Pamiętnik z roku 2456 się coraz bardziej sprawdza…

Dziś siedemsetny dzień polskiej pandemii. Tak, tej, w której mieliśmy się zamknąć na 2-3 tygodnie, a wyszło jak wyszło. Przy takich okrąglicach mam w zwyczaju (robię to już drugi raz) wracać do pewnego wpisu z 16 maja 2020 roku, a więc z zamierzchłych czasów końcówki Kwarantanny Pierwszej, w której jak widać po tekście poniższym – trochę zacząłem odjeżdżać. Był to drugi miesiąc kwarantanny i już w tej malignie zaczynałem miewać zwidy przyszłości. Bawiłem się lemowską formą mego Mistrza i popadałem w futurologię. Ale przy okrągłych okazjach wracam do tego tekstu, by zobaczyć czy coś się spełnia. I… spełnia się. A więc ku pamięci wiernym czytelnikom, i uciesze tym, którzy są z „Dziennikiem” od niedawna i nie natrafili jeszcze na ten tekst – przytaczam.

https://dziennikzarazy.pl/31-01-pamietnik-sie-coraz-bardziej-sprawdza/ Karwelis

————————

16 maja, rok 2456 (i.e)

Raport z eksploracji stanowiska nr 19, rejon Voila, obszar Mazovia

Do Głównej Dyrekcji Zarządzania Przeszłością

Szanowny panie prezesie-generale,

Pragnę powiadomić Pana, że w trakcie wykopalisk zespół nr 9 znalazł unikatowy artefakt sprzed około 450 lat, czyli z epoki Pierwszego Wirusa, a ściślej sprzed 2 lat przed ŚZM (Światowe Zdjęcie Masek), datowanego na 2022 rok i.e. (ich ery). Nazwaliśmy go Flashstick’iem z Varsovii. To fantastyczne znalezisko pozwoli nam uzupełnić historyczną wiedzę na temat funkcjonowania cywilizacji w tym nie dość rozpoznanym do dzisiaj okresie. Jak wiadomo Wielki Impuls skasował całą elektroniczną pamięć ludzkości oraz wszystkie zapisy farbą czy tuszem na papierze. Ocalały jedynie nieliczne świadectwa w formie papierowej i to tylko te uratowane przez Jamesa Bulera, bibliotekarza z Glasgow. Buler nieliczne egzemplarze wyniósł na wieś do chlewika swego kuzyna podczas Rewolucji Antyszczepionkowców (RA).

W ten sposób przypadkiem uratowały się bezcenne księgi, gdy po latach ujawniły się wyjątkowe zdolności ekranowania Impulsu przez cynowy sagan na pomyje (model Slop Light Limited), któremu książki Bulera służyły za podstawki. Prawdopodobnie Buler uratował gdzieś w ten sposób jeszcze więcej książek, ale nie wiadomo gdzie, gdyż jako należący do grupy oskarżanej o kolaborację z Rządem Światowym (tzw. yntelygent) został podczas RA rytualnie uśmiercony poprzez wciśnięcie na głowę tradycyjnej korony z cierniowych maseczek i nafaszerowanie go 10 litrami szczepionki antiCovid-6.0 przez członków komando K5G (Kill 5G) przy wsparciu młodzieżówki YMCA (Young Masks Carring Abort). Tytuły ocalone przez Bulera (pomijając tzw ero-varia, czyli rocznik kolorowego czasopisma pt. „Bezpruderyjne azjatki”) to głównie tzw. „Decameron” i „Guliwer”, do których jeszcze wrócimy w niniejszym Raporcie.

Przypomnijmy, że jedyną wiedzę jaką posiadamy o czasach po okresie Pierwszego Wirusa czerpaliśmy dotąd z tzw. Pendrive’a z Antwerpii, bo wcześniejsze zapiski zniszczył powyższy Impuls. W obu przypadkach – naszego Flashstick’a z Varsovii i Pendrive’a z Antwerpii – powtarzają się te same okoliczności przetrwania Wielkiego Impulsu przez wspomiane artefakty. Oba te przedmioty zostały znalezione w zwaliskach tekturowych tutek. Ich gigantyczne ilości zdają się obalać hipotezę profesora Gargola, który twierdził, że znajdowane już wcześniej tutki są pozostałością po tzw. papirusach toaletowych, nawijanych na nie. Postulowany przez profesora prozaiczny sposób ich użycia tu przeczy jego „toaletowej” tezie – ilość znalezionych tutek była w obu przypadkach przeogromna, co wyklucza potrzebę gromadzenia takiej ilości „papirusa” dla pojedynczego osobnika. Te sprzeczności mogą z kolei przemawiać za koncepcją dra Borgola, który wywodził, iż tutki miały raczej znaczenie religijne, w rodzaju wotów dla bóstwa, jak te z metalu, znalezione na ścianach dawnych świątyń. Jednak wota metalowe przedstawiały kształty uzdrowionych organów lub kończyn, co w przypadku sposobu użycia tutek „papirusa” musi budzić wątpliwości lub co najmniej niesmak co do tak skonstruowanej analogii.

Udało nam się odczytać treść z Flashstick’a z Varsovii. Tak jak w przypadku Pendrive’a z Antwerpii nieocenioną pomoc wykazało Tajne Depozytorium Maszyn Nielegalnych dając nam do dyspozycji jedyny ocalały cyfrowy egzeplarz maszyny z tamtego okresu (tzw. Apple z Tymbarku). Okazało się, że odczytany zbiór to „Dziennik zarazy”, zapiski z samego okresu Pierwszego Wirusa, jednak analiza komparatywna z innym dziełem z epoki podobnej pandemii – ze wspomnianym „Decameronem” – wykazała znaczne różnice. Pomijając ewidentnie wyższy poziom literacki autora „Decamerona”, oba zbiory zapisków różni podejście do opisywanej rzeczywistości.

Choć oba teksty łączy motyw kwarantanny, to zbiór z epoki tzw. Owrzodzenia dotyczy opowieści, które wymienia między sobą dziesięć osób zamkniętych w kwarantannie. Za to „Dziennik zarazy” jest monologiem jednego, nieznanego jeszcze autora. I tak jak wcześniejsze dzieło jest barwnym opisem obyczajów cywilizacji na tym etapie, tak „Dziennik” dotyczy głównie samej pandemii, i to przede wszystkim w jej aktualnym, politycznym aspekcie. Daje nam to mniejsze wyobrażenie o obyczajach epoki Pierwszego Wirusa, ale pokazuje znaczny stopień osadzenia ówczesnych wydarzeń w dominującym wtedy jak widać kontekście politycznym. To zaś uzupełnia brakujące do tej pory ogniwa łączące nieliczne ocalałe przekazy papierowe z czasami, o których już coś wiemy – chociażby ze wspomnianego już Pendrive’a z Antwerpii, opisującego okresy po Wielkim Zaszczepieniu, ale jeszcze sprzed dynastii Bosaków.

„Dziennik” pokazuje nam świat w jakimś do tej pory nieodczytanym konflikcie. Wszyscy się ze wszystkimi spierają, a głównie mówią o jakimś Kaczyńskim, o którym późniejsze dzieje, a właściwie nieliczne ich przekazy, milczą. Właściwie zapiski nie ujawniają czego dotyczy ten zażarty spór. Widocznie autor uważał go za na tyle oczywisty, że o jego przyczynach nie wspominał. Wielu naszych naukowców na podstawie tych zapisków potwierdza taki konflikt, jednak co do jego istoty ujawniają się różne hipotezy. Znalezione na innych stanowiskach (głównie stanowisko „Sasin”, pola 14 i 16) podarte tzw. „pakiety do głosowania”, podobizny w/w Kaczyńskiego w różnych stylach (koreański dyktator, tzw. Stalin, afrykański watażka) nie przybliżają nas do odkrycia znaczenia tych znalezisk. Do tej pory sama identyfikacja Kaczyńskiego wydaje się wewnętrznie sprzeczna – w linkach dziennika wspomina się w jego kontekście o jakimś Kaczorze-Dyktatorze, a zaraz znowu o jakimś Zbawcy Ojczyzny. Należy zastanowić się nad śmiałą tezą adiunkta Bobasa, że chodzi o tego samego człowieka, tylko różnie ocenianego. Ale tak skrajnie?  

Wynikają z tego z kolei różne hipotezy dotyczące samego kształtu ustroju politycznego ówczesnej cywilizacji. Po pierwsze dużo się mówi o tzw. wyborach. Według profesora Dambasa chodzi tu o jakiś sposób selekcji czy powoływania menadżera państwa. Według niego łączy się to w nieodgadniony dotąd sposób ze wspomnianymi podartymi kopertami. Dodajmy, że chodzi o okres występowania państwa jako tworu politycznego, czyli mówimy o czasach jeszcze sprzed powołania Rządu Światowego, w którym to procesie koncepcja tzw. wyborów nawet nie była znana (zresztą do tej pory przecież nie wiadomo – o czym można mówić tylko na zamkniętych seminariach dla wybranych działaczy – skąd się Rząd Światowy wziął, ale skoro już się wziął i był od razu światowy…).

Sam proces wspomnianej selekcji wywoływał ówcześnie ogromne emocje i konflikty. Doktor Blombas uważa, że w kraju autora „Dziennika” istniały podziały na trzy ugrupowania, które różniły się według miejsca rytualizacji swoich obrządków (tzw. zakupy). Mieli to być żabkowcy, lidlowcy i biedronkowcy. Jednak hipoteza ta wydaje się dość słaba, gdyż oparta jest jedynie na nazwisku domniemanego przywódcy tej ostatniej grupy (Biedroń). Podział ten nie jest potwierdzony wprost w dzienniku. Doktor Balabis twierdzi z kolei, że konflikt ten ma inne podłoże, wywodzące się jeszcze od drugiej z ocalałych książek, autorstwa niejakiego Swifta pt. „Podróże Guliwera”. Występują tam dwa narody Liliputów i Blefusków, które wyniszczają się w długoletniej wojnie z powodu różnicy zdań co do tego, z której strony (grubszej czy spiczastej) należy stłuc jajko ugotowane na twardo by je obrać (i zjeść? było to jeszcze przed wyginięciem tzw. ptaków, które prawdopodobnie konstruowały w/w jaja). Doktor Balabis uważa, że to kontynuacja tego konfliktu, ale za jedyne poparcie tej tezy ma tylko to, że szef jednego z ugrupowań z „Dziennika” był niski, zaś druga strona politycznego sporu (Blefuskowie?) nie chcieli się spotkać z Liliuptami (sic!) na tzw. jajeczku…

Co jeszcze wiemy z zapisków? Głównie wiemy czego JESZCZE nie wiedzą ówcześni. Nie wiedzą, że już za dwa lata władzę nad cywilizacją przejmie grupa światowych oligarchów (tzw. grupa Windows) i że po chwilowej euforii związanej z ŚZM (patrz wyżej) zarządzi ona obowiązkowe szczepienie szczepionką przeciwko wirusowi (Wielkie Zaszczepienie), wynalezioną przez wspomnianą grupę. Ludzie epoki Wirusa nie wiedzieli także, że szczepionka ta doprowadzi do masowego wymierania i w jej wyniku do depopulacji, choć głosy takie się już pojawiały a ich autorzy kierowani byli do tzw. psychuszek. Tym bardziej nie wiedziano jeszcze, że sprawa wyda się po 20 latach, co spowoduje przywołaną już tu Rewolucję Antyszczepionkowców (RA), a co dopiero mówić o wiedzy na temat późniejszego Wielkiego Impulsu, który zawróci ludzkość ze zgubnej drogi w przepaść globalizmu, i potwierdzi ostatecznie dogmat o płaskości naszej planety.

W czasach „Dziennika” jedynie wzmiankuje się kwestie wynalezienia szczepień i ich obowiązkowości, ale nie ma to jeszcze wtedy większego znaczenia. W opowieściach króluje polityka, dająca nam jakieś pojęcie o tym czym żyli wtedy ludzie, ale widać, że podkłady konfliktów społecznych pod przyszłą RA zostały już wtedy położone. W sumie ludzkość miała tematy jednak dość lekkie, nieświadoma zakresu przyszłej zmiany całego paradygmatu swego funkcjonowania.

Należy jednak podkreślić wyjątkowość znaleziska, które uzupełnia nasze braki w wiedzy na temat rozwoju cywilizacji sprzed Wielkiego Impulsu. Teraz każdym z wpisów powinni zająć się antropolodzy i archeolodzy. W zapiskach znajduje się bowiem wiele fotografii z tamtego czasu i tzw. linków do Internetu, który został zdelegalizowany od czasu Wielkiego Zaszczepienia.

Wiemy coraz więcej, ale też coraz więcej pytań. Kopiemy więc dalej. Na razie same tutki…

P.S. Za tydzień wyślę posłańca z kolejnym raportem. Trzeba uważać, bo poprzedniego pojmało podobno ugrupowanie KORWiL (Konfederacja Obrony Rozumnych – Wolność i Ludożerstwo). Słuch o nim zaginął, strach myśleć – dlaczego.

z poważaniem

dr Yersey Pigeon

Więcej wpisów na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Testoza polska

Dawno nie widziałem takiego zamieszania. Chodzi o ustawę obostrzeniową, nie żadną modyfikację ustawy posła Hoca, a właściwie posła, który był twarzą przedłożenia ministra Niedzielskiego. To trafiło do kosza, bo nowy projekt ma całkowicie inny kierunek. Wychodzimy z obowiązku szczepień pracowników (program minimum dla Niedzielskiego) i idziemy w kierunku testozy. A więc minister zdrowia ma pełne moralne prawo (obowiązek honorowy?) do ustąpienia.

https://dziennikzarazy.pl/28-02-testoza-polska/ Jerzy Karwelis 28 styczeń

=========================

Teraz trochę o zamieszaniu jakiego III RP nie widziała. Było tak:

„Komunikaty PiS na temat ustawy o segregacji sanitarnej z ostatnich 72 godzin:

będzie uchwalona na tym posiedzeniu

nie będzie

będzie, ale nie teraz

będzie uzupełniona o drugą

będzie zmieniona na inną

Ostatecznie przepychają. Dodatkowe posiedzenie we wtorek.”

I to tylko z ostatnich 72 godzin, a przecież lex Hoc już się przewijało po sejmowych korytarzach.

Teraz mamy powyższy chaos i poniższy bełkot. Oto poseł promujący, Piecha, który wymienił się z posłem Hocem na twarzowanie nowemu przedłożeniu:

No dobra, ale na poważnie co tam jest? Prawnie jest też bełkotliwie, ale przełóżmy to na polski, teraz, wyjątkowo za posłem Budką.

Testowanie i pojęcie pracownika

1. Ustawa stawia znak równości pomiędzy pracownikami a osobami wykonującymi usługi na podstawie umów cywilnoprawnych.

2. Raz w tygodniu pracownik ma prawo do bezpłatnego testu. Częstotliwość może ulec zmianie ze względu na sytuację epidemiczną albo dostępność testów (rozporządzenie ministra zdrowia).

Możliwość żądania przez pracodawcę wyników testów i świadczenia odszkodowawcze

1. Raz w tygodniu pracodawca ma prawo zażądać od pracownika podania informacji o posiadaniu negatywnego wyniku testu (nie ma mowy o jaki rodzaj testu chodzi). Częstotliwość może zmienić minister w rozporządzeniu.

2. Pracownik, u którego zostanie wykryty COVID, i który ma uzasadnione podejrzenie, że zaraził się w pracy, może w ciągu 2 miesięcy złożyć pracodawcy wniosek o wszczęcie postępowania odszkodowawczego. W takim wniosku pracownik ma wskazać osoby, z którymi miał kontakt w pracy w okresie 7 dni przed zakażeniem.

3. Pracodawca sprawdza, kto z pracowników, z którymi miał styczność zakażony, nie podał informacji o negatywnym wyniku testu i w ciągu 3 dni przekazuje taką listę wojewodzie.

4. Wojewoda wszczyna postępowanie i wydaje decyzję o przyznaniu (albo nieprzyznaniu) świadczenia odszkodowawczego w wysokości 5-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę (15.050 zł). W takiej decyzji określa się pracownika lub pracowników, którzy mają to świadczenie zapłacić. Jeśli jest ich kilku, płacą po równo.

5. Od takiej decyzji przysługuje wniosek o ponowne rozpoznanie przez wojewodę, a następnie skarga do sądu administracyjnego.

6. Jeżeli pracodawca nie sprawdzał, kto z pracowników się testował, a pracownik podejrzewa, że zaraził się w pracy, występuje o świadczenie odszkodowawcze bezpośrednio od pracodawcy. Procedura analogiczna jak powyżej.

7. Jeśli pracodawca zażądał wyników testów, a pracownik nie spełnił żądania, a potem okazało się, że jest zakażony, pracodawca może od niego zażądać świadczenia odszkodowawczego. Tu jest warunek – zakażenie pracowników musiało istotnie utrudnić działanie pracodawcy. Procedura ustalenia „odszkodowania” – analogiczna jak wyżej.

Badanie chorych na COVID

1. Nakaz badania fizykalnego chorych będących na izolacji domowej. Zakaz tele-porad.

Zwiększenie kary grzywny

1. Za nieprzestrzeganie zakazów, nakazów i ograniczeń covidowych obligatoryjna grzywna do 6000 zł. Wyłączenie możliwości pouczenia.

2. W drodze mandatu grzywna do 2000 zł.

3. Jeżeli wniosek o nałożenie grzywny jest kierowany do sądu, jej wysokość określa funkcjonariusz, a sąd nie może tej grzywny zmniejszyć.

4. Zniesiono zasadę, że prawo nie działa wstecz. W chwili orzekania stosuje się nowe przepisy, nawet jeśli poprzednie są względniejsze dla sprawcy.

Z ciekawszych układów zwraca uwagę wzmocnienie policjanta, aż do roli sądu, który nie może uchylić jego decyzji mandatowej. Skończy się rumakowanie, że nie przyjmuje mandatu, bo ten i tak określi funkcjonariusz, zaś jak pójdziesz do sądu to ci podwyższą do 6.000 zł. Ustawa tworzy mechanizm, że zakażony może domagać się od pracodawcy odszkodowania, z regresem tego ostatniego na pracownika, który miał być powodem zakażenia. Ciekaw jestem jak to będzie ustalane, kto zakaził kogo?

Posprawdzajmy ten model przepuszczając go przez realnie możliwe przypadki:

Zdzisiek idzie na imieniny do szwagra, łapie kowida od zaszczepionej ciotki, dostaje kataru, robi test, wychodzi plus, Zdzisiek żąda 15 tys. od nieprzetestowanych kolegów z pracy, wojewoda przyznaje mu odszkodowanie.”

Albo takie:

„Pan Marian zaraził się covidem. Jego kolega z pracy Józef nie przetestował się w poniedziałek, w związku z powyższym Pan Marian poszedł do szefa i zażyczył sobie odszkodowania od Pana Józka w wysokości 5 jego pensji.”

Tak, mamy takie kwiatki. Co ciekawe, w procesie tym uczestniczy pracodawca i… wojewoda, który staje się w tym momencie władzą sądowniczą, nakładającą karę w formie odszkodowania. Wcześniejsza ustawa (ad) Hoc’a napuszczała pracodawcę na pracownika, bo ten pierwszy mógł z nieszczepem zrobić wszystko. Teraz podzielono ludzi na testowych i nietestowych, tym pierwszym dano bat na pracodawcę, a za jego pośrednictwem na kolegów z pracy. Mamy więc wianuszek kapowania, ale i wymuszeń. Masz się testować co chwilę, bo byle kolo, jak zachoruje na pozytywny test może cię wskazać jako winowajcę i popłyniesz na piętnaście kafli.

Poseł Piecha nawet sugeruje by, po prostu w poniedziałek przed pracą WSZYSCY się przetestowali to będą mieli spokój na cały tydzień. Poseł mówi o około 10 milionach testów w jednym dniu, co zakrawa na kpinę, bo wyporność polskiego przemysłu testowego wynosi około 150.000 testów dziennie, zaś akcja włączania aptek do testów (poza jej epidemiologicznym bezsensem) utknęła na około 100 punktach (testy jeszcze nie dojechały nawet do tej skromnej grupki) na 13.353 aptek w kraju.

Do tego dodajmy potencjalny wysyp ze sprawami do rozpatrzenia. Skoro dziennie mamy tak z 50.000 zakażeń, to powiedzmy skromnie, że 10% będzie wnosić o odszkodowania (ale chyba więcej, bo te kowidowe pieniądze będą leżały na ulicy). To daje 5.000 spraw, dziennie. Dowodzących, że gościu złapał kowida nie w tramwaju, ale od (nielubianego) kolegi, któremu ważność testu się właśnie skończyła. No, zapraszamy. Przecież sądy administracyjne leżą do góry brzuchem i nie mają co robić.

Dla porządku, bo wiadomo jak to będzie, rzućmy te pomysły na kanwę konstytucyjną. To jest koszmar, jak wyżymanie tego aktu przez prasę głupoty. Konstytucjonaliści nawet już nie mają włosów, by je sobie wyrwać analizując taką propozycję. Pierwsze z brzegu trzy delikty: „Odszkodowanie na podstawie decyzji administracyjnej? Domniemanie winy i odpowiedzialności współpracownika bez aktualnego testu COVID? Pieniądze zasądzane dla pracowników o ile doniosą na kolegów?”

Sprawa jest tak kuriozalna, że aby znaleźć w niej jakąś logikę to trzeba konstruować piętrowe spekulacje. Oto Sławomir Mentzen pisze: PiS nie mógł przepchnąć z opozycją ustawy Hoca, bo by im z klubu 20 osób odeszło, więc musieli dla pozoru dać projekt, którego opozycja nie poprze. Potem powiedzą, że próbowali coś zrobić, ale opozycja się nie zgodziła. Trzeba było tylko znaleźć kretyna, który ten bubel zgłosi.”

No bo przyjrzyjmy się temu. Staje pytanie: po co? Niedzielski odejdzie, prawnie – słabo, z większością do tej ustawy też kłopot. Bo opozycja odrzuci ten projekt i powie „sprawdzam” rządowej większości. PiS sam siebie pcha w kłopoty. Nie mówiąc już o elektoracie. Ten jest maksymalnie wkurzony, bo nawet ultrasi pisowscy pogubili się w tym slalomie. Etycznie zaś wygląda kiepsko (nie bójta się, Kościół nie piśnie nawet słowa, bożego), bo mamy wielopiętrowe systemy kapownictwa, również w celach komercyjnych, kompletne zlanie się trójpodziału władz. A właściwie wejście władzy wykonawczej w rolę sądowniczą i ustawodawczą, bo nikt zdrowy (na testy) nie uwierzy, że takie przedłożenia wypichcili przypadkowi posłowie-słupy. No, naprawdę nie mam pojęcia – po co?

No, dobrze, powiedzmy wejdzie ta ustawa. I co? Od testowania spadnie zakaźność? Omikrona? Przecież w innych krajach nic na niego nie działa. Jak na katar. A z katarem nie walczyliśmy testami, szczepionkami, lockdownami. A tu powalczymy. Tym razem zamiast (nieskutecznymi) szczepionkami, to testami. Ale to prosta droga do totalnego lockdownu. A przecież świat się już umówił, że to nie zadziałało. Epidemiologicznie to bez sensu, politycznie – też. Ja, wzorem pana Mentzena też posilę się o karkołomną próbę wyjaśnienia – po co? Musze się podeprzeć aż anegdotą:

Do papieża Jana Pawła II przyszła delegacja Żydów z Atlanty. Przedstawili mu propozycję, by za 10 milionów $ w tekście „Ojcze nasz…” w wersie „chleba naszego powszedniego daj nam Panie…” po słowie „chleba” dodać „i Coca-coli”. Papież z oburzeniem odmówił. Delegacja podwoiła kwotę. Papież ich wywalił i schodząc po watykańskich schodach przewodniczący delegacji zapytał wzdychając: „ciekawe ile mu dali piekarze?”.

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Karwelis: Kolejna sztuczka statystyczna – tym razem trafia w zaszczepionych.

Dzień 665. Wpis nr 654 | Miałem już kilka wpisów jak się robi fale statystykami.

Fale są obecnie potrzebne, by wzmóc procesy szczepienne, a do tego należy postraszyć towarzystwo i to coraz bardziej, bo nawet trzeba przymusić tych co maja drugą dawkę, a więc akcja musi się rozszerzać na nowe targety niezaszczepionych, bo te rosną wraz z kolejnymi dawkami, zamiast maleć. Ostatnio pokazywałem technikę, która nie zagrała, bo miały być (karnie) obostrzone regiony o najniższym zaszczepieniu, a wyszło, że wirus sroży się głównie wśród liderów zaszczepień. Była to chytra sztuczka, ale wirus zawiódł. Pokazałem też jakie to może mieć skutki, nieciekawe.

Dziś pora na drugą sztuczkę, tyle, że o jeszcze bardziej doniosłych skutkach. Oto trafiłem na rozporządzenie ministra zdrowia z 6 maja 2021. Właściwie niewielu je komentowało, a jeszcze mniej ludzi wie o nim, zaś skutków jego stosowania domyślili się nieliczni. To rozporządzenie legło u podstaw nowych procedur, polegających na preselekcji pacjentów. Stąd pierwsze pytanie u lekarza – czy był pan/pani szczepiony/szczepiona? I według tego rozporządzenia jeśliś był szczepiony i nawet jak miałeś objawy kowida, to nie wolno cię było wysłać na test. W związku z tym zaszczepieni szli do domu, bez konieczności kwarantanny, bo tylko kontakt z wirusem do tego uprawniał. Mogli więc mieć wirusa, zakażać, bagatelizować własne objawy z całym „dobrodziejstwem” inwentarza.

Za to każdy nieszczepiony, nawet jak przyszedł z bolącą kostką – na testy. W dodatku postał sobie taki jeszcze w godzinnej kolejce w marznącym deszczu i jak jeszcze nic nie miał, to zaraz dostał. Miało to wykazać wyższość szczepień, bo przy takich procedurach rzeczywiście kowida mieli tylko niezaszczepieni. Po prostu zaszczepionym rząd stłukł termometr i ci nie mieli wirusa (wykrytego). Miało to wykazać nie tylko połączenie fali zakażeń z faktem niezaszczepienia, ale wskazać jednoznacznie na źródło czwartej fali. To folilarskie nieszczepy są temu winne, bo tak przecież stoi w statystykach.

To samo działo się w szpitalach. Na salach kowidowych zaczęli lądować wyłącznie niezaszczepieni, co było samospełniającą się przepowiednią, że to foliarze giną na własne życzenie, co wypominać zaczęła nawet kadra lekarska. Z kolei jeśliś był zaszczepiony, to bez testu, ale często z wirusem, lądowałeś na oddziale niekowidowym i mogłeś spokojnie pozakażać jeszcze zdrowych.

Taki to był mechanizm. Pompował korzystne statystyki, leciało to w telewizji (i wciąż leci), że wszyscy w szpitalach to niezaszczepieni, potem zaczęto kombinować jak koń pod górę, bo wyszło na jaw, że szczepionka nie powstrzymuje transmisji i osmatycznie zaczęto oswajać publikę, że tak, w szpitalach 70% chorych to osoby NIE W PEŁNI zaszczepione.

Potem pisano, że wszystkich chorych niezaszczepionych to było z 99%, ale okazało się, że to tylko tymczasowa prawda taktyczna, bo wliczono do tej liczby wszystkich chorych, nawet tych – większość przecież – z czasów kiedy szczepionki jeszcze nie było. Formalnie się zgadza, ale tak to jest ze statystką, że można się nią posługiwać, by udowodnić nawet sprzeczne tezy.

Ten proceder uderzył… w zaszczepionych. Ci, po wyjściu od lekarza, szli w miasto albo pod kołderkę, wedle własnego uznania. I jak się zakowidzili porządnie, nie będąc przetestowanymi, to przenaszali chorobę i zbyt późno dzwonili po kosmitów, by ci zawieźli ich do szpitala. Stąd, z tej procedury, która miała nadąć odpowiednio statystyki, bierze się w dużej mierze ta rosnąca szybciej niż wolniej fala napływu hospitalizowanych zaszczepionych i to ciężko chorych. Tak to statystyka w służbie propagandy ma całkiem inne, nieoczekiwane skutki, uderzające w dodatku w tych, którzy zachowali się dokładnie wedle procedur i oficjalnej narracji.

Jerzy Karwelis

https://dorzeczy.pl/zdrowie/244861/karwelis-kolejna-sztuczka-statystyczna-w-pandemii.html