Odpryskowe furie psychiatryczne

michalkiewicz

Odpryskowe furie psychiatryczne

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 marca 2026

Epicka furia już dziesiąty dzień przewala się nad Bliskim Wschodem, a końca nie widać. Nawet najtwardsi amerykańscy twardziele chyba zaczynają odczuwać jaskółczy niepokój, bo właśnie zapytali prezydenta Donald Trumpa, kiedy skończy się wojna. Prezydent Trump, zamiast odpowiedzieć im wymijająco, że żadnej wojny nie ma – co wyjaśnił już ponad wszelką wątpliwość amerykański sekretarz do spraw wojny – że USA „nie są w stanie wojny z Iranem” – a „Epicka furia” jest jedną z form walki o pokój, która – jak wiadomo – nie skończy się nigdy – w niepojętym przypływie szczerości powiedział, że musi najpierw zasięgnąć opinii premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu. I słusznie – bo skoro Beniamin Netanjahu z zagadkowych przyczyn nie tylko tę „Epicką furię” rozpętał, ale w dodatku nakazał prezydentu Trumpu wziąć na siebie główny ciężar furii – no to jasne jest, że tylko on wie, kiedy skończy.

Warto w związku z tym przypomnieć, że w bezcennym Izraelu w październiku mają odbyć się wybory do Knesetu, w których premier Beniamin Netanahu „wystartuje i je wygra”. Nie tylko wygra – bo jego popularność wśród Żydów jest podobna do popularności Adolfa Hitlera wśród Niemców po pokonaniu Francji w 1940 roku, a nawet większa – bo uporczywie krążą fałszywe pogłoski, jakoby Chabad Lubawicz miała go obwołać Mesjaszem – co szalenie skomplikowałoby dialog z judaszyzmem – więc „Epicka furia” powinna utrzymać się aż do tego czasu – a potem się zobaczy. Co prawda w USA w listopadzie też są uzupełniające wybory do Kongresu – ale jestem pewien, że prezydent Trump w sprawie zakończenia „Epickiej furii” będzie słuchał rozkazów Beniamina Netanjahu, bo w przeciwnym razie mógłby mieć piekło w Białym Domu – co, jak wiadomo, gorsze jest od śmierci.

Ponieważ dwukrotnie wydymani przez Amerykanów Kurdowie nie chcieli się dać wydymać po raz trzeci, prezydent Trump rozmyśla o wysłaniu do Iranu komandosów, a jak to nie wystarczy – to i regularnych wojsk. Jak tam będzie – tak tam będzie – bo przecież i prezydent Trump nie wie, co postanowi Beniamin Netanjahu ze swoimi kolaborantami – więc na wszelki wypadek przedstawia Amerykanom rozmaite „koncepcje” – jak powiedziałby Kukuniek.

A skoro już o Kukuńku mowa, to pora wrócić na teren naszego nieszczęśliwego kraju. Przez ostatni tydzień nie tylko cały nasz nieszczęśliwy kraj, ale i połowa miłującego pokój świata, wstrzymywała oddech w oczekiwaniu na ogłoszenie przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego swojego faworyta na przyszłego premiera. Pojawiały się rozmaite „koncepcje” – ale w ubiegłą sobotę, 7 marca wszystko się wyjaśniło. Kandydatem Naczelnika Państwa na przyszłego premiera jest pan prof. Przemysław Czarnek, reprezentujący w PiS frakcję „maślarzy”. W jaki sposób zostanie on tym przyszłym premierem – tego na razie nie wiadomo, bo notowania PiS szorują na poziomie 22 procent, a w dodatku Mateusz Morawiecki przebąkuje o jakimści „stowarzyszeniu”, do którego wyprowadziłby z PiS swoich „harcerzy”, a wreszcie zdolność koalicyjna PiS jest znacznie mniejsza od zdolności koalicyjnej PSL, które ma zdolność stuprocentową, a w patriotycznych porywach – nawet większą.

Tymczasem ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża już po raz kolejny przestrzegł Naczelnika Państwa i jego wyznawców przed Grzegorzem Braunem. Jak pamiętamy, po raz pierwszy pan Róża powiedział, że każdy rząd w Polsce z udziałem Grzegorza Brauna byłby dla USA „problemem” – ale to jeszcze nic w porównaniu do jego reakcji na wizytę prezesa Konfederacji Korony Polskiej w ambasadzie Iranu w Warszawie. Powiedział pan Róża, że ani prezydent Trump, ani też on, Braunowi tego nie zapomni.

Nawiasem mówiąc, ja byłem pewien, że w Warszawie odkąd wybuchła „Epicka furia”, żadnej ambasady Iranu już nie ma, że budynek został wysadzony w powietrze, a personel wylądował w dole z wapnem – ale nie. Ambasada istnieje sobie jakby-nigdy-nic – bo przecież nie tylko Ameryka, ale i nasz nieszczęśliwy kraj nie jest w stanie wojny z Iranem – ale to jedna rzecz – a druga rzecz – że chociaż nie jesteśmy w stanie wojny, to do tej ambasady nie wolno chodzić pod rygorem strefienia. Toteż nic dziwnego, że pan Róża nie może ochłonąć ze zgrozy na widok strefionego Grzegorza Brauna, który w związku z tym ma przechlapane w ewentualnych kombinacjach na temat przyszłego rządu z premierem Czarnkiem na czele.

Nie wiadomo, czy Naczelnikowi Państwa wolno będzie zawrzeć koalicję i z Konfederacją – bo przecież Grzegorz Braun tam też był i nieźle musiał ją politycznie zakazić. W jaki zatem sposób pan prof. Przemysław Czarnek miałby zostać premierem – tajemnica to wielka, chyba, że stare kiejkuty dostaną od CIA rozkaz stworzenia kolejnej partii jednorazowego użytku – ale oczywiście większej od „Nowoczesnej” . PiS zawrze z nią koalicję i w ten sposób wybory zakończą się prawidłowo. Światło zostanie wyraźnie oddzielone od ciemności.

Tymczasem już 10 marca ma odbyć się u pana prezydenta Karola Nawrockiego spotkanie obywatela Tuska Donalda, obywatela Władysława Kosiniaka-Kamysza i prezesa NBP, Adama Glapińskiego w sprawie alternatywy dla SAFE. Stosowna ustawa została ostatecznie uchwalona przez Sejm 27 lutego i nie tylko vaginet obywatela Tuska Donalda, ale wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, a także prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii, zaczęli, jeden przez drugiego, nie tylko nawoływać pana prezydenta Nawrockiego do jej „niezwłocznego” podpisania, ale i grozić, że w przeciwnym razie, jako „zdrajca”, zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu.

Kombinacja teoretycznie jest poprawna, bo w przypadku postawienia prezydenta przed Trybunałem, pełnienie przezeń urzędu zostaje „zawieszone”, a w tej sytuacji obowiązki prezydenta pełniłby Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz – ale w praktyce jest jeden point faible. Chodzi o to, że prezydenta przed Trybunałem Stanu może postawić dwie trzecie Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu – a nie wiadomo, czy obywatelu Tusku Donaldu udałoby się taką większość zmobilizować.

Na wszelki jednak wypadek pan prezydent uznał, że nie powinien ot tak, po prostu, ustawy o SAFE nie podpisać, tylko przedstawić korzystniejszą alternatywę. Rzecz w tym, że pożyczka SAFE jest oprocentowana „korzystnie”, niemniej jednak…. Po drugie – że jest obwarowana „mechanizmem warunkującym” co oznacza, że Komisja Europejska może pod byle pretekstem wstrzymać przekazywanie kolejnych transz pieniędzy i wreszcie po, trzecie, że – jak wychlapała pani Sobkowiak z vaginetu obywatela Tuska – cztery albo pięć procent kwoty 44 mld euro od razu zostanie przekazane Ukrainie. Obawiam się, że nie 5 a 15, a może nawet 50 procent trafiłoby na Ukrainę, gdzie oligarchowie zaczynają się już niecierpliwić.

Tymczasem pan prezydent wykombinował, że Bank Gospodarstwa Krajowego wyemituje obligacje na sumę 180 mld złotych, NBP kupi te obligacje i będzie forsa na niezwyciężoną armię bez żadnego oprocentowania. Taka kombinacja jest konieczna ze względu na konstytucję, zakazującą finansowania deficytu budżetowego bezpośrednim kredytem NBP – ale ona jest już legalna. Forsa na wojsko zatem jest – ale obywatele Tusk i Kosiniak-Kamysz twierdzą, że jeśli nawet, to pożyczka SAFE MUSI być wzięta. Od razu widać, że nie chodzi o pieniądze, tylko o wkręcenie Polski w mechanizm przepoczwarzania jej w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.

Tymczasem 8 marca odbywały się w Polsce skromniutkie „manify” feministek domagających się realizacji „praw kobiet” Jedna z „ekspertek” powiedziała, że zaległości są tak wielkie iż na całkowite zrównanie w prawach musimy poczekać 266 lat.

O co tu chodzi? Wyjaśnia to Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Bania w Paryżu” – „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”. To rzeczywiście trudna sprawa, więc w tej sytuacji rozumiemy, iż musi to trochę potrwać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Furie epickie i psychiatryczne

Furie epickie i psychiatryczne

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    12 marca 2026 micha

W trakcie rokowań bezcenny Izrael, a na jego poduszczeniem – również Nasz Najważniejszy Sojusznik, czyli Stany Zjednoczone, napadły na Iran. W Iranie rządzili ajatollahowie, po tym, jak w roku 1978 wybuchł tam bunt przeciwko szachowi Rezie Pahlaviemu. Ówczesna policja polityczna szacha nie żartowała z buntownikami – ale sam szach w pewnym momencie uznał, że dostał mata. Tak w każdym razie powiedział wysłannikowi francuskiego prezydenta Pompidou, hrabiemu Alexandrowi de Marenches, który przybył do Teheranu, żeby się zorientować, co z tym całym szachem. Ale kiedy usłyszał od przybitego szacha, że już nie będzie zabijał „własnego ludu”, szef francuskiego wywiadu wrócił do Paryża i zameldował prezydentowi Pompidou, że szach już jest passe. W tej sytuacji nie było rady;. z Paryża wystartował do Teheranu samolot z ajatollachem Chomeinim na pokładzie, a po jego przybyciu do Teheranu, szach wyemigrował do Egiptu, gdzie w drodze wyjątku przyjął go ówczesny tamtejszy tyran Anwar Sadat i wiceprezydent Hosni Mubarak.

Wprawdzie w 1979 roku Mubarak, który po zamachu na Anwara Sadata, został prezydentem Egiptu, przystąpił do I wojny w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi, ale niewiele mu to pomogło, bo – jako tyran – w roku 2011 został obalony w następstwie „jaśminowej rewolucji”, którą zapoczątkował francuski wywiad w Tunezji po „szczycie” w Deauville w roku 2010, podczas którego Nasza Złota Pani z Berlina, po długim molestowaniu zgodziła się, by Francja zaczęła budować sobie wymarzone kieszonkowe imperium w basenie Morza Śródziemnego. Te „jaśminowe rewolucje” doprowadziły do obalenia nie tylko tunezyjskiego i egipskiego, ale również – libijskiego tyrana w osobie Muammara Kadafiego. Amerykański prezydent Obama miał nadzieję, że siłą inercji demokracja zwycięży również w Syrii, ale to się nie udało, bo nie powstała koalicja ze Stanami Zjednoczonymi na czele, która mogłaby również z syryjskiego tyrana zrobić marmoladę. Prezydent Obama powziął podejrzenie, że stało się tak na skutek intryg zimnego ruskiego czekisty Putina, do którego powziął śmiertelną urazę i w związku z tym zresetował swój poprzedni reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie „Majdanu” na Ukrainie – od czego zaczęła się trwająca do dzisiaj wojna Rosji z Ukrainą.

Wracając do złowrogiego Iranu, to początkowo jego spacyfikowanie zostało zlecone przez państwa miłujące pokój – irackiemu tyranowi Saddamowi Husejnowi. Wojna trwała 8 lat – do roku 1988, Zginęło milion ludzi, straty oszacowano na 400 mld dolarów – ale złowrogi Iran przetrwał. Na domiar złego, Saddam Husajn, któremu nikt nie chciał wypłacić wynagrodzenia za podjęcie się tego zlecenia, sam sobie wypłacił wynagrodzenie, zajmując Kuwejt. Kraje miłujące pokój nie mogły tolerować takiej samowolki i tak oto wybuchła pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, w następstwie której kraje niemiłujące pokój zrobiły z Iraku marmoladę, ale sam Saddam na tym etapie się uchował. Niestety zaczął się odgrażać, że w transakcjach eksportu ropy odejdzie od dolara, na rzecz japońskiego jena, albo europejskiego euro.

Takiej myślozbrodni nie można było puścić płazem, w związku z czym wybuchła następna wojna w Zatoce, wskutek której złowrogi Irak został zajęty, a Saddama Husajna tamtejszy niezawisły sąd w procesie norymberskim skazał na śmierć i powiesił.

Tymczasem złowrogi Iran pod kierownictwem ajatollahów się zbroił i nawet dopuścił sobie do głowy, że skoro bezcenny Izrael zaopatrzył się w broń jądrową, to i on też by mógł. Takie zuchwalstwo nie wywołało jeszcze „epickiej furii”, ale wzbudziło wśród krajów miłujących pokój zgorszenie tym większe, że w następstwie tych wszystkich wydarzeń bezcenny Izrael uznał, że oto nadszedł czas, by spełniła się obietnica złożona przez [ich.. md] Stwórcę Wszechświata, że „wielkiemu narodowi” żydowskiemu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. W tak zwanym międzyczasie bowiem wszystkie państwa lezące na tym obszarze zostały politycznie obezwładnione, więc w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, by przejść do etapu następnego, to znaczy – do utworzenia Wielkiego Izraela tym bardziej, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu oznajmił, że „czuje się związany” tą ideą. Niestety złowrogi Iran sypał piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów – i to był problem.

Ale co robi dobry Stwórca Wszechświata? Dobry Stwórca Wszechświata poraził był priapizmem rozmaite wpływowe osobistości w krajach miłujących pokój, co stworzyło agentowi izraelskiego Mosadu, niejakiemu Epsteinowi okazję, by na wszystkich pozbierać kompromaty w postaci nagrań, jak to bzykają się z panienkami. Jeden z bzykających został właśnie prezydentem Stanów Zjednoczonych, więc premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela najwyraźniej uznał, że czas uderzyć w czynów stal, zmłotował prezydenta Trumpa, by wydał lotniskowcom stosowne rozkazy. Gwoli uśpienia czujności ajatollahów Amerykanie podjęli z nimi rokowania, żeby zrezygnowali z broni jądrowej i programu rakietowego – bo kto to widział, żeby jakiś parszywy kraik zbroił się przeciwko bezcennemu Izraelowi?

I kiedy ajatollahowie namawiali się, co z tym fantem zrobić, nagłe i niespodziewane uderzenie amerykańsko-izraelskie, podobne do japońskiego uderzenia na Pearl Harbor, wielu z nich przyprawiło o natychmiastowy, zasłużony zgon. W bezcennym Izraelu i w diasporze popularność Beniamina Netanjahu sięgnęła wyżyn, na jakie wzbił się Adolf Hitler po pokonaniu Francji, w związku z czym pojawiły się fałszywe pogłoski, że Chabad Lubawicz rozważa mianowanie go Mesjaszem, na którego Żydowie tak długo już czekają – ale dopiero po ostatecznym rozwiązaniu kwestii irańskiej.

Problem w tym, że nie bardzo wiadomo jak tę kwestię ostatecznie rozwiązać, bo Ameryka wprawdzie każdego potrafi zastrzelić na tej samej zasadzie, jak Feliks Dzierżyński każdego mógł aresztować – ale z przekształcaniem złowrogich państw w państwa miłujące pokój, to znaczy – bezcenny Izrael – wychodzi jej trochę gorzej. Po raz drugi CIA wyciągnęła z naftaliny Cyrusa Rezę Pahlaviego – ale czy złowrogi naród irański uzna go za swoją ukochaną duszeńkę? Takie wrażenie można by odnieść obserwując reakcję irańskiej diaspory, którą już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu tworzą dawni sympatycy szacha – ale czy złowrogi naród irański tak łatwo zapomni o przyczynach dla których w swoim czasie z taką determinacją obalał szacha?

Na domiar złego Beniamin Netanjahu, próbując zachęcić Irańczyków do buntu, przemawiał do nich po hebrajsku, najwyraźniej uważając, że wszyscy oni ten język rozumieją, a jeśli nawet nie – to się go nauczą, podobnie jak separatyści w Donbasie mieli nauczyć się ukraińskiego. Na razie jednak nikt sobie nie łamie nad tym głowy i kraje miłujące pokój prowadzą przeciwko Iranowi „radosną wojnę”, którą w celu zbudowania swego imperium prowadziła Trzecia Rzesza – co podkreślał ówczesny niemiecki komentator, nieubłaganym palcem wytykając Anglikom, że oni swoje zbudowali oszustwem i podstępem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Frajerstwo się uwija

Frajerstwo się uwija

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    10 marca 2026 michalkiewicz

27 lutego Sejm uroczyście potwierdził, że Polska jest i pozostanie „sługą narodu ukraińskiego” tak długo, jak to będzie konieczne. Skoro tak, to jasne, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego jeśli nawet nie na wieki, to w każdym razie – do końca swego własnego istnienia – bo któż na Ukrainie zrezygnowałby z takiego głupiego sługi? To potwierdzenie przybrało postać uchwały w sprawie „solidarności z Ukrainą i wsparciem dla osób będących ofiarami rosyjskiej agresji”. Solidarności – wiadomo; szczegóły precyzuje umowa z 2 grudnia 2016 roku, która cały czas obowiązuje.

Jeśli chodzi zaś o „ofiary”, to jestem pewien, że z nimi będzie tak samo, jak z „ocalałymi z holokaustu”, których liczba z roku na rok rośnie, bodajże w postępie geometrycznym. Z takiego wynalazku nikt dobrowolnie nie zrezygnuje tym bardziej, że na Ukrainie Żydowie coś tam mają do powiedzenia. Dlatego też Książę-Małżonek, mówiąc w swojej gawędzie, pretensjonalnie zatytułowanej, jako „exposé”, trafił kulą w płot, twierdząc, że „nie możemy” być „frajerami”. Nie tylko „możemy”, ale nawet musimy – o czym świadczy wspomniana uchwała Sejmu, którą Książę-Małżonek, jako najbardziej bufonowaty frajer Rzeczypospolitej, przecież popiera. Taki los wypadł nam.

Tego samego dnia Sejm uchwalił ustawę o SAFE, to znaczy – o pożyczce którą Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała Polsce przyjąć („przyjmuj zaszczyt, psi synu, a nie, to w gardło wtłoczymy!” – pokrzykiwali Kozacy do kandydata na atamana). Patrząc na determinację obywatela Tuska Donalda, podobnie jak Księcia-Małżonka, czy funkcjonariuszy Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu, nabieramy pewności, że tym razem Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, podobnie jak niemiecki kanclerz Fryderyk Merz nie chcą słyszeć o żadnym polskim safandulstwie. Ustawa ma być podpisana przez pana prezydenta Karola Nawrockiego.

W tym celu BND musiała uruchomić agenturę wśród prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej armii, która dostała zadanie młotowania prezydenta Nawrockiego, by stosowną ustawę podpisał. Jeśli by tak się stało, to zwłaszcza w świetle przyjętej przez Sejm 27 lutego uchwały w sprawie wysługiwania się Ukrainie, gwałtownie rośnie ryzyko, że wszystko, co Polska kupi za tę pożyczkę, będzie musiało być „nieodpłatnie” przekazane Ukrainie. W ten sprytny sposób Niemcy, które pożyczki SAFE nie biorą, chcą upiec dwie pieczenie: polskimi rękami „wspierać” Ukrainę, a przy okazji uwiązać nasz nieszczęśliwy kraj w budowanej właśnie IV Rzeszy, jako Generalne Gubernatorstwo.

W tej sytuacji mamy dwie możliwości – albo Książę-Małżonek jest Pierwszym Frajerem Rzeczypospolitej i trzeba będzie na tę okoliczność obmyślić mu jakiś order Krzyża Zbolałego, albo nie jest frajerem, tylko łajdakiem, w dodatku bezczelnym, bo próbuje przytłaczać oponentów dętym autorytetem. Ciekawe, jak zachowa się prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii. Jeśli zaczęłaby pana prezydenta Nawrockiego młotować, byłby to pierwszy po stanie wojennym w roku 1981 przypadek takiego politycznego zaangażowania naszej niezwyciężonej. Ano, nie da się ukryć, że lepiej, przyjemniej, a przede wszystkim – bezpieczniej – jest schwycić za mordę własnych obywateli, niż szarpać się z obcymi agentami w ich obronie.

Inna sprawa, że chytry dwa razy traci, bo beneficjentem SAFE może być Ukraina, a prześwietna Generalicja tej forsy nawet nie powącha, oczywiście poza tym, co tam sobie załatwi na boku. W związku z tą powszechną mobilizacją pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Władek” Kosiniak-Kamysz dostał cynk, że vaginessy z koalicji !3 grudnia podjęły w czynie społecznym zobowiązanie, że po szczęśliwym przeforsowaniu u pana prezydenta Nawrockiego podpisu pod wspomnianą ustawą, każdemu dygnitarzowi – wszystko jedno – cywilnemu, czy mundurowemu – każda urządzi „nocowanko” – jak to zrobiła pani Julia Wieniawa w nagrodę za wsparcie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka. „Któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach, któż w ogóle go wytrzyma?!” – zastanawiał się poeta.

Ale to wszystko furda w porównaniu z paroksyzmami, jakie czekają naszą biedną Ojczyznę w związku z narastającym, politycznym zacietrzewieniem w środowisku nienawistnych sędziów. Jak wiadomo, obywatel Żurek Waldemar pod wpływem uczonych doradców, wykombinował „Plan „B””, czyli metodę „na rympał” ale zachowującą pozory legalności. Ponieważ pan prezydent Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, „Plan „B”” przewiduje mobilizację agentury, od której – jak podejrzewam – aż się roi w dwóch organizacjach skupiających nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis”. Te wyłoniłyby ze swego grona zaufany skład Krajowej Rady Sądownictwa, a właściwie – Krajowej Rady Konfidentów – zaś koalicja 13 grudnia dostałaby zadanie przyklepania tego składu, co nazywałoby się, że „Sejm wybrał”. W ten sposób obywatel Żurek Waldemar ominąłby pana prezydenta Nawrockiego, któremu mógłby pokazać „gest Kozakiewicza”.

W rezultacie na firmamencie pojawiłyby się dwie Krajowe Rady Sądownictwa; jedna uznawana przez pana prezydenta Nawrockiego, a druga – jako Krajowa Rada Konfidentów – uznaniem pana prezydenta Nawrockiego by się nie cieszyła. Wprawdzie konstytucja nie przewiduje żadnych czynności ze strony pana prezydenta, które byłyby wymagane do ważności takiej Rady – więc pozornie rympał obywatela Żurka Waldemara ma wszelkie widoki powodzenia – jednak musimy odwołać się tu do pełnej mądrości sentencji starożytnych Rzymian, którzy radzili: quidquid agis, prudenter agas et respice finem – co się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca.

Otóż jednym z ważnych zadań Krajowej Rady Sądownictwa jest rekomendowanie panu prezydentowi sędziów do mianowania. Nietrudno się domyślić, że skoro pan prezydent nie uznawałby Krajowej Rady Konfidentów, to nie uznawałby też żadnych rekomendacji z jej strony, a zatem żadnego sędziego rekomendowanego przez Krajową Radę Konfidentów by nie mianował. Ciekawe, w jaki sposób obywatel Żurek Waldemar zamierza sforsować tę przeszkodę? Ma dwie możliwości – albo starać się o zachowanie pozorów legalności i w tym celu wymusić na koalicji 13 grudnia, by przeforsowała w Sejmie uchwałę, że ci sędziowie będą mianowani przez Sejm – albo plunąć na pozory legalności i przy pomocy policji, powyrzucać z sądów przez okna tak zwanych „neosędziów” i na ich miejsce wprowadzić do gabinetów funkcjonariuszy rekomendowanych przez Krajową Radę Konfidentów – już bez fatygowania Sejmu.

Jak będzie – myślę, że tak, jak postanowi Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Sądzę, że taki dualizm sądowy w naszym bantustanie mógłby być jej nawet na rękę – bo doskonale wpasowuje się on w ogólny mechanizm obezwładniania naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie, jak to było w wieku XVIII. Skoro po ewentualnym przyjęciu SAFE Polska byłaby całkowicie na łasce Komisji Europejskiej i luksemburskich przebierańców z TSUE – bo na tym właśnie polegają skutki „mechanizmu warunkującego” – to burdel i serdel w wymiarze sprawiedliwości musiałby doprowadzić do głębokiego kryzysu zaufania obywateli do własnego państwa. I o to właśnie Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podobnie jak niemieckiemu kanclerzowi Fryderykowi Merzowi chodzi – żeby Polacy machnęli ręką na Rzeczpospolitą – bo wtedy bez oporów przyjmą przepoczwarzenie się jej w Generalne Gubernatorstwo – a ewentualnych oponentów weźmie za mordę albo nasza niezwyciężona, albo – stare kiejkuty, gotowe – jak wiadomo – na każde skinienie.

Jak widzimy, wszystko zostało znakomicie przemyślane i nawet – skoordynowane – chyba, że powtórzy się sytuacja z grudnia 2016 roku, kiedy to „ciamajdan” jako kulminacja „walki o demokrację” w naszym bantustanie, został zneutralizowany przez wysłannika prezydenta-elekta Donalda Trumpa, czyli Rudolfa Giulianiego. Jak pamiętamy, w przeddzień „ciamajdanu”, czyli 15 grudnia 2016 roku przyleciał on do Warszawy i korzystając z pretekstu, jakim był wspólny znajomy jego i Jarosława Kaczyńskiego, czyli Lejb Fogelman, odbył dwugodzinną rozmowę z Naczelnikiem, po czym siadł w samolot i odleciał do Ameryki. Najwyraźniej wiedział, co się świeci, bo przecież CIA coś tam musi wiedzieć. Toteż, kiedy Volksdeutsche Partei urządziła blokadę sali plenarnej Sejmu, by nie dopuścić do uchwalenia ustawy budżetowej i w ten sposób doprowadzić do skrócenia kadencji Sejmu, Naczelnik wyprowadził swoich posłów do Sali Kolumnowej i ci tam ustawę budżetową uchwalili, czego nie mógł przeboleć nienawistny pan sędzia Igor Tuleya.

Trzy dni później w dzienniku „Die Welt” ukazała się notatka, że trudno, nie udało się – i tylko posłom Volksdeutsche Partei nikt nie powiedział, że wojna się skończyła, więc nadal okupowali salę plenarną, aż wreszcie jakaś dobra dusza poinformowała ich, że już jest po wszystkim i mogą iść do domu. W ten sposób Nasz Najważniejszy Sojusznik, bez żadnych rozruchów, ani żadnej rewolucji, storpedował w zarodku knowania Naszej Złotej Pani z Berlina, która musiała 7 lutego 2017 roku przyjechać z gospodarską wizytą do Warszawy, po której nakazała odłożyć walkę o demokrację na rzecz walki o praworządność, którą niemiecka agentura w Polsce prowadzi a nawet eskaluje, do dnia dzisiejszego.

A nasza niezwyciężona stoi i się przygląda, bo najwyraźniej znikąd nie było rozkazu, by stanąć w obronie naszego nieszczęśliwego kraju. Czyżbyśmy znowu musieli liczyć na Naszego Najważniejszego Sojusznika?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sprawiedliwa napaść i kara

Sprawiedliwa napaść i kara

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    8 marca 2026

Trudno się dziwić, że skoro całym światem wstrząsnęła amerykańsko-izraelska napaść na Iran, opatrzona pretensjonalnym, kabotyńskim kryptonimem „Epicka furia”, to musiało się to przełożyć również na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Przymiotnik „epicka” oznacza coś nadzwyczajnego, czy nawet – heroicznego. Tymczasem w izraelsko-amerykańskiej napaści na Iran niczego heroicznego, ani nawet nadzwyczajnego nie ma. Przeciwnie – jest to zwyczajny napad rabunkowy, jakich tysiące dokonują się codziennie w rozmaitych ciemnych zaułkach miast. Rabunkowego charakteru tej napaści nie zmienia bowiem kontekst, nazwijmy to, „ideowy”.

Chodzi mi oczywiście o ideę „Wielkiego Izraela”, z którą „czuje się związany” premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu. Ma ona bardzo stary rodowód, bo sformułowana została we biblijnej Księdze Rodzaju, a obecnie jest już bardzo zaawansowana w realizacji. W myśl tej idei, terytoria leżące między Nilem a Eufratem mają stanowić obszar Wielkiego Izraela.

Jak widzimy, wszystkie państwa leżące na tym obszarze zostały już politycznie obezwładnione z inicjatywy Izraela, który wykorzystał w tym celu potęgę osiłka w postaci Stanów Zjednoczonych i teraz, w następnym etapie, trzeba będzie je tylko okupować i inkorporować do Izraela. Na przeszkodzie realizacji tego etapu stał tylko złowrogi Iran, więc Izrael wykorzystał dorobek swego agenta w USA, niejakiego Epsteina, by zmłotować prezydenta Donalda Trumpa do napaści na ten kraj, najwyraźniej dając mu do zrozumienia, że w przeciwnym razie wyjdą na jaw rozmaite śmierdzące dmuchy.

W charakterze marchewki występuje oczywiście irańska ropa, na której prezydent Trump chciałby położyć rękę, jak to się stało w przypadku Wenezueli. To jest ten „heroiczny” charakter napaści. Jakie wnioski może z tego wyciągnąć świat? Po pierwsze – że wracamy do bismarckowskiej doktryny „siła przed prawem”. Wystarczy uzbroić się w „ponaddźwiękowe dzidy, kobaltowe proce”, żeby z „heroiczną furią” obrabować każdego, kto się akurat nawinie. W takim razie potencjalne ofiary mają dwie możliwości – albo zgodzić się na płacenie haraczu gangsterom, albo też zaopatrzyć się w „ponaddźwiękowe dzidy i atomowe proce” – bo są one w stanie ostudzić „epicką furię” każdego gieroja. Pokazuje to przykład Korei Północnej, której ani Izrael, ani Amerykańscy twardziele nie zaczepiają. Nie chciałbym tam, co prawda, mieszkać, ale nie da się ukryć, że Korea Północna jest państwem suwerennym, które nie kuca ani przed Żydami, ani przed amerykańskimi twardzielami.

Nasza chata, naturalnie z kraja, więc Książę-Małżonek wyraził „solidarność” – ale nie z napadniętym Iranem, tylko z „naszymi sojusznikami”, czyli emiratami arabskimi znad Zatoki Perskiej, które Iran w odwecie zaczął ostrzeliwać swoimi „ponaddźwiękowymi dzidami”. Nie obyło się oczywiście bez zasmrodzenia smrodkiem dydaktycznym, żeby uchronić wyznawców Volksdeutssche Partei oraz Prawa i Sprawiedliwości przed dysonansem poznawczym. O ile bowiem Rosja z powodu „napaści” na Ukrainę, została przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, ponad podziałami potępiona – o tyle nie ma u nas nikogo, kto by się odważył potępić sprawców „epickiej furii”.

Przyczynę wskazuje rewolucyjna teoria, według której wojny, podobnie jak walki o pokój, dzielą się na „sprawiedliwe” i „niesprawiedliwe”. Sprawiedliwą jest wojna, ewentualnie „epicka furia”, którą prowadzimy my, a w ostateczności – nasi sojusznikowie – przeciwko krajom ukazanym nieubłaganym palcem, jako „nieprzyjacielskie”. Natomiast wojna lub walka o pokój, jaką prowadziliby nasi nieprzyjaciele przeciwko nam, albo naszym, niechby nawet przymusowym, sojusznikom, jest oczywiście „niesprawiedliwa”. Zgodnie tedy z dialektyką marksistowską, ta sama wojna może być sprawiedliwa i niesprawiedliwa jednocześnie.

Tedy w ramach rewolucyjnej teorii, pojawiają się u nas teorie odpryskowe, w myśl dyrektywy Klucznika Gerwazego: „Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”. Tedy pan prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski wystąpił z teorią, że „Epicka furia” tak naprawdę ma na celu „osłabienie Rosji”, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to godzi w złowrogiego Grzegorza Brauna. Jak twierdził książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, nie ma to jak teolog – „i oświeci i uspokoi”. Ale w ostatnich czasach nie tylko teologia stała się dyscypliną akademicką. Obok studiów genderowych, dyscypliną akademicką jest również politologia – no i widzimy, że też nie pozostaje w tyle.

A skoro już o teologii mowa, to właśnie 1 marca została ogłoszona wiadomość, iż na podstawie dekretu Episkopatu Polski, w naszym nieszczęśliwym kraju zostały ustanowione finansowe kary kościelne za rozmaite myślozbrodnie. Górna granica została na razie ustalona na poziomie prawie 100 tys. złotych – ale z pewnością nie jest o ostatnie słowo. Znacznie ciekawsze są delikty, za które może być wymierzona finansowa kara, Są to między innymi „herezja”, „schizma”, czy „apostazja”. O co tu może chodzić?

Pewne światło na tę sprawę rzuca deklaracja J. Em. Grzegorza kardynała Rysia, że myślozbrodnią, a więc rodzajem „herezji” może być antysemityzm. Dotychczas antysemitnikom wiele rzeczy uchodziło płazem – ale teraz system został uszczelniony. Jak nie ze strony nienawistnego sądu państwowego, to ze strony trybunału kościelnego na myślozbrodniarza spadnie finansowa kara – oczywiście w maksymalnie dopuszczalnym wymiarze. Jak to będzie wyglądało w praktyce, kto będzie te należności ściągał? To nie jest jasne, bo wiadomo tylko, kto karę może wymierzyć – ale nie wiadomo, kto ją z delikwenta ściągnie. Czy Urząd Skarbowy, komornik sądowy, czy jeszcze ktoś inny? W przypadku antysemityzmu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Penitent podczas spowiedzi przyznaje, że wie, iż nie lubią go Żydowie, no to i on nie lubi Żydów. Znaczy – antysemitnik. Tedy spowiednik może mu przysolić karę w maksymalnej wysokości – ale pod absolucją. W takiej sytuacji ukarany zaniesie forsę w zębach, bo inaczej pójdzie do piekła i cały czas będzie bolało.

No dobrze – ale co będzie w przypadku „apostazji”? Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłem się nadziwić tym, którzy dokonują urzędowej apostazji. Skoro przestali wierzyć w Stwórcę Wszechświata, to z jakiego powodu żądają, by delegaci Pana Boga na Polskę wydali im stosowną bumagę? Ale to jest jedna z tajemnic natury ludzkiej, o której pisał św. Jan Maria Vianney, dziwując się, dlaczego ludzie nagminnie dopuszczają się jednego z głównych grzechów, mianowicie zazdrości, chociaż – w odróżnieniu od pozostałych grzechów głównych – nie dostarcza on grzesznikowi ani chwili przyjemności, tylko od początku – same udręki? W tej sytuacji jedynym wyjaśnieniem karalności apostazji mogą być przygotowania do wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego. W przypadku apostazji delikwent wprawdzie podatku kościelnego już by nie płacił, ale za to musiałby zapłacić, dajmy na to, 100 tys. złotych za akt apostazji. Kto wie, czy w tych warunkach będzie się ona w ogóle opłacała, bo podatek kościelny może być skalkulowany znacznie przystępniej. Coś takiego mogła wymyślić kanclerska głowa – albo handlowa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 7 marca 2026 michalkiewicz

Właśnie bezcenny Izrael i jego amerykański wasal wykonali „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, który ośmielił się bez pozwolenia budować sobie arsenał nuklearny i rozmaite rakiety, bez których żadne szanujące się państwo istnieć nie może. Dotyczy to również naszego nieszczęśliwego kraju, którego parlament 27 lutego przyjął uchwałę potwierdzającą nie tylko, że Polska jest sługą narodu ukraińskiego – o czym w swoim czasie poinformował nas ówczesny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Jasina – ale że pozostanie nim, „jak długo będzie to konieczne”.

Wynika z tego, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego aż do końca świata, albo przynajmniej – do końca własnego istnienia – bo na tym świecie pełnym złości wszystko kiedyś się kończy. W związku z tym 27 lutego Sejm uchwalił też ustawę o SAFE, na podstawie której Polska ma pożyczyć od Komisji Europejskiej prawie 44 mld euro, za które nakupi, albo naprodukuje mnóstwo rozmaitych rakiet i innych takich zabawek, które następnie, na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku, nieodpłatnie przekaże Ukrainie, żeby tamtejsi oligarchowie mogli sobie żyć dostatniej, zgodnie z zaleceniem militarystów, nawołujących, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny.

To jest wielki sukces naszej dyplomacji, kierowanej przez Księcia-Małżonka – bo przecież Ukraina mogła nam rozkazać, by na pierwszej linii frontu stanęła nasza niezwyciężona armia – ale widocznie jak nie Książę-Małżonek, to Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty, podczas swojej niedawnej pielgrzymki do Kijowa, uprosił prezydenta Zełeńskiego, żeby aż takiej poważnej zastawki naszemu nieszczęśliwemu krajowi nie stosował.

Ach, bierzcie wozy, ach bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas zdrowo” – prosił podobno prezydenta Zełeńskiego Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty – a prezydent Zełeński ulitował się nad nim, zwłaszcza, że Wielce Czcigodny pan marszałek obiecał mu, że przyjmie Ukrainę i do Unii Europejskiej i do NATO. Jednak co ma wisieć – nie utonie – i jak już przekażemy Ukrainie wszystko, co sobie nakupimy, albo i naprodukujemy, to wtedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje a także niemiecki kanclerz Fryderyk Merz, rozkaże albo obywatelu Tusku Donaldu, albo innemu naszemu Umiłowanemu Przywódcy, który akurat zostanie postawiony na czele naszego nieszczęśliwego kraju, by w służalczości wobec Ukrainy posunął się dalej i posłał naszą niezwyciężoną armię na front, zwłaszcza, że wtedy Ukraińców może już zabraknąć. Wprawdzie ukraińska armia codziennie zabija albo rani co najmniej milion Rosjan, podczas gdy na Ukrainie ginie co najwyżej jakiś cywil, albo dziecko – ale już brytyjski premier Beniamin Disraeli zauważył, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”.

Na razie jednak nasz nieszczęśliwy kraj, podobnie, jak to było za komuny, nękany jest regularnie czterema kataklizmami. Jeszcze nie skończyła się kalendarzowa zima, która przysporzyła nam tylu zgryzot i paroksyzmów, a już wiosna pokazuje, na co ją stać. Rzeki szum podnoszą – a przecież do kalendarzowej wiosny jeszcze prawie trzy tygodnie. Co to będzie, jak już nadejdzie kwiecień? Zresztą – co tam kwiecień, kiedy zaraz po wiośnie zacznie się gorące lato. Jak my to wszystko wytrzymamy, zwłaszcza, że zaraz po lecie nadchodzi jesień, o której generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski pisał w jednym ze swoich wierzy tak: „Ustrojona w purpury, kapiąca od złota, nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras – jak pod szminką i pudrem starsza już kokota, na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.”?

Na szczęście nie musimy się tą perspektywą aż tak bardzo martwić, bo jeszcze po zakończeniu pierwszej wojny światowej pewien starszy Francuz-rentier powiedział Adamowi Grzymale-Siedleckiemu, że „kokotę zabił samochód” Tak mu się chyba tylko wydawało, bo czyż z samochodem można figlować, albo go molestować? Tymczasem z panienkami, a cóż dopiero – z kokotami – można jak najbardziej. Takich państwa Clintonów stać by było przecież na niejeden samochód, a jednak Wiluś Clinton jeździł do izraelskiego agenta Epsteina na jacuzzi. Całe szczęście, że ani niczego się przy okazji nie dowiedział, ani nawet niczego nie zauważył. Tak właśnie zeznał przed komisją Izby Reprezentantów, którą to wyznanie musiało nieźle rozbawić, podobnie, jak deklaracja znanej na całym świecie z prawdomówności Hilarzycy, która Epsteina w ogóle „nie znała”.

Z drugiej strony, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – co mogliby Państwo Clintonowie powiedzieć innego? Wprawdzie powiadają, że jak nie wiadomo, co powiedzieć, to trzeba powiedzieć prawdę – ale cóż to jest prawda, jeśli nie została przegłosowana albo w parlamencie, albo przynajmniej – w gronie ekspertów? Na przykład – większość ekspertów podobno przegłosowała, że jest globalne ocieplenie, wobec tego zostało ono nie tylko urzędowo zatwierdzone, ale poszły za tym rozmaite „zielone wały” i inne modne wynalazki. Wreszcie – prawda zależy też od kasy.

Za głębokiej komuny felietonista warszawskiej „Kultury” Hamilton, pisał, że w jakiejś tam sprawie – czy przypadkiem nie Ziem Zachodnich? – zgadzają się zarówno ci, co mają jeden światopogląd, jak i ci, co mają drugi światopogląd – bo w Polsce są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Będziemy mogli zweryfikować ten pogląd już wkrótce, bo właśnie w dalekiej Ameryce sympatyzujący z prezydentem Donaldem Trumpem pan Dawid Ellison, kupił był firmę Warner Bros Discovery, która jest właścicielem TVN w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeszcze iskrówki z tą wiadomością nie zostały chyba u nas przemyślane, bo zarówno pani red. Anita Werner, jak i resortowa „Stokrotka”, czy i pani red. Monika Olejnik, siłą inercji, po staremu nie szczędzi prezydentowi Donaldowi Trumpowi gorzkich słów krytyki, ale tylko patrzeć, jak ścisłe kierownictwo TVN przekaże personelowi komunikat: wiecie, rozumiecie, od dzisiaj macie wychwalać prezydenta Trumpa, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Ciekawe, z jakiego klucza będzie wtedy ćwierkała pani red. Anita Werner, pani red. „Kasia” Kolenda-Zeleska, pani red. Monika Olejnik, pan red. Grzegorz Kajdanowicz, pan red. Marciniak i pozostałe gwiazdy drobniejszego płazu? Rządowa telewizja (w likwidacji) wszystkich przecież nie wchłonie, podobnie jak Judenrat, w którym te przekształcenia własnościowe też mogą się odbić, no a w „Polsacie” króluje pani red. Gozdyra, która nawet resortową „Stokrotkę” potrafiłaby obsztorcować, gdyby nie odpowiadała poprawnie na jej pytania

A to jest sprawa bardzo ważna – w czym utwierdza nas deklaracja Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy. Stwierdziło ono ponad wszelką wątpliwość, że za obecną eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie odpowiedzialność ponosi „reżym w Teheranie”. Znaczy się – według Ukrainy izraelsko-amerykańskie „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, o ile nie jest szlachetną walką o pokój, to w ostateczności – wojną sprawiedliwą” , podczas gdy „wyprzedzające uderzenie” rosyjskie na Ukrainę jest wojną niesprawiedliwą. Według tej rewolucyjnej teorii, ta sama wojna może bowiem być jednocześnie sprawiedliwa i niesprawiedliwa – w zależności od tego, czy to my wojujemy z naszym nieprzyjacielem – wtedy wojna jest sprawiedliwa – czy też nieprzyjaciel wojuje z nami – to wtedy jest ona niesprawiedliwa. Quod erat demonstrandum.

Stanisław Michalkiewicz

Trump szantażowany przez Izrael?! I co z tego bzykania??

Trump szantażowany przez Izrael?!

Michalkiewicz: To są znakomite materiały

[VIDEO]

5.03.2026 nczas/trump-szantazowany-przez-izrael-michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” przeanalizował sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Krytycznie ocenia politykę prowadzoną przez Benjamina Netanjahu, który dąży do realizacji idei Wielkiego Izraela kosztem stabilności nie tylko regionu, ale być może także całego świata.

Michalkiewicz przedstawia teorię, zgodnie z którą głównym inicjatorem konfliktu i ataku na Iran jest Izrael, a do zaangażowania w tę operację Stanów Zjednoczonych mogły posłużyć materiały kompromitujące prezydenta Donalda Trumpa. Publicysta wskazuje, że premier Izraela, Benjamin Netanjahu, wykorzystał w tym celu haki zdobyte przez siatkę Jeffreya Epsteina, którego uważa za pracownika izraelskich służb.

Argumentuje, że zbieranie tajnych dokumentów od wpływowych osób przez Epsteina stanowi niezbity dowód na jego działalność szpiegowską na rzecz Tel Awiwu. Wprawdzie Trump nie pełnił wówczas funkcji publicznych i nie miał dostępu do sekretów wagi państwowej, jednak izraelski wywiad mógł zebrać kompromitujące nagrania o charakterze obyczajowym.

Trump, którego nazwisko się przewija w aktach Epsteina, nie był żadnym funkcjonariuszem publicznym, w związku z tym od niego żadnych tajnych dokumentów Epstein nie mógł się domagać, natomiast bzykał panienki. To są znakomite materiały. Prawdopodobnie dużo nagrań się zachowało z tego bzykania – sugeruje Michalkiewicz.

Netanjahu mógł podkręcić Trumpa: ’Wiecie, rozumiecie, wy tu uderzcie na ten Iran złowrogi, bo w przeciwnym razie będziecie mieli piekło w domu’. Myślę że pierwsza dama by nie była obojętna – dodał.[Gorzej, niż w domu: Mógłby utracić swój urząd. md]

Michalkiewicz twierdzi, że prawdziwym celem ataku jest usunięcie ostatniej przeszkody na drodze do stworzenia „Wielkiego Izraela”. Zgodnie z tą ideą terytorium owe miałoby sięgać od rzeki egipskiej aż po Eufrat. Publicysta zauważa, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Izraelowi, przy decydującym współudziale zbrojnym USA, udało się już obezwładnić wszystkie inne państwa ościenne, w tym Liban, Syrię oraz Irak.

Złowrogi Iran pozostał jedynym liczącym się krajem, który krzyżuje te plany, dlatego premier Netanjahu postanowił przyspieszyć działania uderzeniowe, oficjalnie zasłaniając się powtarzanym od 50 lat argumentem o zagrożeniu ze strony irańskiego programu jądrowego – uważa Michalkiewicz.

Cała rozmowa do obejrzenia poniżej:

Co ukrywa Książę-Małżonek? [I gdzie? ]

Co ukrywa Książę-Małżonek?

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   5 marca 2026 michalkiewicz

Postępowanie naszych Umiłowanych Przywódców nie tylko zaczyna coraz głębiej wkraczać w rejony psychiatryczne, ale coraz częściej wywołuje niezamierzony efekt komiczny. Na przykład 26 lutego Książę-Małżonek Sikorski Radosław wygłosił w Sejmie pogadankę, pretensjonalnie zatytułowaną: „expose”, a poświęconą „polityce zagranicznej” naszego bantustanu.

Już samo to wydarzenia dostarcza niezamierzonego efektu komicznego z tej przyczyny, że wszyscy wiedzą, iż uprawianie jakiejkolwiek polityki, a zwłaszcza – polityki zagranicznej – nasi Umiłowani Przywódcy mają od naszych większych i mniejszych sojuszników surowo zakazane. Na przykład obywatel Tusk Donald żadnej „polityki zagranicznej” nie uprawia, tylko wykonuje zadania zlecone mu jak nie przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, to, przez niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, a w ostateczności – od jakiegoś funkcjonariusza BND, pracującego na kierunku polskim. Tym bardziej żadnej polityki zagranicznej prowadzić nie może Książę-Małżonek – a w tej sytuacji trudno się dziwić, że posłowie PiS opuścili salę. wie I nie zawiedli się, bo Książę-Małżonek w pewnym momencie zaczął przechwalać się medalami, jakie podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich zdobyli zawodnicy występujący w barwach członkowskich bantustanów Unii Europejskiej. W tym miejscu nawet ministrowie z Kancelarii Prezydenta, którzy – podobnie jak i on sam – dotychczas usiłowali hamować narastające rozbawienie, nie wytrzymali i parsknęli zdrowym śmiechem.

Podobną sytuację opisuje Karol Olgierd Borchardt, jak to podczas upalnej pogody szef kuchni transatlantyka zadecydował się podać pasażerom chłodnik litewski. Panie siedzące przy kapitańskim stole ubrały się do obiadu bardzo lekko. Na biodrach miały plażowe fantazje, a biusty przesłoniły jakimiś improwizacjami. I stało się, że kiedy jedna z nich sięgnęła po sól, czy coś takiego, biała pierś uwolniła się z materiału i plusnęła prosto w talerz z chłodnikiem. Nieostrożna pani chwyciła serwetkę i opuściła jadalnię, a pasażerowie, którzy już-już mieli dać upust wesołości, na widok kapitana Mamerta Stankiewicza natychmiast przybrali solenne miny, a tylko sprawiali wrażenie, jakby się dusili. Tymczasem kapitan jadł spokojnie, starając się nie skończyć dania przed innymi biesiadnikami. Wreszcie obiad dobiegł końca, a pasażerowie mogli opuścić jadalnię i dać wyraz swej radości. Padali sobie w objęcia, zaśmiewali się do łez tym skwapliwiej, im dłużej musieli swoje rozbawienie hamować.

Podobnie zareagowali ministrowie z Kancelarii Prezydenta na olimpijskie przechwałki Księcia-Małżonka.

Bo Książę-Małżonek zachowuje się tak, jakby naprawdę myślał, że jest ministrem spraw zagranicznych uprawiającym jakąś politykę. Tymczasem ani wymyślanie Putinowi nie jest żadną polityką, ani pisanie na Twitterze nie jest żadną polityką, ani wreszcie nie jest żadną polityką wysługiwanie się ukraińskim oligarchom. Tymczasem Książę-Małżonek swoją służalczość posuwa do tego stopnia, że z miedzianym czołem powtarza propagandowe wynalazki ukraińskiego Sztabu Generalnego, że Ukraina „broni Europy”, a nawet świata przed rosyjskim imperializmem. Z punktu widzenia ukraińskiego ten wynalazek jest oczywiście całkowicie racjonalny – bo służy jako pozór uzasadnienia ukraińskiej postawy roszczeniowej wobec Europy – ale żeby taki duży chłopczyk, jak Książę-Małżonek wierzył w takie rzeczy i nie wstydził się głośno ich powtarzać – tego już chyba za wiele.

Podobnie z gadaniem o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie. Co to konkretnie ma znaczyć? Ponieważ prezydent Zełeński nie chce – a chyba instynkt samozachowawczy podpowiada mu – że nie może zgodzić się na ustępstwa terytorialne bez ryzyka, że ukraińskie rezuny uriezają mu głowę, to zrozumiałe, a w tej sytuacji „sprawiedliwy pokój” może oznaczać tylko jedno – że Ukraina liczy na jakąś terytorialną rekompensatę. Tak najwyraźniej myśli wiceminister nauki w vaginecie obywatela Tuska Donalda Andrzej Szeptycki, stojąc na nieubłaganym gruncie „historycznych fracji”. Chodzi o to, że państwo ukraińskie jest wynalazkiem niemieckim. Niemcy w roku 1917 wykroili z części okupowanego przez siebie obszaru teren Ukraińskiej Republiki Ludowej, a Cesarstwo Austro-Węgierskie przekazało temu państwu część obszaru zagarniętego podczas rozbiorów Polski: Galicję Wschodnią, a także obszar dzisiejszego województwa podkarpackiego oraz małopolskiego – mniej więcej do Gorlic a także część województwa lubelskiego – aż do Podlasia.

Ciekawe, co w takim razie ma na myśli Książę-Małżonek, kiedy powtarza slogany o „sprawiedliwym pokoju” dla Ukrainy? Czy służalczość swoją wobec tego państwa gotów jest posunąć tak daleko, by w imieniu naszego bantustanu nie tylko podpisać zgodę na taką cesję terytorium, ale również – by przekonywać nas do tego tak samo arogancko, jak obecnie próbuje przekonywać do programu SAFE? Myślę, że Niemcom taka rekompensata dla Ukrainy kosztem Polski nic by nie przeszkadzała, a w tej sytuacji nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i Książę-Małżonek mógłby za tym gardłować bez ryzyka, że narazi się swoim mocodawcom i zleceniodawcom.

Ciekawe, czy pan prezydent Karol Nawrocki mówiąc, że Książę-Małżonek w swoim expose był nie dość „asertywny” wobec Komisji Europejskiej. Jeszcze tego brakowało! Podejrzewam, że na samą myśl o takiej „asertywności” Książę-Małżonek prędzej splamiłby mundur bo obawia się, że razem z obywatelem Tuskiem zostałby zdmuchnięty, jak gromnica.

Tymczasem prezydent Donald Trump, najwyraźniej uskrzydlony wygłoszonym onegdaj orędziem o stanie państwa, odgraża się, że zakończy wojnę na Ukrainie do czerwca, a najpóźniej – do 4 lipca. Pewnie tak nie będzie – ale optymistycznie załóżmy, że amerykański prezydent jakimści sposobem tego dokona. Ponieważ obecnie kością niezgody są terytoria, to czy najprościej nie mógłby przekonać prezydenta Zełeńskiego do skorzystania z terytorialnej rekompensaty. I wilk byłby syty i owca cała – no a Polska ma przecież z Ukrainą umowę z 2 grudnia 2016 roku, więc czy choćby na tej podstawie nie mogłaby nieodpłatnie odstąpić Ukrainie opisaną wyżej część terytorium? Przy okazji można by załatwić dokończenie procesu zjednoczenia Niemiec według granicy z 1937 roku – bo o takiej właśnie wspomina art. 116 niemieckiej konstytucji, no a z reszty terytorium Żydowie mogliby realizować swoje roszczenia majątkowe, zgodnie z amerykańską ustawą nr 447. Ciekawe, jak taką propozycję potraktowałby Książę-Małżonek – no bo nie mam wątpliwości, że obywatel Tusk Donald tylko by temu przyklasnął? Szkoda, że o takiej możliwości nie wspomniał w swoim exposé – by byłby jeszcze weselej.

Stanisław Michalkiewicz

Szkoła liderów demokracji totalnej

Szkoła liderów demokracji totalnej

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    3 marca 2026 michalkiewicz

Ciekawe, jakie właściwie kryteria stosują ugrupowania polityczne w poszczególnych bantustanach Unii Europejskiej, wysuwając kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj, to wszystko wskazuje na to, że nasi Umiłowani Przywódcy traktują Parlament Europejski jako luksusowy przytułek dla tak zwanych „byłych ludzi” – i dotyczy to prawie wszystkich ugrupowań. Tak było na przykład w przypadku pani Beaty Szydło, której kariera sprawiała wrażenie oszałamiającej. Ze stanowiska wójta gminy, niechby nawet ważnej, od razu na stanowisko prezesa Rady Ministrów – to duży przeskok, nawet jak naszą młodą demokrację. Pewne światło na mechanizm tego przeskoku rzuca okoliczność, że pani Beata jest absolwentką Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA.

Zresztą nie ona jedna – bo wśród absolwentów tej Szkoły był nie tylko premier Mieczysław Rakowski, ale i inny Wunderkind naszej polityki, w osobie pana Kazimierza Marcinkiewicza. On też został przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego wysunięty na stanowisko premiera rządu i pozostawał na tym stanowisku dopóki nie zluzował go sam Naczelnik – zaś pana Kazimierza wkrótce przytłoczył nadmiar szczęścia, z którym boryka się podobno aż do dnia dzisiejszego. Byli tam też i prezydenci, na przykład Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, a także obywatel Tusk Donald.

Najwyraźniej ukończenie tej Szkoły wyposaża absolwenta w certyfikat jeszcze lepszy od tego, który swoim konfidentom wystawia Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj jest przewidywalny aż do bólu. Z informacji na stronach Ambasady USA w Warszawie wynika, że elewi podczas szkoleń uczą się, jak uwzględniać interesy USA, kiedy już zostaną dygnitarzami. Ciekawe czy to jest szczyt ich umiejętności, czy przypadkiem nie zgłębiają też innych zagadnień, z którymi mogą zapoznać ich pierwszorzędni fachowcy z CIA – bo niby dlaczego nie?

Gdyby tak właśnie było, to lepiej rozumielibyśmy przyczyny, dla których taki np. Aleksander Kwaśniewski ani pomyślał, by przy okazji wysyłania polskiego kontyngentu wojskowego do Iraku, załatwić jakieś sprawy dla Polski – na przykład amerykańską zgodę i poparcie dla militarnej konwersji polskiego długu zagranicznego, albo uzyskanie niechby nawet ustnej obietnicy prezydent Busha młodszego, że USA, w rewanżu za tę przysługę, nie będą stosować żadnych nacisków na Polskę w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych.

Kiedy w Instytucie Polityki Światowej w Waszyngtonie pytałem, czy możliwe było załatwienie tych spraw, usłyszałem, że sprawa zgody na militarną konwersję polskiego długu była „oczywiście” do załatwienia. Sprawa żydowskich roszczeń była „trudniejsza” – ale usłyszałem, że „trudne sprawy też trzeba podejmować”. Trudno jednak oczekiwać od szczęśliwego absolwenta Szkoły Liderów, by zawracał sobie głowę sprawami tubylczego bantustanu, na którego czele został postawiony – czy nie dzięki pomocy starych kiejkutów?

Ale co się stało, to się nie odstanie, chociaż nie od rzeczy będzie wspomnieć, że gdyby tak prezydent Kwaśniewski choć przez chwilę pomyślał o Polsce, to dzisiaj nie musielibyśmy łamać sobie głowy nad tym, czy w ofercie SAFE nie kryje się jakiś perfidny podstęp. Inna sprawa, że pomyślną rekrutację do tej Szkoły przeszedł też pan Dariusz Joński z Lewicy, więc kiedy obywatel Tusk już odejdzie w stan spoczynku, pewnie usłyszymy i o nim, jako o kandydacie na naszą Umiłowaną Duszeńkę. Może to się zdarzyć szybciej, niż nam się wydaje, nie tylko ze względu na rozsypywanie się Polski 2050, która sprawia już wrażenie partii jednorazowego użytku, ale ze względu na kalkulację, o którą podejrzewam stare kiejkuty w służbie niemieckiej.

Ta sprawa wypłynęła podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale z obfitości serca gorejącego ujawniła ją expressis verbis moja dawna faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus. Liczy ona, że jak tylko panu prezydentowi Nawrockiemu „coś by się stało”, to wtedy obowiązki prezydenta przejąłby pan Czarzasty, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najwyraźniej moja dawna faworyta nie dopuszcza do siebie myśli, że „coś” może się stać Wielce Czcigodnemu panu marszałkowi. Skąd taka niezachwiana pewność? Tajemnica to wielka, chyba, że „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”.

Co z tym wszystkim ma wspólnego Parlament Europejski? Nic zgoła, poza tym może, że kierowani tam osobnicy skazani są na wydawanie dekretów przeciwko trzęsieniom ziemi, albo przeciwko lodowcom. W takiej sytuacji nawet najtęższe głowy mogą się zmanierować, więc trudno się dziwić, że w końcu musiało dojść do tego, do czego doszło – a mianowicie do głosowania nad tym, kto może rodzić dzieci – czy tylko kobiety, czy też inne płcie.

Przypomina to informację podaną kiedyś przez Sławomira Mrożka, że w pewnym instytucie naukowym przeprowadzono eksperyment przebicia głową muru. „Wynik potwierdził słuszność poprzednich teoretycznych założeń”. W Parlamencie Europejskim 233 posłów zagłosowało przeciw poprawce, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę, a 170 wstrzymało się od głosu. Znaczy – nie są pewni.

Osobliwością jest nie tyle może wynik głosowania, co sam fakt jego przeprowadzenia. Potwierdza on bowiem, że Parlament Europejski uważa, iż fakty powinno się ustalać przez głosowanie. To jest przejaw demokracji totalnej, według której przez głosowanie można nawet unieważnić prawo powszechnego ciążenia. Dla usprawiedliwienia Parlamentu Europejskiego, który, swoją drogą, w całości powinien zostać dokładnie przebadany przez jakieś konsylium weterynarzy, warto przypomnieć, że to nie pierwszy przypadek ustalania faktów przez głosowanie. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z tym objawem demokracji totalnej, która zatacza coraz szersze kręgi, więc w końcu musiała zahaczyć o rejony psychiatryczne, w roku 1990, kiedy to gang noszący nazwę Światowej Organizacji Zdrowia, przez głosowanie ustalił, ze homoseksualizm nie jest ohydnym zboczeniem płciowym, tylko szlachetną „orientacją”.

Skutki tego aktu demokracji totalnej odczuwamy do dnia dzisiejszego. Na przykład, gdyby tak ktoś publicznie stwierdził, że osoby homoseksualne powinny być leczone, to mógłby zostać oskarżony i zawleczony przed nienawistny sąd o używanie „mowy nienawiści”. Mową nienawiści, jak wiadomo, jest każda opinia, która z tych czy innych powodów nie podoba się albo Judenratowi „Gazety Wyborczej”, albo Jasnogrodowi, albo wreszcie – promotorom rewolucji komunistycznej, którzy próbują ją wreszcie narzucić Europie i Ameryce Północnej. To z tego totalniackiego triumwiratu pochodzą te wszystkie wynalazki, których plusem dodatnim może być tylko to, że normalni ludzie zaczną się wstydzić swego posłuszeństwa wariatom, a ich pepinierę w instytucjach UE zlikwidują, zapędzając urzędujący tam personel do infirmerii.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Korupcja spoiwem demokracji

Korupcja spoiwem demokracji

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 24 lutego 2026 michalkiewicz

Któż z nas nie słyszał zachęty do myślenia pozytywnego? Myślenie pozytywne, w pewnym, być może nawet chamskim uproszczeniu, polega na tym, by we wszystkim dostrzegać – jak powiedziałby Kukuniek – „plusy dodatnie”. Na przykład sprawa programu SAFE. Z deklaracji pana prezydenta Karola Nawrockiego podczas spotkania w Hajnówce wynika, że rząd nie tylko podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale i później też, nie przedstawił mu żadnych szczegółów na temat tej wysokiej, prawie 44 mld euro, pożyczki zbrojeniowej.

A szczegóły są przynajmniej dwa: po pierwsze – jakiego rodzaju zabezpieczenie tej pożyczki będzie musiała przedstawić Polska – bo nie chce mi się wierzyć, żeby na tym świecie pełnym złości ktokolwiek – a już zwłaszcza brukselskie biurokratyczne gangi – udzielały pożyczek bez zabezpieczenia. Po drugie – czy wśród warunków pożyczki nie ma aby mechanizmu warunkującego – który tyle zgryzot nam przysporzył przy równie hojnym programie KPO? Takie rzeczy lepiej wiedzieć z góry, niż potem obudzić się z fiutem w garści – jak to było udziałem tak zwanych „frankowiczów”. Tymczasem obywatel Tusk Donald albo tego nie wie – bo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje raczej mu się nie zwierza, tylko zleca zadania – albo nawet czegoś tam się domyśla – ale właśnie dlatego za żadne skarby nie zdradzi nikomu, o co tu naprawdę chodzi.

Jak ten dylemat rozstrzygnąć w kategoriach myślenia pozytywnego? Pierwsza możliwość z jednej strony świadczyłaby dobrze o obywatelu Tusku Donaldu – że sam nie wie, więc żadnych informacji prezydentu Karolu Nawrockiemu przekazać nie może. Że – mówiąc krótko – jest poczciwym durniem, który myśli, że to wszystko naprawdę. Ale jeśli nie wie i wszystkim, którzy wysuwają jakieś wątpliwości zarzuca „zdradę”, to nie tylko jest durniem, ale i łobuzem. Zatem nawet rozpatrując rzecz w kategoriach myślenia pozytywnego, choćby z kurtuazji, musimy tę możliwość odrzucić.

No dobrze – ale druga ewentualność wygląda na jeszcze gorszą; jeśli obywatel Tusk zna szczegóły – ale od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje ma surowo zakazane (wiecie, rozumiecie, Tusk; Maul halten, bo inaczej przypomnę, skąd wam wyrastają nogi!) – ich ujawnianie, a jednocześnie obrzuca epitetami „zdrajców” wszystkich, którzy demonstrują wątpliwości – to by znaczyło, że jest renegatem bez sumienia.

No tak – ale w tej sytuacji nie możemy już nazywać go durniem – a to już jakiś postęp, podobny do tego w genewskich rozmowach na temat zakończenia wojny na Ukrainie. Nie jest to dużo – ale dobre i to. Jak widzimy, myślenie pozytywne przynosi jakieś rezultaty nawet w sytuacjach, wydawałoby się – bez wyjścia. Podobnie jest z Księciem-Małżonkiem. Dopóki był poddanym brytyjskim, to chociaż pojawiały się podejrzenia, że może wysługiwać się wywiadowi brytyjskiemu – nawet jako minister obrony narodowej naszego bantustanu, chodził na dłuższej smyczy, niż po przejściu na służbę niemiecką po tak zwanym „hołdzie berlińskim”.

Po przejściu na stronę Volksdeutsche Partei smycz chyba znacznie się skróciła, bo jakże inaczej wytłumaczyć skwapliwą hojność Księcia-Małżonka, który na wieść, że jeden z najbliższych kolaborantów prezydenta Zełeńskiego, Timur Mindycz przytulił 100 mln dolarów i czmychnął do Izraela, natychmiast zaoferował Ukrainie 100 mln dolarów – żeby nikt nie miał krzywdy?

Ponieważ podejrzewam, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podobnie jak inni uczestnicy „koalicji chętnych”, brali od prezydenta Zełeńskiego procenty od sum, którymi futrowali Ukrainę, a sprytny ukraiński komik zapisywał w kapowniku, ile kto wziął i gdzie schował, to Reichsfuhrerin surowo przykazała Księciu-Małżonku, żeby „założył” za Timura Mindycza, nie troszcząc się, rzecz prosta, skąd ten wasal weźmie taką forsę. Od tego są przecież wasale, żeby suzerenowie żyli sobie beztrosko.

W ramach myślenia pozytywnego zakładam bowiem, że z obywatelem Tuskiem Donaldem, czy z Księciem-Małżonkiem prezydent Zełeński ani myślał czymkolwiek się dzielić, wiedząc, że i jeden i drugi jest niemieckim chłopcem na posyłki. Z jednej strony to trochę upokarzające – no ale z drugiej – radosne, bo czyż świadomość, że prezydent Zełeński nie musiał plamić korupcją ani obywatela Tuska Donalda, ani Księcia-Małżonka, nie jest radosna?

Wreszcie na naszych oczach rozgrywa się przedstawienie, dzięki któremu – skoro już o korupcji była mowa – możemy przekonać się o pozytywnym wpływie korupcji politycznej na demokrację. Mam oczywiście na myśli rozpad partii jednorazowego użytku, czyli „Polski 2050”, na dwa kluby poselskie: Polska 2050 pod kierownictwem pani Pełczyńskmiej-Nałęcz i klub „Centrum” pod kierownictwem Wielce Czcigodnej Pauliny Hening-Kloski. Nawiasem mówiąc dotychczas wydawało mi się, że pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz też jest Wielce Czcigodna – ale okazało się, że wcale nie – że nie jest poślicą, tylko prostym ministrem w vaginecie obywatela Tuska Donalda. Pewnie dlatego tak go molestowała, by zrobił z niej wicepremiera, przed czym obywatel Tusk Donald, najwyraźniej przekonany, że stanowisko ministerialne, to i tak za dużo, bronił się rękami i nogami.

Wiadomo bowiem, że uczestników koalicji trzeba korumpować stanowiskami w rządzie i w spółkach Skarbu Państwa, gdzie też można usta umoczyć w melasie – ale bez przesady – żeby nikomu nie przewróciło się w głowie.

Franciszek Fiszer wspominał, jak za panowania Mikołaja II odbywało się na Zamku w Warszawie przyjęcie na cześć cesarza. „Uczta trwała trzy doby. Sprowadzono z Paryża 200 beczek zup, podano dwa tysiące bażantów. Stałem na czele szlachty łomżyńskiej tuż u boku majestatu. Kiedy po trzech dniach wyszliśmy na dziedziniec, Czerkiesi szarżowali i płazowali nas szablami – opowiadał Fiszer. – Płazowali szablami – dlaczego? Pytali zdumieni słuchacze. – Żeby nam się w głowach nie poprzewracało.

Mimo rozłamu zarówno jedna, jak i druga szajka deklaruje, że koalicji 13 grudnia nic nie zagraża. A dlaczego nic nie zagraża? A dlatego, że kto tylko spośród Wielce Czcigodnych posłów Polski 2050 miał zostać skorumpowany, to został – ponieważ nie zanosi się, by ktokolwiek pod tym szyldem w roku 2027 w ogóle dostał się do Sejmu, to każdy wie, że musi obiema rękami trzymać się tego, do czego się dorwał, że w ramach „służby dla Polski” musi wyssać wszystko, co tylko jest do wyssania – żeby starczyło na następną, „pustą” kadencję, a może nawet i na resztę życia.

Gdyby tak nie było, to zaraz by się rozpoczęły tak zwane „rozmowy programowe” to znaczy – komu jaka synekura, czy to w rządzie, czy w zarządach lub radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Vaginet obywatela Tuska Donalda ma niewielką większość w Sejmie, więc musi uwzględniać pragnienia i ambicje każdego fajdanisa – jak powiedziałby marszałek Piłsudski. To oczywiście oznacza korupcję, jako zasadę rządzenia – ale czyż nie dzięki temu właśnie nasza młoda demokracja sprawia wrażenie stabilnej – oczywiście dopóty, dopóki w Berlinie nie podejmą jakiejś innej decyzji? To prawda – ale wiadomo, że na tym świecie nic nie trwa wiecznie.

Stanisław Michalkiewicz

Stary się wali – nowy się wykluwa

Stary się wali – nowy się wykluwa

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 lutego 2026 michalkiewicz

Kto by pomyślał, że zakończoną niedawno konferencję monachijską zdominuje myśl wyrażona w rewolucyjnej pieśni „Czerwony sztandar”? Jej fragment bowiem głosi, że „Porządek stary już się wali, żywotem dla nas jego zgon”? Wprawdzie już po amerykańskiej operacji w Wenezueli wysunąłem przypuszczenie, że żywot politycznego porządku światowego, ustanowionego po II wojnie światowej właśnie dobiega kresu – ale każdemu byłoby przyjemnie, gdyby jego przypuszczenia tak szybko znalazły potwierdzenie uczestników konferencji monachijskiej. Z jednej strony – każdemu byłoby przyjemnie – ale z drugiej – zarysy nowego porządku, jaki zaczął wyłaniać się podczas monachijskiej konferencji, nie dla wszystkich muszą być przyjemne.

Na przykład niemiecki kanclerz Merz stwierdził, że skoro Europa ma opierać się przede wszystkim na własnych siłach, to nie ma rady – Bundeswehra musi być najsilniejszą armią w Europie. Oczywiście, jako najtwardsze jądro europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, które muszą nad Europą rozciągnąć też własny parasol atomowy. Wprawdzie niemiecki kanclerz jeszcze chyba trochę gryzł się w język, niemniej jednak „z obfitości serca usta mówią”, więc chociaż w ten zawoalowany sposób dał wyraz pragnieniu, by przy tej okazji Niemcy położyły swój palec na francuskim atomowym cynglu.

Zdaje się, że coś z tego dotarło do francuskiego prezydenta Macrona, bo wprawdzie rytualnie skrytykował on postępowanie obecnej administracji amerykańskiej – ale jednocześnie z naciskiem podkreślił konieczność utrzymania relacji „euroatlantyckich”. Okazuje się, że w nowym porządku mogą odżyć stare lęki – między innymi – francuska obawa przed odrodzeniem niemieckiej potęgi. Oczywiście nie dotyczy to Polski, reprezentowanej w Monachium przez szefa Volksdeutsche Partei, obywatela Tuska Donalda, któremu to nic nie przeszkadza.

Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje ogłosiła pożyczkę zbrojeniową dla Polski w wysokości 44 mld euro, której spłacanie ma potrwać co najmniej do 2070 roku, co oznacza, że do tej daty Polska będzie musiała pokornie słuchać Brukseli, a konkretnie – tego kto będzie nastrajał brukselskie kamertony – ale przecież właśnie o to chodzi, by wybić z głowy wszelkie rojenia o „polexicie” i z pokorą przyjąć wyroki przeznaczenia w postaci przekształcenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalną Gubernię.

Dlatego obywatel Tusk Donald już bez żadnego skrępowania obrzucił epitetami „zdrajców” posłów PiS i Konfederacji, którzy w Sejmie głosowali przeciw ustawie o przyjęciu SAFE, czyli wspomnianej pożyczki. Tylko patrzeć, jak na ten sam epitet zarobi pan prezydent Karol Nawrocki, który podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego domagał się bliższych informacji na temat warunków pożyczki – ale chyba bezskutecznie. Czy wynikało to z niechęci obywatela Tuska do dzielenia się z panem prezydentem takimi informacjami, czy może – w co chętnie wierzę – z braku wiedzy szefa vaginetu, który rozmaite traktaty podpisywał bez czytania, na ten temat – dość, że pan prezydent na spotkaniu z obywatelami w Hajnówce poinformował, że tych szczegółów nie zna. Obywatelu Tusku Donaldu, podobnie jak Księciu-Małżonku, czy ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu, może wystarczyć zapewnienie, że to wielki sukces, podczas gdy pan prezydent Nawrocki chciałby wiedzieć trochę więcej, zwłaszcza w sytuacji, gdy polskie finanse publiczne nie są – mówiąc delikatnie – w stanie dobrym.

Diabeł bowiem tkwi w szczegółach – jak to ma miejsce w przypadku właśnie zawetowanej przez pana prezydenta ustawy uznającej gwarę śląską za „język regionalny”. Brzmi to niewinnie – ale zagłębiwszy się w szczegóły widzimy, że to poważna sprawa. Według zasad przyjętych w UE, uznanie jakiegoś narzecza za „język regionalny” pociąga za sobą konieczność stosowania go, jako drugiego języka urzędowego, nie tylko na wszystkich szczeblach edukacji, ale też – w administracji publicznej, sądach, prokuraturze, policji itp.

Wynika z tego konieczność objęcia nauką tego narzecza wszystkich, którzy go nie znają, a chcą zajmować jakieś stanowiska publiczne. Pociąga to za sobą znaczne koszty, o których w zawetowanej ustawie podobno nie wspomniano – co było jedną z oficjalnych przyczyn jej zawetowania.

Od siebie dodam, że praktycznie może oznaczać to szlaban dla wszystkich obywateli, który „regionalnego języka” by nie znali perfect w mowie i w piśmie, w dostępie do stanowisk publicznych przynajmniej na Śląsku. Jeśli to nie jest milowy krok ku separatyzmowi, to ja jestem chińskim mandarynem. W takim razie wejście Śląska do Generalnej Guberni już chyba nie jest przewidziane, zwłaszcza gdyby takie uchwały „językowe” zostały podjęte przez sejmiki wojewódzkie.

Nie jest to możliwość czysto teoretyczna, bo w sytuacji, gdy szanse na podpisanie przez pana prezydenta ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa – żeby wybierali ją sami sędziowie – chociaż widać gołym okiem, że najwięcej do powiedzenia w tej sprawie miałyby organizacje sędziowskie, które podejrzewam o spore nasycenie konfidentami bezpieki – obywatel Żurek Waldemar zademonstrował „plan B”, polegający na tym, by sędziowie – czyli wspomniane organizacje – zaprezentowały Sejmowi skład KRS do zatwierdzenia. Wtedy – zdaniem obywatela Żurka Waldemara – pozory legalności zostałyby zachowane, bo Sejm musiałby jednak nad przedstawionym do zatwierdzenia składem Krajowej Rady Sądownictwa głosować. Pewnie dlatego w rozmowie z panem red. Rymanowskim, pan prezydent Karol Nawrocki nazwał obywatela Żurka Waldemara „terrorystą prawnym”.

A w ogóle, to „wojna na górze” między obywatelem Tuskiem Donaldem i marszałkiem Czarzastym a panem prezydentem, rozwija się nader dynamicznie. Podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego obywatel Tusk Donald powiedział, że „Rada Ministrów” podjęła „decyzję”, iż Polska nie wejdzie do forsowanej przez prezydenta Donalda Trumpa Rady Pokoju – ale chyba żadnego stanowiska rządu na piśmie, ani jego uzasadnienia nie przedstawił – bo pan prezydent Nawrocki w przypływie irytacji powiedział, że obywatel Tusk Donald nie będzie mu dyktować, gdzie może lecieć, a gdzie nie. Takie rzeczy może dyktować najwyżej swoim dzieciom i wnukom – na co obywatel Tusk Donald warknął na pana prezydenta, by od jego „wnuków” trzymał się jak najdalej.

Inna sprawa, że wobec ostatniego stanowiska rządu bezcennego Izraela, którego armia, krok po kroku, posuwa się w głąb Strefy Gazy – że Autonomia Palestyńska ani w Strefie Gazy, ani na Zachodnim Brzegu nie będzie miała nic do gadania, Rada Pokoju służyć ma chyba już tylko do tego, by Donald Trump miał jakąś dożywotnią posadę, gdy przestanie być prezydentem USA. Skoro jednak mu na tym zależy, to, przynajmniej póki prezydentem USA jest, lepiej nie odnosić się do tego pomysłu z lekceważeniem – chyba, że w ramach nowego porządku ktoś postawi wyłącznie na Niemcy – jak to najwyraźniej zrobił obywatel Tusk Donald.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Krajowa Rada Konfidentów?

Krajowa Rada Konfidentów?

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 21 lutego 2026 michalkiewicz

W przeddzień św. Walentego, którego Jasnogród obwołał patronem bzykających się, Sejm skierował do komisji nadzwyczajnej ustawę o „osobie najbliższej”. Kto to jest „osoba najbliższa”? To proste, jak budowa cepa. To ta osoba, z którą inna osoba akurat się bzyka. Rzeczywiście; żeby się pobzykać, najpierw trzeba się zbliżyć, to znaczy – odbyć bliskie spotkanie III stopnia – no a potem albo paciakujemy w popielnik – w przypadku „osób najbliższych” płci męskiej – albo mlaskamy się po klitorisach – w przypadku „osób najbliższych” płci żeńskiej. Bo trzeba nam wiedzieć, że chodzi o takie „osoby najbliższe”, które należą do tej samej płci.

Pierwotnie bowiem ustawa miała inny tytuł – o małżeństwach jednopłciowych – bez których, z zagadkowych przyczyn, nie może wytrzymać Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula – ale pruderyjne PSL, które nie chce utracić poparcia gospodyń wiejskich – zmieniło tę nazwę na obecną. Dlaczego Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie może wytrzymać bez „małżeństw jednopłciowych” – tajemnica to wielka, na którą pewne światło rzuca rosyjskie porzekadło, zwane dzisiaj „kremlowską narracją”: „każdy durak po swojemu s uma schodit” – co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój sposób – ale to tylko część prawdy. Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nigdy się do tego nie przyzna, podobnie jak obywatel Tusk Donald – że nalegając na ustawowe uregulowanie bzykania między osobami tej samej płci, wykonują zadania zlecone przez promotorów komunistycznej rewolucji, która przewala się przez Europę i Amerykę Północną, gdzie próbuje wyhamować jej postępy prezydent Trump, do którego z tej właśnie przyczyny zieje nienawiścią warszawski Judenrat, a za nim – cały Jasnogród.

Kiedy byłem jeszcze działaczem UPR, przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda” z zapytaniem, jaki jest nasz stosunek do „małżeństw homoseksualnych”. Odpowiedziałem, że negatywny, z tej przyczyny, że małżeństwo ma ściśle określone znaczenie i jeśli „małżeństwami” zacznie się nazywać coś całkiem innego, stworzy się chaos semantyczny. Jeśli coś ma cztery nogi i oparcie, to nazywamy to krzesłem, a jeśli oparcia nie ma – to stołem – i nie powinniśmy tych znaczeń mieszać. – Ale skoro już pan zadzwonił, to niech mi pan powie, dlaczego wam tak zależy na urzędowym uregulowaniu tej sprawy? – Bo bez tego nie możemy po sobie dziedziczyć, ani na przykład uzyskać informacji w szpitalu. – Jak to „nie możecie”, kiedy przecież możecie – na przykład zapisać sobie nawzajem majątki w testamencie, a co do szpitali – to wystawić sobie nawzajem pełnomocnictwa? – No tak – odpowiedział mój rozmówca – ale wtedy płacilibyśmy podatek od spadków. – Aaaa, to tak mi pan mów! – odparłem. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków, więc możecie śmiało na nas głosować. Więc ta cała retoryka „godnościowa” to tylko zasłona dymna, która ma skrywać rewolucyjną inspirację ze strony żydokomuny.

Mam tedy nadzieję, że żadnej takiej ustawy nie będzie, bo pan prezydent Nawrocki wypocin Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzyny i niemniej Czcigodnego Kosiniaka-Kamysza Władysława nie podpisze. Natomiast grozi nam coś znacznie gorszego w postaci „planu B” obywatela Żurka Waldemara, który wykombinował „mędrek wykrętów chytrych”, czyli pan prof. Andrzej Zoll. Jak wiadomo, nakazana nam przez Naszą Złotą Panią z Berlina w roku 2017 walka o praworządność, zatacza coraz szersze kręgi, więc siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne. W tym szaleństwie jest jednak metoda – a potwierdzenia tego podejrzenia dostarcza nam właśnie „plan B”. Przewiduje on, że na wypadek, gdyby pan prezydent Nawrocki nie podpisał ustawy przeforsowanej w Sejmie przez obywatela Żurka Waldemara, to on spróbuje obejść tę przeszkodę w sposób następujący: organizacje sędziowskie wysuną kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, Sejm ich wybierze i będzie gites-tenteges – niby zgodnie z ustawami.

Jest atoli pewien problem, na który zwracam uwagę od dawna, a poruszyłem go również podczas panelu na temat sądownictwa w ramach KINGS, zwołanego z inicjatywy Grzegorza Brauna w Łochowie. Chodzi o obecność agentury w środowisku sędziowskim. Podczas wspomnianego panelu, uczestniczący w nim pan sędzia Piotr Schab zwrócił mi uwagę, że mówiąc, iż środowisko sędziowskie jest naszpikowane konfidentami, jak sztufada słoniną, nie mam na to żadnego dowodu. Odpowiedziałem, że jeszcze tego brakowało, żeby prosty felietonista dysponował na tę okoliczność twardymi dowodami. To by znaczyło, że nasze państwo to wydmuszka. Ale – ciągnąłem dalej – pan sędzia jeszcze lepiej ode mnie wie, że są tak zwane procesy poszlakowe, w których nie ma żadnych twardych dowodów, ale oskarżeni bywają skazywani – bo poszlaki układają się w logiczną całość. Otóż w sprawie agentury w środowisku sędziowskim tak właśnie jest.

Nie chodzi już nawet o to, że środowisko sędziowskie, wbrew nadziejom naiwnego pana prof. Adama Strzembosza, wcale samo się nie zlustrowało po transformacji ustrojowej. Tamci konfidenci już przeszli, albo właśnie przechodzą w stan spoczynku, niektórzy nawet wiecznego. Tymczasem w 1990 roku, kiedy rozwiązana została PZPR, która była transmisją bezpieki do sądownictwa, natychmiast powstało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”. Podejrzewam tedy, że Wojskowe Służby Informacyjne, które u nas przeprowadzały transformację ustrojową, zainicjowały powstanie tej organizacji. Nie twierdzę, że wszyscy jej członkowie są konfidentami, bo może tam być wielu sędziów, myślących, że to wszystko naprawdę – ale najtwardsze jądro Stowarzyszenia, to z pewnością agentura. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach dotychczasowa działalność „Iustitii”, która nawet specjalnie nie ukrywa, że jest środowiskowym oddziałem Volksdeutsche Partei.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa w przypadku stowarzyszenia „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje wprost do prowadzonej przez ABW operacji „Temida”, której celem był werbunek agentury właśnie w środowisku sędziowskim. Sprawa ta wypłynęła przypadkowo podczas toczącego się w warszawskim Sądzie Okręgowym procesu sędziego Andrzeja Hurasa z Katowic. Prowadzący sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale głuche milczenie było mu odpowiedzą, bo ABW schroniła się za murem tajności.

To właśnie te organizacje sędziowskie miałby zmobilizować obywatel Żurek Waldemar, żeby wystawiły Sejmowi kandydatów do KRS, a Sejm by ich kandydatury przyklepał i w ten sposób Polska miałaby „prawidłową” Krajową Radę Sądownictwa, bez konieczności podpisywania czegokolwiek przez pana prezydenta. Jednak w tych okolicznościach nie byłaby to żadna Krajowa Rada Sądownictwa, tylko Krajowa Rada Konfidentów. Jest to nie do pogodzenia z prawnym warunkiem, by sędzia „dawał rękojmię” bezstronności i „nieskazitelnego charakteru”. Ani o jednym, ani o drugim nie ma mowy w przypadku konfidentów tajnych służb. Co w tej sytuacji można zrobić, by do tego nie dopuścić?

To bardzo trudna sprawa – ale właśnie u pana prezydenta ma się odbyć kolejne spotkanie z szefami tajnych służb. Gdyby tak pan prezydent zażądał od nich dostarczenia jemu osobiście listy konfidentów będących sędziami, a następnie pan prezydent dyskretnie zażądałby od tych osób przejścia w stan spoczynku, to znaczy – rezygnacji z wykonywania funkcji sędziego – to byłoby jakieś wyście z sytuacji, bez wywoływania skandalu na całą Polskę. Bo skierowanie prośby do szefów służb, by sędziów-konfidentów wyrejestrowały, nie wydaje mi się ani możliwe, ani skuteczne, jako że sędziowie są dla nich konfidentami zbyt cennymi, by się ich pozbywać. Wobec tego pan prezydent powinien zdecydować, czy w tej sprawie będzie kierował się interesem bezpieczniaków, czy interesem państwa i obywateli.

Stanisław Michalkiewicz

Marchewka i kij

Marchewka i kij

Stanisław Michalkiewicz felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” 19 lutego 2026

michalkiewicz

Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet jak przychodzą z darami). Takie słowa wkłada poeta Wergiliusz w poemacie „Eneida” w usta kapłana Laokoona, który w ten sposób ostrzegał Trojan przed wpuszczeniem do miasta słynnego konia trojańskiego.

Te słowa pasują jak ulał do zaoferowanej Polsce przez władze Unii Europejskiej pożyczki na zbrojenia w kwocie 44 miliardów euro. Rząd pod przewodnictwem szefa Volksdeutsche Partei, obywatela Tuska Donalda przynętę już łyknął, natomiast pan prezydent Karol Nawrocki, podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego dał do zrozumienia, że chciałby poznać więcej szczegółów, których najwyraźniej vaginet obywatela Tuska Donalda mu nie przekazał, podobnie jak stanowiska Rady Ministrów z uzasadnieniem odmowy przystąpienia Polski do Rady Pokoju, do której pan prezydent Nawrocki został zaproszony przez prezydenta USA Donalda Trumpa.

Trudno się dziwić panu prezydentowi, że chciałby poznać więcej szczegółów tej oferty pożyczkowej, bo już na pierwszy rzut oka ma ona cechy znakomicie zaplanowanej przez Niemcy operacji długotrwałego obezwładnienia Polski wobec władz Unii Europejskiej. Żeby lepiej zrozumieć jej cel i charakter, spróbujmy odwołać się do sytuacji opisanej przez Bolesława Prusa w powieści „Placówka”. Kiedyś należała ona do obowiązkowych lektur szkolnych, ale teraz, kiedy znajdujemy się pod rządami Volksdeutsche Partei, to chyba już nie jest.

Otóż Prus pisze tam, jak to nieznani sprawcy ukradli Ślimakowi konie. Nieznani – ale jak się okazało – do czasu – bo po kilku dniach sołtys Grochowski przyłapał na gorącym uczynku kradzieży koni Jaśka Grzyba, syna jednego z najbogatszych gospodarzy we wsi. Jasiek był już przez sołtysa ostrzeżony, a ponieważ ojciec nie bardzo chciał zastosować się do żądań Grochowskiego, ten oświadczył, że skoro tak, to odda Jaśka w ręce władz, jako koniokrada. W tej sytuacji stary Grzyb zmiękł, przystał na żądania sołtysa i zaczął wypytywać Jaśka, czemu to został koniokradem. Jasiek odparł, że namówił go do tego karczmarz Josel. – A tyś po co Josela słuchał? – zapytał go ojciec. – Bom mu winien sto rubli – wyjaśnił Jasiek.

Ta scena pokazuje, jaka to niebezpieczna rzecz, być dłużnikiem, zwłaszcza wierzycieli bezwzględnych, a już szczególnie takich, którym chodzi nie tylko o pieniądze. Komisji Europejskiej, która zaciągnie dług, z którego pożyczy Polsce 44 miliardy euro, na pieniądzach w ogóle nie zależy. Rzecz w tym, że na podstawie ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, którą w Polsce w roku 2021 przeforsował w Sejmie Jarosław Kaczyński przy pomocy klubu parlamentarnego Lewicy, z udziałem obywatela Czarzastego Włodzimierza, któremu teraz PiS szuka pcheł w sierści, Komisja Europejska zyskała uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii. Ale Komisja tylko te zobowiązania „zaciąga”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany, ile tam na nie wypadnie z rozdzielnika.

Obywatel Tusk Donald i jego zastępca z PSL, obywatel Kosiniak-Kamysz Władysław twierdzą, że spłaty będą łagodne, bo procent jest niski, a spłata rozłożona na długi czas, aż do roku 2070. Wszystko to być może – ale warto pamiętać, że w tym roku budżetowym Polska ma rekordowy deficyt w kwocie 271 mld złotych, zaś dług publiczny już dość dawno przekroczył 3 biliony, czyli trzy tysiące miliardów złotych i stale rośnie. Według niektórych ekspertów, jeśli nic się nie zmieni, Polska koło roku 2030 może otrzeć się o bankructwo, a nawet wpaść w tę pułapkę. Bankructwo państwa oznacza niemożność obsługiwania przez nie własnego długu publicznego, to znaczy – spłacania lichwiarzom procentów. Jak pamiętamy, w takiej sytuacji znalazła się w swoim czasie Grecja, której Niemcy proponowały oddanie im z tego tytułu kilku wysp.

Do tego nie doszło, bo wszystko rozstrzygnęło się w innych kategoriach. Kiedy okazało się, że Grecja zapożyczyła się głównie w niemieckich oraz francuskich bankach, na żądanie Naszej Złotej Pani cała Unia musiała złożyć się na pożyczkę dla rządu greckiego, żeby mógł za tę forsę wykupić swoje obligacje z niemieckich i francuskich banków. W przeciwnym bowiem razie okazałoby się, ze niemieckie banki mają w swoich avoirach bardzo dużo aktywów śmieciowych, co podkopałoby ich reputację. Nazywało się to „ratowaniem Grecji”, ale tak naprawdę cała Unia ratowała niemieckie banki.

Jak to będzie wyglądało w przypadku Polski, która już teraz robi bokami pod ciężarem długu publicznego, a w roku 2030 może otrzeć się o bankructwo? Najwyraźniej ani obywatel Tusk Donald, ani minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław tym się nie przejmują, bo pewnie wtedy rządzić naszym bantustanem będzie już kto inny i to on będzie musiał się martwić, podczas gdy oni będą się przechwalać, że za ich czasów było więcej śniegu, niż za ich następców. Ale my, obywatele, to co innego. My, nasze dzieci i wnuki, będziemy musieli aż do roku 2070 i dłużej, coraz to większą część bogactwa, jakie wytwarzamy własną pracą, oddawać lichwiarskiej międzynarodówce, więc nic dziwnego, że nasz punkt widzenia na tę sprawę jest inny, niż funkcjonariuszy koalicji 13 grudnia.

Ale nie tylko o to chodzi. Wspomniałem, że operacja zaoferowania Polsce marchewki w postaci pożyczki na zbrojenia, jest znakomicie przez Niemcy przemyślana. Chodzi o to, że żaden tubylczy polityk, a może nawet żaden Polak nie odważy się wystąpić przeciwko tej pożyczce bez ryzyka okrzyknięcia go zdrajcą narodu i państwa. Zatem Polska połknie przynętę – a jak już ją połknie, to będzie musiała nie tylko słuchać brukselskich biurokratów, nawet wbrew własnemu interesowi państwowemu, ale przede wszystkim – porzucić wszelką myśl do „polexicie” nawet po nowelizacji traktatu lizbońskiego. Bo chyba każdy rozumie, że w przypadku „polexitu” o wszelkich „dogodnych” procentach trzeba by natychmiast zapomnieć, podobnie jak trzeba by natychmiast zapomnieć o roku 2070 – bo Bruksela zażądałaby natychmiastowej spłaty pożyczki. A gdyby Polska nie mogła jej spłacić – no bo skąd? – to czy niemieckie koncerny zbrojeniowe nie zażądałyby przypadkiem oddania im wszystkich zakładów należących do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, zbudowanych i wyposażonych za pożyczone miliardy – bo chyba jakąś formę zabezpieczenia Polska musiała nawet i teraz przedstawić?

Tymczasem na ten temat nic nie wiemy, bo wiemy tylko, że obywatel Tusk Donald załatwił wspaniałą pożyczkę , a minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław ma wspaniałe pomysły, jak tę forsę wydać, żeby przy tej okazji coś się dostało kolegom z PSL-u. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że pan prezydent Nawrocki też chciałby się czegoś bliżej dowiedzieć. Chciałby – ale czy się dowiedział? Tego nie wiemy, bo przebieg Rady Bezpieczeństwa Narodowego jest ściśle tajny. Możemy jednak się domyślić, że niczego się nie dowiedział, z tego prostego powodu, że ani obywatel Tusk Donald, ani minister-ministrowicz też nic na ten temat nie wiedzą. Obywatel Tusk Donald ma bowiem w zwyczaju rozmaite międzynarodowe porozumienia podpisywać bez czytania, a w tej sytuacji minister-ministrowicz też mógł niczego nie przeczytać, bo i po co, skoro w Berlinie starsi i mądrzejsi wszystko nie tylko przeczytali, ale i napisali?

Stanisław Michalkiewicz

Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    17 lutego 2026 michalkiewicz

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem. Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem „planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele „Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz „Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: „W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłosne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać „planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo „zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!? Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych „uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej „czytanej” próbie sztuki w „Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa „krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że „krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo „królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski. Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to „oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu „polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka. Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny.

Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – „nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”. Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi.

Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment „Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: „głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim.

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była „dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty „obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

Pucybuty się pucują

Pucybuty się pucują

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 lutego 2026

La liberte polonaise n’ayant jamais porte que sur l’imagination… a accoutume la nation au seul culte de l’appareil exterieur.” – napisał rosyjski ambasador Otto Magnus von Stackelberg w raporcie do Petersburga dnia 16 października 1772 roku – co się wykłada, że wolność polska zawsze skierowana w dziedzinę wyobraźni… przyzwyczaiła naród do kultu działań pozornych. To przyzwyczajenie okazuje się trwałe, o czym przekonałem się całkiem niedawno, gdy na pewnym zebraniu wysłuchałem przemówień skierowanych wyłącznie w stronę wyobraźni i kultu działań pozornych. Zwróciłem tedy uwagę, że porównywać należy tylko alternatywy istniejące, a nie alternatywę istniejącą z wyobrażoną. Wyobrazić sobie bowiem można wszystko, a w dodatku to, co sobie wyobrazimy, jest z reguły piękniejsze i bardziej porywające od tego, co istnieje. Ma ono jednak nieusuwalną wadę – że istnieje wyłącznie w naszej wyobraźni.

Jeszcze obywatel Tusk Donald, któremu chyba sam diabeł dzieci kołysze – bo jakże inaczej wytłumaczyć dary Niebios, które na jego vaginet spadają jeden za drugim, dzięki czemu nie tylko jego wyznawcy, ale nawet część przeciwników nie zauważa, że jego vaginet składa się, jeśli nie z patentowanych durniów, to w każdym razie z notorycznych nieudaczników, którym nie wychodzą nawet słynne „rozliczenia”, będące tak naprawdę jedynym programem tej szajki – więc jeszcze obywatel Tusk Donald nie zdążył powołać specjalnego zespołu pod kierownictwem obywatela Żurka Waldemara, trzódki jego prokuratorów i oczywiście – bezpieczniaków, który – badając tak zwane „polskie wątki” rozporkowej afery Epsteina, udowodniłby że wszystkie tropy prowadzą do Putina – że na przykład Putin, przebrawszy się za Zbigniewa Ziobrę, dokazywał z panienkami w burdelach Epsteina. Skąd te panienki wzięły się w tych burdelach – to nie jest do końca jasne. One teraz przypominają sobie, że do wszystkiego zostały „zmuszone” – ale przedtem sprawiały wrażenie nie tylko rozluźnionych, ale nawet zadowolonych. To jednak można złożyć na karb tajemniczości i skomplikowania duszy kobiecej, które to właściwości próbowałem kiedyś, to znaczy – za głębokiej komuny – wyjaśniać znajomemu Francuzowi. – Panie markizie – wywodziłem – jeśli prawdą jest to, co Hegel mówił o duszy narodu, to Francja ma duszę kobiety. – Co pan ma na myśli? – surowym tonem pytał starszy pan. – Wyjaśnię to na przykładzie stosunku Francji do Rosji. Z jednej strony brutalność i chamstwo Rosji Francję przeraża, ale z drugiej – perwersyjnie ją pociąga. Jednak te subtelności kobiecej psychiki mogą być dla Rosji zupełnie niezrozumiałe, więc skończy się to tym, że Rosja Francję zwyczajnie zgwałci. Dzisiaj o tym już nie ma oczywiście mowy, zwłaszcza, że Francja należy do „koalicji chętnych” – ale co ma wisieć, nie utonie. Niedawno widzieliśmy, jak cała „koalicja chętnych” jeden przez drugiego, nadstawiała się chińskiemu prezydentowi. Ciekawe, jak to będzie wyglądało z Chińczykami, którzy – jako starzec wśród narodów – słyną z wyrafinowania, nieznanego nawet paryskim kokotom, które zresztą, na początku wieku XX, pozabijał samochód.

Wróćmy jednak a nos moutons, czyli – do naszych baranów – to znaczy – do premiera Tuska i jego kolaborantów. Z rozdziobywania afery rozporkowej Epsteina obywatel Tusk Donald ze swoimi kolaboranty będzie żył aż do śmierci, a w każdym razie – do następnych wyborów – a jakby tego było za mało, to dodatkowego paliwa dostarczył właśnie pan marszałek Włodzimierz Czarzasty. Zwrócili się do niego jacyś osobnicy, żeby poparł kandydaturę Donalda Trumpa do tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla. Zamiast tę dziwaczną prośbę wrzucić do kosza, pan marszałek Czarzasty postanowił nadać jej rozgłos, żeby zademonstrować, jak to dba o naszą godność narodową. „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – jak Maria Konopnicka sformułowała nasz polski program maksimum w stosunku do Niemców – toteż i pan marszałek nie tylko ostentacyjnie odmówił, ale też wygłosił uzasadnienie swojej odmowy – że Donald Trump na Pokojową Nagrodę Nobla nie zasługuje. Na takie dictum zareagował gniewnie ambasador Stanów Zjednoczonych w Warszawie, pan Róża, ogłaszając zerwanie wszelkich kontaktów Ambasady z panem marszałkiem Czarzastym za karę za zbagatelizowanie prośby prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od razu podniosła się fala sympatii do pana marszałka Czarzastego – że nie pozwolił panu Róży pluć sobie w twarz. Fala ta przykryła wstydliwe zakątki, świadczące, że pan marszałek Włodzimierz Czarzasty nie ma nic przeciwko temu, by w twarz pluł mu kto inny. Za komuny byli to towarzysze radzieccy, którym pan Włodzimierz, jako członek PZPR, składał coś w rodzaju hołdu lennego, no a teraz, kiedy za sprawą Waszyngtonu i Berlina doszło do odwrócenia sojuszy – ale i w tych warunkach nasi Umiłowani Przywódcy muszą się wysługiwać nie tylko Naszym Sojusznikom, ale nawet sojusznikowi Naszych Sojuszników, czyli Ukrainie. Czyż utrzymywanie mimo zmiany vaginetu mocy obowiązującej umowy z dnia 2 grudnia 2016 roku, na mocy której Polska zobowiązała się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa i z tego tytułu niedawno wysłała tam całe transporty generatorów prądu, a w najbliższej przyszłości przygotowuje się do rozwinięcia produkcji amunicji artyleryjskiej 150 mm z siedmiu tysięcy do 300 tys. sztuk, które oczywiście zostaną nieodpłatnie wysłane na Ukrainę, o tym nie świadczy?. Wojna bowiem będzie trwała tam do usrania, jako że prezydent Zełeński wie, iż na ustępstwa terytorialne pójść nie może, bo rezuny uriezają mu łeb – chyba, że USA i Niemcy obmyślą Ukrainie rekompensatę terytorialną, przyznając jej tzw. Zakierzoński Kraj tzn. – województwo Podkarpackie, część Małopolskiego – mniej więcej do Nowego Sącza i część Lubelskiego – mniej więcej do Białej Podlaskiej. Jestem pewien, że zarówno obywatel Tusk Donald, jak i pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, prędzej splamiliby mundur i to od środka, niżby odważyli się takim planom sprzeciwić, podobnie jak Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław, który Ukrainie nie jest w stanie odmówić niczego. No to co to szkodzi, jak w tej sytuacji pan marszałek Czarzasty Włodzimierz zaprezentuje się naiwniakom w charakterze twardziela, co to nie kuca przed samym Donaldem Trumpem, nie mówiąc już o panu Róży? To nikomu nic nie szkodzi, bo to wszystko odbywa się w sferze działań pozornych, podczas gdy sfera działań rzeczywistych funkcjonuje według dotychczasowych, wypróbowanych zasad, w których panu Czarzastemu Włodzimierzowi upłynęła młodość i upływa wiek męski.

Tak mu się ta bezpieczna forma hardości spodobała, że w ramach wojny z panem prezydentem Nawrockim wezwał go, żeby mu się wyspowiadał ze swojej przeszłości, bo on – znaczy się obywatel Czarzasty Włodzimierz – jest „czysty”. Znaczy to, że – jak mówią gitowcy – pan Czarzasty najwyraźniej musiał w przeszłości się „pucować” – w co chętnie wierzę – bo czyż w przeciwnym razie stare kiejkuty pozwoliłyby mu zajść aż tak wysoko? Ale chyba nie ze wszystkim zdążył się przypucować, bo w środę 11 lutego Rada Bezpieczeństwa Narodowego będzie go pucowała na okoliczność niebezpiecznych związków z – jakże by inaczej? – Putinem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Dwa wyroki

Dwa wyroki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  10 lutego 2026 michalkiewicz

Nakazana nam przez Naszą Złotą Panią z Berlina w roku 2017 walka o praworządność w naszym bantustanie, zatacza coraz szersze kręgi, siłą rzeczy docierając w końcu do rejonów psychiatrycznych. Inaczej niepodobna wyjaśnić prowadzonych z całą powagą postępowań np. wobec pana red. Michała Rachonia z tv Republika, któremu przedstawiono „zarzuty” zakłóceń w ruchu lądowym, polegających na tym, że pan red. Rachoń biegł jezdnią za samochodem uwożącym w siną dal pana Zbigniewa Ziobrę, a w dodatku miał w ręku telefon komórkowy, co jest zbrodnią samoistną.

Jeśli obywatel Żurtek Waldemar i tym razem dopilnuje, by nienawistny sąd miał prawidłowo dobrany skład, tak, jak to miało miejsce w przypadku księdza Olszewskiego, to nie ulega wątpliwości, że i na pana red. Rachonia posypią się piękne wyroki – bo on jest chyba osobnikiem jeszcze bardziej znienawidzonym przez Jasnogród i zwolenników Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, niż np. pan Robert Bąkiewicz, któremu prokuratura, podkręcana przez mściwego obywatela Żurka Waldemara, wymyśla coraz to nowe „zarzuty”, po których też muszą posypać się piękne wyroki.

Nawiasem mówiąc, te groteskowe postępowania wobec pana Rachonia i pana Bąkiewicza pokazują frustrację obywatela Żurka Waldemara, któremu najlepiej wychodzą przedsięwzięcia w stylu gangsterskim, natomiast „rozliczenia” – chociaż stanowią one jedyny program vaginetu obywatela Tuska Donalda, przy pomocy którego chciałby on zjednać sobie zadowolą ze swego rozumu gawiedź – wychodzi mu gorzej. I nic dziwnego – bo te „rozliczenia” wymagają jednak pewnej finezji, która najwyraźniej przekracza możliwości umysłu jeśli nawet nie obywatela Żurka Waldemara, to jego kolaborantów w prokuraturze, czy nienawistnych sądach.

W rezultacie dochodzi do coraz to większej niespójności w orzecznictwie zarówno niezależnej prokuratury, jak i nienawistnych sądów. Na przykład niezależna prokuratura, możliwe nawet, że z inspiracji samego obywatela Żurka Waldemara, odcięła niedawno od stryczka prokuraturę Ewę Wrzosek, która nie tylko ujawniła publicznie czyjeś „dane osobowe”, ale ujawniając je nawet złamała podobno tajemnicę państwową. Nie dopuszczając nawet do postępowania przed nienawistnym sądem, niezależna prokuratura sprawę umorzyła z powodu „znikomej szkodliwości społecznej” tego czynu. Kiedy uświadomimy sobie, że prokuratura Wrzosek Ewa jest prawą ręką obywatela Żurka Waldemara w Ministerstwie Sprawiedliwości, to nic nas już nie dziwi, a nawet lepiej rozumiemy postępowanie słynnych prokuratorów okresu stalinowskiego, jak np. Stanisław Zarako-Zarakowski, czy nienawistnych sędziów w rodzaju Romana Kryże, który nie tylko skazywał na śmierć członków „reakcyjnego podziemia”, ale jeszcze w 1964 roku zasądził „czapę” oskarżonemu w „aferze mięsnej” Stanisławowi Wawrzeckiemu.

Oni też „powinność swej służby rozumieli”, niczym policmajster z opowiadania „cioci” Telimeny o swoich przygodach w „Peterburku”, opisanych w „Panu Tadeuszu”. Tymczasem kiedy ja podałem do publicznej wiadomości nazwisko mojej wierzycielki, nienawistna następczyni sędziego Romana Kryże, przysoliła mi „piękny wyrok” w postaci obowiązku zapłacenia mojej Prześladowczyni następnych 150 tys. złotych. Jak widzimy, kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje, w związku z tym lepiej rozumiemy pragnienie nienawistnych sędziów, by mogli sami się wybierać, sami się oceniać i sami się rozliczać z tego, co „państwo” , czyli organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, zedrze z głupich gojów-podatników. Właśnie w tym kierunku idą ustawy zaprojektowane przez obywatela Żurka Waldemara i uchwalone głosami Volksdeutsche Partei i jej kolaborantów z koalicji 13 grudnia.

Ale nie tylko prokuratura Wrzosek Ewa cieszy się szczególnymi względami. Wprawdzie między obywatelem Tuskiem Donaldem i Naczelnikiem Państwa Kaczyńskim Jarosławem trwa wojna na 14 fajerek – a w każdym razie takie można odnieść wrażenie – ale gdy przychodzi co do czego, to widać, że nienawistne sądy mają wydane rozkazy, żeby nikomu, a zwłaszcza Naczelnikowi Państwa, nie robić krzywdy. Podczas przesłuchiwania przez sejmową komisję pod kierownictwem Wielce Czcigodnej obywatelki Sroki Magdaleny do spraw izraelskiego „Pegasusa”, Naczelnik Państwa, naciskany przez zasiadających w tej komisji Wielce Czcigodnych siepaczy, miał powiedzieć, że Wielce Czcigodny obywatel Brejza Krzysztof, dopuścił się szeregu „odrażających przestępstw”. Wielce Czcigodny obywatel Brejza Krzysztof, czy to nie poczuwając się do popełnienia żadnych przestępstw, czy też uważając, że nie były one wcale „odrażające”, zaciągnął Naczelnika Państwa przed oblicze nienawistnego sądu pod zarzutem „zniesławienia”. Najwyraźniej musiał być przekonany, że kiedy ogłoszono „rozliczania”, to nienawistny sąd zrobi z Naczelnika Państwa marmoladę.

Widocznie jednak – jak pisze poeta – „tymczasem na mieście inne były już treście”, bo nienawistny sąd wydał wyrok salomonowy. Wprawdzie uznał winę Naczelnika Państwa, ale odstąpił od wymierzenie mu kary z powodu – jakże by inaczej? – znikomej szkodliwości społecznej czynu. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby nienawistny sąd przed wyrokowaniem odebrał ważny telefon treści następującej: „wiecie, rozumiecie, sędzio. Czas zmienić politykę rolną lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!” No to powiedzcie Państwo sami – czy niezawisłemu sędziemu trzeba takie rzeczy dwa razy powtarzać? Nie trzeba. Raz wystarczy.

Tymczasem pewna starsza pani, na pewnym portalu, zwróciła się do pana Jerzego Owsiaka z następującym przesłaniem: „giń człowieku, dość twego okradania, dość twego dorabiania się!Podobno już następnego ranka w jej mieszkaniu aż się zaroiło od wysokich funkcjonariuszy policji, a dzień później przedstawiono jej „zarzuty”. To stachanowskie tempo pokazuje, że Ktoś Z Wysokiego Szczebla musiał nadać sprawie najwyższy priorytet. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby główną sprężyną był Judenrat „Gazety Wyborczej” który w wielu sprawach jest albo ostatnią instancją, albo inspiratorem organów władzy naszego nieszczęśliwego kraju – bo kiedyś policja słuchała się partii, no a kogo ma się słuchać teraz, kiedy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej już nie ma? Tylko Judenratu – bo w zmieniających się obrazach naszej młodej demokracji on jeden pozostaje stałym punktem we Wszechświecie. Nic zatem dziwnego, że i nienawistny sąd w Toruniu powinność swej służby zrozumiał i właśnie wydał piękny wyrok, skazując panią Izabelę na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok oraz zakazem kontaktowania się z Jerzym Owsiakiem, a nawet zbliżaniem się do niego na odległość mniejszą, niż 50 metrów. W tej sytuacji tysiąc złotych, które ma ona zapłacić panu Owsiakowi, będzie musiała uiścić przelewem, a nie gotówką z ręki do ręki, bo z powodu złamania zakazu zbliżania się, kara więzienia zostałaby jej natychmiast odwieszona.

Ciekawe, czy nienawistny sędzia który wydał ten wyrok, zdaje sobie sprawę, w czym właściwie bierze udział, czy też za pieniądze gotów jest na wszystko? Ale znacznie ważniejsza od tego jest okoliczność, że pan Jerzy Owsiak cieszy się większym i to nieporównanie większym prestiżem od Wielce Czcigodnego obywatela Brejzy Krzysztofa. I słusznie – bo takich Wielce Czcigodnych to trzech na kilo wchodzi, podczas gdy ciężar gatunkowy pana Jerzego Owsiaka zbliżony jest do metali ciężkich, które znakomicie nadają się do zatruwania organizmów ludzkich i w związku z tym chętnie są używane przez stare kiejkuty do formowania autorytetów moralnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sabat demokratyczny i „faszystowski”

Sabat demokratyczny i „faszystowski”

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    8 lutego 2026

31 stycznia – ale dopiero wieczorem – świat mógł odetchnąć z ulgą, bo wreszcie zakończyły się wybory przewodniczącej koalicyjnej partii „Polska 2050”, w których kandydowały dwie damy: madame Pełczyńska-Nałęcz i madame Hening-Kloska. Jak się okazało, 40-ma głosami wygrała madame Pełczyńska-Nałęcz, pozostawiając madame Hening-Kloskę w nieutulonym żalu, który jednak przegrana madame starannie ukryła, deklarując niezłomną wolę podążania pod przewodnictwem swojej rywalki ku świetlanej przyszłości. Na początek jednak trzeba będzie „odbudować zaufanie” wyborców, potężnie nadszarpnięte wskutek różnych zagadkowych przyczyn. Klub Parlamentarny „Polska 2050” liczy bodajże 32 członków – ale obecne notowania tej partii szorują po dnie i kształtują się na poziomie niecałego półtora procenta poparcia. Gdyby tedy wybory odbyły się teraz, to ani jeden z działaczy („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka?” – zastanawiał się poeta), z Wielce Czcigodnym Hołownią Szymonem na czele, do Sejmu by nie wszedł, nie mówiąc już nawet o posadzie wicemarszałka, czy wicepremiera. Bo madame Pełczyńska-Nałęcz najwyraźniej ma chrapkę na posadę wicepremiera w vaginecie obywatela Tuska Donalda.

Obywatel Tusk Donald dotychczas bronił się przed powierzeniem tej posady pani Pełczyńskiej-Nałęcz rękami i nogami, zasłaniając się między innymi niejasną sytuacją w kierownictwie tej koalicyjnej partii.Teraz jednak, gdy sytuacja się wyjaśniła, tego pretekstu już nie będzie mógł użyć, więc jakąś decyzję będzie musiał podjąć. Czy jednak na pewno? Na pewno, to wszyscy umrzemy, podczas gdy obywatel Tusk Donald nadal będzie mógł odpowiadać na molestowania ze strony pani Pełczyńskiej-Nałęcz wymijająco, choćby z tego względu, że nie może mu ona nic zrobić. Jak wiadomo, w polityce trzeba mieć z góry przygotowane odpowiedzi co najmniej na dwa pytania: po pierwsze – co mi dasz, jak ci to zrobię i po drugie – co mi zrobisz, jak ci tego nie dam.

Więc na pytanie: co pani Pełczyńska-Nałęcz może zrobić obywatelu Tusku Donaldu, jeśli nie da on jej stanowiska wicepremiera w swoim vaginecie, odpowiedź brzmi – prawdopodobnie nic. Teoretycznie bowiem mogłaby ona, jako przewodnicząca Polski 2050 podjąć decyzję o opuszczeniu koalicji 13 grudnia. Wtedy vaginet obywatela Tuska Donalda utraciłby większość w Sejmie, a w tej sytuacji Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, nawet z łoża boleści, na którym aktualnie spoczywa, cierpiąc na zapalenie płuc, mógłby nakazać PiS-owi złożenie wniosku o konstruktywne votum nieufności dla vaginetu obywatela Tuska Donalda, to znaczy – z jednoczesnym zgłoszeniem kandydata na premiera. Teoretycznie taki wniosek mógłby w Sejmie przejść – ale nie wiadomo, czy udałoby się, nawet w łonie PiS, wytypować kandydata na premiera.
Jak wiadomo, z jednej strony ambicje takie wykazuje Mateusz Morawiecki ze swoimi kolaboranty – ale z drugiej strony pomysł ten napotyka w samym PiS-ie silną opozycję ze strony tak zwanych „maślarzy”, na czele których stoją : Tobiasz Bocheński, Jacek Sasin, Patryk Jaki i Przemysław Czarnek – o którym też się mówi, że ma w swoim tornistrze buławę premierowską. Z tego właśnie względu mogłyby pojawić się nieprzewidziane trudności, w następstwie których do złożenia konstruktywnego wniosku o votum nieufności wobec vaginetu obywatela Tuska Donalda mogłoby nie dojść. Ale nie jest to jedyny powód, dla którego obywatel Tusk Donald może uważać, iż pani Pełczyńska-Nałęcz nic mu nie może zrobić, jeśli nie da jej posady wicepremiera. Jeśli bowiem nawet ona sama postanowiłaby w porywie serca gorejącego zdecydować o opuszczeniu koalicji 13 grudnia, to wcale nie jest takie pewne, że posłowie z jej własnego klubu jej posłuchają. Teraz bowiem są posłami i jeszcze prawie przez dwa lata mogą całą paszczą używać życia i smarować gęby konfiturami władzy.

Tymczasem ewentualne wyjście z koalicji oznaczałoby ryzyko nawet przyspieszonych wyborów, a przy fatalnych notowaniach Polski 2050, oznaczałoby to wyautowanie się z kręgów władzy na własną prośbę. Wprawdzie nie ma takiej rzeczy, której nie można by zrobić dla Polski – ale wydaje mi się, że większość posłów Polski 2050, a może nawet wszystkich innych, nie jest jeszcze na to gotowa. Może kiedyś, w lepszych czasach – ale teraz jeszcze nie. Skoro tedy my to wiemy, to obywatel Tusk Donald wie to jeszcze lepiej – a w tej sytuacji pani Pełczyńskiej-Nałęcz nie pozostanie nic innego, jak prowadzić Polskę 2050 ku świetlanej przyszłości – ale w ramach koalicji 13 grudnia. Czy z tego powodu nasz nieszczęśliwy kraj też odetchnie z ulgą, czy też pogrąży się jeszcze bardziej w beznadziejności – trudno zgadnąć. Tym bardziej, że po stronie opozycji sytuacja też nie jest do końca jasna – kto czym dyszyt – jak mówią Rosjanie.

Oto 31 stycznia odbył się w Łochowie na Podlasiu Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) pod egidą Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Na Kongres przybyło około 700 uczestników, a więc mniej więcej tylu, ilu członków liczy cała „Polska 2050”, nawet jeśli połączyć ją z Polską 2051, której jeszcze nie ma. Judenrat „Gazety Wyborczej”, a także jego filie w postaci „OKO-Press” podniosły klangor, że w Łochowie urządzili sobie swój sabat „faszyści”, zmuszając właściciela obiektu do składania wyjaśnień. Nawiązał to tego w swoim przymówieniu inaugurującym Kongres Grzegorz Braun, przypominając, jak to prawie 100 lat temu, w roku 1926 Biuro Polityczne sowieckiej partii bolszewickiej postanowiło zwalczać patriotów polskich przy pomocy oskarżeń o „faszyzm”.

Jak się okazuje, współczesna żydokomuna w Polsce po przewodnictwem pana red. Michnika, który stalinowskie przykazania wyssał z mlekiem matki i mleczem ojca, kontynuuje tę bolszewicką linię w najlepsze. Kontynuacja jest zatem większa, niż mogłoby się wydawać i kolejne pokolenie żydokomuny próbuje wdeptać w ziemię kolejne pokolenie polskich patriotów. Jednak poza przysłaniem funkcjonariuszy Propaganda Abteilung pod przewodnictwem zasłużonego w podobnych operacjach i znanego z żarliwego obiektywizmu pana Wojciecha Czuchnowskiego, żadnych przeszkód żydokomuna na razie nie stawiła. Najwyraźniej czeka na ruchy ze strony siepaczy obywatela Żurka Waldemara, by samego Grzegorza Brauna wtrącili do lochu, a Konfederację Korony Polskiej – zdelegalizowali.

W tej sytuacji jednym z ważniejszych paneli dyskusyjnych był panel poświęcony sądownictwu – co z nim zrobić – w którym wziąłem udział. Zaproponowałem tam, by usunąć patologię z sądownictwa dzięki wprowadzeniu weryfikacji niezawisłych sędziów co 5 lat – podczas każdorazowych wyborów prezydenckich. Jeśli sędziowie już nie mogą wytrzymać, by sami się wybierali, sami rekomendowali, sami się oceniali i sami się rządzili – to proszę bardzo – ale każdy z nich co 5 lat musiałby poddać się weryfikacji przez obywateli, którzy przecież muszą ich utrzymywać. Taki sędzia musiałby dostarczyć o sobie przynajmniej dwie informacje: jak długo trwały u niego sprawy od otwarcia przewodu sądowego do wyrokowania oraz – ile wyroków uchylono mu w drugiej instancji. I jeśli nie uzyskałby w głosowaniu w swoim okręgu sądowym przynajmniej bezwzględnej większości głosów obywateli głosujących – wylatywałby z sądownictwa bez żadnego odwołania.

Bat na sędziów nie powinien być bowiem włożony w ręce rządu – bo to też patologia, podobna do tej, kiedy sędziowie nie mają nad sobą nikogo i robią co chcą, a państwo musi im płacić. Wskazałem też na jeszcze jedną konieczność – na konieczność usunięcia bezpieczniackiej agentury ze środowiska sędziowskiego, bo jej istnienie jest nie do pogodzenia z oczekiwaniem bezstronności. Tymczasem istnieją poważne poszlaki wskazujące na obecność prawdopodobnie licznej agentury Wojskowych Służb Informacyjnych i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w środowisku sędziowskim.

Być może na kolejnym spotkaniu pana prezydenta z szefami służb mogłaby zapaść decyzja, by służby sędziów-konfidentów trwale wyrejestrowały – bo na dobrowolną lustrację – jak już wiemy – ze strony sędziów liczyć nie można.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nieliczni zdecydują

Nieliczni zdecydują

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”  7 lutego 2026 michalkiewicz

Świat znowu wstrzymuje oddech – tym razem z powodu złowrogiego Iranu, to znaczy – nie tyle może z powodu Iranu, bo ten niczego gwałtownego nie robi, a tylko „w mrokach podziemia” wykuwa broń jądrową, przy pomocy której mógłby porazić bezcenny Izrael – co z powodu deklaracji amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który rozkazał amerykańskim lotniskowcom, by zajęły dogodne pozycje do ataku na Iran. Najwyraźniej tego właśnie zażądał od niego premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamin Netanjahu, któremu złowrogi Iran bruździ na odcinku realizacji idei Wielkiego Izraela, z którą „czuje się on związany”.

Skoro premier Netanjahu nakazał amerykańskiemu prezydentu uderzyć na Iran, to nie ma rady – Amerykanie muszą uderzyć – chyba, że w złowrogim Iranie zwycięży rozsądek i ajatollahowie obiecają prezydentu Trumpu, że zniszczą zapasy wzbogaconego uranu i wysadzą w powietrze wirówki i wszystkie inne urządzenia służące budowie arsenału jądrowego. Chodzi o to, że Iran ma od starszych i mądrzejszych surowo zakazaną budowę arsenału jądrowego.

Bezcenny Izrael to co innego. Jemu nikt takiego zakazu wydać by się nie ośmielił, nawet najtwardsi amerykańscy twardziele – bo i my wiemy i oni wiedzą, że gdyby tylko spróbowali, to zaraz jakieś dziecko przypomniałoby sobie, że przed 40 laty włożyli mu rękę pod spódniczkę i gmerali w majteczkach – a zanim by się okazało, że to wszystko nieprawda, to nie tylko załamałaby się polityczne kariery takich twardzieli, ale i tamtejsze Żurki Waldemary wyszlamowałyby ich z forsy do gołej skóry. W rezultacie ogon wywija psem, a świat, widząc lotniskowce zbliżające się do Iranu, wstrzymuje oddech.

Ale bo też uderzenie na Iran, albo chociaż zmłotowanie go, to i dla prezydenta Donalda Trumpa prawdziwy dar Niebios. Chodzi o to, że ostatnio chyba zaczyna on pękać, na przykład w sprawie Grenlandii, czy w sprawie rozruchów w Minnesocie. Kiedy zaczął się odgrażać na odcinku Grenlandii, to zaraz europejscy dygnitarze, jeden przez drugiego, natychmiast pogalopowali do Chin. Co z tego wyniknie – trudno zgadnąć – ale na przykład już teraz kurs dolara zaczyna spadać, więc jak tak dalej pójdzie, to kto wie – może BRICS dopnie swego i w ogóle zdetronizuje dolara z funkcji waluty światowej? To by było wielkie zmartwienie dla Ameryki, bo dopóki dolar tę funkcję pełni, to wszystko – jak mówią gitowcy – „gra i koliduje”. Ameryka produkuje mnóstwo dolarów, którymi płaci za prawdziwe dobra – ale tylko dopóty, dopóki inne kraje chcą je przyjmować.

Dotychczas chciały, bo za te dolary można było kupić np. ropę. Gdyby jednak okazało się, że za ropę trzeba płacić chińskimi juanami, czy japońskimi jenami, to popyt na dolary mógłby gwałtownie spaść, a wtedy Ameryka musiałaby też wysyłać za granicę prawdziwe dobra. Dlatego właśnie prezydent Trump, podobnie zresztą, jak prezydent Józio Biden zdecydował się na przeprowadzenie ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej – z tą tylko różnicą, że prezydent Józio Biden chciał przedtem „osłabić Rosję” i w tym celu naobiecywał ukraińskiemu „słudze narodu” złote góry, że ten zerwał porozumienia mińskie w nadziei, że Amerykanie przyjmą Ukrainę do NATO – co skłoniło Putina do rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej”.

Prezydent Trump wolałby nie osłabiać Rosji, tylko się z nią dogadać, aby się nie denerwować, co ona zrobi, gdy on rozpocznie ostateczne rozwiązywanie kwestii chińskiej. W międzyczasie jednak chciałby zakończyć ukraińską awanturę, czemu sprzeciwia się ukraiński „sługa narodu”, bo się boi, że jak zgodzi się oddać ruskim szachistom 20 procent ukraińskiego terytorium , to tamtejsze rezuny urżną mu głowę, zanim zdąży dotrzeć do Izraela szlakiem Timura Mindycza.

Ale prezydent Trump próbuje młotować prezydenta Zełeńskiego, że albo odda Putinowi Donbas, a wtedy otrzyma amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa – a jak nie odda – to nie. Co tam wtedy rezuny zrobią z Zełeńskim – to specjalnie prezydenta Trumpa chyba nie obchodzi, bo i on wie i my wiemy, że najwyżej tamtejsi oligarchowie wytrzepią wtedy jakiegoś nowego „sługę narodu” i będzie gites tenteges. Nawiasem mówiąc, na Ukrainie NABU niedawno aresztowało pod zarzutami korupcyjnymi piękną ongiś Julię Tymoszenko, a fałszywe pogłoski głoszą, że w areszcie wydobywczym nadaje ona na prezydenta Zełeńskiego, ujawniając rozmaite „wstydliwe zakątki”. W takiej sytuacji również i on może dojść do wniosku, że czas kończyć zabawę – a wtedy prezydent Trump będzie mógł doczepić sobie kolejny listek to wieńca sławy, jako peacemakera.

Jak widzimy, świat ma mnóstwo powodów by wstrzymywać oddech – a ostatnio do tego mnóstwa dochodzi jeszcze jeden – w postaci wyborów przewodniczącej „Polski 2050”, jakie mają odbyć się już w sobotę 31 stycznia. Jak wiemy, o stolec przewodniczącej tej partii rywalizują dwie damy: madame Pełczyńska-Nałęcz i madame Hening-Kloska. Jedna jest szczuplejsza, druga – raczej tęższa – ale to jest chyba jedyna różnica ideologiczna. Nie o to zresztą chodzi, tylko o to, że – jak zauważył pan wicemarszałek Szymon Hołownia – doły partyjne tak się zacietrzewiły w tej rywalizacji, że on sam nie widzi innej rady, jak opuścić partię.

Tym może nikt by się nie przejmował, może nawet nikt by tego nie zauważył, gdyby nie obawa, że wraz z panem Szymonem z „Polski 2050” może odejść grupa posłów – może nawet w liczbie kilkunastu. W tym momencie przypominamy sobie uwagę Winstona Churchilla z czasów II wojny światowej, że nigdy jeszcze tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym. Churchill mówił o lotnikach – ale myślę, że tę uwagę można by zastosować również do tej grupy posłów, która może opuścić szeregi partii Polska w2050 z panem Szymonem. Gdyby bowiem kilkunastu posłów wyszło z koalicji 13 grudnia, to vaginet obywatela Tuska Donalda mógłby utracić większość parlamentarną. Wtedy reszta poczekałaby, aż Jarosław Kaczyński wyzdrowieje i zaraz złożyłaby wniosek o votum nieufności dla rządu, który zostałby obalony kilkoma głosami.

Wtedy Naczelnik Państwa skompletowałby nowy rząd – starannie unikając Grzegorza Brauna, bo wiadomo, że wszelki kontakt z Konfederacją Korony Polskiej groziłby Naczelnikowi Państwa strefieniem, wskutek czego utraciłby on walor przyzwoitości, bez której nie można w ogóle myśleć o skutecznym politykowaniu w ramach organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, za jaką uchodzi III RP. Oczywiście skład nowego rządu trzeba by uzgodnić ze starymi kiejkuty, podobnie jak podczas „głębokiej rekonstrukcji” w roku 2017 – ale z tym nie powinno być trudności, bo jakieś kanały kontaktowe przecież muszą być – tak, jak między CIA i KGB podczas kryzysu karaibskiego w roku 1962. W tej sytuacji potrzebne byłoby tylko błogosławieństwo prezydenta Donalda Trumpa – ale to z pewnością uzyskałby pan prezydent Karol Nawrocki, który został niedawno przez prezydenta Trumpa publicznie pochwalony. Jak zatem widać, sytuacja może się powtórzyć i „liczni” znowu mogą zawdzięczać tak wiele, tak nielicznym – bo partia „Polska 2050” liczy podobno około 700 członków, oczywiście razem z konfidentami, bez których partie, zwłaszcza te przyzwoite, istnieć nie mogą.

Stanisław Michalkiewicz

Teologia i polityka holokaustu

Teologia i polityka holokaustu

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  5 lutego 2026 michalkiewicz

Adolf Hitler, przechera, w piekle ręce zaciera, głośno krzyczy: ha! Świetnie się składa! Taką trawestacją wiersza Ludwika Jerzego Kerna można by skomentować awanturę, jaka się rozpętała przy okazji obchodów kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu, która obecnie obchodzona jest na całym świecie – no, może nie na całym, ale w każdym razie – na świecie – jako Dzień Pamięci o Holokauście.

Z tej okazji nawet Jego Świątobliwość Leon XIV wygłosił deklarację o potępieniu „antysemityzmu”. Co to konkretnie może oznaczać – tego dokładnie nie wiemy – ale biorąc pod uwagę ewangeliczną wskazówkę, że co zwiążecie (albo rozwiążecie) na Ziemi, będzie związane (albo rozwiązane w Niebie), może to oznaczać, że Niebo respektując tę symetrię, również antysemityzm potępi – a to może oznaczać, iż będzie on odtąd traktowany jako ciężki grzech, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, ani na tamtym. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie okoliczność, że o tym, co jest antysemityzmem, a co nie jest, nie decyduje ani Jego Świątobliwość, ani nikt inny – tylko Liga Antydefamacyjna z siedzibą w Nowym Jorku, ewentualnie władze bezcennego Izraela. Na przykład całkiem niedawno uznały one krytykę postępowania bezcennego Izraela wobec Palestyńczyków w Strefie Gazy za „antysemityzm”. Czy Stolica Apostolska czuje się takimi opiniami związana? Chyba tak, bo – jak to głosił oficjalny dokument watykański z czasów

pontyfikatu Jana Pawła II – „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe” interpretacje Ewangelii. Chodziło oczywiście o takie interpretacje, które nie podobały się Żydom – bo za pontyfikatu Jana Pawła mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju apogeum podlizywania się Żydom przez najwyższe kręgi Kościoła katolickiego. Skoro jednak „w przeszłości” zdarzały się interpretacje „niewłaściwe”, to czyż możemy mieć pewność że te dzisiejsze już na pewno są właściwe, a nie zawierają sprośnych błędów Niebu obrzydłych? Takiej pewności, rzecz prosta, nie odzyskamy już nigdy – a w tej sytuacji nie ma rady – w sprawie antysemityzmu – co nim jest, a co nie jest – ostatnie słowo musi należeć do Ligi Antydefamacyjnej, albo do Izraela – a nie tylko Stolica Apostolska, ale również Niebo musi poczuć się tym związane. Wydaje się, że teologii zapowiada to prawdziwą rewolucję, której następstwa trudno dziś przewidzieć, podobnie jak trudno przewidzieć następstwa umowy w Metz, zawartej między wysokim oficerem KGB, występującymi w charakterze przedstawiciela Cerkwi Prawosławnej, a Eugeniuszem kardynałem Tisserantem, który reprezentował Kościół katolicki.

Na podstawie tej umowy papież Jan XXIII zobowiązał się, że II Sobór Watykański nie potępi komunizmu. I od tamtej pory komunizm już nie jest potępiany, chociaż jeśli chodzi o liczbę ofiar, to nie ma żadnego porównania z narodowym socjalizmem, któremu tych ofiar można przypisać zdecydowanie mniej. Dlaczego zatem obchodzimy Dzień Pamięci o Holokauście, a nie obchodzimy żadnego dnia pamięci choćby o ofiarach Operacji Polskiej NKWD, czy Ofiar Kolektywizacji w ZSRR, których było co najmniej dwa razy więcej, niż Żydów zamordowanych w ramach holokaustu? Chamskie wyjaśnienie, jaki mi się nasuwa, to takie, że Hitler wojnę przegrał, podczas gdy Stalin ją wygrał. To by jednak świadczyło, że Adolf Hitler miał rację, przynajmniej gdy mówił, że zwycięzcy się nie sądzi. A skoro w tej sprawie miał rację, to dlaczego z góry mielibyśmy odmówić mu racji w innych sprawach?

Wróćmy jednak do awantury, jaka rozpętała się przy okazji obchodów kolejnej rocznicy wyzwolenia chwilowo nieczynnego obozu w Oświęcimiu. Jak z goryczą stwierdził pan minister Kolarski z Kancelarii Prezydenta, pan prezydent Nawrocki ani nie został imiennie powitany przez obozową Komendanturę, ani też nie pozwoliła mu ona na zabranie głosu podczas uroczystości i swoje oświadczenie wygłosił dopiero później. Komendantura w specjalnym oświadczeniu twierdzi, że wszystko było w jak najlepszym porządku, bo witała rozmaite środowiska, wśród nich – środowisko „przedstawicieli władz państwowych”, więc nikt nie został wykluczony. Wszystko to oczywiście być może – ale gdyby tak w uroczystości wziął udział pan Rafał Trzaskowski, jako Prezydent Rzeczypospolitej, to czyż nie zostałby przez Komendanturę powitany chlebem i solą, a kto wie, czy zorganizowana ad hoc obozowa orkiestra nie zagrałaby mu na powitanie „Tanga Milonga” („Tango Milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj ostatni raz usłyszę…”)? Ale równie dobrze i pan Rafał Trzaskowski musiałby zadowolić się tylko „środowiskowym” przywitaniem – bo nie można wykluczyć, że obecna Komendantura Chwilowo Nieczynnego Obozu w Oświęcimiu, uważa ów obiekt za eksterytorialny.

Takie wrażenie można było odnieść i wcześniej, kiedy to Komendantura nie wyrażała zgody na używanie polskich flag, a i całkiem niedawno, kiedy to Grzegorz Braun w ogóle nie został na teren obozu wpuszczony, bo chciał tam skrytykować projekt uchwały Rady Ministrów o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym nieszczęśliwym kraju. Widać wyraźnie, że na terenie chwilowo nieczynnego obozu jego Komendantura czuje się uprawniona do ustanawiania własnych praw, a skoro tak, to czy można mieć wątpliwości, że nie uważa obszaru zajmowanego przez obóz za część państwowego terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, tylko za obszar eksterytorialny?

Warto tedy przypomnieć, że podobny postulat wysuwała reprezentacja parlamentarzystów żydowskich podczas dyskusji nad konstytucją, tak zwaną „marcową”. Otóż parlamentarzyści żydowscy domagali się, by zwarte skupiska ludności żydowskiej w miasteczkach i miastach, miały status eksterytorialny. To nie przeszło; konstytucja uznała Polskę za państwo unitarne, z wyjątkiem Śląska, który w granicach Rzeczypospolitej miał autonomię i własny Sejm. Dopiero Niemcy w czasie okupacji ten postulat zrealizowali – ale oczywiście po swojemu, to znaczy spędzając ludność żydowską do gett, które – co warto odnotować – nie podlegały miejscowym, polskim władzom komunalnym, tylko bezpośrednio administracji niemieckiej.

Możliwe, że te doświadczenia zostaną wykorzystane już w niedalekiej przyszłości, kiedy to po, rekomendowanej już przez Parlament Europejski, nowelizacji traktatu lizbońskiego, budowa IV Rzeszy zacznie nabierać stachanowskiego tempa, a Polska w podobnym tempie zostanie przekształcona w rodzaj niemieckiej kolonii, na podobieństwo Generalnego Gubernatorstwa. Ponieważ nieodpowiedzialne elementy próbowałyby z pewnością torpedować niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie, to chyba trzeba byłoby ponownie uruchomić chwilowo nieczynne obozy, m.in. ten w Oświęcimiu – oczywiście po odbudowie infrastruktury i rekrutacji załogi, np. spośród przebywających na terenie Polski obywateli Ukrainy, których chyba nie trzeba by w tym celu specjalnie motywować. Czy jednak w tych okolicznościach warunek eksterytorialności obozu trzeba by uznać za konieczny? Nie jestem pewien, czy nawet obywatel Tusk Donald byłby do tego przekonany.

Stanisław Michalkiewicz

Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

3 lutego 2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz prawy.pl/Michalkiewicz-Jest-zimno-bo-jest-cieplo-FELIETON

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem.

Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem “planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele “Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz “Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: “W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłośne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać “planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo “zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!?

Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych “uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej “czytanej” próbie sztuki w “Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa “krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że “krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo “królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski.

Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to “oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu “polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka.

Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny. Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – “nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”.

Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi. Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment “Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: “głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim. [uś.. chyba jednak cichutko wyparował do ojczyzny -izrael.. md]

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była “dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty “obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

Jak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej – pod jednym względem

Jak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej pod jednym względem

1.02.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas.

Nie wiem, czy prezydent Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika – byłby z tego zadowolony – ale nie da się ukryć, że pod pewnymi względami staje się on podobny do władzy radzieckiej. Właściwie to nawet nie „pod pewnymi względami”, tylko pod jednym względem. Jak bowiem zauważył Aleksander Sołżenicyn – „z władzą radziecką nie będziesz się nudził”.

Podobnie jest z prezydentem Donaldem Trumpem. Z nim nudzić się też niepodobna – o czym możemy przekonać się co najmniej od miesiąca.

Weźmy taką Wenezuelę. Od dłuższego czasu wokół tego państwa gromadziły się czarne chmury, a chmur tych przybywało w miarę, jak wokół Wenezueli koncentrowały się amerykańskie wojska zarówno lądowe, jak i powietrzne czy morskie. Donald Trump zresztą wcale tego nie ukrywał, przeciwnie – podkreślał z naciskiem, że zamierza z tą całą Wenezuelą zrobić porządek – ale najwyraźniej nikt mu chyba nie wierzył. Aż tu nagle, kiedy nikt niczego się nie spodziewał, tamtejszy prezydent Mikołaj Maduro został porwany z własnej sypialni razem z żoną, która zaczęła przychodzić do siebie dopiero na pokładzie samolotu, który „z szybkością płomienia” – jak powiedzieliby Chińczycy – wiózł ją do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku.

I kiedy „eksperci” jazgotali, że Stany Zjednoczone „złamały prawo” międzynarodowe, okazało się, że prezydent Trump jakoś dogadał się z reżymem wenezuelskim, o czym świadczyła nie tylko wizyta pani Mari Machado, która prezydentowi Trumpowi podarowała medal Pokojowej Nagrody Nobla, ale też wenezuelskiej prezydentessy, która najwyraźniej nastawiła się Stanom Zjednoczonym lepiej od noblistki, bo prezydent Trump właśnie z nią będzie teraz robił interesy na sprzedaży wenezuelskiej ropy. Fałszywe pogłoski utrzymują, że za pośrednictwem Kataru, który ropę tę będzie sprzedawał, a zyskami dzielił się z prezydentem Trumpem po bratersku, on zaś z kolei okruchami ze stołu pańskiego będzie zalepiał otwory gębowe wenezuelskim reżymowcom. W sytuacji gdy najwyraźniej zostało to przyklepane w imieniu wenezuelskiego reżymu przez tamtejszą prezydentessę, więc dzisiaj już żadna Schwein o żadnym złamanym „prawie międzynarodowym” nie wspomina. Czegóż chcieć więcej?

A tymczasem, kiedy ważyły się losy Wenezueli, na Florydzie lądował samolot z premierem rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniaminem Netanjahu. Najwyraźniej musiał on przekonać prezydenta Donalda Trumpa do zmiażdżenia złowrogiego irańskiego reżymu tym łatwiej, że już w przeddzień rozpoczęła się tam antyreżymowa rewolucja. I kiedy wszystko rozwijało się pomyślnie, do tego stopnia że wyciągnięty został z naftaliny „następca tronu”, który zapowiedział swoje przybycie, wystąpiły komplikacje. Oto złowrogi reżym irański powyłączał telefony i Internet, w związku z czym nie było innego wyjścia, jak namówić Elona Muska, by uruchomił „Starlinki” – bo w przypadku rewolucji łączność z centralą jest najważniejsza. Aliści – według krążących po Waszyngtonie fałszywych pogłosek, o których zameldował mi mój tamtejszy Honorable Correspondant, kontrwywiad irański namierzył korzystających z tej łączności agentów Mosadu i CIA, których reżym zaczął wyaresztowywać. [Ponad 800 – i obiecali ich powiesić. A szkoda byłaby, bo długo szkoleni. Więc – wycofano się z postępów postępu. md]

W tej sytuacji nie było innej rady, jak odwołać rewolucję, dzięki czemu prezydent Trump będzie mógł do zakończonych ośmiu wojen dodać dziewiątą, której nie tyle nie „zakończył”, co raczej jej zapobiegł. Na jak długo – aaa – to zależy od strat, jakie poniosły obie zainteresowane agentury – ale jasne jest, że ich odbudowa będzie musiała trochę potrwać. Ma się rozumieć, że rewolucja, która już nabierała rumieńców, zakończyła się jakby ręką odjął, a „następca tronu” znowu powędrował do naftaliny – aż do następnego razu. Teraz w Iranie trwa – jak to nazwał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer pięć”, „przeczesywanie terenu”, które można by porównać do gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa, gdyby nie to, że ofiary są prawdziwe. Ale to przewidział już szkocki poeta Robert Burns, kiedy pisał, że „zwycięskich buntów nie ma, nigdy ich nie widziano, bo jeśli bunt zwycięży, przybiera inne miano”. Tak czy owak, póki sytuacja się nie wyjaśniła dzięki „dyplomacji Zatoki Perskiej”, która przekonała prezydenta Trumpa, by z Iranem na razie dał sobie spokój, to emocji było co niemiara, a eksperci kreślili coraz to nowe scenariusze. Czegóż chcieć więcej?

Tymczasem, gdy jeszcze nie ochłonęliśmy po emocjach związanych ze złowrogim Iranem, z inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa pojawiła się – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcja” Rady Pokoju, której celem ma być zaprowadzenie porządku z Strefie Gazy. Na czym to ma polegać, tego jeszcze nie wiemy, ale w odpowiedniej chwili zostanie nam to objawione. Na razie wiemy, że prezydent Trump zaprosił do niej około 60 osobistości, wśród nich – prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę.

Wspominam o nich również dlatego, że zaproszony został również węgierski premier Wiktor Orban i pan prezydent Karol Nawrocki, który niedawno zabawiał się w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską – teraz miałby kolegować z Aleksandrem Łukaszenką w Radzie Pokoju. Dla węgierskiego premiera Wiktora Orbana to żaden problem, ale pan prezydent najwyraźniej musi przeżywać jakiś dysonans poznawczy, bo podobno „konsultował się” z obywatelem Tuskiem Donaldem, który do Rady Pokoju w ogóle nie został zaproszony. W tej sytuacji jest prawie pewne, że obywatel Tusk Donald będzie panu prezydentowi Nawrockiemu odradzał przystąpienie do Rady Pokoju – jak to pies ogrodnika, co to sam nie zje i nikomu nie da.

Nawiasem mówiąc, z „koncepcji” Rady Pokoju wynika, że ma ona być rodzajem prestiżowej posady dla Donalda Trumpa, kiedy już przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ma on bowiem dożywotnio tej Radzie przewodniczyć i mieć tam ostatnie słowo, tak że bez niego nie będzie mogła ona niczego postanowić. Jeśli pomysł wypali, to byłby to majstersztyk, zwłaszcza na tle usiłowań nieudolnych, przedsiębranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego czy Andrzeja Dudę, którzy nawet sobie nic nie potrafili załatwić, nie mówiąc już o naszym nieszczęśliwym kraju. Zatem – czegóż chcieć więcej?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z podchodami Donalda Trumpa pod Grenlandię. Najwyraźniej zamierza on przejść do historii jako jeden z tych nielicznych prezydentów USA, którzy powiększyli terytorium państwowe. Czy mu się to uda – tu musimy zastosować metodę uczonych radzieckich, co to wynaleźli sposób przewidywania przyszłości: wystarczy trochę poczekać.

Ale już na tym etapie widać, że Donald Trump zdołał osiągnąć kilka celów: testuje europejskich sojuszników, którzy zaczęli mu podskakiwać w sprawie Ukrainy, zaognił „stosunki transatlantyckie”, wskutek czego brukselski gang musi się zreflektować, no i zepchnął wojnę na Ukrainie na tak daleki plan, że tylko patrzeć, jak dołączy ona do tak zwanych „wojen zapomnianych”. Czegóż chcieć więcej?