Izabela Brodacka
Od pierwszego września w szkołach obowiązują nowe zasady
żywienia. Osoba żyjąca wystarczająco długo na świecie była
wielokrotnie świadkiem zmian obowiązujących zasad i
przepisów czasem wręcz o 180 stopni. Gdy moje dzieci były
małe obowiązywało wprowadzanie do diety niemowlęcia, od
trzeciego miesiąca jego życia, zup jarzynowych zabielanych
żółtkiem jaja kurzego. Nie wiem jaki idiota to wymyślił lecz
jest on odpowiedzialny za epidemię uczuleń nękających
obecnych czterdziestolatków. Przecież powszechnie
wiadomo, że żółtko jaj kurzego, jako obce białko, jest silnym
alergenem. Lekarze traktowali jednak te idiotyzmy ze
śmiertelną powagą a nawet gdy naiwna matka przyznawała
się szczerze, że nie podaje zupek bo dziecko nie chce ich jeść,
grozili matce sądem rodzinnym i skierowaniem dziecka do
pieczy zastępczej.
Równie poważnie było traktowane
odstępstwo od zasady karmienia dziecka co trzy godziny, a
nie wtedy gdy jest ono głodne. Rozsądne matki okłamywały
lekarzy i były to kłamstwa całkowicie usprawiedliwione. Po
zmianie systemu w Polsce a przede wszystkim gdy
amerykańscy uczeni przypomnieli sobie, że samica ludzka ma
piersi ci sami lekarze z równą bezwzględnością zalecali
karmienie dziecka do roku wyłącznie piersią. Margaryna
najpierw była polecana przez lekarzy jako zdrowa, a potem
traktowana jako bardzo niezdrowa. Pomidory miały kiedyś
być rakotwórcze a potem rzekomo chroniły przed
nowotworami.
Szczytem idiotyzmu była obowiązująca podobno w ZSRR praktyka odbierania położnicom noworodka żeby nie mogły go nakarmić .Sowieccy uczeni nie wiadomo dlaczego twierdzili, że siara szkodzi dziecku, kiedy powszechnie wiadomo, że jest niezwykle ważna dla jego
odporności. Sowieccy uczeni odwracali bieg rzek i hodowali
gruszki na wierzbie. Sowiecki system wydał Miczurina i
Łysenkę. Szkoda czasu na zajmowanie się ich osiągnięciami.
Kilka lat temu nauczyciele polskich szkół zaśmiewali się
widząc, jak dzieci przemycają do szkoły zwykłą sól kuchenną
tak jakby to był groźny narkotyk. Centralne zarządzenie
ograniczało wówczas solenie potraw w szkolnych stołówkach.
Bardziej gorliwi wychowawcy kontrolowali dziecięce plecaki i
traktowali przemycanie soli wręcz jak poważne wykroczenie
czy przestępstwo.
Wracając do przepisów, które weszły w życie od początku
tego roku szkolnego. Otyłość dzieci nie jest bynajmniej
związana ze spożywaniem mięsa. Związana jest przede
wszystkim ze zmianą trybu życia, z zastępowaniem życia
społecznego i towarzyskiego przez maniakalne śledzenie
mediów społecznościowych. Nie rozwiąże tego problemu ani
zakaz używania w szkołach telefonów, ani nakaz spożywania
roślin strączkowych. Przede wszystkim decyzje o sposobie
odżywiania dzieci należą do rodziców. Poza tym nie zmusi się
dzieci do spożywania nielubianych potraw – będą zostawiały
fasolkę na talerzu, rzucały nią po podłodze i wynosiły ją w
kieszeniach.
Dobrym przykładem jest akcja mleczna przeprowadzana obecnie w wielu szkołach podstawowych. Dla dzieci przeznacza się specjalne opakowania ze słomką
zawierające około szklanki mleka lecz dzieci i tak nie chcą ich
odbierać ani tego mleka pić. Pod koniec okresu ważności produktu intendentki błagają pracowników szkoły żeby zabierali bliskie przeterminowania pudełeczka z mlekiem bo
za kilka dni będą musiały wyrzucić je na śmietnik. Za tę akcje
płacimy my wszyscy, podatnicy. Zdania na temat mleka są
zresztą podzielone. Pamiętam żartobliwe hasło z czasów
komuny : „Pij mleko będziesz kaleką”. Ale nie o żarty tu
chodzi. Za moich czasów w komunistycznej szkole
podstawowej rano w stołówce stało mleko w wiadrze a po
obiedzie kompot. Nikt jednak nie zmuszał dzieci do picia tego
mleka czy kompotu ani do jedzenia nielubianych potraw.
Kucharki pytały dzieci czy chcą kotlet i czy będą jadły szpinak
lub kiszoną kapustę. Ludzie, którzy przeżyli wojenną i
powojenną nędzę mieli więcej poczucia rzeczywistości niż
obecnie, a przede wszystkim szanowali jedzenie i nie chcieli
go marnować. Pamiętam, że kucharki mówiły: „ Bierz co
chcesz ale masz wszystko zjeść, talerz ma być po jedzeniu
zupełnie czysty”. Zmiany nawyków żywieniowych nie
przeprowadzi się przymusem.
Zakaz używania przez dzieci telefonów, choć wydaje się
rozsądny też niczego nie załatwi. Zakaz używania telefonu bez
ich odbierania oznacza, że dzieci będą pod ławką śledziły
wpisy na ekranie tak jak my czytaliśmy podczas nudnych lekcji
książki. Zakaz przynoszenia telefonu do szkoły spowoduje, że
rodzice nie będą mogli nawiązać kontaktu z dzieckiem i w
razie niebezpieczeństwa udzielić mu pomocy. Bezpieczeństwa
nie zapewni się obywatelom mnożąc sprzeczne ze sobą
zarządzenia.
Bezpieczeństwo, w tym zdrowotne, zależy od funkcjonowania państwa i jego instytucji. W filmach widzimy jak ratownicy wiozą biegiem chorego na salę operacyjną gdzie czeka zespół najlepszych lekarzy gotowych go operować.
Praktyka jest taka, że przeciętny obywatel w żaden sposób nie
może dostać się do szpitala, że na niezbędne badania zostaje
zapisany w terminie za kilka miesięcy a nawet za rok a jeżeli
zostanie objęty protokołem terapii daremnej nikt nie ma
prawa go w ogóle leczyć. W filmach dzielni funkcjonariusze
policji pędzą na sygnale do każdego zgłoszenia
zaniepokojonego obywatela.
Praktyka jest zupełnie inna. Niedawno kilkunastoletnia dziewczynka umarła na ulicy z
wyziębienia, choć miała kontakt telefoniczny z ojcem gdyż policja nie tylko jej nie szukała lecz nie raczyła nawet ustalić lokalizacji jej telefonu co mogło uratować jej życie.
Jak wielokrotnie pisałam świat nie jest obecnie stabilny.
Liberalna demokracja nie zakończyła konfliktów i wojen i
poważnie pomylił się Francis Fukuyama wieszcząc koniec
historii. W sytuacji realnego zagrożenia światowym
konfliktem wydaje się pieniądze na idiotyczny poradnik, który
mogłoby napisać dziecko. Brakuje schronów zaopatrzonych w
czystą wodę, brakuje strategicznych zapasów żywności, a
obywatelom radzi się żeby mieli w plecaku latarkę, mapę i
zapałki. Te porady są tyle samo warte co nowe zasady
żywienia. Tyle co nic.