Grunwald 1410 – przestroga od Boga

Grunwald 1410 – przestroga od Boga

15 lipca 2026 pch24/grunwald-1410-przestroga-od-Boga

Jan_Matejko_Bitwa_pod_Grunwaldem.jpg
Jan Matejko, Public domain, via Wikimedia Commons

Historia Polski ostatnich 3 wieków tak tragicznie się ułożyła, że więcej mamy okazji czczenia naszych żołnierzy walczących bohatersko w bitwach niemożliwych do wygrania niż zwycięstw. Tym milej w lipcowe dni przypomnieć sobie triumf rycerstwa polskiego odniesiony w bitwie pod Grunwaldem. Sukces był ogromny. W jego wyniku potęga militarna Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego została mocno nadszarpnięta.

Na tym przykładzie warto zastanowić się nad logiką działania Opatrzności Bożej. Zakon powołany do opieki nad chorymi, a potem do walki z wrogami Świętej Wiary Katolickiej zaprzeczył na ziemiach nadbałtyckich swemu przeznaczeniu. Miast świecić przykładem cnoty oraz prawości rycerza i mnicha katolickiego, przełożeni Zakonu coraz bardziej koncentrowali się na budowie ziemskiej „chwały” swego państwa. Krzyżacy nie ograniczyli się do podbicia Prusów, pustoszących niemiłosiernie m.in. ziemie północno – zachodniej Polski. Sięgnęli zdradziecko po Gdańsk i inne ziemie nadwiślańskie. Miast podać Litwinom przyjazną dłoń, gdy ci się nawrócili i wysłać do nich misjonarzy, bracia w białych płaszczach kontynuowali mordercze wyprawy, tzw. rejzy. By je sfinansować, zmuszali poddanych do płacenia wysokich podatków.

Triumf Polski i Litwy w lipcu 1410 r. stanowił dla Zakonu w Prusach ostrzeżenie: nawróćcie się, bo w przeciwnym wypadku kara Boża was nie minie. Przekonującym argumentem za taką interpretacją Grunwaldu jest fakt, że porażające zwycięstwo polsko-litewskie w bitwie nie zakończyło się likwidacją Państwa Krzyżackiego i wchłonięciem go przez państwa koalicyjne. Król Jagiełło pewny, że nic nie zdoła umniejszyć triumfu jego wojsk, wlókł się pod Malbork w iście ślimaczym tempie. Pozwoliło to komturowi Świecia Henrykowi von Plauen przygotować obronę stolicy kraju. Ostatecznie Krzyżakom udało się zebrać siły i wzmocnić na tyle, że zawarty rok później w Toruniu traktat pokojowy nie uszczuplił stanu posiadania Zakonu (nie licząc terenów niespacyfikowanej do końca Żmudzi i Ziemi Dobrzyńskiej). Niewiarygodne! Przecież w lipcu 1410 r. wierność Panom Pruskim deklarowały jedynie załogi stacjonujące w kilku twierdzach. Większość zamków i miast poddała się, często nie bez satysfakcji, Jagielle.

Jeszcze bardziej niepojęty jest fakt, że niczego to braci zakonnych nie nauczyło. Nie wyzbyli się pychy, nie zreformowali się, nie wyruszyli na wyprawę przeciw zagrażającym Europie Turkom… W końcu nastąpiło najgorsze. W 1525 r. Wielki Mistrz Krzyżacki Albrecht z rodu Hohenzollernów, wraz ze sporą ilością braci, porzucił Świętą Wiarę Katolicką, by przyjąć herezję. Co za upadek!!! Bracia zakonni, którzy poparli ten krok, dopuścili się wielkiego grzechu odstępstwa od wiary prawdziwej. Można uznać, że apostazja była zarazem KARĄ za wcześniejsze winy, dużo większą niż utrata terenów nadbałtyckich.

Po odpadnięciu części pruskiej (a także inflanckiej) Zakon Krzyżacki nigdy już nie powrócił do dawnej świetności, choć istnieje do dzisiaj, czyniąc nota bene wiele dobra: prowadzi bowiem działalność duszpasterską, medyczną i charytatywną, utrzymuje wiele szpitali i hospicjów.

Źródło: „Rycerz Lepanto”, piotrskarga.pl

GRUNWALD, A PARTNERSTWO STRATEGICZNE

GRUNWALD, A PARTNERSTWO STRATEGICZNE

GRUNWALD, A PARTNERSTWO STRATEGICZNE

oficyna-aurora.pl/grunwald-a-partnerstwo-strategiczne

Mamy oto kolejną rocznicę Bitwy pod Grunwaldem, którą przodkowie nasi stoczyli 15 lipca roku 1410. Wydarzenie to było oczywiście niezwykle ważne, zarówno wówczas, jak i w późniejszych relacjach z naszym sąsiadem, czyli spadkobiercami krzyżackiego Zakonu, którego nazwa brzmiała Bracia Świętej Marii Szpitala Jerozolimskiego z domu Niemców.

To przypomnienie dla tych, którzy coraz częściej twierdzą, że ówczesna germańska zawierucha nie ma nic wspólnego z obecnym państwem leżącym na zachód od  Odry. Ze spuścizną tej niezwykłej bitwy borykamy się niestety po dzień dzisiejszy. Każdego roku, na polach grunwaldzkich odbywają się piękne inscenizacje upamiętniające tamto polskie zwycięstwo. W zależności od przeróżnych „czynników zewnętrznych” uczestniczy w nich mniej lub więcej osób, wydarzenie jest słabiej, bądź intensywniej reklamowane, w szczytowym okresie patriotycznego uniesienia, w roku 2010, zebrało się na grunwaldzkich polach około 100 000 widzów cyklicznej rekonstrukcji.

Podczas tak zwanej pandemii, po raz pierwszy od chwili spopularyzowania tego sposobu wyrażania wdzięczności dla przodków i podtrzymywania pamięci o zwycięskim wysiłku polskiego oręża, inscenizacja została zakazana. Dla ludzi za tę decyzję odpowiedzialnych problemem nie  był naturalnie wówczas finał Euro w piłce kopanej, w którym udział wzięło blisko 70 000 kibiców. Dziś, kiedy kolejne afery finansowe oparte na tamtym oszustwie wychodzą na jaw, nikt już chyba nie wątpi w to, że poza bezkarnym dojeniem budżetowych pieniędzy system skwapliwie wykorzystywał ten czas dla realizacji politycznych celów. 

Dla mnie jednak rocznica Bitwy pod Grunwaldem zawsze będzie się kojarzyć z moim nieżyjącym już przyjacielem i wybitnym aktorem Ryszardem Filipskim, który potrafił na historię spoglądać z szerokiej perspektywy. Wielki aktor i reżyser, człowiek od którego miałem zaszczyt wiele się nauczyć. To on, rolą majora Hubala rozniecił w kilku pokoleniach Polaków poczucie patriotyzmu, na przekór wrogom, dumę właśnie z polskości. I to wbrew tak zwanej „polskiej szkole filmowej” ukazującej nas w krzywym zwierciadle.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że nie powstałaby ta rola, gdyby nie postać innego, też już nieżyjącego, wielkiego Polaka – Bohdana Poręby, który miał odwagę i siłę, żeby ten film wyreżyserować. A, jak sam wielokrotnie powtarzał, również w świetnej książce „Obronić polskość”, stoczyć musiał ogromne boje, zarówno o udział w filmie Filipskiego, który miał czelność mówić w tamtych latach wprost o Polsce dla Polaków, jak i tych kilka kultowych już scen, z których najpiękniejsza, przedstawiająca Pasterkę czasu okupacji, w wiejskim kościółku z udziałem żołnierzy Wojska Polskiego, weszła na stałe do historii kinematografii. 

Jednak, wbrew pozorom, Ryszard nie uznawał tego filmu za najważniejszy w swoim dorobku. Nie uważał też za wybitną, kolejnej swej wielkiej kreacji wachmistrza Soroki w filmie „Potop”, który obejrzały miliony ludzi, ani udziału w „Przekładańcu”, w reżyserii Wajdy, gdzie wcielił się w postać adwokata, za którą szczególnie cenił go autor książki, na podstawie której film powstał – Stanisław Lem. Młodzież mojego pokolenia zapamiętała go, jako króla Władysława Łokietka w serialu kostiumowym „Znak orła”.

Starsi z uwielbieniem oglądali go w sensacyjnym filmie „Orzeł i reszka”, który zresztą także reżyserował. Grywał twardzieli w filmach „Tylko umarły odpowie”, „Brylanty pani Zuzy”, czy „Południk Zero”. Już po tym, kiedy się poznaliśmy, obejrzałem telewizyjną adaptację książki Jacka Stwory „Co jest za tym murem”, w której rewelacyjnie wcielił się w postać więźnia jednego z zakładów penitencjarnych. Opowiadał mi, że spędził wtedy tygodnie w takim ośrodku, żeby przygotować się do roli. Wspaniale zagrane! Znawcy mawiali o nim, że był jednym z najwybitniejszych polskich aktorów wszechczasów, przyrównywanym do najlepszych artystów światowej ligi.

Był też Filipski doskonałym aktorem teatralnym, o czym dzisiaj mało kto mówi. Szanował teatr klasyczny, daleki od eksperymentów, stąd odmawiał współpracy z Kantorem czy Grotowskim. Nawiasem mówiąc, debiutował w łódzkim Teatrze Satyry, u wybitnego reżysera Jerzego Antczaka, później grał w krakowskim Teatrze Rozmaitości i Teatrze Starym. W roku 1966 powołał do życia swój własny teatr, który nazwał Eref-66, to z tego okresu pochodzą rewelacyjne jego monodramy „Ja i mój brat” oraz „Raport z Monachium”. 

Ostatniego dnia roku 1970, w Sylwestra, odbyła się w jego teatrze prapremiera monodramu „Krajobraz po Grunwaldzie”, który mówił o sporze polsko-krzyżackim na Soborze w Konstancji, gdzie konflikt na korzyść Polski rozstrzygał sam Papież. To wówczas, po raz pierwszy w historii, ponad 600 lat temu, padło oficjalne hasło eksterminacji Polski i polskiego króla! Monodram przypomina oczywiście samą Bitwę pod Grunwaldem, jednak jego główną osią jest walka Pawła Włodkowica, polskiego kapłana, uczonego, późniejszego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale przede wszystkim obrońcy interesów Polski, w sporze z Krzyżakami. Dotyczył on przede wszystkim antypolskiego paszkwilu, napisanego przez dominikanina Johannesa Falkenberga, a zatytułowanego „Satyra przeciw herezji i innym nikczemnościom Polaków i ich króla Jagiełły”. Dzięki niezłomnej postawie Włodkowica satyra stała się przedmiotem dochodzenia Inkwizycji, a jej autor został skazany przez kapitułę generalną zakonu dominikanów na dożywotnie więzienie, z którego uwolnił go niestety, po kilku latach papież Marcin V. To też pokazuje stosunek wielkich tego świata do Polski.

Ryszard opowiadał mi, że zjeździł z tym monodramem całą Polskę wzdłuż i wszerz, a spektakl cieszył się niezwykłą popularnością. Narzekał jednak, że film nie ma szans pojawić się na ekranach telewizyjnych i to niezależnie od aktualnie zarządzającej państwem partii. Obejrzałem ten materiał i to, co zobaczyłem w wykonaniu Filipskiego uznałem za mistrzostwo świata. Tak żarliwego przekazu, granego zresztą w zasadzie bez cięć, w niezwykłej scenerii słynnego kościoła Ojców Karmelitów, opiewanego w „Polonezie” Kościuszki, nigdy wcześniej, ani już później, nie widziałem. Ciekawe, jak wytłumaczyliby krytycy życiowej postawy Ryszarda fakt, że ten narodowy komunista, jak o nim mówiono, klucze do owego kościoła otrzymał od księdza w tajemnicy, na jedną noc, podczas której nagrano cały materiał. Bez żadnych dubli.

W roku 2011 wydawnictwo Oficyna Aurora, którego jestem właścicielem, wydało książkę „Krajobraz po Grunwaldzie” ze znamiennym podtytułem „Rzecz całkowicie niepoprawna politycznie wbrew interesom niemieckim w Polsce”. Ryszard dokręcił do czarno-białej wersji oryginalnej, młodszej o blisko 40 lat, barwny i to w dwójnasób, początek i koniec, i film w takiej wersji dołączyliśmy do książki. Pomimo, że wydałem już kilkadziesiąt pozycji, wielu wspaniałych autorów, z czego jestem dumny, tę książkę uważam za swoje wydawnicze spełnienie.

Jak napisał o niej jeden z recenzentów – „powinna się znaleźć w biblioteczce każdego prawdziwego Polaka, któremu bliska jest jego ojczyzna, który nie chce się sprzeniewierzyć obcym wzorom, który ceni swoją przynależność do narodu, nie tylko dlatego, że z racji pięknego wydania będzie jej ozdobą. Skłania ona wszak do myślenia nad kondycją współczesnych Polaków i podejmowania działań, które jeszcze mogą nas uchronić przez postępującą zgnilizną – przybliżającą się do nas wraz z intensyfikacją kontaktów z Niemcami i Unią Europejską”. 

Minęła kolejna dekada i wiadomo już dziś, że nadzieja wyrażana w tych słowach była próżna. Moi rodacy, w ogromnej większości nadal wypatrują zgnilizny i zagrożenia na błędnych kierunkach. Nie potrafią zrozumieć, że tymczasowe ideologie, czy ustroje są tylko narzędziami w dalekosiężnej polityce państw poważnych, którą te realizują skrupulatnie i systematycznie. Że uległością wobec sukcesorów ówczesnych krzyżowców obnoszą się wręcz oficjalnie frakcje polityczne tworzące obecną koalicję rządzącą. Zaledwie kilka dni temu obchodziliśmy z kolei rocznicę rzezi Polaków przez barbarzyńców, wobec potomków których rzekomo stojąca na przeciwległym biegunie politycznym siła zadeklarowała przecież otwarcie służalczość. Oba te państwa podniosły niedawno wzajemne relacje do rangi partnerstwa strategicznego. Pamiętajmy o tym, że ich reprezentanci w Polsce wcale nie muszą niczego formalizować.

Sławomir M. Kozak

Krajobraz po Grunwaldzie:

oficyna-aurora.pl/katalog/ksiazki/krajobraz-po-grunwaldzie-z-filmem,