Dwaj z Włocławka. Jak wielką głupotą rządzi się świat.

Jeszcze raz gorąco zachęcam wszystkich myślących Polaków do kupienia i przestudiowania książki Wojciecha Zajączkowskiego pod tytułem „Rosja i narody. Ósmy kontynent. Szkic dziejów Eurazji.” Ja kupiłem tę książkę za 26 zł.

Autor ukazuje na przykładzie Imperium Rosyjskiego, jak wielką głupotą rządzi się świat. Myślę też o „Świecie” w 2022, a w tym wypadku, sądzę, jest to stwierdzenie optymistyczne.

Zajączkowski obecnie, to jest w 2022 roku jest ambasadorem Polski w Chinach. MD.

=====================================

Dwaj z Włocławka.

Włocławek drugiej połowy XIX wieku był niewiele znaczącym punktem na mapie imperium Rosyjskiego, nie wyróżniał się niczym specjalnym nawet ma mapie Królestwa Polskiego. Zbieg okoliczności sprawił jednak, że właśnie tutaj przyszli na świat odpowiednio w 1866 i 1872 roku dwaj ludzie, którzy wywarli znaczący wpływ na dzieje Rosji, Polski i Europy Wschodniej. Obaj urodzili się w rodzinach mieszanych – jeden w polsko niemieckiej, drugi w polsko – rosyjskiej, lecz obaj władali językiem polskim i nad brzegami Wisły spędzili swoje dzieciństwo.

Obaj też, choć każdy na swój sposób, w pewnym momencie swojego życia zakwestionowali swoją polskość. Jeśli gdzieś ich drogi mogły się bezpośrednio przeciąć, to właśnie we Włocławku, później już nie mieli szansy się spotkać, mimo że uczestniczyli w tej samej wielkiej rozgrywce, jaką stał się rozpad Cesarstwa i rosyjska wojna domowa.

Pierwszym z nich był Julian Marchlewski, drugim Anton Denikin. W przypadku Marchlewskiego polskość ustąpiła rewolucyjnemu internacjonalizmowi, natomiast Denikin, syn carskiego oficera i zubożałej polskiej szlachcianki, wybrał rosyjskość i prawosławie. Każdy z nich okazał się wybitną osobowością – jeden jako rewolucjonista, drugi jako najbliższy zwycięstwa dowódca białych podczas wojny domowej.

Latem 1919 roku, gdy wkroczyła ona w najbardziej dramatyczną fazę, nacierające z południa oddziały generała Denikina systematycznie zbliżały się do Moskwy. Na zachodzie czerwoni musieli walczyć z wojskami polskimi. Upadek starej stolicy zdawał się być nieodległą perspektywą, dużo jednak zależało od tego, jak zachowają się Polacy. Zabiegi o porozumienie z nimi podjęli i biali, i czerwoni. 26 września do Taganrogu przybyły misje generałów Karnickiego i Iwanickiego, reprezentujących odrodzone państwo polskie. Po latach Denikin wspominał, że z jego strony „uznanie niepodległości Polski było pełne i bezwarunkowe”, jednak obie strony nie potrafiły dojść do porozumienia w sprawie wschodnich granic Rzeczypospolitej, czy też szerzej w sprawie przyszłości ziem ukraińskich i białoruskich. „Nalegałem pisał Denikin – by utrzymać granicę tymczasową aż do określenia przyszłości terytoriów pogranicznych w oparciu o kryterium etnograficzne wspólnie przez władze polskie i rosyjskie. (…) Piłsudski jednak nosił się z innymi planami, na skalę o wiele większą (…), dążył do „nowej organizacji wschodu Europy” poprzez pełny podział Rosji sprowadzenia jej do granic zamieszkanych przez element rdzennie ruski. (…) Chętnych do rozbioru Rosji pośród ruchu białych zabrakło. (…) Nigdy żadna Rosja czy to reakcyjna, czy demokratyczna, republikańska czy autorytarna nie dopuści do oddzielenia się Ukrainy.”

Mniej więcej w tym samym czasie rozmowy sondażowe podjął w Warszawie, przebywający potajemnie w Polsce Marchlewski.

„Już w lipcu mogłem zakomunikować przedstawicielowi Piłsudskiego (był nim p. Więckowski), że rząd sowiecki gotów jest do daleko idących ustępstw, a kwestia granic nie stanowi żadnego problemu, podobnie zresztą w sprawie głosowania władze sowieckie gotowe były wykazać ustępliwość i zgodzić się, by w sprawie przynależności do republiki polskiej lub sowieckiej głosowała cała ludność spornych ziem.”

Z polskiego punktu widzenia brzmiało to nieco lepiej niż to, co mówili biali, jednak Polacy wahali się. W październiku, gdy misja generała Karnickiego gościła jeszcze u Denikina, w Mikaszewiczach, niewielkiej, białoruskiej stacji kolejowej, rozpoczęły się poufne rozmowy delegacji przybyłej z Warszawy, na czele której stał zaufany współpracownik Józefa Piłsudskiego, kapitan Ignacy Boerner, oraz delegacji sowieckiej, kierowanej przez Juliana Marchlewskiego. „Czas od października do grudnia 1919 były dla władzy sowieckiej momentem krytycznym pisał ten ostatni w swoich „komentarzach do wojny polsko – bolszewickiej. Kontr-rewołucyjne hordy Denikina, zająwszy Orzeł, zagrażały z jednej strony Tule, gdzie znajdowały się ogromne zakłady zbrojeniowe, zaopatrujące w broń Armię Czerwoną, a z drugiej — Moskwie. Judenicz maszerował w tym czasie na Piotrogród. (…) Oświadczono mi, że władze polskie nie mogą się zgodzić na otwarte rokowania, wyjaśniło się jednak również i to, że oczekiwania dowództwa polskiego nie idą dalej niż ówczesna linia frontu, która przebiegała do Nowogrodu Wołyńskiego przez Owrucz, do rzeki Ptycz, a następnie wzdłuż niej do kanału Berezyńskiego i wzdłuż Berezyny. W efekcie działania wojenne zostały zawieszone na całej linii frontu.”

Formalnego porozumienia nie zawarto, lecz czerwoni wiedzieli, że Polacy ich nie zaatakują, nawet jeśli oni ogołocą swoje pozycje i przerzuca kilkadziesiąt tysięcy ludzi na front przeciw Denikinowi. Późną jesienią biali ponieśli klęskę na wszystkich kierunkach, na południe musiał wycofać także Denikin, który oskarżał później Piłsudskiego, że Rosja sowiecka przetrwała właśnie dzięki jego bezczynności na froncie zachodnim. Nie wiedział, że ważną rolę w tej rozgrywce odegrał jego starszy o sześć lat ziomek z Włocławka.

———–

A. Denikin, Put’ russkogo oficera, PROZAiK, Moskwa 2012, s. 608 – 610.

J. Marchlewski, Wojna i Mir mieżdu burżuaznoj Polszej i prolietarskoj Rossijej, Gosudarstwiennoje Izdatiełstwo, Moskwa 1921, s. 14-15