Izabela Brodacka
Nasi rządzący jakby się uparli. W sytuacji kryzysu spowodowanego wojną na Ukrainie i groźbą przerodzenia się tej wojny w konflikt światowy kolejna ekipa zajmuje się ustawami i zarządzeniami mającymi rzekomo poprawić „dobrostan zwierząt”. Obecnie dyskutowana jest tak zwana ustawa kojcowa. Chodzi o to żeby każdy pies miał na podwórku kojec o powierzchni co najmniej 20 metrów kwadratowych wybetonowany i zadaszony. Przyjmijmy, że te pobożne życzenia są nawet słuszne. Czy ktoś zastanowił się jaki los czeka starego podwórkowego wiejskiego psa, którego niezamożny właściciel byłby zmuszony zainwestować pieniądze przeznaczone na życie rodziny w psi kojec? W najlepszym przypadku pies dostanie siekierą w łeb albo zostanie wywieziony do lasu i przywiązany do drzewa gdzie będzie długo zdychał z głodu i pragnienia. To działa podobnie jak zakaz używania koni do przewozu turystów w Tatrach. Wszystkie uwolnione -dla ich własnego dobra – od pracy, konie powędrowały oczywiście do rzeźni.
Wprawdzie aktywiści ochrony zwierząt będą mogli w majestacie prawa odebrać właścicielowi takiego psa i umieścić w schronisku, jednak czy ktokolwiek jest tak naiwny żeby wierzyć, że w schronisku każdy pies ma do dyspozycji 20 metrów kwadratowych powierzchni? W kojcu o takiej powierzchni umieszcza się po kilkanaście psów które gryzą się, załatwiają pod siebie, a nikt nie jest w stanie sprawdzić, który z nich zjadł wrzucony do klatki pokarm. Nie oczekuję od dyskutujących na ten rzekomo gorący temat polityków i dziennikarzy sprawdzenia stanu schronisk. Do specyfiki naszej polityki oraz naszego dziennikarstwa należy wypowiadanie się na różne tematy bez sprawdzenia faktów, nawet tych łatwo dostępnych.
Prawdziwym problemem są natomiast schroniska prywatne. Za odłowionego psa właściciel takiego biznesu otrzymuje określoną kwotę i nikt nie wie co się potem z tym zwierzęciem dzieje. W pobliżu niektórych schronisk prowadzonych przez krewnych i znajomych królika powstały wręcz cmentarzyska pełne zwierzęcych kości. Aktywiści ochrony zwierząt wolą nie zadzierać z właścicielami takich mordowni i ograniczają swoją aktywność do nękania osób prywatnych, które chcą wziąć jakiegoś zwierzaka ze schroniska. Zmusza się ich do podpisywania bezsensownych kontraktów, do przeróbek technicznych w wyposażeniu mieszkania czy ogrodu, każe wpuszczać do domu domorosłych kontrolerów i stosować się do ich fantazji. Trzeba zrozumieć, że nie da się wszystkiego zadekretować i uregulować prawnie. Laksacja legislacyjna daje łatwy pretekst do nękania osób zupełnie niewinnych natomiast na ogół pogarsza sytuację tych, których konkretny przepis miałby bronić. Poza tym przymus zapewnienia każdemu psu dwudziestometrowego pomieszczenia w kraju, w którym w dwudziestometrowej kawalerce często mieszka cała rodzina, gdzie rzadko które dziecko ma własny pokój a wiele rodzin nie posiada w ogóle mieszkania i nie ma żadnych szans na jego zdobycie jest nie tylko idiotyzmem lecz wręcz nieprzyzwoitością.
Uzasadnione jest podejrzenie, że rządzący kolejny raz podsuwają nam tematy zastępcze do rozmów przy świątecznym stole. Dla rządzących wygodne jest skierowanie zniecierpliwienia ludzi na problem psich klatek i łańcuchów i odwrócenia w ten sposób ich uwagi choćby od dramatycznej sytuacji w służbie zdrowia.
Podobnie można interpretować skandal jaki wybuchł wobec niestosownego stroju Tuska podczas wizyty w Angoli. To typowe shitstorms. Wolę ten termin korespondujący z tytułem tłumaczyć jako „burze w szklance wody”. Nawet gdyby Tusk wystąpił w Angoli w spódniczce z liści palmowych i w boa ze strusich piór nie powinno to przebić w opinii publicznej informacji na temat tego co się dzieje za jego rządów w Polsce–na temat likwidowania szpitali, zagrożenia polskiej waluty i polskich rezerw w złocie, czy obecności w kraju tysięcy osób o praktycznie nieustalonej tożsamości i nieustalonej proweniencji. A jednak jak się okazuje ośmieszanie kogoś czy korzystanie z tego, że się sam ośmiesza okazuje się lepszym sposobem walki politycznej niż ukazywanie realiów życia społecznego i gospodarczego kraju. Zauważmy, że układ okrągłego stołu pozostawił po sobie pewne ustalenia traktowane wręcz jak dogmaty wiary. Każdy czynny polityk, niezależnie od strony politycznej odżegnuje się od najmniejszego nawet podejrzenia, że jest zwolennikiem opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. Podobnie było za czasów realnego socjalizmu gdy takim dogmatem była przyjaźń z ZSRR. Tymczasem nawet najgłupszy z Europejczyków powinien już zrozumieć, że UE jest przeżartym gangreną korupcji i nepotyzmu, gnijącym tworem, prowadzącym Europę na skraj przepaści. O ile przynależność do UE jest w naszym kraju dogmatem to istnieje również cały katechizm drobniejszych nienaruszalnych prawd wiary, którym nie ośmieli się zaprzeczać nikt z czynnych polityków ani – co gorsza- naukowców, aby nie narazić się na wykluczenie czyli ekskomunikę. Taką prawdą jest choćby mit globalnego ocieplenia, mit konieczności redukowania emisji CO2, mit zielonego ładu. Szeroką ławą wkraczają również do naszej rzeczywistości zachowania z repertuaru „dobrego tonu”. Tyle, że ten ton bynajmniej nie jest dobry i to tylko śmiesznostki narzucane przez rozpanoszone lewactwo. Dlaczego mam mówić o jakiejś działaczce politycznej „polityczka” jeżeli w polskiej tradycji językowej przyjęte jest określenie „polityk” . Ona tak chce, a ja nie chcę. Czy jeżeli zażądam żeby mówić do mnie „wasza ekscelencjo” to dozorca czy listonosz będzie musiał się temu podporządkować? Dlaczego mam nie używać określenia mama i tata. Czy to są słowa obraźliwe? Ustawodawca życzy sobie żeby używać idiotycznego „rodzic 1” oraz „rodzic 2” a ja sobie tego nie życzę.
KE analizuje pomysł obowiązkowej elektryfikacji flot firmowych od 2030 r. A jeżeli ja w swojej firmie chcę jeździć bryczką? To najlepszy dowód na jakie dno stacza się Unia Europejska. Laksacja legislacyjna jest sposobem totalitarnego dekretowania każdego aspektu naszego życia. Nie ma na to i nie będzie zgody.
