Portki w dół!

Portki w dół!

Stanisław Michalkiewicz www.magnapolonia.org)    24 lipca 2025

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5864

Niebieskim oznajmiona cudem i poprzedzona głuchą wieścią między ludem rekonstrukcja vaginetu obywatela Tuska Donalda oddala się w mglistość, jak zresztą większość jego wspaniałych planów. Obywatel Tusk Donald odgrażał się, że vaginet zostanie odchudzony, że odejdzie co najmniej 20 procent dygnitarzy, co to – jak pisze poeta – „z pustego w próżne przelewają, a sobie na konto” – ale tak to już bywa z vaginetami koalicyjnymi, że każdemu z koalicjantów trzeba dać jakąś trafikę, gdzie mógłby przychylać nieba znękanemu ludowi. Rzeczywiście vaginet obywatela Tuska jest bardzo liczny, chociaż nie rekordowo, bo rekord należy do vaginetu panny Hanny Suchockiej, który powstał po przejściowym vaginecie obywatela Pawlaka Waldemara, co to podczas „nocnej zmiany” na głos przepowiadał sobie, co ma zrobić po obaleniu rządu premiera Olszewskiego: „czyszczę sobie MSW…” – i tak dalej.

Ale i vaginet obywatela Tuska Donalda budzi respekt. Razem z premierem liczy 27 ministrów – ale to jeszcze nic, bo najliczniejszą armię dygnitarzy tworzą wiceministrowie, których jest 89 – i każdy ma oczywiście pełne ręce roboty. Ot na przykład teraz – Lewica chciałaby, żeby przydzielić jej „mieszkalnictwo”. „Niech mi chociaż dyferencjał dadzą!” – śpiewał Kazimierz Grześkowiak w piosence „To je moje”. No ale inni też by chcieli przychylać ludowi nieba – każdy na swoim odcinku – wskutek czego dług publiczny rośnie, jak na drożdżach. Według Ministerstwa Finansów, które przecież raczej zainteresowane jest pomniejszaniem długu niż jego rozdymaniem, na koniec kwietnia br. wynosił on ponad 1750 miliardów złotych, a powiększa się w tempie prawie 10 mld miesięcznie. Inni twierdzą jednak, że dług publiczny Polski powiększa się o miliard złotych dziennie. Jak tam jest, tak tam jest; w każdym razie tak rządzić, to potrafi każdy głupi – i dlatego właśnie twierdzę, że vaginet obywatela Tuska Donalda to najgłupsza ekipa przy władzy od czasów Bolesława Chrobrego.

Zapowiedź rekonstrukcji vaginetu wywołała oczywiście tak zwane „wrzenie” w koalicji – a każdy dygnitarz próbuje dowieść, że jego obecność w vaginecie jest dla Polski niezbędna. Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, żeby w następstwie rekonstrukcji rządu zlikwidowane zostało Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ale najwyraźniej jaskółczy niepokój musiał udzielić się nawet Księciu-Małżonku. Między nami mówiąc, gdyby akurat to ministerstwo zostało zlikwidowane, to nikt nie zauważyłby różnicy, bo – jak powszechnie wiadomo – prowadzenie polityki zagranicznej Nasi Umiłowani Przywódcy mają surowo od naszych sojuszników zakazane – ale MSZ trwa siłą inercji, również ze względu na tak zwaną „godność narodową”. Teraz jednak, kiedy w koalicji „wrze”, również Książę-Małżonek zrobił pokazuchę, demonstrując nie tylko samodzielne politykowanie, ale nawet – politykowanie mocarstwowe. Pretekstem stała się pielgrzymka Radia Maryja na Jasną Górę, podczas której biskup Wiesław Mering i biskup Antoni Długosz dopuścili się myślozbrodni, wprawdzie nie tak strasznej, jak to zrobił Grzegorz Braun, niemniej jednak wypowiedzieli „niedopuszczalne słowa, które godzą w fundamentalne zasady godności człowieka”. Tak w każdym razie głosi nota, którą ambasador naszego nieszczęśliwego kraju przy Watykanie przekazał tamtejszemu szefowi protokołu dyplomatycznego. Ale nie tylko o opis myślozbrodni chodziło, bo Książę-Małżonek zażądał również, by Watykan zaprzestał ingerowania w polskie sprawy wewnętrzne.

Na razie nie ma jeszcze odpowiedzi z Watykanu i nie wiadomo, czy w ogóle będzie, bo na mieście krążą fałszywe pogłoski, iż tamtejsze władze uznały, iż Książę-Małżonek sobie zażartował, jak niegdyś Nikita Chruszczow na spotkaniu z kołchoźnikami. – Jak wam się żyje – zażartował towarzysz Chruszczow? – Znakomicie – zażartowali kołchoźnicy. Jeśli by jednak Watykan na wspomnianą notę odpowiedział, to mógłby co najwyżej zapytać Księcia-Małżonka od kiedy ma te objawy. Chodzi o to, że gdyby myślozbrodni na Jasnej Górze dopuścił się, dajmy na to, nuncjusz apostolski w Warszawie, to taka nota miałaby przynajmniej jakieś uzasadnienie.

Tymczasem obydwaj biskupi nie reprezentowali Watykanu. Są obywatelami polskimi i wypowiadali się w granicach wolności słowa, zagwarantowanej konstytucyjnie. Wolność słowa zaś polega m.in. na tym, że dopuszczane do dyskursu publicznego są również opinie, które innym się nie podobają. Tedy wysyłając do Watykanu wspomnianą, mocarstwową notę, Książę-Małżonek zwyczajnie się wygłupił. To nie byłaby tragedia, bo prawdopodobnie wszyscy na świecie wiedzą, że największą zaletą Księcia-Małżonka jest wiązanie krawatów i że w tej dziedzinie rzeczywiście ociera się o genialność, podczas gdy z innymi zaletami jest znacznie gorzej.

Ot na przykład podczas ostatniej narady w eurokołchozie, kto ma zapłacić za amerykańską broń dla Ukrainy, podobno właśnie Książę-Małżonek zaproponował, by w tym celu ukraść pieniądze z zamrożonych w UE aktywów rosyjskich. Podobno był bardzo ze swojego pomysłu zadowolony, aż dopiero ktoś starszy i mądrzejszy zwrócił mu uwagę, że byłoby to sprzeczne z prawem międzynarodowym. Najwyraźniej tedy Książę-Małżonek mógł nie zdawać sobie z tego sprawy, bo podobno studiował w Anglii teologię stomatologii, czy jakąś podobno do niej dyscyplinę, dzięki czemu myśli, że nabrał eksperiencji w sprawach watykańskich.

Najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym, dla dobra Polski, radziłbym, żeby mimo planowanej rekonstrukcji vaginetu obywatela Tuska, MSZ zostało wzmocnione kadrowo – ale nie kimś w rodzaju pana red. Wrońskiego, tylko poprzez zaangażowanie w charakterze doradczyni doskonałej Wielce Czcigodnej Marty Wcisło, o której wieść gminna głosi, że wszystko u niej poszło w warkocz. Pani Marta charakteryzuje się poczuciem godności w stopniu porównywalnym do pani Anny Fotygi, więc może odradziłaby Księciu-Małżonku kierowanie do biskupa Meringa apelu, by „zdjął sukienkę”. W dzisiejszych czasach bowiem taka propozycja może być uznana za zaproszenie do bliskich spotkań III stopnia – a od tej strony jeszcze Księcia-Małżonka do tej pory nikt o nic nie podejrzewał.

Wielce Czcigodny Biedroń, czy inny Śmiszek – to co innego – ale Książę-Małżonek? Ładny interes! W dodatku w ten sposób naraża się na ewentualną radę wzajemną biskupa Wiesława Meringa, który mógłby mu zacytować wezwanie Wojciecha Cejrowskiego, z którego przed laty zasłynął podczas Ciemnogrodu na Kociewiu: „Podatki w dół i portki w dół!” Jak wiadomo, chodziło o to, że wtedy łatwiej sprawdzić, czy ktoś przeprowadził sobie drobną operację chirurgiczną. Aż strach pomyśleć, jaki klangor by się wtedy podniósł, aż po same nozdrza Najwyższego. Ajajajajajajajaj!

Stanisław Michalkiewicz

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

23.07.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/07/23/zydokomuna-krzyczy-gewalt/

Stanisław Michalkiewicz.
Stanisław Michalkiewicz. / foto: NCzas

Pan prof. Śpiewak, podobnie jak inni liczni Żydowie; twierdził, że „żydokomuna” nie istnieje. Jeszcze dalej szedł w zaparte prezes warszawskiego Judenratu, obywatel redaktor Michnik Adam, który twierdził, że nie tylko żydokomuny, ale nawet Żydów w Polsce „nie ma”. Podobnie „nie ma” Wojskowych Służb Informacyjnych ani izraelskiej broni jądrowej. Jak wiadomo, cały świat wie, że Izrael ma arsenał nuklearny, szacowany przez Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem na 90 głowic – no ale wszyscy udają, że wierzą w te zaprzeczenia, co moim zdaniem stanowi dodatkową poszlakę, iż świat traktuje Żydów jako Herrenvolk, czyli naród panów.

Moim zdaniem taka oficjalna, a nawet ostentacyjna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności, a skoro tak, to trudno się dziwić, że w pewnych sytuacjach szydło wyłazi jednak z worka. W ogóle to w opinii, jakoby żydokomuna nie istniała, nie ma logiki, podobnie jak w przypadku Aaronka, co to chodził sobie podczas lekcji po szkolnym boisku. Kiedy dyrektor surowym tonem spytał go, dlaczego nie jest na lekcji, odparł, że dlatego, iż „logiki nie ma”. – Jak to „logiki nie ma” – zainteresował się dyrektor. – Już wyjaśniam – powiada Aaronek. – Ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy. Teraz oni tam siedzą, a ja chodzę po świeżym powietrzu…

Ta anegdotka była bardzo popularna w Polsce w roku 1968, kiedy to Żydowie masowo opuszczali cudny raj, w którym wcześniej nieźle nasmrodzili, jako uczestnicy aparatu terroru i aparatu partyjnego, udając się na świeże powietrze, czyli Zachód. Wbrew bredniom powtarzanym przez pana prezydenta Dudę, nikt ich do tych wyjazdów nie „zmuszał”. Opuszczali cudny raj z radością – a kto nie chciał, ten zostawał. W jaki sposób w przeciwnym razie w Polsce znalazłby się „Drogi Bronisław”, czy choćby pan red. Adam Michnik?

Od strony logicznej z żydokomuną jest tak, że mamy dwa kręgi: jeden – to Żydowie, a drugi – to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą, a to miejsce, gdzie zachodzą, to właśnie żydokomuna.

Więc chociaż jest rozkaz, że żydokomuny „nie ma”, to niekiedy manifestuje ona swoją obecność w sposób nieoczekiwany. I właśnie tak się stało za sprawą pani Rigamonti, która przeprowadziła rozmowę jednocześnie z obywatelem Kwaśniewskim Aleksandrem i panem redaktorem Michnikiem Adamem, szefem warszawskiego Judenratu. Aleksander Kwaśniewski, jak wiadomo, jest wybitnym przedstawicielem „komuny”.

Wprawdzie teraz obrzezał się na socjaldemokratę, ale – jak wiadomo – żywotne soki czerpie mnóstwem korzonków z krwawej, gnilnej masy, w jaką jego poprzednicy, np. Edmund Kwasek, przerobili polskich patriotów. Aleksander Kwaśniewski pozuje na Europejczyka, mówi językami, nosi garnitury i w ogóle – ale tych korzonków nie przecina. W myśl przysłowia, że pokorne cielę dwie matki ssie – wyssał wszystko, co tylko mógł, z „komuny”, a teraz wysysa, co tylko może z „demokracji”. Pewnej części gawiedzi takie ssaki szalenie imponują i tym właśnie tłumaczę sobie okoliczność, że Aleksander Kwaśniewski został bez żadnego przymusu wybrany na prezydenta Polski na dwie kadencje. Więc Aleksander Kwaśniewski, niezależnie od kostiumów, w jakie akurat się drapuje, jest przedstawicielem „komuny”, zaś pan red. Adam Michnik, jako przewodniczący tubylczego Judenratu, reprezentuje Żydów, których, jak wiadomo, „nie ma”. Pani Rigamonti, kumulując ich odpowiedzi, być może bezwiednie, prezentuje nam punkt widzenia żydokomuny.

Pretekstem do rozmowy jest zaniepokojenie, jakie żydokomuna odczuwa w związku z wynikiem wyborów prezydenckich. Pan red. Adam Michnik, najwyraźniej świadomy, że nie ma w Polsce żadnego niezawisłego sądu, który ośmieliłby się go skazać, twierdzi, że wybory wygrał „łobuz” i że „pół Polski poszło złą drogą”. Wiadomo bowiem, że dobra droga to ta, którą mniej wartościowemu narodowi tubylczemu wskazuje Judenrat. „Najlepsza droga dobra – ZMP!” – śpiewały Judenraty w czasach stalinowskich. Z kolei Kwaśniewski Aleksander martwi się, że jak mniej wartościowy naród tubylczy nadal będzie podążał złą drogą, to znaczy – drogą inną niż mu wskaże Judenrat – to „może być droga do zniweczenia tego wszystkiego, co w sensie ustrojowym, demokratycznym, osiągnęliśmy od 1989 roku”. Najwyraźniej Kwaśniewski Aleksander przestaje w tym momencie panować nad zaimkami, wskutek czego zaczyna być podobny do idioty, któremu wystarczy tylko pozwolić mówić, a sam się sypnie. Bo zastanówmy się – co Aleksander Kwaśniewski i jemu podobni bezpieczniaccy konfidenci, pieszczochy komuny, osiągnęli „ustrojowo” po 1989 roku.

Po pierwsze – bezkarność, dzięki czemu nie ponieśli żadnych konsekwencji za udział w uwłaszczeniu nomenklatury, które – jak wiadomo – odbywało się poprzez rozkradanie majątku państwowego. Czyż nie z obawy przed jakimiś śmierdzącymi dmuchami, Aleksander Kwaśniewski już jako prezydent zagroził „lustracją totalną”, jeśli tylko ukaże się chociaż jedno słowo, jak to PZPR kradła waluty obce z PEWEXU i lokowała je w szwajcarskim Sezamie? Jak pamiętamy, następnego dnia po tej groźbie Jacek Kuroń i Karol Modzelewski (znowu żydokomuna) napisali do niego list w tonie: już się nie kłóćmy, już się pogódźmy, niech tylko Oleksy poda się do dymisji – i końce w wodę. No a „matka wszystkich afer”, czyli FOZZ? Zakończyła się wesołym oberkiem, podobnie jak wiele innych. Ale bezkarność, to tylko jedno z „osiągnięć”.

Drugim, jeszcze większym „ustrojowym” osiągnięciem żydokomuny po 1989 roku, było zbudowanie w Polsce kapitalizmu kompradorskiego.

Kapitalizm kompradorski różni się od zwyczajnego kapitalizmu tym, że o ile w zwyczajnym kapitalizmie o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decydują w zasadzie zalety człowieka działającego – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka i czy ma szczęście – to w kapitalizmie kompradorskim o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem jest to samo, co i za komuny było najtwardszym jądrem systemu – czyli bezpieka. Ponieważ większość społeczeństwa do sitwesów nie należy, musi zostać wyrzucona poza główny nurt życia gospodarczego, zarezerwowanego dla sitwy (sektor finansowy, paliwowy, energetyczny i podobne „strategiczne”) na obrzeża, gdzie może sobie wydłubywać kit z okien. Wskutek tego jednak narodowy potencjał gospodarczy jest zablokowany.

Czego zatem żydokomuna się boi, dlaczego krzyczy: „gewałt!?” Ano – z obawy, że jeśli większość narodu się zorientuje i przestanie słuchać Judenratu, to rzeczywiście – sitwesowie mogą stracić „zdobycze”, które sobie prawem kaduka przywłaszczyli po roku 1989.

Fakty prasowe

Fakty prasowe

Stanisław Michalkiewicz 22 lipca 2025 michalkiewicz

Lato to nie jest dobry sezon dla niezależnych mediów głównego nurtu. „Sezon ogórkowy” charakteryzuje się tym, że nic ważnego się nie dzieje, toteż nie bardzo jest o czym pisać. Tak bywało i za panowania Najjaśniejszego Pana i na przykład Egon Erwin Kisch twierdzi, że gazety praskie ułatwiały sobie sytuację, „na żądanie Czytelników” drukując ponownie artykuły wstępne z dnia poprzedniego. Czytelnicy mieli ten artykuł przed sobą – ale nie – chcieli go mieć również w kolejnym numerze. Teraz nikt już tak nie robi, ale od czegóż troska o obywateli? Z czasów pierwszej komuny pamiętamy, że Polskę regularnie nawiedzały dwie klęski i cztery kataklizmy. Jedna klęska – to klęska nieurodzaju, a druga – to klęska urodzaju. Kataklizmy zaś to wiosna, lato, jesień i zima. Coś z tej tradycji zostało, bo i teraz, kiedy na przykład – jak to latem – gdzieś przechodzą burze z piorunami, to zaraz ogłaszane są „alerty”, zbierają się „sztaby kryzysowe”, pan minister Siemoniak przemawia na konferencjach prasowych – i „biznes sze kręczy” – jak mawiano w swoim czasie w sferach kupieckich.

A w dodatku ukraińscy przyjaciele wykiwali pana prezydenta Andrzeja Dudę, zbywając go orderem krzyża zbolałego. Za forsę, którą Polska przekazała, tamtejsze parchy-oligarchy pokupowały sobie, to tu, to tam, luksusowe rezydencje i na przykład będąc w ubiegłym roku w Toskanii dowiedziałem się z pewnego źródła o tamtejszej rezydencji prezydenta Zełeńskiego, że daj Boże każdemu – a tymczasem dla pana prezydenta Dudy tylko ten nieszczęsny order? Toteż nic dziwnego, że rozgoryczony pan prezydent zaczął wreszcie mówić ludzkim głosem – że za korzystanie z lotniska w Jasionce ktoś (kto?) powinien zapłacić – i tak dalej.

Pan prezydent, który wcześniej bredził o jakichś „uniach” z Ukrainą, wreszcie zdradza objawy powrotu do rzeczywistości? Trochę późno – bo na miesiąc przed końcem kadencji – ale powiadają, że lepiej późno, niż wcale. To trochę podobne do zachowania pana prof. Leszka Balcerowicza. Kiedy był wicepremierem i ministrem finansów, robił różne dziwaczne rzeczy. Ale kiedy tylko przestawał pełnić te zaszczytne funkcje, to w felietonach do tygodnika „Wprost” głosił same słuszne poglądy i koncepcje. Niestety potem ponownie zostawał wicepremierem, a nawet – prezesem NBP – i znowu popadał w sprośne błędy Niebu obrzydłe. Czyż trzeba nam lepszej ilustracji, że władza korumpuje?

Ale nie można powiedzieć, by i władza nie dostarczała materiału, dzięki któremu łamy oraz czas antenowy niezależnych mediów głównego nurtu było czym wypełnić. Oto pan minister Adam Bodnar z czarnym podniebieniem, realizując na swoim odcinku frontu „linię porozumienia i walki”, którą obywatel Tusk Donald proklamował gwoli zamarkowania swojej niezależności od Niemiec poprzez przywrócenie tak zwanych „wyrywkowych kontroli” na polsko-niemieckiej granicy i jednoczesnego zwalczania złowrogiego Ruchu Obrony Granic, zadekretował, że Robert Bąkiewicz będzie musiał wykonać 360 godzin prac społecznych i zapłacić Babci Kasi 10 tys. złotych z tytułu „naruszenia jej nietykalności cielesnej”. Obawiam się w związku z tym, że skoro tak, to Babcia Kasia będzie się teraz każdemu nadstawiała, żeby tylko naruszył jej nietykalność – bo 10 tysięcy złotych piechotą nie chodzi.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z samopomocową działalnością niezależnych mediów, w której oczywiście przoduje Judenrat „Gazety Wyborczej”, wierny leninowskim zasadom życia partyjnego, zwłaszcza na odcinku organizatorskiej funkcji prasy. Zręby rewolucyjnej teorii zawdzięczamy oczywiście „Drogiemu Bronisławowi”, który odkrył tak zwane „fakty prasowe”. Odkrycie to, jak wszystkie genialne odkrycia, są proste, jak budowa cepa. Najpierw Judenrat koncypuje jakiś „fakt” prasowy, który różni się od „faktu autentycznego” tym, że istnieje wyłącznie w wyobraźni ścisłego kierownictwa Judenratu, ale potem, to znaczy – po publikacji – zaczyna żyć własnym życiem, bo mikrocefale, stanowiący podstawową bazę czytelników żydowskiej gazety dla tubylczych Polaków, dopuszczają sobie ten fakt do głowy, myśląc, że to wszystko naprawdę. W rezultacie rozkręca się afera, która obrasta kolejnymi faktami prasowymi, a niekiedy nawet – tak zwanymi „odpryskowymi” procesami – bo co to komu szkodzi, że z faktów prasowych pożywią się też niezawisłe sądy?

No i właśnie mamy aferę w postaci „profanacji” pomnika w Jedwabnem. Jak wiadomo, w lipcu 1941 roku w tej miejscowości niemiecka Einsatzgruppe zagnała tamtejszych Żydów do stodoły, którą następnie oblała benzyną i podpaliła. Nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że Żydowie, którym zależało i nadal zależy na wyduszeniu z Polski szmalu pod pretekstem tak zwanych „roszczeń”, w ramach przyprawiania narodowi polskiemu odrażającego wizerunku narodu morderców, wpadli na pomysł, żeby o to morderstwo oskarżyć ludność polską. Ponieważ na obecnym etapie Żydowie ściśle koordynują swoją politykę historyczną z polityką historyczną niemiecką, to najpierw obstalowali u pana dra Jana Tomasza Grossa, który na tę okoliczność został natychmiast obcmokany jako „historyk” w dodatku – „światowej sławy” , książkę „Sąsiedzi”, która też została obcmokana przez Judenraty wszystkich krajów.

Pan minister sprawiedliwości Lech Kaczyński skwapliwie uwierzył jakiemuś rabinowi, że Żydowie swoich nieboszczyków nie ekshumują i wstrzymał ekshumację w Jedwabnem, dzięki czemu nie doszło do zdemaskowania fantasmagorii Jana Tomasza Grossa, który w ogóle przy pisaniu swojej książki wykorzystał nowatorską w historiografii metodę „objawienia”. Posłuszni funkcjonariusze IPN wersję o polskim autorstwie tej zbrodni przyklepali, a prezydent Aleksander Kwaśniewski ją uroczyście potwierdził, podczas hucpiarskiej uroczystości w Jedwabnem przepraszając „w imieniu narodu polskiego”. Mam nadzieję, że kiedyś odpowie za to łajdackie złamanie przysięgi prezydenckiej, której rota zawiera solenną obietnicę „niezłomnego strzeżenia godności narodu” – ale nie żydowskiego, tylko tubylczego. No i „fakt prasowy” poszedł w świat.

Jednak dwóch ludzi; pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer nie dali za wygraną i benedyktyńską pracą spenetrowali – jak było naprawdę – a swoje ustalenia zawarli w dwóch opasłych tomach, z których jeden zawiera opis wydarzenia, a drugi – drobiazgową dokumentację. Sprawa jest znana od wielu lat – ale Judenrat, a na jego rozkaz – żadna instytucja państwowa – nie przyjmują tego do wiadomości i po staremu forsują łgarstwo jedwabieńskie – bo interes w postaci obcinania kuponów od holokaustu ma taką specyfikę, że trzeba narodowi wytypowanemu na winowajcę zastępczego przyprawić odrażający wizerunek narodu morderców – a cóż nada się tu lepiej, jak nie „fakt prasowy”?

Stanisław Michalkiewicz

Walka o pokój i myślozbrodnia

Walka o pokój i myślozbrodnia

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    20 lipca 2025 micha

Po zarekomendowaniu amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla przez premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, jest szansa, że walka o pokój rozgorzeje ze zdwojoną siłą. Prezydent Donald Trump nie tylko naobiecywał Ukraińcom złote góry w postaci dostaw broni i amunicji, za którą zapłacić mają europejscy członkowie NATO, ale w dodatku oświadczył, że zimny ruski czekista Putin go „rozczarował”.

Rzeczywiście – zamiast od razu się posłuchać i bezwarunkowo zgodzić na zawieszenie broni, kombinuje, kręci i wysyła nad Ukrainę drony, od których giną cywile. Nic zatem dziwnego, że prezydent Trump stracił do niego cierpliwość i zapowiedział, że w poniedziałek, 14 lipca, pokaże mu ruski miesiąc. Tymczasem 14 lipca przypada we Francji rocznica rewolucji, podczas której w imię wolności, równości i braterstwa naród francuski zaczął się wzajemnie wyrzynać. W przeddzień tej rocznicy prezydent Macron wygłosił przemówienie do armii, w którym stwierdził, że wolność jest zagrożona. Nie wyjaśnił dokładnie – przez co, czy przez kogo, więc nie wiadomo, czy miał na myśli rozdętą biurokrację, czy może bisurmanów, którzy już pozbawili Francję suwerenności nad przedmieściami wielkich metropolii, czy wreszcie przez Putina, który – jak wiemy – jest dobry na wszystko, więc i na utratę wolności też.

Na tę ostatnią możliwość wskazywałaby teza, że niepodległość Francji związana jest z niepodległością Ukrainy – jak również ambitny program zbrojeniowy, który ma kosztować słodką Francję bajońskie sumy. Skąd te sumy zostaną wzięte – tego prezydent Macron też nie powiedział, chociaż jest to bardzo ciekawe w sytuacji, gdy dług publiczny Francji już dzisiaj przekroczył 3 biliony euro. Za to odwołał się do postawy konia Boksera z „Folwarku zwierzęcego” Jerzego Orwella. Jak pamiętamy, koń Bokser na wszelkie wątpliwości reagował postanowieniem: „będę więcej pracował”. Tedy prezydent Macron zapowiedział, że każdy musi więcej pracować, a poza tym – wykazać „siłę ducha”. Przypomina to trochę program marszałka Filipa Petaina z roku 1940 – że trzeba pracować – i zaklęcia wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera z 1945 roku, który też stawiał na „siłę ducha” – ale miejmy nadzieję, że prezydent Macron będzie miał więcej szczęścia, bo kadencja kończy mu się dopiero w 2029 roku.

Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju vaginet obywatela Tuska Donalda nie może doczekać się rekonstrukcji. Miała ona nastąpić już 15 lipca, ale na skutek zgrzytów w koalicji, spowodowanych m. in. ambicjami obywatela Hołowni Szymona, który dla Polski 2050 domagał się stanowiska wicepremiera, termin ten został przesunięty – jedni mówiąc, że do 22 lipca (dawniej E. Wedel), a inni – że jeszcze dalej. Dobrze to nie wygląda tym bardziej, że obywatel Hołownia Szymon odbył bliskie spotkanie III stopnia z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu obywatela Bielana Adama, gdzie w towarzystwie wicemarszałka Senatu, Michała Kamińskiego z PSL, prowadzili tajemnicze nocne rodaków rozmowy. Ogólnie chodziło o „ratowanie Polski” – ale co konkretnie uradzono w tej kwestii – tego nikt dokładnie nie wie.

Toteż obywatel Tusk Donald, najwyraźniej zirytowany tymi knowaniami, oświadczył był, że „ślubu nie braliśmy” – mając na myśli koalicję z obywatelem Hołownią Szymonem. Taka poważna zastawka ze strony obywatela Tuska może wskazywać, że liczy na wyciśnięcie samego Szymona Hołowni z Polski 2050, podczas gdy posłowie tej partii nadal wspieraliby jego vaginet. Jak tam będzie, tam tam będzie – ale na razie gruchnęła wieść, jakoby obywatel Tusk Donald proponował marszałkowi Hołowni „odwleczenie” zaprzysiężenia prezydenta-elekta Karola Nawrockiego, co marszałek Hołownia skwitował, że „jak chcecie robić zamach stanu, to bez nas”.

Te koalicyjne przepychanki odbywają się jednocześnie z realizowaniem przez vaginet „linii porozumienia i walki” na granicy polsko-niemieckiej, gdzie obywatel Tusk Donald w ramach porozumienia z Niemcami wprowadził „wyrywkowe kontrole” – ale tak, żeby nikomu, a zwłaszcza migrantom, nic się nie stało – no i „walkę” w patrolami Ruchu Obrony Granic. Odpryskowo obywatel Bodnar Adam, piastujący w vaginecie Tuska Donalda fuchę ministra sprawiedliwości odwiesił panu Robertowi Bąkiewiczowi, animatorowi Ruchu Obrony Granic karę 360 godzin prac społecznych, do czego dołożył obowiązek zapłacenia Babci Kasi za „naruszenie nietykalności cielesnej” 10 tysięcy złotych. Zapanowała w związku z tym panika, że teraz nie tylko Babcia Kasia, ale wszystkie Polskie Babcie będą każdemu się nadstawiały, żeby tylko naruszył im nietykalność, bo czasy są ciężkie, a już zwłaszcza takiej jednej z drugą Babci Polskiej 10 tysięcy złotych na pewno się przyda.

Wszystkie te wydarzenia zeszły jednak na plan dalszy w związku z myślozbrodnią, jakiej dopuścił się Grzegorz Braun wyrażając wątpliwości w kwestii Auszwicu, który – jak powszechnie wiadomo – jest fundamentem przemysłu holokaustu. Światem wstrząsnął dreszcz oburzenia i z wyrazami potępienia myślozbrodni oraz myślozbrodniarza pospieszyli nie tylko Żydowie, ale i hierarchowie katoliccy z J.Em. Grzegorzem kardynałem Rysiem, który dał do zrozumienia, że godzenie w przemysł holokaustu jest grzechem, a taki grzesznik będzie miał przechlapane nie tylko na tym świecie, ale i na tamtym.

Myślozbrodnię potępił zarówno obywatel Tusk Donald, jak i Książę-Małżonek, a także Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław, politykowie Konfederacji oraz pan prezydent Andrzej Duda. Z tego powodu uznałem tę myślozbrodnię za rodzaj błogosławionej winy, która stwarza szansę nie tylko na głębokie przemiany ekumeniczne, ale również – na proklamowanie zgodny narodowej w naszym nieszczęśliwym kraju – jednak pod warunkiem, że Grzegorz Braun zostanie na podstawie przyjętej przez Sejm przez aklamację i w podskokach podpisanej przez prezydenta Dudę ustawy incydentalnej, skazany na śmierć przez zagazowanie czadem w komorze gazowej obozu koncentracyjnego na Majdanku w Lublinie.

Za okupacji kurki od butli z czadem odkręcał tam dyżurny SS-man, obserwując skutki przez zakratowane okienko. Teraz – i to jest istota mego pomysłu racjonalizatorskiego – kurki mogłyby odkręcać parami osobistości, które Grzegorza Brauna pryncypialnie potępiły. A więc w pierwszej parze J. Em. Grzegorz kardynał Ryś z Naczelnym Rabinem RP, panem Schudrichem, z drugiej parze – obywatel Tusk Donald z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim, w parze trzeciej – pan prezydent Andrzej Duda z premierem Beniaminem Netanjahu – i tak dalej – aż do wyczerpania kolejki chętnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Pokojowy Nobel dla Trumpa i Netanjahu

Pokojowy Nobel dla Trumpa i Netanjahu

Stanisław Michalkiewicz Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    19 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5861

Jeszcze za głębokiej komuny do Radia Erewań zadzwonił zaniepokojony słuchacz z zapytaniem, czy będzie wojna. Radio Erewań odpowiedziało, że wojny oczywiście nie będzie, natomiast rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Coś może być na rzeczy, bo nawet święty Paweł, który – jako odwrócony żydowski ubek, coś tam przecież też musiał wiedzieć – w liście do Tessaloniczan zamieścił przestrogę, że gdy wszyscy będą powtarzać: „pokój i bezpieczeństwo” – przyjdzie na nich zagłada. Radio Erewań naprawdę musiały tedy wspierać jakieś proroctwa – bo czy ktoś słyszał dzisiaj o jakiejś wojnie?

Wprawdzie ukraińska – a za nią, jak za panią matką również tubylcza propaganda, to znaczy – funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu – powtarzają, że na Ukrainie toczy się „wojna”, ale to też nie jest żadna „wojna” tylko – jak zadekretował rosyjski prezydent Putin – „wojskowa operacja specjalna”. Ostatnią wojną, która była tak po staremu nazwana, była wojna w Wietnamie, do której jeszcze wrócimy – a już potem żadnej wojny nie było. Na przykład w Iraku i Afganistanie nie toczyła się żadna „wojna”, tylko prowadzona była „operacja pokojowa”, albo „misja stabilizacyjna”.

Zresztą co było celem wojen, wtedy, kiedy jeszcze się toczyły? Celem każdej wojny jest pokój – co zresztą przewidzieli już starożytni Rzymianie, którzy na każdą okoliczność komponowali na poczekaniu jakąś pełną mądrości sentencję. W sprawie wojny też; si vis pacem para bellum – co się wykłada, że jeśli chcesz pokoju, szykuj wojnę. I słusznie – bo czy ktoś kiedykolwiek słyszał, by jakaś wojna – wtedy, kiedy jeszcze się toczyły – nie prowadzona była o pokój? Czy ktokolwiek słyszał, by jakaś wojna toczyła się o wojnę? Takiego człowieka na świecie szczęśliwie nie ma i dlatego niepodobna odmówić przenikliwości klasykowi demokracji Józefowi Stalinowi, co to – podobnie jak Radio Erewań – przewidział, że w przyszłości nie będzie żadnych wojen, tylko właśnie – walka o pokój.

To głosiły między innymi ówczesne pieśni masowe, jak na przykład ta, że „przez walczące krainy idą chłopcy, dziewczyny, idą silni, promienni, odważni. Stań razem z nami, dotrzymaj kroku, splata nam ręce, braterska pieśń. Wygramy walkę o trwały pokój. Wrogom wolności wzniesiona pięść!” Kiedy zaś była mowa o „wrogach wolności”, to nie chodziło ani o NKWD, ani o Informację Wojskową, tylko o amerykańskich imperialistów. Jak ktoś nie wierzy, to niech zapyta pana redaktora Michnika, który w tamtych czasach nie tylko sam w to wierzył, ale za pośrednictwem drużyn walterowskich, stręczył to stalinowskie wyznanie wszystkim innym, podobnie jak i teraz – tylko oczywiście zgodnie z aktualną mądrością etapu.

Zebrało mi się na te wspominki na wiadomość, że podczas ostatniej swojej inspekcji w Stanach Zjednoczonych, dokąd, zdaje się, przybył wraz z żoną, którą korespondent „Najwyższego Czasu” w Tel Aviwie, Kataw Zar, uporczywie nazywał „sekutnicą Sarą”, premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu, w ramach nagrody pocieszenia dla amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, którego wcześniej, na oczach całego świata, zmłotował do zbombardowania złowrogiego Iranu, przekazał mu kopię nominacji do Pokojowej Nagrody Nobla, którą wcześniej wysłał pod wskazany adres.

Prezydent Donald Trump, o którym eksperci powiadają, że o niczym innym tak nie marzy, jak o Pokojowej Nagrodzie Nobla, sprawiał wrażenie, jakby go ktoś na sto komi wsadził i zaraz nabrał wigoru. Wcześniej bowiem gruchnęła wieść, że USA wstrzymują dostawy broni i amunicji na Ukrainę, co ogromnie zasmuciło tamtejszego prezydenta Zełeńskiego i wywołało zaniepokojenie w naszym nieszczęśliwym kraju – że jak tak, to prezydent Trump nakaże uruchomić procedury, w celu zmuszenia Polski do sfinansowania dostaw broni i amunicji na Ukrainę, w ramach realizacji tak zwanych „roszczeń”, wynikających z ustawy nr 447.

Kiedy jednak Beniamin Netanjahu wręczył prezydentu Donaldu Trumpu kopię wspomnianej nominacji, okazało się, że prezydent Trump nic nie wiedział o żadnym wstrzymaniu dostaw broni i amunicji na Ukrainę, że decyzję w tej sprawie – o ile w ogóle zapadła jakaś decyzja – musiał chyba podjąć ktoś zupełnie inny. Mało tego; po rozmowie z prezydentem Zełeńskim, prezydent Trump zadeklarował wysłanie na Ukrainę kolejnych transportów broni „defensywnej” – żeby miała czym się bronić. Jak tylko prezydent Zełeński to usłyszał, zaraz nakazał uderzyć na Kursk – bo wiadomo, że nie ma lepszej metody obrony, jak atak. Słowem – walka o pokój rozgorzała ze zdwojoną siłą, więc nie ulega wątpliwości, że prezydent Trump Pokojową Nagrodę Nobla ma już w kieszeni.

No dobrze – ale przecież i premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela walczy o pokój np. w Strefie Gazy jeszcze bardziej zażarcie, niż prezydent Donald Trump. Chyba zatem nie okaże się on niewdzięcznikiem i skoro Beniamin Netanahu rekomendował go do Pokojowej Nagrody Nobla, to wypadałoby chyba, by i prezydent Donald Trump w rewanżu rekomendował do Pokojowej Nagrody Nobla również Beniamina Netanjahu. Wprawdzie prezydent Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla w całości – no ale on akurat prowadził wtedy nie tylko „operację pokojową”, ale w dodatku – „misję stabilizacyjną”, więc słusznie należała mu się cała Nagroda. W dodatku wyłożył 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, dzięki czemu również ten kraj dostąpił zaszczytu walki o pokój do ostatniego Ukraińca.

W przypadku, gdyby prezydent Trump zarekomendował do Pokojowej Nagrody Nobla premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, to musiałby dzielić tę Nagrodę ex aequo z nim. Nie byłby to precedens, bo w roku 1973 Pokojową Nagrodą Nobla podzielili się dwaj Laureaci. Jednym z nich był doradca prezydenta Ryszarda Nixona do spraw bezpieczeństwa Henry Kissinger, a drugim – wietnamski generał Le Duc Tho. To znaczy – nie podzielili się, bo wprawdzie Pokojową Nagrodę Nobla otrzymali obydwaj za doprowadzenie do zawieszenia broni – ale Le Duc Tho odmówił jej przyjęcia dowodząc, że pokój jeszcze nie został osiągnięty. Pokój bowiem został osiągnięty dopiero w roku 1975, kiedy to armia Wietnamu Północnego pod komendą Le Duc Tho podbiła Wietnam Południowy i nastąpiło zjednoczenie, a potem – „krwawa łaźnia”.

Beniamin Netanjahu pewnie by ze swojej części Pokojowej Nagrody Nobla nie zrezygnował, ale dla prezydenta Trumpa to nie byłaby przecież żadna przeszkoda, bo wiadomo, że na biednego nie trafiło. Zatem zastygamy w oczekiwaniu na rewanżowy gest ze strony amerykańskiego prezydenta i na decyzję Komitetu, bo jak już nagradzać za walkę o pokój, to nagradzać.

Stanisław Michalkiewicz

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    17 lipca 2025 micha

Pan prof. Śpiewak, podobnie jak inni liczni Żydowie; twierdził, że „żydokomuna” nie istnieje. Jeszcze dalej szedł w zaparte prezes warszawskiego Judenratu, obywatel redaktor Michnik Adam, który twierdził, że nie tylko żydokomuny, ale nawet Żydów w Polsce „nie ma”. Podobnie „nie ma” Wojskowych Służb Informacyjnych, ani izraelskiej broni jądrowej. Jak wiadomo cały świat wie, że Izrael ma arsenał nuklearny, szacowany przez Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem na 90 głowic – no ale wszyscy udają, że wierzą w te zaprzeczenia, co moim zdaniem stanowi dodatkową poszlakę, iż świat traktuje Żydów jako Herrenvolk, czyli naród panów.

Moim zdaniem taka oficjalna, a nawet ostentacyjna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności, a skoro tak, to trudno się dziwić, że w pewnych sytuacjach szydło wyłazi jednak z worka. W ogóle to w opinii, jakoby żydokomuma nie istniała, nie ma logiki, podobnie jak w przypadku Aaronka, co to chodził sobie podczas lekcji po szkolnym boisku. Kiedy dyrektor surowym tonem spytał go, dlaczego nie jest na lekcji, odparł, że dlatego, iż „logiki nie ma” – Jak to”logiki nie ma” – zainteresował się dyrektor. – Już wyjaśniam – powiada Aaronek. – Ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy. Teraz oni tam siedzą, a ja chodzę po świeżym powietrzu.

Ta anegdotka była bardzo popularna w Polsce w roku 1968, kiedy to Żydowie masowo opuszczali cudny raj, w którym wcześniej nieźle nasmrodzili, jako uczestnicy aparatu terroru i aparatu partyjnego, udając się na świeże powietrze, czyli Zachód. Wbrew bredniom powtarzanym przez pana prezydenta Dudę, nikt ich do tych wyjazdów nie „zmuszał”. Opuszczali cudny raj z radością – a kto nie chciał, ten zostawał. W jaki sposób w przeciwnym razie, w Polsce znalazłby się „Drogi Bronisław”, czy choćby pan red. Adam Michnik?

Od strony logicznej z żydokomuną jest tak, że mamy dwa kręgi: jeden – to Żydowie, a drugi – to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą, a to miejsce, gdzie zachodzą, to właśnie żydokomuna.

Więc chociaż jest rozkaz, że żydokomuny „nie ma”, to niekiedy manifestuje ona swoja obecność w sposób nieoczekiwany. I właśnie tak się stało za sprawą pani Rigamonti, która przeprowadziła rozmowę jednocześnie z obywatelem Kwaśniewskim Aleksandrem i panem redaktorem Michnikiem Adamem , szefem warszawskiego Judenratu. Akeksander Kwaśniewski, jak wiadomo, jest wybitnym przedstawicielem „komuny”. Wprawdzie teraz obrzezał się na socjaldemokratę, ale – jak wiadomo – żywotne soki czerpie mnóstwem korzonków a krwawej, gnilnej masy, w jaką jego poprzednicy, np. Edmund Kwasek, przerobili polskich patriotów. Aleksander Kwaśniewski pozuje na Europejczyka, mówi językami, nosi garnitury i w ogóle – ale tych korzonków nie przecina. W myśl przysłowia, że pokorne cielę dwie matki ssie – wyssał wszystko, co tylko mógł, z „komuny”, a teraz wysysa, co tylko może z „demokracji”.

Pewnej części gawiedzi takie ssaki szalenie imponują i tym właśnie tłumaczę sobie okoliczność, że Aleksander Kwaśniewski został bez żadnego przymusu wybrany na prezydenta Polski na dwie kadencje. Więc Aleksander Kwaśniewski, niezależnie od kostiumów, w jakie akurat się drapuje, jest przedstawicielem „komuny”, zaś pan red. Adam Michnik, jako przewodniczący tubylczego Judenratu, reprezentuje Żydów, których, jak wiadomo, „nie ma”. Pani Rigamonti, kumulując ich odpowiedzi, być może bezwiednie, prezentuje nam punkt widzenia żydokomuny.

Pretekstem do rozmowy jest zaniepokojenie, jakie żydokomuna odczuwa w związku z wynikiem wyborów prezydenckich. Pan red. Adam Michnik, najwyraźniej świadomy, że nie ma w Polsce żadnego niezawisłego sądu, który ośmieliłby się go skazać, twierdzi, że wybory wygrał „łobuz” i że „pół Polski poszło złą drogą”. Wiadomo bowiem, że dobra droga, to ta, którą mniej wartościowemu narodowi tubylczemu wskazuje Judenrat. „Najlepsza droga dobra – ZMP!” – śpiewały Judenraty w czasach stalinowskich. Z kolei Kwaśniewski Aleksander martwi się, że jak mniej wartościowy naród tubylczy nadal będzie podążał złą drogą, to znaczy – drogą inną, niż mu wskaże Judenrat – to „może być droga do zniweczenia tego wszystkiego, co w sensie ustrojowym, demokratycznym, osiągnęliśmy od 1989 roku.” Najwyraźniej Kwaśniewski Aleksander przestaje w tym momencie panować nad zaimkami, wskutek czego zaczyna być podobny do idioty, któremu wystarczy tylko pozwolić mówić, a sam się sypnie.

Bo zastanówmy się – co Aleksander Kwaśniewski i jemu podobni bezpieczniaccy konfidenci, pieszczochy komuny, osiągnęli „ustrojowo” po 1989 roku. Po pierwsze – bezkarność, dzięki czemu nie ponieśli żadnych konsekwencji za udział w uwłaszczeniu nomenklatury, które – jak wiadomo – odbywało się poprzez rozkradanie majątku państwowego. Czyż nie z obawy przed jakimiś śmierdzącymi dmuchami, Aleksander Kwaśniewski, już jako prezydent, zagroził „lustracją totalną” jeśli tylko ukaże się chociaż jedno słowo, jak to PZPR kradła waluty obce z PEWEXU i lokowała je w szwajcarskim Sezamie? Jak pamiętamy, następnego dnia to tej groźbie Jacek Kuroń i Karol Modzelewski (znowu żydokomuna) napisali do niego list w tonie: już się nie kłóćmy, już się pogódźmy, niech tylko Oleksy poda się do dymisji – i końce w wodę.

No a „matka wszystkich afer”, czyli FOZZ? Zakończyła się wesołym oberkiem, podobnie jak wiele innych.

Ale bezkarność, to tylko jedno z „osiągnięć”. Drugim, jeszcze większym „ustrojowym” osiągnięciem żydokomuny po 1989 roku, było zbudowanie w Polsce kapitalizmu kompradorskiego. Kapitalizm kompradorski różni się od zwyczajnego kapitalizmu tym, że o ile w zwyczajnym kapitalizmie o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decydują w zasadzie zalety człowieka działającego – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka i czy ma szczęście – to w kapitalizmie kompradorskim o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem jest to samo, co i za komuny było najtwardszym jądrem systemu – czyli bezpieka.

Ponieważ większość społeczeństwa do sitwesów nie należy, musi zostać wyrzucona poza główny nurt życia gospodarczego, zarezerwowanego dla sitwy (sektor finansowy, paliwowy, energetyczny i podobne „strategiczne”) na obrzeża, gdzie może sobie wydłubywać kit z okien. Wskutek tego jednak narodowy potencjał gospodarczy jest zablokowany.

Czego zatem żydokomuna się boi, dlaczego krzyczy: „gewałt!?” Ano – z obawy, że jeśli większość narodu się zorientuje i przestanie słuchać Judenratu, to rzeczywiście – sitwesowie mogą stracić „zdobycze”, które sobie prawem kaduka przywłaszczyli po roku 1989.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Salon uderza. Niemcy i Żydowie mobilizują

Salon uderza. Niemcy i Żydowie mobilizują

17.07.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/07/17/salon-uderza-niemcy-i-zydowie-mobilizuja/

Stanisław Michalkiewicz. / Foto: PAP
Stanisław Michalkiewicz. / Foto: PAP

Obywatel Tusk Donald najwyraźniej wystraszony spadającym poparciem dla Volksdeutsche Partei oświadczył, że od 7 lipca przywraca kontrolę na granicy polsko-niemieckiej i polsko-litewskiej, a nawet – że wypowie konwencję ottawską, zakazującą produkcji, magazynowania i stosowania min przeciwpiechotnych, bo zamierza zaminować granicę polsko-białoruską. W odróżnieniu od kampanii prezydenckiej w Polsce, kiedy to Reichsführerin Urszula Wodęleje i niemiecki rząd udzieliły obywatelu Tusku Donaldu dyspensy na rozmaite myślozbrodnie, żeby tylko wybory wygrał obywatel Trzaskowski Rafał z korzeniami, tym razem nie było słychać o żadnych dyspensach.

Przeciwnie – z niemieckich czeluści zaczęły dobiegać pomruki, że co do tego całego Tuska tośmy się chyba pomylili, bo nie tylko przerżnął wybory prezydenckie, ale w dodatku nie potrafi spacyfikować Ruchu Obrony Granic, którego uczestnicy, biorąc sprawę ochrony granicy polsko-niemieckiej w swoje ręce, zaczęli utrudniać niemieckiej policji przerzucanie do Polski migrantów, których Niemcy chcieli się pozbyć.

Procedura – o ile można tu mówić o jakiejś procedurze – polegała na tym, że patrol niemieckiej policji wjeżdżał na terytorium Polski z migrantami, po czym zostawiał ich tak, jak stali, bez dokumentów i w ogóle – bez niczego. Polska Straż Graniczna, o ile ośmieliła się taki incydent zauważyć, to musiała tych migrantów zawieźć potem do jakiegoś ośrodka integracji cudzoziemców, gdzie delikwenci byli zakwaterowani, otrzymywali wikt i opierunek, a podobno nawet – kieszonkowe. W tej sytuacji nietrudno było zmobilizować mieszkańców przygranicznych okolic, by nie tylko wsparli Straż Graniczną, ale też przysporzyli poparcia opozycji, to znaczy – PiS-owi i Konfederacji – bo nie ma takiej rzeczy, z której nie można by wycisnąć korzyści politycznych. Toteż twarzą Ruchu Obrony Granic został pan Robert Bąkiewicz, co stało się przyczyną odkurzenia przez obywatela Tuska Donalda tak zwanej „linii porozumienia i walki”, którą generał Wojciech Jaruzelski proklamował był w latach 80.

Rys historyczny

Linia porozumienia i walki polegała na tym, że bezpieka cywilna i wojskowa, która do połowy lat 80. zgodnie i w harmonii administrowała stanem wojennym i w ogóle – całym naszym bantustanem – aż do 1984 roku, kiedy to w ramach wojny bezpieki cywilnej z wojskową zamordowany został ks. Jerzy Popiełuszko, a w rezultacie – w maju 1985 roku zdymisjonowany został ze wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych, to znaczy – z członka Biura Politycznego KC i ministra spraw wewnętrznych – generał Mirosław Milewski. W rezultacie SB została rozgromiona, a zadanie przeprowadzenia transformacji ustrojowej w naszym bantustanie zostało przejęte przez wywiad wojskowy.

Wykonując ustalenia poczynione przez Amerykanów i Sowieciarzy – konkretnie przez Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, szefa sowieckiej KGB, tubylczy wywiad wojskowy nawiązywał kontakty z przebywającą w „opozycji demokratycznej” tak zwaną „lewicą laicką”, czyli dawnymi stalinowcami w rodzaju Jacka Kuronia, żeby wokół nich zbudować „reprezentację społeczeństwa”, złożoną albo z konfidentów – jak np. Kukuniek – albo z pożytecznych idiotów – jak np. znany z „postawy służebnej” Tadeusz Mazowiecki. Z tymi środowiskami miało być „porozumienie”, natomiast „ekstremie” wywiad wojskowy wydał nieubłaganą walkę.

W rezultacie tej operacji wyłoniona została reprezentacja „społeczeństwa”, złożona z konfidentów oraz pożytecznych idiotów, z którą wywiad wojskowy, nazwany na tę okoliczność „stroną rządową”, zaaranżował widowisko telewizyjne pod tytułem „obrady okrągłego stołu” i podzielił się władzą nad mniej wartościowym narodem tubylczym, któremu powiedziano, że właśnie wyzwolił się od komunizmu. Jak pamiętamy, symbolem „upadku komunizmu” było powierzenie przywódcy tych „upadłych” komunistów – generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu – stanowiska prezydenta „wolnej Polski”.

Taktyka Tuska

Toteż spanikowany spadającymi słupkami sondaży, a zwłaszcza pomrukami dochodzącymi z niemieckich czeluści, obywatel Tusk Donald najwyraźniej przypomniał sobie „linię porozumienia i walki”, modyfikując ją stosownie do sytuacji. „Porozumienie” przeznaczone jest dla Niemiec – bo nikt przytomny w Polsce chyba nie uważa, że obywatel Tusk Donald, z którego Niemcy zrobili człowieka, kiedykolwiek ośmieli się kąsać rękę, która przywiodła go na stanowisko szefa tubylczego vaginetu. Takiego człowieka szczęśliwie w Polsce nie ma, co oznacza, że nasz mniej wartościowy naród tubylczy jeszcze nie utracił do końca poczucia rzeczywistości. No dobrze – więc wprawdzie obywatel Tusk Donald próbuje zamarkować „walkę” z Niemcami, ale tak naprawdę – liczy na to, iż Niemcy nie będą zachowywać się aż tak bezczelnie – i tego dotyczy ewentualne „porozumienie” – natomiast w stosunku do obywateli, którzy bez inspiracji starych kiejkutów czy ABW przyłączyli się do Ruchu Obrony Granic, wydał nieubłaganą „walkę”.

Gdyby na fasadzie Ruchu Obrony Granic znalazł się jakiś jegomość z Komitetu Obrony Demokracji czy pani Marta Lempart ze Strajku Kobiet, co to kazałaby migrantom „wypierdalać”, a w ostateczności – nawet Babcia Kasia – to obywatel Tusk Donald żadnej wojny by temu ruchowi nie wypowiadał, pamiętając o „aferze hazardowej”, która o mały włos nie wysadziła go w powietrze. Skoro jednak tak się złożyło, że twarzą tego Ruchu stał się pan Robert Bąkiewicz, to obywatel Tusk Donald wie, że wydanie mu wojny jest całkowicie bezpieczne, bo będzie miał za sobą nie tylko Niemców, ale i tubylcze stare kiejkuty oraz abewiaków. Niemcy bowiem nie życzą sobie, by w bantustanie, właśnie szykowanym do przekształcenia w Generalną Gubernię, pojawiały się jakieś „ruchy obywatelskie”, a na podobnie nieubłaganym stanowisku stoją tubylcze bezpieczniackie watahy, dla których wszelkie niekontrolowane przez bezpiekę inicjatywy są traktowane jako zagrożenie dla „demokracji”, czyli kapitalizmu kompradorskiego, z którego bezpieka ciągnie grubą rentę.

Mobilizacja

Ale nie tylko obywatel Tusk Donald i jego faktotum, czyli pan minister Tomasz Siemoniak, sprawiający na pierwszy rzut oka wrażenie typowego człowieka niezdolnego – ale być może taki właśnie jest i obywatelu Tusku i niemieckiej BND u nas potrzebny – włączył się do wojny z Ruchem Obrony Granic. O głębokości i skali mobilizacji świadczy wystąpienie obywatela Terlikowskiego Tomasza. Jak wiadomo, obywatel Terlikowski Tomasz jest tak zwanym „katolikiem zawodowym”, a przy tym „filozofem” – chociaż nie takim tęgim jak Wasilij Wasilijewicz Dokuczajew, „filozof gleboznawca, społecznik i demokrata”, o którym rozpisywał się „Mały Słownik Filozoficzny Akademii Nauk ZSRR” z 1953 roku – który dorabia sobie na bułeczkę i masełko w rozmaitych postępowych rozgłośniach, gdzie przynajmniej od czasu do czasu musi zapalać ogarek diabłu. Otóż obywatel Terlikowski Tomasz w przystępie fali miłości bliźniego oświadczył, że policja powinna wszystkich tych uczestników Ruchu Obrony Granic „skuć”, a następnie – „wywieźć”. Obywatel Terlikowski Tomasz wprawdzie taktownie powstrzymał się od wskazania kierunku, w którym trzeba by tych wszystkich delikwentów „wywieźć”, ale i bez tego możemy się domyślić, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które – tylko patrzeć – jak będą musiały zostać ponownie wyremontowane i uruchomione – żeby w Generalnej Guberni osoby dokonujące tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy, mogły zostać potraktowane zgodnie z przeznaczeniem.

Okazało się jednak, że obywatel Terlikowski Tomasz był tylko zwiastunem głównego uderzenia, którego właśnie dokonała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Wyraziła ona właśnie „kategoryczny sprzeciw” wobec działań podejmowanych przez „samozwańcze” grupy „obrońców granic”. Zaapelowała do premiera i ministra sprawiedliwości z czarnym podniebieniem obywatela Bodnara Adama o „natychmiastową reakcję” i „ukrócenie” takich inicjatyw. Trzeba nam wiedzieć, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka dostaje regularny jurgielt od starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który od lat pozostaje w awangardzie promotorów rewolucji komunistycznej w Europie i Ameryce Północnej.

Jednym z narzędzi tej rewolucji jest zalanie Europy i Ameryki masą ludności murzyńskiej i azjatyckiej, żeby w ten sposób doprowadzić do całkowitego rozwodnienia, a w konsekwencji – likwidacji historycznych narodów europejskich – żeby przekształcić je w tak zwany „nawóz historii”. Pisał o tym jeszcze w 1923 roku Ryszard de Coudenhove-Kalergi w książce „Europa – mocarstwo światowe”, a w roku 1947, również świątek brukselski Altiero Spinelli, według którego historyczne narody europejskie trzeba „zlikwidować”, jako że świat miał z nich powodu tylko same zgryzoty.

Nie chodzi oczywiście o fizyczną eksterminację, tylko o przerobienie na „nawóz historii”, nad którym Żydowie nie tylko roztoczą swoją kuratelę, ale będą mieli komu pożyczać pieniądze na procent. Skoro grandziarz daje forsę, skoro płaci – to i wymaga – więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka, posłusznie zareagowała na dźwięk znajomej trąbki – bo na obecnym etapie Żydowie ściśle koordynują nie tylko historyczną, ale i każdą inną politykę z Niemcami, więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja pryncypialnie zwalcza każdą inicjatywę skierowaną przeciwko interesom niemieckim. Żeby było śmieszniej, „na co dzień” Helsińska Fundacja Praw Człowieka wychwala pod niebiosa „społeczeństwo obywatelskie”, oparte o samoorganizację. Najwyraźniej jednak nie każda samoorganizacja jest godna pochwały.

Która zatem jest godna, a która nie? To proste, jak budowa cepa; ta, która na obecnym etapie odpowiada Żydom albo Niemcom jest godna pochwały, a tę, która ani jednym, ani drugim na obecnym etapie nie odpowiada – pryncypialnie potępiamy.

W tej sytuacji, żeby cnota nie pozostała bez nagrody, trzeba by opublikować nazwiska luminarzy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – żebyśmy wiedzieli, komu objawić naszą wdzięczność.

Oto zarząd: Maciej Nowicki – prezes, Piotr Kładoczny – wiceprezes, Małgorzata Szuleka – sekretarz, Aleksandra Iwanowska – członek i Marcin Wolny – skarbnik. A oto Rada: Danuta Przywara – przewodnicząca, Henryka Bochniarz, Ireneusz Cezary Kamiński, Andrzej Rzepliński, Wojciech Sadurski, Witolda Ewa Woydyłło-Osiatyńska i Mirosław Wyrzykowski – w swoim czasie wykładowca w szkole milicji i SB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie, potem wypromował na uczonego doktora p. Adama Bodnara i Wielce Czcigodnego Krzysztofa Śmieszka – członkowie.

Jeśli chodzi o panów Andrzeja Rzeplińskiego czy Wojciecha Sadurskiego, to to i owo wiadomo. Pan Rzepliński zasłynął z opinii, że tortury są dobrą metodą na poznanie prawdy – za co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem „Starszego Torturanta”. Pan prof. Wojciech Sadurski jest chlubą światowej jurysprudencji, a ostatnio wykombinował, jakby tu jednak zapobiec objęciu urzędu prezydenta przez znienawidzonego obywatela Nawrockiego Karola. Inni – jak np. prezes fundacji, pan Nowicki – nie są aż tak znani, ale też są zdolni – podobno nawet do wszystkiego. No i właśnie możemy się o tym przekonać.

Niemcy i Żydowie mobilizują

Niemcy i Żydowie mobilizują

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    15 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5859

Obywatel Tusk Donald, najwyraźniej wystraszony spadającym poparciem dla Volksdeutsche Partei, oświadczył, że od 7 lipca przywraca kontrolę na granicy polsko-niemieckiej i polsko-litewskiej, a nawet – że wypowie konwencję ottawską, zakazującą produkcji, magazynowania i stosowania min przeciwpiechotnych, bo zamierza zaminować granicę polsko-białoruską. W odróżnieniu od kampanii prezydenckiej w Polsce, kiedy to Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje i niemiecki rząd udzieliły obywatelu Tusku Donaldu dyspensy na rozmaite myślozbrodnie żeby tylko wybory wygrał obywatel Trzaskowski Rafał z korzeniami, tym razem nie było słychać o żadnych dyspensach. Przeciwnie – z niemieckich czeluści zaczęły dobiegać pomruki, że co do tego całego Tuska tośmy się chyba pomylili, bo nie tylko przerżnął wybory prezydenckie, ale w dodatku nie potrafi spacyfikować Ruchu Obrony Granic, którego uczestnicy, biorąc sprawę ochrony granicy polsko-niemieckiej w swoje ręce, zaczęli utrudniać niemieckiej policji przerzucanie do Polski migrantów, których Niemcy chcieli się pozbyć.

Procedura – o ile można tu mówić o jakiejś procedurze – polegała na tym, że patrol niemieckiej policji wjeżdżał na terytorium Polski z migrantami, po czym zostawiał ich tak, jak stali, bez dokumentów i w ogóle – bez niczego. Polska Straż Graniczna, o ile ośmieliła się taki incydent zauważyć, to musiała tych migrantów zawieźć potem do jakiegoś ośrodka integracji cudzoziemców, gdzie delikwenci byli zakwaterowani, otrzymywali wikt i opierunek, a podobno nawet – kieszonkowe. W tej sytuacji nietrudno było zmobilizować mieszkańców przygranicznych okolic, by nie tylko wsparli Straż Graniczną, ale też przysporzyli poparcia opozycji, to znaczy – PiS–owi i Konfederacji – bo nie ma takiej rzeczy, z której nie można by wycisnąć korzyści politycznych. Toteż twarzą Ruchu Obrony Granic został pan Robert Bąkiewicz, co stało się przyczyną odkurzenia przez obywatela Tuska Donalda tak zwanej „linii porozumienia i walki”, którą generał Wojciech Jaruzelski proklamował był w latach 80-tych.

Linia porozumienia i walki polegała na tym, że bezpieka cywilna i wojskowa, która do połowy lat 80-tych zgodnie i w harmonii administrowała stanem wojennym i w ogóle – całym naszym bantustanem – aż do 1984 roku, kiedy to w ramach wojny bezpieki cywilnej z wojskową, zamordowany został ks. Jerzy Popiełuszko, a w rezultacie – w maju 1985 roku zdymisjonowany został ze wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych, to znaczy – z członka Biura Politycznego KC i ministra spraw wewnętrznych – generał Mirosław Milewski.

W rezultacie SB została rozgromiona, a zadanie przeprowadzenia transformacji ustrojowej w naszym bantustanie zostało przejęte przez wywiad wojskowy. Wykonując ustalenia poczynione przez Amerykanów i Sowieciarzy – konkretnie przez Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, szefa sowieckiej KGB, tubylczy wywiad wojskowy nawiązywał kontakty z przebywającą w „opozycji demokratycznej” tak zwaną „lewicą laicką”, czyli dawnymi stalinowcami w rodzaju Jacka Kuronia, żeby wokół nich zbudować „reprezentację społeczeństwa”, złożoną albo z konfidentów – jak np. Kukuniek – albo z pożytecznych idiotów – jak np. znany z „postawy służebnej” Tadeusz Mazowiecki.

Z tymi środowiskami miało być „porozumienie”, natomiast „ekstremie” wywiad wojskowy wydał nieubłaganą walkę. W rezultacie tej operacji wyłoniona została reprezentacja „społeczeństwa”, złożona z konfidentów oraz pożytecznych idiotów, z którą wywiad wojskowy, nazwany na tę okoliczność „stroną rządową” , zaaranżował widowisko telewizyjne pod tytułem „obrady okrągłego stołu” i podzielił się władzą nad mniej wartościowym narodem tubylczym, któremu powiedziano, że właśnie wyzwolił się od komunizmu. Jak pamiętamy, symbolem „upadku komunizmu” było powierzenie przywódcy tych „upadłych” komunistów, generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, stanowiska prezydenta „wolnej Polski”.

Toteż spanikowany spadającymi słupkami sondaży, a zwłaszcza pomrukami dochodzącymi z niemieckich czeluści, obywatel Tusk Donald najwyraźniej przypomniał sobie „linię porozumienia i walki”, modyfikując ją stosownie do sytuacji. „Porozumienie” przeznaczone jest dla Niemiec – bo nikt przytomny w Polsce chyba nie uważa, że obywatel Tusk Donald, z którego Niemcy zrobili człowieka, kiedykolwiek ośmieli się kąsać rękę, która przywiodła go na stanowisko szefa tubylczego vaginetu. Takiego człowieka szczęśliwie w Polsce nie ma, co oznacza, że nasz mniej wartościowy naród tubylczy jeszcze nie utracił do końca poczucia rzeczywistości. No dobrze – więc wprawdzie obywatel Tusk Donald próbuje zamarkować „walkę” z Niemcami, ale tak naprawdę – liczy na to, iż Niemcy nie będą zachowywać się aż tak bezczelnie – i tego dotyczy ewentualne „porozumienie” – natomiast w stosunku do obywateli, którzy bez inspiracji starych kiejkutów, czy ABW przyłączyli się do Ruchu Obrony Granic, wydał nieubłaganą „walkę”.

Gdyby na fasadzie Ruchu Obrony Granic znalazł się jakiś jegomość z Komitetu Obrony Demokracji, czy pani Marta Lempart ze Strajku Kobiet, co to kazałaby migrantom „wypierdalać”, a w ostateczności – nawet Babcia Kasia – to obywatel Tusk Donald żadnej wojny by temu ruchowi nie wypowiadał, pamiętając o „aferze hazardowej”, która o mały włos nie wysadziła go w powietrze. Skoro jednak tak się złożyło, że twarzą tego Ruchu stał się pan Robert Bąkiewicz, to obywatel Tusk Donald wie, że wydanie mu wojny jest całkowicie bezpieczne, bo będzie miał za sobą nie tylko Niemców, ale i tubylcze stare kiejkuty oraz abewiaków. Niemcy bowiem nie życzą sobie, by w bantustanie, właśnie szykowanym do przekształcenia w Generalną Gubernię, pojawiały się jakieś „ruchy obywatelskie”, a na podobnie nieubłaganym stanowisku stoją tubylcze bezpieczniackie watahy, dla których wszelkie niekontrolowane przez bezpiekę inicjatywy są traktowane jako zagrożenie dla „demokracji”, czyli kapitalizmu kompradorskiego, z którego bezpieka ciągnie grubą rentę.

Ale nie tylko obywatel Tusk Donald i jego faktotum, czyli pan minister Tomasz Siemoniak, sprawiający na pierwszy rzut oka wrażenie typowego człowieka niezdolnego – ale być może taki właśnie jest i obywatelu Tusku i niemieckiej BND u nas potrzebny – włączył się do wojny z Ruchem Obrony Granic. O głębokości i skali mobilizacji świadczy wystąpienie obywatela Terlikowskiego Tomasza. Jak wiadomo, obywatel Terlikowski Tomasz jest tak zwanym „katolikiem zawodowym”, a przy tym „filozofem” – chociaż nie takim tęgim, jak Wasilij Wasilijewicz Dokuczajew „filozof gleboznawca, społecznik i demokrata”, o którym rozpisywał się „Mały Słownik Filozoficzny Akademii Nauk ZSRR” z 1953 roku – który dorabia sobie na bułeczkę i masełko w rozmaitych postępowych rozgłośniach, gdzie, przynajmniej od czasu do czasu, musi zapalać ogarek diabłu. Otóż obywatel Terlikowski Tomasz, w przystępie fali miłości bliźniego, oświadczył, że policja powinna wszystkich tych uczestników Ruchu Obrony Granic „skuć”, a następnie – „wywieźć”. Obywatel Terlikowski Tomasz wprawdzie taktownie powstrzymał się od wskazania kierunku, w którym trzeba by tych wszystkich delikwentów „wywieźć”, ale i bez tego możemy się domyślić, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które – tylko patrzeć – jak będą musiały zostać ponownie wyremontowane i uruchomione – żeby w Generalnej Guberni osoby dokonujące tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy, mogły zostać potraktowane zgodnie z przeznaczeniem.

Okazało się jednak, że obywatel Terlikowski Tomasz był tylko zwiastunem głównego uderzenia, którego właśnie dokonała Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Wyraziła ona właśnie „kategoryczny sprzeciw” wobec działań podejmowanych przez „samozwańcze” grupy „obrońców granic”. Zaapelowała do premiera i ministra sprawiedliwości z czarnym podniebieniem obywatela Bodnara Adama o „natychmiastową reakcję” i „ukrócenie” takich inicjatyw. Trzeba nam wiedzieć, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka dostaje regularny jurgielt od starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który od lat pozostaje w awangardzie promotorów rewolucji komunistycznej w Europie i Ameryce Północnej. Jednym z narzędzi tej rewolucji jest zalanie Europy i Ameryki masą ludności murzyńskiej i azjatyckiej, żeby w ten sposób doprowadzić do całkowitego rozwodnienia a w konsekwencji – likwidacji historycznych narodów europejskich – żeby przekształcić je w tak zwany „nawóz historii

Pisał o tym jeszcze w 1923 roku Ryszard de Coudenhove-Kalergi w książce „Europa-mocarstwo światowe”- a w roku 1947 – również świątek brukselski Altiero Spinelli, według którego historyczne narody europejskie trzeba „zlikwidować”, jako że świat miał z nich powodu tylko same zgryzoty. Nie chodzi oczywiście o fizyczną eksterminację, tylko o przerobienie na „nawóz historii”, nad którym Żydowie nie tylko roztoczą swoją kuratelę, ale będą mieli komu pożyczać pieniądze na procent. Skoro grandziarz daje forsę, skoro płaci – to i wymaga – więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka, posłusznie zareagowała na dźwięk znajomej trąbki – bo na obecnym etapie Żydowie ściśle koordynują nie tylko historyczną, ale i każdą inną politykę z Niemcami, więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja pryncypialnie zwalcza każdą inicjatywę, skierowaną przeciwko interesom niemieckim.

Żeby było śmieszniej, „na codzień” Helsińska Fundacja Praw Człowieka wychwala pod niebiosa „społeczeństwo obywatelskie”, oparte o samoorganizację. Najwyraźniej jednak nie każda samoorganizacja jest godna pochwały. Która zatem jest godna, a która nie? To proste, jak budowa cepa; ta, która na obecnym etapie odpowiada Żydom, albo Niemcom jest godna pochwały, a tę, która ani jednym, ani drugim na obecnym etapie nie odpowiada – pryncypialnie potępiamy.

W tej sytuacji, żeby cnota nie pozostała bez nagrody, trzeba by opublikować nazwiska luminarzy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – żebyśmy wiedzieli, komu objawić naszą wdzięczność. Oto zarząd: Maciej Nowicki – prezes, Piotr Kładoczny – wiceprezes, Małgorzata Szuleka – sekretarz, Aleksandra Iwanowska – członek i Marcin Wolny – skarbnik. A oto Rada: Danuta Przywara – przewodnicząca, Henryka Bochniarz, Ireneusz Cezary Kamiński, Andrzej Rzepliński, Wojciech Sadurski, Witolda Ewa Woydyłło-Osiatyńska i Mirosław Wyrzykowski – w swoim czasie wykładowca w szkole milicji i SB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie, potem wypromował na uczonego doktora p. Adama Bodnara i Wielce Czcigodnego Krzysztofa Śmiszka – członkowie.

Jeśli chodzi o panów Andrzeja Rzeplińskiego, czy Wojciecha Sadurskiego, to to i owo wiadomo. Pan Rzepliński zasłynął z opinii, że tortury są dobrą metodą na poznanie prawdy – za co złośliwcy obdarzyli go przydomkiemStarszego Torturanta. Pan prof. Wojciech Sadurski jest chlubą światowej jurysprudencji, a ostatnio wykombinował, jakby tu jednak zapobiec objęciu urzędu prezydenta przez znienawidzonego obywatela Nawrockiego Karola. Inni – jak np. prezes fundacji, pan Nowicki – nie są aż tak znani, ale też są zdolni – podobno nawet do wszystkiego. No i właśnie możemy się o tym przekonać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Błogosławiona wina!

Błogosławiona wina!

Stanisław Michalkiewicz  14 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5858

A wszystko mogłoby zostać zduszone w zarodku, gdyby redaktor Radia Wnet, w którym podczas rozmowy Grzegorz Braun dopuścił się najstraszliwszej myślozbrodni, zachował się na poziomie i zamiast przerywać wywiad, nie udusił natychmiast swojego rozmówcy własnymi rękami. Stało się jednak inaczej, wskutek czego wybuchła straszliwa afera, która – paradoksalnie – może przynieść błogosławione następstwa. Chodzi o to, że Grzegorz Braun został oskarżony o straszliwą myślozbrodnię, podnosząc jakieś wątpliwości co do Auszwicu, który – jak powszechnie wiadomo – jest fundamentem przemysłu holokaustu i to nie tylko w aspekcie finansowym, ale przede wszystkim – w aspekcie moralnym, dzięki czemu bezcenny Izrael może dzisiaj robić wszystko, czego innym państwom i narodom mniej wartościowym kraje i narody miłujące pokój i sprawiedliwość społeczną nigdy by nie wybaczyły.

Dzięki temu jednak pojawiła się szansa, by zapanowała powszechna zgoda i braterstwo nie tylko w skali międzynarodowej, ale również – co też nie jest bez znaczenia – w naszym bantustanie, rozdzieranym niezgodą, spowodowaną – co ujawnił pan red. Michnik Adam – nieposłuszeństwem części obywateli wobec zbawiennych pouczeń warszawskiego Judenratu. Ale szansa, to tylko szansa – i jeśli nie zostanie wykorzystana, to nadal w skali międzynarodowej będzie panowała niezgoda, a w naszym bantustanie może dojść do niewyobrażalnych paroksyzmów. Dlatego też, w poczuciu odpowiedzialności za płonącą planetę i w serdecznej trosce o przyszłość świata i naszego bantustanu, pozwalam sobie wysunąć projekt racjonalizatorski, który tę wyjątkową szansę pozwoli wykorzystać.

Chodzi o to, że myślozbrodnię Grzegorza Brauna potępili nie tylko Żydowie – co byłoby sprawą oczywistą – ale również J.Em. Grzegorz kardynał Ryś, zwracając uwagę, że myślozbrodnie godzące w przemysł holokaustu stanowią grzech wołający o pomstę do Nieba. Ze słowami potępienia pośpieszył oczywiście obywatel Tusk Donald i pnący się do wyższych grządek Książę-Małżonek – ale również Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, a także – politykowie Konfederacji. Wreszcie – Grzegorza Brauna potępił również pan prezydent Andrzej Duda. Wszystko to razem stwarza szansę na odwrócenie fatalnych tendencji na świecie i w naszym bantustanie – oczywiście pod warunkiem, że podniesiony klangor będzie wstępem do uderzenia w czynów stal. Co przystoi czynić – to wskazała w „Gazecie Wyborczej” siostra Grzegorza Brauna, pani Monika – ta sama, co to do niedawna myślała, że jest Żydówką. Tym razem jednak już nic nie myślała, tylko oświadczyła, że potrzebna jest „reakcja państwa”. Wprawdzie z czeluści prokuratury dobiegają głosy o jakimści „postępowaniu” – ale diabli wiedzą, kiedy i czym się ono skończy – podczas gdy tu trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Dlatego też podsuwam pomysł racjonalizatorski, by Sejm uchwalił ustawę incydentalną, o ukaraniu Grzegorza Brauna śmiercią przez zagazowanie. Takie pomysły ustaw incydentalnych pojawiały się już wcześniej – ale napotykały na przeszkodę, jak nie w postaci niesnasek w koalicji wspierającej vaginet obywatela Tuska Donalda, to w postaci weta pana prezydenta Andrzeja Dudy. W tym przypadku taka obawa nie zachodzi, bo skoro wszystkie siły polityczne zgodnie potępiają myślozbodnię Grzegorza Brauna, to nie będą stosowały żadnej obstrukcji parlamentarnej w przypadku wspomnianej ustawy. Nie ma też obawy, by pan prezydent Andrzej Duda ośmielił się ją zawetować, skoro wspomnianą myślozbodnię przecież pryncypialnie potępił. W ten sposób ustawa incydentalna o uśmierceniu Grzegorza Brauna przez zagazowanie zyska solidną i niepodważalną podstawę prawną – żeby również pod tym względem wszystko było gites tenteges.

No dobrze – ale gdzie powinno nastąpić to zagazowanie? Najlepiej byłoby w Auszwicu, ale Auszwic odpada z powodu tego, że tamtejsze komory gazowe przystosowane są raczej dla turystów, a nie do gazowania. Jest jednak alternatywa w postaci obozu na Majdanku w Lublinie. Jest tam mała komora gazowa, którą pamiętam jeszcze z wycieczki, kiedy miałem lat 8. Nasza grupa weszła do tej komory, ktoś zamknął drzwi i przez chwilę mieliśmy wszyscy wrażenie autentyzmu. Bardzo sobie to przeżycie cenię, bo w jednej chwili zrozumiałem, że te wszystkie dyrdymały o równości i braterstwie, to tylko tak, żeby było ładniej – a prawda wygląda właśnie tak. Poza tym, w tej komorze nie używano Cyklonu B, tylko poczciwego tlenku węgla, zwanego potocznie czadem. Był on zmagazynowany w dwu stalowych butlach, których kurki odkręcał dyżurny SS-man, obserwując skutki przez zakratowane okienko. Myślę, że z dostarczeniem na Majdanek czadu nie byłoby problemu – ale kto miałby odkręcić kurki, kiedy już Grzegorz Braun znalazłby się w środku, a drzwi zostałyby zaryglowane?

Tu cennej wskazówki dostarcza Warłam Szałamow, wspominając w swoich „Opowiadaniach kołymskich” o starym czekiście, który opowiadał, że za czasów Feliksa Dzierżyńskiego, jak któryś śledczy wnioskował wobec więźnia karę śmierci, to musiał go zastrzelić osobiście. Coś w tym jest, bo jak sprawdzić, czy ktoś naprawdę wierzy w to, co głosi? Pewności może nam dostarczyć albo gotowość zabijania w imię głoszonych zasad, albo poświęcenia własnego życia. Poświęcenia własnego życia raczej bym się od nikogo nie domagał, bo np. J. Em. Grzegorz kardynał Ryś na pewno jeszcze niejednego dokona, podobnie, jak Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, bez którego obywatel Tusk Donald mógłby poczuć się osierocony. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by kurki od butli z czadem odkręcały osobistości, które Grzegorza Brauna tak pryncypialnie potępiły.

Żeby nikt nie poczuł się wykluczony, ani stygmatyzowany np. ze względu na przekonania religijne, polityczne lub przynależność narodową, proponowałbym, żeby wszyscy, którzy pryncypialnie Grzegorza Brauna potępili, odkręcali kurki parami.

W pierwszej parze – J. Em. Grzegorz kardynał Ryś i Naczelny Rabin RP, pan Schuldrich, pieczętując w ten sposób dialog z judaizmem.

W parze drugiej – obywatel Tusk Donald i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, kładąc fundamenty pod zgodę narodową.

W parze trzeciej – premier rządu jedności narodowej Izraela Beniamin Netanjahu i pan prezydent Andrzej Duda – a uczestników kolejnych par mógłby wyłonić ludowy konkurs z nagrodami.

Należałoby całości nadać godną oprawę, zgromadzić tłumy z rozwiniętymi sztandarami i orkiestry, które grałyby stosowne szlagiery, np. „Tango milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj ostatni raz usłyszę…” – i tak dalej. Jestem pewien, że po takim przeżyciu nikt już nie miałby ochoty bluźnić przeciwko przemysłowi holokaustu – a o to przecież chodzi.

Stanisław Michalkiewicz

Zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją

Zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją

13.07.2025 Stanisław Michalkiewicz

Nawet marszałek Sejmu obywatel Hołownia Szymon zauważył, że w przypadku młodych ludzi granica między medialną fikcją a rzeczywistością coraz bardziej się zaciera i dlatego postulował, by uczniowie nie mogli w szkołach korzystać w telefonów komórkowych. Ale nie tylko młodzież jest narażona na zatarcie granicy między rzeczywistością i fikcją i nie tylko z powodu telefonów komórkowych.

Na obywateli dojrzałych telefony może aż tak nie działają, za to działają na nich jeszcze mocniej niezależne media głównego nurtu. Chytrze prezentują one swoim entuzjastom, wśród których oczywiście przeważają mikrocefale, fikcyjny obraz świata jako obraz rzeczywisty. Na przykład – ostatnie rewelacje o niedoszłym zamachu na ukraińskiego prezydenta Zełenskiego na lotnisku w Rzeszowie.

Prezydent Zełenski najwyraźniej poczuł się zapomniany w związku ze skupieniem uwagi świata na konflikcie amerykańsko-izaraelsko-irańskim – co przekłada się na wyniki finansowe Ukrainy – w związku z czym Służba Bezpieki Ukrainy do spółki z tubylczymi bezpieczniakami z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego dostała rozkaz ogłoszenia rewelacji o niedoszłym zamachu. Już sam opis okoliczności – że próbowano i drona, i snajpera aż wreszcie znaleziono jakiegoś wojskowego emeryta, co z miłości do socjalizmu postanowił zamordować prezydenta Zełenskiego, ale z powodu demencji chyba zapomniał, o kogo chodzi, bo prezydentowi Zełenskiemu jak wiadomo, nic się nie stało. Co z żyrowania takich bredni mają bezpieczniacy z ABW – tajemnica to wielka, chociaż dzięki osobistym doświadczeniom z abewiakami mogę rzucić na to trochę światła.

Oto za pierwszego vaginetu obywatela Tuska Donalda ABW prowadziła operację „Menora”, to znaczy – wszczęła sprawę operacyjnego rozpracowania przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie. Chodziło o to, że ponoć planowaliśmy na rocznicę powstania w getcie warszawskim zrobić coś tak okropnego, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w tajemnicy – aż dopiero energiczna akcja ABW położyła kres tym knowaniom.

Domyślam się tedy, że prawdziwe w tej całej sprawie były tylko pieniądze, które sobie abewiacy powypłacali za udaną operację udaremnienia knowań. W przypadku niedoszłego zamachu na prezydenta Zełenskiego może być podobnie – ciekaw jestem tylko, ile dostali za prezentowanie z całą powagą tych rewelacji funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu – czy też zostało to wliczone do obowiązków „sług narodu ukraińskiego”. Na przykład Judenrat ogłosił ostatnio, że ukraińscy uchodźcy, których Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, stanowią dla Polski prawdziwy dar Niebios, bo to właśnie oni wypracowują tubylczy Produkt Krajowy Brutto.

Co Judenrat i w ogóle Żydowie z tego mają, to sprawa osobna, ale nie będziemy tu tego rozbierać, bo na razie chodzi tylko o zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją.
Okazuje się, że jest to rutynowa praktyka również w stosunkach międzynarodowych, zwłaszcza gdy osobami dramatu stają się politycy demokratyczni, dla których obraz medialny jest równie ważny, a może nawet ważniejszy niż obraz rzeczywisty. Jednym z takich polityków demokratycznych jest amerykański prezydent Donald Trump.

Usiłuje on zaprezentować się jako mąż, który – jak mawiają wymowni Francuzi – fait la pluie et le beau temps, czyli robi deszcz i pogodę, to znaczy – kręci całym światem według swego uznania. Tymczasem izraelski kacyk Beniamin Netanjahu na oczach całego świata ostentacyjnie zlekceważył jego zakazy i zaatakował złowrogi Iran, a na domiar złego izraelscy cadykowie dyskretnie kazali amerykańskiemu prezydentowi, by stanął u boku bezcennego Izraela, bo inaczej będzie z nim brzydka sprawa. Tedy prezydent Trump wprost wylazł ze skóry, by nie stracić prestiżu, tylko pokazać światowej gawiedzi, że to on pociąga za sznurki. Spełnienie polecenia cadyków w sprawie nalotu „car-bombami” na irańskie podziemne instalacje nuklearne wymagało bowiem trochę czasu na przygotowanie operacji, którą prezydent Trump wyzyskał do medialnego puszenia się, że to niby „nikt” nie wie, co on zrobi – i tak dalej.

Cadykom oczywiście to nie przeszkadzało, bo ich interesuje prawdziwa władza, a nie jej medialne pozory – ale w końcu, gdy tempus deliberandi minął, Ameryka posłusznie wysłała nad Iran bombowce z „car-bombami”. Jeszcze nie opadł kurz po wybuchach, a już i pentagoniaki i sam prezydent Trump otrąbili sukces w tonie wykluczającym jakikolwiek sprzeciw. Funkcjonariusze Propaganda Abteilung w Ameryce i wśród wasali USA na świecie przyjęli te przechwałki do aprobującej wiadomości, dzięki czemu sprawa przywrócenia nadszarpniętego prestiżu amerykańskiego prezydenta na odcinku medialnym została jako tako zaklajstrowana. Również izraelski kacyk Beniamin Netanjahu zrozumiał, że nie ma co przeciągać struny i wylewnie prezydentowi Trumpowi podziękował, co wprawiło tego ostatniego w prawdziwą euforię.

Tymczasem złowrogi Iran dał do zrozumienia, że może zaminować cieśninę Ormuz. Na tak poważną zastawkę, która mogłaby obnażyć bezsilność amerykańskiego prezydenta, Donald Trump zareagował przestrogą, żeby nie stawać po stronie „wroga”. Do kogo ta przestroga mogła być skierowana? Przecież nie do Iranu, tylko ot tak – w przestrzeń, żeby na gawiedzi zrobić wrażenie, że sytuacja jest pod kontrolą. Toteż Iran, chociaż oczywiście złowrogi, nie tylko taktownie wstrzymuje się z zaminowaniem wspomnianej cieśniny, ale w dodatku przed wykonaniem uderzenia dalekonośnymi kartaczami na amerykańską bazę w Katarze ze sporym wyprzedzeniem o tym ataku oznajmił, dzięki czemu i on mógł nie stracić prestiżu i zasłużyć na podziękowanie ze strony prezydenta Trumpa, który już całkiem odzyskał wigor i znowu zaczął odgrywać przedstawienie ze sobą w roli głównej jako nadziei dla świata.

Przypomina to trochę niedawny konflikt między Indiami i Pakistanem, kiedy to jedni i drudzy wprawdzie musieli reagować, by nie stracić prestiżu, ale starali się, by nikomu nie zrobić krzywdy. Pokazuje to, że nie tylko stosunki międzynarodowe, ale i wojny w coraz to większym stopniu ulegają rytualizacji, wskutek czego nie wiadomo do końca, czy mamy rzeczywiście do czynienia z wojną czy tylko – z jej umiejętnym markowaniem. Toteż, chociaż prezydent Trump ogłosił w nocy z poniedziałku na wtorek 24 czerwca zawieszenie broni między złowrogim Iranem a bezcennym Izraelem, to obydwa te państwa po staremu oskarżają się nawzajem o obrzucanie się dalekonośnymi kartaczami. Nie tylko bowiem prezydent Trump nie chce stracić prestiżu. Iran też nie chce, a izraelski kacyk nawet gdyby chciał, to nie może przerwać wojny, bo to jego jedyna ucieczka.

Przesilenie w gnieździe szerszeni?

Przesilenie w gnieździe szerszeni?

Stanisław Michalkiewicz„Goniec” (Toronto)    13 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5857

Wojna o praworządność, która zapowiadała się co najmniej na 14 fajerek, najwyraźniej spaliła na panewce. 1 lipca odbyło się posiedzenie Sądu Najwyższego, to znaczy – „nieuznawanej” i przez Juderat i przez vaginet obywatela Tuska Donalda i przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje i przez ETS w Luksemburgu Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która orzekła, że wybory prezydenckie, które wygrał obywatel Nawrocki Karol, są ważne.

Co ciekawe, w posiedzeniu wzięli udział również dwaj sędziowie, którzy też legalność tej Izby kwestionują – ale chyba nie do końca, skoro biorą udział w jej pracach i inkasują za to forsę. „Jak forsa – to mi wsuń ją, jak sojusz – to z Rumunią” – pisał jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński, którego – jak się okazało – musiały chyba wspierać proroctwa. W dodatku w posiedzeniu tym wziął również – obok przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej, pana sędziego Marciniaka – również obywatel Bodnar Adam, piastujący w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra sprawiedliwości.

O ile pan sędzia Marciniak zachowywał się normalnie, o tyle obywatel Bodnar sprawiał wrażenie, jakby udawał głupka. Zresztą może nikogo nie udawał, tylko naprawdę nie zdawał sobie sprawy, w czym właściwie uczestniczy? Najwyraźniej bowiem wydawało mu się, że uczestniczy w posiedzeniu mającym na celu badanie zasadności protestów wyborczych, aż jeden z sędziów zwrócił mu uwagę, że Izba protesty już rozpatrzyła, a obecne posiedzenie ma na celu wydanie orzeczenia w kwestii ważności wyborów. Nie było to zresztą jedyne zwrócenie uwagi obywatelowi Bodnarowi, bo gdy zaczął podważać legalność Izby, jedna z sędziów przypomniała mu, że w roku 2023, ta sama Izba orzekła o ważności wyborów parlamentarnych, w których obywatel Bodnar Adam uzyskał mandat senatora. – Nie przypominam sobie, by wtedy Pan, ani nikt inny podważał legalności tego orzeczenia – powiedziała sędzia. A teraz co? Będzie Pan głosił, że jest Pan „neosenatorem”? Więc chociaż obywatel Bodnar odgrażał się, że zagoni swoich prokuratorów, by przeliczyli karty do głosowania w bodajże 300 komisjach, sąd orzekł, ze wybory były ważne.

Tymczasem stare kiejkuty i abewiaki najwyraźniej nie wiedziały, czy mają wyganiać agenturę na ulice, żeby robiła zadymy, czy nie. W rezultacie tylko Judenrat puścił pryncypialnego bąka pani prof. Łętowskiej Ewy, która w pełnych goryczy słowach, nieubłaganym palcem wytykała Sądowi Najwyższemu „hipokryzję” i wiele innych ludzkich przywar. Był to jednak nawet nie kapiszon tylko kopeć – i na tym, jak na razie, wojna o praworządność się zakończyła. W tej sytuacji nie bardzo wiadomo, w jakim celu obywatel Bodnar zagonił swoich prokuratorów do przeliczania głosów w 300 komisjach. To posuniecie bowiem miało na celu przewlekanie momentu orzeczenia przez SN o ważności wyborów prezydenckich, aż minie stosowny termin, no a wtedy obywatel Hołownia Szymon miał odmówić zwołania Zgromadzenia Narodowego, przed którym obywatel Nawrocki Karol, jako prezydent-elekt nie zlożyłby przysięgi i nie mógł objąć urzędu, a w tej sytuacji pełniącym obowiązki prezydenta zostałby obywatel marszałek Hołownia Szymon. Ale obywatel Hołownia Szymon oświadczył, że jak ktoś chce robić zamach stanu, to bez niego – no i tak świetnie zapowiadająca się wojna o praworządność została zakończona, zanim jeszcze się zaczęła….

Również dlatego, że obywatela Tuska Donalda dopadły inne zgryzoty. Oto jakaś Schwein opublikowała sondaż, z którego wynikał gwałtowny spadek notowań Volksdeutsche Partei, która została zdystansowana przez znienawidzone PiS. W rezultacie spanikowany obywatel Tusk Donald nie tylko ogłosił, że od 7 lipca przywraca kontrole na granicach z Niemcami i Litwą – ale że wypowie też konwencję ottawską o zakazie produkcji, magazynowania i stosowania min przeciwpiechotnych – bo postanowił zaminować granicę z Białorusią i Rosją. Jak tam będzie, tak tam będzie – ale panika obywatela Tuska Donalda była dla wszystkich oczywista. Znalazł się on jednak między młotem i kowadłem, bo Niemcy przyjęły jego buńczuczną deklarację z niezadowoleniem, wyrażając nawet w mediach wątpliwości, czy z tym całym obywatelem Tuskiem Donaldem, to nie była jakaś pomyłka. Próbuje tedy wybrnąć z tej sytuacji przy pomocy „linii porozumienia i walki” jaką generał Jaruzelski proklamował w latach 80-tych. Wtedy chodziło o to, by wywiad wojskowy porozumiał się z „lewicą laicką”, czyli dawnymi stalinowcami, co do podziału władzy nad mniej wartościowym narodem tubylczym, a potem – żeby razem z nią zwalczał tak zwaną „ekstremę”, czyli tę cześć opozycji demokratycznej, która nie ufała ani wywiadowi wojskowemu, ani „lewicy laickiej

W rezultacie wywiad wojskowy, we współpracy z „lewicą laicką” i konfidentami w rodzaju Kukuńka, wyselekcjonował sobie taką reprezentację społeczeństwa, do której miał zaufanie i przy jej udziale urządził widowisko telewizyjne pod tytułem „Obrady Okrągłego Stołu”, którego celem było pokazanie opinii publicznej, jak to następuje obalenie komuny. Wisienką na torcie był wybór przywódcy owych „upadłych” komunistów, generała Jaruzelskiego na prezydenta „wolnej Polski”.

Obecnie „linia porozumienia i walki”, proklamowana przez obywatela Tuska Donalda polega na cichym porozumieniu z Niemcami – że to przywrócenie selektywnych kontroli na granicy, to tylko takie makagigi na użytek publiczności, natomiast nieubłaganą walkę wyda Ruchowi Obrony Granic, którego zarówno Niemcy, jak i Żydowie, co to forsą starego grandziarza finansują Helsińską Fundację Praw Człowieka, no i wreszcie – zawodowy katolik, pan red. Terlikowski Tomasz – sobie nie życzą. Trochę to dziwne, bo na codzień Helsińska Fundacja bardzo popiera „samoorganizowanie się” społeczeństwa obywatelskiego – ale jak Żydowie i Niemcy tupną nogą, to natychmiast ćwierka z całkiem innego klucza.

Bo rzeczywiście – kto to widział, żeby w bantustanie właśnie przerabianym na Generalną Gubernię pojawiały się jakieś „straże graniczne”, czy inne obywatelskie samowolki?

Więc kiedy na granicy z Niemcami tak zwane „służby” już solą mandaty uczestnikom patroli „Straży Granicznej”, a tylko patrzeć, jak będą ich zawlekać przed oblicza niezawisłych sądów, które przyklepią im piękne wyroki – w koalicji rządowej zawrzało, niczym w gnieździe szerszeni.

Oto obywatel Hołownia Szymon w ubiegły czwartek przed północą, pojawił się w mieszkaniu Wielce Czcigodnego Bielana Adama. Jakby tego było mało, przybył tam również wicemarszałek Senatu, Wielce Czcigodny Michał Kamiński z PSL, a wreszcie – sam Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław. Te „nocne rodaków rozmowy” miały na celu „ratowanie Polski” – ale pojawiły się podejrzenia, że tak naprawdę chodzi o dokonanie przesilenia rządowego, poprzez odwrócenie sojuszy przez PSL i Polskę 2050 i pozbawienie w ten sposób vaginetu obywatela Tuska Donalda wiekszości w Sejmie. Postulowałem coś takiego już w styczniu br. i być może ktoś to usłyszał i uderzył w czynów stal. Na razie zarówno obywatel Hołownia Szymon, jak i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz wszystkiemu zaprzeczają, ale właśnie zbliża się zapowiedziana na 15 lipca przez obywatela Tuska Donalda „rekonstrukcja rządu”, obejmująca zdymisjonowanie co najmniej 20 procent członków vaginetu, więc „jeśli nie teraz – to kiedy i jeśli nie my – to kto?”. Chodzi oczywiście o „ratowanie Polski”, a dla Polski – wiadomo: nie ma takiego poświęcenia, którego nie można by dokonać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Antysemityzm Wielce Czcigodnej Nowackiej Barbary

Antysemityzm Wielce Czcigodnej Nowackiej Barbary

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    12 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5856

Wprawdzie w demokracji, w odróżnieniu od pierwszej komuny, nie brakuje papieru toaletowego, ale dla większej ostentacji można zrobić wyjątek. Adam Grzymała Siedlecki wspomina, jak to we wczesnej młodości mieszkał w warszawskiej, XVIII-wiecznej jeszcze kamienicy, która nie miała urządzeń sanitarnych, w związku z czym ubikacja znajdowała się na podwórzu. W kamienicy tej mieszkały dwie siostry, starsze damy, z pretensjami do sfer arystokratycznych. Nie bardzo miały już czym imponować pozostałym mieszkańcom, ale w jednej dziedzinie się wyróżniały. Kiedy jedna, czy druga maszerowała przez podwórze do ubikacji, ostentacyjnie trzymała w dłoni pęk papieru welinowego, który miał wieńczyć dzieło. Tym papierem welinowym dźgały sąsiadów w chore z zawiści oczy.

Wspominam o tym w związku z deklaracją Wielce Czcigodnej feministry Nowackiej Barbary, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda dostała z rozdzielnika fuchę kierowniczki resortu edukacji. Jej ambicją jest wyszkolenie młodzieży, a zwłaszcza panienek płci żeńskiej w dziedzinie seksualnej – żeby na etapie, gdy Polska zostanie już przekształcona w Generalną Gubernię, potrafiły dogodzić Herrenvolkowi, czyli rasie panów, na czele której, jak już dzisiaj wiadomo, stoją Żydowie. W tym celu konsekwentnie usuwa wszystkie przeszkody, jakie spotyka na swojej drodze, zwłaszcza w postaci religii.

Fałszywe pogłoski, jakie w związku z tym krążą, głoszą, że to z powodu pochodzenia feministry, która jakoby jest wnuczką księdza. Jak tam było, tak tam było, ale niepodobna nie zauważyć, że w tej zapamiętałości, jaka vaginessie Nowackiej Barbarze towarzyszy w dziedzinie religii, może rzeczywiście być coś osobistego. Takie same podejrzenia rodzą się w przypadku pana mec. Artura Nowaka, który w towarzystwie byłego ojczyka-jezuity, prof. Stanisława Obirka, zajmuje się obsrywaniem Kościoła katolickiego. Pan mec. Nowak twierdzi, że w młodości wybzykali go dwaj księża. Jak tam było, tak tam było – ale czy właśnie nie to jest przyczyną, że pan mec. Nowak zaczął pisać książki i w ogóle – stał się człowiekiem sławnym? Nie jest on zresztą wyjątkiem; są również kobiety, które dzięki bliskim spotkaniom III stopnia z osobami duchownymi, stały się damami i pisarkami. Może stałyby się damami i pisarkami i bez tych bliskich spotkań – ale pewności mieć nie możemy – bo cóż właściwie mogłyby wtedy opisywać, podobnie jak pan mec. Artur Nowak?

Mój przyjaciel z czasów studenckich, cieszący się reputacją pożeracza serc niewieścich, wielokrotnie powtarzał mi, że jeśli już jakiejś damie ściera się puszek niewinności, to należy w zamian dostarczyć jej przeżyć. W przypadku osób twierdzących, że w przeszłości miały bliskie spotkania III stopnia z osobami duchownymi, tak właśnie musiało być, bo jeszcze po 30, a nawet 40 latach, nie bez pewnej melancholii, przypominają sobie tak zwane „momenty” – a że czasy mamy ciężkie, to nawet próbują wydostać z tego szmalec.

A czasy mamy ciężkie w związku z proklamowanym przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje tak zwanym „zrównoważonym wzrostem”. Na czym polega zrównoważony wzrost? Na tym, że wszystko rośnie jednocześnie – przede wszystkim – ceny. W związku z tym coraz więcej ludzi próbuje wydostać szmal, skąd się tylko da, tak – jak to ujął poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” – „jak za okupacji z Żyda”.

Wracając do vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda, czyli Wielce Czcigodnej Nowackiej Barbary, to w swoim czasie wydała ona rozporządzenie o zmniejszeniu liczby godzin religii i etyki do jednej tygodniowo. Sęk w tym, że art. 12 ust. 2 ustawy o systemie oświaty wymaga, by rozporządzenie regulujące sposób nauczania religii w szkołach publicznych, było wydane „w porozumieniu” w władzami kościelnymi – a w tym przypadku żadnego takiego „porozumienia” nie było. Dlatego też Trybunał Konstytucyjny uznał, że rozporządzenie Wielce Czcigodnej feministry Nowackiej Barbary jest „niekonstytucyjne”. Tymczasem Ministerstwo Edukacji daje do zrozumienia, że na podstawie tego niekonstytucyjnego rozporządzenia, już od września br. liczba godzin nauczania religii w szkołach publicznych zmniejszy się do jednej tygodniowo.

To stanowisko Ministerium Edukacji bierze się stąd, iż Wielce Czcigodna Nowacka Barbara uważa, że „grupa udająca trybunał wraz z biskupami podważa działanie rządu”. Chodzi o to, że Judenrat „Gazety Wyborczej” pełniący w naszym bantustanie funkcję nadrzędnego organu władzy, pewnego dnia zadekretował, iż „nie uznaje” Trybunału Konstytucyjnego, który, zgodnie z wytycznymi Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej, Judenrat nazwał „trybunałem Julii Przyłębskiej”. Obecnie, chociaż prezesem TK jest pan Bogdan Święczkowski, Judenrat nadal tego trybunału „nie uznaje” a za nim, jak za panią matką, „nie uznaje” go stado autorytetów moralnych oraz mikrocefale, których wybitną przedstawicielką jest właśnie Wielce Czcigodna vaginessa z vaginetu obywatela Tuska Donalda, obywatelka Nowacka Barbara. Ciekawe, że akurat stojący na czele Judenratu „Gazety Wyborczej” pan red. Adam Michnik utrzymywał, że Żydów w Polsce „nie ma”. W tej sytuacji aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby „byli”?

Bo trzeba nam wiedzieć, że widoczna niechęć Wielce Czcigodnej Nowackiej Barbary do religii katolickiej ma charakter jawnie antysemicki. Chodzi o to, że zwłaszcza w pierwszej fazie nauczania, edukacja ta obejmuje tak naprawdę naukę żydowskiej historii plemiennej, tyle, że podanej w religijnym sosie. Zwrócił na to uwagę jeszcze w XIX wieku brytyjski polityk pochodzenia żydowskiego, nawiasem mówiąc – chrześcijanin – późniejszy premier Wielkiej Brytanii, Beniamin Disraeli. Przemawiając w Parlamencie wbrew stanowisku własnej partii, która uważała, że Rotschild, jako poseł do Izby Gmin, powinien złożyć przysięgę, której złożenia odmówił, jako niezgodnej z wyznawaną przezeń religią, Disraeli powiedział: „uczycie dzieci wasze historii żydowskiej, co niedziela śpiewacie hymny żydowskie. Właśnie jako chrześcijanin żądam, by Rotschild był przyjęty!

W odróżnieniu od Disraeliego, warszawski Judenrat stoi raczej na nieubłaganym gruncie całkowitego usunięcia znienawidzonego chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej naszego bantustanu – ale przypuszczam, że nie czyni tego z pobudek ideologicznych, tylko politycznych w przekonaniu, że usunięcie chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej sprawi, iż tubylcy zostaną poddani ideologicznej kurateli Judejczyków, którzy – jak zauważył w swojej ostatniej książce Mit starszych braci w wierze, pan red. Paweł Lisicki – ścisłe kierownictwo Kościoła katolickiego stopniowo poddają swojemu nadzorowi. W tej sytuacji Wielce Czcigodna obywatelka Nowacka Barbara wprawdzie może się podetrzeć welinowym papierem z orzeczeniem TK – ale powinna zachować ostrożność – jak podczas bliskiego spotkania III stopnia z jeżem.

Stanisław Michalkiewicz

Linia porozumienia i walki. Michalkiewicz

Linia porozumienia i walki

Stanisław Michalkiewicz 10 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5855

Wprawdzie nie zanosi się na to, by wybory parlamentarne odbyły się wcześniej, niż w roku 2027, przede wszystkim z powodu nieśmiałości pana prezydenta Andrzeja Dudy. Jak wiadomo, jest on bardzo bliskim przyjacielem amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, ale mimo tej zażyłości, nie potrafi przezwyciężyć onieśmielenia, które niekiedy wręcz go paraliżuje. Tak było w listopadzie 2018 roku, kiedy to odbył w Białym Domu 20-minutową rozmowę w cztery oczy – ale kiedy podczas urządzonego tego samego wieczoru w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie przyjęcia z okazji 100-letniej rocznicy odzyskania niepodległości, zapytano pana prezydenta, czy poruszył w tej rozmowie sprawę ustawy nr 447, pan prezydent odparł, że nie – bo strona amerykańska tego nie zaproponowała”.

Najwyraźniej i teraz prezydentowi Trumpowi nie przyszło do głowy, by zaproponować panu prezydentowi Dudzie przeprowadzenie w Polsce przesilenia rządowego, do którego niezawodnie by doszło, gdyby ktoś z Centralnej Agencji Wywiadowczej zadzwonił do wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza i powiedział jemu tak: wiecie, rozumiecie, Kosiniak, wy chyba jesteście przyjacielem Stanów Zjednoczonych, co? Na takie dictum wicepremier z pewnością odpowiedziałby po angielsku: tak toczno, Wasze Wieliczestwo! – No widzicie, Kosiniak – usłyszałby w odpowiedzi. – My tu do was z sercem na dłoni, a wy co? Pokażcie no jakiś dowód przyjaźni – ot na przykład – po co wam ten sojusz z folksdojczami? Pluńcie na nich, odwróćcie sojusze, a my pomyślimy, czy nie zrobić was premierem waszego bantustanu.

Niestety taki pomysł nie przyszedł do głowy prezydentu Donaldu Trumpu – ale być może by przyszedł, gdyby pan prezydent Andrzej Duda zręcznie mu go podsunął, nie czekając na przyzwolenie z jego strony. Jednak – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” – „co tam marzyć o tem!” No to w jaki sposób pan prezydent Andrzej Duda zamierza zostać tubylczym premierem? Myśli, że kto mu to załatwi?

Mniejsza jednak o to, bo wszyscy rozumiemy, że z powodu nieśmiałości pana prezydenta Dudy o żadnym przesileniu rządowym w Polsce nie usłyszymy przynajmniej przed 6 sierpnia. Tymczasem sondażownie opublikowały sondaż, z którego wynika, że Volksdeutsche Partei została zdystansowana przez PiS, a w koalicji tworzącej vaginet obywatela Tuska Donalda wystąpiła masakra. Wprawdzie im dalej do wyborów, tym mniej trzeba przejmować się sondażami, bo sondażownie wykonują zamówienia na obstalunek – ale najwyraźniej obywatel Tusk Donald jeszcze nie ochłonął z wrażenia po wyborach prezydenckich przerżniętych przez obywatela Trzaskowskiego Rafała i na widok tego sondażu musiał się przelęknąć do tego stopnia, że zapowiedział nie tylko zamknięcie granicy z Niemcami i Litwą, ale nawet – wypowiedzenie konwencji ottawskiej o minach przeciwpiechotnych – bo zamierza zaminować granicę z Białorusią, żeby utrudnić migrantom przenikanie przez tę granicę, a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – żeby zniechęcić miejscowych „aktywistów” do pełnienia roli przewodników i opiekunów. Muszę przypomnieć, że od razu to proponowałem, zamiast budować wielkim kosztem mur, przez który migranci podobno przechodzą, kiedy tylko chcą. Inna sprawa, że na zaminowaniu granicy nikt by się nie obłowił, natomiast przy budowie muru – aaa, to co innego! Teraz jednak mur stoi, forsa została rozdzielona, więc można śmiało granicę minować.

Zwraca jednak uwagę asymetria między planami uszczelnienia granicy wschodniej i uszczelnienia granicy zachodniej. O ile plan uszczelnienia granicy wschodniej nabiera charakteru radykalnego, o tyle plan uszczelnienia granicy zachodniej takim radykalizmem się nie charakteryzuje. Z deklaracji obywatela Tuska Donalda wynika bowiem, że w kwestii uszczelnienia granicy z Niemcami zamierza on stosować strategię deklarowaną przez generała Jaruzelskiego w latach 80-tych, to znaczy – „linię porozumienia i walki”. W tej strategii chodziło o to, by generał Jaruzelski porozumiał się ze swoimi konfidentami, albo z innego powodu zaufanymi przedstawicielami „lewicy laickiej”, a potem – żeby viribus unitis rozprawili się ze znienawidzoną „ekstremą”, co to próbowała sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Ta strategia udała się w stu procentach; widowisko telewizyjne: „Obrady Okrągłego Stołu”, zostało obsadzone prawidłowo zarówno po stronie rządowej, jak i tak zwanej „społecznej” – dzięki czemu znaczna część obywateli myślała, że to wszystko naprawdę. Tym razem chodzi o coś innego. Obywatele zaniepokojeni bezradnością vaginetu obywatela Tuska Donalda wobec niemieckiej policji, która kiedy tylko chciała wjeżdżała sobie na polskie terytorium z transportami migrantów i ich tu zostawiała, niczym starosta kaniowski Mikołaj Bazyli Potocki, co to za jednego Żyda, któremu kazał udawać kukułkę i pod tym pretekstem zastrzelił, odesłał do zaprzyjaźnionego pana brata całą furmankę Żydów – no a Straż Graniczna musiała potem rozwozić delikwentów po „centrach integracji”, kwaterować ich, karmić, poić i tak dalej. Toteż obywatele postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i utworzyli „obywatelskie patrole”.

W tej sytuacji „linia porozumienia i walki” polega na tym, że obywatel Tusk Donald będzie się „porozumiewał” z Niemcami, a walkę prowadził z obywatelskimi patrolami. Niemcy to rozumieją i tak, jak wcześniej, to znaczy – podczas kampanii prezydenckiej – dali obywatelu Tusku Donaldu dyspensę na rozmaite myślozbrodnie w rodzaju „ siłowej linii piastowskiej”, czy „repolonizacji gospodarki” – byle tylko tubylcy wybrali obywatela Trzaskowskiego Rafała – tak i teraz pozwolili mu na przywrócenie kontroli – ale pod warunkiem, że te „obywatelskie patrole” wypali ogniem i żelazem. Do czego to bowiem podobne, że w bantustanie, właśnie przygotowywanym do przerobienia na Generalną Gubernię, jakieś Schweine tworzą samowolne patrole? Przecież już Adolf Hitler powiedział, że w zjednoczonej Europie tylko Niemcy będą mogli nosić broń, a nie jacyś tubylcy. Co prawda nie do końca się to udało i już w 1944 roku broń w Europie nosił, kto tylko chciał, aż dopiero Stalinowi udało się przywrócić prawo i porządek – ale skoro już samowolki się pojawiły, to trzeba dmuchać na zimne.

Dlatego też sięgnięto po strategiczną rezerwę w osobie pana red. Tomasza Terlikowskiego, który podzielił się projektem racjonalizatorskim, by policja „skuła” tych wszystkich „panów z Ruchu Obrony Granic”, a następnie „wywiozła ich po prostu”. Pan red. Terlikowski taktownie nie pisze, gdzie policja ma tych „skutych” wywieźć – ale i bez tego domyślamy się, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, których uruchomienie staje się w tej sytuacji palącą koniecznością.

Stanisław Michalkiewicz

Rytualizacja

Rytualizacja

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    8 lipca 2025 micha

Nawet marszałek Sejmu, obywatel Hołownia Szymon zauważył, że w przypadku młodych ludzi granica między medialną fikcją, a rzeczywistością, coraz bardziej się zaciera i dlatego postulował, by uczniowie nie mogli w szkołach korzystać w telefonów komórkowych. Ale nie tylko młodzież jest narażona na zatarcie granicy między rzeczywistością i fikcją i nie tylko z powodu telefonów komórkowych. Na obywateli dojrzałych telefony może aż tak nie działają, za to działają na nich jeszcze mocniej niezależne media głównego nurtu. Prezentują one swoim entuzjastom, wśród których oczywiście przeważają mikrocefale, fikcyjny obraz świata, chytrze prezentując go jako obraz rzeczywisty.

Na przykład – ostatnie rewelacje o niedoszłym zamachu na ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego na lotnisku w Rzeszowie. Prezydent Zełeński, najwyraźniej poczuł się zapomniany w związku ze skupieniem uwagi świata na konflikcie amerykańsko-izaraelsko-irańskim – co przekłada się na wyniki finansowe Ukrainy – w związku z czym Służba Bezpieki Ukrainy, do spółki z tubylczymi bezpieczniakami z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dostała rozkaz ogłoszenia rewelacji o niedoszłym zamachu. Już sam opis okoliczności – że próbowano i drona i snajpera – aż wreszcie znaleziono jakiegoś wojskowego emeryta, co z miłości do socjalizmu postanowił zamordować prezydenta Zełeńskiego, ale z powodu demencji chyba zapomniał, o kogo chodzi, bo prezydentowi Zełeńskiemu, jak wiadomo, nic się nie stało. Co z żyrowania takich bredni mają bezpieczniacy z ABW – tajemnica to wielka, chociaż dzięki osobistym doświadczeniom z abewiakami, mogę rzucić na to trochę światła.

Oto za pierwszego vaginetu obywatela Tuska Donalda, ABW prowadziła operację „Menora”, to znaczy – wszczęła sprawę operacyjnego rozpracowania przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie. Chodziło o to, że ponoć planowaliśmy na rocznicę powstania w getcie warszawskim zrobić coś tak okropnego, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w tajemnicy – aż dopiero energiczna akcja ABW położyła kres tym knowaniom. Domyślam się tedy, że prawdziwe w tej całej sprawie były tylko pieniądze, które sobie abewiacy powypłacali za udaną operację udaremnienia knowań. W przypadku niedoszłego zamachu na prezydenta Zełeńskiego może być podobnie – ciekaw jestem tylko, ile dostali za prezentowanie z całą powagą tych rewelacji funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu – czy też zostało to wliczone do obowiązków „sług narodu ukraińskiego”. Na przykładu, Judenrat ogłosił ostatnio, że ukraińscy uchodźcy, których Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, stanowią dla Polski prawdziwy dar Niebios, bo to właśnie oni wypracowują tubylczy Produkt Krajowy Brutto. Co Judenrat i w ogóle – Żydowie z tego mają – to sprawa osobna – ale nie będziemy tu tego rozbierać, bo na razie chodzi tylko o zacieranie granicy między rzeczywistością, a fikcją.

Okazuje się, że jest to rutynowa praktyka również w stosunkach międzynarodowych, zwłaszcza gdy osobami dramatu stają się politycy demokratyczni, dla których obraz medialny jest równie ważny, a może nawet ważniejszy, niż obraz rzeczywisty. Jednym z takich polityków demokratycznych jest amerykański prezydent Donald Trump. Usiłuje on zaprezentować się jako mąż, który – jak mawiają wymowni Francuzi – fait la pluie et le beau temps, czyli robi deszcz i pogodę, to znaczy – kręci całym światem według swego uznania. Tymczasem izraelski kacyk, Beniamin Netanjahu, na oczach całego świata ostentacyjnie zlekceważył jego zakazy i zaatakował złowrogi Iran, a na domiar złego izraelscy cadykowie dyskretnie kazali amerykańskiemu prezydentowi, by stanął u boku bezcennego Izraela, bo inaczej będzie z nim brzydka sprawa.

Tedy prezydent Trump wprost wylazł ze skóry, by nie stracić prestiżu, tylko pokazać światowej gawiedzi, że to on pociąga za sznurki. Spełnienie polecenia cadyków w sprawie nalotu „car-bombami” na irańskie podziemne instalacje nuklearne wymagało bowiem trochę czasu na przygotowanie operacji, który prezydent Trump wyzyskał do medialnego puszenia się, że to niby „nikt” nie wie, co on zrobi – i tak dalej. Cadykom oczywiście to nie przeszkadzało, bo ich interesuje prawdziwa władza, a nie jej medialne pozory – ale w końcu, gdy tempus deliberandi minął, Ameryka posłusznie wysłała nad Iran bombowce z „car-bombami”. Jeszcze nie opał kurz po wybuchach, a już i pentagoniaki i sam prezydent Trump otrąbili sukces w tonie wykluczającym jakikolwiek sprzeciw. Funkcjonariusze Propaganda Abteilung w Ameryce i wśród wasali USA na świecie, przyjęli te przechwałki do aprobującej wiadomości, dzięki czemu sprawa przywrócenia nadszarpniętego prestiżu amerykańskiego prezydenta na odcinku medialnym, została jako tako zaklajstrowana. Również izraelski kacyk, Beniamin Netanjahu zrozumiał, że nie ma co przeciągać struny i wylewnie prezydentowi Trumpowi podziękował, co wprawiło tego ostatniego w prawdziwą euforię.

Tymczasem złowrogi Iran dał do zrozumienia, że może zaminować cieśninę Ormuz. Na tak poważną zastawkę, która mogłaby obnażyć bezsilność amerykańskiego prezydenta., Donald Trump zareagował przestrogą, żeby nie stawać po stronie „wroga”. Do kogo ta przestroga mogła być skierowana? Przecież nie do Iranu, tylko ot tak – w przestrzeń, żeby na gawiedzi zrobić wrażenie, że sytuacja jest pod kontrolą.

Toteż Iran, chociaż oczywiście złowrogi, nie tylko taktownie wstrzymuje się z zaminowaniem wspomnianej cieśniny, ale w dodatku, przed wykonaniem uderzenia dalekonośnymi kartaczami na amerykańską bazę w Katarze, ze sporym wyprzedzeniem o tym ataku oznajmił, dzięki czemu i on mógł nie stracić prestiżu i zasłużyć na podziękowanie ze strony prezydenta Trumpa, który już całkiem odzyskał wigor i znowu zaczął odgrywać przedstawienie ze sobą w roli głównej, jako nadzieją świata.

Przypomina to trochę niedawny konflikt między Indiami i Pakistanem, kiedy to jedni i drudzy wprawdzie musieli reagować, by nie stracić prestiżu, ale starali się, by nikomu nie zrobić krzywdy. Pokazuje to, że nie tylko stosunki międzynarodowe, ale i wojny w coraz to większym stopniu ulegają rytualizacji, wskutek czego nie wiadomo do końca, czy mamy rzeczywiście do czynienia z wojną, czy tylko – z jej umiejętnym markowaniem. Toteż, chociaż prezydent Trump ogłosił w nocy z poniedziałku na wtorek 24 czerwca zawieszenie broni między złowrogim Iranem, a bezcennym Izraelem, to obydwa te państwa po staremu oskarżają się nawzajem o obrzucanie się dalekonośnymi kartaczami. Nie tylko bowiem prezydent Trump nie chce stracić prestiżu. Iran też nie chce, a izraelski kacyk nawet gdyby chciał, to nie może przerwać wojny, bo to jego jedyna ucieczka.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Okres przedwojenny

Okres przedwojenny

Stanisław Michalkiewicz 5 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5852

Rzadko zgadzam się teraz z obywatelem Tuskiem Donaldem, szczerze mówiąc – chyba nigdy – podczas gdy jeszcze 36 lat temu zgadzałem się z obywatelem Tuskiem Donaldem w bardzo wielu sprawach. Poznałem bowiem obywatela Tuska Donalda 1 lipca 1989 roku, kiedy to z inicjatywy środowiska „liberałów gdańskich” odbył się tam zjazd towarzystw gospodarczych i środowisk liberalnych. Uczestniczyłem z tym zjeździe nie tylko jako jeden z założycieli – wraz z Januszem Korwin-Mikke i Stefanem Kisielewskim – Ruchu Polityki Realnej – ale również jako prowadzący wraz z kol. Marianem Miszalskim – podziemne wydawnictwo „Kurs”, które stawiało sobie za cel zapoznanie czytelnika polskiego z ekonomiczną myślą liberalną – dzisiaj z uwagi na działalność „złodziei szyldów” z żydokomuny, którzy liberalizm zredukowali do sfery genitaliów – że wolność polega na tym, by je sobie przyprawiać, albo obcinać wedle chwilowego kaprysu – powiedziałbym – z ekonomiczną myślą wolnościową.

W tym celu wydaliśmy popularne książki francuskiego autora Guy Sormana z polsko-żydowskimi korzeniami: „Rewolucja konserwatywna w Ameryce”, przedstawiającą reaganowską kontrrewolucję ekonomiczną, „Rozwiązanie liberalne” – prezentującą praktyczne zastosowanie wolnościowych recept w rozmaitych państwach świata, ale też książkę laureata Nagrody Nobla z ekonomii Miltona Friedmana i jego żony Róży pod tytułem „Wolny wybór” – i wiele innych. Z tego powodu między „liberałami gdańskimi”, a nami, to znaczy – warszawską grupą – nie było jakichś istotnych różnic ideowych.

Dzisiaj jest inaczej, bo moim zdaniem obywatel Tusk Donald odszedł od ideałów swojej młodości w kierunku „czystego” – o ile ten przymiotnik może mieć tu zastosowanie – pragmatyzmu władzy – co spycha go w stronę coraz to dziwniejszych aliansów, między innymi – z lewicą, czy PSL-em, zgodnie z zasadą opisaną przez Boya-Żeleńskego w „Kuplecie posła Bataglii” –

Żadnych politycznych nie ma on przesądów;

każda partia dobra, byle dojść do rządów”.

O ideologicznych – nawet szkoda wspominać. Muszę jednak przyznać, że w jednej sprawie z obywatelem Tuskiem Donaldem się zgadzam – mianowicie, gdy powiada on, że żyjemy w okresie „przedwojennym

W tej sprawie, jak w rzadko której – obywatel Tusk Donald ma rację, również z tego powodu, że on sam forsuje w naszym bantustanie rozwiązania, które kolaborant warszawskiego Judenratu, pan red. Tomasz Piątek, nazywa „demokracją wojenną”, a które skierowane są na przeforsowanie w naszym bantustanie tak zwanego „wariantu rumuńskiego” – zgodnie z życzeniem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i niemieckiego rządu. Chodzi bowiem o to, że zarówno brukselscy biurokraci, jak i przede wszystkim – rząd niemiecki, próbują wykorzystać pęknięcie w stosunkach euroatlantyckich do przyspieszenia budowy IV Rzeszy, której najtwardszym jądrem miałaby być uzbrojona po zęby za pieniądze całej Europy – niemiecka Bundeswehra – będąca trzonem „europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO”, dzięki którym Niemcy mogliby też próbować położyć również swój palec na francuskim atomowym cynglu.

Przeforsowanie „wariantu rumuńskiego” jest głównym zadaniem obywatela Tuska Donalda, który chyba nie jest jedyną osobą w tym kierunku zadaniowaną, bo ostatnio na czoło przygotowań wojennych wybija się Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman. W rezultacie już 2 lipca, to znaczy – dzień po ogłoszeniu przez Sąd Najwyższy orzeczenia w sprawie ważności wyborów prezydenckich, w których zwycięstwo przypadnie Karolowi Nawrockiemu, rozpocznie się wojna o Sąd Najwyższy, to znaczy – o podważenie tego orzeczenia pod pretekstem, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN nie jest żadnym sądem, tylko bandą przebierańców, podczas gdy „prawdziwym” Sądem Najwyższym jest Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN, o której krążą fałszywe pogłoski, jakoby dlatego, iż wszyscy co do jednego jej sędziowie są konfidentami albo Wojskowych Służb Informacyjnych, albo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, zwerbowanymi w ramach operacji „Temida”.

Ta wojna o Sąd Najwyższy, w której zostaną poruszone Moce Niebieskie, Ziemskie i Piekielne, w postaci instytucji Unii Europejskiej, jest zaledwie pierwszym etapem – bo etap drugi wymaga zaangażowania obywatela Hołowni Szymona jako „marszałka Sejmu” – żeby nie zwołał Zgromadzenia Narodowego, uniemożliwiając w ten sposób prezydentowi-elektowi złożenia przysięgi, a co za tym idzie – objęcia ,urzędu – a w tej sytuacji obowiązki prezydenta przejąłby obywatel Hołownia Szymon, który do czasu wyboru nowego prezydenta, popodpisywałby wszystkie ustawy podsunięte mu przez obywatela Tuska Donalda.

Otwartym tekstem mówił o tym zarówno pan prof. Wojciech Sadurski, ozdoba światowej jurysprudencji, jak i prof. Andrzej Zoll, wybitny przedstawiciel stada autorytetów moralnych. Zwraca uwagę postawa Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, którego na ten widok, jakby ktoś na sto koni wsadził. Taka wojna, w której – jeśli w ogóle poleje się krew – to najwyżej z nosa, bo przecież nasza niezwyciężona armia zachowa chwalebną neutralność w obliczu przerabiania Rzeczypospolitej na Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy, jako że i dla generalicji i dla korpusu oficerskiego, przysięga to jedna sprawa, ale dosłużenie do emerytury, na której zaczyna się prawdziwe życie – to sprawa druga, znacznie ważniejsza. Tedy dla Naczelnika Państwa taka bezpieczna wojna to prawdziwy dar Niebios, bo pozwala mu ona na ułatwione mobilizowanie wyznawców, dzięki czemu w wyborach parlamentarnych, jakie nastąpią najpóźniej w roku 2027, PiS uzyskał 40 procent głosów – o czym otwartym tekstem mówił na ostatnim Zjeździe, który ponownie przyznał mu godność prezesa. A ze to będzie już w Generalnej Guberni – to co to komu szkodzi?

Ale nie tylko dlatego wkraczamy w okres przedwojenny. Wprawdzie ostatnia wojna miedzy bezcennym Izraelem, a złowrogim Iranem, przy udziale Ameryki, która została do tego zmuszona przez izraelskich cadyków, zakończyła się wesołym oberkiem – ale dzięki niej każde ambitne państwo – nie mówię oczywiście o naszym bantustanie zarządzanym przez agenturę – chyba zostało przekonane, że w dzisiejszych czasach trudno mówić o suwerenności, bez wcześniejszego sprawienia sobie arsenału nuklearnego.

Myślę, że do takiego wniosku – oczywiście poza złowrogim Iranem – musiała dojść Turcja, z którą zarówno bezcenny Izrael, jak i USA, mogą mieć trudniej, niż z Iranem, bo przecież ona jest członkiem NATO, a więc ex defintione przynależy do rasy wyższej, której prawa do arsenału nuklearnego nie wypada odmawiać.

Stanisław Michalkiewicz

„Ale to zawsze syn rodzony…”

„Ale to zawsze syn rodzony…”

Stanisław Michalkiewicz  3 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5851

Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej bzykać bez miłości, niżli kochać bez bzykania”), że na czoło płomiennych szermierzy praworządności w naszym nieszczęśliwym kraju wysforował się Wielce Czcigodny „oczywiście-niewątplywie” Roman Giertych. Już dawno zasłużył on na stanowisko Pierwszego Skarżypyta Rzeczypospolitej, ale najwyraźniej nie zaspokoiło to jego ambicji i w tej chwili nie tylko jest w awangardzie najbardziej płomiennych szermierzy, wyprzedzając nawet pana ministra Adama Bodnara z czarnym podniebieniem, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra sprawiedliwości. Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman nie tylko domaga się ponownego przeliczenia głosów w całej Polsce, tak, żeby w rezultacie wybory prezydenckie wygrał zatwierdzony kandydat z pierwszorzędnymi, jerozolimskimi korzeniami, obywatel Trzaskowski Rafał, ale w dodatku wykrył, kto te wybory sfałszował. Podczas przesłuchania przez resortową „Stokrotkę”, Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman, „w poczuciu odpowiedzialności za słowo” oznajmił, że wybory prezydenckie w Polsce sfałszowali Rodacy-Kamraci, czyli przebywający w areszcie wydobywczym panowie Olszański i Osadowski. Okazało się, że zinfiltrowali oni co najmniej 18 tysięcy komisji wyborczych, co stało się przyczyną przegranej obywatela Trzaskowskiego Rafała.

Z jednej strony odkrycie Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana wynika z doświadczeń zdobytych przez bezpieczniaków, niezależnych prokuratorów i niezawisłych sędziów, którzy zgodnie z przysłowiem, iż na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, mają skłonność do tak zwanego przyklepywania wytypowanym delikwentom wszystkich możliwych zbrodni, żeby poprawić sobie statystyki – ale z drugiej strony, zaskakujący charakter odkrycia Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana, zaniepokoił bardziej umiarkowanych, chociaż też płomiennych szermierzy praworządności w naszym bantustanie, jak np. panią prof. Łętowską Ewę, a nawet niedawno odciętą od stryczka panią Gersdorf Małgorzatę. Chodzi o to, że na tak nieprawdopodobne odkrycia grono płomiennych, ale umiarkowanych szermierzy praworządności nie jest jeszcze gotowe. Może w przyszłości, kiedy „demokracja wojenna” umocni się w naszym bantustanie, płomienni, chociaż umiarkowani szermierze praworządności, bez wahania będą takich Rodaków-Kamratów wysyłać do gazu – ale teraz, to znaczy – na tym etapie – jeszcze takiej gotowości nie ma. „Panną byłam, dziecko miałam – ale co to, to nie!

Ciekawe, że swoich odkryć Wielce Czcigodny obywatel Gierttych Roman dokonuje jakby wbrew woli obywatela Tuska Donalda, który werbalnie co prawda, niemniej jednak, aż tak daleko w szermierce o praworządność się nie posuwa – chociaż od miesiąca, to znaczy – odkąd Wielce Czcigodny obywatel Gietrych Roman wstąpił na członka Volksdeutsche Partei, obywatel Tusk teoretycznie jest jego partyjnym przywódcą i choćby z tego tytułu mógłby go dyscyplinować – ale z zagadkowych przyczyn tego nie robi, pozwalajac Wielce Czcigodnemu obywatelu Giertychu Romanu na coraz to zuchwałsze dokazywanie, które – jak wspomniałem – budzi nawet zaniepokojenie w stadzie autorytetów moralnych. Ta powściągliwość obywatela Tuska Donalda wobec Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana musi mieć jakieś ważne przyczyny. Spróbujmy tedy rozebrać to sobie z uwagą.

Jak pamiętamy, obywatel Tusk Donald wprawdzie wciągnął obywatela Giertycha Romana na listę wyborczą Volksdeutsche Partei w okręgu świętokrzyskim, dzięki czemu w październiku 2023 roku obywatel Giertycb Roman stał się Wielce Czcigodnym – ale od stryczka przezornie go nie odcinał i lubelska niezależna prokuratura nadal mozolnie prowadziła przeciwko obywatelu Giertychu Romanu śledztwo w sprawie „wyprowadzenia” ze spółki „Polnord” kilkudziesięciu milionów złotych. Obywatel Giertych, nie będąc jeszcze Wielce Czcigodnym, na wieść o przybyciu prokuratora, nawet teatralnie „zemglał”, wobec czego zakłopotany prokurator odczytał mu zarzuty do sempiterny, co niezawisły sąd taktownie uznał za „nieskuteczne”. Tak czy owak obywatel Tusk przezornie nie odcinał od stryczka obywatela Giertycha Romana, chociaż był on już Wielce Czcigodny. Przełom nastąpił dopiero w styczniu 2025 roku, kiedy to lubelski prokurator, pan Andrzej Markowski, cieszący się opinią prawnika tak zdolnego, że nawet zdolnego do wszystkiego, jednym ruchem ręki umorzył śledztwo przeciwko Wielce Czcigodnemu Romanu Giertychu, twierdząc, że on „nic nie wiedział” o machinacjach jego totumfackiego, niejakiego „Foki”, przeciwko któremu śledztwo toczy się dalej jak-gdyby-nigdy-nic. Postanowienie o umorzeniu śledztwa przeciwko Wielce Czcigodnemu się uprawomocniło, bo „Polnord” chwalebnie wstrzymał się od odwoływania się od tego postanowienia. Oczyma duszy wyobrażam sobie, jak to do zarządu tej spółki zadzwonił ktoś starszy i mądrzejszy i powiedział tak: wiecie, rozumiecie, nikt nie jest bez grzechu wobec Boga ani bez winy wobec cara, więc nie składać mi tu zadnych odwołań, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. Najciekawsze jest to, że obywatel Tusk Donald, który dotychczas przezornie nie odcinał obywatela Gietycha Romana od stryczka, teraz nie pisnął ani jednym słowem protestu. Dlaczego? Czy przypadkiem nie dlatego, że decyzję o nakazaniu prokuratoru Markowskiemu umorzenia śledztwa podjęła ta sama Moc, której podlega również obywatel Tusk Donald?

No dobrze – ale śledztwo, to jedna sprawa, a dokazywanie Wielce Czcigodnego Giertycha Romana w dziedzinie szermierki praworządnością, to sprawa druga. To dokazywanie wywołuje nawet wrażenie, jakby obywatel Tusk Donald milcząco godził się na rolę zakładnika Wielce Czcigodnego Giertycha Romana. Jakaż zagadkowa przyczyna może sprawić coś takiego?

Tu musimy odwołać się do literatury, a konkretnie – do drugiej części nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Szmaciak w wojsku”. Jest tam scena, jak w początkach stanu wojennego, dowodzący operacją odblokowania pcimskiego kombinatu generał Tumor prosi komendanta milicji Maczugę o łagodne potraktowanie Aleksa, syna byłego sekretarza Wardęgi, co to, jako gęgacz, schronił się w kombinacie między strażującymi robotnikami:

Stary towarzysz, zasłużony,

samego jeszcze znał Stalina.

Fakt, że ma głupawego syna,

ale to zawsze syn rodzony,

więc oszczędź Alka, bardzo proszę.

Ja ze swej strony zaraz wnoszę

pismo o awans.

Wypada tedy przypomnieć, że obywatel mec. Giertych Roman był pełnomocnikiem syna obywatela Donalda Tuska, Michała, w sprawie Amber Gold. Jak pamiętamy sprawa ta została i przez niezależną prokuraturę i przez niezawisłe sądy z Gdańska, a nawet przez sejmową komisję pod kierownictwem pani Małgorzaty Wassermann, sprawnie zamieciona pod dywan, a forsy nigdy nie znaleziono. To fakt – ale z drugiej strony – ileż pikantnych szczegółów w tej sprawie mógł poznać obywatel mec. Giertych Roman, jako pełnomocnik Tuska Michała? Czy przypadkiem nie ta okoliczność jest przyczyną, dla której Wielce Czcigodny Roman Giertych, na oczach całej Polski, trzyma obywatela Tuska Donalda mocno za krocze?

Stanisław Michalkiewicz

Chamy i Żydy w skali światowej

Chamy i Żydy w skali światowej

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    1 lipca 2025 michalkiewicz

No i stało się. Mimo wydanego przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa bezcennemu Izraelowi zakazu atakowania złowrogiego Iranu, bezcenny Izrael zlekceważył ten solenni zakaz i wykonał nagłe uderzenie na złowrogi Iran. Celem tego ataku, który rozpoczął kolejną wojnę na Bliskim i Środkowym Wschodzie, jest – jak wynika z deklaracji premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu – uniemożliwienie złowrogiemu Iranowi wejścia w posiadanie broni jądrowej, która groziłaby bezcennemu Izraelowi powtórką z holokaustu, a poza tym – doprowadzenie do zmiany złowrogiego reżymu ajatollahów na jakiś inny, bardziej odpowiadający bezcennemu Izraelowi, a także miłującym pokój, wolność i sprawiedliwość społeczną pozostałym cywilizowanym państwom.

Atak bezcennego Izraela na złowrogi Iran został przyjęty przez miłujący pokój, wolność i sprawiedliwość społeczną świat, a konkretnie – tę jego część, która wspomnianych wyżej wartości broni – z pełnym aprobaty zrozumieniem. Z jednej strony jest to jakby oczywista oczywistość, chociaż z drugiej strony niepodobna nie zauważyć, iż motywy napaści bezcennego Izraela na złowrogi Iran są bardzo podobne, jeśli nawet nie takie same, jakie w swoim czasie podał zimny ruski czekista Putin na uzasadnienie specjalnej operacji wojskowej, rozpoczętej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Tam też chodziło o uchronienie Rosji przed możliwym holokaustem, który niewątpliwie by nastąpił, gdyby Ukraina została przyjęta do NATO – co, jak się wydaje, obiecał był prezydentowi Zełeńskiemu prezydent Stanów Zjednoczonych Józio Biden – no i „denazyfikacja” Ukrainy, w której z szybkością płomienia szerzy się kult Stefana Bandery, uznany nawet przez naszą Jabłoneczkę z pierwszorzędnymi korzeniami, czyli Małżonkę naszego Księcia- Małżonka – za niezbywalny a nawet nieodzowny składnik ukraińskiej tożsamości narodowej. Jak pamiętamy, zimny ruski czekista z tego właśnie powodu został przez Senat USA uznany za „zbrodniarza wojennego”, a Rosja – obłożona różnorakimi sankcjami przez miłującą pokój i sprawiedliwość społeczność część świata, a konkretnie – przez wasali Stanów Zjednoczonych nie tylko w Europie, ale i poza nią.

Z tej asymetrii wypływa wiele wniosków, które powinniśmy chyba rozebrać sobie z uwagą – według kolejności.

A więc – po pierwsze – wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, co to głosił, jakoby na świecie były rasy wyższe i niższe, najwyraźniej miał trochę racji. Weźmy dla przykładu taką broń jądrową. Nikomu chyba nie przyszłoby do głowy, by kwestionować prawo Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy Francji do posiadania nuklearnych arsenałów. Najwyraźniej musi panować powszechny consensus, że wymienione państwa mają przyrodzone prawo do posiadania tej broni. Skąd bierze się ten consensus, jeśli nie z przekonania, że wymienione państwa reprezentują rasę wyższą, której nie wypada podejrzewać, że mogą tę broń wykorzystać w niewłaściwym celu – pod rygorem natychmiastowej utraty przyzwoitości? Toteż Stany Zjednoczone mają ponad 5 tysięcy głowic jądrowych, zaś Wielka Brytania i Francja – po jakieś 270 – i ani nikt się temu nie dziwuje, ani się z tego powodu nie gorszy. Pewne wątpliwości powstają w sytuacji, gdy w 5 tys. głowic jądrowych wyposażyła się Rosja, czy takie Chiny, co to mają ich ponad 900. Ale Rosja, chociaż popadała w sprośne błędy Niebu obrzydłe, tradycyjnie zaliczana jest chyba do rasy wyższej, znaczy się – do rasy panów. – chociaż bywały momenty dziejowe, gdy jej przynależność do tej rasy bywała podważana. Podobnie Chiny, które są starcem wśród narodów, wobec którego taki, dajmy na to, naród amerykański, może uchodzić za oseska.

Wynika stąd poszlaka, że między narodami należącymi do rasy panów i narodami należącymi do rasy chamów, granica nie jest ostra. Powiem więcej – wygląda na to, że przynależność jakiegoś narodu do jednej, czy drugiej rasy, to znaczy – do rasy panów, czy chamów, nie jest ostatecznie zdeterminowana. Weźmy taki naród koreański. „Powinien” on wprawdzie należeć do rasy chamów, ale tak się akurat złożyło, że wyposażył się nie tylko w skromny, bo skromny, niemniej jednak obejmujący 50 głowic arsenał nuklearny, a także środki ich przenoszenia, wśród których są podobno pociski międzykontynentalne. Z tego powodu jednym susem wskoczył do rasy panów i – w odróżnieniu od złowrogiego Iranu – nikt prawa północnych Koreańczyków do posiadania arsenału jądrowego nie kwestionuje. Podobnie jest z Pakistanem i Indiami. Za czasów Imperium Brytyjskiego, obydwa narody zaliczane były do rasy chamów i to nie tylko przez władców tego Imperium ale i przez resztę świata. Jednak najpierw Indie, a potem również Pakistan, którego prezydent uwziął się, by wejść w posiadanie broni jądrowej „nawet gdyby przyszło nam jeść trawę” – najwyraźniej awansowały do rasy panów – bo przecież nikomu nie przychodzi do głowy, by pozbawić jednych i drugich tych 170 głowic jądrowych, których posiadaniem tak się chlubią.

W tej sytuacji kwestionować spostrzeżenie wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera o istnieniu rasy panów i rasy chamów, może tylko człowiek pozbawiony elementarnej spostrzegawczości – chociaż do jego rewolucyjnej teorii musimy wnieść poprawkę, że przynależność jakiegoś narodu do jednej, czy drugiej rasy nie jest raz na zawsze zdeterminowana. Zresztą i Adolfowi Hitlerowi intuicja musiała coś takiego podpowiadać, skoro takich na przykład Japończyków zaliczał do „Aryjczyków” czyli rasy panów, „honorowych”.

Niestety – po drugie – wybitny przywódca socjalistyczny, chociaż zasadniczo myślał prawidłowo – popełnił niewybaczalny błąd uznając, że rasą panów, czyli Herrenvolkiem, są Niemcy. Tymczasem nic podobnego! Okazało się bowiem – a cały postępowy świat przyjął to do aprobującej wiadomości – że narodem panów, czyli Herrenvolkiem, nie są żadni tam Niemcy, tylko Żydowie. O ile bowiem Adolf Hitler utwierdzał się w swoim błędnym mniemaniu pod wpływem rozmaitych pseudonaukowych teorii, kolportowanych przez szarlatanów, to Żydowie już w starożytności złapali byka za rogi, uzasadniając swoją niekwestionowaną pozycję, rodzaj przewodniej roli w razie panów, geszeftem, jaki Stwórca Wszechświata miał zawrzeć z pewnym mezopotamskim koczownikiem.

Sprawdzić tego nikt dzisiaj nie jest w stanie – i o to właśnie chodzi, że skoro tak, to nie ma rady – trzeba w to wierzyć – chyba, że ktoś nie wierzy. Ponieważ jednak półtora miliarda ludzi, a może nawet dwa razy tyle, bo przecież i bisurmanie są „ludem Księgi”, w której o geszefcie stoi expressis verbis – to większość Ludzkości, może poza „bałwochwalcami” (spis ludności przedwojennego Wilna ujawnił aż sześciu „bałwochwalców” w tym, mieście), nie kwestionuje prawa bezcennego Izraela do posiadania 90 głowić jądrowych. Wprawdzie modestia skłania bezcenny Izrael do utrzymywania, że on broni jądrowej „nie ma” – ale dodatkowym argumentem na rzecz przewodniej roli bezcennego Izraela w rasie panów jest powszechnie znany fakt, iż wszyscy udają, że w to wierzą. Do tego stopnia, że nawet kiedy amerykańska bezpieka namierzyła niejakiego Pollarda, który na polecenie rządu bezcennego Izraela wykonywał zadanie szpiegowskie w USA właśnie w newralgicznym sektorze broni jądrowej, to wprawdzie USA zapakowało go do więzienia, ale w niczym nie zmieniło to stosunku zależności Ameryki od bezcennego Izraela.

Bo – po trzecie – jak zauważył Patryk Buchanan, co to w swoim czasie nawet kandydował na prezydenta USA – Waszyngton – a więc miejsce, gdzie mają siedziby najważniejsze władze Ameryki – stanowi „terytorium okupowane przez Izrael” Gdyby tak nie było, to jakże inaczej wyjaśnić przyczynę, dla której każdy nowo wybrany prezydent USA, zaraz po zaprzysiężeniu na Biblię, uroczyście oświadcza, że będzie bronił bezpieczeństwa Izraela, jak źrenicy oka i to bez względu na to, co bezcenny Izrael akurat robi? Jeśli taka deklaracja nie jest rodzajem hołdu lennego, to ja jestem chińskim mandarynem.

Wynika z tego, że Stany Zjednoczone są „sługą narodu żydowskiego”, podobnie jak Polska, która jest sługą narody ukraińskiego, żydowskiego, a obecnie – również niemieckiego. Stany Zjednoczone narodowi ukraińskiemu raczej nie służą, bo trudno nazwać służbą prowadzenie wojny z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca. W przypadku Żydów sytuacja jest całkiem inna, więc nic dziwnego, że wszyscy amerykańscy twardziele, skaczą przed Żydami z gałęzi na gałąź – a największy twardziel w osobie prezydenta Donalda Trumpa właśnie na oczach całego świata został przez premiera bezcennego Izraela nie tylko olany ciepłym moczem, ale nawet nie wolno mu zauważyć, że został olany. Toteż, żeby nie stracić prestiżu, teraz odgraża się, że zmusi złowrogi Iran do „bezwarunkowej kapitulacji”. Zmusi – albo i nie zmusi – bo już wiemy, że o tym, co będzie robił, nie zadecyduje on, tylko jakieś grono cadyków z Tel Awivu. I chociaż prezydent Trump buńczucznie oświadcza, że „nikt” nie wie, co on zrobi, to jest to prawdą o tyle, że on sam tego nie wie – bo cadykowie przecież wiedzą. Zrobi, co akurat będzie trzeba. W przeciwnym razie amerykańscy Żydowie zrobią z Donalda Trumpa marmoladę – a i tak będzie on zadowolony, jeśli tylko na tym się skończy.

I na koniec – po czwarte – słoń a sprawa polska. Jak wiadomo, bezcenny Izrael i złowrogi Iran, okładają się na odległość rakietowymi kartaczami. Taki jeden kartacz kosztuje sporo szmalcu, więc kiedy wojna bezcennego Izraela ze złowrogim Iranem tak czy owak się zakończy, to bezcenny Izrael będzie potrzebował szmalcu, choćby po to, by odbudować swój kartaczowy arsenał. W tym celu pewnie wydoi Amerykę – ale po ostatnich napięciach między Elonem Muskiem a prezydentem Trumpem wiemy, że amerykańskie finanse są, delikatnie mówiąc, też napięte.

W tej sytuacji bezcenny Izrael może podkręcić amerykańskich twardzieli („wiecie, rozumiecie, amerykańscy twardzieje…”), żeby zmłotowali Polskę na tak zwane „roszczenia”, o których mówi ustawa nr 447, podpisana nie przez kogo innego, jak właśnie prezydenta Donalda Trumpa w roku 2018. Czyż nie w tym właśnie celu szykowana jest w naszym nieszczęśliwym kraju kolejna odsłona wojny o praworządność, będąca odpryskiem wyborów prezydenckich? Szykuje się u nas niezły burdel, a cóż lepiej sprzyja wyszlamowaniu jakiegoś chamskiego kraju, jak nie wtrącenie go w stan permanentnego burdelu, jak w wieku XVIII?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Zanim wyparujemy w słusznej sprawie

Zanim wyparujemy w słusznej sprawie

Stanisław Michalkiewicz  28 czerwca 2025michalkiewicz

Umiłowanie i słodycz rodzaju ludzkiego”. Takimi słowy Swetoniusz Trankwillus skomplementował „boskiego Tytusa”, rzymskiego cesarza, który objął rządy po swoim ojcu, „boskim Wespazjanie”. Nawiasem mówiąc, krążą po świecie fałszywe pogłoski, jakoby istniało jakieś „DITISO”, czyli „Divini Titio Internationale Societas”, co miałoby oznaczać „Międzynarodowe Stowarzyszenie Boskiego Tytusa”. Zważywszy, że to właśnie Tytus zdobył Jerozolimę i zburzył świątynię jerozolimską, z której została tylko słynna „Ściana Płaczu”, gdzie Żydowie składają odkrytki dla Najwyższego, istnienie takiego stowarzyszenia mogłoby mieć znaczenie polityczne zwłaszcza teraz, kiedy bezcenny Izrael obrzuca dalekonośnymi kartaczami złowrogi Iran, a słychać, że w sukurs mają mu przyjść Stany Zjednoczone, żeby raz na zawsze przeprowadzić ostateczne rozwiązanie kwestii irańskiej.

Zegar tyka i właśnie, gdy piszę ten felieton, nadeszły skrzydlate wieści, że amerykańskie bombowce B-2, które mogą obrzucić złowrogi Iran prawie 14-tonowymi car-bombami, przebazowywane są z Ameryki do bazy na Diego Garcia na Oceanie Indyjskim, skąd prawdopodobnie będą wykonywały naloty na złowrogi Iran, zgodnie z suwerenną decyzją amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, podyktowaną mu przez izraelskich cadyków, przed którymi amerykańscy twardziele skaczą z gałęzi na gałąź.

Jak tam będzie, tam tam będzie i jeśli nawet z tego powodu wybuchnie III wojna światowa, to choćby na moment przed wyparowaniem, jakie nieuchronnie nas wtedy czeka, będziemy mogli się pocieszyć, że wyparowujemy w słusznej sprawie. Nie ma bowiem, jak powszechnie wiadomo, słuszniejszej sprawy, jak interes bezcennego Izraela, więc wszystko będzie w jak najlepszym porządku.

No dobrze – ale co ma z tym wszystkim wspólnego cesarz Tytus, który już dawno umarł i chociaż został deifikowany przez rzymski Senat, to nikt poważny, mądry i roztropny się tą jego deifikacją nie przejmuje, podobnie jak innymi decyzjami tego Senatu. Co innego, gdyby deifikował do Senat Stanów Zjednoczonych. Wtedy chyba i my musielibyśmy tę deifikację uznać, bo w przeciwnym razie mogłaby być z nami brzydka sprawa. Na szczęście żadne lobby rzymskie, z odróżnieniu od izraelskiego, nie dyktuje amerykańskiemu Senatowi, co ma uchwalać, albo i nie uchwalać.

W tej sytuacji skupmy się na komplemencie, jakim wielkodusznie obdarzył cesarza Tytusa wspomniany Swetoniusz Trankwillus. Myślę, że dzisiaj podobnym komplementem moglibyśmy obdarzyć chlubę światowej jurysprudencji i w ogóle – całej postępowej Ludzkości, najwybitniejszy umysł naszych czasów, czyli pana profesora Wojciecha Sadurskiego. Pan prof. Sadurski, jak przystało na chlubę całej postępowej Ludzkości, zna swoje miejsce w szyku i nie podstawia nóg tam, gdzie kują konie, tylko trzyma się raczej wskazówki sformułowanej przez Klucznika Gerwazego, który – co prawda sformułował ją w trochę innych okolicznościach – ale właśnie dlatego ma ona charakter uniwersalny. Wskazówka ta głosi, że „gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”.

A właśnie pan prof. Wojciech Sadurski chwalebnie spostrzegł się, co w przededniu III wojny światowej przystoi mu czynić i przedstawił projekt, który pobożny portal „Fronda” nazwał projektem „zamachu stanu”. Nie chodzi oczywiście o jakieś zbrojne wystąpienie, bo do czegoś takiego nasza niezwyciężona armia chyba nie jest zdolna, tylko o rodzaj kruczka prawniczego, przy pomocy którego Volksdeutsche Partei mogłaby osadzić na prezydenckim stolcu już nie umiłowaną duszeńkę przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów Ronalda Laudera, co to w swoim czasie namaścił ją na tubylczego prezydenta w Polsce, czyli obywatela Trzaskowskiego Rafała, tylko obywatela Hołownię Szymona, który też w wyborach prezydenckich kandydował, ale bez takiego namaszczenia, w związku z czym uzyskał wynik dopiero piąty, czy może nawet szósty w kolejności.

Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma, dobra psu i mucha, więc chyba dlatego pan profesor Wojciech Sadurski wykombinował prawniczy kruczek. Polega on na tym, że zgodnie z art. 130 konstytucji, prezydent-elekt obejmuje urząd dopiero po złożeniu przysięgi przez Zgromadzeniem Narodowym. Takie Zgromadzenie zwołuje marszałek Sejmu, czyli obywatel Hołownia Szymon. No dobrze – powiada pan prof. Wojciech Sadurski – a co będzie, jeśli obywatel Hołownia Szymon tego Zgromadzenia nie zwoła? Jeśli go nie zwoła, to nie zostanie ono zwołane, a w tej sytuacji prezydent-elekt nie będzie miał przed kim złożyć swojej przysięgi, więc jej nie złoży, a w konsekwencji nie będzie mógł objąć urzędu prezydenta. Jest to proste, jak budowa cepa, ale musimy pamiętać, że tylko genialne umysły mogą wpaść na takie proste rozstrzygnięcia, a któż ma umysł genialniejszy od pana prof. Wojciecha Sadurskiego? Takiego człowieka na szczęście u nas nie ma, dzięki czemu pan prof. Sadurski może błyszczeć na firmamencie tubylczej, a nawet światowej jurysprudencji, jako gwiazda pierwszej wielkości.

Ale na tym nie koniec kombinacji, bo zgodnie z art. 131 konstytucji, w sytuacji, gdy prezydent nie może objąć swego urzędu, jego obowiązki przejmuje marszałek Sejmu, czyli obywatel Hołownia Szymon i sprawuje je do czasu wyboru nowego prezydenta. W tym czasie obywatel Hołownia Szymon popodpisywałby wszystkie ustawy, które podsunąłby mu do podpisu obywatel Tusk Donald, z nowelizacją kodeksu karnego przewidującego penalizację „mowy nienawiści” na czele, dzięki czemu teren pod przyszłe wybory prezydenckie zostałby znakomicie zniwelowany i wszyscy niepożądani kandydaci zostaliby na podstawie decyzji niezawisłych sądów ulokowani w aresztach wydobywczych, dzięki czemu „demokracja wojenna” o której tak pięknie mówił z natchnienia Judenratu obywatel redaktor Piątek Tomasz, nie tylko by odniosła ostateczne zwycięstwo, ale by się umocniła na dłuuugie dziesięciolecia.

Nie muszę chyba dodawać, że w pierwszej kolejności dotyczyłoby to Grzegorza Brauna, przeciwko któremu wystąpiła na łamach „Gazety Wyborczej” jego własna siostra ujawniając, że do niedawna „myślała”, że cała jej rodzina jest pochodzenia żydowskiego. Niby Judenrat stoi na nieubłaganym stanowisku, że żydowskie pochodzenie, to nic hańbiącego, ale kiedy trzeba ugodzić w uzurpatora, to cóż to szkodzi przypisać mu żydowskie pochodzenie, które – co tu ukrywać – wywołuje podobną abominację, jak podejrzenie o syfilis?

Tedy niezależnie od czekającej nas nieuchronnie wojny o praworządność, w której wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po specyficznym zapachu, będą podważali legalność Izby Kontroli Nadzwyczajnej I Spraw Publicznych Sądu Najwyższego i dowodzili ponad wszelką wątpliwość, że orzekać w sprawie ważności wyborów prezydenckich powinna Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN, to pan prof. Wojciech Sadurski swoim genialnym umysłem sięgnął dalej w przyszłość i znalazł prawidłowe rozwiązanie.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Netanjahu przed całym światem ośmieszył prezydenta Trumpa

Wojna na Bliskim Wschodzie. Michalkiewicz: Netanjahu przed całym światem ośmieszył Trumpa [VIDEO]

24.06.2025 michalkiewicz-netanjahu-przed-calym-swiatem-osmieszyl-trumpa

stanislaw michalkiewicz
Stanisław Michalkiewicz / fot. Rumble / Tomasz Sommer

Stanisław Michalkiewicz na kanale Tomasza Sommera wyjaśnił, że USA nie są suwerennym państwem i muszą wypełniać rozkazy Żydów. Redaktor powiedział, że Benjamin Netanjahu „olał ciepłym moczem te wszystkie zakazy prezydenta Donalda Trumpa”.

– Krótko mówiąc, przed całym światem go ośmieszył. W związku z tym prezydent Donald Trump, żeby nie stracić już resztek prestiżu, proszę pana, nawet nie ośmielił się zauważyć, że został olany ciepłym moczem. No i natychmiast, proszę pana, tutaj stanął w karnym szeregu – dodał Michalkiewicz.

– Powiedział, że nikt nie wie, co on zrobi. Tak powiedział, takie buńczuczne. Oczywiście, wie pan, koloryzował, bo on może nie wie, co on zrobi. Natomiast cadykowie z Jerozolimy to wiedzą, co on zrobi. Zrobi to, co oni mu każą – stwierdził.

– No i właśnie tak się stało. Powiedział prezydent Trump, że dwa tygodnie daje sobie na podjęcie suwerennej decyzji. Rozumie Pan, to tak jak generał Jaruzelski w 1981 roku podjął suwerenną decyzję, to teraz prezydent Stanów Zjednoczonych ćwiczy ten sam model. No i generałowi Jaruzelskiemu to sowieci kazali podjąć decyzję suwerenną, a prezydentowi Trumpowi to cadykowie z Jerozolimy. „Wiecie, rozumiecie Trump. Wy lepiej podejmijcie suwerenną decyzję, bo w przeciwnym razie będzie z wami brzydka sprawa. Zrobimy z was marmoladę. Jakieś dziecko sobie przypomni, albo nawet całe stado dzieci, żeście mu 40 lat temu włożyli rękę pod spódniczkę. No i co to będzie”? – mówił Michalkiewicz.

– W związku z tym te dwa tygodnie to były zmyłkowe, bo chodziło o to, że bezcenny Izrael nie mógł zbombardirować, proszę Pana, irańskich instalacji nuklearnych, bo one są ukryte głęboko pod jakąś górą, tam pod kilkoma górami chyba. A Amerykanie mają carbomby takie, prawie 14 tonowe. I one penetrują tam, zanim wybuchną to tam 40 metrów w głąb ziemi się wbijają i dopiero potem wybuchają. No i proszę pana, problem polega na tym, że te bomby to mogą przenosić tylko bombowce amerykańskie, bombowce B-2 – wyjaśnił.

– To trudno uwierzyć, panie Tomaszu, piloci izraelscy nie potrafią pilotować tych bombowców B-2. No i w związku z tym nie było innej rady – mówił Michalkiewicz.

– Goje musieli pilotować? – wtrącił dr Tomasz Sommer.

– Nie, to panie, ja myślałem, że piloci izraelscy wszystko potrafią, a tu się okazuje, że nie. No i proszę pana, nie było rady. Cadykowie rada w radę uradzili. „Wy wiecie, Trump, wy się włączcie do konfliktu i zbombardujcie tutaj te podziemne instalacje nuklearne złowrogiego Iranu”. No to proszę pana, jak taki rozkaz padł, to prezydent Trump, proszę pana, nie miał innego wyjścia, tylko musiał udawać, że podjął suwerenną decyzję. Ale to wie Pan, ogon wywija psem. My to wiemy od dziesięcioleci, że Stany Zjednoczone już nie są państwem niepodległym, nie są państwem samodzielnym, tylko są sługą narodu żydowskiego. I tak jak my jesteśmy sługą narodu żydowskiego, ukraińskiego, niemieckiego, kto chce, to my mu służymy – mówił Michalkiewicz.

– Z wyjątkiem Putina. Putinowi na tym etapie nie służymy. A tak to kto tylko nam każe, to my mu, jemu służymy. Amerykanie pod tym względem w lepszym położeniu są, bo oni służą tylko narodowi żydowskiemu – podsumował Stanisław Michalkiewicz.

Biurokracja naszym Panem. Kampania ze szpitala psychiatrycznego

Biurokracja naszym Panem.

Kampania ze szpitala psychiatrycznego

21.06.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/06/21/biurokracja-naszym-panem-kampania-ze-szpitala-psychiatrycznego/

Wielokrotnie mówiłem, że gdyby widowiska organizowane podczas kampanii prezydenckiej były urządzane na oddziale psychiatrycznym jakiegoś szpitala, to wszystko byłoby w porządku, bo to byłaby rzecz naturalna.

Tymczasem to nie były widowiska szpitalne, tylko najprawdziwsza kampania, w której stawką był wybór prezydenta całkiem sporego państwa w Europie.

Na usprawiedliwienie uczestników, a zwłaszcza bohaterów tych widowisk trzeba podnieść, że – po pierwsze – nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki mają surowo zakazane od naszych Sojuszników, większych i mniejszych, toteż siłą rzeczy muszą koncentrować się na tematach zastępczych, w rodzaju różnic między przodkiem a tyłkiem, albo – jak to pisze Stanisław Lem – „na budowie cudnej tronu monarszego; jego poręczach słodkich i nogach sprawiedliwych”. Po drugie – pozycja prezydenta w konstytucji przygotowanej przez takich specjalistów jak m.in. Aleksander Kwaśniewski jest dziwnie osobliwa.

Ma prezydent najsilniejszą legitymację demokratyczną spośród wszystkich pozostałych dygnitarzy – bo tylko on jest wybierany w powszechnym głosowaniu, podczas gdy taki prezes Rady Ministrów w ogóle nie musi mieć, a nawet nie powinien mieć legitymacji demokratycznej – gdyby oczywiście w konstytucji był rzeczywiście przeprowadzony trójpodział władz. Ale to właśnie prezes Rady Ministrów ma władzę, podczas gdy prezydent – zaledwie jej pozory. Czy zaważyła na tym znana na całym świecie mądrość Aleksandra Kwaśniewskiego i pozostałej trójki „ojców założycieli” III RP – Waldemara Pawlaka, Ryszarda Bugaja i znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego, czy też tak zarządził pan generał Marek Dukaczewski, który – podobnie jak reszta bezpieki – z tej osobliwości czerpie korzyści – trudno zgadnąć, bo równie dobrze można by dopuścić możliwość, iż takie rozwiązanie wydało się optymalne Naszym Sojusznikom, którzy – podobnie jak w wieku XVIII – pragną Polski obezwładnionej – a taka osobliwość szalenie temu sprzyja. Jak tam było, tak tam było, a teraz trzeba by jak najszybciej ten idiotyzm zlikwidować i wprowadzić system prezydencki, w którym to właśnie prezydent jest ośrodkiem władzy wykonawczej, a nie czereda zwana „Radą Ministrów”. System prezydencki bowiem jest bardziej zbliżony do monarchii niż system parlamentarno-gabinetowy, w którym ta cała Rada Ministrów jest rodzajem „ispołkomu”, czyli Komitetu Wykonawczego i to nawet nie całego Sejmu, tylko aktualnej większości.

Trudno w tej sytuacji, by interes partyjny nie dominował nad państwowym – a właśnie coś takiego funduje naszemu nieszczęśliwemu krajowi spółka obywatela Tuska Donalda z Naczelnikiem Państwa Kaczyńskim Jarosławem. Mówię o spółce – bo w sprawach naprawdę dla państwa ważnych obydwaj pozorni antagoniści idą ręka w rękę – a przykładów na to jest Legion. Jak wiadomo, zwycięzcą wyborów prezydenckich został Karol Nawrocki, będący wynalazkiem Naczelnika Państwa Kaczyńskiego Jarosława, który w ten sposób, spółkując z obywatelem Tuskiem Donaldem, zmusił wszystkich suwerenów do wtłoczenia w stalinowską formułę, według której najważniejsze w demokracji jest przedstawienie suwerenom prawidłowej alternatywy, którą można poznać po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane.

Przy założeniu, któremu niepodobna odmówić realizmu – że naszą sceną polityczną, podobnie jak scenami politycznymi wielu innych państw pozostałych, kręcą bezpieczniacy, którzy z kolei – już w drugim pokoleniu – wysługują się centralom wywiadowczym Naszych Sojuszników – ostatnie wybory prezydenckie w zasadzie spełniły te oczekiwania. Najlepszym tego dowodem jest oczekiwanie, czy prezydent-elekt „urwie się ze smyczy”, czy nie – no i kiedy ewentualnie to nastąpi. Wbrew pozorom nie jest to wcale sprawa prosta – bo ta smycz jest jednocześnie pępowiną, przez którą prezydent dostaje tlen od macierzystego gangu politycznego. Kiedy ją zerwie – kto dostarczy mu tlenu i którędy?

Instytucjonalne możliwości nie istnieją, a na stworzenie faktów dokonanych prezydent pozbawiony własnego politycznego gangu i nie mogący liczyć na Siły Zbrojne, których de nomine jest zwierzchnikiem – zwyczajnie nie ma siły – o czym mogliśmy się przekonać podczas pojmania w Pałacu Prezydenckim panów Kamińskiego i Wąsika. Okazało się wtedy, że prezydent Duda nie tylko został wydymany przez bezpieczniaków, ale w dodatku – że nie może liczyć nawet na lojalność własnej ochrony, która Bóg wie komu naprawdę podlega. Prezydent Nawrocki będzie w takiej samej sytuacji, więc czy wobec Naczelnika Państwa będzie mógł pozwolić sobie na jakieś gwałtowne ruchy?

Ale odkąd radzieccy uczeni odkryli metodę poznania przyszłości, polegającą na tym, że wystarczy trochę poczekać – poczekajmy i zobaczymy. Natomiast z kampanii prezydenckiej można już teraz wyciągnąć jeden wniosek – że mianowicie większość kandydatów stających do tych wyborów, a także co najmniej połowa suwerenów, pozostaje w służbie biurokracji, niekoniecznie zdając sobie z tego sprawę.

Jestem na przykład pewien, że taka pani Biejat nie ma o tym pojęcia i myśli, że to wszystko naprawdę – ale „obiektywnie” jest biurokratyczną posługaczką, która w dodatku ma poczucie misji wobec zwykłych obywateli, których tak naprawdę wystawia na najbardziej bezlitosny wyzysk biurokratycznych gangów, które oblazły nasz nieszczęśliwy kraj. Zarówno ona, jak i główna duszeńka Volksdeutsche Partei obywatel Trzaskowski Rafał z pierwszorzędnymi korzeniami i to podwójnymi, podobnie jak pan Zandberg, nie mówiąc już o madame Senyszyn, nie widzi innych rozwiązań jak otoczenie obywateli coraz ściślejszą opieką „państwa”, czyli biurokratycznych struktur, które przecież nie będą nikim opiekować się za darmo, no a poza tym – byle czego nie zjedzą. Pod tym względem Naczelnik Państwa niczym się nie różni, bo – o ile w ogóle ma jakiś ideał – to jest nim przedwojenna sanacja, a z późniejszych mężyków stanu – Edward Gierek, którego w swoim czasie nie mógł się nachwalić.

To między innymi dlatego duopol, którego likwidację pan Sławomir Mentzen tak płomiennie zapowiadał, bezpieczniackie watahy podtrzymują ponad podziałami – bo gdzież będą miały lepsze żerowisko dla siebie i swoich konfidentów? Obywateli, którzy rozumieją, na czym polega funkcjonowanie państwa, nie jest więcej niż 15 procent. Wprawdzie pan Mentzen i Grzegorz Braun zebrali w sumie ponad 20 procent głosów – ale trzeba od tego odjąć tych, którzy w drugiej turze wyborów prezydenckich poparli obywatela Trzaskowskiego Rafała.

Nawiasem mówiąc, najbardziej osobliwie objawiła się sytuacja Polskiego Stronnictwa Ludowego. Teoretycznie reprezentuje ono mieszkańców „polskiej wsi” i „rolników” – ale patrzmy, co się narobiło? Oto zaraz po pierwszej turze wyborów szef PSL Władysław Kosiniak zwany „Kamaszem” bezwarunkowo poparł obywatela Trzaskowskiego Rafała. Tymczasem po drugiej turze wyborów okazało się, że 80 procent „rolników” teoretycznie reprezentowanych przez PSL głosowało na obywatela Nawrockiego Karola! Ładny interes! Gdyby to było w Japonii, to taki lider powinien był popełnić harakiri, ale gdzie tam od pana Władysława oczekiwać takich honorowych zachowań?

Wracając do wysługiwania się biurokratycznym gangom przez Umiłowanych Przywódców – to wychodzą oni naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu. Takim spadkiem zostaliśmy obdarowani przez komunę – i dlatego kiedy na polskiej scenie politycznej pojawiła się Konfederacja – wróżyłem dla niej „długi marsz”. Tymczasem słyszę, że pan Sławomir jakby nie zdawał sobie sprawy, że wybory już się skończyły, zaprosił Naczelnika Państwa na „rozmowy” w sprawie „rządu technicznego”. Spotkał się nie tylko z odmową, ale również – z cierpką uwagą o „proporcjach” i „doświadczeniu”. Bo i po co Naczelnikowi jakieś „rozmowy”, kiedy właśnie nie tylko dostał porcję tlenu, ale wiele wskazuje, że to on znowu będzie go rozdzielał po uważaniu?