Dwadzieścia lat, a może mniej, wirował w oczach słońca pył…

Dwadzieścia lat, a może mniej, wirował w oczach słońca pył…

Napisał Jerzy Karwelis

6 maja, wpis nr 1263

Kiedy dwadzieścia lat temu wstępowaliśmy do Unii fakt ten potwierdził pewien obrazek, ale od razu w nieoczekiwanym kontekście – otóż po ogłoszeniu wyników zwycięskiego, acz koniecznego referendum akcesyjnego ujrzałem w telewizji jak w szale radości w ramiona sobie padli ówczesny premier RP Leszek Miller i ówczesny wódz sumień kiedyś opozycyjnych III RP – Adam Michnik.

Był to dla mnie pewien szok, bo pewnie – jak większość Polaków – myślałem, że akcesyjny ruch narodu jest formą może ostatecznej ucieczki na Zachód z komunizmu przedłużanego wtedy władzami postkomunistów. Zacząłem się zastanawiać czemu to postkomuch się cieszy, powinien się martwić, że się właśnie im urwaliśmy? To, że się obściskiwał z guru Michnikiem też pokazywało dowód na słuszność poszlakowych podejrzeń pookrągłostołowych, że ta walka starego z nowym, to tylko pic na Grójec dla naiwnych, bo – jak widać – cele mają podobne. A i poziom sfraternizowania zadziwił, choć był tylko kolejnym przyczynkiem do odkrycia pełnej sztamy, których dokonała wcześniej komisja rywinowska.

Krótkie więc były moje unijne radości, zwłaszcza, że dochodziły nowe poszlaki niepewności. Jak się przyjrzałem, to samo referendum było wygrane dzięki… Giertychowi. Tak, to jego antyunijny ruch doprowadził de facto Polskę do Unii. Głosy oddane na „NIE”, głównie za pomocą jego inicjatywy, dawały najważniejszą rzecz dla akcesji – dawały reprezentatywną frekwencję, przekraczającą 50%. Bez niej, którą napędził ruch „antyunijny”, referendum byłoby przegrane, nawet jak wszyscy zagłosowaliby na „TAK”. Skutecznym antyunijnym posunięciem byłby logiczny bojkot anty-frekwencyjny, ale życie potoczyło się inaczej. Ta konstatacja kazała mi inaczej spojrzeć na autentyczność podziału polskiej sceny politycznej – że to tylko teatrum dla maluczkich, bo podstawowe cele są realizowanie bez względu na kolor scenicznych dekoracji. Ten modus operandi widziałem później wiele razy, kiedy to szczerzy i pryncypialni robili dobrze głównie tym, przeciwko którym się deklarowali.

Sam twór

Po tych didaskaliach pora więc na małą analizkę dorobku Unii. I to w kilku aspektach. Głównym tłem jest nie tylko dorobek tych dwudziestu lat, ale może bardziej prześledzenie co się w tym czasie z tą Unią stało. Bo nie ma wątpliwości, że rację mają ci, którzy mówią, że nie do takiej, jak ta dzisiejsza, Unii się wtedy zapisywaliśmy. Jest to pewien argument, ale Unia przecież w dużej mierze zmieniała się za zgodą podsądnych narodów i ich reprezentantów. Traktaty wtedy to gwarantowały, odstępstwa były delikatne, w porównaniu z dzisiejszym rympałem. Chodziło wtedy o to, żeby zrobić to osmatycznie, bo moim zdaniem plan był taki jaką widzimy teraz realizację, tyle, że rozłożony cierpliwiej w czasie. Wciągnąć, uzależnić, role przydzielić. Nie miała to być Europa równych, a raczej pokojowo wywalczona IV Rzesza, tym razem bez żadnych rzezi. Mają rządzić Niemcy, ale bez widowiskowych awantur. Plan nie do końca się udał, bo wyraźnie dziś towarzystwo przyspiesza, nawet gorset gumowych i gwałconych traktatów mu przeszkadza. Ma być jedno państwo pod światłym przewodnictwem Niemiec, które od dawna deklarują, że są gotowe wziąć odpowiedzialność za Stary Kontynent.

Ale popatrzmy na ten główny argument, że „nie do take Unie” się zapisywaliśmy, że się zmieniła, nad czym nie mieliśmy do końca kontroli. Ale czy tak było naprawdę.

? Jak się weźmie pod światło taki traktat z Maastricht (przypomnę – z 1993 roku, a więc 11 lat przed naszą akcesją do Unii) to tam jest wszystko napisane – że założona tym dokumentem Unia będzie dążyć do stworzenia federalnego państwa ze wszystkimi tego konsekwencjami. Było to co prawda kompletne zaprzeczenie idei Ojców Założycieli, którzy właśnie w różnorodności Europy widzieli jej walor, ale wtedy w 1992 roku stery przejęły już lewicowe uroszczenia. Dążenie do niemieckiego przywództwa nad Europą spotkało się z formułą lewicowego braku estymy do państwowości i widzenia w różnorodności Europy powodów jej krwawych konfliktów, nie zaś walorów. A więc przystępowaliśmy 20 lat temu do tworu, który mówił jak będzie i dziś to realizuje.

Było więc wszystko w papierach i nie ma się co teraz cukać, że to nie fair. Lud tego nie wiedział, bo kto by tam czytał sążniste traktaty. Politycy o tym nie mówili, w większości – jak lud – nie mając pojęcia jak i na ile rozpisany jest ten harmonogram. Ci, co wiedzieli – taktycznie milczeli, dbając, by prawda nie przestraszyła referendalnego suwerena. Tak, Unia jest inna niż wtedy, ale przystępowaliśmy do jasno zdefiniowanego jajka, nie ma się co dziwić, że wyrosła z niego taka kura. Teraz co prawda mamy do czynienia z gwałtownym przyspieszeniem, ale moim zdaniem wynika ono tylko z tego, że po kowidzie władza na wszystkich szczeblach dowiedziała się w końcu, że z obywatelem może zrobić wszystko. Dlatego przyspiesza. Drugi powód to to, że dłuższe cackanie się z tą pulardą może doczekać bankructwa całego układu, bo jak wiadomo takie imperialne twory nie upadają, tylko bankrutują.

Tyle ogólnych wprowadzeń. Zobaczmy teraz jak to poszło nam w te dwadzieścia lat od wejścia do Unii do dziś i to w różnych aspektach.   

Polityka

Politycznie Unia to czysty przykład przejmowania instytucji przez lewicę. Jej obiecany marsz przez instytucje znalazł idealną ofiarę, w postaci idei, mającej u podstaw chrześcijańskie wartości, jako konstytuujące dla wspólnoty wartości, co potwierdzili Ojcowie Założyciele. Gwiaździste koło europejskiej symboliki to nawiązanie do korony Maryi, teraz te gwiazdki są już rozczytywane jako nawiązanie do lewicowych kontekstów.

Jak to się stało, że Unię przejęła lewica? Ano było to emanacją lokalnych poglądów krajowych suwerenów oraz globalnego planu lewicy. Zachód nam zlewaczał po drugiej wojnie światowej. Narody, które prawdziwy komunizm znały tylko z teoretycznych zachwytów kawiarnianych rewolucjonistów, opływając w powojenny dobrobyt skupiły się bardziej na redystrybucji dochodu narodowego, niż na pielęgnowaniu jego źródeł. Bogatym było wstyd, że tak zarabiają, demokracje przekraczały swe granice serwując fiskalny populizm, który miał zadawalać coraz szersze masy. Masy nabierały rewolucyjnej pewności, objawiającej się w eskalacji redystrybucyjnych roszczeń, które sfera polityczna zaspokajała rosnącym socjalem. A więc na lewej stronie zrobiło się tłoczno.

I to się przeniosło do Europarlamentu. Jak to z lewicą, która niepowstrzymanie dąży do zbiurokratyzowania świata dostaliśmy w Brukseli jej skumulowane królestwo. Biurokratyczne umysły europejskie zestrzeliły się w jedno ognisko produkując jedyny (oprócz terroru) produkt eksportowy lewicy – regulacje. Te w Unii nabierały prędkości jak w akceleratorze cząstek elementarnych, wracały w postaci dyrektyw do krajów lokalnych, w dodatku będąc jeszcze, jak to w przypadku np. Polski (i to – uwaga! – bez względu na rządzącą ekipę) podkręcane w ramach racjonalizatorskiego dociskania śruby przepisów.

Dla ludów wstępujących do Unii po 1989 roku ta rosnąca przewaga lewicy była niezłym zaskoczeniem. Zadziałało tu prawo, które nazwałem „zasadą a rebour”. Kraje, które doświadczyły szczęścia pobywania w ustroju jakiego świat nie widział nie wyobrażały sobie, że Europa jest na Zachodzie cała na czerwono, bo to przecież ku niej, jako na bank niekomunistycznej, wyciągały się ręce narodów uciemiężonych pod sowieckim butem. A tu nagle taka niespodzianka. Wspomniana przeze mnie zasada na tym właśnie polegała – ci co się zetknęli z praktycznym wcieleniem lewicy chętniej zwracali się a rebour ku prawicy. Zachodnie społeczeństwa, jeśli już miały jakieś autorytarne traumy, to pochodziły one raczej ze strony dyktatur, o proweniencji na pewno nie lewicowej, choć to wcale nie znaczy, że koniecznie zaraz prawicowej. I te społeczności zachodnie chętniej zwracały się ku lewicy, którą znały tylko z opowiadań, głównie zresztą inspirowanych w wersji soft z jak najbardziej „hard” Kremla.

W międzyczasie okazało się, że i antykomunistyczne resentymenty da się załagodzić, ba – nawet zapomnieć, wśród postkomunistycznych narodów. Doszło do zmiany pokoleniowej, nowe generacje nie były przedmiotem atrakcyjnego przekazu prawicowego. Zaczęła dominować ideologia „róbta co chceta”, ma być po równo, choćby i w dół, ale dopiero wtedy będzie sprawiedliwie. I to też się odbiło na zlewaczeniu, teraz już i postkomunistycznych reprezentantów do europejskiego parlamentu. W dodatku, kiedy socjalizm przebrał się w szaty liberalnej demokracji, to już doszło do kompletnego pomieszania pojęć, bo ludzie będący za liberalną personalizacją relacji państwo-obywatel zaczęli głosować na ustrojowe ucieleśnienie zamordystycznego kolektywizmu. Jak do tego dołożyć umiejętne wpływanie zachodnich szafarzy dóbr na lokalne formacje partyjne, to już było jasne, że w Unii zakróluje lewica, zdobędzie swą największą światową wylęgarnię – karier urzędniczych i regulacyjnego szaleństwa.

Wartości

Często w narracji, głównie uzasadnienia jakichś kar czy sankcji, pojawia się termin „europejskie wartości”. Został on zawłaszczony i zdekonstruowany. Przypomnę, że przy zakładaniu projektu unijnego miał być to układ chrześcijańsko-demokratyczny, nawet nie socjal-demokratyczny. Europa miała się odwołać do swego udziału w światowej triadzie wartości zachodniej cywilizacji: po filozofii greckiej, prawie rzymskim miała przynieść światu dobrą nadzieję chrześcijańskiej, rzekłbym po nowoczesnemu, inkluzywnej etyki. To miał być, i był, nasz różnicujący wkład w cywilizację. To był zasób „europejskich wartości” praw podstawowych.

Te osmatycznie zostały zamienione, kiedy za nie podstawiono politycznie definiowane „prawa człowieka”. I zamiast startych prawd mamy teraz wysyp taktycznych politycznych pomysłów lewicy, jak choćby dbanie o jak najbardziej egzotyczne mniejszości. Tysiące zmiennych praw w tym względzie tworzą z podmienionych wartości ich karykaturę, cep do walenia w każdego przeciwnika. Rosnące postępowe aspiracje lewicy muszą mieć egzekucyjne uzasadnienie w prawie międzynarodowym, tak by oponentny zwolennik normalności nawet już nie tyle znalazł się w obozie ostracyzmu, ale w realnym obozie, za kratkami.

To była zamiana, nie dostawka. Nowe wartości nie stoją dziś bowiem „obok” etycznych filarów praw podstawowych. Prawo do życia spływa do kanalizacji w milionowych aborcjach, w końcu przecież – chyba najbardziej bezbronnych – ludzi. Prawo własności jest już tylko własną karykaturą w świecie, gdzie szczęście ma polegać na nicniemaniu. Samo prawo do DĄŻENIA do szczęścia zostało zamienione na prawo DO szczęścia. Ta mała słowna podmianka wytworzyła w prawie naturalnym furtkę do rozhulanej roszczeniowości. Każdy ma prawo do szczęścia, czyli mieszkania, pracy, kochania (również inaczej), nawet do wymuszania szacunku do jego najdziwaczniejszych dewiacji. I państwo, a zwłaszcza sfederalizowana Unia musi mu to zapewnić. Musi mieć do tego prawo, przymus i środki. A więc musi być omnipotentna. I nie ma tu żadnego znaczenia, że tego i tak nie dowiezie. Zatrzyma się tylko na fazie własnej omnipotencji.

I taki jest obecnie zestaw „unijnych wartości”, których chimerycznym strażnikiem stała się Unia. Najpierw je sobie ustaliła i na bieżąco ustala, potem ich broni zacięcie, posuwać regulacyjny przymus i kulturowy, wzmacniany medialnie ostracyzm do destrukcyjnych granic postępactwa. Kiedy to rozebrać na drobne, to z tej czarnej skrzynki wypadają różne śmieci i gwoździe do wbijania w puste głowy. Tolerancja do granic afirmacji, inkluzywność, aż do rozpuszczenia się własnej integralności tożsamościowej. Ja sobie takich „europejskich” pojęć nie przypominam w tysiącletniej historii naszego kontynentu. Europa była tyglem narodów, nie dlatego, że to ktoś wymusił, czy nawet skonstatował, tylko tak wyszło na tym w sumie półwyspie Eurazji. Ale była też źródłem wielu zapomnianych dziś prawd, chociażby takich, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”, które promowały nie roszczeniowość, ale budowanie wartości, materialnych, kulturowych czy etycznych, z których korzystała cała społeczność. Ale nie jako glajszachtowana płaska powierzchnia roszczeń do równości – Europa wytwarzała fale, bujające cywilizacją, gdzie wody społeczne, narodowe i kompetencyjne mieszały się w nowy żywioł. Był ruch. Teraz deklarowanie tych równościowych roszczeń jest tworzeniem płaskiej powierzchni zjawisk, pod którą nic się nie dzieje, no może, jak w piosence Kaczmarka, trwa walka o to kto będzie rządził tym spłaszczonym stadkiem. Na górze piękny łabędź wartości, pod wodą zaś czarne łapy miętolą mętną wodę prawdziwych zjawisk.

W końcu zachodnia cywilizacja była atrakcyjna dla innych nie z powodów równościowych. Na Zachód dążyli najbardziej dynamiczni, ambitni, zaradni. Wnosili pozytywny wkład w budowę tej cywilizacji. Miarą różnicy między prawdziwymi wartościami europejskimi a ich dzisiejszym wydaniem jest właśnie ta dystynkcja: kiedyś przyjeżdżali do nas ambitni za robotą, teraz – w wyniku równościowych urojeń – przyjeżdżają socjalni łazikowie, nie przynosząc żadnych dodatkowych walorów, a produkujący nowe problemy.                

Gospodarka

Przypomnieć należy, że ideą Ojców Założycieli projektu europejskiego była przede wszystkim unia gospodarcza oparta na jednolitym rynku. Przede wszystkim zniesienie ceł, wprowadzeniu jednolitych zasad współpracy i konkurencji. Celem było rozwinięcie konkurencyjności, bo Europa już wtedy zaczęła odstawać od reszty świata. Obudziły się azjatyckie tygrysy, dominowały Stany, wsparte swym dealem posiadania nieograniczonych zasobów międzynarodowej waluty. Europa traciła dystans, także poprzez swoje powojenne zapóźnienie, rozproszenie i wyniszczające cła oraz różne reguły importowe. Europejska gospodarka miała dawać pracę, innowacyjność, być interesującym obszarem do światowych inwestycji.

Wymiar gospodarczy miał także znaczenie etyczne, nawet pacyfistyczne. Etyczne polega na tym, że w wyniku nieskrępowanej działalności gospodarczej tworzy się system odstręczający od konfliktów, zaś sam mechanizm konkurencji eliminuje zachowania nieetyczne. To samo z wojnami, do których często doprowadzały konflikty na tle strategicznych różnic gospodarczych. To wszystko miała uleczyć współpraca, kooperacja. Konkurowanie miało się odbywać na rynku, celem zaś miało być zaspokojenie potrzeb obywateli. Odwrotnie do czasów dzisiejszych, gdzie protekcjonistyczne działania państw, deale polityki z międzynarodowym kapitałem, dokonywane na gruncie skali globalizmu, prowadzą od razu do globalnych właśnie rozmiarów kryzysów i nieprzekraczalnych sprzeczności.

Ideą gospodarczą Unii było głównie stworzenie jednolitego rynku. Kraje europejskie miały nie konkurować ze sobą inaczej niż na jakość, cenę i dostępność. W kąt miały odejść wszelkie wojny celne, protekcjonizm gospodarczy, ruchy walutowe, czy ofensywy gospodarcze. Ale skończyło się inaczej. Bruksela zaczęła mnożyć reguły dotyczące wewnętrznego rynku, tak by można go było uznać za jednolity. Tu lewica poruszała się jak ryba w wodzie, dolewając wciąż do tego akwarium. Coraz więcej przepisów, kosztownych regulacji, produkcja dyrektyw w najdurniejszych sprawach doprowadziły do tego, że wewnętrznie rynek jednolity został zaczopowany, wyciął mniejszy biznes, co w sumie zlikwidowało klasę średnią, a w rezultacie oddało bezbronnego obywatela-konsumenta w łapy korporacyjnych monopoli. Te było stać na takie cuda, ba – były nawet inicjatorami wielu represyjnych regulacji, które kładły trupem ich rozproszoną konkurencję, filar walorów kapitalizmu.

Dla świata zewnętrznego taki unijny rynek był więc marzeniem. Słabnąca konkurencja w obszarze eksportu, zawyżone wymogi produkcyjne, wysokie podatki, w europejskim kontynencie do podbijania eksportem pozwoliły pozaunijnym krajom na kompletne rozrabiactwo. Wystarczyło tylko spełnić kryteria w produkcie, choćby stworzonym w całkowicie bardziej przyjaznym otoczeniu regulacyjnym, by znaleźć się – po lekkiej lobbystycznej robótce w Brukseli – na europejskich półkach z towarem o co najmniej równej jakości z lepszą ceną. I co? I Unia teraz będzie walczyła cłami, podwyższającymi sztucznie ceny w Europie? Przecież jednolity rynek nie powstał w celach protekcjonistycznych, tylko właśnie po to, by wytworzyła się na naszym obszarze wolna konkurencja, nie obciążona antykapitalistycznymi naleciałościami.

W ten sposób Unia zabiła swoją gospodarkę, zaś podwyższa ceny importowanych towarów, na które na Starym Kontynencie nie ma produkcyjnej alternatywy. Cła zaporowe nie uratują rodzimego biznesu, ten nie zdąży się odbudować, coś trzeba przecież konsumować, a więc pozostaje tylko import, z cenami podwyższonymi podatkami. Będzie więc drożej, a więc biedniej. Tak się skończy – jak zawsze w historii – lewacka ingerencja w gospodarkę.

Bezpieczeństwo

No, tu nie ma żartów, a właściwie to są, bo mówimy przecież o nie byle jakim ciele. Unia przecież dostała pokojową nagrodę Nobla w 2012 roku. No – w sumie wojny długo w Europie nie było, ale czy to była akurat zasługa Unii, to mam wielkie wątpliwości. Dwa lata po tej rewelacji Rosjanie atakują Ukrainę, odbierają Krym, wasalizują dwie republiki, Unia reaguje jedynie wokalnie. W tej drugiej wojnie, po strąconych samolotach i ubitych czołgach rosyjskich widać, że nasz pokojowy laureat zaraz po Noblowskim wyniesieniu dostarczał Rosji komponentów do militariów, ale ten typ tak ma.

Ja już nie mogę, jak słucham, że obok NATO to bezpieczeństwo zapewnia nam Unia. A przepraszam – jakież to? Kogo odstraszą odezwy parlamentu, strzeliste akty wzywające, kreowane w łonie Komisji Europejskiej? Przecież to kompletny imposybilizm. I to nawet nie chodzi o wojnę, tylko o całość bezpieczeństwa publicznego. Widać to było chociażby w kowidzie.  Jak przyszedł czas próby to i Komisję, i parlament w Brukseli stać było jedynie na oklaski dla medyków. Kraje pozostawiono samym sobie. Ale nie na długo. Jak opadł tylko pierwszy kurz maseczkowy to unijna machina ruszyła do przodu. Odwrotnie niż w NFZ gdzie pieniądz idzie za pacjentem, tu pacjent poszedł za pieniądzem i reakcje pandemiczne ograniczyły się tylko do miejsc bajoński deali, gdzie w oparach wmuszanej paniki dokonywało się ratunkowych zakupów, ze szczepionkami włącznie.

Ale wracając do obecnie popularnego zrównywania kwestii bezpieczeństwa z militariami. Bez NATO Unia jest niczym. Pokazała to druga wojna ukraińska. Żałość brała i bierze. I takie popychadła bredzą coś o europejskiej armii? Wolne (coraz mniej co prawda) żarty. Proszę mi pokazać Portugalczyka, który (bez NATO) będzie chciał umierać za taką chociażby Rygę? Co my tam poślemy – niemieckie hełmy?

Ostatnio Niemcy się zadeklarowały w tej atmosferze, że wezmą z chęcią odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO. Z jakimż to wojskiem? Berlin nie może skompletować od dwóch lat obiecanego batalionu na Litwie i się wybiera do takich zadań? No, chyba, że chodzi o odpowiedzialność zdefiniowaną w ten sposób, że będzie z Berlina dowodził polskim mięsem armatnim. Jeśli tak, to wypadałoby podziękować za taką odpowiedzialność.

Laureat pokojowej nagrody Nobla doprowadził niepośrednio do drugiej wojny ukraińskiej, a to chyba nie jest wyznacznikiem sprawczej roli w obszarze bezpieczeństwa. Deale z Rosją, które Unia pieściła nawet po pierwszej wojnie ukraińskiej, to była emanacja niemieckich ambicji przywództwa na kontynencie. Wszyscy wchodzili Putinowi w koniec układu pokarmowego, był business as usual, Kreml cwanie ich uzależniał, udawał głupszego niż jest i „kulig nie udał się”. Rosja pogardliwie traktowana jako stacja benzynowa, która tylko dostarcza surowce dla marżotwórczego Zachodu, uzależniła go od siebie, inne stacje się pozamykało, pieniążki z handlu inwestowało w militaria, które w końcu wyjechały zza węgła stacji i rozjechały te ich tęczowe kabrioleciki.

Tak wygląda unijny wkład w bezpieczeństwo kontynentu. Unia nie ustrzegła Europy przed groźbą wojny, nawet swym niezgulstwem popchnęła Kreml do powiedzenia „sprawdzam”. Dziś pragnie tę wpadkę przykryć tromtadracką narracją, jaki to ten ich niedawny kochanek straszny, jak to zawsze chrapał w łóżku, co się tłumaczy teraz Polakom, którzy od dawna przecież ostrzegali przed spaniem z niedźwiedziem.

Teraz, kiedy Zachód przegrywa tę wojnę, bezpieczeństwo będzie może polegało na oddaniu Putinowi za pokój nie swoich przecież walorów. Unia nami pohandluje. Kremla żądania będą rosły, bo postępując w wojnie Putin przygotowuje sobie szersze przedpole negocjacji warunków końca wojny. Nie jest więc zainteresowany w jej szybkim zakończeniu. Każdy dzień, każdy kilometr zdobytego terenu, byle wioska i jar, to kolejne punkty jego listy przyszłych żądań. Zachód, z Unią na czele, więcej gada niż robi. Niemcy chcą wziąć przywództwo i odpowiedzialność, a dopiero po dwóch latach wojny za rok otworzą fabrykę amunicji, produkującej jedną czwartą zapotrzebowania ukraińskiego. Do tej pory Ukrainy może już nie być.

Przyjęcie nierealnych założeń końca tej wojny tylko ją przedłuża. Nie będzie żadnego powrotu do ukraińskich granic sprzed 2014 roku. A więc mamy do czynienia z blefowaniem, z tym, że tylko jedna strona trzyma karty w ręku, co daje dość dużą pewność co do wyniku takiego blefu. Głównie trzymającemu karty. Unia nas w to wpędziła i teraz – jak w kowidzie – to państwa, w tym głównie nasze, być może będą musiały wyciągać gorące kasztany z ognia, które wrzuciła doń Bruksela robiąca dobrze IV Rzeszy. Ja bym im tę pokojową nagrodę Nobla odebrał. Oby nie pośmiertnie. Chociaż…

Pieniądze

Podarowane pieniądze uzależniają. Zwłaszcza te drukowane bez umiaru. Stały się narzędziem nie tylko uzależniania państw i rządów, ale także, poprzez ukierunkowaniem obszarów ich wydawania, narzędziem kształtującym kierunki rozwoju uznane w Brukseli za strategicznie ważne. W naszym kraju – na szczęście – poszło to najpierw w infrastrukturę. I dobrze. Ale też i nie dobrze. My, jako montownia Unii, musieliśmy być przecież dobrze skomunikowani, z odbiorcami. Poza tym – wymiana Unii z Rosją musi (musiała?) się przecież którędyś odbywać. I to dobrze nam się – pośrednio – przysłużyło.

Ale polski sukces gospodarczy został w Unii zauważony i oceniony jako konkurencyjny. Za dobrze nam poszło. A więc trzeba było poprzycinać. Z jednej strony politycznie wpływając na antyrozwojowe w sumie polskie siły polityczne, by te spowolniły ten proces i zawróciły nas do roli gospodarki pomocniczej i peryferyjnej, montowni do krajów – głównie Niemiec – gdzie dopiero realizuje się marża. Drugim narzędziem stała się właśnie kasa – nie można przecież było tak na chama nie dać przynależnej wedle traktatów, bo nam się polski rozwój nie podobał, to się poszukało innych sposobów. Zaczęliśmy być nagle niepraworządni, sama zaś praworządność (o jej europejskiej definicji nawet nie wspomnę) stała się nagle oczkiem w główce Brukseli i dołączyła do opisanych wyżej „europejskich wartości”.

Trzeba przypomnieć, że mówimy tu o euro, czyli tak naprawdę zeuropeizowanej niemieckiej marce. Jako, że narzędzie ma działać perfekcyjnie, to proniemiecki Tusk wyskoczy ze skóry, abyśmy i nową walutę przyjęli. Wtedy wszystko się domknie. Bo my już będziemy na granicy płatnika brutto, a więc nie będzie tak jak dotychczas, że więcej dostajemy niż bierzemy. Oddamy co trzeba, zaś dostaniemy (pożyczymy) znaczone pieniądze, które będziemy musieli wydać, czyli tak naprawdę zwrócić. Na wyznaczone przez Unię tematy, które jakoś tak dziwnie kończą się zadekretowanymi w dyrektywach zakupami technologii z Niemiec. Albo dostaniem kasę na szerzenie równościowych mrzonek i tropienie prawdy przezywanej mową nienawiści.

Bez zysku netto na tej wymianie będziemy skręcali w wyznaczone przez Unię kierunki, ciesząc się – jak ostatnio -, że w sumie pożyczono nam pieniądze jednocześnie wskazując jakimi kanałami nie znajdą się ani w kieszeniach Polaków, ani niczego im nie przysporzą. Unia uznała, że inwestycje w infrastrukturę już się wysyciły, nic dobrego Unii nie przyniosły, bo niektórzy aspirujący wyszli z roli gospodarek peryferyjnych. Teraz pora na wydatki „miękkie”. Te mogą się ładnie rozejść, trafić do obiecujących grup społecznych postępaków, ominąć klasy niepotrzebne i wsteczne. I sfinansować idee przemiany w kierunku postępu, wyznaczonym przez takich tuzów wolności, jak uwiecznieni na ścianach brukselskiego parlamentu – Gramsci czy Spinelli.

Unia a sprawa polska

Chciałem tu na końcu pokazać zestawienie na co się umawialiśmy, a co dostaliśmy. Że miał być zagwarantowany poziom suwerenności państwowej, niewtranżalanie się w nasze sprawy, korzyść z kooperacji i bezpieczeństwo. A wyszło na odwrót. Ale tak, jak wspomniałem, to „na odwrót” było nam obiecane, tylko nie doczytaliśmy. Wszystko poszło w oparach emocjonalnych poruszeń, ciągu do wymarzonego i przecenianego Zachodu. Przecenianego, bo branego (z punktu widzenia aspirującej ofiary) za jedność postaw i wartości. A tu się okazało, że na wytęsknionym Zachodzie są wzajemne sprzeczności i konflikty, zaś jednoczy go najczęściej imperialne podejście do historycznych ról europejskich.   

Po tych wszystkich zastrzeżeniach pora wrócić do początkowego pytania – czy do takiej Unii wstępowaliśmy 20 lat temu? Chyba nie. Ale czemu tak się stało? Czy obściskujący się we wspólnym świętowaniu Miller z Michnikiem wiedzieli więcej wtedy niż my? Niż my teraz? Czy to tak miało być, tylko my – oślepieni wizją powrotu na utęsknione łono Zachodu – nie widzieliśmy oczywistych następstw tego kroku? Czy Unia przez te dwadzieścia lat sama odjechała bezwiednie dla suwerena w rejony najdalsze od tych przedakcesyjnych? Nie wiem. Myślę, że było i tak, i tak.

Teraz pozostają dwa zagadnienia. Czy coś można z tym zrobić? Czy można to zawrócić? Odwrócić? Jak? Z jaką klasą polityczną? Z takim suwerenem, który nie tylko nie rozumie, ale nie rozumie, że nie rozumie? Sama Unia ma wiele wewnętrznych (oficjalnych i nieoficjalnych) mechanizmów ochronnych, by się niewiele zmieniło. Cały czas trzyma przecież w rękach urzędników ster do własnej reformy. Chyba właśnie po to, by zmienić wiele aby wszystko zostało po staremu. Moim zdaniem prędzej się Unia rozwali niż my z niej wyjdziemy. Nie dlatego, że miałaby nie wytrzymać naszego odejścia, ale dlatego, że po prostu wcześniej zbankrutuje. Myślę, że żadnego poleskejpu nie będzie. Nie mamy takich sił u siebie, nie ma na to scenariusza, będziemy straszeni Wielką Brytanią, że sobie po Brexicie nie radzi, choć tam polityka (podobno) bardziej dojrzała niż u nas.  

Drugie zagadnienie (choćby i teoretyczne, ale przecież nie tylko instytucje, ale i państwa upadają) to możliwy upadek Unii. Jak by wyglądał? Coś mi się zdaje, że Unia będzie trwała dopóki się ten projekt opłaca Niemcom. No dobrze, powiedzmy, że tak się stanie. Ale elity mogą nie chcieć oddać tego projektu bez walki. Mają to tak ładnie poustawiane. Gdzie się podzieją urzędnicy, lobbyści, całe instytucje przyssane do europejskiego cyca, mistrzowie utrudniania, piewcy postępowej równości? Jak by miał wyglądać taki dzień? Spokojnie, czy będą ganiać po ulicach, szczególnie kiedyś wzmożonych? Wiadomo, że jak się walą imperia, to odłamki lecą w najbardziej nieoczekiwane strony.

A może się wszystko dobrze ułoży? Unia się będzie rozwijać w dotychczasowym tempie i kierunku? Żaba będzie już praktycznie rozgotowana, i to akwarium będzie jedynym akceptowalnym emisyjnym ustrojstwem, bo resztę zaczopujemy w swych ekologicznych jaskiniach piętnastominutowych miast. Po prostu przyjdą nowe pokolenia, które nie mają tego ukąszenia pamięci, jak kiedyś wyglądała normalna normalność. Nowe pokolenia, które nawet nie będą miały serwowanej ułudy sprawczości, wolności czy samorealizacji, bo nie będą wiedziały, że taka się im należy. Będą płaską taflą społecznie jednolitej, bezklasowej, a wiec wymarzonej przez lewicę, społeczności. Będą oprowadzać po swym upadłym kontynencie nowobogackich Azjatów, nie wiedząc nawet po co i dlaczego ich przodkowie budowali prezentowane katedry i zamki.

Czego Wam i sobie NIE ŻYCZĘ.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.