Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    19 lipca 2026

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.

Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.

Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.

Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Stare kiejkuty w natarciu

Stare kiejkuty w natarciu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    31 maja 2026 michalkiewicz

W dniach ostatnich (czyżby właśnie nadeszły zapowiadane „dni ostatnie”?) naszym nieszczęśliwym krajem wstrząsają alarmujące wiadomości o fałszywych alarmach, którymi nękana jest policja i straże pożarne. Głośny był niedawny fałszywy alarm, kiedy to policja została powiadomiona, że w mieszkaniu pana red. Tomasza Sakiewicza, kierującego telewizją „Republika”, co to sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, kierowanego przez obywatela Tuska Donalda w gronie vaginess-pomocnic – więc że w tym mieszkaniu jest podrzutek, co to w dodatku pragnie targnąć się na własne życie. Policja tedy wtargnęła do mieszkania razem z drzwiami, a na miejscu okazało się – i tu odwołujemy się do fałszywych pogłosek – że to nie żaden podrzutek, tylko złowrogi Zbigniew Ziobro. Policjanci założyli mu kajdanki, a na ich oczach złowrogi Zbigniew Ziobro przemienił się w asystentkę pana red. Sakiewicza – ale kajdanki, jako własność państwowa i policyjna na rękach pozostały.

Podobno te wiadomości do tego stopnia poruszyły obywatela Żurka Waldemara, dla którego pojmanie złowrogiego Zbigniewa Ziobry urosło do rangi raison d’etre, że gotów jest nawet wkroczyć na ścieżkę wojenną przeciwko Stanom Zjednoczonym, byle tylko zbiega odzyskać, niechby w ramach łupu wojennego. Jednak w vaginecie obywatela Tuska Donalda ten punkt widzenia wydaje się odosobniony z uwagi na ulgę, jaką musieli poczuć Umiłowani Przywódcy po uspokajającym komunikacie prezydenta Donalda Trumpa, że skieruje do Polski dodatkowych 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Umiłowani Przywódcy, którzy na myśl, iż Ameryka zlikwiduje tutaj żywą tarczę, do tego stopnia spanikowali, że do Waszyngtonu wyruszyła warszawska pielgrzymka wiceministrów obrony narodowej, którzy kołatali do różnych drzwi, zdaje się – bezskutecznie – aż dopiero prezydent Trump, wspomniawszy na swoją przyjaźń z prezydentem Karolem Nawrockim, wydał uspokajający komunikat o tych 5 tysiącach. Umiłowani Przywódcy uczepili się tej obietnicy, jak pijany płotu w nadziei, że dzięki temu znowu będą bezkarnie targać za ogon zimnego ruskiego czekistę Putina.

Jeszcze nie ucichły echa fałszywego alarmu w mieszkaniu pana red. Sakiewicza, a w Gdańsku rozdzwoniły się policyjne i strażackie telefony, że w mieszkaniu matki pana prezydenta Nawrockiego wybuchł pożar. To był telefon do straży pożarnej, bo w chwilę później, do komisariatu policji był inny – znowu o podrzutku, który pragnął targnąć się na własne życie. Oczywiście policja wraz ze strażakami wtargnęła do mieszkania matki pana prezydenta razem z drzwiami – ale okazało się, że nie ma tam ani pożaru, ani podrzutka, ani w ogóle – nikogo. Tym razem nie chodziło już o pana red. Sakiewicza, którego można wytarzać w smole i pierzu w prokuraturze, na przykład przed obliczem pani Wrzosek, ale o rodzinę pana prezydenta.

To już była – jak mawiają gitowcy – poważniejsza zastawka, w związku z czym – o ile przedtem pan minister Kierwiński oraz sam obywatel Tusk Donald, mogli pozwolić sobie na udzielanie odpowiedzi wymijających, to w tym przypadku rada w radę uradzili, że chodzi o „prowokacje”. Kto prowokuje i w jakim celu – to jest na razie owiane mgłą tajemnicy – oczywiście w pierwszorzędnym gatunku – chociaż do opinii publicznej przeciekają zorganizowane przecieki, że prowokatorom chodzi o pogłębienie podziałów w społeczeństwie naszego bantustanu. Taki cel wskazywałby na autora prowokacji w osobie zimnego ruskiego czekisty Putina, który – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego – ale widocznie obywatel Tusk Donald i minister Kierwiński, chowają tę możliwość na sam koniec, odgrażając się na razie, że wykryją prowokatorów, bez względu na to, kim by nie byli i kto by tam za nimi nie stał.

Wszystko to oczywiście być może – ale niekoniecznie – bo zwracam uwagę, że jak tylko rozpoczęły się te prowokacje, to zapowiedzi opublikowania”Aneksu” do „Raportu o Rozwiązaniu WSI” zostały w jednej chwili ucięte i na tym odcinku nastała głucha cisza. Nie słychać nawet, czy posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczytała „Aneks” ze zrozumieniem – bo Wielce Czcigodny marszałek Czarzasty nawet nie otworzył worka z obawy wypuszczenia Pandory. Ale pan generał Marek Dukaczewski od razu warknął, że zamiar opublikowania „Aneksu” ma charakter „antypaństwowy”.

To poważna zastawka, a skoro tak, to nie można wykluczyć, że w ramach działań ostrzegawczych stare kiejkuty postanowiły ostrzec wszystkich Umiłowanych Przywódców, że nie jest bezpiecznie. Konfidenci dostali rozkaz: wiecie rozumiecie, wykonajcie mi tu szereg prowokacji, żeby każdy ananas sobie przypomniał, skąd wyrastają mu nogi. Jestem pewien, że Donaldu Tusku takich rzeczy nie trzeba przypominać, bo chyba pamięta, jak omal nie wyleciał w powietrze, kiedy w roku 2008 próbował poluzować sobie smyczkę na jakiej trzymały go stare kiejkuty. Ministru Kierwińskiemu nie trzeba niczego przypominać, bo wystarczy telefon: wiecie, rozumiecie Kierwiński, wy tak szukajcie tych prowokatorów, żebyście w końcu trafili na Putina – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

No dobrze – ale po co stare kiejkuty mają pokazywać Umiłowanym Przywódcom, że nie jest bezpiecznie? Składa się na to kilka zagadkowych przyczyn. Po pierwsze, lepiej zwalić wszystko na Putina, niż zdradzić największą tajemnicę III Rzeczypospolitej – że mianowicie nasza młoda demokracja funkcjonuje na podszewce bezpieki, która nadal pozostaje najtwardszym jądrem systemu – jak za pierwszej komuny. Wprawdzie WSI zostały we wrześniu 2006 roku oficjalnie rozwiązane, ale ta oficjalna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności – bo zwerbowana agentura przecież nie wyparowała, tylko nadal istnieje, pamiętając, komu zawdzięcza swoją pozycję społeczną i materialną. Za jej pośrednictwem stare kiejkuty nie tylko mogą ręcznie sterować strukturami państwa – na przykład Sejm wybrał do Krajowej Rady Sądownictwa akurat tych sędziów, których kandydatury wysunęło Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia, co to powstało w roku 1990, jak tylko rozwiązała się PZPR, stanowiąca pas transmisyjny bezpieki do sądownictwa oraz przez stowarzyszenie „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, w ramach której ABW werbowała agenturę w środowisku nienawistnych sędziów.

Po drugie – zbliża się rok wyborczy, więc trzeba już teraz przystąpić do klecenia prawidłowej alternatywy dla suwerenów. Jak wyjaśniał klasyk demokracji Józef Stalin, prawidłowa alternatywa jest wtedy, gdy bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane. Toteż na odcinku „Aneksu” zapanowała cisza, podczas gdy niezależne media głównego nurtu właśnie rozpoczęły operację „razobłaczania” Grzegorza Brauna, a tylko patrzeć, jak zabiorą się za Sławomira Mentzena – bo Mateusz Morawiecki wykonuje trzecią część zadania w postaci neutralizacji PiS – niezależnie od tego. Tymczasem dług publiczny naszego bantustanu rośnie już w tempie miliarda złotych dziennie, więc – jak powiadają gitowcy – wszystko gra i koliduje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Vaginessy i kiejkuty

Vaginessy i kiejkuty

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    27 marca 2025 vaginessy/i/kiejkuty

Czyżby zapadła decyzja o przejściu do ostatecznego zneutralizowania Konfederacji? Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Konfederacja była wypadkiem przy pracy. Zarówno stare kiejkuty, jak i – przede wszystkim – niemiecka BND – miały pilnować, żeby nasza młoda demokracja nie wyszła poza ramy demokracji kierowanej. Jak wiadomo, demokracja kierowana tym się różni od demokracji spontanicznej, że w demokracji spontanicznej suwerenowie głosują jak chcą i na kogo chcą, podczas gdy w – I tak dalej – demokracji kierowanej, mają to surowo zakazane. Wolno im wprawdzie głosować – ale nie na tych, na których by chcieli, tylko na tych, na których powinni. A na których powinni? To jest właśnie jedna z największych tajemnic demokracji kierowanej, chociaż pewnych wskazówek może nam dostarczyć zarówno aktywność medialna warszawskiego Judenratu, jak i przedstawicieli stada autorytetów moralnych.

W stadzie autorytetów moralnych obowiązuje ścisła hierarchia; jednym autorytetom wolno formułować własne opinie – oczywiście pod warunkiem zgodności ze stanowiskiem Judenratu – podczas gdy innym – tylko powtarzać opinie autorytetów wyższych w hierarchii. W ten sposób stado reaguje stadnie i w rękach Judenratu, a także – współpracujących z nim starych kiejkutów – jest sprawnym narzędziem kształtowania opinii publicznej: „a my wszyscy…” – i tak dalej.

Wracając do Konfederacji, to była ona wypadkiem przy pracy. Wprawdzie i wcześniej pojawiały się podobne inicjatywy polityczne, ale to były ugrupowania jednorazowego użytku, powoływane przez stare kiejkuty gwoli wywołania wrażenia, że scena polityczna podlega procesom naturalnym – ale tak naprawdę chodziło o umocnienie duopolu, ustanowionego przez generał Kiszczaka w Magdalence, gdzie w gronie osób zaufanych naradzał się nad wykonaniem ustaleń Daniela Frieda z Departamentu Stanu i Władimira Kriuczkowa z KGB.

Taką formacją jednorazowego użytku był Ruch Palikota, czy Kukiz 15, a przede wszystkim – majstersztyk starych kiejkutów, wykonany w roku 2015 w celu przekonania Amerykanów, by starych kiejkutów wciągnęli na listę „naszych sukinsynów”. W 2014 roku, w związku z powrotem Ameryki do aktywnej polityki w naszym kącie Europy, trzeba było dokonać podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej to znaczy – ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego zamienić na ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego.

W tej sytuacji również stare kiejkuty uznały, że trzeba doszlusować do nowego kuratora. Amerykanie podobno początkowo się wahali, czy wciągać starych kiejkutów na listą wspomnianych sukinsynów, czy też spuścić ich z wodą. Ale czy to wskutek perswazji ubeków z Izraela, których zaproszono 18 czerwca 2015 roku do Warszawy na Międzynarodową Konferencję Naukową „Most”, czy z przezorności, zaproponowali starym kiejkutom, żeby pokazały, co potrafią. Ony się zakręciły i bodajże w tydzień zorganizowały partię polityczną „Nowoczesna” z panem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim jeszcze pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by nam powiedzieć, jak zamierza przychylać nam nieba, już naród obdarzył to 11 procentami zaufania.

Objaśniam ten fenomen tak, że konfidenci WSI dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda odmaszerować! – i jest partia i 11 procent zaufania.

Z Konfederacją było inaczej. Stare kiejkuty zaspały, podobnie jak w berlińskiej centrali BND i na tubylczej scenie pojawiło się coś, co nie miało prawa się pojawić. Stare kiejkuty miały potężny ból głowy, bo nie wiedziały, co z tym fantem zrobić, podobnie, jak Murzyni, co to na pustyni złapali grubasa. Też nie wiedzieli, co mu zrobić, więc w końcu ucięli… – no, mniejsza z tym.

Kiedy jednak Konfederacja zaczęła wykazywać cechy trwałości, zapadła decyzja o jej neutralizacji, to znaczy – stopniowym upodobnieniu do innych partii jednorazowego użytku, które nie stanowią żadnego zagrożenia dla duopolu. Zaczęło się od czystek, których ofiarą padł Janusz Korwin-Mikke i Grzegorz Braun z kolegami – ale to był dopiero początek neutralizacji. Kiedy pan Sławomir Mentzen zaczął jeździć po powiatach gwoli kaptowania zwolenników, warszawski Judenrat wysłał za nim swoich zaufanych, żeby donosili o każdym jego kroku. Wreszcie przyszła kolej na Państwową Komisję Wyborczą. W dniach ostatnich PKW podjęła jednogłośną (!) decyzję o odrzuceniu sprawozdania finansowego Konfederacji za wybory do PE w roku 2024. Nooo, skoro zostały poruszone Moce Piekielne, to musiały odezwać się pudła rezonansowe. Toteż odezwało się pierwsze pudło w postaci pulchnej vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda, nazwiskiem Lubnauer Katarzyny. Ogłosiła ona, że pan Sławomir Mentzen jest kandydatem „groźnym”, podczas gdy „my” – to znaczy – chyba stare kiejkuty, bo któż by inny? – na „poważne czasy” potrzebujemy kandydata „poważnego”. A któż to taki? A któż by, jeśli nie pan Trzaskowski Rafał, co to i korzenie ma prawidłowe i nawet podwójne, bo obok jerozolimskich – również bezpieczniackie. Jakiż inny kandydat daje starym kiejkutom lepszą rękojmię, że wszystko będzie gites tenteges? Żaden – co do tego wątpliwości być nie może.

Jeszcze tylko w maju powinien dać głos pan generał Marek Dukaczewski, że jak wygra obywatel Trzaskowski Rafał, to on z tej radości otworzy sobie butelkę szampana.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj żyje tematem zastępczym w postaci zagadkowej śmierci pani Barbary Skrzypek. Pani Skrzypek chyba słusznie uchodziła za osobę, przed którą Naczelnik Państwa nie miał żadnych tajemnic, więc w ramach tak zwanych „rozliczeń”, prokuratura Ewa Wrzosek wezwała ją przed swoje oblicze, by poddać ją przesłuchaniu w tak zwanym krzyżowym ogniu pytań – bo oprócz prokuratury Ewy Wrzosek panią Skrzypek obrabiali jeszcze dwaj mecenasowie. I stało się, że dnia trzeciego pani Skrzypek wzięła i umarła. Prokuratura Ewa Wrzosek zaporowo zagroziła, że przy pomocy niezawisłych sądów zrobi marmoladę z każdego, kto będzie z tego incydentu wyciągał jakieś wnioski, więc nie będę się spierał.

Zwróciłbym natomiast uwagę, że Nieboszczka, zanim została zaufaną osobą Naczelnika Państwa, musiała być ciekawą postacią w ruchu robotniczym. Przez całe lata 80-te pracowała w Urzędzie Rady Ministrów i to w Kancelarii Tajnej w gabinecie kolejnych premierów i szefa URM, generała Michała Janiszewskiego. Kiedy w 1989 roku gen., Janiszewski przeszedł na stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, wziął ze sobą również panią Barbarę Skrzypek. Czy to nie dlatego właśnie prokuratura Ewa Wrzosek w podskokach udostępniła jej zeznania panu red. Wojciechowi Czuchnowskiemu z Warszawskiego Judenratu, żeby stare kiejkuty nie denerwowały się, co tam pani Barbara prokuraturze Ewie Wrzosek powiedziała?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Na stole i pod stołem

Po trzecim, zdalnym spotkaniu amerykańskiego prezydenta Józia Bidena z rosyjskim prezydentem Putinem (poprzednie spotkania odbyły się w czerwcu i lipcu), Biały Dom wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy. Chodzi podobno o to, by w ten sposób „rozładować napięcie” na granicy Ukrainy z Rosją. Wszystko to być może, bo cóż to szkodzi prezydentowi Bidenowi, że zaprezentuje się światu w charakterze gołąbka pokoju – ale bardziej prawdopodobne jest to, że ad captandam benevolentiam Putina, podobnie jak Naszej Złotej Pani, prezydent Biden coś rosyjskiemu prezydentowi na Ukrainie obiecał i teraz ten prezent mu wręcza, ale w taki sposób, by stworzyć wrażenie, że nie było i nie ma żadnego prezentu, tylko szlachetna walka o pokój. Nie tylko zresztą on – bo pojawiły się doniesienia, że i Nasza Złota Pani, którą w dniach ostatnich na stanowisku kanclerza zastąpił Nasz Złoty Pan Ofaf Scholz, blokowała próby udzielenia Ukrainie wojskowej pomocy – tyle, że w ramach NATO.

Jeśli tak, to widać wyraźnie, że strategiczne partnerstwo niemiecko rosyjskie funkcjonuje w najlepsze, a i prezydent Biden próbuje reaktywować również strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, proklamowane 20 listopada na szczycie NATO w Lizbonie, a następnie, w roku 2013, wysadzone w powietrze przez prezydenta Obamę. Pokrywane jest to oczywiście buńczuczną retoryką, ale taki parawan jest konieczny, skoro prezydent Biden, szykując się do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, musi wygaszać konflikty na wszystkich innych kierunkach. Dlatego też podczas konferencji prasowej w Białym Domu prezydent Biden nawet ofuknął dziennikarkę, która koniecznie chciała się dowiedzieć, kiedy USA wyślą na Ukrainę wojska. W odpowiedzi stwierdził, że wysyłanie wojska „nigdy nie było na stole”. I zapytał: „czy pani jest gotowa wysłać amerykańskich żołnierzy na wojnę na Ukrainie, by walczyć z Rosjanami na polu bitwy?” Wyobrażam sobie, jak musiało to zasmucić Wielce Czcigodnego posła Kowala, który już nie może wytrzymać, by walczyć o Ukrainę do ostatniego amerykańskiego, a także – polskiego żołnierza. Prezydent Biden zaś odwrotnie – jeśli zamierzałby wojować z Putinem, to oczywiście – do ostatniego żołnierza ukraińskiego.

Tymczasem Nowym Naszym Złotym Panem został przywódca niemieckich socjaldemokratów Olaf Scholz, który niedawno przybył w gospodarską wizytą do Warszawy. Nastąpiła ona zaraz po zakończeniu zwołanego z inicjatywy Naczelnika Państwa „szczytu” mającego wyrazić zaniepokojenie deklaracją budowy Unii Europejskiej jako państwa federalnego, która znalazła się w umowie koalicyjnej, zawartej przez SPD, Zielonych i FDP.

Wprawdzie pan premier Morawiecki, który już nie może doczekać się zablokowanych miliardów z Funduszu Odbudowy, składał się, jak scyzoryk, ale Nasz Złoty Pan był wobec tych umizgów nieugięty, w odróżnieniu od generała Jaruzelskiego, który bez sprzeciwu, chociaż z widocznym zażenowaniem, znosił natrętne uściski i gorące pocałunki natrętnego pana red. Michnika. Te sceny, tuż przed 40 rocznicą wprowadzenia stanu wojennego, pokazała rządowa telewizja, wywołując wściekłość Judenratu „Gazety Wyborczej”, która oskarżyła prezesa Kurskiego o „wykradzenie” archiwum pani Teresy Torańskiej, która te obleśne sceny nakręciła.

Widać, że Nasz Złoty Pan będzie kontynuował rozpoczętą przez Naszą Złotą Panią w 2016 roku hybrydową wojnę z Polską i bez ceregieli próbował dyscyplinować nasz nieszczęśliwy kraj przy pomocy finansowych szantaży i dekretów ferowanych w podskokach przez dyspozycyjnych przebierańców z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. W tej sytuacji minister Ziobro powiedział, że w takim razie Polska powinna wstrzymać się z zapłaceniem corocznej składki do Unii i wetować wszystkie decyzje wymagające jednomyślności, aż Bruksela przestanie się Polski czepiać. Najwyraźniej jednak taka poważna zastawka musiała wystraszyć i Naczelnika Państwa i jego kolaborantów, bo w lud poszedł uspokajający komunikat, że to jest „prywatny” pogląd pana ministra Ziobry, a nie stanowisko rządu. Nie wiadomo nawet, czy stanowisko rządu wyrażają odgrażania się pana ministra Rau w sprawie reparacji. Gdyby bowiem Rada Ministrów wystąpiła w tej sprawie do niemieckiego kanclerza z oficjalną notą, to co innego, a tak, to widać, że chodzi tylko o przedwyborcze uwodzenie wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, na których już nie działa ani katastrofa smoleńska, a „Polski Ład” wzbudza uczucia mieszane.

Z jednej bowiem strony obietnice mnożą się jak króliki, ale jednocześnie inflacja drenuje zasoby obywateli sprawniej od kieszonkowca. W tej sytuacji któż by nie chciał dostać np. ponad 850 mld dolarów od Niemiec tytułem reparacji? Każdy by chciał, tym bardziej, że pan Jan Zbigniew hrabia Potocki już dawno tyle właśnie wyprocesował przed Europejskim Sądem Polubownym – Sądem Arbitrażowym w Ciechanowie, utworzonym przez regionalną Radę Biznesu w Opinogórze. Na razie jedynym beneficjentem kampanii reparacyjnej jest dyrektor utworzonego właśnie przez premiera Instytutu Strat Wojennych, w którym będzie wiele wesołych miejsc pracy. Wesołych – ponieważ reparacji będziemy „dochodzić” tak samo, jak od 2010 roku „dochodzimy do prawdy” w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Tymczasem w kraju nasila się walka klasowa – jak to przy rozwoju socjalizmu – z tym, że z terenu ekonomicznego, przeniosła się na płaszczyznę medyczną. To oczywiste w sytuacji, gdy stare kiejkuty nakradły się podczas uwłaszczania nomenklatury, a Umiłowani Przywódcy doją naszą biedną ojczyznę teraz.

Toteż Propaganda Abteilung nieubłaganym palcem, jako wroga klasowego piętnuje obywateli niezaszczepionych, wobec których rząd obmyśla coraz to nowe metody prześladowań, a ormowcy, „sygnaliści” i „aktywiści” już przestępują z nogi na nogę z niecierpliwości, kiedy wreszcie zabrzmi trąbka do ataku. W tej sytuacji zabrał głos dygnitarz zatrudniony na operetkowej posadzie rzecznika praw obywatelskich wskazując, że prześladowania – owszem – ale powinny mieć umocowanie w ustawie, a nie doraźnych zarządzeniach pana ministra Niedzielskiego. Słowem – chodzi o to, by pałki miały przepisową grubość, a pociski – odpowiedni kaliber. Wtedy prawa obywatelskie będą zagwarantowane zgodnie z konstytucją, co do której są wątpliwości, czy jest nadrzędna nad prawem unijnym, czy nie. Obrońcy konstytucji, którzy gwoli jej popierania urządzali nawet seanse kicania z udziałem pana mecenasa Romana Giertycha, uważają, że ta cała tubylcza konstytucja podlega prawodawstwu unijnemu, podczas gdy niszczyciele konstytucji, powołując się na orzeczenie „trybunału Julii Przyłębskiej” – jak postępactwo, z inspiracji JudenratuGazety Wyborczej”, nazywa Trybunał Konstytucyjny – uważają, że w Polsce jest ona prawem najwyższym. Jak się okazuje, nieoczekiwana zmiana miejsc przytrafiła się nie tylko małpoludowi w popularnym niegdyś filmie pod tym tytułem, ale i małpoludom z kręgu żydowskiej gazety dla Polaków, którzy małpują, co tylko mogą.

Stanisław Michalkiewicz 19 grudnia 2021

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada). http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5088