List otwarty do rodziców epoki postmodernistycznej

Zawsze Wierni nr 2/2026 (243) czyli: piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul

ks. Jean-Pierre Boubée

List otwarty do rodziców epoki postmodernistycznej

W tym liście do Was, Drodzy Rodzice, pragnę skupić się nie tyle na ogólnych cechach okresu dojrzewania, ile na zjawiskach, które w procesie wychowania niepokoją Was najbardziej. Świat postmodernistyczny nieustannie doskonali wszelkiego rodzaju gadżety high-tech, co pociąga za sobą coraz bardziej wyrafinowane zagrożenia moralne, a także silne i nieprzewidywalne pokusy. Wywiera to wpływ na nas wszystkich, zwłaszcza jednak na Wasze dzieci.

Okres dojrzewania jest dla Was źródłem niepokoju, zadajecie sobie bowiem pytanie: „Jakie będą moje dzieci?”. Wielu rodziców obawia się tylko tego, co mogłoby zaszkodzić ich własnej reputacji czy też zagrozić sukcesom społecznym i finansowym ich potomstwa. Wy jednak, jako rodzice katoliccy, zastanawiacie się przede wszystkim, czy Wasze dzieci pozostaną wierne Bogu, gorliwe w Jego służbie i prawe moralnie. Najważniejsze dla Was jest to, czy pójdą do nieba czy do piekła.

W obecnych czasach jednak niepokój Wasz się nasila. Z jednej strony widzicie, że świat pogrąża się w coraz większym upadku, z drugiej strony wiecie, że – dzięki łasce Bożej – należycie do nielicznej, coraz bardziej marginalizowanej mniejszości. Jesteście tym, co Stary Testament nazywa „nieliczną resztką”. W sytuacji tej siłą Waszą jest integralna wiara katolicka i niezachwiane przylgnięcie do Kościoła, do naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Kto jest Waszym przeciwnikiem? Świat, który nie tylko trudno już nazwać chrześcijańskim, ale który stał się wręcz pogański – z jego publiczną apostazją, goniącym jedynie za przyjemnością materializmem, powszechną niemoralnością i coraz bardziej niebezpiecznymi oraz podstępnymi pokusami.

Jesteście świadomi, że toczycie walkę duchową, której konsekwencje dotyczą wszystkich sfer życia. Oznacza to, że walka ta wymaga z Waszej strony całkowitego poświęcenia. Wasze dorastające dzieci nie są jednak w stanie pojąć całego jej zakresu i całej jej powagi. Czy rozumieją potęgę sił zła? Czy pomimo pozornej „pobożności” nie wystawiają się lekkomyślnie na niebezpieczeństwo, co może grozić upadkiem przy pierwszej napotkanej zasadzce? Czasami okazują słuszną dumę z przynależności do „niewielkiej grupy tych, którzy pozostają niezłomni”, i demonstrują to poprzez pewne konkretne zachowania, wybory, modę i gusta. Jednak pewnego dnia zadadzą sobie pytania: czy walka, którą toczą, jest uzasadniona, czy się opłaci, a także jakie są szanse na zwycięstwo. Czy istnieje wystarczający powód, aby żyć w oderwaniu od świata? Ich pytania są poważne, uzasadnione i całkowicie słuszne. Musimy więc to przeanalizować.

Nieważne w tym miejscu, czy martwicie się o swoje dzieci, jesteście nimi rozczarowani, dumni z nich czy też zaskoczeni ich postawą. Czasami źródłem niepokoju jest sama różnica między Waszymi a ich temperamentami. W każdym z tych przypadków uzasadnione jest dokonanie bilansu i zadanie sobie następujących pytań:

Czy Wasze dzieci są inne – a może nawet gorsze – od dzieci z przeszłości?

Pod jakimi względami świat postmodernistyczny jest źródłem nowych problemów?

Jakie rozwiązania są dla Was obecnie dostępne?

Czy Wasze dzieci różnią się od dzieci z przeszłości?

Często usłyszeć można: „Moje dzieci są inne, niż ja byłem w ich wieku!”. Pisząc do rodziców swoich uczniów, ks. Pinaud2rozwija tę myśl: nie są one takimi, (1) jakimi my byliśmy w ich wieku; (2) jakimi chcielibyśmy, aby były; (3) jakimi chcielibyśmy, aby się stały, uczęszczając do naszych szkół i korzystając z formacji, jaką zapewniamy im w rodzinie.

W pierwszym przypadku rodzice mogą po prostu idealizować własną młodość. Ludzki umysł łatwo idealizuje przeszłość, szczególnie lata dzieciństwa. Z drugiej strony żaden okres nie jest identyczny z minionym – i pragnienia, aby dzieci mogły przeżyć swą młodość w takich samych jak my warunkach, są całkowicie daremne.

Czasami takie refleksje wyrażane przez innych rodziców mogą być skażone ewolucyjnym modernizmem, według którego natura ludzka nie jest już taka jak kiedyś. Wiemy jednak, że twierdzenie to jest fałszywe. Natura ludzka pozostaje zawsze taka sama. Zmianie – i to na gorsze – ulegają okoliczności, w jakich człowiek zmuszony jest żyć. Sukcesy naszych rodzin, kościołów, szkół i grup młodzieżowych pokazują jednak, że poważne zaangażowanie ze strony rodziny, Kościoła i społeczeństwa wystarcza, aby przynieść owoce łaski podobne do tych, które wydawali nasi przodkowie. Uważajcie, aby nie poddać się zniechęceniu pod pretekstem, że macie do czynienia z „inną” generacją (w odniesieniu do natury ludzkiej).

Jeśli chodzi o tych, którzy chcieliby, aby dzieci zachowywały się jak dorośli, zazwyczaj to wskutek niecierpliwości zapominają oni, ile lat cierpliwości oraz wysiłku potrzeba, żeby dziec­ko osiągnęło dojrzałość. Sporadyczne niewłaściwe zachowanie dzieci nie jest kryterium, według którego powinno się oceniać sposób wychowywania dzieci przez innych, ani też powodem do obawy przed oceną Waszego modelu wychowywania przez osoby postronne. Aby zwalczyć niecierpliwość w oczekiwaniu na „gotowy produkt”, musimy wyostrzyć naszą pamięć i nasz zmysł analityczny.

Nie powinniście jednak ignorować faktu, że w rozwoju dziec­ka lub młodego człowieka mogą wystąpić opóźnienia; istnieją też pewne braki oraz wady wynikające z ogólnych warunków życia rodzinnego w obecnym kontekście społecznym. Określam to ogólnie mianem „ducha czasów”.

Ostatni z podanych przez ks. Pinauda powodów rozgoryczenia rodziców dotyczy drugiego z podanych przed chwilą. Narzekania na kondycję kolejnych pokoleń nie są niczym nowym. Nowością jest natomiast rozpowszechniona zarówno w środowiskach politycznych, jak i kościelnych moda na radowanie się z „postępu” osiągniętego dzięki „wzbogacającym reformom” coraz „doskonalszego świata”, podczas gdy wszystkie dowody wskazują na coś przeciwnego.

Cechy Waszych dzieci

Jakie są cechy „młodości”? Generał Douglas MacArthur powiedział, że są nimi: „wyobraźnia, intensywność emocji, zwycięstwo odwagi nad nieśmiałością i zamiłowania do przygód nad zamiłowaniem do wygody”. Charakterystyka ta pozostaje wciąż aktualna. Wasze dzieci mają skłonność do zachwytu, podejmowania ryzyka i okazywania entuzjazmu. Są jak dziewicza ziemia, czekająca na każdego, kto zechce ją uprawiać. Wykazują te same cechy co my w ich wieku, a wcześniej nasi rodzice. Pod Waszym – i innych wychowawców – czułym kierownictwem mogą osiągnąć tyle samo, co ktokolwiek przed nimi. Brakuje im jedynie otoczenia dorosłych wierzących w to, co czyni człowieka naprawdę wielkim. Pozbawione takiego wzoru, mogą stać się „kanapowcami” lub wesołkowatymi krytykami, a także sprytnie wymigiwać się od wszelkiego wysiłku. Są to problemy, z którymi musi zmagać się każdy, kto zajmuje się wychowaniem.

Fascynujące jest jednak, że niektóre z tych negatywnych cech mogą stać się atutami w rękach doświadczonych pedagogów. Z dziecka, które odczuwa niewielki lęk przed autorytetami albo też nie okazuje go w ogóle (w wyniku utraty zmysłu szacunku), może wyrosnąć osoba odznaczająca się prostotą i przystępnością. Lenistwo, często będące konsekwencją szybkiego wzrostu fizycznego, może jedynie skrywać energię, którą wydobędą niektóre sporty zespołowe. W obu przypadkach widzimy, że nie należy wykluczać możliwości rozbudzenia tych cech i ukierunkowania ich na wyższe cele.

Nowe elementy osobowości Waszych dzieci

Prawdą jest jednak, że chłonne umysły Waszych dzieci podatne są na wszystko, co oferuje im otaczający je świat: nowinki techniczne, wyrafinowane formy rozrywki, pseudoartystyczne aberracje, technologie umożliwiające naukę bez wysiłku, a także powierzchowną kulturę.

Nie należcie do tych rodziców, którzy usiłują być bardziej „na czasie” niż ich dzieci. W imię „otwartości umysłu” bezkrytycznie akceptują oni wszystkie nowinki wpływające negatywnie na kształtowanie woli, a także rozwój zdolności intelektualnych. Często spotykamy też innych rodziców, którzy – przekonani, że wystarczająco ostrzegli swoje dzieci przed „zagrożeniami moralnymi” – w rozmowach z nimi unikają poruszania kwestii związanych z technologią, jakby sądzili, że nie niesie ona ze sobą żadnych niebezpieczeństw. Ta nieodpowiedzialność rodziców wprawia wielu naszych nauczycieli w zakłopotanie, a nawet w gniew. Ich obawy nie są bezpodstawne. Podążanie za najnowszymi trendami technologicznymi pociąga za sobą nieuchronnie ograniczenie zdolności do logicznego myślenia3, obniżenie poziomu odporności moralnej, oczywistą dekadencję artystyczną, ponadto zaś przyzwyczaja Was i Wasze dzieci do nowego typu stechnicyzowanego społeczeństwa liberalnego. Ale znam też lepszych rodziców, którzy wytrwale szukają rozwiązań i zastanawiają się, jak wykorzystać obecną sytuację dla dobra swych dzieci.

Nie ma tu miejsca na rozpoczynanie debaty w tej kwestii, jest to jednak kwestia niezwykle pilna. Z reguły rodzice i dzieci obawiają się, że nie nadążają za postępem technologicznym świata. Jedynym wyjątkiem są osoby, które muszą się mierzyć z tym problemem ze względu na naukę lub wykonywany zawód. Zawsze jednak musimy pamiętać o kosztach moralnych. Nie zamykajcie oczu na prawdę, że technologia stwarza okazje do niemoralności, a niemoralność stanowi pierwszy krok do lekceważenia autorytetu. Taka postawa w życiu społecznym prowadzi do braku szacunku dla rzeczy świętych (nawet wśród dzieci uczestniczących w starej Mszy i chodzących do naszych tradycyjnych szkół). Wielu młodych ludzi zachowuje się niestosownie względem przełożonych albo też manifestuje ignorancję i pogardę wobec przeszłości.

Być może wynika to częściowo z braku stanowczości ze strony rodziców. Często jestem świadkiem sytuacji, w których rodzice wyrażają obawy z powodu, że od ich dzieci zbyt wiele się wymaga. Równie często obserwuję opieszałość rodziców w konsekwentnym egzekwowaniu wymagań i stanowczości w stosowaniu kar. Przyzwyczaiłem się do tego, że rodzice przywiązują zbyt dużą wagę do tłumaczeń swych dzieci, zamiast udzielić wsparcia wychowawcom i nauczycielom. Często się zdarza, że pozwalają dziecku zrezygnować z jakiejś aktywności tylko dlatego, że wykazuje ono tak typową dla swojego wieku niechęć. Jeśli dodać do tego ciągłą krytykę papiestwa, episkopatu, państwa, księdza za niedzielne kazanie, dyrektora szkoły, wychowawcy obozowego i zasłużonej kary w postaci dłuższego pozostania [w szkole] w środowe popołudnie, można sobie wyobrazić, w co zamienia się umysł dziecka. Rezultatem jest pokolenie nieprzyzwyczajone do trudów życia, pewne swoich praw i patrzące na przełożonych z góry. Postępując w ten sposób, zaszczepiamy w naszym środowisku mentalność buntu i kontestacji, całkowicie zgodną z mentalnością rewolucyjną. Trudno się potem dziwić, że po osiągnięciu dorosłości osoby takie są niestałe w małżeństwie albo w życiu zakonnym.

Jakie nowe problemy wychowawcze stwarza świat postmodernistyczny?

Nie możemy unikać walki ani rezygnować ze współpracy w celu odniesienia zwycięstwa na polu bitwy, jakim jest dusza każdego dziecka. Krew naszego Zbawiciela nie została przelana na próżno. Kwestia ta musi zostać podniesiona do poziomu tajemnicy Odkupienia. Musimy analizować ją w świetle odkupieńczej Ofiary, wzoru wszelkiego sukcesu na świecie, przynajmniej w oczach samego Boga.

Jeśli marzycie o lepszym świecie, o powrocie Christianitas – opatrzność Boża umieściła Was i Waszą rodzinę w konkretnym miejscu i w konkretnym momencie historii ludzkości. Historia jest pisana przez Boga. Drogami, które pozostają Jego tajemnicą, realizuje On swój wielki plan miłości, aby dopełnić liczbę wybranych. Jeśli chcecie mieć udział w Jego mądrości, nie wolno Wam o tym planie zapominać.

Bóg pokazuje nam, że od samego początku [historii] toczy się walka między dwoma rodami potomków: między rodem Abla, wiernego aż do śmierci w składaniu pierwszych ofiar, a rodem Kaina, pożądającego doczesnych sukcesów i dóbr, prześladującego sprawiedliwego Abla. Historia ta była kontynuowana wraz z wyborem i oddzieleniem Abrahama (Rodz 12) w całkowicie bezbożnym świecie; wraz z późniejszym wyborem Izaaka, syna wolnej niewiasty, któremu przeciwstawia się Izmael, syn niewolnicy Hagar (Rodz 21). Święty Paweł komentuje ten epizod: „Ale jak wówczas ten, który się był narodził według ciała, prześladował tego, który według ducha, tak i teraz” (Gal 4, 29). Cały Stary Testament jest historią walki między dwoma rodami potomków na tym świecie, nawet w obrębie ludu wybranego.

Czytając zapowiadające przyszłość ustępy Pisma Świętego, możecie się przekonać, że ustanowienie królestwa Bożego pociągnie za sobą wojnę. Przeczytajcie Ewangelie, 2 List do Tesaloniczan i Apokalipsę. Zapowiadają one wydarzenia i próby, które przesieją wybranych jak pszenicę – i będą one kontynuacją tego monumentalnego konfliktu między dwoma obozami. W Piśmie Świętym znajdujemy zapowiedzi czasów, kiedy cały świat usłyszy o Chrystusie, a także odstępstw pod różnymi postaciami.

Postarajcie się zrozumieć w tym świetle swoje miejsce i powołanie w świecie postmodernistycznym. Po tym, jak chrześcijaństwo zdołało przeniknąć do Cesarstwa Rzymskiego, społeczeństwo średniowieczne było świadkiem kilku prób politycznej chrystianizacji. Wspomnijmy m.in. Karola Wielkiego, św. Henryka z Niemiec, św. Edwarda z Anglii, św. Grzegorza VII i św. Ludwika z Francji4. Nie oznacza to jednak, że na scenie nie pojawiali się barbarzyńcy, grzesznicy, awanturnicy czy hordy muzułmańskie. Późne średniowiecze jawi się jako punkt szczytowy, dopuszczony przez Boże miłosierdzie, nie wolno jednak zapominać, że także w tym okresie nie brakowało rozmaitych prób.

Od tego momentu rozpoczął się proces upadku, którego tempo wydaje się obecnie przyśpieszać. Byliśmy świadkami uwolnienia sił szatana w postaci wskrzeszonego pogańskiego humanizmu, protestantyzmu i jego bezbożnych wojen, filozofii oświecenia, rewolucji [anty]francuskiej, postępu sekularyzmu i rozpowszechnienia się ducha rewolucji, aż ostatecznie sam Kościół przyjął podczas II Soboru Watykańskiego ideę demokracji w sferze religijnej. Ten krótki zarys dziejów może sprawiać wrażenie pesymistycznego. Jesteście jednak ludźmi wiary. Znacie Ewangelię, Nowy Testament. „Tajemnica nieprawości” jest w nich jasno opisana. Posiadając właściwą dzieciom światłości jasność umysłu, jesteście w stanie rozpoznać znamię starożytnego wroga rodzaju ludzkiego, nieustanną walkę Synagogi z Kościołem.

Chociaż obecna sytuacja może nas przytłaczać, nigdy nie brakowało bohaterskich i odważnych ludzi gotowych do podjęcia walki. Historia zna wiele ożywianych wiarą heroicznych wysiłków, które powinny były umożliwić Kościołowi oraz społeczeństwu odrodzenie się pod sztandarem Chrystusa. Wymienię je tu, abstrahując od ich skutków: upadek łacińskich królestw krzyżowców, brak entuzjazmu dla kolonizacji Ameryki Północnej, wojna w Wandei, św. Pius X, powstanie Cristeros w Meksyku, gen. Boulanger, dr Salazar w Portugalii, García Moreno, Dollfuss w Austrii etc. Cóż za mieszanina pszenicy i kąkolu! Obecnie jesteśmy świadkami niezrozumiałego zwycięstwa kąkolu. Próbując to wyjaśnić, możemy oczywiście wskazywać na brak wiary, kary Boże, ludzkie słabości lub przypadek. Ale historia jest pisana przez miłosierdzie Boże pośród ubóstwa ludzkich cnót. Święty Augustyn pisał: „Zło istnieje po to, aby grzesznik mógł się nawrócić lub aby sprawiedliwi mogli zostać wypróbowani”. A Jezus Chrystus powiedział nam: „Wszystko to musi się stać”.

Bądźmy ostrożni: nie ma czegoś takiego jak fatalizm historii. Na historię trzeba patrzeć z perspektywy chrześcijańskiej.

Przyczyną wielkości Cesarstwa Rzymskiego nie były ani przypadek, ani fatalizm. Używam tych terminów w sensie, w którym przypadkowym nazywa się to, co dzieje się bez przyczyny albo też czego przyczyny nie mieszczą się w naszym pojmowaniu, fatalizmem zaś to, co dzieje się bez woli Boga czy ludzi, z racji konieczności tkwiącej w naturze rzeczy. Nie możemy bowiem wątpić, że to opatrzność Boża ustanawia ziemskie królestwa5.

W ramach tej konkretnej historii, naszej własnej historii, dokonuje się historia zbawienia naszego i naszych dzieci. Mamy obowiązek stać się świętymi, wiedząc, że niezależnie od czasów, w których przychodzi nam żyć, posiadamy niezbędne do tego środki: „wierny zaś jest Bóg, który nie dopuści kusić was ponad to, co możecie” (Kor 10, 13).

W jakim sensie obecne czasy są trudniejsze niż minione? Żyjąc w tym momencie historii Kościoła, powinniście po prostu współpracować przy zaprowadzaniu powszechnego panowania Chrystusa. W wielkiej bitwie toczącej się wokół Was i Waszych dzieci nikt nie może się ukryć. Jesteśmy niejako spowici przez wyniszczającą nasze organizmy – wrogą religii oraz porządkowi naturalnemu – chmurę radioaktywną.

Kiedy gniew Boży sprowadza na ludność straszną plagę zwaną epidemią, niektórzy zostają zarażeni i umierają, podczas gdy inni, nie będąc faktycznie zarażonymi, doświadczają jednak jej skutków w postaci mniej lub bardziej złego samopoczucia.

Problemy Waszych dzieci w konfrontacji z Rewolucją

W kontekście historii ludzkości Wasze dzieci nie są takie same jak dzieci w przeszłości. Ich walki mają charakter bardziej gwałtowny, ponieważ żyją one bliżej końca świata, ponieważ książę ciemności otrzymał obecnie większą władzę. Dzisiejsze dzieci są inne, ponieważ apostazja przybiera obecnie atrakcyjną postać. Doktryny postmodernistyczne prezentują się pod płaszczykiem uczciwości intelektualnej. Waszym dzieciom nie grozi już wrzucenie na arenę, uwięzienie lub ukrzyżowanie, jednak bardziej od tego przerażająca jest apostazja, zagrażająca im wskutek:

– pozostania przy dziecięcej pobożności, niepodbudowanej solidną znajomością doktryny

– nawyku krytykowania tego, co zawsze uważane było za świętość

– domagania się swoich praw, przy równoczesnym ignorowaniu obowiązków

– powszechnego ducha buntu

– przedkładania rozrywki nad umiłowanie dobra

– poszukiwania rozbudzającej zmysłowość wygody

– niekontrolowanego pragnienia posiadania nowych, coraz bardziej innowacyjnych gadżetów technicznych

– wystawienia na sprzeczne z naturą sytuacje związane z małżeństwem i sprawiedliwością

– nieświadomego oswajania się z nieskromnością

– łatwego i niewiążącego się z ryzykiem wojeryzmu6 na ulicy i w dowolnym momencie w internecie

– stałego odwracania wartości7

– demaskulinizacji mężczyzn, maskulinizacji niewiast, mieszania ról właściwych każdej z płci oraz przypisywania dziecku nieprzysługujących mu praw

– powszechnej indoktrynacji fałszującej historię i odrzucającej prawo naturalne.

Nowa Rewolucja uwodzi. Zniechęca tych, którzy się jej sprzeciwiają, i często ich oszukuje. Czasami jej zasady rozpowszechniają nieświadomie nawet książęta Kościoła, mężowie stanu, ojcowie rodzin i nauczyciele.

Środki pozwalające uchronić nasze dzieci przed szkodliwym wpływem współczesnego świata

W obliczu tej monumentalnej wojny powinniśmy zwrócić się ku Ewangelii. Jesteśmy świadkami walki, która potrwa aż do końca czasów. Już Pan nasz Jezus Chrystus napiętnował jej inspiratorów – faryzeuszy. Oskarżył ich o zawłaszczenie prawdziwej religii dla ich własnych korzyści, o wykorzystywanie przeznaczenia człowieka dla ich egoistycznych celów. Sytuacja ta będzie trwała do momentu pojawienia się „człowieka nieprawości”, Antychrysta. Już sama tego świadomość jest łaską.

Mógłbym przedstawić kilka praktycznych zasad codziennego postępowania, przy pomocy których można by próbować naprawić to, co w istocie nienaprawialne, byłyby to jednak rady czysto ludzkie. Dlatego równie dobrze można udać się bezpośrednio do Źródła wszelkiej prawdy, które w swojej miłości nie mogło pozostawić „synów czasów ostatecznych”8bez odpowiednich środków. Te ewangeliczne środki należy stosować na długo przed okresem dojrzewania i nie wolno Wam zaniedbywać ich w okresie kluczowym dla formacji Waszych dzieci.

Kondycja duchowa „dzieci Tradycji” może pod wieloma względami napawać optymizmem. Plon powołań i pobożność młodych stanowią nagrodę dla niektórych rodziców. Zwyczaj częstych spowiedzi oraz Komunii wydaje się głęboko zakorzeniony. Jednak pomimo tego wszystkiego rozważania, które właśnie przedstawiliśmy, zachęcają nas do dokonania bilansu. W jakim stopniu zostaliście skażeni przez świat i jego błędy? Czy ewangeliczne środki zaradcze zajmują w życiu Waszym i Waszych dzieci wystarczająco poczesne miejsce?

Wstęp do remediów objawionych przez Boga

1) Niech Wasze dzieci żyją w kontakcie z rzeczywistością. Ograniczajcie ich kontakt ze światem wirtualnym, światem filmów, a także info-rozrywki.

[W przeciwnym razie intelekt naszej młodzieży] wystawiony będzie na pokusę uznania, że prawda nie jest bynajmniej – jak mówimy – czymś absolutnym, ponadczasowym i niezależnym od nas. Obecnie przekonuje się, że prawda nie ma charakteru absolutnego, ale tworzona jest przez nas samych. To my ją tworzymy, nadając jej raz taką, a innym razem inną postać. Pogląd ten jest źródłem wszelkich form sceptycyzmu i oczywiście ci, którzy są bardziej uzdolnieni intelektualnie, ulegną tej pokusie jako pierwsi9.

Zamiast rozrywki wirtualnej preferujcie proste formy spędzania wolnego czasu: czytanie opowieści, których akcja rozgrywa się w normalnym świecie, i proste gry zamiast gier komputerowych.

Rzeczywistość oznacza również uświadomienie sobie, że nic nie jest osiągane bez wysiłku, bez przezwyciężania trudności, bez nakładu energii, a niekiedy także kosztem rezygnacji z pewnego komfortu materialnego.

Jak pisał krótko po II wojnie światowej André Charlier, zwracając się do rodziców swoich uczniów:

Najbardziej uderza mnie to, jak mało męscy są ci młodzi mężczyźni. A dlaczego? Po prostu dlatego, że nigdy niczego od nich nie wymagaliście. Interesowało Was wyłącznie szczęście Waszych synów i uprzedzaliście każde ich życzenie. Od wczesnego dzieciństwa spełnialiście wszystkie ich zachcianki. Jak więc chcecie, żeby mieli pojęcie, z jednej strony, że życie jest trudne i że tylko trudne rzeczy mają jakąkolwiek wartość, z drugiej zaś, że za radości trzeba płacić i że im są one większe, tym wyższa jest ich cena? Zawsze wszystko im dawano, uważają nawet, że im się to należy, a ponieważ edukacja i nauka nie dają się same, traktują to jako pewnego rodzaju niesprawiedliwość. – I odnośnie do formowania charakteru dodawał: – Niepokoi mnie, a nawet przeraża, że cieszą się oni, ale już nie podziwiają. Cieszenie się bez podziwu jest wielkim grzechem10.

2) Poznajcie wroga. Wasz ograniczony świat posiada w tym względzie zarówno plusy, jak i minusy. Macie ogólną wiedzę na temat szczególnych cech, które są chlubą Waszego kraju lub Christianitas. Na przykład: rządy katolickich królów były lepsze od anarchii, jaką przyniosła republika; podręczniki do historii są pełne kłamstw i skażone ideologią socjalistyczną; pragniemy panowania Najświętszego Serca; władza pochodzi od Boga etc.

To tylko przykłady. Rzadko jednak poświęcacie czas na zdobycie gruntowniejszej wiedzy, a jeszcze rzadziej na czytanie, na nakłanianie do czytania Waszych dzieci, a także na omawianie z nimi istotnych spraw.

Prawdą jest, że w tym okresie swego życia nie są one skłonne do podzielania Waszych ideałów. Wolą szukać ich poza domem i wśród swoich przyjaciół. Podjęliście decyzję o umożliwieniu im takich kontaktów, posyłając je do szkoły, pozwalając im należeć do organizacji skautowskich, katolickich grup młodzieżowych etc. Nie potrafią jednak posługiwać się jeszcze w pełni swym intelektem – i nierzadko miejsce wiedzy zajmują w ich życiu slogany. Z tego właśnie powodu jesteście czasami zaskoczeni, spotykając młodych ludzi, którzy są bardzo radykalni w głoszonych hasłach, a równocześnie potrafią zarazić się pierwszą usłyszaną nowoczesną ideą. W tej dziedzinie musimy uznać za nasz obowiązek wpajanie im wartościowych poglądów historycznych, politycznych, filozoficznych i religijnych.

3) Bądźcie czcicielami w duchu i w prawdzie. Pomimo otrzymania solidnego katolickiego wychowania każdy z nas zdaje sobie sprawę z pewnej słabości w konfrontacji z duchem postmodernizmu. Ostrzegał nas przed tym sam Zbawiciel, zastanawiając się, czy powracając przy końcu czasów, znajdzie jeszcze wiarę. Jest to ostrzeżenie niepokojące, ale Chrystus pozostawił nam również środki zaradcze. Przeczytajmy ponownie historię Samarytanki: „Ale nadchodzi godzina, i teraz jest, gdy prawdziwi czciciele będą czcili Ojca w duchu i w prawdzie” (J 4, 23).

Niekiedy nie docenia się wartości Mszy Świętej, czego konsekwencją jest niechęć do wyrzeczeń, jakich wymaga czasami uczestnictwo w niej. Udział we Mszy musi iść w parze ze zrozumieniem ducha ofiary, który jest jej nieodłączną częścią. To u stóp krzyża, podczas Mszy, kształtuje się i pojmowany jest duch katolicki.

Wystrzegajcie się krytykowanego przez ks. Emmanuela praktycznego naturalizmu, który często niestety obecny jest w wychowywaniu dzieci:

Naturalizm zmuszony jest tu uznać, że nie wszystko jest w porządku, woła więc do nas: moralność, moralność! Moralność jest konieczna! Potrzebujemy kodeksu moralnego! Słuchajmy więc tego, czego naucza o moralności naturalizm.

Bądźcie ostrożni! Jest to moralność niezależna, upodmiotowiona w jednostce! Znajduje ona swój sens w sobie samej i poszukuje pewnego rodzaju spójności w życiu ludzkim. Zasadniczo chodzi jednak o robienie albo nierobienie czegoś zgodnie z wolą jednostki w danych okolicznościach. Ksiądz Emmanuel kontynuuje:

Moralność rzeczywiście nakłada obowiązki. Czym jednak jest obowiązek, jeśli nie zależnością? W rzeczywistości jesteśmy zależni od Boga, naszego Stwórcy; od naszych rodziców, którzy są, po Bogu i wraz z Bogiem, sprawcami naszego istnienia; jesteśmy zależni od całej ludzkości, której stanowimy część. Stąd tradycyjny podział na nasze obowiązki wobec Boga, wobec bliźniego i wobec samych siebie.

Posłuchajcie, co pisze bp Bossuet:

Święcimy imię Boga, pragniemy nadejścia Jego królestwa. Modlimy się jednak wówczas, gdy naglą nas nasze ludzkie potrzeby. Tak bardzo polecamy Bogu nasze drobne sprawy, że wysiłek podejmowany przez nas, aby zainteresować nimi Jego i wszystkich Jego świętych, sprawia, że przywiązujemy się do nich jeszcze bardziej.

Chrześcijanie, zapomnijcie o sobie! Czy Bóg, do którego się modlicie, jest bożkiem, z którym macie prawo robić, co chcecie? Czyż nie jest On prawdziwym Bogiem, który może z wami postępować tak, jak Mu się podoba? Wiem, że jest napisane, iż Bóg spełnia wolę tych, którzy się Go boją, ale oni muszą się Go prawdziwie bać i poddać Mu się całym sercem.

Ten naturalizm, ten brak głębokiej i radykalnej relacji z Bogiem, bardzo często wpływa również na nasze życie społeczne, polityczne, ekonomiczne i zawodowe.

4) Praktykujcie rady ewangeliczne. Celowo kończę tym punktem, ponieważ te cnoty zalecane są przez Chrystusa Pana właśnie jako środki szczególnie skuteczne dla żyjących w czasach ostatecznych. Szukając lekarstw na bolączki naszej epoki, bardzo często o tym zapominamy. Przeczytajcie ponownie Kazanie na górze (Mt 5–7). Tradycja Kościoła streszcza ducha tego nauczania w trzech ślubach zakonnych, które odpowiadają cnotom niezbędnym dla każdego katolika: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Oto prawdziwe lekarstwa na kryzys postmodernizmu.

Czystość jest dla katolika naturalnym przedmiotem czujności. Jest tak dlatego, że nosicie w sobie ową głęboką ranę, która skłania Was do zła, ale także dlatego, że boicie się skutków tej rany u Waszych dzieci. Jesteście zasmuceni, widząc, że będące jej konsekwencją pokusy są u nich tak samo silne jak w Waszym przypadku – i chcielibyście przekonać się o czymś przeciwnym. Wielu rodziców walczy z całych sił, gdy dostrzegają oczywiste grzechy swoich dzieci w kwestii ubioru. Jednak w innych dziedzinach możecie nie wywiązywać się ze swoich podstawowych obowiązków roztropności z powodu braku realizmu w kwestii korzystania z internetu, przechowywania w domu czasopism i katalogów, obecności telewizji, filmów i gier wideo, a także relacji między chłopcami a dziewczynkami, które uważacie za niewinne.

Ubóstwo. Musimy pilnie zastanowić się nad konsekwencjami zbyt łatwego dostępu naszej młodzieży do pieniędzy. Coraz częściej unika ona wszelkiej bezpłatnej pracy charytatywnej, ponieważ zawsze poszukuje sposobów na zarobienie kilku dolarów. A pieniądze te wydaje wyłącznie na rozrywkę i niepotrzebne gadżety. Co gorsza, nawet gdy rodzice doświadczają trudności finansowych, wielu dzieciom nie przychodzi do głowy (a rodzice tego nie wymagają), że zarobione przez nie pieniądze mogłyby pomóc rodzinie w zakupie niezbędnych artykułów. Niekiedy sami rodzice dają zły przykład, kupując na kredyt i nabywając bez potrzeby najnowocześniejsze urządzenia.

Zamiast pozwalać swym dzieciom gonić za rozrywką, własnym przykładem nakłaniajcie je do dojrzewania w pokoju będącym owocem podporządkowania Bożej mądrości. Relaks i szczęście nie są synonimami gromadzenia wyrafinowanych urządzeń. Duch ubóstwa musi doprowadzić Was i Wasze dzieci do ponownego odkrycia ludzkiej natury w jej różnorodności, cierpieniach i zmaganiach. Musicie zwiększyć zakres swojej dobroczynności, modlić się za wszystkich nieszczęśliwych, pragnąć ich nawrócenia i poświęcać się, aby pomagać innym.

Posłuszeństwo. Nie chodzi tu tylko o posłuszeństwo, jakiego wymagać należy od dzieci od ich najwcześniejszych lat, ale o coś głębszego. Mam na myśli ducha religijnego posłuszeństwa, który sprawia, że dziecko kocha ideę autorytetu i uznaje wolę Bożą w wydarzeniach, otrzymanych poleceniach, niepowodzeniach i zmianach stanu zdrowia czy zamożności, w trudnościach, na jakie napotyka we współczesnym środowisku, itd.

Dzieci muszą szanować wszelkie formy autorytetu i nigdy nie mogą poddawać ich zbyt drobiazgowej ocenie. Samodzielna decyzja o tym, czy dany autorytet należy zaakceptować, czy też odrzucić, jest czymś całkowicie sprzecznym z kondycją dziecka. Przeczytajcie ponownie, co mówią na ten temat Ewangelie i listy św. Pawła. Zrozumiecie wówczas, dlaczego tak wielu młodych ludzi nie chce zaakceptować woli Boga w swoim życiu.

Prowadząc walkę z duchem niezależności, unikajcie egalitaryzmu, który nie uznaje ani nie szanuje żadnego porządku hierarchicznego. Starajcie się, aby Wasze dzieci doceniały harmonię wynikającą z dążenia do dobra wspólnego. Nauczcie je kochać wieczne plany Boga.

Powyższe rozważania mogą się Wam wydawać surowe, są one jednak również krzepiące, opierają się bowiem nie na naszej ludzkiej wiedzy, ale na Objawieniu, które skupione jest całkowicie na naszym zbawieniu przez miłość Bożą. Dlatego też, jeśli chodzi o Wasz krąg rodzinny, chodzi nie tyle o radykalne nawrócenie, ile o ocenę Waszego postępowania. Jak pisał de Bonald, celem rodziny nie jest jedynie pomnażanie liczby ludzi, ale „uczynienie ich dobrymi, aby mogli być szczęśliwi”. Być może odczuwacie to samo co Lyautey, który w dzienniku prowadzonym w Saint-Cyr11 zanotował:

Cierpię, ponieważ ideały mojej duszy są tak wzniosłe, że rozumiem dobrze, jaki powinienem być, a równocześnie brakuje mi siły i determinacji, aby urzeczywistnić te ideały w moim życiu.

W odpowiedzi na to pozwolę sobie przytoczyć fragment książki André Charliera Lettres aux capitaines:

Uświadom sobie tę tajemniczą głębię, którą nosisz głęboko w sobie: jeśli odważysz się na nią spojrzeć, nigdy więcej nie będziesz usatysfakcjonowany. Wszystkie twoje sztuczne potrzeby opadną z ciebie niczym płaszcz, ty zaś staniesz się wolny, niepowstrzymany i gotowy do podjęcia najtrudniejszych wyzwań; być może zdasz sobie wówczas sprawę, że posiadasz prawdziwe bogactwa.

Macie całkowitą rację, opierając ideał swoich dzieci na autentycznym życiu duchowym, na pragnieniu wielkodusznej odpowiedzi na nieskończoną miłość Boga. Nie popadajcie w zniechęcenie wskutek swych ograniczeń; módlcie się raczej, aby Bóg uzupełnił to, czego Wam brakuje. Prosząc Go o te łaski, nie zapominajcie jednak, że macie obowiązek je wykorzystać. Jedynie wówczas będziecie mogli z czystym sercem powierzać swe dzieci opiece Waszej Niebieskiej Matki.

Przypisy

  1. tinyurl.com/List-do-rodzicow
  2. List do rodziców uczniów gimnazjum św. Michała Garicoïtsa w Domezain (Francja), w której ks. Nicolas Pinaud piastował stanowisko dyrektora.
  3. Zostało to udowodnione podczas przeprowadzonych ostatnimi czasy badań nad sferami mózgu odpowiedzialnymi za interakcje pomiędzy różnymi aktywnościami związanymi z obrazem, mową, rozumowaniem i odruchami. Ich wyniki znaleźć można z łatwością w publikacjach naukowych.
  4. Są to przykłady przywódców katolickich w porządku doczesnym.
  5. Por. św. Augustyn, Państwo Boże, rozdz. 1.
  6. wojeryzm – obserwowanie czynności seksualnych – przyp. red.
  7. Czyli przedstawiania dobra jako zła, a zła jako dobra – przyp. red.
  8. Czasy ostateczne rozpoczęły się wraz z głoszeniem Ewangelii, a zakończą się przyjściem Chrystusa w chwale.
  9. A. Charlier, The Formation of Character.
  10. List skierowany do rodziców przez byłego dyrektora École des Roches 22 października 1954 roku. W tym czasie był on dyrektorem Collège de Normandie.
  11. Prestiżowa akademia wojskowa, francuski odpowiednik amerykańskiej akademii West Point.

Czym jest więc katolickie wychowanie?

Zawsze Wierni nr 2/2026 (243) tj. piusx.org.pl/zawsze_wierni

ks. Piotr Dzierżak FSSPX

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, na pewno nikogo nie trzeba przekonywać, że bez właściwego wychowania przyszłych pokoleń wszelkie podejmowane próby restaurowania katolickiej rzeczywistości w wymiarze czy to społecznym, czy eklezjalnym muszą spełznąć na niczym. Pomijając kwestię trudności zaordynowania odpowiedniego lekarstwa w dzisiejszych realiach, pozostaje jeszcze kwestia  – wcale zresztą niebagatelna  – czym w istocie jest katolickie wychowanie. A może na początku należałoby zapytać o to, czym w ogóle jest wychowanie jako takie: czy chodzi o mozolne urabianie w młodym człowieku tego, co cała tradycja greckiej filozofii nazywała cnotą (stgr. ἀρετή), czy też chodzi o spełnianie wszelkich zachcianek persony już z urodzenia rzekomo mądrej, rzecz jasna wolnej, no i oczywiście z samej swojej natury dobrej, a przy tym posiadającej nieutracalną „godność osoby ludzkiej”, dysponującej przy tym wszelkimi możliwymi prawami, łącznie z tymi ubliżającymi samemu Stwórcy?

Przyznać trzeba, że na omawianym polu anty-Boża i zarazem antyludzka rewolucja dokonuje zmian w tempie iście ekspresowym, dlatego też każda uwaga zgodna ze zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem ogólnoludzkim będzie już wartościowa i w jakiejś mierze przybliży nas do upragnionego celu. Jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że pomimo to nie będzie ona wystarczająca, choćby udało się przypomnieć, a nawet wprowadzić w czyn wszelkie konieczne recepty tego typu. Jest tak, ponieważ choroba, z którą się zmagamy w sferze wychowania, ma charakter nie tylko złożony i wielopłaszczyznowy, lecz wprost dotykający rzeczywistości nadprzyrodzonej. Stąd też i lekarstwo musi mieć nadprzyrodzony charakter. Dlatego szukać go należy jedynie w założonym przez naszego Pana Jezusa Chrystusa Kościele katolickim. W nim bowiem znajdziemy nie tylko lekarstwa na wszelkie bolączki jednostek ludzkich, ale też odpowiednie wytyczne, na których mają się oprzeć przejawy życia wspólnotowego: rodzinnego, społecznego i wreszcie politycznego.

Czym jest więc katolickie wychowanie? Jeśli chcielibyśmy poprzestać na jednym zdaniu, wystarczyłoby napisać, że jest ono wychowaniem nietracącym z pola widzenia tego, co stanowi ostateczny cel życia człowieka, którym jest niebo.

Reszta stanowi domenę środków  – bo to przecież cel je określa, a zarazem jest wobec nich nadrzędny. Tym samym ustala się pewna hierarchia dóbr. Dopiero wówczas można mówić o katolickim wychowaniu, gdy te naturalne dobra (takie jak zdrowie, długość życia, samopoczucie itd.) są w oczach wychowawcy mniej istotne od nadprzyrodzonych, od których bezpośrednio zależy wieczne zbawienie wychowanka (stan łaski uświęcającej, dobre nawyki prowadzące do unikania grzechu).

Obawiam się jednak, że dla dzisiejszego katolika, ukształtowanego przez nowoczesny, wygodny i (na swój sposób) bezpieczny świat, stanowi to zasadę bardzo trudną do przyjęcia  – a to ze względu na wszechobecny praktyczny naturalizm, każący oceniać wszystko z perspektywy zbyt naturalnej, nieuwzględniającej ceny życia wiecznego. Podkreślmy: postawa ta nie odrzuca katolickich prawd objawionych mówiących o niebie, piekle, sądzie Bożym itd., a jednak traktuje je w sposób nie dość poważny. Tym samym następuje zaburzenie perspektywy. Człowiek skażony praktycznym naturalizmem żyje głównie dla doczesności, wieczność natomiast staje się dla niego zaledwie pożądaną opcją. I podobną mentalność wytwarza w swoim wychowanku.

Jak jednak ustrzec się tej pułapki, jednocześnie unikając fanatyzmu skutkującego przesadą w drugą stronę? Kluczem jest wyrabianie w dziecku odpowiednio rozumianych cnót moralnych: roztropności, sprawiedliwości, męstwa i umiarkowania. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że cnoty mają podwójny charakter  – chrześcijańska filozofia wyróżnia cnoty nabyte, wytwarzane przez ustawiczne powtarzanie dobrych czynów, i wlane, wynikające wprost z nadprzyrodzonego życia łaski. Te pierwsze stanowiły przedmiot pożądania już u mędrców pogańskich, te drugie kształtowane są w duszach ludzkich bezpośrednio przez dobrego Boga, a z naszej strony wymagają one odpowiedniej dyspozycji zapewnianej przez życie modlitewne i sakramentalne. Prawdziwie katolickie podejście do cnoty wymaga wyrabiania w sobie i w innych obu – jak zaznacza św. Tomasz1 – gatunkowo różnych rodzajów cnót. Przy czym cnoty wlane (nadprzyrodzone) posługują się nabytymi (naturalnymi) jako swoimi narzędziami2. I tak np. roztropność wlana, każąca oceniać wszystko z perspektywy objawionej wiary, posługuje się roztropnością nabytą, widzącą świat z perspektywy zdrowego rozsądku (którego katolikowi nigdy dosyć!). Podobnie dzieje się w dziedzinie sprawiedliwości, męstwa i umiarkowania.

Zatem cnoty nadprzyrodzone, dające wewnętrzną łatwość potrzebną przy spełnianiu obowiązków, znajdują wsparcie w postaci cnót naturalnych, pomocnych w przezwyciężaniu zewnętrznych przeszkód w wypełnianiu owych obowiązków. Według optyki chrześcijańskiej dopiero połączenie tych dwóch rodzajów cnót, ich zespolenie, daje zdolność do właściwego działania. Tym samym w życiu wyrobionego moralnie chrześcijanina ustalić się może harmonia natury i łaski. Dzięki temu katolik będący świętym, bogaty w oba rodzaje cnót, niepomiernie góruje nad pogańskim mędrcem, posiadającym tylko cnoty naturalne.

Prawdziwe katolickie wychowanie musi być realistyczne. Dlatego ma po pierwsze uwzględniać, nie tylko w teorii, lecz również w praktyce, skażenie natury ludzkiej grzechem pierworodnym – ową znaną nam z katechizmu poczwórną ranę: ignorancji, złośliwości, słabości oraz pożądliwości, która jest w nas zaledwie zabliźniona dzięki łasce chrztu świętego. Stąd wyprowadzić można szereg zasad praktycznego postępowania w bardzo konkretnych sytuacjach, które należy wychowankowi wpajać, również samemu ich przestrzegając. Po drugie dzieło wychowawcze musi uwzględniać osobowość podopiecznego  – jego szczególne uzdolnienia i wady wymagające wytężonej pracy. To z kolei wymaga dokładnego poznania osób, za które się odpowiada. Wreszcie po trzecie w wychowaniu należy koniecznie uwzględnić to szczególne zadanie, które każdemu człowiekowi wyznaczyła Boża opatrzność. Niestety o tym dziś prawie wcale się nie pamięta. Ileż powołań do życia wyższego: kapłańskiego i zakonnego, przepadło bezpowrotnie wskutek niestosowania się do tej zasady!

Powyżej opisane zasady i uwagi są o tyle cenne, że w zasadzie każdy katolik jest w pewnej mierze wychowawcą. Skąd jednak ma on czerpać konkretne i szczegółowe rady wychowawcze, których z owych ogólnych zasad nie będzie się dało wyprowadzić? Wciąż niedocenianą pomoc stanowią, obok innych dokumentów Magisterium, liczne encykliki dotyczące szeroko pojętych spraw społecznych, pośród których w pierwszej kolejności należy wymienić: Divini illius Magistri (o chrześcijańskim wychowaniu młodzieży), Sacra virginitas (o świętym dziewictwie), Casti connubii (o małżeństwie chrześcijańskim), Sapientiæ christianæ (o obowiązkach chrześcijan jako obywateli).

Jako w pewnej mierze odpowiedzialni nie tylko za zbawienie własne, ale i naszych potomków, nie zapominajmy o uciekaniu się do pomocy Najświętszej Maryi Panny, najczulszej przecież i najroztropniejszej ze wszystkich matek, a także innych świętych i patronów. Niech oni każdego dnia wyjednują nam łaski potrzebne w pracy wychowawczej!

Przypisy

  1. Por. św. Tomasz z Akwinu, ST I–II, q. 63, a. 4.
  2. Por. o. R. Garrigou-Lagrange OP, Trzy okresy życia wewnętrznego wstępem do życia w niebie, tłum. s. T. Landy FSK, Wyd. Ojców Franciszkanów, Niepokalanów 2024, s. 65–66.

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie,

które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Rafał Drzewiecki 11 maja 2021, forsal/dzieci-pierdoly-hodujemy-zombie-ktore-nie-wiedza-kim-sa-i-dokad-zmierzaja

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.

Laptop w szkole
ShutterStock

Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności.

Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”.

Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.

Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.

Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.

O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

>>> Czytaj też: Pacyfiści? Wysadźmy ich [Motofelieton Łukasza Bąka]

Czy warto być supermanem?

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.

Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę.

Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.

Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące „naukowych” prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.

Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.

Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.

Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.

Jak pokonać bezradność?

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.

– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle.

Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.

Wychowujemy pierdoły, bo nie wyciągamy wniosków

[Jak każdy artykuł – oceniam przed umieszczeniem. Tu – raczej częściej zgadzam się z cytatami podanymi kursywa. la obecnych rodziców – ważna polemika. Ale poczytajcie artykuł krytykowany… MD]

================================================

Blog Ojciec by Kamil Nowak

Wychowujemy pierdoły, bo nie wyciągamy wniosków

Przez BlogOjciec 2015-09-07

Czyli mój komentarz do tragicznego artykułu. [czemu „tragiczny”?? MD]

Czy dzieci to pierdoły?

Przeczytałem właśnie artykuł pt. „Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają”, o tym jak to obecne dzieci mają dwie lewe ręce, bo są „chowane pod kloszem”. I jak to kiedyś było dobrze, bo jak chłopak dostał wpierdziel od silniejszego kolegi, to się mu mówiło, żeby się nie mazgaił i był mężczyzną. I jak to było cudownie, że nie było zakazów, bo można było skakać na główkę w niebezpiecznych miejscach i nikomu nic się nie stało (no przynajmniej autor artykułu nikogo takiego nie zna, a że jest (przynajmniej w swoim mniemaniu) największym na świecie autorytetem w tej kwestii, to nie ma co dyskutować). I im bardziej się zagłębiam w ten artykuł, tym więcej absurdów widzę, a jednocześnie zauważam mnóstwo osób, które się tą idiotyczną grafomanią zachwycają. Dlatego postanowiłem rozłożyć to na czynniki dwie najważniejsze rzeczy: dlaczego autor się myli i dlaczego tak bardzo.

Cały artykuł do którego się odnoszę znajduje się tutaj. Ja oczywiście nie twierdzę, że wszystkie dzieci takie są jak ja to poniżej opisuję. Po prostu nie zgadzam się na twierdzenie autora, że WSZYSTKIE dzieci obecnie są takimi pierdołami, za jakie autor je uważa, bo to jest zwyczajnie nieprawdziwe.

Obozy przetrwania czy obozy luksusu?

Najpierw mamy porównanie obecnych obozów, z obozami, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. Jak to kiedyś był survival, a teraz mamy wszystko podane na gotowo.  Tu jednak niewiele mogę skomentować, bo to nijak wina rodziców, a kwestia wymogów sanepidu. Dlatego lecimy dalej:

„– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.”

Moja córka była w tym roku na czterech kilkudniowych obozach/wyjazdach. I to prawda, że miała ze sobą telefon, ale dzwoniła może ze dwa razy, bo miała lepsze rzeczy do robienia. Bo świetnie się bawiła, chodząc po lasach czy pływając w morzy. A na zdecydowanej większości takich wyjazdów, jest zakaz zabierania tabletów, a telefony dzieci dostają na 15-30 minut dziennie, więc może wystarczy wybrać odpowiednie obozy?

A co do matek, które skarżyły się na tragiczne warunki higieniczne na obozach. Mój pięciolatek był w ubiegłym roku na kolonii (bez rodziców – patologia, nie?) i wrócił brudny jak nigdy, bo zawsze jak się myli, to on już spał. Przeżył? Przeżył. Wrócił? Wrócił. I był szczęśliwy jak nigdy w życiu.

Dzieci lasu

„[Były harcmistrz] Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki.”

Nie wiem o jakich dzieciach on mówi, ale moje dzieci i jagody i grzyby w lesie zbierają. Tak, ten czteroletni też. A pająki to raz hodowali za oknem, bo chcieli, żeby im komary zjadały. Zresztą całkiem sensowny plan, trzeba przyznać.

Chorobliwe dzieci

„Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.”

Mam trójkę dzieci i jedyny antybiotyk jaki mój syn dostał, jak sobie rozciął kolano i wdało się zakażenie. A rozciął je łażąc po drzewie. To tak w kwestii braku ruchu.

Bo bicie jest podstawą wychowania

„Nikt mu [harcmistrzowi] nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś.”

I prawidłowo, że nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo lekcje powinny odrabiać dzieci. Tutaj całkowicie popieram Natalię. Jednak bicie za błędy ortograficzne dziecka z dysORTOgrafią (dysgrafia jest wtedy, gdy brzydko piszemy – następnym razem polecam autorowi sprawdzić o czym pisze), jest jak bicie głuchego dziecka, żeby lepiej słyszało. Zwyczajnie głupie i nieodpowiedzialne.

Ryzykowaliśmy życiem i było świetnie

„Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił.”

Uwielbiam to. Uwielbiam podawanie jednego przykładu i tworzenie z tego reguły. W takim razie polecam autorowi, tudzież harcmistrzowi zagranie w rosyjską ruletkę kilkadziesiąt razy. Ja zagrałem raz i przeżyłem, więc strachu nie ma, prawda? Zresztą innym przykładem są pasy bezpieczeństwa, których dawniej nie stosowano, a teraz to w ogóle wymyślają jakieś cuda z fotelikami i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Na co to komu? My tego nie mieliśmy i było super!

Być mężczyzną, to brzmi dumnie

„Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks.”

O ile jak najbardziej popieram ideę zapisania dziecka na boks po takiej sytuacji (czy inną sztukę walki), o tyle pisałem już jak naprawdę działają słowa „bądź mężczyzną”. Niestety statystyki są nieubłagane i aż dziewięciu mężczyzn w Polsce każdego dnia popełnia samobójstwo. Koniecznie chcemy zwiększyć tą ilość?

Pokolenie gnijących niedorajdów

„W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.”

Dokładnie tak jest. Tylko, że autor zupełnie zapomina, że Ci wszyscy nieudacznicy i te wszystkie życiowe niedorajdy, wychowały się w rodzinach, które postępowały DOKŁADNIE tak, jak radzi autor. To właśnie podążanie za radami takich pseudopsychologów, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym jak się rozwija dziecięcy mózg, doprowadziło do obecnej patologii i czterdziestoletnich dzieci żyjących na garnuszku rodziców.

Sprawność ruchowa

„30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie.”

Tutaj następuje przybliżenie tego, jak to we wszystkim obecna młodzież jest gorsza. Prawdopodobnie te statystyki nie kłamią, bo śmieciowe jedzenie i uzależnienie od ekranu, zbiera swoje żniwo. Ale to jeszcze nie znaczy, że każde dziecko obecnie jest mniej sprawne, niż dzieci 30 lat temu i że ogólnie mamy usiąść i płakać. Moje dzieci spędzają na zewnątrz tyle samo czasu co ja w ich wieku, a i zabawy mają podobne, więc nie rozpaczałbym zbyt mocno.

Świat jednorazówek

„Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.”

To już w ogóle jest oderwane od Polskiej rzeczywistości. U nas naprawia się wszystko, nawet to, co lepiej by było wyrzucić i za grosze kupić nowe. Niemniej rozumiem manipulacyjną próbę wciśnięcia tego eksperymentu – pasował do tezy, więc kto by się przejmował rzetelnością dziennikarską.

Wadliwa edukacja

Później następuje narzekanie na obecną edukacje, które akurat jest całkiem trafne, bo rzeczywiście często tak jest, że uczymy dzieci nieżyciowych umiejętności, skupiając się na kolejnych nieprzydatnych dyplomach. Jednak po raz kolejny, nie można za to winić rodziców, co próbuje zrobić autor, tylko system edukacji, którego program nauczania jest zupełnie niedostosowany do wymagań współczesnego świata (a powinien być już przygotowany do wymagań świata dopiero nadchodzącego). Niestety autor po raz nasty w artykule, na podstawie dobrych założeń, wyciąga zupełnie nietrafione wnioski i sugeruje, że ma to związek z tym, że ciągle chwalimy dzieci, a nie krytykujemy ich. Dlaczego takie podejście jest błędne i pisałem o tym w tekście Pięć słów, które wszystkie dzieci chcą usłyszeć.

Ból to najlepszy nauczyciel

„Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.”

Czyli aby nauczyć dzieci życia, mam ryzykować ich zdrowiem? I życiem? Mam nie zakładać dziecku kasku, żeby przy wypadku rozwaliło sobie głowę i wylądowało na pogotowiu? Wtedy dopiero się nauczy? Bo dzieci to są skończone debile, które nie rozumieją jak się do nich mówi? Ból to najlepszy nauczyciel? Który to mamy? XIX wiek? A może w ogóle średniowiecze? Czy naprawdę takie zacofane umysły jeszcze istnieją? Przecież głoszenie takich twierdzeń powinno być karane, bo to jest wręcz nawoływanie do ryzykowania życiem osoby od nas zależnej.

Zresztą czy gdy mamy kask, to uderzenie przy wypadku nie boli? Polecam zatem panu autorowi sprawdzenie tej tezy. Najlepiej z rozbiegu. Może też się coś wówczas poprzestawia i wskoczy na właściwe miejsca.

Zakazy i nakazy

„– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie.”

Bardzo prawidłowe wnioski. Dlatego też nie powinniśmy dzieciom nakazywać uczenia się ortografii pod groźbą, jak to sugeruje autor (i sam sobie w tym miejscu zaprzecza). Bo one się muszą w większości same nauczyć co mogą, a czego nie mogą robić. My możemy im ewentualnie doradzać, tłumaczyć i czasami postawić wyraźną granicę, aby uchronić je przed oczywistym niebezpieczeństwem. Jednak musimy też pamiętać, że dzięki temu, że dziecko mając siedem lat, spadnie z drzewa, to mając tych lat naście, nie zrobi sobie większej krzywdy. Więc jak najbardziej popieram brak zakazów i nakazów, poza tymi, które chronią przed utratą życia lub zdrowia („oczywiście kochanie, idź pobiegać sobie po autostradzie. W końcu masz już trzy lata”)

Rodzic helikopter

„I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.”

Z tym fragmentem nie pozostaje zrobić nic innego jak całkowicie się zgodzić. Jednak ponownie – obecne pokolenie, które bywa tak wychowywane (i z którym to wychowaniem ja osobiście też się nie zgadzam) nie ma jeszcze 30 czy 40 lat. To pokolenie, które mieszka z rodzicami, to najczęściej są dzieci, które były wychowywane, jak wspomniałem już wcześniej, zgodnie z wszystkimi radami autora i właśnie dlatego nie radzą sobie w życiu. Bo rodzice swoim podejściem, które wymagało od dzieci ciągłego posłuszeństwa, odebrali im całą pewność siebie potrzebną do samodzielnego egzystowania.

Chwalenie czy niechwalenie?

„W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.”

I po raz kolejny: tak, ciągłe chwalenie jest złe. Tak samo jak ciągłe krytykowanie. To docenianie ciężkiej pracy, jest tym, co powinniśmy robić. Cały akapit jest bardzo dobry, a ja o odkryciach psycholog Carol Dweck pisałem już w tekście Dlaczego niektóre dzieci się starają, a inne rezygnują?

Wychowywanie bezstresowe (bo żaden tekst o wychowaniu nie jest pełny bez tego)

„Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.”

Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że głupiutki nastolatek, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy, może uważać, że istnieją tylko dwa rodzaje wychowania – wychowanie przemocą (czyli tradycyjne) i wychowanie bezstresowe (czyli brak wychowania). Ale poważny amerykański psycholog społeczny? To wzbudza pusty śmiech i tylko dodatkowo pokazuje totalną ignorancję autora oraz zupełną nieznajomość tematu, który postanowił skomentować. Wstyd, panie autorze. Wstyd. Polecam wyszukać frazy takiej jak Rodzicielstwo Bliskości, Pozytywne Rodzicielstwo oraz Porozumienie Bez Przemocy.

Wychowanie bez stresu ciąg dalszy

„Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.”

Pokażcie mi te badania. Proszę, przestańcie się już ośmieszać i mi je pokażcie. Błagam. Najlepiej jakieś oparte o nasze polskie społeczeństwo. Nie trzymajcie nas dalej w niepewności.

„Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.”

Szok i niedowierzanie. Naprawdę nie dało się tego przewidzieć? Przecież to nie jest fizyka kwantowa.

Społeczeństwo ma problemy. Jaka jest przyczyna?

„Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu.”

Przerażające wyniki, ale jednak nietrafione przyczyny. Bo to nie tylko bezstresowe wychowanie jest odpowiedzialne, ale przede wszystkim kary cielesne (przypominam, że ponad 60% Polaków je stosuje, a dwadzieścia, trzydzieści lat temu, ta wartość była jeszcze większa). Szczególnie, że jak wspomniałem, u nas w Polsce wychowanie bezstresowe nigdy nie było popularne, więc przypisywanie mu jakichkolwiek efektów, jest zwykłym błędem.

„Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy.”

I jak pokazują badania, to też jest bezpośredni efekt stosowania przemocy wobec dzieci (kliknij tutaj). Tak, przemocy – tego cudownego leku, który autor próbuje nam sprzedać i który miałby rozwiązać wszystkie nasze wychowawcze problemy. To właśnie przemoc wzmacnia kompleksy, zaburzenia lękowe, depresje, manie i uzależnienia. To jej musimy za to podziękować. Tym niewinnym klapsom i strzałom, wymierzonym „dydaktycznie” przez rodziców.

Polecam też tekst czy naprawdę wyrośliśmy na porządnych ludzi?

Czy więc naprawdę wychowujemy pierdoły?

Z samą tezą artykułu nie potrafię się nie zgodzić, bo jest ona prawdziwa. Tak, to prawda. Wychowujemy pierdoły. Częściowo przynajmniej. Jednak nie dzieje się tak dlatego, że wychowujemy dzieci bezstresowo, bo jako kraj, nigdy się tego nie nauczyliśmy (na całe szczęście!). Jest wręcz przeciwnie. Wychowujemy „pierdoły”, bo nasze dzieci wychowywane są w ogromnym stresie.

Wychowujemy dzieci, które boją się bawić swoimi zabawkami, bo ojciec je złoi, jak coś zepsują. Dzieci, które boją się głośniej odezwać, bo matka na nie nawrzeszczy, że przecież miały siedzieć cicho, bo ją głowa boli. Dzieci, które boją się zadać jakiekolwiek pytanie o świecie, bo rodzice je wyśmieją, że przecież takich durnych pytań nie powinno zadawać. Dzieci, które boją się nawet zapytać czy mogą wyjść do toalety. Dzieci, które nie kończąc nawet podstawówki, mają już pełny bagaż chorób psychicznych we wczesnym stadium i które będą później leczyć całe życie.

Niestety, to nie jest najgorsze

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że się nie uczymy na błędach. Widzimy, że zawiedliśmy jako rodzice i to na wielu różnych płaszczyznach, ale nie potrafimy znaleźć winy w sobie. Słyszymy o wychowaniu bezstresowym, które zdobyło popularność w USA i zwalamy winę na to, bo przecież my jesteśmy kurwa nieomylni. Omnipotentni psia mać. Gdybyśmy potrafili jednak spojrzeć krytycznie na siebie, dostrzeglibyśmy, że prawdziwym błędem i prawdziwą porażką był każdy kolejny wymierzony klaps. Ciągnący się przez lata i nieopanowany wrzask. To są prawdziwe błędy, które doprowadziły do społeczeństwa pierdół, w jakim obecnie tkwimy, jak określa to autor. Do społeczeństwa pełnego przemocy i kompleksów. I najgorsze jest to, że nie byłyby to błędy, gdybyśmy wyciągnęli chociaż raz wnioski i powiedzieli sobie, że będziemy się starać być lepszymi. Jednak my jesteśmy na to zbyt wspaniali, prawda? Zbyt doskonali. Zbyt genialni. W końcu przeczytaliśmy bzdurny artykuł, który potwierdził tylko nasze zacofanie i nasze uprzedzenia, więc jesteśmy rozgrzeszeni.

Nic bardziej mylnego

Niestety każdy nasz błąd wpływa na nasze dzieci. I to one za kilka, kilkanaście lat, będą przez każdy taki błąd cierpieć. Teraz więc każdy z nas musi sobie zadać pytanie: czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich wychowanych klapsem i tych wszystkich wychowanych bezstresowo (bo w efekcie obydwa te rodzaje wychowania prowadzą do wykształcenia w pewien sposób ludzi, którzy na takim czy innym polu mogą sobie nie radzić)? Czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich, które już teraz leczą się u psychologów? Mają depresję? Są uzależnione od narkotyków lub alkoholu?

Czy może jesteśmy ponad to i zamierzamy wybrać bardziej wartościową, choć trudniejszą drogę?

To jedno pytanie, może wpłynąć na całe życie naszych dzieci.

I może warto się też zapytać: jeśli wybierzemy niewłaściwie, to czy będziemy w stanie żyć z samym sobą, wiedząc, że nasze dziecko cierpi przez nas? Lub że przez nasze dziecko cierpią inni?

I na koniec, polecam jeszcze ten cytat:

„Nie, nie daje klapsów swojemu dziecku. Tak, dyscyplinuję je. Tak, uczę je odróżniać dobro od zła. Nie, moje dziecko nie rządzi w domu. Tak, mam granice i oczekiwania. Nie zakładaj, że jestem uległy, bo nie biję mojego dziecka. Nie wychowuję niezdyscyplinowanego bachora. Wychowuję człowieka, który wybiera dobro, bo jest dobre, a nie dlatego, że boi się oberwać jeśli zrobi inaczej.”

Prawa do zdjęcia należą do Stephanie.

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Rafał Drzewiecki https://forsal.pl/artykuly/892182,dzieci-pierdoly

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.

=====================

„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.

O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

Czy warto być supermanem?

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiper-liberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę. Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy.

Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.

Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad „pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu”, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania. Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.

Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że „jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz”. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.

Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.

Jak pokonać bezradność?

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.

– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle. Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.

Pokolenie płatków śniegu. Każdy jest wyjątkowy, wszyscy (zbyt) delikatni.

Joanna Operacz – 11.10.21 https://pl.aleteia.org/2021/10/11/pokolenie-platkow-sniegu-kazdy-jest-wyjatkowy-wszyscy-zbyt-delikatni/

Co wspólnego mają ze sobą helikopter i płatek śniegu? Jak się okazuje, sporo. „Rodzice –helikoptery” wychowują pokolenie płatków śniegu.

Katarzyna, szefowa HR w warszawskim oddziale amerykańskiej korporacji, codziennie czyta kilka albo kilkanaście CV młodych ludzi. Niektórych z nich zaprasza później na rozmowę. Umawia się z kandydatami na konkretny dzień i godzinę, na wszelki wypadek podaje swój numer telefonu. Jednak kiedy recepcjonistka dzwoni i mówi, że ktoś do niej przyszedł, jest zaskoczona. Bo z reguły nie przychodzą.

Rozmowy rekrutacyjne to czasem gotowy scenariusz na tragikomedię. Kandydaci często mają imponujące wykształcenie, rozmaite kursy i nagrody dla młodych wilków (fakt, że wymagania firmy są spore – podobnie jak oferowane zarobki). Jednak z drugiej strony zachowują się jak gwiazdy światowej finansjery, żeby po chwili np. rozpłakać się albo wstać w połowie zdania i wyjść.

Bardzo często okazuje się, że napisali nieprawdę w CV, np. że znają języki, w których faktycznie nie potrafią nawet powiedzieć „dzień dobry”. Prawie nikt nie ma obrączki na palcu. Niedawno pewien mężczyzna podpisał umowę o pracę, ale w umówionym dniu nie przyszedł do biura. Kiedy do niego zadzwoniono, powiedział, że przeżywa ciężkie chwile, bo… jego pies choruje. Katarzyna zajmuje się HR-em prawie dwadzieścia lat, ale z takim natężeniem problemów ma do czynienia dopiero od kilku lat. Często myśli, co powinna robić, żeby własne dzieci wychować inaczej.

Wyjątkowi jak płatki śniegu

Pokolenie płatków śniegu – tak niekiedy określa się dzisiejszych nastolatków i dwudziestokilkulatków. „Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i unikalnym płatkiem śniegu” – mówi bohater powieści Fight Club amerykańskiego pisarza Chucka Palahniuka (w Polsce książka ukazała się w dwóch tłumaczeniach – jako Podziemny krąg i Fight Club. Podziemny krąg). Wkrótce po ukazaniu się powieści w 1996 r. ten cytat zaczął jednak żyć własnym życiem. „Płatkami śniegu” zaczęto nazywać młodych ludzi przekonanych o swojej wyjątkowości i mających olbrzymie oczekiwania wobec życia. A jednocześnie – nadmiernie wrażliwych, nieodpornych na przeciwności i mało samodzielnych. W 2016 roku określenie snowflake generation zostało uznane przez prestiżowe brytyjskie wydawnictwo Collins English Dictionary za jedno ze słów roku.

Oglądaliście kiedyś z bliska płatek śniegu? Jest misterny i piękny, każdy jest zupełnie inny. Wielu młodych ludzi postrzega samych siebie właśnie w ten sposób – od początku świata nie urodził się nikt taki jak on/ona. Obiektywnie mają rację, bo każdy człowiek jest przecież bezcenny i unikalny. Ale w ich przypadku owocuje to skrajnym indywidualizmem, nadmierną koncentracją na sobie i roszczeniowością. Niestety, „śnieżynki” są też delikatne jak płatki śniegu. Są przewrażliwione na swoim punkcie, nie znoszą krytyki. Łatwo je urazić, zestresować i wyprowadzić z równowagi. Znacznie częściej niż ich rodzice i dziadkowie cierpią na rozmaite zaburzenia psychiczne. Mają również tendencję do dramatyzowania i przyjmowania roli ofiary. W życiu społecznym taka postawa buduje tzw. kulturę oburzenia – kiedy gniew staje się argumentem w sporze, zastępującym racje i dowody.

Moja „mama-helikopter”

Kiedy mowa o pokoleniu płatków śniegu, często pada również określenie: „rodzice-helikoptery”. To ojcowie i – przede wszystkim – matki, którzy przedkładają potrzeby dzieci ponad wszystko inne. Nadmiernie lękają się o ich bezpieczeństwo i niepotrzebnie je wyręczają. „W poprzednich pokoleniach rodzice rozumieli, że ich «pracą» jest jak najszybsze pozbycie się tej «pracy», czyli przygotowanie dzieci do opuszczenia domu i samodzielności. Wygląda na to, że teraz rodzice szukają dla siebie stałego zatrudnienia” – pisze prof. Jonathan Haidt z Uniwersytetu Nowojorskiego, współautor książki The Coddling of American Mind (Rozpieszczanie amerykańskiego umysłu) z wymownym podtytułem Jak dobre intencje i złe pomysły przygotowują generację porażki.

Wielkimi winowajcami są też media społecznościowe, które rozbudowują międzyludzkie relacje w internecie kosztem tych w realu i budują w młodych ludziach dziwaczne przekonania na własny temat, będące mieszanką zawyżonej i zaniżonej samooceny.

Jak uratować swoje dziecko przed losem „śnieżynki”? Nie dawać mu za wcześnie smartfona, a później ograniczyć ten kontakt do minimum. A przede wszystkim – pozwalać dziecku samodzielnie poznawać świat i brać się z nim za bary. „Wyzwanie, porażka, regeneracja, wnioski – właśnie tak uczymy się, jak w końcu osiągnąć sukces” – tłumaczy Jonathan Haidt.