Zegarka już nikt nie naprawi

[Głupio się to Panu Stefanowi powiedziało. Przecież zepsuć może każda małpa, nawet ruda… md]

Zegarka już nikt nie naprawi

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   28 maja 2026 michalkiewicz

Kto najlepiej potrafi naprawić zegarek? – Pytał retorycznie Stefan Kisielewski – i odpowiadał – ten, kto go zepsuł. Niby słusznie – ale nie zawsze. Jeśli zegarek został dokładnie popsuty, to ten, który go zepsuł, często nie potrafi już go naprawić. Najwyżej może markować dobre chęci. I właśnie z taką sytuacją mamy w naszym nieszczęśliwym kraju do czynienia.

20 maja przeszła przez Warszawę kilkunastotysięczna demonstracja „Solidarności” w proteście przeciwko „Zielonemu Ładowi”, zwanego szyderczo „ Zielonym Wałem”, a oficjalnie -Programem Neutralności Klimatycznej, którego celem jest odejście bantustanów Unii Europejskiej od wykorzystywania nośników energii, którymi te bantustany dysponują na rzecz nośników energii, którymi albo nie dysponują, albo dysponują – ale w stopniu ograniczonym. Dodatkowym rezultatem Zielnego Wału jest radykalne ograniczenie emisji złowrogiego dwutlenku węgla, który dusi biedną „planetę” w następstwie czego cierpi ona niewypowiedziane katiusze, a nawet „płonie”.

Tak w każdym razie twierdziło do niedawna „Ostatnie Pokolenie” dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie położyła kresu jego działalności. Żeby tedy zapewnić gospodarkom poszczególnych bantustanów dostawy energii, muszą one dokonywać kosztownych inwestycji, które kładą się na nich coraz większym ciężarem, sprawiając, iż przestają one być konkurencyjne. Skutkuje to coraz większymi kłopotami, których ubocznym skutkiem jest również zmniejszanie się możliwości zatrudnienia – i właśnie przeciwko temu protestowała „Solidarność”.

Warto w związku z tym zwrócić uwagę, że „Zielony Wał” z jego dążeniem do ograniczenia emisji zbrodniczego dwutlenku węgla może być tylko pretekstem do osiągnięcia celu zupełnie innego, a mianowicie – realizacji założeń niemieckiego projektu Mitteleuropa z roku 1915. Dotyczył on urządzenia Europy Środkowej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim i przewidywał utworzenie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale – de facto – niemieckich protektoratów o gospodarkach niezdolnych do konkurowania z gospodarką niemiecką, tylko uzupełniających i peryferyjnych. W roku 1918 Niemcy wojnę przegrały, a w każdym razie wtedy tak się wszystkim wydawało – ale 1 maja 2004 roku, po Anschlussie państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej, powstały polityczne warunki dla realizacji projektu Mitteleuropa – i jest on systematycznie wdrażany – a „Zielony Wał” oraz inne wynalazki są tylko pretekstem.

Wprawdzie „Solidarność”, protestując przeciw „Zielonemu Wałowi”, występowała przeciwko vaginetowi obywatela Tuska Donalda – ale prawda jest taka, że to nie ten vaginet zgodził się w imieniu Polski na „Zielony Wał”, tylko rząd „dobrej zmiany”, kierowany przez ówczesnego premiera Mateusza Morawieckiego. A nawet nie cały rząd, tylko premier Morawiecki osobiście, bo – jak twierdzi Wielce Czcigodny Patryk Jaki – rząd był przeciwny, zaś premier Morawiecki, nie informując nawet koalicjantów PiS,, w roku 2019 i 2020 osobiście podjął decyzję o podpisaniu w imieniu Polski „Zielonego Wału”. Potwierdzałoby to podejrzenia, że wciągnięcie w roku 2015 przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego Mateusza Morawieckiego do rządu „dobrej zmiany” na stanowisko wicepremiera przy pani Beacie Szydło, a następnie, w rezultacie „rekonstrukcji rządu” w roku 2017 – stanowiska premiera – było następstwem tajemniczego kompromisu, najpierw płytszego, a potem – jeszcze głębszego – do którego Naczelnik Państwa został z zagadkowych przyczyn zmuszony.

Kto był – albo kto jest – drugą stroną tego kompromisu – tajemnica to wielka – która skłania podejrzliwców do podejrzeń, że naszą młodą demokracją ktoś z ukrycia musi kierować, a demokratyczne procedury są tylko rodzajem teatrzyku dla publiczności, żeby myślała, że to wszystko naprawdę. Dodatkowo rewelacje Wielce czcigodnego Patryka Jakiego stanowią poważną poszlakę, że Mateusz Morawiecki ze swoim Stowarzyszeniem „Rozwój Plus” cały czas realizuje wyznaczone zadania – obecnie zadanie neutralizowania PiS, który w Generalnej Guberni pewnie nie będzie już potrzebne.

Tak się złożyło, że demonstracja „Solidarności” zbiegła się w czasie z decyzją Senatu, który nie wyraził zgody na referendum w sprawie „Zielonego Wału”, którego przeprowadzenie zapowiadał pan prezydent Nawrocki. Zapowiadał – ale czy szczerze? Można mieć co do tego wątpliwości, o pan prezydent nie może nie wiedzieć, co w tej sprawie stanowi konstytucja. Owszem – dopuszcza ona inicjatywę prezydenta co do przeprowadzenia referendum – ale tylko „za zgodą Senatu”. Tymczasem każde dziecko wie, że bez względu na rodzaj inicjatywy pana prezydenta, Senat na żadną inicjatywę się nie zgodzi i to nawet nie dlatego, by uważał ją za niepożądaną z punktu widzenia interesów państwa, tylko dlatego, ze wystąpił z nią pan prezydent Nawrocki, z którym vaginet obywatela Tuska Donalda toczy polityczną wojnę.

Co jest przedmiotem i celem tej wojny? Jedno jest pewne, że nie jest nim żaden interes państwa polskiego, bo przed wyborami w roku 2023 Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje publicznie dała do zrozumienia, z jakim zadaniem kieruje obywatela Tuska Donalda z brukselskich salonów na ojczyzny łono – żeby mianowicie wprowadził nasz nieszczęśliwy kraj na świetlisty szlak wiodący do Generalnej Guberni. W tej sytuacji polityczna wojna między Volksdeutsche Partei i PiS-em może toczyć się o to, kto będzie wykonywał obowiązki burgrabiowskie w Generalnej Guberni – bo nikt przy zdrowych zmysłach nie ma chyba wątpliwości iż po nowelizacji traktatu lizbońskiego, której przeprowadzenie rekomendował już Parlament Europejski, o żadnej suwerenności politycznej naszego bantustanu nie będzie już mowy, a skoro tak – to nie czego go inna przyszłość, jak tylko Generalna Gubernia. Przewidział to już w roku 1943 Adolf Hitler, kreśląc na spotkaniu z gauleiterami sposób funkcjonowania przyszłej Europy, w której „małe państwa” nie będą już miały racji bytu, bo „tylko Niemcy” mogą prawidłowo zorganizować Europę. Toteż organizują, na razie przy zachowaniu pozorów dobrowolności – ale w roku 2039, kiedy to według planów Bundeswehra stanie się najsilniejszą armią w Europie, te pozory mogą zostać odrzucone.

W tej sytuacji protest „Solidarności” przeciwko „Zielonemu Ładowi” nie mógł mieć żadnej siły sprawczej, służąc tylko przypomnieniu opinii publicznej, że ta organizacja jeszcze istnieje – chociaż już nic nie może, podobnie jak cała reszta naszego nieszczęśliwego kraju. Jedyną siłą, która być może cokolwiek by jeszcze mogła, jest nasza niezwyciężona armia, ale cóż z tego, skoro według ożywiającego ją etosu, najwyższym nakazem jest dotrwanie do emerytury, bo dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie.

Stanisław Michalkiewicz

Policja w krainie czarów

Policja w krainie czarów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    24 maja 2026 michalkiewicz

Jest publiczną tajemnicą, że rodzajem pryszcza dla vaginetu obywatela Tuska Donalda jest Telewizja Republika, której prezesem i redaktorem naczelnym jest pan red. Tomasz Sakiewicz. Telewizja ta nadaje nawet specjalny program pod tytułem „Piachem w tryby”, w którym chłoszcze vaginet obywatela Tuska Donalda biczem krytyki.

Nic więc dziwnego, że samo istnienie tej stacji telewizyjnej głęboko zasmuca obywatela Tuska Donalda, oddalając w odległą przyszłość osiągnięcie stanu jedności moralno-politycznej naszego mniej wartościowego narodu tubylczego – jaka panowała za Edwarda Gierka. W tej sytuacji trudno się dziwić, że w łonie vaginetu pojawiały się koncepcje, jakby tu rozprawić się ze znienawidzoną telewizją Republika i jej ścisłym kierownictwem, z panem red. Tomaszem Sakiewiczem na czele. Za rządów „dobrej zmiany” takie zlecenia załatwiała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, blokując na przykład portal „Najwyższego Czasu!” – jako że nie wykazywał on entuzjazmu dla rządu „dobrej zmiany”, na którego czele stał wówczas premier Mateusz Morawiecki.

Ale Telewizja Republika to nie żaden portal, który ABW może w każdej chwili zablokować nie tylko bez słowa wyjaśnienia, ale również udając, że nie ma z tym nic wspólnego – jak to bezpieka, przywykła ukrywać swoje łajdactwa za murami tajności. Telewizji Republika tak zwyczajnie wyłączyć niepodobna, już nawet nie dlatego, że jest ona zaprzyjaźniona z administracją prezydenta Trumpa, z którą – póki co – musi liczyć się nie tylko obywatel Tusk Donald, ale nawet Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która w obywatelu Tusku Donaldu dlaczegoś sobie upodobała – ale również dlatego, że jest to chyba niemożliwe ze względów prawnych i technicznych.

Od czego jednak stare, ubeckie sposoby nękania przeznaczonych do odstrzału „figurantów”? Toteż konfident, albo nawet kilku bezpieczniackich konfidentów dostało zadanie bombardowania policji fałszywymi zawiadomieniami, związanymi ze wspomnianą telewizją.

I stało się, że w jednym z warszawskich komisariatów policji pojawiła się wiadomość, że w mieszkaniu pana red. Sakiewicza pojawił się podrzutek, który zamierza targnąć się na własne życie. Gdy idzie o życie, to policja reaguje natychmiast, nawet, a może zwłaszcza w sytuacji, gdy sprawa jest ukartowana. Toteż i tym razem policja wtargnęła do mieszkania pana red. Sakiewicza razem z drzwiami. Jednak – i tu zaczynają dochodzić do głosu fałszywe pogłoski – zamiast podrzutka, policjanci natknęli się na złowrogiego Zbigniewa Ziobrę i natychmiast skuli go kajdankami. Jednak na ich oczach złowrogi Zbigniew Ziobro natychmiast przemienił się w asystentkę pana red. Tomasza Sakiewicza – ale kajdanki, jako własność państwowa i policyjna – pozostały na rękach, na świadectwo tego, co się stało.

Ludzie małej wiary, jak np. przewielebny ks. Kazimierz Sowa, co to z niejednego komina wygartywał, nie wierzą w metamorfozę Zbigniewa Ziobry i wysuwają insynuacje, jakoby asystentki asystowały panu red. Sakiewiczowi przez 24 godziny na dobę – ale przecież wiadomo, że w dzisiejszych czasach zmiana płci zachodzić może błyskawicznie, tym bardziej, że i policjanci muszą mieć jakieś alibi i uzasadnienie, dlaczego właściwie zakuwać mieliby w kajdany asystentkę, która z całą pewnością nie była podrzutkiem? W tej sytuacji błyskawiczna przemiana Zbigniewa Ziobry w asystentkę pana red. Sakiewicza staje się wprost koniecznością tym bardziej, że poruszone zostały Moce w postaci Wielce Czcigodnych posłów, którzy, jeden przez drugiego, rzucili się do odbywania „kontroli poselskich”, co z pewnością zaowocuje lawiną interpelacji. W tej sytuacji i panu ministrowi Kierwińskiemu, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda odpowiada za policję, łatwiej będzie zwalić wszystko na metamorfozę Zbigniewa Ziobry w asystentkę.

Jestem w związku z tym pewien, że przygotowywane w tej sprawie policyjne raporty są tworzone właśnie pod tym kątem, co w perspektywie może nawet wzbogacić naszą kinematografię o stosowny obraz pod tytułem „Policja w krainie czarów”. Taki film mógłby nakręcić np. pan Smarzowski, a gdyby nie chciał – to pani reżyserowa, tylko nie ta lecz ta druga, którą zdemaskowała pani Rigamonti.

A skoro już jesteśmy na terenie kultury, to wypada odnotować jedynie słuszną decyzję polskich jurorów na Festiwalu Eurowizji, którzy najwyższą notę 12 punktów – tyle, ile było pokoleń Izraela – przyznali właśnie izraelskiemu piosenkarzowi, za co otrzymali podziękowanie od ambasady Izraela w Warszawie. Żeby tedy prawdziwa cnota nie pozostała bez nagrody, podaję pełną listę wiedeńskich szabesgojów. Tworzą ją następujące osoby: Eliza Orzechowska, dziennikarka rządowej telewizji (w likwidacji), Filip Kuncewicz, „specjalista prawa autorskiego i nowych technologii”, piosenkarka Wiki Gabor z korzeniami, ale nie tymi, tylko cygańskimi, „Staś” Kukulski, co to zdobył w ubiegłym roku nagrodę publiczności w Opolu, Wiktoria Kida, co to „ma talent” i w ogóle, „Jasiek” Piwowarczyk, z „The Voice of Poland” oraz Maurycy Żółtański, „muzyk i producent muzyczny”. Izrael, ma się rozumieć, potraktował poświęcenie polskich jurorów jako rzecz należną i zwyczajną i ani myślał się rewanżować. Reprezentująca nasz nieszczęśliwy kraj pani Alicja Szemplińska, mimo nałożenia imponujących szarawarów, od Izraela nie dostała ani jednego punktu i zajęła 12 miejsce, a w dodatku śpiewała za darmo. Nie otrzymała ani jednego punktu również od Ukrainy, co tylko potwierdza opinię pana Łukasza Jasiny, że Polska jest „sługą narodu ukraińskiego” Dodajmy, że żydowskiego też.

Tymczasem, chociaż nie ustają dyskusje wokół wstrzymania przerzucenia do Polski części niezwyciężonej armii amerykańskiej z Niemiec – a nasi Umiłowani Przywódcy wygłaszają uspokajające komunikaty i obiecują sprawę „wyjaśnić”. Trochę to pewnie potrwa, bo chociaż obywatel Tusk Donald Kazał Księciu-Małżonku odbyć rozmowę z panem ambasadorem Różą, to – chociaż nakazana rozmowa się odbyła – to nie słychać, by pan ambasador Róża był „wzywany” do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

W tej sytuacji możliwe jest, że Książę-Małżonek pofatygował się do amerykańskiej ambasady, by wysłuchać, co tam Jego Ekscelencja ma mu do powiedzenia, a potem powtórzył to obywatelu Tusku Donaldu, taktownie omijając słowa powszechnie uznane za obelżywe. Dzięki temu obywatel Tusk Donald mógł otrąbić wielki sukces w postaci zapowiedzi uruchomienia w Dęblinie warsztatu remontowego silników do amerykańskich czołgów „Abrams”. Podobno na świecie są tylko trzy takie warsztaty: w Ameryce, Australii – no a teraz, ten trzeci, będzie w Polsce. W ten oto sposób nasz nieszczęśliwy kraj jednym susem znajdzie się w czołówce światowych mocarstw, a w tej sytuacji nie ma rady; zimny ruski czekista Putin schowa dudy w miech i zacznie się słuchać prezydenta Zełeńskiego, który właśnie spuścił z wodą swojego dotychczasowego totumfackiego Andrzeja Jermaka, aresztowanego pod zarzutem korupcji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Waldemar Żurek w zorganizowanej grupie przestępczej?

Stanisław Michalkiewicz: Waldemar Żurek w zorganizowanej grupie przestępczej?

   14 maja Judenrat “Gazety Wyborczej”, a za nim inne postępowe media z radością poinformowały o zarejestrowaniu przez stołeczny Urząd Stanu Cywilnego pierwszego “małżeństwa” jednopłciowego.  Chodzi o panów Jakuba i Mateusza Trojanów, którzy najpierw zawarli w Niemczech umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych, a następnie uzyskali w Naczelnym Sądzie Administracyjnym wyrok, nakazujący polskim urzędom stanu cywilnego zarejestrowanie tej umowy, jako “małżeństwa”.

W ten oto sposób, za sprawą nienawistnych sądów i ich politycznych protektorów, dokonany został milowy krok na drodze rewolucji komunistycznej, której nasz nieszczęśliwy kraj dość długo się opierał. Jednak – co zauważyli już starożytni Rzymianie – “nie ma takiej bramy, jakiej nie przeszedłby osioł obładowany złotem” – więc jeśli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje oraz jej brukselscy i luksemburscy kolaboranci mogli uzależnić od rejestrowania takich umów o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych jako “małżeństw.

Chodzi na przykład o przekazywanie Polsce kolejnych transz podpisanej niedawno przez Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL oraz pana ministra Domańskiego, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, pożyczki SAFE, na podstawie której polska będzie kupowała broń i amunicję, a potem – na podstawie nadal obowiązującej umowy z 2 grudnia 2016 roku –  nieodpłatnie przekazywała ją Ukrainie.

W takim przypadku nic dziwnego, że nie tylko środowiska postępackie, ale również – nienawistne sądy – powinność swojej służby zrozumiały, podobnie jak stołeczny Urząd Stanu Cywilnego, który przeszedł do porządku dziennego nad art. 18 konstytucji, który definiuje małżeństwo, jako “związek kobiety i mężczyzny”. Najwyraźniej nienawistne sądy i urzędnicy, którzy dla miłego grosza podpiszą wszystko, co tam będzie trzeba, doszły do wniosku, że nie ma co wierzgać przeciwko ościeniowi i lepiej płynąć na fali komunistycznej  rewolucji, niż być odrzuconym przez ten prąd.

   Kiedy bowiem tradycyjny proletariat, to znaczy – pracownicy najemni – odwrócili się od promotorów komunistycznej rewolucji, by drążyć sobie nisze ekologiczne w systemie kapitalistycznym, promotorzy rewolucji obrócili swoje argusowe oczy na proletariat zastępczy – a to w postaci “kobiet”, czy też – sodomczyków i gomorytek – który mogliby “wyzwalać”. Rewolucjonista bez proletariatu, który mógłby “wyzwalać” jest bowiem figurą śmieszną, a “socjały nudne i ponure” niczego się tak nie boją, jak właśnie śmieszności. Inna sprawa, że takie np. “kobiety” nawet lepiej nadają się na proletariuszki, niż proletariusze tradycyjni.

Taki jeden z drugim tradycyjny proletariusz pragnął jak najszybciej przestać być proletariuszem, to znaczy – dorobić się – a kiedy już mu się to udało, to – jako “drobnomieszczanin” –  stawał się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów, nie bez powodu obawiając się, że zechcą mu oni odebrać wszystko, czego z takim trudem się dorobił.

Tymczasem “kobieta” – wszystko  jedno – biedna, czy bogata – kobietą być nie przestanie, więc wystarczy tylko jej wmówić, że jest oprymowana przez “męskie szowinistyczne świnie” a z tej opresji wyzwolić ją mogą tylko rewolucjoniści – co prawda razem z majtkami – ale – jak powiadają Francuzi – a la guerre comme a la guerre; straty muszą być, więc i bez majtek jakoś trzeba będzie się obejść.

Podobnie sodomczykowie i gomorytki, którym rewolucjoniści schlebiają, jakoby stanowili oni awangardę postępu i w ogóle – sól ziemi czarnej. Oczywiście do czasu, bo kiedy już rewolucja komunistyczna zwycięży, to żaden proletariat do “wyzwalania” nie będzie już potrzebny. Toteż zostanie on przepuszczony przez maszynkę do mięsa, jak tzw. “starzy bolszewicy” w Rosji za Stalina. Na tym etapie jednak dominują umizgi, więc  nic dziwnego, że postępactwo, co to nie widzi dalej od własnego nosa –  się raduje.

   Tymczasem jest zasadnicza różnica między umowami o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych przez osoby tej samej płci, a małżeństwem. Chodzi o to, że z bzykania się osób należących do tej samej płci nie będzie żadnego potomstwa, podczas gdy z małżeństwa, a nawet konkubinatu – może się ono pojawić. I właśnie z tego względu władza publiczna traktuje małżeństwo inaczej niż umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych.

Wobec tego potomstwa bowiem rodzice mają wiele poważnych obowiązków, które są egzekwowane przez prawo, podczas gdy z bzykania się osób tej samej płci nie musi wynikać nic, co by władzę publiczną w ogóle interesowało.

Mówiąc nawiasem, nigdy nie mogłem się nadziwić, po co właściwie sodomczykom, czy gomorytkom potrzebny jest taki urzędowy certyfikat. Bzykać przecież mogą się i bez tego. Wprawdzie podają oni pozory uzasadnienia, ale o ich bezwartościowości przekonałem się już dawno, kiedy jeszcze byłem działaczem UPR.

Przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia “Lambda”, pytając o nasz stosunek do “małżeństw” jednopłciowych, Wyjaśniłem mu powody, dla których jesteśmy przeciwni instytucjonalizacji takich par. – Ale skoro już pan zadzwonił, to proszę, nich mi pan wyjaśni, dlaczego wam na tym tak zależy? Na to on, że to konieczne, żeby mogli po sobie dziedziczyć. Ja na to, że wcale nie – bo przecież mogą sporządzić sobie nawzajem  testamenty – podobnie, jak mogą wystawić sobie wzajemnie pełnomocnictwa na przykład dla otrzymywania informacji medycznych.

Nie wymaga to żadnej zmiany prawa. On na to, że owszem – ale wtedy musieliby płacić wyższy podatek spadkowy. Ja na to: to tak mi pan mów! UPR jest za zniesieniem podatku od spadków i darowizn, więc możecie śmiało na nas głosować.

   I jeszcze jedna sprawa. Oto Urząd Stanu Cywilnego w Warszawie, wystawiając panom Trojanom dokument, jakoby zawarli oni “małżeństwo”, ostentacyjnie dopuścił się przestępstwa poświadczenia nieprawdy w świetle prawa polskiego – z uwagi na  art. 18 konstytucji. Co innego, gdyby zgodnie z prawdą stwierdził, że obydwaj panowie zawarli w Niemczech umowę o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych.

Tak się jednak nie stało, więc mamy tu do czynienia z oczywistym przestępstwem  urzędniczym, w którym – jak się wydaje – w charakterze podżegacza, a być może i pomocnika – uczestniczył również prezydent Warszawy, pan Rafał Trzaskowski, podobnie, jak członkowie Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy podpisali się pod wyrokiem nakazującym zarejestrowanie tej umowy, jako “małżeństwa”.

Na dobry porządek obywatel Żurek Waldemar powinien nakazać wszczęcie postępowania karnego nie tylko przeciwko urzędnikowi, który nieprawdę poświadczył, ale wszystkich podżegaczy i pomocników, wśród których są oczywiście również panowie będący stronami wspomnianej umowy. Jeśli tego nie zrobi, to opinia publiczna będzie miała oczywisty dowód, że obywatel Żurek Waldemar wcale nie stoi na nieubłaganym gruncie praworządności, tylko uczestniczy w zorganizowanej grupie przestępczej.

Polecamy również: Miliony dla OMZRiK. Gdzie są pieniądze?

Stawiamy na Żyda Polarnego

Stawiamy na Żyda Polarnego

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    19 maja 2026 michalkiewicz

Nie tylko z prezydentem Trumpem – ale również z naszym Kukuńkiem nie będziemy się nudzili. Nawet nie chodzi o to, że od pewnego czasu ozdabia się on osobliwą dekoracją, na którą składa się wizerunek Matki Boskiej, ukraińska flaga oraz ułożony sylabami napis „Konstytucja”, w którym szczególnie wyeksponowana została sylaba: JA”. Najwyraźniej dekoracja ta wyraża credo Kukuńkowe, pokazujące, jak łatwo dawne kulty łączą się z kultami nowymi. Wspominał o tym jeszcze za pierwszej komuny Antoni Słonimski, pisząc, jak to jego służebnica domowa „w czynie społecznym”, a może nawet „partyjnym” przyozdobiła kwiatami figurę Matki Boskiej. A skoro już o Matce Boskiej mowa, to pojawiły się fałszywe pogłoski, że Ona na swoim błękitnym płaszczu umieściła również wizerunek Kukuńka.

Nie chodzi jednak ani o tę dekorację, ani o te fałszywe pogłoski, tylko o deklarację Kukuńka, który wyraził żal, że nie jest Żydem, chociaż sprawdzał swoje drzewo ginekologiczne co najmniej tak starannie, jak Wielce Czcigodny Roman Giertych. W przypadku Wielce Czcigodnego pojawiły się fałszywe pogłoski, że pochodzi on w linii prostej od tego rzymskiego senatora, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula. Ten senator nazywał się Incitatus, a cesarz za towarzyszkę życia przydzielił mu klacz Penelopę, z którą mógł dochować się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony pewne podobieństwo Wielce Czcigodnego do Incitatusa wprost rzuca się w oczy.

Jeśli chodzi o Kukuńka, to nie ma on rysów semickich, jak na przykład mój nieżyjący przyjaciel Aleksander Rozenfeld, ale to o niczym nie świadczy, bo semickich rysów nie miał też korespondent „Najwyższego Czasu!” w Tel Aviwie, Kataw Zar, którego pewnie z tego powodu autorzy demaskatorskiej książki „Zamiast procesu”, zdemaskowali jako antysemitnika, podobnie jak prymasa Józefa Glempa i niżej podpisanego. Podobnie semickich rysów nie mieli bracia Kaczyńscy, a mimo to na mieście krążyły fałszywe pogłoski, że jeden z nich jest Żydem, tylko nie wiadomo który.

Tymczasem Kukuniek z ubolewaniem stwierdza, że Żydem nie jest. To by się zgadzało, bo żyją ludzie pamiętający, jak to Kukuniek wywodził swój rodowód od cesarza Walensa, chociaż z drugiej strony książę Aleksander Gorczakow, minister spraw zagranicznych cesarza Aleksandra II mawiał, że nie wierzy informacjom nie zdementowanym. Skoro tedy Kukuniek energicznie dementuje pogłoski o swoim żydowskich pochodzeniu, to w wielu podejrzliwcach rodzą się straszliwe podejrzenia, podobne do podejrzeń o agenturalną przeszłość byłego prezydenta naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju. Sam Kukuniek przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować, jaką „koncepcję” w tej kwestii przyjąć, więc miotał się od ściany do ściany, od kategorycznych zaprzeczeń, aż do sugestii, że to nie bezpieka z nim, tylko on z bezpieką prowadził grę, dzięki której komunizm w naszym nieszczęśliwym kraju został obalony.

Ten natłok „koncepcji” został ustabilizowany 11 sierpnia 2000 roku, kiedy to Sąd Apelacyjny w Warszawie, V Wydział Lustracyjny w składzie: SSO Paweł Rysiński, jako przewodniczący oraz sędziowie SSO Krystyna Sergiej i SSO Zbigniew Kapiński, rada w radę uradzili, że oświadczenie lustracyjne Kukuńka, w którym zaprzecza on współpracy z SB, jest zgodne z prawdą. A prawda – zdaniem Sądu – wyglądała tak, że SB „preparowała” kompromaty na Kukuńka, żeby go zdyffamować zarówno w naszym nieszczęśliwym kraju, jak i na szerokim świecie. Krótko mówiąc – niezawisły Sąd Okręgowy zaordynował Kukuńkowi prawdziwą kurację oczyszczającą, po której jego wizerunek stał się bielszy od śniegu, jakby ktoś skropił go hyzopem. Zwraca uwagę data wyroku, bo w roku 2000 nie było jeszcze żadnych „neosędziów”, tylko starzy, poczciwi „paleosędziowie”, co to pamiętali jeśli nawet nie Józefa Stalina, to z pewnością – pana generała Czesława Kiszczaka – w związku z czym powinność swej służby rozumieli.

Cóż jednak z tego, skoro w roku 2016 wdowa po generale Kiszczaku, pani Maria Kiszczakowa, ostentacyjnie przekazała do IPN dokumenty, wśród których była teczka personalna Kukuńka, pokwitowania i tak dalej, słowem – same oryginały – co jest o tyle osobliwe, że zgodnie z jedną z wcześniejszych „koncepcji” Kukuniek utrzymywał, że same „oryginały”, to on sobie „kupił”. Wprawdzie były prezydent groził pani Marii Kiszczakowej, że zaciągnie ją przez nienawistny sąd, ale ona odparła, że się go nie boi, a papiery przekazała IPN-owi w obawie o własne życie. Co tu dużo gadać; generał Kiszczak coś tam musiał wiedzieć o funkcjonowaniu naszego państwa, więc prawdopodobnie w ostatnich słowach powiedział żonie: Marysiu, jak chcesz umrzeć śmiercią naturalną, to przekaż te papiery z sejfu do IPN – ale tak, żeby cała Polska widziała, że to zrobiłaś, bo inaczej będą kłopoty. No a potem te wszystkie papiery zaczął przeglądać dr Sławomir Cenckiewicz, z tego powodu awansując na najgorszego wroga Kukuńka, który nigdy nie jest pewien, jaką kontr-koncepcję przygotować na jego rewelacje.

Co innego, gdyby Kukuniek był Żydem. Wtedy oskarżyłby doktora Cenckiewicza o antysemityzm i przy pomocy Judenratu „Gazety Wyborczej” sprawa zostałaby załatwiona. Jednak Kukuniek Żydem nie jest – i co z tym fantem zrobić? Najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym proponuję, by Kukuniek został Żydem honoris causa. Ale nie byle jakim Żydem, tylko – Żydem Polarnym. Sprzyja temu okoliczność, że po raz pierwszy Żyd Polarny został wykryty w roku 1968 w osobie literata Czesława Centkiewicza, którego nazwisko jest podobne do nazwiska pana dra Sławomira Cenckiewicza, że czasami nawet Kukuniek się myli. A w ogóle to koncepcja Żyda Polarnego może oddać nieocenione usługi w polityce globalnej. Na przykład zamiast wysyłać jakieś wojska na Grenlandię, wystarczyłoby wyekspediować tam kontyngent Żydów Polarnych. Zaraz oskarżyliby oni Eskimosów o antysemityzm, a bezcenny Izrael przeprowadziłby tam ostateczne rozwiązanie kwestii eskimoskiej i wszystkie problemy przestałyby istnieć.

Wreszcie, w obliczu prawdopodobnej ewakuacji amerykańskich wojsk z Europy Zachodniej, czas podjąć decyzję o przyłączeniu Polski do USA, Skoro 40 tys. żołnierzy amerykańskich ma trafić do nas, to nie ma nad czym rozmyślać, tylko podpisać unię z Ameryką. To nas uchroni nie tylko przed skutkami SAFE, ale również – następstwami „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, ewentualnym dokończeniem procesu zjednoczenia Niemiec, no i realizacją żydowskich roszczeń majątkowych – bo z terytorium Stanów Zjednoczonych Żydowie, nawet Polarni, żadnych roszczeń dochodzić nie mogą. A z Honolulu do Waszyngtonu jest 9,3 tys kilometrów, podczas gdy z Warszawy – tylko 7,1 tysiąca, więc zdecydowanie bliżej.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Pospolitość i eschatologia

Pospolitość i eschatologia

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    17 maja 2026 michalkiewicz

Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra” – śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz. A teraz? Ach, jakiż zawód, jakież rozczarowanie! Prawie takie samo, jak w przypadku odchylenia listka figowego, pod którym widać… figę. Kiedy na Węgrzech wybory wygrał Piotr Magyar, obywatel Tusk Donald, a zwłaszcza jego totumfacki, obywatel Żurek Waldemar, oczyma duszy już widzieli złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, dostarczonego w klatce na uwieńczenie procesu „rozliczeń”, który – jak wiadomo – jest jedynym programem rządu koalicji 13 grudnia, nie nakazanym, a tylko zasuflowanym przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje. Piotr Magyar u siebie zresztą też zapowiada „rozliczenia”, więc wszystko wskazywało na to, że z obywatelem Tuskiem Donaldem będą się konsultować i koordynować wszystkie rozliczeniowe przedstawienia, gwoli udelektowania gawiedzi. Tymczasem kiedy tylko Piotr Magyar został zaprzysiężony na węgierskiego premiera, gruchnęła wieść, że złowrogi Zbigniew Ziobro jest już w Ameryce, dokąd ręce siepaczy obywatela Żurka Waldemara nie sięgają, bo gdyby jakiś siepacz spróbował tam sięgnąć, to zaraz tę rękę odrąbałaby mu tamtejsza władza ludowa.

Na domiar złego pojawiły się fałszywe pogłoski, że złowrogi Zbigniew Ziobro został waszyngtońskim korespondentem telewizji „Republika”, która dzięki temu będzie mogła punktować wszystkie potknięcia warszawskiego reżymu na gruncie amerykańskim. Pierwsza salwa zresztą już padła za sprawą byłego ambasadora, pana Magierowskiego, który w swojej książce opisuje, jak to obywatel Tusk Donald przemykał się w Waszyngtonie pod ścianami, podobno żeby nikt go nie rozpoznał. Książę-Małżonek chciał nawet urządzić cocktail z udziałem obywatela Tuska, ale ten nie chciał nawet o tym słyszeć i w rezultacie wylądował na rodzinnym obiedzie u Jabłoneczki. Takie to ci pogodne anegdoty z życia dworskiego opisuje pan Magierowski – ale z Ziobrą będzie pewnie gorzej.

Tymczasem w sobotę 9 maja obywatel Kosiniak-Kamysz, jako wicepremier vaginetu obywatela Tuska Donalda, podpisał pożyczkę SAFE. Jak widać, nie ma takiej siły która mogłaby powstrzymać obywatela ministra-ministrowicza przed wzięciem pieniędzy – nawet na podejrzanych warunkach. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – pisze poeta – i tą maksymą najwyraźniej musi kierować się minister-ministrowicz. Tymczasem SAFE jest obciążona tzw. mechanizmem warunkującym, co oznacza, że poszczególne transze pożyczki pod jakimkolwiek pretekstem mogą być wstrzymywane, podczas gdy dług trzeba spłacać w całości.

A właśnie za sprawą obywatela Żurka Waldemara, który nie przepuszcza żadnej okazji, by szkodzić naszemu nieszczęśliwemu krajowi, Europejski Trybunał Praw Człowieków nakazał polskim władzom niezwłocznie udostępnić gabinety, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – czwórce kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, co to złożyli swoje „ślubowanie” wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza, a przywołany notariusz spisał protokół. Pan prezydent ani myśli urządzać im dodatkowego ślubowania, w związku, z tym prezes TK Bogdan Świeczkowski, ani nie przydziela im gabinetów, ani „spraw do orzekania”, ani – co gorsza – forsy – ale to właśnie może być wykorzystane przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje do uruchomienia „mechanizmu warunkującego” i w rezultacie ani nasza niezwyciężona armia, ani politykowie nie zobaczą ani centa.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki, jakby dla większej ostentacji, odebrał ślubowanie i wręczył nominacje ponad 140 sędziom, to znaczy – „neosędziom” – w nomenklaturze obywatela Żurka Waldemara oraz Judenratu „Gazety Wyborczej”, który z własnego nadania pretenduje do pełnienia w naszym nieszczęśliwym kraju funkcji rewidenta cnoty. Najwyraźniej pan prezydent pokazuje, że nie kuca ani przez obywatelem Tuskiem, ani przed Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, która w Donaldu Tusku akurat sobie upodobała.

Tymczasem 9 maja odbyła się w Moskwie tradycyjna parada pobiedy – a to dzięki prezydentowi Trumpowi, który doradził trzydniowe zawieszenie broni Rosji i Ukrainie. Przy tej okazji ukraiński prezydent Zełeński zakpił sobie z prezydenta Putina, wydając dekret „zezwalający” na odbycie w Moskwie parady pobiedy. Ta kpina musiał dotknąć Rosjan do żywego, bo zamiast skorzystać z okazji, by siedzieć cicho, prezydent Putin w swoim przemówieniu zaczął miotać na prezydenta Zełeńskiego różne pogróżki. Generalnie jednak nie wykluczył zakończenia wojny – co według niego powinno nastąpić w rezultacie mediacji prowadzonych przez byłego niemieckiego kanclerza Gerharda Schroedera.

Jeśli by tak się stało, to myślę, że groźba, iż osiągnięcie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie dokona się wskutek terytorialnej rekompensaty kosztem „Zakierzońskiego Kraju”, a więc – województwa podkarpackiego, części województwa małopolskiego oraz części województwa lubelskiego – zaczęłaby nabierać rumieńców. Kto wie, czy precedens zmiany granicy nie zachęciłby również Niemiec do podjęcia próby dokończenia procesu zjednoczenia, według granicy z 1937 roku – a z pozostałej reszty terytorium mogliby zaspokajać swoje roszczenia majątkowe Żydowie, dzięki czemu wszyscy byliby zadowoleni?

W tym kontekście lepiej możemy zrozumieć ostrą postać żydofilii, na którą w sposób widoczny cierpi Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś – że w tym szaleństwie jest metoda, by również na odcinku religijnym zaordynować naszemu, mniej wartościowemu narodowi tubylczemu „pedagogikę wstydu”, której celem jest wzbudzenie bliżej nieokreślonego poczucia winy wobec Żydów tak, by już nigdy nie ośmielił się on Żydom w żadnej sprawie sprzeciwić.

Nawiasem mówiąc, ostatnio Jego Eminencji tak zwanego – jak mówią gitowcy – „śmiertelnego”- zadał pan red. Bogdan Rymanowski, znienacka zapytując, czy Eminencja wierzy w istnienie Boga. Po dłuższym namyśle Eminencja odpowiedziała, że to nieważne, czy Pan Bóg jest, czy Go nie ma – bo dla chrześcijanina najważniejsze jest, czy Pan Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie”. Czy jednak Pan Bóg mógłby objawić się, niechby nawet w Jezusie Chrystusie – gdyby Go w ogóle nie było? Okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta, jakby na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Credo quia absurdum! (wierzę, bo to absurd) – że ten okrzyk przypisywany Tertulianowi nabiera nieoczekiwanej aktualności w związku z wypowiedzią Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, przez niektórych jego zwolenników z rewerencją nazywanego „Ryszardem”.

W tym kontekście na uwagę zasługuje deklaracja Kukuńka, czyli Lecha Wałęsy, że wprawdzie tego żałuje – ale nie jest Żydem. Jest to ważne tym bardziej, że w swoim czasie po mieście krążyły fałszywe pogłoski, że Żydem jest jeden z braci Kaczyńskich – ale nie wiadomo który.

Wprawdzie najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym chciałbym doradzić Kukuńkowi, by wystąpił o przyznanie mu – obok licznych doktoratów honoris causa – również honorowego tytułu Żyda Polarnego. Pretekstem mogłaby być okoliczność, że pierwszym Żydem Polarnym został u nas Czesław Centkiewicz, który nosił nazwisko bardzo podobne do największego wroga Kukuńka – Sławomira Cenckiewicza

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Drepcemy wokół „Aneksu”

Drepcemy wokół „Aneksu”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   16 maja 2026 michalkiewicz

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dawał do zrozumienia, że ten cały Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, nie zawiera żadnych rewelacji, tylko jakąś kiepską „publicystykę” – ale pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik woła do TVN za każdym razem, gdy w naszym nieszczęśliwym kraju, albo nawet za granicą coś się dzieje, a pan generał mówi nie tylko – jak jest – ale i – jak będzie – przestrzegł, że ujawnienie „Aneksu” stanowi czyn „antypaństwowy”.

Tymczasem na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Aneks” miał „uderzać” w byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Coś może być na rzeczy, bo pamiętamy, że pan generał Marek Dukaczewski z Bronisławem Komorowskim musiał wiązać jakieś nadzieje, skoro podczas wyborów prezydenckich, w których Bronisław Komorowski kandydował, pan generał ogłosił, że jak ten kandydat wygra, to on z radości otworzy sobie szampana. Trudno o wyraźniejszą wskazówkę dla konfidentów WSI, na kogo mają głosować – a ponieważ podejrzewam, że WSI nawerbowały sobie taką masę konfidentów, że stanowią oni siłę polityczną nawet większą, niż Volksdeutsche Partei i Prawo i Sprawiedliwość razem wzięte – więc nic dziwnego, że Bronisław Komorowski te wybory wygrał w cuglach.

Ale może w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy? Dopóki „Aneks” nie zostanie opublikowany, żadnej pewności mieć nie możemy, więc musimy czekać, aż przeczyta go posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska, do której pan prezydent Nawrocki wysłał ten blisko 1000-stronicowy dokument, by po przeczytaniu przedstawiła mu swoją opinię.

Po co panu prezydentowi opinia posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – trudno zgadnąć – skoro pamiętamy, jak podczas kampanii prezydenckiej kandydującej na to stanowisko posągowej pani Małgorzacie scenicznym szeptem musiał suflować prawidłowe odpowiedzi Wielce Czcigodny poseł Pupka? Wprawdzie pan prezydent Nawrocki chciałby przeprowadzić referendum w sprawie tak zwanego „Zielonego Wału”, który Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała podpisać premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, ale wątpliwe jest, czy Senat wyrazi na to zgodę – a jest ona konieczna, bo konstytucja stanowi, że pan prezydent wprawdzie może zarządzić referendum – ale za zgodą Senatu.

Tymczasem o „znaku pokoju”, jaki przekazali sobie pan prezydent oraz obywatel Tusk Donald podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu Wielce Czcigodnego Łukasza Litewki, już wszyscy zapomnieli tym bardziej, że najwidoczniej uruchomiony w ramach „Planu B” obywatela Żurka Waldemara Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu kazał „władzom” naszego bantustanu przydzielić czwórce obywateli, wybranych przez Sejm na kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, „gabinety”, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – bo kogóż wynagradzać w tych zepsutych czasach, jak nie ichmościów, co to pragną „służyć Polsce”? Tymczasem rzeczniczka TK powiedziała, że nic z tego nie będzie, bo wspomniany Trybunał nie ma prawa dyktować naszemu bantustanowi zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości.

Na takie dictum wyszczekany wicepremier Krzysztof Gawkowski zagroził „wyłamaniem drzwi” do Trybunału Konstytucyjnego – żeby sprawiedliwości ludowej stało się zadość. Ta deklaracja wzbudza we mnie dwojakie podejrzenia: po pierwsze, że „plan B” obywatela Żurka sprowadzać się mógł do tego, by po cichu przekupić strasburskich przebierańców, by dostarczyli tubylczym siepaczom pozorów legalności, gdy będą „wyłamywać drzwi”. To się mogło zdarzyć tym bardziej, że przypadki comparare benevolentiam niezawisłych sądów mają starożytny rodowód.

Akurat dostałem w prezencie od pana Leszka Wysockiego, tłumacza literatury starożytnej, „Satyrikon” autorstwa Petroniusza Arbitra – tego samego, którego Henryk Sienkiewicz opisuje w „Quo vadis?”. Pan Wysocki przetłumaczył „Satyrikon” w sposób oryginalny, bo używając polskiego języka potocznego, a w niektórych, uzasadnionych momentach – nawet knajackiego – co nadaje dziełu Petroniusza Arbitra osobliwego kolorytu. Więc z jednej strony – „Plan B” – a z drugiej – determinacja, która może wskazywać na powiązania owej czwórki kandydatów na sędziów TK z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, albo z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widać, że walka klasowa może się u nas wkrótce zaostrzyć, co by się zgadzało ze spiżową tezą Józefa Stalina, że jest to nieuchronne przy postępach socjalizmu. Właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” zastanawia się nad politycznymi korzyściami zlania się Volksdeutsche Partei z Lewicą. Gdyby do tego doszło, socjalizm w naszym bantustanie otrzymałby niezwykle silny impuls rozwojowy, więc i walka klasowa musiałaby się zaostrzyć – a w tej sytuacji drzwi byłyby wyłamywane nie tylko w Trybunale Konstytucyjnym, ale i w niezawisłych sądach drobniejszego płazu – bo z praworządnością ludową żartów nie ma.

Pamiętam o tym jeszcze od czasów młodości, kiedy to w 7 kołobrzeskim pułku zmechanizowanym składałem przysięgę wojskową. Jej rota kończyła się słowami: „a gdybym nie bacząc na tę uroczystą przysięgę, obowiązek wierności wobec ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej”. Z tą wiernością była niełatwa sprawa, bo dochować jej było wtedy można tylko „w sojuszu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. Ciekawe, jak jest teraz, kiedy nastąpiło odwrócenie sojuszy, a Polska stała się „sługą narodu ukraińskiego” – o czym w swoim czasie poinformował nas pan Łukasz Jasina? Mam nadzieję, że stare kiejkuty jakoś tę sprawę załatwiły tak, by składanie uroczystej przysięgi nie narażało żołnierzy naszej niezwyciężonej armii na jakieś poznawcze dysonanse, zwłaszcza przy założeniu, że traktują oni te wszystkie zaklęcia serio. Założenie przeciwne byłoby oczywiście niegrzeczne, chociaż nie od rzeczy będzie przypomnieć uwagę J. Em. Józefa kardynała Glempa z początków stanu wojennego, że „nieważne, co się podpisuje”. Wtedy chodziło o tzw. „lojalki” – ale widocznie wielu słuchaczy tych słów musiało to zrozumieć rozszerzająco – jako że potem pojawiła się słynna formuła: ”bez swojej wiedzy i zgody”.

Jak to wszystko będzie funkcjonowało w Generalnej Guberni – komu wtedy nasza niezwyciężona armia będzie przysięgała – o ile jeszcze zachowa odrębność, a nie zostanie zintegrowana z Bundeswehrą w postaci oddziałów tzw. „askarisów”? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy, więc musimy odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich odnośnie poznania przyszłości – że mianowicie wystarczy trochę poczekać. Toteż poczekamy, aż posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczyta ze zrozumieniem „Aneks”, a potem przekaże swoją opinię panu prezydentowi Nawrockiemu. Wtedy zobaczymy, czy są tam rewelacje, czy też – jak sugeruje zblazowany Naczelnik Państwa – tylko kiepska „publicystyka”.

Stanisław Michalkiewicz

Przebierańcy pokazują pazury

Przebierańcy pokazują pazury

Stanisław Michalkiewicz 14 maja 2026 michalkiewicz

Dziś moja moc się przesili. Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – powiada Konrad w III części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Właśnie nadszedł taki moment dla naszego nieszczęśliwego kraju. Poznamy, czy jest on suwerenny, czy też jest popychadłem grona przebierańców ze Strasburga, które przybrało pretensjonalną nazwę „Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Chodzi oczywiście o wyrok tego Trybunału, nakazujący wszystkim polskim władzom, by nie utrudniały obywatelom, których Sejm mianował kandydatami na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, dostępu do „orzekania”, a także – o czym wyrok taktownie już nie wspomina – do wynagrodzeń, których w przeciwnym razie by ci obywatele nie otrzymali. Dlaczego Sejm wybrał akurat tych obywateli, a nie innych – tajemnica to wielka. Można oczywiście dowodzić, że wybrał ich dlatego, że sobie w nich szczególnie upodobał – ale takie wyjaśnienie niewiele wyjaśnia, prowokując do postawienia kolejnego pytania, dlaczego właściwie Sejm, a konkretnie – Wielce Czcigodni posłowie należący do koalicji 13 grudnia – upodobali sobie akurat w tych obywatelach, a nie w jakichś innych, których kandydatury też były zgłaszane. Ja oczywiście tych przyczyn nie znam, bo jak wspomniałem – tajemnica to wielka, a podejrzewam – że nie tylko wielka, ale i państwowa.

Do takich podejrzeń skłoniła mnie reakcja nie tylko pana generała Marka Dukaczewskiego, ale i pana marszałka Czarzastego, a nawet – Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego na pomysł pana prezydenta Karola Nawrockiego, by opublikować „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Pan generał Dukaczewski uznał pomysł pana prezydenta za „antypaństwowy”, pan marszałek Czarzasty wyraził przypuszczenie, że pomysł ujawnienia treści „Aneksu” musiał panu prezydentowi przyjść do głowy podczas kąpieli, a Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” jest tylko jakaś „publicystyka”, a żadnych godnych uwagi rewelacji nie ma.

Okazuje się, że wbrew pozorom istnieją u nas obszary, w których panuje całkowita jedność poglądów ponad podziałami i że jednym z tych obszarów jest zakres władztwa starych kiejkutów. Stare kiejkuty, czyli wywiad wojskowy, był najtwardszym jądrem systemu komunistycznego, a wiele wskazuje na to, iż pozostał tym najtwardszym jądrem systemu również za drugiej komuny. Stare kiejkuty bowiem nie tylko przeszły transformację ustrojową w szyku zwartym, ale jako WSI, kontrolowały prawidłowy jej przebieg, rozwiązując sobie przy okazji problemy socjalne poprzez rozkradanie majątku państwowego w ramach uwłaszczenia nomenklatury i odstępowaniu go po zaniżonej cenie przedstawicielom Naszych Nowych Sojuszników – a gwoli zabezpieczenia całego procederu i zachowania wpływu na funkcjonowanie państwa – werbowały agenturę, między innymi wśród niezawisłych sędziów.

Na przykład kiedy tylko w 1990 roku rozwiązana została PZPR, będąca transmisją bezpieki do niezawisłych sędziów, ci natychmiast utworzyli Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, które funkcjonuje do dziś i wysuwa kandydatury niezawisłych sędziów nie tylko do Krajowej Rady Sądownictwa, ale i do Trybunału Konstytucyjnego. Innym takim stowarzyszeniem sędziowskim jest „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, jaką prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a której celem był werbunek agentury w środowisku niezawisłych sędziów. Sprawa ta – jak wielokrotnie wspominałem – wyszła przypadkowo na jaw podczas procesu sędziego Andrzeja Hurasa przez Sądem Okręgowym w Warszawie. Prowadzący tę sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale oczywiście głuche milczenie było mu odpowiedzią, bo ABW schroniła się za murami „tajności”.

Rzuca to pewne światło na tajemnicę, dlaczego koalicja 13 grudnia upodobała sobie akurat w tych kandydatach, a nie w innych, podobnie jak w ogóle – na funkcjonowanie naszego państwa, a nawet – życia publicznego, podszytego niewidzialnymi nićmi agentury. Dzięki temu lepiej rozumiemy zaangażowanie, jakie w tej sprawie wykazał vaginet obywatela Tuska Donalda, wzorem Archimedesa, który gotów były nawet podnieść Ziemię, byleby wcześniej znalazł punkt oparcia dla swojej dźwigni, znajdując punkt oparcia właśnie w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, do którego się zwrócił w ramach „Planu B”, obywatela Żurka Waldemara.

Toteż nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald, którego Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przysłała do naszego nieszczęśliwego kraju, by przepoczwarzył go w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy, nie krył satysfakcji ze wspomnianego wyroku, retorycznie pytając zarówno pana prezydenta Karola Nawrockiego, który nie zaprosił czterech wybranych przez Sejm kandydatów do TK gwoli odebrania od nich ślubowania, jak i pana prezesa TK Bogdana Święczkowskiego, który nie przydzielił tej czwórce obywateli gabinetów i spraw do „orzekania”, oraz pensji – czy „dotarło”?

Ciekawe, co w tej sytuacji uczyni pan prezydent Karol Nawrocki? Czy z podkulonym ogonem wyśle panu prezesowi TK iskrówkę (wiecie, rozumiecie, prezesie; przydzielcie im te cholerne gabinety i sprawy oraz wypłaćcie forsę, bo inaczej i z wami i ze mną będzie brzydka sprawa), czy też – stojąc na nieubłaganym gruncie suwerenności politycznej naszego bantustanu, oleje wspomniany wyrok, jak i strasburskich przebierańców ciepłym moczem? Pamiętamy wszak, jak to Trybunał Konstytucyjny kilkakrotnie buńczucznie stwierdzał, że w dziedzinie praworządności nasz bantustan zachowuje całkowitą suwerenność i ani unijnym, ani europejskim przebierańcom żadne kompetencje stanowiące w tej dziedzinie nie przysługują. Z drugiej jednak strony tamtejsi przebierańcy też muszą się pilnować, by nie stracić prestiżu, więc pewnie obmyślają, albo nawet zawczasu obmyślili jakieś formy nacisku na władze naszego bantustanu, by akomodowały się do ich woli. Akurat obywatel Tusk Donald zamierza podpisać pożyczkę SAFE, która obarczona jest mechanizmem warunkującym, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje miałaby okazję do wstrzymania przekazywania Polsce kolejnych transz pożyczki, która naturalnie trzeby by oddać, nawet gdyby pod pretekstem łamania przez nasz bantustan ludowej praworządności nie dostalibyśmy ani centa. Okazuje się, że ułożywszy odpowiednio traktaty, które – nawiasem mówiąc – obywatelu Tusku Donaldu i Księciu-Małżonku 13 grudnia 2007 roku pozwolono, (albo i nakazano?) w Lizbonie podpisać bez czytania, można praktycznie pozbawić „małe państwa” w Europie wszelkiego znaczenia, żeby nikt nie podskakiwał Niemcom, które jako jedyne potrafią prawidłowo zorganizować Europę – i to nawet bez Auszwicu, bez którego jeszcze nie mógł się obejść wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler.

Stanisław Michalkiewicz

Moja ulubiona teoria spiskowa

Moja ulubiona teoria spiskowa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    12 maja 2026 michalkiewicz

Co było najtwardszym jądrem systemu komunistycznego? Najtwardszym jądrem była bezpieka – co wyszło na jaw w stanie wojennym, kiedy to na rozkaz bezpieczniaków, internowany został Edward Gierek i jego pierwszy minister Piotr Jaroszewicz. Nie chodziło o to, że Gierek, czy Jaroszewicz stwarzali jakieś zagrożenie dla socjalizmu, czy sojuszów. Ani jednemu, ani drugiemu taki pomysł nie przyszedłby do głowy nawet w gorączce. Chodziło wiec o to, by przy pomocy tej aluzji dać tubylczemu narodowi do zrozumienia, że partia już się nie liczy. Oto wpakowaliśmy za kratki pierwszego sekretarza i co? I nic – ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Toteż bezpieka wojskowa i cywilna administruje w pełnej zgodzie i harmonii stanem wojennym – aż do roku 1984.

Wtedy dochodzi do fermentacji w ZSRR, którym wcześniej rządzili sklerotyczni starcy: Breżniew, Andropow i Czernienko, co to nie byli już w stanie zareagować na erozję systemu jałtańskiego – czy bronić go do upadłego, czy zrobić coś alternatywnego. Musiały tam trwać przygotowania do zmiany na szczytach władczy, które przełożyły się na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Nie było bowiem bez znaczenia, kto będzie wykonywał nowe rozkazy z Moskwy. Toteż jesienią 1984 roku doszło do konfrontacji między wywiadem wojskowym i bezpieką „cywilną”, czyli SB, czego zewnętrznym wyrazem było zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki. Warto przypomnieć, że generał Kiszczak powiedział wtedy, że to morderstwo miało „uderzyć w generała Jaruzelskiego”, czyli w wywiad wojskowy.

Ta wojna zakończyła się już w maju 1985 roku, zaraz po tym, jak w marcu 1985 roku nowy sekretarz KC KPZR Michał Gorbaczow, spotkał się w Genewie z prezydentem Ronaldem Reaganem, któremu zaproponował, by wspólnie ustanowili nowy porządek polityczny w Europie – a ZSRR odstąpi od desperackiej obrony porządku jałtańskiego. Ze wszystkich stanowisk pytajnych i państwowych został zdymisjonowany gen. Mirosław Milewski, co świadczyło, że na placu boju pozostał wywiad wojskowy. Miało to przełożenie na przełomie lat 80-tych i 90-tych, kiedy to SB została poddana „weryfikacji”, podczas gdy wywiad wojskowy przeszedł transformację w szyku zwartym i jako Wojskowe Służby Informacyjne, nadzorował prawidłowy jej przebieg.

Oferta sowiecka została przez Amerykanów przyjęta – o czym świadczyły regularne, coroczne spotkania obydwu przywódców, podczas których szczegóły nowego porządku były stopniowo konkretyzowane. I już na następnym spotkaniu w Rejkjaviku na Islandii w roku 1986 okazało się, że istotnym elementem tego nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Ta ewakuacja nastąpiła co prawda prawie 10 lat później – ale wtedy pojawiła się wiarygodna informacja, że tak będzie – która wywołała ogromny rezonans w państwach Europy Środkowej, w których rozpoczęły się przygotowania do sławnej transformacji ustrojowej. Wiadomo było bowiem, że jak tylko Sowieci się ewakuują, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa długo, więc trzeba zawczasu przygotować się do nowego ustroju.

W nowym ustroju, o pozycji społecznej i politycznej będzie decydował stan posiadania, toteż środowisko władzy, czyli tzw. „nomenklatura” rozpoczęło gromadzenie majątków poprzez rozkradanie majątku państwowego. Służyły temu celowi spółki nomenklaturowe i „afery” – na przykład afera Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, w ramach której bezpieka ukradła 1640 mln dolarów, teoretycznie wyasygnowanych na skupienie polskich weksli na międzynarodowym rynku finansowym.

To był jeden z systemowych nurtów przygotowań do transformacji ustrojowej, Drugim systemowym nurtem była selekcja kadrowa w strukturach opozycyjnych, by w jej następstwie wyłonić taką reprezentację społeczeństwa, do której wywiad wojskowy miałby zaufanie i z którą podzieliłby się władzą w taki sposób, by jego pozycji nic nigdy zagrozić nie mogło. I tak się stało. Na czele reprezentacji społecznej, jako papierek lakmusowy, został postawiony Kukuniek, otoczony przez przedstawicieli „lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców, którzy mimo różnych dąsów – zachowali serca po lewej stronie – jak przykazał Stalin. Ukształtowany wtedy system polityczny przetrwał do dnia dzisiejszego z tym, że nazwy tworzących go formacji wprawdzie się zmieniają, ale nie zmienia się sprawa zasadnicza. Chodzi o to, by ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa. Toteż – uprzedzając nieco chronologię – kiedy wskutek niedopatrzenia się pojawiła w postaci Konfederacji, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS, ponad podziałami dążą się jej neutralizacji i wyeliminowania.

Ale oprócz tych systemowych przygotowań do transformacji ustrojowej pojawił się nurt trzeci – przygotowań prywatnych. Bezpieczniacy są wprawdzie zdemoralizowani, co się objawia w gotowości służenia każdemu, kto im obieca możliwość pasożytowania na historycznym narodzie tubylczym – ale inteligentni i spostrzegawczy. Dążąc do zagwarantowania sobie osobistej polisy ubezpieczeniowej na wypadek, gdy Sowietów już tu nie będzie, postawili na odwrócenie sojuszy, to znaczy – zawczasu przewerbowali się na służbę do naszych nowych sojuszników w słusznym – jak się okazało – przekonaniu, że oni nie dadzą im – jako swoim agentom – zrobić krzywdy. Tedy jedni przewerbowali się do służb amerykańskich, inni – do niemieckiej BND, jeszcze inni – do izraelskiego Mosadu, a reszta została przy rosyjskim GRU.

W ten sposób ukształtowały się trzy stronnictwa, które rotacyjnie administrują naszym nieszczęśliwym krajem: Stronnictwo Ruskie – obecnie w konspiracji, Stronnictwo Pruskie – obecnie u steru oraz Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, pragnące do steru powrócić. Zależności, jakie się w trakcie transformacji ustrojowej ukształtowały, przetrwały do dnia dzisiejszego na skutek dwóch czynników. Pierwszym z nich jest dziedziczenie pozycji społecznej, w ramach którego dzieci agentów zostają agentami. Mamy więc całe bezpieczniackie dynastie, które mogliśmy obserwować choćby podczas konferencji „Most” w czerwcu 2015 roku. Drugim czynnikiem jest agentura. Werbowana i za komuny i za „wolnej Polski” obsadziła wszystkie kluczowe dla życia państwowego i publicznego miejsca i za jej pośrednictwem poszczególne stronnictwa ręcznie sterują nie tylko życiem państwowym, ale całym życiem publicznym, religijnego odcinka nie wyłączając.

A przypominam to wszystko w związku z zamieszaniem, wywołanym przez pana prezydenta Karola Nawrockiego, który zamierza opublikować „Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, których oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sonder-crypto i Sonderkommando

Sonder-crypto i Sonderkommando

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    3 maja 2026 michalkiewicz

Od polityki uciec niepodobna, toteż nic dziwnego, że polityczne korzyści można odnieść dosłownie ze wszystkiego, podobnie, jak pieniądze. Tak właśnie w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” poucza poeta: „Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”. Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda z zagadkowych powodów uparł się, żeby uregulować obrót kryptowalutami i w tym celu opracował, a nawet uchwalił w Knesejmie specjalną ustawę, którą jednak pan prezydent Karol Nawrocki zawetował. Vaginet jednak nie rezygnował i kiedy tylko ochłonął z porażki, skierował do pana prezydenta następną ustawę, którą pan prezydent też zawetował, ponieważ mało, a być może nawet wcale nie różniła się od tej pierwszej. W dodatku tego drugiego veta też nie udało się odrzucić.

W tej sytuacji koalicyjna partia „Polska 2050” skierowała do Sejmu kolejny projekt ustawy, z której powykreślała przepisy kwestionowane przez pana prezydenta.

W tak zwanym międzyczasie jednak wybuchła straszliwa afera, podobna do zapomnianej już dzisiaj afery „Ambergold”. Oto na estońskich papierach działała w Polsce giełda kryptowalut „Zondacrypto”, w ramach której rozmaici „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, w zamian za co dostawali obietnice, że zarobią krocie na kryptowalutach. Dokładnie tak samo było w przypadku Ambergold: „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, a w zamian za to dostawali papierki na których było napisane, że reprezentują one wartość tylu to a tylu (kilo)gramów złota. Wreszcie czar prysnął, więc „inwestorzy” runęli do siedzib „Ambergold” – ale okazało się, że są one na głucho zamknięte. W tej sytuacji niezależna prokuratura wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” – ale nie od razu, tylko dopiero wtedy, kiedy było już pewne, że pieniądze ulotniły się w nieznanym kierunku. Powołana została nawet specjalna sejmowa komisja śledcza pod przewodnictwem Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermanówny, która po odbyciu serii przesłuchań, podczas których Wielce Czcigodni posłowie zasypywali delikwentów tzw. krzyżowym ogniem pytań, ustaliła, że organy państwowe, przede wszystkim niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego oraz prokuratura, nie zachowały sie w tej sprawie na poziomie. Dlaczego nie zachowały się na poziomie – na to pytanie komisja już nie odważyła się odpowiedzieć, bo nie odważyła się go postawić. I słusznie – bo w domu wisielca nie rozprawia się o sznurze.

Oczywiście mimo podobieństw są i różnice. Na przykład giełda kryptowalut „Zondacrypto”, którą złośliwcy już przezywają „Sonder-crypto” była dość hojna i to ponad podziałami. Najwyraźniej ścisłe kierownictwo musiało kierować się przestrogą Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który pisał: ”Bo mówiła żony ciotka; tych co płacą – nic nie spotka” – toteż o korzystanie z subwencji „Sonder-crypto” podejrzewana jest zarówno wysługująca się Volksdeutsche Partei telewizyjna stacja TVN, jak i wysługująca się PiS-owi Telewizja Republika, a nawet pojedynczy, Wielce Czcigodni posłowie, wśród których najczęściej wspominany jest Wielce Czcigodny Przemysław Wipler. Beneficjentem „Sonder-crypto” miał być też Polski Komitet Olimpijski, który nawet miał specjalną umowę – ale do wypłacenia forsy zdobywcom olimpijskich medali nie doszło.

A nie doszło dlatego, że „Sonder-crypto” z dnia na dzień zakończyła działalność, a amatorzy krociowych zysków z kryptowalut zostali – jak to się mówi – z fiatem w garści. Obywatel Tusk Donald, najwyraźniej w rozdziale bonusów musiał zostać pominięty, bo strasznie się przeciwko „Sonder-crypto” nasraża i – niczym Bolesław Śmiały w balladzie Adama Mickiewicza „Lilie” – „srogie głosi kary” – ale forsy nigdzie nie ma, zaś obywatel Żurek Waldemar apeluje do „inwestorów”, żeby zgłaszali się do katowickiej prokuratury – jakby to mogło coś pomóc.

Tymczasem gruchnęła wieść, że prezes „Sonder-crypto” pan Przemysław Kral, co to jeszcze 9 kwietnia przekonywał, że sytuacja jest „pod kontrolą”, już kilka dni później odnalazł się… w Izraelu – jak można się domyślać – z forsą. Sytuacja rzeczywiście mogła być „pod kontrolą” tyle, że nie pod kontrolą ze strony „inwestorów” co podejrzliwców skłania do snucia teorii spiskowych, że cała afera – podobnie jak „Ambergold” a wcześniej – „matka wszystkich afer”, czyli afera FOZZ – została zmontowana przez stare kiejkuty, które z izraelskim Mosadem trzymają przecież sztamę.

Toteż pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, który w pierwszym odruchu chciał nawet powoływać komisję sejmową, rychło od tego zamiaru odstąpił. Czy przekonał go do tego wicemarszałek Szymon Hołownia, że sprawę winny wziąć w wypróbowane ręce „służby” i prokuratura, czy dostał telefon: wiecie, rozumiecie Czarzasty; wy się cieszcie, żeście żywi, zdrowi, więc po co wam jeszcze tu jakieś komisje potrzebne do szczęścia? Jak tam było, tak tam było – mawiał dobry wojak Szwejk. Okazuje się, że rację miał Janusz Wilhelmi, który jeszcze za pierwszej komuny przestrzegał, by nie ulegać pierwszym odruchom – bo mogą być uczciwe.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki, jeszcze przed rezygnacją pana prof. Cenckiewicza z funkcji szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po ostentacyjnym olaniu ciepłym moczem przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego i ABW korzystnego dlań wyroku NSA, zapowiedział ujawnienie przed opinią publiczną Aneksu” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Natychmiast zareagował na tę wieść pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, zawsze woła do TVN, gdy tylko coś się u nas, albo i za granicą dzieje, a pan generał nie tylko mówi – jak jest – ale również – jak będzie – że jest absolutnie przeciwny takim antypaństwowym poczynaniom.

Ciekawe, że i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po kolacji Mateuszem Morawieckim, podczas której podano bigos hultajski, powiedział, że w tym całym „Aneksie” to tylko „publicystyka”, a jego „świętej pamięci brat” też był przeciwny jego ujawnianiu , podobnie jak wszyscy pozostali panowie prezydenci – z Andrzejem Dudą włącznie. Okazuje się, że są sprawy, w których zarówno pan generał Dukaczewski, jak i obywatel Tusk Donald, a także – Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński mają ponad podziałami identyczne zdanie. Toteż i Wielce Czcigodny pan marszałek Włodzimierz Czarzasty już nie ulega żadnym pierwszym odruchom, tylko naigrawa się z pana prezydenta, który zwrócił się doń z prośbą o „opinię” w sprawie publikacji „Aneksu” – że ten pomysł najwyraźniej musiał przyjść mu do głowy „podczas kąpieli”. Trudno tak od razu powiedzieć, czy to dobrze, czy to źle – ale jedno wydaje się pewne – że również w III Rzeczypospolitej – zanim zostanie ona przepoczwarzona w Generalną Gubernię – są stałe punkty we Wszechświecie, których nikomu nie wolno tknąć, ani – tym bardziej – ruszyć, bo w przeciwnym razie sam zostanie ruchnięty.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Tu czy tam – migrena

Tu czy tam – migrena

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   2 maja 2026 michalkiewicz

Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.

A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.

Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.

Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.

Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?

Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.

Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą

Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.

W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.

Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.

To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.

Stanisław Michalkiewicz

Sukces ma wielu ojców

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/sukces-ma-wielu-ojcow

„Sukces ma wielu ojców, a klęska jest sierotą” – powiada popularne porzekadło. Nie wiadomo, czy prezydent Aleksander Łukaszenka wzoruje się na prokuratorze Judei Poncjuszu Piłacie, co to przed żydowskim świętem Paschy wypuszczał jakiegoś więźnia, czy po prostu tak wypadło, że wymiana więźniów dokonała się niemal w przeddzień 1 maja – dość, że wśród więźniów reżymu wypuszczonych przez prezydenta Łukaszenkę, znalazł się pan Andrzej Poczobut, który w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze przesiedział 5 lat.

Nie wiadomo, czy zostałby wypuszczony – ale tak się szczęśliwie złożyło, że tym razem obywatel Tusk Donald i jego minister sprawiedliwości, obywatel Żurek Waldemar, nie wykonali rozkazu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego i nie wydali Ukraińcom pojmanego wcześniej przez polską bezpiekę jegomościa nazwiskiem Aleksander Butiagin, rosyjskiego archeologa, który robił jakieś wykopki na Krymie – za co Ukraińcy oskarżyli go, iż “niszczył” prastare ślady ukraińskiego władztwa nad tym półwyspem.

Czy dla obywatela Tuska ta ukraińska blaga była szyta zbyt grubymi nićmi – jako że żyje mnóstwo ludzi pamiętających, iż ukraińskie władztwo nad Krymem datuje się zaledwie od 1954 roku, więc żadnych, a zwłaszcza – prastarych śladów ukraińskiego władztwa być tam nie może, czy też Amerykanie zwrócili obywatelu Tusku uwagę, by zachował sobie jednak jakiegoś zakładnika na wymianę – dość na tym, że pan Butiagin nie został wydany Ukraińcom, dzięki czemu Polska mogła go wymienić na pana Andrzeja Poczobuta, co dla naszego nieszczęśliwego kraju było sprawą prestiżową.

   A było prestiżową – co zrozumiemy dopiero wtedy, gdy przypomnimygsobie moment, a zwłaszcza przyczynę uwięzienia pana Andrzeja Poczobuta. Oto w sierpniu 2020 roku na Białorusi (ciekawe, dlaczego pisanie “na Białorusi” jest prawidłowe, podczas gdy – “na Ukrainie” – nie tylko nieprawidłowe, ale nawet obraźliwe?) odbyły się wybory prezydenckie. Według oficjalnych danych wygrał je Aleksander Łukaszenka, uzyskując ponad 80 proc. głosów, podczas gdy kandydująca na prezydenta w zastępstwie swego aresztowanego męża pani Swietłana Cichanouska – tylko niecałe 10 proc.

W tym czasie Nasz Najważniejszy Sojusznik liczył na sukces “kolorowej rewolucji” na Białorusi, toteż gdy wyniki wyborów zostały ogłoszone, stolicą kraju wstrząsnęły demonstracje, podobne do tych, jakie tuż przed pierwszym izraelsko-amerykańskim uderzeniem na Iran wstrząsały Teheranem. Ale reżym Aleksandra Łukaszenki demonstracje stłumił, pani Swietłana czmychnęła z dziećmi na Litwę, a wszystko skrupiło się na Związku Polaków, który – jak zwykle – został poderwany  do walki z Aleksandrem Łukaszenką w charakterze najtwardszego jądra tamtejszej politycznej opozycji.

W roku 2005, wysłuchawszy zachęty  Kondolizy Rice, kierującej amerykańskim Departamentem Stanu, która zapragnęła “krzewić demokrację” na Białorusi, minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld, w charakterze awangardy opozycji przeciwko Łukaszence, poderwał Związek Polaków. Skończyło się na jego rozgromieniu, a w rezultacie polskie wpływy na Białorusi zostały zniwelowane do gołej ziemi.

Przyczyniło się do tego również bęcwalstwo Ministerstwa Spraw Zagranicznych,  w Warszawie, kierowanego przez Wunderkinda naszej – pożal się Boże – dyplomacji, czyli Księcia-Małżonka, które dopuściło do ujawnienia danych na temat subwencji otrzymywanych od polskiego rządu m.in. przez działaczy Związku Polaków na Białorusi.

   Ponieważ utrzymywanie kontaktów z Putinem i Łukaszenką nasi Umiłowani Przywódcy mają od naszych Sojuszników surowo zakazane – bo Sojusznicy wolą kontaktować się z nimi na własną rękę – to dla utrzymania dobrego samopoczucia, nasi Umiłowani podtrzymują kontakty zastępcze.

Na przykład pan prezydent Duda “lubiał” bawić się w mocarstwowość z panią Swietłaną – co w końcu wykorzystał pan minister Kierwiński. Jak pamiętamy, gdy tak razu pewnego pan prezydent Duda zabawiał się w mocarstwowość z panią Świetłaną w Belwederze, naprzeciw bramy wyjazdowej “zepsuł się” miejski autobus i w rezultacie pan prezydent nie mógł z Belwederu wyjechać, by przyjść w sukurs panom Kamińskiemu i Wąsikowi, którzy właśnie zostali pojmani przez siepaczy w Pałacu Prezydenckim, gdzie schronili się w przekonaniu, że będą tam bezpieczni.

   Wracając do pana Andrzeja Poczobuta, to został on skazany w związku ze wspomnianymi protestami, pod pretekstem “faszyzmu”, czy może nawet “nazizmu” – bo nienawistne sądy na Białorusi powinność swej służby rozumieją, podobnie zresztą, jak i u nas. Judenrat “Gazety Wyborczej” szalenie mu w związku z tym współczuł i urządzał liczne “eventy” – ale panu Poczobutowi tyle to pomagało, co umarłemu kadzidło. Wreszcie prezydent Donald Trump wykombinował sobie, że lepiej będzie, jak zacznie Aleksandra Łukaszenkę obłaskawiać na zasadzie coś za coś.

Tedy w zamian za zwolnionych więźniów, Aleksander Łukaszenka  uzyskał możliwość wysyłania za granicę nawozów potasowych, które Białoruś produkuje jako trzeci producent na świecie. A że w związku z wojną przeciwko złowrogiemu Iranowi i dwustronną blokadą  cieśniny Ormuz, koniunktura na nawozy jest znakomita, to przekłada się ona też na koniunkturę w obrocie więźniami. Na fali tej koniunktury zwolniony został również pan Andrzej Poczobut.

   Tę okazję natychmiast wykorzystał obywatel Tusk Donald, by stworzyć wrażenie, jakoby uwolnienie pana Poczobuta było rezultatem jego osobistej zasługi – że mianowicie tak przycisnął do ściany Aleksandra Łukaszenkę, że ten puścił farbę i pana Poczobuta. “Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – że mianowicie uwolnienie pana Poczobuta uzyskał osobisty wysłannik prezydenta Donalda Trumpa, a przyczyniła się do tego okoliczność, że Polska akurat miała na wymianę zakładnika w osobie ruskiego archeologa, co to na Krymie – i tak dalej.

Obywatel Tusk co prawda utrzymuje, że ów ruski archeolog został pojmany dzięki rewolucyjnej czujności naszych “służb” – ale nic ta czujność by nie dała, gdyby nie zmiana nastawienia Amerykanów. Dzięki  niej bowiem Łukaszenka nie tylko wypuścił pana Poczobuta, ale w dodatku białoruski potas, chociaż – jak informuje sztuczna inteligencja – “w 2026 roku nie jest oficjalnie i masowo eksportowany przez Polskę” – ale potasowi pewnie wszystko jedno, czy jest eksportowany “oficjalnie”, czy też nie – dzięki czemu biznes może sze kręczycz, bo my wszystko verstehen.

   Toteż i pan prezydent Karol Nawrocki pochwalił się, że w uwolnieniu pana Andrzeja Poczobuta miał swój udział, jako przyjaciel prezydenta Donalda Trumpa, a na konferencji prasowej, obok amerykańskiego wysłannika na Białoruś, pojawił się Książę-Małżonek, aby chociaż część blasku opromieniającego Amerykanina, rykoszetem opromieniła również jego. Toteż nic dziwnego, że nakazał nam, byśmy się “radowali”. No to się radujemy.

Prof. Cenckiewicz schodzi z linii strzału

Prof. Cenckiewicz schodzi z linii strzału

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 30 kwietnia 2026 michalkiewicz

Okazuje się, że przygotowania do przepoczwarzenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalną Gubernię pod kuratelą niemiecką, mogą być bardziej zaawansowane, niż mógłby się z pozoru wydawać. Momentem zwrotnym są oczywiście wybory na Węgrzech, które, niewątpliwie przy wydatnej pomocy niemieckiej BND, wygrał Piotr Magyar. Na tę wydatną pomoc wskazuje poszlaka w postaci niekłamanej satysfakcji i autentycznej radości Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje oraz niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, że Węgry „wracają do Europy”, czyli – pod niemiecką kuratelę. W zamian za zgodę na niemiecką kuratelę Piotrowi Magyarowi będzie można pozwolić na to, na co, przynajmniej w ostatnich miesiącach przed wyborami, nie pozwalano Wiktorowi Orbanowi.

Mam na myśli korzystanie z rosyjskiej ropy i gazu, których dostawy zostały przerwane również na Słowację pod pretekstem, że wskutek rosyjskiego nalotu rurociąg „Przyjaźń” został poważnie uszkodzony. Tak naprawdę chyba w ogóle uszkodzony nie został, tylko prezydent Zełeński, na polecenie niemieckiej BND, kazał zakręcić kurek. Na taką możliwość wskazuje choćby to, że od stycznia, kiedy rzekome uszkodzenie miało nastąpić, aż do wyborów na Węgrzech, nie można było rurociągu naprawić.

Kiedy jednak kanclerz Merz kazał prezydentowi Zełeńskiemu rurociąg uruchomić, wystarczyło kilka dni, by rosyjska ropa i gaz ponownie popłynęły na Węgry i Słowację, które w zamian odstąpiły od blokowania 90 miliardów euro subwencji dla ukraińskich oligarchów, żeby mogli sobie znowu trochę pokraść i nie stracili smaku do kontynuowania wojny do ostatniego Ukraińca. Wprawdzie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nazywa to „pożyczką”, ale zwróćmy uwagę, kto tę rzekomą „pożyczkę” dla Ukrainy ma spłacać. Otóż ma ją spłacać… Rosja – w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy. W to, że jest to „pożyczka” zdaje się wierzyć tylko JE Robert Pszczel, chluba i duma naszej – pożal się Boże – dyplomacji – a w każdym razie sprawiał takie wrażenie występując w programie „Dzień na świecie” z panem red. Janem Mikrutą. Ja dość regularnie ten program oglądam i – słuchając wielu zapraszanych tam „ekspertów” m.in, dyplomatów – utwierdzam się w przekonaniu, iż ta cała nasza dyplomacja, to w większości Scheiss.

Inaczej zresztą być nie może z dwóch powodów; po pierwsze uprawianie jakiejkolwiek polityki, zwłaszcza zagranicznej, nasz nieszczęśliwy kraj ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, więc w tej sytuacji zasada doboru negatywnego w dyplomacji („Je vote pour le plus bete” – mawiał Jerzy Clemenceau – co się wykłada, że głosuję na najgłupszego), a po drugie chodzi o to, żeby dyplomaci nie konfundowali Księcia-Małżonka, który z racji umiejętności wiązania krawatów uważa się za wybitnego specjalistę w dziedzinie polityki zagranicznej. Tak było w Rosji za Piotra Wielkiego, który nawet wydał specjalny ukaz, że podwładny wobec zwierzchnika ma przybierać wygląd „lichy i durnowaty”, właśnie po to, by zwierzchnika nie konfundować. Dlatego po mieście krążą fałszywe pogłoski, że Książę-Małżonek tak forsuje kandydaturę p. Bogdana Klicha na ambasadora w Waszyngtonie, że ten, jako dyplomowany psychiatra, przepisuje Księciu-Małżonku mikstury, pozwalające mu sprawować urząd szefa naszej dyplomacji w sposób nie zwracający niczyjej uwagi. To oczywiście bardzo ładnie, że Książę-Małżonek potrafi być wdzięczny – ale z drugiej strony niepodobna nie przywołać tu porzekadła, że jaki pan – taki kram.

Wróćmy jednak do przygotowań do przepoczwarzenia naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, w Generalną Gubernię. Oto przed bodajże dwoma tygodniami opinię publiczną zelektryzowała wieść, że pan prezydent Karol Nawrocki zamierza odtajnić i ogłosić „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu WSI”, przygotowany w swoim czasie przez złowrogiego Antoniego Macierewicza przy współpracy doktora Sławomira Cenckiewicza, który przy rozwiązywaniu Wojskowych Służb Informacyjnych też maczał palce. Wojskowe Służby Informacyjne, czyli stare kiejkuty, nawerbowały i za komuny i w „wolnej Polsce” tylu konfidentów, którzy przecież w roku 2006 „rozwiązani” nie zostali – że stare kiejkuty z powodzeniem mogą ręcznie sterować nie tylko całym życiem państwowym, ale również – całym życiem publicznym. Ale stare kiejkuty też podlegają centralom zagranicznym, do których podczas sławnej transformacji ustrojowej asekuracyjnie się przewerbowały. Skoro tedy zarówno działania prezydenta Trumpa, jak i działania JE pana ambasadora Tomasza Róży w Warszawie zdają się potwierdzać przyzwolenie, jakiego w marcu 2023 roku udzielił amerykański prezydent Józio Biden niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi, żeby – w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją, Niemcy mogły urządzać sobie Europę po swojemu, to nic dziwnego, że i stare kiejkuty (a także watahy, które w tzw. międzyczasie ze starych kiejkutów wypączkowały) powinność swoje służby rozumieją i służą IV Rzeszy tak samo gorliwie, jak za pierwszej komuny służyły Sowietskomu Sojuzu.

W tej sytuacji nie dziwią nas już przygotowania do zaciągnięcia przed nienawistny sąd złowrogiego Antoniego Macierewicza, któremu sporo przewinień wobec starych kiejkutów rzeczywiście się nazbierało. Tym bardziej nie powinna nas zaskakiwać decyzja pana prof. Sławomira Cenckiewicza o zakończeniu służby w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego przy panu prezydencie Karolu Nawrockim. Jak pamiętamy, niedawno pan prof. Cenckiewicz uzyskał korzystny dla siebie wyrok NSA w sprawie swego dostępu do informacji niejawnych – ale Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ostentacyjnie olała ten wyrok ciepłym moczem, dając w ten sposób do zrozumienia, kto tu komu podlegał, podlega i będzie podlegać. Skoro tak, to prof. Cenckiewiczu nie pozostawało nic innego, jak zejść z linii strzału, podobnie jak Naczelnikowi Państwa Jarosławowi Kaczyńskiemu nie pozostaje nic innego, jak maskować swoje podporządkowanie Mateuszowi Morawieckiemu opowieściami o „dwóch płucach”, jakimi teraz będzie (ledwie) dyszało PiS.

Zatem coraz mniej przeszkód piętrzy się na świetlistym szlaku, wiodącym ku Generalnej Guberni, a w tej sytuacji ciekawe, co zostanie przedstawione opinii publicznej, jako „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu WSI”. Pan prezydent Nawrocki dawał do zrozumienia, by nie spodziewać się po tym zbyt wiele, żeby uniknąć rozczarowań, toteż po dymisji pana Sławomira Cenckiewicza bardzo prawdopodobne jest, że w tym odtajnionym „Aneksie” będziemy mogli zapoznać się z wieloma pogodnymi anegdotami z życia dworu monarszego – bo chyba pan prezydent Karol Nawrocki nie zdradzi największej tajemnicy państwowej III RP, że nasza młoda demokracja i w ogóle – całe życie publiczne – podszyte jest starymi kiejkuty, którymi z kolei ręcznie sterują centrale wywiadowcze Naszych Sojuszników?

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  24 kwietnia 2026 michalkiewicz

Byłby to przypadek rzadki – a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta. Rzeczywiście – czy Mateusz Morawiecki musiał czekać, aż wyjaśni się sytuacja polityczna na Węgrzech, by zainaugurować swój ruch „Rozwój Plus”? Może nie musiał, może musiał, a może wolał? Jeśli nie musiał, to znaczy, że nawet w ramach rozmaitych zależności, cieszy się pewnym zakresem samodzielności, no bo jeśli musiał, to by znaczyło, że się nie cieszy. Wreszcie jeśli wolał, to znaczy, że chciał postawić Naczelnika Państwa przed dodatkowym faktem dokonanym.

Jeśli się nad tym zastanawiamy, to dlatego, że droga Mateusza Morawieckiego do stanowiska premiera rządu „dobrej zmiany” z nadania Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, była zagadkowa. Poprzednio bowiem Mateusz Morawiecki był doradcą doskonałym obywatela Tuska Donalda i to w okresie, gdy dostosowywał on nasz nieszczęśliwy kraj do strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego. Co się stało, że po takiej zaprawie, po przejściu naszego nieszczęśliwego kraju w roku 2015 pod kuratelę amerykańską, został w korcu maku wyszperany przez Naczelnika Państwa i postawiony na stanowisku wicepremiera przy pani Beacie Szydło?

Musiała to być jakaś piekielnie skomplikowana intryga ze strony Naczelnika, którego od co najmniej trzech dekad uważam wprawdzie za wirtuoza intrygi – ale takiego, który na końcu z reguły potyka się o własne nogi. Tymczasem ta nominacja okazała się dla Mateusza Morawieckiego trampoliną do dalszej kariery.

Po felonii jakiej wobec swego wynalazcy Jarosława Kaczyńskiego dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina, wetując pakiet ustaw sądowych, wskutek czego do dzisiaj mamy straszliwe zgryzoty, Naczelnik Państwa pod koniec roku 2017 przeprowadził „głęboką rekonstrukcję rządu” dobrej zmiany, spuszczając z wodą do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi” w Parlamencie Europejskim panią premier Beatę Szydło, dymisjonując złowrogiego Antoniego Macierewicza i pana ministra Szyszkę, a na miejsce pani Beaty awansując na stanowisko premiera właśnie Mateusza Morawieckiego.

Jakież mogły być powody tego awansu? Pewnej wskazówki dostarcza spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza. Był on ministrem obrony narodowej a więc osobistością ważną – ale z hipoteką obciążoną poważnymi zaszłościami, które – być może – skłoniły Naczelnika Państwa do pójścia na kompromis. Warto przypomnieć że Antoni Macierewicz, którego znam od czasów konspiracji w latach 70-tych, był jednym z założycieli KOR, którego ojcostwo z zagadkowych przyczyn przypisano potem Michnikuremkowi. Już samo to by wystarczyło, by stare kiejkuty zagięły na Macierewicza parol. A tu jeszcze wlecze się za nim lustracja z 4 czerwca 1992 roku, kiedy to całemu stadu autorytetów moralnych, na oczach całej Polski, ściągnięto ineksprymable i każdy mógł zobaczyć tzw. „wstydliwe zakątki”.

Jakby tego było mało, w 2006 roku odegrał ważną rolę w rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, z których wypączkowała Służba Wywiadu Wojskowego i Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która rękami i nogami próbuje nie dopuścić prof. Sławomira Cenckiewicza, który w rozwiązywaniu WSI też maczał palce, do „informacji niejawnych”, to znaczy – spraw, jakie stare kiejkuty chciałyby zachować w ścisłej tajemnicy. Wreszcie Macierewicz anulował kontrakt na dostawę francuskich helikopterów „Caracall”, wskutek czego mnóstwo sławnych ludzi budziło się w środku nocy zlanych zimnym potem i już do rana nie mogło zasnąć – bo na dobry porządek trzeba by w tej sytuacji oddać wszystkie „bonusy” – ale jakże tu oddać, kiedy się już je wydało?

I wisienka na torcie w postaci kuracji przeczyszczającej w naszej niezwyciężonej armii. Każdy przyzna, że nazbierało się tego sporo – ale czy to nie jest wskazówka, z kim konkretnie, po felonii Andrzeja Dudy, musiał pójść na głęboki kompromis Naczelnik Państwa? Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, Naczelnik Państwa reprezentuje Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, podczas gdy reprezentantem Stronnictwa Pruskiego jest przewodniczący Volksdeutsche Partei obywatel Tusk Donald. Wprawdzie w roku 2015 Amerykanie wciągnęli nasze ubeckie dynastie na listę „naszych sukinsynów” – ale Niemcy też zapuścili u nas swoje korzonki – więc premier Morawiecki – jak powszechnie wiadomo – podpisywał wszystko, co mu tam Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podsunęła – chociaż, być może na gorącą prośbę Naczelnika Państwa, maskował tę uległość patriotyczną, tromtadracką retoryką.

No a teraz, kiedy – po wyborach w Polsce i w Rumunii, Niemcy mało jaja nie znieśli z radości na widok ponownego sprowadzenia „do Europy” również Węgier, Mateusz Morawiecki mógł dojść do wniosku, że nie ma co się dłużej namyślać i zainaugurował swoje stowarzyszenie „Rozwój Plus”. Mamy w związku z tym dwie możliwości.

Albo Mateusz Morawiecki finalizuje właśnie swoje trzecie zadanie w postaci neutralizowania PiS – bo do stowarzyszenia przystało podobno ponad 30 posłów tego ugrupowania. To by się trzymało kupy, bo skoro po ponownym wciągnięciu Węgier „do Europy” Niemcy rozciągają swoją kuratelę nad Europą Środkową, to może rzeczywiście żadne tam listki figowe w Polsce nie są im już potrzebne? Zwróćmy uwagę, że vaginet obywatela Tuska Donalda wyłazi ze skóry, żeby przed wyborami w roku 2027 wsadzić do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i zdelegalizować jego Konfederację Korony Polskiej – i właśnie z tego powodu kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego już nie mogli czekać ani chwili dłużej, tylko złożyli ślubowanie wobec Wielce Czcigodnego Włodzimierza Czarzastego – bo to właśnie TK delegalizuje partie, a to, jak orzeknie, zależy przecież od właściwie dobranego składu nienawistnych sędziów.

Być może zresztą na Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy, bo tylko patrzeć, jak vagineciarze zabiorą się i za tę drugą Konfederację pod pretekstem demonstracji w wykonaniu Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, co to pokazał w Sejmie plakat na którym flaga Izraela została zamiast w Gwiazdę Dawida zaopatrzona w swastykę i to zaraz po tym, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy „Marszu Żywych”.

Druga możliwość jest taka, że Mateusz Morawiecki uruchomił swoje stowarzyszenie na rozkaz Naczelnika Państwa, żeby zwabić tam „konserwatystów” i w ten sposób zneutralizować Konfederację. Jako wirtuoz intrygi Naczelnik Państwa zrobił wszystko, by gawiedź myślała, że to samowolka Mateusza Morawieckiego – ale wbrew kategorycznym deklaracjom z PiS go nie wyrzuca. Nie trzyma się to wszystko kupy, ta druga możliwość – ale intryga Naczelnika z roku 2007 przeciwko Andrzejowi Lepperowi też nie trzymała się kupy, a doprowadziła do sytuacji, gdy Naczelnik potknął się o własne nogi, otwierając drogę do rządów naszym nieszczęśliwym krajem obywatelu Tusku Donaldu

Stanisław Michalkiewicz

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  23 kwietnia 2026 michalkiewicz

Po wyborach parlamentarnych na Węgrzech (ciekawe, że Węgrzy nie obrażają się za to „na Węgrzech” podczas gdy nasi panowie-banderowcy z Ukrainy nakazali polskim „sługom narodu ukraińskiego” używanie zwrotu „w Ukrainie” do czego wszystkie sługi, włączając w to twardzieli z naszej niezwyciężonej armii, w podskokach posłusznie się zastosowały, podobnie zresztą, jak do innych nakazów) w vaginecie obywatela Tuska Donalda zapanował nastrój euforii w nadziei, że obywatelu Żurku Waldemaru uda się ciupasem sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego, którymi wszyscy będą chcieli się nacieszyć – od prostego prokuratorskiego ciury, poprzez nienawistnych sędziów, którzy – jestem tego pewien – będą jeden przez drugiego dobijać się, żeby to ich wylosowano do oprawienia znienawidzonych delikwentów, zaś najważniejsi vagineciarze już obmyślają rozmaite igrzyska dla gawiedzi, którymi wypełnią czas w wiosennym sezonie politycznym, a może z przedłużeniem na sezon letni – bo sezon jesienno-zimowy będzie wypełniony igrzyskami związanymi z pakowaniem do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i delegalizowaniu jego Konfederacji Korony Polskiej, a może też tej drugiej Konfederacji – żeby przed wyborami w roku 2027 scena polityczna naszego bantustanu została przygotowana dla europejsów obydwu obrządków, to znaczy – zarówno dla Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które w europejsizmie dotrzymuje kroku folksdojczom, pokrywając swoją uległość wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i Niemców, patriotyczną, tromtadracką retoryką. Przy takim przygotowaniu wybory tak czy owak będą wygrane, zgodnie z wytycznymi klasyka demokracji Józefa Stalina, który kładł nacisk na przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy. A jakaż alternatywa z punktu widzenia europejsów może być lepsza o tej? Od tej żadnej lepszej alternatywy nie ma, więc z tego możemy wnosić, że zarówno BND, jak i nasze stare kiejkuty zrobią wszystko, co będzie trzeba, żeby było gites-tenteges, ku zadowoleniu warszawskiego Judenratu i Jego Ekscelencji pana ambasadora Róży Tomasza, który już zawczasu przedstawił brzegowe warunki dla naszej młodej demokracji.

Nie ma bowiem takich poświęceń, jakich nie można byłoby dokonać dla demokracji – a poza tym właśnie wydarzyło się coś, „jak zgrzyt żelaza po szkle”, w postaci wyroku NSA, który potwierdził uprawnienia pana prof. Sławomira Cenckiewicza do wglądu w tak zwane „informacje niejawne”. Co prawda Służba Kontrwywiadu Wojskowego, co to wypączkowała ze starych kiejkutów po roku 2006, podobno olewa wyroki tych wszystkich nienawistnych sądów ciepłym moczem, w związku z czym pan prof. Cenckiewicz „domaga się” dymisji pana generała Stróżyka, który cieszy się zaufaniem obywatela Tuska Donalda i jego niemieckich mocodawców, jako specjalista do wykrywania pod każdym krzakiem ruskich i białoruskich agentów. Któż go w tej sytuacji jest w stanie zdymisjonować, kiedy gołym okiem widać, że on żadnej władzy tubylczej nie podlega? Podobny status wyrobił sobie Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman, któremu jakieś Schweine medialne przypisują inkasowanie milionowych przelewów. Wprawdzie media, które te fałszywe pogłoski kolportują uchodzą za neutralne, niemniej jednak obywatel Żurek Waldemar, zapytany przez jakichś dociekliwców o te miliony, asekurancko odpowiedział, że on „o niczym” nie wie, chociaż niezależne media trąbią o tym już od jakiegoś czasu. Od razu tedy widać, że Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman obywatelu Żurku Waldemaru nie podlega, a w związku z tym może on mu – jak to mówią „skoczyć”.

Tak było z kierowcą Zdenka Mlynarza, który – razem z innymi dygnitarzami Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej – został w sierpniu 1968 roku umieszczony w jakiejś sali zamku na Hradczanach pod strażą sowieckiej dywizji tamańskiej. Aliści w pewnym momencie zobaczył, że jego kierowca przechodzi jakby-nigdy-nic przez wszystkie posterunki, a kiedy już dotarł do niego, zapytał go, jak to możliwe. – To proste – odparł kierowca. – Jak próbowali mnie zatrzymywać, to ja im mówiłem: ja wam nie podlegam – a oni się rozstępowali i mnie przepuszczali.

Więc igrzyska, jakimi ma się ekscytować nasz nieszczęśliwy kraj, zostały już zaplanowane zarówno na sezon wiosenno-letni, jak i jesienno-zimowy, a gdyby przypadkiem nienawistne sądy się pośpieszyły, to pojawił się właśnie dodatkowy wątek w postaci sprawy Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, który pojawił się w Sejmie z flagą bezcennego Izraela – ale zmodyfikowaną w ten sposób, że zamiast Gwiazdy Dawida w środku umieszczona była swastyka. „Co to się działo, co się działo uzdrowiska pół….” – to znaczy – jakiego tam znowu „uzdrowiska”! Nie żadne tam „uzdrowisko”, tylko obydwie ambasady: izraelska i amerykańska podniosły gewałt na cały regulator, a słysząc ten klangor Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz musiał przypomnieć sobie czasy socjalistycznej młodości w PZPR, bo – jak utrzymują osoby dobrze poinformowane – w odruchu warunkowym, splamił mundur od środka i zawiadomił prokuraturę, by wobec Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” tym bardziej, że dopuścił się on tej myślozbrodni zaraz potem, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy tak zwanego „Marszu Żywych”.

Co tam zaordynuje Konradu Berkowiczu Prokurator Dariusz Korneluk, co to myśli, że jest Prokuratorem Krajowym – to znaczy – jakie męki mu zada w ramach igrzysk – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy. Żeby tedy dodać Wielce Czcigodnemu Konradowi Berkowiczowi otuchy, przypominam co mawiał król Stanisław August, kiedy udało mu się uzyskać pożyczkę od jakiegoś lichwiarza – że mianowicie „zbawienie przychodzi od Żydów”. Oto madame Maja Golan, sprawująca w rządzie jedności narodowej bezcennego Izraela funkcję ministra do spraw równości i od kobiet, chlapnęła, co następuje: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”. Wszystko to być może, bo przecież na podstawie takich traumatycznych przeżyć budują swoją pozycję polityczną i moralną Żydowie „ocaleni z holokaustu”.

Różnica może być taka, że mieszkańcom Gazy nikt nie będzie z tego tytułu wypłacał dywidend, podczas gdy Żydowie – ach – szkoda każdego słowa! Nawiasem mówiąc, niektórzy Czytelnicy zapytują, czemu słowo „holokaust” piszę z małej litery. Wojciech Dzieduszycki na podobne pytanie odpowiedział, że znał jegomościa, który, dorobiwszy się na handlu wołami, odtąd słowo „wół” pisał zawsze z dużej litery. I na koniec wszystkich, którzy wątpią, by w ramach „sprawiedliwego pokoju” Ukraina dostała jako rekompensatę „Zakierzoński Kraj”, uprzejmie informuję, że chociaż jeszcze nikt niczego nie podpisał, to Ukraińcy na tym terenie już wprowadzają banderowskie prawo szariatu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Wielki Izrael, amerykański zakładnik i piach w szprychach parowozu dziejów

Wielki Izrael, amerykański zakładnik i piach w szprychach parowozu dziejów. Michalkiewicz o nowym porządku na Bliskim Wschodzie

12.04.2026 wielki-izrael-amerykanski-zakladnik-i-piach-w-szprychach-parowozu-dziejow

Polityka, seks i szantaż – to według Stanisława Michalkiewicza prawdziwe fundamenty dyplomacji na linii Waszyngton–Tel Awiw. Relację między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem Michalkiewicz nazwał ubezwłasnowolnieniem Ameryki.

Występując na XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej Michalkiewicz przypomniał o koncepcji „Wielkiego Izraela”, która – jak twierdzi – przestała być jedynie religijnym mitem, a stała się twardym programem politycznym rządu Benjamina Netanjahu. Publicysta wskazał na starożytne korzenie tej idei, wywodzące się z biblijnych przekazów.

Premier rządu jedności narodowej Izraela Benjamin Netanjahu trzy miesiące temu powiedział, że czuje się związany ideą 'Wielkiego Izraela’. Co to jest idea 'Wielkiego Izraela’? Ona się bierze z takiej żydowskiej sagi plemiennej. Tam jest taki fragment, jak Stwórca wszechświata wchodzi w konfidencję z mezopotamskim koczownikiem i obiecuje temu koczownikowi, że uczyni go ojcem wielkiego narodu, któremu odda w arendę obszar – i tu cytuję – od rzeki Egipskiej aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat. To jest idea 'Wielkiego Izraela’, jak najbardziej imperialistyczna, bo ten obszar nie jest obszarem bezludnym. Na tym obszarze istnieje wiele państw, na tym obszarze żyją rozmaite narody – mówił publicysta.

Zdaniem prelegenta XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej, proces ten nie jest pieśnią przyszłości, lecz zaawansowaną operacją, która trwa od dekad. Wykorzystując USA, Izrael prowadzi operację neutralizacji swoich sąsiadów i przygotowuje grunt pod ostateczną aneksję.

W tej układance kluczową rolę odgrywa Iran. Michalkiewicz przekonuje, że obecna wrogość wobec Teheranu nie wynika z realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego Izraela, lecz z faktu, iż Iran pozostaje jedyną siłą zdolną do czynnego oporu wobec wizji regionalnej hegemonii.

Tylko jedno państwo leżące w obszarze Bliskiego Wschodu, sypie, jak to się mówi, piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. To jest Iran, który tę koncepcję 'Wielkiego Izraela’ uważa za bardzo niebezpieczną nie tylko dla siebie, ale dla innych państw leżących na obszarze – wskazał.

Michalkiewicz jest przekonany, że celem Netanjahu jest wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w pełny konflikt, który doprowadziłby do całkowitego zniszczenia Iranu. To z kolei otworzyłoby drogę do „drugiego etapu” – fizycznego przejęcia kontroli nad terytorium od Egiptu aż po Irak.

Michalkiewicz wiele miejsca poświęcił relacjom na linii Waszyngton–Tel Awiw. Używał mocnych metafor, sugerując, że amerykańscy prezydenci, niezależnie od przynależności partyjnej, de facto podlegają izraelskiemu dyktatowi.

W związku z tym, od pewnego czasu każdy prezydent Stanów Zjednoczonych, obejmując urząd, składa coś w rodzaju hołdu lennego Izraelowi. Oświadcza, że priorytetem polityki amerykańskiej jest obrona Izraela i to bez względu na to co Izrael robi – zauważył.

Zwrócił uwagę, że Donald Trump, mimo wizerunku silnego lidera, w kwestiach bliskowschodnich poddany bezwzględnej presji.

Najwyraźniej to nie on formułuje cele tej wojny, tylko ktoś zupełnie inny, którego prezydent Trump musi się słuchać, bo tamten trzyma go mocno za krocze. Czasami ściska mocniej, a czasami rozluźnia ten ból – mówił w swoim styli Michalkiewicz.

Uważa, że punktu widzenia USA, prowadzenie wojny na Bliskim Wschodzie jest wbrew racji stanu, lecz strach i możliwe ujawnienie kompromitujących materiałów przeważają nad zdrowym rozsądkiem.

Jak zareagował Kongres na deklarację całkowicie sprzeczną z linią amerykańskiej polityki bliskowschodniej? Niektórzy z kongresmenów wstali i zaczęli oklaskiwać na stojąco premiera Netanjahu, a inni widząc to, że część wstaje z dużym ociąganiem ale też zaczęli wstawać i oklaskiwać premiera Natanjahu na stojąco. W rezultacie wstali wszyscy. Niech który spróbowałby nie wstać, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu wsadził mu rękę pod spódniczkę i gmyrał w majteczkach – kpił.

W tym kontekście nie mógł nie przypomnieć o postaci Jeffreya Epsteina. Michalkiewicz sugeruje wprost, że Epstein był agentem izraelskiego wywiadu, którego zadaniem było gromadzenie „haków” na wpływowe osoby, w tym na samego Donalda Trumpa z czasów jego aktywności biznesowej.

Trump w tym okresie nie zajmował żadnego publicznego stanowiska, był biznesmenem zamożnym, więc w jego przypadku nie chodziło o tajne dokumenty tylko o panienki. Epstein najpewniej wszystko nagrywał i widocznie niektóre z tych nagrań prezydent Trump wolałby, że tak powiem, zachować w tajemnicy. Dzięki temu premier Netanjahu ma dodatkowy środek nacisku na amerykańskiego prezydenta – mówił Michalkiewicz.

Całe wystąpienie Michalkiewicza podczas XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej do obejrzenia poniżej.

Próby niszczące

Próby niszczące

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    12 kwietnia 2026 Michalkiewicz

Wiadomo od dawna, że w fabrykach produkujących samochody jest specjalny dział, który nazywa się „Próby niszczące”. Tam z samochodami postępuje się tak, jak postępować się nie powinno. Puszcza się silniki na najwyższych obrotach bez smarowania, urządza się czołowe zderzenia – i tak dalej. Okazuje się jednak, że z takimi praktykami mamy do czynienia nie tylko przy produkcji samochodów, ale, że triumfalnie wkraczają one w całkiem inne, zdawać by się mogło – nawet odległe dziedziny.

Weźmy takiego prezydenta Donalda Trumpa. Jak pamiętamy, od samego początku „Epickiej furii”, jaką za poduszczeniem bezcennego Izraela rozpętał ze złowrogim Iranem, od czego nie tylko arabscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych, ale i gospodarka światowa popada w coraz to większe paroksyzmy, twierdził, że wojna, a właściwie jaka tam znowu „wojna”, kiedy USA nie są przecież w stanie wojny z Iranem – już jest wygrana, a jeśli nawet jeszcze nie – to z pewnością będzie wygrana najdalej za tydzień – góra – za dwa tygodnie. Tymczasem minął już z górą miesiąc, a końca „Epickiej furii” jak nie widać, tak nie widać. Skłania to prezydenta Donalda Trumpa do wygłaszania coraz to nowych, sprzecznych ze sobą komunikatów, które podejrzliwców, jakich na tym świecie pełnym złości nie brakuje, skłania do wysuwania podejrzeń, że pod postacią tego pozornego szaleństwa kryje się metoda – że chodzi tu o stworzenie okazji dla zaprzyjaźnionych spekulantów giełdowych, by sobie zarobili, jak nie na hossie, to na bessie. – Jednego dnia powiem, że sprowadzimy złowrogi Iran do epoki kamienia łupanego – więc ceny ropy i gazu na giełdach poszybują w górę, a jak już zgarniecie szmal i dacie mi cynk, to powiem, że „władze Iranu” już „błagają mnie” o zawieszenie broni – od czego ceny powinny spaść, a wy znowu zagarniecie szmalec, tym razem grając na bessę.

Jeszcze bardziej podejrzliwi rozpuszczają fałszywe pogłoski, że prezydent Trump chce w ten sposób zapewnić miliardowe dochody dla swego zięcia – bo w cóż inwestować w tych zepsutych czasach, jak nie w rodzinę? Jeszcze inni dodają, że traktuje to jako rodzaj służby wobec Stwórcy Wszechświata, bo zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc jak dorobi się miliardów, to może to przybliżyć nadejście upragnionego końca Historii – bo według „chrześcijańskich syjonistów”, ma on nastąpić nie wcześniej, aż bezcenny Izrael uzyska polityczną władzę nad światem. Wtedy na świecie nastanie trwały pokój.

Rzeczywiście – gdzie jest najspokojniej, jak nie na cmentarzu, zwłaszcza gdy nikt żywy nie zakłóca nieboszczykom spokoju? Wszystko to jednak mogą być próby racjonalizowania postępowania prezydenta Trumpa ex post – bo podejrzliwość – podejrzliwością, ale wygląda na to, że żaden z podejrzliwców nie dopuszcza do siebie myśli, że amerykański prezent po prostu ma objawy. Czy to ze względu na szacunek dla Ameryki i jej ustrojowych urządzeń, czy też z powodu zgrozy, która każdego mogłaby ogarnąć na myśl, że człowiek mający objawy trzyma palec na atomowym cynglu? Przed taką myślą każdy człowiek instynktownie próbuje się bronić, toteż sprzyja to wspomnianym fałszywym pogłoskom i teoriom spiskowym, które – co tu ukrywać – są dla prezydenta Donalda Trumpa nawet pochlebne, bo przydają jego postępowaniu pozorów racjonalności, więc może szkoda, że to nieprawda?

Teraz jednak prezydent Trump zaczął zachowywać się w sposób podobny do bohaterów XIX-wiecznych powieści podróżniczych. Jak pamiętamy, powtarzał się tam motyw, jak to biali podróżnicy, płynąc pirogą po rzece pełnej krokodyli, co pewien czas wyrzucali z pirogi murzyńskiego chłopca w nadziei, że krokodyle zainteresują się nim i przestaną napierać na pirogę, więc może uda im się dotrzeć do celu. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy wiadomość, że prezydent Trump spuścił z wodą panią Pam Bondi, która przez niespełna rok cieszyła się stanowiskiem Prokuratora Generalnego, a ponadto – kazał szefowi Pentagonu spuścić z wodą szefa sztabu sił lądowych amerykańskiej armii, generała Randy’ego A. George’a i to „ze skutkiem natychmiastowym”.

Czy zwłaszcza ta ostania decyzja nie oznacza początku wyrzucania z rządowej pirogi kolejnych „murzyńskich chłopców” , by dzięki temu kompetencja, niewinność i dobra wola prezydenta Trumpa i jego ministra wojny zabłysła na podobieństwo supernowej? Jak tam było, tak tam było – ale zaczyna to przypominać próby niszczące w przemyśle samochodowym. Do czego jednak doprowadzą one w dziedzinie polityki, a zwłaszcza wojny, którą kierowanie mogą odtąd przejąć albo potakiewicze, albo nawet – głupi cywile? Ładny interes!

Jeszcze lepszym przykładem zastosowania metody prób niszczących, był List Pasterski Episkopatu Polski do Bogu ducha winnych parafian, których Eminencje i Ekscelencje poinformowały, że Kościół przez ostatnie „półtora tysiąca lat” mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej i dopiero teraz – za sprawą Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, spenetrował prawdę, że Żydowie mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, całkiem niezależną od Jezusa Chrystusa, który w tej sytuacji albo nie wiadomo, po co się narodził, albo – ostatecznie – że Niebo powierzyło Mu zbawiać wyłącznie głupich gojów.

Nie da się ukryć, że dla Bogu ducha winnych parafian, którzy dotąd myśleli, że Kościół przekazuje im prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, List stanowi rodzaj poważnej próby niszczącej – bo skoro Kościół w jednej sprawie tak długo się mylił, to któż może zaręczyć, że w innych sprawach – już na pewno nie? Wreszcie – skoro mylił się w przeszłości i to tak długo, to któż może zaręczyć, że nie myli się teraz?

W tej rozterce skontaktowałem się z zaprzyjaźnionym, pracującym za granicą, polskim księdzem, który zapewnił mnie, że gdzie indziej, to znaczy – poza Polską – nikomu nie przyszło do głowy głoszenie takich rewolucyjnych teorii. W tej sytuacji nie ma rady, jak dać upust podejrzeniom, że Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś z zagadkowych przyczyn cierpi na ostrą postać żydofilii, która skłania go do wygłaszania takich teologicznych teorii, niczym Kukuńka do formułowania „koncepcji”.

Coś może być na rzeczy, bo podczas liturgii Wielkiego Piątku w Kalwarii Zebrzydowskiej, Jego Eminencja skrytykował Poncjusza Piłata, że godząc się na obleczenie Pana Jezusa w purpurę i nałożenie Mu cierniowej korony, dał wyraz pragnieniu, by w ten sposób dokuczyć Żydom. Dotychczas kaznodzieje współczuli raczej Panu Jezusowi, a tymczasem okazało się, że najbardziej godni współczucia są Żydowie, a zwłaszcza – faryzeusze, których Piłat tak pogrążył.

Nasze przypuszczenia co do tej rewolucyjnej teorii pośrednio potwierdza deklaracja władz KUL. Popierają one jego Eminencję w całej rozciągłości – ale charakterystyczne jest, że chwalą go nie za przywiązanie do Prawdy, tylko – za zaangażowanie w sprawę „dialogu”. Najwyraźniej w dzisiejszych czasach ów „dialog” – cokolwiek by to było – staje się ważniejszy od Prawdy, a taka sytuacja niewątpliwie stanowi dla parafian rodzaj ciężkiej próby niszczącej tym bardziej, że Eminencje i Ekscelencje zachęcają ich, by 13 kwietnia udali się gremialnie do najbliższej synagogi. Nie jest jednak jasne, czy Eminencje i Ekscelencje też tam pójdą w ceremonialnej procesji, czy tylko, gwoli podlizania się Żydom – poślą tam Bogu ducha winnych parafian, nie wiedząc nawet, czy rabini ich tam wpuszczą?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

W najweselszym baraku

Stanisław Michalkiewicz: W najweselszym baraku michalkiewicz

   Nawet za pierwszej komuny Polska była nazywana “najweselszym barakiem w całym obozie” – bo za komuny polska stanowiła część wspólnoty socjalistycznej, ze Związkiem Radzieckim na czele, nie bez powodu nazywanej “naszym obozem”. Przyczyna leżała w pewnej właściwości naszego narodu w postaci safandulstwa, elegancko zwanego indyferentyzmem.

To safandulstwo sprawiało, że w Polsce nawet większość partyjnych w żadne komunizmy nie wierzyła, a wypracowania Karola Marksa znali przede wszystkim księża – naturalnie nie wszyscy, ale ci, którzy z tak zwanymi “marksistami”, to znaczy – partyjnymi mełamedami – polemizowali.

Na przykład Bolesław Drobner dyskutował kiedyś o Marksie z ks. Janem Piwowarczykiem.

Drobner zarzucił swemu partnerowi, że posługuje się wymyślonym cytatem, którego Marks nie napisał. – Bo pan zna tylko lipskie wydanie, a cytat pochodzi z wydania wcześniejszego – wyjaśnił dobrotliwie ks. Piwowarczyk. Generalnie jednak większość Marksem się nie przejmowała, uważając – podobnie jak w czasach saskich – że ważniejsze jest, by wypić i zakąsić.

   To zresztą może się dla nas wszystkich źle skończyć, zwłaszcza po Liście Pasterskim Episkopatu Polski, zainspirowanym podobno przez Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia. Poza licznymi herezjami i głupstwami, w jakie ten list obfituje, było tam wezwanie, by 13 kwietnia wszyscy parafianie udali się do najbliższej synagogi. Ciekawe, kto na to wezwanie odpowie, czy to zostało uzgodnione z rabinami, którzy będą sprzedawali głupim gojom bilety wstępu, no i czy synagogi wypełnią się tego dnia tłumami?

Ale jest w tym racjonalne jądro. Oto vaginet obywatela Tuska Donalda, niewątpliwie i jak zwykle inspirowany z zagranicy, pod koniec ubiegłego roku przyjął uchwałę o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju. Jak można się domyślić, vaginet będzie podejmował rozmaite przedsięwzięcia i działania, ale na odcinku – nazwijmy to – doczesnym.

Na przykład za każdą wypowiedź uznaną za “antysemicką”, czy to przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, czy  „Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, czy formację “Nigdy Więcej” pana Rafała Pankowskiego, co to na tropieniu antysemitników zbudował swoją życiową karierę, obywatel Żurek Waldemar, czy w jego imieniu obywatel Korneluk Dariusz, co to myśli, iż jest prokuratorem krajowym, będą antysemitnika za pośrednictwem nienawistnych sądów pakowali do więzienia.

Chyba nikt nie ma bowiem wątpliwości, że zdecydowana większość nienawistnych sędziów w podskokach podejmie się tego zadania, podobnie jak to było w latach stalinowskich? Ale odcinek, nazwijmy go – doczesny – jest tylko częścią rzeczywistości, więc żeby system został domknięty całościowo, potrzebna była interwencja na odcinku eschatologicznym. Tę lukę wypełnił właśnie wspomniany “List Pasterski”, wobec czego nie ma potrzeby roztrząsania go pod kątem teologicznym, czy w ogóle – racjonalnym – bo nie o to tutaj chodzi.

Chodzi bowiem o to, by niezależnie od oddziaływania na odcinku świeckim, oddziaływać na psychikę obywateli również na odcinku eschatologicznym.  Osiągnięciu takiego  efektu służą opowieści, jak to Żydowie nadal są oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, jak to mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, a w Królestwie Niebieskim – co logicznie wynika ze wspomnianej “szybkiej ścieżki – mają luksusowo urządzone getto, do którego głupie goje nie będą miały wstępu i tak dalej.

W związku z czym antisemitismus jest straszliwą myślozbrodnią, rodzajem grzechu śmiertelnego, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie. O to zadba vaginet obywatela Tuska Donalda – a na tamtym – zadbają o to delegaci Stwórcy Wszechświata na Polskę.

No dobrze – ale po co właściwie system musi być tak szczelnie domknięty? A po to, by – kiedy już Żydowie, na podstawie amerykańskiej  ustawy nr 447 przystąpią do realizowania tak zwanych “roszczeń”, odnoszących się do “własności bezdziedzicznej”-  nie podniósł się żaden głos protestu ze strony głupich tubylczych gojów. Czyż nie dlatego Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia, co to uwija się wedle wytresowania mniej wartościowego narodu tubylczego w poczuciu właściwej hierarchii, wsparł rabin  Abraham Skórka? Żeby tylko ta skórka opłaciła się Eminencji za wyprawkę.

   No dobrze – ale co w tym wszystkim ma być wesołego? Ano – zgodnie z przewidywaniami poety, którego z pewnością musiały wspierać proroctwa – a który pisze, że “Gdy już znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności.” Jak bowiem skądinąd wiadomo, wolność występuje w dwu odmianach, w postaci tzw. wolności zwyczajnej i Wolności Prawdziwej.

Jak zauważył Sławomir Mrożek, Wolność Prawdziwa  jest tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej. Wszystko zatem – jak powiadają gitowcy – “gra i koliduje”, bo jeśli będziemy w rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć skazani na zażywanie Prawdziwej Wolności – to czegóż chcieć więcej?

   A jakby tego było mało, to właśnie – jak to w najweselszym baraku w naszym obozie – znakomite przedstawienie przygotowali kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wobec sprowadzonego na miejsce notariusza oraz wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza i jego zastępców, złożyli “ślubowanie”, które mieli złożyć “wobec prezydenta” ale pan prezydent Nawrocki nie wystosował dla nich zaproszenia. Ciekawe, że w przedstawieniu wzięła udział też dwójka kandydatów na sędziów TK, od których pan prezydent ślubowanie odebrał.

Najwyraźniej musieli uznać, że pierwsze ślubowanie im się nie przyjęło, podobnie, jak  literatowi Andrzejowi Szczypiorskiemu nie przyjął się pierwszy chrzest, jakiemu poddał się w 1982 czy 1983 roku na fali ówczesnej dewocji – i trzeba było ceremonię powtarzać. Dla utytułowanych krętaczy taka sytuacja to prawdziwy dar Niebios.  Stwarza ona bowiem wyjątkową okazję  dla ambicjonerów, którzy pragnęliby ozdobić łysiny wawrzynami naukowymi. Oczyma duszy już widzę, jak  – niczym grzyby po deszczu – mnożą się na uniwersystetach rozprawy doktorskie i habilitacyjne.

W jednych autorzy będą rozkładali na czynniki pierwsze słowo “wobec” – dowodząc ponad wszelką wątpliwość, że “wobec” nie oznacza “ w obecności”, tylko  coś zupełnie innego – a z kolei inni, będą dowodzili czegoś wręcz odwrotnego – ale zarówno jedni, jak i drudzy porobią naukowe kariery, zasypując biblioteki nowymi stosami makulatury.  Czyż to nie jest radosna wiadomość, że nastąpi u nas taki gwałtowny wysyp karier naukowych?

   Co innego – na Węgrzech. Tam w najbliższych dniach szykowane są wybory, które na podstawie rozkazu Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, ma wygrać przeciwnik Wiktora Orbana, Peter Magyar. W związku z tym Wiktor Orban oskarżony został o straszliwe myślozbrodnie, wśród których na plan pierwszy wybijają się przyjazne stosunki z Putinem.

Tymczasem wiadomo, że rozkaz jest inny; przyjazne stosunki, a nawet stosunki podległe, to można, a nawet trzeba uprawiać z Wołodymirem Zełeńskim, podczas gdy Putina mamy “nienawidzić”. Skądinąd co prawda wiadomo, że nienawiść powinna być znienawidzona, ale – jak wspomniałem – z powodu naszego safandulstwa nic u nas nie dzieje się naprawdę – chyba, że zaplanują to Żydowie.

Rosną kadry autorytetów

Rosną kadry autorytetów

Stanisław Michalkiewicz 11 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie przyzwyczailiśmy się do tego, że prezydent Trump zmienia zdanie czasem z dnia na dzień, a bywa, że i kilka razy dziennie – ale przyzwyczajenie – przyzwyczajeniem, a tymczasem upływ czasu ma charakter obiektywny, to znaczy – niezależny od nastrojów prezydenta Trumpa. Jeśli już brać pod uwagę uzależnienie upływu czasu od nastroju, to bardziej liczy się nastrój premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu.

Nawiasem mówiąc, funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków nazywają izraelskiego premiera „Biniaminem”, chociaż w języku polskim z powodzeniem funkcjonuje imię „Beniamin” – na pamiątkę najmłodszego z synów patriarchy Jakuba, co to napłodził ich co niemiara, a wśród nich – również spryciulę Józefa – co to w charakterze pierwszego ministra faraona, ograbił Egipcjan i po raz pierwszy w historii świata, wprowadził w tym kraju sowchozy. Podobnie funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków piszą „w Ukrainie”, podczas gdy dotychczas, to znaczy – zanim naszą Duszeńką i panem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, który – jak zostało to zatwierdzone – ma być „sługą narodu ukraińskiego” – został znakomicie ukorzeniony Wołodymir Zełeński – pisało się „na Ukrainie”, podobnie jak pisze się „na Węgrzech”, czy „na Białorusi”.

Najwyraźniej Sanhedryn musiał wysłać do funkcjonariuszy Propaganda Abteilung specjalny okólnik, bo wykluczam tu jakąś samowolkę. Wszyscy oni bowiem, z funkcjonariuszami w służbie Judenratu włącznie – poddani są surowej dyscyplinie, więc nic dziwnego, że chodzą, jak w zegarku – i na rozkaz posłusznie ćwierkają: „Biniamin” i „w Ukrainie”.

Ale mniejsza już o funkcjonariuszy, którzy ostatnio upomnieli się o swoje prawa, kiedy to pan prezydent Nawrocki jednego z nich obsztorcował, zresztą bardzo delikatnie. Takie rzeczy zdarzały się i wcześniej. Pamiętam, jak Oriana Fallaci molestowała etiopskiego cesarza Hajle Selasje, dlaczego nie modernizuje on Etiopii, kiedy na świecie dzieje się tyle nowego. Cesarz początkowo puszczał te molestowania mimo uszu, ale wreszcie, zdenerwowany, powiedział do Oriany Fallaci: „proszę pani, na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”.

I słuszna jego racja, bo chociaż wkrótce potem został obalony przez komunistycznego pułkownika Mengistu Hajle Mariama, a wraz z nim upadło i cesarstwo, to cóż w tym osobliwego, a zwłaszcza – nowego? Przecież takie rzeczy zdarzały się nagminnie, żeby wspomnieć o upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w roku 476, czy upadku Bizancjum w roku 1453. Znowu w naszych czasach upadł Związek Radziecki, a jeśli ultimatum – bo cały czas do tego zmierzam – prezydenta Trumpa, upływające w Poniedziałek Wielkanocny – nie zostanie przedłużone, to tylko patrzeć jak upadnie złowrogi Iran. Chyba, że nie upadnie, jak to ma w zwyczaju.

Jestem pewien, że takie myśli z szybkością płomienia muszą przelatywać też przez głowę prezydenta Donalda Trumpa, który reaguje na nie coraz to nowymi „koncepcjami”, niczym nasz Kukuniek. Ostatnio zwierzył się, że chciałby się już z tej całej wojny wymiksować, ale cóż on ma tu do gadania w sytuacji, gdy Beniamin Netanjahu właśnie oświadczył, że bezcenny Izrael zrealizował dopiero połowę swoich celów wojennych? W podobnej sytuacji znalazł się podczas kryzysu karaibskiego Fidel Castro. On też chciał się wymiksować, ale sowiecki przywódca Chruszczow, który zainstalował na Kubie rakiety z głowicami jądrowymi, natychmiast przywrócił mu poczucie rzeczywistości mówiąc: „nie nada Fiedia”. Więc i prezydent Trump, podobnie jak Fidel Castro, podobnie zresztą, jak my wszyscy, jest w cęgach reżymu, który nie zna zmiłowania.

Właśnie Kneset uchwalił ustawę przywracającą karę śmierci, ale tylko wobec Palestyńczyków, którym nie będzie przysługiwała żadna apelacja. Ciekawe, czy te procesy będą prowadzili sędziowie tubylczy, czy też obywatel Żurek wydeleguje do Izraela naszych nienawistnych sędziów, którzy – jak wiadomo – zdolni są do wszystkiego? To by może trochę rozładowało napięcie wokół wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, a gdyby jeszcze wysłać tam obywatela Korneluka Dariusza, co to myśli, że jest prokuratorem krajowym, to dopiero byłoby wesoło! Już by się tam żaden Palestyńczyk nie nudził – a to jest już coś w sytuacji, kiedy nawet prezydent Donald Trump zdradza objawy znużenia wojną ze złowrogim Iranem i jestem pewien że chętnie przerzuciłby się na Kubę, a w ostateczności – nawet na Grenlandię, która ma tę zaletę, że można by na liczne wyspy na Oceanie Lodowatym przesiedlić Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu, czy Libanu i zostawić ich tam samopas, gwoli naturalnego recyklingu – co zostało przećwiczone w ramach programu pilotażowego podczas kolektywizacji w Rosji. Jak pamiętamy, pewien kontyngent chłopów został przewieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam zostawiony bez niczego. Po roku komisja nie zastała już tam nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptactwo. I właśnie w tym kierunku winny iść poszukiwania ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, nad którą łamią sobie głowę nie tylko rosnące rzesze ocalałych z holokaustu, ale i kraje miłujące pokój.

Więc kiedy tak przestępujemy z nogi na nogę w oczekiwaniu, czy świat przetrwa do końca 2026 roku, czy też bezcenny Izrael do spółki ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach walki o pokój i demokrację, doprowadzi do podpalenia planety i Apokalipsy, pocieszmy się dobrymi wiadomościami. Oto tylko patrzeć, jak pan Adam Borowski powędruje na pół roku do kryminału za odmowę przeproszenia Wielce Czcigodnego Giertycha Romana. Tak rozkazał nienawistny sąd w Warszawie. To nie byłaby specjalnie dobra wiadomość, chociaż na przykładzie pana Borowskiego widać, że co się odwlecze, to nie uciecze, więc surowa ręka sprawiedliwości ludowej, po latach, bo po latach – ale przecież go dosięgła.

Pozytywne w tym wszystkim jest co innego. Oto przynajmniej pod względem specjalnej ochrony sądowej Wielce Czcigodny Giertych Roman został zrównany z panią reżyserową Holland Agnieszką. Nakręciła ona knota pod tytułem „Zielona Granica”, który nie spodobał się znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze do tego stopnia, że porównał go do jakichś propagandowych produkcji III Rzeszy. Toteż pani reżyserowa zaciągnęła go przed nienawistny sąd, który – powinność swej służby rozumiejąc – nakazał Zbigniewowi Ziobrze przeprosić panią reżyserową i zapłacić 50 tys złotych grzywny. No bo kto to widział, żeby komuś nie podobały się filmy pani reżyserowej, skoro zwierzchność dopuściła je do rozpowszechniania? Bo trzeba nam wiedzieć, że pani reżyserowa robi u nas, to znaczy – w naszym bantustanie – za autorytet moralny – i to jest przyczyną tej wzmożonej ochrony sądowej. Skoro jednak i w sprawie pana Borowskiego nienawistny sąd zachował się podobnie, to nieomylny to znak, że grono autorytetów moralnych powiększył Wielce Czcigodny Giertych Roman, chociaż – o ile mi wiadomo – ociąga się z poddaniem się drobnej, ale koniecznej, operacji chirurgicznej.

Stanisław Michalkiewicz

Marian Miszalski – wspomnienie

Marian Miszalski – wspomnienie

Wspomnienie    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    8 kwietnia 2026 michalkiewicz

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych dotarła do mnie smutna wiadomość o nagłej śmierci Mariana Miszalskiego, mojego Przyjaciela, który zmarł rankiem w Niedzielę Wielkanocną w wieku 78 lat na zawał serca. Mariana poznałem w roku 1970 na Studium Dziennikarskim, gdzie rozpoczęliśmy studia podyplomowe, a zamieszkaliśmy w domu studenckim na Jelonkach. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i tak się rozpoczęła nasza przyjaźń, która przetrwała aż do Jego śmierci. Tak się złożyło, że nadawaliśmy na tej samej fali i to chyba najbardziej zbliżyło nas do siebie.

Po studiach Marian wrócił do rodzinnej Łodzi, gdzie zaczął pracować w „Głosie Robotniczym”, podczas gdy ja już zostałem w Warszawie pracując w gazecie „Zielony Sztandar”, wydawanej przez Naczelny Komitet ZSL. Tak się bowiem złożyło, że mój poprzednik, Emil Morgiewicz, trafił do więzienia, jako skazany w procesie „Ruchu” – a że gazeta potrzebowała prawnika, który prowadziłby dział łączności z czytelnikami, udzielając im porad prawnych, to moje studia prawnicze akurat się przydały.

Mimo, że mieszkaliśmy w dwu różnych miastach, utrzymywaliśmy kontakt, który nabrał intensywności zwłaszcza w drugiej połowie lat 70-tych, kiedy to ja przystąpiłem do ówczesnej opozycji demokratycznej w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i w takim charakterze, wraz z innym moim przyjacielem z lubelskich studiów, wydawaliśmy podziemną gazetę dla ludności wiejskiej pod tytułem „Gospodarz”. Marian w tym czasie związał się z Konfederacją Polski Niepodległej – i tak dotrwaliśmy do „karnawału Solidarności” w roku 1980. W stanie wojennym Marian został internowany od razu i trafił do więzienia w Sieradzu, podczas gdy ja zostałem aresztowany dopiero w maju 1982 roku i trafiłem do obozu dla internowanych w Białołęce, gdzie poznałem m.in, Janusza Korwin-Mikkego z którym przyjaźnię się do tej pory.

Kiedy już zostaliśmy uwolnieni z tych „ośrodków odosobnienia”, znowu nawiązaliśmy łączność, tym razem już bardzo ścisłą, co zaowocowało uruchomieniem w roku 1983 podziemnego Wydawnictwa „Kurs”. Marian zajmował się przede wszystkim redakcją i poszukiwaniem autorów, a ja – wydawaniem nie tylko miesięcznika „Kurs”, ale również książek, których od roku 1983 do roku 1989 wydaliśmy ponad 20 – w tym również ambitne pozycje literackie, jak np. powieść Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Głównym celem naszego przedsięwzięcia było zapoznanie czytelnika polskiego z zachodnim nurtem wolności gospodarczej, żeby aktywni w podziemiu ludzie wiedzieli w jakim kierunku kształtować przemiany ustrojowe – jeśli tylko pojawi się taka szansa. W tym celu, oprócz wspomnianego miesięcznika, którego udało nam się wydać 40 numerów – każdy w objętości ponad 60 stron „bitego” maszynopisu, bardzo dużym powodzeniem cieszyły się popularne pozycje francuskiego autora Guy Sormana: „Rewolucja konserwatywna w Ameryce”, „Rozwiązanie liberalne”, czy „Prawdziwi myśliciele naszych czasów”, a także książka Miltona i Róży Friedmanów, której nadaliśmy polski tytuł „Wolny wybór”. Warto dodać, że „Kurs” był przedsięwzięciem samofinansującym się, co dostarczało nam dodatkowej satysfakcji, że nawet w tak niesprzyjających okolicznościach postępujemy zgodnie z głoszonymi zasadami – no bo obaj zostaliśmy w stanie wojennym wyrzuceni z pracy z tzw. „wilczym biletem”.

Kiedy w drugiej połowie lat 80-tych, w ramach przygotowań do sławnej „transformacji ustrojowej” reżim trochę złagodniał, wyjeżdżaliśmy razem do Francji na winobrania, a przy okazji nawiązywaliśmy różne kontakty z osobami działającymi na emigracji. Współpraca w latach 80-tych jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyła i do przyjacielskich sentymentów doszło coś, co można by porównać do „braterstwa broni” – chociaż żadnej zbrojnej działalności oczywiście nie prowadziliśmy. Marian miał na swoim koncie spore osiągnięcia. Jako tłumacz z języka francuskiego udostępnił polskiemu czytelnikowi dzieła Jana Raspaila, m.in. „Obóz świętych”, która – chociaż napisana w roku 1972 – dopiero po bez mała 60 latach okazała się prorocza. Jako autor, dał się poznać za pośrednictwem swoich książek: „Chamy i żydy”, czy „Żydowskie lobby polityczne w Polsce”, „Ukryta wojna – cicha kapitulacja”, czy wreszcie – Najnowsza spiskowa historia Polski” – dotyczących polityki i historii – ale też beletrystyki („Kolekcja własna artysty”).

Przed dwoma laty zmarła Anita, żona Mariana, którą bardzo kochał i bardzo przeżył jej śmierć. Właściwie nie tyle „przeżył”, co cały czas to przeżywał i spotykając go przy różnych okazjach miałem wrażenie, jakby stracił chęć do życia. Kiedy po raz ostatni rozmawiałem z nim podczas Targów Książki w Łodzi, opowiadał mi o swoich problemach kardiologicznych, w związku z czym usilnie namawiałem go, by wziął się za leczenie – ale chociaż mnie słuchał, to nie miałem wrażenia, że bierze sobie moje rady do serca. No i nadeszła Wielka Niedziela, kiedy serce już nie wytrzymało.

Na wieść o śmierci Mariana przypomniałem sobie jego wiersz, napisany bodaj jeszcze w początkach lat 70-tych, którym chciałbym zakończyć to wspomnienie:

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie raną w sumieniu, z której jucha czarna

Pod gardło podchodzi, zgagą wstydu piecze.

Żebyś się ziemio rozwarła

Chłodnym cieniem na życie człowiecze

Spełnioną nicością po skończonym trwaniu

Chłodną pościelą po trudnym kochaniu

Z blondynkami dni, brunetkami nocy…

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie jamą mogilną, w którą iskra marna

Zgasłym ptakiem spada – tylko ślad na niebie…

Żebyś się ziemio rozwarła

Bruzdą w żyznej glebie

Z której łodyga silna w błękit bije

Błękit targa za siwe brody chmur.

——————————-

Stanisław Michalkiewicz

Czy będziemy się nudzili?

Czy będziemy się nudzili?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    5 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wygląda na to, że z prezydentem Donaldem Trumpem nie będziemy się nudzili. Jeszcze podczas jego poprzedniej prezydenckiej kadencji mogliśmy się przekonać, że jest on ekstrawertykiem, więc co tylko ma w sercu, to zaraz ma i na języku – a w miarę upływu lat ta skłonność najwyraźniej jeszcze się rozwinęła. Co więcej – im mniej przyjemności życiowych doznaje, tym szybciej się nudzi i zniechęca. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w stosunku do Ukrainy, o której prezydent Donald Trump już nie chce nawet słyszeć, a przynajmniej takie sprawa wrażenie. Inna rzecz, że trudno mu się dziwić, kiedy ukraiński prezydent Zełeński od każdego chciałby wyłudzić pieniądze, jak nie pod pretekstem, że Ukraina „broni Europy”, to pod jakimś innym – a w dodatku prezentował butną postawę roszczeniową. Kiedy w Białym Domu, na oczach całego świata, dostał od prezydenta Trumpa po łapach, to trochę się opamiętał, ale odtąd przestał być duszeńką amerykańskiego przywódcy – i tak już zostało.

Teraz słyszymy, że prezydent Trump rozważa przeznaczenie amunicji, która pierwotnie miała być sprzedana Unii Europejskiej z przeznaczeniem na Ukrainę, na Bliski Wschód – ale po 4 tygodniach wojna ze złowrogim Iranem też zaczyna go już nudzić, więc przebąkuje, że następna będzie Kuba. Jużci – Kuba wydaje się łatwiejsza od złowrogiego Iranu, więc być może i o listek do wieńca sławy też tu łatwiej – a poza tym, na Kubie żadnych żywotnych interesów nie ma bezcenny Izrael, więc przerzucając się na Kubę prezydent Trump mógłby uwolnić się od – co tu ukrywać – i krępującej i kompromitującej kurateli Beniamina Netanjahu.

Tedy zastygamy w oczekiwaniu na drugi dzień Świąt Wielkanocnych, kiedy to upływa termin kolejnego ultimatum, przedstawionego złowrogiemu Iranowi. Jeśli prezydent Trump i ten termin przedłuży, to będzie potem mógł już przedstawiać Iranowi kolejne „poważne ostrzeżenia”, podobne do tych, jakie w latach 50-tych i 60-tych przedstawiała Stanom Zjednoczonym Chińska Republika Ludowa.

Więc widzimy że z prezydentem Trumpem nie będziemy się nudzili nawet w sytuacji, gdy w nim samym kolejne wojny budzą już tylko narastające znudzenie. No bo rzeczywiście – cóż w takiej, jednej z drugą wojnie może być interesującego? „A na wojnie świszczą kule, lud się wali jako snopy, a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy” – pisała Maria Konopnicka w wierszu „A jak poszedł król na wojnę”.

Teraz chłopy się wycwaniły, zwłaszcza u nas. Zamiast ginąć, wolą kierować Ministerstwem Obrony Narodowej i zamawiać w zbrojeniowych fabrykach, krajowych i zagranicznych broń i amunicję dla naszej niezwyciężonej armii. To jest lepsze niż dotychczasowa „obrona interesów wszy i rolnictwa”, którą od ponad stu lat zajmowali się ludowcy. Teraz jednak, kiedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, za nic sobie mając wątpliwości Parlamentu Europejskiego nakazała wykonywać umowę z Mercosur, a nawet zawarła drugą – z Australią – to obrona „interesów wszy i rolnictwa” stała się zajęciem jałowym, z którego żadnych konfitur się nie wyciśnie. Zbrojenia, to co innego – toteż Polskie Stronnictwo Ludowe poświęciło się – bo czegóż to nie robi się dla Polski? – zbrojeniu naszej niezwyciężonej armii. W tym celu pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, wniósł do laski pana marszałka Czarzastego projekt ustawy o „SAFE – zero procent”, według skorygowanego przez siebie pomysłu pana prezydenta Karola Nawrockiego. Korekta polega na tym, że pierwotnie dystrybucją środków finansowych na zbrojenie naszej niezwyciężonej, miał zajmować się fundusz pod egidą prezydenta – to według nowej wersji – vaginet obywatela Tuska Donalda.

Wiadomo bowiem, że pierwsze koryto przeznacza się dla świń, drugie – dla naszej niezwyciężonej, a dopiero trzecie – zgodnie ze starożytną rzymską sentencją, że omne trinum perfectum – co się wykłada, że doskonałe jest wszystko potrójne – na zbrojenia. Przy okazji chodzi o to, by sprawdzić, czy pan prezes Glapiński przypadkiem nie koloryzuje mówiąc, iż zbrojenia naszej niezwyciężonej można sfinansować z rezerw Narodowego Banku Polskiego. W tej sytuacji oskarżenia pana prezydenta Nawrockiego o „zdradę” ucichły, jakby ręką odjął i z tego powodu nie pyskuje na niego nawet Wielce Czcigodny poseł Trela, najwyraźniej wzięty do Sejmu na chłopaka do pyskowania.

Za to wszyscy używają sobie teraz na panu prezydencie z powodu wyjazdu do Budapesztu, gdzie spotkał się z tamtejszym premierem Wiktorem Orbanem, z którym wcześniej spotykać się nie chciał z obawy przez strefieniem. Chodziło o to, że Wiktor Orban spotykał się z prezydentem Federacji Rosyjskiej Putinem, podczas gdy nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko mają zakazane wszelkie bliskie spotkania III stopnia z Putinem, ale mają surowo przykazane, by go „nienawidzić”. Chodzi o to, że Polska została wytypowana na „sługę narodu ukraińskiego”, więc w ostatniej instancji, to Kijów decyduje, co nam wolno, a czego nie – jeśli oczywiście nie liczyć znudzonego kolejnymi wojnami prezydenta Donalda Trumpa. Tymczasem na Węgrzech już wkrótce mają odbyć się wybory, w których na zwycięzcę zatwierdzony został przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje Piotr Magyar, podczas gdy Wiktor Orban ma je sromotnie przegrać, więc zarówno obywatel Tusk Donald, jak i całe zaplecze Volksdeutsche Partei, nie szczędzi panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich słów potępienia tym bardziej, że „zastanawia się” on, czy przyjąć ślubowanie od szóstki zaufanych kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, którzy przeforsowaliby delegalizację Konfederacji Korony Polskiej, niezależnie od tego, czy obywatel Żurek Waldemar zdąży do końca roku wsadzić do kryminału Grzegorza Brauna, czy nie. Jak wiadomo, jego proces toczy się w tempie iście stachanowskim, co świadczy o pragnieniu odpowiedniego uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby wybory w roku 2027 w naszym bantustanie zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza.

Tymczasem po Liście Pasterskim Episkopatu Polski do parafian, w którym Episkopat przyznał, że przez „półtora tysiąca lat” Kościół katolicki mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej, w niezależnych mediach głównego nurtu zapadła cisza, niczym w wytwornym salonie, gdy ktoś puści głośnego [i bardzo śmierdzącego md] bąka. Bo rzeczywiście – co tu gadać w sytuacji, gdy w tej jednej sprawie Kościół przez półtora tysiąca lat się mylił? Skoro w jednej sprawie się mylił, to może w innych – też? A jeśli w przeszłości się mylił, to skąd możemy wiedzieć, czy nie myli się teraz? Nic więc dziwnego, że Autorowie Listu skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, zastygając w oczekiwaniu, czy 13 kwietnia parafianie ruszą gremialnie modlić się w synagogach, czy też nie. Ponieważ nie do końca wiadomo, czy ta sprawa została uzgodniona z rabinami, to wszystko może skończyć się tak, jak w Jerozolimie, gdzie pod pretekstem wojny nie tylko odwołano Drogę Krzyżową, ale izraelska policja nie wpuściła do Bazyliki Grobu Pańskiego Patriarchy Jerozolimy i Kustosza Ziemi Świętej, których chcieli tam odprawić Mszę św. nawet bez udziału publiczności. Jak widzimy, militaryści, nawołujący, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny, mają wiele racji, zwłaszcza w Izraelu, który najwyraźniej wziął sobie tę wskazówkę do serca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).