
——————–

——————————————

———————————–

———————————–

——————

——————————————

————————————

—————————————

—————————————


——————–

——————————————

———————————–

———————————–

——————

——————————————

————————————

—————————————

—————————————

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/wielomski-skazani-na-wrogosc
Jeszcze nie tak dawno nasza elitka infantylno-agenturalna i „eksperci” nauczali o federacji czy konfederacji polsko-ukraińskiej, a ci którzy pukali się w czoło uchodzili za „ruskie onuce”. Byłem zaliczany do tej kategorii, ponieważ od samego początku uważałem to za nonsens. więcej, od początku uważałem, że Polska i Ukraina skazane są na wrogość. W 2023 roku napisałem na ten temat artykuł naukowy Niemcy, Rosja, Ukraina i kwestia polska, który wtedy był „bluźnierstwem”.
Nie zmieniłem zdania o jotę, a dziś mam wrażenie, że cały PiS mówi cytatami z tego tekstu. Dlaczego Polska i Ukraina są skazane na wrogość?

Po pierwsze, ze względu na tożsamość Ukrainy. Fryderyk Engels określiłby ten lud mianem „narodu niehistorycznego”, który nigdy nie posiadał własnego państwa i nie miał politycznej tożsamości, nie posiadał elit, historii i własnych bohaterów. Naród ten rodzi się na naszych oczach w tempie przyśpieszonym i sztucznym. Anglosasi określają taki proces mianem nation-building, czyli sztucznej budowy narodu. Pośpiech w budowaniu jego tożsamości powoduje, że może ona powstać tylko na negacji, wrogości i nienawiści na tle historycznym. Stąd „Bohaterowie UPA”, Stepan Bandera, Andrij Melnyk, etc. – cały panteon ludobójców i zbrodniarzy, którzy nienawidzili Polaków, Rosjan, Żydów i Czechów. Polacy to dawne „pany”; Rosjanie to nieco późniejsze „pany”; Czesi to brakująca ukraińska burżuazja, czyli „wyzyskiwacze”. O Żydach i ich karczmach i kantorkach nawet nie wspomnę. Gdyby naród ukraiński rodził się przez stulecie, to znalazłby własnych bohaterów pozytywnych. Skoro takich nie ma, to buduje tożsamość na teoretykach i praktykach nienawiści. Dlatego Kijów nie chce być naszym przyjacielem, gdyż straciłby prawomocność własnego istnienia, której istotą jest bunt wobec „panów” dawnych i dawniejszych.
Po drugie, Polska nie ma Ukrainie zbyt wiele do zaoferowania. Całą broń już głupio i darmo oddaliśmy. Skarb państwa mamy pusty i zatykany za pomocą pożyczek, więc przelewy do Kijowa siłą rzeczy z rzeki przemieniły się w strumyk. Polska nie posiada potencjału politycznego, ekonomicznego i militarnego, aby stać się gwarantem istnienia Ukrainy wobec Rosji. Potencjał taki posiadają Stany Zjednoczone, ale Donald Trump uważa tę wojnę za problem, jest zbyt daleko i nie chce już dawać darmo broni.
W tej sytuacji pozostają państwa europejskie. Wielka Brytania jest cyniczna i chętnie rzuca swoich aliantów do wojny, ale sama swoich żołnierzy nie wyśle. W dodatku jest skąpa. Zostają zatem Niemcy, którym wciąż marzy się Mitteleuropa, której Ukraina miałaby być wschodnią flanką. Niemcy wciąż nie mają armii, lecz mają potencjał ekonomiczny i pieniądze. Poza tym Moskwa zawsze się z nimi liczy. Dlatego są jedynym realnym sojusznikiem Kijowa. Potencjał Berlina jest kilka razy większy niż Warszawy, a poza tym napisana na nowo banderowska historia Ukrainy uczyniła z nich sojusznika (którym w praktyce nigdy nie były). Aby przypodobać się Niemcom Kijów już wcześniej uderzał w Polskę, jawnie wspierał przed wyborami KO przeciw PiS. Słowem, za pomocą Ukrainy Niemcy biorą nas w obcęgi od wschodu i zachodu, zmuszając do posłuszeństwa.
Po trzecie, Ukraina koniecznie chce wejść do NATO i Unii Europejskiej. Już dziś można powiedzieć, że do NATO na pewno nie wejdzie, gdyż dla Władymira Putina wpisana do konstytucji Ukrainy wieczysta neutralność tego państwa jest warunkiem sine qua non podpisania pokoju. Przecież wojna wybuchła w reakcji na publicznie ogłoszony przez Wołodymira Żeleńskiego zamiar akcesji do Paktu Północnoatlantyckiego, wraz z równie publicznie wygłoszoną nadzieją, że NATO pomoże jego państwu w odzyskaniu Krymu i Donbasu. Amerykanie wiedzą, że bez spełnienia tego postulatu pokoju nie będzie, więc nie chcą słyszeć o akcesji i własnym zobowiązaniu do obrony tego państwa. W tej sytuacji pozostaje tylko nadzieja na wejście do Unii Europejskiej. Siergiej Ławrow wielokrotnie deklarował, że Federacja Rosyjska nie ma nic przeciwko temu. Przyzwolenie potwierdził Putin, a poparł je Trump (gdyż obydwaj źle UE życzą i liczą na powiększenie panującego w niej chaosu i złodziejstwa). W tej sytuacji Ukrainie pozostaje tylko akcesja do Unii Europejskiej.
Czy UE daje gwarancje bezpieczeństwa? Istniejąca nie. Ale gdyby przyjąć francusko-niemiecki plan federalizacji UE, ze zniesieniem prawa weta narodowego, wspólną polityką zagraniczną i obronną, a docelowo z armią europejską? W takiej sytuacji będąc „w Europie” w konflikcie z Rosją można odwołać się o pomoc do Brukseli i do armii unijnej. O ile z punktu widzenia Kijowa poparcie federalizacji UE jest całkowicie racjonalne, to dla interesów Polski byłoby to zabójcze, gdyż oznaczałoby likwidację suwerennych państw i zastąpienie ich unijnym super-państwem. A tego nie chcemy!
Po czwarte, interesy ekonomiczne Polski i Ukrainy w Unii Europejskiej są dramatycznie sprzeczne. Dla polskiego rolnictwa byłby to Armagedon, gdyż musiałoby konkurować z latyfundiami na czarnoziemach, gdzie pracownikom płaci się groszowe pensje. W dodatku automatycznie zostalibyśmy zapewne tzw. płatnikiem netto. Dostawalibyśmy mniej funduszy europejskich, gdy te szłyby na „odbudowę” Ukrainy, czyli na złote klozety kumpli Wołodymira Żeleńskiego. Wpuszczenie przez Warszawę Ukrainy do UE byłoby samobójstwem, na który KOPiS oczywiście jest gotowy (nie łudźmy się co do weta w tej sprawie, gdyby PiS był przy władzy). Każde nasze sprzeciwy w celu obrony polskich interesów ekonomicznych natychmiast zderzyłyby się ze skrajnie roszczeniową i bezczelną postawą rządu w Kijowie.
I na koniec pytanie: Dlaczego skoro ja to wszystko wiedziałem już w 2023 roku, to nie wiedzieli tego Jarosław Kaczyński i Przemysław Czarnek aż do czerwca 2026 roku?
Albo nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą, gdyż realizowali polecenia z Departamentu Stanu. Jeśli nie wiedzieli, to nie nadają się na polityków rządzących krajem. Jeśli wiedzieli, ale realizowali zagraniczne wytyczne, to znaczy, że nie nadają się na polityków rządzących Polską.
Adam Wielomski

12 lipca, wpis nr 1416
Kurcze, nie opublikowałem wczoraj gotowego wpisu. Pierwszy raz od 2020 roku. Sorki, ale zaganianym. Szykuję się do emerytury… Ale jedziemy:
Wydaje mi się, że jesteśmy robieni w konia. Przez Ukrainę, i zaraz do tego dojdziemy, to jasne, ale czy przypadkiem nie jesteśmy robieni w konia przez naszych władców i to z każdego zdawałoby się śmiertelnie wrogiego plemienia?
Zacznijmy od Ukraińców. Polska wyraźnie została wybrana za kozła ofiarnego ewentualnych porażek Ukrainy. To na użytek wewnętrzny. W ukraińskiej propagandzie powoli doganiamy we wrogości Rosjan, zresztą sygnalizował nam to w 2023 toku na forum ONZ sam Zełenski, na co jedyna reakcją obecnego wtedy prezydenta Dudy było smutne zdziwienie.
Za to w trakcie przemówienia Dudy, Zełenski demonstracyjnie wyszedł z Sali obrad. Wysyłał więc wyraźne niewerbalne sygnały ku czemu podąża przyjaźni polsko-ukraińska. Polska już wtedy była w saku, lejku, w który weszła od początku tej wojny i służenia Ukrainie. No bo co miała biedaczka zrobić? Tyle, łącznie z akwizycyjnym kapitałem Dudy, się nagadało po świecie o kluczowej roli Ukrainy przed powstrzymanie agresji Putina na Polskę, Europę i świat cały… A tu wyszło, że co? Mamy się obrazić z tak ważna pomocą za jakieś gesty? Symbolikę? Byliśmy więc pod ścianą, pod którą sami siebie postawiliśmy i zamurowaliśmy swa pozycje na stałe deklaracjami o przyjaźni i rzeczywistą pomocą. Zakiwaliśmy się.
Doginani przez państwo upadłe
A Ukraińcom, wodzom państw w sumie upadłego, tylko w to graj. Takie ciamcia-ramcia, to dla nich najpiękniejsza piosenka. Kiedy Kijów zorientował się po Przewodowie, że nasza sprawczość to mit, a właściwie tylko odbicie interesów USA, to przestał się z nami liczyć. Polacy czekali aż się obudzi Biden, żeby wiedzieć jak zareagować. Dla Ukraińców to jasne – po co gadać z lokajem, jak można z panem? A więc pomijano nas na każdym kroku. Kiedy USA się wycofało i pośrednio zmienił się pan z amerykańskiego na niemieckiego – Ukraińcy zaczęli gadać z Niemcami. Po co mamy się gdzieś tam pchać do jakichś stołów negocjacji, skoro i tak nam Berlin powie co mamy o tym myśleć i jak zareagować? Wie o tym też i Ukraina, więc może sobie zrobić inny numer.
Jesteśmy przez Ukraińców hodowani na winowajcę zastępczego. Winowajcę za fiasko wojny, ale już na pewno winowajcę nie wejścia do Unii i NATO. Widać to w ukraińskiej propagandzie. I widać te, że tam iskra padł na gotowe prochy niechęci do „panów Lachów”. Jak dawali, to brali, jak już nie mają co dać, to mamy powrót do strategii turańskiej o której już wspominałem: „Masz frajera to go duś, jak się zesra – to go puść”. No to nas puścili, bośmy się… Dla nich to prościzna, bez skrupułów.
Dialogi na cztery nogi
Popatrzmy na przykłady. Mamy szczyt NATO w Atenach. Prezydent Nawrocki rozmawia z prezydentem Zełenskim. Rozmowa ma charakter kurtuazyjny, a więc niezobowiązujący, nieformalny. Jak ją relacjonuje Nawrocki? Ano tak, że nasz prezydent odśpiewał zwyczajowa mantrę o bezwzględnym popieraniu Ukrainy pieniądzem i sprzętem, ale zastrzegł, że z kwestii pamięci i ofiar UPA nie ustąpi.
Panowie, podobno, umówili się na następny dzień, że pogadają, ale ja wiem jak ta rozmowa pójdzie. Mówię to w jej przeddzień, ale profetycznie znam jej treść:
Karol Nawrocki (PKN): Wołodia, zrozum, mamy badania. Polacy nie odpuszczą tego tematu
Wołodymyr Zelenski (WZ): Karolu, zrozum. Ja mam tak samo z naszym ludem. Nie odpuszczą.
PKN: Ale musisz coś z tym zrobić, bo sprawy eskalują
WZ: Nic nie muszę, radź sobie z tym sam
PKN: Ale ja ci przytnę wtedy pomoc, na stole leży po 70 miliardów euro dla was rocznie od NATO.
WZ: I co zrobisz? Zabierzesz mi je? Jak? Mam zadzwonić do Mertza? Do Donka? Wyjdziecie na gamoni, że się prujecie o jakieś doły śmierci i truchła, a tu Putin u bram…
PKN: Ale narobimy wam bigosu wizerunkowego, żeście jednak faszyści
WZ: I co z tego wyjdzie? Że Putin miał rację, że chciał w Kijowie zdenazyfikowac władze? Ty uważaj, bo u nas już włączyli wątki, że to wy jesteście naziści. Zacytuje tu Kyryłę (Budanowa): radzimy sobie z Rosją, to i z wami sobie poradzimy. Sam to mu napisałem, dobre, nie?
PKN: To my zaostrzymy politykę migracyjna dla was i socjal
WZ: Naprawdę chcesz tego? Mało masz pożarów? My się dopiero rozkręcamy i nie daj ci Boże zaczynać z naszą diasporą. Czy ty Karol wiesz co to jest operacja pod fałszywa flagą? Zrobię ci dziesięć Przewodowów, powiem – jak wtedy Dudzie – że to Rosjanie i będziesz latał do NATO po piąty artykuł jak kot z pęcherzem. Jesteście dla nas jak na talerzu i nie fikajcie.
PKW: Nie strasz, nie strasz… ale Wołynia nie odpuścimy. Cześć, to znaczy „cześć wolnej Polsce”!
WZ: Sława Ukrainu.
Symbole zamiast konkretów
Tak to mniej więcej wyglądać może. To znaczy tak by wyglądało, gdyby nasz prezydent miał cohones, tyle, że pewnie wszystko byłoby obleczone dyplomatyczne frazesy. Taka jest mniej więcej sytuacja Polski względem Ukrainy. Ukraina tak naprawdę liczy się tylko z twardymi rzeczami i trzeba sobie policzyć które z nich mamy w sowich rękach. Możemy sporo, i właśnie dlatego Zełenski będzie nasz konflikt utrzymywał w bańce symboliczno-historycznej, byśmy się nie zabrali za konkretne rzeczy, które mogą Kijowowi zaszkodzić. Jeśli bowiem cała polska ekipa, A do Ankary pojechali i Nawrocki, i Kosiniak, i Kamysz, i Sikorski i robią tak, jak Nawrocki, że nie popuścimy w kwestia zasadniczych (czyli symbolicznych), zaś drugą ręką podpisujemy dziesiątki miliardów euro dla Ukrainy do lata do przodu, to w interesie Ukrainy będzie nie tylko trzymanie sporu s Polska w graniach symboli, ale i… eskalowanie bitki na historyczne śnieżki.
I tak właśnie robią. Nadchodzi druga fala, po-orderowa, ataku ukraińskich trolli. Zarzuty są kuriozalne, a więc będą wpływać na ochotę do kontrreakcji. Teraz, uwaga, uwaga!, jesteśmy mianowani przez propagandę ukraińską, na… faszystów. Tak, na faszystów. Przez naród, który otwarcie odwołuje się do swoich bohaterów narodowych, którzy byli zdeklarowanymi faszystami, ba – nazistami, dbającymi o czystość etniczną na „odwiecznie świętych ziemiach ukraińskich”, państwa istniejącego od ledwie ponad trzydziestu lat. To – uwaga! – ładnie i kompatybilnie zespaja się z narracją… żydowską. Może to tłumaczy dziwne żydowskie milczenie w sprawie UPA dla jednostki i innych harców? W końcu naród wybrany jest najmocniej na świecie przewrażliwiony na punkcie śledzenia swoich holokaustowych oprawców, a tu taka abolicja? Czyli znowu wszyscy na nas, biedaków?
Bezradność
Ostatnio okazało się, że polskie służby zadeklarowały głosem swoich szefów, że Polska zobowiązała się do nieszpiegowania swoich sojuszników, ba – zobowiązała się do niepodejmowania działań kontrwywiadowczych wobec nich. Nic nie słyszałem o podobnych deklaracjach ze strony sojuszników naszych. Czyli – jak zwykle była to deklaracja dobrych chęci ze strony Polski, jednostronna. Jedno jest pewne – rządzą nami albo pięknoduchy, albo idioci, albo agenci. W polskiej pożal się Boże strategii obronności jako nasi wrogowie, których pewnie i szpiegujemy, i kontrwywiadowczo ścigamy, znaleźli się Rosjanie, Białorusini i Chińczycy. Za to ostatnio w jednym z blogerskich wywiadów, ekspert od służb stwierdził, że mamy do czynienia z zagrożeniem wywiadowczym ze strony Ukrainy, na co nie reagujemy kontrwywiadowczo. Wiadomo – toz to nasz sojusznik. Leżymy na łopatkach, w geopolitycznym rozwarciu. Prosimy bardzo, zapraszamy.
Dla takiej Ukrainy – uwaga! państwa upadłego – toż to spacerek po bułeczki. Nawet się z tym za bardzo nie kryją, przyzwyczajając nawet prosty lud, że tak można i państwo nic z tym nie zrobi. Panią Panczenko, która straszy – jak widać słusznie – pożarami w zamian za fikanie do Ukrów nic nie możemy zrobić (bo nie chcemy?), za to walczymy deportacjami z gośćmi co złowili karpia albo wjechali lux bryka na Morskie Oko. Ot tak – wystawiamy się tym asymetryzmem działań na pośmiewisko, również ze strony Ukraińców.
Kto jeszcze popamięta?
Polakom pozostaje słaba satysfakcja ze świadomości, że Ukraińcy zostaną przez Zachód wyrolowani i tak. To przecież nasza gorzka lekcja z historii, której nie rozumieją w Kijowie, a którą my się napawamy, że oni jeszcze tam w Kojowi zobaczą. No zobaczą i co z tego? W czym ich ta gorzka lekcja ma nam pomóc? Po pierwsze w trakcie jej trwania wydarzyć się może (może? musi!) wiele złych rzeczy dla nas: znajdziemy się w imadle geopolitycznym, a jeśli Niemcy znowu (na co się zanosi) dogadają z Rosją, to znajdziemy się w geopolitycznym okrążeniu. Ukraina w zaprojektowanym przez Niemców przedpokoju do Unii, zbudowanym z przywilejów i braku obowiązków, przepatroszy resztki polskiej gospodarki. I zanim mleko się wyleje i Ukraina przyjmie rękoma oligarchów nowa normalność, to nie zapłacze. Ludowi ukraińskiemu zafunduje się wroga znanego, bliskiego, obstrzelanego argumentami – Polskę. Polskę, która uprawiała swój faszyzm jeszcze za czasów Chmielnickiego, ciemiężyła naród, który dopiero pod koniec osiemnastego wieku spisał swój język, zaś granice wytyczył 35 lat temu.
Początek języka literackiego dla Ukraińców to okres przypadający na czasy naszego Mickiewicza, byliśmy już dawno po Kochanowskim i Reju, kiedy tam po ukraińsku, czyli małorusku rozmawiało się w chutorach i lasach. Nasz Adam napisał swoją epopeję „Pan Tadeusz”, sentymentalną opowieść o polskich swarach i godzeniu się, o wojowaniu z Rosją. W tym samym czasie wieszcz ukraiński Szewczenko ……
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 19 lipca 2026
Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.
Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.
Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.
Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.
Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.
Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
magnapolonia/ambasada-ukrainy-nagrywajcie-polakow
Decyzja Ambasady Ukrainy wywołała zrozumiałe kontrowersje. Choć oficjalnym celem dokumentu ma być ochrona praw tzw. „uchodźców wojennych” z Ukrainy oraz pomoc w dokumentowaniu przypadków agresji, trudno nie postawić pytania, czy taka forma komunikacji nie przyniesie skutków odwrotnych od deklarowanych.
Dyplomacja powinna przede wszystkim łagodzić napięcia między społeczeństwami. Tymczasem publikowanie instrukcji dotyczących rejestrowania konfrontacji z Polakami w teoretycznie naszym kraju została oczywiście odebrana jako sygnał, że należy przygotowywać się na konflikty i ukraińskie prowokacje. W obecnej sytuacji, gdy emocje wokół relacji polsko-ukraińskich są wysokie, każda inicjatywa wymagająca szczególnej ostrożności powinna być przedstawiana w sposób jednoznacznie nastawiony na deeskalację.
Można zrozumieć potrzebę zabezpieczania dowodów w przypadku przestępstw czy aktów przemocy. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu państwach. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy przekaz koncentruje się na dokumentowaniu konfliktów, zamiast przede wszystkim zachęcać do ich unikania, uspokajania sytuacji oraz niezwłocznego wezwania odpowiednich służb.
Rolą ambasadora normalnego kraju jest budowanie dobrych relacji między narodami. Dlatego można krytycznie ocenić fakt, że ambasada nie położyła znacznie większego nacisku na apel o niewchodzenie w spory, unikanie prowokacji oraz poszanowanie polskich zwyczajów i prawa. Taki przekaz mógłby skuteczniej ograniczać napięcia niż instrukcje dotyczące rejestrowania przebiegu konfliktów, co oczywiście przełoży się na sporą liczbę zaplanowanych prowokacji.
Wyrwane z kontekstu nagrania mogą być wykorzystywane w mediach społecznościowych do wzajemnego podsycania niechęci. W dobie krótkich filmów publikowanych na platformach internetowych nawet kilkunastosekundowy materiał może wywołać lawinę emocjonalnych komentarzy, zanim ktokolwiek pozna pełny przebieg zdarzenia. To właśnie do tego zachęca ambasador Ukrainy w Polsce.
Polska od początku wojny udzieliła Ukrainie ogromnej pomocy humanitarnej, militarnej i społecznej. Zamiast podziękowań i załatwienia kilku kluczowych z polskiego punktu widzenia spraw przez Ukrainę, spotykamy się z nienawiścią, kultem morderców Polaków i zapowiedzią masowych prowokacji na terytorium Polski.
Łukasz Jastrzębski
Moim zdaniem w najbliższym czasie czeka nas lawina informacji w mediach tradycyjnych i internetowych dotyczących różnorakich konfliktów z udziałem Ukraińców i Polaków. Będą to zapewne sprawy realne, jak i urojone. W znacznej części zdarzenia te będą przejaskrawione i pokazane w jednostronny sposób sugerujący powszechne prześladowanie Ukraińców w naszym kraju. Ambasada Ukrainy w Polsce już opublikowała ukraińskojęzyczną instrukcję dla swoich obywateli, dającą między innymi wskazówki dotyczące nagrywania konfrontacji w Polsce. Jednocześnie będziemy obserwować liczne próby umniejszania problemów związanych z przestępstwami popełnianymi przez Ukraińców w Polsce.
Warto zachować spokój i nie pozwolić się prowokować. Pamiętajmy, że głównonurtowe media w znacznym stopniu są w rękach ludzi sorosowskiego chowu. Ludzie ci mają interes w tym by wykreować Ukraińców jako prześladowaną w Polsce zbiorowość. Nie ma szans w mediach głównego nurtu na to, by uczciwe przedstawić sprawy i realne wyjaśnić zaistniałe sytuacje. W całym kraju działają liczne organizacje lobbujące na rzecz współczesnej Ukrainy.
Ambasador Wasyl Bodnar poinformował, że strona ukraińska współpracuje w tej sprawie z instytucjami wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Podkreślił, że tworzenie wyspecjalizowanych komórek w prokuraturach zajmujących się przestępstwami z nienawiści jest adekwatną odpowiedzią na obserwowane w Polsce zjawiska.
Należy zachować więc nie tylko szczególną ostrożność w kontaktach interpersonalnych, ale również dystans do podawanych w mediach informacji dotyczących stosunków polsko-ukraińskich i zdarzeń, które mają dotykać Ukraińców przebywających w naszym kraju.
Bezrozumna proukraińska narracja zupełnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Zmieniają się radykalnie nastroje a społeczeństwo staje się bardziej krytyczne. Powoli, ale idzie normalność, która pozwala odejść od szaleńczej polityki bycia „sługą narodu ukraińskiego”. Ukraińca należy traktować dokładnie tak samo jak każdego innego obcokrajowca. Ani lepiej, ani gorzej.
Łukasz Jastrzębski
Jacek Tomczak
Grzegorz Braun, po wysłuchaniu mojego nagrania na kanale „Wbrew Cenzurze” zaproponował przyznanie Orderu Orła Białego nieodżałowanej pamięci księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu. To niesamowite gdzie zabrnęło państwo polskie, które uhonorowało miłośnika UPA, a zapomniało o niestrudzonym bojowniku o pamięć rzezi wołyńskiej.
Dodać tu muszę, że nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich w Polsce”, a raczej eskalacja lekceważącej polską pamięć i wrażliwość bezczelności na Ukrainie – i stosowna reakcja narodu, mającego dość aberracyjnej charytatywności rządów KO i PiS (pytanie: „a co ma z tego Polska?” wywołuje furię – najpewniej z uwagi na swoją celność). „Antyukraińskość”, jak wiele podobnych kategorii, zakłada aprioryczność, a ta ostatnia – irracjonalność. Bojkotuje związki przyczynowo-skutkowe i realne źródła ludzkich postaw. Kategoryzuje jako „fobię” postawy, które są reakcją na fakty, czasem niewątpliwie adekwatną.
Jacek Tomczak
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

Data publikacji: 17.07.2026
Nr ogłoszenia: 390.26
Typ ogłoszenia: Elektroniczna licytacja ruchomości
Rodzaj licytacji: I licytacja
Do rozpoczęcia: 5 dni
Cena wywołania 7,50 zł
Data rozpoczęcia 24.07.2026, 10:00
Data zakończenia 31.07.2026, 10:00
Gdzie tu sens gdzie tu logika?
Izabela BRODACKA
To moja ulubiona anegdota. Mały Jasio stoi na korytarzu szkoły i powtarza: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”. „ Co się stało ?”- pyta go przechodzący dyrektor. „Zepsułem powietrze w klasie a pani wyrzuciła mnie za drzwi, gdzie tu sens, gdzie tu logika?”-odpowiada zdumiony Jasio.
To pytanie powinni zadawać sobie codziennie obywatele naszego kraju. Nie wszystko da się wytłumaczyć konstruując różne historiozoficzne, a nawet spiskowe teorie. Większość kłopotów rodaków wynika z niezwykłej, wręcz piramidalnej głupoty rządzących. Jakaś komentatorka życia społecznego oświadczyła, że płaci podatki i sprząta po swoim psie więc jest wzorcowym obywatelem. W czasach mojej młodości nikt nie sprzątał po psach. Psia kupka rozkłada się na trawie w ciągu dwóch tygodni użyźniając przy okazji trawnik. Torebka plastikowa rozkłada się podobno od 100 do 1000 lat. Kupka zapakowana w plastikową torebkę wywieziona na wysypisko będzie tam zatem tkwiła bezużytecznie kilkaset lat. Gdzie tu sens gdzie tu logika?
Dawid Riesman w książce „Samotny tłum” zauważył że I think (myślę) zostało w publicznych wypowiedziach zastąpione przez I feel ( czuję). I to dużo tłumaczy. Nie jest istotne, że ktoś ma narządy płciowe mężczyzny. Ważne jest, że czuje się kobietą. Prawo jest po jego stronie. Może zmusić nauczycieli i urzędników państwowych żeby zwracali się do niego jak do kobiety wbrew stanowi faktycznemu i jakiejkolwiek logice. A jeżeli ktoś czuje się biskupem. Czy nauczyciele i urzędnicy mają zwracać się do niego: „ wasza eminencjo”?. A jeżeli ktoś czuje się Napoleonem?. Czy zamiast umieścić go w Tworkach mamy obowiązek omawiać z nim przyczyny klęski pod Waterloo?
Istnieje wiele nielogicznych stereotypów, zupełnie bezsensownych, których trwałość jest wyłącznie wynikiem wielu lat tresowania społeczeństwa przez ośrodki wyznaczające kryteria politycznej poprawności.
„ My wszyscy z niego”- napisał o Miłoszu mój kolega Wojtek Karpiński dedykując mi swoją książkę. „Ja nie jestem z niego”- zaprotestowałam stanowczo. Dyplomata reprezentujący sowiecką władzę w Polsce każe nam rozczulać się nad różnymi stadiami brzydkiego etapu jego życia jakim była kolaboracja z reżimem maskowana czy tłumaczona fascynacją. To tak jakby chory na weneryczną chorobę kazał nam podziwiać różne jej stadia. Szankier miękki, osutka, szankier twardy. Po wielu latach Miłosz z trudem dochodzi do wniosku, że system komunistyczny to samo zło. Do stwierdzenia, które było w Polsce oczywiste dla każdego, taksówkarza, robotnika, sprzedawcy rzodkiewki na bazarze, a nawet dla partyjnych towarzyszy.
Pocieszyło mnie, że nie byłam w swoich poglądach odosobniona. Podobnie o Miłoszu myślał Sergiusz Piasecki czemu dał wyraz w tekście pod tytułem: „Były poputczik Miłosz”:
„Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego „samobójcy”, który wybrał gorzki chleb emigracyjny, byle tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu”.
O dziwo w wierszu z 1935 roku pod tytułem „Obłoki” Miłosz niejako antycypuje swoją postawę życiową pisząc:
„i wiem, że we mnie pycha, pożądanie
i okrucieństwo, i ziarno pogardy
dla snu martwego splatają posłanie,
a kłamstwa mego najpiękniejsze farby
zakryły prawdę”.
Rozbrajająca szczerość. Jednak zdumiewający fakt, że zwykły попутчик sowieckiego terroru może być przez kogokolwiek traktowany jako wzorzec moralny i duchowy przywódca narodu każe nam zadawać nieodmiennie to samo pytanie: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”
Idąc dalej – zastanówmy się. Przeciętny obywatel PRL miał trudności z uzyskaniem przepustki nawet w Słowackie Tatry. Przeciętny kryminalista miał kłopoty z przekazaniem rodzinie nawet krótkiego grypsu. Tymczasem prześladowani opozycjoniści – jak Michnik – wyjeżdżali na zachodnie stypendia, oraz pisali i wydawali w więzieniu książki. I gdzie tu sens gdzie tu logika?
Posunę się jeszcze dalej. Żeby wydostać się z komunistycznego raju ludzie ginęli zastrzeleni na berlińskim murze, topili się próbując przepłynąć Bałtyk w kajaku, porywali samoloty, podróżowali setki kilometrów na osiach wagonu. Jeżeli nawet otrzymali paszport dostawali lecąc na przykład do USA prawo do zakupienia za swoje ciężko zarobione pieniądze pięciu dolarów. Pięciu dolarów, które nie wystarczały nawet na bilet autobusowy.
Jeżeli natomiast ktoś z rodziny przysyłał im do Polski dewizy mieli prawo odebrać zamiast tych dewiz wyłącznie bony. Fikcyjną, niewymienialną walutę uprawniająca do zakupu niedostępnych w sklepach towarów w specjalnym sklepie zwanym Peweksem.
I oto w 1968 roku tysiące osób żydowskiego pochodzenia, najczęściej mocno zasłużonych w instalowaniu w Polsce stalinowskiego terroru, otrzymuje prawo wyjazdu na Zachód z całym majątkiem. Wyjazdu w aurze ofiar, wypędzonych, prześladowanych. Na tym upragnionym przez wielu Polaków Zachodzie otrzymują pomoc, stanowiska uniwersyteckie, mieszkania. Nie muszą spędzać kilku lat w obozie jak wielu Polaków, którzy nie wrócili do kraju po stanie wojennym. Niejeden Polak chciałby być tak prześladowany jak Żydzi w 1968 roku, chciałby móc wyjechać z całą rodziną i z całym majątkiem.
Oczywiście nie można wykluczyć, że wyjazdy związane były z dramatami. Dzieci dowiadywały się nagle, że w kraju uważanym za własny są persona non grata. Bywało, że nic nie wiedziały o swoim pochodzeniu, nie miało ono dla nich ani dla otoczenia najmniejszego znaczenia. Wielu badaczy w tym Witold Jedlicki postrzega wydarzenia 1968 roku jako rozgrywkę dwóch wrogich frakcji w PZPR czemu Jedlicki dał wyraz w znanej pozycji pod tytułem „ Chamy I Żydy”. Są jednak tacy którzy zadają sobie pytanie. Wyjechać na upragniony przez wszystkich Zachód wywożąc cały majątek. I to ma być kara, to ma być prześladowanie? I gdzie tu sens gdzie tu logika?
Żyjemy w świecie, który zapomniał o logice.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz
Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.
I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.
Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.
Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.
Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.
Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.
W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.
Stanisław Michalkiewicz
O problemach pojednania w stosunkach międzynarodowych napisano tysiące dzieł. Polskie biblioteki są pełne opisów i analiz procesów normalizacji przede wszystkim w stosunkach z Niemcami.
Pojednanie polsko-niemieckie stało się rozwiązaniem „modelowym”, do którego nawiązuje się przy różnych okazjach, gdy przywraca się zdolność do pokojowej współpracy, po latach tragedii i traum w stosunkach między skonfliktowanymi narodami i państwami. Warto pamiętać, że pojęcie pojednania czy rekoncyliacji jest nieostre. Pochodzi z języka łacińskiego – „reconciliatio” oznacza przywrócenie jedności. Termin zawiera w sobie brzmienie „conciliare” – zjednać, odzyskać, pogodzić kogoś z kimś. Prefiks „re” stanowi odnowienie pierwotnej jedności, ponowne doprowadzenie do zgody i spotkania zwaśnionych stron. Postawy rekoncyliacyjne mają zatem na uwadze tworzenie warunków społecznych, psychologicznych, materialnych, aby autentyczne i skuteczne pojednanie zaistniało.
Dla jednych pojednanie oznacza trudno osiągalny cel, dla innych jest skomplikowanym procesem, który występuje na różnych poziomach życia społecznego, między narodami i państwami, a także w życiu wewnątrzpaństwowym. Ma przede wszystkim wymiar etyczny. Niesie wiele znaczeń, takich jak: naprawianie relacji międzyludzkich, przywracanie zerwanych więzi, budowanie zgody. Odnosi się do manifestowania afirmacji wobec tych, którzy zranili, skrzywdzili lub zniszczyli innych. Daje im szansę naprawy wyrządzonego zła.
Co to znaczy „pojednanie”?
Różne mogą być przejawy pojednania – od przeprosin na poziomie oficjalnym i urzędowym, po zadośćuczynienie wobec jednostek i zbiorowości. Warunkiem trwałości i nieodwracalności tego procesu jest odcięcie się władz i społeczeństw obciążonych winą przodków od haniebnych idei i praktyk (krzywd, zbrodni, ludobójstwa, nazizmu, rasizmu, apartheidu). Jedynie jednoznaczne potępienie przejawów zła gwarantuje zgodną po każdej ze stron identyfikację sprawcy i ofiary. Nie da się tego procesu przeprowadzić bez szczerej konfrontacji z wydarzeniami, które wymagają rekonstrukcji zgodnie z kryteriami prawdy.
W imieniu skrzywdzonych społeczności występują przeważnie rządy, które dążą do przywrócenia zaufania, przekładając je na akty przebaczenia, ekspiacji, zadośćuczynienia. Same ofiary zbrodni nigdy nie mogą wybaczyć, dlatego o przebaczenie proszą politycy i instytucje kościelne, choć naprawdę nikt im nie dał takiego prawa. Przebaczenie z pewnością sprzyja pojednaniu, ale dotyka duchowości, moralności i wiary, dlatego jest przeżyciem bardzo osobistym i intymnym. Zwykle pozostawia się je kapłanom i wyznawcom religii, indywidualnym potomkom ofiar.
Pojednanie na poziomie międzypaństwowym ma charakter instrumentalny i służebny wobec politycznych interesów stron. Może prowadzić do ustanowienia wspólnych mechanizmów instytucjonalnych, mających na celu pokojowe współżycie, likwidację strachu, nieufności czy gniewu, ale angażuje przede wszystkim przywódców politycznych i struktury państwowe, a nie całość populacji. Jest to pojednanie elitarne, abstrakcyjne, często deklaratywne, pozorowane i fikcyjne.
Dlatego niezwykle ważne jest przejście na poziom psychospołeczny i jednostkowy (pojednanie oddolne i funkcjonalne). Warunkiem pojednania między ludźmi jest bowiem przyznanie się do winy i pokajanie się. Słabość tego rozumowania tkwi w tym, że kolejne pokolenia nie ponoszą zbiorowej odpowiedzialności za czyny swoich przodków. Ba, mają prawo odrzucać tę wersję historii, która obciąża winą ich poprzedników, gdyż zostali ukształtowani w innej świadomości i (nie)pamięci. Tak zresztą zachowują się obecnie młode pokolenia Ukraińców.
Na takim tle rodzi się konieczność podejmowania systematycznej i żmudnej pracy na rzecz zmian mentalności – stereotypów, przekonań, nastawień i uprzedzeń. Nowych horyzontów ludzi nie da się jednak zbudować w czasie jednego pokolenia. Władze mogą oczywiście ogłosić sukces pojednania na poziomie politycznym. Nie wyeliminuje ono jednak ze stosunków wzajemnych nieufności i nienawiści. Rządy nie są bowiem w stanie zmusić potomków ofiar do pojednania z tymi, którzy z prześladowców uczynili swoich bohaterów. Rzeczywista rekoncyliacja wymaga zatem co najmniej kilku pokoleń. Jej ważnym elementem jest także oswajanie się z negatywną pamięcią, zapominanie i uwolnienie od traumy.
Gra pozorów
Jak dotąd, w stosunkach polsko-ukraińskich nigdy do takich aktów nie doszło, nawet w sferze symbolicznej. Pojednanie stało się jedynie werbalnym rytuałem i sloganem politycznym, który ma w rzeczywistości przesłaniać brak woli politycznej po stronie polityków ukraińskich, aby rozliczyć się z tragiczną historią. Jest także usprawiedliwieniem dla niemocy polskich polityków, publicystów, dziennikarzy i badaczy akademickich, którzy ulegając zaślepieniu ukrainizacją i ukrainofilią, postawili interesy narodowe Ukrainy nad interesami własnego państwa. Stworzono fałszywy mit „jedności”, który doprowadził nie tylko do przekazania ogromnych zasobów na rzecz Ukrainy (szacuje się na połowę roku 2026, że łączny koszt donacji wyniósł ok. 17 mld zł), ale i konfrontacji sprzecznych ze sobą polityk historycznych i konfliktu interesów.
Jak dotąd, żadnego rządu ukraińskiego od czasu proklamowania niepodległej Ukrainy w 1991 roku nie stać było na to, aby podjąć próbę obrachunku z tragiczną przeszłością w stosunkach z Polską. Posowieckie kamaryle polityczne Kijowa tkwiły najpierw w przekonaniu, że sprawy ukraińskiego ludobójstwa są kwestią minionych państwowości (ZSRR, III Rzeszy), a Ukraińcy byli jedynie przedmiotem ich polityki. Gdy już w niepodległej Ukrainie pojawiały się sygnały ostrzegawcze, że w jej zachodniej części następuje renesans ideologii banderowskiej, zbywano to po stronie polskiej lekceważeniem i obojętnością. Z czasem, od „pomarańczowej” rewolucji w 2004 roku, rozpoczęła się fanatyczna „rekonkwista”, rozszerzanie wpływów banderyzmu na całe państwo. Wobec wypierania przez władze ukraińskie jakiegokolwiek poczucia winy oraz odpowiedzialności za haniebne czyny swoich przodków, ze strony polskiej nie podjęto żadnych skutecznych przeciwdziałań.
Tragizm sytuacji polega na tym, że obie strony znalazły się pod wpływem całkiem przeciwstawnych filozofii geopolitycznych. Władze Ukrainy, od czasu usunięcia w 2014 roku na drodze zamachu stanu prezydenta Wiktora Janukowycza, zmierzały w kierunku realizmu politycznego, a w skrajnej postaci makiawelizmu. Chodziło o przyjęcie prozachodniego kursu, w którym celem politycznym stało się nie tylko wyrwanie Ukrainy spod wpływów rosyjskich, ale sprytne wykorzystanie poparcia państw zachodnich dla zbudowania własnej siły. Przeszłość we współczesnej grze geopolitycznej nie miała większego znaczenia. Zachodowi bowiem wcale nie zależało na tym, żeby państwo ukraińskie dokonało ekspiacji za czyny swoich przodków. Przeciwnie, Niemcom, Francuzom i Anglosasom zależało na tym, aby nacjonalizm ukraiński, niezależnie od źródeł historycznych, wzmacniał motywację Ukrainy do walki z imperialną Rosją. Polsce także odpowiadał taki punkt widzenia. Nie zdawano sobie sprawy z tego, że w imię walki ze wspólnym wrogiem, na bazie historycznych animozji, Polska może przyłożyć rękę do wykreowania nowego oponenta i rywala.
Po stronie polskiej dominowała przede wszystkim filozofia sentymentu, prometeizmu i mesjanizmu. Postawy z nich płynące z góry skazywały polskie rządy na porażkę. W historii rzadko się zdarza, aby idealistyczne wyobrażenia i naiwne przekonania wygrywały z twardą realistyczną determinacją na rzecz osiągania radykalnych celów. Przyjmując na siebie moralne zobowiązania do udzielania Ukrainie bezwarunkowego poparcia za jej kurs na zbudowanie „anty-Rosji”, Polska w zasadzie zrezygnowała z obrony swoich historycznych racji i znalazła się na przegranej pozycji. Żadne formy wsparcia, emocjonalne demonstracje solidarności i upokarzające dowody oddania nie zapobiegły eskalacji afrontów i upokorzeń. Polityka nastawiona na mitologizację „partnerstwa i przyjaźni”, których w rzeczywistości nigdy nie było, musiała skończyć się katastrofą.
Oczekiwania strony polskiej na pojednanie z Ukrainą od początku nie miały racji bytu, gdyż nie przygotowano należytego gruntu pod taki proces, zwłaszcza w sferze świadomościowej. Nigdy przecież nie dokonano przewartościowań wspólnej historii, nie upowszechniono wiedzy historycznej o wspólnych losach na obszarach pogranicza. Nikomu nie zależało na tym, aby dokonać rekonstrukcji historycznej, pokazującej złożoność kulturową i cywilizacyjną stref zasiedlanych przez różne ludy od czasów średniowiecza. W przypadku Polski i Ukrainy ukształtowanie państw narodowych przypada dopiero na ostatnie stulecie, a nawet – jak w przypadku Ukrainy – na ostatnie dekady. Trudno więc mówić o jakiejś ciągłości interesów państwowych, a tym bardziej spójnej tożsamości narodowej.
Triumf ahistoryzmu
Nie wolno więc współczesnej mapy przykładać do długich dziejów ścierania się żywiołów polskich, litewskich, węgierskich, ruskich i tureckich. Ukraińskie zarzuty, że polska strona była „kolonizatorem” ziem ruskich są bezzasadne i zasługują na zdecydowane odparcie. Polacy na dawnych ziemiach wschodnich nie byli gośćmi bez korzeni. O ukształtowaniu rozmaitych form zależności między nimi a resztą społeczności zadecydowały procesy ekonomiczne w okresie feudalizmu, a także preponderancja kulturowa szlachty polskiej, co jest faktem obiektywnym, a nie wymysłem.
Nie ma „odwiecznej” Ukrainy, podobnie jak mimo ponad 1000-letniej tradycji państwowości nie ma ciągłości polityczno-administracyjnej Polski. Nikt z polskiej strony nie podjął dyskusji ze stroną ukraińską, że nie wolno nakładać współczesnych pojęć na dawne epoki, tym bardziej, że w całej średniowiecznej Europie trwały rywalizacje plemienne i dynastyczne, których rezultatem było zajmowanie obszarów pogranicza nie jako kolonii, lecz jako form symbiotycznego gospodarowania.
Gdy zdamy sobie sprawę ze złożoności uwarunkowań historycznych i geopolitycznych współczesnej Ukrainy, to łatwiej przyjdzie nam zrozumieć trudności związane z budowaniem jej tożsamości narodowej. Ideologizacja życia publicznego w czasach radzieckich, uniformizacja wzorów zachowań i dominacja narracji imperialnej, a zwłaszcza traumatyczne przeżycia w czasie wojny i okupacji niemieckiej, wszystko to spowodowało na Ukrainie wzrost zapotrzebowania na historię heroiczną i budowanie pamięci nieobciążonej grzechami przodków. Sprzyjał temu rosnący dystans czasowy, zmiany generacyjne, nowy język edukacji, a przede wszystkim napięcia i konflikty w stosunkach z Rosją na tle podziału schedy poimperialnej.
Wielu Ukraińców wraz z budową państwa tworzyło własne biografie, starając się uwolnić od obciążeń moralnych i zarzutów współuczestnictwa w reżimach, najpierw w sowieckim, a następnie nazistowskim, w czasie okupacji hitlerowskiej. Tym indywidualnym postawom towarzyszyło „zbiorowe milczenie”, które dawało władzom państwowym Ukrainy pewną dowolność w kreowaniu nowej tożsamości.
Pojednanie między Polakami a Ukraińcami musi zatem nastąpić w sferze mentalnej, aby następnie mogło przełożyć się na praktyczne zachowania. Wbrew różnym deklaracjom politycznym istnieje jednak zasadniczy konflikt między przypisaniem Ukrainie takiej, jaką ona jest dzisiaj, szczególnej roli geopolitycznej w rozprawianiu się Zachodu z Rosją a uczciwym rozliczeniem z przeszłością. Mało kto uświadamia sobie, że w tych warunkach jakakolwiek rekoncyliacja w stosunkach polsko-ukraińskich jest niemożliwa. Pojednanie zostało bowiem poświęcone na ołtarzu interesów mocarstw zachodnich. Gdyby upierać się przy retoryce metaforycznej, jest to dowód kolejnej „zdrady Zachodu”.
Daleka droga przed nami
Proces normalizacji stosunków polsko-ukraińskich wymaga wypracowania długotrwałej strategii, opartej na intensywnej komunikacji obustronnej na różnych szczeblach porozumiewania się. Warunkiem uczciwego podejścia każdej ze stron jest jednoznaczne odcięcie się od „brunatnej” schedy nacjonalizmu ukraińskiego. Nie wystarczą okazjonalne i spektakularne deklaracje, spotykające się z milczeniem lub konsternacją drugiej strony. Potrzebna jest zaplanowana na lata dyskusja z wykorzystaniem zgromadzonej przez fachowców wiedzy historycznej, aby wypracować rekomendacje dla mądrej polityki pojednania. Wszelkie próby relatywizacji zbrodniczej działalności OUN-UPA i jawny kult zbrodniarzy muszą spotkać się z należytym odporem. Istnieją obecnie liczne standardy prawnomiędzynarodowe i moralno-polityczne, które ograniczają dowolność w kreowaniu składu panteonów narodowych. Bezapelacyjnym kryterium doboru kandydatów na narodowe pomniki i symbole jest ich nieskażenie złowrogimi ideologiami XX wieku, w imię których dokonano zbrodni ludobójstwa. Nie może być w tych sprawach żadnych „podwójnych” standardów, „zgniłych” kompromisów ani relatywizacji zbrodni.
W obliczu wyolbrzymianego znaczenia w grze mocarstw i rozbudzonych aspiracji integracyjnych Ukrainy z Zachodem Polska powinna przygotować się solidnie na negocjacje akcesyjne tego państwa z Unią Europejską, w których można przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem instrumentalizację historii i działanie w złej wierze. Potrzebna jest wielka akcja propagandowa i edukacyjna pod adresem społeczeństw i polityków państw zachodnich, aby pokazać istniejący dysonans między „solidarnością wojenną” (gościnnością wobec uchodźców, wsparciem socjalnym, donacjami finansowymi i militarnymi, logistyką, sympatią medialną) a rzeczywistym napięciem na tle pamięci, tożsamości i zakłamanej „polityki historycznej”.
Gdyby strona polska została zmuszona do wykorzystania historii jako „instrumentu weta” w procesie akcesyjnym Ukrainy do Unii Europejskiej, to wszyscy jej członkowie muszą być przygotowani na zrozumienie przyczyn takiego stanowiska. Tym bardziej, że w kraju nie brakuje fałszywych głosów, iż to nie pojednanie oparte na prawdzie jest najważniejsze, ale samo przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej. Tak jakby Ukraina nie stanowiła rzeczywistego zagrożenia dla interesów Polski przez wejście do tej organizacji.
Oko za oko
Już teraz występuje swoiste rozdwojenie jaźni. Strona ukraińska stosuje chytrą taktykę, która prowadzi do osłabienia polskiej argumentacji. W sferze werbalnej ukraińscy politycy wyrażają gotowość do pojednania, lecz faktycznie demonstrują silne przywiązanie do własnej, w istocie antypolskiej, wizji historii. Starają się symetryzować i relatywizować odpowiedzialność obu stron za zbrodnie z czasów II wojny światowej, zdobywając pewien poklask w samej Polsce. To znacznie osłabia polską argumentację i żądania co do warunków pojednania.
Innym niebezpieczeństwem jest medialna i polityczna ofensywa na rzecz przyjęcia tezy, że wejście Ukrainy do Unii Europejskiej pozwoli na „zakotwiczenie” pojednania polsko-ukraińskiego w szerszych ramach integracyjnych Zachodu. Jest to nawiązanie do analogii „oswajania” powojennej Europy z Niemcami (RFN), obciążonymi zbrodniami III Rzeszy. Włączenie „republiki bońskiej” do struktur europejskich i atlantyckich zagwarantowało jej powrót do normalności i wymusiło procesy dwustronnego pojednania, zwłaszcza w stosunkach francusko-zachodnioniemieckich. Oczekuje się zatem, że afirmacja Ukrainy na poziomie europejskim zmodyfikuje jej podejście do heroizacji sprawców zbrodni wołyńskiej.
Napięcia między „polityką pamięci” a „polityką przyszłości” mogą zostać stępione ze względu na ofiarność Ukrainy i uznanie jej zasług w obronie bezpieczeństwa europejskiego przed Rosją. Elity kijowskie są pewne swoich sukcesów w procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej, gdyż swoim poświęceniem i ponoszeniem kosztów wojny przekonują, że są w stanie bronić Europy przed zdemonizowanym Putinem. Jak długo uda się to przekonanie utrzymać, tak długo Ukraina będzie rozgrywać swoją „polityką historyczną” zachowania sojusznicze Polski. Polscy politycy wpadli więc w pułapkę własnych oczekiwań na zwycięstwo Ukrainy w tej tragicznej i przedłużającej się wojnie. Ukraina ma bowiem szanse na zbudowanie tożsamości „nowego przedmurza”, deklarując się „obrońcą Zachodu”, choć przecież jej obszar wraz z zamieszkującą go ludnością nigdy do cywilizacji zachodniej nie należał. W tym świetle znaczenie Polski ulegnie dewaluacji, a pretensje do historycznych krzywd zejdą na daleki plan.
Podziały i wewnętrzne spory na polskiej scenie politycznej nie ułatwiają wypracowania długofalowej perspektywy stosunków polsko-ukraińskich. Negowanie Rosji na dłuższą metę okazuje się bardziej szkodliwe dla Polski niż dla Ukrainy. Tej ostatniej dostarcza bowiem paliwa wojennego, a w sytuacji trwających działań zbrojnych uznanie polskich roszczeń na rzecz oczyszczenia tragicznej przeszłości nie ma szans powodzenia. Sytuacja taka potrwa tak długo, jak długo polscy politycy będą trwać w fałszywym przekonaniu, że o bezpieczeństwie Polski decydują Ukraińcy. Z obecnymi rządami w Kijowie nie będzie więc żadnego realnego pojednania.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)
Alex Papierowy Tygrys 15 lipca 2026 r. alexmaenner/wegen-nationalismus-streit-mit-kiew
Autorstwa Alexa Männera
Długotrwały spór między Polską a Ukrainą na temat ukraińskiego nacjonalizmu i związanej z nim ukraińskiej kultury pamięci znów znalazł się w centrum uwagi po niedawnym gloryfikowaniu przez Kijów ukraińskich kolaborantów nazistowskich i zbrodniarzy wojennych z II wojny światowej. Wydaje się, że obecnie jeszcze bardziej się zaostrza.
Powodem tego jest planowana przez Kijów budowa „ panteonu narodowego” dla członków tzw. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej ramienia zbrojnego, Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), którzy sprzymierzyli się z nazistowskimi Niemcami po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki w 1941 roku i dopuścili się niezliczonych zbrodni na ludności cywilnej Polski i ZSRR. Za ich największą zbrodnię uważa się masakrę ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej , w której w latach 1943–1945 zamordowano, w bestialski sposób, nawet 100 000 Polaków .
W Polsce te okrucieństwa są klasyfikowane jako ludobójstwo , a odpowiedzialni za nie członkowie OUN-UPA są uważani za zbrodniarzy wojennych. Co więcej, pamięć o masakrach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ma ogromne znaczenie dla kształtowania godności narodowej i tożsamości narodu polskiego.
Nic więc dziwnego, że gloryfikowanie przez Ukrainę ukraińskich nacjonalistów i kolaborantów nazistowskich stanowi dziś dla Polski i jej mieszkańców czerwoną linię, a kijowska inicjatywa upamiętnienia OUN-UPA słusznie wywołała ostrą krytykę Wołodymyra Zełenskiego i jego rządu wśród Polaków. Tymczasem to niezadowolenie w Polsce zdaje się przeradzać w powszechny opór wobec integracji Ukrainy z Unią Europejską. W obliczu tego konfliktu coraz więcej Polaków zadaje sobie pytanie, kim jest ich prawdziwy wróg i przed kim Europa tak naprawdę potrzebuje ochrony.
Coraz więcej polskich polityków, takich jak Jarosław Kaczyński, prezes opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS), wzywa do zablokowania integracji Ukrainy z UE, jeśli Kijów nie zmieni swojej polityki wobec kultu jednostki otaczającego byłego ukraińskiego przywódcę nacjonalistycznego Stepana Banderę oraz „gloryfikowania zbrodniarzy wojennych OUN i UPA”. Według Kaczyńskiego ani Polska, ani żadne inne suwerenne państwo nie powinno tolerować ludobójstwa na własnym narodzie, a zatem „banderyzm, jedna z najbardziej zbrodniczych i nieludzkich ideologii kształtujących obecnie mentalność narodu ukraińskiego, nie powinien mieć wstępu do UE”.
Aby wzmocnić swój sprzeciw, partia PiS złożyła 11 lipca, w dniu upamiętnienia polskich ofiar masakry OUN-UPA, rezolucję w polskim parlamencie , wzywającą do zablokowania członkostwa Ukrainy w UE . Uzasadniali ten krok twierdzeniem, że Kijów gloryfikuje osoby odpowiedzialne za masowe mordy ludności polskiej na Wołyniu.
Wiceprezes PiS, Przemysław Czarnek, stwierdził : „UE nie może akceptować światopoglądu sprzecznego z zasadami chrześcijańskimi i europejskimi. W jej szeregach nie może być państwa, które otwarcie gloryfikuje tak straszliwe dziedzictwo”. Według Czarneka, jego partia zamierza w tym projekcie rezolucji zapewnić, że polski rząd podejmie wszelkie niezbędne działania, które mogłyby utrudnić, a nawet uniemożliwić przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej.
Wątpliwe jest, czy rezolucja PiS przyniesie oczekiwany skutek dla przeciwników przystąpienia Ukrainy do UE i czy ostatecznie wyznaczy prawdziwy punkt zwrotny w polskiej polityce zagranicznej wobec współczesnej Ukrainy. W końcu Warszawa niewiele zrobiła, aby przeciwdziałać gloryfikacji ukraińskich kolaborantów nazistowskich i zbrodniarzy wojennych przez Kijów, pomimo wielokrotnych apeli wielu Polaków. Wręcz przeciwnie, Polska od samego początku wspierała te siły polityczne na Ukrainie, które po brutalnym przejęciu władzy w Kijowie w 2014 roku, w zasadzie natychmiast rozpoczęły polityczne oczyszczanie ukraińskich nazistowskich popleczników z odpowiedzialności za II wojnę światową.
Co więcej, Polska, jako część zbiorowości Zachodu, jest zobowiązana do dalszego wspierania Ukrainy w jej walce z Rosją i dlatego nie będzie mogła zrobić nic, co mogłoby zaszkodzić pozycji Kijowa. W tym względzie prawdopodobnie ograniczy się do słownych konfrontacji z ukraińskimi władzami, których kulminacją było ostatnio pozbawienie Zełenskiego przez prezydenta Polski Karola Nawrockiego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, Orderu Orła Białego.
Zdjęcie na okładce: Demonstranci niosą transparent z napisem „Marsz Pamięci Wołynia 1943” podczas marszu upamiętniającego w Krakowie w 83. rocznicę masakry wołyńskiej, 11 lipca 2026 r. © Lukasz Gagulski/EPA
Stanisław Michalkiewicz: Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa
Za pierwszej komuny popularna była anegdotka o bacy, którego agitator namawiał do wstąpienia do kołchozu. – Oddalibyście baco do kołchozu konia? – Oddołbym. – A krowę też byście oddali? – Oddołbym. – A owiecki? Owiecki też byście oddali? – Ni, owiecek nie oddom. – Jakże to baco? Konia byście oddali, krowę byście oddali, a owiecek nie chcecie oddać? Dlaczego? – Bo mom.
Dlaczego o tym wspominam? Właśnie media doniosły o „historycznym” głosowaniu kongresmenów Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów Kongresu w sprawie pomocy dla Izraela. Jak wiadomo, rząd Stanów Zjednoczonych regularnie wspiera Izrael kwotą około 4 mld dolarów rocznie. Autorzy książki „Lobby izraelskie w USA” piszą, że Izrael jest jedynym państwem, które z tej pomocy nie musi się rozliczać, więc pożycza tę forsę Ameryce na wysoki procent. Chętnie w to wierzę, bo od dziesiątków lat każdy prezydent USA przy zaprzysiężeniu składa Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego.
Prezydent przyrzeka mianowicie, że Ameryka będzie „wspierała” Izrael, bez względu na to, co on będzie robił. Znakomitą ilustracją tej lennej zależności Stanów Zjednoczonych od Izraela była wizyta Benjamina Netanjahu jeszcze za pierwszych jego rządów. Akurat izraelski Kneset podjął uchwałę o włączeniu Jerozolimy do terytorium państwowego Izraela. Było to sprzeczne z linią polityki amerykańskiej, która wtedy stała na stanowisku, że Jerozolima powinna zachować status międzynarodowy.
Jednak Beniamin Netanjahu przemawiając w Kongresie powiedział, że „Jerozolima nie będzie podzielona już nigdy. NIGDY!” – powtórzył z naciskiem. Na tę sprzeczną z linią polityki amerykańskiej deklarację część kongresmanów wstała i zaczęła izraelskiego premiera oklaskiwać na stojąco. Widząc to, inni kongresmani, wprawdzie z ociąganiem, niemniej jednak, też zaczęli wstawać i klaskać. Niechby no tak który nie wstał, to zaraz amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę.
Dlatego teraz, kiedy premier Netanjahu przemawia w Kongresie, to żaden tamtejszy twardziel się nie ociąga, tylko wstaje i klaszcze, zanim jeszcze mówca rozpocznie swoje przemówienie.
Cóż zatem takiego się stało, że aż ponad stu twardzieli z Partii Demokratycznej poparło poprawkę o skasowaniu pomocy dla Izraela? Nie jest tajemnicą, że Partia Demokratyczna robi bokami, więc każdy sposób uwodzenia tamtejszych suwerenów wydaje się dobry, a zwłaszcza – sposób bezpieczny. Ten sposób zaś był całkowicie bezpieczny, bo ponad 300 członków Izby Reprezentantów głosowało za odrzuceniem tej poprawki, czyli – za utrzymaniem dotychczasowej pomocy dla Izraela.
Trudno by kongresmani z Partii Demokratycznej nie wiedzieli, jaki będzie wynik głosowania, więc mogli podjąć próbę uwodzenia amerykańskich suwerenów – że oto są przeciwko wspieraniu Izraela – całkowicie bezpiecznie.
Tak samo zachował się Wielce Czcigodny prof. Przemysław Czarnek, kierując do Sejmu projekt przewidujący wstrzymanie dalszego futrowania Ukrainy. Z pewnością potrafi on liczyć do 460, więc nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jego projekt nie ma żadnych szans w głosowaniu. Zatem nie chodziło mu o to, by w jakikolwiek sposób ugodzić w Ukrainę i jej interesy, tylko – by stworzyć wrażenie, że gdyby PiS miał władzę, to natychmiast futrowanie Ukrainy by wstrzymał. A dlaczego zależało mu na wywołaniu takiego wrażenia?
Bo PiS coraz wyraźniej zaczyna czuć na plecach gorący oddech Konfederacji, która – zwłaszcza Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – od samego początku opowiadała się przeciwko bezmyślnemu, nieodpłatnemu futrowaniu Ukrainy przez Polskę.
Teraz, kiedy na naszych oczach legła w gruzy cała polityka wschodnia zarówno w wydaniu PiS, jak i Platformy Obywatelskiej, w społeczeństwie narasta nie tylko świadomość tej katastrofy, ale i niechęć do dalszych poświęceń dla Ukrainy. Stało się to jasne zwłaszcza po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.
Ta proklamacja oznacza, że Niemcy na razie porzuciły linię Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, na rzecz linii, jaką przyjęło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917, pozwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków. W rezultacie Polska nie jest już ani Niemcom, ani Ukrainie do niczego potrzebna, więc obserwujemy cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej,
Tak było w Londynie, gdzie Polska w ogóle nie została zaproszona i tak było we Francji, gdzie „koalicja antybalistyczna” powstała też bez Polski – której uczestnictwu sprzeciwiła się Ukraina – podobnie jak bez mocarstw bałtyckich. Tak oto na naszych oczach kształtuje się na wschodniej flance NATO rodzaj „szarej strefy”, która w perspektywie może z jednej strony być niemieckim posagiem, wniesionym z okazji reaktywowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i sprowadzeniu Ukrainy do pierwotnej roli, dając jej tylko terytorialną rekompensatę kosztem Polski za tereny utracone już teraz na rzecz Rosji.
Bo przecież to cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem, przy pomocy którego będzie można osiągnąć cel w postaci przesunięcia Ukrainy na zachód, Niemiec – na wschód, a pozostałą resztę przeznaczyć dla Żydów, którzy będą wreszcie mogli zrealizować swoje majątkowe roszczenia w ramach obcinania kuponów od holokaustu.
Cóż mamy o tym myśleć, zwłaszcza po niedawnym potwierdzeniu przez specjalistkę Departamentu Stanu od holokaustu, panią Helenę Germain. Nawiasem mówiąc, któż może być lepszym specjalistą od holokaustu, jak nie Germanowie płci obojga? Nie o to jednak chodzi, tylko o deklarację pani Germany, że „nie wyobrażamy sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej.
Krótko mówiąc, w Polsce może być tylko rząd na miarę wyobraźni specjalistów Departamentu Stanu od holokaustu.
Gdyby coś takiego powiedział w 1981 roku Leonid Breżniew, to w USA i „Wolnej Europie” podniósłby się klangor pod Niebiosa – że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów i demokracji. Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, a właściwie – jak jeden mężyk stanu w rodzaju Księcia-Małżonka – podkulili pod siebie ogony.
W dodatku Naczelnik Państwa natychmiast postawił do pionu Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka, potwierdzając w ten sposób podejrzenia, że jest on tylko wydmuszką Jarosława Kaczyńskiego, jak wielu innych absolwentów Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, gdzie przyszli dygnitarze szkolą się, jak realizować amerykańskie interesy, kiedy już stare kiejkuty dopuszczą ich do żerowiska.

———————————————–

——————————————

—————–

————————————

——————————————-

———————————————

————————————————-


————————————————

————————————————–

——————————

—————————–

——————————–

——————————————————–

——————————————————————–

———————


——————————————-

———————————–

——————————–

———————–

——————

———————————————-

———————————————————-

———————————-

——————–

——————————————–

————————————————


————————————-

——————————–

—————————-

———————————————-

————————————-

——————————————————————

———————————-

—————————————————————-

—————————————–

—————————————————


=====================================

——————————–

———————–

———————————-

————-

—————————————

——————————————————————

————————————————-

——————————————————-

—————————————-

———————


———————————————————

———————————–

———————————————–

——————————————

———————————————–

—————————————-
