Niedawno natrafiłem na poruszające świadectwo rodziców Blanki, które swego czasu wyemitowała Telewizja Trwam i pomyślałem, że warto, aby Państwo także je poznali. Świadectwo to bardzo dobrze ilustruje, jak istotną rolę pełnią hospicja perinatalne i jak bardzo potrzeba, aby lekarze informowali rodziców dzieci z wadami letalnymi o ich funkcjonowaniu.
Bardzo prosimy o udostępnienie tej petycji, a tych, którzy jeszcze jej nie podpisali – o nadrobienie tego.
==============================
Świadectwo rodziców Blanki:
„Podczas badania USG lekarz poinformował nas, że dziecko ma rozległy rozszczep podniebienia i wargi oraz prawdopodobnie wadę serca polegającą na jego nieprawidłowym położeniu w klatce piersiowej. Powiedział, że musi skierować nas do kolejnego ośrodka. Jednocześnie mieliśmy w tej sytuacji ogromne szczęście, ponieważ pan doktor polecił nam konkretną osobę — panią docent Dangel, która pracuje w przychodni USG na Agatowej. Okazało się, że jest to przychodnia działająca przy hospicjum perinatalnym. Nie mieliśmy pojęcia, czym jest hospicjum — do tej pory kojarzyliśmy je wyłącznie z dziećmi chorymi na raka.
Pani docent potwierdziła nieprawidłowości, które wcześniej stwierdził lekarz i zaproponowała przeprowadzenie badań prenatalnych.
Kiedy wykonaliśmy badania prenatalne i okazało się, że nasza córeczka ma nieuleczalną wadę genetyczną, lekarze genetycy poinformowali nas, że musimy podjąć decyzję, czy chcemy przerwać ciążę, czy ją kontynuować. Był to dla nas ogromny szok.
Dodatkowo byliśmy ponaglani, ponieważ był to już dwudziesty tydzień ciąży i na podjęcie decyzji pozostawało bardzo niewiele czasu.
Nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że nie rozważaliśmy takiej możliwości, mimo że jesteśmy wierzącymi katolikami. Przez kilka dni żyliśmy w ogromnej rozterce, zwłaszcza że genetycy nas ponaglali — dla nich sprawa była oczywista: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć.
Bardzo pomogło nam wtedy hospicjum. Szczególnie poruszyły mnie słowa, które pani docent Dangel wypowiedziała podczas badania USG: że nie wszystkie te dzieci umierają natychmiast po porodzie, bo są to dzieci, które również potrzebują szansy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak poważne jest to schorzenie. Nawet jeśli wiemy, że wada jest nieuleczalna, nie wiemy, w jakiej kondycji dziecko się urodzi ani jak długo będzie żyło. To dało mi bardzo dużo do myślenia.
W tym czasie pojechaliśmy do naszych rodziców na uroczystości Bożego Ciała. Uczestniczyliśmy w procesji i nieustannie zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens. W drodze powrotnej do domu byliśmy świadkami zdarzenia drogowego i pomogliśmy wezwać karetkę. Dwóch chłopców przewróciło się na motorowerze. Wtedy pojawiła się myśl, że ratujemy komuś życie, a sami chcemy odebrać życie własnemu dziecku… Jechaliśmy prosto do szpitala, aby podjąć tę decyzję. Zadzwoniliśmy do hospicjum, a gdy usłyszeli, że jedziemy położyć się na oddziale, poprosili, abyśmy natychmiast przyjechali do nich.
Psycholog z hospicjum usiadła z nami, rozmawiała, opowiadała o rodzinach, którymi się opiekują, o tym, jak wygląda ich praca. Wyjaśniła, że troszczą się nie tylko o chore dziecko, lecz także o całą rodzinę — każdego jej członka. Potrzebowaliśmy takiej iskry, która wyrwie nas z tego zamkniętego kręgu — nadziei, że istnieje miejsce i ludzie, którzy nam pomogą i że nie zostaniemy sami. Po spotkaniu z panią psycholog przestaliśmy myśleć o przerwaniu ciąży.
(…)
Bałam się, jak zareaguję w chwili narodzin mojej córeczki, kiedy ją zobaczę — z wszystkimi wadami, które miała, a rozszczep był znaczny. Ciąża była bardzo trudna emocjonalnie, pozbawiona radości i zachwytu.
Obawiałam się, jaka będzie moja reakcja, czy pokocham to dziecko, czy je przyjmę. Wszystkie obawy zniknęły jednak natychmiast w chwili, gdy ją przytuliłam.
Moment porodu był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Byłam bardzo zaskoczona, ponieważ przeżyłam go równie wspaniale jak poród mojego syna. To był niezwykle wzniosły moment. A uczucie, kiedy położono mi ją na brzuchu, było czymś najpiękniejszym, co można sobie wyobrazić. To było moje dziecko.
Blanka przebywała w szpitalu nieco ponad dwa tygodnie. Po miesiącu w domu pojawiły się problemy z oddychaniem i jedzeniem — były to już symptomy świadczące o tym, że w jej organizmie dzieje się coś niedobrego.
Blanka żyła tylko trzy miesiące. Rozpoznaliśmy moment, w którym zdecydowała się odejść. Odeszła w atmosferze bliskości i spokoju. Byliśmy przy niej, była pogodna, zasnęła na moich rękach.
Dla mnie, jako matki, najważniejsze było to, że to było moje dziecko. Niezależnie od tego, jak bardzo było chore, dałam mu szansę poczuć moją miłość. Dałam mu szansę przyjść na świat. Nie odebrałam mu tej szansy. Zdarza się przecież, że o chorobie dziecka dowiadujemy się nie w trakcie ciąży, lecz później. Czym to się więc różni? W zasadzie tylko tym, że nadejdzie moment porodu. Dziecko już żyje we mnie, dlatego nie mam prawa pozbawić go życia.”
— mówiła mama Blanki w reportażu Telewizji Trwam.
Historia ta dobitnie ukazuje z jak skrajnie odmiennymi postawami można spotkać się w środowisku medycznym oraz jak istotne jest skierowanie do miejsca, w którym można uzyskać pomoc. Dlatego jeszcze raz zachęcam do podpisania i udostępnienia apelu do Minister Zdrowia o zobligowanie lekarzy do informowania matek dzieci z rozpoznaną wadą letalną o możliwości skorzystania z pomocy hospicjum perinatalnego oraz do wystawiania skierowań do takich placówek. \Pozdrawiam serdecznie Zbigniew Kaliszuk Fundacja Grupa Proelio proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo
Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.
ShutterStock
„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności.
Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.
– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”.
Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.
– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.
Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.
Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.
Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.
– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.
„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.
Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.
Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?
Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.
O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.
– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.
Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.
Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.
Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.
Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.
Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.
Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.
Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę.
Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.
Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.
Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.
– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.
– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.
Być to być widzianym
Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.
Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.
Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące „naukowych” prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.
Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.
Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.
Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.
Jak pokonać bezradność?
Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.
– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.
Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.
– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle.
Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.
Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.
Wraz z głupieniem społeczeństwa głupieją również dzieci. Jak się okazuje, na jaw wychodzi u nich nieznajomość totalnie najprostszych rzeczy, jak odczytanie godziny z tarczowego zegara, używanie gotówki czy szczoteczki do zębów. Nauczyciele oceniają, że wynika to z jednej strony z braku zainteresowania dzieckiem rodziców, a z drugiej z powodu dawania dzieciom smartfonów z dostępem do Internetu i pozostawianiu ich z nimi całymi godzinami.
Radio ZET opisało szeroko zjawisko braku najbardziej podstawowych umiejętności wśród dzieci. Redakcja pytała nauczycieli o to, czego dzieci nie potrafią, choć wydawałoby się, że już powinny umieć.
Uwagi dotyczą głównie dzieci z klas 1-3, ale w toku rozmów wyszło, że także starszych.
– Zegarek. Wielu uczniów nie potrafi odczytać godziny z zegarka analogowego – powiedział Adam Ejnik, nauczyciel polskiego w SP nr 1 w Żurominie.
Potwierdziła to dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie Dorota Kuchta. W tej szkole dyrektor zlikwidowała cztery lata temu dzwonki. Na korytarzach i w klasach zawieszono typowe zegary tarczowe.
– Przez pierwsze dwa lata nie było problemów, ale w zeszłym roku szkolnym przyszło takie pokolenie do klas pierwszych, które nie potrafiło już sobie z tym poradzić. Nie rozumie takiej formy zegarka. Zresztą trzy czwarte dzieci nie posiada zegarków, a pozostałe mają smartwatche – powiedziała Kuchta.
Powieszono więc obok zegary elektroniczne.
– Dzieci muszą wiedzieć, kiedy iść do klasy, żeby nie spóźnić się na lekcję. Ale nie zdejmujemy tych zwykłych, bo znajomość tarczy zegarowej jest chociażby jednym z wymogów egzaminacyjnych – podkreśliła.
Problem jest także ze szczoteczkami do zębów. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z woj. świętokrzyskiego, pani Katarzyna zabiera pierwszoklasistów po przerwie obiadowej, by umyły zęby. Ma ich nauczyć tego nawyku.
– Poprosiłam, żeby rodzice dali im zwykłe, jednorazowe szczoteczki. Ale okazało się, że niektórzy uczniowie nie wiedzieli, jak z nich skorzystać. Szukali przycisku, żeby włączyć je jak elektryczną – powiedziała.
Wskazała też na problem, który zauważyła poza klasą. Dziecko próbowało czytać lub przeglądać książkę. Zamiast odwrócić stronę, próbowało „przewinąć” ją palcem po stronie, jakby to był tablet.
– Albo gdy oglądało bajkę w telewizji, krzyczało „zablokuj”. Nie rozumiało, że to nie bajka z YouTube’a, gdzie można w każdej chwili cofnąć, zatrzymać czy przewinąć wideo – podkreśliła.
Z kolei nauczyciel angielskiego, Grzegorz ujrzał, jak szóstoklasiści nie umieli wydać reszty z papierowych pieniędzy. Nie znali w ogóle nominałów i nie potrafili rozliczyć pieniędzy.
– Teraz płacimy komórką, kartą, zegarkiem, ostatnio obrączką. Dzieci nie mają więc styczności z papierowymi pieniędzmi – powiedział Grzegorz.
Podobnie jest z mapami i atlasami samochodowymi. Pani Anna, nauczycielka geografii i przyrody w woj. świętokrzyskim oceniła, że dzieci w życiu nie trzymały papierowej mapy w rękach, więc nie mogą umieć ich wykorzystywać. W szkole mają z nimi styczność, ale głównie jest to używane na zasadzie nauki podziału administracyjnego Polski.
– Nie brakuje mi dzieci w klasie, które były w Tajlandii, w Egipcie, zjeździły pół Europy, ale nie były w Tatrach, nie widziały Bałtyku – powiedziała pani Anna.
Dotyczy to również starszych dzieci. Pan Grzegorz wspomina kolegę, który przyjmował na praktyki młodzież z technikum z klas technik elektryk.
– Był przerażony tym, że nie wiedzieli, jak płynie prąd. Dla nich to powinna być podstawa – podkreślił.
Dyrektor Dorota Kuchta zwraca uwagę na podstawowe umiejętności życiowe. Wskazuje na przyszycie guzika, zacerowanie dziury czy użycie maszyny do szycia.
– Uczennica kiedyś opowiadała mi, że gdy miała ugotować jajko na miękko, szukała w Internecie, jak to zrobić i ile czasu na to potrzeba – powiedziała pani Anna.
Dyrektor największe zdziwienie wywołało to, że uczniowie jednej z jej klas nie mieli pojęcia, jak rośnie marchewka i nie rozróżniały warzyw.
– Nie wymagałam wiedzy, jak rośnie ananas, czy jak wygląda batat, ale według niektórych warzywa mamy z Lidla czy Biedronki – podkreśliła.
Chodzi tutaj o dzieci w większości z terenów wiejskich.
– To skoro one takich rzeczy nie wiedzą, a mają to pod nosem, to jaki jest stan wiedzy uczniów z aglomeracji? – zapytała.
Wspomniała też na ujrzany wcześniej materiał na TikToku. Znajdowało się tam zdjęcie krowy z przypiętą jednorazową rękawiczką. Nalane było do niej mleko, a dzieci doiły rękawiczkę.
– Wysłałam to nawet dziewczynom z przedszkola, gdyby rozmawiały o tym z dziećmi, może im się przyda – powiedziała dyrektor i dodała, że stwierdzenia, iż „mleko jest z Biedronki, a nie od krowy”, to już nie tylko internetowy mem.
Zdaniem dyrektor, dzisiejsze rodziny nie dają dzieciom żadnych obowiązków, poza chodzeniem do szkoły. Warto dodać, że przy tym oczekują, że faktycznie szkoła wychowa dziecko, a nie je wytresuje.
– Brakuje tego, by dziecko było częścią rodzinnej wspólnoty, że ma zanieść talerze do zlewu, potrafi je umyć ręcznie, posprzątać swój pokój. Dziś dzieci są w większości wypadków z tego zwalniane – zauważyła Kuchta i wskazuje, że przez to nie mają praktycznych umiejętności ani wiedzy. Bo to dzięki wykonywaniu codziennych czynności tę wiedzę zdobywamy.
– Jeśli dziecku pozwolimy wstawić zmywarkę, to będzie wiedziało, że do niej trzeba najpierw włożyć tabletkę, a do pralki wsypać proszek do prania. To nie są oczywistości dla dzieci. Zresztą odpowiednie wstawienie talerza do zmywarki to też jest umiejętność – podkreśliła.
Trochę mniej tragiczne, ale jednak, jest komunikowanie się w teoretycznie tym samym języku. – Niedawno powiedziałem, że ktoś wyskoczył jak filip z konopi. Nikt nie wiedział, o co mi chodzi i co to za filip. A kiedyś na zająca mówiono filip i od tego pochodzi ten związek frazeologiczny – powiedział Adam Ejnik.
Dodał, że od kilku lat biblijne i mitologiczne związki frazeologiczne są dla uczniów nieznanymi definicjami, których muszą się wyuczyć na pamięć.
– Język się zmienia, wiele jest słów, które odeszły do lamusa – podkreślił polonista.
Dyrektor Kuchta oceniła, że lektury z dawnych czasów, ale też z ubiegłego wieku, są dla dzieci „enigmatyczne”. Kochanowski „nie wchodzi”, a Mickiewicza tłumaczy się z polskiego „na nasze”.
– Jak omawiam „Świteziankę”, muszę wyjaśniać wszystko: Dlaczego jakiś strzelec chodził dookoła jeziora, co to jest bór, mimo że pojęcie to pojawia się na przyrodzie – powiedziała Kuchta.
Z kolei przy przypowieści o siewcy musi opowiedzieć dzieciom historię kultury. Kilkanaście lat temu był to całkowicie zrozumiały dla dzieci kod kulturowy.
– Kiedyś pewne symbole, znaczenia były wokół nas, więc to przychodziło naturalnie. Teraz trzeba pokazywać od nowa symbolikę, bo dzieci żyją w popkulturze – wyjaśniła.
Natomiast obecny program tresury, formalnie zwany podstawą programową, opiera się głównie na tekstach historycznych.
– I dobrze, gdzieś te teksty muszą się pojawić, bo to nasze dziedzictwo kulturowe, ale musimy kombinować, jak to przekazać – oceniła.
Jak przekonuje, 20 lat temu pracowało się ze słowem, a dzisiaj pracuje z obrazem, który ma być „niezbędny” dla obecnego młodego pokolenia. Nawet Radio ZET zauważa, że przez to „kuleje myślenie metaforyczne”. Ponadto dzieci znają coraz mniej baśni, gdzie świat inaczej przedstawiano. A jeśli już nawet takowy znają, to przedstawia się go za pomocą obrazów, co niszczy rozwój wyobraźni.
„Z drugiej strony nauczyciele zgadzają się z tym, że młodsze pokolenia funkcjonują w świecie i warunkach, jakie stworzyli im starsi. To dorośli zabierają im młotki i miotły z rąk, a dają telefony – dziecko samo sobie ich nie kupiło. To rodzice wolą posprzątać za dziecko zabawki, zająć się ogródkiem, bo tak będzie szybciej, lepiej. W końcu to dorośli jadąc pociągiem czy tramwajem, włączają dzieciom bajki, zamiast opowiadać, co jest za oknem. To nie kosztuje tak wiele wysiłku” – czytamy na radiozet.pl.
– Nasze dzieci żyją w cyfrowym świecie, trzeba być więc przewodnikiem po dawnym świecie – oceniła dyrektor Kuchta.
Broń soniczna, miotacze z gazem łzawiącym, kilkadziesiąt radiowozów, oddziały umundurowane i „tajniacy” – tak wyglądała akcja policyjna przed szpitalem na gdańskiej Zaspie, gdzie odbył się Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Szli na nas jak na przestępców.
Dodajmy do tego pięciu urzędników, których Prezydent Miasta Aleksandra Dulkiewicz wysłała, aby pod byle pretekstem rozwiązali zgromadzenie prolife.
A także nieodpowiedzialne ruchy zarządu szpitala: zamknęli cały parking wokół wejścia – tak, że chorzy musieli parkować kilkaset metrów dalej i iść do wejścia po chodniku – oblodzonym i nieodśnieżonym. Za to na miejscach postojowych stały radiowozy – niektóre z nich miały zamontowane urządzenia LRAD (Long Range Acoustic Device).
Czym jest LRAD? Jest to broń soniczna – kierunkowy emiter dźwięku o bardzo dużym natężeniu (do ok. 150–160 dB), wykorzystywany do odstraszania (np. piratów morskich) oraz do kontroli tłumu. Emitowany przez niego dźwięk – o bardzo wysokim poziomie ciśnienia akustycznego – może powodować ból, dezorientację, a nawet trwałe uszkodzenie słuchu. W polskim prawie LRAD nie jest dopuszczony jako broń, a jednak Policja jest wyposażona w takie urządzenia – oficjalnie na potrzeby… „komunikacji” z tłumem. Aż strach pomyśleć, jaka miałaby to być komunikacja…
Część policjantów miała też na plecach kanistry i miotacze z gazem łzawiącym – stali w pełnej gotowości, gdy ludzie zaczynali powoli gromadzić się na Różaniec.
Z takim wyposażeniem Policja oczekiwała na publiczną modlitwę pod abortorium.
Szanowny Panie,
W niedzielę na Zaspie atmosfera była niezwykle napięta. Pomiędzy modlącymi się ludźmi nieustannie kursowali urzędnicy z UM Gdańsk. Nieopodal głośno manifestowała partia Razem oraz pomorski oddział KOD. Im urzędnicy nie robili żadnych problemów. Gdy zaczęliśmy modlitwę, a proaborcyjne zgromadzenie zaczęło nas zakrzykiwać, urzędnicy wyglądali na zadowolonych. Natomiast obrońcom życia kazali się uciszyć.
Zarząd szpitala wydał oświadczenie: są niezadowoleni, że przywołujemy historię II Wojny Światowej – czasu, gdy aborcja dla Polek była sposobem na ograniczanie liczebności narodów podbitych, a SS-mani w obozach zabijali ludzi zastrzykami w serce.
Aborterzy z Zaspy chyba właśnie zrozumieli, że stosowane przez nich metody są bliźniaczo podobne do tego, czego Polacy już doświadczyli – na bolesnych kartach swojej historii.
Właśnie dlatego pokazujemy zdjęcia z aborcji, a pokazany przez nas pierwszy raz baner z Czesią Kwoką i dziećmi z Zaspy – zrobił piorunujące wrażenie.
Niestety muszę się też z Panem podzielić złą wiadomością: nie mogłam zamówić 15 takich banerów, na razie zamówiłam zaledwie 11, a do tego po takie banery zgłosiły się kolejne oddziały terenowe i w sumie muszę dokupić zaległe 4, plus kolejne 7, czyli w sumie 11 sztuk. To 4400 złotych kosztów (1 kosztuje 400 złotych).
Dlatego szukam 44 osób, które wpłacą 100 złotych, aby móc zrobić to zamówienie.
Czy może Pan być jedną z nich? Czy mogę Pana prosić o wpłatę 100 złotych?
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
A jeśli może Pan przekazać 400 zł i sfinansować cały baner, będzie to ogromna pomoc.
Bardzo proszę o wsparcie tych działań, bo sytuacja jest krytyczna.
Jesteśmy otoczeni przez nieprzyjaciół życia – policję, zarządców szpitali, urzędników. Wszyscy chcą, abyśmy przestali pokazywać prawdę o aborcji. A naszą jedyną bronią – jest właśnie Prawda.
Ponieśmy tę prawdę do Gdańska i do innych miast w Polsce.
PS – W niedzielę na Zaspie byłam zaniepokojona tym, co widzę. Zdaję sobie sprawę, że wobec tak wielkiej nienawiści do życia – musimy odpowiedzieć Miłością i Prawdą.
Dlatego proszę o pomoc finansową – by kontynuować akcje w obronie życia dzieci. W chwili, gdy czyta Pan tę wiadomość, ja intensywnie myślę, czy odpowie Pan na moją prośbę?
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Wszystkie inicjatywy w obronie dzieci poczętych od teraz w jednym miejscu! Przechodzę na stronę portalu! Szanowni Państwo, Każda inicjatywa ma swój początek. Nasza rozpoczęła się w 2024 roku, w chwili, gdy obecna władza po raz pierwszy podjęła próbę wprowadzenia ustaw liberalizujących „prawo” do zabijania dzieci nienarodzonych. W odpowiedzi na te działania powstała petycja „Obrona Nienarodzonych”— jasny i stanowczy apel o zatrzymanie zmian, które godziły w podstawową zasadę ochrony życia. To był moment mobilizacji, w którym tysiące osób zdecydowały, że nie pozostaną bierne wobec legislacyjnej ofensywy. Dziś pod tą petycją widnieje już ponad 49 000 podpisów. To nie jest jedynie liczba w statystyce. To konkretne osoby, konkretne środowisko, które wyraziły sprzeciw wobec liberalizacji mordowania dzieci poczętych. To wspólnota ludzi, którzy uznali, że głos w obronie najsłabszych musi wybrzmiewać wyraźnie i konsekwentnie. Gdy w Warszawie rozpoczęła działalność „przychodnia” aborcyjna AboTak, również nie pozostaliśmy obojętni. Przygotowaliśmy apel „Stop klinice śmierci” skierowany do Rzecznik Praw Dziecka, Moniki Hornej-Cieślak, domagając się podjęcia pilnej interwencji w tej sprawie i zamknięcia kliniki. W krótkim czasie apel ten podpisało ponad 30 000 osób. Chociaż efektem naszych działań był sukces odrzucenia jednego z czterech projektów aborcyjnych przez Sejm, to nie możemy traktować tego jako ostateczne zwycięstwo. Ustawy koalicji rządzącej nadal znajdują się w parlamentarnej komisji, czekając na swój czas. Zeszłoroczne zapowiedzi premiera Donalda Tuska oraz marszałka Włodzimierza Czarzastego jednoznacznie wskazują, że temat ten powróci do Sejmu. To nie kwestia „czy”, lecz „kiedy”. Dlatego właśnie teraz wchodzimy w nowy etap naszej działalności. Aby działać jeszcze skuteczniej, potrzebujemy stałego miejsca, w którym będziemy mogli gromadzić informacje, publikować analizy, dokumentować działania legislacyjne oraz koordynować nasze inicjatywy społeczne. Z tą myślą uruchomiliśmy portal Obrona Nienarodzonych. Chcę poznać portal! To przestrzeń, w której znajdują się wszystkie nasze akcje, petycje i apele. To również miejsce aktualnych wiadomości dotyczących obrony życia oraz rzetelnych informacji o działaniach środowisk cywilizacji śmierci. Chcemy, aby każdy, kto poszukuje sprawdzonych danych i spokojnej, merytorycznej analizy, mógł znaleźć je w jednym, wiarygodnym źródle.Rozwój portalu to nie tylko kwestia komunikacji. To element przygotowania na kolejną fazę sporu o ochronę życia w Polsce. Jeśli zapowiadane projekty ustaw ponownie trafią pod obrady, musimy być gotowi do natychmiastowej reakcji — organizacyjnej, informacyjnej i społecznej. Chcemy zorganizować jeszcze silniejszy i bardziej zdecydowany opór wobec ofensywy śmierci niż w poprzednich latach. Możemy jednak istnieć i rozwijać się wyłącznie dzięki wsparciu naszych Darczyńców. Nie dysponujemy publicznymi dotacjami ani zapleczem wielkich instytucji. Naszą siłą jest wspólnota ludzi, którzy rozumieją, że obrona życia wymaga konsekwentnego działania i realnych środków. Każda darowizna pozwala nam utrzymywać i rozwijać portal, przygotowywać kolejne akcje społeczne, prowadzić monitoring legislacyjny oraz docierać z informacją do nowych osób. Jeżeli mogą Państwo wesprzeć naszą działalność finansowo, będzie to realny wkład w budowanie silnego i dobrze zorganizowanego zaplecza obrony życia w Polsce.Dzięki temu, gdy projekty ustaw ponownie pojawią się w harmonogramie prac Sejmu, nie będziemy reagować improwizacją, lecz przygotowaną i skoordynowaną strategią działania. Gorąco zachęcamy — proszę zostać jednym z pierwszych Darczyńców naszego portalu! Wspieram działalność portalu Obrona Nienarodzonych! Dziękujemy, że są Państwo z nami i że wspierają Państwo działania na rzecz ochrony życia. Dziękujemy za zaangażowanie oraz za wierność wartościom, które przypominają, że każde życie ludzkie ma niezbywalną godność. Wierzymy, że wspólnie możemy sprostać wszystkim wyzwaniom. Pozdrawiamy, ObronaNienarodzonych.pl
Na końcu tego maila znajdzie Pan bardzo pilną petycję do podpisania.
Ale najpierw szokująca wiadomość: W szpitalu na Zaspie w Gdańsku w całym 2025 r. aż pięcioro dzieci zostało zabite zastrzykiem w serce, aby nie urodziły się z aborcji żywe. W sumie aż 27 dzieci straciło życie na „świstek od psychiatry”.
Tymczasem zarząd szpitala zdecydował, że zamiast skończyć z zabijaniem dzieci w podległej mu placówce – wprowadzi strefę buforową wokół szpitala i wygoni stamtąd obrońców życia…
Lekarze nie czują się komfortowo – oto argument przeciw modlitwie prolife pod szpitalem. Ordynator Oddziału Ginekologii i Położnictwa, aborterMaciej Socha mówi, że protest przeciw aborcji nie podoba się jego zespołowi: „utrudnia im to pracę” – to dokładnie jego słowa.
Dyskomfort aborterów ma być dziś pretekstem do ograniczania konstytucyjnych wolności – do praktyk religijnych, do zgromadzeń i wolności słowa. Zamiast przestać zabijać dzieci, szpital chce wygnać spod okien ich obrońców.
Dziś widmo proaborcyjnej cenzury to już nie tylko media społecznościowe, platformy w Internecie czy aroganckie dyrektywy płynące z Brukseli. W Gdańsku chcą zdusić prawdę nawet na ulicy.
Jesteśmy w krytycznym momencie. Właśnie teraz władze szpitala na Zaspie sprawdzają, czy wobec ich bezprawnych działań będzie jakikolwiek opór. Bo może nie będzie i mogą sobie robić, co chcą…?
Dlatego z całego serca proszę Pana o podpisanie petycji do Dariusza Kostrzewy – Prezesa spółki Copernicus, która prowadzi lecznicę na Zaspie – aby zaprzestał bezprawnych działań na rzecz utworzenia tam strefy buforowej.
PS – Najbliższy Publiczny Różaniec na Zaspie 15 lutego o 12-tej – jak w każdą III niedzielę miesiąca. Do tego czasu potrzeba jak najwięcej podpisów pod petycją:
Bardzo proszę opodpis i podanie linku także innym osobom.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Nie chciałem już wracać do akt Epsteina, bo wystarczająco dużo czasu poświęciłem tej kwestii pisząc książkę „TerraMar utopia elit”, a zainteresowanie nią uważam za wciąż niskie wobec wagi podejmowanych tam zagadnień. Chyba nadal zbyt mało pojmujemy zagrożenia, które dotyczą w dzisiejszym świecie również naszych dzieci. I to jest przerażające.
To jest prawdziwa istota akt Epsteina. Z tego właśnie powodu są one ważne. Dowiadujemy się z nich rzeczy niewyobrażalnych i dotąd niezauważalnych, a jednak obecnych w naszym życiu. Po raz kolejny przywołam zatem urywek mojej książki:
Dla dzisiejszych przywódców świata, tych wyzutych z uczuć, cynicznych globalnych liderów, my już przestajemy się liczyć. Wymieramy. Zarówno naturalnie, jak i z innych powodów, o których napisano w ostatnich dwóch latach miliony słów. To, jak zawsze, jest wojna o aktywa, ale świat ludzi starszych nie stanowi w tej nowej rzeczywistości, żadnej wartości. Ludzie w wieku poprodukcyjnym stali się niepotrzebni. Nie tylko dlatego, że są ekonomicznym ciężarem, któremu trzeba zapewniać środki na trwanie przy życiu, nie mają też w ogromnej większości chęci lub zdolności rozrodczych, by dać życie nowemu pokoleniu. Ci odrobinę młodsi będą, wraz z szaleńczym przyspieszeniem wdrażania tak zwanej sztucznej inteligencji, wypierani z rynku pracy, paradoksalnie są więc jeszcze bardziej uciążliwi, bo w teorii dłużej będą obciążali całkiem nieskuteczny, zdegenerowany i rozkradziony system ubezpieczeń socjalnych i służby zdrowia. Ich czas nadejdzie już wkrótce, w roku 2030, zgodnie ze znaną nam Agendą. Ta bardziej dalekowzroczna, widzi ich jeszcze przy życiu w roku 2050.
A Polska jest pod względem demograficznym, jednym z „najstarszych” państw w Europie. To są, dla szumowin pokroju Schwaba, ludzie już skazani. Szansę będą miały tylko dzieci, ponieważ można je ukształtować według własnych oczekiwań. Ideałem byłoby, aby trafiały od wczesnych lat młodzieńczych w okowy systemu, wyzbyci dziadków, a z czasem zapewne również rodziców. Oni nie marzą o depopulacji wszystkich, część będzie musiała przecież pracować, brać jakieś kredyty i je spłacać, wreszcie pracować za przysłowiową miskę ryżu. To nowe pokolenie musi zostać ograniczone liczbowo i zniewolone. Ale, przede wszystkim, aby to się udało, musi być uczone od samego początku zupełnie nowego pojmowania świata. Tego, czego starsi nie będą już im w stanie przekazać, zaszczepić w nich groźnego wirusa (!) religii, tradycji, wiedzy i poczucia wolności.
Aby tak się stało, należy pod byle pozorem, a czająca się ciągle wokół nas pandemia, taki pozór daje, przechwycić te dzieci, wyrwać je ledwie wiążącym koniec z końcem rodzicom, stającym oko w oko z bezrobociem, próbującym pracy na kilku etatach, a z czasem z bezdomnością. Uniemożliwią, naturalne przez wieki związki wielopokoleniowych rodzin, tym samym nie będzie sposobności, by dziećmi zaopiekowali się dziadkowie, bo ich już po prostu nie będzie. W ciągu ostatnich miesięcy, rozrywano te naturalne więzy rodzinne ze stoickim spokojem, eliminując starców w domach opieki społecznej, już umierających bez bliskiej osoby obok. Te szwabskie sługusy, wbrew pozorom, nie koncentrowały się w czasie tych dwóch lat na pilnowaniu, byśmy nosili maski i robili testy. Oczywiście, analizowały zapewne stopień zniewolenia społeczeństw, ale przede wszystkim, prowadziły ogólnoświatowy eksperyment w zakresie pracy i, co ważniejsze, nauki zdalnej. I chyba wynik końcowy wyszedł im korzystnie.
Zapewne, dla wielu z czytających te słowa, będzie to brzmiało niedorzecznie, wręcz obrazoburczo, ale czyż nie przerabialiśmy przez ostatnie dwa lata właśnie takich, nienormalnych dotąd zachowań? Powtarzam, ich sukces, oczywiście długofalowy, zależy od dzieci. Ta wojna bardziej fizyczna, jak każda tego typu, pozostawi efekt w postaci sierot. Już wkrótce w kolejce po nie ustawią się te same organizacje, które „ratują” dzieci z rejonów wszelkich konfliktów bądź kataklizmów. Część z nich może trafić w naprawdę niewłaściwe miejsca, stać się ofiarami najbardziej dramatycznych praktyk, o ile przeżyją. Handel ludźmi, to najbardziej lukratywny interes na świecie. Tym bardziej opłacalny, im ludzie ci są zdrowsi i młodsi.
Ale, pomówmy też o tych, którym uda się przeżyć. Wszystko wskazuje na to, że będą one poddawane indoktrynacji, zwyczajnemu praniu mózgu, już od najmłodszych lat. Nieprzypadkowo, w ostatnich miesiącach tak agresywnie zbliżano się do coraz młodszych dzieci z bandyckimi szczepionkami, chcąc je segregować, klasyfikować, znakować i zaganiać do globalnej szkoły nowych czasów. Dziwi, nawiasem mówiąc, wyjątkowy zanik dbałości o własne dzieci u rodziców, którzy bezmyślnie, bez żadnych dowodów skuteczności tych preparatów, a często przy głośnym krzyku sprzeciwu innych, pozwalali je podawać swoim najmłodszym. Ale, to się już stało i na to wpływu nie mamy. Ta nowa (jak wszystko odtąd dookoła) szkoła, będzie szkołą nauczającą nie tylko zdalnie, ale według jednej sztancy. I, nie jest to przedsięwzięcie ograniczające się do danego miasta, powiatu, województwa, czy nawet kraju. O, nie. To będzie naprawdę komuna w sensie ścisłym.
W dalszej części tekstu piszę o programie pilotażowym, wprowadzanym już w państwach anglosaskich, którego główne założenie sprowadza się do tego, by „zniwelować przepaść cyfrową, która przyczynia się do nierówności w edukacji i ogranicza przyszłe możliwości wielu dzieci (…) Dzięki temu następne pokolenie będzie mogło stać się częścią globalnej gospodarki”.
Nie wiem, jak trzeba byłoby to napisać wyraźniej, żeby zrozumieć, że bez zaakceptowania tego systemu następne pokolenie NIE będzie mogło stać się częścią globalnej gospodarki. A to oznacza całkowite z niej wykluczenie.
Takiego początku roku jeszcze nie było… Mijający miesiąc to jeden wielki atak na życie, rodzinę i fundamentalne wartości.
Zaraz po Bożym Narodzeniu rozpoczęła się burza, której wszyscy musieliśmy stawić czoła. Ten miesiąc kosztował nas więcej niż wcześniejsze. Poniżej pokazuję, co zrobiliśmy – i dlaczego dziś pilnie potrzebujemy wsparcia.
ZWOLENNIKÓW ABORCJI ZMIENIAMY W PROLIFERÓW
Ukończyliśmy i wypuściliśmy w świat film „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. Teraz każdy może sam zobaczyć, jak zabija się w Polsce nienarodzonych i czemu aborterzy nie powinni nigdy zbliżać się do dzieci i ciężarnych kobiet. Dostajemy sygnały, że film obejrzeli także zwolennicy aborcji i osoby „niezdecydowane”.
Wszyscy, którzy widzieli obraz, zmienili poglądy na prolife…
ORA ET LABORA NA ULICY
Za nami przeszło 70 Publicznych Różańców o zatrzymanie aborcji, do tego liczne pikiety edukacyjno-informacyjne – podnoszące świadomość ludzi o tym, czym jest aborcja, jak środowisko LGBT chce sięgnąć po dzieci już narodzone i jak bronić dzieci przed tymi zagrożeniami.
To akcje trudne – na ulicy, w mrozie i śniegu, wśród drwin i hejtu, z ogromnym poświęceniem wolontariuszy Fundacji, którzy stawiają czoła tym wszystkim trudnościom.
NIE DAJEMY SIĘ WYRZUCIĆ SPOD SZPITALI
Gdańsk, szpital na Zaspie – trwają pikiety i Publiczne Różańce. Środowiska proaborcyjne usilnie starają się o wprowadzenie strefy buforowej wokół szpitala – bez modlitwy ani pikiet antyaborcyjnych. Stawiamy czoła bezprawnym działaniom administracyjnym, szykanom ze strony policji i osób związanych ze szpitalem. Nasze pikiety obserwują z okien pacjenci, ale i sam aborter Maciej Socha – ordynator tamtejszego położnictwa, homoseksualista i radykalny lewicowy aktywista.
Z urzędnikami od Aleksandry Dulkiewicz, lewackiej prezydent Gdańska, jesteśmy już w sądzie w sprawie o ograniczanie wolności zgromadzeń. Nie odpuszczamy – kolejna akcja na Zaspie już 15 lutego.
Ostrzeszów, Opole, Lubań – akcje w odpowiedzi na usilne błagania mieszkańców o pomoc. Ludzie w tych miastach dostawali informacje, że w ich lokalnym szpitalu może lada chwila urządzić nowe abortorium Gizela Jagielska.
W Lubaniu akcje modlitewne i edukacyjne będą się od tej pory odbywać regularnie, gdyż prezes szpitala Anna Płotnicka-Mieloch postanowiła oddać oddział ginekologiczny i położniczy pod „opiekę” Jagielskiej.
Lekarze z Lubania i pacjenci tego szpitala są przerażeni… Reagujemy na ich prośby, zapewniając wsparcie w organizacji modlitw pod lecznicą.
POLSKI PRECEDENS PROLIFE W STRASBURGU
Sprawa Weroniki. Wciąż zapewniamy wsparcie w sprawie, która zbulwersowała całą Polskę. W styczniu sąd przystąpił do egzekucji wyroku wobec Weroniki, skazanej za to, że odradziła innym matkom korzystanie z usług ginekologa-abortera.
Ta dziewczyna może lada chwila pójść do więzienia, a my już szykujemy dokumenty do procesu w Strasburgu, aby nie zostawić dzielnej mamy samej sobie.
PIKIETUJEMY ABOTAK, SĄD REAGUJE
Trwa protest pod Abotakiem – w międzyczasie sąd nakazał Prokuraturze wszcząć postępowanie wobec twórców pseudo-przychodni aborcyjnej.
Wiemy, że w takich sprawach ogromną rolę ma widoczny opór społeczny, dlatego już 11 miesiąc z rzędu organizujemy go oddolnie i pikietujemy rzeźnię na Wiejskiej w Warszawie. Aktywnie żądamy usunięcia nielegalnego ośrodka, a dopóki to się nie stało, odstraszamy kobiety, które mogą rozważać pójście tam na aborcje.
ZACISKAMY PASA, POTRZEBUJEMY POMOCY
Po tym wyczerpującym miesiącu pilnie potrzebujemy pomocy finansowej. Działamy z rozmachem i na terenie całej Polski. Nasza praca to lokalna mobilizacja, ale i dłuższe podróże, które przynoszą koszty. Musimy kupować sprzęt na pikiety, serwisować go, drukować nowe banery, zabezpieczać prawnie wolontariuszy, bronić ich na policji i w sądach. Na koniec tego miesiąca brakuje nam środków na bieżące działania i muszę robić konkretne oszczędności. Zamiast trzech namiotów polowych musiałam kupić tylko dwa. Trzeci wciąż jest potrzebny. Piętrzą się faktury, atak na nasze zgromadzenia pod szpitalami generuje koszty prawne.
Żeby zamknąć ten miesiąc potrzebujemy wciąż 8500 złotych.
Bardzo Pana proszę o pomoc w zebraniu tej kwoty.
Proszę o wpłatę, jaką uzna Pan za stosowną na obronę życia dzieci.
Może to być 50, 100, 150 złotych lub inna wybrana przez Pana suma.
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
PS – Nie siedzimy w miękkich fotelach w ciepłym biurze w Warszawie. Codziennie jesteśmy tam, gdzie tego natychmiast potrzeba – od Szczecina po Rzeszów, od Gdańska po Kraków. Prosimy o pomoc, by móc wciąż stawiać tamę aborcyjnemu szaleństwu.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
– W starożytnym pogańskim świecie porzucanie dzieci było czymś rutynowym. (…) Dziedzictwem naszej cywilizacji jest jednak coś innego – fakt, że, jak mówi Pismo Święte, każde życie jest „cudownie i wspaniale stworzone” przez naszego Stwórcę – powiedział wiceprezydent USA J.D. Vance 23 stycznia podczas Marszu dla Życia w Waszyngtonie.
Vance po raz drugi jako wiceprezydent USA wziął udział w Marszu dla Życia – odbywającej się od 53 lat corocznej manifestacji pro-life w Waszyngtonie, będącej jedną z największych tego typu na świecie. Wydarzenie odbywa się zawsze w styczniu, w okolicy rocznicy niesławnego wyroku Roe v. Wade z 1973 r., który uznawał zabijanie dzieci nienarodzonych za rzekome „prawo” kobiety. Na szczęście w 2022 r. Sąd Najwyższy USA uchylił to orzeczenie, a było to możliwe dzięki nominacjom sędziów o poglądach pro-life podczas pierwszej kadencji prezydenta Trumpa.
Amerykański wiceprezydent w swoim tegorocznym przemówieniu porównał aborcję do składania ofiar z ludzi w pogańskich społeczeństwach oraz wskazał na kilka zwycięstw pro-life osiągniętych w pierwszym roku administracji Trump–Vance. – W starożytnym pogańskim świecie porzucanie dzieci było czymś rutynowym – powiedział Vance, odnosząc się do „ofiar z dzieci składanych przez Majów”. – Znakiem barbarzyństwa jest traktowanie dzieci jak niedogodności, które można odrzucić, zamiast jak błogosławieństw, którymi są i które należy pielęgnować. Dziedzictwem naszej cywilizacji jest jednak coś innego – fakt, że, jak mówi Pismo Święte, każde życie jest „cudownie i wspaniale stworzone” przez naszego Stwórcę – dodał, cytując słowa Psalmu 139.
Polityk zauważył, że Marsz dla Życia nie dotyczy wyłącznie kwestii politycznej. – Chodzi o to, czy pozostaniemy cywilizacją pod panowaniem Boga, czy też ostatecznie powrócimy do pogaństwa, które dominowało w przeszłości – kontynuował.
Niestety dziś wielu młodym ludziom przedstawia się posiadanie dzieci i zakładanie rodziny jako obciążenie. W rzeczywistości jednak jest to dar od Boga, o czym wiedzą obrońcy życia. – Dziś skrajna lewica w tym kraju mówi młodym ludziom, że małżeństwo i dzieci są przeszkodami, że zachęcanie naszych młodych ludzi do zakładania rodziny jest nieodpowiedzialne, a nawet niemoralne – z powodu „zmian klimatycznych” czy innych powodów. Mówią nam, że samo życie jest ciężarem, ale my tutaj, na tym marszu (…) wiemy, że to kłamstwo – powiedział Vance. – Wiemy, że życie jest darem, wiemy, że dzieci są bezcenne, ponieważ je znamy, kochamy i widzimy, jak potrafią przemieniać nasze rodziny – dodał.
Wiceprezydent zaznaczył, że rodzina jest nie tylko źródłem wielkiej radości, ale także częścią Bożego planu dla rodzin, dzielnic, wspólnot i całego kraju. Dodał, że traktowanie każdego z godnością nie zawsze jest łatwe ani wygodne, ale jest rzeczą słuszną.
W swoim przemówieniu Vance wspomniał, że on i jego żona Usha spodziewają się czwartego dziecka pod koniec lipca. Dodał, że pragnął, aby w Stanach Zjednoczonych było więcej rodzin i więcej dzieci. – Macie wiceprezydenta, który praktykuje to, co głosi – podkreślił.
Polityk pochwalił się także osiągnięciami administracji Trump–Vance w kwestii obrony życia. Były to m.in. odcięcie finansowania aborcji z pieniędzy podatników, zakończenie rządowych aresztowań działaczy pro-life za samo modlenie się przed klinikami aborcyjnymi oraz wzmocnienie ochrony sumienia dla ludzi wierzących. – Zlikwidowaliśmy przepisy z czasów Bidena i zapewniliśmy, że żadna zakonnica, żadna pielęgniarka, żaden farmaceuta i żaden lekarz nie muszą zostawiać swojej wiary i wartości za drzwiami miejsca pracy – zapewnił.
Mimo iż Vance – nawrócony na katolicyzm – otwarcie opowiada się za życiem, to w przeszłości sugerował poparcie dla dostępu do tabletek aborcyjnych i ponownie podkreślił, że administracja Trump–Vance nie poprze federalnego zakazu aborcji.
Z okazji corocznego Marszu dla Życia w Waszyngtonie – jednej z największych manifestacji pro-life na świecie – prezydent USA Donald Trump zwrócił się do uczestników w specjalnym przemówieniu wideo. – Chcę podziękować każdemu z was, kto wyszedł tego zimowego dnia – pięknego dnia, ale jednak zimowego – aby stanąć w obronie nienarodzonych – powiedział Trump.
Marsz dla Życia to odbywająca się od 53 lat coroczna manifestacja pro-life w Waszyngtonie i jedna z największych tego typu na świecie. Wydarzenie odbywa się zawsze w styczniu, w okolicy rocznicy niesławnego wyroku Roe v. Wade z 1973 r., który uznawał zabijanie dzieci nienarodzonych za rzekome „prawo” kobiety. Na szczęście w 2022 r. Sąd Najwyższy USA uchylił to orzeczenie, a było to możliwe dzięki nominacjom sędziów o poglądach pro-life podczas pierwszej kadencji prezydenta Trumpa.
– Przez 53 lata studenci, rodziny, patrioci i ludzie wierzący przyjeżdżali do Waszyngtonu z każdego zakątka kraju, aby bronić nieskończonej wartości oraz nadanej przez Boga godności każdego ludzkiego życia – powiedział Trump w materiale wideo opublikowanym z okazji tegorocznego Marszu dla Życia. – Chcę podziękować każdemu z was, kto wyszedł tego zimowego dnia – pięknego dnia, ale jednak zimowego – aby stanąć w obronie nienarodzonych – zaznaczył.
Urzędujący prezydent USA sam wziął udział w Marszu dla Życia w 2020 r., w czasie swojej pierwszej kadencji. – Sześć lat temu miałem zaszczyt zostać pierwszym prezydentem w historii, który osobiście wziął udział w tym marszu. Od tego czasu dokonaliśmy bezprecedensowych postępów w ochronie niewinnego życia i we wspieraniu instytucji rodziny jak nigdy dotąd – podkreślił gospodarz Białego Domu.
Trump wspomniał o swoich nominacjach sędziów Sądu Najwyższego, dzięki czemu „ruch pro-life odniósł największe zwycięstwo w swojej historii”, oraz o zatrzymaniu przymusowego finansowania aborcji z pieniędzy podatników w kraju i za granicą. Teraz – jak zaznaczył – trwa walka „nad odbudową kultury wspierającej życie trwa w każdym stanie, każdej społeczności i w każdej części naszej pięknej ziemi”.
Wśród swoich sukcesów amerykański przywódca wymienił także rządowe wsparcie dla adopcji i rodzin zastępczych oraz rozpoczęty w 2025 r. program wpłaty rządowego wsparcia w wysokości tysiąca dolarów na specjalne konto inwestycyjne każdego urodzonego dziecka.
Prezydent zadeklarował również obronę wolności religijnej w czasie swojej kadencji – Przywracamy wiarę w Ameryce. Przywracamy Boga. (…) Z waszą pomocą i wsparciem będziemy nadal walczyć w obronie odwiecznej prawdy, że każde dziecko jest darem od Boga. Dziękuję i niech Bóg błogosławi Amerykę – zakończył swojej przemówienie Trump.
W tym roku głównym mówcą podczas marszu jest wiceprezydent J.D. Vance.
Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w listopadzie 2025 roku urodziło się w Polsce 17 tysięcy dzieci. To ogromny spadek względem listopada roku 2024. Przyszłość Polski wygląda coraz czarniej.
W listopadzie 2025 roku zmarło 30,5 tysiąca osób, ale urodziło się już tylko 17 tysięcy dzieci. W tym samym miesiącu roku 2024 na świat przyszło 18,6 tys. dzieci. W 2025 roku urodziło się zatem w tym miesiącu aż o 8,6 proc. mniej dzieci.
Licząc z listopadem 2025 łącznie, w ciągu 12 miesięcy urodziło się w Polsce 238,7 tysiąca dzieci, podczas gdy zmarło 405,7 tys. osób.
Jak wskazują demografowie, spadek liczby urodzeń w Polsce jest dramatycznie szybki. Znacząco wyprzedza prognozy Głównego Urzędu Statystycznego formułowane w ostatnich latach. Zgodnie z prognozami tak niską liczbę urodzeń Polska powinna odnotować dopiero w roku 2057. Tymczasem „osiągnęła” ją już w roku 2025. Zgodnie z dawnymi prognozami GUS, w Polsce miało się urodzić w 2025 roku 294 tysiące dzieci. Różnica między prognozami a rzeczywistością jest zatem bardzo poważna.
Wskaźnik dzietności w Polsce wyniósł już w 2024 roku zaledwie 1,099 dziecka na kobietę. W roku 2025 będzie z całą pewnością jeszcze niższy.
Z kryzysem demograficznym boryka się wprawdzie cały świat, ale prawie nigdzie sytuacja nie jest tak zła, jak w Polsce.
Gorzej jest tylko w kilku krajach azjatyckich – Korei Południowej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze czy – uwaga – w Chinach.
W absolutnej większości państw świata sytuacja jest lepsza niż w Polsce – również w Europie. Nie wynika to tylko z migracji muzułmańskiej ani z zamożności. Więcej dzieci rodzi się w imigranckich Niemczech i Francji, znacznie mniej imigranckich Włoszech czy Hiszpanii – czy w krajach biedniejszych od Polski i zarazem bez migrantów, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja czy Czechy.
Polska wymiera niemal najszybciej na świecie. Demografowie zastanawiają się, jakie są tego przyczyny. Tradycyjne wyjaśnienia mówiące o problemach z przedszkolami czy mieszkaniami są wskazywane coraz rzadziej – wymienia się je najwyżej jako kwestie dodatkowe. Wydaje się, że podstawową przyczyną jest niechęć do posiadania dzieci ze względu na chęć korzystania z życia w modelu wysoce konsumpcyjnym.
Nowoczesne technologie, smartfony czy laptopy przedstawiane są w mediach jako dobrodziejstwo. Wielu rodziców bezkrytycznie w to wierzy. W rzeczywistości stanowią ogromne zagrożenie. Szczególnie destruktywny jest ich wpływ na dzieci, które pod wpływem korzystania z tych urządzeń stają się intelektualnie upośledzone.
W swoim artykule na łamach tygodnika „Idziemy” Monika Odrobińska opisała skutki uzależnienia dzieci od komputerów.
Dzieci od małego bawiące się elektroniką są zapóźnione intelektualnie, mają tak ubogie słownictwo, jak dzieci o wiele młodsze, nie potrafią nawiązywać kontaktu wzrokowego z rozmówcą, relacje z innymi ludźmi ich nudzą. Bardzo często przyczyną nieharmonijnego rozwoju u dzieci nie są jakieś zaburzenia (np. ADHD), ale kontakt z telewizją i komputerem od niemowlęctwa.
Skutkiem dania dziecku możliwości obcowania z telewizją i komputerem od małego jest, że dziecko poddane takiemu wpływowi może mieć mniejszy iloraz inteligencji („wynikający z zaburzeń percepcji i koncentracji” będących owocem braku umiejętności eliminowania niepotrzebnych bodźców, który jest skutkiem korzystania z telewizji i komputerów od małego).
Dzieci poddane zalewowi bodźców z mediów elektronicznych (bodźców tych jest wielokrotnie więcej niż w realu) są niezdrowo pobudzone, nie potrafią zasnąć i spać, przez co nie są w stanie się zregenerować, trzeźwo myśleć, są permanentnie zmęczone, co powoduje u dzieci nieustanną senność, osłabienie koncentracji, problemy z pamięcią i nauką. Podobnie destruktywnie nadmierne nienadużywanie elektroniki oddziałuje na studentów – skłaniając ich do nadmiernej konsumpcji alkoholu, przygodnych relacji seksualnych i depresji (by mieć satysfakcję, muszą mieć coraz to nowe bodźce). Nieustanne gapienie się w ekran trwale uszkadza wzrok, powoduje bolesne wady postawy, niedorozwoju mięśni i stawów co powoduje nieustanne bolesne urazy.
Dziś młodzi nie potrafią: ze sobą normalnie rozmawiać, utrzymać kontaktu wzrokowego – co uniemożliwia normalną komunikację (bez patrzenia na rozmówcę nie widać jego niewerbalnej mowy ciała będącej jedną z podstaw komunikacji), nawiązywać i podtrzymywanie normalnych relacji. Dzieci ograniczające swoje życie do ekranów nie są zdolne do normalnego werbalizowania swoich myśli, mówią sloganami z mediów – przez co są odbierane przez rówieśników jako nienormalne.
W wywiadzie dla tygodnika „Idziemy” Janusz Werdak (inicjator kampanii „Mniej ekranu, więcej rodziny”) stwierdził, że by nie dopuść uzależnienia dziecka od komputera, należy dzieci od małego wdrażać w obowiązki domowe, czytanie, rozwijanie zainteresowań – tak by dziecko miało zagospodarowany czas wolny i nie musiało same za pomocą komputera ten czas sobie destruktywnie organizować.
Dzieci łatwo uzależniają się od internetu, bo jest on atrakcyjny — nie mają przy tym wrażenia, że internetowe uzależnienie coś im odbiera, nie rozumieją, czemu spotkania z rówieśnikami w realu mają być lepsze. Nawiązywanie relacji w internecie jest łatwiejsze, szczególnie dla tych dzieci, które w realu są nieśmiałe – w internecie nieśmiali są nagradzani sukcesem (internetową znajomością) i wolą taką formę relacji od niepowodzeń w realu. Dopiero gdy dzieci robią się starsze, dostrzegają, że relacje w realu są lepsze, ale wtedy jest za późno, bo nie mają możliwości i umiejętności ich zawierania.
Grzegorz Górny w swoim artykule na łamach tygodnika „Sieci” przybliżył czytelnikom destruktywne skutki oddziaływania nowoczesnych technologii na poziom wykształcenia w USA. W USA dziś jest 27.000.000 analfabetów i 45.000.000 analfabetów funkcjonalnych (umiejących czytać i pisać, ale nie umiejących wykorzystać tych umiejętności).
Połowa populacji mającej najgorsze wyniki w USA to absolwenci amerykańskich szkół wyższych.
Poziom wiedzy amerykańskich uczniów jest o wiele gorszy niż europejskich (tylko 10% licealistów z USA potrafiło rozwiązać zadania matematyczne, które rozwiązywało 40% licealistów z Europy). Katastrofa intelektualna dotyka też najlepsze amerykańskie uczelnie – szczególnie kierunki humanistyczne, które stały się miejscem szerzenia wszelkich lewicowych bzdur.
Katastrofę intelektualną w USA pogłębiają nowoczesne technologie. Dzieci, które używały elektroniki, kiedy dorastają częściej: są samotne, nie mają celu ani sensu życia, nie mają satysfakcji z życia, leczą się psychiatrycznie i mają skłonności samobójcze. Nowoczesne technologie upośledziły umiejętność zapamiętywania, zniechęciły do czytania książek, pozbawiły elementarnej wiedzy o historii i życiu społecznym.
Problem destruktywnego uzależnienia od elektroniki jest problemem klasowym. Bogaci rodzice dbają o to, by nie traciły czasu na elektronikę, i między innymi dzięki temu dzieci z bogatych domów mają lepsze wyniki niż dzieci z biednych domów. W elitarnych szkołach wraca się do tradycyjnego nauczania bez elektroniki. Tak uczą się też i dzieci dyrektorów z korporacji technologii cyfrowych. Nie przeszkadza to władającym korporacjami troskliwym rodzicom chroniącym swe dzieci przed destruktywnym wpływem elektroniki, skłaniać inne dzieci do uzależniania się od elektroniki, by wyrosły na klientów wiernych marce.
Młodzi zdemoralizowani elektroniką są pozbawieni tożsamości. Swoją pustkę duchową starają się wypełnić utopijnymi lewicowymi ideologiami, których celem jest zniszczenie zachodniej cywilizacji. Destruktywny wpływ nowoczesnych technologii kompatybilny jest więc z promocją w humanistyce destruktywnych lewicowych ideologii.
Australijczycy są zadowoleni z wprowadzonego w tym kraju zakazu mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16. roku życia, przekonuje niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung. Mówiąc krótko, dzieci zaczęły zachowywać się normalnie.
W Australii zakaz został wprowadzony ponad miesiąc temu. Z racji na fakt, że lato w Australii jest wtedy, kiedy u nas zima, Australijczycy są właśnie po swoich letnich wakacjach. Według FAZ australijskie rodziny manifestują zadowolenie z zakazu korzystania z social mediów przez nieletnich. – Jako matka trojga dzieci, które są poniżej progu 16. lat, mogę ocenić ostatnie pięć tygodni wakacji jako fantastyczne dla mnie i mojej rodziny – powiedziała deputowana do australijskiego parlamentu Kara Cook, cytowana przez FAZ.
Premier Australii Anthony Albanese ogłosił, że można mówić o sukcesie wprowadzonych zmian. – Dziś możemy to powiedzieć: to działa – stwierdził według FAZ.
Od 10 grudnia, kiedy zakaz wszedł w życie, usunięto, zdezaktywowano lub ograniczono aż 4,7 mln kont w mediach społecznościowych należących do nieletnich poniżej 16. roku życia. – Dzięki temu podczas wakacji młodzi ludzie nie siedzieli przy smartfonach – powiedział Albanese. – Czytają książki, spotykają się ze znajomymi i z rodziną, integrują się ze sobą. To jest dla nich naprawdę ogromna różnica – stwierdził.
Australijski rząd zamierza sprawdzić, czy wszystkie platformy społecznościowe wdrożyły odpowiednie narzędzia, by wyegzekwować zakaz używania social mediów przez nieletnich. Duże platformy – jak Facebook, Instagram czy X – musiały w Australii usunąć konta nieletnich. W przeciwnym razie groziłaby im grzywna do równowartości ponad 100 mln złotych. Według obecnych danych rządu, wszystkie dziesięć największych platform zrobiło, co trzeba. Prowadzone są obecnie starania na rzecz uniemożliwienia czy utrudnienia sposobów obchodzenia przepisów. Część nieletnich próbowało instalować alternatywne aplikacje, które miały zastąpić główne platformy social mediów – ale okazało się, że działają kiepsko, dlatego trend się zatrzymał.
W Australii mieszka około 2,5 mln dzieci poniżej 16. roku życia. Eksperci cytowani przez FAZ szacują, że prawdopodobnie część kont nie została usunięta, bo system nie jest dość szczelny. Niemniej jednak zmiany są i tak poważne – i Australia znajduje swoich naśladowców. Podobne rozwiązanie zapowiedziały już takie kraje jak Francja, Indonezja, Malezja czy niektóre stany USA.
Dwaj geje-pedofile – James Rennie i Neil Strachan – wyszli z więzienia w Szkocji i byli widziani w okolicy jednej ze szkół w Edynburgu. Okazało się, że starają się o wcześniejsze zwolnienie z odbywania kary i właśnie przygotowują się do wyjścia na stałe na wolność. Prosto z przepustki poszli tam, gdzie najbliżej do dzieci.
Rennie i Strachan to znani liderzy środowisk LGBT, pierwszy z nich przez lata kierował organizacją LGBT Youth Scotland, która zajmowała się rekrutacją młodych ludzi (w tym nastolatków) w szeregi ruchu homoseksualnego. W 2009 roku obaj mężczyźni usłyszeli wyrok dożywocia za to, że równocześnie z prowadzeniem organizacji LGBT byli także liderami siatki pedofilskiej. Ta międzynarodowa mafia produkowała i dystrybuowała materiały z pornografią dziecięcą. Gejom udowodniono także wielokrotne wykorzystywanie seksualne dzieci, w tym niemowlęcia, które ich znajomi zostawiali im pod opieką. Dziecko było ofiarą ekscesów o charakterze homoseksualnym oraz ekshibicjonistycznym.
Skala popełnionych zbrodni była tak porażająca, że wydawało się oczywiste, iż sprawcy nigdy nie powinni opuścić zakładu karnego.
Tymczasem po zaledwie 17 latach odsiadki obaj geje zostali zauważeni na ulicach Edynburga, w tym w bezpośredniej bliskości szkoły podstawowej. Jak się okazało, przechodzą obecnie tzw. etap przygotowawczy do pełnego zwolnienia z zakładu karnego.
Mieszkańcy miasta boją się teraz o bezpieczeństwo swoich dzieci. Trudno się im dziwić. Jak działa system sprawiedliwości, który dopuszcza, by skazani geje-pedofile, odpowiedzialni za masowe krzywdy najmłodszych, już po kilkunastu latach wracali do normalnego życia w przestrzeni publicznej?
Przedterminowe zwolnienie Renniego i Strachana wpisuje się niestety w znany schemat z wielu krajów Zachodu. Gejów, biseksualistów czy transseksualistów traktuje się tam w sposób szczególny – dając przywileje, ogromny kredyt zaufania i liczne korzyści – byle tylko nie zostać posądzonym o „homofobię”.
Czy podobny mechanizm zaszedł w tym przypadku? Wiele wskazuje, że tak.
Szanowny Panie,
Proszę zwrócić uwagę, że geje swoje pierwsze kroki na wolności skierowali pod szkołę. Jakie to symptomatyczne. Gdy tylko mogą, szukają kontaktu z dziećmi – i jest to sytuacja powtarzalna, także w Polsce.
Środowisko LGBT od lat dobiera się również do polskich dzieci.
Najbardziej znany przypadek? Krzysztof F. ze Szczecina, działacz LGBT i polityk Platformy Obywatelskiej, pełnomocnik Marszałka Woj. Zachodniopomorskiego Olgierda Geblewicza z PO, mąż zaufania Rafała Trzaskowskiego w wyborach w 2020 roku. Sytuacja była podobna do tej ze Szkocji: F. zostawał z dziećmi swojej koleżanki z partii, następnie odurzał je narkotykami i wykorzystywał seksualnie. Jedno z dzieci zaczęło później podejmować próby samobójcze, ostatnia z nich – niespełna 3 lata temu – niestety była udana, chłopiec nie żyje.
To niejedyny przykład na szczególne zainteresowanie dziećmi ze strony gejów. Obecnie wywierają oni presję na szkoły, aby wpuszczały ich jako prowadzących pogawędki i warsztaty dla młodzieży. Chcą też zmusić wszystkich uczniów do uczestnictwa w lekcjach edukacji (pseudo)zdrowotnej, gdzie znaczna część programu ma za zadanie wpoić dzieciakom tolerancję dla wszelkiej maści zboczeń.
Dlatego działamy. W ramach kampanii #StopLGBT organizujemy oddolne działania informacyjno-edukacyjne. Wydajemy foldery informacyjne, opisujemy sprawy, które lobby LGBT chce zamieść pod dywan, z prawdą o LGBT wychodzimy na ulice, także wówczas, gdy przez kolejne miasta idą parady tzw. „równości”. Kontrujemy tęczowe piątki w szkołach i reagujemy, gdy rodzicom próbuje się odbierać prawo do wychowania dzieci bez szkodliwej ideologii.
Dziś informuję Pana o szokującej sprawie zwolnienia z więzienia pary gejów-pedofilów – bo jest to wiedza, której z pewnością nie będzie się nagłaśniać.
Proszę o podzielenie się tą informacją z innymi – można to zrobić np. przesyłając
Ludzie często nie wierzą, że geje wykorzystują seksualnie dzieci. Przecież oni są sympatyczni i kolorowi… Trzeba podawać dalej informacje z pierwszej ręki – tylko tak możemy przerwać zmowę milczenia, która realnie zagraża kolejnym ofiarom.
PS – Nie napisałam dziś do Pana o wyobrażeniach i odczuciach. Historia ze Szkocji to niestety fakty – potwierdzone wyrokiem sądu, opisane w tamtejszych mediach, ale… wstydliwie ukrywane przez lobby LGBT. A przecież nam wszystkim tak bardzo potrzeba prawdy…
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę zmiany w prawie oświatowym. – Nie mogę wyrazić zgody na taką ustawę. To reforma prowadząca do chaosu, ideologizacji szkoły i eksperymentowania na całych rocznikach dzieci – ocenił Karol Nawrocki informując o swoim wecie.
Na temat Reformy 26 „Kompas Jutra” krytyczne wypowiadały się liczne środowiska oświatowe i eksperci, w tym ponad 90 organizacji zrzeszonych w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły (KROPS). Apelowali oni do prezydenta o o wstrzymanie zmian w edukacji. Prezydent Karol Nawrocki wsłuchał się w ten głos.
Jak przypomniał, w Pałacu Prezydenckim zorganizowano specjalne konsultacje z ekspertami, nauczycielami, organizacjami oświatowymi i rodzicami. – Po rozmowach z nimi, po ich apelach, nie mogę wyrazić zgody na taką ustawę. To reforma prowadząca do chaosu, ideologizacji szkoły i eksperymentowania na całych rocznikach dzieci. Polska szkoła potrzebuje spokoju, wiedzy i stabilności, a nie nieprzemyślanych, chaotycznych zmian, które zaraz po wprowadzeniu trzeba będzie poprawiać, bo zamiast polepszyć tylko pogorszą sytuację. Tak było z wprowadzeniem tzw. edukacji zdrowotnej czy szkodliwej rezygnacji z prac domowych. Z tą ustawą byłoby tak samo – powiedział Karol Nawrocki.
Jak dodał, edukacja to inwestycja w przyszłość narodu. – Tu nie ma miejsca na przygotowane w ten sposób rozwiązania. Nie mówię, że polska szkoła nie potrzebuje zmian. Potrzebuje, ale niech to będą systemowe, dobre rozwiązania, które złe rzeczy zamieniają na lepsze, a nie na jeszcze gorsze – wskazał.
Do sprawy odniosła się KROPS, dziękując prezydentowi za weto. Organizacja przypomniała jednocześnie zagrożenia jakie niosła za sobą reforma.
W Pałacu Prezydenckim w Warszawie, 17 grudnia 2025 r., zaprezentowano wspólne stanowisko ponad 90 organizacji pozarządowych oraz ekspertów edukacyjnych dotyczące ustawy z dnia 21 listopada 2025 r. o zmianie ustawy Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw, znanej jako „Reforma 26.Kompas Jutra”. Dokument, przygotowany przez Jolantę Dobrzyńską, ekspertkę ds. edukacji, szczegółowo obnażył słabości proponowanych reform. Sygnatariusze KROPS, w tym m.in. Ruch Ochrony Szkoły, Stowarzyszenie Pedagogów NATAN, Stowarzyszenie „Nauczyciele dla Wolności” i Polskie Forum Rodziców, wnioskowali o prezydenckie weto. Reforma26.KompasJutra narusza cele edukacji i wychowania, a także zagraża suwerenności Polski w edukacji.
Reforma 26.Kompas Jutra przewiduje zmianę programów nauczania, zastępując obowiązkowe cele edukacyjne i treści nauczania zbiorem efektów uczenia się oraz wymagań dotyczących doświadczeń edukacyjnych. Bardziej niż przekazywanie tradycyjnej wiedzy i umiejętności, nacisk kładziony jest na kompetencje społeczne, interdyscyplinarne przedsięwzięcia, inkluzję oraz „uczenie się przez działanie”. Eksperci zgodnie twierdzą, że te innowacje grożą wprowadzeniem chaosu organizacyjnego, utratą autonomii nauczycieli i obniżeniem standardów edukacyjnych.
Hanna Dobrowolska przedstawiła wyniki badania opinii społecznej, które wykazują, że niemal 96% z blisko 2060 respondentów, którzy wypełnili ankietę badawczą, odrzuca powyższe propozycje MEN i oczekuje: wiedzy, budowania narodowej tożsamości [m.in. poprzez kanon lektur], systematyczności i wymagań [w tym powrotu prac domowych}, a nie chaosu, łamania praw rodziców i nieliczenia się z opinią publiczną. Jolanta Dobrzyńska argumentuje, że reforma odzwierciedla globalne trendy w restrukturyzacji edukacji, które mogą przenieść kontrolę nad polską edukacją na poziom ponadnarodowy. Formułuje następujące kluczowe wady propozycji MEN:
Wada I: Brak przejrzystości i jednoznaczności
Nowe przepisy ustawy charakteryzują się skomplikowaniem i niejednoznacznością, co utrudnia ich interpretację i stosowanie w praktyce szkolnej. Brakuje jasnych definicji dla wielu wprowadzanych terminów takich jak „sposoby organizacji środowisk edukacyjnych” czy „wymagania dotyczące doświadczeń edukacyjnych”.
Projekt ustawy narzuca nadmierną regulację poprzez metody pracy, które powinny pozostać w kompetencjach nauczycieli zgodnie z Kartą Nauczyciela. Wymagane elementy takie jak praca w zespołach różnowiekowych i określone formy doświadczeń edukacyjnych (projekty, debaty, kampanie) kolidują z autonomią pedagogiczną. Ministerstwo chce definiować organizację nauczania. To znaczy, że nie będzie miejsca na uwzględnianie specyfiki lokalnych społeczności i kreatywność nauczycieli. Taki stan doprowadzi do jeszcze większego biurokratycznego obciążenia szkół.
Wada III: Brak czasu na systematyczne nauczanie
Reforma skraca czas na przekazywanie systematycznego materiału nauczania na rzecz form realizacji kompetencji społecznych, czasochłonnych doświadczeń edukacyjnych oraz obowiązkowego tygodnia projektowego. Oczekiwane konsekwencje to nieosiągnięcie docelowych efektów uczenia się. Jolanta Dobrzyńska ostrzega, że uczniowie będą się skupiać na projektach i interakcjach społecznych kosztem zdobywania wiedzy.
Wada IV: Reforma jako dekonstrukcja edukacji
Architekci zmian, opierając się na „Profilu absolwenta” Instytutu Badań Edukacyjnych [ideologicznych ramach bez naukowych dowodów], podważają istotę edukacji. To sterowanie społeczne.
Wada V: Sedno reformy to ściśle zarządzana zmiana społeczna
Zmiany umieszczają Polskę w ponadnarodowym procesie transformacji edukacyjnej, zainicjowanym przez Szczyt Transformacji Edukacji ONZ (TES) w Nowym Jorku w 2022 r. Główny cel szkoły przesuwa się z kształcenia i wychowania na ustanowienie społeczeństwa inkluzywnego, z naciskiem na „jak żyć” i „jak działać”. Taki system umożliwi instytucjonalną kontrolę nad dzieckiem. Taka transformacja zagraża suwerenności Polski, przekształcając edukację z dobra narodowego w narzędzie globalnej agendy społecznej.
Wada VI: Reforma ma na celu stworzenie „nowego człowieka”
Projekt obejmuje strategie kształtowania postaw i przekonań uczniów np. przez „tworzenie tożsamości” i „określanie własnych celów w uczeniu się”. Takie podejście do młodego człowieka może prowadzić do formatowania jego osobowości wg ustalonych i zideologizowanych kierunków działania. Zostaną zignorowane indywidualne różnice między dziećmi i wolność rozwoju.
Wada VII: Deprecjacja wiedzy i jej selektywność
W reformie wiedza redukowana jest do aspektu działania (uczenie się przez działanie. To para-zawodowe szkolenie intelektualnego pracownika, skupione na „co?” i „jak?” zamiast głębokim zrozumieniu. Metoda odwraca techniki wypracowane przez pokolenia, czyniąc wiedzę selektywną i fragmentaryczną. Brak systematycznego przekazywania wiedzy znacząco osłabi rozwój intelektualny uczniów.
Wada VIII: Sprowadzenie wartości do instrumentów wpływu
Dotychczasowe wartości zastępowane są wdrażanymi: inkluzją społeczną, kreatywnością, sprawczością i dobrostanem. To rodzi iluzję edukacji, niszcząc autentyczne wartości w uczniach.
Wada IX: Reforma jako instalacja edukacyjnej równi pochyłej
Edukacja inkluzyjna połączona z nowymi programami spowoduje, że uczniowie będą mniej wiedzieć. Szkoły już teraz coraz częściej skupiają się na integracji społecznej zamiast przekazywać wiedzę.
Wada X: Nadzwyczajna żywotność mitów edukacyjnych
Reforma zakorzeniona jest w mitach. Najważniejsze z nich brzmią: „nowość jest zawsze lepsza”, „uczymy dla przyszłego świata”, „umiejętności miękkie są najważniejsze” czy „wiedza jest mniej ważna niż praktyka”. Weryfikacja poprzez prestiżowe szkoły na Zachodzie potwierdza dominację solidnej wiedzy i tradycyjnych metod. Tylko obalenie tych mitów może zapobiec błędom, które osłabiły edukację w innych krajach.
MEN nie odpuści
Minister edukacji Barbara Nowacka pytana o apele o prezydenckie weto mówiła, że MEN jest przygotowane na każdy wariant i reforma będzie wprowadzana bez względu na to, czy prezydent podpisze nowelizację, czy ją zawetuje.
– To, co proponujemy w reformie, to są spokojne zmiany dające większą autonomię nauczycielom, dające uczniom możliwość pracy zespołowej, kształtowania kompetencji kluczowych w XXI wieku. I to jest po prostu w interesie Polski, polskiej młodzieży, polskiej gospodarki, polskiej przyszłości i dobrostanu młodych ludzi, ale też dobrostanu nauczycieli – wskazała.
Zauważyła, że wiele zaproponowanych zmian już funkcjonuje w szkołach niepublicznych i w części publicznych, zaznaczyła, że w reformie chodzi o to by stały się standardem we wszystkich szkołach publicznych.
Z dwiema paniami położnymi z kilkudziesięcioletnim stażem, pracującymi w warszawskim szpitalu z oddziałem ginekologiczno-położniczym – rozmawiał Olivier Bault, dyrektor Centrum Komunikacji Instytutu Ordo Iuris. Imiona położnych zostały zmienione.
Śpiący noworodek / pixabay.com
Olivier Bault: Jakie mają panie stosunek do aborcji? Mam na myśli aborcję legalną, np. jeżeli ciąża jest wynikiem gwałtu, kiedy aborcja jest dozwolona w Polsce do 12. tygodnia ciąży. Ale mam też na myśli te bezprawne aborcje, które teraz są dokonywane na bazie zaświadczenia od psychiatry.
Pani Agnieszka: Tu pojawia się pierwszy problem. Mówi się, że Trybunał Konstytucyjny zmienił prawo w 2020 roku i przez to były te tzw. marsze kobiet. Jednak tak naprawdę nic w tej kwestii się nie zmieniło. I rzeczywiście nie jest to jednoznaczne. Czy legalna aborcja jest tylko i wyłącznie z gwałtu? Czy też wtedy, kiedy dziecko jest chore?
Prawo jest jasne: po wyroku TK z 2020 r. przesłanka tak zwana eugeniczna, czyli wtedy, kiedy dziecko jest chore lub niepełnosprawne, nie jest już podstawą do wykonania aborcji.
Pani Maria: Odpowiadając na pytanie, ja tutaj mam jasny, wyraźny pogląd. Ani taka, ani żadna. Dla mnie życie jest święte. Nawet gdy aborcja jest dozwolona prawnie, nie chcę w tym uczestniczyć.
Pani Agnieszka: Ja podobnie. A już te przesłanki psychiatryczne, to jest w ogóle dla mnie nie do przyjęcia. Dlatego, że tutaj się dokonuje aborcji, po pierwsze na zdrowych dzieciach, a poza tym na przykład na dzieciach z zespołem Downa, a zespół Downa nie jest wadą letalną.
Praca położnej bardzo się zmieniła po wydaniu „wytycznych aborcyjnych”
Czy w szpitalu, w którym panie pracują, coś się zmieniło od momentu wydania wytycznych aborcyjnych pani minister Leszczyny latem ubiegłego roku? Chodzi mi o te wytyczne, które mówią, że jak jest zaświadczenie od lekarza psychiatry, że ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia psychicznego matki, wtedy szpital ma obowiązek dokonać aborcji.
Pani Agnieszka: Bardzo się zmieniło. Do tej pory w ogóle nie było takich przypadków. Nie było to przesłanką do usunięcia ciąży. Nie wykonywało się aborcji, chyba, że sporadycznie kiedy zagrożone było życie kobiety – najczęściej sepsą, zagrożenie sepsą w bezwodziu i tak dalej. Czyli była hospitalizacja i dochodzono do konsensusu, że jednak ta ciąża nie może być dalej kontynuowana. Natomiast teraz zdarza się bardzo często, że jest zaświadczenie od lekarza psychiatry i wtedy status danej ciąży nie ma znaczenia. Jest zaświadczenie od psychiatry, ciąża bardzo zagraża zdrowiu psychicznemu i to ma rzekomo pani pomóc, kropka. Nikt nie wnika, czy to dziecko jest zdrowe, niezdrowe, jakie ono jest. Dziecko nie ma tu znaczenia. I to nam się zdarza kilka razy w miesiącu. Nie powiem dokładnie ile, ponieważ nie mam dostępu do takich danych, ale z pewnością jest ich kilka w miesiącu, podczas gdy wcześniej w ogóle takich sytuacji nie było.
A pani potwierdza, że to się zmieniło, pani Mario?
Pani Maria: Przez lata mojej pracy było tak, że jeżeli pacjentka według prawa miała dozwoloną aborcję, to zbierało się konsylium, podczas którego grupa lekarzy potwierdzała, że tak jest. Ale to nie były zaświadczenia psychiatryczne tylko decydował zespół specjalistów.
„To już nie ma znaczenia”
Pani Agnieszka: Natomiast teraz wręcz jest to narzucone. To jakby obejście prawa i obejście tych wszystkich zasad. Czy wolno, nie wolno, zdrowe dziecko, niezdrowe dziecko, czy ma szansę, czy jej nie ma – to już nie ma znaczenia.
Pani Maria: Wiemy, że przy okazji kontroli czy starania się o akredytację pada pytanie od Centrum Monitorowania jakości w ochronie zdrowia czy dana placówka wykonuję aborcje, tzn. terminację ciąży, bo tak to nazywają. Oczywiście, z racji tego, że w szpitalu my raczej nie ukrywamy swoich poglądów, przy nas pewnych tematów się nie porusza i nie dochodzą do nas pewne informacje. Jest to jasny przekaz do szpitali, że jeżeli chcesz uzyskać akredytacje i działać zgodnie z nowymi narzuconymi standardami, musisz wykonywać terminację. W przeciwnym wypadku szpital może stracić płynność finansową, bo przecież to władze miasta, w naszym przypadku Pan Prezydent Trzaskowski, decydują o finansowaniu placówek medycznych.
Zamach na prawo do sprzeciwu sumienia
Pani Agnieszka: Warto podkreślić również że na każdym etapie kontaktu z pacjentką jesteśmy manipulowane i zmuszane, żeby w tym procederze uczestniczyć. Nie bierze się pod uwagę żadnego wywiadu psychiatrycznego: pacjentka wręcz po przekroczeniu progu szpitala ma wykonywaną aborcje. Powoduje to, że szpitale i personel poniekąd zmusza się do uczestniczenia w tym procederze. Tłumaczy nam się, że wskazówki psychiatry określane jako „niezwłoczne” są niepodważalne i natychmiastowe – pacjentka nie może czekać.
Pani Maria: Poza tym zawsze w takich sytuacjach wprowadza się leki, które wywołują czynność skurczową, ale one czasami działają po kilku godzinach albo kilku dniach. Więc tak naprawdę trudno przewidzieć, jak zareaguje na nie pacjentka. Czy, powiedzmy, na dzisiejszym dyżurze dojdzie do „terminacji ciąży”, a w zasadzie uśmiercenia tego dziecka, bo nie da się tego inaczej nazwać, czy na przykład dopiero za kilka dni jej organizm zareaguje i wtedy się to dokona. Nikt z nami nie rozmawiał, nikt nas nie pyta, czy chcemy, czy nie chcemy w tym brać udziału. Wręcz przeciwnie, kiedy podnosimy temat klauzuli sumienia, to nam mówią, że to jest nielegalne i w ogóle nie mamy do niej prawa.
Pani Agnieszka: Przecież są lekarze, którzy nie uczestniczą w jakichś zabiegach, bo nie mają kompetencji, albo nie mają odpowiednich umiejętności i tak dalej. Czemu my nie możemy zaznaczyć, że nie chcemy brać udziału w aborcjach?
Pani Maria: Do tej pory było coś takiego, jak niepisana umowa. Raczej wiedzieliśmy, że ktoś czegoś nie robi i nie wsadzało się takiej osoby „na minę”. Natomiast teraz wręcz jest wypychanie tych ludzi na tę przysłowiową minę, stawianie ich w trudnej sytuacji właściwie bez żadnych rozmów i bez możliwości decydowania.
A poza tym nie nazywamy rzeczy po imieniu, tylko zaczynamy brnąć w taką „normalność” i traktować kobiety, które przychodzą abortować swoje dzieci w sposób szczególny. Jest to takie zakłamanie rzeczywistości.
Rozumiem, że założenie osób decyzyjnych w szpitalu jest takie, że nawet jeśli takie dziecko urodzi się żywe, to ma umrzeć, zgadza się?
Pani Maria: Te dzieci w stosunkowo wczesnej ciąży bez pomocy medycyny nie przeżyją, nie mają żadnych szans.
Jeśli dziecko urodzi się żywe, pozostaje bez pomocy
Ale czy ta pomoc jest dziecku dostarczona czy nie, jeśli urodzi się żywe po „terminacji ciąży”?
Obie panie położne: Nie, nie jest dostarczona.
Pani Maria: Pozwala im się umrzeć. „Godnie” – w cudzysłowie. Taki jest zamysł i taki jest przekaz. Godnie umrzeć. No ale co to znaczy godnie? Ja pamiętam, jeszcze jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy medycyna była na takim etapie, że do porodu dzieci ponad dwudziestotygodniowych, które dzisiaj ratujemy, wtedy nie wołaliśmy nawet pediatry. Wiadomo było, że medycyna jest bezradna i takie dzieci umierały. I rzeczywiście, my wtedy pozwalaliśmy tym dzieciom godnie umrzeć. Czyli takie dziecko było zaopatrzone tak jak każde nowo narodzone włożone do inkubatora, żeby było w cieple. Można powiedzieć, że godnie umierało. Zdarza się nawet, że dzieci które nie miały żadnej szansy na przeżycie nadal żyją i mają się dobrze – wbrew medycynie. Przecież medycyna to jest miejsce, gdzie każdego dnia patrzymy na cuda.
To nastawienie mi imponowało. Byłam dumna i szczęśliwa, że pracuję w tym miejscu, gdzie tak się traktuje dzieci i kobiety na każdym etapie życia – z szacunkiem. I to było w tym samym szpitalu, gdzie pracuję do dziś. Ale to się właśnie zmienia. Ktoś nas popchnął w zupełnie inną sytuację, w której my stajemy się oprawcami.
Pani Agnieszka: Tak, to się bardzo zmieniło, bo kiedyś wszyscy w tym szpitalu byli nastawieni na ratowanie życia dziecka i matki. W końcu ustawa o zawodzie położnej wyraźnie wskazuje, że położna zobowiązuje się do ochrony zdrowia i życia pacjentki oraz noworodka. Położna ma obowiązek działać z należytą starannością, musi udzielać pomocy w stanach zagrożenia życia matki i jej dziecka. Położna jest więc zawodem, którego misją jest ochrona zdrowia! Położna nie ma uprawnień ani kompetencji, ani nawet prawnego umocowania, żeby przeprowadzać aborcję, podawać środki w celu zakończenia ciąży, a już tym bardziej podejmować działania prowadzące do śmierci płodu. Dla nas położnych, działać w celu zakończenia życia dziecka jest przestępstwem. Naszym zdaniem jest to jednoznaczne w świetle prawa, etyki zawodowej oraz praktyki medycznej. Czy w takim razie nie można tu mówić o podżeganiu nas do popełnienia przestępstwa?
Pani Maria: Dodatkowo kolejna rzecz, która dla mnie też jest dzisiaj bardzo trudna, to fakt, że stworzono taką atmosferę wobec całej tej sytuacji, w której te osoby, które nie chcą brać udziału w „terminacjach ciąży”, postrzegane są jako te złe. Coraz częściej jest taka ogólna atmosfera, że jak ktoś ma jasną postawę w tych sprawach, to działa na szkodę przyjętych kobiet. A przecież prawda jest zupełnie inna. Ja chcę dobra tej kobiety i jej dziecka. O ile wiem, nie ma badań naukowych, które potwierdzałyby, że aborcja czy „terminacjach ciąży” poprawia stan psychiczny kogokolwiek. Najbardziej sprzyjające aborcję badania mówią, że co najwyżej aborcja nie pogarsza stanu psychicznego kobiety. Ale więc uśmiercamy dziecko i nic nie zyskujemy.
Zespół Stresu Pourazowego czy inne traumy psychiczne mogą się pojawiać np. u kierowca, maszynisty czy kogokolwiek innego, który nieumyślnie spowoduje śmierć innej osoby, albo też u żołnierzy wykonujących swoje obowiązki, a ktoś próbuje mi powiedzieć, że matka wydająca wyrok na swoje dziecko nie będzie miała żadnego urazu psychicznego z tego powodu? A co z położną czy lekarzem, którzy biorą udział w zabijaniu nienarodzonych dzieci? Trudno uwierzyć, że to bez konsekwencji dla naszego zdrowia psychicznego.
Pani Agnieszka: A mnie to nawet przeraża. Z drugiej strony jest też takie częste podejście wśród personelu, że mnie to jeszcze nie spotkało i może jeszcze to odsunę w czasie. Oby mnie to nie dotyczyło. Obym ja w tym nie uczestniczyła. Uf, tym razem mnie to ominęło. Mówi się też, że przecież nie ty tego dokonujesz. Przecież to nie twoja rola. Ty tylko panią przyjmujesz i się nią zajmujesz. Ty tylko podłączasz oksytocynę. Ty tylko to i tamto. Przepraszam bardzo, ale prawdą jest, że na każdym etapie biorę w tym udział, na swoim stanowisku pracy ewidentnie wiem w jakim celu ta pani przyszła. Coś mi się tu przypomina – „ja tylko wykonywałem rozkazy”. Podobnie dzisiaj: „ja położna tylko wykonuje zlecenia”.
Można tu mówić o pewnego rodzaju mobbingu. Osoby takie jak my są dyskredytowane. Niektórzy twierdzą że przecież skoro mamy nie brać udziału w terminacjach ciąży to nie powinnyśmy takiego zawodu wykonywać.
„Chętnie by się nas pozbyli”
A czy szpitalu, gdzie Panie pracują, zwolniono już niektóre osoby za odmowę uczestniczenia w aborcji?
Pani Agnieszka: Nie, ale są tacy, którzy chętnie by się nas pozbyli z tego powodu.
Pani Maria: Oni się też trochę boją konfrontacji, bo nie do końca wiedzą, jak ludzie zareagują i czy nie straciliby za dużo doświadczonych ludzi. Dopóki to się robi po cichu i się brudzi ludziom ręce, stawiając się ich trochę pod ścianą, gdzie nawet nie mają czasu zastanowić się i pomyśleć, to jakoś idzie. Natomiast kiedy jasno i wyraźnie każda z nas musiałaby się zdeklarować, czy chce brać udział w „terminacji” albo zdecydowanie nie, to mogliby tutaj się bardzo zdziwić.
Jestem bardzo zasmucona – to chyba najlepsze słowo, że masa moich koleżanek jest za aborcją, pracując w takim miejscu, mając do czynienia, doświadczając cudu życia, wiedząc wszystko przed i po, wiedząc, że zdrowe dziecko to jest w ogóle złudzenie i wiedząc, że to wszystko nie od nas zależy. Ale wiem z rozmów, że nawet niektóre z nich nie były zainteresowane badaniami genetycznymi, kiedy były w ciąży, bo nawet gdyby ich dziecko miało być zdiagnozowane z zespołem Downa lub inną wadą, to by chciały urodzić, bo to jest ich dziecko. To mnie przekonuje, że jest pewny zamęt w myśleniu. Te osoby nie mają wcale takich jednolitych poglądów, że są za aborcją, tylko po prostu mają pewien zamęt.
Dlaczego kobiety z zaświadczeniem od psychiatry nie są pod opieką psychiatryczną?
Pani Agnieszka: Albo poddają się trendom. Natomiast jest jeszcze grupa zdeklarowanych „aborcjonistek”, jeśli można ich tak nazywać, które uważają: „Dlaczego tylko my mamy to robić?”. A one nieraz chciałyby nam też ręce pobrudzić. Przecież ja tak samo mogę, o co mi chodzi? One nie widzą problemów w tym i chcą narzucić nam swój punkt widzenia. Takie zróżnicowane postawy są w naszym szpitalu. Kiedyś, każde życie było cenne. A teraz niestety nie.
Sprawa Felka też mocno mnie wzruszyła, wzruszyła też niektóre osoby, które dotychczas były letnie. Choć usłyszałam też, że przecież my takich dużych dzieci nie mamy, bo u nas takie aborcje były prowadzone do 20. tygodnia ciąży. Tylko ja nie mogę pojąć, czym to dziecko się różni od dziecka 20. tygodniowego? Mówią, że różni się tym, że jak się urodzi, to nie przeżyje. No ale my nie wiemy, kiedy się urodzi. To my je zmuszamy do urodzenia się.
Natomiast tutaj jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której trzeba powiedzieć w kontekście tych pań, które przychodzą do szpitala z zaświadczeniem od psychiatry. Szpital, w którym pracujemy kładzie teraz bardzo duży nacisk na diagnozowanie psychiatryczne i na pomoc paniom w ciąży, jeśli mają jakieś problemy. Każda pacjentka, która jest przyjmowana do szpitala, ma zadawane pytania: czy jest pod opieką psychologa albo psychiatry, czy coś się działo w ciąży, czy jest w psychoterapii, czy ma depresję, a także co działo się przy poprzednich porodach i tak dalej. Generalnie wszystkie panie mają takie badanie przesiewowe.
Robimy poza tym wywiad medyczny i są panie, które rzeczywiście przyjmują leki psychotropowe w różnych dawkach. Są i takie, które biorą takie leki w maksymalnych dawkach. I na to też musimy zwrócić uwagę, ponieważ wiemy wtedy, że taka pani ma jakiś problem. Mówimy tu przecież o lekach przepisywanych przez psychiatrę, które nie są dostępne bez recepty. Wtedy możemy domniemać, że pani ma jakiś problem psychiatryczny. Natomiast nie spotkałam się – i wszyscy, z którym rozmawiam w naszym środowisku to potwierdzają – żeby pacjentki z zaświadczeniami od psychiatry do „terminacji ciąży” były pod opieką psychiatryczną. Wszystkie mówią zgodnie, że nie są, tzn. wszystkie z którymi rozmawiałam lub o których wiem. I jest tu niezgodność i dysonans. No bo skoro pani ma jakieś zaburzenia, które są przesłanką do aborcji, która ma jej rzekomo pomóc, to jak to się ma do faktu, że miała tylko jednorazową wizytę u psychiatry?
Skoro my tak bardzo otaczamy te kobiety opieką, dlaczego w przypadku „terminacji ciąży” na bazie zaświadczenia od psychiatry panie nie są poddane opiece psychiatrycznej?
„Trzy czwarte aborcji z „przesłanki psychiatrycznej” to dzieci z Zespołem Downa”
Od kiedy tak się dzieje w tym szpitalu?
Pani Maria: To jest świeża sytuacja. We wrześniu ubiegłego roku pojawiły się te nowe wytyczne minister zdrowia i na jesieni to się trochę zaczęło zmieniać, a od nowego roku to już coraz częściej mamy tzw. terminacje i czujemy dużą presję, żeby w tym uczestniczyć.
Chodzi najczęściej o panie, których dziecko zostało zdiagnozowane z wadą letalną?
Pani Agnieszka: Nie, najczęściej chodzi o podejrzenie Zespołu Downa. Ponad trzy czwarte tych aborcji na bazie zaświadczenia od psychiatry są to dzieci z podejrzeniem zespołu Downa.
Pani Maria: Ostatnio była taka sytuacja, jak byłam na dyżurze. Została przyjęta pani do „terminacji ciąży” i ja powiedziałam jasno, że nie ma takiej opcji, żebym w tym uczestniczyła. Koleżanka, która ze mną była na dyżurze także stwierdziła, że wolałaby w tym nie uczestniczyć. A później przyszła trzecia położna i powiedziała, że ona się tym zajmie.
I tak to mniej więcej wygląda. W tym przypadku też chodziło o Zespół Downa, aczkolwiek tam było dużo innych wad i wydawało się, że to dziecko ma bardzo małe szanse na jakiekolwiek życie. No ale jednak, dla mnie jako kobiety, jako matki, jasne jest, że życie jest święte, że Pan Bóg ma swój plan i nawet pomijając kwestię Pana Boga wiem, że ja bym chciała dla swojego dziecka zrobić wszystko, co możliwe. Nawet gdyby było chore albo gdyby było umierające. Znam zresztą kobiety, które wiedziały, że ich dzieci umrą tuż po urodzeniu. I choć to było dla nich bardzo bolesne przeżycie, to wiem, jaki mają komfort, że zrobiły wszystko, co mogły.
Namawianie do aborcji
Czy w tym szpitalu, gdzie panie pracują i o którym teraz mówimy, kobieta, u której dziecko zostało zdiagnozowane z wadą letalną, jest poinformowana o istnieniu hospicjów perinatalnych, gdzie mogą dostać kompleksowe wsparcie?
Pani Maria: Dotychczas, do września ubiegłego roku, tak było. Byliśmy, podejrzewam, liderem, jeżeli chodzi o humanitarne traktowanie człowieka na każdym etapie i z każdym problemem. Teraz, co najbardziej mnie gdzieś dotyka wewnętrznie, mamy pomieszanie z poplątaniem.
Pani Agnieszka: Wiem również z wiarygodnego źródła, że panie które mają trudną diagnozę u dziecka, nie są informowane o istnieniu hospicjów perinatalnych. Normą staje się takie przekonywanie kobiety, że nie ma po co dalej prowadzić taką ciążę. Istnieje wręcz przekonanie, że trzeba dokonać aborcji, masz prawo, możesz, i trzeba to zakończyć.
Miałam niedawno młodą dziewczynę, która nosiła pod sercem dziecko z bardzo dużymi wadami. Skierowana została właśnie do „terminacji”. Doktor, która jest, że tak powiem, w naszym nurcie, mówi do mnie: – Agnieszko, idź z nią porozmawiaj, powiedz, że to dziecko być może samo umrze w łonie jeszcze. Czemu mamy w osiemnastym czy siedemnastym tygodniu dokonywać aborcji?
Dziewczyna była tak zdruzgotana, tak zaplątana i tak pogubiona – no bo przecież ma dopiero dwadzieścia dwa lata, startuje w życiu, ma narzeczonego i tak dalej. I ja mówię do tej pani doktor, że nie bardzo mam jak z nią porozmawiać, mając szereg innych pacjentek pod opieką i gdy dziewczyna stawia mur, bo przecież ona tu przyszła na „terminację ciąży”. No ale porozmawiałam z nią oczywiście. Wzięłam ją za rękę i zapytałam dyskretnie, dlaczego tego chce. Odpowiedziała mi, że właściwie dostała takie wytyczne od swojego lekarza prowadzącego i że psychiatra wypisał jej gotową receptę, i że miała się tu zgłosić. Zapytałam ją wtedy: – A nie przyszło pani do głowy, żeby zaczekać?
Powiedziałam jej oczywiście, że nie będę w tym uczestniczyć, ale trafiła do lekarza, do gabinetu, bo zawsze jest wcześniejsza konsultacja. Okazało się w gabinecie, że dziecko nie żyje więc pani i tak trafiła na oddział. Nie wyobraża sobie Pan, jaką ulgę ta pani miała. Ulgę, że jest to jednak zmiana wstępnej diagnozy przyjęcia. A ja zostałam oczywiście przez koleżanki i lekarza wyśmiana, bo już się zajęłam tą panią dalej: – I co? Teraz już możesz? – kpili ze mnie. Ja im odpowiedziałam, że tak, skoro dziecko jest nieżywe i wiadomo, że trzeba. Dla mnie to zupełnie inna sytuacja.
Płynność finansowa szpitala ponad pacjentem i prawem — efekt rządowego szantażu
I to też jest zmiana od września ubiegłego roku?
Pani Agnieszka: Zdecydowanie tak. Natomiast też podejrzewam, że jest to troszkę recepta na mniejszą dzietność. Dlatego, że ta procedura jest wyceniana jak każdy inny poród czy poronienie i dostajemy za to pieniądze, a więc rachunek się zgadza. To jest chyba troszkę tak, że przebranżawiamy się niestety.
Pani Maria: Odkąd pracuję w tym szpitalu, zawsze było wiadomo, że personel niezbyt dobrze się traktuje, ale pacjent jest ważny. Dzisiaj pacjent już nie jest ważny. Ja w ogóle nie wiem, co jest teraz ważne. Oprócz kasy, to chyba nic nie jest ważne. Choć, żeby mieć certyfikaty, to podkreśla się nam, że misja naszego szpitala jest najważniejsza, ale to tylko gra pozorów.
Aborcje na dzieciach zdrowych
Pani Agnieszka: I nie chodzi tylko o nasz szpital. Wiem o tym, bo przecież mamy do czynienia z koleżankami po fachu. Wszyscy siedzą cicho, ale takie rzeczy się odbywają też w innych szpitalach i nie są to jednostkowe przypadki. Takie aborcje są wykonywane na podstawie zaświadczeń od psychiatrów. A aborcje są teraz dokonywane również na dzieciach zdrowych.
Czyli to już jest w zasadzie aborcja na życzenie.
Pani Maria: Dokładnie tak.
I to do dziewiątego miesiąca?
Pani Maria: Tak.
Pani Agnieszka: A nam się wmawia, że musimy w tym uczestniczyć, że trzeba i tak dalej. W jednym z innych dużych, warszawskich szpitali właściwie położne uciekają masowo, bo albo są cięcia cesarskie, albo „terminacje”, więc takich fizjologicznych porodów to właściwie już nie ma.
Położne tam nie realizują swojej misji i swojego powołania do zawodu. Staje się to normą, to jak pakt z diabłem, bo przecież skoro nie mam porodów, no to może w tę stronę. Przecież finansowo musimy być płynni. Pomijane są nasze prawa, jesteśmy oszukiwane. Jeśli chodzi o klauzulę sumienia, nie możemy z niej skorzystać, a jeśli już wychylimy głowę, to wmawia nam się, że nie możemy pracować, że przecież decydując się na taki zawód, musimy to wziąć z całym inwentarzem. Zaraz okaże się, że tylko mogą wykonywać ten zawód lekarze, położne czy pielęgniarki, którzy są przeciwko życiu. Za chwilę będzie eutanazja. Mówi się, że pielęgniarek to nie dotyczy, ale to iluzja. I czy dziadziuś się męczy, czy się nie męczy, trzeba będzie mu podać, co trzeba, bo po co się ma męczyć?
Rzeczywista aborcja na życzenie
Pani Maria: Tego jeszcze nie mamy, ale od stycznia mamy rzeczywiście już aborcję na życzenie w Polsce, wystarczy zaświadczenie od psychiatry.
Pani Agnieszka: To prawda. Znam taki świeży przypadek, gdzie państwo zdecydowali się na aborcję, bo nie chcieli mieć kolejnego dziecka. Jej mąż zajął się starszymi dziećmi, żeby ona mogła iść spokojnie do szpitala i zabić to najmłodsze, które jeszcze nosiła w brzuchu. I to zrobiła, mając zaświadczenie od psychiatry, że ciąża stanowi zagrożenie dla jej zdrowia psychicznego. I nam położnym się wmawia, że mamy w tym uczestniczyć, że nie możemy skorzystać z klauzuli sumienia, choć przecież to nasze prawo.
Franek siedzi z Gabrysią w jednej ławce. Mają po osiem lat. Pani na lekcji powoli traci cierpliwość, bo ta dwójka nieodłącznych przyjaciół znowu chichocze. Tak, to prawda — śmieją się, rozmawiają i są niegrzeczni. Pani jednak cierpliwie i spokojnie mówi: — Gabrysia, Franek, przestańcie przeszkadzać!
Na korytarzu zamęt. Na przerwie wszystkie dzieci skupione są wokół Gabrysi i Franka. Ale heca! — Franek trzyma w rączkach mały różowy pierścionek z plastiku, z ładnym różowym oczkiem. To ulubiony kolor Gabrysi, a Franek o tym wie.— Czy wyjdziesz za mnie za mąż, Gabrysia? Już wybrałem kościół — pyta z uśmiechem Franek. — Termin za miesiąc.
I podaje jej różowy pierścionek.
Wszystkie dzieci wybuchają śmiechem, a Gabrysia — czerwona — też próbuje się śmiać, ale milczy.
— Wiesz, Gabrysia… — kontynuuje Franek — ja wiem, że jesteśmy bardzo młodzi, ale ja mogę mieć żonę tylko teraz, bo nie wiem, czy za rok… — tu zapada cisza — no, czy za rok będę mógł.
==================================================== Koniec sceny.
Franek od roku ma zdiagnozowaną dystrofię mięśniową Duchenne’a (DMD). Na terapię genową w USA rodzice potrzebują około 16 000 000 zł.
prowadzona jest ogólnopolska zrzutka do 20.01.2026.
Przekazanie 1.5% podatku:
Nr KRS 0000396361. Cel szczegółowy 1.5%: 0769364 Franciszek.
Zebrano na dzień 9 grudnia 2025 — 3 000 000 zł. To są tylko zimne liczby, nie mówią o dramacie Franka ani o strachu jego rodziców. Oni wciąż mają nadzieję.
Dziewczynka, która z nim siedzi, to moja wnuczka, Gabrysia. Robi, co może. Daje mu swój czas i dba, żeby się śmiał — tylko tyle, a może aż tyle.
Chciałabym coś zrobić teraz, natychmiast! Wysłałam znajomym prośby o wpłatę. My, dorośli, jesteśmy tak zajęci swoimi sprawami. Pomagamy chętnie, ale czasem tylko dla poprawy własnego samopoczucia. Kiedy państwo nie może nic zrobić w takiej sytuacji dla swojego małego obywatela — to czy potrafi zadbać o kogokolwiek? Mówią rodzicom: radźcie sobie sami, my nic nie możemy, to nie nasz problem. Jeśli ośmioletnia Gabrysia widzi ten problem, to czy my, dorośli, naprawdę możemy go nie zauważyć?
Powiem tak — jako babcia moich wnuków: Nie może być praworządnej Polski, jeśli obojętnie przechodzimy obok dramatów małych dzieci.Nie zgadzam się, by nasze wnuki nosiły na plecach brzemię strachu i odpowiedzialności za życie swoich rówieśników. Podziel się, człowieku, choćby kroplą dobroci. Bo jeśli nawet jedna kropla wydaje Ci się nieważna — to czy ocean nie jest zbudowany właśnie z takich kropli?
[Ponad 16,5 tysiąca dzieci znajduje się w domach dziecka]
Szanowni Państwo, Zazwyczaj wygląda to tak: gdy w sercach małżonków pojawia się pragnienie powiększenia rodziny, rozpoczynają starania o dziecko i po jakimś czasie pod sercem mamy zaczyna kiełkować nowe życie. To naturalna i najpiękniejsza droga.Czasami jednak coś idzie nie tak. Kolejne miesiące bez upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym stopniowo zabijają nadzieję, zamieniając ją w stres, frustrację i ogromny smutek. Niekiedy pojawia się diagnoza, która daje jednoznaczną odpowiedź: na ciążę nie ma szans. Dla innych par taka odpowiedź nie przychodzi nigdy, muszą mierzyć się z ciągłą niepewnością, mając świadomość upływającego czasu.Gdy droga do stania się mamą i tatą zamyka się, pozostaje tęsknota. Ale w sercach niektórych par otwierają się wówczas inne drzwi. Myśl o tym, by mimo wszystko zrealizować swoje pragnienie rodzicielstwa, dając dom dziecku, które na niego czeka.Bywa zresztą i tak, że u początków takiej decyzji nie leżą wcale problemy z poczęciem. Niekiedy pragnienie dzielenia się miłością rodzicielską jest tak silne, że rozlewa się nie tylko na biologiczne dzieci, a otwartość na przyjęcie do rodziny malucha, który potrzebuje bezpiecznego domu, pojawia się w sercach małżonków nawet wówczas, gdy mają już pełną rodzinę.W każdej takiej historii jest też i druga strona.To dziecko, które czeka na mamę i tatę. Ludzi, którzy stworzą dla niego bezpieczny, ciepły dom, pełen miłości, szczęścia i dbałości o jego potrzeby.Z tym pragnieniem rodzi się przecież każdy maluch.Decyzja o adopcji to otwarcie nowego rozdziału – czasu oczekiwania na dziecko, ale… zupełnie innego niż to, czego spodziewała się większość z nas. Przyszli rodzice nie odliczają kolejnych tygodni ciąży, nie obserwują z napięciem wszystkich objawów, nie oglądają maluszka na badaniach USG. Nie znają terminu porodu.Zamiast tego – przechodzą szereg procedur, badań, szkoleń i rozmów. A gdy zapada decyzja, że mogą zostać rodzicami, czekają już tylko na ten jeden telefon. Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiewa tak długo wyczekiwane zaproszenie na pierwsze spotkanie z synem lub córką. A to wciąż nie koniec – przed nimi jeszcze okres oczekiwania na ostateczną decyzję o przysposobieniu dziecka, znów pełen formalności do załatwienia, niekiedy stresu i obciążenia związanego z nową, niełatwą przecież rolą rodzica. Kolejne miesiące i lata to bardzo wymagający okres budowania więzi, poznawania się nawzajem i tworzenia wymarzonej rodziny. W tym szczególnym czasie, gdy początki rodzicielstwa przebiegają w tak wyjątkowy sposób, rodzice potrzebują wsparcia, tak merytorycznego, jak emocjonalnego czy duchowego.Dostrzegając te potrzeby, chcemy stworzyć dla przyszłych rodziców przestrzeń, w której uzyskają pomoc na każdym etapie tej drogi: od pomocy prawnej i materiałów edukacyjnych, przez opiekę mentalną, aż po wspólnotę rodzin gotowych dzielić się swoim doświadczeniem i sercem. Chcemy budować mosty pomiędzy dziećmi, które czekają, a dorosłymi, którzy pragną otworzyć swoje domy i serca. Dlatego pragniemy dziś zaprosić Państwa do włączenia się w inicjatywę „Mecenas dla maluszka”, którą podejmujemy wraz z Instytutem Ordo Iuris, a której celem jest kompleksowe wsparcie w procesie adopcji.Bo adopcja nie jest tylko formalnością – to akt miłości, który odmienia całe życie. To szansa, by stworzyć miejsce, gdzie dziecięce łzy zamieniają się w uśmiech, a samotność ustępuje poczuciu przynależności.W Polsce w 2024 roku w pieczy zastępczej (tak rodzinnej, jak i instytucjonalnej) przebywało blisko 76 tysięcy dzieci. Większość z nich mieszkała w rodzinach zastępczych, ale ponad 16,5 tysiąca znajdowało się w domach dziecka. Te liczby wciąż rosną.Każde z takich dzieci to osobna historia. Często tragiczna i naznaczona cierpieniem. Niektóre z nich, mimo że są na świecie zaledwie od kilku tygodni czy miesięcy, na starcie swojego życia doświadczyły straty i bólu osamotnienia. Inne stały się ofiarami zaniedbań i przemocy ze strony tych, którzy powinni dawać im miłość i bezpieczeństwo.Jednak każde nosi w sercu pragnienie relacji z kimś, kto w trudnych chwilach przytuli i wysłucha, kto wesprze dobrym słowem, kto wieczorem utuli do snu, a następnego ranka znów będzie obok. Bezpieczny dom i rodzina, która daje stabilizację i opiekę, to dla nich szansa.Nawet najlepiej funkcjonująca instytucja i najbardziej oddani opiekunowie w domu dziecka nie zastąpią rodziny.Bo każdy maluch potrzebuje tej wyjątkowej więzi – więzi z rodzicem. Rodzina daje nie tylko zabezpieczenie podstawowych potrzeb, daje też (a może przede wszystkim) poczucie przynależności. W domu rodzinnym dziecko uczy się ufać, kochać i być kochanym, buduje swoją tożsamość, rozwija poczucie własnej wartości i odkrywa sens relacji. Dzieciom, które z różnych powodów nie mogą wychowywać się w biologicznych rodzinach, szansę na nowy, bezpieczny dom, daje adopcja.A jednak wciąż zbyt wiele maluchów czeka na rodziców.Rodziny adopcyjne i zastępcze mają za sobą trudne, ale i piękne historie. Z cierpienia, które ich spotkało, rodzice potrafili wyciągnąć coś, co koniec końców doprowadziło zarówno ich, jak i ich adopcyjne dzieci, do spełnienia marzeń o domu pełnym miłości, ciepła i bezpieczeństwa.Ale droga, która doprowadziła ich do tego miejsca, nie była łatwa.Decyzja dwojga ludzi o tym, że chcą otworzyć swoje serca dla dziecka szukającego domu, to przecież zaledwie początek. Po niej następują kolejne kroki, począwszy od kontaktu z ośrodkiem adopcyjnym, poprzez skompletowanie niezbędnych dokumentów, diagnozy, szkolenia, rozmowy i opinie.To oczywiście ważny etap, celem jest przecież dobro dziecka i znalezienie dla niego domu, w którym będzie mogło dorastać w miłości. Ogrom procedur, formalności i niezbędnych badań może jednak przerażać.Wielu potencjalnych rodziców poddaje się już na etapie wejścia na tę drogę. Przekonani, że proces adopcyjny jest długi i skomplikowany, rezygnują ze starania się o kwalifikację, choć czują powołanie, by stworzyć dom dla dziecka, które go potrzebuje. Jednak dzięki fachowemu doradztwu prawnemu i wsparciu psychologicznemu wiele spraw można wyjaśnić, uporządkować i znacząco przyspieszyć, zwiększając szanse na pozytywne zakończenie procedury adopcyjnej. Właśnie dlatego chcemy dziś zaprosić Państwa do udziału w ważnej kampanii, którą podejmujemy wspólnie jako Centrum Życia i Rodziny oraz Instytut Ordo Iuris.Chcemy, aby każde dziecko, które marzy o domu, mamie i tacie, mogło trafić do kochającej rodziny. Chcę zostać Mecenasem dla maluszka! Z tą właśnie myślą rozpoczęliśmy kampanię „Mecenas dla maluszka”. Naszym celem jest to, aby dzieci, które z różnych powodów utraciły opiekę rodziców biologicznych, nie były jedynie kolejnym numerem w systemie, lecz by mogły stać się synem lub córką – kimś niepowtarzalnym, kochanym i bezpiecznym.Aby rodzice, którzy decydują się otworzyć swoje serca, nie pozostawali sami na drodze prowadzącej do adopcji.Wiemy, że czeka na nich wiele wyzwań, emocji, pytań i wątpliwości. Dlatego tak ważne jest, aby w tym czasie mogli liczyć na profesjonalne wsparcie. Na każdym etapie tej drogi, począwszy od procesu rozeznawania, czy adopcja to dla nich dobry wybór, aż po stworzenie rodziny, zapewnimy im pomoc specjalistów. Oferujemy wsparcie prawne i doradcze, od pierwszego kontaktu, aż po ostateczne orzeczenie sądu. Opiekujący się rodziną prawnik wyjaśni wszelkie formalności, pomoże w skompletowaniu odpowiednich dokumentów, doradzi, jak przejść przez stresujące procedury.Dla par dopiero rozważających adopcję chcemy przygotowaćpakiet materiałów informacyjnych oraz praktyczny poradnik, o tym, jak adoptować dziecko, w którym znajdą wszelkie niezbędne informacje o przebiegu całego procesu.Naszym wsparciem pragniemy objąć także istniejące i nowo powstające rodziny. Z myślą o nich budujemy sieć rodzin adopcyjnych i zastępczych, które dzielą się doświadczeniem, wspierają się nawzajem i są inspiracją dla innych.Naszym celem jest również pokazanie, że troska o życie nie kończy się na narodzinach. Dlatego chcemy promować adopcję i mówić o niej głośno – na Marszach dla Życia i Rodziny, w kościołach, w mediach i internecie. Kampanię „Mecenas dla maluszka” kierujemy więc zarówno do osób, które potrzebują wsparcia w procesie decyzyjnym, rodzin planujących adopcję, prowadzących różne formy pieczy zastępczej, jak i do osób, które nie mogą adoptować dziecka, ale chcą wspierać innych na tej drodze i promować ideę adopcji i pieczy zastępczej.Tak szeroko zakrojone przedsięwzięcie wiąże się oczywiście z dużymi kosztami. Kampania tej skali wymaga znacznego zaangażowania finansowego i organizacyjnego. Dlatego pilnie prosimy Państwa o wsparcie inicjatywy Mecenas dla maluszka dobrowolnym datkiem w wysokości 50 zł, 100 zł, 200 zł czy 500 zł lub nawet wyższej, a jeśli to możliwe, prosimy także o rozważenie stałego, comiesięcznego wsparcia. Wspieram tę inicjatywę! Każda Państwa pomoc przełoży się na konkretne działania:dotarcie do rodzin, które mają możliwości, aby otworzyć się na dzieci, w tym szczególnie dzieci chore, z niepełnosprawnością czy trudną historią;udzielanie bezpłatnego wsparcia prawnego, merytorycznego i emocjonalnego dla rodzin gotowych adoptować dziecko;przygotowanie poradników prawnych, broszur i kampanii społecznych promujących adopcję i różne formy pieczy zastępczej;produkcję filmu z historiami tych, którzy odważyli się dać dziecku dom;towarzyszenie rodzinom na każdym etapie adopcji – od pierwszego kroku aż po stworzenie bezpiecznego domu;tworzenie sieci rodzin adopcyjnych i zastępczych, gotowych przyjąć dzieci, które mają szczególne trudności ze znalezieniem rodziców. Chcemy także zaprosić Państwa do osobistego włączenia się w inicjatywę „Mecenas dla maluszka”. Być może sami tworzycie Państwo rodzinę adopcyjną i moglibyście podzielić się swoim świadectwem i doświadczeniem, wspierając inne rodziny na tej drodze? A może wspieracie Państwo ideę adopcji i chcielibyście włączyć się w działania promocyjne, aby inspirować kolejne rodziny do otwarcia się na przyjęcie dzieci? Zapraszamy do kontaktu! Wszystkie potrzebne informacje znajdą Państwo na stronie www.MecenasDlaMaluszka.plTroska o życie nie kończy się na narodzinach. Adopcja i inne formy pieczy zastępczej są jej kontynuacją, sprawowaną wobec dzieci, które z różnych przyczyn nie mogą wychowywać się w biologicznych rodzinach. Wszystkie zasługują jednak na własny dom, bezpieczeństwo i miłość.Żadna, nawet najlepiej działająca instytucja nigdy nie zastąpi przecież wychowania w rodzinie. Instytucjonalnie można zastąpić podstawową opiekę, edukację, działania wychowawcze. Nic jednak nie zastąpi wyjątkowej, jednostkowej relacji między rodzicem a dzieckiem, uczestniczenia w zwykłej rodzinnej codzienności, poczucia przynależności.Troska o to, aby każde dziecko mogło dorastać otoczone miłością mamy i taty, to prawdziwa służba życiu.W 2023 roku do adopcji trafiło 1,4 tysiąca dzieci.To 1400 serc, które wreszcie mogą rozpalić się miłością, której tak bardzo pragnie i potrzebuje każde dziecko: miłością do mamy i taty.Wciąż jednak jest też ogrom tych, które czekają, dorastając bez rodziny. I wielu rodziców marzących o tym, by pewnego dnia przytulić swojego syna czy córkę.Pomóżmy im się spotkać.Liczę na Państwa pomocWSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY!Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa tel. +48 22 629 11 76
Do niecodziennej sytuacji doszło 6 grudnia w miejscowości Harklowa k. Nowego Targu. Kobieta urodziła dziecko na stacji benzynowej. Poród pomogła odebrać położna, która akurat w tym czasie przyjechała zatankować swój samochód. Ostatecznie wszystko skończyło się szczęśliwie. Jednak zapowiedzi likwidacji kolejnych oddziałów ginekologiczno-położniczych w całej Polsce każą zapytać o to, czy do podobnych sytuacji będzie dochodzić częściej?
—————————————————–
Pierwsze skurcze pojawiły się u kobiety ok. godziny 15-tej. Do szpitala w Nowym Targu małżeństwo wyruszyło dwie godziny później. Sytuację znacznie pogorszyła gęsta mgła, utrudniająca sprawną jazdę. Jakby tego było mało, akcja porodowa niespodziewanie przyspieszyła, a kobieta zaczęła rodzić już w samochodzie. Zdesperowany ojciec zaparkował na najbliższej stacji benzynowej, skąd wezwał służby.
Najszybciej zareagowali funkcjonariusze Ochotniczej Straży Pożarnej, ale ich rola sprowadziła się do głównie zabezpieczenia miejsca porodu przed oczami ciekawskich.
Szczęśliwym trafem w tym samym czasie na stacji zatrzymała się położna by zatankować swój samochód.
Położna miała w torebce specjalistyczny sprzęt; klem do przytrzymania pępowiny, rękawiczki i maść. Pogotowie dotarło na miejsce kilka minut po narodzinach dziewczynki. Mama i córka zostały zabrane do szpitala w Nowym Targu.
Żaden z zaangażowanych w akcję pracowników ochrony zdrowia i strażaków nie przypominał sobie podobnej sytuacji. Czy jednak może zdarzyć się tak, że podobne informacje będą do nas docierały częściej? Jest bowiem obawa, że rodzące kobiety będą narażone na znaczne ograniczenie możliwości bezpiecznego dojazdu do szpitala. Wszystko za sprawą planów rządu, który z powodów finansowych zapowiedział likwidację kilkudziesięciu oddziałów szpitalnych, głównie o profilu ginekologiczno-położniczym.
Oddziały będą zamykane m.in. w szpitalach w woj. podkarpackim, łódzkim, wielkopolskim czy podlaskim. Sytuację próbuje ratować Ministerstwo Zdrowia, które proponuje, aby szpitale urządzały punkty rodzenia przy szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR) lub izbach przyjęć. Dyżurująca położna miałaby oceniać, czy przyjąć poród, czy też przekierować pacjentkę do szpitala specjalistycznego. Planuje się również powołanie specjalnego transportu karetki pogotowia, wyposażonego w sprzęt do przyjęcia porodu.
W cywilizacji Łacińskiej, obejmującej dużą większość narodów rozwiniętych, przez stulecia pielęgnowano instytucję sakramentalnego małżeństwa, a więc też odróżnianie odrębnej a tradycyjnej rolę męża i ojca, żywiciela i obrońcy oraz żony i matki, wychowawczyni i opiekunki. Te role wyrosły z naturalnych ról mężczyzny – myśliwego i wynalazcy, oraz kobiety- rodzicielki i strażniczki ogniska domowego.
Taką rolę rodziny ugruntował w Swym Objawieniu Jezus Chrystus.
Co najmniej od stulecia obserwujemy podważanie, podgryzanie tych wartości. W pierwszych dziesięcioleciach 21 wieku rodzina sakramentalna nie jest już celem życia „zbiorowości” [bo i pojęcie narodu jest dezawuowane], żyjącej w erze Postępu laickiego i technicznego. Planista nowego porządku świata [New World Order] wypromował singli, partnerów, aborcję jako „zabieg”, wiele różnych zboczeń, 78 płci i dużo tym podobnych absurdów.
Cieszymy się, że z wnętrza piekielnego Planned Parenthood w USA podniosła się i wyrwała jedna z dyrektorek, Abby Johnson. Film Nieplanowane, jak też jej książka pod tym samym tytułem, koniecznie powinny być oglądane, czytane i propagowane. Ale jest to krzyk z wnętrza tego ciężko już chorego społeczeństwa. Abby sama, jak większość [???] amerykanek, żyła z chłopem bez ślubu, skrobała „przypadkowe wyniki”. Chwała jej za to, że to współczesne zbrodnicze bagno opisała i z nim odważnie walczy.
Statystyki mówią już jednak o ponad miliardzie ludzi zamordowanych w ostatnim stuleciu.
Spójrzmy głębiej.
Narody, w tym kierunku przez wroga indoktrynowane, przestały się rozmnażać. Z jednej strony w sowietach, później Rosji, w Chinach, w obu Amerykach, w t.zw. „Europie”. Porównaj Summary of Reported Abortions Worldwide, through August 2015 i uaktualnienia.
Mordowanie bezbronnych stało się głównym sposobem antykoncepcji i polityki rządów. Były i są lata i kraje gdzie 2/3 dzieci jest zabijanych zgodnie z tamtejszym prawem. Percentage of Pregnancies Aborted by Country
Poza tym, cywilizacja białego człowieka stała się tak chorą, że kobiety przestały rodzić [bo już nie mówi się o rodzinie i jej roli]. Bolesnym dla nas przykładem jest Polska, gdzie około 1989-90 współczynnik dzietności gwałtownie spadł z około trzech do 1.8, potem nawet do 1.3. Przypominam, że do przetrwania narodu współczynnik ten musi być trwale co najmniej około 2.2, a dla jego zdrowego rozwoju około3. Teraz, w 2019 , jest ok. 1.45… Według prognoz GUS-u z lat 60-tych ubiegłego wieku powinno nas teraz być 60-70 milionów. A od trzech dziesięcioleci telepiemy się na ok. 40 milionach. Z perspektywą już oficjalnie [nie byle kogo, bo ONZ-u] jedynie około 20 milionów pod koniec wieku.
Jak obserwujemy, próby rządu naprawy sytuacji w postaci np. 500+ nie wpływają na ten współczynnik w sposób znaczący.
Możemy jednak, więc musimy dotrzeć głębiej, do podstawowych przyczyn.
1. Towarzystwa trzeźwości i wstrzemięźliwości rozwinęły się pod zaborami półtora wieku temu od dołu. Wielka była rola błog. Honorata Koźmińskiego.
Szydził z nich, choćby w Słówkach, Boy. Pisywał ładnie i lekko, ale nie wiedziałem w młodości, że był też pedałem, oraz człowiekiem żyjącym w seksualnych trójkątach i czworokątach. Bardzo więc nam, narodowi szkodził i zaszkodził.
Teraz więc, nie u progu katastrofy, ale w trakcie jej trwania, możemy i musimy od dołu rozwinąć ruchy, stowarzyszenia młodych idących za wskazaniami Chrystusa, zachowujących i promujących dziewictwo, czystość, też wstrzymujących się od alkoholu, narkotyków i podobnych świństw. Takie ruchy istnieją już i rozwijają się w Ameryce [to uwaga dla lubiących czerpać z obcych wzorów].
2. Możliwe i konieczne jest też dowartościowanie sakramentu małżeństwa katolickiego z jego potrójną przysięgą: miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.
Pewność, że taka wzajemna potrójna przysięga jest wartością uznawaną i umacnianą przez Kościół i rządy da, przywróci rodzinie trwałość i szacunek. Dzieci będą więc, tak jak i były kiedyś, dumą i chwałą rodziny, a ich dobre wychowanie – głównym celem. Tylko powrót na stałe do Chrystusa może to zapewnić.
Przecież tylko w stabilnej, bezpiecznej rodzinie mogą małżonkowie chcieć i mieć dużo dzieci. Tylko więc, gdy taki model rodziny przeważy, osiągniemy szansę na przeżycie Narodu.
Te dwa radykalne kroki możemy wykonywać od dołu. Wiem, że moją stronę czytają dziesiątki, może setki księży, mam na to dowody, listy. Rozwińmy, rozwińcie księża propagandę tych dwóch kroków. Kazania, nauki, broszury, rozmowy z innymi księżmi. To wszystko jest dostępne, przeprowadzenie chyba nie trudne.
Gdy takie stowarzyszenia staną się silniejsze, dostrzegą je również nasi Biskupi. Teraz są oni uwikłani w demokratyczno-biurokratyczną sieć Konferencji Episkopatu Polski, tak jak i w innych krajach niby katolickich.
Ale katastrofa moralna jest bezpośrednio powiązana z katastrofą demograficzną. To Biskupi zauważą, nawet biskupi-urzędnicy. Jako następcy apostołów staną więc na czele odnowy moralnej, odnowy znaczenia dziewictwa i rodziny katolickiej. Zdecydują się więc do powrotu do swojej przyrodzonej roli Dobrych Pasterzy powierzonej sobie trzody katolików, rodzin katolickich. Czas, byście, ekscelencje, wydali Listy Pasterskie do swoich owieczek, odczytywane we wszystkich podległych im parafiach.
Przywrócenie czci i szacunku dla dziewictwa i czystości przed-małżeńskiej, oraz czci dla małżeństwa katolickiego jest konieczne, ale jest też możliwe.
To jest też ostateczny, już jedyny sposób przeciwdziałania katastrofie demograficznej, katastrofie cywilizacyjnej, w tym trwającej katastrofie cywilizacji Łacińskiej.
===================
PS. Do Kolegów z innych portali: Kopiujcie to, proszę, posyłajcie do swoich biskupów i znajomych księży, zachęcajcie do tego Czytelników. Pokonajmy [nie istniejącą przecież] cenzurę.