelność Indian powodowała także eksterminacja poprzez pracę niewolniczą, a udział w tym miały powszechnie stosowane tortury, którymi wymuszano informacje o najmniejszych bodaj drobinach złota, tak od przedstawicieli arystokracji azteckiej, jak też jej przedstawicieli z innych plemion. Wymieranie całych wiosek powodowało, że pola uprawne nie były obsiewane i nie zbierano z nich kukurydzy. Nie było komu grzebać lub spalać zwłok, które walały się wszędzie, a szybko rozkładając się w gorącym klimacie, powodowały skażenie wody, powietrza i gleby. Głód stał się wśród ludności zjawiskiem codziennym. Mieszkańcy z mniej wyniszczonych i wyludnionych okolic byli zmuszani do prac na rzecz Hiszpanów (np. przy budowie miasta Meksyk na ruinach Tenochtitlan). W celu identyfikacji uciekinierów Indianom wypalano, podobnie jak bydłu, znamiona na skórze.

Tenochtitlan, stolica imperium Azteków, do niedawna jedno z największych i najludniejszych miast świata, którego populacja w czasach świetności liczyła około sto tysięcy mieszkańców, zamieniło się w opustoszałą kupę ruin. Kraj Azteków został zdobyty i podbity militarnie, ale H. Cortés miał ambicję, aby również zdobyć jego lud dla Kościoła i wiary katolickiej. Jednak ambitny cel duchowej konkwisty nie dawał się osiągnąć za pomocą ognia i miecza, dlatego sprowadzono do Meksyku kilkunastu misjonarzy z żebraczego zakonu franciszkanów.

Dwa światy
Dla uzmysłowienia sobie jak bardzo nieprzystające mentalnie i światopoglądowo były wizje świata tubylców oraz europejskich zdobywców, zwłaszcza w kontekście możliwości przyjęcia przez Indian wiary najeźdźców, konieczne jest skrótowe przedstawienie tej z wymienionych wizji, która obowiązywała na terenach podległych Aztekom. Natomiast wizja chrześcijańska nie wymaga prezentacji, gdyż jest znana w stopniu wystarczającym. Na wszelki wypadek doprecyzuję, że w wystarczającym dla potrzeb niniejszej opowieści.

Nikt nie posiadł rozeznania, ile dokładnie bóstw i bożków najrozmaitszej rangi znajdowało się w panteonie azteckim. Można przyjąć, że łącznie z dokooptowanymi bóstwami plemiennymi ludów, które Aztekowie włączali (na ogół siłą) w zakres swojego dominium, było to co najmniej dwieście bóstw głównych i ponad tysiąc sześćset pomniejszych. Sama ilość tych bożków stanowi wystarczającą przyczynę tego, iż raczej nigdy  już nie poznamy zdecydowanej większości tak szczegółów, jak i bogactwa treści odnoszących się doń mitycznych wierzeń. Aztekowie, dokonując podbojów, zniszczyli bezpowrotnie lokalne kulty, które uznawali za konkurencyjne oraz wszelkie ślady z nimi związane. Z kolei w trakcie konkwisty oraz po jej zakończeniu konkwistadorzy i towarzyszący im duchowni równie skrupulatnie niszczyli wszelkie ślady indiańskich wierzeń, będąc dogłębnie przekonanymi, iż stanowią one dzieło Antychrysta. Ale co może zaskakujące, znajdowali ważne powody, aby tak właśnie uważać.

Jeśli nawet niepodobna rozeznać się w szczegółach zagmatwanej mitologii azteckiej, to ogólne zarysy ich wierzeń udało się odtworzyć. Dwoma głównymi bóstwami, którym oddawano kult w azteckiej stolicy były Huitzilopochtli (koliber przybywający z południa) – bóstwo Słońca, światła i życia oraz wspomniany wcześniej Tezcatlipoca – bóstwo Księżyca, ciemności i śmierci. W astrologii azteckiej Księżyc codziennie pokonywał Słońce mordując je, w wyniku czego krew zamordowanego rozlewała się przed zachodem czerwoną łuną po niebie. Warunkiem ponownego wzejścia Słońca i jego powrotu do życia było uzupełnienie krwi, którą Huitzilopochtli musiał w tym celu wypić. Z tego względu musiano mu dostarczać dużo krwi ludzkiej. Zatem główny „motyw przewodni” cywilizacji azteckiej nastawiony był na zapewnienie właściwej ilości wspomnianego pokarmu, gdyż było to warunkiem trwania świata. Czyli poprzez ofiarę z życia ludzi ożywiano bóstwo i podtrzymywano kosmiczny rytm zdarzeń. Stanowiło to dokładne i jaskrawe przeciwieństwo wizji, którą niosło w swoim przesłaniu chrześcijaństwo.

W rozumieniu Azteków ofiary z ludzi były niezbędne dla prawidłowego funkcjonowanie ich „kosmosu”, zaś wymogi tak pojmowanej logiki jego działania powodowały konieczność codziennego składania ofiar z ludzi. Ten krwawy rytuał nazywali Aztekowie składaniem „kwiatów dla bogów”. Dla zapewnienia ciągłości dostaw „surowca” stale organizowali wyprawy wojenne, nie w celu złupienia bogactw, ale dla zdobycia jeńców z przeznaczeniem ich na ofiary. Należało chwytać  i dostarczac jeńców żywych, dlatego  techniki ich ujęcia polegały na ogłuszaniu pałkami lub obezwładnianiu przez schwytanie w sieci.

Przy specjalnych okazjach organizowano masowe zabójstwa. Taką okazją stało się w 1487 r. oddanie do użytku Wielkiej Piramidy w stolicy imperium azteckiego Tenochtitlanie. Na jej szczycie umieszczono dwie świątynie, każdą dla jednego z wymienionych wcześniej głównych bóstw. W czterodniowej orgii ludobójstwa zamordowano kilka tysięcy ludzi. Dla bóstw wcześniej wspomnianych składano ofiary wyłącznie z mężczyzn. Natomiast ofiary z kobiet składano dla bogini Tonantzin, której ośrodek kultu znajdował się na wzgórzu zwanym Tepeyac, położonym na peryferiach Tenochtitlanu. Imię tej bogini w języku nahuatl, ówczesnym lingua franca Mezoameryki,  znaczyło „matka bogów” . Zwano ją również Cihuacoatl (Coatlicue), czyli małżonką węża. Nie zapomniano też o dzieciach, które składano na ofiarę bożkowi deszczu, nazywanemu Tlaloc, a który szczególnie upodobał sobie niemowlęta.

Ofiary przed uśmierceniem odurzano, po czym wprowadzano lub wnoszono na szczyt piramidy, gdzie kapłani obsydianowymi nożami otwierali im klatkę piersiową i wyrywali serce, które jako właściwą ofiarę, wrzucali do specjalnej kamiennej misy przy ołtarzu bożka. Następnie ciała ofiar były strącane po stromych schodkach piramidy, których kąt nachylenia oraz rozmiar był tak dobrany, że spadały na sam dół siłą bezwładu, grawitacji i momentu pędu. Po odcięciu głów, z których budowano gustowne piramidy, resztę zwłok przeznaczano na rytualny posiłek. Po okrzepnięciu Azteków w roli hegemona ludów Doliny Meksyku, czyli od drugiej połowy XV stulecia, na codzienną ofiarę dla krwiożerczych bożków przeznaczano średnio od kilkunastu do kilkudziesięciu istnień ludzkich.

W zarysowanym wyżej kontekście staje się zrozumiałe, że nie mogły przynieść żadnego skutku próby Hiszpanów, aby pobitych i upokorzonych Indian skłonić do wiary w Boga, który przed swoją śmiercią został skatowany, po czym skrwawionego przybito do krzyża, czyli że to Bóg był ofiarą, a nie kimś, komu składano ofiary. Z punktu widzenia Indian religia przyniesiona przez Hiszpanów była jaskrawo absurdalna i zwłaszcza przedstawiciele arystokracji azteckiej odnosili się do niej z nieukrywaną pogardą. Nie pomagało nawet to, że franciszkanie nauczyli się narzecza tubylców, aby łatwiej krzewić pośród nich Ewangelię. Niektórzy z zakonników zdobyli się na wyrwanie sobie siekaczy, aby poprawnie wypowiadać syczące wyrazy języka nahuatl. Wszystko to zdawało się na nic, gdyż mur pogardy, nieufności, niezrozumienia i odmowy wydawał się nie do pokonania. Ale niedługo po upadku władzy Azteków w tym murze pojawiła się  rysa, w wyniku której niebawem  runął.

Tepeyac
Niezbyt daleko od znajdującej się w mieście Tenochtitlan Wielkiej Piramidy, mniej więcej w odległości 10 kilometrów od jej stromych schodów, w wiosce Cuauhtitlan mieszkał chłopiec wywodzący się z plemienia Chichimeków o imieniu Cuauhtlatohuac (Cuauhtlatoatzin), co w narzeczu nahuatl oznaczało: „Ten, Który Mówi Językiem Orłów” (lub „Ten, który mówi jak orzeł”). W roku oddania do użytku Wielkiej Piramidy miał 13 lat. W 1523 r., w kościele wzniesionym na jej ruinach, został ochrzczony i przyjął imię Juan Diego (Jan Jakub). Razem z nim przyjęła chrzest oraz imię Maria Lucia jego żona. Juan Diego miał wówczas 48 lat. W niedzielę 9 grudnia 1531 r. udawał się do parafii w miejscowości Tlatelolco (Obecnie nazwa stacji sieci metro w Mexico City), aby uczestniczyć w liturgii Mszy świętej. Droga wiodła starą groblą prowadzącą do wzgórza Tepeyac. (Tepeyac, obecnie nazwa parku miejskiego w Mexico City – Parque Nacional El Tepeyac).

Na tym wzgórzu, w dniach od 9 do 12 grudnia 1531 r., czterokrotnie, dzień po dniu objawiła się przed Juanem Diego Dziewica Maryja, Matka Boga, jak według jego relacji sama się przedstawiła. Matka Boża prosiła, aby przekazał kapłanom i wiernym, iż jej życzeniem jest, aby w tym miejscu na tym wzgórzu wybudować kościół. A na dowód, iż objawienie nie było skutkiem przywidzenia lub samookłamywania się Juana Diego, któremu biskup diecezji nie chciał dać wiary w treść orędzia, Maryja Panna pozostawiła znak na należącej do Indianina wierzchniej części ubrania, zwanej tilma.
(tilma  –  rodzaj płaszcza, opończy, narzuty wykonanej z włókien agawy, ze szwem pośrodku, który jest zawiązywany na jednym ramieniu).
Podczas czwartego, ostatniego objawienia, Matka Boża poleciła Juanowi Diego narwać świeżo zakwitłych róż, które na tym wzgórzu, będącym królestwem kamieni, kaktusów, cierni i ostów, nigdy przedtem nie rosły, następnie zawinąć je w tilmę i ponownie rozwinąć ją dopiero w obecności biskupa. Siedziba biskupa znajdowała się w mieście Meksyku,  budowanym na miejscu wyburzanego Tenochtitlan. W tamtym czasie obowiązki biskupa pełnił ojciec Juan de Zumarraga, franciszkanin, podobnie jak H. Cortés, pochodzący z Estramadury. Gdy Juan Diego rozwinął tilmę przed biskupem i w obecności kilku innych świadków, oczom obecnych wyłonił się spod kwiatów róży wizerunek przedstawiający postać młodej kobiety o brązowo-oliwkowym obliczu, ze złożonymi do modlitwy rękami, która okryta była od głowy do stóp niebieskim (lub morskiej zieleni) płaszczem o orientalnym wzorze, na którym widoczne były gwiazdy. Wokół kobiecej postaci, stojącej na ramionach indiańskiego chłopca z orlimi skrzydłami, widoczne były otaczające ją złote promienie słoneczne.

Wydarzenie to zostało opisane przez Luysa Lasso de la Vega, kapelana w świątyni pobudowanej na wzgórzu Tepeyac, który opublikował je na podstawie sporządzonej w połowie XVI wieku relacji Indianina Antonia Valeriano. W przekazach dotyczących postaci A. Valeriano istnieje wersja, iż był on bratankiem Montezumy II,  ostatniego króla – kapłana Azteków. Dotychczas nie znaleziono jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tej wersji. Oryginał tekstu autorstwa  A. Valeriano nie zachował się, tym samym nie wiadomo na ile wiernie tekst Lasso de la Vegi oddaje jego treść. Lasso de la Vega opublikował swój tekst w języku nahuatl w 1649 r. Relacja ta została zapisana w języku Indian i zaczyna się od słów „Zostanie tu powiedziane”, czyli Nican Mopohua i jest znana właśnie pod takim tytułem.
(Najstarsza kopia tego dzieła znajduje się w Public Library, Rare Books and Manuscripts Department. New York, USA).

Wizerunek
Wizerunek na tilmie jest dzisiaj wystawiony w barokowej bazylice w mieście Meksyk, której budowa została ukończona w 1976 r. (Insigne y Nacional Basilica de la Santissima Maria de Guadalupe – Plaza de las Americas 1, Mexico City). W nowe miejsce wizerunek został przeniesiony ze znajdującej się obok starej i grożącej zawaleniem się świątyni.
Wszystkie dotychczas przeprowadzone badania wizerunku nie dały odpowiedzi, jaką techniką został naniesiony na płótno z agawy, przy czym wykluczono, iż zostało to wykonane  technikami malarskimi. Nie stwierdzono, by do jego wytworzenia użyto farb organicznych lub mineralnych. Ponadto farby syntetyczne zaczęto produkować ok. 300 lat po powstaniu wizerunku. W meksykańskim klimacie płótno z agawy wytrzymuje, co najwyżej, kilkanaście lat, a potem nieuchronnie ulega samoistnej biodegradacji. W przypadku wizerunku zachowuje ono od kilkuset lat swoją strukturę bez żadnych widocznych uszkodzeń i to pomimo wielowiekowego okadzania dymem niezliczonych świec.

Ale nie mniej ważny jest inny znak, będący skutkiem objawień Maryi Panny na wzgórzu Tepeyac. Znakiem tym jest jedyne w dziejach świata nawrócenie się, poprzez przyjęcie chrztu w obrządku katolickim, przez osiem do dziewięciu milionów Indian, które nastąpiło w okresie zaledwie kilku lat po objawieniach. Tych samych Indian, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nie marzyli o niczym innym, jak o tym, aby Hiszpanów ugotować w kakao i pożreć. A wszystko to stało się w czasie, gdy na Starym Kontynencie Reformacja oderwała osiem milionów chrześcijan od Rzymu i Matki Bożej i gdy islamscy Turcy odebrali chrześcijaństwu Bałkany.

To jest największy znak i cud związany z objawieniem Dziewicy Maryi na ziemi skrwawionej ludobójstwem, pohańbionej ludożerstwem i eksterminacją. A jego skutkiem jest nie tylko zintegrowanie się  ludów zamieszkujących ziemię meksykańską, czy szerzej Ameryki Środkowej, w jeden naród (indianie, metysi , kreole i biali), ale także objęcie chrześcijaństwem całej Ameryki Południowej, aż po Ziemię Ognistą, gdyż inne ludy tego kontynentu poszły za przykładem Meksyku.

Szczątki H. Cortesa spoczywają w Mexico City w krypcie kościoła pod wezwaniem Jezusa Nazareńskiego (Iglesia de Jesús Nazareno) niedaleko ww. bazyliki w dzielnicy Cuauhtémoc. W 1566 r. szczątki zostały przeniesione z Hiszpanii, w której H. Cortes zmarł).

Znaki
Co  takiego przekonało Indian oglądających na tilmie wizerunek Maryi Panny,  iż uwierzyli, że jest to prawdziwe oblicze Matki Bożej, zgodnie z przekazem głoszonym im w Ewangeliach? Otóż wizerunek zawiera przesłanie w kodzie czytelnym dla Indian tej ziemi i ich kultury, w której żyli na co dzień. Indianie w swojej masie byli analfabetami, natomiast świetnie, bo intuicyjnie, rozumieli język znaków i symboli. Język obrazów. Indianie byli znakomitymi obserwatorami i z największą wnikliwością obserwowali każdy szczegół, który mógł mieć związek z przybyszami z obcego im świata.

I tak, sposób w jaki Maryja ma owinięty purpurowy pas na biodrach wskazuje, iż jest brzemienna. Pas jest bowiem przesunięty powyżej lekko zaokrąglonego łona. U Indian kobiety brzemienne w taki sposób przepasywały opaską biodra. To było oczywiste i zrozumiałe dla każdego Indianina, natomiast nie było takim dla wyrafinowanych  krytyków sztuki, wyedukowanych na zachodnich uniwersytetach. Pod szyją Najświętszej Panny, na wizerunku zapinki naszyjnika, znajduje się znak krzyża, identyczny jak widniejącego na żaglu flagowego statku H. Corteza. Przypomnijmy, iż statek ten nosił imię „Niepokalane Poczęcie Maryi”.

W centrum wizerunku znajduje się czterolistne drzewko. Liście jego oznaczają, że to kwiat jaśminu. W starym azteckim kalendarzu, wyrytym na kamiennym kręgu, dokładnie taki kwiat jaśminu znajduje się w jego centrum, symbolizując Słońce. Dla Indian Słońce było równoznaczne z postacią boga. Na wizerunku postać Maryi odziana jest w gwiaździsty płaszcz. Składają się one na obraz gwiazdozbiorów nieba meksykańskiego z grudnia 1531 roku. Ale obraz możliwy dla odczytania przez Indian. Bo oto brzegi kamiennego kalendarza Azteków okalały dwa węże z gwiazd, tych samych, które zidentyfikowano na wizerunku odbitym na tilmie. Widoczne na połach płaszcza Maryi gwiazdy oznaczały godność królewską postaci, która nosi taki płaszcz. Obraz przedstawia Maryję, okoloną przez promienie słoneczne, które wybiegają spoza jej wizerunku. Dla Indian oznaczało to, iż Maryja jest kimś potężniejszym, niż ich dotychczasowy Bóg-Słońce, czyli Huitzilopochtli, skoro zasłoniła go swoją postacią. Z kolei sierp księżyca pod nogami Maryi wskazywał, iż jest potężniejsza również od bożka Księżyca – Tezcatlipoca, skoro po nim depcze swoimi stopami. Zaś symbolizujący Wenus Quetzalcoatl stał się zaledwie jedną z licznych gwiazd na płaszczu Maryi. Kolejnym znakiem było to, iż postać Maryi ma złożone ręce, czyli jest to postać modląca się do kogoś jeszcze potężniejszego od niej samej. Postać indiańskiego chłopca u stóp Maryji (którego tożsamość podlega różnorodnym interpretacjom) symbolizuje – według Don Mario Rojasa Sancheza, duszpasterza w Cuauhtémoc w parafii Matki Bożej z Góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), najwybitniejszego znawcy wizerunku – Juana Diego, przedstawionego jako dziecka ze skrzydłami orła, szykujące się do lotu. Jego indiańskie imię, które znaczyło „Ten, który mówi jak orzeł” także było dla Indian dowodem, iż relacja Juana Diego jest prawdziwa, bo znalazła potwierdzenie w znanym im i do nich skierowanym kodzie.

Wnioski
I na koniec jeszcze ważne dopełnienie. Otóż słowo „guadalupe” w języku nahuatl nie posiada żadnego sensownego znaczenia. Zatem do jakiego indiańskiego określenia Hiszpanie dopasowali wyżej wymienione słowo? Najbardziej zbliżone w wymowie jest określenie Coatlaxopeuh , wymawiane jak „kotallope”, które oznacza „Pogromczyni Węża” lub „Ta, która depcze węża” (coatl – wąż, llope – deptać po czymś). Juan Diego, opowiadając Hiszpanom o tym jak Madonna przedstawiała mu się w jego języku, wypowiadał nazwę bardzo znajomo brzmiącą w uszach wszystkich Hiszpanów, a już zwłaszcza tych z ziem Estremadury, którzy znali tamtejsze sanktuarium maryjne. I może właśnie dlatego Matka Boża przedstawiła się Juanowi Diego jako:

„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.

(kotallope  – guadalupe)

O autorze: stan orda

==============================

M. Dakowski:

W mandorli jest , po uwzględnieniu promieni obciętych później na górze i dole OBRAZU, dokładnie 150 promieni. Więc “propozycja” papieża JPII , by do Różańca dodać “tajemnice światła”, nie ma poparcia Najświętszej Dziewicy.

Tajemnice obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Prof. Treppa: naukowo nie da się tego wyjaśnić

Tajemnice obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Prof. Treppa: naukowo nie da się tego wyjaśnić

GUADALUPE

Shutterstock | AM113

Iwona Flisikowska – , aktualizacja 09.12.2024 https://pl.aleteia.org/2021/02/06/wszystkie-tajemnice-ikony-matki-bozej-z-guadalupe-prof-treppa-naukowo-nie-da-sie-tego-wyjasnic

Dokładne badania optyczne wizerunku pokazały, że zarys postaci odbijających się w oczach Maryi odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w ludzkiej żywej źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka. Oczy Matki Bożej z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych…

Z perspektywy nauki: nie da się tego wyjaśnić

Aleteia: Jak to możliwe, że ikona meksykańskiej Madonny, która pojawiła się na indiańskiej opończy przetrwała w nienaruszonym stanie kilka wieków?

Prof. dr hab. Zbigniew Treppa*: Indiańska opończa (tilma), na której widnieje obraz Maryi, należąca do pierwszego wyniesionego na ołtarze Indianina, Cuauhtlatoatzina Juana Diego, została utkana ok. 500 lat temu z włókien agawy. Z powodu znikomej trwałości włókien tkanina ta nie powinna była przetrwać kilkudziesięciu lat. Tymczasem oparła się niszczącemu działaniu czasu.

Jest to tym bardziej zastanawiające, zważywszy, że tkanina tilmy nie została nasycona żadnymi środkami konserwującymi zapobiegającymi rozpadowi. Co wiadomo na podstawie badań prowadzonych przez dr. Philipa Callahana z USA.

Tkanina i widniejący na niej obraz oparły się też działaniu czynników zewnętrznych. Np. rozlanych żrących związków chemicznych użytych do konserwacji ramy, w której została umieszczona tilma. A nawet przetrwała zamach bombowy, który zniszczył znajdujący się nieopodal potężny krucyfiks z brązu, posadzkę, marmurowy ołtarz i witraże.

Czyżby zatem tilma oparła się działaniu czasu oraz różnych czynników zewnętrznych ze względu na nadprzyrodzone właściwości obrazu, który w tajemniczy sposób został zakodowany w jej strukturze?

Nauki przyrodnicze nie przyniosą odpowiedzi na to pytanie, ponieważ „zakres poznania naturalnego” – mówiąc słowami bł. ks. Sopoćki – „jest bardzo ograniczony”. Możemy jedynie mówić o fenomenie obrazu, który jest niemożliwy do wyjaśnienia z perspektywy nauk ścisłych.

Nie jest znana np. technika zabarwienia włókien. Barwy obrazu wywołują efekt zbliżony do zjawiska dyfrakcji. Nie są znane również przyczyny powstawania refleksów świetlnych, wywoływanych za pomocą oftalmoskopu w oczach wizerunku Madonny. Dających efekt taki, jak w przypadku badań żywego ludzkiego oka o odpowiednim stopniu wilgotności.

Warte podkreślenia jest to, że takiego efektu nie można wywołać w żadnym innym obrazie wykonanym przez człowieka.

Do podobnych fenomenów należy zaliczyć istnienie wzoru gwiazd na płaszczu Madonny z tilmy. Odzwierciedla on układ konstelacji gwiezdnych widzianych w punkcie czasu i miejsca cudownego ukazania się obrazu, czyli 12 grudnia 1531 roku w mieście Meksyk (Tenochtitlan).

Brak jest także możliwości wyjaśnienia obecności w oczach Madonny odbić postaci będących świadkami cudu. Analizując współcześnie te obrazy, zaskakuje, że zarejestrowane zostały zgodnie ze współczesną wiedzą z dziedziny optyki. Nie była ona jeszcze znana w czasach, kiedy obraz Maryi został ukazany oczom człowieka.

Jeśli nauki przyrodnicze nie mogą przyjść z pomocą w wyjaśnieniu wszystkich zagadkowych właściwości obrazu oraz jego podłoża, co więc można wyjaśnić? Można to wszystko, co należy do istoty cudownych właściwości obrazu. Podobnie jak w przypadku każdego cudu, który w życiu wiary ma jakiś cel do spełnienia.

Również w przypadku ikony z Guadalupe wcale nie jest najważniejszy sposób, w jaki zaistniał obraz czy też to, co o nim mówią pomiary naukowe. Lecz raczej to, co ukrywa on przed nauką.

Podobnie sprawy zdarzają się w życiu codziennym, w którym wcale najważniejsze nie jest to, co daje się zważyć czy zmierzyć, lecz to, co jest istotą jakiejś rzeczy lub zjawiska.

Nie ręką ludzką uczyniony

O obrazie Matki Bożej z Guadalupe, Całunie Turyńskim oraz Chuście z Manoppello, mówi się jako o obrazach nie ręką ludzką uczynionych. Co dokładnie oznacza ten termin?

Nie wiadomo, kiedy chrześcijanie zaczęli posługiwać się terminem acheiropoietos, czyli nie ręką ludzką uczyniony. Źródła historyczne po raz pierwszy pojęcie to odnotowały w związku z odnalezieniem Całunu Chrystusa w murach Edessy w roku 544.

Aby poznać źródłosłów tego pojęcia, należy odwołać się do źródłowych tekstów Nowego Testamentu, gdzie ono występuje. Godne odnotowania jest to, że pojęcie acheiropoietos występuje tam trzykrotnie.

Ewangelista Marek posługuje się zwrotem acheiropoieton/ἀχειροποίητον, gdy przytacza słowa jednego ze świadków z procesu Jezusa przed Sanhedrynem. „Myśmy słyszeli, jak On mówił: Ja zburzę ten przybytek uczyniony ludzką ręką i w ciągu trzech dni zbuduję inny, nie ręką ludzką uczyniony” (Mk 14,58).

Świadek ów przytacza słowa samego Jezusa mówiące o zburzeniu świątyni ludzką ręką uczynionej. I odbudowaniu jej, już jako innej, nie ludzką ręką uczynionej, w ciągu trzech dni. Świątynią tą ma być zmartwychwstały Jezus.

Obraz w obrazie

Naukowcy – korzystając ze zdobyczy techniki fotograficznej – stwierdzili, że w źrenicach oczu Maryi są odwzorowane wizerunki kilku osób związanych z objawieniami w Guadalupe. Stwierdza się również, że oczy z tego wizerunku są jakby żywe. Jak to możliwe?

Najbardziej wyraźna do zidentyfikowania jest postać Juana Diego. Odkrycia obrazu w obrazie dokonał w 1929 roku fotograf Antonio Gonzales, który tradycyjną metodą fotograficzną wykonał powiększenia twarzy Maryi.

Gonzales, analizując wykonane fotografie, w prawym oku Madonny zauważył zarys męskiej twarzy, wyglądający jakby był on efektem naturalnej sytuacji odbitej w oku, zgodnie z zasadami optyki.

Sprawa nabrała rozgłosu dopiero 26 lat później, kiedy arcybiskup miasta Meksyk Luis Marie Martinez powołał komisję do zbadania tego fenomenu. Pół roku później dwaj optycy-okuliści (Havier Torroello Buene i Rafael Torifa Lavoignet), podejmując się drobiazgowych badań optycznych, dokonują odkrycia tej samej postaci odbitej w drugim oku Maryi.

Wizerunek postaci ludzkiej widoczny w prawym oku Madonny sprawia wrażenie, jakby powstał w wyniku naturalnego zjawiska optycznego. Rzecz staje się bardziej czytelna, kiedy konfrontujemy odbicia obu oczu. Ujawnia się wówczas asymetryczny sposób usytuowania względem siebie dwóch obrazów odbijających się w oczach Maryi. Asymetryczny i jak się okazuje, również zniekształcony zarys postaci odbijających się w oczach Maryi z Guadalupe, odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka.

Za pomocą światła emitowanego z oftalmoskopu wywoływany jest refleks świetlny, który przy odpowiednim ustawieniu soczewek umożliwia obserwację dna oka. Na podstawie opisu dr. Lavoigneta wiemy, jak przebiegał proces badawczy źrenic Maryi:

„Jeśli nakierujemy światło oftalmoskopu na źrenicę oka z wizerunku Maryi Panny, ukaże się ten sam refleks świetlny [jak w przypadku normalnego ludzkiego oka]. W następstwie tego odbicia światła źrenica rozświetla się rozproszonym światłem, dając efekt wklęsłego reliefu…

Ten efekt jest niemożliwy do uzyskania na płaskiej oraz nieprzezroczystej powierzchni. Po stwierdzeniu tego faktu przebadałem za pomocą oftalmoskopu różne obrazy wykonane w technice olejnej i akwarelowej oraz ich reprodukcje. Na żadnym z nich, które przedstawiały różnorodne ludzkie postacie, nie można zobaczyć najmniejszych refleksów. Podczas gdy oczy Najświętszej Panny z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych”.

Potwierdzają to analizy podobnych przedstawień ikonograficznych. To znaczy takich, które w sposób naturalistyczny próbują odzwierciedlać obraz rzeczywistości odbity w oczach przedstawianych postaci. Nawet u najwybitniejszych mistrzów pędzla, np. u van Eycka czy Dürera nie znajdziemy obrazu, który mógłby równać się z odbiciami w oczach guadalupiańskiej ikony. Nie znajdziemy ich też u Leonarda da Vinci.

Przesłanie Matki Bożej z Guadalupe

Jakie przesłanie dla nas, żyjących w XXI wieku, płynie z fenomenu obrazu Matki Bożej z Guadalupe?

Pierwszym owocem objawień Maryi w Meksyku były masowe nawrócenia Indian na wiarę chrześcijańską. Wcześniej miały miejsce nieliczne akty konwersji, dokonywane dzięki działalności misyjnej franciszkańskich i dominikańskich zakonników.

Masowe nawrócenia Indian były możliwe dzięki pozostawionym przez Maryję czytelnym dla nich znakom, których język znany był im jeszcze z czasów, kiedy wyznawali wielobóstwo. Znaki te odczytali jednak na nowo, zgodnie z zamiarami Maryi. Na przykład czarna szarfa przewiązana na jej sukni oznacza, że spodziewa się dziecka.

Ale okazuje się, że objawienie Maryi zaadresowane było nie tylko do człowieka tamtych czasów. Świadczy o tym m.in. charakter przekazu Madonny zawarty w pozostawionym przez nią wizerunku. Jest to przekaz zapisany za pomocą dwóch systemów znaków.

Jeden z nich jest typowy dla cywilizacji zachodniej, drugi dla Indian z czasów, kiedy Maryja po raz pierwszy objawiła się w Ameryce. Wszystko na to wskazuje, że zgodnie z wolą Bożej Opatrzności obraz Maryi miał przetrwać do dnia dzisiejszego, by przekazać współczesnemu człowiekowi coś bardzo ważnego.

Cały czas zaskakuje aktualność przesłania obrazu z Guadalupe, która potwierdzana jest kolejnymi znakami. Miały one miejsce choćby 12 grudnia 2007 r., kiedy rada miasta Meksyku miała uchwalić ustawę zezwalającą na wykonywanie aborcji. Wtedy to, podczas mszy świętej w intencji ofiar aborcji, obraz Maryi z Guadalupe emanował światłem. Światłem o kształcie ludzkiego embrionu, jaki można obserwować podczas standardowych badań echograficznych.

Zebrany materiał zdjęciowy pozwala traktować to wydarzenie w kategoriach znaku o bardzo czytelnym przesłaniu. Zdjęcie to zostało opublikowane m.in. przez Francuskie Stowarzyszenie Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy, które stwierdziło, że to obraz nienarodzonego dziecka.

Przypomnijmy, że guadalupiańska Madonna jest patronką chrześcijańskiego Meksyku, ale także patronką wszystkich działań pro-life na świecie. Życie jest bezcennym darem i to wydaje się być dla naszych czasów najważniejszym przesłaniem płynącym z obrazu Matki Bożej z Guadalupe.

* Prof. dr hab. Zbigniew Treppa – profesor sztuki, wykładowca akademicki. Autor poczytnych książek m.in. „Meksykańska symfonia. Ikona z Guadalupe”, „Fotografia z Manopello. Twarz Zmartwychwstałego”, „Całun Turyński. Fotografia Niewidzialnego” oraz wydanej w tym roku książki: „Fenomen obrazu Miłosierdzia Wcielonego”. Jest autorem wielu wystaw z zakresu fotografii kreacyjnej.

Braun i Polacy idą na wojnę z Lidlem. Protesty w całej Polsce. „Nasze działania weszły już na bardzo zaawansowany poziom”

Braun idzie na wojnę z Lidlem. Protesty w całej Polsce. „Nasze działania weszły już na bardzo zaawansowany poziom”

12.12.2024 https://dakowski.pl/wp-admin/post.php?post=41615&action=edit

Grzegorz Braun przed gmachem Sejmu.
Grzegorz Braun przed gmachem Sejmu. / Fot. PAP

Wielka akcja pod Lidlami w całej Polsce. W najbliższy piątek i sobotę 13 i 14 grudnia przed przeszło setką sklepów odbędą się pikiety przeciwko budowie centrum dystrybucyjnego Lidla w pobliżu Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.

Protest zapowiedziano m.in. przed sklepem przy ul. Wolskiej 19/25 w Warszawie. Demonstracja rozpocznie się o godz. 13:00. Protesty organizowane przez Konfederację Korony Polskiej odbędą się jednak w całej Polsce.

Do udziału w akcji zachęcał m.in. polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun. „Szanowni Państwo, nasze działania w ramach akcji Stop Lidl weszły już na bardzo zaawansowany poziom ” – przekazał.

„ Współpracujemy z dwiema kancelariami prawnymi, które na nasze zlecenie prowadzą postępowania prawne i administracyjne w celu podważenia pozwolenia na budowę oraz unieważnienia decyzji środowiskowej, jakich udzielono Lidlowi w ramach przygotowań do inwestycji.

Zamówiliśmy kilka ekspertyz z zakresu prawa budowlanego i ochrony środowiska, które najprawdopodobniej wykażą niezgodność planów inwestycyjnych z obowiązującym prawem (zwłaszcza jeśli chodzi o zabudowę Obszaru Chronionego Doliny Pasłęki).

Ponadto formujemy zespoły wolontariuszy, którzy będą organizowali pikiety protestacyjne pod sklepami #Lidl w całej Polsce. Przygotowujemy się także do wyposażenia ich w materiały informacyjne, banery oraz setki tysięcy ulotek.

Działania te, choć prowadzone w ramach Ogólnopolskiego Komitetu Obrony Gietrzwałdu na zasadach wolontariatu, wymagają poniesienia sporych nakładów (same działania prawne pochłoną około 40 tys. zł), bez których nie jest możliwe powstrzymanie inwestycji Lidla w Gietrzwałdzie 🆘” – dodał polityk.

https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fgrzegorz.michal.braun%2Fposts%2Fpfbid0xBzDJcf544YFcEtGfM2ummfatXZMAY8iHCcan4JXdoJcM3MBDcnYKCkX3gAGYvR2l&show_text=true&width=500

Jak podają organizatorzy, manifestacje odbędą się pod wybranymi sklepami sieci Lidl w:

  • Dąbrowie Tarnowskiej,
  • Łodzi,
  • we Wrocławiu,
  • w Zielonej Górze,
  • Andrespolu,
  • Andrychowie,
  • Augustowie,
  • Białobrzegach,
  • Białymstoku,
  • Bochni,
  • Brzegu,
  • Brzesku,
  • Brzezinach koło Łodzi,
  • Busku Zdroju,
  • Chojnicach,
  • Człuchowie,
  • Dąbrowie Górniczej,
  • Elblągu,
  • Ełku,
  • Gdańsku,
  • Gdyni,
  • Gliwicach,
  • Gryficach,
  • Jarosławiu,
  • Jastrzębiu Zdroju,
  • Jaworznie,
  • Kielcach,
  • Kluczborku,
  • Kolbuszowej,
  • Kościerzynie,
  • Krakowie,
  • Krzeszowicach,
  • Legionowie,
  • Legnicy,
  • Łańcucie,
  • Łomży,
  • Mielcu,
  • Mikołowie,
  • Morągu,
  • Myślenicach,
  • Niepołomicach,
  • Nisku,
  • Nowej Dębie,
  • Nowym Sączu,
  • Nowym Targu,
  • Olesnie,
  • Olsztynie,
  • Opolu,
  • Ostrowcu Świętokrzyskim,
  • Piasecznie,
  • Piotrkowie Trybunalskim,
  • Pruszczu Gdańskim,
  • Raciborzu,
  • Radomiu,
  • Radomsku,
  • Redzie,
  • Rybniku,
  • Rzeszowie,
  • Skarżysku Kamiennej,
  • Słupsku,
  • Sopocie,
  • Stalowej Woli,
  • Stargardzie,
  • Starogardzie Gdańskim,
  • Suchej Beskidzkiej,
  • Suwałkach,
  • Szczecinie,
  • Sztumie,
  • Tarnobrzegu,
  • Tarnowie,
  • Tczewie,
  • Wadowicach,
  • Warszawie,
  • Wejherowie,
  • Wieliczce,
  • Wodzisławiu Śląskim,
  • Zamościu,
  • Zawierciu,
  • Żorach.

Dokładny wykaz sklepów można znaleźć TUTAJ.

Przypomnijmy, że tzw. centrum dystrybucyjne Lidla ma powstać na terenie dawnego PGR-u Łajsy w Gietrzwałdzie i obejmować ponad 40 ha.

– To będzie największa sortownia śmieci w Europie, a nie centrum dystrybucyjne – wskazywali podczas niedawnej konferencji prasowej eksperci zaproszeni przez Komitet Obrony Gietrzwałdu. Centrum ma być zlokalizowane w pobliżu tamtejszego Sanktuarium – miejsca, gdzie w 1877 roku doszło do objawień Maryjnych, jedynych na terenie Polski zatwierdzonych przez Kościół. Mieszkańcy wskazują, że jego budowa zakłóci tamtejszy krajobraz i przyćmi historyczną zabudowę świątyni. Przewodniczący Komitetu Jacek Wiącek podkreślał, że inwestycja Lidla zagraża także cenny przyrodniczo obszarom.

Źródło:wiadomoscihandlowe.pl/X/radioolsztyn.pl

Sobota. Protest w obronie Gietrzwałdu pod sklepem Lidl’a w Warszawie, ul. Grochowska 147 w dniu 14 grudnia 2024 roku w godz. 10 – 15

Zapraszamy na pikietę/protest pod sklepem Lidl’a w Warszawie, ul. Grochowska 147 w dniu 14 grudnia 2024 roku w godz. 10:00 – 15:00. 
Protest dotyczy planowanej inwestycji Lidl’a w Gietrzwałdzie, tzw. centrum dystrybucyjnego, w obrębie którego na ponad 40 ha 
mają być składowane substancje toksyczne i niebezpieczne. 

Poniżej podaję link do strony WSWG z zaproszeniem na pikietę i link na niej do pobrania stosownej ulotki. 
Proszę o udostępnianie gdzie tylko można. => 
https://wswg.pl/?page_id=418

Serdecznie zapraszamy. 
Przedstawiciel Warszawskiego Stowarzyszenia Wspierania Gietrzwałdu: 
Zbigniew Dworakowski

Zachód, jakiego nie znacie

Zachód, jakiego nie znacie

Autor: AlterCabrio , 11 grudnia 2024

Kontynuuję wątek polityki zagranicznej Polski. Nie odnoszę się bynajmniej do polityki obecnej – tej bowiem nie ma wcale – lecz do przyszłej polityki przyszłego wyzwolonego państwa polskiego. W celu wyznaczenia skutecznej polityki należy koniecznie posiadać wiedzę strategiczną i świadomość sytuacyjną, co łącznie składa się na wiedzę sterowniczą.

−∗−

Obraz tytułowy: Ferdynand Ruszczyc „Letni zachód” 1896 LINK

Zachód, jakiego nie znacie

Kontynuuję wątek polityki zagranicznej Polski. Nie odnoszę się bynajmniej do polityki obecnej – tej bowiem nie ma wcale – lecz do przyszłej polityki przyszłego wyzwolonego państwa polskiego. W celu wyznaczenia skutecznej polityki należy koniecznie posiadać wiedzę strategiczną i świadomość sytuacyjną, co łącznie składa się na wiedzę sterowniczą.

Kontynuacja wątku: Polska polityka zagraniczna…

Przedmiotem niniejszego artykułu jest Zachód, a w szczególności to, czego możemy się po nim spodziewać. Samo słowo „Zachód” budzi w serduszkach ciepłe skojarzenia, jako TO miejsce i TEN obszar, gdzie zawsze jest TO, co trzeba, czyli stan powszechnej szczęśliwości, niezależnie od tego, jak kto sobie ten raj wyobraża. Dla młodszych uczestników Polski słowo to kojarzy się z wysokimi zarobkami, sprawną organizacją wszystkiego i przyjaznym państwem, starszym Zachód nieodmiennie kojarzy się z dolarami vel Deutsch – Markami, pornolami od Teresy Orlowsky, Playboyem, fajkami w twardych ramach, Coca – Colą, resorakami z Matchboxu, oraz wszystkimi innymi towarami wysokiej jakości w dużym wyborze, tanio dostępnymi. Dla takich właśnie dóbr przylgnęliśmy do Zachodu jak najczulsza kochanka i nie dajemy się oderwać. W naszych umysłach Europy Środkowo – Wschodniej Zachód to synonim szczęścia, bogactwa, bezpieczeństwa i spełnienia marzeń.

Czym w ogóle jest Zachód? Obszar, obejmujący Europę Zachodnią i Północną oraz podziwiane i wymarzone Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Dlaczego ten obszar jest taki bogaty? Rzadko pada to pytanie, i mało kto je zadaje. A odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo prosta. Za bogactwo Zachodu nie odpowiadają zasoby naturalne, bo gdyby tak było, to Rosja byłaby najbogatszym państwem na świecie. Zasoby mają znaczenie, ale dla zamożności mieszkańców wzmacniające, a nie zasadnicze. Są państwa, spoczywające na surowcach, gdzie ludzie żyją w biedzie i nędzy, np. Wenezuela, Irak, Kongo. Rzecz jest w czym innym – we władzy i tym, co ludzie mają w głowach.

Władza na Zachodzie reprezentowała ludzi – najpierw lud, potem naród. Nie mogła rządzić ludźmi sama dla siebie, bo to byłoby tyranią. Musiała rządzić ludźmi dla dobra ich samych oraz dla dobra państwa. Taka była zasada – idea przewodnia, wielokrotnie nadużywana, co zawsze kończyło się tak samo – biedą i cierpieniem ludności i finalnie upadkiem takiej władzy. Jeśli ogólne działania władz były znacząco niezgodne z wzorcem, prędzej czy później powracano do wzorca. W takich warunkach mogła się rozwijać ludzka inicjatywa i przedsiębiorczość, przyrastać bogactwo i rozlewać się wśród społeczeństwa w miarę jednolicie.

Warunkiem niezbędnym takich porządków jest pluralizm w różnych znaczeniach. Pluralizm poglądów, rozwiązań, pomysłów, ośrodków władzy. Jednak ten pluralizm nie może być absolutny, bo zamienia się w anarchię. Musi być jakiś czynnik jednoczący i porządkujący, i takie mechanizmy niegdyś na Zachodzie istniały. Gdyby spytać współcześnie wykształconych ludzi, co jest tym czynnikiem, a zarazem przyczyną współpracy różnorodności i porządku, odparliby, że to prawa człowieka, demokracja i praworządność. I jest to odpowiedź błędna, myli bowiem skutek z przyczyną. Żadne prawa nie są źródłem porządku, przeciwnie, to porządek jest źródłem praw. Demokracja nie jest wartością samą w sobie, tylko techniczną normą podejmowania decyzji. Praworządność pochodzi od praw, i jest szacunkiem i podporządkowaniem się wszystkich podmiotów prawom. Te podmioty należą do trzech kategorii – stanowiące, wykonujące i podlegające prawom. Jednak praworządność jako wartość pochodna zależy od pierwotnej, czyli od praw, a te zależą od porządku. Od czego więc zależy ten porządek? Od kultury, czyli tego, co ludzie mają w głowach. Kultura to wierzenia, przekonania i normy postępowania, wpływające na motywacje ludzi do działań lub zaniechań.

Kultura Zachodu spoczywa na trzech filarach – grecka filozofia, rzymskie prawo i chrześcijańska religia. To dobrze znana triada, wypowiadana zwykle bez głębszych refleksji. Z tych filarów można natomiast wysnuć normy postępowania, które uczyniły Zachód tym, czym był do niedawna. Normy te można umieścić w dwóch obszarach – umysłów i struktur instytucji społecznych. Obszar umysłu wyznacza to, co ludzie mają w swoich własnych głowach, i jak układają sobie stosunki z innymi ludźmi i bytami. Po pierwsze, koncepcja prawdy obiektywnej, wzięta od Arystotelesa, w której prawdą jest tym, co jest rzeczywiście, a wyobrażenie umysłu musi być z nią zgodne. Po drugie, dobro obiektywne, czyli to, co jest dobrem zawsze, niezależnie od doraźnych interesów. Po trzecie, motywacje, czyli napęd do działania – poznawcze i etyczne. Motywacje poznawcze to pęd do poszukiwania prawdy obiektywnej. Motywacje etyczne to pęd do działań obiektywnie dobrych. Obszar struktur wyznacza relacje polityczne, ekonomiczne i prawne. Po pierwsze, pluralizm ośrodków władzy. Oddzielone są od siebie poszczególne władze – prawno – polityczna, religijno – etyczna, poznawczo – naukowa. Po drugie, pluralizm ośrodków opinii – państwo, sfera prywatna, instytucje wiedzy, sztuka, opinia publiczna. Po trzecie, pluralizm możliwości realizacji celów życiowych. Każdy może zająć się tym, co najlepiej umie i lubi, w różnych sferach – prywatnej, społecznej, państwowej, co oznacza mobilność społeczną, czyli możliwość zmiany swojej sytuacji mocą własnej decyzji. Obie sfery połączone były dwoma konsensusami. Pierwszy konsensus polegał na tym, że próg wejścia w relacje społeczne warunkowany był dojrzałością, czyli umiejętnością ponoszenia odpowiedzialności moralnej za swoje działania i zaniechania. Drugi konsensus to etos pracy – każdy dojrzały człowiek wie i godzi się na to, że musi wnosić swój własny wysiłek nie tylko dla własnych korzyści, ale też dla utrzymania wspólnej konstrukcji społecznej.

Piszę o tych zjawiskach w czasie przeszłym, ponieważ te ustawienia na Zachodzie wygasły lub są w trakcie wygaszania. Zachód odszedł od swoich własnych zasad, a zaczęło się to od stopniowej apostazji od chrześcijaństwa. Potem kolejno odpadał rozum, dojrzałość i etos pracy. Jesteśmy obecnie w momencie, w którym funkcjonują jeszcze pozostałości oryginalnej kultury Zachodu, natomiast młode pokolenie jest już niemal kompletnie oderwane od wszystkiego, poza własnymi emocjami, popędami, instynktami i dobrostanem.

Skutki widoczne są w każdym obszarze życia, a wszystkie obszary wzajemnie się warunkują, a to znaczy, że procesy, kształtujące jeden obszar wpływają też na pozostałe. Proces wielkiego odchodzenia Zachodu od samego siebie nie wszczął się sam. Działają tu siły naturalne, są jednak sterowane za pomocą licznych i złożonych systemów. Skoro zachodzi sterowanie, musi istnieć obiekt sterujący, i z takim niewątpliwie mamy do czynienia. W języku cybernetyki społecznej nazywa się on zewnętrznym organizatorem, Pisaliśmy o tym na portalu wiele razy.

Pisaliśmy o globalnej władzy: Zrozumieć globalną władzę – struktury, procesy

Polityka – prawie wszystkie rządy Zachodu obsadzone są przez figurantów, niezdolnych do samodzielnych działań, zepsutych moralnie. Rządy realizują polecenia i interesy zewnętrznych organizatorów. Scena polityczna podzielona jest na dwie główne frakcje, zwalczające się, ale zgodne co do pryncypiów polityki, i są to zwykle pryncypia szkodliwe społecznie. Tak prowadzona jest polityka sprzeczna z interesem państwa i wroga wobec własnego społeczeństwa. Zaledwie kilka państw Zachodu ma polityków na tyle świadomych i niezależnych, że potrafią działać bardziej w interesie własnych państw i społeczeństw, niż zewnętrznych organizatorów. Patrząc z pozycji zewnętrznych organizatorów, taka polityka jest dla każdego społeczeństwa zabójcza. Natomiast każde społeczeństwo, które sobie na to pozwala, stosuje strategię samobójczą. Większość społeczeństw Zachodu znajduje się w tej sytuacji, z polskim włącznie. Objawy polityki zabójczo – samobójczej stwierdzić niezwykle łatwo, a są one następujące:

  • polityka walki o klimat.
  • Polityki równościowe i feministyczne.
  • Rozbudowany socjal.
  • Upadek edukacji poprzez zastosowanie Edukacji Włączającej i seksedukacji;
  • Duże znaczenie polityczne partii lewackich.
  • Ideologia gender, woke i podobne.
  • Dążenie do włączenia niektórych państw NATO do wojny z Rosją.
  • Przyjmowanie masowej imigracji wielokulturowej.

Ekonomia i finanse – zanikanie własnej drobnej i średniej przedsiębiorczości, pochłanianej i wypieranej z rynku przez wielkie monopole pozapaństwowe. Przejęcie strategicznych gałęzi gospodarki przez kapitał globalny i wyprowadzenie produkcji poza państwo. Brak suwerenności gospodarczej poprzez zależności od rozbudowanych, globalnych łańcuchów dostaw. Uzależnienie finansów publicznych od globalnego kapitału, połączone z dużym i rosnącym deficytem budżetowym. Zadłużenie społeczeństwa w globalnych instytucjach finansowych. Rosnące podatki i daniny publiczne. Przestawienie gospodarki z produkcji i przetwórstwa na usługi. Warunki prowadzenia działalności gospodarczej wybitnie szkodzą własnym przedsiębiorcom, premiując wielkie korporacje.

Prawo – chaos prawny, spowodowany nadprodukcją prawa niskiej jakości. Po zbadaniu chaosu okazuje się, że jest on uporządkowany. Ma szkodzić zwykłym obywatelom i własnym przedsiębiorcom, utrudniając życie na każdym kroku, pomaga natomiast wielkim, globalnym korporacjom. Prawo niejednoznaczne i wciąż zmieniające się. Stanowienie prawa w coraz większym stopniu przejmowane jest przez instytucje ponadnarodowe. Przy chaosie zmiennego, niejednoznacznego prawa coraz większą rolę odgrywają prawnicy i sądy, dominując naturalne relacje międzyludzkie. Wraz z rezygnacją społeczeństwa i władzy z moralności, wzrasta rola kasty prawniczo – sędziowskiej. To też leży w interesie wielkich korporacji, które stać na obsługę prawną, w odróżnieniu od prywatnych podmiotów.

Medycyna – usługi publiczne stają się coraz droższe i trudniej dostępne, w miarę, jak zwiększa się ilość ludzi dysfunkcyjnych, a maleje produktywnych. Coraz częściej ludzie muszą korzystać z usług niepublicznych służb, co podraża koszty życia. Jednocześnie wzrasta wielkość obciążeń publicznoprawnych na publiczną służbę zdrowia.

Media – znajdują się pod wpływem sił wrogich społeczeństwu lub należą do obcego kapitału, co na jedno wychodzi. Nie zajmuję się już dostarczaniem informacji, lecz dezinformacji. Wywołują sztuczne podziały społeczne i antagonizują tak powstałe grupy. Kłamią w interesie bardzo określonych grup. W czasie wolnym od kłamstw i manipulacji dostarczają społeczeństwu ogłupiającą papkę.

Obronność – społeczeństwa Zachodu są w większości pacyfistyczne, niedojrzałe psychicznie, infantylne i niezdolne do stawienia oporu. Są poza tym wewnętrzne rozbite na jednostki i podzielona na dwa lub więcej zwalczających się obozów politycznych. Armie mało liczne i niezdolne do mobilizacji, przemysł obronny niezdolny do szybkiego przejścia w tryb wojenny.

Religia – w większości odrzucono chrześcijaństwo, panuje więc poganizm. Objawia się poprzez pozorny pluralizm i dowolność wyznawanej wiary. Większość to ateiści lub agnostycy, wielu też jest czcicieli zabobonów, guseł, religii Wschodu i czarnej magii

Obyczaje – coraz bardziej pogańskie, bazujące na dążeniu do osobistego zaspokojenia za wszelka cenę i bez myślenia o konsekwencjach. Młodzi ludzie nie chcą tworzyć stałych związków i unikają potomstwa. Bierze się to głównie z lenistwa, niedojrzałości, nieodpowiedzialności, skierowaniu uwagi na karierę, trudnych warunków ekonomicznych. Istniejące związki się rozpadają, a dzieci pogrążają się w rosnących problemach psychicznych i społecznych. Brak jest bezinteresowności i uczciwości w relacjach międzyludzkich, dlatego coraz większą rolę odgrywa prawo i instytucje. Demografia upada z powodu braku dzietności. Do krajów tych przybywa wielokulturowa imigracja, głównie islamska.

Sztuka – kompletna degeneracja. Zerwane zostało powiązanie z prawdą, dobrem i pięknem na rzecz ich przeciwieństw.

Umiejętności – ludzie z każdą dekadą coraz mniej umieją i coraz są głupsi, a także coraz bardziej leniwi. Nie potrafią i nie chcą rozeznać, w jakiej sytuacji społecznej i geopolitycznej się znajdują, co sprawia, że nie podejmują środków zaradczych.

Elity społeczne – zdegenerowane do szczętu. Dały się przekupić zewnętrznym organizatorom, którzy dążą do zniszczenia ich własnych społeczeństw. Kolaborują w tym procesie. Zatraciły zdolność samooczyszczenia.

Wolność osobista – ograniczana coraz bardziej, zarówno przez rząd, wielki kapitał jak i ulicę. Rząd nakłada coraz bardziej absurdalne obostrzenia, dotyczące zaimków, mniejszości seksualnych, kobiet, równości, ochrony dzieci itd. i w ten sposób krępuje wolność słowa i coraz częściej czynu. Coraz częściej nakładane są represje z użyciem państwowego aparatu przymusu. Tak samo działają ograniczenia mediów, nakładane przez rząd i wielkie korporacje. Na ulicy staje się coraz mniej bezpiecznie z powodu zmiany dominującej pigmentacji. Wykluwa się społeczna terapia jataganami, skierowana do białonormatywnych.

Perspektywy – Zachód jest jak samolot, który wpadł w korkociąg. Dałoby się maszynę wyprowadzić ze spirali, ale nikt tego nie chce. Zarówno elity, jak i społeczeństwa Zachodu zaakceptowały politykę zabójczo – samobójczą, i póki co jakąkolwiek racjonalną propozycję naprawy odrzucają z wrogością i pogardą. Zachód nie będzie zdolny do samonaprawienia, dopóki nie przejdzie przez chrzest ognia i krwi. Dopiero takie doświadczenie pozwoli na usunięcie zdegenerowanych elit oraz na powrót do własnych ustawień pierwotnych.

Wzajemne stosunki z Polską. Polakom wydaje się, że jesteśmy członkiem Zachodu, ale takimi trochę gorszymi, musimy więc poddańczo dostosowywać się do wszystkiego, co stamtąd płynie. Polacy robią to bezrefleksyjnie, licząc na dwie rzeczy. Po pierwsze, pieniądze. Te rzeczywiście płyną, ale mają charakter kredytu i wymuszają działania, korzystne nie dla Polski, ale dla sił pozapaństwowych. Środki te mają charakter korupcji państwowej, przywiązującej dygnitarzy do ich dysponentów. Po drugie, ludzie, zajmujący stanowiska w kraju liczą na gotowe rozwiązania z Zachodu, bo sami niczego nie potrafią wypracować. Zachód dla Polaków oznacza Mekkę, natomiast Polska dla Zachodu jest Trzecim Światem, a Polacy – ludnością podbitą, skolonizowaną i łupioną. Polacy w swej naiwności nie mają również pojęcia, jak bardzo zdegenerowane są zachodnie elity, oraz jak głęboko upadły tamtejsze społeczeństwa. Wciąż spodziewają się pieniędzy, płynących stamtąd, tymczasem okres inwestowania w obszar kolonialny już się skończył, teraz zaczynają się żniwa – wielkie łupienie Polaków za pomocą rozlicznych instrumentów. Należą do nich m.in. polityki klimatyczne, pozornie chroniące środowisko, równościowe, feministyczne, imigracyjne, wszystko, co ma posmak lewactwa. Również w zakresie obronności Zachód ani myśli poświęcać zbyt wiele w imię obrony Polski. W drugą stronę działa to inaczej – Zachód bez wahania poświęci Polskę dla obrony swoich interesów. Polacy powinni lepiej uczyć się historii, wiedzieliby wówczas, że zawsze wiele obiecywano, nigdy nie dotrzymano.

Pisaliśmy o upadku Europy: Gdy zbudzi się naród cz. IV. Podbój Europy przez narody

Bezrefleksyjne tkwienie Polski w patologicznym związku z Zachodem naraża Polaków na działania wojenne, zubożenie, głęboki kryzys w każdej dziedzinie, upadek państwa, utratę własności, zanik narodu, depopulację, wymianę ludności. Polacy muszą zrozumieć, że nasze przywiązanie do łacińskiej kultury Zachodu nie jest podzielane przez tych ludzi, do których chcemy dołączyć, ponieważ oni do tej kultury nie należą i nie chcą należeć. Polacy próbują zasłużyć na uznanie Zachodu, tymczasem Zachód nie jest już Zachodem, tylko swoją własną wydmuszką, efektowną fasadą, kryjącą zgniliznę i upadek. Nie rozumieją też poczciwi, naiwni Polacy, jak łatwo jest dziś podbić Europę, z prostego powodu – braku obrońców. Uwaga ta dotyczy również Polski.

Wystarczy spojrzeć na polityków Zachodu, stojących na czele rządów lub partii, sprawujących władzę. Przeanalizujmy kilka nazwisk: Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Donald Tusk, Olaf Scholz, Angela Merkel, Emmanuel Macron, Rishi Sunak, Keir Starmer, Mark Rutte, Pedro Sanchez, Joseph Biden, Justin Trudeau. Kto z nich jest samodzielnym politykiem? Kto z nich prowadzi politykę, zgodną z interesem własnego narodu? A teraz spójrzmy na ludność obszaru, zwanego Zachodem, w jaki sposób żyje, jakimi wartościami się kieruje, jak reaguje? Zobaczymy, jak bardzo ludzie ci odeszli do kultury własnych przodków, na skutek wychowania, propagandy, kultury masowej, porad ekspertów, modernizmu Kościoła, pokusom konsumpcyjnego świata. Oryginalna kultura Zachodu to panowanie nad popędami poprzez podporządkowanie ich woli, kierowanej rozumem. Dziś ludność ta w coraz większym stopniu składa się z dzikich ludzi, wymagających sterowania w każdym aspekcie życia. Jeśli ten trend utrzymywałby się nadal bez przeszkód, za jedno – dwa pokolenia Zachód byłby totalną, dystopijną tyranią. Na szczęście dla ludności, nawet tej dzikiej to się nie uda. Zanim bowiem system się domknie, zapadnie się z powodów ekonomicznych, co pociągnie za sobą zaburzenia polityczne. Stanie się to już niedługo, a zaczątki tego rozpadu już widzimy. Polacy powinni więc zadać sobie rozsądne pytanie, czy chcą wiązać się z polityką tego obszaru.

W następnym artykule poruszę problematykę Wschodu.

_____________

Zachód, jakiego nie znacie, Bartosz Kopczyński, 11 grudnia 2024

Sfingowano dane raportu z Kancelarii Prezydenta. „Braki” dotyczące MILIONÓW dla ukraińskich studentów

Sfingowano dane raportu z Kancelarii Prezydenta. „Braki” dotyczące [ponad 20] MILIONÓW dla ukraińskich studentów

11.12.2024 https://nczas.info/2024/12/11/sfingowano-dane-raportu-z-kancelarii-prezydenta-braki-dotyczace-milionow-dla-ukrainskich-studentow/

Ukraińcy. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Ukraińcy. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay

„Obserwator Gospodarczy” poinformował, że studenci z Ukrainy otrzymują w Polsce zapomogi z polskich kieszeni, których kwoty opiewają na miliony złotych. Natomiast nie ujęto ich w oficjalnym dokumencie, w którym podsumowano polską pomoc.

Kancelaria Prezydenta RP przygotowała raport podsumowujący polską pomoc dla Ukrainy. Wynika z niego, że Polska przeznaczyła na rząd kijowski aż 4,91 proc. swojego PKB.

Jak się okazuje, nie jest on najwyraźniej pełny. Czemu – nie wiadomo, choć można się domyślać.

Na „braki” zwrócił uwagę „Obserwator Gospodarczy”. Redakcja wskazuje, że w szacunkach z raportu prezydenckiej kancelarii „brakuje m.in. pomocy w formie zapomogi, o którą mogli ubiegać się ukraińscy studenci przez fakt wybuchu wojny”.

„Zapomoga przysługuje każdemu studentowi, który znalazł się przejściowo w trudnej sytuacji życiowej. Zapomoga jest świadczeniem jednorazowym, które uczelnia może przyznać do dwóch razy do roku” – czytamy.

„Dlatego wystosowaliśmy prośbę o udostępnienie informacji publicznej do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa wyższego o udzielenie naszej redakcji powyższych danych za lata 2021; 2022 oraz 2023. Zgodnie z odpowiedzią w 2021 roku zapomogę otrzymało 258 studentów z Ukrainy, w 2022 roku 8053 studentów, a w 2023 roku było to 1969 studentów” – wskazał „Obserwator Gospodarczy”.

Urzędy nie skatalogowały konkretnej kwoty przekazanej w ramach zapomogi z powodu wybuchu wojny ani konkretnej kwoty przyznanej Ukraińcom. Główny Urząd Statystyczny jednak opublikował jej średnią wysokość.

W 2021 roku średnia wysokość zapomogi przyznanej studentowi wynosiła 1639,30 zł. Rok później było to 2071,50 zł a w 2023 roku 2303,50 zł.

„Posiadając te dane możemy obliczyć, że zapomogi dla studentów z Ukrainy w 2021 roku wyniosły około 422 939,30 zł; w 2022 roku było to już 16 681 789,50 zł, a w 2023 roku 4 535 591,5 zł. Oczywiście zapomogi zawierają również pomocą inną niż ta dotycząca wojny. W 2021 roku gdy wojna jeszcze nie wybuchła, o pomoc wnioskowało 258 studentów z Ukrainy” – wskazał „Obserwator Gospodarczy”.

„Przyjmij, że i w kolejnych latach 260 obywateli Ukrainy wnioskowało o pomoc na innej podstawie niż trudna sytuacja wynikająca z faktu wybuchu wojny. Daje to kwotę 538 590 zł za 2022 rok oraz 598 910 zł w 2023 roku. Po pomniejszeniu wyniku przez te liczby w 2022 roku zostaje 16 098 199,5 zł oraz 3 936 681,50 zł w 2023 roku. Oznacza to, że kwota nadmiarowych zapomóg z faktu wojny w ciągu dwóch lat wyniosła 20 034 881 zł” – napisano.

Choć teoretycznie zapomogi można przyznawać dwa razy do roku, to ustawa z 12 marca 2022 roku o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium Ukrainy zniosła ten limit. Oprócz tego normalnie Ukraińcy mogli ubiegać się o stypendium socjalne i kredyt studencki.

Sex-shopy mają edukować nasze dzieci.

Fundacja Pro-Prawo do życia
Szanowny Panie Mirosławie! 
Przyjrzeliśmy się fundacji „edukatorów seksualnych” Antoniny Kopyt – osoby wyznaczonej przez rząd Tuska do współtworzenia podstawy programowej obowiązkowej „edukacji seksualnej”, która ma wejść do polskich szkół od 1 września 2025 r. 
„Edukatorzy seksualni” oficjalnie współpracują m.in. z „sex-shopem” i dystrybutorem przedmiotów używanych do sadomasochizmu oraz seksu z elementami przemocy. „Edukatorzy” współpracują też z międzynarodową korporacją farmaceutyczną produkującą środki antykoncepcyjne i promującą aborcję. To właśnie takie środowiska chcą, aby polskie dzieci zostały objęte przymusową „edukacją seksualną” w szkole, w trakcie której będą zachęcane do eksperymentów seksualnych i aborcji oraz namawiane do kupowania preparatów antykoncepcyjnych. „Edukacja seksualna” to oprócz deprawacji dział sprzedaży i reklamy „sex-shopów” oraz międzynarodowych korporacji związanych z przemysłem aborcyjnym, antykoncepcyjnym i farmaceutycznym. Trzeba dotrzeć z tymi informacjami do rodziców!Kto chce edukować nasze dzieci? [foto]Antonina Kopyt to „edukatorka seksualna” i pomysłodawca wprowadzenia obowiązkowej „edukacji seksualnej” do polskich szkół pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Ostrzegaliśmy już, że w mediach społecznościowych sugerowała, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami powinno podlegać ograniczeniom ze strony państwa oraz instytucji międzynarodowych. Rząd Tuska wyznaczył Kopyt na członka zespołu do spraw przygotowania podstawy programowej do nowego, przymusowego przedmiotu. To jednak nie wszystko, gdyż Kopyt udziela się także w innych środowiskach. 

Antonina Kopyt jest m.in. ekspertem fundacji „edukatorów seksualnych” Sexed.pl, założonej przez Anję Rubik – medialną celebrytkę oraz propagatorkę aborcji i LGBT. Na stronie tej organizacji możemy znaleźć oficjalną informację o współpracy m.in. z międzynarodową siecią „sex-shopów”, która prowadzi sprzedaż również w Polsce. Jak możemy przeczytać na stronie tego sklepu:

„Naszą misją jest celebrowanie miłości i pożądania w każdej ich formie i rozmiarze. Naszym celem jest zachęcanie ludzi do odkrywania, eksperymentowania i cieszenia się seksem – bez względu na preferencje, fetysze czy fantazje. Wierzymy, że każdy ma prawo do pewności siebie i eksplorowania swojej seksualności. Tabu? Są po to, aby je przełamywać!”

Celem tego typu „sex-shopów” jest sprzedaż swoich produktów poprzez zachęcanie ludzi do rozwiązłości i eksperymentów seksualnych bez względu na „preferencje” czy „fantazje”. Stąd w ofercie firmy znaleźć można m.in. akcesoria do sadomasochizmu i seksu z elementami przemocy oraz przedmioty takie jak wibratory. Z kolei na stronie „edukatorów seksualnych” możemy znaleźć artykuły, które zachęcają do używania tego typu rzeczy z informacją, że dany materiał powstał przy współpracy z „sex-shopem”.  

Panie Mirosławie, „edukatorzy seksualni” i zwolennicy wprowadzenia „edukacji seksualnej” do szkół wmawiają rodzicom, że podczas lekcji dzieciom będą prezentowane wyłącznie „suche fakty” oraz „neutralna światopoglądowo” wiedza naukowa. To zwykłe kłamstwo. Wystarczy wejść na stronę fundacji, z którą współpracuje Antonina Kopyt i przekonać się, że celem tworzonych tam treści jest rozbudzenie seksualne dzieci i młodzieży oraz zachęcenie uczniów do współżycia seksualnego, masturbacji i aktów homoseksualnych. 

Świadczą o tym liczne zwroty używane przez „edukatorów seksualnych” w materiałach dotyczących masturbacji, rozwiązłości, homoseksualizmu oraz rozmaitych praktyk i perwersji seksualnych. Wyrażenia takie jak: „wypróbować”, „eksperymentować”, „odkrywać”, „spróbować”, „poszukiwać”, „czerpać przyjemność”, „nie bój się”, „nie wstydź się”, „oswoić swoje ciało”, itp. jednoznacznie świadczą o tym, że mamy do czynienia z zachęcaniem i namawianiem do takich czynności jak masturbacja czy oddawanie się aktom homoseksualnym. Niektóre z artykułów opracowanych przez „edukatorów seksualnych” wprost odsyłają do oferty konkretnych „sex-shopów” zachęcając do kupna przedmiotów takich jak wibratory. Dla przykładu, z jednego z tekstów do „edukacji seksualnej”, można się dowiedzieć: 

„Dlaczego warto używać wibratorów na palec?”

„Jeśli chcesz, aby pieszczoty palcami były jeszcze bardziej przyjemne, wypróbuj specjalny wibrator na palec (…)  Bez względu na wygląd, wibratory palcowe mają jedno zadanie – dzięki specjalnym wypustkom, oraz wibracjom, maksymalizują przyjemność podczas masturbacji (…) Jeśli szukasz najlepszego dla siebie wibratora, sprawdź nasz poradnik, w którym znajdziesz informacje o rodzajach wibratorów.”

O jakich „neutralnych światopoglądowo faktach” możemy mówić, kiedy artykuł wprost mówi o tym „dlaczego warto” się masturbować? Jest to bezpośrednia zachęta! Co więcej, ten sam artykuł zaleca sprawdzenie poradnika na ten masturbacji, w którym możemy wprost znaleźć informację, iż jest to: „materiał reklamowy na zlecenie” jednego z sex-shopów, z którym współpracują „edukatorzy seksualni”.

Portal „edukatorów seksualnych”, do których należy współautorka podstawy programowej do obowiązkowej „edukacji seksualnej” w szkołach, spełnia po prostu funkcję działu reklamy perwersji seksualnych i związanych z nimi artykułów. To jednak nie wszystko.

„Edukatorzy seksualni” informują także o swojej oficjalnej współpracy z korporacjami farmaceutycznymi. Jedną z nich jest producent tzw. implantów antykoncepcyjnych. Jest to środek wszczepiany kobiecie pod skórę na okres kilku lat, który uwalnia przez ten czas do organizmu hormon hamujący proces owulacji. Lista potencjalnych skutków ubocznych stosowania tego typu preparatów jest długa. Media informują też o wypadkach takich jak m.in. sprawa kobiety z USA, która otrzymała 600 000 dolarów za komplikacje związane z wszczepieniem implantu, który spowodował uszkodzenie jej ciała oraz o przypadku innej kobiety, której implant wszczepiony w ramię przemieścił się i trafił do płuca!

Warto w tym momencie przypomnieć, że opublikowana przez MEN podstawa programowa do przymusowej „edukacji seksualnej” w polskich szkołach zakłada, że uczniowie będą uczyć się o metodach antykoncepcji (w tym hormonalnej), a także kształtować w sobie postawę szacunku wobec bezdzietności. W ten sposób „edukacja seksualna” ma również pełnić funkcję działu reklamy przemysłu farmaceutycznego i namawiać do stosowania niebezpiecznych dla zdrowia środków antykoncepcyjnych oraz innych preparatów produkowanych przez zagraniczne koncerny na rynek w Polsce.  

Panie Mirosławie, większość rodziców w Polsce nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy. Od kilku miesięcy w niemal wszystkich mediach głównego nurtu regularnie, praktycznie dzień w dzień, publikowane są propagandowe artykuły, materiały i nagrania video, argumentujące za koniecznością objęcia wszystkich dzieci w Polsce przymusową „edukacją zdrowotną” w szkołach.

Najróżniejsi „eksperci” oraz znani celebryci przekonują, że obowiązkowa „edukacja zdrowotna” to same korzyści – zapobieganie chorobom, profilaktyka, zachęcanie do ruchu i sportowego trybu życia, zdrowsze zęby, inwestycja w zdrowie przyszłych pokoleń, lepsza ochrona, rzetelna wiedza itp. Tymczasem wystarczy wejść na strony „edukatorów seksualnych”, aby błyskawicznie przekonać się, jak bardzo ta propaganda jest daleka od rzeczywistości. 
„Edukacja seksualna” to zachęcanie dzieci do rozwiązłości, masturbacji, homoseksualizmu, sadomasochizmu i innych perwersji seksualnych, a wiele materiałów „edukacyjnych” z tego zakresu to zwykłe artykuły sponsorowane pisane na zamówienie „sex-shopów” i koncernów farmaceutycznych produkujących antykoncepcję.
Musimy kształtować świadomość Polaków i docierać do kolejnych osób z ostrzeżeniem. W tym celu nasza Fundacja organizuje w całym kraju niezależne kampanie informacyjne. W ostatnim czasie akcje ostrzegające przed przymusową deprawacją w szkołach odbyły się w wielu miastach, m.in. w Nysie. Nasi wolontariusze rozstawili się w centrum miasta z banerami i megafonami. Adam, koordynator naszej akcji, przemawiał do mieszkańców mówiąc:
„Zamiast przygotowywać dzieci do życia w małżeństwie i rodzinie, uczniowie w szkołach mają szykować się do inicjacji seksualnej, uczyć się, że masturbacja jest właściwym zachowaniem oraz skupiać swoją uwagę na przyjemności seksualnej bez odpowiedzialności”
O takich działaniach często informują lokalne media, co jeszcze bardziej powiększa zasięg naszego oddziaływania. Uruchomiliśmy także nową kampanię billboardową, w ramach której wywieszamy w przestrzeni publicznej wielkoformatowe plakaty ostrzegające przed „edukacją seksualną”. Trwa także dodruk 30 000 kolejnych egzemplarzy naszej broszury informacyjnej dla rodziców, która rozchodzi się w szybkim tempie i buduje świadomość tysięcy kolejnych osób. 
Aby wywierać dalszą presję na rząd Tuska w celu wycofania się z planów deprawacji polskich dzieci oraz aby dotrzeć do kolejnych Polaków z ostrzeżeniem, potrzebujemy w najbliższym czasie ok. 19 000 zł.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam organizację kolejnych akcji informacyjnych i dotarcie do społeczeństwa z ostrzeżeniem przed deprawacją dzieci.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku
Mariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Polacy zmęczeni „walką o klimat”, ekoterrorystami i kosztownymi bajkami o zeroemisyjności

Polacy zmęczeni walką o klimat, ekoterrorystami i kosztownymi bajkami o zeroemisyjności

https://pch24.pl/polacy-zmeczeni-walka-o-klimat-ekoterrorystami-i-kosztownymi-bajkami-o-zeroemisyjnosci

(PCh24TV)

Liczba Polaków, którzy czują się zaniepokojeni tzw. zmianami klimatu maleje. Powodów jest wiele. To sceptycyzm wobec tzw. zeroemisyjności i tzw. czystych źródeł energii, zmęczenie ciągłym mówieniem o płonącej planecie czy negatywna ocena sposobu działania tzw. aktywistów klimatycznych.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, w Polsce odnotowano duży i dość niespodziewany skok liczby osób wyrażających zaniepokojenie „zmianami klimatu”. Obecnie takich osób jak wciąż dużo – bo aż 74 proc. respondentów (międzynarodowe badanie prowadziła sieć firm Iris, w Polsce ARC Rynek i Opinia). Ale przed rokiem było ich 81 proc. Co ciekawe, wyniki w Polsce odbiegają od światowych trendów, gdzie ów spadek był na poziomie 3 punktów procentowych.

Polacy zmieniają pogląd na temat możliwości osiągnięcie zeroemisyjności gospodarki – tu rok do roku odnotowano wzrost liczby osób sądzących, że projekt się nie powiedzie (z 43 proc. do 49 proc.). Rośnie też sceptycyzm w podejściu do pozyskiwania tzw. czystej energii – problem nie jest postrzegany już jako działanie pierwszej wagi. Zaś liczba osób uznających to za kwestię ważną, ale nie o najwyższym priorytecie stopniała z 55 do 41 proc.

Eksperci uważają, że społeczeństwo jest zmęczone tematem „zmian klimatycznych”, szczególnie, że często prezentowany jest on w sposób natrętny, ideologiczny, dogmatyczny. Równocześnie brakuje uczciwej debaty. Coraz mniej osób chce słuchać o konieczności wymiany samochodów na elektryczne i ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Ludzie martwią się zaś bardziej o bezpieczeństwo. Swoje „trzy grosze” dokładają tu też tzw. aktywiści klimatyczni, którzy obierając terrorystyczne metody działań, skutecznie zniechęcają do „zielonych” tematów.

Źródło: rp.pl MA

https://youtube.com/watch?v=CAUBlHvaCIY%3Ffeature%3Doembed

U korzenia homo-herezji. Czyli skąd wzięli się „katolicy LGBT” i synodalność

29 czerwca 2024 U korzenia homo-herezji. Czyli skąd wzięli się „katolicy LGBT” i synodalność

Filip Adamus https://pch24.pl/u-korzenia-homo-herezji-czyli-skad-wzieli-sie-katolicy-lgbt-i-synodalnosc/

W czerwcu, ogłoszonym przez subkulturę LGBT „miesiącem dumy”, również w katolickich świątyniach zawisły sztandary homo-herezji. W wielu diecezjach Włoch zorganizowano wręcz religijne obchody dla uczczenia tej „nowej, świeckiej tradycji”. Dla pobożnych chrześcijan podobne wydarzenia to wciąż szokująca niespodzianka – w końcu do rzeczywistości polskiej parafii propagatorzy lobby LGBT w Kościele, tacy jak niesławny jezuita James Martin, ciągle pasują jak pięść do nosa.

Nie mamy pełnej świadomości, do jak gigantycznych wpływów doszły na Zachodzie stojące za nim środowiska. To uspokajająca, ale i niebezpieczna ignorancja. W Rzymie właśnie trwa bowiem kulminacja drugiego podejścia progresistów do dewastacji moralnego Magisterium. Dekady temu podobne wysiłki radykałów w Stanach Zjednoczonych otarły się już o sukces na skalę kraju…

Był rok 1974, dokładnie pięć dekad temu. Na okładkę kolejnego wydania magazynu „Gay Liberator” trafiła podobizna Pawła VI. Uwagę przyciągało zresztą nie tylko papieskie lico w tak zaskakującym miejscu – ale i znamienny tytuł. „Gejowska duma uderza w Kościół” – głosił numer wojującego z prawem naturalnym pisemka. Infiltrację różnych wyznań chrześcijańskich przez stręczycieli pro-gejowskiej propagandy uczyniono kwestią wiodącą. Rewolucjoniści zdawali raport z frontu…

Meldunek, który dotarł z Kościoła katolickiego, nie wspominał o wygranej. Był apelem o posiłki. Oto Brian McNaught, dotychczas dziennikarz Michigan Catholic, doczekał się zwolnienia z powodu zgorszenia czytelników. Zarząd miał najlepszy powód, by podziękować koledze za współpracę: redaktor zaczął  publicznie obnosić się ze swoim homoseksualizmem. Otwarcie podważał też nauczanie Kościoła o grzesznej naturze homo-erotyzmu.

Zdawałoby się, że w latach 70-tych, na długo przez powszechną akceptacją homoseksualizmu, zwolnienie przejdzie bez sensacji. Dysydenckiego pracownika wyrzucono z pisma mającego trzymać się Objawienia – ot rutyna. A jednak… decyzja władz magazynu wywołała larum. Na łamach „Gay Liberator” sam zainteresowany zapowiedział manifestacje w swojej obronie. Zamieszczone plany wydarzeń nie pozostawiały wątpliwości – wiece poprzedzić miały Msze Święte w intencjach obrony zwolnionego…

Zastęp niegodziwców

Wbrew pozorom 50 lat temu rąk chętnych do sprawowania agitacyjnej liturgii znalazłoby się niemało. Pisząc o „zderzeniu gejowskiej dumy” z Kościołem w 1974 roku redaktorzy „The Gay Liberator” znacząco się pomylili. Homo-herezja nie waliła wtedy do świątynnych wrót – a z szybkością zarazy szerzyła się wewnątrz – moszcząc sobie coraz wygodniejszą i bardziej wpływową pozycję.

Już pięć lat wcześniej, w roku erupcji „rewolucji seksualnej”, ks. Patrick Nidorf powołał w diecezji San Diego pierwsze „duszpasterstwo homoseksualistów”. Wszystko zaczęło się od tajnych spotkań dla gejów-katolików. Aby trafić na zebrania organizowane przez augustianina, uczestnicy musieli zapisywać się przez specjalne formularze. Duchowny wystrzegał się bowiem jawności w obawie przed reakcją władz diecezjalnych i ewentualnym pojawieniem się na miejscu „religijnych fanatyków”.

Nidorf zaangażował się w „posługę” gejom, przekonany o błędach, jakie miał popełniać względem nich Kościół. To ze zdecydowanego wskazania na grzeszność homoseksualizmu wynikało zdaniem augustianina ich „przesadne” poczucie winy, wzmacnianie „czasem” – jak sądził – u kratek konfesjonału. Choć w rzeczywistości problemy z niskim poczuciem własnej wartości dotyczą również np. współczesnych homoseksualistów poddających się tzw. tranzycji, pierwszy „duszpasterz LGBT” mniemał, że należy je zminimalizować przez rewolucyjne zmiany…

W oparciu o takie intencje powstała organizacja gejów-katolików Dignity. Przez kolejne lata bez przeszkód miała ona rozszerzać swoje wpływy w amerykańskim Kościele. A w co wierzyli uczestnicy ruchu Nidorfa?

Założyciel wolał zachować to w tajemnicy. Jednak, gdy w 1970 roku przed „duszpasterstwem” swoje podwoje otworzył kościół pw. św. Bernarda w Los Angeles, jego członkowie poczuli się na tyle bezpiecznie, że zaczęli nalegać na lidera, by przekazał przełożonym, co sądzą podopieczni. Augustianin miał przed tym spore opory – jednak ostatecznie uległ. Spisane przez jednego ze świeckich pismo wskazywało, że sednem walki z niską samooceną gejów w Kościele miała być dewastacja moralności chrześcijańskiej, wyrażona zmianą nauczania o homoseksualizmie.

„Uważamy, że homoseksualizm jest naturalną odmianą używania płciowości. Nie oznacza ani choroby, ani niemoralności. Ludzie o takiej orientacji seksualnej mają naturalne prawo używać ich sił erotycznych w sposób zarówno odpowiedzialny i spełniający… i powinni jej używać z poczuciem dumy [ang. pride]”, prezentowali swoje przekonania ordynariuszowi Los Angeles członkowie Dignity.

Pismo trafiło w ręce rządzącego od niedawna metropolią Abp Timothego Manninga w 1971 roku – i spotkało się z należytą odpowiedzią. Heterodoksyjny ksiądz wraz z bernardyńskim prowincjałem musieli stawić się przed apostolskim następcą na wizycie dyscyplinarnej. Nidorf otrzymał wyraźny zakaz przewodzenia ruchowi, do którego się zastosował, a Dignity musiało przekształciło się w ruch świeckich.  

Założyciel duszpasterstwa wyjątkowo sprawnie porzucił kapłańską posługę, gdy stracił możliwość liberalnej agitacji homoseksualnych „katolików”. Już w 1973 roku duchowny znalazł romantyczne zastępstwo dla Chrystusa, któremu ślubował bezżenność, biorąc za żonę kobietę o imieniu Dacia St. John. Zmienił też imię i zaczął tytułować się: „Pax”.

Mimo błędnych przekonań i gorszącego przykładu założyciela, Dignity swobodnie działało w kolejnych latach w amerykańskim Kościele. Na podobne środki jak biskup Manning zdobyło się niewielu jego braci w episkopacie. „Księża oferowali swoją posługę jako liderzy i proponowali doradztwo duszpasterskie. Siostry zakonne i kapłani wchodzili w szeregi Dignity – czasem otwarcie, czasem incognito. Kościoły, kaplice i centra Newmana służyły jako miejsca spotkań. Biskupi współpracowali – wyznaczając kapelanów lub rozwijając to, co nazywano wtedy duszpasterstwami gejów i lesbijek. Niektórzy biskupi przewodniczyli nawet raz na rok, a czasami częściej, celebracjom liturgicznym Dignity”. Tak swobodną infiltrację Mistycznego Ciała Chrystusa przez homo-heretycką „kroplę kwasu” wspomina Marianne Duddy-Burke, obecna przewodnicząca założonego przez Nidorfa „duszpasterstwa”.   

W dziele infiltracji spory udział odegrał ksiądz hołubiony przez środowisko jezuity Jamesa Martina. W 2009 roku agitujące za zmianą nauczania Kościoła New Ways Ministry uhonorowało „Nagrodą Budowania Mostów” wydalonego z szeregów Towarzystwa Jezusowego Johna McNeila. Ten ksiądz przez „duszpasterstwo”, w jakim udziela się Martin, bywa nazywany wprost „świętym patronem” ruchu gejowsko- katolickiego…

Ten rzekomy heros wiary najpełniej wyraził oczekiwania tęczowych duszpasterstw, publikując w 1976 roku kanoniczną dla nich pracę „Kościół i Homoseksualizm”, w której agitował za porzuceniem moralności seksualnej. Książka aktywnego geja w sutannie uzyskała mimo swojej treści zgodę władz zakonu na publikację. Dopiero rok później, gdy rewolucyjne tezy dotarły do Watykanu, Kongregacja Nauki Wiary obłożyła McNeila zakazem wystąpień medialnych… i tylko nim. Przez kolejne 9 lat ten pro- homoseksualny agitator głosił referaty, prowadził spotkana i rekolekcje dla członków Dignity. Nie mógł jedynie pojawić się w blasku fleszy…

Tymczasem tezy jakie propagował, wydają się nie do pomyślenia nawet dziś – kiedy homo-herezja uzyskała stabilny przyczółek w Kościele Powszechnym. Wśród refleksji, jakie trafiały do uszu słuchaczy McNeila, znalazło się między innymi „dziękczynienie za omylność nauki Kościoła”. W wystąpieniu z 2009 roku jezuita przekonywał, że najwyższy rozwój religijny oznacza uniezależnienie się od Magisterium i rozsądzanie moralnych dylematów w „wolności swojego sumienia”. Kierując się inspiracją z freudowskiej psycho-analizy McNeil przyrównywał Kościół do rodzica – który musi zawieść swojego wychowanka, by ten zaczął wyglądać ku niezależności…  

Wierzę, że Jezus wyraził podstawowe prawo dotyczące ludzkiego wzrostu ku duchowej dojrzałości. Jako ludzie musimy wzrastać z polegania na zewnętrznych autorytetach w kierunku polegania na autorytecie, który jest wewnątrz nas. By osiągnąć ten cel potrzebujemy zawodnych autorytetów (…). Dzięki Bogu, że władze Kościoła okazały się aż tak zawodne. Rezultatem było dojrzewania Ludu Bożego. Zaczęło się ono, kiedy Watykan spartaczył sprawę kontroli urodzin, zmuszając miliony katolików do praktycznego użycia ich wolności sumienia i wzięcia odpowiedzialności za siebie samych. Jednym z największych beneficjentów zawodności władz kościelnych jest katolicka społeczność LGBT. Zdaliśmy sobie sprawę już wcześniej, że nie możemy zaakceptować i posłuchać nauczania Kościoła na temat homoseksualności bez niszczenia się fizycznie, psychologicznie i duchowo. W rezultacie, to była kwestia przetrwania. Musieliśmy zdystansować się od nauczania Kościoła, rozwinąć naszą wolność sumienia i słuchać, co Duch Boży mówi do nas przez nasze doświadczenia. W konsekwencji społeczność LGBT przoduje na drodze przekształcenia Kościoła Katolickiego w Kościół Ducha Świętego” – mówił McNeil, przyjmując Nagrodę Budowania Mostów.

Wynaturzenie o krok od sukcesu

Piekielne przekształcenie, o jakim marzył jezuita, otarło się o sukces w amerykańskim Kościele lat 70. W ostatniej chwili zatrzymała je reakcja kilku biskupów, ale przede wszystkim… pontyfikaty Jana Pawła II i Benedykta XVI. To wtedy sprzyjające homo-heretykom wiatry zaczęły wiać w zgoła odwrotną stronę. W latach 80. światło dzienne ujrzały watykańskie deklaracje potwierdzające ortodoksyjną naukę na temat homoseksualizmu, a na głównych autorów infiltracyjnego ruchu spadły konsekwencje.

Punktem kulminacyjnym okresu, który działacze tęczowego lobby wspominają z prawdziwą wściekłością, była publikacja Listu do Biskupów Kościoła Katolickiego w Sprawie Opieki Duszpasterskiej nad Osobami Homoseksualnymi. Dokument Kongregacji Nauki Wiary z 1986 roku przypominał, że homoseksualne skłonności nie mogą być uważane za poprawne, a kontakty seksualne osób tej samej płci są „wewnętrznie złe moralnie”.

„Choć sama skłonność osoby homoseksualnej nie jest grzechem, to pozostaje słabszą lub silniejszą tendencją skierowaną ku wewnętrznemu moralnemu złu.  Z tego powodu sama skłonność musi być uznawana za obiektywnie zaburzoną”, referuje tekst angielskiego tłumaczenia deklaracji LGBT-owski portal Outreach.

Obrona Magisterium znalazła również swój wyraz praktyczny. W 1988 McNeil odebrał podpisany przez Josepha kard. Ratzingera poszerzony zakaz działalności. Dla homoseksualisty w sutannie było to już za wiele. Duchowny nie poddał się restrykcjom – za co został wydalony z szeregów Towarzystwa Jezusowego. Do końca życia żył ze swoim partnerem: Charlesem Chiarellim, którego świecko „poślubił” w 2008 roku. Zakazy prowadzenia założonego przez siebie New Ways Ministry za pontyfikatu Jana Pawła II otrzymali też ks. Robert Nugent i siostra Jeannine Gramick – ta ostatnia odmówiła podporządkowania się. Ślubowanemu posłuszeństwu sprzeciwiła się… bo watykańskie restrykcje miały naruszać jej „prawa człowieka”.

Grupy Dignity w kraju doczekały się wreszcie wyproszenia z miejsc, w których się spotykały, ich współpraca z hierarchią kościelną osłabła.

Progresiści rozgrywają rewanż. I są na prowadzeniu

Infiltratorzy wspominają pontyfikat Karola Wojtyły z rozgoryczeniem, nie tylko ze względu na obronę wiary przez Stolicę Apostolską. Ich pretensje i zawód są owocem rozczarowania… Progresiści w latach 70- tych mieli olbrzymie nadzieje na zupełne przejęcie Kościoła w USA – niepokojąco bliskie spełniania.

Wszystko za sprawą przodka obecnego procesu synodalnego. Od 1971 roku Konferencja Episkopatu USA prowadziła ogólnokrajowy program zatytułowany Call to Action. Jego skutkiem miało być zaangażowanie Kościoła w walkę o „sprawiedliwość społeczną”. W ramach przedsięwzięcia biskupi rozpoczęli krajowe konsultacje z wiernymi – wsłuchując się ponoć w ich głos i oczekiwania zmian. Projekt ten zapoczątkował synod biskupi, a punkt kulminacyjny przypadł na konferencję organizowaną w Detroit pięć lat później. Jej decyzje komentowano w mediach jako zaczyn „bezklasowego Kościoła dla wszystkich”. 

„Ci, którzy przybyli na zgromadzenie, uznali wydarzenie za ustanawiające przełomowy trend, który uwalnia nową siłę w Kościele. (…) Delegaci zachowywali się energicznie, chętnie uczestnicząc w długich sesjach i wykazywali zaskakująco mało animozji nawet podczas najgorętszych debat, w tematach takich jak kontrola urodzin. To był smak demokratycznego procesu na największą krajową skalę (…). Obraz autokratycznego, hierarchicznego Kościoła rozwiał się”, opisywał New York Times spotkanie, na które przybyło ponad 100 biskupów, 1200 świeckich delegatów i 1500 obserwatorów…

Podczas rewolucyjnego wiecu znalazło się miejsce i dla delegatury Dignity. Przedstawiciel pseudo-duszpasterstwa występował na forum zgromadzonych, zgłaszając żądania środowiska gejowsko-katolickiego. Był to nikt inny jak… Brian McNaught – dziennikarz, którego zwolnienie z katolickiej redakcji zaledwie dwa lata wcześniej oprotestował Gay Liberator…

Komentując utratę posady na łamach homoseksualnego medium, mężczyzna zapewniał, że wierzy w powodzenie sprawy infiltratorów. „Walczę dlatego, że zwyciężę”, pisał… Może, gdy McNaught w 1976 słuchał rekomendacji zgromadzenia, już cieszyło go poczucie triumfu? Delegaci pochwalili dopuszczenie do Komunii Świętej rozwodników w ponownych związkach, rozważenie możliwości ordynacji kobiet, upomnieli się o zmianę nauczania o antykoncepcji i szukali pojednania Kościoła z marksizmem. W sprawie gejów zaakceptowali dokument „Personhood”, a w nim apel o wykorzenienia z Kościoła „struktury i podejść” przyczyniających się do dyskryminacji homoseksualistów. Były pracownik „Michigan Catholic” patrzył, jak amerykański Kościół zmierza w kierunku wyśnionym przez Johna McNeila…

Szczęśliwie w 1976 roku Kościół zdołał obudzić się z tego koszmaru. Niedługo po Konferencji pojawili się biskupi, w tym przewodniczący amerykańskiego episkopatu, którzy uznali, że Call to Action zostało przejęte przez rewolucjonistów. Jak wyjaśniał abp Joseph L. Bernardin, przyjęte uchwały nie odzwierciedlały przekonań katolików w kraju. Ordynariusz diecezji Lincol, Bp Bruskewitz, był za to mądry przed szkodą i obłożył ponoć klątwą wszystkich, którzy z jego diecezji wzięliby udział w zgromadzeniu… Gwoździem do trumny pseudo-reformy było objęcie papiestwa przez Jana Pawła II 2 lata później. Stało się jasne, że rewolucyjne zmiany napotkają nie tylko na sprzeciw konserwatywnych biskupów z USA, ale nie zostaną też zaakceptowane przez Rzym.

Dziś – po 48 latach – homo-heretycy i progresiści są gotowi na rewanż. Na Synodzie o Synodalności trwa swoiste Call to Action 2.0. Już nie w Detroit, ale w Rzymie. To znak, że dywersanci mimo kiepskiej passy w ostatnich dekadach urośli w siłę. Bo choć Watykan utrudniał ich działalność, to rzadko kiedy reakcja była odpowiednio zdecydowana. Mimo niesłychanych tez i skandalicznej działalności postaci takie jak mcNeil, czy siostra Gramick nie doczekały się nigdy ciężko zapracowanej ekskomuniki…

Po dekadach ukrycia, w 2013 roku znowu nadszedł ich czas. W zeszłym roku założycielka New Ways Ministry odwiedziła wraz z obecnym zarządem pseudo-duszpasterstwa papieża w Loretto. Czołowy kapłan tego ruchu – James Martin – cieszy się watykańskim urzędem, a pierwsza sesja synodu o synodalności zobligowała Kościół do walki z homofobią… Czy i tym razem, gdy wydaje się, że progresiści są bliscy sukcesu, Chrystus wytrąci im zwycięstwo z ręki?

Filip Adamus

Tadeusz Płużański: Ks. Blachnicki, TW „Panna” i Rafał Trzaskowski

Płużański: Ks. Blachnicki, TW „Panna” i Rafał Trzaskowski

9 grudnia 2024 Tadeusz Płużański

zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne / Internet

Jolanta Lange vel Gontarczyk, tajny współpracownik komunistycznej SB o pseudonimie „Panna”, podejrzewana o współudział w zamordowaniu ks. Franciszka Blachnickiego, wróciła do Polski. Przed wyjazdem – najpewniej do Nowej Zelandii – finansował ją samorząd warszawski Rafała Trzaskowskiego. Teraz dostaje pieniądze za szkolenia z „inkluzywności” z krakowskiego magistratu Aleksandra Miszalskiego.

27 lutego 1987 r. w niemieckim Carlsbergu zmarł nagle ks. Franciszek Blachnicki, założyciel Ruchu Światło-Życie, w czasie II wojny światowej więzień m.in. KL Auschwitz. Oficjalnie jako przyczynę śmierci wskazano zator płucny. Tymczasem od początku wiele wskazywało na to, że śmierć niezłomnego kapłana „nastąpiła w wyniku ingerencji osób trzecich”.

Skąd takie wnioski? Śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej prowadzone w latach 2001–2005 wykazało, że ksiądz był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, w czym główną rolę odgrywali jego najbliżsi współpracownicy – małżeństwo Jolanty i Andrzeja Gontarczyków. Blachnicki informacje potwierdzające ich podwójną rolę miał otrzymać na krótko przed śmiercią. Prawdopodobnie dlatego agenci bezpieki postanowili zlikwidować kapłana, po czym wyjechali z Carlsbergu.
Niestety, postępowanie prokuratury IPN zostało umorzone, wobec – jak stwierdzono – „braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie takiego przestępstwa”. Biegli nie wykluczyli jednak otrucia jako przyczyny zgonu. Nie przeprowadzono wszakże ekshumacji szczątków księdza, nie skonfrontowano świadków, ani zeznań. Przede wszystkim nie przesłuchano funkcjonariuszy SB. A tropy wskazywały też na rozpracowywanie ośrodka w Carlsbergu i samego księdza przez enerdowską Stasi.
W jaki sposób ks. Franciszek Blachnicki znalazł się w zachodnich Niemczech? Ogłoszenie przez juntę Jaruzelskiego stanu wojennego w Polsce zastało go w Rzymie. Do Ojczyzny nie mógł wrócić, gdyż był poszukiwany listem gończym. W 1982 r. zamieszkał w ośrodku polskim Marianum w Carlsbergu, gdzie powołał Międzynarodowe Centrum Ewangelizacji Światło-Życie. W tym samym roku założył tam Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodów – służącą narodom Europy Wschodniej walczącym o wyzwolenie spod komunizmu.
Prezesem CSWN została w 1984 r. Jolanta Gontarczyk, ps. “Panna”. Podczas II wojny światowej jej ojciec podpisał volkslistę i służył w Wehrmachcie. Po przerzuceniu do RFN ona i jej mąż – Andrzej Gontarczyk, ps. “Yon” otrzymali obywatelstwo niemieckie. W 2006 r., po ujawnieniu przez media agenturalnej działalności Gontarczyk zmieniła nazwisko na Lange. Wcześniej, bo już w latach 90., działała w środowiskach (post)komunistycznych: SdRP, SLD, promując feminizm, aborcję, związki jednopłciowe, itp. W 2000 r szczątki ks. Franciszka Blachnickiego zostały przeniesione do Krościenka i złożone w kościele Chrystusa Dobrego Pasterza.
W 2019 r. jej fundacja reklamująca ideologię LGBT dostała od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego dwa miliony złotych. W 2020 r. pion śledczy IPN w Katowicach wznowił śledztwo dotyczące okoliczności śmierci kapłana. 14 marca 2023 IPN poinformował, że śmierć ks. Franciszka Blachnickiego w dniu 27 lutego 1987 nastąpiła na skutek zabójstwa poprzez podanie ofierze śmiertelnych substancji toksycznych. Wykazały to czynności procesowe, przeprowadzone w Polsce oraz na terenie Niemiec, Austrii i Węgier przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach. Wtedy Jolanta Lange vel Gontarczyk wyjechała z Polski.
Tadeusz Płużański

Współczesne zabobony. Pachamama – bogini ekoglobalizmu? Matematyka ewolucji a logika ewolucjonistów.

6/2024 (235): Współczesne zabobony.

https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/rocznik/2024

  • Od Redakcji
  • Orędzie papieża na Dzień Modlitw o Ochronę Świata Stworzonego
  • Kiedy ekologia zastępuje teologię
  • Pachamama – bogini ekoglobalizmu?
  • Antyspecyzm, czyli negowanie istnienia Boga
  • Czy ewolucjonizm jest nauką? Matematyka ewolucji a logika ewolucjonistów
  • Darwinizm, eugenika i III Rzesza – niedopowiedziana historia
  • Różnice i podobieństwa wiary w płaską Ziemię i w darwinizm
  • Hipoteza płaskiej Ziemi, czyli gnoza dla ubogich
  • „Twórcza wierność Tradycji” papieża Franciszka i całkowita niemoc religii Vaticanum II
  • Zwięzły komentarz do wydanej przez Kongregację Doktryny Wiary deklaracji o przynależności do stowarzyszeń masońskich
  • Jedynie godność Boga jest nieskończona
  • Siostry Pocieszycielki Najświętszego Serca Jezusowego – ukryta perła Tradycji katolickiej czy relikt chrześcijaństwa, zabobon skostniałych katolików?
  • Sam Harris w świecie iluzji
  • Czy Kościół powinien wspierać model kapitalizmu interesariuszy?
  • Czy jest możliwa katolicka demokracja?
  • Co „duch” II Soboru Watykańskiego zrobił z najszlachetniejszym biskupem Ameryki?
  • Dlaczego katolik powinien odrzucić teorię ewolucji?
  • Ikony ewolucji – recenzja książki
  • Dewolucja i argumenty na istnienie Stwórcy w ewolucji biologicznej. O książce Dewolucja M.J. Behe
  • Domek z kart, czyli współczesny status teorii darwinowskiej w biologii. O książce Darwin’s House of Cards T. Bethella
  • Zabobony a pokora
  • ====================
  • Mail:
  • Z grubsza: Określenie „interesariusz” oznacza osobę zainteresowaną (w znaczeniu: mającą interes), bezpośrednio zaangażowaną w proces zarządzania lub pozostającą jego zewnętrznym obserwatorem, a często też komentatorem.

W kręgach piekła

W kręgach piekła

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    10 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5733

W ostatnim tygodniu ponownie zanurzyłem się w kręgi piekła – to znaczy – ponownie zabrałem się za „Archipelag GUŁ-ag” Aleksandra Sołżenicyna. Ciekawe, że o ile ekscesy Adolfa Hitlera zostały opisane, sfilmowane, przegadane i zanalizowane naukowo, to ekscesami komunistów nikt specjalnie się nie interesuje, a już próżno byłoby oczekiwać takiego zainteresowania na przykład ze strony czy to naszego, warszawskiego Judenratu, czy to ze strony Judenratów z innych, jeszcze bardziej światowych, niż nasza, stolic.

Składa się na to oczywiście szereg zagadkowych przyczyn. Po pierwsze – kręgi piekieł otworzyły się przed Rosją za sprawą bolszewików, a więc wyznawców ideologii sprokurowanej przez Żyda Karola Marksa, a przystosowanej do warunków lokalnych przez innego Żyda, Włodzimierza Eljaszewicza Ulianowa, czyli Lenina (Jak możemy sprawdzić choćby w pamiętnikach Mieczysława Jałowieckiego, przodkiem Lenina ze strony matki (nee Blank) był handełes ze Starokontantynowa na Wołyniu). Ci dwaj Żydowie, nie bez pomocy niemieckiego Sztabu Generalnego, który w czasie Wielkiej Wojny wyekspediował Lenina ze Szwajcarii do Rosji, jak wysyła się zarazki dżumy, rozpętali w narodzie rosyjskim mordercze instynkty, dzięki czemu rewolucja bolszewicka się tam udała. Chłopi, którzy jeden przez drugiego rzucili się mordować i rabować ziemian, mogli liczyć tylko na bolszewików – że ci pozwolą im zatrzymać to, co sobie zrabowali. Ale Nemezis dziejowa nawet nie kazała im długo na siebie czekać; już 20 lat później albo konali z głodu po wsiach otoczonych kordonami uzbrojonych czekistów, albo byli rozstrzeliwani na miejscu, albo wreszcie jechali etapami w najdalsze zakątki, gdzie masowo wymierali. Sołżenicyn pisze o „piętnastu milionach” ofiar „mużyckiego pomoru”.

Nawiasem mówiąc, doświadczenia zdobyte wtedy mogą okazać się przydatne dla walki z klimatem. Tak naprawdę – chociaż na razie nie trzeba o tym głośno mówić – chodzi przecież o redukcję światowej populacji do najwyżej miliarda – ten miliard to dlatego, by było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent, bo przecież handełesy nie będą pożyczać ich sobie nawzajem, bo to żaden interes. Jak zlikwidować sześć i pół miliarda ludzi, żeby nie zdewastować drzewostanu – co byłoby nieuchronne, gdyby wszystkich powywieszać, ani nie zanieczyścić środowiska gnilną krwawą masą w inny sposób? Otóż jest precedens! W okresie „mużyckiego pomoru” pewien kontyngent chłopów został wywieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam pozostawiony bez niczego. Po roku specjalna komisja stwierdziła, że nie ma tam już nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptaki. Recykling – to jest to! Trzeba tylko, żeby państwa leżące nad Oceanem Lodowatym wyznaczyły kilka wysp, dzięki czemu marzenie profesora Paula Ehrlicha z pierwszorzędnymi korzeniami, może zostać zrealizowane bez szkody dla „planety” i to w kilka lat!

No więc porównajmy sobie przynajmniej te „piętnaście milionów” ofiar „mużyckiego pomoru” z całym holokaustem. Okazuje się, że wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler przy bolszewikach, wśród których odsetek Żydowinów był wyjątkowo wysoki, to detalista! Tymczasem Żydowie zazdrośnie strzegą swego monopolu na martyrologię, bo obcinają i mają nadzieję obcinać od tego kupony aż do końca świata – więc przypominanie o kręgach piekła zgotowanego Ludzkości przez żydowskich mełamedów, psuje im ten świetny interes. Nic więc dziwnego, że nadymają tego całego Hitlera, czyniąc zeń uosobienie zła wcielonego, podsuwają światu pod nos tylko swoje męczeństwo, podczas gdy Żydowie w rodzaju Lenina utrzymywani są przez propagandę w stanie bielszym od śniegu, jakby ktoś skropił ich hyzopem, a ich ekscesy okrywa mgła zapomnienia.

Tedy, żeby przywrócić właściwe proporcje, trzeba o tych wszystkich inspiracjach przypominać, a zasłużone dla Piekła postacie eksponować bez względu na przynależność narodową. Jeśli wskutek tego żydowski monopol na martyrologię zostanie nadwątlony, albo nawet złamany, to od tego świat się nie zawali. Przeciwnie – być może właśnie dzięki temu uratuje się on przed ponownym wtrąceniem w piekielne kręgi – bo przecież rewolucja komunistyczna do tej pory była w pełnym natarciu zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. Nie jest żadną tajemnicą, że wśród czołowych rewolucjonistów, odsetek Żydów jest cały czas bardzo wysoki.

Wprawdzie Donald Trump się odgraża, że tę rewolucję zahamuje i nawet niedawno słyszałem jego przemówienie, w którym zapowiadał natychmiastowe obcięcie funduszy federalnych dla szpitali przeprowadzających na dzieciach operacje zmiany płci, podobnie jak obcięcie funduszy federalnych dla szkół, w których będzie propagowana „zmiana tożsamości płciowej” – ale myślę, że gdyby nawet te wszystkie kontrrewolucyjne posunięcia zostały przeprowadzone, to czteroletnia kadencja, to za mało, wobec półwiecznych przygotowań do rewolucji komunistycznej, prowadzonej według współczesnej strategii. Na odwrócenie skutków komunistycznej propagandy nie wystarczy nawet czterdzieści lat tym bardziej, że Żydom nikt chyba nie wybije z głowy marzenia o władzy nad światem, do której najpewniejszą drogą jest właśnie udana rewolucja komunistyczna. Idee mają konsekwencje, a u podstaw tego marzenia leży przekonanie, iż sam Stwórca Wszechświata dlaczegoś w Żydach specjalnie sobie upodobał, a skoro tak, to to upodobanie jakoś musi się zmaterializować. A jak? A jakże by inaczej, niż w postaci władzy nad światem? Oczywiście takie opinie stemplowane są przez Judenraty, jako „antysemickie” – ale nie powinniśmy się takich oskarżeń obawiać, bo – po pierwsze – to prawda – a po drugie – od kiedy to powinniśmy się podporządkowywać żydowskim wytycznym co do swobody wypowiedzi?

Tymczasem nasz bantustan, to znaczy – jego władze – właśnie odniosły wielki sukces, a w każdym razie tak to przedstawia Książę-Małżonek – że rządzący Ukrainą banderowcy uznali, iż „nie ma przeszkód” by Polska przeprowadziła ekshumację ofiar rzezi wołyńskiej z roku 1943. Ciekawe, co się stało że do tej pory jakieś „przeszkody” były, a teraz już ich „nie ma”? Co sprawiło, że banderowcom tak zmiękła rura? Czyżby znowu Putin, który w swoim czasie z dnia na dzień zlikwidował epidemię zbrodniczego koronawirusa? Ale niezależnie od tego, co by to było, warto odnotować, że ten „sukces” bardzo przypomina nasz program-minimum w stosunku do Niemców, sformułowany w „Rocie” Marii Konopnickiej: „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. No a Ukraińcy? Zgodzili się tylko na ekshumację, więc mogą nam napluć, czy nie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Dziś, jutro. Trzeba głosować na film „Miało nie żyć”

RatujŻycie.pl

Szanowna Pani, Droga Obrończyni Życia Dzieci!

Oficjalnie: film o aborcji „Miało nie żyć” startuje w prestiżowym międzynarodowym festiwalu filmowym „Maksymiliany”.

W środę 11 grudnia o godzinie 12:00 zostanie wyświetlony online i skończy się 12:45. Aby go zobaczyć, trzeba się zarejestrować na festiwal pod linkiem: https://maksymiliany.pl/live/wp-login.php?action=register.

A teraz ważna informacja.

Film „Miało nie żyć” ma wielkie szanse na zdobycie nagrody publiczności. Trzeba jednak, aby jak najwięcej osób na niego zagłosowało. Głosowanie odbywa się online pod tym linkiem:

http://tiny.pl/499wfv69.

Bardzo Panią proszę, aby okazała Pani solidarność z abortowanymi dziećmi i zagłosowała na „Miało nie żyć” już teraz. Jest to jedyny film o aborcji, którego bohaterami są zabite dzieci. Te dzieci nie mogą same mówić, nie dadzą wywiadu, nie wypowiedzą się do kamery o swoim cierpieniu. Ginęły w męczarniach, samotności, potraktowane jak zwykłe odpady medyczne.

Pomóżmy, aby prawda o aborcji dotarła jak najszerzej do ludzi.

Można tez skorzystać z kodu QR, pod którym znajduje się link do głosowania.

To PILNA sprawa, bo głosowanie trwa tylko do czwartku do godz. 12:00.

Bardzo proszę o głosowanie na „Miało nie żyć”, bo jest to gest solidarności z zabitymi dziećmi – bohaterami tego filmu.

Serdecznie Panią pozdrawiam,

Kaja Godek Kaja Godek
Kaja Godek Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Proszę pamiętać, że głosowanie trwa tylko do czwartku do godziny 12:00. Zatem jest to sprawa na TERAZ.

Polska w obliczu szansy [koSmicznej]

Polska w obliczu szansy

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    8 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5732

Ciepło, coraz cieplej… Wprawdzie – jakby to powiedział Piperman, albo Biberglanc – dwaj emerytowani semiccy czekiści, co to prowadzą dialogi na cztery nogi – teraz „do żyme ydże” – ale za to temperatura polityczna rośnie. Zaczęło się oczywiście od wyborczego zwycięstwa Donalda Trumpa w Ameryce, po którym od razu stało się jasne, że pod jego prezydenturą Stany Zjednoczone nie tylko nie będą eksportowały do swoich wasali komunistycznej rewolucji – co za prezydentury Kamali Harris byłoby chyba nieuchronne – ale pojawiła się nadzieja, że będą postępy tej rewolucji hamowały, a może nawet odwracały. Toteż Żydowie, zwłaszcza trockiści, którzy nadają ton Judenratom na świecie, a zwłaszcza w naszym bantustanie, gdzie Judenrat „Gazety Wyborczej” pretenduje do sprawowania rządu dusz mniej wartościowego narodu tubylczego, zgrzytają zębami, krzyczą „gewałt!”, rozpowszechniają „fakty prasowe” przeciwko prezydentowi-elektowi i w ogóle angażują się ponad ludzką miarę, czego przykładem jest choćby nasza Jabłoneczka, co to porównała Donalda Trumpa do Hitlera i Mussoliniego.

Ale Żydowie swoją drogą, a głupie goje – swoją. Toteż kiedy tylko prawybory w Volksdeutsche Partei wygrał Rafał Trzaskowski, o którym na mieście krążą pogłoski, że po mamie (nee Arens, z „tych” Arensów) ma pierwszorzędne korzenie, swoją kandydaturę do przyszłorocznych wyborów wysunął również marszałek Sejmu Szymon Hołownia. Ponieważ Judenrat chyba pragnął uniknąć zbytniej ostentacji, toteż za pana marszałka zabrał się „Newsweek Polska”, opisując jego związki ze sławnym Collegium Humanum – że niby tam studiował. To „Collegium Humanum”, które chyba powinno zmienić nazwę na Collegium Tumanum, jest oskarżane o wydawanie za pieniądze dyplomów ukończenia studiów wyższych, dzięki którym można było ubiegać się o synekury w zarządach i radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Okazało się, że nie ma dymu bez ognia i pan marszałek przyznał, że owszem – złożył podanie o przyjęcia na studia we wspomnianej uczelni, ale tam nie studiował. Słowem – wprawdzie palił, ale się nie zaciągał. Przy okazji dał do zrozumienia, że w związku z wysunięciem swojej kandydatury do wyborów prezydenckich, koło pióra zaczyna mu robić bezpieka, którą – jak wiemy skądinąd – bezpośrednio „nadzoruje” obywatel Tusk Donald. Od razu odezwały się nożyce; Judenrat piórem pani Agnieszki Kublik, oskarżył pana marszałka Hołownię o szkalowanie władz państwowych. Pan marszałek już więcej tego wątku nie poruszał tym bardziej, że obywatel Tusk Donald, co to – i tak dalej – zaraz pryncypialnie zapowiedział, że jeśli takie zarzuty się potwierdzą, to on „następnego dnia” wszystkich bezpieczniaków powyrzuca. Zabrzmiało to szalenie groźnie – ale żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to w 2008 roku stare kiejkuty już-już przystępowały do zrobienia z Tuska Donalda marmolady i tylko Nasza Złota Pani, co to najpierw załatwiła mu nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem, na wszelki wypadek, mocną ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego człowieka, w ten sposób uchroniła przed nieuniknioną katastrofą. Słowem – jak partia mówi, że „powyrzuca” – to mówi.

Tak czy owak w koalicji 13 grudnia zazgrzytało – a przecież na tym nie koniec, bo po kilku dniach z rządu wyleciał wiceminister aktywów państwowych, pan Jacek Bartmiński z „Polski 2050”, pod pretekstem zwolnienia prezesa PLL „Lot” – ale tak naprawdę – jak wyjaśniał – za domaganie się „odpolitycznienia” spółek Skarbu Państwa. Pan marszałek Hołownia uniósł się honorem i zapowiedział, że „Polska 2050” żadnego „zastępczego” kandydata do tego ministerstwa nie będzie już wystawiała. W tej sytuacji odezwał się pan Maciej Sagal – „przedsiębiorca” – który twierdzi, że pan marszałek jednak chyba trochę się zaciągał, bo w prokuraturze jest jego dyplom wystawiony właśnie przez Collegium Tumanum. Skąd „przedsiębiorcy” wiedzą takie rzeczy – tajemnica to wielka – ale skoro wiedzą, to nie można wykluczyć, że podejrzenia pana marszałka, kto mu robi koło pióra mogą nie być bezpodstawne.

W tej sytuacji warto przypomnieć sejmową arytmetykę. PiS ma w Sejmie 190 posłów, podczas gdy KO, czyli Volksdeutsche Partei z satelitami – 157. „Polska 2050” ma 32 posłów, podobnie, jak PSL. Lewica ma 21, Konfederacja – 18, partia Razem, która niedawno z koalicji rządowej wyszła, ma mandatów 5, Wolni Republikanie mają posłów 4, a niezrzeszony jest jeden. Otóż gdyby „Polska 2050” opuściła koalicję, to rząd obywatela Tuska Donalda miałby za sobą tylko 210 posłów, więc do bezwzględnej większości brakowałoby mu jeszcze 20. Gdyby zaś koalicję opuściło również PSL i wespół z Polską 2050, w dodatku – odwróciło polityczne sojusze – to z dnia na dzień mogłaby się uformować nowa większość rządowa (254 mandaty), wskutek czego Volksdeutsche Partei z satelitami znalazłaby się w mniejszości, musiałaby przejść do opozycji, a rewolucja komunistyczna w Polsce skończyłaby się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła, zaś widmo Generalnej Guberni zostałoby od Polski odsunięte. Czy to nie jest okazja, by dzięki takiemu przesileniu rządowemu Polska odniosła dwie niezaprzeczalne korzyści? Czy nie warto w nagrodę powierzyć panu Władysławowi w dwóch osobach; Kosiniakowi-Kamyszowi, stanowiska premiera, by do tego doprowadzić, zwłaszcza, że w koalicji 13 grudnia właśnie zatrzeszczało? Nie potrzebuję dodawać, że trzeba by to zrobić jeszcze przed wyborami prezydenckimi, które w tej sytuacji też mogłyby przynieść wiele niespodzianek. Myślę, że z punktu widzenia Naszego Najważniejszego Sojusznika to też byłoby korzystne, zwłaszcza w sytuacji, gdyby prezydent Trump nie przedłużył Niemcom pozwolenia na urządzanie Europy po swojemu, udzielonego w marcu ub. roku przez prezydenta Józia Bidena. Polska pod kurateli niemieckiej znowu przeszłaby pod kuratelę amerykańską, więc niech i ona i nasz mniej wartościowy naród tubylczy też wreszcie na tym skorzystają!

Tymczasem na Ukrainie, chociaż oczywiście rozkaz, że ma ona odnieść ostateczne zwycięstwo, na razie nie został odwołany, sytuacja zmierza w kierunku odwrotnym. Dotarło to też w końcu nawet do prezydenta Zełeńskiego, który niedawno zadeklarował, że niech sobie Rosja trzyma to co trzyma – tylko żeby Amerykanie obiecali, że Ukrainę przyjmą do NATO. Naprawdę musi mu cierpnąć skóra, skoro gotów jest łyknąć takie makagigi – bo przecież nie może nie wiedzieć, że zgodnie z traktatem waszyngtońskim, przyjęcie nowego członka do Paktu wymaga jednomyślności, a w tym przypadku jej uzyskanie wcale nie jest takie oczywiste.

Toteż władze ukraińskie stwierdziły niedawno, że „nie ma przeszkód” by przeprowadzić ekshumację ofiar tzw. rzezi wołyńskiej – ale chociaż „przeszkód nie ma”, to nie ma też pozwolenia, by zajął się tym polski IPN, bo te ekshumacje chce przeprowadzać IPN ukraiński. Tak sobie z nas pokpiwają.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Komunistyczny terrorysta Chris Hani. Takiego człowieka zlikwidował Janusz Waluś [LISTA ZBRODNI]

Komunistyczny terrorysta Chris Hani. Takiego człowieka zlikwidował Janusz Waluś [LISTA ZBRODNI]

9.12.2024 https://nczas.info/2024/12/09/komunistyczny-terrorysta-chris-hani-takiego-czlowieka-zlikwidowal-janusz-walus-lista-zbrodni/

Janusz Waluś.
Janusz Waluś. (Fot. YouTube/AP Archive)

Paweł Wyrzykowski opublikował listę zbrodni, za które odpowiada lub współodpowiada Chris Hani, komunista którego zlikwidował Janusz Waluś, za co na 30 lat został osadzony w więzieniu.

Wyrzykowski w dosadny sposób nazywając Haniego zbrodniarzem, opublikował listę zbrodni, za które ten był odpowiedzialny lub współodpowiedzialny. Tymczasem to Janusz Waluś uznawany jest za zbrodniarza, a Chris Hani za bohatera.

„Czerwiec 1980 – ataki bombowe na SASOL (firmę zajmująca się wydobyciem węgla i przetwórstwem paliw), straty oszacowano na siedem milionów dolarów; Grudzień 1982 – atak bombowy na ELEKTROWNIĘ ATOMOWĄ w Koeberg w pobliżu Kapsztadu; Maj 1983 – atak bombowy (samochód pułapka) na kwaterę południowoafrykańskich sił powietrznych w Pretorii. Rezultatem ataku jest 19 osób zabitych i ponad 200 rannych” – wyliczał Paweł Wyrzykowski.

W grudniu 1985 roku dokonano dwóch ataków. Jeden był atakiem rakietowym na rafinerię Mobile Oil. Drugi to zamach bombowy na cukiernię w Durbanie, w w wyniku którego zginęło pięć osób.

„Czerwiec 1986 – dwa ataki z użyciem samochodów pułapek w Johannesburgu, kilkanaście osób zabitych, kilkadziesiąt rannych; Październik 1987 – samochód pułapka w Durbanie, pięciu rannych; Maj 1987 – wybuch bomby przed sądem, pięciu policjantów zabitych” – wyliczał dalej Wyrzykowski.

„Lipiec 1987 – wybuch samochodu pułapki przed siedzibą wojska w centrum Johannesburga, rannych 68 osób; Kwiecień 1988 – wybuch trzech bomb przed teatrem w Pretorii, zniszczony budynek, kilkudziesięciu rannych” – czytamy we wpisie.

Czerwiec 1988 roku był kolejnym przypadkiem, gdy doszło do dwóch zamachów. Przed bankiem w Rodeport wybuchła bomba. Rannych zostało ponad 20 osób, a cztery osoby zginęły. W tym samym miesiącu wybuchał bomba przed galerią sztuki. Zginął tylko zamachowiec.

„Lipiec 1988 – wybuch bomby umieszczonej w samochodzie pułapce przed stadionem Ellis Park w Johannesburgu, dwoje ludzi zabitych, 35 rannych” – napisał Wyrzykowski.

„Strach pomyśleć ilu jeszcze niewinnych, postronnych ludzi by zginęło gdyby nie Polak Janusz Waluś” – podsumował.

[różne video – w oryg. MD]

Sunday Strip: It’s all about energy and PsyWar.

Sunday Strip: Don’t Celebrate Yet!

It’s all about energy and PsyWar.

Robert W Malone MD, MS Dec 08, 2024

















“There is a reason folks used to have 12 kids…”




“Bad Ass Santa”


Last night on the farm – Gizmo was feeling particularly silly. But it turns out that Gizmo is silly most of the time. The dogs or other poultry only have to run around, which then cranks him up, and off he goes. Off on another silly streak.