Żywność masowego rażenia

Żywność masowego rażenia

Sprawa jest śmiertelnie poważna. http://vitanatural.pl/zywnosc-masowego-razenia-artykul-w-calosci

W amerykańskim przemyśle spożywczym liczą się dwie rzeczy – pokarm i konsument. Pierwszy jest przetworzony, więc tani, a drugi gruby, więc łasy. Oto prawdziwa sztuka tuczu

Według danych rządu Stanów Zjednoczonych raczkujące dziś pokolenie Amerykanów będzie pierwszym od stulecia, które pożyje krócej od swoich rodziców. Powód: otyłość. Co trzecie amerykańskie dziecko ma chroniczną nadwagę, a co za tym idzie – jest skazane na nadciśnienie, cukrzycę, astmę albo raka. Na odsiecz rusza Michelle Obama. W połowie lutego Pierwsza Dama wystartowała z przygotowywaną przez rok kampanią Let’s Move (Ruszmy się!), debiutując tym samym w – tradycyjnie wypełnianej przez żonę prezydenta – roli społecznej aktywistki. Przy wsparciu organizacji pozarządowych, biznesu i mediów będzie zachęcać dzieciaki, żeby odstawiły colę na rzecz soku, frytki na rzecz marchwi i siedzenie przed komputerem na rzecz ganiania za piłką.


Inicjatywa szlachetna, tyle że jej szanse powodzenia są znikome. Żeby przestać tyć, Amerykanie na nowo muszą zbudować sobie system produkowania jedzenia. Ale na taką zmianę się nie zanosi, bo nie pozwolą na nią ci, którzy dziś na karmieniu narodu zarabiają miliardy.

„Jesteś tym, co jesz”

Jeśli popularne powiedzenie potraktować dosłownie, naród amerykański jest zaprojektowanym w laboratorium, genetycznie zmodyfikowanym i wielokrotnie przetworzonym produktem wielkiej korporacji.

Nasiona


Największym żywicielem Ameryki jest dziś Monsanto – firma, która przez dziesięciolecia produkowała trucizny, jak środek owadobójczy DDT czy zawierający dioksyny preparat niszczący roślinność, używany przez amerykańską armię w Wietnamie. W połowie lat 80. korporacja Monsanto z giganta chemicznego przepoczwarzyła się w giganta spożywczego. Oprócz środków do trucia naukowcy w jej laboratoriach zaczęli po prostu wymyślać środki do jedzenia. W 1982 roku jako pierwsi zmodyfikowali genetycznie komórkę roślinną. I to właśnie na nasionach Monsanto wyrósł wielomiliardowy przemysł żywności genetycznie modyfikowanej (GMO).



Rozkwit interesu umożliwiła decyzja Sądu Najwyższego USA, który w 1980 roku pięcioma głosami przeciw czterem zezwolił na patentowanie żywych organizmów. Sprawa nie dotyczyła wprawdzie nasion GMO, tylko bakterii stworzonej przez General Electric do pożerania wycieków ropy, ale ustanowiła precedens dający początek przejęciu produkcji rolnej przez korporacje. Prawo do zbóż daje przecież władzę nad tym, co ludzie jedzą i czy w ogóle jedzą.



Ludzie Monsanto (firma istnieje od 1901 roku, a kokosy zarabiała już w latach 30. na sprzedaży sacharyny dla Coca-Coli) wpadli na pomysł tak prosty, że aż genialny: produkujemy jednocześnie silny środek chwastobójczy i roślinę, która będzie na niego odporna. Tak powstał Roundup i zmodyfikowana kukurydza. Farmer kupuje oba produkty, obsiewa pole kukurydzą i pryska Roundupem. Roundup kosi wszystko, co żywe, poza kukurydzą. Ta zaś – pozbawiona konkurencji – rośnie wysoka i żółta jak nigdy.


Wszyscy są zadowoleni. Monsanto – bo uzależnił farmera od swoich produktów. Z kolei zadowolenie farmera z wysokiej i żółtej kukurydzy jest tak duże, że podpisuje umowę licencyjną, która zakazuje mu zbierania nasion z zeszłorocznej uprawy, skazując go na coroczną dostawę nasion z Monsanto. Dzięki temu farmer jest jeszcze bardziej uzależniony, a koncern – jeszcze bardziej zadowolony.



Monsanto ma własną policję i siatkę donosicieli. Prawie setka inspektorów wspierana przez informatorów sprawdza, czy producenci kukurydzy nie dopuszczają się – jak ujmuje to koncern – „nasiennego piractwa”.



Firma ma również sposoby na tych, którzy chcą zostać przy zwykłych uprawach. Metoda pierwsza: Monsanto systematycznie likwiduje rynek tradycyjnych nasion przez przejmowanie ich producentów. Dwa najważniejsze zakupy ostatnich lat – największy światowy producent nasion warzywnych Seminis (2005 rok; za 1,4 miliarda dolarów) i Delta and Pine Land Company, olbrzym specjalizujący się w nasionach bawełny (2007 rok; za 1,5 miliarda dolarów). Na rynku zaczyna więc brakować nasion niepozostających pod kontrolą monopolisty. Druga metoda: presja prawna. Niesione wiatrem nasiona Monsanto rozsiewają się na pola przypadkowych farmerów, a firma oskarża ich o kradzież. U Bogu ducha winnego delikwenta zjawia się inspektor Monsanto i informuje o dwóch możliwościach: albo zawieramy ugodę i podpisujesz z nami umowę licencyjną, albo mobilizujemy naszych prawników i rozpoczynamy długą batalię sądową. Zanim się skończy – będziesz zrujnowany. Według danych organizacji Center for Food Safety, która od lat monitoruje działalność Monsanto, większości farmerów nie stać na prawniczą wojnę i idą na układ z firmą. Ci niepokorni – jak 85-letni Vernon Gansebom z Nebraski – nazywają Monsanto rolniczym gestapo. Gansebom jest jednym z około 500 rolników, którym korporacja każdego roku wytacza proces.



Monsanto jest dziś największym w USA właścicielem biotechnologicznych patentów. Ma ich prawie 700. Nie ma sobie równych na amerykańskim rynku genetycznie modyfikowanej kukurydzy, bawełny, buraków cukrowych, rzepaku, lucerny i soi. W przypadku tej ostatniej – odpowiada za 90 procent sprzedaży. Biorąc pod uwagę fakt, że prawie trzy czwarte żywności przetworzonej – a taką głównie jedzą Amerykanie – jest genetycznie zmodyfikowane, można sobie wyobrazić, jak ogromny jest wpływ Monsanto na ich dietę.

Zboża


Amerykanie jedzą głównie kukurydzę i soję. Powtórzmy: głównie z nasion Monsanto. W przeciętnym amerykańskim supermarkecie na półkach leży ponad 40 tysięcy różnych produktów spożywczych. Ale to bogactwo wyboru jest pozorne. Większość asortymentu jest zrobiona z tych samych składników. Według Larry’ego Johnsona, dyrektora ośrodka badań nad zbożami Uniwersytetu Stanowego w Iowa, 90 procent przetworzonej żywności w supermarketach ma w składzie albo kukurydzę, albo soję. Do tego sól, cukier i cała gama środków chemicznych decydujących o tym, jak jedzenie smakuje, wygląda i jak długo zachowuje „świeżość”. Tak żywi się większość Amerykanów.



Za taki stan rzeczy odpowiada polityka rolna USA, która od połowy lat 70. zwiększa subsydiowanie uprawy czterech zbóż: kukurydzy, soi, ryżu i pszenicy. Ich zaletą, z punktu widzenia rządu, jest to, że można je składować latami. Dla farmerów najwygodniejsza jest kukurydza, bo najlepiej się sprzedaje. 30 procent ziemi uprawianej dzisiaj w Stanach Zjednoczonych jest obsiane kukurydzą. Cmoka na to ze smakiem kilka korporacji kontrolujących rynek jej obróbki – Bunge, Cargill czy Archer Daniels – bo dzięki dopłatom kukurydza ląduje na rynku po cenach znacznie poniżej kosztów uprawy. Produkują z niej mączkę i – przede wszystkim – bogaty we fruktozę syrop i sprzedają dalej kilku gigantom kontrolującym rynek przetwarzania żywności – znanym również u nas – Unileverowi, Nestlé, Coca-Coli, Kellogg’s. Żeby było pysznie, czyli słodko, syropem kukurydzianym (jest tańszy od cukru) słodzi się wszystko – ciasteczka i lody, ale też płatki śniadaniowe, pieczywo, a nawet wędliny, sosy w proszku, zupy w proszku, ziemniaki w proszku i hamburgery. Zadowoleni są rolnicy, korporacje i konsumenci. To, że ci ostatni tyją i umierają od tego tycia, mało kogo interesuje.

Przetworzona, wysokokaloryczna żywność jest na półce w supermarkecie dużo tańsza niż świeże warzywa i owoce. I to wcale nie ekologiczne (te są jeszcze droższe), tylko pochodzące z wielkich, nawożonych na potęgę farm, ale niecieszące się aż tak hojnym wsparciem rządu jak cztery „zboża przetrwania”. Doktor Adam Drewnowski z Uniwersytetu w Waszyngtonie wyliczył, że najtańsze kalorie mają w sobie chipsy (w ich przypadku wyprodukowanie jednego megadżula, czyli 239 kilokalorii, kosztuje 20 centów). Cola jest tylko ciut droższa (30 centów/MJ). Megadżul z marchewki to wydatek 95 centów, a z soku pomarańczowego – 1,43 dolara. Profesor Uniwersytetu Kalifornii Michael Pollon, najpopularniejszy dziś rzecznik rewolucji w amerykańskim systemie rolno-spożywczym, podsumowuje to tak: – Status społeczny i sytuacja finansowa rodziny są dziś w USA decydującym czynnikiem otyłości. Biedni jedzą tanią korporacyjną mamałygę i tyją.


Hamburger


Sam cukier to za mało, żeby było smacznie. Musi jeszcze być tłusto. Dlatego teraz przerobimy mięso. Amerykańskie mięso jest bardzo tłuste, bo robi się je z kukurydzy. Z kukurydzy z nasion Monsanto.

Trudno w to uwierzyć? Sami popatrzcie.


W przemyśle mięsnym wszystko zostało podzielone. 85 procent rynku wołowiny jest w rękach czterech firm: Tyson, Cargill, Swift i National Beef Packing. Wieprzowina w 65 procentach należy do wymienionych wyżej trzech pierwszych i giganta Smithfield, a 60 procent kurczaków to znów Tyson i drobiowy specjalista Pilgrim’s Pride. W latach 70. istniało kilkanaście tysięcy małych ubojni. Dziś zostało 13 gigantycznych. W największej rzeźni świata – należącej do Smithfield – w Karolinie Północnej ubija się 32 tysiące świń dziennie, czyli 1333 na godzinę, czyli 22 na minutę. Non stop, całą dobę.

Większość hodowanych w USA krów karmi się kukurydzą lub soją. Krowy są przystosowane do jedzenia trawy, ale trawa nie rośnie w hodowlanych konglomeratach, poza tym jest droga, a kukurydza i soja cieszą się znanym nam już korporacyjno-rządowym wsparciem. Na kukurydzy krowa szybciej rośnie, mięso jest bardziej tłuste i tańsze. Przeciętny Amerykanin zjada dziś 90 kilogramów mięsa rocznie (Polak 65), czyli o 30 kilogramów więcej niż przed 50 laty.


Michael Pollon: – Kukurydza i soja to fundamenty naszego „fastfoodowego narodu”. Zorganizowaliśmy sobie system, w którym miliony zwierząt podłączone są do nieprzerwanego strumienia taniej paszy.


Oczywiście świeże mięso w kawałku, mimo że wyhodowane na taniej kukurydzy, jest dużo droższe od mięsa przetworzonego. Dlatego niezamożny Amerykanin spożywa przede wszystkim mięso po wielokrotnych fabrycznych przejściach – w postaci hamburgera. Mięso w typowym amerykańskim hamburgerze – jak w październiku zeszłego roku w głośnym artykule na łamach „New York Timesa” opisał Michael Moss – pochodzi z kilkuset zwierząt.

„Mięso” jest tu terminem umownym, bo miele się resztki tego, co nie „poszło” w postaci steków – tłuste ścinki, oczy, uszy i podroby.

Kto jest największym odbiorcą mielonej wołowiny w USA? McDonald’s.

Za symbol uprzemysłowienia produkcji mięsa niech posłuży jedna ze scen z krytycznego wobec branży spożywczej filmu „Food, Inc.” w reżyserii Roberta Kennera. Opowiadając do kamery o swojej pracy, naukowiec grzebie w krowim żołądku. Z tym że żołądek jest jeszcze w krowie, krowa jest jeszcze żywa, stoi na czterech nogach z opuszczonym łbem. Nie zwraca uwagi na to, że ma dziurę wyciętą w boku, oklejoną plastikiem. Nazywa się to rumenotomią, a fachowa nazwa dziury to przetoka. Naukowcy od jedzenia wymyślili taką sztuczkę, żeby „na żywo” badać, co się dzieje w żołądku krowy.
W przypadku kukurydzy nie dzieje się za dobrze. Badania potwierdziły, że najbardziej prawdopodobną przyczyną dręczącej Amerykanów epidemii zakażeń bakterią E. coli jest karmienie krów kukurydzą. Bakterią, która pojawiła się w wołowinie na początku lat 80., gdy tempa nabierał rozwój przemysłu mięsnego, zaraża się 70 tysięcy Amerykanów rocznie. Choć zazwyczaj kończy się na kilkudniowych biegunkach, niektórzy jednak umierają – jak dwulatek Kevin Kovalcyk w 2001 roku, lub zostają sparaliżowani – jak opisana przez Mossa w „New York Timesie” Stephanie Smith. Zakażeń można by uniknąć, gdyby mięso było porządnie badane. Ale nie jest. W latach 70. rząd przeprowadzał 50 tysięcy kontroli mięsa rocznie, dziś – mniej niż 10 tysięcy. Tak zwane prawo Kevina (na cześć małego Kovalcyka), które umożliwiłoby zamykanie zakładów sprzedających zatrute mięso, utknęło w kongresowych komisjach. Dlaczego? Odpowiedź w następnym rozdziale.


Nie gorzej od producentów wołowiny radzą sobie bossowie od kurczaków. Na wzór Monsanto wyspecjalizowali się w uzależnianiu od siebie hodowców. Korporacja stawia halę produkcyjną wartą 300 tysięcy dolarów i podpisuje z farmerem kontrakt. Hale i kury należą do firmy, rolnik dostaje wypłatę za samą hodowlę. Dziesiątki tysięcy ptaków stłoczonych w jednej hali, na dostarczonej przez firmę paszy, rośnie w 48 dni do rozmiaru, jaki jeszcze przed 30 laty osiągały w trzy miesiące. Taki kurczak nie umie nawet chodzić, bo kości nie nadążają za rosnącą jak szalona masą mięśniową. Raz na kilka lat bossowie zgłaszają się do rolnika i przedstawiają listę koniecznych unowocześnień. Możliwości odmowy nie ma, bo firma zerwie kontrakt i farmer zostanie z wielotysięcznym długiem. Więc unowocześnia – znów na kredyt, który dalej wiąże go z korporacją.

Prawo


Żeby interes się kręcił, trzeba mieć swoich ludzi w rządzie. Lobby przemysłu spożywczego kontroluje wszystkie kluczowe dla siebie urzędy i stanowiska w Waszyngtonie. Zasiadają tam:
Tom Vilsack. Dziś sekretarz rolnictwa. Do niedawna – przewodniczący Porozumienia Gubernatorów na rzecz Biotechnologii (jako gubernator Iowa), organizacji lobbującej na rzecz GMO i klonowania zwierząt hodowlanych, regularny pasażer prywatnych odrzutowców zarządu Monsanto.



Islam Siddiqui. Dziś Główny Negocjator Rolniczy (urząd dbający o sprzedaż amerykańskich produktów rolnych za granicą). Do niedawna – wiceprezes koalicji CropLife zrzeszającej biotechnologiczne giganty (z Monsanto na czele).



Roger Beachy. Dziś szef Narodowego Instytutu Żywności i Rolnictwa (badania naukowe nad żywnością). Do niedawna – prezes opłacanego przez Monsanto centrum badań nad roślinami Danforth.
To tylko trzy przykłady z najwyższej półki. W Departamencie Rolnictwa i wszystkich urzędach około-spożywczych roi się od ludzi, którzy w niedalekiej przeszłości zajmowali kluczowe stanowiska w kontrolujących rynek korporacjach.



Pozycję branży rolno-spożywczej w Waszyngtonie cementuje też 1,2 miliarda dolarów wydanych przez ostatnie 10 lat na lobbowanie Kongresu i Białego Domu.


To dzięki tym pieniądzom rokrocznie spada liczba przypadków kontroli mięsa, a prawu Kevina ukręcono łeb. Również dzięki nim w USA nie trzeba na etykietach informować konsumentów, czy żywność jest genetycznie modyfikowana albo czy krowom, od których pochodzi mleko, wstrzykiwano sztuczne hormony. Co więcej, producenci hormonów (w tym największy – uwaga – Monsanto) walczą o to, żeby nie można było mówić ludziom, że mleko NIE pochodzi od krów faszerowanych hormonami. Dziś, jeśli producent chce poinformować o tym odbiorcę, musi na nalepce dorzucić informację, że wedle znanych badań mleko z hormonami jest tak samo dobre. Trwa batalia o to, aby w przyszłości Amerykanie nie mogli się dowiedzieć, czy świnia, z której kotlet jedzą, została poczęta naturalnie, czy w laboratorium genetycznym.

Żywność ekologiczna?

To dzięki pieniądzom wydanym na lobbing branża skutecznie rozmyła definicję żywności ekologicznej (organic). Zachowując na etykiecie przyznawany przez rząd stempel organic, można dziś do jedzenia dodawać środki wzmacniające smak i zapach, spulchniacze, sztuczne tłuszcze, można używać roślin nawożonych i transportowanych z drugiego końca świata. To, że branża organic jest warta 23 miliardy dolarów rocznie i rozwija się szybciej od innych sektorów spożywczych, nie znaczy, że Amerykanie zaczęli jeść zdrowo – choć wielu z nich tak myśli. Najbardziej popularne marki żywności organic należą do gigantów: Nestlé, Krafta, Coca-Coli. Zdrowa żywność została kupiona przez korporacje i przestała być zdrowa.

Wreszcie – dzięki „legalnej korupcji”, jak często nazywa się lobbing – w USA nie ma publicznej dyskusji na temat żywności GMO (genetycznie modyfikowanej). W korporacyjno-politycznych gabinetach już zdecydowano, że jest bezpieczna i uratuje ludzkość przed głodem.


Sprzedaż


Skoro się wyprodukowało, trzeba sprzedać. Tym zajmą się specjaliści od marketingu. Branża wydaje na reklamę 36 miliardów dolarów rocznie, w tym 13 miliardów na przekaz skierowany do dzieci. Mały Amerykanin ogląda codziennie 30 spotów telewizyjnych reklamujących słodki i tłusty junk food. Z taką nieprzerwaną marketingową nawałnicą mierzyć się będzie kampania Let’s Move Michelle Obamy. Szkoda tylko, że gdy ona ją przygotowywała, jej mąż w gabinecie obok podpisywał kolejne nominacje dla agrospożywczych bonzów, którzy – jak mówi jeden z niezależnych farmerów w filmie „Food, Inc.” – traktują konsumentów z taką samą troską jak bydło, które zarzynają.

Polska żywność


Oczywiście USA nie są jedynym krajem, gdzie produkcja żywności została uprzemysłowiona. Jednak nigdzie indziej aż tak silnej kontroli nad tym, co jedzą ludzie, nie dzierży kilka potężnych podmiotów. Polska jest dziś na etapie, na którym Amerykanie byli w latach 70. Nasze rolnictwo się reformuje, przed władzą kluczowe decyzje, które ukształtują system na lata. Trwają prace nad ustawą o GMO. Biotechnologicznym gigantom zależy, aby nasze prawo było wprowadzaniu upraw modyfikowanych jak najbardziej przychylne. Potrzebna jest w tej sprawie otwarta, publiczna dyskusja, bo nie chodzi tylko o to, czy żywność GMO jest bezpieczna dla zdrowia. Chodzi o to, jak w przyszłości będziemy karmieni. Chodzi o to, czy oddamy całe nasze jedzenie w ręce monsantów, cargilli czy tysonów.

Chodzi o to, czy chcemy być traktowani jak bydło.

Kabała – gnostycka odsłona judaizmu. Sprawa „Starszego Brata”.

Kabała – tajemnicza odsłona judaizmu. Sprawa „Starszego Brata”.

Zofia Michałowicz https://pch24.pl/kabala-tajemnicza-odslona-judaizmu-sprawa-starszego-brata-czesc-2/

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Zainicjowany przez Sobór Watykański II trudny dialog między judaizmem a chrześcijaństwem niejako wymógł na katolikach uznawanie religii żydowskiej za silnie związaną z katolicką. Spójrzmy jednak na pewne aspekty judaizmu, które utrudniają katolikom postrzeganie tej religii jako „bratniej”.

Żydowski mistycyzm

Niektórzy Żydzi bardzo wcześnie, bo już na przełomie er, zaczęli poszukiwać dróg poznania sacrum poza Pismami natchnionymi przez Boga – oto początki tzw. kabały, przed którą przestrzegają dziś egzorcyści. Prawowierny do czasów mesjańskich kult lewicki przesiąknął ideami gnostyckimi i ezoterycznymi. Zaczęto tworzyć opowieści o dualizmie Absolutu, który rzekomo miał mieć swą jasną i ciemną stronę – była to próba wyjaśnienia obecności zła na Ziemi. Co więcej, w średniowieczu środowiska rabinistyczne zaczęły nawet akceptować ideę metempsychozy (reinkarnacji, wędrówki dusz).

Znawca historii Żydów Benjamin Kerstein twierdzi, iż kabała reprezentuje żydowską formę tego, do czego dążą wszystkie tradycje mistyczne – to bezpośrednie i intymne poznanie boskości na poziomie wykraczającym poza intelekt. Związek kabały z judaizmem podsumowuje na swoim kanale na YouTube religijny Żyd Elijahu Josef Parypa – nazywa on kabałę “działem religii żydowskiej”. Na przestrzeni wieków powstawały rozmaite dokumenty judaistyczne, jak np. kodeks Szulchan aruch autorstwa Józefa ben Efraima Karo – rabina, talmudysty, kabalisty i mistyka żyjącego na przełomie XV i XVI w. To właśnie on w pierwszej części tegoż pisma skodyfikował Chanukę – wynika z tego, że osoby odpowiedzialne za dzisiejszy kształt judaizmu, takie, jak wspomniany Józef ben Efraim Karo, pławiły się w kabale. Ta hermetyczna droga Żydów-mistyków opiera się na “wiedzy” i “mądrości”, jak wskazują najstarsze jej definicje. Według kabały “spożywanie z drzewa wiedzy” pozwoliło duszy ludzkiej w pełni się rozwinąć, a wąż tak naprawdę był pośrednikiem w realizacji planu Stwórcy.

Kabaliści stworzyli sobie niejako nowe uniwersum pełne archaniołów, duchów i innych nadprzyrodzonych sił, z którymi człowiek ma nauczyć się obcować, by osiągnąć stan “oświecenia”. Fundamentalne znaczenie w kabale ma tzw. Drzewo Życia, które składa się z 10 elementów zwanych sefirami. Funkcjonują one jako stopnie “emanacji boskiego światła” i stanowią kolejne poziomy wtajemniczenia w ów “mistycyzm”. Sefiry są połączone tzw. kluczami Salomona, czyli rodzajem dróg komunikacji między poszczególnymi szczeblami poznania.

Według kabalistów pierwszy człowiek Adam miał otrzymać tajemną wiedzę o świecie od anioła, a wiedza ta miała być przekazywana wtajemniczonym z pokolenia na pokolenie. Szczególną rolę przypisywano świętym literom hebrajskiego alfabetu, których wypowiedzenie mogło urzeczywistnić cele i zdarzenia.

Prof. Tyloch pisze: Główne założenia kabalizmu zostały przedstawione w księdze Zohar, powstałej ok. 1300 r., która w formie komentarza do Pięcioksięgu stara się wyjaśnić ukryty sens opowieści biblijnych i boskich przykazań.

Kabała przeżywała swój rozkwit w XII w. wśród Żydów hiszpańskich. Jak twierdzi prof. Tyloch, była ona połączeniem dawnej mistyki żydowskiej, babilońsko-perskiej astrologii, neopitagoreizmu i manicheizmu z mistyczną filozofią islamu. Przekazywała wiedzę tajemną o świecie tylko wtajemniczonym, wprowadzała system amuletów z napisami o magicznej mocy. Stworzyła też naukę o wcielaniu się obcej duszy w ciało człowieka oraz nauczała o wędrówce dusz. Jak kabalistyczna “teoria” wykorzystywana jest w praktyce? Praktyczny wymiar kabały obejmuje rytuały zdobywania i korzystania z mocy, aby wywołać zmiany w świecie (i w światach niebiańskich). Moc ta jest generowana poprzez przestrzeganie przykazań, przywoływanie i kontrolowanie sił anielskich i demonicznych oraz czerpanie z nadprzyrodzonych energii obecnych w stworzeniu. Prawdziwy mistrz tej sztuki realizuje ludzki potencjał bycia współtwórcą z Bogiem, gdyż postrzega Stwórcę i stworzenie jako kontinuum, a nie odrębne byty. W zakresie zainteresowań kabalisty znajdziemy astrologię, wróżbiarstwo, alchemię, przywoływanie duchów, szkoły ezoteryczne, amulety, tajemnicze inskrypcje itp. W zbiorach Centralnej Biblioteki Judaistycznej znajdują się bardzo stare, kabalistyczne rękopisy. Można w nich dostrzec m.in. ilustracje astrologiczne – przedstawienia znaków zodiaku, które umieszczone są na jednej stronie obok menory, Gwiazdy Dawida, czy mojżeszowych tablic z Dziesięcioma Przykazaniami. Tymczasem Stary Testament mówi przecież jasno: Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się z tobą wydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni. (Iz 47:13-14)

Kościół Katolicki wobec magii

Wiara w możliwość odkrycia znaczenia, zinterpretowania i wykorzystania dla własnych celów znaków zsyłanych przez siłę nadprzyrodzoną i wykorzystywanie takiej wiedzy w praktyce to wiara w magię. Ks. dr hab. Paweł Wygralak z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu w publikacji „Zło magii w pastoralnych wskazaniach Ojców Kościoła” pisze:

Na magię składało się wiele różnych dyscyplin, wśród których należy wymienić m.in. astrologię, alchemię, wróżbiarstwo, nekromancję, oniromancję czy teurgię. Izydor z Sewilli w Etymologiach omawiając praktyki magiczne wymienia liczne techniki wróżenia: wróżenie z zachowania ptaków – auguria, auspicia, wróżenie z wnętrzności zwierząt – haruspicja, wróżenie z obserwacji zjawisk atmosferycznych, przede wszystkim w czasie burzy – aeromancja, wróżenie dzięki nawiązaniu kontaktu z umarłymi – nekromancja, wróżenie z użyciem wody – hydromancja, wróżenie z wybranych ksiąg – sortes sanctorum, przewidywania biegu życia człowieka na podstawie układu gwiazd w dniu narodzin – astrologia. Oprócz wskazanych przez biskupa Sewilli świat starożytny znał jeszcze wiele innych metod wróżenia, jak np. ichtyomanteia – wróżby z zachowania się ryb w wodzie; pyromanteia – wróżenie ze sposobu palenie się drewna – znaczenie miał tu rodzaj płomienia, wydobywający się z niego dym, kierunek dymu; meteoromanteia – wróżenie z obserwowanych zjawisk atmosferycznych, przede wszystkim z błyskawic i grzmotów w czasie burzy; kleromanteia – wróżenie z ruchu najrozmaitszych przedmiotów, np. zawieszonych na nitce pierścieni; chiromanteia – wróżenie na podstawie linii na dłoni człowieka; arytmomanteia – wróżenie z cyfr. Znane były też formy wróżenia, które wymagały przelewu krwi człowieka.

Według autora olbrzymie znaczenie miało wypowiadanie określonych formuł oraz noszenie amuletów i talizmanów odczyniających uroki, chroniących przed nimi lub przynoszących szczęście.

Chrześcijaństwo rodziło się w czasie, gdy magia miała zastosowanie w praktyce. Władcy korzystali z usług magów lub druidów, na podstawie zdania „czarowników” czy astrologów podejmowane były strategiczne decyzje. Było to wówczas czymś naturalnym. Ks. Wygralak wskazuje, że celem praktyk magicznych było uzyskanie władzy nie tylko nad przyrodą, ale także nad losem istot i przebiegiem wydarzeń, co w sposób oczywisty kłóci się z ideą chrześcijańską, w której nadrzędną wartością jest ufność w Bożą Opatrzność.

Ojcowie Kościoła byli przekonani, że magia jest dziełem diabła, który nie tylko inicjuje takie praktyki, ale także w nich uczestniczy, a w końcu jest ich beneficjentem zdobywającym tym sposobem ludzkie dusze. Takie poglądy przedstawiał np. św. Jan Chryzostom czy św. Augustyn, który uważał ponadto praktyki magiczne za kult diabła. W nauczaniu Ojców Kościoła wszelkie praktyki magiczne były grzechem ciężkim – grzechem świętokradztwa, a także formą zniewolenia człowieka, który uzależniał się od magicznych rytuałów, przesądów i wróżbiarstwa.

Maria Piechocka-Kłos z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie w publikacji „Wróżbiarstwo i praktyki magiczne w świetle dokumentów wczesnochrześcijańskich synodów oraz ustaw państwowych pierwszych cesarzy chrześcijańskich (IV–VI w.)” wykazała, że zarówno władze świeckie jak i kościelne późnego antyku, uważały praktyki magiczne za przejaw pogaństwa:

Jak wynika z zachowanych tekstów akt synodalnych, duchowni obradujący na synodach zwołanych w okresie od IV do VI w., ogłosili łącznie 16 kanonów, które dotyczyły bezpośrednio wróżbiarstwa lub magii, nakładają na chrześcijan, zarówno duchownych, jak i świeckich, różne zakazy i ograniczenia. (…) W większości przypadków biskupi nakazywali, aby adresaci kanonów, którymi są chrześcijanie, pod groźbą m.in. wykluczenia z Kościoła na okres próby i pokuty na kilka lat lub dożywotnio, powstrzymali się od tego typu praktyk.

Podobnie edykty cesarskie w tamtym okresie piętnowały praktyki magiczne. Oczywiście nie wszyscy władcy realizowali te zalecenia, jednak oficjalne stanowisko Kościoła było wyartykułowane jasno i jednoznacznie.

W średniowieczu podejście Kościoła do magii przeszło ewolucję, od traktowania jej jako zabobon, przez uważanie jej za iluzję demoniczną, aż po uznanie jej za herezję. Mediewista dominikanin  dr hab. Tomasz Gałuszka w artykule „Magia jako herezje” wskazuje, że dzięki powstaniu uniwersytetów i rozwojowi nauk filozoficznych i teologicznych zaczęto rozumieć, iż człowiek praktykujący magię, w istocie w sposób świadomy i dobrowolny wchodzi w kontakty z demonem, co oznacza, że taki człowiek znajduje się „w stanie głębokiego buntu”. Po roku 1576 Kościół oficjalnie uznał, iż wiara w astrologię kłóci się z doktryną o wolnej woli człowieka, w dokumentach papieskich potępiono praktyki magiczne i wróżbiarstwo, a jeśli jakieś przypadki wiązałyby się z herezją, mogły wejść w obszar zainteresowania Inkwizycji Rzymskiej.

Kabała nie dla katolika

Kabaliści twierdzą, że celem kabały jest zbawienie, zaś utożsamianie jej z ezoteryką czy okultyzmem świadczy o jej niezrozumieniu i uleganiu stereotypom, które odcinają kabałę od judaistycznych źródeł. Ja jednak uważam, że stanowisko Kościoła w kwestii amuletów, astrologii i ezoteryki jest na tyle jasne, że żaden katolik nie powinien mieć wątpliwości: nie wolno mu takich praktyk odbywać, nie wolno mu uczestniczyć w kabalistycznych rytuałach.

„Katolicy też mają przecież swoich mistyków” – mogliby polemizować zwolennicy mistycyzmu żydowskiego. Owszem, jednak mistycyzm katolicki dostępny jest dzięki Bożej łasce, jest stanem przebywania z Panem Bogiem. Mistycy katoliccy byli wielkimi Świętymi Kościoła – ćwiczyli się w cnotach, umartwiali się i pokutowali, a wszystko to z powodu miłości ku osobowemu Bogu, który Sam z Siebie zechciał ukazać się ludzkim oczom.

Tymczasem kabała to próba „poznania” Boga, a raczej natury „boskości” dzięki „wiedzy”, wtajemniczeniu i ezoteryce, rozszyfrowaniu starych zapisków, w celu przewidzenia przyszłych czynów Boga. W tym przypadku człowiek niejako chce zaklinać Boga zrywając jego konstytutywną zasłonę transcendencji.

„Nasza” Biblia także jest pełna symboliki i jej zrozumienie wymaga czasem wysiłku, lecz każdy, kto jest pokorny, bogobojny i prostoduszny ją zrozumie, gdyż Pan „objawił te rzeczy prostaczkom”, a bojaźń Boża to właśnie ten rodzaj mądrości, który jest potrzebny, aby zrozumieć Słowo.

Komu spodobała się kabała?

Nietrudno znaleźć przyczynę żywego zainteresowania europejskich stowarzyszeń inicjacyjnych, np. masonerii, kabałą – nieśmiertelne dla wolnomularzy motywy dualizmu, oświecenia, wtajemniczenia, wiedzy, czy samodoskonalenia znajdują oni właśnie w kabale konserwowanej po dziś dzień przez judaizm. Jednym z przykładów wpływu tych wierzeń na masonerię jest choćby wykorzystywanie przez nią heksagramu, czyli Gwiazdy Dawida pojawiającej się wielokrotnie na fartuchach wolnomularzy, w ich dokumentach i rycinach.

Nie jest to znak który towarzyszył Izraelitom, gdy trwali w stanie wierności Jahwe. Heksagram pojawił się u nich jako “przesącz” z pogańskich, kananejskich kultów, m.in. bożka Molocha, ku chwale którego żywcem palono niemowlęta. Ostatecznie symbol ten trafił na sztandar narodu żydowskiego i widnieje na nim do dziś. Jest przedstawieniem dualistycznej natury wszechświata: dobro – zło, dzień – noc, mężczyzna – kobieta, duch – materia, czynność – bierność etc., co perfekcyjnie koresponduje z filozofią wolnomularzy. Powiązania ze “sztuką królewską” są jedynie wierzchołkiem góry lodowej – heksagram zapuścił głębokie korzenie w ezoteryce, alchemii, astrologii i spirytyzmie, które, jak głosi Kościół, są w jawnej opozycji wobec Stwórcy i Jego praw.

Nietrudno się przekonać, iż ezoteryka wprost odwołuje się do szatana, którego wcale nie piętnuje, ani nie wyśmiewa. Upatruje w nim za to duchową siłę równą w potędze Bogu. Moc ta odpowiedzialna jest za mroczny pierwiastek zastanej rzeczywistości, z którym nie ma sensu walczyć, lepiej go ujarzmić, obłaskawić i wykorzystać w swej drodze ku oświeceniu. Ciekawa w tym kontekście jest kwestia stosunku kabały do złych duchów – na przykład demon Asmodeusz z Księgi Tobiasza jest przez kabalistów uznawany za byt dobroczynny, pożyteczny dla człowieka. Tymczasem Pismo Święte podaje, że Archanioł Rafał radził biblijnemu Tobiaszowi, jak nie paść ofiarą działań Asmodeusza, a ostatecznie nawet Anioł ten walczył i pokonał owego demona. Wiedząc, że Rafał to wysłannik Boga, a pełen pychy i zazdrości diabeł jest zbuntowany, od razu wiemy, kto jest dobry i życzliwy człowiekowi, a kto pragnie jego zguby. Kabała natomiast zdaje się nie kierować bezwarunkową „lojalnością” wobec dobra i niejako usprawiedliwia antagonistów Jahwe. Liczy się tutaj matematyczna „wartość bezwzględna” sił nadprzyrodzonych. Mniej ważne jest odpowiadające im dobro lub zło.

Inne tradycyjne komponenty filozofii kabały również wzbudziły zachwyt wśród europejskich mistrzów wiedzy tajemnej. Wspomniane wcześniej “klucze Salomona” przeniknęły do zachodniego ezoteryzmu jako tytuły okultystycznych traktatów z gatunku grimoire (fr. nieczytelne pismo), które zawierały instrukcje dotyczące m.in. wywoływania duchów, zmuszania ich do posłuszeństwa, przeklinania wrogów, odnajdywania skarbów etc. Stało się to w okresie wypraw krzyżowych, kiedy przedstawiciele cywilizacji łacińskiej przesiąknęli doktryną kabały po nawiązaniu ściślejszych kontaktów z Żydami w Ziemi Świętej. Tworzone na przestrzeni wieków “klucze Salomona” przedstawiają niezrozumiałe dla laika ryciny z gąszczem przedziwnych symboli, a wśród nich oczywiście Gwiazdą Dawida, znakami astrologicznymi, pentagramami i wieloma hebrajskimi frazami zaczerpniętymi z Talmudu.

Poszczególne sefiry z kabalistycznego Drzewa Życia również wykorzystywane były w praktyce przez okultystów. Ich nazwy własne, np Chochma, czy Bina nanoszone były na karty tarota i szeroko opisywane w hermetycznych dziełach Aleistera Crowleya – gnostyckiego “świętego”, który sam nazywał siebie Bafometem (diabeł), zakładał okultystyczne, para – masońskie zakony (np. Ordo Templi Orientis) i uważany jest za ojca Thelemy (pseudo – religii, której motto brzmi: Czyń wedle swej woli będzie całym Prawem). Tę samą kabalistyczną materię zgłębiał i przelewał na papier niejaki Eliphas Levi – francuski wolnomularz, mistrz czarnej magii i guru świata wiedzy tajemnej. Jego prace zawierały m.in. konkretny podział pentagramów na tzw. “dobre” i “złe”, a także mnóstwo odwołań do diabła i jego przymiotów. To właśnie z dzieł Leviego czerpał później obficie Anton Szandor la Vey – założyciel kościoła szatana. Dodam, że wśród pism Francuza, takich, jak Historia magii, Biblia wolności, czy Magiczny rytuał Sanctum Regnum znajdziemy również pozycję pt. Większe i mniejsze klucze Salomona

Judaizm dzieckiem kabały?

W nurt ortodoksyjnego judaizmu wpisuje się dorobek żyjącego w XVI w. palestyńskiego rabina Izaaka Lurii. Już jako młodzieniec był on doskonale obeznany z Talmudem, który jednak mu nie wystarczał, Izaak chciał bowiem doświadczyć prawdziwego mistycyzmu. Luria zafascynował się XIII – wieczną księgą Zohar, za sprawą której wszedł w świat kabały. Żydzi chasydzcy utrzymują, iż Luria często przyzywał zza grobu Eliasza, od którego przyjął tajemną wiedzę, a tą z kolei dzielił się z kilkudziesięcioma uczniami. Oczywiście talmudyczno – kabalistyczna szkoła Izaaka Lurii zakładała system stopni wtajemniczenia – sposób zwracania się do bytów duchowych i przywoływania ich wyjawiany był dopiero tym adeptom, którzy opanowali w zadowalającym stopniu podstawy kabały. Luria jest jedną z najważniejszych postaci dla Żydów – nadali mu oni nawet przydomek Święty Ari (Święty Lew), a podobny zaszczyt spotkał jedynie kilku rabinów w całej historii judaizmu. Od lat wielu Żydów udaje się do Safedu na grób Lurii, by się tam modlić i oddać hołd wielkiemu duchowemu przywódcy z minionych wieków. Widzimy więc, że kabała, tak silnie przecież przesiąknięta gnozą i ezoteryką, gnieździ się u podstaw dzisiejszego judaizmu, jest jego źródłem i silną motywacją.

Odzwierciedlenie tego stanu rzeczy widzimy choćby na przykładzie obecnej w naszym kraju chasydzkiej organizacji żydowskiej Chabad – Lubawicz, która już w samej nazwie kryje powiązania z kabałą: człon chabad jest akronimem nazw trzech sefir z kabalistycznego Drzewa Życia: Chochma (mądrość), Bina (zrozumienie) i Daat (wiedza). Prawdopodobnie jest to subtelne podkreślenie filarów działalności tej organizacji – “edukacja” i ”nawracanie” innych na judaizm. Przedstawiciele tego właśnie ruchu byli zaproszeni tuż przed Świętami Bożego Narodzenia do polskiego Sejmu, gdzie zapalali chanukowe świece. Warto zaznaczyć, iż ruch Chabad – Lubawicz jest aktywny w internecie – posiada m.in. stronę na Facebooku, gdzie spotkamy się z “mistycznymi” treściami – zamieszczane tam są praktyczne opisy gematrii (rodzaj żydowskiej numerologii), stare ilustracje z opisem “Amulet do domu. Jerozolima. Początek XX wieku”, a także grafiki z kręgiem symboli astrologicznych (znaki zodiaku).

Ten, kto odrzuca judaizm i żydowską kulturę, w istocie odrzuca Jezusa […] – pisze redaktor Tomasz Terlikowski dla portalu Więź. W mojej ocenie jest zgoła odwrotnie – jak mamy akceptować judaizm i traktować go jako „starszego brata”, kiedy mamy świadomość bluźnierczych wobec Chrystusa talmudycznych treści oraz mnogich ezoteryczno – gnostyckich powiązań? Wiedząc o nich wszystkich, brakuje mi narzędzi, by próbować obalać tezę o „satanistycznych aktach”  odbywających się w sejmie. W najprostszym katolickim ujęciu wszystko, co związane jest z okultyzmem, poświęcone jest złemu, a my chrześcijanie mamy unikać „wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5, 22), dlatego niechrześcijańskie, kabalistyczne rytuały nie powinny odbywać się za przyzwoleniem i aprobatą katolików.

Niedawna niekonwencjonalna interwencja posła Grzegorza Brauna z pewnością wychodziła poza kanon ogólnie przyjętych w naszym kręgu kulturowym działań dyplomatycznych w stosunkach międzynarodowych, jak również w opinii wielu osób przekroczyła ramy savoir-vivre’u. Z drugiej strony, koncentrując się na wymiarze duchowym całej sprawy, cieszy fakt, że w sejmie działają jeszcze osoby o głęboko zakorzenionej katolickiej tożsamości, które wbrew „poprawności politycznej”, próbują zdejmować maski, za którymi kryje się „ojciec kłamstwa”.

Zofia Michałowicz

Franciszek: Wszyscy w Kościele są zaproszeni. Rozwodnicy, homoseksualiści i osoby trans…

15 stycznia 2025 https://pch24.pl/franciszek-wszyscy-w-kosciele-sa-zaproszeni-rozwodnicy-homoseksualisci-i-osoby-trans/

Franciszek: wszyscy w Kościele są zaproszeni. Rozwodnicy, homoseksualiści i osoby trans

(fot. EPA/ALESSANDRO DI MEO Dostawca: PAP/EPA.)

„Bóg Ojciec kocha ich tą samą bezwarunkową miłością, kocha ich takimi, jakimi są, i towarzyszy im w taki sam sposób, jak nam wszystkim, będąc blisko, miłosierny i czuły” – napisał o homoseksualistach papież Franciszek w swoim nowym pamiętniku Nadzieja. Równocześnie papież wiele miejsca poświęcił obronie błogosławieństwa par jednopłciowych, wyrażonego w dokumencie Fiducia Supplicans.

„To ludzie są błogosławieni, a nie związki” – napisał papież Franciszek, komentując po raz kolejny kontrowersje wokół dokumentu Fiducia Supplicans. Tymczasem sam tekst mówi o błogosławieństwie udzielanym parze osób tej samej płci. Ciężko również błogosławić parę bez uwzględnienia ich intymnego związku; to właśnie ich wzajemna relacja tworzy parę.

Komentarze Franciszka z pamiętnika Nadzieja, rozszerzają jego wcześniejszą obronę dokumentu, umożliwiającego księżom udzielanie błogosławieństw parom homoseksualnym. „Otwartość, a na pewno nie relatywizm, ani żadna zmiana doktryny, jest duchem i sercem Fiducia supplicans” – napisał Franciszek.

Wydany w grudniu 2023 r. dokument wywołał powszechne oburzenie w całym Kościele, a znaczna liczba biskupów odrzuciła tekst w całości. Emerytowany prefekt Kongregacji Nauki Wiary (dzisiaj – Dykasteria Nauki Wiary) kardynał Gerhard Müller napisał, że „błogosławieństwa” par homoseksualnych stanowią „bluźnierstwo” i że dokument jest „wewnętrznie sprzeczny”.

Rzeczywiście, zaledwie dwa lata wcześniej, w 2021 r., KNW wyraźnie stwierdziła, że Kościół nie ma „władzy udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci”. KNW napisała, że „nie jest dozwolone udzielanie błogosławieństwa związkom (…) nawet stabilnym, które obejmują aktywność seksualną poza małżeństwem (tj. poza nierozerwalnym związkiem mężczyzny i kobiety otwartym na przekazywanie życia), jak ma to miejsce w przypadku związków między osobami tej samej płci”.

Ale według Franciszka, zgoda na błogosławieństwa osób tej samej płci „wynika z pragnienia, aby nie przypisywać jednej sytuacji lub jednej kondycji całemu życiu tych, którzy pragną zostać oświeceni i żyć z towarzyszącym im błogosławieństwem”.

„Wszyscy w Kościele są zaproszeni, w tym osoby rozwiedzione, w tym osoby homoseksualne, w tym osoby transpłciowe” – dodał, opierając się na swoich regularnych spotkaniach z grupami osób trans w Watykanie. „Kiedy po raz pierwszy grupa osób transpłciowych przybyła do Watykanu, wyszli ze łzami w oczach, wzruszeni, ponieważ wziąłem ich za ręce, pocałowałem ich… Jakbym zrobił dla nich coś wyjątkowego. Ale one są córkami Boga!”.

Nie jest jasne, czy Franciszek miał na myśli biologiczne kobiety, czy mężczyzn, którzy żyją jako „transpłciowe kobiety”. Na kartach pamiętnika Franciszek potępił „opór” wobec tekstu jako oparty na „niewystarczającej wiedzy lub jakiejś formie hipokryzji”.

Potępiając prawa przeciwko homoseksualizmowi, które są szczególnie rozpowszechnione w krajach afrykańskich, Franciszek powiedział, że homoseksualizm „jest faktem ludzkim”, na który Kościół nie może reagować „bezmyślnie”. Papież zdawał się również sugerować, że nie ma potrzeby nawracania się z homoseksualnego stylu życia, ponieważ Bóg „kocha ich takimi, jakimi są”:

„Bóg Ojciec kocha ich tą samą bezwarunkową miłością, kocha ich takimi, jakimi są, i towarzyszy im w taki sam sposób, jak nam wszystkim, będąc blisko, miłosierny i czuły” – napisał.

Źródło: lifesitenews.com PR

==================

mail:

Czy Franciszek zna ten fragment z Nowego Testamentu 1 listu do Koryntian z Pisma Świętego!???

Cyt. „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą….”

OBALAMY MITY. W „Dniu Judaizmu” poznaj prawdę na temat nauk Żydów i roli Kościoła

OBALAMY MITY. W „Dniu Judaizmu” poznaj prawdę na temat nauk Żydów i roli Kościoła

https://pch24.pl/obalamy-mity-w-dniu-judaizmu-poznaj-prawde-na-temat-nauk-zydow-i-roli-kosciola

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan w Kościele katolickim w Polsce poprzedza zawsze wyjątkowe w skali świata wydarzenie: Dzień Judaizmu w Kościele. Zaraz, zaraz… Żydzi odrzucają Chrystusa, nauki Talmudu są wobec Zbawiciela wręcz wulgarnie obraźliwe – a katolicy obchodzą dzień żydowskiej religii w Kościele?

Tak to właśnie wygląda – i to już od 27 lat, a znaczna część biskupów nie kryje, że jest z tego dumna. Są nawet tacy, którzy oczekują celebrowania Dnia Judaizmu w każdej polskiej parafii.. 

Trudno jest dowiedzieć się z oficjalnych kościelnych wystąpień w Dniu Judaizmu, o co tak naprawdę chodzi we współczesnej religii żydowskiej. Dominują, jak zawsze, fałszywe banały o tym, że Żydzi są naszymi „starszymi braćmi w wierze”, albo że nie da się zrozumieć religii katolickiej bez zrozumienia wiary żydowskiej.

Jak jest naprawdę? O tym piszemy w szeregu tekstów, które w tym miejscu proponujemy Państwa lekturze. Zamiast tkwić w oparach filo-judaistycznej poprawności politycznej – lepiej dowiedzieć się, jak naprawdę wyglądają nauki żydowskie i jaki był zawsze stosunek Kościoła katolickiego wobec judaizmu.

https://pch24.pl/mit-starszych-braci-w-wierze-pawel-lisicki-o-blednym-podejsciu-do-zydow/embed/#?secret=f1Cqd4rbF0#?secret=ynpshcCeLa

https://pch24.pl/prawdziwy-izrael-i-falszywy-judaizm-jak-nauka-o-rownoleglym-przymierzu-ma-sie-do-magisterium-kosciola/embed/#?secret=LfNuirkQrT#?secret=Q2HCY7Iz4X

https://pch24.pl/kard-rys-pragnie-obchodow-dni-judaizmu-w-kazdej-parafii-inaczej-potwierdzamy-dzielo-zaglady/embed/#?secret=D8hQsze9OS#?secret=ivnmJ0cfWn

https://pch24.pl/sekrety-chabad-lubawicz-dr-anna-mandrela-o-wplywowej-zydowskiej-sekcie/embed/#?secret=VH90ANc0VX#?secret=QxqxB9r3BC

https://pch24.pl/ks-chrostowski-o-zydach-nie-ma-dwoch-rownoleglych-drog-zbawienia/embed/#?secret=l0r6LFCvPa#?secret=OMLjXMVkFq

https://pch24.pl/judaizm-wobec-ideologii-lgbt-kiedys-obrzydliwosc-dzisiaj-teczowe-gwiazdy-dawida/embed/#?secret=yRkCkWVjMe#?secret=ShnSo8SLoi

https://pch24.pl/bracia-w-wierze-czy-talmudyczni-nacjonalisci-sprawa-starszego-brata-czesc-1/embed/#?secret=gnuJkoMGvu#?secret=kLQqITRuWb

https://pch24.pl/kabala-tajemnicza-odslona-judaizmu-sprawa-starszego-brata-czesc-2/embed/#?secret=RUp1bNg531#?secret=DT931iYULG

https://pch24.pl/porwanie-swietych-wielka-wojna-i-powrot-chrystusa-lisicki-o-chrzescijanskich-syjonistach/embed/#?secret=by1HS2rm60#?secret=z0NEuOX6U5

Dzień Judaizmu u dominikanów – sekta 'judaizantes”.

Dzień Judaizmu u dominikanów. „Kościół katolicki musi stale rozpoznawać, pogłębiać swoje związki z judaizmem”

16.01.2025 https://nczas.info/2025/01/16/dzien-judaizmu-u-dominikanow-kosciol-katolicki-musi-stale-rozpoznawac-poglebiac-swoje-zwiazki-z-judaizmem/

Wnętrze kościoła oraz menora chanukowa z gaśnicą
Wnętrze kościoła oraz menora chanukowa z gaśnicą. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)

Dzień Judaizmu w kościele dominikanów w piątek, 17 stycznia, rozpocznie w Szczecinie tydzień modlitw o jedność chrześcijan. [Gdzie tu sens, gdzie logika?? MD] Nabożeństwa ekumeniczne zaplanowane są w m.in. w cerkwi, świątyniach luterańskiej i polskokatolickiej oraz klasztorze karmelitanek.

Dzień Judaizmu w Szczecinie organizują dominikanie, zapraszając do wspólnej modlitwy przedstawicieli różnych wyznań, członków gminy żydowskiej i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów. Uroczyste nabożeństwo w kościele św. Dominika (17 stycznia, godz. 19) rozpocznie cykl wydarzeń pod hasłem „Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan”.

Kościół katolicki musi stale rozpoznawać, pogłębiać swoje związki z judaizmem – podkreślił w rozmowie z PAP o. Tomasz Dostatni, organizator Dnia Judaizmu i tygodnia modlitw w Szczecinie.

– Centralne, ogólnopolskie obchody Dnia Judaizmu w tym roku odbywają się we Wrocławiu (14-16 stycznia). A szczecińscy dominikanie, jak zawsze włączają się w to święto. Od kilkunastu ma ono charakter ekumeniczny – wyjaśnił.

Ratować gospodarkę migracją? Napływ cudzoziemców się nie opłaca.

15 stycznia 2025 https://pch24.pl/ratowac-gospodarke-migracja-eksperci-naplyw-cudzoziemcow-sie-nie-oplaca/

Ratować gospodarkę migracją? Eksperci: napływ cudzoziemców się nie opłaca

W debacie politycznej napływ migrantów bywa przedstawiany jako konieczny element utrzymania wzrostu gospodarczego. Wydany niedawno raport podważa zasadność takiej argumentacji. Według analityków Centrum Myśli Gospodarczej masowa migracja oznacza wiele strat.

„Coraz bardziej palący problem imigracji jest zwykle traktowany jako konflikt pomiędzy korzyściami gospodarczymi a zagrożeniami nieekonomicznymi. W swoim najnowszym raporcie Migracja pod lupą. Jakie są koszty otwartych granic? nasi eksperci pokazują, że nie do końca tak jest”, czytamy w publikacji Centrum Myśli Gospodarczej.

Jak wskazują autorzy dokumentu, silny napływ migrantów  przyczynia się do spadku wynagrodzeń – szczególnie pośród pracowników prostych zawodów. Cudzoziemcy pełnią rolę taniej siły roboczej i zmuszają obywateli do zgadzania się na niższe wypłaty pod groźbą zastąpienia tańszym pracownikiem.

Wśród zagrożeń autorzy raportu wymienili też zjawisko „zabierania miejsc pracy” przez obcokrajowców i wzrostu bezrobocia. Takie konsekwencje ma nasilona migracja w połączeniu z wyposażonymi w duże kompetencje instytucjami ochrony zatrudnionych.

Zdaniem ekspertów zbyt wysoka podaż pracy, do jakiej przyczyniają się otwarte granice, „hamuje absorpcję technologii w przedsiębiorstwach”, a tym samym „utrzymuje specjalizację kraju w nisko zaawansowanej produkcji”.

Nie należy również lekceważyć zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego i zaufania społecznego, do jakich przyczynia się nasilona migracja i „wielokulturowość”, wskazują eksperci Centrum Myśli Gospodarczej. Jak wyjaśniają analitycy, „zróżnicowanie etniczne” zdecydowanie sprzyja również przestępczości. Te czynniki przekładają się negatywnie na „długookresowy rozwój”.  

Z tych powodów kolejne kraje zachodnie coraz poważniej myślą o ograniczeniu liczby migrantów. Pojawiają się też postulaty deportacji przyjezdnych, zauważają eksperci Centrum Myśli Gospodarczej. Czy te doświadczone od dekad przez napływ obcokrajowców państwa byłby zmuszone do opracowywania takich posunięć, gdyby migracja oznaczała zabezpieczenie dobrobytu?

Źródło: cmg.org.pl FA

Dni protestantów, żydów i islamu? Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa

Dni protestantów, żydów i islamu? Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa

Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności.

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/dni-protestantow-zydow-i-islamu-nie-kazdy-dzien-nalezy-tylko-do-chrystusa/

Tydzień Ekumenizmu i Dialogizmu to przejaw głębokiego zaczadzenia Kościoła politycznym liberalizmem. W Kościele nie ma dni należących do protestantów, żydów czy islamistów. Każdy dzień należy wyłącznie do Chrystusa – tego, poza którego Imieniem nie ma zbawienia.

Zgodnie z ekumenicznym paradygmatem dialogizmu Kościół katolicki w wielu krajach świata zaangażuje się w styczniu w intensywną współpracę z „braćmi odłączonymi”. Spotkaniom z luteranami, kalwinami, metodystami, baptystami, starokatolikami, mariawitami i prawosławnymi wprost nie będzie końca.

W Polsce Tydzień Ekumeniczny ma dodatkowo wyjątkowy początek i zakończenie. Poprzedza go „Dzień Judaizmu w Kościele”, a zamyka takiż „Dzień Islamu”.

Biorąc pod uwagę aktualny stan społeczeństw Europy można byłoby sądzić, że taki właśnie układ obchodów to złośliwy polski komentarz do islamizacji: wszystko zaczęli Żydzi, potem przyszli chrześcijanie, a cały ten kram zamkną dżihadyści. Inicjatorom dialogicznego cyklu nie o to raczej chodziło; Dzień Islamu na przykład obchodzony jest nad Wisłą od 2001 roku – zaczęło się jeszcze przed globalną wojną z terroryzmem; zanim w Polsce zrozumiano, że Półksiężyc to bynajmniej nie tylko przyjazna mniejszość tatarska. Zostawię jednak na boku judaizm i islam; ostatecznie sednem styczniowych obchodów jest uskutecznianie „jedności” z protestantami.

Obchody Tygodnia Ekumenicznego będą odbywać się w całej Polsce. Proszę zobaczyć, jak będzie wyglądać to w dwóch kluczowych dla ekumenizmu miastach, Warszawie i Łodzi. W Warszawie wszystko rozpocznie się w zborze kalwińskim w sobotę 18 stycznia. W niedzielę 19 stycznia inicjatywę przejmą mariawici. Dopiero w poniedziałek przyjdzie czas na Kościół katolicki, ale – jak zaznaczono w komunikacie prasowym diecezji warszawsko-praskiej, która patronuje nabożeństwom ekumenicznym w tym dniu – ambona będzie otwarta również dla niekatolickich duchownych.

We wtorek ekumenizm przenosi się do cerkwi prawosławnej. W środę ponownie pojawia się katolicki kościół, jakkolwiek z głównym udziałem ekumeniczno-charyzmatycznej wspólnoty Chemin Neuf. W czwartek odbędzie się „nabożeństwo centralne” – w zborze luterańskim, dla upamiętnienia rocznicy podpisania umowy o wzajemnym uznawaniu chrztu. W piątek ekumenizm zagości u metodystów. Na tym powinno się zakończyć, bo tydzień – to w końcu tydzień; ale ze względu na mnogość grup protestanckich w Warszawie siedem dni nie wystarcza; dlatego w sobotę 25 stycznia odbędzie się jeszcze nabożeństwo u tzw. polskokatolików. Wreszcie w niedzielę 26 stycznia i czwartek 30 będą dodatkowe nabożeństwa w kościołach katolickich.

Tydzień Ekumeniczny jeszcze dłużej potrwa w w Łodzi. Tam rzecz zaczyna się już 13 stycznia, a kończy dopiero 5 lutego. [To u Rysia… md] Pierwszym aktem będzie ekumeniczny akt charyzmatyczny, czyli Wieczór Uwielbienia. Potem wkroczą do działania, kolejno: katolicy, luteranie, kalwini, polskokatolicy, mariawici, metodyści, prawosławni, baptyści, znowu luteranie, znowu mariawici, znowu kalwini, znowu katolicy, znowu luteranie, znowu katolicy… a na koniec wszystko charyzmatyczną klamrą zamknie wspólnota Chemin Neuf.

Nieco mniej bogaty program mają obchody w innych miejscach Polski: Poznaniu, Ełku, Szczecinie, Częstochowie i Krakowie. Choć bywają „smaczki”. Na przykład w archidiecezji częstochowskiej wszystko zacznie się od panelu ekumenicznego pod tytułem… „Jedność w różnorodności wyznań”. Prawda, że pięknie, a pięknie – bo tak bardzo liberalnie?

Tu właśnie leży clou problemu. Tu, to znaczy: w liberalizmie. Wszystkie te ekumeniczno-dialogiczne projekty nie mają żadnego innego sensu poza gruntowaniem systemu liberalnego relatywizmu religijnego. „Jedność w różnorodności” – oto hasło, którym zabija się prawdę. 16 stycznia wyznawcy Boga Wcielonego mają podawać sobie ręce z żydami, którzy hołubią Talmud – księgę obrzucającą Chrystusa najgorszymi obelgami.

Od 18 do 25 stycznia mamy zapraszać do kościołów i bywać w zborach tych, którzy kategorycznie odrzucają władzę papieską, a Najświętszy Sakrament uważają za jakiś „papistowski” zabobon i coraz powszechniej akceptują największe błędy współczesności (jak aborcjonizm czy genderyzm). Wreszcie 26 jesteśmy wzywani przez pasterzy Kościoła, by z przyjaźnią spojrzeć na mahometan – tych samych, którzy (o ile są gorliwi) każdego dnia recytują sury Koranu wzywające do zabijania (sic!) chrześcijan i odmawiające Zbawicielowi Synostwa Bożego.

Dlaczego Kościół się w to bawi? Bądźmy szczerzy: bynajmniej nie dlatego, że domaga się takich działań sama Ewangelia albo niezmienna nauka Kościoła. Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności. Dialogicznego relatywizmu oczekuje od nas nie Zbawiciel, ale polityczni awangardziści dyktatury liberalizmu. Ci sami, stoją w jednej oświeceniowej tradycji z mordercami i bezbożnikami z czasów rewolucji francuskiej. To francuskie ludobójstwo dokonane pod hasłami równości, wolności i braterstwa zapoczątkowało w Europie rządy relatywizmu: wszyscy mają służyć sekularnemu Lewiatanowi i niech ta służba będzie najwyższym prawem. To, co mogłoby dzielić niewolników Lewiatana w dziele krzewienia rewolucji i „oświecenia”, czyli „przesądy religijne”, musi zejść na drugi plan. Oto właściwy sens „jedności w różnorodności”. Jej kamieniem węgielnym jest niewiara, fundamentem królobójstwo, spoiwem antyklerykalna ideologia wolterianizmu, murami pogarda dla świętości życia, zwieńczeniem bezbożny sekularyzm.

Papież Leon XIII w 1896 roku w encyklice „Satis cognitum” wezwał cały Kościół do modlitwy o jedność chrześcijan. Rozumiał przez to tylko jedno: nawrócenie schizmatyków i heretyków, którzy powinni z miłości do Chrystusa wyrzec się błędów i przyjąć jedną, świętą, powszechną i apostolską wiarę Kościoła.  Pod naciskiem politycznej dyktatury liberalizmu wyrzeczono się jednak wezwania tego papieża; gorzej jeszcze – cynicznie wykrzywiono je w dyskusjach towarzyszących przyjęciu deklaracji „Dignitatis humanae” II Soboru Watykańskiego, którą – jak doskonale opisał to amerykański prawnik David Wemhoff – inspirowały działania amerykańskiego wywiadu. CIA chciała przekonać Kościół do zaakceptowania liberalnych podwalin relatywistycznego systemu politycznego USA – i zrobiła to z sukcesem.

Musimy modlić się za luteranów, kalwinów i baptystów; musimy zabiegać o prawosławnych, starokatolików i mariawitów; jesteśmy wezwani do kontaktów z żydami i muzułmanami – ale nie po to, by umacniać ich w błędach, lecz po to, by dawać im świadectwo katolickiej prawdy i wzywać do przyjęcia jedynej prawdziwej religii nauczanej przez Kościół katolicki. To nie jest jakaś „ideologia katolickiego suprematyzmu” ani „religijna ksenofobia”; to zwykła i elementarna wierność wobec tego, co wszystkim nam nakazał Jezus Chrystus: abyśmy byli jedno, w Nim, Zbawicielu, który zbudował swój Kościół na Piotrze, biskupie Rzymu, jedynym na tej ziemi Jego autentycznym przedstawicielu i opoce. Nie wolno nam brać udziału w fałszywym festiwalu, jakim stał się Tydzień Ekumeniczny ani tym więcej w dialogicznym horrendum w postaci Dni Judaizmu i Islamu w Kościele.

Żaden dzień nie należy w Kościele do tych, którzy odrzucają boskość Chrystusa albo ustanowione przez Niego sakramenty. Każdy dzień należy tylko do Niego samego, Chrystusa, Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem i poza Imieniem którego – nie ma zbawienia.

Paweł Chmielewski

Ministerstwo Prawdy UE czyli kto zostanie agentem „dezinformacji”

Ministerstwo Prawdy UE czyli kto zostanie agentem „dezinformacji”

Autor: AlterCabrio , 15 stycznia 2025

To nie jest tylko walka z cenzurą — to walka o duszę naszej cywilizacji. Czy zaakceptujemy przyszłość, w której niewybierani biurokraci będą decydować, co możemy myśleć, mówić i w co wierzyć? Czy też będziemy stać twardo przeciwko tej pełzającej tyranii i domagać się powrotu do wolności i przejrzystości?

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Ministerstwo Prawdy UE: Przejęcie władzy przez globalistów pod przykrywką walki z „dezinformacją”

W przerażającym ruchu, który wygląda jakby wprost zaczerpnięty z powieści Orwella Rok 1984, Unia Europejska formalizuje swoją rolę strażnika informacji, tworząc „Centrum wymiany informacji i analiz” [Information Sharing and Analysis Center] w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych [European External Action Service – EEAS]. Deklarowany cel? Zwalczanie tak zwanych kampanii „dezinformacyjnych” prowadzonych przez zagranicznych aktorów, takich jak Rosja czy Chiny. Ale bez wątpienia nie chodzi tu o ochronę prawdy czy demokracji. To bezczelna próba globalistycznej elity UE, aby kontrolować sprzeciw wobec narracji, uciszać sprzeciw i przekształcić opinię publiczną tak, aby dostosować ją do ich własnej agendy.

Zasłona legitymizacji dla autorytarnej cenzury

Szef polityki zagranicznej UE, Josep Borrell, ukrył inicjatywę w szlachetnej retoryce, oświadczając, że dezinformacja podważa demokrację, zniekształcając opinię publiczną. Według Borrella demokracja nie może funkcjonować, jeśli obywatele nie mają dostępu do „dokładnych” informacji — zdefiniowanych, oczywiście, przez te same instytucje, które mają największe korzyści z tego aparatu cenzury.

Pod pretekstem ochrony demokracji UE pozycjonuje się jako arbiter prawdy. Ta scentralizowana platforma ma na celu monitorowanie, analizowanie i przeciwdziałanie „zmanipulowanym” informacjom w czasie rzeczywistym, koordynując działania z organizacjami pozarządowymi, państwami członkowskimi i agencjami cyber-bezpieczeństwa. W rzeczywistości infrastruktura ta ryzykuje, że stanie się bronią do tłumienia niezależnego dziennikarstwa, głosów sprzeciwu i wszelkich narracji kwestionujących stanowiska polityczne UE.

Oskarżenia o dezinformację jako broń

Przemówienie Borrella maluje jaskrawy obraz świata pogrążonego w chaosie, w którym rosyjscy i chińscy aktorzy prowadzą wojnę informacyjną, aby zdestabilizować państwa demokratyczne. To również może być prawdą. Jednak retoryka „zagrożenia egzystencjalnego” służy podwójnemu celowi: uzasadnia szeroko zakrojone interwencje w krajobraz medialny, jednocześnie odwracając uwagę od własnych niepowodzeń UE. Od rosnącej inflacji i kryzysów energetycznych po niezadowolenie społeczeństwa z polityki wobec Ukrainy. Zrzucanie winy na „zagraniczne manipulacje” wygodnie odsuwa odpowiedzialność od Brukseli.

Co więcej, UE już zablokowała rosyjskie media państwowe, takie jak RT i Sputnik, pod pretekstem walki z propagandą. Działania te, dalekie od promowania przejrzystości, stanowią niebezpieczny precedens: cenzurę podszywającą się pod ochronę.

Nowa fala cyfrowego totalitaryzmu

Fakt przyznania przez Borrella, że ​​kampanie dezinformacyjne istniały jeszcze przed wojną na Ukrainie, jest szczególnie wymowny. Polityk łączy te wysiłki z wcześniejszymi narracjami, takimi jak sceptycyzm podczas pandemii covid-19. Ujmując „walkę o narrację” jako trwającą bitwę, UE uzasadnia stale rozszerzający się nadzór i regulację platform internetowych oraz wywieranie presji na firmy takie jak Twitter, aby dostosowały się do jej celów. Ta centralizacja kontroli nad przestrzeniami cyfrowymi grozi erozją wolności słowa i dostępu do różnych punktów widzenia.

Prawdziwe cele: ty i ja

Podczas gdy UE twierdzi, że zwalcza „zagranicznych aktorów”, jej skupianie się na „toksyczności” informacji otwiera drzwi do kontrolowania wewnętrznego sprzeciwu. Język zwalczania „stronniczych wyborów” i zapewniania „jakości informacji” jest cienko zawoalowanym uzasadnieniem dla inżynierii narracji. Jeśli informacje sprzeczne ze światopoglądem UE są uznawane za „toksyczne”, to ile czasu minie, zanim celem cenzury staną się zwykli obywatele? Ile czasu minie, zanim krytycy polityki UE zostaną nazwani agentami „dezinformacji”?

Globalne implikacje

To nie jest tylko problem UE. Stworzenie globalnej sieci wymiany informacji oznacza, że ​​ideologiczne działania policyjne UE będą miały wpływ daleko poza jej granice. Poprzez współpracę z partnerami z Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji, UE eksportuje swój model cenzury do krajów o kruchych demokracjach, podważając zasady, których rzekomo broni.

Wezwanie do oporu

Utworzenie tak zwanego Ministerstwa Prawdy oznacza przerażającą eskalację wojny UE z wolnością słowa. Ujawnia globalistyczną agendę taką, jaka jest naprawdę: skoordynowanym wysiłkiem na rzecz centralizacji władzy, tłumienia sprzeciwu i kontrolowania narracji za wszelką cenę.

Musimy odrzucić ten atak na nasze podstawowe wolności. Możliwość kwestionowania, krytykowania i eksplorowania alternatywnych punktów widzenia jest podstawą każdej funkcjonującej demokracji. Jeśli pozwolimy UE dyktować, co stanowi „prawdę”, oddamy jej klucze do naszych umysłów, naszych wyborów i naszej przyszłości.

To nie jest tylko walka z cenzurą — to walka o duszę naszej cywilizacji. Czy zaakceptujemy przyszłość, w której niewybierani biurokraci będą decydować, co możemy myśleć, mówić i w co wierzyć? Czy też będziemy stać twardo przeciwko tej pełzającej tyranii i domagać się powrotu do wolności i przejrzystości?

______________

The EU’s Ministry of Truth: A Globalist Power Grab Disguised as a Fight Against ‘Disinformation’, RAIR Foundation, January 10, 2025

−∗−

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

——————

2 komentarze

AlterCabrio 15 stycznia 2025
_______

  1. Nie ma absolutnej wolności słowa, zwłaszcza związanej z przekazem informacji – uważa prof. Andrzej Zoll. Zdaniem byłego szefa Trybunału Konstytucyjnego “wolność jest zawsze ograniczona, chociażby wolnością innej osoby czy dobrem wspólnym”. Gość Polskiego Radia 24 mówił o tym w kontekście projektu dot. blokowania treści w internecie.Prof. Zoll o blokowaniu treści w sieci. “Nie ma bezwzględnej wolności”, 14.01.2025
  2. ——-Minister cyfryzacji wskazywał w poniedziałkowym “Graffiti”, że jest “odpowiedzialny za bezpieczeństwo ludzi w internecie, legalność treści, za to, żeby nie działy się sytuacje patologiczne, kiedy ktoś czyta o sobie albo bliskiej osobie, że umarła”. – Tekst jest powielany dziesiątki razy i nikt nie reaguje – powiedział Krzysztof Gawkowski. Prowadzący Marcin Fijołek zapytał polityka Nowej Lewicy o propozycję jego resortu, by to prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej wydawał nakazy blokowania treści w sieci. Zdaniem polityków Prawa i Sprawiedliwości to zapowiedź cenzury w internecie. – My chcemy wprowadzić procedurę administracyjną. Dlaczego UKE? Jest niezależny. Prezes jest wybierany na sześć lat (…). Po drugie jest procedura odwołania do sądu – odparł.Wicepremier założył się z dziennikarzem, 13 sty 2025 [17min]
  3. ——-Na szczęście mamy niezłomnych i odważnych obrońców (wolności słowa).
  4. Na pytanie o to, czy jeśli w internecie są rozpowszechniane treści, które mogą zagrażać zdrowiu publicznemu, np. w kwestii szczepień odpowiedział, że “działania rządu Mateusza Morawieckiego polegały właśnie na tym, że udostępniano bardzo szeroki wachlarz informacji sprawdzonych, zweryfikowanych przez lekarzy, ekspertów”. – Blokowanie takich kont, o ile nie jest w sposób bezsprzecznie udowodniony, że stoi za nimi jakaś agentura, jest moim zdaniem wylaniem dziecka z kąpielą, a jeżeli są działania nacelowane w polskie państwo, to ABW i inne służby mają do tego instrumenty przewidziane w ustawach i absolutnie nie ma potrzeby, aby inspektor sanitarny ze Słubic dokonywał takich działań – tłumaczył.
  5. Cieszyński uważa, że “ministerstwo cyfryzacji chciałoby, żeby policjant, funkcjonariusz ABW, inspektor sanitarny, a nawet funkcjonariusz kontroli skarbowej mogli cenzurować internet”. – I działoby się to w sposób, który nie dawałby realnej szansy na ocenę, czy to jest prawda, bo tych skarg mogłoby być tyle, że UKE działałby zachowawczo i wychodziłby z założenia, że jeżeli urzędnik się pomyli, to sąd to naprawi – stwierdził.Cieszyński o projekcie resortu cyfryzacji: to byłaby realna cenzura internetu, 14.01.2025

O królu Karolu III, Putinie i Netanjahu w Auschwitz

Karol III przyjedzie do Polski z okazji wyzwolenia Auschwitz

Wysłane przez Alina@Warszawa w 15-01-2025

Od kilku dni możemy usłyszeć, że 
Król Karol III przyjedzie do Polski. Pierwsza wizyta w Auschwitz-Birkenau(link is external) 
Chodzi oczywiście o króla Wielkiej Brytanii, który postanowił przyjechać nie tyle do Polski co do muzeum w niemieckim hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. 


Moja reakcja na tę wiadomość to szok! Bo z jakiej racji ten filut ma brać udział w uroczystościach? Jaki związek ma Wielka Brytania z wyzwolenie Auschwitz?! 

Trzeba przypomnieć fakty, a zrobię to skrótowo i niejako od końca, czyli „wyzwolenia” Auschwitz:

  1. obozu nikt nie musiał wyzwalać, bo Niemcy zabrali zdolnych do marszu więźniów i pogonili ich na zachód na 2 tygodnie przed wejściem do Oświęcimia Armii RADZIECKIEJ!  
  2. w obozie zostali sami umierający, półtrupy, niespalone i niezakopane zwłoki 
  3. nikt obozu nie pilnował, szabrownicy kradli co chcieli, w tym i tych umierających, ludzie z miasta pomagali komu mogli 
  4. zdjęcia uśmiechniętych kobiet z wyzwolenia obozu to zdjęcia Rosjanek … 
  5. wojskom rosyjskim towarzyszyły wojska ukraińskie i polskie (może nie w chwili wyzwolenia Auschwitz, ale były w składzie Armii Radzieckiej), która jak wielka armia mongolska szła na zachód (gwałty, kradzieże i inne ich „dokonania” to tylko skutek uboczny). Było to ponad 2 miliony żołnierzy, którzy przeszli przez terytorium Polski 
  6. wśród żołnierzy, którzy dotarli do OPUSZCZONEGO obozu Auschwitz NIE BYŁO ŻADNYCH WOJSK ALIANCKICH, NIE BYŁO ANGLIKÓW, FRANCUZÓW, ANI INNYCH ZACHODNICH NACJI! 
  7. kiedy ptm. Pilecki i inni donosili „aliantom” o obozach zagłady w Polsce, ci nie reagowali – czy ktoś wie o reakcji aliantów na wieści o obozach?!
  8. obozy założyli „cywilizowani” Niemcy i robili w nich co chcieli, bo Polacy nie zdołali obronić swojej ojczyzny, bo koalicjanci Francja I Wielka Brytania nie zrobiły NIC, by pomóc Polakom! Od 1939 do 1945 cała władza, administracja, policja i wojsko, to były formacje NIEMIECKIE, na niemieckim prawie. Polacy byli niewolnikami we własnym kraju, który został podzielony na niemieckie prowincje 
  9. cała ta historia, wszystkie te niemieckie zbrodnie NIE WYDARZYŁYBY SIĘ, gdyby Wielka Brytania i Francja dotrzymały umów z Polską! 
  10. nie byłoby obchodów 80 rocznicy „wyzwolenia” Auschwitz, nie byłoby Auschwitz-Birkenau gdyby Wlk. Brytania była poważnym, uczciwym  państwem!

Jeśli jakiś przywódca powinien przybyć na te obchody, to powinien być – o ironio – Włodzimierz Putin! Bo król Karol III nie ma z tym miejscem żadnego honorowego związku!
Do niedawna wybierał się do Polski premier Izraela B. Netanjahu (o którego niearesztowanie tak martwił się prezydent Duda). Gdyby przybył Putin i Netanjahu mielibyśmy zlot współczesnych zbrodniarzy-ludobójców w miejscu największego ludobójstwa w Polsce … To przekracza moje zdolności akceptacji. 

Wizyta Karola III to historyczne oszustwo. Oto co niby powiedział: (…) Dzień, w którym wojska alianckie wkroczyły do ​​największego obozu prowadzonego przez nazistowskie Niemcy – 27 stycznia 1945 roku – jest również dniem, w którym na całym świecie oddaje się hołd tym, którzy zginęli w Holokauście. Jako książę Walii, król Karol został patronem Holocaust Memorial Day Trust w 2017 roku. (…)

Chociaż Karol III niby ma trochę racji, bo weszli w alians ze Związkiem Radzieckim, więc radzieckie wojska, to wojska alianckie…
Nie mówi jednak, że z tym samym SU, który był w aliansie z III Rzeszą Hitlera we wrześniu 1939, kiedy jeden uderzył 1.09. na Polskę z zachodu i południa, a drugi ze wschodu 17.09.1939. 

Przebojem w GB jest „We are the champions”… Tak jesteście! W oszustwie, arogancji, niedotrzymywaniu umów. Szkoda, że na terenie Wlk. Brytanii nie ma żadnego KL Auschwitz-Birkenau! Bardzo ważną rzeczą jest przypomnienie, że przedstawiciele POLSKI nigdy nie zostali zaproszeni do Londynu na uroczystości 8.05 – dnia zwycięstwa! Przecież cała polska armia gen. Andersa walczyła w interesie obecnego Karola III na wielu frontach! Tylu Polaków, pilotów walczyło w armii brytyjskiej i razem z Czechami obronili Londyn. O ich losie mógłby się Karol III poduczyć, ot chociażby na przykładzie historii misia Wojtka(link is external)

Polski luksusowy transatlantyk MS Piłsudsk(link is external)i został zmilitaryzowany w GB kiedy wracał z Nowego Jorku we wrześniu 1939.

Król Karol III nie wygłupiałby się z wizytą w KL Auschwitz w dniu wyzwolenia – powinien to zrobić w innym terminie, bo jako król GB nie ma z tym miejscem żadnego honorowego związku. Wręcz przeciwnie. Przypomina całemu światu, że to także wina jego przodków i państwa, na czele którego stoi, że dopuścili do tak wielkiej zbrodni. 

Piszę ten tekst w dwóch wersjach językowych, żeby król Karol III poznał prawdziwą swoją historię. Poza tym jego obecność jest nie wskazana z tego względu, że odbierze należną uwagę i pamięć ofiarom, bo media pokazywać będą głownie Karola III…
=============================================================================================

For several days now we have been hearing that King Charles III will come to Poland. First visit to Auschwitz-Birkenau Of course,

I am talking about the King of Great Britain, who decided not to come to Poland but to the museum in the German Nazi extermination camp Auschwitz-Birkenau.
My reaction to this news is shock! Because why should this scumbag take part in the ceremonies? What connection does Great Britain have with the liberation of Auschwitz?! It is necessary to recall the facts, and I will do it briefly and somewhat backwards, i.e. „the liberation” of Auschwitz:

  1. no one had to liberate the camp, because the Germans took the prisoners who were able to march and drove them west 2 weeks before the SOVIET Army entered Auschwitz!
  2. only the dying, half-corpses, unburned and unburied corpses remained in the camp
  3. no one guarded the camp, looters stole whatever they wanted, including the dying, people from the city helped whomever they could
  4. the photos of smiling women from the liberation of the camp are photos of Russian women …
  5. the Russian troops were accompanied by Ukrainian and Polish troops (maybe not at the time of the liberation of Auschwitz, but they were part of the Soviet Army), which, like a large Mongolian army, marched west (rapes, thefts and their other „accomplishments” were just a side effect). There were over 2 million soldiers who passed through Polish territory
  6. among the soldiers who reached THERE WERE NO ALLIED TROOPS IN THE ABANDONED Auschwitz camp, THERE WERE NO ENGLISH, FRENCH OR OTHER WESTERN NATIONS!
  7. when Mr. Pilecki and others reported to the „Allies” about the extermination camps in Poland, they did not react – does anyone know about the Allies’ reaction to the news about the camps?!
  8. the camps were established by „civilized” Germans and they did whatever they wanted in them, because the Poles failed to defend their homeland, because the coalition partners France AND Great Britain did NOTHING to help the Poles! From 1939 to 1945 all the authorities, administration, police and army were GERMAN formations, under German law. Poles were slaves in their own country, which was divided into German provinces
  9. all this history, all these German crimes WOULD NOT HAVE HAPPENED if Britain and France had kept their agreements with Poland!
  10. there would be no commemoration of the 80th anniversary of the „liberation” of Auschwitz, there would be no Auschwitz-Birkenau if Britain were a serious, honest country!

If any leader should come to these commemorations, it should be – ironically – Vladimir Putin! Because King Carol III has no honorary connection with this place!
Until recently, Israeli Prime Minister B. Netanyahu (whose arrest was so important to President Duda) was going to Poland. If Putin and Netanyahu had come, we would have had a meeting of modern genocidal criminals at the site of the greatest genocide in Poland … This is beyond my capacity to accept.

Carol III’s visit is a historical fraud. Here’s what he supposedly said:
(…) The day that Allied forces entered the largest camp run by Nazi Germany – 27 January 1945 – is also the day on which tributes are paid around the world to those who died in the Holocaust. As Prince of Wales, King Charles became patron of the Holocaust Memorial Day Trust in 2017. (…)
Although Charles III is supposedly somewhat right, because they entered into an alliance with the Soviet Union, so Soviet troops are Allied troops… However, he does not say that it was with the same SU that was in an alliance with Hitler’s Third Reich in September 1939, when one attacked Poland from the west and south on 1 September, and the other from the east on 17 September 1939.

The hit song in GB is „We are the champions”… Yes, you are! In deceit, arrogance, failure to keep agreements. It is a pity that there is no Auschwitz-Birkenau KL in Great Britain! It is very important to remind that the representatives of POLAND was never invited to London for the celebrations on 8.05 – the day of victory! After all, the entire Polish army of General Anders fought in the interests of the current Charles III on many fronts! So many Poles, pilots fought in the British army and together with the Czechs defended London. Charles III could learn from their fate, just from the example of the story of Wojtek the bear(link is external).

The Polish luxury ocean liner MS Piłsudski was militarized in Great Britain(link is external) when it returned from New York in September 1939.

King Charles III would not fool around with a visit to KL Auschwitz on the day of liberation – he should have done it at a different time, because as the king of Great Britain he has no honorary connection with this place. Quite the opposite. He reminds the whole world that it is also the fault of his ancestors and the state he leads that allowed such a great crime to be committed.

I am writing this text in two languages ​​so that King Charles III will learn his true story. Besides, his presence is not advisable because it will take away the attention and memory of the victims, because the media will mainly show Charles III…
………………………….

dodatek:

[—-] MEMy III.

[Uś, ale ten Watykan musiał wkleić… md]

Mail:

Skarbówka w Grodzisku Mazowieckim przeniósł się niedawno z ulicy Żydowskiej do nowej siedziby na  ul. Daleką.

Ale  za to w Krakowie Centrum Krwiodawstwa jest na ul. Rzeźniczej… 

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Autor: AlterCabrio , 15 stycznia 2025 Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Jak co roku, już 33 – ci raz Polacy około połowy stycznia dostępują wiekopomnej okazji uczestniczenia w niezwykłej imprezie charytatywnej, i nie tylko. Każdy może choć przez chwilę poczuć się człowiekiem szlachetnym i dobrym, wznieść się ponad swoją przytłaczającą codzienność, dołączyć do społeczności podobnie szlachetnych ludzi, dążących do świętości za cenę datku do puszki, w przypadkach kwalifikowanych – wykupienia fantu, co w tej grupie jest chyba równoznaczne z samoubóstwieniem.

−∗−

Obraz tytułowy: Hieronymus Bosch, tryptyk „Ogród rozkoszy ziemskich”, zwany też „Tysiącletnim królestwem”, fragment części prawej – Piekło, ok. 1500 r., ob. Muzemum Prado w Madrycie. LINK

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Jak co roku, już 33 – ci raz Polacy około połowy stycznia dostępują wiekopomnej okazji uczestniczenia w niezwykłej imprezie charytatywnej, i nie tylko. Każdy może choć przez chwilę poczuć się człowiekiem szlachetnym i dobrym, wznieść się ponad swoją przytłaczającą codzienność, dołączyć do społeczności podobnie szlachetnych ludzi, dążących do świętości za cenę datku do puszki, w przypadkach kwalifikowanych – wykupienia fantu, co w tej grupie jest chyba równoznaczne z samoubóstwieniem.

Być może nie bez znaczenia jest kolejny numer igrzysk – trzydziesty trzeci, jakby stopnień wtajemniczenia w loży. Ciekawie też byłoby odgadnąć, o jakie święta tu chodzi, jakie bóstwo tu się czcią obdarza. Charytatywny cel całej imprezy może być wskazówką – deklarowanym celem wolnomularzy zawsze była filantropia. Jako szlachetna, bezinteresowna działalność dla dobra innych przyciąga uwagę i sympatię, jednocześnie umożliwiając działania zgoła inne – politykę. Mamy więc jakby dwa cele społeczne takiego właśnie grania: filantropijny cel fundowania zazwyczaj dzieciom różnych rzeczy, czasem potrzebnych, czasem nie, ale zawsze drogich i domagających się prowizji. Drugi cel jest polityczny – popieranie określonych ugrupowań politycznych i ich programu, oraz krytyka wszystkiego, co jest z nimi niezgodne. Tak się u nas składa, że tą niezgodność można przypisać wszystkiemu, co dawno temu ufundowało, a przez wieki podtrzymywało polski naród i jego państwo. Te same cechy posiada także łaciński normotyp cywilizacyjny.

Czytaj też:

Po co nam własne państwo

Jak odzyskać niepodległość

Uczestnicy całego przedsięwzięcia ze strony społecznej, czyli sponsorzy i zwolennicy podwójnego grania, gromko orędując za największą ponoć imprezą filantropijną w tej części świata radują się z powodu takiego nadliczbowego dofinansowania służby zdrowia. Nie dostrzegają jednak kilku składników tego procesu. Środki nie zawsze odpowiadają rzeczywistym potrzebom obdarowanych, często są też na wyrost, przekraczając możliwości placówek. Publiczna służba zdrowia to system, będący podsystemem większego nadsystemu, którym jest państwo. Nadsystem powinien dbać o sprawne funkcjonowanie wszystkich podsystemów, również służby zdrowia. Finansowanie pobierane jest w wielkiej obfitości od społeczeństwa w postaci obowiązkowych składek zdrowotnych. Pomimo tego wciąż brakuje środków, więc system musi wciąż być dotowany z budżetu państwa i samorządów. Przed II Wojną Światową z oszczędności, wygenerowanych dzięki rozsądnemu gospodarowaniu ubezpieczeniami udało się sfinansować transatlantyk Batory, w III RP trzeba wciąż dotować, i wciąż pokrywać braki filantropią. Zachwyt nad ofiarnością społeczeństwa przykrywa problem główny – dlaczego jest, jak jest, i dlaczego od dziesięcioleci niczego nie można zmienić; kto psuje i jak można to naprawić. Tym się nikt nie przejmuje, bo i po co, orkiestra funduje. Splendor akcji dobroczynnej pozwala nam choć na chwilę zapomnieć o patologii ustrojowej.

Wiele można by się tu rozpisywać o zaletach i wadach tego przedsięwzięcia, i zapewne w nadchodzących czasach wiele ich będzie się nam ukazywać, nawet mimo wprowadzenia zakazu mowy nienawiści. Nie o tym jednak chcę pisać, jest od tego wielu bardziej kompetentnych autorów. Chciałbym za to ukazać pewien aspekt wielkiej orkiestry, bardzo istotny, acz niedostrzegany. Określę go jako szlachetność zastępczą, ona bowiem najlepiej wyjaśnia tak wielkie zaangażowanie i tak silne przylgnięcie do całej imprezy, jej kierownictwa i idei, a raczej ideologii – wielkiego odstępstwa od tego, co własne na rzecz tego, co cudze.

Impreza istnieje na rynku od roku 1992. Czas ten był szczególny – dla Polski i Polaków, dla całej Europy, wcześniej znajdującej się pod władzą Związku Radzieckiego, dla całego świata, który wówczas jeszcze nie rozumiał epokowych zmian, jakie w nim zachodzą, a raczej jakie są przeprowadzane. By to rok publikacji słynnej książki Francisa Fukuyamy pod znamiennym tytułem „Koniec historii”. Zgodnie z jej główną tezą, wraz z rozpadem ZSRR, upadkiem komunizmu (pozornym upadkiem, czego jeszcze wówczas większość ludzi nie wiedziała), i zwycięstwem demokracji liberalnej skończą się wielkie spory przeszłości, typowe dla państw i gospodarek narodowych. Rywalizacja odejdzie do lamusa, a przyszłość to globalna współpraca ekonomiczna, swoboda wszelkich przepływów, zastąpienie narodów przez coś, co mocą pieniądza George Soros wprowadza do państw narodowych pod hasłem społeczeństwa otwartego. Jako pierwszy pojęcia tego użył Henri Bergson, a dwa pokolenia później zreformował Karl Popper (zadziwiająca jest ta koincydencja pochodzenia wielu wybitnych myślicieli, których Zachód uważa za swoich). Polska i Europa Środkowo – Wschodnia „wyrwała” się wtedy spod sowieckiego reżimu, aby wejść do bogatego i dobroczynnego zachodniego kapitalizmu, jak wówczas wydawało się niemal wszystkim na Wschodzie. Ponieważ w Polsce, odciętej od głównych nurtów przemian i gospodarki rynkowej brak było naturalnych elit, które wiedziałyby, co należy robić w takich sytuacjach, naród chcąc nie chcąc przyjął za swoją tą elitę, którą mu podstawiono, a którą wytypowano na nieoficjalnych bibach w Magdalence. Wraz z tą elitą Polacy jako wybawienie z polskich problemów przyjęli Plan Balcerowicza – Sachsa (znowuż ta koincydencja), i szereg innych planów na przebudowę gospodarki, państwa i społeczeństwa, których nie był świadom. Upraszczając, rzec można, że każda zachodnia dewiza miała służyć generalnej przemianie Polski i Polaków. Nie byliśmy w tym osamotnieni – była to część dawno zaplanowanej zmiany Europy i świata.

Nasza polska przemiana polegała na tym, że częściowo nas zmuszono, a częściowo zechcieliśmy tego sami, aby na główkę rzucić się do basenu z demokracją liberalną, neoliberalizmem, społeczeństwem otwartym, postmodernizmem, dyktatem wielkich korporacji. Nie zdołaliśmy tylko zawczasu sprawdzić, czy w basenie znajduje się woda, ale skoro skakaliśmy do tego, co jest na szczęśliwym i bogatym Zachodzie, mogliśmy spodziewać się, że nie będzie całkiem źle. Okazało się, że otchłań, w którą skaczemy nie odpowiadała temu, co wówczas mieli jeszcze ludzie na Zachodzie, lecz została skonstruowana specjalnie dla nas. Wody więc nie było, ale basen rychło został zapełniony – krwią ofiar, przymusowo zrzucanych ze stromego klifu na ostre skały. Nikt tych ludzi zapytał, czy tego chcą, o swoim losie mieli przekonać się dopiero na dole, ale tak, aby nawet ci, którzy przeżyli, nie zorientowali się, że zostali zagnani w pułapkę.

Zdewastowano nam gospodarkę, przemysł, infrastrukturę, finanse, edukację, przejęto media, na trzy ponad dekady poukładano politykę. Cały nasz świat energomaterialny oraz informacyjny został zdefiniowany przez obce siły, dążące do zniesienia narodów i państw narodowych. Społeczeństwo zostało zdewastowane, nie tylko poprzez odebranie ludziom możliwości utrzymania siebie i rodzin, ale też za pomocą galopującej demoralizacji. Nastała ona natychmiast, wraz z uwolnieniem energii gospodarczej ludzi do działań w nowych układach, i wraz z zalewem antykulturowego szlamu, płynącego z każdej możliwej strony. Symbolem ówczesnej kultury masowej stały się książeczki Harlequin, pornografia, kasety video, czasopismo „Nie”, seriale „Dynastia” i „Moda na sukces”. Wyrazem głębszych dążeń natomiast – środowisko intelektualne Gazety Wyborczej i drukowane masowo przez wydawnictwo Jacka Santorskiego ezoteryczne podręczniki jak się samopoznać i odnieść sukces dzięki wykorzystaniu energii – wszechświata i własnej.

Wszystkie te zabiegi około sukcesu niewiele dawały skutku bez kapitału startowego, którego pozbawiono naród, pozostawiając jedynie przy wybranych jednostkach dawnego i nowego układu. Wmówiono nam, że nie jest potrzebny kapitał ani możliwości materialne, każdy może być tym, kim chce i osiągnąć światowy sukces, na wyciągnięcie ręki możliwa jest kariera od pucybuta do milionera, trzeba tylko bardzo pragnąć i bardzo się starać. Niektórzy nawet tak próbowali, kończąc zwykle po pewnym czasie jako bankruci, mimo początkowego sukcesu. Okazało się, że przejść do powodzenia mogą zasadniczo ci, którzy przyswoili sobie hasło, głoszące, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, a do celu trzeba podążać „po trupach”, cel bowiem zawsze uświęca środki, a życie jest trudne, skomplikowane i pełne zasadzek. Moralność, jaka w ludziach trwała jeszcze mimo komunistycznej degrengolady załatwiono hasłami: „nie kradnij – rząd nie lubi konkurencji”, „nic nie jest czarno – białe, wszystko jest szare”, „każdy ma swoją prawdę”, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Wszyscy poznali te aforyzmy, przekazywane drogą marketingu szeptanego, nie wiedząc nawet, skąd się wywodzą. Podsumowaniem szokowej zmiany mentalnej Polaków stało się główne hasło Jurka Owsiaka – „róbta, co chceta” – brzmiące jak przeróbka masońskiego „czyń wedle woli swojej”.

Naród zaczął więc robić, co każdy chciał, tracąc spoistość i rozbijając się na atomy. Umysły ludzi i ich relacje ogarnęły trujące miazmaty swoistego amalgamatu ideologii – neomarksizmu, neoliberalizmu, wszelkiego lewactwa, globalizmu, i spajającego to wszystko talmudyzmu. Czasami ludzkie atomy sczepiały się w jakimś sprzężeniu, by zwykle rozpaść się po pewnym czasie z trzaskiem, lecz częściej zderzały się, odbijając się od siebie jak bile, i od przeszkód, niczym kulki we flipperze. Ludzkie atomy nie miały nawet czasu pomyśleć nad swoim otoczeniem, zajęte gorączkową krzątaniną, by przeżyć kolejny dzień i miesiąc, by dorobić się jak najszybciej, by udowodnić dostawcom ukradzionych kapitałów, że Polak też potrafi. Ci śmiali się do rozpuku z biegających i zderzających się ludzików, podlewając cały bałagan gęstym sosem pedagogiki wstydu. Polskie ludziki uwierzyły, że wszystko zło, które ich spotyka, ba, nawet całe zło świata tkwi w nich samych i z nich wypływa, wynikając z wielowiekowych specyficznie polskich tradycji złości, zawiści, zacofania, ciemnoty, nieuczciwości, nieudolności. Ileż to było artykułów w gazetach i czasopismach, ileż książek beletrystycznych, publicystycznych i pseudonaukowych, ileż wykładów na uczelniach, filmów i seriali, wypowiedzi politykierów, pseudoautorytetów i patocelebrytów. To, co spotykało ludzi było wypadkową kilku głównych procesów: globalnych trendów antykulturowych, w tym – rewolucji seksualnej; warunków ekonomicznych, prawnych i politycznych, stworzonych celowo; działań w obszarze infosfery, zawierających antypedagogikę, złe wzorce zachowań, pornografię, ogłupianie i pedagogikę wstydu; braku dobrych wskazań i dobrych wzorców zachowań.

Stosunki międzyludzkie, począwszy od słynnej „wojny na górze” stały się brutalne, bezwzględne, interesowne i nikczemne. Odgórne upodlenie stopiło się z oddolnym samoupodleniem w ogólną wszechpodłość. Polskojęzyczne media i podstawione elity z pozmienianymi nazwiskami przekonywały nas usilnie, że stan wszystkiego do góry nogami jest właściwy, koszta społeczne transformacji są nieuniknione a jedyne problemy tkwią w nas, pod postacią kulturowych, chrześcijańsko – łacińskich skrupułów, które wciąż blokują nam postęp i dołączenie do szczęśliwej, wesołej, odnoszącej sukcesy społeczności globalnej. Polacy byli więc jednocześnie namawiani do zła, zmuszani do zła, oszukiwani co do zła, pozbawieni dobra. Faktyczna wina rozkłada się na trzy grupy podmiotów: rzeczywistych, cudzoziemskich sprawców, pasożytnicze, kolaboranckie pseudoelity, oszukany, upodlony i samoupadlający się naród.

Takie było tło społeczne zjawiska wielkiej orkiestry. Tam wszystko było inne, niż w społeczeństwie – dobre, szlachetne, bezinteresowne. Tak przedstawiała to propaganda, tak przyjęli Polacy, unurzani we wszech-podłości, cierpiący trudności materialne, poczucie porażki i wstydu, wyrzuty sumienia. I naraz dostali przebłysk szlachetności, jedyną szparę w szarej opończy moralnej bylejakości, ściśle zasłaniającej ich świat. Oto nagle z lepszego świata spłynęła do nich obietnica nowego odkupienia wszelkich win i frustracji – filantropia, finansująca chore dzieci, w otoczeniu szlachetnych, bezinteresownych, postępowych, wyluzowanych ludzi, jakże odmiennych od codziennych, szarych, goniących za lepszym dzisiaj dusigroszów. Nagle każdy Polak – łapserdak mógł choć raz w roku poczuć się dobry, szlachetny i hojny jak panisko, utwierdzany w tym postępowym katharsis przez wszech-mądrych celebrytów pasożytniczej elity, którą uważał za ekspertów moralności i arbitrów elegancji. Skoro usunięto z otoczenia jakąkolwiek szlachetność, zdewastowany psychicznie Polak kurczowo chwycił się szlachetności zastępczej. A wraz z samą orkiestrą i jej melodią Polak – łapserdak przyjął wszystko, co z nią było wprost lub pośrednio połączone. Zjawisko to zostało odkryte i opisane już w I połowie XX wieku przez behawiorystów, i dostosowane przez B.F. Skinnera do technologii zarządzania społeczeństwem. Bodziec, powodujący reakcję utrwala nie tylko reakcję na sam bodziec główny, ale też na wszystkie bodźce towarzyszące. Po utrwaleniu reakcji, gdy usunie się bodziec główny, bodźce towarzyszące nadal będą wywoływać te same reakcje, co bodziec główny. To właśnie tłumaczy tak głębokie przylgnięcie do orkiestry, mediów ją promujących, ugrupowań politycznych, promowanych przez te media. Tłumione wyrzuty sumienia, wywołane wszech-podłością, połączone z socjotechniczną, behawioralną tresurą społeczną uczyniły z nas tych, którymi dziś jesteśmy.

Czytaj o przebudzeniu:

Naród zaczyna walczyć

Gdy zbudzi się naród, cz-2, twierdza kulturowa

Główni i pomocniczy sprawcy tego naszego stanu popełniają jednak ten sam, fundamentalny błąd – myślą, że człowiek jest tabula rasa i można go ukształtować w dowolny sposób, i będzie to trwałe. Tymczasem w kwestiach istotowych natura ludzka jest niezmienna i zachowuje się jak korek – utrzymuje pamięć pierwotnej, naturalnej formy. Ściskany przez lata, po ustaniu ucisku pomału powraca do swej pierwotnej postaci. Tak też jest z nami, i w końcu spod zeszmaconego, zestrachanego Polaka – łapserdaka, stopniowo, powoli na razie, lecz coraz szybciej wydobywa się dumny i gniewny Polak – Lechita.

______________

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej, Bartosz Kopczyński, 15 stycznia 2025

Jak kłamie Le Figaro. Demografia Francji.

Najniższy poziom od 1945 roku. To efekt „konstytucjonalizacji aborcji”?

15.01.2025 https://nczas.info/2025/01/15/najnizszy-poziom-od-1945-roku-to-efekt-konstytucjonalizacji-aborcji/

[le Figaro oczywiście ignoruje fakt, że to muzułmanie, Arabowie mają dzieci. Francuzi rdzenni – wolą jedzenie, podróże i [—]. Czemu NCz zostawia to bez komentarza? Pewnie mało płaci swym pisarkom, więc jakość – widzimy. MD]

Różowe buciki. Buty. Dziecko. Niemowlę. Noworodek. Dziewczynka.
Dziecięce buciki. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

===================

Polityka proaborcyjna i antyrodzinna robi swoje. Liczba urodzeń we Francji spadła w 2024 r., osiągając najniższy poziom od 1945 r. Instytut statystyki INSEE opublikowało 14 stycznia swój raport demograficzny na rok 2024.

Licząc rok do roku, liczba urodzeń gwałtownie spadła i to o 2,2% w stosunku do i tak fatalnego w tej materii roku 2023. Liczba urodzeń we Francji, która była kiedyś europejskim czempionem demografii, na przestrzeni ostatnich lat stale spada. Trudno tego nie wiązać z działaniami polityków, „homomałżeństwami”, promowaniem aborcji, itp.

INSEE podaje, że w kraju liczącym obecnie 68,6 milionów mieszkańców, wzrost populacji wyniósł w 2024 roku 0,25%. W ubiegłym roku we Francji urodziło się zaledwie 663 000 dzieci i jest to o 2,2% mniej niż w 2023 r. i aż o 21,5% mniej w porównaniu do np. roku 2010 r.

Jeśli liczba urodzeń zależy przede wszystkim od liczby kobiet w wieku rozrodczym, to jest ona również powiązana z ich płodnością. Wskaźnik ten w 2024 r. wyniesie 1,62 dziecka na kobietę i nie był tak niski od… 1919 r., czyli czasu po Wielkiej Wojnie, kiedy to brakowało mężczyzn.

INSEE podaje, że wskaźnik rozrodczości spada od 2010 r., a wówczas wynosił 2,02 dziecka na kobietę we Francji metropolitalnej, co dawało jeszcze odnawianie populacji. [Ależ kłamstwo !! Odnawianie – to od 2.20 MD]

Nie lepiej jest i w innych krajach. Dane z 2022 r., ostatnim roku, dla którego dostępne są dane porównawcze w Europie, mówią, że współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł 1,46 dziecka na kobietę. Krajem, w którym wskaźnik ten był najwyższy była i tak… Francja (1,78).

W tym samym czasie we Francji wzrósł wskaźnik śmiertelności. W 2024 r. zmarło w tym kraju 646 000 mieszkańców. Oznacza to wzrost o 1,1% w porównaniu z rokiem 2023. Starzenie się społeczeństwa staje się faktem. Od 2011 r. liczba zgonów ma tendencję wzrostową ze względu na starzenie się pokolenia wyżu demograficznego, urodzonego między 1946 a 1974 r.

Różnica między liczbą urodzeń a liczbą zgonów w roku 2024 wyniesie 17 tys. na plus, ale będzie to najniższy poziom wzrostu od zakończenia II wojny światowej. Warto tu dodać, że co roku we Francji w wyniku aborcji ginie od 80 do 100 tys. dzieci nienarodzonych.

Źródło: Le Figaro

======================

mail:

Podczas nabożeństwa na koniec roku w kościele Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu
ksiądz podawał statystykę parafialną, m. in.
w ciągu ostatniego roku pięć chrztów i trzysta pogrzebów.

Los pasożyta. „Oni udawali władzę, a my – opozycję”.

Dodatek dramatyzmu. Akurat jest dobry moment, aby to wyjaśnić

15.01.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/01/15/dodatek-dramatyzmu-akurat-jest-dobry-moment-aby-to-wyjasnic/

Od lat powtarzam, że kto słucha Kukuńka, ten sam sobie szkodzi. To prawda, ale – jakby swoim zwyczajem powiedział Kukuniek – „jednocześnie” nieprawda. Wszystko bowiem zależy od tego, jak się Kukuńka słucha. Jeśli ktoś słucha Kukuńka w przekonaniu, że mówi on prawdę – ten oczywiście sam sobie szkodzi.

Kukuniek bowiem nigdy nie mówi prawdy, a swoje łgarstwa ukrywa za słowem „jednocześnie”, przy pomocy którego zaprzecza temu, co sam przed chwilą powiedział. Ale w tym, zdawałoby się, domkniętym systemie, jest luka. Rzecz w tym, że ludzie prości – a jest to określenie uprzejme – bywają szczerzy. Nie dlatego, by szczerość była ich charakterystyczną cechą. Jest akurat odwrotnie; ludzie prości – a jest to, powtarzam, określenie uprzejme – nie bywają szczerzy nie tylko na wszelki wypadek, ale przede wszystkim dlatego, że szczerość wydaje im się rodzajem głupoty. Dlatego kłamią, chachmęcą, ściemniają – żeby tylko nie zaprezentować się w charakterze durniów. Ale mimo tej wzmożonej czujności czasami zdarzy im się chwila szczerości.

I taki właśnie moment przytrafił się Kukuńkowi, kiedy z rozpędu wypsnęła mu się opinia, że „oni udawali władzę, a my – opozycję”. „Oni” – czyli stare kiejkuty, partyjniakowie i inni członkowie komunistycznej nomenklatury. Owszem, mieli oni pewną władzę, ale sami nie byli jej źródłem. Źródłem ich władzy byli Sowieciarze, którym „oni” się zaprzedawali z ciałem i duszą w zamian za możliwość pasożytowania na historycznym narodzie polskim. Bo pozycja materialna, społeczna i polityczna „onych” wynika właśnie z tego pasożytnictwa.

Los pasożyta

Pasożyta nie interesuje samopoczucie swojego żywiciela. Pasożyt nie zdaje sobie nawet sprawy, że jego egzystencja może przyprawić jego żywiciela o śmierć. A nawet gdyby jakimś sposobem zdał sobie z tego sprawę, to przecież swojej natury nie odmieni. Najwyżej zaprzeda się komuś innemu, kto mu obieca możliwość dalszego pasożytowania na swoim żywicielu. Tym właśnie tłumaczę skwapliwość charakteryzującą starych kiejkutów, partyjniaków i innych nomenklaturowców, którzy w okresie transformacji ustrojowej, jak na komendę, z „ludzi sowieckich” przepoczwarzyli się w europejsów. Ponieważ Sowieci uzgodnili z Amerykanami, że żadnych „rozliczeń” Sowieciarzy w Europie Środkowej nie będzie – wyjątek stanowił Mikołaj Ceaușescu, bo od każdej reguły musi być jakiś wyjątek – żadnemu Sowieciarzowi nie spadł włos z głowy. Przeciwnie – zaczęli przygotowywać się do zajęcia uprzywilejowanej pozycji w nowych warunkach ustrojowych, poprzez rozkradanie majątku państwowego, czyli eksploatowanie swego żywiciela aż do wycieńczenia.

Przepoczwarzenie się w europejsów nie polegało bynajmniej na jakiejś zmianie dotychczasowego systemu wartości. Sowieciarze bowiem żadnego systemu wartości nie mieli i nie mają – poza wysługiwaniem się kolejnym posiadaczom władzy, którzy obiecają im możliwość dalszego pasożytowania na swoim żywicielu. Ten „system” – jeśli można go tak nazwać – jest prosty jak budowa cepa – ale jego skuteczność zależy od jednego warunku. Otóż Sowieciarze muszą swojego żywiciela obezwładnić; to znaczy – odjąć mu zdolność rozpoznania rzeczywistości poprzez podsunięcie mu rzeczywistości podstawionej. I dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć, co tak naprawdę powiedział wtedy Kukuniek, oznajmiając, że o ile „oni” udawali władzę, to „my” udawaliśmy opozycję.

„My” – czyli starannie wyselekcjonowana z opozycyjnej masy grupa osób zaufanych (zaufany po łacinie to „konfident”), którą Sowieciarze mianowali reprezentacją historycznego narodu polskiego i z którą podzielili się – ale nie „władzą”, tylko właśnie rolami – bo ta wyszperana w korcu maku reprezentacja odgrywać miała rolę opozycji, żeby w ten sposób zapobiec wytworzeniu się prawdziwej opozycji w stosunku do Sowieciarzy.Tak właśnie uzgodnił w Magdalence ze swoimi gośćmi generał Czesław Kiszczak, któremu Daniel Fried i Władimir Kriuczkow, co to ustalili ramy i przebieg transformacji ustrojowej w naszym bantustanie, przekazali swoje ustalenia do wykonania. I na tym właśnie od ponad 30 lat polega życie polityczne w naszym bantustanie, z tym że o ile Sowieciarze dla niepoznaki co pewien czas zmieniają szyld swojej odkrywce, o tyle opozycja, po krótkim epizodzie z Kukuńkiem na stanowisku „prezydenta”, występuje przez cały czas pod tym samym szyldem, mianowicie pod szyldem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który zresztą też od czasu do czasu kreuje formacje pod różnymi nazwami.

Gorliwe europejsy

Jak to w swoim czasie, powołując się na Stevena Spielberga, pisał pan Tomasz Jastrun – żeby masy nie znudziły się tym w końcu przecież monotonnym widowiskiem, trzeba wprowadzać do scenariusza coraz większą dawkę „dramatyzmu”. Toteż po okresie pewnego zastoju, jaki nastąpił po nieudanej próbie ujawnienia agentury w strukturach państwa, zastoju, który chyba był konieczny jako „siła wyższa” – by Amerykanie przyłączyli do NATO państwa Europy Środkowej, a potem by Niemcy przeprowadziły Anschluss tych państw do Unii Europejskiej – zaraz, w ramach „dodawania dramatyzmu”, rozgorzała burza w szklance wody w postaci walki politycznej, która w miarę upływu czasu zaostrza się niczym walka klasowa w miarę rozwoju socjalizmu. O co w tej przybierającej na sile wojnie chodzi – trudno zgadnąć – bo w sprawach naprawdę ważnych dla państwa i historycznego narodu-żywiciela między antagonistami nie ma żadnych różnic.

Tak było w czasie referendum akcesyjnego w 2003 roku, kiedy to nie tylko Donald Tusk ręka w rękę z Jarosławem Kaczyńskim stręczyli historycznemu narodowi-żywicielowi Anschluss do Unii Europejskiej, mamiąc naiwniaków wizją „Europy ojczyzn”, podczas kiedy już od 10 lat obowiązywał traktat z Maastricht, który zmienił formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich z konfederacji – czyli związku państw – na federację, czyli państwo związkowe: rodzaj IV Rzeszy. Tak było w 2008 roku, kiedy to 1 kwietnia głosowana była w Sejmie ustawa upoważniająca prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności – jak duży – nikt tego dotychczas nie wie, bo ani Donald Tusk, który ten traktat 13 grudnia 2007 roku podpisał, ani posłowie – chyba nawet wszyscy – którzy 1 kwietnia 2008 roku głosowali za upoważnieniem prezydenta do jego ratyfikacji, ani wreszcie prezydent, który 10 października 2009 roku go ratyfikował – go nie czytali.

W rezultacie do tej pory nie wiemy na pewno, czy Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu ma prawo grzebać w tubylczym systemie sądowniczym, czy nie. Pan sędzia Igor Tuleya z porządnej, ubeckiej rodziny, który do niedawna, obok Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, znajdował się na czele białego orszaku męczenników praworządności, a obecnie szalenie się rozpolitykował, twierdzi, że jak najbardziej, że nie tylko może, ale nawet powinien zatwierdzać legalność każdego przebierańca w tubylczych trybunałach, podczas gdy „nielegalna” Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego pani Małgorzata Manowska twierdzi, że absolutnie takiego prawa nie ma, że jest to z jego strony uzurpacja. Jak jest naprawdę – nikt tego na pewno nie wie, chyba żeby ten cały traktat przeczytał. Ale po co go czytać, kiedy tylko patrzeć, jak zostanie znowelizowany w taki sposób, że członkowskie bantustany, to znaczy – „małe państwa” – jak mówił w 1943 roku Adolf Hitler – zostaną w UE pozbawione nawet pozorów suwerenności?

Kolejnym przykładem jest ustawa z czerwca 2021 roku, o ratyfikacji ustawy o zasobach własnych UE, przeforsowana przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego nawet wbrew części swojego klubu, przy pomocy klubu Lewicy, a więc – duchowego potomstwa Sowieciarzy. Na podstawie tej ustawy Komisja Europejska zyskała prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i nakładania bezpośrednich, „unijnych” podatków. O zagadkowej nominacji, najpierw w 2015 roku na wicepremiera, a potem w 2017 roku na premiera rządu pana Mateusza Morawieckiego, który w podskokach spełniał wszystkie żądania zarówno w zakresie epidemii, jak i „dekarbonizacji” czy „zielonych wałów”, szkoda nawet mówić – chociaż zarówno te zagadkowe nominacje, jak i skwapliwe posłuszeństwo pana Mateusza aż się prosi o wyjaśnienie, podobnie jak motywy, które Naczelnika Państwa zmusiły do tych wszystkich posunięć.

W przypadku Donalda Tuska, jako przywódcy Volksdeutsche Partei, czyli lidera obozu zdrady i zaprzaństwa, niczego wyjaśniać już nie trzeba, ale czy nieposzlakowany lider opozycji, Naczelnik Państwa, komuś podlega, a jeśli podlega – to konkretnie komu – to by się przydało wyjaśnić.

Akurat jest dobry moment, jako że w naszym bantustanie zbliżają się wybory prezydenckie. Tym razem „dodatek dramatyzmu” jest tak duży, że zaczynają się w tym bałaganie gubić nawet aktorzy obsadzeni w tym przedstawieniu, nie mówiąc już o statystach – ale w tym szaleństwie jest metoda. Jakże inaczej suwerenowie uwierzyliby, że salus Reipublicae zależy od tego, by wygrał „właściwy” kandydat, to znaczy – jeden z dwójki dobranej specjalnie w tym celu w korcu maku? Ale skoro dodatek dramatyzmu jest tak silny, że wprawia w zakłopotanie nawet wytrawnych krętaczy, to jest szansa, że uwierzą i że mistyfikacja, sprokurowana w Magdalence na użytek mniej wartościowego, tubylczego narodu-żywiciela, nadal zadziała, no a potem – niech się dzieje co chce, zwłaszcza gdy Adolf Hit… – to znaczy – pardon – nie żaden „Adolf Hitler”, tylko oczywiście Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen wyda dekret o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa, a zaraz potem – ustawę o zwalczaniu tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie, żeby wszystko było, jak się należy.