Stany Zjednoczone znoszą limity CO2 w USA
– liczy się tani prąd a nie dekarbonizacja

Źródło: AI Generated
zmianynaziemi/stany-zjednoczone-znosza-limity-co2-liczy-sie-tani-prad-nie-dekarbonizacja
14 września 2026 roku w Houston Stany Zjednoczone ogłosiły decyzję, którą wielu w Europie uzna za skandal, a wielu w przemyśle za powrót do zdrowego rozsądku.
Podczas spotkania ministrów energii G20 amerykańska Agencja Ochrony Środowiska uchyliła limity emisji dwutlenku węgla dla elektrowni węglowych i gazowych. Waszyngton uznał, że najpierw trzeba zapewnić pewny i tani prąd, a dopiero potem liczyć tony CO2.
Unia Europejska i Wielka Brytania idą w przeciwnym kierunku. Utrzymują politykę, która podraża energię, wypycha fabryki i zubaża własne społeczeństwa. Dziś ten eksperyment prowadzą już prawie tylko one.
Amerykańska decyzja dotyczy konkretnych przepisów z 2024 roku. Administracja Joe Bidena narzuciła elektrowniom tak ostre normy, że w praktyce wymagały one redukcji emisji nawet o 90 procent i stosowania technologii wychwytywania dwutlenku węgla.
EPA uznała, że reguły te wykraczały poza ustawę o czystym powietrzu i zamiast stawiać realne normy, doprowadzały do zamykania źródeł energii podstawowej. Jednocześnie zaproponowano zniesienie pozostałych federalnych standardów gazów cieplarnianych dla sektora elektroenergetycznego. Agencja szacuje oszczędności na 310 miliardów dolarów.
To nie jest kaprys. Sektor energetyczny odpowiada za około jedną czwartą amerykańskich emisji, ale zasila też huty, zakłady chemiczne, cementownie, ogrzewanie domów i rosnące zapotrzebowanie centrów danych. Węgiel i gaz ziemny zapewniają moc dyspozycyjną: działają wtedy, gdy nie wieje wiatr i nie świeci słońce. Waszyngton wyciągnął prosty wniosek: państwo, które samo podcina sobie dostawy energii, traci konkurencyjność.
Reszta świata zna ten wniosek od dawna. Chiny i Indie nadal budują bloki węglowe, nawet jeśli równolegle rozwijają odnawialne źródła energii. Nie zamierzają poświęcać wzrostu gospodarczego na rzecz unijnego kalendarza dekarbonizacji.
Europa wybrała inną drogę. Ceny energii dla unijnego przemysłu są dwu- lub trzykrotnie wyższe niż w Stanach Zjednoczonych i Chinach. Gaz hurtowy bywa wielokrotnie droższy niż amerykański. Przyznała to nawet przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. To nie jest wyłącznie skutek wojny czy kaprysu rynku. To efekt podatku węglowego, opłat sieciowych, subsydiów, zakazów i politycznego wymuszania technologii, które wciąż nie zastępują energii podstawowej.
Skutki widać w halach produkcyjnych, a nie na konferencjach klimatycznych. Niemiecka produkcja energochłonna spadła o ponad 15 procent od 2022 roku. W Wielkiej Brytanii organizacje przemysłowe ostrzegają przed de-industrializacją. Prąd dla firm należy tam do najdroższych w świecie rozwiniętym. Zamykają się huty, rafinerie, zakłady chemiczne i ceramiczne. Część firm przenosi produkcję, a część po prostu znika. Społeczeństwo płaci dwukrotnie: wyższym rachunkiem i słabszą gospodarką.
Ten model ma jeszcze jedną wadę: nie zmniejsza globalnych emisji. Gdy europejska huta staje, stal przyjeżdża z kraju, który pali węglem i nie dźwiga unijnego systemu handlu emisjami. Gdy przemysł chemiczny ucieka do USA albo Azji, Europa kupuje gotowy produkt i traci łańcuch dostaw. Na papierze bilans wygląda lepiej. W rzeczywistości emisje zostają przeniesione, a miejsca pracy utracone. To nie jest polityka klimatyczna, lecz polityka samounicestwienia gospodarczego.

Polska zna ten mechanizm z własnego podwórka. Kraj, który wciąż opiera dużą część miksu na węglu, już teraz dźwiga wysokie koszty energii. Grupa Wyszehradzka zapowiada blokowanie unijnych rozwiązań, które jeszcze bardziej podniosą ceny prądu. I słusznie. Kolejna tura limitów nie jest inwestycją w przyszłość, lecz inwestycją w droższy cement, droższą stal, droższe ciepło i słabszy przemysł.
Decyzja z Houston pokazuje podział świata na dwa obozy. Stany Zjednoczone wracają do zasady, że tania i pewna energia jest warunkiem poziomu życia. Unia Europejska i Wielka Brytania wciąż wdrażają projekt, którego reszta planety nie zamierza kopiować. Klimatyzm stał się tam nie narzędziem polityki, lecz celem samym w sobie. Skutek jest przewidywalny: pauperyzacja społeczeństwa i de-industrializacja.
Amerykanie uznali, że na ten luksus ich nie stać. Europa udaje, że go posiada, nie zważając na ofiary.
Źródła:
https://www.latimes.com/environment/story/2026-09-14/epa-…
https://www.europarl.europa.eu/topics/pl/article/20180305…
https://swiatoze.pl/wzrost-emisji-co%E2%82%82-w-usa-w-202…