W poglądach protagonistów, których los obdarzył powyższymi nazwiskami, skotłowały się sprawy strategiczne dla polskiej polityki w odniesieniu do Rosji i Ukrainy. Poglądy owe uchodzą za kwintesencję patriotyzmu polskiego i nakazują odwet na Rosji – gdziekolwiek i jakkolwiek – za dziejową przegraną Rzeczpospolitej w XVIII, XIX i XX wieku.
Żeby imperatyw ów uprościć tak, aby pojęła go młodzież patriotyczna – to chodzi w nim, młodzi przyjaciele, o to, żeby „dojebać Ruskim”. Nad uklepywaniem tego imperatywu pracowały pokoleniami polskie szkoły i komplety podziemne, uczelnie oficjalne i latające uniwersytety oraz mozoliły się generacje patriotycznych rodzin przy wbijaniu do głów swych pociech wrogości do Moskala in saecula saeculorum. Imperatyw ten iście przynależy do kategorii komunałów, stereotypów po prostu – czyli jest najtwardszym pierwiastkiem na „kulturowej tablicy Mendelejewa”.
Widać okiem nieuzbrojonym, jak odradza się POPiS-owa dwójjednia na tle stosunku do Rosji i Ukrainy i łożyskuje ów antyrosyjski nakaz patriotyczny. Teraz Ukraina postrzegana jest przez naszych rusofobów jako dawny kozacki sojusznik w chwalebnych wyprawach na Moskwę onego czasu. Sojusznik, który podporządkowywał się polskiej zwierzchności. Ukraina stała się ikonicznym atrybutem tego hulajgrodu, który nasi prometeiści i jagielloniści chwacko wypychają przeciw Rosji i na jej pohybel. Na szczycie zaś tej machiny widać wiele celebryckich twarzy, tak z PiS-u, jak i z PO.
Znamienny przypadek platformerskiego myślenia o Rosji i Ukrainie przedstawia Anne Applebaum, publicystka amerykańsko-polska, żona Radosława Sikorskiego. Politycznie wychowana na doktrynie amerykańskiego antysowietyzmu lat reaganowskich, talenty swe poświęciła obnażaniu zbrodni sowieckich. Jej stosunek do Federacji Rosyjskiej także osadza się mentalnie na antysowietyzmie, co w latach 90. usprawiedliwiały machinacje władz jelcynowskich, np. próby pokrzyżowania planów rozszerzenia NATO na wschód.
Szczególne jednak rozeźlił panią Applebaum nowy od 1999 r. przywódca Rosji, Władimir Putin, dawny funkcjonariusz KGB. Już od pierwszych lat naszego stulecia promowała inwektywę „putinizm”, choć w latach 2008-2010 stosunki polsko-rosyjskie rozwijały się nader pomyślnie, w czym była duża zasługa jej małżonka. Jednak gdy zadymiły w 2014 r. pierwsze wulkany skonfliktowania między Ukrainą a Rosją, Anne Applebaum otwarcie stanęła w szranki przeciw imperializmowi rosyjskiemu. I napisała do amerykańskiego periodyku „The Atlantic” artykuł, który znamiennie zatytułowałaUkraina tak naprawdę potrzebuje nacjonalizmu (Nationalism Is Exactly What Ukraine Needs). Ilustrując swą wyjściową tezę, panegirycznie przywołała m.in. banderowskie salutowanie: „Chwała Ukrainie ! Bohaterom chwała !”.
Chwalba względem Ukrainy w piśmiennictwie pani Applebaum syci się przede „troską pierwszoplanową, żeby powstrzymać rosyjski imperializm”. Wypasa się więc na jej wrogości do Putina, a zatem do Rosji – skoro wypromowała takiego tyrana. Autorka nagradzanych tu i ówdzie książek o Gułagu i o wygłodzeniu Ukrainy dostrzega za tymi zbrodniami barbarzyński i niepojęty świat zsowietyzowanego Rosjanina, który wspierał Stalina, a dziś głosuje na Putina. Ale to tylko połowa drogi do zrozumienia Rosji, i nikt uczciwy oraz inteligentny nie poprzestałby na tym.
Bez wątpienia, ponad 100 lat temu bolszewicy wykoleili Rosję, która naówczas od dwóch przynajmniej dekad milowymi krokami zbliżała się do swej potęgi gospodarczej, nade wszystko zaś utrwalała swoją europejską tożsamość. Toteż obecnie musi rodzić się pytanie, co robić, jak postępować z taką zwichrowaną dziejowo Rosją ?
Przez kolejne dziesięciolecia od 1991 roku polska polityka zagraniczna kierowała się aksjomatem: żadnej taryfy ulgowej dla Rosji, niech kaja się za zbrodnie sowieckie i podąża ślepo za dyrektywami Zachodu. Kiedy UE i Rosja usiłowały zbudować ambitną platformę partnerstwa na rzecz modernizacji, jej konstruowanie szło mozolnie pod wpływem takich nastawień, choć i rosyjska pasywność odegrała w tym niechlubną rolę. A partnerstwo to zawaliło się wraz kompromisem kijowskim z lutego 2014 r., który przeistoczył się w pokojowy zamach stanu w wykonaniu opozycji majdanowej. Trzej weimarscy ministrowie SZ, którzy przyczynili się do tego kompromisu, w efekcie rozbudzili niczym uczniowie czarnoksiężnika – chociaż zdawali się na kompetencje Radosława Sikorskiego jako speca, w ich pojęciu, od Wschodu – złe moce, których potem nie byli w stanie poskromić. I które uzłowieszczyły się w postaci przewlekłej wojny rosyjsko-ukraińskiej, od 2022 r. toczącej się w pełnej skali.
Anne Applebaum zapewne uważa, iż dosiada pegaza lotności sowietologicznej, ale ten nadziemski galop pozostaje w nader powierzchowniej, niepogłębionej relacji do materii socjokulturowej w Rosji i Ukrainie. Chociażby takich jej aspektów, że w Rosji jej imperialną wielkość ludzie rosyjscy uważają za pokłosie dziejowego mozołu i krwi, przez wieki hojnie szafowanej i wniesionej w ofierze za poczucie wybrańczości i majestatu historycznego. Na tym osadza się oś rosyjskiego systemu wartości. I rzeczy te należy uwzględniać – ale oczywiście nie korzyć się przed nimi – w polityce wobec Rosji, jeśli chcemy, żeby była konstruktywna.
Pani Applebaum swoją narrację o Rosji kleci z płytkich kalek amerykańskiej sowietologii pośledniego typu, którym daleko do wyżyn analizy kulturowo-historycznej, jaką uprawiał Richard Pipes. A już płycizny badawczej i politycznej dowodzi fakt, że jako czynnik państwotwórczy dla Ukrainy Anne Applebaum rekomenduje ukraiński nacjonalizm, który w XX wieku przyjął postać bestialską. Zważywszy na postępującą banderyzację Ukrainy, rekomendacja pani Applebaum przypomina kreacjonistyczną pasję rabina z Pragi, Jehudy Löw ben Becalela, który stworzył Golema dla własnej obrony, aliści monstrum rychło poczęło atakować wszystkich naokoło.
Paweł Jabłoński, poseł PiS-u, były wiceminister spraw zagranicznych, to postać, która swą znajomością Wschodu i w ogóle inteligencją odstaje od Anne Applebaum przynajmniej o jedno okrążenie stadionu. Z ochłapami jego wiedzy i rozumienia Wschodu można się było zapoznać w programie Warzecha Contra kilka tygodni temu. Poseł Jabłolnski zademonstrował w nim podejście do Rosji i Ukrainy proste jak konstrukcja cepa. „Ja Rosję definiuję jako wroga Polski, Ukrainę jako rywala Polski, w niektórych kwestiach, w innych jako partnera” – oznajmił wszem wobec tuz pisowskiej dyplomacji. A czasy mamy trudne, albowiem „dzisiaj administracja USA mówi to, co myśli bardzo wielu przywódców państw zachodniej Europy. Oni bardzo chcą, przebierają nogami do nowego resetu z Rosją. Wielu polityków w zachodniej Europie, uzależnionych też od swoich przemysłowców, którzy znów chcą kupować tani rosyjski gaz, ropę, dąży zakulisowo do tego, żeby się z Rosją dogadać. (…) Reset z Rosją i uznanie jakichkolwiek zdobyczy terytorialnych Rosji może spowodować – i jest to niestety bardzo prawdopodobne – że Rosja uzna to za swoje zwycięstwo. W związku z tym będzie wyciągała z tego jedyny logiczny wniosek – że za kilka lat, a może kilkanaście miesięcy, warto rozpocząć kolejną wojnę, może znów uda się zdobyć jakieś terytoria”. Słowem – rozpacz, Finis Poloniae.
Żeby Jabłoński, a może Kaczyński, nie musiał wykrzyczeć tego tragicznego zawołania Kościuszki pod Maciejowicami, należy dokładać starań politycznych i dyplomatycznych, iżby wojna rosyjsko-ukraińska trwała jak najdłużej. Zabiegać o to należy u Trumpa, który – jak wiadomo – za pierwszej kadencji umiłował PiS, za drugiej zaś nosi na odwrocie kieszonkowego lusterka podobiznę Nawrockiego w stroju boksera. „Jeśli chcemy, aby polityka amerykańska wyglądała inaczej, to oni muszą poznać nasze argumenty” – przenikliwie i dalekowzrocznie zauważa poseł Jabłoński, wierząc głęboko, że argumentacją PiS-u Trump zaczytuje się już podczas śniadania, a Departament Stanu analizuje ją przez kolejne pół dnia.
Jabłoński ucieleśnia typową dla parweniuszy z PiS-u nadgorliwość w upowszechnianiu pisowskiej politgramoty, z tupetem i bez zahamowań. Uwidoczniło się to w trakcie rozmowy z redaktorem Warzechą, który skądinąd pokazał wysoką klasę i dyplomatyczne opanowanie, zmagając się słownie z trajkocącym kauzyperdą z PiS-u. To, co w programie Warzecha Contra wyjęzyczył Jabłoński to banalne kuplety, które prowadzą tylko do klęski w polityce na kierunku wschodnim. Zaś Anne Applebaum wysłowiła praktycznie – choć bardziej finezyjnie – to wszystko, co zbiega się z wysiłkiem myślowym posła Jabłońskiego: „byle do…ać Rosji”.
Od początku czerwca Ukraina systematycznie rozszerzała kampanię uderzeń dronowych na cele położone w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej, co wywołało to falę niebywałej ekscytacji w Polsce i na Zachodzie. Czy rzeczywiście mają się z czego cieszyć?
3 czerwca, w dniu rozpoczęcia Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu ukraińskie drony uderzyły w terminal naftowy oraz infrastrukturę portową Petersburga. Był to przede wszystkim cios o wymiarze politycznym i wizerunkowym; wymierzony w taki sposób, by spowodować spektakularny efekt pirotechniczny w trakcie trwania elitarnego konwentyklu biznesowego, mający pokazać zagranicznym gościom, że nie są bezpieczni.
W kolejnych tygodniach kampania zaczęła nabierać tempa. 12 czerwca ukraińskie drony uderzyły w kompleks petrochemiczny TANECO w Niżniekamsku w Tatarstanie – jedną z największych rafinerii w Rosji. 16 czerwca zapłonęła rafineria Gazprom Nieft w południowo-wschodniej części Moskwy – największy dostawca paliw dla regionu stołecznego. Dwa dni później, ponownie trafiono ten obiekt. Początek lipca przyniósł kolejne uderzenia – 1 i 2 lipca zaatakowano zakłady Basznieft w Baszkortostanie oraz rafinerię w Kstowie pod Niżnym Nowogrodem, 6 lipca płonęły rafinerie w Omsku i Jarosławiu, a w kolejnych dniach pojawiły się doniesienia o trafieniach między innymi w Saratowie, Moskwie, Ilskim, Syzraniu, Afipskim i Saławacie. Kampania stopniowo ewoluowała od uderzeń w sektor paliwowy i przemysł ciężki do ataków wymierzonych również w rosyjską logistykę cywilną.
18 lipca ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne największej rosyjskiej platformy handlu internetowego Wildberries w Kotowsku – mieście położonym około 475 kilometrów na południowy wschód od Moskwy, w obwodzie tambowskim – oraz w Elektrostali, przemysłowym mieście około 50 kilometrów na wschód od stolicy Rosji. W samym Kotowsku zginęło siedmiu pracowników nocnej zmiany, a 25 osób zostało rannych. W Elektrostali obrażenia odniosły kolejne 24 osoby. Tego samego dnia ukraińskie drony doprowadziły również do pożaru bazy paliwowej w Nogińsku, około 35 kilometrów na wschód od Moskwy. W wyniku tego ataku ranne zostały dwie osoby, a z pobliskiego szpitala położniczego ewakuowano pacjentów
A i na tym nie koniec. 22 lipca celem stały się kolejne centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku, a 24 lipca płonęły magazyny w obwodzie leningradzkim pod Petersburgiem. 29 i 30 lipca doszły następne uderzenia – między innymi na magazyny w Riazaniu, Penzie, Sarapule i Permie, równolegle z atakami na Riazańską Rafinerię Nafty i inne zakłady przemysłowe.
Według właścicielki Wildberries Tatiany Kim od 18 lipca ukraińskie drony zniszczyły ponad tuzin centrów logistycznych należących do jej przedsiębiorstwa. Reuters podaje, że w całej kampanii śmierć poniosło co najmniej dziewięć osób, a z użytku wyłączono około 10 proc. zdolności logistycznych największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Wildberries rozpoczęło wypłatę odszkodowań rodzinom ofiar i osobom rannym, zapowiedziało również rekompensaty dla tysięcy sprzedawców, których towary spłonęły w magazynach. Według rosyjskich mediów spółka prowadzi rozmowy z władzami na temat szerokiego programu wsparcia – obejmującego między innymi ulgi podatkowe oraz pomoc finansową dla przedsiębiorców korzystających z platformy. Tatiana Kim przyznała, że firma przebudowuje całą sieć logistyczną, aby utrzymać ciągłość dostaw, a państwowe banki mają uczestniczyć w finansowaniu działań naprawczych.
Trudno dziś oszacować ostateczny koszt tej kampanii dla rosyjskiej gospodarki. Wiadomo jednak, że Wildberries należy do największych prywatnych przedsiębiorstw w Rosji, obsługuje miliony zamówień dziennie, współpracuje z gigantyczną siecią podwykonawców i jest jednym z największych płatników podatków w rosyjskim sektorze handlu elektronicznego. Dlatego skutki ataków wykraczają z pewnością dalece poza same zniszczone magazyny.
Na całym Zachodzie, w mediach i na platformach anty-społecznościowych wybuchła euforia. Masowo pojawiły się stare zaklęcia: „Ukraina wygrywa”, „Rosja dłużej tego nie udźwignie”, itp.
Czy ktokolwiek przytomny naprawdę wierzy, że klientka Wildberries, platformy kojarzonej przede wszystkim ze sprzedażą damskich kosmetyków, galanterii i innych produktów codziennego użytku, która nie dostanie na czas zamówionej szminki, balsamu, torebki czy sukienki, nagle zwróci swój gniew przeciwko Putinowi? A może opóźniona dostawa zakupów stanie się impulsem do jakiejś masowej politycznej reorientacji?
Dokładnie tę samą logikę słyszeliśmy już na początku 2022 roku, gdy Zachód nakładał kolejne pakiety sankcji. Wówczas również przekonywano opinię publiczną, że wystarczy odciąć Rosjan od zachodnich marek, elektroniki użytkowej i odebrać im dostęp do artefaktów społeczeństwa konsumpcyjnego, a społeczne niezadowolenie ni chybił, jak raz, zwróci się przeciwko Kremlowi.
Szyderczym komentarzom przy wycofaniu się z Rosji sieci McDonald’s czy koncernu Apple nie było końca. Polski komentariat ryczał wówczas o „resowietyzacji” i przydawał sobie wszelkich przewag gdyż „u nas” można wszak wydać majątek na najnowszy model iPhone’a i zjeść kawałek sprasowanego ścierwa w syntetycznej bułce, której skład przypomina mąkę przetopioną z foliową torebką.
Minęły ponad cztery lata. Rosja nadal prowadzi wojnę, a żadna z tych prognoz się nie spełniła. Nie doszło ani do cywilizacyjnej implozji, ani do społecznego buntu, ani nawet do poważnego obniżenia wskaźników zaufania do Putina i jego administracji.
Czy aby rachunek zysków i strat rzeczywiście wygląda tak korzystnie, jak przedstawiają go najbardziej entuzjastyczni komentatorzy?
W odpowiedzi Rosja drastycznie podniosła intensywność ataków. Uderzenia stają się coraz bardziej niszczycielskie, a ukraińskie miasta tracą krytyczną infrastrukturę, zakłady przemysłowe, magazyny i zaplecze transportowe. Kolejne fale rakiet i dronów zamieniają całe obszary przemysłowe w ruiny, uszkadzają obiekty wojskowe, podwójnego zastosowania i cywilne. Każdy taki atak to fabryki, magazyny, drogi i linie kolejowe, centra zaopatrzenia w paliwo, rozdzielnie energii elektrycznej, hangary, lokomotywownie, garaże, a nawet stacje benzynowe, które przestają istnieć.
Już w nocy z pierwszego na drugi czerwca Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków. Setki dronów i dziesiątki rakiet spadły między innymi na Kijów, Dniepropietrowsk i Charków. Według ukraińskich władz zginęły co najmniej 23 osoby, a około 130 zostało rannych. Celem były przedsiębiorstwa przemysłu obronnego, natomiast zniszczenia objęły również budynki mieszkalne i infrastrukturę miejską.
Najbardziej niszczycielskie uderzenie na Kijów nastąpiło jednak miesiąc później, w nocy z pierwszego na drugi lipca. Rosja użyła setek dronów oraz dziesiątek pocisków manewrujących i balistycznych. Zginęło co najmniej 30 osób, rannych zostało ponad 90, a uszkodzeniu uległo ponad 150 budynków.
Kolejne masowe uderzenia następowały praktycznie przez cały lipiec. Pod koniec ub. miesiąca, w nocy z 29 na 30 lipca Rosja uderzyła w Kijów, Lwów, Krzywy Róg i kilka innych miast. Zaś z 30 na 31 lipca nastąpił ponowny atak na Kijów i jego okolice. Według relacji samego Wołodymyra Zełenskiego Rosja wystrzeliła 35 rakiet, w tym 27 balistycznych, oraz 185 dronów. Ukraińska obrona zdołała przechwycić zaledwie jedną rakietę balistyczną. Zginęło co najmniej 10 osób, uszkodzonych zostało 18 budynków mieszkalnych, szkoła, ambasada Litwy i infrastruktura w siedmiu dzielnicach stolicy. Najciężej ucierpiały dzielnice Darnycka i Sołomiańska.
Osobną tragedią jest sytuacja ukraińskich portów czarnomorskich. Od początku lipca Rosja niemal codziennie prowadziła operacje wymierzone w infrastrukturę portową Odessy, Czarnomorska i Piwdennego, a także w statki zmierzające do ukraińskich portów albo z nich wypływające. 13 lipca rosyjski atak na port w obwodzie odeskim trafił w zacumowany statek pod banderą Togo, przewożący nawozy. 19 lipca zaatakowany został płynący z Czarnomorska statek „Golden Leo”, przewożący kukurydzę w kierunku Rumunii. Zginęło dziewięciu członków załogi, kolejnych ośmiu udało się uratować. Uszkodzony statek zatonął tydzień później u wybrzeży Odessy. Dwa dni później, już w pobliżu rumuńskich wód, trafiony został statek pod banderą Liberii, który płynął z Egiptu do ukraińskiego portu Reni.
22 lipca Rosja poinformowała o kolejnych uderzeniach na Odessę i Czarnomorsk. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony zniszczono infrastrukturę przeładunkową, zbiorniki paliwowe, magazyny oraz kilka statków handlowych, których załogi Moskwa oskarżała o transport zaopatrzenia wojskowego.
Trudno na obecnym etapie o wiarygodną ewidencję strat. Strona ukraińska potwierdza, że cztery spośród 13 dużych terminali zbożowych wstrzymały zakupy, a Kernel – największy ukraiński eksporter zbóż – zawiesił działalność w porcie Czarnomorsk. Również duński koncern Maersk wstrzymał obsługę tego portu i zaczął przekierowywać część ładunków do Rumunii.
22 lipca ukraiński minister rolnictwa poinformował, że tego dnia do czarnomorskich portów Ukrainy nie wpłynął ani jeden statek handlowy. Formalnie porty pozostawały otwarte, ale armatorzy odwoływali rejsy ze względu na ryzyko kolejnych uderzeń i reakcje ubezpieczycieli. Ukraińska międzynarodowa żegluga handlowa została sparaliżowana. Dla państwa, które ponad 90 proc. eksportu zbóż i olejów roślinnych realizowało właśnie przez porty obwodu odeskiego, oznacza to potężną strategiczną stratę.
W tym kontekście doprawdy zdumiewa zaskoczenie ludzi, którzy jeszcze wczoraj z entuzjazmem udostępniali nagrania płonących magazynów i rafinerii w Rosji, a dziś z oburzeniem i żalem utyskują na podłość Rosjan, którzy mieli czelność odpowiedzieć na ukraińskie zaczepki falą zmasowanych nalotów.
Wojna ma swoją oczywistą logikę. Eskalacja rodzi eskalację; nie trzeba być Johnem Mearsheimerem czy Robertem Papem żeby to stwierdzić. Każda ze stron stara się zwiększać koszty ponoszone przez przeciwnika, odpowiadać mocniej i sięgać głębiej. Można oceniać to moralnie, ale nie można jednocześnie „jarać się jak ruSSkie rafinerie” i udawać kompletne zaskoczenie, kiedy druga strona odpowie pięknym za nadobne.
Dla przeciętnego polskiego cymbała z internetu płonące silosy z paliwem w Rosji są dowodem skuteczności i powodem do satysfakcji. Eksplodujące magazyny amunicji na Ukrainie zaś dowodem barbarzyństwa. Tymczasem oba obrazy są elementami tego samego mechanizmu – spirali wojennej eskalacji, która z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem czy rokiem przynosi coraz więcej pożogi i śmierci.
Wszystkim tym, którzy z takim podnieceniem oglądali spektakularne pożary w Moskwie, Petersburgu i rosyjskich zakładach przemysłowych, wszystkim zachwyconym utrudnieniami, jakie ukraińskie drony spowodowały klientom Wildberries, ani przez chwilę nie przyjdzie oczywiście do głowy, żeby racjonalnie zastanowić się nad rezultatem tych śmiałych działań.
Ukraina nie zaczęła z tego powodu „wygrywać wojny”. Sytuacja na froncie nie uległa odwróceniu. Wojska rosyjskie nadal, bardzo powoli, lecz systematycznie, posuwają się naprzód. Rosyjskie społeczeństwo nie zmieniło swoich poglądów, nie pokochało Zachodu i nie porzuciło Putina. Doszło natomiast do drastycznej intensyfikacji rosyjskich ataków, której skutki ponosi Ukraina – jej szczątkowa i potwornie nadwyrężona przez wojnę gospodarka, infrastruktura portowa, przedsiębiorstwa oraz mieszkańcy wielkich ośrodków miejskich. Giną ludzie, płoną zakłady, niszczone są magazyny, porty i kolejne elementy infrastruktury krytycznej. Państwo, które już wcześniej funkcjonowało na granicy swoich możliwości, ponosi następne miliardy strat.
Taki jest realny bilans tej kampanii. Nie „rewolucja” w Rosji, nie bunt konsumentów, nie załamanie frontu i nie żadne wielki strategiczny przełom. Po jednej stronie kilka widowiskowych pożarów i kilka tygodni triumfalistycznej ekscytacji, po drugiej – jeszcze mocniejszy uderzenia w ukraińskie miasta, porty, przemysł i ludzi.
Autor: Peter Hanseler za pośrednictwem ForumGeopolitica.com
Iran i Rosja zdały sobie sprawę, że nie ma pokoju ze wspólnotą Zachodu. W rezultacie konflikty toczą się na polu bitwy i będą trwać jeszcze długo. Międzynarodowy porządek prawny umarł, pokój na świecie umarł – jest wojna. Wojna światowa. Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę.
Celem tego artykułu jest zwrócenie uwagi na najważniejsze trendy, które obecnie obserwuję – mają one skłonić do refleksji. Proszę wybaczyć, że tworzę trochę potwora, biorąc pod uwagę ogrom aspektów do rozważenia.
Oprócz licznych konfliktów w Afryce, obecnie toczą się dwa poważne konflikty – jeden w Europie, a drugi na Bliskim Wschodzie. Oba były starannie planowane przez dekady. Wśród bardziej krytycznych zachodnich obserwatorów pojawiają się pęknięcia w narracji Zachodu, co prowadzi do coraz bardziej agresywnej propagandy Zachodu, mającej na celu ponowne wpłynięcie na opinię publiczną.
Przykładem tego, jak propaganda skutecznie ogłupia ludzi w Niemczech, jest artykuł w gazecie „Bild” z 13 lipca zatytułowany „Putinowi kończy się benzyna – Rosjanie płacą prawie 4 euro za litr benzyny”.
Gazeta Bild, 13 lipca 2026 r.
I to pomimo faktu, że rzeczywiste ceny są wyraźnie widoczne na obrazku: na przykład 73,11 rubla (0,82 EUR). 29 lipca średnia cena benzyny 95-oktanowej w Rosji wynosiła 71,83 rubla (0,79 EUR).
——————-
Z drugiej strony, ważne informacje są tłumione, takie jak nałożenie przez Chiny sankcji na 14 europejskich firm (w tym Lafert SpA, Rheinmetall AG, Tatra Trucks, Vigo Photonics, Cavok UAS, Antraco Chemie-Handelsgesellschaft i Sindlhauser Materials). Są to firmy zbrojeniowe lub dostawcy dla przemysłu zbrojeniowego. Ta wiadomość ma ogromne znaczenie i znacznie utrudni rozbudowę potencjału militarnego Niemiec.
Te dwa zupełnie różne przykłady ilustrują naturę zachodnich mediów – dają one odbiorcom wrażenie, że na Zachodzie „wszystko idzie dobrze”, a wrogowie są na skraju upadku. Ma to swoje konsekwencje: kiedy rozmawia się z ludźmi w Europie, letnie upały i mistrzostwa świata w piłce nożnej wydają się najważniejszymi rzeczami w życiu.
Od dziesięcioleci zastanawiam się, jak to możliwe, że dotknięte nimi społeczeństwa nie zauważyły zbliżających się katastrof z 1914 i 1939 roku; bieżące wydarzenia dają mi wgląd w historię z niespotykaną dotąd jasnością. Media służą „rozrywce” i niczym więcej. Jednak czarne jak smoła chmury gromadzące się nad Europą są jak najbardziej realne, a destabilizacja oczywista.
Czynniki destabilizujące
Rozpad świata pod wpływem wielu nacisków
Katastrofa, z którą się obecnie mierzymy, jest wynikiem licznych czynników i wpływów, których niewielu ludzi dostrzega: katalizatorów rozpadu świata, jaki znaliśmy. Od pewnego czasu wśród analityków szerzy się poczucie przytłoczenia. Odczuwam je każdego dnia, ponieważ czynniki destabilizujące są liczne i wzajemnie na siebie oddziałują.
Co więcej, zachodni aktorzy, co zrozumiałe, zwracają uwagę i podkreślają tylko te czynniki, które sprawiają, że ich pozycja wydaje się silniejsza. Co więcej, działają przeciwko sobie, co oznacza, że coraz bardziej angażują się w walkę o władzę. Dlatego proszę o wybaczenie, że nie jestem w stanie omówić i opisać wszystkich – nawet nie wszystkich ważnych – czynników i wpływów.
Czynnik Donalda Trumpa
Mistrzem świata w zniekształcaniu rzeczywistości jest najwyraźniej Donald Trump, który już wykorzystał tę strategię, aby przetrwać liczne bankructwa kosztem inwestorów, zawirowania swojej pierwszej kadencji i aferę Epsteina. W obecnej kadencji prowadzi katastrofalną politykę gospodarczą, której jedynym celem jest jeszcze większe wzbogacenie najbogatszego 1% społeczeństwa. W tym celu wszczął liczne wojny. Nie przeszkadza mu to jednak w prezentowaniu się jako mediatora i przyjaciela świata.
Jednakże błędem byłoby zrzucanie winy za panujący chaos wyłącznie na Trumpa. Po Joe Bidenie miał on historyczną szansę na przywrócenie równowagi i złagodzenie presji w geopolitycznym tyglu. Zmarnował tę szansę, wierząc, że siejąc chaos, może ponownie odwrócić bieg wydarzeń na korzyść USA jako hegemona. Co więcej, amerykańscy prezydenci mają niewielki wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Opisywaliśmy ten fakt kilkakrotnie, w tym w odniesieniu do Noama Chomsky’ego, ostatnio w artykule „Wojna bez pokoju – strategia USA ma niewiele wspólnego z Trumpem”, w części „Amerykańscy prezydenci jako statyści – Trump nie jest wyjątkiem”. Ostatecznie Trump jest niczym więcej niż marionetką. I jako taki, biorąc pod uwagę jego charakter i liczne trupy w szafie, łatwo nim sterować i kształtować. Jego odpowiednicy w Europie nie różnią się pod tym względem.
Czynnik dyplomacji
W czerwcu 2025 roku napisałem artykuł „Dyplomacja na łożu śmierci – od prezydenta pokojowego do podżegacza wojennego”. To, czego obawiałem się ponad rok temu, stało się faktem. W międzyczasie Stany Zjednoczone po raz trzeci dokonały inwazji na Iran – w czerwcu 2025 roku i lutym 2026 roku, wspólnie z Izraelem, podczas przerw w negocjacjach dyplomatycznych – naruszając konwencje dyplomatyczne o nieprzewidywalnych konsekwencjach – a teraz po raz trzeci tego lata. Warto zauważyć, że nastąpiło to po podpisaniu porozumienia (Memorandum of Understanding), które miało służyć jako ramy dla pokoju; patrz również „Iran pokonuje USA – refleksje”. Izrael, jako siła napędowa u boku USA, odzyska znaczenie dyplomatyczne dopiero wtedy, gdy przestanie istnieć w obecnej formie; nie ma co więcej mówić o tych ludobójczych psychopatach.
„Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo”.
Co więcej, Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają żadnego interesu w pośredniczeniu w porozumieniu między Rosją a Europą. Po tym, jak w sierpniu 2025 roku wydawało się, że Trump i Putin osiągnęli „konsensus” – podstawowe porozumienie między stronami – w Anchorage, Trump robi teraz wszystko, co w jego mocy, aby sprowokować bezpośrednią wojnę z Rosją. Jego wsparcie dla Ukrainy, które obejmuje dostarczanie danych satelitarnych w celu ułatwienia ataków na cele cywilne głęboko w Rosji, nie jest już tajne, lecz jawne.
Europa z kolei składa się z dyktatury rządzonej przez dwie blondynki z Brukseli, które żywią patologiczną nienawiść do Rosji i otwarcie popierają ludobójstwo Izraela; „kieszonkowego Hitlera” w Berlinie, który chce dozbroić Niemcy, mimo że tylko 0,17% ankietowanej populacji jest gotowych odbyć służbę wojskową; maltretowanego męża z kompleksem „wielkiego imperium” wzorowanym na systemie francuskim; oraz londyńskiego City, które od wieków marzy o upadku Rosji.
Kanały dyplomatyczne zdają się być wyczerpane. Nawet rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, jeden z najzdolniejszych dyplomatów, jakich świat kiedykolwiek wydał, nie widzi obecnie możliwości owocnego dialogu.
Rosja „nie będzie już wierzyć, że Zachód liczy na rozwiązania negocjowane”, ponieważ „ten zapas dobrej woli i nadziei został całkowicie wyczerpany”.
Siergiej Ławrow, 9 lipca 2026
Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo.
Czynnik rynków finansowych
Muszę przyznać, że jak dotąd myliłem się co do załamania rynków finansowych. Mój timing jest fatalny, ale to nie znaczy, że sytuacja nie staje się z dnia na dzień coraz groźniejsza. Rynki akcji są obecnie kontrolowane przez zaledwie garstkę spółek. Pięć największych amerykańskich firm technologicznych ma łączną kapitalizację rynkową wynoszącą 17,6 biliona dolarów, co przewyższa łączne PKB Japonii, Indii, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch (17,1 biliona dolarów). To szaleństwo. Globalny dług wynosił 164 biliony dolarów w 2008 roku i został uznany za główną przyczynę kryzysu finansowego. Podejmowano wysiłki w celu rozwiązania tego problemu, ale bez znaczącego sukcesu: obecnie dług wynosi 363 biliony dolarów, co oznacza, że podwoił się, a nie zmniejszył o połowę.
Wreszcie, wyceny rynkowe – akcji, obligacji i towarów – opierają się na założeniu pokoju; jednak rzut oka na świat sugeruje co innego. Nigdy w całej historii rynków finansowych nie było tak gorącego powietrza w systemie – systemie napędzanym chciwością i towarzyszącą jej głupotą. Przykładem ilustrującym, jak bardzo wyceny rynkowe są oderwane od rzeczywistości, są publikowane ceny kontraktów terminowych na ropę naftową. Rzeczywiste ceny, które trzeba zapłacić na rynku spot, są od 20% do 30% wyższe niż sugerują notowania. Trump, który podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu, sam na to zwrócił uwagę, mówiąc: „[…] Nasze rezerwy wyczerpią się za około cztery tygodnie”, tylko po to, by kilka tygodni później zerwać to porozumienie i ponownie zaatakować Iran. Od kilku dni panuje cisza; Amerykanie ponownie wstrzymali ataki, ponownie obawiając się szoku naftowego.
Stanley Druckenmiller stwierdził już w 2018 roku, że przewidywany kryzys będzie bardziej katastrofalny niż ten z 2008 roku. Sytuacja w Cieśninie Ormuz – zaostrzona obecnie przez zamknięcie Bab al-Mandab, co – jak sama nazwa wskazuje – oznacza po arabsku „Bramę Łez” – może zatem stać się katalizatorem kolejnego kryzysu finansowego.
Czynnik zbrodni wojennych i ludobójstwa
Zbrodnie wojenne istniały zawsze – podobnie jak akty ludobójstwa. Tym, co odróżnia obecną sytuację od przeszłości, jest fakt, że zbrodnie wojenne i ludobójstwo są popełniane na oczach opinii publicznej, tuszowane, a tym samym milcząco akceptowane i wspierane – zarówno przez polityków, jak i media głównego nurtu. Jako obywatel Szwajcarii, poruszam ten problem w moim kraju i wielokrotnie podkreślałem, że tygodnik „Weltwoche” jest wiodącą publikacją w Szwajcarii, jeśli chodzi o gloryfikację ludobójstwa. Ta całkowicie bezkrytyczna, proizraelska postawa kosztowała czasopismo wiele prenumerat. Skupiając się obecnie na Rosji, co obejmuje liczne wywiady, tygodnik próbuje odzyskać te straty.
W przeciwieństwie do 1945 roku, osoby dotknięte – i ogół społeczeństwa – nie będą mogły twierdzić, że nie wiedzą. Oto strona internetowa poświęcona dokumentowaniu ludobójstwa w Strefie Gazy poprzez fotografie. Każdy, kto twierdzi, że ludobójstwo nie ma miejsca, powinien zajrzeć:https://archivegenocide.com/; nieprzespane noce gwarantowane.
„Przestańcie nazywać wszystko ludobójstwem”.
Roger Köppel, grudzień 2025
Oczywiście Zachód twierdzi, że Rosjanie i Irańczycy popełnili zbrodnie wojenne. Bucza nie była jedynym narzędziem propagandy używanym przez Zachód.
Jednak chronologia wydarzeń w Buczy sugeruje, że zbrodni tych nie popełnili Rosjanie. Scott Ritter opublikował kilka artykułów na ten temat: „Prawda o Buczy jest gdzieś tam, ale być może zbyt niewygodna, by ją ujawnić”; „Wojny na Twitterze – moje osobiste doświadczenia z ciągłym atakiem Twittera na wolność słowa”; „Bucza, ponowne rozpatrzenie”.
Kolejnym propagandowym błędem w tym kontekście był ostrzał placu publicznego w centrum Kramatorska, który wówczas znajdował się pod kontrolą Ukrainy. Odpowiedzialność Ukrainy za atak została niezbicie udowodniona numerem seryjnym użytego pocisku.
Zbrodnie wojenne Zachodu są niezliczone: Gaza, Liban, Zachodni Brzeg (ludobójstwo); Iran, Kursk i niezliczone cele cywilne w Rosji. Lista jest nieskończona. Co więcej, każda śmierć Rosjanina jest celebrowana w zachodnich mediach – nawet śmierć dzieci, kobiet i osób starszych.
Jak ludzie reagują na tę nieopisywalną postawę polityków i mediów? Odwracają wzrok – najprawdopodobniej po to, by nie zakłócać własnego spokoju. To zjawisko zaobserwowano w Niemczech już 90 lat temu. Jednak smartfony są dziś wszechobecne, co pozwala na skrupulatne dokumentowanie tych przestępstw. Nadejdzie dzień, gdy ludzie na Zachodzie staną przed pytaniem: Dlaczego milczeliście – tak jak wtedy? Będzie to miało katastrofalne konsekwencje dla zaangażowanych społeczeństw, które wszystkie znajdują się na Zachodzie.
Czy III wojna światowa już nadeszła?
Poniżej przedstawię przegląd przebiegu wojny na całym świecie.
Według Ukraine Support Tracker, oceniając strony w oparciu o fakty i obiektywnie, 41 krajów jest w stanie wojny z Rosją lub wspiera walkę z nią na różne sposoby, w tym Szwajcaria. Wśród stron zaangażowanych w wojnę z Rosją znajdują się między innymi: Ukraina (jako platforma), Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Polska, Belgia, Bułgaria, Dania, Finlandia, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Słowacja, Czechy, Słowenia, Węgry, Cypr, Litwa, Estonia, Łotwa i Stany Zjednoczone.
W wojnie na Bliskim Wschodzie uczestniczy 11 następujących państw: Izrael, USA, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Syria, Katar, Oman, Arabia Saudyjska i Jemen.
Obecnie wojna toczy się w następujących krajach afrykańskich: Sudanie, Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga, Somalii, Etiopii, Mali, Burkina Faso, Nigrze, Nigerii, Kamerunie, Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej i Libii – w sumie w 13 krajach.
Zaangażowane są kraje na czterech kontynentach: 64 kraje z Europy, Ameryki, Azji i Afryki. Wymienione powyżej kraje należy jednak traktować jedynie jako przybliżony przykład ilustrujący skalę problemu.
Nie można wykluczyć, że w to wciągnięte zostaną również kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Z jednej strony Stany Zjednoczone mówią o walce z kartelami narkotykowymi na terytorium Meksyku; z drugiej strony prezydent Brazylii kilka dni temu oświadczył, że rozważa możliwą inwazję USA na swój kraj; ponadto Trump ma zamiar zająć Kubę.
Dla porównania: pod koniec 1944 r. w II wojnie światowej brało udział od 45 do 50 państw, w ostatnich dniach wojny liczba ta wzrosła do 61 państw.
Zdaję sobie sprawę, że lista ta zawiera nieścisłości, a udział niektórych krajów jest kwestionowany. Niemniej jednak, można śmiało powiedzieć, że III wojna światowa była faktem, jeśli weźmiemy pod uwagę kraje biorące w niej udział.
Nawet laik dostrzega, że państwa członkowskie NATO są zaangażowane w praktycznie wszystkie wymienione konflikty. Czy możliwe, że zdecydowana większość – a może nawet wszystkie – tych konfliktów nie istniałaby bez hegemonicznej polityki Zachodu? Konsekwencja: konflikty będą toczone do samego końca.
Koniec negocjacji
W moim ostatnim artykule zacytowałem wypowiedzi prezydenta Putina i ministra spraw zagranicznych Ławrowa: W przeciwieństwie do Amerykanów i Europejczyków, Rosjanie nie bawią się słowami. Kiedy mówią, że zaufanie jest bezpowrotnie utracone, to znaczy, że jest utracone. Po porozumieniu 2+4, Mińsku I i II, Stambule 2022 i formacie Anchorage, Rosjanie zdają sobie sprawę, że jednostronne opracowanie rozwiązania umownego byłoby czystą stratą czasu. Rosyjskie władze oczywiście będą kontynuować rozmowy z pozostałymi stronami, ale będzie to niewiele więcej niż dyplomatyczna kurtuazja.
Niemcy są szczególnie „bliscy sercom” Rosjan. Ostatnio niemieckie szaleństwo kosztowało Rosjan 27 milionów istnień ludzkich – ponad 50% z nich stanowili cywile – którzy zostali wymordowani jak bydło, podczas gdy Niemcy próbowali „doszczętnie zmieść” Aryjczyków poprzez „Generalplan Ost” (Generalny Plan Wschodni). W „Manifeście politycznego i intelektualno-moralnego regresu” René Zittlau dowiódł faktami, że Friedrich Merz w niczym nie ustępuje Adolfowi Hitlerowi, jeśli chodzi o komunikację i zbrojenia. Intencje dwóch rusofobicznych, pełnych nienawiści blondynek z Brukseli – obdarzonych dyktatorską władzą – są oczywiste, nie tylko wobec Rosji, ale także wobec własnego narodu.
To samo dotyczy Iranu, traktowanego przez USA i Izrael jako agresora. Jesteśmy obecnie w trakcie trzech wojen, z których każda została wywołana przez Trumpa i Netanjahu. Pytanie, czy Trump jest kontrolowany przez Netanjahu, czy też Stany Zjednoczone kontrolują Izrael, jest kwestią czysto akademicką, typowo amerykańską.
Faktem jest, że od 2023 roku te dwa kraje wspólnie dopuściły się ludobójstwa w Strefie Gazy i trzykrotnie zaatakowały Syrię, Liban i Iran. Ostatni atak, naruszający Porozumienie o Porozumieniu, uświadomił Irańczykom, że negocjacje są bezcelowe, ponieważ każde porozumienie jest łamane przez USA.
Ukraina
Eskalacja wojny na Ukrainie
Ponieważ nie uda się osiągnąć porozumienia, a Rosja, po wielu wojnach toczonych przez wieki, w końcu doprowadzi do trwałego rozwiązania problemu na swojej zachodniej granicy, należy się spodziewać, że nie ograniczy swojej kontroli wojskowej do czterech regionów, które wraz z Krymem już należą do Rosji. Zakładam, że rosyjskie władze przejmą pod swoją kontrolę całość lub znaczną część rosyjskojęzycznej Ukrainy i pozwolą ludziom podjąć decyzję.
Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy wszystkich tych rosyjskojęzycznych regionów chcą być częścią Rosji. Czas pokaże.
Źródło: Forum Geopolitica
Jest całkiem możliwe, że w tym scenariuszu Polska, Rumunia i Węgry odzyskają swoje dawne terytoria. Wszystkie te decyzje terytorialne z pewnością nie zostaną podjęte bez udziału Rosji.
Stworzyłem poniższą mapę w oparciu o aktualną sytuację językową. Jest to bardzo uproszczona reprezentacja grup etnicznych na Ukrainie.
Źródło: Forum Geopolitica
Poniższa mapa, przedstawiająca skład etniczny Austro-Węgier przed 1918 rokiem, ilustruje tę złożoność. Żółty obszar na mapie Austro-Węgier odpowiada mniej więcej zachodniej części dzisiejszej Ukrainy. Upadek Austro-Węgier nastąpił głównie z powodu problemów etnicznych, które stały się nie do opanowania. Sugeruje to, że rozwiązanie zapewniające trwały pokój w przyszłości można osiągnąć jedynie poprzez rozwiązanie kwestii etnicznych.
Źródło: https://kuk-xiv-korps.org/kuk-monarchie/
Podstawowa zmiana w prowadzeniu wojny
Ukraina jest drugim co do wielkości krajem w Europie po Rosji i ponad dwukrotnie większym od Niemiec. Czasy, gdy potężne kolumny czołgów posuwały się codziennie o 30 kilometrów lub więcej, definitywnie minęły. Tak jak technologia wojskowa przeszła fundamentalną rewolucję podczas dwóch ostatnich wielkich wojen, tak teraz jesteśmy świadkami całkowitej reorientacji. Nie jestem ekspertem wojskowym, ale codziennie śledzę raporty z frontu i zauważam, że pomimo miażdżącej przewagi liczebnej, rosyjskie siły zbrojne mogą wystawiać jedynie niewielkie grupy, a ich postęp jest zatem powolny, ale stały. Co więcej, Rosjanie zbliżają się obecnie do ostatnich głównych umocnień (Kramatorsk, Słowiańsk). Dalej na drodze do Kijowa nie ma już żadnych większych przeszkód, ale teren jest całkowicie płaski i nie oferuje żadnej osłony dla żadnej ze stron. Trudno powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna, ale może ciągnąć się latami.
Wydaje się, że „eksperci” na Zachodzie albo są zaskoczeni nowymi realiami wojny, albo kłamią swoim słuchaczom, interpretując tempo dzisiejszych działań wojennych jako słabość rosyjskich sił zbrojnych.
Każdy, kto uważa, że Rosjanom ostatecznie brakuje wytrwałości w osiąganiu celów wojennych, powinien zajrzeć do podręczników historii. Na początku wojny w 1941 roku Związek Radziecki znajdował się w znacznie słabszej pozycji niż Rosja w 2022 roku, a mimo to w 1945 roku, pomimo astronomicznych strat, stanął w Berlinie. Rosyjskie dowództwo jak dotąd realizowało strategię militarną mającą na celu minimalizację strat po stronie rosyjskiej, co doprowadziło do stosunku strat między Rosją a Ukrainą wynoszącego około 1:10.
„Bardziej zdecydowane podejście”
W przemówieniu wygłoszonym przed Dumą 27 lipca 2026 roku prezydent Putin zasugerował, że rosyjskie wojsko zajmie bardziej zdecydowane stanowisko wobec Ukrainy. Ostrożnie dobierał słowa i spotkał się z gromkimi brawami za tę propozycję.
„Oczywiście, zdradzę wam sekret – mój kolega nie będzie miał mi tego za złe. Podczas ceremonii wręczenia nagród jeden z laureatów szepnął mi: »Wygramy. Ale musimy być odważniejsi. Naprawdę, naprawdę tego chcę«. Nasuwa się jednak pytanie: »Jeszcze odważniejsi?«. I tak jak w świecie biznesu, niesie to ze sobą ryzyko, którego ceną są straty po naszej stronie pola bitwy. Dlatego i tutaj będziemy postępować ostrożnie, ale będziemy wytrwale i konsekwentnie dążyć do celów, które wyznaczyliśmy dla naszego kraju. I je osiągniemy”.
Prezydent Putin, 27 lipca 2026 r.
Jego wypowiedzi są szeroko komentowane i interpretowane w rosyjskich mediach; społeczeństwo wydaje się popierać to podejście.
Dowódcę wojskowego zastępuje psychopata – to nawiązuje do Himmlera.
Zełenski odwołał dowódcę armii Sirskiego i mianował Mychajła Drapatego nowym dowódcą armii 21 lipca 2026 roku. Zgodnie ze stanowiskiem ukraińskiego kierownictwa, Drapaty złożył następujące oświadczenie dotyczące Rosji:
Ogólnie rzecz biorąc, jest to naród, którego przywódcy nie mają prawa istnieć. Przez tysiąclecia nie było tam niczego cywilizowanego – ani w mentalności, ani w imperialnych ambicjach.
Mychajło Drapaty, 22 lipca 2026 r
To bezprecedensowe oświadczenia nazistów, a historia lubi się powtarzać: natychmiast po nieudanym zamachu z 20 lipca 1944 roku Hitler zdymisjonował generała Friedricha Fromma i mianował Himmlera naczelnym dowódcą armii rezerwowej. Dało to Himmlerowi kontrolę nad szkoleniem wojskowym, oddziałami rezerwowymi i około dwoma milionami żołnierzy w Niemczech. Później, około 25 stycznia 1945 roku, Hitler mianował Himmlera dowódcą nowo utworzonej Grupy Armii „Wisła”, której misją było powstrzymanie sowieckiego natarcia na Berlin. Himmler nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w dowodzeniu armiami konwencjonalnymi i został zastąpiony przez generała Gottharda Heinriciego 20 marca 1945 roku.
Himmler był doskonałym przykładem ludobójczego psychopaty i zawiódł w roli dowódcy wojskowego. Historia zdaje się teraz powtarzać na Ukrainie, sugerując, że zachodnia narracja rozpada się wraz z upadkiem frontu ukraińskiego. Zmiana w dowództwie wojskowym jest wyraźnym sygnałem beznadziejnej sytuacji militarnej, w jakiej znalazła się Ukraina – tak jak wówczas.
Ataki Europy głęboko w Rosji
Ataki Europy głęboko w Rosji trwają. Rosyjski rząd słusznie nazywa je atakami terrorystycznymi, które, choć powodują ofiary wśród ludności cywilnej, mają niewielki wpływ na postępy wojsk rosyjskich na Ukrainie. Prezydent Putin jak dotąd powstrzymuje się od podejmowania działań militarnych przeciwko Europie, mimo że ma ku temu wszelkie powody. Poruszyłem ten temat w moim niedawnym artykule „Europa na krawędzi”. Od tego czasu nie zaobserwowałem żadnej zmiany w polityce prezydenta Putina.
W jednym ze swoich ostatnich występów w programie „Sędzia Napolitano” Gilbert Doctorow wezwał do rosyjskiego ataku na Europę, argumentując, że w przeciwnym razie Rosja przegrałaby wojnę. Doctorow nie przedstawia żadnego uzasadnienia, dlaczego Rosja miałaby przegrać wojnę w takim scenariuszu. Otwarta wojna Europy z Rosją – która narusza wszelkie zasady prawa międzynarodowego – ma na celu sprowokowanie Rosji do ataku, tak jak miało to miejsce w 2014 i 2022 roku. Prezydent Putin nie dał się nabrać na taki podstęp – przynajmniej na razie. Doctorow albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo gra w haniebną grę.
Wojna z Iranem
Iran jest, obok Rosji, najbardziej niedocenianym krajem przez Zachód. Dzięki swoim pociskom hipersonicznym Persowie przewyższają Izraelczyków i Amerykanów nie tylko pod względem technologii wojskowej, ale także siły psychicznej. Społeczeństwo amerykańskie jest podzielone, a większość nie popiera wojny z Iranem. Różne sondaże pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów nie popiera wojny. Ostatnie sondaże ogólnokrajowe wskazują, że tylko około jedna trzecia społeczeństwa popiera działania militarne USA, podczas gdy mniej więcej połowa do dwóch trzecich jest im przeciwna (źródła: Washington Post, Silver Bulletin, Barron’s); według Gallupa, złotego standardu amerykańskich sondaży opinii publicznej, tylko 34% społeczeństwa popiera działania militarne przeciwko Iranowi. Sondaż przeprowadzono 15 czerwca i spodziewam się, że poparcie spadło jeszcze bardziej po zerwaniu Porozumienia o Porozumieniu i pogarszającej się sytuacji energetycznej – wyższych cenach benzyny i oleju napędowego w USA.
Naród irański stoi zjednoczony po stronie swojego rządu; wyraźnym tego dowodem był fakt, że ponad 15 milionów osób – niektóre źródła podają nawet 40 milionów – uczestniczyło w uroczystościach pogrzebowych zamordowanego byłego przywódcy Chameneiego. Zachodnia propaganda, głosząca słabe poparcie dla rządu, upadła. Po naruszeniu przez Trumpa Porozumienia o Porozumieniu, Irańczycy nie są obecnie skłonni do negocjacji. I dlaczego mieliby to robić, mając partnera w negocjacjach, który nie przestrzega umów?
Amerykanie stoją przed ogromnym dylematem. Według Larry’ego Johnsona, kończą im się nie tylko pociski przeciwlotnicze, ale także amunicja ofensywna. Co więcej, sytuacja w zakresie ropy naftowej i gazu uległa dalszemu pogorszeniu z powodu blokady Bab al-Mandab przez Huti.
Amerykańska inwazja lądowa to nic innego jak pusta retoryka Trumpa, która zakończyłaby się krwawą łaźnią dla Amerykanów. Prawdopodobnie to również powód, dla którego Amerykanie wstrzymali ataki na Iran w ostatnich dniach. Saudyjczycy sprowokowali nową wojnę z Huti kilka dni temu, a po blokadzie Bab al-Mandab infrastruktura giganta naftowego stała się celem ataku.
Ich trzecia próba – po tych z czerwca 2025 i lutego 2026 roku – również zakończyła się całkowitą porażką Amerykanów; przegrali wojnę, a prestiż najsilniejszej potęgi militarnej świata legł w gruzach. Co więcej, udowodnili światu swoją bezwartościowość jako partnerzy negocjacyjni i traktatowi. Będzie to miało kolosalne, długotrwałe konsekwencje dla USA. Istnieją powody do obaw, że USA, Europa i Afryka staną w obliczu katastrofalnych kryzysów energetycznych i że najpóźniej w przyszłym roku należy spodziewać się głodu w Afryce. Ucierpi również przemysł półprzewodników. Oprócz licznych zgonów w Afryce, inflacja będzie szaleć na Zachodzie – a to za sprawą USA.
Długoterminowe skutki
Konsekwencje militarne
Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko okupować większość Ukrainy, aby trwale rozwiązać problem na jej zachodniej granicy. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Europa i Stany Zjednoczone zrobią wszystko, co w ich mocy, aby temu zapobiec, a czas pokaże, czy i kiedy prezydent Putin dojdzie do wniosku, że może osiągnąć swój cel jedynie atakując państwa NATO. Biorąc pod uwagę nowe realia na polu bitwy, zdominowane przez drony, można rozsądnie założyć, że tempo rosyjskich postępów przyspieszy dopiero po załamaniu się ukraińskich sił zbrojnych. Obecnie wykluczam rozmieszczenie oficjalnych wojsk europejskich na terytorium Ukrainy.
Nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, dopóki żądania Iranu nie zostaną spełnione. Izrael jednak będzie się temu sprzeciwiał. Można sobie wyobrazić, że w konsekwencji państwo Izrael nie przetrwa w obecnej formie, ponieważ Izrael w obecnym stanie nie jest zdolny do pokoju. Można również sobie wyobrazić, że wiele krajów zawrze dwustronne porozumienia z Iranem i Huti, aby złagodzić katastrofalny kryzys energetyczny.
Amerykanom i Izraelczykom udało się zatem uczynić Iran największą potęgą geopolityczną na Bliskim Wschodzie.
Konsekwencje ekonomiczne
Załamanie się zachodnich rynków finansowych to tylko kwestia czasu; dodatkowa presja ze strony Bliskiego Wschodu może być tego przyczyną. Powrót stabilności może zająć pięć, dziesięć, a nawet więcej lat. Dzieje się tak, ponieważ zachodnie banki centralne będą niezawodnie sięgać po swoje „lekarstwo na całe zło” i drukować pieniądze, aż do całkowitego załamania się walut fiducjarnych. Historia pokazuje, że takie katastrofy gospodarcze prowadzą do agresji militarnej. Skoro możemy już słusznie mówić o wojnie światowej, można jedynie spekulować, co się stanie: być może rozpad UE i wojna w Europie, a może wojna domowa w USA? – Wszystko jest możliwe.
Należy zdać sobie sprawę, że wojny te, początkowo skierowane przeciwko Rosji i Iranowi, ostatecznie będą skierowane przeciwko Chinom. Konflikty zbrojne w Afryce to nic innego jak zmagania między byłymi mocarstwami kolonialnymi – które eksploatują ten bogaty kontynent od wieków – a Chińczykami, którzy inwestują w Afryce od dziesięcioleci. Chińczycy zdają sobie z tego sprawę i od dziesięcioleci przygotowują się militarnie.
Powołane zostaną trybunały ds. zbrodni wojennych.
Wojna się skończy, a zbrodniarze nie zwyciężą. Ludzkość zwycięży, i to dobrze. Po drugiej wojnie światowej odbyły się liczne procesy o zbrodnie wojenne, z których najsłynniejszy odbył się w Norymberdze. Był to jedynie chwyt reklamowy, mający na celu przekonanie uciskanych narodów, że winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Garstka skończyła na szubienicach; większość uniknęła kary. Zobacz mój artykuł z listopada 2023 roku: „Nieodpokutowane zbrodnie Holokaustu”.
Na przykład Donald Trump zaledwie kilka dni temu pokazał, że jest w pełni świadomy swoich zbrodni wojennych. Zapytany przez reportera „New York Timesa”: „Mówisz o wysadzaniu cywilnych elektrowni i mostów. Większość cywilizowanego świata uznałaby to za zbrodnię wojenną. A ty?” , Trump odpowiedział, że nie będzie komentował tej sprawy.
Wygląda na to, że jego instynkt – a może raczej jego prawnicy i doradcy – mentalnie przygotowuje go na trudne czasy.
Liczba i skala dzisiejszych zbrodni wojennych i ludobójstw są bezprecedensowe w historii ludzkości, a dowody będą przytłaczające. Miliony filmów i zdjęć, nagranych smartfonami przez miliony ludzi, są publikowane w internecie – internet nigdy nie zapomina.
Spodziewam się, że w przyszłości procesy o zbrodnie wojenne będą się toczyć w najróżniejszych miejscach – prawdopodobnie bezpośrednio w miejscach zbrodni: w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, Teheranie, Moskwie, Kijowie, Kursku i tak dalej. Profesor Mearsheimer powiedział kilka dni temu, że zarówno Netanjahu, jak i Trump zawiśliby na wisielcu, gdyby ich postępowanie zostało osądzone zgodnie z zasadami norymberskimi. Panie i panowie z zachodnich mediów powinni wkrótce zacząć planować ucieczkę. Nawet w Norymberdze ich nie oszczędzono.
Wniosek
Wybuchła III wojna światowa, załamanie gospodarcze jest nieuniknione, a ludzkość stoi w obliczu długiego i strasznego okresu cierpienia.
Tak na okrągło opowiadają nam politycy (wszyscy, prawie bez wyjątku), a oni przecież wiedzą wszystko najlepiej. Nie tylko na temat Rosji.
Przecież lepiej wiedzą od władz amerykańskich co jest w interesie USA, podobnie w przypadku władz w Kijowie, a nawet Chin. Co prawda ostatecznie państwa te okazują się „nieprzewidywalne”, bo nie dostosowują się do „ichnich” prognoz.
Może tylko dlatego, że tych prognoz nie znają, bo wtedy na pewno postępowałyby zgodnie z naszymi zaleceniami. Ciekawe, czy Rosja zna nasze prognozy i dokona „nieuchronnej” agresji? Na kogo? Z tego co wiemy z naszych obowiązujących prognoz, to na jakieś „państwo wschodniej flanki NATO”. Czyli może na nas. Jakie jest (nasze) uzasadnienie nieuchronności tej „agresji”? Do końca nie wiadomo, ale podawane są motywy ogólne, bo Rosja „ma (jakoby) cechy imperialne”, „chce przetestować jedność NATO” lub chcę „odtworzyć ZSRR”.
W dodatku w tych uzasadnieniach są rażące sprzeczności, bo od ponad czterech lat przekonują nas, że dopóki Ukraina walczy z Rosją to właśnie nas „ruskie” nie zaatakują. Przedtem słyszeliśmy, że po likwidacji banderowskich władz w Kijowie „Rosja się nie zatrzyma” i pójdzie dalej na Zachód po to, aby zdobyć zagraniczne hipermarkety umiejscowione w naszym kraju. Teraz dowiadujemy się, że jedno drugiemu nie przeszkadza i „ruszą na Zachód” już teraz. Jeśli brać to na serio, to nasze wsparcie dla „walczącej Ukrainy” nie miało żadnego sensu, bo Rosja, mimo że „przegrywa (naszą) wojnę”, musi nieuchronnie dalej atakować. Jak już rozsypią się te wszystkie „teorie”, pozostanie jeszcze na deser przekonanie o „nieprzewidywalności” Rosji.
Ale mogło być jeszcze gorzej. Od kilku lat w tzw. kręgach dobrze poinformowanych powtarzana jest opowieść o planie udziału naszego państwa w… podziale Ukrainy wespół z Węgrami przy milczącej akceptacji Rosji, której udział w tym podziale byłby największy. Ostatnio przypomniał o tej legendzie (?) znany polityk będący również adwokatem, a jeden z ważnych ministrów upowszechnił jego wypowiedź. Przypomnę, że Węgry miałyby wziąć Zakarpacie, a my większość ziem, które należały przed wojną do II RP (łącznie z Wołyniem?). Ponoć koronnym dowodem prawdziwości tej opowieści była wizyta wysokich oficjeli jeszcze „PiS-owskiego rządu” na Ukrainie na początku tej wojny, gdy zaproponowaliśmy, żeby na te tereny wkroczyły „wojska NATO” (czyli polskie).
W ciągu ostatnich czterech lat opowiadano najbardziej absurdalne wizje naszej roli w stosunkach z Ukrainą. Byli nawet tacy, którzy chcieli nas do niej… przyłączyć: miały się odbywać wspólne posiedzenia parlamentów obu państw oraz ich rządów. Przy okazji wyjaśnię dlaczego używam słowa „przyłączenie” (a nie „połączenie”) i to w dodatku do Ukrainy (a nie odwrotnie – do Polski). Tę koncepcję lansowali (?) polscy komentatorzy, celebryci a nawet naukowcy, którzy obwieszali się flagami ukraińskimi, które powiewały również na gmachach publicznych naszego państwa (przypomnę, że na Ukrainie nikt polskich flag nie wywieszał) i nie bez powodu zasłużyli oni na miano „sług narodu ukraińskiego”. Zresztą owo przyłączanie było wyłącznie w interesie obecnych władz w Kijowie, a dla nas byłoby oczywistą katastrofą.
Była również wspomniana już koncepcja (równie absurdalna) owego podziału, czyli wchłonięcia przez państwo polskie kolebki banderyzmu, czyli na wskroś antypolskiej części tamtego państwa. Wraz z pomnikami UPA i ich przywódców. Byłby to z punktu widzenia Polski i Polaków krok samobójczy (w każdym tego słowa znaczeniu). Przypomnę, że przed wojną istniały na tych terenach zbrojne bojówki antypolskie, Ukraińcy zabijali polskich funkcjonariuszy publicznych (nawet ministra spraw wewnętrznych), a Wojsko Polskie pacyfikowało zbuntowane wsie ukraińskie. Opresyjna II RP rządzona niepodzielnie przez „Marszałka”, nie dawała sobie rady z banderowcami. O naszej słabej, w dodatku do cna skłóconej państwowości, która miałaby objąć we władanie ziemie zdominowane politycznie przez antypolską tradycję, lepiej nie myśleć: skończyło się to wojną, którą – podobnie jak przed 1939 rokiem – przegralibyśmy.
A wracając do „agresji rosyjskiej” – jedynym racjonalnym z punktu widzenia Moskwy wariantem zakończenia ich wojny jest właśnie pozostawienie samej sobie banderowskiej części Ukrainy, która jest (i będzie) zarówno antyrosyjska, jak i antypolska. Ma być ona „niepodległa” i powinna być przyjęta do UE. Wtedy nie będziemy mieć wyjścia: albo my albo oni, bo wstąpienie do UE okrojonej od wschodu Ukrainy będzie największym sukcesem politycznym Rosji, bo rozsadzi od wewnątrz tę organizację.
Każdy wariant przyszłości jest zły, albo nawet jeszcze gorszy. Przecież przez ostatnie lata „wyhodowaliśmy” najbardziej złowrogi dla nas wariant przyszłości. Gdyby ktoś tu umiał wykroczyć poza granice swojej nienawiści wobec Rosji, w dodatku w imię przeciwstawienia się „agresji rosyjskiej”, to po cichu nie przeszkadzałby podporządkowaniu Rosji całej Ukrainy, a przede wszystkim jej zachodnich rubieży: pacyfikacja tych ziem „okupanta” zużywałaby przez lata jej siły i środki bez szansy na sukces. Nawet nienawidząc Rosji i działając na jej szkodę, można postępować racjonalnie albo na własną szkodę. Jak dotąd (nawet z perspektywy rusofobów) popełniamy te same błędy.
W tym samym tygodniu odbyły się dwa wywiady na temat tej samej wojny, przeprowadzone przez osoby, które od lat intensywnie badają Rosję i które nie są na ogół kojarzone z narracją kijowską. Jeden z nich przeprowadził Glenn Diesen w rozmowie z historykiem Gilbertem Doctorowem. Drugi – Diesen w rozmowie z Alexandrem Mercourisem, gospodarzem programu „The Duran”.
Oba wywiady prowadzą do niemal identycznych ustaleń faktycznych – i diametralnie odmiennych osądów. Doctorow nazywa to, co dzieje się w Donbasie i na Krymie, pyrrusowym zwycięstwem, które w rzeczywistości maskuje strategiczną porażkę. Mercouris przytacza dokładnie tę samą linię frontu i sytuację gospodarczą jako dowód na to, że Ukraina przegrywa, a Zachód oszukuje sam siebie. To nie przypadek ani problem ze zrozumieniem ze strony któregokolwiek z analityków. To błąd kategorialny, sięgający głębiej niż pytanie, kto ma rację.
Obie rozmowy zgadzają się co do tego, że…
Główne fakty obu rozmów są zadziwiająco podobne. Według obu wersji Rosja kontroluje obecnie większość Donbasu i wkracza dalej w głąb Zaporoża i Chersonia; ostatnie ufortyfikowane miasta Kramatorsk i Słowiańsk są w obu rozmowach uważane za ostatnią linię obrony przed otwartym terenem rozciągającym się aż do Dniepru. Obie strony opisują praktycznie całkowitą blokadę Odessy i ukraińskiego wybrzeża Morza Czarnego po tym, jak Kijów podważył porozumienie zbożowe z 2022 roku, przeprowadzając własne ataki na rosyjskie okręty na Morzu Azowskim. Obie strony postrzegają kryzys przywództwa w Kijowie – dymisję Fiodorowa i Syrskiego – jako objaw wyczerpywania się zasobów armii. Obie strony zakładają również, że NATO nie jest już biernym obserwatorem, lecz stroną konfliktu: z bronią, rozpoznaniem celów i, jak to ujmuje Doktorow, bez dostrzegalnego strachu przed odwetem ze strony Rosji.
Niedawne spotkanie Marco Rubio i Siergieja Ławrowa 23 lipca w Manili również wpisuje się w ten schemat. Ławrow powtórzył, że Moskwa przestrzega porozumień zawartych w Anchorage i zażądał zaprzestania dalszych dostaw broni do Kijowa; Rubio z kolei publicznie przyznał, że propozycje z Anchorage upadły, ponieważ Ukraina nie wyraziła na nie zgody. Dwóch ministrów spraw zagranicznych, którzy – jak sami przyznają – zgadzają się co do obecnej sytuacji – a mimo to nie widać postępu. To dyplomatyczny odpowiednik tego, co obie rozmowy opisują w kontekście wojskowym: znają fakty. Po prostu wyciągają odmienne wnioski co do ich znaczenia.
Gdzie opinie się rozchodzą – i dlaczego
Doctorow mierzy zwycięstwo celami wojny ogłoszonymi w lutym 2022 roku: neutralnością Ukrainy, przywróceniem jej statusu konstytucyjnego z 1992 roku, wykluczeniem z NATO i denazyfikacjami. Według niego, Rosja, pomimo zdobyczy terytorialnych, nie osiągnęła żadnego z nich – a jednocześnie jej własny potencjał odstraszający uległ erozji, ponieważ ataki NATO wnikają coraz głębiej w Rosję, a Moskwa nie oferuje żadnego wiarygodnego odwetu. Jego dowody są uderzająco mało spektakularne: podczas wideokonferencji na temat zbrodni wojennych w Chersoniu, zorganizowanej przez rosyjską delegację ONZ w Wiedniu, gubernator Chersonia sam poinformował, że jego własny region stał się niezamieszkany z powodu codziennych ataków dronów – co miało być dowodem rosyjskiego cierpienia, ale Doctorow zinterpretował jako przyznanie się do utraty prowincji.
Ta sama obserwacja dotyczy Krymu: kiedyś podróżowali tam rosyjscy wczasowicze i uczniowie, a teraz ich długoletni znajomi z Petersburga opowiadają mu o brakach paliwa, przerwach w dostawie prądu i o moście Kerczeńskim, który był zamknięty przez wiele godzin.
Mercouris i ta firma stosują inną miarę: potencjał militarny i gospodarczy Ukrainy. W porównaniu z tym standardem obraz jest jasny.
Donbas całkowicie upadnie w dającej się przewidzieć przyszłości, Charków i Sumy znajdują się pod presją, rosyjska gospodarka ustabilizowała się i jest gotowa do wojny pomimo okresów inflacji i podwyżek stóp procentowych, podczas gdy w Kijowie mobilizacja napotyka coraz większy opór społeczny. Dla nich zachodnia narracja o „odwróceniu sytuacji” nie jest analizą, lecz – jak sami stwierdzają, cytując artykuł redakcyjny w „Financial Times” o „wyczerpanej i przeciążonej” armii ukraińskiej – symptomem cyklu euforii, paniki i ponownej eskalacji, który powtarza się od 2022 roku, nie zmieniając nigdy zasadniczej sytuacji.
Dwóch analityków, te same fronty, ta sama sytuacja gospodarcza, to samo zaangażowanie NATO w wojnę – i sprzeczna ocena. Sprzeczność nie zostaje rozwiązana przez uznanie jednego z nich za trafniejszego obserwatora. Rozwiązuje się ona sama, gdy tylko uświadomimy sobie, że „zwycięstwo” odnosi się tu do dwóch zupełnie różnych rzeczy: z jednej strony do spełnienia deklarowanych celów politycznych, a z drugiej do militarnej kontroli nad przestrzenią i czasem. Obie te rzeczy są zasadnie mierzalne. Jednak nie są tym samym – a każdy, kto myli oba te pojęcia jednym słowem, popełnia błąd kategorialny, który ta wojna powoduje na każdym poziomie: niemożność zmierzenia egzystencjalnych stawek i taktycznych rezultatów tą samą miarą.
John Mearsheimer opisał tę samą strukturę w analizie przyczyn tej wojny: Zachód traktował rozszerzenie NATO na wschód jako czystą formalność, podczas gdy dla Moskwy było to od początku pytanie egzystencjalne – błędna ocena, przed którą ostrzegał już ówczesny ambasador USA William Burns w swojej notatce z 2008 r. „Nyet Means Nyet”, która później wyciekła do WikiLeaks.
Kto korzysta na tej dwuznaczności?
Ta niejednoznaczność nie jest wadą; jest funkcjonalna. Dopóki „zwycięstwo” pozostaje nieokreślone, każdy rozwój sytuacji – zdobyty region, zablokowane miasto portowe, zdymisjonowany szef sztabu – może jednocześnie służyć jako dowód zbliżającego się zwycięstwa i pretekst do dalszej eskalacji. Ci i Mercouris precyzyjnie opisują ten mechanizm jako cykl: po euforii następuje panika, a po panice nie dyplomacja, lecz kolejna dostawa broni. Każdy, kto w tej sytuacji domaga się pokoju, jest w Brukseli, podobnie jak w Londynie, uważany za osobę dzielącą Europę lub wspierającą Putina. Tym samym kluczowe pytanie – czyim interesom tak naprawdę służy ten stan rzeczy, skoro nie pozwala on ani Rosji ponieść wyraźnej porażki, ani Ukrainie na wyraźne zwycięstwo – praktycznie zniknęło z debaty.
Odpowiedź leży nie w kategoriach militarnych, lecz strukturalnych. Wojna, której wynik pozostaje trwale niepewny, jest bardziej produktywna ekonomicznie niż wojna, która została już przesądzona. Uzasadnia ona trwające zbrojenia w Niemczech i Europie, utrzymuje „partię wojny” – używając terminologii Diesen i Mercouris, oś Kai Kallas, Ursuli von der Leyen i wspierających je mediów – u władzy i na właściwej pozycji, a także uniemożliwia jakiekolwiek rozliczenie kosztów, ponieważ tylko ktoś, kto wie, czy wojna została wygrana, czy przegrana, może sporządzić rozliczenie.
To jest sedno tego, co gdzie indziej opisałem jako „Wojna karmi klasę”: nie zwycięstwo lub porażka są istotnymi kategoriami, lecz kontynuacja. Właśnie to Diesen i Mercouris opisują jako podwójne standardy mediów w odniesieniu do wzajemnych ataków na statki cywilne na Morzu Czarnym i Azowskim – celebrowane, gdy jedna strona je popełnia, potępiane, gdy robi to druga.
Sam Mercouris nawiązuje do orwellowskiej paraleli z „Roku 1984”: państwo celebruje okrucieństwa popełniane przez własną stronę i potępia dokładnie ten sam czyn, gdy jest on skierowany przeciwko niej. Nie jest to błąd w wojnie informacyjnej, lecz jej system operacyjny: podział na dobro i zło, ocenianie tego samego czynu według jego źródła, a nie celu, legitymizacja jednej strony i sankcjonowanie drugiej.
Prawdziwe pytanie
Najciekawszy punkt porozumienia między Doctorowem, Diesenem i Mercourisem leży nie w sytuacji na linii frontu, lecz w ich diagnozie, dokąd prowadzi ta niejednoznaczność. Niezależnie od ich oceny zwycięstwa, wszyscy trzej dochodzą do tego samego wniosku: dopóki Zachód będzie definiował pokój jako bezwarunkowe zawieszenie broni na obecnej linii frontu oraz dalsze zaangażowanie w członkostwo w NATO, nie będzie negocjacji godnych tej nazwy. Ci, którzy, podobnie jak Doctorow, uważają, że Rosja stoi w obliczu pyrrusowego zwycięstwa, oczekują ostrzejszej reakcji Rosji, aby odzyskać utraconą siłę odstraszania. Ci, którzy, podobnie jak Mercouris, uważają, że Ukraina jest na skraju upadku, spodziewają się tej samej eskalacji – wywołanej jedynie przez drugą stronę, za pośrednictwem europejskich wojsk lądowych lub stref zakazu lotów po załamaniu się linii frontu. Obie ścieżki prowadzą do tego samego ryzyka.
Prawdziwe pytanie, jakie stawia ta wojna, nie brzmi zatem: „Czy Rosja wygra, czy przegra?”. To niewłaściwa kategoria – dopóki standard, według którego mierzy się wynik, pozostaje nieokreślony, pytanie pozostaje nierozstrzygnięte, a co ważniejsze, celowo utrzymywane w stanie nierozstrzygniętym. Prawdziwe pytanie brzmi: kto ma interes w tym, by pozostawało nierozstrzygnięte?
Złote iluzje Warszawy: Dlaczego amerykańskie bazy nie gwarantują bezpieczeństwa Polski
Maria Pawłowa o polskiej „bazomanii” i jej cenie. tass-ru/opinions
Maria Pawłowa , kandydatka nauk historycznych, starszy pracownik naukowy w Instytucie Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych (IMEMO) Rosyjskiej Akademii Nauk
W czerwcu polski minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz po raz pierwszy przedstawił sekretarzowi Pentagonu Pete’owi Hegsethowi swoją propozycję budowy stałej bazy wojskowej w Polsce, której budowę w całości sfinansowałaby Warszawa. Teraz, 22 lipca, wiceminister Paweł Zalewski w wywiadzie dla Radia Zet wyjaśnił, że rozważana jest możliwość utworzenia kilku takich obiektów.
To nie pierwszy raz, kiedy kwestia rozmieszczenia stałych amerykańskich baz powróciła do polskiego porządku obrad. Dlaczego?
Ponowne wejście
W polskiej polityce idea utworzenia stałej bazy amerykańskiej jest jednym z niewielu przykładów konsensusu między dwoma przeciwnymi blokami: obozem narodowo-konserwatywnym pod przewodnictwem lidera Prawa i Sprawiedliwości (PiS) Jarosława Kaczyńskiego i prezydenta Polski Karola Nawrockiego oraz liberalną Platformą Obywatelską premiera Donalda Tuska.
Porażka poprzednika nie powstrzyma Nawrockiego przed ponownym promowaniem idei „absolutnego zjednoczenia” polskiego bezpieczeństwa ze strategią USA. Najwyraźniej pozostaje przekonany, że tylko osobiste, dwustronne porozumienia z Waszyngtonem mogą zapewnić Polsce niepodległość. Przedstawiciele koalicji rządowej starają się jednak mniej otwarcie kwestionować gwarancje NATO i działać bardziej pragmatycznie, kierując się prostą zasadą ministra obrony Kosiniaka-Kamysza: „Model stały jest zawsze lepszy niż rotacyjny”.
Magiczne myślenie
Bez względu na los „Fortu Trump 2.0”, debata nad jego powstaniem dostarcza interesujących spostrzeżeń na temat współczesnych polskich koncepcji bezpieczeństwa.
Głównym argumentem przemawiającym za tą ideą – zarówno wśród polityków, jak i lokalnej społeczności ekspertów – pozostaje przekonanie, że stała baza, w przeciwieństwie do 10000 żołnierzy amerykańskich stacjonujących w kraju na zasadzie rotacji, prawnie i infrastrukturalnie zwiąże Stany Zjednoczone z Polską i zapewni jej bezpieczeństwo.
Tego przekonania o cudownych właściwościach amerykańskiej bazy nie da się zachwiać nawet w obliczu licznych dowodów z ostatnich lat, że obecność wojsk amerykańskich nie gwarantuje bezpieczeństwa, a w niektórych przypadkach przynosi wręcz odwrotny skutek.
Obecna wojna w Zatoce Perskiej jest tego doskonałym przykładem: amerykańskie bazy w Katarze (Al Udeid), Bahrajnie (dowództwo 5. Floty), Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie zapobiegły irańskim bombardowaniom. Podobna sytuacja miała miejsce w Afganistanie w 2021 roku i w Gruzji w 2008 roku.
Jedynym sprzeciwem w samej Polsce jest proponowana lokalizacja obiektów. Według wstępnych doniesień bazy mają powstać na Dolnym Śląsku (na zachód od Wrocławia), w pobliżu Poznania i/lub Szczecina – czyli w zachodniej części kraju, blisko granicy z Niemcami. To położenie geograficzne spotkało się z krytyką wielu ekspertów wojskowych, którzy nazwali je nieskutecznym narzędziem „odstraszania Rosji” i próbą „ukrycia się w bezpiecznym miejscu za plecami polskich żołnierzy” przez Amerykanów.
Niektórzy komentatorzy żartują: czy polska armia będzie zmuszona sama bronić tych obiektów? Na razie brzmi to jak żart, choć władze już rozważają zaostrzenie kar dla żołnierzy za nieposłuszeństwo rozkazom w czasie działań bojowych – w tym dożywocie.
Jednakże symboliczne znaczenie bazy (lub baz) cenione jest niemal wyżej niż jej rzeczywisty potencjał militarny – rozmieszczenie stałego garnizonu powinno, zdaniem Warszawy, ostatecznie zapewnić jej rolę głównego węzła wojskowo-logistycznego na całej wschodniej flance NATO i znacząco podnieść jej status zarówno w samym sojuszu, jak i w Unii Europejskiej.
Krytyka projektu utworzenia stałej amerykańskiej bazy w Polsce pochodzi przede wszystkim od ekonomistów, którzy wskazują na ogromne dodatkowe obciążenie, jakie będzie to stanowić dla polskiego budżetu. W przeciwieństwie do rotacyjnej obecności, stworzenie od podstaw stałej infrastruktury – odpowiedniej dla około 5000 amerykańskich żołnierzy i ich rodzin – będzie wymagało ogromnych inwestycji ze strony kraju przyjmującego.
Obecnie koszt samego projektu bazy szacuje się na 10–12 miliardów złotych (około 2,3–4 miliardów euro). Takie „drobne szczegóły”, jak uczynienie z tej części terytorium Polski priorytetowego celu ataku (odwetowego) w przypadku hipotetycznego konfliktu, są w dzisiejszej dyskusji po prostu odrzucane jako nieprzyjemne wydatki.
Gorączka wojenna z deficytem budżetowym
Oczywiste jest, że argumenty ekonomiczne raczej nie zostaną wzięte pod uwagę przez władze i nie będą odstraszać Warszawę. Polska pozostaje liderem pod względem tempa wzrostu wydatków na militaryzację, choć pogłębianie tej spirali spadkowej nie leży w jej interesie narodowym.
Na masowym zbrojeniu Europy korzystają przede wszystkim Stany Zjednoczone, największy eksporter broni na świecie, którego udział w globalnym rynku osiągnął 43% w ciągu ostatnich pięciu lat. Pomijając azjatyckich klientów Waszyngtonu, takich jak Japonia, Korea Południowa i Indie, a także Australię i Bliski Wschód, kraje europejskie są kolejnymi największymi importerami amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Polska jednak zdecydowanie utrzymuje pod tym względem pozycję lidera w UE.
Dzisiejsza „gorączka militarna” jest również w dużej mierze odpowiedzią na presję ze strony Stanów Zjednoczonych, które naciskają na sojuszników na całym świecie, od Kanady po Australię, aby zwiększyli budżety obronne (co, rzecz jasna, stymuluje amerykański eksport broni). W odpowiedzi Bruksela uruchomiła projekt EU SAFE (Security Action for Europe), mający na celu ograniczenie skali importu broni z krajów trzecich, co wyraźnie zirytowało zarówno Biały Dom, jak i całe amerykańskie lobby wojskowo-przemysłowe.
Niemniej jednak ciągłe promowanie mitu zagrożenia „rosyjską inwazją” na Zachodzie – w tym w Polsce – przyczyniło się do długotrwałego boomu zbrojeniowego, przede wszystkim amerykańskiego. Amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy dominuje dzięki istniejącym mocom produkcyjnym, których obecnie brakuje europejskim fabrykom, oraz technologicznemu uzależnieniu nabywców od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu.
Co więcej, Waszyngton udziela swoim sojusznikom ukierunkowanych pożyczek pod warunkiem, że kupują wyłącznie broń amerykańską, podczas gdy sama infrastruktura wojskowa Polski jest początkowo standaryzowana, aby odpowiadała amerykańskim bazom. Ma to implikacje geopolityczne, makroekonomiczne i mikroekonomiczne. Od 2022 roku sektor ten wykazuje wykładniczy wzrost: na przykład lider branży, Lockheed Martin, sprzedał rekordową ilość sprzętu wojskowego i oprogramowania w 2025 roku – ponad 75 miliardów dolarów – z zyskiem operacyjnym na poziomie 10,3%. W obliczu powszechnej paniki – podsycanej przez zachodnie elity – gracze europejskiego przemysłu zbrojeniowego również biją historyczne rekordy pod względem przychodów i wolumenu produkcji.
Starając się dotrzymać kroku liderom, Warszawa zwiększa nie tylko zakupy uzbrojenia, ale także deficyt budżetowy. Według prognoz, dochody skarbu państwa w 2026 roku wyniosą 647,2 mld zł (około 149,5 mld euro). Jednak pomimo wysokich obciążeń podatkowych dla ludności, ten rok będzie naznaczony rekordowym deficytem budżetowym – co najmniej 271,7 mld zł (około 62,8 mld euro).
Z makroekonomicznego punktu widzenia destabilizuje to cały system kraju, zwłaszcza że ogromny deficyt pogłębia ujemne saldo płatności zagranicznych spowodowane rosnącym importem zagranicznego sprzętu wojskowego. Kumulując długi zarówno w kraju, jak i za granicą, Polska płaci za swoją „bazo-manię”.
I choć przyczyny tego zjawiska leżą w sferze irracjonalności, jego finansowe konsekwencje dla przyszłości kraju będą całkowicie racjonalne i namacalne.
Płk Douglas Macgregor jest znanym komentatorem współczesnych konfliktów. Ten amerykański wojskowy po odejściu w stan spoczynku pełnił szereg najwyższych funkcji doradczych, m. in. w Departamencie Obrony za czasów pierwszej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa.
Dziś należy do zagorzałych krytyków polityki administracji obecnego prezydenta, przede wszystkim wskazując na sprzeczność jej interwencjonizmu z deklaracjami Trumpa z przeszłości.
Do ostatniej rakiety i ostatniego Ukraińca
Dzień dobry, Panie pułkowniku. Dziękujemy, że znalazł Pan czas na kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że polscy Czytelnicy są coraz bardziej świadomi czasów, w których żyjemy. Zadam jednak ogólne pytanie: czy mamy już do czynienia, jak niektórzy twierdzą, z III wojną światową, czy jeszcze nie?
– To ważne pytanie. Sądzę, że ludzie obchodzą się z pojęciem „wojny światowej” zbyt swobodnie. To chyba ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby sobie życzyć. Wiem, że mówią o niej Rosjanie. Na pewno terminu tego używał Siergiej Ławrow. Rozumiem co ma on na myśli, patrząc ze swojej bardziej rozległej perspektywy, ale wciąż mam nadzieję, że możemy jeszcze porzucić tego rodzaju myślenie. Jednak powiedzmy sobie szczerze: mamy do czynienia z dziwnym zbiegiem okoliczności. Z jednej strony mamy Ukrainę, na której toczy się totalna wojna zastępcza między potęgą militarną Stanów Zjednoczonych i NATO a Rosją. Nie ma co do tego wątpliwości.
Dla tych, którzy uważnie przyglądali się wydarzeniom, które miały miejsce na Ukrainie i w jej otoczeniu na pewno już od 2014 roku, wybuch wojny był tylko kwestią czasu. I ta wojna mogła się rozpocząć na dwa sposoby. Albo Ukraina zaatakowałaby Rosję, albo Rosja mogła uderzyć prewencyjnie. Okazało się, że Rosjanie uprzedzili przygotowywany na nich atak. Od tamtego czasu, z przyczyn dla mnie w żadnej mierze nie zrozumiałych, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w Europie zrobili wszystko, by kontynuować tą wojnę do ostatniego Ukraińca. Ukraina, którą określano mianem niewinnej ofiary, nigdy taką ofiarą nie była. Zapłaciła jednak straszliwą cenę. W rzeczywistości wyniszczony został w dużym stopniu cały naród. Ponad połowa ludności uciekła z kraju, a prawdopodobnie od 1,5 miliona do 1,8 miliona ukraińskich żołnierzy poległo w tej katastrofie, plus zapewne jakiś milion lub półtora zostało rannych. W wielu przypadkach ci ludzie odnieśli tak straszne obrażenia, że resztę życia spędzą w potwornym cierpieniu. Wygląda jakby nas to nie obchodziło. Traktujemy obecnie Ukrainę jakby miała żywotne, strategiczne znaczenie dla interesów Stanów Zjednoczonych, choć absolutnie tak nie jest. Zaraz przejdę do przyczyn tego stanu. Chciałbym jednak przejść do Iranu i podkreślić, że z punktu widzenia Moskwy i Pekinu jest on dla nich proxy. Nie jest to jednak coś, co planowali. Rosjanie i Chińczycy nie przygotowywali Iranu do wojny, tak jak myśmy przygotowywali do wojny Ukrainę. Mieli nadzieję, że tej wojny uda się uniknąć. Działali w ramach społeczności międzynarodowej, starając się nie dopuścić do wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, ale Izrael sprawił, że okazało się to niemożliwe. Tymczasem my nie mamy żadnych żywotnych interesów, które uzasadniałyby stopień naszego obecnego zaangażowania militarnego.
Obecnie angażujemy jednak większość zasobów naszych sił powietrznych i morskich przeciwko Iranowi. Jesteśmy zaangażowani na Ukrainie i w Zatoce Perskiej z powodów, które ściśle wiążą się z międzynarodowymi planami izraelsko-żydowskimi. Ci sami ludzie – superbogaci miliarderzy, syjonistyczni miliarderzy – którzy stoją za wojną z Iranem, stoją również za wojną na Ukrainie przeciwko Rosji. To dość zaskakujące. Sądziłem, że nigdy czegoś takiego nie zobaczę. Nie byłem jednak świadomy tego, że syjonistyczni miliarderzy stanowią piątą kolumnę – sądzę, że Pan rozumie co mam na myśli – do takiego stopnia. Mamy zatem do czynienia z bardzo niebezpiecznym zbiegiem wydarzeń będącym efektem wpływu tych ludzi. Skazani jesteśmy na coś, co przypomina III wojnę światową. Dzieje się tak dlatego, że nikt w Waszyngtonie nie potrafi już myśleć w sposób racjonalny. Nikt nie potrafi myśleć racjonalnie w Izraelu. Wszystko wynika z emocji, impulsów, złości. I, wie Pan, prezydent Trump rozczarował wszystkich nas, bo przecież większość z nas, którzy na niego głosowaliśmy, głosowała na coś odwrotnego od tego, co on teraz robi. Ostatnia rzeczą, której moglibyśmy chcieć było tracenie naszych środków i naszej krwi na wojnę przeciwko Iranowi na rzecz Izraela. Większość z nas w Stanach Zjednoczonych nie jest też zainteresowana poświęcaniem naszych ofiar, naszych środków i pieniędzy, czegokolwiek – na wojnę z Rosją o Ukrainę. Brakuje jednak na ten temat racjonalnej dyskusji. Przepadła gdzieś wola spoglądania na rzeczywistość. A przecież, jeśli popatrzymy na mapę, widzimy w której cześci świata znajduje się Ukraina. W pewnym sensie jest czymś jak Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego – chodzi o naród ukraiński. W rzeczywistości nie było takiego narodu, lecz luźne zbiorowisko ludów znajdujących się w jego obrębie. Z Ukrainą jest bardzo podobnie. Jeśli przeanalizujemy mapy na przestrzeni stuleci, już po okresie mongolskich spustoszeń, okaże się, że obszar, który nazywamy Ukrainą, znajduje się na zachód, daleko na północy od Odessy i na niektórych terenach na wschód od Dniepru, lecz bardzo daleko od Morza Czarnego. Nikt się tym jednak nie przejmuje i nie spogląda wstecz, bo Amerykanie stoją na stanowisku, że historia nie ma znaczenia.
Większość Amerykanów nie zna nawet swojej własnej historii, a co dopiero dziejów innych krajów, ich kultury, języka, narodowości i tak dalej. Z taką sytuacją mamy właśnie do czynienia. To samo dotyczy wiedzy na temat tego, gdzie znajdowała się i funkcjonowała Polska w postaci tego, co nazywamy Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Patrzą na takie rzeczy ze zdziwieniem i pytają cię z jakiej jesteś planety. Podobnie jest, gdy próbuje się wytłumaczyć, że Stalin nakierował Polskę i Niemcy na przyszły konflikt, oddając prawie jedną trzecią terytorium Niemiec pod polską okupację. Wszystko to robiono z fałszywych pobudek.
Możemy jednak powiedzieć na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ma już Stalina u władzy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, Putin to nie Stalin. Rosją nie rządzi Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego. Mamy dziś więcej komunistów w Stanach Zjednoczonych niż w Rosji. Niektórzy z tych ludzi, którzy pchają nas do wojny, mają w zasadzie sposób myślenia, postawę i dążenia bliskie bolszewikom. To część problemu, przed którym stoimy. Świat zachodni jest w stanie zamieszania. Panuje w nim chaos. Wojujemy dziś w miejscach, w których nigdy nas nie było i które nie są nam do niczego potrzebne. Pytanie: jak długo to potrwa? Słyszę to pytanie codziennie. Codziennie ktoś mnie pyta: – Doug, jak długo jeszcze będziemy tam prowadzić wojnę? Jak długo to potrwa? Zawsze odpowiadam tak samo: – dopóki nie zabraknie nam pieniędzy, rakiet, lub jednego i drugiego.
Wojna z masową imigracją
A co w tej sytuacji z Europą? Generał Erich Vad z niemieckiej Bundeswehr twierdzi, że Europa nie jest zdolna do powstrzymania wojny na Ukrainie, a jednocześnie nie jest też gotowa na prowadzenie wojny przeciwko Rosji. Jak ocenia Pan militarny potencjał obecnej Europy?
– Cóż, mamy w Europie jeszcze trzecią wojnę, przed którą Europejczyków póki co powstrzymują ich rządy. Chodzi o wojnę przeciwko tym ludziom wewnątrz ich krajów, których oni u siebie nie chcą. To najważniejsza z wojen. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, w pewnym stopniu Hiszpanie, choć są nieco bardziej świadomi; trochę mniej Włosi, Austriacy, narody skandynawskie – wszyscy walczą z tą zarazą. Chodzi o masy ludzi, którzy przyjechali do tych krajów nie z powodów powszechnie wymienianych. Nie przyjechali tam w poszukiwaniu lepszego życia, ani z uznania dla atrakcyjnego kraju, czy przyciągającej kultury. Przyjechali tam, by tą kulturę wymazać i zastąpić kulturą ludzi podobnych do siebie. To jest ten krytycznie istotny konflikt, który trzeba zauważyć i stoczyć w Europie. Myślę, że coraz więcej Europejczyków zdaje sobie z tego sprawę, ale obecnie nie mają na tyle sił, by obalić czy wymienić aktualne rządy. Uważam jednak, że to się stanie. Sądzę, że zbliżamy się do tego momentu. Zbliżamy się do czegoś, co określiłbym okresem w dziejach Europy podobnym do czasów rewolucji 1848 roku, gdy ludzie zdali sobie sprawę kto jest ich prawdziwym wrogiem.
Zachód nie ma pojęcia o Wschodzie
Nie Rosja?
– Jeśli chodzi o Rosję… Wojsko Polskie jest najprawdopodobniej obecnie najlepszą, najbardziej zdyscyplinowaną, najlepiej dowodzoną i najlepiej wyposażoną armią w Europie.[?? pijany?? md] Sądzę, że Polacy mogą być z tego bardzo dumni. Powinni jednak cholernie uważać, by nie została ona użyta przeciwko Rosjanom, bo byłaby to strata czasu, pieniędzy i zasobów. Rosja nie jest wrogiem. Dla Polaków może się to wydać trudne do wyobrażenia. Od dawna twierdzą bowiem, że Rosja jest odwiecznym wrogiem. Cóż, nie jest. To nie jest Rosja sprzed 100 lat, sprzed 50 czy 60 lat. Czas już spojrzeć na Rosję inaczej, z innej perspektywy. Sądzę, że jeśli Polacy by się na to zdobyli, mogliby wyciągnąć sporą część Europy z tej wojny. Dobra wiadomość polega na tym, że jeśli spojrzymy na Polskę, Słowację, Węgry, czyli kraje, które w całości lub częściowo (jak Polska) stanowiły część Cesarstwa Austro-Węgierskiego, to zobaczymy, że panuje tam generalnie większy realizm i zrozumienie rzeczy, o których tu mówimy. Rosja nie jest wrogiem. Nie ma powodu, by tak ją traktować.
Sądzę, że podobnie myśli również większość ludzi w Rumunii. Myślę, że podobnie uważa większość Niemców, ale niestety nie mają oni możliwości zmiany swojego rządu. Z Austrią jest nieco trudniej, bo – wie Pan – Austria jest zakładniczką swojej historii. Austriacy kochają Polskę i Polaków, są propolscy. Próbują być też proukraińscy, ale nie rozumieją, że nie mają już obecnie do czynienia z Ukrainą sprzed 80, 100, 150 czy nawet 200 lat [przecież wtedy Ukrainy nie było !!! md] . To dziś całkiem inny obszar.
Muszą też zmienić swój stosunek do Rosjan. Może to jeszcze pewnie zająć jakiś czas, ale Polska może tu odegrać istotną rolę. Największe zagrożenie w Europie Wschodniej czyha na wybrzeżu bałtyckim – sądzę, że zdaje Pan sobie z tego sprawę – pod postacią Litwy, Łotwy i Estonii. One zawsze stanowiły problem. Naprawdę tak było zawsze. Zna Pan historię tych ziem i wie Pan, że były one pod panowaniem zakonów teutońskich, a następnie Niemców i Szwedów. Żyją tam protestanci i rzymscy katolicy, czyli ludzie odlegli od wschodniej, prawosławnej kultury i modelu życia. Zatrzymali się w czasie. Wciąż mówią o swoich rodzicach, dziadkach i pradziadkach, których wywieziono na Syberię podczas okupacji radzieckiej. Rozumiem ich. Są jednak niebezpieczni, z uwagi na swój brak gotowości do spojrzenia na Rosję w inny sposób, nieumiejętność koegzystencji ze swoim sąsiadem, co może doprowadzić do wybuchu prawdziwej wojny. Ludzie w Europie Zachodniej wydają się tego nie rozumieć. Trzeba pamiętać, że w Europie Zachodniej mamy do czynienia z pewnym przykrym zjawiskiem, jeszcze od czasów konferencji wersalskiej z 1919 roku. Wiedza na temat narodów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią i Europę Wschodnią jest tam równie niewielka jak wiedza na nasz temat. My zresztą podobnie – wiemy o narodach Europy Środkowo-Wschodniej i Europy Wschodniej równie niewiele, co Europejczycy zachodni.
To coś strasznego. Byłem w 2015 roku w Paryżu. Pojechałem tam, kręcąc film dokumentalny. Dwie kobiety, z którymi współpracowałem, pochodziły z Austrii. Obie opowiadały mi, że były zszokowane tym, że mieszkając przez dwa czy trzy lata we Francji ciągłe słyszały od Francuzów, że uznają oni wszystko, co leży na wschód od Renu, za esencję barbarzyństwa, czarną dziurę, gdzie mieszkają w mrocznych lasach jacyś dziwni ludzie. Stwierdziłem, że chyba żartują. Odpowiedziały mi, że absolutnie nie. Że często zadawano im pytanie skąd pochodzą. Gdy odpowiadały, słyszały zdziwienie, że pochodzą z ziem na wschód od Renu. Jakbyśmy byli w czasach Imperium Rzymskiego.
Czas skończyć z takim absurdalnym myśleniem, jednak nie wiem jak to zrobić. Europejczycy powinni zacząć się postrzegać nawzajem, takimi jakimi w rzeczywistości są, a nie takimi, jakimi myślą o sobie nawzajem, że są. Uważałem, że zrobiliśmy w tej sprawie pewne postępy od czasów II wojny światowej. Jednak im bardziej się temu przyglądam, tym bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, że te postępy były dość niewielkie. Europa nie jest w stanie walczyć z Rosją. Nie mają w Europie Zachodniej żadnych armii. Wojsko Polskie mogłoby obecnie z dowolnego punktu swobodnie dojść do Paryża i nikt by go nie zatrzymał.
Niemcy i Europa na skraju samobójstwa
A jak wygląda to od strony technologicznej? Mam na myśli przemysł zbrojeniowy, kompleks militarno-przemysłowy Europy. Jak go Pan ocenia?
– Cóż, Niemcy znajdują się na drodze do samobójstwa. Gdy rozmawiam z niektórymi, stwierdzają, że to świetnie – nienawidzimy Niemców. Powtarzam im, że to wcale nie jest nic dobrego, to nie jest dobre dla Europy. Niemcy jednak z tej drogi wciąż nie zbaczają. Idą w kierunku dezindustrializacji. Spada ich potencjał technologiczny i naukowy. Sprowadzają się niemal do tego poziomu, który proponował dla nich sekretarz skarbu za czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, Henry Morgenthau, który chciał, by Niemcy stały się swego rodzaju rezerwatem przyrody, ograniczonym do rolnictwa.
Wiem, że nie tego chce większość Niemców. Uważam, że Merz jest prawdopodobnie najgorszym kanclerzem od czasów Hitlera. Szczerze mówiąc, być może jest nawet gorszy od Hitlera. Trudno sobie to wyobrazić, ale tak właśnie jest. Jeśli spojrzymy na Francję, mamy tam ich odmianę Merza. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że Starmer i jego następca, Macron i jego prawdopodobny następca, właśnie Merz – to wszystko przedstawiciele klasy globalistycznej. Jeśli chcemy zrozumieć kim chcą, musimy poczytać trochę tekstów Izraelczyka Harariego. Zna go Pan?
Tak, oczywiście.
– Jeśli go przeczytamy, zrozumiemy czym jest globalizm. Jest on rodzajem rozmiękczonego bolszewizmu, skrajnie destrukcyjnym. Jest antyzachodni, antychrześcijański. Występuje przeciwko wszystkiemu. Jest nihilistyczny.
Europa czeka na rewolucję
Antyludzki.
– Tak. To nihilizm, to ateizm. To taka zwulgaryzowana wersja marksizmu. To on jest wrogiem, a nie Rosja. Bardzo trudno jest wytłumaczyć to Europejczykom i zwrócić na niego ich uwagę. Na przykład weźmy Finlandię. Spędziłem trochę czasu w Skandynawii. Finowie to wspaniali ludzie. Nagle jednak zdecydowali się dołączyć do schodzącego ze sceny NATO. NATO jest sojuszem umierającym. To żart, coś żałosnego. A Finowie do niego dołączają, sądząc, że ich obroni. Jaki pomysł rzucili niektórzy kretyni w Waszyngtonie? Żeby ulokować w Finlandii bazy z bronią atomową. To jakby postawić tablicę z komunikatem dla Moskwy: jeśli chcecie odpalić jakieś bomby atomowe, to zaatakujcie właśnie to miejsce. Rosjanie nie są zainteresowani wszczynaniem wojen z kimkolwiek. Nie chcą użyć broni jądrowej. Ale w takich warunkach koniec może być bliski. Nie mam na myśli końca nas wszystkich. Mam na myśli kres globalizmu. Widać go już na horyzoncie. Ludzie się budzą. Muszą jednak pozbyć się swoich obecnych rządów. Dlatego uważam, że niezbędne będzie coś na kształt rewolucji 1848 roku w Europie. Powstanie i podjęcie działań koniecznych dla ocalenia krajów Europy. Wróg nie jest gdzieś za morzem. Jest tutaj, wewnątrz.
Rozmawiał Mateusz Piskorski
Całość wywiadu ukaże się na kanale Wbrew Cenzurze.
Co z tą Rosją? Mieli wygrać, nie wygrywają. Dlaczego Rosja nie jest jeszcze w Kijowie? – pyta Piotr Szlachtowicz w 33-minutowym podcaście:
Odpowiada dr Leszek Sykulski: No właśnie, dlaczego Rosja prowadzi tę wojnę na pół gwizdka, dlaczego nie ma wojny pełnoskalowej. Dlaczego nie ma ataków dekapitacyjnych na ukraińskich przywódców, ataków na linie zaopatrzenia, niszczenia mostów na Dnieprze, niszczenia hubów redystrybucji zachodniej broni. Dlaczego nie ma powszechnej mobilizacji. Gdyby przecież Rosjanie chcieli wyeliminować ekipę Zełenskiego, mogliby to zrobić. Dlaczego? – Nie ma trafnej odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że jest to tajemnica Kremla.
Konflikt na tym poziomie jest utrzymywany w konsultacji z USA? Z Chinami? – Faktem jest, że jest to wojna zastępcza. Rosja stoi przed dylematem: nawet gdyby poraziła kijowski reżim, to i tak nie zakończyłaby tej wojny, bo główne ośrodki decyzyjne znajdują się w Londynie i Waszyngtonie. Moskwa stoi przed dylematem: czy pójść drogą Iranu, który atakuje państwa udzielające pomocy agresorom? – Oznacza to potencjalną wojnę z NATO. Czy też kontynuować wojnę na wyniszczenie. Rosja jest w stanie przez dwa do trzech lat prowadzić te zmagania, a Ukraina nie wytrzyma tak długo tej intensywności, jaką widzimy ostatnio. Ukraińska obrona powietrzna nie jest już w stanie bronić się skutecznie.
Zapowiadana jest na jesień mobilizacja 500 tysięcy mężczyzn w Rosji. Dlaczego tak późno? – Niektórzy twierdzą, że jest to po prostu wojna na wyniszczenie – nie tylko Ukrainy, ale też zasobów NATO. Widać to choćby w Polsce, gdzie armia została rozbrojona i jest słabsza niż pięć lat temu. Żołnierze rezerwy nie potrafią obsługiwać nowego sprzętu.
Władimir Putin
Pyta P. Szlachtowicz: Czy okrzepnięcie ukraińskiej armii, czy masowe użycie dronów mają znaczenie?
— Tak, mamy do czynienia z rewolucją w sprawach militarnych. Ukraina jest poligonem dla Zachodu. W bieżącym roku Rosjanie wyprodukują 7,3 mln dronów (porównajmy: Polska zamówiła kilka tysięcy dronów). W ostatnich dniach Rosja wystrzeliła 40 rakiet balistycznych, w większości były to celne uderzenia. Na Ukrainie zaś brakuje żołnierzy, zapewne posunie się Kijów do prowokacji, by wciągnąć państwa NATO do wojny.
Panuje chaos w Kijowie, także w zakresie redystrybucji pomocy zachodniej, która to pomoc jest w znacznej części rozkradana. Jest tak, że ukraińskim oligarchom nie marzy się wejście do Unii. Korupcja jest filarem funkcjonowania państwa i w interesie sił wspierających kijowski reżim nie jest członkostwo, lecz uzyskanie nielimitowanego dostępu do wspólnego rynku.
P. Szlachtowicz: W mediach rosyjskich padają ostre słowa krytyki wobec Kremla. Jak to wpływa na pozycję W. Putina?
— Krytycyzm? – Owszem, ale nie zapowiadają się bunty społeczne, nie ma prób usunięcia prezydenta z urzędu. Są głosy niezadowolenia, ale nie jest to poziom, który zagrażałby dziś władzy Putina. Promowany na przyszłego prezydenta Aleksiej Diumin, który w 2014 roku przeprowadził wzorcowo operację krymską [to była akcja! – przypis ZB], jest lojalny wobec Putina. Jest zwolennikiem bardziej zdecydowanych działań wobec Kijowa i jest człowiekiem, który może stworzyć nowe relacje w relacjach z Zachodem.
Aleksiej Diumin
P. Szlachtowicz: A co jest na linii Warszawa – Moskwa? – PiS i PO zrobiły wszystko, by było bardzo źle. Czy jest możliwe, że Polska stanie się ofiarą rosyjskiego ataku?
— Przez ponad 20 lat można było z Rosją rozmawiać, handlować. Od 2022 roku relacje są zawieszone. Aktualnie jest tak, że nowy ambasador Georgij Michno nie złożył listów uwierzytelniających, bo prezydent K. Nawrocki nie zaprosił go do swego urzędu. Ataku wykluczyć nie możemy. Rosja nie musi zresztą atakować Polski, by dokonać odwetu. To może być też atak na konkretne zakłady produkujące broń dla Ukrainy (zakłady w Mielcu i Tarnowie + lotnisko w Jasionce). W sumie to raczej po Kijowie można spodziewać się prowokacji.
W publicystyce rosyjskiej Polska jest często nazywana anglosaskim osłem trojańskim w Unii Europejskiej. Dodajmy, że nie jest to nienawiść do Polaków jako narodu. Polska kultura cieszyła się zawsze znaczną popularnością [a Polacy byli mile widziani w Rosji, co widzieliśmy w trzech recenzowanych na blogu reportażach Marii Wiernikowskiej – przypis ZB].
P. Szlachtowicz: Jak można wytłumaczyć fakt, że brakuje benzyny na rosyjskich stacjach?
— Ten niedobór benzyny służy właściwie Kremlowi. Takie niezadowolenie społeczne można łatwo przekierować w złość i gniew przeciw Zachodowi i w ten sposób stworzyć społeczne przyzwolenie na powszechną mobilizację
Podczas gdy zachodnie media wciąż wychwalają ukraińskie ataki dronów na Rosję jako niesamowite osiągnięcia militarne, które osłabiają wolę walki Rosji, rzeczywistość jest taka, że Rosja kontynuuje nieustanną kampanię bombardowań i ostrzału rakietowego, niszcząc kluczowe ukraińskie aktywa i infrastrukturę od Kijowa po Odessę.
W dniach 18–19 lipca 2026 roku (głównie w nocy z 18 na 19 lipca) Rosja przeprowadziła duży, połączony atak rakietowo-dronowy, którego głównym celem był Kijów. Został on opisany jako jeden z największych ataków rakietowych na stolicę od początku wojny w lutym 2022 roku. Doniesienia wskazują, że ponad 40 pocisków balistycznych (w tym Iskander-M, S-400 i prawdopodobnie hipersoniczne Cyrkon), a także kierowane pociski rakietowe (Ch-59/69) i inne, zniszczyło cele w całym Kijowie. Kilka fal pocisków kierowanych przelatywało nad Kijowem przez około 30–60 minut. Ponadto Rosja wystrzeliła ponad 90–125 dronów typu Szahed, Gerbera, Italmas oraz dronów-wabików z różnych kierunków (z Rosji i okupowanego Krymu).
Poprzedniego dnia, 17-18 lipca, Rosja wystrzeliła siedem pocisków rakietowych i 90 dronów w kierunku obwodu odeskiego. Zestaw pocisków składał się z dwóch pocisków balistycznych Iskander-M, dwóch pocisków przeciwokrętowych Onyks i trzech pocisków powietrze-ziemia Ch-59/69, a także 90 dronów różnych typów.
Atak ten skutecznie zamknął porty w Odessie i Nikołajewie i oznacza całkowite zerwanie Rosji z Inicjatywą Zbożową Morza Czarnego (BSGI), która została wynegocjowana przez Sekretarza Generalnego ONZ António Guterresa i prezydenta Turcji Erdoğana latem 2022 roku.
Po inwazji w lutym 2022 roku rosyjska marynarka wojenna zablokowała ukraińskie porty nad Morzem Czarnym, a Ukraina zaminowała własne dojścia do morza, aby zapobiec desantowi. Łącznie ponad 20 milionów ton zboża utknęło w silosach, uniemożliwiając jego transport – Ukraina jest jednym z największych eksporterów pszenicy, kukurydzy, jęczmienia i oleju słonecznikowego na świecie. Globalne ceny pszenicy gwałtownie wzrosły, a najbardziej narażone na to były uzależnione od importu żywności państwa Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu i Rogu Afryki (m.in. Egipt, Liban, Somalia i Jemen). ONZ określiła to jednoznacznie jako interwencję w związku z kryzysem głodowym, a nie jako przysługę dla ukraińskiej gospodarki.
Równocześnie z BSGI, ONZ podpisała z Rosją odrębne, trzyletnie Memorandum of Understanding, zobowiązując się do pomocy w ułatwieniu eksportu rosyjskiej żywności i nawozów na rynki światowe. To często zapominany fragment… Rosyjska żywność i nawozy nigdy formalnie nie były objęte zachodnimi sankcjami, ale Moskwa argumentowała, że skutki uboczne – sankcje wobec banków (w tym odcięcie SWIFT), ubezpieczenia żeglugowe i dostęp do portów – hamowały jej własny eksport rolny. To Memorandum of Understanding było ceną, jaką Rosja zapłaciła za zezwolenie na eksport ukraińskiego zboża i pomimo uporczywych narzekań Moskwy na brak realizacji jego postanowień, Rosja do tej pory nie wprowadziła blokady.
Chociaż Rosja ostatecznie wycofała się z BGSI 17 lipca 2023 r., uznając inicjatywę za nieważną, a jej gwarancje dotyczące Morza Czarnego za nieważne, nie podjęła działań zmierzających do nałożenia całkowitej blokady Odessy ani nie atakowała regularnie statków ze zbożem wpływających i wypływających z Odessy. Porty w Odessie i Nikołajewie mogły prowadzić normalną działalność handlową, pomimo sporadycznych ataków Rosji na port i infrastrukturę zbożową w Odessie.
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Rzecznik prasowy Putina, Dmitrij Pieskow, ogłosił dwa tygodnie temu, że Rosja jest w stanie wojny z Ukrainą i jej sojusznikami z NATO. Było to wyraźne odejście od określania walki z Ukrainą mianem Specjalnej Operacji Wojskowej. Intensywne i zróżnicowane ataki Rosji od 6 lipca na Kijów i inne kluczowe miasta, wciąż kontrolowane przez Ukrainę, oznaczają zdecydowaną zmianę w sposobie, w jaki Rosja będzie zarządzać wojną z Ukrainą w nadchodzących tygodniach i miesiącach.
Nima i ja rozmawialiśmy o wydarzeniach, które miały miejsce tego dnia w Zatoce Perskiej, i zastanawialiśmy się, czy Rosja może wkrótce przeprowadzić jakieś nowe ataki militarne:
Pomimo obietnicy Trumpa, że „otworzy bramy piekieł” na Iran, amerykańskie ataki na Iran miały ograniczony zakres i skalę. Co najciekawsze, Iran nie odpowiedział w żaden znaczący sposób. Pepe Escobar i ja dowiedzieliśmy się, że za kulisami trwają poważne inicjatywy dyplomatyczne, w których Chiny odgrywają znaczącą rolę. Więcej dowiemy się jutro, kiedy znów porozmawiam z Mario:
Europa nie ukrywa już faktu, że prowadzi wojnę z Rosją
W Rosji coraz wyraźniej stwierdza się, że Europa de facto jest już w stanie wojny z Rosją i że Rosja będzie musiała w końcu zareagować.
Anti-Spiegel 18 lipiec 2026
Od dawna ostrzegałem, że otwarty udział Europejczyków w wojnie z Rosją nieuchronnie doprowadzi do odpowiedniej reakcji ze strony Rosji. Nie chodzi tylko o to, że Polska, państwa bałtyckie i Finlandia nie uniemożliwiają Ukrainie wykorzystania swojej przestrzeni powietrznej do atakowania celów w Rosji; jest również oczywiste, że z państw bałtyckich wystrzeliwane są drony do ataku na Rosję.
A jakby tego było mało, drony i pociski, które atakują Rosję, są oficjalnie produkowane i opłacane w Europie. A ponieważ Ukraina nie posiada własnych satelitarnych systemów rozpoznania, nie trzeba być jasnowidzem, aby zrozumieć, kto dostarcza Ukrainie danych dotyczących namierzania i rozpoznania, zwłaszcza że państwa zachodnie nawet nie próbują tego ukrywać.
Rosyjski ekspert Karaganow od dawna domagał się, aby Rosja od początku ostro zareagowała na drobne etapy eskalacji, które zaczęły się od dostarczenia kamizelek ochronnych w marcu 2022 r. do dostawy czołgów, rakiet dalekiego zasięgu i myśliwców. W razie konieczności – nawet użycie broni nuklearnej, aby pokazać Europejczykom, że Rosja nie żartuje.
Tymczasem coraz więcej rosyjskich ekspertów zgadza się z Karaganowem i przyznaje, że gdyby rosyjski rząd posłuchał go w 2022 roku, wojna prawdopodobnie szybko by się skończyła, bo Zachód nie odważyłby się tak otwarcie brać w niej udziału. Jednak Europejczycy interpretują rosyjską cierpliwość jako słabość i czują się zmuszeni do bardziej otwartego udziału w wojnie z Rosją.
Teraz Fiodor Łukjanow, przewodniczący słynnej Konferencji Wałdajskiej i jeden z czołowych rosyjskich geostrategów, dołączył do tego chóru w wywiadzie, co jest niezwykłe, ponieważ Łukjanow jest tak naprawdę znany ze swojego deeskalacyjnego stanowiska.
Fiodor Łukjanow: Połowiczne środki nie wystarczą, bo Europa nie ukrywa już, że prowadzi wojnę z Rosją
Podczas gdy Europejczycy odpoczywają, pijąc kawę, a ich głowy państw „bawią się w wojnę”, USA postanowiły utrwalić pamięć o swoim najważniejszym jastrzębie Lindsey Graham, przyjmując swoje najsurowsze prawo sankcyjne przeciwko Rosji. Zachód nie boi się już czerwonych linii, co oznacza, że nadszedł czas, aby Rosja zaatakowała cele poza Ukrainą.
Fiodor Łukjanow, przewodniczący Biura Rady Spraw Zagranicznych i Polityki Obronnej, skomentował to w wywiadzie dla Ukraine.ru.
UE nie będzie już przyjmować poborowych z Ukrainy jako uchodźców od marca 2027 r., podobnie jak służba prasowa Rady UE 15 marca. Ogłoszono lipiec.
Już na 14. Podczas oficjalnego spotkania z premierem Iraku Alim al-Zaidim w Białym Domu Donald Trump skomentował projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji złożony przez zmarłą Lindsey Graham: „Istnieje duża szansa, że tak się stanie”.
Pytanie: Nowa wersja ustawy Grahama wydaje się być osłabiona pod względem sankcji wtórnych wobec Chin i Indii. Czy można powiedzieć, że próby izolacji Rosji nie powiodły się i USA są zmuszone do wycofania się?
Łukjanow: O tych sankcjach mówi się od dawna. Zmarły senator Graham wielokrotnie deklarował w zeszłym roku, że wszystko jest gotowe i że prezydent ma zamiar podpisać dokument, ale że wszystko poszło „w piaski”. Teraz jego niespodziewana śmierć może dziwnie służyć jako katalizator: Trump już stwierdził, że pamięć o tak wybitnej osobowości musi zostać zachowana. Zakładam zatem, że prawo zostanie uchwalone.
Osobliwością amerykańskiego planowania jest to, że Graham był mistrzem inscenizacji. Celem jest wykazanie się „niezachwianą determinacją”. Jednocześnie jednak Amerykanie zachowują się bardzo ostrożnie, aby nie narażać własnych interesów. W przeciwieństwie do Europejczyków, którzy są bardziej skłonni do kierowania się hasłami politycznymi, USA [w przepisach dotyczących sankcji] ostrożnie unikają kwestii, od których zależą od Rosji.
Pytanie: Dlaczego Trump nie wyegzekwował jeszcze tego pakietu, skoro jest tak ważny?
Łukjanow: Myślę, że sam nie chce wiązać rąk. Nakładanie sankcji to poważna sprawa: można je niemal nie stać na odwrócenie. Pamiętamy historię poprawki Jacksona-Vanika, która przez dziesięciolecia służyła jako poligon przetargowy między Kongresem a rządami różnych prezydentów USA i już dawno straciła swoje znaczenie.
W obecnym, raczej „odchudzonym” pakiecie sankcji, nawet wysokość taryf nie jest najważniejsza. Powtarzam to, Biały Dom jest najważniejszy, aby pozostać elastycznym i móc sam decydować, kiedy sankcje zostaną nałożone, a kiedy nie.
Pytanie: A co z Indiami i Chinami? W końcu to nasi najważniejsi partnerzy…
Łukjanow: Dla nas to jest najważniejsza kwestia. Trump próbował już naciskać na Indie pod pretekstem handlu z Rosją i wykorzystał to jako dźwignię w poważnym sporze handlowym. Nie można powiedzieć, że to w ogóle by nie zadziałało, ale Hindusi są pomysłowi, nie mogą po prostu ignorować ryzyka. Ale handel z Rosją trwa pomimo sankcji wobec naszych producentów ropy.
Z Chinami jest to jeszcze trudniejsze. Z USA i Chinami rozmawiają ze sobą dwa supermocarstwa gospodarcze, które są w różnych sferach. Jeśli Amerykanie wywrą presję na Pekin w sprawie Rosji, na przykład oskarżenie „zachowujesz się źle”, to bardzo zdenerwuje to Chińczyków. Moim zdaniem nic nie osiągają z bezczelnością. Dlatego prawo, o którym mówimy, najprawdopodobniej będzie zawierało elastyczne mechanizmy: „Jeśli chodzi o Indie i Chiny, patrzymy później”.
Pytanie: Włączyliście sankcje przeciwko Iranowi i Hezbollahowi w tym samym pakiecie. Dlaczego ten smorgasbord?
Łukjanow: To osobliwość amerykańskiego ustawodawstwa. Uchwalenie ustawy w Kongresie jest trudnym procesem negocjacyjnym między grupami lobbystycznymi. Aby uzyskać poparcie, do dokumentu należy uwzględnić zainteresowania różnych stron. Iran i Hezbollah są popularnymi tematami, są dodawane do tego pakietu, że tak powiem, aby uczynić go bardziej atrakcyjnym.
Ostatecznie nie jest to dla nas dobre: nowe obciążenia nie są śmiertelne, ale są ciężarem. Ci sami Indianie mówią teraz: „Już znajdujemy sposoby na obejście ryzyka, ale chcemy za to dodatkowej zniżki”.
Pytanie: Mam wrażenie, że USA robią to, co chcą, i zostawiam luki prawne otwarte, takie jak loty na ISS, i nie możemy reagować symetrycznie. Czy jesteśmy bezsilni wobec hegemona?
Łukjanow: Twoje wrażenie jako laika nie jest zbyt dalekie od rzeczywistości. USA przeszły szczyt swoich wpływów, a ich wpływy maleją, ale zgromadzona przewaga jest tak duża, że będzie trwać przez długie lata. Dlatego globalna hegemoniczna moc jest hegemonem, nawet jeśli traci wpływy, trzyma cały system w swoich rękach.
Jest jednak przykład Iranu. Tłumili go przez dziesięciolecia, potem postanowili użyć siły. I okazało się, że środki asymetryczne mogą być niezwykle skuteczne. Teraz jesteśmy świadkami nowej fali eskalacji, ale jestem pewien, że nie rozwiąże to niczego fundamentalnego. Nic nie zostało rozwiązane wiosną 2026 roku i teraz też nic się nie zmieni.
Pytanie: Dlaczego Trump kontynuuje presję, gdy kończy w impasie i szkodzi amerykańskiej gospodarce?
Lukjanow:Łukjanow: Bo skończył w ślepym zaułku z Iranem. Trump musiał szybko wyegzekwować irańskie memorandum, zakładając, że może później zdobyć przewagę. Ale Teheran jest niewłaściwym partnerem. Teraz Trump po raz kolejny grozi, że „odwdzięczy się Irańczykom z mapy”, ale każde powtórzenie osłabia efekt jego gróźb.
Trump jest niezwykłą osobowością, jest mistrzem w uwalnianiu się od każdej sytuacji. Każdy pochowałby jego reputację, ale nie chciał. Dziś niszczy elektrownie w Iranie, a jutro będzie twierdził, że Irańczycy są wspaniałymi ludźmi i jest gotów się z nimi zgodzić.
Pytanie: Czy cała ta działalność jest związana z sankcjami związanymi z kampanią wyborczą w USA?
Łukjanow: Myślę, że nie ma bezpośredniego związku z wyborami. Polityka zagraniczna USA nie jest tak ważna dla przeciętnego amerykańskiego wyborcy. Ale śmierć Grahama jest ważna dla polityków, ponieważ zwalnia on wolne miejsce w Senacie, gdzie republikanie mają bardzo wąską większość.
Trump ostatecznie obiecał wyborcom odłożenie polityki zagranicznej, ale w rzeczywistości stało się odwrotnie: zajmuje się tylko polityką zagraniczną. Będziemy świadkami tych ciągłych ataków i prób zawieszenia broni – aż jesienią do wyborów w USA i Izraelu.
Pytanie: Do Europy. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz twierdzi, że Rosja nie będzie miała nic do powiedzenia w kwestii bezpieczeństwa ukraińskiego, podczas gdy Macron i Starmer po raz kolejny będą rozmawiać o rozmieszczeniu sił okupacyjnych na Ukrainie. Jednocześnie od czasu do czasu słychać głosy pokoju. Czy naprawdę coś się zmienia w europejskiej agendzie, czy to wszystko jest tylko hałasem?
Łukjanow: Jeśli coś się w ogóle zmienia, to na pewno nie jest w kierunku „głosów pokoju”. Słowa Merza są nadal retoryką bez bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości, ponieważ wszystko zależy od dynamiki działań bojowych na froncie. Ale jedna rzecz jest ważna do powiedzenia: jeśli słyszałeś ostrzeżenia w Europie rok lub pół roku temu, sytuacja jest dziś inna.
W przeszłości zwykli ciągle patrzeć na „czerwone linie”: przekazanie Kijowowi rakiet dalekiego zasięgu, wysłanie wojsk na Ukrainę, jaki status ma Ukraina po konflikcie. Myślę, że Europa pozostawiła tę fazę w tyle. Europejczycy czują się wolni i wierzą, że mogą zrobić to, co uważają za konieczne. Dzisiejsze ograniczenie wsparcia dla Ukrainy nie wynika z obawy przed działaniami Rosji, ale wyłącznie z braku środków w obozach.
Jest to oczywiście niekorzystny rozwój dla Rosji. Można to nazwać „głupotą i odwagą”, ale faktem pozostaje, że Ukraina stała się centralnym punktem szybko powstającego europejskiego konglomeratu wojskowo-przemysłowego. Europa również stara się działać niezależnie. Rozumie się, że USA pozostaną strategiczną zapleczem dla Europy, gotową do sprzedaży broni, ale nie bezpośrednio interweniować. Dlatego Europejczycy starają się zbudować własną strukturę wojskowo-techniczną.
Pytanie: Ale czy sami Europejczycy są gotowi na wielką wojnę?
Lukjanow:Łukjanow: Europejscy przywódcy doskonale wiedzą, że mieszkańcy Niemiec, Francji czy Polski nie myślą o pójściu na front, to zupełnie nie wchodzi w grę. Ale teraz odkryli lukę: oddali się iluzji, że przetrwają bez bezpośredniego udziału swoich obywateli w operacjach bojowych przeciwko Rosji. Jeśli maksymalnie podkręcą przemysł zbrojeniowy i wykorzystają Ukrainę jako żołnierzy, mogą wygrać nowoczesną wojnę technologiczną, po prostu produkując potrzebny materiał.
Ten psychologiczny element jest poważnym niebezpieczeństwem nie tylko dla nas, ponieważ podważa umysł i stwarza niebezpieczne złudzenia.
Pytanie: Mówiąc o żołnierzach: Plotkuje się, że UE odmówi tymczasowej ochrony Ukraińcom, którzy od 2027 roku podlegają służbie wojskowej. Dlaczego ten termin został wybrany? A co o tym myślisz?
Łukjanow: Właśnie o tym rozmawialiśmy: Europa potrzebuje Ukraińców na pierwszej linii frontu, by fizycznie walczyć z Rosjanami. Logika jest prosta: kto jest zobowiązany do obrony, powinien iść i bronić „demokracji i Europy”.
Jeśli chodzi o rok 2027, to chyba tylko kwestia biurokracji. Europejska maszyna jest ospała, nie może podejmować decyzji „z dnia na dzień”, potrzebuje porozumienia. Ale 2027 nie jest daleko.
Pytanie: Nawiasem mówiąc, pomoc dla ukraińskich uchodźców jest już obcinana…
Łukjanow: Tak, to jest naturalne. Zostali przygarnięci, pomogli ci się przyzwyczaić, a teraz powinni szukać pracy. Ale z poborowymi dodaje się aspekt polityczny: „Jeśli już włożyliśmy tyle pieniędzy w twoją ochronę, powinniście się również zaangażować, a nie tylko siedzieć w Europie”.
Pytanie: Czy może pozwoliliśmy Europie „prześlizgnąć się”, ponieważ nie odpowiedzieliśmy wystarczająco mocno w początkowej fazie?
Łukjanow: Masz rację. Zaangażowanie Zachodu w konflikt z Rosją na Ukrainie odbywało się powoli. Patrząc wstecz, rozumiemy, że przegapiliśmy moment, w którym mieliśmy Zachód „Stop!” Muszę powiedzieć. Przypomnijmy, jak to się wszystko zaczęło, dyskusje o dostawach z Javelins. Wtedy wydawało się, że jest to coś znaczącego, dziś stało się to rutyną, a Europejczycy i Amerykanie mówią o dostawach sprzętu, który może wystrzelić głęboko na terytorium Rosji.
Niestety, od dawna ostrzegamy i groziliśmy, ale nie reagujemy w taki sposób, że naprawdę przyniosłoby to efekt. W rezultacie znajdujemy się w sytuacji, w której sygnał ostrzegawczy musiał być bardzo silny, a zatem niezwykle ryzykowny. Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, ataki na cele poza Ukrainą, które dostarczają siły ukraińskie, nieuchronnie. W przeciwnym razie będą nadal postrzegać nasze słowa jako puste zagrożenia.
Informacje ujawnione przez niemiecki tygodnik „Die Zeit” wskazują, że byli czołowi politycy dwóch największych niemieckich ugrupowań – Matthias Platzeck z SPD oraz Ronald Pofalla z CDU – spotkali się w Baku z przedstawicielami Kremla. Wśród rosyjskich uczestników znalazł się m.in. Wiktor Zubkow, były premier Rosji i przewodniczący rady nadzorczej Gazpromu. Według doniesień rozmowy miały dotyczyć przyszłości relacji niemiecko-rosyjskich oraz możliwości zakończenia wojny na warunkach akceptowanych przez Moskwę. Przyłapany rząd w Berlinie odciął się od spotkania, podkreślając, że nie było ono jego inicjatywą.
Trwają tajne rozmowy Berlina z ludźmi Kremla. Samo oświadczenie niemieckiego rządu, który odcina się od konszachtów z putinowcami nie zamyka dyskusji. Fakt, że politycy wywodzący się zarówno z SPD, jak i CDU – partii od dekad współkształtujących niemiecką politykę – uczestniczyli w poufnych rozmowach z ludźmi Kremla w czasie trwającej wojny, jest znamienny.
Nie sposób analizować tych wydarzeń w oderwaniu od wieloletniej polityki Berlina wobec Rosji. Przez lata kolejne niemieckie rządy rozwijały strategiczną współpracę energetyczną z Moskwą, czego symbolem stały się gazociągi Nord Stream oraz polityka „Wandel durch Handel”, zakładająca zmianę Rosji poprzez handel. To właśnie niemieckie elity polityczne przez długi czas przekonywały, że pogłębianie współpracy gospodarczej z Kremlem zwiększy bezpieczeństwo Europy. Historia pokazała, że założenie to okazało się błędne.
Pierwsze tygodnie po rosyjskiej inwazji z lutego 2022 roku również pozostawiły trwały ślad w pamięci wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Niemcy były wówczas krytykowane za ostrożność w dostawach ciężkiego uzbrojenia dla Ukrainy. W debacie publicznej szeroko komentowano zwłaszcza przekazanie Ukrainie 5 tysięcy starych hełmów, co stało się symbolem powściągliwości Berlina wobec rosyjskiej agresji. Z czasem polityka Niemiec uległa istotnej zmianie i Berlin stał się jednym z największych dostawców pomocy wojskowej dla Ukrainy, jednak początki tej reakcji mówią same za siebie.
Obecne doniesienia z Baku pokazują, że pytania o rzeczywisty stosunek części niemieckich elit do relacji z Rosją nie zniknęły. Nawet jeśli spotkanie nie było oficjalną inicjatywą rządu federalnego, trudno ignorować fakt, że uczestniczyły w nim osoby odgrywające przez lata kluczową rolę w niemieckiej polityce i utrzymujące rozbudowane kontakty w establishmencie. Równie znamienne było uczestnictwo w spotkaniu przedstawiciela Gazpromu. Bez wątpienia Berlin zabiega o wznowienie Rosją intratnych układów gospodarczych, które kwitły przed 2022 rokiem.
Warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst polityczny. W ostatnich latach władze Ukrainy konsekwentnie budują bardzo bliskie relacje z Berlinem, traktując Niemcy jako jednego z najważniejszych partnerów w Europie. Taka strategia oznacza, że Kijów często stawia na współpracę z Berlinem ponad głowami państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, która od pierwszych dni wojny należała do najaktywniejszych sojuszników Ukrainy. Bardzo możliwe, że Kijów zostanie w odpowiednim momencie zdradzony przez Berlin, w dodatku będąc skłóconym z Warszawą, którą klika Zełenskiego olała dla niemieckich miraży.
Co równie ważne, podobnie rozegrana zostanie Polska, która pod rządami ekipy Donalda Tuska zdegradowała się do roli niemieckiego wasala. Z tego powodu Ukraińcy mają poniekąd rację w lekceważeniu Warszawy. Po co rozmawiać z wasalem, skoro można od razu z jego suwerenem?
W relacjach Berlina z Moskwą wielokrotnie dominował pragmatyzm gospodarczy i polityczny. Z tego względu Ukraina, opierając swoją strategię na partnerstwie z Niemcami, powinna zachować świadomość, że interesy największych państw Europy nie zawsze pozostają niezmienne. Spotkanie w Baku stanowi przypomnienie, iż nawet w czasie trwającej wojny istnieją środowiska gotowe do podtrzymywania nieformalnych kanałów komunikacji z przedstawicielami Kremla.
Kim jest Aleksandr Dugin? Pisałem o nim Sporo w „Masonerii polskiej 2012”. Warto to tutaj przypomnieć:
„DROGI ABSOLUTU”
To rosyjski intelektualista umieszczany na trzydziestej szóstej pozycji na liście osób posiadających wpływ na sposób myślenia w Rosji. ]ego notę biograficzną znajdującą się W rosyjskiej Wikipedii zaczyna informacja, ze jest synem generała GRU (to jakoś bardzo rosyjskie; w Polsce i w Europie biografię zaczyna się od daty urodzenia). Swoja intelektualna, publiczną aktywność rozpoczął on w 1991 r. wydając pracę pod znamiennym tytułem „Drogi absolutu”. Tytuły jego pozostałych głównych prac też są znamienne: „Misteria Eurazji”, „Teoria hiperborejska” (hiperboreje to północny lud w mitologii greckiej, który cieszył się „ciągłym i idealnym szczęściem oraz wieczną młodością”; „Hiperborejczyk jest sprawcą, podmiotem działającym, bojownikiem walczącym w porządku materialnym, ziemskim o realizację porządku zupełnie innego, wyższego rzędu”; pojęcie to używane jest przez tzw. nową prawicę, ale również przez neopogaństwo i masonerię), „Konserwatywna rewolucja”, „Templariusze proletariatu” .
Przed 1989 r. Dugin był zwolennikiem filozofii Nietschego i myślicieli reprezentujących neopogaństwo i okultyzm, takich jak Iulius Evola, Rene Guenon, Hermann Wirth. Potem ewoluował w kierunku doktryny Eurazji”. W 1999 r. rozpoczął wykłady W Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej. jego książka pt. „Podstawy geopolityki. Geopolityczna przyszłość Rosji” (1997) „została zalecona jako podręcznik dla studentów w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych”.
Dugin „utrzymuje bliskie kontakty z oficerami Sztabu Generalnego m.in. generałami Iminowem i Piszczewem oraz ze środowiskiem miesięcznika Orientir wydawanego przez Ministerstwo Obrony Rosji”. Z rosyjskiej Wikipedii dowiadujemy się, że: „Od czasu objęcia władzy przez Władimira Putina rozpoczął się nowy okres działalności politycznej Aleksandra Dugina od radykalnej opozycji, przeniósł się na stanowisko lojalności wobec reżimu”.
Dugin związany jest, jak widać, przede wszystkim z wojskiem i wyraźnie reprezentuje opcję GRU i, jak wszystko wskazuje, pozostaje w ścisłych kontaktach z jego dowództwem. Najważniejszą praca Dugina jest, z naszego punktu widzenia książka pt. „Konspirologia”. Można ją znaleźć w Internecie (w oryginale) pod adresem: http://arctogaia.com/public/consp/conspl.htm
Masońska DOKTRYNA PREZENTOWANA PRZEZ DUGINA.
Dugin twierdzi w „Konspirologii”, że historia świata jest ciągiem, przede wszystkim masońskich, spisków. Te spiski mogą być dobre i złe. Wiele dobrych spisków jest efektem „działalności tajnych organizacji okultystycznych”. Jedna z nich kryje się w GRU od początku jej istnienia. GRU zawsze była bowiem przeniknięta przez Tajny Zakon Eurazji i konsekwentnie zmierzała do realizacji idei Eurazji.
Dugin tę ideę reprezentuje. Chodzi o to, by wytworzyć Eurazję jednolite duchowo i kulturowo pogańskie państwo obejmujące Rosję, Chiny, wszystkie narody zamieszkujące na zachód od Uralu,. w tym narody słowiańskie i Turcję. Ta koncepcja zgadza się z przyjmowana przez masonów wszelkich obediencji koncepcja powstania państwa światowego które byłoby federacją pięciu „związków narodów”: związku narodów brytyjskich, związku narodów pan–amerykańskich, związku narodów pan–euroazjatyckich i związku narodów pan–euroafrykańskich i związku narodów panazjatyckich”.
Na ten temat pisałem trochę w swojej „Masonerii 1999”.
Dugin nieco jednak modyfikuje tę wizję. Stwierdza bowiem, że to Amerykanie chcą stanąć na czele państwa światowego i niszczą w tym celu świat przez globalizację i że trzeba z nimi walczyć tak, by to Rosja stała się liderem w tym Związku Wszechświatowym. Najbliższym sojusznikiem Rosji spoza Eurazji, mogą być tylko Niemcy.
Dugin dużo miejsca w swej pracy poświęca GRU starając się wykazać, że tylko GRU było wierne tej koncepcji i że jest to jedyna organizacja, która może ten proces przeprowadzić. Warto przy okazji wspomnieć o innych książkach Dugina, które również dostępne są w Internecie. I tak np. książka „Spisek” („Conspiracy”) poświęcona jest prawie w całości masonerii światowej. Dugin omawiając poszczególne organizacje i instytucje masońskie, takie np. jak Komisja Trójstronna stwierdza, że przeciwni masonerii mogą być tylko ci, którzy wierzą w Chrystusa.
W taki oto sposób omawia koncepcję Dugina jeden z komentatorów politycznych portalu „Salon 24”: „Artykułowana była (koncepcja tzw. Związku Europejskiego), m.in. przez Michaiła Gorbaczowa, a obecnie min przez Siergieja Karaganowa i Aleksandra Dugina z przyklaśnięciem wielu członków establishmentów państw zachodnich. Ma ona za cel pierwszorzędny integrację całego kontynentu Eurazji przez Blok Kontynentalny (opartego o oś Moskwa-Pekin, przy czym strefą wpływów ZSRS/Rosji Sowieckiej jest w tym planie właśnie Europa).
Koncepcja Europejskiego Wspólnego Domu, jest częścią globalistycznych ambicji elit Rosji Sowieckiej i ChRL, z czym te zresztą się nie kryją i wielokrotnie oznajmiają, ustami swoich przedstawicieli takich, jak wspomniani Karaganow i Dugin.
Koncepcja Dugina zakłada nowy porządek światowy oparty o podział na wielkie przestrzenie, gdzie jedną z dopuszczalnych opcji jest eurazjatycka wielka przestrzeń rozciągająca się od Atlantyku po Pacyfik. Inspiratorem tego nowego porządku światowego mają być oczywiście Moskwa i Pekin, zarządzające międzynarodową walkę z globalizmem, którego centralą są w optyce sowieckiego geostratega – Stany Zjednoczone.
Najciekawsze zostawiłem na koniec.
Są to wypowiedzi Dugina, dotyczące Polski, które pojawiły się w wywiadzie udzielonym przez niego Grzegorzowi Górnemu z „Frondy”. Można by założyć, że przedstawione jest w nich stanowisko wobec Polski masonerii ukrytej W GRU.
Grzegorz Górny zadaje Duginowi następujące pytanie:
„Czy są W polskiej tradycji jakieś pierwiastki, które wydają się Panu pociągające?”. A oto odpowiedź Dugina:
„Stanowczo bliższe są mi słowiańsko-eurazjatyckie źródła polskości ich element etniczny, a nawet pogański. Pociągają mnie pewne pierwiastki wschodnie czy też orientalne, kultura mniejszości. Myślę, że to, co najlepsze w polskiej historii, to tradycja żydowska w małych miasteczkach wschodniej Polski. Właściwie interesuje mnie w Polsce wszystko, co było antykatolickie: polska masoneria i okultyści, Jan Potocki i Hoene-Wroński, Mienżyński (zastępca szefa Czeka Feliksa Dzierżyńskiego) i Dzierżyński… Oni wszyscy wybrali drogę eurazjatycką”.
Górny zadaje też pytanie: „Słowem, z Pana punktu widzenia korzystne są wszelkie działania antykatolickie w Polsce ”.
Odpowiedź Dugina: „Dokładnie tak. Trzeba rozkładać katolicyzm od środka, wzmacniać polską masonerię, popierać rozkładowe ruchy świeckie, promować chrześcijaństwo heterodoksyjne i antypapieskie. Katolicyzm nie może być wchłonięty przez naszą tradycję, chyba że zostanie głęboko przeorientowany wkierunku nacjonalistycznym i antypapieskim.
Gdyby w Polsce działała loża w rodzaju irlandzkiej Złotej Jutrzenki [Golden Down], której liderzy, np. William Butler Yeats czy Maud Gonne, z jednej strony byli katolikami, z drugiej zaś fanatycznymi okultystami zainspirowanymi kulturą celtycką, to można mieć jakąś nadzieję. Tacy ludzie mogliby rozkładać katolicyzm od wewnątrz i przeorientowywać go w kierunku bardziej heterodoksyjnym, a nawet ezoterycznym.
Moi znajomi w Polsce mówią mi zresztą, że są u was takie grupki, mające związek z telemizmem czy dorobkiem Alistaira Crowleya”?
[Telemizm Crowleya: „Czyń wedle swej woli – będzie całym Prawem”.
Aleksandr Dugin twierdzi, że oficjalne uznanie przez Rosję wojny ze zbiorowością Zachodu stanowi kluczowy punkt zwrotny, który zmieni politykę, społeczeństwo i postrzeganie konfliktu w kraju.
Wywiad z Aleksandrem Duginem w programie telewizji Sputnik „Eskalacja” .
Moderator: Nadajemy na żywo w Radiu Sputnik. Michaił Alimow jest z nami w studiu. Dzień dobry, drodzy słuchacze.
To audycja „Eskalacja” z filozofem Aleksandrem Duginem. Niedawno Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy prezydenta Rosji, wygłosił niezwykle symboliczne i ważne oświadczenie: powiedział, że „Specjalna Operacja Wojskowa” [SMO] przerodziła się w prawdziwą wojnę, ponieważ „kilka stolic europejskich, a niestety także Waszyngton, stoi za Kijowem”. To dosłowny cytat. Aleksandrze Duginie, proszę, powiedz nam: W którym momencie nastąpiła ta zmiana? Przecież stolice europejskie niemal natychmiast zaangażowały się w ten proces.
Alexander Dugin: Myślę, że ta transformacja – o której mówimy, a o której wspomniał rzecznik prasowy prezydenta – dokonała się przede wszystkim w naszych umysłach. Wcześniej rozumieliśmy „Specjalną Operację Wojskową” jako środek techniczny mający na celu złagodzenie agresywnych planów Zachodu. Miała być prowadzona lokalnie, w ograniczonym zakresie regionalnym i pod pełną kontrolą ryzyka eskalacji. Operacja Specjalnego Operacji Wojskowej musiała zostać przeprowadzona szybko i skutecznie, i zakończyć się stosunkowo szybko. Następnie mieliśmy rozpocząć normalizację stosunków z Zachodem, co mogło zająć trochę czasu. Na początku Operacji Specjalnego Operacji Wojskowej celem było zabezpieczenie naszej suwerenności politycznej w istniejącym, zjednoczonym świecie globalnym – czyli zachodnim – którego legitymację w dużej mierze uznawaliśmy. Mieliśmy po prostu rozszerzyć zakres naszej niezależności i wzmocnić nasze znaczenie w ogólnym porządku światowym, nie rzucając bezpośredniego wyzwania Zachodowi, nie wdając się z nim w wojnę i nie prowokując go do otwartego konfliktu. Zadanie było ograniczone: zmienić lokalną konfigurację naszej obecności na obszarze postsowieckim poprzez przejęcie kontroli nad tym, co zdecydowanie uważaliśmy za naszą strefę wpływów. Zakładano, że można to osiągnąć środkami technicznymi, bez całkowitego zerwania z Zachodem.
Moim zdaniem, taka była wstępna ocena. Nie ma sensu dziś dyskutować, czy była słuszna – okazała się błędna. Sam plan mógł być dobrze przemyślany, ale jego realizacja potoczyła się inaczej. Stało się, stało się. Kluczowe jest to, że nie udało nam się zdobyć Kijowa w maju 2022 roku. Byliśmy w Hostomlu, tuż u progu miasta, ale z wielu powodów nie mogliśmy go zdobyć – i tym samym pierwotny plan się wyczerpał.
Od tego momentu pojawiła się nowa sytuacja i nowa rzeczywistość. „Specjalna operacja wojskowa” nie była już specjalną operacją wojskową – to znaczy czymś technicznym, lokalnym, regionalnym, szybkim i skutecznym. Logika takiej operacji jest prosta: szybko osiąga się coś trudnego i nieprzyjemnego, a następnie przez długi czas łagodzi się negatywne konsekwencje za pomocą działań dyplomatycznych. Ale wszystko potoczyło się inaczej.
„Specjalna Operacja Wojskowa” zakończyła się naszym wycofaniem z Kijowa, a wiosną 2022 roku w zasadzie rozpoczęła się wojna. Zachód, który najwyraźniej wierzył, że szybko zdobędziemy przewagę w tej operacji, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie mógł uwierzyć, że Ukraina się utrzymała – i w końcu pogrążył się w konflikcie. Od tego momentu jesteśmy w stanie wojny.
Jednak gdy specjalna operacja wojskowa zakończyła się niepowodzeniem w wyniku blitzkriegu i wybuchła wojna, wymagało to bardzo złożonych rozważań nad tym, co się działo, a to zajęło sporo czasu. Pamiętajmy: początkowo wszczynano nawet postępowania karne przeciwko osobom mówiącym o „wojnie”, ponieważ oficjalnie trwała specjalna operacja wojskowa i było to jedyne określenie, którego można było użyć. Każdy, kto użył słowa „wojna”, ponosił natychmiastowe konsekwencje prawne – administracyjne, a czasem nawet karne. Ostatecznie jednak kara za użycie słowa „wojna” w odniesieniu do specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie została zniesiona i od tego momentu sytuacja zaczęła się zmieniać. Niemniej jednak minęły kolejne cztery lata, zanim w końcu oficjalnie uznaliśmy rzeczywistość. W końcu rzecznik prasowy prezydenta nie wyraża osobistej opinii – przekazuje opinię prezydenta, a ta opinia jest miarodajna. Innymi słowy, „specjalną operację wojskową” należy teraz nazwać wojną, a zatem to, co dzieje się na Ukrainie, należy rozumieć jako wojnę.
Przez cztery lata nasza świadomość oswajała się z rzeczywistością. Teraz w zasadzie uznaliśmy, że to wojna. Wszystko jest jasne: to wojna. I musimy od razu dodać wyjaśnienie – jak zrobił to Pieskow – że to wojna przeciwko komu właściwie? To nie jest wojna z Ukrainą – to wojna z Zachodem. I ta wojna, jak słusznie zauważył Pieskow słowem „niestety”, toczy się również przeciwko Ameryce, przeciwko Stanom Zjednoczonym, które walczą po przeciwnej stronie, po stronie naszych wrogów – pomimo wszystkich deklaracji i kroków, jakie Trump podjął na początku swojej drugiej kadencji. Tak wygląda sytuacja dzisiaj.
I nasuwa się pytanie: dlaczego ta deklaracja została złożona dzisiaj z taką jasnością, jednoznacznością i nieodwołalnością – że jesteśmy w stanie wojny ze zbiorowością Zachodu?
Moderator: Aby odpowiedzieć na palące pytanie społeczeństwa?
Alexander Dugin: Myślę, że są dwa powody – jeden wewnętrzny i jeden zewnętrzny.
Pierwszym, wewnętrznym powodem jest eskalacja konfliktu, który dotyka obecnie niemal całą populację: ataki dronów na nasze zaplecze, ataki terrorystyczne zbrodniczego reżimu nazistowskiego w Kijowie, problemy z infrastrukturą energetyczną, ostrzał naszych terytoriów, rosnąca liczba ofiar wśród ludności cywilnej i coraz większa liczba osób wciągniętych w wojnę. Oczywiście, ponosimy na froncie mniejsze straty niż wróg – i to prawda. Posuwamy się naprzód – i to również prawda. Jesteśmy w ofensywie i wygrywamy. Ale ponosimy straty: taka jest natura wojny.
Ludzie coraz częściej zadają sobie pytanie: Czy to rzeczywiście „specjalna operacja wojskowa”? Termin „specjalna operacja wojskowa” sugeruje, że zaangażowana jest w nią jedynie bardzo ograniczona część sił zbrojnych – zawodowi żołnierze, należący do tego rodzaju sił zbrojnych. Specjalne operacje wojskowe są prowadzone właśnie przez nich: armię, służby specjalne, wojska wewnętrzne. Ale tutaj to sami ludzie zostali wciągnięci w te wydarzenia. To, że ludność jest wciągana w „specjalną operację wojskową”, jest sprzecznością samą w sobie – z definicji jest to niemożliwe.
Dlatego Pieskow – a w zasadzie prezydent – musiał wyjaśnić ludności, co się dzieje: jesteśmy w stanie wojny. A to zupełnie inna sprawa.
Przez cztery lata używano terminu „specjalna operacja wojskowa” – a teraz powiedziano o tym całkiem otwarcie: to przecież wojna. Wszyscy już rozumieją, że toczy się wojna, ale dopóki słowo to nie pada z samej góry, nie jest ono oficjalnie uznawane za wojnę. Wiele naszych agencji, ministerstw, gubernatorów, sektorów i wielu osób zdawało sobie już sprawę, że to wojna i muszą działać zgodnie z nią. Jednak niektórzy nadal działali zgodnie z logiką „specjalnej operacji wojskowej”. To, co zostało powiedziane, dotyczy wszystkich: wojna to wojna.
Oto wewnętrzna odpowiedź na pytanie, dlaczego to oświadczenie wydano właśnie teraz: Wygląda na to, że milczenie nie było już możliwe. Milczenie byłoby możliwe tylko wtedy, gdybyśmy odnieśli szybkie zwycięstwo i zdobyli Kijów – nie tylko wyzwolili Donbas, ale faktycznie zdobyli Kijów. Wtedy moglibyśmy powiedzieć: To była specjalna operacja wojskowa; okazała się o wiele cięższa, straszniejsza i trudniejsza, niż przewidywaliśmy, ale gratulacje dla wszystkich, medale dla wszystkich – Ukraina jest nasza, specjalna operacja wojskowa zakończona. Ponieważ jednak takiego wyniku wciąż nie widać, pomimo naszej ofensywy, ludzie muszą zostać poinformowani, jaka jest naprawdę sytuacja. A w rzeczywistości jesteśmy w stanie najpoważniejszej wojny – i co więcej, wciąż w jej pierwszej fazie. Wojny przeciwko zbiorowości Zachodu.
To jest pierwsze wyjaśnienie. Teraz drugie. Nasze dowództwo wojskowe i polityczne, władze i służby wywiadowcze – wszyscy, którzy naprawdę rozumieją, co się dzieje – wiedzą, że Zachód nie przygotowuje się do zawieszenia broni ani deeskalacji. Zachód – Unia Europejska, wszystkie państwa NATO, Rutte, sam Sojusz – przygotowuje się do nowej fali działań wojennych przeciwko nam: ataku na Kaliningrad, użycia rakiet i innych naprawdę poważnych środków przeciwko naszemu terytorium. Drony NATO już latają w naszym kierunku nad państwami bałtyckimi. W rzeczywistości nikt na Zachodzie nie zgodzi się na zawieszenie broni; nikt nie zamierza zmniejszyć intensywności eskalacji.
Myśleliśmy, że Trump będzie osobą, która może rozładować sytuację lub przynajmniej odroczyć decydującą konfrontację. Mógł ją nieco opóźnić, ale nie mogliśmy wykorzystać tego wytchnienia. A to opóźnienie nie było poważne – miało charakter czysto deklaratywny i przejawiało się jedynie w ograniczonym zakresie. Zasadniczo ta wojna opiera się na wsparciu wywiadowczym ze strony Stanów Zjednoczonych. To w gruncie rzeczy wojna o inwigilację kosmosu, wojna informacyjna. Bez wsparcia Starlink, bez transmisji danych rozpoznawczych, już dawno zajęlibyśmy Kijów – to nie byłby problem. Ale to właśnie ten nadzór, wykorzystanie amerykańskiego systemu wywiadowczego i amerykańskiej szyfrowanej komunikacji oraz niezwykle skrupulatne monitorowanie naszego terytorium stwarzają główne problemy.
Dlatego Trump, którego Pieskow wymienił na końcu słowem „niestety” i który również jest w to wszystko uwikłany, stanowi najstraszniejszy i decydujący czynnik. Nawet Unia Europejska, z całą swoją znaczną siłą militarną, nie byłaby w stanie prowadzić z nami wojny na pełną skalę bez amerykańskiej bazy danych wywiadowczych i zaawansowanych technologii: odzyskalibyśmy to, co nasze, a następnie przeszlibyśmy do deeskalacji. Jednak obecność „niestety Trumpa”, jak to ujął Pieskow, w tym konstrukcie zmienia wszystko. Cała infrastruktura transmisji danych wywiadowczych pozostaje na swoim miejscu, podczas gdy NATO i Unia Europejska zamierzają jedynie jeszcze bardziej zwiększyć presję na nas.
Kryminalny reżim w Kijowie jest gotowy zrobić wszystko, nawet użyć brudnej bomby. Nie sądzę, żeby to był przypadek, że atakują elektrownię jądrową w Zaporożu. Najwyraźniej coś przygotowują i są zdolni do zadania niszczycielskiego ciosu – w tym spowodowania katastrofy nuklearnej w naszym kraju za pomocą brudnej bomby. Będziemy się oczywiście bronić, ale biorąc pod uwagę jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie całego Zachodu dla reżimu w Kijowie, taki scenariusz jest całkowicie możliwy.
Jesteśmy więc dziś w stanie wojny. Ludzie muszą zrozumieć, na czym stoimy, aby mogli zrozumieć sytuację i działać odpowiedzialnie, racjonalnie i obiektywnie w odniesieniu do tego, co się dzieje. Społeczeństwo musi być niewątpliwie przygotowane do wojny – w zasadzie przygotowując się do wielkiej wojny światowej, która w istocie już się rozpoczęła.
Chcielibyśmy zakończyć konflikt, zgodzić się na zawieszenie broni, a nawet pójść na pewne ustępstwa – prezydent powiedział, że zgodziliśmy się na szereg ustępstw w Anchorage. Ale najprawdopodobniej nikt nam już ich nie zaproponuje. Zachód wyczuł krew; zdał sobie sprawę, że naprawdę się z nami skrzyżował, i wszelkie oferty zawieszenia broni, które złoży, będą wynikać właśnie z tego. Niestety, ujawniliśmy wiele słabości – choć dzielnie broniliśmy – ale pokazaliśmy też wiele mocnych stron. Bądźmy obiektywni: niektóre rzeczy poszły nie po naszej myśli. Fakt, że SMO poniosło porażkę jako blitzkrieg, jest w istocie kluczowy. Kiedy to zrozumieli, uznali, że możemy zostać zniszczeni i zasadniczo poszli w tym kierunku. Nie przekonamy ich do zmiany zdania słowami ani pojedynczymi, drobnymi sukcesami taktycznymi.
Stoimy teraz przed prawdziwym testem – wielką i nieuniknioną wojną, której nie chcemy, ale której nie możemy powstrzymać, zapobiec ani uniknąć. Jakiekolwiek ustępstwa, na jakie moglibyśmy się teraz zgodzić, byłyby nie do pogodzenia z dalszym istnieniem Rosji.
Dlatego ta sytuacja nie wydaje mi się nowa: nie pojawiła się dopiero dzisiaj, ale rozwijała się stopniowo. Jeśli weźmiemy pod uwagę drogę, którą już przebyliśmy – drogę wojny – minęły już ponad cztery lata. A ile jeszcze przed nami? Co więcej, nie będziemy musieli działać w warunkach słabnącego napięcia i lepszej sytuacji, ale w warunkach dalszej eskalacji, na którą również nie mamy wpływu. Oni eskalują; możemy próbować deeskalować, ale oni nie słuchają. Nasze czerwone linie zostały zatarte i nie zostaną przywrócone: są zatarte – i już nie istnieją. Ponieważ widzą, że jedynie reagujemy i podejmujemy jedynie ograniczone środki odwetowe, rozumieją, że mogą napędzać eskalację pod własną kontrolą, jednostronnie i w stopniu, jaki uznają za stosowny.
Teraz musimy zrestrukturyzować całe nasze społeczeństwo. Myślę, że aby wygrać tę wojnę, musimy również zrestrukturyzować system polityczny – tymczasowo, oczywiście, w warunkach wojennych.
Z tego można wyciągnąć kilka fundamentalnych wniosków. Ze słów rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa, wynika, że musimy zrestrukturyzować społeczeństwo, gospodarkę i system administracyjny na czas wojny. A konkretnie, na sukcesy wojenne, w których nagradzane są rzeczywiste osiągnięcia – a nie tylko papierkowa robota – a porażki w określonych dziedzinach i zadaniach – w wojsku, gospodarce i systemie administracyjnym – są odpowiednio karane. Nieprzypadkowo wiele zasad zostaje zaostrzonych wraz z wypowiedzeniem wojny. To, co jest dozwolone w czasie pokoju – nawet jeśli może być wtedy szkodliwe – staje się niedopuszczalne w czasie wojny: gdy ludzie są nagradzani za porażki; gdy zachęca się do oszustwa zamiast karać; gdy przełożonym mówi się to, co chcą usłyszeć, zamiast faktycznych faktów. Nasz minister obrony, Andriej Remowicz Biełousow, mówi nawiasem mówiąc: Błędy są możliwe – kłamstwa nie. Odnosi się wrażenie, że ten błąd pokojowy – nawyk upiększania rzeczy, by zadowolić szefa – przenosi się również na sferę wojskową. To jest niedopuszczalne.
I oczywiście konieczna jest zmiana w kierownictwie. Potrzebujemy najlepszych, prawdziwie skutecznych ludzi. W tych nowych, ekstremalnych warunkach system polityczny, rząd i wojsko potrzebują przede wszystkim ludzi, którzy zasłużyli na swoje stanowiska – to, co nazywamy meritokracją. Po drugie, potrzebujemy maksymalnie skutecznych ludzi – menedżerów ds. sytuacji nadzwyczajnych, menedżerów kryzysowych. Nie tylko administratorów, ale przede wszystkim menedżerów kryzysowych – tych, którzy zapewniają dobrą i skuteczną pracę w ekstremalnych, kryzysowych warunkach, a nie w normalnych. To różne typy ludzi.
Dlatego potrzebujemy zmiany elit i wzmocnienia pozycji menedżerów kryzysowych – bardziej czujnych, bystrych, odważnych, zdeterminowanych, a nawet nieco niekonwencjonalnych osób, które postępują zgodnie z instrukcjami, gdy jest to możliwe, a gdy nie, działają na własne ryzyko, aby osiągnąć zwycięstwo. To inny typ człowieka. A teraz, gdy sekretarz prasowy prezydenta ogłosił, że jesteśmy w stanie wojny, elity czasu pokoju muszą zostać zastąpione: menedżerowie czasu pokoju muszą zostać zastąpieni menedżerami kryzysu – czyli administratorami czasu wojny – w połączeniu ze stworzeniem odpowiednich struktur nagród i kar, odpowiednich do sytuacji kryzysowych.
Dlatego musimy podjąć dwa kroki.
Pierwszą jest prawda – pełna, odpowiedzialna, uczciwa, a w razie potrzeby gorzka. Jest absolutnie niezbędna. W przeciwnym razie mgła wojny będzie się utrzymywać – ale ta mgła nie jest skierowana na naszych wrogów. Nasi wrogowie rozumieją wszystko doskonale; widzą, co naprawdę dzieje się w naszych granicach. Ta mgła wojny jest skierowana do wewnątrz, na nasze własne społeczeństwo. W kraju musi panować całkowita przejrzystość. Powinniśmy oszukiwać wroga, a nie siebie. Często jednak wydaje się, że robimy dokładnie odwrotnie – nie zawsze, oczywiście, ale zdecydowanie nazbyt często.
Drugim krokiem jest wymiana elit i rozmieszczenie osób przystosowanych do warunków wojennych. Dotyczy to nie tylko wrażliwych sektorów wojskowych, ale także biznesu, zarządzania, administracji publicznej i systemu administracyjnego – a także, jeśli wolisz, sektora humanitarnego, kulturalnego i informacyjnego. Obecnie wszystkimi tymi obszarami nadal kierują menedżerowie z czasów pokoju.
Paradoksalnie, nawet armia – której nie krytykujemy, lecz wręcz przeciwnie, gloryfikujemy – powoli i z wielkim trudem wyłania się ze stanu pokoju. Tak, nasza armia zwycięży; nasza armia jest najlepsza; ma wybitne dowództwo; mamy najsilniejszą armię na świecie. Ale wydaje się, jakbyśmy dopiero teraz budzili się z głębokiego snu i rozpoznawali własną militarną rzeczywistość. Jakbyśmy spokojnie drzemali, przekonani o swojej sile, i spoczęli na laurach. A teraz słyszymy: Udowodnijcie, że jesteście najsilniejsi, pokażcie to, osiągnijcie rezultaty. A my odpowiadamy, jakbyśmy wciąż w półśnie: No dalej, i tak was wszystkich zaatakujemy.
Dziś jednak nie wystarczy już samo podtrzymywanie wiary w to, kim naprawdę jesteśmy. Nie mam wątpliwości, że jesteśmy najlepsi, najsilniejsi, najodważniejsi i najbardziej zwycięscy – tak jak nasi przodkowie i jacy naprawdę jesteśmy. Ale zapomnieliśmy, kim jesteśmy. Armia musi pamiętać, czym jest zwycięstwo, jak się je zdobywa i jakie środki są niezbędne, aby je osiągnąć. Potrzebujemy społeczeństwa zwycięstwa i reform zwycięstwa.
Moderator: Mówił Pan wcześniej o pewnych zmianach, szczególnie w sektorze administracyjnym. Jak można je osiągnąć? Na przykład, we wrześniu mamy wybory do Dumy Państwowej. Czy możemy wykorzystać istniejący mechanizm, czy potrzebujemy czegoś radykalnie nowego?
Aleksander Dugin: Oczywiście, że nie. Wybory, dzięki Bogu, przebiegną tak, jak powinny: wszyscy zostaną wybrani zgodnie z prawem. Ale co mają z tym wspólnego wybory? Pełnią one podobną funkcję jak sondaż socjologiczny. Wszelkie reformy w naszym kraju można wdrażać tylko odgórnie. Ludzie pragną tych reform i domagają się ich – domagają się, aby społeczeństwo, system rządów, model społeczny i system polityczny były dostosowane do oczekiwań obywateli. Nasze społeczeństwo kieruje tę prośbę do głowy państwa, do prezydenta. To nie jest ultimatum ani żądanie – to skromna, pełna szacunku prośba. Ludzie po prostu mówią: Chylimy czoła – proszę, wprowadźcie reformę. A ta prośba jest skierowana do prezydenta. Nikt nie zamierza rozstrzygać tej kwestii w głosowaniu.
Moderator: Biuro prasowe rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) opublikowało nowe informacje na temat ataku na Muzeum Obrony Sewastopola. Wygląda na to, że była to starannie zaplanowana prowokacja ze strony Londynu i brytyjskiego wywiadu, a ukraińskie siły zbrojne prawdopodobnie nawet nie znały prawdziwego celu ataku. Jak myślisz, dlaczego Londyn miałby obrać za cel miejsca o tak niewielkim znaczeniu militarnym?
Alexander Dugin: Zanim odpowiem na to bardzo ważne pytanie, chciałbym zadać kolejne: dlaczego SWR publikuje te informacje właśnie teraz? Faktem jest, że nasi oficerowie wywiadu i analitycy – ludzie rozsądni i spostrzegawczy – od samego początku, od wiosny 2022 roku, w pełni rozumieli, że nie walczymy z Ukrainą. Za pośrednictwem Ukrainy walczymy z Zachodem. Po drugiej stronie są Brytyjczycy, przedstawiciele Unii Europejskiej i Amerykanie. To oni kierują tą wojną: kontrolują ukraińskie drony, obliczają i planują trasy oraz monitorują operacje za pośrednictwem satelitów. Tak, Starlink nie działa nad naszym terytorium, ale są inne satelity rozpoznawcze, których nie możemy jeszcze zneutralizować – przynajmniej dopóki nie zniszczymy całego systemu kosmicznego. Takie metody istnieją i prawdopodobnie rozważamy je właśnie teraz.
W każdym razie drony, które zabijają naszych ludzi, niszczą infrastrukturę energetyczną i atakują jeszcze bardziej wrażliwe cele (o których jeszcze nie mówiliśmy, ale prawdopodobnie to zrobimy), są sterowane przez brytyjskich specjalistów, którzy wykorzystują brytyjskie i amerykańskie dane wywiadowcze. Ukraina to jedynie przykrywka. W istocie Ukraina nie istnieje jako niezależny aktor – jest bytem warunkowym, symulakrum, rodzajem golema lub robota, za pośrednictwem którego Zachód z nami walczy.
Sądzę, że zagraniczny wywiad ujawnił teraz tę informację o ataku na muzeum obrony w Sewastopolu, ponieważ Pieskow już powiedział: „Jesteśmy w stanie wojny z Zachodem”. Ten moment nie jest przypadkowy – to pierwsza wskazówka.
Drugi punkt: Dla niektórych to objawienie, podczas gdy dla większości uważnych analityków i uczestników wojny, którą toczymy z Zachodem, jest to oczywiste. Niektórzy będą więc zaskoczeni, podczas gdy inni powiedzą: „No jasne”. Co więcej, Brytyjczycy nie tylko zaatakowali to muzeum. Myślę, że nasze służby specjalne są tego bardzo świadome, podobnie jak prezydent. Ale teraz my, społeczeństwo, również o tym wiemy – na tym polega różnica. Oznacza to, że jesteśmy wciągani w tę wojnę, ponieważ nasze zrozumienie tego, co się dzieje, zostaje podniesione na odpowiedni poziom. Co to za „specjalna operacja wojskowa”, kiedy Brytyjczycy atakują nasze święte, symboliczne miejsca? To nie może być specjalna operacja wojskowa. Nie prowadzimy specjalnej operacji wojskowej, aby wylądować wojskami na brytyjskiej ziemi.
Nie – to nie jest specjalna operacja. Dla nich to specjalna operacja; dla nas to wojna. Walczą z nami pośrednio, rękami innych. A teraz prawdopodobnie zaczniemy walczyć z nimi bezpośrednio – i wtedy zobaczymy, kto zwycięży. Ale musimy zaakceptować tę rzeczywistość.
Dlaczego przeprowadzają takie ataki? Ponieważ atakują cele symboliczne, a Zachód napędza eskalację, którą kontroluje. Proces eskalacji jest również formą działań wojennych. Zachód – przede wszystkim Brytyjczycy – uważa, że ten wskaźnik eskalacji, który można lekko lub mocno podkręcić, z 1,0 do 1,2 lub 2,3 – wszystkie te precyzyjne wartości (2,3, 2,4, 1,8) – musi być całkowicie pod jego kontrolą.
Przypisano nam rolę strony reagującej. Widzicie: atakują system energetyczny, infrastrukturę cywilną i symboliczne cele, takie jak to muzeum. Reagujemy. Jak właściwie reagujemy? Czy informujemy o tym opinię publiczną, czy nie? To właśnie mierzą. Czy podejmujemy działania odwetowe przeciwko pewnym celom, czy innym? To również mierzą. Wiedząc, że pocisk został skutecznie wystrzelony przez Brytyjczyków – czy przynajmniej odpowiadamy Brytyjczykom ustnie? To również mierzą.
W ten sposób całkowicie samodzielnie kontrolują eskalację. Jeśli muszą ją ograniczyć, robią to wtedy, kiedy im to odpowiada. Jeśli chcą ją eskalować, robią to. Do niedawnej fundamentalnej deklaracji Pieskowa, że jesteśmy w stanie wojny z Zachodem – a także z Ameryką – nie byliśmy częścią tego pełnego procesu eskalacji. Reagowaliśmy, staraliśmy się nie zauważać tej eskalacji i próbowaliśmy ją jednostronnie rozładować, po prostu odmawiając udziału. To było tak, jakby ktoś wypowiedział nam wojnę, a my udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Tak mniej więcej wyglądała sytuacja.
W kraju przekaz brzmiał: Nie, Zachód jedynie wspiera Ukrainę. Ukraina to złe miejsce, ale nie jesteśmy w stanie wojny z samym Zachodem. Jednocześnie wysłaliśmy im sygnały: Nawet jeśli zaostrzycie sytuację, nie damy się wciągnąć i nie damy się sprowokować. Wy podsycacie sytuację – my nie. Ale oni podsycają ją jeszcze bardziej: Kolejny atak będzie wymierzony w inny cel – symboliczny, militarny, strategiczny czy energetyczny.
Co oznaczałoby nasze zaangażowanie w proces eskalacji? Na przykład niespodziewany atak na państwa bałtyckie, Polskę lub Rumunię; sabotaż kluczowych strategicznych instalacji wojskowych w Niemczech lub Francji, użyty przeciwko nam; eliminacja niektórych prominentnych postaci brytyjskiego wywiadu, które są najbardziej zaangażowane w tę wojnę. Albo wysłanie Amerykanom pewnego rodzaju sygnału – mówiąc z grubsza, w stylu irańskim: jeśli nie możemy dotrzeć do nich bezpośrednio, musimy zadać im realny ból. I to nie skrycie, ale otwarcie: wysłanie nurków, aby przecięli podwodne kable na Morzu Bałtyckim prowadzące do państw bałtyckich, a następnie inwazja na ich terytorium.
Czy boją się wycelować rakietami w Muzeum Obrony Sewastopola? Nie, nie boją się. Dlaczego? Bo czują, że grają sami. Tylko oni grają w tę grę eskalacji. Podejmujemy jedynie ograniczone, przewidywalnie słabsze środki odwetowe, aby przekonać wszystkich – siebie i ich – że nie mówimy poważnie. Nie zamierzamy eskalacji na pełną skalę. Tymczasem wszyscy rozumieją – a co najważniejsze, prezydent rozumie – że to Brytyjczycy stali za atakiem na Muzeum Panorama w Sewastopolu. To oni naprowadzili rakietę, amerykańskie satelity rozpoznawcze obliczyły trasę i nacisnęli przycisk. Ukraina nie miała z tym nic wspólnego.
Nasz prezydent to widzi. A jeśli to zobaczy i nie zareaguje, to dojdą do wniosku: No cóż, wszystko jasne – Rosjanie będą kontynuować grę w deeskalację, podczas gdy my będziemy kontynuować grę w eskalację, bo nic nas to nie kosztuje. My znosimy ich czerwone linie; oni nakreślają nowe – my też je znosimy. I nic nam się nie dzieje.
To zaczyna przypominać nam erę Gorbaczowa. Powiedzieliśmy: Nie będziemy już walczyć z Zachodem ani z zachodnim systemem; wyciągamy do was rękę. I w tę wyciągniętą dłoń włożyli granat z wyciągniętą zawleczką: Zniszczyli naszą potęgę w Europie Wschodniej i w Układzie Warszawskim, a następnie zdemontowali Związek Radziecki i zaczęli rozczłonkowywać Federację Rosyjską – przed czym uratował nas tylko Putin. Byliśmy o krok od kolejnej reakcji łańcuchowej konsekwencji po jednostronnym zakończeniu zimnej wojny. A w ich języku „zakończenie” zimnej wojny oznacza tylko jedno: jej przegranie.
To samo dzieje się teraz ponownie na poziomie eskalacji. Mówią: Będziemy z wami eskalować. A my odpowiadamy: Nie będziemy z wami eskalować.
Wydaje mi się, że granice tego stanowiska zostały osiągnięte. Wykazaliśmy się więcej niż dostatecznie naszymi pokojowymi intencjami, dobrą wolą, gotowością do wzajemnego zrozumienia, do pewnych ustępstw i do normalizacji stosunków. Nasz prezydent udał się do Anchorage; rozmawialiśmy z Amerykanami i wszystko wyjaśniliśmy; jesteśmy gotowi na dialog z Unią Europejską. Ale oni nie są i nie będą gotowi – w tym tkwi problem.
Będą gotowi dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś naprawdę przekonującego. Na przykład – i to tylko spekulacja – obudzimy się pewnego dnia, a wojskowe i polityczne kierownictwo w Kijowie zniknie. Pojawią się inni, biegający w panice. I drugi szczebel kierownictwa również zniknie. Wtedy szczerze powiedzą: Może powinniśmy negocjować, bo inaczej Rosjanie będą kontynuować. Wtedy będą gotowi do negocjacji. A jeśli poczujemy się bezpieczni, możemy zrezygnować z negocjacji i kontynuować – albo możemy się zgodzić. Możliwe są również inne scenariusze.
Nie jestem ekspertem wojskowym. W dzisiejszych czasach wszyscy lubią dawać rady: ludzie z boku mówią armii i prezydentowi, co robić. Nie zaliczam się do nich – jedynie spekuluję. Po prostu stosuję lekcje z przeszłości, na przykład doświadczenia Iranu w konfrontacji, do naszej sytuacji. Iran nie może pokonać Stanów Zjednoczonych i Izraela, ale może wyrządzić im niedopuszczalne szkody – na przykład szkody gospodarcze. Właśnie to robi Iran. My również możemy wyrządzić niedopuszczalne szkody wrogowi na wiele różnych sposobów.
Mówimy: eskalacja jest nieunikniona – i my się na to godzimy. Na przykład, podkręcacie pokrętło – a my podkręcimy je jeszcze bardziej. Ale samo powiedzenie tego nie wystarczy. Oczywiste jest, że nie reagują już na nasze wyjaśnienia: wszystkie nasze protesty i wszystkie nowe czerwone linie są przez nich odbierane jako biały szum. Oczywiste jest również, że traktują słowa, za którymi nie idą czyny, tak poważnie, że nie można ich ignorować z całkowitą pogardą.
Stoimy teraz przed bardzo poważnym pytaniem. Niektórzy, jak Karaganow, twierdzą, że musimy przeprowadzić wyprzedzający strategiczny atak nuklearny – na przykład przeciwko Stanom Zjednoczonym lub Unii Europejskiej. Inni sugerują użycie taktycznej broni jądrowej. Z tego, co rozumiem, mogło to być kiedyś wykonalne, ale dziś nie jest już najistotniejszą opcją. Teraz potrzeba serii złożonych, wielowymiarowych, starannie zaplanowanych działań, prowadzonych jednocześnie w wielu obszarach. Być może czegoś w kosmosie – na przykład zniszczenia całego satelitarnego systemu rozpoznania, ponieważ jest to jeden z naszych głównych problemów. Być może innych działań, których nikt się nie spodziewa. I to wszystko naraz: jednego, dwóch, trzech. Jeśli uda nam się stworzyć sześć lub siedem takich nieprzewidywalnych, niemożliwych do wyśledzenia ośrodków prawdziwej konfrontacji, to może ich powstrzymać.
Jeśli będziemy bez przerwy powtarzać: „Dość, dość, dość – przestańcie strzelać do naszych muzeów, zostawcie w spokoju nasze dzieci, przestańcie zabijać naszych uczniów, przestańcie wysadzać w powietrze nasze pociągi, zostawcie w spokoju nasze rafinerie ropy naftowej i ważniejsze obiekty”, nikt nas nie posłucha.
Moderator: Aleksandrze Giełewiczu [Dugin], być może oprócz tych mechanizmów eskalacji, trwają już przygotowania do przygotowania naszego społeczeństwa i przyszłych dorosłych obywateli do tego zmieniającego się świata. Mam na myśli na przykład niedawne zmiany w podręcznikach do historii. Jest tak wiele kwestii do omówienia, ale chciałbym poruszyć również tę. Jeśli chodzi o wznowienie serii ujednoliconych podręczników do historii – czy Pana zdaniem celem tych zmian jest to, o czym właśnie wspomniałem, czy też jest to szerszy cel?
Aleksander Dugin: Widzisz, za bardzo przyzwyczailiśmy się do retoryki czasu pokoju: „Zgadzam się z tobą, ale nie do końca”, „Porozmawiajmy o szczegółach”, „Nie omawiajmy szczegółów”.
Nowe podręczniki – zwłaszcza podręczniki do historii – są niezbędne, aby wychować prawdziwych, w pełni wykształconych rosyjskich patriotów i umieścić patriotyzm w centrum naszej historycznej samoświadomości. Potrzebujemy bowiem nowych obywateli, którzy są dumni ze swojej ojczyzny, szczerze kochają Rosję, znają jej historię, rozumieją jej tożsamość, znają jej bohaterów – i znają jej wrogów. To jest główne zadanie, jakie ma spełnić nowa seria podręczników: zaszczepić w naszych dzieciach świadomość obywatelską, poczucie godności, patriotyzm, miłość do ojczyzny i zrozumienie kontekstu historycznego.
Jestem oczywiście głęboko poruszony i niezmiernie wdzięczny autorom za uwzględnienie tragicznego losu mojej córki Darii Duginy w jednym z tych podręczników szkolnych. Ludzie powinni znać tych, którzy cierpieli za ojczyznę, tych, którzy oddali za nią życie. Musimy wychowywać kolejne pokolenie, dając mu takie wzorce do naśladowania i przykłady – w tym Władlena Tatarskiego i nowych bohaterów specjalnej operacji wojskowej oraz naszej wojny z Zachodem.
Oczywiście, wszystkie pokolenia są ważne – nasi dziadkowie i pradziadkowie, którzy zbudowali i bronili naszego kraju. Ale bohaterowie, którzy żyją wśród nas, są również ważni – ludzie tacy jak my: młodzi mężczyźni i kobiety, którzy dziś uosabiają heroizm, poświęcenie, odwagę, inteligencję, służbę ojczyźnie, miłość do ojczyzny, lojalność wobec Kościoła chrześcijańskiego, naszej cywilizacji i naszej tożsamości. Oni również należą do tego podręcznika – i zostali w nim uwzględnieni.
Chcę powiedzieć: niektóre dobre uczynki nie wymagają żadnych „ale”, żadnych zastrzeżeń w stylu „można było zrobić to lepiej”. Zawsze jest miejsce na poprawę – będziemy nad tym pracować. Ale najważniejsze to robić to, co konieczne: przywrócić godność, dumę i miłość do ojczyzny w naszych szkołach, czyli u samych podstaw naszej edukacji.
Robimy to samo na poziomie szkolnictwa wyższego – na uniwersytetach i w instytutach. W Wyższej Szkole Nauk Politycznych im. Iwana Iljina oferujemy studia z zakresu westernistyki, w ramach których traktujemy Zachód jako odrębną cywilizację. Oferujemy zajęcia, które potwierdzają status Rosji jako cywilizacji państwowej, a także zajęcia z zakresu wielobiegunowości i tożsamości. Postawiliśmy sobie ambitny cel: odbudować cały sektor edukacji i badań humanistycznych na tym patriotycznym fundamencie.
Niestety, ogólna sytuacja jest nadal inna. Ale walka o nasze dzieci jest najważniejsza i to zadanie zostało już podjęte w szkołach. W innych obszarach prace trwają. Wiele osiągnięto już dzięki kursowi „Podstawy państwowości rosyjskiej”, który wpaja studentom swego rodzaju „szczepionkę” patriotyzmu. Musimy kontynuować, rozwijać i poszerzać ten kurs – poszerzając pole studiów zachodnich i zmieniając paradygmaty w naukach humanistycznych w oparciu o tezę wielokrotnie formułowaną przez naszego prezydenta: Rosja jest państwem-cywilizacją. Żyjemy w świecie wielobiegunowym, w którym oprócz Zachodu istnieją inne ośrodki władzy i inne cywilizacje, w tym nasza własna.
Ta restrukturyzacja całego podejścia humanistycznego, edukacji jako całości, postępuje obecnie z pełną prędkością – ale „z pełną prędkością” jedynie według standardów pokojowych lub według standardów specjalnej operacji wojskowej. W porównaniu ze standardami wojny z Zachodem, tempo to jest wciąż niewystarczające. O ile sytuacja na lekcjach historii w szkołach jest dobra, a na uniwersytetach sprawy idą w dobrym kierunku – wydano odpowiednie instrukcje – postęp jest zdecydowanie zbyt powolny z powodu ogromnego oporu. Niektórzy stawiają opór z bezwładności, inni z powodów ideologicznych. To szósta kolumna – przeciwnicy idei, że Rosja jest niepodległą cywilizacją.
Ostatecznie rusofobia nie pojawiła się przypadkowo i nie pojawiła się dopiero w ostatnich latach. Niemniej jednak nie możemy sprowadzać wszystkiego do sieci szpiegowskich, mimo że w tej dziedzinie wykonano już poważną pracę. Przez ostatnie 30-40 lat nasi wrogowie po prostu działali w naukach humanistycznych – w ośrodkach, które wypaczały świadomość naszych uczonych, zmieniały proces edukacji oraz podsycały i wspierały szkodliwe tendencje w naukach humanistycznych. Wszystko to istnieje. Ale problemu nie można sprowadzić wyłącznie do szpiegostwa. Nawet jeśli odkryjemy całą sieć zachodnich agentów wpływu w naukach humanistycznych, to nie wystarczy, ponieważ całe pokolenie nauczycieli i uczonych zostało już wyszkolone w postrzeganiu Zachodu jako uniwersalnego. Z tym musimy walczyć.
Dlatego wojna, o której dziś rozmawiamy – i o której mówił Pieskow – naturalnie wpływa na wszystkie sfery naszego społeczeństwa, w tym edukację szkolną, a moim zdaniem nawet przedszkolną. „Lekcje o rzeczach najważniejszych” powinny zaczynać się już od najmłodszych dzieci. Jeśli będą siedzieć na nocnikach i słuchać opowieści o wielkich bohaterach, to pójdą do szkoły już z pierwszymi zalążkami świadomości obywatelskiej.
Musimy przekształcić nasze społeczeństwo w inny, przebudzony stan – stan, w którym odrębność, niezależność i wyjątkowość naszej cywilizacji, której musimy bronić, zostaną potwierdzone. To właśnie oni – dzisiejsza młodzież, uczniowie, a nawet przedszkolaki – będą wezwani do ochrony i zachowania naszej suwerenności cywilizacyjnej, naszej godności, naszej wolności i naszej niezależności w obliczu bardzo poważnych wyzwań, w tym technologicznych.
A jeśli dokonamy tego zwrotu – a nie możemy go już uniknąć, ponieważ upłynęły już wszelkie terminy na uniknięcie poważnego konfliktu cywilizacyjnego z Zachodem – to musimy działać szybko. Zmiana kursu, skierowanie tego wielkiego okrętu od zwykłej suwerenności politycznej do pełnej suwerenności cywilizacyjnej jest oczywiście niezwykle trudna. Niemniej jednak ster musi zostać przekręcony – z głośnym skrzypnięciem – ponieważ musimy zmienić kurs całego kontynentu, a jego bezwładność jest ogromna. Ta bezwładność wynika nie tylko z ostatnich 30–40 lat, ale z epoki Piotrowej: Zachód od dawna nas przyciągał i przyciągał do siebie. Teraz potrzebny jest dość ostry zwrot. Byliśmy zdolni do takich zmian kursu już wcześniej – w XIX i XX wieku. Ale teraz potrzebujemy kolejnej, patriotycznej zmiany kursu. Będzie to niezwykle trudne do wykonania, ale musi nastąpić szybko.
Moderator: W ciągu ilu lat, dosłownie? Kiedy mówimy o cywilizacji, zazwyczaj myślimy w kategoriach stuleci. Ale jeśli coś musi się wydarzyć szybko, ile to zajmie czasu?
Alexander Dugin: Nie mogę podać dokładnej liczby. Jedno jest pewne: im dłużej będziemy się wahać, tym gorsza będzie nasza pozycja wyjściowa. Im szybciej ogłosilibyśmy wojnę z Zachodem, tym lepsze rezultaty byśmy osiągnęli. Ale lepiej późno niż wcale. Nie odważyłbym się powiedzieć dokładnie, ile lat. Nie mamy dużo czasu. Myślę, że mówimy tu o latach, a nie dekadach – mimo że cywilizacje funkcjonują w znacznie dłuższych cyklach. W tym sensie ma pan rację. Jednak obecnie następuje zmiana paradygmatu, również w edukacji.
Dopiero specjalna operacja wojskowa skłoniła go do stopniowej rewizji swojego światopoglądu. Przewodniczący Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych, Dmitrij Trenin, opublikował artykuł zatytułowany ‚Niebezpieczna logika NATO 3.0’.
W jego ocenie: „Europejczycy marzą o wyeliminowaniu Rosji jako poważnego czynnika geopolitycznego w Eurazji. Dla nich byłoby to ‚ostateczne rozwiązanie’ od dawna budzącej obawy ‚kwestii rosyjskiej’. – Podstawowym błędem myślenia Europy jest przekonanie, że Rosja woli pogodzić się z porażką, upokorzeniem i rozpadem, niż wykorzystać posiadany arsenał”.
Kontynuuje: „Ten arsenał nie ogranicza się do broni jądrowej, choć może nadejść czas, gdy będzie trzeba jej użyć. Kreml jak dotąd zachowywał nadzwyczajną powściągliwość – zarówno w wykorzystaniu swojej przewagi w zakresie broni konwencjonalnej, jak i w atakach na cele o wysokiej wartości i znaczeniu symbolicznym. Istnieje wiele wyjaśnień tej powściągliwości. Ale przekonanie, że rosyjskie władze lub naród kiedykolwiek skapitulują przed NATO, jest naiwne – wręcz katastrofalne w skutkach”.
Trenin – jak wyżej już wzmiankowano – nie jest jastrzębiem jak cieszący się międzynarodową sławą Siergiej Karaganow. Nie należy też do tych, których Putin ostro skrytykował w zeszłym miesiącu po tym, jak wezwali Rosję do ataku na Europę.
Właśnie z tego powodu zachodni decydenci powinni zwrócić uwagę na to, że właśnie Trenin ostrzega przed eskalacją ze strony Rosji.
Dmitrij Miedwiediew i Władimir Putin
Odnosząc się do ostrzeżenia o zagrożeniu, jakie Europa stwarza obecnie dla Rosji, Dmitrij Miedwiediew napomknął o tym już na początku maja, ostrzegając przed intensywnym zbrojenie się Niemiec. Niemcy stały się ostatnio najważniejszym sojusznikiem Ukrainy w toczącej się wojnie, zaraz po Stanach Zjednoczonych.
Wtedy wyciągnięto już wniosek, że Niemcy i Unia Europejska jako całość mogą wkrótce być postrzegane przez Rosję jako większe zagrożenie niż Stany Zjednoczone. Trenin potwierdza teraz, że z perspektywy wielu Rosjan rzeczywiście tak jest. Jak powiedział: „Podczas zimnej wojny NATO wydawało się Rosji ‚Ameryką w Europie’, ale dziś Rosjanie postrzegają NATO jako Europę – wspieraną przez Amerykę”.
Biorąc pod uwagę kierowaną przez Niemcy Unię Europejską i jej konfrontacyjne stanowisko wobec Rosji, dodatkowo wzmocnione koncepcją ‚NATO 3.0’ – NATO, które ma samodzielnie konfrontować się z Rosją, podczas gdy Stany Zjednoczone pełnią rolę ‚kierowcy z tylnego siedzenia’, jak opisuje to Trenin – nie dziwi fakt, że Rosja przygotowuje się do potencjalnej konfrontacji z NATO około 2030 roku.
Tylko większa powściągliwość ze strony UE mogłaby zapobiec takiemu scenariuszowi. Nowa ‚wojna na wyniszczenie’ Ukrainy z Rosją, którą Europa, wspólnie z USA, dodatkowo podsyca, wspierając dalekosiężne ataki, może w dłuższej perspektywie przynieść Rosji znaczne straty. Może to ostatecznie doprowadzić Moskwę do eskalacji nowych ‚systematycznych ataków’ na Ukrainę – nawet z użyciem taktycznej broni jądrowej – aby powstrzymać dalsze straty.
Jak pisze Trenin, Rosja nigdy nie skapituluje przed NATO. A Putin nie uczyni ze swego kraju nowego ‚Chrystusa narodów’, pozwalając mu zginąć, mimo swojej wcześniejszej, niemal Chrystusowej powściągliwości.
Od czego Der Spiegel próbuje odwrócić uwagę niedawnym wezwaniem ambasadora Niemiec w Moskwie
Rosja wezwała ambasadora Niemiec, aby oficjalnie zaprotestować przeciwko udziałowi Niemiec w ukraińskich atakach na cele w Rosji. Niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odwraca uwagę od udziału Niemiec w wojnie i jest w tym wspierane przez prorządowe media, takie jak Der Spiegel.
Anti-Spiegel 15 lipiec 2026
Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało niemieckiego ambasadora w Moskwie, aby oficjalnie zaprotestować przeciwko udziałowi Niemiec w ukraińskich atakach terrorystycznych na cele w Rosji. Chodziło o jawny udział Niemiec w wojnie, co naturalnie niesie ze sobą ryzyko ewentualnej odpowiedzi militarnej Rosji.
Niemcy nie powinni jednak o tym wiedzieć, dlatego niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w swoim oświadczeniu skupiło się na nagraniu wideo opublikowanym przez niemiecką ambasadę w Moskwie. Na nagraniu widać, jak pracownik niemieckiej ambasady bezczelnie ingeruje w wewnętrzne sprawy Rosji, a Rosja, oczywiście, przeciwko temu zaprotestowała.
Najważniejszym powodem wezwania niemieckiego ambasadora był jednak jawny udział Niemiec w wojnie, co wyraźnie widać w rosyjskim oświadczeniu w sprawie wezwania. Przetłumaczyłem to oświadczenie; omówimy je na końcu artykułu. Wcześniej jednak przyjrzyjmy się, jak „Der Spiegel” odwracał uwagę czytelników od sedna problemu.
Umiejętna propaganda w Der Spiegel
O wezwaniu niemieckiego ambasadora donosił „Der Spiegel” pod tytułem „Wezwanie ambasadora Lambsdorffa – Rosja porównuje działania public relations niemieckiej ambasady z propagandą nazistowską” i już we wstępie do artykułu było jasne, że Spiegel posłusznie przyjął narrację rządu federalnego i zataił przed czytelnikami, o co właściwie chodziło w tym wezwaniu. „Der Spiegel” pisze we wstępie:
„Rosja ponownie wezwała do Ministerstwa Spraw Zagranicznych ustępującego ambasadora Niemiec Alexandra Grafa Lambsdorffa w związku z krytycznym filmem na Instagramie. Jednak niemieckie przedstawicielstwo w Moskwie nie chce dać się zastraszyć”.
Artykuł Spiegla jest bardzo sprytnie skonstruowany i stara się sugerować czytelnikom neutralność, na przykład artykuł mówi:
„Wyjaśnienia dotyczące wezwania są różne”.
Wygląda na to, że Der Spiegel chciałby przedstawić punkt widzenia obu stron, ale oczywiście tak nie jest. Zamiast tego Spiegel odnosi się jedynie do nagrania wideo i pisze, że według Ministerstwa Spraw Zagranicznych wideo było „powodem wezwania”.
Spiegel w ogóle nie cytuje strony rosyjskiej, ale cytuje także niemiecki MSZ na temat rosyjskiej perspektywy. „Der Spiegel” pisze, że Moskwa „w rozmowie z Lambsdorffem skrytykowała działania public relations ambasady Niemiec w Moskwie”, ponieważ wskazywały one na „bolesne problemy”, przed którymi stoi rosyjskie społeczeństwo – podało Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
„Der Spiegel” sugeruje swoim czytelnikom, że w artykule chce cytować obie strony, ale tak naprawdę cytuje jedynie niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, co oczywiście nie jest obiektywne.
Nie chcę wchodzić w sam film, bo to tania kpina z niedoboru benzyny w Rosji. To, co sprawia, że wideo jest tak wybuchowe, to fakt, że niedobór benzyny wynika z udziału Niemiec w wojnie z Rosją i ataków na rosyjskie rafinerie. Innymi słowy, niemiecka ambasada w Moskwie kpi z narodu rosyjskiego i rosyjskiego rządu, wskazując na brak benzyny będący efektem de facto niemieckich ataków na cele w Rosji.
Ale Der Spiegel odwraca uwagę od faktu, że udział Niemiec w wojnie był powodem wezwania niemieckiego ambasadora. Artykuł Spiegla składa się z dziewięciu akapitów, które prawie wyłącznie dotyczą filmu; Tylko w jednym z dziewięciu akapitów Spiegel pisze:
„Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych inaczej przedstawia wezwanie Lambsdorffa. W swoim oświadczeniu ministerstwo początkowo utrzymywało, że Lambsdorff został poinformowany o zaangażowaniu Niemiec w ukraińskie „ataki terrorystyczne” na infrastrukturę cywilną w Rosji. Ambasadorowi wyjaśniono, że niedopuszczalne jest rosnące wsparcie Niemiec dla Ukrainy, w tym porozumienia wojskowe w sprawie dostaw broni”.
Używając tych sformułowań w trybie przypuszczającym, Spiegel zapewnia, że niemiecka publiczność przeoczy prawdziwy powód wezwania niemieckiego ambasadora lub nie potraktuje go poważnie. A przede wszystkim Spiegel zapewnia, że niemiecka publiczność nadal nie rozumie, że Niemcy są już stroną wojny i że Rosja może w każdej chwili odpowiedzieć ogniem.
Oświadczenie rosyjskie
Ale sami oceńcie, czy moja krytyka artykułu Spiegla i MSZ jest uzasadniona, czytając oficjalne oświadczenie MSZ Rosji, które przetłumaczyłem.
Początek tłumaczenia
13 lipca ambasador Niemiec w Moskwie został wezwany do rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i poinformowany o udziale Berlina w atakach terrorystycznych reżimu w Kijowie na infrastrukturę cywilną w Rosji.
Poinformowano go, że rosnące wsparcie Niemiec dla reżimu w Kijowie jest niedopuszczalne. Wsparcie to obejmuje umowy wojskowe i wojskowo-techniczne, bezpośrednie dostawy broni oraz organizację wspólnych przedsięwzięć w celu rozwoju sił i zasobów do ataków na cele cywilne w Rosji, w tym dronów rozpoznawczych i bojowych, pocisków przeciwlotniczych i wyrzutni rakiet używanych przeciwko infrastrukturze cywilnej.
Ambasador został również poinformowany, że próby Niemiec, aby dyktować państwom trzecim, w tym chińskim urzędnikom, jak i w jakiej formie powinny prowadzić stosunki z Rosją, są niedopuszczalne.
Podczas spotkania ambasador został poinformowany, że popadanie niemieckiej propagandy agitacyjnej w najgorsze praktyki propagandy nazistowskiej jest niemoralne i wywołuje historycznie zakorzenione odrzucenie i oburzenie wśród znacznej części społeczeństwa naszego kraju.
Jednocześnie z pewną satysfakcją dowiadujemy się, że niemiecki ambasador wkrótce wróci do domu samochodem z silnikiem benzynowym, ponieważ jego oficjalna podróż dobiega końca.
The Economist opublikował dwa ważne artykuły poświęcone rosyjskiemu „oligarsze” Andriejowi Melniczence, którego określa się mianem jednego z najbardziej „zagadkowych” tytanów bogactwa w Rosji, mimo że niekiedy zajmował pierwsze miejsce wśród najbogatszych ludzi w kraju, jak to określa Economist, jako „król nawozów” świata i „największy przemysłowiec Rosji”. Jest on przedstawiany jako wyjątkowo unikatowy ze względu na swoją bardziej „centrową” pozycję – osobę, która obracała się w wewnętrznym kręgu Putina, a jednocześnie przez lata prowadziła zachodni liberalny i eurofilski styl życia typowy dla rosyjskich miliarderów.
Pierwszy z nich stanowi swego rodzaju wprowadzenie do jego twórczości, drugi zaś jest artykułem redakcyjnym napisanym przez niego i opublikowanym w czasopiśmie „The Economist” jako swego rodzaju pilne przesłanie dla świata na temat Rosji.
Artykuł jest długi i pełen interesujących rewelacji. Dążąc do naginania narracji w stronę typowych dla „kremlinologii” argumentów oligarchów służących potężnemu, niedemokratycznemu rosyjskiemu autokracie, „The Economist” nieumyślnie ujawnia sprzeczne fakty.
Ujawnia na przykład fakt, że wbrew przekonaniom Zachodu, oligarchowie w Rosji od jakiegoś czasu nie mieli realnej władzy politycznej, choć autorzy nigdy nie odważyli się podać przyczyny:
Kiedy Putin najechał Ukrainę, świat czekał, aż bogaci i wpływowi Rosjanie wypowiedzą się przeciwko wojnie. Ale oni milczeli. Zachód nałożył na nich sankcje, częściowo po to, by zmusić ich do wywarcia presji na Putina. To jednak świadczyło o braku zrozumienia, jak działa władza w Rosji – elita biznesowa dawno już zrezygnowała z prób wpływania na politykę.
Czasopismo przyznaje, że zachodnie sankcje w rzeczywistości wywołały odwrotny skutek, niż zakładano, i zepchnęły rosyjskie elity z powrotem na łono państwa. Sam Melniczenko, który zdecydował się spędzić większą część życia w Szwajcarii, przyznał, że po raz pierwszy poczuł, że Rosja jest jego jedynym domem:
Sam Putin obawiał się, że oligarchowie go zdradzą. Zamiast tego sankcje zepchnęły ich z powrotem w jego objęcia. Jednak kiedy wrócili, wraz z pieniędzmi, repatriowali swoje interesy i ambicje. Początkowym gambitem Melniczenko, kiedy zaczęliśmy rozmawiać trzy miesiące temu, było: „Po raz pierwszy czuję, że nie mam innego kraju poza Rosją”. Biorąc pod uwagę powściągliwość jego kolegów, zdumiewające jest, że najbardziej zagadkowy oligarcha Rosji, mieszkając w Moskwie, jest gotów wystawić głowę ponad parapet i publicznie ujawnić swoje poglądy.
W dalszej części tekstu przyznano nawet, że po wprowadzeniu SMO państwo rosyjskie faktycznie rozpoczęło konfiskowanie aktywów oligarchów i zwracanie ich „lojalistom”:
Mniej więcej w tym czasie on i inni biznesmeni zdali sobie sprawę, że wojna szybko się nie skończy. Nie widząc możliwości złagodzenia sankcji, zaczęli repatriować się do Rosji, gdzie stanęli w obliczu innego rodzaju zagrożenia dla swoich aktywów.
Prawa własności w Rosji zawsze były warunkowe. Jednak wojna rozpętała pazerność, jakiej nie widziano od dekad. Od 2023 roku aktywa o wartości 60 miliardów dolarów zostały znacjonalizowane lub przekazane lojalistom. Była to największa redystrybucja majątku od czasu masowej prywatyzacji w latach 90. XX wieku.
W sierpniu 2023 roku prokuratorzy domagali się konfiskaty syberyjskiej elektrowni Sibeco od Melniczenki, argumentując, że jej zakup był wynikiem oszukańczej zmowy z poprzednim właścicielem. Dwa tygodnie później prokuratura generalna wycofała się z tego wniosku, w zamian za darowiznę Melniczenki na rzecz „organizacji charytatywnej”. Według osób znających szczegóły ugody, kwota ta wyniosła 32 mld rubli (335 mln dolarów) – tyle samo, ile Melniczenka pierwotnie zapłacił za Sibeco. Organizacją charytatywną była Sirius, szkoła dla uzdolnionych dzieci, faworyzowana przez Putina.
Ważne jest, aby to zrozumieć, ponieważ uwypukla to cały zasadniczy wątek tej serii artykułów w Economist, a mianowicie, że SMO [Specjalna Operacja Wojskowa] powoli rewolucjonizuje rosyjskie społeczeństwo, zmieniając oligarchów z zliberalizowanych zwolenników szóstej kolumny w zwolenników służących narodowi na wzór Chin.
Mielniczenko był jednym z pierwszych i najbystrzejszych, którzy dostrzegli, co należy zrobić. Postanowił odzyskać przychylność ojczyzny, którą zaczął traktować jedynie jako źródło dochodów i zysków, ciesząc się życiem za granicą. Powrócił i zaczął się przypodobać rosyjskim elitom, na nowo poznając system i chłonąc prawdziwy narodowy „puls”:
Melniczenko wiedział teraz, że musi ustanowić prawa własności w Rosji. Jedynym sposobem, aby to zrobić, było wdarcie się do systemu, zrozumienie sprzecznych interesów i pomoc w kształtowaniu jego celów. „Jeśli chcesz zasiąść przy stole, musisz coś zrobić”.
Jak zawsze zaczynał od obserwacji. „W 2023 roku zacząłem spędzać więcej czasu w Rosji i poznawałem ją znacznie głębiej”. Rozmawiał z każdym, kto miał w tym interes i punkt widzenia: „politykami, dziennikarzami, myślicielami, liberałami, nacjonalistami, komunistami”. Można go było spotkać na śniadaniu z Dmitrijem Muratowem, laureatem Nagrody Nobla i redaktorem naczelnym „Nowej Gazety”, liberalnej gazety, który został wykluczony przez rząd i nazwany „zagranicznym agentem”. Wieczorem mógł wypić herbatę z Aleksandrem Duginem, nacjonalistycznym filozofem, który gloryfikuje wojnę.
Ale to właśnie tutaj skupia się cała seria „The Economist”. W swoim dążeniu do reintegracji ze społeczeństwem rosyjskim, Melniczenko odkrył, że rosyjskie elity są zdezorientowane i na razie brakuje im spójnej wizji realnej przyszłości. Następnie zauważa, że Rosja jest postrzegana jako kraj stojący na rozdrożu między czterema różnymi możliwościami, z których każda brzmi ponuro, a „The Economist” wykorzystuje ją jako główny punkt zaczepienia dla narracji serii.
Ale to celowo mylący haczyk, ponieważ nieszczerze przedstawiają go jako wizję Melniczenko o rozpadającej się Rosji bez żadnych opcji. W rzeczywistości Melniczenko przedstawił cztery „scenariusze zagłady”, aby w istocie przedstawić swój piąty, odkupieńczy scenariusz.
A co to takiego? Aby się tego dowiedzieć, musimy zajrzeć do drugiego tekstu, napisanego przez samego autora:
W swoim tekście celowo zachowuje neutralny język w odniesieniu do konfliktu ukraińskiego, nigdy otwarcie nie obwiniając Ukrainy ani Rosji, pomimo plotek, że w przeszłości otwarcie wypowiadał się przeciwko rosyjskiemu SMO. Teraz ewidentnie balansuje na granicy i liczy na rozwiązanie korzystne zarówno dla niego, jak i dla społeczeństwa.
Co istotne, cały temat jego dzieła można streścić w jednym słowie: suwerenność.
Oskarża Zachód o próbę podważenia i sabotażu rosyjskiej suwerenności i ostrożnie sugeruje, że szerszy konflikt między Rosją a Zachodem koncentruje się na rozpadającej się architekturze bezpieczeństwa Zachodu, która postrzega rosyjską suwerenność jako zagrożenie dla siebie — co jest całkowicie trafne i prawdziwe.
Z jego artykułu:
Rosja posiada dziś suwerenność: podejmowała i nadal podejmuje decyzje samodzielnie. Nie jest to osąd wartościujący, lecz opisowy. Rosja określiła swoje żywotne interesy, dysponuje materialną bazą do ich obrony i ponosi konsekwencje własnych decyzji.
Obecny zachodni dyskurs na temat powojennej Rosji, pomimo wszystkich jego różnorodnych politycznych ram, ma jeden cel: zniszczenie tej suwerenności lub jej radykalne ograniczenie. Logika jest zrozumiała. Jeśli rosyjska suwerenność jest postrzegana jako zagrożenie, jej eliminacja wydaje się rozwiązywać problem.
Następnie przedstawia cztery scenariusze, choć należy zaznaczyć, że wyraźnie zaznacza, iż są to scenariusze omawiane na Zachodzie – co stoi w jawnej sprzeczności z próbą przedstawienia tych „przerażających” wyników przez „The Economist” jako tych, których obawiały się rosyjskie elity reprezentowane przez Melniczenko.
Widzicie, on nie ostrzega przed żadną „nadchodzącą katastrofą”, która grozi Rosji, lecz parafrazuje zagrożenia, które sam Zachód planuje, co jest faktem aż nazbyt niewygodnym dla redakcji „Economista”, która woli przedstawiać to w bardziej sensacyjny sposób. Służą one ich celom, udając, że to „oligarchowie Putina” biją na alarm przed „nadchodzącym upadkiem” Rosji.
Cztery scenariusze podane przez Melnichenko to:
„Upokorzona Rosja, czająca się na peryferiach Zachodu”.
Rosja staje się wasalem Chin, co kończy jej stosunki z Zachodem.
Rosja rozpada się jak ZSRR i ulega rozbiciu.
Rosja staje się „twierdzą zamkniętą, zmobilizowaną, w ciągłym oblężeniu” i stanem „wiecznego zagrożenia”.
Jak wspomniano, są to zachodnie fantazje, a „okno Overtona” przyszłości Rosji, które zachodni politycy i komentatorzy chcieliby, abyśmy w to uwierzyli, jest jedyną trajektorią losu Rosji. Mielniczenko milcząco się z tym nie zgadza, ale sprytnie stara się tego nie ujawniać, ponieważ pisze dla zachodniej publiczności w celu pojednania.
Melniczenko w końcu dochodzi do nieuniknionego wniosku, który głosi, że sednem konfliktu jest kwestia suwerenności Rosji, a ignorując to, Europejczycy skazują konflikt na eskalację egzystencjalną:
To, jak Rosja prowadzi własny proces polityczny i do jakich celów kieruje swoją suwerenność, to kwestia, którą można rozstrzygnąć jedynie w samej Rosji, bez względu na zewnętrzne preferencje. Wszelkie próby kierowania tym procesem z zewnątrz są nie tylko skazane na porażkę, ale wręcz kontrproduktywne: niszczą one sam warunek – suwerenność – bez którego trwały pokój jest w zasadzie niemożliwy. Należy to zaakceptować, nie z sympatii dla Rosji, ale ze świadomością, że nie ma alternatywy dla tego uznania.
Następnie przedstawia błyskotliwą, zagnieżdżoną egzegezę, która jest przesłaniem i ukrytym zagrożeniem dla porządku zachodniego. Niczym matrioszka, ukrywa to przesłanie pod warstwami „otwartości”, które pozornie wydają się wezwaniami do zrozumienia i współpracy z Zachodem.
W rzeczywistości to, co przedstawia, jest trafną zapowiedzią przyszłości Rosji, w której przedsiębiorstwa, oligarchowie i obywatele wspólnie dążą do wspólnej, suwerennej rewolucji. Jest to przedstawiane jako korzystne dla Zachodu, ponieważ, jak przewiduje, tworzy „przewidywalną” stabilność – ale prawdziwe zagrożenie kryje się w przesłaniu, że Zachód naciska na Rosję, by stała się bardziej zjednoczona i potężna niż kiedykolwiek wcześniej.
Mam podstawy, by wierzyć, że rozliczenie to nastąpi, a podstawy te można zrozumieć tylko wtedy, gdy wyjaśnimy, dlaczego nie nastąpiło to wcześniej.
Ci, którzy zbudowali nową Rosję – przedsiębiorcy, naukowcy, artyści, sportowcy, profesjonaliści, którzy tworzyli jej gospodarkę, jej znaczenie, jej reputację na świecie – w dużej mierze postrzegali siebie jako internacjonalistów.Nie była to ani słabość, ani naiwność. Był to oczywisty wybór w świecie, w którym globalna integracja wydawała się nieodwracalna. Nauka działała według międzynarodowych standardów, technologia pochodziła z najlepszych źródeł,prawa i obowiązki były regulowane przez zachodnie prawo w zachodnich sądach, dzieci kształciły się na najlepszych uniwersytetach świata, kapitał był lokowany tam, gdzie był chroniony. Ten wybór oznaczał, świadomie lub nie, przekazanie znacznej części suwerenności systemom zewnętrznym. Nie dlatego, że takie było pragnienie. Ponieważ wydawało się, że zasady są neutralne, a dostęp otwarty dla wszystkich.
Po wyjaśnieniu, w jaki sposób internacjonaliści zbudowali nową Rosję , przyznaje, że globalizacja poniosła porażkę, ponieważ była niczym więcej niż podstępem mającym na celu pozbawienie Rosji suwerenności:
Władze Rosji przez wiele lat ostrzegały, że to błąd. Zwolennicy globalnej integracji postrzegali to jako pozostałość po sowieckim myśleniu. Czas pokazał, że się mylili, nie dlatego, że globalizacja nie istniała, ale dlatego, że nigdy nie była neutralna.
Sankcje pokazały to wyraźnie. Zostały nałożone przez jednych, w interesie innych i mogą zostać zmienione dla innych decyzją polityczną. Moje własne doświadczenia z zachodnimi sankcjami mają tu znaczenie nie jako osobisty żal, ale jako dowód na to, że infrastruktura globalizacji jest politycznie uwarunkowana. Majątek można zamrozić; prawa kiedyś uważane za nienaruszalne tracą ważność w momencie podjęcia decyzji politycznej.
Systemowy efekt sankcji okazał się szerszy niż ich pierwotny zamysł.Oderwanie się od globalnych systemów – finansowego, technologicznego, prawnego i edukacyjnego – postawiło rosyjską klasę kreatywną przed wyborem, którego się nie spodziewała: albo całkowita emigracja z zerwaniem wszelkich więzi, albo powrót do pytania, którego unikała przez trzy dekady: jak zbudować własny świat w Rosji, według własnych zasad i według własnych standardów.
Podsumowuje, że proces odbudowy Rosji jako samodzielnego ekosystemu, „według własnych zasad i według własnych standardów” nie będzie szybki ani łatwy, ale jest już teraz niechybnie zagwarantowany :
Proces ten nie jest ani szybki, ani łatwy. Jest jednak nieunikniony, ponieważ globalny świat w swoim dawnym znaczeniu już nie istnieje. Ci, którzy potrafią tworzyć, stają przed wyborem nie między Rosją a globalną przestrzenią, lecz między Rosją a rozdrobnionym światem, w którym każdy blok buduje własne reguły.W tych warunkach logika tworzenia kieruje się do wewnątrz: do stworzenia czegoś, co będzie atrakcyjne – dla tych, którzy dawno temu wyjechali wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, dla tych, którzy wyjechali niedawno, i dla całego świata rosyjskojęzycznego.
Jeszcze głębiej w jego napomnieniu kryje się prognoza, że zarówno ekspaci, jak i rosyjskie przedsiębiorstwa — zwłaszcza te, które na początku mogły zostać sprzedane, jak sugeruje się w tekście — ostatecznie znajdą swój dom w Rosji:
Duże rosyjskie firmy, które inwestują w suwerenną Rosję, z czasem staną się jej integralną częścią. To samo dotyczy innych ważnych instytucji. W rezultacie sama Rosja stanie się inna. Jeśli dążymy do suwerenności, która tworzy jedność między obywatelami a instytucjami, mam nadzieję, że z czasem naprawimy wszelkie wewnętrzne nierównowagi, za które również ponosimy odpowiedzialność – dzięki temu, że kiedyś z radością zrezygnowaliśmy z życia.
Podsumowując, autor twierdzi, że taka suwerenna, wewnętrznie spójna i zjednoczona Rosja nie zadowoli Zachodu, ale będzie o wiele bezpieczniejszą opcją niż Rosja zdestabilizowana i podzielona do tego stopnia, że stanie się niebezpiecznie nieprzewidywalna:
Atrakcyjność przewidywalności
Suwerenna Rosja nie zapewni komfortu każdemu krajowi. Ale w dłuższej perspektywie będzie korzystniejsza niż alternatywy. Wybór graczy zewnętrznych nie dotyczy Rosji przyjaznej czy wrogiej. Chodzi o Rosję, której zachowanie jest przewidywalne, a Rosję, której trajektoria jest nieznana. W świecie, który kształtuje się obecnie, przewidywalność jest ważniejsza niż sympatia.
Wewnętrzna dyskusja o tym, jaka powinna być Rosja, jest nieunikniona. Ale ta rozmowa powinna odbyć się po wojnie i w kraju.
Po raz kolejny, kryjąc się za gestami dobrej woli i pochlebnymi gestami wobec Zachodu, Melniczenko subtelnie nawiązuje do długoletniego apelu Putina o odnowę systemu westfalskiego , który sam Zachód dawno już porzucił:
Świat stoi przed wyborem nie między miłością do Rosji a nienawiścią do niej, między karą a przebaczeniem, między moralną jasnością a politycznym cynizmem.To wybór między dwoma rodzajami przyszłości: taką, w której mocarstwa na nowo nauczą się szanować wzajemną suwerenność, i taką, w której każda z nich będzie usiłowała sprowadzić pozostałe do roli obiektów zarządzania. Ta druga ścieżka już nas tu zaprowadziła.
Najważniejsze, żebyśmy się cofnęli z otchłani. Dopiero wtedy będziemy mogli zadać sobie pytanie, jak do niej dotarliśmy i jak inaczej ułożyć świat. Ta praca należy do następnego pokolenia. Naszą rolą jest zapewnienie im czegoś, z czym będą mogli pracować.
Krótko mówiąc, artykuł Melnichenki jest w istocie swego rodzaju koniem trojańskim: subtelnie odwołując się do współczucia Zachodu — i jego ego — mając na celu uśpienie czujności i rozbrojenie zachodnich czytelników i odciągnięcie ich uwagi od swojego prawdziwego przesłania, zręcznie przekazuje istotę dawno wygłoszonych argumentów samego Putina, znanych od czasów przełomowego przemówienia monachijskiego z 2007 r.
The Economist najwyraźniej wyczuł ukrytą dywersję w języku Melnichenki i został zmuszony do szybkiej publikacji trzeciego , dodatkowego artykułu, jedynie po to, by dostosować swoje przesłanie do „właściwej narracji”.
Ten bezprecedensowy, trzeci artykuł dnia na ten sam temat jest krótki i konkretny – liczy zaledwie kilka akapitów. Jego cel jest oczywisty: kontrolować narrację poprzez eksponowanie jedynie najbardziej powierzchownych banałów i domniemanych „ostrzeżeń” przed upadkiem Rosji, jednocześnie skrywając głęboko ukryty przekaz, który jednoznacznie deklaruje, że Zachód popycha Rosję ku historycznemu przebudzeniu jej narodowej duszy, w którym oligarchowie, korporacje i obywatele jednoczą się pod wspólnym celem poprawy sytuacji narodu.
Nowy tekst powyżej przechodzi do trybu pełnej kontroli szkód, nieuczciwie przedstawiając powrót Melnichenki do Rosji jako próbę uratowania kraju przed wewnętrznym „zgnilizną”:
…żył według zasad pana Putina – zarabiaj pieniądze, ale trzymaj nos z dala od polityki. Mówi teraz, bo on i jego koledzy potentaci nie mogą dłużej ignorować rozkładu kraju, który na własne oczy widzieli, jak popada w tyranię.
W rzeczywistości sam Melniczenko wyraźnie stwierdza, że wrócił nie z powodu korupcji w Rosji, ale z powodu niezrównoważonej i pozbawionej zasad niemoralności Zachodu – sankcji i konfiskaty jego majątku itd. Podstawione osoby z „Economist” nawet otwarcie napisały sprostowanie, aby zdystansować się od myśli Melniczenko, na wypadek gdyby ich czytelnicy intuicyjnie dostrzegli prawdziwe przesłanie wykraczające poza pozornie fałszywą narrację „Economista” o „upadku”:
Pan Melniczenko wypowiedział się na ten temat w ponad 60-godzinnych wywiadach dla„The Economist”(zob. 1843), a także ostrożniej w eseju, który publikujemy online.To pierwszy raz, kiedy oligarcha w Rosji wypowiada się tak obszernie. Udzielamy mu głosu nie dlatego, że zgadzamy się ze wszystkimi jego poglądami lub że jest on obrońcą demokracji i praw człowieka. Jest on pragmatykiem, który chce, aby jego firmy prosperowały. Dlatego jego apel może znaleźć oddźwięk w kraju, gdzie nieudane wojny, w tym klęska Japonii w 1905 roku, doprowadziły do kampanii przemysłowców na rzecz zmian politycznych.
Krótko mówiąc, artykuł o kontroli szkód desperacko próbuje zmienić przekaz, ale dla tych, którzy potrafią uważnie czytać, słowa Mielniczenki są jasne: wojna jest winą Zachodu, a Rosja jest przekształcana w samowystarczalne społeczeństwo o najwyższej suwerenności, gdzie nawet wcześniej wyobcowana liberalna klasa wygnańców i pariasów powróciła z nowo odkrytym patriotyzmem w żyłach. Kraju, w którym oligarchowie i wielki biznes coraz częściej działają dla dobra państwa i jego obywateli, a nie dla skorumpowanego systemu zachodniego, który ich oszukał i zdradził.
„The Economist” próbuje chłodno przedstawić to przesłanie jako epigramat o „reformie” i o tym, jak obecna sytuacja ma odzwierciedlać okres po klęsce Rosji na rzecz Japonii w 1907 roku, a kulminacją był upadek cara podczas późniejszej rewolucji. To pobożne życzenia i jawna sofistyka ze strony redakcji „The Economist”, która boi się wyrazić prawdziwą tezę Mielniczenki.
To pewny znak czasów, że nawet rosyjscy „oligarchowie” ostrzegają teraz Zachód, że uwolnił on rosyjskiego dżina z butelki i że nie będzie już odwrotu. Jednak, jak zwykle, przesłanie to trafiło w próżnię, ponieważ system zachodni uległ takiemu rozkładowi, że w tym momencie może funkcjonować jedynie na kłamstwach, propagandzie i celowej dezinterpretacji.
Na słabym zachodnim dworze uniewinnienie za jedyną prawdę jest obecnie zbyt dużym ryzykiem.
John McKeller jest emerytowanym Amerykaninem mieszkającym w Rosji. Oto jego historia:
Larry opublikował niedawno komentarze amerykańskiego ekspata, który podzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Rosji. W nawiązaniu do tego wpisu, Larry łaskawie zaoferował publikację mojego komentarza na ten temat. Moim celem jest jak najkrótsze i najkrótsze omówienie bardzo złożonego tematu. Przedstawię jedynie kilka informacji, a następnie zwrócę uwagę na niektóre błędne przekonania i przekłamania dotyczące Rosji, które zdają się wciąż panować. Jeśli nie jesteś tym zainteresowany, proszę przejść do następnego komentarza.
Kontekst: Po przejściu na emeryturę moja rosyjska żona i ja postanowiliśmy spędzać więcej czasu w jej rodzinnym mieście. Naszym celem była pomoc w codziennych potrzebach i opieka medyczna nad jej starszymi rodzicami. Po dekadach krótkich, corocznych wizyt, pomyśleliśmy, że moglibyśmy dzielić nasz czas między USA a Rosję. Cóż, powiedzenie, które John Lennon śpiewał w „Beautiful Boy” – „Życie to to, co się dzieje, gdy jesteś zajęty snuciem innych planów” stało się „Najlepiej ułożone plany myszy i ludzi często biorą w łeb”. Nietrudno sobie wyobrazić, jak Covid, szalejąca inflacja, wzrost cen nieruchomości w USA, wyniki wyborów, masowa imigracja, sankcje i wojna wpłynęły na życie amerykańskich emerytów w ciągu ostatnich pięciu lat. Więc nadal jesteśmy w Rosji.
Źródła błędnych wyobrażeń: Do tych, którzy kwestionują moje komentarze dotyczące błędnych wyobrażeń o Rosji – rozumiem wasze stanowisko. Wszyscy byliśmy (nadal jesteśmy) indoktrynowani, aby postrzegać Rosję jako „złą”. W książkach, filmach, „wiadomościach” czy na lekcjach historii Rosja i Rosjanie są często przedstawiani w negatywnym świetle. Weźmy na przykład filmy. Badania pokazują, że nawet jeśli ludzie znają rzeczywistość, polegają na pamięci o wersji filmowej. Przykłady: „John Wick” – rosyjscy gangsterzy; „Wyrównywacz” – zdegenerowani rosyjscy gangsterzy; „U-571” – kto tak naprawdę schwytał maszynę Enigma? „Ostatni samuraj” – czy Amerykanie byli w ogóle zaangażowani w japońską Restaurację Meiji? [spoiler – Brytyjczycy i nie.]
Rosja od grudnia 1991 roku: Pod koniec lat dziewięćdziesiątych miałem okazję pracować w krajach byłego Związku Radzieckiego, takich jak Polska i Czechy. Wszędzie wciąż panowały dekady zaniedbań. Ludzie zmagali się z przejściem od gospodarki planowej/rządowej do systemów kapitalistycznych. Do 2000 roku miasta takie jak Praga znacznie się poprawiły. [Oczywiście, wspaniałe miasto. To tam poznałem moją żonę.] Jeśli chodzi o Rosję, transformacja była katastrofalna. Jednak zmiany, które zaczęły zachodzić po objęciu urzędu prezydenta przez Władimira Putina, były dramatyczne. Wiem to, bo osobiście byłem ich świadkiem przez wiele lat.
Cechy „idealnego kraju” są kwestią otwartą dla świadomej opinii. Jako osoba, która dużo podróżowała po świecie, jestem pewna, że wiem, jak wygląda kraj „gówniany”. Rosja do niego nie należy.
Co więcej, uogólnienia na temat kraju lub jego obywateli nigdy nie są w pełni trafne. Po samej wizycie w Los Angeles, Chicago, Nowym Orleanie czy Nowym Jorku nie można uogólnić charakterystyki całych Stanów Zjednoczonych. To samo dotyczy Moskwy, Sankt Petersburga, Jałty czy Soczi w porównaniu z małymi wioskami. Istnieją różnice. Jednak ogólnie rzecz biorąc, mam wrażenie, że mieszkańcy zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Rosji są bardzo zgodni.
Życie codzienne: Życie codzienne jest dla nas przyjemne. Mieszkamy jednak w miejscu, które można by określić mianem „mikrodzielnicy” w większym mieście. Z okien rozpościera się piękny, długi deptak z aleją drzew i dwoma bardzo dużymi parkami, oddalonymi od siebie o około trzy kilometry. Ulica jest usiana licznymi sklepami, restauracjami i kawiarniami. Sklepy spożywcze, piekarnie, teatry, przychodnie lekarskie – praktycznie wszystkie udogodnienia – znajdują się w zasięgu krótkiego spaceru. Jeśli czegoś, czego potrzebujemy, nie ma tuż za rogiem, prawdopodobnie znajdziemy to w jednym ze sklepów internetowych.
Jak „bezpiecznie” jest? Czasami spacerujemy po deptaku z psem o 22-giej. Nawet o tej porze ulica jest pełna młodych ludzi, par, emerytów, innych osób wyprowadzających psy i rodzin z dziećmi robiących to samo. W kawiarniach na świeżym powietrzu roi się od klientów. Owszem, sankcje i Specjalna Operacja Wojskowa miały wpływ – ale życie toczy się dalej.
Kultura: Z moich obserwacji wynika, że kultura rosyjska i duma obywateli z ojczyzny zostały aktywnie ożywione. Rosja to ogromny, wielokulturowy naród (Federacja Rosyjska). Wiele cech tych kultur jest zarówno obserwowanych, jak i łączonych w dość spójną koncepcję tego, co znaczy być „Rosjaninem”.
Rosja jest otwarta na ludzi z całego świata. Na przykład w naszym mieście znajduje się kilka uczelni wyższych, w tym uniwersytet medyczny. Oprócz obywateli Rosji, na uczelniach tych studiują również studenci z byłych republik radzieckich, Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu.
W Rosji nie ma „obudzonych”. Dzieci mają „matkę” i „ojca”. Są tu tylko dwie płcie. Wbrew doniesieniom, prywatne działania związane z orientacją seksualną wśród osób dorosłych za ich zgodą nie są kryminalizowane. Jednak publiczne okazywanie lub propagowanie takich zachowań jest niedozwolone.
Rosja ma tysiącletnią historię literacką, teatralną, muzyczną i ludową. Ludzie ze wszystkich warstw społecznych i ekonomicznych wspierają sztukę. W odległości spaceru od nas znajdują się cztery obiekty, w tym piękna sala koncertowa.
Niektóre konkretne błędne przekonania i zniekształcenia:
Rosjanie są komunistami i chcą odbudować ZSRR – to błąd. Komunizm upadł i spłonął w 1991 roku. Rosja jest już największym krajem pod względem powierzchni. Nie potrzebują niczego więcej. Chcą po prostu, żeby ich zostawiono w spokoju.
Putin jest dyktatorem – to nieprawda. Choć jego decyzje mogą wydawać się zachodnim odbiorcom nazbyt „autorytarne”, na jego decyzje wpływa wiele wpływów rządowych i komercyjnych. Co więcej, wybory w Rosji zostały zweryfikowane przez uznanych obserwatorów międzynarodowych.
Naród rosyjski obali „reżim Putina” – nie, po pierwsze, rząd nie jest „reżimem”. Kraj JEST rządzony za zgodą obywateli. Tak, ludzie są już zmęczeni konsekwencjami konfliktu. Tak, ludzie nie są nieświadomi zniszczeń i druzgocących strat w ludziach. Ponadto są zirytowani bardzo osobistymi problemami, takimi jak blokowanie lub ograniczanie systemów komunikacyjnych, inflacja, niskie pensje, niskie emerytury i wysokie stopy procentowe. Te problemy wpływają na codzienne życie i wywołują frustrację – ale nie są działalnością wywrotową.
Rosjanie to banda pijaków – nieprawda. Ogólnie rzecz biorąc, spożycie alkoholu w Rosji na mieszkańca drastycznie spadło. Stereotyp pijaka popijającego wódkę w kinie to dziś rzadkość.
Rosjanie nigdy się nie uśmiechają – Błąd. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy często uśmiechają się do nieznajomych, Rosjanie mają wspólną cechę, która jest widoczna również w innych kulturach. Zazwyczaj nie uśmiechają się do każdego. Jednak gdy już się ich przedstawi lub do nich podejdzie, są bardzo przyjaźni – i się uśmiechają!
Rosjanie są pesymistami – nieprawda. Oczywiście, jak wszędzie, zawsze znajdą się tacy. Przejdź się naszym deptakiem, a zobaczysz śmiejące się dzieci jeżdżące na hulajnogach, uśmiechnięte matki i córki rozmawiające, czułe pary spacerujące trzymające się za ręce, emerytów siedzących na ławkach i wspominających, a także małe grupki podziwiające ulicznych artystów. To nie są osoby z depresją.
Rosjanie są zdystansowani i zimni – nieprawda. Po raz kolejny, to normalni ludzie, a niektórzy tacy właśnie są. Jednak jako przyjaciele są niezwykle gościnni, pomocni i godni zaufania.
Rosja jest bardzo biurokratyczna – i jest w tym ziarno prawdy. Każdy, kto przeczytał książkę lub obejrzał film „Autostopem przez Galaktykę”, pamięta, jak biurokratyczni byli vogońscy urzędnicy. Choć ludzcy administratorzy tutaj zdecydowanie się do nich nie zaliczają, wszystkie wymagane formularze muszą być przedstawione na żądanie, każda kropka nad „i” i każde „t” muszą być przekreślone. Nawet drobne błędy skutkują odrzuceniem. Wszystkie zagraniczne dokumenty muszą być apostille, przetłumaczone i poświadczone notarialnie. Następnie zostaną opatrzone datą, ostemplowane i podpisane – czasami w trzech egzemplarzach. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
Rosyjski to trudny język – to prawda. Język jest bardzo wymagający. Jest bardzo skomplikowany nawet dla Rosjan. Najczęściej powtarzam zdanie: „Извините, Я американец. Я очень плохо говорю по-русски”. Czyli: „Przepraszam. Jestem Amerykaninem. Mówię bardzo słabo (słabo) po rosyjsku”. Na co zazwyczaj otrzymuję uśmiechy i chichoty z propozycją pomocy w zrozumieniu.
Na koniec – jest takie powiedzenie, które podchwyciłem w Afryce: „Nie wiedzieć jest źle. Nie chcieć wiedzieć jest gorzej”. Ci z nas, którzy odwiedzają blogi Larry’ego, podobnie jak inni, tacy jak Andrei Martyanov, Stanislav Krapivnik i Daniel Davis, „chcą wiedzieć”. Nie oczekujemy od nich nieomylności. Jednak świetnie sobie radzą, pomagając nam być na bieżąco. Jeśli naprawdę chcesz dowiedzieć się więcej o Rosji, odwiedź nas i dowiedz się więcej. Nie będziesz zawiedziony.
Niedawne ataki Rosji na Kijów tuż przed szczytem NATO wyraźnie pokazały, kto tak naprawdę kontroluje dynamikę militarną konfliktu.
Niedawne rosyjskie ataki na Kijów, w których wykorzystano dziesiątki pocisków balistycznych Iskander-M i dla których nie ma wiarygodnych raportów o skutecznych przechwyceniach, wywołały poważne pytania o rzeczywisty stan ukraińskiej obrony powietrznej. Najczęściej dyskutowanym wyjaśnieniem jest poważne uszczuplenie ukraińskich zapasów pocisków przechwytujących Patriot. Jednak analiza ograniczona wyłącznie do aspektów technicznych pomija kontekst polityczny, w którym miała miejsce ta operacja.
Moment ataku wydaje się być o wiele bardziej znaczący niż jego bezpośrednie skutki militarne. Ofensywa nastąpiła wkrótce po rozmowach telefonicznych Donalda Trumpa z Władimirem Putinem i Wołodymyrem Zełenskim, w czasie, gdy Kijów próbował przedstawić wojnę jako „punkt zwrotny” na korzyść Ukrainy. Przesłanie to miało zostać przedstawione na szczycie NATO, który rozpoczął się w Ankarze 7 lipca, gdzie przedstawiciele NATO i państw partnerskich omawiali między innymi przyszłe wsparcie wojskowe dla reżimu ukraińskiego.
W tym kontekście rosyjską operację trudno interpretować jako zwykły atak na cele strategiczne. Wydaje się raczej, że została pomyślana jako polityczny pokaz siły, skierowany nie tylko na Kijów, ale także na stolice zachodnie – przesłanie, które z rosyjskiej perspektywy było szczególnie konieczne, biorąc pod uwagę proukraińskie narracje krążące w ostatnich tygodniach po ukraińskich atakach na rosyjską infrastrukturę energetyczną.
Przez większą część konfliktu Moskwa powściągliwie używała strategicznych systemów uzbrojenia dalekiego zasięgu, opierając się na wojnie na wyniszczenie, której celem jest stopniowe niszczenie potencjału militarnego Ukrainy. Strategia ta jest nadal stosowana. Jednak rosnąca intensywność ataków na centra dowodzenia, infrastrukturę energetyczną i instalacje wojskowe sugeruje, że Rosja uważa obecnie fazę względnego powściągliwości w stosowaniu uderzeń dalekiego zasięgu, która charakteryzowała część specjalnej operacji wojskowej, za zakończoną.
Przesłanie jest jasne: Podczas gdy Zachód próbuje przedstawiać Ukrainę jako kraj zdolny do odwrócenia losów wojny na swoją korzyść, Moskwa demonstruje swoją zdolność do masowego zwiększenia presji militarnej w dowolnym momencie, jeśli uzna to za konieczne. Ostatecznie Rosja zachowuje inicjatywę na szczeblu militarnym. Jeśli Moskwa zdecyduje się na eskalację, wierzy, że może to zrobić bez poważnych konsekwencji ani odwetu.
Fakt, że dziesiątki pocisków dotarły do celu bez proporcjonalnej odpowiedzi ze strony obrony powietrznej, ma ogromne znaczenie psychologiczne. Czy wynikało to z braku pocisków przechwytujących, ograniczeń operacyjnych, czy wręcz świadomej decyzji o oszczędzaniu zasobów dla innych regionów, ma drugorzędne znaczenie. Na arenie międzynarodowej pojawiło się wrażenie, że stolica Ukrainy ma istotne słabości – właśnie w czasie, gdy Kijów próbował przekonać swoich partnerów, że może skutecznie kontynuować wojnę.
Wydaje się, że to przekonanie miało bezpośredni wpływ na atmosferę dyplomatyczną spotkania w Ankarze. Chociaż rządy zachodnie nadal publicznie potwierdzały swoje poparcie dla Ukrainy, wśród kilku uczestników widoczna była wyraźnie bardziej ostrożna postawa. Demonstracja siły ze strony Moskwy osłabiła narrację o rzekomo rosnącej przewadze militarnej Ukrainy i znacznie utrudniła utrzymanie nadmiernie optymistycznych ocen sytuacji na polu bitwy.
Kolejnym ważnym aspektem jest reakcja Donalda Trumpa. Po jego rozmowach z Putinem i Zełenskim wielu spodziewało się znacznie silniejszej reakcji na ostatnią eskalację. Zamiast tego, brak znaczącej reakcji opinii publicznej – podczas gdy uwaga Trumpa coraz bardziej skupia się na Iranie – można interpretować na różne sposoby. Może to być po prostu wyraz ostrożnej strategii dyplomatycznej. Może to również oznaczać, że Waszyngton uznał, iż jego zdolność do zmiany dynamiki operacyjnej wojny pozostaje ograniczona, jeśli nie będzie gotów ponieść znacznie wyższych kosztów politycznych i militarnych, niż jest obecnie skłonny zaakceptować.
Innymi słowy, wydarzenie to uwypukla rzeczywistość, która jest często pomijana w zachodnich, a zdaniem autora, jednostronnych analizach: strategiczna inicjatywa nadal leży po stronie Moskwy. Rosja nadal określa tempo eskalacji, decyduje, kiedy zwiększyć presję militarną i ustala poziom przemocy niezbędny do wywarcia wpływu zarówno na operacje wojskowe, jak i na międzynarodową scenę polityczną. Ukraina może próbować stwarzać wrażenie inicjatywy militarnej poprzez symboliczne ataki na rosyjską infrastrukturę energetyczną – ale, zdaniem autora, rzeczywistość na polu bitwy przedstawia inny obraz.
Dla Zełenskiego i jego międzynarodowych partnerów pozostaje to niewygodną rzeczywistością. W oczach świata Kijów jawi się jako stolica skrajnie wrażliwa, a NATO najwyraźniej nie jest w stanie zagwarantować obrony powietrznej stolicy, z którą jest sojusznikiem.
Pisze Andrew Korybko, amerykański ekspert i publicysta, mieszkający w Moskwie: Brak obrony powietrznej na Ukrainie stworzył strategiczną okazję dla Rosji, którą bezwzględnie to wykorzystuje.
Niedawne masowe ataki Rosji na cele wojskowe na Ukrainie okazały się niezwykle skuteczne, po tym jak rzecznik ukraińskich sił powietrznych, pułkownik Jurij Ignat, przyznał, że nie przechwycono ani jednego pocisku. Stało się to w czasie, gdy Ukraina błagała prawie 40 swoich sojuszników o przekazanie pocisków przechwytujących Patriot, a mamy do czynienia z globalnym niedoborem spowodowanym trzecią wojną w Zatoce Perskiej, która uszczupliła połowę amerykańskich zapasów. Niejasna liczba pocisków, które Polska potajemnie przekazała wiosną, była niewystarczająca.
Lockheed Martin oświadczył wcześniej, że nie może z całą pewnością przewidzieć, kiedy rozpoczną się kolejne dostawy dla sojuszników USA. Nastąpiło to po raporcie Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, który stwierdził, że może to potrwać co najmniej kilka lat. Mniej więcej w tym samym czasie brytyjskie media ostrzegły, że niedobór pocisków Patriot stworzył ‚okno podatności’, które Rosja wykorzystuje na Ukrainie. Stało się to po ogłoszeniu przez Rosję systematycznych ataków na Ukrainę, które najwyraźniej już się rozpoczęły.
Wyjaśnieniem ponadmiesięcznego opóźnienia po rosyjskim ogłoszeniu jest odwet za ukraińskie ataki terrorystyczne, co jest trafne, biorąc pod uwagę, że Ukraina rozpoczęła serię ataków wspieranych przez USA w ramach 40-dniowej operacji Zełenskiego, mającej na celu zmuszenie Rosji do zamrożenia konfliktu. Chociaż ostatnie ataki Ukrainy wydają się być na tym etapie bardziej pokazowe niż strategiczne, realizowane w celu odwrócenia uwagi od niepowodzeń na liniach frontu, takich jak Konstantinówka, są one częścią szerszego planu.
Donald Trump niedawno zdecydował się na ‚eskalację w celu deeskalacji’ konfliktu z Rosją poprzez ‚wojnę na wyniszczenie’ kierowaną przez Ukrainę. Jednakże po jego niedawnej rozmowie telefonicznej z Putinem, „jeśli Trump zauważy, że jego nowa wojna na wyniszczenie nie idzie zgodnie z planem, może zdecydować się na zawarcie bardziej sprawiedliwego porozumienia z Rosją, tak jak zrobił to z Iranem po tym, jak trzecia wojna w Zatoce Perskiej również nie poszła zgodnie z planem”.
Doradca Putina, Jurij Uszakow, dodał, że Władimir Putin poinformował Trumpa o rzeczywistej sytuacji na polu bitwy, co jest kluczowe.
Władimir Putin i Jurij Uszakow
Rosja ujawniła nową, trójtorową kampanię informacyjną Ukrainy na polu bitwy dzień wcześniej, próbującą wprowadzić Stany Zjednoczone w błąd co do stanu konfliktu przed szczytem NATO w tym tygodniu, na którym Zełenski ma nadzieję uzyskać większe wsparcie finansowe i wojskowe dla swojej nowej wojny na wyniszczenie. Trump może spełnić jego prośby, ale być może tylko w pewnych granicach, ponieważ źródło TASS zasugerowało, że jego wysłannicy mogliby wrócić do Rosji do końca sierpnia, a termin ten miałby kluczowe znaczenie.
Wybory do Dumy w Rosji odbędą się pod koniec września, a następnie w listopadzie odbędą się wybory uzupełniające w USA.
Brak porozumienia w sprawie Ukrainy przed tym terminem może opóźnić znalezienie rozwiązania politycznego co najmniej do 2029 roku, jeśli Demokraci odzyskają kontrolę nad przynajmniej częścią Kongresu. W przeciwieństwie do rządzących Republikanów, są oni zdeterminowani, by unikać oferowania Rosji nawet ograniczonego złagodzenia sankcji jako zachęty do kompromisu, a wiarygodność Putina w kraju zostałaby zagrożona, gdyby zakończył konflikt bez tego.
Z tych powodów w ciągu najbliższych czterech miesięcy należy uważnie obserwować cztery odrębne okresy: a) od teraz do potencjalnego powrotu wysłannika Trumpa do Rosji pod koniec sierpnia; b) od tego czasu do wyborów do Dumy pod koniec września; c) od tego czasu do wyborów uzupełniających w USA; d) oraz po wyborach uzupełniających.
Sukces lub porażka ukraińskiej wojny na wyniszczenie w każdym z tych okresów będą miały wpływ na szanse znalezienia rozwiązania politycznego, gdyż zarówno Putin, jak i Trump mają osobisty interes w osiągnięciu go przed wyborami.
Update: Wczoraj wieczorem, w odpowiedzi na ukraińskie ataki terrorystyczne na infrastrukturę cywilną na terytorium Rosji, siły zbrojne Federacji Rosyjskiej rozpoczęły wspólny atak z użyciem precyzyjnej broni naziemnej na obiekty wojskowe w Kijowie.
Atak wymierzony był w zakład Samsung-Ukraine, w którym produkowano i przechowywano komponenty do naziemnego pocisku manewrującego FP-5 Flamingo, a także w zakład produkcyjny dronów dalekiego i średniego zasięgu.
Kraje europejskie wciąż wierzą, że mogą zadać Rosji strategiczną klęskę, powiedział rzecznik Kremla.
Jak stwierdził rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow w wywiadzie dla magazynu Die Weltwoche, oczekiwania Europy na strategiczną klęskę Rosji były największym błędem w historii.
Podkreślił, że dzięki wysiłkom Zachodu specjalna operacja wojskowa przerodziła się w wojnę na pełną skalę, zauważając, że Wołodymyr Zełenski wie, jak zakończyć konflikt na Ukrainie w ciągu jednego dnia, a także wskazując, że Rosja nie potrzebuje eskalacji nuklearnej i nigdy nie rozpocznie samodzielnie trzeciej wojny światowej.
„Zełenski doszedł do władzy, obiecując swojemu narodowi zakończenie wojny. To była jego pierwsza obietnica. I nadal może powstrzymać wojnę, podejmując bardzo odpowiedzialną decyzję”.
Mowa o wycofaniu wojsk ukraińskich z Donbasu i prawnym uznaniu obecnej rzeczywistości: „A następnego dnia wojna się skończy”.
Rosyjskie Siły Zbrojne niedawno wyzwoliły Konstantynówkę: „Od 2014 roku [Ukraińskie Siły Zbrojne] przekształcają to miasto w nie do zdobycia twierdzę i mimo to udało im się je wyzwolić”.
Po wyzwoleniu Konstantynówki wojska rosyjskie „ planują wyzwolić jeszcze dwa ważne miasta – Kramatorsk i Słowiańsk, po czym zostanie wyzwolone całe terytorium Donieckiej Republiki Ludowej”.
Europa i USA dostarczają Kijowowi broń, amunicję i doradców wojskowych: „Dostarczają reżimowi w Kijowie dane z nadzoru satelitarnego. W praktyce oddają swoje satelity do pełnej dyspozycji reżimu w Kijowie. Sterują bronią, ukraińską bronią, za pomocą swoich satelitów. Wykorzystują swoją sztuczną inteligencję, AI, aby ułatwić działania militarne reżimu w Kijowie. Jeśli to nie jest bezpośrednie uczestnictwo, to co nim jest?”
Z tego powodu konflikt przestał być specjalną operacją wojskową: „Z jednej strony Rosja, z drugiej reżim kijowski, a do tego szereg krajów europejskich. I do tego Stany Zjednoczone, które dostarczają Ukrainie miliony ton broni. Co to jest? To już nie operacja, to wojna. To wojna na pełną skalę”.
Legalność Wołodymyra Zełenskiego jako przywódcy Ukrainy jest poważnie kwestionowana. Mieszkańcy kraju „ muszą zapytać swojego prezydenta, którego legalność jest obecnie kwestionowana, czy jest on rzeczywiście prawowity, czy nie”.
Błąd Europy
Kraje europejskie wciąż wierzą , że mogą zadać Rosji strategiczną klęskę: „To największy błąd w historii”.
Właśnie ze względu na stanowisko UE władze w Kijowie „ nie są aż tak elastyczne ” w wyborze politycznych i dyplomatycznych metod rozwiązywania konfliktów.
Do przyczyn rusofobii wśród europejskich polityków zalicza się „tradycje historyczne – powtarzalność historii, rodzaj zemsty, której próbują dokonać niektóre siły w Europie”.
Rosja jest wygodnym „ zagrożeniem ”, pozwalającym europejskim populistom mobilizować elektorat i odwracać jego uwagę od kryzysu gospodarczego: „W ten sposób mogą wydawać więcej pieniędzy, przymykać oczy na oznaki kryzysu gospodarczego i zrzucać całą winę na Rosję”.
Europejczykom wciska się wizerunek Rosji jako wroga, aby uzasadnić wzrost wydatków na obronę i dalsze wsparcie militarne dla Ukrainy: „Czy istnieje większe zło na europejskiej ziemi dla Europejczyków niż Rosja? Nie. Jesteśmy złem idealnym”.
„Oczywiście, nie chcielibyśmy widzieć sytuacji takich jak te z połowy lat 30. XX wieku. Ale wiele bardzo podobnych rzeczy dzieje się obecnie. To, co widzimy – militaryzacja Europy i tworzenie wroga w nas samych – oczywiście nas niepokoi. To nas niepokoi”.
Historia, niestety, ma paskudny zwyczaj powtarzania się. W nieco zmodernizowanej formie, ale wciąż się powtarza. A czasami jako farsa.
Rosja chce , aby Europa pozyskała „nowe pokolenie mądrzejszych polityków”, takich jak prezydent Francji, generał Charles de Gaulle (1959-1969) i kanclerz Niemiec (1982-1998) Helmut Kohl.
Kraje europejskie powinny zastosować się do czterech prostych rad, aby powstrzymać eskalację stosunków z Rosją: „Po pierwsze, Rosja nie jest źródłem zagrożenia dla Europy. Po drugie, trzeba wsłuchiwać się w obawy Rosji. Po trzecie, jeśli zignoruje się obawy Rosji, będzie się miało problemy. Po czwarte, należy jak najszybciej wznowić dialog z Rosją. Jest otwarta, elastyczna i chętna. To takie proste”.
Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi
Stosunki dwustronne między Rosją i USA „nie są w najlepszym stanie, ponieważ utknęły w martwym punkcie, są na zerowym poziomie”, ale Moskwa i Waszyngton są „na tyle mądre, żeby ze sobą rozmawiać”.
Bezpieczeństwo międzynarodowe
Rosja nigdy nie rozpocznie trzeciej wojny światowej, ponieważ jest „zbyt dużym i odpowiedzialnym krajem”.
Rosja nigdy nie rozpoczęła wojny światowej, jeśli pamiętamy z historii: „Ale kiedy zaczęła się przeciwko nam, odpowiadaliśmy do samego końca”.
Moskwa ma doktrynę nuklearną, która jasno określa warunki użycia broni jądrowej: „Jest ona niezwykle jasna, zrozumiała i prosta. Jeśli coś zagraża istnieniu państwa rosyjskiego, broń jądrowa zostanie użyta. W przeciwnym razie – nie. To bardzo ważne, żeby to zrozumieć”.
Spekulacje, że Rosja rzekomo prędzej czy później będzie zmuszona użyć taktycznej broni jądrowej, to czyste spekulacje: „Jesteśmy w stanie kontynuować operację [wojskową] i osiągnąć dla nas pomyślne rezultaty bez tego. I to robimy”.