Guliwery wśród Liliputów

Guliwery wśród Liliputów

Posted by Marucha w dniu 2026-08-25

Prezydent USA Donald Trump wpada na coraz to bardziej oryginalne pomysły zakończenia wojny ze złowrogim Iranem, w którą wkręcił Amerykę bezcenny Izrael – a który teraz po angielsku się z tej wojny wycofał, pozostawiając prezydenta Trumpa na pastwę losu. 

Wprawdzie według oceny amerykańskiego prezydenta Iran jest już całkowicie obezwładniony i skamle o „porozumienie”, czyli kapitulację – ale jest to ocena podobna do tej, jaką przedstawił Joachim Ribbentrop sowieckiemu [dyplomacie? – admin] Anglia jest już passe i tylko patrzeć, jak skapituluje.

Skoro tak, to dlaczego siedzimy w schronie? – zapytał Mołotow.

Więc jednym z oryginalnych pomysłów prezydenta Trumpa jest włączenie cieśniny Ormuz do terytorium państwowego Stanów Zjednoczonych. Na razie tylko na mapie – ale tylko patrzeć, jak zostanie włączona również w rzeczywistości. Nie da się ukryć, że to bardzo oryginalny pomysł, tym bardziej, że przecież na świecie jest mnóstwo innych miejsc, które też można by włączyć do terytorium USA. Skoro ze złowrogim Iranem poszło tak łatwo, to na co jeszcze czekamy?

Innym oryginalnym pomysłem amerykańskiego prezydenta jest wypowiedzenie wojny całemu światu – a konkretnie – wszystkim państwom, które będą podtrzymywały jakiekolwiek kontakty ze złowrogim Iranem. One też spotkają się z „miażdżącym” uderzeniem Stanów Zjednoczonych – nie militarnym, tylko gospodarczym.

Na razie odezwały się Chiny. Rzecznik tamtejszego rządu taktownie oświadczył, że takie metody na pewno nie przybliżą pokojowego rozwiązania sprawy. Ponieważ około 80 procent irańskich obrotów handlowych przypada na Chiny, to w tej sytuacji złowrogi Iran może chyba zachować spokój.

Wygląda na to, że prezydent Trump naprawdę chciałby zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, w którą Ameryka została tak sprytnie wkręcona – ale nie bardzo wie jak, zwłaszcza, że bezcenny Izrael właśnie pokazał, że nie zamierza go słuchać i na oczach całego świata odrzucił zbawienny amerykański plan pokojowy dla Strefy Gazy.

Ta sytuacja przypomina opowieści o Liliputach, którzy potrafili skrępować i obezwładnić olbrzyma, więc wypadałoby sobie ten fenomen rozebrać z uwagą. W tym celu musimy przypomnieć opinię, która Liga Antydefamacyjna w Nowym Jorku z zagadkowych przyczyn uważa za „antysemicką” – że mianowicie środowiska żydowskie w USA mają nieproporcjonalnie do swej liczebności duży wpływ na amerykański sektor finansowy.

Przyczyny muszą być zagadkowe, bo przecież jest to opinia raczej dla środowisk żydowskich pochlebna, a skoro tak – to dlaczego niby miałaby być „antysemicka”?

Jedynym wyjaśnieniem tej zagadki jest, że Liga Antydefamacyjna stawia znak równości między antysemityzmem i spostrzegawczością. Dlaczego to robi – to sprawa osobna, na marginesie której odnotujmy spostrzeżenie, że w takiej sytuacji antysemitą może nie być tylko albo dureń, albo świnia. Skoro bowiem ktoś nie dostrzega tego znaku równości – no to dureń. Jeśli natomiast dostrzega, ale z jakichś powodów udaje, że nie dostrzega – no to świnia. Tertium non datur.

Wróćmy jednak do prezydenta Trumpa i wszystkich innych amerykańskich twardzieli, których Żydowie najwyraźniej wodzą za nos. Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone nie są jedynym państwem zdominowanym przez Żydów. W podobnej sytuacji jest również Wielka Brytania, czy Francja.

Jeśli chodzi o Niemcy, to wszystko zależy od etapu. Na jednym etapie nie pozwolą nikomu prześcignąć się w gorliwości w noszeniu Żydów na rękach, ale jeśli zmieni się etap, to też nikomu nie pozwolą wyprzedzić się w gorliwości.

Warto zastanowić się, czy wymienione wyżej państwa łączy jeszcze jakaś inna właściwość. Otóż zarówno Stany Zjednoczone, jak i Wielka Brytania, czy Niemcy, mają duże długi publiczne. Amerykański dług publiczny właśnie przekroczyć 40 bilionów dolarów, czyli 40 tysięcy miliardów dolarów. Dług publiczny Wielkiej Brytanii przekroczył 3 biliony funtów, zrównując się z tamtejszym Produktem Krajowym Brutto. Francuski dług publiczny przekroczył 3,5 biliona euro, co stanowi równowartość 115 procent tamtejszego PKB. Dług publiczny Niemiec zbliża się do 3 bilionów euro.

Okazuje się, ze nasz nieszczęśliwy kraj rządzony jest przy pomocy tej samej mądrości, co i tamte mocarstwa, więc nic dziwnego, że kiedy onegdaj Książę-Małżonek wezwał przed swoje zagniewane oblicze izraelskiego ambasadora, żeby go obsztorcować za umorzenie śledztwa w sprawie zastrzelenia przez izraelskie wojsko polskiego wolontariusza Damiana Sobola, ten – jak utrzymują fałszywe pogłoski – pokazał Księciu-Małżonku gest Kozakiewicza – i na tym obsztorcówa się skończyła.

„Zbawienie przychodzi od Żydów” – powtarzał tę opinię św. Pawła nasz król Stanisław August Poniatowski, ilekroć udało mu się uzyskać pożyczkę u jakiegoś lichwiarza. W takiej samej sytuacji znajdują się wrażliwe społecznie rządy wspomnianych mocarstw. Ich losy w znacznym stopniu zależą od żydowskiej życzliwości, która rzadko kiedy, a prawdę mówiąc – chyba nigdy nie jest bezinteresowna.

Toteż przywódcy tych wszystkich mocarstw wyrobili w sobie odruch warunkowy Pawłowa i skaczą przed Żydami z gałęzi na  gałąź. Kto tego odruchu jeszcze nie opanował, nie ma czego szukać na scenie politycznej demokratycznego państwa prawnego – co w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił nam pan ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża, mówiąc, iż „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna.

Jeśli tedy nawet w jakichś dramatycznych okolicznościach rządy wspomnianych mocarstw ośmielają się skrytykować Izrael, to zawsze tak, aby nic z tego nie wyniknęło. Zauważył to przed laty sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano mówiąc, że „od jednych krajów wymaga się czegoś, od innych krajów nie wymaga się nic”.

Czyż w tej sytuacji możemy się dziwić, że nawet prezydent Donald Trump, teoretycznie stojący u steru najpotężniejszego państwa świata, wodzony jest za nos przez izraelskiego kacyka, który w dodatku pokazuje całemu światu, kto tu kim rządzi?

Pewne światło na tę sytuację rzucił w swoim czasie Patryk Buchanan, pół żartem, ale pół serio mówiąc, że Waszyngton, to terytorium okupowane przez Izrael? I on wie i my wiemy, że żaden „potężny władca Ameryki” długo by nie pociągnął bez żydowskiego kredytu – zwłaszcza w sytuacji rekordowego deficytu budżetowego i długu publicznego. Dziwić się temu nie możemy.

Za to możemy z rosnącym rozbawieniem obserwować coraz bardziej oryginalne pomysły amerykańskiego prezydenta, który – co tu ukrywać – znalazł się między młotem i kowadłem, więc się miota we wszystkie strony, niczym Guliwer spętany przez Liliputów.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl/

„Adwokacki” zamach stanu?

Adwokacki” zamach stanu?

„Najwyższy Czas!”    25 sierpnia 2026; Stanisław Michalkiewicz michalkiewicz

Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił.

Wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali,

A oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych

Wyciągną z teczki paragraf i rozprostują na wytrych”.

Wygląda na to, że w dniach ostatnich (najwyraźniej zbliżają się zapowiadane „dni ostatnie”) Naczelnik Państwa jakby stopniowo schodził z linii strzału, natomiast jego miejsce zajmuje pan prezydent Karol Nawrocki. Judenrat „Gazety Wyborczej”, piórem pani red. Agnieszki Kublik, jednej z najbardziej zasłużonych funkcjonariuszek Propaganda Abteilung, co to chyba „samego jeszcze znała Stalina” („stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina” – tłumaczył szefowi milicji Maczudze generał Tumor przed decydującym szturmem na kombinat w stanie wojennym) nazwał go bowiem przy okazji rocznicy zaprzysiężenia „uzurpatorem” – a uzurpatorom, jak wiadomo, robi się „no pasaran”, więc umieszczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego na linii strzału zamiast Naczelnika Państwa jest w tej sytuacji oczywiste, zwłaszcza, że tenże Judenrat alarmuje Europę, że „Polska brunatnieje”.

Tedy obywatel Tusk Donald podobno (piszę to tuż przed zapowiedzianą na 15 sierpnia defiladą naszej niezwyciężonej armii) nie pojawi się na defiladzie u boku prezydenta, tylko będzie odbierał defiladę konkurencyjną, w wolnym mieście Gdańsku, żeby w ten oto sposób „uzurpatora” pogrążyć na oczach całej Europy, a nawet świata – bo przecież świat z zapartym tchem będzie śledził rozwój wypadków w naszym bantustanie, dzięki czemu – kto wie? – może znowu staniemy się „natchnieniem narodów”. Ale to są gesty w sferze pozorów, podczas gdy towarzyszą temu coraz bardziej uporczywe, fałszywe pogłoski, ze szykuje się operacja poważniejsza. „Podbiły ceny podmiejskie jatki i bębny biją dziś wszędzie. Boże, jeśli coś knują, jak chodziły gadki, dzisiejszej nocy to będzie” – przestrzega inny poeta. Chyba trochę przesadza, bo „dzisiejszej nocy” nic jeszcze nie będzie – za to w styczniu – aaa, to co innego!

Właśnie gruchnęła wieść, że „na własną prośbę” odszedł z vaginetu obywatela Tuska Donalda pan Maciej Berek, będący w vaginecie „prawą ręką” obywatela Tuska Donalda. Fałszywe pogłoski utrzymują, że jego decyzja podyktowana jest „koncepcją” przesunięcia go z odcinka władzy wykonawczej na odcinek władzy sądowniczej, a konkretnie – do Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero w świetle tych fałszywych pogłosek lepiej rozumiemy zagadkowe zapowiedzi obywatela Żurka Waldemara, że już „wkrótce” właśnie na odcinku władzy sądowniczej rozpocznie się „przełom”. Chodzi o to, że we wrześniu, w Trybunale Konstytucyjnym, kończy się kadencja jednego z tak zwanych „sędziów-dublerów”, to znaczy – pana sędziego Justyna Piskorskiego, który zasiada tam od roku 2017. I właśnie pan Berek ma go w Trybunale zastąpić, przywracając w ten sposób w naszym sądownictwie konstytucyjnym socjalistyczną praworządność. Pewnej wiarygodności tym fałszywym pogłoskom przydają lamenty pana prof. Matczaka, który obawia się, że ostentacyjne przesunięcie pana Berka z władzy wykonawczej do władzy sądowniczej wywoła niesmak w środowisku płomiennych szermierzy praworządności, co to przecież z tego właśnie powodu daliby się za obywatela Tuska pokroić w talarki.

Moim zdaniem poczciwy pan pan prof. Matczak niepotrzebnie martwi się na zapas. W naszym fachu nie ma strachu. Dotychczasowe afery, czy to w Kotlinie Kłodzkiej, czy to w Szpitalu Południowym i w ogóle – w sektorze ochrony zdrowia, podobnie jak na odcinku powodziowym, spływają po Volksdeutsche Partei niczym woda po kaczce, potwierdzając trafność spostrzeżenia niemieckich „nazistów”, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty. Nawet przewielebni ojcowie jezuici twierdzili ponoć, że cel uświęca środki, a czy można wyobrazić sobie świętszy cel, jak przywrócenie socjalistycznej praworządności? Świętszego celu wyobrazić sobie niepodobna, a skoro tak, to – co, mówiąc nawiasem, przewidział Sławomir Mrożek w historii o niegrzecznym chłopczyku – z umiłowania praworządności można nawet łamać prawo – „bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia”. Wystarczy tedy, że Judenrat wyperswaduje mikrocefalom, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie można – i wszystko będzie gites tenteges.

Więc we wrześniu pana „sędziego-dublera” Justyna Piskorskiego zastąpi znany z nieskazitelnego charakteru pan Maciej Berek – ale na tym nie koniec podchodów pod Trybunał Konstytucyjny, bo w styczniu przyszłego roku kończy się kadencja drugiego „sędziego-dublera”, pana Jarosława Wyrembaka, który jest ostatnim w „sędziów-dublerów”. Jestem pewien, że będzie zastąpiony kandydatem, który zadowoli nie tylko Judenrat, nie tylko stare kiejkuty, ale nawet samą Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, która z okazji udanej operacji może obywatelu Tusku Donaldu nadać nawet Order Krzyża Zbolałego. W ten bowiem sposób w Trybunale Konstytucyjnym będzie już 9 sędziów z prawdziwego zdarzenia, cieszących się zaufaniem Judenratu, starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Ta dziewiątka zdominuje pozostałą resztę spośród 15 sędziów Trybunału Konstytucyjnego – no a wtedy będą mogły wreszcie posypać się piękne wyroki, które vaginet obywatela Tuska Donalda w podskokach będzie publikował w „Gazecie Wyborczej” i innych dziennikach urzędowych naszego bantustanu.

W ten sposób może zostać rozwiązany problem Konfederacji Korony Polskiej, a być może również jej lustrzanego odbicia w postaci drugiej Konfederacji. I jedna i druga może zostać w tak zwanym „majestacie prawa” zdelegalizowana, bo jużci – „brunatnienie Polski” musi mieć jakieś przyczyny, a gdzie mamy szukać przyczyn, jak nie w Konfederacjach obydwu obrządków?

Nie brak świadków na tym świecie” – mawiał Rejent Milczek, więc jestem pewien, że zarówno Żydowie, którzy swoją sprawność w werbowaniu świadków wykazali już podczas procesu Jezusa z Nazaretu, jak i stare kiejkuty, co to naocznych świadków mogą wyprodukować każdą ilość, dostarczą niezawisłym sędziom materiał dowodowy w takiej obfitości, że będzie można w nim wybierać-przebierać – ku chwale socjalistycznej praworządności. W dodatku niezawisły sąd rejestrowy dostanie instrukcję: wiecie, rozumiecie niezawisły sędzio. Wy prowadźcie postępowanie rejestracyjne porządnie, znaczy się – skrupulatnie, tak, żeby żadna następczyni, ani jednej, ani drugiej konfederacji nie została zarejestrowana aż do dnia wyborów – bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa. A jeśli jeszcze w tak zwanym międzyczasie złowrogi Grzegorz Braun znajdzie się w lochu, to chyba jasne, że nie tylko praworządność, ale i demokracja zostanie uratowana. Co na ten temat mówił klasyk demokracji Józef Stalin – że jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy wyborczej.

Jak wiadomo, alternatywa wtedy jest prawidłowa, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Rozumie to nawet zimny ruski czekista Putin, który w tym celu przy pomocy niezawisłego sądu właśnie wymanewrował partię „Jabłoko” – a przecież nasi szermierze demokracji też sroce spod ogona nie wypadli.

Ale Konfederacje – to jedna sprawa, a sprawa druga i nawet ważniejsza, to „uzurpator”, czyli pan prezydent Karol Nawrocki, piętrzący przed vaginetem obywatela Tuska Donalda przeszkody w rządach nienagannie sprawowanych. Tedy po prawidłowym obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego zaufanymi sędziami, można będzie przeprowadzić procedurę opisaną w art. 131 konstytucji, kiedy to prezydent „nie może” sprawować swego urzędu. Co wtedy robi? Ano – zawiadamia o tym marszałka Sejmu, który przejmuje obowiązki prezydenta. Ale może zdarzyć się i tak, że prezydent nie może zawiadomić marszałka Sejmu, ze „przejściowo” nie może pełnić swoich obowiązków, na przykład z tej przyczyny, że nic o tym nie wie. Co się wtedy dzieje? Wtedy właśnie wkracza na polityczną scenę prawidłowo obsadzony Trybunał Konstytucyjny, który „rozstrzyga o przeszkodzie” i powierza prezydenckie obowiązki marszałkowi Sejmu. Jak widzimy, konstrukcja jest prosta, jak budowa cepa, więc przy odpowiednim obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego pozbycie się „uzurpatora” może okazać się łatwiejsze, niż myślimy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Szarlatani i biurokraci

Stanisław Michalkiewicz

   Nieubłaganie zbliża się termin wyborów do Sejmu i Senatu, które według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny się odbyć w okolicach października przyszłego roku. Czasu – jak widzimy – zostało niewiele, więc jest to ostatnia okazja, by ambicjonerzy polityczny pokazali, w jaki sposób zamierzają obywatelom przychylać nieba. Te sposoby są dwojakie; jedni ambicjonerzy zapowiadają, ile to pieniędzy przeznaczą gwoli przychylenia obywatelom nieba, a inni z kolei deklarują, że pieniędzy wprawdzie nie będą dawali, ale też nie będą ich obywatelom zabierali.

Sęk bowiem w tym – czego zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju nie rozumie – że rząd nie wytwarza żadnego bogactwa, więc jeśli zapowiada, że będzie rozdzielał pieniądze, to znaczy – że najpierw będzie musiał skądś je wziąć – a skąd, jeśli nie od obywateli? Jeśli rządowi brakuje pieniędzy – a chyba nie ma rządu, któremu by ich nie brakowało – no, może z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej, która rzeczywiście sama nie wie, co robić z pieniędzmi – to ma trzy możliwości. Po pierwsze – może podnieść podatki.

Ale tu litościwa natura wprowadziła hamulec w postaci tzw. „efektu Laffera”. Polega on na tym, że podniesienie podatków przysparza rządowi dochodów tylko do pewnego momentu. Jeśli rząd podniesie podatki ponad pewien poziom, dochody zaczynają mu się gwałtownie zmniejszać. Wyjaśnienie tego paradoksu jest proste. W każdej gospodarce jest pewna liczba podmiotów bardzo rentownych, większość – na średnim poziomie rentowności i pewna liczba podmiotów na pograniczu rentowności – ale przy określonym poziomie opodatkowania.

Jeśli poziom opodatkowania wzrośnie, to podmioty, które były na pograniczu rentowności, przestają być rentowne i od nich nie ma nie tylko większego podatku, tylko w ogóle żadnego. Z kolei podmioty, będące uprzednio na średnim poziomie, spadają na pogranicze rentowności i instynkt samozachowawczy skłania ich do oszukiwania. Od nich też nie ma większego podatku, tylko raczej mniejszy. Wreszcie podmioty wcześniej bardzo rentowne, spadają do poziomu średniego i jeśli nawet jeszcze nie oszukują, to osiągają mniejsze dochody i płacą odpowiednio mniejsze podatki.

Zatem kolejnym sposobem zdobycia przez rząd pieniędzy jest sprzedanie czegoś, co ktoś chce kupić. Nasz nieszczęśliwy kraj już chyba wszystko wyprzedał, może z wyjątkiem Lasów Państwowych, więc tu większej możliwości manewru już nie ma.

Trzecim sposobem pozyskania przez rząd pieniędzy jest pożyczenie ich. I to jest właśnie ten sposób, z którego wrażliwe społecznie rządy naszego nieszczęśliwego kraju korzystają ponad podziałami. W rezultacie dług publiczny przekroczył już 3 biliony złotych i rośnie z szybkością 1800 mln zł dziennie.

Ale musimy zdawać sobie sprawę, że rząd pożyczając pieniądze od  lichwiarskiej międzynarodówki, musi dawać jakieś zabezpieczenie pożyczki. Tytułem zabezpieczenia rząd po prostu zastawia dochody z przyszłych podatków. Oznacza to jednak, że zdobywa pieniądze kosztem sprzedawania własnych obywateli w niewolę lichwiarskiej międzynarodówce. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy  – płacić procenty.

W rezultacie obywatele z tytułu „obsługi” długu publicznego muszą oddawać lichwiarskiej międzynarodówce coraz większą część bogactwa, jakie swoją pracą wytwarzają – a więc popadają w niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Istotą niewolnictwa jest bowiem to, że niewolnik musi pracować na swojego pana – no a taki właśnie los wypadł nam. W tych warunkach demokracja polityczna sprowadza się do tego, że obywatele mogą sobie wybrać albo jednego, albo drugiego poborcę podatkowego w służbie lichwiarskiej międzynarodówki – a i to nie zawsze.

   Dotychczasowe wyniki wyborów pokazują, że zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju tych prostych zależności nie rozumie ani w ząb – toteż nic dziwnego, że polityczni ambicjonerzy obiecują im złote góry – ile to pieniędzy między nich rozdzielą – i to „za darmo” – a ci, niczym stado baranów, udzielają im poparcia – i w ten sposób „biznes sze kręczy” – ku uciesze lichwiarskiej międzynarodówki. Czasami jednak taki jeden z drugim polityczny ambicjoner próbuje pokazać, że troszczy się o obywateli również w inny sposób.

Tak właśnie zrobił obywatel Tusk  Donald, kierując do Sejmu rządowy projekt ustawy o Rzeczniku Praw Pacjenta, potocznie zwaną „lex szarlatan”, z uwagi na zawarte tam przepisy, godzące w samozwańczych lekarzy „z bożej laski”, którzy za pieniądze przyjmują pacjentów, zalecając im rozmaite „cudowne” terapie.

Pan prezydent Nawrocki skierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego z uwagi na to, że Sejm wrzucił do jednego worka z „szarlatanami” również zielarzy, fizjoterapeutów i podobnych przedsiębiorców.

Prezydent uznał, iż może to godzić w konstytucyjną zasadę swobody działalności gospodarczej i stąd decyzja o skierowaniu ustawy do TK. Niezależnie od tego skierował do Sejmu własny projekt „lex szarlatan”, sprowadzający się w gruncie rzeczy do proklamowania nowego przestępstwa w postaci „nakłaniania  do niebezpiecznych decyzji zdrowotnych”. Drugą istotną różnicą między projektem prezydenckim i rządową ustawą „lex szarlatan” jest to, że na podstawie tej ustawy, decyzję w sprawie „szarlatana” podejmowałby urzędnik, a nie sąd, przed którym – przynajmniej teoretycznie – obowiązuje zasada kontradyktoryjności.

Teoretycznie – bo w praktyce naszego – pożal się  Boże – „wymiaru sprawiedliwości” ostatnie słowo mają raczej oficerowie prowadzący to znaczy – stare kiejkuty, czy ABW – niż strony procesowe. Niezależnie od tego niezwiśli sędziowie nie są też niewrażliwi na brzęczące argumenty, dlatego opinie, że w naszym nieszczęśliwym kraju pan Marcin Romanowski, czy Zbigniew Ziobro nie mogą liczyć na uczciwy proces, są całkowicie uzasadnione. Dodałbym, że nie tylko oni, ale w ogóle NIKT na uczciwy proces w naszym bantustanie liczyć nie powinien.

   Wróćmy jednak do „lex szarlatan” i krytyki decyzji pana prezydenta ze strony obywatela Tuska Donalda. Właśnie oznajmił on, ze jego vaginet przeznaczy dodatkowe 17 mld złotych na „ochronę zdrowia”. Dzieje się tak w sytuacji, gdy np. szpital w Miastku właśnie ogłosił upadłość, a wiele innych, jeszcze bardziej zadłużonych, też powinno to zrobić – ale się wstrzymuje, bo nikt nie wie, co w tej sytuacji robić dalej.

Pani Jolanta Sobierajska-Grenda piastująca w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra zdrowia, wymyśla rozmaite cudowne terapie, które – na zasadzie  dalszego doskonalenia tego biurokratycznego żerowiska – miałyby przynieść znakomite rezultaty – ale to jeszcze większa szarlataneria, niż działalność rozmaitych szamanów i cudotwórców medycznych. Oni działają detalicznie, podczas gdy pani Sobierajska-Grenda – hurtowo.

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

23.08.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/o-dalszy-rozwoj-socjalistycznej-praworzadnosci

Jak wynika z potępieńczych swarów, które nie ucichają nawet w okresie, kiedy nasz Parlament zgodnie z demokratyczną tradycją na cały sierpień rozpełza się ad aquas, jedną z największych bolączek trapiących nasz nieszczęśliwy kraj jest sytuacja na odcinku praworządności.

Najgorzej wygląda sytuacja na odcinku władzy sądowniczej, gdzie nie wiadomo do końca, którzy sędziowie są sędziami, a którzy – przebierańcami – w zależności od tego, kto ich rekomendował do mianowania na urząd sędziego – czy „stara” Krajowa Rada Sądownictwa, która została powołana „nieprawidłowo” przez „upolityczniony” Sejm, czy nowa, do której kandydatury wysunęły zatwierdzone przez Judenrat i służby organizacje sędziowskie, a które apolityczny Sejm skwapliwie przyklepał, rozumiejąc, że próżno byłoby wierzgać przeciwko ościeniowi.

W dodatku pan prezydent Nawrocki wręczył nominacje delikwentom, wśród których obywatel Żurek Waldemar dopatrzył się też nieprawidłowości, więc nie wiadomo, co właściwie z tym fantem teraz zrobić.

Ale to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z torującą sobie drogę nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale i w Unii Europejskiej zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Jak pamiętamy, w czerwcu 2021 roku Naczelnik Państwa przy pomocy klubu Lewicy przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwa nowe uprawnienia; do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i do nakładania „unijnych” podatków.

Dzięki temu w końcowej fazie epidemii zbrodniczego koronawirusa Reichsführerin Urszula Wodęleje zamówiła w firmie Pfizer wielkie ilości szczepionek. Aliści w roku 2022 zimny ruski czekista Putin rozpoczął „specjalną operację wojskową” przeciwko Ukrainie. Wskutek tego przez przejścia graniczne do Polski runęła z Ukrainy fala uchodźców, którzy nie tylko nie mieli maseczek, ale nawet certyfikatów, że zostali prawidłowo wyszczepieni – co było ponoć niezbędne dla stawiania czoła zbrodniczemu koronawirusowi.

W tej sytuacji utrzymywanie tych zbawiennych nakazów stało się za bardzo śmieszne, więc zostały one uchylone – i w ten sposób z dnia na dzień zimny ruski czekista Putin położył kres epidemii. Ale za zamówione szczepionki, których nasz nieszczęśliwy kraj nie chciał już odbierać, Pfizer zażądał zapłaty – jednak nie od Reichsführerin Urszuli Wodęleje – tylko od członkowskich bantustanów. Reichsführerin bowiem mogła tylko „zamawiać”, natomiast płacić miał już kto inny – podobnie jak w przypadku „pożyczek” zaciąganych przez Komisję Europejską – które muszą spłacać członkowskie bantustany.

Tedy niezwisły sąd w Belgii nakazał Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej zapłacić Pfizerowi prawie 6 mld złotych i zajął jej wierzytelności, obejmujące należności od linii lotniczych za usługi w zakresie kontroli ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Wyrok nie jest prawomocny i polski rząd złożył apelację – ale apelacja nie wstrzymuje egzekucji. Agencja sprzeciwia się zajęciu, wskazując, że ani nie jest polskim rządem, ani nie zawierała z Pfizerem żadnej umowy, ale – jak to z niezawisłym sądem – nie wiadomo, czy to coś da. Jak tam będzie – tak tam będzie, ale przykład ten pokazuje, że w Unii Europejskiej triumfuje zasada odpowiedzialności zbiorowej: kto inny zaciąga pożyczki czy zawiera umowy, a kto inny musi za to płacić – chociaż na dobry porządek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.

Jednak nie możemy zapominać, że zasada odpowiedzialności zbiorowej legła u podstaw praworządności socjalistycznej, zarówno w wydaniu bolszewickim – gdzie podstawą represji była na przykład przynależność do rodziny skazańca – jak i w narodowo – socjalistycznym wydaniu, gdzie np. podstawą represji była przynależność delikwenta do narodu żydowskiego. Ponieważ od wejścia w życie traktatu z Maastricht w roku 1993 budujemy IV Rzeszę, to wydaje się, że Rzesza IV nie może w sposób istotny różnić się od Rzeszy III, a skoro tak, to nic dziwnego, że ze skarbnicy praworządności socjalistycznej wydobyto zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Ale triumfuje ona nie tylko w sprawach zwanych „biznesowymi”. Jak wiadomo, jedną z dynamicznie rozwijających się dziedzin gospodarki socjalistycznej jest przemysł molestowania. Ogólnie polega on na tym, że niezależne media, zwłaszcza te zaangażowane w socjalistyczne przemiany, molestowanie bardzo potępiają, nie tylko stając po stronie ofiar, wśród których, ma się rozumieć, dominują panie – chociaż zdarzają się wyjątki – a w razie potrzeby, nawet „dodają dramatyzmu”, żeby historia lepiej się medialnie sprzedawała, między innym dzięki tak zwanym „dreszczykom”.

Warto zwrócić uwagę, że na przestrzeni lat doszło do pewnej ewolucji tej gałęzi przemysłu. O ile przedtem ofiary molestowania kierowały swoje oskarżenia byle jak, bez żadnej myśli przewodniej, o tyle w miarę rozwoju branży sprawę wzięli w swoje wypróbowane ręce promotorzy rewolucji komunistycznej i nadali oskarżeniom wyraźny kierunek. Głównym podejrzanym o skłonności do molestowania stało się duchowieństwo katolickie ze względu na utrzymujący się w tym środowisku celibat, który i wcześniej budził rozmaite podejrzenia. Niestety poziom zamożności poszczególnych przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa bywa zróżnicowany, to znaczy – obok księży zamożnych są też księża ubodzy, a już tacy zakonnicy, to nawet składają śluby ubóstwa – i tu właśnie pojawiła się pokusa zastosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej.

Chodzi o to, by – niezależnie od osobistej zamożności delikwenta oskarżanego o molestowanie – odpowiedzialność majątkową egzekwować od Kościoła, to znaczy – od diecezji, do której delikwent jest inkardynowany. Diecezje – w odróżnieniu od wielu parafii – bywają zasobniejsze. W ten sposób na jednym ogniu można upiec dwie, a nawet trzy pieczenie: po pierwsze oskarżyciel może liczyć na profity, co sprzyja stałemu dopływowi delatorów do systemu, po drugie – można w ten sposób szlamować Kościół katolicki, który zawsze był solą w oku dla promotorów czy choćby zwolenników rewolucji komunistycznej i wreszcie – po trzecie – sprzyja to ugruntowaniu zasady odpowiedzialności zbiorowej, która dla praworządności socjalistycznej ma znaczenie fundamentalne.

Na tym jednak zasada odpowiedzialności zbiorowej się nie wyczerpuje. Na końcu kościelnego łańcucha pokarmowego są bowiem parafianie. Nie należą oni do stanu duchownego, więc nikomu nie przychodzi do głowy, by przeciwko nim kierować nawet podejrzenia o molestowanie – ale to właśnie oni w ostatniej instancji są obciążeni obowiązkiem spłacania odszkodowań czy „zadośćuczynień” orzeczonych przez niezawisłe sądy, których funkcjonariusze często czy może nawet nigdy nie zdają sobie sprawy, że stanowią zbrojne ramię komunistycznej rewolucji.

Pokłosie święta Wojska Polskiego

Pokłosie święta Wojska Polskiego

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    23 sierpnia 2026 michalkiewicz

Tegoroczne obchody Święta Wojska Polskiego odbyły się pod znakiem sporu między panem prezydentem Karolem Nawrockim, a vaginetem obywatela Tuska Donalda. Jak zwykle poszło o pieniądze – bo powiedzmy sami – o cóż innego może spierać się z kimkolwiek vaginet obywatela Tuska Donalda, albo i Volksdeutsche Partei? Tym razem chodziło o to, za jakie pieniądze najlepiej wyposażać naszą niezwyciężoną armię. Obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz uważa mianowicie, że najlepiej wyposażać naszą niezwyciężoną armię za pieniądze pożyczone, podczas gdy pan prezydent Nawrocki uważa, że jeszcze lepiej – za własne.

Chodziło oczywiście o pożyczkę SAFE, którą wprawdzie prezydent Nawrocki ustawowo zawetował, ale vaginet obywatela Tuska Donalda machnął ręką na te wszystkie veta i pożyczkę wziął. Akurat wtedy pelnomocniczką vaginetu do sprawy pożyczki była pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, której wysiłki musiała zauważyć i docenić sama Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, bo wkrótce potem pani Magdalena została wiceministrem obrony narodowej u boku obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława – czy przypadkiem nie gwoli dopilnowania, by pieniądze trafiły tam, gdzie trzeba – zgodnie z kolejnością dziobania?

Gdyby tak było, to by znaczyło, że panią Magdalenę prowadzi Mocna Ręka, kto wie, czy nie mocniejsza od ręki, która w swoim czasie prowadziła obywatela Tuska Donalda po brukselskich salonach, gdzie zrobiono z niego człowieka? Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy fałszywe pogłoski, według których pani Magdalena – tylko patrzeć – jak wygryzie obywatela Tuska Donalda ze stanowiska premiera i sama nim zostanie. Tymczasem pan prezydent Nawrocki uważa, że naszą niezwyciężoną armię najlepiej byłoby wyekwipować z pieniędzy własnych, które uciułał Narodowy Bank Polski w postaci złota w ilości ponad 600 ton.

Toteż w przemówieniu poprzedzającym defiladę pan prezydent zauważył, że na sztandarach Wojska Polskiego wypisane było hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna” – ale nie żadne SAFE. W słowach pełnych treści odpowiadał mu przez 40 minut obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz, a swoje dołożył odbierający defiladę morską i kolonialną obywatel Tusk Donald, który poszedł na całość i oskarżył pana prezydenta Nawrockiego w związku z SAFE o „zdradę”. Ponieważ i pan prezydent przemawiał też około 40 minut, a po nim – obywatel Kamysz-Kosiniak – to żołnierze stojący przez tyle czasu na palącym słońcu podobno zaczęli mdleć. Na szczęście przemówienia się skończyły i defilada odbyła się już bez żadnych zakłóceń – chociaż ruski minister spraw zagranicznych Ławrow odgrażał się, że Rosja będzie karcić kraje wspierające Ukrainę.

Nie znaczy to, że te okazjonalne przemówienia nie wywołały żadnego rezonansu. Odezwała się niezawodna pani Joanna Szczepkowska, która nie zostawiła na panu prezydencie suchej nitki zarówno za „Boga, Honor i Ojczyznę”, jak i za pochwałę „obrońców Monte Cassino”. Od razu widać było, że pani Szczepkowska pana prezydenta nie kocha. A kogo kocha? Tego, rzecz prosta, nie wiemy, ale nie można wykluczyć, że jeśli już, to kocha pana Rafała Trzaskowskiego i – podobnie jak wiele innych autorytetów moralnych – nie może przeboleć, że to nie on został prezydentem. A teraz jeszcze wrogie siły pod nim ryją i zebrały już 40 tys. podpisów za zorganizowaniem referendum, w następstwie którego Rafał Trzaskowski straciłby stanowisko prezydenta Warszawy.

O ile pani Szczepkowska mogła kierować się rozmaitymi sentymentami, o tyle spięcie, do jakiego doszło na antenie telewizji „Polsat” między panią red. Gozdyrą Agnieszką, a panem red. Jankowskim Grzegorzem, miało już inne tło. Pani Agnieszka ma w Polsacie fuchę prowadzącej tak zwane „debaty”, w ramach których sztorcuje gości udzielających jej nieprawidłowych odpowiedzi na zadawane pytania, podczas gdy pan Grzegorz często podnosi głos, symulując uczucie zgrozy na widok rozmaitych bolączek. Gwoli podniesienia wiarygodności, „Polsat” puszczał na swojej antenie reklamę obydwu programów Najsampierw dowiadywaliśmy się, że „krzyk nie rozwiąże żadnego problemu”, „a milczenie nie zatrzyma ważnych pytań”, a potem pani Agnieszka i pan Grzegorz pokazywali, jak pięknie się różnią. Tym razem sytuacja wymknęła się spod kontroli i w pewnym momencie rozwścieczona pani Agnieszka poleciła panu Grzegorzowi, by „się nie darł”. Inna rzecz, że tym razem chodziło o Ukrainę – a wiadomo, że z Ukrainą nie ma żartów. Jak ujawnił już dawno pan Grzegorz Jasina, Polska ma być „sługą narodu ukraińskiego” – i najwyraźniej pani Agnieszka czuje się postawiona na straży, więc reaguje na każdą próbę „szczucia”. „Szczucie” bowiem zostało pryncypialnie potępione przez Judenrat, którego Główny Cadyk, to znaczy – pan red. Adam Michnik – zaraz po ogłoszeniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, nie tylko rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, ale również na lamach „Gazety Wyborczej” doniósł gdzie trzeba, że w Polsce panuje „atmosfera przedpogromowa”, a w ogóle to „Polska brunatnieje”.

W przekonaniu, że na taką poważną zastawkę oddźwięk musi być natychmiastowy, Judenrat zamarł w oczekiwaniu na rezonans. Niestety, poza codziennymi doniesieniami Propaganda Abteilung o „atakach” na „Ukraińców”, żadnego odzewu nie było – aż Judenrat musiał podkręcić „Kościół”, że „milczy”, chociaż „larum grają”. Toteż, co prawda, bodaj po tygodniu, odezwał się jednak Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś, surowo napominając parafian, że Ukraińcom powinni nadstawiać „drugi policzek”. W tej sytuacji trudno się dziwić i pani Agnieszce, że nie mogła już „pięknie się różnić” z panem Jankowskim, tylko sobie ulżyła. Ukraiński prezydent też nie czekał, tylko urządził z przytupem pochówek Jewgienijowi Konowalcowi, twórcy i pierwszemu przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, od której zaczęły się wszystkie paroksyzmy. Znaczy – pierwszy kandydat do „Panteonu” już jest, no a po nim przyjdą następni. My zaś będziemy nadstawiali drugi policzek, a jak policzków nie wystarczy, to nadstawimy co innego – bo skoro „wszyscy jesteśmy Ukraińcami” – jak zarządził pan red. Adam Michnik – to widać, że z aktualnego rozdania taki los wypadł nam.

Tymczasem prezydent Donald Trump wpadł na pomysł, by zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, rozciągając amerykańską suwerenność nad cieśniną Ormuz. To świetny pomysł, a ja bym dodał, że na świecie jest jeszcze bardzo wiele miejsc, które można by przyłączyć do Ameryki – między innymi nasz bantustan, z którego utrzymaniem mamy coraz większe zgryzoty. Jeśli nie teraz – to kiedy?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Trafia się nam okazja

Trafia się nam okazja

Stanisław Michalkiewicz; serwis „Prawy.pl” 22 sierpnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie do 1 kwietnia jeszcze daleko, ale mimo to prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump już 15 sierpnia ogłosił, że „wkrótce” cieśnina Ormuz stanie się częścią terytorium Stanów Zjednoczonych. Niektórzy obserwatorzy widzą w tym akt desperacji prezydenta Trumpa, który już nie wie, jak zakończyć, a właściwie – jak wyplątać Amerykę z wojny, w którą wkręcił ją bezcenny Izrael. Rzeczywiście – wiele wskazuje na to, że prezydent Trump nie został przez premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela nawet poinformowany o celach tej wojny.

Inna sprawa, że Beniamin Netanjahu wcześniej publicznie deklarował, iż „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela” – a więc Izraela rozciągającego się „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” – zgodnie z obietnicą, jaką Stwórca Wszechświata miał złożyć pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi. Realizacja tej idei jest już całkiem zaawansowana; Izrael, przy pomocy Stanów Zjednoczonych, doprowadził już do politycznego obezwładnienia państw leżących na tym obszarze – tak, że jedynie złowrogi Iran staje okoniem. Z punktu widzenia bezcennego Izraela rozgromienie złowrogiego Iranu nabiera zatem pozorów racjonalności.

Gorzej to wygląda z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych – ale wiadomo przecież, że amerykańscy twardziele w podskokach wykonują wszystkie zachcianki, jakich zażądają od nich Żydowie, a nawet zgadują ich życzenia. Niech by któryś amerykański twardziel się zawahał, albo ociągał, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu włożył mu rękę pod spódniczkę i zanim by się wyjaśniło, że to nieprawda, to trzeba by pożegnać się nie tylko z karierą, ale i majątkiem, bezlitośnie wyszlamowanym za pośrednictwem tamtejszych nienawisłych sądów. Jeśli wiemy to nawet my, w których bantustanie przemysł molestowania jest dziś chyba najbardziej dynamicznie rozwijającą się dziedziną gospodarki, to cóż dopiero – amerykańscy twardziele – skoro ta gałąź przemysłu narodziła się właśnie w Ameryce?

No dobrze – ale jeśli nawet Izraelowi uda się zrealizować ideę „Wielkiego Izraela”, to co z tego będzie miała Ameryka? Wygląda na to, że same zgryzoty, bo skoro na obronę i utrzymanie „małego Izraela” USA muszą co roku nie tylko wydawać krocie, ale również antagonizować przeciwko sobie narody, które wcale nie musiałyby być zantagonizowane – to cóż dopiero, gdy mały Izrael rozrósłby się w Izrael Wielki? Obawiam się, ze zasoby całej Ameryki mogłyby nie wystarczyć do sfinansowania tego eksperymentu, zwłaszcza gdyby władze bezcennego Izraela kontynuowały na całym tym obszarze politykę, jaką uprawiają w Strefie Gazy, Libanie, czy Zachodnim Brzegu. Ludobójstwo bowiem sprawia, ze na podbitych terytoriach jest coraz mniej osób, a w konsekwencji może nie być nawet nikogo, komu można by pożyczać pieniądze na procent – co jest głównym zajęciem środowisk żydowskich – oczywiście poza gorzelnictwem i wyszynkiem alkoholu. Ale wódkę też trzeba komuś sprzedawać, żeby biznes sze kręczył – a komu – jeśli w następstwie ludobójstwa obszar Wielkiego Izraela się wyludni?

Zresztą nawet gdyby się nie wyludnił, to i tak byłby problem, bo muzułmanie picie wódki mają przecież od proroka Mahometa surowo zakazane. Może z wyjątkiem muzułmanów spolonizowanych. Jak pisze autor opowiadania „Łostaje”, kwestarz bernardyn zaproszony przez pana Amurata, szlachcica polskiego tatarskiego pochodzenia na obiad, spotkał się z propozycją wypicia przed obiadem wódeczki dla konkokcji. – „Wódeczka u was?” – zdumiał się ojciec bernardyn – ale pan Amurat mu wyjaśnił: „Mahomet zabronił nam wina, miłościwy księżulu – ale o wódeczce w Al Koranie cyt!” Ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo, więc z punktu widzenia biznesowego to żaden interes.

Więc w sytuacji gdy bezcenny Izrael skutecznie wkręcił Amerykę w tę wojnę, a teraz się z niej wycofał, prezydent Trump nie widzi innego wyjścia, jak kombinować po swojemu. Wojna, w którą został wkręcony, doprowadziła nie tylko do zablokowania cieśniny Ormuz, ale złowrogi Iran zamierza rozciągnąć nad jej obszarem własną suwerenność. Wcześniej, jak pamiętamy, ogłosił zamiar pobierania opłat od każdego statku, który tamtędy przepływa – a zdesperowany prezydent Donald Trump ogłosił, że opłaty w wysokości 20 procent wartości ładunku będzie pobierał on. Widocznie jednak ktoś starszy i mądrzejszy mu to wyperswadował – ale co z tego, skoro tej nieszczęsnej wojnie końca nie widać? Skoro tedy złowrogi Iran odgraża się, że rozciągnie swoją suwerenność na obszar cieśniny Ormuz, to prezydent Trump pomyślał sobie, że równie dobrze on może rozciągnąć na obszar cieśniny Ormuz suwerenność amerykańską.

To świetny pomysł – problem tylko – jak to zrobić. Trzeba by w tym celu kontynuować wojnę ze złowrogim Iranem – ale tego właśnie prezydent Trump wolałby uniknąć tym bardziej, że otrzymał niedawno wiadomość od generała dowodzącego siłami amerykańskimi na Bliskim Wschodzie, że dotychczasowe obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami tak zredukowało ich zapasy, że wojska amerykańskie nie byłyby już w stanie zapewnić bezpieczeństwa bezcennemu Izraelowi, gdyby złowrogi Iran zaczął znowu obrzucać go swoimi ponaddźwiękowymi dzidami. To jest dla Ameryki bardzo poważna zastawka, z której prezydent Trump musi wyciągnąć wnioski, jeśli nie chce zostać przez amerykańskich Żydów przerobiony na marmoladę. W takiej sytuacji tonący nawet brzytwy się chwyta, więc nic dziwnego, że również prezydent Trump wykombinował sobie, że najprościej będzie przyłączyć cieśninę Ormuz do terytorium amerykańskiego.

Dlaczego jednak tylko cieśninę Ormuz? Na świecie jest przecież mnóstwo miejsc, które też można by przyłączyć do USA. Na przykład – nasz bantustan. Wprawdzie obywatel Tusk Donald na defiladzie w Gdyni mówił o niepodległości – ale kto wierzy obywatelu Tusku, ten sam sobie szkodzi. Zresztą nawet gdyby – to z tą niepodległością są same zgryzoty; trzeba jej bronić, niczym socjalizmu i w ogóle. Gdyby zatem nasz bantustan został przyłączony do Ameryki, to Amerykanie musieliby się martwić nie tylko, jakby nas, to znaczy – nie „nas”, tylko siebie – obronić, ale również nie dopuścić, by Żydowie realizowali z naszego terytorium roszczenia majątkowe dotyczące „własności bezdziedzicznej”.

Do terytorium amerykańskiego Żydowie żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, więc czy nie powinniśmy wyciągnąć z tego wniosków? Zamiast tedy proponować referendum w sprawie „Zielonego Wała”, które Senat, pod przewodnictwem posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zresztą odrzucił, czy nie lepiej byłoby, by pan prezydent Karol Nawrocki zaproponował referendum w sprawie przyłączenia do Stanów Zjednoczonych również naszego bantustanu? Jak przyłączać, to przyłączać – nieprawdaż?

Stanisław Michalkiewicz

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    18 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po osobliwym wystąpieniu pana prof. Antoniego Dudka do obywatela Tuska Donalda, by zrobił porządek z Grzegorzem Braunem, który – niezależnie od innych, licznych myślozbrodni, jakich się dopuścił – podważa zatwierdzone, zbawienne historyczne prawdy o Kuźnicy Kołłątajowskiej, Konstytucji 3 maja i insurekcji kościuszkowskiej. Właśnie wydał książkę pod tytułem „Polskie Biesy”, stanowiącą corpus delicti tych najgorszych myślozbzrodni, więc nie ma co się namyślać, tylko położyć kres tym bezeceństwom. Nie po to bowiem całe pokolenia historyków mozolnie ciułały sobie doktoraty i habilitacje, utrwalając zatwierdzoną wizję dziejów, by teraz jakaś Schwein wywracała wszystko do góry nogami.

Nic dobrego z tego wyniknąć nie może – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński, pisząc w nieśmiertelnym wierszu „Mira uważaj!”: „A potem Adam i cholera, a potem Juliusz i suchoty. O Filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty!

W tej sytuacji nie ma rady, tylko obywatel Tusk Donald powinien utworzyć Ministerstwo Prawdy, stawiając na jego czele – no kogo, jeśli nie pana prof. Antoniego Dudka, który pierwszy zagrał larum? To jest zrozumiałe samo przez się, więc czekamy, aż Sejm – według projektu rządowego skonsultowanego z najtęższymi luminarzami z Polskiej Akademii Nauk – uchwali stosowną ustawę, Senat ją przyklepie, a pan prezydent Nawrocki podpisze i w ten sposób zarządzanie percepcją mas zostanie ustabilizowane, według życzeń, nie tylko tubylczej stolicy, ale stolic Naszych Sojuszników, które nie mogą przecież pozwolić, by w naszym bantustanie anarchia wywracała dotychczasowe porządki i hierarchie.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że wszystkie te zbawienne posunięcia byłyby, a właściwie nie tyle „byłyby” – co po prostu będą – podyktowane patriotyzmem. Cóż bowiem ma łączyć tak zwane „zdrowe siły” jeśli nie patriotyzm? Postawienie na patriotyzm stwarza szanse porozumienia ponad podziałami, które mogłoby zakończyć wojnę polsko-polską, której celów skołowany naród tubylczy nie jest już w stanie rozeznać – a to grozi, że może zejść na manowce, uwiedziony choćby i przez Grzegorza Brauna. Zachowuje się on – mówiąc nawiasem – jak marszałek Greczko z nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło”.

Otóż marszałek Greczko prosi Carycę, by Europę zbombardirować atomowymi kartaczami. „Barynia – prosit – daj prikaz. A chytrość jemu bije z głaz. Chce wpełznąć gad na carski tron.”. Ale nie z Carycą takie numery! Przejrzała ona go na wylot i oto jaki daje mu odpór? „Wsio by chotieła rozjebat’ odna z drugoj głupaja swinia! A czto to – nużna nam pustynia? Wied’ pustyń u nas oczeń mnogo! Nam nużno kuszat’. Nużno brat’. No sprasziwaju was – od kogo? Niet, niet – kowarnyj moj Andriej, dumajesz chitryj ty kak zmiej? Kuda chitrieje Leonida! Niszczyć swą zdobycz – kamij smysł?

Tymczasem u nas na carskim – no, może nie „carskim”, tylko mniej wartościowym tronie tubylczym osadzona została ekipa skompletowana jeszcze przez generała Czesława Kiszczaka w Magdalence – zgodnie z wytycznymi Naszych Ówczesnych Sojuszników: Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, ówczesnego szefa KGB w Moskwie. Owszem, w miarę rozwoju wydarzeń główne partie zmieniają swoje nazwy – ale na ich czele tak czy owak stoją te same osobistości – co sprawia, że nasz bantustan jest aż do bólu przewidywalny.

Nie muszę chyba dodawać, że ekipa zasiadająca na mniej wartościowym tronie tubylczym, została dobrana pod kątem patriotyzmu, bo czyż Nasi Sojusznicy mogliby oczekiwać od nas czegoś innego? Jasne, że by nie mogli, chociaż z drugiej strony musieli zadbać o chwalebny pluralizm, bez którego demokracja funkcjonować nie może. Toteż Volksdeutsche Partei realizuje patriotyczne zadania na odcinku modernizacji naszego bantustanu, podczas gdy Obóz Dobrej Zmiany został rzucony na odcinek obrony wartości tradycyjnych – czemu służy tromtadracka, patriotyczna retoryka.

W latach 2009-2014 wystąpiły zawirowania w związku z „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta USA Baracka Obamę, w następstwie czego patrioci nie bardzo wiedzieli, czego się trzymać i w sierpniu 2012 roku doszło nawet do podpisania deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Na szczęście – jak pisze poeta – „były w partii siły, co kres tej orgii położyły” i w roku 2014 ten sam prezydent Obama wysadził poprzedni „reset” w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na „majdan” na Ukrainie. Od tamtej pory zamęt ustąpił miejsca porządkowi. Patriotyzm polega na tym, by możliwie jak najgłośniej wymyślać zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi. Kto wymyśla głośniej – ten jest większym patriotą i nikt już specjalnie nie patrzy, co on tam jeszcze robi na boku, to znaczy – z kim tam się łajdaczy. Wiadomo, że bez łajdaczenia się nie ma polityki, na to nie ma rady, więc łajdactwo musi być – ale uporządkowane.

Toteż i patrioci mają koncesje – jeden na łajdaczenie się z Niemcami, drugi – z Amerykanami i Izraelitami – dzięki czemu i patriotyzm jest bezpieczny, a jednocześnie kwitnie chwalebny pluralismus, bez którego – jak wiadomo – nie ma demokracji. Oczywiście i jedni i drudzy muszą służyć Ukrainie, w której – jak słyszymy – już teraz, zawczasu, ruszyły prace nad nadaniem ukraińskich nazw takiemu Rzeszowowi, który odtąd ma nazywać się Riasziw, Przemyśl – Peremyszl, a Chełm w Lubelskim – Holm. Czy to nie jest przypadkiem padgatowka pod „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, o którym tyle mówi Książę-Małżonek?

Chodzi wszak o miasta położone na tzw. „Zakierzoniu”, które w razie potrzeby mogłoby zostać przekazane Ukrainie w ramach rekompensaty za 25 procent terytorium, które Ukraina musiałaby utracić na wschodzie? Ciekawe co o tym sądzi Książę-Małżonek – czy w ogóle brał pod uwagę taką możliwość, kiedy tyle deklamował o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie, czy też miał na myśli jeszcze coś innego – a jeśli tak – to co konkretnie? Zwracam uwagę, że „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, zwłaszcza w jego najbardziej prawdopodobnej wersji, wymagałby wprowadzenia dodatkowych elementów do obowiązującej definicji patriotyzmu. Owszem – do kanonu nadal zaliczałoby się wymyślanie Putinowi, ale konieczne byłoby jakieś uzasadnienie dla przedstawicieli mniej wartościowego narodu tubylczego – żeby pogodził się z koniecznością udzielenia Ukrainie rekompensaty. Tu w sukurs może naszym patriotom przyjść „Europa” z przesłaniem na temat nowego, to znaczy – nowoczesnego – rozumienia granic – że powinny one „łączyć”, a nie „dzielić”, a skoro tak, to czy to aż takie ważne, w którym miejscy „łączą”? Jasne, że nieważne, bo czyż nie wystarczy, że już nie „dzielą”?

Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz: Co z tym Antychrystem?

Stanisław Michalkiewicz: Co z Antychrystem?

Poświęcony portal „Fronda”, którego szefem był w swoim czasie zawodowy katolik, pan red. Tomasz Terlikowski, zanim, podążając tropem „niegodziwej mamony”, nie poszedł się bisurmanić, najpierw do postępowych rozgłośni radiowych, a kiedy się okazało, że nie tylko się nie strefił, ale nawet zyskał w oczach eklezjastycznych zwolenników nieubłaganego postępu – poszedł na całość, czyli na służbę do Judenratu.

Poświęcony portal „Fronda” najwyraźniej odczuwa dolegliwości sezonu ogórkowego,  regularnie trapiące media niezależne i zależne podczas tak zwanych „letnich kanikuł”.  Kiedyś zostałem skrytykowany za używanie określenia „letnie kanikuły” – ale na swoje usprawiedliwienie mogę podnieść, że jest ono pochodzenia ruskiego – a jakich określeń powinni używać ruscy agenci, jeśli nie rosyjskich?

Co prawda przydzielony do mnie pan Lesław Cieślak uporczywie twierdzi, że jestem „człowiekiem Mosadu” – ale poczciwie nie zauważa, że agenci, w obawie przed zdemaskowaniem na przykład przez awansowaną właśnie na stopień generalski panią szefową Służby Wywiadu Wojskowego, nic, tylko się maskują. Tak właśnie robię i ja; w dni parzyste jestem agentem ruskim, w dni nieparzyste – niemieckim, a w niedziele i święta – watykańskim.

A przecież są jeszcze inne dni – na przykład – tak zwane „dni ciche”, czy – dajmy na to – „suche dni kwartalne”, kiedy można oddawać się służbie innym centralom wywiadowczym, na przykład – Wall Street, albo właśnie Mosadowi. Inna sprawa, że przy takim nawale zajęć wywiadowczych, człowiek ledwo by się wyrabiał z wykonywaniem obowiązków „legendowanych”.

Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji luminarze Propaganda Abteilung ze zniecierpliwienia olewają mnie ciepłym moczem – a już specjalnie – pani red. Agnieszka Gozdyra – co nieubłaganym palcem wytyka mi co i rusz właśnie przydzielony do mnie przez anonimowe Moce pan Lesław Cieślak.

Wracając do „letnich kanikuł”, to ich skutki najwyraźniej musi odczuwać również poświęcony portal „Fronda”. Inne portale radzą sobie a to publikując fałszywe pogłoski, jakoby wicepremierem vaginetu obywatela Tuska Donalda ma zostać Szymon Hołownia, a to zachodząc w głowę, gdzież to może ukrywać się pan Marcin Romanowski – czy przypadkiem nie w Naddniestrzu?

Straszliwym niepokojem napawa to szczególnie pana generała Polko, który twierdzi, że pan Romanowski posiadł jakąś straszliwą wiedzę na temat funkcjonowania mechanizmów naszego państwa i jak tylko trafił do Naddniestrza, to zaraz przekaże te wszystkie tajemnice Putinowi. Hmmm.

Największą, a w każdym razie – najbardziej strzeżoną tajemnicą naszego bantustanu może być informacja, że naszym nieszczęśliwym krajem kieruje specjalnie dobrana banda idiotów – ale myślę, że Putin też o tym wie i pan Romanowski niczym mu nie zaimponuje. Tymczasem poświęcony portal „Fronda” – jak przystało na portal poświęcony – nawet w sytuacji posuchy tematycznej, spowodowanej letnimi kanikułami, próbuje ratować się tematami eschatologicznymi.

Ciekawe, że do takich tematów latem uciekał się też i Władysław Gomułka. Kiedy na Zachodzie rozgorzała dyskusja na temat, jakiej płci są anioły. „towarzysz Wiesław” natychmiast skorzystał z okazji, by w jednym ze swych tasiemcowych przemówień zauważyć: „Prędzej pan, panie Adenauer, odgadnie, jakiej płci są anioły, niż my się wyrzekniemy naszych Ziem Zachodnich!” Ale poświęcony portal „Fronda” tym razem aniołami się nie zajmuje.

Najwyraźniej musiał wziąć sobie do serca przestrogę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z „Ballady o trzech wesołych aniołach” („Słuchajcie słodkie siostry – jak mówił stary opat (…) Przeto siostry najsłodsze, Boże módl się za nami, lepiej się wam przed nocą nie wdawać z aniołami”) – bo tym razem zajął się Antychrystem – jakiego też może on być wyznania.

Poświęcony portal „Fronda” nie ukrywa, że tylko przedrukował stanowisko którejś z grup protestanckich, która twierdzi, że Antychryst z pewnością jest muzułmaninem. Szczerze mówiąc, wcale nie nie dziwi, że ta grupa protestancka odpowiada na pilne zamówienie społeczne.

Akurat wojna USA ze złowrogim Iranem, w którą wkręcił Amerykę bezcenny Izrael, zaczyna przepoczwarzać się w jakiś węzeł gordyjski, do którego prezydent Trump nie wie nawet, z której strony się zabrać. W tej sytuacji przypisanie Antychrystowi wyznania muzułmańskiego, w dodatku w odmianie szyickiej, byłoby może jakimś wyjściem z patowej sytuacji.

Dodatkowej komplikacji dostarcza traktat, niedawno podpisany przez Turcję, Arabię Saudyjską i Pakistan – o wspólnej obronie. Wprawdzie w tych krajach dominuje islam w odmianie sunnickiej, więc niektórzy koniunkturalni przeciwnicy złowrogiego Iranu, liczący, że jak będą mu wymyślać, jak na przykład Putinowi, to Amerykanie ich zauważą i pan ambasador Róża zadba, żeby – jeśli nie intratną trafikę – to przynajmniej dostali dyferencjał.

„Niech mi chociaż dyferencjał dadzą!” – wołał Kazimierz Grześkowiak w piosence „Ważne to je, co je moje” – ale nie o to chodzi, tylko o to, że chyba bezcenny Izrael się doigrał. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię lądową, Pakistan ma arsenał nuklearny, a Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi.

Kiedy Pakistan przystępował do budowy swego arsenału jądrowego, to tamtejszy prezydent zapowiedział Pakistańczykom, że „będą jedli trawę” – ale broń jądrową sobie zafundują.

Teraz, kiedy Pakistan ma foedus z Arabią Saudyjską, forsy na rozbudowę arsenału jądrowego mu nie zabraknie, więc nic dziwnego, że Saudyjczycy ciepłym moczem olali propozycję prezydenta Trumpa, że pozwoli im się nuklearyzować – ale w celach pokojowych i pod warunkiem przystąpienia do „porozumień abrahamowych”, czyli – uznania Izraela. Przy pomocy Pakistanu sami się znuklearyzują – w dodatku bez żadnych warunków.

No dobrze – ale co z tym Antychrystem?  Jakiego on jest wyznania? Pomijając już polityczny koniunkturalizm teorii protestanckiej, to warto zwrócić uwagę, że muzułmanie wcale nie zieją taką nienawiścią do Jezusa Chrystusa, jak – dajmy na to – Żydowie. Przeciwnie – uważają Go za proroka, a tylko odmawiają Mu pokrewieństwa z Allahem.

Żeby tedy zrobić im na złość, pewien jeniec chrześcijański wdrapał się na minaret i wyśpiewał na całą okolicę: „La ilaha illallah. Hazaret Isa ibn Allah”. Historia milczy, co się z nim później stało; prawdopodobnie obdarty został ze skóry, a może ukamienowany – jak to mieli w zwyczaju Żydowie? Jeśli zatem Antychryst miałby być jakiegoś wyznania, to już prędzej mojżeszowego – bo to właśnie ono, w odróżnieniu od wszystkich innych – najbardziej zieje nienawiścią do Jezusa Chrystusa.

Oczywiście i my wiemy, a tym bardziej – poświęcony portal „Froda” wie – że takich rzeczy nie wolno głośno mówić, ani nawet powtarzać – niechby i po protestantach – bo z każdym takim ananasem będzie brzydka sprawa.

========================

mail:

Antychryst na pewno będzie narodowości żydowskiej,
innego żydzi nie uznaliby za mesjasza.
Pisze o tym Charles-Marie-Antoine Arminjon (chanoine, missionnaire apostolique) w
Fin du monde présent et mystères de la vie future (1881).

Sprawa jest poważna,
a Red. Michalkiewicz jak zawsze na wesoło.

Hebesy przeciwko „uzurpatorowi”

Hebesy przeciwko „uzurpatorowi”

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    16 sierpnia 2026 michalkiewicz

W pierwszą rocznicę zaprzysiężenia pan prezydent Karol Nawrocki wystąpił na jubileuszowej uroczystości przed Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, na którą przybyły rzesze obywateli – ale nie wszystkich. Wśród uczestników uroczystości znalazł się na przykład Mateusz Morawiecki, który podczas przemówienia pana prezydenta bez przerwy tkwił z nosem w telefonie. Naczelnika Państwa natomiast nie było. Zwolennicy byłego premiera rządu „dobrej zmiany” twierdzili, że nie ustaje on w kaptowaniu zwolenników przyszłej partii, która ma poprowadzić nasz mniej wartościowy naród tubylczy ku świetlanej przyszłości – ale jego przeciwnicy, których też nie brakuje, twierdzili z kolei, że odpiera on ataki „hejterów”, czyli nienawistników, którzy atakują go przy pomocy „mowy nienawiści”.

Tymczasem obywatel Żurek Waldemar nie podejmuje w tej sprawie żadnych stanowczych kroków. Inna rzecz, że może dlatego, iż podjął stanowcze kroki w związku z powołaniem przez pana prezydenta Nawrockiego ponad 200 asesorów sądowych. Obywatel Żurek Waldemar zwietrzył okazję do przygwożdżenia pana prezydenta za „złamanie konstytucji” Chodziło mu o to, że pan prezydent mianował tych asesorów bez kontrasygnaty premiera Tuska. Najwyraźniej zapomniał przeczytać, co na ten temat mówi konstytucja. Otóż w art. 144 formułuje ona zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta dla swej ważności wymagają kontrasygnaty premiera, który w ten sposób odpowiada przed Sejmem za to, co podpisał. Jednak ust. 3 art. 144 enumeratywnie wylicza wyjątki, kiedy taka kontrasygnata nie obowiązuje i w punkcie 17 stanowi, że nie obowiązuje ona przy „powoływaniu sędziów”. Najwyraźniej jednak obywatel Żurek dopuścił sobie do głowy, że skoro punkt 17 mówi tylko o „sędziach” – ale o „asesorach” – ani słowa – to nieomylny to znak, że w przypadku asesorów kontrasygnata obowiązuje. Pozornie trzyma się to kupy, bo punkt 17, podobnie jak cały ust. 3 art 144 konstytucji, ma charakter wyjątku od zasady kontrasygnowania, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco.

Z drugiej jednak strony obowiązują pewne zasady wykładni prawa, których studenci uczą się już na pierwszym roku studiów. Jest mianowicie zasada a maiori ad minus, która mówi, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej. Skoro prezydent może bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – również Sądu Najwyższego – to tym bardziej może mianować asesorów sądowych – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej, niż stanowisko sędziego. Toteż pan minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta wyśmiał „doradców” obywatela Tuska, że wsadzili go na minę, w dodatku wiedząc, że Trybunał Konstytucyjny wcześniej potwierdził, że nominacje sędziowskie i asesorskie kontrasygnaty nie wymagają. Oczywiście obywatel Żurek Waldemar Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje” – ale wygląda na to, że zapomniał również o zasadzie a maiori ad minus – o ile w ogóle cokolwiek zapamiętał z okresu studiów. W tej sytuacji możemy tylko ubolewać, że nasz nieszczęśliwy kraj administrowany jest przez zadowolonych ze swego rozumu hebesów.

Wracając do uroczystości z okazji rocznicy zaprzysiężenia pana prezydenta, to w przemówieniu wspomniał on o ponad 20 swoich inicjatywach ustawodawczych, które marszałek Sejmu, obywatel Czarzasty Włodzimierz, umieścił w sejmowej zamrażarce. Tę wiadomość zebrani skwitowali okrzykami: „precz z komuną” i w ogóle stwarzali wrażenie, że vaginetem obywatela Tuska Donalda pogardzają. W związku z tym działacze Volksdeutsche Partei natychmiast podnieśli klangor, ile ta uroczystość kosztowała i kto będzie za to płacił.

Pan minister Szefernaker z Kancelarii Prezydenta wyjaśnił, niczym chłop krowie, że z budżetu Kancelarii – ale działacze nie przyjmowali tego do wiadomości, pragnąc zademonstrować troskę o pieniądze podatników. Kto to widział, żeby prezydent wydawał pieniądze z budżetu Kancelarii? „A pula nie jest do kradzieży; pula się cała nam należy” – pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”, który za rządów vaginetu obywatela Tuska Donalda nabiera nieoczekiwanej aktualności. Najdalej w potępieniu pana prezydenta posunęła się madame Agnieszka Kublik z Judenratu, która nazwała pana prezydenta Nawrockiego „uzurpatorem”. Najwyraźniej jeszcze nie ochłonęła z euforii, jaka ogarnęła sympatyków Volksdeutsche Partei po tym, jak na skutek przeszacowania sondażowych wyników wyborów prezydenckich, Rafał Trzaskowski przez całe dwie godziny myślał, że to on został prezydentem.

Pana prezydenta Nawrockiego ofuknął również Książę-Małżonek, który przez jakiś Sanhedryn typowany jest na przyszłego prezydenta. Książę-Małżonek, który dotychczas ocierał się o genialność przy wiązaniu krawatów i puszczaniu złotych myśli nie tylko w fotel, ale udostępniając je również w mediach społecznościowych, z wysokości wieży z kości słoniowej, przy okazji mianowania wspomnianych 200 asesorów, zarzucił panu prezydentowi uzurpowanie sobie konstytucyjnych kompetencji. Wypadałoby w związku z tym rozebrać z uwagą, czy Książę-Małżonek czerpie z krynicy mądrości bijącej w Judenracie, czy może odwrotnie – czy Judenrat czerpie z mądrości Księcia-Małżonka?

Ja bym zasobów krynicy mądrości Księcia-Małżonka nie przeceniał, a okazji dostarczyła ruska prowokacja w Tarnawie Dużej, gdzie – jak wiadomo – spadła rakieta. Nie tylko spadła, ale i wybuchła wybijając dół o średnicy 10 metrów i głębokości metrów 5. Według komunikatów z czeluści vaginetu obywatela Tuska Donalda, wszystko było w jak najlepszym porządku, bo „procedury zadziałały prawidłowo”. Tak w każdym razie zapewniła obywateli pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, piastująca w vaginecie fuchę wiceministra obrony.

Co prawda syreny zawyły ze zgrozą, gdy już było po wszystkim, ale wiadomo przecież, że lepiej późno, niż wcale. Za to dół sprawnie zasypano – „żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało” – jak pisał poeta: „Przychodzimy, odchodzimy, cichuteńko na paluszkach, żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało. (…) Miasta nasze, domy nasze na uwięzi się kołyszą; tuż nad ziemią, ledwo-ledwo – jak wiatr mały, to nie widać.

Wracając tedy do Księcia-Małżonka, to przypomniał on o swojej inicjatywie, żeby Polska zestrzeliwała ruskie rakiety jeszcze nad Ukrainą. Wprawdzie starsi i mądrzejsi, na przykład sekretarz generalny NATO Mark Rutte przestrzegał, że w ten sposób NATO zostałoby wciągnięte do wojny z Rosją – a właściwie nie tyle NATO, co Polska i to w sposób nie rodzący żadnych zobowiązań Sojuszu z art. 5, który przewiduje uruchamianie procedur sojuszniczych tylko w przypadku „zbrojnej napaści” na państwo-członka NATO – ale nie w przypadku, gdy to państwo samo na kogoś napadnie, albo samowolnie włączy się do toczącej się wojny – ale Książę-Małżonek najwyraźniej wie swoje. Więc już lepiej, żeby wiązał krawaty – bo tu naprawdę ociera się o genialność.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 sierpnia 2026 michalkiewicz

Jak wynika z potępieńczych swarów, które nie ucichają nawet w okresie, kiedy nasz Parlament, zgodnie z demokratyczną tradycją, na cały sierpień rozpełza się ad aquas, jedną z największych bolączek trapiących nasz nieszczęśliwy kraj, jest sytuacja na odcinku praworządności. Najgorzej wygląda sytuacja na odcinku władzy sądowniczej, gdzie nie wiadomo do końca, którzy sędziowie są sędziami, a którzy – przebierańcami – w zależności od tego, kto ich rekomendował do mianowania na urząd sędziego – czy „stara” Krajowa Rada Sądownictwa, która została powołana „nieprawidłowo” przez „upolityczniony” Sejm, czy nowa, do której kandydatury wysunęły zatwierdzone przez Judenrat i służby organizacje sędziowskie, a które apolityczny Sejm skwapliwie przyklepał, rozumiejąc, że próżno byłoby wierzgać przeciwko ościeniowi. W dodatku pan prezydent Nawrocki wręczył nominacje delikwentom, wśród których obywatel Żurek Waldemar dopatrzył się też nieprawidłowości, więc nie wiadomo, co właściwie z tym fantem teraz zrobić.

Ale to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z torującą sobie drogę nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale i w Unii Europejskiej zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Jak pamiętamy, w czerwcu 2021 roku Naczelnik Państwa, przy pomocy klubu Lewicy, przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwa nowe uprawnienia; do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i do nakładania „unijnych” podatków. Dzięki temu, w końcowej fazie epidemii zbrodniczego koronawirusa Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje zamówiła w firmie Pfizer wielkie ilości szczepionek.

Aliści w roku 2022 zimny ruski czekista Putin rozpoczął „specjalną operację wojskową” przeciwko Ukrainie. Wskutek tego przez przejścia graniczne do Polski runęła z Ukrainy fala uchodźców, którzy nie tylko nie mieli maseczek, ale nawet certyfikatów, że zostali prawidłowo wyszczepieni – co było ponoć niezbędne dla stawiania czoła zbrodniczemu koronawirusowi. W tej sytuacji utrzymywanie tych zbawiennych nakazów stało się za bardzo śmieszne, więc zostały one uchylone – i w ten sposób, z dnia na dzień, zimny ruski czekista Putin położył kres epidemii.

Ale za zamówione szczepionki, których nasz nieszczęśliwy kraj nie chciał już odbierać, Pfizer zażądał zapłaty – jednak nie od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – tylko od członkowskich bantustanów. Reichsfuhrerin bowiem mogła tylko „zamawiać”, natomiast płacić miał już kto inny – podobnie jak w przypadku „pożyczek” zaciąganych przez Komisję Europejską – które muszą spłacać członkowskie bantustany. Tedy niezwisły sąd w Belgii nakazał Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej zapłacić Pfizerowi prawie 6 mld złotych i zajął jej wierzytelności, obejmujące należności od linii lotniczych za usługi w zakresie kontroli ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Wyrok nie jest prawomocny i polski rząd złożył apelację – ale apelacja nie wstrzymuje egzekucji. Agencja sprzeciwia się zajęciu, wskazując, że ani nie jest polskim rządem, ani nie zawierała z Pfizerem żadnej umowy – ale – jak to z niezawisłym sądem – nie wiadomo, czy to coś da.

Jak tam będzie – tak tam będzie – ale przykład ten pokazuje, że w Unii Europejskiej triumfuje zasada odpowiedzialności zbiorowej: kto inny zaciąga pożyczki, czy zawiera umowy, a kto inny musi za to płacić – chociaż na dobry porządek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Jednak nie możemy zapominać, że zasada odpowiedzialności zbiorowej legła u podstaw praworządności socjalistycznej, zarówno w wydaniu bolszewickim – gdzie podstawą represji była na przykład przynależność do rodziny skazańca – jak i w narodowo-socjalistycznym wydaniu, gdzie np. podstawą represji była przynależność delikwenta do narodu żydowskiego. Ponieważ od wejścia w życie traktatu z Maastricht w roku 1993 budujemy IV Rzeszę, to wydaje się, że Rzesza IV nie może w sposób istotny różnić się od Rzeszy III, a skoro tak, to nic dziwnego, że ze skarbnicy praworządności socjalistycznej wydobyto zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Ale triumfuje ona nie tylko w sprawach zwanych „biznesowymi”. Jak wiadomo, jedną z dynamicznie rozwijających się dziedzin gospodarki socjalistycznej jest przemysł molestowania. Ogólnie polega on na tym, że niezależne media, zwłaszcza te zaangażowane w socjalistyczne przemiany, molestowanie bardzo potępiają, nie tylko stając po stronie ofiar, wśród których, ma się rozumieć, dominują panie – chociaż zdarzają się wyjątki – a w razie potrzeby, nawet „dodają dramatyzmu”, żeby historia lepiej się medialnie sprzedawała, między innym dzięki tak zwanym „dreszczykom”. Warto zwrócić uwagę, że na przestrzeni lat doszło do pewnej ewolucji tej gałęzi przemysłu. O ile przedtem ofiary molestowania kierowały swoje oskarżenia byle jak, bez żadnej myśli przewodniej, o tyle, w miarę rozwoju branży, sprawę wzięli w swoje wypróbowane ręce promotorzy rewolucji komunistycznej i nadali oskarżeniom wyraźny kierunek.

Głównym podejrzanym o skłonności do molestowania stało się duchowieństwo katolickie, ze względu na utrzymujący się w tym środowisku celibat, który i wcześniej budził rozmaite podejrzenia. Niestety poziom zamożności poszczególnych przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa bywa zróżnicowany, to znaczy – obok księży zamożnych są też księża ubodzy, a już tacy zakonnicy, to nawet składają śluby ubóstwa – i tu właśnie pojawiła się pokusa zastosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej. Chodzi o to, by – niezależnie od osobistej zamożności delikwenta oskarżanego o molestowanie – odpowiedzialność majątkową egzekwować od Kościoła, to znaczy – od diecezji, do której delikwent jest inkardynowany. Diecezje – w odróżnieniu od wielu parafii – bywają zasobniejsze.

W ten sposób na jednym ogniu można upiec dwie, a nawet trzy pieczenie: po pierwsze, oskarżyciel może liczyć na profity, co sprzyja stałemu dopływowi delatorów do systemu, po drugie – można w ten sposób szlamować Kościół katolicki, który zawsze był solą w oku dla promotorów, czy choćby zwolenników rewolucji komunistycznej i wreszcie – po trzecie – sprzyja to ugruntowaniu zasady odpowiedzialności zbiorowej, która dla praworządności socjalistycznej ma znaczenie fundamentalne.

Na tym jednak zasada odpowiedzialności zbiorowej się nie wyczerpuje. Na końcu kościelnego łańcucha pokarmowego są bowiem parafianie. Nie należą oni do stanu duchownego, więc nikomu nie przychodzi do głowy, by przeciwko nim kierować nawet podejrzenia o molestowanie – ale to właśnie oni w ostatniej instancji są obciążeni obowiązkiem spłacania odszkodowań, czy „zadośćuczynień”, orzeczonych przez niezawisłe sądy, których funkcjonariusze często, czy może nawet nigdy nie zdają sobie sprawy, że stanowią zbrojne ramię komunistycznej rewolucji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ministerstwo Prawdy

Ministerstwo Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Już czwarty rok toczy się wojna, rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich praca nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka – do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał, wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomoyskiego, ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie „Blitzkrieg” spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu.

W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje” – więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa, w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełeński nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90-tych, kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”.

Różnica między początkiem lat 90-tych, a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na którego czele stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli, również we własnych oczach, za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład, kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło” „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się uleganiu kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza – gdy Putin – na krzesło powie, że to krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika, głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie nie zatwierdzone rewolucyjną przez żaden urząd, ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii a Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną również w sytuacjach, gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń.

W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji. I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji. Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze, wraz z Janem Taturą, wydał książkę pod tytułem Polskie biesy, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Toteż nić dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki?

Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie. Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślo-zbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą cała „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie.

Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające. Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełeńskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje, jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Myślimy pozytywnie

Myślimy pozytywnie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po upadku i wybuchu rakiety na terenie gminy Turobin w województwie lubelskim pojawiły się krytyczne opinie na temat sposobu, w jaki nasza niezwyciężona armia zareagowała na tę rosyjską prowokację. Tak w każdym razie określił ten incydent ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, który spenetrował prawdę jeszcze zanim nasza niezwyciężona armia i lubelscy prokuratorzy dotarli na miejsce, żeby sprawdzić – co i jak. Uprzejmie tedy zakładam, że musiały go wspierać proroctwa, bo w przeciwnym razie pojawiłaby się przestrzeń do brzydkich podejrzeń, że we wspomnianym incydencie maczała palce strona ukraińska. Byłaby to jednak myślozbrodnia, a jest rozkaz, by od myślozbrodni, zwłaszcza wymierzonych w naród ukraiński trzymać się z daleka, bo z myślozbrodniarzami rozmowa będzie krótka w ramach walki z mową nienawiści. Zgodnie bowiem z aktualną mądrością etapu nienawiść musi zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

Skoro tedy już wiemy, czego się trzymać, to nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się myśleniu pozytywnemu, zgodnie z ludowym przysłowiem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O ile tedy ruska prowokacja ma wszelkie cechy zła w postaci czystej, to jednak, dzięki myśleniu pozytywnemu, my to zło potrafimy przekuć w dobro – zgodnie ze spostrzeżeniem bohatera powieści „Gubernator” Roberta Penn Warrena, który zauważył, że dobro najlepiej robić ze zła. Najwyraźniej wzięli to sobie do serca gorejącego nie tylko przedstawiciele naszej niezwyciężonej armii, ale przede wszystkim – nasi Umiłowani Przywódcy – chociaż oczywiście nie wszyscy, tylko uczestnicy koalicji 13 grudnia, która zrzesza kolaborantów Volksdeutsche Partei. Rada w radę uradzili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a najlepszą ocenę wystawiła wiceministrowa obrony, pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, według której „wszystkie” procedury krajowe i zagraniczne „zadziałały prawidłowo”. W ramach myślenia pozytywnego spróbujmy tedy rozwinąć tę – jakże krzepiącą ocenę – żebyśmy i my doznali z tej okazji pokrzepienia serc. Zacznijmy od rakiety. Od razu widać, że zimny ruski czekista Putin też się podciągnął w prowokacjach, przynajmniej od incydentu w Przewodowie, gdzie zginęli dwaj polscy obywatele.

Tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale w dodatku rakieta nie spadła ani na oddalony o 50 km Lublin, ani nawet na oddalone o 500 metrów zabudowania, tylko taktownie eksplodowała w szczerym polu. Towarzyszący temu huk spowodował uruchomienie syren alarmowych, które – zgodnie z przepisami, najpierw wydały z siebie sygnał pulsujący – jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, a potem – jak powiadają – również sygnał o odwołaniu alarmu. Utwierdza nas to w przekonaniu o słuszności „przepisów drogi na morzu”, które – czerpiąc natchnienie z „Odysei” – zakazują zmieniania kursu statku na podstawie głosu syreny. Nawiasem mówiąc, średniowieczny poeta Dante Alighieri w „Boskiej komedii” pisze, że syreny wprawdzie charakteryzowały się czarującym głosem, ale z bliska śmierdziały zdechłymi rybami.

Ale to bynajmniej nie koniec dobrodziejstw, jakie spadły na nasz nieszczęśliwy kraj razem z ruską rakietą. Cały świat, a jeśli nawet nie cały, to jego najważniejsze części nadesłały nam wyrazy solidarności i poparcia, podobnie jak w 1939 roku. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w miarę rozwoju sytuacji zostaniemy „natchnieniem narodów” – jak w roku 1940, kiedy to dostąpiliśmy radosnego przywileju braterstwa broni z Naszymi Sojusznikami – zanim jeszcze zostali oni sojusznikami naszego sojusznika. Akurat dobrze się składa, że Narodowy Bank Polski nakupił złota, podobno ponad 600 ton, więc w razie czego będzie można z tego pokryć koszty naszego korzystania z radosnego przywileju braterstwa broni – jak to było po zakończeniu II wojny światowej.

Zanim jednak do tego dojdzie, ukraiński prezydent Zełeński, po powrocie z Waszyngtonu zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, któremu przekazał wiadomość, że prezydent Trump obiecał mu udostępnienie licencji na produkcję pocisków do systemu „Patriot”. Podobno „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”, że ze względów bezpieczeństwa Polska tę licencję od Ukrainy odkupi i będzie produkowała pociski u siebie, a potem – zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku – nieodpłatnie przekaże je Ukrainie, która już będzie wiedziała, co dalej z nimi zrobić – ot na przykład – odsprzedać je Polsce.

Dzięki temu i oligarchowie będą zadowoleni i Polska bezpieczna – na wypadek, gdyby ruskiemu czekiście Putinowi znowu strzelił do głowy pomysł jakiejś prowokacji. Żeby tedy uniknąć nieporozumień, vaginet obywatela Tuska Donalda odda ukraińskim oligarchom na własność odnośne polskie zakłady produkcyjne, a oni w rewanżu zainstalują tam „saloniki VIP-ów”, gdzie nasi Umiłowani Przywódcy będą mogli bez konieczności oczekiwania w jakichś kolejkach wypić i zakąsić. Kto wie – może bracia Rysiczowie sprowadzą tam znowu panienki, żeby nasi Umiłowani Przywódcy mogli się przyjemnie zrelaksować po tylu poświęceniach, jakich codziennie dokonują dla Polski?

Na tym przykładzie od razu widać, ile korzyści daje przestawienie się na myślenie pozytywne. Najwyraźniej nie mogą tego pojąć działacze futbolowi, zorganizowani w gangu UEFA. Uradzili oni, żeby zbojkotować Mistrzostwa Świata z futbolu na znak protestu przeciwko projektowi odsprzedania 20 czy nawet 25 procent udziałów w Mundialu zięciowi prezydenta Donalda Trumpa, panu Jaredowi Kushnerowi. W ten sposób Gianni Infantino, szef futbolowego gangu o zasięgu światowym, czyli FIFA, zamierza wkraść się w łaski amerykańskiego prezydenta. Co z tego będzie miał – to osobna sprawa – ale my, w ramach myślenia pozytywnego odnotujmy, że jeśli nawet prezydent Trump nie podporządkowuje wszystkiego polityce prorodzinnej, to w każdym razie cały czas o niej pamięta.

Podobnie postępował francuski prezydent Juliusz Grevy, wybrany na to stanowisko w grudniu 1885 roku. Podobnie jak Donald Trump swego, tak i Julisz Grevy kochał swego zięcia Daniela Wilsona, który nawet mieszkał z nim razem w Pałacu Elizejskim i nie przepuszczał żadnej okazji, by czerpać z tego profity. Toteż paryska ulica wyśpiewywała, jeśli nie: „Quel bonheur d’avoir un beau-pere” (jakie to szczęście mieć teścia), to dla odmiany: „Quel malheur d’avoir un gendre” (co za nieszczęście mieć zięcia). Nie skończyło się to dobrze, bo ostatnia piosenka, jaką paryska ulica skomponowała francuskiemu prezydentowi brzmiała: „Mon pauvre vieux, il faut partir” (no stary, wynoś się). Oczywiście Ameryka to nie Francja, a poza tym amerykański zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc dopóki prezydent Trump go wspiera, nic złego go nie spotka – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński pisząc, że „mówiła żony ciotka: tych co płacą, nic nie spotka.

Stanisław Michalkiewicz

Naprzeciw Przeznaczeniu

Naprzeciw Przeznaczeniu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    9 sierpnia 2026 michalkiewicz

Niełatwe są takie rozstania na dworcach małych miasteczek. Niełatwe są takie rozstania, coś w gardle ściska i piecze. Konduktor dał znak do wsiadania i para buchnęła na peron…”. Tak za pierwszej komuny, kiedy to jeszcze kursowały po Polsce parowe pociągi, piosenka wzruszająco opowiadała o wyjeździe młodego człowieka do wojska – bo wtedy była jeszcze obowiązkowa służba wojskowa. Zmieniło się oblicze świata; po 35 latach od transformacji ustrojowej parowe pociągi zniknęły – może z wyjątkiem Wolsztyna, gdzie odbywają się sentymentalne pokazy parowozów – a i powszechnego poboru do wojska póki co na razie nie ma – ale rozstania – nie tylko „na dworcach małych miasteczek” – po staremu mogą być bolesne.

Wprawdzie z pozoru mogłoby się zdawać, że towarzyszy im nastrój radosnego oczekiwania – bo chyba tak należałoby zakwalifikować atmosferę wokół proklamowania w Sejmie przez Mateusza Morawieckiego nowego klubu parlamentarnego, czy „grilla”, jaki 31 lipca celebrowało stowarzyszenie Rozwój Plus i zaproszeni goście. Nawiasem mówiąc, organizatorzy „grilla” uzyskali dyspensę od księdza proboszcza na kiełbaski – bo właśnie był piątek – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że dyspensy musiały być dwie; jedna od księdza proboszcza podczas gdy drugiej udzielić miał Rabin Hood – bo w menu była gęsina, a nawet wieprzowe kiełbaski też miały certyfikat koszerności. Ano – jak dyspensować to dyspensować; od nadmiaru dyspens nikt jeszcze się nie pochorował, a przecież grunt, aby zdrowie było. Nie o to w ogóle chodzi, tylko o to, że nawet to rozstanie wygląda na niełatwe. Wprawdzie Mateusz Morawiecki ogłosił powstanie osobnego klubu parlamentarnego, ale okazuje się, że Biuro Polityczne PiS nie zdecydowało o wykluczeniu „rozłamowców” z PiS, bo decyzję taka może podjąć tyko rzecznik dyscyplinarny, pan Karol Karski, który najwyraźniej się do tego nie spieszy. Mamy zatem sytuację, gdy klub parlamentarny jest już osobny, ale jego uczestnicy po staremu są członkami PiS.

Tymczasem Wielce Czcigodni Parlamentarzyści – jak to w sierpniu – rozjechali się ad aquas, w związku z czym życie polityczne w naszym nieszczęśliwym kraju częściowo zamarło, chociaż oczywiście potępieńcze swary nie ustają ani na chwilę, więc nikt nie zauważa specjalnej różnicy. Właśnie Mateusz Morawiecki rzucił obywatelu Tusku Donaldu rękawicę do „debaty” – ale obywatel Tusk na razie rękawicy nie podjął, zaś jego pretorianie powiadają, iż Mateuszowi Morawieckiemu nie tyle o „debatę” chodzi – co o stworzenie niezależnym mediom okazji, by go pokazywały – niechby i z Tuskiem.

Coś może być na rzeczy, bo według najnowszego sondażu, na pierwszym miejscu jest Volksdeutsche Partei z 27 procentami poparcia, na drugim – PiS – ale już tylko z 16 procentami. Zaraz za nim Konfederacja z 14 procentami, potem – Konfederacja Korony Polskiej w poparciem ponad 9 procent – i dopiero potem Mateusz Morawiecki z niecałymi 8 procentami. Podium zamyka Lewica, której spadło do 7 procent z hakiem – a reszta – poniżej kreski. Z tego sondażu widać, że Volksdeutsche Partei nie zaszkodzi żadna afera. Dopóki popiera ją Judenrat i BND, niczego nie musi się obawiać, a wszelkie afery spływają po niej, jak woda po kaczce.

Można nawet odnieść wrażenie, jakby z afer, w które co i rusz zostaje umoczona, czerpie dodatkową siłę. Oto zaraz po powrocie prezydenta Zełeńskiego, który w drodze z Waszyngtonu do Kijowa zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, informując go o licencji, jaką Ukrainie obiecał prezydent Trump na produkcję pocisków do systemu „Patriot” oraz przestrzegając przed tolerowaniem antyukraińskich nastrojów – mieszkańców Tarnawy Dużej w gminie Turobin w woj. lubelskim około godziny 3 nad ranem obudził ogromny huk. Potem rozwyły się syreny – najpierw głosem modulowanym, ostrzegając przed niebezpieczeństwem, a jeszcze później – głosem jednostajnym, na odwołanie alarmu. Dopiero rano przybyły na miejsce tak zwane służby – bo okazało się, że w polu, w odległości 500 m. od najbliższych zabudowań, coś spadło i wybuchło, wybijając w ziemi lej o średnicy 10 i głębokości 5 metrów. Wkrótce rozjazgotały się niezależne media głównego nurtu, jedne przez drugie zapewniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Najlepszej wykładni udzieliła wiceministrowa obrony, Wielce Czcigodna Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, że jest znakomicie, bo „wszystkie procedury” zadziałały „prawidłowo”. I rzeczywiście; najpierw rakieta – bo okazało się, że na tarnawskie pola spadła rakieta. Ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, zanim jeszcze lubelska prokuratura ustaliła, co i jak – zapewnił świat, że jest to rakieta ruska. W ten sposób nie tylko usunięte zostały wszelkie wątpliwości, ale i nasze instancje zyskały pewność z jakiego klucza nawijać. Rada w radę uradzono tedy, że to „ruska prowokacja”. Wynika z tego, że i Putin musiał się w prowokacjach podciągnąć, bo – w odróżnieniu od tego co stało się przed laty w Przewodowie – tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale rakieta taktownie wybuchła w szczerym polu. Dzięki temu można było podać do wiadomości publicznej, że sytuacja „od samego początku” była „pod kontrolą”, a „efy szesnaste” nie tylko monitorowały sytuację, ale też „mogły” rakietę zestrzelić. Czemu tego nie zrobiły – tajemnica to wielka. Złośliwcy mówią, że owszem – „mogły”, ale tak naprawdę nie mogły, bo wcześniej Polska przekazała nieodpłatnie Ukrainie pociski do systemu „Patriot”, a nowych jeszcze nie podwieziono.

Nawiasem mówiąc, coś może być na rzeczy, bo jeszcze prezydent Zełeński nie zdążył się nacieszyć obiecaną licencją na produkcję tych pocisków dla Ukrainy, jak prezydent Trump z obietnicy się wycofał. W tej sytuacji nie było co marudzić, tylko pozbierać odłamki i zasypać lej, żeby nie zostawiać kompromitujących śladów. Bo pan generał Leon Komornicki twierdzi, że to „kompromitacja” – ale kto by go tam słuchał, skoro jest już na emeryturze? Skoro dół został zasypany, to wszystko wróciło do normy – a norma jest taka, że po staremu wymyślamy Putinowi, licząc, że wszystkie następne prowokacje też będą prowadzone taktownie. Tak też muszą uważać nasi sojusznicy z NATO, którzy zapewnili nas o swojej solidarności – jak w 1939 roku – więc tylko patrzeć, jak nasz nieszczęśliwy kraj stanie się „natchnieniem narodów” – jak to było w roku 1940, dopóki Nasi Sojusznicy nie dogadali się z sojusznikiem Naszych Sojuszników, Ojcem narodów, Chorążym Pokoju, Klasykiem Demokracji Józefem Stalinem. Najwyraźniej taki los wypadł nam, a skoro tak, to próżno wierzgać przeciwko ościeniowi, tylko wyjść naprzeciw Przeznaczeniu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nikt nam nie zrobi nic

Nikt nam nie zrobi nic

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    8 sierpnia 2026 michalkiewicz

Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono. Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej policki do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie.

Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy. Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną. Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.

Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi – „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?

Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa. Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu. Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać. Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.

A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami? Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską. Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.

Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu. Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy.

Toteż obywatel Żurek Waldemar ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami. To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przedpogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji. I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.

Stanisław Michalkiewicz

Rozbieramy z uwagą klangor

Stanisław Michalkiewicz: Rozbieramy z uwagą klangor

Że wśród naszych Umiłowanych Przywódców odsetek bałwanów przekracza i to zdecydowanie, średnią krajową – to wszyscy wiedzą, a jeśli nawet jakimś cudem jeszcze nie wiedzą, to przynajmniej – podejrzewają. Zresztą na niektórych Umiłowanych Przywódców wystarczy popatrzeć, by zaraz nabrać najgorszych podejrzeń. Żadnych nazwisk oczywiście wymieniał nie będę, bo nadal wisi nade mną kondemnatka – ale każdy może podstawić sobie jakieś ulubione nazwisko – a ja nie będę protestował.

Czym innym jednak są podejrzenia, a nawet – tak zwana wiedza potoczna, którą nienawistne sądy w swoim żargonie  nazywają „notoryjnością powszechną” – a czym innym – twarde dowody i to dostarczone przez samych delikwentów. No i właśnie dowodów na bęcwalstwo dostarczył nam osobiście obywatel Tusk Donald, a myślę, że nie jest w tym odosobniony, bo przecież otoczony jest zgrają doradców doskonałych, do których w swoim czasie zaliczał się Mateusz Morawiecki. Ale incipiam.

   Kilka dni temu pan prezydent Karol Nawrocki wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 osobom. Asesorem sądowym może zostać aplikant, który zdał sędziowski egzamin. Więc pan prezydent wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 takim osobom. Najpierw klangor z tego powodu podniósł obywatel Żurek Waldemar – że zbrodnia to niesłychana. Początkowo myślałem, że Żurku Waldemaru nie podobają się ci asesorowie, ponieważ mogli zostać rekomendowani przez „nieprawidłowo obsadzoną” Krajową Radę Sądownictwa.

Ale przecież, odkąd w Krajowej Radzie Sądownictwa zasiada swoim zadem Wielce Czcigodna Anna Maria Żydowska, to znaczy – pardon; oczywiście Anna Maria Żukowska  i Wielce Czcigodna Kamila Gasiuk-Pichowicz, co to najpierw była w Nowoczesnej, a potem została skierowana do Volksdeutsche Partei, to nieomylny to znak, że KRS została obsadzona prawidłowymi zadami. Wkrótce jednak wszystko się wyjaśniło – że pan prezydent Karol Nawrocki nie poczekał z wręczeniem nominacji asesorskich na kontrasygnatę obywatela Tuska Donalda.

W związku z tym, w atmosferze klangoru podniesionego przez stado autorytetów moralnych, obywatel Tusk Donald rzutem na taśmę uratował socjalistyczną praworządność, składając podpis na jakiejś kartce oprawionej w czerwone okładki. Powiedział przy tym, że pan prezydent Karol Nawrocki „nie dopełnił obowiązku”, czyli nie zwrócił się do niego po kontrasygnatę.

   Sęk jednak w tym, ze konstytucja z 1997 roku takiej kontrasygnaty wcale nie wymaga. Art. 144 wprawdzie formułuje zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta wymagają dla swej ważności kontrasygnaty premiera, który w ten sposób przyjmuje odpowiedzialność przed Sejmem za to, co podpisał – ale ust. 3 tego artykułu konstytucji enumeratywnie wylicza wyjątki – kiedy taka kontrasygnata nie jest wymagana. W punkcie 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji czytamy zatem, że kontrasygnata prezesa Rady Ministrów nie jest wymagana przy „powoływaniu sędziów”.

Wystarczyłoby zatem, gdyby obywatel Tusk Donald, albo któryś ze zgrai jego doradców doskonałych, albo w ostateczności – obywatel Żurek Waldemar – zwyczajnie zajrzał do konstytucji i sprawdził, jak się sprawy mają. Aliści nawet gdyby zajrzał, to – kto wie – mógłby nabrać wątpliwości. Chodzi o to, że wspomniany punkt mówi o „powoływaniu sędziów” natomiast o asesorach – cyt. W związku z tym ci jurysprudensi mogliby sobie wykombinować, że jeśli chodzi o  powoływanie sędziów, to może kontrasygnata rzeczywiście wymagana nie jest – ale za to przy mianowaniu asesorów – już jest obowiązkowa.

Na co mogliby się powołać? Ano – na to, że punkt 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji ma charakter wyjątku, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco. Jeśli zatem punkt 17 mówi o powoływaniu sędziów, a o asesorach nie wspomina, to znaczy, ze w przypadku mianowania asesorów trzeba najsampierw uzyskać kontrasygnatę. W przeciwnym razie nominacje będą nieważne, a w konsekwencji – nieważne będą też wszystkie orzeczenia wydane przez tych mianowańców.

   Na pierwszy rzut oka trzyma się to kupy – ale na drugim rzut oka widać, że mamy tu do czynienia z tak zwanym kretynizmem prawniczym. Ten kretynizm prawniczy to prawdziwa plaga, prawdziwa epidemia, która z zagadkowych przyczyn poraziła tubylczy wymiar sprawiedliwości. Pewne światło na przyczyny tej epidemii rzuca okoliczność, że w 1968 roku wydziały prawa tubylczych uniwersytetów zalała inwazja tak zwanych „marcowych docentów” – to znaczy – hebesów cieszących się poparciem bezpieki.

W latach 70-tych umocnili oni swoją pozycję, no a pełen rozkwit ich potęgi przypadł na lata 80-te, po wprowadzeniu stanu wojennego. Na zasadzie „uczył Marcin Marcina”, „marcowi docenci” wykształcili masę kretynów prawniczych, którzy potem obsadzili stanowiska w wymiarze sprawiedliwości – i tak już zostało.

Zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy to PZPR, jako pas transmisyjny bezpieki do sądownictwa została zastąpiona przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich  „Iustitia”, do którego dołączyło stowarzyszenie „Themis” – nawet w swojej nazwie nawiązujące do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.

   No dobrze – ale jak jest naprawdę z tym mianowaniem asesorów  – czy w tym przypadku kontrasygnata jest konieczna dla ważności decyzji prezydenta, czy przeciwnie – nie jest wymagana?  Z pomocą przychodzą nam zasady wykładni prawa, których za moich czasów studenci uczyli się już na pierwszym roku. Jedną z tych zasad jest  „argumentum a maiori ad minus” – wskazująca, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej.

Jeśli zatem prezydentowi wolno bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – nawet Sądu Najwyższego – to tym bardziej wolno mu bez kontrasygnaty mianować asesorów – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej od stanowiska sędziego.  Inną zasadą wykładni jest argumentum a minori ad maius, która stanowi, że komu nie wolno czynić mniej, temu – tym bardziej – nie wolno czynić więcej, Trzecią wreszcie (bo Rzymianie uważali, że omne trinum perfectum, to znaczy – doskonałe jest wszystko, co potrójne) – zasadą wykładni jest argumentum a contrario – to znaczy – wnioskowanie z przeciwieństw.

Na przykład art 7 konstytucji stanowi, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. W przypadku obywateli formuła działania praworządnego jest inna: dozwolone jest wszystko, co nie jest zakazane a w przypadku organów władzy – dozwolone jest tylko to, co dozwolone.

Ale na to, co dozwolone, naprowadzają nas zasady wykładni, które wyżej przedstawiłem. Klangor podniesiony przez premiera Tuska i jego otoczenie pokazuje, że to hebesy – co utwierdza nas w przekonaniu, że naszym nieszczęśliwym krajem kieruje banda bęcwałów.

Koszerne krokodyle

Koszerne krokodyle

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    6 sierpnia 2026 michalkiewicz

W nasz nieszczęśliwy kraj uderzają jak nie upały, to burze i to raz za razem, tak, że sztaby kryzysowe ledwo nadążają z obmyślaniem profilaktyki i środków zaradczych, a tymczasem Judenrat „Gazety Wyborczej” z uporem godnym lepszej sprawy próbuje sprawować rząd dusz – jeśli nawet nie nad całym naszym nieszczęśliwym krajem, to przynajmniej nad kurczącym się imperium mikrocefali, co to chlipią swoją intelektualną zupę z sagana nadzorowanego przez makbetowskie wiedźmy.

Ta wytrwałość – nie powiem – przynosi nawet rezultaty, choćby w postaci przyczółków na terenie zdominowanym dotychczas przez reakcyjny kler. Jednym z nich jest najnowszy nabytek Judenratu w osobie zawodowego katolika, pana red. Tomasza Terlikowskiego, który bezkompromisowo chłoszcze biskupów za to, że nie słuchają zbawiennych nauk pana red. Michnika i zamiast skoczyć w otchłań demokracji, hołdują sprośnym i w dodatku Niebu obrzydłym mniemaniom o wyższości ustroju monarchicznego. Tymczasem o żadnej takiej wyższości mowy być nie może, bo jest rozkaz, by wszędzie, gdzie tylko się da, budować demokrację – ale oczywiście „socjalistyczną” – o czym przekonywał mnie jeszcze w maju 1982 roku pewien oficer SB, dając mi szansę ocalenia skóry, być może nawet za cenę zwerbowania mnie do współpracy. – A może byśmy wspólnie budowali Polskę – ale socjalistyczną? – mówił wymachując mi przed nosem wskazującym palcem. Nie skorzystałem wtedy z tej propozycji, więc pojechaliśmy do ośrodka odosobnienia w Białołęce, gdzie pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był kolega Janusz Korwin-Mikke, w kalesonach grający na spacerniku w siatkówkę. Ten widok dodał mi otuchy, oddalając jednocześnie wszelkie pokusy budowania demokracji.

No bo jakże ulegać pokusom demokracji, kiedy na przykład, gdyby tak na bezludnej wyspie znalazła się jakaś dama, dajmy na to – pani red. Agnieszka Gozdyra od „debaty” – a obok niej – pan red. Jankowski, ten od „Punktu widzenia” i ja – to zawsze byśmy panią Agnieszkę przegłosowali. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet Judenrat melancholijnie zauważa, że „antydemokratyczne poglądy są zaraźliwe, jak wirusy” i zarażamy się nimi „przebywając w jednym pomieszczeniu” ze wstecznikami, co to pragnęliby cofnąć parowóz dziejów. Jeśli to prawda, to nie ma rady; trzeba będzie przeprowadzić ścisłą izolację postępaków od wsteczników, coś w rodzaju apartheidu – bo w przeciwnym razie antydemokratyczna zaraza zdominuje świat, który i bez tego cierpi straszliwe paroksyzmy, choćby z powodu złowrogiego klimatu, który najwyraźniej podjął walkę z Ludzkością. Co upadło, to przepadło, ale żeby zasługa nie została zapomniana, to przypominam, iż ostrzegałem, by nie rozpoczynać walki z klimatem, bo wtedy klimat nie będzie miał innego wyjścia, jak podjąć walkę z Ludzkością.

Żeby przynajmniej była to jedyna wojna, jaka toczy się na świecie. Ale gdzie tam! Oto na Ukrainie już czwarty rok wojują Rosjanie i wspierani przez NATO Ukraińcy, najwyraźniej zdecydowani na jej kontynuowanie do ostatniego Ukraińca. Na pierwszy rzut oka trudno to zrozumieć, ale gdy sięgniemy pod powierzchnię zjawisk, to wszystko zaczyna się powoli wyjaśniać. Jak twierdzą znawcy przedmiotu, finansowa pomoc, jaką świadczy Unia Europejska dla Ukrainy, w jednej trzeciej jest prywatyzowana przez tamtejszych oligarchów, a w tej sytuacji trudno się dziwić, że mogą być oni zainteresowani w jej kontynuowaniu, tak długo, jak tylko się da. Podobno po europejskiej stronie jest tak samo, chociaż tutaj obowiązuje większa dyskrecja. Inna sprawa, że nawet w tych warunkach pojawiają się śmierdzące dmuchy, na przykła

d wokół szczepionek marki Pfizer. Wielkie ich ilości zamówić miała Reichsfuhrerin Urszula Wodęlele – ale zimny ruski czekista Putin, uderzając na Ukrainę, z dnia na dzień pandemię zbrodniczego koronawirusa zlikwidował, w związku z czym żadne szczepionki nikomu nie były już potrzebne. Pfizer jednak towar dostarczył i domaga się zapłaty. Reichsfuhrerin, niezależnie od tego, ile tam sobie przytuliła, zgodnie z ustawą o zasobach własnych Unii Europejskiej, tylko zaciąga kredyt i „zamawia”, podczas gdy spłacaniem zobowiązań zajmują się już członkowskie bantustany. Toteż belgijski niezawisły sąd na żądanie Pfizera nakazał, by i nasz nieszczęśliwy kraj spłacił swoją część długu, w związku z czym wierzyciel zajął konto Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, na którym gromadzone są należności z tytułu kontrolowania ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Chodzi – bagatela – o prawie 6 mld złotych. Ani to mało, ani dużo, zwłaszcza gdy porównać to z długiem publicznym naszego nieszczęśliwego kraju, który grubo przekroczył już 3 biliony złotych – ale dla PAŻP to raczej dużo. Będzie ona związku z tym składać apelację – ale jeśli belgijskie sądy są tak samo niezawisłe, jak nasze, to czarno to widzę. Forsa wręczona niezawisłemu sądowi ad captandam benevolentiam znika, jak materia w czarnej dziurze, więc trudno spodziewać się czegoś innego, niż oddalenie apelacji. I tylko Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje zachowuje pogodne usposobienie, nadstawiając swoje oblicze do pocałowania również obywatelowi Tuskowi, który całuje – no bo co ma robić? Trudno o lepszą ilustrację całkowitej bezkarności uczestników okupującego Europę biurokratycznego gangu, który zachowuje się, jak rzymska societas leonina, czyli spółka lwia, w której korzyści przypadają gansterom, a zobowiązania obciążają członkowskie bantustany.

Inną znów wojną, jaka wstrząsa światem jest wojna ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił amerykańskich twardzieli bezcenny Izrael. Ponieważ w bezcennym Izraelu w październiku są demokratycznej wybory, więc tamtejszy premier rządu jedności narodowej, jak-gdyby-nigdy-nic kontynuuje ludobójstwo w Strefie Gazy i w Libanie, dzięki czemu tamtejsi Żydowie popierają go co najmniej tak samo, jak „naziści” Adolfa Hitlera po pokonaniu Francji. Okazuje się, że aż tak dużej różnicy między Żydami i „nazistami” nie ma. Właśnie niezależne media doniosły, że izraelscy Żydowie zmienili status krokodyli nilowych. Chodzi o to, że szef tamtejszej służby więziennej wpuścił krokodyle do fosy okalającej wielkie więzienie dla Palestyńczyków, którzy w zdecydowanej większości wtrąceni zostali tam bez żadnego wyroku, ani nawet – bez żadnego zarzutu.

Specjalnie nie orientuję się w Talmudzie, ale podobno chodzi o to, by krokodyle zyskały status koszerności – bo wtedy, jeśli nawet jakiegoś Palestyńczyka zjedzą, to będzie to zgodne z zasadami ustanowionymi przez Stwórcę Wszechświata. Wtedy przynajmniej Stwórca Wszechświata będzie zadowolony – więc czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niemcy zrywają listek figowy?

Niemcy zrywają listek figowy?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    4 sierpnia 2026

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=6081

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński nie zmienia zdania tak często, jak np. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, ale – odróżnieniu od Ameryki – Polska nie ma z Izraelem gorącej linii, dzięki czemu Naczelnik Państwa nie musi z dnia na dzień zmieniać zdania, jak prezydent Donald Trump. Niemniej jednak, chociaż z opóźnieniem, również i do niego dochodzą rozkazy, wskutek czego Naczelnik Państwa raz oznajmia swoim wyznawcom jedno, ale po pewnym czasie – zupełnie coś innego. Tak właśnie było w przypadku stowarzyszenia „Rozwój plus”, które z gronem swoich wyznawców niedawno założył Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki. Ta decyzja Wielce Czcigodnego wywołała rodzaj burzy w szklance wody, bo w tej szklance wody już dawniej szalały szkwały między tak zwanymi „maślarzami” a „harcerzami” – ale Naczelnik Państwa sprawiał wrażenie, jakby nad wszystkim panował. Wezwał tedy byłego premiera przed swoje oblicze i po naradzie obydwaj uraczyli swoich wyznawców komunikatem, że odtąd PiS będzie miało „dwa płuca”, dzięki czemu będzie „dyszyt’” tak „wolno”, jak „czeławiek” w Związku Radzieckim. Wkrótce okazało się, że tych płuc będzie więcej, bo „maślarze” też utworzyli stowarzyszenie „Polska przede wszystkim” – zamiast partii, która na firmamencie tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu pojawiła się pod nazwą „Forsa jest najważ…” – to znaczy pardon; nie żadna tam „forsa” tylko oczywiście Polska. Polska jest najważniejsza. Kogóż tam nie było! I Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Kowal – oczywiście Wielce Czcigodny – i Adam Bielan i Michał Kamiński, słowem – każdego zwierzęcia po parze, niczym w Arce Noego. A propos Arki Noego, to kiedyś w tramwaju usłyszałem rozmowę dwóch kinomanów. Jeden dzieli się z drugim wrażeniami po obejrzeniu filmu „W poszukiwaniu zaginionej arki”. W pewnej chwili słuchający opowieści zapytał, czy tu chodzi o Arkę Noego – ale jego rozmówca natychmiast wyprowadził go z błędu: – „Jaka znowu Arka Noego!? Nie Arka Noego, tylko normalna arka!” W tej sytuacji uczeni teologowie powinni zgłębić różnice między „normalną arką” i arką nienormalną – bo a cotrario taka też musiała istnieć.

Wracając do „Polski”, co to miała być „najważniejsza”, to nie przetrwała nawet czterech lat. Schyłek nastąpił, kiedy zlała się z pobożnym Jarosławem Gowinem, w następstwie czego działacze gotowi wszystko zrobić dla Polski, co to „jest najważniejsza”, porozłazili się po rozmaitych partiach, które dawały lepsze widoki na zdobycie mandatu, z którym – jak wiadomo – wiąże się forsa. Wprawdzie nie ona jest „najważniejsza” tylko „Polska” – ale co można zrobić dla Polski, jak nie ma forsy? Wyjaśnił to jeszcze przed wojną niemiecki autor „Opery za trzy grosze” Bertold Brecht: „Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce. Ale czy forsę ma? Niestety nie!” I tak oto Wielce Czcigodny Paweł Kowal ostatecznie wylądował w Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, gdzie wyświadcza dla Polski rozmaite przysługi według wskazówek berlińskich, a poza tym służy Ukrainie, która – jak wiadomo – pozostaje w strategicznym partnerstwie z Niemcami. Dużej forsy podobno z tego nie ma, chociaż ukraińscy oligarchowie podobno nie narzekają, więc pewnie i Wielce Czcigodny Paweł Kowal – też nie. Tymczasem Mateusz Morawiecki, co to rozpoczął służbę Polsce jeszcze u schyłku pierwszej komuny, jako tajny współpracownik NRD-owskiej STASI o dwóch pseudonimach operacyjnych: „Student” i Jakub”, po praktykach w bankowości, gdzie nabrał doświadczenia na odcinku forsy, został doradcą doskonałym obywatela Tuska Donalda.

Aliści, kiedy w 2015 roku przyszło do podmianki na stanowisku lidera sceny politycznej naszego bantustanu, został w korcu maku wyszukany przez Naczelnika Państwa, który zrobił go wicepremierem w rządzie Wielce Czcigodnej Beaty Szydło, a w roku 2017, w następstwie „głębokiej rekonstrukcji rządu”, po felonii, jakiej wobec Naczelnika dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, został premierem rządu „dobrej zmiany” i w tym charakterze podpisywał wszystko, co tam Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podsunęła mu do podpisania. Toteż kiedy ogłosił powołanie stowarzyszenia „Rozwój Plus”, pojawiły się podejrzenia, że w ten sposób realizuje trzecią część zadania w postaci rozbijania PiS. Widocznie jednak zbajerował Naczelnika opowieściami o „dwóch płucach”. Kiedy jednak na firmamencie sceny politycznej naszego bantustanu pojawiła się nowa partia „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie, za którą murem stanął pan Michał Kobosko, co to wcześniej stręczył nam na jasnego idola ojczyka Szymona Hołownię, a jeszcze wcześniej – uczestniczył we wpływowym waszyngtońskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, Naczelnik zrozumiał, że żarty się skończyły.

W Radzie Atlantyckiej bowiem zasiadają ważne generały z Pentagonu, wysokiej rangi bezpieczniaki w CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, eksperci w rodzaju Daniela Frieda, co to w 1989 roku, razem z Władimirem Kriuczkowem z sowieckiego KGB, projektował transformację ustrojową dla naszego bantustanu – a między nimi – pan Michał Kobosko, to może to być inicjatywa poważniejsza, niż „Polska jest najważniejsza” – tym bardziej, że stare kiejkuty sięgnęły do najgłębszych rezerw, wydobywając z naftaliny pana Janusza Onyszkiewicza, co to po uwiądzie starczym „partii zagranicy”, czyli Unii Demokratycznej, pętał się po rozmaitych Komitetach Obrony Demokracji – jako autorytet moralny, cokolwiek wprawdzie zaśmierdziały, niemniej jednak. Kiedy w dodatku Wielce Czcigodny Przemysław Czarnek dopuścił się samowolki, postulując wstrzymanie przez Polskę wszelkiej pomocy dla Ukrainy, Naczelnik Państwa najwyraźniej poczuł, że cugle wymykają mu się z rąk. Toteż nie tylko natychmiast przywrócił Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka do pionu, ale postawił płomiennym sługom Polski ultimatum, że w ciągu tygodnia muszą zrezygnował z uczestnictwa we wszelkich „stowarzyszeniach”. Słowem – nie ma żadnych „dwóch płuc”, tyko jedne – cały czas te same, to znaczy te, którymi oddycha sam Naczelnik.

Na to ultimatum natychmiast zareagował Wielce Czcigodny Jacek Sasin i swoje stowarzyszenie rozwiązał, podczas gdy Mateusz Morawiecki, jak-gdyby-nigdy-nic, po staremu zapowiada na 31 lipca „grilla” swego stowarzyszenia „Rozwój Plus”, podczas którego ma się namawiać, jakby tu służyć Polsce w nowej sytuacji. Wyznawcy Naczelnika Państwa twierdzą wprawdzie, że to jest kolejna intryga naszego wirtuoza intrygi. Chodzi o to, żeby stworzyć wrażenie, że Mateusz Morawiecki się zbuntował – a kiedy już wszyscy się na to nabiorą, wtedy, tuż przed wyborami, buntownicy ponownie „zleją się” z PiS-em. Tak właśnie kombinował generał Wojciech Jaruzelski, którego intrygę streścił w poetyckich strofach Janusz Szpotański: „Nie płoszmy ptaszka. Niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje (…) aż o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki. Wnet się posypią piękne wyroki!

Czy jednak to nie jest zbyt piękne, by było prawdziwe? Pamiętajmy bowiem, że Naczelnik Państwa wprawdzie jest wirtuozem intrygi, ale takim, co to z reguły na końcu potyka się o własne nogi. Zatem zatwardziałość Wielce Czcigodnego Mateusza Morawieckiego równie dobrze może dowodzić, że on też już nie żartuje, tylko realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizowania PiS. Chodzi o to, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, którego nieuchronnym następstwem jest wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej, w naszym bantustanie nie są już potrzebne żadne listki figowe, którą to rolę przez ponad 30 lat wypełniał Naczelnik Państwa na czele formacji, co to zmieniały wprawdzie nazwy, ale nie porzucały „postawy służebnej” wobec Naszych Sojuszników. Skoro tedy Nasz Sojusznik wrócił do polityki, jaką na wschodzie Europy forsował w roku 1917, pozwalając na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby przy jej pomocy szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, to po co tu jeszcze jakieś listki figowe? Ani Niemcom, ani Ukrainie, Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc i ultimatum Naczelnika Państwa wobec Wielce Czcigodnego Mateusza Morawieckiego może w tej sytuacji być tylko rodzajem bezsilnego złorzeczenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ostatnia szansa na nawrócenie

Ostatnia szansa na nawrócenie

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    2 sierpnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie to już tylko formalność, ale formalnościom też musi stać się zadość, więc chociaż o północy z czwartku na piątek upłynął termin ultimatum, jakie Naczelnik Państwa przedstawił Mateuszowi Morawieckiemu i jego pretorianom – żeby nie tylko zlikwidowali stowarzyszenie „Rozwój Plus”, ale i rewokowali w specjalnie sporządzonych lojalkach – że będą słuchać Naczelnika – ale gwoli zadośćuczynienia formalnościom, utrata członkostwa w PiS zostanie 28 lipca zatwierdzona przez Biuro Polityczne, to znaczy – pardon; nie żadne „Biuro Polityczne”, które było organem PZPR, tylko oczywiście Komitet Polityczny.

Nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że Biu… – ach, co ja piszę; nie żadne „Biuro”, tylko oczywiście – Komitet Polityczny wszystko zatwierdzi i w ten oto sposób „rozłam” w PiS stanie się faktem. Jak z kronikarskiego obowiązku wspominałem, część wyznawców Naczelnika Państwa uważa, że to tylko taka ustawka, której celem jest wciągnięcie obywatela Tuska w pułapkę: niech sobie myśli, że PiS się rozpadło, („Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje…”), a tymczasem na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami, Mateusz Morawiecki ponownie „zleje się” z Naczelnikiem Państwa i w ten oto sposób osiągnięte zostanie ostateczne zwycięstwo.

To jasne, że wyznawcy Naczelnika Państwa w coś przecież wierzyć muszą, więc dlaczego nie w ustawkę, która to wiara ufundowana jest zresztą na przekonaniu, iż Naczelnik jest wirtuozem intrygi? Może i jest – ale warto zwrócić uwagę, że nader często potyka się o własne nogi. Tak było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza, tak było w przypadku Andrzeja Dudy i tak właśnie jest w przypadku Mateusza Morawieckiego.

Warto bowiem zwrócić uwagę, że stowarzyszenie Rozwój Plus powstało w kwietniu br. – to znaczy akurat wtedy, gdy Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą – co oznacza, że realizują politykę, jaką Cesarstwo Niemieckie prowadziło w Europie Środkowo-Wschodniej w roku 1917, zezwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by za pomocą tego narzędzia szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Ponieważ za sprawą Judenratu i innych ośrodków propagandowych, znaczna część Polaków jak ognia boi się posądzenia o „ruskie onuctwo” i szachowanie Rosji przez Niemcy przy pomocy Ukrainy uważa za wielkie osiągnięcie, to w cieniu tego wielkiego osiągnięcia już zupełnie nie zauważa, że Ukraina ma jeszcze jedno zadanie – mianowicie – trzymania w ryzach Polaków.

Z tych powodów wolę trzymać się teorii spiskowej, według której Mateusz Morawiecki właśnie realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizacji PiS. Żaden listek figowy nie jest już w Polsce Niemcom do niczego potrzebny, no i właśnie to pokazują najnowsze sondaże. Na pozycji lidera plasuje się Volksdeutsche Partei z satelitami z poparciem ponad 28 procent. Na drugim miejscu PiS – ale z wynikiem niecałych 16 procent, na trzecim – Konfederacja z wynikiem 13,5 procenta, na kolejnym – Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 12,3 procenta, potem jeszcze Lewica (7,9 proc.) i wreszcie – grupa Mateusza Morawieckiego z wynikiem 7,5 proc. Nie zapominajmy jednak o innych następstwach rozłamu. Z Mateuszem Morawieckim wyszło z PiS 40 parlamentarzystów. Każdy z nich zdążył się jakoś tam ukorzenić w terenie, to znaczy – we własnym okręgu wyborczym. W tej sytuacji bardzo ważna jest okoliczność, czy taki parlamentarzysta będzie wyrywany z korzeniami, czy też przynajmniej część korzeni nadal będzie służyła Naczelnikowi Państwa, którego siła polega m.in. na przekonaniu, że każdy powinien się dla niego poświęcać.

Dopóki ta wiara jest podzielana przez część opinii publicznej, dopóty Naczelnik Państwa może swoich wyznawców uwodzić – ale w miarę rozwoju sytuacji, a zwłaszcza – w miarę topnienia wpływów PiS w terenie – również możliwości uwodzicielskie będą się kurczyły. Od razu bowiem między rozłamowcami rozpoczęły się tzw. potępieńcze swary. „Maślarze” zauważyli ze zgrozą, że Mateusz Morawiecki był doradcą Donalda Tuska – co im przedtem – to znaczy – ani w roku 2015, ani w roku 2017, kiedy Morawiecki zostawał premierem rządu „dobrej zmiany” z namaszczenia Naczelnika – absolutnie nie przeszkadzało – podobnie jak i to, że na stanowisku premiera rządu Mateusz Morawiecki podpisywał wszystko, co mu tam Niemcy podsunęli do podpisu.

Inni jednak mogą zacząć dociekać, dlaczego w takim razie Naczelnik Państwa upodobał sobie akurat w Mateuszu Morawieckim i do kogo jeszcze musi się akomodować – a wtedy uwodzicielskie możliwości Naczelnika mogą skurczyć się jeszcze bardziej. I o to właśnie w tej trzeciej części zadania, którą właśnie wykonuje Mateusz Morawiecki, chodzi.

Ale przebudowa sceny politycznej naszego bantustanu to jedna sprawa, bo drugą sprawą jest toczący się równolegle proces coraz mocniejszego chwytania za twarz tubylczych Polaków. Na wieść o strategicznym partnerstwie niemiecko-ukraińskim, główny cadyk warszawskiego Judenratu, pan red. Adam Michnik rzucił hasło – „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Z punktu widzenia „krajowych cudzoziemców”, za jakich uchodzą Żydowie, przynależność do tej czy innej z mniej wartościowych tubylczych nacji jest sprawą płynną. Toteż kiedy pan red. Michnik doszedł do wniosku, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego Polska już jest passe – rzucił wspomniane hasło – natychmiast zostało ono podchwycone przez funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, którzy natychmiast ruszyli ławą, by piętnować polską „ksenofobię” i inny tubylcze myślozbrodnie. Dodając tak zwanego „dramatyzmu” Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczął lansować pogląd – donos, że w Polsce narasta „atmosfera przedpogromowa” wobec goszczących u nas 2 mln Ukraińców.

To bardzo poważna zastawka, która może stanowić podstawę do ewentualnej interwencji w Polsce, gdyby się okazało, że własnymi siłami tubylcza administracja nie jest w stanie tych wszystkich myślozbrodni stłumić. Jest oczywiście mało prawdopodobne, by za pacyfikowanie Polaków wzięli się bezpośrednio Niemcy – bo jeszcze swąd po Oświęcimiu do końca się nie rozwiał – ale od czego ukraińska diaspora? Ta mogłaby otrzymać nie tylko wolną rękę, nie tylko zachętę, ale i wsparcie w postaci broni i pieniędzy do urządzenia tubylczym Polakom „wołynki” – żeby raz na zawsze zrozumieli, że nie powinno się wierzgać przeciwko ościeniowi. Propagandową padgatowką do tego mogą służyć codzienne doniesienia o atakach – jak nie na ukraińskie dziewczęta, to na ukraińskich chłopców – aż przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, na łamach prowadzonej przez warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej”, dała wyraz swoim uczuciom wobec mniej wartościowego narodu tubylczego, a nawet „kraju”. Przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska wprost wije się ze wstydu za „mój kraj” w w ogóle – zalewa ją „gorycz”. Jeśli tedy mniej wartościowy naród tubylczy się nie opamięta, to nieuchronnie spadnie na niego surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Doprawdy – ostatnia chwila do nawrócenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nikt nam nie zrobi nic

Stanisław Michalkiewicz: Nikt nam nie zrobi nic     magnapolonia

   Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w  ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono.

Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju  nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej pociski do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie, Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy.

Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną.

Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.

   Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi –  „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?

Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa.  Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek  zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu.

Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać.

Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza  Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.

   A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami?

Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską.

Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad  – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.

   Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela  Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy. Toteż  obywatel Żurek Waldemar  ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami.

To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przed-pogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji.

I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.

Wśród wirtuozów intrygi

Stanisław Michalkiewicz serwis „Prawy.pl”  1 sierpnia 2026 michalkiewicz

Nie jest tajemnicą, że Naczelnik Państwa cieszy się, przynajmniej w kręgu swoich wyznawców, opinią wirtuoza intrygi, chociaż wielu obserwatorów dodaje, że takiego, który z reguły na końcu potyka się o własne nogi.

Za jeszcze większego wirtuoza intrygi uchodził książę Beneventu Karol Maurycy Talleyrand-Perigord. Sowiecki historyk Tarle twierdzi, że przede wszystkim był on łapownikiem – ale jeśli nawet, to musiał być przecież jakiś powód, dla którego wszyscy dawali mu łapówki. Najpierw służył rewolucji, potem – Napoleonowi, którego w końcu zdradził, a właściwie zdradzał, kiedy jeszcze zajmował to stanowisko. – „Po cóżeś Wasza Cesarska Mość tu przyjechał – szeptał w ucho rosyjskiemu cesarzowi Aleksandrowi I w 1808 roku w Erfurcie. – Napoleon przegra, już prędko przegra”. Była to oczywista zdrada, ale z drugiej strony niepodobna odmówić słuszności Talleyrandowi, kiedy mówił: zawsze służyłem Francji, niezależnie od ustroju mojego państwa.

Jaka szkoda, że nie możemy przypisać podobnych słów żadnemu z Naszych Umiłowanych Przywódców!

Polsce nie służą oni na pewno; przeważnie – jakimś Naszym Sojusznikom, a w najlepszym razie – sobie. Wracając to Talleyranda, to nawet kiedy umarł, wielu ludzi dopatrywało się w tym jakiejś kolejnej, piekielnej intrygi: „co on chce przez to powiedzieć?” Podobnie za intryganta uważany był Otto Bismarck, chociaż – w odróżnieniu od Talleyranda – w publicznych deklaracjach bywał nawet brutalnie szczery – na przykład formułując zasadę „siła przed prawem”, którą teraz, pod dyktando bezcennego Izraela, próbuje stosować amerykański prezydent Donald Trump. Otóż kiedy Bismarck zadeklarował, iż podróż niemieckiego księcia do Hiszpanii nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia politycznego, rosyjski cesarz Aleksander III na marginesie raportu zanotował: „czto to zatiewajet etot obier-skot, no czto imienno – nieizwiestno(coś knuje to ober-bydlę, ale co konkretnie – nie wiadomo).

Toteż nic dziwnego, że cała Polska, a nawet – jak powiadają – cały świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na orędzie, jakie 24 lipca w samo południe Naczelnik Państwa wygłosił. Orędzie potwierdziło wprawdzie, że PiS się rozpadło, a Biuro Polityczne wkrótce ten fakt sformalizuje – ale nadal nie wiemy, co w związku z tym będzie z nami, to znaczy – z Polską i ze światem?

Na szczęście wyjaśniła się sytuacja polityczna na Ukrainie. Żeby lepiej zrozumie istot sprawy, musimy przypomnieć, że Ukraina jest oligarchią oligarchów, którzy decydują, kto będzie prezydentem i w ogóle – podczas gdy w Rosji, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą. Jak wiadomo, w bieżącym roku Ukraina dostała od Unii Europejskiej najpierw 90, a potem – jeszcze 70 mld euro.

Nic dziwnego, że w gronie tamtejszych oligarchów musiało dojść do nieporozumień – ile kto może sobie sprywatyzować. W związku z tym prezydent Zełeński musiał spuścić z wodą panią premier Swirydenko – co nie wywołało żadnego większego rezonansu – ale również ministra obrony narodowej Fedorowa. Tu interesy jakiejś grupy oligarchów musiały zostać naruszone, bo wynajęli oni mnóstwo młodych ludzi w Kijowie, żeby demonstrowali za przywróceniem Fedorowa na stanowisko ministra obrony. Uprzejmie zakładam, że ci młodzi ludzie musieli być wynajęci i opłaceni, podobnie jak nasze „Ostatnie Pokolenie” – bo w przeciwnym razie musiałbym uznać, że nie mają oni większych zmartwień, jak to, kto będzie ministrem obrony Ukrainy.

Widocznie jednak inni oligarchowie mieli lepsze argumenty, bo prezydent Zełeński owszem – oferował Fedorowowi nawet stanowisko Doradcy Doskonałego – ale powrót do Ministerstwa Obrony – wykluczony. Tedy pełniącym obowiązki ministra został pan Chmara, a nowym dowódcą tamtejszej niezwyciężonej armii – generał Drapaty, którego ukraińskie media wprost nie mogą się nachwalić – jaki dzielny i w ogóle. Znaczy – teraz on poprowadzi niezwyciężoną ukraińską armię do ostatecznego zwycięstwa.

Jak wiadomo, musi ono nadejść, bo tak zostało zatwierdzone – ale nie tak prędko – bo kiedy oligarchom będzie lepiej, jak nie podczas wojny? Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny – nawołują militaryści – i słuszna ich racja. Dopóki bowiem wojna trwa, dopóty „Europa” będzie ukraińskich oligarchów futrowała miliardami euro – więc czegóż chcieć więcej?

Inaczej jest na Bliskim Wschodzie. Po 60-dniowym zawieszeniu broni nie zostało nawet wspomnienie i Stany Zjednoczone znowu obrzucają złowrogi Iran ponaddźwiękowymi dzidami, a złowrogi Iran w odwecie obrzuca ponaddźwiękowymi dzidami niektórej kraje Zatoki Perskiej i zwasalizowaną przez Izrael Jordanię. Powoduje to wiele szkód, a nawet giną amerykańscy żołnierze – bo strat ludzkich mniej wartościowego narodu irańskiego nikt nie liczy – ale nikt już nie wie, o co właściwie w tej wojnie chodzi.

Czyż nie z tego właśnie powodu bezcenny Izrael ogłosił, że on w tym konflikcie udziału nie weźmie – chociaż przecież żyje mnóstwo ludzi pamiętających, że to właśnie bezcenny Izrael wkręcił w tę wojnę amerykańskich twardzieli. Do tej pory podobno kosztowała ich ona co najmniej 40 miliardów dolarów, ale to przecież dopiero początek, ponieważ zaprzyjaźnieni ze złowrogim Iranem Huti z Jemenu właśnie włączyli się do wojny, zablokowali cieśninę Bab el Mandab na południowym skraju Morza Czerwonego, a nawet ostrzelali próbujące tamtędy przepłynąć dwa saudyjskie tankowce z ropą. Wygląda na to, że ani przez Cieśninę Ormuz, ani przez Cieśninę Bab el Mandab żadnej żeglugi nie będzie, w związku z czym cena ropy znowu poszybowała w górę do poziomu 100 dolarów za baryłkę.

Wprawdzie Ameryka tamtejszej ropy nie kupuje, ale ogólny wzrost cen odbija się również na cenach paliw w USA 20 lipca br. litr benzyny kosztował w Ameryce 1,146 dolara, podczas gdy na Białorusi – 93 centy, a w Rosji – nawet 92 centy. Za to w Polsce – 1,8 dolara. Ciekawe, że na Ukrainie benzyna jest tańsza niż w Polsce (1,7 USD za litr), ale za to w bezcennym Izraelu trzeba płacić aż 2,5 dolara za litr. No a tu jeszcze ci Huti! Prezydent Trump w desperacji obiecał Arabii Saudyjskiej nawet pozwolenie na cywilny program nuklearny – ale pod warunkiem, że najpierw „uzna” ona bezcenny Izrael. Wygląda na to, że wojna na Bliskim Wschodzie będzie się ślimaczyła co najmniej do października, kiedy to w Izraelu maja odbyć się wybory. Rzecz w tym, że dopóki premier Beniamin Netanjahu prowadzi wojnę, to znaczy – ludobójstwo w Stefie Gazy i w Libanie, to Żydowie w Izraelu popierają go prawie tak samo, jak Niemcy Adolfa Hitlera po pokonaniu Francji w roku 1940.

W tej sytuacji prezydent Trump nie ma wyboru; musi tańczyć, jak mu Żydowie zagrają, bo w przeciwnym razie AIPAC (American Israel Public Affairs Committee) zrobi z niego i ze wszystkich tych amerykańskich twardzieli marmoladę.

Stanisław Michalkiewicz