Komisja Europejska prowadzi intensywne prace nad dwiema umowami handlowymi z krajami Mercosur, a także Ukrainą, które mają wejść w życie tuż po rozstrzygnięciu w Polsce wyborów prezydenckich. Ta druga z Ukrainą o bezcłowym handlu zostanie ogłoszona najprawdopodobniej tuż po 1 czerwca (a więc po II turze wyborów prezydenckich w Polsce), aby mogła obowiązywać od 6 czerwca, bo 5 czerwca kończy się umowa dotychczasowa.
Przypomnijmy, że trzecie już przedłużenie umowy o bezcłowym handlu UE-Ukraina, które miało miejsce w maju 2024 roku na skutek protestów rolników, w tym przede wszystkim w Polsce doprowadziło do wprowadzenia do niej kwot na „wrażliwe” produkty rolne, co złagodziło negatywne skutki eksportu ukraińskich towarów rolnych na polski rynek.
Nowa umowa ma zliberalizować handel produktami rolnymi, co oznaczałoby kolejną falę wwozu do Polski przede wszystkim ukraińskiego zboża, ponieważ koszty transportu drogą lądową są znacznie wyższe niż drogą morską, to właśnie nasz kraj jako najbliżej położony zostanie zalany tym eksportem. Nowa umowa handlowa UE -Ukraina jest negocjowana od kilku miesięcy, ale ma być upubliczniona i akceptowana dopiero po 1 czerwca, aby jak mówi się wprost na brukselskich korytarzach, nie zaszkodzić kampanii wyborczej głównego kandydata rządzącego obozu w Polsce. Przypomnijmy, Polska w tym półroczu ma prezydencję w Radzie Europejskiej, więc rząd w tym przypadku wykorzystuje swoje możliwości, nie żeby ochronić interesy polskich rolników, a po raz kolejny, żeby ich oszukać i ogłosić niekorzystne dla nich zapisy umowy już po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich.
Z kolei umowa UE z krajami Mercosur (Brazylia, Argentyna, Urugwaj i Paragwaj), zawarta jeszcze w poprzednim roku przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen czeka tylko na ratyfikację. Nie ma wprawdzie oficjalnego potwierdzenia, ale podjęta została już polityczna decyzja, aby część handlowa umowy z tymi krajami została wydzielona i ratyfikowana tylko przez Parlament Europejski i Radę Unii Europejskiej (europejskich ministrów rolnictwa), kwalifikowaną większością, czyli musiałoby, by ją poprzeć, przynajmniej 15 krajów reprezentujących 65 proc. ludności UE. Według nieoficjalnych informacji taką większość w Radzie przewodnicząca von der Leyen już ma, a polski minister rolnictwa, który jeszcze niedawno zapowiadał porozumienie z Francją i stworzenie mniejszości blokującej (4 kraje reprezentujące przynajmniej 35 proc. ludności UE) niestety już zaprzestał tych działań.
Ratyfikacja umowy z krajami Mercosur[gł. kraje Ameryki południowej md] ma się odbyć w II połowie tego roku, a więc także już po wyborach prezydenckich w Polsce, chodzi o to, aby jej fatalne skutki dla polskiego rolnictwa nie zaszkodziły w kampanii wyborczej głównego kandydata rządzącej koalicji.
Umowa UE-Mercosur jest tak skonstruowana, żeby produkty przemysłowe głównie z krajów Europy Zachodniej (przede wszystkim samochody) były łatwiej zbywalne na rynkach tych krajów, natomiast z kolei europejski rynek stałby się bardziej atrakcyjny dla towarów rolnych z krajów Ameryki Południowej. Jest oczywiste, że produkcja rolna, w tym w szczególności hodowla w krajach Ameryki Południowej odbywa się w bardziej sprzyjających warunkach klimatycznych niż w Europie, a także nie jest tak „spętana” przepisami związanymi z ochroną środowiska i klimatu.
Na przykład hodowla bydła odbywa się często cały rok „pod gołym niebem”, co w oczywisty sposób obniża koszty produkcji i czyni produkty takiej hodowli konkurencyjnymi cenowo na rynkach światowych. Ratyfikacja tej umowy oczywiście uderzy w interesy całego unijnego rolnictwa, ale to polskie obciążone w sposób szczególny liberalizacją handlu z Ukrainą zostanie wystawione naprawdę na ciężką próbę.
Ratyfikacja obydwu umów z krajami Mercosur i Ukrainą jest przygotowywana w zaciszu brukselskich, ale i polskich gabinetów, wszak to nasz kraj ma w tym półroczu przewodnictwo w Radzie Europejskiej.
Ale przecież ujawniając wcześniej te zamiary, które grożą wręcz armagedonem polskiemu rolnictwu, oburzyłoby to polską wieś i polskich rolników, a ich głosy są niezwykle ważne dla przeforsowania za wszelką cenę kandydata rządzącej koalicji Rafała Trzaskowskiego.
(Ursula von der Leyen, fot. Stephanie Lecocq / Reuters / Forum)
Unijny program ReArm Europe ogłoszony przez Ursulę von der Leyen nie ma na celu budowy potencjału obronnego Unii Europejskiej. Chodzi raczej o ratowanie unijnych elit po kompromitacji Zielonego Ładu – ocenia Tomasz Wróblewski, szef Warsaw Enterprise Institute.
W programie Tomasza Wróblewskiego opublikowanym na kanale „Wolność w Remoncie” postawiono tezę, że remilitaryzacja Europy ogłoszona przez Ursulę von der Leyen, wcale nie ma służyć budowie bezpieczeństwa w regionie. Program „ponownego uzbrojenia Europy” nazywany „ReArm Europe” miałby de facto służyć unijnym elitom, aby ratować ten projekt „i jego amorficzną demokrację elitarnego etatyzmu”.
– ReArm jest czymś nowym na unijnym firmamencie naprawy świata. Po pierwsze uznaje militaryzm jako ważny element pokojowej architektury Europy, a po drugie napędzany jest strachem przed marginalizacją elit Unii, które lekceważone są przed Trumpa i rosnący ruch anty-establishmentowy w całej Europie. To projekt zrodzony z paniki, że trumpowska rewolucja rozleje się po Europie. I to właśnie ta nerwowość sprawia, że ReArm nawet jak na unijny projekt, pełen jest sprzeczności i logicznych dziur – wskazuje Tomasz Wróblewski.
Prezes Warsaw Enterprise Institute zwraca uwagę na poważne niedoskonałości ogólnego planu zwiększania zdolności militarnych Unii Europejskiej. Wskazuje, że obecnie Bruksela mówi o stworzeniu wspólnej europejskiej armii, ale wciąż nie ma pomysłu skąd brać kandydatów do wojska, którzy będą chcieli służyć w armii. Dodaje, że UE ma plany stworzenia własnych systemów obronnych, ale przecież nie mamy nawet właściwego zaplecza przemysłowego, aby taki krok uczynić.
„Ale tak jak w Zielonym Ładzie, ważniejsza od klimatu była sprawczość Komisji Europejskiej, tak w ReArm nie o broń chodzi tylko o sam proces zbrojenia. Tworzenie regulacji, nowych unijnych instytucji, o ruch. Nie chodzi o czołgi i rakiety, chodzi o władzę” – wskazuje Tomasz Wróblewski na kanale „Wolność w Remoncie”.
Następnie szef WEI dodaje, że program ReArm Europe jest ważny dla Komisji Europejskiej. „Wypełnia lukę po skompromitowanym Zielonym Ładzie. Urzędnicy zrozumieli, że łatwiej jest nas przestraszyć doniesieniami o koncentracji rosyjskich wojsk, niż katastrofą klimatyczną za 100 lat. Łatwiej jest wytłumaczyć, do czego potrzebujemy broni niż tego całego arsenału bezużytecznej technologii net zero” – tłumaczy ekspert.
Wróblewski zauważa, że ci sami euroentuzjaści, którzy do niedawna walczyli w obronie Zielonego Ładu podkreślając potrzebę wyrzeczeń klimatycznych w imię obrony planety, dziś mówią o budowie potencjału obronnego. Prezes Warsaw Enterprise Institute przypomina, że przemysł obronny nie jest ekologiczny, a mimo to zwolennicy Zielonego Ładu mu hołdują. „Te same zwroty, ta sama narracja, tylko nowy obiekt unijnego kultu” – dodaje.
Dzięki koronacji 1025 roku okrzepło Państwo i skrystalizował się Naród. Po wiekach pamięć monarchii pierwszych Piastów połączyła polską irredentę z monarchami zaborczych mocarstw i polskich monarchistów z polskimi republikanami. Ba, nawet ten, który potajemnie kazał zniszczyć Koronę Chrobrego, oficjalnie musiał dorzucać się do składki na jego mauzoleum.
I.
Jesienią 1795 roku Rosja, Prusy i Austria porozumiały się w sprawie ostatniego rozbioru. Z Rzecząpospolitą problemu już nie było: upadła niczym wielki trup, w którym byłamilijonów dusza (jak biadał poeta Franciszek Karpiński). Pozostawał problem Królestwa, które formalnie trwało od koronacji Bolesława Chrobrego. Dla monarchicznej Europy był to pewien prawny i moralny szkopuł. Prawa monarchów i istnienie królestw uchodziły wszak za niezbywalne.
Z pomocą pospieszył jednak sam Stanisław August Poniatowski, ostatni władca noszący Koronę Chrobrego. W obawie o brak wiktu i opierunku na odpowiednim poziomie zrzekł się królewskiego tytułu, tym samym podpisując wyrok na polską monarchię. Zaborcy natychmiast zawarli układ, wedle którego należało zlikwidować wszystko, co może nasuwać wspomnienie istnienia Królestwa Polskiego.
Zauważmy: zaborcy nie chcieli likwidować Narodu (to miało przyjść z czasem); przede wszystkim likwidowali pamięć o dalekosiężnych skutkach koronacji Chrobrego.
II.
Zanim Stanisław August ustąpił z tronu, Prusacy potajemnie włamali się do skarbca koronnego na Wawelu i wywieźli królewskie insygnia, w tym – legendarną Koronę Chrobrego. Ich los przez długie lata pozostawał nieznany. W roku 1811 król Fryderyk Wilhelm III nakazał je przetopić, a z uzyskanego złota wybić monety, żeby zapłacić kontrybucję nałożoną przez Napoleona na Prusy. Prawda wyszła na jaw wiele lat później.
Istnienie insygniów groziło pojawieniem się spadkobierców Chrobrego. Musiały zniknąć.
III.
Po roku 1798 zamek wawelski przemieniono na austriackie koszary. To jednakże likwidatorom nie wystarczało: powstał projekt, aby także katedrę zamienić na kościół garnizonowy i usunąć z niej królewskie sarkofagi. Chciano raz na zawsze unicestwić polską pamięć i tożsamość. Sprawa była gruba, więc prowadzono ją poufnie, poszukując Polaka, który by sam zbezcześcił pochówki swoich monarchów. Jakoż znalazł się taki.
Relacjonuje świadek epoki, Ambroży Grabowski:
Insynuacyę tej myśli podsuniono księdzu [kanonikowi wawelskiemu Sebastianowi] Sierakowskiemu, któremu się stała przystępną. Na jednem z posiedzeń kapituły wysunął on się z tym projektem, popierając go oświadczeniem, że rząd na koszta przeniesienia tych drogocennych pamiątek i zabytków przeszłości w nagrodę skłonienia się do woli rządu wypłaci kapitule złotych półtora miliona. Otumaniony ksiądz Sierakowski tą obietnicą dodał przy wniosku: „Nie bójcie się, ja to podejmuję się przenieść wszystko i urządzić bez najmniejszego uszczerbku lub uszkodzenia”, co wszystkich oburzyło i ogólną wznieciło niechęć… Dodaję, że zawstydzony kapitularz opuścił — i ohydna propozycya niespełniona upadła.
IV.
Wkrótce wszakże ci sami, którzy pragnęli wymazać z dziejów imię Królestwa Polskiego, musieli we własnym interesie zadbać o jego trwanie. Sprawił to Napoleon Bonaparte, a przypieczętowali – tak, warto pamiętać – carowie Rosji. Ożywione przez cesarza Francuzów państwo polskie pod postacią Księstwa Warszawskiego otrzymało bowiem króla, a po klęsce Korsykanina carowie postanowili wejść w te buty. Odtąd kolejno wszyscy moskiewscy jedynowładcy – czy to ci bardziej spolegliwi, czy bardziej polakożerczy, od Aleksandra I do Mikołaja II – tytułowali się królami Polski. Za tą decyzją szło formalne uznanie ciągłości polskiej monarchii i jaki taki szacunek dla poprzednich polskich monarchów.
W tym punkcie zaborcy godzili się – tak, warto pamiętać – z polskimi buntownikami. Nie może więc dziwić, że kiedy w roku 1828 rozpisano w Poznaniu społeczną zbiórkę na budowę mauzoleum Mieszka I i Bolesława Chrobrego – sławnej Złotej Kaplicy – najhojniejsze wpłaty poczynili: Najjaśniejszy Pan Fryderyk Wilhelm III – 100 dukatów. Jego Królewiczowska Mość Xiążę Następca Tronu – 20 dukatów. Najjaśniejszy Cesarz Wszech Rossyi Król Polski – 500 talarów.
Chichot historii: pierwszy na tej liście figuruje człowiek, który kazał przetopić Koronę Chrobrego. Kolejny to dalekosiężny skutek koronacji Bolesława.
V.
I tak przez sto dwadzieścia trzy lata pamięć o polskich monarchach żyła jako znak niepodległości dawnej Rzeczypospolitej – z cichą lub głośną akceptacją zaborców. Polska wolność, inaczej niż wolność francuska, czciła swoich królów – podobnie jak, chcąc nie chcąc, czcić ich musieli wrogowie polskiej wolności, skoro sami byli monarchami. Dość to niezwykłe, patrząc z zewnątrz; ale jeśli spojrzymy oczami polskiego republikanina – naturalne. Polscy królowie byli wszak Pierwszym Stanem w naszym republikańskim systemie. Reprezentowali Rzeczpospolitą jako jej część niezbywalna.
Apogeum tego fenomenu objawiło się bodaj w roku 1869, gdy w katedrze wawelskiej odkryto przypadkowo pochówek Kazimierza Wielkiego. Kapituła katedralna zorganizowała wówczas ponowny pogrzeb królewski. Kondukt przeszedł przez miasto w asyście milczących tłumów; towarzyszyło mu jedynie dramatyczne bicie kościelnych dzwonów.
Józef Ignacy Kraszewski pisał: To zjawienie się wśród żywych wielkiego króla prawodawcy, reformatora, na grobie Polski rozszarpanej, rozsypanego w proch, z ostatnią polską koroną i jedynym berłem naszym… miało w sobie coś mistycznie działającego, jakby wywołującego wspomnieniem przeszłości wiarę w przyszłość.
Mistyczny w swojej wymowie pogrzeb ostatniego potomka Chrobrego, jaki zasiadał na polskim tronie – to kolejna dalekosiężna konsekwencja koronacji z roku 1025.
VI.
Przez wiek zaborów rozmaicie projektowano kształt przyszłej, odrodzonej Rzeczypospolitej. Monarchiczny? Republikański? Na pewno nowy. Przywołajmy sławny sonet Adama Asnyka:
Taką jak byłaś, nie wstaniesz z mogiły!
Nie wrócisz na świat w dawnej swojej krasie;
Musisz porzucić kształt przeszłości zgniły,
Na którym teraz robactwo się pasie (…)
Lecz przystrojona w królewski dyjadem,
Musisz do życia wkroczyć życia bramą:
Musisz być inną, choć będziesz tą samą!
Rzeczpospolita – jako monarchini. Ta monarchistyczna metafora była akceptowalna w republikańskiej Polsce, która odzyskała niepodległość – warto o tym pamiętać! – jako Królestwo. Na dowód przywołam dokument z archiwum mojego dziadka, Feliksa Kowalskiego, który lata pierwszej wojny przesłużył jako oficer moskiewskiej artylerii. Kiedy rozszalała się rewolucja, postarał się o następujący List Ochronny:
Niniejszym zaświadcza się, że obywatel polski Feliks Kowalski urodzony w 1888 roku został zapisany na liście osób pozostających pod opieką Przedstawicielstwa Najdostojniejszej Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego i że tem samem on i jego mienie korzystają z ochrony Państwa Polskiego.Moskwa dn. 4 września 1918 roku.
Wypada przypomnieć, że odrodzone państwo polskie zaistniało grubo przed 11 listopada 1918 roku – jako Królestwo. Dopiero 11 listopada Rada Regencyjna przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu, dając początek Drugiej Rzeczypospolitej. Królewskidyjadem, czyli korona, widniał już wcześniej na głowie Orła Białego: taką bowiem pieczęcią posługiwała się właśnie Rada Regencyjna. Odtąd jednak korona naszego Orła przestała zwiastować restytucję monarchii, zaczęła zaś oznaczać suwerenność i niepodległość republiki.
Kolejny dalekosiężny skutek koronacji Chrobrego.
VII.
Po tak zwanym „wyzwoleniu” Poznania w roku 1945 moja mama Bogusława mogła znów po kilkuletniej przerwie pójść do szkoły – tym razem do liceum imienia Generałowej Jadwigi Zamoyskiej. Wkrótce patronkę wymieniono na mniej pobożną Helenę Modrzejewską, a w klasach zawisły orły bez koron. Mama opowiadała, że z początku na każdej pauzie dyżurna brała kredę i dorysowywała koronę, a nauczycielka podczas lekcji kazała ją wymazywać. I tak w kółko.
Jeszcze jeden dalekosiężny skutek.
VIII.
Koronacja Bolesława Chrobrego, jak wiele innych wiekopomnych faktów dziejowych, już w XI wieku oderwała się od swojego bezpośredniego kontekstu i zaczęła obrastać w nowe sensy. Jej obecne znaczenie można porównać chyba tylko do znaczenia Chrztu Polski. Przed nim musi ustąpić, oczywiście w porządku duchowym. Poza tym nie da się jej przecenić. My z niej wszyscy. Prowadziła nas przez wieki jako Naród i Państwo – równolegle z wiarą katolicką.
Jest to obrzydliwa farsa, to co się dzieje w tej chwili wokół sprawy ekshumacji. Jest to sprawa porażająca, gdy chodzi o cynizm i w ogóle próby pozamiatania spraw dla Polaków, które powinny być sprawami najważniejszymi w tej chwili. To nie jest sytuacja w Unii Europejskiej, to nie jest sytuacja z gospodarką, to nie jest sytuacja (czy) jakiekolwiek inne tematy zastępcze, które tam sprowadzają. To są pochodne od kondycji państwa i narodu polskiego. Natomiast państwo, w zasadzie trudno mówić o istnieniu państwa polskiego w sensie dobra wspólnego Polaków. Naród znalazł się w bardzo podłej sytuacji. Dlatego, że ponad 200 tysięcy szczątków przedstawicieli tego narodu poniewierają się od 80 lat. Szczątki te są w kniejach, w bagnach, w rzekach i wszędzie, gdzie się da. W tych zakątkach tej przeklętej ziemi, która nasiąkła tonami krwi niewinnej, polskiej. I ten naród nie zdaje sobie z tego sprawy. ‘Polacy nic się nie stało’, przejmuje się byle czym. Stacza dyskusje wokół wszystkiego. Natomiast ten temat to – jak to powiedziała jedna z obrzydliwych bab siedzących w parlamencie – to są stare trupy. Nie będziemy kupczyć starymi trupami. W tak podłej sytuacji jesteśmy.
−∗−
UE ślepa na prawdę o Zelenskym? Ekshumacje wołyńskie będą dokonywać Ukraińcy! Prof. W. Osadczy
−∗−
BONUS:
Ukraińcy chcą pomników upamiętniających UPA w Polsce w zamian za ekshumacje na Wołyniu
−∗−
Ludzkie szczątki w polu kukurydzy. Dlaczego nie ma ekshumacji?
W tym odcinku rozmawiam ze stowarzyszeniem Wizna 1939, które od lat walczy o godny pochówek polskich żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku.
W tle: pole kukurydzy, gdzie nadal znajdują się ludzkie szczątki. Mimo próśb i dokumentacji — brak zgody na ekshumację. Dlaczego?
Czy to tylko spór proceduralny, czy może coś więcej?
W rozmowie poruszamy:
– stan prac poszukiwawczych,
– relacje z IPN i Karolem Nawrockim,
– czym naprawdę jest pamięć i szacunek dla poległych.
Obejrzyj i sam oceń: czy Polska traktuje swoich bohaterów z należną godnością?
O świętych wychowawcach, takich jak Jan Kanty, to w ogóle nie ma mowy. Historię się wyrzuciło w Polsce do kosza. Zwłaszcza tę lwią część jej, która przypomina o naszych najchlubniejszych kartach dziejowych. W polityce zajmują się nią, pożal się Boże, no właściwie parweniusze, którzy w niczym nie przypominają mężów stanu dbających o państwo. To barachło. Oni nienawidzą swoich rodaków i uczą nas jak gardzić Ojczyzną. A pełniąca urząd ministerialny w resorcie edukacji osoba, bardzo przypomina niejakiego jenerała gubernatora, który panoszył się tutaj w Wilnie w połowie XIX wieku. Otóż na parę lat przed wybuchem Powstania Styczniowego wiemy, że urządzano w Wilnie bal charytatywny, bo wówczas jeszcze nie funkcjonowały różne świąteczne orkiestry.
I otóż, gdy trzeba było rzęsiście oświetlić salę balową, to trzeba było do sufitu podwiesić żyrandol na środku. I ktoś z sali zawołał, że najpierw potrzeba przeprowadzić przekątną, diagonalę. Na co gubernator Nazimow zawołał: czy pan myślisz, że w Wilnie dostaniesz diagonali? Potrzeba ją sprowadzić aż z Petersburga, a na to mało mamy czasu. To zdanie nabiera tym większej wagi, gdy powiem wam, że ten człowiek przez długi czas był coś w rodzaju dzisiejszego ministra, kuratorem okręgu naukowego w Moskwie. Obecna minister edukacji w Polsce wyrosła wprost z duchowych lędźwi owego geniusza. Tylko o wiele go przerasta w genialności swoich pomysłów i czynów.
−∗−
Polityką zajmują się parweniusze a nie mężowie stanu, którzy uczą jak gardzić ojczyzną – ks. prof. Stanisław Koczwara
Kazanie o św. królewiczu Kazimierzu Jagiellończyku 06.04.2025r.
[Zmieniam w tytule na „rabunek”, boć to jawne. Co dla nich znaczy „10 bilionów” – nie wiem. md]
UE stoi na skraju bezprecedensowego kradzieży, gotowa splądrować konta oszczędnościowe swoich obywateli i przelać miliardy dolarów w chciwe ręce sojuszników Ursuli von der Leyen z branży zbrojeniowej
Pod przykrywką szlachetnej „Unii oszczędnościowo-inwestycyjnej” von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, otwarcie zadeklarowała swój zamiar „przekształcenia prywatnych oszczędności w bardzo potrzebne inwestycje”,co bardziej przypomina kradzież niż strategię ekonomiczną.
Mając 10 bilionów [czyli 10 tysięcy miliardów? Chyba nie? Plączą długą i krótką skalę, radzę rozumieć jako „bardzo wielkie pieniądze” md] , euro na europejskich kontach bankowych, elity UE widzą w tym doskonałą okazję – nie po to, by przynieść korzyści ludziom, ale by sfinansować swoją machinę wojenną i napełnić kieszenie swoich kolesi z przemysłu zbrojeniowego.
Plan von der Leyen, ujawniony w jej ostatnich wypowiedziach, nie dotyczy wzmocnienia pozycji obywateli ani pobudzenia gospodarki — to jawne przejęcie władzy przebrane za konieczność. Według Euronews Komisja Europejska naciska na przekierowanie tej ogromnej puli „niewykorzystanych oszczędności” na „inwestycje strategiczne”, a wydatki na obronę znajdują się na szczycie listy.
Tak zwany Plan Przezbrojenia Europy, który von der Leyen reklamowała na kwotę 800 miliardów euro , opiera się na przeznaczaniu środków publicznych i prywatnych na wsparcie producentów broni, podczas gdy obywatele Europy nie mają pojęcia, na co tak naprawdę trafiają ich ciężko zarobione pieniądze.
Dowody są druzgocące. POLITICO informuje , że von der Leyen agresywnie naciska na to, aby 150 mld euro pożyczek UE – pożyczonych na rynkach kapitałowych – trafiło bezpośrednio do europejskich firm zbrojeniowych, zapewniając stały dopływ gotówki do jej przemysłowych przyjaciół pod pretekstem „wspólnych zamówień”.
Ale co jest prawdziwą zagadką? Unia oszczędnościowo-inwestycyjna, reklamowana jako dobrowolne zwiększenie bogactwa gospodarstw domowych, jest teraz przekręcana w mechanizm, który ma wykorzystać 11,5 biliona euro, które Europejczycy zaoszczędzili — 13% ich dochodów — bez ich zgody.
To nie jest innowacja gospodarcza; to rozbój w biały dzień. UE twierdzi, że chodzi o konkurencyjność i bezpieczeństwo, ale prawda jest brzydsza. Weryfikacja faktów DW obaliła pomysł, że oszczędzający zostaną zmuszeni wprost, ale presja jest jasna: stworzyć „zachęty” tak nieodparte — lub przymusowe — że obywatele nie będą mieli innego wyboru, jak tylko włożyć oszczędności całego życia w ulubione projekty von der Leyen.
A kto na tym korzysta? Producenci broni, którzy już ślinią się na myśl o kontraktach na pociski, drony i systemy obrony powietrznej, jak opisano w projekcie Rearm Europe autorstwa von der Leyen [„ReArm Europe Plan: Ursula von der Leyen unveils major EU defense expense initiative,” defense-industry.eu, 4 marca 2025].
Smród kumoterstwa jest przytłaczający. Wewnętrzne otoczenie von der Leyen od dawna przyjaźni się z przemysłem zbrojeniowym, a teraz wykorzystuje widmo geopolitycznej niestabilności — sława ukrainie — aby usprawiedliwić napady na zasoby zwykłych Europejczyków. Kitco News ostrzegało , że może to odzwierciedlać historyczne precedensy, takie jak nazistów wymuszający oszczędzanie na obligacjach wojennych, niepokojąca analogia, która powinna sprawić, że każdy oszczędzający zadrży. Tymczasem retoryka UE zdradza jej intencje: „podwójne zwycięstwo” von der Leyen dla gospodarstw domowych i firm jest farsą, gdy jedynymi zwycięzcami są jej kumple od handlu bronią i Nowy Porządek Świata.
Europejczycy powinni być wściekli. Nie chodzi o obronę — chodzi o kontrolę, zysk i zdradę. UE, pod żelaznym uściskiem von der Leyen, jest gotowa splądrować twoje oszczędności, wszystko po to, by nasmarować koła machiny wojennej, która zagraża nie tylko naszym portfelom, ale samej duszy wolnego społeczeństwa.
Czas się obudzić, zanim konta bankowe będą puste, a przywódcy globalistycznego kultu śmierci będą się śmiać przez całą drogę do banku.
Demonstracja była wyrazem sprzeciwu wobec planu Unii Europejskiej, zakładającego przeznaczenie 800 miliardów euro na zbrojenia. Protestujący krytykowali cięcia w wydatkach na opiekę zdrowotną, edukację i zatrudnienie.
Plan UE dotyczący przezbrojenia spotyka się ze sprzeciwem nie tylko we Włoszech, ale i w całej Europie. Wiele osób zastanawia się, czy tak duża inwestycja w zasoby wojskowe jest konieczna i korzystna.
Na czele wiecu stanęła partia polityczna Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) i jej lider, były premier Giuseppe Conte, protestując przeciwko planom bloku zakładającym przeznaczenie 800 miliardów euro (875 miliardów dolarów) na wzmocnienie kompleksu militarno-przemysłowego w Unii Europejskiej.
„Nie dla dozbrojenia! Zatrzymajmy ich” – ogłosił Conte na swoim koncie X.
„Dziś rodzi się wspaniała alternatywa dla Włoch, gdzie następuje remilitaryzacja, cięcia w służbie zdrowia, szkołach, biznesie. Zatrzymamy je. Wszyscy razem” –napisał.
Na nagraniach wideo zamieszczonych przez polityka widać tłum tysięcy ludzi maszerujących ulicami Rzymu, machających włoskimi flagami i transparentami z hasłami takimi jak „Dość pieniędzy na broń” i „Nie dla dozbrojenia”.
Organizatorzy protestu przemawiali do tłumu ze sceny ustawionej na Via dei Fori Imperiali.
„Ten europejski plan nie przewiduje wspólnej obrony, a jedynie nowe cięcia w szkołach, służbie zdrowia i pracy. To szaleństwo bez strategii i wizji” – powiedział Conte na scenie, zwracając się do tłumu, według doniesień La Milano.
Gazeta podała, że w proteście wzięła również udział delegacja Włoskiej Partii Demokratycznej, choć w mniejszej liczbie.
W zeszłym miesiącu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaproponowała ogromny plan dozbrojenia, mający na celu wykorzystanie do 800 mld euro długu i ulg podatkowych. Tak zwany plan ReArm ma na celu przeciwdziałanie domniemanemu zagrożeniu ze strony Rosji, pomysłowi, który Moskwa odrzuciła jako bezpodstawny.
Premier Włoch Giorgia Meloni poparła ten plan. Jednak według doniesień poróżnił ją on z innymi członkami rządzącej centroprawicowej koalicji.
Stanisław Michalkiewicz„Goniec” (Toronto) • 6 kwietnia 2025 michalkiewicz
Przypadek zrządził, czy dobry los – bo wydaje się, jakby bodnarowcom z czarnymi podniebieniami kończył się okres dobrego fartu. Do tej pory dokazywali, jak chcieli; w rezultacie doszło do tego, że nie tylko jedne niezawisłe sądy nie uznają innych niezawisłych sądów, z Trybunałem Konstytucyjnym i Sądem Najwyższym na czele (z wyjątkiem Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, w której muszą zasiadać wyłącznie płomienni szermierze praworządności, co to stawili się na pierwszą linię frontu walki o praworządność, jaką w naszym bantustanie rozpętała w 2017 roku Nasza Złota Pani z Berlina, a którą kontynuuje Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje z Brukseli) – aż tu nagle pojawił się pierwszy trup w osobie pani Barbary Skrzypek. Wprawdzie wszyscy bodnarowcy z czarnymi podniebieniami, a przede wszystkim – sam „Jurek” Owsiak – stanęli „murem” za prokuraturą Ewą Wrzosek, wprawdzie dostała ona ochronę ubowców, którzy podobno nie spuszczają jej z oka nawet w nocy, wprawdzie tylko patrzeć, jak zostanie dołączona do stada autorytetów moralnych – ale absmak pozostał. Chodzi o to, że nawet z walką o praworządność nie należy przesadzać; owszem, skoro taki rozkaz, to walczyć trzeba – tak samo jak z korupcją – ale wszystko w granicach przyzwoitości. Skoro jednak pojawił się pierwszy trup, to znaczy, że granice przyzwoitości zostały przekroczone.
Jakże inaczej wytłumaczyć, że niezawisły sąd w Warszawie, w osobie pani sędzi Ptaszek Anny, mimo wniosku, jaki w imieniu sejmowej komisji do spraw „Pegasusa” złożyła sama Wielce Czcigodna Sroka Magdalena, żeby Zbigniewa Ziobrę umieścić co najmniej na 30 dni w areszcie wydobywczym, aż zmięknie mu rura, wniosek ten oddaliła? Ciekawe, że nawet nie dlatego, że ta cała komisja Wielce Czcigodnej Sroki Magdaleny jest „nielegalna” – co stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Normalnie to by może wystarczyło, ale organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, czyli III Rzeczpospolita pod firmą Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, nie jest reżymem normalnym, tylko przeżartym partyjniczym zacietrzewieniem, więc Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje”, a nawet nie wypłaca tamtejszym niezawisłym sędziom poborów. W tej sytuacji pani sędzia Ptaszek Anna wolała nie powoływać się na „nielegalność” – ale za to oddaliła wniosek z tego powodu, że komisja Wielce Czcigodnej Sroki Magdaleny mogła Zbigniewa Ziobrę przesłuchać, ale w podskokach „zakończyła obrady”, kiedy tylko dowiedziała się, że znienawidzony Ziobro Zbigniew jest już w Sejmie. Żeby przypadkiem nie zdążył dotrzeć na posiedzenie komisji przed rozpierzchnięciem się posłów – bo niezbyt kumatych musiała tarmosić Wielce Czcigodna Joanna Kluzik-Rostkowska, co to po rozmaitych przejściach wylądowała w Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, który używa jej do rozmaitych przedsięwzięć, bardziej lub mniej prestiżowych – Wielce Czcigodna Sroka Magdalena dała cynk Straży Marszałkowskiej, żeby tego całego Ziobrę jeszcze przez kilka minut przetrzymała przy wejściu.
Toteż pani sędzia Ptaszek Anna mogła uznać, że Wielce Czcigodna Sroka Magdalena próbuje ją instrumentalnie wykorzystać do jakiejś prywatniackiej dintojry i pomyśleć sobie – jak ty mi tak, wywłoko, to ja ci tak! Zobaczymy, czy minister Bodnar z czarnym podniebieniem zarządzi wylosowanie jakiegoś dyspozycyjnego szubrawca, który w apelacji, jaką Wielce Czcigodna Sroka Magdalena zapowiada, to postanowienie pani sędzi Ptaszek Anny uchyli. Może znajdzie, bo szubrawców u nas nie brakuje, ale z drugiej strony z szubrawcami nigdy nic nie wiadomo, bo takiego jednego z drugim szubrawca druga strona też może skorumpować i to niekoniecznie finansowo. Jak powiadają Rosjanie, nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, a już szubrawcy – w szczególności. Tymczasem – jak zauważył Rejent Milczek – „nie brak świadków na tym świecie” – więc i szubrawcowi można oddziaływać nie tylko na trzos – ale i na instynkt samozachowawczy.
Toteż nic dziwnego, że na szubrawców bez przerwy oddziałują promotorzy demokracji kierowanej, którą obywatel Tusk Donald nazywa „walczącą”. Znakomity przykład skuteczności wpływania na szubrawców mieliśmy w Rumunii, teraz możemy oglądać to w Turcji, a ostatnio – we Francji, gdzie tamtejszy szub… to znaczy – pardon – oczywiście tamtejszy niezawisły sąd przysolił piękny wyrok pani Marynie Le Pen, oczyszczając w ten sposób teren dla przyszłych kandydatów na francuskich prezydentów z ramienia żydokomuny. Wprawdzie i pani Maryna wobec Żydów wykazywała elastyczność, ale co żydokomuna, to żydokomuna, więc nic dziwnego, że niezawisły sąd dostał rozkaz, żeby ją z wyborów prezydenckich wymiksować. W ten oto sposób spełni się spiżowe słowo klasyka demokracji Józefa Stalina, żeby przygotować francuskim suwerenom prawidłową alternatywę, która poznamy po tym, że nawet bez względu na to, kto wygra wybory, będą one wygrane.
Ciekawe, co też uradzą uczestnicy zapowiedzianego „okrągłego stołu” Unii Europejskiej w sprawie wyborów prezydenckich w naszym bantustanie. Jakie rozkazy dostanie PKW, jakie – bodnarowcy z czarnymi podniebieniami, a jakie – niezależne media głównego nurtu? Na razie mają rozkaz, żeby grillować dwóch delikwentów: Sławomira Mentzena i Karola Nawrockiego – bo albo jeden, albo drugi ma szanse dostać się do drugiej tury, gdzie by się zmierzył z zatwierdzonym przez organizatorów demokracji kierowanej kandydatem Rafałem Trzaskowskim – ale jak przyjdzie co do czego, to nie wykluczam, że i jeden i drugi zostanie aresztowany pod zarzutem myślozbrodni, a zanim cokolwiek się wyjaśni, będzie już po wyborach. Cóż dopiero Grzegorz Braun, który tylko dlatego nie jest aresztowany, że jest rozkaz, by w sondażach wypadał mizernie?
Jego przypadek podobny jest do opisanego w bajce księdza biskupa Krasickiego” Rybka mała i szczupak”: „Widząc w wodzie robaka, rybka jedna mała – że go połknąć nie mogła – wielce żałowała. Nadszedł szczupak. Robak się przed nim nie osiedział. Połknął go – a z nim haczyk, o którym nie wiedział. Gdy rybak z brzegu ciągnął zdobycz okazałą, rzekła rybka: dobrze to czasem być i małą!”
Wszystko jednak może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach, by demokracji kierowanej stało się zadość. Oto Naczelnik Państwa wezwał „wszystkich patriotów” na 12 kwietnia, żeby maszerowali w intencji zwycięstwa pana Karola Nawrockiego. Na takie dictum obywatel Tusk Donald wezwał „wszystkich patriotów” na 11 maja, żeby maszerowali w intencji zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego. Z tej okazji pragnę wysłać na ludowy konkurs do Ministerstwa Chałtury skomponowany przeze mnie wierszyk w nadziei na stypendium twórcze: Popatrz matko, popatrz ojcze. To maszerują folksdojcze. Jeszcze będzie w Polsce git – z folksdojczami – polski Żyd!
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Trump won the popular and electoral college; he has the support of the American people.
The “Hands Off” protests are fighting against the people’s will. They are the ones who are trying to overturn the democratic process. The ultimate goal is to tear down our republic and replace it with the administrative state. Together with the NGOs, they are directly threatened by the ferreting out of corruption and waste in the government by DOGE and Trump’s White House.
We will have an affordable government either by design or by financial collapse. The choice for that smaller government is between a total collapse or a careful restructuring (DOGE).
(Bóg Stwórca – witraż Stanisława Wyspiańskiego, FOT.:Lestat (Jan Mehlich) put it under GFDL and Creative Commons Attribution ShareAlike 2.5)
Tylko Bóg w Chrystusie Jezusie jest gwarantem prawdziwego pokoju. Wszystkie wydarzenia historyczne i polityczne trzeba oglądać z perspektywy porządku chcianego przez Stwórcę. Dotyczy to także wojny na Ukrainie czy zawirowań, które wywołuje polityka Donald Trumpa. Pisze o tym włoski historyk, prof. Roberto de Mattei.
Dzisiejsza sytuacja na świecie jest tak skomplikowana, że wymaga od każdego, kto chce się w niej zorientować, dużej dozy spokoju i jasności umysłu. Pandemia, wojna rosyjsko-ukraińska i wybór Donalda Trumpa zaburzyły fałszywą równowagę międzynarodową. Klasa polityczna i intelektualna, która rządziła światem od czasów rewolucji francuskiej, widzi teraz, jak jej władza i iluzje rozpadają się. Katolicy mogą jedynie cieszyć się z upadku pseudo-cywilizacji zrodzonej z Rewolucji Francuskiej, pamiętając, że istnieje tylko jedna cywilizacja godna tego miana: cywilizacja chrześcijańska.
Naturalnemu i chrześcijańskiemu porządkowi zagraża dziś jednak globalny chaos, do którego przyczyniają się wszystkie idee odbiegające od niezmiennego nauczania Kościoła. I to właśnie w świetle tych nauk należy oceniać złożoną sytuację międzynarodową. Wysiłek, do którego katolicy są dziś wezwani, polega na przejściu od czysto politycznego odczytywania wydarzeń do nadprzyrodzonej interpretacji, która bierze pod uwagę przede wszystkim sprawy Boga i Kościoła.
Aby to zrozumieć, należy uważnie przeczytać […] przesłanie radiowe skierowane przez Piusa XII do całego świata 24 grudnia 1951 r., w przeddzień Bożego Narodzenia. W tym ważnym dokumencie papież podejmuje temat wkładu Kościoła w sprawę pokoju, aby wyjaśnić, na czym on naprawdę polega.
Błąd, który papież chce rozwiać, to błąd tych, którzy „uważają Kościół niemal za jedną z ziemskich potęg, za rodzaj światowego imperium” i proszą Kościół albo o opowiedzenie się po stronie politycznej, na korzyść jednej lub drugiej strony, albo, przeciwnie, o przyjęcie pozycji neutralności politycznej, zapominając, że Kościół nie może służyć czysto politycznym interesom.
Dlatego Pius XII ostrzegał, że „politycy, a czasem nawet ludzie Kościoła, którzy zamierzają uczynić Oblubienicę Chrystusa swoim sojusznikiem lub narzędziem krajowych czy międzynarodowych machinacji politycznych, zaszkodziliby samej istocie Kościoła. Wyrządziliby szkodę samemu życiu Kościoła; jednym słowem, zniżyliby go do tej samej płaszczyzny, na której toczą się konflikty interesów doczesnych. To jest i pozostanie prawdą, nawet jeżeli chodziłoby o cele i interesy uzasadnione same w sobie”.
Kościół nie przyczynia się do pokoju poprzez decyzje polityczne, ale poprzez przypominanie światu wielkich prawd, które wykraczają poza politykę. „Ktokolwiek zatem chciałby oderwać Kościół od jego domniemanej neutralności, naciskać na niego w sprawie pokoju albo też naruszać jego prawo do swobodnego decydowania o tym, czy, kiedy i jak chce stanąć po stronie różnych konfliktów, nie ułatwiłby mu wkładu na rzecz pokoju. Zajmowanie przez Kościół różnych stron, także w sprawach politycznych, nigdy nie może być czysto polityczne. Musi zawsze odbywać się »sub specie aeternitatis«, w świetle prawa Bożego, jego porządku, jego wartości, jego norm”.
Papież dodaje: „Nierzadko zdarza się, że czysto ziemskie moce i instytucje porzucają swoją neutralność, aby dziś stanąć po jednej stronie, a jutro być może po drugiej. Jest to gra pełna machinacji, którą można wytłumaczyć nieustanną fluktuacją doczesnych interesów. Ale Kościół trzyma się z dala od takich zmiennych kombinacji. Jeśli osądza, to nie po to, by odejść od dotychczas przestrzeganej neutralności, ponieważ Bóg nigdy nie jest neutralny wobec ludzkich spraw, a zatem Kościół też nie może taki być. Jeśli przemawia, to na mocy swojej boskiej misji, której pragnie Bóg. Jeśli przemawia i osądza problemy dnia dzisiejszego, to z wyraźną świadomością przewidywania, w cnocie Ducha Świętego, [w imię] wyroku, który na końcu czasów potwierdzi i usankcjonuje jego Pan i Głowa, Sędzia wszechświata”.
Papież podkreśla, że Bóg nigdy nie jest neutralny w sprawach ludzkich, a tym bardziej nie może być neutralny Kościół. To znaczy, że bierze udział w walkach świata, ale jego kryteria nie są polityczne, ponieważ ma na uwadze nie światowe interesy narodów lub jednostek, ale chwałę Boga i dobro dusz. Kościół, przypomina Pius XII, „nie może pozwolić sobie na osądzanie według kryteriów wyłącznie politycznych; nie może wiązać interesów religii z kierunkami wyznaczonymi przez czysto ziemskie cele; nie może narażać się na niebezpieczeństwo, że jego religijny charakter może być poddany w wątpliwość; nie może zapomnieć, nawet na chwilę, że jego przymiot jako przedstawiciela Boga na ziemi nie pozwala mu pozostać obojętnym, nawet na chwilę, między dobrem a złem w sprawach ludzkich”.
„Dzieciątko, które leży w kołysce w Betlejem”, podkreśla, „jest Synem Bożym, który stał się Człowiekiem, a Jego imię brzmi »Princeps pacis«, Książę Pokoju”. Jednak „kiedy Kościół i jego najwyższy Pasterz odsuną się od słodkiej intymności spokoju i ciepła serca Dzieciątka z Betlejem, czują się jakby uderzeni prądem lodowatego powietrza. Ten świat tylko mówi o pokoju, ale nie ma pokoju; rości sobie wszelkie możliwe i niemożliwe tytuły prawne do ustanowienia pokoju, ale nie zna ani nie uznaje tej misji pokojowej, która emanuje bezpośrednio od Boga, misji pokojowej władzy religijnej Kościoła. Krótkowzroczni nieszczęśnicy, których zawężone pole widzenia nie wykracza poza przewidywalne perspektywy obecnej godziny, poza kalkulowanie potencjału militarnego i gospodarczego! Jak ludzie ci mogą mieć najmniejsze pojęcie o wadze i znaczeniu autorytetu religijnego dla rozwiązania problemu pokoju? To powierzchowne umysły, niezdolne do dostrzeżenia w całej swej prawdzie i rozległości wartości i twórczej mocy chrześcijaństwa; jak mogłyby nie pozostać sceptyczne i pogardliwe wobec pokojowej mocy Kościoła?”
Pius XII kontynuuje i podsumowuje: „Również dzisiaj, podobnie jak przy innych okazjach, przed żłóbkiem Boskiego Księcia Pokoju, widzimy, że musimy ogłosić: świat jest daleki od tego porządku, którego chciał Bóg w Chrystusie, który gwarantuje prawdziwy i trwały pokój”. Jest zatem nieodzowne, aby „skupić nasz wzrok na porządku chrześcijańskim, który dziś zbyt wielu straciło z oczu”. […]
W obliczu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i wszystkich kryzysów naszych czasów podsumowujemy nasze stanowisko w następujący sposób: krajowe i międzynarodowe wydarzenia polityczne muszą być zawsze oceniane wyłącznie „sub specie aeternitatis”, „w świetle prawa Bożego, jego porządku, jego wartości, jego norm”. Tylko porządek ustanowiony przez Boga w Chrystusie powstrzymuje wojny i gwarantuje prawdziwy i trwały pokój. Ten pokój nie ma nic wspólnego z fałszywym pokojem, na który powołują się politycy i ludzie myślący w kategoriach doczesności.
Ceny gazu ziemnego w USA spadły w piątek rano o 7% na skutek ogólnej wyprzedaży na rynku. Ceny zamknięcia osiągnęły rekordowo niski poziom 88 dolarów za tysiąc m3. Takiej ceny surowca nie widziano od bardzo dawna, co najmniej od 2022 roku.
W Europie cena niebieskiego paliwa spadła jeszcze bardziej. Jak podaje Stephen Staczynski, reporter agencji Bloomberg, kontrakty terminowe na giełdzie TTF rozliczano po cenie 366 USD za tysiąc m3. Jest to prawie o 9% mniej niż dzień wcześniej. Ostatni raz taką cenę odnotowano w grudniu 2021 r.
Dla Europy, pomimo wszystkich negatywnych aspektów (nie tylko ekonomicznych, ale i geopolitycznych), korzyścią jest to, że niższa cena głównego źródła energii kontynentu pozwoli jej rozpocząć wypełnianie pustych podziemnych magazynów. Najważniejsze jest to, aby inwestorzy zgodzili się na dostarczanie towarów po niskiej cenie przez długi czas. W Brukseli ludzie zapewne zastanawiają się, jak ważny jest dla nich sojusz transatlantycki w kontekście recesji, zwłaszcza takiej, którą niszczy wiele czynników.
Szanowny Panie, w ostatnich miesiącach media donosiły o szokujących przypadkach ciężko chorych dzieci, którym polskie szpitale miały odmawiać pomocy medycznej, skazując je na śmierć!Wirtualna Polska pisała o „eutanazji w białych rękawiczkach”, przywołując historię dzieci, którym lekarze wystawiali tzw. protokół terapii daremnej, mający prowadzić do rezygnacji z jakiekolwiek terapii i ratowania życia. Dziennikarze relacjonowali między innymi sprawę rodziców 4-letniego Kacpra, którym odmówiono wysłania karetki do chorego dziecka ze względu na wystawiony dziecku „protokół terapii daremnej”. Rodzice mieli przez godzinę bezskutecznie samodzielnie reanimować w domu umierające dziecko!Autorzy artykuły opisywali przypadki rodziców, którzy błagali lekarzy o pomoc, ale słyszeli, że wystawionego „protokołu nie da się cofnąć czy anulować”. W rezultacie dzieci umierały na ich oczach.Przywołano także wypowiedź anestezjologa, który prosząc o zachowanie anonimowości, przyznał, że zespół lekarski na jego zlecenie wydał w jednym z małopolskich szpitali ponad 30 „protokołów terapii daremnej” w ciągu 12 miesięcy.Artykuły medialne wzburzyły opinię publiczną i sprawiły, że zaczęliśmy szczegółowo badać sprawę i weryfikować te doniesienia. W tym samym czasie do prawników Ordo Iuris zgłosiła się lekarka, której dorosły syn zmarł, gdyż nie udzielono mu koniecznej pomocy medycznej po tym jak lekarze wystawili mu „protokół terapii daremnej”.Aby zweryfikować medialne doniesienia skontaktowaliśmy się z lekarzami, ratownikami medycznymi i ekspertami z branży medycznej.A Nasza analiza prowadzi do wniosku, że winę za ten stan rzeczy mogą ponosić dwa dokumenty. Jednym z nich jest stanowisko Towarzystwa Internistów Polskich dotyczące umierających pacjentów, którzy sami nie mogą decydować o sobie. Jego wydanie wywołało liczne głosy krytyki także ze strony przedstawicieli środowiska medycznego, którzy zarzucają mu niezgodność z obowiązującym prawem i etyką lekarską. Zmiany wprowadza się po cichu – w ramach wytycznych dla lekarzy, o których większość pacjentów może dowiedzieć się dopiero wraz z informacją o odmowie leczenia ich samych lub ich bliskich.Tym co w debacie publicznej budzi najwięcej wątpliwości wobec stanowiska i stanowiącego jego element tzw. protokołu terapii daremnej, to użycie w nim nieprecyzyjnej terminologii oraz kryteriów mających stwierdzić, kto powinien zostać objęty „protokołem terapii daremnej”, przez co dokument wydaje się wykraczać swoim zasięgiem poza chorych umierających.Sytuację dodatkowo pogarszają wprowadzone od 1 stycznia zmiany w Kodeksie Etyki Lekarskiej, które zdecydowanie zakazują stosowania „terapii daremnej”. Poprzednia wersja dokumentu pozostawiała lekarzom wolność w tej wrażliwej kwestii, nie nakładając na nich takiego zakazu.Musimy działać w tej delikatnej materii szybko i zdecydowanie, nie ulegając jednak emocjom i niesprawdzonym informacjom. Ta sprawa musi zostać dogłębnie zbadana przez odpowiednie organy, a środowisko lekarskie musi wypracować standardy postępowania w sytuacjach granicznych, które nie będą tworzyć ryzyka skazywania na śmierć ludzi, którzy nadal mogliby żyć.Dlatego prawnicy Ordo Iuris kierują do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w oparciu o doniesienia medialne o przypadkach dzieci, którym lekarze mieli wbrew prawu odmawiać ratunku z powodu zastosowania wobec nich „protokołu terapii daremnej”. Polacy muszą mieć pewność, że idąc do szpitala, otrzymają należną opiekę medyczną.Równolegle podjęliśmy interwencję w Towarzystwie Internistów Polskich, do którego skierowaliśmy pismo zawierające wezwanie o zmianę budzących liczne kontrowersje wytycznych. Natomiast do samorządu lekarskiego skierujemy wniosek o przywrócenie poprzedniego, bardziej wolnościowego brzmienia Kodeksu Etyki Lekarskiej. Dzięki temu lekarze będą mogli udzielać świadczeń medycznych pacjentom bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności zawodowej z tytułu naruszenia Kodeksu Etyki Lekarskiej. Aby nie dopuścić do powtórzenia w Polsce scenariusza licznych krajów Europy Zachodniej, gdzie dochodzi do zabijania niezdolnych do sprzeciwu ludzi starszych i niepełnosprawnych oraz do wspierania przez państwo „wspomaganego zabójstwa” – uświadamiamy Polaków o skali zagrożeń związanych z wdrażaniem praktyk eugenicznych. 25 marca – w Dzień Świętości Życia oraz 30 rocznicę wydania przez św. Jana Pawła II encykliki Evangelium vitae – opublikowaliśmy naszą monografię naukową „Zjawisko eutanazji: filozofia, kultura, medycyna, prawo”. Publikacja została zaprezentowana i omówiona podczas konferencji prasowej zorganizowanej wraz z Katolicką Agencją Informacyjną, podczas której głos – obok współautorki monografii, Dyrektor Centrum Prawa Medycznego i Bioetyki Ordo Iuris mec. Katarzyny Gęsiak – zabrali dr Monika Zając z Centrum Życia i Rodziny, etyk i teolog ks. prof. Paweł Bortkiewicz, redaktor kwartalnika „Christianitas” Tomasz Rowiński oraz historyk, inicjator i koordynator Narodowego Marszu Papieskiego – Małgorzata Żaryn. Warto dodać, że wydarzenie połączone było także z prezentacją przygotowanego przez nas – w związku z bezprawnymi proaborcyjnymi wytycznymi Minister Zdrowia Izabeli Leszczyny – poradnika „Jak szpitale mogą bronić się przed Wytycznymi Ministra Zdrowia i karami NFZ” oraz opracowanego przez Centrum Życia i Rodziny kompendium „W obronie życia”. Wkrótce planujemy także przygotowanie recenzji raportu węgierskiego Mathias Corvinus Collegium na temat eutanazji.Tak szeroka i kompleksowa działalność ekspertów Ordo Iuris jest możliwe dzięki temu, że cały czas monitorujemy debatę na temat eutanazji na całym świecie i wiemy, jakie praktyki oraz argumenty stosują propagatorzy „cywilizacji śmierci”.Nie byłoby to jednak możliwe bez wsparcia ludzi takich jak Pan, którzy finansują naszą pracę.Wierzę, że pomoc naszych Darczyńców i Przyjaciół pozwoli zapewnić polskim pacjentom bezpieczeństwo i niezbędny standard opieki w szpitalach i obronić naszą Ojczyznę przed realizacją agendy „cywilizacji śmierci”, przed którą przestrzegał św. Jan Paweł II. Obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci to bowiem najlepszy możliwy sposób na realizację testamentu św. Jana Pawła II, którego okrągłą, dwudziestą rocznicę śmierci obchodziliśmy w mijającym tygodniu. Czy w Polsce mamy do czynienia z zakamuflowaną eutanazją?W naszym piśmie skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich, dotyczącym Stanowiska ds. Terapii Daremnej na Oddziałach Internistycznych „Zapobieganie terapii daremnej u dorosłych chorych umierających w szpitalu” zwracamy uwagę na istotne różnice pomiędzy „terapią daremną” a „terapią uporczywą”. Wskazujemy, że zgodnie z definicją – wypracowaną w 2008 r. przez Polską Grupę Roboczą ds. Problemów Etycznych Końca Życia – „uporczywa terapia” polega na stosowaniu wobec nieuleczalnie chorego pacjenta procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych, które przedłużają jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności w odczuciu pacjenta. Nie jest to pojęcie tożsame z terminem „terapia daremna medycznie”, którym operuje Towarzystwo Internistów Polskich w swoim stanowisku. Tym samym tłumaczymy, dlaczego próba zastąpienia ugruntowanego w polskiej literaturze medycznej terminu „terapii uporczywej” terminem „terapia daremna” budzi uzasadnione wątpliwości.W naszym stanowisku skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich zwracamy także uwagę na kluczową zmianę, jaka od 1 stycznia 2025 roku weszła do Kodeksu Etyki Lekarskiej, który do tego czasu stwierdzał, że „w stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii i stosowania środków nadzwyczajnych”. Po zmianach Kodeks wyraźnie zakazuje lekarzom stosowania „terapii daremnej”, która z punktu widzenia lekarzy nie prowadzi do wyleczenia pacjenta, ale wcale nie musi wiązać się z nieakceptowalnym przez pacjenta cierpieniem.W naszym piśmie wykazujemy też, że zaproponowany w stanowisku TIP protokół postępowania, ograniczającego „terapię daremną” stanowi wyraz mechanistycznego podejścia do pacjenta, co może skutkować obniżeniem jakości opieki medycznej, czego dowodzi przykład brytyjskiego dokumentu Liverpool Care Pathway for the Dying Patient, którego stosowanie spowodowało obniżenie poziomu opieki medycznej. Jak w praktyce wygląda eutanazja w Europie?Pozostając w temacie ochrony życia u jego schyłku, podejmujemy wiele działań zmierzających do propagowania wiedzy o realnych skutkach legalizowania eutanazji. W tym celu wydaliśmy monografię „Zjawisko eutanazji”, w której szeroko opisujemy jej aspekty filozoficzne, kulturowe, medyczne i prawne.W monografii ujawniamy, jak rzeczywiście wygląda praktyka „skracania życia” pacjentów w krajach europejskich. Opisując uwarunkowania prawne wspomaganego samobójstwa w Szwajcarii, ukazujemy, jak rozwinęła się tam „turystyka samobójcza”, w której wyniku przez ostatnie 10 lat liczba Europejczyków udających się do Szwajcarii w tym celu wzrosła dwukrotnie. Finansowe korzyści z tego stanu rzeczy czerpią organizacje świadczące pomoc w samobójstwie. Choć szwajcarskie prawo uznaje eutanazję rozumianą jako działanie polegające na skróceniu życia nieuleczalnie chorego pacjenta na jego prośbę za nielegalną, to przemysł eutanazji jest tam bezkarny, co wynika ze swoistej interpretacji przepisów, które zwalniają od odpowiedzialności karnej osoby i organizacje pomagające w samobójstwie, jeśli ich pobudki nie są „egoistyczne”.W praktyce organizacje świadczące pomoc w eutanazji poprzez dostarczanie odpowiednich środków chemicznych otrzymują wynagrodzenie finansowe za swoje „usługi”, co nie jest interpretowane jako pomoc z pobudek „egoistycznych” i w efekcie nie jest karane. W monografii przytaczamy głos szwajcarskich lekarzy specjalizujących się w medycynie paliatywnej, których zdaniem organizacje czerpiące zyski ze wspomagania samobójstwa działają w sposób nietransparentny.Publikacja opisuje również praktykę stosowania eutanazji w Belgii, gdzie została ona zalegalizowana już w 2002 roku, a w 2014 roku rozszerzono tę dopuszczalność zabijania także na nieuleczalnie chore dzieci na podstawie przewidywanej „niskiej jakości życia”, co prowadzi do skrajnej patologizacji tej niegodziwej procedury. Zwracamy uwagę na przypadki eutanatycznych morderstw trzydziesto-ośmioletniej Tiny Nys i sześćdziesięcio-czteroletniej Godlievy de Troyer. W przypadku pierwszej z kobiet powodem zakwalifikowania do eutanazji był zespół Aspergera, a w przypadku drugiej depresja. Co znamienne, syn sześćdziesięcio-czterolatki został poinformowany przez szpital o eutanazji matki, dopiero wtedy, gdy trzeba było… zająć się organizacją jej pogrzebu.Mężczyzna złożył w tej sprawie skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który przyznał mu rację i nakazał Belgii modyfikację prawa o eutanazji.W monografii opisujemy też inne sprawy, w których Europejski Trybunał Praw Człowieka wypowiadał się na temat eutanazji. Omawiamy między innymi sprawę Pretty v. UK, w której 43-letnia, sparaliżowana od szyi w dół kobieta skarżyła w 2001 roku obowiązujące wówczas brytyjskie prawo, które zabraniało eutanazji. W 2002 r. Trybunał jednomyślnie oddalił jej skargę, stwierdzając, że z prawa do życia, na które powoływała się skarżąca, nie może zostać wyprowadzone „prawo do śmierci”. Sędziowie ETPC w 2011 roku oddalili również skargę 58-letniego Szwajcara (Haas v. Szwajcaria) chorującego na chorobę afektywną dwubiegunową, który napisał list do 170 psychiatrów, prosząc o wystawienie mu recepty na trujący pentobarbital sodu, aby popełnić samobójstwo. Mężczyzna zupełnie otwarcie przyznał, że nie interesuje go żadna terapia i że dawno temu zaprzestał zażywania leków neuroleptycznych na swoją chorobę. Żaden z lekarzy, którzy odpowiedzieli na jego list nie chciał wystawić takiej recepty in blanco (bez badania i bez podjęcia próby terapii), co mężczyzna uznał za naruszenie jego praw. Do Strasburga trafiła także sprawa Lambert i in. v. Francja wniesiona przez rodzinę mężczyzny, który wskutek wypadku samochodowego znalazł się w stanie całkowitego paraliżu i minimalnej świadomości. Mimo tych ograniczeń pacjent spędzał wiele czasu z rodziną, a czasami nawet jeździł razem z nią na wakacje. Pomimo braku podstaw dla uznania, że przypadłości mężczyzny towarzyszą cierpienia fizyczne, jego lekarz prowadzący po kilku latach nakazał wstrzymanie karmienia i nawadniania pacjenta. Eutanatyczne morderstwo uzasadnił rzekomą „nieracjonalnością uporczywej terapii”, innymi słowy – daremnością terapii. Skąd bierze się poparcie dla eutanazji? W monografii przedstawiamy źródła przemian filozoficznych, etycznych i społeczno-kulturowych, które w niektórych krajach umożliwiły legalizację eutanatycznego mordowania ludzi. Wskazujemy, że jej podbudową moralną są nihilizm i hedonizm, które prowadzą do utraty rzeczywistego sensu i celu życia na rzecz fałszywie rozumianego szczęścia poszukiwanego w samorealizacji i konsumpcji.Analizujemy także proces słownikowej zmiany znaczenia słowa „eutanazja” oraz diagnozujemy przemiany jakie zaszły w polskim społeczeństwie w zakresie postrzegania eutanazji, wykazując, że tendencyjne pytania zadawane w badaniach sondażowych (ankieterzy nie pytają o eutanazję, ale o to czy lekarz powinien zastosować się do prośby nieuleczalnie chorego pacjenta o podanie środków powodujących śmierć) przyczyniają się do błędnego utożsamiania przez Polaków eutanazji z uporczywą terapią. Zwracamy uwagę na to, że przyzwolenie na eutanazję jest wyższe w grupie młodszych respondentów. Zastanawiając się nad przyczyną tego zjawiska, zwracamy uwagę na kryzys autorytetów w społeczeństwie oraz indywidualizację społeczeństwa, prowadzącą do kształtowania się społeczeństwa egoistów.W jednym z rozdziałów monografii, lekarz medycyny paliatywnej prof. Tomasz Dzierżanowski – bazując na własnej, wieloletniej praktyce lekarskiej w opiece nad osobami umierającymi – dowodzi, że ludzie postrzegają chorowanie, cierpienie i umieranie jako niegodne wtedy, gdy nie zadbano o godne warunki umierania. Profesor dokonuje krytycznej analizy polskiego systemu opieki nad osobami umierającymi, przedstawiając jednocześnie konkretne propozycje zmian, które pozwolą zapewnić pacjentom niezbędne warunki dla umierania w godności.
Monitorujemy debatę na temat eutanazji w Europie Aby skutecznie przeciwstawiać się narracji lobby eutanatycznegomonitorujemy debatę na temat eutanazji w całej Europie. W ramach tej działalności opublikowaliśmy komentarz prawny, poświęcony legalizacji eutanazji w Toskanii przez tamtejszą radę regionalną. Zwracamy uwagę, że tym samym Toskania stała się pierwszym z 20 regionów Włoch, który dopuszcza „wspomagane samobójstwo”. Co istotne, wobec nowego prawa istnieją poważne wątpliwości prawne, wynikające z tego, że zgodnie z Konstytucją Republiki Włoch kwestie dotyczące ochrony zdrowia pozostają w kompetencji władz centralnych. Wkrótce opublikujemy także komentarz prawny na temat postępowania toczącego się przed włoskim Trybunałem Konstytucyjnym. Na wniosek sądu w Mediolanie, Trybunał Konstytucyjny zastanawia się nad ewentualnym usunięciem jednej z przesłanek niekaralności wspomaganego samobójstwa – czyli wymogu bycia poddanym terapii podtrzymującej życie. Do postępowania dołączyły 4 nieuleczalnie chore osoby, które sprzeciwiają się rozszerzeniu dostępu do wspomaganego samobójstwa wskazując, że mogłaby to znacząco osłabić ochronę prawną życia osób chorych.Opublikowaliśmy także analizę poświęconą procedowanemu w brytyjskiej Izbie Gmin projektowi ustawy przewidującej umożliwienie „uzyskania pomocy” nieuleczalnie chorym osobom w „zakończeniu własnego życia”, który wywołał liczne kontrowersje w Zjednoczonym Królestwie. Wskazujemy, że według zgłoszonego przez deputowaną rządzącej na wyspach Partii Pracy projektu ustawy, z wnioskiem o pomoc we „wspomaganym samobójstwie” mogłyby występować osoby pełnoletnie, zarejestrowane jako pacjenci podstawowej opieki zdrowotnej w Anglii lub Walii, u których zdiagnozowano nieuleczalne choroby i które są zdolne do samodzielnego podjęcia takiej decyzji. Razem obronimy prawo pozwalające pacjentom żyć Nadal mamy czas, aby starać się wpłynąć na wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy, ratując w ten sposób wielu Polaków. Musimy jednak reagować szybko i zdecydowanie. Będziemy mogli to robić tylko ze wsparciem Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris, których hojność stanowi jedyne źródło finansowania działań naszych profesjonalnych prawników i ekspertów. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie naszych działań w tej materii, które generują konkretne koszty.Monitorowanie zmian w przepisach prawa krajowego i wewnętrznych regulacjach medycznych wymaga stałego zaangażowania naszych analityków, którzy sprawdzają, czy nikt nie szykuje zamachu na życie Polaków. Miesięczny koszt tej aktywności szacujemy na 6 000 zł. Tylko trzymając rękę na pulsie, będziemy mogli interweniować na czas. Opracowanie każdej analizy czy stanowiska to – w zależności od dziedziny prawa, rozległości dokumentu i charakteru proponowanych zmian – koszt od 10 000 do nawet 25 000 zł. W sprawach związanych z zmianami prawa medycznego często musimy zwracać się o pomoc do lekarzy specjalistów w konkretnych dziedzinach. Nasze merytoryczne analizy często są jedynym głosem sprzeciwu wobec szkodliwych zmian w prawie. Bez nas przechodziłyby one bez echa. Dlatego tym bardziej nie możemy ustawać w tej pracy.Obawiamy się, że jeśli wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy nie zostaną zmienione, to już niedługo będziemy musieli udzielać pomocy prawnej ofiarom złych przepisów. Aby udzielić pomocy każdemu, już teraz musimy zarezerwować na ten cel co najmniej 20 000 zł. Nie możemy dopuścić do tego, żeby jakakolwiek śmierć spowodowana błędnie pojmowanymi wytycznymi w zakresie zaniechania terapii daremnej pozostała bezkarna. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli z całą stanowczością bronić życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk
Z wyrazami szacunku P.S. Naprawdę bardzo niewiele dzieli nas od tego, żeby szokujące przykłady z Zachodu, gdzie lekarze odmawiają ratowania ludzi ku rozpaczy ich bliskich, mogły się zdarzyć w Polsce. Musimy zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby do tego nie doszło. Wierzę, że z pomocą ludzi takich jak Pan, którzy sprzeciwiają się cywilizacji śmierci, wspólnie zatrzymamy jej marsz w naszej Ojczyźnie. P.P.S. Wraz z końcem kwietnia mija termin rozliczenia podatku PIT. W związku z tym w ostatnich tygodniach otrzymujemy coraz więcej pytań o to, czy można przekazać 1,5% podatku na naszą działalność. Jako że Instytut Ordo Iuris nie ma statusu Organizacji Pożytku Publicznego, nie jest to możliwe. Dlatego też wszystkie osoby, które chciałyby wesprzeć przy tej okazji naszą pracę, zachęcamy do wsparcia Stowarzyszenia Marsz Niepodległości (0000406677), z którym wspólnie prowadzimy program wsparcia prawnego dla patriotów, prześladowanych za wierność Ojczyźnie i swoim przekonaniom i ideałom. Aby udzielić wsparcia na ten konkretny cel, należy wpisać w rubryce Cel szczegółowy hasło „Obrona patriotów”. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.
Byłem ostatnio na konferencji. Konferencja, jak to konferencja, czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że odbywa się jakiś rytuał, wszyscy mniej więcej wiedzą kto co powie, albo co się stanie. Jeśli tak jest, a jest tak coraz częściej, to widać, że nie o wiedzę tu chodzi, czy wymianę informacji, ale właśnie – o jakiś rytuał. Co do wymiany informacji to można założyć, że albo jest ona dla widowni znana, albo mało istotna. Zaś co do wiedzy to już jest inaczej: jeśli przyjąć, że wiedza ma polegać nie na znajomości faktów (bo to jest informacja), ale na uchwyceniu istoty zagadnienia, to i wiedzy w takich spotkaniach coraz mniej. Zaraz dowiodę.
Akcja – deregulacja
Konferencja była o modnym ostatnio terminie – deregulacja. Pojęcie to ostatnio wygrzebał spod stosów papierów premier Tusk, który publicznie zaprosił do współpracy przy opracowaniu deregulacji prezesa Brzoskę, którego zwabiono na spotkanie z premierem, co to ogłosił (co, już zapomnieliście?) wielki program otwarcia rozwoju Polski. Sam premier ponarzekał na przeregulowanie gospodarki, i jako wyraz chyba ekspiacji za grzechy administracji, poprosił by prezes Brzoska stworzył we współpracy z ciemiężonymi przedsiębiorcami listę deregulacji. Tu od razu się zastrzegł, że nie żeby takich pomysłów co to by zaraz wymagały jakichś ustaw, co to, to nie. A więc widać było, że kwestia jest raczej interwencyjna, nie na poziomie jakichś systemowych rewolucji – ot, coś się tam zmieni w okólnikach i tyle.
Dla Tuska to już tak z trzecie podejście do przedsiębiorców. Główną tajemnicą sceny politycznej w stosunku do przedsiębiorców jest traktowanie ich przez klasę polityczną jako niewyodrębnionej co do interesów grupy społecznej. Przedsiębiorca od zarania III RP odziedziczył pielęgnowany jeszcze za PRL-u wizerunek cwaniaczka w białych skarpetach i nałożonych na nie mokasynach. Dorobkiewicza, który nie wytwarza niczego oprócz grabieży ciężkiej pracy robotnika, zaś bogaci się wyłącznie dzięki oszustwu. W takim traktowaniu mieliśmy tu do czynienia z dyszlem pary społeczeństwo-politycy. Społeczeństwo mamy w zasadzie zazdrosne, choć i do przedsiębiorczości, ale tylko na początku cudu Balcerowicza, pchało się gros młodych, teraz im tu już przeszło znakomicie. Politycy, wyposażeni w odziedziczoną armię urzędniczą badylarzy też nie lubili – nie dziwota: nic o tych przedsiębiorcach nie wiedzieli, zaś transfer z biznesu do polityki to była rzadka przygoda, chyba, że komuś ten biznes nie wyszedł. Ten się sprawdzał wtedy w polityce.
Politycy wiedzą, że przedsiębiorcy to stado samców alfa, którzy w dodatku uważają – jak to w klientelistycznym środowisku – że lepiej wydeptać sobie indywidualne ścieżki dojść, niż walczyć o rozwiązania systemowe. Bo te… dawałyby równe szanse również ich konkurentom, a tak, jak się wydepcze własne dojścia, to się ma (tu – quasi systemową) przewagę rynkową. Do tego dochodzi fundowana również przez władzę historia, nauka, że lepiej siedzieć cicho. A tak to cię zauważą i dogną w zamęcie prawnym, gdzie przepisów jest bez liku, trzeba tylko do nich dopasować dowolnego człowieka, ofiarę bezradną w takim gąszczu. Miks tych dwóch postaw – indywidualizmu i obawy by się nie wychylać powoduje smutny fakt – przedsiębiorcy nie głosują jako grupa społeczna, która broni swoich interesów, ale głosują podle szwów wojny polsko-polskiej. Są więc dla rządzących środowiskiem nieistniejącym, na które wystarczy tylko standardowy zestaw plemiennych haseł. A więc specjalnie nie trzeba się tu męczyć.
Politycy dla przedsiębiorców
Są jednak pewne momenty gdy rządzący udają, że coś tam dla tych przedsiębiorców chcą zrobić, skoro oni sami dla siebie nic zrobić nie chcą. Wtedy nadaje się do nich subtelne przekazy. To nadając do nich (a to ze 2 miliony ludzi, z rodzinami jeszcze drugie tyle), że pociśnie się ich największych konkurentów czyli wielkie korporacje, przymuszając je do płacenia jednak podatków (niech by mały tak się migał jako one, to by następnego dnia nie zobaczył!) PiS dostał władzę. Tego nie dowiózł, co mu przed wyborami na uśmiechniętą Polskę wytknął Tusk. Miał papiery, bo przed wyborami PiS samobójczo zafundował biznesowi Polski Ład.
Z obietnicą likwidacji tego panoptikum Tuski dostały głosy przedsiębiorców, ale tego też nie dowieźli. W końcu Polski Ład był od łupienia prywaciarzy, a więc było to dziedzictwo i haniebne, i… wygodne, bo kasa dalej płynie, zaś można za to zwalić winę na… PiS. Nic się nie działo, szczególnie w związku ze składką zdrowotną, ale przed wyborami do samorządu i do europarlamentu wyszedł minister finansów i Leszczyna od zdrowia i zaproponowali całkiem sensowny projekt składki, który… nie przeszedł. Okazało się, że – przypadkiem, oczywiście – akurat tu koalicja nie doszła do porozumienia i projekt upadł, ale o tym się dowiedzieliśmy po znowu zwycięskich wyborach. Do nich – wszystko było ok, dla przedsiębiorców. A do uchwalenia tej składki wcale nie trzeba było koalicji, bo projekt poparłyby i PiS, i Konfederacja, a więc była przestrzeń do ustawienia porządnie składki. Ale widać nie o to szło. Chodziło o to, by coś tam badylarzom obiecać, na co się ci znowu nabrali. Teraz idą wybory na Trzaska i trzeba było wrócić do tematu, by pokazać, że się robi dobrze przedsiębiorcom, tym razem za pomocą prezesa InPostu. Ale zaraz wrócimy do tego ruchu, teraz – hop, wróćmy do konferencji, od której zaczęliśmy.
Deregulacja czy symplifikacja?
Konferencja była ciekawa z racji swego podejścia. Tam ogłoszono, że nie chodzi o deregulację, ale symplifikację. Czyli nie chodzi o to, by wyciąć jakieś regulacyjne bzdury, co samo z siebie niewiele znaczy, ale by uprościć administrację w ogóle, nie tylko w zakresie deregulacji, tu podrozumiewanej, sfery przedsiębiorczości. A więc zajęto się i obywatelem w urzędzie, i kwestią podatków, ale nie tylko w ujęciu gospodarczym. Jednak miałem wrażenie, że jestem incydentalnym świadkiem rytuału znanego uczestniczącym, że trzeba odbyć to teatrum. Bo wytworzyła się bardzo dziwaczna sytuacja.
Na sali siedzieli regulatorzy, którzy narzekali na… nadmiar regulacji. A więc było jak ze stróżem, który narzeka, że jest brudno na podwórku, które ma sam co dzień sprzątać. Czyli był to układ wsobny – tzw. sfera społeczna postulowała zmiany pokazując coraz bardziej bzdurne rozwiązania, zaś ich współautorzy kiwali głowami, nawet z uśmieszkiem – jakie to wszystko bzdurne i głupie. Wychodziło, że wszyscy się bawią nieźle, ale nic z tego nie będzie, gdyż sfera sprawcza nie przyznawała się ani do autorstwa takich bzdur, ani – siłą rzeczy – nie wykazywała się inicjatywą do zmiany. Ot, gąszcz bzdurnych przepisów traktowany był jak jakiś żywioł, poza siłami ludzkimi, które nie mogą tego powstrzymać, taki deszcz regulacji spadający z kosmosu.
Nie „co”, tylko „jak”?
I głównym problemem, poza tą systemową bezradnością i dystansem autorów do własnego dzieła, był odwieczny kanał, w którym lądują wszelkie tego rodzaju inicjatywy. Na wszystkich tego rodzaju spotkaniach odbywa się powtarzalny rytuał – powstają jakieś mniejsze lub większe listy postulatów, raz to środowiskowe, raz to branżowe, jakieś wycinki, fragmenty, skrawki. Nikt nie odejdzie od tego płótna patchworkowych łat na łacie, by zobaczyć całość obrazu, zdefiniować jego ramy, zbadać kanwę, na której to wszystko ma się trzymać kupy. Ot, skoki od prawa farmaceutycznego do podatkowego, potem – hyc na budowlankę, by skończyć na procedurach obsługi obywatela w urzędach. Takie łatanie na i tak już od wieków łatanym obrazie.
Nikt się nie pyta: jaki był mechanizm powstania takiego gąszczu? Że trzeba pójść po tych milionach nitek do kłębka. Bo tylko wtedy można zobaczyć jak to się stało, kto to robił, w jakim celu komplikował rzeczywistość. Tylko tak można oddzielić niewątpliwe plewy od pożytecznych rozwiązań. Można też dojść do kłębka, czyli istoty: od czego, jakiego początku zaczęły nawarstwiać się regulacje. Ten kłębek jest znany. Była to ustawa Wilczka, która na przełomie 1989 roku dała Polsce dwie, wtedy wydawało się rewolucyjne, ale i w dzisiejszych czasach tak samo radykalne prawdy oczywiste: 1. każdy może prowadzić działalność gospodarczą i 2. w gospodarce wszystko jest dozwolone, poza tym, co jest zabronione. Tu następowała lista działalności zabronionych, których było kilkanaście na krzyż. I to nie były jakieś wielkie sektory – ot, agencje ochrony, czy produkcja trucizn.
Cała historia regulacji w Polsce, to dodawanie przez system punktów na liście działalności zabronionej pod rygorem uzyskiwania koncesji, licencji czy zezwoleń. Wilczek został obudowany tak, żeby z jednej strony zwiększyć władzę administracji, z drugiej – poprzez lobbowanie interesów – zamykać obszary, gdzie uwłaszczona nomenklatura uzyskała już swoje monopole, po to, by nikt nowy tam nie wlazł. Ustawa Wilczka to ten kłębek, z którego rozwidlają się już całe sieci, w które złapał się polski biznes. Tego się szuka w tych deregulacjach, a znaleźć łatwo, idąc tylko tropem przyrastania kolejnych przepisów. Nie ma się co męczyć z wymyślaniem postulatów, trzeba tylko pójść tą ścieżką wstecz.
I inicjatywa prezesa Brzoski ma takie cechy. To znaczy znowu powstanie jakaś lista postulatów, łat do kolejnej wersji gospodarczego patchworku. Do oprawienia w ramki i powieszenia na ścianie. Donaldowi to potrzebne, by – tym razem własnymi rękami – biznes miał poczucie, że coś sobie załatwił. Prezes InPostu sprytnie od początku nie chce się wystawić na taką instrumentalną pułapkę, dlatego swą inicjatywę nazwał „Sprawdzamy”, czyli – my zrobimy swoje, ale sprawdzamy ochotę do realizacji tych postulatów przez rząd. A więc wiadomo jak będzie – znowu odbędzie się ten sam rytuał, tylko z wątkiem współuczestniczącym, wytworzy się wrażenie jakichś prac w ważnych kierunkach. Wyniki przyjdą może przed wyborami, ale ich wdrożenie to już po wyborach, a więc weryfikacja intencji nastąpi po akcie wyborczym, będzie więc działaniem tylko na pokaz. Każdy zrobi swoje, rozejdzie się do domów, tylko w Belwederze ma zasiąść ten, co ma zasiąść.
Bo tu nie chodzi o lepsze lub gorsze listy postulatów i pomysłów na deregulację, tylko o cały obraz, nie jego poprawki poprzez łatanie. Ten obraz to kwestia decyzji politycznych, systemowego odejścia od postaw sprzyjających regulacji i przywrócenia wolnorynkowych mechanizmów, zamiast przepisów, które hamują rozwój. Ale równie ważna jest jeszcze jedna sprawa – powiedzmy, że wiemy (choć to wątpliwe dla koherencji całego układu) co chcemy zmienić, wiemy też jaki ma być końcowy obraz, tylko nikt, dosłownie nikt nie zajmuje się sprawą naczelną: jak to zrealizować? Po projektach i naradach zostają jakieś postulaty, ale nikt nie mówi jak to wdrożyć. Mamy jakichś Palikotów, co to stają na stercie papierowych regulacji, jakieś pomysły 5 za jeden, czyli likwidacji pięciu regulacji jeśli chcę się wstawić jedną nową. Nic z tego nie wynika. Takie projekty administracja bierze spokojnie na klatę – nie takie ruchy się już przeżywało i nic się nie działo bez jej woli i wiedzy.
Dieta Dąbrowskiej-Muska
Tu trzeba inaczej. Kiedyś za namową znajomej zapisałem się na program diety pani doktor Dąbrowskiej. Było to w Karpaczu. Clou sprawy polegało na odstawieniu wszystkich szkodliwych rzeczy, łącznie z cukrami i białkami. Schodziło się na warzywa i niezbędne minerały – głodowaliśmy. Przez pierwsze 2-3 dni organizm się jeszcze bronił, w nadziei, że to chwilowe, schodził na niższe obroty, łącznie z mgłą mózgową. Ale jak po tym okresie zorientował się, że to na poważnie, przerzucał bieg na samoodżywianie się. Po prostu zaczął w sobie szukać zapasów do użycia w celu przeżycia. I, co ciekawe, w swej mądrości zabierał się za wszelkie złogi i syf, bez którego spokojnie sobie radził, a które to czynniki zgromadził w sobie w czasie nieprawidłowej diety. Na turnusie było widać jak to działa. Reumatycy, poważnie, odrzucali kule, cukrzycy skakali pod niebo oglądając swoje wyniki. Nawet rakowcy zaczęli się uśmiechać. Działało.
Drugi obrazek – do jakiegoś departamentu w USA wchodzi grupka dwudziestoparolatków. Nic nie kumają co to za instytucja, ale zadają jakieś dziwne pytania, których do tej pory danej administracji nikt nie zadawał: a po co to jest? A ile to kosztuje? A co by się stało, jakby tego nie robić? To któraś z ekip tzw. DODGE, czyli instytucji powołanej pod przywództwem Elona Muska, która ma przetrzepać administrację USA, redukując jej koszty i ułatwiając życie obywatelom i biznesowi. Przez pierwszy okres oni tam się interesowali, dopytywali, ale okazywało się, że administracja mówiła, że wszystko jest oczywiście niezbędne, a każda zmiana oznacza katastrofę w dostarczaniu właśnie tej usługi publicznej. Królował z jednej strony imposybilizm, z drugiej ludzie, którzy byli z zewnątrz i albo bali się robić ruchy drastyczne, albo wycinali rzeczy witalne dla danej instytucji.
Postanowiono więc inaczej – nie będziemy zaglądać w procedury, bo niewiele o nich wiemy, zaś administracja może nam na milion sposobów uzasadnić niezbędność istnienia danych procedur i całych departamentów. Przeszło się więc na „dietę Dąbrowskiej”: obcięło się żywienie na wejściu do instytucji, redukując jej budżet. Czyli mieliśmy czarną skrzynkę jakiejś usługi publicznej, na wejściu jakąś kasę za realizację zadania i na wyjściu jakąś usługę publiczną. Do tej pory odbywało się grzebanie w czarnej skrzynce. Nowi nie wiedzieli o co chodzi, twórcy skrzynkowych rozwiązań tłumaczyli, że usunięcie nawet jednego drucika to zwarcie całego systemu, na co nowi musieli się zgodzić, bo nikt oprócz administracji nie wiedział co to za gęstwina w tej skrzynce. A tu trzeba było zrobić to, co zrobiono – DODGE zaczął od tego, że obcinał takiej instytucji dożywianie na wejściu i wymagał na wyjściu i tak dostarczenia usługi publicznej. Tym, jak to dowieść miała się zająć sama administracja, bo to ona wiedziała jak wyciąć swe złogi wewnętrzne, by się wyrobić za zredukowaną kasę na dowiezienie na wyjściu tego, na co się umówiliśmy.
Sprawa się więc upraszcza, nie trzeba włazić w tysiące procedur, sama struktura ma się wymyśleć od nowa, my zaś tylko patrzymy na wyjście. A trzeba nam wiedzieć, że jest co obcinać. Od dawna administracja objawia tendencję do samoistnienia. Staje się wielkim biurowcem wzajemnych procedur, tak wewnętrznie powiązanych, że świat zewnętrzny jest jej już coraz mniej potrzebny. Czyli jest wsobna, robi w tej czarnej skrzynce w gruncie rzeczy na samą siebie. Widać to, jak się przyjdzie do urzędu: petent jest tam wręcz elementem zbędnym, przeszkadzającym w pracy. W końcu strefy obsługi petenta, to tylko parę okienek – nad nimi szumią całe piętra pań, co to piszą do pań piętro wyżej, albo i do innych pań w innym biurowcu, w innej dzielnicy. Redukcjonistyczny system DODGE zadając pytania „a po co to?” doszedł już do takich rozwiązań, że przystąpiono do likwidacji całego federalnego departamentu edukacji: jak się potrząsnęło tą czarną skrzynką, to się okazało, że nie ma się co martwić co jest w środku, bo wyszło, że to co na wyjściu jest tak słabe i szkodliwe, że nawet lepiej się w ogóle bez tego obejść.
Wyciąganie się z bagna
I bez takich prostych, acz skutecznych rozwiązań, będą się odbywały bez końca takie narady, będzie o informacji, nie zaś o wiedzy, czyli obędzie się bez wyciągnięcia z faktów istoty zagadnienia. Będą się mnożyły listy postulatów pisane na Berdyczów, przeciwko regulacjom, podpisywane przez tych regulacji autorów. Zadanie reformy będzie się oddawało w ręce administracji, a ta, by się zreformować, musiałaby, jak baron Munchausen – wyciągnąć się sama za włosy z bagna. A nad tym wszystkim będzie wisiał wyłącznie PR, by opędzlować przed kolejnymi wyborami którąś z potrzebnych do wygrania grup społecznych. Bez rozwiązywania konkretnych problemów, bo na końcu nikt nikogo nie będzie trzymał za słowo, gdzie sprzeczne obietnice znikają jak internetowe rolki dzień po objawieniu, w krótkiej pamięci podręcznej suwerena, wypełniając co dzień pustkę po wczorajszym przekazie. I nikt nie powie, panie prezesie – sprawdzamy…
Unia Europejska sfinansowała projekt o nazwie „Biały islam: nowa religia dla Europejczyków”, którego celem jest wspieranie autochtonicznych białych konwertytów na Islam i obrona Islamu przed „ruchami antyislamskimi, które rzucają wyzwanie liberalnym demokracjom poprzez islamofobię”.
UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”. Projekt ten znany pod akronimem WhIsE dysponuje łącznym budżetem w wysokości 271 052,16 euro, w całości finansowanym przez Komisję Europejską w ramach działania „Doskonałość naukowa” im. Marii Skłodowskiej-Curie (sic!).
Projekt jest koordynowany przez Uniwersytet w Amsterdamie, a ma trwać do września 2025 roku. WhIsE ma na celu nie tylko przeciwdziałanie „populistycznym i nacjonalistycznym dyskursom, które wykorzystują wartości chrześcijańskie do przeciwstawiania się islamowi”, ale także przedstawienie islamu jako użytecznego narzędzia do krytyki liberalizmu gospodarczego i kulturowego w Europie. Projekt WhIsE bada „złożony i nieliniowy związek między europejskim konserwatyzmem a islamskim dziedzictwem intelektualnym”.
Chodzi o dowodzenie, że relacja między Islamem a europejską myślą konserwatywną nie powinna być postrzegana wyłącznie jako konfliktowa. Według Komisji Europejskiej, możliwe jest znalezienie przestrzeni dla konwergencji pomiędzy dwiema tradycjami ideologicznymi. W ten sposób głównym celem projektu jest wspieranie finansowe i organizacyjne europejskich konwertytów na Islam, jak też „krytycznego przeglądu intelektualnej historii kontynentu z perspektywy dekolonialnej”.
NASZ KOMENTARZ: Eurokomunistyczna teoria konwergencji religijno-kulturalnej, jako wzajemnego przenikania się cywilizacji łacińskiej i arabskiej nie jest czymś nowym. W latach 70. Zbigniew Brzeziński głosił teorię konwergencji polityczno-gospodarczej, jako stopniowego zacierania różnic i przenikania się systemu komunistycznego z kapitalistycznym. Była ona zgodna z dążeniami sowietów, postulujących „pokojowe współistnienie” i budowę „wzajemnego zaufania” Wschodu z Zachodem.
W praktyce chodziło oczywiście o uśpienie czujności Zachodu i wprowadzanie elementów komunizmu w Zachodniej Europie oraz USA, czego pogrobowcami są genderyzm (neołysenkizm), tolerancjonizm, klimatyzm i szerzej, ideologia WOKE.
Według badacza masonerii, doktora Stanisława Krajskiego, wolnomularze wyższych stopni wtajemniczenia, przechodzą na Islam. Czy to kolejny przypadek?
[Głownie na sufizm. Ti taki b. gnostycki odłam islamu. md]
2 kwietnia amerykański prezydent Donald Trump wypowiedział w imieniu Stanów Zjednoczonych wojnę handlową reszcie świata. Nie tylko tradycyjnym nieprzyjaciołom Ameryki, ale przede wszystkim – jej przyjaciołom, czyli wasalom. Jak bowiem powiedział prezydent Trump w okazjonalnym przemówieniu, ci przyjaciele okazywali się gorsi od wrogów. To się często zdarza – o czym świadczy popularne porzekadło: chroń mnie Panie Boże od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie poradzę.
Więc zgodnie z zapowiedzią prezydenta Trumpa nałożone zostały cła 20 procentowe – na Unię Europejską, a na Chiny – nawet ponad 30-procentowe. Komentatorzy powiadają w związku z tym, że prezydent Trump wysadził w ten sposób w powietrze cały światowy porządek ekonomiczny, jaki ukształtował się po ogłoszeniu końca “zimnej wojny”. Warto przypomnieć, że już raz coś podobnego się zdarzyło; oto 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon wysadził w powietrze światowy system finansowy, ukształtowany w 1944 roku na konferencji w Bretton Woods.
Wprawdzie w 1944 roku USA nie wymieniały już dolarów na złoto w stosunkach detalicznych, ale zachowały wymienialność dolara w transakcjach międzynarodowych. Dzięki temu dolar zachowywał standard złota i na nim właśnie opierał się światowy system finansowy. Inne waluty odnosiły swoją wartość do dolara i tak to funkcjonowało aż do lat 60-tych. W latach 60-tych bowiem pojawiły się wielkie ilości amerykańskich dolarów poza granicami USA.
Były to tzw. “eurodolary”, które udało się zgromadzić państwom europejskim, korzystającym z “Planu Marshalla” – oraz tzw. “petrodolary”, które zgromadziły kraje naftowe, dzięki gwałtownemu rozwojowi motoryzacji i komunikacji lotniczej po II wojnie światowej. Te eurodolary i petrodolary stwarzały pewien problem dla Ameryki, bo gwoli podtrzymania parytetu dolara, USA musiały od czasu do czasu sprzedawać złoto ze swoich rezerw, co budziło w Ameryce krytykę – że cały świat korzysta z dobrodziejstw stabilnego systemu finansowego, ale tylko Ameryka musi za to płacić.
Ci krytycy taktownie nie pamiętali, że z faktu, iż dolar stanowi walutę światową, Stany Zjednoczone ciągną grubą rentę. I kiedy w 1971 roku Francja zagroziła, że zażąda wymiany wszystkich swoich eurodolarów na amerykańskie złoto, prezydent Nixon uznał, że zabawa posuwa się za daleko i ogłosił, ze USA odstępują od porozumienia z Bretton Woods. W ten sposób od 15 sierpnia 1971 roku świat odszedł od standardu złota i w obiegu pojawił się tzw. :pieniądz fiducjarny”, to znaczy taki, który ma wartość dlatego, że ludzie wierzą, że ma wartość.
W rezultacie upadła ostatnia bariera przed pokusą produkcji “pustego” pieniądza przez banki emisyjne, które są dodatkowo zachęcane do tego przez rządy, bo to rodzi inflację, czyli tzw. “podatek emisyjny”, przy pomocy którego lokalne biurokratyczne gangi grabią współobywateli. O skali produkcji “pustego” pieniądza świadczy okoliczność, że gdy na Dalekim Wschodzie wybuchł kryzys finansowy, to przy okazji wydało się, że na świecie obraca się sumami pieniędzy kilkakrotnie przekraczającymi wartość bogactwa, jakie w ogóle istnieje na Ziemi.
W rezultacie stopniowo przestało mieć znaczenie, ile kto produkuje węgla, stali, ropy i tak dalej – a na czoło wiadomości gospodarczych wysforowały się rewelacje, jak jeden grandziarz finansowy wydymał drugiego finansowego grandziarza – od czego przecież bogactwa nie przybywa.
Ale nie jestem pewien, czy intencją prezydenta Trumpa jest rzeczywiście w wysadzenie w powietrze dotychczasowego ładu gospodarczego. Jak wynika z jego przemówienia, żywi on nadzieję, że państwa zaatakowane amerykańskimi cłami opamiętają się i obniżą swoje taryfy celne, dzięki czemu sytuacja wróci do normy i wojna celna będzie mogła się zakończyć.
Tymczasem gdy na naszych oczach chwieją się fundamenty świata, nasi Umiłowani Przywódcy dali w Sejmie przedstawienie, które potwierdza w całej rozciągłości, że uprawianie prawdziwej polityki mają oni surowo zakazane, w związku z czym skazani są na zajmowanie się tzw. “pierdołami”. No więc Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński stanął obok mównicy sejmowej, na której brylował Wielce Czcigodny Roman Giertych i nazwał go “sadystą” i “łobuzem”.
Potem, kiedy wicemarszałek Zgorzelski wyłączył mikrofony przy mównicy, Naczelnik Państwa miał dodatkowo nazwać Wielce Czcigodnego Romana Giertycha “śmierdzielem” i “mordercą”. Musiało to zrobić wrażenie na Wielce Czcigodnym, bo wieczorem musiała go utulać w tej żałości resortowa “Stokrotka”, czyli pani red. Olejnik, która nieomal przygarnęła go do wezbranej współczuciem piersi. Na zaczepki ze strony Naczelnika Państwa Wielce Czcigodny Roman Giertych poinformował całą Polskę, że obstalował sobie badanie swego drzewa ginekolo… – to znaczy pardon; jakiego tam znowu “ginekologicznego”?
Nie żadnego “ginekologicznego”, tylko oczywiście – genealogicznego. Stamtąd dowiedział się, że jest wujem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, więc zaproponował mu, by mówił mu on: “wuju”. Naczelnik Państwa ani myślał zadośćuczynić tej propozycji, ale dzięki informacji o obstalowaniu sobie przez Wielce Czcigodnego badania drzewa genealogicznego, natychmiast pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, jakoby Wielce Czcigodny Roman Giertych był w prostej linii potomkiem rzymskiego senatora imieniem Incitatus. Ten senator był koniem, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula i nawet dodał mu do towarzystwa klacz Penelopę, z która senator Incitatus dochował się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach, jakoby Wielce Czcigodny pochodził w prostej linii od Incitatusa i Penelopy, nie ma ani słowa prawdy, bo w przeciwnym razie Wielce Czcigodny Roman Giertych musiałby być centaurem, a według ekspertów istnienie centaurów nie zostało naukowo potwierdzone. Co prawda znaleźli się u nas świadkowie, którzy widzieli żywego centaura.
Było to w czasach stalinowskich, kiedy w Królikarni urządzono wystawę obrazów Pabla Picassa. Picasso był członkiem Partii Komunistycznej, więc jego obrazy uchodziły za szalenie postępowe, jednak u działaczy ukształtowanych przez socrealizm, wzbudzały odruchy wymiotne. Jeden z takich działaczy, już ostatkiem sił powstrzymujący wspomniane odruchy, trafił wreszcie do ostatniej sali, gdzie był wystawiony realistyczny obraz Picassa, przedstawiający centaura. – “A jednak to wielki artysta – zakrzyknął z ulgą działacz – Centaur, jak żywy!”
Widocznie gdzieś widział żywego centaura – ale nie takie rzeczy ludzie wtedy widywali.
Inna sprawa, że gdy się tak uważnie przyjrzeć Wielce Czcigodnemu, to pewne skojarzenia się narzucają – ale ani słowa więcej – bo jeden proces mi wystarczy.