Trump bombarduje Islamską Republikę Japonii. MEM-y VI.

—————————————-

—————————————–

——————————–

———————————-

———————————

[dość głupawe – co ma leśnik do decyzji „z góry”?? ]

——————————————

————————————

Raczej odwracanie uwagi od ważniejszych rabunków…

—————————————–

———————————————–

————————————————–

——————————————————–

———————————-


Lekarz ważniejszy, zdrowie poczeka. MEM-y V.

————

————————–

————————————————

———————————————————

——————————————-

—————————————————–

——————————————————

—————————————————————–

————————————–

————————————————

To radykalni ateiści. MEM-y IV.

———————————————

——————————————–

——————————————————-

——————————————–

——————————————–

=————————————-

—————————————————————

———————————————-

——————————

——————————————-

——————————————————-

Zorganizowane Kłamstwo górą? MEM-y IV.

——————————————-

—————————————

——————————————–

=====================================================

———————————–

——————————————-

————————————-

——————————–

———————————————————————

—————————–

Wiara sprawą prywatną !! MEM-y III.

————————————————-

———————————-

————————————-

————————————————————

——————————————–

—————————————–

—————————————————

——————————–

Światowy Dzień MEM-ów

———————————

——————————————

———————————————

—————————

—————————————-

————————————–

——————————————————————–

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

Dziś obchodzą Polacy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Ludobójstwa dokonanych przez OUN /UPA. Wspomniał o tym redaktor naczelny tygodnika ‚Myśli Polskiej’ Jan Engelgard w podcaście zatytułowanym „Budanow atakuje Polskę”:

Wzrosło napięcie w kręgach politycznych i medialnych na Ukrainie. Szef kancelarii Zełenskiego Kyryło Budanow napisał: „Oni  [tj. Polacy] przygotowują cały szereg działań prowadzących do eskalacji. […] Ostatnio Rosja próbowała postawić nam ultimatum, ale Rosja jest nieco potężniejsza niż Polska, a my i tak go nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś z innej strony. Nie należy z nami rozmawiać za pomocą ultimatów. […] Każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z naszą reakcją”.

Brzmi to groźnie, szczególnie w sytuacji, gdy na liście ludzi do odstrzału, na ‚Myrotworcu’, znaleźli się następni polscy politycy: szef kancelarii prezydenta Nawrockiego Zbigniew Bogucki oraz czołowy polityk Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik. Tak więc już kilkudziesięciu Polaków znalazło się w tym zabójczym zestawieniu. Dr Mateusz Piskorski zaapelował do władz III RP, by zadziałały w tej obrzydliwej sprawie.

Kyryło jest człowiekiem Waszyngtonu, czuje się mocny – kontynuuje dr Piskorski. – I Kijów będzie tę eskalację rozwijał. Widać wzmożoną aktywność Ukraińców w Polsce, a w retoryce kijowskiej jesteśmy w czołówce wrogów Ukrainy. Problem będzie narastał. W końcu może się zdarzyć, że na liście ‚Mirotworca’  znajdzie się prezydent RP Karol Nawrocki [tu dodam, że byli na niej przez pewien okres papież Franciszek, Viktor Orban czy Michaił Gorbaczow – przypis ZB].

Miasto Lwów ogłosiło nagle rok 2027 rokiem Szuchewicza – mówi Jan Engelgard. – Jest to jawna demonstracja przeciw Polsce. Skąd ta pewność siebie? – Szef ‚Myśli Polskiej’  twierdzi, że istotny jest czynnik amerykański. Jest przyzwolenie USA i tak Polska znalazła się w bardzo trudnej sytuacji [w kleszczach między neobanderowską Ukrainą i zbrojącymi się na potęgę Niemcami – przypis ZB].

08 lipca 2026 – Kijów po rosyjskim ataku

Polacy nie mają już kart wobec Ukrainy – mówi Olaf Swolkień. – Nie mamy już co dać, bo wszystko daliśmy. Według Ukraińców batalię Nawrocki- Zełenski wygrał ten drugi. Zełenski uwolnił się przy tym z niewygodnej sytuacji miłości z Polską i może teraz jawnie czcić nazistów. Polacy niewiele mogą, bo tkwią w ramach mentalnych, które sprawiają, że nie potrafią wyciągnąć wniosków i zastosować twardych i skutecznych działań.

Polscy politycy tkwią w micie, że mamy wspólnego wroga, i teraz poza symbolicznymi gestami czy pojękiwaniem, że nasza wrażliwość jest urażona, niewiele możemy. Gdybyśmy powiedzieli, że przestajemy dotować Ukrainę, że nie płacimy za starlinki, a potem krok za krokiem ograniczylibyśmy bezpłatne usługi dla ukraińskich emigrantów, to inaczej śpiewałby kijowski reżim. 

Czy tylko USA narzucają nam antyrosyjską i proukraińską politykę? – pyta Olaf Swolkień. – Nie tylko. Część polityków III RP naprawdę wierzy w to, że Rosja jest naszym odwiecznym wrogiem i lada chwila na nas napadnie, a Ukraina jest naszym przyjacielem.

„Filozofię” tych fantastów odzwierciedla wypowiedź wysokiego urzędnika MSZ, że ‚najważniejsze jest to, że Ukraińcy zabijają Rosjan’. Ci ludzie powinni się leczyć – podsumowuje Olaf Swolkień.

Zygmunt Białas

Jedno światełko w tunelu

Jedno światełko w tunelu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    12 lipca 2026 michalkiewicz

Gdyby obywatel Tusk Donald nie był taki nadzwyczajny i pełnomocny, to nawet można by mu współczuć – tyle zgryzot ostatnio rzuciło mu się na szyję. W dodatku otoczył się vaginessami w takiej liczbie, że nikt tego nie wytrzyma. Żeby chociaż którakolwiek się do czegoś nadawała, ale próżnio marzyć o tem – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa. Taka pani Nowacka Barbara narobiła tyle bałaganu w „oszwiate”, że trudno znaleźć kogokolwiek na jej miejsce. Z kolei pani Pełczyńska-Nałęcz drze koty z panią Hening—Kloską, że aż się od tego rozleciała partia jednorazowego użytku ojczyka Hołowni Szymona – a tymczasem klimat wygrywa z Ludzkością na odcinku temperatury. Raz jest za wysoka, w związku z czym zbierają się sztaby kryzysowe, ale zaraz potem robi się niska i znowu trzeba zwoływać sztaby kryzysowe. Nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald nie ma już głowy do tego całego rządzenia i chętnie przeszedłby na jedną i drugą emeryturę – ale nie wiadomo, jak zareagowałaby na coś takiego Reichsfuhrerin. Bardzo możliwe, że podobnie, jak Nikita Chruszczow, gdy pewnego razu rozżalony Fidel Castro też zwierzył mu się, że chętnie rzuciłby tę całą władzę i poszedł do klasztoru. – „Nie nada, Fiedia” – powiedział wtedy towarzysz Chruszczow.

No bo popatrzmy. Afera ze Szpitalem Południowym każdego dnia obrasta aferami odpryskowymi, chociaż obywatel Tusk dał pani minister zdrowia czas do wtorku 7 lipca, by uzdrowiła sytuację w resorcie – ale przecież wiadomo, że do 7 lipca to pani minister prochu nie wymyśli, a tymczasem pojawią się nowe wątki aferalne. W dodatku podszczuwanie opinii publicznej na doktorów – że za dużo zarabiają, wprawdzie daje zatrudnienie funkcjonariuszom Propaganda Abteilung, co to dwoją się i troją – ale co z tego, skoro coraz mniej ludzi im wierzy? Co gorsza, pojawiają się złowrogie głosy, że gdyby w tej dziedzinie przywrócić normalność, tzn. najpierw obniżyć fiskalne haracze z ponad 80 do najwyżej 20 procent, rozgonić NFZ, wszystkie rady nadzorcze i dodatkowe szczeble samorządów i zlikwidować państwową służbę zdrowia – to wtedy jedni doktorzy zarabialiby więcej, inni mniej – ale nikogo by to nie rajcowało, bo nikomu nic do tego, ile z własnych pieniędzy pacjent płaci doktorowi.

Tymczasem likwidacja żerowiska dla partyjnych gangów przekracza kompetencje obywatela Tuska, bo Reichsfuhrerin wyznaczyła mu zadania na całkiem innym odcinku. Toteż na wszelki wypadek niezależna prokuratura szerokim łukiem omija pana doktora Dawida Kacprzyka i nie ośmiela się niepokoić go jakimiś przesłuchiwaniami, chociaż „sygnalistów”, co go wystawili, magluje po 10 i więcej godzin. Diabli wiedzą, co ten cały pan doktor Kasprzyk wie i co by w razie czego wychlapał, więc na wszelki wypadek pan prezydent Warszawy Trzaskowski Rafał, z warszawskiej pirogi na pożarcie krokodylom wyrzuca coraz to nowe murzyńskie dziewczęta, a członkom partii daje propozycje nie do odrzucenia; albo partia, albo pyski w melasie w radach nadzorczych. Tedy działacze i radni mają potężny dysonans, bo melasa kusi, ale bez partii przecież niebezpiecznie. W tej sytuacji do melasy ruszyły stare kiejkuty, bo na kogo można się spuścić w tych ciężkich terminach, jak nie na nich? Kto ochroni i uspokoi?

A tu jeszcze, niczym grom z jasnego nieba, z dnia na dzień wybuchła kolejna afera – tym razem za sprawą wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka z Konfederacji. Połączył on umiejętnie rozmaite kropki i okazało się, że vaginet obywatela Tuska Donalda oddał Ukrainie zakupione za ciężkie pieniądze w Ameryce pociski do systemu „Patriot”, a ukraińscy oligarchowie, jeśli nawet nikomu ich nie sprzedali, to wystrzelili Panu Bogu w okno.

Niby wszystko się zgadza z umową z 2 grudnia 2016 roku – ale to pozbawienie Polski ochrony przeciwlotniczej zaniepokoiło nawet niektórych generałów, chociaż większość tylko pilnuje, żeby jakoś dosłużyć do emerytury, kiedy to dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Żeby pokazać, jak to nieugięcie stoi na nieubłaganym gruncie polskiego interesu państwowego, wicepremier, minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław zapowiedział „odtajnianie” donacji dla Ukrainy – poczynając od roku 2022. Najwyraźniej liczy na to, że tyle ich było, iż odtajnianie tylko pierwszych dwóch lat, kiedy to Ukrainę futrował rząd premiera Morawieckiego, przeciągnie się aż do wyborów w przyszłym roku – a potem się zobaczy.

Ale rzecznik interesu ukraińskiego w warszawskim establishmencie, Wiece Czcigodny Paweł Kowal przestrzegł przed igraniem z ogniem tym bardziej, że Judenrat „Gazety Wyborczej” właśnie ujawnił, że ukraińskie demonstracje w Polsce były obstalowywane przez Putina. Jak tam było naprawdę – tego nie dojdzie, bo niedawno minister Siemoniak Tomasz ujawnił, że ukraiński wywiad hula po Polsce jak tornado – a na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że te pociski do amerykańskich „Patriotów” kazali obywatelu Tusku Donaldu przekazać Ukrainie Niemcy. Si non e vero e ben trovato, co się wykłada, że jeśli nawet to nieprawda, to dobrze wymyślone. Dlaczego jednak ma to być nieprawda, skoro w kwietniu Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą? W ramach tego partnerstwa Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc dlaczego nie zacząć wymiksowywania Polski z polityki europejskiej od wpuszczenia w kanał vaginetu obywatela Tuska Donalda?

Właśnie do Warszawy przyjechał z Kijowa pan minister Sibiha, by postawić do pionu przynajmniej Księcia-Małżonka. Oczywiście Książę-Małżonek się nie pochwalił, jak został obsztorcowany, ale z ukraińskich niedyskrecji możemy się dowiedzieć, że już wkrótce zabiorą się za nas „historycy” i „duchowni”, którzy wyjaśnią, jak było i czego mamy się trzymać. Jakże inaczej – skoro znajdziemy się pod skoncentrowanym obstrzałem zarówno ze strony „historyków”, jak i „duchownych”? Na historykach -wiadomo – każdy może polegać, podobnie, jak na „duchownych”. Tak właśnie uważał książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”. Bał się on duchów, więc za szlafkamrata przybrał sobie przewielebnego ojca Idziego, że to niby on „i oświeci i uspokoi”.

Teraz, kiedy Stolica Apostolska właśnie ekskomunikowała „lefebrystów”, uspokoić każdego będzie znacznie łatwiej. Czyż nie dlatego Wielce Czcigodny Giertych Roman, nawet nie próbując udawać członka przewielebnego duchowieństwa, właśnie ekskomunikował złowrogiego Grzegorza Brauna? Wprawdzie Judenrat jeszcze tego nie zatwierdził, ale gdyby tak Wielce Czcigodny obiecał, że podda się drobnej operacji chirurgicznej, to jestem pewien, że sprawa zostałaby przepchnięta na Biurze Politycznym. I to jest to światełko w tunelu – bo na ekstradycję złowrogiego Zbigniewa Ziobry, na którego zagiął parol obywatel Żurek Waldemar, wypadnie chyba jeszcze trochę poczekać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Historyczne konflikty polsko-ukraińskie trafiają do Parlamentu Europejskiego

Historyczne konflikty polsko-ukraińskie

trafiają do Parlamentu Europejskiego.

Dirk Ellerbrock apolut-net/wer-banderas-erben-kritisiert-landet-auf-der-feindesliste

Wystarczył jeden demonstracyjny gest w sali plenarnej w Strasburgu. Kiedy 7 lipca polska europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik podarła wydrukowaną flagę Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i potępiła oficjalną gloryfikację tej organizacji przez Kijów, reakcja była szybka: już następnego dnia jej nazwisko pojawiło się na portalu Myrotworec – nieformalnej ukraińskiej platformie publikującej dane osobowe domniemanych „wrogów Ukrainy”.

Incydent ten to coś więcej niż przypis. Rzuca on światło na konflikt, który europejska dyplomacja akcesyjna do tej pory w dużej mierze ignorowała: nierozstrzygnięty spór między Warszawą a Kijowem o historyczną interpretację masakry wołyńskiej – i na to, jak łatwo ten spór dotyka teraz również samych posiadaczy mandatów UE.

Mowa i jej konsekwencje

Zajączkowska-Hernik, europosłanka z ramienia narodowo-libertariańskiej Konfederacji, zabrała głos podczas debaty na temat procesu akcesyjnego Ukrainy do UE. Zażądała, aby „zbrodnicze ideologie” OUN i UPA „wyrzucić do kosza”, zwracając się bezpośrednio do Wołodymyra Zełenskiego: Kraj, który nazywa jednostkę specjalną imieniem „bohaterów UPA” i planuje narodowy panteon upamiętniający jej przywódców, nie powinien należeć do Unii Europejskiej.

Jej porównanie – gdyby Niemcy nazwały jednostkę imieniem przywódców SS, nikt nie dyskutowałby poważnie o ich członkostwie w UE – zilustrowało w ten sposób polską perspektywę na to, jak daleko europejska wspólnota wartości może przymykać oko na przyjmowanie kraju kandydującego.

Następnego dnia poinformowała w X: została umieszczona na liście osób uznanych przez ukraiński aparat bezpieczeństwa za „wrogów”. Jej reakcja była jednoznaczna – nagranie pokazało, „co ta strona naprawdę reprezentuje”; operatorzy sami się obciążali. Odmówiła wycofania krytyki.

Nie jest pierwsza. Zaledwie kilka dni wcześniej na tej samej liście znalazł się również Zbigniew Bogucki, szef gabinetu prezydenta Karola Nawrockiego. Według europejskich doniesień, impulsem było oświadczenie Boguckiego z 1 lipca, w którym zaakceptował zmianę nazwy ukraińskiej jednostki specjalnej jako suwerenną decyzję ukraińskiego parlamentu, ale jednocześnie określił wszelką gloryfikację Stepana Bandery jako niezgodną z „wartościami zachodnimi” – celowo używając historycznego, międzywojennego terminu „Małopolska Wschodnia” zamiast ukraińskiej nazwy. Według samych operatorów Myrotworca, to właśnie ten termin był faktycznym powodem umieszczenia go na liście. Dyrektor izraelskiego Muzeum Holokaustu Yad Vashem również został wcześniej tam wpisany po skrytykowaniu heroizacji Bandery. Ten schemat nie jest nowy: każdy, kto kwestionuje oficjalną ukraińską politykę pamięci, może znaleźć się na liście, która nominalnie jest przeznaczona dla kolaborantów, zbrodniarzy wojennych i separatystów.

Czym jest Myrotworec – i co tak naprawdę oznacza lista Myrotworec

Myrotworec (Peacemaker) został założony w 2014 roku i formalnie działa jako organizacja pozarządowa. Mówiąc dokładniej, jest to prywatna platforma z udokumentowanymi dobrymi kontaktami w ukraińskim aparacie bezpieczeństwa, a nie oficjalny organ państwowy: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) oświadczyła w 2016 roku, że prowadzenie strony nie narusza ukraińskiego prawa. W 2017 roku Narodowy Bank Ukrainy w oficjalnym piśmie zalecił nawet bankom krajowym korzystanie z platformy w celu zapobiegania praniu pieniędzy – posunięcie to ilustruje faktyczną tolerancję, a w niektórych przypadkach instrumentalizację ze strony władz państwowych, mimo że sam Myrotworec formalnie pozostaje organizacją prywatną.

Wpis nie jest symbolicznym przypisem. Dane osobowe – adresy, zdjęcia, prywatne dane kontaktowe – były wielokrotnie publikowane, w co najmniej dwóch udokumentowanych przypadkach ze skutkiem śmiertelnym: dziennikarz Oles Busina i polityk Ołeh Kałasznikow zostali zamordowani w 2015 roku po tym, jak zostali wpisani na listę.

Organizacje praw człowieka od lat krytykują tę praktykę. Lista jest nominalnie skierowana do rosyjskich żołnierzy, dowódców i separatystów.

W praktyce od lat atakowani są również zagraniczni politycy, dziennikarze i publicyści, których „przestępstwem” jest krytyczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki pamięci – ostatnio wielokrotnie atakowani są polscy urzędnicy, w tym kilku posłów Konfederacji.

Prawdziwy konflikt: Wołyń i kwestia tego, kto może być „bohaterem narodowym”.

Przyczyna obecnej eskalacji leży głębiej niż jedno przemówienie parlamentarne. Zełenski wcześniej zdecydował o przemianowaniu jednostki sił specjalnych na „Bohaterów UPA” – posunięcie to, niezależnie od przynależności partyjnej, w Polsce postrzegane było jako celowa prowokacja. UPA, zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery, współpracowała z reżimem nazistowskim podczas II wojny światowej i
w latach 1943/44 zamordowała na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nawet 100 000 etnicznych Polaków, a także Żydów, Romów i ukraińskich cywilów, którzy sprzeciwiali się czystkom etnicznym. Polska oficjalnie uznaje to za ludobójstwo.

Kijów jak dotąd odrzucał tę klasyfikację, przedstawiając Banderę jako symboliczną postać narodowego oporu przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Prezydent Nawrocki zareagował na zmianę nazwy, pozbawiając Zełenskiego Orderu Orła Białego – najwyższego polskiego odznaczenia. Kilku ukraińskich urzędników zwróciło następnie swoje polskie odznaczenia w geście sprzeciwu.

Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz jasno dał do zrozumienia, że ​​Polska nie zgodzi się na przystąpienie do UE, dopóki Ukraina będzie nadal czcić Banderę i OUN-UPA, i że Warszawa nie pozwoli nikomu dyktować, jak ma głosować w sprawie akcesji innego państwa. Minister spraw zagranicznych Andriej Sibiga udał się do Warszawy, aby złagodzić skutki konfliktu, oferując „pakiet antykryzysowy”, obejmujący historyczne rozmowy przy okrągłym stole i podkreślając wspólną niechęć do Rosji. Jego polski odpowiednik, Radosław Sikorski, zareagował z demonstracyjną powściągliwością; jego zastępca, Marcin Bosacki, jasno dał do zrozumienia, że ​​Warszawa oczekuje korekty nazwy jednostki.

Luka w raporcie UE

Godne uwagi jest również to, co Zajączkowska-Hernik poruszyła w swoim przemówieniu: Oficjalny raport UE z postępów w procesie akcesyjnym Ukrainy z czerwca zawiera rozdziały dotyczące praw podstawowych i niedyskryminacji – ale nie wspomina o gloryfikacji zbrodniarzy wojennych ani o nierozwiązanej kwestii ludobójstwa. Jest to nieodłącznie związane z charakterem procedury: przegląd akcesyjny UE
opiera się na ramach prawnych, acquis communautaire, a nie na dwustronnych konfliktach pamięci między państwem członkowskim a państwem kandydującym. W tym jednak tkwi ryzyko, które ujawnia ta sprawa: silnie emocjonalny, głęboko zakorzeniony historycznie konflikt między dwoma państwami frontowymi pozostaje po prostu niewidoczny w biurokratycznym procesie przeglądu Unii – podczas gdy bez przeszkód trwa on innymi kanałami, takimi jak półrządowa „lista wrogów”, docierając nawet do szeregów Parlamentu Europejskiego. Otwartym pozostaje pytanie, dlaczego polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zapewniło dotychczas widocznej ochrony własnym dyplomatom i parlamentarzystom przed tą formą zastraszania.

Ostatecznie wyłania się wniosek wykraczający poza ten konkretny przypadek: platforma częściowo tolerowana przez państwo może publicznie wymieniać z imienia i nazwiska „wrogów”, nie mając przy tym żadnego zauważalnego wpływu na proces akcesji kraju do Unii Europejskiej.

Sama Zajączkowska-Hernik wyciągnęła najbardziej zwięzły wniosek: nie cofnie się ani o cal w obronie pamięci ofiar Wołynia.

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Stanisław Michalkiewicz  11 lipca 2026 michalkiewicz

Któż nie pamięta filmu Zelig w reżyserii oraz z udziałem Woody Allena? Tytułowy bohater, Zelig, a więc – jegomość z pierwszorzędnymi korzeniami – odznacza się charakterystyczną właściwością. Potrafi mianowicie w jednej chwili dostosować się do otoczenia. I tak, jeśli znajdzie się wśród kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a gdy przypadkiem trafi między Murzynów, to natychmiast ciemnieje mu skóra. Czy tylko tytułowy Zelig miał tę właściwość, czy to jest cecha wszystkich Zeligów – to powinna rozstrzygnąć jakaś ekipa naukowców, na przykład – weterynarzy – bo wygląda na to, iż Zelig nie był wyjątkiem, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszystkich Zeligów.

Starsi ludzie, to to jeszcze samego pamiętają Stalina, z pewnością przypominają sobie, jak to ówcześni Zeligowie nie pozwalali się nikomu wyprzedzić w tak zwanym później „kulcie jednostki”, czyli – uwielbieniu dla Józefa Stalina. Pamiętam czytankę, jak to pewien młodociany Zelig prosił swego resortowego tatełe, by wyciął mu z gazety fotografię Stalina z fajką – no a podczas organizowanych wtedy spędów, Zeligowie wznosili różne okrzyki, między innymi – „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” Bo trzeba nam wiedzieć, że Zeligowie charakteryzują się też bardzo rozwiniętym instynktem stadnym i stąd to częste: „a my wszyscy”.

Wspominam o tym, bo dopiero po tym wstępie będzie nam łatwiej zrozumieć paryską deklarację pana red. Adama Michnika, który od 1989 roku przewodzi Judenratowi „Gazety Wyborczej”, że „my wszyscy jesteśmy dziś Ukraińcami!”. Takich rzeczy można było się spodziewać od dawna, między innymi po publikacjach naszej Jabłoneczki, czyli Małżonki Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, że „my wszyscy” powinniśmy być wyrozumiali, kiedy Ukraińcy uprawiają kult Stefana Bandery – bo nie mają innych herojów, więc jest on dla nich niezbywalnym warunkiem klecenia sobie narodowej tożsamości.

No a teraz, w sytuacji, gdy właśnie na tle „herojów” doszło do napięć między Polską a Ukrainą, Zeligowie, z panem red. Adamem Michnikiem na czele, od razu skapowali, jak się w tej sytuacji zachować. Po ogłoszeniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Zeligowie najwyraźniej uznali, że Polska już jest passe, więc w tej sytuacji nie ma co dłużej udawać Polaków, tylko przepoczwarzyć się na Ukraińców.

Polska oczywiście na buńczuczną demonstrację prezydenta Zełeńskiego zareagowała bardzo miękko i tylko w sferze działań pozornych, bo pan prezydent Nawrocki ogłaszając decyzję o odebraniu orderu, jednocześnie zapowiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj po staremu będzie Ukrainę futrował i wspierał, gdzie tylko będzie mógł. Nic mu to nie pomogło, bo prezydent Zełeński, odsyłając order pocztą, opatrzył to szyderczym komentarzem, że skoro Lachom nie przeszkadza, iż order ten posiada Katarzyna II, to on nie będzie w te sprawy wchodził. Była to, niestety trafna, aluzja do polskiego lizusostwa, boć przecież zarówno prezydent Zełeński, jak i pozostali ukraińscy prezydenci: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko, którzy swoje ordery też odesłali, dostali je z tych samych powodów, co Katarzyna II. Na obronę pana prezydenta Nawrockiego podniosę, że poza odebraniem orderu, nic innego zrobić nie mógł, bo w innych sprawach nie ma konstytucyjnych uprawnień. Tymczasem obywatel Tusk Donald prędzej by chyba splamił mundur, niż ośmielił się zrobić przykrość strategicznemu partnerowi Rzeszy Niemieckiej.

Ponieważ jednak mleko się rozlało, to znaczy – informacja o wołyńskim ludobójstwie trafiła na pierwsze strony gazet – strategiczny partner Rzeszy Niemieckiej, być może wysłuchawszy jej sugestii, postanowił uczynić pozór gestu, by stworzyć vaginetowi obywatela Tuska Donalda szansę na przełknięcie nie tylko Stefana Bandery, ale i innych herojów kijowskiego Panteonu. Prezydent Zełeński powiedział wszak, że „nikt” nie będzie Ukraińcom mówił, jakich herojów mają czcić, a jakich nie. O tym zadecydują sami, w myśl zasady, żeby każdy miał to, co najbardziej lubi. Na przykład jedni lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.

W związku z tym do Warszawy przyjechał ukraiński minister spraw zagranicznych, pan Sybiha, który – mówiąc nawiasem – też odesłał swój order, tylko oczywiście niższej rangi, niż ten przydzielony prezydentowi Zełeńskiemu – „Krzyża Zbolałego”, czy jakoś tak – żeby odpowiednio urobić Księcia-Małżonka. Książę-Małżonek bowiem pięknie wiąże krawaty, no i musi mieć jakieś inne zalety, bo w przeciwnym razie nie zostałby Księciem-Małżonkiem – ale na odcinku dyplomacji radzi sobie trochę gorzej – jak przystało na dyplomatołka. Reagując na szyderstwo prezydenta Zełeńskiego napisał na Twitterze, że może by lotnisko w Jasionce nazwać imieniem „ofiar UPA” – ale chyba wiedział, że to niemożliwe, bo ono ma już imię „Rodziny Ulmów”, co to dała się Niemcom zamordować, żeby dogodzić Żydom.

Tedy, słusznie uważając, że Książę-Małżonek może być najsłabszym ogniwem w vaginecie obywatela Tuska, bo nawet minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz buńczucznie oświadczył, że Ukraina z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdzie, minister Sibiha wziął go w obroty i trzymał podobnież w obrotach całe półtorej godziny. Po tym czasie minister Sibiha opuścił MSZ, nie udzielając żadnych informacji dziennikarzom. Było to podobno uzgodnione z Księciem-Małżonkiem, a skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek zwrócił się do swego ukraińskiego gościa z taką pokorną prośbą – żeby polska opinia publiczna jak najdłużej nie wiedziała, na co Książę-Małżonek w imieniu naszego nieszczęśliwego kraju się zgodził.

Oto zanim jeszcze minister Sibiha odwiedził Warszawę, pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że w Kijowie postanowili zakpić sobie z Polski w taki sposób, by w zamian za umieszczenie we wspomnianym Panteonie generała Marka Bezruczki, który z ramienia URL walczył po stronie polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej, Polacy przełknęli Stefana Banderę, Romana Szuchewycza, który w 1943 roku wydał rozkaz przeprowadzenia eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, no i innych herojów drobniejszego płazu. Czyż nie z tego powodu Książę-Małżonek pragnąłby jak najdłużej utrzymać te wszystkie ustalenia w tajemnicy przed polską opinią publiczną? To być może, bo w ten sposób zyska na czasie, aż pan red. Michnik uruchomi swój Propaganda Abteilung z panem red. Terlikowskim jednej strony, J.Em. Grzegorz kardynał Ryś uruchomi swój Propaganda Abteilung z drugiej strony, a Wielce Czcigodny Paweł Kowal uruchomi swój Propaganda Abteilung z trzeciej strony.

Kiedy Polacy znajdą się pod takim skoncentrowanym ostrzałem ze wszystkich stron, to przestaną się Ukraińcom sprzeciwiać, podobnie jak nie stawili zbrojnego oporu podczas „wołynki” w roku 1943, co umożliwiło stworzenie faktów dokonanych, obejmowanych dzisiaj „dobrą pamięcią” przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu.

Stanisław Michalkiewicz

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

11 lipca 2026 Andrzej Solak pch/cien-domostawy-dzielo-ktore-krzyczy-o-niewygodna-prawde

forum-0904050664.jpg
Fot. Daniel Mróz / Forum

Pomnik „wołyński” w Domostawie stanowi nie tylko upamiętnienie ofiar ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich szowinistów na ludności polskich województw wschodnich. Monument, nieoczekiwanie dla twórcy i fundatorów, stał się zarazem świadectwem hańby środowisk pretendujących do miana politycznych i medialnych elit III RP.

Obrazy i słowa

To dzieło krzyczy o prawdę, która do dziś pozostaje niewygodna.

Olbrzymi orzeł, ogarnięty płomieniami, z krzyżem na piersi. A w krzyż wpisane maleńkie dziecko, nadziane na tryzub. U podstawy pomnika inne maluchy wraz z matką i ojcem, całą rodziną kroczące w ogniu i próbujące osłonić się krucyfiksem. Zaś na rewersie nabite na płot dziecięce głowy, także w płomieniach. Przerażająca kompozycja utrwala pamięć o przerażających czasach. Dlaczego właśnie tak?

Powiadają, że obraz ma moc tysiąca słów. A właśnie w kwestii Wołynia przeciwko słowom prawdy prowadzi się w Polsce wojnę, od wielu lat. Określenia takie jak: „zbrodnia”, „rzeź”, „ludobójstwo” zostały uznane za „niepotrzebnie jątrzące”. Pokochano za to eufemizmy: „tragedia na Wołyniu”, „tragiczne wydarzenia”, „trudna przeszłość”… Dawnych „bandytów z UPA” i „ukraińskich rezunów” zastąpili: „bojownicy UPA”, „żołnierze UPA”, „uczestnicy walk o niepodległość Ukrainy”, „antysowiecki ruch oporu na Ukrainie”… Samozwańczy arbitrzy elegancji nakazali nam milczeć, szantażując insynuacjami o „uleganiu rosyjskiej narracji”. I trzeba to powiedzieć otwarcie – wielu ich posłuchało.

Rzeźbiarz Andrzej Pityński uderzył więc obrazem. Pokazał zbrodnię bez niedomówień, w całej jej potwornej grozie. Nie zostawił miejsca na żadne „dialogowanie” ze spadkobiercami morderców; na żadne nowomodne „wyważanie ocen”, w stylu: „pięć minut dla ofiar – pięć minut dla rezunów”. Bo co można powiedzieć o „bojownikach”, którzy nadziewają dzieci na widły?  Jak człowiek normalny MUSI ocenić „bohaterów walk o niepodległość”, co odrąbują dzieciom głowy?

Z Golgoty na Wołyń

Spór o pomnik Andrzeja Pityńskiego przypominał dawne, równie zajadłe dyskusje przy okazji projekcji filmu „Pasja” Mela Gibsona.

Toż wtedy także obrodziło nam w kwękających estetów, narzekających na „krwawe mięso” i „epatowanie okrucieństwem”. Najwyraźniej byli oni zdania, że obraz tortur, biczowania, koronowania cierniem, wreszcie wbijania gwoździ w ludzkie ciało winien być przepełniony anielską słodyczą.

Oburzały się wtedy wcale nie tylko środowiska lewicowe, zawsze okazujące zdumiewające zainteresowanie wewnętrznymi sprawami Kościoła; cierpiące na jakoweś natręctwo wydawania pouczeń chrześcijanom, w co powinni wierzyć i jak uzewnętrzniać swe uczucia. Jeszcze bardziej zaskakiwały ostentacyjne wyrazy absmaku ze strony deklaratywnych, progresywnych katolików, przywykłych do „dialogowania” i układnego pustosłowia, na co dzień przytulających się do pluszowego krzyża.

Chropawa, drapieżna narracja Gibsona zburzyła dobre samopoczucie wielu. Reżyser ośmielił się ukazać, że Ofiara na Krzyżu to nie była rzecz słodka i miła; to nie były uprzejme, niezobowiązujące, „braterskie” uśmiechy i uściski dłoni. Gibson przypomniał, że Ofiara zaczęła się od przerażenia w Ogrojcu. Od zwyczajnego, ludzkiego lęku Boga przed męką, przed samotną śmiercią wśród nienawistnych tłumów. Oraz że tamto dławiące uczucie niepokoju zostało przełamane – poczuciem obowiązku i prawdziwą Miłością, mocno różniącą się od „miłości” obecnie lansowanej. Dlatego potem był pot, i krew, i ból, prawdziwe morze bólu. Reżyser pokazał to bez niedomówień. Andrzej Pityński poszedł tą samą drogą.

Znak sprzeciwu

O pomniku w Domostawie mówi się, że głęboko podzielił nasz naród.

To akurat prawda. Spory toczące się wokół monumentu pokazały, kto jest u nas prawdziwym patriotą, zwyczajnie wiernym prawdzie, nieoglądającym się na państwowe granty ani na „sojusze”. Kto nie potrzebuje łaskawego przyzwolenia ministra ani partyjnego prezesa na złożenie hołdu zamordowanym. Spory ujawniły także, kto wyprzedał za drobne honor i poczucie przyzwoitości, łasząc się do obcych, pomagając im zabijać pamięć o ofiarach. Pomnik oddzielił ziarno od plew.

Powstanie i instalacja monumentu były pracą oddolną. Pomnik wykonał Andrzej Pityński na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, z siedzibą w Nowym Jorku. Rzecz sfinansowała Polonia oraz krajowi darczyńcy. Fundatorzy wyłożyli kilkaset tysięcy dolarów, pokrywając koszt produkcji, jak i zamierzonej instalacji. Rzeźbę odlano w brązie już w roku 2018.

W sprawę zaangażowało się mnóstwo prawych osób. Ale nagle pojawił się problem! W Polsce, rządzonej wtedy przez ponoć „patriotyczny” PiS, władze stanęły okoniem. Tubylczy „słudzy narodu ukraińskiego” za wszelką cenę chcieli uniknąć nazwania zbrodni po imieniu. Władze poszczególnych miast, jedne po drugich, zaczęły odmawiać zgody na postawienie pomnika. Na tej liście hańby znalazły się: Jelenia Góra, Rzeszów, Toruń, Stalowa Wola…

W końcu jednak, obok wystraszonych samorządowców, objawił się człowiek odważny: pan Zbigniew Walczak, wójt podkarpackiej gminy Jarocin. Na jego decyzji zaważyła prawdziwa wspólnota bólu – podczas II wojny światowej okolice Jarocina krwawo pacyfikował okupant niemiecki przy współudziale ukraińskich kolaborantów.

Kiedy pan Walczak podejmował odważną decyzję, gniewu „ukraińskich partnerów” w sprawie uczczenia ofiar rzezi wołyńskiej bał się prezydent RP; bał się premier; bali się ministrowie rządu; bali się zależni od ich decyzji samorządowcy. Bała się mniemana opozycja spod znaku PO i Lewicy – wszak wraz z rządzącymi PiS-owcami „solidarna z Ukrainą”. Przed gniewem Kijowa trzęsły portkami wielomilionowe elektoraty wzmiankowanych partii. Nie bał się za to wójt maleńkiego Jarocina.

Oni i my

14 lipca 2024 roku w Domostawie wielotysięczne tłumy asystowały przy odsłonięciu i poświęceniu pomnika. Przybyły rzesze zwyczajnych ludzi z całej Polski. Byli weterani, grupy rekonstrukcyjne, przedstawiciele organizacji kresowych i dziesiątków innych stowarzyszeń społecznych.

Spośród 460 posłów RP na uroczystość przybyło zaledwie 10. Z tego aż 7 osób reprezentowało ówczesną niszową, niepodzieloną jeszcze Konfederację (głównie Koronę). Z PSL stawił się raptem jeden sprawiedliwy. PiS-owska większość sejmowa wygenerowała ledwie… dwóch uczestników, co przyjechali własnym sumptem, na własną odpowiedzialność (oceńcie Państwo sami, czy było to ocalenie honoru partii rządzącej, czy też uwypuklenie jej moralnego upadku?). Z PO, Lewicy i partii Hołowni nie stawił się nikt.

Nie było nikogo ze zdominowanego przez POPiS Senatu. Zabrakło przedstawicieli władz wojewódzkich i centralnych. Nie było ówczesnego prezesa IPN (wszak rok wcześniej zapewnił on, że Ukraińcy mają prawo wybierać swoich bohaterów, nawet jeśli okażą się nimi Bandera lub Szuchewycz). Na obecność prezydenta RP, premiera czy któregokolwiek z ministrów nikt rozsądny nawet nie liczył. Co najbardziej bolesne, na uroczystości nie stawił się ani jeden biskup. Jak zwykle, nasi arcypasterze mieli ważniejsze sprawy…

Szczucie

Przez kolejne dni i tygodnie mogliśmy w mediach wysłuchiwać popisu chóru „oburzonych” odsłonięciem pomnika.

„Nie ma wątpliwości, że odsłonięcie pomnika zostanie wykorzystane przez rosyjską propagandę do budowy podziałów między naszymi społeczeństwami” – skamlała odezwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Osobnicy określający się rządem Rzeczypospolitej skwapliwie odcinali się od inicjatywy: – „Zwracamy uwagę, że pomnik, który ma zostać odsłonięty w miejscowości Domostawa jest efektem prywatnej inicjatywy. Zarówno jego kształt, jak i sama budowa, nie uzyskały wsparcia władz centralnych na żadnym etapie prac. Artystyczny kształt pomnika „Rzeź Wołyńska” i jego drastyczna wymowa wzbudzają wiele kontrowersji”.

Mirosław Skórka, prezes Związku Ukraińców w Polsce, organizacji finansowanej przez polskiego podatnika, pospieszył z publicznym donosem, że domostawski monument „budzi nienawiść”. Przy okazji pan Skórka raczył napomknąć też o „półprawdzie” w sprawie Wołynia, jakoby lansowanej przez stronę polską.

Do „Newsweeka” podreptał z proukraińskimi umizgami Kazimierz S. Ożóg, historyk sztuki:

– W tym okrutnym dla Ukraińców momencie, jakim jest wojna, epatowanie tak nachalną symboliką jest w mojej opinii niedopuszczalne.

Z kolei Jakub Szafrański z „Krytyki Politycznej” uderzył w ton rechotliwy:

– Szkoda tych tatusiów i mam z pieśnią maryjną na ustach oraz ich pociech, które muszą się potem bać nadziania na ukraiński trójząb i smażenia żywcem jak kiełbasa na grillu.

Prawdziwe rozczulające były wyrazy oburzenia ze strony Bohdana Czerwaka, przewodniczącego Kijowskiej Miejskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, uznającej się za kontynuatorkę działalności dawnej OUN (niegdyś patronującej wołyńskiemu ludobójstwu). Imć prowidnyk nie owijał rzeczy w bawełnę. Stwierdził, że Polacy „obrażają uczucia narodowe Ukraińców” oraz że w ten sposób „kopią grób dla Polski”.

Niejaki Witold Głowacki z oko.press napomknął o nekropornograficznej orgii przemocy”. Niestety, nie był pierwszy. Wszystkich przebił wcześniej Wojciech Mucha, niegdysiejszy publicysta „Gazety Polskiej”. Ów pan już przed laty wypalił z grubej rury:

Nekropornograficzny pomnik Ofiar ludobójstwa wołyńskiego to obraza dla Ofiar, pamięci i estetyki. To dowód na to, że część polskiej prawicy jest upośledzona intelektualnie i nieodwracalnie zaczadzona.

Sprawny intelektualnie tudzież odwracalnie wentylowany redaktor Mucha najwyraźniej zaimponował zarówno lewactwu, jak i urzędowym „sługom”. Wszak przy innej okazji pochwalił się, że dla znajomych jest „większym ukraińskim patriotą niż większość Ukraińców”.

Przedstawione komentarze to oczywiście skromniutki czubek góry lodowej. Z Internetu wylała się fala insynuacji, których autorzy dopatrywali się w domosławskich uroczystościach złowrogiej ręki Moskwy.

Dał im przykład Jakub Berman

Jestem przekonany, że dzisiejsi zawodowi medialni demaskatorzy obcej agentury, dezinformacji i wrogiej propagandy, także udzielający się w kwestii Domostawy, czerpią pełnymi garściami z pewnych, dość szczególnych wzorców. W epoce stalinowskiej nadworni propagandyści osiągnęli prawdziwą wirtuozerię w mieszaniu z błotem przeciwników politycznych, w przypisywaniu im niecnych intencji i działań, w tym rzekomych agenturalnych powiązań. Kiedy porównać język mediów z tamtej epoki z dzisiejszym, to podobieństwa są uderzające.

Niejaki Andrzej Szczypiorski, za stalinizmu osobnik godzący obowiązki literata oraz Tajnego Współpracownika UB (zaś w III RP ogłoszony „autorytetem moralnym” z mianowania „Gazety Wyborczej”), otóż w latach 50-ych XX stulecia ów Szczypiorski uderzył zaangażowanym piórem w polską antykomunistyczną emigrację, wyzywając ją od „renegatów”. Odpowiedział mu na to pięknie poeta Marian Hemar, na wygnaniu zżerany tęsknotą za utraconym rodzinnym Lwowem. Hemar pisał w czasach Josifa Stalina, nie Wołodymyra Zełeńskiego, ale potrafił uchwycić ponadczasowe niuanse wrażliwością duszy Kresowianina wypędzonego z ojcowizny:

Kim są ci „renegaci”

Pośród nas? To zapewne

Wszyscy, co mają pretensje

Zadrażnione i gniewne

I nie godzą się w sposób

Odszczepieńczo warcholski,

Że w Polsce nie ma już Lwowa,

Że Lwów może nie być polski

I co tylko pomyślą

O swym zdradzonym Lwowi,

To jasna krew ich zalewa,

Nu… renegaci. Typowi.

Skądinąd to interesujące, czy w kwestii oceny prawowitej przynależności Lwowa dzisiejszym „solidarnym z Ukrainą” bliżej do Hemara, czy do konfidenta UB Szczypiorskiego?

Sprawdzam!

Miałbym dobrą radę dla wszystkich nadwiślańskich sług narodów obcych. Dla zagłuszających wrzaskiem pamięć o polskich ofiarach. Dla wielbicieli mafijno-banderowskich układów we władzach w Kijowie. Dla zgorszonych wymową pomnika w Domostawie, tych z lewa i owych z prawa. Dla całej tej samozwańczej żandarmerii, co tak gorliwie tropi „wrogów” i „dezinformację”.

Niechaj przestaną nas truć swoimi pouczeniami i radami. Niech udowodnią czynami wiarygodność swych słów i deklaracji. Niechaj pakują manatki i jadą na wschód, służyć swoim panom – właśnie tam, a nie u nas. A niechby nawet na froncie, tłukąc się z Rosjanami – czy istnieje lepsza sposobność poświadczenia własnego, nabytego ukraińskiego patriotyzmu, „większego niż u większości Ukraińców”?

Nie wiem, czy faktycznie przysłuży się to Ukrainie. Ale naszej Polsce ulży to na pewno.

Andrzej Solak

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

„Nie patrzeć w górę”

„Nie patrzeć w górę”

Debaty na temat służby zdrowia, którą od czasu gdy „obaliliśmy komunizm” politycy III RP reformują, uzdrawiają i ciągle niczym dobrzy wujkowie hojnie do niej „dosypują”,  sprawiają, że trudno oprzeć się skojarzeniom literackim i filmowym (tytuł tego tekstu to także tytuł głośnego filmu, w którym elity odwracają uwagę mas od nadchodzącej katastrofy, by po cichu szykować dla siebie możliwość jej bezpiecznego przeżycia) z bardzo różnych epok, co dowodzi, że ustroje się zmieniają, ale natura ludzka trwa w najlepsze, lub w najgorsze.

Wraz z ujawnianiem kolejnych pięter patologicznych zachowań i kryjących realne interesy prawem zadekretowanych absurdów, pierwsze co przychodzi na myśl to to, że „jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.” Błąd systemu jakim są jawne oświadczenia majątkowe radnych sprawił, że w zabezpieczonych przed podsłuchem gabinetach mają miejsce nerwowe kalkulacje kogo opinii publicznej i wyborcom wydać na pożarcie, jaką opowieść (zwaną modnie narracją) skonstruować żeby była w miarę wiarygodna, a nikomu naprawdę winnemu i ważnemu nie szkodziła. Trwa przerzucanie się winami poszczególnych frakcji rządzącego partiopolu. Jedni przyłapani na siedzeniu na SOR w wygodnych fotelach zamiast na plastikowych krzesełkach mających zniechęcić lud do nachalnego zawracania głowy służbie zdrowia, wypominają drugiej frakcji przypadek ichniej Marszałek Sejmu, która traktowała Oddział Intensywnej Opieki Medycznej niczym windę w Pałacu Kultury zajmowaną przez PRLowskiego dygnitarza, w genialnym „Polaków portrecie własnym” jaki stworzył  Stanisław Bareja.

Mnożące się w grafikach i sprawozdaniach godziny pozwalające czerpać nieuzasadnione korzyści doktorowi K. i co bardziej obrotnym następcom Pawła Iwanowicza Cziczikowa, to wypisz wymaluj współczesne „martwe dusze”. W reakcji na żądania oburzonego ludu „lecą głowy”, w rzeczywistości wraz z ciałami przesuwane są po cichu i chwilowo na mniej eksponowane stanowiska, by za czas jakiś znowu dać o sobie znać w równie zadziwiających okolicznościach. Mnożą się kontrole, co do których jedno jest pewne, służą uspokojeniu oburzonych, minimalizacji strat po stronie bezpośrednio uwikłanych, a wszystko do czasu gdy jak oświadczył z aprobatą jeden z wytrawnych polityków III RP: „kolejna afera przykryje obecną aferę”.

Prawdziwe problemy i prawdziwi ich beneficjenci pozostają jak zwykle w cieniu. I tak tylko gdzieniegdzie przebija się informacja, że poprzednia minister chciała doprowadzić do zwiększenia liczby lekarzy i dlatego musiała odejść, bo skróciłoby to kolejki do specjalistów, zmieniłaby się także ich pozycja negocjacyjna wobec szpitali, NFZ i zapotrzebowanie na prywatne konsultacje. To, że bezpłatne studia mogłyby być połączone z obowiązkiem albo spłaty albo ich odpracowania w publicznej służbie zdrowia także nie jest szerzej rozpatrywane. Nikt nie zastanawia się i nie bada kto przeforsował w NFZ, a być może w Sejmie i w innych instytucjach przepisy i metody sprawozdawczości, które sprawiały, że rekordowe niczym w czasach legendarnych pięciolatek godziny pracy doktora K. ginęły anonimowo w bezosobowym, a więc za nic nie odpowiadającym „systemie”, w którym tabele nie rzucających się w oczy laika cyfr umożliwiały krycie interesów całej wpływowej grupy zawodowej.

A wszystko to w erze powszechnej inwigilacji, która pozwoliła ministrowi Niedzielskiemu w oka mgnieniu sprawdzić jakie leki zażywa medyk z którym był w sporze. Czy w NFZ pracowali ludzie mało inteligentni, czy też takich udawali, bo ich pensja i inne frukta zależały od tego żeby nie rozumieli rzeczy oczywistych? Jednak największym nieobecnym w aferze są samorządy, medyczna profesura i Izby Lekarskie, które powinny z założenia najlepiej wiedzieć co się dzieje w mitycznym „systemie”, a także z etyką jego beneficjentów do których ich członkowie sami należeli. Przecież we wstępie do Kodeksu Etyki Lekarskiej lekarze przyrzekają: „według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”.

Tymczasem Izby Lekarskie nadal w myśl zasady ani kroku w tył, bo jak się sprawa zacznie sypać, to może uruchomić lawinę, zajmują się prześladowaniem tych nielicznych lekarzy, którzy w czasach „walki z groźnym wirusem” mówili że dwa plus dwa równa się cztery i zgodnie z tym leczyli lub ratowali życie. Trwa też intensywny lobbing na rzecz wzmocnienia monopolu Big Pharmy, utrzymania medycznej omerty zwanej przewrotnie „walką z dezinformacją” oraz eliminacji konkurencji w postaci naturopatii, zielarstwa i wszystkich metod pozwalających leczyć się tanio i przede wszystkim poza kontrolą, bo chociaż gdy dzwonimy do rejonowej przychodni, to pyta się nas o zgodę na nagrywanie, to tajemnica lekarska stała się w ostatnich latach fikcją ze znamionami szyderstwa.

O tym wszystkim milczą także zajęci „dialogiem z judaizmem” hierarchowie polskiego Kościoła katolickiego. Będące pięknym i funkcjonalnym elementem polskiej kultury materialnej piece nazwano kopciuchami, dla tego co faktycznie powinno się nazywać lex Big Pharma upowszechniono nazwę lex szarlatan. Polska jest również liderem w ilości przymusowych szczepień, z których żadne nie zostało sprawdzone długofalowym (podłużnym) badaniem z użyciem placebo. Nie prowadzi się, a przynajmniej nie prezentuje jakichkolwiek badań porównujących ogólny stan zdrowia szczepionych i nieszczepionych na „groźnego wirusa”.

Niektóre leki dostępne w aptekach w krajach naszych sąsiadów są w Polsce tylko na receptę lub nie ma ich w ogóle. Plagą są pochopnie ordynowane i dobrze wyceniane często przynoszące więcej szkody niż pożytku zabiegi  i inwazyjne procedury diagnostyczne ukryte pod rozciągniętym na nie terminem profilaktyki. Nieszczęsny dr K. uczył się postępowania z chorymi wirtualnie, i dlatego wielu absolwentów medycyny nie umie wykonać  potrzebnych i często koniecznych np. w nagłych przypadkach zagrożenia życia rutynowych zabiegów. Zgłaszanie nieprawidłowości, błędów medycznych czy powikłań po szczepieniach jest obudowane tak skomplikowanymi kafkowskimi  procedurami, że lekarze, którzy pomylili się w wyborze zawodu mogą czuć się zawsze bezkarni, ważne tylko by nie „szerzyli poglądów sprzecznych z aktualnym stanem wiedzy”. Jej fluktuacje przypominają do złudzenia to co dzieje się z aktualną wiedzą i narracją klasy politycznej w sprawie relacji z Ukrainą.

To wszystko w czasie gdy w USA wychodzą na jaw kolejne fakty i przestępstwa jakich dopuścił się tamtejszy, a więc i światowy establishment medyczny we współpracy z tamtejszymi – a jakże; „służbami”. Po potwierdzeniu przez Tulsi Gabbard prac nad tworzeniem sztucznie wzmocnionych wirusów czekają nas teraz przesłuchania pod przysięgą odpowiedzialnego za medyczne eksperymenty i być może wyprodukowanie wirusa c-19 dr Anthony Fauciego.

W Polsce od samego początku mówił o tym nieodżałowany lekarz epidemiolog, a przede wszystkim człowiek uczciwy i odważny jakim był przedwcześnie zmarły dr Zbigniew Hałat. Zamiast tego będziemy się jednak zajmować salonikiem dla vipów, tak jak w sprawie wykorzystania KPO interesował nas ekspres do kawy, a nie setki milionów wydawane na dewastujące krajobraz i przyrodę wiatraki.

Po raz kolejny okazuje się, że  w dyscyplinie zamiatania istoty problemów pod upstrzony nieistotnymi detalami dywan sentymentalizmu lub moralnego oburzenia jesteśmy mistrzami. Różni nas to in minus od Mikołaja I, który po obejrzeniu Rewizora miał powiedzieć: „Dostało się wszystkim, a najbardziej ze wszystkich mnie”. W Polsce nie dostanie się „nikomu”, bo nikt za nic nie czuje się odpowiedzialny i dlatego o takim kraju obcy mogą pisać „nigdzie” i stosownie do tego nas traktować.

Olaf Swolkień

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Odrodzenie banderyzmu. Haniebna rola PAN.

Raźny: Odrodzenie banderyzmu

Jednym z najbardziej sprzecznych z polskim interesem narodowym działań elity w ostatnich latach była afirmacja odrodzenia ukraińskiego nacjonalizmu w jego nazistowskiej formie, określanej mianem neobanderyzmu.

Jego pierwszych świadectw szukać należy już w  momencie rozpadu ZSRR i powstaniu Ukrainy jako suwerennego państwa, dla którego jej politycy szukali gwałtownie mitu założycielskiego i stojących na jego straży bohaterów narodowych. W sukurs ich poszukiwaniom przyszła głosząca kult Stepana Bandery zachodnia ukraińska diaspora z żyjącymi jeszcze członkami ludobójczych formacji OUN-UPA – troskliwie uratowanymi przez aliantów przed sądowym rozliczeniem ich zbrodni przeciwko ludzkości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Polskie władze i elity nie tylko ten probanderowski zwrot Ukrainy afirmowały, ale również wspierały na różne sposoby, m. in. poprzez przemilczanie ukraińskiego ludobójstwa i wyciszanie, a nawet represjonowanie tych osób i środowisk polskich, które domagały się upowszechnienia prawdy historycznej na ten temat. Za trwające od dziesięcioleci nieosądzenie tego ludobójstwa – brak drugiej Norymbergi – nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również na poziomie instytucji międzynarodowych odpowiadają zarówno władze PRL, jak i III RP.

W służbie neobanderyzmu

Jednocześnie należy mówić o odpowiedzialności elit za ten stan rzeczy – nie tylko mediów i centrów opiniotwórczych, ale również środowisk akademickich, kulturotwórczych, edukacyjnych. Nie należy pomijać odpowiedzialności kręgów kościelnych, reprezentowanych przez Konferencję Episkopatu Polski, która do tej pory ani razu nie podjęła kwestii osądzenia ukraińskiego nazizmu jako ideowego podłoża dokonywanych na Polakach czystek etnicznych w latach II wojny światowej. Nie odniosła się również do gwałtownego jej odrodzenia w świadomości współczesnych Ukraińców po rozpadzie ZSRR w 1991 roku.  Warto w tym miejscu przywołać opartą na historycznej analizie religijno-kulturowej krytykę KEP, przedstawioną przez ks. prof. Andrzeja  Kobylińskiego w „Dzienniku Polski” w związku z odebraniem przez  Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego Wołodymirowi Zełenskiemu – za nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy „Bohaterów UPA”. Zdaniem księdza profesora pojednanie polsko-ukraińskie ma charakter nade wszystko moralny. „Dotyczy pamięci, sumienia, winy, grzechu, rozumienia dobra i zła. Dlatego podstawą autentycznego pojednania jest wymiar moralno-religijny. Dopiero później przychodzą elementy polityczne, gospodarcze czy militarne” [i].

Dlatego – według tego duchownego i zarazem filozofa oraz etyka – podpisane w 2023 roku przez przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego oraz zwierzchnika ukraińskiego Kościoła Greko-katolickiego abp. Światosława Szewczuka oświadczenie   Przebaczenie i pojednanie  było pustym gestem. Nie było bowiem przygotowane merytorycznie – w oparciu nie tylko o fakty historyczne dotyczące ukraińskiego ludobójstwa, ale również w oparciu o wymienione kategorie religijno-antropologiczne oraz moralne. Wypracowanie gotowości duchowej, religijnej, moralnej czy wreszcie politycznej do pojednania musi obejmować obydwa narody. Może trwać dłuższy czas –  nawet kilkanaście i więcej lat – gdyż musi obejmować przemianę przenikniętej neobanderyzmem świadomości Ukraińców – z jednej strony. Z drugiej wyzwolenie świadomości Polaków z pęt narzuconej przez rodzime elity afirmacji tej ideologii dehumanizującej współczesny świat.

Nie boją się odpowiedzialności

Debanderyzacji Ukrainy musi towarzyszyć debanderyzacja polskiej polityki i kształtujących ją polskich elit.  Elity bowiem – nie tylko polityczne i opiniotwórcze, ale również naukowe, edukacyjne, artystyczne – odmówiły nam prawa do prawdy o ukraińskim ludobójstwie i wywołanej nim traumy narodowej, a także prawa do ekshumacji jego ofiar oraz godnego ich pochowania. Odmówiły prawa do osądzenia wciąż jeszcze żyjących sprawców tej zbrodni przeciwko ludzkości, a nade wszystko jej ideologii – której odrodzenie zagraża  nie tylko Polsce, ale również Europie. Elity, które promowały wszechstronną i bezzwrotną pomoc neobanderowskiej Ukrainie będą bronić swych antypolskich pozycji i szukać wszystkich sposobów, aby zdyscyplinować wymykające się spod ich kontroli umysły polskiego społeczeństwa, które nie tylko poparło – 74% – odebranie przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego Zełenskiemu, ale oczekiwać będzie zwrotu długów zaciągniętych przez Ukrainę u Polski. Kijów 35 lat temu wybrał probanderowski kurs i nie ma zamiaru z niego zrezygnować, a to oznacza, że Polsce coraz bardziej zagraża nie Rosja – jak nam to wmawiały oderwane od polskiego społeczeństwa elity – ale Ukraina.

Jak się to stało, że dopiero odebranie polskiego odznaczenia Zełenskiemu ujawniło skalę tego autentycznego zagrożenia? Wina polskich elit politycznych jest tu bezsporna. Trzeba jednak zacząć mówić o winie środowisk opiniotwórczych – z elitami naukowymi na czele. To utytułowane pojedyncze osoby i całe gremia, które przez długie lata III RP nie tylko rugowały z problematyki naukowej prawdę o ukraińskim nazizmie i ukraińskim ludobójstwie, ale również nie dopuściły do jej przekazywania w programach szkolnych i uniwersyteckich, a także w debacie publicznej. Jak się to stało, że nie oni, ale wypowiedzi byłego premiera Polski Leszka Millera otworzyły oczy większości Polaków na prawdę o relacjach polsko-ukraińskich, dodały odwagi politykom Konfederacji i zmusiły PiS do „korekty” probanderowskiej polityki. Kiedy wyalienowane elity polskiej nauki dokonają takiej „korekty”? I tutaj będą się liczyć nie jakieś wymuszone zaistniałą sytuacją obietnice, ale konkretne działania. Parafrazując tytuł znakomitego radzieckiego filmu Moskwa nie wierzy łzom – musimy głośno powtarzać: Polacy nie uwierzą łzom – ani PiS-u, ani PO i ich przystawek partyjnych, ani antypolskich środowisk opiniotwórczych.   Polacy czekają na uznanie ich winy politycznej i moralnej.

Szkodzą Polsce i Polakom

Dlatego musimy kuć żelazo póki gorące – wykorzystać zaistniałą sytuację, aby zdetronizować elity i wskazać im miejsce w szeregu – za nami. Współtwórcy „Myśli Polskiej” od pomarańczowej rewolucji na Ukrainie przestrzegali decydentów w Polsce – w sferze polityki, nauki, kultury, religii – przed neobanderowską Ukrainą. Teraz, gdy coraz większe i coraz bardziej realne staje się zagrożenie naszego państwa i narodu ze strony tak ukształtowanego wrogiego nam sąsiada, mamy nie tylko obowiązek, ale również moralne prawo pisać o polskich „sługach Ukrainy”. Mamy moralne prawo i patriotyczny obowiązek oskarżać o działalność wspierającą jej nazistowskie ukształtowanie tych wszystkich, którzy nie tylko odmawiali nam prawa do pisania prawdy o jej przeszłości i teraźniejszości, ale również piętnowali nas publicznie jako wrogów ludzkości, agentów Putina, „ruskie onuce”.  Nie kieruje nami żaden resentyment wobec naszych probanderowskich wrogów Polsce, ale konieczność dawania świadectwa walki, jaką „sługi Ukrainy” prowadziły i prowadzą nadal z obrońcami polskiej racji stanu, polskiego honoru i polskich interesów.

Gdy Komisja Historycznoliteracka, a także Komisja Słowianoznawstwa PAN – Oddział w Krakowie potępiły mój artykuł  Ukraina – wojna cywilizacji, opublikowany w „Myśli Polskiej” w 2022  roku – po wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę – krakowskie władze PAN zgodziły się na bezprecedensowe od czasów stalinizmu działanie: umieszczenie na głównej stronie internetowej Oddziału potępienia wymienionego artykułu, jego autora oraz „Myśli Polskiej”, która go opublikowała. Artykuł mówi, że rozpoczęta wówczas druga po euromajdanie faza wojny Zachodu z Rosją jest wojną z cywilizacją chrześcijańską, chronioną przez Federację Rosyjską i Moskiewski Patriarchat Cerkwi Prawosławnej. Przebieg tej wojny potwierdza zawartą w artykule tezę. Potępienie przez środowisko PAN tego tekstu i jednocześnie „Myśli Polskiej”  widniało w internecie – tak długo, aby odpowiednie służby mogły zająć się nami, a ukraińscy wyznawcy banderyzmu mogli wciągnąć do spisu pod tytułem „rizat’ Lachiw”. Nagonkę  na nas rozpoczęła  „Gazeta Wyborcza”, w której pastwił się nad nami prof. Grzegorz Przebinda, domagając się m.in. postępowania prokuratorskiego za wyrażone w tekście poglądy. To, że gazeta Adama Michnika i jej środowisko są antypolskie, wie każdy Polak. Ale ludzie PAN?

Za stalinowskie działanie krakowskiego Oddziału z 2022 roku odpowiadają nade wszystko jego władze ówczesnej kadencji: prezes – prof. Andrzej Jajszczyk, wiceprezesi – prof.  Barbara Bilińska,  prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium Oddziału – prof. Jerzy Lis,  prof.  Wiesław W. Pawlik. Odpowiadają również władze kolejnej kadencji (2022 – 2026), które nie odcięły się od tego donosu.
To w większości nowy skład osób popierających probanderowską politykę swoich poprzedników: prezes – prof. Karol Życzkowski, wiceprezesi – prof. Barbara Bilińska, prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium – prof. Grażyna Stochel, prof. Małgorzata Witko, prof. Stanisław Nagy. Jaki był skutek firmowanego przez te gremia donosu na nas?

W dużej mierze „dzięki niemu”  na opublikowanej 16 kwietnia 2025 roku przez „Gazetę Wyborczą” liście 25 osób, którą Komisja ds. Badania Wpływów Rosyjskich w Polsce skierowała do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znalazły się nazwiska: Jana Engelgarda, Przemysława Piasty, Anny Raźny. Figurowała na niej również sama „Myśl Polska” jako pismo pozostające pod owymi wpływami.  Na szczęście 31 lipca 2025 roku ta kuriozalna komisja została rozwiązana.

Bez honoru i godności

Powyższe personalne informacje są ważne z wielu powodów, nade wszystko dlatego, że ci sami ludzie – podobnie jak władze innych oddziałów PAN w Polsce – firmowali stworzenie  dla Ukrainy i ukraińskich naukowców długoterminowego programu bezzwrotnej pomocy – o nazwie LPT – opiewającej na wiele milionów złotych wypłacanych z naszego budżetu.

I  choć w programie tym uczestniczy w roli partnerów 7 zagranicznych akademii, ciężar jego realizacji spoczywa na PAN. Warto przytoczyć opublikowane w 2025 roku w internecie  „efekty” probanderowskich  działań PAN. * „355 naukowców z Ukrainy objętych pomocą indywidualną, * 88 naukowców z Ukrainy finansowanych w ramach 18 projektów długoterminowego programu wsparcia LTP Ukraina (LTP) o łącznym budżecie ponad 8 mln USD, pozyskanych od partnerów zagranicznych, w tym Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych (NAS), * około 40 mln PLN przeznaczonych łącznie na rzecz naukowców z Ukrainy, w większości pozyskanych od ponad 40 zagranicznych sponsorów, * 15 wydarzeń naukowych i popularno-naukowych zorganizowanych lub współorganizowanych na terytorium Ukrainy od początku wojny, * udział ponad 700 naukowców z Ukrainy w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN, * 28 jednostek naukowych PAN zaangażowanych w doraźne działania pomocowe.” [ii].

Te dane nie wymagają żadnych dodatkowych objaśnień. Potwierdza je bezprecedensowa wypowiedź prezesa PAN, z 12 września ubiegłego roku: „Podejmujemy nowe inicjatywy. Konferencja, podczas której łączymy siły z niemiecką nauką, pokazuje, że nie składamy broni. W okolicznościach wskazujących na przedłużanie się konfliktu chcemy pozyskiwać źródła finansowania i umożliwiać utrzymanie potencjału naukowego Ukrainy. (…) Głównie będzie nam zależało na podtrzymaniu zespołów badawczych, które już istnieją. (…) Kontynuowane będą też rozmaite szkolenia i działania z zakresu doradztwa. Do tej pory ponad 700 naukowców z Ukrainy wzięło udział w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN. (…)  Nasza pomoc służy nie przejęciu, tylko uchronieniu potencjału naukowego Ukrainy. Pomagamy z myślą o tym, że wszyscy Ci, którym udzieliliśmy pomocy wrócą do kraju” [iii].

To jawne świadectwo probanderowskiej działalności PAN. Przy niedoinwestowaniu nauki polskiej ma ona charakter jej sabotażu. Jest także świadectwem realizowanego przez elity moralnego credo: dyskryminacji pozytywnej – dyskryminacji większości czyli polskiego społeczeństwa i jego interesów – dokonywanej przez mniejszość czyli wyalienowane elity na rzecz społeczeństwa wyznającego banderyzm. Dla takiej moralności nie ma miejsca w naszej cywilizacji, ukształtowanej przed wiekami przez chrześcijaństwo.

Prof. Anna Raźny

[i] Ks. prof. Kobyliński: Pojednania polsko-ukraińskiego nie da się zbudować na pustych gestach, „Dziennik Polski” nr 140 (24917), 19.06.2026.

[ii] https://pan.pl/projekty/ukraina/Te dane nie wymagają żadnych [dost. 25.06.2026].

[iii] https://nauka wpolsce.pl/aktualności/news52C109497%2Cprezes-pan-chcemy-kontynuowac-programy-wsparcie-ukrainskiej-nauki. [dost. 25.06.2026].

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Patrioty? Yes, dej… MEM-y VI.

————————————

———————————————-

———————————————–

———————————————————–

——————————————

—————————-

———————————–

——————————–

——————————————

————————————–

————————————————

————————————————–

Kosiniak jedno, a Kamysz drugie… MEM-y V.

———————————————

—————————————————–

————————————-

—————————–

———————————————-

=======================================

————————————————————

——————————————-

———————————————————-

———————————————–

——————————————-

Postępy cyfryzacji. Martwa Stara Baba. MEM-y IV.

——————————————

—————————————————

———————–

——————————————————-

————————————–

——————————————

———————————————–

——————————————————-

——————————————

—————————————————————–

—————————–

Dylatacja Czasu. Odkrycie lekarza. MEM-y III.

——————————-

——————————

—————————–

———————————————

—————————————–

…. chorób układu żylnego…

——————————-

——————————–

—————————————–

————————————————————

—————————————

———————————————

Najwyższe w historii pomiarów. I rośnie. MEM-y I.

——————————-

——————————————————

————————————————-

——————————————-

——————————————————-

——————————————————————–

—————————————————————–

——————————————————–

———————————————————

—————————————————–

Dziś: Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

By antyk2013 on 09/07/2026Nasze Różańce święte uratują Polskę!
Zapraszamy do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).
Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.