Miłość odpowiedzią na niesprawiedliwe potępienie
Spis treści
- Niebezpieczeństwo wiary, która jest jedynie zewnętrzna
- Dwie pokusy
- Zanim zacznie się walczyć, trzeba kochać
- Przypisy

„Dom mój domem modlitwy zwany będzie, a wyście go uczynili jaskinią zbójców” (Mt 21, 13).
Słowa te wypowiedział Zbawiciel wypędzając przekupniów i kupujących ze świątyni. A nieco wcześniej, zbliżając się do Jerozolimy, Pan Jezus zapłakał.
Mówiąc to, cytował w istocie ustęp z rozdziału siódmego Księgi Jeremiasza:
„Nie ufajcie słowom kłamliwym mówiąc: «Kościół Pański, kościół Pański, kościół to Pański jest». […] Oto wy ufacie sobie w mowach kłamliwych, które wam nie pomogą. Kraść, zabijać, cudzołożyć, przysięgać fałszywie, ofiarować Baalom, i chodzić za bogami cudzymi, których nie znacie: i przyszliście, a stanęliście przede mną w tym domu, w którym wzywano imienia mego, i rzekliście: «Wybawieni jesteśmy, żeśmy czynili te wszystkie obrzydliwości». A więc jaskinią zbójców stał się ten dom, w którym wzywano imienia mego przed oczyma waszymi?” (Jer 7, 4–11).
Niebezpieczeństwo wiary, która jest jedynie zewnętrzna
Zbawiciel porusza tutaj bardzo ważną kwestię, która ma zasadnicze znaczenie dla przyszłości społeczeństwa, Kościoła, dla przyszłości każdego z nas; zwłaszcza że ‒ jak wiecie ‒ w tym samym czasie zapowiada zburzenie Jerozolimy. Słowa te ostrzegają przed złudnym poczuciem bezpieczeństwa w rzeczach świętych.
Chrystus nie mówi, że naród żydowski wypiera się Boga. Nie mówi tego również Jeremiasz. Jest to naród wierzący; i to do tego stopnia, że czuje się zupełnie bezpieczny, bo ma świątynię w Jerozolimie.
My także możemy wpaść w tę samą pułapkę, mówiąc siebie: „Jestem ochrzczony, chodzę na Mszę św., modlę się etc., należę do świątyni Boga, którą jest Kościół katolicki. Jestem w komunii z Rzymem. A więc wszystko jest w porządku”.
Wszystkie te rzeczy są oczywiście święte, stają się jednak niebezpieczne, jeśli posługujemy się nimi jako wymówką, by uniknąć głębokiego nawrócenia serca, uchylać się od życia w prawdzie i być powierzchownym.
Komentując ów ustęp, ojcowie Kościoła ostrzegają chrześcijan, żeby byli ostrożni, bo wypowiadając te słowa Chrystus nie ma na myśli jedynie zbudowanej z kamienia świątyni; mówi tu o nas samych, o naszych osobach, a nawet o naszym ciele. Św. Paweł pisał: „Jesteście świątynią Boga. Wasze ciało jest świątynią Boga”. (por. 1 Kor 6, 19).
Owo ostrzeżenie Zbawiciela powinno więc skłaniać nas do zastanowienia się nad tym, co Pan Bóg znajduje w tej świątyni. Kiedy Chrystus przychodzi – na przykład, kiedy przychodzi do was w Komunii św., gdy zbliżacie się do Stołu Pańskiego – wkracza do waszego wnętrza. Co znajduje w tej świątyni? Czy znajduje w niej jaskinię zbójców, czyli serce całkowicie zaabsorbowane finansami, dobrami doczesnymi i troskami tego świata?
Zbawiciel nie mówi: „Nie powinniście troszczyć się o sprawy doczesne”. Byłoby to niedorzeczne, bo przecież wymagają tego od nas obowiązki stanu. Mówi natomiast, że nie wolno nam dopuścić, aby troski tego świata pochłonęły nasze dusze i serca do tego stopnia, że nie byłoby w nich miejsca dla samego Boga, dla tego, co święte.
I to jest pytanie, które zadajemy sobie każdego wieczoru robiąc przed snem rachunek sumienia: „Co Chrystus znalazł dzisiaj przychodząc do mojego serca?”.
Dwie pokusy
Chciałbym odnieść to do obecnej sytuacji, a zwłaszcza do potępienia, którego obiektem stało się Bractwo św. Piusa X. W kwestii naszego stosunku do Rzymu i owego potępienia, wystawieni jesteśmy na dwie, niejako przeciwstawne, pokusy.
Po pierwsze, możemy odczuwać pokusę, aby całą swą ufność czerpać z przynależności do Tradycji.
W tym wypadku ryzyko polega na tym, iż moglibyśmy uznać, czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że ponieważ zachowaliśmy prawdziwą, świętą liturgię, zachowaliśmy prawdziwą, świętą doktrynę Kościoła, nie mieszając jej z tymi wszystkimi współczesnymi błędami, więc siłą rzeczy jesteśmy najbardziej wierni. Otóż niekoniecznie.
Zachowując świętą liturgię, prawdziwe sakramenty Kościoła oraz tradycyjną doktrynę, mamy wszystkie środki niezbędne do tego, byśmy byli najbardziej wierni. Nie czyni nas to jednak takimi automatycznie; być możemy jedynie mówimy o sobie: „Oto tu jest…” – nie „świątynia Pańska”, ale „prawdziwy Kościół”.
A przecież Żydzi mieli świątynię i zostali potępieni właśnie dlatego, że przywiązali się wyłącznie do tego, co zewnętrzne. Nie powinniśmy więc stawać się tak samo powierzchowni, naśladując niejako faryzeuszów i mówiąc: „Zachowaliśmy liturgię, zachowaliśmy wiarę, a więc to my jesteśmy najczystsi”.
Serce i dusza muszą współgrać z formą, prawdą i doktryną. Powinniśmy dostroić wewnętrznie nasze życie do tego, w co wierzymy. Myślę, i mam nadzieję, drodzy bracia, że to właśnie staracie się usilnie czynić.
Drugiej pokusie, przeciwstawnej w stosunku do pierwszej, ulegają ci katolicy, którzy mówią teraz: „Mamy świątynię Pańską i pozostajemy w komunii z Rzymem. A więc to my jesteśmy prawdziwie wierni. Bractwo św. Piusa X zbłądziło, ponieważ Rzym zadecydował, że zostanie ono ekskomunikowane”.
Trzeba jednak pójść znacznie dalej i postawić sobie pytanie dotyczące niejako „wnętrza”.
Ludzie mówiący: „Jesteśmy z obecnym papieżem, a więc siłą rzeczy mamy rację”, robią dokładnie to, co Jeremiasz potępia u Żydów: „Mamy świątynię, a więc jesteśmy ocaleni. Należymy w sposób widzialny, zewnętrzny i prawnie usankcjonowany do instytucji ‒ a więc jesteśmy ocaleni”. Ale to nieprawda. Te dwie postawy są dokładnie takie same i niosą ze sobą niebezpieczeństwo powierzchowności, faryzeizmu. To jest dokładnie to samo.
Wszyscy katolicy muszą wyjść poza tę powierzchowność, dotrzeć do samego sedna prawdy. A sednem prawdy, tym, co sprawia, że katolik zostaje zbawiony, jest postępowanie zgodne z Ewangelią. Musi naprawdę żyć Ewangelią, postępować zgodnie z wiarą Kościoła, z jego nauczaniem moralnym, z tradycyjną wiarą i moralnością, głoszonymi od dwóch tysięcy lat przez Ewangelię, ojców Kościoła i całe Magisterium.
Nie wystarczy jednak jedynie pamiętać o tym i dawać temu wyraz przez swój strój lub sposób bycia; trzeba mieć to w sercu. A tak się dzieje, gdy prowadzicie walkę duchową. Pan Bóg wie, że życie we współczesnym świecie nie jest łatwe i daje wam wiele okazji do dochowania wierności Ewangelii podczas tych duchowych zmagań, a wierność ta zasługuje na podziw. Dowodzi, że nie jesteście katolikami jedynie na zewnątrz, ale i w głębi swoich serc, ponieważ doświadczacie pokus i wytrwale z nimi walczycie.
Chrystus apeluje dziś do nas z mocą, abyśmy wyszli poza to, co jest jedynie powierzchowne.
Zanim zacznie się walczyć, trzeba kochać
Drugim ważnym elementem tego ustępu Ewangelii jest potępienie przez Chrystusa Jerozolimy i zapowiedź, że „nie pozostanie z niej kamień na kamieniu”. To prawdziwy sąd Boży. Co jednak zrobił Zbawiciel, zanim ogłosił ów wyrok? Zapłakał. I powinno nas to nauczyć, jaka ma być nasza postawa. On płakał nad Jerozolimą!
Taką właśnie postawę powinniśmy przyjąć tocząc walkę w obronie autentycznej Tradycji katolickiej, to znaczy wiary; w obronie form liturgicznych, jak się dziś mówi ‒ tradycyjnej liturgii, czy też broniąc ważności i owocności sakramentów.
Zanim zacznie się walczyć, trzeba mieć – tak jak Pan nasz Jezus Chrystus – ową pełną współczucia miłość do tych naszych braci katolików, którzy pozostają przy takiej powierzchownej postawie, powtarzając sobie: „Jesteśmy w komunii z Rzymem. Jesteśmy w komunii z Rzymem. Jesteśmy w komunii z Rzymem”.
Trzeba płakać nad tymi, którzy nie rozumieją – nie oskarżam ich, bo bardzo często naprawdę nie rozumieją – którzy chronią się za tą, będącą pułapką, powierzchowną postawą, przeszkadzającą im w dotarciu do sedna i w dostrzeżeniu, że w świętym Kościele katolickim mamy obecnie do czynienia z niewiernością, z którą trzeba walczyć.
Tę pełną współczucia miłość powinniśmy żywić do wszystkich naszych braci, niezależnie od tego, czy chodzi o papieża, biskupów czy też wiernych świeckich. Musimy ją w swoich duszach pielęgnować. Musimy płakać nad Kościołem, a raczej nie nad Kościołem, lecz nad dzisiejszymi „ludźmi Kościoła”; musimy płakać, mieć współczujące serca, modlić się za nich.
Zanim więc w ogóle powie się: „Ten, który nas potępia, jest w błędzie. Papież Leon XIV – przynajmniej wszystko na to wskazuje ‒ popełnił błąd”, trzeba zapłakać. Powinien to być płacz płynący z głębi serca, zrodzony z miłości i współczucia dla tych, którzy pewnego dnia będą musieli zdać rachunek przed Zbawicielem.
Zanim zacznie się napominać bliźniego, trzeba go najpierw umiłować. Tej właśnie postawy uczy nas przełożony generalny Bractwa. Wszyscy zapewne czytaliście jego list do papieża z 3 lipca.
Zanim Chrystus osądził i potępił Jerozolimę mówiąc, że zostanie zniszczona, zapłakał z miłości do tego miasta i jego mieszkańców. Udziela mu nagany z miłością, a następnie wchodzi do świątyni i wypędza kupczących.
Nie uchyla się od swojego obowiązku, nie jest liberalny; wypędza przekupniów ze świątyni i tłumaczy im, dlaczego to robi. Wskazuje im ich grzechy, a wszystko to wypływa z wielkiej miłości. Taka powinna być i nasza postawa.
Na zakończenie przytoczę, znakomicie pasujące do obecnej sytuacji, słowa św. Augustyna, pochodzące z szóstego rozdziału jego traktatu De vera religione:
„Często także opatrzność Boża pozwala, że na skutek zbyt burzliwych zamieszek ludzi cielesnych nawet zacni mężowie zostają wykluczeni z chrześcijańskiej społeczności. Oni zaś znoszą tę krzywdę i niesprawiedliwość cierpliwie dla spokoju Kościoła, nie usiłują wprowadzać żadnych nowości schizmy czy herezji i w ten sposób uczą ludzi, z jakim prawdziwym oddaniem i szczerą miłością trzeba służyć Bogu”1.
A następnie dodaje:
„Pragnieniem tych ludzi jest powrócić, skoro zamęt się uspokoi, a jeśli to nie jest im dane, bo albo wzburzenie trwa nadal, albo za ich powrotem mogłoby na nowo wybuchnąć lub wzmóc się jeszcze, zachowują wolę okazania pomocy nawet tym, których wichrzenia i niespokojność zmusiły ich do ustąpienia, i zamiast się zbierać w kółeczka po kątach, aż do śmierci jawnie i czynnie występują w obronie tej wiary, którą, jak wiedzą, głosi Kościół katolicki. A Ojciec dostrzega ich w ukryciu i w ukryciu nagradza”.
Ten wspaniały fragment wydaje się odnosić do naszej obecnej sytuacji.
Z kolei traktat De baptismo contra donatistas kończy św. Augustyn znanym zdaniem, które powinno stać się naszą dewizą: Multi intus foris, et multi foris intus. Wielu, którzy wydają się być wewnątrz Kościoła, pozostaje w rzeczywistości na zewnątrz, a wielu z tych, którzy wydają się być na zewnątrz niego, jest w rzeczywistości wewnątrz.
Dokładnie to stało się w przypadku świątyni w Jerozolimie: ci, którzy wydali na śmierć Pana naszego Jezusa Chrystusa, wydawali się być potomkami Abrahama, Żydami, ludźmi posiadającymi prawdziwą wiarę. W rzeczywistości jednak już jej nie mieli, znajdowali się na zewnątrz. I świątynia została zniszczona.
Na koniec oddajmy jeszcze raz głos św. Augustynowi. W swym komentarzu do 1 Listu św. Jana pisze on, że trzeba walczyć w obronie wiary:
„Gdy milczysz, milcz z miłością; gdy mówisz, mów z miłości; gdy karcisz, karć z miłości; gdy przebaczasz, przebaczaj z miłości. Niechaj tkwi w sercu korzeń miłości; wyrośnie z niego tylko dobro”2.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Kazanie wygłoszone przez ks. Wilhelma Gauda FSSPX 26 lipca 2026 br. w Seminarium św. Proboszcza z Ars we Flavigny.