Od Unii Lubelskiej do bezbożnej Unii Europejskiej. Jak Kościół „wprowadził nas do Europy” 

Od Unii Lubelskiej do bezbożnej Unii Europejskiej. Jak Kościół „wprowadził nas do Europy” 

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/jak-papiez-polak-i-biskupi-wprowadzili-nas-do-bezboznej-unii-europejskiej


Św. Jan Paweł II pokonał komunizm, powiadają. Niechby. Jeżeli jednak Karol Wojtyła przyczynił się do obalenia czerwonej tyranii, to równocześnie przemożnie dopomógł ogarnięciu Polski przez nową tyranię – neokomunistyczną i europejską. Bez zachęt papieża i biskupów, którzy podchwytywali i rozdymali jego prounijną narrację, referendum akcesyjne w czerwcu 2003 mogłoby się po prostu nie powieść. Trudno wytłumaczyć ówczesne zaślepienie inaczej, jak tylko głęboką polityczną naiwnością; a może także zwykłą ignorancją.

W referendum zorganizowanym w dniach 7-8 czerwca 2003 roku „za” przystąpieniem do UE zagłosowało 77,45 proc., „przeciw” było 22,55 procent. Na pozór wydaje się, że wynik był jednoznaczny. Trudno jednak przewidzieć, jak wielu ludzi zagłosowało na „tak” pod wpływem tez głoszonych przez najważniejszych ludzi Kościoła. Co byłoby, gdyby papież i biskupi stanęli na przeciwnym stanowisku niż zdecydowanie prounijne? Nawet jeżeli zwolennicy integracji mieliby większość, referendum mogłoby być nieważne: ostatecznie frekwencja wyniosła tylko 58,55 proc., przy wymaganej 50-procentowej. Być może dla odwrócenia biegu historii wystarczyłby po prostu brak zachęt ze strony hierarchii albo stanowisko neutralne. Kościół wybrał jednak inaczej: papież i biskupi aktywnie zachęcali Polaków do tego, by włączyć się do programowo bezbożnej politycznej wspólnoty europejskiej.

Cóż z tego, powie krytyk… Przecież gdybyśmy nie weszli do Unii, bezbożni bylibyśmy najpewniej i tak: zanik wiary i degrengolada moralna to robak toczący całą cywilizację zachodnią i jej rubieże. Dotyka państw Unii Europejskiej na równi z tymi, którzy są poza nią – czy to postsowieckie Ukraina i Białoruś, czy północnoamerykańskie USA i Kanada, czy latynoskie Brazylia, Chile, Argentyna… Rewolucja pożera wszystkich; Unia Europejska jest tylko jednym z jej narzędzi; prawda, że skutecznym, ale jednak – narzędziem. Bez akcesji unijnej polska bezbożność rozwijałaby się pewnie bardziej na modłę postsowiecką niż zachodnieuropejską, ale byłaby tak samo głęboka. Takiemu krytykowi przyznam chętnie rację. Bo nie o to chodzi, czy Polska daje się zniewalać gospodarczo Niemcom za sprawą dyrektyw Brukseli czy skorumpowanych bilateralnych umów; ani czy przyjmie ustawę o homozwiązkach szantażowana przez pieniądze na KPO czy też przez fundacje powiązane z amerykańskimi Demokratami. Chodzi o szczerość, uczciwość i rzetelność debaty; a tego – zwłaszcza gdy o rzetelność idzie – po stronie kościelnej poważnie zabrakło.

Papieża myślenie życzeniowe
Jeżeli należałoby obarczać kogoś osobistą odpowiedzialnością za tę decyzję, to przede wszystkimi samego św. Jana Pawła II. Karol Wojtyła wielokrotnie deklarował zdecydowane poparcie dla akcesji Polski do UE. Owszem, w swoich wypowiedziach formułował różne zastrzeżenia, ale czysto teoretyczne albo nawet życzeniowe: Polska powinna przystąpić do UE, ale niech to nie będzie „bożek”; Polska powinna przystąpić do UE, ale niech UE będzie „chrześcijańska”; Polska powinna, ale… „Ale” nie miało żadnego znaczenia, bo ani Polska, ani Jan Paweł II nie posiadali władzy definiowania natury i celów Unii Europejskiej; te były już od dawna określone, a kto tego nie widział, grzeszył ciężką polityczną ślepotą. W europejskich wypowiedziach papieża liczyło się tylko: „Polska powinna”. Miliony Polaków słuchało głosu papieża, uważając go za nieomylny. Utwierdzeni w tej interpretacji przez biskupów, poszli do urn i powiedzieli UE „tak”.

Jak argumentował Karol Wojtyła? Twierdził, że Polska powinna wejść do Unii i nawracać ją na chrześcijaństwo. „Rzecz jasna, nie jestem przeciwny tzw. wejściu Polski do Europy. […] Ważne, by weszła do niej ze swymi wartościami, nie dostosowując się bezkrytycznie i ślepo do zachodnich
obyczajów, nie przyswajając sobie tego, co w nich najgorsze” – mówił w wywiadzie dla „La Stampa” w 1993 roku. W homilii wygłoszonej do Polaków w Rzymie w 1997 roku wskazywał, że Polacy mają szczególną „misję” w zjednoczonej Europie. Nasza integracja miałaby Unię „ubogacić”. „Europa potrzebuje Polski. Kościół w Europie potrzebuje świadectwa wiary Polaków” – przekonywał. W tym samym przemówieniu akcentując zrozumienie dla przeciwników wejścia Polski do UE – kategorycznie się im przeciwstawiał. „Polska zawsze stanowiła ważną część Europy i dziś nie może wyłączać się z tej wspólnoty, która wprawdzie na różnych płaszczyznach przeżywa kryzysy, ale która stanowi jedną rodzinę narodów, opartą na wspólnej chrześcijańskiej tradycji” – powiedział.

Podczas pielgrzymki do Polski w tym samym roku wejście do UE nazwał nawet „wskazanym nam [tj. Polakom – red.] kierunkiem”, od którego „nie możemy się uchylać”, mogąc „ofiarować jednoczącej się Europie swoje przywiązanie do wiary, swój natchniony religijnością obyczaj, duszpasterski wysiłek biskupów i kapłanów, i zapewne wiele jeszcze innych wartości, dzięki którym Europa mogłaby stanowić organizm pulsujący nie tylko wysokim poziomem ekonomicznym, ale także głębią życia duchowego”. W 1999 roku zapewnił już oficjalnie o „pełnym wsparciu” dla wejścia do UE. Przemawiając w parlamencie powiedział: „Polska ma pełne prawo, aby uczestniczyć w ogólnym procesie postępu i rozwoju świata, zwłaszcza Europy. Integracja Polski z Unią Europejską jest od samego początku wspierana przez Stolicę Apostolską”.

Wreszcie na trzy tygodnie przed referendum w przemówieniu z 19 maja stwierdził kategorycznie: „Europa potrzebuje Polski. Polska potrzebuje Europy” i wygłosił absurdalny slogan: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. Tym stanowiskiem zamknął usta wielu krytykom integracji. Nawet w Radiu Maryja przyjęto wówczas złagodzoną optykę, nie chcąc spierać się z papieżem.

Papugi
Tę papieską prounijną propagandę przejęli niektórzy najważniejsi polscy biskupi, doprowadzając ją do skrajności. Prymas Józef Glemp, pełniący zarazem funkcję szefa KEP, w kwietniu 2003 roku w rozmowie z „Rzeczpospolitą” przedstawił wejście do Unii Europejskiej jako wolę Bożą. „Bóg chce, żebyśmy weszli do wspólnej Europy” – stwierdził krótko. Wyjaśniając później swoje słowa Monice Olejnik powoływał się na determinizm historyczny ubrany w chrześcijańskie szaty. „Rozumiem to jako pewien proces historyczny, który nie rozwija się bez opatrzności bożej. Bo przyjmujemy to z wiarą, że jest ten główny autor, Stwórca, który dalej kontroluje pewien bieg wypadków zostawiając samorządzenie ludźmi ludziom, jednak jakieś zasadnicze linie od Boga zależą. I dlatego myślę, że ten rozwój, który jest uczciwy, który zmierza ku jednoczeniu ludzi, jest zgodny z opatrznością bożą. I stąd też takie moje wypowiedzenie, które się właściwie odnosi do przeniesienia kłótni czy dyskusji bardziej na płaszczyznę wyznaniową, czyli uwzględnienie nadprzyrodzoności”. „[…] widzę, że ma to swoją logikę dziejową” – dodał, stwierdzając, że ma nadzieję, iż polskie „przekorne” społeczeństwo „jednak zrozumie, że jest pewien postęp w rozwoju ludzkości”, którym to postępem miałaby być właśnie Unia. Prymasowi wtórowali inni hierarchowie. Na przykład metropolita lubelski abp Józef Życiński przekonywał, że albo będziemy w Unii Europejskiej, albo Polska zostanie przekształcona „w drugą Białoruś”. Twierdził też, że nie ma sensu obawiać się o utratę tożsamości we Wspólnocie, bo to samo może nas spotkać na skutek oglądania zagranicznych filmów oraz obserwacji zachodnich turystów odwiedzających nasz kraj.

W końcu cały Episkopat poparł przystąpienie do Unii. Na tydzień przed referendum akcesyjnym biskupi polecili odczytanie w kościołach listu. „Każdy Polak, tym bardziej człowiek wierzący, w poczuciu odpowiedzialności za przyszłość i należne naszej Ojczyźnie miejsce w rodzinie narodów europejskich, powinien wziąć udział w referendum” – stwierdzili. Pozornie nie zajmując własnego stanowiska, zrzucili odpowiedzialność za decyzję na św. Jana Pawła II. Stwierdzili, że Jan Paweł II, „upominając się o prawa wiary, religii i moralności chrześcijańskiej w zjednoczonej Europie, wyraźnie dostrzega miejsce Polski w strukturach europejskich”, a w związku z tym katoliccy wyborcy „powinni poważnie uwzględnić w swoich wyborach głos papieża”.

Już po referendum abp Henryk Muszyński przyznawał otwarcie, że – w jego ocenie – do Unii Europejskiej wprowadził Polskę Jan Paweł II. „Bez tych słów [JPII – red.] referendum by się nie powiodło. Ogromna większość ludzi wierzących, idąc do głosowania, opierała się właśnie na autorytecie papieskim. Nie mogli sobie wyrobić zdania na podstawie sprzecznych opinii polityków, zaufali więc człowiekowi, który jest dla nich niezwykłym autorytetem moralnym, religijnym i jest największym Polakiem” – podkreślił.

Ignorancja 
Znamienne, że prounijnej propagandzie kościelnej towarzyszyło dość wulgarne zakłamywanie rzeczywistości, to znaczy początków Unii Europejskiej. Powszechnie twierdziło się, że zjednoczona Europa jest ideą „zrodzoną z inspiracji chrześcijańskich polityków”, jak pisali polscy biskupi w marcu 2002 roku, wymieniając Alcide De Gasperiego, Roberta Schumana i Konrada Adenauera. Wymienianie jednym tchem tej trójki bez jakiegokolwiek nawiązania do dużego grona socjalistów i komunistów dążących do budowy wspólnej Europy stanowiło poważny błąd poznawczy. Gdzie komunista Altiero Spinelli i jego manifest z Ventotene? Gdzie socjalista Paul – Henri Spaak? Co ze zrodzoną jeszcze przed wojną ideą europejskiej jedności – z internacjonalistycznym paneuropeizmem Richarda Coudenhove-Kalergiego i późniejszymi działaniami Ottona Habsburga? Co wreszcie – last but not least – z niemieckimi wizjami Europy zjednoczonej bynajmniej nie wokół chrześcijaństwa, ale wokół potęgi Prus? Kościelni propagandziści zachowywali się tak, jakby to wszystko nie istniało. Być może dali się przekonać zachodnim Europejczykom, którzy chętnie zapraszali ich na salony, olśniewali bogactwem kontrastującym z ówczesną polską biedą i gorąco zapewniali o rzekomej bezalternatywności UE.

Być może nikt nie zadał sobie po prostu trudu sprawdzenia prawdziwej historii idei europejskiej integracji. Problem w tym, że po roku 2000 moralna degrengolada Europy zachodniej była doprawdy dość dobrze widoczna. Masowa aborcja, permisywna edukacja seksualna, prawo do zawierania związków partnerskich, promocja legalnej prostytucji, eutanazja – to wszystko już się działo; Europa budowała się w wyraźnej opozycji do chrześcijaństwa, na rewolucyjnych zasadach, czego oficjalny wyraz dano odrzucając odniesienia do Boga w projekcie pierwszych artykułów europejskiej „konstytucji” zaprezentowanych u progu 2003 roku. Dla wyrobienia sobie zdania o z gruntu bezbożnym charakterze Unii Europejskiej nie trzeba było sięgać do historii integracji; wystarczyło obserwować aktualną rzeczywistość – i to bynajmniej nawet nie dogłębnie; antychrystianizm ujawniał się już nawet na powierzchni wydarzeń. Papież i biskupi to wszystko zignorowali – i to pomimo faktu, że w latach 90. sam Jan Paweł II wielokrotnie zabierał głos w dyskusji o Europie, ubolewając nad faktycznym rozwojem wypadków. Najwyraźniej wspomnienie czasów sowieckich i zachodnio-europejski blichtr okazały się silniejsze od obaw.

Wreszcie – przekonanie o polskim mesjanizmie i rzekomej sile naszego katolicyzmu. Problem w tym, że ostatni raz prawdziwie po katolicku Polacy w swojej masie żyli może za Gomułki. Od lat 70. drastycznie zaczęła spadać liczba urodzeń. W przededniu referendum akcesyjnego wskaźnik dzietności wynosił w Polsce 1,25. W sytuacji tak namacalnie obserwowalnego zachłyśnięcia się konsumpcjonizmem i odrzucenia katolickich pryncypiów moralnych, o dynamizmie katolickiego życia w Polsce mógł mówić tylko ten, kto kompletnie pozbawił się zdolności wyjrzenia za pozory tworzone przez papieskie pielgrzymki.

Lekcja
Jaka płynie z tego nauka? Sądzę, że krótka i prosta: tam, gdzie idzie o politykę, trzeba w pierwszej kolejności zaufać wnikliwej analizie rzeczywistości opartej o znajomość historii i zasad antychrystycznej Rewolucji. Papolatria była i pozostaje niebezpiecznym zjawiskiem; bo papieże i biskupi, którzy formułują głęboko uproszczone i zależne od opinii mainstreamu rady polityczne, to w ostatnich dziesięcioleciach raczej norma niż wyjątek, czy będzie to wojtyliański euroentuzjazm czy bergogliański promigracjonizm i globalizm. Oddzielajmy roztropnie ziarno od plew.

Paweł Chmielewski