Vioxx: Przegrana walka z bólem. Drogi marketing, czyli łapówki.

https://antykorupcja.gov.pl/ak/retrospekcje/retro/5166,Przegrana-walka-z-bolem.html

W 1999 roku koncern farmaceutyczny Merck wprowadził do sprzedaży lek przeciwbólowy Vioxx. W starciu z dotychczasowym liderem na półkach aptek Clebrexem, firmie miał pomóc wizerunek znanego reumatologa dr Roya Altmana.

Jak podał w lutym 2005 roku „New York Times”, w 1999 roku, podczas kolacji w Miami, przedstawiciel koncernu spytał Altmana, co chciałby w zamian za wsparcie kampanii Vioxx. Doktor przyznał później, że zażyczył sobie badań klinicznych z wykorzystaniem Vioxx, na co Merck przystał i wyłożył 25 tysięcy dolarów. Jednak w wewnętrznych dokumentach firmy istnieje zapis, w odpowiedzi na propozycję, ze słowami Altmana: „Pokażcie mi pieniądze”.

Podczas procesu, jaki później wytoczono producentowi leku, który prawdopodobnie przyczynił się do śmierci wielu osób, doktor Robert Ettinger, reumatolog z Teksasu powiedział: „Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że w tamtym czasie istniał olbrzymi marketing, podobny do wojny między Coca-Colą i Pepsi”.

Firmy farmaceutyczne często starają się przeciągnąć lekarzy na swoją stronę, oferując im wykwintne posiłki, zatrudniając jako prelegentów, czy współfinansując szkoły medyczne. Jednak Merck, „według niektórych” [sic !! md] przekroczył granicę legalnej promocji.

9 listopada 2007 roku firma farmaceutyczna Merck&Co zgodziła się zapłacić 4,85 miliarda dolarów odszkodowania, kończąc w ten sposób tysiące stanowych i federalnych pozwów w sprawie szkodliwości działania tego specyfiku, co było jednocześnie największą ugodą, jaką kiedykolwiek zawarto z producentem leków.

W omawianym przypadku Vioxx wycofano z półek po przeprowadzeniu wewnętrznych badań, dowodzących, iż powoduje on poważne niedomagania serca u stosujących go pacjentów. Sprawa przykuła uwagę również dlatego, iż dobrze obrazuje przemysł farmaceutyczny w Stanach Zjednoczonych, gdzie setki milionów dolarów są wydawane na promowanie szlagierowych farmaceutyków danej firmy, generując dla niej olbrzymie zyski.

Artykuł w „New York Times” sugerował, że środki przeznaczone dla lekarzy przepisujących Vioxx były w praktyce łapówkami, a w materiałach firmy istniał dokument zatytułowany „Oczekiwany wynik/zwrot inwestycji”, co jednoznacznie odnosiło się do marketingu związanego z Vioxx.

W dokumentach Merck znaleziono też notatkę wspominającą o doktorze Maxie Hamburgerze z Melvill w stanie Nowy Jork, ubiegającego się o finansowanie wypoczynku dla grupy lekarzy, którym przewodził. Podczas tego zjazdu mieli się oni zastanowić nad stworzeniem wytycznych przy wypisywaniu recept na konkretne leki. Ustalono, że firmy, które przyczynią się do finansowania grupy otrzymają preferencyjny status, podczas, gdy te, które tego nie zrobią, będą mieć utrudnione kontakty. Cena minimalna za podwyższony status wynosiła, według notatki Merck, 25 tysięcy dolarów.
Źródła: wsws.org; nytimes.co; mediweb.pl

Lekarze na kowidowym froncie. Wydaliśmy na kowida ponad 28 miliardów więcej niż normalnie.

Dziś będzie o lekarzach i od razu muszę zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze znam ich bardzo wielu i o tych co znam nie mogę złego słowa powiedzieć. Ale to wcale nie znaczy, że u nich się dobrze dzieje, gdyż nie jestem zwykły widzieć tylko to i wiedzieć tylko o tym, czego sam wyłącznie doświadczyłem. Po drugie – nie za często zdarza mi się zaglądać do cudzych kieszeni, ale w przypadku czegoś co jest traktowane jak służba, lecz wynagradzane z publicznych środków, robię sobie wyjątek.

Od dawna uważałem, że polscy medycy zarabiają za mało. Że muszą dobrabiać, wchodząc w system szarości, czyli współtworząc go, gdzie czasami trudno rozróżnić co jest praktyką prywatną a co jest robione w sferze państwowej. Oddziały szpitalne to często prywatne folwarki ordynatorów z podległościami jak w średniowiecznej hierarchii typu suweren-wasal. Tak było od dawna, naród-pacjent się do tego przyzwyczaił, odtwarzając siłą rzeczy narzucone mu reguły gry. Pojawiły się dwie alternatywne rzeczywistości: prywatna i państwowa i co zamożniejsi nigdy nie przebywali w tej drugiej, żyjąc w pewnej nieświadomości, co do realiów, dopóki nie było tak ciężko, że system prywatny, co ma w zwyczaju, nie przesyłał do systemu publicznego co cięższych (i droższych) przypadków.

Kowid zrównał te obie sfery. Biedny czy bogaty (z małymi wyjątkami, patrz: Janda) równo został potraktowany przez system. Na początku ten nagle zdemokratyzowany lud nawet bił brawo po balkonach Kwarantanny Pierwszej. Pamiętam (nie mogę znaleźć w internecie kopii) nawet jak kompletnie bezradna wtedy Unia Europejska (gdzież te czasy zamienione na kowidową butę, pamięta kto?) miała dzień bicia brawek nawet u siebie na sali obrad. Biliśmy brawo na wyrost, w podzięce, że cały system zadziałał (?) i w nadziei, że ktoś stoi na straży. Czy stał – to już osobna sprawa.

Wiele krajów rozpoczęło swoje strategie kowidowe, gdzie system zdrowia był jednocześnie narzędziem, ale i granicą wyznaczającą progi wydolności podjętych działań. Główny problem z lekarzami był taki, że – pomijając strategie władz państwowych – do ich uzasadnienia wytaszczono przed ekrany ludzi w fartuchach, i to na nich w dłuższej perspektywie padła społeczna odpowiedzialność za działania kowidowe w obszarze zdrowia publicznego. To nie tylko niesławna Rada Medyczna, ale i wielu lokalnych „bohaterów” wygenerowanych przez zaciąg kowidowych celebrytów, którzy mieli ewidentny ciąg na szkło. A że z mediami jest tak, że trzeba codziennie budować napięcie od nowych progów, mieliśmy do czynienia z eskalowaniem narracji ze strony uznanych sław lekarskich. A ci odwrotnie niż w znanym wierszyku przestraszali, tumanili, by w końcu – śmieszyć. I wszystko to poszło na konto medyków.

System zdrowia się zamknął, głównie z powodu procedur, ale i przyjęcia przez środowisko wygodnej formuły teleporad, co oznaczało, że aby się leczyć trzeba było być zdrowym. Przypadek ciężki, gdyż i sam system nie dawał jasnych wytycznych JAK i CZYM leczyć pacjenta. Zwłaszcza na podejrzane wyglądało sekowanie wszelkich potencjalnych i istniejących lekarstw, których można było użyć, a co najmniej spróbować. Mieliśmy więc do czynienia z sytuacją zero-jedynkową: „leczenie” teleporadą albo szpital, a tam i tak nie leczono, tylko czekano czy pacjentowi zaskoczy układ odpornościowy, z rezerwą respiratorową w tle. Do tego doszły okrutne praktyki związane z testowaniem przy przyjęciu do szpitala i nieszczęście gotowe. Doszło do nadmiarowych zgonów na niespotykaną skalę i zaniku społecznego szacunku do lekarzy. Jak do tego dodać „ustawę o dobrym samarytaninie”, która de facto zdejmowała z medyków odpowiedzialność za swoje błędy, głównie zaś zaniechania, to można było zobaczyć, że i struktura, i pojedynczy lekarze nie wytrzymali ciśnienia. Ciśnienia pokusy.

W internecie zaczęły krążyć całe zestawy filmików jak to się na oddziałach kowidowych (z nudów?) bawi personel, jednocześnie wylewając krokodyle łzy swoich medialnych przedstawicieli, jak to jest trudno i że ludzie (coraz bardziej niefrasobliwi) umierają. Aż przyszła szczepionka. Okazało się, że jedyne lekarstwo (?), w dodatku aplikowane (czego się nie robi) w trakcie pandemii. I to już właściwie zakończyło sprawę kwestii leczenia czymkolwiek. Medycy stali się gremialnie ambasadorami szczepiennej dobrej nowiny. Choć zaraz okazało się, że procent niezaszczepionego personelu jest zaskakująco spory, i to w wielu „rozwiniętych” krajach. Tam władza obostrzeniami i wywalaniem z pracy chciała przymusić do szczepień ten, świadomy przecież jak nikt inny, element ale poszło źle. Zwolniono tysiące lekarzy, np. w USA i Wielkiej Brytanii, system się bez nich kompletnie załamał i trzeba było władzom ugiąć karku i przyjąć ich z powrotem.

Ostatnio wyszły

kolejne kwiatki. Pieniądze. Wcześniej o tym taktycznie nie mówiono. Była służba, misja, ba – niech im tam się płaci, mamy wirusa wszędzie a oni na pierwszym froncie. Pomijam czy tak bardzo na pierwszym froncie. Idzie bowiem równolegle z falami pandemicznymi inna fala. Kiedy ta pandemiczna opada powstają pomysły, żeby chociaż wtedy odejść od dodatków kowidowych dla służby zdrowia. Wtedy (zawsze) podnosi się, szybko tłumiony pieniędzmi, postulat ze strony środowisk medycznych, że jak nie będą płacić to nie będziemy leczyć. Bo się boimy. Pomijam kwestię misji, ale okazuje się, że jak się zapłaci, to wirus nie taki straszny. Że ginie po 16.00, kiedy magicznym sposobem lekarz państwowy przeradza się w praktykę prywatną. Ale chciałem przypomnieć, że w takim kontekście to pacjent ma poczucie, że płaci tyle samo, zaś usługę ma gorszą i jeszcze go wyśmiewają ludzie w fartuchach przed ekranami, że debil się za późno zgłosił. Ale czy pacjent płaci tyle samo?

No niby składka jest ta sama (niektórym wzrosła w ramach Nowego Ładu, żarcik taki, głupi) ale czy służba zdrowia dostaje tyle samo? No nie:

Wydaliśmy na kowida ponad 28 miliardów więcej niż normalnie, nie chcę nawet – nie tu miejsce – dywagować czy sensownie. To znaczy, czy przyniosło to dobry efekt, bo pieniądze to jedno, a zaangażowanie (patrz obniżona bezkarność w ramach „dobrego samarytanina”) i procedury to drugie. Chodzi o strukturę, czyli ZA CO płacimy więcej. Popatrzmy: za przekształcenie oddziału na kowidowy (duża kasa i to od razu do decydentów), ale zejdźmy niżej – do personelu: POZ dostaje dodatek za wymazanie kowida, szpital za podpięcie do respiratora, czy za wypisanie aktu zgonu. I w przypadkach jednostkowych mamy takie kwiatki, gdzie np. pacjent z ostrym zapaleniem wyrostka, bezobjawowo pozytywny jest pacjentem liczonym (i traktowanym) jak kowidowy.

Ten system działa tak, jak ktoś celnie opisał na podstawie analogii do samochodu: „Znacie warsztat samochodowy który ma większy zysk gdy nie naprawia samochodów i dostaje dodatkowe pieniądze jak uda mu się przetrzymać pojazd na warsztacie bez naprawy a bonus jak uda się je zezłomować? Ja też nie. To czemu lekarze tak właśnie mają”.  

Ja wiem, że nasza służba zdrowia stoi już na emerytach, którzy wcale nie muszą. Nie wiem czy do tak ważnej kontynuacji działalności zawodowej zmusza ich sytuacja materialna czy posłannictwo. Pewnie i to, i to. Ale moim zdaniem system jest korumpowany i poddaje się temu bez żalu. Kiedy władza dochodzi do konstatacji, że idzie (trzeba wywołać – niepotrzebne skreślić) jakaś fala, to system wie co robić. Skieruje większe ilości pacjentów na testy (wystarczy tylko zmienić wytyczne), te automatycznie wyprodukują „skoki” zakażeń, bo im częściej mierzymy tym częściej wychodzi prawda, że większość z nas to przeszła.

To z kolei generuje falę w szpitalach, którą też można (ostatni widzieliśmy ten proceder) łatwo wykazać jako falę niezaszczepionych płaskoziemców, potem mamy już szpitalne procedury, nie chcę nawet myśleć, żeby stymulowały one szybsze kładzenie pod respirator. W końcu klasyfikacje pacjentów Z kowidem jako absolutnie zakaźnych, na opisie zgonów NA kowid skończywszy. Każdy z tych etapów jest bodźcowany finansowo. Stąd się potem biorą takie kwiatki, jak w Wadowicach, gdzie lekarz zarobił ponad pół miliona w 10 miesięcy.

Jeszcze raz – ja jestem za tym, żeby lekarze zarabiali porządnie. Piszę to również we własnym interesie. System zdrowia i przed kowidem był bardzo drogi, z czego niewiele ściekało do medyków, stąd budowa alternatywnego systemu opieki, drugi raz za pieniądze pacjentów. Ale te zostały jeszcze dodatkowo zdublowane.

I co dostaliśmy w zamian? Kowidozę, rzecz jasna. Inne, tańsze w procedurach jednostki chorobowe – poznikały. Jeśli za tym idą państwowe pieniądze, to system sam wie co robić. Ma interes, by kowid falował i by ta zabawa trwała bez końca.

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/22-01-lekarze-na-kowidowym-froncie/

22 stycznia, dzień 691.

Lekarka [nie] odpowiada przed sądem za to, że nie przebadała kobiety mającej zawał i wysłała ją na oddział covidowy. Pacjentka zmarła.

W częstochowskim sądzie rozpoczął się proces młodej lekarki z miejskiego szpitala. Akt oskarżenia dotyczy narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Jak twierdzi prokuratura, podejrzana bez badania, bazując na oświadczeniu ratowników medycznych, uznała, że pacjentka ma objawy koronawirusa. Tymczasem 87-latka przechodziła zawał i zmarła. Podczas pierwszej rozprawy oskarżona nie przyznała się do winy i odmówiła składania wyjaśnień.

Prokuratura Okręgowa w Częstochowie skierowała do Sądu Rejonowego w Częstochowie akt oskarżenia w tej sprawie w sierpniu 2021 roku. Według ustaleń prokuratury, 5 maja 2020 roku 87-letnia kobieta została przywieziona przez pogotowie ratunkowe do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Miejskiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie.

Przyczyną interwencji pogotowia było podejrzenie zawału serca pacjentki, w związku ze zgłaszanymi dolegliwościami w postaci duszności i bólu w klatce piersiowej.

– Lekarka, która pełniła dyżur uznała, że kobieta wymagała izolacji z uwagi na zgłaszaną duszność, gdyż taki objaw sugerował podejrzenie zakażenia koronawirusem. Lekarka nie przeprowadziła jednak badania pacjentki, bazując wyłącznie na oświadczeniu ratowników medycznych. W związku decyzją lekarza kobieta została przewieziona [—]

Jak twierdzą śledczy, lekarz pełniący dyżur na oddziale zakaźnym nie stwierdził u pacjentki objawów choroby zakaźnej, uznając jednocześnie, że z uwagi na niewydolność układu krążenia wymaga ona pilnej interwencji w szpitalnym oddziale ratunkowym lub oddziale chorób wewnętrznych. Skutkowało to przewiezieniem karetką kobiety do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Częstochowie (znajduje się w innym miejscu), gdzie nastąpił jej zgon.

[—-]

Na pierwszą rozprawę zaplanowano przesłuchanie oskarżonej. Rozprawa była krótka, bo lekarka nie przyznała się do winy i odmówiła składania zeznań, a także odpowiedzi na pytania. Kolejna rozprawa została wyznaczona na 30 marca 2022 roku.

https://dziennikzachodni.pl/lekarka-odpowiada-przed-sadem-za-to-ze-nie-przebadala-kobiety-majacej-zawal-i-wyslala-ja-na-oddzial-covidowy-pacjentka-zmarla/ar/c1-15983927

Plan tych z WHO: „NOWA NORMALNOŚĆ” to ciągle szpryce co parę miesięcy.

Niemcy szykują się na czwartą turę szczepień. Akcja ma ruszyć latem, najpóźniej jesienią 2022.

Szczepienia przeciw Covid-19 miały być gwarantem powrotu do normalności. Tymczasem dotychczasowe doświadczenia wskazują, że rządy wciąż sięgają po lockdowny, a „normalnością” stają się… kolejne szczepienia.

W Niemczech eksperci już wieszczą, że trzecia tura szczepień, jaka ma teraz miejsce, nie będzie ostatnią, a przed kolejnym sezonem grypowym, potrzebne będą „dawki przypominające”.

Opinię taką przekazał Ulrich Weigeldt, szef niemieckiego Związku Lekarzy Rodzinnych. W jego ocenie, kolejne szczepienie konieczne będzie latem 2022 roku, lub najpóźniej jesienią. „Lekarz” prognozuje też, że być może czwarta dawka będzie mogła być podawana wraz ze szczepionką przeciwko grypie. Nie krył też, że celem jest to, by szczepienia przeciwko koronawirusowi weszły na stałe do kalendarza i stały się rutyną.

Przyspieszaczem szczepień jest wariant Omikron. Jeśli będzie się on nadal rozprzestrzeniał, to – jak uważają „eksperci” – kolejną (czwartą) dawkę szczepionki należałoby przyjmować już po trzech miesiącach od trzeciej!

Póki co nawet producent nie wie czy czwarta dawka będzie „dostosowana” do wariantu Omikron.

[Wg. https://pch24.pl/niemcy-szykuja-sie-na-czwarta-ture-szczepien-akcja-ruszy-latem-najpozniej-jesienia ]