Władza wyślizguje się z rąk Zełenskiego? „Biuro antykorupcyjne stało się opozycją”

Władza wyślizguje się z rąk Zełenskiego?

„Biuro antykorupcyjne stało się opozycją”

Tetiana Kolesnychenko 26 września 2026, wiadomosci.wp.pl/wladza-wyslizguje-sie-z-rak-zelenskiego-biuro-antykorupcyjne-stalo-sie-opozycja

Walka z korupcją przerodziła się w brutalną polityczną grę – przekonują osoby związane z rządem w Kijowie. Źródła Wirtualnej Polski przyznają, że poziom korupcji w Ukrainie jest wyższy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie ostrzegają: metody stosowane przez biuro antykorupcyjne (NABU) nie gwarantują skazania winnych. Mogą natomiast pogrążyć kraj w chaosie. Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.

Czerwiec 2025 r. Cała Ukraina żyje aferą wokół Oleksija Czernyszowa.

Wicepremier, wiedząc, że ma usłyszeć zarzuty korupcyjne, wyjeżdża w zagraniczną „delegację” i nie śpieszy się z powrotem. Dopiero dyskretna interwencja ówczesnego szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawia, że Czernyszow wraca do Kijowa.

– Wtedy wydawało się, że to straszny wstyd. Teraz można zatęsknić za tamtymi czasami – ironizuje jeden z rozmówców Wirtualnej Polski, zbliżony do ukraińskich władz.

Rok po aferze Czernyszowa sytuacja się powtórzyła. Tylko w znacznie gorszej odsłonie.

Na początku września Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) opublikowało wyniki najnowszego śledztwa „Kartagina„. Wykazało ono, że w biurze prokuratora generalnego działał syndykat, który „kryszował„, czyli zapewniał ochronę sieci call center, w których oszuści, podszywając się pod skarbówkę czy policję, wyłudzali miliony. Ofiarami padali głównie Rosjanie, rzadziej Ukraińcy oraz obywatele UE i USA.

Tydzień po publikacji „Kartaginy” prokurator generalny Rusłan Krawczenko postanowił pójść w ślady Czernyszowa i, nie czekając na zarzuty, wyjechał w „delegację”. Z tą różnicą, że nie zamierza z niej wracać. Zamiast tego wypowiedział NABU wojnę, która rykoszetem uderzała w prezydenta Ukrainy.

Krawczenko jest kolejną osobą, która odgrywała ważną rolę w systemie władzy Wołodymyra Zełenskiego, a którą prezydent musiał zwolnić ze względu na skandal korupcyjny. W ciągu niespełna półtora roku NABU i SAP (specjalna prokuratura antykorupcyjna) przetrzebiły najbliższe otoczenie Zełenskiego, doprowadzając m.in. do odejścia Andrija Jermaka, szefa administracji i prawej ręki Zełenskiego.

Jak przekonują rozmówcy Wirtualnej Polski, wypłynięcie kolejnych afer jest tylko kwestią czasu. Formalnie kompetencje NABU i SAP nie pozwalają im prowadzić śledztwa wobec prezydenta, ale otoczenie Zełenskiego nie ma wątpliwości, że to on jest głównym łupem w tej grze.

– Nie dajmy się zwieść. Pod płaszczykiem walki z korupcją toczy się brutalna polityczna gra – słyszymy od ludzi związanych z ukraińską władzą.

Inne źródło przyznaje, że poziom korupcji w Ukrainie jest teraz wyższy niż kiedykolwiek. – Trzeba z nią walczyć, ale bez urządzania medialnego show – mówi inna osoba.

– Wstyd i hańba. Inaczej historii z biurem generalnego prokuratora nie da się nazwać. Wykrywanie takiej korupcji jest bardzo potrzebne. Ale nie każde śledztwo NABU i SAP jest takie. Jeśli spojrzeć całościowo na ich działalność, można odnieść wrażenie, że jest to próba resetu władzy w najbardziej krytycznym momencie istnienia ukraińskiego państwa – mówi Julia Zabelina, analityczka i dziennikarka polityczna.

Urzędnicy
Wysocy urzędnicy z otoczenia prezydenta, których nazwiska pojawiają się w sprawach korupcyjnych prowadzonych przez NABU © NABU | Angelika Sętorek

Horror klasy D

Głęboka czerń na ekranie. W tle muzyka trzymająca w napięciu. Kamera powoli najeżdża na czarny telefon z tarczą. Dzwoni. Męska ręka zdecydowanym ruchem chwyta słuchawkę – tak, niczym horror klasy D, zaczyna się najnowszy film NABU o szczegółach operacji „Kartagina”.

Za chwilę w kadrze pojawi się detektyw. Krótkie komentarze poprzedzają nagrania z rozmów podejrzanych. Słyszymy m.in. „Kanclerza”, którym okazał się Serhij Kropywa, zastępca kierownika departamentu międzynarodowej współpracy w biurze prokuratora. Rozmawiają o sprawach związanych z praniem pieniędzy, call centrach i załatwianiem posad. Ale w pamięć najbardziej zapada moment, w którym „Kanclerz” dzieli się z „Muzą”, swoją 24-letnią kochanką, życiową mądrością:

– Jeśli już się piep…, to z królową. Jeśli już kraść, to milion.

Dwa ostatnie zdania, choć niewiele wspólnego mają ze śledztwem, podbiją internet. Rozejdą się w setkach memów i tysiącach zjadliwych komentarzy.

Krytycy zarzucają NABU i SAP, że wykorzystują zmęczenie i frustrację Ukraińców. Alarmy przeciwlotnicze praktycznie się nie kończą. Każdy zastanawia się, gdzie się podziać zimą, jeśli miasta zostaną sparaliżowane brakiem prądu, wody i ogrzewania. Widoków na zakończenie wojny nie ma, ale jest bardzo wymowny obraz korupcji na najwyższych szczeblach.

– Społeczeństwo aż kipi od tej niesprawiedliwości – mówi politolog Oleg Saakian.

Temat walki z korupcją urósł do tego stopnia, że w ostatnich badaniach na pytanie, co stanowi większe egzystencjalne niebezpieczeństwo dla kraju, większość Ukraińców wskazała korupcję. Rosja znalazła się na drugim miejscu.

– NABU i SAP zyskały podczas wojny ogromne wpływy – dochodzi do wniosku brytyjski „Economist”. I cytuje ukraińskiego urzędnika: „Organy antykorupcyjne de facto stały się alternatywnym ośrodkiem władzy”.

Antykorupcyjna bańka

Listopad 2025 roku. Dochodzi 7 rano. Mychajło Tkacz, dziennikarz śledczy portalu „Ukraińska Prawda” całkiem „przypadkiem” znalazł się w urzędowej dzielnicy. Traf chciał, że akurat wtedy NABU rozpoczynało przeszukanie w biurze Andrija Jermaka, ówczesnego szefa kancelarii prezydenta.

– NABU nie tylko sprzedało informację o przeszukaniu, ale i czekało na dziennikarza, żeby ruszyć z pracą. Cyrk – oburzała się Kateryna Kobernyk, szefowa portalu „Babel”.

Eksperci zwracają uwagę, że od ponad roku publikacja wyników każdej operacji NABU i SAP jest wspierana profesjonalną kampanią informacyjną.

– Mamy w Ukrainie „antykorupcyjną bańkę” – mówi Julia Zabelina.

Lojalne media, organizacje antykorupcyjne i kilku deputowanych budujących karierę na walce z korupcją tworzą wspólny front, wskazując winnych, zanim zapadną wyroki.

– W adwokackich kręgach ironizujemy, że NABU to taka sieć społecznościowa. Kiedy mają coś mocnego, ale nie mogą tego udowodnić, przekazują materiały „swoim” mediom albo deputowanym, żeby wywołać społeczną reakcję – mówi Wołodymyr Bogatyr, prawnik często broniący polityków.

Według oficjalnych statystyk w ciągu 10 lat istnienia śledztwa NABU i SAP objęły 71 deputowanych. Jednak wyroki skazujące nadal są rzadkością.

– Daleki jestem od nazywania deputowanych klasą o wysokich standardach moralnych. Doszliśmy do sytuacji, kiedy na Zachodzie mówi się już nie o korupcji, tylko o istnieniu mafijnego syndykatu w ukraińskich władzach. To porażające, ale zalew kompromitujących materiałów nie jest walką z korupcją. To próba wpływania na politykę i podburzenia społeczeństwa – uważa Bogatyr.

Spisek, USA, wybory

Źródła Wirtualnej Polski zwracają uwagę na historię Olgi Stefaniszyny – niegdyś wicepremier i minister sprawiedliwości, a ostatnio ambasadorki w USA.

– Stefaniszyna była bardzo skuteczną ambasadorką. Cieszyła się w Waszyngtonie dobrą opinią. Potrafiła lobbować interesy Ukrainy – uważa Julia Zabelina.

W połowie lipca Stefaniszyna nagle zrezygnowała ze stanowiska. Miesiąc później usłyszała zarzuty złożenia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych.

– Sprawa jest niejednoznaczna i prawdopodobnie upadnie w sądzie. Jej kariera jest jednak zrujnowana, a my nadal nie mamy kim zastąpić Stefaniszyny na stanowisku – mówi jeden z naszych rozmówców.

Kolejny przykład to sprawa Iryny Mudrej, wiceszefowej biura prezydenta. NABU aresztowało ją w związku z operacją „Forrest Gump”. Miała ona z polecenia „szefa” zalegalizować 150 milionów hrywien, które miały być przeznaczone na wpłatę kaucji za ministra energetyki, uwikłanego w inną aferę korupcyjną.

Na nagraniach słychać, jak Mudra dociska pracowników państwowego banku, by wyprali pieniądze. Na innym nagraniu opowiada o swojej rozmowie z innym urzędnikiem biura prezydenta (według mediów był to Kyryło Budanow). Urzędnik mówi, że walka z korupcją jest nieprawidłowym podejściem: „Trzeba ją systematyzować i kontrolować”.

Ludzie z otoczenia Mudrej uważają, że organy antykorupcyjne blokują jej wyjście z aresztu, kiedy inni podejrzani w tej sprawie pozostają na wolności. Chodzi m.in. o deputowanego Maksyma Mykytasia, którego kartoteki nie powstydziłby się doświadczony gangster. Samo NABU postawiło mu pięć zarzutów.

– On był głową tej operacji, ale to Iryna siedzi w areszcie. Sąd nie chce zaakceptować kaucji pochodzącej z legalnych środków. To zmusza nas do myślenia, że celem sprawy nie było śledztwo na temat korupcji, tylko likwidacja jej jako politycznej figury – mówią współpracownicy Mudrej.

Osoby z otoczenia prezydenta uważają, że choć NABU i SAP osaczają współpracowników Zełenskiego, to w rzeczywistości on ma być głównym celem i stać się „twarzą” korupcji, na którą zostanie skierowany cały gniew i frustracja społeczna. Dlatego zdaniem naszych rozmówców w mediach pojawił się przeciek stenogramów rozmów nagranych w mieszkaniu Timura Mindicza, byłego biznespartnera Zełenskiego i głównego bohatera operacji „Midas”, dotyczącej ściągania wielomilionowych haraczy w sektorze energetycznym.

Na jednym ze stenogramów przewija się niejaki Wowa. Ma on obok Andrija (Jermaka) oraz Oleksija (Czernyszowa) być właścicielem rezydencji na osiedlu „Dynastia”, którego budowę finansowano z łapówek. Wowa to skrót od imienia Wołodymyr.

Czy stenogramy są autentyczne? Czy właścicielem willi miał zostać Zełenski? NABU i SAP – choć przeciek pochodził z materiałów dochodzeniowych – nigdy nie potwierdziły ani nie sprostowały tych spekulacji.

Od kilku źródeł związanych z ukraińską władzą słyszymy teorię, że za ofensywą NABU i SAP stoją Stany Zjednoczone, które pomagały tworzyć obie instytucje.

– Donald Trump próbował frontalnego ataku, kiedy żądał od Zełenskiego przeprowadzenia wyborów, ale otrzymał odwrotny efekt – konsolidację wokół prezydenta. Z korupcją nikt dyskutować nie będzie. Jest to najbardziej drażliwy społecznie temat – mówi nam osoba związana z rządem.

Inne osoby zbliżone do ukraińskich władz zwracają uwagę, że NABU i SAP omijają korupcję w ministerstwie obrony. Natomiast „bańka antykorupcyjna” zaczęła aktywnie promować Mychajła Fedorowa, niegdyś bardzo bliskiego współpracownika Zełenskiego i ministra obrony, który został zwolniony w lipcu. Po tym Fedorow przeszedł do opozycji i zażądał wyborów podczas trwającej wciąż wojny.

W duchu milicji

Ukraiński system antykorupcyjny został utworzony w 2014 r. Po ucieczce Wiktora Janukowycza i Rewolucji Godności Zachód postawił Ukrainie warunek: odblokuje międzynarodowe fundusze pomocowe, ale w zamian Kijów ma zacząć walkę z korupcją na najwyższych szczeblach władzy.

Rok później komisja złożona z ukraińskich i międzynarodowych ekspertów wybrała spośród 700 kandydatów 70 detektywów NABU.

– To byli najbardziej ideowi ludzie. Wierzyliśmy w zmiany i dostaliśmy wszystko, by ich dokonać – dobre pensje, zasoby i całkowicie wolną rękę w prowadzeniu śledztw – mówi Wirtualnej Polsce A., były detektyw NABU.

Amerykanie przekazali sprzęt, wyszkolili detektywów i ściśle współpracowali z nowo powstałą instytucją.

– FBI miało nawet swoje biuro w siedzibie NABU. Na miejscu zawsze był jeden detektyw i jeden analityk. Co trzy miesiące Amerykanie się rotowali – wspomina A. – To było genialne rozwiązanie. Każde dane o nieruchomościach czy rachunkach w USA można było pozyskać błyskawicznie. A kiedy jako NABU mieliśmy konflikt z prokuraturą, amerykańska ambasada występowała w roli mediatora. Wsłuchiwała się w racje obu stron, sugerowała rozwiązanie. Mogliśmy się dostosować lub nie.

System zaczął się psuć już rok później, gdy NABU ogłosiło masową rekrutację na stanowiska kierownicze. W odróżnieniu od detektywów, szefowie oddziałów musieli wykazać się dużym doświadczeniem w organach ścigania.

– To był błąd. Jeśli człowiek przez lata pracuje w prokuraturze za groszową pensję, musi być zdeformowany moralnie. Bez brania w łapę tam nie da się przeżyć – mówi A.

– Potem nowi szefowie zaczęli ściągać swoich ludzi. Już nie było otwartych konkursów, rozpisywano je pod konkretnego kandydata. Miałeś wybór: stać się lojalnym albo zapomnieć o perspektywach na rozwój – mówi Ołesia Rybak, która przez osiem lat pracowała jako starszy detektyw w wydziale dochodzeń wewnętrznych NABU.

Nowe kierownictwo wniosło do NABU stary „wirus”.

– W 2015 r. w sylwestra słuchaliśmy klasycznego rocka. Rok później na imprezie korporacyjnej grali już rosyjski szanson [folklor więzienny – red]. System kontroli się usztywnił, pod gabinetem naczelnika ciągle była kolejka. Sygnalistów szykanowano, a dowody zbierano w duchu „najlepszych milicyjnych praktyk – wspomina A.

W 2019 r. doszło do kuriozum. SAP oskarżyło NABU o „kryszowanie” korupcji w sektorze obronnym za czasów prezydentury Petra Poroszenki.

Walenie na oślep

W 2020 r. badania opinii społecznej pokazywały, że tylko 1 proc. Ukraińców ocenia dobrze działalność NABU i SAP. Natomiast międzynarodowi audytorzy po kontroli doszli do wniosku, że antykorupcyjne organy działają „umiarkowanie skutecznie”.

W rzeczywistości głośne sprawy ciągnęły się latami. Kiedy w końcu trafiały do sądu antykorupcyjnego, rozłaziły się przez proceduralne błędy albo były umarzane na mocy kontrowersyjnych „poprawek Łozowego”. W 2017 r. do kodeksu karnego wniósł je ówczesny deputowany Andrij Łozowy. Pod pozorem przeciwdziałania długotrwałym postępowaniom pozwalały automatycznie umorzyć sprawę korupcyjną, jeśli nie trafiła ona do sądu w określonym terminie.

Tak było aż do lipca 2025 r., kiedy wicepremier Ołeksij Czernyszow jednak wrócił do Ukrainy, a nowym prokuratorem generalnym nagle wyznaczono 35-letniego Rusłana Krawczenkę.

Dziś wielu uważa, że przyszedł on z głównym zadaniem – ukręcić łeb sprawom korupcyjnym, o których już wiedziało biuro prezydenta. Ułatwić to miało podporządkowanie Krawczence NABU i SAP. Prezydent wniósł na głosowanie odpowiednią ustawę. Rada Najwyższa w pośpiechu ją przyjęła. W całej Ukrainie wybuchły „tekturowe protesty”. Broniono nie tyle NABU i SAP, co samej idei niezależnych organów antykorupcyjnych.

Pod presją Zachodu Zełenski się wycofał. Ustawa nigdy nie weszła w życie, a NABU i SAP otrzymały carte blanche.

– Dostali wielki młot, którym teraz walą na oślep, ponieważ muszą spłacić społeczeństwu kredyt zaufania – mówi ukraiński urzędnik.

Po pierwszych sprawach korupcyjnych, jak afera wokół Czernyszowa i publikacja operacji „Midas”, Kijów próbował przekuwać porażkę w sukces. Podkreślano, że Ukraina to walcząca demokracja – oto, pomimo wyniszczającej wojny, walczy z korupcją. Jednak rewelacje o call centrach i ucieczka prokuratora generalnego były trudne do wytłumaczenia. Zwłaszcza że przez pierwszy tydzień po publikacji wyników śledztwa „Kartagina” Zełenski przebywał za granicą z wizytami dyplomatycznymi.

Afera dostarczyła wielu argumentów przeciwnikom Ukrainy. A w samym Kijowie zrodziła pytanie: czy system władzy nadal działa?

– Straty wizerunkowe są ogromne. Za korupcję państwo zawsze płaci suwerennością – mówi Oleg Saakian.

Nawrócenie dyrektora

Zwolennicy NABU i SAP podkreślają, że organy antykorupcyjne jako jedyne przeciwstawiają się niemal absolutnej władzy Zełenskiego.

– W warunkach, w których nie ma możliwości przeprowadzenia wyborów, część elit poczuła się bezkarna. NABU i SAP pozostały jedynym narzędziem mechanizmu wzajemnego hamowania się i balansowania władz. Innych opcji u nas nie ma – mówi Olena Haluszka, współzałożycielka projektu Międzynarodowe Centrum Zwycięstwa Ukrainy oraz dyrektorka ds. stosunków międzynarodowych w Kijowskim Centrum Działań Antykorupcyjnych.

Jej zdaniem medialna otoczka przy publikacji wyników śledztw jest niezbędna. Bez nagłośnienia i wsparcia społeczeństwa obie instytucje szybko przestaną istnieć.

– Detektywi spotykają się z szalonym oporem. Zamachy, groźby, podpalenia aut były na początku na porządku dziennym – opowiada Ołesia Rybak.

Dla wielu atakiem na NABU i SAP była ostatnia decyzja Rusłana Krawczenki na stanowisku prokuratora generalnego. Zanim pod osłoną nocy uciekł z Ukrainy, podpisał zarzuty m.in. dla Semena Krzywonosa, dyrektora NABU. Miały one związek z dwiema historiami z odległej przeszłości.

Pierwsza dotyczyła próby kupienia głosów studentów podczas wyborów w 2008 r. Żeby uniknąć kary, Krzywonos miał wtedy nakłonić samotną matkę, by uznała jego ojcostwo dziecka. Kiedy otrzymał amnestię, zwrócił się do sądu o zaprzeczenie ojcostwa na podstawie testu DNA. Inny epizod miał mieć miejsce w 2014 r. i dotyczyć próby wyłudzenia łapówki oraz machlojek z ziemią.

– W roku 2026 żadnej mocy prawnej te zarzuty nie miały. Były przedawnione. Była to tylko zemsta polityczna. Jeśli jest odpowiedzialność Krzywonosa, to jedynie moralna – uważa Wołodymyr Bogatyr.

Ołesia Rybak przyznaje, że w 2023 r., kiedy Krzywonos wygrał konkurs na dyrektora NABU, w biurze zapanował niepokój. Jak człowiek z taką przeszłością, z ambicjami politycznymi, a w dodatku postrzegany wówczas jako kandydat z namaszczenia biura prezydenta, może objąć takie stanowisko?

– Bardzo krytykowaliśmy jego kandydaturę. Ale Krzywonos udowodnił swoją niezależność. Być może przeszedł wewnętrzną przemianę. Ważne, że z nim NABU zaczęło pracować efektywnie – uważa Hałuszka.

Brak chętnych

Sam Semen Krzywonos o starych sprawach woli milczeć. Podobne stanowisko w sprawie korupcji zajął Zełenski – szybko zwalnia współpracowników, którzy stają się bohaterami skandali. Ale potem nie podejmuje tematu, czego od niego oczekuje społeczeństwo.

W sondażach ponad połowa ankietowanych nadal deklaruje zaufanie do Zełenskiego, ale niepokojący dla prezydenta jest rosnący, skrajnie negatywny elektorat.

Tymczasem w kuluarach aż huczy, że następnym do „odstrzału” będzie Dawid Arachamia, szef prezydenckiej frakcji Sługa Narodu, nazywany złośliwie „dyrektorem parlamentu”. Za każdym razem Arachamia dokonuje „cudów”, sklejając resztki Sługi i niedobitków po byłej Partii Regionów, by zapewnić wystarczającą liczbę głosów.

Po zwolnieniu Andrija Jermaka wpływy Arachamii znacznie się zwiększyły. Krążą pogłoski, że NABU już od dawna chce mu postawić zarzuty za podkupywanie głosów w Radzie Najwyższej, a związek z tą sprawą może mieć Julia Tymoszenko. Była premier sama zresztą została w styczniu przyłapana na wręczeniu deputowanym łapówki w zamian za głosowanie. Jednak sąd zwolnił zabezpieczenie z majątku Tymoszenko, a ona – według źródeł Wirtualnej Polski – chodzi do Rady Najwyższej w szampańskim nastroju, jakby sprawy nie było w ogóle.

Strata Arachamii byłaby dla Zełenskiego bolesnym ciosem. Mogłaby doprowadzić do paraliżu ukraińskiego parlamentu. Ten już teraz głosuje opornie, opóźnia przyjęcie ustaw niepopularnych, ale wymaganych na drodze akcesji lub będących warunkiem wypłaty kolejnych transz kredytów. Paraliż parlamentu byłby jednoznaczny z bankructwem Ukrainy. Wtedy Zełenski stanąłby przed wyborem – stworzyć rząd narodowej jedności, którego domaga się opozycja, lub znaleźć sposób na wybory. Z dużym prawdopodobieństwem wybrałby to drugie.

Według innych pogłosek NABU ma kwity na Kyryła Budanowa, który obecnie jest szefem administracji prezydenta.

Jasne jest jedno: jeśli kolejny głośny skandal korupcyjny wydarzy się tej zimy, kiedy społeczeństwo będzie walczyć o przetrwanie mrozów, system władzy może tego nie wytrzymać.

– Instytucja służby państwowej została w zasadzie zlikwidowana. Kompetentni specjaliści kategorycznie nie chcą obejmować stanowisk państwowych. Wylaliśmy dziecko z kąpielą – mówi w rozmowie z WP ukraiński urzędnik.

Julia Zabelina zwraca uwagę, że już od kilku miesięcy Zełenski bezskutecznie szuka nowego ambasadora w USA. Chętnych brak.

– Częściowo jest to wina samej władzy. Zełenskiego, Jermaka, Tatarowa, którzy dopuszczali tylko swoich. Teraz nikt nikomu nie ufa i nie chce stać się kolejną historią na YouTube NABU.