Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Autor:Stanisław Michalkiewicz 31.12.2025

Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok.
NCZAS.INFO | Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok. / foto: Pixabay/screen Rumble (kolaż)

Po objawionej na ostatnim „szczycie” UE odmowie przekazania Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów widać wyraźnie, że entuzjazm wobec dalszego futrowania pieniędzmi tamtejszych parchów-oligarchów zaczyna wygasać. Obok „koalicji chętnych” grupującej przywódców, których podejrzewam o branie łapówek od Ukraińców, powstała „koalicja niechętnych”, której stanowisko najwyraźniej przeważyło.

Wygląda zatem na to, że Ukraina będzie musiała pójść na kompromisy podyktowane przez Amerykanów – bo nie bardzo mi się chce wierzyć, że państwa europejskie ostatecznie zgodzą się na zaciągniecie długu i przekazanie Ukrainie 90 mld euro.

A ponieważ – jak zauważył Napoleon – do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, to w przypadku ich braku trzeba będzie wojnę zakończyć. Jak to się skończy dla Zełenskiego – to sprawa osobna, bo wyborów prezydenckich na pewno nie wygra, więc będzie zadowolony, jeśli zdąży wyjechać do Izraela, szlakiem przetartym przez Timura Mindycza.

Słowem – miała rację ambasadoressa USA przy NATO, która jeszcze na początku wojny twierdziła, iż najbardziej prawdopodobnym jej zakończeniem, będzie zamrożenie konfliktu.

Ryzyko rozbioru

To jednak rodzi dla Polski pewne ryzyko, ale nie dlatego, że – jak utrzymują nasi Umiłowani – po zamrożeniu konfliktu na Ukrainie Putin runie na Europę – tylko że państwa Europy Środkowej, wśród których najbardziej podskakują, pokrzykują, przytupują i machają rękami mocarstwa bałtyckie – mogą doprowadzić do upragnionej wojny z Rosją, którą Niemcy następnie wykorzystają do ponownego rozbioru Europy. Rządząca obecnie Polską niemiecka agentura takie ukoronowanie swoich starań przyjęłaby z zadowoleniem.

Dopóki bowiem z Polsce rządzi niemiecka agentura perspektywy realizacji projektu Trójmorza, do czego nawiązuje nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa, oddalają się w mglistość z uwagi na nieprzejednaną wrogość zarówno obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu, jak i Naczelnika Państwa i jego gangu wobec Węgier Wiktora Orbana. Jeśli zatem Amerykanie nie doprowadzą do odpowiedniego ukształtowania sceny politycznej w naszym bantustanie, to będziemy skazani na scenariusz niemiecki.

Czarno to widzę!

A on zaczyna rysować się już w szczegółach. Volksdeutsche Partei nie ukrywa przecież, że rozpoczęcie procesu Grzegorza Brauna przed nienawistnym sądem jest zaledwie wstępem do delegalizacji obydwu Konfederacji, która nastąpi niezwłocznie po obsadzeniu wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez nienawistnych sędziów przewidywalnych.

Nienawistny sąd rejestrowy dostanie natomiast rozkaz blokowania pod każdym pretekstem prób zarejestrowania nowych partii w miejsce zdelegalizowanych.

Dodatkowo Mateusz Morawiecki właśnie doprowadza do neutralizacji PiS, w następstwie czego scenę polityczną naszego bantustanu zdominuje Volksdeutsche Partei, która prostą drogą doprowadzi nas do Generalnej Guberni – bo tylko takiego statusu możemy spodziewać się w ramach IV Rzeszy…

Praktyka i zastawki chanukowe. Metamorfoza Czarzastego i „tradycje” Terlikowskiego

Praktyka i zastawki chanukowe.

Metamorfoza Czarzastego

i „tradycje” Terlikowskiego

29.12.2025 Stanisław Michalkiewicz nczas/praktyka-i-zastawki-chanukowe-metamorfoza-czarzastego-i-tradycje-terlikowskiego/

Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie.
NCZAS.INFO | Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie. / Fot. PAP

Powstrzymanie się pana prezydenta Karola Nawrockiego od zaproszenia rabinów reprezentujących również chasydzką sektę Chabad Lubawicz do Pałacu Namiestnikowskiego, by tak celebrowali żydowskie kombatanckie wspominki okraszone religijnym sosem, wywołało falę pełnych zgorszenia komentarzy, nie mówiąc już o ostentacyjnej, ekspiacyjnej liturgii, celebrowanej w Sejmie przez pana marszałka Włodzimierza Czarzastego. Mówiąc o kombatanckich wspominkach, mam oczywiście na myśli powstanie Machabeuszów przeciwko Antiochowi, który wpadł na pomysł nakłonienia Żydów do przyjęcia kultu Zeusa.

Wywołało to bunt Żydów. Powstańcy żydowscy odzyskali wprawdzie w roku 164 przed Chrystusem świątynię jerozolimską, ale w międzyczasie się ona strefiła, bo Antioch umieścił tam posąg Zeusa, więc trzeba było odczynić uroki.

Do tego potrzebna była oliwa do lamp, ale nie taka zwykła, tylko koszerna, opieczętowana przez arcykapłana. W świątyni znaleziono wprawdzie flaszkę z taką oliwą – ale tylko jedną – tymczasem do skutecznego odczynienia uroków potrzebna była znacznie większa ilość oliwy. I tu na scenę wkroczył Stwórca Wszechświata, który sprawił, że ta niewielka ilość koszernej oliwy wystarczyła nie tylko do zaopatrzenia jednej lampy przez jeden dzień, ale na wiele lamp przez całe osiem dni.

Na pamiątkę tego wydarzenia obchodzona jest właśnie Chanuka, to znaczy – zapalanie przez osiem dni świec na specjalnym świeczniku, przy czym nie jest jasne, czy należy je zapalać od lewej do prawej strony, czy odwrotnie – bo są różne szkoły, który sposób bardziej udelektowałby Stwórcę Wszechświata. Ciekawe, od której strony zapalił chanukę pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, bo to by nam dostarczyło informacji, ku której frakcji w Chabad Lubawicz się skłania.

Chanukowy „cud”, czyli metamorfoza marszałka

W ogóle z tym panem marszałkiem Czarzastym to ciekawa sytuacja. Jak pamiętamy, za pierwszej komuny pan marszałek Czarzasty stał na nieubłaganym gruncie przekonania, że żaden Bóg nie istnieje, a te wszystkie religie, z judaizmem włącznie, to „opium dla ludu”, jako że ówczesna elita wierzenie w jakichś Bogów miała surowo zakazane, a nad przestrzeganiem tego zakazu czuwała Partia i Służba Bezpieczeństwa. Jak dajmy na to jakiś partyjny, milicjant czy wojskowy wlazłby do kościoła czy bożnicy gwoli uczestnictwa w liturgiach, to groziły mu rozmaite nieprzyjemności. Podobno z tego powodu generał Jaruzelski nie ośmielił się wejść do kościoła, by uczestniczyć w pogrzebie matki, tylko spacerował tam i nazad przed wejściem.

Jestem pewien, że pan Włdzimierz Czarzasty na pomysł uczestniczenia w niedozwolonych liturgiach nigdy nie wpadł, ankietę personalną w „kadrach” i SB miał czystą jak łza, bo najwyraźniej wystarczały mu liturgie marksistowskie, znaczy się – laickie – jak na przykład wręczenie „dowodziku osobistego” – nad sprawowaniem których czuwał Wydział Ceremoniału i Obrzędowości Świeckiej Komitetu Centralnego PZPR.

Kiedy jednak nastała transformacja ustrojowa, zakaz wierzenia w jakichkolwiek Bogów został uchylony, w związku z czym rozmaite osobistości zaczęły próbować, jaka wiara lepiej im się dopasuje do mądrości etapu. Pan marszałek Czarzasty najwyraźniej musiał postawić na judaizm, o czym świadczy nie tylko jego wiodący udział w celebrowaniu Chanuki, ale również deklaracja, że jako przewodniczący Lewicy grupującej resortowe dzieci i rozmaitych poszukiwaczy sprzeczności, jak na przykład moja faworyta Wielce Czcigodna Scheuring-Wielgus Joanna, będzie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie „rozdziału Kościoła od państwa”.

Chodzi naturalnie tylko o Kościół katolicki, bo jeśli chodzi o sektę Chabad Lubawicz, która podobno uważa, że głupie goje, ot na przykład takie jak pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, w ogóle nie mają duszy, a tylko zewnętrznie są podobni do gatunku ludzkiego – to ona może celebrować swoje liturgie we wszystkich domach publicznych, a więc również – w Sejmie. Panu marszałkowi taka rewolucyjna teoria duszy najwyraźniej musi odpowiadać, bo przecież na poprzednim etapie on też uważał, że nie ma duszy – a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od samego zainteresowanego? Jak widzimy, na tym właśnie gruncie musiało w końcu dojść do porozumienia między dawnymi materialistami dialektycznymi a judaizmem.

„Tradycje” red. Terlikowskiego

Ale pan marszałek Czarzasty to jeszcze nic, bo jego metamorfozę wyjaśnić można przy pomocy mechanizmów stosunkowo prostych, żeby nie powiedzieć – prostackich. Ze znacznie poważniejszą zastawką wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego wystąpił zawodowy katolik, publicysta i „filozof-gleboznawca, społecznik i demokrata” – pan red. Terlikowski Tomasz. W pełnych goryczy słowach zarzucił panu prezydentowi Nawrockiemu, że „nie występuje jako katolik”. Na uwagę zasługuje argumentacja, jaką nasz „filozof” się posłużył. Otóż składa się ona z dwóch części – świeckiej i eschatologicznej.

W części świeckiej pan red. Terlikowski Tomasz bierze pana prezydenta Karola Nawrockiego pod włos, sugerując mu, iż jego uczestnictwo w chanukowych liturgiach nawiązywałoby do mocarstwowego majestatu dawnej Rzeczypospolitej. Co prawda chyba nie zachowały się opisy, jakoby polscy królowie brali udział w żydowskich liturgiach – czy to Chanuce, czy Święcie Kuczek – ale widocznie pan red. Terlikowski Tomasz liczy na to, że pan prezydent Nawrocki nie będzie pewny, jak to kiedyś bywało i może się zacukać.

Znacznie cięższego kalibru działa wytacza przeciwko panu prezydentowi Nawrockiemu nasz „filozof” na eschatologicznym odcinku frontu ideologicznego. Pan prezydent Nawrocki bowiem powołał się na „wartości chrześcijańskie” – ale pan red. Terlikowski Tomasz ze swadą katolika zawodowego, co to wszystkie tajemnice Trójcy Świętej przejrzał na wylot, wyjaśnia panu prezydentowi Nawrockiemu, że straszliwie się myli, sądząc, iż katolikowi hołdującemu „wartościom chrześcijańskim” nie przystoi uczestniczyć w celebracji liturgii chanukowych. Jest dokładnie odwrotnie.

Chrześcijanin – twierdzi pan red. Terlikowski Tomasz – a zwłaszcza „judeochrześcijanin” – bo po II Soborze Watykańskim jest rozkaz, byśmy wszyscy stopniowo przechodzili na „judeochrześcijaństwo” – więc taki jeden z drugim chrześcijanin nie tylko może, ale nawet powinien uczestniczyć w celebracjach różnych żydowskich kombatackich wspominków, zwanych „świętami”, bo nie jest to niezgodne z „tradycją katolicką”, a wprost przeciwnie – jak najbardziej zgodne, jako że Pan Jezus też Chanukę obchodził.

Argument z Panem Jezusem obchodzącym Chanukę jest oczywiście zaporowy – ale ma też swój point faible. Na przykład powszechnie wiadomo – bo możemy to sobie przeczytać w Ewangelii – że Pan Jezus jeszcze we wczesnym dzieciństwie został poddany pewnej drobnej operacji chirurgicznej. Była ona podobno rezultatem nakazu samego Stwórcy Wszechświata, który nakazał jej przeprowadzenie nie tylko pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi, w którym ponoć z jakichś zagadkowych przyczyn sobie upodobał – ale również wszystkim jego domownikom. Stąd Żydowie nie tylko podtrzymują tradycję przeprowadzania na dzieciach płci męskiej tej drobnej operacji chirurgicznej, ale – jak czytamy w „Dziejach Apostolskich” – próbowali narzucić tę tradycję chrześcijanom, którzy wywodzili się spośród głupich gojów i ów zabieg chirurgiczny uważali za wstrętny – podobnie jak wiele innych elementów tradycji żydowskiej.

W rezultacie ukształtowała się chrześcijańska tradycja, według której ów zabieg chirurgiczny, chociaż podobno miał być nakazany przez samego Stwórcę Wszechświata (swoją drogą, skąd nagle Stwórca Wszechświata miałby przypomnieć sobie o konieczności przeprowadzania drobnej operacji chirurgicznej, skoro przecież mógł stworzyć człowieka od razu bez tej części, która w wyniku wspomnianej operacji powinna zostać usunięta?), został bez specjalnych ceregieli uchylony i żadnej dziury w Niebiesiech z tego powodu nie ma.

W takiej sytuacji musimy postawić pytanie, jaką konkretnie „tradycję” pan red. Terlikowski Tomasz próbuje stręczyć nie tylko panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, ale i nam wszystkim, chrześcijańskim głupim gojom? I w ogóle – czy naprawdę wierzy w tę swoją rewolucyjną teorię, czy też zachowuje się tak jak ta nauczycielka z anegdoty, co to mówiła uczniom na lekcji, że Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał przyjaciołom rodziny pewien uczeń. – Ona tak musi, bo inaczej wyrzuciliby ją z posady…

Prezenty prawdziwe i fałszywe

Prezenty prawdziwe i fałszywe

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 27 grudnia 2025 michalkiewicz

Prawie na dwa tygodnie przez Bożym Narodzeniem w Berlinie zebrała się „koalicja chętnych”, żeby podarować Ukrainie świąteczny prezent. Czas naglił nie tylko z tego powodu, że – jak wyznał amerykański prezydent Trump – USA wycofały się z finansowego udziału w wojnie na Ukrainie – ale również dlatego, że – jak podejrzewam – większość uczestników tak zwanej „koalicji chętnych” mogła brać łapówki od Ukraińców, którzy dzielili się z nimi forsą dla Ukrainy – a prezydent Zełeński pozapisywał w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował.

Teraz, kiedy źródła szmalcu dla Ukrainy, to znaczy – dla tamtejszych parchów-oligarchów – zaczęły wysychać, prezydent Zełeński zażądał dodatkowych transferów, bo w przeciwnym razie wszystko ujawni i Europę pochłonie polityczne trzęsienie ziemi. Toteż „koalicja chętnych” mało jaja nie zniosła, by załatwić ukraińskiemu prezydentowi, któremu też ziemia zaczyna palić się pod stopami, jakąś forsę i Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wpadła na pomysł, by podarować na Gwiazdkę Ukrainie zamrożone rosyjskie aktywa. Warto dodać, że te „aktywa”, to naprawdę obligacje europejskich państw. Żeby zamienić je na gotówkę – a ukraińskich parchów-oligarchów raczej tylko ona interesuje – najpierw trzeba by te obligacje wykupić. Ale to przecież nie Rosja musiałaby je wykupować, tylko te państwa, które je wyemitowały. Oznacza to, że to nie Rosja poniosłaby koszty kontynuowania wojny na Ukrainie i futrowania tamtejszych parchów-oligarchów, tylko europejskie bantustany.

W tej sytuacji najpierw rząd belgijski, u którego te „aktywa” są zdeponowane, zaparł się rękami i nogami przed ich uruchomieniem, a wkrótce powstała koalicja niechętnych”, skupiająca Włochy, Cypr, Maltę, Węgry, Słowację i Republikę Czeską, które najwyraźniej nie zamierzały partycypować w kosztach wykupu cudzych obligacji, żeby tylko dogodzić prezydentowi Zełeńskiemu i jego kolaborantom. Wskutek powstania tzw. „mniejszości blokującej”, plan Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje spalił na panewce. Ale prezydent Zełeński naciskał coraz mocniej, a w tej sytuacji Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która chyba najwięcej ma za uszami, podczas całonocnej narady w Berlinie namówiła europejsów na „Plan B”. Polega on na tym, że Unia Europejska najpierw pożyczy 90 mld euro, potem tę forsę podaruje Ukrainie, żeby prezydent Zełeński miał czym obetrzeć sobie gorzkie łzy i podzielić się z kolaborantami – a Ukraina pożyczkę spłaci – ale dopiero wtedy, gdy Rosja wypłaci jej wojenne reparacje – czyli nigdy. Nie przypominam sobie bowiem, by kiedykolwiek w historii zwycięzca wojenny płacił jakieś haracze pokonanemu – a przecież nie ma chyba wątpliwości, kto na Ukrainie jest kim. To tylko obywatel Tusk Donald obiecał niemieckiemu kanclerzowi, że jeśli Niemcy odmówią, to Polska sama zapłaci odszkodowania polskim ofiarom wojny – a jego wyznawcy ogłosili, że tą obietnicą zapędził Niemcy w kozi róg. Zaiste świętą rację miał autor głoszący, że „głupiec zawsze znajdzie głupca, który go uwielbia”.

Wracając tedy do wspomnianej pożyczki, to jest rzeczą oczywistą, że na skutek łapownictwa Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, dla której podobno to nie pierwszyzna, Europa musiała się opodatkować na kolejną transzę dla Ukrainy, by uniknąć politycznego trzęsienia ziemi. Czy jednak rzeczywiście musiała? Wprawdzie sytuacja prawno-traktatowa Unii Europejskiej została w ostatnich latach szalenie zagmatwana przez administrujące nią gangi – ale, o ile mi wiadomo, w sprawach pożyczek zaciąganych przez Komisję Europejską obowiązuje jednomyślność. Tymczasem słychać, że trzy państwa: Węgry, Słowacja i Republika Czeska się wyłamały.

Mimo to jednak, w sytuacji gdy Zełeński już nie mógł dłużej czekać i coraz bardziej się niecierpliwił, koalicja łapowników przeszła do porządku nad jednomyślnością. Dlaczego przyszło to tak łatwo? Myślę, że między innymi dlatego, że wprawdzie po nocnym molestowaniu Umiłowani Przywódcy dali się Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje zmłotować – ale tylko dlatego, że ich decyzję będą musiały jeszcze potwierdzić poszczególne parlamenty – a nie zawsze dysponują oni tam wystarczającą większością. Więc niby Unia Europejska dała prezydentowi Zełeńskiemu prezent gwiazdkowy, ale nie jest wykluczone, że pod postacią prezentu przekazała mu tylko samo opakowanie.

Podobnie postąpił prezydent Zełeński wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego, kiedy 19 grudnia przyjechał do Warszawy. Pan prezydent Nawrocki najwyraźniej pragnął zatrzeć niemiłe wrażenie po głupstwie, które popełnił, ostentacyjnie odrzucając zaproszenie premiera Wiktora Orbana, w ten sposób, że zademonstruje, iż przez prezydentem Zełeńskim nie kuca. Rzeczywiście nie szczędził mu gorzkich słów, że Polska nie czuje się odwdzięczona – na co prezydent Zełeński jeszcze raz zdawkowo podziękował, a na dodatek oświadczył, że Ukraina jest „gotowa” na rozpoczęcie odkopywania przedmiotów ukraińskiego dziedzictwa kulturowego na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, zakopanych tam w roku 1942, a zwłaszcza – w roku 1943. Pan prezydent Nawrocki najwyraźniej połknął haczyk, a obywatel Tusk Donald powodowany Schadenfreude, aż zacierał ręce na taki widok i w porywie serca gorejącego nazwał prezydenta Zełeńskiego „bohaterem” Polski Ludowej. Wszystko to z radości, że udało mu się zmusić mniej wartościowy naród tubylczy do dalszego futrowania Ukrainy i tamtejszych parchów-oligarchów, z którymi głęboką wspólnotę losów musi odczuwać Książę-Małżonek. Książę-Małżonek bowiem, zgodnie z rozkazem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje powtarza, że Ukraina broni całego świata przed Putinem, który – jak tylko zajmie Kijów – to żelaznym wojskiem runie na resztę świata, więc w tej sytuacji nie ma co grymasić – tylko płacić, ile tam zażądają.

Jak widzimy, obyczaj wręczania gwiazdkowych prezentów również w naszym nieszczęśliwym kraju bardzo się zakorzenił, a to za sprawą postępującej okcydentalizacji. Na Zachodzie bowiem – o czym świadczą doniesienia zwłaszcza z Niemiec, gdzie nawet tamtejszy Episkopat wydaje się coraz bliższy obrania sobie nowego Pana Boga, który do sodomczyków i gomorytek będzie wykazywał prawdziwą zapamiętałość, Boże Narodzenie sprowadza się do wymiany prezentów.

A my się do tego dostrajamy, zgodnie z porzekadłem, że „co Francuz wymyśli, to Niemiec zrobi, Polak polubi, a Ruski głupi, wszystko kupi” kupiliśmy tę nową, świecką tradycję, w następstwie której Boże Narodzenie staje się coraz bardziej spowite oparami obłudy. Jednak ostatnie wypadki pokazują, że Ruscy wcale nie są tacy głupi, żeby wszystko kupować, jak leci.

Obawiam się, że to raczej nasz mniej wartościowy i lekkomyślny naród tubylczy, który daje wodzić się za nos nie tylko Żydom, ale nawet szabesgojom, kupuje wszystko, jak leci, głównie zresztą za pożyczone pieniądze, bo starsi i mądrzejsi wmówili mu, że tak wypada. Ale kiedy nirwana się skończy, nastąpi bolesny powrót do rzeczywistości.

Stanisław Michalkiewicz

Dobrze i jeszcze dobrzej

Dobrze i jeszcze dobrzej

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    23 grudnia 2025 michalkiewicz

Jak zwykle w okresie świąt Bożego Narodzenia, nasz nieszczęśliwy kraj od Wigilii, aż do święto Trzech Króli, których Wielce Czcigodny Ryszard Petru naliczył aż sześciu, pogrąża się w nirwanie. W związku z tym również felieton powinien być optymistyczny, zgodnie z rozkazem vaginetu obywatela Tuska Donalda, że „jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej”. Czyż nie świadczy o tym choćby przyjęta przez Knesejm ustawa budżetowa, w której zapisano rekordowy deficyt w kwocie ponad 271 miliardów złotych? A przecież nie jest to ostatnie słowo i jak się sprężymy, to nie tylko „dogonimy”, ale i „przegonimy” – niczym Chruszczow, który buńczucznie zadekretował w swoim czasie, że ZSRR „dogoni i przegoni” Amerykę. Wprawdzie tu i ówdzie, a konkretnie – w Narodowym Funduszu Zdrowia zieje finansowa dziura, ale z tym też sobie poradzimy, zwłaszcza, gdy wrócimy do popularnego w swoim czasie hasła, skierowanego do emerytów i rencistów: „Emeryci – popierajcie Partię czynem, umierajcie przed terminem!” Ponieważ nastała transformacja ustrojowa, w ramach której Partia została przez stare kiejkuty przepoczwarzona w „Lewicę”, wspomniane hasło trzeba będzie przystosować do nowej sytuacji politycznej i zamiast „Partii”, trzeba będzie wstawić doń słowo „vaginet” – a wtedy wszystko, również na odcinku propagandy sukcesu, będzie gites tenteges. Jakże zresztą inaczej, skoro słychać, iż Polska ma zostać zaproszona do ekskluzywnego gremium G-20, w którym wory złota namawiają się, jakby tu zmeliorować świat? Wypada tedy przypomnieć, że nie są to pierwsze przymiarki do zmeliorowania świata. Na przykład bolszewicy uważali, że nie da się poprawić świata, jeśli nie usunie się z niego niewłaściwych klas, podczas gdy wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler uważał inaczej – że nie da się poprawić świata, dopóki nie usunie się z niego niewłaściwych ras, a zwłaszcza jednej. Obecnie G-20 z pewnością zaleci inne metody, na przykład tę, by zamiast eliminować niewłaściwe rasy, a zwłaszcza tę jedną, lepiej będzie spełnić wszystkie jej pragnienia. W związku z tym tylko patrzeć, jak w naszym nieszczęśliwym kraju przyjęte zostanie prawo o zwalczaniu antysemityzmu wśród głupich gojów, natomiast Żydowie zostaną obsypani rozmaitymi przywilejami, dzięki którym będą mogli bez przeszkód przystąpić do egzekwowania od naszego mniej wartościowego narodu tubylczego tak zwanych „roszczeń” majątkowych, dotyczących tzw. „własności bezdziedzicznej”. Dzięki temu Żydowie zamiast znaleźć się w Generalnej Guberni w centrum zainteresowania jako holokaustnicy, znajdą się w GG w centrum zainteresowania, jako Herrenvolk. Czegóż chcieć więcej?

Niczego więcej do szczęścia nam nie potrzeba tym bardziej, że i sytuacja polityczna w Europie rozwija się zgodnie z przewidywaniami Radia Erewań. Oto po zbawiennym, 28-punktowym amerykańskim planie pokojowym dla Ukrainy, w tempie stachanowskim został przez „wielką trójkę”, zwaną inaczej „koalicją chętnych”, skonstruowany alternatywny, 19-punktowy plan pokojowy. Jeszcześmy się nad nim nie nacmokali z zachwytu, a słychać, że prezydent Zełeński ma jeszcze jeden plan, tym razem 20-punktowy, który – tylko patrzeć – jak przedłoży do akceptacji prezydentu Donaldu Trumpu. Fałszywe pogłoski głoszą, że pokój nie powinien zapanować wcześniej, zanim wszyscy ukraińscy oligarchowie nie przytulą oczekiwanych kwot, które w podskokach ma dostarczyć „koalicja chętnych” – jeśli tylko uda się jej zmłotować belgijski rząd, by zajął zamrożone ruskie aktywa i przekazał je Ukrainie – no a tam już oligarchowie będą wiedzieli, co z tym zrobić. W związku z tym inne fałszywe pogłoski utrzymują, że prezydent Zełeński miał zapisywać w kapowniku, ile z dotychczasowych subwencji dla Ukrainy przekazał europejskim sojusznikom, i dlatego oni, w obawie przed pojawieniem się śmierdzących dmuchów, uwijają się jak w ukropie, żeby załatwić dla oligarchów dodatkowe miliardy. Jestem w związku z tym pewien, że tylko patrzeć, jak nastąpi prawdziwy wysyp zbawiennych planów pokojowych, niczym „koncepcji” w głowie Kukuńka, dzięki czemu wszystkie zainteresowane strony będą zadowolone, zgodnie z apelem militarystów, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny. Oczywiście i ten apel trzeba będzie skorygować, bo odtąd już nie będziemy mieli do czynienia z żadną „wojną”, tylko z „walką o pokój”, po której może nie zostać kamień na kamieniu. Ale nawet w obliczu takiej perspektywy należy się cieszyć, bo czyż są jakieś poświęcenia, których nie można by dokonać dla pokoju?

Zanim jednak to nastąpi, europejska „wielka trójka” zadbała o dobrostan psychiczny naszych Umiłowanych Przywódców i skutecznie izoluje ich od wysiłków umysłowych mających na celu ustanowienie w Europie sprawiedliwego pokoju. Dzięki temu obywatel Tusk Donald może przelewać swoje złote myśli na twitterze, a złakniona światowa opinia publiczna śledzi te wysiłki, bijąc rekordy oglądalności. Czyż trzeba nam lepszego dowodu, że Polska wybija się na mocarstwowość? A jeśli jakimś malkontentom byłoby tego za mało, to przecież mogą popatrzeć na Księcia-Małżonka, który albo zwołuje internetowe narady wojenne z udziałem mocarstw bałtyckich, albo dzwoni do różnych osobistości europejskich, dopytując się, co tam w naszych sprawach postanowiły – a one udzielają mu odpowiedzi, wprawdzie wymijających, ale za to pełnych treści? Po co Księciu-Małżonku, czy obywatelu Tusku, „myślniem zbytniem głowy psować”, kiedy starsi i mądrzejsi już tam tak wszystko urządzą, żeby było dobrze?

No bo przecież będzie dobrze, a może nawet jeszcze dobrzej. Właśnie wysłuchałem opinii utytułowanej pani ekspertki z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, która w programie pani red. Marty Sakowskiej zapewniła wszystkich, że Rosja „musi” wojnę przegrać. Najwyraźniej w PISM już postanowiono, tylko Putin jeszcze o tym nie wie i wojuje jakby-nigdy-nic. Wprawdzie niektórzy analitycy przypuszczają, że pani red. Sakowska aż dotąd nie może się pogodzić z odwołaniem jej z intratnej funkcji korespondenta z Waszyngtonie, toteż daje wyraz swemu zgorzknieniu, zapraszając do studia TV „Polsat” osobistych nieprzyjaciół Donalda Trumpa, którzy prześcigają się w krytyce amerykańskiego prezydenta, podobnie jak to było za pierwszej komuny, kiedy w niezależnych mediach głównego nurtu amerykańskim prezydentom nie szczędzono gorzkich słów krytyki – ale czyż to nie był wyraz chwalebnego pluralizmu? W Związku Radzieckim amerykańskich prezydentów też media mogły krytykować, ile dusza zapragnie, więc jakże nie można było pokazać, że my też nie od macochy? Teraz sytuacja jest trochę inna, bo właśnie prezydent Trump ogłosił nową strategię, z której wynika że USA już nie traktują Rosji jako zagrożenia. Ale my tam wiemy swoje – oczywiście dopóki w Berlinie nie zadecydują inaczej. To też jest powód do optymizmu – bo w przeciwnym razie musielibyśmy sami zachodzić w um – a tak, to niech się Niemcy martwią, dzięki czemu my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. Czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    20 grudnia 2025 michalkiewicz

Jak było za komuny, tak i teraz, najtwardszym jądrem systemu, który Amerykanie nazywają „Deep state”, była i jest bezpieka. Z kolei jej najtwardszym jądrem jest wywiad wojskowy, wywodzący się [w neo-PRL md] wprost z komuny. Jak pamiętamy, o ile SB została w połowie lat 80-tych rozgromiona, a u progu transformacji ustrojowej, przetrzebiona tak zwaną „weryfikacją”, to wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako Wojskowe Służby Informacyjne, przez 16 lat funkcjonował sobie w „wolnej Polsce”, rozbudowując agenturę w konstytucyjnych organach państwa, a kluczowych segmentach gospodarki, zwłaszcza – w sektorze finansowym i paliwowym – w prokuraturze i niezawisłych sądach, a także w mediach i przemyśle rozrywkowym, gdzie wpływa się na masowe nastroje. Za pośrednictwem tej agentury wywiad wojskowy, czyli „stare kiejkuty”, z którymi rywalizuje o wpływy ABW, kręcą nie tylko całym państwem, ale całym życiem publicznym.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby stare kiejkuty, podobnie jak bezpieczniacy w państwach poważnych, służyły państwu polskiemu. Ktoś bowiem musi państwem rządzić, bo przecież nikt przytomny nie powoli, by rządziła ulica, zwłaszcza w państwach dysponujących bronią ultymatywną. Do rządzenia potrzebne są dwie rzeczy: siła i wiedza. I jednym i drugim dysponuje armia i bezpieka, chociaż przysłuchując się wypowiedziom niektórych generałów naszej niezwyciężonej armii, można co do tej wiedzy, a nawet władz umysłowych, nabrać poważnych wątpliwości. Bezpieczniacy, może z wyjątkiem pana generała Marka Dukaczewskiego, którego resortowa „Strokrotka” do niedawna wzywała do TVN zawsze, gdy coś się albo u nas, albo na świecie działo, a pan generał mówił nie tylko jak jest , ale i – jak będzie – więc bezpieczniacy na ogół „nie gadają, tylko robią” – jak próbuje przechwalać się vaginet obywatela Tuska Donalda.

Nie ulega natomiast najmniejszej wątpliwości, że Wielce Czcigodni parlamentarzyści, z których rekrutują się kolejne vaginety, w zdecydowanej większości, ani wiedzą, ani siłą nie dysponują. Wystarczy wskazać na Wielce Czcigodną Kotulę Katarzynę, czy Martę Wcisło, by pozbyć się wszelkich złudzeń. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – po co osobom zwerbowanym do wypełnienia list wyborczych, jakaś wiedza? Oficerowie prowadzący, którym przecież zawdzięczają znalezienie się w gronie reprezentantów narodu, w odpowiednim momencie powiedzą im, co mają robić.

Zatem problemem nie jest to, że tak naprawdę państwem zdalnie kieruje bezpieka, tylko to, że – w odróżnieniu od bezpieczniaków z państw poważnych, którzy służą swojemu państwu, mając świadomość, że innego nie będą mieli – nasi bezpieczniacy, pochodzący zresztą w znacznym stopniu ze środowiska polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, służą każdemu, kto tylko im obieca, że będą mogli pasożytować na historycznym narodzie polskim. I to właśnie jest naszym największym problemem politycznym oraz przyczyną kryzysu przywództwa, obejmującego WSZYSTKIE bez żadnego wyjątku środowiska.

I oto właśnie gruchnęła wieść, że nasi bezpieczniacy złapali w jakimś hotelu Rosjanina, pracownika Ermitażu, który na Krymie miał wykopywać jakieś „przedmioty ukraińskiego dziedzictwa kulturowego”. Ciekaw jestem, o co tu może chodzić, bo przecież wiadomo, że Krym został przekazany Ukraińskiej SSR przez Chruszczowa w roku 1954?

Toteż zaraz na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że chodzi o precjoza, to znaczy – złoto i dewizy – jakie na Krymie, w ogrodach swoich rezydencji, pozakopywali ukraińscy oligarchowie – z korzeniami i bez – zanim jeszcze Putin posłał tam swoje „zielone ludziki” – a ten cały ruski naukowiec wszystko to im powykopywał. To by nawet trzymało się kupy, bo już Mikołaj Machiavelli zauważył w „Księciu”, że „łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny” – toteż nic dziwnego, że ukraińskie parchy-oligarchy zapałały do niego zimną nienawiścią, a kiedy tylko się dowiedziały, że postawił swoją wrażą stopę na prastarej ziemi polskiej, kazały tubylczym bezpieczniakom go schwytać – no a ci, jako „słudzy narodu ukraińskiego”, rozkaz w podskokach wykonali. Nie będziemy musieli długo czekać na wieść, że rezuny urezały mu szyję – oczywiście na podstawie praworządnego wyroku jakiegoś niezawisłego sądu – albo naszego, albo – jeszcze lepiej – ukraińskiego, które znane są na całym świecie z praworządności.

Mniejsza jednak o te fałszywe pogłoski; jak tam będzie, tak tam będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – twierdził dobry wojak Szwejk. Znacznie ciekawsza jest bowiem sekwencja wydarzeń, zapoczątkowanych ucieczką z Ukrainy do Izraela Timura Mindycza, bliskiego kolaboranta prezydenta Zełeńskiego. Ten cały Timur, oczywiście z pierwszorzędnymi korzeniami, podobnie jak prezydent Zełeński, miał sprywatyzować sobie co najmniej 100 milionów dolarów z pieniędzy, jakie Zachód Ukrainie pożycza, a niemądra Polska daje za darmo.

Jak pamiętamy, na wieść o tym wydarzeniu natychmiast zareagował Książę-Małżonek Sikorski Radosław, deklarując niezwłoczne przekazanie Ukrainie dokładnie 100 milionów dolarów. Już mniejsza o to, dlaczego odezwały się nożyce w osobie Księcia-Małżonka – chociaż i to wywołało falę fałszywych pogłosek, jakoby Timur Mindycz, a nawet sam prezydent Zełeński nie tylko dzielił się otrzymaną forsą ze swoimi dobrodziejami, ale w dodatku zapisywał w kapowniku, ile komu dał i gdzie tamten forsę schował.

A teraz, kiedy Amerykanie przyciskają go do ściany, rzutem na taśmę grozi wielkiej europejskie czwórce: premierowi brytyjskiemu, prezydentowi francuskiemu, niemieckiemu kanclerzowi i Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, że wszystko roztrąbi – o ile tamci nie załatwią mu na koniec dobrego fartu forsy z zamrożonych ruskich aktywów. Toteż „wielka czwórka” na gwałt próbuje zmłotować belgijski rząd, żeby im te aktywa dał – bo inaczej zostaną puszczone śmierdzące dmuchy. Książę-Małżonek, ani obywatel Tusk nie zostali dopuszczeni do konfidencji, co na swój sposób może dobrze o nich świadczyć, ale jednocześnie potwierdza podejrzenia, że są zbyt głupi, by korzystać z wojny, jak to robią starzy wyjadacze z państw poważnych.

Jednak znacznie ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, skąd właściwie Książę-Małżonek miałby wziąć 100 milionów dolarów, zwłaszcza w sytuacji, gdy właśnie uchwalona została ustawa budżetowa, przewidująca deficyt przekraczający 271 mld złotych?

Do dni ostatnich nie potrafiliśmy na to pytanie odpowiedzieć, ale ostatnie zawirowania w Narodowym Banku Polskim, gdzie osoby delegowane tam przez vaginet obywatela Tuska Donalda próbują właśnie wysadzić w powietrze pana prezesa Adama Glapińskiego i przejąć ręczne sterowanie Bankiem, rzuca światło na tę sprawę. Jak bowiem wiadomo, pan prezes Glapiński nakupował do NBP wielkich ilości złota, ponad 530 ton.

Jestem pewien, że ukraińskim oligarchom to złoto by się przydało, a Książę-Małżonek jak zwykle nie potrafił utrzymać języka za zębami, podobnie jak po wysadzeniu bałtyckich gazociągów i – jak to narcyz – nie mógł się powstrzymać, by nie zaimponować światu swoją hojnością – ale przy okazji ujawnił spisek uknuty przeciwko Narodowemu Bankowi Polskiemu przez obywatela Tuska Donalda, któremu mogli przecież zlecić to jego niemieccy przyjaciele na wypadek, gdyby młotowanie Belgii nie dało rezultatów.

Światełko w tunelu?

Światełko w tunelu?

Stanisław Michalkiewicz (www.magnapolonia.org)    18 grudnia 2025

michalkiewicz

Po przyzwoleniu, jakiego w marcu 2023 roku udzielił amerykański prezydent Józio Biden ówczesnemu niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Sholzowi, by Niemcy, w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za zerwanie strategicznego partnerstwa z Rosją, urządzali sobie Europę po swojemu, wydawało się, że nie ma ratunku, że zostaliśmy wepchnięci na równię pochyłą, na końcu której jest Generalna Gubernia, albo i coś gorszego. Dodatkową przygnębiającą poszlaką, wskazującą, że wypadki zmierzają w tym właśnie kierunku, była inicjatywa Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, by znowelizować traktat liz boński. Ta nowelizacja, którą w ubiegłym roku rekomendował Parlament Europejski, ma objąć 270 punktów – ale najważniejsze wydają się trzy.

Po pierwsze – likwidacja prawa weta – co oznacza, że członkowskie bantustany mogą być zmuszone do robienia czegoś, co wcześniej uznały za sprzeczne ze swoim interesem państwowym. Po drugie – zmniejszenie liczebności Rady Europejskiej z 27 do 15 członków – co oznacza, że prawie polowa członkowskich bantustanów będzie pozbawiona uczestnictwa w organie władzy prawodawczej UE – bo to Rada Europejska, a nie Parlament Europejski ma w UE władzę prawodawczą. Wreszcie – po trzecie – przekazanie do wyłącznej kompetencji UE 65 obszarów decyzyjnych. Wszystko to składa się na wizję IV Rzeszy – zresztą całkowicie zgodną z wizją Adolfa Hitlera, który w roku 1943, na spotkaniu z gauleiterami powiedział m.in, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować.

Wydawało się zatem, że nie ma rady – musimy ześliznąć się do poziomu Generalnego Gubernatorstwa, a więc – rodzaju niemieckiej kolonii w IV Rzeszy tym bardziej, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nawet nie ukrywała, że w tym właśnie celu posłała tu obywatela Tuska Donalda na stanowisko tubylczego premiera.

Na domiar złego, nowa administracja amerykańska pod przewodnictwem prezydenta Trumpa sprawiała wrażenie, że podtrzymuje przyzwolenie udzielone Niemcom przez prezydenta Józia Bidena i pod pretekstem zmuszenia Europy do wzięcia sprawy swojej obronności we własne ręce, godzi się na oddanie jej Niemcom w arendę. Taki obrót spraw byłby dla Niemiec prawdziwym darem Niebios, bo przecież od 1990 roku stały się one wyznawcami doktryny „europeizacji Europy”, a więc cierpliwego i metodycznego, chociaż delikatnego, wypychania Ameryki z europejskiej polityki oraz zwolennikami europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, dzięki którym spełniłyby swoje marzenie o położeniu palca na francuskim atomowym cynglu.

To wrażenie w ostatnich tygodniach nabrało, można powiedzieć, ciała, wskutek ogłoszenia nowej amerykańskiej doktryny, w której Rosja nie jest już uznana za „zagrożenie”, a Europa najwyraźniej została pozostawiona sama sobie – ale to oznaczało tylko tyle, że Ameryka godzi się na oddanie jej Niemcom w arendę. To przygnębiające wrażenie zostało wzmocnione zapowiedzią wprowadzenia regulacji o zwalczaniu antysemityzmu i „wspieraniu życia żydowskiego” w Polsce – co zapowiada z jednego strony terror wobec tubylców, a z drugiej – system przywilejów dla Żydów, dzięki czemu będą oni mogli bezpiecznie, to znaczy – bez obawy jakichś polskich nieprzyjaznych gestów, przystąpić do realizowania programu żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski dotyczących tzw. własności bezdziedzicznej. Oznaczało to, że w Generalnej Guberni nadzór nad mniej wartościowym narodem tubylczym Niemcy powierzą Żydom, którzy staną się dla tubylców rodzajem Herrenvolku. Towarzyszące tym przygotowaniom wydarzenia w postaci rozpoczęcia procesu Grzegorza Brauna oraz zapowiedzi delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej, jak tylko vaginet obywatela Tuska Donalda obsadzi Trybunał Konstytucyjny stosowną agenturą, a potem – delegalizacji pozostałych Konfederacji – nie pozostawiały złudzeń.

W świetle tego wszystkiego słowa pocieszenia ze strony amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, brzmiały prawie ironicznie i wyglądały na komplementy pod adresem Polski – komplementy, które Ameryki nic przecież nie kosztują. Aliści w dniach ostatnich media przyniosły informację o drugiej części amerykańskiej doktryny strategicznej, z której wynika niemal exressis verbis, że USA nie porzuciły myśli o dekompozycji Unii Europejskiej, czyli zablokowaniu albo przynajmniej terytorialnym zredukowaniu IV Rzeszy. Można było się tego domyślać, po wystąpieniach Elona Muska, za które Książę-Małżonek wysyłał go nawet na Marsa – ale dzięki tej publikacji zyskaliśmy pewność. Skoro Ameryka próbuje wznowić ściślejszą współpracę z Włochami, Austrią, Węgrami i Polską, to znaczy, że nawiązuje do koncepcji Heksagonale – ale uzupełnionego i poprawionego – ze Stanami Zjednoczonymi, jako protektorem tego przedsięwzięcia.

Wypada tedy przypomnieć, że pod koniec lat 80-tych państwa Europy Środkowej, w obliczu ewakuacji imperium sowieckiego z tej części kontynentu, postanowiły wziąć sprawę swojej niepodległości we własne ręce i na spotkaniu w Budapeszcie w roku 1989, podpisały porozumienie o politycznej współpracy, zwane potocznie od czworga sygnatariuszy (Włoch, Austrii, Węgier i Jugosławii) „Quadragonale”. Do tego porozumienia dołączyła – jeszcze przed aksamitnym rozwodem – Czechosłowacja – jako piąty sygnatariusz, stąd Quadragonale przekształciło się w Pentagonale – oraz Polska jako sygnatariusz szósty – wobec czego Pentagonale przekształciło się w Heksagonale. Ale Niemcy, które od 1990 roku odzyskały w Europie swobodę ruchów, natychmiast przystąpiły do wysadzania Heksagonale w powietrze i za cel pierwszego ataku obrały Jugosławię, która miała być bałkańskim filarem Heksagonale. Doszło tam – jak pamiętamy – do rozpętania krwawej wojny domowej, a pozostali sygnatariusze widząc co grozi za politykowanie za niemieckimi plecami, natychmiast się od tego projektu zdystansowały i odtąd Niemcy wypełniają próżnię po ewakuacji imperium sowieckiego, rozszerzając na wschód Unię Europejską, której są politycznym kierownikiem.

W lipcu 2017 roku Donald Trump podczas swego pobytu w Warszawie powiedział, że „projekt Trójmorza” bardzo mu się podoba i USA będą go „wspierały” O co chodzi? Ano – o Heksagonale, tylko uzupełnione i poprawione – z Ameryką, jako protektorem. Wygrana Józia Bidena i rozpętanie wojny na Ukrainie sprawiło, że ten pomysł sprawiał wrażenie odesłanego do lamusa – ale oto obecnie powraca on i to nie w postaci luźno rzuconego zdania – ale elementu ogłoszonej właśnie amerykańskiej doktryny strategicznej. I co Polska na to?

Niestety nie wygląda na to, by Polska była gotowa na podjęcie tej inicjatywy. Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda wykonuje zadanie doprowadzenia Polski do Generalnej Guberni – ale i Naczelnik Państwa, uważający się za tęgiego strategosa, dał się omotać żydowskiemu, kijowskiemu komikowi i doprowadził do całkowitego zamrożenia stosunków z Węgrami do tego stopnia, że prezydent Nawrocki splamił mundur na samą myśl o s;potkaniu z węgierskim premierem. Jedyna tedy nadzieja w Konfederacjach – o ile BND nie zdąży wcześniej doprowadzić do ich delegalizacji, a Ameryka nie kiwnie palcem by doprowadzić do przesilenia rządowego w Polsce.

Stanisław Michalkiewicz

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

17.12.2025 Stanisław Michalkiewicz forsa-wprawia-w-ruch-ten-swiat-pioruny-a-sprawa-polska

Stanisław Michalkiewicz.
Stanisław Michalkiewicz. / foto: PAP

Tak zaczynała się piosenka śpiewana przez Lizę Minelli w filmie „Kabaret” opowiadającym o schyłkowej fazie Republiki Weimarskiej w Niemczech, kiedy to tamtejsi Żydowie i celebryci jeszcze używali życia – jak mówi poeta – „całą paszczą”, a tymczasem na horyzoncie majaczył już wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler ze swoimi zwolennikami.

Jak pamiętamy, reprezentował ich cherubinkowaty młodzieniec z Hitlerjugend, śpiewający zaczynającą się od bukolicznego wstępu sentymentalną piosenkę, jak to przyroda i w ogóle wszystko budzi się do życia – ale po nim następowała w refrenie twarda konkluzja, że „przyszłość należy do mnie”. I – jak pamiętamy – tę coraz bardziej stanowczo brzmiącą konkluzję stopniowo podchwytują wszyscy zebrali w piwiarnianym ogródku ludzie, z wyjątkiem pochylonego nad kuflem piwa starowiny, pozostającego w wyraźnej mniejszości.

„Co ci przypomina widok znajomy ten”? Ach, czyż przypadkiem nie piosenkę Macieja Zembatego o Anastazji Pietrownie, która pędziła sankami przez ulice Piotrogrodu, a na jej twarz padały płatki śniegu wielkości złotych pięciorublówek? „A tymczasem na Newie już cumował krążownik »Aurora«”. A potem krążownik „Aurora” wystrzelił – i od tego czasu śpiewamy inne piosenki? Między innymi tę, rozpropagowaną przez Żannę Biczewską: „Nie nada grustit, Gospoda oficery. Czto my potieriali, nikak nie wiernuś. Uż nietu otieczestwa, nietu uż wiery…”.

Ale dość tych sentymentów, bo przecież forsa, która „wprawia w ruch ten świat”, sentymentów nie lubi, a może nawet nie zna, a w każdym razie – nie chce znać? Wracając tedy na nieubłagany grunt forsy, wypada odnotować deklarację amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który 2 grudnia br. powiedział nie tylko, że Ameryka już „nie uczestniczy finansowo” w wojnie na Ukrainie, ale również – że administracja poprzedniego prezydenta Józia Bidena od roku 2022 wpompowała w Ukrainę co najmniej 350 mld dolarów?

Pioruny w Kijowie walą coraz bliżej

Ale nie zaczęło się to przecież bynajmniej od Józia. Wszystko zaczęło się od 5 mld dolarów, jakie administracja prezydenta Obamy wyłożyła w roku 2014 na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej strefy Europy. Bo na podstawie decyzji szczytu NATO w Lizbonie, 20 listopada 2010 roku, proklamowane zostało „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, którego najtwardszym jądrem było ustanowione wcześniej strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Prawie – bo obecne mocarstwa bałtyckie, które w pierwszej wersji znajdowały się po wschodniej stronie kordonu, teraz – jako członkowie NATO od grudnia 1999 roku – znalazły się po jego stronie zachodniej. Ale Ukraina i Białoruś po staremu były po stronie wschodniej.

Wspomniane 5 mld dolarów doprowadziło nie tylko do wysadzenia w powietrze politycznego „porządku lizbońskiego” – co było – jak można przypuszczać – pierwotną przyczyną obecnej wojny na Ukrainie, ale również – bo Amerykanie wprawdzie sypią szmalem, ale chcą mieć nad nim jakąś kontrolę – stało się też powodem utworzenia przez prezydenta Piotra Poroszenkę, co to zastąpił zbiegłego do Rosji Wiktora Janukowycza – NABU, czyli specjalnej agencji antykorupcyjnej. Ta agencja przez długie lata nie dawała jakichś wyraźnych oznak życia, a w każdym razie „niezależne media głównego nurtu” specjalnie się nią nie interesowały – aż do lipca ubiegłego roku, kiedy to prezydent Zełenski podjął próbę podporządkowania jej rządowi. Mimo wojennej dyscypliny doprowadziło to do gniewnych demonstracji w Kijowie, które może przeszłyby bez echa – ale też do protestu ze strony „Europy”, która też wpompowała w Ukrainę pod pretekstem wojny bajońskie sumy. W rezultacie prezydent Zełenski się wycofał, bo jużci – nie może jednocześnie wojować i z Putinem, i z Ameryką, i z Europą na dodatek. No i się zaczęło.

W odwecie NABU „odkryło” gigantyczną aferę korupcyjną, której głównymi bohaterami byli najbliżsi kolaboranci prezydenta Zełenskiego: Timur Mindycz i Aleksander Cymerman. Timura Mindycza jakiś życzliwy (czy przypadkiem nie prezydent Zełenski?) w ostatniej chwili ostrzegł, dzięki czemu przyjechał on sobie do Warszawy, gdzie wziął nawet udział w nabożeństwie w synagodze sekty Chabad Lubawicz, a następnie, już in odore sanctitatis – odleciał do Izraela, który Żydów nikomu nie wydaje, zwłaszcza, jak przybywają z milionami dolarów.

Wydawało się, że ten grom, który wprawdzie strzelił blisko, już się nie powtórzy – a tymczasem, tuż przed zapowiedzianą wizytą amerykańskiej delegacji w Moskwie, która miała się namawiać z prezydentem Putinem w sprawie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, usłyszano w Kijowie kolejną potężną detonację.

Tym razem piorun strzelił tuż obok samego prezydenta Zełenskiego, porażając jego „prawą rękę” w osobie Andrzeja Jermaka, ongiś producenta filmowego, a do niedawna – drugą osobę w państwie po prezydencie Zełenskim. Tego grzmotu, który spowodował łoskot znacznie większy od wybuchu zwiastującego rozpoczęcie operacji „dywersji kolejowej” w rejonie przystanku Mika na trasie Warszawa-Lublin – już wyciszyć się nie dało, toteż pan Jermak nie tylko zrezygnował ze wszystkich funkcji, którą to rezygnację prezydent Zełenski ze zrozumieniem przyjął, ale jeszcze taktownie ogłosił, że rusza na front.

Czy ten ruch miałby oznaczać, że na froncie taktownie da się odstrzelić, czy też tylko zszedł z linii strzału, by – tym razem już bez ostentacyjnego udziału w nabożeństwie – wylądować w bezcennym Izraelu? Jak tam było, tak tam było – bo każdy rozumie, że w delikatnym momencie, gdy ważą się przecież losy „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, żaden piorun nie powinien trafić prezydenta Zełenskiego.

Na to ewentualnie przyjdzie czas później, kiedy już nastanie ów „sprawiedliwy pokój” – no a wtedy również prezydent Zełenski może doświadczyć rozmaitych przygód – chyba że przytomnie zdąży dotrzeć do Izraela, gdzie w miłym towarzystwie Timura Mindycza, a być może i swojego wynalazcy – Igora Kołomojskiego – w przerwach między toastami będzie się zaśmiewał z ukraińskich – a pewnie i polskich – głupich gojów.

W Brukseli też pioruny

Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po piorunowym gromie trafiającym w Andrzeja Jermaka, kiedy belgijska policja nie tylko aresztowała gwiazdę Unii Europejskiej Madame Fryderykę Mogherini, która po owocnej służbie dla „Europy” wylądowała na posadzie rektora tamtejszego Collegium Thumanum, przygotowującego dla Unii Europejskiej kadry co to w brukselskiej dżungli zawsze potrafią znaleźć najkrótszą drogę do żerowiska. Nie tylko ją aresztowała, ale nawet przeszukała jej apartamenty.

Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić z tego użytek – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – ale i bez tego widzimy, że pioruny zaczynają walić też w – wydawałoby się, że bezpiecznej od wszystkich klimatycznych gwałtowności Brukseli. Czy Niebo w ten sposób dało do zrozumienia również Reichsführerin Urszuli Wodęleje, że nie jest bezpiecznie? Tego z góry wykluczyć się nie da i to z kilku powodów.

Po pierwsze wypada zwrócić uwagę, że belgijska policja aresztowała panią Fryderykę zaraz potem, jak Reichsführerin Urszula Wodęleje w ramach konstruowania nie tylko „sprawiedliwego pokoju” dla Ukrainy, ale również – a może nawet przede wszystkim – wpadła na pomysł, by odbudowywać Ukrainę za pieniądze z „zamrożonych” ruskich aktywów. Nawet nie śmiem sobie wyobrazić, ile z tego prezydent Zełenski czy jakiś inny musiałby „koalicji chętnych” odpalić. Rząd belgijski stanowczo się temu sprzeciwił, nie bez powodu obawiając się, że jak już kurz bitewny opadnie, to od kogo ruscy szachiści zażądać mogą zwrotu owych „zamrożonych” aktywów? Czy przypadkiem nie od rządu belgijskiego? W tej sytuacji konieczność aresztowania pani Fryderyki stała się palącą i naglącą oczywistością. A ponieważ ruskie przysłowie powiada, że nikt nie jest bez grzechu wobec Boga ani bez winy wobec cara, to z powodu sprzeciwu rządu belgijskiego co do skonfiskowania i podarowania Ukrainie zamrożonych aktywów rosyjskich, również Europejski Bank Centralny, 2 grudnia br., odrzucił pomysł Reichsführerin Urszuli Wodęleje. Ale Reichsführerin Urszuli Wodęleje może czasami brakować forsy, jednak nigdy nie brakuje jej pomysłów niczym Kukuńkowi „koncepcji”. Toteż zaraz wpadła na pomysł, że skoro nie da się ruszyć zamrożonych ruskich aktywów, to przecież „Europa” zawsze może zaciągnąć „dług” i z tego sfinansować odbudowę Ukrainy.

Ta niebywała pomysłowość Reichsführerin Urszuli Wodęleje utwierdza mnie w podejrzeniach zarówno co do niej, jak również – całej „koalicji chętnych”, że przebiegły prezydent Zełenski owszem – dzielił się krociami, jakimi „Europa” futrowała Ukrainę – ale starannie zapisywał w kapowniku nie tylko, z kim się podzielił i jakimi kwotami – ale również – kto i gdzie te walory schował. W przypadku Reichsführerin nie byłby to zresztą debiut – ale czy innym uczestnikom „koalicji chętnych” jakaś forsa by się nie przydała? Najwyraźniej prezydent Zełenski, chociaż z korzeniami, mógł w swoim postępowaniu kierować się wskazówką Ewangelii, która doradza, by „czynić sobie przyjaciół niegodziwą mamoną” (Por. Łk 16, 9). Jakże inaczej wyjaśnić pragnienie „koalicji chętnych”, by „stać murem” za Ukrainą, kiedy nie wiadomo nawet w ogólnych zarysach, ile ten mur będzie kosztował? Jeśli tedy moje podejrzenia są uzasadnione, to wydaje się oczywiste, że wojna na Ukrainie prędko się nie skończy, bo – jak przestrzegają militaryści – pokój, chociaż oczywiście „sprawiedliwy” – może być też „straszny”.

Pioruny a sprawa polska

Dotychczas poczciwie przypuszczałem, że nasi Umiłowani Przywódcy są za głupi, żeby czerpać jakieś korzyści z wojny – ale jeśli nawet ogólnie to może być prawda, to – jak przy każdej regule – mogą zdarzyć się wyjątki. Dopiero olśniła mnie skwapliwość, z jaką Książę-Małżonek zadeklarował „w imieniu Polski” przekazanie Ukrainie 100 milionów dolarów – dokładnie tyle, ile miał przytulić Timur Mindycz z kolegami. Taka skwapliwość, taka hojność, a przede wszystkim – taka dokładność – przypadkowa przecież być nie może. Mamy w związku z tym dwa alternatywne podejrzenia. Pierwsze – że vaginet obywatela Tuska Donalda też mógł składać jakieś propozycje prezydentowi Zełenskiemu, a ten w kapowniku – i tak dalej. Drugie – że vaginet obywatela Tuska Donalda – jako „sługa narodu ukraińskiego” – żadnych propozycji prezydentowi Zełenskiemu nie ośmielał się złożyć, a skwapliwość Księcia-Małżonka jest rezultatem iskrówki, jaką do vaginetu wysłała Reichsführerin Urszula Wodęleje: wiecie, rozumiecie; przekażcie telegraficznie Ukrainie 100 mln dolarów, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Przepychanki na równi pochyłej

Przepychanki na równi pochyłej

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    14 grudnia 2025 michalkiewicz

Kiedy pan prezydent Karol Nawrocki zawiadomił o zawetowaniu rządowej ustawy dotyczącej regulacji rynku kryptowalut w Polsce, obywatel Tusk Donald zażądał „w trybie pilnym” od pana marszałka Czarzastego utajnienia obrad Sejmu na temat „bezpieczeństwa państwa”. Pan marszałek Czarzasty w podskokach obrady utajnił, w związku z czym opinia publiczna nie mogła się dowiedzieć, co takiego groźnego dla bezpieczeństwa państwa się wydarzyło i jakie remedium na to zagrożenie obmyślił vaginet obywatela Tuska Donalda.

Z rozmaitych bąknięć wszelako można było się domyślać, że vaginet obywatela Tuska Donalda próbuje zasugerować Wielce Czcigodnym posłom, że veto pana prezydenta Nawrockiego do tej właśnie ustawy nie jest przypadkowe, bo próbuje on w ten sposób chronić swoich szemranych przyjaciół przed wścibstwem państwa, a poza tym – ułatwić złowrogiemu Putinowi urządzanie dywersji kolejowych w Polsce przez „obywateli Ukrainy”, którym potem wypłaca on honorarium właśnie w kryptowalutach.

Już choćby na tym przykładzie widać wyraźnie, że historia III Rzeczypospolitej, która funkcjonowała według konstytuującej ją, niepisanej zasady: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – właśnie dobiega końca, a na okres przejściowy, zanim nasz nieszczęśliwy kraj nie zostanie Generalną Gubernią, przewidziana jest inna zasada: jak wy mi tak – to ja wam tak. Chodzi oczywiście o konflikt między panem prezydentem Nawrockim a vaginetem obywatela Tuska Donalda.

Pan prezydent Nawrocki stara się tak wykorzystywać konstytucyjne prerogatywy prezydenta, by nie był on wyłącznie rodzajem dekoracji na politycznym firmamencie. Tak się szczęśliwie dla niego składa, że koalicyjny vaginet obywatela Tuska Donalda nie dysponuje w Sejmie 276 posłami – bo taka liczba jest konieczna do odrzucenia veta prezydenta do ustawy. Z tego właśnie pan prezydent Nawrocki próbuje zrobić narzędzie jakiejś politycznej samodzielności, a z drugiej strony wykorzystuje inną prezydencką prerogatywę w postaci inicjatywy ustawodawczej i kieruje do Sejmu coraz to nowe projekty.

Zmusiło to pana marszałka Czarzastego do buntowniczej deklaracji, iż będzie wobec prezydenckich inicjatyw stosował „veto marszałkowskie”. Konstytucja co prawda żadnego takiego „veta” nie przewiduje, ale pan marszałek Czarzasty wyjaśnił, że będzie wstrzymywał „szkodliwe” projekty ustaw, to znaczy takie, które mu się nie podobają, albo które nie wskazują źródeł finansowania ustawowych rozwiązań. Nietrudno się domyślić, że panu marszałkowi, podobnie jak reszcie koalicji tworzącej vaginet obywatela Tuska Donalda, chodzi o inicjatywy prezydenckie – bo gdyby kryterium „szkodliwości” potraktować dosłownie, to znakomitym przykładem ustawy szkodliwej, byłaby uchwalona właśnie ustawa budżetowa, przewidująca rekordowy deficyt w kwocie ponad 271 mld złotych. W rezultacie dług publiczny państwa, to znaczy – nie tylko rządu, ale razem z tzw. długiem ukrytym, dochodzi do 5 bilionów złotych ( oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło na koniec września 2025 roku prawie 2 bln złotych). Koszty obsługi tego długu, to znaczy – kwota, jaką obywatele będą musieli zapłacić z tytułu procentów, wynosi ok. 100 mld złotych.

Trudno o lepszy dowód szkodliwości uchwalania ustaw budżetowych z deficytem – bo konieczność obsługiwania długu publicznego oznacza, iż kolejne vaginety stwarzają złudzenie normalności za cenę coraz głębszego wpychania obywateli w niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Niewolniczą – bo istota niewolnictwa w aspekcie ekonomicznym polega na tym, iż niewolnik musi pracować na swojego pana, to znaczy – oddawać mu bogactwo, które swoją pracą wytworzy.

Na tym zresztą nie koniec niebezpieczeństw, bo niedawno vaginessa z Ministerstwa Sprawiedliwości w vaginecie obywatela Tuska Donalda, madame Maria Ejchart, przedstawiła projekt uchwały Rady Ministrów w sprawie zwalczania antysemityzmu oraz „wspierania życia żydowskiego” w Polsce. Najogólniej biorąc, projekt ten przewiduje wprowadzenie dwóch reżimów prawnych; jednego dla Żydów, a drugiego dla tzw. głupich gojów”. O ile Żydowie mają być obsypani rozmaitymi przywilejami, o tyle głupie goje, pod pretekstem walki z antysemityzmem, mają być poddane terrorowi. Nie chodzi, ma się rozumieć, o żaden „antysemityzm”, tylko o to, by sterroryzowane społeczeństwo nie ośmieliło się pisnąć słowa protestu w momencie, gdy Żydowie przystąpią do realizowania „roszczeń” dotyczących tzw. własności bezdziedzicznej, zgodnie z amerykańską ustawą nr 447.

Zarówno ten terror, jak i te „roszczenia” stanowią milowy krok na drodze przekształcenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalne Gubernatorstwo, czyli rodzaj niemieckiej kolonii w ramach IV Rzeszy, w jaką niewątpliwie przekształci się Unia Europejska po nowelizacji traktatu lizbońskiego, którą jeszcze w ubiegłym roku, na wniosek Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, rekomendował Parlament Europejski. A w Generalnej Guberni – jak to w Generalnej Guberni – Żydowie tak czy owak pozostają w centrum zainteresowania, jeśli nie jako holokaustnicy, jak za Hitlera – to jako Herrenvolk.

W tym celu trzeba będzie jeszcze zniwelować scenę polityczną tak, żeby przywrócić na niej stan zaprojektowany w Magdalence przez generała Kiszczaka. Toteż z czeluści vaginetu obywatela Tuska Donalda, to znaczy – z paszczy obywatela Żurka Waldemara, z paszczy Marcina Kierwińskiego i z otworu gębowego Księcia-Małżonka słyszymy o konieczności delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, jako tuby „kremlowskiej dezinformacji” i w ogóle – siewczyni „nienawiści”.

8 grudnia przed niezawisłym sądem rusza proces znienawidzonego Grzegorza Brauna, który będzie sądzony za zgaszenie „chanuki” w Sejmie i naruszenie tak zwanej „cielesności” pani doktor Gizele-Mengele w oleśnickim szpitalu. To oczywiście dopiero początek, bo kwasiżurkowie z niezależnej prokuratury w pocie czoła nie tylko przygotowali kolejne „zarzuty”, ale produkują coraz to nowe. Obawiam się tedy, że na delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy, bo w Generalnej Guberni, która najwyraźniej urasta do rangi projektu pilotażowego IV Rzeszy, musi panować Ordnung.

Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Stany Zjednoczone, które prezydent Trump właśnie wycofał z finansowego uczestnictwa w wojnie na Ukrainie, pod pretekstem konieczności zadbania przez Europę o własne bezpieczeństwo, tak naprawdę godzą się na to, by Niemcy zorganizowały ją po swojemu – na co pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Sholzowi jeszcze poprzedni prezydent Józio Biden. Niemcom takich rzeczy nie trzeba dwa razy powtarzać, więc trudno się dziwić, że nie zwlekają z przygotowaniami do proklamowania IV Rzeszy, a zwłaszcza – że nakazały przyspieszenie na odcinku pilotażowego programu Centralnej Guberni – co jest głównym zadaniem obywatela Tuska Donalda.

Więc chociaż Amerykanie zauważają, że jego vaginet zaczyna wprowadzać tutaj terror, to chyba nie zamierzają temu przeciwdziałać, bo gdyby chcieli, to wystarczyłby jeden telefon z centrali CIA do Władysława Kosiniaka-Kamysza, żeby władza obywatela Tuska rozwiała się w nicość.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nie jest bezpiecznie

Nie jest bezpiecznie

Stanisław Michalkiewicz 13 grudnia 2025

Adam Grzymała-Siedlecki w swoich wspomnieniach pisze m.in. o sprawie godnej Grahama Greena, albo jakiegoś innego pisarza katolickiego – na przykład pana red. Tomasza Terlikowskiego – o ile Judenrat pozwoliłby mu na napisanie takiej apologetycznej powieści – bo na razie lansuje pana mec. Nowaka, co to podobno był molestowany.

Oto jeszcze za czasów rosyjskich, w pewnej parafii proboszcz podejrzewany był o romansowanie z organiściną – „jarą” – jak pisze Siedlecki – kobietą. Organista wszystkiego się domyślał tym bardziej, że raz omal nie przyłapał ich in flagranti. I stało się, że pewnego dnia znaleziono w obejściu trupa organisty, jeszcze ciepłego. Podejrzenia siłą rzeczy skierowały się na proboszcza. Ten co prawda się wypierał, ale został skazany na katorgę w Nerczyńsku. Minęło wiele lat i oto nowego proboszcza w tej parafii wezwano do umierającego. Podczas spowiedzi penitent wyznał, że to on zamordował organistę, z którym miał jakiś sekretny spór. Umierający żył jeszcze kilka dni, więc – nie wiem, czy pod absolucją, czy bez – zeznał wszystko śledczemu. A było tak: kiedy zamordował organistę, nabrał podejrzeń, czy przypadkiem nie zauważył go proboszcz. Poszedł więc do niego, poprosił o spowiedź i podczas spowiedzi wyznał, że to on zamordował organistę, eliminując w ten sposób jedynego możliwego świadka. – Więc byłeś pewien, że ksiądz dochowa tajemnicy – spytał go śledczy? – Przecież jest księdzem – odparł zbrodniarz – ale wychowany w wierze katolickiej. I rzeczywiście; proboszcz doskonale wiedział, kto jest zabójcą, ale nie złamał tajemnicy spowiedzi, czyniąc dla niej ofiarę ze swego życia.

Było to jeszcze za czasów rosyjskich – a jak by było teraz – zwłaszcza gdyby spowiednik był jednocześnie konfidentem ABW, albo innej bezpieczniackiej watahy? Tylko jedno wydaje się pewne; nikt nie zostałby skazany na katorgę w Nerczyńsku, bo teraz nikt, nawet pan prezydent Nawrocki, nie tylko ani myśli o jakichś konszachtach z Putinem, ale nawet drży na samą myśl o spotkaniu z Wiktorem Obanem, który prowadzi politykę samodzielną, z Putinem rozmawia tak samo, jak z prezydentem Trumpem i – ciekawa rzecz – żaden piorun go nie trafił, w odróżnieniu od Andrieja Jermaka, który wolał nawet „pójść na front”, żeby tylko żadna Schwein nie zaczęła go wypytywać, z kim dzielił się forsą.

Z frontu bowiem – o ile oczywiście pan Jermak w ogóle tam trafi, a nie, dajmy na to – cichaczem do Izraela – ostatecznie można zdezerterować, podczas gdy w celi monitorowanej 24 godziny na dobę, to można tylko powiesić się na własnych skarpetkach – w dodatku „bez swojej wiedzy i zgody”.

Historia opowiedziana przez Adama Grzymałę-Siedleckiego przypomniała mi się natychmiast, gdy usłyszałem, że obywatel Tusk Donald wystąpił z nagłym wnioskiem do pana marszałka Czarzastego o utajnienie obrad Sejmu, podczas których obywatel Tusk Donald miał złożyć „pilną informację” na temat „bezpieczeństwa państwa”. Pan marszałek Czarzasty posłusznie obrady utajnił, w związku z czym my, głupie goje, niczego już się nie dowiemy – w odróżnieniu od Judenratu „Gazety Wyborczej”, który przechwala się, że już wie. Czy jednak obywatel Tusk Donald może mieć wobec Judenratu jakieś tajemnice, niechby nawet dotyczące „bezpieczeństwa państwa”, skoro tylko patrzeć, jak wprowadzi prawo o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym bantustanie? Jasne, że wobec Judenratu żadnych tajemnic obywatel Tusk Donald mieć w tej sytuacji nie może – ale Wielce Czcigodni posłowie, związani pieczęcią tajemnicy będą bali sie pisnąć nawet słówko w obawie, by obywatel Żurek Waldemar przy pomocy niezawisłego sądu nie wtrącił ich do aresztu wydobywczego.

W tej sytuacji jesteśmy skazani na domysły – ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się śmiało! Ja na przykład się domyślam, że obywatel Tusk Donald został przez stare kiejkuty poinformowany, że mogą pojawić się śmierdzące dmuchy w związku z pieniędzmi z Amber Gold, które – jak pamiętamy – najpierw zniknęły w nieznanym kierunku, a dopiero potem niezależna prokuratura w znanym na całym świecie z niezawisłości Gdańsku, wszczęła tzw. „energiczne śledztwo”, które niczego ustalić, rzecz prosta, nie mogło. Ale Honorable Correspondants informują, że ta forsa miała zostać zainwestowana w kryptowaluty i to właśnie w Rosji, podobnie jak 15 milionów dolarów, jakie w gotówce otrzymały stare kiejkuty w Ambasadzie Amerykańskiej w Warszawie w nagrodę za stanie na świecy w Starych Kiejkutach, kiedy amerykańscy fachowcy oprawiali tam delikwentów dostarczonych z bazy w Guantanamo.

A skoro już się domyślamy, to czy przypadkiem w kryptowalutach nie została schowana forsa ze szwajcarskiego Sezamu, w którym za komuny Partia i Rząd, to znaczy – bezpieka – lokowała dewizy kradzione przez co najmniej 18 lat z Pewexu? Przykładowo, jednego dnia przesłano tam 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. dolarów. I tak dzień w dzień przez 18 lat! Dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego tego samego dnia do Sejmu w trybie nagłym przybył Aleksander Kwaśniewski – ten sam, co w ostatnim dniu swojego urzędowania ułaskawił Petera Vogla, który tak naprawdę nazywał się Piotr Filipczyński i pod koniec lat 70-tych został skazany na „ćwiarę” – czyli 25 lat więzienia za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem – ale w stanie wojennym, na przepustkę z więzienia, wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmienił nazwisko i został finansistą. To jego w 2008 roku obywatel Tusk lekkomyślnie kazał aresztować, co go omal nie zgubiło, gdyby nie Nasza Złota Pani, która sobie w nim upodobała, podobnie jak Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje.

Otóż pojawiły się fałszywe pogłoski, ze prezydent Putin, zniecierpliwiony wyzywającym zachowaniem Księcia-Małżonka oraz innych tubylczych mężyków stanu, miał zwrócić się do swoich współpracowników o radę, czy w tej sytuacji nie byłoby dobrze te śmierdzące dmuchy wypuścić. Warto przypomnieć, że w informacji o stanie zasobów archiwalnych MSW, jaką 4 czerwca 1992 roku przedstawił parlamentarzystom Antoni Macierewicz, było otwartym tekstem napisane, że przed rozpoczęciem niszczenia archiwów, zostały one zmikrofilmowane co najmniej w 3 kompletach, z których dwa są „za granicą” a jeden – „w kraju”.

A przecież jest rzeczą pewną, że nasi bezpieczniacy nie mają – bo nie mogą mieć – żadnych tajemnic przed rosyjskim GRU tym bardziej, że przecież za poprzedniego vaginetu obywatela Tuska Donalda, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, co to wypączkowała z WSI, podpisała porozumienia z ruską bezpieką. Skoro tedy na Kremlu pojawiły się takie fałszywe pogłoski, to nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald „w trybie pilnym” musiał „pod absolucją”, zawczasu zamknąć usta Wielce Czcigodnym posłom.

Nic też dziwnego, że magdalenkowa zgraja kombinuje, jakby tu wyeliminować ze sceny politycznej formacje nie zatwierdzone ani przez generała Kiszczaka, ani przez stare kiejkuty – oczywiście pod pretekstem siania „nienawiści” i kolportowania kremlowskiej dezinformacji”. Tyle „pozwolono” powiedzieć Księciu-Małżonku – ale sapienti sat!

Dyplomatołectwo obywatela Tuska

Dyplomatołectwo obywatela Tuska

 Stanisław Michalkiewicz 12 grudnia 2025 michalkiewicz.pl/

Zrobię mamie na złość; niech mi ręce zmarzną. Tak w najkrótszych, żołnierskich, a właściwie nie żołnierskich, tylko infantylnych słowach, można podsumować najnowszą ofertę obywatela Tuska Donalda, którą przedłożył niemieckiemu kanclerzowi, Fryderykowi Merzowi. Obywatelu Tusku Donaldu najwyraźniej zaczynają przychodzić do głowy coraz to nowe „koncepcje” – w czym upodabnia się do Kukuńka, któremu w głowie „koncepcje” lęgną się niczym króliki – aż postronny obserwator ma wrażenie gonitwy myśli. Warto jednak dodać, że nie jest to oryginalna „koncepcja” obywatela Tuska Donalda, ani nawet żaden podszept teściowej, która – jak niesie wieść gminna – podobno sztorcuje wszystkich twardzieli w Volksdeutsche Partei. Wszystko bowiem wskazuje na to, iż obywatel Tusk Donald musiał zapatrzyć się na Naczelnika Państwa, a ściślej – nie tyle może na niego, co na Wielce Czcigodnego Arkadiusza Mularczyka, który Naczelnika Państwa w swoim czasie do tej „koncepcji” przekonał.

Można się dziwić sugestii, jakoby obywatel Tusk Donald zapatrzył się akurat na Naczelnika Państwa, z którym przecież – niczym Kargul z Pawlakiem ze znanego serialu „Sami swoi” – toczy nieubłaganą wojnę. Ale już prof Zbigniew Brzeziński w latach 60-tych ubiegłego wieku lansował teorię konwergencji, za co strasznie był krytykowany przez „Trybunę Ludu”. Chodziło o to, że „Trybunie Ludu” nie podobała się ta teoria, bo głosiła ona, iż tkwiące w śmiertelnym zwarciu antagonistyczne mocarstwa: USA i ZSRR, w miarę upływu czasu coraz bardziej się do siebie upodabniają. Dla mełamedów z „Trybuny Ludu” była to herezja pierwszej wody, bo jakże komunistyczny Związek Radziecki mógł się upodabniać do kapitalistycznej Ameryki, albo odwrotnie, kiedy przecież Ameryka porażona była, niczym zarazą, gnijącym kapitalizmem, podczas gdy ZSRR zdobywczym krokiem maszerował ku świetlanej przyszłości? Ciekawe, że te mądrości mełamedów z „Trybuny Ludu” były przedmiotem gorącej wiary części naszego społeczeństwa, które zupełnie nie zwracało uwagi na drobiazg, że zarówno w USA, jak i na tzw. „Zachodzie”, u władzy były partie socjaldemokratyczne, czasami nawet w koalicjach z partiami komunistycznymi.

Odpowiednikiem europejskiej socjaldemokracji jest w USA Partia Demokratyczna, której lewe skrzydło, to wręcz czysta – jeśli taki przymiotnik tu pasuje – komuna. A cóż robiły te socjaldemokracje, gdy były u steru? Ano, wprowadzały tyle socjalizmu, ile tylko mogły. Z kolei w ZSRR, podobnie jak w innych krajach „demokracji ludowej”, gdzie oficjalnie zniesiono ekonomiczną kategorię zysku, mądrale łamały sobie głowy nad wynalezieniem jakiejś kategorii zastępczej – ale bez skutku – i w rezultacie już od lat 70-tych ( a Polska nawet wcześniej, bo już w latach 60-tych) ZSRR musiał kupować w Ameryce zboże, chociaż zajmował jedną szóstą globu ziemskiego. Tedy wbrew oficjalnej propagandzie zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, teoria konwergencji miała solidne podstawy.

Wróćmy jednak do „koncepcji” która wylęgła się w głowie obywatela Tuska Donalda.

Wszystko wskazuje na to, że sprawcą owego wylęgnięcia jest Wielce Czcigodny Arkadiusz Mularczyk, który wpadł na pomysł, by się wylansować na żądaniu od Niemiec reparacji wojennych. Najwyraźniej musiał przekonać do tej „koncepcji” Naczelnika Państwa, który dostrzegł w tym znakomity instrument uwodzenia swoich wyznawców – bo któż by nie chciał wypić i zakąsić za niemieckie pieniądze, otrzymane w charakterze „reparacji”? Takich ludzi jest u nas Legion, toteż nic dziwnego, że Wielce Czcigodny Arkadiusz Mularczyk dostał od Naczelnika Państwa licencję na hulanie po całym świecie. Widząc rezonans, z jakim ta hulanka spotyka się w tak zwanych szerokich kręgach naszego społeczeństwa, obywatel Tusk Donald musiał poczuć kłującą zazdrość tym bardziej, że przecież Stwórca Wszechświata nie tylko dla grzeszników z PiS-u stworzył rzeczy smaczne, ale dla członków Volksdeutsche Partei też. Zatem – cóż to szkodzi, żeby i obywatel Tusk Donald oraz Volksdeutsche Partei też sobie trochę pouwodziła swoich wyznawców „dochodzeniem” reparacji od Niemiec?

To oczywiście nic nie szkodzi – chociaż z drugiej strony obywatel Tusk Donald najwyraźniej musi pamiętać, skąd wyrastają mu nogi. Nie mógł przecież zapomnieć, że to Nasza Złota Pani z Berlina w 2008 roku uratowała go przed katastrofą, załatwiając mu nagrodę im. Karola Wielkiego, co było aluzją, że jeśli ktoś odtąd podniesie rękę na Tuska Donalda, to będzie miał z nią do czynienia. Toteż stare kiejkuty aluzję zrozumiały i nawet się okazało, że nie było żadnej „afery hazardowej”, która zatrzęsła ówczesnym vaginetem obywatela Tuska Donalda. Na wszelki jednak wypadek Nasza Złota Pani mocną ręką przeniosła obywatela Tuska Donald na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego człowieka i europejsa całą gębą. Wprawdzie Nasza Złota Pani kanclerzyną Niemiec już nie jest – ale to nic nie szkodzi, bo teraz w obywatelu Tusku Donaldu upodobała sobie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, no i kanclerz Fryderyk Merz, który dostał go w spadku po swoim poprzedniku Olafie Sholzu. Jak w tej – przyznajmy – delikatnej sytuacji podjąć próbę pouwodzenia swoich wyznawców :domaganiem się” od Niemiec wojennych reparacji?

Obywatel Tusk Donald wykombinował tedy sobie, że on reparacji od niemieckiego kanclerza owszem – zażąda – ale wzorem Kukuńka – „jednocześnie” da mu do zrozumienia, że tak naprawdę żadnych reparacji nie chce. Jakże inaczej wytłumaczyć pogróżkę, że jeśli Niemcy nie wypłacą odszkodowań ofiarom wojny w Polsce, to Polska zrobi to sama, ze swojego budżetu? Podobne to jest do pogróżek meksykańskiej cesarzowej Charlotty, która – po uwięzieniu w Meksyku cesarza Maksymiliana [1867] – przyjechała do Europy i molestowała w Paryżu cesarza Napoleona III, żeby go ratował. Kiedy ten się ociągał, Charlotta zagroziła abdykacją. – Ależ abdykujcie jak najprędzej – wypalił Napoleon III, a wtedy Charlotta zaczęła mu wyrzucać niepewne pochodzenie, dostała spazmów, aż wreszcie zwariowała. Żyła jeszcze bardzo długo; kiedy w 1914 roku wojska niemieckie wkroczyły do Belgii, w jednym z zamków natrafiły na Charlottę, żyjącą w stanie całkowitego obłąkania.

Jestem tedy pewien, że słysząc deklarację obywatela Tuska Donalda, że jeśli Niemcy nie zechcą zadośćuczynić polskim ofiarom wojny, to Polska ich w tym wyręczy, kanclerz Merz musiał całą siłą woli powstrzymywać się od okrzyku – ależ wypłacajcie jak najprędzej! Gdyby wydał z siebie taki okrzyk, popełniłby wobec obywatela Tuska Donalda gruby nietakt, bo każdy by zrozumiał, że tego tylko Niemcom brakowało. Jednak zamilczał roztropnie, co klakierom i pochlebcom obywatela Tuska Donalda w naszym nieszczęśliwym kraju stworzyło możliwość snucia karkołomnych teorii, jak to obywatel Tusk Donald Niemców „zawstydził” i jaki w związku z tym odniósł dyplomatyczny sukces.

Stanisław Michalkiewicz

No i jak tu wątpić w profetyczne zdolności Radia Erewań?

Walka o pokój

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    9 grudnia 2025 michalkiewicz

No i jak tu wątpić w profetyczne zdolności Radia Erewań? Jeszcze za głębokiej komuny zadzwonił tam zaniepokojony słuchacz pytając, czy będzie wojna. Radio Erewań odpowiedziało mu, że wojny oczywiście nie będzie, natomiast rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Dotychczas uważano powszechnie, że to tylko taki dowcip – ale wygląda na to, że właśnie znajdujemy się w przededniu tej metamorfozy – że mianowicie wojen już nie będzie, ale tylko dlatego, że ich miejsce zajmie walka o pokój, w następstwie której nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Oto w dniach ostatnich pojawiły się pogłoski, że Amerykanie opracowali zbawienny plan zakończenia wojny na Ukrainie, Składał się on aż z 28 punktów, wśród których znajdowały się postanowienia, że Ukraina zrzeknie się, chociaż chyba nieformalnie, 20 procent terytorium, aktualnie zajmowanego przez wojska Federacji Rosyjskiej, że porzuci myśl przystąpienia do NATO, że zredukuje armię do 600 tysięcy żołnierzy [hi,hi.. to „redukcja”? md] , nie będzie miała dalekosiężnej broni – i tak dalej i tak dalej.

Wkrótce okazało się, że plan ten, przygotowany ponoć przez pana Witkoffa, nie tylko autoryzował sam prezydent Trump, ale w dodatku wyznaczył prezydentowi Żełeńskiemu termin do 27 listopada, kiedy to w USA jest Święto Dziękczynienia – żeby do tego dnia się oświadczył, czy się zgadza, czy nie. Jeśli by się nie zgodził, to prezydent Trump dał mu do zrozumienia, że może sobie dalej wojować z Rosją, ile dusza zapragnie – ale już bez współpracy wywiadowczej ze strony USA i bez dostaw amerykańskiej broni. Na takie dictum prezydent Zełeński zwrócił się z orędziem do narodu, że stoi on przed alternatywą – albo utracić godność, albo utracić najważniejszego sojusznika.

Ale kiedy wydawało się, że prezydent Zełeński został przyparty do ściany, w sukurs ruszyła mu „Europa” to znaczy – Niemcy, Francja i Wielka Brytania, które pospiesznie urządziły spotkanie w Genewie. Z tego pospiechu, który – jak pamiętamy – jest wskazany tylko w dwóch przypadkach: przy biegunce i przy łapaniu pcheł – zapomniały doprosić obywatela Tuska Donalda. Najwyraźniej musiały uznać, że skoro jest tam nie tylko niemiecki kanclerz Merz, ale i Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, to nie ma co obywatela Tuska fatygować – bo i tak dowie się przecież z gazet, co tam w naszych, to znaczy – polskich sprawach – postanowiono.

A postanowiono, że w Polsce będą stacjonować „myśliwce NATO”. Jakaś dobra dusza wytłumaczyła obywatelu Tusku, że to może być pułapka, bo skoro mowa będzie tylko o „myśliwcach”, to ruscy szachiści zaraz zażądają, by z Polski wycofały się siły lądowe, czy tarcza antyrakietowa – i tak dalej. Tedy obywatel Tusk Donald buńczucznie oświadczył, że „nic o nas bez nas”, a kiedy – jak powiadają – poradził się teściowej, to uznał, ze tego punktu w zbawiennym planie pokojowym „nie ma”. Czy poinformował o tym od razu europejskich jego autorów, czy zrobił to dopiero, gdy w jednej koszuli wylądował na lotnisku w angolańskiej stolicy Luandzie – to nie jest do końca jasne.

Coś jednak mogło być na rzeczy, bo w rezultacie okazało się, że gdy narady nad ostateczną wersją zbawiennego planu pokojowego zaczęły się przeciągać, liczba punktów zmniejszyła się z 28 do 19. Ale ruscy szachiści na Kremlu powiedzieli, że oni tego nowego zbawiennego planu oficjalnie nie znają, więc nie będą komentowali medialnych doniesień na ten temat. Sprawiało to wrażenie, że bardziej odpowiada im pierwotna, amerykańska wersja, niż wersja genewsko-luandyjska – bo chyba tak można nazwać wersję drugą. To by się nawet zgadzało z nader krytycznymi ocenami wersji amerykańskiej, którą pan Jerzy Marek Nowakowski uznał w związku z tym za absolutnie nie do przyjęcia nie tylko przez Ukrainę, ale również – nasz nieszczęśliwy kraj. Najwyraźniej nasz nieszczęśliwy kraj stoi na nieubłaganym gruncie zbawiennego planu genewsko-luandyjskiego.

Dlaczego jednak „Europa” postanowiła przyjść w sukurs Ukrainie? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których chciałbym wskazać na dwie. Oto po ostatniej aferze korupcyjnej na Ukrainie nasiliły się podejrzenia, iż prezydent Zełeński mógł nie tylko patrzeć przez palce na dokazywania tamtejszych parchów-oligarchów, ale że mógł również odpalać część środków, którymi futrowana była Ukraina, swoim europejskim przyjaciołom. Byłoby to nawet zgodne z ewangelicznym nakazem, by „czynić sobie przyjaciół niegodziwą mamoną” – ale nie można wykluczyć, że sprytny prezydent Zełeński mógł pójść nawet krok dalej i w kapowniku pozapisywał nie tylko z kim się forsą podzielił, ale również – gdzie tamten tę forsę schował. To by nawet rzucało światło na skwapliwość, z jaką Książę-Małżonek, jak tylko Timur Mindycz, co to przytulił 100 mln dolarów, uciekł do Izraela, natychmiast zaoferował, że „Polska” przekaże te 100 mln dolarów Ukrainie, żeby przynajmniej w papierach było gites-tenteges.

Druga przyczyna to taka, że od 1990 roku Niemcy i Francja próbują „europeizować Europę” – co mówiąc po chamsku, oznacza cierpliwe i metodyczne wypychanie Ameryki z polityki europejskiej. Niemcy bowiem pamiętają, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Ameryki do europejskiej polityki, przegrały dwie wojny, które przecież mogły wygrać, a z kolei Francja nie może Ameryce darować, że w XX wieku dwukrotnie widziała ją w sytuacji bez majtek. W takich okolicznościach każdy pretekst – niechby nawet i Ukraina – jest dobry, byle prowadził do celu w postaci wspomnianej „europeizacji”.

Co z tego wszystkiego może być? Zwróćmy uwagę, że w miarę przedłużania się dyskusji nad planem pokojowym, liczba punktów zdecydowanie się zmniejsza – a przecież ruscy szachiści jeszcze nawet do dyskusji nie przystąpili. Jaki może być zatem finał? Czy nie taki, że w rezultacie zbawienny plan pokojowy może pojawić się w dwóch alternatywnych wersjach; korzystnej dla Ukrainy i korzystnej dla Rosji. Nie tylko w dwóch wersjach – ale każda z nich będzie zawierała jeden punkt. Wersja korzystna dla Rosji – że Ukraina powinna podpisać bezwarunkową kapitulację, podczas gdy wersja korzystna dla Ukrainy – że bezwarunkową kapitulację będzie musiała podpisać Federacja Rosyjska.

Jak zatem mogą rozwinąć się wypadki? Ano – tylko tak, że wojna na Ukrainie będzie trwała nadal – ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że to jest kontynuacja „wojny” – bo przecież jej celem będzie walka o pokój, to znaczy – o pożądany kształt pokoju. Czyż nie dokładnie to przewidziało Radio Erewań w swojej profetycznej odpowiedzi na pytanie zaniepokojonego słuchacza?

W tej sytuacji powinien chyba zmienić się również nasz emocjonalny stosunek do tej sprawy. O ile bowiem wojnę można i trzeba potępiać i narody miłujące pokój nic innego nie robią, to czyż można potępiać szlachetną walkę o pokój, nawet jeśli w jej następstwie nie pozostanie nawet kamień na kamieniu?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sen o szpadrynie

[dla czytelników, którzy nie używają szpadryny: To kastet. md]

Sen o szpadrynie

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    7 grudnia 2025 michalkiewicz/o/ szpadrynie

Wielce Czcigodnemu Zbigniewowi Ziobrze kwasiżurkowie z niezależnej prokuratury stawiają „zarzuty” i grożą wtrąceniem do aresztu wydobywczego, to III Rzeczpospolita, ukonstytuowana według niepisanej zasady: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – dobiegła końca. Wkraczamy w okres przejściowy, który rządzi się całkiem inną zasadą: jak wy mi tak – to ja wam tak – aż wreszcie nadejdzie Generalna Gubernia, w której będą obowiązywały zasady podyktowane przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje.

Jakby na potwierdzenie tych podejrzeń, po 12 latach zakończył się proces Wielce Dostojnego senatora – obecnie z Volksdeutsche Partei – Krzysztofa Kwiatkowskiego, Niezawisły sąd skazał go za ustawianie konkursów w Najwyższej Izbie Kontroli na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Może obyłoby się i bez tego, ale proces rozpoczął się przed 12 laty, więc już choćby z tego powodu musiał skończyć się wyrokiem skazującym, bo inaczej jakaś Schwein postawiłaby pytania, dlaczego tak długo niewinność senatora nie mogła wyjść na jaw.

Ciekawe, czy teraz Jego Dostojność będzie znowu pyskował przed resortową „Strokrotką” w TVN na temat praworządności – bo przecież przez ostatnie 2 lata prawie nie wychodził ze studia, żeby wszystkich moralizować – czy też Propaganda Abteilung na razie usunie go z linii strzału?

Wygląda bowiem na to, że na odcinku wiodącym do Generalnej Guberni nastąpiło wyraźne przyspieszenie. Pierwszą jaskółką, jaka by na to wskazywała, było zaangażowanie kibiców piłkarskich przeciwko znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze. Ci kibice co i rusz bywają oskarżani, jak nie o handel narkotykami, to o inne rzeczy – ale myślę, że chodzi tylko o te grupy, które nie są kontrolowane i eksploatowane przez stare kiejkuty. Aresztowana jest tylko samowolna konkurencja, podczas gdy konfidenci z tego środowiska są objęci ochronnym parasolem – za co oczywiście muszą się co jakiś czas rewanżować. Oczywiście stare kiejkuty, gwoli lepszego uwiarygodnienia, muszą od czasu do czasu dać im trochę pohulać – i stąd biorą się na stadionach transparenty w rodzaju: „Donald, matole – twój rząd obalą kibole!” – ale to nikomu nic nie szkodzi – bo zarówno stare kiejkuty, jak i obywatel Tusk Donald doskonale wie, że jego vaginet może zostać obalony nie przez żadnych „kiboli”, tylko przez Naszych Sojuszników – jeśli dojdą do wniosku, że tubylczą scenę polityczną trzeba przemeblować, czy nawet – uporządkować totalnie.

Drugą jaskółką zwiastującą przyspieszenie na tym odcinku była narada w Ministerstwie Sprawiedliwości zwołana przez obywatela Żurka Waldemara. Na naradę została zaproszona „Babcia Kasia”, pan Mateusz Kijowski, co to na etapie walki o demokrację został wysunięty przez stare kiejkuty na fasadę Komitetu Obrony Demokracji, a gdy Nasza Złota Pani z Berlina, po fiasku „ciamajdanu” w grudniu 2016 roku, nakazała w roku 2017 rozpocząć walkę o praworządność – został wycofany do tylnych szeregów, a nawet skompromitowany „zarzutami” malwersacji. Wezwanie przez obywatela Żurka Waldemara do Ministerstwa Sprawiedliwości oznacza dla niego polityczne zmartwychwstanie. Podobnie dla uczestniczącej w naradzie pani Marty Lempart, której stare kiejkuty musiały nałożyć cuhalty na otwór gębowy, by bez rozkazu nie kazała „wypierdalać” komu nie trzeba. Wreszcie zaproszony został przedstawiciel „Obywateli SB” pan Paweł Kasprzak, którego Judenrat „Gazety Wyborczej” w roku 2017 uhonorował tytułem „Człowieka Roku” Warto przypomnieć, że to właśnie w lutym tego roku Nasza Złota pani nakazała rozpocząć w naszym bantustanie walkę o praworządność. Ta narada pod egidą obywatela Żurka Waldemara oznacza, że Volksdeutsche Partei dostała z Berlina rozkaz wznowienia operacji „Ulica i Zagranica”, prowadzonej z dużym przytupem w okresie rządów Naczelnika Państwa, którego zdemaskował pan red. Tomasz Fijałkowski z krakowskiej filii Judenratu, czyli „Dygotnika Powszechnego” – że to hasło z roku 1968. Z uwagi na zaproszone na naradę osobistości widać wyraźnie, że w tym pragnieniu uderzenia w czynów stal nie chodzi o sen o szpadzie, tylko co najwyżej – o szpadrynie.

No dobrze – ale po co ta szpadryna? Wyjaśnia tę sprawę projekt uchwały Rady Ministrów, opracowany przez vaginessę ze stajni obywatela Żurka Waldemara, panią Marię Ejchart – ongiś również „Drewnianą” – bo tak tłumaczymy na polski francuskie nazwisko Dubois – której przedmiotem jest walka z „antysemityzmem” oraz „wspieranie życia żydowskiego” w Polsce. Ogólnie chodzi o stworzenie dwóch reżimów prawnych; jednego dla tubylczych gojów, którzy pod pretekstem walki z antysemityzmem, zostaną wziąć za mordę i poddani terrorowi, a z drugiej – systemu przywilejów dla Żydów, których w Polsce tak dobrze, jak jeszcze „nie ma” – ale tylko patrzeć, jak się od nich zaroi.

A dlaczego się zaroi? A dlatego, że wspomniana uchwała ma być wstępem do przystąpienia strony żydowskiej do dochodzenia roszczeń majątkowych dotyczących własności bezdziedzicznej – o której traktuje amerykańska ustawa nr 447. Gwoli wzmocnienia chwytu za mordę, nowym Metropolitą Krakowskim został JEm. Grzegorz kardynał Ryś, który na odcinku teologicznym będzie wbijał parafianom, że antysemityzm jest grzechem śmiertelnym, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, ani na tamtym. W ten sposób mniej wartościowy naród tubylczy zostanie wzięty w kleszcze zarówno na odcinku prawno-karnym, jak i na odcinku religijnym w ramach nowoczesnego sojuszu Tronu i Ołtarza..

Ponieważ wychodzi to naprzeciw skoordynowanym politykom historycznym: żydowskiej i niemieckiej, które zgodnie wytypowały Polskę na zastępczego winowajcę II wojny światowej i koncentrują się na przyprawianiu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu odrażającego wizerunku narodu morderców, jest szansa, że Nasi Sojusznicy, włącznie z tym Najważniejszym, który – mówiąc nawiasem – sprawia wrażenie, jakby pozostawiał Europę Niemcom – nie będą mieli nic przeciwko temu – bo w ten sposób łatwiej będzie tym narodem frymarczyć – a do tego celu nadanie mu quasi-państwowej formy Generalnej Guberni znakomicie pasuje. Najwyraźniej pan prezydent Karol Nawrocki musi wiedzieć już coś, czego my jeszcze nie wiemy – bo właśnie demonstracyjnie odmówił przyjęcia zaproszenia węgierskiego premiera Wiktora Orbana pod pretekstem, że właśnie wrócił on z Moskwy, gdzie rozmawiał z prezydentem Putinem. Najwyraźniej pan prezydent Nawrocki nie jest ciekaw, co też Putin mógł powiedzieć premierowi Orbanowi, bo wystarczą mu komunikaty, jakie ad usum debili rozpowszechnia ukraiński Sztab Generalny i tamtejsze SBU.

Toteż ze zrozumieniem przyjmujemy zapowiedź obywatela Żurka Waldemara, że proces Grzegorza Brauna, co to rozpoczyna się 8 grudnia, musi zakończyć się najpóźniej w marcu pięknym wyrokiem, po którym – co obywatel Żurek Waldemar zapowiedział 30 listopada – powinna nastąpić delegalizacja Konfederacji Korony Polskiej. Bo – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – po co w Generalnej Guberni jakaś „Konfederacja Korony Polskiej”? Gestapo, w które przepoczwarzają się stare kiejkuty – to co innego!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).


[dla czytelników, którzy jakoś nie używają szpadryny: To kastet. md]

Sodomia i gomoria

Sodomia i gomoria

Stanisław Michalkiewicz, „Prawy.pl”   6 grudnia 2025 michalkiewicz

A to ci dopiero siupryza, a to zaskoczenie! Chociaż z drugiej strony żadnego zaskoczenia być tu nie powinno – ale o tym później. Chodzi oczywiście o wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który orzekł, że tak zwane „małżeństwo jednopłciowe”, które zostało zawarte w dowolnym kraju Unii Europejskiej, który takie dziwolągi dopuszcza, musi być „uznane” we wszystkich państwach UE – również tych, które takich dziwolągów nie dopuszczają. Dziwolągów – bo między „małżeństwem”, a związkiem osób tej samej płci zachodzi istotna różnica.

O ile małżeństwo – abstrahując od jego wymiaru metafizycznego – jest umową między mężczyzną i kobietą, obejmującą nie tylko wzajemne świadczenie usług seksualnych – ale również obowiązek opieki nad dziećmi, które w następstwie tych „usług” pojawią się na świecie – o tyle związki jednopłciowe dotyczą TYLKO wzajemnego świadczenia usług seksualnych, z których żadne dzieci – wbrew opinii pani prof. Moniki Płatek z parku jurajskiego, pretensjonalnie nazwanego „Uniwersytetem Warszawskim” – pojawić się nie mogą. Z tego powodu, o ile „państwo” ustanawia dla małżeństwa specjalny status prawny – właśnie ze względu na jego prawdopodobne następstwa, w postaci pojawienia się innych ludzi, wobec których małżonkowie zaciągają bardzo wiele różnych i egzekwowanych przez prawo zobowiązań, o tyle umowy o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych specjalnie „państwa” do tej pory nie obchodziły, bo z nich żadne zobowiązania nie wynikają.

Niestety, obecnie Europa i Ameryka Północna znalazły się w mocy wariatów, których jest tak wielu, że w procesach demokratycznych zaczęli wpływać na systemy prawne, co spowodowało stopniowe zacieranie różnicy między małżeństwem a wspomnianymi umowami o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych, że w końcu doszło nie tylko do uznania takich związków za „małżeństwa” przez niektóre państwa UE, ale do wspomnianego wyroku TSUE. Wyrok ten dotyczy również naszego nieszczęśliwego kraju, który lekkomyślnie ratyfikował traktat akcesyjny do Unii Europejskiej, a następnie – traktat lizboński – bo jacyś polscy obywatele zawarli taki związek gdzieś za granicą – no i teraz Polska powinna również u siebie go uznać i zarejestrować, właśnie jako „małżeństwo”.

Najzabawniejsza jest reakcja naszych dygnitarzy na ten wyrok. O ile obywatel Tusk Donald buńczucznie oświadczył, że żaden TSUE nie będzie nam, to znaczy – Polsce – dyktował, co ma robić – o tyle inni członkowie vaginetu obywatela Tuska Donalda, np. obywatel Żurek Waldemar , który w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę „ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego” twierdzi – podobnie jak Rzecznik Praw Obywatelskich – że „jakoś” musimy to „załatwić”. Skąd biorą się aż tak daleko idące rozbieżności?

Początków należy oczywiście szukać w roku 2003, kiedy to w naszym bantustanie odbywało się referendum w sprawie Anschlussu. Wówczas zwolennicy Anschlussu, to znaczy – zarówno obywatel Tusk Donald, jak i obywatel Kaczyński Jarosław, stręczyli Polakom Anschluss nie tylko dlatego, że Unia miała obsypać Polskę złotem i znowu miało być, jak za Gierka, ale również dlatego – o czym przekonywał wszystkich – być może wskutek skłonności do koloryzowania – JE abp Józef Życiński – że kwestie „światopoglądowe” będą wyłączone z prawa wspólnotowego, tylko regulowane wyłącznie przez prawa krajowe. Był to pogląd ryzykowny, bo 10 lat wcześniej wszedł w życie traktat z Maastricht, który zasadniczo zmienił sposób funkcjonowania wspólnot europejskich. Odszedł od formuły konfederacji, czyli związku suwerennych państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. Nikt zatem nie powinien się tłumaczyć, że nie wiedział co Polakom stręczy – bo za taką ignorancję każdy z tych dygnitarzy powinien zapłacić głową.

No ale stało się i Polska traktat akcesyjny ratyfikowała wskutek czego wszedł on z życie 1 maja 2004 roku. Może nie miałoby to jeszcze tak poważnych następstw, gdyby nie to, że 13 grudnia 2007 roku obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek, który w ówczesnym vaginecie obywatela Tuska również miał fuchę ministra spraw zagranicznych, podpisali w Lizbonie kolejny traktat, tzw. traktat lizboński. Obywatel Tusk przyznał już wtedy, że podpisał go bez czytania.

Skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek też go nie czytał. Podejrzewam również, że posłowie, którzy 1 kwietnia 2008 roku głosowali za ustawą upoważniającą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do ratyfikacji tego traktatu, też go nie czytali. Czy w tej sytuacji prezydent Kaczyński, który 10 października 2009 roku ten traktat ratyfikował, przedtem go przeczytał? A jakże! W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet dzisiaj nasi dygnitarze nie wiedzą, do czego właściwie Polska się zobowiązała i w związku z tym – czy na przykład Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu może nam nakazać respektowanie „małżeństw” jednopłciowych. Takie niestety są konsekwencje wysuwania durniów i bęcwałów do kierowania państwem.

Ale nawet gdyby któryś z nich ten traktat przeczytał, to i tak nie wiedzielibyśmy na pewno, jak jest naprawdę. Chodzi o to, że traktat lizboński ustanawia zasadę przekazania, według której Unia Europejska ma tylko takie kompetencje, które przekażą jej państwa członkowskie. Niestety obok tej zasady traktat lizboński ustanawia również zasadę lojalnej współpracy, która stanowi, że państwo członkowskie musi powstrzymać się przed KAŻDYM działaniem (a więc niezależnie od zakresu kompetencji przekazanych), które m o g ł o b y zagrozić urzeczywistnieniu celów UE. Skutkiem tej zasady jest podważenie zasady przekazania i wypłukiwanie suwerenności z członkowskich bantustanów, bo wystarczy wpisać w kapowniku Komisji Europejskiej, że np. zrównanie umów o wzajemne świadczenie usług seksualnych przez pary jednopłciowe z małżeństwami jest pryncypialnym celem UE – i wszelkie zaklęcia tracą moc. Taki bowiem był w istocie cel traktatu z Maastricht, który w traktacie lizbońskim został tylko skonkretyzowany. Zatem – na pytanie do czego właściwie Polska się w tych traktatach zobowiązała, a do czego nie – jasna odpowiedź udzielona być nie może. Ale takie są właśnie konsekwencje powierzania sterów „dyplomacji” osobom w rodzaju Księcia-Małżonka.

Na tym zresztą nie koniec, bo TSUE w 1964 roku rozpatrywał sprawę Flaminio Costa przeciwko ENEL i wydając wyrok sformułował obowiązującą do dziś zasadę, według której prawo wspólnotowe ma charakter nadrzędny nad prawami krajowymi i to bez względu na rangę ustawy. Oznacza to, że również konstytucja, w której zapisano, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, a nie sodomczyków, czy gomorytek, może dla TSUE nie mieć żadnego znaczenia. Ale o tym trzeba było myśleć najpóźniej w roku 2003, kiedy to zarówno obywatel Tusk Donald, jak i obywatel Kaczyński Jarosław jednomyślnie stręczyli Polakom Anschluss.

Stanisław Michalkiewicz

Wesoły nam dziś dzień nastał!

Wesoły nam dziś dzień nastał!

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    4 grudnia 2025

michalkiewicz

Wprawdzie do Świąt Wielkanocnych jeszcze daleko, ale z warszawskiego Judenratu przy ul. Czerskiej, gdzie mieści się redakcja „Gazety Wyborczej” pod dyrekcją zasłużonego cadyka Michnika Adama, dobiegają już odgłosy pieśni „Wesoły nam dziś dzień nastał”, którym wtóruje z oddali obywatel Terlikowski Tomasz, zawodowy katolik, rzucany przez wspomniany Judenrat na rozmaite odcinki frontu ideologicznego – w zależności od aktualnej potrzeby. „Czy instrument niestrojny, czy muzyk się myli?” – pytał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, opisując koncert Jankiela. Ale „nie myli się mistrz taki” – bo wprawdzie do Wielkiej Nocy jeszcze daleko, ale przecież jest ważny powód, by chórem wyśpiewywać tę starą kantyczkę.

Chodzi oczywiście o decyzję Papieża Leona XIV o podmiance na stanowisku Metropolity Krakowskiego. Dotychczas, ku irytacji Judenratu i jego różnych krakowskich filii, między innymi – tej „ze świętej ulicy Wiślnej” – urząd ten piastował Jego Ekscelencja Abp Marek Jędraszewski. Jak piszą w protokołach policjanci, „cieszył się on złą opinią” w środowiskach postępackich, które oskarżały go że „jątrzy”, że „dzieli”, że „gorszy” a przede wszystkim – że angażuje się politycznie. Zgorszenie płynęło właśnie stąd, bo już Stefan Kisielewski twierdził, że nic tak nie gorszy, jak prawda. Tymczasem JE Abp Jędraszewski wygłaszał rozmaite diagnozy na temat sytuacji zarówno w Kościele, jak i w naszym nieszczęśliwym kraju, wskazując zarazem na przyczyny tego stanu rzeczy. Z tego właśnie powodu krytykowany był za „zaangażowanie polityczne”. Chodzi o to, że angażować się politycznie owszem – można, a nawet trzeba – ale po właściwej stronie, czyli – po tej stronie, którą akurat popiera Judenrat oraz jego krakowskie filie. Tymczasem JE Abp Jędraszewski sprawiał wrażenie, jakby dyrektyw Judenratu nie przyjmował w ogóle do wiadomości. Toteż skończyło się to, jak skończyć się musiało; donosy oraz żarliwe modlitwy środowisk postępackich, a także kierowane przez nie akty strzeliste, w końcu przeborowały sobie dostęp do Jego Świątobliwości Leona XIV, który dokonał stosownej podmianki na stanowisku Metropolity Krakowskiego posyłając tam Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia, dotychczas zarządzającego Archidiecezją Łódzką.

Jego Eminencja już w pierwszych, żołnierskich słowach oznajmił, jakiego Kościoła sobie w Krakowie nie życzy. A więc – nie życzy sobie Kościoła, który nie byłby „misyjny”, dalej – nie życzy sobie Kościoła, który nie były „otwarty” oraz – że nie życzy sobie Kościoła, który nie byłby „miłosierny”. Musimy sobie te słowa rozebrać z uwagą, bo na Krakowie się pewnie nie skończy, jako że Judenrat swoim zasięgiem obejmuje cały nasz nieszczęśliwy kraj, instruując postępactwo w każdym regionie. Niezależnie od Judenratu nowe prądy będą rozpowszechniali wśród ludu również ojczykowie, między innymi przewielebny pater Gużyński, który też dał wyraz swojej wielkiej radości z powodu krakowskiej podmianki.

Cóż zatem znaczy, że w Krakowie pod rządami Jego Eminencji będziemy mieli do czynienia z Kościołem „misyjnym”? Tę wizję musimy rozpatrywać w kontekście projektu uchwały Rady Ministrów, przygotowanym przez vaginessę Marię Ejchart z vaginetu obywatela Tuska Donalda, której przedmiotem jest walka z „antysemityzmem” oraz „wspieranie życia żydowskiego” w naszym bantustanie do roku 2030. O ile vaginet obywatela Tuska Donalda będzie zwalczał antisemitismus na odcinku prawno-karnym i politycznym, to Jego Eminencja będzie tę walkę uzupełniał na odcinku teologicznym – że antisemitismus to również grzech śmiertelny, który – nie wiadomo czy może zostać odpuszczony – zarówno na tym świecie, jak i na tamtym. I kiedy już nasz mniej wartościowy naród tubylczy zostanie zarówno przez „tron”, jak i „ołtarz” wzięty za twarz, Żydowie przystąpią do realizacji roszczeń majątkowych dotyczących własności bezdziedzicznej, o których mówi amerykańska ustawa nr 447. Jak widzimy, jest to nie tylko „misja” ale w dodatku – misja delikatna wymagająca umiejętnego łączenia nie tylko Nieba i Ziemi, nie tylko „Tronu” i „Ołtarza” ale również – nowojorskiej Ligi Antydefamacyjnej, która – jak wiadomo – ma ostatnie słowo w kwestii, co jest antysemityzmem, a co nim nie jest. Antysemityzm, to jest zbyt poważna sprawa, by Żydowie pozostawili ją głupim gojom – niechby nawet utytułowanym – jak na przykład Jego Eminencja.

Druga sprawa, to Kościół „otwarty”. Cóż to może znaczyć? A cóż by innego, jak zakaz wykluczania z Kościoła kogokolwiek – a skoro kogokolwiek, to również Szatana? Jak długo jeszcze można tolerować sytuację, kiedy Szatan, słysząc rozmaite egzorcyzmy, czy deklaracje wyrzeczenia nie tylko jego, ale i wszystkich jego spraw, musi cierpieć niewymowne katiusze? Jasne że temu wykluczeniu, tej karygodnej stygmatyzacji, trzeba jak najszybciej położyć kres tym bardziej, że ten proces jest już dość zaawansowany – co zauważył jeszcze JŚ. Paweł VI – że „swąd Szatana” przez jakąś „szczelinę” jednak przedostał się do „Świątyni Pańskiej”. Kościół „otwarty” oznacza, że nikt już nie będzie musiał przeciskać się przez jakieś „szczeliny”, tylko wejdzie sobie przez szeroko otwarte wielkie drzwi.

No i wreszcie – Kościół „miłosierny”. Tu sytuacja jest jasna; chodzi nie tylko o otwarcie drzwi, jak w przypadku Szatana – ale również o przygarniecie zarówno „kobiet” z „rozdziwaczoną” – jak mawiał marszałek Piłsudski – płcią, ale również – sodomczyków, gomorytek oraz osób „trans”. Nie tylko o „przygarniecie” ale również – o zapewnienie im w Kościele stosownego miejsca, w którym mogliby pielęgnować swoją „dumę”, bez obawy, że jacyś fanatycy, jacyś fundamentaliści, będą ich wytykać nieubłaganym palcem. Myślę, że w związku z tym, dotychczasowy „Nowy Testament” trzeba będzie zastąpić „Najnowszym Testamentem”, nad którym – jak sądzę – prace już trwają, w ramach „synodalności”. Jestem pewien, że ten „Najnowszy Testament” zostanie oczyszczony z rozmaitych anachronizmów, które przez jakieś niedopatrzenie się tam zaplątały.

W związku ze wspomnianą podmianką na stanowisku Metropolity Krakowskiego, pojawiły się też fałszywe pogłoski, jakoby biskupem pomocniczym Metropolii Krakowskiej miała zostać Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska. Si non e vero e ben trovato i to aż z trzech powodów – a wiadomo, że omne trinum perfectum.

Po pierwsze – Wielce Czcigodna ma pierwszorzędne korzenie, więc byłby to widoczny znak, że o żadnym sprośnym antisemitismusie mowy być nie może. Po drugie – w papierach ma, że jest kobietą – więc przy tej okazji załatwiona zostałaby fundamentalna kwestia kobieca w Kościele – co przecież od czegoś trzeba zacząć, a skoro tak, to dlaczego nie od uczynienia Wielce Czcigodnej Anny Marii Żukowskiej biskupem pomocniczym krakowskim? Jestem pewien, że Jego Eminencja nie miałby nic przeciwko temu. Po trzecie wreszcie – Wielce Czcigodna utrzymuje, że mogłaby z każdym, to znaczy – „z każdom pcią”. Czegóż chcieć więcej?

Stanisław Michalkiewicz

Ustawka sejmowa – i kolejowa

Ustawka sejmowa – i kolejowa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    2 grudnia 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5939

Nie ma przypadków – są tylko znaki – mawiał przewielebny ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

I rzeczywiście – w sobotę 15 listopada w okolicy przystanku kolejowego Mika na trasie Warszawa-Lublin, miejscowi ludzie słyszeli w godzinach wieczornych bardzo głośny wybuch, od którego „zatrzęsła się ziemia” – a w każdym razie zadrżały szyby w oknach i kieliszki w kredensach. Następnego ranka, kiedy już okolica zaroiła się od „służb” – jawnych, tajnych i dwupłciowych, a także w poniedziałek – kiedy na miejsce przybył obywatel Tusk Donald z asystą – okazało się, że miał miejsce „akt dywersji” inspirowany oczywiście przez złowrogiego Putina. Dywersja polegała na ubytku szyny, który – jak się okazało – nie przeszkodził temu, by po poddanym dywersji torze przejechały co najmniej cztery pociągi. Co najmniej – bo bardziej optymistyczne wersje wydarzeń mówią o ośmiu, a nawet – o 12 pociągach. Jak tam było, tak tam było; zawsze jakoś było, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – mawiał dobry wojak Szwejk.

Kiedy tylko obywatel Tusk Donald odwiedził miejsce dywersji, natychmiast spenetrował prawdę, że jej inspiratorem był rosyjski prezydent Putin,. Było to łatwe tym bardziej, że koło toru znaleziony został telefon komórkowy jednego ze sprawców z odciskami palców, po których ustalono jego tożsamość. Okazał się on „obywatelem Ukrainy”, który nawet za dywersję był skazany przez sąd we Lwowie, ale wcale mu to nie przeszkodziło, by w towarzystwie innego „obywatela Ukrainy”, tym razem „z Donbasu”, przez Białoruś przyjechać do Polski, a po dokonaniu aktu dywersji, bez przeszkód, przez przejście graniczne w Terespolu, wrócić na Białoruś.

Bardziej optymistyczne wersje, mające cechy fałszywych pogłosek utrzymywały, albo że obywatel Tusk Donald znalazł przy torach również paszport Władimira Putina, który miał się przebrać za dwóch „obywateli Ukrainy” albo – że w telefonie komórkowym, oprócz odcisków palców, było również pisemne zobowiązanie „obywatela Ukrainy” do współpracy z GRU, opatrzone pseudonimami oraz klauzulą stosowaną i w Polsce, że współpracy tej podjął się on „bez swojej wiedzy i zgody”.

W związku z tym aktem dywersji obywatel Tusk Donald zapowiedział zarządzenie stanu podwyższonej gotowości, a po całonocnej naradzie w gronie ministrów swego vaginetu, odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne i naszą niezwyciężoną armię, podał w Sejmie informację o dywersji. Tak się złożyło, że tego samego dnia Sejm dokonał roszady na stanowisku marszałka. Nowym marszałkiem został Wielce Czcigodny Włodzimierz Czarzasty, podczas gdy dotychczasowy marszałek, Wielce Czcigodny Hołownia Szymon, został wicemarszałkiem. Ta podmianka nastąpiła w rezultacie ustawki, nazwanej elegancko „umową koalicyjną”, więc czy można się dziwić, że ta sejmowa ustawka zbiegła się z ustawką kolejową?

Gangi handlują stołkami

Warto zwrócić uwagę, że sejmowa ustawka Wielce Czcigodnego Czarzastego Włodzimierza z Wielce Czcigodnym Hołownią Szymonem miała swój precedens i to w dodatku – w Rosji – z udziałem zimnego ruskiego czekisty Putina i jego zaufanego kolaboranta, Dymitra Miedwiediewa. Kiedy Władimir Putin w 2008 roku kończył swoją drugą kadencję, „partie polityczne przedstawiły mu kandydaturę Dymitra Miedwiediewa” na kolejnego prezydenta Rosji, a prezydent Putin ten pomysł „poparł”. Toteż Dymitr Miedwiediew w marcu 2008 roku wygrał te wybory już w pierwszym głosowaniu, podobnie, jak Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz wygrał w cuglach głosowanie na marszałka.

Zaraz tedy ogłosił, że nowym szefem Kancelarii Sejmu mianuje pana Marka Siwca, tego samego, co to na polecenie prezydenta Kwaśniewskiego, całował Ziemię Kaliską. Czy to przypadek, czy jednak znak? Nieomylny to znak, że stare kiejkuty ze swojego skarbca wydobywają „rzeczy stare i nowe” – i że te „stare” – po wywietrzeniu z naftaliny – będą się prezentowały, jak nowe. Jakże bowiem nie pamiętać, że zarówno Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz, jak i Siwiec Marek, a nawet sam Kwaśniewski Aleksander (pseudonim operacyjny „Alek”), pochodzą z tej samej stajni, którą stare kiejkuty nazwały „Ordynacka”?

Okazuje się, że kontynuacja jest większa, niż mogłoby się po tylu latach III Rzeczypospolitej wydawać, nawet jeśli wziąć pod uwagę przerywniki w postaci epizodów „dobrej zmiany”, reprezentowanej przez kolaborantów Naczelnika Państwa Kaczyńskiego Jarosława. Warto dodać, że ci kolaboranci – podobnie jak i tamci – też legitymowali się dyplomami – ale nie Kolegium Tumanum, którego tak się wstydzi obywatel Hołownia Szymon – tylko – Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA. Naród Polski tylko takich bowiem kocha, tylko takim ufa i tylko takim złoży w ręce swoje losy – chyba, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nakaże starym kiejkutom przedstawić Narodowi Polskiemu nowych kandydatów na Jasnych Idoli.

Wracając do zimnego ruskiego czekisty Putina, to prezydent Dymitr Miedwiediew 8 maja 2012 roku, na podstawie „umowy koalicyjnej” taktownie ustąpił miejsca Władimiru Putinu, który – jako nowy prezydent – odstąpił mu funkcję premiera, podobnie, jak Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz odstąpił Wielce Czcigodnemu Hołowni Szymonowi stanowisko wicemarszałka Sejmu. Od razu widać, z czego czerpiemy inspiracje, nie tylko do ustawek sejmowych – ale również i tych kolejowych.

Co wybuchło i gdzie?

Obywatel Tusk Donald tak szybko spenetrował prawdę na odcinku kolejowej dywersji w obrębie przystanku Mika, dzięki energicznemu działaniu „służb”. Skoro obywatel Tusk Donald tak mówi, to oczywiście nie wypada zaprzeczać. Inna sprawa, że nie ma co temu zaprzeczać. Przeciwnie – warto tę wersję rozwinąć w ten sposób, że „służby” nie tylko spenetrowały prawdę o „dywersji”, ale same ją przygotowały. Świadczą o tym rozmaite poszlaki, które przez niedopatrzenie przedostały się do publicznej wiadomości.

Po pierwsze – wybuch. Jak zgodnie zeznają świadkowie, był on bardzo głośny, więc powinien pozostawić po sobie jakieś ślady. Tymczasem nigdzie nie ma żadnych śladów wybuchu. Ani na torze kolejowym, z którego został odłupany kawałek szyny – ale nie widać, by cokolwiek zostało wysadzone, z betonowymi podkładami włącznie, które leżą sobie spokojnie na swoim miejscu, ani nawet nie ma śladów leja na żwirowej podsypce, która leży sobie równiutko, podczas gdy wybuch, zwłaszcza tak potężny, powinien ją rozrzucić na cztery strony świata, nie mówiąc już o wygięciu szyn. „Już tydzień przy skręconych szynach brzuchami świecą parowozy” – pisał proletariacki poeta o wysadzaniu pociągów podczas niemieckiej okupacji. A tu szyny proste, jak drut, a nawet – jak „Histadrut” – czyli Federacja Pracowników Ziemi Izraela – do której Polacy będą już wkrótce musieli się zapisywać – jak za pierwszej komuny do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Co z tego wynika? Ano to, że to nie żadni „dywersanci” spowodowali wybuch – tylko bezpieka – i to tak, żeby było dużo hałasu – ale żeby niczego nie uszkodzić.

Po drugie – „obywatele Ukrainy”. Otóż przypuszczam, że żadnych „obywateli Ukrainy” nie było, a całą operację przeprowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widać to po partaninie – że nie zadbano o pozostawienie śladów wybuchu – chyba, że szefowie ABW otrzymali od obywatela Tuska Donalda rozkaz – wiecie, rozumiecie, zróbcie dywersję, ale tak, żeby nie było ani żadnych ofiar, ani szkód. Toteż Abewiaki gdzieś tam rzuciły wiązkę petard i huku było, ile dusza zapragnie.. Skoro tedy obywatel Tusk Donald zdybał przy torach telefon komórkowy z odciskami palców, po których zidentyfikowano „sprawcę”, to nieomylny to znak, że ten telefon, został tam obywatelu Tusku podrzucony – żeby i on miał udział w zdemaskowaniu „dywersji”.

Po trzecie wreszcie – „obywatele Ukrainymimo sądowej kondemnatki jednego i spenetrowania miejsca pochodzenia drugiego – że on „z Donbasu” – wjeżdżają sobie jak gdyby nigdy nic z Białorusi do Polski, a potem tą samą drogą sobie, jak gdyby nigdy nic wracają, przez nikogo nie niepokojeni – bo dopiero po wszystkim Książę-Małżonek nie tylko zamknął rosyjski konsulat w Gdańsku, ale też – ryzykując strefienie się – wystąpił do znienawidzonego Mińska o wydanie „dywersantów”. Jestem pewien, że Mińsk udzieli Księciu-Małżonku odpowiedzi wymijającej z tego prostego powodu, że żadnych „obywateli Ukrainy” nie ma, ani nigdy nie było – że zostali oni od samego początku wykreowani przez prawdziwych wykonawców „dywersji”.

Is fecit cui prodest

No dobrze – ale po co właściwie ABW dostała od obywatela Tuska Donalda rozkaz, by urządzić „dywersję”? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy odwołać się do starożytnej sentencji: is fecit cui prodest” co się wykłada, że zrobił ten, kto skorzystał. A nie da się ukryć, że najbardziej na tej dywersji skorzystał vaginet obywatela Tuska Donalda.

Po pierwsze – vaginet dostał po nosie od pana prezydenta Karola Nawrockiego – i to aż dwa razy. Za pierwszym razem – przy okazji odmowy promowania 136 oficerów służb z powodu odmowy dostarczania przez nie panu prezydentowi informacji niedotyczących bezpieczeństwa państwa. Pan prezydent Nawrocki powiedział to otwartym tekstem – a jest to przecież oskarżenie szefów bezpieki o spisek przeciwko państwu, którego inspiratorem może być sam obywatel Tusk Donald – jeśli inicjatywa wyszła od niego. W sytuacji, gdy prokuratura i sądy opanowane są przez kwasiżurków, to oskarżenie nie jest niebezpieczne – ale potencjalnie – jak najbardziej.

Na domiar złego pan prezydent odmówił też awansowania 46 sędziów, którzy w przeszłości podpisywali różne agitacyjne adresy – co zresztą zapowiadał – że takich warchołów awansował nie będzie. Vaginet wprawdzie uruchomił dyżurnych propagandzistów w rodzaju pana prof. Andrzeja Zolla, czy pana prof. Matczaka – ale ci tylko się ośmieszyli, lansując pogląd, że prezydent musi podpisywać wszystko, co kwasiżurki podsuną mu do podpisu. Gdyby pan prof, Matczak napisał na ten temat piosenkę rapową, to byłoby jeszcze śmieszniej – ale tylko trochę.

Zresztą to jeszcze nic w porównaniu z aferą korupcyjną na Ukrainie. Niejaki Timur Mindicz, jeden z najbliższych kolaborantów prezydenta Żełeńskiego, co to przytulili sobie co najmniej 100 mln dolarów – a to może być tylko wierzchołek góry lodowej – uciekł z forsą do Izraela przez Polskę, gdzie nie tylko się nie konspirował, ale nawet ostentacyjnie uczestniczył w nabożeństwie w warszawskiej synagodze sekty Chabad Lubawicz – tej samej, co paliła chanukę w Sejmie, która zgasił Grzegorz Braun.

Skłania to do postawienia kilku pytań – po pierwsze – czy to przypadkiem nie prezydent Zełeński ostrzegł Timura Mindicza, że „wszystko wykryte” – po drugie – czy zrobił to bezinteresownie, tylko przez wzgląd na starą przyjaźń i „korzenie” – czy też miał w tym interes – dzięki czemu – po trzecie – również nasza bezpieka przymknęła oczy na obecność pana Timura w Polsce – i ewentualnie – po czwarte – ile z tych 100 mln dolarów sobie sprywatyzowała i z kim się tą forsą podzieliła? Precedensy bowiem są.

Wszyscy pamiętamy, jak to stare kiejkuty podjęły się udostępnienia ośrodka szkoleniowego w Starych Kiejkutach, do torturowania delikwentów, przywożonych samolotami z amerykańskiej bazy w Guantanamo na lotnisko w Szymanach, skąd byli przewożeni do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści ich oprawiali, a nasze stare kiejkuty stały na świecy, pilnując, by nikt nim nie przeszkadzał – za co zostały wynagrodzone sumą 15 mln dolarów w gotówce, która w tekturowych kartonach przekazano im w amerykańskiej ambasadzie. W takiej sytuacji całkiem możliwe byłoby, żeby nawet Putin, zamiast wysyłać do Polski swoich dywersantów, zwyczajnie wynajął ABW, żeby przeprowadziła tu dywersje. Nie jest to pomysł oryginalny; amerykański literat Józef Heller opisał ten mechanizm w „Paragrafie 22”. Mielibyśmy wtedy kolejny spisek przeciwko państwu.

Wreszcie – bankructwo Narodowego Funduszu Zdrowia. Ta biurokratyczna struktura powstała w roku 2001, kiedy to okazało się, że premier Miller nie może powyrzucać z Kas Chorych członków zaplecza politycznego koalicji AWS-UW, którzy znaleźli się tam w następstwie wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka, której celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym dla swoich faworytów. Tedy premier Miller rozwiązał Kasy Chorych i na ich miejsce utworzyć kazał NFZ, żeby jego faworyci te synekury sobie obsadzili i mogli sobie wypić i zakąsić.

Nazywało się to, że „pieniądze idą za pacjentem”. Może i idą – ale w takiej odległości, że kontakt nie tylko wzrokowy, ale wszelki – został już dawno bezpowrotnie zerwany. Teraz tylko Konfederacja nawołuje na puszczy, by pieniądze szły nie „ZA” pacjentem – ale razem z nim, to znaczy – żeby państwo nie konfiskowało obywatelom 83 proc. rocznego dochodu, tylko najwyżej 20 – a wtedy żadne NFZ-ty nie byłyby nikomu potrzebne.

Temu jednak zgodnie sprzeciwiają się obydwa antagonistyczne gangi – zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS. No a teraz NFZ zbankrutował i nawet teściowa obywatela Tuska Donalda nie ma na to żadnego remedium. W tej sytuacji „dywersja kolejowa” była niczym dar Niebios dla znękanego vaginetu – toteż nic dziwnego, że ABW dostała rozkaz, by ją zorganizować.

Warto dodać, że obywatel Tusk Donald obiecuje sobie po tej dywersji znacznie więcej, niż tylko odwrócenie uwagi opinii publicznej np. od bankructwa NFZ. Zapowiada wzięcie wszystkich za twarz w ramach”alertu” , w ramach walki z „kremlowską dezinformacją” – a „kremlowską dezinformacją” jest wszystko, czego by stare kiejkuty nie zatwierdziły do wierzenia, a co kolportują funkcjonariusze Propaganda Abteilung ze stacji „Tu Jedynka” i z innych – a w perspektywie czeka nas przecież „wspieranie żydowskiego życia” w Generalnej Guberni i walka z antysemityzmem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Jak wy mi tak – to ja wam tak!

Jak wy mi tak – to ja wam tak!

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    30 listopada 2025 michalkiewicz

Wprawdzie Niebo zesłało vaginetowi Obywatela Tuska Donalda kolejową dywersję – ale cóż z tego, gdy vaginet, zamiast zagospodarować ją po gospodarsku, zwalił wszystko na Putina, który miał wyręczyć się dwoma ”obywatelami Ukrainy”, co to czmychnęli na Białoruś i ślad po nich zaginął? Wprawdzie niezależna prokuratura co i rusz zatrzymuje jakichś delikwentów w desperackiej nadziei, że któryś coś chlapnie i będzie można mu postawić „zarzuty” – ale zdaje się, że nic z tego nie będzie i w tej sposób dar Niebios zostanie zmarnotrawiony. A przecież można było przypisać sprawstwo kierownicze jak nie panu prezydentowi Nawrockiemu, to Grzegorzowi Braunowi, jak nie Grzegorzowi Braunowi, to Robertowi Bąkiewiczowi.

Niestety tak się nie stało i w rezultacie, w ramach nowej formuły funkcjonowania polskiej państwowości po zakończeniu etapu III RP, trzeba otwierać nowe fronty walki, zgodnie z formułą: jak wy mi tak – to ja wam tak – według której funkcjonuje obecnie nasz bantustan, zanim przepoczwarzy się w Generalne Gubernatorstwo. I w ramach tej nowej formuły, nowy marszałek Sejmu, obywatel Czarzasty Włodzimierz, nie tylko zakazał wyszynku alkoholu w sejmowych restauracjach, ale proklamował „veto marszałkowskie”, jako retorsję wobec pana prezydenta Nawrockiego, który nie tylko wetuje ustawy wymyślane przez vaginet obywatela Tuska Donalda, ale również zasypuje Sejm własnymi projektami. „Veto marszałkowskie” ma polegać na tym, iż obywatel Czarzasty Włodzimierz sam będzie decydował, czy prezydencki projekt w ogóle pokazywać Sejmowi, czy jako „szkodliwy” – od razu wrzucić do kosza. Co prawda konstytucja żadnego „veta marszałkowskiego” nie przewiduje, zaś regulamin Sejmu nakazuje marszałkowi poddawać projekty pod obrady Sejmu – ale kto by się tam przejmował takimi głupstwami, kiedy właśnie kwasiżurkowie nasilają walkę o praworządność?

Jakby tego było jeszcze mało, to w dniach ostatnich złowrogi Grzegorz Braun pojechał do Oświęcimia, gdzie na obozowym żwirowisku, na którym ongiś Kazimierz Świtoń próbował obrony krzyża, usiłował zorganizować „zgromadzenie” – ale policja mu nie pozwoliła i usunęła „zgromadzenie” poza obręb eksterytorialnego Auszwicu. A „zgromadzenie” zostało zwołane celem poinformowania opinii publicznej i zarazem wyrażenia sprzeciwu wobec projektu uchwały Rady Ministrów o zwalczaniu antysemityzmu i „wspieraniu życia żydowskiego” w Polsce, której podjęcie nakazała jeszcze premierowi Morawieckiemu Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Jak się okazuje, na obecnym etapie Niemcy nie tylko sami noszą Żydów na rękach, ale również nakazują to samo w całej Rzeszy, a zwłaszcza – w Generalnej Guberni. W Generalnej Guberni bowiem Żydowie tak czy owak muszą być na pierwszym planie – jak nie jako ofiary holokaustu, to jako Herrenvolk, któremu głupie goje mają „wspierać życie”. Toteż projekt uchwały Rady Ministrów, z jednej strony przewiduje srogie kary dla głupich gojów za antisemitismus i „mowę nienawiści”, a z drugiej – przywileje dla Żydów, wobec których mniej wartościowy naród tubylczy ma pełnić rolę służebną – podobnie jak wobec narodu ukraińskiego. Wystąpienie Grzegorza Brauna spotkało się z pryncypialnym potępieniem wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – a wszystkich przelicytował obywatel marszałek Czarzasty Włodzimierz, zapowiadając, że nigdy-przenigdy Grzegorza Brauna do Sejmu nie wpuści.

Ale od czego są Żydowie – od których – jak powtarzał król Stanisław August, ilekroć udało mu się uzyskać pożyczkę u jakiegoś lichwiarza – „przychodzi zbawienie?” Jeszcze nie ucichły echa wystąpienia Grzegorza Brauna, a już instytut Yad Waszem ogłosił, że „Polska” była pierwszym na świecie krajem, który nakazał Żydom noszenie specjalnych opasek. Okazuje się, że instytut Yad Waszem nie zauważył takiego słonia w menażerii, że to nie żadna „Polska” nakazała Żydom noszenie opasek, tylko władze Generalnej Guberni, utworzonej 26 października 1939 roku specjalnym postanowieniem wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera.

Trudno się jednak temu dziwić; skoro Niemcy na obecnym etapie nie tylko same noszą Żydów na rękach, ale w dodatku rozciągają ten rozkaz na całą Rzeszę, to jasne, że Żydowie jakoś chcą się Niemcom za to odwdzięczyć. Inna sprawa, że o ile na obecnym etapie Niemcy nie dadzą się nikomu wyprzedzić w gorliwości, o tyle, gdyby pewnego dnia padł inny rozkaz, to też nie daliby się nikomu w gorliwości wyprzedzić. Ale Książę-Małżonek nie posiadał się z oburzenia na tę deklarację Yad Waszem tym bardziej, że zaledwie dzień wcześniej zadeklarował, iż „Polska” przekaże Ukrainie 100 milionów dolarów – dokładnie tyle, ile ukradły i chyba schowały w Izraelu tamtejsze parchy-oligarchy, Timur Mindycz i Aleksander Cukierman – a tu taki casus pascudeus! Skoro jednak jeszcze pan Łukasz Jasina, rzecznik warszawskiego MSZ, jeszcze za ancien regime`u ogłosił, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego”, to trudno; jak pan każe – sługa musi.

A skoro już jesteśmy przy Ukrainie, to koniecznie trzeba oddać sprawiedliwość Radiu Erewań, które rzeczywiście musiały wspierać proroctwa, kiedy na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna – odpowiedziało, że wojny oczywiście nie będzie, za to rozgorzeje taka walka po pokój, ze nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Jak wiadomo, amerykański prezydent Donald Trump ogłosił 28-punktowy plan zakończenia wojny na Ukrainie i wyznaczył prezydentowi Zełeńskiemu termin do 27 listopada, żeby ten plan przyjął, bo jak nie, to niech sobie wojuje z Rosją do ostatniego Ukraińca – ale już bez amerykańskiego wsparcia wywiadowczego i amerykańskich dostaw broni. Przerażony prezydent Zełeński wygłosił nawet dramatyczne orędzie do narodu, że musi wybrać między „utratą godności”, a utratą najważniejszego przyjaciela – ale Niemcy i Francuzi, co to od 1990 roku próbują realizować koncepcję „europeizacji Europy”, czyli stopniowego wypychania Ameryki z polityki europejskiej, natychmiast wykorzystały okazję by w Genewie wykombinować alternatywny plan pokojowy.

O ile plan amerykański był uważany za korzystny dla Rosji, to plan europejski jest niewątpliwie korzystny dla Ukrainy. Czy którykolwiek z tych planów zostanie w tej sytuacji wprowadzony w życie – trudno powiedzieć – ale o ile amerykański plan pokojowy może zostać potraktowany z zainteresowaniem przez Rosję, to plan europejski zostanie przyjęty z zainteresowaniem przez Ukrainę. W tej sytuacji wojna na Ukrainie będzie toczyła się nadal, ale będzie ona miała odtąd wszystkie cechy walki o pokój – no bo jej przedmiotem będzie wybór między jednym, a drugim planem pokojowym. W rezultacie może tam nie zostać nawet kamień na kamieniu, co jest jeszcze jedną ilustracją poglądu, że z wielkich idei mogą zrodzić się wielkie nieszczęścia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Naiwne to – ale winne

Naiwne to – ale winne

Stanisław Michalkiewicz  29 listopada 2025 michalkiewicz

Ino te ciarachy tworde; trza by stoć i walić w morde” – wtrąca się do rozmowy Pana Młodego z Księdzem w „Weselu” Wyspiańskiego Panna Młoda. Ksiądz zaskoczony – więc Pan Młody delikatnie wyjaśnia żonie:” Ależ duszko, tu się mówi o „kościelnej dostojności!” – więc Panna Młoda, trochę speszona, powiada: „Jo myślała, ze co inne” – co uspokojony Ksiądz kwituje: „Naiwne to i niewinne”.

W ramach zagospodarowywania kolejowej dywersji na Kolei Nadwiślańskiej na dystansie Życzyn -Dęblin w rejonie przystanku kolejowego Mika, obywatel Tusk Donald przybił piątkę, niczym Marcin Luter swoje tezy na drzwiach katedry w Wirtemberdze. Chodzi oczywiście o pięć zasad, których powinien przestrzegać każdy obywatel, pragnący zostać „odpowiedzialnym państwowcem” – oczywiście według wyobrażeń folksdojczów na ten temat.

Oto i one. Pierwsza zasada – nie atakuj polskich służb i polskiego wojska. Nietrudno się domyślić, o co tu obywatelu Tusku Donaldu chodzi. Rzecz w tym, że po trochę – co tu ukrywać – partackiej dywersji kolejowej, pojawiły się podejrzenia, że żadnej „dywersji” nie było, tylko obywatel Tusk Donald, nie wiedząc, jak zatuszować bankructwo NFZ, z którym nawet jego teściowa nie potrafi się uporać, nakazał „służbom”, to znaczy – zdolnej do wszystkiego Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnemu Biuru Śledczemu Policji zorganizowanie „dywersji” – ale tak, żeby ani nie było żadnych ofiar, ani większych szkód materialnych. Sprawstwo zostało przypisane dwóm „obywatelom Ukrainy”, którzy w zagadkowy sposób mieli przedostać się na terytorium naszego bantustanu, a po taktownym wykonaniu „dywersji” – ewakuować się na Białoruś przez przejście graniczne w Terespolu.

Podejrzewam, że żadnych ”obywateli Ukrainy” nigdy nie było, w czym utwierdza mnie tempo, w jakim ABW ustaliła ich personalia, chociaż – jak się okazało – nie dysponowała „wizerunkami”. Podejrzewam, że wszystko wykonały „służby tubylcze” o czym świadczy zarówno partanina, jak i brak ofiar oraz szkód. Podobnie było z operacją „Menora”, jaką ABW prowadziła w roku bodajże 2012 przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie. Planowaliśmy coś tak okropnego na rocznicę powstania w Getcie, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w tajemnicy i tylko energiczna akcja ABW zapobiegła nieszczęściu.

Przypuszczam, że prawdziwe w tym wszystkim były tylko pieniądze, jakimi abewiaki się podzieliły w nagrodę za udaną operację – podobnie jak stare kiejkuty, co to dostały od Amerykanów 15 mln dolarów w gotówce za stanie na świecy w Starych Kiejkutach, żeby nikt nie przeszkadzał amerykańskim fachowcom w oprawianiu delikwentów dowożonych tam z bazy w Guantanamo. Więc – jak to mawiano w SS – „czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty” – a cóż dopiero – w służbach pracujących dla „demokracji”?

Druga zasada wzywa, by nie powtarzać rosyjskiej propagandy. Jeśli już taki kandydat na „odpowiedzialnego państwowca” ma coś powtarzać, to albo powtarzać to, co podaje mu do wierzenia Judenrat obywatela Michnika Adama, albo – co podaje mu do wierzenia Wydział Propagandy Sztabu Generalnego Ukrainy. Żadnych własnych przemyśleń, żadnych własnych konkluzji – bo jeśli takie własne konkluzje nie będą się pokrywały ani z zaleceniami i Judenratu, ani SBU, to nieomylny to znak, iż będą uznane za powtarzanie ruskiej propagandy, a wtedy kwasiżurkowie z niezależnej prokuratury już się takimi zajmą, zaciągną ich przed niezawisłe sądy, które w podskokach sypną im „piękne wyroki”.

Trzecia zasada odnosi się do pana prezydenta Karola Nawrockiego, nakazując mu surowo „skończyć z wetami” i „sabotażem legislacyjnym”. Z wetami – wiadomo – ale co to jest ten „sabotaż legislacyjny”? Najwyraźniej chodzi o to, by pan prezydent powstrzymał się od realizacji uprawnienia do inicjatywy ustawodawczej, pozostawiając monopol w tej kwestii choćby Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzynie, albo jakiejś innej bystrej vaginessie z vaginetu obywatela Tuska Donalda. W przeciwnym razie pan prezydent ani chybi zostanie oskarżony o sypanie piasku w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, którym obywatel Tusk Donald ma nas dowieźć jeśli nawet nie na rampę w Oświęcimiu, w ramiona dr Gizele-Mengele, to w każdym razie – do Generalnej Guberni. Ciekawe, czy obywatel Tusk Donald sam to wykombinował, czy też tak doradziła mu teściowa?

Kolejna zasada nakazuje „odpowiedzialnemu państwowcu” by był „za Zachodem” a nie za „Wschodem” i nie bluźnił Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że tę zasadę przetelegrafowała obywatelu Tusku Donaldu sama Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, którą najwyraźniej muszą irytować do żywego uszczypliwości Wielce Czcigodnej Anny Bryłki, czy Ewy Zajączkowskiej-Hernik, więc nakazała obywatelu Tusku Donadu, by nałożył im surdynę.

No i wreszcie zasada piąta: jestem po stronie Ukrainy w wojnie z Rosją”. Ta zasada budzi zaniepokojenie, bo co to właściwie znaczy, że „odpowiedzialny państwowiec” musi być „po stronie Ukrainy” w wojnie z Rosją? Czy basowanie Ukrainie ma posuwać się tak daleko, by kłaść lachę na polski interes państwowy? Obywatel Tusk Donald właśnie to zrobił, deklarując niedawno, że wojna na Ukrainie, to „nasza wojna”. Dobrze byłoby wyjaśnić, kogo konkretnie obywatel Tusk Donald ma na myśli, używając zaimka „nasza”, Czy tylko agentów BND ewentualnie agentów SBU, czy kogoś jeszcze innego – bo chyba nie wszystkich obywateli Polski, którzy w sprawie wojny na Ukrainie, jaką USA i NATO prowadzą do ostatniego Ukraińca, mają zdania podzielone? Te wątpliwości nabierają wagi zwłaszcza teraz, gdy ogłoszony został 28 punktowy amerykański plan zakończenia wojny na Ukrainie, przewidujący coś w rodzaju zamrożenia konfliktu na obecnej linii frontu i rezygnacji Ukrainy z członkostwa w NATO. Prezydent Zełeński pyskuje przeciwko tym ustaleniom, ale po ostatniej aferze korupcyjnej jego autorytet sięgnął dna – oczywiście nie u nas, gdzie Książę-Małżonek zadeklarował przekazanie Ukrainie przez Polskę 100 mln dolarów – dokładnie tyle, ile ogłoszono, że parchy-oligarchy tam ukradły.

Gdyby obywatel Tusk Donald był humorystą, to te pięć zasad mogłoby wzbudzić wśród publiczności jakiegoś kabaretu sporo wesołości. Ale obywatel Tusk Donald humorystą niestety nie jest. Analiza tych jego pięciu zasada pokazuje, że jeśli myśli, iż ktokolwiek się do tych głupstw zastosuje, to jest naiwniakiem jeszcze większym, niż Panna Młoda z „Wesela”. Puszek niewinności natomiast stracił oddając się na służbę Naszym Złotym Paniom z Berlina – tej poprzedniej i tej obecnej.

Stanisław Michalkiewicz

Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny!

Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny!

Stanisław Michalkiewicz  27 listopada 2025 michalkiewicz

Ładny interes! Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po doniesieniach o aferze korupcyjnej na Ukrainie, która polegała ogólnie na tym, że najbliżsi kolaboranci prezydenta Zełeńskiego przytulili sobie co najmniej 100 milionów dolarów, a jeden z głównych uczestników, niejaki Timur Mindycz, z pierwszorzędnymi korzeniami, w porę przez anonimowego dobroczyńcę ludzkości ostrzeżony, czmychnął z Ukrainy przez Polskę do bezcennego Izraela, który – jak wiadomo – Żydów żadnemu innemu państwu nie wydaje, nawet gdyby, a nawet zwłaszcza gdyby skradli tam jakieś bajońskie sumy – a już Książę-Małżonek, imieniem vaginetu obywatela Tuska Donalda, w którym ma fuchę „szefa naszej dyplomacji”, czyli ministra spraw zagranicznych, ogłosił, że Polska te 100 milionów dolarów ciepłą rączką natychmiast Ukrainie przekaże – oczywiście w ramach „pomocy”, do której 2 grudnia 2016 roku zobowiązała się jeszcze poprzednia ekipa Naczelnika Państwa, a której vaginet obywatela Tuska Donalda, nie ośmielił się uchylić – a w każdym razie nic nie było słychać, żeby uchylił.

Jak powiadam jeszcze nie tylko nie zdążyliśmy ochłonąć po tych skrzydlatych wieściach, nie mówiąc już o tym, że nie uzyskaliśmy odpowiedzi na pytania, kto właściwie ostrzegł pana Timura, czy np. nie był w to zamieszany prezydent Zełeński – ani dlaczego polskie „służby” przymknęły oko na obecność pana Timura w Warszawie, gdzie zachowywał się on nawet z pewną ostentacją, bo podobno wziął udział w nabożeństwie, jakie odprawowane było w synagodze sekty Chabad Lubawicz – tej samej, która paliła chanuowe świeczki w gmachu Sejmu, zgaszone przy pomocy gaśnicy proszkowej przez Grzegorza Brauna, któremu za tę myślozbrodnię Parlament Europejski uchylił immunitet, wskutek czego tylko patrzeć, jak kwasiżurkowie z niezależnej prokuratury wystąpią z wnioskiem, by niezawisły sąd w składzie całkowicie przewidywalnym, wtrącił go do aresztu wydobywczego, gdzie będzie jęczał i szlochał, aż mu się odechce przewodzenia Konfederacji Korony Polskiej i kandydowania w wyborach do tubylczego Knesejmu.

A przecież warto byłoby spenetrować prawdę, jak to właściwie z tym całym panem Timurem było, czy na przykład w zamian za przymknięcie oczu podzielił się tymi 100 milionami dolarów z kim tam trzeba, czy też rozliczenie miało charakter ogólny – żeby nie powiedzieć – międzynarodowy? Jestem przekonany, że takie odpowiedzi można by bez trudu uzyskać, skoro nasze „służby” tak sprawnie wykryły sprawców „dywersji kolejowej”, że aż zrodziło to podejrzenia, czy przypadkiem same tej dywersji nie dokonały – bo i po co fatygować jakichś „obywateli Ukrainy” kiedy przecież takie obstalunki można wykonać samemu, a i forsa zostanie w rodzinie? Widocznie jednak nie tylko tych odpowiedzi nie można było z jakichś „ważnych względów państwowych” uzyskać, ani nawet postawić takich bluźnierczych pytań? My oczywiście wszystko verstehen, chociaż z drugiej strony pospieszna deklaracja Księcia-Małżonka o przekazaniu Ukrainie 100 milinów dolarów, akurat dokładnie tyle, ile kolaboranci prezydenta Zełeńskiego sobie przytulili i przezornie schowali, gdzie trzeba, skłania do postawienia kolejnych pytań, na które – jak się obawiam – głuche milczenie będzie odpowiedzią? Bo też jakże tu odpowiadać na pytania o taką szczodrość w sytuacji, kiedy Narodowy Fundusz Zdrowia właśnie wziął i zbankrutował i nawet teściowa obywatela Tuska Donalda, co to w innych sprawach energicznie sztorcowała dygnitarzy Volksdeutsche Partei, nie widzi żadnego wyjścia z tej przykrej sytuacji?

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że nawet Szwecja okazała zniecierpliwienie i zaczęła się odgrażać, że na dotychczasowych zasadach już Ukrainie nie będzie pomagała – ale my, to co innego. Skoro tak, to muszą być jakieś ważne przyczyny tej polskiej szczodrobliwości, bo – jak twierdzi poeta – „byłby to przypadek rzadki – a czy w ogóle są przypadki?

Ja oczywiście nic nie wiem, ani nawet nie śmiem się domyślać, ale gdybym się ośmielił, to zacząłbym od tego, że mamy tu dwie możliwości. Pierwsza – że mamy tu do czynienia z ilustracją solidarności na tle rasowym. Wprawdzie Książę-Małżonek jest – jak powiadają Żydowie – „głupim gojem” – ale za to przez Jabłoneczkę jest jakoś do tej rasowej solidarności zobowiązany, no i stąd oferta wysłania z Polski 100 mln dolarów na Ukrainę – żeby w papierach wszystko było gites-tenteges. Byłoby to nawet ładne, gdyby nie okoliczność, że obywatel Tusk Donald, który przez Żydów też jest uważany za „głupiego goja”, z Jabłoneczką nie jest nawet spowinowacony – a przecież „bez jego wiedzy i zgody” te 100 mln dolarów na Ukrainę nie mogłoby zostać przesłane. Tedy z nieutulonym żalem tę pierwszą możliwość musimy włożyć między bajki i to nawet nie ze względu na porzekadło, że „kochajmy się jak bracia (albo małżonkowie), ale liczmy się, jak Żydzi” – tylko z całkiem innych powodów.

Bo – po drugie – o czym w swoim czasie wspominał mój Honorable Correspondant, który w podobnych sprawach ma pewne doświadczenie – żeby w normalnym czasie skręcić, dajmy na to, 100 mln dolarów, to trzeba się napracować. Wymyśli jakąś transakcję, albo nawet cały ich Legion, stworzyć dokumentację, żeby w papierach wszystko grało i kolidowało, a i tak nie ma pewności, czy jakaś Schwein nie zechce zostać świadkiem koronnym, jak np. faworyt Wielce Czcigodnego Giertycha Romana pan Mraz w sprawie Funduszu Sprawiedliwości?. Aż tu nagle, niczym prawdziwy dar Niebios, wybucha wojna; miliony dolarów transferują się bez żadnego rachunku, podobnie jak dostawy broni i amunicji bez żadnej kontroli walą ponad granicami.

W tej sytuacji – twierdzi mój Honorable Correspondant – tylko jakiś głupek by nie skorzystał. Rozmowa jest wtedy taka: mam tu – dajmy na to – 50 mln dolarów, które mogę ci dać – ale 30 procent dla mnie. Wchodzisz, czy pękasz? Więc jak delikwent nie pęka, to wszystko może być załatwione w mgnieniu oka – i po krzyku. Ale trzeba pamiętać, że „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”. Toteż jeśli nawet delikwent nie pęka, to co mu szkodzi zanotować w kapowniku, kto ile sobie przytulił, ewentualnie – nawet gdzie schował? Taki kapownik, zwłaszcza gdy wojna zaczyna się przeciągać, to jest prawdziwy skarb, dzięki któremu można – zgodnie ze wskazaniami Ewangelii – „pozyskiwać sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”.

W tej sytuacji lepiej możemy zrozumieć przyczyny, dla których przywódcy Unii Europejskiej, z Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, a także mężykowie stanu drobniejszego płazu – ot na przykład Książę-Małżonek – niczego Ukrainie odmówić nie potrafią.

W ten właśnie sposób cementuje się przyjaźń miedzy narodami i jedność europejska, o której tyle słyszymy.

Stanisław Michalkiewicz

Żeby było w Polsce git

Żeby było w Polsce git

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    25 listopada 2025 michalkiewicz

Jeszcze będzie w Polsce git – z polską szlachtą polski Żyd!” – takie proroctwa wspierały Stanisława Szczukę, który bardzo nie lubił, kiedy nazywałem go „mecenasem”. Zapytałem go tedy, jak powinienem się do niego zwracać – a on na to, że tak, jak to jest przyjęte: „panie bracie”. Odpowiedziałem, że ja się tak do niego zwracać nie mogę, bo jestem pochodzenia plebejskiego, a nie szlacheckiego – na co Stanisław Szczuka machnął lekceważąco ręką i powiedział: a co tam pan brat wie!

Wspominam o tym akurat w Święto Niepodległości, które dlaczegoś obchodzimy 11 listopada, chociaż tego dnia nic szczególnego z punktu widzenia niepodległości się nie stało. Tego dnia Rada Regencyjna to znaczy – książę Lubomirski, kardynał Kakowski i Józef Ostrowski powierzyła przybyłemu dzień wcześniej do Warszawy z Magdeburga Józefowi Piłsudskiemu, dowództwo nad wojskiem, a wkrótce – kierownictwo całego państwa, jako jego Naczelnikowi. Skoro Rada Regencyjna powierzyła Józefowi Piłsudskiemu dowództwo nad wojskiem, to znaczy, że to wojsko już było, podobnie jak i państwo, to znaczy – aparat administracyjny, skarbowy, policyjny, sądowy – itp.

Józef Piłsudski tego wszystkiego nie stworzył; przyszedł, można powiedzieć – na gotowe. A jednak to właśnie jego kreowano na „wskrzesiciela Polski”, a nie tych, którzy położyli pod niepodległość fundamenty – a co więcej – tę niepodległość proklamowali, tyle że miesiąc wcześniej, bo 7 października 1918 roku. Rada Regencyjna już wcześniej przestała słuchać niemieckich władz okupacyjnych, opierając zarówno swoje własne istnienie i swoją władzę, a także – niepodległość Polski – na podstawie listy amerykańskich celów wojennych, zwłaszcza słynnego „13 punktu” tej listy, przewidującego odtworzenie niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza i gospodarką gwarantowaną traktatami. Umieszczenie tego punktu na liście amerykańskich celów wojennych zawdzięczamy też nie Józefowi Piłsudskiemu, tylko Ignacemu Paderewskiemu, który – dzięki osobistej znajomości z prezydentem Wilsonem – oddał Polsce tę przysługę. A jednak za wskrzesiciela Polski przyjęło się uważać Józefa Piłsudskiego tak samo, jak 71 lat później zasługę „obalenia komunizmu” przypisano Kukuńkowi, a co gorsza – on sam w to uwierzył, co stwarza niezamierzony efekt komiczny, wystawiając nasz naród na pośmiewisko.

Oczywiście ani Józefowi Piłsudskiemu, ani później – Kukuńkowi – nie udałoby się narzucić tej „legendy” („legenda” to elegancka nazwa historii zafałszowanej) bez gromady klakierów. Co z tego wszystkiego ci klakierzy mieli i wtedy i później – to sprawa osobna – chociaż przy innej okazji warto się i nad tym zatrzymać tym bardziej, że obecnie – gdy etap III Rzeczypospolitej właśnie na naszych oczach dobiega kresu, jako że nie tylko konstytuująca tę formę polskiej państwowości zasada: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – bezpowrotnie legła w gruzach, ale na domiar złego – wojskowa i cywilna bezpieka, najwyraźniej wykonując polecenia niemieckiej BND – właśnie wypowiedziała posłuszeństwo panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Otwiera się zatem etap walki nie tyle może o władzę, co o to, kto będzie administrował Generalną Gubernią w ramach IV Rzeszy – bo wszystko wskazuje na to, że taki los wypadł nam, zwłaszcza gdy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przeforsuje nowelizację traktatu lizbońskiego, którą wcześniej rekomendował już Parlament Europejski. Jest to moment podobny do tego w połowie lat 80-tych, kiedy to bezpieczniacy zorientowali się, że Gorbaczow już nie będzie bronił do upadłego porządku jałtańskiego, tylko szykuje się do manewru „ucieczki do przodu” to znaczy – do zaproponowania

Amerykanom wspólnego ustanowienia nowego porządku politycznego w Europie. Na wieść o tym między bezpieką wojskową w Polsce a bezpieką „cywilną”, czyli SB rozgorzała wojna o to, kto będzie te wszystkie wynalazki wprowadzał w życie, uzyskując dzięki temu hegemonię – oczywiście w ramach stosunku wasalnego. Jak pamiętamy, wtedy wygrał wywiad wojskowy i jako WSI nadzorował przebieg transformacji ustrojowej, przy okazji werbując agenturę, przy pomocy której do dzisiaj kręci nie tylko całym państwem, ale całym życiem publicznym, wystawiając na polityczną scenę te swoje ekspozytury, które najlepiej odzwierciedlają kuratelę, pod jaką znajduje się aktualnie nasz nieszczęśliwy kraj.

Na tym tle chciałbym zwrócić uwagę na nową osobistość, jaka pojawiła się na portalu „Fronda”, reklamującym się, jako „poświęcony” – na tym etapie chyba Naczelnikowi Państwa Jarosławowi Kaczyńskiemu. Już wcześniej, to znaczy – kiedy ze ścisłego kierownictwa tego portalu odszedł obywatel redaktor Terlikowski Tomasz, przez Judenrat rzucony na inny odcinek frontu ideologicznego – pojawił się tam niejaki pan Mikołaj Susujew, który informuje czytelników w kwestii ukraińskiej i antyrosyjskiej. Przedstawia się on jako „Ukrainiec z Donbasu”, co brzmi podobnie, jak „Murzyn z Atlanty”, który oświecał czytelników pisma „Strażnica” w sprawie przyszłości świata zmierzającego ku katastrofie („Świat nasz zmierza ku katastrofie – jak powiedział pewien Murzyn z Atlanty”). Widocznie jednak zaufanie do „Ukraińców z Donbasu” zaczęło podlegać erozji, bo na łamach „Frondy” pojawiła się ostatnio inna postać w ruchu robotniczym, w osobie 55-letniego pana Włodzimierza Iszczuka, „ukraińskiego dziennikarza i publicysty polskiej narodowości”. Nie tylko „polskiej narodowości”, ale w dodatku naczelnego redaktora periodyku „Głos Polonii”, wydawanego przez Zjednoczenie Szlachty Polskiej – oczywiście na Ukrainie, no bo gdzieżby indziej? Wcześniej ostrogi publicystyczne zdobywał przy prezydencie Wiktorze Juszczence , probanderowskim bohaterze „pomarańczowej rewolucji”. No a teraz pan Iszczuk, jako „szlachcic polski” pod nadzorem ukraińskiego Sztabu Generalnego przestrzega tubylczych Polaków przed zagrożeniem, jakie niesie dla nich „putinowska Rosja”. Oczywiście Putin nad nikim osobiście nie stoi i nie sączy mu w uszy swego jadu, bo na jego usługach są „konfederuski” oraz „braunderowcy”. Nie tylko wysługują się Putinowi, ale w dodatku – wa właściwie nie „w dodatku”, tylko przede wszystkim – nie chcą słuchać Naczelnika Państwa, ani się dla niego poświęcać – co – jak wiadomo – jest obowiązkiem każdego „prawdziwego patrioty”. Skąd to wiadomo? Tego nie wiadomo – ale taka „legenda” obowiązuje.

W tej sytuacji wyjaśnienia wymagałyby tylko stosunki pana Iszczuka z Judenratem – no bo skoro reprezentuje on „polską szlachtę” to żeby było w Polsce git – musi się z takim szlachcicem spiknąć „polski Żyd”. Tak w profetycznym uniesieniu wołał Stanisław Szczuka, więc czegóż innego mielibyśmy się trzymać?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niebo zesłało dywersję

Niebo zesłało dywersję

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    23 listopada 2025 michalkiewicz

Któż nie pamięta buńczucznej deklaracji obywatela Tuska Donalda o wojnie na Ukrainie – że to „nasza wojna”? Wygląda na to, że to marzenie – zarówno jego, jak i Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego właśnie może się materializować. „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!” – przestrzegał grecki filozof Platon.

I rzeczywiście – ledwo tylko Timur Mindicz, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Zełeńskiego, co to sprywatyzowali sobie co najmniej 100 mln dolarów – uciekł przez Polskę do bezpiecznego Izraela, zaraz okazało się, że na kolei – a konkretnie – między Sobolewem a Dęblinem miała miejsce „dywersja”. Polegała ona na tym, że w rejonie przystanku Mika wybuch uszkodził część toru kolejowego. Na szczęście maszynista w porę zauważył, że toru brakuje, w związku z czym nikomu nic się nie stało – ale oczywiście z zimowego snu na równe nogi zostały poderwane tak zwane „służby”, a nawet „wojsko”, które podobno sprawdza tory aż do Hrubieszowa.

Kto dokonał dywersji – tego jeszcze nikt nie wie, więc rysuje się kilka możliwości. Po pierwsze – Putin. No tak – ale przecież Putin własnoręcznie tych torów nie wysadził. W związku z tym rysują się kolejne możliwości. Albo Putin posłużył się jakimiś „obywatelami Ukrainy”, co to wyprawiają u nas rozmaite psoty, albo – zgodnie z sugestią zawartą w powieści „Paragraf 22” – wynajął Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, żeby tę dywersję przeprowadziła. Czegóż to się nie robi dla Polski?

Na tę ostatnią możliwość wskazują stosunkowo niewielkie szkody spowodowane wybuchem – co można przypisać albo partactwu, albo pobudkom patriotycznym – by nawet w sytuacji podwójnego uwikłania specjalnie krajowi nie zaszkodzić. Oczywiście na Putinie świat się nie kończy tym bardziej, że vaginet obywatela Tuska Donalda właśnie się rozdokazywał na odcinku „rozliczeń”. Już nie wystarcza mu prześladowanie obywatela Romanowskiego, czy Ziobry, ale piorun strzelił nawet w Mariana Banasia – do niedawna jeszcze na stanowisku prezesa NIK kolaborującego z vaginetem, a teraz podejrzewanego o jakieś podżeganie – czy obywatela Hołownię Szymona, któremu grafologowie mają udowodnić, że studiował na Kolegium Tumanum. W ogóle pan Szymon ma niemałe zgryzoty, bo podobno aby zostać Wysokim Komisarzem ONZ do spraw Uchodźców, trzeba mieć wyższe wykształcenie.

Tymczasem do ukończenia Koleium Tumanum pan Szymon przyznać się przecież nie może, podobnie jak wolałby się nie tłumaczyć z opowieści, jak to był „namawiany” do „zamachu stanu” – bo zaraz pojawią się żądania typu: „nazwiska, adresy, kontakty, bliskie spotkania III stopnia” – a w tej delikatnej sytuacji nie bardzo wiadomo, kogo wkopywać, a kogo omijać. Toteż obywatel Kosiniak-Kamysz, który właśnie został wybrany na prezesa PSL, podczas gdy pan Zgorzelski – na przewodniczącego Rady Naczelnej Stronnictwa – woli trzymać się paska obywatela Tuska, bo akurat rolnicy buntują się przeciwko eksportowi rolnemu z Ukrainy i umowie z Mercosur .

W tej sytuacji PSL już położyło lachę na obronę interesów „wsi i rolnictwa”, tylko zapowiada budowę metra w co najmniej 10 miastach. I słusznie – bo na budowie metra też można się obłowić, a poza tym, po zakończeniu inwestycji, wszystko zostanie przykryte ziemią i sam diabeł nie odgadnie, kto ile wziął i gdzie schował.

Wracając tedy do kolejowej dywersji, to w vaginecie muszą toczyć się gorączkowe narady, komu przyklepać sprawstwo incydentu. Kandydatów jest co najmniej trzech. Pierwszy – to pan prezydent Karol Nawrocki, który nie tylko zalazł za skórę bezpieczniakom odmową promowania 136 oficerów, ale w dodatku stanął dęba obywatelowi Żurkowi Waldemarowi, któremu nie awansował 46 sędziów do sądów apelacyjnych i okręgowych. Obywatel Zoll Andrzej kompromituje się opiniami, jakoby prezydent musiał podpisywać wszystko, co mu kwasiżurkowie podsuną do podpisu, ale to nie pierwszy raz, a poza tym mikrocefale muszą mieć jakiś pozór uzasadnienia. Panu prezydentowi Nawrockiemu vaginet mógłby przypisać sprawstwo kierownicze, a wykonawców wytypować spośród kibiców. Drugim kandydatem jest Grzegorz Braun, któremu Parlament Europejski właśnie uchylił immunitet z powodu zgaszenia chanuki i naruszenia cielesnego pani doktor Gizele Mengele w Oleśnicy.

Skoro targnął się na chanukę, to cóż mogłoby go powstrzymać przed wysadzeniem torów kolejowych? Każdy niezawisły sąd z przyjemnością wykonałby zadanie wtrącenia go na kilka lat do aresztu wydobywczego – bo leży to zarówno w interesie vaginetu obywatela Tuska Donalda, jak i ekipy Naczelnika Państwa, który właśnie znajduje się „w trasie”, czy może „w transie” – bo po staremu próbuje uwodzić swoich wyznawców „na patriotyzm”. Trzecim wreszcie kandydatem jest pan Robert Bąkiewicz, któremu niezależna prokuratura już przyklepała tyle zarzutów, że jeden więcej – to znaczy – o dywersję kolejową – już chyba nie zrobi specjalnej różnicy – bo jak oskarżać – to oskarżać! Oczywiście każdy wybór kandydata na sprawcę kierowniczego będzie miał swoje konsekwencje, pociągając za sobą „odpryskowe” śledztwa i procesy przed niezawisłymi sądami – więc nic dziwnego, że i vaginet nie ma łatwego zadania i na razie nie może się zdecydować.

A w ogóle, to vaginet ma coś w rodzaju – jak to nazywają wymowni Francuzi – „l’embarras de richesse”. Z jednej strony dywersja, którą jeszcze nie wiadomo, jak zagospodarować, a jakby tego było mało z drugiej – zapaść w sektorze ochrony zdrowia. Złoty plasterek wartości 3,5 mld złotych, którym vaginet próbował zatkać dziurę, w ogóle nie został nawet zauważony, a tu tymczasem pan prezydent Nawrocki próbuje iść za ciosem i zapowiada zwołanie w tej sprawie Rady Gabinetowej. Tymczasem obywatel Tusk Donald już sam nie wie, jakie bajki powinien tam opowiedzieć, więc chociaż najgorsze są nieproszone rady, z czynie społecznym doradzam, by zapytał teściowej. Jak informują niezależne media głównego nurtu, teściowa obywatela Tuska Donalda podobno potrafiła sztorcować dygnitarzy Volksdeutsche Partei, aż miło. Najwyraźniej musiała uprzednio przećwiczyć to na samym obywatelu Tusku Donaldzie – ale może by mu coś na tę Radę Gabinetową doradziła? Nie bez kozery ludowe przysłowie powiada, że gdzie diabeł nie może tam teściową pośle – więc nic by obywatelu Tusku Donaldu nie zaszkodziło, gdyby się jej poradził. Gorzej nie będzie, ale za to może być trochę inaczej, niż zwykle.

Za to Książę-Małżonek tak się rozdokazywał, że nawet zaczął grozić jakimiś retorsjami Wiktorowi Orbanowi, jeśli udzieli on azylu znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze, który – tylko patrzeć – jak zostanie pozbawiony paszportu. Jestem ogromnie ciekaw, jaką to retorsję może zastosować wobec Węgier Książę-Małżonek – oczywiście poza groźnymi minami, z których śmieje się już cała Europa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).