W Klubie Trzeciego Miejsca

W Klubie Trzeciego Miejsca

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  6 października 2026 michalkiewicz

Za pierwszej komuny Chińczycy formułowali pod adresem Ameryki tak zwane „poważne ostrzeżenia”. Kiedy ich liczba doszła do ponad 400, nie robiły już na nikim żadnego wrażenia, a jeśli już – to przede wszystkim humorystyczne. Dzisiaj Chiny – o ile mi wiadomo – nie formułują pod adresem Ameryki żadnych ostrzeżeń – ani „poważnych”, ani zwyczajnych. Przeciwnie – właśnie gdy to piszę, do USA wybiera się obecny chiński przywódca, by nie tylko wziąć udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ale również – spotkać się z prezydentem Trumpem, który w związku z tym przerwał wypoczynek i zameldował się w Białym Domu.

Jakby tego było mało, Amerykanie „w trybie pilnym” odwołali też wizytę wicepremiera, ministra-ministrowicza, obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra obrony. Miał on spotkać się z amerykańskim sekretarzem wojny Hegsethem, ale ten prawdopodobnie będzie towarzyszył prezydentu Trumpu w rozmowach z Xi Jinpingiem, więc minister-ministrowicz będzie musiał trochę poczekać. Poza tym pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby sekretarz Hegseth wcale się nie palił do pomysłu utworzenia w Polsce stałej bazy amerykańskiej. Utworzenie takiej bazy oznaczałoby kres obowiązywania amerykańsko-rosyjskich porozumień z Paryża z roku 1997.

Jak pamiętamy, Rosja nie wyraziła zastrzeżeń wobec planów przyjęcia państw Europy Środkowej do NATO, ale wcześniej Amerykanie porozumieli się z Moskwą co do „środków budowy zaufania”. Obejmowały one m.in. zobowiązanie, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, a na terytoriach państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu. Dlatego dotychczas obecność wojsk amerykańskich w Polsce miała charakter „rotacyjny”: w Noc Świętojańską miały być w jednym miejscu, w Noc Walpurgii – w jakimś innym, a w Noc Sylwestrową – jeszcze gdzie indziej. Stała baza byłaby czymś nowym, a ponieważ nie wiadomo, co w sprawie Rosji postanowi prezydent Trump, to nic dziwnego, że w tej sytuacji również sekretarz Hegseth zachowuje wstrzemięźliwość i nie miałby do zakomunikowania ministru-ministrowiczu niczego konkretnego.

Ale zaczęliśmy od wspomnień o „poważnych ostrzeżeniach” chińskich nie bez kozery. Oto bowiem Agencja Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, obniżyła Polsce tzw. „rating” z drugiego na trzecie miejsce, uzasadniając ten krok narastającym lawinowo zadłużeniem państwa no i narastającymi kosztami obsługi długu publicznego, które podobno przekroczyły już 111 miliardów złotych rocznie. Jaka jest wysokość tego długu – tego dokładnie nie wiadomo, bo jeszcze za poprzedniego vaginetu obywatela Tuska Donalda, jego minister finansów, poddany brytyjski, pan Jacek „Vincent” Rostowski bodajże trzykrotnie zmieniał sposób naliczania długu publicznego, a poza tym, za firmowanych przez Naczelnika Państwa rządów „dobrej zmiany”, rozmaite wydatki rządowe finansowane były – podobnie jak i teraz – z funduszy pozabudżetowych. Na przykład Bank Gospodarstwa Krajowego emituje obligacje np. na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Ponieważ NBP nie może kupować obligacji bezpośrednio w Banku Gospodarstwa Krajowego, bo konstytucja zabrania finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, to najpierw obligacje wyemitowane przez BGK skupują banki komercyjne, a dopiero od nich, te obligacje skupuje NBP – ma się rozumieć – nie za darmo – i wszystko jest gites, tenteges.

Oczywiście gwarantem obligacji emitowanych przez BGK jest Skarb Państwa, a więc – w ostatecznym rachunku – nieświadomi niczego podatnicy, którzy tylko potem się dziwują, dlaczego wszystko tak drożeje. Ale na tym właśnie polega mechanizm sławnej „wrażliwości społecznej”, która jest tak upragniona przez liczne rzesze zadowolonych ze swego rozumu, postępowych obywateli, których w tej skłonności wspiera również znaczna część przewielebnego duchowieństwa, a dyskretnego wsparcia udziela całemu przedsięwzięciu lichwiarska międzynarodówka, do której trafiają miliardy z tytułu „obsługi” długu publicznego. Wszyscy zatem są zadowoleni, może z wyjątkiem tych obywateli, którzy już skapowali, na czym rzecz polega – ale kto by się tam liczył z ich zdaniem? Najwyżej pani red. Gozdyra ich ofuknie, że to „ruskie onuce”, sługusy Putina, z którymi sługusy Zełeńskiego nie mogą się pospolitować w jakichś dyskusjach, tylko pryncypialnie ich napiętnować z wysokości wieży z kości słoniowej, gdzie przebywają sławni redaktorowie. Nie po to bowiem zadaje ona pytania, by było przyjemnie, tylko przeciwnie – by było nieprzyjemnie – ale nie wszystkim, tylko „wrogom ludu”, no i sługusom Putina. Takim mówimy nasze stanowcze „NIE” – oczywiście do czasu, aż od Naszych Sojuszników dostaniemy rozkaz, by odtąd ćwierkać z innego klucza.

Więc chociaż agencja Moody’s zdegradowała „rating” Polski, spychając nasz i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwy kraj do „klubu trzeciego miejsca”, pan minister Andrzej Domański, podobnie jak obywatel Tusk Donald, który ostatnio zaczął nawet doznawać objawów, jakoby CIA przysyłała mu „raporty”, twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „rośnie” i w ogóle – jest „stabilna”. Podobnie było również za Edwarda Gierka, a nawet lepiej, bo wtedy gospodarka polska znajdowała się nie na 20, tylko na 10 miejscu w świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło i gwoli opanowania sytuacji trzeba było wprowadzać stan wojenny. Jak zatem widzimy, wszystko dopiero przed nami – ale zanim nie padnie salwa, humory wszystkim, a już zwłaszcza – Naszym Umiłowanym Przywódcom, dopisują znakomicie, dzięki czemu są oni pełni wigoru i planów na przyszłość.

Ciekawe tedy, w jakiej straszliwej postaci objawią się następstwa wtrącenia Polski do „klubu trzeciego miejsca”, to znaczy – co powiedzą „inwestorzy”, których musimy się słuchać co najmniej tak samo, jak Naszych Sojuszników. Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, nakazała przekazać ukraińskim oligarchom ponad 6 mld euro, żeby nie stracili animuszu do wojny i nadal tolerowali, a może nawet – popierali – prezydenta Zełeńskiego, zatwierdzonego na naszą Duszeńkę. Zgodnie z ustawą o zasobach własnych UE, Reichsfuhrerin te miliardy tylko „pożycza”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany – w proporcjach, jakie tam na poszczególny bantustan przypadają.

W tych warunkach musimy cieszyć się z tego, co jest – a jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – jak to w klubie trzeciego miejsca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Chicagowskie zmienne nastroje

Stanisław Michalkiewicz:

Chicagowskie zmienne nastroje

magnapolonia

Szerokokadłubowy dreamliner „Lotu” z Warszawy do Chicago leci najpierw w kierunku Poznania, ale nad Poznaniem bierze kurs na północny zachód i leci po loksodromie, to znaczy – po łuku, przecinającym wszystkie południki pod tym samym kątem. Tak samoloty latały i przed wojną, a świadectwem tego jest wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wówczas już żony lotnika Jasnorzewskiego, który służył w Dęblinie. „Skrzyżowały się drogi lotnika i kaczek. Zamęt powstał na ich loksodromie” – czytamy w wierszu.

Ale dreamlinery latają na wysokości znacznie większej, dokąd kaczki już nie docierają, więc w przypadku wspomnianego lotu do Chicago żadnego „zamętu” z kaczkami na loksodromie nie było.  Zatem za Szczecinem leciał już nad Bałtykiem w kierunku cieśnin duńskich, potem wyleciał nad Morze Północne, Szkocję zostawił po lewej stronie i w ten sposób znalazł się nad Morzem Norweskim. Przeleciał potem nad Islandią i nad południową częścią Grenlandii, a następnie, po godzinnym, a może trochę dłuższym locie nad Atlantykiem, dotarł nad Półwysep Labrador i kierował się w stronę Wielkich Jezior.

Nad jednym z nich, konkretnie – nad Jeziorem Michigan, leży Chicago. W ten sposób, po blisko 10 godzinach od wylotu z Warszawy, dotarliśmy do Chicago, które powitało nas deszczem.  Deszcz rzadko kiedy nastraja optymistycznie, więc i tym razem przystąpiły do nas czarne myśli tym bardziej, że przed odlotem przyjaciel zdążył nas poinformować, że politykowie z Volksdeutsche Partei, na szczęście nie wszyscy, ale niektórzy, już otwartym tekstem perorują o plusach dodatnich jeśli nie wojny z Rosją, to przynajmniej – stanu wojennego, dzięki któremu udałoby się uniknąć ryzyka wyborów.

Więc chociaż przyjaciel życzył nam tyle samo udanych startów, co lądowań, to jednocześnie zauważył, że może nie być już do czego wracać. Tak samo mówił starszy pan, Anglik, w swoim czasie, to znaczy – w czasie „zimnej wojny”, pilot bombowca Vulcan, przeznaczonego w RAF do uderzenia jądrowego na państwa Układu Warszawskiego. Każdy z tych bombowców miał zrzucić bomby jądrowe na wyznaczone cele, a potem wrócić do Anglii. – Nie byliśmy jednak pewni, czy będziemy mieli dokąd wrócić – wspominał po latach ów pilot.

„Mała, zwycięska wojna” bowiem wygląda korzystnie tylko  dopóty, dopóki nie wybuchnie – o czym przekonałby się rosyjski minister Plehwe, gdyby nie zginął w zamachu. On też uważał, że Rosji przydałaby się „mała, zwycięska wojna” i wojna rzeczywiście wybuchła, z Japonią, tylko że nie okazała się wcale zwycięska. Kiedy Japonia militarnie rozgromiła Rosję, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Teodora Roosevelta, Rosja  zawarła z Japonią pokój w Portsmouth, z którego w Warszawie naigrawano się, że jest to „pokój z japońskim obiciem”.

Tymczasem o wojnie z Rosją ćwierkają nie tylko wszystkie wróbelki drobniejszego płazu, ale również rozmaici europejscy urzędnikowie, a w tej sytuacji wszystko staje się możliwe. Jedyna nadzieja w tym, że rosyjski prezydent Putin, któremu od rana do wieczora wymyśla cały chór – nie powiem, że wujów, bo w tym chórze są też osoby wyglądające na zacne, które się tylko dostrajają do tych głupszych, bo wiadomo, że w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy – więc że rosyjski prezydent Putin jaki tam jest, to jest – ale że nie jest wariatem.

Myślę bowiem, że tylko wariat, po kilkuletnich doświadczeniach z wojną na Ukrainie, która jest dla Rosji tak samo trudna, jak dla Stanów Zjednoczonych wojna w Wietnamie, nie będzie otwierał sobie drugiego frontu. Jak pamiętamy, Ameryka w Wietnamie nie wojowała przecież z Wietnamem, bo z nim by sobie jakoś poradziła – ale z całym Układem Warszawskim i z Chinami na dodatek.

Jak wiemy, Ameryka tę wojnę przegrała, a ściślej – nie mogła jej wygrać – więc się w końcu zniechęciła, zostawiając wietnamskich sojuszników na pastwę losu. Rosja na Ukrainie prowadzi wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim oraz innymi wasalami Stanów Zjednoczonych, więc nie ma co się dziwić, że jest to dla niej trudna wojna. Pewnie dlatego Książę-Małżonek, który uchodzi u nas za wyjątkowo tęgą głowę, publicznie ogłosił, że  NATO by Rosję pokonało, co niewątpliwie musiało zachęcić jegomościów znacznie od Księcia-Małżonka głupszych do propagandy wojennej.

Że taką uprawia Wielka Brytania, to ani nic nowego, ani nic dziwnego. Wielka Brytania, nawet gdy rzeczywiście była jeszcze wielka, chętnie wysuwała do walki narody głupsze, nie troszcząc się specjalnie o ich los, byle tylko konflikt odpowiadał jakimś brytyjskim interesom.

Podobnie jest z Niemcami, które od kwietnia tego roku pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, to znaczy – gotowe są za pośrednictwem Unii Europejskiej zmusić członkowskie bantustany, żeby ukraińskich oligarchów  futrowały i w ten sposób podsycały ich wojenny animusz – no a potem się zobaczy, czy z tej Ukrainy coś będzie, czy nie – bo jak nie, to zawsze będzie można ponownie nawrócić się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją.

Rozlanie się ukraińskiej wojny na państwa Europy Środkowej byłoby dla Ukrainy prawdziwym darem Niebios – czego prezydent Zełeński nigdy przecież nawet nie próbował ukrywać. Tyle, że wtedy ukraiński Sztab Generalny de facto musiałby przejąć dowodzenie niezwyciężonymi armiami, nie tylko mocarstw bałtyckich, ale również niezwyciężoną armią polską – bo chyba nikt nie ma złudzeń, że dowodzenie nią można by pozostawić tubylczym generałom.

   Na szczęście następnego ranka zapanowała w Chicago piękna, słoneczna pogoda, więc pogodnego nastroju nie była w stanie zmącić nawet wiadomość, że pan prezydent Karol Nawrocki właśnie podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, za pomocą której obywatel Tusk Donald próbował go szantażować groźbą  oskarżenia o maszerowanie na pasku koncernów ze szkodą dla interesów „Polaków”.

Ci prawda pan prezydent próbuje się obywatelu Tusku odgryzać, wytykając mu nieubłaganym palcem zadłużanie państwa i wpędzanie w ten sposób tubylczych obywateli w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki, ale na obywatelu Tusku takie rzeczy nie robią żadnego wrażenia, bo niby dlaczego miałyby robić, skoro pan prezydent informuje go o czymś, o czym on przecież nie może nie wiedzieć. Wygląda tedy, jakby pan prezydent po raz pierwszy cofnął się przed obywatelem Tuskiem.

Skoro raz się cofnął, to co będzie dalej? Czy będzie się cofał i cofał, aż zostanie wysadzony w powietrze „adwokackim” zamachem stanu, czy też poczeka, aż mu wyrośnie „wielka piącha” – jak to zrobił generał Jaruzelski? Ale z czego panu prezydentowi miałaby ta „wielka piącha” wyrosnąć?  Obawiam się, że ani on, ani nikt inny tego w ogóle nie wie, a skoro tak, to nic dziwnego, że obywatel Tusk może w takiej sytuacji podjąć próbę odzyskania inicjatywy strategicznej?

Jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi

Sceny myśliwskie

Stanisław Michalkiewicz; „Goniec” (Toronto)  •  4 października 2026 michalkiewicz

Jak już wielokrotnie pisałem, obywatel Tusk Donald i – jak się okazuje – Główny Łowczy Rze… – ach co ja takiego piszę!? Jakiej tam znowu „Rzeszy”? Nie żadnej „Rzeszy”, a co najwyżej – Generalnej Guberni – czyli obywatel Żurek Waldemar, dla zmylenia zwierzyny mający w vaginecie obywatela Tuska fuchę „ministra sprawiedliwości”, jeszcze przed nadejściem kalendarzowej jesieni, otworzyli w naszym nieszczęśliwym kraju sezon łowiecki. Nie chodzi przy tym o dziki, które tak się rozdokazywały, że w biały dzień terroryzują mieszkańców Warszawy, tylko o otoczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz współpracowników prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana Bogdana Święczkowskiego.

Taktyka jest taka, żeby krok po kroku, pod różnymi pretekstami, wyaresztować wszystkich współpracowników, zarówno pana prezydenta, jak i pana prezesa, a potem – jak to publicznie wyjaśnił obywatel Żurek Waldemar – „dobrać się” do nich samych. Pan prezydent na razie nie skomentował tej łowieckiej inicjatywy, natomiast pan prezes Święczkowski wyjaśnił w telewizji, że nie jest sodomczykiem, w związku z czym zapowiedź „dobierania się” do niego jakiegoś mężczyzny, zwłaszcza obywatela Żurka Waldemara, wcale mu się nie podoba. I słuszna jego racja, bo rzeczywiście – obywatel Żurek sprawia wrażenie jakiegoś osobnika z „Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso, zwłaszcza, gdy się nie ogoli.

Ale nie jest to jedyne łowieckie przedsięwzięcie obywateli Tuska i Żurka, chociaż pod względem ciężaru gatunkowego – oczywiście najważniejsze. Są jeszcze inne odcinki na których – jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi. Oto nasz Kukuniek, w którym Judenrat, kiedyś przedstawiający go jako wariata z siekierkami – na tym etapie upodobał sobie w charakterze jasnego idola. Niestety na jasnym idolu brzydkim cieniem kładły się podejrzenia o tajną współpracę z SB za pierwszej komuny, które odżyły ze zdwojoną siłą zwłaszcza po przekazaniu przez panią Kiszczakową do IPN dokumentów dotyczących Kukuńka, nad którymi osobiście czuwał generał Kiszczak.

Tedy nie było rady; trzeba było zaaplikować Kukuńkowi kurację przeczyszczającą, której podjął się pan prokurator Wojciech Sitek z warszawskiej prokuratury. Nie wdając się w żadne ceregiele, „umorzył” śledztwo w sprawie fałszywych zeznań Kukuńka na temat tych kwitów, dzięki czemu Kukuniek w jednej chwili stał się bielszy od śniegu, jakby czyjaś Niewidzialna Ręka skropiła go hyzopem. Nie to jednak stanowi element komiczny, bo to tylko potwierdza, iż niezależna prokuratura zdolna jest do wszystkiego.

Element komiczny pojawia się w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu. Otóż okazało się, że Kukuniek popadł we „wtórny analfabetyzm”, wskutek czego pojawiły się wątpliwości, czy własnoręcznie pisał donosy i podpisywał pokwitowania, skoro zapomniał sztuki pisania? Co ciekawsze – sam Kukuniek chętnie się z tą diagnozą zgadza, a w tej sytuacji nie ma rady – musimy przyjąć, że miał wyjątkowe szczęście w totolotka, bo kiedy tylko potrzebował forsy, to zawsze wygrywał. Jużci – z dwojga złego już lepszy „wtórny analfabetyzm”, niż tajna współpraca z bezpieką.

W ogóle wypada odnotować wzmożoną aktywność Judenratu w tym sezonie łowieckim. Nie dość, że bierze on udział prawie w każdej nagonce, ale w dodatku, na marginesie wspominków pana red. Michnika ze szczęśliwego dzieciństwa, Judenratowcy przypomnieli sobie o taktyce UB-owców podczas procesów w czasach stalinowskich. Polegała ona na tym, że na sali sądowej rozsiadali się ubowcy, hipnotyzując świadków, oskarżonych, a nawet – niezawisłych sędziów, chociaż ci i bez tego przecież powinność swojej służby rozumieją.

Toteż kiedy rozpoczęła się kolejna odsłona procesu Grzegorza Brauna – tym razem z powodu uszkodzenia mikrofonu panu prof. Grabowskiemu, co przeszkodziło mu w kontynuowaniu oskarżania Polaków, że wymordowali „co najmniej 200 tysięcy” Żydów – na sali sądowej zasiadła liczna delegacja Judenratu. Na ten widok niezawisły sędzia Marcin Brzostko, który wcześniej nawet czasami wielkodusznie dopuszczał Grzegorza Brauna do głosu, tym razem zachował się na poziomie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) na procesie generała Emila Fieldorfa i uchylał wszystkie pytania jego obrońców i jego samego, aż w końcu wyrzucił go z sali, pod pretekstem, że jego wypowiedzi jeszcze pogłębiają traumę pana profesora Grabowskiego, który wtedy tak się przejął, że według krążących na mieście fałszywych pogłosek, do dziś moczy się w nocy. Okazuje się, że taktyki wypracowane w czasach stalinowskich znakomicie sprawdzają się również na etapie przywracania w naszym nieszczęśliwym kraju socjalistycznej praworządności.

Ale to jeszcze nic w porównaniu ze scenami myśliwskimi, jakie rozegrały się w Jarosławiu, w tamtejszym opactwie przewielebnych Panien Benedyktynek. Ale incipiam. Oto z Niemiec w kierunku przejścia granicznego z Ukrainą w Korczowej, jechał samochodem, podejrzewam, że skradzionym, niejaki Igor M. Podejrzewam, że skradzionym, bo nie miał polisy ubezpieczeniowej. Toteż na przejściu w Korczowej pod tym pretekstem celnikowie zaraz mu ten samochód „skonfiskowali”. Słowem – „grab nagrabliennoje!” W tej sytuacji Igor M. autostopem podjechał do Jarosławia, gdzie pomaszerował do opactwa, w którym nawet i dzisiaj przebywają jacyś ukraińscy „uchodźcy”, a kiedyś były ich tam całe chmary.

Ponieważ przebywający tam księża nie dość skwapliwie wypełniali wobec niego obowiązki „sług narodu ukraińskiego”, chwycił za nóż i jednego zariezał od razu na śmierć, dwóch poważnie podźgał, a jednego dźgnął powierzchownie. Ponieważ został schwytany, zorientował się, że nie ma innej rady, jak tylko zacząć świrować. Zdaje się, że robi to z wprawą, toteż wracze z jarosławskiego psychiatryka co prawda nie zdiagnozowali u niego „schizofrenii bezobjawowej”, tylko jakieś głębokie „psychozy” – ale tak czy owak przesłuchiwać go w tym stanie nie można.

Inna sprawa, że też nie mieli wyjścia, bo natychmiast po incydencie w jarosławskim opactwie pan red. Tomasz Terlikowski, będący kimś w rodzaju pełnomocnika Judenratu na odcinku kościelnym, natychmiast surowo przykazał biskupom, by profilaktycznie przeciwstawili się wszelkim obawom „nienawiści”. Jak bowiem wiadomo, na obecnym etapie nienawiść, nawet ta „klasowa”, ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

W tej sytuacji również personel tamtejszego psychiatryka przyjął postawę wyczekującą – może w nadziei, że Igor M. szczęśliwie ucieknie i w ten sposób wybawi ich z kłopotu – no bo nie wyobrażam sobie, żeby umarł w tym szpitalu jako symulant. Żeby jednak pozorom stało się zadość, w Jarosławiu odbył się „marsz milczenia”, zorganizowany „przeciw przemocy”. Ponieważ podczas marszu obowiązywało milczenie, to nie wiadomo, przeciwko czyjej przemocy maszerowano, ani – co z tego ma wynikać. I o to właśnie chodzi.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Vivat, crescat, floreat!

Vivat, crescat, floreat!

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)  •  3 października 2026 michalkiewicz

Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Nie tylko dlatego, że właśnie zatriumfowała ludowa sprawiedliwość za sprawą pana prokuratora Sitka Wojciecha, który – wbrew opiniom „doświadczonego archiwisty”, co to uznał dotyczące Kukuńka świstki dostarczone Instytutowi Pamięci Narodowej przez panią Marię Kiszczakową za „autentyczne”, podobnie jak wbrew ekspertyzie specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa, którzy byli tego samego zdania, co ów „doświadczony archiwista” – uznał, że to falsyfikaty produkowane przez stare kiejkuty przez cały okres pierwszej komuny. Chodzi o to, że stare kiejkuty cały czas wiedziały z góry, że w roku 1980 Kukuniek przeskoczy przez płot, a następnie – wraz z żoną i dziećmi – „obali komunizm”, za co zostanie przedstawiony do Pokojowej Nagrody Nobla – cały czas pracowicie fałszowały wszystkie dokumenty, żeby Kukuńka zdyffamować i w ten sposób do Nobla nie dopuścić.

Tak w każdym razie pan prokurator Wojciech Sitek uzasadnił swoje postanowienie o umorzeniu przeciwko Kukuńkowi śledztwa, dzięki czemu Lech Wałęsa stał się ponad śnieg bielszy – jakby czyjaś Niewidzialna Ręka skropiła go hyzopem. Skąd stare kiejkuty to wszystko wiedziały – tajemnica to wielka, chociaż nie taka znowu wielka, bo jeszcze za moich czasów studenckich, w 1968 roku, po słynnych „wydarzeniach marcowych”, w Studium Wojskowym UMCS pojawili się oficerowie polityczni, którzy tłumaczyli nam, że w przestrzeni kosmicznej latają roje satelitów, „a my o każdym wszystko wiemy”, więc trudno, by w tej sytuacji stare kiejkuty, dajmy na to, w roku 1970, nie wiedziały, co się będzie wyprawiało w roku 1980 i później i nie fałszowały dokumentów – co przenikliwie odkrył pan prokurator Sitek, który – jestem tego pewien – niejedno jeszcze przed naszymi zdumionymi oczyma odkryje.

Więc chociaż Kukuniek został poddany przez pana prokuratora Sitka tej kuracji przeczyszczającej, to jeszcze nic w porównaniu z niezawisłym sędzią, wyznaczonym do prowadzenia procesu Grzegorza Brauna. Ten cały Grzegorz Braun nie tylko przez Judenrat, ale przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, został uznany za wroga ludu pracującego miast i wszy oraz „ruską onucę”. Dopuścił się wielu karygodnych myślozbrodni w postaci zgaszenia w Sejmie świec chanukowych, zniszczenia choinki w niezawisłym sądzie, przerwania wykładu pana Jana Grabowskiego, który doktoryzował się i habilitował ze zbrodni, jakich Polacy dopuścili się na Żydach w czasie okupacji, no i oczywiście – „kłamstwa oświęcimskiego” – za co z pewnością spotka go zasłużona kara nie tylko na tym świecie, ale i na tamtym. Skoro bowiem Stwórca Wszechświata – o czym zapewnia nas Jego Eminencja – upodobał sobie w Żydach, to trudno wyobrazić sobie, by okrutnie nie karał każdego, kto – jak choćby Grzegorz Braun – będzie się Żydom sprzeciwiał.

Dlatego też niezawisły sędzia zachował się na poziomie, uchylając każde pytanie, jakie obrońcy Grzegorza Brauna (kto to w ogóle widział, żeby takiemu ananasowi, jak Grzegorz Braun przyznawać jakieś „prawo do obrony”? Prawo do obrony to można przyznać Kukuńkowi i innym ludziom niewinnym, ale nie zatwardziałym winowajcom w rodzaju Grzegorza Brauna!), podobnie, jak pytania, które on sam zadawał panu prof. Grabowskiemu. Pan prof. Grabowski wcześniej bowiem opowiedział i policji i niezawisłemu sędziemu, jakich straszliwych katiuszy doświadczył z powodu zamachu Grzegorza Brauna. Gdyby niezawisły sędzia nie był mężczyzną, tylko kobietą, to pewnie by się po tych opowieściach pana prof. Grabowskiego spłakał – a tak, to tylko wyrzucił Grzegorza Brauna z sali rozpraw na zbity łeb – co niewątpliwie przyczyni się do wydania sprawiedliwego wyroku.

Jak w swoim czasie, to znaczy – jeszcze w roku 1990 wyjaśniał mi Trybunał Konstytucyjny, na czele którego stała wtedy pani prof. Ewa Łętowska – „prawdziwa” równość obywateli wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. A jeśli nawet nie samo „prawo” – to przynajmniej – niezawisłe sądy. W ten sposób dochodzi do głosu „duch” sprawiedliwości ludowej, którego ciężkiej ręki właśnie zaczyna doświadczać złowrogi Grzegorz Braun – a przecież to dopiero początek, rodzaj gry wstępnej, po której nastąpi generalny szturm. Jak to oczyma duszy przewidział poeta: „wnet się posypią piękne wyroki!” – i w ten sposób surowa ręka sprawiedliwości ludowej myślo-zbrodniarza zetrze z powierzchni ziemi, niczym jakąś tłustą plamę na Ludzkości.

No dobrze – ale dlaczego właściwie napisałem na początku, że nie wypadliśmy sroce spod ogona? A dlatego, że – po pierwsze – obejrzałem sobie salę Zgromadzenia Ogólnego ONZ podczas przemówienia premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, kiedy to zdecydowana większość dygnitarzy demonstracyjnie wyszła, nie chcąc słuchać verbis veritatis, których Beniamin Netajnahu nie szczędził nikomu – bo przecież słowa prawdy nic nie kosztują, wobec czego można nimi szafować nawet z pewną rozrzutnością. Toteż – po drugie – premier Netanjahu nieubłaganym palcem wytknął burmistrzowi Nowego Jorku „antysemityzm”, podobnie jak dygnitarzom, którzy właśnie wychodzili z sali. Wezwał ich, żeby się „wstydzili”.

A jakże! Tacy zatwardziali antysemitnikowie są przecież bezwstydni, więc nie tylko nie będą się wstydzili, tylko jeszcze wzajemnie ekscytowali cytatami z ś.p. mec. Ryszarda Parulskiego, że „antysemityzm? – piękna idea!” I pomyśleć, że na widok tak ostentacyjnej myślozbrodni sekretarz generalny ONZ nie kazał tamtejszym strażom natychmiast wszystkich aresztować! Wtedy na wolności pozostałby tylko Książę-Małżonek, który – o ile mi wiadomo – podczas przemówienia Beniamina Netanjahu pozostał na sali i z należytym uszanowaniem go wysłuchał. Najwyraźniej musiał przypomnieć sobie uwagę poety: „Ale ty wyjść nie możesz. Tobie by wyjść nie dali. Bo za drzwiami jest siła. Potęga z żelaza i stali.” Nawet gdyby takiej siły nie było – a przecież wiadomo, że jest – to Księciu-Małżonku mogłaby nie pozwolić na wyjście nasza Jabłoneczka.

A piszę o tym wszystkim, by pokazać, jaki głęboki kryzys trapi Organizację Narodów Zjednoczonych. Nie tylko nie chcą słuchać zbawiennych prawd, jakie pragnie przekazać im premier Rządu Jedności Narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, ale nawet puszczają mimo uszu to, co spod serca gorejącego przekazuje im prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński. Sytuację próbował ratować prezydent Donald Trump, odmawiając wizy wjazdowej przedstawicielowi Palestyny Mahmudowi Abbasowi. W rezultacie przedstawił on swoje lamentacje na ekranie, co było skandalem samo w sobie, bo wiadomo, ze o ile Beniamin Netanjahu mówi szczerą prawdę, to ten drugi – kolportuje łgarstwa, które pewnie podsuwa mu zimny ruski czekista Putin. I dopiero na tym tle nasz nieszczęśliwy kraj prezentuje się jako królestwo praworządności i wolności w Służbie Bezpieczeństwa.

Stanisław Michalkiewicz

Objawy a rzeczywistość

Objawy i rzeczywistość

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  27 września 2026 michalkiewicz

No i w końcu doszło do tego, do czego dojść musiało. A przecież nie tylko poeci, ale również trzeźwi politycy przestrzegali, by nie wierzyć we własną propagandę. Propagandę – wiadomo – trzeba uprawiać, ale wierzyć w nią mają ci, dla których jest przegotowywana, to znaczy – inni – ale nie my. Podobnie poeta Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” pisał: „kto w szpony dostał się hipostaz, rzeczywistości już nie sprosta” – a hipostaza oznacza przypisywanie realnego istnienia pojęciom abstrakcyjnym.

Taką hipostazą jest na przykład „lud” Tymczasem żadnego „ludu” nie ma; są tylko ludzie. Tymczasem wielu ludzi myśli, że „lud” nie tylko istnieje, ale ma wyraźne opinie na różne tematy – tak, jak ludzie. Ta skłonność wykorzystywana jest przez rozmaitych demagogów, którzy terroryzują ludzi, wmawiając im, że „lud” chce tego, czy tamtego. Prowodyrzy rewolucji francuskiej nawet mordowali pod tym pretekstem swoich prawdziwych, bądź urojonych przeciwników – że niby „lud” tego właśnie się domaga. Józef Stalin zresztą też – chociaż wolał powoływać się na „ludzi sowieckich” – że to oni chcą tego, czy tamtego, że to wychwalają, a tamto – potępiają – i tak dalej

Ale chodzi tu przede wszystkim o obywatela Tuska Donalda, który najwyraźniej zaczął mieć objawy. Oto w tubylczej propagandzie pojawiły się opinie, że Rosja jest już passe, jako mocarstwo, skoro nie może dać sobie radcy z Ukrainą. Takie rzeczy mogą głosić ludzie nie znający historii. Na przykład w latach 60-tych i 70-tych USA prowadziły wojnę w Wietnamie, którą przegrały. Ale nie prowadziły wojny z Wietnamem, bo z nim by sobie poradziły – tylko z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. To była dla Ameryki bardzo ciężka wojna i nie pomogło nawet zaangażowanie w niej pół miliona amerykańskich żołnierzy. USA w końcu się z Wietnamu wycofały – ale przecież nie przestały być mocarstwem. Bo mocarstwowość oznacza, że jakieś państwo jest zdolne do ustanawiania własnych praw poza swoimi granicami. USA taką zdolność mają, podobnie, jak Chiny, czy Rosja, chociaż oczywiście mogą też ponosić porażki – ale jedna, czy druga porażka takiej zdolności nie musi wcale usuwać.

Wracając tedy do obywatela Tuska Donalda, to zaczął on zdradzać objawy wkrótce po publikacji tej opinii i rozgromieniu Rosji przez Księcia-Małżonka, który podczas swego pobytu w Kijowie zrobił minę tak straszną, że na jej widok Putin podobno struchlał, a Książę-Małżonek zaczął się przechwalać, że NATO by Rosję pokonało w trymiga. Objawy jednak polegały na tym, że obywatel Tusk ogłosił, jakoby otrzymał „raport” od samej amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej. Wcześniej szef CIA rzeczywiście był w Moskwie i prawdopodobnie pod tym pretekstem obywatel Tusk dopuścił dobie do głowy, że musiał tam spenetrować prawdę, że Rosja, jako mocarstwo jest już passe. No dobrze – ale skoro Rosja jest już passe, to jakie państwo zajęło jej miejsce? Ano – jakież by, jak nie Polska?

W takiej sytuacji doszło do tego, do czego dojść musiało i obywatel Tusk wyobraził sobie, że teraz to on, jako szef tubylczego vaginetu, będzie otrzymywał z CIA raporty. Nie tylko sobie to wyobraził, ale nawet ogłosił to z trybuny sejmowej. Zrobiło to kolosalne wrażenie na jego wyznawcach, ale pojawił się też pewien rys niepokojący – że nie przedstawił on tego raportu nikomu, nawet swojemu zastępcy Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, który w jego vaginecie ma fuchę ministra obrony narodowej. Tymczasem poeta przestrzega, że „nie jest światło, by pod korcem stało”, więc pojawiły się podejrzenia, czy ten raport jest rzeczywiście, czy może go nie ma. Wreszcie przyciśnięty do ściany Wielce Czcigodny minister-koordynator od bezpieczniaków, Siemoniak Tomasz puścił farbę, że żadnego raportu nie było. Wywołało to kolejną falę spekulacji, jakie jeszcze objawy mogły wystąpić u obywatela Tuska i od kiedy. Nic pewnego na ten temat nikt nie może niestety powiedzieć, bo między obywatelem Tuskiem i jego vaginetem, a środowiskiem medycznym występują napięcia na tle reform, które najpierw z wielkim przytupem zapowiadała Wielce Czcigodna Jolanta Sobierajska-Grenda, piastująca w vaginecie obywatela Tuska fuchę ministra zdrowia. Wprawdzie teraz się z nich wycofała co najmniej na rok – powiadają, że pod pretekstem, jakoby przekraczały one możliwości umysłu ludzkiego – ale nieufność i wynikające z niej napięcia pozostały. Inna sprawa, że z jakichś zagadkowych powodów środowisko medyczne ma poczucie siły, o czym świadczy odpowiedź pana doktora Dawida Kasprzyka na pytanie, jak się czuje po aferze w Szpitalu Południowym, od której wszystkie te zawirowania wokół systemu ochrony zdrowia się zaczęły. Pan Kasprzyk, nie wiedząc, że jest nagrywany ukrytą kamerą, oświadczył, że „ma to w d…” . I słuszna jego racja, bo przecież muszą być jakieś ważne powody, dla których obywatel Żurek Waldemar, co to stawia „zarzuty” na prawo i lewo, co to co i rusz, za pośrednictwem niezawisłych sądów, wtrąca kogoś do aresztu wydobywczego, pana doktora Kasprzyka na razie nie ośmielił się nawet przesłuchać. Czyżby dostał od starych kiejkutów telefon: wy Żurek, wy u nas bardzo uważajcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa?

Coś może być na rzeczy, bo właśnie Sejm wprawdzie wyraził zgodę na „zatrzymanie”, a nawet – na „tymczasowe aresztowanie” Wielce Czcigodnego posła Koalicji Obywatelskiej Wojciecha Króla – czego domagała się „prokuratura europejska” pod pretekstem „korupcji” – ale niezawisły sąd nie chciał nawet słyszeć o żadnym areszcie. Bo powiedzmy sami – kto to widział, żeby Króla wtrącać aresztu? Może gdzieś w Europie, w której zdarzały się nawet przypadki królobójstwa, panuje taka moda – ale na szczęście nie u nas. Czy niezawisłemu sądowi musiały o tym przypomnieć stare kiejkuty, czy też niezawisły sąd sam powinność swej służby zrozumiał – tak czy owak Wielce Czcigodny Wojciech Król jest wolny, wolność ubezpieczający.

Tymczasem rzeczywistość właśnie upomniała się o swoje prawa. Oto Agencja Ratingowa Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, a więc niemal od sławnej transformacji ustrojowej, na której wprawdzie stare kiejkuty się obłowiły – ale nie wiedząc, co z tym dalej robić, spuściły łup za grosze naszym nowym sojusznikom – obniżyła tzw. „rating” dla Polski z drugiego na trzeci stopień z powodu nadmiernego zadłużenia naszego bantustanu i rosnących kosztów jego obsługi. Wprawdzie ponury pan minister finansów Andrzej Domański zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „wzrasta” i jest „stabilna” – ale za Edwarda Gierka też tak było, a nawet lepiej, bo Polska była na 10, a nie – jak dzisiaj – dopiero na 20 miejscu światowej gospodarki – aż do momentu, kiedy wszystko się skawaliło i nie było innej rady, jak wprowadzić stan wojenny.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Triumf „prawdy” i „sprawiedliwości”

Stanisław Michalkiewicz: Triumf „prawdy” i „sprawiedliwości”

magnapolonia/michalkiewicz-triumf-prawdy-i-sprawiedliwosci

   Młyny sprawiedliwości ludowej wprawdzie mielą powoli, ale jednak mielą – w związku z tym prędzej, czy później – chociaż bywa, że lepiej później, niż prędzej, bo co nagle, to po diable i jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy – sprawiedliwość ludowa wreszcie zatriumfuje. A zatem w naszym bantustanie sprawiedliwość „jęczy w jarzmie” narzuconym przez prezydenta Nawrockiego, którego „na szczęście” właśnie nieubłaganym palcem demaskuje pan red. Bertold Kittel.

Tenże napisał, że „jeszcze nie wiemy wielu rzeczy z przeszłości Karola Nawrockiego” – ale tylko patrzeć, jak się dowiemy – jeszcze pan prezes Święczkowski panoszy się w Trybunale Konstytucyjnym, którego tak naprawdę przecież „nie ma” – podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych, czy izraelskiej broni jądrowej i jak tylko może tak sekuje sędziów, których albo n ie dopuszcza do „orzekania”, albo  nawet złośliwie dopuszcza – jednak w składzie grożącym strefieniem, toteż nic dziwnego, że prawdziwie niezawiśli sędziowie wolą trzymać się od takiego towarzystwa z daleka.

Mimo, że uwiedzeni putinowską dezinformacją obywatele gromadzą się wokół budynku Trybunału przy Alei patrona Gestapo, Jana Chrystiana Szucha, aby własnymi ciałami zagrodzić drogę ojczystym policjantom, kiedy ci, na polecenie pana ministra Kierwińskiego, na szpicach butów będą wprowadzali do Trybunału Konstytucyjnego ludową praworządność.

A przecież wśród tych wszystkich paroksyzmów, które nie tylko gnębią nasz nieszczęśliwy kraj, ale głęboko zasmucają naszą Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, obywatela Tuska Donalda i obywatela Żurka Waldemara, przecież pojawiło się światełko w tunelu, zwiastujące triumfalne nadejście słońca sprawiedliwości z mocą wielką i majestatem.

   Mam oczywiście na myśli decyzję pana prokuratora Wojciecha Sitka z Prokuratury Okręgowej w Warszawie o umorzeniu śledztwa przeciwko naszemu Kukuńkowi, czyli byłemu prezydentowi naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, Lechowi Wałęsie, którego złowrogi Zbigniew Ziobro perfidnie oskarżył o fałszywe zeznania, jakoby dokumenty przekazane do Instytutu Pamięci Narodowej przez panią Marię Kiszczakową, były  – no właśnie!

Przypomnijmy tedy, że w 2016 roku wdowa po generale Czesławie Kiszczaku najpierw chciała sprzedać Instytutowi Pamięci Narodowej świstki na temat Lecha Wałęsy przechowywane przez jej męża w domowym schowku – ale w końcu przekazała wszystko za darmo. Specjalista-archiwista ocenił świstki jako autentyczne, a na domiar złego – Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie – że to wszystko „same oryginały”.

Ludzie doświadczeni od razu nabrali wątpliwości, czy to aby na pewno „oryginały”, bo przecież mnóstwo obywateli słyszało przechwałki Kukuńka, który twierdził, że „same oryginały”, to on sobie „kupił” – oczywiście nie licząc tych oryginałów, które zwyczajnie zostały wydarte z teczek, jakie pan Andrzej Milczanowski, jako minister spraw wewnętrznych, Kukuńkowi „wypożyczył”. Ale taki był wtedy rozkaz, więc nic dziwnego, że wszystko sprzysięgło się przeciwko Kukuńkowi, chociaż on bez przerwy powtarzał za Józefem Szwejkiem: ja, ludzie kochani, jestem niewinny!

   Na szczęście – jak zauważa poeta – „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Jeszcze siłą inercji Kukuniek przegrał proces o ochronę dóbr osobistych z doktorem Sławomirem Cenckiewiczem, ale był to już łabędzi śpiew złowrogiego ziobryzmu. Nie będzie Ziobro pluł nam w twarz i Kukuńka plugawił. Stare kiejkuty, które przy takich okazjach z miedzianymi czołami przyznawały, iż przez cały okres komuny „fałszowały” dokumenty, a nawet całe teczki, wykonały telefony, gdzie trzeba i od razu „na mieście inne były już treście” – to znaczy może jeszcze nie tyle „na mieście” – co w kręgach prokuratorskich.

Skoro stare kiejkuty przyznają, że fałszowały, to czyż prokuraturze wypada zaprzeczać? Jasne, że nie wypada, zwłaszcza, jeśli taki jeden z drugim prokurator zaangażowany jest w świętą sprawę praworządności ludowej, która przecież opiera się na wzajemnym zaufaniu  rozmaitych agend demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej. Skoro tak, to całe demokratyczne państwo prawne musi przemawiać jednym głosem, a wrogów ludu traktować bezlitośnie ręką sprawiedliwości „w jedną miażdżącą pięść zaciśniętą”.

Toteż nic dziwnego, że i pan prokurator Wojciech Sitek zachował się w tej sytuacji na poziomie, podejmując decyzję w następstwie której Kukuniek stał się ponad śnieg bielszy, jakby czyjaś Niewidzialna Ręka pokropiła go hyzopem. Jeśli to nie jest triumf ludowej sprawiedliwości, to  nie wiem doprawdy, na co jeszcze czekamy. Jeśli teraz ktoś jeszcze raz podniesie skargę, to – jak pisze Adam Mickiewicz – „dla mnie jego skarga będzie jak psa szczekanie, który tak się wdroży do cierpliwie i długo noszonej obroży, że w końcu gotów kąsać rękę, co ją targa”.

Obywatel Żurek Waldemar, na wieść, że pan prokurator Sitek umorzył postępowanie przeciwko Kukuńkowi, nie posiadał się z radości, jakby to jego własna sprawa została umorzona i jakby go ktoś na sto koni wsadził. Powiedział, że oto nastało „zwycięstwo prawdy”, a poprzednie postępowanie uznał za „absurdalne”. I słuszna jego racja, bo kto to widział, żeby prowadzić jakieś postępowania przeciwko zatwierdzonym „herojam”, którym należy się tylko „sława”, niczym samostijnej Ukrainie?

Prokurator Andrzej Markowski, który wcześniej próbował przedstawić „zarzuty” Wielce Czcigodnemu Giertychowi Romanowi przecież się opamiętał i śledztwo przeciwko niemu „umorzył”, chociaż co do innych ananasów, którzy Najwyższym Postanowieniem nie zostali od stryczka odcięci – tylko je „zawiesił”.

   W tej sytuacji przypominanie o „Informacji o stanie zasobów archiwalnych MSW”, jaką posłom i senatorom doręczył ówczesny minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz 4 czerwca 1992 roku, może tylko dostarczyć ponad śnieg bielszemu Kukuńkowi pryncypialnej amunicji do atakowania dojeżdżaczy. W tej „Informacji” bowiem czytamy, że przed rozpoczęciem niszczenia dokumentacji MSW dotyczącej m.in. konfidentów, wszystkie dokumenty zostały zmikrofilmowane co najmniej w trzech kompletach, „z których dwa są za granicą, a jeden – w kraju”.

Skoro dwa „za granicą” to jeden – na pewno u Putina, a drugi – albo w Waszyngtonie, albo – w Tel Avivie. W takiej sytuacji obecnie Kukuniek każdego powątpiewającego w jego niewinność będzie mógł zdyskredytować, jako kolportera kremlowskich dezinformacji, a kiedy  na skutek politycznych zawirowań w Niemczech, Polska zostanie przekształcona w Generalną Gubernię – to również dezinformacji żymiańskiej.

Książę-Małżonek i cudaki

Książę-Małżonek i cudaki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  24 września 2026 michalkiewicz

Czegóż to nie wypisują niezależne media głównego nurtu? Coraz mniej ma to wspólnego z rzeczywistością, a coraz więcej – z tak zwanym „chciejstwem” to znaczy – z marzeniami, jak powinno być. Jakże inaczej potraktować opinię, według której Rosja nie jest już mocarstwem, bo jej mocarstwową pozycję zajęła Polska? Ciekawe, kto inspiruje tego rodzaju opinie. Obawiam się, że źródłem inspiracji może być Książę-Małżonek i podlegająca mu nasza – pożal się Boże – „dyplomacja”, którą złośliwy Władysław Bartoszewski nazwał w swoim czasie „dyplomatołkami”. Rzeczywiście – kiedy się słucha wypowiedzi niektórych z nich, to niepodobna oprzeć się takiemu wrażeniu. Jakże inaczej traktować opinię, według której amerykański prezydent Trump to matoł, który dobiera sobie jeszcze głupszych od siebie, by negocjowali z zimnym ruskim czekistą Putinem zakończenie wojny na Ukrainie? Gdyby zamiast swojego zięcia, czy tego drugiego, Witkoffa, słuchał naszych dyplomatów, to już dawno byłoby po harapie. Niestety jest odwrotnie, dlatego świat cierpi niewypowiedziane katiusze.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że i szef naszej dyplomacji, czyli Książę-Małżonek, złożył niezapowiedzianą wizytę na Ukrainie, żeby już nie opierać się na raportach, co to nie warte są nawet funta kłaków, tylko obejrzeć na własne oczy, usłyszeć na własne uszy i wyrobić sobie opinię. Jeśli wierzyć Księciu-Małżonku, to był on na Ukrainie rozchwytywany przez tamtejszych dygnitarzy, dla których on też musiał stanowić wielką osobliwość. Nawiasem mówiąc, Książę-Małżonek, sprokurował sobie na tę okazję wdzianko, łączące ze sobą i dyplomatyczny szyk i żołnierską prostotę. Jestem pewien, że wdzianko, podobnie zresztą, jak i sam Książę-Małżonek, musiały na Ukrainie i na Ukraińcach zrobić niezapomniane wrażenie.

W dodatku, jakimści sekretnym sposobem dowiedział się o wszystkim zimny ruski czekista Putin i w przekonaniu, że Książę-Małżonek, jak wszyscy inni, przybywający do Kijowa cudzoziemcy, będzie wracał do Warszawy koleją, wysłał drony, a właściwie jednego, który zbombardował lokomotywę stojącą na bocznym torze niedaleko polskiej granicy. Tymczasem Książę-Małżonek jak zwykle Putina przechytrzył i w pociągu ewakuacyjnym wcale go nie było.

Wyobrażam sobie, jak boleśnie musiał Putin przeżuwać gorycz tej porażki tym bardziej, że – jakby tego było mało – Książę-Małżonek argusowym okiem spenetrował prawdę, że w Okręgu Królewieckim Putin zgromadził nawet spore zapasy ponaddźwiękowych dzid – ale nie ma tam żołnierzy, którzy by ich pilnowali, więc może by tak skorzystać z okazji? Natychmiast zareagował pan Pieskow, zapowiadając ściągnięcie do Królewca dywizji syberyjskich. Po co tedy było informować o tym pana Pieskowa?

Ale i bez tego czekają nas wielkie zgryzoty. Oto niedawno zakończyło się Forum Ekonomiczne w Karpaczu, gdzie uczestnicy obliczyli wartość strat, jakie Polska poniosła pomagając Ukrainie w latach 2022-2025. Okazało się, że zbliża się ona do 500 mld złotych – ale to może okazać się niewiele w porównaniu do kosztów, jakie mogą się pojawić, gdy tylko Polska przystąpi do realizacji pomysłu Wielce Czcigodnego Pawła Kowala. Proponuje on, by te 500 mld złotych ściągnąć, ale nie z Ukrainy – uchowaj Boże! – tylko … z Rosji. To by oznaczało nie tylko niebotyczny wzrost tych strat, ale również – konieczność przystąpienia do składania ofiar z ludzi. Ale jeśli jest rozkaz, by służyć Ukrainie, to nie ma rady – ofiary muszą być.

Tymczasem, dopóki nie padnie salwa, nasi Umiłowani Przywódcy zabawiają się w wojnę. Niedawno pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu ostrzegawczych syren, wył tak głośno, że w środku nocy poderwał na równe nogi mieszkańców województwa lubelskiego i podkarpackiego, wysyłając im jednocześnie „alerty RCB”, żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Problem polega na tym, ze w naszym nieszczęśliwym kraju nikt nie wie, gdzie to bezpieczne miejsce się znajduje, zwłaszcza gdy Putin zablokował drogę na Zaleszczyki. Toteż, jak tak dalej pójdzie, może się powtórzyć sytuacja, o której czytamy w bajce Ezopa o pastuszku, który kilkakrotnie podrywał na równe nogi całą wieś pod pretekstem, że wilki atakują owce. Kiedy już wieśniacy się z tymi alarmami oswoili, wilki naprawdę napadły na owce, ale wtedy nikt się nie ruszył.

Inna sprawa, że nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w wojnie niezależnie od Putina. Oto obywatel Żurek Waldemar postanowił dokonać podmianki na stanowisku rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości i z zagadkowych powodów upodobał sobie w panu prof. Sławomirze nomen omen Cudaku. Od razu na mieście rozpełzły się fałszywe pogłoski, jakoby pan Cudak był z wykształcenia piekarzem i członkiem PZPR, a jego kariera naukowa wystrzeliła w górę dopiero, gdy został pułkownikiem. Zapewne w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony pan prof. Cudak pułkownikiem chyba jest naprawdę. To by zresztą rzucało pewne światło na upodobania obywatela Żurka Waldemara, który – jak to pisze Mickiewicz w bajce o zającu i żabie – ma wprawdzie swoją żabę, co przed nim ucieka, ale i swojego zająca, którego się boi.

Więc ingres pana prof. Cudaka do AWS odbywał się wprawdzie w asyście licznych zastępów policji, jednak co z tego, skoro jedna – ale za to Wielce Czcigodna posłanka Maria Kurek, własną piersią zasłoniła mu wejście do gabinetu i w ten sposób uniemożliwiła zasięście własnym zadem na fotelu rektora? W dodatku Wielce Czcigodna pani Kurek przebywa w tym gabinecie aż do dzisiaj, pijąc tylko wodę z kranu i w ogóle. W związku z tym Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz jeszcze z jednym posłem-desperatem planują rozwiercenie zamków, by w ten sposób dostarczyć Wielce Czcigodnej pani Marii żywność i medykamenty. Co na to powiedzą siepacze obywatela Żurka? Najwyraźniej w otwartym właśnie sezonie łowieckim czekają nas piękne sceny myśliwskie tym bardziej, że operacja siłowego przejęcia AWS jest chyba tylko próbą generalną opanowania przy pomocy „silnych ludzi” Trybunału Konstytucyjnego.

Pan Berek ma misję obsadzić TK „naszymi” sędziami, by nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, delegalizując niewłaściwe partie, ale również – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, pod pretekstem zastosowania procedury z art. 131 konstytucji. Tedy pan prof. Czarnek zapowiada mobilizację narodu polskiego w obronie Trybunału. Wokół niego mają zaleć „setki tysięcy” obywateli, tworząc z własnych ciał nieprzebytą zaporę dla „naszych” sędziów. Problem w tym, że nikt nie wie, kiedy szturm się rozpocznie – czy już – czy dopiero w październiku. Może Putin by wiedział, ale trudno oczekiwać, by Naczelnik Państwa pozwolił panu prof. Czarnkowi zasięgać u niego informacji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Przez żołądek do głowy

Stanisław Michalkiewicz:

Przez żołądek do głowy

23.09.2026 Stanisław Michalkiewicz prawy/przez-zoladek-do-glowy

Jak w swoim czasie zauważył Stefan Kisielewski, socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju. Jedną ze zdobyczy socjalizmu jest przymusowe i powszechne nauczanie. Jest to przedstawiane, jako wielka zdobycz ludu pracującego, podobnie, jak powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne. Tymczasem powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne, obok – jak powiedziałby Kukuniek – plusów dodatnich, mają też liczne plusy ujemne.

Jednym z nich jest przymusowy charakter tych ubezpieczeń. Jeśli są one takie dobre, to dlaczego są przymusowe? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że powszechne ubezpieczenia społeczne nie są przymusowe. Jak wtedy wyglądałyby negocjacje między ubezpieczalnią, a kandydatem na klienta? Ubezpieczalnia poinformowałaby klienta, że będzie musiał oddawać jej połowę dochodu. – No dobrze – odpowiedziałby klient – ale co ja z tego będę miał? Zakładając, że rozmowy przebiegałyby uczciwie, ubezpieczalnia oświadczyłaby: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm może przecież w każdej chwili zmienić wiek emerytalny – nie tak dawno zresztą zrobił to dwukrotnie – no i może zmienić sposób naliczania emerytur i rent, więc „kiedyś coś”.

Obawiam się, że żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie podpisał – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe – podobnie jak edukacja na poziomie podstawowym. Innym plusem ujemnym powszechnych ubezpieczeń jest to, że są one główną przyczyną kryzysu demograficznego. Opisał to w swoim czasie laureat Nagrody Nobla z ekonomii w roku 1992, Amerykanin Gary Stanley Becker. Według niego ubezpieczenia społeczne pozornie rozrywają związek między sytuacją ludzi starszych, a posiadaniem dzieci, w związku z tym ludzie przestają traktować dzieci jako inwestycję, a zaczynają traktować je jako obciążenie, od którego instynktownie uciekają. Becker bowiem dostał Nobla za udokumentowanie twierdzenia, że ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali. Skoro tedy uważają, że dzieci są obciążeniem, to od niego uciekają, a państwo – zainteresowane tym, by do systemu ubezpieczeniowego napływało jak najwięcej pieniędzy, jeszcze ich do tego zachęca, legalizując aborcję i propagując antykoncepcję.

Ale wskutek tego, po 50 latach narasta w społeczeństwie odsetek ludzi starych i w rezultacie – o ile np. w latach 60-tych na jednego beneficjenta systemu, tzn. emeryta, czy rencistę, przypadało siedmiu wpłacających, to teraz – niecałych dwóch. Żeby stworzyć wrażenie, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, rządy zadłużają państwa, to znaczy – nie tyle „państwa” – co obywateli – wpychając ich w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy – płacić lichwiarzom coraz wyższe procenty, czyli – obywatele muszą oddawać im coraz większą część bogactwa, wytwarzanego własną pracą. Nazywa się to uczenie „bezwzględnym zubożeniem”.

Tymczasem te wszystkie plagi przedstawiane są jako rodzaj dopustu Bożego, na który – jak wiadomo – nic poradzić nie można. Dzięki temu, w ramach przymusowej edukacji, dzieci od samego początku są duraczone socjalistyczną propagandą, jakoby te wszystkie wynalazki były szalenie pożyteczne. W rezultacie bardzo trudno później przekonać kogokolwiek, że jest inaczej i dlatego nie więcej, jak 25 procent obywateli zaczyna powątpiewać w socjalizm, podczas gdy cała reszta – wierzy weń bez zastrzeżeń, dzięki czemu Umiłowani Przywódcy mogą ich eksploatować przez całe dziesięciolecia.

Wprawdzie dzieci w ramach przymusowej edukacji uczone są sztuki pisania i czytania – ale cóż mogą przeczytać? Ano – na przykład – że klimat się ociepla z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – za przyczyną ludzkiej działalności. Klimat rzeczywiście się zmienia, raz się ociepla, a innym razem – oziębia – ale przyczyną tych zmian są zjawiska kosmiczne, jak kąt nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, który sprawia, że zmieniają się pory roku – jak precesja, czyli zakreślanie przez ziemską oś kręgów wokół bieguna niebieskiego, Zakreślenie jednego takiego kręgu trwa 26 tys. lat i nazywane jest „rokiem platońskim”. Wreszcie – „rok galaktyczny” trwający 250 mln lat. Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki – ale ona też jest ogromna; jej średnica liczy ok. 100 tys. lat świetlnych, więc mimo ogromnej prędkości jedno okrążenie trwa właśnie 250 mln lat.

W trakcie tego lotu Układ Słoneczny przez kilkadziesiąt mln lat przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie przesłania Ziemi promieni słonecznych, w związku z czym może się ona ogrzać. Ale potem wlatuje w obszar trochę zanieczyszczony pyłami i gazami, wskutek czego część promieniowania Słońca już do ziemi nie dociera, wskutek czego planeta nasza zdąży się ochłodzić.

Na przykład w epoce kredy, kiedy ludzi na Ziemi, a zatem i przemysłu jeszcze nie było, poziom mórz był wyższy od obecnego o 250 m, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach. Ale potem dlaczegoś się ochłodziło; mnóstwo wody zostało uwięzionych w lodowcach biegunowych, w lodowcach górskich i wiecznych śniegach, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do obecnego – ale specjaliści powiadają, że klimat znowu się ociepla.

I pewnie tak jest rzeczywiście, tyle, że amatorzy tresowania ludzi do zachowań stadnych, zwęszyli okazję, by wykorzystać ocieplenie klimatu do tresury. W tym celu lansowana jest opinia, że ocieplenie klimatu dokonuje się z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – spowodowanych działalnością człowieka. Następstwem tej propagandy są wszystkie „zielone wały”, czy opłaty z tytułu emisji zbrodniczego dwutlenku węgla – a w duraczeniu ludzi brało do niedawna udział towarzystwo dramatycznie nazywane „Ostatnim Pokoleniem – dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie cofnęła mu subwencji i nie nakazała zaprzestania happeningów.

Możliwe, że dlatego, iż vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda wpadły na pomysł tresowania dzieci do walki ze złowrogim klimatem przy pomocy szkolnych stołówek. One też są uważane za wielkie dobrodziejstwo, ale kiedy uświadomimy sobie, że najpierw vaginet musi odebrać rodzicom tych dzieci część dochodu, by potem sfinansować szkole stołówki, to nasz entuzjazm do tego wynalazku już słabnie. Tym bardziej, że przy okazji dożywiania dzieci za pieniądze odebrane wcześniej m.in. ich rodzicom, vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda tresują biedne dzieci do walki z klimatem poprzez tak zwane „menu planetarne”.

Pulchna pani Katarzyna Lubnauer twierdzi, jakoby posiłki wegetariańskie było zdrowsze, ale już sama nazwa tej diety zdradza prawdziwe intencje tego wynalazku. Nie chodzi o to, czy zdrowsza, tylko chodzi o to, że słuszna, a być może nawet – jedynie słuszna. Tresura zaczyna się od dzieci – ale te dzieci kiedyś przecież dorosną, a od małego będą przyzwyczajone do tego, że o tym, co mają jeść, a czego lepiej nie jeść, decydują dobre panie z rządu. I o to naprawdę chodzi.

Stanisław Michalkiewicz

Polityczne zwroty w Europie

Polityczne zwroty w Europie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  22 września 2026 michalkiewicz

Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.

Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.

Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.

Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.

Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.

Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.

Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.

Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.

Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.

Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.

W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.

Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.

Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…

Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.

W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

19.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/sceny-mysliwskie

„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad”

Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.

Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?

Czy jest on narodowości prawniczej?

Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Okoliczność trzecia

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.

Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.

Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Próba generalna?

Próba generalna?

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)  •  19 września 2026 michalkiewicz

Przed wprowadzeniem w grudniu roku 1981 stanu wojennego, w naszym nieszczęśliwym kraju przeprowadzonych zostało wiele prób generalnych, których celem było wysondowanie, jak też na stan wojenny zareaguje społeczeństwo. Według biografa generała Jaruzelskiego, płk Lecha Kowalskiego, przygotowano tedy plany alternatywne na wypadek gdyby zbrojnego oporu nie było i na wypadek, gdyby się pojawił. W tym drugim wariancie przewidziana była blokada całych miast z użyciem artylerii i lotnictwa. Jak pamiętamy, żadnego zbrojnego oporu nie było, bo tylko grupka młodych ludzi zastrzeliła sierżanta Karosa, kiedy próbowała go rozbroić. Warto jednak o tym planie „B” na wypadek zbrojnego oporu przypomnieć, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza niezwyciężona armia bez wahania by go zrealizowała i nikomu nie drgnęłaby ręka.

Ale – jak wspomniałem – przeprowadzono wiele prób generalnych, poczynając od wysłania w teren wojskowych grup operacyjnych, które kazały malować trawę, a to na zielono, a to na rudo – w zależności od pory roku – ale tak naprawdę przygotowywały się do przejęcia kierowania krajem w warunkach „surowych praw stanu wojennego”. Partia bowiem – jak pamiętamy – zaczęła się rozłazić, tworząc jakieś „struktury poziome”, więc Służba Bezpieczeństwa, podobnie jak soldateska, plunęły na nią i przejmowały władzę w swoje ręce. Świadectwem utwardzenia „strony rządowej”, która przedtem bywała bardziej elastyczna, był protest na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie. Mimo, że skrzyżowanie było blokowane, „strona rządowa” ani drgnęła, pokazując w ten sposób, że warunki się zmieniły. W tej sytuacji „unik zrobił byk” – jak śpiewał Wojciech Młynarski o szkole torreadorów w słynnej prowincji Guadalajara – to znaczy – cofnęła się „strona związkowa”, która już na tym niczego nie ugrała.

Ale ostateczna próba generalna odbyła się na Żoliborzu, w Wyższej Szkole Pożarnictwa, w której protest z udziałem podchorążych został zlikwidowany w początkach grudnia 1981 roku w rezultacie desantu.

Przypomniało mi się to wszystko teraz, gdy vaginet obywatela Tuska Donalda, a konkretnie – obywatel Żurek Waldemar, który w tym vaginecie ma fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego – „podjął decyzję” o zmianie rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, kształcącej kadry Służby Więziennej. Wprawdzie według statutu tej Akademii zmianami na stanowisku rektora zajmuje się senat uczelniany, ale obywatel Żurek Waldemar, jak wiadomo, nie czuje się związany żadnymi statutami, ani nawet – tubylczą konstytucją – nad która przedkłada polecenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, w którym zasiadają specjalnie dobrani w korcu maku „nasi” sędziowie – no i oczywiście – kategoryczne sugestie starych kiejkutów, które – podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to przekładały rozkazy z ruskiego na polski – teraz przekładają z niemieckiego na polski.

Skoro tedy scenariusz napisany przez stare kiejkuty według wskazówek BND nakazywał przeprowadzenie próby generalnej w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości – to nie było rady; obywatel Żurek Waldemar musiał „wydać decyzję”, a następnie – przeprowadzić podmiankę na stanowisku rektora tej uczelni. Ale – jak to bywa w takich razach – dramat łączy się z komedią – toteż obywatel Żurek Waldemar z zagadkowych przyczyn upodobał sobie kandydaturę pana Sławomira Cudaka. Jeśli krążące na mieście fałszywe pogłoski na temat tej postaci w ruchu robotniczym zawierają ziarenko prawdy, to te przyczyny nie muszą być aż tak bardzo zagadkowe.

Otóż według krążących po mieście fałszywych pogłosek, pan Cudak jest z wykształcenia piekarzem – a w każdym razie był nim w czasach, gdy należał do PZPR – ale potem jego kariera wystrzeliła pod lazury. Został pułkownikiem i zaczął intensywnie wzbogacać tubylczą naukę rozmaitymi rozprawami – a to doktorskimi, a to habilitacyjnymi – więc nic dziwnego, że gmerając w korcu maku, obywatel Żurek Waldemar musiał natrafić na niego. Nawiasem mówiąc, do wspomnianej Akademii próbował wejść sam Naczelnik Państwa – ale policjanci, podobno pościągani na tę okoliczność z rozmaitych prowincji, nawet na niego nie spojrzeli i oczywiście – nie wpuścili. Ilu wśród tych policjantów jest pochodzenia cudzoziemskiego – na przykład – ukraińskiego – tego ma się rozumieć nie wiemy, ale to chyba nieważne.

Takie dociekania bowiem wynikają z przekonania, że Polak nie może się łajdaczyć. To nieprawda, jak najbardziej może i chętnie z takich możliwości korzysta tym bardziej, że niekiedy mogą one przynieść nieoczekiwane profity. Oto w swoim czasie, gdy jeszcze Ostatniemu Pokoleniu Niemcy nie cofnęli subwencji i nie zakazali prowadzenia działalności, urządziło ono w Warszawie protest przeciwko dewastowaniu „planety” zbrodniczym dwutlenkiem węgla. W proteście tym wziął również działacz wielkiego kalibru, mianowicie pan Piotr Niemczyk, były zastępcza szefa Zarządu Wywiadu UOP, pułkownik, podobnie jak Bartłomiej Sienkiewicz. Na tym etapie jednak policja nie była jeszcze odpowiednio uświadomiona i pan Niemczyk został spisany, a nawet przedstawiony do ukarania. I nawet został przez nienawistny sąd ukarany pracami społecznymi – ale oczywiście – odmówił ich wykonywania, toteż nienawistny sąd mechanicznie skazał go na dwa tygodnie aresztu.

I w tym momencie zaczęło się. Nie tylko zostały poruszone Moce w postaci „legendarnych” opozycjonistów, ale również – madame Sylwia Grergorczyk-Abram, a nawet – Sąd Najwyższy. Pani Sylwia założyła „kasację” i w rezultacie nienawistny sąd w podskokach kazał pana Niemczyka z aresztu wypuścić. Wyobrażam sobie, jak musiały rozdzwonić się telefony. Na przykład – do obywatela Żurka Waldemara: Wy Żurek, wyście chyba zapomnieli, skąd wam wyrastają nogi. Jaki macie stopień? Kapral podchorąży? No widzicie. To jak wy ośmielacie się wtrącać do aresztu pułkownika, co?! Natychmiast każcie go wypuścić, bo inaczej my wam przypomnimy, skąd wyrastają wam nogi. Toteż z tej okazji pan minister Kierwiński sformułował doktrynę, według której „czas świętych krów” się skończył. Skoro tako rzecze pan minister, to nie wypada zaprzeczać – ale co nam szkodzi zapytać, jakie zwierzę w tej sytuacji dostąpiło świętości? Nawet nie śmiem się domyślać.

No dobrze – ale czego dotyczy próba generalna w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości? A czegoż by, jak nie zrobienie porządku w Trybunale Konstytucyjnym. Po jego obsadzeniu „naszymi” sędziami w rodzaju pana Berka, będzie można nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, pozostawiając na niej tylko te zwierzęta, które decyzją starych kiejkutów dostąpiły świętości, no i oczywiście – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, by na jego miejscu umieścić obywatela Czarzastego Włodzimierza, który już tam powinność swej służby zrozumie.

Stanisław Michalkiewicz

Wiadomości dobre i jeszcze lepsze

Wiadomości dobre i jeszcze lepsze

magnapolonia/michalkiewicz-wiadomosci-dobre-i-jeszcze-lepsze

Stanisław Michalkiewicz: Wiadomości dobre i jeszcze lepsze

   Nareszcie jakieś dobre wiadomości – bo dotychczas można byłoby sobie pomyśleć, że nie tylko nasz nieszczęśliwy kraj, ale w ogóle – cały świat zmierza ku katastrofie. To zresztą nie jest wykluczone, bo przypominam sobie, jak w 1971 roku w wydawanym przez Świadków Jehowy piśmie „Strażnica” przeczytałem artykuł wstępny zaczynający się tak: „Świat nasz zmierza ku katastrofie – jak powiedział pewien Murzyn z Atlanty”.

Skoro świat już wtedy zmierzał ku katastrofie – co spenetrował wspomniany Murzyn z Atlanty – to cóż dopiero teraz, kiedy na alarm biją eksperci, co to za pieniądze gotowi są potwierdzić niezbitymi dowodami hipotezę, jak nie o globalnym ociepleniu, to o globalnym oziębieniu – w zależności od tego, kto za co i ile zapłaci?

Tedy zwłaszcza w takiej sytuacji, każda dobra wiadomość jest na wagę złota.

I chociaż trapią nas rosnące lawinowo ceny paliw na stacjach benzynowych, a obywatel Tusk Donald próbuje wykorzystać bliskowschodni kryzys naftowy, by szantażem zmusić pana prezydenta Nawrockiego do podpisania kolejnego legislacyjnego knota o nadzwyczajnych zyskach firm paliwowych –  że w razie odmowy oskarży go o działanie na szkodę mniej wartościowego narodu polskiego i w ten sposób stworzy pozory moralnego uzasadnienia dla operacji podmianki na stanowisku prezydenta.

Najpierw chodzi o zmianę z Karola Nawrockiego na obywatela Czarzastego Włodzimierza, no a potem – niechby nawet na Rafała Trzaskowskiego, który – jak pamiętamy – przez całe dwie godziny myślał, że jest prezydentem. Wymowni Francuzi powiadają, że kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat – i w przypadku Rafała Trzaskowskiego to się sprawdza, bo nie przykleja się do niego żadna afera – czego by tam nie nabroił.

Wyobrażam sobie, jakby taki powrót ucieszył nie tylko stado autorytetów moralnych, co to uważa pana prezydenta Karola Nawrockiego nie tylko za parweniusza, ale – w myśl wytycznych Judenratu – za „uzurpatora”. Uszami duszy już słyszę ten pochwalny bek – ale to wszystko jeszcze w sferze projektów – i to nie jest ta dobra wiadomość.

„Dobra wiadomość” jest taka, że Książę-Małżonek rozgromił Rosję. Wzorem Juliusza Cezara, co to zrobił „veni – vidi – vici” – co się wykłada, że przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – Książę-Małżonek przybył z niezapowiedzianą wizytą na Ukrainę i nie czekając nawet na wynik negocjacji prezydenta Zełeńskiego z zimnym ruskim czekistą Putinem, wziął i rozgromił Rosję, w podobny sposób, jak to zrobił generał Nogi podczas wojny japońskiej. Według relacji popularnych w warszawskich sferach kupieckich, było tak: generał Nogi siedział i jadł kwaśne mleko z kartoflami.

Przybiega adiutant i melduje: Wasze Priewoschoditielstwo, cesarska flota rosyjska już się zbliża – a on nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Po chwili przybiegają inni adiutanci z meldunkiem – Wasze Prewoschoditielstwo, już widać cesarską flotę rosyjską! A generał Nogi nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Wreszcie przybiegają pozostali adiutanci z krzykiem – Wasze Wysokopriewoschoditielstwo, cesarska rosyjska flota już tu jest! Wtedy generał Nogi wstał, otarł usta serwetką, wyszedł na pokład i zatopił cesarską flotę rosyjską.

Książę-Małżonek nie musiał nawet wychodzić na pokład, tylko zrobił taką groźną minę, że na ten widok zimny ruski czekista Putin struchlał i natychmiast porzucił plany ataku na któreś z mocarstw bałtyckich. Podobno postanowił poprzestać na małym i tylko doskonalić się w prowokacjach, dzięki którym obywatel minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz ma nadzieję wytresować mniej wartościowy naród tubylczy w odruchach Pawłowa.

W tym celu, jak tylko ruskie drony atakują Ukrainę, pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu syren, zaczyna wyć tak przeraźliwie, że w środku nocy podrywa na równe nogi mieszkańców województw: podkarpackiego i lubelskiego – żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Ponieważ jednak nikt nie wie, czy na terenie tych województw jest jakieś bezpieczne miejsce, ani – gdzie się  ono znajduje – obywatele już skapowali, że nie chodzi o żaden ratunek, tylko – żeby się oswoili z myślą, że wojna na Ukrainie, to „nasza” wojna – i bez szemrania płacili tamtejszym oligarchom haracz.

Waśnie w dniach ostatnich zakończyło się w Karpaczu „forum ekonomiczne”, podczas którego prezes Głównego Urzędu Statystycznego podał informację, że w latach 2022-2025 Polska, wspierając Ukrainę, poniosła straty sięgające prawie 500 miliardów złotych. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co planuje Wielce Czcigodny Pawło Kowal, przewodniczący sejmowej komisji spraw zagranicznych. Otóż Wielce Czcigodny nawołuje, by tę forsę odzyskać – ale nie od Ukrainy, Boże uchowaj! – tylko od Rosji.

W takiej sytuacji finansowe straty Polski mogłyby wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a poza tym nie obeszłoby się bez ofiar w ludziach. Najwyraźniej jednak i Wielce Czcigodny Pawło Kowal i Książę-Małżonek uważają, że skoro już doczekaliśmy szczęśliwie „naszej” wojny, to ofiary muszą być.  Jest w tym logika, bo jeśli już zaczęlibyśmy składać ofiary z ludzi, to czy na kimkolwiek zrobiłyby jeszcze wrażenie doniesienia o deficycie budżetowym, czy długu publicznym, o katastrofie  w sektorze ochrony zdrowia, czy o szybujących pod niebiosa cenach paliw, w których większą część stanowią przecież różne podatki?

Pod gruzami można ukryć wszystko i dlatego właśnie obywatel Tusk Donald aż przebiera nogami z niecierpliwości, nie mogąc doczekać się wojny.

  Właśnie pochwalił się, że dostał od CIA „raport”. Nie wiadomo, czego on dotyczy, bo obywatel Tusk nie pokazał go nawet swemu zastępcy, ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu. Pojawiły się tedy na mieście fałszywe pogłoski, jakoby nie był to żaden „raport”, tylko lista osobistości przeznaczonych do likwidacji  w przypadku ruskiej agresji – na przykład na mocarstwa bałtyckie. Jestem przekonany, że w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy.

Po pierwsze dlatego, że obywatel Tusk Donald nie podlega CIA, tylko – niemieckiej BND, więc CIA może mu – jak to mówią – „skoczyć”.

Po drugie – minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz, podobnie jak całe PSL, ma stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą, więc nie to jest przyczyną ukrywania przed nim treści amerykańskiego dokumentu.

Wreszcie – po trzecie, a właściwie przede wszystkim – przecież Książę-Małżonek właśnie rozgromił Rosję, wskutek czego Putinu zmiękła rura i w rezultacie zamierza on poprzestać na doskonaleniu się w prowokacjach. Skoro tak, to któż i nam zabroni doskonalić się w prowokacjach?

Nikt nam nie zabroni, chyba, żeby zrobili to Nasi Sojusznicy, zarówno ten Największy, jak i ci Pomniejsi – bo Naszych Sojuszników, to my się słuchamy, dzięki czemu z każdej sytuacji wychodzimy obronnie. Czegóż chcieć więcej?

Polska to nie Islandia!

Polska to nie Islandia!

13.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/polska-to-nie-islandia

No nie, tego już za wiele! Zamiast pryncypialnie napiętnować ponad podziałami skandaliczny rezultat referendum na Islandii, w następstwie którego Islandczykowie nie tylko nie chcieli słyszeć o żadnym Anschlussie do „Europy”, ale nawet opowiedzieli się przeciwko jakimkolwiek negocjacjom na ten temat, nasi Umiłowani Przywódcy przyjęli to do wiadomości jako rzecz zwyczajną.

„Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!” – alarmuje poeta. Przecież w naszym bantustanie, podobnie jak w większości innych bantustanów Europy coś takiego uchodzi za potworną myślozbrodnię Niebu obrzydłą, z powodu której taki dajmy na to Grzegorz Braun co i rusz ciągany jest jak nie przed surowe oblicze prokuratury, to niezawisłych sądów – a tymczasem na Islandii wszyscy, nie wyłączając tamtejszego rządu, ukorzyli się przed „demokracją”.

Ale przecież wiadomo, że demokracja, a zwłaszcza – demokracja prawdziwa – nie polega na tym, by arytmetyczna większość decydowała według swego widzimisię, tylko na tym, by większość podejmowała decyzje jedynie słuszne, a w ostateczności – przynajmniej słuszne.

A jakie decyzje są jedynie słuszne, a przynajmniej – słuszne? Takie rzeczy każde postępowe dziecko wysysa z mlekiem każdej postępowej matki – że jedynie słuszne, a przynajmniej słuszne są decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty – te dwa najtwardsze jądra naszej młodej demokracji. Na tym opiera się „Prawo i Prorocy”, zarówno ci najwięksi, jak na przykład pan red. Michnik Adam, jak i prorocy mniejsi w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego czy pana red. Terlikowskiego Tomasza, którzy nie ustają w tłumaczeniu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, czego ma chcieć i jak ma myśleć, żeby było dobrze, a przynajmniej – poprawnie. Czyż nie dlatego właśnie pan dr Andrzej Olechowski podczas zebrania w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, pretensjonalnie zatytułowanego „Forum Dialogu”, tłumaczył, że jak tylko zostaniemy przyłączeni do Unii Europejskiej, to będziemy mogli „współdecydować o naszych sprawach”?

Przecież „współdecydowanie” dajmy na to o sprawach polskich do spółki z Maltą czy Cyprem jest lepsze od decydowania samodzielnego, to chyba jasne?

Tymczasem głównym argumentem zatwardziałych przeciwników negocjowania warunków Anschlussu Islandii do Brukseli był całkowicie odmienny, oczywiście absurdalny dla każdego osobnika przyzwoitego pogląd, że o własnych sprawach czy sprawach własnego kraju lepiej jest decydować samodzielnie. Poza „faszystami” w rodzaju Grzegorza Brauna, który jest „pies potępiony” zarówno przez Volksdeutsche Partei, jak również Naczelnika państwa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już o przedstawicielu Naszego Najważniejszego Sojusznika JE ambasadorze USA w Warszawie, panu Tomaszu Róży, jak i przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, nikt tak nie myśli, nawet nie tyle dlatego, że jest to zabronione jako „mowa nienawiści”, tylko – że jest to głęboko niesłuszne z powodu jaskrawej i nieusuwalnej sprzeczności ze stanowiskiem Judenratu i starych kiejkutów. Raczej wszyscy biorą wzór z Pana Karola ze słynnego a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu wiersza pod tytułem „Pan Karol i Kostuś”: „Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw”.

Inna sprawa że z tym samodzielnym decydowaniem o własnych sprawach to nawet mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to – i tak dalej – mają same zgryzoty. Weźmy takie finanse. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak w roku 2003, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbywało się referendum w sprawie Anschlussu, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i Naczelnik Państwa stręczyli Polakom Anschluss pod pretekstem, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, kiedy to Polska była 10 potęgą gospodarczą na świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło. Teraz o nasze finanse troszczy się Reichsführerin Urszula Wodęleje i w zależności od humoru albo zwalnia tubylczemu rządowi jakieś „transze”, albo nie zwalnia.

Mimo to jednak w finansach naszego bantustanu zieje coraz większa dziura, której niepodobna zasypać. Właśnie obywatel Domański Andrzej, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, przedstawił projekt budżetu na przyszły rok. Czytamy w nim, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych, a i to pod warunkiem że spełnią się „założenia”. Bo jak się nie spełnią, to może być jeszcze większy. Jak duży? Tego ma się rozumieć nikt nie wie, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji, w środowisku tak zwanych „elit politycznych”, czyli absolwentów Kolegium Tumanum albo innych Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie co to pokończyli fakultety z „zarządzania” albo „politologii”, narasta pragnienie uwolnienia się od zmory samodzielnego decydowania w jakichkolwiek sprawach.

Podobny nastrój panował w wieku XVIII, kiedy to szerokie kręgi były już tak znudzone szarpaniną związaną z podtrzymywaniem w istnieniu naszego nieszczęśliwego kraju, co wymagało użerania się jak nie z Kozakami, to z Turkami, jak nie z Turkami, to z Prusakami, jak nie z Prusakami, to z Moskalami, jak nie z Moskalami, to z Rakusami – że „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – żeby wszystkim zajęła się Katarzyna, jawiła się jako znakomite wyjście z sytuacji. Jak chce, to niech się martwi – a tymczasem my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. No i w końcu tak się stało – ale okazało się, że to rozwiązanie wcale nie daje spodziewanego szczęścia.

Przeciwnie – nasz mniej wartościowy naród tubylczy nabawił się wskutek tego rozmaitych kompleksów, a przede wszystkim jednego – w postaci utraty pewności siebie. Obawiam się, że to jest podstawowa przyczyna, dla której wolimy „współdecydować o naszych sprawach”, niechby nawet z byle kim – byle tylko uniknąć brzemienia odpowiedzialności za decydowanie samodzielne. Oczywiście o tym nie trzeba mówić ani głośno, ani nawet wcale, a skoro tak, to trzeba głosić rozmaite karkołomne uzasadnienia ponownego powierzenia decyzji w ręce Katarzyny, czy jak tam akurat nazywa się aktualny Reichsführer.

W ten oto sposób spełnia się na nas spostrzeżenie Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Obawiam się tedy, że wiadomość o islandzkim referendum nie będzie w stanie wyrwać nas z letargu – bo niby po co, skoro jesteśmy niezmiennie zadowoleni z własnego rozumu?

Ku swemu przeznaczeniu

Ku swemu przeznaczeniu

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  13 września 2026 michalkiewicz

Nie jest dobrze. Wprawdzie vaginet obywatela Tuska Donalda otworzył już sezon łowiecki w związku z pragnieniem wysadzenia w powietrze pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz uporządkowania tubylczej sceny politycznej przez zaplanowanymi na jesień przyszłego roku wyborami do Sejmu i Senatu – ale wszystkie te przedsięwzięcia mogą napotkać nieprzewidziane trudności. Plan wysadzenia w powietrze pana prezydenta uzależniony jest, podobnie jak plan uporządkowania tubylczej sceny politycznej, od prawidłowego obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego „naszymi” sędziami. Chodzi z jednej strony o możliwość uruchomienia procedury przewidzianej w art. 131 konstytucji, kiedy to w przypadku, gdy prezydent nie może nawet poinformować marszałka Sejmu o niemożności sprawowania swego urzędu – na przykład z powodu, że nic o takiej sytuacji nie wie – to wtedy Trybunał o takiej niemożności „orzeka” i w ten sposób obowiązki prezydenta przejąłby towarzysz Czarzasty Włodzimierz. Podobnie prawidłowo obsadzony Trybunał mógłby zdelegalizować „niepotrzebne” partie: Konfederację Korony Polskiej a nawet – Konfederację – i w ten sposób uporządkować polityczną scenę naszego bantustanu, żeby „demokracja” mogła „zwyciężyć”.

Plan alternatywny polega na tym, by prezydenta umoczyć w aferę Zondakrypto, a następnie – zaciągnąć go przed Trybunał Stanu. To trochę trudniejsze, bo takie zaciągnięcie wymaga 2/3 głosów członków Zgromadzenia Narodowego – z czym mogą być trudności. Trzeci wreszcie – desperacki projekt, o którym wspomniał podczas Campus Polska obywatel Tusk Donald, sprowadza się do działań na tzw. „rympał”. Taki w każdym razie wniosek wyciągam z zapowiedzi obywatela Tuska, że to mogą być działania „nieestetyczne”. W każdym razie podcho9dy pod Trybunał Konstytucyjny doprowadziły do wyboru przez Sejm pana Macieja Berka na kandydata na sędziego TK. To na jego barkach miałoby spocząć zadanie przeprowadzenia pożądanej rewolucji w tym Trybunale. Nie wszyscy wierzą, że te podchody, podobnie jak sceny myśliwskie z Zondakrypto mają na celu wysadzenie w powietrze pana prezydenta Nawrwockiego9. Na przykład Wielce Czcigodny Partyk Jaki poczciwie przypuszcza, że chodzi jedynie o dobrostan sodomczyków i gomorytek – by mogli wreszcie zawierać „małżeństwa” w tak zwanym „majestacie prawa” – jak zaleca nie tylko Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, ale i ETS w Luksemburgu.

Ale i tu mogą pojawić się nieoczekiwane komplikacje w związku z wyborami do landtagu Saksonia-Anhalt, jakie odbyły się 6 września. Jak wiadomo, zwycięzcą tych wyborów okazała się AfD, z wynikiem 44 procent, podczas gdy CDU uzyskała zaledwie niewiele ponad 17 procent. Nie oznacza to oczywiście przejęcia przez AfD władzy w Niemczech bo ogólnoniemieckie wybory parlamentarne mają się odbyć dopiero w roku 2029 – ani nawet pewności, że będzie ona rządziła tym landem – bo do samodzielnego utworzenia rządu trochę jej brakuje – ale jedno wydaje się pewne – że cordon sanitaire, jaki dotychczas stosowały wobec AfD partie establishmentu, okazał się przeciwskuteczny.

W dodatku nie tylko z powodu zdecydowanie niechętnego stosunku tej partii do imigrantów, ale również – a może nawet przede wszystkim – z powodu głoszenia przez nią potrzeby znormalizowania stosunków z Rosją, odbudowy gazociągów Nord Stream, no i zaprzestania futrowania Ukrainy. Z tego powodu zirytowany obywatel Tusk Donald powiedział, że w Polsce radość z powodu wyniku wyborczego AfD mogą odczuwać tylko „idioci lub zdrajcy”. Z punktu widzenia samego obywatela Tuska ta irytacja wydaje się oczywista, bo w nim z zagadkowych powodów upodobali sobie politycy CDU, ale nie da się ukryć, że w przypadku, gdyby AfD uzyskała podobny wynik w roku 2029, Polska też musiałaby dokonać korekty dotychczasowego postępowania.

Nie tyle może w stosunku do imigrantów, co przede wszystkim – w stosunku do Rosji i Ukrainy – oczywiście o ile wojna przeciągnie się aż do tego czasu. Nie wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na przypadające na wiosnę przyszłego, roku wybory prezydenckie we Francji, w których faworytą wydaje się być Maryna Le Pen. Obecne sondaże dają jej w drugiej turze nawet ponad 60 proc. Jeśli tak byłoby rzeczywiście, to by znaczyło, że cordon sanitaire wobec Zjednoczenia Narodowego również we Francji okazałby się przeciwskuteczny. W takiej sytuacji jest prawdopodobne, że Francja obrałaby kurs na normalizację stosunków z Rosją, co miałoby też wpływ na politykę wschodnią Unii Europejskiej.

W tej sytuacji również Ukraina musiałaby wyciągnąć z tego wnioski i kończyć wojnę póki nie byłoby za późno. Co w tej sytuacji zrobiłaby Polska i mocarstwa bałtyckie – to by zależało od tego, czy u steru nadal pozostawałaby ekspozytura Stronnictwa Pruskiego, czy nie. Stronnictwo Pruskie bowiem mogłoby nie mieć nic przeciwko ogłoszeniu „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie – co w moim przekonaniu wiązałoby się z jakąś terytorialną rekompensatą dla tego państwa za terytoria utracone na rzecz Rosji na wschodzie – podobnie jak i nie miałoby nic przeciwko dokonanemu wbrew traktatowi moskiewskiemu z 12 września 1990 roku o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec – dokończeniu procesu zjednoczenia Niemiec – o co mogłaby zabiegać AfD, naciskając na rząd federalny.

To by się nawet zgadzało z konsekwencjami nowelizacji traktatu lizbońskiego, która została już przecież rekomendowana przez Parlament Europejski. Z Polski zostałaby tylko Generalna Gubernia, z której Żydowie mogliby zaspokajać swoje majątkowe roszczenia, dotyczące „własności bezdziedzicznej”. Jak widzimy, wszyscy mogliby być z takiego rozwiązania zadowoleni, nie wyłączając Naszego Najważniejszego Sojusznika, dla którego Żydowie są niewątpliwie ważniejsi od nas.

Jeśli chodzi o Ukrainę, to ostatnia wizyta w Kijowie amerykańskich negocjatorów nie natchnęła chyba nikogo optymizmem tym bardziej, że dochodzą stamtąd coraz wyraźniejsze odgłosy walki między tamtejszymi poszczególnymi bezpieczniackimi watahami, które coś tam przecież muszą już wiedzieć i dlatego przepychają się gwoli uzyskania najlepszej pozycji wyjściowej wśród tamtejszych korupcjonistów. I tylko Polska, podobnie jak mocarstwa bałtyckie, wydaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, ani – tym bardziej – wyciągać wniosków. To znaczy Volksdeutsche Partei wyciąga taki wniosek, by jak najszybciej doprowadzić do wysadzenia w powietrze pana prezydenta Nawrockiego i do uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby nic nie mogło już zakłócić marszu naszego nieszczęśliwego kraju ku swemu przeznaczeniu, ku któremu dążymy ponad podziałami od czerwca 2003 roku, kiedy to w referendum w sprawie Anschlussu stręczył nam Unię Europejską nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Artykuł  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  8 września 2026 michalkiewicz

—————————————————————————

„Z flintą nos w pole wytknął,

Rycerskim więc instynktom

Dziś ujście daje rad.

Huczy strzałów muzyka.

Zając wszak zdrów umyka,

Obławnik dostał w zad.”

Wprawdzie, gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondakrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro. Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondakrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei?

To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko – że prezes Zondakrypto, albo w ostateczności – jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń.

Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i – czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka.

W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim, decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie; czy to z grona minę obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral? Czy jest on narodowości prawniczej – na co wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada.

Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela, pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondakrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe. Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania.

A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie, jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w która wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, która potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni, czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea.

Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią zwłaszcza w sytuacji, gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda, podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Giertycha Romana może zachodzić konflikt interesów , bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana, Wielce Czcigodny Sławomir Nitras, co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek uważa, że Wielce Czcigodny mec. Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”. Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”.

Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państw”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały.

Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna,

sarna towarzyszu mój.

Spuszczaj charta ze smyczy,

niech sarenkę uchwyci,

towarzyszu mój”

– śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie, ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Stanisław Michalkiewicz: Plany „A”, „B” i „C”

Stanisław Michalkiewicz: Plany „A”, „B” i „C”

06.09.2026 Staniasław Michalkiewicz prawy.pl/stanislaw-michalkiewicz-plany-a-b-i-c

Stanisław Michalkiewicz pisze:

Zagęszcza się atmosfera wokół pana prezydenta Karola Nawrockiego. Już nawet nie chodzi o to, że jest „uzurpatorem” – jak zdecydowała zasłużona funkcjonariuszka Propaganda Abteilung warszawskiego Judenratu, madame Agnieszka Kublik, czy wreszcie – „ch…em” – jak orzekła moralna autorycica, madame Joanna Szczepkowska, która teraz jest z tego powodu podobno rozrywana przez rządowe stacje telewizyjne – bo takich epitetów, zwłaszcza w ustach autorytetów moralnych nie słyszy się codziennie, więc nic dziwnego, że i funkcjonariusze Propaganda Abteilung korzystają z okazji, a i madame Szczepkowska ma swoje pięć minut.

Czegóż chcieć więcej? Chodzi zatem nie o te, powiedzmy sobie, epitety, tylko o zarzuty, które w sprzyjających okolicznościach mogą zostać użyte do wysadzenia pana prezydenta Nawrockiego w powietrze. Te zarzuty są dziwaczne, bo wetowanie ustaw jest konstytucyjną prerogatywą prezydenta, więc wytykanie mu nieubłaganym palcem, że z tych prerogatyw korzysta jest trudno zrozumiałe – chyba, że chodzi o medialną uwerturę do zasadniczego przedstawienia w postaci wysadzania pana prezydenta Nawrockiego w powietrze.

Podejrzewam nawet, że vaginet obywatela Tuska Donalda celowo zwlekał z nagłośnieniem afery z Zondakrypto aż do rozpoczęcia kampanii wyborczej, bo skierowanie przez niezależne media głównego nurtu reflektorów akurat na tę sprawę, pozwala utrzymać w dyskretnym cieniu zarówno katastrofę w sektorze ochrony zdrowia, z którą specjalistka we wspomnianym vaginecie nawet nie udaje, że potrafi sobie poradzić, jak i skandaliczny „wyciek” wrażliwych danych 19 milionów obywateli naszego bantustanu – nie mówiąc nawet o projekcie budżetu na przyszły rok, w którym czytamy, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych – a i to, jeśli spełnią się liczne „załażenia”, które wykoncypował sobie ponury pan minister finansów Andrzej Domański. Bo jak się nie będą chciały spełnić – to nikt nie wie, jaki ten deficyt naprawdę będzie, a tym samym – jaki poziom osiągnie dług publiczny naszego bantustanu oraz oczywiście – koszty jego „obsługi”.

Uwagę opinii publicznej obywatel Tusk Donald ze swoimi kolaborantami usiłuje – niestety z powodzeniem – kierować na pana Przemysława Krala, który z bezpiecznego oddalenia w Izraelu, wychodzi naprzeciw sugestiom Wielce Czcigodnego Giertycha Romana, co zeznawać prokuratorom w Katowicach, żeby było dobrze.

Prokuratorom oczywiście w to graj, że mają takiego gotowca, bo to i nie trzeba sobie łamać głowy nad rozmaitymi kombinacjami, a pochwały, nagrody i ordery od obywatela Żurka Waldemara wydają się pewne, więc o co chodzi? Toteż obywatel Tusk Donald może nawet plunąć na sławną „tajemnicę śledztwa” i odczytywać te zeznania podczas transmitowanego na kraj posiedzenia Sejmu – koncentrując się zwłaszcza na tym, ile dostał złowrogi Zbigniew Ziobro i że w transakcji pośredniczyła jego małżonka, pani Patrycja Kotecka.

Jaka szkoda, że obywatel Tusk Donald nie był taki wylewny podczas wyjaśniania afery „Amber Gold”, kiedy to z zagadkowych przyczyn „organy państwowe”, a konkretnie – niezależna prokuratura i niezawisłe sądy ze sławnego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, „nie działały prawidłowo” – co stwierdziła sejmowa komisja śledcza, która jednak już nie odważyła się zapytać, dlaczego tak działały. Podejrzewam w związku z tym, że tak właśnie przykazały niezawisłym sądom działać stare kiejkuty, którym 850 mln zlotych też przecież się przydało i w ten sposób końce afery poszły w wodę.

A przecież na złowrogim Zbigniewie Ziobrze świat się nie kończy, bo to tylko taka przystawka prze daniem głównym w postaci kotleta z pana prezydenta Karola Nawrockiego. Właśnie w charakterze kuchcika zgłosił się Książę-Małżonek, czyniąc prezydentowi gorzkie wyrzuty, że nie podpisał nominacji 46 kandydatom na ambasadorów, chociaż MSZ wystosowało stosowne wnioski. Książę-Małżonek uważa, że taki wniosek zobowiązuje prezydenta do mianowania tego kandydata. Jeśli tak byłoby rzeczywiście żadna nominacja nie byłaby potrzebna, skoro wniosek o niej automatycznie przesądza.

Jak jest naprawdę – trzeba by spytać jegomościa, który uchodzi za „ojca” tej konstytucji – czyli obywatela Kwaśniewskiego Aleksandra – co właściwie miał na myśli – o ile oczywiście cokolwiek miał. Tymczasem pan prezydent Nawrocki uważa – podobnie jak w przypadku kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, że ani wniosek ministra spraw zagranicznych, ani nawet wyznaczenie kandydata na sędziego przez Sejm, o niczym jeszcze nie przesądza, skoro delikwent zostaje sędzią dopiero po złożeniu ślubowania „wobec” prezydenta. Czy od prezydenta zależy decyzja, czy ślubowanie przyjąć, czy też jest on rodzajem nakręcanego automatu, który podpisuje wszystkie wnioski i odbiera ślubowanie od każdego, kogo mu tam ktoś podsunie?

Właśnie z tego powodu trwają podchody pod Trybunał Konstytucyjny, żeby obsadzić go „naszymi” sędziami, którzy te wszystkie wątpliwości rozstrzygną zgodnie z oczekiwaniami nie tyle nawet obywatela Tuska Donalda, co starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – która wobec naszego bantustanu ma swoje plany.

Już na tym etapie można przedstawić dwa scenariusze. Pierwszy – z wykorzystaniem możliwości z art. 131 konstytucji, kiedy to prawidłowo obsadzony „naszymi” sędziami Trybunał Konstytucyjny „stwierdza” nie tylko, że prezydent nie jest w stanie sprawować urzędu, ale nawet – że nie jest w stanie poinformować o tym marszałka Sejmu – na przykład dlatego, że nic o tym nie wie. To jest plan „A”, który wymaga tylko prawidłowego obsadzenia wspomnianego Trybunału.

Jednak na wypadek, gdyby nie udało się zrealizować planu „A”, przygotowywany jest również plan „B” w postaci zaciągnięcia prezydenta przed Trybunał Stanu z powodu łamania przezeń konstytucji. Oskarżenia prezydenta o wetowanie ustaw, czy powstrzymywanie się od nominacji ambasadorów, niezawisłych sędziów, czy wskazanych mu bezpieczniaków, stanowią medialną „padgatowkę” do realizacji tego planu. Jest on trudniejszy w realizacji, ale tylko trochę, bo przedstawienie wniosku przy obecnym składzie Sejmu i Senatu jest dziecinnie łatwe. Gorzej z decyzją, która dla swej ważności wymaga 2/3 składu Zgromadzenia Narodowego, a z tym mogą być trudności, bo obywatel Tusk nie ma w Sejmie 276 posłów potrzebnych do obalania weta prezydenta. Czy wobec tego jest jakiś plan „C”? Obywatel Tusk podczas Campusu Polska dawał do zrozumienia, że tak, a nawet go charakteryzował, że nie jest „estetyczny”. Najwyraźniej musiałby on odbyć się w całkiem innych niż konstytucyjne, kategoriach.

Stanisław Michalkiewicz

Wypominki rocznicowe i korupcyjne

Wypominki rocznicowe i korupcyjne

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  6 września 2026 michalkiewicz

Powoli wakacje – również parlamentarne – dobiegają końca. Przed nami jeszcze rocznicowe uroczystości, związane z podpisaniem porozumień gdańskich między strajkującymi i rządem, no i oczywiście – z rocznicą wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od napaści Związku Ra… – ach, co ja piszę takie rzeczy! Nie od napaści Związku Radzieckiego, bo ten „wkroczył” (warto zwrócić uwagę, że Armia Czerwona na nikogo mnie napadała, tylko albo „wkraczała”, albo „wyzwalała”) – tylko od napaści na Polskę Niemiec – naszego obecnego sojusznika.

Jeśli chodzi o rocznicę słynnych „porozumień”, to warto przypomnieć, że wszystkimi wielkimi strajkami w roku 1980 kierowali tajni współpracownicy, jak nie Służby Bezpieczeństwa, to wywiadu wojskowego. W Gdańsku – Kukuniek, w Szczecinie – Marian Jurczyk, a w Jastrzębiu-Zdroju – Jarosław Sienkiewicz – i stosowne porozumienia też podpisali. Czy ten wątek zostanie w tegorocznych obchodach wyeksponowany, czy też pominięty, jako tak zwany „wstydliwy zakątek”? Myślę, że nikt tego wątku eksponował specjalnie nie będzie, bo to rzuciłoby cień na naszą młodą demokrację, skłaniając do podejrzeń, że jest ona podszyta bezpieczniakami, którzy również po sławnej transformacji ustrojowej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, nadal stanowią najtwardsze jej jądro, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Podobnie może być z obchodami wybuchu II wojny światowej, Jak wiadomo, jest rozkaz, że wywołali ją „naziści”, który najpierw okupowali Niemcy, a potem – resztę Europy. Dzisiaj oczywiście o żadnej „okupacji” mowy być nie może, bo dzisiaj Europa „jednoczy się” dobrowolnie, chociaż niestety nie cała, bo są tu i ówdzie kraje, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Weźmy taką choćby Islandię, która nie tylko nie zagłosowała za Anschlussem, ale nawet sprzeciwiła się wszelkim negocjacjom na ten temat.

U nas coś takiego jest uważane za straszliwą myślozbrodnię, Niebu obrzydłą i Grzegorz Braun, m,in. z tego powodu ciągany jest po prokuraturach i niezawisłych sądach, a tu proszę – Islandia odmówiła nawet negocjowania warunków Anschlussu i nikogo z tego powodu nie umieszczono nawet w areszcie wydobywczym. Daleko z tolerowaniem takiej samowolki nie zajedziemy, bo jak tak dalej pójdzie to masy ludowe mogą sobie pomyśleć, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, podczas gdy przecież wiadomo, że prawdziwa demokracja jest wtedy, gdy większość podejmuje decyzje jedynie słuszne. A które decyzje są jedynie słuszne? To proste, jak budowa cepa: jedynie słuszne są te decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty.

Szkoda, że ten wątek nie został wyeksponowany na obydwu konkurencyjnych piknikach; tym w Olszynie, zorganizowanym przez Volksdeutsche Partei i tym w Juracie, któremu patronował pan prezydent Karol Nawrocki. W związku z tym uwagę opinii publicznej przyciągały dwie rzeczy – po pierwsze – gdzie przyjechało więcej młodzieży i jakie towarzyszyły tym piknikom atrakcje. Piknik w Juracie ubarwił występ piosenkarza Skolima, przeciwko któremu zdrowe siły w partii podniosły, że śpiewa z niewłaściwego klucza, wskutek czego jego piosenek nie powinny słuchać dzieci. Nie wiem, czy śpiewał on tam swój przebój, że „rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje”, czy też utwory bardziej umiarkowane – ale to nieważne, bo na pikniku w Olsztynie wystąpiła „Mery”, która w swojej piosence przechwalała się, że jest „suką”: „Koleżanki wege, a ja rzucam mięsem. Ujdzie mi na sucho, bo jestem suką”. Autorytety moralne próbują tłumaczyć, że jest to utwór „o poszukiwaniu miłości”. Wszytko to być może, bo „Mery” taktownie wystąpiła na estradzie nie na golasa, tylko w majtkach i biustonoszu – pewnie gwoli wyeksponowania swoich walorów intelektualnych – co stanowiło znakomite pendant do wystąpień dygnitarzy z vaginetu obywatela Tuska Donalda.

Obiecał on młodzieży, że obłoży ją podatkami – ale wszystkich przelicytował pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który powtórzył rozkaz Józefa Stalina: „ani kroku wstecz!” – oczywiście – przed „prawicą”. Potwierdził w ten sposób trafność przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym potem trąci. Z kolei obywatel Tusk, najwyraźniej pod wpływem swobodnej atmosfery, przestał panować nad zaimkami i dał wyraz nadziei, że „we wrześniu” „musi mieć pewność”, że „nasi sędziowie” wejdą do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno o lepszą ilustrację, że sędziowie dzielą się na „naszych” i jakichś takich nie naszych, a ci „nasi”, jeden przez drugiego, przechwalają się swoją „niezawisłością”, która w tej sytuacji oznacza całkowitą dyspozycyjność i zdolność do wszystkiego. Jakimi zaletami odznaczają się ci drudzy – nawet nie śmiem się domyślać – ale pewnie też zdolni są do wszystkiego.

A – jak pisałem – sezon łowiecki już się rozpoczął i dynamicznie się rozwija. Na razie prokuratura zgromadziła „twarde dowody” przeciwko prezesowi PKOl, panu Piesiewiczowi, którego w związku z tym niezawisły sąd – niewątpliwie „nasz” – w podskokach umieścił w areszcie wydobywczym pod pretekstem „obawy matactwa”. Ale jakie tu może być „matactwo” w obliczu takich „twardych dowodów”? Tajemnica to wielka – ale widocznie musimy zacząć się oswajać z sytuacją, gdy w walce o socjalistyczną praworządność będziemy co i rusz natrafiali na coraz to nowe tajemnice. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie łowieckim pan prezes Piesiewicz jest zaledwie pierwszą zwierzyną na pokocie. Chodzi o to, że prezes Zondakrypto, świadek koronny obywatela Żurka Waldemara, pan Przemysław Kral, z bezpiecznego oddalenia w bezcennym Izraelu, będzie realizował społeczne zamówienia na rewelacje, zgodnie ze wskazówkami swoich pełnomocników: Wielce Czcigodnego Giertycha Romana i pana mec. Dubois. Na wszelki tedy wypadek, kandydaci na podejrzanych uwijają się wedle dostarczenia przykładów, że pan Kral futrował działaczy ponad podziałami. Na dowód czego pokazane zostało zdjęcie obywatela Tuska Donalda z koszulką Zondakrypto.

Jedynie pan Mateusz Morawiecki zachowuje w tej sytuacji spokój, oświadczając, że „niczego” się nie boi. I ja mu wierzę, bo skoro wykonuje trzecią część swojego zadania – obecnie w postaci neutralizowania PiS – to czy ze strony Volksdeutsche Partei, albo starych kiejkutów mogłoby spotkać go coś złego? Niechby tylko ktoś spróbował mu zaszkodzić, to zaraz przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. Skoro my to wiemy, to tym bardziej wiedzą to płomienni szermierze socjalistycznej praworządności – i dlatego pan Mateusz może w tym zamęcie zachować olimpijski spokój.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Izrael się doigrał? Bantustany biorą sprawy w swoje ręce

Izrael się doigrał? Bantustany biorą sprawy w swoje ręce

6.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/izrael-sie-doigral-bantustany-biora-sprawy-w-swoje-rece

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – głosi popularne przysłowie. Jak wszystkie popularne przysłowia, również i to ma to do siebie, że albo się sprawdzi, albo nie.

W przypadku wilka pewnie się prędzej czy później sprawdzi, bo kto tak naprawdę będzie ujmował się za wilkami, zwłaszcza że sławna w swoim czasie francuska aktorka Brigitte Bardot już prawie od roku nie żyje? Bardzo starzy ludzie mogą przywołać jeszcze św. Franciszka z Asyżu, który skutecznie ujął się za wilkiem z Gubbio, co to pustoszył okolice.

Jak czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”, święty wyszedł wilkowi na spotkanie, a ten nie tylko nie rzucił się na niego i go nie rozszarpał, ale spokojnie go wysłuchał, w następstwie czego Franciszek doprowadził do porozumienia między mieszkańcami Gubbio i okolic. Mieszkańcy zobowiązali się wilka żywić, za co on ze swej strony obiecał, że nie będzie czynił żadnych szkód ani tamtejszym ludziom, ani nawet domowym zwierzętom.

Zresztą nie tylko z wilkiem św. Franciszkowi się udało. Znacznie trudniejszym zadaniem była z pewnością próba nawrócenia „sułtana Babilonu”. Z tym sułtanem wszyscy bali się rozmawiać, prawie tak jak teraz z Putinem, ale św. Franciszek się nie przestraszył ani sułtana, ani nawet tego, co o nim powie pani red. Agnieszka Gozdyra. Dotarł tedy na miejsce, odbył z sułtanem rozmowę, w której zachęcał go do porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i nawrócenia się na chrześcijaństwo.

Sułtan nie tylko nie kazał obedrzeć go ze skóry, ale na jego zachęty udzielił mu odpowiedzi wymijającej, że najpierw musi załatwić wiele nie cierpiących zwłoki spraw, po czym dał mu eskortę do granicy, żeby nie spotkała go żadna zła przygoda.

Stanisław Cat-Mackiewicz przypuszcza w związku z tym, że św. Franciszek miał nadzwyczajne zdolności perswazyjne i nawet porównywał go pod tym względem do… Adolfa Hitlera. Teraz na skutek uporczywej polityki historycznej Adolfowi Hitlerowi nie przypisuje się żadnych nadzwyczajnych zdolności, wskutek czego trudno zrozumieć, w jaki właściwie sposób udało mu się oczarować Niemców do tego stopnia, że dochowali mu wierności aż do samego końca. Terrorem wszystkiego tłumaczyć chyba nie można, bo Stalin też stosował terror i to znacznie surowszy niż Hitler – a jednak zwłaszcza na początku wojny Niemcom poddawały się całe dywizje, a – jak mnie zapewniła znajoma, nieżyjąca już Rosjanka – również rosyjscy cywile na powitanie Niemców wznosili bramy triumfalne.

Dzisiaj takie opowieści musiałyby zostać pryncypialnie potępione przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – ale czy przypadkiem nie dlatego coraz więcej ludzi nie wierzy w żadne oficjalne wyjaśnienia i chętnie skłania się ku rozmaitym teoriom spiskowym? Skrajny przypadek takiego sceptycyzmu przypomina Antoni Słonimski – jak to pewien uczeń szkoły podstawowej przyniósł do domu wiadomość, że nauczycielka podczas lekcji twierdziła, iż Fenicjanie robili szkło z piasku. „To nie jej wina – wyjaśniał. – Ona tak musi, bo inaczej wywaliliby ją z roboty”.

————————————–

Ale dość już tych dygresji, bo zaczynając od wilka, który nosił razy kilka, myślałem o bezcennym Izraelu, który w końcu chyba się doigrał. Na pierwszy rzut oka państwo to nie tylko leży tam, gdzie chce, ale i robi, co chce, najwyraźniej dufne w swój arsenał nuklearny, którego oficjalnie „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych – chociaż wiadomo, że i w jednym, i w drugim przypadku ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Nie mówię już nawet o przekonaniu, że Żydowie są faworytami Stwórcy Wszechświata, co musi przecież mieć jakieś konsekwencje, na przykład – polityczne.

Wspomniany Adolf Hitler myślał, że faworytami Stwórcy Wszechświata są Niemcy – ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak bardzo się pomylił. Toteż z uwagi na te wszystkie okoliczności Żydowie doszli do wniosku, że nie tylko mogą, ale kto wie, czy nie powinni traktować wszystkie inne narody instrumentalnie jako tzw. „głupich gojów”, którzy tylko zewnętrznie są podobni do prawdziwego rodzaju ludzkiego. Najbardziej instrumentalnie byli przez Żydów traktowani nawet nie Palestyńczycy, tylko – amerykańscy twardziele, którzy wskutek długotrwałej tresury nie tylko nauczyli się skakać przed Żydami z gałęzi na gałąź, ale chyba uznali to za stan naturalny.

W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że Izrael nie tylko olewał wszystkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale coraz częściej olewał – a nawet wręcz ośmieszał – Swego Największego Sojusznika. Świat co prawda już się przyzwyczaił, że ogon wywija psem – ale ostatnio ogon tak zhardział, że zaczął się nawet z psa na oczach całego świata naigrawać. Żeby nie być gołosłownym, to podam przykład, jak to Rada Pokoju zaprezentowała 15-punktowy plan dla Strefy Gazy autorstwa prezydenta Donalda Trumpa – a Izrael co? A Izrael w całości go odrzucił, wystawiając w ten sposób amerykańskiego prezydenta na pośmiewisko.

W odróżnieniu od naszego bantustanu, który nawet nie ośmiela się myśleć w sposób niedozwolony, inne bantustany nie tylko myślą, ale nawet – wyciągają z tego wnioski. Kiedy zatem okazało się, że wiarygodność sojusznicza Ameryki w rejonie Bliskiego Wschodu zmalała, tamtejsze bantustany najwyraźniej postanowiły przestać orientować się na egzotyczne sojusze, tylko wzięły sprawy w swoje ręce. Następstwem tej decyzji było zawarcie traktatu obronnego między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię, Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi, a z kolei Pakistan dorobił się arsenału jądrowego. Kiedy zaczynał, tamtejszy prezydent zapowiedział, że „będziemy jedli trawę”, ale pozyskamy broń jądrową. Teraz, gdy w grę wchodzą saudyjskie pieniądze, każdy rozumie, że pakistański arsenał będzie mógł rozwijać się w tempie stachanowskim.

I kiedy wydawało się, że to tylko taka jaskółka, która nie musi zwiastować wiosny, to wkrótce Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska, Turcja, Indonezja i Pakistan, potępiły odrzucenie przez Izrael pokojowego planu Donalda Trumpa dla Strefy Gazy. Być może Donald Trump w jakiś sposób zachęcił te państwa do zajęcia takiego stanowiska – ale może nie musiał ich specjalnie zachęcać – bo niby dlaczego one same nie miałyby wiedzieć, co przystoi im w tej sytuacji czynić? Inna rzecz, że wysłannicy prezydenta Trumpa, wśród nich – również zięć – namawiali się w Kairze z bisurmanami, co pokazuje, że również prezydent Trump – chociaż twardziel – najwyraźniej poczuł się tym zlekceważeniem dotknięty.

Stanisław Michalkiewicz

Prawda z lufy karabinu

Prawda z lufy karabinu

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   3 września 2026 michalkiewicz

Czy istnieje jakiś stały punkt we Wszechświecie? Podobno nie istnieje, jako, że nikt jeszcze tak naprawdę Wszechświata nie spenetrował. Istnieje tylko rodzaj namiastki stałych punktów we Wszechświecie w postaci pulsarów. Te pulsary są pozostałościami supernowych, czyli gwiazd, które zakończyły swoją egzystencję potężnym fajerwerkiem, ale nie zniknęły ze szczętem, bo pozostała po nich pozostałość w postaci gwiazdy neutronowej, czyli właśnie pulsara. Rozmiary jego są niewielkie, zwłaszcza gdy porównać je z rozmiarami gwiazdy – ale za to gęstość tworzącej ją materii jest ogromna. Pulsar bardzo szybko obraca się wokół własnej osi, wytwarzając niezwykle silne pole magnetyczne, oraz emitując promieniowanie elektromagnetyczne w postaci regularnych błysków. Dzięki temu pulsary mogłyby służyć do nawigacji w przypadku podróży kosmicznych. Jednak ponieważ Wszechświat się rozszerza, to i pulsary nie są w nim żadnymi stałymi punktami. W tej sytuacji wygląda na to, że we Wszechświecie żadnych stałych punktów nie ma.

Nie ma – ale z jednym wyjątkiem. Co prawda obiekt, o którym będę za chwilę mówił, nie jest punktem stałym w sensie astrofizycznym. Jest to rodzaj metafory, ale metafory oddającej istotę rzeczy. Chodzi mi o tak zwane „kłamstwo oświęcimskie”, które zostało wprowadzone do ustawodawstwa naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju w roku 1998, w postaci art. 55 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Ponieważ bezcenny Izrael już wtedy udzielał naszemu nieszczęśliwemu krajowi wskazówek, w jakim kierunku kształtować tubylcze prawodawstwo, Sejm w podskokach tę ustawę z artykułem 55 uchwalił i od tamtej pory ona u nas obwiązuje.

Po co bezcennemu Izraelowi art. 55 przewidujący sądową karalność tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”? Bezcennemu Izraelowi potrzebne jest to do narzucenia wszystkim narodom świata przekonania, iż dokonana przez Rzeszę Niemiecką podczas II wojny światowej masakra europejskich Żydów, była wydarzeniem bez precedensu w historii ludzkości. Jest to warunek konieczny dla utrzymywania się tzw. „religii holokaustu”, która w epoce postępującej sekularyzacji, kiedy to nawet liczni Żydowie mają wątpliwości, czy powinni wierzyć w starożytne sagi, jakoby przed laską Mojżesza rozstąpiły się wody Morza Czerwonego, dzięki czemu Żydowie suchą nogą przeszli na drugą stronę, podczas gdy całe wojsko egipskie utonęło, gdyż na rozkaz Stwórcy Wszechświata, nad nim wody się zamknęły, odwołuje się już nie do wspomnianych sag, tylko do wydarzenia całkiem świeżego, w które w dodatku nie trzeba „wierzyć”, bo wystarczy tylko o nim pamiętać.

Rzecz jednak w tym, by nie tylko Żydowie o tym pamiętali – ale żeby wbiła to sobie w pamięć również reszta świata i to w dodatku – jako wydarzenie bez precedensu. Ponieważ taki pogląd nie wytrzymuje krytyki w konfrontacji z rzeczywistością historyczną, trzeba wbijać go do głów również przy pomocy specjalnego ustawodawstwa karnego, wzorowanego na sowieckim art. 58 kodeksu karnego RFSRR, czy ustaw norymberskich III Rzeszy. Taki właśnie charakter ma wspomniany art. 55 ustawy o IPN, którego skutkiem jest to, iż w sporach historycznych ostatnie słowo ma prokurator, nienawistny sąd, a wreszcie – „towarzysz Mauzer”.

W rezultacie tej tresury mało kto ma już odwagę przyznawać się do wątpliwości w podane do wierzenia tzw. historyczne prawdy, nawet jeśli już na pierwszy rzut oka skłaniają do powątpiewania. Na przykład zatwierdzone jest, że w następstwie , pogromów w Rosji zginęło 6 mln Żydów. Następnie – że 6 mln Żydów – czy przypadkiem nie ci sami, co mieli zginąć w pogromach? – uciekło z Rosji do Ameryki, no a podczas II wojny światowej 6 mln Żydów zostało zamordowanych – przeważnie w komorach gazowych.. W czasach mojej młodości taką zatwierdzoną ponad wszelką wątpliwość liczbą ofiar oświęcimskiego obozu były 4 mln. Teraz zaś okazuje się, że nie cztery, tylko jakiś milion.

Być może, gdyby nie art. 55 ustawy o IPN, również ta liczba by się zmniejszyła – ale wspomniany przepis obowiązuje już ponad 20 lat, więc żaden historyk, zwłaszcza – jak to nazywa pani Barbara Nowacka – „przyzwoity”, nie ośmiela się kiwnąć palcem, również z obawy, że nie tylko odbiorą mu „granty”, ale w ogóle wywalą z posady. Dzięki temu Żydowie mogą bezpiecznie i skutecznie wbijać światu do głów zbawienne prawdy religii holokaustu, z której ciągnęli, ciągną i mają nadzieję ciągnąć grubą rentę nie tylko w postaci forsy, ale również – w postaci swego rodzaju immunitetu, na który w swoim czasie zwrócił uwagę Anioł kardynał Sodano, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, mówiąc z goryczą, że „od jednych narodów wymaga się czegoś, od innych narodów nie wymaga się nic”.

Ale mimo tresury zawsze znajdzie się jakiś desperat, który będzie próbował podważać zbawienne, podane raz na zawsze do wierzenia prawdy. Tak właśnie było w przypadku Grzegorza Brauna, który ośmielił się wyrazić przypuszczenie, iż opowieści o komorach gazowych w Auszwicu, to „fejk”. Świat, a zwłaszcza jego „przyzwoita” część, najpierw zaniemówiła z oburzenia na tę zuchwałość, a kiedy już ochłonęła – na wyścigi zaczęła Grzegorza Brauna „potępiać”, piętnując go za „skandal”. Do tego skłania wszystkich świadoma dyscyplina, która jednocześnie zniechęca do wdawania się w jakieś polemiki.

Wyrażenie oburzenia jest bezpieczniejsze, bo nie wymaga przedstawiania żadnych argumentów, których prezentacja mogłaby dyskutanta narazić na odpowiedzialność karną z art. 55 ustawy o IPN, a poza tym – pozwala nawet wyleczyć się politycznie z jakichś błędów młodości, których tyle przytrafiło się Wielce Czcigodnemu Giertychowi Romanowi.

Nie jest wykluczone, że w grę mogą wchodzić kwestie prestiżowe. Na przykład Komendantura chwilowo nieczynnego obozu w Auszwicu może traktować opowieści iż nie było tam komór gazowych, jako próbę podważania autentyczności części muzealnej ekspozycji, toteż nic dziwnego, że pan dr Piotr Cywiński znalazł się w czołówce delatorów Grzegorza Brauna. Interesu trzeba pilnować, bo w przeciwnym razie można stracić znakomitą posadę, na którą Żydowie mogliby wysunąć choćby panią prof. Barbarę Mróz-Gorgoń, co to pokazała, że jest zdolna do wszystkiego.

Jak wiadomo, Grzegorz Braun nie tylko nie przyznał się do winy, ale w dodatku podtrzymał opinię, która zaprowadziła go przed surowe oblicze prokuratora. Najwyraźniej zamierza podjąć próbę wykazania prawdziwości swej opinii przed niezawisłym sądem. To ambitne, ale trochę ryzykowne, bo jeśli nawet oburzony niezawisły sąd nie udusi go natychmiast na sali sądowej własnymi rękami, to prawdopodobnie zatka sobie uszy, podniesie wielki krzyk, niczym Żydowie dyskutujący ze świętym Szczepanem, a następnie wyda siepaczom.

Co poeta pisze na ten temat? „Ale ty wyjść nie możesz, tobie by wyjść nie dali, bo za drzwiami jest siła, potęga z żelaza i stali. Kiedy tak stoisz zajączku u stóp mistycznej drabiny, za drzwiami stoją ludzie mający karabiny.”

Stanisław Michalkiewicz

Izrael się doigrał?

Izrael się doigrał?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  1 września 2026 michalkiewicz

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – głosi popularne przysłowie. Jak wszystkie popularne przysłowia, również i to ma to do siebie, że albo się sprawdzi, albo nie. W przypadku wilka pewnie się prędzej czy później sprawdzi, bo kto tak naprawdę będzie ujmował się za wilkami, zwłaszcza, że sławna w swoim czasie francuska aktorka Brigitte Bardot, już prawie od roku nie żyje? Bardzo starzy ludzie mogą przywołać jeszcze św. Franciszka z Asyżu, który skutecznie ujął się za wilkiem z Gubbio, co to pustoszył okolice. Jak czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”, święty wyszedł wilkowi na spotkanie, a ten nie tylko nie rzucił się na niego i go nie rozszarpał, ale spokojnie go wysłuchał, w następstwie czego Franciszek doprowadził do porozumienia między mieszkańcami Gubbio i okolic. Mieszkańcy zobowiązali się wilka żywić, za co on ze swej strony obiecał, że nie będzie czynił żadnych szkód ani tamtejszym ludziom, ani nawet domowym zwierzętom.

Zresztą nie tylko z wilkiem św. Franciszkowi się udało. Znacznie trudniejszym zadaniem była z pewnością próba nawrócenia „sułtana Babilonu”. Z tym sułtanem wszyscy bali się rozmawiać, prawie tak, jak teraz z Putinem, ale św. Franciszek się nie przestraszył ani sułtana, ani nawet – co o nim powie pani red. Agnieszka Gozdyra. Dotarł tedy na miejsce, odbył z sułtanem rozmowę, w której zachęcał go do porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i nawrócenia się na chrześcijaństwo. Sułtan nie tylko nie kazał obedrzeć go ze skóry, ale na jego zachęty udzielił mu odpowiedzi wymijającej, że najpierw musi załatwić wiele nie cierpiących zwłoki spraw, po czym dał mu eskortę go granicy, żeby nie spotkała go żadna zła przygoda.

Stanisław Cat-Mackiewicz przypuszcza w związku z tym, że św. Franciszek miał nadzwyczajne zdolności perswazyjne i nawet porównywał go pod tym względem do… Adolfa Hitlera. Teraz, na skutek uporczywej polityki historycznej, Adolfowi Hitlerowi nie przypisuje się żadnych nadzwyczajnych zdolności, wskutek czego trudno zrozumieć, w jaki właściwie sposób udało mu się oczarować Niemców do tego stopnia, że dochowali mu wierności aż do samego końca. Terrorem wszystkiego tłumaczyć chyba nie można, bo Stalin też stosował terror i to znacznie surowszy niż Hitler – a jednak, zwłaszcza na początku wojny, Niemcom poddawały się całe dywizje, a – jak mnie zapewniła znajoma, ale nie żyjąca już Rosjanka – również rosyjscy cywile na powitanie Niemców wznosili bramy triumfalne.

Dzisiaj takie opowieści musiałyby zostać pryncypialnie potępione przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – ale czy przypadkiem nie dlatego coraz więcej ludzi nie wierzy w żadne oficjalne wyjaśnienia i chętnie skłania się ku rozmaitym teoriom spiskowym? Skrajny przypadek takiego sceptycyzmu przypomina Antoni Słonimski – jak to pewien uczeń szkoły podstawowej przyniósł do domu wiadomość, że nauczycielka podczas lekcji twierdziła, iż Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał. – Ona tak musi, bo inaczej wywaliliby ją z roboty.

Ale dość już tych dygresji, bo zaczynając od wilka, który nosił razy kilka, myślałem o bezcennym Izraelu, który w końcu chyba się doigrał. Na pierwszy rzut oka państwo to nie tylko leży tam, gdzie chce, ale i robi, co chce, najwyraźniej dufne zarówno w swój arsenał nuklearny, którego oficjalnie „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych

– chociaż wiadomo, że i w jednym, jak i w drugim przypadku ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą forma obecności. Nie mówię już nawet o przekonaniu, że Żydowie są faworytami Stwórcy Wszechświata, co musi przecież mieć jakieś konsekwencje, na przykład – polityczne. Wspomniany Adolf Hitler myślał, że faworytami Stwórcy Wszechświata są Niemcy – ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak bardzo się pomylił. Toteż z uwagi na te wszystkie okoliczności, Żydowie doszli do wniosku, że nie tylko mogą, ale kto wie, czy nie powinni, traktować wszystkie inne narody instrumentalnie, jako tzw. „głupich gojów”, którzy tylko zewnętrznie są podobni do prawdziwego rodzaju ludzkiego.

Najbardziej instrumentalnie byli przez Żydów traktowani nawet nie Palestyńczycy, tylko – amerykańscy twardziele, którzy wskutek długotrwałej tresury nie tylko nauczyli się skakać przed Żydami z gałęzi na gałąź, ale chyba uznali to za stan naturalny. W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że Izrael nie tylko olewał wszystkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale coraz częściej olewał, a nawet wręcz ośmieszał Swego Największego Sojusznika. Świat co prawda już się przyzwyczaił, że ogon wywija psem – ale ostatnio ogon tak zhardział, że zaczął się nawet z psa na oczach całego świata naigrawać. Żeby nie być gołosłownym, to podam przykład, jak to Rada Pokoju zaprezentowała 15-punktowy plan dla Strefy Gazy autorstwa prezydenta Donalda Trumpa – a Izrael co? A Izrael w całości go odrzucił, wystawiając w ten sposób amerykańskiego prezydenta na pośmiewisko.

W odróżnieniu od naszego bantustanu, który nawet nie ośmiela się myśleć w sposób niedozwolony, inne bantustany nie tylko myślą, ale nawet – wyciągają z tego wnioski. Kiedy zatem okazało się, że wiarygodność sojusznicza Ameryki w rejonie Bliskiego Wschodu zmalała, tamtejsze bantustany najwyraźniej postanowiły przestać orientować się na egzotyczne sojusze, tylko wzięły sprawy w swoje ręce. Następstwem tej decyzji było zawarcie traktatu obronnego między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię, Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi, a z kolei Pakistan dorobił się arsenału jądrowego. Kiedy zaczynał, tamtejszy prezydent zapowiedział, że „będziemy jedli trawę” ale pozyskamy broń jądrową. Teraz, gdy w grę wchodzą saudyjskie pieniądze, to każdy rozumie, że pakistański arsenał będzie mógł rozwijać się w tempie stachanowskim.

I kiedy wydawało się, że to tylko taka jaskółka, która nie musi zwiastować wiosny, to wkrótce Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt. Jordania, Arabia Saudyjska, Turcja, Indonezja i Pakistan, potępiły odrzucenie przez Izrael pokojowego planu Donalda Trumpa dla Strefy Gazy. Być może Donald Trump w jakiś sposób zachęcił te państwa do zajęcia takiego stanowiska – ale może nie musiał ich specjalnie zachęcać – bo niby dlaczego one same nie miałyby wiedzieć, co przystoi im w tej sytuacji czynić? Inna rzecz, że wysłannicy prezydenta Trumpa, wśród nich – również jego zięć – namawiali się w Kairze z bisurmanami, co pokazuje, że również prezydent Trump – chociaż twardziel – najwyraźniej poczuł się tym zlekceważeniem dotknięty.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.