Żółte firanki

Żółte firanki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 lipca 2026 michalkiewicz

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego. Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora.

Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze, czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej, niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No a kiedy, za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie, socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”.

Z powodu tych niedoborów, partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu. Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej.

Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane ”bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach. Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego, jak wydalanie do środka, podobnie, jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, będącego też „herezją wszechczasów”, przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiecie? Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze, niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich.

Nawiasem mówiąc Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią”. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo, o ile nie więcej ofiar, niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów. Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka, w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza swalić odpowiedzielność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW”S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała. Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW”S”-UW.

Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast, wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW”S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, ze charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym, niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić, że ci, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że . samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już samo poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia. Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej, jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców. Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, ze żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria. I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 19 lipca 2026 michalkiewicz

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu.

Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”.

Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce.

Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie. Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy.

Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”.

Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji. Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”.

Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie.

Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfedrację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stanisław Michalkiewicz

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    19 lipca 2026

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.

Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.

Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.

Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz

Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.

I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.

Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.

Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.

Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.

Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.

W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.

Stanisław Michalkiewicz

Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz: Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Za pierwszej komuny popularna była anegdotka o bacy, którego agitator namawiał do wstąpienia do kołchozu. – Oddalibyście baco do kołchozu konia? – Oddołbym. – A krowę też byście oddali? – Oddołbym. – A owiecki? Owiecki też byście oddali? – Ni, owiecek nie oddom. – Jakże to baco? Konia byście oddali, krowę byście oddali, a owiecek nie chcecie oddać? Dlaczego? – Bo mom.

Dlaczego o tym wspominam? Właśnie media doniosły o „historycznym” głosowaniu kongresmenów Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów Kongresu w sprawie pomocy dla Izraela. Jak wiadomo, rząd Stanów Zjednoczonych regularnie wspiera Izrael kwotą około 4 mld dolarów rocznie. Autorzy książki „Lobby izraelskie w USA” piszą, że Izrael jest jedynym państwem, które z tej pomocy nie musi się rozliczać, więc pożycza tę forsę Ameryce na wysoki procent. Chętnie w to wierzę, bo od dziesiątków lat każdy prezydent USA przy zaprzysiężeniu składa Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego.

Prezydent przyrzeka mianowicie, że Ameryka będzie „wspierała” Izrael, bez względu na to, co on będzie robił. Znakomitą ilustracją tej lennej zależności Stanów Zjednoczonych od Izraela była wizyta Benjamina Netanjahu jeszcze za pierwszych jego rządów. Akurat izraelski Kneset podjął uchwałę o włączeniu Jerozolimy  do terytorium państwowego Izraela. Było to sprzeczne z linią polityki amerykańskiej, która wtedy stała na stanowisku, że Jerozolima powinna zachować status międzynarodowy.

Jednak Beniamin Netanjahu przemawiając w Kongresie powiedział, że „Jerozolima nie będzie podzielona już nigdy. NIGDY!” – powtórzył z naciskiem. Na tę sprzeczną z linią polityki amerykańskiej deklarację część kongresmanów wstała i zaczęła izraelskiego premiera oklaskiwać na stojąco. Widząc to, inni kongresmani, wprawdzie z ociąganiem, niemniej jednak, też zaczęli wstawać i klaskać. Niechby no tak który nie wstał, to zaraz amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę.

Dlatego teraz, kiedy premier Netanjahu przemawia w Kongresie, to żaden tamtejszy twardziel  się nie ociąga, tylko wstaje i klaszcze, zanim jeszcze mówca rozpocznie swoje przemówienie.

Cóż zatem takiego się stało, że aż ponad stu twardzieli z Partii Demokratycznej poparło poprawkę o skasowaniu pomocy dla Izraela? Nie jest tajemnicą, że Partia Demokratyczna robi bokami, więc każdy sposób uwodzenia tamtejszych suwerenów wydaje się dobry, a zwłaszcza – sposób bezpieczny. Ten sposób zaś był całkowicie bezpieczny, bo ponad 300 członków Izby Reprezentantów głosowało za odrzuceniem tej poprawki, czyli – za utrzymaniem dotychczasowej pomocy dla Izraela.

Trudno by kongresmani z Partii Demokratycznej nie wiedzieli, jaki będzie wynik głosowania, więc mogli podjąć próbę uwodzenia amerykańskich suwerenów – że oto są przeciwko wspieraniu Izraela – całkowicie bezpiecznie.

Tak samo zachował się Wielce Czcigodny prof. Przemysław Czarnek, kierując do Sejmu projekt przewidujący wstrzymanie dalszego futrowania Ukrainy. Z pewnością potrafi on liczyć do 460, więc nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jego projekt nie ma żadnych szans w głosowaniu. Zatem nie chodziło mu o to, by w jakikolwiek sposób ugodzić w Ukrainę  i jej interesy, tylko – by stworzyć wrażenie, że gdyby PiS miał władzę, to natychmiast futrowanie Ukrainy by wstrzymał. A  dlaczego zależało mu na wywołaniu takiego wrażenia?

Bo PiS coraz wyraźniej zaczyna czuć na plecach gorący oddech Konfederacji, która – zwłaszcza Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – od samego początku opowiadała się przeciwko bezmyślnemu, nieodpłatnemu futrowaniu Ukrainy przez Polskę.

Teraz, kiedy na naszych oczach legła w gruzy cała polityka wschodnia zarówno w wydaniu PiS, jak i Platformy Obywatelskiej, w społeczeństwie narasta nie tylko świadomość tej katastrofy, ale i niechęć do dalszych poświęceń dla Ukrainy. Stało się to jasne zwłaszcza po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.

Ta proklamacja oznacza, że Niemcy na razie porzuciły linię Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, na rzecz linii, jaką przyjęło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917, pozwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków. W rezultacie Polska nie jest już ani Niemcom, ani Ukrainie do niczego potrzebna, więc obserwujemy cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej,

Tak było w Londynie, gdzie Polska w ogóle nie została zaproszona i tak było we Francji, gdzie „koalicja antybalistyczna” powstała też bez Polski – której uczestnictwu sprzeciwiła się Ukraina – podobnie jak bez mocarstw bałtyckich. Tak oto na naszych oczach kształtuje się na wschodniej flance NATO rodzaj „szarej strefy”, która w perspektywie może z jednej strony być niemieckim posagiem, wniesionym z okazji reaktywowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i sprowadzeniu Ukrainy do pierwotnej roli, dając jej tylko terytorialną rekompensatę kosztem Polski za tereny utracone już teraz na rzecz Rosji.

Bo przecież to cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem, przy pomocy którego będzie można osiągnąć cel w postaci przesunięcia Ukrainy na zachód, Niemiec – na wschód, a pozostałą resztę przeznaczyć dla Żydów, którzy będą wreszcie mogli zrealizować swoje majątkowe roszczenia w ramach obcinania kuponów od holokaustu.

Cóż mamy o tym myśleć, zwłaszcza po niedawnym potwierdzeniu przez specjalistkę Departamentu Stanu od holokaustu, panią Helenę Germain. Nawiasem mówiąc, któż może być lepszym specjalistą od holokaustu, jak nie Germanowie płci obojga? Nie o to jednak chodzi, tylko o deklarację pani Germany, że „nie wyobrażamy sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej. 

Krótko mówiąc, w Polsce może być tylko rząd na miarę wyobraźni specjalistów Departamentu Stanu od holokaustu.

Gdyby coś takiego powiedział w 1981 roku Leonid Breżniew, to w USA i „Wolnej Europie” podniósłby się klangor pod Niebiosa – że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów i demokracji. Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, a właściwie – jak jeden mężyk stanu  w rodzaju Księcia-Małżonka – podkulili pod siebie ogony.

W dodatku Naczelnik Państwa natychmiast postawił do pionu Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka, potwierdzając w ten sposób podejrzenia, że jest on tylko wydmuszką Jarosława Kaczyńskiego, jak wielu innych absolwentów Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, gdzie przyszli dygnitarze szkolą się, jak realizować  amerykańskie interesy, kiedy już stare kiejkuty dopuszczą ich do żerowiska.

O różnicę łajdactwa

O różnicę łajdactwa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  14 lipca 2026 michalkiewicz

A to dopiero kij w mrowisko wsadził pan marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji! Właściwie nie powiedział niczego, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – bo od 2019 roku, kiedy to w „Monitorze Polskim”, po prawie trzech latach od jej podpisania, pod pozycją 50, ukazała się umowa między rządami polskim i ukraińskim, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – o czym traktował, a właściwie – o czym traktuje punkt 12 tej umowy – bo nie słyszałem, by została ona przez kogoś wypowiedziana – a ówczesny rzecznik warszawskiego MSZ, pan Łukasz Jasina, poinformował nas – jak się okazało – całkiem słusznie – że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – to żadne rewelacje nie powinny już nas dziwić.

Mimo to jednak ujawnienie przez pana marszałka Bosaka, że rząd obywatela Tuska Donalda, w tajemnicy przed panem prezydentem i Sejmem, przekazał Ukrainie zakupione wcześniej za ciężkie pieniądze w USA pociski do wyrzutni systemu „Patriot”, wzbudziła żywy rezonans opinii publicznej tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z napięciami w stosunkach polsko-ukraińskich w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych, w związku z czym pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu ukraińskiemu prezydentowi nadanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego.

Dodatkowym powodem wspomnianego rezonansu jest okoliczność, że – jak informują media – premier Tusk przekazał te pociski na żądanie niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, akurat w kwietniu, kiedy to Niemcy i Ukraina proklamowały „strategiczne partnerstwo”. Wprawdzie wicepremier i minister obrony w vaginecie obywatela Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział „odtajnianie” dokumentów związanych z polskimi donacjami dla Ukrainy „od 2022 roku” – ale obywatel Tusk niezależnie do tego schronił się za murami tajności, oświadczając, że „nie możemy” o tym „dyskutować”, w kontekście „jakiejś niemądrej walki politycznej”.

Ale może nie tylko o tajność tu chodzi, bo jeśli obywatel Tusk oznajmia, że dyskutować „nie możemy” to równie dobrze dlatego, że ktoś, a właściwie KTOŚ mógł mu tej dyskusji surowo zabronić. Gdyby tedy potwierdziły się pogłoski, że przekazanie pocisków Ukrainie dokonało się na polecenie władz niemieckich, to nie można by też wykluczyć, że to właśnie one mogły zabronić obywatelu Tusku Donaldu brania udziały w „dyskusjach” na ten temat, a o „kontekście” związanym z „niemądrą walką polityczną” , mógł sobie dośpiewać z własnej inicjatywy – bo przecież o niemieckim zakazie dyskutowania wspomnieć też mu nie było wolno – a jakiś pozór uzasadnienia wypadało podać. I tutaj, niczym prawdziwy dar Niebios, przydaje się Putin.

To ciekawe, że mimo transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów , w następstwie czego zmieniło się podobno oblicze świata, władze naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego w dodatku zasady sprawiedliwości społecznej, posługują się tym samym schematem, co za pierwszej komuny. Jak pamiętamy, wtedy też o wielu sprawach nie należało dyskutować, ani w ogóle – głośno mówić – bo była to woda na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, wśród których najgroźniejsi byli dwaj: „Hupka i Czaja”.

Teraz na rewizjonistów ani odwetowców powoływać się nie wypada, jako że świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, a może nawet czemuś gorszemu, prowadzi nas Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która z zagadkowych przyczyn w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to nie tylko uchroniła go od zguby, załatwiając mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem Mocną Ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła zeń człowieka – ale na szczęście Putin nie tylko rozpętał wojnę przeciwko sojuszniczej Ukrainie, więc możemy mu śmiało przypisać rolę Hupki i Czai.

Skoro tedy z uwagi na Hupkę i Cza… to znaczy – pardon – oczywiście nie ze względu na żadnego Hupkę, czy Czaję, tylko oczywiście – ze względu na Putina, każda dyskusja byłaby „wodą na młyn” – to my wszystko verstehen – ale pozostaje jeszcze owa „niemądra” walka polityczna”, która nawet i bez Putina jakąkolwiek dyskusję na ten temat by wykluczała. O co tu może chodzić?

Zgodnie z zasadą, że idioci są szczerzy, w związku z czym wystarczy pozwolić im mówić, pewne światło na tę sprawę rzucił rzecznik vaginetu obywatela Tuska Donalda, Wielce Czcigodny pan minister Szłapka. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi o nic innego, jak o różnicę łajdactwa. O nic innego wszak walka polityczna między obecnym vaginetem obywatela Tuska Donalda, a ekipą powołaną wcześniej przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, toczyć się nie może. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to podczas majdanu w Kijowie Naczelnik Państwa wznosił kabotyńskie okrzyki „Sława Ukrainie” i „Herojam sława!” Cóż innego mógłby wykrzykiwać tam Donald Tusk, albo nawet – Aleksander Kwaśniewski, co to przy każdej okazji, a nawet i bez okazji demonstruje zadowolenie ze swego rozumu, nie tylko politycznego, ale w ogóle?

Wreszcie wypada przypomnieć, że w roku 2016 obywatel Tusk Donald był w opozycji, podczas gdy z nominacji Naczelnika Państwa premierem rządu była pani Beata Szydło, a ministrem obrony narodowej w jej gabinecie był Antoni Macierewicz. Parafa pod umową z 2 grudnia 2016 roku wskazywałaby, iż złożył ją właśnie Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, którego dzisiaj, na odcinku korupcyjnym, prześladuje Wielce Czcigodny Giertych Roman, podobnie jak złowrogiego Grzegorza Brauna prześladuje na odcinku eklezjalnym i właśnie ogłosił jego ekskomunikę. Co prawda nie ma pewności, czy decyzja Wielce Czcigodnego Giertycha Romana nie wymaga dla swej ważności jakiejś kontrasygnaty, a przynajmniej – potwierdzenia ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej” – ale jestem pewien, że wkrótce jakaś mieszana komisja wszystkie te wątpliwości rozwieje. Niewątpliwie bowiem wchodzimy w etap surowości, w którym zarówno Judenrat, jak i jego kolaboranci, będą „srogie głosić kary”. Nie tylko zresztą głosić, ale i stosować – bo jak jest rozkaz surowości, to żartów nie będzie.

Wracając do Wielce Czcigodnego obywatela Szłapki, to właśnie przypomniał on, ze poprzednia ekipa z nadania Naczelnika Państwa, przekazała – na pewno „nieodpłatnie” – aż 44 pakiety pomocowe dla Ukrainy, podczas gdy vaginet obywatela Tuska Donalda – tylko 5.

Jeśli jeszcze minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz prawidłowo będzie odtajniał dokumenty w sprawie donacji dla Ukrainy, to licytacja o różnicę łajdactwa może dla ekip kojarzonych z Naczelnikiem Państwa okazać się druzgocąca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Stanisław Michalkiewicz  11 lipca 2026 michalkiewicz

Któż nie pamięta filmu Zelig w reżyserii oraz z udziałem Woody Allena? Tytułowy bohater, Zelig, a więc – jegomość z pierwszorzędnymi korzeniami – odznacza się charakterystyczną właściwością. Potrafi mianowicie w jednej chwili dostosować się do otoczenia. I tak, jeśli znajdzie się wśród kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a gdy przypadkiem trafi między Murzynów, to natychmiast ciemnieje mu skóra. Czy tylko tytułowy Zelig miał tę właściwość, czy to jest cecha wszystkich Zeligów – to powinna rozstrzygnąć jakaś ekipa naukowców, na przykład – weterynarzy – bo wygląda na to, iż Zelig nie był wyjątkiem, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszystkich Zeligów.

Starsi ludzie, to to jeszcze samego pamiętają Stalina, z pewnością przypominają sobie, jak to ówcześni Zeligowie nie pozwalali się nikomu wyprzedzić w tak zwanym później „kulcie jednostki”, czyli – uwielbieniu dla Józefa Stalina. Pamiętam czytankę, jak to pewien młodociany Zelig prosił swego resortowego tatełe, by wyciął mu z gazety fotografię Stalina z fajką – no a podczas organizowanych wtedy spędów, Zeligowie wznosili różne okrzyki, między innymi – „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” Bo trzeba nam wiedzieć, że Zeligowie charakteryzują się też bardzo rozwiniętym instynktem stadnym i stąd to częste: „a my wszyscy”.

Wspominam o tym, bo dopiero po tym wstępie będzie nam łatwiej zrozumieć paryską deklarację pana red. Adama Michnika, który od 1989 roku przewodzi Judenratowi „Gazety Wyborczej”, że „my wszyscy jesteśmy dziś Ukraińcami!”. Takich rzeczy można było się spodziewać od dawna, między innymi po publikacjach naszej Jabłoneczki, czyli Małżonki Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, że „my wszyscy” powinniśmy być wyrozumiali, kiedy Ukraińcy uprawiają kult Stefana Bandery – bo nie mają innych herojów, więc jest on dla nich niezbywalnym warunkiem klecenia sobie narodowej tożsamości.

No a teraz, w sytuacji, gdy właśnie na tle „herojów” doszło do napięć między Polską a Ukrainą, Zeligowie, z panem red. Adamem Michnikiem na czele, od razu skapowali, jak się w tej sytuacji zachować. Po ogłoszeniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Zeligowie najwyraźniej uznali, że Polska już jest passe, więc w tej sytuacji nie ma co dłużej udawać Polaków, tylko przepoczwarzyć się na Ukraińców.

Polska oczywiście na buńczuczną demonstrację prezydenta Zełeńskiego zareagowała bardzo miękko i tylko w sferze działań pozornych, bo pan prezydent Nawrocki ogłaszając decyzję o odebraniu orderu, jednocześnie zapowiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj po staremu będzie Ukrainę futrował i wspierał, gdzie tylko będzie mógł. Nic mu to nie pomogło, bo prezydent Zełeński, odsyłając order pocztą, opatrzył to szyderczym komentarzem, że skoro Lachom nie przeszkadza, iż order ten posiada Katarzyna II, to on nie będzie w te sprawy wchodził. Była to, niestety trafna, aluzja do polskiego lizusostwa, boć przecież zarówno prezydent Zełeński, jak i pozostali ukraińscy prezydenci: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko, którzy swoje ordery też odesłali, dostali je z tych samych powodów, co Katarzyna II. Na obronę pana prezydenta Nawrockiego podniosę, że poza odebraniem orderu, nic innego zrobić nie mógł, bo w innych sprawach nie ma konstytucyjnych uprawnień. Tymczasem obywatel Tusk Donald prędzej by chyba splamił mundur, niż ośmielił się zrobić przykrość strategicznemu partnerowi Rzeszy Niemieckiej.

Ponieważ jednak mleko się rozlało, to znaczy – informacja o wołyńskim ludobójstwie trafiła na pierwsze strony gazet – strategiczny partner Rzeszy Niemieckiej, być może wysłuchawszy jej sugestii, postanowił uczynić pozór gestu, by stworzyć vaginetowi obywatela Tuska Donalda szansę na przełknięcie nie tylko Stefana Bandery, ale i innych herojów kijowskiego Panteonu. Prezydent Zełeński powiedział wszak, że „nikt” nie będzie Ukraińcom mówił, jakich herojów mają czcić, a jakich nie. O tym zadecydują sami, w myśl zasady, żeby każdy miał to, co najbardziej lubi. Na przykład jedni lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.

W związku z tym do Warszawy przyjechał ukraiński minister spraw zagranicznych, pan Sybiha, który – mówiąc nawiasem – też odesłał swój order, tylko oczywiście niższej rangi, niż ten przydzielony prezydentowi Zełeńskiemu – „Krzyża Zbolałego”, czy jakoś tak – żeby odpowiednio urobić Księcia-Małżonka. Książę-Małżonek bowiem pięknie wiąże krawaty, no i musi mieć jakieś inne zalety, bo w przeciwnym razie nie zostałby Księciem-Małżonkiem – ale na odcinku dyplomacji radzi sobie trochę gorzej – jak przystało na dyplomatołka. Reagując na szyderstwo prezydenta Zełeńskiego napisał na Twitterze, że może by lotnisko w Jasionce nazwać imieniem „ofiar UPA” – ale chyba wiedział, że to niemożliwe, bo ono ma już imię „Rodziny Ulmów”, co to dała się Niemcom zamordować, żeby dogodzić Żydom.

Tedy, słusznie uważając, że Książę-Małżonek może być najsłabszym ogniwem w vaginecie obywatela Tuska, bo nawet minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz buńczucznie oświadczył, że Ukraina z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdzie, minister Sibiha wziął go w obroty i trzymał podobnież w obrotach całe półtorej godziny. Po tym czasie minister Sibiha opuścił MSZ, nie udzielając żadnych informacji dziennikarzom. Było to podobno uzgodnione z Księciem-Małżonkiem, a skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek zwrócił się do swego ukraińskiego gościa z taką pokorną prośbą – żeby polska opinia publiczna jak najdłużej nie wiedziała, na co Książę-Małżonek w imieniu naszego nieszczęśliwego kraju się zgodził.

Oto zanim jeszcze minister Sibiha odwiedził Warszawę, pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że w Kijowie postanowili zakpić sobie z Polski w taki sposób, by w zamian za umieszczenie we wspomnianym Panteonie generała Marka Bezruczki, który z ramienia URL walczył po stronie polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej, Polacy przełknęli Stefana Banderę, Romana Szuchewycza, który w 1943 roku wydał rozkaz przeprowadzenia eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, no i innych herojów drobniejszego płazu. Czyż nie z tego powodu Książę-Małżonek pragnąłby jak najdłużej utrzymać te wszystkie ustalenia w tajemnicy przed polską opinią publiczną? To być może, bo w ten sposób zyska na czasie, aż pan red. Michnik uruchomi swój Propaganda Abteilung z panem red. Terlikowskim jednej strony, J.Em. Grzegorz kardynał Ryś uruchomi swój Propaganda Abteilung z drugiej strony, a Wielce Czcigodny Paweł Kowal uruchomi swój Propaganda Abteilung z trzeciej strony.

Kiedy Polacy znajdą się pod takim skoncentrowanym ostrzałem ze wszystkich stron, to przestaną się Ukraińcom sprzeciwiać, podobnie jak nie stawili zbrojnego oporu podczas „wołynki” w roku 1943, co umożliwiło stworzenie faktów dokonanych, obejmowanych dzisiaj „dobrą pamięcią” przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu.

Stanisław Michalkiewicz

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    4 lipca 2026

Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.

Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.

Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?

Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych

to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.

Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.

Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.

Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.

Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.

W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.

A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za żółtymi firankami

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  2 lipca 2026 michalkiewicz

Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami. Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana.

Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki. W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką. Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani, podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści? Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia. Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam otrzymywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością. Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AW”S: – UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia. Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich. Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Stanisław Michalkiewicz

Lament nad Polską

Lament nad Polską

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    30 czerwca 2026 michalkiewicz

Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To raczej wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” – można by tak właśnie za Jackiem Kaczmarskim podsumować awanturę z odebraniem ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego orderu Orła Białego. Pan prezydent Nawrocki ogłosił zamiar odebrania tego orderu zaraz po nadaniu przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych.

W odpowiedzi na ogłoszoną dwa tygodnie później decyzję pana prezydenta Nawrockiego, prezydent Zełeński, a wraz z nim – wszyscy prezydenci Ukrainy, którzy wcześniej taki order od polskich władz dostali – odesłali te odznaczenia pocztą, a prezydent Zełeński dodał do tego szyderczy komentarz, że skoro Polakom nie przeszkadza posiadanie tego orderu przez Katarzynę II, to on nie będzie w te sprawy wchodził.

Była to aluzja do polskiego lizusostwa, niestety słuszna, bo przecież inni prezydenci Ukrainy, z prezydentem Zełeńskim włącznie, dostali te ordery z tych samych powodów, co Katarzyna II. Ale to tylko powierzchnia zjawiska, bo tak naprawdę, moim zdaniem mieliśmy do czynienia z prowokacją, w stu procentach zresztą udaną, na którą Polska, z całą naiwnością, dała się nabrać.

Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do kwietnia br. kiedy to zostało proklamowane strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie. Przedtem, to znaczy do 2023 roku Niemcy pozostawały z strategicznym partnerstwie z Rosją, co stanowiło wyraz ich nawrócenia na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Ale w sytuacji, gdy w związku z wojną Rosji z Ukrainą, zostały wysadzone w powietrze bałtyckie gazociągi, w Niemczech musiano dojść do wniosku, że póki co kontynuowanie strategicznego partnerstwa z Rosją nie ma już sensu. W nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, ówczesny amerykański prezydent Józio Biden, podczas wizyty niemieckiego kanclerza Scholza w Waszyngtonie w marcu 2023 roku, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Natychmiast odezwały się nożyce. Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w taki sposób, żeby w rezultacie państwa członkowskie UE, zwłaszcza te mniej ważne, zostały nawet formalnie pozbawiona suwerenności politycznej. Było to zgodne z wizją Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” pozbawione są w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Toteż Niemcy wyciągnęli z tego wnioski i odstąpiwszy od linii Bismarcka, powróciły do polityki uprawianej przez Cesarstwo Niemieckie podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej.

W Europie nie ma miejsca na zbyt wiele kombinacji, więc ten powrót wydawał się w tej sytuacji oczywisty. Jak pamiętamy, w 1917 roku Niemcy zdecydowały się na powołanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, przekazując dla potrzeb tego państwa cześć swojej okupacji i przekonując Austro-Węgry, by zrobiły podobnie, w następstwie czego Austria przekazała na rzecz Ukrainy część terytoriów, jakie znalazły się w jej posiadaniu wskutek rozbiorów Polski. Chodziło o to, by przy pomocy Ukrainy szachować Rosję oraz – by trzymać w ryzach Polaków. Nic trwałego z tych planów nie wyszło, bo Niemcy wojnę przegrały, Cesarstwo Austriackie przestało istnieć, a Ukraina – już jako „sowiecka” – po wojnie polsko-bolszewickiej została włączona do ZSRR. Ukraińskie nadzieje na niepodległość odżyły podczas II wojny światowej, ale Hitler chyba ani przez chwilę nie myślał o odbudowie ukraińskiej państwowości, więc w tej sytuacji OUN postanowiła przy pomocy UPA, a więc ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej, które otrzymały rozkaz dezercji, zrealizować taki cel, który mogła zrealizować własnymi siłami, to znaczy – eksterminować mieszkających na wschodnich Kresach Rzeczypospolitej Polaków, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno – czy pod egidą niemiecką, czy sowiecką, było etnicznie jednolite. I ten cel został osiągnięty.

Proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego oznacza powrót do polityki szachowania Rosji i wybijania Polakom z głowy politycznych ambicji. Toteż wkrótce po proklamowaniu tego partnerstwa, prezydent Zełeński, odpowiadając ponoć na gorące pragnienie żołnierzy wspomnianej jednostki, nadał jej imię „Bohaterów UPA”. Czy sam to wymyślił, czy doradzili mu to, znający przecież Polaków, jego niemieccy strategiczni partnerzy – to nieważne – bo prowokacja udała się w stu procentach tym bardziej, iż reakcja strony polskiej ograniczyła się do sfery symbolicznej, którą Ukraińcy słusznie traktują, jako sferę pozorów. Pan prezydent Nawrocki, ogłaszając swoją decyzję w sprawie odebrania orderu, podkreślił z naciskiem, że Polska nadal będzie futrowała Ukrainę zasobami całego państwa i rytualnie nawymyślał Putinowi. No to dlaczego prezydent Zełeński i strona ukraińska miałaby się przejmować gestami funkcjonującymi wyłącznie w sferze pozorów, podczas gdy w sferze polityki realnej, Polska nadal pozostaje „sługą narodu ukraińskiego” w takim zakresie, jaki wyznaczą jej Niemcy?

Strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie oznacza bowiem, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna. Wyrazem tego podejścia było pominięcie zaproszenia polskiego rządu na konferencję w Londynie. Wprawdzie obywatel Tusk Donald warknął, że Polska „nigdy” nie uzna żadnych ustaleń, jakie zapadną bez jej udziału – ale co z tego, kiedy i on wie i my wiemy, że jak Niemcy mu każą, to uzna wszystko, co będzie trzeba, bo inaczej przypomną mu, skąd wyrastają mu nogi. Nikt go nie będzie przecież o nic pytał, bo widać gołym okiem, że w sytuacji strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Polska jest raczej przeszkodą, więc nic dziwnego, że buńczuczne i aroganckie zachowanie strony ukraińskiej jest elementem nowej strategii strategicznych partnerów, nakierowanej ma stopniowe, ale cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki. To na etapie pierwszym, bo na etapie drugim może stać się jeszcze coś gorszego w postaci realizacji scenariusza rozbiorowego. Może być on maskowany jakimiś rozwiązaniami o zasięgu „europejskim”, że to niby trzeba wreszcie zlikwidować granice, które przecież „dzielą”, a nie „łączą” – no a w tej sytuacji Judenrat „Gazety Wyborczej” wytłumaczy mikrocefalom, że to przecież sprawiedliwość dziejowa wymaga, by Zakierzoński Kraj został podarowany Ukrainie w ramach rekompensaty za tereny utracone na rzecz Rosji podczas wojny, w której „broniła ona Europy” a Polski w szczególności – co już teraz w Polsce stanowi dogmat. Więc nic dziwnego, że idąc za ciosem prezydent Zełeński „rozserdywsia”, niczym Tuhaj-Bej i ostentacyjnie odrzucił pokorne zaproszenie do Gdańska, gdzie niemiecki kanclerz będzie przydzielał poszczególnym bantustanom zadania na poszczególnych odcinkach odbudowy Ukrainy, która została uznana za źrenicę polskiego interesu państwowego.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Prezent urodzinowy?

Prezent urodzinowy?

Stanisław Michalkiewicz 27 czerwca 2026 michalkiewicz

A to się dopiero narobiło! Ogłoszone z takim przytupem podpisanie ramowego porozumienia amerykańsko-irańskiego i zawieszeniu broni na 60 dni, w trakcie których mają być prowadzone rozmowy na temat warunków zakończenia wojny, w którą Stany Zjednoczone wkręcił bezcenny Izrael, miało być uroczyście potwierdzone 19 czerwca w Szwajcarii – a tymczasem z samego rana okazało się, że żadnej uroczystości nie będzie. Nie wiadomo też oficjalnie, jaka właściwie jest treść zawartego ramowego porozumienia, bo miała być ona podana właśnie po tej uroczystości – ta jednak się nie odbyła w zaplanowanym czasie, a to rodzi pytania, czy w ogóle się odbędzie, no a przede wszystkim – jak właściwie Wysokie Układające się Strony się ułożyły. Wiadomo bowiem, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda. Jaka zatem jest prawda? Tego, ma się rozumieć, nie wiemy, między innymi z powodu odwołania uroczystości – jedyne, czym dysponujemy, to komunikat irańskiej agencji informacyjnej, przedstawiającej 14 punktów.

Amerykańskie też wspomniały o 14 punktach – ale czy to są takie same punkty? Na przykład w komunikacie irańskiej agencji czytamy, że ma powstać fundusz o charakterze reparacyjnym w wysokości 300 mld dolarów z przeznaczeniem na „odbudowę Iranu”. No dobrze – ale kto ma na ten fundusz wyłożyć środki? Chyba nie Iran.

Czyżby zatem Stany Zjednoczone? To wydaje się mało prawdopodobne, bo by oznaczało, że USA uznałyby swoją przegraną w tej wojnie, a przecież nie raz słyszeliśmy zapewnienia prezydenta Donalda Trumpa, że to Iran przegrał a Stany Zjednoczone, jak zresztą zwykle – wygrały. Ale to drobiazg w porównaniu z punktem pierwszym, który mówi o 60-dniowym zawieszeniu broni „na wszystkich frontach”, a więc również – w Libanie. Tymczasem zaraz po ogłoszeniu, że porozumienie zostało „zawarte”, minister bezpieczeństwa bezcennego Izraela oświadczył, że – po pierwsze – Izrael nie uczestniczył w żadnych negocjacjach z Iranem, a w tej sytuacji to porozumienie go nie dotyczy.

Po drugie – że Izrael nie podlega Stanom Zjednoczonym, więc jeśli nawet poczyniły one z Iranem jakieś ustalenie, to one Izraela wiązać w żaden sposób nie mogą. Wreszcie – po trzecie – że Izrael nie spocznie, aż zlikwiduje Hezbollah. Premier Netanjahu aż tak radykalnej retoryki nie używał, ale w zasadzie wszystko to potwierdził, a poza tym bombardowania Libanu i Bejrutu nie zostały bynajmniej przerwane. Co w tej sytuacji zrobi złowrogi Iran? Czy otworzy dla żeglugi Cieśninę Ormuz – co zapowiadał prezydent Donald Trump – czy też wykorzysta ten pretekst do dalszego utrzymywania blokady – tego jeszcze nie wiemy. Wygląda zatem na to, że trudno powiedzieć, czy porozumienie rzeczywiście zafunkcjonuje i w jakim zakresie – czy też nie zafunkcjonuje wcale.

Prezydent Trump dał wprawdzie upust swojej irytacji i nawet rozpowszechniał pogłoski, jakoby obsztorcował premiera Netanjahu – ale nie bardzo mi się w te pogłoski chce wierzyć. Po pierwsze dlatego, że gdyby rzeczywiście zdobył się na taką zuchwałość, to już następnego dnia amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę, a kto wie, czy nie objawiłyby się jakieś wstydliwe zakątki z wyspy Epsteina. Nic takiego – o ile mi wiadomo – nie nastąpiło, zatem i pogłoski o obsztorcówie wcale nie muszą być prawdziwe.

Tymczasem nieustępliwe stanowisko Izraela ma swoje źródło w tym, że w październiku mają się tam odbyć wybory parlamentarne, od wyniku których zależy nie tylko los rządu jedności narodowej, ale również, a może nawet przede wszystkim – osobisty los Beniamina Netanjahu. Czy pozostanie on u steru na następną kadencję, czy też do głosu dojdą jego izraelscy wrogowie, którzy przecież nie ukrywali pragnienia wtrącenia go do lochu.

Tymczasem, dopóki rząd jedności narodowej prowadzi wojny, to cieszy się wysokim poparciem w kraju. Żydowie popierają swojego premiera na podobnym poziomie, co Niemcy Adolfa Hitlera zaraz po pokonaniu przezeń Francji w roku 1940. W tej sytuacji premier Netanjahu nie ma żadnego powodu, by przejmować się reakcjami amerykańskiego prezydenta, bo i on wie i my wiemy, że Stany Zjednoczone żadnego kuku Izraelowi zrobić nie mogą.

Bardzo tedy możliwe, że to całe porozumienie, to tylko taki prezent, jaki prezydent Donald Trump zrobił sobie na 80-te urodziny – a co z tego wyniknie, to się dopiero przekonamy.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki wrócił już z Waszyngtonu, przywożąc stamtąd ustne zapewnienie prezydenta Trumpa nie tylko o zamiarze przysłania do naszego nieszczęśliwego kraju 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, ale dał do zrozumienia, że gotów jest nawet utworzyć u nas stałą amerykańską bazę. Na podstawie tych skrzydlatych wieści vaginet obywatela Tuska Donalda odbył specjalne posiedzenie, powierzając wicepremieru i ministru obrony Władysławu Kosiniaku-Kamyszu zadanie stworzenia takiej bazy – oczywiście w porozumieniu ze stroną amerykańską. Jeśli tedy prezydent Karol Nawrocki nie ocenił przesadnie udzielonych mu w przelocie zapewnień prezydenta Trumpa, to by znaczyło, że porozumienia amerykańsko-rosyjskie z 1997 roku o środkach „budowy zaufania” już nie obowiązują.

Przypomnę, że to właśnie te porozumienia, iż zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej oraz – że na terytorium państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu, umożliwiły rozszerzenie w roku 1999 NATO na obszar Europy Środkowej bez żadnych negatywnych reakcji rosyjskich. Więc jeśli nawet USA rzeczywiście uznałyby tamte porozumienia za nieważne, to co na to powie Rosja? Na razie nie mówi nic – być może dlatego, że prezydent Trump co innego powiedział panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, a co innego – Putinowi – z którym przecież co i rusz prowadzi „bardzo dobre rozmowy”.

Na razie jedynym rezultatem postępu na tym odcinku jest mianowanie pani Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej kolejnym wiceministrem obrony narodowej. Rozumiem, że w ten sposób przestała oan pełnić funkcję pełnomocnika vaginetu obywatela Tuska Donalda do spraw SAFE. Warto tedy przypomnieć, że to właśnie ona z dużą pewnością siebie twierdziła, że „ani złotówka” z pożyczki SAFE nie pójdzie na Ukrainę, podczas gdy obywatel Tusk Donald mówił zupełnie coś innego – że mianowicie jest „dogadany” z prezydentem Zełeńskim co do partycypowania Ukrainy w środkach pochodzących z tej pożyczki. Skoro tedy pani Sobkowiak-Czarnecka już została odsunięta od SAFE, to znaczy, że obywatel Tusk Donald był lepiej od niej poinformowany. W tej sytuacji czekamy, kto zostanie kolejnym pełnomocnikiem rządu do spraw SAFE. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w tych okolicznościach stosowną nominację na to stanowisko otrzymał Wielce Czcigodny Paweł Kowal. Wtedy mielibyśmy pełną jasność, co jest grane.

Stanisław Michalkiewicz

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz: Za żółtymi firankami

   Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami.

Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na  na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – [normalnym ludziom md] można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana. Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki.

W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład  czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką.

Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani (mordy aborcyjne są w krajach liberalnych powszechne, a w wielu z nich np. Kanadzie i Holandii, kwitnie też eutanazja – przyp. red.), podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści?  Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale  niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia.

Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam nabywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością.

Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AWS-UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia.

Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich.

Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, ,że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Zanim padnie salwa

Zanim padnie salwa

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    25 czerwca 2026 michalkiewicz

Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda” – pisze Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Nawiasem mówiąc, ten poemat jest z kluczem, bo na przykład w osobie generała Bagno można bez trudu rozpoznać generała Mieczysława Moczara, podobnie, jak w postaci Aleksa, gęgającego syna sekretarza Wardęgi i Żydówki Sabiny, można rozpoznać pana redaktora Michnika. W stanie wojennym Aleks schronił się w kombinacie, który mieli zdobyć zomici dowodzeni przez generała Tumora. Wkrótce przed rozpoczęciem szturmu generał Tumor wziął na stronę pułkownika MO Maczugę i powiada jemu tak: „Stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina (to o sekretarzu Wardędze – SM). Fakt, że ma głupawego syna, ale to zawsze syn rodzony. Więc oszczędź Alka, bardzo proszę. Ja ze swej strony zaraz wnoszę pismo o awans”. Oczywiście Aleks wcale nie był „głupawy” – jak uważał generał Tumor – bo mamełe Sabina, która znała go przecież lepiej, twierdziła, że ma on „mózgowe zwoje”. Słowem – wypisz, wymaluj pan red. Michnik.

Zniosło mnie w stronę tych dywagacji, a tymczasem przywołany na początku cytat miał zilustrować coś zupełnie innego – mianowicie aferę z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, co to na SOR w warszawskim Szpitalu Południowym zarobił sobie w ciągu roku ponad 1 600 tys. złotych. Już sama wysokość tej sumy wywołuje zrozumiałe podniecenie opinii publicznej, a cóż dopiero – jeśli towarzyszy jej informacja, że pan doktor miał zaledwie 28 lat, nie zdążył nawet zrobić specjalizacji, ale mimo to zajmował poważne stanowisko „koordynatora SOR”, którego nie ma w żadnym innym szpitalu. Ale nie bez kozery perskie, to znaczy – irańskie przysłowie – powiada, że „dobry kogut w jajku pieje”.

Pan Kacprzyk wprawdzie nie zrobił jeszcze specjalizacji, ale wiedział, z której strony chleb jest posmarowany – bo i Dawid i radny Koalicji Obywatelskiej, to znaczy – Volksdeutsche Partei z jej kolaboranty i twórca salonika VIP-ów w szpitalu – czegóż chcieć więcej? Takich właśnie ludzi nasz nieszczęśliwy kraj potrzebuje, więc kogóż szczodrze wynagradzać, jak nie ich? Weźmy dla przykładu pana Aleksandra Kwaśniewskiego. Dwukrotnie został wybrany na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, chociaż nad nikim nie stał bolszewik z naganem. Znaczy się – nasz mniej wartościowy naród tubylczy upodobał sobie właśnie w nim z nieprzymuszonej woli. A dlaczego? Na trop odpowiedzi na to pytanie naprowadza nas ludowe przysłowie, że „pokorne cielę dwie matki ssie”.

Otóż pan Aleksander Kwaśniewski jest znakomitą ilustracją takiego ssaka. Wyssał, co się tylko dało, z komuny, potem – co się tylko dało z demokracji – a teraz autorowi książki na swój temat daje do zrozumienia, że tak naprawdę, to zawsze był w opozycji. Tylko patrzeć, jak powiększy szeregi kombatantów i osób represjonowanych. Wspominam o tym, by dać odpór tym wszystkim, którzy oskarżają nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet o zanik instynktu samozachowawczego. Dwukrotny wybór pana Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie jak utrzymujące się na niezmiennym poziomie poparcie dla Volksdeutsche Partei i Prawa i Sprawiedliwości pokazuje, że z nami wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy – że czego, jak czego, ale instynktu samozachowawczego nikomu u nas nie brakuje. Co z tego będzie – to znaczy – jak to się wszystko skończy – to całkiem inna sprawa – ale zanim nie padnie salwa, to niech nam humory dopisują.

Wracając tedy do cytatu, to czyż nie ilustruje on niebywałe szczęście obywatela Tuska Donalda, który nawet taki wstydliwy zakątek potrafi przekuć na narzędzie totalniactwa. Nie jest przecież tajemnicą, że sytuacja w ochronie zdrowia jest katastrofalna, że bankructwo – i tak dalej. Ponieważ zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS, stoją na nieubłaganym stanowisku, że to państwo ma obywatelom organizować leczenie, a w każdym razie – pod tym pretekstem łupić ich ze skóry, to – jak można było zauważyć – funkcjonariusze Propaganda Abteilung dostali rozkaz rozhuśtywania opinii publicznej przeciwko doktorom – że to oni bezczelnie drenują „system”, osiągają niebotyczne zarobki i w ogóle. Wszystko zatem było przygotowane do operacji, tylko brakowało jakiegoś spektakularnego przykładu. I oto nagle pojawił się pan Dawid Kacprzyk ze swoim rekordowym zarobkiem. Czy to przypadek? „Byłby to przypadek rzadki, a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta – toteż i ja wcale bym się nie zdziwił, gdyby stare kiejkuty wykonały telefon gdzie trzeba: wiecie, rozumiecie, mamy tu niezwykle utalentowanego młodzieńca. Stwórzcie wy mu odpowiednie warunki rozwoju, a my i o was też pomyślimy.

Bo oto obywatel Tusk Donald, kiedy Propaganda Abteilung doniosła o panu doktorze Kascprzyku, wcale nie sprawiał wrażenia skonfundowanego. Przeciwnie – wyglądał, jakby go kto na sto koni wsadził. I słusznie – bo dzięki temu na tym ogniu może upiec kilka pieczeni jednocześnie.

Po pierwsze – przeprowadzi kurację przeczyszczającą we wszystkich szpitalach i jeśli nawet nikogo nie zdegraduje, ani nie powyrzuca – co wydaje się niepodobieństwem – to tak wszystkich nastraszy, że nikt już vaginetowi nie podskoczy, że nie ma pieniędzy i w ogóle. Każdy będzie się cieszył, ze żywy-zdrowy i porzuci wszelką myśl o protestach.

Po drugie – obywatel Tusk Donald już zapowiedział, że przejdzie na ręczne sterowanie zarobkami doktorów – podobnie jak pan minister Motyka ręcznie sterował cenami benzyny i oleju napędowego. Jestem przekonany, że ten pomysł znajdzie poklask w szerokich kręgach naszego społeczeństwa, cierpiącego na chorobę czerwonych oczu, która objawia się w gorącym pragnieniu, by każdemu było tak źle, jak mnie. Co to komu szkodzi, jak jeszcze jedna grupa zawodowa zostanie wzięta pod obcasy? Jestem przekonany, że takiemu pomysłowi przyklasną zwłaszcza artyści, którzy w większości chlipią swoją intelektualną zupę z kotła przygotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, uważając to za dowód myślenia niezależnego i myślenia w ogóle. Wreszcie – po trzecie – Wszystkie te przedsięwzięcia umocnią tylko tak zwany „system”, który zostanie w ten sposób wyjęty spod jakiegokolwiek podejrzenia, dzięki czemu żerowisko dla obydwu biurokratycznych gangów, no i oczywiście – starych kiejkutów – zyska dodatkowo na bezpieczeństwie. Czegóż chcieć więcej?

Jak wspominał bohater powieście Roberta Penn Warrena „Gubernator” – dobro można robić przede wszystkim ze zła – bo ono jest wszędzie pod ręką. Jeśli zatem pan doktor Dawid Kacprzyk dostarczył tyle znakomitego materiału do przekucia go w dobro, to czy choćby dlatego nie powinien być szczodrze wynagrodzony?

Stanisław Michalkiewicz

Powracająca fala

Powracająca fala

Stanisław Michalkiewicz, „Prawy.pl”   23 czerwca 2026 michalkiewicz

W roku 1453 Turcy zdobyli Konstantynopol i ta data jest uważana za koniec epoki Średniowiecza, które zadowolona ze swego rozumu moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, uważa za okres ciemnoty – chociaż – jako „menażerka kultury” – teoretycznie powinna wiedzieć, że właśnie wtedy w Europie powstawały uniwersytety, wznoszone były katedry, które i dzisiaj wprawiają w podziw turystów, że kwitła literatura, zwłaszcza poezja, popularyzowana przez rzesze trubadurów, no i wreszcie – co powinno ją specjalnie połechtać w odpowiednim miejscu – kobieta została podniesiona na piedestał.

Co prawda idealizowano wtedy raczej kobiety nieznane, bo – jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz – idealizowanie kobiet znanych bywa znacznie trudniejsze – niemniej jednak idealizowano. Jednak między sferą powinności, a skrzekiem rzeczywistości zieje nieprzebyta przepaść, więc nic też dziwnego, że moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus uważa Średniowiecze za „ciemne”.

Tak czy owak, Średniowiecze szczęśliwie się skończyło i rozpoczęła się epoka nowożytna. A ponieważ z powodu zdobycia Konstantynopola przez Turków, dotychczasowe łańcuchy dostaw z Azji zostały przerwane, ówcześni Europejczycy zaczęli szukać morskiej drogi do Indii, żeby wznowić dostawy pikantnych przypraw, bez których solone mięso, jakim się wtedy żywiono, było trudne do przełknięcia. Toteż na morze wyruszył portugalski żeglarz Bartłomiej Diaz, któremu udało się dopłynąć do południowego skraju Afryki, za którym dostrzegł otwarty na wschód, zdatny do żeglugi ocean – ale z powodu buntu marynarzy musiał wrócić do Portugalii.

W roku 1492 Krzysztofowi Kolumbowi udało się przekonać hiszpańską królową Izabelę Katolicką, by spróbować dotrzeć do Indii płynąc na zachód – i w ten sposób doszło do odkrycia ogromnego kontynentu, początkowo nazywanego Indiami Zachodnimi, a potem – Ameryką – od imienia innego śmiałego żeglarza, Emeryka Vespucciego. W roku 1494, z inicjatywy papieża Aleksandra VI, został między Hiszpanią i Portugalią zawarty traktat w Tordesillas, którego przedmiotem był – po raz pierwszy w dziejach – podział świata. Podzielono go na półkuli zachodniej wzdłuż linii biegnącej ok. 1184 mil na zachód od Wysp Zielonego Przylądka, wskutek czego Brazylia przypadła Portugalii, dzięki czemu językiem urzędowym w tym państwie jest po dziś dzień portugalski. Kolejnym traktatem, zawartym w roku 1529 w Saragossie podzielono świat również na półkuli wschodniej, wzdłuż linii leżącej 17 stopni na wschód od archipelagu Moluków. Tak rozpoczęła się epoka wielkich odkryć geograficznych, które zaowocowały nie tylko powstaniem nowych gałęzi gospodarki, jak np. handlu oceanicznego, handlu murzyńskimi niewolnikami oraz zakładaniem kolonii.

W wieku XVIII dawny podział świata był już tylko wspomnieniem, bo pojawiły się nowe potęgi w postaci Wielkiej Brytanii i Francji. Doprowadziło to w wieku XIX do nowego podziału świata. Państwa europejskie utworzyły imperia kolonialne, z Imperium Brytyjskim na czele, którego władczyni, królowa Wiktoria, panowała nad ponad 400 milionami ludzi, sprawnie zarządzanymi przez stosunkowo nieliczną białą administrację. Skłoniło to w wieku XX Adolfa Hitlera, który marzył o nowym podziale świata do pomysłu, by Niemcy panowały nad Europą, podczas gdy Anglicy niech sobie utrzymują swoje Imperium, bo jego zdaniem Niemcy nie poradziliby sobie tak sprawnie z ludami kolorowymi.

Jednak wskutek dwóch europejskich wojen domowych w wieku XX: Wielkiej Wojny w latach 1914-1918 i II wojny światowej w latach 1939- 1945, Europa zaczęła tracić na znaczeniu, wskutek czego dawne imperia kolonialne zaczęły się rozpadać, a w miejscu dawnych kolonii pojawiły się niepodległe państwa. Rozpad imperiów kolonialnych przypada na drugą połowę lat 50-tych i lata 60-te ubiegłego wieku, a ich przyczyną było z jednej strony osłabienie Europy, między innymi wskutek działań USA, będącego przeciwnikiem istnienia europejskich imperiów kolonialnych, a z drugiej – wskutek ekonomicznej kalkulacji. Kolonialnym metropoliom przestawało się opłacać inwestowanie w koloniach w budowę dróg, kolei, portów, miast czy fabryk. Korzystniej tedy było przyznać im niepodległość, bo wtedy za to wszystko musiały już płacić dawnym metropoliom same.

Niestety w wieku XX narody europejskie zostały w znacznym stopniu zdemoralizowane przez wojenne etatyzmy oraz ideologię socjalistyczną, w ramach której forsowany zbył tam feminizm oraz dewiacje seksualne, co sprawiło, że zaczęły one doświadczać kryzysu demograficznego. Tymczasem na skutek globalnego rozwoju gospodarczego, ludzie na świecie zaczęli się lepiej odżywiać, skuteczniej się leczyć i tak dalej – co z kolei sprawiło, że w nowych, niepodległych państwach, dawnych koloniach, doszło do eksplozji demograficznej.

Zgodnie tedy z ciśnieniem osmotycznym, pojawiła się powracająca fala, z tym, że już nie z Europy na inne kontynenty, tylko z innych kontynentów do Europy. W dodatku, tej powracającej fali sprzyjała inna motywacja, niż dawnej ekspansji Europejczyków. O ile ekspansja ludów europejskich na inne kontynenty była podyktowana pragnieniem zdobycia a przynajmniej udziału w bogactwach „krain nienazwanych”, to powracająca fala jest przede wszystkim podyktowana pragnieniem udziału w panującym w Europie socjalu. Do tego pragnienia dorabiany jest pozór uzasadnienia ideologicznego; skoro Europa eksploatowała przez wieki nasze bogactwa i nasze ludy, to my mamy teraz moralne prawo odebrać sobie „nagrabliennoje” w ten sposób, że będziemy korzystać z tamtejszego socjalu.

Oprócz tego uzasadnienia jest jeszcze drugie – religijne. Chrześcijaństwo wzywa, by ludzie wzajemnie pomagali sobie „nosić brzemiona”, toteż migranci z Południa całkiem serio uważają, że na chrześcijańskiej Europie taki obowiązek ciąży. Właśnie papież Leon XIV na Wyspach Kanaryjskich wytknął nieubłaganym palcem Europie brak empatii. Rzeczywiście – z punktu widzenia Kościoła katolickiego, który z natury rzeczy jest kosmopolityczny, nie ma znaczenia, czy katolikami są, dajmy na to, Hiszpanie, Polacy, czy Murzyni lub Hindusi. Mówiąc nawiasem, Murzynów-katolików jest dzisiaj chyba nawet więcej, niż katolików-Europejczyków. Daje się to zauważyć nawet w mojej parafii na warszawskim Powiślu, w której w każdą niedzielę odprawiana jest Msza po angielsku, dla coraz liczniejszej rzeszy katolickich migrantów z Afryki i Azji.

W właśnie wszedł w życie Pakt Migracyjny Unii Europejskiej, który budzi u nas tak zwane mieszane uczucia. Mądrale uspokajają wprawdzie, że Polska nie zostanie dotknięta obowiązkiem „relokacji”, ani koniecznością płacenia 20 tys. euro od głowy migranta w razie odmowy przyjęcia, ale czy można wierzyć mądralom? Zgodnie z prawem Murphy`ego, jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie tym bardziej, że o likwidacji socjalu nikt nawet nie ośmieli się zająknąć.

Stanisław Michalkiewicz

Dumme Parade

Dumme Parade

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    21 czerwca 2026 michalkiewicz

Chociaż ukraińscy banderowcy „srają Polsce na głowę” – jak powiedziałaby pani Krystyna Janda – chociaż Książę-Małżonek, najwyraźniej odczuwający dyskomfort z powodu nieuwzględnienia go przy zaproszeniu na obchody 80-lecia urodzin prezydenta Donalda Trumpa, że aż życzył panu prezydentowi Nawrockiemu, który na urodziny prezydenta Trumpa został zaproszony, żeby przynajmniej doszedł „do finału” w walkach MMA, chociaż rewelacje na temat braci Rysiczów, ukraińskich herojów afery podkarpackiej, która mogła przybrać takie rozmiary dlatego, że obydwaj bracia-sutenerowie wysługiwali się również polskiej bezpiece, została przez stare kiejkuty ucięta z dnia na dzień i żaden funkcjonariusz Propaganda Abteilung, zarówno służący Donaldu Tusku, jak i służący Naczelnikowi Państwa Jarosławowi Kaczyńskiemu już nie ośmieli się na ten temat zająknąć – to jednak nasz nieszczęśliwy kraj, przynajmniej na jednym odcinku, dotrzymuje kroku innym nieszczęśliwym krajom. Mam oczywiście na myśli „Paradę Równości”, jaka niedawno przeszła ulicami Warszawy.

W ogóle czerwiec, który dotychczas uchodził za miesiąc poświęcony czci Serca Jezusowego, za sprawą poszczególnych Judenratów, których działalność koordynują promotorzy rewolucji komunistycznej, finansowani między innymi przez starego, żydowskiego finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, został niepostrzeżenie przerobiony na miesiąc „dumy gejowskiej”. Chodzi o to, że sodomczykowie i gomorytki, czyli tak zwani „geje” oraz lesbijki, pragną odczuwać „dumę”. Nie chodzi przy tym o tę Dumę w Moskwie, bo jak tak dalej pójdzie, to nie tylko sodomczykowie i gomorytki, ale wszyscy inni też, oddziaływania tej z Dumy doświadczą na własnej skórze – tylko o „dumę” w znaczeniu satysfakcji.

W tym miejscu nie mogę się powstrzymać od przypomnienia anegdotki z pamiętnika pewnej arystokratki. Wspomina ona, że w młodości była bardzo dumna. Tak bardzo, że nabrała wątpliwości, czy przypadkiem nie powinna wyznać tego spowiednikowi. Ten w odpowiedzi na jej wyznanie zauważył, że pewnie pochodzi ze starej rodziny. – Owszem – odpowiedziała penitentka – ale to nie z tego powodu jestem taka dumna. – To pewnie twoi rodzice mają jakieś wybitne osiągnięcia – drążył spowiednik. – Owszem, są wykształceni i osiągnięcia mają – ale to nie jest ta przyczyna. – Już wiem – szepnął spowiednik. – Ty musisz być bardzo ładna. – Nie narzekam – odparła rezolutnie panienka – ale tu nie o to chodzi. – Moje dziecko – odezwał się po namyśle spowiednik. – Ty nie jesteś wcale dumna, tylko głupia, a to nie grzech.

Z czego bowiem mają odczuwać „dumę” sodomczykowie i gomorytki? Z tego, jak zaspokajają popęd płciowy. Sodomczykowie zaspokajają popęd płciowy albo – jak powiadają gitowcy – „paciakując w popielnik” – albo obciągając sobie nawzajem laskę. Gomorytki z kolei albo mlaskają się po klitorisach, albo uprawiają tzw. anilingus, to znaczy – mlaskają się po odbytach. Oczywiście skoro nie mają żadnych innych powodów by odczuwać dumę, to dobre i to – chociaż z drugiej strony osobnika, który wychodziłby na ulicę wykrzykując, jak to wspaniale spółkuje z panienkami, podejrzewano by przynajmniej o niestabilność emocjonalną i oddano w ręce infirmerów. Tymczasem sodomczykom i gomorytkom podczas „Parady Równości” dotrzymywała towarzystwa zarówno Wielce Czcigodna Magdalena Biejat, która fuchę wicemarszałkini Senatu wykonuje podobno w sposób nie zwracający niczyjej uwagi, oraz prezydent Warszawy, pan Rafał Trzaskowski.

Mój Honorable Correspondant, który obserwuje te parady z obowiązku, poinformował mnie, że coraz większą część ich uczestników stanowią nawet nie sodomczykowie, czy gomorytki, tylko wariaci w sensie medycznym. Najwyraźniej promotorzy komunistycznej rewolucji musieli rozszerzyć szeregi proletariatu zastępczego również na wariatów. Ich też zamierzają „wyzwolić”, podobnie jak „kobiety”, sodomczyków i gomorytki.

Judenrat „Gazety Wyborczej” najwyraźniej wychodzi temu naprzeciw, bo podczas lektury tamtejszych publikacji można odnieść wrażenie, że tworzyli je wariaci. To by się zresztą zgadzało, bo przysłowie powiada, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Pan red. Michnik dzieciństwo spędził w rodzinie zaangażowanych komunistów, a jak wiadomo, granica między takim zaangażowaniem a odlotami bywa bardzo płynna, więc nic dziwnego, że w starszym wieku te predylekcje coraz bardziej dochodzą do głosu. Jak się to wszystko skończy, jakie paroksyzmy będzie musiał przeżywać wskutek tego nasz nieszczęśliwy kraj – to całkiem inna sprawa.

Znalezienie się w mocy wariatów z pewnością do przyjemności nie należy i to nie tylko dla osób postronnych, ale i dla porażonych. Dobrą ilustrację stanowi przypadek pani Joanny Szczepkowskiej. Jeszcze w 1989 roku, kiedy to oświadczyła, że „upadł komunizm”, sprawiała wrażenie osoby tylko figlarnej. Jak bowiem zauważył prof. Bogusław Wolniewicz, komunizm wcale nie „upadł”, tylko „mutuje”. Zresztą żeby się o tym przekonać, to nawet wtedy wystarczyła zwykła spostrzegawczość. Tylko wyjątkowy dureń bowiem mógł nie zauważyć, że dowodem na „upadek” komunizmu był wybór przywódcy tych „upadłych” komunistów, generała Wojciecha Jaruzelskiego, na prezydenta „wolnej Polski”. Oczywiście w przypadku pani Joanny Szczepkowskiej wystarczała sama figlarność, bo nikt od niej specjalnej przenikliwości przecież nie oczekiwał. Teraz jednak już nie sprawia wrażenia figlarnej, tylko zgorzkniałej, chociaż nadal nie zauważa, że „mówi prozą”.

Ale mniejsza już o nią, bo w przypadku aktorów czar pryska, gdy zaczynają mówić własnym tekstem, chociaż nawet w takich razach kieruje nimi instynkt stadny. Tak było w Ameryce za prezydenta Nixona, tak jest za prezydenta Trumpa, przeciwko któremu staje w szranki Jane Fonda, co to nadstawiała się w swoim czasie władzom Wietnamu Północnego i tak samo jest u nas, gdzie celebrytowie demonstrują pogardę wobec pana prezydenta Nawrockiego. Mechanizm tego zjawiska musi być bardzo podobny do „dumy” demonstrowanej przez sodomczyków i gomorytki, no a poza tym i w jednym i w drugim przypadku dochodzi do głosu instynkt stadny: „rozpoznajemy się po »Ulissesach« – nawoływał w latach 70-tych jegomość znany w środowisku pod pseudonimem »Kocica«”.

Najciekawsze jednak jest w tym wszystkim to, że sodomczykowie i gomorytki też ćwierkają z klucza. Oto sponsorzy: miasto Warszawa, Ambasada RFN, Ambasada Meksyku, Komisja Europejska i Fundacja Heinricha Bolla. Ale wielość sponsorów niemieckich niech nas nie zwodzi, bo zarówno Ambasada, jak i Fundacja Bolla, nie mówiąc już o Komisji Europejskiej, czerpią swoje środki z funduszy publicznych. Oczywiście na pieniądzach nie jest napisane, że mogą pochodzić z gadzinowego funduszu BND, ale to przecież nikomu nie przeszkadza, bo skoro nie jest napisane, to nie jest, dzięki czemu można stworzyć wrażenie pełnego spontanu i odlotu, niczym w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy „Jurka” Owsiaka, co to nawet serduszka ma podobne, jak Winterhilfswerke.

Stanisław Michalkiewicz

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    20 czerwca 2026

Rochu! – mówił zirytowany do żywego pan Zagłoba do Rocha Kowalskiego po tym, jak został nakryty w trakcie wojowania z małpami w ogrodzie jednego z pałaców podczas szturmu na będącą w szwedzkich rękach Warszawę. – Muszę – ciągnął – dokonać jakiegoś bohaterskiego czynu, by zmazać tę kompromitację. – Wuj musi! – przytaknął Roch Kowalski. I rzeczywiście, wszystko się udało. Pan Zagłoba kazał podstawić puszkę z prochem pod bramę, która wskutek tego została wysadzona, dzięki czemu ciurowie, którymi pan Zagłoba podczas szturmu dowodził, wdarli się do miasta.

11 czerwca rozpoczęły się mistrzostwa świata w futbolu, rozgrywane jednocześnie w trzech państwach: Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Zainteresowanie futbolowymi rozgrywkami jest tak duże, że z pewnością zepchnie na dalszy plan inne wydarzenia, z wizytą papieża Leona XIV na Wyspach Kanaryjskich, nie mówiąc już o wojnach, jakie bezcenny Izrael wespół ze Stanami Zjednoczonymi prowadzi nie tylko ze złowrogim Iranem, ale także – z jego psem łańcuchowym, czyli Hezbollahem w Libanie.

Nawiasem mówiąc, ta wojna w Libanie stała się pretekstem do przerwania rozmów amerykańsko-irańskich, w następstwie czego prezydent Donald Trump, który chyba już ze 40 razy zapowiadał rychłe zakończenie tej wojny, w którą – co tu ukrywać – został przez przebiegłego premiera Beniamina Netanjahu wkręcony, znowu nakazał obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, a złowrogi Iran w rewanżu znowu obrzuca ponaddźwiękowymi dzidami amerykańskie bazy w krajach arabskich.

Wprawdzie pojawiły się pogłoski, jakoby prezydent Trump strasznie obsztorcował izraelskiego premiera z powodu jego dokazywania w Libanie – ale ja nie wierzę, by się na to odważył, bo wtedy Żydowie w Ameryce następnego dnia zrobiliby z niego marmoladę. Nic takiego się nie stało, więc chyba żadnej obsztorcówy nie było tym bardziej, że Beniamin Netanjahu wszelkie uwagi amerykańskiego prezydenta olewa ciepłym moczem i kontynuuje dokazywanie zarówno w Libanie, jak i w Strefie Gazy, bo to mu zapewni zwycięstwo w październikowych wyborach w bezcennym Izraelu. Jak bowiem donoszą z Bliskiego Wschodu, izraelscy Żydowie murem stoją za swoim premierem, podobnie, jak Niemcy za Adolfem Hitlerem po jego zwycięstwie nad Francją w 1940 roku.

Ale wszystkie te doniosłe wydarzenia – jak już wspomniałem – zostaną zepchnięte na dalszy plan przez mistrzostwa świata w futbolu, chociaż niby każdy wie, że od ich rezultatu tak naprawdę nic nie zależy. Okazuje się, że potęga przemysłu rozrywkowego jest większa, niż wszystkie problemy, które trapią świat, więc może niepotrzebnie tak się tymi wszystkimi problemami przejmujemy, bo najważniejsze jest, żeby wypić, zakąsić, a w wolnych chwilach – pokibicować jakiejś drużynie.

Nasz nieszczęśliwy kraj niestety kibicować nie ma komu, bo nasza wspaniała drużyna w rozgrywkach udziału nie bierze, w związku z czym vaginet obywatela Tuska Donalda przygotował nam całkiem inne rozrywki, których dodatkowym celem jest zatarcie niemiłego wrażenia, jakie powstało po rewelacjach dotyczących braci Rysiczów, co to na Podkarpaciu pozakładali byli całą sieć burdeli, korzystających z ochrony roztoczonej nad nimi ze strony policji, prokuratury i niezawisłych sądów.

Początkowo panowało przekonanie, że ukraińscy sutenerowie zwyczajnie dopuścili do spółdzielni zarówno policjantów, jak i prokuratorów i niezawisłe sądy – ale na szczęście się wyjaśniło, że nic z tych rzeczy. Wyrozumiałość naszych władz brała się stąd, że bracia Rysiczowie byli konfidentami polskiej bezpieki. Z jednej strony to dobrze, bo nie musieli nikogo korumpować, no ale z drugiej strony to jeszcze gorzej, bo się okazało się zarówno policja, prokuratura, jak i niezawisłe sądy wykonują w podskokach zadania wyznaczone przez oficerów prowadzących z bezpieki.

W ten oto sposób potwierdziła się w całej rozciągłości moja ulubiona teoria spiskowa, według której najtwardszym jądrem naszej młodej demokracji nadal pozostaje bezpieka – podobnie jak pozostawała najtwardszym jądrem systemu za pierwszej komuny. Jednak z punktu widzenia wiary w autentyczność demokracji, jest to – co tu ukrywać – straszliwa plama, którą vaginet obywatela Tuska Donalda próbuje właśnie zatrzeć przy pomocy rozrywkowej operacji przypominającej sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii.

Oto na przesłuchanie do niezależnej prokuratury wezwany został na świadka Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, nad którym przez bite siedem godzin pastwiła się nie tylko niezależna prokuratura, ale również Wielce Czcigodny Giertych Roman i pan mecenas Dubois. Niezależne od tego całe nasze demokratyczne państwo prawne, urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej, ugania się po świecie za złowrogim Zbigniewem Ziobrą i Marcinem Romanowskim, który starannie zaciera za sobą wszelkie ślady. Obywatel Żurek Waldemar mało jaja nie zniesie, żeby wreszcie tych winowajców dopaść, ale wygląda na to, że trafiła kosa na kamień – a na domiar złego właśnie zebrała się Krajowa Rada Sądownictwa, co do której nie ma pewności, czy aby na pewno jest legalna, czy nie. Ale w świetle rewelacji na temat afery podkarpackiej kwestia legalności niezawisłych sądów nie wydaje się już taka ważna, bo przecież nie tyle chodzi o to, by były one legalne, tylko – żeby słuchały się bezpieki – a do tego legalność nie jest tak bezwzględnie konieczna.

Odwrotnie – im większe wątpliwości co do legalności prokuratury, czy sądów, tym bardzie muszą one akomodować się do wymagań bezpieki – bo to ona ma ostatnie słowo nie tylko w kwestii legalności, ale w ogóle – we wszystkich innych sprawach naszego państwa, a nawet – całego życia publicznego. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy decyzję niezawisłego sądu, który nakazał Grzegorzu Braunu przeprosić Komendanturę chwilowo nieczynnego obozu w Auszwicu, że w tym obozie infrastruktura pozostawia wiele do życzenia. Niezawisły sąd nakazał Grzegorzu Braunu zameldować, że chwilowo nieczynny obóz jest w znakomitym stanie. Domyślamy się tedy, że jeśli tylko uda się skompletować załogę – z czym nie powinno być przecież żadnych trudności – to można go będzie uruchomić gwoli nauczenia rozumu wszystkich wrogów demokracji, co to pławią się od rana do wieczora w mowie nienawiści.

Obawiam się jednak, że te rozrywki mogą okazać się niewystarczające do zatarcia złego wrażenia po podkarpackich rewelacjach, więc w czynie społecznym wracam do pomysłu racjonalizatorskiego, by Sejm uchwalił specustawę o zagazowaniu Grzegorza Brauna – ale nie w Auszwicu – bo nie wypada, by tamtejsza Komendantura gazowała w swojej sprawie – tylko na Majdanku. Jest tam niewielka komora, w sam raz do takiej egzekucji, a żeby wykorzystać tę okazję do prewencji ogólnej, trzeba by spędzić tłumy, zaś podczas gazowania delikwenta orkiestry grałyby „Tango Milonga”: „Tango Milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj ostatni raz usłyszę!

Stanisław Michalkiewicz

Na smyczy bezpieki

Na smyczy bezpieki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    18 czerwca 2026 michalkiewicz

W „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” jest anegdotka o absztyfikancie, któremu podczas wizyty w domu narzeczonej przytrafił się casus pascudeus w postaci głośnego puszczenia wiatrów. Nieszczęsny absztyfikant tak się skonfundował, że postanowił ukryć tę wpadkę za wszelką cenę. W tym celu zamordował nie tylko narzeczoną, ale również resztą rodziny, będącej świadkiem wydarzenia. Naturalnie nic to nie dało, bo śledztwo objęło również motywy zbrodni i w ten sposób wszystko wyszło na jaw.

Ta anegdotka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” znakomicie pasuje do tak zwanej „afery podkarpackiej”. Polegała ona na tym, że dwa ukraińscy gangsterzy, bracia Aleksiej i Jewhen Rysiczowie, założyli w województwie podkarpackim sieć burdeli, w których zatrudniali panienki [no i dzieci… md] z Polski, Ukrainy i skąd się tylko dało. W swojej działalności nie napotykali przeszkód, przeciwnie – można było odnieść wrażenie, że władze naszego nieszczęśliwego kraju traktują ich niezwykle wyrozumiale. Samą sympatią dla Ukrainy, która zresztą wtedy jeszcze nie chroniła Europy i świata przez zakusami złego Putina – co obecnie ma rangę dogmatu quasi-religijnego, który stanowi znakomity pozór uzasadnienia dla ukraińskiej postawy roszczeniowej nie tylko wobec Polski, ale również innych nieszczęśliwych krajów – więc samą sympatią dla Ukrainy tłumaczyć tej wyrozumiałości nie można było wyjaśnić, w związku z czym pojawiły się brzydkie podejrzenia, że bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpują nie tylko ojczystych policjantów, ale również – funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, a nawet – niezawisłych sądów.

Jeśli chodzi o policję, to owszem – zwalczała ona przy pomocy praworządnych procedur wszelką konkurencję braci Rysiczów, którzy w związku z tym zaczęli dokazywać bez opamiętania. Prowadziło to do tak zwanych wpadek, ale były one niegroźne zarówno dla braci, jak i dla ich interesów, bo jeśli nawet sprawa trafiała przed niezawisłe sądy, to one też były wyrozumiałe, co znajdowało wyraz w symbolicznym charakterze kar, umożliwiających prowadzenie interesu bez żadnych przestojów. Nic więc dziwnego, że z usług burdeli prowadzonych przez Ukraińców, którzy zresztą w międzyczasie uzyskali polskie obywatelstwo, korzystało coraz wytworniejsze towarzystwo, obejmujące również osoby z pierwszych stron gazet. Wydawało się wszystkim, że jest bezpiecznie, a tymczasem wcale tak nie było, bo bracia Rysiczowie wszystkie bliskie spotkania III stopnia z panienkami nagrywali na video i podobno udało im się zgromadzić aż 4 tysiące takich nagrań. Wreszcie z jakichś zagadkowych powodów się zniechęcili, wrócili na Ukrainę i na razie ślad po nich zaginął.

Wśród ludu krążyły wprawdzie różne pogłoski na temat ten afery, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wiedział – chociaż wiadomo, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Próbował odkrywać tę sprawy były bokser, Dawid „Cygan” Kostecki, ale skończyło się to dla niego fatalnie. Z wyroku niezawisłego sądu trafił do więzienia, gdzie w swojej celi się taktownie powiesił. Ten przypadek najwyraźniej podziałał trzeźwiąco na wszystkich i pewnie dlatego pan Andrzej Duda, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pytany przez pana red. Rymanowskiego o aferę podkarpacką, dał do zrozumienia, że nigdy nic o niej nie słyszał. Z jednej strony dobrze to świadczy o moralności pana Andrzeja Dudy, chociaż z drugiej strony powinien on chyba wiedzieć trochę więcej o funkcjonowaniu państwa, którego prezydentem był przez 8 lat.

Tymczasem okazało się, że dwaj dziennikarze, jeden z portalu „Onet”, a drugi – z portalu „Goniec”, ogłosili, że podejrzenia, jakoby bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpowali policjantów, prokuratorów i niezawisłych sędziów, nie są prawdziwe, bo byli oni wieloletnimi tajnym współpracownikami polskiej bezpieki, która być może nawet partycypowała w dochodach uzyskiwanych z podkarpackich burdeli i roztaczała nad całym tym interesem parasol ochronny. To wyjaśnienie, do którego z podejrzaną skwapliwością przyłączył się minister-koordynator służb specjalnych w vaginecie obywatela Tuska Donalda, pan Tomasz Siemoniak, wprawdzie oczyszcza funkcjonariuszy policji, prokuratury i niezawisłych sędziów z podejrzeń o zwyczajną korupcję, ale pozwala na wysunięcie podejrzenia, że cały aparat państwa, z niezawisłymi sądami inclus, wykonuje polecenia bezpieki, stanowiącej przez nikogo nie kontrolowane państwo w państwie.

Tak właśnie było za pierwszej komuny, kiedy to najtwardszym jądrem systemu była nie żadna tam „partia”, tylko właśnie bezpieka. Mogliśmy się o tym przekonać na początku stanu wojennego, kiedy to szef PZPR, Edward Gierek został internowany i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Ta decyzja WRON miała oczywiście charakter pedagogiczny. Edward Gierek nie stwarzał przecież żadnego zagrożenia ani dla ustroju socjalistycznego, ani dla sojuszy. Chodziło o pokazanie, kto naprawdę rządzi – że nie żadna „partia” tylko bezpieka. I tak już zostało, bo – jak pamiętamy – wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako WSI – nadzorował prawidłowy jej przebieg, a potem wypuścił z siebie kilka łbów hydry, dzięki czemu m mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż 7 bezpieczniackich watah. Ale to jeszcze nic – bo przez cały ten czas werbowana była i jest agentura.

Ona się nie rozpłynęła w powietrzu, cały czas istnieje, pamięta, komu zawdzięcza pozycję społeczną, materialną, karierę i przyszłość, więc jest posłuszna, dyspozycyjna, dzięki czemu za jej pośrednictwem bezpieka może ręcznie sterować nie tylko państwem, ale całym życiem publicznym. No a bracia Rysiczowie? Czy przypadkiem nie wylądowali w Polsce z wyznaczonym przez SBU zadaniem przeniknięcia do struktur tubylczej bezpieki – prawdopodobnie już wcześniej penetrowanej przez Ukraińców, którzy są też w policji. Nagrywanie kompromatów i ich wyjazd na Ukrainę daje postawy do najgorszych podejrzeń.

Wreszcie moment, kiedy te rewelacje wybuchły. Bo wybuchły zaraz po wizycie w Polsce Kiryły Budanowa, obecnie szefa Biura Prezydenta Zełeńskiego – ale przedtem – szefa Głównego Zarządu Wywiadu tamtejszego Ministerstwa Obrony. O czym rozmawiał z naszymi dygnitarzami? Tego nie wiemy – ale ukraińskie media skomentowały skutki jego wizyty w Polsce, że „zapobiegł najgorszemu”. Ciekawe, bo Ukraińcy uważają za „najgorsze”? Czy odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu, czy zaprzestanie futrowania Ukrainy przez Polskę a nawet – blokowania dla niej forsy z UE – jak to robił Orban? No i wreszcie – jak pan Budanow temu „najgorszemu” – cokolwiek by to było – „zapobiegł”? Czy przypadkiem nie uświadamiając swoich warszawskich rozmówców, że nie jest bezpiecznie? Taki szef wywiadu coś tam przecież musi wiedzieć, w odróżnieniu od pana Tomasza Siemoniaka, który o wszystkim dowiaduje się z mediów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ćwiczymy „postawę służebną”

Ćwiczymy „postawę służebną”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 13 czerwca 2026 michalkiewicz

Właśnie rozpoczął się kolejny Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu – ale jakoś nie rozpala emocji, jak to bywało za komuny, kiedy ulice miast pustoszały, a szyby były „niebieskie od telewizorów” – wtedy jeszcze czarno-białych. Również ówczesne media, normalnie trzymane za pysk przez cenzurę, na okoliczność Festiwalu uzyskiwały dyspensę. Dzięki temu czytelnicy prasy mogli się przekonać, że funkcjonariusze ówczesnego Propaganda Abteilung wcale nie są nudni i drewniani, że potrafią zdobywać się na wyrafinowane i subtelne egzegezy treści festiwalowych piosenek.

Teraz – nic z tych rzeczy. Może dlatego, że za komuny teksty piosenek pisali poeci, podczas gdy teraz – dla oszczędności – robią to albo sami wykonawcy, albo grono przyjaciół, więc nie ma materiału do żadnej egzegezy. Muzycznie też wszystkie piosenki są do siebie podobne – eśta-eśta – więc nic dziwnego, że nie słychać żadnych subtelnych recenzji. Jedyne co przecieka z Festiwalu, to plotki – na przykład o panu „Ralfie” Kamińskim i Dodzie-Elektrodzie, którzy wbijają sobie nawzajem „szpilki”. Pani Cienkowska, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda – jak to się mówi – „robi w kulturze” – najwyraźniej uważa, że to właśnie jest najtwardsze jądro tubylczej kultury, uzasadniające opodatkowanie współobywateli na rzecz artystów. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – nawoływał Konstanty Ildefons-Gałczyński jeszcze przed wojną – i okazuje się, że kontynuacja jest większa, niż myślimy. Sanacja to co innego. Sanacja stała na przeciwnym stanowisku, o czym świadczyła odpowiedź premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego na petycję filharmoników, którzy domagali się rządowej opieki: „Nam wystarczą orkiestry wojskowe!

O marginalnym charakterze opolskiego Festiwalu świadczy choćby to, że nie przyćmił on zgrzytu, jaki w stosunkach polsko-ukraińskich pojawił się za sprawą nadania przez prezydenta Zełeńskiego pewnej jednostce tamtejszej niezwyciężonej armii imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii. Podobno wojskowi pierwotnie domagali się uhonorowania ich jednostki imieniemKłyma Sawura, osobiście odpowiedzialnego za wydanie rozkazu wymordowania ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej, ale władze doszły do wniosku, że lepiej trochę poczekać, aż Polacy zmiękną, a póki co „Bohaterowie UPA” wystarczą. Na takie dictum Kukuniek odpiął sobie od koszuli guziczek w ukraińskich barwach narodowych, a pan prezydent Karol Nawrocki zapowiedział odebranie prezydentowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Czy tak zrobi – tego nie wiemy, bo konstytucja jest tak dziwacznie zredagowana, że prezydent może „nadawać” ordery i odznaczenia bez kontrasygnaty premiera, ale już odebrać takiego odznaczenia bez kontrasygnaty nie może.

Widać jak na dłoni, że hebesowie, którzy tę konstytucję pisali, najwyraźniej nie słyszeli o zasadzie prawa rzymskiego: cuius est condere eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił – ten może znieść. No a pomyślmy sami – czy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, albo sam niemiecki kanclerz Fryderyk Merz pozwoli Donaldu Tusku na takie zuchwalstwo i to wkrótce po podniesieniu w kwietniu br. stosunków niemiecko-ukraińskich do rangi strategicznego partnerstwa? Obawiam się, że takiego pozwolenia nie będzie i w rezultacie Polska – w odpowiedzi na ukraińską politykę realną – nie będzie mogła zareagować nawet w sferze pozorów.

W dodatku Episkopat napomniał tutejszych parafian, żeby „nie szemrali” przeciwko Ukraińcom – tak, jak nie wolno im „szemrać” przeciwko Żydom, którzy załatwili sobie specjalne względy u samego Stwórcy Wszechświata. W tej sytuacji pozostaje nam tylko czekać do roku 2039, kiedy to, zgodnie z niemieckimi planami, Bundeswehra będzie najsilniejszą armią w Europie, a zaraz po niej – drugą najsilniejszą (do 800 tys żołnierzy) będzie uzbrojona po zęby, między innymi za środki z pożyczki SAFE – niezwyciężona armia Ukraińska, nawiązująca do tradycji UPA. W dodatku będziemy mieli u nas prawie 2 mln Ukraińców, podatnych na wezwania do „wołynki”, jeśli tylko nasz mniej wartościowy naród tubylczy spróbowałby albo im, albo Niemcom podskakiwać. Czegóż chcieć jeszcze?

Dopiero na tym tle możemy docenić znaczenie pomysłu obywatela Tuska Donalda – żeby przy Alejach Ujazdowskich, tuż przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wznieść pomnik Tadeusza Mazowieckiego, a potem, u jego stóp, w roku 2027 poprowadzić „Marsz Patriotów”. Nawet nie „księży-patriotów”, tylko patriotów zwyczajnych, co to słuchają zarówno Judenratu „Gazety Wyborczej”, jak i Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która z kolei konsultuje swoje poczynania z niemieckim kanclerzem. Tadeusz Mazowiecki był „pierwszym niekomunistycznym premierem” przy prezydencie Wojciechu Jaruzelskim, co to miał pilnować, żeby transformacja ustrojowa przebiegała zgodnie z planem, to znaczy – żeby komunistyczna nomenklatura nie doznała żadnej krzywdy.

Tadeusz Mazowiecki ani przez Amerykanów, ani przez Sowieciarzy do konfidencji dopuszczony nie był – ale kiedy tylko został „pierwszym niekomunistycznym premierem”, odwiedził go szef sowieckiego KGB Władimir Kriuczkow, którzy wyjaśnił mu, co uzgodniono i czego ma się trzymać. Toteż Tadeusz Mazowiecki zaraz ogłosił doktrynę „grubej kreski”, która miała oznaczać całkiem co innego, niż się potem okazało, no i wyściskał się w Pierwszej Krzyżowej z niemieckim kanclerzem Helmutem Kohlem – że to niby w stosunkach niemiecko-polskich wszystko jest gites, tenteges.

A w ogóle, to Tadeusz Mazowiecki znany był – jak zresztą sam to określał – z „postawy służebnej”. Ciekaw jestem tedy, jak go na tym pomniku przedstawi autor – czy w postawie dumnej, czy właśnie – w „postawie służebnej” – no, a jeśli tak, to w jaki sposób tę „postawę służebną” zaprezentuje? Oczywiście jak tam będzie tak tam będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – ale nie da się ukryć, że wybór obywatela Tuska Donalda na pomnikową postać nie jest przypadkowy. W osobie Tadeusza Mazowieckiego, znanego wszak z „postawy służebnej”, obywatel Tusk Donald pragnie nam przekazać informację, jakie miejsce z nowej Europie nam przeznacza, podobnie zresztą, jak i sobie – bo przecież żyją ludzie pamiętający, że to Nasza Złota Pani z Berlina upodobała w nim sobie i przenosząc go Mocną Ręką na brukselskie salony, zrobiła z niego człowieka. Ale oprócz tej osobistej, jest i druga przyczyna. Obywatel Tusk Donald, który w swoim czasie doprowadził do zlikwidowania Unii Wolności, w ramach której „aferałowie” kolaborowali z „partią zagranicy”, za jaką uchodziła wówczas Unia Demokratyczna, najwyraźniej chciałby tamten błąd naprawić i zamiast sztukować sobie parlamentarną większość przy pomocy jakichś przypadkowych vaginess, czy jegomościów w rodzaju pana Hołowni, pojednać się z „lewicą laicką”, która na postronku przyprowadzi do niego rzeszę mikrocefali, którym się powie, że oto mamy jasnego idola. Tadeusz Mazowiecki, sterowany zdalnie przez Michnkukuremka znakomicie się nadaje na fasadę reaktywowanej politycznej formacji.

Stanisław Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie

Nie jest bezpiecznie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  9 czerwca 2026 michalkiewicz

Gdyby w naszym nieszczęśliwym kraju istniała opinia publiczna, to bym napisał, że niedawne fałszywe alarmy o podrzutkach i pożarach, opinią tą wstrząsnęły. Ponieważ jednak mam wrażenie, iż opinia publiczna w naszym nieszczęśliwym kraju chyba nie istnieje, to tak nie napiszę. Jakże bowiem mówić o opinii publicznej, kiedy środowisko mikrocefali, niekiedy nawet szalenie utytułowanych, siorbie swą intelektualną zupę z kotła, zgotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i w rezultacie, zgodnie z dominującym w tym środowisku instynktem stadnym, wydaje z siebie zbiorowe kwiki, albo nawet wycia, jeśli tylko coś „nie mieści im się w głowie”?

Jest to tym ciekawszy fenomen, że wspomniane środowisko skupia osobników bardzo zadowolonych ze swego rozumu, czego dowody co i rusz składa zażywająca wielkiej sławy („wielka sława to żart; książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg, z rąk do rąk, z rąk do rąk” – słyszymy w „Baronie Cygańskim”) pani Joanna Szczepkowska?

Z aktorami w ogóle jest problem, bo gdy na przykład deklamują Szekspira, to wszystko jest w porządku i niekiedy nawet wzbudzają zachwyt – ale kiedy zaczynają deklamować własne teksty, to z reguły wygląda to znacznie gorzej. Niestety również i wtedy oczekują zachwytu i oklasków, a kiedy ich nie otrzymują, to zwalają winę na „przypadkowe społeczeństwo” – jak mawiał „Drogi Bronisław”, czyli pan prof. Bronisław Geremek, którego pani Magdalena Albright, co to nie była do końca pewna, czy jest Czeszką, czy może Serbką, awansowała do rangi naszego „skarbu narodowego”.

Wróćmy jednak do wspomnianych fałszywych alarmów, które trwają podobno od dłuższego czasu, ale rozgłos przyniosło im dopiero wtargnięcie policji razem z drzwiami do mieszkania pana red. Tomasza Sakiewicza, w którym – no właśnie! – Według fałszywych pogłosek policja znalazła tam złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, który w ramach bilokacji znalazł się w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, by omówić z nim szczegóły swojej kolaboracji z telewizją „Republika”. Policja oczywiście rzuciła się na niego i założyła mu kajdanki – ale w tym momencie, na oczach osłupiałych policjantów, przemienił się on w asystentkę pana red. Sakiewicza – jednak kajdanki, będące własnością państwową i policyjną – w metamorfozie udziału już nie wzięły i ku konfuzji policjantów, pozostały na rękach asystentki.

Wybuchł straszliwy skandal, ale to był dopiero wstęp, bo następny fałszywy alarm dotyczył podrzutka w domu Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie ochrona nie wpuściła policji do środka, ale policjanci, nauczeni doświadczeniem zdobytym w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, przekopali podobno cały ogródek w nadziei, że znajdą tam jeśli nawet nie złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, to przynajmniej pana Marcina Romanowskiego, który nie wiadomo, gdzie właściwie jest, więc dlaczego nie miałby zejść do podziemia w ogródku? Oczywiście niczego nie znaleźli, ale ta sprawa już wkrótce zeszła na plan dalszy, bo w znanym na całym świecie z niezawisłości sądowej wolnym mieście Gdańsku rozległy się aż dwa fałszywe alarmy.

Pierwszy – że w mieszkaniu należącym do matki pana prezydenta Karola Nawrockiego wybuchł pożar, a drugi – że ukrywa się tam podrzutek, co to pragnie targnąć się na własne życie. Straż pożarna i policja weszły do mieszkania razem z drzwiami i futryną – ale okazało się, że ani pożaru, ani podrzutka tam nie ma – że nie ma tam w ogóle nikogo! Zapanowała tedy szalenie kłopotliwa sytuacja – również w najwyższych kręgach Volksdeutsche Partei. W związku z tym obywatel Tusk Donald skrytykował te „prowokacje” i surowo przykazał swojemu ministrowi-policmajstrowi, panu Kierwińskiemu, żeby wywąchał, kto te prowokacje urządza, zdemaskował go i w ogóle. Sprawa zrobiła się prestiżowa, bo skoro fałszywe alarmy objęły mieszkanie rodziny pana prezydenta, to któż w tej sytuacji może czuć się bezpiecznie?

I o to właśnie chodzi – bo zwracam uwagę, że wspomniane fałszywe alarmy zbiegły się w czasie z zapowiedzią pana prezydenta, że jak tylko dostanie opinie od marszałków Sejmu i Senatu, to zaraz opublikuje „Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych. Na tę deklarację zareagował pan generał Marek Dukaczewski, który warknął, że taki czyn miałby charakter „antypaństwowy”. Słysząc taką poważną zastawkę, pan marszałek Czarzasty nawet nie odważył się otworzyć worka z Pandorą, a posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska odmówiła wydania opinii.

W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak stworzyć poczucie zagrożenia – że nikt nie jest bezpieczny. Dla starych kiejkutów to żaden problem; wystarczy jeden telefon do konfidentów: wiecie, rozumiecie, konfidencie, wykonajcie fałszywe alarmy – a my dopilnujemy, żeby nawet najbardziej energiczne śledztwo nie doprowadziło nikogo po nitce do kłębka. Drugi telefon mógł być skierowany do pana ministra Kierwińskiego: wiecie, rozumiecie, Kierwiński, wy w sprawie tych fałszywych alarmów tak pokierujcie energicznym śledztwem, żeby się okazało, że do komisariatów i straży pożarnej dzwonił Putin. Zrozumiano? Bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa!

Zwracam uwagę, że jak tylko rozdzwoniły się fałszywe alarmy, to sprawa publikacji „Aneksu” została w jednej chwili ucięta, jakby ręką odjął. Któż bowiem może zagwarantować, że zamiast poprzedzać wtargnięcie policji fałszywymi alarmami, nieznani sprawcy nie wtargną do niechby nawet objętego „ochroną kontrwywiadowczą” mieszkania i nie urządzą tam wołynki? Pamiętamy wszak, jak ochrona pana prezydenta Dudy dopuściła do pojmania panów Kamińskiego i Wąsika nie w jakimś mieszkaniu, tylko w Pałacu Namiestnikowskim, gdzie schronili się oni w przekonaniu, ze gdzie jak gdzie, ale tam jest bezpiecznie. Tymczasem okazało się, że nigdzie nie jest bezpiecznie, jeśli tylko stare kiejkuty tak postanowią.

Skoro tedy pan prezydent Karol Nawrocki zdradził zamiar ujawnienia największej tajemnicy III Rzeczypospolitej – że, podobnie jak za pierwszej komuny, również i za demokracji, najtwardszym jądrem systemu jest po staremu bezpieka, której nikt nie kontroluje, więc ma ona ostatnie słowo we wszystkich sprawach. Wprawdzie WSI już oficjalnie nie istnieją od września 2006 roku, ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Chodzi o agenturę zwerbowaną już w „wolnej Polsce”, przy pomocy której stare kiejkuty mogą ręcznie sterować nie tylko całym państwem, ale również – całym życiem publicznym, bo agentura jest szersza i to znacznie od oficjalnego aparatu państwowego. Jeśli komuś potrzeba poszlaki, to proszę bardzo!

Właśnie niedawno Sejm wybrał Krajową Radę Sądownictwa, głosując na kandydatów zaproponowanych przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i stowarzyszenie ”Themis”. To pierwsze powstało w 1990 roku, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do sądownictwa, a to drugie – nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW we celu werbunku agentury w środowisku niezawisłych sędziów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.