Chrześcijańscy syjoniści,
narodowi konserwatyści
i wojny Izraela
Jakub Majewski pch24.pl/chrzescijanscy-syjonisci-narodowi-konserwatysci-i-wojny-izraela
[Z pewną obawą, a może niechęcią umieszczam te rozumowanka. Ale nawet takie mazgajstwo powinniśmy przeczytać . Mirosław Dakowski]

(Oprac. PCh24.pl)
Na portalu PCh24, bynajmniej nie muszę komukolwiek przypominać czym jest chrześcijański syjonizm i jaki ma związek z obecną sytuacją polityczną na Bliskim Wschodzie. Ale chrześcijański syjonizm nie wyczerpuje odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego tak duża część politycznego świata zachodniego, zwłaszcza konserwatywnej prawicy, popiera działania państwa, które regularnie dopuszcza się zbrodni wojennych i bezustannie destabilizuje region kluczowy dla światowej gospodarki? Uważam, że w tym szerszym kontekście, chrześcijański syjonizm, jakkolwiek by nie był głośny, jest zaledwie młodszym partnerem dla ponadpaństwowego ruchu narodowo-konserwatywnego jaki buduje się od lat na Zachodzie.
Nie ulega wątpliwości, że seria krwawych wojen prowadzonych przez Izrael w ostatnich latach jest możliwa dzięki nieustającemu wsparciu szeroko pojętego Zachodu. Oczywiście, na poziomie społeczeństw to poparcie jest raczej ograniczone i wręcz słabnie z roku na rok. Jednak na poziomie politycznym, wsparcie dla Izraela wydaje się być nie tylko mocne ilościowo, ale też jakościowo niemalże bezwarunkowe. Ta bezwarunkowość jest paradoksem, biorąc pod uwagę jak wrażliwe na sondaże są współczesne demokracje – oto jest bowiem sprawa, w której główne partie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, i większości kontynentalnej Europy – Polski nie wyłączając – stoją twardo po stronie Izraela pomimo sprzeciwu ich własnych wyborców. Zamiast słuchać głosów większości, przeciwnie, współpracują z medialnymi propagandystami w celu podtrzymywania poparcia dla działań, których w gruncie rzeczy nie da się żadną miarą usprawiedliwić.
Wielu chciałoby, podążając chociażby za faktami wielokrotnie wykładanymi w publikacjach niniejszego portalu widzieć w tym przede wszystkim polityczne wpływy chrześcijańskiego syjonizmu, protestanckiej herezji, dziś penetrującej również Kościół katolicki (jak widać – nawet w Polsce). Wpływy te faktycznie są głośne i wyraźne, szczególnie w wymiarze propagandowym, w medialnym okładaniu pałką antysemityzmu krytyków Izraela. Niezaprzeczalnie, mają również swoją mocną reprezentację polityczną, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Jednak to nie reprezentanci tego ruchu, jak chociażby senator Ted Cruz, sekretarz wojny Pete Hegseth, czy ambasador Mike Huckabee, podejmują kluczowe decyzje. To nie oni uzasadniają te decyzje wobec bardziej pragmatycznych polityków i wobec szerokich mas popierających tamtejsze rządy. Podobnie rzecz się ma w innych krajach – poza Ameryką, chrześcijańscy syjoniści właściwie nie istnieją politycznie, natomiast pełno jest obrońców Izraela jako rzekomego gwaranta interesów zachodu, reprezentanta naszej cywilizacji, i wręcz wzoru do naśladowania. Trzeba się więc temu przyjrzeć również z tej strony.
Od „prawa do istnienia” do prawa do ludobójstwa
Powstanie Izraela w 1948 r. miało dosyć szerokie poparcie w kręgach szeroko pojętej cywilizacji europejskiej. Po niemieckim ludobójstwie drugiej wojny światowej, sprawa „prawa do istnienia” Izraela nie spotykała się ze sprzeciwem i nie budziła szczególnych kontrowersji – ot, kolejne nowe państwo powstające na gruzach upadających imperiów. Ba, państwo przecież zachodnie w swej formie, założone w znacznej mierze przez żydów z Europy, a potem zasilone osadnikami również z Ameryki. Może to nas dziś szokować, ale nawet wypędzenie wielkiej liczby Palestyńczyków z ich domów nie wzbudzało kontrowersji – po pierwsze, dlatego że w tamtym czasie nikt nie miał głowy by się tym przejmować, a po drugie, dlatego że dopiero co w Europie odbyła się wielka fala przymusowych „wędrówek ludów” o których decydowały mocarstwa – więc takie wygnanie, choć okrutne, było uznawane za dopuszczalne narzędzie. Pomagał oczywiście też fakt, iż część Palestyńczyków została w Izraelu i nawet otrzymała obywatelstwo, dając wrażenie jako takiej równości prawnej.
Izrael od początku pracował nad budowaniem przeświadczenia, iż stanowi forpocztę cywilizacji zachodniej na bliskim wschodzie. Gdy w 1967 roku Izrael zagarnął kolejne części Palestyny, szeroko pojęty zachód – poprzez media, opinię publiczną, ale też w znacznej mierze polityków, patrzał na to jako na radosną okazję, na „wyzwolenie” Jerozolimy. Tym razem jednak Izrael nie nadał praw obywatelskich ogromnym rzeszom Palestyńczyków – nie zostali włączeni do Izraela, lecz pod izraelską okupację. Nie było wprawdzie kolejnych masowych wypędzeń, ale okupanci dbali o zapewnienie Palestyńczykom wielu powodów do emigracji. Represje i ograniczenia narzucane na tubylców narastały, w miarę jak narastał ich zbrojny, często terrorystyczny opór, i w miarę pojawiania się kolejnych izraelskich „osad” na okupowanym terytorium. Raz po raz zresztą w izraelskiej ekstremie powracała propozycja „transferu” ludności palestyńskiej jako alternatywy dla pokojowych układów. Choć tolerowane, i najwyżej symbolicznie oprotestowywane, działania te nigdy nie znajdywały poparcia w Ameryce – nawet tam – za wyjątkiem właśnie ruchu chrześcijańskich syjonistów w Ameryce. Ten zaś może i narastał, ale był raczej marginesem – pamiętajmy, to jest pewna frakcja wśród protestantów, którzy jako całość, na przestrzeni ostatnich kilku dekad spadli z 70% społeczeństwa do mniej niż 40%. To, co realnie zapewniało poparcie – w tym ogromne transfery finansowe – Ameryki dla okupacyjnej polityki Izraela, to był po prostu fakt, iż państwo to stanowiło przydatny w tym regionie „niezatapialny lotniskowiec”. To ten fakt, obok pieniędzy, był koronnym argumentem podnoszonym przez żydowskie lobby w Ameryce. Co się więc wydarzyło, iż dziś nawet najbardziej drastyczne działania Izraela spotykają się tak często z gorącym poparciem, a wśród tych dla których poparcie zbrodni wojennych stanowi granicę nie do przekroczenia – mimo wszystko z przyjazną neutralnością, lub w ostateczności, milczeniem z obawy o ostracyzm?
Wielkie przemiany
Gdyby wskazać na początek zmian, były nim dwa bliskie w czasie wydarzenia. Pierwszym było załamanie ostatnich mających szansę na sukces negocjacji między Palestyńczykami a Izraelem w 2000 r., oraz zamachy z 11 września 2001 r.. Pierwsze z tych wydarzeń doprowadziło do załamania poparcia dla tej części izraelskiej sceny politycznej która uważała że trzeba z Palestyńczykami się dogadać. Drugie wydarzenie drastycznie zmieniło amerykańską scenę polityczną, i prowadząc do wojen Ameryki na bliskim wschodzie – odtąd więc Amerykanie nigdy już realnie nie popierali procesów które mogłyby osłabić Izrael, stanowiący ich sojusznika w tych wojnach. Ale w tle za tymi przemianami były jeszcze dwa inne procesy, znacznie poważniejsze, a były nimi przemiany demograficzne w Izraelu i na zachodzie.
Z jednej więc strony, w Izraelu pojawiło się nowe pokolenie – z różnych przyczyn, znacznie bardziej radykalne i bezwzględnie nastawione wobec Palestyńczyków. Radykalizacja ta przemieliła totalnie izraelską scenę polityczną. Ostatecznie doszliśmy do sytuacji, gdzie Beniamin Netanjahu, niegdyś uznawany za raczej niebezpiecznego polityka, jeszcze mieszczącego się w mainstreamie ale już na jego skraju, dziś rządzi najbardziej ekstremalną koalicją w historii kraju… i uchodzi w tej koalicji za człowieka nazbyt ugodowego. Przy czym, trudno dostrzec jakiekolwiek znaki że Netanjahu jest szczególnie wierzącym człowiekiem, a już zwłaszcza religijnym fundamentalistą. Jest pragmatykiem, gotowym czerpać poparcie zewsząd, by przetrwać na scenie politycznej.
Z drugiej zaś strony, na zachodzie lata niekontrolowanego wręcz napływu ludności muzułmańskiej doprowadziły społeczeństwo do wrzenia – ale nie znajdywała skutecznego głosu politycznego. Rządzący mainstream po prostu odrzucał i zwalczał wręcz te niepokoje jako zwyczajną ksenofobię, tolerując jednocześnie powstawanie „zakazanych dzielnic” imigranckich. Do tego wszystkiego warto dorzucić jeszcze jeden trend – dominacja medialna i internetowa lewicowych, globalistycznych ruchów, i ogólne antynarodowe nastawienie mainstreamowego dyskursu. To wszystko sprawia iż narodowo nastawiona prawica, często ta uznawana za „niedopuszczalną” coraz przyjaźniej patrzy na Izrael jako przykład kraju który potrafi skutecznie tłamsić muzułmańską mniejszość – a skuteczność jest uznawana za ważniejszą niż moralność. Takim przykładem jest brytyjski dziennikarz-aktywista Tommy Robinson, który publicznie wyraża swoje poparcie dla Izraela, jako przykładu dla swego kraju. Równie gorąco swe poparcie wyraża konserwatywny dziennikarz Douglas Murray, znany ze swoich książek ostrzegających przed samobójczym zgonem Europy.
Tymczasem w Ameryce, po kosztownej „wojnie z terroryzmem” która – memento! – pogrążyła republikańską frakcję neokonserwatystów a wraz z nimi cały ruch konserwatywny – amerykańska lewica zdobyła władzę, i wydawało się że dzięki głosom imigrantów, być może na zawsze. Jak pamiętamy, Demokraci nie tylko „odpłynęli” w lewicowe absurdy, ale również zaczęli intensywnie eksportować swoje „nowinki” na cały świat. To wszystko poskutkowało transformacjami wśród i wokół amerykańskich Republikanów. Zaczęła budować się swoista koalicja, stawiająca sobie za cel po pierwsze odbić tę właśnie partię, a po drugie odbić Amerykę. Do budowy tej koalicji posłużyła po pierwsze licząca już pół wieku coroczna konferencja Conservative Political Action Conference (CPAC), po drugie zaś szereg starych i nowych think tanków, i organizowana przez jeden z nich nowa konferencja National Conservatism Conference (NatCon), a także nieco mniejsza konferencja Alliance for Responsible Citizenship (Arc), założona przez Jordana Petersona. Cały ten ruch, owszem, zawiera w sobie amerykańskich chrześcijańskich syjonistów, jak również amerykańskich, a nieraz też izraelskich żydów – ale jest dużo szerszy, i w większości znacznie bardziej pragmatyczny w szukaniu sojuszników na całym świecie.
Na konferencjach NatCon, CPAC i Arc pojawiają się mówcy i goście z narodowych i konserwatywnych partii z całego świata, nawet z Indii i Japonii. Jest w tym również rosnący co roku polski kontyngent, w tym roku przecież z Prezydentem Rzeczypospolitej jako mówcą. Są to konferencje pełne wartościowych treści, a wokół nich gromadzą się intelektualiści o bardzo imponujących profilach, świetnie rozpoznawani na zachodzie – ludzie tacy jak Niall Ferguson i jego żona Ayaan Hirsi Ali, Victor Davis Hanson, David Starkey, JD Vance – gdy jeszcze nie był znaczącym politykiem – Jordan Peterson, biskup Robert Barron i wielu innych, którzy naprawdę mają do przekazania wartościowe idee. Bywają też ludzie tacy jak Douglas Murray czy Ben Shapiro, i inni stronnicy Izraela, walczący by wybielić reputację tegoż kraju i odpierać jakiekolwiek zarzuty o ludobójstwo czy nawet pomniejsze zbrodnie.
Specyfika tych konferencji wyraża swoisty faustowski układ – można liczyć na wsparcie potężnej amerykańskiej prawicy, pod warunkiem że się co najmniej unika potępiania Izraela, a wsparcie wzrasta, im bardziej jest się gotów Izrael wspierać bezwarunkowo. Trzeba przy tym też mocno, bardzo mocno zaznaczyć – pomijając pojedyncze rodzynki, wątpliwej zresztą świeżości, większości wiodących postaci tych konferencji daleko od chrześcijańskiego syjonizmu – są, owszem, syjonistami, ale wyłącznie pragmatycznymi, politycznymi. Zresztą, z tego co słyszałem – choć potwierdzić osobiście nie mogę – w samym Izraelu politycy gardzą chrześcijańskimi syjonistami, postrzegając ich jako pożytecznych idiotów którymi można się wysługiwać. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale takie jest też moje zdane – w szerszej geopolitycznej układance, chrześcijańscy syjoniści i żydowscy fanatycy religijni, są raczej narzędziem, swoistym mięsem armatnim zwłaszcza w walce propagandowej, nie zaś realnymi sprawcami (choć chcieliby wierzyć że są). Powtarzam: to Netanjahu i Trump podejmują decyzje, a nie Pete Hegseth, Mike Huckabee, czy Itamar Ben-Gwir.
Korzyści teraz, straty później?
Jak podchodzić do takiego układu? Można by powiedzieć cynicznie – czyż poparcie Republikanów, potężnej siły politycznej obecnie władającej Stanami, nie jest warte swej ceny? Cóż nam do wojen Izraela? Przecież są one odległe dla nas. Dla prawicowych polityków jest więc pokusa by zimno powiedzieć to nie nasza wojna – byle by pozyskać amerykańskie poparcie, byle by uniknąć ataków żydowskiego lobby. Przecież bardzo podobnie patrzymy na większość światowych konfliktów. Nie wtrącamy się w jakieś afrykańskie czy azjatyckie porachunki, utrzymujemy poprawne relacje z skłóconymi krajami, handlujemy z nimi – i bardzo słusznie, bo to nie nasza rzecz. Ale też nie poszukujemy ich wsparcia dla własnych spraw, więc nikt nas z nimi nie „skleja”. Tu zaś dzieje się inaczej.
Nie jestem zwolennikiem spiskowych teorii głoszących, że ciągle ktoś próbuje nas wciągnąć w tę czy inną wojnę. Nie jestem też miłośnikiem doszukiwania się na siłę ukrytych obcych wpływów w naszej polityce – szczerze, te jawne wpływy zagranicy wystarczą aż nadto. Nie mam zamiaru więc twierdzić, że uczestniczenie w CPACu, NatConie czy innych tego typu imprezach jest znakiem ukrytych syjonistycznych powiązań. Nie będę zarzucał tego ani prezydentowi Nawrockiemu, ani politykom z jakiejkolwiek partii, którym zdarza się wybierać na te imprezy, skoro sam z ciekawością wysłuchuje ich potem w internecie. Jednak przed jedną rzeczą przestrzegać trzeba.
Otóż: im bardziej bowiem konserwatyzm będzie utożsamiany z bezwarunkowym poparciem kraju którego działania w oczach globalnej opinii publicznej uchodzą za ludobójcze i destabilizujące, tym większe jest zagrożenie iż wraz z postępującym załamaniem poparcia dla Izraela, może nastąpić załamanie poparcia dla partii które co wyraźniej w tych imprezach uczestniczą. Wydaje się zaś, że w tej materii jest blisko już do przełomu w Stanach Zjednoczonych – już teraz Izrael stał się tak toksyczny wśród Demokratów, że czerpanie pieniędzy z żydowskiego lobby – organizacji AIPAC – jest uznawane za ryzykowne w kontekście wyborów. Również wśród wyborców Republikanów poparcie dla Izraela wzbudza coraz częściej kontrowersje – jeśli Republikanie w listopadzie utracą władzę, będzie to w znacznej mierze wynikało z zaangażowania na rzecz Izraela. Ponieważ zaś poplecznicy Izraela tak często stawiają znak równości między poparciem tego kraju a konserwatyzmem, odbicie w drugą stronę osłabi całą prawą stronę.
Jaki ma więc sens popieranie ruchu, który nie dość, że moralnie skompromitowany, to jeszcze na dodatek minął już szczyt swych wpływów, a w nieodległej przyszłości może załamać się zupełnie, jeśli wojna irańska skończy się tak katastrofalnie jak się zaczęła? Cytując klasyka, to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Jeśli bowiem poparcie dla wojen Izraela uderzy w ogólne poparcie dla idei konserwatywnych, nie tylko w Ameryce ale też w innych częściach świata, to odbudowa polityczna tych środowisk przypadnie przede wszystkim tym, którzy nie dołączyli do tego chóru.
Jakub Majewski








