Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

Ataki w szkołach? Naprawmy państwo: kara śmierci, pobór, religia

9 października 2026 Paweł Chmielewski pch24/ataki-w-szkolach-naprawmy-panstwo-kara-smierci-pobor-religia

Lupa capitolina 329u3.jpg
fot. picryl.com

Ataki nastoletnich nożowników w polskich szkołach to kolejny przykład rozpowszechnienia głupoty. Głupota może zakorzeniać się tam, gdzie panuje brak powagi. Brak powagi jest z kolei zakotwiczony w niemoralności.

Polska AD 2026 jest krajem głęboko niemoralnym. Nie chodzi tylko o indywidualne wybory jej mieszkańców, ale przede wszystkim o urządzenia społeczne. Jako wspólnota podjęliśmy decyzję, by nie opierać naszego funkcjonowania na uniwersalnych zasadach moralnych, które wynikają z prawa naturalnego i nauki Kościoła powszechnego. Pozwalamy na to, by życie traktować lekko – a konsekwencją tego podejścia są w konieczny sposób najrozmaitsze plagi.

Trud, którego nie da się uniknąć

Co można zrobić, żeby przywrócić społeczne panowanie powagi? Po pierwsze należy zauważyć, że zadanie jest niezwykle trudne. Wspólnoty polityczne odnoszą sukcesy, jeżeli są oparte na cnotach i mają w sobie ducha poświęcenia. Jeżeli zakorzeni się w nich zgnilizna moralna, a duch poświęcenia zostanie odrzucony, znajdują się na drodze ku przepaści. Czy z tej drogi można w ogóle zawrócić? To wątpliwe, bo ci, którzy prowadzili kraj do katastrofy, są z konieczności zepsuci, więc nie można spodziewać się od nich otrzeźwienia; ci, którzy zostali przez nich wychowani, są podobnie zepsuci. Dlatego w społeczeństwie przegniłym moralnie nie ma silnego podmiotu, który mógłby podjąć strukturalną decyzję o naprawie państwa. Gdyby zresztą nawet taki podmiot się znalazł, z kim miałby pracować? To problemy, które jawią się jako nierozwiązywalne. Nie można jednak się poddawać; to oznaczałoby poddanie się desperacji i beznadziei, które nie są chrześcijańskimi cnotami, ale raczej kolejnym przejawem moralnych plag. Dlatego pomimo przewidywalnych kłopotów na drodze do społecznego odrodzenia, należy próbować.

Kara śmierci

W pierwszej kolejności polska wspólnota powinna przywrócić karę śmierci. To bardzo dobra kara, którą ludzkość stosowała od zawsze, aż do naszych zepsutych moralnie czasów. Kara śmierci przywraca społeczeństwu równowagę, pokazując, że życie ma swoje ostateczności, a niektórych wyborów w żaden sposób nie da się cofnąć. W Polsce – tak jak w innych krajach europejskich – podchodzimy do kar zbyt lekko. Kara długoletniego więzienia może być bardzo dotkliwa dla skazańca, ale nie zawiera w sobie tego samego ładunku powagi, co kara śmierci, bo nie ma waloru ostateczności. Czytelnik mógłby oponować, mówiąc, że kara śmierci funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, ale nie pomaga to bynajmniej w przywróceniu w tamtym kraju społecznej powagi. To prawda, ale amerykański model kary śmierci jest fałszywy. Amerykanie mogą mieć dobre intuicje, po pierwsze są jednak kulturowymi barbarzyńcami, a po drugie sami zmagają się z panowaniem libertynizmu i nie potrafią przeprowadzić tych intuicji do końca. Kara śmierci musi być stosowana w sposób konkretny – bez długoletnich procesów i oczekiwania. Ten, kto chce w Polsce popełnić ciężkie przestępstwo, jak zabójstwo, musi wiedzieć, że nie uniknie śmierci.

Pobór powszechny

Drugim koniecznym rozwiązaniem jest pobór powszechny. Wcielenie do wojska ma to samo znaczenie, co kara śmierci: przywraca powagę, pokazując na istnienie ostateczności i ograniczeń ludzkiego życia. Kto jest w wojsku, ten wie, że od niego zależą losy ojczyzny; że jako obywatel ma obowiązek jej obrony i że w chwili zagrożenia musi być gotów złożyć swoje życie w ofierze za całą wspólnotę. Jest oczywiste, że pobór powszechny wiąże się z wieloma uciążliwościami; ale cnoty wypracowuje się właśnie pośród uciążliwości, a nie w wygodzie. Dlatego pobór należy przywrócić szybko, nie starając się uprzednio o jakąś niezwykle rozbudowaną infrastrukturę. Młodzi mężczyźni dorastając będą pamiętać, że muszą przygotowywać się duchowo i fizycznie do trudnej próby, jaką będzie służba wojskowa – i że tej próby w żaden sposób nie unikną, o ile nie są poważnie chorzy.

Wolność dla obywateli – ograniczenie social mediów

Kolejnym krokiem jest znaczące ograniczenie dostępności social mediów. Funkcjonowanie tych mediów w obecnym kształcie jest oparte na poronionej idei wolności słowa, która z kolei wywodzi się z rewolucyjnej koncepcji egalitaryzmu. Każdy uważa, że może mówić co chce, bo jest wart dokładnie tyle samo, co inni. To nieprawda, o czym każdego dnia poucza rzeczywistość. Media społecznościowe są rodzajem agory publicznej. Na publicznej agorze nie powinni wypowiadać się ci, którzy nie są obywatelami. Dlatego należy wprowadzić używalność mediów społecznościowych wyłącznie dla obywateli posługujących się własnym imieniem i nazwiskiem. Wyklucza to dzieci i nastolatków oraz konta anonimowe. Należy zlekceważyć jojczenie tych, którzy będą protestować w imię wolności, bo, powtarzam, jest to zwyrodniałe pojęcie wolności. Obywatel nie musi wypowiadać się anonimowo. Każdy człowiek ponosi pełną odpowiedzialność za swoje czyny, a podstawą tej odpowiedzialności jest tożsamość. Nie pozwalamy, by na publicznym placu przemawiał zamaskowany nastolatek; nie pozwalajmy, żeby przemawiał w sieci, bo między jednym a drugim nie ma wcale istotnej różnicy. Nie ma potrzeby „cenzurowania” sieci poprzez nowe narzędzia rządowe, jeżeli taka cenzura ma chronić dzieci. Wystarczy odciąć dzieci od mediów społecznościowych, a dorosłych zobowiązać do wypowiadania się z odkrytą przyłbicą.

Koniec łatwych rozwodów – i życia na kocią łapę

Dalej, konieczne jest ograniczenie plagi rozwodów oraz związków nieformalnych. W Polsce zapanowało idiotyczne przekonanie, że ludzie mogą żyć ze sobą w parach tak, jak im się podoba – zmieniać partnerów jak rękawiczki. W naszej cywilizacji małżeństwo było jednak zawsze traktowane jako rzecz poważna i jako taka, nierozerwalna. Dlatego wspólne życie poza małżeństwem powinno być objęte ostracyzmem społecznym wspomaganym przez stosowne kary. Należy też w znaczący sposób ograniczyć swobodę rozwodów. Jeżeli ktoś mierzy się z problemem przemocy albo alkoholizmu w małżeństwie, ma narzędzie separacji. Rozwody na życzenie są błędem, bo likwidują ostateczny charakter małżeństwa, czyniąc życie lekkim i niepoważnym. Z wielu badań społecznych wiadomo, że rozbite rodziny oraz rodziny oparte na związkach nieformalnych są znacznie bardziej podatne na wylęganie się w nich różnych patologii. Nic dziwnego – środowisko domowe, w którym nawet od strony formalnej podeptano cnoty, z natury rzeczy łatwiej prowadzi do wychowania w nieporządku.

Społeczne panowanie Chrystusa… i odnowa Kościoła

Wreszcie – społeczne panowanie Chrystusa. Życie wspólnoty musi być oparte na konkretnych zasadach etycznych. W naszej cywilizacji takie zasady oferuje wyłącznie jeden podmiot, czyli Kościół katolicki. Dlatego uznanie religii katolickiej za religię państwową jest właściwe i konieczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Katolicyzm jako religia państwowa nie wiąże się z ograniczeniem wolności sumienia, bo nie oznacza narzucania wiary tym, którzy nie chcą jej przyjąć. Oznacza, że wspólnota narodowa orientuje się na katolickie prawdy i moralność, czerpiąc z tych źródeł w stanowieniu prawa i urządzaniu całego życia społecznego. Przyjęcie katolicyzmu jako religii państwowej pozwoliłoby na penalizowanie rozmaitych niemoralności, takich jak działalność sekt, promocja pornografii czy okultyzmu. Żeby społeczne panowanie Chrystusa stało się możliwe, proces przywracania powagi musi zostać przeprowadzony również w Kościele katolickim. Przede wszystkim liturgia musi cechować się pobożnością i orientacją na Boga, będąc daleka od groteski ludowego festynu albo spotkania kółka emocjonalnie zaburzonych nastolatków. Doskonałą do tego drogą jest upowszechnienie liturgii w tradycyjnym rycie rzymskim, albo też silne strydentynizowanie nowej liturgii.

Potrzebujemy rzymskiej cnoty powagi

Koniecznych kroków jest oczywiście więcej, wymieniłem tylko kilka, które uważam za najważniejsze. Ujmując rzecz lapidarnie, Polska pilnie potrzebuje przywrócenia klasycznych cnót, wśród których za najważniejszą uważam powagę – czyli rzymską gravitas. Bez przywrócenia tej cnoty będziemy dalej pogrążać się w niemoralności, podążając ku społecznej przepaści. Ktoś może stwierdzić, że to groteskowe narzekanie na upadek obyczajów. Rzut oka na społeczeństwo pokazuje jednak, że tak nie jest: skrajnie niska dzietność, niechęć do obrony własnej ojczyzny, demoralizacja dzieci i nastolatków, dorośli zajmujący się wszystkim, tylko nie religią, państwem i rodziną. Moralna zgnilizna jest faktem i żeby przetrwać jako żywotna wspólnota, trzeba się jej pozbyć.

Przywróćmy Polsce powagę.

Paweł Chmielewski

AGRESJA !! „Edukacja zdrowotna” – pilne i ważne na TERAZ

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Powiem to wprost: sytuacja z edukacją zdrowotną jest bardzo poważna. W ostatnim czasie w szkołach – z odgórnej inspiracji i nakazu – ma miejsce szantaż i presja na rodziców i na dzieci, aby jak najwięcej uczniów pozostało na lekcjach EZ.

Szkoły:

– utrudniają składanie rezygnacji z zajęć (bezprawnie ograniczają termin i/lub formę rezygnacji),

– zmuszają dzieci do uczestnictwa w zajęciach przed 25 września,

– dezinformują rodziców co do programu zajęć, ukrywają prawdziwe cele nowych lekcji,

– szantażują, że nieuczęszczanie na EZ obniży ocenę z biologii, wf-u lub zachowania.

Tym bezprawnym działaniom odpór może dać tylko zorganizowany wysiłek społeczny. Oddolny ruch Dobrych Ludzi budzi się na naszych oczach.

Co jest kluczowe? Informacja. Bo większości ludzi wciąż brakuje wiedzy o tym, czym grozi posłanie dziecka na lekcje autorstwa Barbary Nowackiej i jej pomocników.

W telewizji słyszą lewicowo-liberalne kłamstwa.

W szkole dostają materiały propagandowe rządu, gdzie uspokaja się ich, ze wszystko będzie dobrze, byle tylko nie zabrali swoich dzieci z EZ.

Usypia się ich czujność.

A szkody będą nieodwracalne.

Co pozostaje Dobrym Ludziom, którzy chcą ostrzegać przed EZ?

Działanie bezpośrednie. Czyli ulica. To już się dzieje.

Przez ostatnie 6 dni Fundacja została zasypana zgłoszeniami od osób, które chcą rozwiesić banery informacyjne o EZ. Łącznie mam teraz zamówienia na niemal 400 sztuk, a pierwsza partia już powędrowała do zamawiających. Nasz dział logistyki jest zwarty i gotowy, aby wysłać kolejne banery, ale wszystko jest zablokowane z uwagi na koszty. I muszę prosić o pomoc finansową. 

Moja prośba jest tym pilniejsza, że zostało mniej niż 3 tygodnie, aby przekonać ludzi do składania rezygnacji z edukacji zdrowotnej.

Bez owijania w bawełnę: cena jednego baneru wraz z przesyłką to 92 złote. W tej chwili muszę pokryć koszty 212 banerów, czyli zebrać 19500 złotych.

Sprawa jest pilna i naprawdę na teraz. Termin na rezygnację z EZ nieuchronnie się zbliża.

Czy może Pan pomóc pokonać tę przeszkodę finansową? 

Czy może Pan wpłacić kwotę, o której wysokości sam Pan zdecyduje?Może to być np. 46 złotych (50% baneru), 92 złote (1 baner), 184 złote (2 banery).

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/przelewy online pod linkiem:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

Bardzo proszę właśnie Pana o szybką wpłatę, bo czas biegnie nieubłaganie. Proszę o hojność, bo musimy działać natychmiast. 25 września już niedługo, trzeba ostrzegać rodziców i ratować polskie dzieci.

Z góry dziękuję za szybką reakcję.

Z wyrazami szacunku, we wspólnym wysiłku ku dobru,

Kaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Zostało 19 dni na intensyfikację działań, banery muszą zawisnąć natychmiast.

Wysyłka kurierem to 24/48 h, ale blokują nas koszty. Proszę o pomoc w tej sprawie.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

====================================

Etyka w szkołach, czyli wdrukowanie relatywizmu

Etyka w szkołach, czyli wdrukowanie relatywizmu.

Marcin Sułkowski https://konserwatyzm.pl/sulkowski-etyka-w-szkolach-czyli-wdrukowanie-relatywizmu/

Od kilku miesięcy trwa wzmożona dyskusja na temat katechezy w szkołach, co jest efektem dorwania się do władzy liberałów i lewicy. Próbuje się, co raczej już przesądzone, z sukcesem, ograniczyć wymiar zajęć oraz wkomponować je w plan zajęć tak, by sprzyjało to wypisywaniu się uczniów z tych lekcji. Jest oczywiste, że podobnie jak mając do wyboru cukierki lub warzywa, dzieci mają tendencję do wybierania tego pierwszego, wbrew ich zdrowiu, podobny mechanizm działał będzie w przypadku katechezy, która umieszczona na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej, sprzyja wypisaniu się z przedmiotu, by móc godzinę dłużej pospać lub być w domu.

Ta prymitywna manipulacja jest widoczna na pierwszy rzut oka dla większości, toteż przechodzi się nad tego typu zabiegami do porządku dziennego. Oczywiście niesłusznie, bo mamy tu do czynienia z oswojeniem się ze złem i jego minimalizowaniem w imię „niech każdy wybierze to, co uważa za słuszne, bo przecież nie będziemy zmuszali do katechezy!”.

Na kanwie tejże liberalnej mechaniki, już dawno dobrnęliśmy do punktu, jak się zdaje, z małymi szansami na odwrót – galopujące wymieranie, fala rozwodów, czyli rozbitych rodzin oraz akceptacja wszechobecnej patologii w warstwie intelektualnej czy estetycznej, prowadzą nas niechybnie do cywilizacyjnego upadku. Bagatelizujemy ten fakt jako społeczeństwo, bo większość nie zdaje sobie sprawy, że rzeczywistość nie znosi próżni – już od dawna nie u naszych bram, lecz w samym środku naszych państw mamy tych, którzy wykorzystają naszą słabość i dobiją resztki tego, co zostało z niegdyś pięknej Europy.

            Nie w tym jednak rzecz, na co wskazuje przecież tytuł. Środowiska przeciwne katechezie w szkołach regularnie postulują, aby wprowadzić zamiast niej etykę. Jako że etyka jest działem filozofii, który to kierunek studiowałem, ponadto miałem okazję prowadzić zajęcia z etyki w szkole średniej, jestem w stanie ocenić zarówno program proponowany przez ministerstwo, jak i motywy, jakie przyświecają rządzącym, by ten przedmiot znalazł się w szkołach na tym poziomie i w takim kształcie.

Podstawową kwestią jest to, że już na gruncie samej nazwy przedmiotu mamy sprytne wykorzystanie niewiedzy społeczeństwa odnośnie do tego, czego mają się uczyć dzieci. Zdawać by się przecież mogło, że skoro jest to etyka, to dzieci i młodzież będą uczone pewnych postaw, które umożliwią im odróżnianie dobra od zła. Pamiętam zresztą, że zaczynając pracę w szkole, zostałem zaczepiony przez polonistkę, która narzekając na młodzież powiedziała: „może Panu uda się nauczyć ich przyzwoitości”. Niestety, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.

Bo oto program zajęć ułożony jest w taki sposób, że można mówić raczej o historii etyki z dodatkiem wybranych dylematów moralnych, których rozwiązanie proponowane przez program jest jako żywo zaczerpnięte z konkretnego modelu ideologicznego, czyli z liberalizmu. Nie jest więc ten przedmiot  formowaniem człowieka. Proponowane przez Ministerstwo podręczniki pozwalały na przedstawienie różnych systemów etycznych, znanych z historii – począwszy od etyki cnót Arystotelesa, przez stoicyzm, epikureizm aż do kantyzmu, konsekwencjalizmu czy utylitaryzmu. Mamy tam głównie deskrypcję, bez stanowczych i rzetelnych, bo umocowanych w szerokim kontekście filozoficznym, ocen zalet i wad każdego z przedstawianych systemów.

            Zdawać by się mogło, że nie powinienem  narzekać, bo mamy tutaj cały wachlarz systemów, w imię „dla każdego coś miłego”. Nic bardziej mylnego i zdaje sobie sprawę z tego każdy, kto rozumie istotę wychowania dzieci na każdym etapie ich rozwoju. Aby właściwie ukształtować dziecko, potrzebny jest mu kierunek oparty na jednej, określonej aksjologii. Siłą rzeczy, na początku dzieciństwa konieczny jest więc autorytet rodzica i stosunkowo łatwe do zrozumienia wyjaśnienia powinności, a wraz z wiekiem poziom złożoności racji powinien wzrastać. Nadal jednak, szczególnie w okresie dojrzewania, trudno od młodego człowieka oczekiwać, aby system etyczny znał szczegółowo „od podszewki”, czyli rozumiał, że wynika on z założeń ontologicznych oraz rozumienia ludzkiej natury. System etyczny jest bowiem efektem tego, co dzieje się u jego podłoża – stąd właśnie mówimy o filozofii systemowej, czyli łączącej ontologię, epistemologię, etykę i estetykę w jeden system, w którym to wszystko ze sobą współgra, a w której ontologia nazywana filozofią pierwszą, wraz z ludzką naturą, stanowią fundament.

Gdy dziecku lub młodzieńcowi w okresie dojrzewania przedstawiamy, zgodnie z programem Ministerstwa, całą gamę systemów, bez całej podbudowy, bowiem nie pozwala na to ani czas ani poziom intelektualnego i emocjonalnego rozwoju człowieka na tym etapie, to cóż tym samym robimy? Dokonujemy swoistego wdrukowania w umysł, że skoro systemy etyczne są różne i można sobie wybrać ten, który komuś odpowiada, to wartości moralne wynikające z wybranego systemu nie mają charakteru obiektywnego – są płynne.

Oto mamy aksjologiczny szwedzki stół, z którego zależnie od kontekstu, możemy wybrać to, co akurat nam odpowiada. Bo przecież w programie nauczania etyki nie uczy się dzieci właściwej ewaluacji systemów – jest to zabieg z jednej strony celowy, bo wymuszający wtłoczenie do umysłu człowieka utożsamienie tolerancji wszystkich działań z ich akceptacją, z drugiej zaś konieczny, bo jak już wspomniałem, dzieci nie mają narzędzi do właściwej ewaluacji. Po prawdzie to i większość nauczycieli etyki tych narzędzi nie posiada, bowiem są po szkołach podyplomowych. Wracając jednak do dzieci – są więc one zapoznane na przykład z tym, że w obrębie utylitaryzmu w określonym modelu (bo jest ich kilka), to suma arbitralnie rozumianego szczęścia jest decydująca dla oceny czegoś jako dobre. Brzmi fantastycznie, szczególnie dla nastolatka, który wybierając grę online z kolegami zamiast nauki, może zawsze rodzicom powiedzieć: „przykro mi rodzice, ale suma szczęścia moja i kolegów przewyższa waszą sumę szczęścia wynikającą z mojej nauki”.

W ministerialnych podręcznikach do etyki nie znajdzie się przecież zarzutu uderzającego w utylitaryzm: skoro suma szczęścia jest decydująca, to optymalną sytuacją jest np. zdradzenie małżonki w taki sposób, by ta się o tym nie dowiedziała. Szczęśliwe są bowiem w tym wypadku trzy osoby – zdradzający mąż, kochanka, która nie będzie wytargana przez żonę zdradzającego oraz sama małżonka, która żyje w przeświadczeniu o wierności męża. Dziecko bądź młodzieniec zostają więc z samym opisem, bez narzędzi do oceny proponowanego systemu wartości, za to z wrażeniem wynikającym z liberalnej mechaniki – skoro jest tych systemów tak dużo, to żaden nie jest prawdziwy i o charakterze obiektywnym (logiczne rozumowanie musi prowadzić do takich wniosków). Jedyna nauczka, jaka wynika z ministerialnego programu etyki jest taka, że podstawą wszelkich podstaw jest tolerancja – bez względu na to, co drugi człowiek wybierze, mamy powinność tolerować ten wybór.

Oczywiście nie istnieje w podręczniku wyjaśnienie, dlaczego tak jest – jedynym umocowaniem rzekomej cnoty liberalnej tolerancji jest to, że każdy jest równy (tego pojęcia również się nie wyjaśnia) i idzie o to, by nie szkodzić drugiej osobie. Ta liberalna mantra o braku szkody, wynikającej zresztą ze zgody dwójki ludzi, prowadzi w konsekwencji do konieczności uznania, że nawet tak obrzydliwa sytuacja jak umowa między ludożercą a masochistą, że ten pierwszy zje drugiemu nogę, jest akceptowalna. Jest więc oczywiste, że odpodmiotowe rozumienie szkody prowadzi do płynności norm, czyli w efekcie chaosu etycznego. Tego jednak na etyce w szkole podstawowej czy średniej się nie uczy.

Przedmiot ten, w obecnym kształcie i na tym etapie rozwoju człowieka, jest więc niczym więcej niż liberalną indoktrynacją prowadzącą do zobojętnienia, na czym jak się zdaje, bardzo zależy rządzącym, przesiąkniętym mentalnością liberalną i chorobliwym sprzeciwem wobec nauczania Kościoła.

Marcin Sułkowski