Za parawanem nieudolności

Za parawanem nieudolności

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia” 30 lipca 2026 michalkiewicz

Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło. Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.

Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swirydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów. Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje.

Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii już niczemu się nie sprzeciwiają. No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.

Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz.

Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”. Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze? Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą. „My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli” – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego.

Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa. To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać.

A jak nie doczeka, to co z ni będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści. Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie.

Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji. Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka.

Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić. Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.

I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim – do oszczędności na zbędnych – jak się okazuje – wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.

Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jol;anty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy. A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.

Stanisław Michalkiewicz

Na naszych oczach

Na naszych oczach

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    26 lipca 2026 michalkiewicz

Dziś moja moc się przesili; dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – będzie mógł za mickiewiczowskim Konradem z III części „Dziadów” powtórzyć w najbliższy czwartek Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Akurat we czwartek upływa bowiem termin ultimatum, jakie Naczelnik przedstawił swojej trzódce, która zaczęła mu się rozbisurmaniać w stowarzyszeniach. Pierwsze takie stowarzyszenie pod nazwą „Rozwój Plus” założył były premier rządu „dobrej zmiany” czyli Mateusz Morawiecki – oczywiście Wielce Czcigodny. Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił w ten sposób do trzeciej części swego zadania, które wyznaczyli mu jego mocodawcy w naszym nieszczęśliwym kraju.

Pierwsza część zadania polegała na przeniknięciu ze struktur Volksdeutsche Partei do struktur Prawa i Sprawiedliwości. Bo trzeba nam pamiętać, że Mateusz Morawiecki, po przepoczwarzeniu się z historyka na finansistę i bankstera, w tym charakterze był doradcą doskonałym obywatela Tuska. I Naczelnik Państwa w korcu maku musiał znaleźć akurat jego. Nie tylko znaleźć, ale w dodatku uczynić wicepremierem w rządzie Beaty Szydło, utworzonym jesienią 2015 roku. Jak zatem widzimy, pierwszą część zadania Mateusz Morawiecki wykonał. W roku 2017, kiedy to prezydent Andrzej Duda dopuścił się felonii przeciwko swemu wynalazcy, czyli Naczelnikowi Państwa, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina wetując PiS-owskie ustawy sądowe, osłabiony tą zdradą Naczelnik Państwa musiał pójść na jeszcze głębszy kompromis i pod koniec 2017 roku przeprowadził głęboką rekonstrukcję rządu. Polegała ona przede wszystkim na spuszczeniu z wodą pani Szydło do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi”, czyli – Parlamentu Europejskiego – a mianowaniu na miejsce premiera właśnie Mateusza Morawieckiego. Dodatkowym elementem głębokiej rekonstrukcji było też spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza, który naraził się nie tylko autorytetom moralnym ze stajni Judenratu pana red. Michnika, ale również – starym kiejkutom, no i naszej niezwyciężonej armii.

Wtedy Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił do realizacji drugiej części swego zadania, polegającej na podpisywaniu w imieniu Polski wszystkiego, co mu Niemcy, czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podsunęli do podpisania. No a teraz przystąpił do realizacji części trzeciej, polegającej na neutralizacji PiS.

Do stowarzyszenia „Rozwój Plus” przystąpiło około 40 parlamentarzystów PiS – a w każdym razie – tylu podpisało się pod „listem otwartym” do Naczelnika Państwa, tłumacząc mu, że nie zrezygnują z członkostwa w tym stowarzyszeniu, oczywiście „dla dobra Polski”. Naczelnik Państwa bowiem, kiedy tylko okazało się, że stare kiejkuty lansują partię „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie – ale i z panem Michałem Kobosko oraz wyciągniętym z naftaliny panem Januszem Onyszkiewiczem w tle, zorientował się, że żarty się skończyły i postawił swojej trzódce wspomniane ultimatum – że mają zlikwidować wszystkie stowarzyszenia. Pan Jacek Sasin z frakcji „maślarzy” natychmiast swoje stowarzyszenie zlikwidował, ale Mateusz Morawiecki swojego ani myśli likwidować. Przeciwnie – niezależnie od wspomnianego listu otwartego – zaplanował na 31 lipca ostentacyjnego „grilla”.

Wyznawcy Naczelnika Państwa, który uchodzi wśród nich za wirtuoza intrygi uważają, iż to tylko taka ustawka, która ma zwrócić uwagę opinii publicznej na PiS, którego notowań nie zwiększyła nominacja pana Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera. Intryga miałaby polegać na tym, że teraz zamarkują rozłam, a na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami rozłamowcy morawieccy „zleją się” z kaczyńską Macierzą i będzie gites tenteges. Inni jednak uważają, że to nie żadna ustawka, tylko operacja serio.

Obawiam się, że tym razem może nie być żadnej ustawki. Chodzi o to, że po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Niemcy postanowiły zlikwidować w naszym bantustanie PiS-owski listek figowy. Dotychczas bowiem był on użyteczny, bo pozwalał Naczelnikowi Państwa uwodzić patriotycznie zorientowaną część opinii publicznej, dzięki czemu można było stopniowo podporządkowywać nasz nieszczęśliwy kraj Niemcom pod osłoną tromtadrackiej retoryki. Teraz jednak, gdy Niemcy przyjęły linię polityczną Cesarstwa Niemieckiego z 1917 roku i uczyniły sobie w Europie Wschodniej strategicznego partnera z Ukrainy, by za jej pośrednictwem szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, ten listek figowy przestał być już potrzebny.

Polski patriotyzm ma się odtąd manifestować w postaci posłuszeństwa wobec Ukrainy. Widać to nie tylko na podstawie dyrektyw dla policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które odtąd mają okrutnie karać wszelkie zbrodnie „z nienawiści”, to znaczy – wszelkie czyny skierowane przeciw Ukraińcom – ale również na podstawie skwapliwości, z jaką nasi Umiłowani Przywódcy rzucili się na ochłap, który przygotował dla nich prezydent Zełeński w postaci obiecanki, że „otworzy” archiwa SBU i służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy dotyczące „tragicznych wydarzeń na Wołyniu” i pozwoli na ekshumacje. Nie mogą się tedy prezydenta Zełeńskiego nachwalić, jednocześnie powtarzając mantrę, że „polska racja stanu” polega na służeniu narodowi ukraińskiemu. W tej sytuacji model sceny politycznej, zaprojektowany na przełomie lat 80-tych i 90-tych w Magdalence jest już passe – co może otworzyć drogę do jej pożytecznej przebudowy – chociaż niekoniecznie. Oto w dniach ostatnich niemiecki kanclerz Merz ofuknął amerykańskiego prezydenta Trumpa za intencję interwencji w niemieckie wybory. Chodzi o amerykańską inicjatywę wspierania w Europie wolności słowa i wolności wyznania. Z drugiej jednak strony

amerykański ambasador w Warszawie, pan Tomasz Róża deklaruje, że „nie wyobraża sobie” żadnego polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Co prawda pan Róża swoją deklarację złożył znacznie wcześniej, zanim prezydent Trump zapowiedział wspieranie w Europie wolności słowa i wyznania, które tak wzburzyło niemieckiego kanclerza, więc być może wkrótce zacznie on ćwierkać z innego klucza – ale to wszystko wydaje się widłami na wodzie pisane. Na razie mamy do czynienia z pogłębiającym się strategicznym partnerstwem niemiecko-ukraińskim, które sprawia, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc trzeba odpowiednio do tego ukształtować tubylczą scenę polityczną – i właśnie na naszych oczach to się odbywa.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Na etapie surowości

Na etapie surowości

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   25 lipca 2026 michalkiewicz

Ach, co za zawód, w dodatku – miłosny! Nic więc dziwnego, że Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna jest nieutulona w żalu, a z kolei obywatel Tusk Donald nie ukrywa irytacji. Chodzi oczywiście o zawetowanie przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o „statusie osoby najbliższej”, będącej wstępem do legalizacji tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych. Sodomczykowie i gomorytki już od dawna próbowały mobilizować tak zwaną postępową półinteligencję w tym kierunku, podając pozory uzasadnienia, nie tylko logicznego, ale i sentymentalnego.

Pozór uzasadnienia natury logicznej jest taki, że bez odrębnej ustawy sodomczykowie i gomoryki nie mogłyby po sobie dziedziczyć, ani uzyskiwać informacji medycznych w szpitalach. Kiedy jeszcze byłem prezesem UPR, przekonywałem działacza sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda”, że to nieprawda. – Jak to „nie możecie” dziedziczyć, kiedy przecież możecie? Jeśli zapiszecie sobie nawzajem majątki w testamencie, to nikt tego przecież nie podważy, podobnie, jak pełnomocnictwa do uzyskiwania informacji medycznej. – No tak – powiedział ów działacz – ale wtedy musielibyśmy płacić wyższy podatek spadkowy.

– Tak mi pan mów – ja na to. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków i darowizn, więc możecie śmiało na nas głosować.

Pozór argumentacji sentymentalnej jest taki, że sodomczykowie i gomorytki nie mogą się „kochać”. Pierwsze słyszę, żeby ludzie, wszystko jedno; sodomczykowie, czy normalni, nie mogli się kochać bez ustawy. Chyba, że brak ustawy powoduje zaburzenia erekcji u mężczyzn, albo anorgazmię u kobiet – ale medycyna na ten temat milczy. Zatem mamy do czynienia z pozorami uzasadnień logicznych, a nawet – sentymentalnych, więc nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że chodzi o legalizację tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych – a pan prezydent Karol Nawrocki jeszcze podczas kampanii zapowiadał, że do tego nie dopuści. I nie dopuścił.

Co będzie dalej – to zależy od tego, w jakim kierunku będzie popychać nasz nieszczęśliwy kraj pani mecenas Sylwia Gregorczyk- Abram, którą koalicja 13 grudnia właśnie wybrała na Rzecznika Praw Obywatelskich. Ten urząd ma wprawdzie charakter operetkowy, bo taki Rzecznik w gruncie rzeczy może wysyłać pisma do różnych instytucji – a to przecież wolno robić każdemu obywatelowi – ale każde wystąpienie operetkowego rzecznika ma oczywiście swój propagandowy ciężar gatunkowy, którego zwłaszcza w demokracji podszytej bezpieczniakami – a z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w naszym nieszczęśliwym kraju, w dodatku popychanym w tym właśnie kierunku przez biurokratyczne gangi brukselskie i luksemburskich przebierańców.

Dodajmy do tego, że pani mecenas Sylwia Gregorczyk-Abram jest – być może zadaniowaną przez stare kiejkuty – osobą, która dla nieubłaganego postępu gotowa jest na wszystko. Tak właśnie uważa „minister-koordynator” bezpieczniaków w vaginecie obywatela Tuska Donalda, wielce Czcigodny Siemoniak Tomasz, więc jest oczywiste, że niczego dobrego po pani mecenas spodziewać się nie powinniśmy.

Tak się akurat złożyło, że tego samego dnia w Zamościu przypadkowo („a czy w ogóle są przypadki? – pyta poeta) przez tamtejszą niezawisłą sędzię, madame Dagmarę Grzyb, 21-letnia Oliwia Olejniczak została skazana na grzywnę w wysokości 3 tys złotych za to, że – jak relacjonuje na łamach pisma „Fakt” funkcjonariuszka Propaganda Abteilung Piechota Karolina – „bredziła” o „przepędzeniu z Polski murzyństwa”.

Najwyraźniej wytyczne Propaganda Abteilung nakazują traktować postulaty w sprawie „murzyństwa”, jako „bredzenie”. Rzeczywiście, kto to widział, żeby sekować „murzyństwo” kiedy przecież jest rozkaz, by traktować je, jako sól ziemi – koniecznie czarnej? Toteż pani sędzia Grzyb, podobnie jak w swoim czasie pan sędzia Michnik, czy pan sędzia Widaj, powinność swej służby w lot zrozumiała, a w dodatku – zakadziła smrodem dydaktycznym, że deklaracje Oliwii Olejniczak miały na celu „wzbudzenie strachu, lęku, głębokiej wrogości wobec migrantów”. Słowem – napiętnowała ją przykładnie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) generała Emila Fieldorfa.

Ten przypadek („a czy w ogóle są przypadki?”) pokazuje, że wchodzimy w etap surowości, w dodatku zgodnie z wytycznymi wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. W „Rozmowach przy stole” dowodził on, że „nasz dzisiejszy wymiar sprawiedliwości już dawno doprowadziłby Rzeszę do rozpadu, gdybym nie stworzył korekty w postaci samopomocy państwowej. Oficer i sędzia – to dwaj nosiciele światopoglądu, a to oznacza władzę.”

Wprawdzie Hitler nie precyzuje o jakiego oficera tu chodzi, ale i bez tego rozumiemy, że chodzi o oficera prowadzącego, których przecież i u nas nie brakuje zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do środowiska sędziowskiego, zaraz utworzone zostało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, a wkrótce potem – stowarzyszenie „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.

Nawiasem mówiąc, w III Rzeszy zdarzali się sędziowie z prawdziwego zdarzenia, o czym świadczy sprawa generała Hoepnera. Ponieważ Hitler nie był zadowolony ze sposobu, w jaki ten generał w roku 1942 dowodził swoją armią, nie tylko pozbawił go dowództwa, ale w ogóle usunął z wojska. Generał, który był w wieku emerytalnym, odwołał się do sądu i powołując się na „prawa nabyte”, proces wygrał ku wściekłości Fuhrera. U nas nic takiego chyba by się nie zdarzyło, zwłaszcza pod dyrekcją obywatela Żurka Waldemara, który prowadzi nas świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, w której już żadnych niespodzianek nie będzie.

Nie tylko zresztą u nas. Oto w słodkiej Francji Zgromadzenie Narodowe zalegalizowało eutanazję. Co prawda ograniczyło ją tylko do obywateli Republiki Francuskiej, co oznacza, że tego radosnego przywileju zostało pozbawione „murzyństwo” oraz pozostałe bicoty i meteki – ale jestem pewien, że tamtejsza pani Sylwia Gregorek-Abram naprawi to niedopatrzenie i wkrótce nie tylko obywatele Republiki Francuskiej, ale również „murzyństwo” oraz inne bicoty i meteki będą mogly korzystać z przywileju „dobrej śmierci”. Oczywiście to dopiero pierwszy krok na drodze nieubłaganego postępu, na której końcu każdy będzie musiał zrobić ten ostateczny krok – a jeśli Państwo mu w tym dopomoże, to choćby z tego powodu będzie szczęśliwy, niezależnie od tego, czy pójdzie do Nieba, czy nie.

Stanisław Michalkiewicz

Żerowisko w ochronie zdrowia. Jak system żeruje na bezsilności obywateli

Żerowisko w ochronie zdrowia. Jak system żeruje na bezsilności obywateli

25.07.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/zerowisko-w-ochronie-zdrowia-jak-system-zeruje-na-bezsilnosci-obywateli

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego.

Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora. Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację, Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No, a kiedy za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”. Nędzę nam podwieziono.

Gospodarka chronicznych niedoborów

Z powodu tych niedoborów partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu.

Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej. Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane „bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach.

Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego jak wydalanie do środka, podobnie jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Salonik VIP, czyli socjalizm w ochronie zdrowia

Dzisiaj za sprawą zbrodniczego liberalizmu będącego też „herezją wszech czasów” przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiedzą?

Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich. Nawiasem mówiąc, Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo – o ile nie więcej – ofiar niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów.

Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości, jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Powstanie żerowiska

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza zwalić odpowiedzialność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW„S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała.

Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW„S” – UW. Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW„S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, że charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić tym, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

Pieniądz nie „za”, ale „razem” z pacjentem

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już sami poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia.

Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców.

Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, że żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria.

I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Za parawanem nieudolności

Stanisław Michalkiewicz: Za parawanem nieudolności magnapolonia

   Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło.

Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.

Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swyrydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów.

Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje. Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii  już niczemu się nie sprzeciwiają.

No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.

Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”.

Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze?

Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą.

„My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza  Szpotańskiego.

   Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia  taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą  kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa.

To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać. A jak nie doczeka, to co z ni  będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści.

Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie. Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji.

Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka. Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić.

Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.

   I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.

Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jolanty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy.

A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.

Żółte firanki

Żółte firanki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 lipca 2026 michalkiewicz

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego. Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora.

Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze, czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej, niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No a kiedy, za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie, socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”.

Z powodu tych niedoborów, partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu. Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej.

Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane ”bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach. Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego, jak wydalanie do środka, podobnie, jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, będącego też „herezją wszechczasów”, przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiecie? Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze, niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich.

Nawiasem mówiąc Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią”. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo, o ile nie więcej ofiar, niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów. Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka, w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza swalić odpowiedzielność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW”S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała. Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW”S”-UW.

Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast, wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW”S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, ze charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym, niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić, że ci, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że . samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już samo poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia. Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej, jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców. Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, ze żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria. I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 19 lipca 2026 michalkiewicz

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu.

Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”.

Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce.

Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie. Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy.

Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”.

Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji. Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”.

Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie.

Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfedrację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stanisław Michalkiewicz

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    19 lipca 2026

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.

Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.

Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.

Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz

Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.

I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.

Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.

Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.

Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.

Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.

W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.

Stanisław Michalkiewicz

Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz: Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Za pierwszej komuny popularna była anegdotka o bacy, którego agitator namawiał do wstąpienia do kołchozu. – Oddalibyście baco do kołchozu konia? – Oddołbym. – A krowę też byście oddali? – Oddołbym. – A owiecki? Owiecki też byście oddali? – Ni, owiecek nie oddom. – Jakże to baco? Konia byście oddali, krowę byście oddali, a owiecek nie chcecie oddać? Dlaczego? – Bo mom.

Dlaczego o tym wspominam? Właśnie media doniosły o „historycznym” głosowaniu kongresmenów Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów Kongresu w sprawie pomocy dla Izraela. Jak wiadomo, rząd Stanów Zjednoczonych regularnie wspiera Izrael kwotą około 4 mld dolarów rocznie. Autorzy książki „Lobby izraelskie w USA” piszą, że Izrael jest jedynym państwem, które z tej pomocy nie musi się rozliczać, więc pożycza tę forsę Ameryce na wysoki procent. Chętnie w to wierzę, bo od dziesiątków lat każdy prezydent USA przy zaprzysiężeniu składa Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego.

Prezydent przyrzeka mianowicie, że Ameryka będzie „wspierała” Izrael, bez względu na to, co on będzie robił. Znakomitą ilustracją tej lennej zależności Stanów Zjednoczonych od Izraela była wizyta Benjamina Netanjahu jeszcze za pierwszych jego rządów. Akurat izraelski Kneset podjął uchwałę o włączeniu Jerozolimy  do terytorium państwowego Izraela. Było to sprzeczne z linią polityki amerykańskiej, która wtedy stała na stanowisku, że Jerozolima powinna zachować status międzynarodowy.

Jednak Beniamin Netanjahu przemawiając w Kongresie powiedział, że „Jerozolima nie będzie podzielona już nigdy. NIGDY!” – powtórzył z naciskiem. Na tę sprzeczną z linią polityki amerykańskiej deklarację część kongresmanów wstała i zaczęła izraelskiego premiera oklaskiwać na stojąco. Widząc to, inni kongresmani, wprawdzie z ociąganiem, niemniej jednak, też zaczęli wstawać i klaskać. Niechby no tak który nie wstał, to zaraz amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę.

Dlatego teraz, kiedy premier Netanjahu przemawia w Kongresie, to żaden tamtejszy twardziel  się nie ociąga, tylko wstaje i klaszcze, zanim jeszcze mówca rozpocznie swoje przemówienie.

Cóż zatem takiego się stało, że aż ponad stu twardzieli z Partii Demokratycznej poparło poprawkę o skasowaniu pomocy dla Izraela? Nie jest tajemnicą, że Partia Demokratyczna robi bokami, więc każdy sposób uwodzenia tamtejszych suwerenów wydaje się dobry, a zwłaszcza – sposób bezpieczny. Ten sposób zaś był całkowicie bezpieczny, bo ponad 300 członków Izby Reprezentantów głosowało za odrzuceniem tej poprawki, czyli – za utrzymaniem dotychczasowej pomocy dla Izraela.

Trudno by kongresmani z Partii Demokratycznej nie wiedzieli, jaki będzie wynik głosowania, więc mogli podjąć próbę uwodzenia amerykańskich suwerenów – że oto są przeciwko wspieraniu Izraela – całkowicie bezpiecznie.

Tak samo zachował się Wielce Czcigodny prof. Przemysław Czarnek, kierując do Sejmu projekt przewidujący wstrzymanie dalszego futrowania Ukrainy. Z pewnością potrafi on liczyć do 460, więc nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jego projekt nie ma żadnych szans w głosowaniu. Zatem nie chodziło mu o to, by w jakikolwiek sposób ugodzić w Ukrainę  i jej interesy, tylko – by stworzyć wrażenie, że gdyby PiS miał władzę, to natychmiast futrowanie Ukrainy by wstrzymał. A  dlaczego zależało mu na wywołaniu takiego wrażenia?

Bo PiS coraz wyraźniej zaczyna czuć na plecach gorący oddech Konfederacji, która – zwłaszcza Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – od samego początku opowiadała się przeciwko bezmyślnemu, nieodpłatnemu futrowaniu Ukrainy przez Polskę.

Teraz, kiedy na naszych oczach legła w gruzy cała polityka wschodnia zarówno w wydaniu PiS, jak i Platformy Obywatelskiej, w społeczeństwie narasta nie tylko świadomość tej katastrofy, ale i niechęć do dalszych poświęceń dla Ukrainy. Stało się to jasne zwłaszcza po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.

Ta proklamacja oznacza, że Niemcy na razie porzuciły linię Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, na rzecz linii, jaką przyjęło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917, pozwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków. W rezultacie Polska nie jest już ani Niemcom, ani Ukrainie do niczego potrzebna, więc obserwujemy cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej,

Tak było w Londynie, gdzie Polska w ogóle nie została zaproszona i tak było we Francji, gdzie „koalicja antybalistyczna” powstała też bez Polski – której uczestnictwu sprzeciwiła się Ukraina – podobnie jak bez mocarstw bałtyckich. Tak oto na naszych oczach kształtuje się na wschodniej flance NATO rodzaj „szarej strefy”, która w perspektywie może z jednej strony być niemieckim posagiem, wniesionym z okazji reaktywowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i sprowadzeniu Ukrainy do pierwotnej roli, dając jej tylko terytorialną rekompensatę kosztem Polski za tereny utracone już teraz na rzecz Rosji.

Bo przecież to cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem, przy pomocy którego będzie można osiągnąć cel w postaci przesunięcia Ukrainy na zachód, Niemiec – na wschód, a pozostałą resztę przeznaczyć dla Żydów, którzy będą wreszcie mogli zrealizować swoje majątkowe roszczenia w ramach obcinania kuponów od holokaustu.

Cóż mamy o tym myśleć, zwłaszcza po niedawnym potwierdzeniu przez specjalistkę Departamentu Stanu od holokaustu, panią Helenę Germain. Nawiasem mówiąc, któż może być lepszym specjalistą od holokaustu, jak nie Germanowie płci obojga? Nie o to jednak chodzi, tylko o deklarację pani Germany, że „nie wyobrażamy sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej. 

Krótko mówiąc, w Polsce może być tylko rząd na miarę wyobraźni specjalistów Departamentu Stanu od holokaustu.

Gdyby coś takiego powiedział w 1981 roku Leonid Breżniew, to w USA i „Wolnej Europie” podniósłby się klangor pod Niebiosa – że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów i demokracji. Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, a właściwie – jak jeden mężyk stanu  w rodzaju Księcia-Małżonka – podkulili pod siebie ogony.

W dodatku Naczelnik Państwa natychmiast postawił do pionu Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka, potwierdzając w ten sposób podejrzenia, że jest on tylko wydmuszką Jarosława Kaczyńskiego, jak wielu innych absolwentów Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, gdzie przyszli dygnitarze szkolą się, jak realizować  amerykańskie interesy, kiedy już stare kiejkuty dopuszczą ich do żerowiska.

O różnicę łajdactwa

O różnicę łajdactwa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  14 lipca 2026 michalkiewicz

A to dopiero kij w mrowisko wsadził pan marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji! Właściwie nie powiedział niczego, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – bo od 2019 roku, kiedy to w „Monitorze Polskim”, po prawie trzech latach od jej podpisania, pod pozycją 50, ukazała się umowa między rządami polskim i ukraińskim, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – o czym traktował, a właściwie – o czym traktuje punkt 12 tej umowy – bo nie słyszałem, by została ona przez kogoś wypowiedziana – a ówczesny rzecznik warszawskiego MSZ, pan Łukasz Jasina, poinformował nas – jak się okazało – całkiem słusznie – że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – to żadne rewelacje nie powinny już nas dziwić.

Mimo to jednak ujawnienie przez pana marszałka Bosaka, że rząd obywatela Tuska Donalda, w tajemnicy przed panem prezydentem i Sejmem, przekazał Ukrainie zakupione wcześniej za ciężkie pieniądze w USA pociski do wyrzutni systemu „Patriot”, wzbudziła żywy rezonans opinii publicznej tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z napięciami w stosunkach polsko-ukraińskich w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych, w związku z czym pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu ukraińskiemu prezydentowi nadanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego.

Dodatkowym powodem wspomnianego rezonansu jest okoliczność, że – jak informują media – premier Tusk przekazał te pociski na żądanie niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, akurat w kwietniu, kiedy to Niemcy i Ukraina proklamowały „strategiczne partnerstwo”. Wprawdzie wicepremier i minister obrony w vaginecie obywatela Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział „odtajnianie” dokumentów związanych z polskimi donacjami dla Ukrainy „od 2022 roku” – ale obywatel Tusk niezależnie do tego schronił się za murami tajności, oświadczając, że „nie możemy” o tym „dyskutować”, w kontekście „jakiejś niemądrej walki politycznej”.

Ale może nie tylko o tajność tu chodzi, bo jeśli obywatel Tusk oznajmia, że dyskutować „nie możemy” to równie dobrze dlatego, że ktoś, a właściwie KTOŚ mógł mu tej dyskusji surowo zabronić. Gdyby tedy potwierdziły się pogłoski, że przekazanie pocisków Ukrainie dokonało się na polecenie władz niemieckich, to nie można by też wykluczyć, że to właśnie one mogły zabronić obywatelu Tusku Donaldu brania udziały w „dyskusjach” na ten temat, a o „kontekście” związanym z „niemądrą walką polityczną” , mógł sobie dośpiewać z własnej inicjatywy – bo przecież o niemieckim zakazie dyskutowania wspomnieć też mu nie było wolno – a jakiś pozór uzasadnienia wypadało podać. I tutaj, niczym prawdziwy dar Niebios, przydaje się Putin.

To ciekawe, że mimo transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów , w następstwie czego zmieniło się podobno oblicze świata, władze naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego w dodatku zasady sprawiedliwości społecznej, posługują się tym samym schematem, co za pierwszej komuny. Jak pamiętamy, wtedy też o wielu sprawach nie należało dyskutować, ani w ogóle – głośno mówić – bo była to woda na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, wśród których najgroźniejsi byli dwaj: „Hupka i Czaja”.

Teraz na rewizjonistów ani odwetowców powoływać się nie wypada, jako że świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, a może nawet czemuś gorszemu, prowadzi nas Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która z zagadkowych przyczyn w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to nie tylko uchroniła go od zguby, załatwiając mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem Mocną Ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła zeń człowieka – ale na szczęście Putin nie tylko rozpętał wojnę przeciwko sojuszniczej Ukrainie, więc możemy mu śmiało przypisać rolę Hupki i Czai.

Skoro tedy z uwagi na Hupkę i Cza… to znaczy – pardon – oczywiście nie ze względu na żadnego Hupkę, czy Czaję, tylko oczywiście – ze względu na Putina, każda dyskusja byłaby „wodą na młyn” – to my wszystko verstehen – ale pozostaje jeszcze owa „niemądra” walka polityczna”, która nawet i bez Putina jakąkolwiek dyskusję na ten temat by wykluczała. O co tu może chodzić?

Zgodnie z zasadą, że idioci są szczerzy, w związku z czym wystarczy pozwolić im mówić, pewne światło na tę sprawę rzucił rzecznik vaginetu obywatela Tuska Donalda, Wielce Czcigodny pan minister Szłapka. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi o nic innego, jak o różnicę łajdactwa. O nic innego wszak walka polityczna między obecnym vaginetem obywatela Tuska Donalda, a ekipą powołaną wcześniej przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, toczyć się nie może. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to podczas majdanu w Kijowie Naczelnik Państwa wznosił kabotyńskie okrzyki „Sława Ukrainie” i „Herojam sława!” Cóż innego mógłby wykrzykiwać tam Donald Tusk, albo nawet – Aleksander Kwaśniewski, co to przy każdej okazji, a nawet i bez okazji demonstruje zadowolenie ze swego rozumu, nie tylko politycznego, ale w ogóle?

Wreszcie wypada przypomnieć, że w roku 2016 obywatel Tusk Donald był w opozycji, podczas gdy z nominacji Naczelnika Państwa premierem rządu była pani Beata Szydło, a ministrem obrony narodowej w jej gabinecie był Antoni Macierewicz. Parafa pod umową z 2 grudnia 2016 roku wskazywałaby, iż złożył ją właśnie Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, którego dzisiaj, na odcinku korupcyjnym, prześladuje Wielce Czcigodny Giertych Roman, podobnie jak złowrogiego Grzegorza Brauna prześladuje na odcinku eklezjalnym i właśnie ogłosił jego ekskomunikę. Co prawda nie ma pewności, czy decyzja Wielce Czcigodnego Giertycha Romana nie wymaga dla swej ważności jakiejś kontrasygnaty, a przynajmniej – potwierdzenia ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej” – ale jestem pewien, że wkrótce jakaś mieszana komisja wszystkie te wątpliwości rozwieje. Niewątpliwie bowiem wchodzimy w etap surowości, w którym zarówno Judenrat, jak i jego kolaboranci, będą „srogie głosić kary”. Nie tylko zresztą głosić, ale i stosować – bo jak jest rozkaz surowości, to żartów nie będzie.

Wracając do Wielce Czcigodnego obywatela Szłapki, to właśnie przypomniał on, ze poprzednia ekipa z nadania Naczelnika Państwa, przekazała – na pewno „nieodpłatnie” – aż 44 pakiety pomocowe dla Ukrainy, podczas gdy vaginet obywatela Tuska Donalda – tylko 5.

Jeśli jeszcze minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz prawidłowo będzie odtajniał dokumenty w sprawie donacji dla Ukrainy, to licytacja o różnicę łajdactwa może dla ekip kojarzonych z Naczelnikiem Państwa okazać się druzgocąca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Stanisław Michalkiewicz  11 lipca 2026 michalkiewicz

Któż nie pamięta filmu Zelig w reżyserii oraz z udziałem Woody Allena? Tytułowy bohater, Zelig, a więc – jegomość z pierwszorzędnymi korzeniami – odznacza się charakterystyczną właściwością. Potrafi mianowicie w jednej chwili dostosować się do otoczenia. I tak, jeśli znajdzie się wśród kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a gdy przypadkiem trafi między Murzynów, to natychmiast ciemnieje mu skóra. Czy tylko tytułowy Zelig miał tę właściwość, czy to jest cecha wszystkich Zeligów – to powinna rozstrzygnąć jakaś ekipa naukowców, na przykład – weterynarzy – bo wygląda na to, iż Zelig nie był wyjątkiem, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszystkich Zeligów.

Starsi ludzie, to to jeszcze samego pamiętają Stalina, z pewnością przypominają sobie, jak to ówcześni Zeligowie nie pozwalali się nikomu wyprzedzić w tak zwanym później „kulcie jednostki”, czyli – uwielbieniu dla Józefa Stalina. Pamiętam czytankę, jak to pewien młodociany Zelig prosił swego resortowego tatełe, by wyciął mu z gazety fotografię Stalina z fajką – no a podczas organizowanych wtedy spędów, Zeligowie wznosili różne okrzyki, między innymi – „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” Bo trzeba nam wiedzieć, że Zeligowie charakteryzują się też bardzo rozwiniętym instynktem stadnym i stąd to częste: „a my wszyscy”.

Wspominam o tym, bo dopiero po tym wstępie będzie nam łatwiej zrozumieć paryską deklarację pana red. Adama Michnika, który od 1989 roku przewodzi Judenratowi „Gazety Wyborczej”, że „my wszyscy jesteśmy dziś Ukraińcami!”. Takich rzeczy można było się spodziewać od dawna, między innymi po publikacjach naszej Jabłoneczki, czyli Małżonki Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, że „my wszyscy” powinniśmy być wyrozumiali, kiedy Ukraińcy uprawiają kult Stefana Bandery – bo nie mają innych herojów, więc jest on dla nich niezbywalnym warunkiem klecenia sobie narodowej tożsamości.

No a teraz, w sytuacji, gdy właśnie na tle „herojów” doszło do napięć między Polską a Ukrainą, Zeligowie, z panem red. Adamem Michnikiem na czele, od razu skapowali, jak się w tej sytuacji zachować. Po ogłoszeniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Zeligowie najwyraźniej uznali, że Polska już jest passe, więc w tej sytuacji nie ma co dłużej udawać Polaków, tylko przepoczwarzyć się na Ukraińców.

Polska oczywiście na buńczuczną demonstrację prezydenta Zełeńskiego zareagowała bardzo miękko i tylko w sferze działań pozornych, bo pan prezydent Nawrocki ogłaszając decyzję o odebraniu orderu, jednocześnie zapowiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj po staremu będzie Ukrainę futrował i wspierał, gdzie tylko będzie mógł. Nic mu to nie pomogło, bo prezydent Zełeński, odsyłając order pocztą, opatrzył to szyderczym komentarzem, że skoro Lachom nie przeszkadza, iż order ten posiada Katarzyna II, to on nie będzie w te sprawy wchodził. Była to, niestety trafna, aluzja do polskiego lizusostwa, boć przecież zarówno prezydent Zełeński, jak i pozostali ukraińscy prezydenci: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko, którzy swoje ordery też odesłali, dostali je z tych samych powodów, co Katarzyna II. Na obronę pana prezydenta Nawrockiego podniosę, że poza odebraniem orderu, nic innego zrobić nie mógł, bo w innych sprawach nie ma konstytucyjnych uprawnień. Tymczasem obywatel Tusk Donald prędzej by chyba splamił mundur, niż ośmielił się zrobić przykrość strategicznemu partnerowi Rzeszy Niemieckiej.

Ponieważ jednak mleko się rozlało, to znaczy – informacja o wołyńskim ludobójstwie trafiła na pierwsze strony gazet – strategiczny partner Rzeszy Niemieckiej, być może wysłuchawszy jej sugestii, postanowił uczynić pozór gestu, by stworzyć vaginetowi obywatela Tuska Donalda szansę na przełknięcie nie tylko Stefana Bandery, ale i innych herojów kijowskiego Panteonu. Prezydent Zełeński powiedział wszak, że „nikt” nie będzie Ukraińcom mówił, jakich herojów mają czcić, a jakich nie. O tym zadecydują sami, w myśl zasady, żeby każdy miał to, co najbardziej lubi. Na przykład jedni lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.

W związku z tym do Warszawy przyjechał ukraiński minister spraw zagranicznych, pan Sybiha, który – mówiąc nawiasem – też odesłał swój order, tylko oczywiście niższej rangi, niż ten przydzielony prezydentowi Zełeńskiemu – „Krzyża Zbolałego”, czy jakoś tak – żeby odpowiednio urobić Księcia-Małżonka. Książę-Małżonek bowiem pięknie wiąże krawaty, no i musi mieć jakieś inne zalety, bo w przeciwnym razie nie zostałby Księciem-Małżonkiem – ale na odcinku dyplomacji radzi sobie trochę gorzej – jak przystało na dyplomatołka. Reagując na szyderstwo prezydenta Zełeńskiego napisał na Twitterze, że może by lotnisko w Jasionce nazwać imieniem „ofiar UPA” – ale chyba wiedział, że to niemożliwe, bo ono ma już imię „Rodziny Ulmów”, co to dała się Niemcom zamordować, żeby dogodzić Żydom.

Tedy, słusznie uważając, że Książę-Małżonek może być najsłabszym ogniwem w vaginecie obywatela Tuska, bo nawet minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz buńczucznie oświadczył, że Ukraina z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdzie, minister Sibiha wziął go w obroty i trzymał podobnież w obrotach całe półtorej godziny. Po tym czasie minister Sibiha opuścił MSZ, nie udzielając żadnych informacji dziennikarzom. Było to podobno uzgodnione z Księciem-Małżonkiem, a skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek zwrócił się do swego ukraińskiego gościa z taką pokorną prośbą – żeby polska opinia publiczna jak najdłużej nie wiedziała, na co Książę-Małżonek w imieniu naszego nieszczęśliwego kraju się zgodził.

Oto zanim jeszcze minister Sibiha odwiedził Warszawę, pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że w Kijowie postanowili zakpić sobie z Polski w taki sposób, by w zamian za umieszczenie we wspomnianym Panteonie generała Marka Bezruczki, który z ramienia URL walczył po stronie polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej, Polacy przełknęli Stefana Banderę, Romana Szuchewycza, który w 1943 roku wydał rozkaz przeprowadzenia eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, no i innych herojów drobniejszego płazu. Czyż nie z tego powodu Książę-Małżonek pragnąłby jak najdłużej utrzymać te wszystkie ustalenia w tajemnicy przed polską opinią publiczną? To być może, bo w ten sposób zyska na czasie, aż pan red. Michnik uruchomi swój Propaganda Abteilung z panem red. Terlikowskim jednej strony, J.Em. Grzegorz kardynał Ryś uruchomi swój Propaganda Abteilung z drugiej strony, a Wielce Czcigodny Paweł Kowal uruchomi swój Propaganda Abteilung z trzeciej strony.

Kiedy Polacy znajdą się pod takim skoncentrowanym ostrzałem ze wszystkich stron, to przestaną się Ukraińcom sprzeciwiać, podobnie jak nie stawili zbrojnego oporu podczas „wołynki” w roku 1943, co umożliwiło stworzenie faktów dokonanych, obejmowanych dzisiaj „dobrą pamięcią” przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu.

Stanisław Michalkiewicz

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    4 lipca 2026

Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.

Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.

Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?

Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych

to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.

Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.

Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.

Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.

Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.

W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.

A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za żółtymi firankami

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  2 lipca 2026 michalkiewicz

Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami. Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana.

Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki. W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką. Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani, podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści? Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia. Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam otrzymywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością. Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AW”S: – UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia. Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich. Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Stanisław Michalkiewicz

Lament nad Polską

Lament nad Polską

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    30 czerwca 2026 michalkiewicz

Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To raczej wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” – można by tak właśnie za Jackiem Kaczmarskim podsumować awanturę z odebraniem ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego orderu Orła Białego. Pan prezydent Nawrocki ogłosił zamiar odebrania tego orderu zaraz po nadaniu przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych.

W odpowiedzi na ogłoszoną dwa tygodnie później decyzję pana prezydenta Nawrockiego, prezydent Zełeński, a wraz z nim – wszyscy prezydenci Ukrainy, którzy wcześniej taki order od polskich władz dostali – odesłali te odznaczenia pocztą, a prezydent Zełeński dodał do tego szyderczy komentarz, że skoro Polakom nie przeszkadza posiadanie tego orderu przez Katarzynę II, to on nie będzie w te sprawy wchodził.

Była to aluzja do polskiego lizusostwa, niestety słuszna, bo przecież inni prezydenci Ukrainy, z prezydentem Zełeńskim włącznie, dostali te ordery z tych samych powodów, co Katarzyna II. Ale to tylko powierzchnia zjawiska, bo tak naprawdę, moim zdaniem mieliśmy do czynienia z prowokacją, w stu procentach zresztą udaną, na którą Polska, z całą naiwnością, dała się nabrać.

Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do kwietnia br. kiedy to zostało proklamowane strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie. Przedtem, to znaczy do 2023 roku Niemcy pozostawały z strategicznym partnerstwie z Rosją, co stanowiło wyraz ich nawrócenia na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy kierują Europą w porozumieniu z Rosją. Ale w sytuacji, gdy w związku z wojną Rosji z Ukrainą, zostały wysadzone w powietrze bałtyckie gazociągi, w Niemczech musiano dojść do wniosku, że póki co kontynuowanie strategicznego partnerstwa z Rosją nie ma już sensu. W nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, ówczesny amerykański prezydent Józio Biden, podczas wizyty niemieckiego kanclerza Scholza w Waszyngtonie w marcu 2023 roku, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Natychmiast odezwały się nożyce. Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w taki sposób, żeby w rezultacie państwa członkowskie UE, zwłaszcza te mniej ważne, zostały nawet formalnie pozbawiona suwerenności politycznej. Było to zgodne z wizją Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” pozbawione są w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Toteż Niemcy wyciągnęli z tego wnioski i odstąpiwszy od linii Bismarcka, powróciły do polityki uprawianej przez Cesarstwo Niemieckie podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej.

W Europie nie ma miejsca na zbyt wiele kombinacji, więc ten powrót wydawał się w tej sytuacji oczywisty. Jak pamiętamy, w 1917 roku Niemcy zdecydowały się na powołanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, przekazując dla potrzeb tego państwa cześć swojej okupacji i przekonując Austro-Węgry, by zrobiły podobnie, w następstwie czego Austria przekazała na rzecz Ukrainy część terytoriów, jakie znalazły się w jej posiadaniu wskutek rozbiorów Polski. Chodziło o to, by przy pomocy Ukrainy szachować Rosję oraz – by trzymać w ryzach Polaków. Nic trwałego z tych planów nie wyszło, bo Niemcy wojnę przegrały, Cesarstwo Austriackie przestało istnieć, a Ukraina – już jako „sowiecka” – po wojnie polsko-bolszewickiej została włączona do ZSRR. Ukraińskie nadzieje na niepodległość odżyły podczas II wojny światowej, ale Hitler chyba ani przez chwilę nie myślał o odbudowie ukraińskiej państwowości, więc w tej sytuacji OUN postanowiła przy pomocy UPA, a więc ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej, które otrzymały rozkaz dezercji, zrealizować taki cel, który mogła zrealizować własnymi siłami, to znaczy – eksterminować mieszkających na wschodnich Kresach Rzeczypospolitej Polaków, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno – czy pod egidą niemiecką, czy sowiecką, było etnicznie jednolite. I ten cel został osiągnięty.

Proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego oznacza powrót do polityki szachowania Rosji i wybijania Polakom z głowy politycznych ambicji. Toteż wkrótce po proklamowaniu tego partnerstwa, prezydent Zełeński, odpowiadając ponoć na gorące pragnienie żołnierzy wspomnianej jednostki, nadał jej imię „Bohaterów UPA”. Czy sam to wymyślił, czy doradzili mu to, znający przecież Polaków, jego niemieccy strategiczni partnerzy – to nieważne – bo prowokacja udała się w stu procentach tym bardziej, iż reakcja strony polskiej ograniczyła się do sfery symbolicznej, którą Ukraińcy słusznie traktują, jako sferę pozorów. Pan prezydent Nawrocki, ogłaszając swoją decyzję w sprawie odebrania orderu, podkreślił z naciskiem, że Polska nadal będzie futrowała Ukrainę zasobami całego państwa i rytualnie nawymyślał Putinowi. No to dlaczego prezydent Zełeński i strona ukraińska miałaby się przejmować gestami funkcjonującymi wyłącznie w sferze pozorów, podczas gdy w sferze polityki realnej, Polska nadal pozostaje „sługą narodu ukraińskiego” w takim zakresie, jaki wyznaczą jej Niemcy?

Strategiczne partnerstwo niemiecko-ukraińskie oznacza bowiem, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna. Wyrazem tego podejścia było pominięcie zaproszenia polskiego rządu na konferencję w Londynie. Wprawdzie obywatel Tusk Donald warknął, że Polska „nigdy” nie uzna żadnych ustaleń, jakie zapadną bez jej udziału – ale co z tego, kiedy i on wie i my wiemy, że jak Niemcy mu każą, to uzna wszystko, co będzie trzeba, bo inaczej przypomną mu, skąd wyrastają mu nogi. Nikt go nie będzie przecież o nic pytał, bo widać gołym okiem, że w sytuacji strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Polska jest raczej przeszkodą, więc nic dziwnego, że buńczuczne i aroganckie zachowanie strony ukraińskiej jest elementem nowej strategii strategicznych partnerów, nakierowanej ma stopniowe, ale cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki. To na etapie pierwszym, bo na etapie drugim może stać się jeszcze coś gorszego w postaci realizacji scenariusza rozbiorowego. Może być on maskowany jakimiś rozwiązaniami o zasięgu „europejskim”, że to niby trzeba wreszcie zlikwidować granice, które przecież „dzielą”, a nie „łączą” – no a w tej sytuacji Judenrat „Gazety Wyborczej” wytłumaczy mikrocefalom, że to przecież sprawiedliwość dziejowa wymaga, by Zakierzoński Kraj został podarowany Ukrainie w ramach rekompensaty za tereny utracone na rzecz Rosji podczas wojny, w której „broniła ona Europy” a Polski w szczególności – co już teraz w Polsce stanowi dogmat. Więc nic dziwnego, że idąc za ciosem prezydent Zełeński „rozserdywsia”, niczym Tuhaj-Bej i ostentacyjnie odrzucił pokorne zaproszenie do Gdańska, gdzie niemiecki kanclerz będzie przydzielał poszczególnym bantustanom zadania na poszczególnych odcinkach odbudowy Ukrainy, która została uznana za źrenicę polskiego interesu państwowego.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Prezent urodzinowy?

Prezent urodzinowy?

Stanisław Michalkiewicz 27 czerwca 2026 michalkiewicz

A to się dopiero narobiło! Ogłoszone z takim przytupem podpisanie ramowego porozumienia amerykańsko-irańskiego i zawieszeniu broni na 60 dni, w trakcie których mają być prowadzone rozmowy na temat warunków zakończenia wojny, w którą Stany Zjednoczone wkręcił bezcenny Izrael, miało być uroczyście potwierdzone 19 czerwca w Szwajcarii – a tymczasem z samego rana okazało się, że żadnej uroczystości nie będzie. Nie wiadomo też oficjalnie, jaka właściwie jest treść zawartego ramowego porozumienia, bo miała być ona podana właśnie po tej uroczystości – ta jednak się nie odbyła w zaplanowanym czasie, a to rodzi pytania, czy w ogóle się odbędzie, no a przede wszystkim – jak właściwie Wysokie Układające się Strony się ułożyły. Wiadomo bowiem, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda. Jaka zatem jest prawda? Tego, ma się rozumieć, nie wiemy, między innymi z powodu odwołania uroczystości – jedyne, czym dysponujemy, to komunikat irańskiej agencji informacyjnej, przedstawiającej 14 punktów.

Amerykańskie też wspomniały o 14 punktach – ale czy to są takie same punkty? Na przykład w komunikacie irańskiej agencji czytamy, że ma powstać fundusz o charakterze reparacyjnym w wysokości 300 mld dolarów z przeznaczeniem na „odbudowę Iranu”. No dobrze – ale kto ma na ten fundusz wyłożyć środki? Chyba nie Iran.

Czyżby zatem Stany Zjednoczone? To wydaje się mało prawdopodobne, bo by oznaczało, że USA uznałyby swoją przegraną w tej wojnie, a przecież nie raz słyszeliśmy zapewnienia prezydenta Donalda Trumpa, że to Iran przegrał a Stany Zjednoczone, jak zresztą zwykle – wygrały. Ale to drobiazg w porównaniu z punktem pierwszym, który mówi o 60-dniowym zawieszeniu broni „na wszystkich frontach”, a więc również – w Libanie. Tymczasem zaraz po ogłoszeniu, że porozumienie zostało „zawarte”, minister bezpieczeństwa bezcennego Izraela oświadczył, że – po pierwsze – Izrael nie uczestniczył w żadnych negocjacjach z Iranem, a w tej sytuacji to porozumienie go nie dotyczy.

Po drugie – że Izrael nie podlega Stanom Zjednoczonym, więc jeśli nawet poczyniły one z Iranem jakieś ustalenie, to one Izraela wiązać w żaden sposób nie mogą. Wreszcie – po trzecie – że Izrael nie spocznie, aż zlikwiduje Hezbollah. Premier Netanjahu aż tak radykalnej retoryki nie używał, ale w zasadzie wszystko to potwierdził, a poza tym bombardowania Libanu i Bejrutu nie zostały bynajmniej przerwane. Co w tej sytuacji zrobi złowrogi Iran? Czy otworzy dla żeglugi Cieśninę Ormuz – co zapowiadał prezydent Donald Trump – czy też wykorzysta ten pretekst do dalszego utrzymywania blokady – tego jeszcze nie wiemy. Wygląda zatem na to, że trudno powiedzieć, czy porozumienie rzeczywiście zafunkcjonuje i w jakim zakresie – czy też nie zafunkcjonuje wcale.

Prezydent Trump dał wprawdzie upust swojej irytacji i nawet rozpowszechniał pogłoski, jakoby obsztorcował premiera Netanjahu – ale nie bardzo mi się w te pogłoski chce wierzyć. Po pierwsze dlatego, że gdyby rzeczywiście zdobył się na taką zuchwałość, to już następnego dnia amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę, a kto wie, czy nie objawiłyby się jakieś wstydliwe zakątki z wyspy Epsteina. Nic takiego – o ile mi wiadomo – nie nastąpiło, zatem i pogłoski o obsztorcówie wcale nie muszą być prawdziwe.

Tymczasem nieustępliwe stanowisko Izraela ma swoje źródło w tym, że w październiku mają się tam odbyć wybory parlamentarne, od wyniku których zależy nie tylko los rządu jedności narodowej, ale również, a może nawet przede wszystkim – osobisty los Beniamina Netanjahu. Czy pozostanie on u steru na następną kadencję, czy też do głosu dojdą jego izraelscy wrogowie, którzy przecież nie ukrywali pragnienia wtrącenia go do lochu.

Tymczasem, dopóki rząd jedności narodowej prowadzi wojny, to cieszy się wysokim poparciem w kraju. Żydowie popierają swojego premiera na podobnym poziomie, co Niemcy Adolfa Hitlera zaraz po pokonaniu przezeń Francji w roku 1940. W tej sytuacji premier Netanjahu nie ma żadnego powodu, by przejmować się reakcjami amerykańskiego prezydenta, bo i on wie i my wiemy, że Stany Zjednoczone żadnego kuku Izraelowi zrobić nie mogą.

Bardzo tedy możliwe, że to całe porozumienie, to tylko taki prezent, jaki prezydent Donald Trump zrobił sobie na 80-te urodziny – a co z tego wyniknie, to się dopiero przekonamy.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki wrócił już z Waszyngtonu, przywożąc stamtąd ustne zapewnienie prezydenta Trumpa nie tylko o zamiarze przysłania do naszego nieszczęśliwego kraju 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, ale dał do zrozumienia, że gotów jest nawet utworzyć u nas stałą amerykańską bazę. Na podstawie tych skrzydlatych wieści vaginet obywatela Tuska Donalda odbył specjalne posiedzenie, powierzając wicepremieru i ministru obrony Władysławu Kosiniaku-Kamyszu zadanie stworzenia takiej bazy – oczywiście w porozumieniu ze stroną amerykańską. Jeśli tedy prezydent Karol Nawrocki nie ocenił przesadnie udzielonych mu w przelocie zapewnień prezydenta Trumpa, to by znaczyło, że porozumienia amerykańsko-rosyjskie z 1997 roku o środkach „budowy zaufania” już nie obowiązują.

Przypomnę, że to właśnie te porozumienia, iż zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej oraz – że na terytorium państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu, umożliwiły rozszerzenie w roku 1999 NATO na obszar Europy Środkowej bez żadnych negatywnych reakcji rosyjskich. Więc jeśli nawet USA rzeczywiście uznałyby tamte porozumienia za nieważne, to co na to powie Rosja? Na razie nie mówi nic – być może dlatego, że prezydent Trump co innego powiedział panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, a co innego – Putinowi – z którym przecież co i rusz prowadzi „bardzo dobre rozmowy”.

Na razie jedynym rezultatem postępu na tym odcinku jest mianowanie pani Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej kolejnym wiceministrem obrony narodowej. Rozumiem, że w ten sposób przestała oan pełnić funkcję pełnomocnika vaginetu obywatela Tuska Donalda do spraw SAFE. Warto tedy przypomnieć, że to właśnie ona z dużą pewnością siebie twierdziła, że „ani złotówka” z pożyczki SAFE nie pójdzie na Ukrainę, podczas gdy obywatel Tusk Donald mówił zupełnie coś innego – że mianowicie jest „dogadany” z prezydentem Zełeńskim co do partycypowania Ukrainy w środkach pochodzących z tej pożyczki. Skoro tedy pani Sobkowiak-Czarnecka już została odsunięta od SAFE, to znaczy, że obywatel Tusk Donald był lepiej od niej poinformowany. W tej sytuacji czekamy, kto zostanie kolejnym pełnomocnikiem rządu do spraw SAFE. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w tych okolicznościach stosowną nominację na to stanowisko otrzymał Wielce Czcigodny Paweł Kowal. Wtedy mielibyśmy pełną jasność, co jest grane.

Stanisław Michalkiewicz

Za żółtymi firankami

Stanisław Michalkiewicz: Za żółtymi firankami

   Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami.

Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na  na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.

Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – [normalnym ludziom md] można było kupić tylko na „kartki”.

W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana. Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki.

W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład  czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką.

Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani (mordy aborcyjne są w krajach liberalnych powszechne, a w wielu z nich np. Kanadzie i Holandii, kwitnie też eutanazja – przyp. red.), podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści?  Taka to ci devotio moderna.

Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale  niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia.

Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.

W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam nabywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością.

Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.

Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AWS-UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia.

Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.

Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich.

Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.

Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, ,że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.

Zanim padnie salwa

Zanim padnie salwa

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    25 czerwca 2026 michalkiewicz

Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda” – pisze Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Nawiasem mówiąc, ten poemat jest z kluczem, bo na przykład w osobie generała Bagno można bez trudu rozpoznać generała Mieczysława Moczara, podobnie, jak w postaci Aleksa, gęgającego syna sekretarza Wardęgi i Żydówki Sabiny, można rozpoznać pana redaktora Michnika. W stanie wojennym Aleks schronił się w kombinacie, który mieli zdobyć zomici dowodzeni przez generała Tumora. Wkrótce przed rozpoczęciem szturmu generał Tumor wziął na stronę pułkownika MO Maczugę i powiada jemu tak: „Stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina (to o sekretarzu Wardędze – SM). Fakt, że ma głupawego syna, ale to zawsze syn rodzony. Więc oszczędź Alka, bardzo proszę. Ja ze swej strony zaraz wnoszę pismo o awans”. Oczywiście Aleks wcale nie był „głupawy” – jak uważał generał Tumor – bo mamełe Sabina, która znała go przecież lepiej, twierdziła, że ma on „mózgowe zwoje”. Słowem – wypisz, wymaluj pan red. Michnik.

Zniosło mnie w stronę tych dywagacji, a tymczasem przywołany na początku cytat miał zilustrować coś zupełnie innego – mianowicie aferę z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, co to na SOR w warszawskim Szpitalu Południowym zarobił sobie w ciągu roku ponad 1 600 tys. złotych. Już sama wysokość tej sumy wywołuje zrozumiałe podniecenie opinii publicznej, a cóż dopiero – jeśli towarzyszy jej informacja, że pan doktor miał zaledwie 28 lat, nie zdążył nawet zrobić specjalizacji, ale mimo to zajmował poważne stanowisko „koordynatora SOR”, którego nie ma w żadnym innym szpitalu. Ale nie bez kozery perskie, to znaczy – irańskie przysłowie – powiada, że „dobry kogut w jajku pieje”.

Pan Kacprzyk wprawdzie nie zrobił jeszcze specjalizacji, ale wiedział, z której strony chleb jest posmarowany – bo i Dawid i radny Koalicji Obywatelskiej, to znaczy – Volksdeutsche Partei z jej kolaboranty i twórca salonika VIP-ów w szpitalu – czegóż chcieć więcej? Takich właśnie ludzi nasz nieszczęśliwy kraj potrzebuje, więc kogóż szczodrze wynagradzać, jak nie ich? Weźmy dla przykładu pana Aleksandra Kwaśniewskiego. Dwukrotnie został wybrany na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, chociaż nad nikim nie stał bolszewik z naganem. Znaczy się – nasz mniej wartościowy naród tubylczy upodobał sobie właśnie w nim z nieprzymuszonej woli. A dlaczego? Na trop odpowiedzi na to pytanie naprowadza nas ludowe przysłowie, że „pokorne cielę dwie matki ssie”.

Otóż pan Aleksander Kwaśniewski jest znakomitą ilustracją takiego ssaka. Wyssał, co się tylko dało, z komuny, potem – co się tylko dało z demokracji – a teraz autorowi książki na swój temat daje do zrozumienia, że tak naprawdę, to zawsze był w opozycji. Tylko patrzeć, jak powiększy szeregi kombatantów i osób represjonowanych. Wspominam o tym, by dać odpór tym wszystkim, którzy oskarżają nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet o zanik instynktu samozachowawczego. Dwukrotny wybór pana Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie jak utrzymujące się na niezmiennym poziomie poparcie dla Volksdeutsche Partei i Prawa i Sprawiedliwości pokazuje, że z nami wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy – że czego, jak czego, ale instynktu samozachowawczego nikomu u nas nie brakuje. Co z tego będzie – to znaczy – jak to się wszystko skończy – to całkiem inna sprawa – ale zanim nie padnie salwa, to niech nam humory dopisują.

Wracając tedy do cytatu, to czyż nie ilustruje on niebywałe szczęście obywatela Tuska Donalda, który nawet taki wstydliwy zakątek potrafi przekuć na narzędzie totalniactwa. Nie jest przecież tajemnicą, że sytuacja w ochronie zdrowia jest katastrofalna, że bankructwo – i tak dalej. Ponieważ zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS, stoją na nieubłaganym stanowisku, że to państwo ma obywatelom organizować leczenie, a w każdym razie – pod tym pretekstem łupić ich ze skóry, to – jak można było zauważyć – funkcjonariusze Propaganda Abteilung dostali rozkaz rozhuśtywania opinii publicznej przeciwko doktorom – że to oni bezczelnie drenują „system”, osiągają niebotyczne zarobki i w ogóle. Wszystko zatem było przygotowane do operacji, tylko brakowało jakiegoś spektakularnego przykładu. I oto nagle pojawił się pan Dawid Kacprzyk ze swoim rekordowym zarobkiem. Czy to przypadek? „Byłby to przypadek rzadki, a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta – toteż i ja wcale bym się nie zdziwił, gdyby stare kiejkuty wykonały telefon gdzie trzeba: wiecie, rozumiecie, mamy tu niezwykle utalentowanego młodzieńca. Stwórzcie wy mu odpowiednie warunki rozwoju, a my i o was też pomyślimy.

Bo oto obywatel Tusk Donald, kiedy Propaganda Abteilung doniosła o panu doktorze Kascprzyku, wcale nie sprawiał wrażenia skonfundowanego. Przeciwnie – wyglądał, jakby go kto na sto koni wsadził. I słusznie – bo dzięki temu na tym ogniu może upiec kilka pieczeni jednocześnie.

Po pierwsze – przeprowadzi kurację przeczyszczającą we wszystkich szpitalach i jeśli nawet nikogo nie zdegraduje, ani nie powyrzuca – co wydaje się niepodobieństwem – to tak wszystkich nastraszy, że nikt już vaginetowi nie podskoczy, że nie ma pieniędzy i w ogóle. Każdy będzie się cieszył, ze żywy-zdrowy i porzuci wszelką myśl o protestach.

Po drugie – obywatel Tusk Donald już zapowiedział, że przejdzie na ręczne sterowanie zarobkami doktorów – podobnie jak pan minister Motyka ręcznie sterował cenami benzyny i oleju napędowego. Jestem przekonany, że ten pomysł znajdzie poklask w szerokich kręgach naszego społeczeństwa, cierpiącego na chorobę czerwonych oczu, która objawia się w gorącym pragnieniu, by każdemu było tak źle, jak mnie. Co to komu szkodzi, jak jeszcze jedna grupa zawodowa zostanie wzięta pod obcasy? Jestem przekonany, że takiemu pomysłowi przyklasną zwłaszcza artyści, którzy w większości chlipią swoją intelektualną zupę z kotła przygotowanego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, uważając to za dowód myślenia niezależnego i myślenia w ogóle. Wreszcie – po trzecie – Wszystkie te przedsięwzięcia umocnią tylko tak zwany „system”, który zostanie w ten sposób wyjęty spod jakiegokolwiek podejrzenia, dzięki czemu żerowisko dla obydwu biurokratycznych gangów, no i oczywiście – starych kiejkutów – zyska dodatkowo na bezpieczeństwie. Czegóż chcieć więcej?

Jak wspominał bohater powieście Roberta Penn Warrena „Gubernator” – dobro można robić przede wszystkim ze zła – bo ono jest wszędzie pod ręką. Jeśli zatem pan doktor Dawid Kacprzyk dostarczył tyle znakomitego materiału do przekucia go w dobro, to czy choćby dlatego nie powinien być szczodrze wynagrodzony?

Stanisław Michalkiewicz

Powracająca fala

Powracająca fala

Stanisław Michalkiewicz, „Prawy.pl”   23 czerwca 2026 michalkiewicz

W roku 1453 Turcy zdobyli Konstantynopol i ta data jest uważana za koniec epoki Średniowiecza, które zadowolona ze swego rozumu moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, uważa za okres ciemnoty – chociaż – jako „menażerka kultury” – teoretycznie powinna wiedzieć, że właśnie wtedy w Europie powstawały uniwersytety, wznoszone były katedry, które i dzisiaj wprawiają w podziw turystów, że kwitła literatura, zwłaszcza poezja, popularyzowana przez rzesze trubadurów, no i wreszcie – co powinno ją specjalnie połechtać w odpowiednim miejscu – kobieta została podniesiona na piedestał.

Co prawda idealizowano wtedy raczej kobiety nieznane, bo – jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz – idealizowanie kobiet znanych bywa znacznie trudniejsze – niemniej jednak idealizowano. Jednak między sferą powinności, a skrzekiem rzeczywistości zieje nieprzebyta przepaść, więc nic też dziwnego, że moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus uważa Średniowiecze za „ciemne”.

Tak czy owak, Średniowiecze szczęśliwie się skończyło i rozpoczęła się epoka nowożytna. A ponieważ z powodu zdobycia Konstantynopola przez Turków, dotychczasowe łańcuchy dostaw z Azji zostały przerwane, ówcześni Europejczycy zaczęli szukać morskiej drogi do Indii, żeby wznowić dostawy pikantnych przypraw, bez których solone mięso, jakim się wtedy żywiono, było trudne do przełknięcia. Toteż na morze wyruszył portugalski żeglarz Bartłomiej Diaz, któremu udało się dopłynąć do południowego skraju Afryki, za którym dostrzegł otwarty na wschód, zdatny do żeglugi ocean – ale z powodu buntu marynarzy musiał wrócić do Portugalii.

W roku 1492 Krzysztofowi Kolumbowi udało się przekonać hiszpańską królową Izabelę Katolicką, by spróbować dotrzeć do Indii płynąc na zachód – i w ten sposób doszło do odkrycia ogromnego kontynentu, początkowo nazywanego Indiami Zachodnimi, a potem – Ameryką – od imienia innego śmiałego żeglarza, Emeryka Vespucciego. W roku 1494, z inicjatywy papieża Aleksandra VI, został między Hiszpanią i Portugalią zawarty traktat w Tordesillas, którego przedmiotem był – po raz pierwszy w dziejach – podział świata. Podzielono go na półkuli zachodniej wzdłuż linii biegnącej ok. 1184 mil na zachód od Wysp Zielonego Przylądka, wskutek czego Brazylia przypadła Portugalii, dzięki czemu językiem urzędowym w tym państwie jest po dziś dzień portugalski. Kolejnym traktatem, zawartym w roku 1529 w Saragossie podzielono świat również na półkuli wschodniej, wzdłuż linii leżącej 17 stopni na wschód od archipelagu Moluków. Tak rozpoczęła się epoka wielkich odkryć geograficznych, które zaowocowały nie tylko powstaniem nowych gałęzi gospodarki, jak np. handlu oceanicznego, handlu murzyńskimi niewolnikami oraz zakładaniem kolonii.

W wieku XVIII dawny podział świata był już tylko wspomnieniem, bo pojawiły się nowe potęgi w postaci Wielkiej Brytanii i Francji. Doprowadziło to w wieku XIX do nowego podziału świata. Państwa europejskie utworzyły imperia kolonialne, z Imperium Brytyjskim na czele, którego władczyni, królowa Wiktoria, panowała nad ponad 400 milionami ludzi, sprawnie zarządzanymi przez stosunkowo nieliczną białą administrację. Skłoniło to w wieku XX Adolfa Hitlera, który marzył o nowym podziale świata do pomysłu, by Niemcy panowały nad Europą, podczas gdy Anglicy niech sobie utrzymują swoje Imperium, bo jego zdaniem Niemcy nie poradziliby sobie tak sprawnie z ludami kolorowymi.

Jednak wskutek dwóch europejskich wojen domowych w wieku XX: Wielkiej Wojny w latach 1914-1918 i II wojny światowej w latach 1939- 1945, Europa zaczęła tracić na znaczeniu, wskutek czego dawne imperia kolonialne zaczęły się rozpadać, a w miejscu dawnych kolonii pojawiły się niepodległe państwa. Rozpad imperiów kolonialnych przypada na drugą połowę lat 50-tych i lata 60-te ubiegłego wieku, a ich przyczyną było z jednej strony osłabienie Europy, między innymi wskutek działań USA, będącego przeciwnikiem istnienia europejskich imperiów kolonialnych, a z drugiej – wskutek ekonomicznej kalkulacji. Kolonialnym metropoliom przestawało się opłacać inwestowanie w koloniach w budowę dróg, kolei, portów, miast czy fabryk. Korzystniej tedy było przyznać im niepodległość, bo wtedy za to wszystko musiały już płacić dawnym metropoliom same.

Niestety w wieku XX narody europejskie zostały w znacznym stopniu zdemoralizowane przez wojenne etatyzmy oraz ideologię socjalistyczną, w ramach której forsowany zbył tam feminizm oraz dewiacje seksualne, co sprawiło, że zaczęły one doświadczać kryzysu demograficznego. Tymczasem na skutek globalnego rozwoju gospodarczego, ludzie na świecie zaczęli się lepiej odżywiać, skuteczniej się leczyć i tak dalej – co z kolei sprawiło, że w nowych, niepodległych państwach, dawnych koloniach, doszło do eksplozji demograficznej.

Zgodnie tedy z ciśnieniem osmotycznym, pojawiła się powracająca fala, z tym, że już nie z Europy na inne kontynenty, tylko z innych kontynentów do Europy. W dodatku, tej powracającej fali sprzyjała inna motywacja, niż dawnej ekspansji Europejczyków. O ile ekspansja ludów europejskich na inne kontynenty była podyktowana pragnieniem zdobycia a przynajmniej udziału w bogactwach „krain nienazwanych”, to powracająca fala jest przede wszystkim podyktowana pragnieniem udziału w panującym w Europie socjalu. Do tego pragnienia dorabiany jest pozór uzasadnienia ideologicznego; skoro Europa eksploatowała przez wieki nasze bogactwa i nasze ludy, to my mamy teraz moralne prawo odebrać sobie „nagrabliennoje” w ten sposób, że będziemy korzystać z tamtejszego socjalu.

Oprócz tego uzasadnienia jest jeszcze drugie – religijne. Chrześcijaństwo wzywa, by ludzie wzajemnie pomagali sobie „nosić brzemiona”, toteż migranci z Południa całkiem serio uważają, że na chrześcijańskiej Europie taki obowiązek ciąży. Właśnie papież Leon XIV na Wyspach Kanaryjskich wytknął nieubłaganym palcem Europie brak empatii. Rzeczywiście – z punktu widzenia Kościoła katolickiego, który z natury rzeczy jest kosmopolityczny, nie ma znaczenia, czy katolikami są, dajmy na to, Hiszpanie, Polacy, czy Murzyni lub Hindusi. Mówiąc nawiasem, Murzynów-katolików jest dzisiaj chyba nawet więcej, niż katolików-Europejczyków. Daje się to zauważyć nawet w mojej parafii na warszawskim Powiślu, w której w każdą niedzielę odprawiana jest Msza po angielsku, dla coraz liczniejszej rzeszy katolickich migrantów z Afryki i Azji.

W właśnie wszedł w życie Pakt Migracyjny Unii Europejskiej, który budzi u nas tak zwane mieszane uczucia. Mądrale uspokajają wprawdzie, że Polska nie zostanie dotknięta obowiązkiem „relokacji”, ani koniecznością płacenia 20 tys. euro od głowy migranta w razie odmowy przyjęcia, ale czy można wierzyć mądralom? Zgodnie z prawem Murphy`ego, jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie tym bardziej, że o likwidacji socjalu nikt nawet nie ośmieli się zająknąć.

Stanisław Michalkiewicz