Portret króla Prus i znikające miliony Uniwersytetu Wrocławskiego

„Gazeta Polska” ujawnia: Portret króla Prus i znikające miliony Uniwersytetu Wrocławskiego

Jakub Maciejewski


https://niezalezna.pl/polska/gazeta-polska-ujawnia-portret-krola-prus-i-znikajace-miliony-uniwersytetu-wroclawskiego/553803

Fryderyk II (1740–1786), zwany przez Niemców wielkim, doprowadził do I rozbioru Rzeczypospolitej i wprowadził do polityki Berlina prawdziwie polakożerczą politykę. Doprawdy więc szokujący był fakt, że portret tego właśnie monarchy zawisł we wnętrzu barokowej, reprezentacyjnej auli Uniwersytetu Wrocławskiego. Prawicowi komentatorzy popełnili jednak błąd, powielając nieprawdziwą informację, że wizerunek Hohenzollerna zastąpił Orła Białego, bo dzięki temu uczelnia mogła gładko wyciszyć sprawę. „Podstawowa przyczyna tego, dlaczego Orzeł Biały nie mógł zostać zastąpiony portretem króla Prus Fryderyka II, wynika z faktu, że te dwa przedstawienia nigdy nie znajdowały się w tym samym miejscu” – czytamy na stronie internetowej. Sprawa ucichła, tymczasem zaglądając za portret niemieckiego monarchy, odkrywamy skandal finansowy Uniwersytetu Wrocławskiego.

Nic nie szkodzi, że gardził Polską

„Gazeta Polska” wysłała uniwersytetowi listę pytań dotyczących hołdu, jaki uczelnia złożyła Fryderykowi II, zwłaszcza że pierwotnie w tym miejscu auli wisiał wizerunek austriackiego cesarza – Rudolfa II. Przywrócenie wyglądu sali z wersją władcy z Berlina to wymowny gest polityczny. Sam monarcha nazywał Polaków „najbardziej służalczym [narodem] w Europie” oraz „pełzającymi od momentu, gdy czują się przyciśnięci i bez pomocy”.

Za czasów tego panowania Niemcy przybrały zasadniczy paradygmat swojej polityki: „Interes mój wymaga zawsze, aby sprawy polskie pozostawały w stanie pewnego zamieszania i żeby żaden sejm nie zdołał się utrzymać”. W liście do Jeana d’Alemberta, francuskiego filozofa i matematyka, po pierwszym rozbiorze Fryderyk pisał o Polakach:  „Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską”.

Na zapytanie o pogardę Fryderyka do Polaków „Gazeta Polska” otrzymała odpowiedź, że „nie ma żadnych dowodów na negatywny stosunek Fryderyka II do jego śląskich poddanych narodowości polskiej”. Czyli Polacy mogli być dzikusami i Irokezami, ale jako poddani Berlina na Śląsku się sprawdzali. Zabawnie brzmi też argument, że dowodem na życzliwość Fryderyka do Polaków miałaby być „przyjaźń” króla z polskim poetą biskupem Ignacym Krasickim. Duchowny wszak był po I rozbiorze zakładnikiem Prus, skoro jego diecezja stała się częścią państwa Hohenzollernów, zresztą sam Krasicki słynął z konformizmu i uległości wobec innych władców, przyjmując rozmaite podarki od swoich podejrzanych darczyńców.

Uczelnia przekonuje także, że Fryderyk II był dobrodziejem samej placówki, zwanej wówczas Akademią Leopoldyńską. Anonimowi autorzy odpowiedzi uniwersytetu zakładają, że skoro papiestwo zlikwidowało w 1773 roku zakon jezuitów (prowadzący wrocławską akademię), a król pruski pozwolił im dalej prowadzić swoją działalność, to należy uznać jego zasługi.

Problem polega na tym, że monarcha wykorzystywał spór katolickich jezuitów z protestanckimi władzami Wrocławia do wzmocnienia swojej władzy, a nie z życzliwości do Polaków, katolików czy samej uczelni. W książkach o historii Uniwersytetu Wrocławskiego można przeczytać jednoznaczne tezy, na przykład o zajęciu Śląska przez Prusy w kontekście akademii: „(…) rok 1740 kończył okres jej pomyślnego rozwoju i najlepszych wyników kształcenia młodzieży”. Wrocław pod względem intelektualnym stał się za Fryderyka głuchą prowincją: „Na Śląsku straciły ważność wszystkie dyplomy z jakichkolwiek uniwersytetów spoza Śląska, nawet tak słynnych jak w Rzymie, Bolonii, Wiedniu i Pradze”. Berlin jednocześnie likwidował autonomię uczelni i podporządkowywał ją świeckiemu ministerstwu, a w czasie wojny siedmioletniej akademia w ogóle zawiesiła swoją działalność. W odpowiedzi na zapytania „Gazety Polskiej” obrońcy Fryderyka II przytaczają osiągnięcia uniwersytetu z okresu… po śmierci samego króla (założenie obserwatorium astronomicznego w 1791 roku). 

Wbrew faktom i oczywistemu deprecjonowaniu polskości przez króla, którego wizerunek wisi dziś na Uniwersytecie Wrocławskim, władze uczelni bronią antypolskiego doktrynera. Chciałoby się wiedzieć, czy ktoś za takie poglądy im nie zapłacił, ale tutaj… pojawia się finansowa afera.

Fundacja z mętnymi pieniędzmi

Aby finansować wysokobudżetowe przedsięwzięcia uniwersytetu, blisko dwie dekady temu powstała Fundacja dla Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziwny ten podmiot bez własnej strony internetowej, bez danych kontaktowych, przyjmował od darczyńców kwoty opiewające w sumie na miliony złotych, także od instytucji publicznych, ale nie sposób znaleźć jego rozliczenia finansowe. Obecny prezes fundacji, prof. Adam Sulikowski, wyjaśnia, że został poproszony o pełnienie tej funkcji przez rektora uczelni, „z zamiarem uporządkowania jej działalności pod względem prawnym”, choć wcześniej uczony nie miał z tym podmiotem nic wspólnego. 

Władze fundacji nie posiadają wiedzy o wcześniejszych środkach finansowych, które przechodziły przez tę organizację. Z odpowiedzi prof. Sulikowskiego wyłania się obraz fundacji-słupa, który dysponował ogromnymi funduszami, na które nie ma kwitów:

„Obecny zarząd nie zastał w pomieszczeniach Fundacji kompletnie żadnej dokumentacji. Rezyduje w tych pomieszczeniach zupełnie inna instytucja. W wyniku interwencji Rady Fundacji, JM Rektor UWr przyznał Fundacji inne pomieszczenie. Część dokumentów odnalazła się w tzw. piwnicach. Nadal jednak nie jesteśmy w stanie zebrać kompletu dokumentów a z powodu wygaśnięcia licencji na program do obsługi księgowej, nie mamy także żadnych zasobów elektronicznych w tej materii. Na odnowienie licencji Fundacja nie posiada środków. Jedyne, co obecny zarząd wie na temat środków, które w najszerszym możliwym rozumieniu ustawowym tego terminu mogą być uznane za środki publiczne czy pomoc publiczną, to fakt, że podczas pandemii Covid-19 Fundacja uzyskała dotację z Polskiego Funduszu Rozwoju S.A”.

Nie można jednak także uzyskać informacji dotyczącej skali dotacji z Polskiego Funduszu Rozwoju – na zapytanie z 19 września „Gazeta Polska” otrzymała jedynie automatyczną odpowiedź, że „doradcy niezwłocznie przygotują odpowiedź na pytanie”. Jak na razie – nie przygotowali. 

Uniwersytet zatem powołał sobie fundację, przez którą pozyskiwał środki finansowe, ale nie znamy kwot i celów ich wydatkowania. Wiemy jednak, że część pieniędzy „znikała” na niewiadome cele, o czym władze uczelni wiedziały od lat, ale na nadużycia nie reagowały ponad uspokajające kłamstwa.

Na konto fundacji wpływały pieniądze od darczyńców na konkretne cele – na przykład na Katedrę Judaistyki czy Muzeum Przyrodnicze. W czerwcu 2021 roku jedna z pracownic uniwersytetu zapytała na posiedzeniu senatu uczelni, dlaczego fundacja nie opłaciła faktur Katedry Judaistyki na 18 tys. zł, skoro wcześniej otrzymała te pieniądze od darczyńców. Rektor postanowił pokryć tę kwotę z pieniędzy uniwersytetu – czyli z naszych podatków. Co się jednak stało z tamtymi funduszami?

Dziesiątki tysięcy na naukę, miliony na aulę

Muzeum Przyrodnicze miało problem z większą kwotą, uzyskano bowiem od emerytowanego profesora, przebywającego na emigracji, 50 tys. dolarów (!) darowizny, ale po przejściu przez konto fundacji sama placówka dostała… połowę tej kwoty, czyli blisko 100 tys. złotych. Co się stało z resztą? – Poszła na cele statutowe – odpowiada jeden z naszych rozmówców z Uniwersytetu Wrocławskiego.

 Problem polegał na tym, że kolejne darowizny były przeznaczane nie na deklarowane cele, lecz na owe tajemnicze „cele statutowe”, których w szczegółach nie da się poznać. Wśród profesorów Uniwersytetu Wrocławskiego sprawa była tajemnicą poliszynela, skoro w październiku 2022 roku na posiedzeniu Senatu UWr jeden z obradujących, K. Demczyszyn, zapytał, czy można ominąć fundację przy otrzymywaniu dotacji z budżetu miasta, skoro te środki mogą być „zagrożone przez istniejące zobowiązania fundacji i ewentualne roszczenia”?

– Władze uniwersyteckie coś ukrywają. I to nie jest małe „coś” – tłumaczy nam jeden z naukowców, który jest członkiem uniwersyteckiego senatu. Faktycznie w oficjalnych wypowiedziach rektorów i niektórych profesorów próbuje się rozmyć powiązania fundacji z samym uniwersytetem. Na jednym z posiedzeń senatu rektor prof. Przemysław Wiszewski przekonywał, że „Fundacja w nazwie ma »dla Uniwersytetu Wrocławskiego«, finansowała działania realizowane na rzecz uniwersytetu, natomiast nie jest częścią uniwersytetu i władze uniwersytetu za nią nie odpowiadają”. 

Jest to kłamstwo – radę fundacji powoływał senat uczelni, w statucie fundacji ta zależność była podkreślona, uniwersytet opłacał faktury fundacji, a nawet nasze zapytanie w tej sprawie trzeba było skierować do rzeczniczki uniwersytetu – a nie fundacji. 

Przy tej mętnej sprawie pojawi się także prof. Krzysztof Ruchniewicz, do niedawna niesławny dyrektor Instytutu Pileckiego. Uczony nie tyle przejmował się przekrętami finansowymi w fundacji, ile tym, że dowiedzą się o tym… media. Na  jednym z posiedzeń senatu z jego ust padło alarmujące pytanie: „Czy rektor nie obawia się, że za chwilę o sprawie fundacji rozpiszą się media, czy jesteśmy, i jak, na to przygotowani?”. Rektor zapewniał, że uczelnia jest przygotowana, ale nasze rozmowy z członkami Senatu UWr tego nie potwierdzają. – Już sam fakt, że „Gazeta Polska” zapytała o fundację, wywołał popłoch. Poprzedni rektorzy są żywo przejęci waszym zainteresowaniem – słyszymy z otoczenia władz uniwersyteckich. Zwłaszcza że Fundacja miała więcej podejrzanych interesów. Władze uniwersyteckie miały na przykład nie wiedzieć, że ich fundacja od 2007 roku prowadziła hotel Zaułek i nie wiadomo, na co szły dochody z tego przybytku. Na pewno część środków przeznaczano na pensje dla dwóch osób, które były tam zatrudnione, ale nasi informatorzy twierdzą, że pieniądze wyprowadzano na inne sposoby.

Sam hotel, kamienica w centrum miasta, przy ul. Garbary, został przez Uniwersytet Wrocławski (a nie fundację!) wystawiony na sprzedaż w 2023 roku.

Władze uczelni wyceniły nieruchomość na 3 mln złotych. 

Fundacja sprawowała też pieczę nad finansowaniem remontu Auli Leopoldyńskiej i tutaj także nie zabrakło przekrętów. Jak na posiedzeniu uczelnianego senatu wyjaśniał prorektor Dariusz Adamski: „W latach 2015–2019 przez fundację przechodziły środki przeznaczone na finansowanie remontu Auli Leopoldyńskiej; w ramach tego przedsięwzięcia podmioty realizujące prace konserwatorskie wpłacały poręczenie prawidłowego wykonania prac oraz gwarancji, która miałaby zostać pokryta z tych środków w przypadku zajścia takiej konieczności. Środki te wpłacone zostały z zastrzeżeniem zwrotu i powinny być przechowywane niejako odrębnie, do czasu ich zwrotu. Pierwsze zwroty stają się wymagalne w 2024 lub 2025. Środki te nie zostały jednak zabezpieczone” – tłumaczył prof. Adamski. 

Nie wiemy więc, jakie środki przeznaczono na fundację, jak wielkie to były kwoty i od kogo pochodziły. – Niech „Gazeta Polska” zainteresuje się także niemieckim finansowaniem – słyszymy od naszego informatora. Z oficjalnych danych wynika na razie tylko jedno źródło wsparcia na remont auli – była to pomoc pełnomocnika rządu federalnego Niemiec ds. kultury i mediów. W 2017 roku tę funkcję u kanclerz Angeli Merkel pełniła zaufana współpracowniczka liderki CDU – Monika Grütters. Według prof. Artura Błażejewskiego, prorektora UWr ds. badań naukowych, kwotę tę miał załatwić z Berlina prof. Rudolf Lenz, niemiecki historyk z Uniwersytetu Philipsa w Marburgu. 

Obecnie Polski Fundusz Rozwoju wystąpił o zwrot dotacji i uzyskał skuteczny nakaz zapłaty, który podlega obecnie egzekucji komorniczej” – informuje prof. Sulikowski, który po rozeznaniu sytuacji w fundacji złożył rezygnację z funkcji prezesa, chcąc jednak uporządkować dokumentację po poprzednikach. Ale wszystko wskazuje na to, że roztrwonione środki z PFR to jedynie wierzchołek góry lodowej, wszak na remont Auli Leopoldyńskiej wydano ponad 6 mln złotych. Zmartwienie prof. Ruchniewicza, że sytuacją zainteresują się media, dopiero się zacznie – zwłaszcza że lista podejrzanych podmiotów wpłacających lub korzystających z pieniędzy fundacji wydłuża się z każdym tygodniem poszukiwań. 

Jeśli król pruski uważał, że Polacy będą przed nim pełzać za odpowiednie pieniądze, to w przypadku Uniwersytetu Wrocławskiego niewiele się pomylił. ’

Papież Prevost świadomie usiłuje mieszać rasy i cywilizacje. [No i – religie…]

Kolejne posunięcie papieża Kalergi 14…

Data: 8 ottobre 2025 Author: Uczta Baltazara

FOTO: Robert Prevost i Amy Pope – dyrektor generalna oenzetowskiej Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM)

Angels Unawares – Nieświadomi aniołowie –  to rzeźba z brązu autorstwa Timothy’ego Schmalza zainstalowana na Placu Świętego Piotra w Watykanie od 29 września 2019 r., czyli z okazji 105 Światowego Dnia Migranta i Uchodźcy.

Pomnik ten został zainaugurowany przez papieża Franciszka w 2019 r. z okazji 105. Światowego Dnia Migrantów i Uchodźców.[1][2][3] Podczas inauguracji papież Franciszek powiedział, że chce, aby rzeźba „przypominała wszystkim o ewangelicznym wyzwaniu gościnności”.[4][5][6]

Sześciometrowa rzeźba przedstawia grupę migrantów i uchodźców na łodzi w ubraniach, które pokazują, że pochodzą z różnych kultur i momentów historycznych. Na przykład Żyd uciekający z nazistowskich Niemiec, Syryjczyk opuszczający syryjską wojnę domową i Polak uciekający przed reżimem komunistycznym[7]. Rzeźbiarz powiedział, że „chciał pokazać różne nastroje i emocje związane z podróżą migranta”. Wcześniej artysta wykonał już rzeźby o podobnej tematyce, jak Bezdomny Jezus[8].

Dzieło zawiera anielskie skrzydła, poprzez które autor sugeruje, że migrant jest potajemnie aniołem pośród nas[9]. Inspiracją dla artysty był List do Hebrajczyków 13:2: „Nie zaniedbujcie okazywania gościnności nieznajomym, gdyż w ten sposób niektórzy nieświadomie gościli aniołów”[10]. https://en.wikipedia.org/wiki/Angels_Unawares https://www.vaticannews.va/it/vaticano/news/2021-12/angels-unawares-monumento-migranti-piazza-san-pietro.html

…………………………..

Arcybiskup Carlo Maria Viganò:

«Mono-maniakalna obsesja Jorge Bergoglio na punkcie masowej imigracji i metysażu znalazła gorliwego kontynuatora w osobie Roberta Prevosta. Zmiana (na tronie papieskim) nie przyniosła żadnej radykalnej przemiany ani w sferze doktrynalnej i moralnej, ani w sferze politycznej i społecznej. Kościół soborowo-synodalny jest i pozostanie „Ancilla Novi Ordinis” – kurtyzaną globalistycznej elity.

Wiemy bardzo dobrze, że zjawisko migracji nie jest spontaniczne: nie jest spowodowane głodem, wojną czy prześladowaniami religijnymi. Zamiast tego jest ono celowe i zaplanowane jako element destabilizacji państw zachodnich, a nielegalna imigracja jest wykorzystywana jako narzędzie przewrotu społecznego. Zostało to stwierdzone w dokumencie ONZ z 21 marca 2000 r. zatytułowanym „Migracja substytucyjna” https://www.un.org/development/desa/pd/sites/www.un.org.development.desa.pd/files/unpd-egm_200010_un_2001_replacementmigration.pdf.

Kościół bergogliański oraz postbergogliański przoduje w promowaniu imigracji, wymiany etnicznej i inwazji na narody zachodnie w celu wymazania ich chrześcijańskiej tożsamości, kultury i historii.

Potwierdza to choćby emfaza, z jaką Leon udzielił audiencji Amy Pope, dyrektor generalnej oenzetowskiej Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM), czy też Jubileusz Migrantów.

Stolica Apostolska jest wspólnikiem wywrotowego planu opracowanego przez globalistyczną elitę: przedstawia nielegalnych imigrantów jako ofiary i utrzymuje relacje z tymi, którzy organizują ich przemyt, jednocześnie obwiniając najechaną ludnośćofiary ohydnych zbrodni i degradacji, których owe hordy dopuszczają się w naszych miastach. Wreszcie, nadużywając moralnego autorytetu papiestwa, Kościół synodalny – ku uciesze lewicy woke a przy ogromnym zgorszeniu ruchów pro-life – zrównuje ze sobą imigrację, karę śmierci i aborcję.

Współdziałanie Leona i jego biskupów z globalistyczną elitą jest świadome, celowe i stanowi źródło zysków dla katolickich instytucji i organizacji. Dotyczy to również rządów świeckich, których szefowie są emisariuszami Forum Davos, Towarzystwa Fabiańskiego, Otwartego Społeczeństwa Sorosa lub innych ponadnarodowych podmiotów spiskujących przeciwko narodom. I delikatnie mówiąc, skandaliczne jest to, że postępaccy amerykańscy biskupi podsycają sztucznie stworzone kontrowersje, wykorzystując je politycznie przeciwko prezydentowi Trumpowi, podczas gdy tchórzliwie milczeli podczas prezydentury Bidena w obliczu znacznie poważniejszych kwestii moralnych.

Nie zapominajmy, że USCCB (US Conference of Catholic Bishops) dała się skorumpować miliardami dolarów, które USAID przekazał jej na promowanie substytucji etnicznej w Stanach Zjednoczonych. Tak stało się również w przypadku innych konferencji biskupów oraz Watykanu, podobnie jak za czasów Covida. Również wtedy Hierarchia otwarcie wspierała narrację głównego nurtu, posuwając się nawet do rekomendowania w Nocie Dykasterii ds. Doktryny Wiary serum genetycznego, produkowanego z abortowanych płodów, które nadal powoduje miliony ofiar.

Ta uległość Kościoła Katolickiego wobec zbrodniczego planu Wielkiego Resetu i Agendy 2030 zostanie osądzona przez Boga i Historię i pozostanie nieusuwalną plamą na i tak już mocno skompromitowanej reputacji tejże renegackiej i odstępczej Hierarchii».

…………………………..

Vatican News: Dyrektor generalna IOM: Kościół wnosi autorytet moralny w obronę praw migrantów

Po audiencji u papieża Leona XIV, Amy Pope, dyrektor generalna Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, mówi w rozmowie z portalem Vatican News o autorytecie moralnym Kościoła Katolickiego oraz praktycznych działaniach na rzecz praw migrantów.

Papież Leon XIV spotkał się w czwartek z dyrektor generalną Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, Amy Pope, na prywatnej audiencji w Pałacu Apostolskim w Watykanie.

Po audiencji Amy Pope rozmawiała z Vatican News o spotkaniu z Ojcem Świętym i misji jej agencji polegającej na wspieraniu praw osób przemieszczających się.

Pytanie: Odbyła Pani dzisiaj audiencję u papieża Leona w Watykanie. Jak przebiegło spotkanie z papieżem? Jakie globalne kwestie związane z migracją przedstawiła Pani Ojcu Świętemu?

[Pani Pope:] Zaczęliśmy od omówienia skutków cięć w finansowaniu pomocy humanitarnej dla pracy, którą my i inne organizacje wykonujemy na całym świecie.

W tej chwili widzimy, że potrzeby są dość duże i w rzeczywistości rosną w wyniku konfliktu, w wyniku skutków katastrofy klimatycznej, w wyniku zwiększonego ubóstwa. Więcej ludzi jest w ruchu niż kiedykolwiek wcześniej.

Jednocześnie niestety wiele rządów naszych kluczowych darczyńców ogranicza wsparcie dla pomocy humanitarnej. W przypadku naszej organizacji zaobserwowaliśmy wpływ na około dziewięć milionów ludzi, którzy stracili wsparcie lub otrzymali zmniejszone wsparcie. Tak więc skutki z ludzkiego punktu widzenia są w niektórych przypadkach katastrofalne.

Rozmawialiśmy więc o potrzebie współpracy Kościoła z organizacjami takimi jak nasza, które służą ludziom o najbardziej podstawowych potrzebach, aby wspólnie budować świadomość i wsparcie dla nich. Rozmawialiśmy również o tym, jak ważne jest przeformułowanie kwestii migracji w momencie, gdy polaryzacja jest na najwyższym poziomie.

Przesłanie Kościoła o tym, że migranci są źródłem nadziei i ucieleśnieniem tego, czym jest chrześcijańska droga, wciąż znajduje oddźwięk.

Jest to pielgrzymka, którą wszyscy odbywamy, czy to duchowo, czy fizycznie, a naszym zadaniem jest znalezienie sposobu na uchwycenie tych historii, jak zbudować społeczność wsparcia i świadomości tego, z czym borykają się migranci, i w jaki sposób możemy stać się częścią bardziej integracyjnego społeczeństwa.

P: Uczestniczy Pani w konferencji „Uchodźcy i migranci w naszym wspólnym domu”, podczas której omawiane są sposoby edukowania ludzi na tematy związane z migracją. Jakie nadzieje wiąże Pani z tą konferencją i jakie zagadnienia zostaną na niej przedstawione?

Pierwszą z nich jest przypomnienie wszystkim o człowieczeństwie misji. Wszyscy mamy jakąś historię migracji gdzieś w naszej historii. Wszyscy mamy wspólne ludzkie potrzeby i godność.

Chciałabym więc pomóc w przeorientowaniu dyskusji na temat człowieczeństwa i godności tego, co robimy i co staramy się robić jako organizacja. Następnie chciałabym przedstawić kilka bardzo konkretnych sposobów, w jakie uniwersytety, społeczność akademicka, studenci mogą być częścią tych wysiłków.

Niektóre z nich dotyczą badań i przedstawiania faktów, które przeciwdziałają niektórym błędnym informacjom. Informacje te obejmują na przykład fakt, że większość migrantów przemieszcza się w obrębie swojego regionu; nie opuszczają oni własnego regionu.

Większość migrantów jest przyjmowana, zwłaszcza tych przesiedlonych w wyniku konfliktu, gdzie wpływ klimatu jest przyjmowany przez kraje o bardzo, bardzo niskich dochodach, które niekoniecznie mają zdolność do zapewnienia wsparcia. Jak więc zapewnić wsparcie, aby ustabilizować przemieszczające się społeczności?

Porozmawiamy również o budowaniu świadomości, zwiększaniu poparcia i zapewnianiu, że społeczności na całym świecie, niezależnie od tego, czy są na uniwersytetach, w społeczeństwach czy w kościołach, mogą współpracować, aby zapewnić większe wsparcie potrzebującym.

P: Podczas swojego krótkiego pontyfikatu papież Leon wyraził już zdecydowane poglądy na temat migracji, mówiąc, że są one „posłańcami nadziei” i przypominają Kościołowi Katolickiemu o jego pielgrzymującym wymiarze. W jaki sposób jego głos wspiera waszą pracę w ONZ, zwłaszcza w Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji?

https://babylonianempire.wordpress.com/2025/07/28/wedlug-leona-xiv-migranci-i-uchodzcy-sa-misjonarzami-nadziei/embed/#?secret=DrH5o8gMjV#?secret=pVSW4Dack3

https://babylonianempire.wordpress.com/2025/07/30/prevost-i-pean-na-czesc-migrantow-znowu-to-samo/embed/#?secret=dSeu0XzolG#?secret=iFMSAcDqGp

Czyni to na kilka sposobów. Oczywiście dostarcza poziom autorytetu moralnego społecznościom na całym świecie. Jest to naprawdę ważne w tym momencie, gdy kwestia migracji stała się, jak wspomniałem, bardzo upolityczniona i spolaryzowana.

Chcemy przekierować rozmowę z powrotem na to, co jest ludzkie i jak my, jako ludzie, możemy łączyć się i zapewniać wsparcie, jak możemy pomóc w integracji społeczności, jak możemy na przykład umożliwić migrującym studentom dostęp do edukacji lub migrującym pracownikom dostęp do odpowiednio płatnych miejsc pracy, w których są odpowiednio traktowani.

Częścią tego jest więc wykorzystanie autorytetu moralnego, jaki wnosi Kościół. Ale jest też coś znacznie bardziej praktycznego, a mianowicie to, w jaki sposób każda parafia, każda społeczność może służyć jako przykład tego, jak pracować, wspierać i chronić społeczności migrantów.

I możemy sprowadzić to do poziomu mikro, gdzie Kościół może być bardzo skuteczny w zmienianiu kwestii, która może wydawać się bardzo abstrakcyjna na poziomie globalnym, a nawet może wydawać się groźna w kontekście globalnym. Ale kiedy sprowadzimy to do kontekstu lokalnego, można bardzo wyraźnie zobaczyć, jak możemy tworzyć społeczności, które lepiej wspierają wszystkich ludzi.

Myślę, że nasze partnerstwo z Kościołem ma kluczowe znaczenie i jest to coś, na co w IOM naprawdę kładziemy nacisk. https://www.vaticannews.va/en/world/news/2025-10/iom-director-general-amy-pope-leo-xiv-migration-hope.html

***

Amy Pope: «Możliwość spotkania się z Jego Świątobliwością Papieżem Leonem XIV była prawdziwym przywilejem. Rozmawialiśmy o solidarności, godności i pilnej potrzebie ratowania życia. Każde stracone życie jest wezwaniem do działania, ze współczuciem i odwagą».

………………

Wielka wymiana realizowana przez Watykan: O tym, jak papież Leon XIV i szefowa ONZ ds. migracji Amy Pope likwidują cywilizację chrześcijańską

Tron Watykanu stał się amboną dla globalizmu. To, co media nazywają „współczuciem”, reszta świata zaczyna postrzegać jako to, czym jest – skalkulowanym planem migracji otwartych granic, mającym na celu destabilizację krajów zachodnich pod przykrywką humanitaryzmu.

Na kilka dni przed publicznym potępieniem polityki ochrony granic prowadzonej przez prezydenta Donalda Trumpa, papież Leon XIV (urodzony jako Robert Francis Prevost) – nowo wybrany papież urodzony w Stanach Zjednoczonych – spotkał się prywatnie z Amy Pope, dyrektor generalną Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji. https://www.iom.int/biography-iom-director-general https://de.wikipedia.org/wiki/Amy_Pope

Moment ten nie był przypadkowy. W 2023 r. Departament Stanu Bidena formalnie zainstalował Amy Pope – lojalną współpracowniczkę Obamy i Bidena – na stanowisku szefa IOM, skutecznie łącząc agendę otwartych granic Waszyngtonu z aparatem migracyjnym ONZ. Teraz, gdy nowy papież urodzony w USA błogosławi ten sam program z Watykanu; dwie najbardziej wpływowe instytucje na świecie – duchowa i biurokratyczna – maszerują krok w krok w kierunku jednego celu: wymazania suwerenności narodowej pod sztandarem cnót moralnych.

Amy Pope nie jest neutralną biurokratką. Jest karierowiczką polityczną i globalistką, która spędziła lata na opracowywaniu polityk, które usuwały granice w imię „humanitaryzmu”. Przed objęciem sterów IOM pełniła funkcję zastępcy doradcy ds. bezpieczeństwa wewnętrznego za prezydenta Obamy, a następnie starszego doradcy ds. migracji za prezydenta Bidena – dwie administracje charakteryzujące się gorliwością otwartych granic.

W roku 2015 – kilka dni po islamskich atakach terrorystycznych w Paryżu – Pope stanęła na czele kampanii Białego Domu Obamy „#RefugeesWelcome”, która miała na celu zawstydzenie opozycji i przekształcenie masowych przesiedleń w moralny obowiązek. Pisząc na oficjalnym blogu Białego Domu, potępiła gubernatorów GOP próbujących wstrzymać rozmieszczanie Syryjczyków i oświadczyła, że Ameryka „może i musi” przyjąć uchodźców, zachowując przy tym bezpieczeństwo. Był to jej wczesny szablon: połączenie języka bezpieczeństwa narodowego z globalistyczną polityką migracyjną – narracja, którą później rozpowszechniła w ONZ.

Jako zastępca doradcy Obamy ds. bezpieczeństwa wewnętrznego (2015-2017), Pope pomogła zaprojektować i nadzorować katastrofalny program administracji „Przeciwdziałanie brutalnemu ekstremizmowi” (CVE) – politycznie poprawny program bezpieczeństwa narodowego, który zmusił organy ścigania do oderwania ideologii islamskiej jako siły napędowej terroru dżihadystycznego. Wdrożona w 2011 roku i zaprezentowana na Globalnym Szczycie CVE Obamy w 2015 roku, inicjatywa ta wylała miliony na projekty „zaangażowania społeczności” w miastach takich jak Minneapolis i Boston, które szybko upadły pod wpływem reakcji ze strony samych grup islamskich, które miały na celu uspokoić. Jeden z finansowanych przez CVE somalijskich „liderów młodzieżowych” próbował później dołączyć do ISIS.

Za kulisami, Biały Dom Obamy, za pośrednictwem Rady Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w której Pope pełniła funkcję zastępcy, nadzorował to, co analitycy bezpieczeństwa narodowego nazwali „czystką” materiałów szkoleniowych dotyczących zwalczania terroryzmu. Setki dokumentów FBI, Pentagonu i wywiadu zostały pozbawione wszelkich odniesień do „islamu”, »dżihadu« lub „muzułmańskiego ekstremizmu” po lobbingu ze strony islamistycznych grup nacisku, takich jak CAIR i ISNA. Instruktorzy antyterrorystyczni, którzy ostrzegali przed ideologią dżihadu, zostali zwolnieni, a federalne programy szkoleniowe zostały przeredagowane, aby podkreślić „partnerstwo społeczne” zamiast świadomości zagrożenia ideologicznego. Rezultat, jak przyznali później funkcjonariusze wojskowi i wywiadowczy, był druzgocący: Służby amerykańskie nie były w stanie nawet nazwać, poznać ani zbadać wroga, z którym miały walczyć.

W międzyczasie propagandowe ramię programu – „Centrum Strategicznej Komunikacji Antyterrorystycznej” Departamentu Stanu – implodowało po wyprodukowaniu groteskowych filmów o tematyce ISIS i nieudanych kampanii na Twitterze, które zdaniem ekspertów legitymizowały dżihadystów zamiast ich odstraszać. Do 2016 roku inicjatywa CVE, którą Amy Pope pomagała zarządzać, stała się symbolem biurokratycznego złudzenia: zdyskredytowana przez organy ścigania, odrzucona przez muzułmańskich partnerów i wyśmiana przez ekspertów ds. bezpieczeństwa. Był to podręcznikowy przykład destrukcyjnego, zamierzonego samoniszczącego się globalizmu, który Pope eksportuje teraz na cały świat – takiego, który rozbroił Amerykę u siebie, zanim zlikwidował jej granice zewnętrzne.

Po opuszczeniu Białego Domu Obamy w 2017 r. Pope powróciła do administracji Bidena jako starszy doradca ds. migracji, pomagając kształtować tę samą politykę, która zlikwidowała ochronę granic z okresu Trumpa.

(…) Celebrowana przez Światowe Forum Ekonomiczne jako „dynamiczny lider” kształtujący „integracyjne rozwiązania w zakresie migracji”, Pope z łatwością porusza się wśród Davos, broniąc migracji jako „nieuniknionej globalnej rzeczywistości”, którą rządy muszą „zarządzać, a nie opierać się”. Jej publiczne pisma i przemówienia odzwierciedlają punkty mówienia WEF o „wysiedleniach spowodowanych klimatem” i „globalnej mobilności”, prezentując masową migrację jako moralną nieuchronność. Krótko mówiąc, kobieta, która pomogła podważyć suwerenność Stanów Zjednoczonych z wnętrza Białego Domu, prowadzi teraz największą na świecie machinę migracyjną finansowaną przez tych samych podatników, których pomaga zastąpić.

Papież Leon i Amy Pope wspólnie realizują jeden program: sakralizację bezgraniczności. To, co IOM buduje za pomocą biurokracji, Watykan błogosławi teraz teologią – a rezultatem jest skoordynowany moralny i polityczny atak na suwerenność narodów chrześcijańskich. (…)

INFO: https://rairfoundation.substack.com/p/vaticans-great-replacement-how-pope

Celebryta, jawny sodomita szefem kuchni Prevosta w Castel Gandolfo

Szef kuchni pozostający w homoseksualnym „związku małżeńskim” będzie nadzorował papieską restaurację w Castel Gandolfo

7 ottobre Uczta Baltazara babylonianempire./szef-kuchni-pozostajacy-w-homoseksualnym-zwiazku-malzenskim-bedzie-nadzorowal-papieska-restauracje-w-castel-gandolfo

Art Smith, znany szef kuchni, wieloletni działacz LGBT, „zamężny” homoseksualista, którego adoptowane dzieci otrzymały osobiste błogosławieństwo od papieża Franciszka, gdy zostały ochrzczone w roku 2015, pomoże w prowadzeniu restauracji budowanej obecnie na terenie papieskiego letniego ośrodka rekolekcyjnego w Castel Gandolfo.

Art Smith, znany szef kuchni, który gotował dla Lady Gagi i Oprah Winfrey https://en.wikipedia.org/wiki/Art_Smith_(chef), będzie kierował cateringiem i prowadził zaplecze gastronomiczne w Castel Gandalfo, wraz z Philem Stefani z chicagowskiej Stefani Restaura

Rok 2016: Proces karny szefowej MFW. Kariera Christine Lagarde pod znakiem zapytania, grozi jej rok więzienia

Proces karny szefowej MFW. Kariera Christine Lagarde pod znakiem zapytania, grozi jej rok więzienia

Jeśli Lagarde zostanie uznana za winną, byłby to kolejny przypadek francuskiego polityka, który z fotela szefa MFW został zmieciony przez problemy z prawem.

Rusza proces karny szefowej MFW. Kariera Christine Lagarde pod znakiem zapytania, grozi jej rok więzienia
(AFP/EAST NEWS)

Jacek Bereźnicki |12.12.2016

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/proces-christine-lagarde-mfw,149,0,2216853.html

W poniedziałek rusza proces sądowy szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde w związku z jej rolą w zawarciu kontrowersyjnej ugody finansowej ze znanym biznesmenem. Lagarde stała wtedy na czele francuskiego ministerstwa finansów. Grozi jej rok więzienia i 15 tys. euro grzywny, ale MFW nadal ma do niej „pełne zaufanie”.

Pełniąca funkcję dyrektor zarządzającej MFW od 2011 roku, Lagarde została objęta śledztwem w 2014 roku. Zarzuca się jej zaniedbanie obowiązków jako ministra finansów w związku z wypłatą z kasy państwa gigantycznego odszkodowania dla Bernarda Tapie w 2008 r.

Ten kontrowersyjny biznesmen i były polityk, który dał się poznać także jako piosenkarz, aktor i prezenter telewizyjny, ma na swoim koncie wyrok za korupcję z 1995 roku. Był też oskarżany o poważne nadużycia w związku z zarządzaniem klubem piłkarskim Olympique de Marseille w latach 1986-1994.

Kłopotliwa sprawa sprzedaży udziałów w Adidasie

Biznesmen zbił fortunę na kupowaniu podupadłych firm i odsprzedawaniu ich z zyskiem. Jedną z nich był niemiecki Adidas, którego właścicielem był w latach 1990-1993. To właśnie z tym epizodem wiąże się afera, która może położyć kres błyskotliwej karierze Christine Lagarde.

Tapie w grudniu 1992 roku z ramienia Lewicowej Partii Radykalnej objął funkcję ministra miasta w rządzie Pierre’a Bérégovoya (który 3 miesiące później popełnił samobójstwo w budzących do dziś kontrowersje okolicznościach). Oficjalnie w związku z wejściem do polityki, a faktycznie z powodu kłopotów finansowych, Tapie postanowił sprzedać swoje udziały w Adidasie.

Przeprowadzenie tej transakcji zlecił nieistniejącemu dziś bankowi Crédit Lyonnais, który w 1993 r. sprzedał tę firmę odzieżową za równowartość 318 mln euro. W grupie inwestorów znalazła się firma zależna Crédit Lyonnais. Rok później Adidas został ponownie sprzedany, ale tym razem za 533 mln euro.

Biznesmen poczuł się oszukany przez bank i złożył przeciw niemu pozew, domagając się słonego odszkodowania. Zanim sprawa trafiła do sądu, Crédit Lyonnais popadł w tarapaty finansowe, a jego długi wykupił rząd. Tym samym państwo francuskie stało się stroną sporu z Tapie. Ostatecznie biznesmen wygrał w sądzie i rząd został zobowiązany do wypłaty 135 mln euro odszkodowania.

Czy poparcie Tapie dla Sarkozy’ego było bezinteresowne?

Rząd złożył apelację i ją wygrał. W tym czasie ministerstwem finansów kierowała już Christine Lagarde, która podjęła bardzo zaskakującą decyzję. Zamiast kontynuować walkę z Tapie w sądzie, pozwoliła na przeniesienie sprawy do arbitrażu, w którym biznesmenowi przyznano aż 293 mln euro odszkodowania. Wraz z odsetkami było to nawet 403 mln euro. W 2015 r. sąd apelacyjny uznał jednak, że Tapie nie został oszukany przez bank i biznesmen musiał zwrócić całe otrzymane odszkodowanie.

Francuski Trybunał Sprawiedliwości Republiki, który zajmuje się sprawami o nadużywanie władzy przez członków rządu, w grudniu ubiegłego roku postanowił, że Lagarde ma stanąć przed sądem w związku ze sprawą Tapie. W lipcu 2016 roku odwołanie Lagarde od tej decyzji zostało odrzucone przez Sąd Kasacyjny.

Bardzo poważnym obciążeniem dla Lagarde w tej sytuacji jest fakt, że Tapie wpierał kampanię prezydencką Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 r. To właśnie po jego zwycięstwie Lagarde została powołana na na stanowisko szefowej resortu finansów w rządzie François Fillona, faworyta w trwającym obecnie wyścigu o fotel prezydenta Republiki.

O tym, że arbitraż został ustawiony, a odszkodowanie dla Tapie to zapłata za jego poparcie dla Sarkozy’ego mówił otwarcie ówczesny szef socjalistów, Jean-Marc Ayrault, który potem, za prezydentury François Hollande’a pełnił funkcję premiera.

Rzecznik MFW Gerry Rice powiedział w zeszłym tygodniu, że władze Funduszu „są poinformowane o rozwoju sytuacji w związku z tą sprawą i nadal wyrażają pełne zaufanie co do tego, że dyrektor zarządzająca ma pełną zdolność do dalszego efektywnego wykonywania swych obowiązków”. W lutym Lagarde została powołana na drugą kadencję, pomimo zbliżającego się procesu.

Troje szefów MSW z rzędu z kłopotami z prawem

Sama Lagarde, której zarzuca się, że nie skorzystała z możliwości podjęcia prób zablokowania wypłaty, broni się, że działała „w interesie państwa”. W niedawnym programie w telewizji France 2 przekonywała, że „zaniedbanie jest nieumyślnym przewinieniem” i że „każdemu na jakimś etapie swojego życia zdarzyło się pewne sprawy zaniedbać”.

Jeśli zostanie uznana za winną, byłby to kolejny przypadek francuskiego polityka, który z fotela szefa MFW został zmieciony przez problemy z prawem. Jej poprzednik – Dominique Strauss-Kahn, który przymierzał się nawet do walki o fotel prezydenta Francji w wyborach w 2012 roku, rok wcześniej został aresztowany w związku z oskarżeniem o napaść seksualną na pokojówkę w Nowym Jorku. Ostatecznie zarzuty przeciw politykowi wycofano, ale po tym, jak pod jego adresem pojawiły się kolejne oskarżenia tego typu, jego kariera była już skończona.

Mało tego, poważne kłopoty z prawem ma także poprzednik DSK (tak nazywa Strauss-Kahna francuska prasa) – Hiszpan Rodrigo Rato, szef MFW w latach 2004-2007. Obecnie w Hiszpanii trwa jego proces, w którym jest oskarżony o korupcję.

Demokracja to przeszkoda dla cyfrowego euro. Madame Lagarde [znana aferzystka] się wścieka.

Demokracja to przeszkoda dla cyfrowego euro. Prezes EBC atakuje Unię Europejską


Paweł Czajkowski 8 października 2025 ithardware/prezes_ebc_demokracja_przeszkoda_cyfrowe_euro

Demokracja to przeszkoda dla cyfrowego euro. Prezes EBC atakuje Unię Europejską

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde wywołała burzę w świecie polityki i finansów, otwarcie krytykując tempo procesów demokratycznych. W jej opinii to właśnie demokracja stanowi główną przeszkodę w realizacji projektu cyfrowego euro. Słowa, które padły podczas Czwartej Międzynarodowej Konferencji Polityki Pieniężnej Banku Finlandii, wybrzmiały jak manifest technokratycznego zniecierpliwienia wobec debaty publicznej. [Wiele skandali i afer finansowych – odrobina jest w internecie, jak afera Tapie. Ale plecki ma mocne. md]

Lagarde przyznała, że opóźnienie wprowadzenia cyfrowego euro nie wynika z ograniczeń technologicznych. Winą obarczyła powolne procedury demokratyczne, które – jej zdaniem – utrudniają sprawne podejmowanie decyzji w Europie. Stwierdziła, że Europejczycy lubią chwalić się demokracją, lecz w czasach, gdy kluczowe staje się tempo działania, taki system bywa zbyt ociężały.

Jej wystąpienie zawierało osobisty wątek. Lagarde otwarcie przyznała, że harmonogram prac nad cyfrowym euro uniemożliwi jej dokończenie projektu przed końcem kadencji. Słowa „biorąc pod uwagę czas, jaki to zajmie… odejdę” zabrzmiały jak rezygnacja z ambicji, by samodzielnie wprowadzić nową walutę w życie, ale też jak sygnał, że projekt jest już przesądzony i będzie kontynuowany bez względu na polityczne opóźnienia.

Cyfrowe euro wciąż w przygotowaniu

Projekt cyfrowego euro od kilku lat znajduje się w fazie przygotowawczej. Europejski Bank Centralny zapowiada, że decyzja o rozpoczęciu testów pilotażowych zapadnie wkrótce, jednak nie ma gwarancji, że waluta zostanie ostatecznie wprowadzona. Zgodnie z komunikatem EBC decyzja o pełnym wdrożeniu nastąpi dopiero po zakończeniu unijnego procesu legislacyjnego.

Mimo tej ostrożności Lagarde mówiła o cyfrowym euro w czasie, któy w języku angielskim nazywamy przyszłym dokonanym. Jej ton nie pozostawiał miejsca na wątpliwości – w jej ocenie uruchomienie jest tylko kwestią czasu. Takie podejście budzi niepokój obserwatorów, którzy zwracają uwagę, że instytucje demokratyczne nie zakończyły jeszcze debaty o kształcie i zakresie projektu.

Waluta pod pełnym nadzorem

Cyfrowe euro ma stanowić nowy filar europejskiego systemu finansowego, lecz jego konstrukcja budzi coraz więcej kontrowersji. W przeciwieństwie do gotówki, transakcje w cyfrowej walucie banku centralnego mogą być całkowicie przejrzyste dla instytucji nadzorczych. Każdy przelew, płatność czy mikropłatność może zostać zarejestrowana i powiązana z konkretnym użytkownikiem.

Obrońcy prywatności ostrzegają, że taki model otwiera drogę do masowego nadzoru finansowego. Bez odpowiednich zabezpieczeń CBDC może stać się narzędziem kontroli obywateli i mechanizmem analizy ich zachowań ekonomicznych.

Demokracja jako przeszkoda

Komentarze Lagarde wywołały falę krytyki ze strony polityków, organizacji obywatelskich i ekspertów ds. prawa cyfrowego. Sugerowanie, że nadzór demokratyczny jest problemem, podważa fundamenty europejskiego systemu wartości. W opinii wielu komentatorów wypowiedź prezes EBC ujawnia niebezpieczną tendencję do traktowania procesów ustawodawczych jako zbędnej formalności, a nie gwarancji równowagi władzy.

Lagarde nie po raz pierwszy dała do zrozumienia, że kluczowe decyzje monetarne powinny być podejmowane szybko, z pominięciem politycznych procedur. Jej słowa o „zbyt uciążliwej demokracji” pokazują napięcia pomiędzy tempem technologicznego postępu a zasadami jawności i odpowiedzialności publicznej.

Coraz mniej miejsca na debatę

W miarę jak projekt cyfrowego euro przesuwa się w stronę realizacji, przestrzeń do otwartej dyskusji staje się coraz węższa. Słowa Lagarde sugerują, że wynik jest przesądzony niezależnie od opinii ustawodawców i obywateli. Dla wielu obserwatorów to dowód, że europejskie instytucje finansowe zaczynają traktować demokratyczny sprzeciw jako formalny kłopot, a nie jako sygnał do refleksji.

Cyfrowe euro, przedstawiane jako symbol nowoczesności, coraz częściej postrzegane jest jako test dla kondycji europejskiej demokracji. Im bardziej projekt staje się nieuchronny, tym głośniej brzmią pytania o to, kto faktycznie będzie kontrolował przyszłość pieniądza w Europie – obywatele czy technokraci.

Polskie BLM bez murzynów i co dalej?

Polskie BLM bez murzynów i co dalej?

Prof. Andrzej Nowak dla Kwartalnika PCh24.pl 

https://pch24.pl/polskie-blm-bez-murzynow-i-co-dalej-prof-andrzej-nowak-dla-kwartalnika-pch24-pl


Na tym etapie to chłopki są uciśnione, także przez prymitywnych chłopów. Ale to nie będzie koniec, bo chłopki także wkrótce znajdą się na ławie oskarżonych. I myślę, że następna książka pani Kuciel-Frydryszak czy kogoś innego, kto pójdzie jej torem, to powinna być historia (i mówię to bez żartów) inwentarza domowego, który jest bezlitośnie mordowany przez te chłopki. Wszystkie te kury, którym ucina się głowę, te wieprzki patroszone na boisku… – mówi profesor Andrzej Nowak w rozmowie z Krystianem Kratiukiem na łamach Kwartalnika PCh24.pl

Myślę, że książka ta, wpisująca się w nurt historii ludowej i jednocześnie w jakiś sposób w narrację feministyczną, zgodnie z poszukiwaniem kolejnych uciśnionych według znanego nam już marksistowskiego schematu, była poniekąd skazana na taki sukces. Ale ja jej osobiście nie czytałem. Założyłem bowiem, że stanowi przedłużenie pewnych negacji właśnie nurtu historii ludowej, a jako że sięgnąłem po inne pozycje tegoż nurtu, tą sobie odpuściłem. Natomiast gorąco polecam Czytelnikom inną książkę autorstwa pani Kuciel-Frydryszak, pod tytułem „Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie”. To jedyna dzisiejsza biografia tej wielkiej polskiej i katolickiej poetki, czytałem z zainteresowaniem.

Wśród innych książek o historii ludowej, o których Pan wspomniał, mamy samą „Historię ludową Polski”, „Chamstwo”, „Śladami Szeli” i wiele innych. Do tego dochodzą dzieła popkultury i teksty w prasie popularnej, wskazującej na odwieczny konflikt między klasą panującą a chłopstwem. To w sposób oczywisty prowadzi do porównania z myślą marksistowską. Ile jest prawdy w tych coraz częściej popularyzowanych obrazach, z których wynika, że szlachta polska traktowała chłopów gorzej nawet niż traktowano niewolników na plantacjach bawełny za oceanem?

Myślę, że co najmniej od XVIII wieku można w historii myśli europejskiej obserwować i doświadczać niestety tej tendencji, której historia ludowa jest tylko kolejnym wcieleniem. Tendencji, w której najważniejszym punkcie, kluczowym punkcie pojawia się nazwisko Karola Marksa, które daje w pewnym sensie nazwę całemu temu kierunkowi, choć on sam jest przecież starszy. Chodzi rzecz jasna o utożsamienie, powiedziałbym, rzeczywistości z walką o władzę, z walką o władzę między ludźmi. Według Marksa, jego naśladowców, ale i niektórych myślicieli przed nim, wszystko, do czego można sprowadzić rzeczywistość to podział na grupy, potem ostatecznie na jednostki, które całość swojego życia realizują rywalizując z innymi.

I do tego sprowadza się całe spojrzenie na nasze życie, to dość przerażające. Marks nadał temu oczywiście wizję klasową, jako klucz do interpretacji całej rzeczywistości. Zafałszowanie tego kierunku polega na tym, że ludzie przez poprzednie stulecia, czyli przed XVIII wiekiem w ogromnej większości nie postrzegali w ten sposób swojego życia, jako życia uciśnionego, życia wewnątrz jakiejś klasy, w której rywalizuje się z innymi klasami.

A w jaki sposób je postrzegali?

Spoglądali na rzeczywistość jako pewien ład naturalny, w którym znajdujemy swoje miejsce, w którym oczywiście raz odczuwamy większe dolegliwości, raz mniejsze wynikające z tego miejsca w ładzie naturalnym. Ale to jest właśnie naturalne, to jest normalne. Natomiast nie kwestionowano całego tego ładu.

W pewnym momencie jednak przychodzą jednak w końcu właśnie myśliciele głoszący, że należy to odrzucić, że należy potraktować to jako zasadniczo niesprawiedliwy układ. I ci, którzy głoszą te hasła, bynajmniej nie wywodzą się z reguły z klas uciśnionych, bynajmniej nie należą do tych, którzy są prześladowani, tylko występują w roli, którą już Platon opisał w swoim państwie.

W roli trutniów…

Otóż to! Trutniów, to znaczy takich osobników, którzy wzywają do buntu, wzywają do podniesienia rebelii, choć nie oni reprezentują tej grupy, która w jakiś sposób byłaby przez rzeczywistość prześladowana czy usytuowana w sposób podporządkowany. I właśnie kolejnym echem takiego nastawienia stała się wywodząca oczywiście z marksistowskiej tradycji wizja nowej historii, jaką zaprezentował Howard Zinn, amerykański historyk marksistowski w swojej „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” (A People’s History of the United States).

Ale co ma z tym wspólnego historia Polski? Przecież wyglądała zupełnie inaczej niż USA!

To co Pan mówi jest logiczne, ale nie o taką logikę tu chodzi. Tu chodzi o logikę, nazwijmy to, małpowania, naśladowania tego, co przychodzi z Zachodu, który wciąż jest postrzegany jako ten lepszy, postępowy. Logikę małpowania tych najbardziej postępowych popłuczyn najmodniejszych w danym momencie ideologii na Zachodzie. I stąd się wzięła historia ludowa w Polsce. Czterdzieści lat po książce Zinna, pan doktor habilitowany a dziś już profesor Adam Leszczyński napisał swoją „Historię Ludową Polski” dokładnie według recepty Zinna.

W samym naśladowaniu nie ma może nic złego. Ważne jest jednak czy naśladuje się wzory, które rzeczywiście mogą pomóc nam zrozumieć rzeczywistość, czy wzory, które służą utrwaleniu fałszywej, nieprawdziwej wizji rzeczywistości.

I jak jest w tej sprawie?

Oczywiście rzeczywistość życia społecznego w I Rzeczpospolitej jest bez porównania bardziej skomplikowana niż prosta jak cep teza, że polscy chłopi byli jak amerykańscy niewolnicy na plantacji. Ta teza, która pojawia się niestety i w książce profesora Leszczyńskiego i dużo ostrzej, bez porównania gorszych od niego książkach pisanych przez ludzi, którzy nic wspólnego z zawodem historyka nie mają. Nie będę nawet wymieniał ich nazwisk.

To ważne, że nie są historykami?

Bardzo ważne dla prawdy. Mowa o rozmaitych tak zwanych antropologach kulturowych, psychologach społecznych, czy socjologach. Podkreślam, nie chodzi teraz o wymienianie tych nazwisk czy ich tytułów. Chodzi o podkreślenie, że ta teza o równości amerykańskiego niewolnika, znanego obrazu z popkultury, i polskiego chłopa jest mocno przez nich werbalizowana, a ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bam jest to zafałszowanie rzeczywistości, po prostu nieprawda historyczna.

Zwróciła na to uwagę m.in. w recenzji książki Adama Leszczyńskiego badaczka właśnie historii chłopów polskich, Keely Stauter-Halsted, autorka kilku poważnych prac na ten temat. I to jest autorka o zdecydowanie lewicowych poglądach. Upomniała się w swojej recenzji książki Leszczyńskiego właśnie o to by jednak nie zakłamywać rzeczywistości. W Rzeczpospolitej chłopi nie byli własnością swoich Panów, nie byli traktowani jak własność, nie mogli być sprzedawani indywidualnie, nie byli towarem, takim, jakim rzeczywiście byli pojedynczy niewolnicy na amerykańskich plantacjach.

Zwraca na to uwagę również wielu innych rzetelnych badaczy historii chłopstwa w Polsce. Akurat warstwa chłopska, rzecz jasna najliczniejsza w rzeczywistości społecznej Rzeczpospolitej, była bardzo podzielona wewnętrznie. Grupa kmieci, najliczniejsza, licząca 30–40%, a w niektórych momentach historycznych i w niektórych regionach nawet do 50% społeczności chłopskiej, to byli chłopi, którzy dysponowali swoją własnością ruchomą, którzy uprawiali swoją ziemię, którzy po prostu żyli życiem na pewno nie tylko uciśnionym, jak chcieliby tego twórcy historii ludowej.

Była to zatem osobna grupa społeczna, miała swój samorząd, co jest bardzo ważne, w Rzeczpospolitej istniała bowiem samorządność chłopska!

No tego raczej murzyni na plantacjach w USA nie mieli…

Mówię o tym także dlatego, że sam wywodzę się, jak ogromna większość naszego społeczeństwa, w z tej chłopskiej grupy społecznej. Od strony ojca. Bardzo cenię sobie tradycję tej chłopskiej samorządności, jaka we wsi, z której wywodzili się rodzice, dziadkowie, pradziadkowie mojego ojca trwa od co najmniej XVI wieku i jestem dumny z tego, że właśnie jacyś moi praszczurowie zasiadali w tej gminnej radzie już na początku XVIII wieku. A więc to także jest spojrzeniem, o którym warto pamiętać, spojrzeć warto na chłopów jako na część historii polskiej samorządności, polskiej samoorganizacji i zdolności decydowania o sobie w pewnym zakresie, wynikającym właśnie z owego ładu naturalnego, który był akceptowany przez wieki, a który dzisiejsi post-marksiści kwestionują.

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że obok książek idących na tej fali historii ludowej, naśladowniczej, oderwanej od rzeczywistości historycznej, pojawiają się rzetelne, współcześnie rzetelne opracowania historii chłopów, różnych ich aspektów w Rzeczpospolitej.

Coś Pan poleci?

Polecę bardzo gorąco świetną książkę Mateusza Wyżgi, „Chłopstwo. Historia bez krawata”. Książkę, która tym się różni od książek badaczy, których wcześniej wymieniałem, że jest pisana przez kogoś, kto jest fachowym historykiem chłopstwa, spędził wiele, wiele lat w archiwach parafialnych i publicznych, studiując wszelkie materiały, jakie zachowały się na temat życia, obyczajów, stosunków społecznych i ekonomicznych chłopstwa w XVI do XVIII wieku w Rzeczpospolitej, zwłaszcza w Małopolsce.

A do tego jest chłopem. To znaczy był wójtem w swojej podkrakowskiej wsi, a więc wie z jakiej grupy się wywodzi i poniekąd w czyim imieniu występuje pisząc tę historię. Gorąco polecam takie rzetelne opracowania historii chłopstwa, zwracając uwagę na całe rozróżnienie wewnętrzne tej warstwy społecznej, jak i na zdolności zdecydowanie wykraczające poza ten schemat przywiązania chłopa do ziemi.

To znaczy?

Na przykład na zdolności poszukiwania przez chłopów swojego miejsca na rynku, poszukiwania zdolności zarobkowych poza tylko folwarkiem, w którym obciążeni byli chłopi oczywiście obowiązkiem pańszczyzny.

To wszystko jest właśnie doskonale opisane w jego pracach wspomnianego Mateusza Wyżgi.

Powstają też opracowania, gdzie bardzo ciekawie opisana jest na przykład kategoria honoru, jak chłopi zachowywali, rozumieli i egzekwowali swoje poczucie honoru, bynajmniej nieraz zarezerwowane tylko dla szlachty. Na ten temat także powstają bardzo ciekawe prace, np. opisujące historię chłopów na Pomorzu. Wymienię jeszcze jednego rzetelnego, niezwykle autora profesora Tomasza Wiślicza z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, który bada religijność chłopską z pozycji nie katolickich, nie religijnych, ale jest po prostu rzetelnym badaczem różnych form religijności. Ale opisuje także kwestie świadomości narodowej chłopów, bardzo ciekawe, bardzo złożone i także nie dające się sprowadzić do prostego jak cep schematu historii ludowej. A więc zachęcam, jeszcze raz, do sięgania do rzetelnych autorów, którzy zajmują się historią chłopstwa współcześnie, a którzy nie naśladują tego ideologicznego schematu, o którym tutaj mówimy. Bo o tej warstwie społecznej rzeczywiście warto czytać (…)

Powyższy tekst jest fragmentem rozmowy z prof. Andrzejem Nowakiem opublikowanej w Kwartalniku PCh24.pl

Kliknij TUTAJ – pobierz Kwartalnik i czytaj więcej

Kovid. «Nasze najgorsze obawy stały się rzeczywistością»

«Nasze najgorsze obawy stały się rzeczywistością»

Autor: AlterCabrio, 7 października 2025

Ale były one nie tylko agresywnie promowane, były wręcz egzekwowane. Odmowa przyjęcia szczepionki przeciw covid-19 mogła kosztować utratę pracy, zakaz wstępu na koncerty, do punktów usługowych i muzeów, a w niektórych przypadkach nawet uniemożliwić przeprowadzenie operacji ratującej życie, jeśli nie zastosowałeś się do nakazu.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Nowe dane potwierdzają niszczycielskie skutki uboczne szczepionki przeciw covid-19: badanie

Nasze najgorsze obawy stały się rzeczywistością

Jedno z największych naruszeń etyki lekarskiej w historii nowożytnej: nowe badanie przeprowadzone w Korei Południowej ujawniło katastrofalne skutki promowania i nakazywania szczepień przeciwko covid-19 wśród ludności.

Szczepionki te podawano niemowlętom i kobietom w ciąży, co stoi w jawnej sprzeczności z zasadą etyczną zakazującą wprowadzania nowych interwencji medycznych u tak wrażliwych grup, zanim nie zostaną w pełni poznane długoterminowe skutki.https://www.youtube.com/embed/ThiBAwxc4ro?si=3HD9L5Uvl4qXrJ8H

Ale były one nie tylko agresywnie promowane, były wręcz egzekwowane. Odmowa przyjęcia szczepionki przeciw covid-19 mogła kosztować utratę pracy, zakaz wstępu na koncerty, do punktów usługowych i muzeów, a w niektórych przypadkach nawet uniemożliwić przeprowadzenie operacji ratującej życie, jeśli nie zastosowałeś się do nakazu.

Teraz, jak od dawna ostrzegało wielu lekarzy, konsekwencje takiej lekkomyślnej polityki zdrowotnej wychodzą na jaw. Jednym z najbardziej alarmujących skutków jest drastyczny wzrost ryzyka zachorowania na raka.

Duże badanie populacyjne przeprowadzone w Korei Południowej wykazało, że zachorowania na raka wzrosły o 27% w wyniku stosowania szczepionek przeciwko covid-19, które reklamowano jako „bezpieczne i skuteczne”.

Dr John Campbell zauważył: „Istnieje szansa jedna na tysiąc, że ten wynik powstał przypadkowo”. Zilustrował ogólny wzrost zachorowań na raka wyraźnym wykresem, który można zobaczyć na poniższym krótkim filmie:

W odniesieniu do szczegółów badania, Children’s Health Defense podaje:

W badaniu wykorzystano dane z lat 2021–2023 dotyczące ponad 8,4 miliona osób z bazy danych południowokoreańskiego Narodowego Systemu Ubezpieczeń Zdrowotnych (NHS). Próbę podzielono na dwie grupy w zależności od statusu szczepienia. Próbę zaszczepioną podzielono dodatkowo na grupę, która otrzymała dawkę przypominającą i grupę, która nie otrzymała dawki przypominającej.

Naukowcy obserwowali pacjentów przez rok. Grupa zaszczepiona była monitorowana po szczepieniu. Wyniki wykazały statystycznie istotnie wyższe ryzyko zachorowania na raka w grupie zaszczepionej, w tym:

• Rak ogólnie: o 27% wyższe ryzyko

• Rak piersi: o 20% wyższe ryzyko

• Rak jelita grubego: o 28% wyższe ryzyko

• Rak żołądka: ryzyko wyższe o 34%

• Rak płuc: o 53% wyższe ryzyko

• Rak prostaty: ryzyko wyższe o 69%

• Rak tarczycy: ryzyko wyższe o 35%

Te wyniki są wręcz druzgocące. Nasze najgorsze obawy stały się rzeczywistością.

A najgorsze jest to, że wcale nie musiało tak być. Szefostwo służby zdrowia zignorowało środki ostrożności, uciszyło sprzeciw i zamieniło zdrowie publiczne w lekkomyślny eksperyment.

Konsekwencje tak lekkomyślnej polityki zamieniły falę covid w zdrowotne tsunami. Im dłużej ten problem będzie ignorowany, tym większe będą szkody. Czas, aby urzędnicy służby zdrowia wzięli odpowiedzialność za swoje czyny.

Link do pełnego artykułu na stronie CHD.

Pełna analiza nagrania i komentarze dr. Johna Campbella:

________________

Devastating COVID-19 Vaccine Side Effect Confirmed by New Data: Study, The Vigilant Fox, 6th October 2025

Uczą i bawią: MEM-y IV.

=========================

========================

[nie wiedziałem. To b. kochanek Donaldowej Tuskowej]

————————-

—————————

——————————-

=============================

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Samobójczy pakt Zachodu z kultem śmierci

Samobójczy pakt Zachodu z kultem śmierci

[Nie podoba mi się jakaś obca nam agresja autora. Ale publikuję, bo spora część warta pomyślenia. MD]

Autor: AlterCabrio, 7 października 2025

Ustępstwa kulturowe są powszechne: dzieci poszczą w Ramadanie pomimo zagrożeń dla zdrowia, rośnie przestępczość z użyciem noża wśród młodzieży migrującej, nasilają się wezwania muezinów.

Jarmarki bożonarodzeniowe przemianowano na „jarmarki światła”, Wielkanoc na „święta zajączków”, a procesje św. Marcina na „parady światła”. Wieprzowina znika z publicznych stołówek, pieśni chrześcijańskie są zakazane w szkołach, a zajęcia w Ramadanie wstrzymywane. W 2024 roku Kolonia i Frankfurt rozświetliły ulice na Ramadan, a baseny zarezerwowały godziny tylko dla kobiet w związku z rosnącą liczbą gwałtów. Arabskie broszury turystyczne pomijają krzyże na szczytach, a cmentarze rozważają wydzielone strefy. Zachód demontuje swoją tożsamość, by udobruchać ideologię barbarzyńskich karaluchów.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Samobójczy pakt Zachodu z kultem śmierci

Zachód lunatykuje i zmierza ku spreparowanej przez siebie rzeźni, szczerząc zęby w złudzeniu moralnej wyższości, podczas gdy kat ostrzy swój bułat. Nasza cywilizacja krwawi, wypatroszona przez tchórzliwą fascynację islamem, totalitarną ideologię podszywającą się pod wiarę, nieustępliwą w swojej 1400-letniej krucjacie podboju i zniszczenia.

Trzymajcie się tego urojenia, że ​​to tylko zachodnia polityka zagraniczna i CIA rodzą islamski ekstremizm, jeśli tak chcecie, ale będziecie idiotami, wierząc w tę muzułmańską żałosną historyjkę. Historia ma dla was bolesny sygnał, wykrzykując ostrzeżenia, a wy jesteście głusi, ozdabiając swój upadek banałami o „tolerancji”, podczas gdy barbarzyńcy otwarcie zabijają i gwałcą na waszych ulicach, nie obawiając się żadnych reperkusji.

Niedawno jakiś świętoszkowaty, pro-palestyński, „przebudzony prawicowy” gnojek [virtuecrat] miał czelność się na mnie wkurzyć, gdy zdał sobie sprawę, że jego ukochany lud w Palestynie nic mnie nie obchodzi. Ten samozwańczy intelektualista miał czelność zapytać, czy nie miałabym nic przeciwko utracie praw przez homoseksualistów (podobnie jak Palestyńczycy), jakby to był jakiś sprytny podstęp, który ma mnie związać z ich sprawą. To pytanie jest kompletnie bezmyślne, zważywszy na to, że ci sami ludzie, których broni wychodząc z siebie, prawdopodobnie zabiliby mnie za bycie lesbijką, zanim zdążyłabym mrugnąć. W moim świecie to jest ostateczne prawo do przegranej, ale najwyraźniej śmierć to tylko drobny szczegół w tym pokręconym rachunku moralnym. Akrobacje umysłowe, które ten klaun wykonuje, udając zszokowanego tym, że sprzeciwiam się kulturze muzułmańskiej w całości, są po prostu oszałamiające. To żałosny przejaw ideologicznych akrobacji.

Moje stanowisko w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego jest proste: nie obchodzi mnie, kto twierdzi, że jest pierwszym właścicielem ziemi, ani kwestia państwowości Izraela, a kwestia izraelskiego nadzoru podważającego amerykańskie wolności to temat istniejący niezależnie od tego konfliktu. Walczę wraz z tymi, którzy sprzeciwiają się toksycznemu rozprzestrzenianiu się islamu. To dżihadystyczny kult śmierci. W państwach rządzonych szariatem, takich jak Iran, Arabia Saudyjska czy kontrolowany przez talibów Afganistan, mój homoseksualizm jest przestępstwem zagrożonym karą śmierci – powieszeniem, ukamienowaniem lub defenestracją. Nie, nigdy nie powiem ani jednego pozytywnego słowa o ropiejącym raku pochodzącym z Bliskiego Wschodu.

Wersety Koranu, takie jak Sura 7:80-84, opowiadające o zagładzie ludu Lota za „nieprzyzwoite czyny”, są wykorzystywane do uzasadnienia tych czystek. Jeśli wpływ islamu rozprzestrzeni się na Zachodzie bez kontroli – poprzez migrację, kompromisy kulturowe lub polityczne ustępstwa – wolności, za które tak ciężko krwawiliśmy, runą. Już widzimy ten rozkład: zabójstwa honorowe w enklawach imigrantów i „strefach zamkniętych” [no-go zones], gdzie cień szariatu narzuca średniowieczne normy na współczesnych ulicach. Kolejne państwo pod rządami islamu nie jest latarnią postępu, lecz kolejnym teokratycznym więzieniem, w którym gnijący rak może rosnąć, organizować się i rozprzestrzeniać.

Redukcja takich krajów nie jest stratą dla ludzkości. To strategiczny zysk dla wolności, zagłodzenie bestii radykalnej ideologii. Dopuszczenie islamizmu gdziekolwiek zagraża wolności wszędzie, a jako lesbijka odmawiam płaszczenia się po aprobatę tych, którzy wiwatowaliby na myśl o mojej egzekucji. Jeśli to czyni mnie złoczyńcą w ich utopijnej narracji, niech tak będzie – przetrwanie góruje nad ich świętoszkowatą postawą.

Bezmyślna wypowiedź tej osoby jest objawem złośliwości pożerającej duszę Zachodu: fobią wobec islamofobii, paraliżującego lęku przed byciem nazwanym nietolerancyjnym za krytykę istoty islamu. To tchórzostwo przerodziło się w islamofilię – groteskowe uwielbienie dla średniowiecznej ideologii zbudowanej na podboju, zniewoleniu, nienawiści i rasizmie.

Termin „islamofobia” został przejęty i przekształcony z tarczy chroniącej przed uprzedzeniami wobec muzułmanów w pałkę chroniącą przed jakąkolwiek krytyką doktryny islamskiej, utożsamianą z „rasizmem antymuzułmańskim”. Religia nie jest rasą. Jest systemem idei, a obsesja islamu na punkcie poddania się, męczeństwa i panowania nad niewiernymi – zwłaszcza kobietami – wymaga nieustannej analizy, a nie rozpieszczania.

Naukowcy, politycy i dziennikarze drżą na myśl o ostracyzmie, piętnowani jako prowokatorzy za głoszenie prawdy. To scena z filmu Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze”: Zachód jako naiwny głupiec, zapraszający piromanów do swojego domu i klaszczący, gdy zapalają zapałkę. Większość muzułmanów nie jest terrorystami w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale fundamentalne teksty islamu rodzą przemoc, gloryfikując męczenników i watażków, którzy postrzegają niewiernych jako ofiary. Daj im żyzną glebę, a chętnie dołączą do dżihadu. Zaprzeczanie temu to gwizdanie na przesiąknięte krwią karty historii.

Rozważmy Deklarację Kairską o Prawach Człowieka w Islamie (1990), popartą przez 56 państw Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC). Podporządkowuje ona wszelkie prawa szariatowi, kpiąc z powszechnych wolności zawartych w Powszechnej Deklaracji z 1948 roku. Liczba egzekucji w Iranie – 834 w 2023 roku, 975 w 2024 roku, 343 w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2025 roku, według raportów Amnesty International i ONZ – jest wymierzona w dysydentów, homoseksualistów i nonkonformistów.

Jednak zachodni przywódcy klękają. Wolfgang Schäuble z Niemiec, podczas Niemieckiej Konferencji Islamskiej w 2006 roku, oświadczył: „Islam jest częścią Niemiec i Europy”. Zupełna bzdura – nigdy nim nie był i nigdy nie będzie. Christian Wulff, w Dniu Jedności Niemiec w 2010 roku, powtórzył: „Islam należy do Niemiec”. Polityka migracyjna Angeli Merkel z 2015 roku spowodowała przyjęcie ponad miliona migrantów, wielu z krajów z muzułmańską większością, bez weryfikacji, co zaostrzyło kryzys. W 2017 roku Thomas de Maizière zaproponował muzułmańskie święto państwowe, normalizując wkraczanie szariatu. Zachód wręcza swoim wrogom klucze do własnej zagłady.

Państwa Zatoki Perskiej – Arabia Saudyjska, ZEA, Katar – są przykładem tej zdrady, ich pochlebczy sojusz z Zachodem, podsycany bogactwem ropy naftowej i moralnym tchórzostwem. W systemie kafala wiza staje się łańcuchem: sponsorzy przejmują paszporty, pensje i milczenie, egzekwując niewolę pod batem szariatu. Próba ucieczki kończy się chłostą lub pogrzebaniem w rowie. Łańcuch dostaw żeruje na desperatach – Filipince goniącej za ofertami pracy w Bangkoku, rumuńskiej nastolatce zwabionej pracą modelki w Dubaju – tylko po to, by trafić do piwnic willi, sprzedawanych przez szejków licytujących gotówkę za noc. Dane ONZ potwierdzają, że co roku znika 150 000 Filipinek, 500 rumuńskich nastolatek zaginęło w zeszłym roku, 70 000 lankijskich pokojówek nigdy nie wraca. Ich los? „Małżeństwo tymczasowe”, uświęcone wersetem Koranu 4:24, pozwalające mężczyznom „cieszyć się tym, co posiada twoja prawica”. Klasyczni prawnicy i współcześni imamowie z Zatoki Perskiej je popierają. Sądy przypieczętowują umowę. Dzieci – pięć procent nieletnich z Ukrainy, Tajlandii i Indii – są przewożone samolotami A380 linii Emirates, które latają na nieopłacalnych trasach, a następnie sprzedawane jako towar, numerowane i wyceniane. Ta forma współczesnego niewolnictwa jest wpleciona w materię szariatu, skalowana do przemysłowego horroru przez bogactwo Zatoki Perskiej. Zachód, uzależniony od ropy naftowej, milczy – Hollywood skrępowany pieniędzmi z Emiratów, budżety ONZ dławione przez tych samych darczyńców, którzy finansują te łańcuchy. Żadnych bojkotów, żadnych demaskatorskich artykułów, tylko nieustanny strumień dziewcząt, których paszporty znikają na pustyni.

Miraż „liberalnego” islamu: złudzenie naiwnych marzycieli

Zachód kurczowo trzyma się fantazji o „tolerancyjnej” przeszłości islamu, niczym o „złotym wieku” średniowiecznej Hiszpanii, gdzie muzułmanie, chrześcijanie i Żydzi rzekomo współistnieli w harmonii. To fikcja historyczna. Wcześni władcy Umajjadów pozwalali chrześcijanom i Żydom istnieć jako dhimmi – opodatkowani, posłuszni obywatele drugiej kategorii. Pod koniec XI wieku Almorawidzi i Almohadzi dopuścili się przymusowych nawróceń, wypędzeń i masakr. „Minaret z czaszek” budowany z głów chrześcijan obala mit „religii pokoju”.

Nadzieja Zachodu na zreformowanie islamu w liberalny, „euroislam” to aroganckie szaleństwo, zakładające, że uda nam się oswoić siłę, która od wieków pożera rozwinięte cywilizacje. Bassam Tibi, syryjski uczony muzułmański, w swojej książce z 2009 roku promował euroislam, przewidując świecką kompatybilność. Do 2017 roku odwołał swoje stanowisko, powołując się na zakorzeniony antysemityzm i patriarchalną sztywność islamu jako nie do pokonania. Migranci wykorzystują zachodnie dobrodziejstwa, jednocześnie odrzucając jego wartości, dążąc do da’wa – prozelityzmu – jako narzędzia islamizacji. Wniosek Tibiego: zachodnia pobłażliwość rodzi pogardę.

„Oświecony islam” to sprzeczność sama w sobie. Reformatorzy tacy jak Imad Karim (libański filmowiec), Necla Kelek (turecko-niemiecka socjolog), Hamed Abdel-Samad (egipsko-niemiecki autor książki „Islamic Fascism”) i Seyran Ateş (założyciel berlińskiego liberalnego meczetu Ibn Rushda-Goethego, żyjący w ciągłym strachu z powodu gróźb) mierzą się ze śmiercią za swoje wysiłki. Ocalały z Holokaustu Ralph Giordano nazwał islamizację „tchórzostwem”, a nie ubogaceniem. W książce Samuela P. Huntingtona z 1996 roku „The Clash of Civilizations” ostrzegano przed „odrodzeniem” islamu bez reformacji, podobnym do nieustępliwego odrodzenia marksizmu. Rdzeń islamu opiera się wolności, a udawanie, że jest inaczej, jest preludium do zagłady.

Podboje islamu w VII wieku były kulą burzącą, która zrujnowała wysokie kultury Bliskiego Wschodu pod rządami totalitarnego credo. W Imperium Perskim Sasanidów, w latach 632-654 n.e., dziedzictwo zaratusztriańskie zostało zmiażdżone, ludność miejscowa została zmuszona do arabskiej supremacji, a wpływy grecko-rzymskie zostały odcięte pod groźbą miecza. Egipt, najechany w 641 n.e. u szczytu swojej dekadencji kulturowej, utracił swoje faraońskie, hellenistyczne i koptyjskie dziedzictwo na skutek podatków dżizja, przymusowych konwersji, grabieży artefaktów i zniewolenia ludności, a jego koptyjska tożsamość uległa bezpowrotnej erozji. Niegdyś intelektualne centrum Morza Śródziemnego, stało się zaściankiem szariatu, z palonymi bibliotekami i wiedzą spętaną dogmatami Koranu. Lewant i Mezopotamia – kultury asyryjska, babilońska i fenicka – zostały splądrowane, zniewolone i zdławione pod arabskim monolityzmem.

Islam nie zachował wiedzy. Zawłaszczył jej resztki i stłumił pozostałości, zapewniając, że żaden renesans nie będzie mógł podważyć jego panowania. To dziedzictwo kulturowego zniszczenia trwa, będąc ponurym świadectwem niekompatybilności islamu z pluralistycznym rozkwitem. Zachód patrzy na te ruiny i łudzi się: „Nam się to nie przydarzy”. Historia twierdzi inaczej.

1001 gestów poddania się

Nieodpowiedzialna polityka otwartych drzwi Angeli Merkel rozpętała muzułmańską inwazję na Zachód, z Niemcami jako punktem zerowym. W 2015 roku łzy syryjskiej dziewczyny w talk-show, po pustym, ale zaskakująco realistycznym stwierdzeniu Merkel, że „nie możemy ich wszystkich przyjąć”, pojawiły się w tle. Tydzień później rozpoczęła się niekontrolowana migracja. Tchórzliwa odmowa Niemiec wobec radykalnego islamu nie jest tolerancją ani szlachetnym gestem „Nigdy więcej” – to zdrada. Niszczy nie tylko mieszkańców Zachodu i Żydów, którzy zmagają się z narastającym antysemityzmem, ale także umiarkowanych muzułmanów, którzy opuścili swoje kraje w latach 70. i 80., zintegrowali się i zbudowali tu życie. Co najgorsze, to nikczemna zdrada niezliczonych kobiet, chrześcijan z Bliskiego Wschodu i innych mniejszości religijnych, które uciekły przed koszmarem szariatu, tylko po to, by stawić czoła jego powrotowi do swoich nowych domów.

Statystyki przestępczości niemieckiej policji z 2023 roku: 42% podejrzanych to osoby niebędące obywatelami, mimo że stanowili 17% populacji. Tendencja ta utrzymuje się do 2024 roku i na początku 2025 roku – choć nie waż się mówić o tym głośno. Islamizm dominuje wśród zagrożeń ekstremistycznych, z 476 sprawami prokuratorskimi w 2023 roku, w porównaniu z 29 w przypadku ekstremizmu prawicowego i 3 w przypadku ekstremizmu lewicowego. Raport o Ochronie Konstytucji z 2024 roku odnotował ciągły wzrost nastrojów antysemickich ze strony islamistów, a 99 przestępstw o ​​charakterze antysemickim ze strony lewicy to jedynie przypis. W 2025 roku protesty w Berlinie i Düsseldorfie gloryfikują syryjski reżim dżihadystyczny, podczas gdy państwowe środki zaradcze i działania mające na celu moderowanie meczetów nie przynoszą żadnych rezultatów.

Zachód sam się niszczy w 1001 gestach poddania. Małżeństwa dzieci, okaleczanie żeńskich narządów płciowych (tysiące rocznie w społecznościach migrantów, według Terre des Femmes), zabójstwa honorowe (niedostatecznie zgłaszane, ale udokumentowane), małżeństwa między krewnymi (obecnie świadczenie zdrowotne według NHS), przymusowe związki i poligamia utrzymują się pomimo prawnych zakazów. W szkołach panują normy patriarchalne: chłopcy lekceważą nauczycielki, domagają się zajęć z podziałem na płeć i ubiegają się o zwolnienia dla muzułmańskich dziewcząt z zajęć pływania lub sportu. Rzeczywiste reakcje feministek są stonowane. Polityka azylowa pozwala małżonkom z drugiej linii na ominięcie przepisów o bigamii. Ponad 100 udokumentowanych małżeństw dzieci w Berlinie? Aydan Özoğuz, były komisarz ds. integracji z ramienia niemieckich socjaldemokratów, sprzeciwia się unieważnieniu małżeństwa w celu zachowania praw spadkowych, stawiając na pierwszym miejscu ustępstwa kulturowe nad dobro dziecka.

Ustępstwa kulturowe są powszechne: dzieci poszczą w Ramadanie pomimo zagrożeń dla zdrowia, rośnie przestępczość z użyciem noża wśród młodzieży migrującej, nasilają się wezwania muezinów. Jarmarki bożonarodzeniowe przemianowano na „jarmarki światła”, Wielkanoc na „święta zajączków”, a procesje św. Marcina na „parady światła”. Wieprzowina znika z publicznych stołówek, pieśni chrześcijańskie są zakazane w szkołach, a zajęcia w Ramadanie wstrzymywane. W 2024 roku Kolonia i Frankfurt rozświetliły ulice na Ramadan, a baseny zarezerwowały godziny tylko dla kobiet w związku z rosnącą liczbą gwałtów. Arabskie broszury turystyczne pomijają krzyże na szczytach, a cmentarze rozważają wydzielone strefy. Zachód demontuje swoją tożsamość, by udobruchać ideologię barbarzyńskich karaluchów.

Antysemityzm jawnie się rozprzestrzenia: palone są izraelskie flagi, szyldy sklepowe z napisem „Żydzi niemile widziani” (choć oczywiście „nie z powodów antysemickich”), muzułmańskie ulotki wymierzone w firmy „wspierające Izrael”. Po 7 października 2023 roku uniwersytety określają działania obronne Izraela mianem „ludobójstwa”, skandując: „Od rzeki do morza Palestyna będzie wolna” – od Jordanii po Morze Śródziemne, Żydom wstęp wzbroniony. Karl Lagerfeld ostrzegał we francuskiej telewizji w 2017 roku: „Nie możemy zabić milionów Żydów, powiedzieć »nigdy więcej«, a potem sprowadzić do kraju miliony ich najgorszych wrogów”. Przewidział to.

Adolf Hitler podziwiał wojowniczą gorliwość islamu. W programie „Hitler’s Table Talk” (nie, to nie nowy talk-show Candace Owen) chwalił „mahometanizm” za jego etos wojownika, ubolewał nad osłabieniem germańskiej determinacji przez chrześcijaństwo. Od 1933 roku naziści zabiegali o względy arabskich nacjonalistów. W latach 1937-38 usunęli antyarabskie fragmenty z arabskich wydań „Mein Kampf”. Podczas operacji w Strefie Gazy w 2023 roku siły izraelskie odkryły symbolikę Hitlera, podkreślając powiązania faszystowsko-islamistyczne. Była muzułmańska aktywistka Sabatina James argumentuje, że okrucieństwa są zgodne z tekstami islamskimi, a nie są jakimiś aberracjami. Elias Canetti w książce „Crowds and Power” (1960) nazwał islam „religią wojny”. Navid Kermani, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2015 roku, zwrócił uwagę na jego pokrewieństwo z faszyzmem. Rola Arabów w transsaharyjskim niewolnictwie – miliony ludzi na przestrzeni wieków – jest rutynowo minimalizowana.

Islam nie jest wiarą. To siła przerzutowa, pochłaniająca niemuzułmanów nieustanną przemocą, której korzenie tkwią w jego kulcie śmierci. W Nigerii dżihadyści, tacy jak Boko Haram, wymordowali ponad 52 000 chrześcijan od 2009 roku, z czego 7087 zginęło w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2025 roku (prawie 30 dziennie), według doniesień. Atakujący z 23 września 2025 roku zniszczyli chrześcijańską wioskę, zabijając cztery osoby i paląc kościół, co podsyciło obawy przed ludobójstwem i żądania sankcji ze strony USA. Morderstwo księdza potęguje strach.

W Syrii, rzeź wyznaniowa w 2025 roku dotknęła Druzów: setki ofiar, w tym 46 egzekucji pozasądowych w Suwajdzie, według Amnesty International. W lipcu sunnickie milicje wspierane przez siły rządowe spowodowały śmierć 600 osób, w tym 300 Druzów (146 bojowników, 154 cywilów, 83 straconych w trybie doraźnym). Wsie takie jak Ta’ara, Al Doura i Al Douweira padły ofiarą ostrzału artyleryjskiego, grabieży i przemocy seksualnej, w wyniku czego zginęło ponad 1000 osób. Nagrania wideo ukazujące nieuzbrojonych Druzów zastrzelonych z bliskiej odległości ujawniają nietolerancję islamu dla odmienności.

Rdzeń islamu jest źródłem ekstremizmu niczym rak toczący ludzkość, pozostawiając po sobie pustkowia od Nigerii po Syrię, a każdy wyznawca staje się potencjalnym wektorem przemocy w dążeniu do globalnej dominacji.

Tymczasem sojusz lewicy z islamem to celowa zdrada, a nie sprzeczność. Pomimo świeckiej postawy, tolerują islam ze względu na jego antyzachodnią niechęć i ukryty antysemityzm, podzielany przez „przebudzonych” [woke] konserwatystów i skrajne ugrupowania prawicowe. Pokolenie 1968 roku poparło OWP w walce z Izraelem. Muzułmanie zastąpili proletariat jako „uciśnieni” lewicy.

Politolog Hendrik Hansen identyfikuje „nowy sojusz lewicowego ekstremizmu i islamizmu”, widoczny w antysemickim bojkocie Izraela przez ruch BDS. Samuel Schirmbeck krytykuje lewicową „kulturę tabu”, unikającą kontroli islamu.

Islam/islamizm – niezróżnicowane w języku arabskim – odzwierciedla ideologie totalitarne, takie jak komunizm i nazizm: ekspansjonistyczne doktryny zbawienia, obiecujące wyzwolenie od wyzyskiwaczy lub niewiernych, domagające się indywidualnego poświęcenia dla celów zbiorowych. Walka klasowa w komunizmie jest odpowiednikiem „walki o wiarę” w islamie, społeczeństwo bezklasowe odzwierciedla Dar al-Islam, towarzysze kontra wrogowie stoją po stronie wierzący kontra niewierni.

Postępowcy, napędzani nienawiścią do Żydów maskowaną antysyjonizmem, sprzymierzają się z islamistami, których statuty domagają się eksterminacji Żydów. Projekt Esther (2024-2025) Fundacji Dziedzictwa określa ruch „pro-palestyński” mianem „Sieci Wsparcia Hamasu”, piorącej antysemityzm poprzez apele o „globalną intifadę”. Zaślepieni poczuciem winy po Holokauście, postępowcy opowiadają się po stronie sił, które ukamienowałyby ich queerowych sojuszników, zasłoniłyby ich feministyczne towarzyszki i wymazały ich dziedzictwo kulturowe. To samobójstwo – wymiana żydowskiego przetrwania na oklaski skandujące „Chajbar, Chajbar, ya Yahud”, przywołujące średniowieczne masakry żydowskie. Sura 5:51 w Koranie zabrania sojuszy z Żydami i chrześcijanami. Postępowcy się temu poddają, gardząc swoimi tak zaciekle, że popierają gwałcicieli wolności.

W Wielkiej Brytanii rok 2025 to kocioł podsycanego islamizmem antysemityzmu związanego z protestami w sprawie Strefy Gazy. Community Security Trust odnotował 1521 incydentów antysemickich w pierwszej połowie 2025 roku – ponad 200 miesięcznie – których przyczyną były marsze z okazji Dnia Al-Kuds, podczas których wymachiwano flagami Hezbollahu i karykaturami mordów rytualnych. Raport Counter Extremism Project z czerwca 2025 roku dostarczył „przekonujących dowodów” łączących ekstremizm islamistyczny z antysemityzmem za pośrednictwem kazań w meczetach i sieci negujących Holokaust. Swastyki szpecą festiwale muzyczne, napady nękają ulice, a integracja chwieje się w obliczu skandali gangów pedofilskich w Rotherham i Oldham, skrywanych z obawy przed „islamofobią”. Rady szariatu działają równolegle z prawem cywilnym, dyskryminując kobiety, podczas gdy protesty gloryfikują wzrost liczby egzekucji w Iranie.

Oczywiście islamofilia dławi Zachód także po drugiej stronie Atlantyku. W Ameryce sytuacja jest fragmentaryczna, ale tragiczna. Dearborn w stanie Michigan – „Amerykańska Stolica Dżihadu” – pęcznieje. Na ArabCon 2025 mówcy bronili ataku Hamasu z 7 października. We wrześniu 2025 roku burmistrz Abdullah Hammoud wydał zakaz wstępu dla chrześcijańskiego krytyka za sprzeciw wobec ulicy nazwanej imieniem Osamy Siblaniego, działacza Hezbollahu i Hamasu, co wywołało walkę o wolność słowa. Sierpniowy Marsz Arbain z 2025 roku, największy poza Irakiem, zgromadził proirańskie transparenty, alarmując społeczności żydowskie. Skandowanie „Śmierć Ameryce, śmierć Izraelowi” na antyizraelskich wiecach w 2024 roku – prowokujące republikańskie wezwania do wszczęcia śledztw przez FBI – trwa także w 2025 roku.

Islam nie jest łagodną wiarą, lecz ideologią supremacji, ścierającą się z demokracją, a jego „tolerancja” to mit podtrzymywany przez zachodnie zaprzeczenie. Postępowcy, zwłaszcza ci, których nienawiść do Żydów jest ważniejsza od przetrwania, tolerują to zjawisko, idealizując „opór”, ignorując jednocześnie egzekucje w Teheranie czy tunele gwałtów w Strefie Gazy. To zdrada zrodzona z ideologicznego delirium, zaślepiająca ich na zaciskającą się na wolności pętlę.

Ważne jest, aby zdać sobie sprawę, że „multikulturalizm” jest z natury przeciwny jakiejkolwiek cywilizacji. Wyparty, fundamentalny problem marzycieli o „multi”-kulturze jest następujący: udają, że „multikulturalizm” funkcjonowałby bez zarzutu, gdyby tylko społeczeństwo większościowe było wystarczająco otwarte na integrację z „nowymi obywatelami”. Jednak „nowi obywatele” muszą się asymilować lub adaptować, aby różnorodność mogła odnieść choćby umiarkowany sukces. Odwrotnie nie da rady.

W przeciwnym razie imigranci wierzą, że mogą tworzyć alternatywne społeczności i ignorują istniejące prawa i zwyczaje. Destabilizacja państwa narodowego jest fundamentalnym celem ideologicznym, jakim jest akceptacja tożsamości kulturowej każdej mniejszości. Idea, że ​​wszystkie cywilizacje są w istocie wariantami jednej, globalnej cywilizacji, stanowi podstawę tego uniwersalizmu.

Akceptowanie wszystkich możliwych przejawów kultury jako równie ważnych (lub obojętnych?) jest aktem egalitarnego nihilizmu, a nie szacunku. Kiedy społeczeństwo większościowe akceptuje wszystko, co nie podlega praworządności i prawom człowieka, jak małżeństwa dzieci czy okaleczanie narządów płciowych, jest to niczym więcej niż relatywizm kulturowy, a nawet nihilizm kulturowy. Można to nazwać tak zwaną „liberalną” i „pluralistyczną” wrażliwością kulturową lub idealizacją obcości.

Tribalizm, w którym plemiona ustalają własne standardy, jest wspierany przez taką tolerancję, która atomizuje społeczność. Warunkiem koniecznym istnienia grupy jest jednak jej gotowość do stawiania własnych zwyczajów i standardów ponad standardami grupy obcej.

Pomimo braku prawa do imigracji, ruch na rzecz „multikulturalizmu” wydaje się nabierać rozpędu pomimo przepisów azylowych. Absurd polega na tym, że suweren nigdy nie został zapytany, czy chce „multikulturalizmu”, milionów niekontrolowanych imigrantów, czy całkowitego zniesienia prawa azylowego jako punktu swobodnego wjazdu dla dowolnej liczby imigrantów.

„Podejście multikulturalizmu zawiodło, całkowicie zawiodło!” – mogło to być odważne stwierdzenie wygłoszone wiele lat temu przez tzw. „burżuazyjne” grupy polityczne, ale w rzeczywistości było to odważne oświadczenie wygłoszone przez ówczesną kanclerz Merkel, pięć lat przed jej polityką otwartych granic.

Upadek Zachodu przepowiedziano w dwóch francuskich książkach. Na obrazie Jeana Raspaila z 1973 roku „Obóz świętych” milion Hindusów przybywa na francuskie wybrzeże w rdzewiejących statkach niczym fala pandemonium. Kultura Zachodu płonie, elity uciekają na północ, media się radują, ludzie toną w humanitarnej nienawiści do samych siebie, a Południe ogarnia anarchia. W Paryżu powstają „komitety wielokulturowe”, a establishment przygotowuje się do bycia wymazanym.

W książce „Submission” (2015), opublikowanej w dniu tragedii w redakcji „Charlie Hebdo”, Michel Houellebecq wyobraża sobie Francję w 2022 roku, w której Mohamed Ben Abbes z Bractwa Muzułmańskiego, wspierany przez konserwatystów i socjalistów, pokonuje Front Narodowy Marine Le Pen i zostaje prezydentem. Wybucha konflikt wewnętrzny, media milczą, a Abbes odrzuca świeckość i narzuca szariat, poligamię i patriarchat.

Aby skorzystać z lukratywnej kariery i posłusznych młodych przyjaciół, główny bohater, François, profesor literatury, przechodzi na islam. Społeczeństwo przepełnione samotnością, uzależnieniem od pornografii i nieustanną chęcią zaspokajania dopaminowego głodu mózgu coraz bardziej nagannymi aktami dominacji seksualnej już teraz stwarza podatny grunt dla takiej przyszłości.

Zostaliście ostrzeżeni.

________________

The West’s Suicide Pact with a Death Cult, A Lily Bit, Oct 07, 2025

Dżin UE, także w Częstochowie: Burzy dworce a buduje Kody Kreskowe.

W 1996 roku oddano do użytku w Częstochowie nowy dworzec PKP. Nowoczesna, estetyczna, funkcjonalna, nienachalna, zharmonizowana z otoczeniem budowla decyzją nieznanych sprawców przeznaczona została do wyburzenia.

Powstrzymanie tego barbarzyństwa z piekła rodem leżało w gestii samorządu miasta, gminy, powiatu i wojewody Śląskiego. Sam pomysł narodził się zapewne w chorych umysłach decydentów z PKP. gdyż PKP jest inwestorem. Dodajmy, że już w roku 1994 plac przed dworcem przyjął nazwę Plac Rady Europy.

Centralną część unicestwianego dworca, wypiętrzoną ponad poziomem torów, wspartą na wspaniały metalowej konstrukcji [wiele tysięcy ton metalu] stanowiły ogrzewane: poczekalnia z kasami, a dalej, w przejściu na perony, po obydwu stronach, kaplica, księgarnia, punkty gastronomiczne i inne.

U naszych sąsiadów Niemców wszystko co łączy się z koleją jest skarbem narodowym, nietykalnym. U nas wyburza się [ile to kosztuje?] funkcjonujący obiekt, który można wpisać na listę dziedzictwa i wznosi Scheisse – gigantyczny Kod kreskowy.

Przesłanie: Podróżny, pielgrzymie, dla nas jesteś tylko kodem.

Tę haniebną destrukcję prowadzi się z narażeniem życia robotników, którzy pracują wbrew wszystkim zasadom BHP. Na przykład niszczą żelazną konstrukcję nad czynną trakcją wysokiego napięcia. To napięcie może przecież zabić przy najmniejszej nieuwadze.

Plac-Rady-Europy-w-Czestochowie–1-pazdziernika

===============================

Katastrofa, której na co dzień nie widać


Centrum Życia i Rodziny
 Szanowni Państwo,
Komentatorzy prześcigają się w alarmistycznych nagłówkach: „bezprecedensowa sytuacja”, „drastyczne załamanie”, „katastrofa”.
O czym mowa? Nie, nie o wojnie ani o żadnym kataklizmie.To katastrofa, której nie widać na ulicach. I to dosłownie: nie widać.
Coraz mniej na nich bowiem… dziecięcych wózków. Na osiedlach coraz bardziej opustoszałe place zabaw i boiska. Zamykane szkoły, do których nie ma już kto chodzić.251,8 tys. – tyle dzieci urodziło się w Polsce w ubiegłym roku.Demografowie określają te dane jako bezprecedensowe, bo tak znaczącego spadku jeszcze kilka lat temu nikt nie przewidywał.W 2022 roku eksperci z ONZ szacowali, że w Polsce współczynnik dzietności spadnie do poziomu 1,12 dopiero w 2055 roku. Tymczasem stało się to… 31 lat wcześniej. Taki właśnie poziom odnotowano w Polsce w ubiegłym roku.
Z jednej strony badacze usiłują teraz znaleźć odpowiedź na pytanie: skąd aż tak katastrofalne wyniki? Dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci? I co zrobić, żeby odwrócić ten destrukcyjny trend? Czy w ogóle jest to możliwe?Ale szczerze mówiąc, uważam, że nie powinno nas to dziwić.
Czy możemy spodziewać się czegoś innego w kraju, w którym media niemal codziennie zalewają swoich odbiorców tytułami takimi jak: „Marzyłam o dziecku, ale teraz nienawidzę być matką”, „Nie decyduj się na dziecko. Ja żałuję, że je mam” czy „Nikt nie powiedział mi, że macierzyństwo to taki koszmar”, z okładki topowego pisma dla kobiet uśmiechają się trzy znane aborcjonistki, ogłaszające, że „Aborcja jest ok”, a wielkie marki produkują całe kampanie reklamowe oparte na wychwalaniu bezdzietności z wyboru?grafikaI oczywiście przyczyn niskiej dzietności jest znacznie więcej, a wiele z nich ma nawet większe znaczenie.
Jednak sposób przedstawiania rodziny w kulturze i mediach ma kluczowy wpływ: to właśnie ten czynnik pozwala kształtować postawy społeczne – zarówno postawę prorodzinną czy sprzyjającą rodzicielstwu, jak i tę przeciwną, postawę dobrowolnej bezdzietności. To właśnie przekazy medialne mają więc możliwość zbudować niezbędną bazę do tego, by młodzi ludzie w ogóle chcieli zakładać rodziny.Mają jednak też władzę przeciwną: niszczyć wizerunek rodziny, wprowadzać negatywne wzorce i sączyć wprost do umysłów młodych ludzi jad egoizmu.
Dlatego prorodzinne i prorodzicielskie nastawienie mediów musi być kluczowym obszarem zmian, jeśli nie chcemy, by Polska, jaką znamy, zniknęła na zawsze.
Wspieram działania Centrum Życia i Rodziny!
Być może pomyślą Państwo teraz, że to bzdura. Przecież nikt, kto chce mieć dzieci, nie zrezygnuje z rodzicielstwa tylko przez to, że przeczytał nieprzychylny artykuł.Ale co, jeśli taki negatywny obraz macierzyństwa czy ojcostwa będzie otrzymywał konsekwentnie przez lata? Jeśli będzie on dobiegał właściwie ze wszystkich stron, nie dając większej szansy na poznanie innego obrazu świata?A przecież dokładnie to dzieje się obecnie!Media – i to zarówno tradycyjne, jak telewizja czy prasa, jak i internet – od lat w dość jednoznaczny sposób starają się wpływać na decyzje rodzicielskie młodych ludzi. Wystarczy wspomnieć wymienione już wyżej tytuły.I proszę mi wierzyć, takich i podobnych treści nie trzeba nawet szukać, a tytułów tego rodzaju mogłabym przytoczyć jeszcze dziesiątki.
Taki przekaz, czy tego chcemy, czy nie, trafia często na podatną glebę coraz bardziej rozbitego społeczeństwa, kultywującego kulturę indywidualizmu.Bycie mamą czy tatą jawi się dziś wielu młodym ludziom jako „koniec życia” czy „koniec wolności”. Dziecko widzą jako barierę dla swojego rozwoju: czy to drogi do wymarzonej kariery, czy też uniemożliwienie realizacji marzeń.
Próżno w mediach głównego nurtu szukać przedstawienia dziecka jako daru, a rodzicielstwa jako drogi niosącej spełnienie i radość.
Zmiana takiego stanu to oczywiście ogromne wyzwanie!Ale wierzę, że podejmując je, możemy zawalczyć o zmianę mentalności, niezbędną do tego, aby odwrócić katastrofalne trendy związane z dzietnością.Dlatego pod koniec września wzięłam udział w debacie na temat dzietności w telewizji PCH24. Wraz z pozostałymi gośćmi – redaktorem Pawłem Chmielewskim, doktorem Marcinem Kędzierskim i redaktorem Tomaszem Wróblewskim – miałam okazję porozmawiać o tym, dlaczego w Polsce rodzi się tak mało dzieci i jakie działania mogłyby przynieść poprawę tej sytuacji (link poniżej).
Mimo różnych podejść do wielu aspektów tego złożonego tematu, udało nam się naświetlić wiele obszarów, które często w podobnych dyskusjach są pomijane lub bagatelizowane.Czynniki wpływające na dzietność to przecież nie tylko świadczenia socjalne czy mieszkalnictwo (choć i tych tematów nie zabrakło w naszej rozmowie). To także problematyka rozpadu wspólnoty i zmiana struktury rodziny czy choćby kwestia podejścia Kościoła do problemu rodzicielstwa.Wspieram takie działania!Rozważania o przyczynach to jednak nie wszystko. Równie istotne jest promowanie naprawdę skutecznych i korzystnych dla rodzin rozwiązań.
Niestety obecny rząd często w kwestii polityki prorodzinnej strzela sobie w stopę. Ważniejsze są przecież ideologiczne postulaty. Zmiany w edukacji prowadzone pod wodzą lewicowej minister, które ukształtują dzieci i młodzież na „postępową” modłę, nie przekażą za to wartości rodziny i nierozerwalnego małżeństwa. Nie nauczą budowania trwałych, całożyciowych relacji.
Wprowadzenie związków partnerskich, które w dłuższej perspektywie przyczynią się do jeszcze większej dewastacji instytucji małżeństwa.
Promowanie aborcji na żądanie, zamiast odpowiedzialnego podejścia do rodzicielstwa i uznania podmiotowości i godności życia od poczęcia.To prosta droga do pogłębiania kryzysu dzietności! Niefrasobliwym i szalenie krótkowzrocznym podejściem rządzący tylko przyspieszają zupełne załamanie systemu społecznego.
Fundamentalne dla odbudowy wskaźników dzietności jest wytworzenie w młodych ludziach poczucia, że posiadanie rodziny to najlepsza droga do osobistego szczęścia, a dzieci to dar, a nie obciążenie ponad siły!
Tak długo, jak rodzicielstwo będzie im przedstawiane jako decyzja, której będą żałować, nie możemy marzyć o tym, że wskaźnik dzietności choćby drgnie w górę.Eksperci wskazują jasno: musimy odbudować społeczny prestiż rodziny! Sprawić, by wejście w trwały, całożyciowy związek i urodzenie kilkorga dzieci przestały być postrzegane jako życiowa porażka, nuda czy „zaściankowość”, a stały się celem i marzeniem kolejnych pokoleń.Medialna ofensywa prorodzinna będzie mieć tu niebagatelne znaczenie.
Dlatego w Centrum Życia i Rodziny od lat inicjujemy działania, które budują pozytywny obraz rodziny, małżeństwa i rodzicielstwa, starając się jednocześnie docierać z nim do szerokiego grona odbiorców.Te działania to z jednej strony Marsze dla Życia i Rodziny, które rokrocznie przechodzą ulicami kilkudziesięciu miast w Polsce, a także za granicą.Przypomnę – już dwa lata temu, w roku 2023 za hasło Marszu przyjęliśmy właśnie wezwanie do zadbania o dzietność: „Dzieci przyszłością Polski”. Choć wówczas daleko jeszcze było do poruszenia, które towarzyszy temu tematowi obecnie, alarmowaliśmy, że pikujące wskaźniki wymagają pilnej interwencji.
Z drugiej strony to także nasza bezpośrednia obecność w mediach, podczas debat, konferencji czy paneli dyskusyjnych. Niekiedy to trudne starcia jeden na jeden, rozmowy, które właściwie można by określić próbą zakrzyczenia przeciwnika. Co znamienne, w tym wypadku zazwyczaj temat jest ten sam – aborcja. Słowne ataki ze strony aborcjonistek powtarzają się właściwie przy każdym bezpośrednim spotkaniu.Na szczęście częściej to jednak merytoryczne rozmowy i starcia co najwyżej na argumenty. Niezależnie jednak od charakteru i przebiegu tych wystąpień, zawsze najważniejsze pozostaje dla nas to, aby w naszych wypowiedziach wybrzmiał jasny przekaz za życiem, małżeństwem i rodziną.
W naszych działaniach efektywnie wykorzystujemy też media społecznościowe. Jak istotna jest ta sfera, nie muszę zapewne wyjaśniać: badania wskazują, że dziś z mediów cyfrowych informacje czerpie ponad 40% Polaków, a prym wiodą tu młodzi ludzie.
Nasza aktywność w mediach społecznościowych daje więc ogromne możliwości dotarcia do tych, którzy najbardziej potrzebują przekazu o wartości życia i rodziny. To właśnie o nich najzacieklejszy bój toczą środowiska lewicowe, próbując wyrugować ze szkół religię, a na jej miejsce wprowadzając ukrytą pod płaszczykiem dbałości o zdrowie skrajnie zideologizowaną edukację seksualną. Media społecznościowe, z których najliczniej korzysta młodzież i młodzi dorośli, są więc często jedyną platformą przekazu treści podważających fałszywy i deprawujący obraz świata, który wpaja się im na co dzień.
I na tym polu Centrum Życia i Rodziny jest znaczącym graczem. Wystarczy wspomnieć, że na jednym z największych portali społecznościowych, Facebooku, profil CŻiR ma ponad 66 tys. obserwujących, czyli ponad sześciokrotnie więcej niż nasz brytyjski odpowiednik, March For Life UK.Zapotrzebowanie na treści związane z obroną godności życia od poczęcia, małżeństwa i rodziny jest więc duże. Działalność medialna pochłania też jednak znaczne środki. Dla przykładu – dotarcie w do 130 000 odbiorców poprzez media społecznościowe to dla nas koszt kilku tysięcy złotych.
Widzimy wciąż rosnącą potrzebę zwiększania naszego zaangażowania na tym polu. Konieczność zarówno świadczenia o nich, jak i informowania, dyskutowania, argumentowania w rozmowach z nieprzekonanymi staje się dziś jeszcze pilniejsza.Merytorycznych głosów stających w mediach po stronie wartości wciąż jest za mało. Za mało, by ten przekaz przebił się do szerszego grona odbiorców, by przekonał tych, którzy na co dzień są wręcz zalewani lewicową narracją.
Dlatego bardzo proszę Państwa o wsparcie w naszej misji odbudowy pozytywnego wizerunku rodziny w mediach datkiem w dowolnej wysokości, na przykład 50 zł, 100 zł, 200 zł, 500 zł lub innej. Każda Państwa wpłata przyczyni się do poszerzania naszej działalności w tym zakresie i dotarcia do kolejnych grup odbiorców z przekazem o wartości życia, małżeństwa i rodziny.Wspieram walkę o wizerunek rodziny w mediach
Proszę pozwolić, że na koniec podzielę się z Państwem osobistym wspomnieniem.Kilka lat temu, spacerując z moim mężem po jego rodzinnym mieście, zawędrowaliśmy w okolice szkoły, do której chodził jako dziecko. Wszystko wyglądało zwyczajnie: niezmieniona od lat spokojna okolica, ten sam budynek. Dopiero, gdy podeszliśmy bliżej zauważyliśmy, że coś jednak uległo zmianie. W tym miejscu nie było już szkoły, ale… dom spokojnej starości.Mamy już pewność, że rok 2024 zapisze się pod względem dzietności na czarnych kartach historii – odnotowana liczba urodzeń jest nie tylko najniższa po II wojnie światowej, ale i najniższa od 200 lat na całym obszarze obecnych ziem polskich.O ile więc jeszcze kilka lat temu alarmowaliśmy, że Polskę czeka demograficzna katastrofa, to dziś możemy powiedzieć po prostu: ta katastrofa już dzieje się na naszych oczach. A to prawdopodobnie dopiero początek – skutki tych destrukcyjnych procesów dopiero zaczynają być widoczne.Jeśli jednak chcemy mieć przynajmniej szansę na odwrócenie tego procesu, musimy zacząć działać już teraz. Tego bowiem, co czeka nas, jeśli nic się nie zmieni, nikt z nas nie chce oglądać.
Aleksandra Gajek PS. Debatę, o której wspomniałam wcześniej mogą Państwo do obejrzeć w tym miejscu, do czego bardzo serdecznie Państwa zachęcam! 
WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY!
 Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny
Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81
Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA
Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”
SWIFT: PKOPPLPW
IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056Centrum Życia i Rodziny
Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa
tel. +48 22 629 11 76

Czy ktoś próbuje przejąć Konkurs Chopinowski? A może już przejął?

Czy ktoś próbuje przejąć Konkurs Chopinowski?

Marzena Nykiel https://wpolityce.pl/kultura/742552-czy-ktos-probuje-przejac-konkurs-chopinowski

Są w kulturze wydarzenia dla Polaków święte. Z tego powodu trudno poddawać je krytyce, nawet gdy sprawa tego wymaga. Należy do nich Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Do Warszawy przyjeżdżają zakochani w Chopinie pianiści i melomani z najdalszych zakątków świata, a Filharmonia Narodowa jest najbardziej oglądaną sceną na globie. To jedyna tak spektakularna okazja do promocji polskości.

Problem jednak w tym, że tej polskości coraz mniej.

Po raz pierwszy w historii przewodniczącym jury jest obcokrajowiec, a Polacy nie stanowią w składzie jurorskim narodowej przewagi. Jawi się irytujące pytanie, dlaczego – skoro jury składa się z laureatów dotychczasowych konkursów – nie ma w nim Krystiana Zimermana, który obchodzi w tym roku 50. rocznicę swego spektakularnego zwycięstwa.

W oprawie konkursowej nie ma ani śladu polskich symboli narodowych, okolice Filharmonii Narodowej są rozkopane i brudne, a pomnik Fryderyka Chopina w remoncie. Skoro jednak organizacja Konkursu Chopinowskiego kosztowała 19 milionów zł, należałoby zrobić wszystko, by wykorzystać to wydarzenie do promocji Polski na wszelkich możliwych polach.

Dlaczego więc prawa do wydań płytowych laureatów ma niemiecka wytwórnia Deutsche Grammophon? Od pytań aż się roi.

Chopin nie był kosmopolitą

Zacznijmy od tego, że Chopin nie był kosmopolitą. Przeciwnie. Podkreślał swoją polskość i stanowczo przypominał o niej innym. Usunięta z map świata Polska, pulsowała w jego sercu i muzyce, choć niektórzy próbowali brać go za Francuza. W liście do Józefa Elsnera z 29 stycznia 1931 roku, jednoznacznie odrzuca konformistycznego podszepty. Odwołując się do wieści o wybuchu Powstania Listopadowego, podkreśla jak bliskie są mu losy ojczyzny:

Od dnia (…), w którym się dowiedziałem o wypadkach 29 listop., aż do tej chwili nie doczekałem się niczego, prócz niepokojącej obawy i tęsknoty; i Malfatti na próżno się stara mnie przekonać, że każdy artysta jest kosmopolitą. Choćby i tak było, to jako artysta jestem jeszcze w kolebce, a jako Polak trzeci krzyżyk zacząłem; mam więc nadzieję, że znając mnie, za złe mi  Pan nie weźmiesz, iż dawniejsze uczucia biorą przewagę; żem dotychczas o układzie koncertu nie myślał.

Nie ma na świecie bardziej rozpoznawalnego polskiego artysty niż Fryderyk Chopin. Kochają go melomani na całym globie, a zachwyceni jego muzyką azjatyccy pianiści marzą o wzięciu udziału w Konkursie. Niektórzy odwiedzają nasz kraj, a nawet uczą się polskiego, by jeszcze lepiej zrozumieć duszę kompozytora. Chopin to nasza marka. Od blisko 100 lat co pół dekady odnawiana niezwykłą kulminacją w postaci Konkursu Chopinowskiego. To powinno być centralne wydarzenie kulturalne. Nie ma przecież równie prestiżowego momentu promocji. Dlaczego więc zostaje powoli oddawane w obce ręce?

Cudzoziemiec na czele jury i garstka Polaków

Idea powstania Konkursu zrodziła się w 1925 roku z inicjatywy prof. Jerzego Żurawlewa, ucznia pianisty Aleksandra Michałowskiego. Celem było odnowienie grona spadkobierców tradycji Fryderyka Chopina, odbudowa grupy znawców i wielbicieli jego muzyki. Wcielono ją w życie dwa lata później. Pierwszy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina odbył się w Filharmonii Narodowej w 1927 roku. 

Na 14 jurorów tylko jeden był cudzoziemcem. W późniejszych edycjach grono jurorskie rosło i składało się z większej liczby obcokrajowców, ale obowiązywała przewaga Polaków.

W 2021 na 17, Polaków było 7. W obecnej edycji mamy rewolucję. Polaków w składzie jury jest jedynie 4, tyle samo, co Amerykanów. Przy czym po raz pierwszy w historii przewodniczącym jury nie jest Polak. Funkcję tę pełni Garrick Ohlsson ze Stanów Zjednoczonych. Mamy więc 4 jurorów z Polski (Krzysztof Jabłoński, Piotr Paleczny, Ewa Pobłocka, Wojciech Świtała), 4 z USA (Garrick Ohlsson, Kevin Kenner, Robert McDonald, John Rink), 1 z Rosji (Julianna Awdiejewa), 1 z Chin (Chen Sa), 2 z Japonii (Akiko Ebi, Momo Kodama), 1 z Francji (Michel Béroff) 1 z Argentyny (Nelson Goerner), 1 z Południowej Afryki (John Allison) oraz 1 z Wietnamu/Kanady (Đặng Thái Sơn). Honorowym jurorem jest też Lidia Grychtołówna, ale funkcja ta nie ma waloru decyzyjnego.

Dlaczego nie Krystian Zimerman?

Sytuacja budzi wiele pytań. Po raz pierwszy w historii przewodniczącym jury nie jest Polak. Co więcej, w polskim konkursie monograficznym polskiego kompozytora Polacy nie stanowią większości! Podobno kluczem w komponowaniu takiego składu jurorskiego był ich zwycięski udział w poprzednich edycjach konkursu. 

Dlaczego więc przewodniczącym jury nie został najsławniejszy współczesny polski chopinista Krystian Zimerman? Tym bardziej, że wybiła właśnie 50. rocznica jego chopinowskiego triumfu. Był trzecim Polakiem w historii, który zdobył ten prestiżowy laur. Jest także jednym z najmłodszych zwycięzców – miał zaledwie 18 lat. W IX edycji poza nagrodą główną, otrzymał również wszystkie nagrody specjalne. Jak to możliwe, że tak zasłużona postać, ceniona dziś na całym świecie, została pominięta?

Uważam, że to koszmarny despekt wobec Krystiana Zimermana i niewykorzystanie szansy. To wielki pianista i ogromny autorytet, a także mistrz sztuki życia i sztuki pracy nad sobą. Obserwowałem jego pracę. Po wygranej powiedział, że Konkurs Chopinowski to dopiero początek, że on dopiero teraz musi się nauczyć pracować nad Chopinem – mówi portalowi wPolityce.pl prof. Marek Dyżewski, pianista, chopinista, komentator konkursów Chopinowskich i były rektor Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

Marzę, by ten konkurs firmował ktoś tak wybitny jak Krystian Zimerman. Nie mam nic przeciwko Garrickowi Ohlssonowi. Tylko jest pewna hierarchia pianistów, których konkurs, mając niewiarygodną siłę promocyjną, wyniósł na estrady najwyższego prestiżu

— dodaje prof. Dyżewski. Dlaczego więc Narodowy Instytut Fryderyka Chopina zdecydował się oddać przewodniczenie w ręce obcokrajowca? Pytań jest znacznie więcej.

Dlaczego Deutsche Grammophon?

Zaskakująca jest także inna aktywność. Konkurs Chopinowski to nie tylko prestiż. To także konkretna promocja, która przekłada się na określony zysk. Oczywiście sami pianiści walczą o wygraną, która otwiera im drogę do najbardziej prestiżowych scen świata, do współpracy z najlepszymi orkiestrami i najwybitniejszymi dyrygentami. Otrzymują także nagrody pieniężne. I miejsce – 60 tys. euro, II miejsce – 40 tys. euro, III– 35 tys. euro, IV– 30 tys. euro, V– 25 tys. euro, VI miejsce – 20 tys. euro. Są też wyróżnienia i nagrody specjalne. Prestiżowe jest także wydanie płyty. Przy takim zainteresowaniu konkursem, rozchodzi się błyskawicznie.

Dlaczego więc prawo do wydawania nagrań zwycięzców konkursu Chopinowskiego ma Deutsche Grammophon? Niemiecka wytwórnia od lat współpracuje z Instytutem Fryderyka Chopina, organizatorem Konkursu, i jest oficjalnym wydawcą, który wydaje albumy z nagraniami z różnych etapów konkursu, w tym płytę zwycięzców. Można by tu snuć rozważania o polskiej marce, o polskim interesie, o oddawaniu pola. Ale to wymusiłoby pytania kolejne, m.in. o skandaliczną sprzedaż Polskich Nagrań.

Brak polskich symboli

Od pewnego czasu widać konsekwentne odzieranie Konkursu Chopinowskiego z polskości. Próżno szukać polskiej symboliki w oprawie. Nie ma jej także w absolutnie żadnej formie na najbardziej oglądalnej dziś scenie świata! I choć codzienne występy artystów z 20 krajów, śledzą miliony widzów na całym świecie, nie dostrzegą ani polskiej flagi, ani też popiersia Fryderyka Chopina, które swego czasu na scenie obecne było. Co więcej, polska flaga nie jest w żaden sposób wyeksponowana nawet w gmachu filharmonii. Jeśli się dobrze przyjrzeć, można się jej dopatrzyć wśród innych, ale tylko pod warunkiem, że nie zwinie jej wiatr.

Zgrzytem jest także koncert inauguracyjny, na którym nie wybrzmiał polski hymn narodowy. Gdy kilka dni temu zwrócił na to słusznie uwagę Piotr Iwicki, muzyk i były szef Agencji Muzycznej Polskiego Radia, na Facebooku rozległ się niemiły pomruk. A to przecież spostrzeżenie wspólne ogromnej grupy ludzi.

Odbyłem dzisiaj długą rozmowę z kimś (nazwijmy go) Ważnym. I ten ktoś (nazwany na potrzeby tego pisania Ważnym) zauważył, że na tak zacnym konkursie, orkiestra winna rozpoczynać wszystko hymnem. Dla podkreślenia wagi wydarzenia (jak zauważył Ważny). Czy zatem wstydzimy się jednego z dwóch najpiękniejszych hymnów świata? Pytał o to również Ważny. Przytyk drugi: na scenie nie ma żadnego elementu w barwach narodowych (to akurat moje, ale Ważny przychyla się). A przecież może to być motyw graficzny, kwiaty, może być flaga. Nawet dyskretnie, ale przy tak masowej relacji w mediach i multimediach, brak tego elementu to faul. Żółta kartka. (choć Ważny chciał dać czerwoną, ubłagałem). No i wreszcie koncert inauguracyjny. Owszem, polonez na starcie – chopinowski, ale potem, kompletnie program „od czapy”. I znowu (jak zauważył Ważny), wydarzenie śledzą melomani na całym świecie, i z Warszawy pewnie w drodze promocji dostają kompozytorów niemieckich i francuskich.

Pozostaje ponowić pytanie: czy wstydzimy się polskiej flagi i polskiego hymnu? A przecież i on ma warte przypomnienia akcenty chopinowskie. 2 września 1835 r. Fryderyk Chopin zapisał zharmonizowany w tonacji B-dur refren „Mazurka Dąbrowskiego”. Rękopis opatrzył zabawną dedykacją „nieukowi nieuk”, skierowaną prawdopodobnie do Konstantego Młokosiewicza, porucznika huzarów.

autor: Instytut Chopinowski
autor: Instytut Chopinowski

Przypomnijmy muzyczną, brawurową obronę polskości na forum ONZ w 1945 roku, której dokonał jej wybitny polski pianista – Artur Rubinstein. Mimo, że Polska była największą ofiarą niemieckiego ludobójstwa i walczyła na wszystkich frontach, nie dopuszczono jej do udziału w obradach konferencji założycielskiej ONZ. Oburzony tym faktem Artur Rubinstein, przerwał swój koncert i odegrał hymn Polski, wzywając wszystkich do powstania:

Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn polski. I proszę wstać!

Dumna historia Filharmonii Narodowej i bajzel Trzaskowskiego

Konkurs Chopinowski od blisko 100 lat odbywa się w Filharmonii Narodowej. To dla Polaków miejsce szczególne. Wybudowane w 14 miesięcy z woli narodu w Polsce wymazanej z map świata, w kraju okupowanym przez Rosję. Uroczysta inauguracja odbyła się 5 listopada 1901. Orkiestrą dyrygował Emil Młynarski, a jako solista wystąpił Ignacy Jan Paderewski, który zagrał własny Koncert fortepianowy z towarzyszeniem orkiestry oraz szereg utworów Fryderyka Chopina. Przyszły premier i ojciec polskiej niepodległości był także jednym z fundatorów gmachu. Nie było wtedy ani państwa polskiego, ani polskiego ministerstwa kultury. A jednak kultura kwitła, wielkie dzieła powstawały, a Polacy nie ustawali w przekazywaniu polskości.

Mając to wszystko w pamięci, aż wstyd patrzeć, jak dziś wyglądają okolice Filharmonii Narodowej. Trwające od lat remonty, których efektów nie widać od miesięcy, sprawiają że melomani z całego świata muszą przeprawiać się przez wielki plac budowy. Warszawa wygląda, jakby wciąż nie zdołała się odbudować po wojnie. Zerwany asfalt, dziurawe jezdnie, porozrzucane barierki, rozkopane ulice i jeden wielki bałagan. Dlaczego władze Warszawy nie przygotowały miasta na to prestiżowe wydarzenie międzynarodowe? Do tego wielki remont oczka wodnego w Łazienkach Królewskich i zasłonięcie Pomnika Chopina brezentem. (Po kilku dniach protestów monument odsłonięto, ale i tak otoczony jest ogrodzeniem placu budowy). A to przecież jedno z głównych miejsc, które chcą zobaczyć wielbiciele polskiego kompozytora, oprócz bazyliki św. Krzyża, gdzie złożone jest jego serce i Żelazowej Woli, w której przyszedł na świat. 

Tak ordynarne nieprzygotowanie miasta na chopinowskie święto muzyczne, to nie tylko blamaż. To niedopełnienie obowiązków, które powinno zakończyć się dymisją. Warszawski ratusz jest współorganizatorem Konkursu. Na posprzątanie tego bałaganu Rafał Trzaskowski miał 4 lata. Głosy rozczarowania płyną z różnych stron. Ktoś zaprosił zza granicy gości, ktoś ściągnął rodzinę, ktoś inny chciał zobaczyć tę piękną Warszawę, jaką zna ze zdjęć.

A może chodziło o to, by przerwać w świecie opinię Polski przyjaznej, zielonej, czystej, którą ludzie z różnych krajów zachwycają się od lat? Może ten cały rozgardiasz ma wywołać wrażenie, że jesteśmy nieudolni organizacyjnie i trzeba nas w tym bardziej aktywnie wesprzeć. Rafał Trzaskowski sprawę ignoruje i zdaje się nie rozumieć, że jeśli ktoś zderzy się z takim odrażającym bałaganem, nie będzie miał ochoty przyjechać ponownie. Skoro jednak organizacja Konkursu Chopinowskiego kosztowała 19 milionów zł, należałoby zrobić wszystko, by wykorzystać to wydarzenie do promocji Polski na wszelkich możliwych polach.

CZYTAJ WIĘCEJ: Kompromitacja! Warszawa powinna tętnić Chopinem. Jak Trzaskowski tłumaczy się z nieprzygotowania miasta? Żałosna odpowiedź

Zbierając to wszystko w całość, nasuwają się naprawdę niewesołe wnioski. Postępująca jawna eliminacja Polaków z grona jurorskiego, całkowite usunięcie polskich symboli narodowych z oprawy konkursowej, oddawanie pola niemieckiej wytwórni fonograficznej i nieprzygotowanie miasta to tylko wierzchołek góry lodowej. Pytań jest znacznie więcej. Niezwykle polskie wydarzenie zaczyna przeradzać się w kosmopolityczną imprezę świata zewnętrznego.

Czyżby ktoś próbował nam ukraść Konkurs Chopinowski?

Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/742552-czy-ktos-probuje-przejac-konkurs-chopinowski

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

12.10.25 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

07/10/2025 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

https://youtube.com/watch?v=zL3tg863fSE%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl-PL%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent
https://youtube.com/watch?v=FA-B8j-Tgbk%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl-PL%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści

Spirytyści

Zinkiewicz: Spirytyści*

Do poważnych refleksji i zastanowienia skłania końcowa wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego, w której twierdzi, że rozmawia z duchem marszałka Józefa Piłsudskiego: „Wielokrotnie rozmawiamy ze sobą, właściwie każdego dnia. Wojna polsko-bolszewicka roku 1920 i obecna sytuacja międzynarodowa po ataku Federacji Rosyjskiej, o parlamencie rozmawiamy” – mówi prezydent Nawrocki w wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu dla Radia ZET.

Ponadto poraża treść wystąpienia premiera Donalda Tuska na Warsaw Security Forum w Warszawie, 29 września, w którym mówi o trwającej wojnie za naszą wschodnią granicą, że jest to „nasza wojna”. Dodatkowo opublikowano je na oficjalnym kanale Donalda Tuska. Porusza też treść filmu Na pierwszej linii: Co powinno znaleźć się w plecaku ewakuacyjnym? Opublikowanego na oficjalnym kanale Kancelarii Premiera.

Dachy Lubelszczyzny

Wraz z histerią dronową ostatnich tygodni nie tylko Polacy dowiadują się o rzekomym ataku rosyjskich dronów typu second hand ze sklejki i styropianu, naprawionych przy pomocy taśmy klejącej. Jeden z nich wylądował na klatce z królikami. Nieustraszona flota powietrzna przy pomocy lotnictwa wojskowego, w tym F-35, rozwaliła dach wiejskiej chałupy, niewypałem wystrzelonym z tegoż samolotu. Jednocześnie w powietrzu krążył wojskowy samolot-cysterna w celu zapewnienia paliwa walecznej flocie powietrznej. W ONZ grzmiał polski przedstawiciel, pokazując całemu światu fotografię chłopskiej chałupy z uszkodzonym dachem, twierdząc, że jest to zbrodniczy atak Federacji Rosyjskiej na Polskę: „Głos zabrał także Marcin Bosacki. – Niebo nad moim krajem zostało celowo naruszone. Wiemy, że to nie była pomyłka – podkreślił. Wiceszef MSZ pokazał dowody – zdjęcia dronów, które spadły w Polsce. Na niektórych widać rosyjskie napisy. Pokazał także zdjęcie zniszczonego domu w Wyrykach”czytamy.

Ukraińsko-polska propaganda za publiczne pieniądze

Jeszcze dalej posunął Włodzimierz Iszczuk, dziennikarz, publicysta i redaktor naczelny portalu Jagiellonia.org oraz czasopisma „Głos Polonii”. Specjalizuje się on w geopolityce, stosunkach międzynarodowych, wojnie informacyjno-psychologicznej oraz przeciwdziałaniu rosyjskiej propagandzie, która ma na celu dezinformację i destabilizację. Twierdzi w artykule swojego autorstwa, że Kreml przyznał się do ataku na Polskę! Europa milczy, Putin eskaluje wojnę przeciw NATO. W stopce tego portalu między innymi znajduje się następująca informacja: „Rejestracja: Świadectwo Seria ЖТ Nr 171/548 Р wydane 09.10.2012 r. przez Główny Departament Sprawiedliwości w obwodzie żytomierskim”. Ponadto jesteśmy informowani, że projekt ten finansowany jest ze środków polskiego MSZ.

Göring wiedział

Opisany powyżej stan rzeczy wymaga wyjaśnienia. Z pomocą przychodzi Hermann Göring, który w trakcie pobytu w więzieniu podczas procesów norymberskich udzielił wywiadu: „Oczywiście, ludzie nie chcą wojny. Dlaczego jakiś rolnik miałby ryzykować życie, skoro najlepszym wyjściem z wojny jest powrót do swojej farmy, gdy jest się cały i zdrowy? Oczywiście, ludzie nie chcą wojny. Oczywiście, nikt nie chce wojny w Rosji, Anglii, Ameryce, ani nawet w Niemczech. To oczywiste. Ale ostatecznie politykę ustalają przywódcy kraju. A przekonanie ludzi do poparcia tej polityki to prosta sprawa. I nie ma znaczenia, czy jest to demokracja, komunizm, parlament, czy faszystowska dyktatura”. Dziennikarz ripostował: „Ale demokracja ma jedną różnicę: ludzie mają możliwość wypowiadania się za pośrednictwem wybranych przez siebie przedstawicieli”. Na co Göring spokojnie odpowiedział: „To oczywiście bardzo dobrze, ale niezależnie od tego, czy ludzie mają głos, czy nie, zawsze można ich zmusić do posłuszeństwa”. To łatwe: „po prostu powiedz im, że są atakowani. A potem oskarż tych, którzy chcą pokoju o brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa” (fragment z książki G. M. Gilbert, Dziennik norymberski, Wydawnictwo Świat Książki, 2012).

Zestrzeliwać! 

Jak wynika z sondażu dla Onetu, aż 67% Polaków popiera zestrzeliwanie rosyjskich myśliwców naruszających przestrzeń powietrzną NATO. Inaczej uważa jedynie 8,7% badanych! Taki sondaż przeprowadzono nie bez powodu, ponieważ w Polsce zaproponowano zmianę prawa ograniczającego lokalną armię. Warszawa chce uzyskać prawo do zestrzeliwania obiektów w powietrzu bez porozumienia z NATO.

W praktyce oznacza to, że Polska straci podstawę do wsparcia ze strony NATO w przypadku rozpoczęcia bezpośredniego starcia militarnego z Rosją. Analityk Strategy&Future Albert Świdziński w filmie na YouTube NATO bezsilne wobec Rosji? wyjaśnia obecną rolę NATO i to czego możemy się spodziewać od Paktu Północnoatlantyckiego w przypadku konfliktu zbrojnego. Oceniając elity rządzące, Świdziński twierdzi, że w Polsce nie ma mężów stanu: „Polską rządzą ludzie o mentalności oszustów nabierających stare babcie na drogie garnki. (…) Tacy oszuści doprowadzili Polskę do katastrofy w roku 1939 i uciekli z kraju”.

Raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK) z marca 2024 roku wskazuje, że w Polsce tylko niecałe 4% mieszkańców może liczyć na miejsce w schronach i ukryciach w przypadku zagrożenia, a stan techniczny większości obiektów jest zły lub bardzo zły (patrz raport NIK: W schronie się nie schronisz). Zaistniała sytuacja obliguje mnie do uzupełnienia treści mojego snu, który w małym tylko zarysie opisałem w felietonie Jeźdźcy Apokalipsy.

Już nie surrealizm

Pod koniec sennej wizji znalazłem się nad jeziorem Pusty Staw w Gdańsku, nieopodal mojego miejsca zamieszkania. W wodzie, przy brzegu, twarzami skierowanymi do dołu, w dużej ilości, leżały ludzkie zwłoki z plecakami na plecach. Po pewnym czasie ten sam sen z podobnym zakończeniem nad brzegiem jeziora powtórzył się. I o ile wydawał się on wówczas przy pisaniu felietonu Jeźdźcy Apokalipsy surrealistyczny i został przeze mnie z tego powodu pominięty, o tyle obecnie w zaistniałej sytuacji stanowi pewną klamrę spinającą mój sen w logiczną całość. Wyjaśnia, że ludzie, którym rządzący proponują ucieczkę z plecakiem, w przeciwieństwie do rządzących, nie mają gdzie się podziać! Gdzie mają uciekać? Do lasu, a może na drzewo?

Na wojnę bez emerytur?

W kontekście innych wydarzeń medialnych, pojawiły się rozważania na łamach Dziennika.pl autorstwa redaktor Agnieszki Maj (23 września) Emerytury w czasie wojny będą wypłacane? Przepisy nie dają 100 proc. pewności: „Co będzie z wypłatą emerytur w czasie wojny? Ponieważ sytuacja geopolityczna staje się coraz bardziej niestabilna, rząd rozważa różne scenariusze i wprowadza zabezpieczenia. Zapewnia także, że polski system emerytalny jest przygotowany na czas kryzysu. Ma zabezpieczenia cyfrowe i prawne, które umożliwią kontynuację wypłat”.

Rodzi się wysokiej rangi pytanie: czy to oznacza, że mamy się spodziewać, iż sam fakt ogłoszenia w przyszłości wypowiedzenia Rosji wojny lub aktywnego, kinetycznego przystąpienia Polski do wojny za naszą wschodnią granicą, grozi nam zawieszeniem wypłaty naszych emerytur? Tymczasem ludzie w podeszłym wieku, jak ja i moja małżonka, mamy opuścić nasze mieszkanie, wziąć plecaki ucieczkowe i udać się w siną dal, w nieznane? Do lasu? Na drzewo?

Jak we wrześniu 1939

W zaistniałej sytuacji, zachodzi pewna analogia, podobieństwo. We wrześniu w 1939 roku, po wejściu hitlerowskich wojsk do Gdyni, kazano Polakom opuścić zajmowane mieszkania, zostawić klucze w drzwiach, wziąć podręczny bagaż i udać się w nieznane. Jak mi wiadomo, zamieszkała na Pomorzu rodzina Tusków nie miała wówczas w 1939 roku tego typu problemów. Należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt polityki prowadzonej przez nadwiślańskich politykierów, wynikający z polskiego i międzynarodowego prawa. Zmobilizowani zostaną na zaplanowaną przez nich wojnę wyłącznie obywatele polscy – Polacy. Natomiast przebywający w Polsce tak zwani ukraińscy uchodźcy, objęci sowitą opieką z naszych podatków, pozostaną poza zasięgiem mobilizacyjnym, jako cudzoziemcy – obywatele obcego państwa – Ukrainy. Nadwiślańscy spirytyści wywołujący ducha wojny chytrze to zaplanowali!!!

Eugeniusz Zinkiewicz

* Spirytyści – zwolennicy spirytyzmu, nawiązujący do ducha przeszłości. Sięgający w przeszłość w zaświaty. Do hadesu, królestwa cieni, piekła…

Dreszczyki oburzenia

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    7 października 2025 michalkiewicz

Ach, jakież straszliwe rozterki towarzyszą mi przy podjęciu decyzji, co do wyboru tematu artykułu, który właśnie piszę dla „Najwyższego Czasu!” Czy podjąć temat ludobójstwa, jakiego dopuszcza się bezcenny Izrael na Palestyńczykach w Strefie Gazy, czy też na ten temat zamilczeć roztropnie i zająć się nieostrożnością pani Joanny Krupy, która dała się sfotografować z Wielce Czcigodnym oczywiście Dominikiem Tarczyńskim?

Jeśli zdecydowałbym się wybrać temat ludobójstwa w Strefie Gazy, to chyba nie powinienem cofać się przed żadnymi wnioskami, co naraziłoby i mnie, ale również – Redakcję „Najwyższego Czasu!” nie tylko na ostracyzm – co jest dolegliwością stosunkowo łagodną – ale również na odpowiedzialność sądową – a to już nie są żarty, o czym mogłem się wielokrotnie przekonać na podstawie konfrontacji z moją Prześladowczynią, której wpływy nie pozostają w żadnej proporcji do wpływów żydowskich nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju – ale przede wszystkim – w Stanach Zjednoczonych.

Jak wiadomo, żaden z tamtejszych twardzieli, nie ośmiela się podnieść ręki na bezcenny Izrael, bo wie, że ta ręka zostałaby mu natychmiast odrąbana w tak zwanym „majestacie prawa”. Prezydent Donald Trump nie bez powodu też uchodzi za twardziela – ale kiedy tylko spotka się z premierem rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, to zaraz zrobi się cichy i pokornego serca, niczym resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, podczas rozmowy z panem generałem Markiem Dukaczewskim.

Każdy bowiem z tych twardzieli wie, że gdyby tak wyłamał się ze świadomej dyscypliny, to zaraz jakieś dziecko przypomniałoby sobie, że przed 40-ma laty włożył mu rękę w majteczki. Zaraz niezależne media głównego nurtu zrobiłyby z niego marmoladę, Hollywood nakręciłoby serię moralizanckich obrazów z których każdy zostałby obsypany „Oskarami” – i zanim by się wyjaśniło, że to wszystko nieprawda, to nie tylko szlag trafiłby znakomicie rozwijającą się karierę, ale w dodatku niezawisłe sądy wyszlamowałby takiego twardziela do gołej skóry – a – jak powiadają Rosjanie – „adin w polie nie woin” – bo oczywiście wszyscy przyjaciele przezornie zerwaliby z nim wszelkie kontakty, żeby i na nich nie padło żadne podejrzenie.

Dlatego premier rządu jedności narodowej jest w amerykańskim kongresie przyjmowany owacją na stojąco, niczym Józef Stalin na zebraniu wyborczym w I Stalinowskim Okręgu Wyborczym Miasta Moskwy. Niechby tylko któryś z twardzieli nie wstał i nie klaskał – ale taka zuchwała myśl żadnemu nawet nie przyjdzie do głowy – co oczywiście ma swoje konsekwencje międzynarodowe. W tej sytuacji rozsądek nakazywałby opisać w pogodny sposób przypadek pani Joanny Krupy i Wielce Czcigodnego Dominika Tarczyńskiego, chociaż i tutaj czają się zasadzki. Chodzi o to, że wprawdzie żyjemy w kraju wolnym, wolność ubezpieczającym i pani Joanna Krupa może widywać się, z kim tylko zapragnie, niechby nawet z Wielce Czcigodnym Dominikiem Tarczyńskim – ale z drugiej strony Wielce Czcigodny Dominik Tarczyński wypowiadał się za odebraniem koncesji żydowskiej stacji telewizyjnej TVN – więc czy w takiej sytuacji TVN nadal powinna lansować panią Joannę? Podobno w TVN prowadzone są w tej sprawie jakieś narady, nie wiadomo, czy nie z udziałem Sanhedrynu, a co najmniej – Judenratu „Gazety Wyborczej” – więc zajmowanie stanowiska w tej sprawie też nie jest, wbrew pozorom, całkowicie bezpieczne. Słowem – i tak źle i tak niedobrze – więc najlepiej byłoby nie pisać w ogóle nic – no ale w tej sytuacji co by się stało z owocną współpracą z prześwietną Redakcją? O tym nawet nie myślę, więc raz kozie śmierć – nie ma rady – trzeba chwycić byka za rogi i podjąć temat ludobójstwa, a potem nasłuchiwać, kiedy na schodach rozlegną się kroki. Literatura bowiem wyprzedza życie i Janusz Szpotański wszystko przewidział, pisząc: „Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje – aż o poranku, za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki. Wnet się posypią piękne wyroki!

Wprawdzie na widok dokonującego się w Strefie Gazy ludobójstwa światem wstrząsa dreszcz oburzenia – ale przecież nie do tego stopnia, by ośmielił się zastosować wobec bezcennego Izraela jakieś sankcje. Nie mówię, żeby jakieś surowe, jak to było i jest w przypadku Rosji – ale jakiekolwiek – żeby wilk był syty i owca cała. Tej cienkiej czerwonej linii miłujący pokój i sprawiedliwość świat nie ośmiela się przekroczyć, co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze – bezcenny Izrael zaatakowałby go swoim Jadem Waszem – czyli oskarżył o antisemitismus – które to oskarżenie współczesne biurokracje uważają za gorsze od śmierci. Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem tego lęku może być odmowa finansowania deficytów budżetowych, w jakie współczesne biurokracje popadają, przez lichwiarską międzynarodówkę. Ale tylko jedna lichwiarska międzynarodówką zdominowana jest przez Żydów, podczas gdy dwie inne – już nie – więc w tej sytuacji obawa przed oskarżeniem o antisemitismus wydaje się przesadna. Inna rzecz, że skorzystanie z usług innej międzynarodówki łączyłoby się z odwróceniem sojuszów – a tego już biurokracje mogą się obawiać bardziej.

W przypadku gdyby jakiś biurokratyczny gang zaczął rozważać odwrócenie sojuszy, a wiadomość o tym doszłaby do Centralnej Agencji Wywiadowczej, to taki gang zaraz zostałby zastąpiony w tym bantustanie przez inny gang, który o niczym takim nie myślał – i dobrze, gdyby tylko na tym się skończyło. Toteż biurokratyczne gangi uważają, że nie mogą do takich oskarżeń podchodzić beztrosko, jak np. ś.p. mec. Ryszard Parulski, który z racji poglądów narodowych często był o antisemitismus oskarżany. Nie spierał się z oskarżycielami, tylko teatralnym gestem rozkładał ręce i mówił: „Antysemityzm? Piękna idea!” Taka zuchwałość zapierała oskarżycielom dech, bo nie wiedzieli, co właściwie na takie dictum odpowiedzieć – i na tym się kończyło.

Po drugie – że bezcenny Izrael dysponuje bronią jądrową, której oficjalnie „nie ma”. To działa mitygująco zwłaszcza na sąsiednie kraje i pamiętam, że jak po wojnie Jom Kipur na Oceanie Indyjskim, na południowy wschód od Przylądka Dobrej Nadziei, satelity zarejestrowały błysk wybuchu atomowego, do którego nikt nie chciał się przyznać, to zaraz kraje arabskie zaczęły z list swoich politycznych priorytetów wykreślać postulat „zniszczenia Izraela”.

Ale dopóty dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie. Po zaatakowaniu przez bezcenny Izrael stolicy Kataru Dohy, w której spotykali się hamasowcy, Egipt wystąpił z inicjatywą ustanowienia arabskiego, czy też szerzej – muzułmańskiego „NATO”, z udziałem Arabii Saudyjskiej. Jak dotąd pozostaje to w sferze projektów – ale w dniach ostatnich Arabia Saudyjska podpisała z Pakistanem traktat o wojskowym sojuszu. Pakistan, jak wiadomo, dysponuje bronią jądrową, w ilości stosunkowo niewielkiej – ale sojusz wojskowy z Arabią Saudyjską, która sama nie wie, co zrobić z pieniędzmi, może przyczynić się do przełamania finansowej bariery ograniczające rozmiary pakistańskiego arsenału nuklearnego, a w rezultacie saudyjski sojusznik może też położyć swój palec na pakistańskim atomowym cynglu. A przecież jest jeszcze BRICS, który do Arabii Saudyjskiej wystosował uprzejme zaproszenie. Jak przyjęcie tego zaproszenia przez Arabię Saudyjską wpłynęłoby na pozycję dolara jako waluty światowej – z czego USA ciągną grubą rentę? Czy taka możliwość skłoniłaby amerykańskich twardzieli do zastanowienia nad polityką bezwarunkowego popierania Izraela, czy też prędzej doprowadziliby do wojny, bo jużci – utrata grubej renty, to już byłby powód?

Wreszcie kolejny powód, to przekonanie rozpowszechnione wśród amerykańskich protestantów, o nieuchronnym przeznaczeniu Izraela, któremu Stwórca Wszechświata obiecał władzę nad wszystkimi narodami. Rzeczywiście, w tak zwanym „Starym Testamencie”, a więc żydowskiej historii plemiennej, okraszonej quasi-religijnym sosem, w Księdze Powtórzonego Prawa jest wskazówka udzielona rzekomo przez Stwórcę Wszechświata, a odnosząca się do tej obietnicy. „Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują.” Jest to wskazówka bardzo praktyczna – ale pod warunkiem utrzymania pewnej konwencji. Bo jeśli konwencja uległaby zmianie, to nie ma na świecie takiego bankiera, który potrafiłby schwytać w rękę kulę wystrzeloną w jego głowę. Pozabijać wierzycieli Niemiec – to było najtwardsze jądro programu NSDAP – bo reszta dotyczyła tego, jak przygotować społeczeństwo, by nikomu nie drgnęła ręka, kiedy przyjdzie co do czego. Jak pamiętamy, w tej części Europy, która znalazła się w zasięgu III Rzeszy, ta część programu została w znacznym stopniu zrealizowana. Czy wskutek tego narody europejskie zyskały większą swobodę manewru? Tego wykluczyć nie można.

O ile na początku sowieckiej okupacji polskich Kresów Wschodnich, jakiś anonimowy Białorus skomponował wierszyk: „Hop, naszi hreczanniki! Usie Żydy naczalniki. Usie Poliaki na wywoz, Biełarusy – w kołchoz!” – to po przejściu Hitlera już o żydowskich „naczalnikach” nie słychać. A wyobraźmy sobie tylko, co by było, jaki zakres swobody manewru miałyby europejskiej narody, gdyby tak Hitler podczas I wojny światowej się na śmierć przeziębił?

Nietrudno sobie wyobrazić, że nie zdobyłyby się nawet na taki pusty gest, jak uznanie państwa palestyńskiego. Jak powiedział premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, nie pęknie mu z tego powodu serce, bo tak czy owak, żadnego „państwa palestyńskiego” nie będzie. Powód jest prosty; każde państwo musi mieć terytorium, ludność i władze. Palestyna ludność jeszcze ma, chociaż trudno powiedzieć, jak długo jeszcze. „Władze” mogą nawet to tu, to tam, zostać, ale terytorium, jak nie było, tak nie ma. Co więcej – izraelski premier deklaruje, że będzie stawiał żydowskie osiedla, gdzie się tylko da – jako, że czuje się „związany” ideą Wielkiego Izraela. Chodzi o obietnicę, którą Stwórca Wszechświata miał złożyć pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi, że jak ów koczownik będzie Stwórcę Wszechświata wychwalał i będzie Go słuchał, to w rewanżu Stwórca Wszechświata uczyni go ojcem wielkiego narodu, któremu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej, do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. W tej sytuacji nawet najwięksi moralizanci muszą się zreflektować, zwłaszcza gdy sami te obietnice traktują serio – a tu w dodatku jeszcze jest bomba atomowa, która wpłynęła na sposób pojmowania zasad moralnych. Toteż światem wstrząsa dreszcz oburzenia – i na dreszczach wszystko się kończy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.