Netanjahu, czyli powrót Stirlitza?

Netanjahu, czyli powrót Stirlitza?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

okł bibi

19 kwietnia, wpis nr 1404 dziennikzarazy/netanjahu-czyli-powrot-stirlitza

Wszyscy – z ulgą jednak – cieszą się z możliwego końca wojny w Iranie, choć z komunikatów wynika, że to może nie być nawet dwutygodniowa pieredyszka. Strony – uwaga, dwie z trzech, co nie jest tu bez znaczenia – mają się dogadać jak zakończyć te wojnę. Największy problem w tym, że każda ze stron odtrąbi swoje zwycięstwo. Trump – to proste, ten zmieniał swoje deklarowane cele wojny w miarę jej przegrywania, a więc bez obciachu ogłosi dowolne ustalenia za swój sukces. Nawet jeśli, a na to się zanosi, sytuacja Iranu po tej wojnie będzie lepsza niż przed nią, kiedy Iran kasy za przepływ cieśniną Ormuz nie pobierał, a teraz pobierał będzie. Iran już od dawna ogłaszał komunikaty odwrotne od Trumpowskich i był w tym bardziej wiarygodny, gdyż dowoził swoje stanowisko: żyjemy, walczymy, opieramy się, nigdy się nie poddamy, nie negocjujemy warunków amerykańskich.

Wojny, po zakończeniu których każdy deklaruje się zwycięzcą mają jedną charakterystyczna cechę. Stanisław Lem, w Bajkach Robotów, czy nawet w swojej Cyberiadzie, opisywał sytuację dwóch walczących królestw, które prowadziły wojnę przez lat kilkanaście, zaś po jej zakończeniu odbyła się zaraz dodatkowa, malownicza wojna trwająca już kilka lat, której powodem było to, że nie można było ustalić kto wygrał w tej pierwszej. Boję się, że będzie teraz tak samo, bo nierozstrzygnięte wojny same proszą się o dogrywki.

Siedemnaście mgnień wiosny

Jestem już w tym wieku, że jeszcze pamiętam kultowe programy z PRL-u. Był taki radziecki serial „Siedemnaście mgnień wiosny” z kultową postacią SS-mańskiego wysoko postawionego oficera, Stirlitz’a, granego przez równie kultowego Wiaczesława Tichonowa. Dla Polaków była to rywalizująca radziecka podróba polskiej „Stawki większej niż życie”, też z polskim szpiegiem w niemieckim mundurze, Klossem, którego grał Stanisław Mikulski. Polski szpieg u Niemca był raczej takim przyfrontowym wywiadowcą taktycznym: tu meldunek, tam most, tu łączniczka, tam uwolnienie więźnia. Stirlitz działał inaczej – na szczytach faszystowskiej władzy. Jego misją szpiegowską nie było podkradzenie jakichś map, ale wywarcie wpływu na konkretne, nawet nie militarne, a wręcz geopolityczne decyzje Hitlera i jego otoczenia.

Mieliśmy wtedy w serialu do czynienia z końcową fazą II wojny światowej: był już otwarty, o co błagał Zachód Stalin, drugi front, który miał dzielić hitlerowskie wojska i odciążać Sowietów. To był też ciekawy wyścig – Stalin z jednej strony chciał drugiego, zachodniego frontu, ale – z innej strony – nie za bardzo chciał, by ten posuwał się zbyt szybko. Dawało to szansę Stalinowi na zagarnięcie lwiej części Europy, kiedy alianci grzęźli choćby we Francji, czy we Włoszech. A więc wymagało to subtelnego balansowania pomiędzy popędzaniem Zachodu a mitygowaniem jego terytorialnych postępów. Skończyło się na Łabie oraz na Żelaznej Kurtynie, dzielącej świat na pół. Stalin nie był za bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, gdyż liczył w 1941 roku, że sam, wtedy już bez oporu „ratowanej” Europy Zachodniej, zdobędzie ją całą wśród kwiatów, podziękowań od jej mieszkańców, pod pretekstem wyganiania z niej Hitlera.

Ale Stalin bał się jednego – bał się, że Zachód może podpisać separatystyczny pokój z Hitlerem. Tworzyłoby to trudną sytuację dla Moskwy. Hitlerowcy już by nie walczyli na dwa fronty, mogliby się skoncentrować na jednym kierunku, zaś pomoc techniczna i sprzętowa Zachodu dla Sowietów, na której w dużej mierze stała Moskwa, mogłaby się skończyć. Taki pokój Zachodu z Hitlerem był więc dla Sowietów niebezpieczny, ale i daleko poniżej planów Rosji. Prozachodnie Niemcy pozostałyby jednak na mapie, jako quasi sojusznik Zachodu przeciwko komunistycznemu zagrożeniu płynącemu z Rosji, pochód do Europy sowieckich żołnierzy mógł się opóźnić, a nawet skończyć i Moskwa wyszłaby z tej wojny jako przegrana, nie tak jak się okazało w rzeczywistości po zakończeniu wojny – jako mocarstwo balansujące połowę świata.

I misją Stirlitz’a było niedopuszczenie do takiego separatystycznego pokoju. Rył tam potwornie, używał pokracznych kombinacji logicznych typu „Stirlitz myślał, że Schellenberg podejrzewał, że Himmler wie…”, by tylko rozsupłać wątłą nić kto tam się chce pokątnie dogadywać z Zachodem i kto z Zachodu jest zwolennikiem takiego ruchu. Z tej dziwacznej kombinatoryki wzięły się wszystkie te późniejsze dowcipy o pokręconej logice Stirlitza. To przysłoniło ludzką pamięć o czym właściwie jest ten serial, w rzeczywistości był on o najsubtelniejszej lidze wywiadu – wywieraniu wpływu na kluczowe decyzje wrogiego kraju – bez wystrzału, podkładanego dynamitu, bez możliwości demaskacji.

Siedemnaście mgnień Izraela

Dzisiaj Izrael zdaje się być takim Stalinem. Dla niego jakikolwiek pokój Ameryki z Iranem stanowi śmiertelne zagrożenie. Będzie pod takim pokojem rył ile wlezie i już od pierwszych dni widać, że będziemy mieli bliskowschodnie „siedemnaście mgnień wiosny”. Udział USA w tej wojnie był dla Izraela kluczowy. Bez Stanów Izrael nie wybrałby się tak łatwo na tę przygodę, choć tym, że tak może zrobić udało mu się podobno… zaszantażować Trumpa. A więc cóż było wtedy robić Amerykanom – skoro i tak Izrael miał wskoczyć do tego basenu z niewiadomym poziomem wody, to trzeba było się złapać za ręce i skoczyć wspólnie. Na tym ma polegać wyjątkowość relacji Ameryki z Izraelem. Na aktach samobójczych, ale tylko dla USA.

Jeśli Amerykanie się dogadają z Iranem, to Izrael straci nie tylko zasobnego i bojowego protektora. Nie tylko zostanie sam z tym całym pasztetem. Po pierwsze – dla solowego wtedy Izraela – wśród państw Zatoki, bez Amerykanów, spadnie gwałtownie jakiekolwiek uzasadnienie do żydowskich ataków na Iran. Kwestia walki z irańskim programem atomowym, czy choćby rakietowym, okazała się bajką dla naiwnych, coś jak z bronią masowego rażenia jako uzasadnieniem napaści na Irak. Wiadomo, że nie o to chodzi – Izraelowi wyraźnie chodzi o dominację w regionie, nawet kosztem jego podpalenia, a to nie musi się podobać wszystkim mieszkańcom tej części świata.

Po drugie – wyjdzie sprawa potrzeby sprzętowego wspierania Izraela przez USA. Można się spodziewać, że – szczególnie w USA, szczególnie przed jesiennymi wyborami – ktoś zacznie dopominać się o zaprzestanie sprzętowego wykrwawiania się Ameryki i Izrael zostanie na własnym, skromniejszym garnuszku. A tu – jak udowodnił Iran – mamy do czynienia z wojną na zasoby, którą Iran wygrał. Jest to dla Izraela zła wiadomość.

Jak będą działać izraelskie Stirlitz’e?

Po pierwsze – taktycznie. Izrael wyraźnie określił się, że ustalenia amerykańsko-irańskie go nie dotyczą. Jest to kłopot dla Trumpa, gdyż nie wiadomo co on teraz będzie negocjował. Zawieszenie broni w wojnie w Zatoce, czy zawieszenie broni pomiędzy tylko dwoma stronami? Jeśli to drugie, to dla Iranu to porozumienie jest funta kłaków warte. Może Amerykanie nie będą już atakować Iranu, ale mogą to zrobić Żydzi, co dla atakowanych nie czyni większej różnicy co do stanu obecnego. Na razie Izrael nie atakuje Iranu, ale wali w Liban, a to przecież „ta sama wojna”. Tu się będzie odbywać codzienne wysadzanie jakichkolwiek rozmów- w Libanie. Ot, po prostu, korzystając z zamieszania, Izrael poszerza swoje terytoria, nie certoląc się z ludnością cywilną.

Można się także spodziewać prowokacji pod fałszywą flagą. Ot, będą sobie szły jakieś optymistyczne negocjacje, a tu nagle jacyś nieznani Kurdowie odpalą atak, powiedzmy na negocjatorów i wszystko zacznie się od początku. Poleci jakaś anonimowa rakieta nie wiadomo skąd do jakiegoś tureckiego Przewodowa i wyeskaluje się konflikt, pomimo zarzekania się Trumpa o pokoju. Zanim się dojdzie (jeśli w ogóle ) kto strzelił i kiedy – powrót wojny będzie już na pełnej petardzie.

Co ciekawe mamy tu złożony konflikt interesów Izraela i… Ukrainy. Tej, odwrotnie do Izraela, zależy jak najbardziej na zakończeniu konfliktu w Zatoce. Ta wojna odciąga uwagę świata oraz intencje i możliwości pomocowe USA wobec Ukrainy. I tak jak Żydzi poślą w bój nie jednego Stirlitza, by ten rył pod pokojem, tak Ukraina pośle w bój wielu swoich, by zabiegali o jak najszybszy pokój w tym rejonie. Będzie to więc malownicza walka wywiadu izraelskiego i ukraińskiego.

Stirlitz w Waszyngtonie

Moim zdaniem Żydzi będą kwestię pokoju rozgrywać również w samej Ameryce. Mają tam swoje, od dawna namierzone, choć kwestionowane, możliwości wpływu, całe zastępy Stirlitz’ów i ich popleczników, również na Kapitolu, co dopiero w Białym Domu. Trzeba będzie grzać temat – będzie to podkreślanie kapitulanckich ewentualnie ustaleń dealu powojennego. Tu się może dużo wydarzyć. Ale będzie to wymagało odwrócenia trendów w amerykańskim społeczeństwie. A ono wyraźnie nie sprzyjało, z trendem rosnącym w czasie, tej wojnie, a więc z chęcią zobaczy jej koniec. Ale jest to koniec, którego nie chce zobaczyć Izrael. Należy się więc ze strony żydowskiej spodziewać argumentów wszelakich, ale większość z nich będzie osadzona w głębokim syjonizmie, wspieranym dziejowym i religijnym posłannictwem „narodu wybranego” – a ta bajeczka zaczyna się powoli Amerykanom nudzić.

60% Amerykanów uważa, że Izrael ma za duży i szkodliwy wpływ na amerykańską politykę. Jest to przewrót kopernikański w relacjach społecznych, gdyż do tej pory Amerykanie kupowali bajeczkę o wyjątkowości relacji z Izraelem, może powodowanej wzmaganą przez Izrael, zaś skrzętnie chowaną przez Waszyngton, całkiem realną konstatacją, że i Amerykanie – głównie poprzez swoją bierność – przymykali oko na Holokaust Żydów w II wojnie światowej. Czyli chodzi raczej o przyznanie Żydom licencji na bezkarną wyjątkowość w zamian za odpuszczenia naszych win. Słaby deal.

I teraz na pancerzu takich relacji pojawia się już nie rysa, ale pęknięcie. Izrael stoi teraz przed dylematem, gdy jego działania na rzecz utrzymania wojny w Zatoce będą się zderzały (zwłaszcza przy ewidentnie rasistowskiej motywacji Izraela) z rosnąca niechęcią do narodu, który – poprzez zdradę w wykonaniu wybrańca Amerykanów – skonstatował ze zdumieniem zamianę hasła America First na Israel First! Będzie o wiele trudniej uzasadniać wojnę inaczej – bo jak, geopolitycznie, gospodarczo? – niż poprzez odwoływanie się do… Biblii. Pomóc tu może rosnący ruch herezji tzw. „chrześcijanizmu syjonistycznego”, ale ten zabrnął już w obszary guseł i wciągania Pana Boga w tłumaczenie błędów całkiem już niepoczciwych ludzi z krwi i kości.

Izrael  wzmocni natężenie działań, niekoniecznie polegających na prawdzie, mających dowieść wiarołomności Iranu wobec wszelkich ustaleń z ewentualnych przyszłych uzgodnień. Jak widać, może poza możliwymi argumentami z wyspy Epsteina, Trump jest mocno podatny na argumentację Netanjahu. Ten co raz to, jak pojedzie, albo nawet zadzwoni do Donalda, to zaraz jest jakiś kryzys, nierzadko – wojna. Może być tak i teraz. Dowodów na podstępność Iranu, nierealizowanie ustaleń można namnożyć w opór, szczególnie wśród umysłów, które – jak słyszeliśmy niedawno – widzą w Irańczykach zwierzęta, które z samej swej natury podstępne są i niemoralne.  

Będziemy mieli pewnie ze dwie fale takich wzmożeń – teraz, od zaraz, w okresie dwutygodniowych negocjacji. Bardziej dotyczących poniżających warunków, na jakie miałby się zgodzić Trump, by wywołać emocjonalne uzasadnienie do odrzucenia pokoju. Druga fala, jeśli w ogóle dojdzie do jakiejś formy rozejmu, nastąpić może przed jesiennymi wyborami.

Ale tu też Izrael ma problem – jak będzie walił przed wyborami w Trumpa, że jest szkodliwym pacyfistą, to będzie tylko dostarczał dowodów rosnącym szeregom jego przeciwników. Ci będą mówili: no tak, patrzcie, mamy rację, by pogonić Trumpa, który i tym razem, wracając do wojny, posłuchał się Żydów. I Trump wtedy przegra jeszcze bardziej.

A wtedy przegra i Izrael – bo jeśli w Kongresie i Senacie Trump straci większość, to zyskają ją Demokracji, ci zaś w 80% nie lubią Izraela. I skończy się pompowanie Izraela kasą i sprzętem, o operacjach wojskowych nie wspominając. Może się skończyć zezwolenie na angażowanie się USA w wojny, może z wyjątkiem wojny na Ukrainie (znowu dobra wiadomość dla Zełenskiego), którą, jako swoje dziecko, Demokraci zawsze popierali.

Podjęcie rozmów rozejmowych nie musi się więc wcale skończyć jakimś pokojem – ja tu widzę zbyt wielu wszechmocnych zwolenników kontynuacji tego konfliktu. Nawet zgłosiła się polska żaba i podkłada swoją nogę, kiedy konie kują. Ostatnio mój ulubieniec, autor naszej strategii obronnej, były minister PiS-u, Błaszczak stwierdził, że gdyby Polska miała dwa lotniskowce, to by je do Zatoki, na pomoc Trumpowi, posłała. Nikt, powtarzam, nikt na świecie z tego rodzaju bezpośrednią pomocą Ameryce się do tej pory nie zadeklarował, a my – owszem, nie wiadomo tylko: po co? Najbardziej żenująca jest pustka takiej deklaracji: przypomina to peerlowskie tłumaczenie się władzy z tego, że nie ma w sklepach konserw. Władza mówiła, że konserw nie ma z powodu braku blachy, zresztą nawet gdyby się blacha znalazła, to i tak nie mamy mięsa.   

Pokój, po co wam pokój?

I teraz pora na zadumę. Dziś trzeba się mocno zimnej wody napić przed stwierdzeniem, że postępowy świat jest za pokojem. Życie codziennie dostarcza nam rosnących dowodów na to, że pokój nie jest żadnym dobrem, nawet celem w polityce. Tu rządzi naga siła, bez oglądania się na straty, najgorzej, że i cywilne. Lud jest tu tylko mierzwą historii. A skoro władcy robią to nie dla ludu przecież, skoro wystawiają go na okropieństwa wojny, to robią te wojny po co? Myślę, że jest to jednak narkotyk dziejów popychający dążenie do władzy dla samej władzy.

Zasmuca jedynie bierna postawa suwerena, który przecież wojny raczej nie wybiera, gdyż zazwyczaj jest pierwszą jej ofiarą. Ale w sumie – wybiera. Właśnie ostatnio widzimy zatrważające efekty takiego procesu podżegactwa – zatacza ono coraz większe kręgi, zaś obywatele domagają się – jak karpie – przyspieszenia nadejścia Świat Bożego Narodzenia. Zapominamy, że wtedy przychodzi raczej Święto Zmarłych. Pokolenia tracą pamięć, najważniejszą cechę mogącą uchronić je od ciągłego powtarzania historii, która wtedy wcale nie wraca jako farsa, ale staje się jeszcze większą karą. Karą za lenistwo niepamięci.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dziennikarz, czyli zawód społecznego zadufania

Dziennikarz, czyli zawód społecznego zadufania

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

okł media

12 kwietnia, wpis nr 1403

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Ja już nie mogę. Jest tyle burz w szklance wody, że już się szklanki mylą i gdyby każdą z nich postawić na półce w kuchni, to ta musiałby mieć z kilometr. Dlatego większość z nas zajmuje się pojedynczymi szklankami i nie widzi całego wielkiego szeregu, który już chyba oplótłby Ziemię. Ale są aż takie burze w szklance wody, że ta wychlapuje się i widać dno. Dno tego czym zajmują się polskie umysły popędzane przez media. Tym razem trafiamy na tzw. temat B2B, czyli nie będzie o tym czym media zajmują obywateli, tylko o tym, jak media zajmują się same sobą.

Ostatnio pan prezydent Nawrocki w czasie konferencji prasowej wyciągnął palec w kierunku dziennikarza i upomniał go, że ten nie słucha co się na konferencji mówi. Z takiego nic rozpętała się trwająca ponad tydzień histeria mediów (co jest jednym z tegorocznych rekordów trwania wrzutek medialnych) skierowana rzecz jasna przeciwko brutalnemu zachowaniu prezydenta, oraz broniąca ofiary bezpardonowego ataku – wskazanego paluszkiem dziennikarza, który okazało się, że jest tylko upostaciowieniem gnębionej i zagrożonej całej branży dziennikarskiej. Rzeczony dziennikarz zaczął być nie tylko symbolem tej brutalizacji, ale już się wyraźnie rozgrzał i zainicjował samoistnie jakieś własne inicjatywy, myląc falę, która go taktycznie wyniosła na tymczasową barykadę ze stałym trendem, na którego czele miałby stanąć. Zebrały się konwektykle samych dziennikarzy, zbiory płaczek pokazujących jak to – tylko prawicowcy i politycy, i ich media, nie mówiąc już o bezzębnych kibolach – atakują, stresują oraz, uwaga! biją i szarpią ich, jako pracowników widocznie znienawidzonych wolnych mediów. Skąd to się bierze, jak to z tymi dziennikarzami jest i co z tym dalej będzie? Skoro tak media zaczęły o sobie, to i ja spróbuję o mediach.

Jakoś tak się tak potoczyło w moim życiu, że sam jestem z mediów. Ani o tym nie marzyłem, ani tego nie chciałem, ale tak przebiegły wiry historii, że mnie w to wciągnęło i na długo kręciło. Przeszedłem całą drogę, jaką można przejść w mediach: od podziemnego radiowca stanu wojennego, poprzez naczelnego nielegalnych powielaczowych gazet, by w III RP wylądować w innej roli – organizatora i komercjalizatora znanych tytułów, od CHIP-a, Forbes’a, Newsweeka, aż po Rzeczpospolitą. Przy okazji uczestniczyłem w wielu instytucjach regulujących, a właściwie organizujących rynek wydawniczy oraz byłem obecny przy inicjowaniu przejścia mediów z papieru do internetu. Wiem więc o mediach sporo, i to praktycznie na wszystkich ich poziomach, szczególnie zaś ulubiłem sobie obszary dziennikarskie, w których widziałem pożyteczną misję czwartej władzy, w dodatku do godnego – wtedy – skomercjalizowania.

Ideał czwartej władzy

Często pada w obiegu to słowo „czwarta władza”. Trzeba na początku sobie wyjaśnić co ono oznacza. Pojęcie wprost nawiązuje do monteskiuszowego trójpodziału władzy. Jak wiadomo mamy władz u Monteskiusza trzy: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Trójpodział władzy zakłada stworzenie subtelnego mechanizmu równowagi (tzw. checks and balances), w którym pociąg do władzy jednej z nich jest równoważony przez każdą z dwóch pozostałych. Tendencje do wyrodzenia się którejś z władz mają być jak byk, trzymany na postronkach pozostałych dwóch. Na początku zakładano, że w tym trójpodziale to władza sądownicza będzie mitygować pozostałe, ale odeszło się od tego z biegiem czasu – okazało się, że i sędziowie mają zapędy do alienowania się ich władzy w postaci sędziokracji, a więc i tę sferę trzeba było ustrojowo wziąć na postronek.

W czasach nowożytnych, wraz z pojawieniem się druku i prasy pojawiło się pojęcie „czwartej władzy”, czyli mediów, które miałyby kontrolować wszystkie pozostałe trzy władze. Idea była zacna, gdyż miałaby być i kontrola, i społeczna ocena „na żywo”, w czasie rzeczywistym. W demokracji to cenna cecha, gdyż bez mediów ocena efektów działania władz ograniczałyby się do kadencyjnych, jednorazowych aktów wyborczych. A teraz, z mediami, kontrola stawała się procesem ciągłym, zaś sam akt wyborczy był tylko efektem takiego nadzoru, za to umocowanym w ciągłym i masowym obserwowaniu przez peryskop mediów poczynań rządzących. Dlatego w dojrzałych demokracjach ustrojowo decydowano się na ochronę wolności mediów, bez której obiektywna ocena mogłaby być wypaczana poprzez propagandę władzy. Pośrednio – o czym szerzej powiemy sobie później – ochrona rozszerzała się na konkretne osoby, którymi byli dziennikarze, jako żołnierze pierwszej linii frontu prawdy. Zrobił się z tej czwartej władzy układ wręcz idealny – demos miał narzędzie ciągłej kontroli wybrańców, narzędzie zaś był najęte i opłacane przez obywateli, konsumentów mediów, by spełniać niezależne role kontroli władzy. No – ideał.

Zaczynają się schody

Ale zaczął się pewien obiektywny, później już zupełnie zsubiektywizowany politycznie, proces, który uczynił z czwartej władzy jej własną karykaturę. Jej końcowy efekt to dopisanie się władzy czwartej do dealu, czyli sprowadzenie mediów do przymierza z władzą wykonawczą, a skoro ta wykonawcza – wbrew zaleceniom Monteskiusza – spacyfikowała dwie pozostałe (tak się dzieje, uwaga! – prawie w każdej demokracji), to mamy do czynienia z układem zamkniętym. Rozszalały byk samowoli władzy rozbija się po zagrodzie państwa niemitygowany, zaś obywatele, albo karnie ustawiają się w stuporze, by ich nie zauważył, albo biegają po arenie, chcąc się ukryć przed rogami byka wypchanego głosami z urn. Trzy postronki trójpodziału władzy wciąż wiszą mu na karku, ale nie spełniają żadnych funkcji kontrolnych – są już tylko kolorowymi wstążkami pozorów, ku uciesze i ułudzie widowni.

Jak do tego doszło, bo nie dam się, z racji swej wiedzy i doświadczenia, złapać wyłącznie na lep tezy, że to złośliwcy, politycy i sprzedajne media taki nam zgotowały los? Co pewnie zdziwi wielu – do tego stanu przyczyniło się wejście… reklamy do mediów. Ta oddzieliła uczciwość przekazu dziennikarskiego od nagrody pieniężnej pochodzącej od odbiorcy. Jak dla czytelnika gazeta kłamała, albo chociażby malowała rzeczywistość – ten przestawał ją kupować, gdyż nie spełniała jego oczekiwań. Ale model mediów przeszedł w inny obszar – mediom zaczęli płacić reklamodawcy, zaś płacili nie za rzetelność przekazu, ale za przykuwanie uwagi odbiorców. Stąd spsienie mediów, ściganie się na sensacje – baby z brodą i walki w kisielu szybko wyparły treści wartościowe, a już tym bardziej kontrolujące władzę. Wszystko miało być jak ze środkiem na zaparcia – cicho, bez stresu, nie przerywając snu.

Czemóż to, powiecie sami odbiorcy nie odwrócili się od takiego plebejskiego trendu i nie ukarali swą nieobecnością zdradzieckich mediów? W końcu to jeśli nawet tylko reklamodawca płacił, to jednak płacił za relacje z konkretną grupą odbiorców i chyba za to płacił mediom – by te dostarczyły kontakt z odbiorcami swemu głównemu klientowi. A tu taka zdrada nie skończyła się bojkotem ze strony odbiorców. Czemu? Jeśli porównać media do leśnych karmików napełnianych medialną paszą, to mają być one na tyle atrakcyjne, by podeszła tam zwierzyna (czyli odbiorcy), po to, by umówiony myśliwy (tu reklamodawca) mógł sobie postrzelać reklamami. W tej metaforze stan braku ostracyzmu ze strony saren można wytłumaczyć jednym: nie było innych niż takie karmiki. Po prostu towarzystwo padłoby z medialnego głodu, zaczęło więc podjadać do tej pory znienawidzone siano ustawek medialnych, czynionych w interesie reklamodawców. Odbiorcy godzili się na to i z głodu, i z powodu hipokryzji, żeby się tylko nie przyznać do tego, że to nie my, tylko inni kształtują nasze gusta – polubiliśmy tę paszę na medialnych sterydach. W końcu inne sarny zrobiły tak samo, a więc był spełniony społeczny dowód słuszności polegający na tym, że sokoro inni się uśmiechają, wtranżalając to-to, to znaczy, że coś jednak w tym jest.

Ale to nie takie proste – gdyby tak było, nie miałoby to żadnego przełożenia politycznego. Gdyby mediami rządziły tylko spożywcze czy konsumenckie korporacje, to nie przekładałoby się to na inne niż konsumenckie poglądy odbiorców. A wiemy, że tak nie jest – media jednocześnie bowiem zarabiają, ale i sączą polityczną wodę do glajszachtowanych mózgów. Skąd się bierze ten mechanizm i jak się utrzymuje? Mamy tu co najmniej trzy elementy. Zacznijmy od pierwszego.

Jak rządzi reklama

Po pierwsze samo upolitycznione przecież państwo staje się coraz większym reklamodawcą. Widać to było szczególnie za pandemii, gdzie gros przychodów mediów z wygłodzonego rynku konsumenckiego przeszło na kampanie za publiczne środki, do tego dochodzą jeszcze spółki skarbu państwa ze swoimi budżetami. W końcu trzeba było promować państwowe obostrzenia, a później – to był dopiero przewał… – promować za publiczne środki używanie jak najbardziej prywatnych szczepionek. Mieliśmy więc zamiast reklam takiego powiedzmy Pfizera odpowiednie komunikaty ministerstwa zdrowia, choćby tylko sfabularyzowane w rolach aktorskich taki Pazurów, czy innych sanitarystycznych łże-autorytetów. A jak państwo daje, to i może zabrać. Tu się pojawiło odzwierciedlenie trybalizacji mediów, których w Polsce mamy dwa typy, podzielone na polityczne plemiona. I jak któreś z nich weźmie górę w wyborach to – nie tylko w mediach publicznych – może takimi budżetami nagradzać media sobie spolegliwe, zaś ich brakiem – karać te, które nie maszerują w nogę z przekazem. Taki aspekt jest jedną z przyczyn zaniku mediów w funkcji czwartej władzy.

Drugi czynnik jest taki, że państwo uzurpuje sobie prawo do regulowania rynku medialnego. Postulat wolnych mediów jest wciąż w rękach rządzących, którzy mogą zrobić mediom (i to wybranym) szybkie kuku i wtedy czwarta władza będzie leżała na – również komercyjnych – łopatkach. Nie ma co prawda reglamentowania dla prasy – może i dlatego jest ona w odwrocie – ale już wszelkie inne media podlegają kontroli. Koncesje, zezwolenia, zasięgi emisji to są decyzje administracyjne, łatwe do upolitycznienia. Co prawda pojawiły się tak zwane media społecznościowe, ale i te – i to w randze dyrektyw wyższej rangi, np. unijnych – są regulowane pod dowcipnym pozorem walki z dezinformacją. A więc każde medium dwa razy obejrzy pod światło wszelki news czy felieton wymierzony we władze. Ba – będzie antycypować na co tam ta władzuchna może się obrazić – a antycypacja w takim wypadku idzie dalej niż obawy sponsora, jest zawsze na wyrost, powyżej zastrzeżeń regulatora, przewiduje bowiem nieprzewidywalne, czyli na co może się obrazić polityk. Mamy więc najgorszy poziom cenzury – cenzurę wewnętrzną ze zinternalizowanymi, czyli już wtedy własnymi, kryteriami o czym wolno nam pisać, co mówić i co pokazywać. Władzuchna zaś ma czyste rączki i to z tyłu – my? My nic nie mówimy, niczego nie zabraniamy, wolne media mówią co chcą, a skoro tak mówią, tak nas chwalą, to widocznie tak jest. O czym my – władzuchna – też, tak jak wy – obywatele – dowiadujemy się z mediów. Cenzura tu polega na tym, że takimi mechanizmami nieformalnie kształtuje się przekaz na przychylny wobec władzy.

Trzecim aspektem jest bardziej subtelny mechanizm. Skoro władza jest ważna dla mediów z powodów regulacyjnych, to trzeba uważać co jej się podoba. A mogą się jej – szczególnie w plemiennej dwójpolówce – nie podobać media inne. I tu jest strach – władza patrzy czy przypadkiem ty tam nie dokarmiasz wrażej stacji swoimi reklamami. I może za to pokarać. A więc trzeba uważać czy reklamujesz się w stacjach przychylnych władzy, czy nie. Sami rządzący, a zwłaszcza ich harcownicy, gorzej, że sami ludzie mediów, nie szczypią się i już w biały dzień nawołują do bojkotu reklamowego mediów im nie sprzyjających. Najgorzej kiedy robią to, sami ludzie mediów, bo to jest wyraźne kapowanie na konkurentów – nie możemy was pokonać lepszym przekazem, to narobimy hałasu wizerunkowego. I wiele firm na to idzie. Taki Owsiak sam szantażuje firmy, że ten sam klient nie może być i u niego, i w takiej telewizji Republika. W normalnym świecie za takie coś Juras sam zostałby zbojkotowany przez klientów, za taki szantaż. Tu mamy do czynienia jednak z pupilkiem władzy i wybacza się mu wszystko.

Dowód na patologię tego zjawiska jest prosty – przecież takiemu Lidlowi czy jakieś tam innej marce chyba zależy na dotarciu również i do konserwatywnych zwolenników prawicy. Ci przecież też jakoś jeżdżą, coś jedzą, ubierają się i w ogóle konsumują. W dodatku z powodu uplemiennienia mediów ci odbiorcy trzymają się mocno swoich medialnych baniek, w związku z tym rezygnacja reklamodawców z dotarcia do klientów poprzez ich media ma inny niż komercyjny podtekst. Okazuje się, że dziś reklama nie jest kosztem dotarcia z przekazem marketingowym do swojej grupy klientów, ale… okupem, który starannie wydziela się wedle kryteriów politycznych. Trochę dla mediów, trochę dla władzy. A skoro tak, to ten główny element finansowania „wolnych mediów” kosztem mediów innych jest zaprzeczeniem idei czwartej władzy, gdyż ma charakter konsekwentnie opłacanej manipulacji przekazem.

Czwarta władza w rękach pośrednika

Ważny tu jest element pośrednika pomiędzy widzem a mediami – są to agencje, a zwłaszcza domy mediowe. Jak to chodzi? Proszę – domy mediowe działają tak: podpisują z mediami umowy, że z góry na cały rok, za odpowiednią prowizję od mediów dostarczą odpowiednią i ustaloną ilość pieniędzy od swoich klientów reklamowych. Działają więc jak brokerzy, czy to ubezpieczeniowi, czy finansowi – jeżeli jesteś klientem, to szybko okaże się, że najlepsze oferty rynkowe znajdują się akurat w portfolio danej agencji i klient kupuje taki towar, jak my polisę. To upraszcza sprawę wielu stronom – klient nie musi czołgać się przez sterty ofert medialnych, a i tak dostanie u pośrednika lepszą cenę niż by uzyskał pojedynczo kupując reklamy. Media też się cieszą – mają z góry określone wpływy z reklam, inaczej musiałyby się co miesiąc zastanawiać ile wywalczą. Nawet wręczają domom mediowym swoistą łapówkę (tzw. kick back) czyli oddają część swoich przychodów od reklamodawców agencjom pośredniczącym, by zachęcić je do „obiektywnego”, ale wtedy wyraźnie tendencyjnego, lokowania u nich reklam. Tak działają media.

Powie każdy z odbiorców – a co mnie to obchodzi, ja jestem tylko odbiorcą ulubionych treści, nie reklam przecież? Ale – jak już ustaliliśmy – od wpływów z reklam nie zależy tylko CO obejrzysz w przekazie komercyjnym, ale też to, co w ogóle będziesz MÓGŁ obejrzeć. Pośrednicy reklamowi stają się więc ważnym graczem na tym rynku – mogą sadzać na tronie i z niego zrzucać dowolne medium. Przykładem na wszechmoc tych struktur niech będą ostatnie przygody telewizji kanału Zero redaktora Stanowskiego. Miała ci ona wystartować na początku roku, ale nie wystartowała. Łatwowierny, albo trochę naiwny, że tu tylko chodzi o kasę, Stanowski właśnie miał już umówione podpisanie umowy na wyłączność z jednym z brokerów – akurat przy… TVN – i się okazało, że dom mediowy się „rozmyślił” w ostatniej chwili, umowy nie będzie i telewizja nie wystartuje. I nie wiadomo czy w ogóle wystartuje, bo na rynku reklamy telewizyjnej brokerów jest ze trzy sztuki, ten od TVP na bank się nie zgodzi finansować politycznie konkurencyjnej stacji, zaś i broker polsatowy, po zmianie formatu Polsatu z symetrystycznego na protuskowy – też się nie będzie wyrywał do dołączenia Stanowskiego do swego portfolio.

Czemu domy mediowe są politycznie stronnicze i nie idą za komercjalizacją prawdziwych zasięgów? Po pierwsze – jak dowiodłem wcześniej – chcą od nich tego sami klienci dla swego nieświętego spokoju i przypodobania się władzy. Po drugie – media, głównie o lewicowej proweniencji, mocno „pracują” nad sterowalnością „obiektywizmu” domów mediowych. Na techniki tej pracy spuszczę na razie zasłonę milczenia. Po trzecie – upolitycznienie zarządów domów mediowych w przechyle na jedną, liberalno-lewicową, stronę przewyższa chyba upolitycznienie „obiektywnych” dziennikarzy plemiennych.

Pora na dziennikarzy, czyli wchodzą mediaworkerzy

No, ale dość malowania tego wielkiego obrazu, wyjaśniania jak działają trybiki tej skomplikowanej machiny, mamy już obraz zmiany zasilania tego mechanizmu, pasów transmisyjnych i w jego rezultacie zmiany produktu wychodzącego z tych piekielnych czeluści. Pora zająć się obiecanym trybikiem – dziennikarzami. Przypomnę ich ważną rolę w założeniach „czwartej władzy”: skoro wiemy, że za obiektywny przekaz nie płaci już dziś odbiorca, zaś płaci czy to komercyjny czy polityczny klient za spełnianie funkcji dotarcia i efektu, w tym politycznego, to przekaz musi sprzyjać interesom tego kto płaci, a ustaliliśmy, że nie jest to odbiorca. A o kompatybilność tego układu mają dbać mediaworkerzy, zwani kiedyś i myleni do dziś z dziennikarzami.

Specjalnie użyłem określenia „mediaworker”, gdyż ma ono dla mnie celowy pejoratywny wydźwięk. Taki trybik to nie dziennikarz – to byłe już czasy, gdy do tematu podchodził redaktor, nie wiedząc jeszcze co z tematu wyjdzie. Uważał go tylko za interesujący, zwłaszcza kiedy był ukryty lub przeinaczany. Dziennikarstwo było więc odkrywaniem, – uwaga, w towarzystwie czytelnika! – prawdy wcześniej nie znanej. To było jak każdorazowe śledztwo – parę przesłanek, przesłuchania świadków i biegłych ekspertów, dochodzenie i niewiadomy wynik takowego. Stare, dobre czasy. Ci dziennikarze, jak dinozaury, wyginęli już, tyle że z głodu. W opisanym układzie upolitycznienia się czwartej władzy nie mogło być inaczej. Tyle, że – uwaga, te obiektywne zjawiska nie zwalniają obecnych mediaworkerów od odpowiedzialności. To nie jest tak, że ci poszli do zawodu i się nagle zdziwili, jak teraz wygląda posłannictwo czwartej władzy. Nie – wiedzieli dobrze, gdzie idą i ta decyzja lokuje ich u mnie na nizinach etyki zawodowej.

Przypomnę – dziennikarz, żołnierz wolnych mediów w ich funkcji czwartej władzy, korzystał z systemowej ochrony pracownika zawodu społecznego zaufania. Miał być chroniony z powodów posiadania przymiotów, które obecnie już utracił. Utracił na własne życzenie dopisując się do służebnej roli wobec pana, którym na pewno nie jest prawda – raczej już złowieszczy miks interesów komercyjnych i politycznych, czyniących z czwórpodziału władzy żałosną, ale i okrutną parodię demokracji.

Zawód społecznego zadufania

Dlatego z żałością można patrzeć na dzisiejsze wywijanie legitymacją dziennikarską, że my tu , panie z misją, a tu na nas plują. Po pierwsze – nie tak plują, jak byście na to zasługiwali, po drugie – dawno przestaliście być szpicą poszukiwawcza prawdy w imieniu obywateli republiki. Od kiedy pozapisywaliście się do politycznych plemion, by im służyć. Od kiedy siadacie nad pustą kartką papieru i zanim napiszecie pierwsze słowo już wiecie kto (wciąż ten sam) jest winien i jaka będzie pointa. Odkąd za swoich idoli wzięliście parę pyskatych paniuś, których za swoich czasów nie dotknąłbym nawet kijem od szczotki w przedpokojach redakcji. Odkąd dla was dziennikarstwo to przesłuchiwanie zaproszonych gości (tu wersja dla plemienia wrażego) albo polerowanie politycznych zleceniodawców (tu wersja dla plemienia-sponsora). I to wszystko umaczane w Himalajach hipokryzji obrońców „wolnych mediów”.

Żeby nie skończyć na wyzwiskach pokażę jeden przykład – arcykapłanka tego dna: Monika Olejnik. Pierwsza przesłuchująca III RP, idol braci przystępującej do zawodu (no, żeby dziś chcieć być dzienn…, sorki mediaworkerem, to trzeba mieć jednak zacięcie), braki etyczne i warsztatowe ukrywane pod własną wersją pyskatej erystyki. Osoba, która za każdym razem wita nas w „wolnych mediach”.

Zapamiętałem sobie taki obrazek: w któryś ze słotnych dni stanu wojennego wyłażę ci ja z piwnicy, gdzie drukowałem podziemne ulotki, zapalam sporta i włączam telewizor na przerwę. Widzę młodziutką Monikę, która ma prowadzi reportaż w bojkotowanej wtedy TVP. Przypomnę, że jesteśmy już po drugiej zdaje się likwidacji programu III Polskiego Radia, kultowej stacji, której dziennikarze w stanie wojennym byli kilkakrotnie zwalniani i przyjmowani, aż ostatecznie ich wywalono, bo jednak nie rokowali nadziei na poprawę.

Otóż na te ich ciepłe jeszcze krzesełka przychodzi i zasiada Monika, ustawiona panna po zootechnice zdaje się, ale – jak się okazało – z moralnymi i charakterologicznymi kompetencjami łamistrajka. Wtedy to był obciach, pójść do wronich mediów. Łamistrajków dziennikarskiego bojkotu w stanie wojennym było tak mało, że jak się już taki trafił, to wyciskano z niego co się da – pisał, czytał, recytował, radio, telewizja, festiwale – no wszystko. I co ja, wycierając łapy z powielaczowej farby, oglądam w telewizyjnym występie pani Moniki? Uważajcie – dziennikarstwo śledcze widzę. Reporterka Olejnik dorwała, oczywiście prywaciarza ze skupu butelek i męczy biedaka, że nie przyjmuje butelek 0,7, tylko 0,75 i krzywda się dzieje. Ludzie – stan wojenny, czołgi na ulicach, media w podziemiu, Polacy w błocie złamania, a my tu o nieprawidłowościach w skupie butelek. No, Bareja, jak ktoś ma wyporność na takie klocki.

Wolna Monika

I dzisiaj ta sama pani Monika, nie zmieniając stylówy, wierzcie mi, wita nas w „wolnych mediach”. Fraternizująca się kiedyś z medialnym mordercą św. księdza Popiełuszki – Urbanem. Chorąża (niech będzie po feministycznemu) sztandaru wolnych i obiektywnych mediów, utkanego de facto z sutych przelewów. Wzorzec etyki dziennikarskiej, idol nowych zastępów adeptów mediaworkingu (nie bez powodu podobny format językowy do „sexworkingu”). Z rękoma poplamionymi wodą z mózgu, którą wtłacza milionom pogubionych Polaków, w końcu – wylewająca krokodyle łzy nad podziałem wśród rodaków, który codziennie pogłębia. A za nią idą wszystkie te paputczyce – Sznepfy, czy taka dziennikarka ostatnio z TVP o urodzie telewizyjnej porównywalnej do urody wokalnej sepleniącego spikera w radiu, Biedrzyckie, Gozdyry i ten cały magiel – wrzasków, pyskowania, przerywania, tumultu. I to przenoszenie tej stylówy na rozmowy Polaków, infekowanych tym syfem, codziennie – za pieniądze podatników czy konsumentów. Forpoczta wojny polsko-polskiej, siewcy batalii bez końca, udrapowani w pozory funkcji czwartej władzy, uzurpujący sobie prawo do ochrony, do której prawa dawno już i świadomie utracili, nie spełniając żadnej pożytecznej funkcji społecznej.

Piszę te gorzkie słowa, bo znam te branżę jak zły szeląg i nie dam się nabrać na pojękiwania o prześladowaniach w postaci prezydenckiego paluszka. Ubolewam tylko, jak bardzo oczyszczająca idea czwartej władzy legła dziś w bagnie podobno wolnej Polski. Mieliście bracia w dziennikarstwie, i to każdy z was, złoty róg. I każdy z was zrobił sobie z niego plastikową trąbkę, w którą dmiecie za drobne na festynach wybranej władzy. Tłumacząc ludowi, że to najwspanialsze przedstawienie i lepszego nie widzieliście. I codziennie patrzycie sobie w lustro, bez żadnej żenady, w dodatku uważając się za wykonawców zawodu społecznego zaufania, a jesteście w rzeczywistości pracownikami zawodu społecznego zadufania. W siebie i we własną rolę, którą sami sobie wymyśliliście, chyba tylko po to, by zbić te społeczne ale i moralne lustro, aby wam nie pokazywało jak nisko upadliście. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Co z tym Trumpem?

Co z tym Trumpem?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/co-z-tym-trumpem

okł trrr

5 kwietnia, wpis nr 1402

Od razu o czym tu nie będzie. Nie będzie tu o tym czy Trump zwariował, czy porwało go własne ego, oraz czy nie jest to przypadkiem przemyślna strategia z potrójnym dnem, realizacja jakichś dalekowzrocznych planów, których my maluczcy nie rozumiemy.

Będzie o tym, co – bez względu na Trumpa motywacje – może się z nim stać politycznie. Dożyliśmy czasów, gdzie – jak celnie spostrzegł Ziemkiewicz – może jesteśmy w mocy czterech pierdzieli; my znaczy się świat cały, gdy to ich własne, niekoniecznie racjonalne motywacje trzęsą ludzkością. Te jak najbardziej osobiste intencje miałyby zaprzeczać wyrachowaniu w moszczeniu się mocarstw w skorupie nowej normalności.

Jest tu i władca Chin, władca Kremla, politycznym mesjasz z Izraela i nasz dzisiejszy bohater – Trump z USA.

Kadencje

Nasze tu dywagacje będą się skupiały na kilku wariantach rozwoju sytuacji, ale tylko Trumpa. Zacznijmy od pierwszej, najprostszej choć wydaje się ona jedną z mniej możliwych. Zakłada ona pełną kadencję, jeszcze ponad dwuletnie trwanie Trumpa przy władzy, a wydaje się mało możliwa głównie z powodu tego, że jego dotychczasowa polityka staje się nieznośna, a właściwie niezrozumiale nieprzewidywalna dla coraz większych rzesz nie tyle już tylko politycznych sfer, ale i społeczeństw. Jest to jak z Tuskiem, jest tak fatalnie, że nikt sobie nie wyobraża szkód wynikających z trwania pełnej kadencji, więc liczy się na jakiś cudowny scenariusz. Co do Trumpa to pal licho tzw. światową społeczność, można też spuścić zasłonę obłudnego milczenia na gnębienie, upokarzanie i eksterminację coraz większej ilości narodów, ale jako, że operujemy (na razie) w sferze demokracji to najważniejszy jest tu inny aspekt.

Trump zawodzi swoich wyborców w stopniu narastającym i to może mieć duży wpływ na los nie tylko samego Trumpa, ale i Amerykanów, ba – całego świata. Wciąż się skupiamy na międzynarodowych harcach POTUSa (POTUS, to skrót od President of the United States), coraz częściej przezywanego PATUS-em. To wyborca amerykański trzyma klucze do kariery Trumpa. Lud wydał już swój pozytywny wyrok w wyborach i teraz – jak to w demokracji – wybraniec ma kadencyjny placet na rządzenie. Jest wolny na tyle, że może się bezkarnie nawet sprzeniewierzyć (do pewnego stopnia) swym obietnicom i wyborcom. Do pewnego stopnia – i te warianty tu też rozpatrzymy –, gdyż w demokratycznych regulacjach ustrojowych zawiera się zawsze jakiś bezpiecznik pozwalający odwołać w czasie kadencji funkcjonującego wybrańca, ot, na wypadek, gdyby zdradził czy zwariował.

Ale w pierwszym wariancie zakładamy, że nic takiego się nie stanie i Trump dojedzie do końca swej kadencji – uwaga! w świadomości, że będzie to jego ostatnia, bo druga kadencja. To z jednej strony pozwala mu zachowywać się bezceremonialnie, bo nie ma się co cackać w obawie o reelekcję, ale – biorąc pod uwagę jego widowiskowe ego – napawa obawami, nie tylko Amerykanów, czy Trump nie złamie tej zasady dwukadencyjności. W końcu zasada jest taka, jak mówi łacińska paremia, że „cuius est condere, eius est abrogare”, czyli kto ustanowił (prawo), może je i znieść. Co prawda to nie Trump ustanowił limit dwukadencyjności, ale ma wyraźne inklinacje do chodzenia po ustrojowej bandzie.

W 1951 roku wprowadził prezydencką dwukadencyjność Kongres USA, wyciągając wnioski z czterokadencyjnej misji prezydenta Roosevelta. Ale żeby przybić Trumpowi zgodę na kolejne kadencje wymagałoby to najpierw zgody 2/3 Kongresu, a potem ratyfikacji ¾ legislatur stanowych. A Trump jest coraz dalszy od tego, do czego jeszcze wrócimy w innym kontekście. A więc bez zamachu stanu nic z tego nie będzie, stąd pewnie pomysły na nieformalne przewodzenie innym, światowym i alternatywnym ciałom, tak jak dożywotnie królowanie Trumpa w coraz bardziej niesławnej w obliczu wszczynanych wojen – Radzie Pokoju. Mamy tu też do czynienia z wątkami wręcz… dynastycznymi, odkąd na początku marca tego roku Melania Trump, jako pierwsza dama USA, przewodziła amerykańskiej delegacji podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w Nowym Jorku.

Chaos trwania

No dobra, zakładamy, że Trump dorządzi do końca kadencji, a więc trzeba się zastanowić nad nieodgadnionym, czyli jak taka cała kadencja może wyglądać. Jej dominantą będzie najpewniej stresująca dla świata niepewność. Trudno więc przewidywać co się stanie, gdyż trudno przewidzieć skutki wielowątkowego chaosu. Skoro obiecujący światowy pokój ruchowi MAGA jej lider od razu zaczął prokurować wojny, skoro pretendujący do pokojowej nagrody Nobla zalicza do zakończonych wojen nawet te, które sam wywołał – trudno coś prorokować. Zdezorientowany umysł odbiorców tego pomieszania próbuje racjonalizować te paroksyzmy, ale kłopot polega na tym, że ich autor coraz to zaprzecza wszelkim racjonalnym spekulacjom co do swych poczynań.

Jednym z bardziej frapujących scenariuszy jest podejrzenie, że Trump dogadał się z Putinem na Alasce, że zrobi to co zrobił (na razie wiemy o Wenezueli i Iranie), żeby paliwowo osłabić Chiny, w zamian za wyraźne wzmocnienie pozycji Rosji. Ale takiemu wyrafinowaniu przeczą od razu paniczne gesty Trumpa, któremu jak przestała iść wojna z Iranem przyszło do głowy prosić o pomoc… Chińczyków w wyjściu z lejka w cieśninie Ormuz. Innych wersji jest w opór i – jako się zastrzegliśmy na początku – nie będziemy ich rozwijać, skupimy się bowiem nad możliwymi wariantami losów Trumpa przy założeniu różnego rozwoju wydarzeń w systemie politycznym USA.

Trzeba założyć, i to z dużą dozą prawdopodobieństwa, że pewne jest jedno – za takie wygibasy Trump może zapłacić utratą popularności wśród swoich amerykańskich wyborców, co może mieć efekty wielowątkowe. Ale jest raczej pewne, że poczynania Trumpa na arenie międzynarodowej nie przysporzą mu popularności u siebie, gdyż jest prawdopodobne, że dojdzie do dużego kryzysu gospodarczego, który prędzej niż później poważnie uderzy w społeczeństwo amerykańskie. Jak tam pójdzie POTUSowi na świecie, tak pójdzie, ale jego losy rozstrzygną się nad Potomakiem. A tu wariantów jest kilka.

Trump traci wewnętrznie

Trzeba zacząć od tego, że awantura z Iranem, która postawiła świat na krawędzi III wojny światowej, ale przede wszystkim potężnej zapaści gospodarczej raczej Trumpowi nie pomoże w wyborach niesłusznie nazwanych połówkowymi. Wybory na jesieni dotyczą bowiem wybrania całego nowego Kongresu (taki nasz Sejm) i 1/3 Senatu (taki nasz niby Senat, ale z realnymi w porównaniu do polskiego – kompetencjami). Tu mamy dwa warianty porażki w tych wyborach, na którą na razie mocno pracuje Trump. Pierwszy wariant jest taki, że prezydentowi będzie po prostu trudniej rządzić, bo teraz ma w Kongresie i Senacie przewagę swojej partii, którą to przewagę zapewne w obu izbach niedługo utraci. Ważny jest tu Senat, gdyż jest na styk, bowiem Republikanie mają tam 53 na 100 senatorów i jeśli w obrębie wybieranej 1/3 jego składu zdarzy się raczej pewna klęska Republikanów, to obie izby będą stracone dla Trumpa i wielu rzeczy będzie musiał albo zaniechać, albo przepychać kolanem, na znanej nam skądinąd zasadzie „prawa jak je rozumiemy”.

Ale tu otwiera się kolejny poziom gałęzi drzewka możliwości. Jest nim kwestia impeachmentu, czyli pozbawienia prezydenta stanowiska w trakcie trwania jego kadencji. Powodów merytorycznych dostarcza przeciwko sobie Trump codziennie, można mu więc przypiąć wszystko, od nadużycia władzy, do zarzutów wręcz mentalnych. Nie to jest jednak ważniejsze. Chodzi o reperkusje wyborów jesiennych jeśli chodzi o możliwości impeachmentu. Trzeba się przypatrzeć w tym kontekście całej procedurze.

Złożenie ze stanowiska

Otóż proces impeachmentu inicjuje zwykła większość w Kongresie, którą mogą na jesieni zdobyć Demokraci. To wystarczy, by postawić prezydenta w stan oskarżenia. Ale to dopiero początek procesu – tu, jeśli przyjąć pozycję Kongresu jako oskarżyciela, w drugim etapie rolę sędziego przejmuje Senat. Ten jednak, by ostatecznie „skazać” prezydenta na opuszczenie urzędu musi uzyskać 2/3 swych głosów. I tak, jak zwykła większość w Kongresie Demokratom może pozwolić na postawienie w stan oskarżenia Trumpa, tak w przypadku nawet przejęcia Senatu, to rozmiary tego przejęcia nie wydają się wystarczające do osiągnięcia przewagi 2/3 głosów, by doprowadzić sprawę do końca. Ale sam proces wytoczony przez przejętą Izbę Reprezentantów rozpocznie długotrwałą akcję grillowania Trumpa, z nadzieją na efekty w przyszłych wyborach prezydenckich. To dlatego, oprócz podobno samego sprzeciwu wiceprezydenta wobec wojny Iranie, J.D. Vance gdzieś nam zniknął, co sprawia, że w przyszłych wyborach może nie być kojarzony z błędami Trumpa, co może przybliżyć w przyszłych wyborach prezydenckich szansę wygraną kandydata Republikanów.

Wszystkie te spekulacje zakładają jednak jedną rzecz: że Republikanie będą stali za Trumpem, bez względu na to co ten będzie wyprawiał. Szczególnie reprezentanci i senatorowie ze zdradzonego ruchu MAGA mogą się zachować niespecjalnie lojalnie wobec prezydenta. Mogą ulec pewnej kalkulacji, która może być warta ryzyka.

Otóż jeśli w Kongresie i Senacie część Republikanów poprze impeachment Trumpa, to po jego złożeniu z urzędu fotel POTUSa przejmie J.D. Vance, a ten, jak wykazaliśmy, ma stara się mieć czystą kartę jeśli chodzi o wszczynanie wojen i jako kandydat Republikanów w przyszłych wyborach prezydenckich może uratować ich zdobycze. Dla wielu jest J.D Vance jakąś, jednak wciąż mglistą, szansą na kontynuowanie rewolucji zdrowego rozsądku, z której dziś pozostały działania rewolucyjne, ale w odczuciu wielu nic nie mające wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Zmarnowana szansa?

Tu warto się zatrzymać na wnioski końcowe. Wygrana Trumpa dała nadzieje na odwrócenie szaleństwa globalizmu przebranego dla tłumów w lewicowe ciuszki deklarowanej równości. A jako rzekł pewien zasłużony dysydent rosyjski – prawdziwa równość istnieje tylko w łagrze. Świat szykuje nam więc łagier na całego, z tym, że Bukowski, bo o nim tu mowa, nie dopowiedział jednej rzeczy: w łagrze równi są tylko więźniowie, ale ci mają nad sobą strażników o całkiem innym statusie.

Do czasów nastania Trumpa szliśmy po równi pochyłej w dół tego scenariusza. Mniej uważni mogli to zauważyć dopiero w czasach pandemii kowidowej, dla tych, których przegapili nawet ten reset „nowej normalności” nie masz już nadziei na przebudzenie. Ci pójdą na rzeź podśpiewując jak Izraelici w schronach.

Wybór Trumpa stał się dużym resetem tego światowego resetu – pochód globalizmu został powstrzymany. Większość szaleństw tej mieszaniny korporacyjnego lewactwa stał się już tylko udziałem pokracznych form europejskich resentymentów. Dopiero po rozpięciu się Ameryki z tego transatlantyckiego tandemu widać tę kuriozalność czasów byłych, aczkolwiek wciąż nam grożących. I pech świata może polegać na tym, że ta szansa na powstrzymanie upadku (zachodniego) świata została zrządzeniem losu złożona w nieodgadnione ręce. Jako się tu rzekło: może i rewolucja, ale czy na pewno – zdrowego rozsądku?

Drugiej kadencji Trumpa nie będzie, ale miejmy nadzieję, że świat będzie. A skoro tak, to pozostaje kwestia kto będzie po Trumpie rządził Ameryką. Jeśli to będzie demokrata, to grozi nam bidenizm do kwadratu: wrócą amerykańskie czerwone agendy, transatlantycki obszar zepnie się tęczową flagą ze Starym Kontynentem, zaś wiatraki zasyfią krajobrazy i energetyczne miksy. Europejski dziś już tylko globalizm odzyska możnego i agresywnego poplecznika i wszystko wróci do zatrzymanej na 4 lata normy.

Z drugiej strony obecna agenda nie jest zadowalającą alternatywą do czasów na razie minionych. Jeśli zaś po Trumpie ma wygrać Republikanin, to pytanie jak to się stanie, a także kto nim będzie? Jeśli J.D. Vance to wydaje się to lepszym wyjściem niż jego obecny szef. Jest bardziej „MAGA”, czyli pamięta jeszcze hasła, pod którymi ta ekipa doszła do władzy. Ale czy pamiętanie zasady „America First” nie jest przypadkiem dla nas takim samym zagrożeniem jak postawa Trumpa? Czyż obaj bowiem panowie nie sprzedadzą nas choćby i Putinowi jeśli tego będzie wymagało ich pojęcie realizacji prymatu USA?   

Spekulacje czy to przez wielkiego ego mieszkańca Białego Domu, czy przez porno- i pedo-afery wywiadowczej pułapki na zdemoralizowane elity, czy przez to, że go namówił lub pocisnął Netanjahu miałaby znaczenie, gdyby były to czynniki do odwrócenia lub choć do powstrzymania. Sytuacja wydaje się jednak bardziej zagmatwana, bo tu już nie chodzi o motywy, tylko, o to, że ciąg zdarzeń popycha Amerykę w lejek eskalacji, która obejmie bardziej świat, niż nią samą. Jeżeli ma się podpalić świat przez ambicje czterech pryków, czy z powodu szantażu, czy mistycznych wręcz wizji własnych misji kilku panów tego świata, to tylko gorzej dla niego – tego świata. Skoro miliardy ludzi dały się doprowadzić do takiego upodlenia ze strony kilku facetów i kilku możnych i wszechmocnych korporacji, to widać zasłużyliśmy na taki reset.

Obietnica rządzenia światem za pomocą demokratycznej ułudy obywatelskiej sprawczości właśnie płonie w naftowych szybach Zatoki Perskiej, przygnieciona ruinami Gazy, przy eutanazyjnych łóżkach „starców mrących, niepotrzebnych światu”.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

=========================

mail:

Czy jest jakieś wyjście na nową Polskę?

Czy jest jakieś wyjście na nową Polskę?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/czy-jest-jakies-wyjscie-na-nowa-polske

okładka

22 marca, wpis nr 1400

Dziś małe święto: tysiąc czterysta wpisów do tej pory. A miałem pisać pamiętniczek z dwóch tygodni kwarantanny…
Zeszło się, c’nie?

Mamy różny poziom dyskusji o polityce w Polsce. Króluje bieżączka, codzienna nawalanka plemiennych wzmożeń na poziomie newsów dnia i dziennych przekazów. Pojawiają się dłuższe wątki, ale te są ciągnione wyłącznie w celach eskalowania podziału Polaków na dwa szczekające na siebie stada. Wszystko temu służy, byśmy się kłócili, gdyż walcząc ze sobą na dole nie spoglądamy wzwyż, nie widzimy, że to wszystko idzie z góry: do nas na dół dzielący syf podszczuwania, do nich na górę – nasza bezradność owinięta w podatki. Ale to nasz chleb codzienny, czerstwy i coraz bardziej gorzki.

Drugi poziom to komentariat bardziej zaawansowany – to w nim pojawiają się wątki mechanizmów partyjnych, politycznego grzebania w prawie, unijnych wrzutek regulacyjnych. Tu króluje odczytywanie niepisanych, acz wdrażanych planów. Codziennie liczy się głosy, rozpatruje frakcje, znów przelicza się głosy. Takie taktyczne przesuwanie figurek po szachownicy demokracji przedstawicielskiej. Ważny motyw w tym wymiarze pojawia się po prawej stronie tej niepowszechnej medialnej debaty. Lewa dzisiaj, jak to mówi Bartosiak, poleruje berło rządzących i oprócz tropienia pisizmu nie masz tam żadnej myśli państwowej.

Błędy genetyczne

Wartościowa część tego prawicowego wątku odkrywa kolejną warstwę III RP, jej zaklęte w ustroju błędy genetyczne, które my widzimy coraz częściej w formie politycznych patologii, nie do końca identyfikując ich źródeł. A więc roztrząsa się zaklęte w naszej konstytucji wady i błędy, w końcu stare i podrdzewiałe trybiki, które kiedyś pracowały, choćby i na korzyść wyłącznie elitarnej warstwy kliki. Teraz, kiedy czasy się mocno zmieniły, zacinają się, trzęsą, łamią. Maszyna polskiego ustroju przeżywa konwulsje, zaś lud suwerenny widzi tylko przemalowane co kadencję obudowy, zaś wstrząsy tłumaczy mu się tym, że owszem – konstrukcja jest zacna – tylko poprzednicy ją popsuli. No, jest jeszcze Putin, winny za wszystko.

Mówię tu o pewnym publicznym trendzie do naprawy Rzeczpospolitej. Ma on dwa przejawy, ale jedną fatalną dominantę. Ten zbiór wspólny polega na tym, że właściwie cała III RP wciąż zajmuje się głównie… poprawianiem samej siebie. To tak jakby sam ustrój wiedział, że jest źródłem własnych kłopotów. Przecież cała ta biegunka legislacyjna – pomijając wsad dostosowawczy naszego prawa do unijnych dyrektyw – to są poprawki do istniejących ustaw. W sumie każda zmieniająca się ekipa zaczyna grzebać w ustawach od nowa, zamiast realizować jednolitą politykę wzrostu. Ta zmienność podejścia to nawet nie inne poglądy społeczno-gospodarcze kolejnych ekip, to by było jeszcze nieźle. Gros ustaw to zamiana, zawrócenie redystrybucyjnych strumieni środków publicznych w te strony społeczne, które akurat dana ekipa polityczna uzna za korzystne dla siebie pod względem wyborczym. Nie ma to nic wspólnego z dobrem państwa, tylko chodzi o to, by – właśnie jego kosztem, a właściwie kosztem jego rozwoju – kontynuować pobywanie w promieniach władzy, w tym wypadku dla samej władzy. O wątku agenturalnym, czyli czynieniu prawa i polityki dla realizacji cudzych interesów nie wspomnę, gdyż to sprawa oczywista.

Poprawianie III RP w permanencji

Ale nie po to zacząłem ten tekst, by głosić tu takie komunały. Mamy wysyp prób, widać, że często pozornych, naprawy kraju, ale służą one jednak taktycznym celom politycznym, są więc zasłoną dymną, która ma przysłonić nicnierobienie. III RP jest powoli jak socjalizm – walczy dzielnie z problemami, które sama tworzy poprzez system, na którym się opiera. I mamy do czynienia z pierwszym przejawem troski o Polskę: chodzi o kolejne – co kadencja – próby deregulacji. Praktycznie każda ekipa to obiecuje (oczywiście przed wyborami), zwłaszcza kieruje ten postulat wobec dyżurnych przedsiębiorców, których zaraz po wyborach w tej kwestii… zdradza. A to Palikoty stają na pryzmie papierów z regulacjami, a to powołuje się kolejne komisje do tropienia przerostów administracji, które same wkrótce stają się… jej przejawem. Kolejne podejścia w tym względzie, szczególnie dla przedsiębiorców, stają się już taką udręką, że niektórzy wolą, żeby nic nie deregulować, bo z tego tylko kłopoty.

Dyżurnym przykładem takich prób daremnych, a właściwie kontrproduktywnych, był Polski Ład, który miał wprowadzić porządek, stał się zaś gwoździem do trumny przedsiębiorców, a zwłaszcza PiS-u, który wydał to cudo na świat. Przedsiębiorcy znaleźli się w sytuacji jak ze słynnej bajki, kiedy „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Tak bardzo się wszyscy starali im pomóc, że wyszło z tego nieszczęście. Ale to był przykład politycznego podejścia do samozreformowania w końcu własnych regulacji, co prawda dziedziczonych z pokolenia na pokolenie polskiej plemiennej sztafety, ale będącej produktem markowym III RP.

Przypadek prezesa Brzoski

Ale mamy też różne próby niepolitycznego podejścia do tematu poprawienia Polski poprzez deregulacje – są to liczne inicjatywy, czy to samych przedsiębiorców, jakichś organizacji, nawet stowarzyszeń pracodawców, ale te są bardziej reaktywne i najczęściej ograniczają się do krytyki jakiejś jednej wyizolowanej regulacji. Nie mają więc nic wspólnego z systemem, zaś ich łatanie na łacie utrwala tylko system polskiej dziurawej kapoty. Ostatnio mieliśmy do czynienia z dużą próbą deregulacyjną, którą zapoczątkowała przygoda biznesmena Brzoski (ten od InPostowych paczkomatów) z premierem Tuskiem. Wyszedł z tego niezły projekt, dużo fajnych pomysłów, zgrabnie zebranych i skonsultowanych. I co? I nic.

Większość tu zacznie utyskiwać, że to była podpucha ze strony Tuska, który miał wrobić biznes w propozycje deregulacyjne. Zamiast sam się zająć tymi sprawami, to pod publiczkę powiedział – marudzicie, marudzicie, to wreszcie coś sami zaproponujcie. I stało się – Tusk dostał niezłą pakę pomysłów i… nic z tym nie zrobił. (Może to był ruch przekuty przez Brzoskę na zdobycie sztandaru przewodnictwa polskiemu biznesowi i założenie – również z przygotowaną w tym trybie paczką postulatów przedsiębiorców – ruchu politycznego, który wystartuje w tych wyborach). A więc po zwyczajowej klapie pomysłów na deregulacje odbitych przez rządzących wszyscy się rzucili na gęganie – no tak, jak zwykle nie dało się. Ale nie tu jest pogrzebany pies polskiego przekleństwa niemożności.

Głównym problemem jest „łatkowatość” podejścia. W ustawie o czymś tam, w paragrafie 3, ustęp 2 wystarczy dodać „i wynosi 16%”, w innym rozporządzeniu wykreślić słowo „podstawę liczy się od średniej krajowej” i będzie dobrze. Poważnie? Będzie dobrze od takiego łatania? Nie może być! Takie łatanie oddala nas od myślenia o tym czy w ogóle ten prawie już 40-letni płaszcz Najjaśniejszej w ogóle został dobrze skrojony od początku, a już w szczególności czy nie sparciał do tej pory, po takim czasie, czy przypadkiem nie pasuje już do polskiej geopolitycznej pogody? Nie – my będziemy łatać na łacie, podszywać stary rękaw nową podszewką. A że wieje przez ten płaszcz coraz bardziej, to napychamy szpary zwitkami pożyczonych pieniędzy i gazetami narracji. Tak dalej to nie pojedzie.

Analizy ale czy remedia?

Drugim aspektem troski o naprawę Polski jest coraz częściej szukanie właśnie dobrego kroju dla Polski na nowe czasy. Coraz częściej mówi się o systemie, ustroju i – też coraz częściej – o jego zmianie w sposób generalny, czyli zahacza się o kwestię konstytucji. I jest to racja z kilku powodów: po pierwsze jeśli traktować konstytucję jako instrukcję obsługi, a właściwie rozwoju potencjału naszego kraju i zamieszkujących go rodaków, to za mało o tym mówimy. Owszem – jako się rzekło w rozwiniętym, a więc nieczęstym komentariacie, wskazuje się na nasze życiowe konsekwencje błędów ustrojowych zawartych w konstytucji, ale jest to tylko (konieczny) początek, analiza przed remediami, których nam wciąż brakuje.

Po drugie Polacy nie potrafią rozmawiać o konstytucji. Owszem potrafią nią wymachiwać z taktycznych inspiracji rządzących. Taktycznych, gdyż na przykład w przypadku kiedy Tuski były w opozycji, to czytali ją dzieciom do snu i biedakom uwięzionym w tramwajach, zaś jak się towarzystwo dorwało do władzy, to niedawna bohaterka ich odniesień ustrojowych stała się momentalnie lekturą przeszkadzającą, którą poddano interpretacji „tak jak ją rozumiemy”. Jeżeli są jakieś głosy jak i gdzie jest niedobra ta nasza ustawa zasadnicza, tak w ogóle nie ma dyskusji na temat jak miałaby być ona lepsza i w których obszarach.

Polacy też nie rozmawiają o konstytucji z jednego naczelnego powodu – nasza ustawa ustaw pasuje bowiem całemu systemowi politycznemu, gdyż to dzięki jej regulacjom ten system jest taki jaki jest i może być tak słaby jakościowo i ludzko, a jednocześnie dochodzić do władzy i utrzymywać się przy niej. Dlatego konstytucja RP należy nie tyle do jednego z elementów POPiS-u, ale jest jego fundamentem. To jej zawdzięczają swoje przewagi dwa plemiona, to ona wytycza to zagrodzone pole, na którym odbywa się już tylko walka które z dwóch plemion wygra. Dlatego POPiS, ale i praktycznie cała klasa polityczna będzie tej konstytucji bronić jak kiedyś Jaruzel socjalizmu, czyli jak niepodległości.

Duda referendalny

Było parę nieśmiałych podejść do konstytucji, ale należy wskazać, że o skromnym wymiarze takich prób świadczy to, że najpoważniejszą była inicjatywa konstytucyjna prezydenta Dudy, co świadczy o tym, że jeśli to była próba najpoważniejsza, to cały interes jest nic nie wart. Prezydent Duda zaproponował dziwny proces dochodzenia do zmian w konstytucji: ogłosił referendum konsultacyjne, nie zaś referendum zmieniające konstytucję. Po prostu miano się zapytać, i to wariantowo, o różne pryncypia, niestety w większości tu nie nadające się do konstytucji. No bo co ma konstytucja do pytań typu: „Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?”, czy „Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?”.

Inicjatywa Dudy okazała się kapiszonem i chyba dobrze, że nie doszło do tego referendum, bo temat byłby spalony i obecnie zamknięty. Myślę, że ten pomysł jednak Dudzie utopił… PiS, gdyż jest to formacja jak najbardziej żyjąca z konstytucyjnych patologii, z zapisem o ordynacji proporcjonalnej w wyborach włącznie. Duda chciał się zapytać narodu w którą stronę ma pójść myślenie o zmianach konstytucji. Ale – właśnie – zabrakło tam pytań zasadniczych, bo ustrojowych. Skupiono się na przynależności do NATO czy Unii oraz gwarancjach pozycji rodziny czy choćby… roli w niej ojca. Projekt więc poległ, zaś swym poziomem mocno i na długo spłycił poziom dyskusji o ustawie zasadniczej. Mało tego – zaproponował jakąś dziwną formułę, gdzie znowu, tak jak w roku przyjęcia konstytucji w referendum, będziemy mieli tylko jeden projekt konstytucji, napisany przez polityków w ramach referendalnych konsultacji.

Jak można zmienić konstytucję?

Z tych nielicznych, którzy jeszcze rozprawiają o zmianie konstytucji (głównie jako się rzekło – dziennikarze) większość snuje dramatyczne scenariusze imposybilizmu. Żeby zmienić konstytucję – tak straszą lud – trzeba osiągnąć niemożliwy poziom konsensusu walczących ze sobą plemion. I to w obu przypadkach, to znaczy wtedy, kiedy miałaby to zrobić sama klasa polityczna reprezentowana w parlamencie, a także gdyby chciano zmienić konstytcuję w ramach referendum stanowiącego. Zmiana Konstytucji RP na nową w Polsce wymaga przeprowadzenia rygorystycznej procedury opisanej w art. 235, która obejmuje uchwalenie ustawy konstytucyjnej przez Sejm (większością 2/3) i Senat (większością bezwzględną). Projekt mogą zgłosić: 1/5 posłów, Senat lub Prezydent. A więc biorąc pod uwagę takie ostre wymogi zgody uważa się ten pomysł za niemożliwy, albo wręcz przeciwnie – nakazujący pełną mobilizację do zdobycia wręcz orbanowskich większości w obu izbach.

Ale drugą drogą, często zapominaną, acz o wiele łatwiejszą do osiągnięcia celu jest ścieżka prezydenckiego referendum konsultacyjnego w oparciu o art. 125 konstytucji. Wcale nie trzeba znokautować innych w wyborach, na mandatowy wynik których nałożony jest wypaczający filtr ordynacji wg.  D’Hondta. W referendum, jak to w referendum, odwołujemy się do pojedynczych głosów mas liczonych wprost. Cały proces wygląda inaczej niż proces referendum konstytucyjnego. Referendum konstytucyjne jest decydujące, ale zamieszanie w niego Sejmu powoduje niemożność osiągnięcia progu 2/3 zgody i nie będzie nad czym „referendować”. Trzeba wrócić do przypalonego przez Dudę referendum konsultacyjnego.

Ma ono kilka wad i klika zalet. Co do wad – nie jest stanowiące, nie musi być uwzględnione przez ciała przedstawicielskie. Ale jeżeli naród się gremialnie opowie za konkretną zmianą, to może się tak stać, że cała klasa polityczna będzie się bała przeciwstawić woli ludu. Odpowiedź ludu musi być więc konkretna nie zaś ogólnikowa, bo jak się niekonkretami zajmą politycy, to przerobią każdą wolę ludu na swoje kopyto. Na pewno taki referendalny ruch konstytucyjny musiałby przeformułować postrzeganie priorytetów politycznych przez wyborców na skalę systemową, a więc warto tu zmienić paradygmaty myślenia ludu na rzeczywiste. Samo określenie pytań referendalnych byłoby poważnym pretekstem do konkretnej debaty nad analizą i przyszłością kraju. Pojawić by się mogły nowe struktury, idące w poprzek plemienności podziałów sceny politycznej, objawiliby się może nowi liderzy, może zaczątki nowych, tłumionych, acz potencjalnych elit. Byłby jakichś ruch i to konkretny, nie kolejne narzekanie, ale rzeczowe remedia dla kraju. I jeśli wyszedłby z tego dobry pakiet, to nawet gdyby III RP go olała politycznie, to stanowiłby on znakomity zaczyn konkretyzacji postulatów politycznych na przyszłe wybory.

Gracze zmiany

Ruch z referendum konsultacyjnym wymaga zaangażowania i zgody prezydenta oraz Senatu RP. A to ustawia już z góry i graczy, i teren walki politycznej. Dla prezydenta Nawrockiego byłby to egzamin z tego, czy jest bytem samodzielnym politycznie, czy będzie w kwestii dyskursu konstytucyjnego hamulcowym, gdyż – jako się rzekło –  dla systemu III RP, a więc i dla PiS, obecna konstytucja jest gwarantem trwania tego dysfunkcyjnego układu politycznej dwójpolówki. Sztandar konstytucji mógłby zostać podjęty przez prezydenta i okazałoby się, czy to w ogóle jakiś ośrodek polityczny. Poza tym to prezydent mógłby być przekazicielem w górę energii do zmian, organizacyjnie pochodzących spoza dużego pałacu. Otworzyłoby to drogę do pozytywnej i konstruktywnej presji na prezydenta, by podjął ten pomysł i inicjatywę. Ustrojowo jest do tego niezbędny.

Drugim graczem potrzebnym do tego ruchu jest Senat, najwyraźniej przez PiS odpuszczany. I nie dziwota, jak człowiek sobie przypomni jego ustrojowe źródła w III RP. Senat to dziecko Okrągłego Stołu, zaproponowane przez Kwaśniewskiego jako otarcie łez dla wtedy opozycji solidarnościowej, która miała być tylko 35% kwiatkiem do kożucha rządzących w Sejmie komunistów. Kwaśniewski zaproponował więc powołanie Senatu, gdzie wybory nie będą limitowane i tam się mogą solidaruchy odkuć. I odkuły się, biorąc w 1989 roku 99% miejsc w Senacie, co pokazuje gdzie wtedy była umiejscowiona narodowa popularka. Ale Kwaśniewski dając szanse na Senat od razu się zabezpieczył – Senat mógł dawać poprawki do ustaw Sejmu, ale izba niższa i tak mogła zwykłą większością je unieważnić, co miało wtedy chronić komunistyczną większość w Sejmie. A więc Senat był na tamte czas taktyczny, zaś i wtedy, i teraz jest bezzębnym SENATORIUM, izbą choć wyższą, to nie mającą nic dogadania.

Ale fakt jego umieszczenia jako ważnego gracza w referendum każe się nad nim pochylić. I nagle w takim scenariuszu staje się ważnym na tyle, że można o niego zabiegać. PiS kiedy miał przez pierwszą kadencję po 2015 roku i Sejm, i Senat nic z nim nie zrobił, tylko używał go do przepychania ustaw w dwa dni. Ale jak Senat utracił w kadencji kolejnej to uznał, że jedyne co mu może wraży Senat zrobić przy pisowskiej większości w Sejmie, to tylko opóźniać proces legislacyjny, a więc była to strata tylko tempa. Widać to podejście w PiS-ie i teraz, kiedy powoli godzi się na przegraną w Senacie, będzie z tego, jak wylicza Marcin Palade, z 15 mandatów na 100.

Poniżej: mapka senackich okręgów dla PiS

Wszystkie grafiki za Marcin Palade Statystycznie.

Ale Senat można byłoby odbić, tylko trzeba byłoby zrobić to samo, co strona przeciwna – zrobić pakt senacki, ale prawacki. Ale coś się PiS-owi do tego nie spieszy, co jest kolejnym dowodem, że partia Kaczyńskiego nie umie w koalicje. Jest to też słaby prognostyk na koalicje sejmowe. I, o dziwo, na pakt senacki Kaczyńskiego namawiają obie Konfederacje, zaś PiS nie chce. A pakt senacki to wymarzony projekt dla Nawrockiego, który w ten sposób „oddałby” przysługę 3 milionom konfederatów, którym zawdzięcza swoje prezydenckie zwycięstwo. Wydaje się – ja wiąż jestem jednak optymistą, pytanie czy niepoprawnym -, że PiS zmądrzeje, kiedy już porzuci nadzieje na to, że premier in spe, czyli profesor Czarnek miałby doprowadzić do powstrzymania przepływu pisowców do Brauna. Wtedy można udać, że to inicjatywa Nawrockiego, chyba, że i jego przekona ambasador amerykańsko-izraelski, że nie wolno siadać z Braunem, nawet do chanukowej wieczerzy.

Ruch konstytucyjny

Moim zdaniem kwestia konstytucji będzie papierkiem lakmusowym dla prawdziwych intencji całej klasy politycznej. Szczególnie dla określenia „współczynnika antysystemowości” w każdej z partii. Można będzie się naocznie przekonać kto broni gnijącego systemu opartego na tej konstytucji. Zweryfikuje się też postawa Konfederacji Mentzena i Bosaka, gdyż trzeba będzie konkretnie odnieść się do rzeczywistej antystemowości, w znaczeniu systemu jako pookrągłostołowej III RP. Najprościej ma tu Korona Brauna, gdyż to ona będzie depozytariuszem tej weryfikującej wszystkich antysystemowości. Patrząc się na program Korony, to jest on mocno zaawansowany na poziomie ustrojowym. Wygląda jak piękny obraz przy plakatowych propozycjach konkurentów, licytantów na rozdawnictwo.

Instrukcja obsługi naszego potencjału wzrostów wymaga zmiany zasadniczej. Napisana na inne czasy, na inny potencjał, taktyczna w dodatku rozmyta kompetencyjnie konstytucja nie daje nam szans na rozwój. Wszystkie postulaty łatania a la Brzoska tylko mumifikują ten układ. W końcu dochodzą do poziomu implementacyjnego i tu wchodzi na pełnej petardzie III RP, która nie pozwoli na inne niż kosmetyczne zmiany. Postulat nowej konstytucji ułożyłby cały scenariusz działań politycznych, zweryfikowałby obecną scenę, wyzwoliłby, mam nadzieję, że istniejące, potencjały energii Polaków i przeniósłby dyskurs o Polsce w obszary pragmatycznej racjonalności. W końcu wszystkie dobre pomysły na Polskę kończą się na progu implementacji sprawczości, co wskazuje na słuszność postulatu Brauna, że żeby się ziściły choćby i najlepsze pomysły na Najjaśniejszą to „trzeba odzyskać niepodległość”. Zdobycie nowej konstytucji może więc stać się i drogą, i celem do wykonania tego szczytnego zadania prawdziwej naprawy Najjaśniejszej.                             

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Napieprzamy w pierwsze damy

Napieprzamy w pierwsze damy

Jerzy Karwelis dziennikzarazy/napieprzamy-w-pierwsze-damy

FB_IMG_1736070787797 (1)

21 lutego, wpis nr 1396

Nie bardzo rozumiem tego pędu. Chodzi mi o ostatni wywiad żony pana prezydenta Nawrockiego. Po co były te zabiegi, ten cały wywiad ? Po co było się w ogóle umawiać na wywiad ze stacją jawnie wrogą wszystkim mieszkańcom dużego pałacu? Tam siedzi cały czas, bez względu na to czy urzęduje Duda czy Nawrocki chyba wciąż ten sam PR-owiec, który jeżeli ma dobre chęci, to chyba lepiej, by zmienił zawód.

A la Duda

To przypomina Dudę, ale męża. Ten – jak ostatnio się wydało – niektóre ustawy puszczał, bo już „za dużo tego blokowania było”, jakby prezydent miał jakiś limit wetowania głupot. Chodziło jednak – Dudzie – o przypodobanie się michnikowskim salonom. To znany kompleks „byłych”, tych co to ich wichry historii zawiały z przedpokojów salonu elit III RP w kierunkach nieprawomyślnych, a przede wszystkim obciachowych. Jest taki sznyt, że jednak – mimo wielkiej wrogości – oczy patrzą w tamtą stronę, czy się tam, broń Boże, człowiek dla salonu, co go stworzył (ale czy uformował?) jakoś nie wygłupił. I wysyła się tam takie sygnaliki.

Co ciekawe u Dudy temu zjawisku kompletnie nie wtórowała małżonka prezydenta. Ta się nie dała namówić na twarzowanie w mediach, choć te niemiłosiernie – w końcu to 10 lat panowania – ją ku temu prowokowały. A pułapki w przypadku jej wejścia w obieg medialny były już zawczasu rozstawione. Wymyślano jej od milczącej Pierwszej Damy, że się nie angażuje, nie wspiera czy to piorunowych dziewuch, czy nie podejmuje kolejnych wątków podrzucanych przez mainstream. Prowokowali, prowokowali i trzeba przyznać, że pani Agata dzielnie to wszystko wytrzymała. Robiła swoje – gdzieś tam jeździła, coś otwierała, ale bez rozgłosu i media po waleniu w mur jej asertywności dały sobie spokój.

Zaczęło się – jak w każdym przypadku nieprawomyślnych żon nieprawomyślnych prezydentów – od ataków na kreacje żon. Dudowa ubierała się bardzo dobrze, choć dla salonu to nie miało znaczenia. Ale wystarczyło tylko zestawić jej ubrania z ubiorem tych znawczyń mody, które ją krytykowały, by zarzuty uległy samodemaskacji. W ogóle to rola Pierwszej Damy jest ustrojowo nie ustalona, zwyczajowo zaś zależy od tego jakiego prezydenta jest się żoną. Komorowska była delikatnie mówiąc niewyjściowa, ale salon cmokał i klaskał, choć jej kreacje nie były nie tylko oceniane, ale i pokazywane.

Dudowa dobrze na tym wyszła, choć jej mąż – jako się rzekło – miał zachcianki przypodobania się salonowi, na czym wychodził zawsze źle. To są jednak jakieś mrzonki – salon nie wybacza. Wybaczy jak mu Michnik karze, a to jest rzadkość, do której wrócimy. Myślenie więc o jakichś gestach w tamtą stronę, a już sny o odwzajemnieniu hołdów to już kompletna naiwność. Taki był Duda, ale nie Dudowa. I kto na tym lepiej wyszedł? Pani Agata odrobiła dziesięcioletnie lekcje i poszła w prywatność, zaś jej mąż, grający „na parę i na żagiel” podpadł obu środowiskom, do których się łasił i wylądował, oby tylko, w zapomnieniu.

Gra w salonowca

Ale wróćmy do salonu. Czemóż to on nie wybacza? Jako się rzekło czasami wybacza, ale czemu to rzadkość jest? Salon jest przede wszystkim dowodzony przez swoich demiurgów. Widziano już wiele meteorów, co to pięknie pruły po nieboskłonie salonu i nagle ktoś gasił je jak świecę. W salonie, na powierzchni musi być ruch by emulować życie, po to by ukryć starą prawdę, że salonu rdzeń pływa od dawna w formalinie. Salon kooptuje, nie można bez jego przepustki zdobyć go, bez jego woli wedrzeć się do niego. Musi być akceptacja. Służy ona utrzymaniu równowagi w środowisku.

Salon mamy dość niezwykły. Jego głównym wyznacznikiem jest generowanie prestiżu na kilku piętrach. Niektórzy czekają w przedpokojach, inni brylują na środku, wprowadzają swoich (najczęściej rodziny), inni, zapraszają, akceptują, wreszcie – wzywają medialną ochronę, by wyprowadzić jakiegoś nieszczęśnika, czy – najważniejsi – ci co gaszą światło i ogłaszają, że „koniec balu, panno Lalu”.

Kiedy salon wybacza? Nigdy do końca. Błędy salonowi obrzydłe będą zawsze pamiętane i w razie W – wyciągnięte. Można być winnym wobec salonu, ale i być przez niego akceptowanym. Tyle, że taki delikwent wie, że jest to akceptacja taktycznie uwarunkowana. Trzeba się więc starać nad wyraz. Dlatego – medialnie – brylują w imieniu salonu dopuszczeni do niego grzesznicy. Dobrym przykładem są to Giertych czy Sikorski – obaj przyszli z piekła: jednej z czarnosecińskiej Ligi Polskich Rodzin, drugi ze znienawidzonego PiS-u. Mają więc w genach grzech pierworodny apostołów prawicy. Muszą więc przerastać wszystkich, w tym salon, w ściganiu byłych przyjaciół. Mają też ten walor (ale tylko taktyczny), że są „stamtąd” i wiedzą co tam się mówi przy ognisku, jak nikt nie patrzy. Są więc dopuszczani do salonu, ale muszą się starać ciągle i nad wyraz, wciąż nie będąc pewnymi czy ktoś im nie wyciągnie grzechu głównego. Salon więc wybacza tylko taktycznie.

Ewolucja salonu    

W swojej książce o elitach wskazałem, że kwestia prestiżu w elitach została rozdzielona praktycznie przy Okrągłym Stole, kiedy z trzech przejawów elitarności (pieniądza, władzy i prestiżu) postkomuniści podzielili się tak, że sami wzięli kasę, zostawili przy sobie sprawstwo władzy, zaś administrowanie, czyli publiczną odpowiedzialność przekazali solidaruchom, dając im 100% elitarności prestiżu. „Nasi” rzucili się na to jak mysz na słoninkę. Naiwniacy dostali zadanie sprzątania po komunie, misję godną czyszczenia stajni Augiasza, za którą to wkrótce Solidarność oddała władzę komunistom, bo swoim prestiżem kredytowała bankructwo autentyczności transformacji. Najgorzej, że w tym procesie głównie zużył się etos Solidarności, skoro lud zobaczył jak sobie poczynają z Najjaśniejszą ponoć jej najlepsi przedstawiciele. Prawdziwe elity pieniądza i władzy pozostały więc dla ludu nieznane i niewidoczne, na front wypchnięto więc twarzujących temu wszystkiemu solidaruchów, czyli salon, mniemaną elitę prestiżu.

Grupa ta podlegała pewnej mutacji. Dalej są tam „ludzie kultury”, poprawnościowa profesura, rotacje muzyczno-filmowe (ale to są płotki), jest tam pozorny ruch na powierzchni zjawisk. Ale główna ewolucja polegała na przyspieszającym spsieniu elit. W latach dziewięćdziesiątych jednak nikt tam nie klął, nie gloryfikował menelstwa, nie wyklinał instytucji państwowych z powodu ich wadliwego (ich zdaniem) personalnego obsadzenia z woli wyborców. Dziś już uchodzi tam wszystko – a jeśli elity, nawet te, które się zostały ulokowane na szczytach na medialnych bagnetach, ulegają spsieniu to „ryba psuje się od góry”, jak genialnie się pomylił, choć prawdę powiedział, jeden z jej pretendentów. Przykład idzie w dół, lud, który miałby się sublimować patrząc w górę na elity, z miłym zaskoczeniem widzi tożsamość języka, pojęć jak cepy i coraz niższych wzorców kulturowo-osobowych. Elity więc dziczeją. A skoro innych nie ma – czemu się dziwić, że idziemy w kulturową jaskiniowość jako naród?

Czemu zaraz prezydentowa?

Czemu więc zasadzono się na żonę Nawrockiego? To dość elementarne i pora by Pałac to pojął. Inaczej być nie mogło – tam nie ma taryfy ulgowej. Nawet gdy się uśmiechają, nawet gdy wysyłają miłą mediaworkerkę na ciepły wywiadzik pt. „my kobiety”, to z tyłu zawsze mają w rękach nóż. Zawsze, zapamiętajcie tam sobie na Krakowskim Przedmieściu. Ten co mówi, że jest inaczej jest albo niebezpiecznym naiwniakiem, albo prowokatorem. Wystarczy popatrzeć na losy Dudów jak się wychodzi na grze z tą ekipą.

Nawrocki i tak został od razu ustawiony na linii konfrontacyjnej. Pisałem już o tym, że przy POPiS-ie chłopaki inaczej nie mogą. Na przykład cały ten SAFE jest po to by zbudować wielką bułę narracji, że Nawrocki to ruski człowiek, skoro nie chce się zbroić, ba – nawet jest lobbystą pominiętych przez SAFE firm amerykańskich czy koreańskich. Ma to przylgnąć do niego na zawsze, być podbudową do kampanii w 2027 roku, że PiS-owski prezydent jest ruską onucą. Już widzę, że kropla drąży pałacową skałę, bo kancelaria Nawrockiego przygotowuje do tej ustawy jakieś poprawki. Jakie poprawki? Całość trzeba odrzucić. Możemy pożyczyć sami za mniej, mając jednocześnie pełną swobodę wydatkowania tych środków, nie zaś iść w niewolę warunkowości za kredyt na nasze wnuki. Niemcy nie uczestniczą w SAFE i jakoś tam im nikt w Bundestagu łbów nie urywa, zaś polski ambasador nie siedzi na widowni tam w Berlinie, by dopilnować głosowania niemieckich deputowanych. Ale już widać dudizm – jest presja więc gramy elastycznie. Czyli na parę i na żagiel.

Nawrocki ma już przerąbane i – na szczęście – widzi, że nie ma co się cackać z pulardą. Nie ma co zabiegać o łaskawość salonu. Ale odsłonił tyły – w sondażach mu rośnie, ale salon zobaczył, że żona ma dobre notowania, a tak być nie może. Zaczęło się – przypomnę – od ataku na małoletnią córkę, że jest walnięta, bo się wygłupiała na wieczorze wyborczym. Ale – jeszcze – wyszło na to, że troszkę przesadzono i atak na dziecko to wciąż jeszcze (do kiedy?) za dużo. Ale pani Nawrocka jeszcze nam została. Zaczęło się od ataku na kreacje, ale to nie odnosiło większych skutków. Zarzuty były dymane, modowe kwestie nie mają większego przełożenia na politykę – nienawidzący Nawrockich i tak nie potrzebują argumentów, zwolennicy zaakceptowaliby i worki pokutne, wahający się zaś mają tu rozstrzelone gusta. Facetów to w ogóle nie obchodzi. A więc moda nie. Trzeba było coś na poważnie.

I odpalono wywiad. Powtarzam – intencje TVN-u są i były oczywiste i wrogie. Nie wiem jakie miałyby być cele Pałacu, który to wszystko zaakceptował, boję się, że zaaranżował. Tu sprawa jest bardzo prosta – moim zdaniem nie powinno było do takiego wywiadu w ogóle dojść. Jak ktoś nie wie dlaczego, to niech sobie obejrzy kuchnię wywiadu z panią Komorowską. Oficjalna wersja – pełny Wersal, za kulisami – pełna kontrola pytań i przekazu, łącznie z cenzurą czy to może pójść czy nie. Z prezydentową Nawrocką – na odwrót. Gros przekazu jest zza kulis, jak się pani Nawrocka daje zacukać na pytaniach, na które w obecnych czasach nie ma dobrych odpowiedzi. Pytanie o aborcje, in vitro i takie tam, to są dyżurne „ilorazy” – od razu dzielą Polaków. I jak prezydentowa miała może i nawet lepsze notowania niż mąż, to po tym wywiadzie ta popularka ostro jej spadnie. I to miał być cel tego wywiadu, przecież ludzie – nie po to by jej popularność wzrosła! To nie są cele TVN, telewizji transmitującej przekaz salonu do uśmiechniętych dołów aspirujących. Na Boga!

Partytura

Przygotowanie akcji widać po jej rozpisaniu. Najpierw podprowadzanie, czy to modowe, czy to, że prezydentowa a to wyszywa z kołami gospodyń wiejskich, a to się głupio uśmiecha – to była uwertura do koncertu właściwego. Potem mamy allegro, czyli wywiad właściwy jako podstawę do kontynuowania wątków w dalszych częściach i okolicznościach. Ważna jest wariacja właśnie zakulisowa – te poboczności, minki, zastanawianie się prezydentowej nad odpowiedzią. Teraz pora na grande finale, czyli zgiełk. Jedne wątki dalej kontynuuje orkiestra, inne poszły w twitterowo-fejsbukowy lud i tam już Wersalu nie ma. Najciekawszy jest wątek feministyczny, w którym usłużne mediakoleżanki widzą w Nawrockiej ofiarę ustawkowej przemocowości męża, że Nawrocka wysyła niewerbalne znaki ofiary i żeby tylko mrugnęła dwa razy jeśli mąż ją leje. Taki to jest bilans – ale jeszcze rozwojowy, zobaczycie – tego „wzmacniania” wizerunku Pierwszej Damy.

Najgorsze są niepożądane rady, ale dajcie wy tam sobie w Pałacu spokój. Tej rzeki hejtu nie odwrócicie. Takie mrzonki zakładają po tamtej stronie choć cień nadziei na obiektywną ocenę, ba – niechby nawet potencjalną możliwość zmiany zdania, nawet ciekawość jak jest naprawdę. Nie bądźcie naiwni – to jest kochani walka na śmierci życie. A że się do wyroku wysyła miłą panią z kamerką to już tylko kwestia taktyki i liczenia na naiwność gospodarzy.

Zawód społeczny jako cel III RP

Teraz mamy podłamaną prezydentową, nieciekawe pewnie rozmowy małżonków za zamkniętymi drzwiami Pałacu, zamieszanie w szeregach, trochę klikbajtów na lepsze okazje i kolejny zawód wygenerowany przez mainstream. A oni to potrafią robić – to nie frontalny atak, nie. Na początku umiejętnie podsyca się nadzieje, aż do momentu, gdy się te napompowany balon samemu przekłuje. Tylko wtedy efekt zawodu – podstawowy cel takich zabaw – jest większy. Balon nie nadmuchany może sobie leżeć niezauważony i jakiż to jest efekt z jego zdetonowania. Co innego nadmuchany – wywindujemy go dętym powietrzem do góry, pokarzemy, powiększymy nadziejami ludu, że może wreszcie coś nowego i wtedy – bum!. Ma być ogólny zawód – żadnych nowych twarzy, nadziei, tylko stare truchła elit sprawdzonych. Tylko im można zawierzyć. Cała III RP to maszynka do produkcji tak zawodzonych nadziei, i już nie tylko prestiżu, ale i politycznych potencjałów. Te wzbudza się co kampanię ułudą „trzecich dróg”, tylko po to by lud zobaczył, że nie masz nadzieje, że wszelkie nadzieje poza odwiecznym POPiS-em to są mrzonki. III RP oszukuje Polaków, że tak wiele trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Czy można pytać o Rosję?

Czy można pytać o Rosję?

rower

14 lutego, wpis nr 1395

Mamy dziś do omówienia temat złożony z moich dwóch ulubionych wątków: rozważania o granicach wolności słowa i wątku drugiego – analizy przepastnych wód onucyzmu. Ten drugi omawiałem już wiele razy jako taktyczny chwyt dla mikrocefali, którym dwójmyślenie umożliwia wyznawanie dwóch (albo więcej!) najczęściej sprzecznych prawd na raz. Jak człowiek sobie utrwali, że istnieją (i powiększają się grupowo) grona takich obywateli, to się nie może już dziwić, że ludzie tak szybko i bezrefleksyjnie zmieniają zdanie.

Skoro mogą to robić na zamówienie, to sytuacja, że wyznają takie sprzeczności PO KOLEI jest jeszcze optymistyczna. Są tu pewne znamiona higieny, skoro wyznania jednej prawdy odczekują, aż wybrzmi ta druga, jest to i tak luksus, skoro takie prawdy sytuacyjne mogą występować na raz.

Tak się właśnie mieni swym blaskiem onucyzm. Jeszcze niedawno te same usta wypowiadały o Putinie prawdy przeciwne, choć teraz dałyby się pokroić, że zawsze wiedziano co to za kremlowski gagatek. Jak już tu próbowałem dowieść, stosunek do Rosji w wydaniu uśmiechniętych jest taktyczną funkcją stosunku Berlina do Rosji i nasza partia w serduszku jest w stanie zawrócić w tej sprawie w miejscu, zaś całe stada followersów na zasadzie wspomnianego dwójmyślenia łykają to jak pelikany zgniłe ryby. Szkoda nawet na to patrzeć, bo teraz się zrobiły wyścigi ludzi o pamięci własnych poczynań w rozmiarze pamięci rybki, pytającej się o kwestie zasadnicze swego gospodarza, jak w starym angielskim dowcipie: „to w którą stronę pływamy we czwartek?”.

Pani redaktor z Warszawy

Mamy teraz fajny przykład, jak mówi pewien cyklopowy polityk: „lepszy przykład niż wykład”, który nam to pokaże w zrozumiałym skrócie, zobaczymy dzięki temu jak to pomieszanie chodzi w realu, nie zaś w codziennym biadoleniu coraz bardziej zgorzkniałych w swych powtarzalnych analizach publicystów. Chodzi mi tu o wyjazd reporterki Marii Wiernikowskiej na reportaż po Rosji w ramach kanału Zero. Tzw. case jest symptomatyczny, ale lepiej nam wyjdzie jak zaczniemy od podstawowych kontekstów. Na początku sama pani reporterka.

Ja natrafiłem na panią Marię w 1997 roku we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia. Fala powodziowa szła na Wrocław, trochę bagatelizowana, ale szybko okazało się, że nie ma żartów. Kwestię komunikacji bezpośredniej przejęła wtedy mała lokalna telewizja Echo, co wykazało całkowitą niezdolność ramówkowej telewizji publicznej do działań spontanicznych i improwizowanych.

Było jak na dworcu w radiowęźle – nadawali na okrągło, komunikaty praktyczne, ludzie wchodzili z ulicy przed kamery i wzywali, żeby podwieźć leki na ul. Kołłątaja 27, IV piętro, drzwi po lewej i takie tam praktyczne rzeczy. I wtedy pojawiła się ONA – pani redaktorka z Warszawy, która ewidentnie przyjechała dla lansu, by chwycić ze stolicy „łamiący njus”, bo co oni tam na prowincji wiedzą jak się robi takie tematy. Zaczęła powoli wypychać spontan w utrwalone tory formatu, zaczęły chodzić plotki o płaceniu dzieciakom za skoki do wody z balkonu, by mieć dobry kadr.

Nie wiem jak to było, ale na pewno widziałem jak motorówka z panią redaktor z Warszawy wywoływała płynąc ulicami miasta takie fale, że wybijały one okna ocalałych jeszcze sklepów, nad czym zaraz ubolewała empatyczna dziennikarka. Doszliśmy do momentu ulubionego dla podgrzanych dziennikarzy, czyli do mediów które zdarzeń już nie relacjonują, ale… wywołują.

Nie lubiłem jej za to, choć pewnie na wyrost kompleksów prowincjusza, gdzieś mi zniknęła, choć pewnie jeździła po różnych niebezpiecznych miejscach. Pojawiła mi się nagle na przełomie wieków, kiedy wybuchła sprawa Klewek. Przypomnę – niejaki Lepper, szef Samoobrony, zawistował, że do PGR w Klewkach przyjeżdżają talibowie i robią interesy. W zamieszaniu nie bardzo było wiadomo, czy te rewelacje dotyczą talibów, którzy mieliby przyjechać po wąglik, którego wtedy świat się bał nie mniej niż COVID-a, czy byli to ich przeciwnicy, którzy mieli wymieniać się ich narkotykami za naszą broń. Tak czy siak – wszystko miało się dziać pod przykrywką polskich służb.

Jak redaktor z Warszawy zwariowała

Mainstream obśmiał te rewelacje, zaś pani Maria pojechała do Klewek dobić Leppera na miejscu domniemanej acz fałszywej zbrodni. I okazało się, że… rewelacje się potwierdziły. Świadkowie relacjonowali zdarzenia, pokazywali miejsca lądowania helikoptera z talibami (tak, latało się po Polsce wcale nie prywatnymi śmigłowcami). Wiernikowska, która pojechała po kompromaty dla mainstreamu zacukała się po tych rewelacjach, czego świadectwem jest jej książka pod symptomatycznym tytułem „Zwariowałam”. Nic więc dziwnego, że po takich deklaracjach mainstream zniknął ją na dłużej, bo nie po to się wysyłało taką panią Jandę z „Człowieka z marmuru”, żeby ona czegoś tam dochodziła.

Co ciekawe sprawa Klewek miała swój zaskakujący finał: ewidentny bezpieczniak w tej aferze p. Rudolf Skowroński zniknął do dziś, zaś taki co to nadał całą sprawę do mediów dostał wyrok 42 lat więzienia za kradzież telewizorów z hotelu. Był to, przypadkowy oczywiście, zbieg okoliczności trzech nowelizacji przepisów na temat kary łącznej, który akurat temu gościowi dał wyrok wyższy niż za morderstwa. Pan Bogdan Gasiński nie wyjdzie w 2051 roku, bo sąd w Świdnicy łaskawie wypuści go w tym roku. Takie są losy tych, co sypią rewelacje z działań prawdziwych służb.

Ale wróćmy – pani Wiernikowska jakoś sobie radziła jako tzw. niezależna, aż przygarnął ją kanał Zero. Wjechała do niego właśnie na Klewkach, opowiadając jak to „zwariowała”, ale potem, na zasadzie eksperckiej z wspomnianego 1997 roku, pociągnęła temat nowej powodzi tysiąclecia, zresztą w tych samych rejonach. Było z nią raczej cicho, ale teraz pojechała do Rosji i się zaczęło.

Stanowski – cel bezpośredni

Warto dodać jeszcze jeden kontekst – samego kanału Zero, który wysłał reporterkę w misję wręcz zdradziecką. Właściciel i zarządca kanału Zero, p. Stanowski, też miał – jak p. Maria – swoje falowanie przygód. Wjechał ze swym kanałem głównie przez drzwi kampanii wyborczej, gdy był – jak wspomniana telewizja Echo w czasie wrocławskiej powodzi – diamentem bezstronności na tle popiołów zaangażowania obu plemiennych przekaziorów. Wystarczyło tylko dać mikrofon i kamerę i każdy z kandydatów mógł się swobodnie wykazywać w uwodzeniu wyborców. No, tam swobodnie – niestety Stanowski (pierwszy zgrzyt) odstawił poprawnościową szopkę w przypadku kandydata Maciaka, którego najpierw zaprosił i po jednym zdaniu – wyprosił, bo ten nie chciał od razu zaetykietować Putina jako zbrodniarza. Potem Stanowskiemu szło różnie, miał wpadki z Braćmi Kamratami, a właściwie z tym co z nimi zrobił, po tym co Kamraci zrobili z, wyraźnie wystawionym przez niego na strzał, młodym dziennikarzem.

Tak czy siak – jego platforma, platforma, bo do kanału youtubowego właśnie chce dołożyć portal internetowy i telewizję, stała się niebezpieczną alternatywą dla plemiennego podziału mediów, zwłaszcza dla mainstreamowej formacji liberalnej. Ci atakowali Stanowskiego z różnych pozycji, ale sprytnie (a właściwie przez gapiostwo medialne Stanowskiego) od strony najczulszej – od pieniędzy.

Rynek reklam jest w Polsce zoligopolizowany, a po przejściu TVP w ręce rządu i po skoku rodziny Solorzów na imperium ojca i doszlusowaniu do mainstreamu – w mediach pieniądze dzielą obecnie rządzący. Mamy trzy brokernie medialne i są one równo rozprowadzone w finansowym pilnowaniu mediów co do zgodności z linią powiedzmy „michnikowską” i ta, na którą liczył i, uwaga!, dogadał się na słowo Stanowski, skrewiła i odmówiła mu współpracy w przeddzień debiutu i portalu, i telewizji naziemnej. Teraz na dobitkę przeszła ta banda do ataku merytorycznego za wysłanie pani Marii do Rosji, czyli doszlusował nasz nieśmiertelny onucyzm i koło się zamknęło. Kopa finansowego nikt z publiki nie zrozumie, za to, że Stanowski to ukryta onuca (a niedawno miał być propagatorem uniemożliwiającego taki zbieg banderyzmu) to już zrozumie każdy dwójmyśleniowy mikrocefal, o którym było na początku. Dobra – mamy konteksty, teraz do meritum.

Matuszka Rassija

Przyznam, że widziałem premierę tej serii Wiernikowskiej o Rosji, i już miałem pewne podejrzenia, że mainstream zareaguje. Ale pani Maria zaczęła lajtowo, bo od Kaliningradu, tfu – Królewca naszego piastowskiego. Była to taka śluza, przejściówka do Rosji właściwej, ale to już wystarczyło. Co zrobiła bowiem pani reporterka z Warszawy? Ano wzięła kamerę, mikrofon, niezły rosyjski i pojechała pogadać z onymi – ruskimi. Czyli z narodem, o którym mówi się również w Polsce wiele, ale nie daje się mainstreamowo doprowadzić do sytuacji, kiedy ten powie coś o sobie. A w sprawie tego jacy są ruscy (koniecznie z małej litery), co mówią, co myślą, albo właściwie nie myślą, to wylano u nas morza atramentu i nie będzie tu jedna z drugą Janda 2.0 weryfikować kosztownej i wielowątkowej bajeczki naszej. To jest główny powód tego ataku i na dziennikarkę, i na kanał, który ją posłał w bój. Nie może być konfrontacji prawdy czasu z prawdą ekranu.

Wiernikowska Rosjan nawet politycznie nie podpuszcza, bo wie, że od razu dostałaby bęcki od ostrożnych Moskalików. I nagle okazuje się, że Rosjanie mają po dwie nogi (no, oprócz jednego żołnierza), nie zieją z paszczy nienawiścią, mają swoje troski, również boją się wojny, mają o nas pojęcie zaczerpnięte ze swej propagandy, tak jak my o nich. Też recytują od czasu do czasu swoje wgrane medialnie formułki, ale te – patrząc na naszą agresję narracyjną wobec Rosji – wyglądają na bardziej oględne. Handlują, chodzą po ulicach, martwią się, cieszą jak… ludzie. I to jest główny problem, z którym walczy nasz mainstream. Co ciekawe, media pisowskie mają tu problem – z jednej strony są trochę wdzięczne Stanowskiemu za jego wsparcie w kampanii, z drugiej strony reportaże Wiernikowskiej równie nie pasują do przekazu mainstreamu na temat okropności Rosji, co przekaz pisowski, bo są one takie same. A więc Stanowskiego nie bronią przed atakiem swoich wrogów, co dowodzi kolejnego szwu spajającego POPiS. Ba – strony plemienne prześcigają się wręcz kto bardziej dołoży putinowskiemu narodowi, a każde odstępstwo od tej linii karane jest zarzutem onucyzmu, tak jak kiedyś za kowida obie strony trzymały się za gardło sanitaryzmu.

Oba plemiona są zgodne co do jednego. Jest wojna i kto to widział, żeby – jak na przykład w II wojnie światowej – ktoś z wrażego obozu jeździł po III Rzeszy i pytał się hitlerowskich Niemców jak się tam u nich żyje. Zgadza się – trudno to sobie wyobrazić. Ale, jak już pisałem, ta wojna na Ukrainie to dziwna wojna – strony ze sobą gadają na najwyższych szczeblach, boje się toczą, nawet strzela się do negocjatorów w podstępnych zamachach. Ludy są szczute, na ziemi, a pod spodem w rurociągach z Rosji bite są unijne rekordy zakupów. A więc jak do tej Rosji jeżdżą najważniejsi, to dlaczego nie mogą pojechać i dziennikarze? Ja wiem dlaczego – możni się dogadują ponad głowami rządzonych, ci zaś będą prędzej napuszczani jeden na drugiego niż da się im szanse pogadać ze sobą, bo Bóg (wojny) chyba tylko wie, do czego by to mogło doprowadzić. 

Akcja – reakcja

Co najlepsze – Wiernikowska po tym ataku za pierwszy odcinek dalej jeździ po Rosji, zwłaszcza już po tej właściwej i coś tam kręci. A więc sytuacja jest rozwojowa, bo jak przyjdą nowe odcinki, to rozlegnie się dopiero kwik. A już podglebie jest zrobione. Stanowski chce to jakoś rozminować zawczasu, bo pokazuje już tłumacząc (nie nauczył się po wpadce z Kamratami, że akurat on nie powinien tłumaczyć co autor miał na myśli) fragmenty przyszłych odcinków. Szykuje się znowu połączenie dużych, bo ciekawskich zasięgów z frontalnym atakiem za niepoprawność przekazu. Dostanie więc Stanowski kasę za oglądalność przyszłych odcinków, ale i bęcki od mainstreamu, które mogą nawet dojść do tego, że nie dostanie koncesji z powodów zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, jakim jest pokazywanie rosyjskich straganów z holenderskimi serami.

Popatrzmy na podstawowe reakcje mainstreamu. Najfajniejsze, że odezwała się w tej sprawie… ambasada ukraińska, tłumacząc głupim „pszekom”, że daj Boże, z głupoty, nie z wyrachowania wspierają takimi opowieściami Putina. Najcięższe zarzuty wytoczyła Wyborcza, która dowodziła, że sam fakt wpuszczenia Wiernikowskiej z jej swobodą poruszania po Rosji (a skąd to wiadomo?) ma dowodzić, że Stanowski dogadał się z Putinem o czym będzie mówiła i o co pytała Wiernikowska i ta dostała zgodę tylko pod warunkiem, że będzie lukrować Kremlowi. Okazało się także wprawnym OKO-iem, że Rosja ujęła się za Wiernikowską, co kompletnie zdemaskowało onucyzm Stanowskiego. Taka to intryga. Reszta stadka nadawała tę samą piosenkę w kilku wariantach – nie wolno mówić o normalnej Rosji, takiej nie ma, to przykrywka dla głupich Wiernikowskich, wpisywanie się w braunizm, zamęt poznawczy dla zdezorientowanej widowni. Tam wszyscy w Rosji to dyszący mordem niewolnicy, szykują się na nas i trzeba zbroić Ukrainę w niemieckich fabrykach za nasze pożyczone pieniądze. Do znudzenia.

Brylujący ostatnio Miller dołożył tu swoją zdroworozsądkową opinię, choć jego stanowisko świeci na tle mainstreamu tylko jak rak na bezrybiu. Nerwy puściły i wśród załogi u Stanowskiego, kiedy w ramach protestu przeciwko wycieczce Wiernikowskiej do Rosji szeregi jego kanału opuścił jeden z dziennikarzy. Ale nie dziwota, że tam są takie osobniki, ba – wielu zostało, jak widzę po składach ekspertów, co to nam tłumaczyli w przerwach pomiędzy wypowiedziami Bratów Kamratów co tam nieudolnie przesłuchiwane chłopy miały na myśli. Zwłaszcza w kwestii ukraińskiej. I w sumie biedny ten Stanowski – dla mainstreamu za putinowski, dla prawicy – za banderowski. I gdzie tu sobie teraz wykopać zasięgowy dołek? Może właśnie w Moskwie?           

Morały płynące

Jakie wnioski z tego płyną? Trzeba mnie się do tego odnieść, bo jestem w takim wieku, że nie gadam o faktach, które nie prowadziłyby do morału. Co my tu mamy? Ano znowu ktoś walnął w kamień, nie był to Stanowski, tylko ten z pałą wyrwaną z rąk Wiernikowskiej, co korzysta z takich okazji. I wylazło to towarzystwo spod kamienia, co tam cicho siedzi i wychodzi tylko od wielkiego dzwonu, ale wtedy masowo. W przerwach pomiędzy walnięciami hałłakują już tylko mediaworkerzy, zaś rozgrzani pożyteczni medialni idioci robią zasięgi. Przerwy są coraz rzadsze i krótsze, gdyż trzeba mnożyć przykrywki trosk dnia codziennego i w tych przerwach gra się taką medialną elevator music, takie plimkanie, nie przerywające snu. Ale jak pojawi się prawdziwy temat, to mamy rozpisane nuty na całą orkiestrę, narrację się wątkuje przez dni całe.

Tak jak z listą Epsteina (wymawiajmy proszę jak Einsteina), będzie tego towaru na miesiące. W międzyczasie załatwi się Iran, Wenezuela z Grenlandią przyschną, Trump opyli z Putinem Ukrainę i dogada się z Pekinem (rymnęło mi się…). A my będziemy siedzieć w milionach stron stenogramów i maili, tysiącach zdjęć i filmów łowiąc tego kogo chcemy wyłowić. Zawsze się ktoś znajdzie, czego dowodem jest ostatnia wypowiedź Pameli Bondi, pani prokurator generalnej USA, która na pytanie dlaczego ludzie ze zdjęć i filmów nie zostali jeszcze aresztowani, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: bo musielibyśmy posadzić wszystkich. Moim zdaniem – nie zaszkodziłoby. Byłaby to najszybsza wymiana elit w dziejach, kiedy mądrość tego świata przeszłaby na drugą stronę Styksu Epsteina, zaś lud położyłby na ich zamkniętych powiekach obole dziejowej sprawiedliwości. Ech… pomarzyć nie wolno?

I tak będzie u nas – pani Maria będzie słała swoje odcinki, oglądalność nabije kasę właścicielowi wprost proporcjonalnie do długodystansowego hejtu ze strony mainstreamu. Widzowie będą krzyczeli „ukrzyżuj go!”, choć tak naprawdę trzymającym sznury gotowe na Stanowskiego chodzi o rząd kasy i rząd dusz. A Rosja? Rosja dalej będzie przez nas nierozpoznana. I nie w kontekście tego o czym pisał kiedyś Churchill, że „Rosja jest zagadką owianą tajemnicą, ukrytą w enigmie”. To są fascynacje nie dość rozgarniętych umysłów zachodnich.

Co z Rosją, to my Polacy, jako Słowianie przez nią doświadczeni wiemy o wiele więcej niż pozornie naiwny Zachód. Ale obecnie jesteśmy magnesowani kłamstwem podobnym do tego pandemicznego – zamiast kowida mamy teraz Rosję, nieprzewidywalny wirus świata, trzeba się go bać, nie ma na niego lekarstwa, chyba, że wszyscy zaszczepimy się nań unijnym federacjonizmem. Że Rosja jest jednocześnie – jak Kaczyński – i słaba, i groźna, że zaraz tam podniesie się obywatelski żywioł i pogoni kagiebistę z Kremla. A to nas kompletnie oddala od tego jak tam w Rosji jest. I Rosja cieszy się z takiego naszego dysonansu poznawczego. Ciekaw jestem tylko czy pani redaktor choć na milimetr zmieni ten stupor polskiej opinii publicznej. Zobaczymy – poczekamy na kolejne odcinki, a to dopiero początek, nie tylko reportażowego, serialu.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Jak polscy „politycy” leczą kompleksy

Jak polscy politycy leczą kompleksy

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/jak-polscy-politycy-lecza-kompleksy

FB_IMG_1764170571438

7 lutego, wpis nr 1394

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Pamiętam kiedyś za czasów studenckich chodziłem do pewnej polonistki, która mieszkała z koleżanką, studentką aktorstwa. Zaprosiła nas kiedyś na sztukę dyplomową gdzie grał jej apsztyfikant. Była to rosyjska komedia NEP-owska pt. „Mandat” Nikołaja Erdmana o czasach komunizmu, dość prześmiewcza, choć grana była wtedy w ciemnej nocy stanu wojennego. Ale różnie to bywało z tą cenzurą studencką, a więc takie rzeczy szły, pewnie po to, by rozładować pokojowo niepokojowe nastroje wśród młodzieży.

Syndrom Gułaczkina

Otóż utkwiła mi w pamięci z tego spektaklu jedna postać, zresztą grana przez kolegę lokatorki mej polonistki – Waldka Obłozę, którego publiczność może dziś znać z serialu „Miodowe lata”, jako kryminalistę Kurskiego. Zagrał on we wspomnianej sztuce dyplomowej brawurowo rolę aspirującego aktywisty komunistycznego. Paweł Siergiejewicz Gułaczkin napisał list do samego Stalina, którego to listu kopię i dowód nadania nosił z dumą w teczce. Otóż sam fakt napisania listu do Stalina nie tylko bechtał jego ego, ale nobilitował go w oczach otoczenia, które pochylało przed nim głowy, jako przed tym, który koresponduje z samym WPL (Wodzem Postępowej Ludzkości). Oczywiście Stalin o tym ani wiedział, ani myślał, ale to nie miało nic do rzeczy. Oto samowolny akt robaczka na drabinie społecznej już zbliżał go (w ocenie postrachanego otoczenia) do absolutu.

Dlaczego mi się to przypomniało? Ano dlatego, że widzę przykłady takiej techniki socjologicznej wszędzie dookoła. Chodzi o to, że narrację polityczną coraz częściej buduje się na tym, że osobnik o niskiej pozycji społecznej lub z dna ujemnego prestiżu podwyższa sztucznie swój status atakując kogoś znacznie wyżej, co ma go z nim zrównywać w pozornym dyskursie. W ten sposób, na zasadzie naczyń połączonych, obniża to pozycję osoby o kiedyś wysokim statusie. Jest to dyskryminacja pozytywna, powstaje z tego parę elementów, np. panświnizm, kiedy atakujący robi to w sposób niecny i podły, ale to paprze w błocie atakowanego na takimż to poziomie, że wszyscy, panie, jesteśmy świniami.

Gułaczkin pośredniczący, czyli Palikoty

Mamy tu dwa typy – pośredni i bezpośredni. W przypadku pośredniego mamy tu zasłonę w postaci pośrednika, którego wystawia jako harcownika ktoś wyższy. Taka była rola i Palikota, i Niesiołowskiego. Ci wykonywali numer polegający na chamskim atakowaniu przeciwnika, które sprowadzało go do błota pańśwnizmu – w tym wypadku Lecha Kaczyńskiego, ale uwaga: dopiero po jego śmierci, zaś główny macher tego procederu, Tusk, miał czyste rączki z tyłu i wychodził tylko na takiego, co ma przecież pewien umiar, ale co poradzisz, że jego inni koledzy byli wyrywni. Mało tego, od czasu do czasu wychodził Tusk i karcił jak dobry tato swoich swawolników. W ten sposób odbywał się spektakl, ale w wypadku kiedy czara chamstwa się przelewała, zawsze był w zapasie tonizujący Donek.

Przykład ataków na Lecha Kaczyńskiego jest tu bardzo miarodajny, jeśli mówimy o taktyce pośredniczenia w tym procederze. Taki Palikot, czy Niesiołowski (ten do czasu afery rozporkowej) to się na tym wybudowali. To ku nim odwracali tęskne oczy amatorzy podostrzenia narracji wobec przeciwników politycznych, narracji która przekraczała granice dyskursu w obszary dewastacyjne. Ta dwójka bulterierków zaatakowała Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci, jednocześnie wyzywając PiS od… tańczących na grobach smoleńskich. To był ważny etap w procesie sprowadzania dyskusji w końcu o polityce do inwektyw i reakcji publiki na zasadzie pasa Pawłowa, kiedy po dzwonku szyderstw dyżurnych prowokatorów z pysków ochotnych odbiorców wydzielała się automatycznie ślina wzmacnianych obelg.

System był kompletnie sterowany i nastawiony na powielanie przez ochotnych, którzy brali te świństwa za własne poglądy, dodając tylko jakieś didaskalia. Na czym polegał ten właściwy taniec na grobie Lecha Kaczyńskiego? No, to jasne – jego rola w polityce skończyła się w smoleńskim błocie, nie była to więc zemsta zza grobu. Chodziło o atak na jego brata, bo tylko on, Jarosław, ostał się w polskiej polityce. A najłatwiej było go sprowokować uderzając w jego zmarłego brata. Jarosław jest dość odporny na ataki, z jednym wyjątkiem – ataków na swego nieżyjącego brata. I tu każda akcja, można było być pewnym, będzie wywoływała reakcję.

Tak, do takich robótek byli najmowani cyngle. Ale oni się nie brali z powietrza – byli to ludzie, którzy dostawali mandat od wyborców, a więc ktoś z suwerenów lubi takie zabawy. I mamy takie wyrywne i wzmożone zinstytucjonalizowane chamstwo. Jak się wchodzi po tych edukacyjnych harcach na niektóre profile, czyta jakieś komentarze, to staje przed oczami katastroficzny stan morales sporej części narodu. Same złe emocje, wdrukowane kalki, ustalone aksjomaty, których nie trzeba tłumaczyć, gdyż po milionie powtórzeń stają się już pewnikami. Zero argumentów, stado szczeka na rozkaz: ideał tresera psów trenowanych do walk na ringu polityki.

Gułaczkin bezpośredni, czyli Radki, Czarzaste i Jachiry

Teraz też tak mamy, z tym, że zwiększa się element bezpośredni – coraz mniej pośredników w tym pluciu inwestycyjnym. Na górze – wiadomo stoi Tusk, ale zaangażowanie polityków i ich rachuby wskazują na wiele spontanicznych działań. Mamy tu dwa przypadki, w jednym rządzi gargantuiczne ego zanurzone w przeciwieństwo ambicji i kompleksów (tak, mówię tu o Radosławie Sikorskim) oraz własne rachuby na wyniesienie postaci poprzez atakowanie osoby o poziomy wyżej niż atakujący – tu mówimy o marszałku Czarzastym. Zacznijmy od Radka.

Od samego początku, czyli u przegranych przez Trzaskowskiego wyborów, zaczął się frontalny atak na Nawrockiego. Tak wyszło chłopakom z narad, zresztą nic innego im nie wychodziło, bo oni znają tylko jedną grę – na eskalację podziału. Najpierw odbyła się perypetia pompowania jakichś zmyślonych nadziei wobec nowego prezydenta, by było się od czego odbić, żeby wywołać efekt zdrady nadziei i zawodu. Ponieważ prezydent zamieszany jest w sposób konstytucyjnie niejasny w politykę zagraniczną na tym froncie wystąpił Sikorski. Zaczęło się od kompetencyjnych sporów kto tu rządzi, rząd czy prezydent, potem przeszło to na merytorykę. Ponieważ dyplomacja III RP to jej najsłabsza materia, osobna sprawa do rozwinięcia dlaczego tak jest, to za rządów Tuska Drugiego, jest to już tragedia szekspirowska, gdzie giną główne postaci. I mamy tu dwa w jednym – efekt atakowania prezydenta by się prestiżowo podbudować i efekt drugi – poprzez zaczepki przykryć mizerię swoich poczynań. Pokłóceni ze wszystkimi, przez wszystkich marginalizowani będziemy więc pisać szydery na twitterze, lud – ten hieńczo wyrywny, dzieci posmoleńskiego hejtu   – będzie się jarał, zaś nasza pozycja w czasach formowania się nowego ładu światowego będzie wypadkową wyłącznie cudzych decyzji. Za to nosy i lica będą płonąć, rozgrzane emocjami jak to jeden drugiemu fajnie przygadał – ot, takie złośliwostki w kolejce na szafot.

Radek, skoro robi w dyplomacji postanowił się podwindować też i na zagranicznych ofiarach i to nietuzinkowych. Słynne są jego ataki na najbogatszego człowieka świata Elona Muska, który wyraźnie poparł Trumpa. Tu mamy właśnie do czynienia z efektem Gułaczkina: Sikorski nosi bowiem w teczce napisane przez siebie twitty do Muska, gdzie w dodatku szura do gościa, ba – ten nawet od czasu do czasu odpowiada mu. Okazuje się, że dosadnie i bez szczypania się. Wychodzi z tego coś potwornego dla Polski, bo minister zamiast prowadzić politykę, w tym utrzymywać jakieś relacje z USA, gdzie Musk jest dość ważną postacią – wyrywa się z osobistymi przytykami, za co jest karcony przez Muska w sposób jakby pan karcił psiarczyka co się rozzuchwalił. Cierpi na tym wizerunek kraju, który do międzynarodowych stosunkach w ramach magii demokracji przedstawicielskiej wystawił atencjusza, co pyskuje jak byle troll: efekt szatańskiego połączenia kompleksów i ambicji rozdmuchanego ego.

Dlaczego zaliczam tu ministra do pozornych pośredników? Ano widać, że akurat tu to się pan Sikorski w zupełności spełnia i robiłby te głupoty i bez polecenia Tuska. To jest jego żywioł, a więc powinien raczej siedzieć w jakiejś farmie trolli, a nie dowodzić nawą polskiej dyplomacji. Inni mu wtórujący politycy płacą naszymi pieniędzy za wynajmowanie złośliwców, pod którymi tekstami się podpisują, ale w przypadku Radka możemy być pewni – robi to sam, no, może trochę przy inspiracji króla trolli – Giertycha.

Nie zapominajmy o koniach

Giertych – ta postać to też ewenement, jest to bowiem troll progresywny, który swymi ofensywami wydaje się nawet zaskakiwać… Tuska. Tak było na pewno w przypadku akcji dotyczącej ponownego przeliczenia głosów. Widać było, że ten wątek, grzany przez Giertycha, zaskoczył Tuska, bo ktoś go tu przebijał z ofensywną narracją w czasie powyborczej smuty, nawet zaczęto przebąkiwać o premierze ciamciaramci i mecenasie-koniu, który nie pęka i zawsze nas poprowadzi do ataku na szable wzmożenia, choćby i na czołgi logiki. Zresztą okazało się, że instynkt Tuska tu nie zawiódł, gdyż wątek ponownego liczenia głosów okazał się już tak absurdalny, że pozostał już w pojedynczych zwojach najwyrywniejszych mikrocefali. Ale cień Giertycha wciąż wisi nad Tuskiem, bo wygląda mecenas raczej na inicjatora, niż pośrednika najętego do wydumanej gdzie indziej narracji. A tacy są niebezpieczni, bo mogą być samodzielni i to w tak ważnej (jedynej?) domenie Tuska, jaką jest narracja.

Inna sprawa to marszałek Czarzasty. Ten, kiedy objął schedę po Hołowni, zdecydował, że swoją tożsamość, a właściwie słabą rozpoznawalność będzie podbudowywał na atakach na prezydenta. Tu akurat jego ambicje i strategia Tuska grania na podział poprzez atak na Nawrockiego – pokrywają się. Ale Czarzasty robi to w rachubie na własne korzyści. Nikt tam nie za bardzo wie kto on zacz, ale jak poluje na prezydenta „z innych pozycji”, to raz, że wzmocni lojalność Lewicy wobec koalicji, co jest ważną inwestycją na przyszłe wybory, ale i pokaże wyborcom Tuska, że Lewica gra w jednej drużynie. Teraz jeszcze Czarzasty jako marszałek Sejmu dołożył prezydentowi Trumpowi dość bezceremonialnie odmawiając mu poparcia w staraniach o pokojową nagrodę Nobla, za co został sprowadzony do bezpośredniego konfliktu z amerykańskim ambasadorem i wypowiedzenia mu przez Amerykanów współpracy. Czyli jak zwykle – granie dyplomacją w wojence wewnętrznej i zewnętrzne straty w efekcie.

Oczywiście nie mówię tu o napastnikach w formatach performerskich, czyli o Jachirach czy Senyszynach, czy tym pośle od naleśników, ze znajomości nazwiska którego zwolniła mnie łaskawie pamięć. Jest to zgraja paputczyków, która gra o rozpoznawalność na niższym poziomie eskalując i tak już denny przekaz mainstreamu. To dzięki nim ta denność mainstreamu ląduje w zrównoważonym (sic!) centrum, oswajając nas z tym bagnem, skoro – jak widać – może być gorzej. Ale znowu – ktoś na to głosuje. Głosuje na polityków, którzy wyłącznie zajmują się narracyjnym hejtem, zdobywają rozpoznawalność na kompletnym chamstwie, które swoją natarczywością zatruwa kolejne umysły i dusze wyborców. Poziom dyskursu politycznego zjeżdża korkociągiem w dół, same hasła, pokrzykiwania, warkot – w telewizji drą ryja jedni na drugich, nie słychać co mówią (a może to i lepiej?), nad tym wszystkim zaś czuwa redaktor prowadzący – zawodowy szczwacz, kolejne dziecko tych wszystkich arcykapłanów (arcykapłanek – fakt, królują tu babeczki…) nowego rodzaju przekazu polegającym na wywoływaniu wszechobecnego zgiełku.

Czy Nawrocki wie?

Co ciekawe celownik mainstreamu przesunął się z Kaczyńskiego na Nawrockiego. Ja mówiłem wiele razy, że kiedyś Agora jeszcze zatęskni za inteligencikiem z Żoliborza. Mainstream wydaje się lokować źródło swych zagrożeń w Nawrockim. Prezydent jest w tych środowiskach uważany za największe niebezpieczeństwo, gdyż to on może – nie Kaczyński, co już widać – być centrum zjednoczenia prawicy, gdyż PiS nie umie w koalicję. Ciekawe tylko czy prezydent Nawrocki wie, że ma taki potencjał? Bo na razie ani my, ani może on sam chyba o tym nie wie…   

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Jerzy Karwelis 17 stycznia, wpis nr 1391 dziennikzarazy

Ostatnio przyłapałem się na pewnego rodzaju eskapizmie. Otóż wyszło, że coraz częściej uciekam od bieżączki zdarzeń w rozważania teoretyczne, acz oparte w realu o zdefiniowanie krążących pojęć, czy zjawisk, szczególnie kiedy ich znaczenie jest dekonstruowane. Pojęciom i zjawiskom nadaje się obecnie nowe znaczenia, co myli publiczność. Władztwo nad językiem jest potwierdzeniem tezy, że „jak się panuje nad definicjami, to nie trzeba już dbać o fakty”.

Dlatego wolę od czasu do czasu zająć się rozbiorem znaczeń i zjawisk, bo w obecnych czasach pomieszania z poplątaniem (i to wcale nie spontanicznym) warto rozłożyć wiele maszynek pojęciowych na części, nie tylko aby zobaczyć jak działają trybiki, ale by dotrzeć do sprężyny napędzającej cały mechanizm.

Dziś chciałbym się zająć polską rusofobią, którą, ponoć bardziej niż antysemityzm, podobno wysysamy z mlekiem matki. Jest to zjawisko, które podlegało historycznie ewolucji, dziś jest zaś używane w celach manipulacyjnych, i to aż do tego stopnia, że np. dwa przeciwne obozy obwiniają się o rusofobii zbyt mały poziom, co prowadzi do żenujących licytacji i polityków, i ich akolitów.

Krótki kurs historyczny rusofobii

Historycznie rzecz biorąc rywalizacja Rosji z Polską co do dominacji w naszym regionie (dla Rosji jednym z wielu, co nie jest bez znaczenia) jest jakimś fatum ciążącym na naszych tu losach. Stosunek do Rosji kształtował naszą geopolitykę, był odniesieniem wielu ruchów politycznych, lub tylko jednym, acz ważnym, bo rewidującym polski patriotyzm czynnikiem. Cień Rosji wisiał, i wisi, nad nami od wieków i jego intensywność ma wielki wpływ na nasze losy. Na początku nasz stosunek do Rosji był bardziej pragmatyczny, stał się bardziej romantyczny kiedy tę regionalną rywalizację przegraliśmy. Przed klęską trudno było zauważyć w naszym narodowym etosie jakieś większe pokłady rusofobii, ot – kolejny kraj, z którym toczyliśmy wojny o dominację na Międzymorzu. Potem, kiedy przegraliśmy w realu, zaczęła się okazywać ta niechęć właśnie w wymiarze fobicznym, czyli często irracjonalnej mieszaniny odrazy i strachu.

W etosie narodowym w wymiarze symbolicznym rusofobia miała być dość wygodną szansą na nie patrzenie na nasze winy i klęski, bo tworzyła z Rosji Czarnego Luda polskiej historii, którego bezwzględna i obca kulturowo naga siła zdeptała piękny polski kwiatostan. W końcu kulturowo, choć Słowianie, leżeliśmy po dwóch przeciwnych stronach szali quincunxów Konecznego – my Słowianie unurzani w łacińskiej kulturze, kontra Rosjanie – Słowianie turańscy, o dużym kulturowym kontekście Azji, w wydaniu „dopalacza” mieszanki rosyjskich urojeń wyższościowych i kompleksów. Piekielne starcie, o nierozwiązywalnych potencjałach konfliktu.

W okresie zaborów pojawiły się już pierwsze zjawiska dzielące praktyczną politykę polską na dwa obozy stosunku wobec Rosji – akomodacji oraz buntu, z małą przerwą na ich mieszaninę jaką stał się pozytywizm. Osią sporu był właśnie stosunek do Moskali: jedni uważali, że trzeba się jakoś dostosować, chronić substancję narodową, drudzy wzywali do eskalacji czynnego oporu. Już wtedy – po stronie buntowniczej – pojawiły się emocjonalne ekscesy (wzmagane również literaturą), które można nazwać dziś rusofobią.

Była to uzasadniona reakcja na przegraną, wzmacniana jednocześnie dezynwolturą kremlowskich okupantów. Ci się w różnym stopniu nakłaniali do ruchów akomodacyjnych i konia z rzędem temu, kto dziś rozstrzygnie „kto się zaczął”, czy polscy romantycy, czy carscy okupanci, którzy jednak nie chcieli dla Polski robić żadnych wyjątków w polityce imperialnej. „Boże coś Polskę”, hymn śpiewany do dziś w polskich kościołach, był pieśnią powitalną, wręcz dziękczynną dla cara Aleksandra, napisany i zaśpiewany przez wdzięczny naród wizytującemu królowi Polski.

Potem z rusofobią poszło jak po maśle. Zabory wyraźnie potwierdzały piekielną sprawczość Rosji w historii Polski, zaś tożsamościowym fundamentem nowej II RP stało się zwycięstwo, tym razem nad bolszewicką, Rosją. Widziano potęgę Rosji, ale – po zwycięstwie w 1920 roku – nie było mowy o większej rusofobii, ot jacyś dzicy się wyżynali za wschodnią granicą i w razie „W” damy im radę. Sporo to się zmieniło po 17 września, ale później – w czasie jałtańskiej zdrady Zachodu – okazało się, że musimy znowu wybrać przymusową akomodację, której rozmiar wykazał śladowy bunt beznadziei w postaci Żołnierzy Wyklętych.

Za PRL-u Rosja Radziecka stała się znowu Czarnym Ludem polskiej historii najnowszej, łatwą busolą do rozróżnienia Polaków pomiędzy „naszymi” i tymi „przywiezionymi do Polski na ruskich czołgach”, którzy stali się łże-elitą nowej Polski. Ale była to rusofobia bardziej prześmiewcza, przytłaczał ją kontekst naśmiewania się z prymitywnych kałmuków, żałosna satysfakcja kulturowego ostracyzmu pokonanych w realu. Oczywiście było parę momentów kiedy Polacy w PRL mieli powody obawiać się radzieckiej interwencji, ale raczej królowała tu wyższościowa pobłażliwość.

Rusofobia w III RP

Najciekawiej rusofobia rozwijała się w III RP. Falowała bezwzględnie – od mocnych wpływów na początku transformacji, ale po dociśnięciu przez Zachód zmieniły się polaryzacje. Już nie był to wybór między wpływami Rosji w smucie a Zachodem. Rosja odeszła (okazało się, że nie na długo), zaś w Polsce odbyła się (trwająca do dziś) mało romantyczna walka o dusze, kieszenie i ziemię Polaków pomiędzy USA a Niemcami. Jej najgorszym przejawem były momenty, w którym oba te czynniki, niemiecki i amerykański, zawierały ze sobą pakt o wspólnym interesie, w którym operacyjnie pilnował go Berlin, zaś strategicznie – Waszyngton. Rosja zniknęła na długo z Polskiej strategii, co było ciężkim grzechem polskiej polityki zagranicznej, gdyż zwrócenie się całkowicie na Zachód, w dobie „końca historii”, parasolu NATO czy Unii odsłoniło nam tyły, zaś polityka wschodnia stała się w polskim przypadku fatalnym przykładem spełniania straceńczych dla nas taktyczek zachodnich.

Po nastaniu Putina kwestia rusofobii, jeśli można tu wskazać na jedność tego pojęcia, zaczęła odgrywać rolę jednego z czynników różnicujących polską politykę. Niestety stosunek polskich polityków do Rosji był wypadkową czynników zewnętrznych. Również lud zawierzający któremuś z dwóch plemion łapał się tu na różne bajeczki, często zamieniające miejscami role Wilka i Czerwonego Kapturka. Za rządów postkomunistów kwestia stosunku do Rosji była delikatnie przesunięta przez obie strony (rządzącą lewicę i jeszcze wtedy w miarę zjednoczoną część postsolidarnościową) na drugi plan. Byli czerwoni się nie afiszowali swymi koneksjami z Rosjanami, już patrzyli na innych czerwonych w Brukseli, zaś styropianowa opozycja miała co innego na głowie – łykanie własnych porażek.

Najciekawiej kwestia zarządzania rusofobią wyglądała za czasów POPiS-u, zwłaszcza w wykonaniu partii Tuska. Wtedy argument rusofobii był zarzucany Kaczyńskiemu jako czynnik destabilizujący układanie się „poważnych państw” w zrównoważoną Europę. Z Rosją obłaskawioną pieniędzmi za surowce, w nadziej – płonnej jak wszystkie nadzieje liberałów – że pieniądze ucywilizują Rosję, stworzą rosyjską klasę średnią, która naturalnie będzie ciążyć ku demokracji. Warto przypomnieć Tuskowi ówczesne klipy telewizyjne, całe ciągi medialne pokazujące Kaczorów (bo to było jeszcze przed Smoleńskiem) jako nierozumnych rusofobów, którzy nie pojmują nowych czasów i na szkodę samej Polski wysadzają pociągi nowego ładu w wojnie na rozbiorowe resentymenty.

PiS obsadził więc, a właściwie pośrednio został obsadzony, w roli naczelnego rusofoba, co wtedy było zarzutem, choć dziś jest przedmiotem rywalizacji – kto bardziej. Wtedy ten ruch Tuska, to była realizacja interesów niemieckich wprost. Zbliżała się finalizacja wielkiego dealu Rosji i Niemiec i nie będzie tu jakiś „paliaczyszka” bruździł, grając zgranymi kartami w wojnę, kiedy tu się odbywa subtelny brydżyk. W Polsce miał być pod tym względem spokój i niech się Polacy cieszą, że tak w ogóle w tym dealu Niemcy nie oddały Polski Rosjanom. A ci tu jeszcze pyskują. I Donald miał tu zrobić porządek. I robił jak mógł.

Rusofobia a Ukraina

Po II wojnie ukraińskiej wszystko się zmieniło. Ale tu jest dowód na fenomen sterowalności zewnętrznej polskiej rusofobii. Ta przecież w ogóle nie wybuchła w 2014 roku, kiedy zaczęła się I wojna ukraińska. Nic takiego nie było. A czemu? Ano temu, że wtedy, po 2014 roku, Niemcy liczyły na to, że był to (zrozumiały) rosyjski „wypadek przy pracy”, który wcale nie zatrzymywał strategicznych planów rządzenia przez Niemcy Europą w ścisłej współpracy z Rosją. Rurociągiem Nord Stream I wciąż płynęła ropa, Unia dozbrajała Kreml, wojna na Ukrainie też nie przeszkodziła inwestycji w Nord Stream II. Wojska się biły, okupowały, ale business trwał as usual. A więc w Polsce z rusofobią było cicho, bo cicho miało być. Wszystko się zmieniło po rozpoczęciu II wojny ukraińskiej w 2022 roku. Zmieniło się z polską rusofobią, bo się Niemcom zmieniło z narracją.

Putin, niegdyś trudny przyjaciel, stał się Czarnym Ludem europejskich salonów. Ale tylko na pożytek maluczkich, bo dla elit (europejskich, a właściwie unijnych) sytuacja jest zupełnie inna. Jest teraz w Europie jak… w Polsce za zaborów: stosunek do Rosji jest podstawowym czynnikiem rozdzielającym dobro od zła, zdrajców od płomiennych wyznawców wolnościowych wartości. Putin stał się busolą europejskiej narracji na potrzeby suwerena, jakby ten miał zapomnieć w jednej chwili kto z kim kręcił korbą otwierającą rurociągi pragmatyzmu i deklarował współpracę „z Rosją taka jaka ona jest”. Wyciąga się tego Putina jako argument końcowy, dziennikarz, jak nie wie o co spytać, to pyta o stosunek do Putina i biada ci, jak nie zafundujesz jakiejś jeszcze bardziej eskalującej deklaracji wrogości. To dla ludu. Tym bardziej ludu polskiego, bo my, jako nuworysze w każdej europejskiej modzie politycznej zawsze jesteśmy spóźnieni, a więc musimy nadrabiać zaangażowaniem.

Nie jest też tak, że Niemcy mszczą się na Putinie, bo ten im popsuł piękny plan i trzeba teraz wyszywać publicznie inne ściegi, podjadając żabę własnej przegranej strategii. Niemcy mogą być oczywiście źli na Putina, bo jego ruch z wojną był dla nich kompletnie nielogiczny. Ale jest inaczej – oni, napuszczając lud na Czarnego Luda z Kremla, w rzeczywistości marzą o powrocie do starego business as usual.

Niemcy nie mają w tym względzie żadnego planu B. Mają w rzeczywistości plan A2, który jest tylko przeczekaniem, aż wszystko rozejdzie się po pokojowych, niechby i choć rozejmowych, kościach. A w międzyczasie, jako państwo myślące do przodu – a nie jak my, patrzący nie tyle do tyłu, tylko wyglądający na to co nam przyniesie łaskawy patron –  Niemcy chcą ugrać strasząc Putinem jeszcze lepszą pozycję na drodze do federalizacji Europy pod rządami Berlina.

Tym narzędziem ma być strach, który uzasadnia strategiczne dla Niemców rzeczy – zgodę ludu europejskiego na federalizację w obliczu rosyjskiego podbijanego na wyrost zagrożenia militarnego, wymazanie koszmarnych błędów unijnych elit, ostateczną i formalną hegemonię Niemiec nad Europą, wreszcie odbudowanie niemieckiego przemysłu przeniesionego w obszary militarne, za co zapłacą wszyscy członkowie „koalicji chętnych”. I wtedy tak silne Niemcy będą mogły wreszcie jak równy z równym siąść do stołu z Putinem i wyjaśnić drobne nieporozumienia. A straszony dotąd lud przyjmie to z ulgą przynależną powojennemu spadkowi napięcia i wzrostowi nadziei na wieczny pokój.

Rusofobia a la polacca

Ale odeszliśmy od rusofobii, która jest niezbędnym czynnikiem tego procesu, zarówno jego początkiem, jak i koniecznym elementem jego kontynuacji. To Europa, ale u nas jest jeszcze śmieszniej. U nas MUSISZ być rusofobem, jak nim nie jesteś – stajesz się automatycznie ruską onucą. Nie ma nic po środku. Nie możesz ewidentnie imperialnej polityki Rosji oceniać pragmatycznie – to znaczy: myśleć i rozważać publicznie dlaczego robi to, co robi, kiedy przestanie i jak jej można w tym pomóc oraz na jakie sposoby. Tego robić nie wolno – jak o Rosji, to muszą to być zaraz akty strzeliste, znowu emocje, hipokryzja wartości, żadnego pragmatyzmu, świat czarno-biały na wielkim plazmowym ekranie polskiej bida-narracji. Inaczej nie ma.

Powoduje to żałosną licytację na stopień wzmożenia rusofobii. A efekt jest komiczny, bo przy ciągłym tropieniu z każdej polityczno-medialnej strony ruskich szpiegów, okazuje się, że prawdziwi szpiedzy, w tym głównie agenci wpływu, mogą spać spokojnie. Jest jak u Mrożka, kiedy policja sama się nawzajem wyaresztowała – wtedy złoczyńcy mogą już rozrabiać z pełną bezkarnością. Mamy więc popisową rusofobię, na którą coraz bardziej zaczynają się nabierać skołowani ludzie. Ale też rośnie opozycja – realizm w ocenie naszych perspektyw stosunków z Rosją, nie żadna fobia, jaką jest widzenie we wszystkim inspiracji Kremla, tym natręctwie myślowym, imperatywie jednostronnej oceny wszelkich przejawów rzeczywistości – zdarzeń, które w całości albo szkodzą, albo sprzyjają Putinowi. Tertium non datur. I z tego właśnie, że tak naprawdę to wszystko jest „tertium”, putiny tu sobie żyją, jak pączki w maśle. Zaś przy takim stosunku całej polskiej polityki do realiów nie ma co się dziwić, że nie ma nas – rusofobów praktycznych, nie narracyjnych – przy żadnym stoliku decyzji.

Jak to jest z tą Rosją, bo to sprawa zasadnicza? Odpowiedź na to pytanie stawia naszą przyszłość w rzeczywistym kontekście. Moskwa ma jedną cechę – liczy się tylko z silnymi, zaś każdy akt woli kooperacji ze strony słabszego odczytuje jako akt poddańczej słabości, odsłonięcie brzucha, manifest podległości. Z drugiej strony Rosja alergicznie reaguje na buńczuczne, zwłaszcza niepoparte realnymi zdolnościami, deklaracje wrogości. Te często sprawdza, z nienajlepszymi skutkami dla sprawdzanych.

Jak więc z nimi żyć, panie premierze? Jak będziemy z nimi na miękko, że „dogadajmy się”, to nas wezmą za słabeuszy i dogną. Jak się będziemy stawiać, to po pierwsze pokażą nas Zachodowi, żeśmy awanturnicy co się zaczynają, a potem będą płakać Zachodowi, że „d..a boli” i żeby się za nas odwinął. Po drugie – mogą nam coś wywinąć, bo zmieszany Zachód i tak nic nie zrobi w naszej obronie. A więc wychodzi, że jak się nie obrócisz, to zadek z tyłu. Na miękko – źle, na twardo – jeszcze gorzej. Wychodzi, że nie ma wyjścia, trzeba runąć choćby i w kontrproduktywną rusofobię, skoro nie ma rady, to chociaż się pobójmy – jak w płatnym horrorze, w nadziei, że drzwi tego kina geopolitycznej grozy jednak się kiedyś otworzą i wyjdziemy na światłość świata.

Tertium jednak datur

Jest jednak inne, trzecie i pragmatyczne wyjście. Niestety wymaga ono czasu, co tylko pokazuje, jak bardzo przespaliśmy w plemiennych sporach ostatnie trzydzieści lat. Skoro Rosja (okazuje się dziś, że już nie tylko ona) szanuje tylko siłę i wedle tej oceny kształtuje swój stosunek do świata, to zanim wpadniemy w dylemat „rusofobia czy rusofilia”, trzeba zrobić jedną rzecz – stać się silnym. Popracować nad własną sprawczą siłą, na miarę naszych możliwości. A jesteśmy dziś słabi, bo w swym państwowotwórczym lenistwie postawiliśmy kiedyś na rozpadające się dziś sojusze. Gdybyśmy mieli dziś własną moc, to i Rosja, ale i USA czy Unia rozmawiałyby z nami inaczej. W ogóle by rozmawiały.

W polityce zagranicznej nie musielibyśmy się napędzać dętą rusofobią, żenującą zabawą dla maluczkich, z której nic – oprócz bierności – nie wynika. Budowanie siły zabiera sporo czasu, ale – wreszcie – może pora to zacząć? Może zdążymy, może nie, ale nikt nie powie – jak dziś – że nie próbowaliśmy.

Aby to wyszło trzeba zrobić pierwszy krok – przestać szantażować lud i politykę wmuszaną rusofobią, która oddala nas nie tylko od prawidłowej oceny rzeczywistości, ale nie pozwala nam zrobić pierwszego kroku na trudnej drodze do własnej, spóźnionej podmiotowości. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Polska – dylematy marionetki

Polska – dylematy marionetki

Jerzy Karwelis hdziennikzarazy./polska-dylematy-marionetki/

linki

10 stycznia, wpis nr 1390

Europa cały czas myśli o sobie, że jest ważna. Pierwsza kwestia w tym stwierdzeniu, która wymaga wyjaśnienia brzmi: Europa, czyli kto? No, na pewno establishment unijny tak myśli. Tam są wyższościowe urojenia na poziomie wręcz psychiatrycznym. Mania wyższości bierze się z przekonania o odwiecznym trwaniu europejskiego prymatu. Stary Kontynent cywilizacyjnie wypączkował na świat, ale to przeszłość. I, o dziwo, te progresywne elity unijne, lewaccy prorocy przyszłości biorą swe poczucie wyższości z przeszłej roli, którą de facto kontestują. Siła Europy, tego w końcu półwyspu Eurazji, brała się z niesamowitej energii do zdobywania świata, podporządkowania go sobie wedle wzorców własnego modelu, który okazał się – wtedy – mocno dominujący, agresywny, ale i skuteczny. Te czasy już minęły, ale o przyczynach tego procesu nie będziemy tu mówić. Skupmy się na pierwszym wniosku – europejscy przywódcy wciąż przeszacowują swoje znaczenie, co zostało ostatnio poddane przez Trumpa próbie niszczącej. Z niszczycielskimi skutkami.

W ramach „propagandy sukcesu” unijnego projektu w wyższościowe zapędy uwierzył również lud europejski. Ten też ma poczucie wyższości nad innymi kontynentami. Staje się powoli, jak mesjanistyczna ideologia Polski, depozytariuszem wartości w świecie najeżonym przeciwnymi przykładami skuteczności siły. Wypiera fakty, jest kompensacyjną reakcją na przegraną. Oddala się w dziedzinę ułudy, ale na pożytek narracyjny. Mamy widzieć tylko pięknego łabędzia wartości, pływającego po aksjologicznym jeziorze, podczas gdy pod jego powierzchnią czarne łapy korporacjonizmu mielą korupcyjną wodę. Jest to więc pokazówa. Lud ma wierzyć, że jest o poziomy wyżej od głupich Jankesów, co dopiero od jakichś tam egzotycznych skośnookich. I wierzy.

W internecie pełno pogardliwych porównań wskazujących na wyższość europejskiego modelu – Europejczycy mają lepsze życie, krócej pracują, mają lepszy socjal i służbę zdrowia od zapieprzających Amerykanów. Tyle, że te wyliczenia widzą także Amerykanie i Trump zadał pytanie – kto za to płaci? Wyszło, że za tę labę, przynajmniej w kosztach bezpieczeństwa Europy, płacą Stany. Zaś zaoszczędzone na tym kwoty Europejczycy przeznaczają na suty socjal, przekupując swoich wyborców, by ci głosowali za tym rozleniwiającym, bo na cudzy koszt, modelem. Ale na końcu tego rachunku są zapracowani Amerykanie, nie dziwota więc, że Trump wyciąga z tego konsekwencje. Biden tego nie robił, bo wtedy to był transatlantycki projekt globalistyczny, ale od kiedy Trump go rozprzęgł cała sprawa pokazała się w świetle faktów w sposób demaskacyjnie widoczny. 

Należy tu jednak poczynić jedno zastrzeżenie do wcześniejszych tu rozważań – w Europie nie jest to de facto „czyste” unijne przywództwo. Od czasu, kiedy zaczęły się zabawy z wojną na Ukrainie okazało się, że w unijnym działaniu uczestniczy i Wielka Brytania, co dowodzi słuszności powiedzenia, że Wielkiej Brytanii łatwiej jest wyjść z Unii, niż Unii z Wielkiej Brytanii. Chodzi o to, że globalistyczne zapędy europejskich elit nie są połączone z unijnym projektem do końca. Mimo decyzji Brytoli w referendum o opuszczeniu Unii i tak Wielka Brytania jedzie ramię w ramię z Brukselą. Łączy ich jedno – projekt globalistyczny, który jest realizowany bez względu na to, czy ktoś należy do Unii czy nie.

Europą rządzi więc bardziej projekt globalistyczny, którego jak widać podzbiorem jest Unia jako taka. Wszak to nie członek Unii – premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson – przekonać miał Ukraińców do odrzucenia możliwości pokoju zaraz po przegranej Rosji w pierwszej fazie wojny. Czynił to co prawda za czasów Bidena i w jego – globalistycznym – imieniu, ale wtedy projekt globalistyczny obejmował zarówno USA, jak i Europę. Teraz po antyglobalistycznym resecie Trumpa Europa została z tym globalizmem sama, jak Himilsbach z angielskim. Taką mamy sytuację wyjściową Europy, która jeszcze bardziej uwypukliła się po upublicznieniu dwóch raportów dotyczących strategii Stanów Zjednoczonych.

Czy Europa potrzebna jest Ameryce?

Właśnie – czy Europa w ogóle potrzebna jest Ameryce? Zarysowany w obu dokumentach stan interesów strategicznych USA może wskazywać, że nie bardzo. Stary Kontynent wychodzi w niej na trzeciorzędny obszar strategicznych interesów Stanów. Ważny jest kierunek chiński, bliskowschodni, ostatnio nawet afrykański. Kwestia amerykańskiej dominacji na zachodniej półkuli została już praktycznie zdefiniowana od początku, czego dowodem są ostatnie wydarzenia w Wenezueli.

Zadeklarowany rewolucyjny zwrot w stosunkach z Rosją z odwiecznego wroga na potencjalnego partnera przewraca cały układ prewencyjnego zainteresowania Stanów obroną Europy i zapewnieniem jej bezpieczeństwa. To nie „zemsta” Trumpa na lekceważonych europejskich elitach, ale logiczna konsekwencja zmiany amerykańskiej strategii. Nie dość, że Trump miałby dopłacać do tego wątpliwego interesu – wątpliwego gdyż Europa bierze jego pomoc, ale nie kwituje go poparciem dla Ameryki, wręcz przeciwnie – to jego kalkulacje na zbliżenie z Putinem by odciągnąć go od Chin są sprzeczne z europejskim podżegactwem wojennym, które może doprowadzić do upadku jego subtelnych kalkulacji.

Trump ostrzega, że nie da się wciągnąć w żadne europejskie awantury przeciwko Rosji, Europa z tym zostanie sama. Daje jej gwarancje parasola nuklearnego, ale to wszystko. Ma to otrzeźwić Europejczyków, by nie fikali, bo to oznacza, że w razie W będą mieli do czynienia z wojną konwencjonalną bez Ameryki, a w te klocki Europa jest bezradna. Np. plany zwiększenie armii niemieckiej na 2026 rok wynoszą powiększenie jej składu o 1750 żołnierzy.

Trump w swej strategii zadeklarował sporą wrogość nie wobec Europy jako kontynentu, ale wobec unijnego projektu dla Europy. Ta instytucja bowiem jest powodem osłabienia Europy. Nie to, żeby się tam losami Europy przejmował Trump aż tak by budować jej siłę, ale takie awanturnictwo jak unijne tworzy z Europy obszar nadający się do zwiększenia wpływów Chin, co jest strategicznie nie po drodze Ameryce w jej rywalizacji z jej zadekretowanym wrogiem nr 1. Dlatego zrozumiałe jest, że Ameryka nie jest w stanie do końca odpuścić kontroli Europy. Ale nie będzie to powtórka z rozrywki, że jednak Amerykanie będą stacjonować np. w Niemczech, czy niestety w Polsce – nie. Militarną, a właściwie „konwencjonalną” obecność w Europie Trump sobie może odpuścić. Zostawi sobie pewnie jakieś wysunięte kasztelanie, ale polityczne. Sam zadeklarował, że będą to Węgry, Włochy, Austria i… Polska. Ich dalekosiężnym celem miałby być wewnętrzny demontaż Unii, nie jakieś militarne Międzymorze, bo te miało by być skierowane przeciw Rosji, a ta została zadeklarowana przez Stany jako potencjalny partner.

Co z tą Polską?

Takie usytuowanie partnerów amerykańskich w Europie wymaga jednego – w tych wymienionych krajach mają rządzić przywódcy sprzyjający temu projektowi. Od dawna już wiemy, że żyjemy w czasach kiedy mocarstwa mają wpływ na wybory w prowincjach. Działa to w obie strony – przykład rumuński to nie tylko domena europejskich wpływów. USA też wpływają na różne wybory, tak by wygrał w „demokracjach” ten co trzeba. Jak nie da rady tego zrobić, to wysyła się tam komandosów i porywa wybrańca demokracji, która akurat tutaj nie zrozumiała mądrości etapu i źle wybrała. (Oczywiście z zastrzeżeniem, że np. taki porwany prezydent Wenezueli nie miał nic wspólnego z demokracją, ale jeszcze niedawno był uznawany przez USA, ale być uznawany nagle przestał).

W wymienionej czwórce europejskich krajów mamy raczej nie tyle proamerykańskich przywódców, co raczej antyestablishmentowych w stosunku do projektu unijnego – bardziej niezależnych, realizujących interes narodowy, niż globalistyczny. Taka kalkulacja jak amerykańska zakłada, że ten stan się utrzyma i Amerykanie powinni dbać o to, by tak było. Pierwszą próbę będziemy mieli w kwietniowych wyborach na Węgrzech. Tyle, że w tej czwórce jest jeden wyjątek – Polska.

Nad Wisłą, z woli ludu rządzi wierny uczeń unijnego projektu, w dodatku z potężnym przechyłem nie tyle na unijne interesy, co na interesy niemieckie – Tusk. Ten amerykański plan polskiej kasztelanii jest nie do zrealizowania przy obecnej władzy. Pytanie – co zrobią Amerykanie? Będą czekać dwa lata czy wywiną coś wcześniej. A może oleją Polskę? A jak poczekają dwa lata, to na kogo będą stawiać? Albo kogo też wybudują przez ten czas? Popatrzmy na obecną scenę polityczną pod takim względem: kto by się tam nadawał dla Amerykanów na zmiennika?

Tuski – wiadomo, nie ma co nawet patrzeć w tę stronę. Satelity – nawet nie wiadomo czy się dostaną do Sejmu w wymiarze o czymkolwiek decydującym. Ideologicznie i strategicznie – bezużyteczni. A więc popatrzmy w prawo. PiS – ten się zakiwał, bo nie przewidział, że stawianie na Amerykanów i głoszenie jednocześnie wrogości wobec Rosji może być dla Trumpa nieprzekraczalną sprzecznością. Dlatego teraz PiS siedzi w kącie, bo nie wie co zrobić. Wymagałoby to kompletnej zmiany strategii partii Kaczyńskiego, odszczekania antyrosyjskich dogmatów. A to trudne, zwłaszcza dla twardego elektoratu partii, a tylko taki powoli PiS-owi zostaje. A więc to będzie ciężko.

Konfederacja – też niełatwo. Ostatnie enuncjacje Bosaka na temat krytyki amerykańskiej akcji w Wenezueli pokazują, że też nie bardzo się tam rozumie epokę końca prawa międzynarodowego, które ustępuje przed prymatem siły. Bosak aksjologicznie ma rację, ale znowu – lądujemy w aksjologii, nie w pragmatyzmie dzisiejszych czasów.

Pozostaje więc Braun, ale to dla Amerykanów niepewny interes, też. I to nie dlatego, że może nie przejść przez sito wyborcze. Nawet jak przejdzie skromnie, to może odegrać rolę „języczka u wagi”, z tym, że na tyle kontrowersyjnego, że reszta, tym razem polskiego establishmentu politycznego, nie będzie chciała z nim pójść na koalicję. Ale nie to jest najważniejsze w tej kalkulacji dotyczącej Korony. W sumie postulaty Brauna są zbieżne z intencjami USA, ale mają jeden mankament – nieprzekraczalny dla Amerykanów zarzut antysemityzmu. Nie miejsce tu na roztrząsanie czy to prawda, czy nie. Czy to otwarta wrogość, czy – jak to nazywa Braun – judorealizm? Ważne, że to argument zabójczy w stosunku do potencjału współpracy. Rodzi się w Stanach co prawda rosnący właśnie „judorealizm”, ale nie jest on, przynajmniej na teraz, czynnikiem, który ten dogmat bezwarunkowego kredytowania Izraela – politycznie i finansowo – przez Stany Zjednoczone będzie w stanie zmienić w najbliższym czasie. Tak więc z Braunem będzie ciężko, gdyż akurat na niego, wychodzi, że zgadają się dwie strony – europejska i amerykańska. Na kogo więc mogą w Polsce liczyć Amerykanie?

Wyjście poza paradygmat?

Oczywiście, jeśli do wyborów Amerykanie „wytrzymają” jeszcze te dwa lata, to jest sporo czasu na skonstruowanie jakiegoś nowego podmiotu. To i tak się odbędzie, bo widzieliśmy to praktycznie przy każdych polskich wyborach w XXI wieku. Pisałem i mówiłem o tym fenomenie wiele razy. Powstaje coś nowego, co inkorporuje nadzieję na zmiany, skupia tam naiwnych wierzących, ci głosując „przeciw” systemowi de facto go umacniają, bo nowy wybraniec od razu wchodzi w stary układ plemienny jako przystawka i kolejne nadzieje na zmiany upadają.

A trzeba nam wiedzieć, że cały ten układ III RP pracuje na obniżanie poziomu nadziei na zmiany, a więc wszelkie rachuby na takowe ma systemowo pacyfikować. I tak właśnie – systemowo to robi. Mamy całe ciągi – Palikoty, Biedronie, Petru, Kukizy, ostatnio Polska 2050. Mamy sezonowe partie, które zaraz rozpuszczają się w plemionach. I napięcie społeczne, po eksplozji w akcie wyborczym, zanika, zaś nadzieja na zmiany pada, petryfikując energię kolejnych pokoleń wyborców. Ten model jest wciąż do odtworzenia i zobaczymy tu jeszcze nie jedno, pytanie tylko czy w wykonaniu Amerykanów, skoro, jako dowiedliśmy wyżej, w istniejącej klasie polskiej polityki potencjał jest niewielki.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. To wszystko Amerykanom może załatwić… prezydent Nawrocki. Jest popularny, rośnie mu, jest proamerykański, niesie jakiś powiew potencjału nowości. Nawrocki mógłby w Pałacu stworzyć centrum nowego ruchu politycznego, ale byłaby to duża trudność, bo musiałby odciąć się pośrednio od koneksji z PiS-em. Ale popularność Nawrockiego jest większa niż PiS-u, jest tu więc potencjał, jednak sam skład kancelarii prezydenta wskazuje na duże wpływy Kaczyńskiego w jego otoczeniu. Ma jednak Nawrocki dla Amerykanów jedną podstawową wadę – w kwestii antyrosyjskości reprezentuje samobójczą postawę nieprzejednania wobec Rosji. Te deklaracje, że Polska nie powinna mieć relacji z Rosją (pytanie, to co robi polska ambasada w Warszawie?), odwołanie spotkania z Orbanem, bo ten podał rękę Putinowi, powodują duży zgrzyt i zawód w Waszyngtonie.

Znowu – dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic. A byłoby tak blisko.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Amerykanie postawią na Nawrockiego i dlatego jest zapraszany do Waszyngtonu, gdzie cierpliwie wytłumaczy się mu, żeby sobie z tym PiS-em i Rosją trochę odpuścił. Namagnesuje się go kolejną wersją „mądrości etapu”, tak by zrozumiał perspektywę Ameryki. Program Brauna w ustach prezydenta, minus „antysemityzm” rzecz jasna, byłby strawialny dla Waszyngtonu, bo u Brauna nic nie słychać przeciwko USA, tylko dominują głosy krytyczne wobec wpływów żydowskich w Waszyngtonie. Końcową kwestią jest jak z tego chaosu stworzyć większość w Sejmie, ale – jak to w polityce – trzeba walczyć o swoje mandaty, a potem układać z tego możliwe puzzle.

Czasy

Wiem, to co tu napisałem jest straszne, bo pokazuje cyniczność dzisiejszych czasów dominacji siły. Wybory się organizuje innemu państwu, porywa jego przywódców, podmiotowość państw jest notorycznie wasalizowana. Ale tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę. Nie piszę, żeby to bezwarunkowo akceptować, ale na pewno nie udawać, że tak nie jest. Nawet gdyby się chciało z tym walczyć, to i tak wymaga to pragmatycznej diagnozy, nawet, a właściwie przede wszystkim, jeśli jest ona porażająco smutna. Wtedy dopiero można przewidzieć swoją optymalną rolę w tym układzie. I próbować ją wyegzekwować. Bez tego będziemy pobywać „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. A obok będzie się toczyć zwykłe, pragmatyczne życie, które zawsze wygrywa z marzeniami. A taki upadek, z tak coraz większej wysokości złudzeń, boli coraz bardziej. Zwłaszcza jeśli niczego nie uczy na przyszłość.  

W swej historii czasy swej wielkość zawdzięczaliśmy narodowemu pragmatyzmowi uosabianemu w silnym przywództwie, dziś rządzą nami lokajskie cwaniaczki wywindowane na swe stanowiska przez patologiczny system demokracji. Nie jesteśmy potęgą, ale mamy potencjał o wiele większy, niż ten z którego korzystamy. Jak podejdziemy do tego pragmatycznie, to coś z tego będzie. Możemy skorzystać, ale nasz wewnętrzny system, który nam tu zafundowano lata temu jest na tyle dysfunkcjonalny, że nie jest w stanie sam z siebie wyłonić skutecznego przywództwa.

Nie dziwmy się więc, że może chcieć to zrobić ktoś inny, z zewnątrz, nawet dla własnej korzyści. Skoro innej drogi nie ma, to wypadałoby chyba z niej skorzystać, kiedy na tym możemy i my coś ugrać. Tak nisko upadliśmy, ale jest to dno, które ma tę zaletę, że można się od niego odbić, wypływając na powierzchnię własnej podmiotowości.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Europa porzucona na trzy sposoby

Europa porzucona na trzy sposoby

europa

27 grudnia, wpis nr 1387 dziennikzarazy/europa-porzucona-na-trzy-sposoby/

Myślę, że już się wycwaniliśmy. Tu, u mnie na blogu, chyba się nauczyliśmy, że jak gruchnie coś ważnego (medialnie, dodajmy), to zapadamy w krzaki i… czekamy. Po co? Z trzech co najmniej powodów: po pierwsze – trzeba zobaczyć czy to naprawdę ważne. Jak nieważne to się tym nie zajmujemy. Nawet nie, że opowiadamy, że to nieważne, bo to część już zwycięstwa narracyjnych wrzucaczy – w ten sposób, nawet w kontekście negatywnym, zawłaszczają naszą uwagę, przekierowując ją w strony nieistotne.

Po drugie – czekamy, aż wyjdą spod kamienia rzeczywiste robaczki kręcące sprawą. Po trzecie – co wynika z poprzedniego: przez aktorów-robaczków właściwych można zobaczyć, że jeśli już coś ważnego się stało, to dopiero wtedy widać jaki jest właściwy kontekst tych zdarzeń. I wtedy można oddzielić prawdę czasów od prawdy ekranu.

Amerykanie ostatnio opublikowali swoją długofalową strategię. Została ona poddana wielu ocenom, z różnych punktów, ale nie można jej odmówić powagi analitycznej i bezwzględnej logiki oraz dyscypliny. Dyscyplina polega tu na konsekwentnym wyciąganiu wniosków, nawet jeżeli te są smutne i nawet okrutne. To rzadkość w dzisiejszych post-politycznych czasach, gdzie rządzi się prawdą czasu za pomocą „prawdy ekranu”. Nie będę tu brnął w analizę tego dokumentu, tylko spróbuję zastanowić się nad fenomenem – jeden i ten sam tekst został bowiem przeczytany na trzy różne sposoby, co może pokazywać nie tyle wieloznaczność jego przekazu, a ten jest bardzo klarowny, ale nastawienie oceniających go stron, a właściwie oceniających nie tyle sam przekaz, co jego konsekwencje. Takie rozstrzelenie ocen wynika bardziej z „chciejstwa”, czyli nastawienia a priori oceniaczy. To ciekawe zjawisko i stosunek do tego dokumentu pokazuje bardziej jak się mogą potoczyć losy świata w zależności nie od tego kto i jak je ocenia, ale od tego kto będzie miał sprawczość w procesie wdrażania swej interpretacji konsekwencji amerykańskiego dokumentu. Mamy tu trzy poważne podejścia i czwarte, malutkie. Pogadajmy o nich wszystkich, bo któreś z nich się utrze niedługo w koleinę, z której będzie później ciężko wyjść.

Wersja Tuska

Wersja Tuska nie jest jego autorstwa, bo poddaństwo, a o tym tu mówimy, ma formy zadane przez hegemona. Można się przyłączyć albo nie. Jedyna różnica może polegać na gradacji entuzjazmu w zastosowaniu się do poleceń. Mamy do czynienia z dwoistą postacią odniesienia się do propozycji Trumpa ze strony Unii Europejskiej, a właściwie Niemiec. Pierwszy element tej schizofrenii polega na tym, że pomstuje się na amerykańskiego prezydenta, że ten opuścił Europę. Ale tu też mamy dwoistość – przecież cały czas się pluło na niego, że się w Europę miesza, a więc jak tu pluć dalej, że przestał chcieć się mieszać. Ta naiwno-sprzeczna postawa jest fundowana ludowi. Ma pokazać, że zostaliśmy zdradzeni, a więc co? A więc mamy się sami ogarnąć. A któż nas ma ogarnąć jak nie Niemcy w unijnych rękawiczkach? Ta oficjalna narracja jest dla ludu, by stworzyć wrażenie zagrożenia. Bo przecież Putin cały czas dybie na Europę. Teraz ta, opuszczona przez Trumpa, nie ma co ze sobą zrobić, a więc trzeba się skupić pod światłym przywództwem, godzić na zwalanie zapaści gospodarczej na Putina, a teraz na USA, akceptować federalistyczne przyspieszenie. Byleby – uwaga! – wojna trwała.

Drugie podejście, to bardziej skrywane, jest w sumie radością europejskich, a właściwie niemieckich elit – wreszcie mamy wolną rękę, żeby bezkarnie poszaleć w Europie. Zrealizować – uwaga! – bezkrwawo idee czwartej Rzeszy z zapleczem podarowanej Niemcom gestem Trumpa Europy Środkowej, jako zaplecza produkcyjnego niemieckiej dominacji. Takie małe Chiny Niemcy dostaną, ale nie takie, które jak te właściwe, mogą się wybić na niezależność i podmiotowość. Te procesy będą Niemcy sami regulować w swoich rozproszonych koloniach. A więc lud się martwi, zaś elity się cieszą.

Co więc proponują Niemcy jako odpowiedź Trumpowi? Po pierwsze ogłąszają od dawna znany fakt końca pax americana, po drugie obiecują kontynuację pomocy dla „naszej wojny” na Ukrainie, po trzecie namawiają do konsolidacji sił zbrojnych w ramach armii europejskiej – w skrócie: wojska wjadą do Polski jako armia niemiecka i doczekają czasu, gdy przeobrażą się w wojska europejskie, zgadnijcie pod czyim dowództwem? A od armii europejskiej to już tylko krok do państwa federalnego Europy. Znowu – zgadnijcie pod czyim dowództwem? Unia aspiruje już do praktycznie wszystkich cech państwa federalnego: odbiera podmiotowość konstytucyjną państwom narodowym, reguluje ich podatki, obyczaje, oświatę, nie mówiąc już o systemie politycznym. Klamra militarna, czyli wspólna armia, domyka już ostatnie ogniwo łańcucha funkcji państwa i to bez rewolucji, potyczek – nawet głośniejszej debaty.

Co ciekawe – jak się popatrzy na te wszystkie warunki tych wszystkich europejskich programów zbrojeniowych, to Niemcy dostaną tę armię za pieniądze Europejczyków, co będzie stanowiło kuriozum: nowa Rzesza powstanie za pieniądze przyszłych poddanych, którzy złożą ją na poduszce własnych decyzji przed tronem Berlina. Mało tego – sprzęt się kupi Niemcom za nasze, ale kto będzie wojował? Ano jak to kto – ci co zawsze, odpadki po ludach „ziem skrwawionych”, czyli obszaru zgniotu, na którym Słowianie od lat płacą za zgrzyty w aktualnej wersji koncertu mocarstw. Na pancerzach niemieckich czołgów, kupionych za nasze, będą ginęli nasi, dowodzeni ze schronów przez niemieckich generałów. Taka jest odpowiedź wersji niemiecko-europejskiej na decyzje Trumpa: ok, nie chcesz nas bronić zdrajco, to sobie poradzimy sami (to wersja dla oburzonego ludu), ale tak, by na tym skorzystały Niemcy (tu wersja dla uradowanych niemieckich elit).

Ale Trump w swej decyzji mówił co innego: tu zasadza się sygnalizowana różnica interpretacji kroku USA. Każdy będzie czytał to po swojemu, choć powiedziano w tym dokumencie jasno co innego. Dla Trumpa wrogiem nie jest Europa, ale Europa dowodzona przez Unię. I Trump jest przeciwko Unii, nie Europie, co wyraźnie wybrzmiało w dodatkowym do strategii dokumencie, ale o konsekwencjach tego będziemy mówili dalej. A więc Trump powiedział mniej więcej tak: chcecie wojować – proszę bardzo, ale na swój rachunek. Ja mogę pozostawić parasol atomowy, zaś konwencjonalnie – zapraszam do kasy, płaćcie nam za sprzęt i wszystko na własny rachunek. A parasol nuklearny Trumpa oznacza tylko to, że zareaguje nukiem [chodzi o atomówki… md] tylko wtedy jak się zaczną nukiem Rosjanie. Do tego momentu Europa jest sama naprzeciw Rosji i się bujajcie.

Europa udaje, że nie rozumie. Trump przeszedł już poziom wyżej – widzi Rosję jako partnera Stanów, nie wroga. Nie będzie więc finansował, a tym bardziej zabezpieczał via „boots on the ground” jakichkolwiek europejskich awantur. W ten sposób jego „ucieczka z Europy” jest gestem wobec Kremla i nie może Trump siedzieć okrakiem pomiędzy próbami zbratania się z Putinem, by go odciągać od Chin, a jednoczesnym wspieraniem europejskich awantur przeciwko Rosji, czynionych w dodatku nie tylko z powodów dętej ideologii walki o kontestowaną przecież niepodległość państw, tylko czynionej przez elity europejskie rachubie na powrót do interesów, jak już się za pieniądze wyciśnięte z wojny, przejdzie do biznesu jak zwykle. Po co Stany miałyby kredytować swym militarnym zagrożeniem interes, który – znowu – jest skierowany przeciwko nim?

Będziemy więc bronili pośrednio nie Europy, ale Unii przed skutkami opuszczenia kontynentu przez Amerykanów. Będziemy to czynili na nasz koszt, bez żadnego wpływu na ten proces, oczywiście jeśli obecne władze się nie zmienią. Bo żeby obecne władze same zmieniły swój stosunek do tej beznadziei bierności procesu, w którym nie uczestniczymy, a jednocześnie jesteśmy jego obiektem – nie wierzę. Nie po to te władze nam tu Niemcy ustanowili.

Wersja Bartosiaka

Jacek Bartosiak, szef think-tanku Strategy&Future, ma tu swoją wersję reakcji na opublikowaną strategię USA. Jest ona konsekwencją meandrów jego ocen, które – tak jak on uważa – zbierają się w ciąg logicznych i przewidzianych przez niego i jego organizację kroków. Od dawna sygnalizował on odejście USA od prymatu na świecie, jako konstatację faktu już dokonanego i tu się mu zgadza. Ale diagnozy diagnozami – najważniejsze co z tego wynika. Można mówić bowiem – „a nie mówiłem?” tylko nie przybliża nas to do żadnego rozwiązania.

A tu się Bartosiak mocno po drodze pogubił. Jeszcze niedawno prorokował, że jak się Europa za siebie nie weźmie, to będzie źle. Wcześniej wieszczył wielki PolUkr, że razem z największą armią Europy, jaką jest wedle niego armia ukraińska, to my możemy dyktować warunki Europie itd. Co z tego wyszło, to widać. Po takich wróżbach wychodzi na to, że armia ukraińska nie wygrywa, była i jest amią „na pożyczkę”, a pożyczkodawcy się właśnie zbiesili, zaś jej główny mankament, czyli siła żywa właśnie został wypuszczony na emigrację. Sytuacja się więc diametralnie różni od poprzednich rachub.

Najpierw popatrzmy co proponuje Bartosiak. Otóż uważa on, że skoro USA sobie idą, to w pewnym stopniu dla Bartosiaka to dobrze, bo ten akt pokaże rzeczywistą słabość pokładania nadziei w USA i – uwaga! – zmusi Europę do działania. Wcześniej, przy podobnej diagnozie, przechodził Bartosiak gładko, że Europejczycy powinni zrobić to czy tamto. To jest moment wskazujący duże braki w koncepcjach S&F. Diagnozy – owszem, zaś wnioski: od czapy. Ekspertyzy tego grona bardzo często abstrahują od realiów politycznych. Bo Europejczycy, czyli kto? Konkretnie – kto? Przywódcy poszczególnych państw, czy Unia Europejska? Widać, że w te procesy Unia się wtranżala bez żenady, zaś solistycznie przywódcy europejscy albo będą realizować mokre sny o potędze (Macron), albo czynić wszelkie odpornościowe ruchy jedynie w rachubie na własne, tu krajowe, korzyści, czyli kosztem innych państw. Takie postawienie sprawy czyni z wszelkich remediów Bartosiaka – pięknoduchową utopię.

Europa czyli kto? Przecież tu Niemcy, rękami Unii, będą blokowali wszystko, co nie jest w ich interesie. Tak samo propozycje wobec Polski – kompletnie utopijne. Żadnej własnej polityki: jak będzie w Polsce rządzić Tusk, to będzie robione to, co chcą Niemcy, jak Kaczyński – wszystko co chcą Amerykanie. Koniec, kropka. Nie można wyższościowo unosić się nad zgnilizną polskiej polityki i jednocześnie proponować jej nieosiągalne utopie. Nic z tego nie będzie. I kiedy S&F to zobaczyło wcale nie przeszło na poziom pragmatyczny swoich rekomendacji, poszło jeszcze bardziej w dziedzinę ułudy. Jaka jest więc obecna wersja reakcji Bartosiaka na strategię Trumpa? Otóż jest nią stworzenie własnej, trzeciej siły, realizującej swoje interesy, wbrew zakusom i Amerykanów, i Brukseli. 

Ma być stworzony południkowy pas sojuszu militarnego, oczywiście obok resztek NATO, z uczestnictwem takich krajów jak Finlandia, Polska, Ukraina i… Turcja, który ma złożyć całą strefę „strategicznej presji” na Rosję, która nie poważyłaby się otworzyć takiego frontu. To oznacza powiązanie się członków takiego „militarnego trójmorza” czymś w rodzaju artykułu Piątego, kiedy reagowano by wzdłuż granic z Rosją na atak na każdego z jej członków. W dodatku odczepiłoby to nas od inicjatyw Berlina, który – nagle – został zauważony przez Bartosiaka jako militarny problem. Piękne, co? Tylko całkowicie nierealne.

Jest to piękna instrukcja obsługi maszyny, która nigdy nie powstanie. Po pierwsze definiuje ona Rosję jako zagrożenie o genetycznie wręcz wdrukowanej inklinacji do agresji. Jest to myślenie dwudziestowieczne. Rosja może mieć swoje wpływy w Europie bez wojny kinetycznej, co jest obecnie niezauważane. Niemcy gadają z Rosjanami w Dubaju, zaś ludowi pokazują nowe czołgi „na Ruskich”. Po co Rosji Europa, zadzieranie z jeszcze żyjącym NATO? Można mieć kraje i kontynenty u stóp za pomocą samego zagrożenia, uzależnienia gospodarczego, agentury czy wpływów finansowych. I jest to w zasięgu Rosji. Bartosiak cały czas walczy o to, by Rosja nie siedziała przy europejskim stoliku decyzji. A ona cały czas tam siedzi i będzie siedzieć – nawet w czasie wojny Europa nie jest w stanie wyjść z jej kieszeni, na co długo pracował Kreml z Berlinem. Takich rzeczy nie załatwia się strzałem z armaty, i na takie rzeczy nie można skutecznie odpowiedzieć strzałem z armaty naszej.

Po drugie – znowu problem Bartosiaka – nie można abstrahować od twórcy. Kto ma zmontować taką układankę? Wiadomo, że nie Trump, bo to już Bartosiak ustalił. To ma się zrobić „samo”. Ot, Turcja, która od samego początku w sprawie wojny na Ukrainie siedzi na płocie, ma się nagle zaangażować przeciwko Putinowi? Bo co? W czyim interesie? W czyim interesie ma podtrzymywać nawet Ukrainę w wojnie, której beznadziejna kontynuacja może doprowadzić do kompletnego callapsu państwa już upadłego, co stworzy jej na północy dziurę strategiczną, zmieniającą cały układ regionu? Bo co? Bo Bartosiak tak chce?

A nawet Polska tego nie chce. Znowu – wróćmy do realiów. Kto ma tego chcieć? Proniemiecki Tusk ma budować militarną suwerenność poza systemem unijno-niemieckim? Ma to zrobić Kaczyński? Po pierwsze – ten nie rządzi. Po drugie – ten grał zawsze w amerykańską dutkę, a Amerykanie nigdy na takie coś nie pójdą, żeby poza ich kontrolą w Europie powstało takie cudo.

Dla nich, owszem, dobrze by było, by u boku Rosji pojawiła się jakaś militarna struktura, niezależna od europejskich ciołków niemocy, która, na wszelki wypadek – uwaga! – odgradzałaby zwariowaną Europę zachodnią od Rosji. On to może zrobić nie w celach skierowanych przeciwko Kremlowi, tylko przeciwko Brukseli. Bo to w brukselskich odjazdach widzą amerykanie zagrożenie. Oni tu się dogadują na światowe deale z Putinem, a tu sobie jakieś lewaki w mariażu z korporacjami wykombinują jakąś prowokację wysterowaną w Rosję, coś odpalą, dostaną wpierdziel i zaczną piszczeć – Ameryko, broń nas! I cały misterny (inna sprawa czy realizowalny) deal na odciągnięcie Rosji od Chin pójdzie się czochrać. Takie cuda ewokowane przez Bartosiaka nie powstaną bez inicjatywy Amerykanów, co dopiero skierowane przeciwko ich rachubom. A więc mamy do czynienia z utopią. Kolejną.

Wersja Lisickiego

Też nazywam ją na wyrost, bo nie jest to koncepcja naczelnego Do Rzeczy, tylko właściwe odczytanie dokumentu przygotowanego przez Waszyngton. Po pierwsze Lisicki przypomina oczywistość, co do której nawet zgadzał się i Bartosiak, czyli, że Stany się zwijają, bo już całej planety nie ogarniają, tracą przez rozczłonkowanie i muszą wychodzić z różnych miejsc w sposób uporządkowany na tyle, by pozostawiona sytuacja nie wygenerowała jeszcze większych problemów. Nie robi tego „na złość”, ale też nie dlatego, że straciły wpływ na wszystko.

Lisicki zwraca uwagę, że w dokumencie nie ma syndromu porzucenia Europy przez USA. Jest deklaracja porzucenia Europy, jeśli ta będzie szła drogą wytyczoną przez Unię. Tej Europy Trump nie ma zamiaru bronić. I jest to arcyciekawa konstatacja.

To znaczy Trump obiecał protekcję, ale po pewnymi warunkami. Podstawowy to odejście od filarów postawionych przez Unię, jako swoją istotę, a które stanowią sprzeczność z byłymi już wartościami transatlantyckimi. Jest to kontynuacja deklaracji JD Vance z Monachium, że USA nie będą bronić Europy, dopóki ta będzie pod agendą lewacką, ze wszystkimi swoimi dążeniami do biurokratycznego autorytaryzmu, z dybaniem na wolność wypowiedzi włącznie.

Jest to deklaracja nie do pogodzenia z obecnym stanem w Europie, godzi bowiem w podstawy ideologiczne projektu Unii Europejskiej. Jest więc to zadeklarowana wrogość projektów i to nieprzezwyciężalna. Oczywiście dopóki w Europie rządzi Unia. A że Unia to tylko narzędzie niemieckiej dominacji – jest to deklaracja wrogości wobec Berlina. Rękawica została rzucona, i jak widać po reakcji Berlina – podjęta (jak pisałem wcześniej), tyle, że kosztem innych krajów europejskich, z naszym na czele.

W drugiej, dodatkowej a nieujawnionej od razu, wersji strategii USA wskazane zostały kraje jako potencjalne „kasztelanie” pozostawione w Europie, którymi zainteresowane są Stany. Są to Austria, Węgry, Włochy i Polska. W rozdziale „Make Europe Great Again” to te kraje mają rozmontować unijnego kolosa na pożyczkowych nogach. To jest odpowiedź Trumpa na bajania o Trójmorzu. To także pokazuje, że jego podejście nie jest południkowo militarne. On nie chce zrobić zapory przed Rosją, z omówionych już względów, tylko polityczną zaporę przed Unią.

I wydaje się, że jedynie w oparciu o taką inicjatywę można montować coś militarnego. Będzie jakiś czynnik jednoczący i inicjujący, którego brakowało w koncepcji Bartosiaka. W dodatku jest to ciekawa propozycja z punktu widzenia politycznego. Obecnie nie widać bowiem większych europejskich ruchów, które w sposób realny mogłyby zagrozić unijnemu prymatowi w Europie. Pojawia się jednak czynnik zewnętrzny, amerykański, z czego warto byłoby skorzystać. Nie po to, by „zapisać się” do Amerykanów, tylko by uwolnić Europę, w tym Polskę, od tego jarzma, które ciągnie nas w rozwojową przepaść i ideologiczne nierozwiązywalne destrukcyjne spory. Jak to mają zrobić Amerykanie, to warto byłoby się przyłączyć, nawet tylko taktycznie. Taki układ niweluje prymat niemiecki na kontynencie i realizację idei kolejnej Rzeszy, które do tej pory kosztowały nas dwie wojny światowe, z trzecią – z tego samego powodu – wiszącą nad nami. A więc same korzyści.       

Stoimy więc przed dylematem – albo w Europie zrobią porządek Niemcy, albo Amerykanie.

Każdy jak sobie udzieli na to pytanie odpowiedzi – będzie wiedział gdzie jest. Zaś mrzonki, że zrobimy to sami i „Europejczycy” i Polacy odsyłam do przemyśleń: jak mamy sobie ułożyć niezależny byt Europy abstrahując od rzeczywistych wektorów sił światowych, skoro tu u siebie, w Europie, czy w Polsce, sami ze sobą nie jesteśmy sobie w stanie poradzić?

Problem ten w przypadku Polski wymagałby przeprowadzenia procesu zmiany władzy. Za dwa lata będzie po ptokach. USA tu (jeszcze) nic nie robią, Berlin zaś szaleje, jakby to była ostatnia możliwość, ostatni taniec na Titanicu. Tusk, nie z głupoty przecież, tylko z misji, doprowadza do krańcowej zapaści Polski jako państwa. Szkody mogą być już nieodwracalne. Umacnia swoją, na szczęście tylko twitterową, władzę, ale systemowo niszczy i tak wątpliwy ustrój, chwieje szacunkiem obywateli do państwa, obniża do zera międzynarodową podmiotowość kraju.

Co ciekawe – wynika z tego, że w rozmontowaniu Unii USA widzą szansę na postawienie Europy na nogi, oczywiście w swoim – Ameryki – interesie. Obecnie Europa jest dla USA tylko obciążeniem. Siła Europy brała się z konkurowania ambitnych państw, dużą słabością tego konstruktu były konflikty zbrojne. Ale ta rywalizacja cywilizacyjnie promieniowała na świat. Jej konfliktowy potencjał miała mitygować idea Unii Europejskiej. Ale idea ta została przejęta przez lewactwo, co uczyniło ją instytucją zideologizowaną. A to ideologie, głównie w Europie w XX wieku, doprowadziły do konfliktów zbrojnych, które rozlały się na cały świat. Teraz jest tak samo – by obronić się przed negatywną oceną europejskiego projektu, w dealu lewactwa z korporacjonizmem, Unia jest gotowa wywołać konflikty, za które zapłacą narody z limes, obrzeży Europy. I skończy się tak jak w poprzednich wojnach, kiedy ci co je wywołali przy zielonym stoliku bezkarnie układali los już tylko niedoszłych ofiar swych postępków.

Wersja trzecia i pół

To Kaczyński i, niestety, prezydent Nawrocki. Jest bowiem jeszcze jedna wersja rozumienia dokumentu strategii amerykańskiej. Tą wersją rozumienia jest jego… niezrozumienie, a właściwie – wyparcie. Jest to liczenie, że wszystko się jakoś ułoży po staremu. Obecna sytuacja nie da pogodzić ze sobą opierania się na USA jako strategicznym partnerze i jednocześnie bycie antyrosyjskim. No, nie da się. I dlatego albo PiS to zrozumie, albo Amerykanie przestaną w swym dziele widzieć Polaków jako ludzi rozsądnych. Jeżeli w wielkiej grze Trump chce się dogadać z Putinem, to w Europie nie można zostawić jako swego przedstawiciela rządu i kraju oficjalnie deklarującego nieusuwalną do granic spotykania się, wrogość. No, nie da się. Jednocześnie ta pisowska antyrosyjskość zgrywa się z fałszywą – jak starałem się wykazać – wrogością Europy do Putina. A więc nie ma dla publiki żadnej różnicującej postawy pomiędzy Nawrockim i Tuskiem. Są jakieś wewnętrzne poboczności, ale w sprawie polityki międzynarodowej wygląda to tak samo. Wszyscy popierają Ukrainę w „naszej wojnie”, wyprujemy się z ostatków na pomoc Zełeńskiemu w konflikcie, który paradoksalnie im dłużej trwa, tym nasza pozycja bardziej słabnie. Będziemy w to inwestować PRZECIW intencjom Białego Domu, który jako jedyny zdaje się być zainteresowany pokojem.

I cały PiS jest zdruzgotany tą nieprzekraczalną granicą do przejścia, gdyż na tę narrację – wiecznego trwania animozji naszego odwiecznego wroga Rosji z Ameryką – postawił wszystkie żetony, nawet polską niepodległość. Zobaczymy czy PiS bardziej nienawidzi Rosji, niż kocha Polskę. Jak z tego wyjdzie – zobaczymy.

Jeśli nie wyjdzie, to kto może być polskim partnerem dla amerykańskiej propozycji? Może nikt – i zostaniemy tak „pomiędzy”: szmaceni w Europie i odpuszczeni dzięki własnej głupocie przez Biały Dom. Znowu słabi, tak pomiędzy światowymi siłami, z własną, zawinioną bezradnością.    

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Baczna analiza politykierskiego szamba. Pompowanie Brauna.

Pompowanie Brauna.

toto brrrrr

[Co tak męczy tego lewego?? A dokąd idzie rurka, którą pompuje prawy? Nie wymyślisz, serdeńko… md]

===================================================================

Jerzy Karwelis 20 grudnia, wpis nr 1386 dziennikzarazy/pompowanie-brauna

No, stety-niestety, będzie znowu o Braunie. Wszyscy o tym gadają, zaś ostatnie badania wskazały sensację, gdyż Korona wspięła się na podium. Odbyła się w sondażach mijanka z Konfederacją i wszyscy zaczęli się rzucać na ten fenomen jak pies (ten bezłańcuchowy) na kość. Powody tego zjawiska omawiałem wstępnie w zeszłym tygodniu, ale warto tu dodać pewne generalia, zanim przejdziemy do meritum tego tekstu.

Czemu rośnie?

Braunowi rośnie, bo lud jest wkurzony. Dał temu wyraz w wyborach na Nawrockiego, ale wyraźnie obecna klasa polityczna nie rozumie, albo nie chce rozumieć, wysłanego sygnału. A jest on prosty – naród jest zmęczony w 35-letnią grę w dupaka. Polsce nie idzie zaś naprzemienne zwalanie winy pomiędzy plemionami przestaje już angażować nawet emocje. Zostają już tylko ultrasi, którzy mają tę cechę, że wraz ze spadkiem ich liczebności narasta ich hałaśliwość. I tej hałastrze media – obu plemion – podtykają mikrofony i kamery, by ludowi wydawało się, że to wszystko naprawdę. Ale lud to coraz mniej kupuje i skoro chce wyjść z plemienności, to idzie poza system. A antysystem obecnie uosabia Braun.

Czemu za antysystem nie uchodzi Konfederacja Mentzena i Bosaka? To ciekawa sprawa. W sumie nadają równo na POPiS i powinni być traktowani jako antysystemowcy, a nie są. Pierwszym powodem istnienia tej sprzeczności jest to, że Konfederaci jednak traktowani są przez antysystemowych ultrasów jako część systemu. Z ich obecności w Sejmie niewiele wynika, mało inicjatyw, zresztą system dobrze pilnuje, by się nie wychylali. Po drugie – marszałek Bosak, mimo, że stanowisko daje mu lepszy wjazd do mediów, jest traktowany jako część systemu. W końcu trudno, chyba, że jest się (S)Hołownią, zabłysnąć czymś szczególnym w trakcie prowadzenia proceduralnie nudnych obrad. Bosak więc dla ludu współprowadzi cały ten kompromitujący spektakl. Trzecia rzecz, to ewidentny zastój w tej formacji, gdyż wydaje się, że żywioł narodowy i liberalny coraz gorzej się mieści w formule Konfederacji, zaś chłód pomiędzy jej dwoma liderami, mimo, że ukrywany, wali po nogach widzów.

W dodatku – i tu chyba jest sedno sprawy – w niektórych rzeczach Konfederacja wyraźnie romansuje z systemem. Jest anty-popisowa, ale nie bardzo widać, żeby chciała zmieniać system, mimo kompletnie pomylonego timingu przewracania jakichś stolików. Widać to choćby przy kwestii stosunku do Unii – tu króluje obawa przed sondażami, bo to większość wyborców niby chce przy Unii stać i Konfederacja musi dokonywać jakichś piruetów, że w Unii to może bądźmy, tylko ją zreformujmy. A to postulat, którym szermuje ciągle mainstream, a więc Konfederacja śpiewa dla ludu w mainstremowym chórze.

Braun tu jest prosty i jednoznaczny, jak żołnierska piosenka: gra na wrażliwych strunach, jest łatwy do zapamiętania, zaś zbiera rosnące towarzystwo, które nawidziało się tych reform i Polski, i Unii od cholery, na tyle, że postulat, tym razem Cejrowskiego „wszyscy won!”, staje się coraz bardziej popularny.

W ten sposób ponad 20-procentowy elektorat zwolenników wyjścia z Unii zostaje sierotą do wzięcia. Zwłaszcza, że badania wskazują stały wzrost przeciwników wśród, przodujących do tej pory w poparciu Unii, Polaków. Zaś bardziej szczegółowe badania potwierdzają, że Polaków deklaracja pozostania w Unii jest bardzo ogólnikowa – rodacy chcą być w Unii, ale co do podstawowych przejawów jej działania są już podzieleni pół na pół. Dochodzi do nas powoli spis „niepożądanych odczynów pounijnych”, do tej pory zwalanych przez plemiona na siebie, bo każde bało się wskazać właściwe źródło polskich patologii, gdyż każde z plemion je akceptowało, bo źle przeczytało wyniki badań popularności Unii. Skoro Polacy tak byli zakochani w Unii, to bano się ich wybudzać z tego snu, bo nikt tego nie lubi. Braun nie musi się tak certolić, bo coraz więcej ludu widzi, że ta Unia to żadne tam mecyje.

Z nieba do piekła – instrukcja

Ale dość o analizie tego wspomnianego fenomenu. Nie po to zebrałem tu Państwa, by dołączyć się do chóru egzegetów przyczyn wzrostu poparcia Brauna. Chodzi o coś innego, wydaje się, że ważniejszego. Jestem więcej niż pewien, że ta obiektywna kwestia wzrostu poparcia Brauna jest w dużym stopniu… sterowana. Jeszcze raz – ten wzrost ma swoje obiektywne przyczyny, ale może być – zaraz wykażę jak – przedmiotem manipulacji, zarówno co do tempa tej dynamiki, jak i jej timingu. Posłużę się przykładem, by wytłumaczyć bardzo prawdopodobny scenariusz poprzez analogię.

Mamy rok 2023, bardzo ważnych – jak każde w III RP – wyborów parlamentarnych. Konfederacji, wtedy jeszcze nie podzielonej, rośnie jak na drożdżach. Tak jak dzisiaj różnie egzegeci tłumaczą ten fenomen, coś tak jak dzisiaj z Braunem. W niektórych sondażach Konfa dobija do 15%, „chłopaki w krótkich spodenkach” podobno już po piwie (niekoniecznie z Mentzenem) obsadzają swoimi osobami przyszłe frukty stanowiskowe, są obrotowi, pójdą pewnie z PiS-em, ale ich pozycja negocjacyjna „języczka u wagi” polepsza się. Lud szykuje się do koalicji z PiS-em, uradowany, że pycha jednowładztwa partii Kaczyńskiego wreszcie zacznie być mitygowana. Sondaże szaleją, w mainstreamie o tym prawie codziennie. No, idzie jak po maśle, tylko, że nawet autorzy tego sukcesu nie są w stanie zidentyfikować źródła swego wzrostu. Są więc beneficjentami procesu spoza swej kontroli. Kto więc ten proces stymuluje?

Moim zdaniem zarządza tym mainstream. Ten po prostu podwyższał konia, z którego – sam przecież, sondażami – miał zaraz zrzucić na ziemię politycznego nuworysza. I chodziło o to, żeby ten koń był jak największy, by jak najwięcej bolało przy upadku. I chodziło o timing, żeby to zrobić akurat wtedy jak trzeba. Nie za wcześnie, bo się jeszcze nie daj Boże zdążą odbudować, i nie za późno, bo jeszcze ten pompowany wzrost zostanie odebrany przez lud wyborczy jako prawda i zagłosuje się na Konfederacji bez dyżurnej obawy „zmarnowania głosu”. I tak zrobiono.

Do tego potrzebny jest moment zwrotny, też wyprodukowany przez mainstream. Tym momentem stały się bajania Korwina o lekkiej pedofili, czy jak to tam teraz można nazwać. Korwin dostarcza w ramach swego „protokołu” takich kwiatków na zawołanie, a jak nie dostarczy, to się zawsze mu coś wyciągnie z kontrowersyjnej przeszłości. I jak media – zobaczcie, to one decydują kiedy włączyć taki proces – odtrąbią do odwrotu robi się akcję. W każdym medium o tym strasznym Korwinie, afera przykrywa wszelkie strategie i programy, liderzy muszą się tłumaczyć co autor miał na myśli, Konfederacja odprawia pokuty, pojawiają się pierwsze sygnały z badań, że Konfederacji spada i zaczyna się tak zwany „trynd”. Jest jak z rynkiem akcji, pojawia się panika, że wartość akcji Konfederacji spada, trzeba swe walory przenieść do kogoś innego i mamy owczy pęd do utraty poparcia. Potem się to wzmocni, pokazując choćby wypowiedzi drugiej strony liderów Konfederacji, że np. ta Unia to nie taka znowu zła, zaś z tym kompromisem aborcyjnym to trzeba odpuścić w liberalną stronę. I tak w 3 tygodnie zjeżdża się z 15 na 7 procent. Był to proces kompletnie sterowany, na który Konfederacja mogła się tylko popatrzeć z boku.

Analogie

Moim zdaniem ten proces grozi obecnie Braunowi. Jeszcze raz – ma on obiektywne źródła wzrostu, ale moim zdaniem proces ten jest do wysterowania z zewnątrz i już się on zaczął. Dlaczego tak wcześnie? Do wyborów jeszcze daleko (a może wcale nie?) i przez dwa lata może (może? musi!) się wiele wydarzyć. Moim zdaniem sztuczne pompowanie Brauna ma rozpocząć proces dezintegracji PiS-u, bo to od niego do Brauna uciekają wyborcy. A to początkuje kryzys w partii Kaczyńskiego (zresztą już odpalony przez Morawieckiego) i tu timing jest dobry. Takie procesy jak rozpad partii nie dzieją się tuż przed wyborami, to musi dojrzeć i tak ze dwa lata przed wyborami włożenie Brauna w szprychy PiS-u daje czas na rozpoczęcie procesu może i rozpadu PiS, a co najmniej pojawienia się ruchów odśrodkowych. D’Hondt zrobi swoje, bo ta sama liczba wyborców – nawet gdyby to się odbyło bez strat – w jednej paczce i ta sama liczba wyborców w dwóch paczkach daje tej pierwszej o wiele więcej mandatów, na tyle „wiele”, że może to być decydujące o uzyskaniu większości. A więc pompowanie Brauna jest dobrze skorelowane w czasie. Ten wynik można w dowolnej chwili zacząć odwracać dętymi sondażami. A chwila wzrostu jest dobrze dobrana, bo jest wycelowana w PiS, jeszcze nie w podwyższanie Braunowi konia, by się bardziej potłukł spadając. Na niego jeszcze przyjdzie czas, bo jest trzeci w kolejce.

Jak to się odbędzie? To proste raczej. Będzie się tam w międzyczasie wachlowało jego wynikami, o tak, żeby namieszać w PiS-ie, kiedy się tam już porozwala, to – po Konfederacji Mentzena – trzeba się będzie zabrać za samego Brauna. O dziwo wariant z delegalizacją Korony jest technicznie bardzo prawdopodobny. Trybunał Konstytucyjny, który może podjąć taką decyzję jest (jeszcze) w rękach PiS. Tyle, że nie wiadomo, czy delegalizacja Korony, przy takich jej wynikach, nie byłaby na rękę… PiS-owi.

Jest jeszcze wersja z posadzeniem do ciupy lidera Korony. To – moim zdaniem – dawałoby plusy dodatnie Braunowi, jego popularność, jako ofiary systemu znacznie by wzrosła, ale – co prawdopodobne – w ramach wyroku, jak w przypadku Le Pen, bardziej dotkliwe byłoby zrealizowanie właściwego celu, czyli pozbawienie go legalnej możliwości startu w wyborach. Ale, żeby zarządzać Koroną w przyszłym Sejmie Braun nie musiałby być wcale posłem.

Drugi wariant, delegalizacji partii, byłby bardziej bolesny, gdyż zniknąłby legalny podmiot startujący do Sejmu.  Byłby to więc kłopot, ale może już gdzieś w sądzie leży zarejestrowany polityczny zamiennik partii Korony i łatwo to będzie przełączyć? A więc moim zdaniem pójdzie to bardziej „po staremu”. Będzie się tak tego Brauna trzymało sondażami na poziomie progu wyborczego, mobilizowało tym faktem frekwencyjne zaangażowanie lewactwa ratującego kraj przed faszyzmem. Ostatnie badania OGB, grupy badawczej, która w wyborach na Nawrockiego obiektywnie pokazywała sondaże, zaś po nich – nie przyjęta przez PiS – wyraźnie, nawet w deklaracjach jej szefa, zapisała się do stajni Tuska, otóż te sondaże, z mijaniem się Korony z Konfederacją, uważam właśnie za taki sterowany proces. Ma być zamieszanie nie tylko w PiS-ie, ale rozliczanie za ten stan u Menztena. Bo druga w kolejności walenia Braunem jest Konfederacja. Nagłaśnianie mijanki Brauna z Mentzenem może wprowadzić zamęt w stajni tego drugiego. A tu łatwo o rozbicie potencjału Konfederacji. Wystarczy tylko grać na, skrywany dotąd, podział Mentzen-Bosak. Tak, by np. Konfederacja się rozpadła na narodowców, którzy dołączą do Brauna i Mentzenów, którym blisko do liberalnego skrzydła Koalicji. Bo wtedy dylematy obecne zostaną skasowane, zaś jeśli narodowcy mieliby przejść z Konfederacji do Brauna, to Koronę będzie można wyłączyć opisywanym tu sposobem, jak w 2023 roku. Wszystkie prawicowe jajka znajdą się w jednym koszyku, na jednej rączce, którą można przeciąć dowolną prowokacją, tak jak w 2023 na 3 tygodnie przed wyborami.

Trzeci w kolejce

Na samego Brauna przyjdzie czas – ten jest w trzeciej kolejności. Tu sygnałem nadanym do odwrotu poparcia będzie jakaś afera z jakimś wzmożonym tematem. A u Brauna może to być wszystko: Braci Kamraci, zdjęcie z ruskim szpiegiem – coś się wymyśli. Z Żydami to już nie, bo tu, mimo grzania tematu po bandzie, raczej ten obszar imputowanego antysemityzmu przysparza Braunowi popularki. Izrael stara się jak może zniechęcić Polaków do siebie, ale tak to jest z butą – niepokarana panoszy się i narasta, wymagając coraz większych hołdów. Ale – jeszcze raz przypomnę – wyborca za kotarką jest człowiekiem wolnym, przynajmniej od strachu, i może zrobić wiele, nawet na złość.

Najgorsze, że wskazany proces jest procesem z małą możliwością działań zapobiegawczych. Kto by nie brał dobrych wyników popularności? Ale powtórzmy: jest to proces zewnętrzny w stosunku do podmiotu mu poddanego. Co więc robić? Jestem pewien, że Braun będzie ten moment chciał wykorzystać i tę pompowaną część jego wzrostu przerobić na wzrost realny – zamienić ten fałszywy pieniądz na prawdziwy, pokrywając go kruszcem sprzeciwu, który sam system dostarcza mu codziennie. Patrzmy się więc krytycznie na te wzrosty, niech akolici Korony nie popadają w samozachwyt. Każdy kto nie zna wszystkich powodów swojej popularności, nie wie komu ją zawdzięcza, może się więc stać przedmiotem manipulacji, gdyż taką popularkę można włączać i wyłączać, nie ma się bowiem dostępu do tego potencjometru.

Jak zwykle sprawa jest prosta – trzeba ciężko pracować i nie dać się nabrać na powtarzalne procesy, które są filarami III RP. Sprawy są już bardziej złożone. Kiedyś, za starych (czy dobrych?) czasów wystarczyło tylko podpompować „naszych” dwa tygodnie przed wyborami. Teraz trzeba czasem taktycznie podpompować nawet i naszych wrogów, by tych, jak zrobią już swoje strącić do piekła obawy przed „utraconym głosem”.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Cyklop czy Terminator?

Cyklop czy terminator?

Jerzy Karwelis dziennikzarazy.pl/cyklop-czy-terminator

braun

13 grudnia, wpis nr 1385

Widmo Brauna krąży nad III RP. Straszy się nim dzieci i dorosłych. Wzdraga się przed nim praktycznie cała manistreamowa klasa polityczna, wyją media i to z obu stron. Wychodzi na to, że fenomen Pana Grzegorza z Wrocławia zjednoczył wszystkich we wspólnych działaniach, choć cele aktorów w innych obszarach są raczej rozbieżne. Oznacza to tylko, że tzw. „porozumienie ponad podziałami” może w III Najjaśniejsze dotyczyć tylko działań przeciwko komuś, nie zaś jakiejkolwiek próby wspólnej pracy dla dobra kraju, ponad swadami.

Ale jak może być inaczej, jeśli polską polityczkę przeszyła włócznia plemienności, której podstawą jest walka z wrogiem? Czemu więc Braun jest wrogiem wszystkich? Ano dlatego, że jest on działaczem stricte antysystemowym, zaś przeciwko niemu występuje cały system, gdyż z obecnego systemu żyje, w obecnym systemie działa, a więc każdy kto dybie na system jest wspólnym wrogiem walczących na śmierć i życie – do pewnego okazuje się jedynie stopnia – plemion. Myślę, że pora rozebrać na czynniki ten fenomen, popatrzeć jak się rodził, dorastał, z czego jest złożony i jak rokuje.

Podrostek

Ja pamiętam pana Grzegorza jako podrostka z domu jego siostry, Moniki. Do domu Braunów nasza paczka przychodziła parę razy, chata składała się z połączonych dwóch mieszkań, było więc gdzie rozprostować nogi. Pałętał się tam taki małolat, z dala wtedy od rozrywek nas, dorosłych nastolatków. Nic więc z tego nie pamiętam. Widać dziś niestety, jak siostra Brauna, mam nadzieję, że w swej naiwnej nieświadomości, jest obecnie rozgrywana przez media mainstreamowe, które dopytują się o rodzinne szczegóły dorastania potwora. Smutny to obrazek. Ale do rzeczy.

Na początku swej działalności wyglądał Braun bardziej na performera politycznego, niszowego wiecownika, prowokatora przyczynkarskich starć z systemikiem. Ale jego konsekwentna droga prowadząca do dzisiejszych pozycji jest dowodem, że cierpliwością i niezłomnością można w polityce zajść daleko. Dopiero po latach zrozumiałem jego taktykę wdarcia się na scenę mainstreamu. Ze swych pozycji antysystemowych mógł to zrobić jedynie w przypadku kiedy mainstream pasuje go na głównego Czarnego Luda III RP. Braun dostał się do mediów tylko dlatego, że te uznały go (i promowały!) jako żywy przykład uosobionego odjazdu sprzeciwu wobec systemu III RP, który był (i jest) sprzedawany jako niepodważalny dogmat ustrojowych zalet odrodzonej po PRL polskiej państwowości. Każdy kto kwestionował, w sumie beznadziejny ustrój i jego przejawy, jawił się jako obrazoburca i szaleniec. Dziś jednak do tych cech – zgubnie dla samego siebie – mainstream dołożył do tych wad argumenty zdawałoby się ostateczne: ruski onucyzm, antysemityzm, antyunijność czy antyukraińskość.

Kłopot w tym, że coraz więcej ludu zaczyna uważać tak jak Braun, przy czym obiekty jego sprzeciwu same dostarczają argumentów na słuszność jego diagnoz. Bez rozwalania mikrofonów, gaszenia chanuk czy wywalania tęczowych choinek z urzędów media by się o nim nie zająknęły. Jego poglądy, bo nie postawa, odziane w poprawność nie ideologiczną, ale przekazu nie dostałyby się przed kamery i łamy, zaś lud potencjalnie wyborczy by się o nim nie dowiedział. Nie dowiedziałby się, że istnieje ktoś, kto ich antysystemowe poglądy, a właściwie bardziej intuicje, podziela. W ten sposób mainstream kreując antyprzykład wykreował ludowego przywódcę wykluczonych.

Systemowa pycha

To częsty błąd systemu. Ten bowiem wierzy we własną propagandę. Uważa, że lud myśli tak samo i wystarczy tylko pokazać mu jakiegoś potwora, wskazać, że tak okropnie wygląda jedyna alternatywa wobec pookrągłostołowej Polski, by suweren odwrócił się z obrzydzeniem. Jest to typowy syndrom politycznego przeniesienia własnych poglądów i ich projekcja na lud, który wcale tak nie musi myśleć. Jest to na tyle zakorzenione w mainstreamie, że ten nie uczy się na błędach, bo popada w pychę przekazu nie po raz pierwszy – co raz wchodzi na te same grabie. Tak przecież było z Kukizem, który wyrósł na atakowaniu go jako antysystemowca w wyborach na Dudę Pierwszego. Też sami sobie zafundowali kłopot – pluli na Kukiza do końca, nie pamiętając, że w duszy Polaka zawsze buduje to sympatię do niesłusznie i podstępnie atakowanego, zaś totalne oranie Kukiza dowodziło myślącej części ludu, że musi coś być na rzeczy, skoro tak na niego pomstują.

System poradził sobie w Kukizem ex post. Kukiz zmarnował swój dobry wynik, przy przeniesieniu go na mandaty sejmowe kompletnie się zagubił, zaczął coś bredzić, że tylko pralki mają program, zaś formuła bezpartyjna to konsekwencja jego formacji w Sejmie, co nie ma i nie miało żadnego sensu. Stety-niestety swymi działaniami przed wyborami do sejmu, sposobem doboru kandydatów – udział psychiatry w komisji weryfikującej kandydatów nie był w sumie najgorszym pomysłem, ale jak widać zawodnym – doprowadził do roztrwonienia swego potencjału na obecność antysytemu w systemie. A trzeba było zrobić mocną ekipę złożoną z antysystemowców, stworzyć parlamentarne przedstawicielstwo nie tylko swojej partii-niepratii, ale i ośrodek wszystkich pozaparlamentarnych sił antysystemowych, dać im się wbić do oficjalnego przekazu i zmienić Polskę. Miałeś, Pawle, złoty róg.  

Tej zapaści sprzyjał też dziwaczny wynik wyborów w 2015 roku – przepadnięcie w nich lewicy za pomocą ordynacji wg. D’Hondta dało nadmiarowe mandaty PiS-owi, który otrzymał szansę samodzielnego rządzenia. Kukiz więc do niczego nie był mu potrzebny. Piszę o tym dlatego, że dokładnie taki sam scenariusz wisi obecnie nad Braunem, z może jednym wyjątkiem – ten będzie miał swój program, ale dobór jego przedstawicieli może być na tyle fatalny i niezborny, że wszystko pójdzie jak krew w piach. Popisy rozbiorą niespójne i dziwaczne towarzystwo na przystawki i kolejna nadzieja na realną zmianę zostanie pogrzebana w duszach suwerena. Siądzie mental i można będzie zamykać budę.

Przyczyny sukcesu

Braunowi rośnie, bo PiS-owi spada, choć to nie jedyny powód wzrostów, tylko źródło przepływów elektoratu. PiS jest obecnie w fazie pomieszania wewnętrznego, gdyż kompletnie zakiwał się, nie będąc w stanie zdyskontować zwycięstwa swego faworyta w wyborach prezydenckich. Tam coś się stało – zaczęło się od montowania jakichś rządów technicznych, nadziei, że karpie przyspieszą Boże Narodzenie, bo taki byłby efekt zgody Tuska na przyspieszone wybory. Wszystkie te kokieterie wobec takich przegrywów w tych wyborach jak Hołownie czy Kamysze pokazywały, że Kaczyński nic nie zrozumiał z wyników tych wyborów. A pokazały one czerwona kartkę całemu POPiS-owi, PiS zaś pokazywał, że choćby i z diabłem się sprzymierzą, by odzyskać władzę. Po co? – pokazali przez 8 lat swoich rządów zadzierając z podstawowymi grupami własnego elektoratu i mizdrząc się do Unii, co ich elektorat i sama Bruksela odczytali jako słabość. Podczas tych ostatnich wyborów okazało się, że – oprócz paru milionów odwiecznych wyborców „mniejszego zła” – z pięć milionów luda ma na kogo głosować, nie bojąc się mitu „utraconego głosu”.

PiS tego nie zrozumiał i nie rozumie, co daje Braunowi gwarancje na utrzymanie się tego, korzystnego dla niego, stanu.

Braunowi rośnie także dlatego, że potencjalni koalicjanci – Konfederacja i PiS – pokłócili się. Wyraźnie z powodu ataków Kaczyńskiego, wręcz osobiście, na Mentzena. Kaczyński się tu przeliczył, myśląc, że walka do krwi, zaś ułożenie się po wyborach przy zielonym stoliku to numer, który po raz któryś przejdzie. Straszenie koalicjantem nie zapewni mu żadnych przepływów z Konfederacji. Tym bardziej nie zapewni mu tego straszenie Braunem.

To od PiS-u odchodzą ludzie do Brauna. A więc Kaczyński powinien się raczej zastanowić jak ten ruch powstrzymać, a walenie w Brauna i deklaracje, że z nim nigdy… obniża jedynie potencjał PiS-u. Jest to więc działanie samobójcze, napędzające lud do Brauna. Tak jak kłótnia pomiędzy Konfederacją i PiS obniża ich obu wyniki, stymulując odpływ z obu źródeł do Brauna. Ten odpływ rekompensuje sobie, ale do poziomu odtworzenia swych procencików Konfederacja, do której przepływają sieroty po Hołowni. Ma więc Braun szczęście, bo rośnie mu z każdej strony.

Tusk wspiera Brauna

Ma Braun jeszcze jedno szczęście – to Tusk. Ten dając Brauna do mediów gra na dwa fronty. Pokazuje okropieństwo alternatywy do III RP, co ma wzmagać Tuskowi twardość elektoratu: nie ma bowiem dla tych wyborców nic gorszego niż plucie na Unię, antysemityzm, antyukraińskość czy demonstracyjny katolicyzm.

Toż to wszelkie cechy polskiej zaściankowości, za którą – zanim nas z Unii wyrzucą – wstyd tylko na całą Europę. Tusk puszcza Brauna – co prawda jako Czarnego Luda – do mediów, bo chce go budować… przeciwko PiS-owi. Jak Kaczyńskiemu ucieka elektorat do Brauna to D’Hondt zrobi już swoje. Suma – i tak wątpliwej koalicji obie Konfederacje i PiS – daje mniej mandatów niż start w jednej paczce, a więc – powiedzmy – przy ewidentnej taktyce Tuska jednej listy, to on może wziąć premię większości, dzięki systemowi ordynacji wyborczej, który po biblijnemu dużemu dodaje, zaś małemu – zabiera.

A więc Tusk chce Braunem osłabić PiS, co ma spowodować, że jednolistna uśmiechnięta koalicja dostanie większość, gdyż prawicowy elektorat rozdrobni się. Tak sobie liczą uśmiechnięci.

Ale mogą się przeliczyć. Po pierwsze nie liczą elektoratu antysystemowego, który może pójść pierwszy raz do urn, tylko ze względu na szanse Brauna. Wreszcie będzie na kogo głosować.

Po drugie – mamy tu efekt Leppera. Skutkuje on tym, że w rzeczywistość taki antysystemowiec jest zawsze niedoszacowany, nawet w tych nieoficjalnych, czyli prawdziwych, badaniach opinii publicznej. Ankietowani zawsze w III RP bali się przyznać do swych nieprawomyślnych preferencji. A więc rządzący dostawali fałszywy obraz, na którym opierali w konsekwencji mylne swoje rachuby. Głosujący za kotarą jest już poza zasięgiem systemu. Jest jak żołnierz posłany w bój bez radiostacji. Dowódca, tu – propaganda – nie ma już nad nim mocy i w swej samotności, choć raz może w swej anonimowości, bezkarnie pokazać systemowi figę.

Trzecim powodem możliwości przeciwskutecznego zainwestowania Tuska w Brauna może być to, że Braun naprawdę się na tym okienkowym zbiegu okoliczności może nieźle wybudować. Do wyborów jeszcze sporo czasu, a tu wcale nie wynika, że system, i polski, i europejski, powstrzyma się w szaleństwie, które dostarcza Braunowi kolejne zastępy zwolenników. Wchodzi na pełnej parze zielone szaleństwo, migranci przebierają nogami, zaś podżegactwo wojenne dopiero się rozpędza. Tusk będzie chciał skupić naród pod swoim parasolem, w nadziei, że stymulowane zagrożenie jednoczy naród pod każdą władzą, a więc grzanie wojną będzie szło pełna parą.

Tyle, że takie grzanie ma swoją drugą stronę – pokazuje bezradność rządu w tej sytuacji. Nie można skutecznie straszyć wojną, a jednocześnie dowodzić, że nie jesteśmy na nią przygotowani. Takie coś, dłużej ciągnione, obróci się przeciwko propagandowym ściemniaczom, zwłaszcza, że sukcesy naszej Radkowej dyplomacji, choćby nie wiem jak Olejniki stawały na głowie, pokazują, że nawet Unia ogra Tuska, a więc po co nam on? No, chyba tylko, żeby powsadzać pisowców, ale widać, że jest to argument za słaby, by utrzymać wzmożenie nawet swego najlojalniejszego elektoratu. A to – znowu – może tylko wzmocnić Brauna. No, trzeba przyznać, że sytuacja Pana Grzegorza – na razie – wygląda nieźle, gdyż źródła jego wzrostu wyglądają jednocześnie na zewnętrzne i trwałe.

Program

Braun jest w momencie decyzji przejścia od performingu politycznego do działań programowych: trzeba powiedzieć jaka ma być Polska kiedy wszyscy won, a właściwie jaka ma być ta Polska, jeśli ma – jak w jego haśle – odzyskać niepodległość. To nie ma być zamiana ekstremalnych ekscesów na nagłą powagę programu. To ma być tylko uzupełnienie jednego drugim, bo same programowe nudzenie nie przedostanie się do mediów, albo co najwyżej sprowadzi pomysły programowe do równego mainstreamowego poziomu fałszywych dylematów programowych. Kwestia tego o czym mają dyskutować Polacy została już przez media obu stron dawno ustalona i szybko wciąga każdą polityczną inicjatywę w pozorne dychotomie. Ot tak, żeby się pokłócić, podzielić za pomocą nierozstrzygalnych bzdur elektorat na pół.

Pokazuję takie dyżurne zestawy: aborcja vs. ochrona życia, Unia vs Polexit, Ukraina – za czy przeciw, Trump głupi czy mąż stanu, obowiązkowy pobór czy nie, itd., itd. Takie dychotomie można mnożyć bez końca i każdy z uczestników takiej nawalanki traci, a jak każdy traci, to kto zyskuje? To proste – realny system, słój z formaliną oblewającą nasz kraj z każdej strony: ładnie wygląda, w sumie nic się nie zmienia, co w dzisiejszych czasach może uchodzić za sukces, ale… tam nie ma życia. Ot, co najwyżej eksponat do oglądania przez przyszłych studentów na zajęciach o przyczynach upadku kolejnej Rzeczpospolitej.

Co może więc zrobić Braun? Moim zdaniem, by się nie dać wplątać w tę gotową i działającą od początku III RP sieć powinien zejść z linii ciosu, gdzie każdy dostaje w nos. Trzeba by wyszedł z tych przyczynkarskich nawalanek na poziom wyższy. Wszystkie, nawet najlepsze pomysły programowe zawierają w sobie jedną słabość – są zbiorem pobożnych życzeń, bez szans na sprawczą realizację. Dopóki nie zmieni się system. To jest jak z programem naprawczym przedsiębiorcy Brzoski: jego mrówcza praca nad postulatami, które mają polepszyć działania biznesu stają się jak zestaw dla małego krawiectwa. To działania naprawcze na poziomie łatania na dziesiątkach łat, zaś sama podstawa, materiał polskiego płaszcza jest sparciały, zaś zestaw łat uniemożliwia już orientacje co to był za krój i jakiego koloru był płaszcz. Nic z tego nie wynika, oprócz chwilowej – jak to u Tuska – satysfakcji narracyjnej. I tak będzie gdy będziemy tylko gadali o łatach, nie o systemie. Trzeba nowego płaszcza, wtedy skończy się łatanie dziur.

Można to zrobić jeśli Braun weźmie się za nową konstytucję. Bez niej – tej instrukcji obsługi polskiego potencjału – nic z tej programowej nawalanki nie wyjdzie. Trzeba zauważyć, że jakoś istniejąca klasa polityczna za ten pomysł się nie zabiera. To proste – po co niszczyć system, który ustrojowo daje gwarancje rządzenia gamoniom? Warto przypomnieć, że prezydent Nawrocki, coś tam w kampanii, bąknął o resecie konstytucyjnym w oparciu o prezydencką inicjatywę referendalną. Już wtedy proces ten wyglądał na wieloletnie działania, konsultacje i deliberacje, zaś teraz o tym z Pałacu nie płyną żadne sygnały, ani o samej potrzebie, ani o samym procesie. Trzeba więc wywrzeć na prezydencie może nie nacisk, ale animujące wsparcie tego procesu. Jeśli na jego czele stanie dynamizująca ten proces Korona, to dostanie same dodatnie plusy: pokaże, że chce dać głos ludowi, rozpocznie proces, w którym ujawnią się w jego ramach uśpione dotychczas elity i przywódcy, coś czego Braunowi teraz brakuje.

Bo Korona powinna przedstawić swój projekt konstytucji, by nie skończyło się jak z tą naszą, która obowiązuje. Wtedy, w referendum, a jakże, naród wybierał tylko z jednej-jedynej propozycji. Cały proces „konsultacji” był de facto procesem urabiania narodu do jedynej światłej propozycji, która już systemowo tylko zbierała do kupy dążenie wysoko układających się stron przy Okrągłym Stole. To się może powtórzyć, kiedy mainstream – jeśli już – zgodzi się na cały proces i wypichci konstytucję o tak wielkich zmianach, że nie zmieni się nic.

Cały proces rzeczywistych konsultacji powinien być szybki i przejrzysty, da głos ludowi co do pryncypiów nie jakichś błahostek. To ma być tym, co może dać ugrać maksa wyborczego Koronie, zaś szczegółowe postulaty, to już sprawa dla możliwych przyszłych negocjacji udziału we władzy. Strzelanie z tego śrutu przed wyborami nie da Braunowi żadnego wzrostu, rozmieni tylko na drobne strzał z wielkiej armaty pt. musimy odzyskać niepodległość, zaś ruch resetu konstytucyjnego będzie tylko metodą osiągnięcia tego celu.

Rozstaje

Jeśli Braun chce wejść do tej gry musi obniżyć poziom performerstwa swych działań. Zrezygnować, albo tylko ukryć tych wszystkich Braci Kamraci, koalicji klucza z gaśnicą, czy brania na swój pokład zgranych po wszystkich partiach nazwisk. Bez tego ruchu nie przyjdzie do niego nikt poważny, bo twarzowałby niekontrolowalnej chucpie. Wielu poważnych ludzi widzi i ubolewa nad systemowymi, czy powtarzalnymi, powodami upadku Polski. Jeżeli Braun, jak deklarował, jest czołgiem przełamania, to pozostaje problem, kto wypełni tę systemową wyrwę – kolorowi i sfrustrowani harcownicy czy wojska zaciężne, uśpieni rycerze, których w kleszczach politycznego turpizmu trzymał dotychczas system? I to na razie największy dylemat stojący przed Braunem, cała reszta – znowu na razie – mu sprzyja. Jak tego nie dowiezie, to znowu napiszę kolejny raz artykuł, tym razem pod tytułem: miałeś, Grzegorz, złoty róg…

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Och, Karol…

Och, Karol…

Jerzy Karwelis

muzg to

6 grudnia, wpis nr 1384 https://dziennikzarazy.pl/6-12-och-karol

Mamy do czynienia z pierwszą rysą na wizerunku prezydenta Nawrockiego. Mówię to oczywiście o grupie popierającej prezydenta w wyborach oraz tych, co to zrobili jako zwyczajowy w III RP „elektorat zaciśniętych zębów”. Jest to potrzebne rozróżnienie, gdyż dla grupy, mówiąc delikatnie, jego nie-zwolenników wizerunek Nawrockiego jest porysowany na amen już przez sam fakt startu przeciwko wymuskanemu kandydatowi, który miał system domknąć do końca. O dziwo, wydawać się mogło, że więcej rys nie da się już zmieścić na portreciku rysowanym przez mainstream, ale okazało się, że można. Obecnie eskalowany konflikt premier-prezydent, czy kwestionowanie korzystania z konstytucyjnych prerogatyw tego ostatniego jako działań niekonstytucyjnych, dowodzi jednego – można zawsze jeszcze dopalić, choć ukazuje się dno, zawsze można zapukać od dołu, co dowodzi, że piekło zapiekłego szaleństwa dna właściwie nie posiada. Ale Nawrocki zaczyna zawodzić swój elektorat.

Patrz na swój elektorat

Pal licho, że zawodzi głosujących na niego z przymusu „wyboru mniejszego zła”. Wszak to jemu zawdzięcza swoje zwycięstwo, to te ponad 3 miliona głosów usypało mu ścieżkę do Pałacu, ale wiadomo – wdzięczność polityków, zwłaszcza tuż po wyborach na pstrym koniu jeździ. Ale takie kalkulacje oznaczają jedno – wejście w buty PiS-u, który po wygranej broi przeciwko głównym grupom swego elektoratu, zaś w dniu wyborczym pokazuje, że nie ma na kogo porządny człowiek zagłosować. Tyle „wyborcy zaciśniętych zębów”. Ale oni pamiętliwi są, jak każdy kto poparł z musu brak alternatywy – bacznie przygląda się co z jego wypożyczonym głosem zrobił składany zwycięzca. I tu dla tego elektoratu potwierdzają się powoli obawy, że to pisowczyk, żadne tam nowe otwarcie.

Ale, jako się rzekło – pal licho warunkowych popieraczy. Od PiS-u odchodzi jego twardy elektorat, gdyż Kaczyński nie był w stanie zdyskontować zwycięstwa swego faworyta. Zaraz po prezydenckich wyborach mówiło się o szybkim odwojowaniu władzy, przyspieszonych wyborach, nowej Polsce i takich tam. I wszystko poszło w piach, ale nie pora tu o tym, nie o PiS-ie wszak mówimy tu dziś.

Mówimy o Nawrockim. Otóż jak Nawrocki będzie szedł w buty Kaczyńskiego, a właściwie Dudy, to ten proces przeniesie się na Pałac. A więc jak rozgrzani zobaczą, że nie ma szans na żadne nowe polityki, reformę i otwarcie PiS-u przez Pałac, żadnego tam ośrodka władzy u Nawrockiego, to zrobią to samo co robią teraz z PiS-em. Pójdą sobie gdzie indziej, tam gdzie już uciekają od PiS – do Konfederacji, a zwłaszcza do Brauna. To stamtąd Braunowi rośnie, bo wzrosty (niewielkie) Konfederacji mają swe źródła raczej w sierotach po Polsce 2050.

Przypadki czy znaki?

Podejrzenia, że nadzieje elektoratu na zmianę są naiwne pojawiały się już wcześniej. Wprawne ucho łowiło sygnały, ale te zakłócało bardzo dobre PR-owsko wejście Nawrockiego w pierwszym pół roku jego rządów. Szczególnie zasmucił skład kancelarii – żadnych nowych twarzy, paru pilnowaczy z Nowogrodzkiej, zbiórka ludzi z kancelarii Dudy i zaufane grono lojalnych z IPN-u. Słabo. Teraz zaczynają spływać dowody, nie poszlaki.

Gruchnęło z tą decyzją o odwołaniu spotkania w cztery oczy z Orbanem. Potworny błąd, bo zobaczmy jak rozkłada się bilans korzyści i strat. Właściwie bilans jest łatwy, bo to same straty. Jeżeli jest tak, jak przecieka Kancelaria, że Nawrocki zrobił to, by nie mieć kompromitujących zdjęć z Orbanem, który chwilę wcześniej rozmawiał z piekłoszczykiem Putinem, to jest fatalnie. Bo to chyba jedyna korzyść (?) z tego grubiańskiego gestu. Przy tej skali korzyści lądujemy znowu w pałacu… Dudy. Czyli polityce chwiejnej, nijakiej, skierowanej na dogadzanie wszystkim, z Unią i polskim salonem włącznie. To udeckie takie, to znaczy że i w nowym pałacu będą się oglądać na Michników i wargi wzdęte wyższościową kpiną sączoną przez mainstreamowe media. Wielu myślało, że Nawrocki ma większe cohones, a tu takie drobiazgi stanęły mu na drodze do spotkania z Orbanem, szerzej – uprawiania polityki różnicującej od priorytetów Unii.

Popatrzmy na to jak kancelaria tłumaczy odwołanie spotkania z Orbanem – tam jest wszystko. Oczywiście nie jest tam napisane, że Nawrockiemu było niewygodnie medialnie spotykać się z Orbanem. Jest jeszcze gorzej – jakieś typki z kancelarii zaczęły coś bełkotać o tym, że Nawrocki wysłał Orbanowi coś w rodzaju upomnienia, prawie, że ostrzeżenia. Tak? Ale najlepszy był lapsus dotyczący oficjalnego kontekstu tego afrontu. Z tweeta kancelaryjnego gościa od polityki międzynarodowej pana Marcina Przydacza (który – co znamienne – przeszedł do Nawrockiego z kancelarii Dudy, gdzie prowadził miękiszonowską politykę podobania się wszystkim – znać tu tę samą rękę), otóż z tweeta …. czytamy:

Toż to bełkot: skoro PKN „konsekwentnie opowiada się za szukaniem realnych sposobów zakończenia wojny na Ukrainie wywołanej przez Federację Rosyjską” to jak to zrealizować nie spotykając się z Putinem? To znaczy, że PKN już się nigdy nie spotka z Trumpem? Ten gada przecież co chwila z piekłoszczykiem z Kremla, a więc mamy tu podwójne standardy? Putin już dawno wyszedł z fragmentarycznej izolacji i gada ze wszystkimi. Zaraz będzie gadał z europejskimi przywódcami, którzy wychodzą ze skóry, by się z nim spotkać, a już na pewno będą pielgrzymować do Moskwy po zawarciu rozejmu, co może nastąpić dość niedługo. Czyli kto się zbliży na odległość głosu do Putina, to nasz prezydent go zbojkotuje? W ten sposób, przy takiej nowej polityce, zostaniemy jeszcze bardziej sami na arenie międzynarodowej. Będziemy wysadzać pociągi w zakończonej wojnie, co grozi tym, że ugadane strony wspólnie założą nam kaftan bezpieczeństwa i dadzą pod międzynarodowy nadzór.

Dziecięce dylematy

To przypomina bajanie nagrzanych dziennikarzy, tyle, że w wymiarze polityki Pałacu. Z jednej strony mówi się o konieczności natychmiastowego zawarcia pokoju – z drugiej, że broń Boże nie rozmawiać o tym z władcą Kremla. To jak? Putin tej wojny co najmniej nie przegrywa, a więc nie jest to, pamiętane chyba tylko z filmów, bezwarunkowe poddanie się przegranych hitlerowców aliantom, tylko jakieś jednak warunki trzeba będzie uzgodnić, a jak tu uzgodnić takie warunki jak trzeba by zniżyć się i usiąść do stołu z ludobójcą. Nie siada się więc (znaczy się my nie siadamy, bo gdyby Putin gwizdnął tylko na zachodnich przywódców, to ci by się zlecieli na wyprzódki), czyli de facto przedłuża się ukraińską rzeźnię. Piękna faryzeuszowska postawa – wreszcie możemy poczuć się jak we wrześniu 1939 zachodni sojusznicy nasi, kiedy to myśmy się wykrwawiali, oni zaś słali nam dobre rady i wyrazy poparcia.

Nawrocki głosem swego urzędnika wspomina coś o tym, że odwołał spotkanie z Orbanem z powodu jakiegoś „kontekstu” wizyty Orbana u Putina. Zobaczmy jakiż to kontekst, czyli po co pojechał Orban do Putina? Otóż Orban pojechał do Putina zagwarantować Węgrom dostawy gazu i ropy na zimę. Czyn jakże szczytny, zwłaszcza, że Węgrzy, tak jak i Słowacy wiszą w tym względzie na Putinie, głównie ze względów logistycznych, ale i cenowych. Unia handluje ile wlezie z Putinem, zaś dlatego, że Orban chce to robić oficjalnie, nie przez Kazachstany i innych dealerów jak pouczająca go Europa, wydaje się go pod pręgierz obłudy szczekaczy. Węgry i Słowacja w kwestiach surowcowych załatwiły sobie zwolnienie z przyłączenia się do zabójczych dla nich sankcji na Putina.

Tak się gra panowie – dla własnego interesu zagrozili Unii wetem, pogadali z Trumpem i ugrali co chcieli. My – gdzież tam: w pierwszym szeregu walki o droższe i mniej bezpieczne dostawy gazu LNG. Wiadomo – rurociągami płynie nie ropa/gaz tylko ukraińska krew. Ale nasze gesty do niczego nie prowadzą, oprócz prymusowania w wątpliwym towarzystwie. Unia handluje z Putinem na boku, a wszyscy płacą drożej (my idziemy na rekord, ale my dbamy o prawidłowy „kontekst”, nawet za cenę koszmarnych podwyżek, którymi futrujemy naszych odwiecznych przyjaciół znad Potomaku). Nie jest to też (na dłuższą metę, ale to dla nas się ona będzie dłużyć bardziej) zbyt zjadliwe dla Putina, bo ten się obrócił na rynki południowe i może poczekać aż Europejczycy zamarzną i z takimi cenami energii w przemyśle osuną się do regionu niszowego, który jeszcze sobie dokłada do tego zielono-ładowe szaleństwo.

Skoro taka postawa Orbana nie podoba się Nawrockiemu z powodu „kontekstu” to znaczy, że Nawrocki by tak nigdy nie zrobił. A to niespodzianka dla niektórych jego wyborców. Ci bowiem mogli mieć do tej pory nadzieję, że nasz prezydent pojedzie choćby i do piekła, byle by Polacy nie marzli, by się przemysł kręcił, zaś w kieszeniach rodaków zostało więcej kasy. Okazuje się jednak, że priorytety są gdzie indziej – w wizerunkowych pierdołach robionych pod media, salon czy Brukselę. Żeby co? Żeby tak nie szczekali? I to ma być ten nasz silny człowiek? Słabo panie prezydencie. Jeśli Pana porwali i tak robić kazali, to niech Pan na najbliższej konferencji mrugnie dwa razy, to jakoś Pana uwolnimy…

Skórka za wyprawkę

Wyszliśmy od iluzorycznych korzyści tego gestu, a widać, że trzeba było się mocno namęczyć by coś tam znaleźć. Teraz pójdziemy do strat, a tu już łatwiutko, bo to nie słoń stojący w kącie salonu, którego udają, że nie widzą inni. To cała armia żołnierzy z terrakoty, która stoi na dziedzińcu i patrzy w okna Pałacu. Zacznijmy od najprostszych:

Salon, Sikorski czy Tusk otworzyli butelki szampana: nasz ci on jest. To się po więziennemu nazywa – przecwelony. Raz wystarczy, dostałeś pieczątkę, teraz już nie obronisz się pod żadnym politycznym prysznicem. I jeszcze satysfakcja jest skierowana do zawiedzionych zwolenników Nawrockiego – widzicie? Znikąd nadziej – będzie i tak po naszemu. Dziś odpuścił Orbana, jutro puści któreś z wet. I nawet nie o to chodzi, że tak się stanie, nie. Chodzi o to, że nikt już po stronie prawej nigdy już nie będzie pewien, że się tak kiedyś stać nie może.

Media poczuły „siłę i czas”. Wychodzi, że wystarczy Nawrockiego tylko postraszyć wstydem, podkampanić nienawiścią i najwięksi twardziele się złamią. I teraz można się zabawić w sadystyczne zapraszanie do mainstreamu geniuszy z kancelarii PKN, by się tłumaczyli przed ludem w pokrętnych hołubcach, że tak trzeba było, że Orban fe, że tak się nie godzi, przyłączając się do narracji obozu, przeciwko któremu głosowali wszyscy zwolennicy nowego prezydenta.

I jak tu się nie dziwić, że Braunowi rośnie – jeszcze parę takich numerów i niedługo Nawrockiemu przyjdzie zaprzysięgać jednookiego Grzegorza na premiera. Może to i dobrze, byłoby nawet fajnie, gdyby to był dwupiętrowy, chytry plan… Nawrockiego. Ale nie jest.

Co ciekawe – po ruchu prezydenta nie tylko strzeliły tuskowe korki od szampana, ale i w Brukseli, mało tego… na Kremlu. W Brukseli, wiadomo – rozsprzęga się tandem Polska-Węgry, naruszony rusofobiczną i proukraińska polityką Kaczyńskiego jeszcze z roku 2022, kiedy PiS jeszcze rządził na całego.

A dla Brukseli taka parka to było jak dwaj komandosi w środku walki, oparci plecami o siebie, mogący się nawzajem ubezpieczać: kiedy Bruksela dobierała się do Budapesztu – wetować mogła Warszawa, i na odwrót. Teraz Polska poszła do starszych i mądrzejszych, na szczęście dla Orbana w tę rolę weszła Słowacja, a mogła (po zmianach w Pradze) wejść i cała Grupa Wyszehradzka. I tu pojawia się Putin: ten się też musi cieszyć, bo ruch polskiego prezydenta rozsadza od razu potencjał nowego w Grupie Wyszehradzkiej, a ta mogła być platformą do trzymania się Europy Środkowej razem, poza orbitą szaleństw europejskich.

Putin chce takiej słabej Europy jaką ma dziś – pogrążonej w szaleństwie połączenia ideologii z butą niewybieralnych elit, z Ukrainą w jej środku, co już kompletnie rozwali resztki potencjału Starego Kontynentu. Dlatego dla Kremla Ukraina w UE – tak, zaś w NATO – broń Boże. A więc popatrzmy – cóż za cudo upichcił prezydent, że zadowoleni są i polscy uśmiechnięci, i europejscy p…nięci i Putin. No, cudo, panie prezydencie…

Andrzej 2.0?

Cały ten ruch osłabia do reszty Polskę na arenie międzynarodowej. Ratunkowe zeznania kancelarii prezydenta, będące wyrazem rozpaczliwego tłumaczenia na siłę ruchu Nawrockiego, który – uwaga – twierdzi (znowu ustami swych urzędników), że owszem, z Putinem można rozmawiać, ale może to czynić jako jedyny „przedstawiciel wolnego świata”, czyli Donald Trump, pokazują stan naszej racji stanu. Czyli należy rozumieć, że również o polskich sprawach będzie rozmawiał z Putinem Trump, a my o tym, co w naszej sprawie ustalono dowiemy się z mediów. I to ma być ta nowa jakość, panie Prezydencie? Jak słusznie wspomniał redaktor Lisicki, myśmy już kiedyś złożyli w ręce przedstawicieli „wolnego świata” nasze losy. W Jałcie.

Same szkody, samiutkie. Po drugiej stronie co? Przychylność mediów? Wyście się tam szaleju najedli? Przychylność mediów waszych zaciekłych wrogów? Przecież oni pójdą dalej, teraz jak przyjdzie okazja do zmiany postawy Nawrockiego, to oni będą wyli, że Nawrocki już tylko za blisko stał Orbana, kiedy się fotografowali na Grupie Wyszehradzkiej. Za blisko Orbana, który jeszcze ma na rękach ślady po uścisku dłoni Putina, który ma ręce zbrudzone zbrodniami ukraińskimi i pewnie zaraża na odległość putinizmem i onucyzmem. Takie to „korzyści” mamy po drugiej stronie. Nie dość, że kompletnie nierównoważne, to kompletnie naiwne.

Mamy więc wielki zawód i zgrzyt na rosnącej ścieżce popularki Nawrockiego. Wyraźny skłon w kierunku miękkiego Dudy, co to chciał podobać się wszystkim, w związku z czym nie podobał się nikomu. Ja rozumiem – nawet tak źle obliczone, takie ruchy Nawrockiego przed wyborami za pięć lat, ot tak, żeby (uwaga, uwaga!) nie podpaść liberalnym mediom, choć to naiwność. Ale chodzić na takie kompromisy z samym sobą i własnym, składanym elektoratem, zaraz na początku kadencji, kiedy ma się plusy dodatnie za wyraziste pierwsze pół roku, a na karku warunkowe poparcie od Mentzenów i Braunów i bagaż nadziei na zmianę? I z tym potencjałem wchodzić w buty… Dudy?

Mało tego, że Dudy – wykazywać się powrotem do zgranej przegranej polityczki PiS-u z 2022 roku? Ukraińskich gestów i poczynań w nadziei, że nas (choćby i medialnie) poklepią kiedyś po plecach? No to nas klepią, tyle, że po twarzy. Te wszystkie nadzieje, że Nawrocki odnowi oblicze PiS-u, tego PiS-u, ze stworzy jakiś obóz aktywizujący dla gnuśniejących kolejnych wersji bezwzględnych popleczników Kaczyńskiego, który wyraźnie się zakiwał – to wszystko legło w gruzach. Nie dość bowiem, że Duda 2.0, to jedziemy z pisowska agendą i to na poziomie populistycznym.

Otóż prezydent Nawrocki podpisał ustawę o zakazie hodowli zwierząt futerkowych. To jakieś szaleństwo potwierdzające, że nie tylko PiS, ale i prezydent odcinają sobie kolejną grupę, której zawdzięczają władzę. W nagrodę przedsiębiorcy, którzy zwrócili się do PiS-u w latach wyborczych 2015 i 2023 dostali Nowy Ład, to rolnicy – następna grupa popierająca PiS – dostali od niego piątkę dla zwierząt, którą teraz klepnął i Donald, i okazuje się, że Nawrocki. Tak jak z tym Orbanem – jak się cieszą z czegoś dotychczasowi wrogowie, to znaczy, że mamy tu albo porozumienie ponad podziałami, albo wykorzystywanie ewidentnych błędów adwersarza wojny polsko-polskiej i pchania go w zgubną taktykę.

Futrowanie Polski

Te futerka to ewidentne szaleństwo – argumentacja para-humanitarna tego ruchu może bowiem dotyczyć (i będzie dotyczyć jak się patrzy na sekwencje zachodnie w tej sprawie) każdego rodzaju zwierzaka. Zaczynamy od milusińskich futerkowych, bo to na zasadzie bambizmu, szkoda takiego milaka, mięciutki w dotyku, oczka szkliste, ogonek fikuśny, w kreskówkach występuje. Ale co ze świnką z klasą, Bebe? Co z cielaczkiem Burbusiem, kaczką-dziwaczką, kurką dziobodziurką? A czym się różnią ich prawa od uratowanych (bo już nigdy nienarodzonych, w Polsce dodajmy, bo w zacofanej Danii to już tak) szynszyli? Niczym. A więc wykonaliśmy przełomowy pierwszy krok, który prowadzi nas do konsumpcji robali, które (uwaga – na razie!) praw swoich gwarantowanych nie mają.

Ale nie to u Nawrockiego poraża, że to klepnął. Poraża jego tłumaczenie tej decyzji: mamy tu dwa argumenty. Pierwszy to taki, że będą rekompensaty dla tych co stracą. Czyli za te kompletne fanaberie zapłaci podatnik i… wszystko ok. Nawet dla Nawrockiego – zniszczy się jedną z ostatnich dziedzin gospodarki i rolnictwa, w której przewodzimy (-śmy), inni to wezmą (ale nie my będziemy mordować futrzaki, tylko inni, coś jak z Zielonym Ładem w Chinach), rozwali się firmy ludziom co to robili całe życie, wysadzi w powietrze cały ekosystem żywieniowy, paszowy, przetwórczy, produkcyjny zaś koszty takich szaleństw pokryje obywatel. Pewnie nawet i ten – bo tak chodzą podatki – którego właśnie wysadziliśmy w powietrze, czyli właściciel farmy, producent pasz, czy producent futer. Coś jak z reparacjami, które według Tuska – mamy sobie sami wypłacić.

Drugi argument jest argumentem ostatecznym. Otóż chodzi o to, że Nawrocki swą decyzję uzasadnił tym, że dwie trzecie Polaków chce tej zmiany. Już nawet nie będę mówił jak takie badania opinii publicznej wyglądają, nawet nie będę się wyżywał nad stopniem świadomości ludzi, dla których mięso bierze się z zaplecza Biedronki, coś jak przekonanie dzieci, że prąd bierze się ze ściany.

Ale pokazuje to na ewidentny populizm argumentu Nawrockiego – lud tak chciał. A więc wychodzi na to, że politycy nie są od tego, by prowadzić politykę przydatną dla wykorzystanie potencjału kraju, którym rządzą, ale są od robienia badań i wcielania ich wyników w życie. A wtedy nie rządzi wbrew pozorom lud, tylko… ten co ustala pytania. Ich ważność, istnienie – bo niektórych pytań można nigdy nie zadać, omawiać wyniki jak się chce i wcielać te rezultaty jak się chce.

Skoro mamy mieć takie ciągłe „referenda opinii publicznej” w formie badań i wcielania tego w życie, to po co nam politycy? Wystarczy skromny ChatGPT, nawet ten w formie dostępnej za darmo. I to ma być, panie prezydencie, ta nowa jakość w polityce? Przecież to nawet krok do tyłu, populizm w czystej postaci, bo będziemy mówili ludowi tylko to co chce usłyszeć. A on chce raz tak, raz śwak. By wszyscy byli szczęśliwi, oprócz tego drugiego plemienia, zdrowi i bogaci. Z moich doświadczeń z marketingu pamiętam grupy fokusowe, gdzie ja siedziałem za lustrem weneckim i obserwowałem jak moi potencjalni klienci oceniają badaną wersję produktu. Po pierwsze głównym problemem było to, że ich oceny nie były wyrazem ich indywidualnej opinii, ale dynamiki grupy. Patrzyli się na siebie, pojawiali się samorzutni liderzy grupy, wypada-nie wypada i człowiek niczego się nie dowiadywał zza tego lustra.

Druga rzecz jest już tylko konsekwencją tej pierwszej. Z takich badań nie wynika jaki zrobić dla nich produkt. Wynikają tylko – jak wdać zakłócone i zniekształcone – opinie klientów (w polityce – rządzonych). I taka jest rola polityka, że musi on zaproponować w końcu jakiś produkt, oparty na takich wątpliwych danych. A więc i jest to kwestia intuicji, nie kalkulacji, i jest to kompletnie oddzielone od – w dodatku rozstrzelonych – gustów badanych. A więc co się robi? Wali się produkt z góry upatrzony, co nam zalega na magazynach, innego nie umiemy/możemy zrobić i wmawia się ludowi, że sam tak chciał, o niczym innym nie marzył, i że mamy na to badania. I, że jak ci się wydaje, że może być inaczej, to znaczy, że chcesz by mordowano futrzanych milusińskich. Gnoju.

Wreszcie pomysł na Polskę

Skoro rządzą opinie suwerena, to mam taki pomysł, panie prezydencie – idźmy dalej. Zróbmy takie oto badanie: zapytajmy się Polaków czy należy karać karą śmierci za urzędnicze malwersacje publicznego grosza i wcielmy ustawą w życie rezultat takiej opinii publicznej. Bo nie dopuszczam takiej myśli, że w jednej sprawie pan prezydent słucha się ludu, a akurat w tej –  nie słucha. Gdyby tak zrobić, zbadać i wcielić w życie rezultaty tego badania, to – uwaga, w świetle prawa! – wiele spraw w Polsce rozwiązałoby się szybko, c’nie?

Ale mam jeszcze szybszy sposób na rozwiązanie polskich spraw. Ostatnio na pewnym seminarium rozważaliśmy przypadek AI, która wspierała wojskową operację roju dronów na froncie. Pomagała ludzkiemu jak najbardziej centrum dowodzenia. Otóż w trakcie misji sztuczna inteligencja zaatakowała… centrum dowodzenia, jako element spowalniający całą akcję, w dodatku najeżony błędnymi decyzjami. To typowe dla myślenia maszynowego, które eliminuje bezwzględnie wszystkie przeszkody na drodze do wykonania zadania, nawet swego szefa i stwórcę.

Otóż mam propozycję. Zróbmy tak – wyszykujmy rój uzbrojonych dronów z misją naprawy Polski. Zarządzających tą misją najwyższych rangą polityków z całej sceny politycznej – wszak to dziejowa misja racji stanu i muszą w niej konsensusowo uczestniczyć wszyscy – posadźmy wszystkich powiedzmy w Sejmie, dajmy joysticki do ręki, podłączmy sztuczną inteligencję i niech się wszyscy zajmą tą misją. Niech drony wystartują, znajdą i wyeliminują wszelkie przeszkody w realizacji misji naprawy Polski. Jestem pewien, że drony (w przeciwieństwie do głosujących Polaków) zrobią co trzeba. I to może być dziejowy wkład Polski w wykorzystanie sztucznej inteligencji. Aplikowalny w dodatku pod każdą szerokością geograficzną. Ale pewnie prezydent by to zawetował…

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Odwalcie się od Włodka

Odwalcie się od Włodka

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/29-11-odwalcie-sie-o-wlodka

cza z orłem

29 listopada, wpis nr 1383

Zmienili się marszałkowie w polskim Sejmie. I choć to było wiadomo od dawna i wiadomo było także kto to będzie, to zerwał się ponadnormatywny rwetes. Że jak to, że komunista, że umoczon on w aferze Rywina, że uważał ci on radzieckich żołnierzy za wyzwolicieli, wreszcie, taki co to zdradził sekret Okrągłego Stołu, co tam nikt z nikim nie wygrał, tylko się dogadał. No – ucieleśnienie zła wszelkiego i to, wydawałoby się, dla wszystkich stron sceny politycznej. Dla PiS-u komuch, to wiadomo, ale dla uśmiechniętych podważacz niepokalaności okrągłego mebla, który coś tam bredził o dogadywaniu się z komunistami.

A ten mit ma być nieskazitelny – ot, komuna padła nad kolana przed autorami listów protestacyjnych, po czym oddała im wszystko w nadziej na wybaczenie. I ci… wybaczyli. Rzecz jasna w imieniu narodu, którego co prawda o nic nie pytano, ale przecież (do dziś) elity wiedzą lepiej.

Rzucono się więc na Czarzastego właściwie czemu? Taktycznie rzecz biorąc chodziło o osłabienie uśmiechniętej koalicji, zwrócenia grota oburzenia w kierunku tuskowym, jakichż to on tam sobie kumpli nie nawymyślał. Ale hola-hola panowie i panie. Przecież Czarzasty nie spadł z kosmosu – ktoś go do tego Sejmu wybrał i to w dodatku w takiej konstelacji, że był jedną z przystawek do obdarowania w celu utrzymania większości. Pragnę przypomnieć, że od samego zadzierzgnięcia się III Najjaśniejszej Czarzaści byli wybierani, takie były resentymenty za komuną. Przypomnę także że dosłownie parę lat po odzyskaniu przy Okrągłym Stole tej słynnej niepodległości postkomuniści wrócili do pełni władzy.

O co więc taki szum że komuna wraca, jak ona wcale nie wyszła? Kwaśniewski, Oleksy, Miller, Cimoszewicz piastowali przecież najwyższe stanowiska i jakoś nikt się nie dziwił, nie pomstował. Kordon sanitarny wokół postkomunistów był wciąż kruszony przez obóz postsolidarnościowy. Nawet jak za czasów rządów „naszych” trzeba było sięgnąć po parę głosów, to się dealowało z komuchami (choćby na przykładzie porozumienia z 2011 roku). A tu teraz takie oburzenie. Skąd ono?

Głównie chce tu ubić interes PiS pokazując, że Donaldy schodzą na lewo, dają dojść do władzy komuchom, wcześniej nie do pomyślenia. Donald nie brał wcześniej komuchów do rządzenia, bo mu byli rachunkowo do niczego nie potrzebni. Teraz są, a więc musiał ich jakoś nagrodzić. I wedle rachunkowej demokracji tak to się dzieje. Jak państwo jest pozbawione nie tylko ideologicznych ale i organizacyjnych przymiotów, to pozostają już tylko stanowiska, jako prawdziwy wynik rządzenia, jako podziału łupów.

Demokracja zawróciła i służy już tylko uwalnianiu rękoma suwerena dostępu do dóbr publicznych którejś z politycznych sitw.

PiS udaje, że się urodził wczoraj i nie wie o co chodzi. Dyma więc tę bańkę oburzenia, ale – powtarzam – od dwóch lat było wiadome, ogłoszone w umowie koalicyjnej, że w połowie kadencji tego Sejmu zmieni się partyjne pochodzenie marszałka, a równie dobrze było wiadomo, że będzie to ówczesny wicek – Czarzasty. A tu drą się szaty królów, od dawna nagich. W dodatku obecnie mianuje się z prawej strony na świętego marszałka już byłego – Hołownię. Jakiż to on nie był dobry, ale trzeba dodać, że wszystko to wynika z bazy porównawczej. Jaki on tam cudowny, stylowy itd. – ot, po prostu jak na garbatego to nawet przystojny.

Mnie on żenował tymi swoimi popędami do bon mocików, jakby nie wyszedł z roli zakulisowego konferansjera, który musi zgrabnie skomentować każdy występ i to w sposób, w którym to on wychodzi na gwiazdę. No, że przyjął przysięgę od Nawrockiego, to mu się chwali, ale widocznie chłopak nie chciał za kraty, jakby się suweren rozmyślił na za dwa lata. Cała ta Polska 2050 bez szemrania wybrała dziś Czarzastego, co nie dowodzi ich lojalności wobec zapisów umowy – przeciwnie, to dowód na podległość Tuskowi i rozpad tej organizacji, którą – jak większość sezonowych formacji – trzyma w kupie i przy życiu stan umoczenia w dzieleniu (z prowizją rzecz jasna) grosza publicznego.

Teraz zobaczymy te „inną” stylówę i będzie pewnie gorsza. Ale co to za fucha – druga postać w państwie – ten marszałek? Co on tam może – wszystko klepie, i animuje i tak rząd, on zaś może tylko hamować inicjatywy opozycji i popychać swoje, koalicyjne w dodatku, bo przecież nie własne. Dobrze jest przypomnieć, że spadamy tu z wysokiego konia. Nie tak dawno Hołownia się chwalił, że dostanie „złoty przycisk” od Youtube’a, bo takie mu swymi występami robił zasięgi. Telewizyjny kanał Sejm TV nawet otwarto – dziś pies ze złamana kończyną tam nie zagląda. A przecież apogeum było wtedy jak ludzie do kin na transmisje chodzili, takie było wzmożenie, klaskano tam jak na meczach. A teraz, no cóż – przyszła codzienność i kto tam będzie chciał słuchać godzinnych tyrad o zmianie art. 3 ust. 4 o godzinach nadliczbowych w świetle przepisów ustawy o licznikach na gaz art. 16 i zmianie go na art. 16a. Skończyło się harcowanie i przyszedł komuch.

Trucizny w nim tyle ile siarki w zapałce. Nie ma co szat rozdzielać, że świat się skończył. Nie – on tylko wylazł na wierzch, bośmy już wszystko zapomnieli. Upojeni ułudą, że stare już odeszło, bo wymarło, dziś mamy szansę sobie przypomnieć że i te korzenie są zatrute, i że wiadomo dlaczego owoce są przegniłe. Tak to wychodzą wypryski starego, nie ma co się gniewać na widoczne pryszcze. One są tylko znakiem tego co jest głębiej – ciągłej infekcji wszczepionej nam u zarania III RP. Nawracającej mutacji po ustrojowym eksperymencie, w którym nowa Polska urodziła się in vitro, poza organizmem suwerena i została mu tylko (ze wszelkimi genetycznymi konsekwencjami tego dziejowego eksperymentu) wszczepiona do narodowego łona. By to karmić, ze wszystkim chorobami przenoszonymi na i tak obciążony komunizmem organizm.

Nie gniewajcie się więc na Czarzastych. Nie mylcie przypadków ze znakami. Właśnie – znakami czego? Tego, że komunista to komunista, zaś tygrys to tygrys i nie ma się za bardzo co gniewać? Zdziwieni? Naszą rolą było (bo już chyba nie jest) eliminowanie takich na drodze wyborczej z życia politycznego. I jak widzę teraz postkomunistów, którzy nam się z pozycji drugich osób w państwie śmieją w twarz, to wiedzmy, że na to zasługujemy. Bo przy Okrągłym Stole zrobiliśmy z nimi deal (wiem, że nie my, ale postsolidarnościowe elity, którym naiwny tłum zawierzył), zaś zapisaliśmy to sobie w ordynacji wyborczej, ba w Konstytucji – że będziemy się wybierać proporcjonalnie.

A wtedy, kiedy można było zmieść komunistów zaraz na początku, to się nasze solidaruchy przestraszyły, że w ordynacji większościowej i ich kanapowe partyjki przegrają – i zgodziły na ordynację proporcjonalną.

W większościowej po komuchach do dziś śladu by nie było, a tak teraz, a właściwie do dziś, wychodzą takie indywidua spod okrągłego stołu, jak wyrzut sumienia, których chce się dzisiaj zakrzyczeć fałszywym lamentem, że „komuna wróciła”! Jakżeż wróciła, jak ona tam cały czas siedzi i siedziała, wylazła jedynie i usiadła w głowie stołu jako druga osoba w państwie, co o nim – państwie, nie Czarzastym – świadczy jak najgorzej.              

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Odnowa czy od nowa? Karwelis

Odnowa czy od nowa?

maslo to

15 listopada, wpis nr 1381 Jerzy Karwelis

Fragment lustracji z plakatu sztuki Doroty Masłowskiej

=====================================

Po tych wszystkich podsumowania w związku z dwuleciem wygranych wyborów uśmiechniętej brygady zaczęły mnie nachodzić różne przemyślenia. Przy tych podsumowaniach real mainstream obu plemion obijał się o ściany ekstremów – od propagandy sukcesu w iście gierkowskim stylu, po katastroficzne wizje upadku Ojczyzny pod rządami uśmiechniętej (coraz bardziej przez zaciśnięte zęby) koalicji. Wróżyło się nawet upadek rządu obecnego jeszcze przed regularnym terminem wyborów, ale wydawało się to raczej myśleniem i mówieniem życzeniowym, w rozpaczliwej nadziej, by jak najszybciej to skończyć, bo rany w kraju naszym będą już nieodwracalne, gdyby czekać jeszcze dwa lata.

Demokracja zapadalna

I tu się właśnie ukazuje straszliwa dziura w demokratycznym systemie, szczególnie w polskim jego wydaniu. Po wygraniu wyborów można właściwie robić co się chce, gdyż ma się cztery lata na dowolne swawole. I to w przypadku obu plemion – odbywa się to w sposób powtarzalny: wygrywamy wybory, robimy co chcemy (czasami PiS coś tam dowozi i to w dodatku w nienajlepszych swych pomysłach), nie zważamy na sondaże, dopiero tak jakoś z rok przed wyborami zaczynamy się wsłuchiwać, obiecujemy na następne wybory złote góry, wiedząc, że po nich lud postpolityczny wcale nie będzie nas rozliczał z obietnic.

Bo na to czas przyjdzie dopiero pod koniec kadencji, po drodze suweren rozchwiany codziennymi wrzutkami nie ma głowy do pamięci obietnic sprzed lat czterech. W końcu – jak już zabraknie nam argumentów, to się włączy emocjonalny argument ostateczny – pognębmy plemię wrogie, a więc dowieźmy podstawową obietnicę. Ale jeśli to tylko dowozimy, to okazuje się, że lud wyborczy żyje już tylko w bieżączce podrzuconych wrzutek nieistotności, że tę jedyną obietnicę dowieziono i ten jeden argument jest na tyle emocjonalnie silny, że przysłania (ciekawe jak długo?) fakt niedowiezienia innych niż plemiennych postulatów i… realizacji realnych potrzeb społeczeństwa. Ciekawe jak tak długo można pociągnąć, a właśnie naciągnąć ten dysonans poznawczy, że żyje się gorzej, poziom życia się obniża i perspektywy nie pokazują nic dobrego, a tu trzeba się tylko żywić wątpliwej jakości spektaklem polowania na (aktualną) opozycję?

Trzeba przyznać, że jest to najniższy poziom uprawiania polityki, ale suweren w tej mierze znacznie obniżył swoje oczekiwania i pozostaje już tylko dylemat czy z tak niskiego poziomu oczekiwań, w dodatku upstrzonego brakiem chęci rozliczeń wybrańców za niedowożenia, korzystają politycy, czy politycy sami ten poziom stymulują. A jest czym stymulować, są narzędzia – cały tzw. ład medialny do tego służy – są i tematy. Jak nie złogi PiS-u ukryte w państwie (takie shallow state, w odróżnieniu od deep state), co to sypią piach w uśmiechnięte zamiary, a to wraży Putin i jego nieodgadnione zastępy onuc.

A więc będziemy się tu tak bawili w nierzeczywistości, kiedy Polacy żyją albo kompletnymi emocjonalnymi resentymentami na poziomie prymitywnego rewanżyzmu, albo osuwają się w totalne zniechęcenie, efekt wypierania niemocy. Z tym, że ostatnie wybory dały czerwoną kartkę całemu systemowi politycznemu III RP, z czego co rozsądniejsi z plemion POPiS-u wyciągnęli – jeśli już w ogóle – wnioski, że kartka była żółta i to w dodatku dana plemiennemu przeciwnikowi.

Ktoś, kto rozczyta ten potencjał buntu wobec popisowej Najjaśniejszej może kraj nasz jakoś podratować, inaczej grozi nam całkowite osunięcie się i ten oto tekst jest analizą, że jeszcze jeden obrót tego gnijącego systemu, bez ożywczej zmiany, na którą jest potencjał społeczny, może stworzyć sytuację końcowej zapaści, po której będzie za późno na jakiekolwiek ruchy sanacyjne. A kroi się, że system walczy o przedłużenie swej egzystencji, co przy skali jego degeneracji doprowadzi do procesów gnilnych, które zakażą resztki szans na przyszłość. Jak to może wyglądać za dwa lata?

Kiedy wygra KO

Ostatnio Marcin Palade wylał kubeł zimnej wody na rozgrzane główki, które już sobie zakodowały, że Tusk przegra – albo za dwa lata, albo jak coś będzie chciał z kadencji skracać. Po pierwsze nie ma co skracać, bo by uzyskał mniej niż za dwa lata. A to z powodu takiego, że może się jeszcze wiele wydarzyć (głównie narracyjnie), po drugie że przez dwa lata może się rozpaść koalicyjny potencjał po prawej stronie, który do niedawna wyglądał nieźle, ale chłopaki zaczynają się tam kłócić, co jest wyraźnie wspomagane operacyjnie i medialnie przez Tusków.

Po stronie uśmiechniętej dochodzi do ruchów zjednoczeniowych, a właściwie wchłaniających całą resztę, i Hołownię, i Lewicę, i PSL. Ten walec będzie wciągał pod koła wszelkich dzisiejszych koalicjantów i kroi się starcie dwóch wielkich list. I na to wydaje się będzie pracował obecny Tusk. Ot, dostaną chłopaki może jakieś dobre miejsca, ale już nie na swoich listach. PSL ma tu najgorzej, bo Lewica coś tam zawsze capnie dla siebie, zaś Hołownie i tak znikną, jako kolejny sezonowy wyrób quasi-polityczny. Dla PSL to zagwozdka na przyszłość, bo Tusk ich na listy może i weźmie, ale powie im to dopiero w ostatniej chwili, zaś będzie to formuła „chodźcie na nasze listy”, nawet nie do koalicji wyborczej, co oznaczałoby zniknięcie ludowców.

Tak jak w wyborach sprzed dwóch lat władzę Tuskowi dali koalicjanci, którzy szli osobno, tak teraz włączyło się myślenie D’Hondt’em. Przed wyborami w 2023 roku PO miał słaby standing i wątpiącym podarowano sezonową alternatywę Hołowni, w której towarzystwo, które się wstydziło głosować na Tusków znalazło swoją przystań: nie do PiS-u, ale też i nie do PO. Ale nikt tam nie myślał o nieubłaganej arytmetyce powyborczej, że i tak wszyscy stamtąd pójdą z Tuskiem. Niektórzy nawet myśleli, że Hołownia przepchnie w koalicji jakieś różnicujące postulaty, ale szybko okazało się inaczej. Tusk ogólnikowej umowy koalicyjnej i tak używał do wytłumaczenia, że nie dowozi, bo mu się biesili coraz to koalicjanci i tak się jechało do tej pory, pokazując przy trudniejszych sprawach, że by się chciało, ale wielu nas do dzielenia tego chleba. Narracyjnie to beznadziejne jest, ale – jako się rzekło – odbiorca tych bzdur nie jest zbyt wymagający, skoro Tusk (niby) dowozi jedyny postulat: PiS won, z więzieniem włącznie.

Za dwa lata może wcale nie być tak różowo jak sobie dziś śni prawica. Zjednoczenie pod skrzydłami wszystkich tzw. demokratycznych sił pracuje w D’Hont’cie o wiele lepiej. Każdy procencik głosów więcej przy takiej komasacji daje szybciej mandaty, niż w partiach o niższej popularce. I dlatego dobrze się jest – dla sytemu – łączyć się w duże koalicje. To wymusza przyjęta w biegu ordynacja, gdyż jest ona po to, aby zakonserwować system duopolu. Taka gra gwarantuje dwie rzeczy – nie pojawi się nikt nowy, spoza dwójpolówki, po drugie – po pretekstem „uporządkowania” sceny politycznej, tworząc układ dwupartyjny kreuje się dwa walce, do których się musisz zapisać, bo inaczej cię rozjadą. A to powoduje, że takie twory, łączące taktycznie, ale nie ideologicznie, przeróżne sprzeczne interesy stają się partiami władzy, nacelowanymi wyłącznie na jej zdobycie i utrzymanie, nie zaś na realizację niemożliwych do pogodzenia racji, nawet we własnym gronie.

W dodatku czyni się to w ułudzie systemu wyborczego proporcjonalnego, który – podobno – jest od tego by właśnie proporcjonalnie odzwierciedlał i uwzględniał interesy najmniejszych grup, które – znowu podobno – glajszachtuje zero-jedynkowy system większościowy. W wyniku polskiej, ale i nie tylko, wersji tego systemu proporcjonalnego zrodziło się jego przeciwieństwo – glajszachtujące do woli naczelnika silosy partyjne, gdzie zsypuje się różne ziarna z różnych pól, z – uwaga! – większością niedopreprezentowaną w ciałach przedstawicielskich. Tak to działa u nas.

I Tuski mogą się uratować – Donald znowu, jak przed wyborami na Trzaskowskiego uzgodni w Brukseli odroczenie Polsce tych najdotkliwszych wariactw unijnych, jak zielone łady i pakty migracyjne, by nie drażnić wyborców. I skołowany naród może przestrzelić po raz kolejny, da się ograć przy zielonym stoliku, kiedy co innego wrzuci do urny, a co innego z niej wyjdzie. A sprzyjać temu będzie nawet już tylko lekko stymulowane skłócenie prawicy, ale o tym zaraz.

Kiedy wygra PiS

Oczywiście w obu przypadkach zwycięstwa PiS czy KO mówimy o scenariuszach „czystych” dla analizy, które wydają się w swej formie czystej mało prawdopodobne. Jednak arytmetyka pokazuje, że większe szanse na samodzielną wygraną ma… Tusk niż Kaczyński. A Kaczyński postępuje jakby sądził, że jest odwrotnie. PiS nie umie w koalicje, chętni też są ostrożni, od kiedy prezes pochwalił się publicznie, że zaraz po zrobieniu koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin wypuścił służby za koalicjantami. No i kto by z takim chciał iść w koalicje? Żeby Kaczyński chociaż puścił służby na koalicjantów, by im patrzyły na ręce – nie. On szukał w ten sposób u nich słabości, by koalicjantów rozwodnić z roli nawet przystawek a pozostałości dokorumpować – wtedy już indywidualnie – do swoich szeregów, przynajmniej w głosowaniach.

Piszę o tym nie z powodów historycznych, tylko takich, że sytuacja zaczyna się powtarzać. Znowu – arytmetyka wskazuje na dodawania się potencjału PiS-u i Konfederacji powyżej progu większości, ale – jako się rzekło – narracje skłócające u Tuska już pracują, a wychodzi, że i narobić się nie będą miały za bardzo, bo PiS wraca na stare tory.

Nic się chłopaki nie nauczyły z porażki w 2023 roku, kiedy atakowały JEDYNEGO swego potencjalnego koalicjanta, prędzej wpuszczały do kurskiej telewizji lewicę, niż Konfederatów. I przerżnęły z kretesem władzę. Po prostu tam chłopaki naprawdę nie potrafią w koalicje. Tusk zaczął zmiękczać i nawet atakować koalicjantów, ale już po wyborach i to wtedy kiedy koalicjanci „umościli się” już na tyle na posadkach, że trudno było im się stawiać Tuskowi, nawet jak ich publicznie poniżał.

U Kaczyńskiego wtedy, przed przegranymi wyborami – i widać, że i teraz – wygląda to odwrotnie. Ten się bije do krwi przez cały czas, ale potem wychodzi z arytmetyki, że nie ma z kim siąść do negocjacji z koalicjantami, bo sam wykończył ich potencjał. Na swoją zgubę. I teraz tak to idzie z tym wszystkim – ani kroku wstecz, bić się za przegrane wybory w pierś nie będziemy, robiliśmy dobrze, tylko oszukali lud kłamcy, którzy teraz mu nie dowożą. To słaby sygnał dla kogokolwiek spoza (topniejącego) twardego elektoratu PiS. A dobry dla Tuska. A wychodzi, że Kaczyński bardziej kocha swą samodzielność władzy, niż jej rzeczywiste posiadanie. Przy takim zero-jedynkowym podejściu raz się trafi jedynka, a raz zero.

Ale co się trafi Polsce?

Po drugie: po co te ataki na Konfederację? Znowu, że po prawej stronie nie może być nic? Ale wyborcy powiedzieli, że jest tam ich ze 3-4 miliony, nie licząc tych z zaciśniętymi zębami, co to głosowali ostatnio na pisowskiego kandydata, jako „mniejsze zło”. I jakie tam „na prawo” panowie z PiS… Program gospodarczy macie co najmniej socjaldemokratyczny, w prawicowości objawowej, czyli kościółkowo-patriotycznej zostaliście już dawno daleko za narodowcami. A więc zamiast stolerować kogoś z prawej strony walczycie z nimi bardziej niż z Tuskiem. A to – powtarzam – dla PiS-u jedyni potencjalni koalicjanci, którzy zresztą po takich wyskokach mają coraz mniejszą chęć na współpracę z PiS-em po wyborach.

I znowu będzie – że PiS przegrał z Tuskiem tylko dlatego, że istnieją jacyś prawicowi oszuści, którzy zabrali Kaczyńskiemu skołowaną część elektoratu, zamiast pod jednym wodzem, bez gadania stulić po sobie uszy i pójść na Donalda. Piękna narracja, samo-zaspokająca każdą ewentualną porażkę. Słyszeliśmy to po porażce w 2023 roku, już się szykowano z nią na wypadek przegranej Nawrockiego, słyszę już ją powoli i teraz. I tak jak Kaczyński odżegnał się od jakichkolwiek remanentów swej porażki, tak teraz udaje, że nie wie, iż odbicie dużego pałacu zawdzięcza środowiskom Konfederacji czy Korony. I ich… atakuje. PiS wraca do starego – wyciągane są jakieś stare skompromitowane facjaty Kurskie, czy Lachowskie. I to ma być pomysł na co? Na przyciągnięcie elektoratu Mentzena czy Brauna? A jakimż to cudem?

A to dowodzi, że jakby stał się cud i PiS wygrałby samodzielnie, to byłby to stary PiS, tak jak by nie tylko lekcja z października 2023 poszła w zapomnienie („nic się nie stało, pisowcy nic się nie stało”). Ale to oznacza, że PiS nie zrozumiał, albo nie zapamiętał lekcji z udanych kampanii 2015 roku, kiedy pojawił się niezły program, nowe twarze, wycofanie starych, łącznie z prezesowską i wajcha się przerzuciła. Nic z tego nie zostało. Jak widać…

Inne warianty

Oczywiście są inne warianty niż „czyste” zwycięstwa któregoś z plemion. A jest tu ich sporo. Wyliczmy podstawowe – jednak koalicja PiS-u z Konfederacją. Coraz cięższa dla obu elektoratów do przełknięcia, ale – jako się rzekło – taka koalicja może się okazać dopiero po wyborach, kiedy dla elektoratu jest już za późno, ale wszyscy zacisną jeszcze bardziej zęby. Ale dążenie do władzy jest jako oliwa rozlana na wzburzone morze – fale się wygładzają i wypłaszacza się to wszystko w płaskie jezioro mniej lub bardziej zgniłego kompromisu.

Kolejny wariant to rozpad Konfederacji, ale zaraz po wyborach. Może to być wynikiem kuszenia z obu stron – bardziej liberalne, niż patriotyczne mentzenowskie środowisko Konfederacji może pójść z Tuskami, patriotyczni narodowcy pod wodzą Bosaka mogą przejść do PiS-u i zobaczymy kto będzie miał większość.

Co ciekawe – niepomijalnym języczkiem u wagi może się wtedy stać… Korona Brauna i już widzę te przyszłe cyrki z jedzeniem jednookiej żaby. Czyli może nie być większości w obu przypadkach i albo rząd mniejszościowy (też totalna klęska Polski), albo nowe wybory, które… odtworzą, jak już niejedne na Zachodzie, wcześniejszy pat polityczny.

Kolejnym wariantem jest pojawienie się kogoś z zewnątrz obecnego układu. I tu może być też wariantowanie na ruchy, które już widzieliśmy – powoływanie bytów sezonowych (typu Petru, Palikot, Biedroń, Kukiz, Hołownia), które zanim się odezwą będą miały z 10% poparcia,  w badaniach, będą obiecywać takie zmiany, żeby się w rezultacie nic po wyborach nie zmieniło. Tu system zawsze coś wypuszczał z siebie i na bank coś tu zobaczymy. Inna sprawa to będzie wysyp planktonu nowych bytów, głównie po stronie prawej. To też utrwalony obrządek III RP. Rozmycie prawicy, jej skłócanie to robota systemu, by po tej stronie był spokój pod progiem wyborczym – niech tam poniżej się kotłuje do woli, im więcej gupików  w tym akwarium przykrytym wiekiem D’Hondt’a, tym lepiej. Ale i tu się nawet starać systemowi nie trzeba – coraz bardziej po prawej stronie samo się to robi, bez inspiracji. Możliwe są też byty dynamiczne, gdyż taki Braun ma potencjał do ściągnięcia tego narybku, ale musi uważać, bo to stadko zawsze przynosi chaos kanapowy, na tyle rozdrobniony i porozstawiany po niszowych salkach, że i przywództwo Brauna może się tu potknąć.

Nie można zapomnieć o jednym graczu – Nawrockim. Jaki może być jego udział w tym procesie przedwyborczym nikt nie wie. Nie spodziewam się jednoczenia Konfederacji i PiS- na wspólnej „liście Nawrockiego”. To się akurat słabo dodaje, bo przy takim jednoczeniu odpada do bojkotu wyborczego cała duża grupa bezkompromisowych ideowców, co to na wspólną listę się nie zgodzą, choć na powyborczą koalicję – z kompromisowego przymusu demokracji – godzić się już będą. Tu papierkiem lakmusowym będzie próba paktu senackiego pomiędzy PiS a Konfederacją, któremu ma ponoć patronować prezydent.

Pomysł nawet niezły na odwojowanie Senatu, ale parę dni po ogłoszeniu tego pomysłu Kaczyński zaatakował Konfederację, co pokazuje wysoce ekwilibrystyczną pozycję prezydenta przy negocjowaniu jakichkolwiek kompromisów i ustaleń, bo Kaczyński może je unieważniać w jednej chwili.

Czerstwa Najjaśniejsza

Gdyby wybory wygrał Trzaskowski byłoby już po herbacie. To dopiero pokazuje jak ważne było zwycięstwo Nawrockiego. Bez niego układ by się już domknął na tyle, że klepanie każdej ustawy przez Pałac Namiestnikowski stworzyłoby już sytuację nieodwracalną, gdy wyniki wyborów za dwa lata nie miałyby praktycznie żadnego znaczenia. Po prostu rozgrabiona by została polityczno-gospodarcza masa upadłościowa Najjaśniejszej. Po czymś takim kwestia kto by te resztki nie do uratowania przejął, byłaby mocno wtórna.

Teraz możemy się jeszcze jakoś od biedy może nie bronić, ale spowalniać erozję państwa wetami Nawrockiego, ale jak widać w Tuskowej praworządności można i tak szkód narobić. Ale już w reżymie mocno obciążonym konsekwencjami karnymi.

Właśnie – jak myślicie, czy jak Tusk przegra to odbędzie się dintojra odwrotna na politykach KO, coś tak jak teraz to co Tuski robią z PiS-em? Czy kolejne plemię wyniesione do władzy będzie się tak samo (bardziej? mniej?) ekscytowało polowaniem tym razem na uśmiechnięte brygady? Czy zwycięska prawica, tak jak dziś Koalicja Obywatelska, będzie zwalać swoje nieociągnięcia na niewytrzebione złogi tuskowców ukrytych w instytucjach państwa? Jedno na pewno pójdzie inaczej – z Nawrockim w Pałacu gonienie tuskowych odbędzie się bez naruszania prawa. Prokuratura będzie poprawnie obsadzona, sądy odneosędziowane, wywali się sędziów rozgrzanych politycznie i to w świetle prawa. I otworzą się nie tylko zardzewiałe drzwi Trybunału Stanu, ale i sądy kryminalne za takie jazdy. Ciekaw jestem czy to będzie – jak teraz u Tuska – jedyny program prawicy i jak bardzo, i w której jego części, będzie się tym ekscytował suweren.

Ale grozi nam wspomniany na wstępie proces gnilny – istnienia partii, które nie są już zdolne do rządzenia, co najwyżej do walki o władzę. Grozi nam zamulenie i brak wyrazu rzeczywistych priorytetów państwa i narodu.

A od formułowania tego i wyciągania z tego wniosków oraz podejmowania adekwatnych działań jest w ogóle system polityczny. A ten właśnie zdycha brzydko pachnąc. Będą nami więc rządziły trupy po III RP. Żeby tam – rządziły. Będą tylko trwały w tym domu starców jakim stała się polska polityka. Byle jeszcze jeden dzień, byle przeżyć do jutra.

Aż przyjdzie jakiś leśniczy i pogoni wszystkich z tego domu starców. Ciekawe tylko jaki będzie miał mundur? Bo szanse na to, że będzie to mundur polski bardzo szybko się zmniejszają.     

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

W oparach absurdu, czyli daleko zaszliśmy. [Karwelis o dziennikarstwie i Rymanowskim].

W oparach absurdu, czyli daleko zaszliśmy

rymek okładka

8 listopada, wpis nr 1380 Jerzy Karwelis

I walnął piorun w rabarbar. Ruszyła nagonka na redaktora Rymanowskiego. Właściwie to nie wiadomo dlaczego teraz i za co, ale czujne moje oko widzi podczerwień na kilometr i mogę wywieźć co się stało, że postać redaktora striggerowała nagle media głównego ścieku do ataku nań. Zaraz powiem co uruchomiło lawinę i zbadam jej skład.

Otóż pan redaktor Rymanowski zaprosił na wywiad panią profesor Cichosz, którą pewnie zauważył po jej wystąpieniu na sejmowym zespole ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków na sesji poświęconej bezpieczeństwu żywnościowemu. Pani profesor w swym wystąpieniu w sejmie zawarła tyle demitologizacji obecnych oficjalnie pewników dietetycznych, że wytrawny redaktor wyczuł w tym niezły materiał na wywiad o szerokich zasięgach. I nie pomylił się. Ponad 2 miliony wyświetleń jednego wywiadu to super wynik, szczególnie, że Rymanowski zaczął stosunkowo niedawno i wśród niezłej stawki blogerów. Start kanału lekko ponad rok temu i już takie wyniki…

Redaktor

Śledzę pana redaktora od dawna (okazało się, że też on mnie śledził w czasach kowidowej pogardy). Nasz bohater przecierał się po różnych kanałach telewizyjnych, ale wtedy to jeszcze nie było tak, że każdy dziennikarz musiał gdzieś partyjnie należeć. Ostateczny dowód swojej niezależności złożył jednak spektakularnie przesłuchując premiera Tuska na okoliczność znajomości przyszłego prezydenta, Karola Nawrockiego, z trójmiejskim półświatkiem. Donald tak się wkopał tym wywiadem (i pociągnął za sobą Trzaskowskiego kandydata), że trudno byłoby mówić o ustawce. Prędzej o refleksie, dobrym przygotowaniu dziennikarza w konfrontacji z rozleniwiającą, jak widać, pewnością siebie premiera, który poległ na żywo. Co się dziwić – jak się chodzi wciąż do mediów, które spijają z usteczek każdy przygotowany u PR-owców bon mocik, to można się nadziać, jeśli się tylko trafi na… normalne dociekliwe dziennikarstwo sprzed epoki postprawdy, czyli rzeczywistości jako sumy prawd tymczasowych. Rymanowski zrobił po prostu swoje, co zostało obwołane aktem i odwagi, i super przygotowania, ale powtarzam – to (kiedyś) było abecadło dziennikarstwa. Ale takie mamy czasy.

Rymanowski zapraszał do siebie różne persony – każde ciekawe, bo przecież taki kanał zajmuje się (również) monetyzowaniem zasięgów. A cóż bardziej niż kontrowersje przyciąga dziś widzów? Można by pomyśleć, że to cyniczna gonitwa za kasą, ale pan redaktor w trakcie tych rozmów wykazywał się obiektywną dociekliwością, tematy i rozmówca go prawdziwie interesowały. Był odwrotnością postawy prawnika, który zadaje przed sądem tylko takie pytania, na które zna już odpowiedź. A  pan redaktor odpowiedzi nie znał, dla widza więc było to wspólne z dziennikarzem odkrywanie prawdy. Ucieleśnienie misji mediów.

Rymanowski ma jeszcze jedną cechę – nie przerywa rozmówcy. Tak, to takie proste, aby w dzisiejszych czasach lśnić jak diament wśród popiołów „wolnych mediów”. Redaktorzy przerywają swojemu rozmówcy, szczególnie babeczki – trójca założycielska tego trendu to Olejnik, Biedrzycka i Sznepf, gdzie te dwie ostatnie uczyły się od mamusi, rodzicielki tego potwora dziennikarskiego stylu – Olejnik – pyskowania do zaproszonych, wykłócania się z gośćmi i przerywania im. W sumie sprowadzało się to do tego, że głównym tematem wywiadów stawały się poglądy prowadzącej wywiad, ale czemu to ludzie mieliby się ekscytować setnym odcinkiem pt. co tam myśli pani redaktor, skoro wszystko już zostało przez te indywidua powiedziane. A więc są to spotkania przewidywalne – jednych gnoić i im przerywać, drugim spijać z usteczek każdą bzdurę i dać perorować swoje kompletne durnoty, gorzej, że kłamstwa.

Dwa typy dziennikarstwa

I tu jest kolejna kwestia – postulowana w ramach tej afery weryfikacji na miejscu tego co mówi na żywo interlokutor. Tu mamy dwie szkoły: jedna mówi, żeby od razu, na bieżąco demaskować fejknjusy, gdyż trzeba izolować lud odbiorczy od szkodliwych miazmatów, bo się nawdycha i mu jakieś głupoty przyjdą do głowy. A tak nie może być – trzeba weryfikować na żywo i z tzw. „pozycji”. To znaczy dziennikarz już wie jak jest i jak coś lub ktoś nie pasuje do tego obrazu, to ma reagować natychmiast, obnażając niecne zamiary ściągniętego w pułapkę gościa. Do tego, by tak robić nie trzeba wcale refleksu, inteligencji czy dociekliwości – przeciwnie. Trzeba mieć tylko gotowych parę sztanc, w które ma się wpasować gość. Jak się nie wpasuje, to ma się od razu gotowy zestaw powtarzalnych korekcji do prawidłowego kursu, magazynek argumentów przećwiczonych na strzelnicy redakcyjnych zebrań.

Po drugiej stronie mamy nielicznych Rymanowskich. No, nielicznych jeśli patrzeć tylko na mainstream i to po obu stronach plemiennych mediów. Dziennikarska kindersztuba ocalała jeszcze w czeluściach internetu, gdzie można spokojnie posłuchać co goście mają do powiedzenia, da się zbudować zdania podrzędnie złożone, podczas gdy ich wysoce płatni mainstreamowi „koledzy” nie po fachu szczekają równoważnikami zdań długości esemesa. I redaktor Rymanowski należy do tej zanikającej grupy, ale kłopot (?) z nim polega na tym, że z takimi manierami pobywa jednak w mediach mainstreamowych, co stanowi dla niego wyróżniającą z tłumu rysę.

Domniemana reakcja

Tak, rysę. Bo co zrobi teraz mainstream z takim harcownikiem? Po pierwsze – Rymanowski po otwarciu swego kanału youtubowego we wrześniu zeszłego roku sam się realizował poza swoimi macierzystymi antenami, tam budował swoją rozpoznawalność, tam przekierowywał swoich widzów, monetyzował ich kosztem zapewne swoich redakcji. Ale z drugiej strony (tak liczono) przyprowadzał grono swoich akolitów z internetu przed ekrany TV, co było swoistym barterem popularki, zasięgów i przepływów.

Ale teraz sprawa się zaogniła i zobaczymy jak wydawcy telewizyjni wyjdą z tego zakrętu. Z jednej strony rozpoczęła się nagonka, że Rymanowski podstawia mikrofony do ust i kamery do twarzy kompletnej szurii antysytemowej i to na polach wszelakich. A więc dochodzi do zadarcia z największymi tego świata – reklamodawcami. A od tego już tylko kroczek do reklamowego bojkotu „stacji Rymanowskiego”. A widzieliśmy wiele takich prób – większość udanych, że wspomnę tylko deklaracje wprost takich Owsiaków, wprost do reklamodawców, że albo ja – Juras – albo reklamy w telewizji Republika.

Kasa to jedno, ale co z politycznym oddziaływaniem na media? Te działania przekładają się na różne wpływy. Raz, że na rynek reklamodawców, bo każdy chce mieć dobrze z rządami przeregulowania i zagląda codziennie w oczy rządzącym czy dość dobrze i w sposób widoczny – wspiera prorządowe media. Jak rząd daje koncesję, to i może zabrać, c’nie? A więc trzeba uważnie, powoli, niespiesznie, w dodatku tak by nie podpaść następnej ekipie, bo to na wyborczym koniu suwerena łaska jeździ. Ciężko mają ci tam w mediach, ścieżka nad przepaściami jest bardzo wąska i można podpaść, a właściwie – spaść w każdą ze stron.

Oczywiście jest sporo mediów, które się nie szczypią ze swoją jawną stronniczością. Ale te mocno pracowały na stworzenie sobie pola do kompletnej dezynwoltury. Rynek medialny – naganiający progresywny konsumpcjonizm jest tak odrealniony, że trzecia telewizja (Republika) nie ma praktycznie reklam, za to inne niszówki nadają tych reklam tyle, że możesz spokojnie wziąć kąpiel, a i tak wrócisz przed końcem bloku reklamowego. W związku z tym rynek reklamowy nie ma nic wspólnego z optymalizacją kosztową zasięgów, o czym… wiedzą reklamodawcy. Jest to świadczenie wymienne – my mediom kasę, one nam – spokój.

Trigger

Ale dość o tym. Przeanalizowaliśmy zawartość tej lawiny już nie raz, teraz zobaczmy co spowodowało ten obryw. Szykowało się od dawna. Rymanowski zapraszał różnych, ale jak już politycznie dosięgnął zenitu konfliktu z mainstreamem zapraszając Brauna, to wybaczono mu tylko (tymczasowo) i to raczej z powodu domknięcia formuły serialu przesłuchań kandydatów na prezydenta w kampanii wyborczej. Potem było już tylko ostrzej – demaskacja kowidowa w wykonaniu dra Martyki czy dra Witczaka jeszcze jakoś przeszła, zaś zaproszenie braci Rodzeń, co to wykazali chociażby szkodliwość picia przez dzieci „zdrowotnych” soków owocowo-witaminowych, to już był niezły zgrzyt. Proceder zwieńczył się wspomnianym wywiadem z profesor Cichosz i mainstreamowi pękły szwy. Osiągnięty został już taki poziom zaprzeczenia filarom „nowej normalności”, że poszła reakcja wprost.

Zanim pokażemy przekrój tego aktu trzeba wspomnieć o cichej bohaterce afery – pani profesor Cichosz. Wszyscy jak się zaczęła afera rzucili się na redaktora – z atakiem lub w obronie. Jednak odezwały się i autorytety medyczne wymierzone nie w dziennikarza co to dopuścił się publicznego zgorszenia, ale w zaproszoną „gościnię”.

A to, że panie, pani profesor bzdury gada, a to, że to figa z niej nie dietetyk i niech się nie mądrzy, że podważa ustalenia naukowej dietetyki mówiąc o tym, co nam wpychają codziennie do dzioba. Odezwał się nawet (uwaga!) „znany popularyzator wiedzy z TikToka”, który zarzucił pani profesor dezinformację. Wezwano również do wyciągnięcia nie tyle wniosków, ale i konsekwencji wobec pani profesor, co rokuje kolejnym aktem, po procederze tropienia kowidowych odszczepieńców, polowania na czarownice. Z braku laku, czyli dowodów, znowu wysunięto na front nieskazitelne autorytety, które zamiast faktami zaczęły operować skalą swego prestiżu. Mamy więc zamiast Evidence Based Medicine, Authority Based Medicine, co zwalnia wszystkich od używania tych nurzących dowodów. Myślę, że pani profesor sobie poradzi, ale zobaczmy co z panem redaktorem.

Sygnał do ataku nadał Newsweek, po nim zaczęła się skolejkowana, naturalna i spontaniczna rzecz jasna reakcja ludzi dobrej woli, a w sumie pewnie płatnych trolli, internetowych cyngli do wynajęcia. Podejście Newsweeka było fajne – w prawie całym tekście to sami dziennikarze zeznają, że ten Rymanowski to zawsze był taki „nie nasz”, patriota i wierzący. Mamy więc do czynienia z zakablowaniem redaktora ze strony kolegów po fachu, że nie pasował już od dawna do zgranej czeredki. Cały zaś artykuł, łącznie z okładką Newsweeka jest zatytułowany „Brednie Rymanowskiego”, jakby to redaktor, co wcale nie wynika nawet z samego tekstu, gadał te brednie, nie zaś – ewentualnie jego interlokutorzy. Bo to był atak na samego redaktora, nie na jego „szurów”. Zgłosiła się też Wyborcza, tu kuriozalnie ale przewidywalnie. Otóż chodzi o to, że suflowana przez Rymanowskiego dezinformacja (jak każda w religii onucyzmu) ma być na rękę… Putinowi. Tak, to stara śpiewka, przećwiczona za pandemii, kiedy każdy wątpiący w dogmaty sanitaryzmu był ostracyzmowany (również medialnie) jako mniej lub bardziej świadomy poplecznik Putina, który chce by zdezinformowani pandemicznie Polacy pozakażali się i wymarli. Oskarżanie o poplecznictwo autorów dezinformacji zakłada od razu, że istnieje jakiś (tu wybitne nieformalny i rzec można „labilny”) organ oceniający co jest faktem a co jest fejkiem, a już na pewno takim obiektem oceniającym nie może być broń Boże odbiorca. I tu – jak to bywa z rzeczywistością umaczaną w oparach prestiżu – elity same wyznaczą taki nieformalny, acz stugębny organ, nadając mu kompetencje eksperckie i przystawiając mikrofon do ust. Za tą narracją podążyła jak zwykle spora grupka akolitów, bo ci naiwniacy ciągle się wzbudzają jak na komendę, choć przesłuchiwani pod lampą prędzej daliby sobie uciąć to i owo, niż by się przyznali do zewnętrznej inspiracji swoich tekstów i wyznań. I pewnie – ci uczciwie wzmożeni – mieliby rację: oni tak naprawdę myślą i piszą. Zresztą ta kolejność przechodzi już w powtarzalny algorytm, z którego publiczność coraz bardziej skołowana wyciąga wnioski, że te rzeczy dzieją się spontanicznie i naprawdę.

O co chodzi naprawdę?

Żeby skrócić zarzuty wobec redaktora (w mniejszym stopniu wobec pani profesor, co ciekawe) posłużę się nie cytatami z Newsweeka, ale bardziej kompaktowym zestawem zarzutów z któregoś internetowego „wzmacniacza” tej narracji „na Rymanowskiego”.

Piotr Szymlewicz pisze: „… sprawa jest prosta: zadaniem dziennikarza jest weryfikować wypowiedzi gości, a Rymanowski zaprasza szarlatanów i daje im swobodę plecenia bzdur. To źle świadczy o jego warsztacie”. Zatrzymajmy się tu na chwilkę. A skąd taka teza, że dziennikarz jest od „weryfikowania wypowiedzi gości”? Jako żywo ciężko gdzieś znaleźć taki opis zawodu dziennikarza. Ale ja wiem skąd to się bierze – dziennikarz w mediach postępackich ma być właśnie od tego, by zwolnić odbiorcę od chęci weryfikacji, własnej oceny wypowiedzi innych. A na jakich to kryteriach ma być oparta ta „weryfikacja”? No, rzecz jasna obiektywnych kryteriach faktczekingu.

Tyle, że tych wszystkich „obiektywnych” a właściwe „naukawych” weryfikacji nasłuchaliśmy się po kokardę w czasach kowidu. I niestety większość z nich nie wytrzymała właśnie weryfikacji faktów opartych na nauce. Co więc pozostało? Ano – powtarzanie mantr, że przecież „wszyscy wiemy” jak to było/jest i podpieranie się autorytetami. Słabe to wszystko jako model „weryfikacji”. I tak jest i teraz z tą sprawą Rymanowskiego. Podejście redaktora jest proste – wolność słowa jest pełna, albo jej nie ma, co potwierdził w swym wpisie-odpowiedzi na zarzuty Newsweeka.

U Rymanowskiego mamy do czynienia w sumie z rewolucyjną próbą powrotu do zdrowego rozsądku, który w czasach „nowej normalności” ma pozory ekstremalnie zaskakującego odkrycia. Dlatego tak mainstream wyje i dlatego widać jak daleko zaszliśmy, skoro podstawy już nawet nie wartości wolności słowa, ale skala rzetelności na poziomie podstaw redagowania gazetki ściennej są dziś objawieniem. Świadczy to też o kompletnie przedmiotowym traktowaniu odbiorcy, gdyż bez asysty weryfikującego świat dziennikarza biedaczek sam by sobie nie poradził w procesie oddzielania ziaren prawdy od chwastów manipulacji.

W internecie pełno odwrócenia zarzutów o dopuszczanie szurów do mediów. Skoro nie wolno dopuszczać takowych do mediów, to co w TVN robią osobniki rybie na serio odpytywane jak się żyje facetowi w ciele syrena, te wszystkie Julki, pedofile, propagatorzy kazirodztwa, o dumie z aborcji kilkunastoletnich dziewuszek nie wspominając? Czyli tam wolno, a tu nie wolno. A więc mainstream dopuszcza dewiacje do promowania w mediach, byleby to były dewiacje „nasze”, służące codziennemu ciurkaniu w polskie dusze postępactwa w celu rozłożenia resztek podstaw naszej cywilizacji – prawa do życia, integralności rodziny, tożsamości czy wiary. Inne, budzące z tego letargu staczania się w postęp, wieści będą blokowane.

Dwie rzeczy na koniec

I jeszcze dwie rzeczy: przed redaktorem Rymanowskim ciężkie czasy, gdyż ujęła się za nim gremialnie prawica. I to będzie teraz przerabiane przez lewicę jako zarzut. Okaże się zaraz, że Rymanowski to od dawna był kryptofaszystą, teraz się tylko ujawnił i to głównie poprzez swoich obrońców: popatrzcie się – oto walnęliśmy w Rymanowskiego i kto wyszedł w jego obronie spod kamienia? Sama prawica, ergo – ich ci on jest.

Druga, ostatnia sprawa jest już chyba najważniejsza. Bo popatrzcie – jak Rymanowski zapraszał do siebie i dał się wygadać takiemu Braunowi – nic się nie działo. Ale jak zadarł swymi gośćmi jednocześnie z Big Farmą i GMO-sami, to dopiero wtedy ruszyła lawina. Co dowodzi mili Państwo, że o polityce to sobie nawet możecie z szurami poszurać, ale jak się zabierzecie za globalne korpo to spadnie na was cała armia płatnych trolli i naiwnych paputczyków. I to jest w sumie… dobra wiadomość, szczególnie dla tych, którzy wierzą w prymat polityki. Jak widać ustępuje ona przed pieniądzem, szczególnie dla tych, którzy się angażują politycznie, by dało się zarobić. Głównie swoim globalistycznym patronom, a przy okazji i sobie. Walutą polityki stają się powoli napiwki płacone działaczom za obsługę na balu wielkich tego świata.

A panu redaktorowi życzymy wszystkiego dobrego, innym adeptom dziennikarstwa zapatrzenia się w alternatywny wzór dziennikarstwa pana Rymanowskiego, zaś widzom – uważnego śledzenia losów tegoż. Ale i tu nie mam większych obaw – nawet jak Rymanowskiego otorbi i wydali z siebie mainstream, ten, jak Tucker Carlson wywalony z telewizji, zatrzyma się na swoim kanale i da wszystkim bobu jeszcze większymi zasięgami. Może atak Newsweeka to tylko taka zazdrość medialna, a jest czego tygodnikowi zazdrościć, bo Rymanowski solo robi cały wielki koncern na szaro?

Jak napisał sam p. redaktor – „ja się dopiero rozkręcam”. Czego i jemu, i nam, widzom należy szczerze życzyć.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Peszek narodowy

Peszek narodowy

pec to

Jerzy Karwelis 25 października, wpis nr 1378

My to jednak pechowi jesteśmy. No bo za co byśmy się nie wzięli, to wychodzi nie tak. Głównie przez pośpieszną chęć wykazania się przed obcymi. Głównie kompleksami. Nikt nas nie prosi, a my coraz to chcemy dać wyraz, z czego zostaje międzynarodowy blamaż i wewnątrzpolska awanturka, z tym, że wstyd przed obcymi jest mniejszy tylko z tego powodu, że nikt na świecie nie zauważa naszych prowincjonalnych starań.

Jest to cały ciąg obciachowych działań i to głównie w obszarach polityki międzynarodowej. W dziedzinie dyplomacji nigdy w III RP nie byliśmy orłami. Po pierwsze – aby grać w międzynarodowe karty, to trzeba wiedzieć jakie się ma karty i mieć je mocne. Dookoła pełno państw, co wyciągają maksa ze swoich blotek, pracują nad podwyższeniem ich wartości, a jak ją już zoptymalizują, to łupią kartami zawzięcie i konsekwentnie.

U nas inaczej – po pierwsze nie widzimy naszego potencjału, a więc o niego nie dbamy. A jak już zaś zauważamy, to łupiemy o stół bez ładu i składu, dajemy sobie zaglądać w karty, czasami zaś, jak w opisywanych poniżej wypadkach wychodzimy przed szereg z jakimś głupim wistem czy licytacją, na co wszyscy dookoła się patrzą, jakbyśmy grali w Piotrusia przy stole brydżowym.

Zbrodniarz z listem żelaznym  

Przypomnieć należy, że się cały rząd zadeklarował się kiedyś i zastawił, że w przypadku wizyty na obchodach rocznicy Auschwitz na terenie Polski nie zaaresztuje się premiera Izraela Netanjahu ściganego listem gończym Międzynarodowego Trybunału Karnego, do czego zobowiązaliśmy się kiedyś traktatowo. Ogłosiliśmy, że nie będziemy przestrzegać tego prawa, zadeklarowaliśmy się zawczasu, po czym premier Izraela… nie zaszczycił nas swoją obecnością. Cnota została stracona, a rubelek nie zarobiony. Ot, peszek.

Był to ciekawy wypadek, który postawił nie tylko Polskę poza obiegiem prawa międzynarodowego, ale w ogóle wykazał jego kompletną nieprzydatność. A to ważny temat, gdyż obecnie jesteśmy świadkami przenoszenia siły nad regulacje. Przypomnieć należy, że były one nie aktem pięknoduchostwa, ale wyrazem woli obrony małych przed wielkimi. A w tym temacie powinniśmy być jak żona cezara – poza podejrzeniami. A tu zadeklarowaliśmy się na zapas, rozpętaliśmy burzę, która od razu przeniosła się w świat. I to akurat we wrażliwym temacie żydowskim – znowu ci Polacy. O nas jak się mówi na świecie to już tylko w kontekście jakiegoś skandalu. I wjechał temat – tak to pies z kulawą nogą nie wspomni o naszych dokonaniach, ale jak coś popsujemy – to sami o tym trąbimy na prawo i lewo.

Netanjahu nie przyleciał, myśmy się opowiedzieliśmy, że jakby przyjechał, to owszem – z powodów nie wiadomo jakich – zawiesiliśmy jurysdykcję MTS, ale ten wziął i nie przyjechał. Zadeklarowaliśmy się na zapas, nie proszeni, rozegraliśmy to na ryneczku wewnętrznego wypominania przewin, ale – jak to bywa – sprawa polskich podszczypywanek urosła do problemu międzynarodowego i to nie w kwestiach zasadniczych tylko wizerunkowego blamażu pt. „znowu ci Polacy…”  

Nurek z Nordstream

Teraz polski sąd nie wydał nordstreamowego Ukraińca. I znowu rozgorzała awanturka. Medialny szturm polskiej narracji bije brawo za tę decyzję, ale większości widowni myli się tak bardzo, że publika uważa, iż to dobrze, bo nie wydaliśmy nurka… Rosjanom, choć to Niemcy żądali jego ekstradycji. Sędzia tłumaczył, że Ukraina miała prawo wysadzić gazociąg, bo to nie był akt terroryzmu – zaatakowany ma prawo się bronić.

Tyle, że z punktu widzenia Niemców był to akt terroryzmu na ich infrastrukturę, gdyż jako żywo (na razie) to nie Berlin napadł na Kijów, a więc za co ten miałby się mścić? I znowu Polska stanęła w sytuacji bez (dobrego) wyjścia, gdyż po takim numerze trudno będzie nam teraz ściągnąć z Niemiec jakiegokolwiek przestępcę.

I to nie tylko to: można się spodziewać retorsji niemieckich (i rosyjskich) w innych obszarach, co wzięliśmy na klatę jako „słudzy Ukrainy”. A co takiego ten nurek robił w Polsce? Czemu po zamachu nie ściągnęły go do siebie ukraińskie służby? A tak ten gorący kartofel sobie pobywał w Polsce na tyle beztrosko, że zdecydował się kupić mieszkanie z czym wpadł. Wiadomo, że na wysadzaniu gazociągów zarabia się krocie, c’nie?

Ale czemu poczuł się tak beztrosko? Kto go zapewnił o jego bezpieczeństwie w Najjaśniejszej? Ukraińcy nie mogli tego zrobić na pusto, a więc Polacy tu grzebali, co najmniej swoją biernością. Gdyby po akcji zwinęli go Ukraińcy do siebie – nie byłoby problemu. A może ten rurociąg to nie było jego jedyne (ostatnie?) zadanie? Pytanie tylko – wobec kogo? Teraz jest on problemem polskim, naruszającym stosunki polsko-niemieckie.

Do tego wyszła straszna podległość, bo mieszkanie nurka na terenie Polski przeszukała… niemiecka policja? A na jakiej to zasadzie? A więc można? A kiedy to polska policja przeszuka na terenie Niemiec mieszkanie jakiegoś przestępcy. Polska o tym wiedziała czy nie? Obie odpowiedzi są kompromitująco złe. To oznacza, że nie tylko radiowozy z nachodźcami mogą rozbija ć się po Polsce, Niemcy w mundurach mogą legitymować czy straszyć bronią Polaków w Polsce. Mogą też, jak widać, dokonywać przeszukań w polskich domach, ciekawe na mocy jakiego aktu czy zezwolenia polskiego sądu?

To, jak niemieckie sądy objechał polski sędzia, to już osobna sprawa. To była druga linia obrony. Pierwsza, że to nie terroryzm, a akt obrony kraju atakowanego, to trzymało się słabo, bo to przecież (jak słyszeliśmy wielokrotnie od p. Merkel) Nord Stream to inwestycja prywatnych firm. To tak jakby polscy partyzanci wysadzili przed 1941 rokiem radziecki pociąg, kiedyś przyjaciół Hitlera, co byłoby aktem terroryzmu, a nie byłoby od kiedy ludzie radzieccy stali się nieprzyjaciółmi Niemców. Jeden akt, a jakież różne interpretacje.

Drugi argument był taki, że nie wydamy Ukraińca, bo tam u Niemca sądy są upolitycznione. To był, moim zdaniem, aport rzucony polskiej publice, że jednak Donald potrafi się w pryncypiach postawić Berlinowi, a więc nie jest on taki zaraz niemiecki. Są bowiem granice niemieckie brawury, nawet dla uśmiechniętej Polski. W dodatku taka konstatacja pokazuje, że w porównaniu z Niemcami to nasze sądownictwo jawi się ostoją praworządności, co zdawało się (do dziś?) kwestionować cały establishment unijny, łącznie z polskimi zaprzańcami, którzy na tym postukacie dostali władzę.

To jak to w końcu jest? Polska jest niepraworządna, czy Niemcy, które na grzechach wobec praworządności zbudowali cała narrację pozbawiającą nas środków unijnych, co pośrednio wpłynęło na wygraną Donalda? I teraz ten Donald, ustami jak najbardziej niezawisłego sędziego, mówi Berlinowi, że Ukraińca nie wyda, bo ten nie będzie miał uczciwego procesu z powodu upolitycznienia sądów? Czyżby Unia szykowała się do sankcji na Berlin z powodu grzechów przeciw praworządności? Jakież to wszystko ciekawe…

Znowu pierwsi do awanturki

Czekała nas kolejna, trzecia próba naszego pecha. Putin miał lecieć do Budapesztu, by spotkać się tam z Trumpem. I co w takim wypadku? Polska miałaby wpuścić w swoją przestrzeń samolot z władcą Kremla? Na nim przecież ciąży taki sam wyrok Międzynarodowego Trybunału Karnego, jak w przypadku premiera Izraela. A tegośmy nie tylko zwolnili z odpowiedzialności, ale zafundowaliśmy mu – nie proszeni – rządowy list żelazny. Co miało być z samolotem Putina? Jak zwykle, jako się rzekło, mamy pecha, gdyż nie mieliśmy tu dobrego wyjścia (oprócz – jak widać – siedzenia cicho i czekania na rozwój wypadków). Jak byśmy się zaparli, a nawet ściągnęli samolot na ziemię i zaaresztowali kremlowskiego piekłoszczyka, to nie tylko zadarlibyśmy z Trumpem, ale byłby to casus belli wobec Rosji. Jak byśmy puścili gościa, to znowu pokazalibyśmy, że nad prawem międzynarodowym stoi realpolitik. Oby nam ktoś tego nie przypomniał, kiedy to przyjdzie się nam odwołać do regulacji społeczności międzynarodowej. Ciekawe jak wtedy zareagują nasi przyjaciele z Berlina?

Ale oczywiście w sprawie, której – okazało się – nie było, bo spotkanie zostało odwołane, zdążyli się wypowiedzieć wyrywni. Pan Sikorski, który leczy chyba swoje kompleksy rozdmuchanym ego musiał się odezwać i to jak zwykle – kulą w płot. Stwierdził on bowiem, że jak niezwisły sędzia nakaże przechwycić Putinowski samolot, to on się dostosuje i przechwyci. A gdzie był rzeczony sędzia, jak wszystkie siły polityczne dawały żelazny glejt premierowi Izraela? Spał na strychu? Czemu wtedy Sikorski nie odwołał się do decyzji niezwisłego sędziego, podczas, gdy w wypadku Putina dał mu pełną cart blanche? Znowu – jakież to ciekawe…

Ale odezwała się nasza generalicja i to jak zwykle w tonie podrzegactwa wojennego. Bo jak inaczej nazwać oświadczenie generała Polko, tego od Gromu, żeby odstrzelić bez gadania taki samolot z Putinem? Generał pewnie nie wie, że zabrania nam tego nawet procedura NATO, która mówi o zestrzeleniu obiektu latającego jedynie z powodu realnego zagrożenia atakiem z jego strony. Czyli trzeba by było pacnąć Putina, by ten się później – jak przeżyje – tłumaczył, że nie leciał nad Polską, by zbombardować nasze Azoty, w drodze do piekłoszczyka Orbana. Generał Polko jest słynny z tego, że zabiera zdecydowane zdanie w sprawach o wymiarach geopolitycznych, choć jest właściwie generałem od skakania po drzewach, nie wpływającym (na szczęście) na polską doktrynę wojenno-obronną.

Te deklaracje Polaków nawet zaniepokoiły…. Zachód. Znowu „znowu ci Polacy”, nieobliczalni harcownicy, chcący się na przypodobać. A my – Zachód wcale tego nie chcemy, Polonusy zadrą z Rosją, a my potem będziemy musieli ich  z tego wyciągać, i to kiedy tu odbywa się subtelne wyszywanie podstołowej dyplomacji – Polacy wyskakują jak Mrożkowski bohater z „Romansu Monizy Calwier”, pokazując na swą gębę z pretensją, że oto ruscy „nam panie za wolność” zęba wybili, a tu Zachód ich wpuszcza na salony. Ławrow już uznał Polskę za kraj uciekający się do  państwowego terroryzmu, co zostało bez komentarza, a więc ze zrozumieniem, przyjęte przez Zachód.

Peszki

Krąży więc nad nami ten peszek i to w różnych postaciach. Nasze wewnętrzne bzdurki nie są nawet przez świat oceniane, gdyż nikt się nie ciekawi wojenką kacyków na jakiejś prowincji. Ciekawić to może tylko służby państw obcych, które nanizują na sznur swych wpływów kolejną kompromitację powagi polskiego państwa.

Ale jak już coś wyjdzie od nas na świat, to zawsze na tym tracimy. A sami się do tego wyrywamy. Może byłoby nam lepiej siedzieć cicho w kąciku. I tak od nas nic nie zależy. Nie siedzimy przy żadnym stole, a więc jesteśmy w menu. Po co więc wpychać się na chama do stołu – nikt tam nas nie chce, a nasze nieudolne próby są tylko powodem kompromitującego zażenowania graczy z krajów poważnych. Przypominamy więc o swoim istnieniu od razu w kompromitującym kontekście, co rozzuchwala pomysły, by tego kłopotliwego kuzynka otoczyć jakąś specjalną opieką, zaś używać tylko do prostego przenoszenia ciężarów i udostępniania swego dobrze położonego mieszkanka do celów innym, ważniejszym lokatorom.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Elity kontra elyty – polski mit

18.10. Elity kontra elyty – polski mit


Jerzy Karwelis 18 listopada, wpis nr 1377


Kiedy tak jeżdżę z tą swoją objazdówką prezentującą moją książkę o elitach, to spotykam się z dwojakiego rodzaju pytaniami. Pierwsze to: czy mogę wymienić klikę rządzącą Polską po nazwiskach, druga to dlaczego rządzącą klikę uważam za elitę właściwą.

Dwa pytania o elity
Pierwsze pytanie zbywam raczej dowodami, że od tego jest Deep State, by nie kłuł twarzami i nazwiskami w oczy. Jednak ten pęd do nazwisk jest przemożny, choć nie wiadomo czemu miałby służyć. Są dwa wyjścia – ma to być albo dowód po nazwiskach, że klika istnieje, albo to wyraz płonnej nadziei, że to do nich przyjdzie kiedyś sprawiedliwość z ulicy. Jest to też ciekawość systemowa, choć zapomniana – wystarczyło tylko docisnąć takiego choćby Rywina, by wyłuszczył co to za „grupa trzymająca władzę” przysłała go do Michnika. Był to dowód na istnienie kliki wprost, jednak dziwnie zapomniany. Rywin, tak jak wielu innych przed nim i po nim – Żemek z afery FOZZ czy Gasiński z afery z talibami w Klewkach tylko dlatego żyją (Rywin zmarł śmiercią, chyba, naturalną) , że jakoś sobie nie bardzo mogą przypomnieć kto ich posyłał w korupcyjny bój. Co taka wiedza dałaby ludowi – nie wiadomo. W końcu jakby doszło co do czego to klika sama się zgłosi, wysyłając kogoś z całych zastępów Rywinów czekających u kompradorski drzwi.Drugi pytanie, to dlaczego przezywam klikę elitą? Tu pojawiają się pogardliwe stwierdzenia o „elytach”, co świadczy o niezrozumieniu sytuacji. Problem w tym, że my tu podstawiamy nasze XIX-wieczne wyobrażenia, kiedy będąc pod zaborami wykształciliśmy elity pozorne, zwane u nas warstwą inteligencji.
W trójpodziale elitarności – elita władzy, pieniądza i prestiżu – pod zaborami nie mieliśmy za dużo manewru. Ponieważ zaborcy rzadko dopuszczali do władzy, częściej dawało się zrobić kariery biznesowe, a więc w takim klinczu niedostępności jako naród zainwestowaliśmy całą swoją elitarność w prestiż, który rozlał się na szeroką klasę zwaną u nas inteligencją, typowy twór słowiańskich deficytów. Należy dodać, że i nieliczne przechodzenie zdolnych Polaków do władzy zaborców było naznaczone mianem ostracyzmu i zdrady choć czasami dało się Polakom dla Polaków coś załatwić. Był taki jeden, co mówił, że dla Polaków da się załatwić wiele, ale z Polakami nic. Takie dłubki we władzach zaborców coś tam robiły organicznikowsko dla narodu, ale ten żył romantycznymi złudzeniami, przenosił się właśnie z elitami w pozę wyższości prestiżu.Trochę lepiej było za zaborów z elitą pieniądza. Polacy budowali swoje fortuny, choć i tu nie cieszyli się społeczna estymą. Coś tam bąkano o kolaboracji Wokulskich, tak jakby dorabianie się Polaków było jakąś skazą.
Zresztą sznyt ten bezpośrednio przeszedł i na PRL i został się z nami do dziś. Zaspokajamy się bardziej gestem, drwiną wobec nowo-bogacenia się, które do dziś kojarzy się z paktowaniem z systemem. Nad tym wszystkim staje elita prestiżu, która unosi się nad tymi przyziemnymi i podejrzanymi elitami władzy i pieniądza. Pozy te są unurzane w pogardzie biednej, ale godnej. Nic bardziej fałszywego – widziano do dziś wielu członków elity prestiżu, którym wystarczyło tylko potrząsnąć przed nosem workiem z monetami lub ułudą sprawczości w elitach władzy, by skoczyli w te pogardzane bajoro na główkę. W bajoro, nad którym się do niedawna pastwili w dyskursie społecznym.
Deficyt elit
Pytanie czy elity prestiżu wystarczą, to znaczy czy da się społecznie żyć w takiej ułomności. Wychodzi, że nie bardzo – bez dostępu do środków i sprawczości władzy elita prestiżu staje się szybko zakładnikiem władzy i pieniądza. Te dwa czynniki bowiem mają bezpośrednie przełożenie na wyznawców prestiżu. Rektor uczelni, artysta, pisarz czy filozof leży na brzuchu przed elitą władzy i pieniądza, jego pycha znika w przedpokojach władzy, bo to tam dzieli się kasę i decyzje. I ci co dzielą nie muszą być, a właściwie w systemach zdegenerowanych z zaczopowanym krążeniem elit, być nie mogą depozytariuszami jakichś wartości narodowych, czy choćby etycznych. W związku z tym prestiż bieduje albo brata się z władzami, które coraz częściej stanowią „elyty”, czyli moralne i intelektualne karły. Stąd pogarda przegranych, pusta złośliwość, że to gamonie ze słomą wystającą z kaloszy – ale jest to odruch pusty, gdyż daremny. Elity prestiżu nic tu nie robią, by to zmienić, raczej liczą na łaskawą kooptację do elit właściwych.
Jak na to patrzą doły? Ano jak na załamkę. Elita władzy i pieniądza zazdrośnie strzeże swej pozycji, rzadko do siebie dopuszcza, chyba, że po wielu deklaracjach i koncesjach.
Z drugiej strony lud widzi klienckość elit prestiżu i okazuje się, że doły są… same. Bez elity, do której mogą aspirować. Wszystkie elity trzymają doły w opresji wyzysku, zaś nadzieja pokładana od czasu do czasu w elitach prestiżu jest notorycznie zawodzona. W ten sposób mamy zdołowany lud, bez aspiracji do awansu, który zamyka się we własnych enklawach dawania sobie rady, bez możliwości uczestniczenia w sprawczości elit właściwych.Zresztą i tu elity władzy i pieniądza podsuwają za pomocą mediów swoje wzorce elity prestiżu – łże-proroków nowego, wzorce osobowe bez właściwości, róbta-co-chcetów i innych bohaterów jednego sezonu. Lud więc jest kołysany pozorną falą zmian, choć jest to ruch właśnie jak w kołysce – byleby szybko zasnął i nie budził się za często. Miałem kiedyś taką koleżankę, która raz pobujała łóżeczkiem i płaczące notorycznie dziecko zasnęło. Wszystkim się to spodobało bo i dziecko, i rodzice wreszcie mogli pospać. Ale okazało się, że by ten numer powtórzyć trzeba było za każdym razem bujać bardziej i po roku nasi rodzice skończyli wywijając łóżeczkiem jak łyżwiarz w tańcu na lodzie swoją partnerką. I tak jest z ludem – usypiany i z rzadka wybudzany wymaga coraz większych bujań i tak mamy.
Wybrańcy
W źródłosłowie pojęcia „elita” zawiera się element wybrania. Mają to być więc wybrańcy, ci z elity. Pytanie tylko kto ich wybiera – czy jest to lud, czy sami się wybierają mechanizmami kooptacji, czy są – nie daj Boże – przysłani tu przez kogoś. No bo jak to jest, że lud wybiera elity a potem nabija się ze swoich „wybrańców”, że to są jakieś „elyty”?
Dlaczego na powierzchni tego politycznego zamętu okresowego, jakim są wybory, zawsze wychodzi szlam jakichś kompletnych degeneratów i gamoni? Skoro lud chce dobrze, drwi z wyników tego co zostaje po wyborach, to oznacza, że winien jest system. To on sprawia, że na grzywach społecznych fal pływają jakieś męty. Co prawda nie można tu wszystkiego zrzucić na system, bo doły też dają się nabierać na rozemocjonowane wybory pozorów. Ale system jest tu przemożny, ten pilnuje nienaruszalności kliki, elity władzy i pieniądza – tu elity wybierają się same, bez ich dobroczynnego krążenia, co najwyżej w ramach kooptacji.
To znaczy, że warunkiem wejścia do elit jest akceptacja obecnego układu, nie jego zmiana.
A lud tylko uczestniczy w tym cyrku w ułudzie sprawczości, jaką ma zapewnić mu dogmat demokracji przedstawicielskiej, od czasu do czasu kompensując swoje traumy pozorami wyższości, jakie fundują mu elity prestiżu. 
 Ale skąd się wziął ten system, skoro jest dla ludu, lud go wybrał i wybiera, choć nic z tego nie rozumie? Ano kształtował się on od samego początku III RP, kiedy jego zręby, istniejące do tej pory, stanowiły fundament Najjaśniejszej. Choć okrągłostołowe decyzje wydawały się tymczasowe, choć zaraz rząd Kiszczaka obaliła szarża Kaczyńskich i Mazowieckiego, to okazało się, że nowe rzeczy nic nie zmieniły w tym fundamencie. Co prawda w Polsce trwał najdłużej wśród byłych demoludów proces przejścia od tymczasowości do regulacji konstytucyjnej, to fakt ten dowodzi tylko, że równoległy do oficjalnego, ale rzeczywisty układ pookrągłostołowy musiał się długo utrząść z form tymczasowych na systemowe, kiedy sieci interesów kliki zostały już utrwalone na dobre.

W Konstytucji trzeba było tylko zapisać ten stan nie-decyzyjności ciał politycznych, braku klarownej odpowiedzialności i funkcjonowaniu systemowej sterowalności sceny politycznej, która miała i ma zapobiec emanacji interesów ludu w formy zintegrowanej władzy państwa małego, ale w swych optymalnych prerogatywach skutecznego do bólu. I mamy państwo rozlazłego chaosu, mącenia wody, by w niej cwaniaczki podbierali tłuste karpie hodowane przez lud.
Polska taka się właśnie utrzęsła w te 35 lat. Układ gnije, „głowa psuje się od góry”, jak mawiał przyszły chyba szef Polski 2050.
Kolonia zewnątrz-sterowności się zapada – transfery zagraniczne są coraz większe, klika nie chce zejść z marży kompradorskiej, a więc dołom zostaje coraz mniej. By zatrzeć ten niemiły i w sumie niebezpieczny stan elita funduje igrzyska, eskaluje wzmożenie, ale zostają z tego już tylko ultrasi, w dodatku przy poziomie frustracji dochodzącym do zbiorowych zaburzeń. (Właśnie – istnieje psychologia tłumu, ale czy istnieje tegoż tłumu psychiatria?).
Elity alternatywne
Pytanie jest czy mamy miejsce na elitę alternatywną? Niestety w wydaniu obecnych partii były takie próby, z tym, że kończyły się na poziomie aspiracji do jednego rodzaju elity. PiS dokonywał takiej próby, ale właśnie tylko w obszarze prestiżu. Nie widziałem żadnego wspierania polskich przedsiębiorców, ich wzrostu, eksportu, promocji. To samo jeśli chodzi o kwestię władzy – partie, nawet te „nowe” zawsze stawały się rekombinacją spadów po tych co spadli z partyjnej karuzeli, kolejnych grup aspirujących do przyssania się do państwowego cyca z małym acz ważnym elementem reprezentacji liderów zewnątrz-sterowności.
Sama konstrukcja partii wodzowskich, wpisana atramentem sympatycznym do Konstytucji, powoduje, że struktury partyjne obawiają się świeżej krwi, nie ma tam awansu, raczej kooptacja, jak w klice. Regionalne baronie są na trwale obsadzone przez partyjnych bossów lokalnych i wara tam każdemu zdolnemu. Mamy więc piętrowe układy, postawione jedne na drugich, jak kanapki w food tracku.
Lud sam z siebie nie wykrzesa elit. Te muszą się objawić i coś zaproponować, ale jak to mają zrobić skoro i medialnie, i systemowo aspirujący do elit nie mogą się przebić? Czasem ci, co się przebiją są używani przez system do obrzydzania takich awansów. Zaraz się okazuje, że to jacyś durnie, jeszcze gorsi niż rządzący i lud daje sobie spokój. Ogranicza się w swych aspiracjach do dobra własnej rodziny, gardząc taką pokraczną propozycją „dobra wspólnego”, jaką funduje mu system.
I tak tu sobie żyjemy – w formalinie niemożności, od czasu do czasu ktoś tym słojem potrząsa, podrywają się jakieś złogi z dna, najczęściej jakieś menty. Po czym wszystko wraca na swoje miejsce, tylko tego miejsca jakby coraz mniej.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Dyplomatołki

Dyplomatołki

żurawie

6 września, wpis nr 1373 Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

https://dziennikzarazy.pl/06-09-dyplomatolki/

Wersja audio

Jak już tu wiele razy pisałem polska dyplomacja w III RP to skondensowany obraz naszego upadku. O dziwo zaczął się on w tej mierze od samego początku naszej Najjaśniejszej Pookrągłostołowej. Na początku właściwie doproszono nas tylko do stolika przywracającego zjednoczenie Niemiec, gdzie wysłuchaliśmy co tam dla nas upieczono. Praktycznie od samego początku naszej „nowej niepodległości” (coś jak nowa normalność po kowidzie) byliśmy w orbicie Niemiec, które, choć same się ogarniały w zbożnym dziele zjednoczenia, miały jednak wolę i zasoby (patrz: archiwa Stasi), by odtworzyć, ba – znacznie powiększyć swoje wpływy w Polsce. Widać, że Niemcy są krajem poważnym który nie zaniedbuje swojej racji stanu, bo taką posiada – w odróżnieniu od nas.

Galopem przez polską dyplomację

Byliśmy więc w orbicie działań kompradorskich, gdzie klasa polityczna (o czym jest w mojej książce „Elity”) reprezentowała przenoszenie interesów naprzemiennie amerykańskich i niemieckich, czasami, jak za Bidena, czy Obamy, jedności takich interesów, kiedy Niemcy były junior-partnerem do pilnowania amerykańskich interesów w Europie, nagradzane możliwością pobierania renty kompradorskiej, tym razem od całego Kontynentu. Układ był prosty – układajcie się jako lider Europy z jej członkami jak chcecie, ale pod warunkiem pilnowania priorytetów USA. Trwało to długo, myśmy się nie opierali w tym wyborze między dżumą i cholerą (zwłaszcza klasa polityczna), co przeniosło się na pozorne wybory POPiS-u. Ten korkociąg w dół trwał już sporo czasu, ale powstał konflikt polegający na tym, że zmieniły się priorytety amerykańskie wobec Europy.

Waszyngton, w postaci Trumpa, zauważył, że niemiecki junior-partner na Europę zwąchuje się z Rosją, karmi ją pieniędzmi ściąganymi z całej Europy za surowce, co zostaje wydawane na zbrojenia Moskwy. Jednocześnie USA ponosiły polityczne, finansowe i militarne koszty utrzymania bezpieczeństwa na Starym Kontynencie, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec. Wychodziło na to, że mocno uposażana żona puszcza się na boku i sprawa się rypła.

My w tym wszystkim byliśmy elementem dekoracyjnie zbędnym, bez inicjatywy, pomysłów innych niż przynoszonych przez zaprzyjaźnionych ambasadorów, w rezultacie takiej bierności byliśmy pomijani na arenie międzynarodowej. Taka nędza dyplomacji była wewnątrz nadrabiana na użytek wojny polsko-polskiej tromtadractwem o naszej roli, ważnej i niepomijalnej. W rezultacie był to narracyjny wyścig kto się lepiej sprawia w obsłudze kolejnego kolonizatora. To dla publiki, zaś na potrzeby wewnętrznych walk buldogów pod dywanem dyplomacja była używana by dowalić temu drugiemu, nawet za cenę utraty międzynarodowego znaczenia i poważania jako partnera prowadzącego jakąś w ogóle politykę.

Grzanie konfliktu

Najbardziej dobitnym tego, wśród wielu innych i ze wszech stron, przykładem jest ostatnia zadyma z wizytą prezydenta Nawrockiego w USA. Rząd od początku zadeklarował, że nie uchyli się przed skorzystaniem z żadnej okazji, by wyeskalować konflikt pomiędzy dużym i małym pałacem. Tusk (jak i Kaczyński zresztą) nie umieją inaczej, niż grać na podział. Zaczął się oczywiście rząd i uśmiechnięci posłowie, którzy natychmiast wytoczyli armaty przeciwko prezydentowi, że na pewno się słucha Kaczora, a z nim się nie gada, zaś każde otwarcie przez niego ust uznawano za wypowiedzenie wojny, ruch agresywny. Ale nie było żadnej ręki wyciągniętej do zgody – wystawiona przez Tuska pięść natrafiła na… figę. Prezydent korzysta ze swych prerogatyw wetowania i pokazał co to może znaczyć, szczególnie dla rządu, który omijając weto pcha się pod Trybunał Stanu, albo i sądy powszechne w sprawach już kryminalnych.

Suma tych działań prowadzi do atrofii interesu III RP. Tuski wylądowały w oślej ławce: USA ich nie chcą (zresztą po co im relacje z lokajem berlińskim, lepiej gadać z Berlinem – jeśli już – czyli panem), zaś ostatnio relacje i pozycja Tuska spadła w Berlinie i Brukseli do zera. W dodatku tak katastrofalne rezultaty dyplomatyczne zostały przez naszego premiera… nagrodzone awansem ministra Sikorskiego na wicepremiera i wyraźnym tolerowaniem jego pozycji jako następcy Tuska, nie koniecznie w pełni zakończonej kadencji tego rządu. Nikt z nami nie gada, nikt nie wita, my zaś tu w Polsce kolejny raz prężymy muskuły, coś jak przed Wrześniem 1939.

Tak w ogóle, jak za chwilę wspomniana instrukcja dla rządu, to ten cały Sikorski, to już spersonalizowany przykład naszego upadku. Karierowicz, zapatrzony na Zachód, koniunkturalista z niepewną przeszłością, a jednocześnie pierwszy tomtradata Polski, memiarz, który nie powstrzymuje swojej złośliwości, nawet do największych tego świata. A więc groźna mieszanka kompleksów i chorej ambicji opartej jedynie o walory przerośniętego ego. Jest to, proszę Państwa, kompletne zaprzeczenie kompetencji i osobowości nadających się do dyplomacji, co dopiero na stanowisku jej ministra. A więc oprócz tego, że nie mieliśmy przez 35 lat własnego pomysłu na siebie, nie budowaliśmy własnej siły – tej jedynej karty negocjacyjnej w dyplomacji – nie mieliśmy więc czym grać, to jeszcze nie wystawialiśmy do relacji międzynarodowych innych person, niż te, które mogły budzić zdziwienie u naszych partnerów i radość wśród naszych wrogów.

Prezydent instruowany

Rząd opracował instrukcję dla prezydenta Nawrockiego. Ponieważ w wielu przypadkach jej tekst nie jest dostępny – publikuję go tutaj. Jest on dla mnie zapisanym na papierze krótkim skanem naszej bezradności, dowodem właśnie na to, że próba dopieczenia wrogowi wewnętrznemu kompromituje nas i samym faktem takiego ustawiania prezydenta, i miałkością merytorycznej takiej „instrukcji”. Mimo miałkości jest to pokaz i naszego pomieszania międzynarodowego, zasłużonego osamotnienia, cwaniakowania i wysadzania pociągów w dawno już zakończonej wojnie. Siadając do tego tekstu miałem zamiar rozłożyć tę instrukcję na czynniki pierwsze i skomentować akapit po akapicie, ale dość dobrze zrobił to red. Mazurek, a więc zwalnia mnie to z tego obowiązku, choć miałbym ku komentowaniu tego tekstu wiele innych uwag. A więc popatrzmy co rząd napisał, jeśli chodzi o to JAK RZĄD prowadziłby takie rozmowy, do czego przecież sprowadza się taka „instrukcja”

Warszawa, 25 sierpnia 2025 r.

Stanowisko Rządu RP w sprawie wizyty Prezydenta RP w Stanach Zjednoczonych

Rezultaty rozmów Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, Pana Karola Nawrockiego, ze stroną amerykańską, w tym z prezydentem USA Donaldem Trumpem, podczas planowanej w dniach 2-5 września br. wizyty w Stanach Zjednoczonych powinny w sposób jednoznaczny potwierdzić ponadpartyjny, stabilny i niezmienny od trzydziestu pięciu lat charakter poparcia politycznego oraz społecznego w Polsce dla pomyślnego rozwoju strategicznych i przyjacielskich relacji Rzeczypospolitej Polskiej i Stanów Zjednoczonych.

Najważniejsze będzie podkreślenie atutów Polski w zakresie znaczącego przekraczania zobowiązań sojuszniczych dot. wydatków obronnych, wyboru USA jako głównego partnera w modernizacji Sił Zbrojnych RP oraz dostawy źródeł energii (LNG, energetyka jądrowa). Zgadzamy się, że utrwalenie i rozszerzenie amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium Polski leży w interesie RP oraz Europy. Podobnie, zacieśnianie współpracy w dziedzinie energetyki poprzez zakupy LNG oraz budowę pierwszej elektrowni jądrowej stanowi filar bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju.

Priorytetowe znaczenie będzie miało przekonywanie strony amerykańskiej do potrzeby dobrych i bliskich relacji transatlantyckich. Z jednej strony, należy przedstawić argumenty przemawiające za istotnym znaczeniem Europy dla realizacji interesów bezpieczeństwa/narodowych Stanów Zjednoczonych, a co za tym idzie za utrzymaniem zaangażowania politycznego i obecności wojskowej USA w Europie oraz powtrzymania się przed antagonizowaniem Europy. Z drugiej strony, trzeba zapewnić o determinacji europejskich sojuszników do wypełniania sojuszniczych zobowiązań w zakresie wydatków obronnych i kolektywnej obrony oraz do brania odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo oraz bliskiego sąsiedztwa.

Najważniejszą z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa RP sprawą będzie kwestia negocjacji pokojowych dot. Ukrainy. Polska ponosi współodpowiedzialność za stabilność i bezpieczeństwo w regionie, dlatego jesteśmy w pełni zaangażowani we wszelkie wysiłki zmierzające do znalezienia rozwiązania wojny Rosji w Ukrainie. Rozwiązanie to trwały i sprawiedliwy pokój w oparciu o poszanowanie zasad prawa międzynarodowego i niezawisłości i integralności terytorialnej Ukrainy. Podtrzymujemy gotowość uczestniczenia w działaniach „Koalicji Chętnych”, która ma fundamentalne znaczenie dla ewentualnej operacji sił wsparcia. Polska docenia gotowość USA do zaangażowania w gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Nasze wspólne działania zdecydowanie zwiększą skuteczność takich gwarancji nie tylko w oczach Kijowa, ale także Moskwy, zwiększając prawdopodobieństwo osiągnięcia trwałego pokoju i zażegnując groźbę wznowienia działań wojennych.

Rząd uważa, że trzy sprawy wymagają szczególnej ostrożności. Po pierwsze, zasadne jest unikanie podejmowania zobowiązań dot. przyszłych zakupów amerykańskiego uzbrojenia z uwagi na trwające analizy potrzeb Sił Zbrojnych RP. Po drugie, wskazane jest wstrzymanie się z deklarowaniem poparcia dla podmiotu amerykańskiego jako wykonawcy elektrowni jądrowej w drugiej lokalizacji, gdyż stanowiłoby to ingerowanie w procedurę konkursową. Po trzecie konieczne jest unikanie poruszania kwestii ew. wprowadzenia podatku cyfrowego i regulacji mediów społecznościowych w Polsce, nie przesądzając wyniku dyskusji krajowych na ten temat.    

Napisane atramentem sympatycznym

Tyle sama instrukcja, przyznajcie, że łba nie urywa. Sam cel jej powstania skaził całość. Chodziło o skompromitowanie prezydenta. My mu tu dajemy instrukcje co je teraz wypełni, albo nie wypełni. Jak wypełni (co właśnie nagłaśnia rząd), to znaczy, że się słucha i wychodzi, że rząd jest od rządzenia, zaś Nawrocki od wykonywania instrukcji rządu. Czyli po naszemu. Jak nie wypełni – wyjdzie, że się stawia, eskaluje walkę z rządem, nawet za cenę tak celnie wyłożonych w instrukcji priorytetów polskiej racji stanu. A tak naprawdę same „rady” są tak banalnie oczywiste, że Nawrocki nie mógł ich nie dowieźć. To tak jakby mu radzić, by podał rękę Trumpowi na powitanie, a ten by się posłuchał.

W instrukcji, pomijając kompletne nielogiczności w obrębie tekstu na jedną kartkę, zionie kompletna sprzeczność. Wynika ona z naszego, już osamotnionego realizowania agendy przebrzmiałej. Chodzi o tzw. „Koalicję Chętnych”, co to się okazało, że to w Polsce projekt jednak rządowy, mimo wcześniejszych zarzutów do prezydenta, że się weń nie angażuje. Jest tu podstawowa sprzeczność – albo zachodnie wojska rozjemcze na Ukrainie i jej integralność terytorialna, albo pokój. I wysyłając prezydenta do Waszyngtonu z takim stanowiskiem, że jednak jesteśmy za „Koalicją Chętnych” (ciekawe do czego?), wpycha się nie tylko Nawrockiego ale  chce się wsadzić i Trumpa na lewe sanki. Trump chce to skończyć pokojem, zaś takie żądanie jest warunkiem taki pokój uniemożliwiającym.

Warto wrócić do deklarowanych przez Rosję – źródeł tej wojny, czyli powodów, dla których Rosja napadła na Ukrainę. Jednym, może najważniejszym (pomijam czy prawdziwym, ale deklarowanym przez Rosję) powodem była jej obawa przed zbliżaniem się NATO lub jej popleczników do granic Rosji. Należy tu podkreślić, że kwestia wojskowej misji stabilizacyjnej w wykonaniu Zachodu to narracja wyłącznie zachodnia. Putin, gdyby się na nią zgodził, zaprzeczyłby celom swojej wojny. Wojny, którą wygrywa. Po co miałby więc w wyniku zwycięskiej wojny zgodzić na warunki sprzed jej wywołania, którą przecież rozpoczął chyba jednak w celu polepszenia swej pozycji? To nielogiczne.

W takiej sytuacji Putin nigdy nie dopuści do pokoju, będzie wykrwawiał Ukrainę, zaś Europę ubezradniał poprzez wysysanie z niej zasobów marnowanych na tej wojnie, co doprowadzi Europę do bezbronności, w najlepszym przypadku głodowego zadłużenia na spóźnione inwestycje w militaria. A więc za chwilę nie będzie tematu. Ale w tych ruchach, zarówno Europy, jak i Tuska pobrzmiewa jednak chęć kontynuowania przy takich postulatach wojny, dodajmy – do ostatniego Ukraińca. I tu, jak widać, jesteśmy zapóźnieni. Europa pokazała już ostatnio w Waszyngtonie swoją bezradność i spolegliwość, nie ma się więc co Tusk z Sikorskim sadzić do Trumpa, że Europa sobie poradzi bez USA. Taka postawa staje się więc nie wygodna i dla Europy, zwłaszcza zaś Unii, bo wzmożeni Polacy przypominają Unii wciąż przegrane tromtadractwo, z którego Berlin chce się wycofać.

Splendid isolation po polsku

Zostaliśmy więc sami. Będziemy bronić opuszczonej twierdzy. Ciekawe czy, przy takich jak w „instrukcji” deklaracjach będziemy bronić Unii w jej przyszłym konflikcie z USA, czy staniemy przy pryncypiach, które wpisaliśmy na karteczce panu prezydentowi. O wiecznej przyjaźni i współpracy gospodarczej. A konflikt się szykuje (znowu mówiłem) przede wszystkim z tego powodu, że kraje Europy nie mają zamiaru realizować tego, co w umowie handlowej z USA obiecała, bez żadnych upoważnień, pani Ursula z Brukseli. Co się więc stanie z tymi ustaleniami jak kraje nie będą chciały ich realizować? Co się stanie z Ursulą? Unijnymi relacjami z USA? Czy ustalenia przejdą – daj Boże – na poziomy krajowe? A to byłby koniec Unii jako projektu…

I w tym wszystkim my – poseł Szczerba zapewnia, że bez Tuska nic się w Europie nie dzieje i dziać nie może, że Europa „mówi Tuskiem”. To akurat prawda, bo obie strony bredzą jak Piekarski na mękach. Łukaszenka zwraca się do Polski z projektem współpracy, Sikorski z pańska temu odmawia, zaś na drugi dzień Trump dzwoni do Łukaszenki, chwali gościa i umawia się, że do niego (na Białoruś!) osobiście poleci.

No tak, skoro my nie potrafimy prowadzić polityki wschodniej z naszymi najbliższymi sąsiadami, to będą za nas to robić goście zza Oceanu. To pokaz naszej mizerii, kompletnego szaleństwa i oddawania nas jako kolonii na łaskę kolonizatorów. Ale czego tu się spodziewać po politykach o duszach wyłącznie kompradorskich, czyli klasy lokalnej służącej interesom kolonizatora kosztem ludu tubylczego? Ale że to-to wybiera lud tubylczy to już osobna i ważniejsza chyba sprawa. W ten sposób skazujemy się na nasz los, bo albo własnej podległości w mimikrze naszych (?) przedstawicieli nie widzimy, albo te kajdany uważamy za drogocenne klejnoty, które w rzeczywistości są zrobione z tanich paciorków wyrżniętych z naszej niewolniczej naiwności.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Wypatrywanie końca wojny. Jerzy Karwelis.

Wypatrywanie końca wojny

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/30-08-wypatrywanie-konca-wojny

kWU

30 sierpnia, wpis nr 1372

Ja wiedziałem, że tak będzie, ale znowu wychodzi, że prorokowanie do niczego nie prowadzi, bo co to za radość z gorzkiej satysfakcji? Przenikliwość i dar przepowiadania przyszłości to dla regularnych adeptów tej przygody przekleństwo Kasandry, dla proroków incydentalnych, czyli niewprawionych, to pożywka do frustracji, że świat się jednak nie posłuchał.

Chodzi mi o sprawę ukraińską w Polsce.

Tak, mówiłem, grubo wcześniej, że będą z tym kłopoty i to na różne sposoby, nawet widać było na horyzoncie skalę tych problemów, które dzisiaj zaczynają się dopiero ukazywać. Intuicyjnie można było przewidzieć zwykłe ludzkie falowanie: od euforii pomagania, poprzez rutynę działań humanitarnych, obojętność i wreszcie wkurzenie na gości.

To ludzkie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które nie lubią stabilności, którą uważają za stagnację. A więc nam się znudziło, jako społeczeństwu, ale mamy tu jeszcze dwa elementy: władze nasze kochane i samych Ukraińców – i tu ważne – w podziale też na ichnie władze i lud rządzony.

My, Polacy

Polacy zareagowali spontanicznie i jak zwykle przy polskich reakcjach emocjonalnych poruszeń zbiorowych – wyjątkowo. Ludzie jeździli na granicę, by odebrać do domów nieznanych sobie ludzi, pomagali, dowozili, karmili i odziewali, dawali robotę. Państwo tu się mocno spóźniło, najpierw jak zwykle podciągnęły samorządy, potem zaczęło się jakoś ogarniać państwo. Odżyła polska, a właściwie ludzka, solidarność, Polacy przypomnieli sobie jak to z nimi jest, a właściwie – mogło by być.

Od samego początku w polskim kotle zawrzało. Lud potoczny zajął się pomocą humanitarną, zaś nadbudowa analizą i knuciem. Na samym początku pojawiły się nieśmiałe i ostracyzmowane głosy, że to nie jest wszystko takie proste, że to nie jest tak, iż jakoś tak sama z siebie, z mocarstwowego odruchu, Rosja rzuciła się na niewinną Ukrainę. Takie głosy były od razu wyzywane od ruskich onuc i ich wołanie na puszczy było zagłuszane coraz bardziej kontr-emocjami niż argumentami.

Ten proces trwa do dziś, jednak okazało się, że grono tych wątpiących w prosty przekaz manichejskich relacji powiększyło się (mnożąc argumenty geopolityczne), zaś grono akolitów antyonucyzmu zmniejszało się w tempie przyspieszonym. Co charakterystyczne – grupa zmniejszająca się liczebnie, czyli antyonucowa, pokrywała odpływ swoich zwolenników proporcjonalnym wzrostem hałaśliwości a właściwie – agresji.

Wywiązała się też debata, żeby tak rzec – geopolityczna. O dziwo odbywała się ona poza nurtem narracji państwowej. Różni osintowcy [ OSINT – Biały wywiad md] snuli swoje prognozy, oparte bardziej o kompilacje materiałów oficjalnych, ale pojawiły się obok dwa nurty: jeden wojskowo-taktyczny, drugi – geopolityczny na poziomie rozsupływania węzłów światowych implikacji wojny na Ukrainie. W tych pierwszych grupach, powiedzmy operacyjno-taktycznych przewodzili emerytowani wojskowi, którzy wręcz z mapkami w rękach tłumaczyli strategiczną wagę bojów o pojedyncze wioski lub przyczółki. Druga grupa – wyciągała wnioski na poziomie globalnym, z dużą dozą możliwych konsekwencji dla Polski, ba – nawet z postulatami konstrukcji na przyszłość.

Ten ostatni trend był mocno dynamiczny, gdyż zmieniał się w zależności od losów tej wojny. Najpierw się martwiono o Polskę, potem, kiedy „specjalna operacja wojskowa” ugrzęzła i przeradzała się w klęskę Rosji zaczęto snuć dywagacje, żeby Rosję docisnąć, porobić jakieś wielkie sojusze ze zwycięską Ukrainą i jeśli nawet nie iść z nią na Kreml, to chociażby zbudować ekstra sojusz, otwierający drogę do realizacji marzeń o Trójmorzu. Niewiele z tego zostało, gdyż losy wojny potoczyły się inaczej. Teraz ten komentariat raczej jest na grani dylematu: czy skończyć tę wojnę, by jednak coś ocalić, czy kontynuować ją, choć grozi jeszcze większą klęską Ukrainy? Tak jakbyśmy mieli wpływ na takie dylematy.

Ale to pozarządowa elita kraju. Lud miał co innego na głowie. Zaczęło się grymaszenie i znowu kolejny temat, tym razem ukraiński, stał się kolejną pożywką do wojny polsko-polskiej. Co dziwne, nie przejęły tych konfrontacyjnych proporców jak zwykle naprzemiennie partie POPiS-u, ale kwestia ukraińska podzieliła bardziej naród niż polskie partie. Te szły noga w nogę, ale do władz jeszcze wrócimy. Zaczęły się problemy, zwłaszcza dla tych, którzy widzieli nie tyle wyprzytkiwanie się z uzbrojenia, ale gniewali się już nie na niesłuszne zrównywanie praw Ukraińców z Polakami, ale wręcz uprzywilejowanie ich względem rodaków. Pomoc socjalna, na którą to polski obywatel się składał, zaś ukraiński nie. Uprzywilejowanie w naborach do szkół, przyjęciach do szpitala, uzyskiwanie praw na bezrobociu, czy praw emerytalnych. To było widać, Polacy dziwili się, że sami zasuwają na głodowe emerytury, zaś Ukrainiec po miesiącu pracy uzyskuje prawa do wyrównania mu emerytury do poziomu  najniższej w Polsce.

W dodatku rozpoczęło się, co oczywiste, sztuczne uchodźctwo na papierze, gdy można było uzyskać te wszystkie apanaże praktycznie nie ruszając się z Ukrainy. Procedery te rozwijały się na całego, zaś informowanie o nich było blokowane. Pojawił się znany z Zachodu syndrom, by złymi wieściami nie wzbudzać niechęci do migrantów. Tyle że u nas kolorowych przybyszów zamienili tylko Ukraińcy – sam to ćwiczyłem, kiedy chciałem się dowiedzieć o narodowości jakiegoś bandziora, który w Olsztynie rozjechał ciężarówą przystanek autobusowy. Nie można się było dowiedzieć kto zacz, co dawało jasną przesłankę – kto zacz, bo wiadomo kogo chronimy przed domniemanym gniewem ludu. Tak jak na Zachodzie. I tak jak na Zachodzie władzuchna wiedziała co ma myśleć większość, o czym ma mówić, a o czym nie, oczywiście dla jej dobra. Narastała frustracja tym tematem, tym większa, im bardziej tłumiona przez media i przemilczana przez autorów tego procederu – władzę.

Przygodę społeczną kończymy sfrustrowani, mamy gulę do Ukraińców, zbieramy na nich haki ich wpadek oraz deklaracje banderowskie, jako kształtujące ich tożsamość narodową i aksjologiczną. Ta frustracja została wyłapana przez polityków, którzy badają opinię publiczną i użyta do zdobywania popularności, czyli w demokracji – władzy. Szczególnie wyszło to w kampanii prezydenckiej, która ma tę cechę, że tu system jest nieszczelny i można usłyszeć w takiej kampanii najbardziej nieprawomyślne, antysystemowe tezy oraz zebrać za nie nagrodę poparcia. Ma więc ona coraz bardziej utrwalone i potwierdzone podstawy, choć, tak jak z ostatnim wetem prezydenta co do pomocy Ukrainie, klasa polityczna wciąż prawnie jedzie tym samym torem, choć społeczeństwo przestawiło już zwrotnicę swego poparcia. A taka sytuacja prowadzi do wykolejenia się pociągu może nie III RP, ale mainstreamu – na pewno.

Władzuchna

No tak, okazało się, że pomagaliśmy sprzętem wojskowym jak się dało, za darmo i bez żadnych warunków. Inne kraje postępowały bardziej powściągliwie, co nawet im wypominaliśmy. I kraje te do dziś nam to pamiętają i kiedy odwrócił się nasz (chwilowy) dobry fart – dziś dojeżdżają nas, trzymając w oślej ławce ustaleń. Okazało się, że ciężko wyjść z tego lejka, bo jak się zaczęło dawać od razu za darmo, to trzeba by było kiedyś przestać, a jak przestać, skoro tam Ukraińcy walczą za nas? I tak dojechaliśmy do rozebrania naszego wojska i znaleźliśmy się w próżni sprzętowej, gdyż starego sprzętu nie mamy, zaś stal na sprzęt nowy jest wciąż z rudach żelaza koreańskich czy amerykańskich kopalń. Mamy więc dziurę strategiczną strukturalnego osłabienia. Tyle militaria. Do tego dochodzi kredytowanie w ciemno interesu Ukrainy, nawet wtedy, gdy jest on sprzeczny z naszym.

Co do strategii polskich władz to mieliśmy do czynienia z rzadkim przypadkiem porozumienia ponad podziałami. Cała klasa polityczna obstawała przy eskalacji wsparcia – pal licho, że militarnego w sprzęcie, ale dlaczego socjalnego, to już nie rozumiem. Szły boje wojny polsko-polskiej o największe bzdury, ale tu akurat zgadzano się w zupełności ze sobą. Ba, nawet mieliśmy przypadki zarzutów ze strony opozycji, że za mało, coś jak za kowida, że rząd (tu wstawić dowolny rząd) nie dość się stara. Fenomen ten jeszcze bardziej eskalował frustrację społeczeństwa, gdyż okazało się, że cała klasa polityczna ma je gdzieś, co rodziło podejrzenia o systemowe układanie się niby-wrogów.

Wielu postulowało, że ten pokój w wojence polsko-polskiej powodowany jest jednością racji stanu ponad podziałami.

Nic takiego nie miało i nie ma miejsca. Mieliśmy jedność, bo tak akurat nałożyły się priorytety naszych patronów – dla PiS-u amerykańskiego interesu, dla Tusków – niemieckiego, kiedy obie strony chciały kontynuowania tej wojny. Tak naprawdę dla ludu było to sprzedanie bajeczki, że tym razem cudzymi rękoma osłabiamy naszych wrogów, nie jesteśmy „first to fight”, a więc lepiej dawać sprzęt, gdyż każdy zabity polską haubicą Ruski, to Ruski, który nie wejdzie na polską ziemię. A więc wydawało nam się, że mocarstwowo wręcz toczymy wojnę per procura.

Ale taka narracja prowadziła do wciskania ludowi również i bajeczki, że to „nasza wojna”, a więc stopień jej zaangażowania miał być taki, jakbyśmy co najmniej toczyli wojnę prewencyjną, albo wręcz na nią się wybierali. Wizja klęski Ukrainy była automatycznie przenoszona na „następne kraje”, bo to Rosja miałaby się nie zatrzymać i odwojować całe po-stowieckie imperium, łącznie z nami. Ta narracja jest szczególnie kultywowana na Ukrainie, gdyż stanowi jedyne już uzasadnienie przewlekania przegranej wojny w prometejskim mesjanizmie krwawej ofiary w imię ocalenie Europy. A taka konstatacja prowadziła u nas do podżegania wojennego, gdyż taka wojna musiałaby się skończyć kompletną klęską Rosji, co stawało się szkodliwym marzeniem za cenę przelewania ukraińskiej krwi. W ogóle kontynuowanie wojny stało się priorytetem dla większości, oprócz ludu ukraińskiego. Putinowi dobrze idzie, a więc po co mu pokój, Zełenski też nie chce skończyć tej wojny, gdyż warunki ewentualnego pokoju będą o wiele gorsze niż propozycje stambulskie, które prezydent Ukrainy odrzucił na początku wojny. I ktoś się może zapytać dlaczego i po co zginęły po tym setki tysięcy ukraińskich żołnierzy? Europa, w przebraniu unijnych globalistów, też chce tę wojnę pociągnąć, gdyż interesy idą w najlepsze, również z Rosją jak nigdy dotąd, zaś panikowanie Europejczyków strasznym Putinem, jak za kowida, służy za pretekst do odzierania nas wszystkich z własności i wolności, domykając projekt federalizacyjny, tak przecież konieczny w obliczu jednakowych zagrożeń.

I polskie władze, bez względu na barwy siedzą teraz w tym wszystkim po uszy. Wyprztykani, jesteśmy wyproszeni z salonów, Polak zrobił swoje i Polak może odejść. PiS angażował się w Ukrainę dla przyjaźni z Ameryką, Tusk, bo taka postawa jest na rękę jego niemieckim mocodawcom. Tak czy owak – zawsze Nowak.

Najgorsze właśnie nadchodzi, gdyż, przy budowaniu z obu stron politycznego sporu jedności postaw antyrosyjskich, zbliżenie Trumpa i Putina wywala wszystko do góry nogami. Wywala, gdyż nie da się pogodzić dążenia do pokoju ze strony Trumpa z naszymi, nawet do niego, deklaracjami wrogości wobec Moskwy, kiedy z nią układają się USA. To raczej obciąża naszą pozycję, jako partnera dla Waszyngtonu – jesteśmy w tym układzie koleżką co prawda zasłużonym, ale i kłopotliwym. Kiedy układają się na nowo losy świata (nie jakiejś tam Ukrainy) to my wyskakujemy ze swoją pryncypialnością, głosząc rewelacje, że Putin kłamie i nie należy mu wierzyć. Jest to przenoszenie na grunt światowy naszych debilnych postaw dyplomacji opartej na zaufaniu, wierze, nie zaś na sile – tym największym gwarancie porozumień i traktatów. 

Niemieckie ambicje lokowane w Polsce każą Tuskowi również przeć do eskalacji wojny poprzez kontynuowanie tej beznadziei, która może pogorszyć los Ukrainy i w konsekwencji naszą pozycję. I nie dlatego, że Rosjanie zbliżą się do naszych granic (bo i tak już są zbliżeni), tylko dlatego, że przez naszą pozycję elementu bezwolnego w tej rozgrywce, Trump z Putinem mogą namówić się na różne koncesje, zaś Kreml jasno deklaruje, że pokój będzie naprawdę, jak znikną „źródłowe przyczyny tej wojny”. Nasza upokarzająca pozycja na końcu tej wojny pokazuje mizerię całej naszej dyplomacji w III RP. Płacimy rachunki za nie budowanie własnej siły, nieuzgodnienie naszej racji stanu, używanie polityki zagranicznej wyłącznie na użytek wewnętrzny i serwilizm wobec priorytetów naszych zewnętrznych patronów. POPiSowy ten układ wątek ukraiński naraża na upadek, gdyż jest to polityczne złoto dla zwolenników tezy o pryncypialnej jedności modelu popisowskiego i pozorności wojny polsko-polskiej. A jest to konstatacja antyestablishmentowa, stanowiąca pożywkę dla populizmu, w jego trumpowskim, zdroworozsądkowym zastosowaniu, które może systemowo rozsadzić kompradorski model III RP.

Ukraińcy

Zacznijmy od ludu. Mamy tu, z punktu widzenia polskiego, do czynienia z trzema grupami. Przyjmijmy, na potrzeby klarowności dyskursu, mocno wątpliwe założenie, że tam na Ukrainie lud jest w miarę jednolity co do stosunku do tej wojny, ale jeszcze wrócimy do tego wątku. Teraz zajmijmy się Ukraińcami w Polsce. Ja już tu pisałem, że mamy u nas do czynienia z dwiema grupami migracji: przedwojenną i powojenną. Uwaga – w dużej mierze wrogimi sobie. Przedwojenni ze zgrozą widzą tę nową migrację: butną, roszczeniową (wszak walczymy w imieniu Europy, no może nie my osobiście, bo my akurat w Polsce), coraz bardziej zideologizowaną na antypolonizm. No wypisz-wymaluj jak inżynierowie na Zachodzie. I ci pierwsi patrzą się na to ze zgrozą, bo przedwojenni mieli swój pomysł na siebie w Polsce raczej na stałe, chcieli się tu może nie zasymilować, ale co najmniej zintegrować. Za granicą, ale blisko swego kraju. W dobrych relacjach z Polakami. A tu zachowania drugiej migracji są przez Polaków wrzucane do jednego wora ocen. Ocen idących w dół. 

A tu wjeżdżają na pełnej petardzie nie tylko chłopaczki w wieku poborowym, jednocześnie wzywający Polaków do wsparcia, nie tylko oszuści socjalni, ale zaczyna do nas napływać cały ten oligarchiczny eksport z Ukrainy. Ten rak społeczno-polityczny, który i przed wojną doprowadzał ukraiński potencjał do ruiny. Nowa, powojenna migracja psuje te subtelne relacje, które tkali uważnie Ukraińcy przedwojenni. I przedwojenni praktycznie nic nie wiedzieli o jakichś tam banderowcach, teraz zaś ze zgrozą widzą tę ideologię, jako główny wyróżnik tożsamości ukraińskiej, zbudowanej na krwi i nienawiści do wrogów.

Pomoc socjalną Ukraińcy odbierają jako polskie frajerstwo, na zasadzie: „masz frajera to go duś, jak się zesra, to go puść”. I teraz ta bańka pękła. I to na dwie części – nagle skończyło się bajanie o kluczowym wkładzie migracji ukraińskiej w polską gospodarkę. Ta miałaby się rozpaść bez Ukraińców, którzy z naddatkiem oddają ponoć to, co dostają w pomocy społecznej. Jak doszło do prezydenckiego weta to wszystko się posypało, bo przecież takie 800+ będzie zabrane tym, co nie pracują, a więc nie dokładają się z naddatkiem do polskiej pomocy społecznej. Argument został zbity, bo pracujący Ukraińcy dalej przecież będą się dokładać, zaś ci, co się nie dokładają – nie dostaną nic. Zaczęły się pojawiać rzeczywiste bilanse ukraińskiego wkładu do budżetu i tego budżetu wydatków na Ukrainę i Ukraińców. I, już bez zarzutów o onucyzm, okazało się, że ten bilans jest tak z grubsza 10:1 albo i więcej na korzyść Ukraińców.

Drugim argumentem w sprawie weta odnośnie pomocy dla Ukrainy był mit matki z dziećmi w Polsce (a więc niepracującej), której mąż walczy na Ukrainie za Europę. Takie osoby należałoby wspierać. A tu właśnie im zabieramy. I tu zaczęły się na niekorzyść Ukraińców pojawiać argumentu ciężkiej wagi. Jak to jest, że Polska, kraj o dwa razy większym deficycie budżetowym niż wojująca Ukraina, ma wspierać państwo o wyraźnie lepszej pozycji budżetowej? Po co mają tu siedzieć żony wojujących ojców, skoro mogą pojechać na Ukrainę, zwolnić męża z frontu, a na jego miejsce wstawić ze trzech młodych byczków, co to hulają po klubach nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, ale i w Kijowie  i Odessie? Czemu to Polska ma być historycznym ewenementem państwa utrzymującego dwa kraje i dwa narody?

No i zostali nam jeszcze Ukraińcy na Ukrainie i ich władze. Lud tam się mocno dzieli na tych, co mają już dość i tych, co to do krwi ostatniej. Obie postawy są zrozumiałe, ale ci pierwsi – zwolennicy pokoju – nie mają przełożenia na działanie władz. Trump ma w garści Zełenskiego, który może nie tylko wyłączyć Zełenskiego w sekundę zabraniem mu broni, a bardziej informacji wywiadowczych i tzw. targetingu (Ukraińcy się wyrobili we własnej produkcji), ale pokazaniem Ukraińcom co najmniej przeczuwanych przez nich machlojek zarabiających na krwi ukraińskiej oligarchów, z samym prezydentem włącznie. Zełenski na razie jest trochę wypuszczony na wolność, bombarduje Rosję, ale Trump na to się godzi, gdyż ma nadzieję, ze to popchnie Putina do pokoju. A co może w tej wojnie Trump widać było w czasie ostatniej wizyty w Waszyngtonie. Putinowi zrobić Trump nic nie może, ale Ukrainie i Europie na tyle dużo, że w Białym Domu wszyscy przycupnęli jak grzeczne pieski i słuchali pana jak będą wyglądały spacerki i treningi, oraz ile za to pieski zapłacą.

Ukraińcy na Ukrainie przeszli długą drogę. Najpierw dumy ze zwycięstwa, później pedagogiki narracyjnego męstwa, kiedy jednym tchem domagali się pomocy, szacunku do swego wysiłku wojennego, drugim zaś namawiali swoje dzieci, by spylały dokąd oczy poniosą. Króluje jeszcze, choć w stopniu gasnącym mit, że Ukraina poświęca się dla pokoju w Europie i w ogóle na świecie. Nie jest to prawda, gdyż ta opowieść, jako już tu się rzekło, jest jedynym uzasadnieniem kontynuowania przegrywanej wojny dla Ukraińców, zaś dla Zachodu jest to pretekst do wzmożenia wysiłku pomocowego, głównie w formie deklaratywnej, bo militarnie Europa musi byś słabiutka, skoro to ponoć my jesteśmy jej największym zasobem wojskowym.

Moi znajomi Ukraińcy interesują się Polską, ostatnio dopytywali mnie z troską, jeszcze w trakcie kampanii, o Nawrockiego. Byli bowiem straszeni, tam u siebie i na migracji w Polsce, że Nawrocki jest ukrainożercą, choć dowody na to leżały w domaganiu się ekshumacji ofiar Wołynia, niewiele więcej. Teraz, po wecie prezydenta, mają uzasadnienie swych wcześniejszych obaw, nie wiedząc (nie pamiętając?), że podobne postulaty co do ograniczenia 800+ dla Ukraińców miał i kontrkandydat Nawrockiego. Ale kto tam się bawi w takie subtelności.

Moi Ukraińcy przeszli pewien proces, który uzasadnia tezę o budowaniu swej tożsamości na fladze symbolizującej krew i ziemię. Kiedy w 2017 roku Elinie powiedziałem o filmie Wołyń, ta nic nie wiedziała ani o tej tragedii, ani nawet o jakimś Banderze, co dopiero Szukiewiczu, czy innych piewcach czystki etnicznej. Kiedy dotarła do filmu, obejrzała go, to zadzwoniła do mnie, że to wszystko ruska propaganda, która ma nas skłócić. Nie było więc o czym gadać. Dziś Elina, po z górą trzech latach tej wojny wie już doskonale kto to jest Bandera i że Wołyń był smutnym pokłosiem walki tambylców z „polskimi panami”. Skądś się o tym dowiedziała, że z jakiegoś powodu zmieniła zdanie. Coś tam się narracyjnie dzieje na tej Ukrainie i nie są to dobre wieści dla sąsiedzkiej współpracy.

Co ciekawe – kogo słucha Ukraina okazało się właśnie niedawno. Wystarczyło, że ukrainofila Dudę zastąpił Nawrocki i okazało się, że i można naszą politykę prowadzić inaczej i Ukraińcy, dotąd butni po naszym bezwarunkowym wyprztykaniu się, zaczynają na poziomie władz trzeźwieć. Wystarczyło się tylko postawić. Nawrocki, który wybiera się do Trumpa pokazał jak to jest z tą tezą Tuska, że „rząd rządzi, zaś prezydent – reprezentuje”. Nawrocki jadąc do Waszyngtonu zwołał naradę państw bałtyckich, by uzgodnić wspólne stanowisko i zanieść jakieś supliki do Trumpa, a więc zaczął robotę (wreszcie!) na poziomie kreowania koalicji wspólnych interesów, czego Tusk zrobić nie jest w stanie, bo ani go w USA nie tolerują, a w sprawach europejski (jeśli już w ogóle) jedzie w trzecim wagonie. Ale po zakończeniu tych bałtyckich rozmów Nawrocki doprasza do narady Zełenskiego, zaś ten zachowuje się racjonalnie. Nie pyskuje, nie świeci w polskie oczy naszym onucyzmem, nawet nie zająkuje się o 800+. Dziękuje za to, że został zaproszony, za to, że będzie miał szansę ustami Nawrockiego może dodać coś do obecnych ustaleń, tych bez Polski. Czyli widać (co oczywiste, ale nie dla nas), że Ukraina szanuje tylko siłę i sprawczość, nie zaś Dudzie zaśpiewy o Ukropolinie.

Z nimi trzeba twardo – realizować nasz interes narodowy i zabierać ze sobą Ukrainę tylko wtedy, kiedy nasze interesy nie są konfliktowe. Inaczej niż czynił Duda, co tylko rozzuchwaliło Kijów. Mam nadzieję, że te czasy się właśnie kończą, co – paradoksalnie – może wyjść na dobre Ukrainie, która nie widzi, że jej romans z Niemcami jest przez nie instrumentalnie wykorzystywany.            

Przed Ukrainą ciężkie czasy – lud widzi, że został nie tylko wycyckany, ale i wykrwawiony, że wojna mogła się skończyć wcześniej, że nie wiadomo kiedy się skończy, ale wiadomo, że im dłużej potrwa, tym gorzej się skończy. Kijów jest rozgrywany do realizacji interesów o większej skali, jest tylko tematem zastępczym, pod którego pretekstem Trump ułoży się z Putinem, choćby i na temat Arktyki, zaś Niemcy pod pretekstem zagrożeń z Moskwy skończą swój projekt federacyjny z europejską armią sterowaną z Berlina, która nie wiadomo na kogo ma pójść.

Epilog

Ja wiedziałem, że tak będzie. Wiedziałem w ciemno, bo wszystkie nasze szlachetności to wyraz naiwnej postawy, która w obecnym świecie przegrywa na całego. Jesteśmy pechowi z tymi poruszeniami, gwałceni jak Kasandra, która miała rację, choć (a właściwie dlatego) przegrała. Nawet to przeczuwałem, kiedy byliśmy na szpicy w pomocy militarnej i humanitarnej, kiedy wszyscy patrzyli z zachwytem na nas, Polaków. Już wtedy wiedziałem, że to zostanie spitolone, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem, że jak zwykle wyjdzie po staremu. I wyszło, wyszło, że dla Ukraińców jesteśmy wrogiem nr. 2 (na razie) po Putinie. I mamy zakorzenione poczucie niewdzięczności ze strony Ukraińców. Po tym wszystkim, co dla nich zrobiliśmy. No, rzeczywiście, Putin nie mógł sobie wyobrazić, albo lepiej przygotować, takiej historii. Dwaj najwięksi wrogowie Rosji pokłócili się ze sobą. Dobra inwestycja na przyszłość.  

Piszę ten tekst, jakby ta wojna miała się zaraz skończyć. Nadzieje na to są raczej płonne, gdyż o tym pokoju się tylko gada, zaś nikt go sobie chyba nie wyobraził jeszcze. Wszystkie strony są w impasie, by jej jednak nie kończyć, bo może dojść wtedy do gorszących bilansów. Nie wiadomo co będzie. U nas wiadomo jedno – mizeria naszej pozycji stoi jak słoń w kącie salonu i każdy udaje, że go nie widzi.

Ale żeby się uratować to właśnie trzeba go po pierwsze zauważyć, po drugie wystawić na środek, by o nim pogadać i po trzecie – zastanowić się co wynika z tej lekcji, by jej nie powtarzać. A wiadomo przecież, że jeśli historia się powtarza to nie poprzez zrządzenie losu wraca jako farsa. Ona wraca jako farsa dlatego, że elity nie wyciągnęły z niej wniosków, nie zapobiegły konsekwencjom, wchodząc w korkociąg w dół, coraz stromszy, z coraz węższymi obrotami. Ku ziemi, tej ziemi…                          

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

=========================================

mail:

Autor jakby nie widział o czym pisze.

Sprawa była nagrana przynajmniej od 2016 r., a przypuszczalnie wcześniej
Już w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęto wybielanie banderyzmu.
Na drugi dzień po rozpoczęciu specjalnej akcji wojskowej cała Polska 
zakwitła sino-żółtymi sztandarami.
Kościół, zazwyczaj tak powściągliwy i roztropny natychmiast włączył się 
do akcji.
Na kościołach zawisły sino-żólte barwy, nawet skrzynki „na ubogich” 
zmieniły nazwę i dostały opaski we właściwym kolorze.

Ci co tu przyjeżdżali przeważnie nie byli żadnymi uciekinierami.
Wojna w Donbasie trwała już od ośmiu lat,
i jeżeli stamtąd uciekano, to do Rosji.

Było to planowe przesiedlenie, uzgodnione z polskim rządem, na czyj 
wniosek, Zelenskiego, Putina, Bidena, nie wiem.
Celem jest rozbicie polskiego narodu obcym elementem, i następnie jego 
likwidacja.